Dziewczyna bezimienna/całość
| <<< Dane tekstu | ||
| Autor | ||
| Tytuł | Dziewczyna bezimienna | |
| Pochodzenie | Kurjer Poranny 1893 | |
| Wydawca | Feliks Fryze | |
| Data wyd. | 1893 | |
| Druk | w Drukarni Rotacyjnej | |
| Miejsce wyd. | Warszawa | |
| Tłumacz | anonimowy | |
| Tytuł orygin. | La File sans nom | |
| Źródło | Skany na Commons | |
| Inne | Pobierz jako: EPUB | |
|
| ||
| Indeks stron | ||
|
Dziewczyna bezimienna.
przez
Karola Mérouvel’a.
|
Najbardziej zadziwiające wypadki nie są utworem bujnej wyobraźni romansopisarzy. Powstają one same w łonie społeczeństwa, tak dobrze na najwyższym szczeblu, jak i w najniższych warstwach jego, lub wplatają się w koło przeciętnego życia, życia większej połowy śmiertelników.
Co do nas, nie mamy wcale śmiesznej zarozumiałości dowodzenia, abyśmy wynaleźli nowe i nieznane przygody, fantastyczne legendy, lub urojenia bajeczne.
Nic bardziej prostego, jak zdarzenie, służące za początek rzeczywistego dramatu, który mamy opowiedzieć. Sto razy powtarza się on tak samo, różniąc się tylko od innych charakterami występujących w nim osób, lub okolicą, w której wypadki miały miejsce.
Ten, który mamy zamiar opowiedzieć, miał początek w Bretanji, błogosławionej ziemi, ulubionej przez poetów i malarzy, dla jej malowniczych okolic i ruin starych zamków, nawiedzanych przez duchy. Tylko że za dni naszych Bretanja nie jest już taką, jaką kiedyś była, ani taką, jak ją sobie jeszcze teraz wyobrażamy.
Słysząc mówiących o Morbihanie lub Finisterze, wyobrażamy sobie natychmiast rozległe stepy, zarośla i ciemne lasy, nieuprawne pola i bagna, zamieszkałe przez chochliki, tańczące podczas pełni księżyca w towarzystwie innych nadprzyrodzonych duchów.
Trzeba się pozbyć złudzeń. Malowniczość i duchy znikają powoli, jeżeli jeszcze nie zostały zupełnie pogrzebane.
Zabił je postęp. Za jaki lat dziesiątek Bretanja stanie się zupełnie podobną do każdego innego cywilizowanego zakątka ziemi, oczyszczona, uprawiona, i na śmierć nudna.
Dzieło to już jest prawie dokonane. Kolej żelazna prowadzi z Loudaac do Pontivy, a druga z Redon do Quimperlé. Potężne parochody, ziejąc czarnym dymem, pędzą przez pola uprawne, ku Rosporden, a olbrzymie raki morskie z wyspy de Groix patrzą zdumione z głębi swoich czeluści na ciemne kłęby pary, unoszące się nad skalistemi wybrzeżami Ploemeur’u i Carnoët.
To maszyna niwelacyjna przechodzi.
A wielki magazyn de la Belle Jardiniére — która bodajby przepadła! — wysyła gotowe garnitury dla dzikich synów Bretanji, dzięki czemu młódź jej stroi się w takie same kratki i czapki jedwabne, jak bohaterowie z La Villette i eleganci z Batignolu i Clichy.
Nie dosyć na tem. Najświeższe wiadomości mają w Quiberon, bo dzienniki, rano urodziwszy się w pobliżu Opery, wieczorem kończą swój żywot w Concarneau.
I oto cała różnica. Co za szkoda! Wkrótce niepodobna będzie znaleźć dziko zarosłego ustronia.
Podróżny, unoszony siłą pary przez tę okolicę, nabiera takiego przekonania. A jednak myli się bardzo. Jeszcze można odnaleźć dzikie zakątki, gdzie dopiero czyha na nie cywilizacja.
Pomiędzy Pontivy i Chateaulin, olbrzymie stepy ciągną się do podnóża Czarnej Góry, tego serca Bretanji. Zacząwszy do Chateaulin aż do samego Morgat ciągnie się pusta, smutna, ponura okolica, z tą jednak różnicą, iż tu klimat łagodnieje, a bujna ziemia, zostawszy uprawioną, wydaje piękne drzewa i zwrotnikowe rośliny.
Podróżni, którzy zwiedzili Finistère, znają półwysep de Morgat, ten cypel francuzkiej ziemi, pomiędzy zatoką de Douarnenez, a przystanią Brestu, nad którą panuje swojem skalistem wysokiem wybrzeżem.
Oprócz małego miasteczka de Crozon, zbudowanego w samym jego środku, cała ta przestrzeń dwudziestokilkometrowa mało jest zamieszkałą.
Potrzeba pewnej odwagi, aby się nie ulęknąć strasznych huraganów w zimie i przyzwyczaić się do łoskotu olbrzymich fal, które biją z czterech stron z taką siłą, iż głuszą gromy samego nieba. Pomimo tego jednak na samym cyplu wybrzeża, jak wysunięta pikieta, na urągowisko burzom i wichrom Oceanu, wznosi się samotny zamek na stromej pionowej skale, wysokiej na sto metrów. Nazwa jego brzmi złowrogo: La Roche-Morgat.
Ciemne mury, rysując się ostro na szarym i mglistym tle nieba, nie sięgają oddalonej epoki. Wzniesiony przed osiemdziesięciu laty zaledwie, zamek w La Roche-Morgat, jest to obszerny gmach, tworzący podłużny kwadrat, poprzecinany nierównej wielkości oknami i balkonami, o koniecznych balustradach.
Zębaty gzems nadaje mu wygląd co najmniej fortecy. Dachu niema wcale, co tembardziej dodaje złudzenia. Zamiast dachu nad zamkiem, zrobiono na całej jego rozciągłości wspaniały taras, nieulegający zniszczeniu. Na potężnem sklepieniu olbrzymie odłamy kamieni spojonych cementem, pokryte są grubą warstwą ołowiu. Wchodzi się na niego przez kręcone schody, zrobione w jednej z bocznych wieży z ciemnego granitu, jak prawie każdy budynek w tej okolicy, czy to ubogich czy bogatych. Z tarasu roztacza się niezrównanej piękności krajobraz.
Są miejsca więcej powabne i wesołe, z pewnością jednak trudno jest znaleźć coś bardziej poważnego i wspaniałego zarazem. Oprócz niewielkiej ilości kwiatów, utrzymywanych przez starego ogrodnika, mieszkającego w małym domku, przyległym do oficyn, gdzie się służba mieści, widać tylko na pochyłości gruntu wierzchołki lub rozpadliny skał, zarośnięte gęstemi krzakami jałowca, w których tylko wieśniak bretoński chodzi i nie zbłądzi; na wprost zaś zamku zielona masa wód burzliwych z hukiem rozbija się wysepki i skały, daleko rozrzucając swą białą pianę.
W lewo i w prawo w dalekiej odległości widnieją urwiste brzegi de Seins, zatoka Nieboszczyków o złowieszczem imieniu, wązka szyja przystani w Breście wraz ze swoją naturalną obroną, potężnemi działami i latarnią morską.
Podobne miejsce zamieszkania w czasie, kiedy stawiano ten oryginalny budynek, mogło się podobać tylko ludziom wielkiej odwagi i awanturniczego usposobienia. I rzeczywiście rozbójnik morski wzniósł tu zamczysko, tylko rozbójnik arystokratycznego pochodzenia.
Na schyłku ostatniego stulecia, na samym skraju Finisteru i Morbihan, pomiędzy Carchaix i Guéméné-sur-Scorff, zamieszkiwała rodzina zubożałych szlachciców, mężnie znoszących swoje ubóstwo w opuszczonem zamczysku, pośród nieurodzajnej ziemi i błot, zewsząd go otaczających. Nazywali się de Vitray-Pleyber.
Było ich dwóch braci. Starszy z nich był ożeniony, ale przy swem ubóztwie zaledwie mógł zdobyć córkę sąsiedniego młynarza, którego też całym majątkiem był młyn wartości kilku tysięcy franków. Mówiąc prawdę, to stare domostwo dwóch braci i tej sumy nie było warte.
Dom pozostawał w zupełnej ruinie; dach po każdym huraganie coraz bardziej się zapadał, okna miały zaledwie połowę szyb potrzebnych, a i te były połatane spodami od butelek, a pola, po większej części nieuprawne, dawały zaledwie chleb czarny dla kilkorga służby, mających odwagę znosić biedę wraz ze swojem państwem. Oprócz tego polowano na zwierzynę, łowiono ryby, no i, nie można tego ukryć, łupiono jeżeli się dało.
Dwaj bracia byli prawdziwymi morskimi rozbójnikami. Każdy z nich nosił właściwy mu przydomek. Starszego nazywano Złośnikiem z powodu niedobrego charakteru, młodszego Tyczką dla chudości i wysokiego wzrostu.
Obadwaj żyli z sobą w doskonałej harmonji, znali się i rozumieli doskonale, oddzieleni od ludzi i świata obszarami bagnistemi, które mało kto miałby odwagę przebywać. Nawet wielka rewolucja nie wyprowadziła ich ze zwykłego spokoju.
Ale kiedy wybuchła wojna pomiędzy Francją i naszemi sąsiadami anglikami, otwierając obszerne pole do rozboju na morzu, starszemu bratu przyszła genjalna myśl do głowy. Nudził się pomiędzy swemi bagnami, a stara krew bretońska zawrzała w nim na wieści o wielkich czynach swoich współziomków, którzy rabowali nieprzyjacielskie okręty, a czasami napastowali i swoje flagi, ryzykując, że zostaną złapani lub w najgorszym razie powieszeni, co zresztą dla obudwóch braci wydawało się bardzo zaszczytnem.
Gdyby sprzedali młyn starego teścia i swoją ziemię, nie było by jeszcze dostatecznego funduszu na uzbrojenie choćby najnędzniejszego statku. Wypadek jednak przyszedł im z pomocą.
Mieszkańcy Brestu, ufając ich zręczności i sile, dostarczyli im niewielkiego starego statku wojennego, na którym zaczęli robić swoje morskie wycieczki około 99 roku.
Od tej chwili, aż do upadku pierwszego cesarstwa, wiernie wytrwali na swojem stanowisku, zatopili znaczną liczbę okrętów, ujęli mnóstwo ładownych statków, gnębiąc handel angielski z narażeniem co prawda własnej skóry, którą dotąd cudownym sposobem zachowali całą jakkolwiek niezupełnie.
Przy końcu kampanji Vitray-Złośnik utracił prawą rękę, a Tyczka jedno oko. Ale wzamian stali się sławnymi w dziejach marynarki i jednocześnie bogatymi jak Krezusy.
Odnowiwszy stary dwór, bracia opuścili go, wznosząc na jego miejsce zamek La Roche-Morgat, aby do śmierci patrzeć mogli na przystań Brestu, z której tyle razy wypływali na morze jak zgłodniałe rekiny, powracając zawsze z bogatym łupem, to jest ciągnąc za sobą zdobyte statki, gęsto usiane kulami.
W roku 1869 dwaj bracia dawno spoczywali snem wiecznym na cmentarzu, który sobie zgotowali za życia na jednej ze skał. Ród ich jednak nie wygasł jeszcze. La Roche-Morgat i cały majątek rodzinny pozostawał obecnie w jednym ręku hrabiego Bernarda de Vitray, wnuka dwóch braci.
Hrabia Bernard był to młody, trzydziestosiedmioletni człowiek, jeden z najbardziej eleganckich oficerów marynarki francuzkiej, kapitan fregaty wojennego okrętu, oficer legji honorowej, pomimo względnie młodego wieku zdobytej w nieszczęsnej wyprawie do Meksyku.
Namiętnie lubiący morze, mając w żyłach krew starych awanturników z La Roche Morgat, pomimo wielkiego majątku nie wahał się poddać twardym obowiązkom marynarza. Mówiono, że ma dwakroć sto tysięcy franków rocznego dochodu. Mylono się, gdyż miał w rzeczywistości daleko więcej. Służba jednak musiała mu być obecnie ciężką, gdyż przed półtora rokiem się ożenił i to z prawdziwego przywiązania.
Obok domu, jaki hrabia posiadał na bulwarze Haussmana, mieszkała stara markiza de Saint Béran, przyjaciółka a nawet daleka krewna marynarza.
U niej to kapitan spotkał młodą dziewczynę, której piękność nadzwyczaj go uderzyła.
Była nią panna Helena de Villers, córka oficera piechoty, zmarłego w młodym wieku. Nie posiadając żadnego majątku, zmuszoną była pracować na siebie. Znalazła miejsce lektorki u pani de Saint-Béran.
Zostawszy w trzynastym roku sierotą, wzięła Helenę daleka jej kuzynka, nosząca to samo nazwisko co i ona, ale również uboga wdowa, z trudem żyjąca ze szczupłego funduszu wraz z synem, o kilka lat starszym od Heleny.
Skończywszy lat siedemnaście, młoda dziewczyna przyjęła obowiązek lektorki, co dla jej dumnej natury było upokorzeniem, cóż jednak miała robić?
Za każdym swoim pobytem w Paryżu Bernard de Vitray nie omieszkał odwiedzić starej markizy. Zobaczywszy Helenę, odrazu został zwyciężony.
Trzeba dodać, iż to się stało bez najmniejszego wysiłku ze strony panny de Villers.
Uniesiony siłą namiętności, nie spostrzegł hrabia chłodu swej narzeczonej, bo Helena uległa nie bez walki namowom, któremi ją ze wszech stron zarzucono. Najpierw sama markiza, zacna matrona, potem sławny doktór Guyon przyjaciel domu i ci wszyscy, którzy bywali i bliżej ją znali, sprzysięgli się, aby ją namawiać do tego małżeństwa, powodowani jedynie uczuciem przyjaźni dla niej. Jak można odrzucać taki majątek, podczas kiedy tylu ludzi kupuje go za cenę największej nikczemności.
Sierota, nie potrzebowała niczego, aby zostać bogatą i hrabiną, i została nią, lecz nie bez walki. Powinna jednak być dumną ze swego męża.
Przez cały rok kapitan, przez szczególne względy, pozostał przy żonie, otaczając ją zbytkiem i czułością, które stanowią najwyższe szczęście kobiety. Był to związek spokojny i cichy ze strony żony, za to pełen miłości i poświęcenia ze strony męża. Dzieci tylko nie mieli.
Nagle kapitan dostał rozkaz wyjazdu. A może i sam postarał się o to, gdyż nieraz tęsknił za swemi wodnemi podróżami pośród wszystkich uroków Paryża.
Dwie rzeczy kochał on w życiu namiętnie. Jedną z nich była żona, drugą morze, które równie głęboko ukochał, i z któremby się za nic nie rozstał, a przynajmniej nie prędzej, aż by zadowolnił swoje ambitne marzenie.
Został wyekspedjowanym do Japonji, jako komendant wojennego statku pierwszej klasy.
Rozstanie się było bardzo serdeczne, chociaż kapitan sądził, iż wkrótce powróci, mylił się jednak. Wyjeżdżając, któż przewidzieć może co nastąpi?
Rok i trzy miesiące upłynęło w rozłące. Było to w ostatnich dniach października 1869 roku. Dwudziestego ósmego, około piątej wieczorem, jakiś człowiek, okryty długim podróżnym płaszczem, podobnym do wojskowej peleryny, wysiadł z wagonu pociągu, przybyłego z Marsylji na stacją w Paryżu.
Był sam bez żadnych rzeczy, prócz małej czarnej skórzanej walizki, którą niósł w ręku. Szybko przeszedł pomiędzy tłumem i rzucił się do stojącego fiakra, dając woźnicy adres:
— Bulwar Hausman 170. Śpiesz się!
Powóz szybko się potoczył.
Podróżny dorzucił rozkazującym tonem.
— Pięć franków za kurs.
Zresztą i bez tego swoją osobą wzbudzał szacunek, a nawet obawę. Średniego wzrostu, barczysty, silnie zbudowany, był w samej sile wieku. Włosy czarne, krótko obcięte, bez zarostu, prócz małych faworytów, nos prosty, twarz duża o silnych szczękach, duże otwarte czoło i wązkie usta, sprawiały wrażenie poważne i szorstkie zarazem. Głos stanowczy rozkazywał. Oczy ciemne, żywe i przenikające, miały szczególny blask sobie właściwy.
Był to hrabia Bernard de Vitray-Pleyber.
Dla tych, co znali historję jego rodziny, a mianowicie historję jego dziadów, jasnem było, iż z wielu względów musiał być do nich podobny, iż w potrzebie stałby się również nieustraszonym korsarzem, i bezlitośnym wojownikiem. Zostawszy sam, oparty o poduszki powozu, który go szybko unosił, uśmiechnął się i wyraz żywego zadowolenia osiadł mu na twarzy.
Nareszcie!
Teraz dopiero przybywał do portu, do portu, którego z upragnieniem wyczekiwał, nie tego w Tulonie, gdzie wczoraj ze statkiem zawinął po długiej uciążliwej kompanji, ale tego tu w Paryżu, gdzie żona z tęsknotą oczekuje, w swojem roskosznem gniazdeczku, które jej własną ręką zbudował. Nie chciał jej uprzedzić o swojem przybyciu, nie dla tego, aby o niej wątpił choć na chwilę, ale po prostu dla tego, aby jej i sobie sprawić więcej radości z niespodzianego powrotu do domu.
Ostatnie listy pisał przed dwoma miesiącami, nie wspominając o rychłym powrocie. Jadąc wyobrażał sobie zdziwienie i przestrach młodej kobiety, kiedy go ujrzy nagle przed sobą. Zdawało mu się nieomal, iż jej głos słyszy, wołający:
— Przyjechałeś!... Dlaczegoś mi o tem znać nie dał?...
Niewątpił o niej na chwile, bo by mu się zdawało, iż popełnia zbrodnię. Pisała do niego listy tak czułe i słodkie, pełne spokoju i powagi, która w niej zawsze go zachwycała, ale tryskające uczuciem najwyższej wdzięczności za jego miłość, za zbytek, którym ją otaczał, a z którym jej tak było do twarzy, ubierając ją jak w książęcą koronę!
Nie miała zwyczaju pisać do niego gorących i namiętnych listów, pełnych przysiąg i szalonych wybuchów, ale on za to był jej wdzięczny, ceniąc w niej ten spokój i umiarkowanie uczciwej kobiety.
Pragnął ją tylko posiadać, wyobrażając sobie, iż tylko do niego należało kochać gorąco i namiętnie. Kochał też bez rozwagi. Kochał całemi siłami.
Od chwili kiedy ją ujrzał po raz pierwszy u pani Saint-Béran, od chwili kiedy zobaczył jej blond główkę o ślicznym delikatnym profilu, jej twarzyczkę młodej niewinnej dziewczyny, w cieniu lampy siedzącą z książką w salonie, każda myśl jego była zwróconą ku niej, nie spojrzał na żadną kobietę. Nawet tam daleko, na wód przestworzu, widział ją ciągle obok siebie.
Co wieczór pisał do niej choć słów kilka i odczytywał jej listy. W jego kabinie po nad łóżkiem wisiała mała prześliczna miniatura, prawdziwe arcydzieło sztuki, której co wieczór poświęcał kilka słów modlitwy. Był to portret Heleny.
Słowem uwielbiał ją bez granic.
Za kilka minut zaledwie spodziewał się ją zobaczyć uśmiechniętą, szczęśliwą, przycisnąć do swego serca.
Niech ci zrozumieją, co kochali.
W końcu października dni są krótkie. Jechali nad brzegiem Sekwany. Około Tuileries woźnica minął ulicę Rivoli i skręcił na Saint-Honoré. W ciasnej ulicy powóz się toczył pomiędzy dwoma rzędami latarń gazowych i sklepów, rzęsiście oświetlonych. Hrabia patrzył bez najmniejszej uwagi na domy i przechodniów, od czasu do czasu spoglądał na zegarek, licząc minuty. Czas wydawał mu się długim.
Nakoniec wjechali na bulwar Hausmana. Punkt o szóstej powóz zatrzymał się przed Nr. 170. Jestto wspaniała i wysoka kamienica. Hrabia szybko wyskoczył, zapłacił woźnicę, przeleciał około loży stróża, a kilkoma susami przebiegłszy dwa piętra, prowadzące do swego mieszkania, zadzwonił. Zbytecznem jest mówić, jak był wzruszony. Otworzyła mu służąca.
Na widok pana uśmiechnęła się złym jadowitym uśmiechem, który przebiegł po jej szczupłej zwiędłej twarzy, o spiczastym nosie, wazkich ustach i małych szarych oczkach pełnych złośliwego wyrazu, twarzy czterdziestoletniej, brzydkiej subretki, zazdrosnej i wiecznie niezadowolonej.
— Pan hrabia przyjechał! — zawołała.
— Bezwątpienia... Cóż w tem dziwnego?
Kilka słów wyjąkała bez związku.
— Naturalnie, że nic... tylko może...
Ponieważ się zawahała, hrabia skończył za nią zaczęty frazes:
— Może nie jestem spodziewany?
— Rzeczywiście, nie...
W tej chwili hrabia się zapytał:
— A pani?...
I poszedł dalej, nim służąca zdążyła odpowiedzieć.
Służącą była szwaczka hrabiny, pozostająca u niej od czasu jej zamąż pójścia, obojętna i zimna na wszystko, co tylko się nie tyczyło jej spraw osobistych.
Podczas kiedy kapitan wszedł do salonu i zatrzymał się zadziwiony ciszą i spokojem, który tu panował, weszła i ona za nim.
— Muszę zwrócić uwagę pana hrabiego, iż byłby lepiej zrobił uprzedzając panią o swym powrocie.
Oficer zmarszczył brwi.
— Dla czego? — zapytał.
— Dla tego, że pani nie ma w domu.
— Jakto?
— Pani hrabina jest w podróży.
— W podróży? Kiedy z wyjechała?
— Od trzech tygodni.
— Sama?
— Nie.
— Z kim więc?
— Z pokojówką Ludwiką, którą bardzo lubi.
Mówiła to takim tonem, ze można było zrozumieć, że tamta jest wspólniczką pani.
Twarz marynarza zmieniła się. Był rozdrażniony i gniew zaczynał go ogarniać.
— A reszta służby? — zapytał.
— Są tutaj, ale pan hrabia rozumie, iż kiedy państwa nie ma, korzystają z wolności.
— Bardzo naturalnie... państwa nie ma!....
Bretończyk zacisnął pięści konwulsyjnie.
— No! to dobrze, — powiedział, idąc dalej. — Możesz odejść.
Potem, nagle zwracając się zapytał.
— A więc tu sami jesteśmy?
— Prawdopodobnie.
— Chodź za mną.
Pokój hrabiny był tuż za salonem. Wszedł tam. Wszystko tu było w porządku. Ciężko westchnąwszy, stanął przed portretem, który zajmował miejsce między dwoma oknami. Służąca, niosąca lampę, podniosła ją do wysokości obrazu.
Ukazała się twarz hrabiny jak żywa, chociaż zaledwie oświetlona w półcieniu, blada, lecz uśmiechnięta, swoim zwykłym melancholijnym przymuszonym uśmiechem, który artysta z prawdziwym talentem uchwycił i uwiecznił na ślicznej twarzyczce.
Bernard patrzył niespokojnym wzrokiem, z rękami skrzyżowanemi, na tę twarz ukochanej kobiety, której postępowanie było w tej chwili dla niego straszną zagadką.
Dlaczego wyjechała nie wspominając mu o tem? Gdzie była? Dlaczego dom opuściła? W jakim celu?
Spojrzał na szwaczkę podejrzliwym wzrokiem i zdawało mu się, iż na jej lisiej twarzy dostrzegł uśmiech szyderczej złośliwości. W jednej chwili zrozumiał.
Helena go zdradzała! Żona jego, kobieta, którą ukochał, którą podniósł do siebie! Czy to podobna?
Upadł na nizki fotel, pozostał nieruchomy chwil kilka, nie mając odwagi zdać sobie sprawy z położenia, które zaczynał pojmować. A jednak!...
Po kilku minutach powstał gwałtownie.
Dziewczyna przypatrywała mu się ukradkiem, a jej chytre i przebiegłe oczki, okrążone sinemi obwódkami, niespokojnie szukały wzroku pana.
— Słuchaj no! — odezwał się. — Niepodobna ażebyś nie wiedziała co się w domu dzieje... Dla mnie są pewne rzeczy niejasne... ale ty musisz o nich wiedzieć... Cóż to takiego?
Dziewczyna zrobiła ruch, wyrażający zadziwienie. Kapitan mówił dalej:
— Muszą coś mówić o tem ludzie... lub wy tu... służba... Co myślisz o tem... Wstyd mi badać ciebie... lecz trudno... nie mogę zapanować nad sobą... W głowie mi się kręci... Wyjazdu Heleny nie rozumiem... Podróż ta niewytłomaczona kryje jakąś straszną tajemnicę... tajemnicę tę muszę wiedzieć... za jaką bądź cenę...
Dziewczyna zaczęła go pocieszać.
— Pani hrabina zapewne musiała być w ministerjum... gdzie jej powiedziano, iż pan hrabia dopiero znacznie później powróci... Niech pan hrabia nie wyobraża sobie czegoś nadzwyczajnego... i uspokoi się cała ta podróż jest zapewne naturalnym zbiegiem okoliczności... Pani też zapewne musiała pisać listy, których pan hrabia nie odebrał... Na morzu przecież to się często zdarza.
Prawy umysł i zdrowy rozsądek młodego marynarza nie dozwolił mu zadowolnić się taką wymówką.
— Nie, odparł, — chcę prawdy, tylko prawdy, powiedz, jaka jest.
I dodał zaraz tych kilka słów, pod któremi twarz dziewczyny zarumieniła się z radości.
— Dam ci za to tyle... ile zechcesz... dziesięć tysięcy franków, ale mów.
Dziewczyna została olśniona. Chytre stworzenie, za tę cenę sprzedałaby nawet swojego ojca.
— Pan hrabia źle robi, że mnie kusi, — odparła, uśmiechając się... — Lepiej by było, żeby pan poczekał i...
— I?...
— I nic nie wiedział!
Biedny marynarz poczuł straszny ból w piersiach, jak gdyby żywcem go krajano. Jednem słowem szwaczka wypowiedziała wszystko.
— Dokończ zawołał z rozpaczą w duszy. — Teraz już nie masz co ukrywać. Zrozumiałem.
Dziewczyna zaczęła opowiadać.
— Na prawdę to nikt nie wie, co się stało. Można się tylko domyślać... przypuszczać... Rzeczywiście jednak całe postępowanie pani hrabiny jest bardzo niejasne. Od kilku miesięcy pani hrabina była bardzo smutna. Nie wychodziła nigdzie, nie przyjmowała i niechodziła do nikogo, nawet do pani de Saint-Béran, która była dla niej bardzo dobrą. Całe dnie spędzała zamknięta w swoim pokoju. Ludwika tylko jej usługiwała i do niej jednej tylko miała pani zaufanie.
Złośliwe stworzenie mówiło dalej:
— Zresztą nie tylko usposobienie zmieniło się u pani hrabiny! Bo i zdrowie musiało widocznie szwankować, kiedy nawet wzywano z samego początku doktora Guyon, chociaż później już go więcej nie widziałam...
Justyna opowiadała to z pewnemi względami, oszczędzając jaskrawszych objaśnień, ale i tego było dosyć aby nieszczęśliwy mąż zrozumiał.
Kobieta, w której miał bezgraniczne zaufanie, wiarę tak wielką, jak jego miłość, spadła z piedestału, który nosił dla niej w swem sercu.
— A więc, zawołał drżący, — hrabina ma kochanka!... Czy to chciałaś powiedzieć?
Dziewczyna milczała.
— I, podług ciebie, uciekła, aby ukryć skutki swojego błędu.
— Niema nic pewnego jeszcze.
Oficer zerwał się jednym skokiem rzutu do dziewczyny i chwycił ją za ręce.
— Kto jest jej kochankiem?!
— Jeżeli jest! to go nie znam.
— Kłamiesz!
— A któż mnie zmusza kłamać?
Ten argument był przekonywający.
— Pan hrabia i płaci tyle, że nie potrzebuję nic przed nim ukrywać.
— A więc kto nim być może?! — zawołał gwałtownie, z wściekłością zaciskając pięście.
— Upewniam pana hrabiego, że nikt tu o tym nie ma najmniejszego wyobrażenia.
— Nawet ty?
— Ja mniej jeszcze od innych.
— To dobrze, pieniądze dostaniesz. Ale jeszcze jedno słowo. Gdzie myślisz, że jest teraz pani?
— Tego nie wiem na pewno.
— A listy, gdzie jej posyłają takowe?
— Portjerowi zostało poleconem odsyłać je.
— O ile sobie przypominam, jesteś w dobrych stosunkach z portjerem — dodał marynarz, patrząc na nią przenikliwym wzrokiem, gdyż to on dał ci miejsce w moim domu.
Dziewczyna przygryzła usta.
— Rzeczywiście tak, pan hrabia ma dobrą pamięć.
— Ten człowiek musiał ci wszystko powiedzieć. — I z siłą powtórzył: Powiedz mi, gdzie jest pani?
— Gdyby pan hrabia nie był mnie przestraszył, byłabym już dawno powiedziała.
— Więc gdzie?
Dziewczyna zaczęła mówić ciszej, jak gdyby rozumiejąc, iż to, co powie, sprowadzić musi burzę.
— Listy odsyłają do Brestu, poste restante, — powiedziała. — Zatem pani hrabina musi być ztamtąd niedaleko, może w la Roche-Morgat.
— Dziękuję ci.
Nastała cisza. Bernard de Vitray z rękami skrzyżowanemi namyślał się.
Zegar uderzył jeden raz. Było już wpół do siódmej.
— Podaj mi rozkład jazdy, — zawołał.
Justyna spełniła rozkaz.
— Brest, — powtarzał nieszczęśliwy. Pociąg kurjerski wychodzi o ósmej minut dwadzieścia. Zdążę jeszcze... W La Roche-Morgat! Jutro tam będę.
Zwrócił się do szwaczki.
— Justyno powiedział, — ty jedna — tylko widziałaś mnie tutaj... Jadę. Pamiętaj, com ci obiecał. Albo raczej masz!
Wyrwał z notesu kartkę, pisząc drżącą ręką.
— Bon na dziesięć tysięcy franków.
Następnie podpisał i podał karteczkę szwaczce, mówiąc:
— Ani słowa nie mów nikomu o tem... nie długo wrócę!
Wziął napowrót walizkę, okrył się płaszczem, spojrzał wzrokiem pełnym rozpaczy, na portret żony, przeszedł przez pusty salon, wyszedł do sieni i zniknął.
Człowiek rzadko jest ostatecznie złym ale też nigdy nie może być zupełnie dobrym. Szwaczka bardzo dużo powiedziała. Mogłaby jednak powiedzieć daleko więcej, ale pomimo całej przewrotności charakteru, pomimo złośliwej ści i żółci, nie posunęła się aż do okrucieństwa.
Zresztą bała się także hrabiego. Zewnętrznie był spokojnym, gdyż siłą woli panował nad sobą, ale twarz blada, palce konwulsyjnie zaciśnięte, wzrok obłąkany, wskazywały straszną wewnętrzną walkę. Znanym był z niepohamowanej gwałtowności.
Służba podczas pobytu państwa w Bretanji, niemało się nasłuchała opowiadań o przodkach hrabiego i Justyna wiedziała o tem, iż pan jej odziedziczył to samo gwałtowne usposobienie, którym się jego dziadowie odznaczali, przypuszczała zatem łatwo, co może nastąpić po tem, co powiedziała.
Na chwilę nie wątpiła, iż nastąpi katastrofa. Powodowana resztką lepszego uczucia, które jeszcze zachowała, zatrzymała się w połowie drogi, zadawalniając tem, iż wskazała ślad, mówiąc ze zwykłą sobie lekkomyślnością teraźniejszych sług:
— Niech sobie robią, co chcą dalej, to nie moja rzecz!
Oprócz tego choćby nawet chciała, nie mogła objaśnić hrabiego, kto był kochankiem jego żony.
Został zdradzony. Dowód tego niezaprzeczony istniał, zatem kochanek być musiał, ale nikt go nie znał, nikt nigdy go nie widział. Nigdy służba hrabiny nie powzięła najmniejszego podejrzenia kto nim był. W tym razie nawet, stróż nie był lepiej powiadomiony od pokojowej, lokaja lub stangreta.
Nazajutrz, po dniu, w którym hrabia Bernard de Vitray niedostrzeżenie mógł przejechać przez Paryż, w La Roche-Morgat, w zamku od strony morza dwa okna świeciły bladym światłem. Zresztą głęboki spokój panował naokoło tej dzikiej siedziby.
W oficynie, ukrytej po za krzewami, w mieszkaniu dozorcy ostatnie światełko zagasło. Panowała ciemność zupełna.
Dwa oświetlone okna, położone o 10 metrów po nad tarasem, mają zewnątrz okrągły kamienny balkon, który je łączy. Balkon ten zdaje się wisieć po nad przepaścią, gdyż zaledwie wązki kawałek tarasu oddziela go od stromej, wysokiej na trzysta metrów skały, u stóp której bije potężny Ocean.
Zamek La Roche-Morgat wznosi się z niepojętą zuchwałością w tem miejscu. Oświetlone okna wychodziły z olbrzymiej komnaty, urządzonej ze średniowieczną powagą.
Belki u sufitu, makaty, okrywające ściany, wielkie łóżko z kręconemi kolumnami, olbrzymi komin, w który wiatr wpadał z całą siłą huraganu, meble o prostej poręczy, nie są z obecnej chwili, ale raczej z tej epoki, kiedy tu wojowano z anglikami. Przynajmniej tak zdawaćby się mogło.
W komnacie tej, młoda dwudziestoletnia kobieta, blada i osłabiona, siedziała, a raczej leżała na kanapie z głową opartą o poduszki.
Pomimo bladości oblicza, była niezaprzeczenie piękną. Od razu można było poznać oryginał portretu, w który wpatrywał się hrabia de Vitray w swojem mieszkaniu na bulwarze Haussman’a.
Rysy twarzy nadzwyczaj delikatne, jasne niebieskie oczy uderzały wielką łagodnością i słodyczą. Białe, prawie przezroczyste ręce, spoczywały na krawędzi fotelu. Jasne blond włosy, ślicznego popielatego odcienia, trochę z tyłu podniesione, spadały na ciemny popielaty szlafroczek który ją okrywał.
Młodą tą kobietą była hrabina Helena de Vitray.
Dlaczego przybyła tu, aby się ukryć właśnie pod dachem męża, czego powinna była uniknąć koniecznie, jest jednak wynikiem bardzo naturalnem.
Bywała tutaj często, sama albo z mężem, wiedziała, iż dozorca zamku i jego żona są jej bardzo życzliwi, sądziła zatem, iż z łatwością ich sobie pozyska i powierzy swoją tajemnice, a oni jej dochowają przez wzgląd na nią i na hrabiego, którego podobne odkrycie by zabiło. Wierzyła w uczciwość i szlachetność starych bretończyków i pośpieszamy dodać, iż się nie omyliła.
Nieszczęście nie wyniknęło z ich przyczyny, ale raczej z przypadku, lub przeznaczenia, jeżeli można tak powiedzieć.
Myślała również, iż w tej samotnej okolicy wyszukają jakiej kobiety za mamkę, a jej wierna pokojowa Ludwika przyjmie na siebie winę swej pani, ona zaś przez to będzie mogła widywać dziecko i opiekować się niem.
Hrabia powrócić miał znacznie później, za kilka tygodni, przypuszczała więc, iż dosyć będzie czasu, aby wyzdrowieć mogła i powrócić do domu, a tem samem ocalić honor i życie swoje. Mylne przypuszczenia, które z dymem się rozwiały.
Była więc pełna trwogi i obawy na myśl o niebezpieczeństwie, w jakim pozostawała, chwilami łudząc się nadzieją pomyślnego obrotu rzeczy, a przytem jeszcze słaba, gdyż zaledwie przed kilkoma dniami matką została.
Dziecko umieszczono o trzy kilometry od zamku, u biednych uczciwych rybaków. Ludwika zaniosła je sama. Rybaczka była zdrowa i silna. Przyrzekła wychować dziecko, jak swoje własne. Wszystko zostało ułożone.
Kobieta nie wiedziała nic więcej nad to, że mała nazywa się Janinką i że dostanie za nią co miesiąc sporo grosza, czterdzieści franków, co dla niej stanowiło majątek. Nie pytała o więcej.
Za kilka dni, za tydzień najdalej, niebezpieczeństwo jużby przeminęło. Przeminą straszne chwile!
Młoda kobieta nabierała odwagi i nadziei. Jednej chwili chciałaby już być z powrotem w Paryżu, oczekiwać męża i z całej siły walczyć dla ocalenia imienia i spokoju, który jej pozostawał w przyszłości!
Właśnie pogrążona w tych myślach siedziała, kiedy ciche i lękliwe kroki usłyszała z sąsiedniego pokoju.
Powstała nasłuchując, nikogo się bowiem niespodziewała.
Wieczorem wysłała Ludwikę po listy do Brestu. Dostać się tam niełatwo z La Roche-Morgat. Najpierw potrzeba przepłynąć przystań, okrążyć wyspę nieboszczyków i dopiero wejść do portu.
Gildas, rybak, u którego było dziecko Heleny, przewoził zwykle swoją łódką Ludwikę za pewną niewielką opłatą, ale tego wieczora nie mogli powrócić przed północą z powodu przypływu morza. Jednakże hrabina, głosem stłumionym przez obawę zawołała:
— Czy to ty, Ludwiko?
Nikt nie odpowiedział, stąpanie coraz bliżej słychać było.
Dozorca zwykle szedł spać z nadejściem nocy i nie będąc wołany, nigdy nie przychodził do swojej pani. Dla tego też młoda kobieta ze strachem myślała o tem, kto przyszedł o tak późnej porze.
Do drzwi lekko zastukano. Chciała odpowiedzieć, ale nie mogła wydobyć głosu ze ściśniętego gardła. Pomimo to drzwi się otworzyły.
Helena wydała okrzyk.
— To ty?!
Jednocześnie wszedł do pokoju młody człowiek, padł przed nią na kolana i objął ją wpół ramionami, cisnąc do swego serca.
Nie odepchnęła go, lecz głos jej zabrzmiał wymówką.
— Przyrzekłeś mi oddalić się! — powiedziała. — Czy chcesz nas zgubić zupełnie? Czy jeszcze nie dosyć mam przez ciebie nieszczęścia i troski?
Za całą odpowiedź młody człowiek okrył pocałunkami jej ręce.
Był to młodzieniec około lat dwudziestu sześciu lub siedmiu, niewielkiego wzrostu o ciemnych włosach, delikatnych rysów twarzy i pięknym jedwabistym wąsiku, ocieniającym ładnego rysunku usta.
Jego duże ciemne oczy miały wiele dobroci. Dźwięk głosu metaliczny, spojrzenie łagodne, uśmiech pełen czaru i swobodne ruchy, nadawały całej jego postaci wiele młodzieńczego powabu.
Ubrany był w czarny kostjum marynarki, a wstążeczka legji honorowej widniała na jego piersi. Zakurzone buty zdradzały, iż musiał tylko co przybyć z dalekiej drogi. Odrazu można w nim było poznać oficera, ubranego po cywilnemu.
Historja dwojga kochanków była nader prosta.
On, nazywał się Jerzy de Villers i był synem przybranej matki Heleny.
Ubogi, wstąpił do wojska dla zrobienia karjery. Wybrał marynarkę, gdyż tam najprędzej można dosłużyć się awansu, z powodu znacznego procentu śmiertelności. On też chciał się dosłużyć prędko, lub zginąć. Miłość najczęściej rodzi bohaterów.
— Słuchaj — odezwał się po chwili milczenia, kładąc ręce na kolanach Heleny — chciałem cię widzieć raz jeszcze przed tem, nim odpłynę do Senegalu, gdzie nas wysyłają... Byłem tu wczoraj wieczorem. Kazałaś mi odejść... Wyrzuciłaś mnie.
— Wyrzuciłam?!..
— Musiałem być ci posłusznym... Odjechałem... Nikt mnie nie spostrzegł. Byłem już w Chateaulin, lecz dla porucznika marynarki taka odległość jest zabawką... Cały dzień się wahałem, nareszcie powiedziałem sobie, iż by to było prawdziwem okrucieństwem nie widzieć cię, kiedy jeszcze możemy kilka godzin być razem. Kto wie, kiedy się znowu zobaczymy?
— Nigdy.
— Czy tego żądasz?
— Tak być musi.
— Muszę się zgodzić na to, ponieważ tego żądasz sama, lecz nie bez strasznej walki, gdy myślę, iż należysz do tego człowieka...
— Byłam nędzną i słabą, zaślubiając go, a teraz jestem stokroć nędzniejszą, zdradziwszy!
— Ileż to razy chciałem go zabić, wyzwawszy pod jakimbądź pozorem... Myśl ta, iż jesteś jego żona, przyprowadza mnie do szaleństwa... Pomyśl tylko... Przez tyle lat żyliśmy obok siebie, moja matka cię wychowywała, widziałem cię, jak rosłaś co raz piękniejszą, tak piękną, że zostałem olśniony! Byliśmy biedni, to prawda, ale przy pracy i energji można przyjść do majątku, a przynajmniej do względnej zamożności. O tem marzyłem dla ciebie. Dla ciebie wszedłem do służby z nadzieją wyższej rangi, z nadzieją, aby nam przyszłość zapewnić... Majątek! Czyśmy znów mieli tak nadzwyczajne pragnienia? Ja o majątek nie dbam, ja chciałem ciebie, tylko ciebie! Zdobyłem awans, narażając życie! Moje pragnienia się urzeczywistniały... kiedy nagle dowiaduję się, żeś wyszła za mąż... bogato..., żeś się sprzedała dla pieniędzy!...
— Jerzy!
— Byłem zrozpaczony... Postanowiłem zginąć. Próżne usiłowania! Odesłano nas do Francji. Byłaś sama, wiedziałem o tem. Napisałem do ciebie. Byłem przygotowany na wszystko, aby cię posiąść.
— Nawet na zrobienie podłości!
— Czyżbyś to nazywała podłością, iż chciałem, abyśmy oboje zginęli? Dlaczego wątpisz, iżbym tego nie zrobił? Kto ci zaręczy, że jutro nie wypełnię połowy mojej groźby?
— Jesteś szalony!
— Czyż teraz ze wspomnieniem o tobie i z dzieckiem, które nas łączy, mogę żyć zdala od ciebie? I ty chcesz, abym cię opuścił?
Ona oparła swe białe, przezroczyste ręce na piersiach kochanka.
— A teraz, mnie posłuchaj, — powiedziała. — Ja także kocham ciebie, Jerzy, lecz uczuciem siostrzanej miłości, jak mego najlepszego brata bym kochała. Masz starą matkę, która potrzebuje twej opieki. O niej potrzeba, abyś myślał. Kiedyś mi groził swą śmiercią, wtedy ja ją przed sobą widziałam, ją, która mnie wychowała i była dla mnie zawsze dobrą! Poświęciłam się, aby cię przez to przyprowadzić do rozumu... Wiesz, ile wycierpiałam... Mówisz o śmierci! Ileż razy sama jej wzywałam! Zhańbiona, narażona na straszny i słuszny gniew męża, drżąc co chwila, by go nie ujrzeć, przeżyłam takie chwile, które sprowadzają starość przedwczesną i bielą włosy. Cud tylko mógł mnie ocalić. Zbłądziłam i z tego błędu mamy niewinną dziecinę, która będzie dla mnie źródłem niewyczerpanem mąk i boleści, przeczuwam to, a jednak kocham to dziecię wszystkiemi siłami duszy mojej. Już tyle złego na mnie sprowadziłeś, czegoż więcej żądasz odemnie? Chce żyć, żyć dla mojej córki... Chcę żyć dla człowieka, którego tak niegodnie zdradziłam, zostawszy jego żoną przez brak woli i energji. Mam względem niego obowiązki i te chcę wypełnić, o ile będę mogła najlepiej. Odtąd skazaną jestem żyć pomiędzy obłudą a kłamstwem. Jednak nie mam do ciebie żalu, Jerzy, ale pod jednym warunkiem...
— Powiedz!
— Widzisz moją odwagę, trzeba, abyś i ty miał ją także. Jeżeli Bóg miłosierny ocali mnie ze strasznego niebezpieczeństwa, w jakieś mnie wtrącił, chce, abyś się stał uczciwym człowiekiem, abyś porzucił bezrozumne nadzieje i pracował w twoim zawodzie, sumiennie wypełniając obowiązki, nie myśląc o przeszłości. Zbłądziłam raz jeden w życiu mojem, lecz przysięgam ci i ostatni.
— Już mnie nie kochasz, kiedy tak możesz mówić.
— Kochać! Choćby kiedyś to uczucie żyło we mnie dla ciebie, to i tak już by dzisiaj umarło, boleść zabiła we mnie wszelkie uczucia... Wzamian daję ci serdeczne uczucie i przyjaźń siostry, ta ci zawsze towarzyszyć będzie! Dlaczego mówisz mi o śmierci? Nikczemnością taką się nie splamisz! A zresztą to dziecię, córka nasza... może potrzebować ciebie... Będę pisać do ciebie... o niej...
potajemnie. Porzuć niegodne ciebie myśli i zamiary! Myśl o przyszłości. Kto wie, co ona nam przyniesie?...
Głowę ukryła w dłonie i łzy wytrysły jej z oczu. Młody człowiek okrył ją namiętnemi pocałunkami.
— Jesteś aniołem — wyszeptał.
— Czy będziesz mi posłusznym?
— Będę odparł z mocą.
— Przysięgasz mi?
— Przysięgam na mój honor żołnierski.
Pozostał chwilę na kolanach, z zachwytem przypatrując się ukochanej. Wtem został odepchnięty przez nią, zerwał się szybko.
Helena przestraszonym wzrokiem patrzyła na drzwi, przez które wszedł przed chwilą.
Drzwi te nagle się otworzyły.
Wyraz strasznego przerażenia malował się na twarzy nieszczęśliwej kobiety.
Na progu drzwi otwartych stał hrabia, patrząc na nich przenikliwym wzrokiem. Ubrany był jak wtedy, kiedyśmy go poznali, przybywającego de Paryża. Porucznik stanął, zasłaniając sobą młodą kobietę.
Pogardliwy uśmiech ukazał się na ustach hrabiego.
Pan Jerzy de Villers, jeżeli się nie mylę — odezwał się po pewnej chwili.
— Rzeczywiście.
— Miałem sposobność spotkać pana przed kilkoma laty w Meksyku, następnie byłeś pan na moim statku, jadąc do Gujanny.
— Tak jest.
— Nigdy jednak nie spodziewałem się zobaczyć pana tutaj.
— Jestem na pańskie rozkazy... Może gdzie indziej moglibyśmy się porozumieć.
— Gdzieindziej! A to dlaczego? Pani de Vitray, pańska krewna, zna początek historji, zatem może dowiedzieć się i o jej zakończeniu. A mam nadzieję, iż to ją trochę zainteresuje.
Postąpił kilka kroków naprzód, zamykając drzwi na klucz.
Helena rzuciła się napowrót na siedzenie, jak piorunem rażona na widok męża.
Łatwo jest sobie wyobrazić uczucia, nią miotające. Wszystko zostało bezpowrotnie stracone, z takim trudem i przebiegłością budowany gmach jej marzeń o spokoju runął, przygniatając ja swoim ciężarem winy, wynikłej skutkiem jej błędu.
Zimna, wyrafinowana wściekłość męża, którą przeczuwała pod maską wyniosłego spokoju, była w jej oczach zupełnie słuszną. Zdradziła go, splamiła jego imię, ona, która mu zawdzięczała wszystko, tytuł, majątek olbrzymi, nazwisko dziś już sławne. Ten to człowiek, który wiedziała, iż ją jedyną ukochał z całą siła swej dzikiej namiętności, trzymał teraz w swym ręku los ich obojga. Co z niemi uczyni?
Szedł dalej, a odsunąwszy porucznika, stanął wyprostowany przed nią.
— Tak więc, zdradziłaś mnie! — zawołał, krzyżując ręce na piersiach.
Schyliła głowę, aby się nie spotkać z jego błyszczącym wzrokiem, zachowując milczenie.
— Co robi u ciebie ten człowiek o tej porze?
— Bernardzie — wyszeptała... nieszczęsna — nie dręcz mnie... Powiem ci wszystko... wytłumaczę....
— Niepotrzebujesz mnie okłamywać, to niegodne ciebie. A zresztą, czyż potrzebuję twojego tłumaczenia? Na co mi twoje wyznania? To, co się stało jest bardzo jasnem... Przyjechałem do Paryża. Szyderczy uśmiech służącej zawiadomił mnie o wszystkiem, a raczej nie o wszystkiem, gdyż ta dziewczyna pokazała mi tylko drogę, sam się domyśliłem reszty i wiem całą sprawę, a to do takiego stopnia, że opowiem najpierw waszą, a następnie moją historję. Zresztą sami osądzicie, czy się nie mylę.
Obrócił się do stojącego opodal porucznika mówiąc:
— To potrwa parę minut, niech pan usiąść raczy.
Oparł się o róg kominka, w którym ogień dogorywał, a widząc, iż porucznik stoi nieporuszony, powtórzył z mocą:
— Ależ siadaj pan, siadaj! Jestem u siebie i proszę pana o to.
Jerzy, milcząc, usłuchał. Usiadł, patrząc kolejno na hrabiego i jego żonę.
Tym sposobem marynarz znalazł się pomiędzy nią a porucznikiem.
Twarz miał uśmiechniętą szyderczo, ale był spokojniejszym, nie tak grożnym jak kiedy wszedł tutaj.
— Od chwili kiedy niechcący dowiedziałem się od służącej o mojem nieszczęściu, jak go będę nazywać, miałem czas się namyślić. Droga jest długą z Paryża do Brestu. W dodatku z Brestu jeszcze musiałem się tu dostać. O tym odludnym kącie pomyślałem dla tego, iż, aby się ukryć, lepsze miejsce trudno znaleźć. Sąsiadów niema, prócz starych wiernych, poczciwych sług, których łatwo wzruszyć. Samotność zupełna, a tego było potrzeba. Dla tego tu przybyłem. Pośród nocy na morzu, zobaczyłem oświecone okna i powiedziałem sobie, tam jest ona. Łódź zostawiłem w pewnem ztąd oddaleniu, dla tego aby mię z powrotem zabrała, gdyż tutaj długo nie zabawię. W drodze wielokrotnie się zastanawiałem nad tem, w jaki sposób kobieta, której dałem moje imię, zgodziła się utracić swoje wysokie stanowisko aby się stać upadłą i zhańbioną. Tego nie mogłem zrozumieć. Zobaczywszy pana, jasnem mi jest wszystko. Miłość dziecinna! Helena oddała mi rękę z pewnem wahaniem... To sobie przypominam. Nie umiem podobać się kobietom. Moi dziadkowie, którzy zbudowali to złowieszcze gniazdo, pozostawili mi w spuściźnie swoją szorstkość charakteru wraz z imieniem i majątkiem. Porównanie pomiędzy mną a panem, nie może wypaść na moją korzyść. Pan posiadasz zalety, któremi się zwykle zdobywa kobiety i dla tego z łatwością stałeś się uwodzicielem. Następnie miałeś pan jeden przywilej: młodość waszą spędziliście razem, intryga została zawiązana, przysięga wykonaną. Czekałeś pan na stosowną chwilę. Przyszedłeś w porę... i zwyciężyłeś!
— Mylisz się pan.
— Chciałbym wiedzieć na jakim punkcie?
— Przyszedłem, źle zrobiłem! Helena chociaż ze mną razem wychowana, nie kochała mnie, a przynajmniej nie tak jak jak to pan rozumiesz. Ja zaś nie będę panu ukrywał, iż ją kochałem nad życie. Wiadomość o jej zamężciu sprawiła mi niewypowiedzianą boleść. Miałem zaszczyt spotkać się z panem. Nigdy się pan nie dowiesz, co za straszne myśli napastowały mnie wtedy. Mogę być szczery, bo choć nie wiem co nastąpi, ale jestem na wszystko przygotowany.
Czytam w oczach pana zimne okrucieństwo, nienawiść wściekłą. Wtedy byłem szalony zazdrością, tak jak w tej chwili pan jesteś pijany chęcią słusznej zemsty. Kiedy przypadek zaprowadził mnie do Francji prędzej niż pana, miałem gotowy plan. Chciałem się zemścić na człowieku, który mi wydarł kobietę, którą uważałem jako swoją przyszłą żonę. Przysiągłem sobie odebrać ją panu, choćbym miał popełnić zbrodnię. I zbrodnię popełniłem. Napisałem do niej, czyż mogła mi odmówić, abym ją zobaczył, mnie, jej brata prawie? Przyszła w oznaczone przezemnie miejsce! Rzuciłem się do jej nóg, przedstawiając jej moje nadzieje, moje zamiary na przyszłość, gdyż moi przodkowie nie byli rozbójnikami, ale też nie zostawili mi majątku, opowiadałem jej o mojej rozpaczy, w której jestem pogrążony od czasu kiedy zamąż wyszła. Wszystko napróżno! Wtedy groziłem jej, iż ją i siebie zabiję. Jestto środek, którego się kobiety obawiają. A jednak przysięgam panu, że nie żartowałem wcale! Tak, jestto prawdą jak to, że jeszcze żyję i oddycham. Helena to przeczuła i uwierzyła. Błagała mnie zaklinając na imię matki, która przygarnęła ją nieszczęśliwą sierotę. Zaklinała w imię obowiązku i honoru, powiedziała wszystko, co może powiedzieć uczciwa dziewczyna szaleńcowi, który ją chce zgubić, zaślepiony namiętnością. Lecz co pan chce? Rachowałem na jej serce i nie omyliłem się. Ulitowała się, zgodziła, ale ze śmiercią i rozpaczą w duszy. Zbrodniarza masz pan przed sobą, bo ja tylko jestem winien.
Gorzki uśmiech ukazał się na ustach marynarza.
— Pańska historja nie pozbawiona jest pewnej szlachetności.
— Przede wszystkiem jest prawdziwą.
Hrabia wzruszył ramionami.
— Niech i tak będzie, chcę wierzyć temu. Ale dotyczy ona tylko was obojga, a ja obiecałem panu powiedzieć o sobie i dotrzymam słowa. Prędko skończę, zatem nie znudzę pana, proszę o chwilkę cierpliwości. Przypadkiem urodziłem się bogatym i byłem także młodym, aby módz uczuć podobne namiętności, o których od pana słyszałem. W domu moich przyjaciół spotykałem młodą, piękną, lecz ubogą dziewczynę, skazaną na życie w zależności i upokorzeniu, trudniejszych do zniesienia od samego niedostatku. Podobała mi się i o tem jej powiedziałem, nie mogą przyznać, iż się z tego uradowała, lecz była panią siebie. Mogła przyjąć lub odmówić na moją propozycję? Dlaczego przyjęła, nie wiem, ale stała się moją żoną bez przymusu, wobec prawa i ludzi i od tej chwili do mnie należała. Na tym punkcie mam swoje osobiste zdanie i wyobrażenie może trochę wschodnie, co się tłumaczy mojemi dalekiemi w tamtą stronę podróżami, dla tego uważam ją za swoją wyłączną własność. I żadna sztuka wymowy, ani subtelność retoryczna mnie nie przekonają. To co zrobiła, jest do uregulowania pomiędzy nią a mną, to będzie trochę później, za kilka minut może. Teraz muszę skończyć z panem, panie de Villers, zacny mój kuzynie, ponieważ jesteś krewnym mojej żony. Otóż muszę panu powtórzyć: ta kobieta jest moją, pan mi ją ukradłeś, co robią ze złoczyńcą, który się zakrada do mieszkania po nocy? Najczęściej oddają go w ręce sprawiedliwości, jestto najgorszy system, sprawiedliwość ma miarę i wagę, ale jest fantastyczką, a zresztą często się myli także, dlatego jej nie użyję. Zresztą podobne postępowanie wywołałoby krzyk i skandal. Są tacy, co kładą trupem złodzieja, i tych uważam, że dobrze robią. W ten sposób odrazu się załatwia sprawę i nie ma się nieprzyjemności spotkania łotra drugi raz w życiu. Dla tego samego też powodu i ja zabiję pana!
Helena wydała okrzyk, który był zarazem okrzykiem boleści i trwogi.
— Bernardzie!
Jednocześnie starała się uchwycić rękę męża, ale ten odepchnął ją gwałtownie.
— Daj pokój, — zawołał. — Inaczej zacznę wątpić, iż ten człowiek cię zdobył za pomocą podłego podstępu. A chcę w to wierzyć, gdyż kochałem cię bardzo i nie jestem pewny, czym się już pozbył tego uczucia! Dlatego również musisz zrozumieć, że jeden z nas powinien ustąpić.
A zwracając się do porucznika:
— Skończmy... Chcę pana zabić, ale nie jestem zabójcą, możesz się pan bronić.
Jerzy pochylił głowę.
— Nie będę się bronił — odpowiedział.
Hrabia zrobił ruch pogardliwy.
— Ale będziesz pan się bronił, będziesz i to jeszcze dla tego, aby mnie zabić.
— Otóż nie.
— I do tego powiem panu dlaczego.
Tu hrabia dodał tym samym zimno-pogardliwym tonem:
— Najpierw dlatego będziesz się pan bronił, żeś młody i żal ci będzie umierać. A choćby nawet nieprzyjemnie lub nieuczciwie zdawało się panu zabić we własnym domu męża tej, którąś zhańbił, to i tak miłość, jaką pan czujesz dla niej, przemoże honor i uczciwość. Zresztą powiem panu inną jeszcze przyczynę.
— Jaką?
— Pańskie dziecko!
Porucznik zadrżał. Mocny rumieniec wystąpił mu na twarz, przed chwilą trupio bladą.
— Co pan mówisz?... — zawołał, podchodząc do hrabiego.
Marynarz powtórzył z okrutnym spokojem:
— Powiedziałem, iż masz pan dziecko, które potrzebować będzie twojej opieki.
— Pan mówisz, iż będzie potrzebować mojej opieki? — zawołał przerażony Jerzy.
— A czyż pan myślisz, że to ja mam zostać jego ojcem i czułym opiekunem? Co do tego mylisz się pan bardzo. Natychmiast go oddalę z moich oczu, aby mi nie przypominało zdrady i hańby mego imienia... wyrzucę precz z mego domu, z życzeniem piekielnych tortur i najstraszniejszych męczarni i nędzy.
— Co pan czynić zamierzasz?
— To moja tajemnica. A teraz mamy się bić, może Bóg chce, żebym poległ.
Jerzy ukrył twarz w dłonie, widział jasno całą okropność położenia, w jakiem pozostawał.
— Daj mi pan broń — powiedział. — Jeżeli zastrzelę się, czy wina w oczach pana będzie zmazaną?
— Nie.
Helena upadła przed mężem na kolana:
— Bernardzie! — zawołała, błagając — nie proszę cię, abyś mi przebaczył... Oddal mnie od siebie... Rozstańmy się... Zgodzę się na wszystko, co postanowisz... Ale zaklinam cię na Boga, życia swego nie narażaj, nie żądaj rozlewu krwi, nie groź nienawiścią małej niewinnej istocie... Odepchnij mnie z pogardą, wtrąć w nędzę, z której mnie wydobyłeś... Zrób, co chcesz ze mną, ale nie mów tak okropnie o dziecku mojem.
Schyliła się do stóp jego, czołgając za nim. Powoli odwrócił się, doszedł do drzwi małego gabineciku, który obok kominka się znajdował i otworzył je.
— Te rzeczy do kobiet nie należą — odpowiedział. — Proszę, wejdź do tego pokoju. Przyjdę za chwilę.
I popchnął ja, zamykając drzwi na klucz, który schował do kieszeni.
Jerzy chciał biedz, lecz hrabia zrobił to tak szybko, iż było już zapóźno, aby mógł temu przeszkodzić.
— Jeżeli pan się ruszysz, zamorduję cię!
Porucznik stanął, lecz blade usta i oczy krwią zaszłe mówiły, że gniew w nim wzrastał, a razem z nim i chęć do życia powracała.
— W jaki sposób mamy się bić? — ostro zapytał.
Hrabia wskazał mu rewolwer, który trzymał w ręku, taki sam drugi wyjął z kieszeni.
— Obydwa są jednakowe — odpowiedział — o pięciu nabojach. Staniesz pan na drugim końcu pokoju, a ja pozostanę tutaj.
— Zgoda.
— Kiedy pan będziesz gotów, dasz mi znak.
— Dobrze.
— Strzelać będziemy do woli, postępując na przód. Czy pan mnie rozumiesz?
— Doskonale.
— Za kilka minut jeden z nas żyć przestanie. Jeżeli Bóg jest sprawiedliwym, to nim będzie pan. Przyznaj pan, iż postępuję z nim uczciwie i wspaniałomyślnie.
— Przyznaję.
Przez ten czas Jerzy przyszedł do zwykłego spokoju.
Uśmiechnął się nawet, nadzieja mu powracała. Nakoniec to nie on wywołał walkę. Zmuszano go do niej, zatem musi się bić na śmierć lub życie. Dlaczegoż zresztą miał tu życie kłaść w ofierze? Wiedział przytem, iż doskonale strzela, zatem szanse były równe.
Starannie nabił swój rewolwer, dany mu wspaniałomyślnie przez hrabiego i zapewnił się, czy naboje są dobre.
Zamknięta w pokoju, Helena, w najwyższym przerażeniu, napróżno biła we drzwi, wołając:
— Bernardzie, zlituj się na Boga, otwórz!
Marynarz zdawał się niesłyszeć.
Zdjął z siebie płaszcz.
Oparty o ścianę, z rewolwerem w dłoni, okryty kurtką, w której wstążeczka legji honorowej widniała, gotowy do śmiertelnej walki, czekał.
Wołanie nieszczęśliwej kobiety ustało, łkanie przeszło w ciche jęki, potem dał się słyszeć głuchy łoskot upadającego ciała.
Porucznik usta do krwi gryzł zębami. Wściekłość jego nie miała granic.
Bernard de Vitray swoim głosem szyderczym zapytał:
— Czyś pan gotów?
Odpowiedział mu.
— Zaczynaj pan!
Rzeczywiście hrabia wiele rozmyślał, nim przybył do Roche-Morgat, łatwo też pojąć, iż myśli te nie mogły być wesołe. To, co usłyszał od służącej, utkwiło mu, jak kulą w mózgu. Zanadto miał już dużo doświadczenia życiowego, aby nie zrozumieć, że ostatecznie to, co go spotykało, zdarzało się nieraz innym.
W kronikach marynarki znalazłby dużo podobnych wypadków, a zresztą nieraz słyszał, jak sobie oficerowie, nudząc się na statku, opowiadali tego samego rodzaju historje dla rozrywki. Zwykła i niezabawna rzecz owe legiony żon, zostawianych przez mężów całe miesiące i lata, oddanych na pastwę samotności i pokus różnych. Romansopisarze najczęściej czerpią z tego źródła.
Nie ma prawie roku, aby nie wybuchnął podobnego rodzaju skandal, o czem można się przekonać w gazecie sądowej.
Ale hrabia Bernard de Vitray nie był z tych, co takie nieszczęścia przechodzą w milczeniu. Gwałtownym był i kochał namiętnie, duma i miłość własna boleśnie zostały w nim zranione, dlatego też nienawidził również potężnie.
Największą męczarnią dla tego rodzaju charakteru jest zazdrość. Od trzydziestu godzin hrabia nurtowany był zazdrością, która go przyprowadzała do szaleństwa. Znalazłszy się tutaj, musiał użyć całej siły woli, aby od razu nie wybuchnąć.
Podczas podróży najpotworniejsze myśli przychodziły mu do głowy. Krew starych piratów zawrzała w nim całą siłą, podnosząc gniew jego i wściekłość do potęgi, a nie baczny na nic, nie myślał oszczędzać ani siebie ani tych, których w tej chwili nienawidził. Dziadowie byliby dumni z takiego wnuka.
Przed sobą nie widział innej drogi, jak śmierć i zniszczenie. Zdrada nieprzewidziana ukochanej kobiety, której był cała duszą oddany, pozbawiała go zmysłów, odbierała zdrowy rozum, którym się zwykle odznaczał.
Przez drogę jednak w miarę, jak się zbliżał do Brestu, odwaga, zastanowienie i zimna krew, której nieraz potrzebował w swoich morskich podróżach, jako dowódca statków wojennych, powróciła mu na tyle, iż mógł stawić czoło nieszczęściu. Zresztą niewiedział dokładnie całej jego rozciągłości i musiał uzbroić się w cierpliwość.
Zmógłszy gniew, postanowił jak dobry generał zrobić naprzód plan kampanji, aby wiedzieć, z której strony zajść nieprzyjaciela.
Pociąg z Paryża przychodzi do Brestu o 10 rano, przede wszystkiem więc hrabia starał się, aby go nie zobaczono w mieście, gdzie wszyscy go znali. Nazwisko hrabiów Vitray Pleyber jest głośne w Bretanji, a przytem hrabia był panem rozległych posiadłości i tu spędził całą swoją młodość.
Niepewny co postanowi, chciał pozostać w ukryciu dla lepszego wykonania swoich zamiarów, cała trudność zależała teraz tylko na tem, aby mógł znaleźć łódź i dostać się niepostrzeżony z Brestu do La Roche-Morgat. Statek natychmiast się znalazł, gdyż dla okolicznych mieszkańców, kto tylko nosił imię de Vitray, był bardzo poważany.
Wysiadłszy, hrabia podniósł kołnierz od swego okrycia, jak gdyby chciał się zasłonić przed wiatrem, który dął z całej siły, a zwracając się do stojącego przed stacją woźnicy, rzekł.
— Dostaniesz dziesięć franków za kurs do św. Anny. Czy zgoda?
— Siadaj obywatelu.
— Ruszaj.
