Dziki Juhas

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz
Przerwa-Tetmajer
Tytuł Dziki Juhas
Pochodzenie Na Skalnem Podhalu T. 1
Data wydania 1903
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Wł. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
DZIKI JUHAS

Był jeden taki juhas z Jurgowa, strasznie dziki, a nazywał się Bronisław Luptowski — uhlarz, czyli węglarz, bo taki czarny był na twarzy, jakby z węglami w lesie robił, tylko mu niebieskie ogromne oczy z pod rzęs świeciły na białkach. O nim opowiadali, że kiedy na kogo spojrzał, choćby jaki śmiały chłop był, nie dotrzymał i cofnął się. Psy owczarki, człeku po pas, które do wilka same skakały, a i ku niedźwiedziowi, jak ich było przy szałasach trzy, cztery w kupie, szły: tylko się przed tym Luptowskim kurczyły pod siebie, a z daleka warczały, kiedy na jaką obcą polanę zaszedł. Siłę też miał taką, że dwie podkowy naraz łamał, jak pięt z osiki, a kiedy go zamknęli w areszcie w Nowym Targu — właśnie w kierpce orawskie z obcasami obuty był — tak się bawił, że skakał na piec, co tam był nizki, a z pieca na podłogę i za każdym razem obcasy po same pięty w podłogę wbił. To tak zdziurawił ten areszt, że się wszyscy stróżowie, komisarze i sami sędziowie zeszli i dziwowali, a ten najgłówniejszy sędzia nie mógł wytrzymać i dał mu papierka za tę sztukę, choć szkody narobił. Tak docyfrował podłogę, co cud!

A zły był taki, że o bądź co kogo prask w pysk, albo kopnął. To się ten też nim obejrzał, to już do góry nogami świat zobaczył. A zaś kiedy go chuć taka dopadła, to odbiegł wszystko i zatracił się gdzieś w lasach, że ani słychu widu o nim. Co robił: nie wiadomo. Czy po zbóju chodził, czy gdzie tak się tylko błąkał: nie wiedzieli ludzie. Jeżeli po zbóju chodził, to sam, bo się z nikim nie stowarzyszał. Ale on też ta za kierdelik zbójników starczył.
— Hej! Kieby Janosik jesce zył — mawiał czasem — poprógowali by my się, wtóry by był za hetmana? Bo z wami dziadami coz jo bedem robił? Héba byk wami w stodole młócił?
Ale to się mu tak gadało, bo każdy wie, że nad Janosika nie było chłopa i że on turnie plecami dźwigał, a kiedy skoczył, wierchowiec jodle urąbał ciupagą, a drugiej odstrzelił z pistoletu, czego ten juhas dokazać by nie potrafił. Ale żeby się był ku Janosikowi na drugiego zdał: to pewna.
W zimie on w domu u ojców robił, bo bardzo robotny był, a w lecie juhasił w górach, w Jaworowych sadach. A choć czasem owce odleciał i gdzieś się tłókł po Tatrach, rad go baca Ustupski widział, bo juhas to był, kiedy się wziął paść, że szeroko po świecie szukać. Owce się przy nim tak upasły, jak ulęgałki. Niedźwiedź się też nie miał co bardzo ku nim ze Szerokiej Jaworzyńskiej z kosówek podkradać, bo on czujny był, jak pies, a już dwa sprzątnął. Nie flintą, ani w oklepce, broń Boże: jednego kamieniem ogłuszył i rękami udusił, drugiego widłami żelaznemi przebił.
Nie było już później takich mocarnych ludzi.
Byliby go ludzie lubili, bo był świecny chłop, przystojny i zgrabny, i przemowę miał miłą i do rzeczy, ale to mu chybiało, że strasznie gwałtowny był i że go coś roznosiło od serca. To się mu też uchylali i nazywali dzikim juhasem. Zabił on już w bitkach troje ludzi, ale się ta o to wtedy nikt bardzo nie starał.
Dziewki go się też bały i uciekały przed nim, ale kiedy którą za rękę ujął, to już była jego.
