Dziewczynka z lasu
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Dziewczynka z lasu |
| Pochodzenie | W zamyśleniu |
| Wydawca | „Lektor“ Instytut Literacki Sp. z o.o. |
| Data wyd. | 1923 |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Pobierz jako: EPUB Cały zbiór |
| Indeks stron | |
Gdy nastaje wiosna, i to taka ledwo, ledwo przesuwająca zielone cienie po gałązkach drzew, z lasku — z pośród gąszczów leszczyny i buków — biegnie ku mojemu oknu mała postać dziewczęca. I wzdłuż siatki drucianej się spina, rączkę wyciąga. Milcząco daje znać o sobie, że już jest, że już przyszła na codzienne teraz odwiedziny.
A w rączce tkwi jakieś coś drobniuchne, nikłe, wątłe. Są to kwiatki, które mają w sobie jeszcze biel śniegów źle stopionych, to znów błękit ciemny majowego upalnego nieba, to złoto szczere słonecznych promieni. Czasem dziewczynka z gąszczów leśnych powiewa ku mnie wachlarzem jasno-zielonych paproci, związanych powrósłem traw, czasem gałąź tarniny nagle wykwita za siatką, jakby z japońskich rysunków wycięta.
To jest — wiosną.
A gdy lato nastanie i mgła gorąca i duszna opadnie tłocząco nad lasy i miasta, dziewczynka z lasu, zaróżowiona i senna, przynosi maluchne garnuszki poziomek, malin, borówek.
I wszystko to znosi skrzętnie, pracowicie pod moje okno, z jakąś wieczystą troską na swej drobnej, milczącej twarzyczce.
Taka to już „kobieta“ ta moja dziewczynka z lasu.
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Czasem wynajmuje się jako robotnica dzienna.
Piele grządki drobniuchnemi, małemi rączkami, które migocą wśród bratków i begonij z pracowitością małych zwierzątek. Patrzę na nią, gdy tak przypadnie do traw w swej fioletowej spodniczynie i różowym kaftaniku i pracuje, pracuje...
Czasem przerwie swą pracę, odgarnie z czoła promień okurzonych włosów i odpoczywa w jakiejś zadumie melancholijnej i tajemnej. Lecz prędko porywa się znowu i oto jej rączki migocą wśród bratków delikatnie i szybko.
Odpocznij! — mówię.
A ona spogląda na mnie, milcząc, jakby mnie nie zrozumiała.
Bo dziewczynka z lasu widocznie jest z tych istot, które spoczynku nie znają.
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Raz jeden zdawała mi się mniej dziką i mniej zamknięta w sobie. Muzyka wojskowa grała polkę w oddali. Przedzierały się te taneczne tony przez las i krzaki wesoło i jakoś młodo. Dziewczynka, klęcząc wśród trawy i zajęta pieleniem lebiody, podniosła głowę i uśmiechała się blado. Podchwyciłam tę szczęśliwą chwilę. Zaczęłam z nią rozmawiać. Na tle zanikającej muzyki odpowiadała mi. Naturalnie starałam się dowiedzieć o jej domowe stosunki.
— Ktoś ty? sierota?
— Matka jest.
— A ojciec?
Wzruszyła ramionami. Zresztą nie nalegałam. Ten ojciec był tu „quantité negligeable“.
— Dużo was w domu?
— Czworo.
I zabierając się nagle do pracy, jakby to przypomnienie czterech głodnych gęb podcięło ją batem — dodała z prostotą:
— A z piątem matka chodzi...
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Tak powiedziało dziecko z lasu.
I teraz się zaczyna „bezwstydna“ część mego feljetonu. Przeto proszę dam i panien, które nie mogą bez zachłyśnięcia się wymówić słowo poród, a gdy zobaczą szyld „sage-femme’y“, ponsy na nie biją i oglądają się trwożnie, czy nie ma gdzie w pobliżu mężczyzny, któryby tę hańbę ujrzał — proszę te damy skromne i pełne wstydu, aby nie czytały tych bezeceństw.
Są one bowiem, jako lilje w ogrodzie pańskim, nieplamne i białe.
I oto dzieci, według nich, niesie anioł Thorwaldsena na ziemię.