Obdarty powóz, który wiózł hrabiego skręcił w ulicę Syjamską, tak nazwaną na pamiątkę pobytu w tem mieście ambasadorów jakiegoś indyjskiego królika. Przejechał Penfeld, rozdzielający Brest na dwie połowy, przebył wspaniały most, zbudowany przez Oudrego i wyjechał bramą Conquet. Nędzna szkapa, gorąco zachęcana biczem przez swego pana, wkrótce dowiozła wspaniałomyślnego pasażera de miejsca przeznaczenia.
Ś-ta Anna jest małą wioską, zamieszkałą przez samych rybaków i wdzięcznie rzuconą na brzeg morza, kilka eleganckich willi, ożywia okolicę.
Podróżny wysiadł z powozu, zapłacił i spiesznie iść począł aż do ostatniego domu. Była to raczej nizka mała chałupka, czysto utrzymana, gdyż ład i porządek widniał na około. Przed domkiem suszyły się na słońcu sieci. (Więcej książek Mérouvel’a do pobrania bezpłatnie na Wikiźródłach) Kiedy hrabia stanął na progu otwartych drzwi dużej izby, jedynej zapewne w domu, kobieta młoda jeszcze, zdrowa i niepozbawiona pewnej urody i lepszego ułożenia, którego nabierają służące w pańskiem towarzystwie zamiatała właśnie mieszkanie. Spojrzawszy na wchodzącego, krzyknęła zdumiona.
— Pan Bernard!
— Tak, to ja.
— Niespodziewaliśmy się pana.
— Czy Yandet jest w domu?
— Pojechał do Brestu sprzedać sieci.
— A potem?
— A potem ma wrócić, ale nie wiem o której godzinie.
— Oby tylko nie wrócił pijany.
Gospodyni zrobiła ruch, który oznaczał tę możliwość, albowiem Jan Yaudet lubił trunek i najczęściej powracał do domu pijany, rzadko kiedy omijając karczmy po drodze rozsiane.
Hrabia usiadł na prostem krześle, jak całe sprzęty skromnego mieszkania biedaków, obejmując wzrokiem izbę, w której się całe gospodarstwo mieściło, oprócz łóżka, wstydliwie ukrytego w zagłębieniu ściany, tworzącej głęboką alkowę zwyczajem, tu panującym wszędzie.
Były tu kosze do łapania morskich raków, olbrzymie rondle z blachy żelaznej, bielizna suszyła się przed ogniem z jałowcu, gorejącym na źle zbudowanym kominie, w jednym kącie izby kartofle, w drugim pęk sznurów na sieci, w górze u sufitu porozwieszane ryby, suszyły się obok pęków cebuli i worków z fasolą i bobem.
Ale pomimo tego pozornego nieładu, było w izbie czysto i przyjemnie, marynarz też z widocznem zajęciem patrzył na otaczającą go prostotę. Czuł się między swoimi.
Gospodyni porzuciła miotłę i z przyjaznym uśmiechem stanęła przed podróżnym, który oparty o poręcz krzesła patrzył zamglonym wzrokiem.
— Jakim cudem przyjechał pan tutaj, panie Bernardzie? — zapytała.
— Masz rację, że tylko cudem.
— Jak to pan mówi! Co się panu stało? Widzę, że się musiało, coś stać niedobrego.
— Dla czego?
— Bo czuję, iż coś panu dolega i boli.
— Nie mylisz się, Perino.
— Słodki Jezu! Co panu brakować może? Kto jak kto, ale pan powinien być szczęśliwy.
— Masz racją.
Perina wykrzywiła usta. Naprawdę niepodobał jej się sposób mówienia hrabiego, przeczuwała coś złego.
— Co panu jest? — zapytała jeszcze raz, zbliżając się.
— Najpierw chce mi się jeść.
Odskoczyła zdziwiona. Taki pan miałby być głodny. Nic nie rozumiała.
— Od wczoraj rana nic w ustach nie miałem, — wytłumaczył jej marynarz.
Co to miało znaczyć, biedna kobieta zachodziła w głowę. Jakieś nadzwyczajne zdarzenie mogło tylko sprowadzić coś podobnego, aby hrabia Bernard de Vitray, tutejszy pan i obywatel, kapitan fregaty i oficer legji honorowej, a nadewszystko niesłychanie bogaty, głodny przybywał z Brestu! Co więcej bo wcale nie jadł od dwudziestu czterech godzin! Bretonka nie wierzyła własnym uszom.
— Niechże pan zaczeka — odpowiedziała — zaraz przyrządzę śniadanie, ale nie takie jak kiedyś, za czasów kiedy młodą byłam i mieszkałam u państwa. O, te czasy dawno już minęły.
Ciężko westchnęła.
— Chciałam koniecznie wyjść za Jana, bo był ładny chłopiec. Nie myślałam o niczem więcej. Piękność zniknęła, a teraz...
— Pozostał nałóg.
— Otóż to. Ah! Mój Boże, dla czego nie posłuchałam pana.
— Byłabyś jeszcze może w Vitray u ojca twego, spokojna i szczęśliwa... ale chciałaś sama czego innego, moja biedna Peryno! Cóż robić, a przecież byłaś młodą, piękną i dobrą dziewczyną. Ale takie widać było twoje przeznaczenie! I każdy ma swoje cierpienia, które dźwigać musi! Czy myślisz, że mnie lepiej?... Bardzo się mylisz!
Przez ten czas Peryna kladła nakrycie dla swego dawnego pana.
Na rogu stołu położyła czystą cienką białą serwetę, starannie zachowaną z lepszych czasów, a może otrzymaną od hrabiego w podarunku na wyprawę ślubną, gdyż hrabia zawsze ją lubił.
Postawiła dwa talerze, szklankę, karafkę jabłecznika, złoto lśniący omlet, który zawsze i wszędzie najprędzej znaleść można.
Uderzyły ją ostatnie słowa kapitana.
— Usiądź pan tutaj — rzekła do niego łagodnie, przysuwając do stołu krzesło, — ale sprawia mi pan dużo zmartwienia.... doprawdy... nigdy jeszcze nie widziałam pana w takim stanie.
Usiadł posłuszny. Rzeczywiście był bardzo głodny, a natura nigdy nie traci praw swoich. Machinalnie spożywał wszystko, co mu podsuwała towarzyszka jego lat dziecinnych, wypróżniał szklankę za szklanką kwaśnego płynu i łykał omlet z czarnym chlebem, nie myśląc o tem, co robi i gdzie jest.
Jedna, jedyna myśl opanowała go od wczoraj. Więc też gdy poczciwa bretonka czuwała, aby mu usłużyć przy śniadaniu, powoli zaczął się spowiadać przed nią ze swego nieszczęścia.
— Kochana Peryno, — mówił do niej dawnym poufałym, serdecznym tonem — nie powinienem mówić o tem do ciebie, bo wiem, iż kiedyś... dawniej... cierpiałaś równie, jak ja dzisiaj.
Bretonka żywo położyła rękę na sercu.
O tak! kochała kiedyś Bernarda swego pana... Wyszła za mąż jedynie z desperacji i nieraz gorzko tego żałowała. Uczucia swego nigdy nie wyjawiła, lecz młody chłopiec sam je odgadł. Jako prawdziwa córka Bretanji z odwagą zniosła swój los okrótny bez głośniej skargi lub jawnej boleści, rozpacz swą kryjąc na dnie duszy.
A zresztą nie mało jest takich, jak ona, w Bretanji od Rennes do Brestu znalazłby całe legjony jej podobnych.
Hrabia mówił dalej:
— Tracimy rozum, kiedy jesteśmy zakochani... i ze mną się to samo stało; pokochałem dziewczynę równie biedną, jak ty, ale o wiele mniej wartą od ciebie... Szalony! ubóstwiałem ją... Nie było tego, czegobym dla niej nie poświęcił... Co chcesz? Kochałem ją... kochałem nad życie... lecz ona mnie nie kochała... Jest to zwykła bardzo historia! Ona też...
Chciał powiedzieć:
— Ona też mnie zdradziła!
Zatrzymał się... wstyd go dławił.
— Czy masz trochę kawy, Peryno? — zapytał.
— Mam, ale nie tak dobrej, jakbym chciała.
— Jeżeli jest dobrą dla ciebie to i ja się napiję. Tej nocy i tak spać z pewnością nie będę.
— Dlaczego?
— Przykry obowiązek mam do spełnienia, aż się boję.
— A przecież pan mi mówił, że potrzebować będzie mego męża?
— I tak jest.
— Na co?
— Czy macie łódź własną?
— Mamy tę, którą nam pan kupił.
— To dobrze.
— A dlaczego się pan pyta o nią?
— Jan mógł ją już dawno przepić.
— Jan tylko to robi, co mu pozwolę, zawołała kobieta z mocą, — a tej barki za nicbym nie sprzedała.
— Zatem mogę nią popłynąć do La Roche-Morgat?...
— Jeżeli pan sobie tylko życzy.
— I to podczas nocy?
— W nocy?...
— Nie chcę, aby mnie zobaczono.
Bretonka nic na to nie odpowiedziała. Dziwiła się jednak nie pomału, dla czego hrabia de Vitray chce, żeby go nie widziano przybywającego do własnego domu, jednak nie śmiała się zapytać, co to znaczy.
Godziny mijały.
Hrabia w ponurem milczeniu siedział przed kominkiem. Nareszcie, po kilkogodzinnem oczekiwaniu, rybak zjawił się w domu, ale ponieważ zatrzymywał się po drodze z Brestu nie w jednej szynkowni, zatem ledwie mógł utrzymać się na nogach.
Jak zwykle musiał wielokrotnie zajrzeć na dno kieliszka... wódki, która zatruwa mieszkańców całego Finisteru, pomimo żandarmerji i władzy.
Stan jego zupełnie różne wywołał uczucia w Perinie i u jej dawnego pana. Perina gniewała się i wstydziła zarazem, kapitan zaś uśmiechał się. Było mu to na rękę, że Jan był pijanym.
O w pół do siódmej wsiadł do łodzi.
Benard de Vitray wprawną ręką podjął żagiel, wziął ster i rzekł do Jana:
— Połóż się i śpij.
Na co tenże zaledwie był zdolnym odpowiedzieć:
— Dobrze panie kapitanie.
Zdaleka Perina patrzyła na statek, kołyszący się na falach, zdając się czytać we wzroku pana te słowa:
— Tej nocy jeszcze tu powrócę, czekaj na mnie.
Perina w ten sam sposób odpowiedziała:
— Dobrze. Licz pan na mnie.
Wiał przyjazny wiatr z północo-zachodu. Niebo pokrywało się przezroczystą mgłą, unoszącą się nad wodami.
Ze św. Anny łatwo się dostać do skał Roscanvel i Camaret, ale dalej potrzeba się mieć na baczności i posiadać wprawę dobrego marynarza.
Jan Yaudet chrapał w najlepsze na dnie statku, ale mógł zasypiać bez obawy. Wprawna ręka hrabiego kierowała statkiem, jak dobrze wyuczonym wierzchowcem. Dziedzic z La Roche-Morgat znał każdą przeszkodę, każdą ukrytą pod wodą zasadzkę lub skałę, o którą wątła łódź rozbiłaby się na kawałki.
W miarę, jak się zbliżał do celu, serce mu biło z całej siły.
Nakoniec gdy się znaleźli na wprost zamku, ciemność już panowała zupełna, lecz przy blasku zasianego gwiazdami nieba ciemne jego mury wyraźnie się rysowały na niebieskiem tle nieba. Żółte światło błyszczało w dwóch wysokich oknach pierwszego piętra.
Marynarz odetchnął głośno. Jego przypuszczenie zamieniało się w rzeczywistość. Ta, której szukał, była tam. W nieobecności hrabiny z pewnością byłoby tu ciemno.
Wtedy schylił się do Jana, szarpiąc go za rękę, aby się przebudził:
— Pozostaniesz tu i będziesz na mnie czekał — rozkazał.
— Dobrze panie kapitanie.
Jednocześnie podał mu blaszankę z wódką, którą pijak chciwie uchwycił.
— To dla ciebie, abyś się tu nie nudził — powiedział żartobliwie — pij, ile możesz, ale nie ruszaj się ztąd!
— Dobrze panie kapitanie.
O dziesiątej Bernard de Vitray wysiadł na ląd u stóp skały, na której wznosił się zamek. Morze przybierało, ciągnąc za sobą masę kamieni, które są w wielkiej obfitości na półwyspie de Croyon, z hałasem rzucając je o ziemię.
I zaczął iść w górę kręta, prostopadłą ścieżką, która dochodzi do zamkowego tarasu. Następnie przebiegł ogród i skierował się do domku dozorcy.
Pies lekko zaszczekał, lecz zaraz umilkł, poznawszy pana.
Żadne światło nie przechodziło z wewnątrz, stary ogrodnik i jego żona musieli spać jak zabici. Zapewniwszy się z tej strony, hrabia oddalił się, wszedł do zamku przez drzwi od kuchni, które nie były zamknięte.
Dalej wiemy, co nastąpiło. Wchodząc, spodziewał się zastać tylko żonę i zmusić ją do przyznania się do winy. Lecz w jaki sposób, sam nie wiedział, jak nie można odgadnąć, jakie myśli rodzą się w chorym umyśle człowieka, śmiertelnie ranionego!
Przypadek chciał, iż znalazł oboje winnych. Nim wszedł, zatrzymał się i słyszał, co mówili.
W pierwszej chwili chciał wejść i zabić ich oboje. Po namyśle zdecydował się na co innego, mówiąc sobie, iż człowiek, jego stanowiska i imienia, nie powinien napadać na bezbronnego nieprzyjaciela.
Wtedy to drzwi otworzył, ukazując się pozornie spokojny, siłą woli hamując wściekłość nim miotającą. Lecz dając broń człowiekowi, który go śmiertelnie zranił i stając z nim do walki był przekonany, iż przez to samo wypełniał wszystko, co było w jego mocy i spełniał swój obowiązek co do joty.
Na głos porucznika: „Zaczynajmy“, padł strzał jeden i jednocześnie prawie dał się słyszeć drugi.
To nie hrabiego broń wypaliła.
W pokoju, gdzie hrabina leżała bez życia na ziemi, panowała głęboka cisza.
Straszna walka, która się rozgrywała w tym wielkim, zaledwie słabo oświetlonym pokoju, o ciemnych sprzętach i obiciu, które gdzieś ginęło w dali mrocznej, zdając się rozszerzać i powiększać przestrzeń, była rzeczywiście złowrogą.
Przypływ morza dochodził swej pełni. Olbrzymie bałwany z rykiem odbijały o ściany skał, równomiernie uderzając masą zawleczonych kamieni i sprawiając do złudzenia odgłos wystrzałów broni palnej, właśnie w tej stronie Bretanji.
A gdyby nawet znalazła się jakimś nadzwyczajnym wypadkiem ludzka istota w pobliżu zamku podczas tego śmiertelnego pojedynku, z pewnością nie byłaby wstanie nie usłyszeć pośród ogłuszającego hałasu.
W tej chwili obadwaj rywale ożywieni byli jednakowem uczuciem, uczuciem najstraszliwszej zemsty i nienawiści. Wyraz pogardliwej ironji na twarzy hrabiego przyprowadzał Jerzego do wściekłości.
A przytem miał inne powody, dla których chciał żyć, przeczuwał, iż z jego śmiercią córka jego byłaby skazaną na najstraszniejsze męczarnie, na śmierć może, jako przedmiot najwyższej nienawiści hrabiego. A zresztą miał także nadzieję, iżby potrafił przełamać wolę ukochanej kobiety, gdyby została wolną, o, wtedy musiałaby należeć do niego na wieki.
Pewny siebie, swej siły i zręczności w robieniu bronią, z pośpiechem wystrzelił pierwszy. Młodzieńcza brawura i siła nienawiści uniosły go daleko.
Pokój miał najwyżej piętnaście kroków długości, celując, doskonale widział sylwetkę swego przeciwnika. Stał dumnie wyprostowany pomiędzy dwoma oknami wychodzącemi na balkon.
Był przekonany o doskonałości broni, zatem niewątpił o celności strzału. Przez chwilę myślał, iż tak było w istocie. Hrabiego nie było, porucznik się nie ruszył z miejsca. Niedowierzał jeszcze.
Niewidział co prawda przed sobą nieprzyjaciela, lecz również niewidział i trupa jego na ziemi.
Gdzież więc był?
W tej samej chwili gdy powoli oglądał się aby zobaczyć, co się stałą, z rewolwerem w ręku, ujrzał o dziesięć kroków z boku dwoje dzikich błyszczących oczów, podobnych do oczów drapieżnego zwierza, kiedy czyha na swą ofiarę.
Oczy te straszne i gładkie czoło marynarza widniały z po za łóżka i stosu kołder, służących mu za barykadę.
Instynktownie prawie młody człowiek wystrzelił po raz trzeci.
Głowa zniknęła, ale tylko na jedną chwilę.
Ciemność, panująca w pokoju, niecierpliwiła Jerzego.
Nagle usłyszał jak gdyby ryk zwierzęcia i szelest draperji, służącej za firankę łóżka. Jednocześnie z po za niej wysunęła się postać ludzka.
Padł czwarty lecz zarazem ostatni strzał.
Jednym skokiem hrabia de Vitray rzucił się na porucznika, nie bacząc na strzał, który mógł go od razu położyć trupem.
Wyglądał okropnie, z czołem, krwią zbroczonem i wzrokiem, pałającym straszliwą zemstą. Zdziwiony nagłem napadem, obezwładniony siłą hrabiego, który mu trzymał uzbrojoną rękę w żelaznym uścisku, nieszczęśliwy porucznik upuścił broń z ręki, broń, którą wspaniałomyślnie otrzymał od znieważonego męża.
Rewolwer upadł mu pod nogi. Hrabia odrzucił go nogą i stanął przed Jerzym.
— Zwątpiłem o sprawiedliwości Bożej. — odezwał się ponuro. — Tymczasem Bóg jest sprawiedliwym. Cztery razy narażałem się na strzał pański i cztery razy pan chybiłeś. Wystarcza to dla mojego honoru i uczciwości. Nie potrzebuję chyba dodawać, iż pana nienawidzę i dla tego pan zginiesz.
— Czyń pan swoje dzieło.
— Czy nie masz jakiego zlecenia dla kogo?
— Nie mam.
— Nawet do pani de Vitray?
— Do niej... niech mi przebaczy.
— Co do pańskiej córki, możesz to zapamiętać sobie: Będzie nieszczęśliwą i opuszczoną, zemszczę się na niej za wszystko złe, którego od pana doznałem.
— Zrobisz pan jedną zbrodnię więcej.
— To moja rzecz!
— Powiedziałeś pan, iż Bóg jest sprawiedliwym. Każda zbrodnia musi być ukaraną... masz pan przykład na mnie... Przyjdzie chwila, w której i pan odpokutujesz za swoje błędy!
— Czy nikt nie wie, że pan tu jesteś?
— Nikt!
— Nikt zatem nie będzie wiedział, co się z panem stało. Spojrzyj pan ostatni raz na morze, gdzie kraby i raki pożrą twoje ciało, jak pożarły tysiące nieszczęśliwych rybaków i majtków.
— Czyś pan już skończył?
— Skończyłem.
Hrabia broń podniósł.
Jerzy de Villers rzucił ostatnie spojrzenie na drzwi, po za któremi była ta, którą ukochał nad życie.
Padł strzał.
Młody człowiek upadł, z piersią przestrzeloną na wylot. Ten kilkuminutowy dramat nie miał żadnego świadka.
Ludzie, zamieszkali w oficynie, nic nie słyszeli. Pokojówka nie powróciła jeszcze z Brestu.
Wybiła dziewiąta.
Przez chwilę hrabia patrzył na trupa, następnie schylił się i przyłożył mu rękę do piersi.
Serce już bić przestało.
Wtedy zdjął kołdrę z łóżka hrabiny i owinął nią zwłoki porucznika, związawszy mocno sznurami od firanek. Następnie otworzył okno, wyniósł ciepły jeszcze ciężar na balkon, zkąd go zrzucił na taras przed oknami, mówiąc:
— Zaczekaj na mnie... Zaraz się zobaczymy.
Złowroga radość, radość nasyconej zemsty błyszczała w jego oczach; wykonał już połowę dzieła.
Otworzył ciężkie drzwi, zamknięte za hrabiną, którą znalazł leżącą na podłodze bez zmysłów. Przez chwilę obawiał się, iż nie żyje.
Wziął ją na ręce i zaniósł na łóżko do pokoju, który mu służył do walki z porucznikiem. Zaledwie słabo oddychała, musiał więc użyć silnych środków, aby ją do zmysłów przyprowadzić.
Kiedy otworzyła oczy, najpierw zakryła twarz rękami, wydając okrzyk zgrozy:
— Jesteś raniony!
Ciemna plama na czole powiększyła się. Trafiając, kula zrobiła bliznę krwawą pod czarnemi włosami, którą Helena zobaczyła. Jedna linja dalej a byłoby już po nim.
Patrzyła z przerażeniem, nagle zrozumiała, błędnym okiem spojrzała po pokoju, jakby kogoś szukając.
— Czy swego kochanka szukasz? — zapytał hrabia.
— Mojego kochanka!?
— Jakże chcesz, bym go nazwał?
— Coś z nim uczynił?
— Czy boisz się o jego życie?
— Prawda, biliście się... Przypominam sobie... Boże, co za okropność...
Czyś go zabił?
— Rzeczywiście.
— Nie, to nie prawda?... Chcesz mnie doświadczyć! To niepodobna abyś popełnił zbrodnię... tu w twoim domu.
Hrabia powtórzył:
— Ależ tak jest.
— Jesteś bez miłosierdzia! — szepnęła. O! ja nieszczęśliwa... Prosiłam cię napróżno!...
— A więc myślałaś, że tak łatwo ci przyjdzie naprawić wyrządzoną krzywdę, że jedno słowo twoje wystarczy! A może sądzisz, iż będę tyle wyrozumiałym mężem, iż nie będę szukał zemsty za zniewagę, uczynioną memu honorowi! Sądzę, że tak źle o mnie nie myślałaś. Zdrajca spłacił już swój dług... Nie jestem zbrodniarzem... zabiłem go uczciwie z bronią w ręku. Mogę mu oddać sprawiedliwość, iż dzielnie się bronił. Jego już się pozbyłem. Pozostał mi, jeszcze jeden obowiązek do spełnienia Czy jesteś sama?
— Tak...
— Gdzież jest panna służąca?
— W Breście.
— Kiedy powróci?
— Wieczorem zaraz, czekam na nią.
— A więc dobrze. Przedtem musimy skończyć.
Spojrzała biedna na niego obłąkanym wzrokiem, zrozumiała, do czego zmierzał, ale nigdy nie przypuszczała tego, co miała usłyszeć.
— Czego chcesz jeszcze? — wyszeptała zaledwo dosłyszanym głosem.
— Po ojcu zostało dziecko, — odpowiedział. A widząc, iż nie odpowiada, ostro zawołał: — Gdzież ono jest?
— Bernardzie!
— Bądź spokojną, nie napadam bezbronnych. Nie jestem zabójcą niewiniątek w kolebce, ale ponieważ mam zamiar nim się zaopiekować, zatem sądzę, iż mnie ono zostanie powierzonem.
I z akcentem strasznej groźby raz jeszcze powtórzył:
— Czy słyszałaś! Mnie ono zostanie powierzonem! Zdam ci kiedyś z mej opieki rachunek i przysięgam na Boga, iż cię to nie ominie.
Rzuciła się przed nim na kolana.
— Ah! — zawołała nieszczęśliwa, czując, iż duch z niej uchodzi w tej strasznej męce, — czy ja śnię, czy jestem na jawie, czy żyję jeszcze. Czego chcesz? Czego żądasz odemnie? Zabij i mnie także... Cierpię tak strasznie iż chciałabym umrzeć, gdyby nie moje dziecię, któreby pozostało na pastwę tobie, które mi chcesz wydrzeć... czuję to...
— Nosisz moje nazwisko. Jesteś hrabiną de Vitray-Pleyber, a dziecko to nie jest mojem!
— Wyrzuć mnie z domu razem z niem!
Wzruszył ramionami, podczas kiedy zjadliwy uśmiech wykrzywił mu usta.
— Ożeniłem się z tobą z miłości... i pomimo wszystkiego zanadto cię kocham jeszcze, abym to mógł uczynić. Prawo jest za mną, a prawo to samo co siła. Spodziewam się, że nie masz mi nic do zarzucenia?
— Rzeczywiście, nic.
— Cóżbyś zrobiła z dzieckiem?
— Byłabym go wychowała zdala od ciebie.
— I kochałabyś je?
— Czyż matka może nienawidzieć swoje dziecko?
— Zatem to nieprawe dziecko miałoby zajmować miejsce w twem sercu... Kradłoby mi cząstkę twojego „ja“, które należy do mnie! Przypominałoby ci utraconego kochanka.
— Boże mój, cóż za męczarnia!
— Zdala od ciebie żyć będzie, gdyż tutaj, przysięgam ci na zbawienie duszy, dozna tego samego losu co i ojciec.
— Miej litość, Bernardzie!
— Napróżno prosisz!
— Życia mojego żądasz!
— I ty moje złamałaś!
— A, nie będziesz tyle okrutnym, aby wypełnić twoje groźby!
— Przeciwnie, przysięgam ci.
— Ależ toby było okropnem!
— Nie więcej okropne, jak zastrzelenie kochanka w pokoju jego lubej.
— Więc go naprawdę zamordowałeś?
— Czy jeszcze wątpisz o tem?
I podniósłszy ją z brutalnością, godną bezlitośnego woźnicy, co batem pogania upadłe na drodze zwierzę, zaciągnął do balkonu, silą zmusił, aby się schyliła naprzód, a ukazując jej kołdrę, w której zawinięte spoczywało ciało porucznika, zawołał:
— Patrz, to on tam leży. To twoje dzieło! Jeżeli mi nie powierzysz jego córki dobrowolnie, to klnę się na moją duszę, iż za godzinę i tak sam ją odnajdę, a wtedy morze pochłonie dwie ofiary, zamiast jednej. No, śpiesz się! Gdzie ona jest?
Chciała ją bronić jeszcze, lecz siły ją opuściły... Miała gorączkę... W uszach jej szumiało... była blizką omdlenia.
— Cóż dalej? — zapytała, patrząc mu prosto w oczy.
— Co to ma znaczyć?
— To ma znaczyć, iż ludzka sprawiedliwość może wybaczyć panu hrabiemu de Vitray, iż zabił kochanka swojej żony, lecz musi go ukarać za śmierć bezbronnej istoty, dziecka, do którego on nie ma żadnego prawa. Możesz zabić matkę, tak jak zabiłeś ojca, nic jednak nie możesz zrobić niewinnej istocie.
Hrabia zrobił ruch pogardliwy.
— Bardzo się mylisz, — odpowiedział — sprawiedliwość nie będzie mnie poszukiwać, dla bardzo prostej przyczyny.
— Jakiej?
— Posłuchaj mnie dobrze. O życie nie dbam. Miałem przed sobą świetną przyszłość, przyszłość pełną chwały, zaszczytów, majątku i miłości. Byłem zdrów, silny, bogaty i zakochany. Stargałaś wszystko przez szaleństwo, głupotę, podłość. Dziś już nie czuję w sobie ani odwagi, ani dumy, ani miłości. Zaspokoiwszy moją zemstę, zrobię z sobą taki sam koniec, jak z nimi, zabiję się! Pozostaniesz więc samą w żałobie i rozpaczą w sercu za podłość i zdradę, której się dopuściłaś i którą zapłaciliśmy tak drogo. Czyś mnie zrozumiała nareszcie?
— Niestety! Tak!
— Gdzie jest dziecko?
— Jesteś nieugięty!
— Odpowiadaj!
— Ale za to przysięgnij mi, że jej zachowasz życie.
— Niech i tak będzie.
— Będę mogła ją zobaczyć?
— Może... Kiedyś.
W rozpaczy załamała ręce, nie mogąc się zdecydować, na odpowiedź. Przestraszona, goniąc resztkami sił, nieśmiała spojrzeć na tego strasznego i bezlitośnego sędziego, który stał przed nią wyprostowany, z zaciśniętemi konwulsyjnie rękami, pełen wściekłości.
— No, spiesz się, — zawołał. — To jej jedyne ocalenie.
Zaledwie zrozumiałym głosem szepnęła:
— Wróćmy.... Ten trup mnie przeraża... Powiem ci wszystko!
Śmiertelnie blada, wyglądała, jak gdyby życie z niej uchodziło.
Zaniósł ją na łóżko, a wtedy nachyliwszy się do samych ust nieszczęśliwej, usłyszał, jak wyszeptała:
— Niedaleko ztąd... u Gildas’a w Penhir.
— Spodziewałem się tego!
— Lecz będziesz miał litość? Zobaczę ją?
— Powiedziałem ci już... może... W każdym razie żyć będzie!
Wymówił te słowa z tak okrutnym akcentem, iż upadła na poduszki bez czucia.
Kilka minut wahał się, patrząc na nią w obawie, czy rzeczywiście nie umarła. Wtedy dawne uczucie namiętnej miłości przykutego do łoża nieszczęśliwej kobiety, która tak niedawno była jego całem szczęściem i rozrywką, jego ideałem. Patrząc na tę twarz bladą, na oczy spuchnięte od łez, na usta konwulsyjnie zaciśnięte z wyrazem najstraszniejszej boleści, doznał wyrzutów sumienia, zawstydził się swego dzikiego okrucieństwa.
Lecz to trwało małą chwilkę. Duma zwyciężyła, głusząc uczucie litości. Godzina ta jeszcze nie nadeszła.
Upewnił się tylko, czy jego ofiara żyje i czy serce bije jeszcze. Nastepnie okrył ją kołdrą przed chłodem nocnym, zamknął okiennice u okien, wychodzących na balkon, zbliżył się do łóżka, patrząc raz jeszcze na tę twarz ukochaną, tak piękną pomimo swej bladości, dotknął się przezroczysto-białej ręki, którą tyle razy trzymał w swej dłoni w namiętnym uścisku, a siłą woli powstrzymawszy się od ucałowania jej ust bladych, schylił się nad nią, szepcząc z rozpaczą w głosie te słowa wiecznej rozłąki:
— Żegnam cię!
Wyszedł z zamku.
Pośród uśpionej wioski słychać tylko było głos morza, w dal odpływającego i żałosny krzyk nocnego ptactwa w niedalekich zaroślach.
Hrabia zabrał swój martwy ciężar i zaczął się spuszczać ścieżką ze skały, przez którą tutaj przybył, z łatwością odnalazł Jana ze swoją łodzią, lecz w daleko gorszym stanie niż go zostawił. Blaszanka z wódką sprawiła pożądany skutek.
Rybak leżał wyciągnięty na dnie statku z rękami pod głową, pijany jak kij, nie będąc wstanie nic wiedzieć, co się koło niego działo.
— Głupie bydle! — mruknął marynarz.
Ale sam chciał właśnie tego.
Umieścił zwłoki porucznika z tyłu, około steru i skierował łódź w stronę Donarnez.
Gnany silnym wiatrem statek przesunął się chyżo jak mewa pomiędzy podwodnemi skałami, których tu jest mnóstwo i szczęśliwie wypłynął na pełne morze.
Wkrótce skały nadbrzeżne zaczęły niknąć wraz z ciemną masą La Roche-Morgat, której hrabia przesłał smutne ostatnie spojrzenie.
Wtedy, nie widząc nad sobą nic więcej jak niebo i wodę niezmierzonego Oceanu, przyciągnął do siebie trupa. Sina ciężka głowa porucznika dotknęła się spienionych bałwanów.
Hrabia wytężył siły.
Trup się pochylił, zsunął do morza, a pociągnięty ciężarem odłamów skały, których hrabia nie zapomniał włożyć razem z ciałem, powoli się zagłębił i zniknął.
Pan de Vitray był bretończykiem i dobrym chrześcijaninem, stojąc więc przed zamykającą się mogiła, która pochłonęła jego ofiarę, zrobił znak krzyża świętego.
Jau Yaudet chrapał w najlepsze.
Łódź zmieniła kierunek, płynąc ku lądowi kilka chwil potem zatrzymała się na piasku, który tworzy w tem miejscu naturalną przystań wielkości niedużego ogrodu. Hrabia uwiązał łódkę do pnia, wbitego w piasek, rozbił o skałę blaszankę, w której była jeszcze wódka, zostawiona przez Jana, zostawił go śpiącego, a sam wyskoczył na brzeg.
Miejsce, w którem wylądował pan na La Roche-Morgat, było prawdziwym labiryntem, przedstawiającym widok nadzwyczaj oryginalny, nazwano go Penhir. Nagle pomiędzy masą ciemno-zielonych kamieni do których się dochodzi przez wyciętą i zniżającą się w tym miejscu skalę, tworzącą mały naturalny port osłoniony pasem ziemi, wznosi się niewielki domek. Odludny, sam jeden w tej stronie, zbudowany niegdyś przez jakiegoś przybysza w te strony, który w krótkim czasie znudził się tutejszym pobytem a nie mogąc domku sprzedać, wynajął go biednemu rybakowi.
Młody rybak, prędzej nawet żeglarz nieustraszony, silny jak maszt okrętowy, żył tu jak rak w norze, nie widząc nikogo i niktby nie odważył się wyrugować go z jego królestwa. Na całym półwyspie de Morgat znają go wszyscy.
Nazywa się Gildas, innego nazwiska nie posiada.
Był podrzutkiem. Powróciwszy z wojska, dostał od księdza rektora z Douarnenez złożoną na jego ręce przez jakiegoś nieznajomego niewielką sumę, za którą kupił sobie łódź i sieci.
W jakiś czas potem schronił się do Penhir, z powodu krwawego zajścia, jakie miał z rybakami z Douarnenez, którzy znieważyli jego żonę, takiego samego jak on podrzutka, lecz dobrą, ładną, oszczędną i pracowitą dziewczynę, a przytem rzadkiej uczciwości.
Gildas był w ciągłej styczności z zamkiem, gdzie ryby dostarczał państwu.
Mieli dwoje dzieci, chowające się tam z całą swobodą pierwotnych ludów.
Cały dzień w piasku, polując na kraby, żywili się ślimakami, tysiącami oblegających odkryte przez odpływ skały, a podczas kiedy matka krzątała się około domu, ojciec z nieustraszoną odwagą narażał życie, aby dostarczyć pożywienia dla ukochanej gromadki.
Dla tego to Helena zaraz pomyślała o tem, aby swoją córkę ukryć w Penhir, gdzie sądziła ją najlepiej ukrytą i powierzoną uczciwej opiece.
Podczas dni jeszcze pełnych trwogi, przed swojem rozwiązaniem porozumiała się z nimi przy pomocy wiernej Ludwiki. Dostarczyła im wszystkiego, co było potrzeba, aby w domu mieli wygodniej i cieplej. Kupiła też dwie śliczne białe krowy bretońskie, zwinne i lekkie, jak kozy, nieocenione skarby w tym kącie zapadłym. Pomieszczono je w szczelinie nadbrzeżnych skał, służącej im za stajnię.
Wnętrze biednej chatki za niewielką cenę stało się schludne i cieple. Razem z maleńką istotką przybywało tu szczęście niespodziewanie.
Gildasowie znani byli z uczciwości. Ona przyrzekła kochać i opiekować się maleństwem, jak swemi własnemi dziećmi, zatem matka była spokojną. Fatalność miała wkrótce zburzyć to szczęście.
Wyszedłszy na ląd, hrabia Bernard zauważył przy świetle gwiazd, iż Gildas jeszcze nie powrócił. Wtedy zaczął szybko iść w stronę małego domku, który widział na pochyłości wśród karłowatych krzaków.
W maleńkich okienkach żadne nie błyszczało światło. Wewnątrz domku wszyscy byli pogrążeni w śnie głębokim.
Hrabia szedł prosto do drzwi i zastukał.
Natychmiast z wewnątrz zapytano:
— Kto tam?
Kapitan odpowiedział:
— To ja, Franciszko, otwórz, mam do ciebie interes.
Widocznie, iż znano tu głos hrabiego, gdyż zaraz światło zabłysło. Kroki dały się słyszeć i drzwi otworzono.
Kobieta, którą pan de Vitray nazwał Franciszką, podniosła w górę świecę, a poznawszy kapitana, ze zdziwieniem krzyknęła:
— Pan?
— Tak, to ja.
— Tak późno!
— Nie mam czasu do stracenia.
— Jak tu się pan dostał?
— Tak samo jak twój mąż. Barką.
— Co pan sobie życzy?
— Zaraz ci powiem.
— Niech pan wejdzie.
Rozmowa ta toczyła się narzeczem bretońskim, pełnym poezji, energji i siły, który potężnym węzłem łączy tych, co nim mówią, choć i bez tego pan de Vitray doznawał wielkiego poważania i życzliwości od okolicznych mieszkańców.
Przyczyniała się ku temu dawna tradycja, olbrzymi majątek, z którego robił szlachetny użytek, gdyż nikt nigdy bez skutku nie zwracał się do jego serca, wreszcie i godność marynarza, zaszczytnie zdobyta, nakazywały uszanowanie i otaczały miłością. Żona Gildasa, jak wiele innych, pod tym wpływem pozostawała.
Kiedy hrabia wszedł do ubogiej izdebki, drzwi pozostały otwarte. Zimny wiatr, dostawszy się do wewnątrz, obudził starsze z dzieci, które zapytało:
— Czy to ty, ojcze?
— Nie. Spij Joel — odpowiedziała matka.
Malec nie kazał sobie tego powtarzać. Za chwilę widać go nie było z szuflady, która służy za łóżeczko dla dzieci, w piętrowych łóżkach w formie szafy lub kredensu, powszechnie używanych na całym Finisterze.
Hrabia odrazu oświadczył cel swego przybycia.
— Przed kilkoma dniami powierzono ci dziecko na wychowanie — odezwał się do młodej kobiety.
— Ależ...
— Dziewczynkę. Nie kłam, wiem wszystko. Kto ci ją przyniósł?
— Stara Rouguen.
— Z La Roche-Morgat?
— Tak.
— Cóż ci powiedziała?
— Że to jest dziecko służącej z zamku.
— Skłamała.
Kobieta milczała. Głos kapitana brzmiał ostro i rozkazująco. Był to głos pana, który mówił dalej.
— Dziewczynkę te musisz mi oddać.
— Panu!?
— Tak, mnie.
— Kiedy?
— W tej chwili.
— Ależ...
— Żadnego ale, gdyż to nic nie pomoże. Znasz mnie.
— Od dawna!
— Nie jestem żadnym złoczyńcą.
— Boże broń, abym coś podobnego myśleć miała.
— Dzieją się rzeczy, których nie możesz wiedzieć. To dziecko mieć muszę!
— Co pan z niem zrobi?
— To moja rzecz.
— Ależ to maleństwo jeszcze.
— Co ci to szkodzi.
— Nie powinnam.
— Czy sądzisz, że nie mam prawa do tego, co robię?
— Nie rozumiem pana.
— Niepotrzebujesz rozumieć. Spiesz się.
Zawahała się. Instynktem czuła, że coś dziecku grozi, a maleństwo już pokochała.
— Zdaje mi się, iż macie dwoje dzieci, — dodał hrabia.
— Mamy.
— Jesteście biedni?
— Tak panie.
— Za dziecko obiecane ci pewną summę?
— To prawda.
— Ile?
— Około pięciuset franków rocznie.
— Rzeczywiście dużo — odparł oficer, — uśmiechając się. Nie chcę cię tych pieniędzy pozbawiać. To, co miałaś otrzymać przez dwa lata, dostaniesz natychmiast.
Wyjął z kieszeni paczkę złota, a rezdarłszy papier wyrzucił na stół luidory, błyszczące przy niepewnem świetle łojowej świecy.
— Gdyby to nie był pan, nigdybym maleńkiej nie oddała za żadne skarby.
Przyrzekłam ją pielęgnować.
— Czy masz zaufanie do mnie?
— Bezwątpienia.
— W takim razie zdaj się na mnie. Jest to przysługa o którą cię proszę. W zamian dostaniesz dziesięć razy taką sumę, jak tę, którą ci dałem przed chwilą.
— Dziesięć razy!
— Gildas będzie sobie mógł kupić porządny dworek, nie narażać życia, zapłacić ten domek, nabyć trochę gruntu i wychować lepiej dzieci.
Franciszka otworzyła szeroko oczy, ze zdumieniem pytając siebie dla czego ten niespodziewany majątek na nią spada? Przeczuwała, iż musiało w tem wszystkiem być coś nadzwyczajnego, wysokość ofiarowanej sumy przekonywała ją o tem dostatecznie. A choć nie wiedziała o wypadkach, zaszłych w zamku i tak została tem uderzoną, iż taki pan jak hrabia de Vitray przyszedł zabrać dziecko umieszczone u niej przez pokojówkę jego żony, bezwątpienia zatem istniała jakaś tajemnicza przyczyna, dla której hrabia tu przybył.
— Nie rozumiem dobrze, co pan hrabia robi — odezwała się ze ściśnionem sercem — wiem tylko, iż go słucham, jako mojego pana, którego znam dawno i któremu nie mogę nic odmówić. Niech pan idzie za mną. Czuję, iż źle robię, nie dotrzymując obietnicy danej matce i ulegając panu. Zresztą — dodała z głębokiem przekonaniem i wiarą dawnych bretonek — Bóg patrzy i widzi wszystko, on zna pańskie zamiary!
Otworzyła drzwi do małej izdebki, oddzielonej od poprzedniej cienkiem przepierzeniem.
W kołysce, splecionej z łoziny, osłonięta firankami z niebieskiej satinki, spała maleńka istotka.
Kobieta wzniosła do góry świecę po nad głowę dziecięcia.
— Biedactwo nie ma jeszcze tygodnia — powiedziała. — Silna jest i zdrowa. Będzie blondynką.
Marynarz patrzył na nią długo, z brwiami zsuniętemi, zmarszczonem czołem i ponurym wzrokiem.
— Jak jej na imię? — zapytał.
— Joanna.
— Nic więcej?
Mnie nie powiedziano nic więcej.
Zamyślił się przez chwilę. Urodziła się w La Roche-Morgat... Z pewnością nie był spisany akt urodzenia... Zatem prawnie jeszcze nie egzystowała.
— To dobrze — odezwał się. — Obwiń ją dobrze w jaki płaszcz, lub chustkę, lub cośkolwiek zresztą.
— Pan chce ją zabrać?
— Natychmiast.
Kobieta się zmięszała.
— Chciałabym, żeby przy tem był Gildas...
— Nie mam czasu czekać na niego.
Musiała się poddać. Wyjęła ostrożnie maleństwo z kołyski, bojąc się, aby ją nie obudziła, powoli owinęła, ociągając się naumyślnie.
— Kocham ją już prawie jak moje rodzone — wyszeptała. — Nie będzie się pan umiał z nią obejść w drodze... to nie pana rzecz!
— Nie obawiaj się!
Oddała lekki ciężar w ręce hrabiego, drżąc z obawy. Pierwszy raz złamała dane słowo. Nie spełniła obowiązku.
Ostry ton mowy hrabiego, całe jego znalezienie się, oraz rana jeszcze nie zastarzała na czole, nie dawały jej spokoju.
— Niech cię Bóg strzeże i zachowa, — zawołała, całując z uniesieniem dziecię i otulając ją kapturkiem od płaszczyka, odprowadziła hrabiego do łodzi. Widziała, jak wsiadł z biedactwem które mu wydała, a oddalając się, słyszała jeszcze przenikliwy głos hrabiego, który wołał na człowieka śpiącego na dnie łodzi:
— Hola, Yaudet. Wstawaj, już miałeś czas się wyspać. Słyszała jak człowiek; ów odpowiedział:
— Na rozkazy panie kapitanie!
Głos nie był pewny, ale Jan Yaudet się podniósł, chwiejąc, wytrzeźwiony przenikającem zimnem nocy, usiadł na ławce, podczas kiedy hrabia wziął ster do ręki, mówiąc:
— Ruszajmy.
Barka popłynęła i niebawem wyszła z portu gdzie się schroniła a wkrótce zniknęła w cieniach nocy.
Gildasowa zwolna powracała do domu niespokojna i niezadowolona z siebie. Wszedłszy na próg zobaczyła błyszczące wśród ciemności złoto i serce jej się ścisnęło na ten widok, pieniądze te, to prawie cena krwi. Zdawało jej się, iż się sprzedała dla tego marnego kruszcu.
— Czyżby jednak mogła postąpić inaczej?
Nie położyła się już, czekając przed wygasłym kominkiem na powrót męża. Co on na to powie?
Wrócił dopiero nad ranem.
Ze świtem młoda kobieta wyszła nad brzeg, wyglądając czy, nie ujrzy na horyzoncie białego żagla. Jak tylko się słońce podniosło wypędziła na paszę swoje białe krówki, które z radością zaczęły skubać ubogą trawę, wyrosłą pomiędzy kamieniami.
Podczas kiedy gotowała dzieciom śniadanie, zapaliwszy ogień z jałowcu i trzciny, rybak powrócił.
Złoto leżało jeszcze na stole, gdzie je hrabia pozostawił.
Zaraz na progu zobaczył je rybak i cofnął się na ten niespodziewany widok.
— Co to jest? — zapytał się żony.
— Pieniądze?
— Właśnie, że pieniądze. Zkąd je masz?
— Ktoś je przyniósł.
— Kiedy?
— Dziś około północy.
Rybak obejrzał się po za siebie podejrzliwym wzrokiem. I bez tego przyszedł w złym humorze. Po zawiezieniu Ludwiki de La Roche-Morgat, wypłynął na pełne morze chcąc skorzystać z wiatru i sieci zarzucić. Połów się nie udał, a do tego wracając spotkał rybaków z Douarnenez, których nigdy nie mógł obojętnie ominąć, zaczęli się kłócić. Jako prawdziwy bretończyk Gildas się bójki nie obawiał. Inni uciekli, ale on stracił drogi czas i zły powracał do domu.
Byłto wysoki tęgi chłop trzydziestopięcioletni, żywy jak iskra, silny i zdrów jak wół. I on czasem bywał łagodnym. Nie dla siebie jednak, tylko dla żony i dzieci.
Poskrobał się w głowę szukając klucza od tej zagadki, podczas kiedy Franciszka krzątała się około gospodarstwa dla uniknięcia burzy.
— Ależ tu jest przeszło tysiąc franków, — odezwał się.
— A pan nam obiecał jeszcze dziesięć razy tyle dodała gospodyni.
Gildas nie zapytał się dla czego. Nie śmiał, tak mu się wydawała podejrzaną ta hojność nadzwyczajna.
Nagle zrozumiał, pobiegł do pokoiku gdzie zwykle spoczywała mała, kołyska stała pusta.
— Ah! rozumiem teraz zawołał przerażony... Dziecko ukradli!...
Kobieta odrzekła spokojnie.
— Nie ukradli, Gildas, nie, to ja sama go wydałam.
— Nieszczęsna, cóżeś zrobiła!
— Ty byś to samo zrobił.
— Nigdy.
Kobieta powtórzyła ze spokojem i łagodnością:
— A ja ci powiadam, żebyś zrobił.
Spojrzał na nią zdziwiony.
— Zaraz ci wytłumaczę dla czego, dodała. — Najpierw człowieka, który był dziś w nocy, znasz dobrze.
— Jak się nazywa?
— Hrabia Bernard de Vitray.
— Ah! — zawołał zdziwiony Gildas, pan Bernard?
— On sam.
— Kapitan?
— No tak.
— Z La Roche-Morgat?
— Chyba nie znasz drugiego?
— On, on! — zawołał zamyślony rybak. — I to on także dał ci tyle pieniędzy?
— A może myślisz, że go o to prosiłam?
— Ależ dlaczego, dlaczego? — myślał Gildas.
— Mieliśmy dostać pieniędzy na wychowanie dziecka, a on nam dał za to, abyśmy tego nie żałowali, że dziecko zabiera.
— A ten drugi?
— Który?
— Ten, który nam także obiecał.
— Ten chce, abyśmy milczeli.
— A więc trzeba milczeć?
— Naturalnie, ponieważ wymaga tego.
— Kiedyś kapitan był dla nas dobrym... Trzeba mu być posłusznym... Co on chce od tej małej?
Kobieta wzruszyła ramionami na znak niewiadomości.
Gildas zebrał pieniądze, lecz zwolna, nie śpiesząc się, jak człowiek, któremu sumienie mówi, iż ich nie zarobił, a brzydzi się jałmużną.
— Czy będziesz jadł? — zapytała Franciszka, stawiając przed nim misę z gorącą zupą.
— Nie chce mi się jeść. Ta pusta kołyska apetyt mi popsuła.
— To tak, jak i mnie... Lecz cóż chcesz, mój drogi? My panami nie jesteśmy.
Rybak przyciągnął do siebie swego najstarszego syna, tłustego pyzatego malca o rudych rozczochranych włosach, położył mu swoją szeroką dłoń na ramieniu, jak gdyby go bronić chciał i powiedzieć:
— Ty się możesz nie obawiać niczego, bo masz ojca, który nad tobą czuwa.
Przeczuwał, iż zabrane dziecko wystawione jest na niebezpieczeństwo, tylko nie mógł odgadnąć na jakie.
A jednak miał zupełną słuszność.
Podczas kiedy ta scena odbywała się w chacie rybaka w Penhir, łódź Jana Yaudet, już zupełnie wytrzeźwionego, zatrzymała się przed jego domkiem. Dniało zaledwie.
Hrabia wysiadł na ląd ze swoim lekkim ciężarem na ręku i wszedł do izby, gdzie na niego oczekiwała Perina, drzemiąc na krześle.
Długo z sobą rozmawiali... lecz o czem?
O ósmej minut dwadzieścia hrabia, otulony w swój płaszcz podróżny, z podniesionym kołnierzem, tak jak wczoraj za przybyciem do Brestu, wsiadł na pociąg, jadący do Paryża. Sam śmiertelnie smutny, siedział zagłębiony w poduszki osobnego wagonu pierwszej klasy.
Nazajutrz o dziesiątej, po nużącej podróży, drżący i słaby po tylu przejściach, pomimo całej mocy charakteru, wchodził na ulicy Cambon do jednego z poważnych i wspaniałych pałaców, urządzonego z nadzwyczaj urzędową powagą?
— Czy pan Colombey jest u siebie? — zapytał odźwiernego.
— Jest.
Wszedł na pierwsze piętro, poprzedzony dwoma uderzeniami dzwonka. Służący stał we drzwiach z zapytaniem:
— Kogo mam oznajmić?
— Hrabia Bernard de Vitray.
— Niech pan hrabia raczy poczekać chwilkę, — rzekł służący, usuwając się, aby przepuścić hrabiego.
Mały salon, do którego służący wprowadził hrabiego, był umeblowany z iście urzędową powagą.
Pan domu musiał zajmować wysokie stanowisko w hierarchji urzędniczej.
W rogu pokoju na czarnym marmurowym piedestale stał biust bronzowy stary, w wielkiej peruce i gronostajowym płaszczu, przedstawiający jakiegoś d’Agessau lub de Molé czasów ubiegłych. Na stole leżały rozrzucone książki i dzienniki, ale dzienniki poważne a książki we wspaniałej oprawie.
Salon ten, przeznaczony na poczekalnie dla zwykłych interesantów, w tej chwili był zupełnie pustym. Nie było ani odwiedzających ani klijentów.
Zaledwie zniknął służący, drzwi się z hałasem otworzyły i młody człowiek, ubrany w kostjum fantazyjny, w miękkim niedbale zawiązanym krawacie, elegancki i wyświeżony od stóp do głów jak kobieta, rzucił się w objęcia marynarza, wołając:
— Bernard, co za szczęśliwy przypadek cię sprowadził! Odkądże to każesz się anonsować.
Uścisnęli się i gospodarz pociągnął przyjaciela do pokoju, z którego wyszedł. Co za zmiana. Pierwszy salon był pełen tajemniczego półcieniu i powagi. Drugi jasny, wesoły, jak buduar kobiecy.
— Siadaj i mów — zawołał paryżanin, podsuwając przed kominek wygodny fotel, obity jasno niebieską materją w drobne kwiatki i sam siadając w drugim na przeciwko przyjaciela, tak gorąco powitanego.
Gospodarz doskonale harmonizował z tem otoczeniem, pełnem przepychu, elegancji i wytwornego smaku: salon był urządzony w stylu Ludwika XV, o jasnem obiciu i meblach i suficie, zapełnionym amorkami i kwiatami.
Był to człowiek jeszcze młody, zapewne w wieku hrabiego, wyglądał na urzędnika sądowego. Jego blond faworyty, wzrok zimny i przenikliwy, twarz matowo blada, wązkie, zaciśnięte usta nie pozwalały wątpić, iż należał do pałacu sprawiedliwości. Widocznem było, i starał się być światowym, swobodnym i ujmującym, a pomimo to był sztywnym i zimnym.
Jan-Maurycy Colombey, inaczej Colombey Saint-Clair, gdyż nazwisko swej żony dołączył do swojego, cieszył się rzeczywiście powagą i uznaniem, jako znakomity adwokat.
Pochodził on z bogatej mieszczańskiej rodziny, jednej z tych, których majątki podwoiły się w tak bajeczny sposób przed piędziesięciu laty, wraz ze wzrostem Paryża, którego grunta w trzeciej części w swych rękach posiadali.
Majątek ten, którego wcześnie zaczął samolubnie używać, potroił się jeszcze przez ożenienie z miljonową dziedziczką, panną Matylda Saint-Clair, córką bankiera, znanego ze śmiałych spekulacji, oryginalności i niepodległości swych osobistych idei.
Michał Saint-Clair, wdowiec oddawna, mający tylko tę jedyną córkę, której oddał swój pałac na ulicy Camben, mieszkał tu także w oddzielnym apartamencie, żyjąc po kawalersku i zdaleka przypatrując się swemu zięciowi, którego nie lubił za sztywność i nietelerancję, jak coraz więcej zaniedbywał swoje sprawy jako adwokat, rzucając się w wir intryg politycznych w ministerjum, gdzie niebawem zdobył dużo wpływu.
Oficer marynarki zaledwie zdołał usiąść na swoim fotelu, kiedy tenże zawołał:
— Ależ tobie coś jest? Wyglądasz jak z krzyża zdjęty... A to co za rana na czole?... Wypadek?
— Nie, to rana od kuli.
— Pojedynek?
— Tak, przed dwoma dniami.
— I nic o tem nie mówią?
— Bo nikt nic nie wie. Czy jesteś jeszcze w ministerium?
— Jako naczelnik wydziału kancelarji.
Hrabia odetchnął.
— Czy potrzebujesz czego odemnie? — zapytał Colombey.
— Tak.
— W jakiej sprawie?
— Przychodzę do ciebie nietylko jako do przyjaciela i kolegi, lecz przedewszystkiem, jako do wpływowej osobistości.
— Czy się czego obawiasz?
— Być może.
— Ty!
— Dla czegoźby nie?
— Czego zatem?
— Skandalu!
— Tam do licha!
— Zdarzył się straszny wypadek.
— Zaciekawiasz mnie. Wytłumacz się jaśniej.
— Oto jak się rzecz miała.
Tu marynarz opowiedział przyjacielowi z najdrobniejszemi szczegółami wszystko, co przeszedł od swego wylądowania w Tulonie, aż do pojedynku z Jerzym de Villers, jego śmierci i rzucenia ciała w morze.
Colombey słuchał z uwagą, nie odzywając się ani słowa.
— Czy jesteś pewnym, iż nikt nie wie katastrofie? odezwał się kiedy hrabia skończył.
— Tak sądzę.
— A pani de Vitray?
— Jest między życiem i śmiercią.
— Jeżeli wyzdrowieje to kiedyś się odezwie.
— Nigdy.
— Ręczysz za to?
— Jak za samego siebie.
— Zatem wszystko da się zrobić! Co dzień giną ludzie i nie wiadomo co się z nimi stało.
— Sprawę umorzycie?...
— Z łatwością... Dziś jeszcze pomówię z ministrem, aby wydał potrzebne rozporządzenia. A zresztą, zastałeś kochanka u żony i byłeś w swojem prawie, tak, że w razie sprawy zostałbyś uniewinniony. Nawetby cię nie sądzono. Zatem to na jedno wychodzi — a zawsze lepiej, że się skandalu i wrzawy uniknie.
— Dziękuję ci, ale to jeszcze nie Wszystko.
— Cóż jeszcze?
— Teraz zwracam się do starego druha i przyjaciela...
— Mów.
— Lecz przysięgnij, że dochowasz tajemnicy.
— Jeżeli żądasz.
— Pozostało się dziecko...
— Co za dziecko?
— Dziecko nieprawe... dziewczynka.
— Spodziewam się, żeś jej nie utopił?
— Nie.
— Cóż się z nią stało?
— O tem mogę tylko sam wiedzieć.
— Dziękuję za zaufanie, — dorzucił ironicznie prawnik. — Czy żyje?
— I żyć będzie mam nadzieję. Chcę, aby jej przyjście na świat pozostało tajemnicą, tak samo jak jest tajemnicą śmierć ojca. Jedyni świadkowie tego, co zaszło... są dwoje starych służących i młoda dziewczyna, pokojowa, nadzwyczaj przywiązana do swej pani.
— A więc?
— Małą powierzono rybakom... Zabrałem ją od nich... W tej chwili jest ona daleko... oddałem ją zaufanej kobiecie, której zabezpieczyłem wszystkie potrzeby, a tem samem i potrzeby dziecka...
— A matka?
— Matka nigdy nie będzie wiedzieć o niej. To kara za jej winy...
— Cóż za okrutny środek.
— Chyba nie okrutniejszy od samej zbrodni!
— Lecz strasznie cierpieć musi?
— Chyba nie więcej odemnie.
— Kochałeś ją?
— Nad życie, przyznaję to.
— I chcesz ją zamordować?
— Sądzę, że nic jej nie będzie.
— Jeżeli umrze będziesz miał wieczny wyrzut sumienia.
— Jest młodą... Była zdrową i silną... Nadzieja i chęć odnalezienia córki doda jej odwagi i energji do życia.
I z złowieszczym uśmiechem dorzucił pośpiesznie.
— Zwodnicza nadzieja, próżne oczekiwanie.
— Teraz ją nienawidzisz?
— Nie wiem czy ją kocham, czy nienawidzę. Czuję tylko, iż jestem szalony i prawie bezprzytomny, a jednak pośród tego chaosu myśli, wytknąłem sobie drogę i tą iść muszę.
— Nie śmiem ci udzielić rady... chociaż sam odemnie jej żądasz...
— Mów.
— Na twojem miejscu, teraz, kiedyś już zaspokoił zemstę... ponieważ główny winowajca spłacił swój dług... zrobiłbym z dwóch rzeczy jedną: rozłączyłbym się... dobrowolnie lub sądownie...
— Nigdy!
— Jednakże tak rozsądek nakazuje...
— Dla tego, aby ona mogła poślubić drugiego, a ja żebym znów przechodził te same tortury zazdrości!.. Nigdy! Należy do mnie i należeć będzie.
— Dobrze... w takim razie nie męczyłbym jej... i oddałbym jej córkę....
— Dowód hańby, żywą pamiątkę utraconego!...
— No to chociaż pozwoliłbym, aby je widywała.... czuwała zdaleka nad nią...
Oficer zrobił ruch przeczący.
— Nie! — odpowiedział. — Odtąd zostaniemy dwoma zbrodniarzami, przykutymi do jednego łańcucha... oboje skazanymi... Nie moja, lecz jej wina!
— Źle robisz! Kiedyś sam to przyznasz!...
— Być może.
— Jesteś bogaty, masz ambicją, a w gruncie masz dobre serce, kiedyś pożałujesz tego, żeś tak strasznie postąpił ze słabą kobietą, chociażby winną, a nadewszystko z niewinnem dzieckiem. Człowiek uczciwy ma tylko jedną drogę przed sobą, prawą, a ty z niej schodzisz!
— Wiem o tem.
— Sumienie twoje zbudzi się kiedyś i nie da ci spokoju.
— Tego się niespodziewam... Liczę tylko na gorzką rozkosz...
— Czy zemsty?
— Zgadłeś.
— Smutna pociecha! Chcesz, to i ja z kolei opowiem ci ciekawą historię.
— Owszem.
— Słuchaj! Kiedyś znałem jednego młodego człowieka, studenta prawa, później adwokata... Był to przystojny młody chłopiec, a do tego bogaty, zdolny i znający swoją rzecz, lecz nadzwyczajnie, dumny i w wygórowanych pragnieniach nienasycony...
— Jak się nazywał?...
— Mniejsza o nazwisko. Tu chodzi o samą istotę rzeczy, o fakty do danego zdarzenia.
— Mów dalej.
— Ten młody człowiek miał stosunek z pewną ubogą nauczycielką, młodą, uczciwą dziewczyną, którą..., mówiąc krótko, zgubił.
— Czy tylko był tego pewnym? — zapytał hrabia.
— Najzupełniej. Młoda dziewczyna kochała go z całem zaparciem się siebie. Trwało to lat trzy. Lecz przyszedł dzień, kiedy stanęła na drodze ukochanemu... Po skończeniu kursów doznał powodzenia przed kratkami. Odtąd miał wszystko: majątek i drogę do sławy. Pożądał jeszcze więcej. Przedstawiono mu bogatą dziedziczkę, wspaniały pałac, posag miljonowy i dalsze nadzieje; został olśniony. Wziął się z zimną krwią do dzieła. Jego nieszczęśliwa kochanka miała wkrótce zostać matką... Urządził jej scenę zazdrości bez najmniejszej racji, rzucił przed nią garść biletów bankowych, coś około dwudziestu tysięcy franków i wypędził od siebie, jak sługę, złapaną na gorącym uczynku kradzieży. Zniosła zniewagę z wzruszającą dumą i godnością, napisała do niegodnego człowieka list pożegnalny i przez wzgląd zapewne na mające przyjść na świat dziecię, wzięła pieniądze i zniknęła.
Ożenił się. Żonę miał piękną, dobrą i bogata. Przez pięć lat szału i bezustannej zabawy, bali, przyjęć różnego rodzaju, polowania lub podróży, starał się zapomnieć uczynionej podłości i nie mógł. Później ten głos sumienia, o którym ci mówiłem przed chwilą, zaczął mu zakłócać spokój nocny, stając się coraz mocniejszym z dniem każdym.
Człowiek ten nie ma pretensji być zupełnie cnotliwym, ale są czyny tak ohydne, że dusza sama się wzdryga i wstydzi swego postępku.
Postanowił zrzucić gniotący go ciężar. Pod pozorem nagłej podróży wyjechał na dni kilka. Opuszczona dziewczyna pochodziła z okolic de Valognes, przypuszczał zatem, iż tam się schroniła.
Pojechał tam. To, czego się dowiedział, przechodziło wszelkie przypuszczenia. Kochanka jego powiła syna. Dała mu imię Jan-Maurycy, imię ojca, lecz w akcie urodzenia nie dała mu nazwiska, jako urodzonemu z niewiadomych rodziców. Następnie sama utopiła się w rzece, która płynie w pewnej odległości od domu jej krewnej, u której się schroniła. Krewna ta, w podeszłym już wieku będąc, umarła wskutek przestrachu przy tej smutnej katastrofie.
Co do dziecka, to wszelki ślad jego zaginął i pomimo wielu poszukiwań, nie można się było nic dowiedzieć. Wierz mi mój drogi, że ten nieszczęśliwy człowiek, pomimo hartu duszy, pomimo bogactwa, zaszczytów i sławy, czuje zawsze i wszędzie głęboką ranę w swem sercu, która mu życie zatruwa i dolega boleśnie. Najstraszniejsze przypuszczenia gonią za nim bezustannie, a okropne widma mieszają się z eleganckim tłumem gości, których przyjmuje w swych salonach. Widzi nieszczęśliwe dziecko, jak nędzne i odarte, bite i głodzone, przeklina go za swój los okrutny, a w końcu, z nędzy, jak staje się złodziejem, mordercą, może. Wierzaj mi i kiedy czas jeszcze, cofnij się, a oszczędzisz sobie w przyszłości żalu, ciężkiego do zniesienia.
Colombe umilkł.
Drobne krople potu wystąpiły mu na czoło. Otarł je cienką batystową chusteczką. Hrabia, zajęty swemi myślami, niespostrzegł tego.
Podniósł się.
— Tutaj rzecz się ma zupełnie inaczej, — odezwał się lodowatym głosem. — Dziecko to nie jest mojem i zostanie skazanem.
— Rób, jak ci się zdaje.
— Załatwisz sprawę z porucznikiem?
— To już postanowione.
— Dziękuję.
— Cóż dalej będziesz robił?
— Chcę wyjechać, zniknąć, co na szczęście jest łatwem w moim zawodzie. Świat jest szeroki.
— Rzeczywiście.
— Jeszcze raz dziękuję i żegnam cię.
Dwaj przyjaciele uściskali się.
— Lepiejbyś zrobił, słuchając mnie, dodał jeszcze Colombey, gdy jego przyjaciel miał wychodzić. Hrabina jest zachwycającą...
— Bezwątpienia.
— Chcesz, to ci jeszcze powiem słowa prawdy?
— Mów.
— Nie staraj się oszukiwać samego siebie. Kochasz ją zawsze....
— To prawda.
— I to szalenie!
— Niestety!
— Będziesz za nią tęsknił, będziesz ją chciał zobaczyć!
— Nigdy! Przepaść jest między nami! Bywaj zdrów!
—Jak chcesz. Żegnam cię.
Hrabia wyszedł.
Zaledwie był na schodach, kiedy biała rączka podniosła portjerę i ciemna główka w nich się ukazała, wesoła i śmiejąca.
Była to pani Colombey.
— Czy jesteś sam, Maurycy? — zapytała męża.
— Sam.
— Kiedy przed chwilą z kimś rozmawiałeś?
— Rzeczywiście.
— Któż to był?
— Jeden z moich dobrych, dawnych przyjaciół, kapitan marynarki...
— Pan de Vitray?
— We własnej osobie.
— Szczęśliwy człowiek! — zawołała młoda kobieta.
— Czy nie prawda?
— Bogaty, utytułowany, mający zaszczytne stanowisko, młody, a już oficer legji honorowej, zdaje mi się?...
— I nie mylisz się...
— A w dodatku prześliczna żona. Ten już chyba niczego nie pragnie...
— Masz słuszność.
— No, myślę, że i ty jesteś w tem samem położeniu? — dodała z uśmiechem żona.
— Bezwątpienia!...
— Brakuje ci tylko legji honorowej.
