Dziewięć kochanek kawalera Dorna
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Dziewięć kochanek kawalera Dorna |
| Pochodzenie | O duchach djabłach i kobietach |
| Wydawca | Gebethner i Wolff |
| Data wyd. | 1927 |
| Druk | Zakł. Druk. F. Wyszyński i S-ka |
| Miejsce wyd. | Warszawa; Kraków; Lublin; Łódź; Paryż; Poznań; Wilno; Zakopane |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały zbiór |
| Indeks stron | |
DORNA
Ktokolwiek będzie czytał tę historję tak żałosną, że mnie, który ją spisał, przez noc jedną zbielały włosy, niech wie, że kawaler Dorn nie jest dlatego nazwany kawalerem, iż miał kiedykolwiek do czynienia z końmi i ze szpadą. Kawaler Dorn nigdy w życiu swojem nieszczęsnem nie siedział na koniu, nigdy też nie władał szpadą. Kawaler Dorn jest dlatego i poprostu nazwany kawalerem, że nie miał nigdy żony.
Usłyszawszy o tem, mógłby rzec niejeden: „jeżeli kawaler Dorn nigdy nie miał żony, dlaczego tedy życie jego nazwane zostało nieszczęsnem, a historja jego żałosną?“ Ha! Wyborną mam dla takiego odpowiedź, tę mianowicie, że chociaż małżeństwo może być zaliczone do największych klęsk świata, jednak nie jest ono klęską jedyną, bo oto okaże się, że już samo dążenie do małżeństwa może sprowadzić na człowieka nieszczęścia tak bardzo przeraźliwe, że niemal samemu małżeństwu równe. Widać z tego, że mądra natura chce uchronić człowieka przed tem, co mu nieuchronną grozi zgubą, więc go doświadcza i ostrzega, piętrzy przeszkody przed ślepą jego namiętnością i daje mu znaki gwałtowne, aby się zatrzymał nad przepaścią. Głupstwo ludzkie jest jednak silniejsze od natury, która nie ma dość mocy i potęgi, aby wstrzymać człowieka przed rozpętaniem w sobie namiętności. Jeśli się na ten przykład człowiek postanowił upić, co mnie i naturę zawsze żywą napełnia boleścią, cóż może przeciwko temu uczynić najstraszliwsza potęga natury? Nic! Rozpęta ona żywioły, będzie biła piorunami na prawo i lewo, zatrzęsie ziemią, góry zrówna z dolinami, zmieni łożyska rzek, każe oceanom pochłonąć lądy a człowiek jednak się upije. Jest to tylko nieznaczny przykład, jak mocna jest namiętność w sercu człowieczem.
Jakżeż straszliwe czyni ona wysiłki, jeśli idzie o kobietę!
Oto właśnie tu się rozpoczyna żałosna i frasobliwa historja kawalera Stanisława Dorna, który był Polakiem, mimo swego dziwnego nazwiska.
Był to przyjaciel mój, którego bardzo miłowałem. Szczupły, wiotki, łagodnego usposobienia, miał oczy niebieskie, takie, któremi zawsze patrzy marzenie, wypatrując na horyzoncie czegoś, co nigdy się nie zjawi. Zawsze blady, hodował w sobie melancholję. Serce miał tak napełnione potrzebą kochania, jak owoc słodyczą, źródło czystością wody, jak dusza kobiety napełniona jest żółtą nienawiścią, jak dziennikarski kałamarz plugastwem, jak niebo napełnione jest aniołami, pszczołami ul, kryminał rzezimieszkami, co wszystko ma znaczyć, że tą potrzebą kochania napełnione było po brzegi. Wszystko, co było w tym człowieku, było pragnieniem kobiety.
— Taką możnaby spotkać tylko w niebie i czy ja wiem — może w Indjach...
— W Indjach... tak... może w Indjach, — szeptał Dorn jakby do siebie, patrząc na obraz z zachwytem.
W tym czasie kochał się w pannie sklepowej, która sprzedawała zapalniczki do papierosów. Dorn miał ich już kilkadziesiąt, co dnia bowiem od pewnego czasu kupował jedną i, kupując, wzdychał. Panienka miała narzeczonego, konnego policjanta, dość więc trudno było blademu człowiekowi bez konia dotrzymać placu rumianemu człowiekowi z koniem. Sam koń był dla panienki więcej wart, niż cały Dorn.
Taki oto był ten dziwny i biedny kawaler, który kochał zawsze i nigdy nie mógł znaleźć, który był blady, jak jego marzenie. Klątwa jakaś wisiała nad zacnym i miłym Dornem. Kiedy, przeszedłszy przez mękę miłości pełnej westchnień, był już blisko tak niebiańskiej swojej kochanki, że tylko rękę wyciągnąć, a poczuje w dłoni jej serce i choćby jedną jędrną pierś, stawało się zawsze coś, przychodziło skądciś coś, co go uderzało nielitościwie i odtrącało w przepaść rozpaczy. Miłość postępowała okrutnie z tym, który jej służył tak pokornie, jak niewolnik.
Kawaler Dorn płakał i prosił Boga o śmierć, śmierć jednak tak zawsze była gdzieś zajęta, że nie mogła mu służyć. Wreszcie wielka jakaś rozpacz spakowała mojemu przyjacielowi kufry i gdzieś go poniosła. Nie widziałem go długie lata, co mnie z początku na jakieś siedem minut napełniło wielkim smutkiem, miły to bowiem był człowiek, choć kulawy na umyśle. Pocieszyłem się tem jednak, że mu na szerokim świecie będzie lepiej, i westchnąłem, aby niebo zdjęło z niego klątwę i namówiło jakąś duszę niewieścią, aby się nie oparła miękkiej i łagodnej duszy Dorna. Postępowanie nieba nie byłoby wcale zdrożnością. Dorn bowiem nie pragnął łajdactwu, tylko żony. Dorn chciał się ożenić. Dziedziczne obciążenie objawia się u jednego gruźlicą, u innego skłonnością do alkoholu, u innego jeszcze epilepsją, a Dorn chciał się ożenić. Może dlatego tak wielką irytacją napełnił Pana Boga.
Minęło parę lat, odkąd świat pochłonął Dorna, jak ogromna gąbka pochłania niedostrzegalne morskie stworzonka. Onegdaj przyniesiono mi list, który powiadał:
...Pański przyjaciel, Stanisław Dorn, znajduje się w moim prywatnym zakładzie dla nerwowo chorych. Przeszedł niedawno tragiczny wypadek i był ranny i, choć jest jeszcze bardzo osłabiony, pragnie Pana zobaczyć... Niech pan raczy nie odmówić prośbie biednego chorego i zechce go odwiedzić...
Dorn!? Skąd, jak, kiedy? I dlaczego u warjatów? Właściwie dlaczego dopiero teraz? Tak. Co się odwlecze, to nie uciecze, chyba że idzie o pożyczkę u przyjaciela. Wprawdzie człowiek odwiedza niechętnie domy warjatów, gdzie na niego patrzą z litościwym uśmiechem, który powiada: „Ach, to pan jeszcze do nas nie na stałe? No, ale chyba już niedługo, drogi panie!“... — poszedłem jednak czem prędzej odwiedzić starego przyjaciela, zostawiwszy na wszelki wypadek listy objaśniające, gdzie mnie należy szukać, w razie, gdybym u warjatów zanadto im tam przypadł do serca, co nie było nieprawdopodobne.
Był to jednak, na szczęście, tylko taki miły dom, gdzie leczono lekkie zaburzenia nerwów i umysłu, wstępna klasa dla warjatów dojrzałych, godnych wyższej szkoły. Wśród wszelkich wygód i wykwintu leczono tu bogatych chorych, szczególnie zaś damy, dotknięte jakąś nieszkodliwą manją, udawaniem stanu błogosławionego, lub coś w tym rodzaju. Dorn był odosobniony i miał osobny apartamencik, tak położony, żeby się nie mógł spotkać z płcią damską.
— Wtedy wpada w furję!... — objaśniał mnie lekarz, sam jeszcze nie warjat. — Poza tem jest to człowiek biedny i nieszczęśliwy. Nic mu nie jest, jak długo nie widzi kobiety...
— Niemożliwe... Dorn uwielbiał kobiety!
— To też musiał coś niecoś oszaleć.
— I będzie zdrów?
— Przecież mu właściwie nic nie jest, a będzie z nim źle, kiedy po raz pierwszy spotka kobietę, jakąkolwiek. Wtedy zrobi to, co zrobił.
— Przecież jest rzeczą niemożliwą, aby nie spotkać kobiety...
— Tak, dość trudno, — zauważył bystro doktór.
— A cóż on właściwie zrobił?
— Nic nadzwyczajnego, sam to zresztą panu opowie. Nie wiem, czy mi wolno...
— Przepraszam, doktorze, czy można z nim rozmawiać bezpiecznie, chciałem rzec właściwie — spokojnie?
— Ależ tak, przecież pan jest mężczyzną.
Dziwne rzeczy! Zaciekawiony poszedłem do Dorna.
Siedział w wygodnym fotelu z obwiązaną bandażami głową; obok fotela oparte stały szczudła; wyglądał tak, jakby był w srogiej bitwie.
— Dorn! na Boga! to ty?...
— Podobno ja! — odrzekł cicho i serdecznie, wyciągnął ku mnie lewą rękę, bo prawą miał na temblaku, owitą bandażem. — Dziękuję ci, że przyszedłeś. Jesteś dobry.
— Przybiegłem, nie przyszedłem! Co ci się stało, Dorn?
— Dużo mi się stało.
— Jak dawno jesteś w Warszawie? Jak to się mogło stać, że nic nie wiedziałem o twoim powrocie?
— To długa historja, przyjacielu, — rzekł słodko Dorn.
Bardzo był smutny i jeszcze bledszy, niż zwykle. Postarzał, na twarzy widać było stare smutki i szarą rezygnację.
I wtedy zaczął mi opowiadać niesamowitą swoją historję. Opowiadał ją przez dni kilka, sił mu bowiem brakło do opowiadania, a mnie do słuchania. Wtedy zrozumiałem wielkie nieszczęście tego człowieka i postanowiłem osiwieć przez jedną noc, co mi się udało przy niejakim wysiłku, tak bardzo bowiem, chociaż w ten mizerny sposób, starałem się wyrazić głębokie współczucie temu człowiekowi, tak pełnemu nieszczęść, jak żółć jest pełna kamieni. Niechaj to porównanie bolesne i okropne da miarę jego nieszczęść.
| — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — |
— Przyjacielu mój! — mówił powoli Dorn, — życie jest złe i ciężkie.
— Och, tak! — westchnąłem, uderzony niezmierną trafnością tego spostrzeżenia.
— Przez całe życie szukałem kobiety...
— Biedaku!
— I nie znalazłem. Cierpiałem tak straszne męki, jak ten, co to gdzieś o nim czytałem, że był już blisko jednego kraju, ale tylko go ujrzał z góry, bo umarł...
— Tak, słyszałem. Opowiadają to o Mojżeszu...
— Może być. I pamiętasz, kiedy mi powiedziałeś, że ta, do której tęskniłem całą moją duszą, może jest w Indjach.
— Nigdy nie zapomnę!
— Pchnąłeś wtedy moją myśl w bezkres... I to był pierwszy dzień moich nieprawdopodobnych nieszczęść.
— Boże drogi, to ja jestem winien!
— Nie ty. Każdemu człowiekowi byłoby się udało, mnie się udać nie mogło. Nade mną ciąży klątwa. Jakaś kobieta musiała mnie urzec, kiedy jeszcze byłem w łonie matki mojej...
— Takie wypadki bywały...
— Przewędrowałem cały świat. Ścigałem marzenie. Szukałem odrobiny szczęścia, szukałem jej — tej jedynej kobiety, której byłbym upadł do nóg i powiedział: weź moją duszę, mój majątek, weź mnie całego.
