Przejdź do zawartości

Dziwne przygody miłosne Rouletabilla/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gaston Leroux
Tytuł Dziwne przygody miłosne Rouletabilla
Wydawca G. Seyfarth (Józef Georgeon)
Data wyd. 1918
Druk Drukarnia W. A. Szyjkowskiego
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les étranges noces de Rouletabille
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XI.
Jeszcze nie skończona historya kuferka bizantyńskiego.

Rouletabille wychodził od czasu do czasu, dowiedzieć się, czy generał i Iwana nie wrócili. Ale nie przybyli ani tego dnia, ani w nocy, a czas ten upłynął reporterowi na pracy i niepokoju, rano, nazajutrz, także nie zastał nikogo. Daremnie mówił sobie, że Iwana jest pod opieką generała, że się jej nic stać nie może. Niepokój i troska nie dawały się odpędzić.
Aby zapomnieć o tej nieobecności, która przedłużała się w sposób niewytłumaczony, rzucił się z zapałem do pracy i ślęczał nad korespondencyami.
Około godziny pierwszej, dnia następnego, reporterzy mieli właśnie siadać do obiadu, w hotelu „pod złotym lwem“, gdy powstał nagle tumult, w pustej jeszcze sali jadalnej. Zjawił się Candeur, z twarzą czerwono-siną, co mu się przydarzało tylko w chwilach najwyższego wzruszenia.
— Rouletabille! — wołał, — gdzie jest Rouletabille...
— Cóż takiego. Czemu wrzeszczysz? Czy Władysławow...
— Nie, to Marko Wołoch!
— No, cóż mu się stało?
— Dostał telegram gratulacyjny, z dodatkiem, że podwajają mu pensyę i dyety, z powodu relacyi o zdobyciu Kirkilissy.
— Niemożebne!
— Przysięgam! On tańczy z uciechy! Kpi sobie z nas wszystkich! Rzeczywiście, to coś niesłychanego!
— Nieszczęście! — jęknął Włodzimierz. — Można się wściec ze złości!
— Pokazuje wszystkim depeszę... Ale to nie wszystko!
— Cóż jeszcze?
— Wszyscy inni są wściekli na ciebie! — powiedział Candeur. — Dostał każdy depeszę z besztaniną. Niektórym zagrożono wyrzuceniem za tę depeszę o obsadzeniu Kirkilissy bez strzału, podczas gdy „Neuvelle Presse“ zamieściła szczegóły z walk i ataków.
— Depesza dla pana Rouletabilla! oznajmił lokaj.
Rouletabille otworzył telegram i przeczytał głośno:
— „Jeśli pan jesteś chory, proś o zastępstwo Marka Wołocha; relacya jego o wzięciu Kirkilissy jest wspaniała. Redaktor naczelny“.
Rouletabille stał pod wrażeniem depeszy, gdy drzwi się otwarły i weszli wszyscy reporterzy razem, którzy przeklinali jednocześnie Marka, że wysłał tak piękną relacyę i Rouletabilla, że im odradził zrobić tosamo.
— Ależ, powiadam wam, że to fałsz! — tłumaczył Rouletabille.
— A cóż nas to obchodzi! Masz, czytaj...
Podano mu depeszę z redakcyi „Dziennika przedpołudniowego“, obszerną, do swego przedstawiciela: „Nie wysyłaliśmy pana do Kirkilisse po to, by się dowiedzieć, że tam się nic nie dzieje“.
Oświadczyli chórem, potrząsając ołówkami, że odtąd nie będą tak naiwni i ciągle coś się dziać musi koniecznie.
Jeden z korespondentów wziął na bok Candeura i szepnął mu do ucha:
— Powiedz-no, Candeur, co się jemu, do licha, stało? Jakoś mu nie służy ta wojna bałkańska!
— Co mu jest!... odparł Candeur. To mu jest, że się zakochał... Widzisz... zakochał się!
— O, teraz rozumiem. To wystarczy, by ogłupić zupełnie człowieka!
W tej chwili wszedł oficer; powiedział do Rouletabilla:
— Generał-major powrócił i prosi pana do siebie.
— Spieszę! — odparł Rouletabille, przychodząc nagle do siebie. — Generał-major wrócił zapewne z panną Wilczkow?
— Nie... Zdaje mi się, że wrócił sam. To jest, wrócił, o ile wiem, tylko z oficerem ordynansowym.
— Masz tobie! To ci bal! — wrzasnął Candeur do siebie.
Ale Rouletabille posłyszał to odezwanie się i rzekł, zwracając się do Candeura.
— Proszę pana, może pan zechce mnie opuścić i nie pokazywać mi się więcej na oczy! Chodź, Włodzimierzu.
I poszedł z oficerem, blady, jak śmierć.
Włodzimierz rzekł w przechodzie do Candeura, który padł na krzesło:
— Nie trap się, Candeur. Możesz ofiarować teraz swe usługi Markowi Wołochowi!...