A tak powiadali o nim, że i oczami tak splątał dziewce nogi, że drgnąć nie śmiała, tak właśnie, jak mówią o ptakach i wężu. To też miał on kochanek tyle, ile chciał, bo mu tam i w drogę wchodzić przy nich nikt się bardzo nie spieszył, ale sam mawiał o sobie: Jo mom telo freirek, kielo sysek na smreku, ale coby mie kochała wtoro, to nié.
On ich też nie kochał. Dziś był przy tej, jutro przy tamtej, zaś się wrócił, zaś nową znalazł. Co chciał to miał.
I co się nie zrobiło, zakochał się ten juhas w dziewce, co pasała krowy pod Muraniem. Co się mu stało, nikt nie mógł wyrozumieć Ale się tak odmienił, jakoby mu kto duszę wyjął i inną włożył. Co by mu się piérwej oczy były zaiskrzyły, a zęby zaświeciły we wargach, to sie teraz tylko uśmiechnął i odwrócił, albo poszedł dalej. Owce wyganiał w tamtą stronę, ku Muraniu, a choć na cudzem pasł, nikt mu się tam nie sprzeciwiał, bo nikt nie wiedział, czy się to uśmiechanie może nie skończyło, albo nie skończy do razu? Pasł, gdzie chciał. Wyganiał owce w Murań, a juhasom tamtejszym mówił:
— Idźcie paść w Syrokom Jaworzyńskom.
— Kie sie boimy wasego bacy.
A on się uśmiéchnął:
— E, juzek go pytał, coby wam niebronił.
To śmiało szli, bo już wiedzieli, że ani papier z urzędu tyle nie wart, co ta prośba.
I tak nie było krzywdy, ani niezgody.
A ona dziewka pochodziła ze Zdziaru, gdzie sławne są z urody kobiety. Nazywała się Agnieszka Hawrańcówna, i nie uwierzyłby nikt, tak się na tego Bronisława Luptowskiego patrzyła, jak na pniak. Nie mógł sobie z nią nijakim światem rady dać.
— Jagniś — mówił jej — nie bedzies mię lubiła?
A ona mu mówi:
— Nié.
— Bez coz tak?
— Bo mi się nie widzis.
A on tak do niej mówił, jak do obrazu świętego, a ona do niego, jak do psa. I cóż mu tam było po tej sile i po tej tęgości?!
Inną to byłby za rękę ścisnął, ażby jej pręgi czerwone poza pięść wyszły — i tuś! A tu to się tylko patrzał, jak do nieba, a matka tak mało kiedy do dziecka się ładnie odezwie, jak on do tej Agnieszki. I gdy wtedy ludzie widzieli, że tyle zmiękł, to, żeby się go byli nie bali z pamięci i żeby nie to, że nie wiedzieli, czy to tego długo będzie, toby był który niektóry wnet mu pięścią między oczy za co dawniejszego zapłacił.
Dośmielała z nim ta dziewka w straszny sposób. Nie na szopę wieczorem, ale go w dzień do szałasu puścić nie chciała, choć ludzie byli, a kiedy wlazł, jak jej nie było, wyganiała go potem w pole:
— Ce tu fces?! Tyś niepili! Idź ku swoim! Co tu mos do roboty pomiędzy nos? Wynoś się! Ty dyable!
A on nic, tylko na nią spojrzał tak, jakby pacierz mówił, wstał i do pola szedł. Ludzie mówili: dobrze mu tak, ale niejednej dziewczynie go tak żal było, żeby go była rada przytuliła ku sobie. On jednak już niewidział żadnej, tylko tę Agnieszkę Hawrańcównę ze Zdziaru.
I tak się stało że się zeszli raz ku wieczorowi w upłazie pod Muraniem, ona z krowami poniżej, on z owcami powyżej. Przyszedł ku niej, pyta się:
— Dos mi siąść przy sobie?
— Teloz byk cie nie widziała.
— To mię juz tak ciérpieć niémozes?
— Niémogem.
— Ale bez co przecie? Dy tu jakasi przycyna musi być!
— Jest.
— Jakoz?
— Bok ślubowała Jędrzkowi Hawrańcowi, co przy kirysyerak słuzy.