— I nie znalazłeś? Niemożliwe.
— Tak, w to trudno uwierzyć, prawda? Świat jest przecie w połowie ludzkości wypełniony kobietami.
— Niestety.
— A ja nie znalazłem. Właściwie źle mówię. Przyjacielu, znalazłem, znalazłem! Dziewięć razy byłem bliski szczęścia i dziewięć razy stało się coś takiego, co mnie napełnić musiało odrazą, zgrozą, trwogą, rozpaczą, szaleństwem. Musiałem uciekać, gryźć palce, tłuc głową o mur.
— Okropne!
— Tak, okropne. Miałem w duszy wymalowaną postać kobiety, miałem ją w oczach, miałem ją w minjaturze, w najdrobniejszej myśli. Szukałem więc podobnej. Dziewięć razy chwyciłem rajskiego ptaka za skrzydło... Miałem dziewięć tragicznych kochanek, które nie należały do mnie.
Pomyślałem w tej chwili, że takich kochanek, które nie należą do człowieka, można mieć łatwo sto trzydzieści cztery na minutę, nie powiedziałem tego jednak Dornowi, bo był bardzo, bardzo biedny.
— Opowiem ci wszystko, — mówił Dorn — aby cię ostrzec, gdybyś i ty kiedykolwiek chciał szukać kobiety.
Uczyniłem ponurą twarz; w tej chwili każda kobieta na ziemi przerachowałaby się, gdyby dybała na mnie.
— ...Opowiem ci krótko. Wszystko jedno, gdzie się to działo, to obojętne tak samo, jak obojętne są ich imiona.
— Każda kobieta nazywa się Ewa...
— Tak; lecz nie o to idzie. Żadna mnie nie zdradziła, bo żadna nie była moją.
— To straszne!
— Nie mogła być moją, to straszniejsze i to jest moja klątwa. Słuchaj!... Słuchaj!... i śmiej się, bo to śmieszne, to strasznie śmieszne. Kiedy opuściłem Warszawę, daleko już poza nią, drzemałem w przedziale pierwszej klasy. Na którejś z większych stacyj stało się coś, co mnie przyprawiło o zawrót głowy. Myślałem, że słońce postanowiło przejechać resztę swej drogi do skończenia dnia koleją i wsiadło do mojego przedziału.
— A to była kobieta?!
— Tak. Szybko odgadłeś. O, ty znasz życie, mój drogi!
— Cokolwiek. I cóż dalej?
— To było dalej, że porównanie ze słońcem ubliżyło tej kobiecie.
— O, o!
— Tak! Był to cud najpiękniejszy Pana Boga; niebiańska rozkosz, przybrana w ludzkie ciało. Smukła i gibka jak trzcina, z szafirowemi oczyma, blada z leciutką zorzą rumieńca, usta wąskie, brwi wygięte takim łukiem, jakiego sobie nie wyobrazi ten, który go nie widział. Są to jednak podrzędne szczegóły przedziwnej piękności, a jednak gasnące wobec piękności tego, co było koroną jej królewskości. Takich włosów, jakie miała ta kobieta, nie ma nikt drugi na świecie. Gdybyś stopił w równych częściach miedź i złoto, potem zaś z tego stopu gdybyś wysnuł nici, cienkości słonecznych promieni, gdybyś to potem skłębił w niesłychanej bujności, w przesadzie zbytku, w ciężkiem bogactwie, które omdlewa same sobą zachwycone, wtedy miałbyś wyobrażenie słabe o włosach tej kobiety.
— Uwielbiam śliczne włosy — szepnąłem olśniony. — Najbrzydsza kobieta nie jest brzydka, jeśli włosy ma piękne. Czy miały zapach?
— O, pachniały jak szczęście, jak kwiaty, jak dobra nowina, jak miłosny list, ach, taką miały woń, jak niewinna miłość...
— Miły jest zapach niewinnej miłości! — szepnąłem w zamyśleniu.
— Nie mogłem od tych włosów oderwać wzroku. Patrzyłem natarczywie, obłąkanemi oczyma.
„Oto jest — mówiłem do siebie, milcząc — oto jest diadem kobiety; oto jest płomienista korona księżniczki, oto jest miedziany płomień ogniska, w którym spłonę jak ćma!“.
Musiałem mieć tak wyraźny zachwyt w oczach, że ta cudowna kobieta spojrzała na mnie jakby z błyskiem przerażenia, którego pojąć nie mogłem, bo któż się obawia człowieka zachwyconego? — po chwili jednak uśmiechnęła się smutno. Smutek kobiety przyprawia mnie o szaleństwo...
— A radość kobiety?
— Także o szaleństwo. Ale smutek przyprawia mnie o nie prędzej i skuteczniej. Nie minęło pięciu minut, a ja byłem zakochany.
— A ona?
— Ona? Zaczęła czytać książkę. Nie spuszczałem z niej oczu, oczyma i każdą myślą, niewidocznem drżeniem warg całowałem jej miedziano-złote włosy. Kiedy podniosła na mnie wzrok, ujrzała w moich oczach wyznanie, nie ciche, uległe wyznane, lecz krzyk miłości. Krzyk ten był z purpury. Uśmiechnęła się, a ja poznałem, że wreszcie uśmiechnął się do mnie mój przeklęty los. Los mój był pognębiony.
— Co mówiła?
— Mówiła, że ją cieszy moje nieme uwielbienie; że jedzie dość daleko do rodziny; że zrobię jej przyjemność, jeśli nie będę wpatrywał się w nią, jak w obraz, gdyż ją to zawstydza. Wtedy rzekłem: Pani! nie będę patrzył w oczy pani, lecz cud pani włosów mnie odurza. — Włosy moje są mojem nieszczęściem — rzekła cicho. — Od dziś staną się szczęściem pani! — Jak, dlaczego? — Kocham włosy pani, kocham panią! — opowiadam, naturalnie w ogromnem skróceniu, bo to trwało długo. Wtedy ona osłabła i zbladła. W oczach jej ujrzałem łzy...
— Mój Boże!
— Tak, mój drogi! Nagłość szczęścia oślepia jak piorun. Ta piorunująca nagłość przyprawiła ją o łzy. Patrzyła na mnie tak rzewnie i z takiem rozczuleniem, że dusza moja dostała skrzydeł i poleciała do nieba. Tam sobie wyprosiła wielką miłość dla tej kobiety smutnej i tak złociście pięknej. Kiedy zapadł mrok, całowałem jej ręce. Pokazałem jej moje serce, które było bez fałszu i duszę, która nigdy nie była zdolna do obłudy. Widziała jasno, że nie poszukuję przygód i nie poluję na kobietę, jak na ogłupioną zwierzynę, więc mnie gładziła po głowie i dotykała moich włosów niewypowiedzianą pieszczotą rąk, tak dziwnie białych, jak perłowość letniego świtu. Mówiła do mnie rzewnie i tak tkliwie, że byłbym dla niej, na jedno jej skinienie, wyskoczył przez okno pędzącego pociągu. Mój Boże! Oto za wszystkie niedole, za wszystką miłość zmarnowaną, nagle, niespodzianie, jak brylant wśród drogi znalazłem ją, tę kobietę anielską. Była panną, niezależną, z nikim i z niczem niezwiązaną. Kiedy ucałowałem jej usta, myślałem, że zemdleję. Wtedy przysiągłem jej, że będzie moją żoną...
— Ależ to lekkomyślność!
— Lekkomyślność? Miłość bez szaleństwa, bez złotego szaleństwa lekkomyślności, jest ptakiem bez skrzydeł. Znasz mnie, wiesz, że w sprawach miłości jestem szaleńcem. Ja nie kłamałem.
— A ona w to uwierzyła? Kobieta nigdy nie wierzy, ale wierzy zawsze.
— Kobieta wierzy nie człowiekowi, lecz instynktowi miłości swojej. Ona uwierzyła. Miłość ma sto oczu nieomylnych. A przecież ja nie kłamałem. Tak, nie kłamałem, że mnie rozpaczą napełniło to, że nie można zaraz, natychmiast dać jej dowodu Prawdy, że nie można wziąć ślubu.
— W istocie, w pociągu trudno... I cóż, i cóż dalej?
— Mówiliśmy długo. Każde jej słowo było przeplecione łzą, jak szmaragdy przeplata się perłami. Płakała cichutko, potem zmęczona nadmiarem wrażeń, usnęła z głową opartą o plusz wagonowej ławki. Ja nie zdejmowałem z niej oczu i wypatrywałem je przy mdłem świetle dychawicznej lampy gazowej. Była tak piękna, że odurzenie moje zwiększało się coraz bardziej. Jej musiało się śnić coś przykrego, czasem we śnie wstrząsnął nią dreszcz. Raz podniosła powieki i uśmiechnęła się smutno. Była widocznie wyczerpana, więc ująłem ją lekko za ramiona i ułożyłem na piersi swojej jej głowę. Niech śpi, a ja będę czuwał nad nią, jak nad dzieckiem. Gładziłem jej cudne włosy lekko, zanurzając w nie delikatnie palce. Po raz pierwszy w życiu stałem się odważny jak bohater, — przecież ta kobieta jest moją i będzie moją, przecież to moja kochanka. Patrzyłem przed siebie w ścianę wagonu, a przez nią w wielkie moje szczęście, które moje już będzie jutro, bo wzejdzie ze świtem. Świt już obmywał okna z mokrej rosy, gazowa lampka zgasła. Nie śmiałem oddychać, aby jej nie zbudzić, tylko ręce moje drżały, drżały moje palce, zanurzone w złoto i miedź, jak w skarbiec. Poczułem w tej chwili, że niesforny złoty kosmyk splątał się z łapkami pierścionka, przytrzymującemi brylant. Sprawiło mi to niewysłowioną radość. „Oto są moje zaręczyny!“ — pomyślałem — „oto wróżba cudowna!“ I uśmiechnąłem się do zorzy. Tak, dobrze pamiętam, uśmiechnąłem się.
— To śliczne! — szepnąłem.
— Tak, to było śliczne... W tej właśnie chwili stało się coś okropnego. Usłyszałem nagły, przeraźliwy, przeciągły gwizd lokomotywy. Pociąg się szarpnął, jakby przerażony, zgrzytnął całem cielskiem, jakby zaskowyczał ze strachu, i drgnął tak, jakby się w trwodze chciał cofnąć. Mgnienie nagłej rozpaczy szarpnęło pociągiem. Rzucony gwałtownym ruchem, miałem tylko tyle czasu, jedną sekundę, by jej nie wypuścić z rąk, ale ona zerwała się w przerażeniu. Trwało to jedno mgnienie oka. Poczułem szarpnięcie mojej ręki i usłyszałem krzyk tak okropnie bolesny, że mam do dziś głos ten w uszach. To ona krzyknęła. Pociąg stał spokojnie. Przede mną stała kobieta ohydna: z nagą, strasznie nagą czaszką. Włosy jej, złote i miedziane, trzymałem w ręku uwikłane w palcach moich, jak w szponach.
— Boże jedyny!
— Przede mną stała śmierć! Straszna, okropna śmierć! Nagle krzyknęła: „Oddaj pan to“ i wyrwała mi z rąk złoty stos włosów. Plunęła mi W twarz.
— To nie była śmierć... Śmierć nie pluje.
— Masz rację. Śmierć nie może być tak okropnie straszna, jak łysa kobieta.
— I co, co dalej?
— Nie wiem... Przysięgam ci, że nie wiem. Pewnie uciekła, a rzeczy jej zabrano później. Nie wiem, bo byłem umarły i dlatego myślałem, że to jednak była śmierć.
— Biedaku!