W dziesięć minut potem, stanął Rouletabille przed generałem-majorem Władysławowem, który nie szczędził mu jaknajgorętszych gratulacyj i pochwał, oraz podziękowania za to, co uczynił dla armii.
Reporter skłonił się i rzekł:
— Wybaczy ekscelencya, ale radbym dowiedzieć się, co się stało z panną Wilczkow.
— Pana to niepokoi? — zapytał generał, z lekkim uśmiechem, gdyż domyślał się uczuć Rouletabilla dla Iwany.
— Muszę wyznać, że panna Iwana była w dniach ostatnich tak wyczerpana przebytemi przygodami i przejściami, o których zapewne opowiadała...
— Tak, mówiła mi!
— I w stanie tak głębokiego przygnębienia moralnego...
— Co?! Nie zauważyłem tego wcale! Przeciwnie, wydała mi się rzeźką, zdrową i pełną energii.
— Gdym ją widział po raz ostatni — powiedział Routabille, była niezmiernie przygnębiona, poprostu pół żywa. Dlatego to zdziwiłem się niezmiernie, czemu chce towarzyszyć ekscelencyi na front. Zaniepokoiłem się bardziej jeszcze na wieść, że nie wróciła.
— Panna Wilczkow istotnie wybrała się w drogę, na jakiś tydzień czy nawet dłużej może, ale wróci niezawodnie tutaj, lub do miejscowości, gdzie się będę ja znajdywał.
— Dziękuję ekscelencyi za te słowa, ale wyjazd ten wydaje mi się wprost niewytłumaczalnym...
— Proszę pana... — rzekł generalissimus, podając Rouletabillowi krzesło proszę pana, to są sprawy sekretne! No, ale wobec pana nie mam tajemnic, prawda!
— O, ekscelencyo!
— Wezwałem pana przedewszystkiem, by panu powinszować i zapewnić, że tej przysługi nigdy nie zapomnę...
Rouletabille siedział jak na rozżarzonych węglach. Nie po to przyszedł, by mu gadano o zasługach, chciał się czegoś dowiedzieć o Iwanie.
— Właśnie, dzięki panu mogliśmy działać z zupełną pewnością siebie, wiedząc dość wcześnie, że o naszych planach mobilizacyjnych przeciwnik nie wie nic.
— Odnaleźliśmy je w skrytce kuferka bizantyńskiego. Były nietknięte.
Rouletabille cierpiał męki niewysłowione zmuszając się do odpowiedzi.
— Opowiadała mi to panna Wilczkow, którą zastałem po powrocie i nakreśliła dramatyczne okoliczności, w jakich pan dokonałeś dzieła.
— Panna Wilczkow pewnie musiała powiedzieć ekscelencyi, że nie mieliśmy czasu zabrać tych dokumentów, ale stwierdziwszy, że są nietknięte zatrzasnęliśmy napowrót skrytkę, w której były nadal bezpieczne.
— Tak, wiem to. Ale panna Wilczkow uwiadomiła mnie także o tem, że przedwczoraj przyniesiono jej ten kuferek, że pan go sam otwarł i że nie było w nim już owych dokumentów.
— To prawda! Ale nie trapiliśmy się już tem ich zniknięciem, ponieważ jasne jest, że przeciwnik odkrył skrytkę za późno dla siebie, albowiem te plany są dzisiaj znane całej Europie i stwierdzoną została ich genialność, przez świetne zwycięstwa armii bułgarskiej.
— Całe nieszczęście w tem — powiedział generał poważnym tonem — że ten pakiet zawierał nietylko same plany mobilizacyi i pochodu wojsk...
— A cóż takiego jeszcze? — zapytał nagle Rouletabille. przerażony coraz bardziej kierunkiem rozmowy.
— Niektóre z tych dokumentów — ciągnął dalej Władysławow — zawierały najdokładniejsze wskazówki, odnoszące się do naszego systemu służby wywiadowczej wojskowej w Turcyi, a zwłaszcza w samym Konstantynopolu. Najgorsze, że znajdują się tam spisy imienne wszystkich naszych szpiegów. wraz z szyframi, służącemi do korespondencyi z nami.
Rouletabille zerwał się.
— Nie wiedzieliśmy o tem! — zawołał.
— Jeśli nieprzyjaciel otwarł ten pakiet, to nietylko zachodzi niezwłoczna konieczność zmiany całego systemu, co jest w czasach obecnych niezmiernie utrudnione, ale oznacza to jednocześnie pewną śmierć kilkudziesięciu wiernych i oddanych sprawie ojczystej osobistości, których utrzymujemy w Konstantynopolu.
Wiadomość ta nie wywarła zbyt wielkiego wrażenia na Rouletabilla. Myślał o Iwanie.
— I cóż powiedziała, ekscelencyo, panna Iwana, dowiedziawszy się o tem? — spytał.