— Czy chciałabyś, abym ją miał?
— Bardzo. Byłabym dumną z ciebie.
— Pomyślę o tem.
— Czy wiesz, o czem marzę dla ciebie w przyszłości?
— Ciekawym.
— Abyś został za jakie kilka lat komandorem orderu... lub prokuratorem generalnym.
— Ładnie!
— A zresztą choćby... jakim prezydentem...
— Sypiesz jak z rękawa.
— Zaręczam, że twój przyjaciel zostanie wkrótce admirałem
— To bardzo prawdopodobne.
Młoda kobieta spojrzała na męża przenikliwym wzrokiem.
— A czy wtedy już nicby ci do szczęścia nie brakowało? — zapytała.
Odważnie zniósł jej spojrzenie.
— Byłbym zupełnie szczęśliwy — przyznał z zagadkowym uśmiechem, tak samo prawie jak Vitray.
Prawdę mówi. W oczach świata jeden i drugi uchodził za szczęśliwego. A jednak pozory mylą. Najpiękniejsze owoce często robak zniszczenia toczy.
Maurycy Colombey odwrócił głowę, marszcząc brwi. Myślał o nieszczęśliwej kobiecie, która przez niego śmierć poniosła, o biednym swym synu Janie-Maurycym, który w opuszczeniu i nędzy tułał się po świecie. Gdzie był i czy kiedy w życiu go zobaczy?
Jan-Maurycy Colombey własną swoją historję opowiedział Bernardowi de Vitray. Można się było zresztą domyśleć. Był to maleńki epizod z czasów jego młodości.
Szkoda, że zapomniał o drugim, któryby mógł również zainteresować dawnego kolegę i przyjaciela.
Ten jednak najzupełniej wyszedł mu z pamięci. A jednak ten zapomniany epizod miał być wielkiego znaczenia dla niego i dla wielu osób tego opowiadania, oraz wywrzeć stanowczy i zgubny wpływ na ich losy.
Trudno uwierzyć, a jednak prawie cały ten dramat wzięty jest z rzeczywistego życia, po prostu, bez wielkiej zmiany.
Maurycy Colombey, jak go będziemy nazywać, gdyż piękna Matylda Saint-Claire, zostawszy jego żoną, zniosła pierwsze imię Jan, jako pospolite i zbyteczne, Maurycy Colombey ściągnął na siebie nienawiść dziką, niczem niepohamowaną i to prawie bezwiednie.
La Fontaine, który sam posiadał więcej rozsądku, niż wszyscy jego współcześni razem zebrani, powiedział w jednej ze swoich bajek „Lew i komar“, jeżeli się nie mylę, że z pomiędzy naszych nieprzyjaciół, tych powinniśmy się obawiać, którzy nam się wydają najmniejszymi.
Miał on wielką słuszność.
Mali są niewidzialni. Można ich niewidzieć lub nimi pogardzać, jak nędznemi mikrobami. A mikrob raz się do nas dostawszy, ogarnia nas całych i powoli zamienia w proch marny.
Maurycy Colombey, mieszczanin starej daty, bogacz i pan miljonowej renty, zamkniętej w ogniotrwałej kasie, ten człowiek tak pewny siebie zawsze i wszędzie, pewny szacunku i poważania ludzi, w trzydziestym roku zaszczycony orderem, nie popełniwszy żadnego czynu, któryby się nazywał zasługą, Maurycy Colombey choć nie był orłem, miał jednak wielką potęgę: złoto.
Słowem, był panem swego położenia nie obawiał się jutra. Tak przynajmniej sądził, on sam, a z nim razem tego samego byli przekonania jego koledzy i przyjaciele, których karmił i poił, zapraszając na doskonałe obiady.
Człowiek ten, tak lubiany, zepsuty pochlebstwami, otoczony orszakiem przyjaciół i dworem pieczeniarzy, podobny był do tych ludzi, co z pozoru wyglądają na tęgich i zdrowych, a którzy jednak noszą w sobie zarodek śmiertelnej choroby, jadowitego potwora, zwanego mikrobem, który z niestrudzoną wytrwałością zwolna prowadzi ich do ruiny, pożerając wszystkie zdrowe cząsteczki ciała, gotów zginąć tylko z nimi razem.
Mikrob Maurycego Colombey’a, był tak maleńkim, iż chory wcale go nie zauważył, tak tajemniczym, że najmniejszego nie wzbudzał podejrzenia o swej egzystencji, tak słabym i wątłym, iż potrzebował użyć długiego przeciągu czasu do wykonania swojego dzieła.
Mikrobem owym był człowiek nazwiskiem Piotr Brecheux.
Około 1867 r. członkowie rodziny Brecheux’ów, byli zamożnymi dzierżawcami w Normandji. Znano ich bardzo dobrze w Bayeux, zkąd niedaleko trzymali dzierżawą od Colombey’a, folwark la Sauvagère, płacąc kilka tysięcy franków rocznie czynszu. Folwark ten przechodził z ojca na syna przeszło od lat pięćdziesięciu.
Często się zdarza, że w tak długim okresie czasu niejeden z dzierżawców zostaje właścicielem ziemi, zroszonej własnym potem. Tutaj jednak było przeciwnie i niewiadomo czemu to można było przypisać, czy niedostatecznej uprawie, czy też złej ziemi, z której trudno było mieć zbiór obfity, dosyć, że Brecheux’owie nie mogli nigdy związać końca z końcem i wiecznie byli w kłopotach finansowych.
Wyznać należy prawdę. Folwarczek nie był zupełnie zły i można było się opędzić biedzie. Normandja jest dobrą matką karmicielką, a jej dzieci mają pod dostatkiem chleba. Łąki jej mają bujną obfitą trawę, a drzewa uginają się pod jabłkami. Ma także doskonałe masło i poszukiwane owce, które jeszcze na dziesięć mil od morza uważane są za najlepsze na rzeź.
Lecz można przebywać w bogatym kraju, a samemu nie mieć co jeść.
Co prawda, to rodzina ta nie miała powodzenia.
Najpierw ziemia nie była zupełnie dobrą. Jabłonie tu najgorzej rodziły na okolicę, pastwiska ubogie, w jednym miejscu były suche, to znów błotniste, a w dodatku ojciec Piotra, Dominik Brecheux, jak również i dziad jego, mieli zgubny nałóg, który ich drogo kosztował. Lubili zapijać sprawę. Żaden targ ani jarmark nie przeszedł w Bayeux, żeby ich tam nie widziano po szynkach, grających w domino lub karty, przesiadywali oni całemi dniami ze zgrają obdartusów, którzy ich ogrywali z przyjemnością, popijając kwaśnem winem.
To już było stałym zwyczajem.
Łatwo zrozumieć, gdzie szły pieniądze, z trudem z ziemi wydobyte. Jakieś kilkadziesiąt franków nie starczyło na długo.
Handlarze wołów i baranów, którzy przychodzili po swój towar w okolice Coen, najczęściej stanowili ich kompanje, a ci żartować nie lubią.
Ojciec Dominik, dobroduszny człeczyna, nie dorównywał im sprytem, ani siłą głowy i pięści.
Jednego ranka, po skończonej partji która cały dzień trwała, został bez grosza przy duszy. Na domiar złego i rok był nieszczęśliwy, deszcze popsuły pasze, grad potłukł zboże i jabłka, a najpiękniejsze krowy wyzdychały.
Nieszczęście zawsze idzie w parze. Od sześciu miesięcy zalegał w opłacie czynszu młodemu dziedzicowi. W niedługim czasie dług ten wzrósł do dziesięciu tysięcy franków.
Nie było to znów tak strasznem, a przy pracy i oszczędności, łatwo było zapełnić lukę.
Dominik sam tak sobie wyobrażał.
Poprzysiągł też żonie, zacnej i dobrej gospodyni, która jednak nie mogła sama podołać złemu, iż nie wyjedzie po za obręb folwarku, dopóki nie spłaci długu.
Przysięgał w dobrej wierze.
Biedna kobieta z chęcią uwierzyła, nie tracąc odwagi, dumna z postanowienia męża. Przyszłość była przed niemi, nic jeszcze nie było straconego. Myślała iż rozpaczać nie powinna, bogaty dziedzic upominać się natarczywie o pieniądze nie będzie, tyle lat tu przeżyli, mieli przecież pewne względy u niego, po trochu zbierać będą i spłacać długi, a tymczasem syn ich Piotr skończy lyceum w Caen, i także im pomoc przyniesie.
Świetne marzenia, brutalna ręka w niwecz obróciła.
Jednego majowego ranka, około godziny 7, stara sługa zawołała pani, która od kilku godzin krzątała się po podwórzu:
— Pani gospodyni, goście przyjechali.
— Któż taki?
Służąca mruknęła niewyraźnie:
— Gość nieproszony.
Biedna kobieta przybiegła zdyszana, na chwilę nie wyobrażając sobie co ją czeka. Jednak na progu domu, zdjęta przeczuciem, przycisnęła rękę do serca.
Na drodze przed domem stała zabłocona karjolka, dobrze znanej osobistości w okolicy Bayeux, z której właśnie wysiadał jakiś pan, świeży, okrągły, niestary, z wesołym na ustach uśmiechem. Ubrany przyzwoicie, z pewną nawet dbałością o swoją powierzchowność, z dobrodusznym wyrazem na twarzy, nie wyglądał wcale zastraszająco, witając się z poufałą serdecznością z gospodynią.
Osobistością o tak obiecującym obliczu, był we własnej postaci pan Cervin, rządca i plenipotent majątków w Bayeux.
Trudno sobie wyobrazić kogoś bardziej uprzejmego w obejściu, uprzedzającego w każdym słowie, a przy tem zawsze wesołego i nieunoszącego się nigdy, jak pan plenipotent Cervin. Tylko dowierzać tym pozorom było nierozważnie.
Pan Cervin raz wziąwszy w swoje ręce nieszczęśliwą ofiarę, nie miał żadnych względów i frazesów długich nie używał. Proźby nie miały żadnego skutku. Uznawał tylko pieniądz.
Z łatwością wytrzymałby próbę, którą się szczycą w Normandji. „Rzućcie normandczyka do sufitu, a z pewnością się pułapu uchwyci”.
Zaś modlitwa jego codzienna musiała zawierać pamiętne słowa towarzysza Wilhelma Zdobywcy:
— Miłosierny Boże, nie dawaj mi skarbów tego świata, lecz dozwól, abym przebywał zawsze z tymi, którzy je posiadają.
Przytem znał się doskonale na wszelkiego rodzaju interesach, i sprawy swoich klijentów załatwiał z zupełnym ich zadowolnieniem. Nieszczęśliwi dzierżawcy z la Sauvagère, przekonali się o tem wkrótce.
Od chwili jego porannej wizyty, pozwy i sądowe wyroki, zajęcia, wezwania urzędowe, spisy inwentarza, następowały jedne za drugiemi.
Pan Cervin naglony zresztą rozkazami właściciela, co trzeba dodać na jego usprawiedliwienie, wypełniał je z zimną krwią i spokojnym uśmiechem, podobny biegłemu chirurgowi, który robi z zadowoleniem ciężką operacją. A nawet często mu się zdarzyło powiedzieć dowcipne słówko, którym bawił nieszczęśliwe ofiary, zasiadając z niemi bez ceremonji do stołu, dla zjedzenia obiadu lub kolacji. Nigdy tylko nie udzielił nikomu żadnej zwłoki, nie odroczył sprzedaży zbiorów na pniu, lub sprzętu w stodole, i zawiódł by się ten, któryby na to liczył.
Z Dominikiem Brecheux, pan plenipotent urządził się galopem, tak, iż w kilka tygodni, całe foljały urzędowych papierów spadły jak grad po burzy. Przez trzy miesiące, same koszta sprawy wynosiły przeszło tysiąc pięćset franków.
Mieszkańcy z la Sauvagère zostali goli jak święci tureccy. A co gorsza, że po egzekucji, w całej okolicy niktby im jednego grosza nie pożyczył. Była to zupełna ruina.
Tenże w tym czasie kończył właśnie swoją retorykę i nie wiedział o bożym świecie, lecz wkrótce nadeszły wakacje. Biedny chłopiec powróciwszy do domu rodzicielskiego, doznał strasznego zawodu.
Niemógł poznać ubogiej chaty, wszystko było zrabowane, puste i zniszczone, jak po pożarze, nie zostawiono ani jednego konia, krowy, lub barana, pustka wiała z każdego kata.
Trzeba im się było ztąd wynosić jak ostatnim nędzarzom. Lecz gdzie iść i co dalej robić mieli?
Młody chłopiec powziął myśl, którą mu natchnęła jego młodość i poczciwe serce.
Zdawało mu się, iż zło, które na nich spadło, mogło być zrobionem bez wiedzy Maurycego Colombey’a, którego wprawdzie nie znał, lecz słyszał jak o bożku, opływającym w bajeczne skarby: powiedział sobie, iż niepodobieństwem jest, aby taki bogacz mógł traktować z taką surowością tyloletnich dzierżawców; sądził iż potrafi tak rzecz przedstawić, iż bogacz wzruszony losem biedaków, poratuje ich i wydźwignie z nędzy. A przytem wiedział, że Maurycy Colombey jest młody, szczęśliwy, bogaty i że w tym wieku niepodobna, aby był bez miłosierdzia dla tych, co mu od tak dawna służyli.
Piotr Brecheux, miał kilku kolegów w okolicy. Od jednego z nich pożyczył pięćdziesiąt franków i z temi pieniędzmi puścił się w drogę do Paryża, pełen dobrej wiary i nadziei, spodziewając się z łatwością zobaczyć z Maurycym i otrzymać dobrą wiadomość, którąby chciał lotem ptaka zanieść zrozpaczonej matce.
Biedaczysko nie przeczuwał wcale co go czeka.
Maurycy Colombey w tej epoce zaledwie od kilku lat dziedzic majątku rodzicielskiego nie był jeszcze ożenionym. Była to chwila jego stosunku z młodą nauczycielką Różą Berlot, którą w kilka miesięcy potem miał porzucić, zajmował on apartament we własnym domu na bulwarze des Capucins.
Piotr Brecheux był tam kilka razy, trzymując zawsze prawie tę samą odpowiedź. Pan nie przyjmuje!“ „Pan w tej chwili zajęty!“ albo „Pan wyszedł.“ A tu jego ubogi zapas się wyczerpywał.
Z kilkunastoma frankami nie można długo pozostać w Paryżu. Jednego poranku, mając zaledwie dziesięć franków w kieszeni, zaczął tak usilnie nalegać o widzenie się z panem, że służący odważył się pójść, aby przedstawić jego prośbę panu i powrócił z tą odpowiedzią:
— Proszę za mną!
Biedny chłopczyna zadrżał.
Nakoniec!
Zaraz po przestąpieniu progu salonu, w którym się znajdował Colombey, młody chłopiec został wywiedziony z błędu.
Wyniosła obojętność Maurycego zbiła go zupełnie z tropu. Jednakże postąpił ku niemu kilka kroków, nie mogąc przemówić słowa.
Wtedy to zaszła scena, której najmniejsze szczegóły miały pozostać na zawsze wyryte w jego pamięci.
Colombey siedział przed wspaniałem biurkiem, w stylu Cesarstwa ozdobionem bronzami, mebel ten służył kiedyś dziadowi, założycielowi dynastji, który zrobił majątek na tandecie, a raczej jak utrzymywały złośliwe języki — na lichwie.
Stary nie uchodził wcale za wzór dobroci. Wnuczek umiał szanować tradycje familijne. W chwili, kiedy wszedł Piotr, zajęty był pisaniem eleganckiego bileciku, przeznaczonego zapewne dla Róży Berlot lub panny Matyldy Saint-Claire, o której względy właśnie się ubiegał, zachęcony jej olbrzymim posagiem.
Spostrzegłszy młodego chłopca, raczył zaledwie obrócić cokolwiek głowę, lecz pełne znaczenia skrzywienie ust, świadczyło o niemiłem wrażeniu na jego widok.
Bądźmy jednak sprawiedliwi. Kto inny możeby również doznał nieprzyjemnego wrażenia.
Piotr nie wyglądał powabnie. Biedaczysko był mały, źle zbudowany, chudy i brzydki. Jego ściągła koścista twarz, nie miała nic pociągającego, dwoje maleńkich, siwych, przenikliwych oczu, złych i nieprzyjemnych, a jednak inteligentnych i wąskie zaciśnięte usta, świadczyły o energji, sile woli i nieprzełamanym uporze.
W tej chwili usta te były pobladłe z gniewu. Zimne przyjęcie i lodowata obojętność z jaką młody miljoner zabrał się napowrót do pisania, nie prosząc go nawet siedzieć, zaledwie dając do zrozumienia gestem, aby prędko mówił po co przyszedł, zagotowały mu krew w żyłach. Lecz wspomniał o tem, co go przywiodło w to miejsce i zapanował nad wzburzonemi nerwami, odzywając się zmienionym głosem:
— Przepraszam, pan zapewne nie wie co się u nas wydarzyło?
— Kiedy? zapytał niedbale młody człowiek nie zmieniając pozycji.
— W ostatnich czasach...
— Gdzie?
— W Sauvagère.
— Ah! tak, w okolicy Boyeux, gdzie mam kawałek ziemi, która mi tylko kłopot przynosi. Prawdziwe utrapienie być właścicielem posiadłości ziemskich. Korzyści nie przynoszą żadnych... ciągłe wydatki... A przy tem dzierżawcy nie chcą płacić...
— Moi rodzice płacili regularnie przez lat tyle...
— Jacy rodzice?...
— Moi...
— Ach to prawda... Przypominam sobie... Toż jesteś synem Dominika Brecheux?...
— Tak jest.
— Ciekawym do djabła dla czego twój ojciec oddał cię do kolegium kiedy nie miał czem płacić.
Niepodobna jest opisać wyrazu złośliwej ironji i dumy, z jaką młody bogacz odpowiedział chłopcu, nie patrząc wcale na niego i nie podnosząc głowy od pisania, zapewne zniecierpliwiony tem, że mu bieg myśli przerywano, nie troszcząc się wcale o biedaka, który dla uzyskania u niego kilku chwil rozmowy, zrobił tyle mil drogi. Więc też usłyszawszy ostatnie słowa, Piotr zbladł, zaciskając kurczowo palce, w uszach mu zaszumiało i poczuł, jak serce gwałtownie mu zabiło. Jednakże jeszcze raz się pohamował. Matka mu stanęła przed oczami, po chwili więc, odzyskawszy napowrót władzę nad sobą, zaczął mówić, wziąwszy na pomoc zasób świeżo zdobytej retoryki. Przedstawił mu, że jego rodzice nigdy nie zalegali w opłacie czynszu, że rok był nieszczęśliwy, że tych kilka miesięcy opóźnienia nie mogło stanowić różnicy dla takiego pana jak Colombey, że niepodobna, aby był tyle nieludzkim dla swych dzierżawców, którzy powinni być traktowani raczej jako własna rodzina, która się wzajemnie wspierać powinna. Gdyby zechciał zwrócić choć czwartą część otrzymanych ze sprzedaży pieniędzy, rodzice i on dołożyliby wszelkich starań, aby jak najprędzej dług ten spłacić, w końcu błagał jak o największą łaskę, parę słów do pana Cervin, aby ich pozostawił na miejscu. Lecz wszystko napróżno.
Po tej rozmowie czuł się tak znużonym, jak bokser po walce z przeciwnikiem.
Od czasu do czasu Maurycy rzucał na niego spojrzenia ukośne, ironiczne, raniące jak ostrze sztyletu. Nakoniec odezwał się lodowatym, spokojnym głosem:
— Dla mnie egzystuje tylko prawo. Długi płacić należy, a punktualność jest miarą uczciwości. Czekałem dosyć, wyjątku dla nikogo nie uczynię i zawsze rządzić się będę prawem.
Piotr słuchał, oblany potem słów, które były dla niego wyrokiem śmierci.
Spróbował ostatniego środka. Z młodzieńczą odwagą pochwycił rękę Maurycego, który ją wyrwał ze wstrętem.
— Panie — zawołał nakoniec — jestem młody i mam chęć do pracy, poświęcę życie, aby spłacić dług ojca.
Maurycy zrobił ruch przeczący głową, na znak odmowy.
Tutaj nastąpiła katastrofa.
— Moi rodzice są starzy! — wołał Piotr, nie wiedząc prawie co mówi.
— Trzeba było, aby to przewidzieli.
— Moja matka umrze z rozpaczy i zmartwienia.
— Bardzo mnie to smuci, lecz nie poczuwam się do winy.
— I pan ich wyrzucisz na środek drogi, po tylu latach?
— To ich rzecz.
— Strzeż się pan!
— Śmiesz mi grozić!
— Ta surowość nieubłagana!...
— Jestem w swojem prawie.
— Być może, ale gdzie ludzkość...
— Prawo, jeszcze raz, prawo, jego tylko uznaję!
— Czyż mam na klęczkach prosić pana?
— Byłoby to bezskutecznem.
— Cóż więc mam czynić?
— Kończmy... mam ważne sprawy.
Piotr się nie ruszył. Stał ze ściśniętem sercem, bezprzytomny, nie wiedząc, co ma dalej począć z nieubłaganym wrogiem, który ich bez miłosierdzia zabijał, chociaż obowiązkiem jego było mieć dla nich pewne względy. Widział się bezsilnym.
Miljoner imponował mu swojem bogactwem i prawem, dumą i zarozumiałością, a także, dodać trzeba, swoją wysoką, silną postawą zdrowego, pięknego mężczyzny.
Podczas kiedy Piotr, pogrążony w rozpaczy i wstydzie nieudanego przedsięwzięcia, łzy połykał, usłyszał jakby przez mgłę te słowa, wymówione z taką ironją i złośliwością, iż mu zadały nigdy niezagojoną ranę:
— Józefie, odprowadź tego pana... do drzwi.
Na te słowa obelgi Piotr skoczył, jak ranione zwierzę, zaciskając zęby.
Olbrzymi drab zbliżył się do niego, mówiąc z pewnego rodzaju politowaniem:
— Proszę za mną.
Machinalnie usłuchał, lecz w chwili kiedy miał już przestąpić próg wspaniałego salonu, gdzie został tak haniebnie poniżony, odwrócił się ze wzrokiem jadowitymi, sinemi usty od wściekłości tłumionej, spojrzał prosto w oczy Maurycemu, mówiąc podniesionym głosem:
— Przyjrzyj się pan mojej twarzy i dobrze zapamiętaj imię moje: nazywam się Piotr Brecheux, jestem biedakiem bez grosza przy duszy! Pan jesteś bogaty i mocny, lecz kiedyś jeszcze się zobaczymy!
Służący pociągnął go za rękaw od surduta.
Wtedy postąpił jeden krok w tył i powtórzył:
— Tak, przysięgam na Boga, czy wcześniej czy później zobaczymy się!
Drżał cały, oczy mu świeciły fosforycznym blaskiem, piana z ust się toczyła.
Maurycy wzruszył pogardliwie ramionami, mówiąc:
— Szaleniec!... Józefie, prędzej!
Piotr usłyszał trzask zamykających się za nim drzwi i poczuł, iż jakaś siła zmuszała go do zejścia ze schodów, aż po za otwarte drzwi bramy.
Kiedy przyszedł do przytomności, siedział na jednej z ławek na bulwarze wprost domu, w którego bramę widział wchodzącego na schody olbrzyma. Siedział bez ruchu, bez myśli, wściekły na widok olbrzymiej kamienicy, która spokojna, poważna i wspaniała, zdawała się również urągać jego niemocy. Ona to służyła za mieszkanie chciwemu mieszczuchowi co za kilka biletów tysiacfrankowych, nie wahał się zgubić całej rodziny.
Cierpiał strasznie pod cięgami zimnej, wyrafinowanej obelgi i upokorzenia, jak niewolnik pod rózgami swego pana.
Musiał mieć niezwykłą minę, gdyż przechodzący policjant zbliżył się do niego, pytając troskliwie:
— Czy jesteś chory, mój mały?
Nagle oprzytomniał. Rzeczywiście był chory ciałem i duszą. Wzdrygnął się i odpowiedział:
— Nie, dziękuję... To nic... Już się czuję lepiej...
Podniósł się i spojrzał raz jeszcze na dom, pokazując mu pięści. Doznał tego samego ponownie wrażenia niemego urągania jego biedzie.
Nie mogło być inaczej, był słaby, wątły, miał lat osiemnaście i dziesięć franków całego majątku. W tej samej chwili, jakby na wyzwanie, z bramy wyjechał elegancki powóz, zaprzężony parą bułanych rasowych koni. Na koźle obok stangreta siedział lokaj w liberji, a w głębi rzucony niedbale na poduszki, Maurycy Colombey, pomimo zaledwie lat dwudziestu sześciu, starał się wydać poważnym i sztywnym, tą zimną obojętnością, którą miał w żyłach, a która w miarę lat w nim wzrastała ciągle.
Powóz przejechał obok Piotra. Maurycy musiał nawet widzieć biedaka, z którym obszedł się w tak nieludzki sposób, lecz naumyślnie odwrócił głowę, pogardliwie wykrzywiając usta, okolone ciemnym niedużym wąsem, przystrzyżonym podług ostatniej mody.
Piotr spojrzał za odjeżdżającym, powtarzając w duchu tę samą groźbę, którą rzucił, opuszczając dom nieprzejednanego wroga.
— Oh, tak, przysięgam na Boga, iż się z nim spotkać muszę!
Lecz tymczasem trzeba było powrócić do domu, a pusta kieszeń nie pozwalała na kupienie biletu kolejowego. Po zapłaceniu hotelu, pozostało mu zaledwie sześć franków na powrotną podróż, nie mogły one wystarczyć na długo, zatem nie miał czasu do stracenia. Na szczęście, oprócz koszuli, nie posiadał innego bagażu, aby mu zawadzał w drodze.
Czas był prześliczny. Biedaczysko zmuszony był odbyć podróż pieszo, która w każdym razie wynosiła 240 kilometrów (60 mil francuzkich, po 4 wiorsty), czego znów nie można nazwać drobnostką. Spodziewał się stanąć na miejscu za sześć dni. Sześć dni, sześćdziesiąt mil i sześć franków w kieszeni, stanowiły rażąca nienormalność.
Wyruszył ze ściśniętem sercem i dotarł do celu. Bóg jeden tylko wie, ile nabrał podczas tej wędrówki złości, nienawiści i chęci do zemsty nad wrogiem!
Nakoniec, po niezliczonych trudach i nieprzyjemnościach, jakich musiał nieraz doświadczać, nie mając za co przespać się w zajeździe, ani zjeść czegoś posilnego, jednego ranka, o świcie, wycieńczony, bez sił, odarty i bosy, stanął przed bramą rodzicielskiego domu.
Widok, jaki go tu uderzył, był godnym pożałowania. Cisza panowała dookoła, nigdzie żywego ducha, pustka i straszne opuszczenie. Nawet pies żółty kudłaty, leżący na progu domu, nie podniósł głowy na przywitanie.
Można by sądzić, iż i on nawet rozumiał żałobę i smutek państwa, milczał, nie mając nic do roboty. Nikt nie wyszedł na przeciw przybyłego i sam sobie drzwi otworzył.
Wewnątrz jeszcze gorzej się działo. Matka, z rozpaczy po tylu przejściach, była umierająca. Wydała ostatnie tchnienie w chwili, kiedy jej syn opowiadał swe smutne przygody.
Ostatnie jej słowo było:
— Przebacz!
Piotr Brecheux pozostał na to nieczuły. Przebaczyć! Rzeczywiście piękna to chrześcijańska zasada, tylko nie myślał wcale się nią rządzić! Przebaczyć temu bogaczowi, co ich bez miłosierdzia zgubił, temu chciwcowi, co mu zabił matkę, człowiekowi bez czci i wiary, co ich wyrzucił na rozstajne drogi, zamiast udzielić pomocy i rady, aby się podnieść mogli.
Nigdy! Raczej, gdyby to było w jego mocy, żywcem by go pokrajał na kawałeczki, upiekł na gorącym ogniu, rozszarpał na sztuki.
Całując ostatni raz zimne czoło swej matki, szepnął jej:
Nieszczęśliwy piechur, który był zmuszony odbyć tyle mil pieszo w taki sposób, zajmować będzie tak ważną rolę w dramacie, któryśmy zaledwie nawiązali, iż musieliśmy naszkicować dosyć szczegółowo jego historię, przedtem, nim powrócimy do hrabiego de Vitray i nieszczęśliwej matki, walczącej ze śmiercią w La Roche-Morgat.
Oczywiście, że w porównaniu do paryzkiego bogacza, który z orszakiem jemu podobnych krewnych stanowił siłę i powagę niełatwą do zwalczenia, obok młodego człowieka, pięknego, zdrowego i sprytnego, doskonale uzbrojonego do walki z życiem, dzięki wrodzonej inteligencji i nabytej nauce, rozległych stosunków i znaczenia, wobec tego uprzywilejowanego od losu, Piotr Brecheux, był nic nie znaczącem zerem.
Bez pomocy niczyjej, bez pieniędzy, a więc i bez siły, chorowity i zaledwie na świat puszczony z ławki szkolnej, biedny student był przeciwnikiem tak mało znaczącym, iż wzbudzał tylko politowanie i wzgardę. Lecz nadzwyczajna moc woli i nieubłagana nienawiść, mogą zmienić człowieka i zrobić go groźnym pomimo wątłego ciała.
Piotr Brecheux miał zostać dla Maurycego Colombey owym komarem z bajki, mrówką, co raniąc nogę myśliwego, zmusza go do porzucenia zdobyczy, milczącym i niewidzialnym wrogiem, a co więcej nawet mu nieznanym przeciwnikiem, bez znaczenia, zmaltretowanym i zgniecionym dawno, a który, jak widmo, miał powstać kiedyś na jego drodze. Tylko godzina odwetu miała nie prędko wybić.
Tymczasem Piotr był w smutnem położeniu, pomiędzy trupem matki i na wpół obłąkanym ojcem, złamany nieszczęściem i troską, zmuszony porzucić dach, pod którym się urodził i wychował we względnym dostatku.
P. Cervin, który był obecny śmierci matki i słyszał jej ostatnie napomnienie był zdumiony niezwykle surową miną chłopca. W kilka minut potem, wyszedłszy z nim na podwórze odezwał się żartobliwym tonem:
— Jak widzę, to miałbyś ochotę kogoś zamordować?
Piotr rzucił na niego spojrzenie pełne żółci i tajonego gniewu.
— Powiedz przynajmniej kogo?
— Kogo?
— No tak.
— A kogóżby, jak nie tych, co nam źle czynią — odparł Piotr ponurym głosem.
A może to mnie — dodał, klepiąc go poufale po ramieniu.
Młody człowiek roześmiał się pogardliwie.
— Pana? O nie — odparł. — Czemże pan jesteś? Niczem. Zajmujesz się swem rzemiosłem i kwita.
— Sięgasz wyżej zatem?
Piotr Brecheux nic nie odpowiedział.
— Czy chcesz posłuchać mojej rady, mały? — zapytał plenipotent.
— Dla czegoby nie.
— Jesteś młodym.
— Cóż mi z tego przyjdzie?
— Przeciwnie, to wielka rzecz. Postaraj się wydostać z biedy... Ubóstwo brzydka rzecz... i staraj się unikać robienia głupstw. Ten, o którym myślisz, stoi za wysoko, abyś go mógł dosięgnąć.
Piotr nagle się odwrócił.
— A no, zobaczymy — odpowiedział. — Pan rób swoje.
Niestety! dzieło było skończone.
Wieczorem, po pogrzebie matki, trzeba było opróżnić miejsce i ruszać w świat. Około ósmej, ślicznego letniego wieczoru, ojciec i syn znaleźli się pośród drogi, za cały majątek unosząc dwa niewielkie tłomoczki podartej odzieży, resztki dawnego dostatku, nie wiedząc, gdzie noc im przyjdzie przepędzić. Według wyrażenia jowialnego Cervin’a, wychodzili czyści jak święci z raju, bez grosza w kieszeni.
W Paryżu mogliby szukać noclegu pod jakim mostem, lub w cyrkule, przytrzymani przez policję.
Wiele złego mówią o ludziach wiejskich, a tymczasem wieś daleko jest więcej warta, od tego straszliwego zbiorowiska ludzi, które się nazywa dumnie stolicą. Rzadko się bowiem zdarza, aby na wsi umarł kto z głodu, lub głowy nie miał gdzie do snu położyć.
Proboszcz dał przytułek dwom rozbitkom, pomieściwszy ich w małem zabudowaniu w ogrodzie, gdzie się przechowywały narzędzia ogrodnicze, a w kilka dni później ojciec Dominik zgodził się na pastucha na jednym folwarku niedaleko d’Asnelles.
W październiku, przepędziwszy lato na łasce dobrych ludzi, dawny uczeń z lyceum w Caen, został profesorem w małem kolegjum w Bayeux. Jest to zawód, w którym krwawa rana, jaką Piotr nosłl, może się tylko zaognić, a nie zagoić. Lepszym jest los psa pasterskiego, niż profesora w takiem znączeniu. Biedny nauczyciel, to męczennik, znoszący tortury różnych głupstw i złośliwości, co prawda nieświadomej, lecz niemniej okrutnej całej zgrai malców, rozpuszczonych i źle wychowanych, przebiegłych i zręcznych, jak młode małpeczki, dokuczliwych, jak brzęczące komary.
Piotr Brecheux znosił swój los przez lat pięć, z tą różnicą, że w czasie tych lat zmienił kolegjum i przeniósł się do Caen, położenie jednak pod żadnym względem się nie polepszyło.
Z natury był złym, przez ten czas stał się jeszcze gorszym. Co dzień przeklinał Colombey’a, nazywając go sprawcą wszystkich swoich nieszczęść, co niestety miało wiele racji. Znienawidził ludzi, uciekał od nich, jak od zarazy, co świat plugawi swojem istnieniem.
Był zawsze zgryźliwego usposobienia, lecz teraz można go było nazwać raczej gwałtownym, groźnym nawet, tak się unosił za najmniejszą rzeczą, która go dotykała.
Starał się jednak ukrywać swój stan przed ludźmi. Znosił wstyd i upokorzenie w milczeniu, chował złość, ale za to w głębi duszy zbierał całe morze strasznej zemsty i nienawiści dla wszystkich, a w szczególności dla tego, który był przyczyną złego. Była to zemsta i złość zimna, cierpliwa, podobna do wściekłości dzikiego zwierza, umieszczonego w klatce.
Wkrótce stracił też i ojca.
Przesadzone stare drzewa nie żyją długo, stary też wieśniak nie mógł wytrzymać w innych warunkach życia. Pan na dosyć obszernym kawałku ziemi, nie mógł się zgodzić z losem biednego pastucha.
Deszcze, wilgoć i zimne noce, spędzane w polu w ruchomej chatce, a szczególniej żal za przeszłością i wesołemi chwilami, spędzonemi po winiarniach w Bayeux, przyczyniły się głównie do rychłego końca.
Piotr pozostał sam, co mu było prawie wszystko jedno, gdyż nie dbał o nic i o nikogo.
W tej to epoce swojego życia nastąpił nagły przełom. Przypadek dał mu w rękę broń przeciw jego niezapomnianemu wrogowi. Oto w jaki sposób.
Młody nauczyciel miał towarzysza i kolegę w ciągnieniu ciężkiej taczki żywota, którego matka, biedna wdowa, mieszkała w ciasnej uliczce na przedmieściu w Caen. Jest to uliczka de Bretagne-Saint-Gilles.
Domek, zajmowany przez wdowę, miał z tyłu maleńki ogródek. Ogródek ten oddzielony jest od sąsiedniego domu grubym, ale nie wyższym nad cztery stopy, murem, tak że wychyliwszy się przez niego, można z łatwością widzieć, co się dzieje u sąsiadów.
Na prowincji łatwo się zawiązują stosunki. Podczas letnich wieczorów, w chwilach wolnych, Piotr często zachodził z wizytą do matki swego kolegi. Przyjmowała go z wielką życzliwością i nieraz gawędzili późno w wieczór. Jak była piękna pora, najczęściej wychodzili wszyscy do ogródka.
Raz Piotr się odważył zajrzeć do sąsiadki. Była to stara kobieta, samotna, bo nawet nie miała służącej.
Zaczęli rozmawiać, nauczyciel pierwszy zaczepił staruszkę. Starej damie bardzo się to podobało. Znajomość wkrótce przemieniła się w przyjaźń i Piotr spostrzegł, że sąsiadka wychowywała u siebie z wielką troskliwością, małego kilkuletniego chłopca, pięknego jak cherubinek.
Zaciekawiony był zkąd sąsiadka zdobyła taki skarb, sądził, iż jest może wnukiem jej, lub dalekim krewnym, albo sierotą, powierzonym jej opiece.
Sąsiadka uchodziła za zamożną i skąpa, chociaż bardzo niewiele znano ją w ogóle. Domek ten najęła przed kilku laty i żyła w osamotnieniu bez żadnych stosunków. Chociaż była bardzo przyjazną Piotrowi, jednak i z nim nie wchodziła w ściślejsze stosunki. Zresztą była to sobie cicha, prosta kobiecina, nazywająca się po prostu panią Ginard. Nie chciała mówić o swym wieku, ale z pewnością miała około osiemdziesięciu lat, chociaż była jeszcze zwinną, żywą i bardzo szczupłą. Chłopczyk był śliczny brunecik z kędzierzawemi włoskami i wielkiemi czarnemi oczyma, pełnemi niewypowiedzianej słodyczy.
Naprożno nauczyciel dokładał wszelkich usiłowań, aby się dowiedzieć od staruszki, czem był dla niej mały wychowaniec, nigdy się z niczem takiem nie odezwała, aby można było powziąść jakieś wyobrażenie o stosunku dziecka do jej osoby.
Wprost o to zapytana, odpowiedziała z niechęcią:
— To moja tajemnica.
Kwestja nie została wyjaśnioną.
Pewnego zimnego, mglistego ranka listopadowego, Piotr Brecheux zajęty był z uczniami w klasie, daremnie usiłując uspokoić, poruszające się jak fale morskie, głowy czterdziestu przynajmniej malców, siedzących w ławkach i czekających na zaczęcie się lekcji, kiedy wszedł do klasy służący, mówiąc:
— Panie Brecheux, przysłano po pana.
— Zkad?
— Z ulicy de Bretagne-Saint-Gilles.
— Aha!
— Jakaś pani Ginard bardzo zachorowała.
— Do djabła!
Nauczyciel szybko powstał z miejsca i wtedy zobaczył za sobą na katedrze przyczepioną głowę małpy, po nad którą widniały wypisane dużemi literami te dosyć zabawne wiersze:
Co niema koszuli,
A jad krokodyli.
Piotr wyszedł, nie szukając winowajcy pomiędzy zebranymi, rzuciwszy tylko na rozhukaną tłuszczę spojrzenie, godnie odpowiadające epitetowi.
Czuł się wyższym po nad takie małostki. Zresztą miał niejasno przeczucie, iż wkrótce zajdzie szczęśliwa zmiana w jego losie. Bo dlaczegóżby staruszka kazała go przywołać do siebie w takiej chwili, jeżeli nie dla powierzenia mu czegoś więcej?
Natychmiast pobiegł do niej. Zastał ją umierającą, na szczęście jeszcze przytomności nie straciła.
Zostawszy samą z nauczycielem, stara zaczęła w te słowa, iż poznawszy go powzięła do niego zaufanie i da mu tego dowód. W kilku też słowach opowiedziała mu swoją historję.
Pochodziła z okolicy de Valognes, jakiś czas przebywała w Paryżu w służbie, uczciwa i pracowita zebrała trochę grosza na stare lata, około tysiąca franków rocznego dochodu, zaledwie tyle, aby nie umrzeć z głodu w swojej wiosce. Usunęła się z Paryża przed dwudziestu laty na wieś do krewnych, około Saint-Waast, gdzie kilkanaście lat w spokoju przeżyła, zdala od ludzi, za całe towarzystwo mając jedyną przyjaciółkę starą i spokojną kobiecinę jak ona.
Otóż jednego dnia do tej przyjaciółki przyjechała siostrzenica, młoda, ładna dziewczyna.
— Zkąd? — zapytał ciekawie nauczyciel, domyślając się, że tam zaczyna się źródło tajemnicy!
— Z Paryża, z tej Sodomy, gdzie najuczciwsze dziewczęta muszą zaprzepaścić duszę. I z nią stało się podobnie, co z innemi. Pracowała, uczyła się, została nauczycielką. Dostała miejsce w zamożnym domu. Na nieszczęście zwróciła na siebie uwagę młodego, bogatego człowieka, który bywał w domu jej chlebodawców. On także jej się podobał.
Umierająca musiała sobie przypomnieć dawne swoje lata, gdyż z pewnego rodzaju politowaniem i żałością w głosie dodała:
— Co tu się dziwić? Opuszczenie, samotność!... Przyczyniłam się może, dosyć, iż się przywiązała z całej duszy do tego człowieka, który nie był wart jej miłości.
— Jakto?...
— Mówię, iż pomimo swego rozumu, bogactwa i pozycji w świecie, gdyż niczego mu nie brakowało do szczęścia, jest on ostatnim nędznikiem.
— Jakże się nazywa? — zapytał ciekawie Brecheux.
— Zaraz. Dziewczyna miała zostać matką, on miał się żenić z inną. Zawadzała mu. Róża Berlot mogła być jego kochanką, lecz nigdy żoną, tej szukał pomiędzy bogaczami, równemi sobie. Na otarcie łez wyposażył ją kilkunastoma tysiącami franków i bez litości oddalił. Róża była dumną. Odjechała do ciotki, gdzie niedługo potem powiła syna, to jest właśnie to dziecko, które jest u mnie. W kilka tygodni po urodzeniu małego napisała list do niegodnego ojca swego dziecięcia, kopja tego listu jest u mnie, sama zaś utopiła się.
Moja stara przyjaciółka w kilka dni po tym strasznym wypadku ze zmartwienia umarła. Przed śmiercią wszystko, co posiadała, oddała mnie, to jest trochę pieniędzy swoich i siostrzenicy, oraz dziecko, powierzone jej opiece. Do tej pory spełniałam swój obowiązek święcie, lecz czuję, iż umieram. Dziecko ma lat pięć, ma dwa imiona Jan-Maurycy, imiona ojca. Mam do pana zaufanie. Posiadam czterdzieści tysięcy franków, które są tu u mnie. Dam je panu testamentem, ale pod pewnym warunkiem, na który pan się musi zobowiązać piśmiennie. Wszystko jest przygotowane, masz pan tylko podpisać w razie zgody.
— Dobrze. Co trzeba, abym zrobił? — zapytał Brecheux.
— Trzeba, abyś pan wziął dziecko w swoją opiekę.
— Nie wiem jeszcze nazwiska ojca?
— To prawda.
— Jak się nazywa?...
— Colombey.
— Piotr Brecheux porwał się z siedzenia.
— Co pani mówi?
— Jan-Maurycy Colombey.
— Boulvard des Capucins w Paryżu?
— Rzeczywiście taki jest jego adres.
Szatański uśmiech rozjaśnił bladą twarz nauczyciela.
— Czy pan się zgadzasz? — zapytała chora słabym głosem.
— Zgadzam. Czy dziecko wie nazwisko ojca?
— Mały nie jest jeszcze w stanie go zapamiętać, wie tylko, że matkę stracił, a ojca niema.
— Dobrze. Gdzie są papiery?
— Dostań je pan z biurka wraz z pieniędzmi, które się tam znajdują, to wszystko twoje, lecz musisz mi przysiądz...
— Przysięgam.
Tego rodzaju ludzie, jak staruszka z ulicy Saint-Gilles, nie umieją zachować ostrożności, co do zachowania grosza. Wszystko zależy od tego, czy mają lub nie zaufanie do danej osoby. Staruszka miała do Piotra zaufanie. Umarła tego samego dnia wieczorem.
Piotr Brecheux był już w posiadaniu pieniędzy i papierów swojej starej przyjaciółki.
Kiedy nazajutrz powracał z cmentarza, trzymając małego za rękę, wzrok jego zimny i nieubłagany zdawał się grozić niewidzialnej istocie, która jego myśli zajmowała.
Wtedy już zaczął układać straszny plan, który mógł się tylko zrodzić w duszy, śmiertelną nienawiścią i dziką zemstą pałającej, a usta jego zdawały się szeptać jednocześnie wyzwanie nieprzyjacielowi:
— Teraz zobaczymy kto mocniejszy!
„Pani!
„Dziś dzień Zaduszny, dreszcz mnie przechodzi pisząc te słowa.
„Wracając z radością w sercu po długiej nieobecności, niespodziewałem się niespodzianki, którąś mi pani zgotowała. Co za klęska, której jesteś przyczyną, a kto wie, jakie są jeszcze w przyszłości, za które również odpowiadać będziesz! Któż to wiedzieć może! Kiedy tak niedawno temu, ujęty twemi wdziękami, oczarowany pięknością nietylko ciała, ale jak mniemałem i duszy, prosiłem o twoją rękę starej markizy de Saint-Béran, daleki byłem od przeczucia strasznej burzy i walki w mej duszy, która ci się bezpodzielnie oddała! Stało się nieszczęście. Gdybym mógł przewidzieć, dokąd mnie zaprowadzi twoja zdrada, gdybym mógł odgadnąć głębokość przepaści, ukrytej pod kwiatem, co mnie odurzał, otchłań, w którą się stoczę, pchany strasznemi uczuciami, byłbym uciekł od ciebie na koniec świata, szukając zapomnienia po za dalekiemi morzami.
„Dziś to jedno pozostaje mi do zrobienia i to wykonam, lecz nie bez walki. Powiem jeszcze więcej, gdyż niemam wstydu przed tobą: straszna rozpacz mnie przygniata. Wszystko straciłem i złamałem życie bezpowrotnie i ty pani swoje złamałaś. Pomiędzy nami stanęła śmierć człowieka, a oprócz niej, coś straszniejszego jeszcze, wspomnienie twojego upadku, przewrotności i okrucieństwa kary, którą ci wymierzyłem. Wiem, iż tego mi przebaczyć nie możesz nigdy. Może z czasem zapomniałabyś straszliwej sceny w La Roche-Morgat, okrutnej walki, gdzie nawet prośby twoje nie mogły wydrzeć śmierci ukochanego, tego, który cię posiadał i który życiem opłacił za miłość twoją, spoczywając teraz snem wiecznym na dnie głębokiego Oceanu.
„Dowiesz się również za chwilę, kto mu obrał na wieczne mieszkanie otchłań wód morskich.. Modląc się za niego na tem cmentarzysku bezkrańcowem, możebyś mi potrafiła przebaczyć śmierć ojca twego dziecięcia, lecz i tak zostanie rana w twojem sercu, rana nigdy nie zagojona i wiecznie boląca, zadana porwaniem ci dziecięcia, pozbawieniem jego pieszczoty, niewiadomością o jego losach i przeznaczeniu. Taką to mękę i tortury wymyśliłem dla ciebie! Jest to kara za twoją zdradę, za hańbę niezasłużoną, jaką okryłaś moje imię. Cierpieć będziesz straszliwie, myśląc o twojej córce! Ja jeszcze więcej cierpieć będę od ciebie, niech ci to starczy za pewną pociechę. Muszę ci wyznać wszystko. Czy wiesz dla czego zamordowałem ojca i zabrałem ci córkę? Oto dla zrobienia między nami nigdy nieprzebytej zapory, dla zabezpieczenia siebie przed własną słabością, słowem, abyś mnie tak znienawidziła, iż gdybym nawet u nóg twoich błagał o zwrócenie mi twego serca, żebyś nie zaznała litości i odwróciła się ze zgrozą i wstrętem.
„Oto do czego dążyłem!
„Dążyłem zaś do tego dla tej jedynie przyczyny, iż jestem na tyle nikczemnym, że cię kocham jeszcze, że nie mogę z serca wyrwać uczucia, tak strasznie zdeptanego. Nie mając litości dla mojego rywala, dla ciebie byłbym bezsilnym. Nie wiem, jakby się kto inny znalazł na mojem miejscu, sądzę tylko, iż mam przewrotną duszę, kiedy po takiej zniewadze nie mogę się zdobyć na tyle siły, aby cię oddalić z mojego domu, zerwać przeklęty węzeł, co nas łączy. Zatrzymując cię, jestem panem twego losu. Nigdy nie będziesz należeć do kogo innego, jak tylko do mnie. Nazawsze pozostaniesz hrabiną de Vitray-Pleyber. Tytuł, nazwisko, związek, który nas łączy, zmusi cię do znoszenia boleści w milczeniu, do ukrycia łez za utraconem dzieckiem, do pozostania w wiecznym smutku.
„Czy mnie zrozumiałaś teraz? Wiem, że twój współwinowajca chciał cię bronić, oskarżając siebie jako jedyną przyczynę twego błędu i zdrady! Ohydne kłamstwo i niezręczny podstęp! Masz za wiele rozumu, za dużo sprytu, aby uledz podobnemu podejściu, oddałaś mu się dobrowolnie, bez gwałtu, bo oddawna kochałaś go, bo wzrosłaś z tem uczuciem dla niego! Obecnie rozbieram wszystko z zimną krwią. Powziąłem niezłomne postanowienie, od którego napróżnobyś mnie odwieść chciała, brzmi ono tak:
„Pozornie dla świata, wszystko pozostanie po dawnemu, pozostaniesz panią majątku, w jaki weszłaś, zaślubiając mnie. Zamieszkasz gdzie ci się podobać będzie, w Paryżu, w Vitray albo La Roche-Morgat. Liczę na twój rozsądek, iż się usuniesz zdala od świata prowadząc ciche życie, jakie dla ciebie jedynie przystoi w tem położeniu. Pomiędzy nami wszystko jest skończone.
„Obecność moja byłaby ci wstrętną, oszczędzę ci tej przykrości. Będziemy się widywać rzadko, a może nigdy. Mój zawód będzie dostatecznym powodem do wytłumaczenia mojej nieobecności i twojego osamotnienia. Zresztą świat zajmuje się tylko temi, co chcą w nim błyszczeć. My do nich nie należymy.
„Być może, iż wolałabyś mieć prawną seperację. Tej nie otrzymasz inaczej, jak po strasznej walce ze mną, gdyż będę się jej opierał wszelkiemi sposobami. Już ci raz powiedziałem dlaczego. Zanadto cię kochałem, w tobie wszystkie moje nadzieje położyłem. Nie będziesz moja, ale nie będziesz niczyją.
„Dla spokoju i dla uniknięcia wszelkich nieporozumień, potrzebuję ci wytłumaczyć, co się dalej stało, kiedy cię opuściłem. Najpierw musiałem się pozbyć trupa tego, który był twym kochankiem. Sprawiłem pogrzeb marynarza.
„Napróżno szukałabyś miejsca, w którem spoczywa naprzeciwko zamku La Roche-Margot. Morze jest wielkie, a nikt nie widział mego czynu. Nikt również nie widział tego człowieka, wchodzącego do ciebie. Przyszedł w nocy i odszedł... w nocy. Z tej strony twój honor nie jest narażony.
„Lecz sprawiedliwość ma swoje tajemne sprężyny. Wkrótce mogliby poszukiwać zaginionego, lecz i to miejsca mieć nie może. Wytłumaczę ci dlaczego. Oto, pod przysięgą dochowania tajemnicy, wyjawiłem wszystko jednemu z moich przyjaciół, mającemu rozległe stosunki. Należy on do ludzi, którzy nie zdradzą przyjaciela. Zresztą dwie rany, jakie otrzymałem w pojedynku, jedną w głowę, a drugą w ramię, zaświadczyłyby dostatecznie o prawdziwości mojego twierdzenia. Nie otrzymałem groźnej rany, jednak kilka linji niżej, a niezawodnie byłoby po mnie, a wtedy mogłabyś pani zostać wolną. Los zrządził inaczej. Nigdy już nie usłyszysz o tem więcej.
„Co do twojej córki, oto co się z nią stało: Oddałem ją w ręce uczciwych ludzi, do których mam najzupełniejsze zaufanie. Nie sil się, abyś ją odnaleść mogła, bo gdybyś przeszukała całą Francję, tobyś i tak jej nie znalazła. Do dziesięciu lat będzie się chować jak dziecię z ludu, jak rybacy, u których ją umieściłaś, od dziesiątego roku życia zostanie umieszczoną w klasztorze, gdzie odbierze wychowanie takie, aby mogła uczciwie zarobić na swoje utrzymanie, aby umiała zapracować! Czyś pani zrozumiała?
„W osiemnastym roku zostanie wolna. Ci, którym ją powierzyłem, powiedzą jej, iż nie ma w życiu liczyć na nikogo, jak tylko na własne siły, że jest biedną, bez rodziny, bez nazwiska, że jest poczęta w grzechu, skutki którego ciążyć będą nad nią całe życie.
„Zakazałem im aby się kiedykolwiek odnosili do mnie w tym względzie, aby nigdy nie wymówili jej imienia przedemną, wyjąwszy gdyby umarła, lub gdyby jaki nadspodziewany przypadek pozbawił ich pozostawionych im pieniędzy. Proszę również, abyś mnie nigdy o nią nie zapytywała, gdyż byłoby to napróżno. Wspaniałomyślnie zaspokoiłem jej wszystkie potrzeby, to wszystko, co mogę i co powinienem zrobić dla córki pana de Villers. Od tej chwili przestała dla mnie istnieć, postaram się wymazać ją z mej pamięci.
„A teraz żegnam panią! Piszę ten list po wyjściu z biura ministra, którego prosiłem u udzielenie mi natychmiastowej audjencji. Rozmowa nasza trwała krótko.
„Powiedziałem mu prosto: Proszę waszej ekscelencji o wysłanie mnie na długo z Francji.
— Admirał spojrzał na mnie z uwagą, mówiąc:
— A I to pan chcesz opuścić Francję?
— Tak ekscelencjo.
— Taki bogaty, młody?
— Cóż z tego ekscelencjo.
— Masz pan ciężkie zmartwienie?
— Prawda.
— Gdzieżby pan chciał się udać?
— Wszystko mi jedno, tam gdzie wasza ekscelencja mnie wyśle.
„Polecono mi udać się do Australji, za tydzień też odpłynę z Rochefort’u. Przez ten czas pozostanę w Paryżu, dla uregulowania moich interesów. Z tej strony chcę ci zapewnić spokój.
„Pan Raveneau mój plenipotent, wręczy ci pieniądze, których będziesz potrzebować. Zdaj się we wszystkiem na niego, jest to jeden z najgodniejszych ludzi w Paryżu. Jeżeli będziesz, potrzebować jakiej rady, udaj się do niego, a zawsze go znajdziesz na twoje usługi.
„Zegnam cię Heleno, żegnam. Byłem silny, złamałaś mnie. Byłem szczęśliwy, a jestem pogrążony w bezgranicznej rozpaczy! Tam daleko, pomiędzy wodą a niebem, będę myślał i przeklinał ciebie.
„Kiedyś marzyłem z całą miłością o tobie, przed oczyma mej duszy stałaś mi zawsze jako gwiazda świetlana do której słałem myśli i pragnienia moje. Twoją twarz ukochaną widziałem i pieściłem w snach i na jawie. Uwielbiałem cię.
„O! jak straszne przebudzenie i upadek!
„Żegnam cię.
„Gdybym nie była ciężko chorą, byłabym w tej chwili u nóg twoich.
„Tak, byłam może nikczemną i jestem winną. Zrób ze mną co chcesz, a skarżyć się nie będę... Byłeś tak daleko odemnie... on przyjechał... syn mojej drugiej matki, która mnie wychowała i zasłoniła przed nędzą... Zresztą to nie jest żadne tłumaczenie. Stargałam życie moje i twoje. Wypędź mnie i torturuj, zgadzam się! Zabiłeś winowajcę i wrzuciłeś w głębie Oceanu... w tem samem miejscu, gdzieśmy się widywali. Może to taka sprawiedliwość istnieje..., ale nie zgodzę się nigdy na to, aby mi moje dziecko zostało odebrane na to, abyś je mógł wystawić na nędzę i plugastwo tego świata... To straszne! Musisz pan zmienić ten okrutny wyrok. Ulitujesz się i nademną, nad sobą może... Powiadasz pan, że mnie kochasz jeszcze! Posłuchaj mnie Bernardzie! Stanę się dla ciebie nie żoną, lecz niewolnicą i sługą twoją, wszystkiem, co zechcesz tylko... Kochać cię będę z całych sił moich, na kolanach będę całe życie przed tobą, a przez całe lata pokory i uległości zmażę błąd dnia jednego, lecz powiedz mi, że będziesz miał trochę miłosierdzia dla mnie... dla mojego dziecka, mojej córki... Nie oddawaj mi jej, lecz pozwól, żebym choć z daleka mogła czuwać nad nią... wiedzieć gdzie jest... co jej za los gotujesz....
Zachowam ścisłą tajemnicę!... Nie możesz mi odmówić tej łaski, a przez to oszczędzisz sobie wyrzutów sumienia i nastraszniejszych cierpień unikniesz...
„Już więcej pisać nie mogę... Nie widzę... oczy mi mgłą zachodzą... Jestem bardzo osłabiona... Bernardzie, kto kocha, ten przebaczyć umie! Miej litość dla niej i dla mnie!
„Proźba twoja jest bezskuteczną. Znasz moją wolę. Mogę ci tylko udzielić jednej rady: Cierpię więcej od ciebie, lecz mam dumę i odwagę ukryć boleść moją. Idź za moim przykladem.
Nazajutrz wieczorem, hrabia otrzymał depeszę następującej treści.
„Na Boga cię zaklinam, nie odjeżdżaj... Wsiadam do wagonu z powrotem do Paryża... Muszę się z tobą widzieć.
Dziewiątego listopada około siódmej rano, w dzień smutny, pochmurny, dżdżysty, dwie kobiety wysiadły z fiakra na bulwarze Hausmana. Wyższa z nich była śmiertelnie blada; druga ją podtrzymywała wchodzącą na schody, prowadząc do apartamentu hrabiego de Vitray. Kiedy się znalazła na pierwszem piętrze, zdawało się że zemdleje.
— Odwagi, pani — szepnęła po cichu druga.
Postąpiły parę kroków naprzód i znalazły się w obszernym salonie, gdzie służący ustawiał meble.
— Mój mąż? — zapytała blada dama.
Służący zdawał się być zdziwiony.
— Jakto, czy pan hrabia nie uprzedził pani? — zapytał.
— O czem?
— O swoim wyjeździe?
Nieszczęśliwa stłumiła jęk boleści.
— Pan hrabia otrzymał rozkaz wyjazdu, wcześniej niż się tego spodziewał... I odjechał.
— Kiedy?
— Wczoraj wieczorem. Pan hrabia zostawił list dla pani. Pani hrabina znajdzie go w swoim pokoju.
Helena zrobiła ostatnie wysilenie, chwiejąc się przeszła przez salon i weszła do siebie.
Z daleka było widać list na biurku leżący. Otworzyła go drżącą ręką, spojrzała i upadła zemdlona.
List zawierał tylko te słowa:
Byłaś dla mnie bez miłosierdzia, i ja go nie mam dla ciebie. Z rozpaczy się nie umiera, ponieważ żyje jeszcze. Kiedy ten list odbierzesz, będę już tak daleko, że nie mogłabyś mnie dosięgnąć. Bóg tylko wie, czy jeszcze kiedy się zobaczymy.
Dziewiętnaście lat upłynęło od wypadków wyżej opowiedzianych.
Zbliżała się jesień tysiąc osiemset osiemdziesiątego ósmego roku.
Dziesiątego października statek parowy, powiewający flagą o kolorach królewskiego Jacht klubu w Londynie, zawinął do portu w Hawrze.
Było to około piątej wieczorem. Pomimo lekkiej mgły, unoszącej się w powietrzu, nie brakowało spacerujących około portu i ci z łatwością odczytać mogli napis, umieszczony na tyle okrętu, wyryty złotemi literami na czarnem tle: „Albatros“.
„Albatros“, był to śliczny dwumasztowy statek, o czterystu beczkach, co wskazywało pewną zamożność jego właściciela.
Całe jego urządzenie było pełne elegancji i komfortu, czystość panowała wzorowa, a drzewo, jasno politurowane, wesołe robiło wrażenie. Dwie małe bronzowe armatki, z wdziękiem ustawione na pokładzie, dawały wygląd wcale wojowniezy. „Albatros” był cackiem, na które mogą sobie pozwolić tylko miljonerzy.
Załoga jego składała się z sześciu angielskich marynarzy, ubranych odpowiednio do całego urządzenia, oraz dwóch kucharzy w białych kurtkach i czapkach, — właśnie używających świeżego powietrza na pokładzie.
Podczas kiedy „Albatros” przybijał do portu, dwóch panów ukazało się na stopniach kręconych schodków, prowadzących z głębi salonu okrętowego na wierzch statku. Chwilkę zatrzymali się, zamieniając z kapitanem przyjazny uścisk dłoni, następnie wysiedli ze służącym, obarczonym kilkoma małemi bagażami.
Zatrzymali fiakra, umieścili się w nim wszyscy trzej i nie odpocząwszy ani chwili na lądzie, kazali się zawieść na dworzec kolei żelaznej, gdzie kupili bilety do Paryża.
Pociąg miał właśnie odchodzić. Zaledwie panowie i służący znaleźli się w wagonie, pociąg wyruszył, a jednocześnie i „Albatros” rozwijał skrzydła napowrót na pełne morze, dążące w stronę starej Anglji.
Dwaj dżentelmeni, jadący razem do Paryża, byli co do wieku wcale do siebie niepodobni, Jeden był stary, drugi młody. Stary wyglądał na lat pięćdziesiąt, chociaż mógł również mieć sześćdziesiąt, a nawet i więcej. Tego rodzaju twarze lat swoich nie wyrażają. Wzrostu był zaledwie średniego, chudy i i dobrze pochylony, twarz miał kościstą, suchą, zawiędłą. Usta wązkie, okolone zmarszczkami, miały wyraz groźby jakiejś nieokreślonej, mocno zaciśnięte zdawały się czuwać nad tem, aby nie zdradzić myśli swego pana, policzki zapadłe, o kościach mocno wystających, jak u jakiego ascety, a brwi gęste i krzaczaste, małe zaś siwe oczki, na wpół przymknięte, miały chwilami wyraz nadzwyczajnej złośliwości.
Włosy na głowie, mocno już przyprószone siwizną, pozostały jednak gęste, tworząc po obu stronach skroni pukle, podniesione ostro do góry. Nos garbaty o nozdrzach ruchliwych uzupełniał tę dziwną i oryginalną postać, każącą się domyślać wysokiej inteligencji, lecz zarazem sprawiając nieprzyjemne wrażenie.
Z całego zachowania się małego człowieka od chwili, kiedy wysiadł na ziemię francuzką, widniała radość i zadowolenie, z odcieniem złośliwego tryumfu.
Ciekawem byłoby zapewne wiedzieć, co jego myśli ukrywały w tej chwili. Niestety, na to on tylko mógłby jedynie odpowiedzieć. Człowiek, który z trudem ukończył wielkie dzieło pracy z cierpliwością niezmordowaną, spiskowiec, widzący swoje plany tylko co w czyn wprowadzone, musi mieć takie same uczucia i wyraz zewnętrzny twarzy.
Przy dłuższem obcowaniu, dla kogoś, coby znał z lat dawnych ubogiego nauczyciela w Caen, syna dzierżawcy z La Sanvagère, nieubłaganego wroga potężnego bogacza paryzkiego Maurycego Colombey, słowem Piotra Brecheux, mógłby zapewne znaleść pewne podobieństwo rysów pomiędzy nieznajomym i młodym biedakiem, niefortunnie podróżującym z Bayeux do Paryża lat tema dwadzieścia, dla błagania pomocy u możnego pana, który go nielitościwie wyrzucić kazał.
Można jednak odrzucić to przypuszczenie, gdyż trudno sobie wyobrazić, coby za związek mógł istnieć pomiędzy Piotrem Brecheux, a bogatym panem, podróżującym osobnym statkiem, kosztującym wiele a zwłaszcza tak elegancko urządzonym i z tak elegancką załogą.
Rzeczywiście przedstawiał się zamożnie i poważnie, choć bez żadnej chęci uwydatnienia tego. Owinięty szerokim i długim płaszczem podróżnym, z jedwabną czapeczką na głowie, wsunięty w poduszki wagonu, z rękami, złożonemi na kolanach i oczami na wpół przymkniętemi, zdawał się drzemać lub przynajmniej być pogrążonym w zadumie.
Jednak ani spał, ani marzył w tej chwili. Przez zamknięte lekko powieki jego siwe oczki badały twarz młodego towarzysza podróży.
Trudno znaleść dwóch ludzi, mniej do siebie podobnych jak oni. O ile starzec był suchy, mały, żółty i zawiędły, o tyle młody człowiek przedstawiał skończony typ mezkiej piękności, wdzięku i siły. Wyglądał na lat dwadzieścia osiem lub trzydzieści lecz blask pełni sił młodzieńczych bił z całej jego postaci.
Brunet, o matowej cerze, rysów, godnych najlepszego dłuta, w miarę wysoki, ślicznie zbudowany, z wyrazem dumy i odwagi męzkiej, pełnej harmonji i wdzięku. Lecz nadewszystko uderzały dwoje ciemnych, głębokich oczu, łagodnych, wielkich, dziwnie przemawiających do duszy, które musiały z łatwością zniewalać i podbijać serca.
Właśnie w tej chwili stary pomyślał o tem i złośliwy uśmiech pokazał się na jego ustach.
— Czy nie śpisz, ojcze? — zapytał młody człowiek poufale.
Byli prawie sami w wagonie. Tylko jeden jeszcze podróżny siedział z drugiej strony wagonu, zasunięty w głąb poduszek, spokojnie wyczekując końca podróży.
Na zapytanie młodego człowieka stary odpowiedział spokojnym i cichym głosem.
— Chyba wiesz Jasiu, że śpię zawsze tylko jednem okiem.
— Znakomita przezorność!
— Robię to z konieczności, ale mówiąc szczerze, mam już dosyć tego.
— Ja chyba także! — odpowiedział młodzieniec Z głębokiem westchnieniem.
— Cierpliwości! Nim rok upłynie nasz los zmieni się na lepszy.
— Obyś był dobrym prorokiem! — odparł młody człowiek z pewną ironją w głosie — lecz śmiem wątpić o tem!