— Nie żałuj mnie. Tak widocznie być musiało. Ja jestem przeklęty. Ten pociąg z pewnością prowadził djabeł i udał fałszywą katastrofę, aby mnie pognębić. Aha! zapomniałem ci powiedzieć, że jej włosy nietylko zaplątały się w pierścionek, ale na dobitek oplątały guzik mego surduta.
— Mój Boże! — westchnąłem, — szczęście człowieka zależy czasem od guzika.
— Uwaga twoja jest głęboka — rzekł Dorn. — Tak też i ja myślałem, kiedy zrozpaczony i pobity przez los, bezsilny jak Samson, którego moc odbiegła razem z włosami...
— Przecież to nie były twoje włosy.
— Tak, ale nie były także i jej, a moje były raczej dlatego, że je kochałem. Więc byłem bezsilny. Tułałem się od tej pory, jak człowiek żywy po piekle.
— Szukałeś dalej?
— Tak, szukałem bez wytchnienia. A to, co ci dotąd opowiedziałem, to tylko mizerny wstęp do całego szeregu katastrof. Miłość moja była zawsze tragiczna. Posłuchaj, co się dalej stało...
Dorn rozpoczął długą opowieść, a ja, słuchając go, miałem jedno oko pełne łez, a drugie pełne śmiechu. Wiele widziałem tragikomedyj, ten człowiek jednak przeżył najdziksze, wymyślone przez najzłośliwszego z djabłów. Powtórzę jego opowieść, zaniechawszy powtarzania moich zdawkowych uwag, któremi przeplatałem jego opowiadanie, kiedy mu brakło słów, tchu lub kiedy, milcząc przez dłuższą chwilę, grzebał w swoich straszliwych wspomnieniach.
Niedługo po okropnej przygodzie z łysą dziewicą siedział Dorn wieczorem w dość smętnej knajpie wielkiego miasta, ohydnie złoconej i wyświechtanej... Snuły się po niej pięknie malowane kobiety. Podejrzani dżentelmeni pili konjak z sodową wodą. Dorn siedział samotny i, paląc papierosa, wił sobie z jego dymu niestworzone historje, którym się przyglądał z tępą, bolesną obojętnością. Wiele kobiet patrzyło w oczy bladego młodzieńca, on jednak nie widział żadnej. Bał się spojrzeć, gdyż wszystkie włosy kobiece wydawały mu się fałszywe. Raz krzyknął zduszonym głosem, kiedy któraś z dziewic gwałtownym ruchem zdarła sobie z głowy kapelusz, aby poprawić fryzurę. Ale włosy nie odleciały, a Dorn westchnął z ulgą. Kiedy zaś pełnym radosnego zdziwienia wzrokiem patrzył na tę dziwną kobietę, która ma własne włosy, spotkał się z jakiemiś oczyma, patrzącemi w niego ciekawie i ogniście. Młody człowiek drgnął. Oczy były piękne; patrzyły, rzec można, z siłą sugestywną, niemal natarczywie. Dorn się spłonił i mimowoli pochylił głowę, co zostało przywitane z uśmiechem z tamtej strony. Dorn spojrzał błagalnie, tamta strona odpowiedziała oczyma, że towarzystwo jego nie byłoby jej niemiłe, wobec czego Dorn lękliwie, ostrożnie i z niesłychanym szacunkiem, który w knajpie znalazł jawne zastosowanie po raz pierwszy od czasu jej istnienia, zbliżył się do stolika tej pięknej nieznajomej. Nieznajoma bowiem była piękna. Namalowana, jak wszystkie w tym lokalu panienki, miała w spojrzeniu nadzwyczajny wdzięk, który łagodził energiczne i śmiałe zacięcie ust; zęby nieco za duże, włosy — nie! na włosy Dorn nie patrzył — zato piersi tak idealnie foremne, jakich nie widział jeszcze w życiu. W niemowlęctwie bowiem człowiek widuje piersi zawsze w niepochlebnym stanie, traktując je zresztą, jako organ użytkowy, przeoczać zwykł piękno ich formy. W wieku późniejszym zwraca się na nie nieco więcej uwagi. Dorn w tej chwili całą swoją uwagę na nie zwrócił i powiedział sobie w duszy, że grecki mistrz kształtniejby nie zrobił. Musiały być twarde i sprężyste, tak ostro i tak dokładnie rysowały się przez jedwabną bluzkę.
Poznanie było dość gładkie. Uśmiech tej kobiety był tak pełen wdzięku, że Dorn się zachwycił. Piękność jest zwodnicza, wdzięk nigdy nie kłamie. Szampan dokonał reszty. Kobieta mówiła niskim głosem altowym, takim głosem, za którym przepada każdy mężczyzna. Wiolonczela jest najmilszym instrumentem, jaki wymyślił ból człowieka, który nie miał się przed kim wypłakać, więc płakać nauczył wiolonczelę. I Dorn oszalał dla tego głosu.
— Niech pani mówi, o, niech pani mówi cokolwiek, wszystko jedno, byle pani mówiła.
Kiedy panienka niskim swoim głosem zamawiała coraz inną butelkę szampana, Dorn był szczęśliwy. Nie miał nawet czasu na jeden moment zdumienia, aby się zdumieć, ile ta miła kobieta potrafi wypić. Zresztą sam pił wiele, ale nie to go upiło. W pewnej chwili przymknął oczy z rozkoszy: oto poczuł, jak pod stołem piękna kobieta ściska go za rękę. Oddał jej uścisk lekki i trwożliwy. Był tak mile i wstydliwie zaskoczony, jak panienka, którą ktoś po raz pierwszy w życiu uszczypnął w łydkę. Już w gorączce, podniecony i napoły przytomny, wypił jednym haustem pełną szklankę wina. I nagle zaśmiał się głośnym, radosnym śmiechem. Straszliwe widmo z łysą czaszką utonęło w winie, a oto on, szczęśliwy, choć zawsze nieszczęśliwy miłośnik, miał w tej chwili w duszy niebo, a w sercu coś bardziej jeszcze przyjemniejszego od nieba. Piękna kobieta spojrzała na niego ciekawie, potem uścisnęła jego rękę tak silnie, że krzyknął. O, jaka silna potrafi być miłość! Dlatego kobiety mają na różowem ciele tak często i tyle sińców. Ta zaś tym uściskiem zabrała białą i naiwną duszę Dorna, który żył tylko miłością.
Dorn zaczął jej mówić o miłości. Nie umiał o niej mówić wiele, chociaż był nią tak napełniony, jak drzewo wiatrem; mówił niewymyślnie, lecz tak gorąco, że każde słowo jego było pełne żaru, było czerwone i drżące od pragnienia. Każde było palącym pocałunkiem. Trzy lub cztery takie słowa, pełne pożądania, mogłyby wystarczyć do wprowadzenia w stan błogosławiony najczystszej dziewicy, która nigdy nie zaznała męża.
Piękna jego towarzyszka przymknęła oczy i słuchała tych słów z niewysłowioną lubością. Czasem tylko spojrzała na Dorna przeciągle i, jakby chcąc ugasić pragnienie pożądania, zalewała je strugą szampana, wlewanego w gardło zachłannie i jakby rozpaczliwie.
Dorn oszalał. Wieczysty erotoman, przysiągł jej miłość na długą śmierć i na krótkie życie.
— Chcesz mnie? — pyta z niepokojem.
— Czekałam na ciebie, — odpowiedział mu głos niski i drżący — wiedziałam, że przyjdziesz.
— Kochanko moja!
— Luby mój, jestem twoja... Będę twoja... Każ podać wina!
Było już tak późno, że ich wyproszono z lokalu.
— Pójdziesz do mnie, — rzekł głos niski.
— Oprzyj się o mnie, bo się chwiejesz. Ach, mój mały, drogi Polaku! Kocham cię... Daj mi portfel, ja zapłacę, bo ciebie tu oszukają.
— Weź moje życie! — rzekł Dorn, dając jej portfel.
Kiedy wyszli na powietrze, ona ujęła Dorna silnie pod rękę i prowadziła go, jak dziecko, co się do niej tuliło nieporadnie. Szli przez kręte ulice, bo dzielnica była stara i niezbyt pierwszorzędna. Dornowi się zdawało, że to on ją prowadzi, a jego niosą skrzydła, bo jest szczęśliwy. Chciał śpiewać, chciał coś robić, coby ogłosiło całemu światu jego miłość. Ale cały świat spał, więc nie było się poco wysilać.
Widocznie jednak nie wszyscy spali, bo z za węgła wysunęły się dwie figury, wiadomo zaś, że w nocy, w zaułku i z za węgła nie wychodzą nigdy mili staruszkowie, ani księża łagodni, ani wytworne damy. To też te dwie figury zachowały się wcale arogancko. Jedna trąciła w ramię Dorna, druga jego miłość. Swojego uderzenia Dorn nie poczuł, lecz uderzenie, które ją dotknęło, ugodziło go w serce. Zawył ze wściekłości i uczynił ruch, jakby się chciał tygrysim skokiem rzucić napastnikowi do gardła. Usłyszał jednak niski cudowny głos:
— Daj pokój, to moja sprawa!
I jeszcze słodycz tego głosu nie zdołała wsiąknąć w noc, a jego towarzyszka, wyrwawszy rękę z pod jego ramienia, chwyciła jednego z włóczęgów lewą ręką za gardło, a drugą waliła po pysku, aż grzmiało.
Dorn wrósł w bruk, jak drzewo, i nie mógł zamknąć nagle otwartych ust.
Drugi apasz przybiegł swojemu towarzyszowi na pomoc. Wtedy ona i oni dwaj szczepili się ze sobą jak zapaśnicy, tłukli się po głowach i walili po bokach, tak, że chrzęściły żebra. Jej zdarli kapelusz, a krótkie włosy, potem zlepione, leciały na jej oczy. Suknia była w strzępach. Walczyła jak lwica. Rozwaliła małą piąstką nos jednemu ze zbójców tak, że go nagła krew zalała. Krew zresztą jest zawsze nagła. Drugiemu podstawiła nogę tak, że łbem ugodził w obramienie bruku i zaczął wyć, jak szakal.
Gdzieś wpobliżu odezwały się gwizdki, gromadka policjantów rozbrajała po chwili walczących. Za kwadrans całe towarzystwo było w komisarjacie.
Dorn był blady i drżał.
Z apaszami zrobiono krótką sprawę. Potem pytają Dorna.
— Kto pan jest i skąd się pan znalazł w tem towarzystwie?
— Nazywam się Dorn; a ta pani jest moją narzeczoną.
Policjanty ryknęły śmiechem jak bawoły, komisarz policji tylko podrygiwał ze śmiechu.
— Czy pan jest bardzo pijany?
— Nie...
— Czy pan wie, kim jest ta pani? bo my ją znamy dobrze!...
— Kocham ją, a reszta mnie nie obchodzi. Poznałem ją wieczorem.
— Ach, tak! — rzekł wesoło komisarz... Rozebrać ją!
— Panie!... krzyknął Dorn — jak pan śmie!...
— Cicho pan bądź i dziękuj pan Bogu, że się tak zdarzyło. Niech pan patrzy!...
Dorn patrzył. Kiedy z niej zdjęto bluzkę, zobaczył sztuczne piersi, kiedy z niej zdjęto resztę, zobaczył prawdziwe rzeczy. To był mężczyzna.
Dorn się zachwiał i padł w ramiona najbliżej stojącego policjanta. Potem go długo cucili.
Biedny człowiek uciekł na zawsze z tego miasta. Jechał przed siebie, wszystko jedno dokąd, byle jak najdalej. Wbijał sobie paznokcie w dłonie, rozpacz go kąsała. Co on komu zawinił, że nikomu na świecie nie zdarzy się nic podobnego, tylko jemu? Szampan i pożądanie miłości zalały mu mózg do tego stopnia, że zidjociał.