— Z początku była tak przerażoną jak i ja sam, potem jednak oświadczyła, że jest w jej mocy. by te dokumenty wróciły napowrót w stanie nietkniętym do moich rąk. Powiedziała, że może się to nawet stać wkrótce i nieprzyjaciel nie dowie się, co było w pakiecie. Oświadczyła, że wie gdzie się dokumenty znajdują i że je odzyska, o ile sama po nie pojedzie.
— Ach, mój Boże! — krzyknął reporter — więc to tak?... Teraz rozumiem... ach, to rzecz straszna! Pojechała!
— Tak, pojechała i powiedziała mi, że wróci niedługo...
— Niedługo? — spytał złamanym głosem.
— Nie wróci, ekscelencyo! — powiedział nagle twardo. — Nie wróci.
— A więc skłamała?
— Nie. Ekscelencyo! Dokumenty wrócą, wywiadowcy zostaną ocaleni, ale ona nie wróci!
— Jakto? Dlaczego? — pytał zaniepokojony generał.
— Wyjechała do Dedeagaczu? Prawda?
— Tak, do Dedeagaczu. Żądała auta, dałem jej najlepszy wóz generalnego sztabu i dodałem jej trzech jeńców tureckich, notablów wysokich z okręgu Istrandży, którzy znali Kara Selima, męża Iwany Wilczkow, bo Iwana jest teraz Iwaną Hanum, jak mi to powiedziała.
— Tak, ekscelencyo!
— Ale mąż jej zginął...
— Tak jest.
— Ci notable obiecali mi, za cenę wolności, zaopiekować się Iwaną, która jest teraz tego samego co oni wyznania i oprowadzić ją w Dedeagaczu, gdzie trzeba.
— Ekscelencyo! — zawołał reporter. — Powtarzam dokumenty przybędą, ale nie zobaczysz ekscelencyo więcej Iwany Wilczkow!
Wieść ta nie zdołała wzruszyć umysłu metodycznego ekscelencyi. Przeważał w nim patryotyzm. Wolał dostać z powrotem w ręce fatalne dokumenty, jak odzyskać Iwanę. Ale rozpacz Rouletabilla wzruszyła go nakoniec i zapytał z wyraźnem współczuciem, dlaczego sądzi, że Iwana nie powróci.
— Albowiem zaproponowano jej zamianę tych dokumentów za jej własną osobę, za jej osobiste szczęście, za życie!
Opowiedział przygodę w domku w Kirkilissie, zacytował list włożony przez Priskiego do kuferka, przez Priskiego, który był posłańcem Czerkiesa Kasbeka. — Co za szlachetna dziewczyna! — zawołał generał.
— Ekscelencyo! — powiedział reporter. — To jest czyn rozpaczy. akt bolu strasznego!
— Przepiękne poświęcenie! Byłoby to zupełnie zbyteczne ekscelencyo, gdybym był wszystko dość wcześnie wiedział... ale teraz... teraz... kiedy panna Wilczkow może przybyć do Dedeagaczu? —spytał nagle Rouletabille.
— Sądzę, że już tam jest!... Tak myślę przynajmniej!
— Więc wszystko przepadło! — jęknął Rouletabille. — Nie da się nic zrobić!
Skulił się w fotelu i zaczął płakać.
Generał zbliżył się, wziął go za rękę, starał się go pocieszyć, ale Rouletabille płakał i nie słyszał nic. Przeprosił za swe znalezienie się niewłaściwe i chciał odejść.
Ekscelencya odprowadził go aż do progu gabinetu i powiedział:
— Wspominał pan, że gdybyś wiedział o wszystkiem dość wcześnie, poświęcenie Iwany byłoby niepotrzebnem. Cóż to znaczy? czy możesz mi pan wytłumaczyć?
— Ekscelencyo! Gdybym był wiedział, to wprawdzie system wywiadowczy musiałby był zostać zmieniony, ale panna Iwana byłaby ocalała. Szpiegom nic by się nie stało, gdyż byłbym ich sam na czas uprzedził, byłbym zdążył i oni uciekliby przed odkryciem ich nazwisk. Czyż w tych warunkach nie byłbyś, ekscelencyo, sam powstrzymał panny Iwany?
— Niewątpliwie! — rzekł generał — żałuję bardzo, żem się zobaczył z panem dopiero teraz.
Powiedział mu jeszcze kilka słów pocieszenia i wyekspedyował go delikatnie za drzwi.
Rouletabille szedł jak pijany, Włodzimierz musiał go podtrzymywać. Nie daleko uszli gdy ich dogonił oficer sztabu generalnego.
— Proszę pana! — powiedział. — Szukam pana wszędzie! Mam panu oddać list od panny Wilczków.
— Kiedy go panu dała? — wrzasnął.
— Wczoraj rano, przed odjazdem!
— I dopiero teraz go otrzymuję?
— Było to życzeniem, a nawet rozkazem panny Wilczkow, bym wręczył panu list dopiero dzisiaj wieczorem.
Rouletabille rozerwał kopertę i przeczytał:
— Drogi Zo, żegnam cię na zawsze! Kochałam cię i ty wiedziałeś o tem.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Gaston Leroux i tłumacza: anonimowy.