— Czy się żalisz na swój los, czy na mnie? — zapytał stary.
— Broń Boże! Czy kiedy niedotrzymałem ci danej obietnicy?
— Zawsze.
— Czy kiedykolwiek z mojej przyczyny byłeś w przykrem położeniu?
— Nigdy i w tem ci, ojcze, oddaję sprawiedliwość!
— Pozwól więc, abym i nadal pozostał twym kierownikiem.
— Hm! Lecz chciałbym widzieć nareszcie koniec!
— Jeszcze chwilkę, za rok. A cóż to znaczy jeden rok, Jasiu?
— Zapewne, lecz cóż potem?
— Potem, potem życie swobodne, bez niebezpieczeństwa i troski, pełne uciech, jakie spodziewam się zgotować tobie, mój wychowańcze, mój synu! I to za rok najdalej, marny, niedługi rok!
— Jednak — dodał młodzieniec — jest to dostateczny czas na to, aby zasłużyć na galery, lub ucięcie głowy.
— Co za obrzydliwość! Nie mów nigdy podobnych rzeczy, tchórzu!
— Nie, ja się nie boję. Idź naprzód, będę zawsze z tobą. Jeżeli zginiemy, to zginiemy razem! Jednak chwilami napadają mnie czarne myśli i wtedy mówię sobie, iż powinienem iść inną drogą.
— Jakto?
— Naprzykład zostać w Cherburgu.
— U Morand’ów? — zapytał z pogardą stary.
— Tak, u Morand’ów, gdzieś mnie umieścił, ojcze.
— Miałeś sto franków na miesiąc i w przyszłości los przeciętnego urzędnika, który morduje się od rana do nocy, z trudem ciułając grosz na czarną godzinę, jeżeli przedtem nie umrze w szpitalu. I to ty, ty, mój synu! Czy tak pozostać mogło?
Szatan kuszący Chrystusa na górze, musiał wyglądać i mówić podobnie jak ten starzec.
— Mów, ojcze, co chcesz o mnie — zawołał żywo młody człowiek — lecz są chwile, w których naprawdę żałuję Cherburga.
— Czy z powodu żeś utracił miejsce?
— Nie.
— Zapewne z powodu jakiejś miłostki?
— Tak.
— I jeszcze o niej myślisz?
— Zawsze.
— Dzieciństwo!
— Masz słuszność, dzieciństwo. Byliśmy dziećmi oboje, a przynajmniej ona. Nie miała lat piętnastu, lecz co za wdzięczną anielską twarzyczkę! Co też się z nią stało?
Stary zaczął liczyć na palcach.
— Było to w osiemdziesiątym czwartym, na początku roku- — powiedział. — Zatem pięć lat wkrótce.
I zaraz dodał szyderczo:
— Przecież możesz jechać do Cherburga, a może odnajdziesz twego cherubina!
Młody człowiek nic nie odpowiedział. Wzrok jego przybrał wyraz nadzwyczajnej surowości, odwrócił się, patrząc przez szyby wagonu na znikający i zmieniający się co chwilą krajobraz, podczas kiedy pociąg przerzynał z błyskawiczną szybkością przestrzeń, miarowym łoskotem ogłuszając umysł i usypiając myśli.
Nie myślał jednak ani o przesuwających się białych domach jasno oświetlonych, ani o ciągnących się nieprzerwanem pasmem wioskach normandzkich, które tworzą jak gdyby przedmieście stolicy, ani o żyznej ziemi tej strony, którą w tej chwili przebiegali. Myśl jego błądziła po przeszłości, którą spędził bez rodziców, bez matki, w dzieciństwie powierzony temu człowiekowi, który mu w tej chwili towarzyszył i którego prawie nie opuszczał nigdy, on go uczył, prowadził, kształcił we wszystkiem, słowem wychował z nieprzerwaną nigdy pieczołowitością i tkliwością ojcowską.
W rzeczywistości był jego ojcem, jego prawdziwym ojcem, ten mały staruszek, bez którego byłby żył samotny i bez środków do życia, rzucony na bruk, na obraz tych nieszczęśliwych, odpychanych zewsząd, żyjących z miłosierdzia publicznego, najcięższego ze wszystkich, gdyż czyni z dziecka, z duszy ludzkiej, rzecz, przedmiot, oznaczony numerem, o które troszczy się zaledwie płatny służebnik, chciwy i bezlitośny, najczęściej jeszcze nienawidzący tych, przez których chleb dostaje.
Dla niego więc stanowił całą rodzinę, ten mały, chudy staruszek, jego opiekun i dobroczyńca. Kochał go, lecz miał żal zarazem, iż szydził z jego uczucia, z pierwszego, jakiego doznał w swem życiu.
Dla czego lubił Cherburg i dla czego żałował, iż go opuścił? Nie dla tego, aby tam był bardzo szczęśliwy!
Urodził się z nienasyconemi pragnieniami w duszy, i żądzą używania wszelkich rozkoszy tego świata. Był to głos krwi.
A jednak ten młodzieniec trzydziestoletni, piękny jak Apollo Olympijski, jeżeli zechcemy użyć tego powszedniego porównania, czarujący całą postawa i słowem, żałował niewielkiej mieściny w porównaniu do Paryża, żałował czegoś z upłynionej przeszłości.
Za to w Cherburgu prowadził życie ciche, spokojne, pracowite, proste, chociaż pozbawione pewnych przyjemności, które znosił z łatwością w swym młodym wieku.
Ale do tego oddalonego obrazu przeszłego życia mięszała się sylwetka małego domku, po nad brzegiem morza, z okienkiem, pełnem zawsze zieleni i kwiecia, a w tej żywej ramie śliczna główka dziewczątka, o szlachetnej i delikatnej twarzyczce, którą widywał codziennie na przechadzce wieczornej i której uśmiech srebrny dźwięczał mu do dziś w duszy.
Każdy z nas pewno, gdyby zechciał się myślą zwrócić do przeszłości, znalazłby niezawodnie obraz podobny, co mu był kiedyś miły lub drogi i który przetrwał niezatarty do dni późnych, pomimo iż dawno pozbyliśmy się złudzeń życia.
Wspomnieniem tem bywa obraz ukochanej kobiety, napróżno nieraz pożądanej, choć nigdy niezapomnianej, obraz naszej pierwszej miłości. Tę mamy raz tylko w życiu. Dzieweczka z domku nad morzem była nią dla młodego człowieka, jadącego w tej chwili do Paryża.
W Roxen podróżny, który jechał z dwoma nieznajomymi razem, wysiadł na dworcu.
Zostali zatem sami. Wtedy stary skorzystał z samotności i, dotykając lekko ramienia chłopca, aby go wyrwać z zamyślenia, zapytał z czułością:
— O czem tak dumasz, Jasiu?
— Ja? O niczem.
— Tak się zwykle odpowiada, jeżeli nie chcemy powiedzieć prawdy o tem, co mamy w głębi duszy. Posłuchaj mnie.
— Jeżeli sobie tego życzysz...
— Cherburg — powtórzył starzec — to była próba.
— Jakto?
— Właśnie ukończyłeś nauki, jak wielki pan, pomimo że musiałem na to ciężko pracować, Jasiu!
— To prawda.
— Nie umiesz jednak sam obywać się małem, co zresztą nie jest przyjemną, ani wystarczającą stroną...
— Rzeczywiście.
— Po sześciu miesiącach spędzonych u Morand’a, który nie karmi swoich urzędników truflami, miałeś już tego życia dosyć...
— Z pewnością.
— Podczas mego pobytu w Londynie, zrobiłem pyszną znajomość.
— Ach z panów Burlett, Templeton et Comp.? zawołał sarkastycznie młody człowiek.
— Bardzo mi się przydali Jasiu. Bez nich nie bardzo nam szło pomyślnie... z nimi, wiesz, gdzieśmy już doszli!
— Potem co?
— Teraz wszystko jest możliwem dla nas! W Paryżu łatwo zwyciężymy!
— Et!
— Zobaczysz Zwyciężymy, będziemy bogaci, spokojni, szczęśliwi...
— Urojenia!
— Nie, prawda!
— Niech licho porwie!
— I na to potrzebuję tylko rok czsu... Rok cierpliwości, spokoju, pracy, zręczności... A może i prędzej się to stanie...
— Dosyć.
— Czy to ci się niepodoba?
— Owszem, lecz co mam czynić?
Mistrz, gdyż z tych dwojga ludzi, stary był bezwątpienia mistrzem, to jest głową i przewodnikiem, podczas kiedy młody człowiek pozostawał jako instrument w jego ręku, którym tamten obracał dowoli, posłuszny i uległy mistrz przy tych słowach się ożywił, szare jego oczki błysnęły nagłym ogniem, a zagłębiając wzrok swój w ciemne źrenice swego towarzyszą, zapytał:
— Masz we mnie wiarę, Jasiu?
— Chyba nie wątpisz o tem.
— Wziąłem cię małym, bez ojca i matki, od starej umierającej kobiety, zapomnianej w ubogiem poddaszu. Byłem też sam biedny i pogardzany. Udzieliłem ci jednak opieki i serca. Wychowałem cię z miłością dziadka dla jedynego wnuka. Wyrosłeś na silnego, mądrego i eleganckiego młodzieńca, zdolnego podobać się każdej kobiecie. To, co z trudem zarabiałem, szło na twe wykształcenie. Umiesz wiele, mówisz po angielsku, jak rodowity anglik, po hiszpańsku jak plantator hawański, bijesz się na szpady i strzelasz po mistrzowsku.
— O!
— Nie zaprzeczaj. Chciałem, abyś był odważny i zręczny. Potrzeba jest umieć stanąć w obronie własnego życia, lub zostać panem czyjego. Brakuje ci tylko majątku... Dla siebie go nie pragnę, gdyż mam małe potrzeby, lecz chcę abyś ty był bogaty, szczęśliwy, aby cię uwielbiano... I tak się stanie, Jasiu! Ja tak chcę!
Ten którego staruszek nazywał zdrobniale Jasiem, potrząsnął głową na znak wątpliwości.
— Jest to trochę trudno — szepnął z uśmiechem.
— Trudno, zapewne, lecz możliwe. W czasie mojej ostatniej podróży do Paryża znalazłem sposób... nie przedstawiający żadnego niebezpieczeństwa.
— Czyż tak?
— Żadnego ryzyka...
— Zadziwiasz mnie ojcze.
— Pytasz się, co masz czynić? Po prostu podobać się kobiecie, mniej jeszcze bo młodej, dystyngowanej pięknej panience, zaledwie ośmnastoletniej, ładnej, bogatej, a w przyszłości miljonerce... O to tylko chodzi Jasiu, aby jej się podobać, aby ją zdobyć... Czy ci się to uda?...
— Co to za bajkę mi opowiadasz ojcze?
— W tej chwili bajkę, jutro rzeczywistość!
— Jakto być może?
— Wszystko jest przygotowane. Nie jesteś od tej chwili Janem-Maurycym, dzieckiem odepchniętem przez ojca bez serca... Nazywasz się Jan Rodriguez, sierota, miljoner z Nowego Orleanu, porzuciłeś ojczyznę na zawsze, aby się osiedlić w Paryżu, który cię od dawna wabił. Masz majątek w papierach złożony w angielskim banku „Burlett, Templeton et Comp.“, którego kredyt jest niezaprzeczalny i masz na to dowody. Do tego masz już wynajęty mały hotel na ulicy Bassano, gdzie zajedziemy i willę w Chemay około Wersalu. Masz jeszcze w Nowym-Orleanie ziemie, które sprzedasz za pośrednictwem domu Burlett, Templeton et Comp. twojej i mojej opatrzności. Czy zrozumiałeś?
— Prawie. Chodzi tu o wielką...
Starzec pochwycił go za rękę.
— Ciszej zawołał co mówisz nieszczęśliwy!
Młody wydął usta na znak pogardy, z czem mu było bardzo do twarzy.
— Wszystko mi jedno — odparł, zapalając cygaro.
— Papiery są w porządku. W konsulacie amerykańskim i w bankach wszędzie dadzą te same informacje. Możesz być o to spokojny Jasiu i zacząć życia używać.
— Nic więcej nie chcę wiedzieć!
— Zresztą dotąd zawsześ to samo robił.
— Dzięki tobie?
— Bez wątpienia dzięki mojej ku tobie miłości, lecz również i dzięki Opatrzności, która mnie popchnęła na drogę na której spotkałem szacowny dom Burlett.
Piękna twarz młodzieńca, zachwycająca dotąd surową powaga, rozjaśniła się pierwszy raz uśmiechem. W rzeczywistości rola jaką mu przeznaczano, nie była straszną.
— Zawsze to potrzeba cokolwiek pozbyć się wszelkich skrupułów ojczulku! — dodał.
— Skrupułów! A czyż mają je ci bogacze, co trzymają świat w swej dłoni? Zkądże to pochodzą te ich miljony za które odbierają tyle nizkich ukłonów? Czy na nie zapracowali? Gdzie tam! Ze złodziejstwa uorganizowanego na wielką skalę, jakie się odbywa przy zmianie papierów procentowych. A ci lordowie, panowie majątków ziemskich w Anglji, którychśmy tak niedawno pożegnali Janie? Zkąd mają owe ziemie? Spójrz w przeszłość! Zdobyli je mieczem lub gwałtem, czyli rozbojem i zdzierstwem! My też możemy zdobywać w ten sam sposób i stać się możnymi.
Młody człowiek wzruszył ramionami.
— Masz dzisiaj usposobienie do prawienia morałów, ojcze — odpowiedział, lecz zapominasz chyba, że ci, co idą taką drogą, muszą się dostać na tamten świat za pomocą pana kata tak dobrze z placu de la Roquette, jak i z Newgate po tamtej stronie oceanu.
A ciszej dorzucił:
— I pomyśleć, że to nas spotkać może! Brr!...
Stary naprawdę się rozgniewał.
— To, co mówisz jest niegodziwością z twojej strony — wykrzyknął. — Czy tak mało masz zaufania we własne siły? Czyż życie nie jest ciągłą walką? Chciałbyś może spędzić je w zależności i trosce? Nie! A zatem musisz być silnym i nie łamać się za lada przeciwnością, oto wszystko! Silniejszym od paryżanina broniącego choćby pięściami swojego skarbu, przebieglejszym od policjanta tropiącego ślady zbrodniarza, mędrszym od najzręczniejszego sędziego, który z chytrością układną chce ci wydrzeć wyznanie, mocniejszym od wszystkich innych! Mówisz o niebezpieczeństwie, a czyż orzeł, wylatując po nad skały za zdobyczą, nie naraża się na kule strzelca, który na niego czyha, lecz jeżeli posiada wzrok bystry i siłę dostateczną do lotu, unika przecież niebezpieczeństwa, i zdobycz porywa na wyżyny im niedościgłe i śmieje się z kul przeciwnika! I my tak zrobimy. Janie! Zdobycz, to posag tej młodej dziewczyny...
Zaśmiał się suchym, nerwowym śmiechem w którym czuć było nienawiść zaspokojoną a jednocześnie wyraz zadowolenia osiadł mu na twarzy.
— Uspokój się ojcze... — zawołał młodzieniec. Stałeś się nerwowym, okropnie nerwowym od chwili naszego powrotu do Francji, kochany mistrzu! Naprawdę nie poznaję cię. Ty, co byłeś zawsze tak milczącym, nieprzeniknionym, zimnym, zaczynasz mówić z takiem wylaniem. Czyż tyle słów potrzeba na to?
— Szydzisz, lecz masz rację Jasiu. Tylko niezapominaj, iż jesteśmy przed dniem wielkiej bitwy, a kiedy działa grzmią, to serce bije prędzej.
— Nie obawiaj się. Zrozumiałem i będę ci posłusznym co do joty.
— Chwała Bogu.
— Zdaje mi się, żeś wspomniał także o drugiej sprawie. Cóż to takiego?
Na te słowa czoło starego, rozjaśnione przed chwilą, na nowo się zasępiło.
— Poznasz ją w swoim czasie... Muszę ją spełnić dla Burletta. To stary Templeton wszystko ułożył... Idzie tu o pewnego kupca brylantów.
— Tam do licha!
— Zobaczysz! Nic zresztą trudnego... Jednak jest to jeden z warunków, że nam pomagają w naszej pierwszej sprawie Jasiu... i ta musi się udać... I druga jest doskonała... Wytłumaczę ci...
— Dobrze!
— Od tej chwili przestaję być urzędnikiem domu, Burlett „Templeton et C-o“, lecz twoim nauczycielem, starym poważnym uczonym. Nazywam się Petrus... Znam cię od małego dziecka... Janie Rodriguez... Nie zapomnij o tem.
— Bądź spokojny.
— A teraz możesz spać do samego Paryża, gdyż i ja umieram ze snu mój synu.
— Dobranoc zatem ojczulku.
Stary nauczyciel nasunął na oczy swoją jedwabną czapeczkę, owinął się szerokim płaszczem i udawał, że śpi. Lecz sen nie przychodził. Za to w miarę zbliżania się do Paryża myśli jego coraz pełniejsze były nienawiści i zemsty, a umysł przenikliwy z lubością roztrząsał różne plany, które jak w sieć zastawioną chciały wciągnąć na zgubę nienawidzonego człowieka.
O tak! pozostałe resztki życia oddałby z radością, aby tylko zobaczyć tego człowieka, tego uprzywilejowanego od losu bogacza, oplątanego w zastawioną zasadzkę i powiedzieć mu: Mieliśmy się kiedyś w życiu zobaczyć, panie Maurycy Colombey! Otóż jestem! Piotr Brecheux, do usług szanownego pana, ten, któregoś chciał zdeptać jak robaka, dotrzymał słowa i powrócił! Zmierzymy się teraz!
Towarzysz jego spał w najlepsze. Z lekko pochyloną głową na piersi, z czołem, opartem na ręku, uśmiechał się przez sen. Z czego? Może śnił o małem okienku z kwiatami, gdzie biegł co wieczór po pracy?
Lata upłynęły od tej chwili, a smutna, poważna, lecz dziwnie tkliwa twarzyczka młodej dzieweczki, dziecka prawie, z pomiędzy liści bluszczu, fuksji i stokrotek, jaśniała mu przed oczami tak żywo, jak w chwili, kiedy z rozkazu Piotra Brecheux został powołany do Londynu. Odjechał z żalem i więcej nie powrócił.
Piotr Brecheux patrzył z uśmiechem na śpiącego, domyślając się treści snu miłego i nagle sposępniał, kurczowo usta zaciskając.
Wiedział, iż ten człowiek jest skazanym, skazanym przez niego, urobionym do wielkiego dzieła, piekielnej intrygi, którą dawny wieśniak z la Sauvagère kombinował oddawna. Był on pionem, niezbędnem narzędziem do całej maszynerji, miał być i ofiarą. Piotr się nad nim litował, żałował go, lecz litość jego była słabszą od zemsty. Cóż robić!
Ten młody człowiek był prawie jego synem, wychowańcem, lecz jeżeli go wtedy wziął do siebie, to dla tego jedynie, aby mógł kiedyś służyć do jego celów, dziś więc, choć mu żal było młodzieńca, cofnąć się nie chciał, chociaż z góry wiedział, iż paść w walce musi.
Tymczasem cieszył się mistrz, że go wychował i urobił na takiego jak chciał. Egoista, z nieprzepartą i nienasyconą żądzą uciech i wszelkich rozkoszy, dostępnych dla bogaczy nie znających wodzy, a nawet okrutny w potrzebie, rozrzutnik, dumny, gracz namiętny, słowem obdarzony wszelkiemi złemi stronami charakteru, który się umiał tak rozwinąć nieustannie zrzucany z prostej drogi, jeżeli jakimś przypadkiem na niej się znalazł, przez czuwającego nad tem mistrza, aby go co rychlej przyprowadzić do zguby!
Lecz za to posiadał dar zjednywania sobie serc ludzkich postawą i twarzą, o cerze matowej, śniadej, namiętnych ustach, zdrowych zębach, pysznych aksamitnych oczach i ujmującym dźwięku mowy!
Mały staruszek radośnie zatarł ręce. Wywołało to szmer, podobny do szmeru zgniecionego papieru.
Mijały stacje jedna za drugą, tworząc od miasta Mentes nieprzerwany łańcuch domów, aż do przedmieścia Paryża.
Wreszcie i stary zasnął na chwilę. Śnił o tem, jak młodym chłopcem powracał z Paryża do Bayeux, boso, okaleczały od drożnych kamieni, gdy nagle przebudził się i pociąg stanął.
— Paryż!
Przyjechali.
Obudził towarzysza, który przecierał oczy, odnalazł służącego, zajętego odbiorem rzeczy, powiedział mu co ma dalej robić i wsiadłszy do powozu, powiedział woźnicy:
— Ulica Bassano.
Dwaj podróżni byli tu oczekiwani, jako powracający dziedzice po długiej nieobecności.
Pałac Rodriguez’a chociaż nie był rezydencją książęcą, miał jednak swoją wartość.
Snadź Piotr Brecheux, zostawszy mentorem młodego cudzoziemca, nie miał czasu de stracenia w sprawie, którą prowadził. Wczesnym rankiem nazajutrz wsiadł ze swoim wychowankiem do eleganckiej wiktorji, zaprzężonej w ślicznego konia i pojechał do Chesnay.
Każdy paryżanin, który lubi zamiejskie wycieczki, zna tę uroczą miejscowość.
Powóz minął lasek Buloński, wjechał na drogę do Saint-Cloud i Rocquencourt, skręcił na lewo około parku wspaniałej willi, a raczej pałacyku w stylu Ludwika XV, otoczonego laskiem, wspaniałemi trawnikami i klombami kwiatów i wjechał obok w bramę otwartą mniejszego parku, przyległego do pierwszego i oddzielonego od niego tylko wysokim murem, okrytym bluszczem.
Byli w Chesnay.
Obszerna posiadłość, znajdująca się obok, nazywa się le Grand-Chesnay, druga mniejsza, lecz również piękna — le Petit-Chesnay.
Składa się ona z domu obszernego, pięknie zbudowanego i starannie utrzymanego parku. Oficyny są zakryte stuletniemi lipami.
— Jesteś u siebie, panie Janie Rodriguez — powiedział ironicznie stary. — Można ci pozazdrościć: pałac w Paryżu, willa około Wersalu i miljony w banku angielskim.
— To za wiele! — odpowiedział zimno młody człowiek.
— Dla czego?
Nauczyciel położył kościstą rękę na ramieniu ucznia.
— Mamy przed sobą rok czasu, Jasiu, aby nam się udało, po czem przedstawienie się skończy. Od ciebie tylko zależy, aby komedja stała się rzeczywistością. Chodź!
I wziąwszy go poufale pod ramię, zaprowadził przed murowany parkan, dzielący oba ogrody. Średniej wysokości, dozwalał widzieć rzędy drzew, tworzące w tem miejscu zbity szpaler, po za którym widniała szeroka ulica bukowa, prowadząca do pałacu, którego sylwetka w dali się rysowała.
Piotr Brecheux wyciągnął rękę.
— Mówiłem ci o bogatej dziedziczce. Tam ona mieszka.
— Tam — zawołał młody człowiek.
— Jesteś jej sąsiadem, Jasiu. Ojciec jej lubi tu przebywać; jest to bardzo poważany urzędnik. Chociaż obowiązki zatrzymują go w Paryżu, tutaj spędza trzy czwarte roku z żoną, bardzo miłą osobą i córką.
Chciał mówić dalej, nagle zatrzymał się i popchnął młodego człowieka po za klomb drzew.
Kilkanaście kroków po za murem stała wysoka, młoda dziewczyna, blondynka, blada, wysmukła, o delikatnych rysach twarzy, szczupła i wątła jeszcze, ubrana w jasną suknię. Wychodziła z poprzecznej ulicy i weszła do alei bukowej. Zatrzymała się chwilę, jak gdyby zdziwiona, patrząc dokoła.
— Słyszała nasze głosy szepnął nauczyciel. — Patrz!
Chwilkę pozostali w milczeniu.
Młoda dziewczyna zdawała się czegoś szukać wzrokiem przez gałęzie drzew, następnie nie widząc nikogo, zawróciła drogą do domu, odwróciwszy się jednak kilka razy.
— Ładna jest — odezwał się młody człowiek.
— A co ważniejsza — bogata.
— To o niej mówiłeś, ojcze?
— O niej.
— Jak się nazywa?
— Jest jedynaczką, bardzo bogatą i nazywa się Blanka Colombey.
Trzydziestego kwietnia tysiąc osiemset osiemdziesiątego dziewiątego roku był świetny bal w pałacu Maurycego Colombey Saint-Clair, jak go powszechnie nazywano, sędziego sądu apelacyjnego w Paryżu. Niestety, tylko sędziego. Wielkie ambicje, do których dążył przyjaciel hrabiego de Vitray, skończyły się na tem, zatrzymały się w połowie drogi.
Marynarz, przeciwnie, szedł drogą wręcz przeciwną, szczęście sprzyjało mu w karjerze. Od dwóch lat został mianowany wice-admirałem-stopień, o jakim marzył zaledwie.
Lecz i pan sędzia nie mógł narzekać. Ponieważ wypadki i polityka pokrzyżowały mu plany, zajął z całą powagą swój urząd sędziego, który mu sprawiał raczej rodzaj rozrywki, niż nudnego zajęcia. Maurycy Colombey chodził na sądy z tem samem zamiłowaniem i, ochotą, jakby chodził na polowanie lub inną jaką rozrywkę, dla zabicia czasu.
Spytajcie o to bogaczy angielskich, na spleen chorujących.
Z pieniędzmi nie wiedział już co robić. Przez upłynione lat dwadzieścia majątek jego wzrósł do kolosalnej cyfry. Zwyżka papierów podwajała sama kapitał.
Zresztą, przyszedłszy do pewnej normy, majątek dobrze administrowany sam rośnie z nadzwyczajną szybkością. Colombey rzeczywiście posiadał talent do prowadzenia interesów, krew lichwiarska dziada płynęła w jego żyłach.
Wyglądał też na zupełnie szczęśliwego. I rzeczywiście był nim prawie zupełnie. Przez lat dwadzieścia wiele rzeczy się zapomina, wspomnienia oddalają się od nas, jak góry niknące w oddaleniu.
Jeżeli czasem przypominał sobie słodką twarzyczkę Róży Berlot, nieszczęśliwej topielicy z la Saire, która nie poskarżyła się ani słowem na okrucieństwo jego postępowania, było to zaledwie słabem widmem, a nawet myśl o synie, o którym nie wiedział nawet czy żyje, nie poruszała jego zatwardziałego serca, zakamieniałego egoizmem i rozkoszą. Zresztą nigdy nic o nim nie słyszał.
A czy kiedy pomyślał o nim naprawdę, czy kiedy sumienie w nim zadrgało, pozwalamy sobie wątpić o tem.
Z całego wyrazu uśmiechniętej, wesołej twarzy, widać było, iż żył bez troski. Wyglądał zawsze jednakowo, jak dawniej nosił faworyty starannie przystrzyżone, a ogolone wąsy pokazywały usta o drwiącym uśmiechu. Ubrany starannie, nie opuścił żadnej sposobności, aby użyć przyjemności, lecz nie zapomniał się nigdy do zbytku, prędzej pozując na cnotliwego używając przy sposobności słów surowych na zganienie złych postępków.
Gdybyśmy zapytali dziennikarza, najwięcej znającego świat paryzki, kto dziś jest w nim najszczęśliwszy i najbogatszy, kto wie, czyby nam nie odpowiedział:
Colombey Saint-Clair.
Rzeczywiście ten człowiek miał wiele szczęścia.
Najpierw był zdrów.
Włosy zaczęły mu siwieć, lecz było mu z tem dobrze i powagi dodawało do całej wyniosłej i surowej postawy, gdzie na piersi widniała czerwona wstążeczka.
Żonę miał bardzo dobrą i pełną pobłażliwości dla usterek męża. Nie kochała ona go namiętną miłością, lecz była dla niego czułą i troskliwą małżonką, uprzejmą, wyrozumiałą, pozostawiając mu zupełną swobodę.
Przytem słynęła jako uprzejma gospodyni domu i w całym Paryżu trudnoby znaleść było dom również miły, starannie prowadzony, służbę lepiej wyćwiczoną. Kuchnia była wyborna, powierzona prawdziwemu mistrzowi swego fachu, a piwnica miała najlepsze wina.
Pan i pani mieli osobną służbę, powozy i konie, każde robiło, co chciało i nigdy najmniejsza chmurka nie zakłóciła horyzontu małżeńskiego szczęścia. Zawsze stawiono ich za przykład zgodnego pożycia.
Dystyngowana, pełna elegancji i wdzięku Matylda Saint-Clair zdawała się być raczej siostrą starszą swej córki, niż jej matką.
Piotr Brecheux doskonale był poinformowany. Colombey’owie mieli córkę jedynaczkę, która kiedyś dziedziczyła olbrzymi majątek.
To też Blanka była zawsze otoczoną rojem wielbicieli. Nie tylko ojca majątek spadał na nią, żył jeszcze i dziadek Saint-Clair, bankier dobrze znany. Dziadek uwielbiał wnuczkę i kochał córkę.
Dla zięcia miał bardzo umiarkowane uczucia, które się nieraz manifestowały bardzo nieparlamentarnemi słowami, będącemi na porządku dziennym u starego bankiera.
Tego wieczoru trzy wielkie salony hotelu Saint-Clair rzęsiście były oświetlone.
Stary bankier dawno już oddał zięciowi ten dom, zachowując sobie zaledwie niewielki apartament na drugiem piętrze od strony wielkich bulwarów.
Wspaniałe świeczniki i żyrandole dawnego stylu rzucały jasne snopy światła, pomieszanego z lampami elektrycznemi, na wspaniałe meble a la Pompadour, kosztowne obicia ścian w drobne kwiatki i zwierciadła weneckie, oraz pełne wdzięku obrazy Boucher’a i Watteau, gdyż bankier posiadał wiele gustu i dobrego smaku i chciał, aby całe urządzenie odpowiadało stylowi, w jakim był zbudowany pałac.
Pod oślepiającym blaskiem światła przesuwał się różnobarwny tłum zachwycających tualet i pięknych kobiet z obnażonemi ramionami, obsypanych brylantami, oraz czarne ubrania mężczyzn.
Towarzystwo było cokolwiek mięszane.
Tego dnia wszyscy członkowie rodziny Colombey byli zebrani u Maurycego, którego wysokie stanowisko i olbrzymi majątek stawiały jako głowę rodziny.
Ze strony bankiera tylko on sam był przedstawicielem rodu dawnych wieśniaków i zbogaconych rzemieślników.
Michał Saint-Clair pochodził z Marsylji, a raczej z jej okolic.
Był to typ nieokrzesanego wieśniaka, przybyłego bez grosza w kieszeni do stolicy, obdarzonego nietylko sprytem nadzwyczajnym do interesów, lecz zarazem posiadającego nieugiętą siłę woli i upór, który mu dopomógł do zrobienia kolosalnej fortuny w krótkim czasie.
Przyszło mu to z tem większą łatwością, iż z początku nie mając nic do stracenia, rzucał się odważnie w najryzykowniejsze spekulacje, a ponieważ szczęście mu sprzyjało, potrafił się zawsze wywinąć bez szwanku, a ludzie zaczęli go szanować.
Iluż to ludzi mających majątek zdobyty na śmiałych spekulacjach, poszłoby do więzienia, gdyby tylko szczęście odwróciło się od nich.
Bankier miał zawsze dobry węch i trzeba mu oddać sprawiedliwość, iż umiał używać nabytych bogactw; bez dumy i fałszywej ambicji, uczynny i uprzejmy dla wszystkich z wyjątkiem tych co pozowali na fałszywych poczciwców, pokrywających swe niecne postępki, płaszczykiem cnoty co go przyprowadzało do wściekłości.
Córka i wnuczka podobne były do niego: szczere, szlachetne, dobre, słowem uczciwe kobiety, co najlepiej ich charakter objaśni. Nieraz śmiały się serdecznie z po za wachlarzy, spostrzegłszy przerażone miny obłudników, pod wrażeniem prostych słów bankiera, wywołującego naumyślnie takie sceny.
Szczególniej rodzina Durivel bywająca często, jako spokrewniona z Colomby’em, miała dar irytowania starego bankiera.
Durivelowie pochodzili od babki Colombeya, obecnie ta rodzina składała się z trzech ciotecznych braci i jednego spadkobiercy; co razem stanowiło czterech Durivel’ów.
Głową rodziny był notarjusz Fabian Durivel.
Stary Saint-Clair, okrągły, wesoły, świeży, rumiany, miał szczególny sposób wymawiania tych słów: „p. Fabian Durivel, notarjusz,“ które stanowiły małe arcydzieło szyderstwa.
Durivel był wdowcem, o poważnej minie, wyrachowanym w każdym słowie i geście i nie wychodził nigdy po za obręb swej roli. Przy każdym podpisaniu aktu zachowywał ten sam obrządek religijnej powagi i namaszczenia.
Nigdy się nie ukazywał światu bez świeżo ukrochmalonego białego krawatu, który mu otaczał szyję, a podczas kiedy jego koledzy, z upływem czasu, tracili swoje dawne wymuszone manjery, zostając natomiast prawdziwymi światowcami, on jeden zachowywał uparcie dawne tradycje i formy. Wtedy to bankier wychodził z niecierpliwości, nazywając go po prostu głupim komedjantem.
Otóż ten Durivel miał syna Gastona, który nieustannie ojca krytykował, czem sprawiał mu wiele przykrości. Młody ten człowiek, przez damy nazywany krótko Gastonem, zacząwszy nauki w dziewiątym roku życia, skończył je stopniem bakałarza w dwudziestym ósmym roku.
W kilka lat stracił majątek po matce, który i tak pan notarjusz umiejętnie potrafił uszczuplić i od tej chwili pozostał na małej pensyjce z łaski ojca.
Odbył swą powinność wojskową i dzięki nazwisku jakie nosił, został podporucznikiem w rezerwie; ale stary Saint-Clair nieraz dogadywał ojcu, który i tak nie pysznił się ze stopnia syna:
— Nie obawiaj się, już tam twój synek nie przejdzie Napoleona.
Co do Gastona, ten znów nie miał żadnej pretensji, aby go uważano za cnotliwego lub dobrze wychowanego. Z upodobaniem śmiał się i szydził ze wszystkiego i wszystkich, pożyczał pieniędzy zkąd tylko mógł, żądając, a raczej zmuszając od czasu do czasu starego do płacenia swoich długów, które nieraz poważną sumkę stanowiły, pozwalając ojcu, za całą satysfakcję, zmyć sobie głowę z uległością i flegmą niewzruszoną.
Trzeci Durivel był powagą w świecie finansowym. Naczelnik biura, rachmistrz zawołany, lecz za to leniwy, żarłok, codzień spał po kilka godzin dla strawienia obiadu, lub przynajmniej odpoczywał w półśnie na fotelu. Niegrzeczny Gustaw, synowiec jego, przezwał stryja „Tonton Dusiciel”, czyli wąż boa, ponieważ obaj jednakowo długo trawili.
Żona jego, z domu Sydenja de Moranges, dumna ze swego wątpliwego szlachectwa, które jej pozwalało zdobić koroną bilety i listy, była opiekunką całej masy różnych towarzystw dobroczynnych. Jest to pewien urząd.
Więc też Gaston zawsze mówił:
— Moja ciotka Sydonja pracuje dla dobra ludzkości, rozsiewając cnoty między tłumem. Trzebaby tylko wiedzieć, czy jej się to udaje!
A kiedy ciotka, uniesiona, wybuchała gniewem, szeptał jej wtedy do ucha:
— Jakto? Ciocia, taka święta i gniewa się!
Nazywała go szerszeniem.
Ostatni z Durivel’ów był handlarzem skór przy ulicy aux Ours, lecz tam nie mieszkał. Ten się odrodził od całej rodziny. Zajmował on niewielki domek przy ulicy de Moscou, prowadząc wesołe życie, o czem przynajmniej ze zgrozą głosiła ciotka Sydonja, ile razy tylko się odezwała o starem kawalerze.
Ten Durivel, imieniem Anzelm, miał wtedy około pięćdziesięciu pięciu lat. Był bardzo bogaty, a co główniejsza, iż ciągle jeszcze dorabiał majątku. Z fizjognomji przypominał trochę bankiera Saint-Clair, z którym się bardzo lubili, jowialny, czerwony, o krótkiej apoplektycznej szyi, o czem nieraz myśleli ciotka Sydonja i notarjusz, ożywieni nadzieją dobrej sukcesji, w czem się jednak najzupełniej mylili, bo chociaż stary handlarz był dla nich uprzejmym, w głębi serca ich nienawidził.
Niemożemy także pominąć Franciszka Briard, także dalszego kuzyna, który kończył listę krewnych. Jedni z nich przedstawiali prawo lub handel, Briard przedstawiał armię, lecz ponieważ nie miał nadzwyczajnego powołania, wziął dymisję i już dosyć dawno porzucił służbę, dosłużywszy się zaledwie stopnia dowódcy szwadronu.
Uczęszczanie po kawiarniach i restauracjach rozpróżniaczyło go zupełnie. Wysoki, szczupły, dosyć dobrze się prezentujący, komendant Briard nie odznaczał się wyższą inteligencją, natomiast używał masy rozmaitych przekleństw, przytem był cokolwiek głuchym, lecz dobrze się prezentował przy stole ze wstążeczką oficera na piersi.
Na wszystkie większe uroczystości zawsze był zapraszany przez Colombey’ów, gdzie go wielkim szacunkiem otaczano. Nie był także żonatym i pozostawał zawsze skromnie w cieniu, rad w duszy temu, iż należał do tak bogatej i wpływowej rodziny. Robił, co mógł, aby się im przypodobać, z czego najwięcej korzystał Gaston, wciągając stryja w kółko swoich znajomych, na różne zabierał go wycieczki, za co komendant nieraz mu natarł uszów, lecz na końcu zawsze się śmiał, że mały umiał go naciągnąć. W gruncie niezły był człowiek.
I tego wieczora cała rodzina była obecną. Zwykle do Colombey’ów wszyscy śpieszyli na każde ich zawołanie, a pałac przy ulicy Cambon był dla nich punktem zbornym.
O dziesiątej zaczęły się tańce w salonie, w końcu którego znajdowała się jedna z największych oranżerji w Paryżu.
Gaston Durivel nie tańczył. Właśnie starał się przekonać komendanta, aby mu udzielił nowej pożyczki pieniędzy i stał z nim w głębi okna.
— Czy wiesz komendancie — mówił — jutro jest otwarcie nowego...
— Cóż to takiego?
— Bardzo porządnego zakładu.
Od początku wiosny osiemdziesiątego dziewiątego roku, ani jeden dzień nie upłynął bez inaugurowania czegoś nowego. Spodziewano się napływu cudzoziemców, najazdu, przyjaznego wielkiej uroczystości wystawy i wszędzie się przygotowywano na ich przyjęcie.
— Cóż to znowu takiego? — zapytał komendant.
— Moulin-Rouge.
— Jak?
— Moulin-Rouge.
— Nie znam.
— Tem lepiej komendancie, będziemy się wybornie bawić.
Stary wojak schylił się, szepcząc do ucha słów kilka towarzyszowi, na co tenże odpowiedział:
— Ależ tak, najniezawodniej.
Na to komendant zakręcił wąsa z miną zdobywcy. W tejże chwili młody człowiek średniego wzrostu, szczupły i blady, z wysokiem, myślące czołem, rzadkiemi włosami i małemi blond faworytami, zbliżył się do nich, wyciągając rękę.
— Otóż i zakochany! — zawołał Gaston szyderczo.
Powaga nowoprzybyłego dziwnie odbijała od swobodnego układu i ożywionej twarzy Gastona.
Nazywając go poważnym, nie wyrażamy się z całą ścisłością. Obok powagi, było wyryte piętno smutku na obliczu tego dwudziesto kilko letniego
młodzieńca, postarzałego nadmierną praca, wybladłej twarzy pracującego Paryżanina, świadczącej o niejednej spędzonej bezsennie nocy.
Przytem był nieśmiałym i łagodnego charakteru. Oczy niebieskie o zielonym blasku, jasne, błyszczące, przenikliwe i zimne, nos prosty, czoło wysokie. Włosy ciemne, nigdy nie musiały być obfite, rozdzielały się i przystawały do skroni płasko, jak u Napoleona. Usta były zaledwie różowe. Cała siła i moc młodzieńca, podobnego do wybujałego kwiatu w cieplarni, koncentrowało się w spojrzeniu, które jednak rzadko się ożywiało.
Ferdynand Colombey był o wiele uboższym od całej swej tu zebranej rodziny, bogatych paryzkich mieszczan.
Ojciec jego robił złe interesy i stracił majątek, ocalając cząstkę zaledwie. Przytem popełnił błąd nie do darowania w tym pozytywnym świecie. Ożenił się z miłości i bez pieniędzy.
— Szalone, kapitalne głupstwo! — mówił ironicznie Saint-Clair. — Cóż do licha! Trzeba przecież rozumieć, że ożenienie się jest ważną sprawą, w której się zapomnieć nie wolno porządnemu obywatelowi.
Ferdynandowi dostało się zaledwie sześć tysięcy renty po rodzicach, to jest prawie zero, więc też traktowano go bez żadnych szczególnych względów, chociaż był już zastępcą prokuratora i posiadał poważanie u zwierzchników.
Komendant Briard serdecznie uścisnął go za rękę, mówiąc:
— Jak się masz, Ferdynandzie?
Młody człowiek odrzekł z powaga:
— Dosyć dobrze, panie komendancie.
— Roboty macie dosyć zawsze?
— Tak, zawsze.
— Nie brakuje zbrodniarzy i łajdaków! W Paryżu niebezpieczniej jak wśród lasu. W nocy nie dają spokoju włóczęgi, oberwusy, złodzieje i różne inne plugastwo. Wszędzie tego pełno. Podłe nasienia!
— To prawda.
— Wyprawiać tych wyrzutków do Cajenny, miła robota, sacrebleu! Dobra zabawa ich czeka... Raj... wspaniały kraj... Chociaż oni z tego sobie nie nie robią.
— Może masz pan słuszność, — odparł młody człowiek obojętnie.
W tej chwili zwróconą miał uwagę gdzieindziej, patrząc na około siebie, jak gdyby kogoś szukał, lecz widocznie zawód go spotkał, gdyż lekkie niezadowolenie wykrzywiło mu usta.
Nielitościwy Durivel zawołał:
— Nie nudź, komendancie, Ferdynanda swojemi historjami o złoczyńcach. Co oni go mogą obchodzić! Czy myślisz, że cię słucha? W tej chwili jest zajęty czem innem. No, dalej... piękny marzycielu... rozchmurz oblicze!.. Idzie twoja wybrana!
Młody człowiek wzruszył ramionami, uśmiechając się smutnie.
— Niepoprawny! — odparł.
Orkiestra, złożona z kilkunastu muzykantów, umieszczonych na wzniesieniu w końcu salonu, kończyła właśnie walca. Pary tańczących rozchodziły się, tancerze odprowadzali tancerki na swoje miejsca.
Wysoka młoda dziewczyna, o jasnych włosach, wysmukla, szczupła, o ładnej twarzyczce szczerej i sympatycznej, opuściła towarzysza, zobaczywszy Ferdynanda.
— Nareszcie przyszedłeś, Ferdynandzie, — zawołała, podając mu rękę, ubraną w długie jasne rękawiczki. — Co się z tobą dzieje? Zapomniałeś o nas zupełnie!..
I wziąwszy go poufale pod ramię, ukłoniła się komendantowi i jego towarzyszowi, mówiąc:
— Przebaczcie mi, panowie, że go zabieram.
Gaston zrobił pocieszną minę, a obracając się do komendanta, dodał dwuznacznie:
— Ferdynand chciałby też zrobić to samo. Biedak, umiera z miłości, lecz to nie dla niego kąsek.
— Kto to wie!
— Alboż by to radca oddał córkę takiemu, co nie ma nabitego worka?
— Ale Ferdynand ma przed sobą przyszłość.
— Przyszłość jakiego prokuratora w Evreux lub Rombouillet, z siedmioma tysiącami pensji zaledwie... To za mało! Kuzynek Maurycy umie liczyć...
— Trochę zanadto! — przyznał komendant.
Gaston spojrzał mu w oczy.
— A przytem jest jeszcze coś innego, dzielny druhu, — dodał tajemniczym tonem.
— Cóż to takiego? — zapytał komendant.
— Ukryte niebezpieczeństwo.
— Jakie?
— Maleńka intryga na horyzoncie.
— Powiedz jaka!
— I to nie mała.
— Gdzie?
— Czy niemasz oczu komendancie?
— Ależ...
— Nic nie zauważyłeś?
— Nic a nic!
— Za to ja komendancie mam zawsze dobre oczy i dobry nos, brakuje mi tylko pełnej kieszeni od czasu do czasu.
— Więc?
— Otóż pewnego, wieczoru w Chesnay wszystko zrozumiałem.
— W Chesnay! Cóż to być może — zapytał zdumiony komendant. — Nic nie pojmuję.
— Wierzaj mi.
— Wytłumaczże cokolwiek.
— Zgoda. Najpierw zaczynam od miejscowości. Na tem się znasz komendancie?
— Kiedyś tak, dziś już jestem trochę za ciężki.
— Trochę za skromnie o sobie trzymasz. Zatem wiesz zapewne, że Chesnay...
— Jest ładną miejscowością.
— Mającą około dwudziestu prętów obszaru.
— Wspaniałą, do tysiąca fur beczek!
— Z prześlicznym parkiem, za którym przepada kuzyn Maurycy.
— I mnie się on podoba.
— To jego mały Wersal, jak sam nazywa.
— No, dalej marudo!
— Cóż się mam spieszyć. Co za ciekawość. Chesnay ma miłe sąsiedztwa.
— Naturalnie.
— Najbliższym sąsiadem jest jakiś cudzoziemiec.
— Amerykanin.
— Który nabył mały Chesnay przed kilkoma miesiącami na jesieni.
— Wiem!
— Czy widziałeś go, komendancie?
— Kogo? Właściciela?
— Tak.
— Bezwątpienia śliczny chłopak i dobrze wychowany.
— I do tego bogaty podobno.
— Może być — odpowiedział obojętnie komendant.
Gaston głos zniżył.
— A więc kochany panie, nadstaw no ucho, ale to, co pozostało dobre.
— No, gadaj.
— Oto co się stało.
— Kiedy?
— Zaledwie dziesięć dni temu, przecudnego wieczoru wiosennego. Powietrze było upajające rozkoszną wonią kwiatów...
— Zaczynajże już.
— Nasza kochana kuzyneczka, milutka Blanka, dziedziczka miljonów wujaszka Maurycego i starego bałamuta bankiera Saint-Clair, niewiniątko, co z tak naiwną minką uprowadziło zakochanego prawnika, ta panienka w białej sukience i skromnej mince, co ci się z takim wdziękiem ukłoniła komendancie, słowem, nasza kochana jedyna Blanka, zbiegła nam pewnego wieczora.
— W Chesnay?
— Tak, podczas obiadu, kiedy zebrani goście kończyli boską ucztę, jaką od czasu do czasu wydaje kuzyn Maurycy jako głowa domu „Colombey, Durivel, Briard i S-ka“. Czy pan komendant tego nie zauważył? No to już chyba się stało za sprawą dobrego wina.
— O niczem nie wiem! Cóż dalej?
— Czy to pana interesuje, komendancie?
— Prędzej.
— Jestem posłuszny! Uszedłszy bacznej uwagi matki, Blanka pobiegła do parku, okrytego już cieniami nocy. A ponieważ nic nie może ujść przed mojem okiem i dawno już przeczuwałem, co się święci, natychmiast zauważyłem też, co się stało. Ukryty za olbrzymiemi drzewami, przesuwając się po za niemi, szedłem krok w krok za uciekającą, nie tracąc jej ani na chwilę z oka. Zresztą stało się to z powodu jej własnej nieostrożności. Zamiast się okryć jakim ciemnym płaszczem, pobiegła w jasnej sukni, która ją zdradzić musiała.
Komendant zrobił, ruch oznaczający zniecierpliwienie i zaklął siarczyście.
— Czy mam sądzić, iż to opowiadanie, pełne poezji, nie zajmuje pana? — zapytał spokojnie Gaston.
— Nieznośny jesteś!
— Zaraz kończę. Przyszedłszy do tego miejsca, gdzie się mur kończy i rozdziela sąsiednią posiadłość z parkiem, Blanka zatrzymała się.
— Dla czego?
— Poczekaj pan. Mur ten jest cały pokryty masą bluszczu i różnych pnących roślin. Byłem zaledwie o dwadzieścia kroków od niej, jak wąż zbliżając się pomiędzy krzewy i unikając najmniejszego szmeru. Wtedy to zobaczyłem.
— Chciałbym, żebyś raz powiedział, co takiego.
— Z pomiędzy zielonych zwojów bluszczu wychyliła się głowa, lecz co za głowa komendancie, o czemuż to ona nie jest na moim karku. Z nią miałbym wszystkie uciechy życia, zdobył bogatą dziedziczkę, z nią poznałbym wszelkie rozkosze! Proszę, wyobraź sobie komendancie najpiękniejszą męzką głowę o kruczych włosach, wysokiem czole, nosie greckiego rysunku, ślicznym jedwabnym wąsiku, bladej matowej cerze, ślicznych białych zębach, świecących w ciemnościach, słowem młodą, dumną twarz męzką!
— Kończ! — zawołał komendant.
— Znamy się na tem.
— A ha, nareszcie cię to poruszyło... Chciałbyś wiedzieć koniec?
— Nie zmyślaj tylko!
Gaston podniósł rękę do góry na znak przysięgi.
— Mówię najszczerszą prawdę, komendancie. Przysięgam na głowę ciotki Sydonji.
— Blagujesz!
— Na prochy mojej matki!
— Czy będziesz cicho!
— Już dłużej nie będę narażał twojej cierpliwości i opowiem króciutki dyalog, który miał mnie oświecić..
— Pani? — zawołał młody człowiek z za muru!
— Wiem o tem, że źle robię, lecz pański list mnie wzruszył...
— Wzruszył! Dlaczego? Zachwycającą pani jesteś, a czy to jest zbrodnią, że o tem pani mówię?
— To ja ją popełniam słuchając pana.
— Nie wierz temu pani! A cóż to ja chcę takiego? Okazać ci pani szacunek tak wielki, jak moja miłość!
I nagle z powodu tego, że zapewne mu było wygodniej, zaczął szwargotać po angielsku.
Blanka zna ten djabelski język jak apostołka armji zbawienia. Nigdy bardziej nie żałowałem mojego lenistwa do nauki.
— Nie rozumiałem ani słówka z rozmowy, lecz mogą ci ręczyć, komendancie, iż sądząc po ich twarzach i wzroku pełnym ognia tak, ognia daję słowo, mówili o miłości i to o miłości już tryumfującej. Blanka zdawała się być w ekstazie, upojona jak biedne ptaszę wzrokiem węża, który go chce pożrzeć. Byłem ciekawy, jak się to skończy, kiedy znów zaczęli mówić po francuzku.
Blanka powiedziała swojemu sąsiadowi, który rzeczywiście śmiesznie wyglądał na swojem stanowisku, jeżeli zresztą można być śmiesznym z jego głową:
— Do zobaczenia się wkrótce!
Słowa były zwykłe, lecz trzeba było słyszeć głos, ile w nim było uczucia!
— I tak się rozstali? — zapytał komendant Briare, pogrążony w głębokiej zadumie.
— Tak, rozstali — potwierdził Gaston Durivel — ale przedtem uścisnęli sobie ręce, obyczajem angielskim, bardzo gorąco, a mała jeszcze dodała: „Tylko proszę, nie zapomnij pan o balu”.
— O jakim balu? — zapytał zamyślony oficer.
— No, nie potrzeba na to być mędrcem, aby odgadnąć, iż szło o dzisiejszą zabawę.
— A więc zaprosili sąsiada?
— Myślę nawet, że kuzyn Maurycy wydał ucztę na jego intencję — ciągnął Gaston.
— Czy wiesz, kto jest ten cudzoziemiec, Gastonie?
— Słowo daje, że nie wiem, ale prowadzi dom okazale, ma pałac w Paryżu.
— Wiem.
— Willę w Chesnay. Zapytajmy się o to ciotki Sydonji.
Sydonja Durivel, pani naczelnikowa, zbliżała się właśnie ku nim.
Była to mała, szczupła osóbka, około lat sześćdziesięciu, bardzo pretensjonalnie wystrojona, o lisiej twarzy, gotowej zawsze do układnego uśmiechu, ślizgająca się pomiędzy zebranymi jak żmijka, której nastąpiono na ogon.
Poznać można było po wyniosłej minie i szyderczo-dumnym uśmiechu jej wazkich zaciśniętych ust, że całe towarzystwo traktowała z góry, uważając się sama za wykolejoną ze swej sfery. Tylko zaledwie komendanta i radcę wyróżniała z całej rodziny.
— Powiedzno, kuzynko, — zapytał oficer, zwracając się do niej czy znasz cudzoziemca z Chesnay?
— Co za cudzoziemca? — zapytała zdziwiona, a potem nagle dodała:
— Ach! tego młodego Amerykanina, który mieszka obok Colombey’ów?
— Tak.
— Naturalnie, że go widziałam. Bardzo przyzwoity młody chłopiec, mieszka ze starym nauczycielem, który się nie pokazuje nigdy, zatopiony w książkach. Rodziców nie ma. Jest bogaty, podobno miljoner.
— No, łatwo mówić temu, który przyjechał Bóg wie zkąd — szepnął Gaston.
— Zdaje mi się, że z Nowego Orleanu.
— Tak sądzisz? Zatem nie jesteś jeszcze tego pewną, kuzynko?
Ciotka Sydonja pobożnie złożyła ręce.
— No, chyba trudnoby mi było podróżować tak daleko, ale wuj ma dobry węch i nie kupi kota w worku. A kiedy przyjmuje tego młodego człowieka, musi wiedzieć, co on za jeden. On już chyba wie, co ma robić.
I utkwiwszy swoje złośliwe oczki w Gastona, powtórzyła:
— Choćby się to miało komu nie podobać, nie cofam zdania. Bardzo ujmujący jest ten cudzoziemiec, dowcipny, wykształcony, elegancki, grzeczny, uprzedzający.
— Słowem, posiada wszystkie cnoty, — dodaj kuzynko.
— Tak, wszystkie cnoty i wszystkie środki, aby się mógł podobać i, daj Boże, aby można powiedzieć to samo o niejednym z moich znajomych paryżan.
— Masz — odparł komendant, podczas kiedy niepoprawny Gaston odpowiedział:
— Nie żenuj się, kochana ciociu... Ślicznie dziękuję!
Ciotka Sydonja zdawała się nie rozumieć, o co chodzi. Odwróciła się ku drzwiom.
— Otóż właśnie nadchodzi i sami będziecie go mogli osądzić.
— Mówią o wilku, a wilk tu — trzepał dalej Gaston.
Służący zameldował:
— Pan Jan Rodriguez.
Blanka Colombey wyszła, uprowadzając za sobą swego kuzyna Ferdynanda.
Przechodząc około kominka, przy którym stał właśnie pan Colombey, mogła była zauważyć, iż ojciec nie był w dobrym humorze. Młody człowiek ukłonił mu się grzecznie, otrzymując wzamian nader protekcjonalne i zimne skinienie głową, bez cienia życzliwości.
Zachowanie się pana Colombey z młodym kuzynem nie uszło powszechnej uwagi, tak, że nawet gospodyni domu, pomimo zajęcia gośćmi, natychmiast to spostrzegła i ze zdumieniem zapytała męża, wskazując na oddalającą się parę:
— Drogi Maurycy, dlaczego jesteś tak niegrzeczny dla tego biednego chłopca?
— Ja?... Wcale nie.
— Jest to człowiek prawego charakteru, uczciwy i zacnego serca... trochę tylko nieśmiały...
— Tak sądzisz?
— Delikatnych uczuć i jestem pewna, że mu sprawia przykrość twoja obojętność.
Maurycy odpowiedział swoim cierpkim, do żywego przejmującym tonem.
— Wcale nie jestem obojętnym dla Ferdynanda i daleki jestem, aby mu zaprzeczać jego cnót... Tylko...
Spojrzał na żonę znacząco i zatrzymał się.
— Cóż takiego masz mu do zarzucenia? — zapytała.
— Rozumiesz mnie doskonale.
— Nie! Przysięgam ci!
— A jeżeli mam postawić kropkę nad i, to widzisz, nie chcę mu dać naszej córki.
Pani Colombey zrobiła kwaśną minę.
— Żebyś czasami gorzej nie trafił, — dodała bez ogródki.
— Z tem się nie zgadzam.
— Ferdynand ma przyszłość przed sobą...
— Nie przeczę.
— Dobry chłopak, złote serce.
— Zgoda.
— Dobrze wychowany...
— Może masz rację...
— Blanka, jestem pewną, byłaby z nim szczęśliwą.
— Zmusisz mnie do tego, żebym unikał najlżejszej sposobności, aby się widywali.
— Jednakże nie można wyrzucać z domu tak blizkiego członka rodziny, jak Ferdynand, dla tego, że mamy dorosłą córkę, której mógłby się podobać.
I pani Colombey dodała z nadzwyczajną żywością:
— Zresztą, mój drogi, nie wiem dla czego zajmujemy się rzeczą, o której żadne z nich nie myśli!
— Przepraszam cię, moja duszko, o pannie, która ma miljon gotówki posagu, myślą zawsze.
— Chyba dwa miljony, chcesz powiedzieć, — poprawiła matka, — bo ojciec mój daje drugi.
— Czy ci kiedy o tem mówił? — zawołał żywo radca.
— Przed chwilą.
— Ależ to znakomicie!
— To też przyznasz mi, kochany Maurycy, że dziewczyna z takim posagiem może sobie wybrać męża, jakiego zechce.
— Nie jestem tego zdania i zrobisz mi przyjemność, jeżeli pomyślisz o tem, co ci mówiłem.
— Biedny Ferdynand! — szepnęła pani Colombey.
Lecz biedaczka nie miała zwyczaju opierać się swemu tyranowi.
— Jeżeli tego wymagasz — odparła.
Tajemnice swej władzy pan Colombey ukrywał starannie, to też natychmiast stał się bardzo uległym.
— Chyba wiesz o tem, kochana Matyldo, że nigdy niczego nie wymagam, ani nakazuję, — powiedział. — Tylko sądzę rzeczy zdrowo. Na loterji, co się małżeństwem nazywa, można przegrać lub wygrać tak samo z panną ubogą, jak i bogatą, czego my jesteśmy najlepszym dowodem, gdyż zaślubiłem cię bogatą, a jestem szczęśliwy.
Uśmiechnęła się. Może nie była przekonaną, lecz wytrącono jej broń z ręki.
— Rób, jak chcesz, — odrzekła ze zwykłą uległością, — zresztą, tylko pragnę szczęścia Blanki.
I oddaliła się szybko, idąc na spotkanie jakiejś poważnej damy, która właśnie wchodziła.
Była to markiza de Saint-Béran, krewna i przyjaciółka admirała de Vitray.
Markiza była już w bardzo podeszłym wieku, lecz zachowała jeszcze zdrowie i umysł czerstwe. Nogi jej też dopisywały i chodzić mogła bardzo dobrze.
Jej silna budowa oparła się wiekowi, a chociaż twarz jej była pomarszczona, umysł i serce pozostały młode i gorące, zawsze spieszące na przysługi bliźnim.
Bogata osiemdziesięcioletniem doświadczeniem, dla wszystkich pełna była łaskawości i pobłażania. Pragnęła szczerze, aby ci, co ją otaczali, a lubiła młodych na około siebie, zawsze byli bez troski i smutku.
Pani Colombey podała jej ramię i podeszła ku mężowi, który podsunął jej wygodny fotel, z szacunkiem ścisnąwszy jej ręce.
Usadowiwszy się wygodnie, z nogami na poduszce, z lornetką przy oczach, ucieszona widokiem bawiącej się młodzieży przy dźwiękach doskonałej orkiestry, odezwała się:
— Wielką wam przynoszę nowinę.
— Nowinę? — zapytał radca.
— Nawet dwie.
— Prosimy najpierw o jedną.
— Czy nic nie wiecie o panu de Vitray?
— Nic, zupełnie.
— Czy nie pisał do was?
— Nic, od roku.
— A to potworny człowiek! — wykrzyknęła markiza.
— Potworny, to trochę za ostro, — odważył się dorzucić Colombey.
— Zaniedbywać do tego stopnia swych najlepszych przyjaciół! A do tego, gdyby tylko przyjaciół...
Nagle przerywając — dodała:
— Lecz nie widzę pańskiej córki?
— Blanki?!
— Gdzież ona jest?
— Musi znajdować się gdzieś na stronie, może w oranżerji... flirtuje sobie...
— Należy jej się to z prawa, kochany radco.
— A nowina, markizo?
— Pierwsza. Widziałam wielkiego jałmużnika marynarki. Przypadkiem szedł pieszo na Polach Elizyjskich, rozmawiając ze znajomymi, jak zwykły śmiertelnik... Właśnie wtedy przejeżdżałam... Dał mi znak. Zatrzymałam powóz... I on to mi powiedział: Pani przyjaciel, admirał de Vitray powraca... Czy być może? Sądzę, że już jest w Tulonie od czterdziestu ośmiu godzin. To cud, że on powraca!
W ten sposób porozmawiałam z nim trochę i dowiedziałam się pierwszej nowiny, co chyba nie można inaczej nazywać, zważywszy, że de Vitray, od czterech lat nie był wcale w Paryżu.
— Pewnie też długo nie zostanie?
— Tego nie wiem lepiej od pana. Lecz jeżeli zastosuje się do dawnego zwyczaju to zapewne długo popasać nie będzie. To wędrowny ptak... Biedna ta jego żona. Kiedy się z nią żenił, kto mógł przewidzieć przyszłość!
Radca przygryzł usta, nic nie mówiąc, lecz można było wyczytać z jego twarzy iż coś mógł o tem powiedzieć.
— Ah! gdybyś to pan zechciał nam objaśnić? — rzekła markiza.
— Więc co?
— Możebyśmy się dowiedzieli tajemnej przyczyny jego wycieczek... tego dziwnego rozłączenia... bo przecież tego nie można nazywać inaczej...
— Nie wiem nic, szanowna pani, a przytem gdybym nawet i wiedział cośkolwiek...
— No, rozumiem... tajemnica twego powołania.
— Cóż robić!
Markiza westchnęła.
— Bardzo mi żal tej młodej kobiety.
— Przecież ona jest pani przyjaciółką... zatem powinna była coś wytłumaczyć...
— Nigdy nic... ale to nic!...
— To bardzo zadziwiające.
— O tej całej historji, wcale ust nie otwiera, wszystko, co wiem w tej sprawie, to to, że cierpi bardzo, lecz co do przyczyny... nieznam jej!
— A teraz druga nowina, markizo?
— To prawda. A ta jest, że chciałam wam przyprowadzić panią de Vitray.
— Doskonała myśl!
— Z początku się opierała... Domyślacie się, dla czego... Żyje zupełnie zdala od świata... W końcu, zdecydowała się...
— Zatem przyjdzie?
— Pewnie za chwilę, jak tylko zrobi tualetę. Przyjechałam tu od niej.
— Dokazałaś pani cudu... Czy też wie, że mąż jest w Tulonie?
— Nie sądzę. Nic mi o tem nie mówiła.
— Szczególne małżeństwo!
— Oj to prawda! — odparła stara markiza.
Cudzoziemiec, tak pochlebnie opisywany przez ciotkę Sydonję, zbliżył się właśnie do nich, a zwracając się do radcy:
— Śmiem pana prosić, o zaszczyt przedstawienia mnie pani Saint-Béran, — odezwał się.
Prośba powiedziana była śmiało, lecz zarazem z wielką znajomością świata. Maurycy pośpieszył ją wypełnić.
— Pozwoli pani przedstawić sobie pana Jana Rodriguez, sąsiada naszego ze wsi — powiedział do markizy.
— Czy w Chesnay?
— Tak, pani markizo, — odparł młody człowiek.
— Piękna miejscowość. Czy posiadasz pan dom własny?
— Tak, pani.
— Od dawna?
— Od kilku miesięcy...
— Zapewne od kiedy pan przybyłeś do Francji.
— Prawie, pani markizo.
Cudzoziemiec wyrażał się bardzo poprawnie, z maleńkim akcentem, zdradzającym pochodzenie.
— Czy pan jesteś amerykaninem? — zapytała pani Saint-Béran.
— Tak pani.
— Ameryka jest wielką. Czy z południa, czy północy?
— Z Nowego Orleanu. Rodzice moi pochodzili z Hiszpanji.
— Masz pan jeszcze rodziców?
— Nie, pani! Jestem sam na świecie.
— Tak młody?
— Mam dwadzieścia siedem lat, pani markizo. Jest ze mną mój dawny nauczyciel, z którym się nie rozstałem na chwilę. Zacny człowiek. Odkąd zasięgnąć mogę pamięcią zawsze był przy mnie.
Jan Rodriguez skłonił się dodając:
— Będę miał honor, złożyć pani moje uszanowanie, markizo.
Jak tylko zostali sami z radcą, pani de Saint-Béran odezwała się:
— To dziwne, zwykle nie lubię cudzoziemców, a ten robi na mnie wyjątkowo sympatyczne wrażenie.
— Czy nie prawda? — zawołał Colombey.
— Ma coś w sobie, co mimowoli zniewala zaraz na pierwszy rzut oka. Co za wspaniałe oczy i głos wzruszający... słowo daję żałuję, że nie mam lat dwudziestu!
— Cóżby to było, markizo?
— Trzymałabym się na ostrożności. Najrozkoszniejszem miejscem do tajemnych zwierzeń jest bezwątpienia pyszna cieplarnia, zapełniona mnóstwem drzew zwrotnikowych o szerokich liściach i pachnących kwiatach, pod któremi tak łatwo skryć się lub choć zasłonić się można.
Blanka weszła tam z Ferdynandem i oboje usiedli na misternej kanapce z trzciny złoconej osłonięci olbrzymiemi paprociami.
— Musisz być szczerym Ferdynandzie — odezwała się do niego, młoda dziewczyna i powiedzieć — co masz przeciwko nam, mój przyjacielu.