— Ścisnęła mnie, ach, nie ścisnęła! — ścisnął mnie ten bydlak tak silnie za rękę, że krzyknąłem. Trzeba było być pijaną świnią, albo tępym osłem, żeby nie zwrócić na to uwagi. A jak ona piła. „On!“ głupcze, nie ona! — krzyknął nagle sam do siebie, tak, że na niego spojrzano ciekawie.
A on patrzył na wszystkich zpodełba, szczególnie na kobiety. To niemożliwe, żeby one wszystkie były prawdziwemi kobietami. Te, które mają zbyt foremne, przedziwnie piękne piersi, te muszą być przebrane. Wszystkie inne są fałszowane. Oto te piersi są zbyt brzydkie nato, aby nie były prawdziwe.
Dorn leży na pokładzie w płóciennem krześle, a jego smutek płynie za nim, jak smuga dymu za okrętowym kominem. Smutek jego pokrzykuje czasem ponad nim ostrym, nieprzyjemnym głosem, jak mewa nad okrętem. Co go zbawi, co go ocali? Czy ma zapisać duszę djabłu za jedną, jedyną kobietę, która jest prawdziwa na ciele i na duszy? Czy lepiej rzucić się w morze i utonąć. Wtedy go syreny położą na cyplu skał i użalą się nad nim. Syreny? Precz! precz! Pokaże się, że pierwsza, którą napotka w szafirowem morzu, będzie miała fałszywy, przyprawiony, z nieprzemakalnego materjału zrobiony rybi ogon.
— Ratunku! ratunku! — wołał Dorn szeptem do kogoś niewidzialnego i wyciągnął przed siebie ręce w stronę, gdzie przed chwilą nikogo nie było.
Teraz w tem miejscu kobieta, która, usłyszawszy głos, pełen skargi, odwróciła się szybko i, ujrzawszy wyciągnięte ku sobie ręce bladego, smutnego młodzieńca i jego oczy, jakby dziecka, co przed chwilą przestało płakać, drgnęła, spojrzała na niego wymownie i, zawahawszy się, powzięła nagle jakieś postanowienie. Podeszła ku niemu szybko i zapytała łagodnie i bardzo tkliwie:
— Co panu jest? czy pan chory?
Dorn nie powstał nawet; nagły ruch młodej osoby tak go stropił i takiem napełnił rozrzewnieniem, że się jeszcze bardziej nad sobą użalił. Rozumiał, że współczucie i szlachetne serce kazało jej uczynić to, co uczyniła, więc, tak jak chore dziecko, zapragnął nagle serdecznej opieki.
— Czy pan chory? — powtórzyła ta pani.
— Bardzo... Boli mnie serce.
— Może lekarza?
— Lekarza mi nie potrzeba. Moje serce umarło — rzekł Dorn.
— Co takiego?
— Moje serce umarło z braku miłości. Naco mi lekarz?
Młoda osoba pokryła się rumieńcem tak silnym, że musiał od twarzy sięgać dość daleko.
— Ach, tak... Bo ja myślałam... Przepraszam pana...
— Za co mnie pani przeprasza? — zawołał Dorn w nagłym napadzie energji, zrywając się z krzesła. — Za to, że pani jest szlachetna i zbliżyć się raczyła do najnieszczęśliwszego człowieka na ziemi, a w tej chwili na morzu?
— To pan jest taki nieszczęśliwy? — zaszemrał cichutko jej głos.
— Pani, — rzekł Dorn, już namiętnie, — widzi pani tego ponurego majtka? Wygląda tak, jakby zamordował ojca i matkę. A jednak jest on szczęśliwszy ode mnie. Pewnie gdzieś w jakimś porcie jest jakaś straszliwa może kobieta, która go kocha. — A mnie nie kocha nikt. Widzi pani te mewy. Lecą za okrętem, ale kiedy się pożywią, wrócą do swoich gniazd na skałach. A ja lecę, lecę bez końca i nie pożywię się nigdy. Szukam rzeczy, którą przecież znajdowało miljony ludzi, a ja jej znaleźć nie mogę i nie znajdę chyba nigdy...
— Czegóż pan szuka?
— Miłości. Szukam serca, któreby jednem drgnieniem odpowiedziało mojemu sercu, które już nie woła, lecz krzyczy, rozpaczliwie krzyczy...
— I pan go nie znalazł?
— Nie znalazłem!
— To dziwne. Pan taki piękny...
— Ja? piękny?
Dorn podniósł na nią oczy z rozrzewnieniem. Powiedziała to głosem słodkim i dobrym, więc, sam nie wiedząc o tem, co czyni, wyciągnął ku niej obie ręce, a ona po chwili wahania podała mu swoje, poczem usunęła je łagodnie.
— Jaka pani jest dobra! — rzekł serdecznie.
— Proszę tego nie mówić. Nie zna mnie pan. Jeśli kiedy byłam dobra, to tylko w tej chwili, bo chciałabym, ogromniebym chciała, aby panu było dobrze, i aby pan... znalazł to serce... to najdroższe serce...
— Ja myślę, że już je znalazłem, — rzekł gorąco Dorn.
— Jeszcze nie! — zawołała panienka wesoło. — Ale jakie to dziwne rzeczy dzieją się na morzu! Na wodzie jest cisza, a na okręcie jest burza. Pan gna jak burza. Jakiej pan jest narodowości?
— Jestem Polakiem...
— Ach, tak myślałam. Rycerski, piękny naród. Mój ojciec uwielbia Polaków.
— A pani?
— Ja myślę... ja myślę, że ich nawet można kochać... Mężczyźni w Polsce muszą być piękni i smutni...
Dorn spojrzał na nią z rozrzewnieniem. Miała drobną twarzyczkę, nosek nieco zadarty, była bardzo młoda. Spojrzał szybko na włosy, były obojętnego koloru, więc pewnie prawdziwe; spojrzał na piersi, — jakie takie, ledwie się rysujące, więc z pewnością prawdziwe, bo fałszerz zawsze przesadza. Uczyniło mu się błogo. Coś go niepokoiło w tej figlarnej twarzyczce, lecz cóż może być fałszywego w twarzy? Nie śmiał się zresztą zbytnio jej przyglądać, gdyż ona nie zdejmowała z niego oczu; zdawało się, że jednem się uśmiecha wesoło, aby go zachęcić, a drugiem, spokojnem, przestrzega poważnie, że się mało znają i że nie trzeba zapominać o pięknych i przyzwoitych formach.
Dorn był zachwycony. Mewy już opuściły okręt, komin nie dymił. Jego smutki także już odleciały, serce przestało wydzielać z siebie czarny osad melancholji. Za godzinę był zakochany; w sześćdziesiątej pierwszej minucie postanowił się oświadczyć, dowiedziawszy się, że panienka jest wolna, że jest bogata, że nigdy nikogo nie kochała, ale bardzo tego pragnie, i że ojciec jej jest na okręcie, tylko w tej chwili gra w bridge‘a. To go jeszcze zachęciło. Ojciec, który gra w bridge‘a, musi być miłym człowiekiem i dobrym ojcem.
Ucałował jej ręce, kiedy odchodziła, bo nie wypadało już dłużej rozmawiać we dwoje z młodym człowiekiem, tem bardziej, że pasażerowie, zagnani do kajut upałem, zaczęli wychodzić na pokład, aby użyć wieczornego chłodu. Odeszła rozmarzona, a on został szczęśliwy. Uśmiechnął się do ponurego majtka, który spojrzał na niego jak na warjata, uśmiechał się do wszystkich.
Towarzysz jego od stołu zbliżył się do niego i poprosił o zapałki.
— Rozmawiał pan z miłą panienką! — rzekł, cykając cygaro.
— Z najmilszą! — zawołał Dorn i chciał uściskać grubego człowieka, albowiem był gruby.
— Dobrze pan zrobił, — mówił gruby pan. — Pozwoli pan, że usiądę... Dziękuję... Dobra dziewczyna, a tak nie ma szczęścia w życiu.
Dorn nastawił uszu.
— Nie ma szczęścia? Ale je będzie miała.
— Przydałoby się. Bo czyż ona winna nieszczęściu?
— Nieszczęściu? jakiemu nieszczęściu?
— A, to pan nie wie? Muszę panu powiedzieć, aby pan przypadkiem nie zrobił jakiej niezręcznej aluzji.
— Pan mnie zdumiewa!
— Ąleż nic nadzwyczajnego. Ojciec, stary warjat, ujeżdżał równie zwarjowane konie, a dziewczynę sadzał koło siebie. Raz konie poniosły i ma pan nieszczęście.
— Żadne nieszczęście!
— Dla pana. Ale dla niej skończyło się to strasznie. Niech się pan jej dobrze przyjrzy; biedna dziewczyna ma lewe oko ze szkła, a nos z parafiny...
— Ratunku! — wrzasnął Dorn, który pojął, co go niepokoiło w jej twarzy.
Ryknął jak szalony, wskoczył na sznurową drabinę i jak zwinna małpa pobiegł aż pod szczyt masztu.
— Na pomoc! — krzyczał gruby pan.
— Przekleństwo! — ryczał Dorn i ręką groził niebu, ziemi i morzu.
Wszyscy wybiegli na pokład, myśląc, że okręt tonie. Panna ze szklanem okiem zbladła, biedactwo, jak trup.
— Co się stało? co się stało? — wołał kapitan, szybko biegnąc.
— Młody Polak zwarjował! — krzyknął gruby pan, — o, o, jest tam! tam!
— Pompy! — wołał kapitan, — prędko oblać go wodą, bo zleci na łeb. Dwóch majtków niech go straszy z przeciwnej strony, dwóch niech go ściągnie za nogi, potem zamknąć w kajucie. Biedny Polak! Bardzo był miły!
— O tak! — westchnęła panienka — strasznie był miły!
I z jednego oka spłynęła jej łza, biedactwu.
Ale i on, Dorn, godzien był politowania. W przeciągu miesiąca zdarzyły mu się trzy wypadki, co najmniej przykre. Przecież można tą ilością obdarzyć dwóch jeszcze gentelmanów. Dlaczego jednak wszystkie trzy historje musiały się wydarzyć jemu?
Dorn wzniósł oczy do nieba z niemym wyrzutem i westchnął tak głęboko i tak boleśnie, że Pan Bóg sam zwrócił na to uwagę.
— Co za nieszczęsny człowiek tak wzdycha? — zapytał.
Odpowiedziały anioły:
— Człowiek, który szuka żony i nie może znaleźć całej kobiety.
— Ach, to Dorn! — rzekł Pan Bóg i machnął ręką.
I tyle było całej parady w niebie z powodu wielkich nieszczęść kawalera Dorna. Spochmurniał i był biedny. Postanowił jednak nie zbliżać się do żadnej kobiety. Serce w nim skarżyło się z racji tego postanowienia, jak żałośnie rozkochany słowik, albowiem było pełne słodyczy i pragnęło miłości tak zachłannie, jak pijak pragnie wódki. Dorn jednak się zawziął. Był pewny, że Wenus Milońska wtedy tylko nie ma rąk, kiedy on na nią patrzy, i że zaraz odrastają, kiedy on odejdzie. Wiedział, że kiedy się zbliży do zupełnie zdrowej i nieuszkodzonej kobiety, to się z nią musi coś stać: albo jej oko wypadnie, albo zęby, albo oderwą się jej nogi od tułowia; oślepnie, oniemieje albo wyłysieje. Czuł, że nosi w sobie okropną jakąś siłę deformowania kobiet. Jego nieszczęście jest wielkie, ale nieszczęście tych istot niewinnych jest chyba większe. Dlatego postanowił unikać kobiet, obchodzić je zdaleka, każąc swojemu sercu cierpieć niewypowiedzianie.
Idąc ulicą, nie patrzył na nie. Czasem tylko rzucił zukosa spojrzenie ironiczne na ładną dziewczynę i myślał.