A te ciąże i porody to są złośliwe wymysły, chcące zeszpecić piękno czyste i nieskalane.
Tylko takie dziewczynki z lasu mogą być zepsute i bezczelne, aby śmiały w słońce, w błękit nieba, w kwiaty — rzucić te słowa:
— Z piątem matka chodzi!
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
A ja wam powiadam, panie i panny, idące ze spuszczonemi skromnie oczami przy feretronie fałszywej skromności, że ta moja dziewczynka z lasu ma w sobie cały czar i wdzięk niewinności, że dusza jej ma połysk prawdziwej perły i w oczach jej tkwi wielka, czysta mądrość kobieca.
Bo — oto ona bezwiednie zatrzymuje w sobie majestat i dostojność przeznaczenia swego i nie wyzbywa się go dla strojenia się w dwuznaczną biel, nie chcącą wiedzieć o tem, co winno być chlubą jej życia.
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
„Wszystko w kobiecie jest zagadką i wszystko w kobiecie ma jedno rozwiązanie: zwie się ono brzemiennością“.
Tak powiada Nietzsche.
Naturalnie zaraz się zacznie pisk. O! bicz! ten słynny bicz... Teraz się o tem nie mówi. Zresztą ja inaczej ów „bicz“ pojmuję. Nie ten dotkliwy, fizyczny, ale siłę i przewagę moralną.
Ale o to mniejsza. Tu chodzi o to słowo. Brzemienność! To są przecież rzeczy na świecie, o których się nie mówi. Szczególniej panny, dziewczęta... Coś tam jest... ale co? Och! dowie się dość wcześnie. Teraz nie trzeba zetrzeć puchu. Należy do łożnicy zawieść istotę, której się nie puszcza przez dwa tygodnie do starszej, zamężnej siostry, leżącej w połogu.
— Trudno, ażeby panienka...
Hm!... tak. Trudno. To będzie taki rozkoszny i nieznany w senzacjach mężczyzny dreszczyk pouczać potem swoją „żonusię“, że dziecko to naprawdę rodzi kobieta i że trzeba „uważać“, „nie ściskać się gorsetami“, „nie tańczyć“ i że to będzie tak a tak... a gdy się napotka w książce taki ustęp jak ten
„Ale się modlę do kobiet, co w ciąży
Z dumą wstępują na ołtarz porodu“...
to gdy młoda mężatka zarumieni się i książkę odrzuci precz, precz, jakie cudowne wrażenie! Co za naiwność! Co za wzruszająca naiwność!
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
A panie te zapominają, że ich blask jest jako blask złota przy blasku słońca...
Bo słońcem królewskiem, pojmującem w całej prostocie i nagości cud kobietom przydzielony, cud, który jest wyższością właściwą kobiet, cud poczęcia ciąży i porodu — jest taka dziewczynka z lasu, prosta i szczera, mówiąca o tem piątem dziecku, spoczywającem pod sercem swej matki, jako o istocie już żywej, mającej prawo do liczenia się na świecie.
A złotym blaskiem, hipnotyzującym i chorobliwym, ot blaskiem z wystawy jubilerskiej, zimnym i sztucznie wywołanym oszlifowaniem, kontrastem matu i tym podobnemi sztuczkami — jest taka „bogobojnie“ chowana panienka, która dzięki Bogu o niczem nie wie i która, gdyby się zabłąkała tam, gdzie grają Burckhardta, nie powinna się do tej hańby nigdy przyznać.
Jako że tam mówiono o ciąży...
A dwuznaczniki w operetce to się przełyka z uśmiechem anioła. I książeczki i wiadomości senzacyjne takoż. Ale co do hańby rodzenia dziecka to już jest taki układ społeczny, iż dziewczęta wiedzieć o tem nie powinny. I co najkomiczniejsze, to jest to, iż nietylko dziewczęta pod ten sztandar naiwności zaciągają się na świecie. Także i kobiety, które mają dzieci i które oburzają się, jeżeli ktoś mówi przy nich lub pisze o ciąży i porodzie.
Bo to jest „nieprzyzwoite“.
Ciekawe, ciekawe!