— Mylisz się!
— Przecież cię teraz zupełnie ni widuję... nie przychodzisz do nas... a przed sześciu miesiącami byłeś codziennym naszym gościem.
— Zaręczam ci...
— No, ze mną powinieneś być szczerym... Wychowaliśmy się razem... Jesteśmy spokrewnieni!.. Nosimy to samo nazwisko... a zresztą wiesz, że mam dla ciebie uczucie siostrzane.
Ferdynand zbladł więcej jeszcze. Młoda dziewczyna zaczęła wzruszona:
— Jestem młoda... i znam mało życie. Powinieneś być szczęśliwy... Wszystko ci się udaje, a karjera twoja może być z czasem świetna, bo najtrudniejszy początek zwalczony. Cóż ci zatem brakuje?
— Ależ nie.
— Widocznie, że nie jesteś szczęśliwy, bobyś całkiem inaczej wyglądał. Zmieniłeś się bardzo.
— Tak myślisz?
— Znajduję cię smutnym... Powiedz, co ci dolega?
— Nic mi nie jest.
— Dla czego mnie chcesz zwodzić?
Wzięła go za rękę i ściskając w swojej dłoni, mówiła błagalnie:
— Może ty kogo kochasz?
— Ja?...
— Bezwątpienia. Dlaczegóżby nie? Jaką piękną panienkę... blondynkę czy brunetkę? Musi być chyba bardzo szczęśliwa dla tysiąca powodów, dumna z ciebie.
Młody człowiek się podniósł, wziął kuzynkę pod ramię i postąpił kilka kroków.
— Dowiedz się kochana Blanko, — rzekł wzruszonym głosem, — że całe życie będę kochał tylko jedną kobietę i ta nigdy o tem wiedzieć nie będzie.
— Musisz chyba być strasznie nie śmiały, — odparła młoda dziewczyna rumieniąc się.
— Nasze stosunki są takie, że nie mam nadziei być przyjętym...
— Ty?
— Ja!
— Dla czego tak sądzisz?
— Bardzo wiele powodów mam do tego.
— Czy masz tak wygórowane pragnienie? — dodała żartobliwie.
— Może, bo mi tak dano do zrozumienia.
— Nic nie pojmuję — odparła. — Nazywasz się Colombey, pochodzisz z uczciwej rodziny, zasłużyłeś się już w swoim zawodzie, cóż chcesz więcej?
— Ona jest bogatą, a ja ubogim.
— Cóż to szkodzi?
— Dla ciebie zapewne nic, — dodał z gorzkim uśmiechem. — Masz na to za wyniosłą duszę. Lecz są tacy, co o tem inaczej sądzą.
Młoda dziewczyna oparła się mocniej na ramieniu kuzyna. W głębi duszy miała dla niego wiele przyjaźni i poważania.
— Nie chcę, żebyś był taki smutny Ferdynandzie, — powiedziała. Musisz mi powierzyć swoją tajemnicę i jeżeli będę mogła coś temu zaradzić... A może ta młoda panienka jest moją przyjaciółką?
Prześlicznie wyglądała oparta na jego ramieniu poufale jak siostra do brata szczebiocząc, kiedy nagle wyprostowała się i postąpiła krok naprzód wpatrując się w otwarte drzwi salonu, o które oparty stał młody człowiek, patrzący na nich. Był to młody cudzoziemiec.
Ferdynand doznał uczucia prawie gniewu, na jego widok. Widział kilka
razy w Chesnay tego człowieka i za każdym razem, kiedy wchodził, rumieniec na twarzy Blanki zdradzał jej tajemnice. Tam był nieprzyjaciel.
Młoda dziewczyna odwróciła się, przesyłając kuzynowi przyjacielskie skinienie główką i zniknęła ze swym tancerzem.
Ferdynand widział ich mięszających się z tłumem tańczących przy dźwiękach orkiestry, która właśnie zaczynała znany walc de Métra „Czarowny”.
W tej samej chwili młoda kobieta, albo lepiej kobieta młoda jeszcze, przechodziła przez salony, prowadzona pod ramię przez gospodarza, kierując się w stronę, gdzie siedziała markiza. Mogła mieć około trzydziestu siedmiu, lub trzydziestu ośmiu lat, w każdym razie zbliżała się do tego fatalnego momentu czterdziestki, tak niebezpiecznego do przebycia dla kobiet, lecz olśniewająca młodość wyryta na jej twarzy, prześliczne wysmukłe kształty, delikatność płci, bez jednej zmarszczki, której oślepiająca białość podniesioną jeszcze była ciemnym kolorem sukni, pozwalały najwyżej domyślać się trzydziestu, czyli wieku tego, kiedy piękność kobiety dochodzi najwyższego szczytu wspaniałego rozwoju i potęgi.
Pani de Saint-Béran uściskała nowoprzybyłą po macierzyńsku, wzięła jej ręce w swoje pomarszczone dłonie i odsunąwszy ją trochę zdala od siebie, z zachwytem patrzyła na jej śliczną twarz.
— Piękna jesteś jak słońce, lecz smutna jak noc!
Była to hrabina Helena de Vitray, która odpowiedziała markizie westchnieniem.
Młody Durivel, który ich z daleka obserwował, szepnął do komendanta Briard’a:
— A co! patrz no w tamta stronę, komendancie, czy nie byłbyś szczęśliwy spotkać jutro w Moulin-Rouge podobną piękność? I pomyśleć, że ten osioł marynarz buja sobie po morzach dalekich.
Komendant położył palec na ustach.
— Tajemnica, — szepnął.
— I ja tak sądzę, lecz jestem ciekawy, jaka?
— Otóż to!
I komendant dorzucił z pewnego rodzaju oburzeniem:
— Co też za rzeczy dzieją się w tym Paryżu!
Stara markiza odezwała się do radcy:
— A co, czy wam nie powiedziałam, że przyjdzie. Podziękuj mi pan za to. To ozdoba waszych salonów!
I zwróciwszy się do swej dawnej lektorki, prędko zapytała:
— Czy nigdy nie przestaniesz nosić żałoby, droga moja?
Pani de Vitray pochyliła głowę.
— Nigdy, pani, — odparła.
— Czyś ślub uczyniła?
— Rzeczywiście.
— Przez kokieterję chyba?
— Wcale nie.
Markiza spojrzała na radcę. Miał on zrozumieć, aby ich pozostawić same.
Dwie kobiety pozostały zatem i, pomimo gwaru zabawy, tak były swobodne, jak gdyby znajdowały się wśród lasu.
— Siadaj koło mnie, droga Heleno, odezwała się pani de Saint-Béran, — chciałam z tobą pomówić i jeżeli będziesz ze mną otwartą, dowiesz się odemnie czegoś, co cię bardzo obchodzi.
Helena posłuszna usiadła, lecz na o statnie słowa markizy gorzki uśmiech osiadł jej na ustach.
Cóż jest takiego coby ją obchodzić mogło? Jedna jedyna myśl zaprzątała jej umysł i serce bezustannie, ciemna i bolesna dla jej matczynego serca, a tej pani de Saint-Béran nie wiedziała. Wszystko inne było dla niej obojętne.
Ubraną była w czarną jedwabną suknię, przybraną w cienką wełnę, arcydzieło dobrego smaku.
— Czy zawsze robisz suknię u Laury? — zapytała markiza.
— Tak.
— Prawdziwa z niej artystka, to prawda, ale i model nadaje się do dzieła.
I, dotykając palcami, zaczęła wyliczać skarby, których domyślała się pod lekką zasłoną.
— Taki piękny biust i ramiona!.. Dla czego je chować uparcie, i nie wyciąć sukni trochę więcej. A co za włosy! Nie, doprawdy, nie wyglądasz na lat trzydzieści...
— A jednak mam prawie czterdzieści!
— Jeszcze daleko.
Stara dama zaczęła liczyć na palcach.
— Za ośmnaście miesięcy. Jak ten czas leci. Wielki Boże!
I po chwili odezwała się:
— Czy twój mąż nie pisał do ciebie?
— Nie, pani.
— Co za człowiek! I pomyśleć, że to ja sama tak bardzo cię namawiałam do tego małżeństwa, inaczej, pewnoby wasz związek nie przyszedł do skutku. Biedna cnota! Jak dawno masz ostatnie o nim wiadomości?
— Od lutego.
— Gdzie był wtedy?
W Saigon, lecz w przejeździe tylko.
— I nie pisał kiedy powróci?
— Nie, nie mówił nawet czy to nastąpi kiedy.
Markiza przygryzła wargi.
— Nie wiem co zaszło pomiędzy wami, moja piękna, lecz musi to być coś okropnego, skoro nastąpił taki rozdział. Ileż razy widziałaś go przez te lat dwadzieścia?
— Alboż to można nazwać widzeniem.
Gruba łza zawisła na jedwabnych rzęsach hrabiny. Markiza posiadała małe, oczki, bardziej przenikliwe nawet od Gastona, więc też ujrzawszy łzy, zawołała z żywością:
— Jedno i drugie jesteście nieznośni z waszą tajemnicą i ukrywaniem się z tem, co was boli. Oddawna miałam już to na sercu, aby się z tobą rozmówić i zawsze moje światowe obowiązki zabierały mi czas na to potrzebny, lecz dosyć mam tej zagadki. Co to za mąż, siedzący ciągle na statku?! Mów co chcesz, lecz to nie upodobanie do podróży sprowadza podobne ostateczności! Przecież ten człowiek cię uwielbiał! Najlepiej ja mogą o tem wiedzieć, gdyż mnie najwięcej męczył i błagał, abyś za niego wyszła, a prawdę mówiąc, miał o co się dobijać! Taka szalona namiętność i rozdział! Taka młoda, śliczna kobieta w wiecznej żałobie, gdyby wdowa, stroniąca od świata, od wszelkich hołdów, czy to naturalne? Nie, przyznajesz sama?
I spojrzawszy prosto w oczy swej dawnej lektorce, szybko zawołała:
— Obiecałam ci powiedzieć coś ciekawego. Masz zatem, admirał przyjeżdża.
— Co pani mówi? — zapytała Helena.
Staruszka powtórzyła spokojnie.
— Mówię, iż admirał przyjeżdża.
— Kiedy?
— Jutro lub dziś nawet.
— Zkąd pani wie o tem?
— Z dobrego źródła.
— Ale przecież?...
— Z ust samego ministra.
— I... długo pozostanie?
— Tego nie wiem.
Helena zmarszczyła brwi. Ta niespodziewana wiadomość nie sprawiła jej żadnej przyjemności, to było widocznem, przeciwnie, była nawet niezadowoloną, jak gdyby się bała, i to zakłóci jej spokój w którym była pogrążoną.
Pani de Saint-Béran patrzyła na nią ze zdumieniem.
— Czyżby go nienawidziła? — myślała w duszy.
Młoda kobieta, tak piękna jak admirałowa de Vitray, nie mogła być w salonie niespostrzeżona. Jej rozmowa z markizą co chwila była przerywaną w ten sposób:
— Czy pani hrabina będzie łaskawą przetańczyć ze mną walca? Lub: proszę panią do polki.
Helena odpowiadała ciągle to samo:
— Bardzo żałuję. Nie mogę. Nigdy nie tańczę.
Nawet cudzoziemiec Jan Rodriguez, powtórzył kilka razy swoją proźbę o przetańczenie z nim walca lecz tak samo został oddalony.
Nie można było zaprzeczyć wdzięku i przyjemnego wrażenia jakie robił swoją osobą. Rzeczywiście, magnetycznie pociągał ku sobie oczy wszystkich, wzbudzał sympatję za pierwszem spojrzeniem i z pewnością nie jedno serduszko kobiece goręcej biło dla niego, nie licząc już młodej sąsiadki z Chesnay. Najwięcej uderzał w jego twarzy wyraz pewności siebie i spokoju.
Po mazurze odprowadził Blanką na miejsce, niedaleko markizy.
Właśnie w tej chwili i Michał Saint-Clair zbliżył się do starej damy.
— Co za piękna para — odezwała się do niego, wskazując młodych ludzi.
Gruby bankier zrobił niezadowoloną minę.
— Ładny chłopiec, to pewna, tylko nie mamy pewności, co to za jeden i zkąd przybywa.
— Dla czego?
— A czyż to można kiedy wiedzieć, zkąd na pewno przychodzą do nas tego rodzaju egzotyczne towary?
— Przecież zięć pański jest dobrze poinformowany.
— Mój zięć jest to człowiek arcypoważny i arcysurowy, zatem musiał te rzecz doskonale wybadać, w tem można polegać na nim.
— Nieprawdaż?
— Bezwątpienia, ale ja żadnemu emigrantowi niedowierzam.
Jednakże bankier nie był tą myślą wcale zaniepokojony, gdyż był w doskonałym humorze. Na jego szczerej twarzy jasno malowała się rozkosz życia, zadowolenie z tej przedłużonej młodości co się przeciągła dobrze po za lat sześćdziesiąt i nie zdawała się jeszcze być wyczerpaną, oraz otwartość i szlachetność, rzadka w finansowym świecie.
— Zostawmy sobie mojego zięcia i jego sprawy w spokoju — zawołał wesoło. Da on sobie sam radę, jak mało kto i nie potrzebuje niczyjej pomocy. Ja pierwszybym jej nie dał zresztą.
Uścisnął po przyjacielsku ręce pani de Vitray.
— Jeszcze pani zachowuje wdowieństwo? — zapytał ją z litością.
Schyliła głowę w milczeniu. Bankier oddalił się, gderząc.
— Biedna kobieta! To zbrodnia, że się tak marnuje!
I pomyślawszy o admirale, dodał:
— Co za dziwak!
Pani Saint-Béran podniosła się. Uciekając przed natłokiem tańczących, pociągnęła za sobą hrabinę do oranżerji, gdzie obiedwie usiadły w cieniu rozłożystej palmy, około marmurowej fontanny, mile orzeźwiającej powietrze i markiza zaczęła napowrót przerwaną rozmowę.
— Zdaje mi się, że o mojej przyjaźni wątpić nie możesz zaczęła.
— Jestem zanadto o niej przekonaną.
— Zatem proszę cię, moje dziecko, abyś mi wierzyła, iż to, o co cię chce zapytać, nie wypływa z ciekawości, lecz ma posłużyć dla twojego dobra.
— A to na co?
— Wiem, że cierpisz!
— To prawda!
— I to okropnie!
— Wyznaję.
Staruszka pochwyciła rękę swej towarzyszki.
— Spójrz na mnie — mówiła dalej. — Ile też czasu myślisz, że jeszcze żyć mogę?
— Ależ...
— No, najwyżej rok lub dwa zapewne, to wszystko czego się spodziewać mogę.
— Co pani mówi?
— Wierzaj mi, znam się na tem, a zresztą czuję, że się coraz bardziej starzeję. Otóż chcę ci zrobić pewne zwierzenie przed tem nim usłyszę twoje.
— Cóż to takiego?
— A to widzisz, kochanko, przykro mi jest wynieść się na inny świat, nie zbadawszy przedtem pewnej tajemnicy.
— Czy tajemnicy mojego życia?
— Zgadłaś. Powiesz, że to ciekawość mną powoduje, może być, rzeczywiście mam te wadę. W moim wieku tyle rzeczy się nasłuchałam, widziałam tak wiele dramatów wzruszających, których niktby się nie domyślił, ukrytych pomiędzy najlepszemi rodzinami i musisz przyznać, że w tym wypadku, gdzie chodzi o ciebie i admirała, nietylko prosta ciekawość gra tu rolę, ale raczej moja przyjaźń dla was. Musiało zajść coś strasznego pomiędzy wami.
Markiza przerwała, zobaczywszy, iż młoda kobieta drgnęła i zacisnęła usta, jak gdyby chciała stłumić okrzyk bólu na to nagłe przypomnienie przeszłości!
— Błagam panią, nie pytaj mnie o to — szepnęła.
— Opowiesz mi sama, jeżeli uznasz za stosowne — odparła z tkliwością markiza. — Gdybym cię widziała wesołą i śmiejącą choć czasem, nie nalegałabym; lecz twoje usta nie znają co to uśmiech serdeczny.
— Niestety!
— Oczy twe są zawsze łez pełne, a pierś podnosi się łkaniem. Cóż więc zaszło pomiędzy tobą a mężem twoim? Śmiało mi możesz powierzyć wszystko. Starzy są zwykle pobłażliwi.
Helena się wyprostowała.
— O! gdybym była wiedziała — szepnęła — nie byłabym tu przyszła.
— Czy nie masz do mnie zaufania?
— Przeciwnie!
— A więc?
— Nie jestem wstanie mówić.
— Czy to coś tak bardzo bolesnego?
— Nie możesz sobie pani nawet wyobrazić.
— Tembardziej powinnaś raz zrzucić ten ciężar z serca.
Hrabina powtórzyła z mocą
— Nie, nie mogę i nie powinnam mówić.
— Zatem chcesz, abym umarła, gniewając się na ciebie?
Helena milczała.
Markiza zrobiła ruch, oznaczający niecierpliwość.
— Nie umiem nic więcej ci powiedzieć — dodała. — Spodziewałam się czego innego po twojej przyjaźni. Wiesz, że nie mam blizkiej rodziny, jestem samą na świecie, serce domaga się, abyśmy zawsze kochali kogoś. Przywiązałam się do ciebie, od dwudziestu lat mieszkamy obok siebie, widujemy się prawie co dzień, a więc już co najmniej, muszę cię bardzo lubić, zatem twoje zmartwienia i mnie sprawiają boleść. Chciałabym cię pocieszyć.
— To niepodobna!
Markiza schyliła się do ucha Heleny.
— Czy to miłość?... — zapytała.
Na to z głębi duszy nieszczęśliwa wykrzyknęła:
— O! tak! — I z nieopisanym akcentem w głosie dodała: Lecz nie taka — jaką sobie pani zapewne wyobraża!
— Kochasz męża i cierpisz z waszego rozłączenia?
— Nie kocham pana de Vitray... nienawidzę go!
Powiedziała to z nadzwyczajną mocą, z na wpół obłąkanym wzrokiem, co przy jej zwykłej łagodności tembardziej zadziwiało.
— Ty, jego żona! — wykrzyknęła stara dama przerażona.
— Ja.
— Musisz zatem kochać innego?
— Nie.
— Nie pojmuję. Stanowczo chcę wiedzieć, co to znaczy.
— Nie pytaj mnie pani.
— Nie powiesz nic zatem?
— Może.
— Czuję, iż jest pomiędzy wami jakieś nieporozumienie, straszna omyłka i chciałabym ją naprawić.
— Bóg tylko sam to uczynić może.
Markiza zaczęła bardziej nalegać, mówiąc:
— Znam hrabiego, wiem, że cierpieć musi ze swej strony więcej może, niż ty Heleno!
— Tem lepiej — zawołała Helena z dziką radością.
— Nie możesz zaprzeczyć, iż cię kocha namiętnie...
— Być może.
— Aby przyszło do waszego rozłączenia, do jego ucieczki umyślnej, potrzeba motywu, przyczyny nadzwyczajnej, niepojętej...
Markiza patrzyła na Helenę, nie spuszczając z niej oka, chcąc wyczytać, co się działo w głębi jej duszy.
Młoda kobieta miała spuszczone oczy, lecz czuć było, iż ulega wpływowi swej starej przyjaciółki.
— Zatem nie chcesz mówić? — spytała pani Saint-Béran.
Helena — odparła na wpół zwyciężona:
— Nie mogę... nie powinnam...
— Ależ ta tajemnica męczy cię, nieszczęśliwa kobieto!
Na te słowa pierś Heleny podniosła się łkaniem i strumień łez wytrysnął jej z oczów.
— A więc tak! to prawda! Posłuchaj zatem pani, opowiem wszystko.
Były same. Całe ożywienie uroczystości skoncentrowało się w salonach, gdzie tańczono oraz w gabinecie, gdzie kilku gości zbyt dojrzałych do tańca, oddawało się grze w wista.
Zaledwie od czasu do czasu kilka par przesunęło się przez aleje oranżerji by na chwilę powrócić do salonu. Pani de Saint-Béran była zdumiona egzaltacją młodej kobiety. Nigdy nie widziała jeszcze Heleny tak wzburzonej.
Była ona zawsze łagodną, uległą niemal do słabości, ale oto posąg się ożywił i wszystko w niej objawiało boleść gwałtowną, blizką wybuchu. Markiza obserwowała ją ze zdziwieniem.
Cóż takiego miała usłyszeć?
Dotychczas tajemnica z Roche-Morgat była doskonale zachowywaną. Dwadzieścia lat minęło, a hrabia de Vitray, jak Bretończyk hardy i niewzruszonej woli, nie powierzył z niej ani słowa najlepszym swym przyjaciołom.
Jedynie Maurycy Colombey słyszał jego zwierzenia i trzeba dodać na jego pochwalę, że ich nie zdradził.
Adwokat i ksiądz mają tę dobrą stronę w swym zawodzie iż można powiedzieć, że wiele słyszanych wyznań tracą z pamięci.
Bądź co bądź są posłuszni prawu milczenia, które im zamyka usta.
Żadna skarga nie wymknęła się marynarzowi. Rozłączając się z żoną, nie oskarżał jej.
Kiedy konieczność powoływała go do Paryża, bawił możliwie krótko, ale bez ostentacji, okazując Helenie względy należne jej od niego w oczach świata, zachowując tylko dla najbliższych wiadomość o zupełnem zerwaniu z nią.
Zresztą w ciągu dwudziestu lat widziano go wszystkiego dwa miesiące w jego apartamencie na bulwarze Haussmanna i to w pięciu lub sześciu oddzielnych pobytach.
Młoda kobieta ze swej strony pokrywała ten rozdział częstem wydalaniem się, to do Bretanji, do swej rezydencji Vitray, lub do Roche-Morgat; to znów wycieczkami w Pireneje do Luchon lub Canterets, albo do wód różnych. Jedyną jej towarzyszką w każdej podróży była jej pokojówka, owa Ludwika, która jej nigdy nie porzuciła, a z którą mogła przynajmniej z wylaniem serca mówić o swych smutkach, o żałobie swej duszy.
Pozostawała ona dla świata zagadką nieodcyfrowana, którą nie zajmowano się więcej po bezużytecznych usiłowaniach przeniknięcia tej tajemnicy. Paryż nie lubi spraw, długo się ciągnących.
Tylko stara markiza, sąsiadka, przyjaciółka, krewna nawet admirała, więcej z tego zgadywała niż inni. Rozumiała ona nieszczęście, pomimo że nie znała jego przyczyn.
Kiedy hrabina zawahała się, wzruszona, z przerażeniem zwracając się w przeszłość, którą miała poruszyć, pani de Saint-Béran rzekła:
— No... odwagi... cóż się to stało?
— Dramat przerażający...
— Między wami?
— Tak straszny, że nie śmiem go opowiedzieć.
I nagle zabrała głos:
— Z tem wszystkiem — zaczęła — ma pani słuszność. Tajemnica ta zabija mnie i to nie od dzisiaj. Któż może przypuścić męczarnie, jakie przeniosłam! Czy przypomina sobie pani okoliczności, poprzedzające moje zamążpójście?
— Prawie...
— Wie pani, z jaką trudnością zgodziłam się na poślubienie pana de Vitray.
— Rzeczywiście... Nie będę skrywała przed tobą, że byłam tem niezmiernie zdziwioną.
— Miałam swoje powody.
— Kochałaś innego?
— Nie, ale wiedziałam, że byłam kochaną i nie mogłam się zdecydować, by zadać cios temu, który mię kochał. Nie mogąc więc należeć do niego, nie chciałam być niczyją...
— Jakto?...
— Po śmierci matki mojej, zostałam przygarniętą przez krewną, mało co bogatszą odemnie...
— Wiem to.
— Biedna to kobieta, która umarła później ze zmartwienia, miała syna Jerzego de Villers.
— Oficera piechoty morskiej?...
— Właśnie.
— Który zniknął... Dzienniki mówiły o nim w swoim czasie.
— To prawda. Wychowałam się z nim razem... Byliśmy oboje biedni, dorośliśmy razem. On by starszy o lat kilka odemnie... O miłości nie mówił nic nigdy, ale są wyznania, których nie ma potrzeby słuchać. Kochał mię namiętnie. Ja miałam dla niego uczucie siostry...
— Czyż nic więcej?
— Przysięgam na to. Kiedy porzucałam jego rodzinę, aby wejść do domu pani i on nie mógł już tam pozostać. Wszedł do marynarki, by prędzej awansować. Otrzymał poważną posadę, był inteligentny, miał drogę otwartą przed sobą. Okoliczności mu sprzyjały. Kiedy wychodziłam za mąż, był w naszych kolonjach, a w kilka dni później otrzymał nominację na podpułkownika i w tymże czasie dowiedział się, że jestem hrabiną de Vitray. Byłam już po ślubie, kiedy przysłał mi list rozpaczliwy, który ukryłam starannie przed mężem. Zawierał on wymówki bolesne, na które nie zasługiwałam. Nie obiecałam mu nic, niemniej zrozumiałam i uznawałam jego rozpacz. Cóż mogłam uczynić? Odpowiedziałam mu, że nie może niczego oczekiwać odemnie, chyba przyjaźni stałej i niezmiennej. Ofiarowałam się pomódz mu, jakbym pomagała bratu, wesprzeć go. Przypomniałam, że nigdy nie odkrył mi swych uczuć, że nie byłam zobowiązaną względem niego.., że o nic mnie nie prosił, a więc byliśmy wolni oboje. Krótko mówiąc, przemawiałam doń ze szczerem uczuciem, ale tonem, niedozwalającym żadnej nadziei. Pani jest kobietą i może mię zrozumieć.
Byłam bardzo wzruszoną zawodem, do jakiego się przyczyniłam, a który zresztą przewidywałam. Jerzy zachowywał milczenie przez kilka miesięcy. Nie słyszałam więcej nic o nim, oprócz tego, com się dowiedziała z kilku listów jego matki. Sądziłam, że się uspokoił, pogodził z mojem małżeństwem, wziął jakto mówią, na rozum i zapomniał. Pan de Vitray pojechał. Według jego przewidywań, podróż powinna była trwać pięć do sześciu miesięcy... Wsiadł na okręt, mając sobie powierzone ważne zlecenie. Był nieobecny zaledwie od tygodnia, gdy pokojówka oddała mi bilet. Był on od Jerzego. W kilku wierszach prosił mię o schadzkę. Ze zdań, jakiemi się posługiwał, wniosłam pewien bezład myśli, prawdziwą egzaltację. Chciałam go uspokoić i poszłam na oznaczone miejsce, które nie mogło mię przecież narazić. Jerzy był w hotelu de Bude, na Wielkich Bulwarach. Czegóż mogłam się obawiać? Zresztą, ufałam mu, bo znałam jego szlachetny, prawy charakter... Uczucie nie rozumuje. Gdy znalazłam się w jego pokoju, rzucił mi się do nóg, wyrażał się w słowach gorących opowiadał mi swą rozpacz, projekty, zemsty, nienawiść, którą był dręczony, zazdrość wściekłą. Napróżno siliłam się przywieść go do rozumu. Zagroził mi zabiciem się w mych oczach, jeśli odmówię jego prośbie. Opierałam się wszystkiemi siłami, lecz widziałam go gotowym do wypełnienia swej groźby z rewolwerem w ręku... Obawiałam się skandalu, drżałam i straciłam głowę, myślałam o matce jego, o tej biednej kobiecie, której winną byłam tyle...
— Uległaś?...
Hrabina zwiesiła głowę.
Pani de Saint-Béran poruszyła ustami z wyrazem gniewu.
— Na moje nieszczęście — szepnęła Helena — na zgryzotę mego życia!
— Tak, — to było zgubne, lecz złe się stało.
— Jego następstwa musiały być dla nas nieszczęsne.
— Dziecko... mąż nieobecny... rozumiem wszystko.
— Wszystko? — rzekła gorzko hrabina. — Nie! Rzeczywistość była gorsza, niż to, co pani możesz przypuszczać. Byłam winna...
— Niedoświadczoną przede wszystkiem.
— Nie, winną, chcę tego, powtórzyła Helena gwałtownie. Powinnam była się opierać, bronić do końca, chociażby do śmierci tego nieszczęśliwego. Zabiłabym matkę tem samem lecz mniejsza! Obowiązek jest prawem niewzruszonem... ale jakąkolwiek była moja wina, czyż zasługiwałam na podobną pokutę? Powróciwszy do domu, zrozumiałam całą grozę mego położenia, napisałam ze swej strony do Jerzego, wyrzucając mu jego postępek. Ale jeśli zemście jego stało się zadość to i uczucie wzmogło się w nim do szaleństwa. Niemniej, pomimo jego próśb i gniewu, niewidziałam go więcej. Pozostałam w największej samotności. Oddział jego odesłany został do Brest’u więc zmuszony by iść za nim. Mieszkałam w Paryżu, ale wkrótce prawdziwa trwoga na mnie uderzyła, błąd jego i mój miał mieć następstwa. Przebyłam kilka miesięcy pośród obawy, którą możesz pani zrozumieć. Drżałam co chwila na myśl zobaczenia męża, mego sędziego.
Co się stanie ze mną? Co mu powiedzieć?... Szczęściem podróż jego się przeciągała, a z nią wstępowała powoli nadzieja. Niestety! Jakżem miała być zawiedzioną! Możesz pani się domyślać, jakie zamiary plątały mi się po głowie. Chwilę wierzyłam, że można będzie wszystko ocalić, honor i spokój mego męża, moje bezpieczeństwo i wreszcie to dziecię, które miało być dla niego przedmiotem nienawiści i grozy. Pozyskałam sobie dwoje starych służących bretońskich, tych, których pani zna...
— Dozorcy z La Roche-Morgat?...
— Ci sami... Roguen’i, dzielni ludzie, przywiązani do swego pana i bezinteresowni. W ostatniej chwili schroniłam się do La Roche... Tam to powiłam w tajemnicy córkę. Miałam dobre wiadomości, pan de Vitray miał wrócić w kilka tygodni później. Upewniono mię co do tego... Oddawna już doniosłam o mem nieszczęściu sprawcy tegoż. Wobec wielkiego zła, jakie mi wyrządził, egzaltacja jego zniknęła... Myśl o cierpieniach jakie przenosiłam przyczyniała mu wiele prawdziwych wyrzutów. Nie wiem, jakim sposobem dowiedział się o miejscu mego ukrycia, które taiłam starannie. Przyszedł tam nocą, by mnie zobaczyć, prosić o przebaczenie i pożegnać raz ostatni. Przysięgał mi, że się nie zapomni, że będzie postępował jak człowiek honorowy, że nie będzie się starał widzieć ze mną...
— Czcze przysięgi! — szepnęła markiza.
— Może być! W każdym razie czułam się ocaloną. Było to jednego wieczoru jesiennego, o dziewiątej godzinie. Znasz pani La Roche-Morgat... Byłam sama. Ludwika opóźniła się z powrotem z Brestu, gdzie poszła odebrać moje listy. Jerzy był u mych nóg... Powtarzał wszystkie obietnice, jakich wymagałam od niego...
— Pan de Vitray wszedł?
— Tak!
— A czyż to kiedy inaczej się kończą podobne historje?
— Nieszczęście moje miało być zupełne, nie próbowałam też nawet bronić się. Na co? Któryż człowiek rozgniewany mógłby dać wiarę temu, co pani dopiero usłyszała? Pan de Vitray był drwiący, Jerzy się obwiniał, ale napróżno, przywiódł tylko sarkazm na usta męża mego. Zimna krew u tego człowieka jest godną podziwu, ale gniew jego chociaż skrycie powściągany, był niemniej straszny. Sadziłam, że będziemy zabici oboje! Czemuż niepodobało się Bogu, by się tak stało, byłabym niej cierpiała. Pan de Vitray przyniósł dwa rewolwery, jeden z nich rzucił pod nogi Jerzemu, który nie chciał się bronić, ale Maurycy przeszkodził temu strasząc go śmiercią dziecka. Nie była to groźba daremna.
Bili się. Padłam bez przytomności, a kiedy przyszłam do siebie, ujrzałam mego męża zakrwawionego. Spytał mię o córkę. Jerzy leżał bez życia, uderzony kulą w serce. Byłam bez sił, omdlewająca, matką od tygodnia zaledwie, przerażona strasznym widokiem, który miałam przed oczyma. Hrabia zagroził mi zgotowaniem tego samego losu dziecięciu, co ojcu, jeśli nie przyznam się. Ustąpiłam... Było to poświęcić krew moją, moją córkę... Nie mam już odwagi kończyć. Znikła ona w nocy a odtąd nie słyszano już nic o niej. Nie wiem, co się z nią stało!
— A twój kochanek?
— Mąż napisał kilka wierszy, by mi oznajmić, że morze stało się jego grobem.
Pani de Saint-Béran rozmyślała. Żadne z przypuszczeń, jakim się oddawała, nie było zbliżone do okropnej rzeczywistości.
Patrzyła z litością wielką na hrabinę, która cierpiała podwójnie, słuchając wesołych dźwięków orkiestry, dolatujących zdala.
— A potem?... — zapytała po chwili milczenia.
— Odtąd — przemówiła Helena z bolesną ironją — oczekiwałam napróżno powrotu pana de Vitray. Mówiłam sobie, że pomimo swej nieugiętości, przedstawi mi swe warunki, miałam nadzieję w jego uczciwości, przypuszczałam, że będzie miał litość nad dzieckiem, że nie będzie go chciał wystawić na niebezpieczeństwa, którym podpadają dziewczyny biedne. I oto lata przeszły... on nie powrócił.
Helena stała się bardziej ponura.
— Teraz — dodała ona z głuchą irytacją — myślę, że córka moja, Joanna, będzie miała lat dwadzieścia, a serce mi mówi, że żyje i jest nieszczęśliwą, więcej niż nieszczęśliwa, nędzarką...
— Może być...
— Jestem tego pewna — zaczęła matka, ożywiając się. — Serce mi to mówi i nie mam chwili spokoju! Póki była małą, mówiłam sobie, że nie rozumiała, nie miała upokorzeń, wstydu do znoszenia, niebezpieczeństw do obawiania się. Dziecko!.. Natury najbardziej grubijańskie, zbrodniarze nawet szanują je!.. Dzisiaj, ja drżę, bezustannie myśląc o niej! Najwstrętniejsze przeczucia mnie przygniatają! Oh! ten człowiek, który mi ją wziął, wykradł, jak ja go nienawidzę!
Mówiła z uniesieniem, do którego markiza nie uważała ją zdolną.
— Wszystko inne, śmierć Jerzego, cierpienia, które mi wymierzał, okrucieństwo jego względem mnie i tego nieszczęśliwego, przebaczyłabym mu, ale tego, co zrobił z moją córką, nigdy!
— To zbrodnia nie do przebaczenia, to hańba dla niego, to też go nienawidzę, nienawidzę go śmiertelnie! A teraz on ma przyjść. Chciałaś pani wszystko wiedzieć, powtórz i jemu to wszystko. Pogardzam nim! Pomyśl pani tylko, moja córka, mająca lat dwadzieścia, gdzież ona jest? Oddałabym się człowiekowi, który chciałby mi to powiedzieć i zaprowadziłby mię do niej! chociażby on był złoczyńcą, zbrodniarzem, wyszłym z więzienia! Tak, naprawdę! Co do pana de Vitray, przeklinam go! Żeby był zdeptał mię nogami, zbezcześcił, dobrze, ale, że mi zabrał córkę, to nędzne, to niegodne, to podłe!
Pozostała chwilę przygnębiona, cicha, z twarzą ukrytą w dłoniach. Potem zwróciła się do p. de Saint-Béran:
— Pocóż mówiłam pani o tych wszystkich nieszczęściach? Nie ma na nie lekarstwa!
— Kto to wie!
Hrabina wstrząsnęła głową i w tej chwili wydała okrzyk. Człowiek jakiś zatrzymał się u wejścia do cieplarni... Był to admirał.
— On! — wybuchnęła Helena, wyrywając się z rąk swej przyjaciółki, która usiłowała ją przytrzymać. — Nie chcę go widzieć, nie chcę z nim mówić, przynajmniej teraz! Żegnam!
Pobiegła w jedną stronę, podczas gdy drugą postępował admirał naprzeciw pani de Saint-Béran.
Kiedy się zeszli, ona zniknęła.
Admirał Bertrand de Vitray postarzał się.
Krótko przystrzyżone i bardzo gęste włosy były prawie białe. Zarost nie ukrywał dostatecznie zmarszczek na twarzy energicznej i surowej, na której odbijało się znękanie bolesne, tylko oczy żywe, świecące inteligencją, zachowały swą młodość i blask dawny na tem obliczu zniszczonem przez czas, niebezpieczne wyprawy i tajemne męczarnie duszy.
Ucieczka hrabiny nie uszła jego uwagi.
Markiza widziała długie i smutne spojrzenie, które posłał za młodą kobietą.
— Zapóźno! mój przyjacielu — zaczęła, wyciągając ręce do admirała. — Ptaszek odfrunął.
A zarazem, chcąc uniknąć kłopotliwego położenia, zapytała:
— Kiedyż przybyłeś?
— Tylko co.
— Bądź szczerym. Wiedziałeś, że była tutaj?
— Wiedziałem.
— I spieszno ci było ją zobaczyć?
— Czy to ja przyczyniłem się do jej ucieczki? — zapytał, nie chcąc wprost odpowiedzieć.
Język ludzi wielkiego świata nie jest zapewne stworzony do kłamstwa, ale sztuka maskowania prawdy zręcznemi zwrotami, jest u nich dość pospolita, a prawda, którą się zwykle posługują, jest prawdą udaną, zastosowaną do smaku słuchających jej.
— Helena rzadko wychodzi — rzekła markiza — świat ją nudzi i zasmuca. To ja ją przymusiłam, by przyszła na chwilę do twego przyjaciela Colombey’a.
— Wiedziałem o tem.
— Byłeś najpierw u siebie?
— Naturalnie.
— Biedna ta Helena zdziwaczała, cierpiąca, odeszła w chwili, gdyś wchodził, widocznie cię nie widziała. Zresztą nie wie o twoim powrocie. Czy ją o nim uprzedziłeś?
— Nie.
— Zkądżeby mogła się dowiedzieć?
Admirał milczał.
— Cóż tu nowego słychać? —zapytał po chwili.
— Tysiące rzeczy.
— Ale przecież cóż takiego?
— Choćby najpierw to. Spojrzyj!
Admirał i markiza, postąpiwszy kilka kroków, zatrzymali się przy zachwycającej grupie palm, dracen i drzew waniljowych.
W niewielkiej odległości, pod jednem z drzew, piękny cudzoziemiec i Blanka Colombey rozmawiali podobni do Pawła i Wirginji. Blada twarz młodej dziewczyny pokrytą była rumieńcem. Wydawała się szczęśliwą, upojoną.
Juan Rodriguez wyrażał się z zapałem, pochylony nad jasnemi włoskami dziewczęcia, patrzącego nań wzrokiem pełnym tkliwości.
On mówił:
— To nie Paryż mnie przyciąga. Pani jedna jesteś dla mnie czarem, który mnie tu zatrzymuje!
— Panie!
— Dlaczego miałbym milczeć? Wszak oddawna wiesz pani o tem!
— Błagam pana...
— Tem gorzej. Są wyznania, o których nie można zamilczeć. Zabiłyby mnie, a pani nie żądasz chyba mej śmierci, nieprawdaż?
— O! nie.
— Odkąd szczęśliwy wypadek nas zbliżył, jeżeli wierzy pani w przeznaczenie, ciebie tylko szukam wszędzie: w teatrze, w lasku, na ulicy... Cóżbym tu bez ciebie robił!?
— Cicho! przez litość!...
— Jestem tak szczęśliwy, gdy cię oglądam. Jeden szacunek dla ciebie wyrównywa innemu uczuciu, o którem zabraniasz mi pani mówić przed sobą...
Blanka stała się ponsową, ale ukryła twarz po za wachlarzem.
Jest to broń niezmiernie dobra dla młodych osób, bojaźliwych w podobnych wypadkach.
Miała lat siedemnaście. Jest to wiek, w którym serce dziewicze jeszcze odbija z wiernością wosku, wrażenia pierwszej miłości.
Serce Blanki Colombey nie znało jeszcze tego uczucia. Oddawała je człowiekowi śmiałemu, co umiał się zakraść do jej serduszka i nie pomyślała, że zwycięzcy są nieraz prostymi awanturnikami, ale zkąd miały w niej powstać jakieś obawy? Gdzież mogła nabyć doświadczenia?
Matka, która ją śledziła zdaleka, mówiła do radcy:
— Blanka promienieje dzisiejszego wieczoru.
Infantka promieniowała sama także. Młodość jej mijała, ale czyż nie widziała siebie nanowo odrodzonej w swej córce, którą kochała nad życie?
Matylda Saint-Clair miała złote serce. Obca wyrachowaniu, małostkowości, samolubstwu i próżności swego męża, przelała wszystkie uczucia na jedyną swą córkę, Blankę. Widzieć ją uśmiechniętą, słyszeć nucącą wesoło modną piosenkę, przynajmniej taką, którą młoda panienka może sobie pozwolić, śledzić ją oczyma, gdy rano wyjeżdżała konno na przejażdżkę w towarzystwie ojca, który i teraz jeszcze był eleganckim mężczyzną, stroić ją własnoręcznie na przyjęcia, bale, lub wieczorki publiczne, czyż to nie było jej największą i prawie jedyną przyjemnością, gdyż pomimo wszystkiego, nieraz dały jej się uczuć objawy obojętności i chłodu w postępowaniu męża.
Ale miała córkę, Blankę, a Blanka była dla niej całem szczęściem i nadzieją.
Z przyjemnością już poddawała się przyszłym obowiązkom babki. Obiecywała sobie bujać na kolanach dzieci Blanki, kochać je, poświęcać się dla nich i przelać na tę młodą rodzinę nadmiar uczucia, którego objawy szyderski chłód męża przykładnego, lecz samoluba tak często mroził.
Rzeczywiście była to natura wyjątkowa, jakich, spotkać można więcej, niż się zdaje. Świat nie jest tak zły, jakim robią go pesymiści. Całe też to szczęście!
Wiedziona przeczuciem kobiety, szczególniej matki, odgadywała ona rodzące się uczucie córki i jej tajemne życzenia. I naprzód już była względną dla młodego człowieka, który musiał być szlachetnym i dobrym, jak był pięknym, skoro umiał zdobyć serce Blanki, której skromność, rozsądek i delikatność uczuć znała dobrze.
Zresztą zkąd mogła się w niej rozbudzić nieufność? Przytem, jeżeli radca nie miał serdeczności i delikatności uczuć, jakich nieraz od niego wymagała, w każdym razie był obdarzony przeczuciem nieomylnem i zupełnem doświadczeniem. Przynajmniej wierzyła w to i wierzyć była powinna.
Czyż nie powtarzał na każdym kroku z najwyższą dumą mieszczańską:
— To nie mnie złapać na to! Czyż nie był dla niej pewnym rodzajem wyroczni, przewodnikiem nieomylnym, dla którego kontrola jest zbyteczną? Jeśli zresztą otworzyła serce dla tego cudzoziemca, to z tego powodu jedynie, iż na to zasługiwał i że żadne podejrzenie nie mogło mieć przystępu do niej.
W samej rzeczy, radca nie omieszkał poinformować się z pewnych źródeł o położeniu swego sąsiada z Chesnay. Wszędzie usłyszał to samo. Juan Rodriguez! Imię piękne, rodzina szanowana, majątek poważny.
Co do reszty, młody cudzoziemiec sam za siebie odpowiadał.
Umysł jego wyrównywał fortunie, a ułożenie było pełne najwyższej elegancji.
Jego zaprzęgi dowodziły przepychu, powagi i dobrego tonu, służba była nieliczną lecz wyćwiczoną z namaszczeniem angielskiej powagi. Dom jego miał wszystkie pozory bogactwa rozsądnie pojętego. Panował tam porządek wzorowy, który uderzył radcę i musiał go ująć, jako jedna rękojmia więcej.
Gdyby był jakiś błąd, byłby się przejawił, a złudzenie musiało być całkowite, skoro potrafił otumanić podejrzliwy wzrok takiego jak on człowieka.
Admirał zapytał markizy:
— Któż jest ten młody człowiek?
— Cudzoziemiec, powszechnie szanowany, z przymieszką kreolskiej krwi w żyłach, a stworzony na to, by zawrócić niejedną głowę.
— Bogaty?
Stara markiza spojrzała na marynarza z odcieniem politowania.
— Gdzież ty masz głowę? — rzekła.
— Dla czego? — spytał zdziwiony admirał.
— Czekaj. Znasz swego przyjaciela?
— Colombeya? Naturalnie.
— Czyż mam zwyczaj przypuszczać do siebie ludzi potrzebujących?
— Byłbym tem rzeczywiście zdumiony.
— Jeśli zostawia swą córkę sam na sam z tym dżentelmanem, musi posiadać wielką pewność, że ten młodzieniec jest co najmniej kopalnią złota.
— Rzeczywiście.
— Nareszcie zrozumiałeś!
Nastała chwila milczenia.
Admirała paliła chęć poruszenia przedmiotu, leżącego mu na sercu. Wstrzymywała go duma.
Stara przyjaciółka oszczędziła mu przykrości pytania. Wskazawszy mu ruchem, by pozostał na swojem miejscu, obeszła dokoła pomarańczarnię, jak zakrystjan, przebiegający kościół z końca w koniec przed jego zamknięciem, by zobaczyć, czy jaka zapózniona dewotka nie zdrzemała się w krześle, lub czy rabuś nie przyczaił się za filarem, albo w konfesjonale a wracając, drzwi wchodowe zamknęła na zasuwę.
Admirał spoglądał na te przygotowania z pewnem zdziwieniem.
— Na cóż tyle ostrożności? — zapytał.
— Teraz, — powiedziała staruszka nie przeszkodzą nam już.
Utkwiwszy wzrok w panu de Vitray, spytała go porywczo:
— Czy masz sumienie?
Próbował się uśmiechnąć.
— Dziwne pytanie, — odparł.
Markiza powtórzyła swoje zdanie.
— Masz ty sumienie?
— Tak myślę, droga przyjaciółko.
Stara markiza zacisnęła usta.
— Hm, hm!
— Cóż ci każe wątpić o tem? — zapytał marynarz.
— Pewna dziwna historja, którą mi opowiedziano przed chwilą, a która może cię zająć.
Admirał uczynił ruch żywego niezadowolenia.
Markiza ciągnęła:
— Nie miej do mnie żalu za to, że cię muszę wyspowiadać, mój przyjacielu. Jestem podobna do chirurga, który kładzie żelazo i ogień na ranę, dla jej wyleczenia. Wiesz, jak cię szanuję i jak głębokie przywiązanie nas łączy. Jesteś najuczciwszym człowiekiem, jakiego znam, ale los popycha nas czasom do postępków, które nam ciążą okropnie i które opłakujemy później. Wspomnienie, które ci chcę przypomnieć, admirale, jest tego rodzaju, a czynię to w przekonaniu, że obowiązek mój tak mi nakazuje.
— Co pani mówi?
— A przytem w chęci usunięcia wielkich nieszczęść z jednej, jeśli to nie zapóźno i wielkich wyrzutów sumienia z drugiej strony.
Admirał z kolei utkwił wzrok w swej przyjaciółce, by dobrze jej myśl przeniknąć.
— Tak wiec, — rzekł z pewnym objawem nieukontentowania, hrabina wszystko ci opowiedziała?
— Nie będę się starała zwieść ciebie. Rzeczywiście Helena opowiedziała mi wszystko.
— Kiedy?
— Tylko co.
— Ah!
Wzrok marynarza stał się ponury, niemal dziki.
— Wiesz dobrze, — mówiła dalej pani de Saint-Béran, że przyjść musi chwila, gdy zbyt naciągnięta struna pęknie. Co jest zadziwiające, to, to, że ta nieszczęśliwa mogła znosić tak długo cierpienia w milczeniu. Ale nie masz potrzeby jej obwiniać, bo to ja ją zmusiłam do tego wyznania. Brakło jej sił już... zrobiło mi się jej żal... wyrwałam jej prawdę. Ta prawda jest straszną!
Zatrzymała ruchem admirała, który stał jak na rozżarzonych węglach.
— Nie obawiaj się niczego, — rzekła... — Znasz mnie. Tajemnica twoja jest zupełnie bezpieczną tutaj, — wskazała na swą głowę, — wyjdzie ztąd za twojem pozwoleniem. Zmusiłam ją prawie, choć zamknęła się w uporczywem milczeniu.
— Nie wiem już jaki podstęp przyszedł mi do głowy dość, że biedna kobieta weszła na drogę wyznań, jakby to powiedział twój przyjaciel Colombey.
— A następnie?
— Przekonałam się, że spowiedź nie była dla niej męczarnia, lecz ulgą prawdziwą.
— Helena?...
— Wydała mi się uspokojoną po tych zwierzeniach, ale...
Markiza się zawalała.
— Kończ, — rzekł admirał.
— Wyobrażasz sobie teraz jej rozpacz, gniew i chęć zemsty...
— Chęć zemsty... powiadasz?
— Chyba nie spodziewasz się, — przypuszczam, — aby cię ubóstwiała po tem, coś zrobił?
— Tak więc nienawidzi mnie!
— Czyż się dziwisz temu? Są krzywdy, o których gdy się myśli, złość nami opanowywa i unosi nas. Taką jest i jej krzywda.
— Tak myślisz? — zapytał admirał.
Markiza odpowiedziała wprost:
— Takie jest moje zdanie.
Pan de Vitray przeszedł kilka kroków przez oranżerję z rękami w tyle, jak gdyby stał na pokładzie statku podczas huraganu, a powróciwszy przed markizę:
— Mówisz o krzywdzie Heleny, — rzekł, — a moja, czy za nic masz pani?
— Nie, mój przyjacielu, ale pomyśl tylko, za chwilę słabości, ileż przykrości i męczarni?
— Więc winę jej tłumaczysz?
— Nie tłumaczę, bynajmniej...
— A więc...
— Pomimo wielkości winy, znajduję karę zbyt okrutną.
— Czyż są kary zbyt wielkie za taką zniewagę?
— Duma mężczyzn jest okrutną. Ona to przez ciebie mówi, ale przyznaj, że w nocach samotnych, gdyś rozmyślał w swej kabinie, między niebem a wodą, powiedziałeś sobie nieraz, że nie miałeś słuszności i że lepiej byś zrobił, przebaczając.
— Przebaczyć! — zawołał z uniesieniem. — I na cóż to przebaczenie by się przydało?
— Wróciłoby ci kobietę, której myśl często sen ci mąciła, nie zaprzeczaj temu, gdyż w samej rzeczy jest godną uwielbienia... i może uwielbiasz ją jeszcze.
Markiza wymawiała powoli ostatnie wyrazy.
Marynarz zadrżał. Zacisnął kurczowo dłonie.
— Czyż nie mówiłaś o jej nienawiści? — wyszeptał.
— A jakżebyś chciał, żeby było inaczej, kiedy utrzymujesz w jej duszy ranę, ciągle krwawiącą się? Osądź sam! Byłeś bezlitośnym za godzinę słabości. Może miała ona coś na swą obronę, upadając. Są pokusy, którym dusza łagodna, dobra, oprzeć się nie może, a przytem nie było cię, byś ją bronił, podtrzymywał. Mając skarb, trzeba go pilnować... Ale zostawiam na stronie tę winę odległą... Czas i łzy, podobne rosie niebieskiej, zatarły nawet wspomnienia tego błędu, tak drogo okupionego. Boleść tylko trwa dalej. Postępowanie twoje jest barbarzyńskie... Posłuchaj mnie, Bernardzie! Karze się kobietę winną... nie męczy się matki, jak ty to robisz...
Pierś marynarza wydała głębokie westchnienie. Starał się upierać przy swojem.
— Porzućmy tę rozmowę, błagam o to!
— Nie. Mówiłam ci o obowiązku.
wypełnię go do końca. Słyszysz mnie, chce wyrobić w tobie pojęcie sprawiedliwości, nawrócić cię, mój przyjacielu!
— A któż ci powiedział, że potrzebuję tego? — zawołał.
— Jakto?
— I że nie myślę tak, jak ty?
— Ty! — zaczęła zdumiona markiza.
— Ja!
— A więc?!
— Odwołujesz się do mego sumienia. Któż ci zaręczył, że już oddawna się nie odezwało? Któż ci powiedział, że nie starałem się naprawić złego, o którem wspominasz?
— Czyż podobna?...
— Tak jest. Po cóż mam milczeć? Znasz pani tajemnicę z jednej strony...
mogę więc odkryć ci ją z drugiej. Masz dla nas przywiązanie?
— Z głębi duszy!
— Posłuchaj mnie zatem, a przekonasz się, że nasze nieszczęście jest większe niż to, które przypuszczasz!
— Co mówisz?
— I nie do naprawienia.
— Nie do naprawienia?
— Helena powierzyła ci wszystko!
— Naturalnie... i winę i karę.
— Nienawidzi mnie z głębi duszy!
— A ty?
— Rumienię się!
— Kochasz ją?
— Namiętnie... To moja kara. Miłość tę honor mi nakazywał wyrwać z serca całkowicie. Helena mnie zdradziła, zniesławiła! Żadne wymówki nic tu nie znaczą! Czyn był jawny. Zdradziła mnie haniebnie. Zabiłem jej kochanka, mniej winnego niż ona, bo mnie się od niego nic nie należało... Rzuciłem jego trupa w morze! Nigdy tego nie żałowałem. To był mężczyzna! Ją oszczędziłem... Kobiety się nie zabija, a gdybym chciał nawet, to czar jakiś, od którego nie mogłem się uchronić, byłby zatrzymał moją rękę. Ale obowiązek mnie przywoływał. Powinienem był wypędzić ją z domu, byłoby to uczynić ją wolną, przekazać innemu!... Tego nie chciałem. Byłem głupio zazdrosny, nawet po jej zdradzie. Ah! honor, o którym mówią tyle, ma swoje prawa. Znam się na nim tyle, co inni, ale kiedy idzie o kobietę, o ten pociąg nieprzeparty, niepojęty, niezdrowy i zgubny jak urzeczenie, nie słucha się jego głosu. Cóż zrobił ze mnie ten dumny honor? Nieszczęśliwego nędznika, który się nie skarży, który pożera swą wściekłość, tłocząc sobie piersi i serce. Kat swej własnej osoby, przeznaczając się na wygnanie z obawy mej słabości, cierpię męczarnie gorsze niż Helena.
— Mylisz się — powiedziała łagodnie markiza.
— Ach! tak myślisz! Nigdy więc nie kochałaś bez nadziei? Nigdy nie doznawałaś tych pragnień nienasyconych, które nas palą i doprowadzają do szaleństwa? Ja odczuwałem je przez lat dwadzieścia! Już dwadzieścia lat, jak walczę i dwadzieścia lat, jak jestem pokonywany! Jeśli nie wierzysz temu, popatrz na mnie! Byłem zbudowany na sto lat życia! Nie ma oficera marynarki, któryby się dosłużył tak prędko najwyższych godności. Co za szczęście! — wymówił ten wyraz z bolesną ironją — a wyglądam jak starzec nad grobem stojący. Otóż te zmarszczki, te włosy białe nie są ruiną lat, to są ślady cierpienia nielitościwego w swym biegu, a które postępuje jak ja niegdyś: nie przebacza!
— Czemuż nie powracasz do hrabiny?
Gorzki uśmiech ściągnął usta admirała.
— Wykopałem otchłań między nami tak głęboką, że przestąpić jej już nie nie mogę. Mówiłem ci już, żem się obawiał mej słabości. Kochałem Helenę, przed jej błędem, namiętnością egzaltowaną, wyłączającą wszystkie inne kobiety. Po upadku jej zdawało mi się, że nietylko stała mi się droższą, ale i bardziej niezbędną. I właśnie nie chciałem się poddać temu pociągowi zniesławiającemu. Chciałem wznieść między nami przeszkodę nie do zniesienia. Z jej związku cudzołożnego narodziło się dziecię. Porwałem je... skradłem i wielkością kary chciałem natchnąć taką grozą nieszczęśliwą matkę, by samo pokuszenie do powrotu wydało jej się potwornem. I sobie tem samem odejmowałem całą nadzieję. Próżna rachuba, daremne wysiłki! Położyłem między nią a mną niezmierzoną przestrzeń. Im większą była odległość która nas dzieliła, tem więcej jej obraz jak na pośmiewisko, ścigał mnie, tem żywiej stawała mi przed oczyma, bardziej zwodnicza, także z obliczem smutnem, zalanem łzami z jej oczyma łagodnemi, które mię błagały, z włosami w zwojach, w których zatapiałem dłonie, z ustami, na których moje tak często spoczywały. Im dalej byłem od niej, tem moje pragnienia stawały się gwałtowniejsze, a zazdrość bardziej szalejąca. Walczyłem uparcie, lata przeszły, nie zagasiwszy namiętności pożerającej. Resztą odwagi postanowiłem naprawić potajemnie złe, którem sprawił. Helena znienawidziła mię tak, jak chciałem, ale była matką. Powiedziałem sobie, że będzie moją z chwilą, gdy jej oddam córkę.
Markiza przerwała.
— Czyż to było tak trudne?
— Zaraz się o tem przekonasz pani. Zapewniłem przyszłość tego dziecka, powierzając je opiece dzielnej kobiety, służącej u mnie niegdyś w Bretanji, ale z umyślnym zakazem pisania o dziewczynce, którą chciałem wymazać z liczby żyjących z powodu wspomnień, jakie pociągała za sobą.
— Biedna, niewinna istotka! — zaczęła markiza.
— Mogła mieć trzynaście do czternastu lat, w tym czasie. Byłem wówczas w Paryżu, lecz porzuciłem go i oddałem się poszukiwaniom. I oto naprawa, którą sobie nakazałem stała się niemożebną.
— Dziecko umarło!
— Nie, zniknęło gdzieś.
I z gwałtownością osobliwą, która świadczyła o jego żalu, admirał wolał:
— Ach! — słuchaj markizo! Tam w górze jest sprawiedliwość. Kto zejdzie z drogi prostej, błądzi fatalnie. Sadziłem, że przedsięwziąłem wszystkie ostrożności potrzebne i naraz znalazłem się oko w oko z położeniem nie rozwikłanem. Bretonka, której powierzyłem Joannę, tak się bowiem mała nazywała, miała sama córkę. Mąż jej umarł. Niewiadomo było gdzie poszła wdowa z dwojgiem dzieci. Wszystkie moje starania, by odnaleźć ich ślady, były daremne. Rozpacz mną owładnęła. Nie śmiejąc pokazać się Helenie, niespodziewając się od niej przebaczenia, postanowiłem wrócić do swego życia błędnego. Zamiast więc do Paryża, odpłynąłem do Tulonu, zostawiając swemu prawnikowi staranne prowadzenia dalej poszukiwań...
— Panu Reveneau?
— Jemu właśnie.
— Jest to człowiek inteligentny i prawy.
— Usiłowania jego były również bezskuteczne, jak i moje.
— Czyż podobna?
— To aż zanadto prawdziwe.
— Pan Raveneau nie ma żadnej poszlaki?
— Żadnej.
Markiza zdawała się być przestraszona.
— Nieszczęście jest większe, niż mogłam to przypuszczać, — szepnęła.
— Przerażony odpowiedzialnością w która popadłem, starałem się przytłumić głos sumienia i zarazem głupią namiętność, która była przyczyną mej rozpaczy. Nie udało mi się. Słyszę ciągle ten głos i cierpię bezustannie przez tę nieszczęsną miłość! Oto prawda markizo, a teraz potępiaj mnie, jeżeli masz odwagę.
— Wolę ubolewać nad tobą, mój przyjacielu. Pozwól się zapytać, co będziesz dalej robił?
Admirał uczynił rękami ruch niepewności.
— W rzeczywistości, sam tego nie wiem.
— Więc pocóż przybyłeś?
— Ja? Pchany potrzebą, jaką się ma, by naprzykład obrócić nóż w ranie, by ujrzeć choć na chwilę tę kobietę, którą los postawił na drodze mego życia, gdy nie znając jej, mógłbym był być tak szczęśliwym. Wpadłem w wir, który unosi ludzi na skały, gdzie się rozbić muszą. Ah! gdybym mógł ci wyrazić uczucia jakich doznaję, byłabyś przerażona stanem mej duszy! Pragnę namiętnie tej kobiety, a chwilami nienawidzę jej wściekle i chciałbym zdusić za nieszczęście które mi wyrządziła. Tam, na mym statku, w jasne noce wschodu, zawieszony nad przepaścią, która kusiła, by się rzucić i w niej skończyć, ileż razy ją przeklinałem za zbrukanie, zniesławienie, za stracenie mego życia, które mogło być tak piękne, za zrobienie ze mnie, admirała Vitray’a, nędznika, bardziej godnego litości niż żebrak, szukający chleba, albo stróż uliczny! Pytasz mnie, co będę robił? Doprawdy nie mam o tem pojęcia, ale wobec myśli, wstrząsających mój umysł i wrących w mej duszy, najlepiejbym zrobił, opuszczając Paryż. I to zapewne jedyne wyjście, jakie mam przed sobą.
Pani de Saint-Béran położyła na ramieniu admirała swą drobną, wyschłą rękę.
— Nie możesz wyjechać — rzekła. — Takie położenie jest straszne dla matki, pomyśl tylko! Córka ta będzie miała lat dwadzieścia.
— Rzeczywiście.
— Helena umiera. Najbardziej przeszywające niepewności przychodzą jej do głowy.
Admirał uśmiechnął się dziko.
— A ja — ciągnęła markiza, zwieszając głowę, wierzyłam, że jedno twoje słowo wystarczy, by położyć koniec wszystkim trudnościom. Matka by cię uwielbiała!
Marynarz ścisnął pięści w konwulsyjnym gniewie, ale pomimowoli słowa markizy poruszyły jego duszę.
Wymówiła, ona słowo, które w nim poruszyło najskrytsze tętna.
Mógłby jeszcze być kochanym!
Od dwudziestu lat szamotał się z pragnieniami najgwałtowniejszemi, jakie kobieta może wzbudzić w mężczyźnie. Nie było tego dosyć? Kropla wody skałę nawet narusza.
— Trzeba podwoić usiłowania! —przemówiła łagodnie pani de Saint-Béran.
— Po co?
— Przetrząsnąć całą Francję.
— Czy nie zrobiono tego dotychczas?
— Próbować jeszcze!
— To jest kusić się o niemożebne.
Stara markiza wydała westchnienie głębokie! Podniosła się i podchodząc do drzwi pomarańczarni, otworzyła je. Orkiestra zamilkła. Ostatni kotyljon był skończony.
Było to hasło zamknięcia balu, nastąpił zwykły chaos spieszących do domu, w salonie ciśnięto się około gospodarzy domu, dziękowano głośno, czule, ściskano ręce, potem nastąpił pochód do przedsionka, szelest jedwabiu, zarzutek, kładzionych na obnażone ramiona i turkot powozów, rozjeżdżających się we wszystkich kierunkach.
Pani de Saint-Béran wzięła admirała do swego powozu. Wysadziła go przy jego drzwiach, a żegnając, ścisnęła mu raz ostatni rękę, nie przemówiwszy ani słowa. Nie przewidywała takiego końca położenia.
Młody Gaston Durivel był doskonale oznajomiony ze wszystkiemi sprawami Paryża. Ta, którą wyjawił towarzyszowi swych awantur, dzielnemu komendantowi Briard, miała się odbyć tak, jak on ją opowiedział.
W dwa dni po balu przy ul. Cambon, wieczorem, cały świat uciech był w ruchu.
Zręczni przedsiębiorcy uznali chwilę za odpowiednią, by otworzyć to, co nasi szanowni sąsiedzi, Anglicy, zowią „place of amusement“.
Nie powiemy bynajmniej, że ten „place of amusement“ sprowadził przewrót w naszych obyczajach, ale zyskał powagę, a do pewnego stopnia i sławę.
Od godziny dziewiątej mieszkańcy bulwaru Clichy mieli bezpłatne i nowe widowiska. Le Moulin de la Galetta, l’Elysee-Montmartre i mnóstwo innych zakładów również cnotliwych, z obawą patrzyły na nowego rywala.
I w samej rzeczy to nowe „place of amusement“ przewyższało wszystkie inne w tym rodzaju.
Było tu gwarno, jasno i wesoło, był zgiełk, wrzaw i dekoracje staranne, gdzie obok kilku nędznych drzew naturalnych widniały inne namalowane, a tym sąsiedztwo latarni gazowych wcale już nie szkodziło.
Zresztą założyciele, których było aż dwóch, mieli jak to powiadają, genjalne natchnienia.
Front, wychodzący na bulwar Clichy, rozrzucał snopy jaskrawych czerwonych ogni sztucznych, widniejących zdala, przytem puszczano je przymocowane do śmig wiatraka.
Objaśnienie zbyteczne, dla czego to miejsce zabawy dostało nazwę Moulin-Rouge. Ochrzciły go krwawe płomienie.
Wewnątrz gaz i światło elektryczne rzucały blask oślepiający.
Przed bramę zajeżdżały powozy, rzucając w tę oświetloną otchłań długie szeregi młodych ludzi, szukających przyjemności na tym „place of amusement“ i zasłońmy twarze, wiele również kobiet różnego wieku, gotowych im takową sprawić.
Litujmy się nad niemi i nie rzucajmy kamieniami.
Mylimy się jednak, nazywając wszystkich młodymi, gdyż widać tam było ludzi różnego wieku, brunetów, blondynów i przyprószonych siwizną, próżniaków każdego stanu, dla których nowość jest pozorem dla zabicia czasu rozpustników wszelakiego rodzaju, zwabianych zapachem i wyziewami perfumeryjnemi kobiet, któremi one przyciągają mężczyzn, jak piżmo i assa-foetida przyciągają ryby z sadzawek, odurzane przez zręcznych łowców.
Świat dawał już Paryżowi przedsmak tego najścia obcych narodów, które miały nim opanować. Na otworzeniu sławnego Moulin-Rouge można już było znaleść wszystkiego potroszę: Chińczyka o pomarańczowej cerze, okrytego jedwabiem parawanowym, murzynów koloru sadzy, Tatarów, Argentyńczyków, będących w pełnym naówczas rozkwicie, Hiszpanów z południowej Ameryki, Greka, uwijającego się zawsze po Paryżu, Turków, pieczętowanych czerwonemi fezami, wreszcie Japończyków z oczami w migdał obsadzonemi.