— O, nieszczęsna! masz zdrowe nogi, bo biegniesz, lecz gdybym zechciał, gdybym ci zaofiarował moją miłość, wpadłabyś w tej chwili pod tramwaj i nie miałabyś nóg!
Sam się wstrząsnął na tę myśl i aż oczy przymknął, otworzył je jednak z nagłem przerażeniem, gdyż w tej chwili zagadał głos kobiecy:
— Przepraszam pana, którędy się idzie na plac Zgody?
W pierwszej chwili chciał uciec, lecz nogi wrosły mu w ziemię. Zbladł tylko i nie mógł odrazu wymówić słowa. Młoda panienka, bardzo prowincjonalnie ubrana, ładna i miła, spojrzała na niego ze zdumieniem.
— Biedactwo! — pomyślał Dorn — jesteś zgubiona.
Ponieważ nie odpowiadał, tylko patrzył na nią boleśnie, panienka zarumieniła się mocno i chciała odejść.
— Dorn! czyś zwarjował? — krzyknęło w nim serce.
Zkolei on się zawstydził i zaczął mówić szybko:
— Bardzo panią przepraszam... Ach. cóż za roztargnienie! Zamyślony byłem i nie dosłyszałem pytania pani. Pani idzie na plac Zgody? To dość daleko; niech pani pozwoli, ja idę tam właśnie, jeśli wolno, to panią zaprowadzę.
— Pan jest zbyt uprzejmy i pewnie robię panu kłopot. Ale to takie straszne miasto. Bo ja jestem z prowincji, proszę pana. Mój ojciec jest lekarzem... Jeśli pan taki dobry... Ja w istocie boję się sama chodzić nawet w dzień przez te okropne ulice... Tu mogą człowieka rozjechać na śmierć każdej chwili... U nas W miasteczku jeździ tylko beczka z wodą i to bardzo powoli, więc się nikt nie boi.
Dorn uśmiechnął się po raz pierwszy od wielu dni, lecz zaraz zgasił uśmiech, jak jaskrawą świecę. Słuchając miłej paplaniny, patrzył bystro i oglądał ją przenikliwie. Rozdziewał oczyma z jaskrawej sukienczyny i badał, badał, jak inkwizytor duszę. Oczy w porządku, włosy również, nos prawdziwy. Mężczyzną chyba nie jest, gdyż zbyt jest drobna i ma wysoki przyjemny głosik. Nogi śliczne, rąk ma tyle, ile trzeba, ani jednej za mało, ani jednej za wiele. Widzi, słyszy, gada, chodzi, rusza rękoma. Niczego jej nie brak, jest kompletna. Nie, ta kobieta nie jest fenomenem. Ale jeszcze sobie nie dowierzał, pomyślawszy, że wszystko ukryć potrafi kobieta. Więc zadawać począł zdumionej dziewczynie zwarjowane pytania:
— Czy pani dobrze widzi?
— Jak jastrząb!
— Niechże mi pani przeczyta, co tam napisane na tym małym szyldzie?
— Ale poco? Napisane jest „Akuszerka, Magdalena“.
— A czuje pani, jak ulica brzydko pachnie?
— Tak, benzyną!
— A gdyby szybko najechał na panią wprost automobil, — coby pani zrobiła?
— Uciekłabym jak szalona.
— Bogu dzięki, Bogu dzięki! — mówił uradowany Dorn. Nagle jednak spojrzał na nią bystro. — A dlaczego pani zwróciła się do mnie?
— Przepraszam, jeśli panu zrobiłam przykrość...
— Ależ przeciwnie! zrobiła mi pani żywą przyjemność, ale dlaczego do mnie?
Panienka spuściła oczy.
— Bo pan tak przyzwoicie wygląda i... tak miło... Pan musi być dobry...
Dorn spojrzał na nią z niebiańskim wyrazem twarzy.
— Nie pomyliła się pani, jestem dobry. Zrobię, co pani każe! Co pani ma do roboty na placu Zgody?
— Nic. Tylko stamtąd umiem trafić tam, gdzie wczoraj jadłam śniadanie z ojcem. Teraz ojciec mnie na parę godzin opuścił, bo poszedł do Akademji Medycznej i mamy się spotkać o szóstej, a teraz jest dopiero pierwsza, więc idę sama coś zjeść.
— Sama? To niemożliwe! Musi mnie pani zabrać z sobą!
— Pana? Czyż ja mogę pana zabrać? Pan jest strasznie dobry! Ale ja nie wiem...
Dorn, rozpromieniony jak żak, kiwał już ręką na automobil. Zawiózł dziewczynę do pierwszorzędnej knajpy, służył jej jak dziecku, dokazywał jak człowiek, który zgubił swoje nieszczęście. Biedna prowincjonalna duszyczka była w pięćdziesiątem czwartem niebie; siódme — nie dałoby najmniejszego wyobrażenia o jej szczęściu. Po szampanie chciała go koniecznie pocałować, melba z ananasem wydała jej się czemś tak drogocennem, że oddanie za nią cnoty dziewiczej byłoby lichą zapłatą. Dorn miał rumieńce i szalał. Kochał się od pierwszej minut czterdzieści pięć, naturalnie na wieki. Kiedy się panienka oblizała po melbie, wpadł w zachwyt, upewniony bowiem co do szczegółów jej budowy mniej więcej jawnych, miał jednak podejrzenia, czy panienka posiada język. To, że mówiła, nie było żadnym dowodem; kobieta potrafi mówić nawet bez języka. W tej chwili ujrzał go w całej chwale i był szczęśliwy. Był też szczęśliwy z powodu niesłychanego apetytu dziewczątka. Nie zauważył, że i garsoni, zdumieni, pokazywali ją sobie dyskretnie i szeptali cicho po kątach.
Na przechadzce w automobilu po lasku, ucałowali się trzy razy wspólnie, siedem razy on ją ucałował pojedyńczo. Potem zaczęli omawiać następne spotkanie. Dorn chciał jak najprędzej, — bał się, że do jutra panienka może stracić oko, lub nos.
— Zobaczymy się dziś! — powiedziała, poważniejąc. — Muszę panu udowodnić, że ja nie jestem byle kim, choć jestem z prowincji.
— Jesteś cudna!
— Ale i coś więcej. O mnie już wiele wiedzą, ale jutro będzie mówił cały kraj.
— Urżnęła się panienka! — pomyślał wesoło Dorn, jeszcze bardziej się radując, bo widocznie niebiańska ta istota i mózg ma w porządku, tylko bowiem mózg zdrowy i w szlachetnym stanie reaguje na alkohol.
— Niech się pan nie śmieje! — rzekła ona tonem zarozumiałym. — Jutro pan będzie dumny, że mnie pan zna. Ja robię wielką karjerę.
— Czemuż to, najmilsza kobieto na świecie?
— Dowie się pan. Przedtem ojciec zabronił mi mówić.
— Dobrze, już dobrze!
— Niech pan przyjdzie dziś o dziewiątej do Akademji Medycznej. Ja tam będę z ojcem. Zapoznam pana z moim ojcem. Ale niech pan koniecznie usiądzie w pierwszym rzędzie.
— Czy to będzie prelekcja?
— Pewnie będzie i prelekcja. Ja będę pana szukała w pierwszym rzędzie.
Pożegnali się najczulej, poczem Dorn poszedł rozmyślać i czekać godziny dziewiątej. Jeszcze świateł nie zapalili w auli, a on siedział w pierwszym rzędzie amfiteatru. Mało go to obchodziło, że ojciec, prowincjonalny lekarz, chce być koniecznie na medycznym wykładzie. Trudno. Dla kobiety można godzinę spędzić i z doktorami.
Salę zapełniono szczelnie. Dziesięć minut było po dziewiątej, a panienki jeszcze nie było. Dorn był niespokojny, ale drzwi już zamknięto i z powodu tłoku nie można było się wydostać. Smutno więc rozpoczął słuchać jakiegoś nudnego wykładu, z którego ani słyszał, a tem bardziej nie rozumiał ani słowa.
— Naturalnie! — myślał ponuro — gdyby jej brakowało jakiegoś organu, toby przyszła. Jest cała i naturalnie zbudowana, więc nie przyjdzie. To jest moje szczęście.
W tej chwili audytorjum poruszyło się ze szmerem i z okrzykami zdumienia. Prelegent, dostojny jakiś profesor, podniósł głos. Dorn zaczął słuchać.
— Tak, panowie. To nie jest fantazją! Kolegjum przeprowadziło najsumienniejsze badania i stwierdziło fakt niebywały. Za chwilę zaś będą mogli koledzy lekarze obecni na sali i panowie przedstawiciele prasy sprawdzić to osobiście i dowiedzieć się o istocie fenomenu. Proszę się nie tłoczyć!... Proszę wprowadzić pacjenta!
Otwarto drzwi za katedrą profesora i panienkę Dorna wprowadzono na estradę. Była bardzo blada i szła z powagą, jak panna młoda do ślubu.
Dorn jęknął głucho. Przed oczyma zaczął mu latać czarny śnieg.
Sala cała utkwiła w nią oczy. Profesor zaś mówił.
— Oto jest panna X. z Z. Ma lat osiemnaście. Na świat przyszła prawidłowo. Rozwinięta znakomicie. Proszę panów. Ta panienka może być słusznie uważana za najgłośniejszy fenomen naszych czasów. Ta panienka jest fenomenem podwójnym.
Dorn wpił paznokcie w pulpit i drżał.
— Sprawdziliśmy, że posiada ona dwa żołądki, jeden normalnej wielkości, drugi mniejszy.
Na sali zerwały się oklaski, pełne podziwu i szczerego uznania. Dorn się podniósł i wyglądał, jak krwawy tygrys przed skokiem. Panienka ujrzała go i uśmiechnęła się z dumą.
— ...Ale fenomen ten jest mało znaczącym drobiazgiem, wobec innej jej właściwości niesłychanej. Panowie! Ta panienka ma serce umieszczone z prawej strony!
Nagły, straszliwy ryk rozdarł powietrze. Dorn wytrzymał dwa żołądki, serca z prawej strony nie mógł wytrzymać. Rzucił się jak furjat na jakiegoś profesora, który drżał obok niego z zachwytu, wczepił się szponami palców w jego włosy i zaczął ryczeć, rzęzić, wierzgać nogami, płakać na głos. Oszalał.
Policja wyniosła go na rękach.
Nazajutrz leżał w malignie i, ciskając się, wciąż się chwytał rękoma za brzuch i gniótł go niemiłosiernie, albo się chwytał ręką za piersi ze strony prawej i darł koszulę. Po dwóch dniach miał przykre zajście. Lekarz, którego przywołano, myśląc, że Dorn naprawdę zwarjował, widząc, że jego pacjent jest zdrów, nieco tylko ma rozprężone nerwy, chciał go zainteresować i począł mu opowiadać o nadzwyczajnym fenomenie, który zajmował całe miasto.
— Co to za fenomen? — zapytał Dorn ze złym błyskiem w oczach.
— Situs viscerum inversus totalis...
— To znaczy?
— Serce po prawej stronie, a nadomiar tego...
Nie skończył, albowiem Dorn uderzył go w furji porwanym z pod łóżka butem po głowie.
Niebyło tedy nic dziwnego w tem, że biedny Dorn opuścił to straszliwe miasto, gdzie zdarzają się dziewice, którym nietylko niczego nie brak, jak to zwykle u dziewicy, ale czegoś mają za wiele, w podwójnym egzemplarzu.