Dopiero jak on się porwie, jak krzyknie:
— To bez to ino! Hej, a jo myśloł, ze wto wié co!
I złapał ją na ręce, tak jak jagnię, i niesie w górę ku owcom, w turnie. Ona czy oniemiała ze strachu, czy taka cięta była, ani nie krzyknęła; nie było też ta po co krzyczeć, bo ktoby tam był za nim szedł...
Wyniósł ją na płasienkę ku owcom, położył na ziemi, klęknął nad nią, powiada:
— Mojaś!
— Nie twojak!
— Tu cię zrucem z tej turnie w przepaść!
— Nie zrucis!
— Nié?! Wto cię obroni?
— Ty som!
— Jo som?!
— Twoja miłość!
I dopiero wtedy stało się, czego nigdy przenigdy nie widywali ludzie na świecie. Puścił ją; kiedy skoczy, kiedy chwyci owcę najbliższą — cisnął w dół! Latał po upłazie, wyżej trzydziestu owiec, co je wygnał, zeprał na kupę tak, jako z dwóch pięter. Zrobił się wał z tych pobitych owiec. Taki wściekły był.
Ona się tymczasem zerwała z ziemi i uciekła do szałasów.
Kiedy już z temi owcami skończył, musiał zesłabnąć, bo legł piersiami do góry i już noc nadchodziła, a jego jeszcze tam znać było, jak się czernił na trawie do miesiąca. Nie wiedzieli ludzie, co robi, czy omglał, czy co, ale się bali iść ku niemu zaglądać.
Do rana też nie było z niego szlaku znaku i nigdy on już więcej pod Murań nie przyszedł.
Myśleli zrazu i w Jaworowych Sadach i tam, że się może do wojska dał, bo właśnie przyjechali do Lewoczy rajtarzy cesarscy z werbunkiem, ale to się nie stało tak.
W nocy on się dźwignął z tego leżenia i przykradł się ku szopie Agnieszczynej, co na kraju pod pagórkiem stała; psy nie szczekały, bo go znały dobrze. Ujmie z pagórka w ręce kamień, coby go i trzech chłopów ledwie podjęło, wzniósł nad głowę — wiedział, w której stronie Agnieszka sypia — tu! tu! byłby dach zgniótł i ją zabił. Zamierzył się raz — spuścił ręce; zamierzył się drugi raz — to samo; za trzecim razem cisnął kamień w bajorko. I tylko sobie powiedział po cichu: Ej Jagniś! Jagniś!...
Taki chłop! Byłby przecie wszystkie szopy mógł rozmieść ze wszystkimi juhasami w nich!
I tak jakby się sam siebie bał, skoczył w las. Z lasu w kosodrzewinę, w upłazy, przeleciał przełęcz Jaworzyńską, skiełznął na dół, w ten bór stary, co wtedy popod Rówienki rósł. Tam smreki bywały grube, jak filary w kościele, a konarami obite do ziemi, że mało z pod nich do nieba było widno. Paproci, wszelijakiego ziela, szczawiów, łopuchów, traw: wyżej kolan. Gąszcz straszny. Pnie z pniów rosną, noga klęśnie w próchnie, tramy, kłody, bale nawalone pomiędzy głazy jedno na drugie, a wszędzie mech zielony, zawilgły i mchy wiszą z konarów, siwozielone, długie, jak brody. A między drzewami żółte, wysokie kwiaty rosną — to się czasem tak zaświeci z za gałęzi, żebyś rzekł, złego co patrzy na cię, aż się wzdrygniesz. I cicho tak, jak wiatru niema, że ani szmeru. Wody nawet w potoku nie słychać z dołu. Głuchy bór, jak trup.
Tam on się zatrzymał, ten juhas Luptowski, a jeszcze była tęga noc, bo on ta sporo mógł chodzić.
Obaczył się w tej puszczy i powiada: Hej lesie! lesie! Abo jo, abo ty!
Co mu to do myśli przyszło?! Czysto oszalał!