Górę brał jednak żywioł swojski. Paryżanie przede wszystkiem tu przeważali, łatwi do odróżnienia, z twarzą obojętną, zaledwie powleczoną, uśmiechem pobłażającym wszelkiemu szaleństwu, usta szyderczo złożone, rzucające komuś ze znajomych z niechcenia od czasu do czasu obojętnie: — Jak się masz? — Fizjognomje te blade zużyte jak stary gips, wypalone od gazu w salach gry, w gabinetach dziennikarzy, gdzie się obraca zaledwie godzinę na sen, by pod koniec miesiąca módz zanotować zadawalniający rezultat.
Cały świat ten fin de siécle istot bezpożytecznych, pasożytów o długich zębach, żujących wszystko, co im podpadnie, o żołądku żarłocznym, pełnym lecz nienasyconym nigdy, słowem ten cały Paryż, co bieży na każde nowe przedstawienie, goniąc za nowością, świat dziennikarzy i włóczęgów, był tam dla przekonania się o cudach tak tanich w tej sali, przybranej zielonemi sztachetkami, o świecznikach kryształowych, będącej zarazem szynkiem, bawarją, kawiarnią, salą koncertową i teatrem oraz miejscem balowem o swobodnem zachowaniu się, z ogrodem Armidy.
Wszystko to razem zebrane, stanowiło Moulin-Rouge.
Ale było też coś więcej jeszcze. Przedewszystkiem był to targ opłaconej rozkoszy, miłości otaksowanej, związków chwilowych, handel pomiędzy białymi.
Wielkie stolice są nowożytnym Minotaurem, który codziennie pożera tysiące dziewic.
Miejmy odwagę wszystko powiedzieć: bez tego ostatniego dodatku, Moulin-Rouge, pomimo swych krat, luster, dekoracji, muzyki, tekturowego słonia i szybkich śmig wiatraka nie zarobiłby ani grosza.
Paryż, to światło, niech i tak będzie. I broń Boże, nie nastajemy na jego sławę.
Zresztą nie można temu zaprzeczyć: Paryż to Ateny nowożytne, to smak wydoskonalony, umysł delikatny, pomysłowy, gorączkowy, zawsze przytomny, który tka piękne płótna i sukna z nieporównaną zręcznością, ryje bronz ciosa kamień i marmur jak nikt w świecie, sieje słowa i myśli z łatwością rolnika, sypiącego swe ziarno w bruzdy. Ale bądźmy szczerzy, Paryż dla cudzoziemca na wakacjach, dla podróżnika bez ogniska domowego, to przedewszystkiem raj Mahometa, to Eden rozkoszy, wyraz wyszły z mody, ale dobitny; wreszcie źródło użycia wszystkiego, co kusi i potępia rodzaj ludzki.
Jadło wyborowe, wina doskonale, oddzielne restauracyjne gabinety, przysmaki stołowe, pieszczenie zmysłów, to winien Paryż gościowi przychodzącemu utopić tu swe oszczędności.
Najwidoczniej Paryż się z tego doskonale wywiązuje, skoro gość powraca na drugi sezon bardziej szalejący i zapalony do przyjemności.
Moulin-Rouge wiedział napewno, że zrobi dobry interes. Przy dźwiękach ogłuszającej orkiestry, gwiazdy kankana przekraczały granice swobody, dozwolonej przez policję, patrzącej okiem pobłażającem, a za co dawniej dostałyby się do kozy. Lecz trudno, postęp idzie naprzód, trudno tylko „postępem“ to nazwać.
Sceny, przy których powstałyby włosy na głowach naszych dziadków, odbywały się w kioskach pod taką postacią, iż musiały sprowadzić konwulsje na niedoświadczonych.
Tego wieczoru nie można było się poruszać swobodnie. Ścisk był nadzwyczajny.
Tłumy kaftaników, fraków, jeśli wolicie okrywek i sukien różnego koloru, płynęły powoli, nawą tej świątyni upadku, tak zbite i ścieśnione, że nie było gdzie szpilki włożyć. Ani jednego stołu nie byłe wolnego.
Na lewo od orkiestry, na estradzie dobrze znanej wszystkim, którzy weszli do tego zakładu prosperującego, siedział mały człowiek przed kufelkiem piwa, którego nietknął jeszcze, zachował jedno krzesło obok siebie, oczekując widocznie na kogoś.
Na pierwszy rzut oka można byłe rozpoznać małego staruszka z Hawru, podróżnego, a raczej jednego z podróżnych yachtu „Albatros“, nauczyciela pięknego młodzieńca, któremu towarzyszył, jednem słowem Piotra Bréchaux, przerobionego na uczonego cudzoziemca pod imieniem Petrusa.
Widok jego wzbudzał zupełne zaufanie.
Z głową myśliciela i filozofa, łagodny i prawie trwożliwy, a co najmniej nieśmiały, cichy i skromny, tworzył rażący kontrast z bawiącym się tłumem. Z obliczem jak aktor wygolonem, o rysach ruchliwych i subtelnych, nosie orlim, oczach szarych z krzaczastemi brwiami, przedstawiał wszystkie cechy spokojnego zadomowionego obywatela, który przypadkiem zabłąkał się w te miejsce uciechy „Place of amusement“.
Od czasu do czasu spoglądał na zegarek, wielki chronometr, który zapewne musiał wskazywać godzinę z doskonałą ścisłością.
Około jedenastej twarz mu się cokolwiek rozjaśniła, lecz tyle zaledwie, co pusty krajobraz pod bladem promieniem grudniowego słońca. Ujrzał właśnie, idącego naprzeciw siebie, młodego człowieka, torującego sobie drogę między tłumami.
I nasz Rodriguez, ubrany z rzucającą się w oczy elegancją, o twarzy szczerej i wesołej, z cygarem w ustach, znalazł się wkrótce przy nim.
— I cóż? — zapytał starzec swego ucznia, zaledwie ten zdążył usiąść na zachowanem dla siebie krześle. — Wiadomości dobre?
— Doskonałe.
— Wszystko idzie dobrze?
— Cudownie.
— Colombey’owie byli w Chesnay? Spędzili tam dzień cały.
— Widziałeś tę młodą panienkę?
— Widziałem.
— Cóż mówiła?
— Zawsze ta sama śpiewka.
— Szaleje za swym sąsiadem?
— Nie jeszcze.
— Ale będzie szalała?
— Być może.
— Przyznaj, Jasiu! iż jest zachwycającą.
— Tak zachwycającą, że zbrodnią jest oszukiwać ją... Co za słodycz anielska... uczucia piękne... szlachetność, przebijająca się w każdym wyrazie...
— Anioł, jednem słowem!
— Doprawdy, anioł, jakich się nie spotyka tuzinami, mój stary ojcze! Chciałaby wszystkich koło siebie widzieć szczęśliwymi.
— Lilijka, — dodał ironicznie nauczyciel. — Kochasz ją może, Jasiu?
— Nie.
Odpowiedź była szybką. Gdyby ją była usłyszała nieszczęśliwa dziewczyna, wciągnięta do komedji miłosnej, odgrywanej dla niej, byłaby nią przerażona niewątpliwie.
— Tem lepiej, rzekł mistrz, — tem lepiej! Człowiek, nie targany namiętnością, idzie bez przeszkody raz wytkniętą drogą. Kiedyż ślub będzie?
Mały staruszek, wymawiając to pytanie, miał coś djabelskiego w twarzy.
— Sprawa pójdzie, ale trzeba czasu.
— Tem gorzej, — pochwycił tamten. — tem gorzej.
— Dlaczego?
Zniżył głos.
— Inni się niecierpliwią.
— Pisali do ciebie?
— Dziś rano.
— Na cóż się skarżą?
— Na naszą opieszałość. Przez siedem miesięcy pobytu w Paryżu nie zrobiliśmy nic jeszcze.
— Niechże czekają! Jesteśmy na stanowisku... Mamy za sobą wszystkie dane... Może szczęśliwie dobijemy się do końca.
Juan Rodriguez zaśmiał się szczerze.
— Jak pomyślę — rzekł — że tracę czas na pisanie miłosnych bilecików, listów na czterech stronnicach, pełnych wyznań najgorętszych i że je wsuwam w poetyczną kryjówkę, w otwór w murze, ukryty pod bluszczem, jak student, korespondujący z wychowanką klasztorną i jak pomyślę, że to ty, stary ojcze, każesz mi się tem zajmować, doprawdy, uwielbiam cię.
— A masz na nie odpowiedź, Jasiu?
— Mam. To skarby uczucia, wszystko, co serce szlachetnej dziewczyny może wymyślić najczystszego, najdelikatniejszego!
— Ale także najbardziej kompromitującego tę szlachetną dziewczynę, ha! ha! ha!
Młody człowiek nic nie odpowiedział, tylko brwi zmarszczył. Widocznie ciężyła mu wstrętna rola, jaką kusiciel kazał mu grać przed tem dzieckiem, szlachetnem w samej rzeczy, czystem i tkliwem, które wpadło w bezecnie na stawione sieci.
Wtem zbliżył się do stołu garson, pytając:
— Czem można panom służyć?
Była to mała rozmaitość, bardzo na czasie.
— Dwa likiery — rzekł młody człowiek.
Ścisk stał się jeszcze gwałtowniejszy, rzec można, było to mrowisko tak liczne, że mrówki nie mogły już swobodnie się poruszać.
Stary nachylił się do ucha młodego.
Dla interesu z brylantami trzeba, abyś zrobił znajomości; czekając na małżeństwo, nie traćmy czasu.
Juan Rodriguez spochmurniał.
— Zawsze ten interes — odezwał się z niechęcia.
— Rzecz pewna, prosta.
— Jestem temu przeciwny.
— Z powodu?...
— Eh! obejdziemy się bez słów — rzekł porywczo młody — wiesz dobrze...
— Doskonale!
— Dosyć jednej zmory!...
— Oh! — zaczął niedbale staruszek — myślisz jeszcze o tem!... Tak się należało... a zresztą to tak daleko, w pampasach, po drugiej stronie Oceanu! Dziwią mnie twoje skrupuły, Jasiu.
Zamilkli powtórnie. Po chwili młody człowiek rozpoczął:
— Mówisz, że trzeba?...
— Kochanki, to jest pozoru...
Juan Rodriguez wskazał na tłumy, rojące się po sali.
Były tam kobiety różnego gatunku, za wyjątkiem najlepszego.
Młody Durivel nie skłamał. Komendant Briard powinien być zadowolniony. Schodziły się tu niezliczone masy najróżniejszych kobiet: młodziutkie i dojrzalsze, rude i brunetki, po większej części zwiędłe, zużyte, wybladłe przez róż i bielidło, samo błoto występku, gawiedź, szukająca jarmarcznych przyjemności.
— W każdym razie nie z tych — rzekł młody człowiek, wskazując na tłum — te nie warte są szeląga, a cóż dopiero bransoletki za tysiąc dukatów.
Rozmawiali chwilę głosem przyciszonym.
Stary musiał swój plan objaśniać. Nic nie przeszkadzało mówić bez obawy, bo nikt nie zajmował się nimi. Zresztą czyż możnaby schwycić choć jedno słowo w tej wrzawie, zdolnej zagłuszyć przelot wron, gdyby ten wypadł nad ogrodem Moulin-Rouge.
Orkiestra grała z zapałem i werwą. Wpośrodku sali tańce bezładne, konwulsyjne, a szczególniej kankan klownów, mężczyzn i kobiet ściągnęły tłumy ciekawych. Duszono się, a dla złodziei było tu znakomite pole do operacji.
Na około areny żywe sznury szły ruchem wolnym, kolistym jak trzoda, którą napadła zaraźliwa kołowacizna. Cała uwaga skupiona była na tańcach, gdzie kobiety ukazywały swoją piękność bezwstydnie.
Niech was Bóg uchowa od spotwarzania nieszczęśliwych. Dla tego, co zna nędzę życia biednych ludzi, okrutny brak, jaki na każdym kroku im ciąży, pokusę bezustanną, a obok wstyd i upokorzenia, jakim podlega uczciwa dziewczyna zewsząd odpychana, szukająca miejsca lub pracy, nieprzyjemna konieczność ściskania żołądka podczas mroźnej zimy, lub pieczenia się jak na rożnie w skwarne lato w ubogiej izdebce, bezsilność w końcu tylu kobiet, nie mogących żyć powietrzem, dla tego łatwo zrozumiałą rzeczą będzie rozpacz w obec męczarni, mających tylko wyjścia: upadek w cuchnącą przepaść rynsztoków paryzkich, lub rzucenie się do Sekwany.
Piękny cudzoziemiec, podparłszy się na marmurowym stoliku, siedział i w zadumaniu błądził wzrokiem po tych twarzach bezwstydnych, gdzie pod zwierzęcym rozbestwionym uśmiechem kryje się niejedna ciężka rozpacz.
Stary śledził go niespokojnym wzrokiem.
Ten od czasu do czasu wybuchający bunt kazał mu się obawiać o koniec swego dzieła i to tak blizkiego końca!
W tejże chwili do balustrady zbliżył się człowiek, lat pięćdziesięciu, z nosem jak dziób krogulca, z oczami zyzowatemi i mrugającemi ciągle, o czole nizkiem zarzuconem lasem włosów kruczoczarnych, z brodą i ustami, wykrzywionemi uśmiechem, a zwróciwszy się do nich, tonem ujmującym zapytał:
— Czy panowie już się zdecydowali?
— Nie jeszcze.
— To szkoda.
— Dla czego?... — zapytał Juan Rodriguez z miną wyniosłą i obojętną.
— Mam znakomitą sposobność.
— To dobrze. Zobaczymy!...
— Daj mi tylko znak.
— Nie teraz.
— Przyjdę do ciebie pewno.
— Nic pilnego... To stracone pieniądze?
— Ale nie ze mną... Jestem zawsze na usługi!... polecam się łaskawej pamięci!
Juan Rodriguez skinął lekko ręką na znak pożegnania.
Stary nie zdawał się zwracać uwagi na ich rozmowę, ale kiedy tamten oddalił się o kilka kroków:
— Widzisz, Jasiu — rzekł — przeznaczenie! Zwierzyna sama w sieci wpada. I pomyśleć, że Rosen, ten żyd niemiecki, ma zawsze w swym prostym worku miljonowej wartości kamienie i nie wpadł dotąd w żadną zasadzkę w pośrodku tego Paryża, gdzie mordercy ćwiartują ofiarę dla marnych czterdziestu groszy. Co za głupcy! Znakomita sposobność. Cóż powiedziałeś ostatnim razem temu handlarzowi?
— Nadmieniłem mu o kochance, która mnie prosi o brylanty...
— W ten sposób brakuje ci tylko jej właśnie...
W tej chwili zrobił się ruch między falą ludzi, cisnącą się do miejsca spacerowego pod estradą konsumentów. Odwracano się, by zobaczyć przechodzącą kobietę, młodą dziewczynę raczej, która stanowiła zupełną sprzeczność ze zwykłemi klijentkami tego miejsca.
Wystawcie sobie główkę wspaniałą, pokrytą gęstemi zwojami naturalnie kręcących się złocistych włosów, o twarzyczce świeżej, zdrowej i poważnej zarazem, o regularnych rysach posągów greckich, czole trochę nizkiem, ale cudownie zarysowanem, oczach jasnych, dumnych, lecz podkrążonych i zmęczonych niedostatkiem lub bezsennością, o ustach koralowych. Taką główkę osadźcie na ciele okazałem, piękniejszem od tej główki, ale nacechowanem jakąś pospolitością, brakiem elegancji i prowincjonalizmem, chociaż był to odcień prawie niedostrzegalny, trudny do wyrażenia, a spowodowany więcej zapewne strojem, niż usposobieniem tej nieszczęśliwej, mimo to wspaniałej i zwracającej na siebie ogólną uwagę, jak prawdziwe brylanty, które zawsze błyszczą i od których wzroku oderwać nie można.
— Zadziwiające stworzenie! — szepnął mały staruszek do swego towarzysza.
Ten nic nie odpowiedział. Na widok nieznajomej zadrżał gwałtownie. Zaledwie ją jednak dostrzegł, gdy już zuiknęła mu w otaczającym ją tłumie.
Tem krótkiem widzeniem był jednak do głębi wstrząśnięty. Twarz ta nie była mu obcą.
Zkąd ją mógł znać? Napróżno przebiegał w myśli swe wspomnienia.
Nagle przyszedł mu na pamięć Cherbourg. Cherbourg! Tam to ujrzał ją po raz pierwszy, śród kwiatów i zieleni, dzieckiem prawie, a już pełną piękności młodego dziewczęcia.
Po chwili wzruszył ramionami, mówiąc:
— To szaleństwo!
Widocznie szczególne podobieństwo zwodziło go. Odtrącał jednak tę myśl wszystkiemi silami. Kobieta już była daleko.
Zkąd tutaj przyszła. trudnem było do odgadnienia. Suknia niepozorna i zniszczona kazała sądzić, że jej właścicielka była panną w magazynie podrzędnym, w sklepie, lub też pokojówką trzeciej kategorji. Kapelusz nieświeży, z rudej słomy, w maju, zdradzał nadzwyczajne ubóstwo, lub też zupełną nieznajomość mody.
Kaftan, bo trudno było nazwać inaczej żakietkę nieznajomej, otwarty na przodzie, dozwalał widzieć czerwoną satinkową podszewkę, zniszczoną przez długie użycie.
Tłum zbyt ściśnięty nie pozwalał zobaczyć bucików, ale musiały zapewne odpowiadać reszcie ubrania.
Nie można było wątpić, dziewczyna musiała być biedna. Nędza rzuciła ją w ten targ, w ten jarmark handlu białemi, a jednak jedwabne spódnice, suknie pierwszorzędnych krawcowych, żakiety krawców modnych, kapelusze z ulicy de la Paix, włożone na farbowane włosy i utrefione głowy, o twarzach wymalowanych, pachnących paczulą, opoponaxem, ylangiem i pudrom ryżowym, usta napomadowane pomadką, niknęły wobec blasku tego ciała, pełnego życia i młodości, tych oczu przezroczystych i zębów równych jak perły, które miały się sprzedać tym zużytym mumjom, sprzedać dla kęsa chleba.
Juan Rodriguez szukał jej gorliwie, ale nie zobaczył nigdzie; zginęła w tłumie, który ją uniósł daleko. Pozostał zamyślony i nieruchomy, zwrócony uporczywie w stronę, gdzie zniknęła dziewczyna, jak senne marzenie.
— Zachwycająca istota niech mnie djabli porwą! — powtórzył stary oczarowany.
— O kim mówisz? — zapytał młody człowiek, jak ze snu przebudzony.
— O tej dziewczynie, która dopiero co przeszła. Cóż mówisz o niej Jasiu?
— Mówię sobie właśnie, żem ją już gdzieś dawniej widział.
— Gdzież to?
Młody człowiek potarł czoło.
— Nie mogę sobie przypomnieć.
I mówiąc niby do siebie, dodał:
— Ona tutaj? To niemożebne... A jednak...
— Powróci zapewne wkrótce. Czekajmy.
Mylił się jednak.
W chwili gdy przechodziła pod trybuną orkiestry, zbliżył się do niej człowiek dobrze wyglądający, otyły, o wesołej twarzy, rozjaśnionej uśmiechem, w białej kamizelce, ozdobionej wielkim złotym łańcuchem, bardzo starannie ubrany, w jasnym płaszczu na jedwabnej podszewce, przerzuconym na lewem ramieniu i odezwał się:
— Dwa słowa, piękne dziecię.
Nieznajoma obróciła się ku niemu i zmierzyła go okiem obojętnem i ponurem.
Miał on około sześćdziesięciu pięciu lat może, ale był uśmiechnięty i dobroduszny.
Ona skłoniła się w milczeniu. Wówczas tenże powiedział jeszcze jedno krótkie zdanie.
— Chodź za mną.
A doszedłszy do ogrodu, zajął jeden z wolnych stołów i skinął na garsona.
Tłusty mężczyzna musiał widocznie być dobrze znany i łaskawie widziany tutaj, bo służący się spieszył z ustami złożonemi do uśmiechu, jednem krokiem stanął przy stole, a poprawiwszy krzesło, zgięty w pałąk, zapytał:
— Co pan rozkaże?
Dwóch młodych ludzi, ubranych podług ostatniej mody, z gardenją w butonierce, przechodząc o kilka kroków dalej, najwidoczniej urzędnicy z banku, mówili między sobą:
— Widzisz, stary Saint-Clair jak funduje pięknej nieznajomej. I ona ma naprawdę dużo szczęścia.
A dziesięć stołów dalej, złośliwy mały Durivel, płucząc sobie gardło grogiem trącał łokciem komendanta Briard.
— Gdyby tak radca widział swego teścia w Moulin-Rouge obok dziewczyny nędznie ubranej, a do tego jeszcze nowicjuszki, tożby oczy szeroko otworzył, he?
Komendant mruczał sobie pod wąsem:
— Piękna dziewczyna niema co! I ten pan nie głupi, zna się na rzeczy.
— Chciałbyś jednak być na jego miejscu, mój wojaku?
— Słowo honoru daję...
— Sprzątnął ci ją gracko, prawda?
— Tak samo mmie, jak i innym, mój mały!
— Pociesz się, kiedyś ją odnajdziemy.
— Wspaniały kąsek.
Zwykle na placu jarmarcznym, gdy stręczyciel wchodzi w targ z wieśniakiem, inni nabywcy zostawiają mu wolne pole do działania. Uczciwość, czy zwyczaj nakazują, by nie wchodzić w drogę kupcowi, jeśli już przystępuje do zgody.
To samo prawo znajduje zastosowanie i na innych polach.
Z chwilą, gdy bankier położył rękę na nieznajomej, wzbudzającej ciekawość, a nawet do pewnego stopnia uwielbienie w spacerowiczach, konkurenci ją opuścili, zwracając się w inną stronę.
Rzucali oni wprawdzie ukradkiem palące spojrzenia na piękną dziewczynę, ale to było zdaleka i uszło zupełnie jej uwagi.
Bankier studjował ją także, ale wcale z innych pobudek, niż to przypuszczał komendant.
Była zbudowana bez zarzutu. Rzeczywiście miała zaledwie lat dwadzieścia, ale z postawy, wyrazu twarzy, a szczególniej powłóczystego spojrzenia wielkich oczu, przebijało się zmęczenie więcej moralne, niż fizyczne, zniechęcenie do życia, oraz rozpaczliwa rezygnacja na wszystko, co ją mogło dalej spotkać.
Bankier zajmował się nią wyłącznie. Nic go nie obchodziły wejrzenia, jakie na siebie ściągał, ani ciekawość, jaką wzbudzał. Zresztą bankier był znany dobrze w tym świecie przyjemności, jako miljonowy dziwak, owdowiały od lat wielu, swobodny jak ptaszek, obecny na wszystkich zabawach, nie zdający nikomu rachunku ze swych czynności, pomiatający opinją i kierujący się tylko własną fantazją. Na pewnych wysokościach czyż nie można sobie na wszystko pozwolić?
Zaczął łagodnie mówić do dziewczyny:
— Czy się mnie nie obawiasz, moje dziecię?
— Nie, panie.
Garson oczekiwał cierpliwie.
— Czemże mogę ci służyć? — zapytał bankier.
— Wszystko mi jedno.
— Więc coś najmniej szkodliwego. Likieru miętowego z wodą?
— Jak się panu podoba.
— Więc dwa likiery. To dla rozmowy, bo zresztą, to nic nie warto, prawdziwe lekarstwo.
A po chwili milczenia dodał:
— Chciałbym, abyś nabrała do mnie zaufania, moje dziecię. Popatrz na mnie i nie bój się nic... Chce być tylko twym przyjacielem. Odkąd cię spostrzegłem, zajęłaś mnie bardzo, doprawdy. Zapewne nie mylę się, że to po raz pierwszy znajdujesz się w podobnem miejscu?...
— Tak panie.
— Wcale się temu nie dziwię... odrazu to zgadłem.
Mowa jego zdradzała współczucie.
Młoda dziewczyna ośmieliła się i podniosła wzrok na niego. Spojrzenie to, uspokoiło ją zupełnie.
Z jego tłustej, rozweselonej postaci przebijała sama poczciwość. Uśmiech był dobrotliwy, oczy zdawały się ją pieścić.
— Dla czego jesteś tak poważną? — zapytał.
— Nie jestem poważną, tylko smętną.
— W tym wieku?
— Nigdy nie miałam powodu być wesołą.
— Ileż masz lat? Ze dwadzieścia zapewne.
Jeszcze nie, ale wkrótce skończę.
— Wiek to długich nadziei. Dwadzieścia lat! Ach! gdybym ja je miał, jakże byłbym szczęśliwym!
A zniżając głos dodał:
— Będę tego żałował, szczególniej dziś właśnie.
Ona nie spytała o powód tego żalu. Rozumiała, ale nie zarumieniła się, pozostała obojętną.
Rękę wyciągnęła na chłodnym marmurze, jak gdyby usiłowała się otrzeźwić przez to dotknięcie do zimnego przedmiotu.
Bankier studjował tę rękę, jak przedtem studjował całość.
Była to mała, pulchna rączka, trochę czerwona, ale pielęgnowana.
Po kilku dniach bezczynności i wypoczynku stałaby się bardzo białą i bardzo ponętną. Miljoner zapytywał się w duchu, czem ona dotąd mogła się zajmować?
Zkąd się tu wzięła ta biedna dziewczyna? Co za fatalizm pchnął ją na tę drogę nędzy, gdzie upaść miała!
Michał Saint Clair był bardzo zaintrygowany.
— Co mógłbym zrobić dla rozweselenia ciebie? — zapytał. — Posłuchaj, opo‐ wiedz mi coś o sobie. Nic na tem nie stracisz, zapewniam cię. Mniej jestem zły, niż się wydaję. Jak się nazywasz?
— Joanna.
— To bardzo ładne imię.
— Podoba się panu?
Mniej niż jego właścicielka. Słowo daję, nie ma tu żadnej, godnej rozwiązać ci obuwie.
— Szydzisz pan ze mnie!
— O! nie. Na nieszczęście nabyłem doświadczenia i możesz mi wierzyć. Nie jestem jednak wcale z tego dumny... Tylko inne...
Szukał wyrazu.
— Inne są lepiej ubrane odemnie, dodała młoda dziewczyna. — Czy to pan chciałeś powiedzieć?
— Ależ...
— Nie wstydź się pan. Sama wiem o tem dobrze.
— Rzeczywiście piękna oprawa podnosi wartość przedmiotu.
Usiłowała żartować. Czyż nie należało, aby się także podobała? Ale mimowolne westchnienie podniosło jej pierś dziewiczą.
— Nie jesteś bogata! — zaczął znów bankier.
— O, nie!
— To nic nie znaczy. Masz wszystkie dane, aby nią zostać. Czemu nie pijesz?
Widocznie nieśmiałość jedynie ją powstrzymywała, gdyż na to wezwanie uchwyciła nerwowo szklankę i poniósłszy do ust, wypróżniła odrazu.
Jednocześnie wyraz ulgi odbił się na jej twarzy. Była to pewna wskazówka dla grubego bankiera.
Wziął ją delikatnie za rękę i rzekł:
— Bądź szczerą. Krótki ten spacer rozgorączkował cię... Rozumiem to... brak ci przyzwyczajenia... Nie masz, jak to powiadają, natury marynarskiej i pierwsza przeprawa sprawia ci pewną przykrość.
Po krótkiej walce szepnęła:
— To prawda!
— Co zamierzasz tu robić?
— To co i inne. Zarabiać na siebie.
A uniesiona szczerością, tknięta serdecznością bankiera, dodała ciszej:
— I na dwie drogie mi istoty.
— Twoją matkę może?...
— Matka moja — rzekła po krótkiem wahaniu — rzeczywiście, moja matka...
— A druga?
— Mała siostra...
— A ojciec?
— Ojca nie mam.
Lecz zaraz się poprawiła:
— Chciałam powiedzieć, że umarł...
— Dawno?
— Około siedmiu lat temu...
— I jesteście w potrzebie?
— Z chwilą, jak porzucałam dom, nie zostawiłam ani grosza.
I zaraz z pewną gwałtownością dodała:
— Zresztą, cóż to pana obchodzi! Nie jesteśmy tu dla czułości. Jeśli się panu podobam, a sądzę, że nie, powiedz mi pan... Jeśli nie... nie zabieraj mi czasu... Jest on mi drogocennym, doprawdy!
Ton, jakim wymawiała te wyrazy, rumieniec wstydu, pokrywający jej oblicze, blask oczu, w których widniały łzy powstrzymywane, wzruszyły do głębi bankiera.
— Posłuchaj mnie, — rzekł. — Znam się na tem. Widok twój każe mi się domyślać wielkich zmartwień. Mógłbym ci ofiarować kolację i skorzystać z twego nieszczęścia. Nie jestem lepszy od innych, a przecież... doprawdy... sumienieby mnie dręczyło. Chcę mieć wszystko lub nic. Potem będziemy się namyślać, ale najpierw uchodź ztąd.
Sięgnął do kamizelki po garść lujdorów w sposób, w jaki niegdyś zażywano tabaki i wsunął je w rękę pięknej dziewczyny, mówiąc:
— Oto masz rękojmię swobody na dwadzieścia cztery godziny. Jeśli zechcesz mnie jeszcze zobaczyć, zapamiętaj to nazwisko: „Saint-Clair, ulica Cambon. Masz dobrą pamięć? Michał Saint-Clair...
— Tak, panie.
— Ulica Cambon, blizko bulwarów, około Magdaleny, czy znasz?
— Znam.
— Pierwszy lepszy stróż wskaże ci dom. Zrozumiałaś? Saint-Clair! Michał Saint-Clair, to ładnie brzmi!
— Bardzo ładnie.
— Koło dziesiątej rano.
— Dobrze panie.
— Bankier Saint-Clair. Bogacz.
— Rozumiem!
— Ale teraz idź już.
— Dobrze, panie.
Twarz jej się nagle zmieniła, opromieniała szczęściem. Co za zmiana!
Była sto razy piękniejszą.
Mały Durivel trącił łokciem komendanta Briard.
— Oho! — rzekł, — sprawa dobrze idzie. Ten stary swawolnik de Saint-Clair jest niezaprzeczenie zwycięzcą.
Bankier mówił dalej z uśmiechem:
— Jestem zazdrosny o innych, słowo honoru. Odejdź ztąd przy mnie i nie powracaj więcej.
— Dobrze panie.
— Chodźmy zatem.
Rzucił na marmur sztukę pięcio-frankową, wskazując ją uprzejmym gestem garsonowi i powstał.
Młoda dziewczyna szła za nim.
Kilka szykownie ubranych dziewcząt, siedzących przy sąsiednich stolikach w krzyczących tualetach, śmiały się szyderczo. Jedna z nich rzekła głosem ochrypłym:
— Kaprys starego!
Inna dodała:
— Na który może sobie pozwolić.
— Pewno nie ma porządnej koszuli na sobie.
— Stary, ma za co kupić.
W gruncie, wściekały się ze złości.
Michał Saint-Clair był ulubieńcem tych dam z pół-światka, dla których łatwo trwonił pieniądze, nic w zamian nie żądając. Był tylko poufałym z niemi i zajmował się chętnie ich sprawami, a w razie potrzeby dyskretnie dopomagał.
Słowem był dla nich nieraz wybawcą, z utrapień, miłosierny bez rozgłosu i lepszy od wielu innych, którzy za parę groszy, wydanych z kieszeni, robią hałasu za kilka tysięcy.
Bankier i jego wybrana szli w milczeniu przez korytarz, prowadzący do kontroli, pośród tłumu coraz liczniejszego i połączyli się na ulicy.
Było koło północy. Bandy próżniaków stały pośródku drogi, podziwiając ogniste skrzydła, które zawsze obracały się jednostajnym ruchem. Powozy gromadziły się w ulicy w długim szeregu, oczekując na powrót swych gości, na skończenie jarmarku, a tymczasem inne rzucały w tę otchłań swój ładunek zapóźniony.
Na skraju Moulin-Rouge, w cieniu zakątków i bram zajezdnych lub za drzewami i ścianami kiosków, kryły się niepewne osobistości, czyhające na okazje, jak wilk na zwierzynę w śniegu blizko folwarku.
— Gdzie mieszkasz? — zapytał Saint Clair swej protegowanej.
Pod rażącym blaskiem gazowej latarni, ujrzał, jak się zarumieniła. Wyciągnęła rękę w kierunku wyżyn Montmartre.
— Tam, — odrzekła.
— Słuchaj, zaczął dobrodusznie, nie bądźże dzieckiem. Jest już późno. Czy chcesz, bym cię odprowadził?
— Dziękuję.
— Dziękuję, tak?
— Dziękuję, nie.
— Nie masz racji. Te strony są niepewne.
Z uśmiechem smutnym odpowiedziała:
— Nie boję się niczego, dobranoc panu.
— A pamiętasz dobrze? Saint-Clair. Michał Saint-Clair.
— Ulica Cambon.
— Doskonale. Koło dziesiątej.
— Tak, panie.
Dodała przytem głosem wzruszonym, kładąc rękę na sercu:
— Nigdy tego nie zapomnę... Zapisałam tutaj... Ocaliłeś mi pan życie... więcej niż życie nawet!
— Do widzenia, moje dziecię... Bądź odważną i dobrej myśli!
Michał Saint-Clair wsiadł do powozu, który od pierwszego jego pojawienia się na ulicy postępował za nim, ale zawahał się.
Przechylił się przez drzwiczki, popatrzył na oddalającą się młodą dziewczynę i dopiero wtedy zawołał do woźnicy:
— Ruszaj!
Następnie rzucił się wygodnie na miękkie poduszki, podczas kiedy doskonały rumak unosił go swym miarowym truchtem.
— Zachwycające stworzenie, pomyślał sobie — i prawdomówne, przysiągłbym na mą kieszeń... Nigdzie jej dotad nie widziałem. Takie jak ona, za serce chwytają... Urocze obejście! Prawdziwa kobieta, nie żadna lalka!... Muszę ją jeszcze zobaczyć.
Ułożył się wygodnie w kącie powozu.
— Żeby jej się tylko nie przytrafiło jakie nieszczęście, — zaczął. W tych djabelskich stronach mogą łatwo zabić dla marnych kilku groszy!... Wiem zaledwie jej imię. Joanna... Joanna... jakto? Powinienem był wziąść jej adres... Kosztuje mnie kilka złotych, ale nie żałuję tego... Mój pan zięć kazałby mię wykląć, gdyby się o tem dowiedział... Ten dla psa nie daje kiełbasy. Szubienicznik! Wstyd jej może lichego mieszkania! Biedna dziewczyna!
A podejmując wątek swych myśli:
— Dziesięć luidorów ma przy sobie... to niebezpiecznie!
Przez chwile chciał kazać woźnicy by zawracał, ale właśnie kłusem zjeżdżali w ulicę Pigalle. Niechciał się już zatrzymywać i pojechali dalej. Zresztą gdzieżby ją odnalazł?
Chwilę później powóz zatrzymał się przed drzwiami hotelu na ulicy Campon.
Bankier przeszedł podwórze z miną obojętną, by wykazać całe lekceważenie opinji, nucił przez zęby jakąś ogródkowa melodje, dosyć wesołą, idąc do swego oddzielnego apartamentu.
Maurycy Colombey słyszał turkot powozu pod sklepieniem, tentent kopyt końskich na bruku i wesołe mruczenie starego biesiadnika.
— Teść mój sobie nuci! — pomyślał.
— Ten zawsze wesoły i młody!
Radca był niezadowolony.
Zadmuchnął świecę przed zaśnięciem i w cieniu nocy widział jak w mirażu miljony uskrzydlone, które unosił jakiś bożek, promieniejący swą wieczną młodością.
I spadkobierca zapytał się z odcieniem złego humoru:
Młoda dziewczyna z Moulin-Rouge szła sama spiesznym krokiem przez bulwar Clichy, który stawał się coraz bardziej ciemnym, w miarę jak się oddalała od miejsca wesołej zabawy.
Na rogu ulicy Houdon otwarta winiarnia zdaleka rzucała promienie kilku lamp gazowych. Młoda dziewczyna weszła tam.
Ulica Houdon, to nie wielkie bulwary i Michał Saint-Clair bardzo wielką miał słuszność w swych domniemaniach, iż rzeczywiście niebezpiecznie jest chodzić tamtędy przed północą, a później gorzej jeszcze.
Sala była przepełniona gośćmi, pomimo spóźnionej pory; miny tych panów nie wzbudzały wielkiego zaufania, a niektóre z nich kwalifikowały się prosto na szubienicę.
Po większej części wszyscy siedzieli, grając w karty lub w domino. Kilku stało przed cynowym bufetem, rozmawiając półgłosem, w niedbałej postawie, jak ludzie co mają chwilę wolną lub oczekują na kogoś.
Właśnie to oni najgorzej się tu prezentowali, a dwóch pomiędzy nimi przedstawiało parę skończonych łotrów, jedynych w swym rodzaju rozbójników zewnętrznych bulwarów.
Twarze ich były sine, cyniczne, wykrzywione dzikim, okrutnym wyrazem, bez zarostu, z blademi usty, okalającemi puste szczęki, ziejące wódką i tytoniem, brzydkie, potworne twarze, gniewne i podejrzane, z jakiemi zwykle wyobrażamy sobie rozbójników, których koniec bieżącego stulecia wydaje taką ilość obfitą.
Ubiór ich był tego samego rodzaju co oni godny rzemiosła, klasyczny strój rozbójników.
Oberwani, brudni, z cienkiemi łydkami, w butach powalanych, w kurtkach sukiennych, z krawatem, niedbale zawiązanym pod wykładanym kołnierzykiem, odkrywającym ptasie oskubane szyje, brakowało im tylko tradycyjnej czapki, któraby jak szyld świeciła na tych spłaszczonych czaszkach. Czapki te dawno już zarzucili. Obecnie miękkie filcowe kapelusze, z wielkiemi rondami, pogniecione, siedziały na łysych głowach.
W tej chwili smutne ich miny świadczyły, że im szczęście nie sprzyjało, brakowało roboty.
Charakterystycznym rysem tych ohydnych postaci jest to, iż zazwyczaj są bardzo mało rozwinięci i źle zbudowani, brak im zdrowej krwi w żyłach, a występek wykoszlawia ich od dzieciństwa. Przy dziennem świetle każdy z łatwością obronić się może od ich napaści, za to podczas nocy wetują sobie straty dzienne, a przyzwyczajeni do ciemności, widzą jak koty i zręczne zadają pchnięcia nożem w plecy zapóźnionego przechodnia, czy to mężczyzny czy kobiety.
Są to tchórze obrzydliwi, szczególniej kiedy im głód dokucza. Ci, co byli zebrani na ulicy Houdon, rzeczywiście przedstawiali się okropnie.
Na widok pięknej dziewczyny, wchodzącej do szynku, dwaj rabusie stojący na uboczu, tracili się łokciami, wykrzywiając potworne zęby.
— Niezły kąsek! — rzekł jeden.
— Wcale ładna, — odpowiedział drugi.
Dziewczyna stała na progu, nie wiedząc do kogo się ma zwrócić.
Olbrzymi chłop, bez surduta, ze złotym łańcuszkiem przy kamizelce, zbudowany jak herkules z Neuilly, z szyją jak u wolu i potężnemi ramionami, niezbędnemi do utrzymania tutaj wszystkich w należytym porządku, zbliżył się do niej zapytując grzecznie:
— Co pani sobie życzy?
Dziewczyna odpowiedziała nieśmiało:
— Jest już późno... sklepy wszędzie pozamykane... chciałam kupić jajek, chleba i wina... To dla chorej...
— Panienka chce to zabrać z sobą?
— Tak.
— Zaraz przyniosę.
Właściciel patrzył na nią ze zdziwieniem, lecz nie spuszczał z oka dawnych swoich gości. Nieznajoma nie była podobną do kobiet, przychodzących tu zwykle, a szczególniej o tej godzinie, więc też pośpiesznie uskutecznił jej żądanie, włożył do torebki papierowej tuzin jaj czerwonych, podawanych w każdej szynkowni dla wzbudzenia pragnienia, podał bochenek chleba i litr wina za osiemdziesiąt centymów.
— Ile się należy? — zapytała.
— Dwa franki osiemdziesiąt.
Z rękami pełnemi, niezgrabnie wyjęła z kieszeni jedną ze sztuk złota, danych jej przez bankiera.
Na brzęk złota dwaj bandyci nadstawili uszu: Olbrzym spostrzegł ich miny i spojrzał surowo. Jednocześnie — szepnął prędko dziewczynie, odprowadzając ją do drzwi.
— Czy pani mieszka w tej stronie?
— Tak.
— Czy ztąd daleko?
— Nie bardzo.
— Idź pani prędko i miej się na baczności.
Pobiegła szybko.
Jeden z łobuzów wyszedł za nią, patrząc w którą stronę się oddaliła, podczas tego drugi rzucił kilka miedziaków na stół.
Olbrzym zbliżył się do nich, mówiąc:
— Słuchaj bladasie, jeżeli urządzicie kawał, to powiem kto jest sprawcą. Jakaś biedaczka, co niema kawałka chleba w domu!
Drugi uderzył po pustej kieszeni od kamizelki, mówiąc krzykliwym i przeciągłym głosem:
— Głupcze jak się ma dobrą okazję, to się jej nie opuszcza.
— Dobrze wiedzieć, złodziejskie nasienie... Będziemy czuwać!
— Dla czego?
— No, no, wiadomo, co się to ma znaczyć.
Blądas odpowiedział na to, zwracając się do towarzysza:
— Chodź Taraud, Moulin-Rouge już zamykają, a my tu siedzimy jeszcze.
Za chwilę już ich nie było.
Skrzydła Moulin-Rouge stały już spokojnie, lecz światło czerwone daleko rzucało swój odblask krwawy. Ciemność w sąsiednich ulicach tembardziej zdawała się ponurą i straszną po tej powodzi światła.
Młoda dziewczyna zniknęła w ciemnościach, przejęta obawą pod wrażeniem słów tylko co usłyszanych i z trwogą patrząc na ciche ciemne ulice, śpieszyła się idąc pod górę ulicy Houdon. Wszystkie domy już dawno były pozamykane, a żaluzje i okiennice pospuszczane, jak gdyby przed napadem złoczyńców lub włóczęgów.
Kilka latarń gazowych słabe dawało światło, ani jednego sierżanta nie było widać w pobliżu, ci zwykle tutaj się nie ukazują, za to pełno ich w środku miasta. Od czasu do czasu zapóźniony przechodzień powracał do domu, galopem przebiegając obok dziewczyny.
Z głębi dalszego Paryża szmer głuchy dolatywał, czyniąc wrażenie przypływu morskiego. To powozy, unoszące publiczność z teatrów do domu, tylko tutaj żadnego widać nie było, tutejsi mieszkańcy bowiem nie pozwalali sobie na taki zbytek, jak teatr lub powóz.
Szła już z dobry kwadrans co raz dalej zapuszczając się pomiędzy puste place i zapadle uliczki, kiedy na chwilę przystanęła aby odetchnąć.
W tej samej chwili z za węgła przeciwległego muru ukazały się dwie ludzkie postacie i dał się słyszeć ochrypły głos:
— Stój!
— Miejsce doskonale się nadawało do napadu. Naprzeciwko grupy, złożonej z młodej dziewczyny i dwóch złoczyńców, ulica Tourtaque przerzynała na dwie części smutny, ponury plac, okolony murem. Był to cmentarz du Nord, olbrzymia przestrzeń, zapełniona trupami, na lewo i na prawe ulica Chasseloup, zabudowana małemi domami z gipsu, pomiędzy wielkiemi placami a raczej składem wszelkiego rodzaju rupieci i zgnilizny wielkiego miasta, kupą śmieci zapowietrzonych siejących tyfus i gorączkę, królestwo gałganiarzy i wszelkiego błota, drugi prawdziwy cmentarz śmieci Paryża.
W domach, zamieszkałych po największej części przez biednych urzędników, robotników z fabryki gazu, konduktorów omnibusowych, zmęczonych całodzienną pracą, spali wszyscy głębokim snem, obojętni na nocne napady, przyzwyczajeni do bójek ulicznych, głusi na rozpaczliwe krzyki ofiar rozbójników.
Usłyszawszy rozkaz takim tonem od dwóch wspólników, nieszczęśliwa zadrżała.
Przestrogi, dane przez właściciela w winiarni przyszły jej na myśl, oraz zaczęła gorzko żałować, że nie przyjęła pomocy wspaniałomyślnego protektora.
Lecz w tej chwili zapóźno było żałować, szczęściem iż odważną była.
W jednej chwili zdała sobie sprawę z niebezpieczeństwa w jakim pozostawała. Nie chciała wołać pomocy, widząc iż byłoby to nadaremnie.
— Czego chcecie? — zapytała, usiłując mówić bez drżenia w głosie.
Złoczyńcy popełnili wielki błąd. Chcieli z niej zażartować i zabawić się dowcipem.
Czy słyszysz bladasie, — odparł jeden z nich zbliżając się o parę kroków, — panienka chce wiedzieć, co my chcemy. Cóż byśmy mogli chcieć od młodej dziewczyny? Odprowadzić kawałek drogi i powiedzieć kilka przyjacielskich słówek do uszka.
Postąpił jeszcze bliżej. Joanna cofnęła, się mówiąc:
— Nie zbliżajcie się, bo zawołam o pomoc!
Włóczęga zaczął się śmiać jeszcze lepiej.
— Kogo? — zapytał. Czy nieboszczyków, co tu leżą? To nie wielka pociecha.
Drugi przyszedł w pomoc towarzyszowi.
— Dalej, — zawołał, — nie mamy czasu de stracenia, moja sarenko. Odmawiasz nam przyjaźni, to dawaj pieniądze.
Drugi rzucił się naprzód.
Z daleka słychać było iż ktoś nadchodził.
— Gdzie masz pieniądze... dawaj prędko — zawołał rozkazująco, podnosząc nóż do góry, — spiesz się i nie krzycz... to zwierzę które trzymam w ręku, gryzie.
Kroki co raz się zbliżały. Na ich odgłos napastnik na chwilę się odwrócił i to ich zgubiło.
Butelka z winem, którą trzymała w ręku młoda dziewczyna spadła mu na czaszkę jak maczuga.
Zachwiał się, oślepiony krwią spływającą z rany zadanej, kawałkami szkła od butelki, lecz trzymał się na nogach.
Bladas rzucił się na pomoc towarzyszowi.
Dziewczyna uciekała, wołając ratunku. Położenie jej było krytyczne, została pozbawioną jedynej broni. Sądziła iż jest zgubioną.
Lecz nagle, szybki jak błyskawica młody człowiek rzucił się pomiędzy dwóch złoczyńców, a ich ofiarę.
— Upuść mu trochę krwi, zaryczał ranny.
Bladas bardzo byłby rad to uczynić, lecz nóż wypadł mu z ręki. Palce nowoprzybyłego ściskały mu z całej siły rękę, a uderzenie pięścią powaliło go na ziemię.
Pozostał zemdlony na chodniku.
Jego towarzysz, krwią zalany, ze zranioną twarzą, uciekał co miał siły zniknąwszy wkrótce w cieniach nocy.
Nastąpiła cisza, żadne okno się nie otworzyło, żaden policjant nie nadbiegł, dziewczyna pozostała sama naprzeciwko swego wybawcy.
— Już po wszystkiem, — odezwał się tenże. Nie obawiaj się pani, gdyż cię nie pozostawię samą.
— Jakże panu jestem wdzięczną!
— Gdzie pani mieszka?
— O parę kroków ztąd.
— W której stronie?
— Około drogi do Carrières.
— Nie znam. Co za pustka! Jak, można mieszkać w tak niebezpiecznem miejscu?
— Stało się to przypadkiem, a przytem, jeżeli mam wyznać prawdę, z potrzeby!...
Odpowiadała zaledwie zrozumiałym głosem. Scena ta trwała kilka minut. Oboje szli dalej powoli.
Na rogu ulicy Dauremont, mały staruszek dogonił ich zdyszany, ocierając pot z czoła. Wszyscy się zatrzymali. Światło latarni padło na twarz młodego człowieka.
Dziewczyna krzyknęła zdumiona, wybawiciel jej przywiódł te same wspomnienia, jakie ona w nim obudziła.
— To ty! — zawołała.
Wyciągnęli do siebie ręce, poznali się.
— Tak, to ja, — odparł. Mieszkałaś w Cherbourgu Joanno, nieprawdaż?
— Rzeczywiście.
— W maleńkim domku, we wsi đu Mesnil?
— W samej rzeczy.
— Około klasztoru dos Dames Blanches?
— Tak.
— Co za szczęście iż cię odnalazłem! Ach, jakże często myślałem o tobie, nie wiedząc gdzie jesteś. Lecz co tu robisz i dla czego tu mieszkasz?
I chciał dodać jeszcze: dla czego byłaś w tem obydnem miejscu gdzie cię poznałem? lecz się zatrzymał.
— To bardzo bolesna historja — odpowiedziała zmienionym głosem. — I nie jest to miejsce, ani godzina abym ci ją opowiedzieć mogła. Powiedz mi raczej, jakim szczęśliwym trafem znalazłeś się tutaj?
— Bardzo prostym. Przed chwilą wyszłaś z Moulin-Rouge? Pomimo ciemności mógł zobaczyć, jak na te słowa twarz dziewczyny okryła się rumieńcem.
— To prawda, szepnęła spuszczając głowę.
— Właśnie cię tam spostrzegłem, Pojmujesz moje zdumienie... Własnym nie wierzyłem oczom... Ty pomiędzy tłumem tych kobiet! Tak byłem zdumiony, iż zaczynałem wątpić, że to ty być możesz...
— Niestety....
— Nakoniec chciałem się przekonać... zapewnić czy to naprawdę moją małą Joasię z du Mesuil widziałem przed sobą... Czekałem na ciebie u wejścia, widziałem wchodzącą do winiarni... zostałem tak mocno zaintrygowany, że postanowiłem iść za tobą do drzwi tego domu, aby cię nie utracić znowu... Jak widzisz, nie ma w tem nic nadzwyczajnego... ci dwaj złoczyńcy pobiegli naprzód, aby cię napaść... I wtedy przybiegłem...
Młoda dziewczyna szła powoli w milczeniu. Dwóch nieznajomych postępowało obok niej.
Po kilku minutach zatrzymała się przed domem trzypiętrowym ponurym, smutnym, którego okna bez żaluzji wychodziły na cmentarz Montmartre.
Miejscowość ta jest bez zaprzeczenia, najwstrętniejszą z całej okolicy Paryża, choć przecież niebrakuje okropnych.
— Mieszkam tutaj, — odezwała się, jakżebym chciała dowieść ci mej wdzięczności!
— Nic łatwiejszego.
Młody człowiek wyjął z kieszeni notatnik, wziął z niego swoją kartę i podał ją młodej dziewczynie, mówiąc:
— Oto mój adres. Przyrzeknij mi, że przyjdziesz do mnie, abyśmy mogli pomówić. Jest to wszystko, czego od ciebie żądam. Czuję, że musisz być bardzo nieszczęśliwa.
— O tak.
— Może być, iż nastąpi koniec trosk twoich.
— Cóż mógłbyś dla mnie uczynić?
— Wszystko, co zechcesz.
— Boże! Czy to podobna?
— Miej nadzieję. Kiedyż przyjdziesz do mnie?
— Kiedy chcesz.
— Zatem jutro.
— O której godzinie?
— Rano około dziesiątej. Czy zgadzasz się?
— Czyż mogłabym odmówić?
— A więc do jutra.
— Do jutra.
Zbliżył się do niej, mówiąc półgłosem:
— Tylko nie zapomnij twej obietnicy, Joanno, błagam cię!
Wziął ją za rękę i uścisnął z całej siły, szepcząc do ucha:
— Do jutra!
Weszła do ciemnego korytarza, a zatrzymawszy się chwilkę, aby trafić dop schodów, usłyszała, jak młody człowiek odezwał się do swego towarzysza po angielsku.
— Tak, to ona! Jakże jest piękna i jakże jestem szczęśliwy!
Uśmiechnęła się, słysząc te słowa. Jakże to dawno temu, kiedy śmiała się po raz ostatni.
Z trudnością zapaliwszy zapałkę o wilgotny mur korytarza, przy tem słabem światełku szybko wbiegła na ostatnie piętro. Tutaj mieszkała, lecz nie mieszkała sama.
Otworzywszy drzwi, usłyszała żałosny głos dziecka, wołającego:
— Czy to ty, Joanno?
— Ja.
— Nareszcie!
— Nie spałaś?
— Nie. Głodna jestem.
Zupełna ciemność panowała w izdebce. Młoda dziewczyna zapaliła małą naftową lampkę, oświecając nagie ściany ubogiego mieszkania. Składało się ono z pokoju i ciemnej komórki.
W starym podartym fotelu, okryta łachmanami, siedziała niemłoda kobieta. Ślady cierpienia malowały się na jej twarzy, pokrytej zmarszczkami, o gorączkowych wypiekach, a błędne oczy patrzyły bez wyrazu przed siebie.
Kiedy młoda dziewczyna zbliżyła się z kolei do niej, nie spojrzała na nią, tylko palec położyła na ustach, zapewne na znak, że również głodną była. Zwierzęca radość błysnęła jej w oczach na widok chleba i jajek, przed nią położonych.
Z anielską cierpliwością młoda dziewczyna wzięła się do karmienia staruszki, która jak małe dziecko spożywała kąski, kładzione jej do ust, podczas tego mała dziewczynka usiadła na łóżku, czekając aż na nią kolej przyjdzie.
Nakarmiła obiedwie, napoiła wodą, pozostałą w karafce i dopiero wtedy zjadła sama kawałek suchego chleba.
Następnie rozebrała chorą, a raczej obłąkaną, z czułością córki i położyła ją spać na wielkiem żelaznem łóżku.
Biedna kobieta pozwoliła na wszystko bez najmniejszego oporu, jak bryła bez żadnego czucia, siły i woli, a kiedy młoda dziewczyna rzekła jej: „Spij!” zamknęła posłusznie oczy, nucąc za chwilę piosenkę bretońską, którą tak można przetłumaczyć:
A praca zabiła matkę...
I dziś zostałam sierotą
Bez dachu, ognia i chleba.
Która prowadzi do grobu!
Młoda dziewczyna słuchała, stojąc przy łóżku, a dopiero, kiedy piosenka umilkła powtórzyła łagodnie:
— Śpij!
Obłąkana wymówiła jeszcze kilka słów, zaledwie zrozumiałych:
— La Roche-Morgat!... Vitray... Młode lata moje...
Nakoniec cicho zasnęła.
Z małego łóżeczka dziecko wyciągnęło rączki do Joanny.
Pobiegła ku niemu, tuląc jasną główkę do piersi, mówiąc z czułością:
— Śpij, droga dziecino!
Była to śliczna, dziesięcioletnia może, dziewczynka, o twarzyczce madonny, ze złotemi włoskami, jakie często spotkać można w Bretanji, szczególniej po nad północnym brzegiem lub w okolicy Morbihan.
— Zkąd przyszłaś? — spytała.
— Jutro się dowiesz, dziś już jest późno... Upadam ze znużenia!
— Biedna siostrzyczka!
A spojrzawszy na łóżko, gdzie leżała chora, dodała jeszcze:
— Biedna mama!
Lecz uczuwszy łzy, spływające na nią z oczu schylonej nad nią dziewczyny, rzuciła jej się na szyję, nie wymówiwszy ani słowa.
Oswobodziwszy się z uścisku, Joanna rzuciła wzrokiem na około siebie, z pogardą i nienawiścią patrząc na nędzę, wychylającą się z każdego kąta, marszcząc brew i czoło białe, jak z najpiękniejszego marmuru.
Oto do czego doszła po półtora rocznej walce i zabiegach, aby znaleść pracę i zarobek dla nich trojga. Obeszła wszystkie biura i magazyny, sztukała do wszystkich drzwi, gdzie tylko miała choć cień nadziei, że będzie wysłuchaną.
Cóż za to uzyskała? Nic, prócz odmowy, upokorzenia i obelgi, zaledwie czasem słysząc życzliwsze słowo, co ją podtrzymywało na duchu.
Czyż życie byłoby wałką, w której, aby nie poledz, trzeba zostać bez litości w sercu?
Raz jeden odważywszy się wejść do przytułku hańby, dostała jałmużnę z kilkunastu sztuk złota i tę jej chciano odebrać wraz z życiem!
Czyżby miała się stać podobną innym, chciwą, egoistkaą, nawet okrutną w potrzebie?
Dla czegóżby nie? Czyż nie starała się pozostać uczciwa? A co jej przyszło z tego, że się brzydziła złem? Nędza, pogarda i poniżenie!
Nakoniec cała jej istota buntowała się przeciwko takiemu położeniu rzeczy. Cierpienie ją zmęczyło, a szczególniej widok cierpienia tych, których kochała. Jeszcze raz spojrzała w koło na liche sprzęty, tak mało licujące z jej uderzającą pięknością i przejął ją niewymowny wstręt.
Rzeczywiście było tu pusto i smutno, chociaż czystość panowała możliwa.
W tej chwili cały dom był uśpiony, było około drugiej rano. Po największej części mieszkali tutaj robotnicy z fabryki gazu. Upadała ze zmęczenia. Zabrała małą lampkę ze stołu, weszła do ciemnego pokoiku, rozebrała się i rzuciła na materac, rozpostarty na ziemi. Lecz, pomimo zmęczenia, spać nie mogła, czuła się chorą, zdenerwowaną, a wieczorne wypadki nie schodziły jej z myśli.
Po pewnym czasie uspokoiła się i z radością uśmiechnęła się na wspomnienie swego młodego wybawcy.
Pomimo tylu lat niewidzenia, pamiętała go doskonale, jak codzień przychodził przed ich domek w du Menisl, zatrzymując się zawsze, aby z nią porozmawiać choć chwilkę. Pamiętała nawet, że się nazywał Janem.
Co za śliczne imię! Tak, na pewno Jan, imię to było wyryte w jej sercu, jak również i postać młodego chłopca mieszała się do wspomnień jej lat dziecinnych.
Zaczęła szukać karty, zostawionej w kieszeni sukni, rzuconej na posłanie, a nie mogąc jej znaleść, podniosła się. Stała tak prawie naga, okryta zaledwie spadającą koszulą, rzeczywiście wspaniała urodą i młodością. Cudownych kształtów nie uszkodziła nędza, opierała się jej, jak się opiera marmur przeciw wichrom i burzy. Była mocna zdrowa, a wielkie ciemne oczy uderzały wyrazem otwartości i prostoty.
Biletu znaleść nie mogła, z żalem myśląc, że go zgubiła, a przez to utraciła możliwe szczęście, a nawet kto wie, czy nie miłość także!
Pamiętała palący i zarazem pieszczotliwy wzrok młodego człowieka i w nędzy swojej na nim budowała swe nadzieje. A zresztą on sama ją natchnął tą nadzieją!
Stary pan także zrobił na niej wrażenie, tylko nie takiego rodzaju i nie tak gwałtowne.
Obadwaj ocalili jej życie.
Nazwisko pierwszego doskonale pamiętała i dla większej pewności zapisała je w książeczce z adresami:
— Pan Saint-Clair, ulica Cambon.
Bankier! Doskonale pamiętała i zachowała w swem sercu wdzięczność dla niego.
Nakoniec znalazła drogocenną kartę i zbliżywszy ją do lampki, przeczytała:
A z boku: Bossano, Champs-Elysées“. Zdawało się jej, iż się myli.
Co to za cudzoziemskie imię! Co za tajemnica? W Cherburgu nazywał się, po prostu Jan-Maurycy. Dla czego taka zmiana? A przytem wydał jej się obecnie bogaty, podczas kiedy dawniej nie był nim z pewnością, lecz ta zmiana mogła bardzo naturalnie nastąpić.
Chciał ją zobaczyć! Lecz i ona pragnęła tego gorąco.
Nie bała się tego, co mógłby jej powiedzieć, gdyż nie mogła już nic przenieść gorszego od losu, który się z nią tak okrutnie obchodził. Była samą, bez opieki i pieniędzy, pośród olbrzymiego miasta gdzie doznała zawodu, mając do tego na swej głowie dwie istoty nieudolne do pracy: obłąkaną matkę i dziecko!
Kto wie? A może właśnie ten młody człowiek wydostanie ją z nędzy, jak ją wyrwał z rąk rozbójników? A czyż by to byle coś niepodobnego?
Nieszczęście czyni nas przesądnymi. Spotkanie owe zaczęła uważać jako przepowiednię końca jej wszelkich utrapień.
Zmęczenie nareszcie wzięło górę nad rozbujałą fantazją, zasnęła z obrazem swego wybawcy, a jej ostatnia myśl, walcząca z resztką świadomości, była:
— Jutro... ponieważ on tak chce... pójdę!
Tego samego dnia, kiedy młoda dziewczyna z Moulin-Rouge pożegnała Michała Saint-Clair na rzęsiście oświetlonym chodniku, admirał de Vitray, z głową ukrytą w dłoniach i zachmurzonem czołem pod naciskiem gorzkich myśli, które mu przedstawiały przyszłość beznadziejną, pogrążony w osamotnieniu i trosce, jak obłąkany wędrowiec wśród pustyni, pomimo swego stanowiska, majątku i imienia, siedział sam w obszernym wygodnym fotelu, ustawionym około kominka w salonie swego mieszkania na bulwarze Haussmana. Można śmiało powiedzieć, iż był osamotniony, gdyż doszedł tego męzkiego rozwoju i karjery bez cieplejszego uczucia żony lub dziecka.
Stara markiza tylko co wyszła, spędziwszy kilka godzin z niemi na obiedzie. Wszakże obiad przeszedł w milczeniu, bo wszyscy byli nie w humorze. Rozmawiano z przymusem, o potocznych rzeczach, aby choć dla służby zamaskować wewnętrzne niezadowolenie.
Czuć było, iż lada chwila nastąpić może wybuch zebranych i źle ukrywanych namiętności, miłości lub nienawiści!
Od swego przyjazdu, to jest od dwóch dni, admirał prawie nie był w domu. Unikał dłuższego w nim pobytu.
W rzeczywistości, bał się pomimo swej energji i siły, znaleźć się razem z kobietą, którą nielitościwie tyranizował od lat dwudziestu. Spędzał noc po za domem, przyjmując zaproszenia na wszystkie strony, aby tylko nie powracać wcześnie do siebie.
W domu zresztą nic się nie odmieniło. Służba, przyzwyczajona do takiego, postępowania pana, nie zwracała najmniejszej uwagi na to, co się działo.
Po obiedzie Helena, pod pozorem bólu głowy, udała się do swego pokoju, podczas kiedy admirał pozostał sam na sam z markizą. Rozmawiali długo.
Pozostawszy sam, admirał słyszał w obszernym pokoju pozostałe echo ostatnich słów starej przyjaciółki:
— Miej odwagę!
Odwagę? Z pewnością nie można chyba było posądzić go o brak odwagi, lecz znajdował się w położeniu bez wyjścia. Wpadł sam w sidła, z których nie mógł się wydobyć.
Markiza z zapałem broniła winnej, lecz miała sobie za święty obowiązek, aby wypowiedzieć prawdę, którą i tak często sumienie wyrzucało marynarzowi.
Czuł, iż przestąpił prawa znieważonego męża. Karząc sprawiedliwie kochanka, jako człowieka, okazał się okrutnym dla kobiety, jako matki. Wymierzył jej karę, której nie mogła mu nigdy przebaczyć.
Na domiar złego, w dzikiem zaślepieniu znęcał się nad niewinnem stworzeniem, nad dzieckiem, które powinien był uszanować, a co najmniej oszczędzić.
Tego było zanadto, aby można wytłumaczyć jego postępowanie i stara markiza wymówiła te słowa z energją, która świadczyła o jej przekonaniu.
Powiedziała admirałowi:
— Nie chcę cię martwić, mój przyjacielu, lecz kobieta jest słabem, nerwowem stworzeniem. Helena zbłądziła tylko przez dobroć serca. Ty admirale miałeś dwie namiętności, chwałę i żonę. Opuściłeś jedną, aby gonić za drugą! Helena, słaba dusza, potrzebowała, abyś ją wspierał... Gdzieżeś to bywał wtedy?...
I admirał czuł, że rację miała! Przyznawał ją, z gniewem zwracając się do samego siebie, do samego przeznaczenia.
Cóż z tego, cokolwiekbądź złe już się stało.
W chwili życia, gdy doszedł do kresu chwały w swym zawodzie, widział się samotnym i opuszczonym bez domu i śmiechu wesołego dzieci, przeznaczonym na to, aby umrzeć bezpotomnie, słowem, ujrzał się rozbitkiem, wyrzuconym na skaliste wybrzeże, puste i nagie, jak te, które nieraz widywał w swoich oddalonych wycieczkach.
A tam, o kilka kroków od niego, w przyległym pokoju, zamknięta, była żona jego, kobieta, którą mógł kiedyś zdobyć sobie na wieki, wspaniałomyślnie przebaczając, a którą zamiast tego męczył okrutnie i ranił boleśnie! Pociąg nieprzeparty przykuwał go do niej, nie jak do bezpiecznego portu, gdzieby mógł wypocząć po burzy, ale raczej, jak do przepaści, gdzie życie miał położyć.
Odwagi!
To samo powtarzał sobie od lat dwudziestu, napróżno usiłując się ostać uporowi i dumie. A jednak raz trzeba było z tem skończyć! Uciec lub ją zdobyć!
Lecz w jaki sposób?
W niepokoju i trwodze przebiegł kilkakrotnie po salonie.
W około panowała zupełna cisza. W mieszkaniu zapewne pozostali tylko sami, on i ona, gdyż służba udała się na spoczynek.
Pokoje hrabiny znajdowały się po drugiej stronie. Aby się tam dostać, potrzeba było przejść długi korytarz, całą noc oświecony gazem, lub też można było wejść prosto z pokoju hrabiego.