Jałowe gościńce wielkich dróg świata skrapiał gorzkiemi łzami. Jęczał na lądzie, płakał na morzu, jakby w niem soli było za mało i wody. Woził swoje nieszczęście tam, gdzie wszyscy zdawali się szczęśliwi. Nie wierzył nikomu, nie wierzył własnym oczom, w słusznem mniemaniu, że można ostatecznie dojrzeć defekt na wierzchu, żaden wzrok jednak nie dojrzy, co się dzieje we wnętrzu brzucha. Uśmiechał się z goryczą i politowaniem, słysząc, jak ktoś mówił do kogoś:
— Niech pan spojrzy, jak ta kobieta jest cudownie zbudowana!
— W istocie! — mówił ten drugi z zachwytem — ani cienia błędu.
— O, głupcy! — myślał Dorn, — o, ślepi! Jeśli nie ma sztucznych żeber z aluminjum, to ma piersi z gutaperki, a jeśli ma piersi prawdziwe, to ma przyprawione ucho.
I śmiał się, i był mądry.
Serce w nim płakało wciąż, pochlipywało właściwie, jak dziecko, co się nie może zupełnie w płaczu utulić, a jednak on się śmiał. Z pasji, z wściekłości, ze zdenerwowania. Wiedział, że go nic nie odstraszy, że to rzecz nieskończona, że jak ćma w płomień, tak on wpadnie w nową jakąś awanturę i, jak człowiek, który używa kokainy, choć rozumie niebezpieczeństwo tego życia, tak on nie mógł się obronić pociągającemu urokowi trucizny.
Bawił się zupełnie tragicznie, bo zaczęła się w nim budzić chora ciekawość, co mu się właściwie może zdarzyć jeszcze. Może się okazać najwyżej(!), że kobieta, z którą się ożeni wreszcie, będzie cała sztuczna, będzie genjalnie zrobioną lalką, którą on porozkręca i będzie po kawałku wyrzucał przez okno. Więcej się nic zdarzyć nie mogło.
Dorn stawał się fatalistą, który się losowi uśmiecha w nos.
Zamieszkał w małej mieścinie, gdzie był spokój i cisza. W takiej małej mieścinie niema sztucznych kobiet, bo kto tu nie ma oka, ten go sobie nie sprawi za drogie pieniądze, ani nie będzie sztukował nosa parafiną, bo to trzeba zrobić w Paryżu; tu chodzi każdy z takim nosem, jaki mu Pan Bóg dał, w kształcie małego kartofla, korniszona, haka, dzioba kaczki, szydła, — wszystko jedno. Pod tym względem był Dorn spokojny, mało miał zresztą nadziei, by w małej mieścinie znalazł przedmiot płci żeńskiej, godny swojego smaku. Zbyt wiele go nie okazywał nigdy, bo go w nim przytępiła namiętna potrzeba kochania, miał jednakże wymagania ściśle określone...
Zamieszkał w dwupiętrowym hoteliku, który był najwspanialszym w miasteczku budynkiem; czytał książki o miłości, palił bezustannie papierosy i pił dużo wina, wiódł więc żywot, wprawdzie ascetyczny, lecz szczególnie ze względu na obfitość wina godny pozazdroszczenia. Rzadko wychodził z pokoju i godzinami wpatrywał się w ogród karlich i poskręcanych, jak paralityk, albo jak życie, drzew oliwnych i w winne szczepy, najcudowniejszy wynalazek Pana Boga, który je sadził pełen złotej radości.
Przynoszono mu jedzenie do pokoju; uważany był za znakomitego gościa, za księcia z obcego kraju, gdyż pijał mocno i był smutny. Właścicielka hotelu, baba rozmiarów potężnych, z gębą, świecącą się jak samowar, tak okrągła, że z każdej strony była w odmiennym stanie, szanowała gościa i wzdychała nad jego smutkiem. Kobiety tłuste mają przedziwnie dobre serca.
Dorn rzadko z nią rozmawiał, jeszcze rzadziej na nią patrzył. Przywykł do jej huczącego głosu i do takich westchnień, jakie wydaje góra, kiedy jest w połogu i ma urodzić mysz. To też odwrócił się szybko, jak żgnięty szydłem, kiedy poza nim odezwał się śliczny głos:
— Proszę pana, przyniosłam śniadanie!
— Boże, miej litość nade mną! — jęknął bez głosu Dorn.
Z tacą w obu rękach stała dziewczyna, jak topola, smagła i cudownie uśmiechnięta.
Dziewczyna zaśmiała się głośno.
— Ach, jak pan śmiesznie wygląda, taki zdziwiony! Ja jestem córką właścicielki hotelu. Matka jest chora, bo ma latającą nerkę...
— Matka? Z całą pewnością matka?
— Tak, czemu się pan dziwi? Myślałam, że panu o tem opowiadała, bo ona wszystkim o tem opowiada. Bardzo ją dziś zabolało, więc leży, a ja ją zastępuję. Chyba, że pan nie chce — dodała z szelmowskim uśmiechem.
Dornowi słońce weszło na gębę. Podskoczył, wyjął łagodnie tacę z jej rąk i patrzył z zachwytem.
— Gdzie się pani ukrywała? Ja tu przecież mieszkam od dziesięciu dni!
— Ja wiem, ja pana już widziałam, już kilka razy, a mnie pan nie widział, bo matka nigdyby na to nie pozwoliła.
— Czyżbym ja panią zjadł?
— Pewnie nie, ale moja matka, proszę pana, to jest bardzo mądra kobieta. I zawsze mi mówi, żebym się nie pokazywała gościom, bo gość przyjedzie i pojedzie, a dziecko może zostać.
— Jakie dziecko?
— O, jaki pan naiwny! Gdzie jest dziewczyna, tam może być dziecko.
— Ach, tak! — roześmiał się Dorn. — W istocie, jest to mądra kobieta. Niech pani się kłania mamusi.
— Niech Bóg broni, ona nie wie, że ja tu poszłam...
— Aaa! to pani tak z własnej woli?
Dziewczyna się zarumieniła, jak kuropatwa na rożnie.
— Serdecznie pani dziękuję! — rzekł Dorn radośnie. Położył na stole tacę, którą dotąd trzymał w ręku, chwycił obie ręce dziewczyny i obie ucałował. Ona zaś z rumianej stała się blada.
— Co pan zrobił? Mnie jeszcze nikt w rękę nie pocałował...
— Ja odrobię tę straszną krzywdę! — szeptał Dorn.
Tylko człowiekowi, który dziwnie mierzy, wydać się może, że zbyt daleko jest od rąk do ust. Jest to odległość śmiesznie mała, bo wogóle ciało pięknej i młodej kobiety ma tę dziwną właściwość, że burzy wszelkie pojęcia o odległościach. Sam nie wiesz, kiedy i jak... A ona tem bardziej...
Dziewczyna była odurzona; wielki pan i przyjemny chłopiec całował jej ręce, usta i włosy. I choć furja jego zawładnęła tylko górną częścią jej młodego ciała, w całem ciele poczuła ona dreszcz, który ją obierał z sił. Pieszczota Dorna wydała jej się niesłychanie niebotycznie... wielkopańska. To ją przedewszystkiem napełniło szczęściem.
— Nareszcie coś takiego, jak latająca nerka, przyniosło mi szczęście! — myślał w nocy Dorn. Wypił wszystko wino i patrzył na świat, jak człowiek, który otworzył oczy po odcięciu go od szubienicy.
Nazajutrz mama jeszcze leżała, i Dorn całował znowu. A choć pijany był szczęściem, nie zaniedbał ostrożności; chytry, jak wąż, wpełzał wszędzie, badał wszystko; człowiek, który kupuje konia od znanego oszusta, tak go nie bada pilnie, jak Dorn badał tę miłą dziewczynę. Prawda nie mogła być prawdziwsza. Była to prawda tem milsza, że choć nie naga, całowała jak bachantka. Ta dziewczyna gorzała jak smolna pochodnia, to też biła od niej łuna, i bardzo Dornowi było gorąco.
— Nareszcie — jestem u celu. Znalazłem! Znalazłem! — wołał jak Archimedes i tak się zaśmiał bezczelnie w pysk nieszczęsnemu losowi swojemu, że los, ogon pod siebie wziąwszy, chyłkiem, cicho skowycząc, odszedł we wstydzie.
I tem się bardzo nie martwił, że latającej nerce mamy znudziło się wreszcie latanie i dała spokój frywolnej zabawie. Kochankowie, złodzieje i adwokaci potrafiliby oszukać djabła, istotę zresztą naiwną i niesłusznie spotwarzoną. Tak kłamać, jak kochankowie, złodzieje i adwokaci, nie potrafi najstarszy djabeł.
Dorn i piękna dziewczyna mieli gotowy spisek i swoje pismo; koszula damska, susząca się na winnej pergoli, mówiła: „kiedy wszyscy pójdą spać, będę w ogrodzie“ — ręcznik wołał: „uważaj, matka zła, nic się nie da zrobić!“ Rzeczy martwe bowiem mają swoją wymowę tajemną i piękną.
Zakochany Dorn zachowywał się, jak rozmarzony student. Nie byłby skrzywdził dziewczyny za nic na świecie; kochał ją czule i pięknie. Tem boleśniej wypatrywał znaków w ogrodzie; nie było żadnych, choć deszcz nie padał i można było suszyć bieliznę; na porę deszczową zresztą były też przewidziane znaki również pomysłowe. Przychodziła do niego gruba mama i wzdychała grubo.
Dziewczyna wpadła, jak kamień w wodę.
Noce były cudowne i pełne złotej łaski księżyca; Dorn rozpaczał. Niema bowiem bardziej smakowitego pocałunku, jak ten, który pachnie nocą księżycową; ludzie całują się wtedy jak duchy i są dobrzy. Na to zresztą stworzył Pan Bóg księżyc, bo niema innej racji jego istnienia. Przecie nie poto go stworzono, aby psy miały przyjemność i by mogły wyć w określonym kierunku.
O tem rozmyślał Dorn, kiedy się w czasie pełni wykradał po skrzypiących schodach do ogrodu i patrzył w jej okno. Dokoła było cicho i złociście. Nagle coś skrzypnęło. Co to? Tak! to jej okno, to narożne... Tak! tak! Dorn zmartwiał ze szczęścia i przytulił się do słupa pergoli, dając po chwili znaki w stronę okna.
Dziewczyna stanęła w oknie, ale go nie ujrzała. Widocznie więziona przez starego smoka z latającą nerką, musiała najpierw swój smutek zwierzyć księżycowi.
Księżyc dlatego ma minę starego warjata, że od wieków słucha panieńskich zwierzeń.
— Lizetto! — szepnął Dorn.
Nie usłyszała go, on zaś ani nie śmiał krzyknąć, ani zbliżyć się, gdyż okna mamy były otwarte, więc tylko patrzył w nią, jak w obraz.
Dziewczyna była w koszuli; księżyc ją rozchełstał, i gładziło to stare, złote bydlę jej piersi. Dorn nie mógł oderwać wzroku. Nagle się zaniepokoił. Co to jest, na Boga? Dziewczyna stanęła na parapecie okna i wciąż w księżyc wpatrzona, spuściła bose nogi na gzyms, biegnący wzdłuż domu, stanęła na nim pewnie i równie pewnie iść poczęła w stronę pokoju Dorna.
— Moje okno zamknięte! — jęknął Dorn — a ona idzie do mnie!
Równocześnie zalała go gorąca fala szczęścia. Miłość tej prostej dziewczyny doszła do bohaterstwa. Grozi jej śmierć, a ona idzie do niego...
Nie, nie do niego! Mija okno i idzie dalej... Coraz dalej... Po występie muru włazi na dach i idzie po stromym dachu, ostrożnie jak kot, a równocześnie śmiało. Księżyc wędruje za nią, jak apasz za kochanką.
Lunatyczka...
Dorn, mdlejąc, ujrzał tylko, że w pokoju matki mignęło światło, i w domu powstał ruch. Dwóch parobków wybiegło z za węgła z długą drabiną i biegli w wielkiej ciszy.