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Na ulicy Pijarów za ostrym szeregiem krat, w okoleniu zieleni stoi wielki gmach na dwie części podzielony. Jest to schronisko wielkich nędz, bolów, tragedyj kobiecych, lecz jest to zarazem świątynia, gdzie dokonywa się największy ze wszystkich cudów.
To są kliniki położnicze i ginekologiczne.
Bardzo „nieprzyzwoite“ miejsca.
No, ale być muszą.
I z poza tych drzwi, tych sal porodowych rozlega się jęk kobiet rodzących, ten jęk męki, połączonej z okrzykiem triumfu i słychać ciągle pierwszy krzyk nowego człowieka...
Białe widma lekarzy, pomocnic, akuszerek kręcą się dokoła. Otwierają się drzwi jakieś — oto sala operacyjna, purpura krwi, błysk narzędzi, upadający pod ciężarem pracy lekarz i znów cisza, i znów nowy jęk, nowy krzyk... nowy Triumf życia, albo nowe żniwo Śmierci.
Na marach wynoszą trupa matki, na ręku niosą żywe, rwące się do życia dziecko...
Czasem dzieje się przeciwnie.
Oto drobne małe ciałko zastyga nagle ciche i nic nie pragnące. A matka wraca do życia poto może, aby stać się znów twórczynią silniejszego, bardziej podatnego do egzystencji cudu.
Dniami, wśród szumu rozkwitłych lip, nocami wśród ciszy i niepewnych świateł szpitalnych lamp, rodzą kobiety, rodzą na zło i dobro, na śmiech i łzy, na niskość i wielkość, na poniżenie i Pychę...
Lecz zawsze na Cud życia.
Na egzystencję.
Na boski objaw tej egzystencji!
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
A potem przychodzi Niedziela.
A teraz proszę, chodźcie tu do mnie pod moje okno, wy prawdziwie jasne i krystaliczne dusze dziewcząt i kobiet, dla których powierzchowne świecidła fałszywej skromności są wstrętne i obrzydliwe.
Chodźcie tu do mnie i pełne dostojnej godności słuchajcie, co Wam powiem.
Co tydzień o godzinie czwartej po południu, na schodach kliniki, w Niedzielę, u drzwi ubożuchnej kapliczki odbywa się ceremonja chrztu dzieci, które w ciągu tego tygodnia urodziły matki w murach klinicznych.
I pomiędzy temi dziećmi obu wyznań jest przeważna ilość takich, których niema kto „podać“ do chrztu świętego.
Bo matki ich są biedne, są więcej, niż biedne, są najczęściej uwiedzione i porzucone na ból, na nędzę, na osamotnienie. I nikt rąk swoich nie wyciąga, aby opiekuńczo stanąć przy takiem dziecku, samotnem już od chwili urodzenia.
W półkolu, wśród którego ksiądz dokonywa ceremonij Sakramentu, na bieli poduszek poprzypinano kartki z numerami łóżka klinicznego matki, z jej nazwiskiem, z imieniem dziecka....
(O ojcu się nie mówi, bo to już tak ułożone prawnie i weszło w puls porządków społecznych).
Otóż te dzieci przeważnie są podawane przez dziewczęta szpitalne, bo przecież ktoś musi być tą „matką chrzestną“...
Ale naturalnie to jest czysto fikcyjne, bo dzieje się to w niedzielę i od tych biednych służących nic więcej wymagać nie można.
Zatem zapamiętajcie sobie wy, kobiety, które nie macie pretensji wychodzić na targ skromności w procesji o białych strojach i z liljami w rękach.
Co Niedziela, tak łacińskiego, jak i greckiego wyznania małe, biedne, ciche dzieci czekają na to, ażebyście poszły wyciągnąć ku nim swe ręce, jak anielskie skrzydła.
Niech każda z was pójdzie raz w życiu do tej „nieprzyzwoitej“ kliniki i stanie z takiem dzieckiem na ręku w półkolu u drzwi klinicznej, ubogiej kapliczki.
A Piękno waszego ducha i czystość kryształowa waszej istoty zagra blaskiem królewskim słońca.
A nie tandeta wabiących jubilerskich sztuczek.
Ta jedna chwila pozwoli wam stać się tak czystą, tak prymitywnie czystą a świadomą i dumną swych cudownych przeznaczeń, jak moja dziewczynka z lasu.