Admirał przeszedł machinalnie dwa wielkie salony, zapełnione drogocennemi sprzętami, z marmuru i bronzu, wspaniałemi meblami i obrazami, wszedł, do swego pokoju, skromnie po wojskowemu urządzonego, z wielkiem żelaznem łóżkiem bez firanek, kilkoma krzesłami i prostym stołem, na którym leżały porozrzucane książki i papiery. Widocznie nikt tu nie wchodził podczas jego nieobecności. Za każdym powrotem ze swych podróży, znajdował pokój w jednakowym stanie, czysty i nagi, jak okrętowa kajuta.
Był to prawdziwy kawalerski pokój i hrabina musiała tu nie wchodzić nigdy. Przeszedł tędy ze ściśniętem sercem. Pokój ten oddzielony był od pokoju Heleny dużym pokojem, przeznaczonym na garderobę i buduarem, gdzie pani domu przyjmowała bliższych znajomych.
Admirał wziął za klamkę. Drzwi były zamknięte na klucz. Lekko zapukał, lecz nikt się nie odezwał.
Wtedy zawołał drżącym głosem:
— Pani!
Nie śmiał zawołać Heleno!
Milczenie. Widocznie nie słyszano wołania z tej strony, szczęściem pozostawała mu inna droga, korytarz, z którego drzwi prowadziły prosto do pokoju hrabiny. Poszedł tam i wkrótce znalazł się pod drzwiami.
Pokój był oświetlony i jasny promień światla padał przez szczelinę drzwi, znacząc na chodniku białą plamę. Zatem Helena czuwała jeszcze.
Szmer rozmowy i szelest sukien ustał natychmiast, musiano usłyszeć kroki za drzwiami. Zdecydował się zastukać raz jeszcze.
Głos z wewnątrz zapytał:
— Kto tam?
Admirał odpowiedział:
— To ja... chciałem z panią pomówić.
— Tak późno!
— Proszę otworzyć.
Hrabia zaczął się niecierpliwić na te widoczne oznaki ostrożności względem niego! Nakoniec on tu był panem. To też głos jego brzmiał nakazująco.
Drzwi się otworzyły na rozszerz. Zobaczył przed sobą dwie kobiety: z Heleną i jej wierną Ludwikę.
Dawna pokojówka zawsze była razem ze swą panią, nie opuściwszy jej jeszcze ani na chwilę od lat dwudziestu, to też pani obdarzała ją swą łaską i różnemi dobrodziejstwami, starała się przywiązać ją do siebie. Zresztą stanowiła ona dla Heleny wielką podporę, gdyż z nią jedną, jako świadkiem dawnych nieszczęść, mogła rozmawiać o przeszłości, o swej córce.
Admirał wszedł.
Mąż i żona znaleźli się oko w oko, wyprostowani, dumni, z marszczonem czołem, zakłopotani, obawiając się odezwać, ażeby nie wybuchnąć.
— Ludwiko, — odezwała się hrabina — możesz odejść i wskazała jej ręką drzwi przeciwległe buduarowi. Idź do siebie i nie oddalaj się.
Rozkaz ten, zawierał groźbę dla męża, lecz ten zdawał się na to nie zwracać uwagi.
Ludwika rzeczywiście pozostała w pobliżu i admirał słyszał, jak poruszyła krzesłem w przyległym pokoju, lecz zaraz cisza nastąpiła.
— Nie oczekiwałam pana o tak późnej godzinie, — zaczęła Helena, i nie przyzwyczaiłeś mnie pan do takiej troskliwości.
Mówiła zniżonym głosem i widocznem nieukontentowaniem, powodowana obawą mającej nastąpić, sceny z mężem.
Marynarz stał nieruchomy, obrzucając wzrokiem cały pokój.
Dla niego, każde miejsce było tu pełne pamiątek, których żaden szczegół nie zatarł się w jego pamięci.
Hrabina usiadła z udaną obojętnością na fotelu przed kominkiem, nie zupełnie wygasłym, gdzie kilka węgli rzucało resztki czerwonych płomieni. Odzianą była w lekki popielaty peniuar, przewiązany w pasie, grubemi jedwabnemi sznurami, Wskazała mężowi fotel, stojący naprzeciwko niej, nie wyrzekłszy ani słowa.
Po chwili wahania, hrabia odważył się dopiero przemówić. Wzrok jego spoczywał na portrecie, zawieszonym pomiędzy oknami, przeszedł następnie na model dawniej służący obrazowi i zadziwił się w duszy małej zmianie, zaszłej pomiędzy obrazem a oryginałem, gdyż portret robiony był zaraz po ślubie młodej pary.
Helena od tej pory nie straciła nic ze swego wdzięku, świeżości i urody.
Nawet być może iż jej piękność w pełnym rozkwicie, była w tej chwili bardziej uderzająca i wzbudzająca żądze.
Admirał zagryzł do krwi wargi, aby nie utracić panowania nad sobą.
— Zatem pani mnie nie oczekiwałaś? — zapytał po chwili.
— Ja? — zawołała ze zdumieniem, z pewnością, że nie.
— Jednakże powinnaś była pomyleć, że musimy się z sobą rozmówić.
— Dla czego?
— Jeżeli dla ciebie jest to zbytecznem, to ja za to potrzebuję z panią pomówić, abym wiedział, co mam czynić dalej.
— Nie rozumiem.
— Zaraz pani pojmiesz. Powróciłem do Francji z postanowieniem pomyślenia o przyszłości.
— Czy pan jej nie masz zapewnionej?
— Nie tyle, jak bym pragnął. Chcę wiedzieć, czy mam pozostać w Paryżu, czy znów się oddalić, aby już więcej nie powrócić.
— A!
— Karjera moja skończona i muszę teraz powziąść pewne postanowienie.
— Na jakim punkcie?
— Na tym aby się dowiedzieć, w jaki sposób spędzę resztę życia.
Hrabina zachowała milczenie. Do tej chwili odpowiadała prędko, głosem oschłym, uszczypliwym tonem, podczas gdy admirał wyrażał się ze słodyczą i uprzejmością.
Rzuciwszy na żonę przeciągle spojrzenie, mówił dalej:
— Wiesz przecie i pamiętasz, com wycierpiał przez ciebie. Dla rozerwania myśli potrzebowałem długich podróży, kłopotów, obowiązków do spełnienia, które mi służba nastręczała. Przyszła jednak chwila kiedy ją rzuciłem i znajduję się sam w obec mojej troski, bezbronny przeciw niej, pełen obawy nawet.
— Pan?
— Ja. Boję się, aby mi nie zabrakło siły do dalszej walki.
— Cóż to tak strasznego? — zapytała z niedowierzaniem.
— Chyba o tem nie wątpisz.
A widząc, iż zachowuje milczenie, zawołał z żywością:
— Kobiety są okrutne, bez serca, gotowe jak tygrysice poźreć człowieka, który im ulegnie i okaże swą słabość dla nich. Ja się nie obawiam poniżenia, gdyż z chwilą, gdybym zobaczył swoją godność narażoną, mam środek, abym wyszedł z honorem!
Hrabina zadrżała.
Marynarz wymówił te słowa spokojnie, następnie ciągnął dalej:
— Zatem mogę ci wyznać wszystko. Byłaś moją jedyną miłością. Pomimo przeszłości i jej hańby, przez dwadzieścia dwa lata, gdyż dwadzieścia dwa lata upływa od chwili, gdy nosisz moje imię, zdradziłaś mnie i zraniłaś dumę moja, a jednak pozostałem ci wiernym; nie było dnia żebym nie wspomniał imienia twego w mej samotności. I pomimo tego przywiązania, z którego powinnaś być dumna, pomimo blasku imienia, które nosisz, zawsze okazywałaś mi pogardę i nienawiść, wnosząc do tego domu podstęp i zdradę. Dziś zaś ze wstrętem odpychasz wszelką myśl wdzięczności, żartując z mojej boleści, którą zabić nie mogło oddalenie, a którą twoja piękność za każdem widzeniem ciebie, odnawiała okrutnie! A więc postanowiłem położyć kres tym męczarniom. Przychodzę do ciebie, pytając się, jakie masz projekta... jakich chcesz warunków... co zrobisz nakoniec!
Hrabina milczała, zaciskając usta. Jednocześnie patrzyła na admirała swemi niebieskiomi oczyma, przeszywając go zimnem, przenikliwem spojrzeniem, co jak ostrze sztyletu przeszywało mu serce.
Nie mógł się jednak powstrzymać od gniewu, czytając na jej twarzy wyraz zadziwienia, powątpiewania i nienawiści połączonej z litością. Krew starych korsarzów zawrzała w żyłach admirała, biorąc jej spojrzenie za wyzwanie dla siebie.
— Słyszałaś moje zapytanie!? — zawołał. — Proszę na nie odpowiedzieć!
Tym razem spojrzenia ich się skrzyżowały jak szpady przeciwników. Helena gorzko się uśmiechnęła.
Admirał powstał, zbliżył się, dotykając ręką jej ramienia: Jestem admirał de Vitray Pleyber, zawołał, twój mąż i sędzia, jak dawniej w la Roche-Morgat i czekam twej odpowiedzi!
Głos był podniesiony, a oczy rzucały groźne spojrzenie.
Hrabina podniosła głowę.
— Podobne słowa niepomiernie mnie dziwią — odparła z trudną do opisania wyniosłością. — Wspomniałeś pan o okrucieństwie kobiet... A cóż pan myślisz o swojem! Ah! budzi się ono w panu.
Bardzo pięknie! Wolę pana widzieć w naturalnem usposobieniu, niż z tą udana dobrocią. Tygrys ryczy, grożąc!... Już ja go dawniej słyszałam, bardzo dawno, w tę straszną noc, którą niepotrzebnie mi przypomniałeś, w okropnej La Roche-Morgat, którą nienawidzę również głęboko, jak i jej właściciela, a mego pana! Pamięć nam doskonałą, nie zapominaj pan o tem, proszę, a doprawdy, słysząc pana, wątpić muszę, czy zachowałeś swoją!
— Heleno!
— Nie boję się ciebie, cóż bowiem możesz więcej jeszcze uczynić? Chyba ukrócić męki, na które mnie skazałeś! Oto wszystko! Żoną twoją nie jestem!
— Czem więc jesteś pani?
— Jestem więźniem, twoją ofiarą.
Mówiła z nadzwyczajną gwałtownością, nie spuszczając oczu z admirała, stokroć piękniejsza w gniewie niż w dawnej swej apatji.
— Heleno, powtórzył łagodnie proszę cię, uspokój się.
— Dobrze, lecz mów pan prędko. Czego chcesz?
Role zostały zamienione. Zamiast admirała, ona podniosła głos, był to odwet za dawniej wycierpiane okrucieństwa, a widząc, iż umilkł, zdumiony ta naglą przemianą, wybuchnęła napowrót, rzucając prędkie słowa, malujące wszystkie męczarnie, zadane jej przez niego, wraz z zachowaną urazą.
— I to pan się użalasz na los swój, który jednak sam sobie zgotowałeś, — zawołała — a cóżbym ja powinna mówić o swoim? Jak pan śmiesz porównywać nas razem, ty, wolny, otoczony szacunkiem i sławą, ze mną, skazaną na samotność i niewolę, skazaną przez ciebie, żonę nie mającą męża, małżonkę, której udzielasz schronienia z warunkiem, aby dach, co ją osłania, służył zarazem za ohydne więzienie, a chleb, który spożywa, był zroszony łzami, wyciśniętemi okrutną boleścią, żałobą nieskończoną po ukochanem dziecku, na którego grobie uklęknąć byś nie pozwolił, a jeżeli pozostawiłeś je przy życie, musi i tak mnie, matce, sprawiać najstraszniejsze zmartwienie. Mówisz pan o mej piękności, która ci sprawia żal, w jaki wcale zresztą nie wierzę.
— Nie wiem doprawdy, czy jest, tak, jak powiadasz, lecz jeśliby przetrwała miłość twoja, pomimo trosk, które tobie zawdzięczam, byłoby to cudem, zesłanym na ukaranie ciebie przez Opatrzność! Byłam ci posłuszną, kryjąc mą boleść przed światem, w którym zmusiłeś mnie pozostać. Nikt nigdy nie dowiedział się przyczyny cierpień moich, nikt, nawet pani de Saint-Béran, twoja przyjaciółka, a śmiem dodać, że jest i moją także. Ludwika pozostała jedyną moją powiernicą, tak samo tu, jak i nią była w La Roche-Morgat. Ona tylko mogłaby powiedzieć, com przecierpiała, ile cierpię jeszcze i ile łez wylałam.
Chciał ją zatrzymać gestem. Nie uważała, mówiąc dalej z tą samą siłą:
— Wiem dobrze, co mi na to odpowiesz. Powiesz żem zbłądziła, okryła hańba imię twoje, żeś miał prawo jako mąż winnych ukarać, za co odpowiadasz przed swem własnem sumieniem. Być może, a ponieważ karę przez ciebie wymierzoną znosiłam i znoszę z całą surowością, zatem o czem chcesz mówić ze mną? Dla czego chcesz przez nowy kaprys, a może i złośliwość, zmienić znowu warunki? To niegodne uczciwego człowieka! Dla czego przychodzisz pytać się mnie o dalsze moje plany? Moje plany i ostateczne moje postanowienie jest takie: żyć będę dalej w osamotnieniu i w cichości, bez skargi, tak samo jak przez te lat dwadzieścia, stosując się dalej do twego wymagania, lecz za to, panie de Vitray, nie możesz się czego innego spodziewać, jak tylko wstrętu, który uczuwam dla mego prześladowcy, nienawiści biednej ofiary dla swego kata.
Pobiegła szybko do biurka, otworzyła szufladę i powróciła napowrót, pokazując admirałowi list, zżółkły przez czas, zużyty jak stara książka do modlitwy.
— Słuchaj pan, oto wyrok, któryś sam wydał na mnie. Czytałam go tyle razy, iż gotowam ci go powiedzieć na pamięć. Kiedyś mi go przysłał do La Roche-Morgat, byłam umierającą, błagałam cię wtedy, nie za siebie, lecz za niewinna istotę, dla której pozostałeś bez litości. Dziś przychodzisz po to, abyśmy żyli razom! Posłuchaj:
Zaczęła czytać, wskazując palcem każdą linję:
„Chce, abyś dla mnie uczuła tyle nienawiści, że gdybym nawet czołgał się u nóg twoich, błagając cię o miłość dla siebie, abyś jej ze wstrętem odmówiła, nie znając co to litość“.
— Wszak to pan napisałeś te słowa? — zapytała, zwracając się do admirała.
Pochyli głowę. Ona mówiła dalej:
— Czegoż chcesz zatem więcej?
Czytała znowu:
„Wszystko skończone pomiędzy nami. Widok mój byłby ci wstrętnym, dla tego ci go oszczędzę. Nie będziesz moją, lecz nie będziesz także należała do innego! Pozostaniesz na zawsze hrabiną de Vitray-Pleyber. Imię to zmusi cie do znoszenia twej boleści w milczeniu, do ukrycia łez za dzieckiem, którego strata pogrąży cię w wiecznej żałobie“.
Odwróciła się do niego.
— Czyż to nie pańskie prawo?
Nic nie odpowiedział.
— Lecz posłuchaj pan czegoś jeszcze więcej — dodała.
„Liczę na twój rozsądek, iż się zdecydujesz na tego rodzaju ciche, spokojne życie, jedyne, jakie ci przystoi w twem położeniu“.
— Panie de Vitray, — rzekła z bolesną ironją — wyrok twój przyjęłam i
wykonałam co do joty. Życie, któreś mi nakazał, pędzę od lat dwudziestu. Czy tak?
— To prawda.
— Czyż nie uszanowałam imienia, które noszę?
— Oddaję ci sprawiedliwość.
— Czy masz mi co do zarzucenia?
— Nie mam nic.
— Mogłam jednak złem za złe odpłacić, obryzgać błotem to znienawidzone imię... Czy chcesz się o tem przekonać?
Gwałtownie otworzyła jedną z szuflad biurka, zanurzając ręce w masie listów, które gniotła i darła ze złością.
— Rzeczywiście ta piękność nieszczęśliwa musiała chyba być prawdziwa, skoro przez nią stałam się hrabiną de Vitray i przez nią zniosłam zniewagę tylu oświadczeń miłosnych. Cóż pan chcesz, wiedziano, że jestem opuszczoną, pogardzoną, samą! Pomimo, iż się kryłam przed światem, aby płakać w milczeniu, byli tacy co mnie zarzucali niegodnemi propozycjami... Znasz ich pan nawet, są to twoi przyjaciele, twoi dawni zwierzchnicy, rozpustnicy różnych warstw społeczeństwa, goniący za tem, aby popsuć uczciwe imię samotnych kobiet... Ani jeden z nich nie może się poszczycić, żeby odebrał na nie odpowiedź, lub najmniejszą zachętę...
Uchwyciła listy w obiedwie dłonie, rzucając je w płonący ogień kominka, nim admirał zdążył się ruszyć.
— To nie moja zasługa, iż się im opierałam — ciągnęła dalej wzburzona okrutnemi wspomnieniami. — Mężczyzn nienawidzę wszystkich bez wyjątku, żywych czy umarłych, za wszystko złe, com wycierpiała przez nich!...
Admirał zbliżył się do niej.
— Wszystkich — zapytał chciwie. — Powiedziałaś wszystkich, Heleno?
— Rzeczywiście!
— Lecz powiedziałaś żywych lub umarłych?
— Dla czegożby nie?
— I tamtego... ojca.
— Tego, co spoczywa na dnie Oceanu?
— Tak.
— Pokój jego popiołom! Ten, dług swój spłacił.
— Nie chcesz odpowiedzieć. Kochałaś zatem?
— Na co odgrzebywać bolesną przeszłość? — zapytała, cisnąc rękami czoło.
Czy chcesz — abym postradała zmysły?
— Odpowiedz!
— A więc! już dawno ci prawdę powiedziałam, wtedy, kiedy tego również wymagałeś... w La Roche-Morgat... Nie, nie kochałam go, a przynajmniej nie tak, jak sobie wyobrażasz.
— Przysięgnij!
Przycisnęła ręce do piersi i szepnęła przytłumionym od wzruszenia głosem:
— Przysięgam na imię mojej córki, jedynej istoty, którą kocham i opłakuję! — Lecz siły jej zostały wyczerpane.
Łzy potoczyły się z oczu, które natychmiast otarła konwulsyjnie zaciśniętemi pięściami, a rzucając się napowrót w fotel, zawołała:
— Skończmy już.... Takie sceny są po nad siły moje. Żądałeś prawdy, więc ci ją wyjawiłam... Pana de Villers nie kochałam... Ciebie nienawidzę za tyle okrucieństwa... a raczej nie wiem już, co kocham, a co nienawidzę, nie mam już odwagi, ani siły... Chciałabym zapomnieć... nie myśleć... Chcesz więcej jeszcze? Kiedy zanadto cierpię, uciekam się do środka zaleconego...
Wskazała palcem kryształową flaszeczkę, stojącą na kominku, napełnioną w połowie bezkolorowym płynem.
— Jest to trucizna straszna, lecz rozkoszna, przez nią zasypiam na kilka godzin! Staję się na pół umarłą i zapominam.
Admirał uchwycił flakonik. Na wierzchu wyrznięty był w szkle złowrogi napis: „morfina“.
— Jestem zmuszoną używać jej, lecz nie nadużywam, gdyż oprócz niej, nadzieja mnie jeszcze podtrzymuje.
— Powiadasz nadzieja, Heleno?
Podniosła w górę oczy, utkwiwszy je w jeden punkt i szepnęła, jakby we śnie:
— Mam nadzieję ujrzeć ją kiedyś, ją, moje dziecko, krew mojej krwi, niewinną, opuszczoną!... moją ukochaną Joannę!... Gdyby ta nadzieja opuściła mnie, umarłabym...
Zwiesiła głowę na piersi i admirał usłyszał łkanie, podnoszące lekką materję stanika, zobaczył łzy, spadające przez białe palce nieszczęśliwej kobiety.
Wtedy sam doznał gwałtownego wzruszenia. Stłumił dumę, mówiąc sobie, iż się omylił, uniesiony siłą gwałtownego charakteru, niesłusznie skarał ukochaną kobietę, że za błąd, łatwy do wytłumaczenia, kara była okrutna, nie dla człowieka, co ją zgubił, lecz dla niej, co zrobiła źle przez wspaniałomyślność swego serca.
Zbliżył się do Heleny, mówiąc:
— Posłuchaj.
— Czego chcesz?
— Możesz mnie nienawidzieć, gdyż nieszczęście jest większe niż sobie wyobrażasz!
Porwała się w najwyższej trwodze.
— Moja córka umarła! — wykrzyknęła.
— Dla czego tak myślisz?
— Zabiłeś ją również, jak jej ojca!...
— Przecież to była bezbronna istota — odezwał się łagodnym głosem.
— Więc cóż z tego?
Zawahał się przez chwilę.
— Trzeba, żebyś wiedziała Heleno — mówił dalej z wysileniem — iż wszystko to, coś mi powiedziała, dawno mi wyrzuca moje własno sumienie.
— A więc? — zapytała, pożerając go oczyma.
— Chciałem naprawić złe, którego stałem się przyczyną... oddać ci twoje dziecię...
— Tybyś to mógł uczynić?
— Przysięgam ci na mój honor!
— Błogosławiłabym cię!... Ubóstwiała!...
Na te słowa, ujrzała na zmienionej twarzy admirała taki wyraz miłości i bólu zarazem, że upadła przed nim na kolana.
— Oh! — zawołała — przed chwilą mówiłeś mi o warunkach... lecz jeżeli wiesz, co to jest serce kobiety, matki, powinieneś odgadnąć co się w niem mieści... Oddaj mi moją córkę, a łzy, tortury, rozpacz beznadziejną, nienawiść, wszystko zapomnę... Czy rozumiesz? Wszystko!
Klęcząc, wyciągnęła ręce do męża, błagalnie wołając.
Uchwycił je w swe dłonie cisnąc z mocą, podniósł i przycisnął do piersi. I wtedy opowiedział jej wszystko.
Okrucieństwo jego zemsty, to była miłość bezgraniczna ku niej. Wierzył, iż go zdradziła. A czyż każdy na jego miejscu nie byłby tego myślał? Zabił kochanka w uczciwy sposób, w pojedynku, nie mógł zaś patrzeć na jego dziecko, przypominające błąd popełniony.
Zresztą był to pierwszy wybuch strasznego gniewu, a nie był z tych, co podobne zniewagi pokrywają milczeniem. Musiał ją zmazać krwią.
Później godzina zastanowienia wybiła. Opowiadał tysiące szczegółów, chciwie chwytanych przez nieszczęśliwą matkę.
— Nie chciałem śmierci tego dziecięcia — mówił dalej, — uczciwy człowiek jest bezsilnym w obec bezbronnej istoty. Lecz to nie ją chciałem przez to ukarać.
Spojrzał na żonę wzrokiem, pełnym żalu.
— Ciebie chciałem ukarać, zmusić, abyś mnie znienawidziła, gdyż sam nie mogłem wymazać cię z mej pamięci. Cierpiałem strasznie po twym postępku, a myśl zrobienia ci krzywdy, boleści równającej się mojej, cieszyła mnie. Bretończycy są z natury swej zawzięci. Walczyłem lata całe, nie mogąc się pogodzić z myślą powrócenia do ciebie po twej zdradzie, bez ujmy dla samego siebie, dla mego honoru. Mówisz o dziecku, nie wiem czy wszyscy tak kochają swoje dzieci jak ty, Heleno, lecz czyż ja o tem sądzić mogę. Nie mam dzieci! Oddalony od ciebie setkami mil nawet, to też myślałem o tobie z najwyższą rozpaczą, czułem ciągle świeżą ranę w sercu po utraceniu ciebie. Nie mogłem dłużej znosić takich męczarni. Upłynęło już wtedy wiele lat od wypadków, zaszłych w La Roche-Morgat. Przyjechałem do Paryża z postanowieniem naprawienia złego, uczułem litość nad tobą. Córkę twoją umieściłem niegdyś u dobrze mi znanej uczciwej kobiety, która podjęła się wychować ją razem ze swemi dziećmi, dałem na potrzeby małej odrazu trzysta tysięcy franków, obiecawszy dać drugie tyle jak dorośnie, tylko, bojąc się wspomnień, przywiązanych do jej osoby, zabroniłem jej opiekunom pisywania do mnie o dziecku, chyba tylko w razie jej śmierci, lub braku pieniędzy. Nieotrzymawszy nigdy żadnej wiadomości od nich, byłem, pewny iż dziecko żyje! Pojechałem w okolicę Brestu. Jan Yandet opuścił te strony, osiedliwszy się w Jersey, natychmiast więc się tam udałem. Yaudet już nie żył, a żona jego wyjechała wraz ze swoją małą córką i tą którą jej powierzyłem, lecz nikt mnie nie umiał objaśnić dokąd się udały, sądzę tylko, iż musiały pozostać we Francji.
— Cóż tedy? — zapytała Helena, utkwiwszy wzrok w twarzy męża.
— Szukałem na wszystkie strony... Kazałem robić poszukiwania...
— I?
— Wszystko na daremnie.
— Mówiłeś o Janie Yaudet?
— Tak.
— O rybaku?
— Rzeczywiście... oprócz tego był jeszcze powroźnikiem, wyrabiając potrzebne sieci do statków, udających się na połów, był zdolnym rzemieślnikiem, lecz miał wadę prawdziwego Bretona...
— Lubił pić?
— Za często a rosło to jeszcze z wiekiem.
— Czy ten człowiek nie żyje?
— Oddawna.
— Naprzykład?
— Od przeszło dziesięciu lat.
— I od owej pory nie mogłeś odnaleźć wdowy?
— Straciłem wszelki ślad. Stało się coś niewytłumaczonego. Przerażony tem strasznem położeniem, nie śmiałem stawić się przed tobą... i napowrót zacząłem moje tułacze życie...
— I nie powierzyłeś nikomu dalszych poszukiwań?
— Owszem.
— Czy panu Raveneau?
— W samej rzeczy.
— I nie znalazł nic?
— Niestety nic!
— To szczególne!
— Prawda?!
— A teraz widziałeś się z nim, zapytywałeś?...
— Kiedy? — Po powrocie...
— Byłoby to napróżno.
Hrabina rozmyślała, pomieszana, z obłąkanym wzrokiem śmiertelnie blada.
— Tak więc moja córka stracona? — zapytała słabym głosem.
— Miejmy jeszcze nadzieję.
Jeżeli od lat dziesięciu szukaliście napróżno, czyż można mieć jeszcze nadzieję?
— Spróbuję... Poruszę niebo i ziemię...
— I mogłeś przypuścić, że ci przebaczę!...
— Heleno!
Stała oparta o marmurowy brzeg kominka, z pobladłemi usty od gniewu, z nienawiścią, a raczej z rozpaczą w twarzy, z konwulsyjnie zaciśniętemi na piersiach rękami, jak gdyby chciała wyrwać z serca straszna boleść.
— Ah! — zawołała nakoniec, dlaczegożeś przyszedł odebrać mi i te jeszcze nadzieje... Dotąd powtarzałam sobie, że nie mogłeś jej opuścić zupełnie... że czuwasz z daleka nad nią... aby nie popadła w jakie niebezpieczeństwo, o które drżę ciągle. Myślałam, iż taki pan, jak admirał de Vitray, bogacz miljonowy, oprócz jałmużny na chleb powszedni będzie czuwał i opiekował się słabą dziewczyną... że pozbawiając ją matki, zostanie sam jej opiekunem. Niestety, omyliłam się! Ah! muszę być przeklętą!
— Heleno, — mówił błagalnym głosem admirał, usiłując wziąść jej rękę.
— Puść mnie!
— A jeżeli jednak zło naprawię?
— To niepodobna.
— Jeżeli zwrócę ci córkę?…..
— Zapóźno!
— Czy zapomnisz o przeszłości?
Ukazał jej promień nadziei.
— Czy mamy się targować? — zapytała.
— Jest to łaska, o którą cię proszę.
— Łaska czy targ — odezwała się ponurym głosem to wszystko jedno, przyjmuję je, lecz, spiesz się gdyż przysięgam ci na zbawienie mojej duszy, że nie przeżyją tego ciosu.
— I ja ci powiem teraz: miej odwagę!
— Już jej nie mam.
— Poświęcę wszystko na ten cel.
— Pomyśl, że ona ma teraz lat dwadzieścia!
— Wszystko, co leży w ludzkiej mocy, uczynię!
— Obiecujesz mi?
— Przysięgam na honor!
— Powróć mi ją, a...
Ciężko westchnęła. Miłość dla dziecięcia walczyła z uprzedzeniem dawniejszem do męża, nakoniec wyciągnęła do niego rękę, mówiąc:
— Dla niej zrobię wszystko, co zechcesz!
Przez chwilę admirał zostawił w swej dłoni podaną mu rękę, następnie podniósł ją do ust i nie dodawszy ani słowa, wyszedł.
Pozostawszy sama, Helena upadła na kolana, a ukrywszy twarz w dłoniach, zalała się rzewnemi łzami.
Zginęła! Maż o niej nie wie, rzeczywistość przeszła jej najstraszniejsze obawy.
Czy ujrzy ją jeszcze kiedy? Co się z nią stało?
I kończąc gorącą modlitwę, ze łkaniem wyszeptała:
— Biedactwo moje! Boże, ulituj się nad nami!
Ulica Bassano należy do ulic arystokratycznych, arystokracji młodej, świeżej, trochę egzotycznej, która tę część miasta sobie obrała.
Zamieszkują na niej prawie sami cudzoziemcy, a dostawcy dla tych panów powinni się mieć na ostrożności. Lecz dostawcy boją się ludzi skromnie ubranych, nieśmiało czyniących zakupy w ich wspaniałych magazynach, za to kłaniają się nizko przed śmiałkiem głośno rozkazującym, ubranym wykwintnie podług ostatniej mody. Przed takim kupiec łasi się, jak pies przed panem.
Więc też Paryżanin, zwykle podejrzliwy, nieufny względem swoich rodaków, pokłada nieograniczone zaufanie w cudzoziemcu, czyż to nie występek? Jednakże jest to wielką prawdą, że temu, co z daleka przybywa, łatwiej jest kłamać i oszukiwać, niż stałym mieszkańcom Paryża, ale przekonania są wręcz przeciwne, więc egzotyczni bogacze zapełniają miasto, roztaczając swe nad niem panowanie, podobni do anglików, co królują na niezmierzonych przestrzeniach wód morskich.
Właściciele kopalni chilijskich, obszarów argentyńskich, hrabiowie brazylijscy, meksykańscy baronowie, faktorzy szukający pieniędzy dla nowonarodzonych rzeczypospolitych, generałowie na nieograniczonym urlopie z Guatamala lub Urugwaju, obywatele różnych narodowości i kolorów tłumnie zapełniają okolice Łuku Tryumfalnego.
Z pewnością znajdują się pomiędzy nimi ludzie uczciwi i prawdziwie bogaci, z kieszeniami potężnie naładowanemi, szlachta, sięgająca czasów Filipa II, lecz ci służą tylko za płaszcz dla innych i doprawdy, trudno i ciężko zrobić wybór pomiędzy nimi, a poznać się też niełatwo, dla tego wielu porządnych kupców i dostawców zostało niezapłaconych, pomimo policji.
Właśnie w połowie tej ulicy Bassano, o kilkanaście kroków od alei Marceau, idąc w stronę pól Elizejskich, wznosi się niewielki pałacyk, którego budowa jednak wskazuje smak wyrafinowany.
Pałacyk ten jest w najczystszymi stylu Ludwika XVI, tylko na wysokości trzeciego piętra dobudowano w ostatnich czasach rodzaj galerji oszklonej, która psuje cokolwiek harmonję stylu i szpeci nawet poniekąd.
Na to bolesne ustępstwo musiał zezwolić budowniczy, gdyż ta galerja podobała się właśnie nowemu właścicielowi.
Nazajutrz po inauguracji Moulin-Rouge, około ósmej rano, towarzysz wybawcy Joanny siedział przed ogromnem biurkiem, zapełnionem papierami, książkami, różnemi rysunkami i fotografjami, oraz wielką ilością najrozmaitszych dzienników. Widocznie starano się tu o to, aby mieć dużo wiadomości.
Angielski „Times“, swym ogromem panował nad innemi, a kilka stronnic z mikroskopijnemi ogłoszeniami leżało rozłożonych na biurku.
Mały staruszek, w rannem wygodnem ubraniu, w pantoflach na nogach, jak przystoi na bogatego cudzoziemca, z krawatem niedbale zawiązanym na chudej szyi, siedział schylony nad dziennikiem, wodząc palcem po kolumnach ogłoszeń, kiedy nagle zatrzymał się nad jednem, zaczynającem się od tych trzech liter: B. B. P. i zawierającem co następuje:
„Zgoda. Czterdzieści od sta. Tylko prędzej. Artystę przyślemy“.
Piotr Brecheux, gdyż to on był, podniósł głowę, z radością zacierając ręce.
Rzeczywiście trudnoby było rozpoznać w małym staruszku dawnego ucznia z kolegjum w Bayeux, naiwnego i niewinnego młodzieńca co starał się poruszyć krokodyle serce Maurycego Colombey’a, dla ocalenia swych rodziców. Najlepszy nawet przyjaciel jego nie wiem, czy by go poznał.
Jużeśmy raz powiedzieli, iż nawet w przybliżeniu nie można mu było lat oznaczyć. Wyraz twarzy był szatański i groźny.
O cnocie, o dobroci oddawna nabył już przekonania! Nienawiść napełniła śmiertelnym jadem jego małe, szare oczki, osadzone głęboko, maleńkie usta, nos długi, twarz pergaminowa, o wystających kościach i zapadłych policzkach, słowem całą jego istotę od stóp do głów.
Sam, w obszernej galerji, nie powstrzymywał się i nie grał roli, maska uczciwej skromności, jaką nosił dla świata, spadła, nie potrzebował udawać.
Ten mały, nędzny człowieczek w rzeczywistości był obdarzony olbrzymią żywotną siłą, to też i trucizna, którą z siebie wylał, równała się jadowi węża grzechotnika.
— Czterdzieści za sto — myślał — znakomity interes! Będzie za co doprowadzić do końca ten drugi, jeszcze lepszy, prawdziwy kąsek królewski, małżeństwo Blanki Colombey z Janem, moim najdroższym wychowańcem...
Zgrzytnął zębami.
— A! szanowny panie radco — zawołał — sprawa nie była łatwa, aby się do ciebie dostać... długa to i nudna droga dojechać do takiego jak ty bogacza, nadętego mieszczucha, urzędnika sztywnego, takiemu jak ja nędznemu robakowi. Robota jest na ukończeniu! I to ja jestem obecnie mocniejszy i czekam na swoją ofiarę, jak pająk na muchę, lub żmija, co śmiertelnie kąsa!
Z szuflady biurka wyrzucił przed siebie związany pakiet papierów, pożółkłych listów. Wszystkie nosiły dawno ubiegłą datę. Staruszek uderzył po nich kilkakrotnie ręką, mówiąc:
— Oto broń moja! To listy nieszczęśliwej Róży Bertot, odepchniętej, wzgardzonej, zamordowanej przez nielitościwego samoluba, a jej kochanka, ostatnie jej zlecenia dla syna, zapomnianego przez ojca, oraz akt urodzenia Jana Maurycego. Piękna katastrofa!
Wpatrywał się w leżący przed nim pakiet ze straszną nienawiścią.
— Nie jestem bogaczem i żyję za pomocą zbrodni — szeptał — a jednak nie oddałbym tych papierów za wszystkie skarby tego świata! Pieniądz, to Bóg, przyznaję, ale jest coś jeszcze lepszego nad to, jest wściekła radość mieć w swojej mocy nieprzyjaciela i rozkoszować się widokiem jego śmiertelnych męczarni. Tej radości doznać muszę, chyba że djabeł przestanie mną się opiekować.
Włożył napowrót listy w skrytkę biurka, zamknął je i powstał. Przez kilka minut chodził tam i napowrót po galerji, z rękami w tył założonemi.
— Burlett i Templeton, myślał, co za ludzie! To genjusze złego, ukryci pod płaszczem hipokryzji surowych obyczajów i godności! Dwóch starych łajdaków z miną szanownych i poważanych pastorów! Jedyni, w swoim rodzaju, moi szanowni przyjaciele. Agencja bandy złodziei całego świata, włóczęgów międzynarodowych, monopol na wszelkiego rodzaju ździerstwa, wywóz złoczyńców najrozmaitszych, kryjówka do przechowywania kradzionych rzeczy i to kryjówka przez prawo protegowana. Myśl wielka godna przebiegłego normandczyka! Burlettt i Templeton! To gmach wspaniały! Dom bankierski! Drogie kamienie! Metale! Kupno i sprzedaż! Ulica Oxford-stret! Uczciwy handel. W każdej chwili publiczność wejść może, podziwiać nagromadzone skarby pod pobłażającem okiem policmena zadziwionego tyloma bogactwami. Prawdziwe szczęście, żem ich spotkał. Bez nich wegetowałbym nędznie jako skromny urzędnik lub pospolity oszust, wystawiony na ciągle zmiany fortuny, a raczej na powrót nędzy! Burlett i Templeton służą nam za piorunochron przeciw władzy i sądowi przysięgłych, to ręka, na której się wszyscy wspieramy. Mamy zaledwie trzydzieści tysięcy franków z sumy, danej Janowi Rodriguez, szaleńcowi płochemu, którego doskonale uosabia mój kochany Jasio! Co znaczy taka suma w Paryżu?... To wystarczy zaledwie na dwa lub trzy miesiące naszego trybu życia...
Uśmiech zadowolenia osiadł mu na zwykle wykrzywionych ustach.
— O! kochany Jasio ma dobre ząbki, — dodał, to godny synek swego papy, żarłocznego mieszczucha, z dodatkiem wad i złych pragnień! Zaszedł, gdzie go zaprowadzić chciałem, i należy mi się uznanie za jego wychowanie. Rozpasany jak upadły Cezar, fałszywy, egoista jak jego szanowny ojciec, dumny i chciwy, okrutny prawie, lecz piękny jak słońce, wymowny jak kaznodzieja, słowem śliczny potworek, to też kiedy go poznasz panie Maurycy Colombey, będziesz mile zdumiony, ręczę ci za to.
Piotr Brecheux chodził po galerji, jak pantera w klatce, tylko w klatce olbrzymiej. Galerja ta umeblowaną była poważnie, bogato i oryginalnie. Miesciła się tu bibljoteka, gabinet do pracy wraz z artystyczna pracownią, tylko trudnoby było określić co właściwie w niej wykonywano.
Zapewne bawiono się tu robieniem wielu na raz rzeczy: uprawianiem sztuki po amatorsku, jak o tem świadczyły płótna i rzeźby pozaczynane, stalugi, pędzle, oraz glina porozrzucana w malowniczym nieporządku, a nawet niebrakowało przyrządu fotograficznego, stojącego na uboczu.
Niebrakowało także broni. Na ścianie z jednej strony wisiały szable, florety, noże do polowania, napierśniki, maski, pistolety i karabiny, najdoskonalszej roboty. Półki pełne książek, zapełniały połowę ścian.
Drogie wschodnie dywany okrywały podłogę, podczas kiedy w suficie kolorowe szyby przepuszczały łagodnie przyciemnione światło, jak w buduarze kokietki.
Około dziewiątej podniosła się u drzwi portjera i młody człowiek, któregośmy widzieli na balu u Colombey’a i w Moulin-Rouge, wszedł do galerji.
Ubrany był zupełnie inaczej jak jego nauczyciel. Silna, prawie atletyczna szyja wystawała z otwartej jedwabnej koszuli, miękka flanela rannego ubrania uwydatniała piękną i elegancką postać, tylko twarz jego wyrażała troskę i nieukontentowanie, a zaciśnięto usta i wzrok ponury nie zwiastowały nic innego.
Stary spojrzał na niego ukradkiem i wzruszył ramionami, mówiąc:
— Jeszcze jeden bunt, który uśmierzyć muszę.
Młody usiadł przed pięknie rzeźbionym stolikiem o brzegach z bronzu, które tak pięknie wykonywano w zeszłym wieku, a oparłszy głowę na ręku, zagłębił palce w las ciemnych włosów i zdawał się rozmyślać. Staruszek podszedł ku niemu, kładąc swą wychudłą rękę na jego ramieniu. Młody człowiek podniósł głowę.
— O czem tak rozmyślasz Jasiu? — zapytał Piotr Brecheux.
Młody człowiek odpowiedział pytaniem na pytanie.
— Powiedz mi dokładnie, jak stoimy? — zapytał.
— Czy mówisz o pieniądzach?
— Bezwątpienia. A cóż innego mogłoby mnie interesować?
— Masz rację, moje dziecko, pieniądz jest wszystkiem. To sprężyna działania, to klucz do raju... jedyny środek do panowania!...
— Co dzień powtarzasz mi to samo.
— Czy potrzebujesz pieniędzy?
— Tak.
— Kiedy?
— Natychmiast.
— Cóż to za gwałt taki? — zawołał ironicznie nauczyciel. — Czy można wiedzieć przyczynę tej naglącej potrzeby?
Młody człowiek nie mógł powstrzymać się od śmiechu. Ze zwykłą sobie szybkością przeszedł od ponurego usposobienia do wesołych żarcików, co stary bardzo lubił.
— No, no, ojczulku, — nie udawaj naiwnego, odpowiedział, gdyż przypuszczasz trochę, na co mi są potrzebne pieniądze.
— Czy dla tej młody dziewczyny?
— Zgadłeś.
— Czy myślisz się rujnować dla niej?
— Nie znajdę nigdy lepszej okazji.
— Cóż w niej nadzwyczajnego znalazłeś?
— I ty się pytasz o to?
— Ależ!
— Jest cudownie piękną przedewszystkiem.
— Przesadzasz!
Młody człowiek powtórzył przymiotnik z większą siłą.
— Ślepy inaczejby nie powiedział. A zresztą czy nie widziałeś co się działa kiedy weszła do tej ohydnej sali... Literalnie pożerano ją oczyma.
— Więc to miłość? Zakochałeś się? — badał Piotr Brecheux.
— Jeszcze raz zgadłeś.
Nauczyciel — odpowiedział:
— Sądziłem cię niezdolnym kochać co innego, nad samego siebie, Jasiu?
— Tym razem robię wyjątek.
— Zadziwiasz mnie mój synu.
Uczeń zbliżył się do mistrza, mówiąc:
— Czy przypominasz sobie, com ci opowiadał o mojej pierwszej miłości?
— Miłość, miej się na baczności! To rzecz arcyniebezpieczna, szczególniej dla nas. Drogi nasze są zastawione łapkami i samołówkami. Baczność zatem. Kobieta zmienną jest i najczęściej to ona nas zdradza!
Młody człowiek zdawał się niesłyszeć, a zajęty jedną myślą, mówił:
— To dla dzieweczki z Cherburga.
— Rzeczywiście...
— A więc, kochany ojcze, młoda dziewczyna z Moulin-Rouge, tamta, to jedno i to samo...
— Doprawdy?
— Oczekuję jej dziś rano!
— Ależ wtedy, kiedy byłeś w Cherburgu, była chyba jeszcze przy piersi?
— Nie żartuj ojczulku, była młodą, to prawda, lecz prawie tak dużą i silną, jak dzisiaj...
— Cóż to za cud, że ją tutaj spotykasz!
— Cud, być może. Wtedy mieszkała w małym domku po za miastem, gdzie biegłem, znalazłszy wolną chwile, aby z nią zamienić kilka słów. Od tej chwili obraz jej nie schodził mi z pamięci. Spostrzegłszy ją w tłumie, zdawało mi się, że to sen.
— A to była ona?
— Ona sama!
— Jakim sposobem tam weszła?
— Takim samym, jak wiele innych!
— Z nędzy?
— Bezwątpienia.
— Tak więc, potrzebujesz sporej sumki?
— A czyż mógłbym znieść, aby została w tej jaskini, gdzie jest obecnie?
— Cóż z nią zrobisz?
— Zobaczę.
— Chcesz, aby została twoją kochanką?
— Naturalnie.
— Musisz na to mieć jej przyzwolenie.
— O to się nie obawiam.
— Czy byłbyś pospolitym głupcem?
— Będę ją tak usilnie prosił, otoczę takiem staraniem, aby zapomniała o dawnej nędzy i wysłuchała mnie.
— A cóż zrobisz z Colombeyami? — zapytał Piotr Brecheux, przeszywając ucznia swemi złotawoszaremi oczkami.
— Wiesz o tem, że nie kocham Blanki.
— A jednak jest zachwycającą.
— Nie przeczę.
— Bogatą!
— Zapewne, lecz Blanka przedstawia interes...
— A tamta rozkosz i miłość...
— W samej rzeczy.
— A gdyby też pan radca dowiedział się o tem iż pan Rodriguez utrzymuje kochankę, w chwili kiedy się stara o jego córkę?
— Paryż jest wielki i radca nie dowie się o niczem. A zresztą, co mnie te rzeczy obchodzą, znalazłem dziewczynę...
— Bóstwo!
— Nie żartuj, bo to może być prawdą... Znalazłem i nie chcę jej napowrót utracić... Jest w nędzy i muszę ją z niej wyciągnąć.
I znów — zapytał:
— Jak tam stoimy?
— Zostaje nam zaledwie trzydzieści tysięcy franków.
— To źle!
— Komuż to mówisz?... A w Londynie zaczynają się niecierpliwić... Wydajemy Jasiu!, a nie zarabiamy.
— Targujesz się ze mną? — zapytał prosto młody człowiek.
— Jakto?
— Pożycz mi dziesięć tysięcy franków.
—Do licha!
— Ja je muszę mieć...
— Niech i tak będzie. Mów dalej.
— Będziemy się teraz starali załatwić interes z djamentami...
— A małżeństwo? — zapytał Brecheux.
Jan Rodriguez skrzyżował ręce na piersiach i pozostał chwilę niezdecydowany...
— Jest bardzo nieprzyjemnie udawać przed tą młodą dziewczyną... lecz jeżeli chcesz koniecznie...
— W takim razie?
— Zgoda, tylko wskaż mi drogę, a ja nią pójdę.
Twarz mistrza rozjaśniła się.
— Nakoniec — zawołał, — zaczynasz przychodzić do rozumu Jasiu. Przyjemność z jednej strony mój synu, interes z drugiej Czy zgoda?
— Zgoda!
Jan Rodriguez przystał na wszystko z ochotą, co dawało dobrą wróżbę o pomyślnym przebiegu.
Mały człowieczek zatarł ręce. Wszystko szło jakoś lepiej. Jego uczeń pozbył się ostatniego uprzedzenia. Wszystko to zrobiła nadzieja przyszłego stosunku ze swą znajomą z Cherburga.
Piotr Brecheux wskazał mu palcem kilka wierszy w Times’ie“.
Młody czlowiek szybko przeczytał:
„B. B. P. Brecheux, Bassano, Paryż, Zgadzamy się, Czterdzieści procent. Przyślemy artystę“.
— Więc to już ułożone? — zapytał obojętnie.
— Zupełnie. Oni się zgadzają, gdyż cały interes jest łatwy do przeprowadzenia, a przytem lubią, jak wiesz, zarobić grube grosze, które ty z taką łatwością, wydajesz.
— Tem gorzej dla nich — odparł młody człowiek.
— Zarobimy ładną sumkę, a raczej dla ciebie będzie ona służyć, gdyż ja nie potrzebuję pieniędzy. A przytem i małżeństwo...
— Jeżeli się nie rozchwieje.
Staruszek przymrużył złośliwie swe szare oczki.
— Moje sprawy zawsze się udać muszą, Jasiu — odpowiedział — Idź podług mych instrukcyj, a na pewno dojdziesz do celu. A jeżeli żona nie będzie ci się podobać, to... otrzymawszy posag...
— Rozumiem cię, ojcze, świat jest szeroki!
— Musiałby się dobrze spocić ten, ktoby chciał nas odnaleźć.
— Z tem wszystkiem byłaby to smutna katastrofa dla tej nieszczęśliwej dziewczyny.
— Łatwo się ona pocieszy. Życie, to uganianie się za dostatkami, tem gorzej dla tych, którzy zostaną podeptani.
— Mówisz jak szatan, ojcze!
— Czegoż się skarżysz? Czy ci kiedykolwiek źle radziłem?
— Zapewne że nie.
— Jesteś wolnym, bogatym, używasz życia, czegóż ci więcej brakuje?
Młody człowiek zposępniał.
— Mam wszystko, czego mi potrzeba, a jednak czasami żałuję mego dawnego stanowiska w Cherburgu.
— Droga otwarta! Możesz na nią w każdej chwili powrócić.
— Już dziś nie potrafiłbym.
— A więc idź śmiało naprzód i nie bój się niczego. Chcesz pieniędzy, to ci ich dam.
— Dobrze.
— Tylko przed tą dziewczyną, tak samo jak przed innymi, milcz o wszystkiem!
Nauczyciel wymówił te słowa poważnie, kładąc palec na ustach.
Młody człowiek odpowiedział:
— Bądź spokojny.
— A szczególniej pamiętaj, Jasiu, że tylko głupcy dają się złapać.
Młody człowiek zacisnął usta i wstrząsnął głową na znak powątpiewania.
Jakiś czas rozmawiali o przeszłości, staruszce która się nim opiekowała po śmierci matki, o jego naukach, nad któremi stary nauczyciel czuwał z miłością ojcowską, o próbowaniu pracy, którą porzucił wkrótce, o agencji Burletta i Templetona i wysłaniu ich do Ameryki przez tych ostatnich, gdzie poznali młodego człowieka, udającego się do Francji na stały pobyt, ze stoma tysiącami dolarów w kieszeni. Przy tych wspomnieniach młody człowiek widocznie utracił wesołość.
Były to chwile, gdzie zaszły wypadki, które na zawsze chciał wymazać z swej pamięci. Lecz te chwile bywały rzadkie i krótkie.
Piotr Brecheux czuwał, aby mu dodawać odwagi, wmawiając weń, że dla pojedynku, ponieważ tak nazywał zaszły wypadek w pustyni, nie warto było mieć żadnego wyrzutu. Nauczyciel miał wygodne sumienie.
Dolary zmarłego posłużyły im do zdobycia fortuny. Jan Maurycy, zabrawszy wszystkie papiery swej ofiary, został Janem Rodriguez.
Lecz fortuna z nich zadrwiła. Rodriguez przegrał wszystko na giełdzie londyńskiej, a panowie Burlett i Templeton uchwycili napowrót swoich wspólników, którzy żyć potrzebowali. Bujny umysł Piotra wynalazł wkrótce inne sprawy, które im się powiodły.
Mały staruszek panował nad swoim uczniem całą siłą duszy wolnej od wszelkich namiętności, nad istotą żądną wszelkich uciech. Trzymał go w swym ręku występkami, które w nim zaszczepił.
A zresztą Jan Rodriguez, rzucony w wir życia paryzkiego, nie miał czasu, aby rozmyślać wiele. Prowadził przyjemne i łatwe życie.
Był ktoś, co bez przerwy czuwał nad nim i płodził coraz nowe kombinacje na jego korzyść. Był nim jego zły genjusz, Piotr Brecheux, stary nauczyciel, mściwy i pamiętliwy krzywd swoich, za które chciał zapłacić na swój sposób Maurycemu Colombeyowi.
Jan Rodriguez mógł żyć spokojnie, gdyż nawet pewne podobieństwo rysów łączyło go ze zmarłym.
Piotr Brecheux, myśląc bez przerwy o odwecie, wymyślił straszną zemstę przeciwko człowiekowi, który go zranił boleśnie. Z cierpliwością kreta, kopiącego podziemia, szedł krok za krokiem za swą myślą przewodnią, jedynym celem, jedyną swoją namiętnością!
Tylko od kilku miesięcy czasami wybuchał śmiechem strasznym, okrutnym śmiechem, co wykrzywiał twarz całą.
Godzina tryumfu nadchodziła; miała wybić za lada chwilę, jeżeliby nic nie stanęło na przeszkodzie. Lecz zbrodnicze dzieło, ukute w skrytości, miało mocne podstawy, które były tembardziej niebezpieczne, że tylko on jeden wiedział, co w sobie kryły, a wspólnik jego, niewiadome narzędzie jego zemsty, nie podejrzewał przyczyny, ani celu całego dzieła.
Opuściliśmy młodą dziewczynę z Moulin-Rouge, kiedy zasnęła.
Kiedy się obudziła, wesołe promienie wschodzącego słońca oświecały jej ubogą izdebkę. Powoli zaczęła sobie przypominać wypadki ubiegłego dnia, oraz daną przez siebie obietnicę. Szczególna rzecz! Jakiś głos tajemniczy mówił jej, żeby natychmiast się udała na ulicę Cambon, do swego wybawcy, szlachetnego człowieka, co jej udzielił jałmużny, nie żądając nic w zamian za nią.
Jakaś tajemnicza siła pchała ją w tę stronę. Nie wątpiła, iż musiał być dobrym, gdyż dobroć widniała na jego twarzy szczerej i otwartej, w uśmiechu serdecznym, w oczach, co patrzyły na nią ze współczuciem i w łagodnej intonacji głosu.
A potem, winną mu była okazać wdzięczność za jego dobroć, a obowiązek prawie nakazywał, aby mu opowiedziała o sobie, o swej nędzy, która ją zmusiła do szukania chleba na tak strasznej drodze, gdzie ją spotkał.
Dotąd nic sobie nie miała do wyrzucenia. Od chwili przybycia swego do Paryża, opierała się dzielnie pokusom. Będąc piękną, na każdym kroku miała okazję, aby upaść. Propozycji wszelkiego rodzaju miała ciągle pełne uszy, odpychając wszystkie ze wstrętem, gdyż hańba i wstyd były dla niej nieznośnem widmem, co jej rozdzierało serce. Myślała teraz, że ów bankier, przez litość, znajdzie sposób, aby ją wydobyć z ciężkiego położenia.
Żądała tak niewiele. Jakiegoś miejsca, zajęcia, pracy, coby jej dała choć najskromniejsze utrzymanie, wraz z dwojgiem istot, których opuścić nie mogła. A przecież była wykształconą, znała język angielski, muzykę i miała odwagę do pracy!
Wyczyściła swoje skromne ubranie, ubrała się starannie i poszła kupić trochę artykułów spożywczych, potrzebnych na dzień dzisiejszy.
Dziś była bogata, z radością liczyła błyszczące luidory, dwieście franków, skarb prawdziwy dla biedaków takich jak oni, co od kilku miesięcy walczyli z nędzą.
Wiosenne słońce rzucało jeszcze promienie, przy jego świetle nie bała się włóczęgów, a mała, ciasna uliczka, gdzie przed kilku godzinami o mało nie została zamordowaną, wydała jej się wesołą, nawet smutne miasto umarłych, sprawiające jej zawsze nieprzyjemne ważenie, nie robiło jej dzisiaj tego samego uczucia. Wchodząc do domu żywa, uśmiechnięta, z koszykiem pełnym, do tej rudery, co zdaleka świeciła nędzą i chorobą, idąc długim, wilgotnym korytarzem, który tyle razy przebiegała w rozpaczy, upadając pod ciężarem niepowodzeń, co zewsząd na nią spadały, usłyszała za sobą ochrypły głos kobiecy:
— Panno Joanno!
Głos wychodził z okienka, umieszczonego w głębi korytarza na wprost zabłoconych schodów, prowadzących na piętra.
Młoda dziewczyna przystanęła.
Przez malutkie okienko obrzydliwa twarz bezzębnej czarownicy patrzyła wstrętnie uśmiechnięta.
Była to odźwierna tej jaskini.
— Ho! ho! rano się dzisiaj wstało jak widzę, — mówiła.
— A tak pani Pache.
— I minka wesoła, a pieniążki pobrzękują w kieszeni.
— Cóż znowu...
— Czy to one sprawiły taką przemianę?
— Ależ zapewniam panią...
No, no, widać dobrze się powiodło w Moulin-Rouge!
Joanna zarumieniła się.
Stara nie zwróciła na to uwagi, zajęta swoją myślą.
Zapewne nie jeden z nas ciekawym byłby wiedzieć, co się dzieje z temi tysiącami nieszczęśliwych istot, żyjących na bruku kiedy stare, zmęczone, splugawione, pożarte czasem, muszą się usuwać z areny tego życia, ustępując miejsca nowym legjonom. Niestety, tomy całe zaledwieby starczyły na opowiedzenie ich historji.
Pani Pache była jednym z egzemplarzy źle zachowanych tych smutnych ofiar. Kiedyś była piękną i młodą, dziś nie było tego ani śladu. W piędziesięciu leciech była straszną, bez zębów, z zaczerwienionemi powiekami z wypadłemi brwiami i rzęsami, włosy rzadkie siwiejące, rozczochrane, spadały na ramiona a twarz pomarszczona ze zwyczaju pokryta trochą pudru, z nosem przygiętym aż do podbródka, wyglądała okropnie, za cały strój mając na sobie kępę jakichś cuchnących gałganów.
Z całej tej okropnej postaci widniał ohydny, brudny występek, zamieniony w jad trujący.
— Dawno już mówiłam panience abyś się zdecydowała tam iść, bo nie ma nic lepszego — odezwała się.
Nieszczęśliwa chciała przejść dalej tłumacząc się, że ją oczekują na górze.
Odźwierna wyciągnęła rękę przez okienko i zatrzymała ją za suknię.
— Trochę się jednak obawiałam, — mówiła dalej, z powodu ubrania. Mężczyźni są wymagający. Wieczorem suknia wyglądała jeszcze jako tako, za to drżałam że buciki podarte...
— Proszę panią...
— No wysłużyły się, robiąc tyle bezużytecznych kursów po tym przeklętym Paryżu! Uczciwa dziewczyna kilka groszy zarobić nie jest wstanie. — I pani szukałaś miejsca! Miejsca, zarobku, gdzież one sa! Trzeba wprzód zdechnąć z głodu. Wiem ja dobrze o tem.
I z rozczulającą poufałością, jak troskliwy nauczyciel, badający ulubionego ucznia o rezultat egzaminu:
— No nie wstydź się!... He? Co?
— Co pani mówi!...
— Nie mów nie! Słyszałam aż ztąd muzykę. Czekałam... To mnie trochę interesuje. No, pięć luidorów?
Niepodobna jednak opisać wyrazu fizjognomi chciwej, ciekawej, starej rozpustnicy, przypominającej sobie swoją dawną młodość, co wpatrując się z lubością w twarz nieszczęsnej dziewczyny, uważała ją za upadłą jak ona; nędznicę.
— Ah! Gdybym była tak piękną jak pani, — mówiła dalej, nie puszczając swojej ofiary, to nie pięć, ani dziesięć sztuk złota bym żądała... miałabym konie i powozy, brylanty, majątek... Młodość jest nieopatrzną, nieświadomą. Ja także nic nie wiedziałam i nie myślałam o jutrze i zostałam tutaj!
— Moja matka będzie się niecierpliwić...
— Stara warjatka! Kula u nogi, zostaw ją tutaj, władza się nią zajmie i pozbędziesz się kłopotu... Mała, to rzecz inna... jest ładna, to zawsze kiedyś można będzie z niej wyciągnąć korzyść.
— Puść mnie pani...
— Jeszcze słówko. Musisz pomyśleć o sukni... To należy do rzeczy... a szczególniej ładne buciki... nie zapomnij panienka...
Joanna zdecydowała się przyświadczać starej, aby się jej prędzej pozbyć.
— A tak, masz pani rację, pani Pache, pomyślę o bucikach.
— Lecz zapomnieliśmy o rzeczy najważniejszej.
— O czemże?
— O naszym władcy i właścicielu tego domu.
— Ah! prawda!
— Pan gospodarz nie lubi, tych co późno płacą.
— Zupełnie zapomniałam.
— Drugi kwartał idzie, piękna panienko.
— Rzeczywiście, wyjąkała młoda dziewczyna, kładąc rękę do kieszeni.
— Porządnie gderał i chciał wyrzucić was z domu, uspakajałam go ile mogłam... wiedziałam, że przyjdą lepsze czasy... przyszły... Takie było widać przeznaczenie... Czeka, lecz czuwa stary filut i trzeba zapłacić...
— Dziękuję pani. Ile się należy?
— Osiemdziesiąt franków... Czy panna ma tyle...
— Owszem.
Świdrujące oczki starej megery, błysnęły na widok złota, tak łatwo zdobytego.
Nie wątpiła o jego pochodzeniu.
— Kwit wydam zaraz, proszę poczekać, wołała stara, podczas kiedy jej lokatorka, czerwona ze wstydu i gniewu, wyrwawszy się z jej szponów, szybko uciekała na schody.
— Nie ma potrzeby, wezmę przechodząc innym razem pani Pache.
Odźwierna mruczała bezzębnemi szczękami.
— Młode to, zawsze łatwowierne! Głupia dziewczyna! Przyjdzie z czasem do rozumu! Mężczyźni sami ją nauczą.
Westchnęła głęboko z zazdrości, aż się zatrzęsły łachmany na jej wychudłym szkielecie.
— Dziesięć luidorów — jęczała, — tak najmniej dziesięć dostała! Nigdy nie zarobiłam tyle. Widać nie miałam szczęścia!
Wypiła kieliszek na zabicie robaka, co ją gryzł. Tymczasem Joanna uciekała szybko po schodach, rozmowa ze starą napełniła ją wstrętem.
Czy taka przyszłość czekała ją w Paryżu!?
Kiedy weszła do swej izdebki, sto razy staranniejszej przy blasku dziennym, niż w mroku nocnym, cofnęła się przerażenia. Światła, powietrza, kwiatów i zieleni na brzegach Bretanji, oto czego pragnęła jak zbawienia, a choć pracy prostych dziewek folwarcznych nie lękała się, drżała jednak w obec okropnej pewności śmierci głodowej pomiędzy temi gołemi murami, lub upadku do najwstrętniejszej kałuży występku!
Warjatka przebudzona śpiewała po cichu swoją pieśń żałosną, a mała Marja siedziała ubrana już na starym fotelu obok łóżka matki, trzymając ją za ręce.
Starsza siostra uściskała ją serdecznie mówiąc:
— Trochę jeszcze cierpliwości Maryniu, a wszystko się zmieni.
— Czy się wyprowadzimy z tej strasznej nory?
— Tak! Wszyscy troje?
— Wszyscy!
— Czy prędko?
— Mam nadzieję, że tak!
Wzięła się szybko do roboty, za chwilę pokój uporządkowała, niezwykle podniecona, rozgorączkowana.
O w pół do dziesiątej ucałowała Perinę ze zwykłą czułością i szepnęła kilka słówek małej:
— Nie długo powrócę... nie bój się... i pilnuj matki!
Mały cherubinek o jasnych włosach i dużych niebieskich oczach, posłał za siostrą całusa.
Ludzie przyzwyczajeni do oszczędności, nie łatwo biorą fiakra, spuszczając się na szybkość swych nóg. Joanna pamiętała słowa bankiera: „Przed dziesiątą“, to też szła szybko i nie myśląc, że miała za co wsiąść do powozu. Wkrótce znalazła się na bulwarze Clichy i schodząc na ulicę des Mortyrs, przypomniała sobie słowa starej wiedźmy, aby pamiętała o trzewikach. Tak, pani Pache miała słuszność. Wróciła się zatem do bulwaru Clichy i nieśmiało weszła do magazynu, żądając pary bucików. Szczegół ten wydawać się może zbytecznym, a jednak miał on mieć bardzo ważne następstwa w przyszłości.
Po kwadransie zaledwie wyszła w nowych bucikach, nie śmiejąc nalegać o pośpiech, przyzwyczajona do uległości biednych, nie umiała rozkazywać.
Załatwiwszy sprawunek, pobiegła do omnibusu. Akurat biła dziesiąta, kiedy zajęła w nim miejsce. Dwadzieścia minut później wchodziła na wspaniały dziedziniec hotelu St.-Clair. Z łatwością go odnalazła. Policjant, do którego się zwróciła z zapytaniem, pokazał jej bramę.
Odźwierny tutejszy wcale nie przypominał starej dozorczyni z paryzkich Carrières.
Był to dygnitarz gruby i tłusty, wysoki jak szwajcar kościelny, poważny jak notarjusz.
— Czego pani sobie życzy? — zapytał grzecznie.
— Czy tutaj mieszka pan Saint-Clair?
— Tutaj.
— Czy mogę się z nim widzieć?
— Właśnie tylko co wyszedł.
Młoda dziewczyna była niemile ździwiona.
— Czy niewiadomo panu, kiedy powróci? — wyszeptała.
— Nie mogę pani tego powiedzieć. Czy naznaczył pani widzenie się?
— W samej rzeczy.
Odźwierny mówił dalej spokojnym głosem:
— To nawet widać z tego powodu wyszedł później, niż zazwyczaj!... Wychodzi zwykle przed dziesiątą.
I uśmiechając się uprzejmie, dodał:
— Czy pani powróci?
— A więc dobrze... powrócę.
Z przyjemnością rozmawiamy z ładną młodą dziewczyną. Wysoki cerber został olśniony pięknością Joanny.
— Proszę mi zostawić nazwisko pani? — dodał uprzejmie.
Jej nazwisko? Nie miała żadnego. Czyż się miała z tego tłumaczyć temu człowiekowi?
— Nie potrzeba, — odpowiedziała — powrócę.
— Tylko rano, przed dziesiątą, jeżeli pani może. Pan rano wstaje. Ale może to jest rzecz, którą powierzyć można jego zięciowi? — dodał odźwierny z pewną ironją?
— Zięciowi? — szepnęła zamyślona.
— Tak, panu Colombey. Jest właśnie w domu.
— O nie...
Wyszła zmieszana, zmartwiona niepowodzeniem, powtarzając machinalnie:
— Powrócę... powrócę!...
— Śliczna dziewczyna — szepnął odźwierny. — Gdzie ta stara małpa ją wynalazła?
Bankier rzeczywiście oczekiwał na Joannę. Dziewczyna ta tak inna od wszystkich co znał, zaciekawiła go niezmiernie. Chciał koniecznie poznać jej przeszłość.
Instynktownie czuł, że była dobra i życzył jej z całego serca, aby się wydobyć mogła z kłopotów, do czego chciał jej dopomódz, jakby to był uczynił dla swej biednej krewnej.
Nawet z tego powodu nie mógł dzisiaj spać dobrze, formując tysiące projektów na ten temat, aby ją co najprędzej wydobyć z pośrodka tej otchłani nędzy.