Dorn zaś leżał na grzędzie tak długo, aż go poranny chłód trącił niecierpliwie i zaczął nim tarmosić, jak policjant tarmosi śpiącego w miejskim ogrodzie włóczęgę.
Powstał leniwo trochę blady, trochę siny, ale spokojny śmiertelnym spokojem.
— Zaczęła się inna serja! — rzekł głucho — niema dla mnie szczęścia na tej ziemi...
I wyjechał chyłkiem.
Wydało mu się jasne, że los wprowadził w jego życie pewną rozmaitość. Był mu za to wdzięczny. Myślał o swojem nowem nieszczęściu łagodnie, z dobrym smutkiem człowieka, który wie o tem, że nic innego stać się nie może nad to, co się dzieje.
Los jego stanął przed nim arogancko i uśmiechnął się zwycięsko, nielitościwie.
— Nie szkodzi — rzekł Dorn przed siebie, w powietrze — rób pan swoje!
Poczem pojechał do większego jeszcze miasta, niż wszystkie, które znał dotąd.
— Tu się prędzej wyczerpie repertuar! — myślał — ktoś się wreszcie zmęczy.
Spotkawszy pierwszą kobietę, był pewny, że będzie ona powodem jakiegoś bardzo dziwnego nieszczęścia. Kobieta ta spojrzała na niego z uśmiechem, na czem wyszła doskonale i na czem zrobiła pierwszorzędny interes: poślizgnęła się na posadzce i złamała obojczyk. Gdyby była przez dziesięć minut rozmawiała z Dornem, byłaby złamała obie nogi w biodrze i rękę prawą w przegubie, nie mówiąc już o takich drobnostkach, jak wstrząs mózgu.
W salonie powstał nieopisany popłoch i rwetes, jest to bowiem wypadek w towarzyskiem życiu dość rzadki, aby sobie ktoś łamał obojczyk. Dorn, stary, doświadczony katastrofista, patrzył z doskonałą obojętnością, jak wszyscy poszaleli, chcąc pomóc biednej damie; najwytworniejszej bowiem damie dość dużą przykrość sprawia złamane serce, cóż dopiero część ciała tak bolesna i nierównie większego dla kobiety znaczenia, jak obojczyk.
— Panie Dorn! — rzekła do niego w tej chwili miła jedna matrona, przyjaciółka jego matki, stąd w przyjacielskich z nim będąca stosunkach — niech pan odprowadzi moją córkę do domu, gdyż ja tu muszę pozostać... Taki wypadek... taki przykry wypadek.
Dornowi było wszystko jedno, kogo i dokąd ma odprowadzić. Córkę tej pani? Niech będzie córka tej pani.
Była to panienka cicha, małomówna, skromna i bardzo blada. Ach, to ta?! Dorn przypomniał sobie, że dziś kilka razy spotkał się z jej wzrokiem, który był również cichy i jakby zgasły. Błyski jej głębokich, szarych oczu, lśniły jak światła pod abażurem. Wyglądała tak powiewnie i słodko, jak kobiety Burne Jonesa, i taka była pełna pokornej melancholji. Nie piękna, a jednak była piękna. Smutek prawdziwy i nieprzesadzony jest najwytworniejszym strojem kobiety, dlatego też wiele kobiet bardzo lubi, jeśli ktoś umiera w ich dalszej rodzinie, mąż albo stryj.
Smutna panienka, była jednak naprawdę czegoś smutna.
Mieszkała niedaleko, więc szli piechotą. Dorn bąkał coś od czasu do czasu i patrzył przed siebie bezmyślnie.
— Co pana trapi, panie Dorn? — szepnęła ona nagle.
Dorn spojrzał na nią po raz pierwszy. Była tak samo smutna.
— Nic, proszę pani. Myślałem o tem, jak kruche są kobiety.
— Ach, to straszny wypadek. Pierwszy raz w życiu widziałam takie nieszczęście; to okropne!
— Co? taki obojczyk! Ha! ha!
Dorn zaśmiał się jak trzech szatanów, takich najzgryźliwszych.
— Czemu pan się śmieje? To nieładnie.
— Tak, pewnie, że to nieładnie. Ale, droga pani, ja widziałem takie wypadki... Och, pani, chyba mniej na świecie jest wypadków ze szkłem... Gdybym pani mógł wszystko opowiedzieć, mój Boże!
— Niech pan opowie...
— Nie będzie pani spała.
— To kiedyś w dzień. Zresztą, musi nas pan odwiedzić.
— Jest mi absolutnie wszystko jedno! Ach, nie! przepraszam... Niech pani źle mnie nie rozumie. Ależ naturalnie... Odwiedzę państwa, byłbym to zresztą zrobił bez zaproszenia.
— Jest pan bardzo miły!
— Jezus, Marja! — pomyślał Dorn — każda zaczyna od tego, że jestem miły.
Od tej chwili patrzył Dorn ponuro w jej i swoją przyszłość.
Zapytał, kiedy może złożyć wizytę.
— Kiedy się panu podoba.
— Czy jutro po szóstej — można?
— Po szóstej? Ach, tylko nie o tej porze — mówiła z nagłą szybkością. — Wszystko jedno kiedy, byle nie między szóstą a siódmą. Niech się pan nie dziwi, ale w tym czasie mam lekcję śpiewu.
Dorn, pożegnawszy smutną panienkę, wiedział pewnie o dwóch sprawach, o tem, że, jeśli się w niej nie zakochał dziś, to z pewnością zakocha się jutro, i o tem, że będzie nieszczęście. Jakie? Jest mu to zupełnie obojętne, już mu tam niebo coś miłego wymyśli. Zakochać się było łatwo; panna, choć bogata, miała w oczach całe morze cichego smutku; smutek ten był czarujący. Trzeciego dnia Dorn wiedział, że kocha. Panienka patrzyła na niego z rozrzewnieniem i ze smutkiem piękniejszym jeszcze. Bywał niemal codziennie u tych dobrych pań, w rozmaitych porach. Nigdy jednak między godziną szóstą i siódmą. Dlaczego? Dorn się zastanowił. Coś go zaniepokoiło. Powiedziała, że uczy się śpiewu. Kto uczy się śpiewu codziennie i tak ściśle, wedle zegarka? Nazajutrz stanął w ukryciu na ulicy i patrzył, czy kto wchodzi około szóstej. Nikt nie wszedł, ani około siódmej nikt nie wyszedł.
— Moje nieszczęście zdarzy się między szóstą i siódmą — pomyślał Dorn.
Nagle uderzył się w głowę.
— Przecież w tym domu niema fortepianu! — zawołał ze zdumieniem — czy panienka uczy się przy harfie? Niema i harfy!
Stał się jeszcze smutniejszy, niż panna. Patrzyli sobie długo w oczy, i było im dziwnie nieswojo. Nagle jej oczy napełniły się łzami. Dorn uciekł, bo w nim serce zaczęło jęczeć.
Zaczął obserwować pokojówkę i zauważył, że małpa, choć przystojna, jest złośliwa i przykra. Zapłacił jej ogromną sumę, aby ukoić jej przerażenie, i wejść do ogrodu o godzinie szóstej, przysiągłszy, że nikomu o tem nie wspomni.
Z niesłychanemi ostrożnościami został wprowadzony do pokoiku służącej, stamtąd do pokojów panienki. Miał złe wrażenie, że się nie różni niczem od złodzieja, a właściwie różni się, gdyż jest gorszy, niż złodziej. Był blady ze wstydu. W ręku miał bukiet czerwonych róż — na wszelki wypadek, gdyby go spotkano i gdyby mu trzeba było pretekstu, choć go pokojówka zapewniła, że nikogo prócz panny w domu niema.
— Czy panienka uczy się śpiewu?
— Nigdy nie śpiewała — szepnęła służąca.
— A cóż robi codziennie od szóstej do siódmej?
— To tajemnica. Za chwilę pan zobaczy. Proszę tędy...
Stąpał na palcach, blady i drżący. W pokoju panny rolety były opuszczone; w miłym, złotym półmroku ujrzał ją, leżącą nawznak na otomanie. Ręce leżały sztywno wzdłuż ciała. Twarz jej była blado-żółta, z nieludzkim wyrazem cierpienia.
Dorn krzyknął zduszonym głosem i oparł się o futrynę drzwi.
— Jezus, Marja! ona umarła!
— Nie — rzekła cicho pokojówka — wcale nie umarła. Niech pan podejdzie bliżej. Śmiało, panienka się nie zbudzi.
Dorn uczynił dwa kroki, jak zahipnotyzowany. Miał łzy w oczach; z drżących rąk wysunęły się i padły na dywan czerwone róże.
Pokojówka objaśniała:
— Ona tak co dnia, punktualnie o godzinie szóstej zasypia i co do sekundy budzi się o godzinie siódmej. To jest sen kataleptyczny. Nic i nikt jej nie może zbudzić. Można ją kłuć szpilką, albo parzyć ogniem. Starsza pani mdleje na ten widok, choć to trwa tyle lat. Woli wyjść. O tym czasie idzie zwykle do kościoła. Ja jedna w tym domu znam tę tajemnicę, a pan przysiągł, niech pan pamięta!...
Łzy jak groch toczyły się po zalękłej twarzy Dorna. Pokojówka z irytacją zbierała rozrzucone róże, aby usunąć ślady czyjejś obecności.
Wyszedł powoli, ciężko podnosząc nogi, jakby je miał z ołowiu. Widział śmierć złośliwą i straszliwie podłą, bo męczącą i igrającą ze słodką, biedną dziewczyną.
Zakupił cały sklep róż nazajutrz i o poranku posłał je smutnej panience z listem takim serdecznym jak miłość i przeprosił, że, zmuszony do nagłego wyjazdu, nie może się pożegnać.
Wszędzie jednak i długo bardzo widział jej sarnie, łzami oblane spojrzenie. Już nie klął swego losu, ujrzawszy, jak bardzo nieszczęśliwi są ludzie.
Zawrócił nagle na gościńcu świata, którym szedł na poszukiwanie swojego miłosnego szczęścia, i wracał do Warszawy. Miał jednak przed sobą zbyt daleką drogę, aby ją mógł przebyć spokojnie. Nie miał zresztą najmniejszych pod tym względem złudzeń. Ostatnia przygoda wyczerpała go jednak tak bardzo, że chorobliwie unikał spojrzeń smutnych i twarzy bladych choć wiedział, że nikt bardziej nie pragnie miłości, jak kobieta smutna, myśląc, że jej ona przyniesie szczęście, i że żadne oczy jej goręcej nie wypatrują, jak oczy pełne łez, myśląc, że miłość je osuszy. O, biedne! wszak miłość jest największym smutkiem i studnią łez, bowiem sercem mądra, więc największą mądrością, równą boskiej, wie, że niema miłości bez zdrady, i że życie jej jest krótkie, jak żywot kwiatu. O, dolo miłości! Wie, że umrze w cierpieniu, a wyciąga ku niemu ramiona i modli się o nie, jak o promieniste szczęście.
Takie smutne wieści prządł Dorn w mieście zgiełkliwem, pełnem krzyku i wrzawy. Strząsnął z sandałów proch, przywieziony ze smutnej wyprawy i aby zapomnieć, cisnął się głową nadół w odmęt. Pił, śpiewał z pijacką gromadą, szalał niewytwornem szaleństwem. Uwielbił w krótkiej drodze szybkiego porozumienia jasnowłosą baronową, pulchną i roześmianą, pachnącą, jak fabryka olejków, rozkosznicę, rozwódkę, jednem słowem. Ta kobieta nie wiedziała, co jest smutek. Musiała być cała i bez części sztucznych, bo przed tem miała męża przez lat siedem, w ciągu zaś takiego czasu największy nawet kretyn byłby dojrzał taki niemiły drobiazg, jak drewniana noga.