Złapie jeden konar — pociągnie — trzask! ukruszył. Złapie drugi, trzeci, młode smreczki, łamie targa, z korzeniami rwie. Do starych smreków ze zębami skacze, korę z drzewa wydziera, aż mu krew z pianą z ust bryzga. Huk, trzask, łomot po lesie, że strzelcy, koziarze ze Zakopanego, co tam niedaleko nocowali, myśleli, że się niedźwiedź gdzie pod Żabiem, bo tam radzi Białczanie zastawiali, w oklepiec złapał i ku Rówienkom go przywlekł. A niedźwiedź w oklepcu strasznie las łamie. Ale się bali tam iść że noc.
Ku ranu ustało hałasić.
— Zmordował się biédok — mówią strzelcy — trza ku niemu iść zajźréć, cyby go jako nie ozpętać, kie mu się tak w tyk zelazak cnie...
Idą, stanęli, jak żeby im kto po oczach siarką chlusnął, aż im strzelby zadygotały w rękach, a Tyrale podobno i wypadła.
Tu nagruchotane konarów, drzewek, łom, skręty, zwał, aż się polanka w lesie zrobiła z widokiem; tam, pod smrekiem, człowiek w potarganej koszuli juhaskiej, z poszarpanym pasem, cały we krwi, z polepionemi od niej włosami, podrapany, z dziurami po ciele, jakby go kto na bronie włóczył. Dobrze się namyślali, co zrobić, czy przystąpić, czy uciekać, tak ich strach zdjął.
— Nic, ino się dyabeł wściók — powiada Capek.
— Abo się mocował z jakim duhem i zmóg go — powiada Suleja.
— Ej! — mówi Tyrała z Kościelisk, bo on ta rad w takie rzeczy wierzył — jo wiem! Cy je pote nie tén, co grzyhy swoje, jako żywe miéso, na ramieniak nosił i zębami targał?
— Abo cosi kogo pobiło? — mówi Capek.
— Abo wto wié, cy pote dyabeł cłeka nie udusił ka i haw nie prasnon? — powiada Suleja.
— E! — mówi Tyrała — Ze cozby haw do rania ś nim po lesie jeździł?! Cy ty myślis, ze to tak, jako w karcymie, kie się dwa weznom wodzić za łby? Zły duk nie potrzebuje, ino cię tknonć! Durknie do tobie palce — toś juz hań!
Ale stary Jędrzej Sieczka, mądry chłop, nie gwarzy nic, tylko patrzy i siepnie się:
— Co ta pleciecie figle! Fafrosy! Jo tego hłopa mom zkądsi znać. Pockojcie no! Słonko prawie zaświéciło jasno, przypotrzem się mu.
Przyjdzie, patrzy, krzyknie:
— E dyć to dziki juhas z Jurgowa! Widziołew go nie roz i nie dwa! Nie tak, ale musioł ogłupieć i nik tu ta tego montu nie narobił, ino on som. Zdziurawił se piéknie piersi, syję, gębę, rence na sękak. Taki je jak sito! Ale co się mu stało? Ludzie na świecie!
— Ale ze to był hłop! mówi Tyrała, bo się juz dośmielili wszyscy za Sieczką ku niemu podejść.
— Dziki juhas? Luptowski! Jo go znoł! — powiada Suleja. — Ten kieby cię był do garści dopod, tobyś był hnet w powietrzu zebami pięty gonił! Widziołek go na jarmaku w Lewocy, kie se konia na ramionak nosił, jak jorkę.
— Hej, spotkołew go i jo kielka razy — mówi Sieczka. — Roz se na śpas koło młyńskie zahamował ręką w Saflarak. My prawie jechali z miasta. Młynorz leci — ki się dyabli zrobiło?! — jaze się przezegnoł, a ten trzymie i śmieje się wereda. Co mi dos? — pado — to ci puscem. Musioł mu dać dwa cwancygiery. Ino ze to nie biédny cłek, ten Kamiński w Saflarak.
— Ojce Siecka, słiście! — odzywa się Suleja. — Mnie się widzi, ze on zywy jesce! Drgo!
Nachylił się Sieczka, a on właśnie, ten juhas, oczy otworzył i szepce: Hej, co mie zmogło? To dwoje: dziéwka i las!...
I umarł.


Na Skalnem Podhalu ornament (4).jpg


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kazimierz Przerwa-Tetmajer.