Dorn pomyślał wprawdzie, że los jego odmienił mu gatunek katastrof i zadowalał się już nie byle jakim pomysłem. Przecie serce po prawej stronie, albo katalepsja, to już nie byle co, nie byle szklane oko, albo fałszywa kobiecość. Był więc przekonany, że serja uszkodzeń cielesnych już się skończyła i zaczną się nieszczęścia wymyślne. Tak był zajęty rozmyślaniem na ten temat, wychodząc z baronową z modnej restauracji, że ledwie zauważył dyskretną, lecz bardzo w rytmie gorącym gwałtowną rozmowę baronowej z maitrem restauracji. Ona przeczyła, on twierdził. Dorn trochę się zdziwił, myślał jednak, że sprawa jest o jakieś dawniejsze zobowiązania, baronowa bowiem była stałym gościem wykwintnego lokalu. Wreszcie maitre rozłożył bezradnie ręce.
Dorn zauważył, że mu tej kobiety zazdroszczono, bo go odprowadzało setki spojrzeń.
— Należy mi się cokolwiek satysfakcji — pomyślał, ujmując ją za pulchne ramię, kiedy ją wsadzał do automobilu.
Wtem coś brzęknęło, upadłszy na bruk, coś, co wypadło z jej gronostajowego zarękawka. Dorn się pochylił, myśląc, że to zegarek lub bransoletka, baronowa miała zresztą na sobie mnóstwo pierwszorzędnej biżuterji — i podniósł srebrną łyżkę stołową z firmą restauracji.
Zamieniony w znak zapytania, uśmiechnięty wesoło, ważył ją na dłoni.
— Ach! — zawołała baronowa — czułam, że mi coś wpadło do zarękawka. Niech pan zawoła boya i niech on to odniesie.
Tak ją ubawiła ta łyżka, że śmiała się jak szalona, wobec czego, choć to nie było racją dość głęboką, Dorn obiecał jej kupić pierścionek ze szmaragdem.
Kiedy weszli do magazynu, i Dorn zażądał pokazania pierścionków, jubiler się skrzywił i spojrzał z pod okularów na baronową. Pokazał wreszcie pudełko z pierścionkami, które zaczęto oglądać. Dorn zapalił papierosa i czekał na jej decyzję. W tej chwili weszła do sklepu skromnie ubrana dama, porozumiała się spojrzeniem z jubilerem i usiadła na krzesełku. Kiedy baronowa wybrała pierścionek, i Dorn sięgnął do pugilaresu, szybko odbyła się następująca scena: skromnie ubrana pani powstała nagle i zapytała jubilera krótko:
— Ilu brak?
— Trzech z brylantami.
Wtedy dama błyskawicznie przetrząsnęła torebkę baronowej i zarękawek, poczem położyła na stole dwa pierścionki. Baronowa się nie broniła, tylko stała nieruchomo, krwawo zarumieniona.
— Gdzie trzeci? — zapytała sucho skromna pani.
— Nie wzięłam! — szepnęła baronowa z trudem.
— Niestety, ale tak — rzekł jubiler.
Skromna pani pomyślała chwilę, uśmiechnęła się cierpko i rzekła groźnie:
— Pani baronowa raczy otworzyć usta!
I, nie czekając na nic, palcem wetkniętym w usta baronowej wydobyła trzeci pierścionek.
Dorn patrzył, jak na przedstawienie u warjatów.
— Co to znaczy? — zapytał głosem z tamtego świata.
— Pan nie wiedział? To znana kleptomanka, a ta druga pani to jej cień, który jej pilnuje. Bardzo mi przykro... Widzę, że panu nieprzyjemnie.
Dorn był już za drzwiami i uciekał jak jeleń.
Ósma kochanka kawalera Dorna, którą spotkał niebawem, nerwowa i blada, młoda dama z najwytworniejszego towarzystwa, bawiła go bardzo, gdyż miała dziwną pasję; włóczyła go po ulicach i godzinami wystawała przed sklepami z żelaziwem. Dorn był cierpliwy, bo dama była piękna i wyróżniała go niezwykle.
— Musi być niedokrwista i patrzy wciąż na żelazo — myślał Dorn — o, jakże mądra jest natura.
Nazajutrz stała się rzecz straszliwa. Kiedy odwiedził panienkę, zastał przed domem Pogotowie, a w domu koniec świata; panienka połknęła kilogram gwoździ, z tą samą rozkoszą, z jaką inne połykają czekoladki.
Dorn nie czekał relacji, czy jej ten przysmak nie zaszkodził zbyt gwałtownie. Źle i niemiło jest mieć kochankę, która połyka gwoździe lub igły. Jest to przysmak wprawdzie tani, lecz tak mało strawny, że Dorna przeszły ciarki i zimno mu się robiło na samo wspomnienie.
Osłabły na duchu, złamany, z sercem potarganem na strzępy wrócił Dorn do Warszawy; wszędzie źle, a w domu najgorzej, lecz Dorn już nie miał siły. Repertuar jego miłosnych dziejów był straszliwy: kobieta łysa, przebrany mężczyzna, ze szklanem okiem i nosem z wosku — kobieta z sercem po prawej stronie i z podwójnym żołądkiem, lunatyczka, kataleptyczka, kleptomanka, histeryczka „żelazna“ — tak! to stanowczo za wiele na jedno, choćby najbardziej miłości pragnące serce, Do takiego interesu nie mógłby jednak znaleźć wspólnika.
Wracając do Warszawy, wstydził się. Wielu jego przyjaciół wiedziało, że pojechał po złote runo miłości, po brylant serca, po najcudowniejszą kochankę. Co im powie? Że jedna z jego kochanek kradła z restauracji łyżki, a druga połykała gwoździe?
Dorn się wściekł. Postanowił wśród materjału krajowego wynaleźć byle co. Miał nadzieję, że szanse jego w ojczyźnie będą lepsze, bo choć w Polsce wszystko jest źle zbudowane, lecz Polki są zbudowane wybornie. Myślał zresztą, że może go słuszna spotkała kara za to, że pojechał szukać obcych bogów, że wzgardził pięknością swojego chowu, wiadomo zaś, że Polacy chowają najlepiej konie i kobiety; konie mają tylko tę jedną zaletę więcej, że są wierne.
Dorn postanowił więc jak najprędzej znaleźć sobie kochankę. Przedsięwzięcie takie nie jest zazwyczaj bardzo trudne, dlatego, że co druga kobieta skłonna jest do rezygnacji i do poświęcenia. Gdyby ten zapał skierować w podniesienie gospodarstwa domowego, zadziwićby można świat.
To też niedługo szukał. Krętemi drogami poznał pannę przedziwnej piękności i dumną, z czołem królewskiem, kruczą, Balladynę — jednem słowem. W oczach jej można było założyć hutę, w której się topi rudę żelaza.
Była samotna, nie miała nikogo z bliskich, mieszkała wytwornie, Dorna przyjęła chętnie. Unikała miejsc publicznych, nie odwiedzała teatrów, nie lubiła ludzi. Szczegółowo wypytywała Dorna, co o niej myśli?
— Nie mogę myśleć, gdyż kocham panią — mówił Dorn.
— A gdybym była zła, nieznośna, okropna?
— Nie potrafi pani. Ale kochałbym panią.
— A gdybym miała przeszłość czarną?
— Gdyby była nawet tak czarna, jak włosy pani, kochałbym panią.
— A gdyby ludzie mówili o mnie źle?
— Ludzie nigdy o nikim nie mówią dobrze. Kochałbym panią więcej!
Wtedy ona uczyniła rzecz taką, która z mężczyzny czyni niewolnika: ucałowała go w rękę. Jest to przemyślny podstęp odwiecznej niewolnicy. Dorn się rozczulił. Rozczulił się do tego stopnia, że jej opowiedział dzieje swojej nieszczęsnej miłości. Niewiasta co nieco się zdumiała i zbladła. Rzekła jednak szybko i tkliwie:
— Ja wszystko panu nagrodzę!
Chodzili co wieczór do Łazienek, bo właśnie kwitły kasztany, i mówili takie do siebie słowa, które pachniały jak ukwiecone drzewa. Raz ktoś znajomy przystanął, spojrzał zdumiony i niechętnie się ukłonił. Był to stary przyjaciel Dorna, który był dumny, że on go właśnie widział z tą boską kobietą.
Nazajutrz przyjaciel ten odwiedził Dorna bardzo rano. Gadał długo o tem i o owem, znać jednak było, że nie to właśnie chce powiedzieć. Wreszcie nagle zaczął ni stąd ni zowąd:
— Dorn! skąd ty znasz tę kobietę?
— Znam od wielu lat, teraz się jej przypomniałem.
— Przez rok nie byłeś w kraju, a przez rok może się wiele zdarzyć. Otóż ta pani...
— Panna...
— Panna? Dorn, czy to zabawa, czy chcesz się żenić?
— Nie igram z miłością. Jest to rzecz poważna!
— Więc obowiązek przyjaciela każe powiedzieć ci wszystko. Ta panna wkrótce po twoim wyjeździe miała dziecko...
Dorn jęknął i opadł na krzesło.
— Z kim?
— Z murzynem z jazz-bandu.
— Hu! hu! — zawył Dorn.
— Ale to drobiazg. Potem otruła swoją ciotkę.
— Aaaa! — zakrakał Dorn.
— ...Siedziała w więzieniu; uwolnili ją trochę dla braku dowodów. Tak się zwykle zresztą mówi.
— Boże, Boże, Boże! — jęczał Dorn — co ja zawiniłem?
— A teraz się żeń! — rzekł przyjaciel i poszedł.
Dorn rozmyślał dwa dni i dwie noce. Siedem miljonów czterysta sześć tysięcy myśli związał wreszcie w taką konkluzję: jeśli najstraszniejsze stało się przed ślubem nic się nie stanie już później. Dziecko i morderstwo, to chyba dość... Przysiągłem jej, że choćby o niej powiedziano najgorzej...
Dusza w nim była napoły umarła, ciało doszło do niej jako tako.
— Wiem wszystko! — rzekł smutno.
Ona krzyknęła i upadła mu do nóg.
— I ożenię się z panią! — dokończył Dorn nieswoim głosem. Mam już dość tego wszystkiego. Ożenię się, do stu tysięcy djabłów! — krzyknął ni z tego, ni z owego jak szaleniec i ciężko dyszał.
Ona całowała jego ręce i nogi i obiecywała mu, że mu zapłaci za to wszystko miłością taką, jakiej nikt nie widział od stworzenia świata. Dorn się uśmiechał smutno i był rad ze swojej tragicznej odwagi. Patrzył przez otwarte okno w ogród pełny słowiczego śpiewania i gładził ją po głowie.
— ...Przeszłam wiele — mówiła — a to mi tylko pogłębiło duszę. Zbudziło we mnie siły, dało mi natchnienie. Ukrywałam jedno tylko, co tylko zdradzę tobie, tobie pierwszemu, bo później tysiące ludzi będzie o tem wiedziało.
— O czem?
— Zaraz się dowiesz!
Dobyła z biurka jakieś papiery. Dorn wstał zaciekawiony.
— Co to jest?
— Moja dusza!
Dorn patrzył błędnie w przeczuciu nieszczęścia.
— Najdroższy mój! To jest dusza mojego życia. To jest krew z mojej krwi. Za chwilę ci przeczytam. Dorn! Ja napisałam powieść!
Kafr, obdzierany ze skóry, tak nie wyje, jak zawył Dorn. Spojrzał na nią dzikiemi oczyma, potem krzyknąwszy: Krwi! krwi! — skoczył przez balkon na głowę z pierwszego piętra.
Albowiem przebrała się miara nieszczęść tego biednego człowieka, bo los jego, który z nim igrał, drobnemi męcząc go nieszczęściami, nieszczęście okropne i najstraszliwsze zachował mu na koniec.