Rano niecierpliwił się, że nie przychodziła na oznaczoną godzinę i znacznie później niż zwykle wyjechał na spacer do lasku, co czynił każdego ranka. Musiał być zaledwie na rogu ulicy, kiedy Joanna wchodziła w bramę hotelu. Cały czas spaceru upłynął mu z myślą o niej, lecz nareszcie powtórzył sobie to samo, co mówił mały Durives do komendanta Briard:
— Zobaczę ją znowu.
Lecz obadwaj bardzo się omylili.
Wyszedłszy na ulicę, młoda dziewczyna stanęła niepewna, co ma robić dalej. Jakoś rano opuściła ją odwaga i bała się ujrzeć swego dawnego przyjaciela i dzisiejszego wybawcę.
Co ich dzisiaj mogło łączyć wspólnego? Był bogaty, żył w innym świecie jak ona biedna pracownica! A przytem, czyż nie zeszła obecnie na ostatni szczebel moralnej nędzy, pod przymusem co prawda strasznej ostateczności, lecz zawsze z własnej swej woli, chciała się spodlić, sprzedać, upaść jednym słowem, a chociaż przed sobą znalazłaby tłumaczenie ze swego postępowania, on o tem wiedzieć nie mógł. Cóżby dała za to, aby on mógł uwierzyć w jej niewinność, szkoda, że nie był dla niej obojętnym, wtedy byłoby jej zupełnie wszystko jedno.
Rozmyślając tak, niezdecydowana, co ma robić, szła bulwarami w stronę Magdaleny, kiedy nagłe usłyszała, jak ktoś zawołał piskliwym głosem:
— Patrzcie! ładna nieznajoma z Moulin-Rouge!
Odwróciła się szybko i oblała gorącym rumieńcem. Młody Gaston Durivel stał przed nią wyprostowany, z wesołym na ustach uśmiechem. Widocznie komendant Briard napełnił mu znów kieszeń.
Z miną impertynencką włożył w lewe oko swój monokl, pytając:
— Jak się mamy?
Dziewczyna nie odpowiedziała wcale, odwróciła się i szybko wskoczyła do przejeżdżającego fiakra, rzucając adres woźnicy:
— Ulica Bossano!
Gaston został skonfundowany na chodniku. Lecz biedna dziewczyna mogła słyszeć, jak wolał za nią swoim krzykliwym głosem:
— Szczęśliwej drogi. To za pieniążki starego papy Saint-Clair bujasz sobie moja panienko!
Powóz potoczył się szybko w stronę pól Elizejskich i wkrótce zatrzymał się na ulicy Bassano.
Joanna zapłaciła za kurs, zadzwoniła, a wszedłszy, zapytała drżącym głosem:
— Pan Rodriguez.
— Tak, Michał Saint-Clair nie chciał czekać na swą protegowaną, aby ją wybawić z nieszczęścia, za to Juan Rodriguez jej oczekiwał.
Przeznaczenie widać tak chciało.
Przez to, że się spóźniła kilka minut, cały dramat, zawiązany w La Roche-Morgat, wziął zupełnie inny obrót, sprowadzając nową katastrofę.
Nauczyciel siedział przy biurku, po za którem znikał zupełnie, podczas kiedy towarzysz jego, rozparłszy się wygodnie w obszernym, miękkim fotelu, z głową wtył przechyloną, z palcami zagłębionemi w kruczych włosach, marzył o spodziewanej wizycie. Ciekawym był czy Joanna dotrzyma danego słowa i czy przyjdzie?
Kilka słów biednej dziewczyny o jej życiu i nieszczęściach zaostrzały jego ciekawość, więcej nawet niż ciekawość, bo współczucie serdeczne. W gorączce oczekiwania liczył minuty na zegarze, podziwiając w duchu, że myśl o niej wzruszała go do tego stopnia.
Orgje, jakiemi starał się dotychczas rozrywać i które jego kusiciel zawsze mu nasuwał, zostawiały go chłodnym nakształt bryły lodu. Nigdy żadna kobieta do tego stopnia go nie zajęła. Ta była pierwszą jego namiętnością, do czego musiał się przyznać przed sobą. Wszystkie inne były dla niego tylko kaprysem przejściowym, związkiem chwilowym.
Odetchnął lżej, gdy nadstawiając ucha, posłyszał turkot powozu.
— To ona!
A więc zwyciężył! Jeśli przychodziła to z zamiarem oddania się. Czy zresztą mogłaby inaczej postąpić?
Służący w ciemno-bronzowej liberji wszedł do pokoju, mówiąc po angielsku:
— Jakaś młoda dama pragnie się widzieć z panem.
— Prosić natychmiast, Will.
Służący miał już wychodzić, gdy nauczyciel dał mu znak, by się zatrzymał.
Była to tylko pantomina między nimi krótka, lecz znacząca.
Dla policjanta z rasy Lecocq’a zawierałaby całkowite wyjaśnienie. Młody człowiek, zajęty swemi myślami, nie dostrzegł jej zupełnie.
Zresztą pomiędzy nim a jego mistrzem była ogromna różnica, mianowicię: różnica między talentem, a genjuszem. Mówimy między talentem, a genjuszem, lecz nie trzeba ztąd wnioskować, by fałszywy Juan Rodriguez był niezdolny, lub głupi.
Dla odgrywania swej roli musiał już posiadać spory zasób rozsądku, chytrości i szalbierstwa, wiadomości i taktu.
W świecie, do którego się dostał, najmniejsza nieskładność, najmniejszy błąd byłyby go odrazu zdemaskowały.
Lecz służący ten najwidoczniej go zdradzał.
Był to wysoki mężczyzna lat trzydziestu, o długich faworytach, rozszerzających się ku dołowi, o włosach bladożółtych, pochodzących w prostej linji z krainy mgły, z twarzą okrągłą i różową, koloru szynek yorskich, a której cechą charakterystyczną była głupowatość widoczna, bardzo wygodna. Tylko nie trzeba było polegać na niej.
Panowie Burlett, Templeton et Comp. nie brali do usług ślamazarników ani gapiów, a na ulicy, Bossano oni byli panami. Ze swych dwóch panów dobry Will służył młodszemu tylko dla formy.
Na znak Piotra Brecheux jego dobrotliwie patrzące oczy, które zdawały się sennemi, rozbudziły się i błysła w nich iskra inteligencji:
— Czy nikt nie był, Will? — zapytał nauczyciel.
— Do pana nikt.
— Listów nie ma?
— Ani jednego.
— Nic więc nowego?
— Nie.
Wejrzenie, które towarzyszyło tym krótkim odpowiedziom, mówiło więcej, niż one i znaczyło to samo co słowa:
— Możesz pan być spokojnym, ja czuwam.
Piotr Brecheux zniknął za swem biurkiem w końcu galerji i zatopił się w swych papierach.
Przedtem jednak z odcieniem wesołości — rzekł do swego ucznia:
— Ten William to perła służących, a przywiązany do swych dobrych panów, jak skała Gibraltaru do starej Anglii.
Wtem drzwi się otworzyły. To nieoceniony Will wprowadził przybyłą.
Juan Rodriguez wstał pospiesznie, a podszedłszy ku niej ujął ją za ręce i zaprowadził na drugi koniec halli, przeciwny temu, gdzie stało biurko nauczyciela. Tu posadził ją na kanapie, a sam usiadł wprost niej na nizkim fotelu.
Piotr Brecheux obrócił się. Z po za dwóch stosów broszurek i dzienników obrzucił on młodą dziewczynę wzrokiem przenikliwym, jednak bez najmniejszego zwrócenia jej uwagi.
Joanna nie potrzebowała lękać się tej obserwacji. Należała do kobiet, których piękność blask dzienny podnosi. A takich nie ma wiele.
— Wspaniała dziewczyna! — pomyślał sobie. Jakiż to szczęśliwiec z tego Jasia!
— Widzisz pan, — rzekła ona — dotrzymuję swej obietnicy. Uważałam sobie za obowiązek podziękować panu za wielką przysługę, jaką mi oddałeś.
Była bardzo wzruszoną i wciąż rumieniła się pod wzrokiem młodego człowieka, który chciwie się w nią wpatrywał.
Zapanowała chwila milczenia.
Świeża twarzyczka Joanny, jej czyste niebieskie oczy, które wzięła od matki, rozbudzały w nim cały szereg wspomnień, niedostatecznie uśpionych.
Przywodziła mu ona na pamięć te chwile młodości, w której nie miał nic sobie jeszcze do wyrzucenia, kiedy, jako prosty komisant handlowy w bardzo uczciwym domu, szedł prostą drogą, którą wkrótce potem porzucił.
Wiał od niej jakiś czar tajemniczy.
Przypomniała mu idyllę ich cichego związku w przeszłości, kiedy jako dziecię niewinne i poważne ukazywała mu się w oknie chaty ukwieconej, na tle bluszczu, róż i fuksji.
Mówił sobie, że mogli żyć razem oboje w ciszy, prostocie, w dostatku spokojnym i wygodzie, zdobytej przez pracę.
Joanna ze swej strony była oszołomioną. Przepych, w jaki została nagle przeniesioną, sprawiał na niej wrażenie odtrętwiające; była przedewszystkiem wzruszona towarzystwem młodego człowieka, który został na zawsze w jej pamięci, a którego znajdowała teraz bardziej pociągającym i podniesionym przez otoczenie, w jakiem się znajdował, do czegoś czarodziejskiego.
Została tak szybko przeniesioną ze swej wstrętnej nory, gdzie opierała się wszelkim przeciwnościom, do tego raju olśniewającego, że doznawała zawrotu głowy, halucynacji pełnej czarów, czy też snu szczęśliwego i słodkiego, jak nadzieja.
Milczenie to trwało chwil kilka zaledwie, ale cały świat myśli przesunął jej się przez umysł.
Przerwał je wkrótce młody człowiek głosem cichym, w którym drżało uczucie.
— Joanno, — rzekł — pozwól mi nazywać się ten imieniem, wszak możesz być szczerą ze mną? Nic nie może zmniejszyć sympatji mej dla ciebie, cokolwiekbym usłyszał. Wiem aż nadto, że życie jest częstokroć bardzo ciężkie.
— Oh! tak, — szepnęła — okrutnie nawet!
— Nie wierzę w przypadki... Jeśli się spotykamy, musi w tem być przeznaczenie.
— Przeznaczenie, — powtórzyła, schylając głowę — być może...
On korzystając z jej pomieszania i sądząc, że już dawno i zupełnie była mu oddaną, odezwał się:
— Czy przypominasz sobie tak żywo, jak ja, kiedy spotykaliśmy się dawniej w du Mesnil?
— Nie zapomniałam tego!
— Ujrzawszy cię tej nocy, nie wierzyłem własnym oczom!
— Niestety!
— Byłem bardzo zdziwiony, znalazłszy cię w takiem miejscu i, jak się domyślasz chyba, bardzo zmartwiony.
Stała się śmiertelnie blada.
— Byłaś bardzo młodziutką, gdy opuszczałem Cherbourg, ale domyślałaś się chyba wielkiej mej przyjaźni dla ciebie.
Nic nie odrzekła.
— Przyjaźń ta była głębszą, niż mogłaś przypuszczać. Nie naruszył jej czas, ani oddalenie... Od tej pory podróżowałem dużo... Przybywając codziennie do du Mesnil, byłem tam wiedziony jakąś siłą tajemniczą, która rozstrzyga nasze losy. Nie mógłbym przeżyć jednego dnia, by cię nie zobaczyć. Byłaś tak śliczną, a nie zdawałaś się wiedzieć o tem. Mówiłem sobie, że musi być jakiś związek między nami, że jest niepodobieństwem, byśmy nie zostali kiedyś więcej, niż przyjaciółmi, później gdy dorośniesz. Nie omyliłem się, bo oto jesteś przy mnie, bo przypadek, który nas rozdzielił, połączył nas na nowo i to wtedy właśnie, kiedy wszystkie dane zdawały się nas oddalać od siebie.
Głos młodego człowieka był drżący.
Joanna słuchała go, jak melodji poważnej i upajającej.
Jeśli grał komedję, to grał ją z talentem zupełnym. Można było przysiądz, że był szczerym. I był nim rzeczywiście.
Towarzystwo tej zachwycającej i nieszczęśliwej dziewczyny, zdolnej skusić kochanka i rozbudzić w nim palące żądze, rozgrzało tę naturą popsutą przez nauki przewrotne i rzuconą na złe drogi przez tego ducha złośliwego, który ją sobie obrał za narzędzie swej zemsty.
Pozostawiony samemu sobie, możeby miał najszlachetniejsze popędy.
Rozbierając dusze najzatwardzialszych zbrodniarzy, kto wie czyby się nie znalazło w nich nieświadomej cząsteczki, której nie dosięgła jeszcze gangrena złego, szlachetnej i czystej, która pozostała nietkniętą.
Jedna kobieta może zgubić mężczyznę, wystarczy także jednej, aby go podnieść.
Były zresztą dwa powody, dla których młody człowiek mógł być szczerym w obecności przybyłej: jej piękność najpierw, którą był zdumiony, znajdując ją tak zupełną, w pełnym rozkwicie młodości, a następnie wspomnienie innych czasów, słówek przyjaznych i uśmiechów, wymienianych w owej wiosce bretońskiej, pełnej kwiatów i ciszy.
Ileż to razy podczas życia burzliwego, jakiemu się oddał po powrocie swym z Francji, przesuwała mu się przed oczami ta postać przyjemna, pełna słodyczy, której nic nie zaćmiewało, a która powracała ciągle, jak widzenie najprzyjemniejsze!
Teraz, kiedy była znów przy nim, sprowadzona cudem chyba, przysięgał, że nikt mu jej już nie wydrze. Potrzebował tylko wyciągnąć rękę, by ją uchwycić. Oporu w niej napotkać się nie spodziewał.
Czyż nie przychodziła tu z podziękowaniem, zbłąkana, szukająca pana? Któż ją rzucił w tak okrutną ostateczność, że upadła aż do tego stopnia?
Chciał wiedzieć o wszystkiem. Oczy jego wyrażały widocznie to zaciekawienie. Joanna musiała przeczuć pytanie, mające już wyjść z ust jego, bo sama pierwsza zaczęła:
— Zapytujesz się pan, co za nieszczęście popchnęło mnie wczoraj... tam, gdzieś mnie zobaczył?...
— Niedostatek!...
— Gorszy, niż pan sobie wyobrażasz.
— A jednak w Cherbourgu?...
Smutnie zwiesiła głowę.
— W Cherbourgu można było nas mieć jeszcze za zamożnych... chociaż wydawaliśmy już wtedy nasze ostatnie zasoby.
— Miałaś matkę i siostrę?...
— Ja nie mam ani matki, ani siostry, ani żadnej rodziny... Chcesz wiedzieć, kto był tą kobietą, u której przebywałam?... Kto był dzieckiem, coś je brał za siostrę moją?...
— Tak jest.
— Ta, którą nazywałam matką, tylko mnie wychowała... Nie wiem, kto mnie oddał w jej ręce. Dziecko zaś jest jej córką, a moją przybraną siostrą.
— A twój ojciec?
— Nie znałam go.
— A matka?
— Matka, — odrzekła z goryczą — wyparła się mnie... Nie wiem nawet, gdzie przebywa i czy istnieje wogóle. Nikt nigdy mi o niej nie wspominał.
— Nigdy?
— Nigdy.
— To dziwne.
— Mówię zupełną prawdę.
— Nawet kobieta, która cię wychowała?
— Z chwilą, gdym mogła ją o to zapytać, gdy świadomość się we mnie rozbudziła... ona nie była w stanie już mi odpowiedzieć.
— Dla czego?
— Została obłąkaną.
— Obłąkaną?...
— Tak, została dotkniętą obłędem spokojnym, lecz zdaje się, że nieuleczalnym.
— Mówiłaś, iż była zamężną.
— Tak.
— Czemże jej mąż się zajmował?
— Był rybakiem i powroźnikiem zarazem.
— A gdzie się urodziłaś?
— Nie umiem tego powiedzieć.
— Ile masz lat?
— Zdaje mi się, że dwadzieścia.
— Mówisz, zdaje się! Nie jesteś więc tego pewną?
— Nie.
Na twarzy młodego człowieka odbiło się głębokie zdumienie, powątpiewanie prawie.
— Dla czegóż miałabym kłamać? — odrzekła otwarcie.
— Wierzę ci. Myślę tylko nad dziwnem podobieństwem, które mnie uderza.
— Jakie podobieństwo?
— Poznasz je... później.
— Kiedy?
— Kiedy będę miał szczęście natchnąć ciebie choć cząstką tych uczuć, jakie ja mam dla ciebie.
Zwiesiła smutnie głowę.
— Drogi nasze rozchodzą się, — rzekła. Dawniej, tam, mogłam myśleć o panu, jako o równym, teraz lękam się twego bogactwa!
— E! cóż znaczy takie bogactwo, — wykrzyknął w zapędzie gorączkowym!
— Ty jesteś bogatą w młodość i wdzięk, nie możesz sobie nawet wyobrazić, jakiej doznaję przyjemności, słysząc twój głos, patrząc na ciebie. Gdzie mieszkał rybak, który cię przygarnął?
— Jak tylko mogę zapamiętać od małego dziecka, na jednej z wysp breteńskich w okolicy Brestu.
— Na której?
— Myślałam nad tem często, szukałam... Ouessant może.
— A potem?
— Wspomnienia stają się jaśniejsze odtąd. Przez kilka lat żyłyśmy w angielskiej wiosce w Jersey.
— Dla czego tam przebywałyście?
— Dokładnie nie wiem.. Wskutek kłótni, której następstwa były smutne bardzo... Ojciec miał ogromną wadę... Upijał się!..
— Nazwa wioski?
— Gorey.
— Co robiłaś tam?
— Chodziłam do szkoły. Mieszkaliśmy w wesołej chatce o zielonych okiennicach. Ojciec pracował ale rzadko, większą część spędzał w szynku. Matka nasza, zacna kobieta, płakała często.
— Kiedy opuściliście Jersey?
— Mogłam mieć wtedy jedenaście do dwunastu lat. Spotkały nas wielkie nieszczęścia.
Piotr Brecheux zdawał się nie zwracać uwagi na rozmowę swego ucznia z młodą dziewczyną. Niewidzialny z za biurka i książek, zdawał się być pogrążony na pozór w pracy bardzo pilnej. Powoli głos obojga młodych zaczął się podnosić. Joanna usłyszała w oddali szmer przekładanych dzienników, a następnie skrzypienie pióra, biegającego po papierze.
— Kto jest tam? — zapytała.
— Nie obawiaj się... stary przyjaciel, człowiek, którego kocham jak ojca.
Piotr Brecheux miał nadzwyczaj delikatne ucho. Od jakiejś chwili nie stracił ani słowa z opowiadania przybyłej. A to zwierzenie wydało mu się ciekawem do najwyższego stopnia. Tak uczeń jego jak i młoda dziewczyna nie mieli zarówno rodziców, rodziny, byli oboje wydziedziczeni, a szczególniej ona, bo nie wiedziała nawet imienia matki.
Jan-Maurycy nie znał swego ojca, — Piotr Brecheux zachowywał sobie tę wiadomość na wygodną porę, — ale znał on przynajmniej w części historję swej nieszczęśliwej matki, Róży Bertot.
Stary nauczyciel był człowiekiem przezornym. Wszędzie podejrzywał tylko jakąś intrygę, wogóle materjał, z którego można wyciągnąć korzyści.
Opowiadanie tej nieszczęśliwej, podniesionej z błota ulicznego — bo jakaż różnica między miejscem, gdzie ją znaleziono a rynsztokiem — zaciekawiło go głęboko. Słuchając, rzucał na papier pewne notatki. Niewiadomo, co się kiedy może przydać.
Ludzie małego znaczenia są straszni i zwykle wielkie łotry.
Piszemy ten wyraz z żalem, ale Akademja w swym drogocennym słowniku nie dostarczyła nam odpowiedniego wyrazu, więcej eleganckiego.
Młoda dziewczyna mówiła dalej:
— Wspominałam panu o nieszczęściach, które zaraz poznasz. Widziałeś w du Mesnil dziecko, które wziąłeś za mą siostrę. To córka mej prawdziwej matki, tej, która mnie wychowała. Imię jej jest Marja. Mówiłam także, że ojciec, który mógł był żyć szczęśliwie w domu, tracił czas w karczmach i szynkach najgorszej opinji. Trunek go zezwierzęcał. Człowiek ten nie był złym z natury, ale straszna trucizna uczyniła go podległym napadom furji. Jednej nocy, powróciwszy pijany, nieprzytomny, wyrwał małą z rąk matki, która ją karmiła i uczynił ruch, jakby jej chciał rozbić głowę o ścianę. Nieszczęśliwa doświadczyła wtedy tyle strachu, że dostała gorączki. Przez dwa tygodnie leżała w malignie. Lepiejby może było, gdyby ją śmierć zabrała. Kiedy mogła już wstawać, poznaliśmy, że straci rozum. W parę dni później rybak konał w najstraszniejszych konwulsjach, zabity swym występkiem. Dziecię miało kilkanaście miesięcy zaledwie...
— Zostałaś sama jedna z niemi?
— Sama jedna.
— I miałaś lat dwanaście?
— Prawie.
— I nie mieliście majątku?
— Nigdy nie myślałam o tem. Żyłam bez troski, na brzegu morza, w pośród dzieci rybackich i wiejskich. Nie znałam wartości pieniędzy. Nikt nie mówił u nas o tem, miałam się jednak wkrótce o tem dowiedzieć. Musiałam porzucić szkołę, by pielęgnować biedną kobietę, która mi dotąd nie oszczędzała swych starań. Nie bierz pan tego, co dodam, za chęć chwalenia się. Nie wiem, jakim instynktem wiedziona, ale byłam czynniejsza niż młode dziewczęta w moim wieku... Przytem dzieciństwo spędziłam na wolnem powietrzu, boso najczęściej, w swobodzie dzieci biednych, a to rozwinęło me siły przed czasem. Czyniąc porządek w domu po pogrzebie męża tej, którą zawsze będę nazywała matką, znalazłam zaledwie kilka sztuk monety angielskiej, blizko osiem funtów szterlingów. Żyliśmy przecież dosyć zamożnie przed klęskami, ale napróżno szukałam, nie znalazłam nic więcej. Sąsiedzi znali nasze położenie. Chciano się nas pozbyć. Pomimo wszystkiego byliśmy obcymi dla nich. Użyto podstępu. Wmówiono w nas, że zmiana powietrza i miejsca wpłynie dodatnio na moją matkę i przywróci jej rozum, szczególniej jeśliby powróciła do kraju. Dla mieszkańców Jersey naszym krajem była Francja cała. Ofiarowano nam bezpłatną podróż okrętem i odstawienie do Granville, Saint-Male albo do Cherbourg’a. Zrozumiesz pan, że robiono ze mną wszystko dowolnie. Myśl powrotu do Francji pociągała mnie, pomimo, że w tym czasie nie zdawałam sobie jeszcze sprawy z tego, co to jest ojczyzna... Porzuciliśmy więc Jersey, by już nigdy tam nie powrócić.
Rozmawiali po przyjacielsku, poufale, pochyliwszy głowy ku sobie.
— Są to rzeczy, które nie mogą pana obchodzić. Juan Rodriguez obrzucił ją czułem wejrzeniem i pieszczotliwym uśmiechem, pod którym spuściła oczy.
— Mylisz się Joanno, nigdy nic bardziej nie zajęło mnie dotąd.
— Sprzedałyśmy za bezcen łódź ojca wraz z trochą mebli, których zabrać nie można było i udałyśmy się do Cherbourg’a.
— Bez żadnych innych środków?
— Zaraz się pan dowiesz. W chwili gdy miałyśmy porzucać chatę gdzieśmy żyły od lat paru, jakiś błysk rozsądku powrócił mej matce. Rzuciła w około siebie wzrokiem zdumionym, przekonała się, że byłyśmy same, a klęknąwszy w jednym kącie izby, podniosła za pomocą draga żelaznego część podłogi. Potem poruszyła ziemię rękami i wyjęła ztamtąd skrzynkę... Skrzynka ta zawierała poważną sumę pieniędzy w złocie i banknotach francuzkich. Widocznie zakopała je tam, by ukryć przed swym mężem byłto ostatni objaw zdrowego umysłu w tej chorej duszy.
— Wieleż tam mogło być tych pieniędzy?
— Piętnaście tysięcy franków.
— Zkąd się tam wzięły?
— Nie mogłam się o tem dowiedzieć. Skrzynka z jodłowego drzewa okryta była płótnem żagłowem. Matka mi ją wręczyła, mówiąc tonem dziwnym, jakiego nie zapomnę nigdy: — Weź! To twoje! — Ukryłam ją pod szubką, w którą byłam ubraną i pojechałyśmy.
Młody człowiek zamyślił się.
— Czy w skrzynce tej nie było nic oprócz pieniędzy? — zapytał.
— Nic.
— Przypomnij sobie?
— Nie... nic...
— Nie znalazłaś w domu jakich papierów?...
— Nie przypominam sobie.
— Ani listów?
— Nie... Ani jednego!
— To dziwne! Czy nie zauważyłaś kiedy jakich nieznanych ci osób u rybaka, który cię wychowywał?...
— Nie.
— Naprzykład jakiej kobiety?...
— Nie.
Dodała ze smutkiem łagodnym:
— Rozumiem pana.. Chciałeś powiedzieć, że ojciec albo matka moja, zmuszeni dla nieznanych przyczyn wydalić mnie z domu, powierzając mnie tym biednym ludziom, chcieli przynajmniej czasem zobaczyć, dowiedzieć się mnie.
— Przyznaję, że tak myślałem...
Zwiesiła głowę i westchnęła.
— Nic. Nigdy nie słyszałam o nich... Nigdy, pojmujesz pan, matka moja nie zbliżyła się do naszego domu. Czyżbym nie odgadła jej obecności? — Ach! gdybym ją była widziała choć chwilę, schyloną nad mą kołyską, jakże chętnie przebaczyłabym jej wszystko! Ale nie nigdy, nigdy nie! — A to zbrodnia, panie, opuścić tak swoje dziecko... To podłość!
Zatrzymała się i łzy wielkie popłynęły jej z oczu. Obtarła je spiesznie, jak gdyby się wstydziła swej słabości.
Piotr Brecheux podwoił uwagę. Z za stosów książek, pośród których wzrok jego sterczał jak paszcza armatnia przez strzelnice bastjonu, obserwował ją pilnie, co mógł czynić z całą swobodą, gdyż się tego wcale nie domyślała. Możnaby sądzić, że chciał ją odfotografować w swym mózgu i odbić tam jej rysy, jak napis na marmurowej płycie.
Tajemnica, jaką podejrzewał na początku swym węchem lisim, zarysowywała się jaśniej.
Dziewczyna ta nie była dzieckiem biedaków. Piętnaście tysięcy franków! Zatem dano więcej niż taką sumę na jej wychowanie, jeżeli w dwunastym roku było jeszcze to piętnaście tysięcy, jako reszta danego kapitału.
Staranność w ukrywaniu tajemnicy urodzenia dowodziła, że ważne powody były tego przyczyną. Któż mógł zaręczyć że nie będą się później starali odnaleść jej?
Piotr Brecheux miał umysł wyrafinowany i słuchał z większą jeszcze uwagą.
— W Cherbourg’u, — zaczęła młoda dziewczyna — miałyśmy szczęście stanąć w zajeździe, utrzymywanym przez bardzo uczciwych ludzi. Ulitowali się oni nad mą młodością i kłopotami. Opowiedziałam im część swej historji, nie wchodząc w szczegóły pochodzenia. Bo i po co? Gospodarz zajął się nami. To on wyszukał mały domek, w którym żyłyśmy lat kilka prawie szczęśliwe. Dom ten należał do bogatego tamtejszego obywatela, którego pałac znajduje się w pobliżu miasta. Nie śmiałam się przyznać do posiadania naszego skarbu, a przytem, wydając swoją drogą oszczędnie, nie znałam wartości tego, ce posiadałam. Byłam zmuszoną zajmować się wszystkiem przy pomocy biednej kobiety z miasteczka, pilnowałam matki, której obłęd nie był szkodliwym i dziecka, które rosło prędko było piękne jak aniołek.
— Czy one żyje?
— Żyje.
— A matka?
— I matka także.
— Zawsze obłąkana?
Joanna wetchnęła.
— Obłęd ten jest przyczyną naszego upadku, — szepnęła.
Długie westchnienie wyrwało jej się z piersi i łza zaświeciła w wilgotnych oczach.
— Wówczas tam, nie płakałaś, — szepnął Juan Radriguez. Byłaś świeża, kwitnąca, jak róże, otaczające waszą chatę. Ileż to razy widziałem cię w marzeniach, uśmiechniętą po nad płotem białych krzewów, jak posyłałaś mi w przejściu ukłon przyjazny.
Czoło Joanny, rozpogodzone tem wspomnieniem, zachmurzyło się na nowo.
— Tak, uśmiechałam się, — odparła, — ale wiedz pan, iż od wielu dni i wielu miesięcy śmiać się już nie mogę.
Podniosła głowę i oczy ich się spotkały.
Nastąpiła między nimi wymiana myśli.
Juan Rodrguez mógł wyczytać w oczach Joanny poddanie się jego żądaniom wyznanie przyjemności jakiej doznawała, widząc go, radość z pociechy i pomocy, jaką jej przyniósł w nieszczęścia, ale zarazem zdumienie głębokie ze zmiany, którą w nim znalazła i instynktowną obawę, jakiej nie śmiała objawiać.
Wszystko, co ją otaczało, wprawiało ją w nadzwyczajne zdumienie. Ten salon olbrzymi, umeblowany z przepychem, nieznanym dla niej, przemiana dawnego komisanta z Cherbourg’a na członka rodziny, na dżentlemana eleganckiego i miljonowego, dawały jej dużo do myślenia.
— Jak się pan nazywasz? — zapytała z nagłą ciekawością. — Juan Rodriguez? Takie nazwisko wyczytałam na karcie.
— Bezwątpienia.
— Pocóż chcesz mnie oszukiwać?
— Ależ...
— To nie tak pana nazywano wtedy.
— Tak myślisz?
— Jestem tego pewna — odrzekła, ciągnąc dalej łagodnie:
— Wspominałeś pan o pamięci... Nie brak mi jej. Poczekaj! Przypominam sobie... Jan Maurycy! Czyż nie tak?
Wzruszył ramionami z dobrotliwością, doskonale udaną.
— Czyż nie mówiłem ci, że i ja mam także swą tajemnicę w życiu?
— Powierzysz mi ją pan?
— Na mój honor.
Pochylił się jej do ucha i z gorączkowym zapałem rzekł:
— Co znaczy nazwisko, jeśli masz przed sobą przyjaciela starego, prawdziwego i przywiązanego? Kończ swe dzieje, Joanno i nie obawiaj się niczego. Miałaś wielkie zmartwienia... ale jeżeli ja mam podwójną dozę szczęścia!...
— Skończę w paru słowach. Gorzko żałowałam du Mesnil, jak sam to rozumiesz. Na niczem nam tam nie zbywało. Poszłam za przykładem matki. Pieniądze schowałam za jakąś szafą; nie wiedziałam sposobu wyciągnięcia z nich korzyści. Sama przytem byłam trochę za małą, bym mogła dostarczyć dochodu; brakowało mi doświadczenia, widziałam, jak pieniędzy ubywało z każdym dniem. Jak tylko miałam wolną chwilę, biegłam do klasztoru des Dames Blanches, gdzie mnie uczone trochę, wzamian rozmawiałam z wychowankami po angielsku i byłam dla nich rodzajem profesora.
Piotr Brecheux aż powstał z krzesła. Mówiła po angielsku, była piękną i wykształconą, ależ to skarb prawdziwy ta dziewczyna! Natychmiast jednak znikł znowu za stosem ksiąg, a pióro skrzypiało po papierze; zapewne prowadził dalej swe notatki.
Joanna mówiła:
— Teraz zbliżają się bolesne chwile. Sześć lat przeszło od naszego przybycia do Cherbourga. Mało kto mnie widywał, nikogo też nie znałam. Porzucałam matkę i siostrę jedynie wtedy, gdy szłam do klasztoru o parę kroków od nas. Źle się wyrażają o ludziach ze wsi. To niesłuszne. Sąsiedzi nasi okazali nam wiele dobroci, oddawali nam tysiączne drobne przysługi, uprawiali nasz kawałek ziemi, służącej nam za ogród i załatwiali przy swoich także i nasze sprawunki. Cóż panu powiem? Miałam dość odwagi, aby sądzić, iż wszystko pójdzie dobrze. Chciałam koniecznie postarać się o miejsce. Kończyłam swą edukację, jeśli tem mianem możną nazwać naukę ciągle przerywaną i dość elementarną. Jakaś stara szlachetna dama ofiarowała mi u siebie miejsce lektorki i panny do towarzystwa, ale teraz nastręczała się nowa trudność. Musiałabym porzucić matkę i siostrę. Matka nie była obłąkaną do tego stopnia, by ją trzeba było aż zamykać. Obłęd jej jest nieszkodliwy dla innych, Marja była za młodą, by sama na siebie pracowała, więc niktby się nie chciał nią zająć. Czyż godziło mi się zostawić je samym sobie? To, co panu opowiadam, jest tak prozaiczne, ale to życie. Jednego dnia spostrzegłam się, że już czas było, aby coś przedsięwziąć.
Pozostało nam dwa tysiące franków zaledwie. Wielki wstyd powstrzymywał mię, aby przedstawić nasze położenie osobom, któreby mogły mi coś poradzić. Pewien paryżanin, który był w klasztorze des Dames Blanches, mówił mi o swych stosunkach, widząc mię chwilę zaledwie. Należał on do wyższych rodzin, mógł był mi dopomódz do umieszczenia mej matki w jakim przytułku i wyrobienia mi małej posady.
Obiecał wszystko wypełnić. Mogłabym moją biedną Marję przy sobie zatrzymać, przynajmniej tak być miało. Zbłądziłam bardzo, stając się mu posłuszną. Pojechałyśmy do Paryża, gdzie się z nim zobaczyłam. Wstyd mi jest powiedzieć cenę, za jaką miała nastąpić owa protekcja. Odmówiłam ze wstrętem. Zadowolił się uśmiechem szyderczym i ubliżającym, mówiąc mi: „Powrócisz jeszcze!“. Nieszczęście, które mnie spotkało, było tak wielkie, zwątpienie serce mi zakrwawiało, a przecież nie pokusiłam się o to. Wolałabym rozbić głowę o mur, zamordować się, pociągając za sobą w otchłań śmierci te dwie istoty, z któremi rozstać się nie byłam w stanie. Rok przeszło minął od tej pory, rok męczarni. Wysłuchaj mnie, to szczera prawda. Wszystkiego się chwytałam, by przebłagać los, który się pastwił nad nami. Od rana do wieczora przebiegałam ulice, zwiedzając biura, magazyny! Wyniosłam ztamtąd zniechęcenie, odmowę, wstyd i upokorzenie. Oszczędzałam pieniędzy z trwogą rozbitka, który ma zaledwie kawałek kotwicy, a ziemi dojrzeć nie może. Ubywały jednak z przerażającą szybkością. Sama, mogłabym jakoś poradzić na to, bobym poszła do służby, choćby za posługaczkę do szpitala, ale z mą kulą u nogi cóż miałam począć? Wychyliłam kielich goryczy aż do dna. Dostałam się do cuchnącej, brudnej, zadymionej, czarnej jak piekło fabryki, gdzie zaraz pierwszego wieczoru mego przybycia nadzorca przedstawił mi hańbiące propozycje, grożąc wypędzeniem nazajutrz, jeżeli nie ulegnę. Odeszłam, pozostawiając zarobek mój jednodniowy.
Przyszła w końcu chwila, że w norze, do jakiej zredukowało się stopniowo nasze mieszkanie, było zaledwie 10 centymów. I cierpliwość ma swoje granice. Zaczęłam się zastanawiać. Rok pobytu w Paryżu nauczył mnie wielu rzeczy. Moja naiwność i nieświadomość prowincjonalna zatarły się dawno. Zbuntowałam się przeciwko losowi. Mówiłam sobie, że bądź co bądź lepiej cierpieć z powodu hańby, która korzyść przynosi, niż żyć w hańbiącej nędzy, upodlając i brudząc się coraz bardziej, słowem znużenie i zniechęcenie zaślepiło mnie. Chciałam się omamić sofizmatami. Było to wczoraj... Rano chodziłam na wybrzeże, by rzucić się do wody, lękałam się jednak przechodzących, przytem stawały mi w myśli te dwie nieszczęśliwe, które miałam zostawić same. Cóżby one poczęły? Obrałam w końcu drogę, jaką, wiesz już pan, jak również co się dalej stało. Kiedyś mię spostrzegł w Moulin-Rouge, znajdowałam się po raz pierwszy w tem miejscu, gdzie każda uczciwa dziewczyna wchodzi popchnięta przez nędzę, zdecydowana na wszystko i obawiają się tylko jednego: by nie ujrzeć ręki wyciągniętej ku niej, lub nie odstraszać ludzi wstydem i rozpaczą, wyciśniętą na jej czole.
Ożywiała się w miarę opowiadania. Pod koniec wyrażała się niemal gwałtownie. Czuć było w mowie zagniewanie na los, który ją zmuszał do takiego poniżenia.
— Jeśli mnie pan widzisz — dodała głosem suchym — to dla tego, żem znalazła człowieka szlachetnego, który pojął moje zniechęcenie i obdarzył jałmużną, jak przechodzień żebraka ulicznego.
A widząc uśmiech niedowierzania na ustach Jana Rodriguez’a, dodała:
— I nie żądał nic w zamian. Tego nie zapomnę nigdy i wskoczyłabym za nim w ogień.
— Czy znasz go? — zapytał łagodnie młody człowiek.
Dla czego nie wyznała prawdy?
— Nie znam go, a i on nie wie mego nazwiska — odpowiedziała — ale z chwilą gdybym mu była potrzebna, gdyby mógł mnie o tem przekonać, oddałabym dla niego życie, gdyż on ocalił moje. Sprzedać się za pieniądze, to przechodziło moje siły, w ostatniej chwili byłabym raczej głowę o mur rozbiła.
Zamilkła. Długie westchnienie, lecz westchnienie radosne wyrwało się z piersi młodego człowieka.
Nie wątpił w słowa Joanny. Jej ton prawdomówny byłby przekonał najniewierniejszego. Znalazł ją więc taka, jaką znał w du Mesnil. Przysiągł sobie, że będzie należała tylko do niego.
Wahania się jego wobec projektów Piotra Brecheux, swego kusiciela, rozwiały się jak dym. Pragnął namiętnie tej fortuny, z którą można nabyć i dojść do wszystkiego. Dziewczyna ta będzie jego słabością, przyjemnością, jego bóstwem tajemniczem. Nie cofnie się przed żadną ofiarą, by jej się spodobać i zyskać dla siebie.
W rzeczywistości był zwyciężony jej urokiem. On, człowiek tak nagle się wznoszący, pełen uczuć kapryśnych i zmiennych, czuł się bardziej niż zwykle ujęty i wzruszony. Piękność Joanny, ta piękność prawdziwa, bez farb i przymieszek, której nie zmniejszył niedostatek ani rola robotnicy, brak kokieterji, rozgrzała mu serce, które zaczęło bić żywiej.
Zresztą cóż na to powiedzieć? Było to fatum, zapisane gdzieś w magicznej księdze przeznaczenia, by te dwie istoty piękne i młode, odtrącone od siebie przez tych, którzy powinniby ich bronić, spotkały się, aby ukarać właśnie tych, którzy ich wydziedziczyli i wystawili na wszystkie przypadki i zguby świata, bez obrony i pomocy, popchnięci ku sobie nieprzepartą siłą.
Młody człowiek przysunął fotel do kanapy, na której siedziała Joanna i z nadzwyczajną tkliwością wziął ją za rękę, której mu nie broniła.
— A teraz, zapytał, — co myślisz robić? Wzruszyła ramionami i westchnęła:
— Czy ja wiem?
Głos kusiciela stał się czulszym jeszcze.
— Gdybyś chciała, nieszczęścia twojeby się skończyły.
— W jaki sposób?
— Czego szukałaś tej nocy w Moulin-Rouge?...
— Nie rozumiem?
— Kochanka!...
— Ach, nie powtarzaj pan tego słowa, wchodziłam tam z sercem drżącem, ze wstrętem. Kochanka! Nie mów pan! To pieniędzy chciałam... pieniędzy dla mej matki, siostry, by nie pomarły z głodu.
I prawie szalona, myśląc o poniżeniu, jakiego cudem uniknęła, zawołała:
— Ah! matki, które opuszczają swe córki, są bezecne! Lejpiejby zrobiły zabijając, nieszczęśliwe dzieci, zanim poznają, co to życie!
— Masz rację, — rzekł młody człowiek, patrząc na nią z uniesieniem namiętnem, tylko czy sądzisz, że sama jedynie cierpisz z tego powodu?
— Co chcesz przez to powiedzieć?
— I moja matka umarła ze zmartwienia, wypędzona przez człowieka, którego nazwiska nawet nie znam. Człowiek ten zawiódł ją i oszukał. Losy nasze są jednakowe i masz zupełną słuszność. Nazywam się Jan-Maurycy, tak jak ty się nazywasz Joanna!...
— Ale to drugie nazwisko?...
— Juan Rodriguez?
— Tak.
— Otrzymałem je od pewnego dobroczyńcy... Obiecałem powierzyć ci swą tajemnice... Poznasz ją później.
— Czy tylko zobaczymy się kiedy?
— Przeznaczenie połączyło nas.
— To przypadek.
— Gdybyś chciała, nie rozstalibyśmy się nigdy!
— Co za marzenie!
— Łatwe do urzeczywistnienia! Doznałaś wszystkich udręczeń, poniżeń, całej grozy, jaka jest udziałem ludzi biednych!...
— Oh! tak, wszystkiego!
— Czy nie masz nikogo, coby ci przyszedł z pomocą?
— Nikogo zupełnie!
— To, czego szukasz, podporę, pomoc, przyjaciela wreszcie, wszystko to mogę ci ofiarować!
— Pan!?
Głos jego zmieniał się w szept melodyjny, ledwie dosłyszalny, a który, pieszcząc, kołysał i odrętwiał zarazem.
— Straciłem cię, lecz i odnalazłem... Wszystko, co mam, należy de ciebie... To sprawdził się sen przeszłości, sen tych dni, w których uwielbiałem cię pośród kwiatów. Byłem wtedy równie biednym...
Los zmienił moje położenie i pozwała mi teraz wyciągnąć ku tobie rękę, by ci dopomódz. Nie opieraj się temu... Ustąp twemu sercu, bo ja jestem swemu posłuszny. Pozwól mi uczynić to, co będę w stanie, otoczyć cię dobrobytem, ciebie i twoich ukochanych!... To tylko lekka ofiara dla mnie. Cóż mnie może kosztować, jak powrócę ci twą chatkę, której tak żałujesz, to gniazdko zielone, schronienie ciche, gdzie znajdziesz odpoczynek i wygodę?
Uczyniła ruch odmowny, on więc dodał:
— Proszę w zamian tylko, bym mógł cię tam odwiedzać... czasami... jako przyjaciel, jak brat... Wystarczy mi kilka dni, kilka godzin może, by przygotować ci to pomieszczenie... w okolicy... Znam miejsc takich dosyć. Nie mów, że nie możesz przyjąć, że honor ci nakazuje odrzucić przyjacielską ofiarę...
Mówił jej długo jeszcze. Miał wymowę łatwą, i porywającą... Zresztą możemy śmiało twierdzić, że był szczerym.
Myślał też, że będzie bardzo wygodnie ukryć tę miłość, umieścić ją w jakiem wesołem a pewnem schronieniu, tak pospolitem w okolicach Paryża i że potem kilka dni cierpliwości i starań, a przełamie jej opór...
Miał w tem zupełną słuszność.
Brakowało jej energji. Długie męczarnie, zniechęcenie i niedostatek wyczerpały ją do głębi.
Wczoraj byłaby może bezsilną wobec najobrzydliwszych pokus, gotową poświęcić wszystko istotom, które chciała podtrzymać, nawet depcąc swój własny wstręt i skromność kobiecą. To, co słyszała teraz, w porównaniu z obelgami, których była celem i które od tak dawna połykała, wydawało jej się muzyką niebiańską po wrzasku piekielnym.
W miejsce twarzy ironicznych, zwierzęcych, pijanych nizkiemi przyjemnościami, jakie widywała w swej wyobraźni, zanim się zdecydowała pójść za radą swej wstrętnej odźwiernej, tej ruiny występku, która się nazywała p. Pache, znajdowała się w salonie przy wspaniałym, pięknym, jak sam Amor, przyjacielu dzieciństwa, który powracał do niej, jako niespodziewany zbawca w chwili, gdy miała pogrążyć się w przepaść nie do powstania. Głos jego wprawiał ją w prawdziwą ekstazę, a wzrok czarował.
Zaledwie mogła wyszeptać słowa stanowiące zupełne wyznanie odddania się całkowitego.
— Tak, to sen... sen... mów pan jeszcze! czego żądasz?
Pierwsze lody były złamane. Juan Rodriguez musiał tylko pewne względy zachować.
— Chcę tylko widzieć cię szczęśliwą Joanno! odrzekł. — Nie teraz czas na wypowiadanie ci uczuć, jakie są w mem sercu. Później jak pozbędziesz się tylu trosk, jak mówią w tragedjach, w które życie twe obfituje, kiedy spokój spłynie jak balsam na twą biedną dusze, zranioną, pomówimy o przyszłości. Teraz chcę myśleć tylko o teraźniejszości.
Wytłumaczył jej następnie, co robić będą dalej.
Najpierw ani godziny dłużej nie zostawi jej w jaskini, do której rzuciły ją nieszczęścia. Wyjdą razem kupić, co potrzeba dla niej i dla jej protegowanych, bo role zmieniły się bardzo: odtąd ona miała protegować swą matkę i siostrę.
Dziecię znalezione stawało się opatrznością tych, którzy je przytulili.
Powtórzyła głosem słabym:
— Nie mogę... nie mogę!
On nie zdawał się słyszeć i ciągnął dalej wesoło, by przygłuszyć jej ostatnie skrupuły.
Usługa była łatwą.
O cóż bo zresztą chodziło? O jakieś paręset franków. Nie było nawet za co dziękować.
Ukończywszy sprawunki, miała powrócić do domu na krótką chwilę, by załatwić swoje rachunki. Nie zabierze nic z tego miejsca, gdzie tyle przecierpiała.
Nie chciał, by jej pozostała choć jedna pamiątka po tej smutnej przeszłości. Uśpił opór biednej dziewczyny swemi słowami, kolejno wzruszonemi, wesołemi lub namiętnemi.
Czego miała się obawiać?
Opinji? Któż nią się zajmował? W tym Paryżu, zajętym swojemi przyjemnościami w pogoni za fortuną, czyż zna się tu najbliższych sąsiadów?
Mogła była umrzeć głodową śmiercią w jakim zaułku, gdyby nie cudowny przypadek, a niktby nie przyszedł jej z pomocą.
Z jej dwóch towarzyszek, matka utraciła rozum, córka dzieckiem jeszcze była.
On tak rzeczy ułoży, że potrzebne względy dla świata będą zachowane. Wreszcie dotknął kwestji drażliwej, ale tak delikatnie, że była to jedna pieszczota więcej.
Ona obawiała się jego miłości! Czuł to...
Tak, on ją kochał, po cóż to ukrywać? Lata mijały, a miłość jego zwiększała się. On sam tylko na tem cierpiał! Nie wymagał nic! Czekał tak długo, będzie czekał i dłużej. Przysługa, jaką jej wyświadczał, była przysługą braterską, jeśli mu odmówi, będzie zrozpaczony!
A uśmiechając się, wziąwszy Joannę za ręce, prosił ją, jakby to ona jemu miała łaskę wyświadczyć.
— Proszę cię, zgódź się... Tak będę szczęśliwy! Będzie to szczęście dla ciebie i dla twoich ukochanych.
— Szczęście!
Ten wyraz tak nowy dla niej, sprawiał wrażenie olśniewające.
— A więc, dobrze! — szepnęła.
Podniósł się z radością.
Kilka chwil później oczekiwał na nią przed jedną z bram Luwru, wtulony w zamknięty pojazd.
Poszła ona porobić pewne zakupy dla siebie i dla matki, meble, suknie, bieliznę, kufer.
O trzeciej godzinie po południu opuszczała nędzną izdebkę na drodze do Carrières, ku wielkiemu zdziwieniu odźwiernej, szczodrze wynagrodzonej i zazdrosnej o tę fortunę, spadłą jak z nieba!
Była zupełnie przeistoczoną w swej nowej tualecie, tak prostej i skromnej jednakże, w kapeluszu za 25 franków, włożonym na jej przepyszne włosy, a uśmiech szczęścia okalał jej łagodną twarzyczkę.
Była szczęśliwą ze szczęścia małej Marji, swej siostry, więcej niż siostry, córki raczej, która rzuciła się jej na szyje, dowiedziawszy się, że ma już wydostać się z tego smutnego więzienia. Śliczną była ta dziesięcioletnia dziewczynka; nigdy żadna skarga z ust jej nie wyszła, kochając dwie tylko istoty, starszą siostrę i biedną Bretonkę, która ją piastowała na rękach, nucąc nad jej uchem swe skargi żałosne, słabe echo rodzinnego kraju, który porzuciła, a który w swem szaleństwie sądziła zawsze zamieszkiwać.
O czwartej, Joanna, jako podróżna, przybywająca do Paryża, wysiadła z powozu przed skromnym hotelem des Ternes, który jej przyjaciel zalecił.
Tutaj miała oczekiwać rezultatu jego poszukiwań. Powiedział:
— Za dni kilka... wkrótce!
Wymarzone gniazdko nie tak trudno było znaleźć. Jest ich poddostatkiem w okolicy lasku Bulońskiego. Od Neuilly do Wersalu przechodnie podziwiają ich tysiące. Na pięć mil wokoło wsie paryzkie są usiane niemi.
Oczekiwała więc cierpliwie, wzruszona trochę tą nagłą zmianą, która jej się wydawała sprawą różczki czarodziejskiej.
Ze swojej strony Juan Rodriguez powrócił do domu.
Oczekiwał go Piotr Brecheux. Zauważył on minę ożywioną w młodym człowieku.
— I cóż?! — zawołał z szatańskim uśmiechem, — ptaszek złapał się na lep?
— Prawie.
— Nie popełnijże jakiej nierozwagi, mój synu.
— Bądź spokojnym.
— U człowieka silnego, głowa rządzi przyjemnością i wszystkiemi sprawami.
Czy będziesz silnym człowiekiem, Jasiu?
— Zupełnie będziesz zadowolony ze mnie.
— Dziewczyna ta jest wspaniała. To będzie przyjemność... panna Colombey, to majątek!
— Rozkazuj, będę posłuszny.
Piotr Brecheux położył na swem biurku paczkę biletów bankowych.
Było ich kilka tysięcy franków.
— Czy mogę tem rozporządzać? — zapytał młody człowiek.
— Jeśli chcesz, ale to wielki uszczerbek dla kasy...
— Napełni się ją.
— Cóż cię kosztuje ta kochanka?
— Tysiąc, którego nie chciała.
— Głupie dziecko! Ja dotrzymałem słowa, czy ty dotrzymasz swego?
— Nie obawiaj się. Nigdy bardziej nie pragnąłem być bogatym, jak teraz.
— Dla niej może?
— W każdym razie z jej powodu.
— Tem lepiej! Bogatym możesz być i to wkrótce.
— Tak być musi, będę nim! — potwierdził żywo Juan Rodriguez.
Przelotny płomień błysnął w oczach starego nauczyciela.
— Widzisz, jak ja cię kocham, Jasiu! — dodał.
Admirał de Vitray wyszedł bardzo wzruszony po rozmowie z hrabiną.
Do życia mężczyzny zawsze się mięsza kobieta, od której wiele zależy jaką drogą on pójdzie przez życie, gdyż wszystkie jego sprawy, pragnienia, wszystkie czyny nawet krążą około niej i dla niej są obmyślane. Dobra prowadzi go prostą drogą, zła ciągnie na uboczne ścieżki, a nawet często popchnie w otchłań występku, hańby i zaparcia siebie.
Mało jest tych, co unikają takiego losu. Bernard de Vitray obdarzony był z natury wielką energią i hartem duszy, a dziadowie jego musieli być dumni z takiego potomka.
Starzy ze stali ukuci bretończycy, mocni jak dęby ich stepów, przekazali mu w spuściźnie ich nieugięty charakter krewkość, niepohamowaną twardą, dziką naturę z pewną niewielką różnicą.
Różnicę ową stanowiło to, iż admirał miał nie tak twarde i nieczułe serce jak obadwaj piraci, a w sercu tem panowało wszechwładne uczucie dla jednej kobiety, która na podobieństwo roślin pnących, owładnęła nim i oplątała całkowicie.
Admirał bronił się z całej siły przeciwko tej upokarzającej go potędze. Inni po roku walki zapomnieliby o wszystkiem, on strawił na nią całe życie, doszedłszy prawie starości bez skutku, aby miłość swą dla tej kobiety stłumić lub zabić w sobie. Przeciwnie uczucie to rosło i potęgowało się jeszcze za każdym widokiem Heleny, powabnej pięknością nienaruszoną stokroć piękniejszej niż kiedy mu oddawała rękę swoją jako młoda zachwycająca dziewczyna, u której stóp złożył majątek i imię swoje.
Krzyk boleści i gniewu wydany przez Helenę, przyprowadzoną do wściekłości długiem cierpieniem, niesprawiedliwością i surowością wymierzonej kary, tak dla niej, jak i dla niewinnej jej córki, wzruszyły go głęboko, czuł, iż żona poraz pierwszy odkryła mu duszę swoją, a prawa jakie mu nakazywała uważał za słuszne żądanie naprawienia złego.
Uderzyła go również cała rozmowa z markizą i potwierdzała wyrzuty własnego sumienia. Obecnie, kiedy wypadki, zaszłe między niemi, zatarły się przez czas odległy, sądził hrabinę mniej surowo, a chociaż nie tłumaczył zdrady, jednak widział łagodzące okoliczności jej upadku, teraz sam stawał w obronie swej ofiary, stawiając siebie za okrutnika bez uczuć ludzkich w piersi.
Trudno! Ten człowiek tak dumny, surowy, gwałtowny i nakazujący, przed którym wszyscy ugiąć się musieli, został zwalczony przez kobietę, a ta kobieta była własną jego żoną.
Dziś poświęciłby się do ostatniej kropli krwi swojej aby otrzymać z jej ust wyrazy przebaczenia i serdecznego uczucia. Zresztą posiadał prawość i uczciwość nieposzlakowanego charakteru, który tylko pod wpływem gwałtownej namiętności mógł zejść z właściwej drogi.
Myśl, iż wyrwał niewinne dziecię z objęcia matki, poświęcił je swej dumie, zgubił, myśl ta prześladowała go nieraz podczas największego gniewu na hrabinę, a od czasu zniknięcia Joanny goniła za nim bezustannie.
Obowiązek wskazywał mu drogę, jak miał postąpić, to jest aby, jeżeli dziecię to żyło, odnaleźć je za jaką bądź cenę.
Lecz w jaki sposób? Wszelkie usiłowania spełzły na niczem. Czy można mieć nadzieję że dziś będą szczęśliwsi po tylu latach milczenia?
Po bezsennie spędzonej nocy, nabrał odwagi, mówiąc, iż dla prawdziwie chcącego, niepodobieństwo nie istnieje i musi dojść do celu.
Nazajutrz o 8 rano, wyszedł z domu, przeszedł szybko bulwarem Hausmana aż do ulicy d’Axjou. Tutaj zatrzymał się przed wielką kamienica, gdzie w tej chwili odźwierny z całą powagą zamiatał bramę.
— Pan Raveneau? — zapytał admirał.
— Na pierwszem piętrze.
— Czy jest u siebie?
— Pan Raveneau jest w Paryżu, znajdzie go pan w biurze.
— Bardzo dobrze.
Wszedł na obszerne schody, zapewne budowane wtedy, kiedy jeszcze place nie sprzedawały się na wagę złota w tem miejscu. To też piętra wysokie, obszerne pokoje świadczyły, że nie szczędzono miejsca.
Apartament pierwszego piętra jest olbrzymi, poważny, lecz wygodny i bogaty. Pomimo rannej godziny, wszystko jest w należytym porządku, zdradzając powołanie gospodarza.
Biura ciągną się w amfiladzie jak w kancelarji najpierwszego notarjusza. Tylko panowie urzędnicy nie byli jeszcze przy swych stolikach.
W obszernym, imponującym powagą gabinecie, obitym suknem zielonym, sam pryncypał siedział przy robocie przed olbrzymim stołem, zasłanym papierami i aktami, w około ścian stały szafy, pełne książek i stare bogate meble.
Pan Raveneau jest osobistością znaną w całym Paryżu, to jest w całym bogatym Paryżu, który posiada dobrą rentę lub pałace i domy. Pochodzi on przytem z prawdziwej rasy sławnych ludzi w prowadzeniu interesów. Jest to wysoki, kościsty mężczyzna, chudy i blady, któregoby raczej wziąść można było za zakonnika, aniżeli za miljonowego światowca.
Na widok pana de Vitray, szybko zerwał się z fotelu, zebrał fałdy szlafroka na swe długie nogi, włożył na nos binokle i wyciągnął rękę do hrabiego.
— Pan de Vitray! — zawołał. — Jest pan zatem w Paryżu?
— Od trzech dni.
Pan Raveneau nacisnął sprężynę dzwonka. Natychmiast zjawił się służący, podobny do zakrystjana kościelnego.
— Paskalu — rozkazał pan, siadając napowrót — podaj panu hrabiemu krzesło, zamknij drzwi i pozostaw nas samych. Jeżeli kto przyjdzie do mnie, nie przyjmuję nikogo. Uprzedź o tem odźwiernego.
Po bliższem przyjrzeniu się, fizjognomja p. Raveneau jest bardzo wyrazista. Wiek jego jest jemu tylko wiadomą tajemnicą, chociaż starzy klijenci pamiętają go, przy tem samem biurku siedzącego, jeszcze w r. 1845, a jednak patrząc na jego twarz pogodną bez zmarszczek, na gęste siwe włosy, naturalnie wijące się, jakie nosili artyści z czasów Ludwika Filipa, nie można mu przypisać lat starca, to jest wieku, który napewno posiadał.
Co zaś szczególniej uderzało na tej inteligentnej twarzy, to wyraz tkliwej dobroci, przebaczającej, pobłażliwej, nabytej długoletniem życiowem doświadczeniem, która wiele rozumie i zna wiele.
— Cóż tam nowego słychać admirale? — odezwał się dobrodusznie, jak tylko pozostali sami.
— Nie ma nic nowego.
— Przeciwnie... od czasu kiedyśmy się widzieli po raz ostatni, dostałeś pan nominację na wiceadmirała.... Ładnie brzmi... Musisz pan być zadowolony?
— Tak, trochę.
— A teraz ośmielam się dać panu pewną radę...
— Właśnie przyszedłem jej u pana szukać.
— Otóż radzę, abyś pan nie szukał już większej chwały...
— Dla czego?
— Aby pomyśleć o osobistem szczęściu, i...
— Dokończ pan...
— I o szczęściu drugich.
Pan de Vitray westchnął głęboko.
— Lecz jeżeli niepodobna być szczęśliwym?
— Kto to wie... a nuż to możebne... czy pan hrabia przypomina sobie powierzoną mi sprawę?
— I to tak dawno.
— A jednak do tej pory niceśmy nie odkryli.
— Właśnie o tem chciałem z panem pomówić.
— Więc zawsze pan myślisz o niej?
— A czyż mógłbym zapomnieć? Przeszłość mi cięży nieustannie... i właśnie chcę pana prosić o zrobienie ostatniego wysilenia.
Pan Raveneau chytrze się uśmiechnął.
— Bardzo jestem szczęśliwy, widząc pana w podobnem usposobieniu, — odparł.
— Dla czego?...
— Możemy natrafić na szczęśliwą chwilę.
— Czy wiesz pan co nowego? — zapytał żywo admirał.
— Nic wielkiego.
— Odnalazłeś pan ślad?..
— Zaledwie pewną wskazówkę...
— Jak dawno?...
— Wczoraj.
Pan Raveneau wziął ze stołu zwój papierów, na wierzchu których było wypisane: Sprawa V. Podczas tego, kiedy przewracał kartki, admirał patrzył na niego z niepokojem.
— Czy zawsze trwasz pan w zamiarze odnalezienia tej młodej dziewczyny?
— zapytał p. Raveneau.
— Więcej niż kiedykolwiek i nie ma tej ofiary, przed którąbym się cofnął dla dopięcia tego celu.
— Masz pan zupełną słuszność. Byłaby to jedyna pociecha dla zmazania smutnej przeszłości. Słuchaj pan! Nie śmiem jeszcze robić z tego wielkiej nadziei, lecz przypadek przyszedł nam z pomocą.
— Jak to?
— Przypominasz sobie admirale, iż dawniej musiałem zaprzestać bezowocnych poszukiwań...
— Rzeczywiście.
— Nie szło nam wcale. Datując od Jersey, straciliśmy zupełnie ślad tych, którym dziecko powierzonem było... Mąż nie żył, a wdowa zniknęła z okolicy... Przypuszczano, iż powróciła do Francji, lecz ponieważ rybak, który je przewoził, zginał od tej pory na morzu, zatem sądziliśmy, że i one mogły uledz takiemu samemu losowi.
— Cóż dalej?
— Otóż co się stało potem. Znasz pan hrabiego Pagny?
— Z nazwiska...
— Kiedyś posiadał on wielkie posiadłości w Cotentin, a w szczególności wielki majątek ziemski w okolicy Cherbourga; hrabia zmarł przed kilkoma tygodniami i był moim klijentem. Majątek ten nazywał się du Mesnil i był administrowany przez samego hrabiego, który latem zamieszkiwał pałac niedaleko od miasta. Obecnie powierzono mi uregulowanie interesów po zmarłym, i powierzono mi papiery po nim pozostałe. Właśnie tej nocy przeglądałem je i pomiędzy temi, które pochodzą z du Mesnil, jeden szczegół zwrócił moją uwagę.
Pan Raveneau położył palec na arkuszu, zapisanym kolumnami cyfr przez nieboszczyka, mówiąc do admirała:
— Proszę przeczytać.
Na twarzy marynarza odbiło się zadziwienie.
Pomiędzy przychodami zamieszczone było: „Od Periny Gaudet lub Yaudet za wynajęcie roczne domku na drodze sto dwadzieścia franków.“
— Kiedy robione ten rachunek? — pytał admirał.
— Przed dwoma laty.
— A potem?...
— Potem nie ma już żadnej wzmianki w rachunkach o dochodzie z tego domku zresztą małej wartości.
— Gdzież to jest ten du Mesnil?
— O trzy kilometry od Cherbourga.
— Zatem to tam się schroniły po powrocie z Jersey?...
— Prawdopodobnie, tembardziej iż wynajęcie takiej lepianki zgadza się z ich środkami.
P. Raveneau rozbierał z całym spokojem wszelkie za i przeciw sytuacji, wykazując zarazem jej złe i dobre strony.
— W każdym razie należało jechać... upewnić się... zobaczyć...
Mówiąc to, z uwagą śledził admirała. Marynarz słuchał, gryząc wargi z niecierpliwości.
— Sam pojadę, bez straty czasu, — zawołał nagle. — Zrób mi pan małą notatkę... Le Mesnil... domek koło drogi.
— Z miłą chęcią... lecz uspokój się hrabio... Cóż tam zaszło takiego?...
P. Ravencau, jak i jemu podobni, są zwykle poufałymi doradcami swoich klijentów, spowiednikami ich trosk, a często przyjaciółmi nawet.
To też admirał nie żenował się wybuchnąć.
— Stały się rzeczy łatwe do przewidzenia! zawołał.
— U pana?
— Naturalnie, że u mnie. Hrabina nienawidzi mnie... I to słusznie...
— A pan?
— Nie mogę znieść tego i oddałbym wszystko, co posiadam, wraz ze stopniem drogo zdobytym, abym mógł odzyskać jej serce! Ofiara byłaby wielką. Tytuł sam coś wart, a cóż dopiero majątek tak wielki... Może ciekawy byłbyś hrabio wiedzieć, co wynosi?...
— Co mnie to obchodzić może? W każdym razie będziesz mnie miał za co pochować!...
— Co za myśli... W każdym razie sądzę, że nie tak prędko.
— Kto to wie? — odparł marynarz ponuro. — Życie moje, tak błyszczące na zewnątrz, jest gorzkie w rzeczywistości. Od lat dwudziestu nie znam chwili spokoju. I kropla wody jest wstanie skalę naruszyć. Panu, co znasz tajniki mego serca mogę się przyznać otwarcie iż są chwile, w których chcę sobie życie odebrać.
Zacny pan Raveneau porwał się z oburzeniem.
— Pan! — zawołał.
— Tak, ja!
— Żołnierz!
— Nie byłbym chyba pierwszym i ostatnim.
— Admirał!
— Admiralska czaszka nie jest twardszą od każdej innej.
— Chrześcjanin?
Pan de Vitray umilkł na chwilę.
— A więc tak! — odparł. Ja żołnierz, admirał i chrześcijanin to prawda, mam takie chwile strasznego zwątpienia przygnębienia moralnego, podłości! Wtedy to pytam zdumiony, za co spadła na mnie ta powódź nieszczęść tak okropnych i które przeżyć mogłem. Urodziłem się bogatym, silnym i odważnym, gotowym do spełnienia obowiązków i ofiar największych, któreby honor i uczciwość nakazywały i doszedłem do poniżenia się, spodlenia, przez miłość niegodną! Czuć swoją siłę i jej nicość, rozbierać ją moim pozytywnym rozumem i widzieć się bezbronnym, powtarzać sobie iż tysiące kobiet jest piękniejszych i lepszych, któreby z radością zajęły miejsce tamtej, darząc mnie rozkoszą i upojeniem, a to za jednem wyrzeczeniem słowa naszego rozłączenia i właśnie nie módz się zdobyć na wypowiedzenie jego, nie być dość silnym, aby zerwać kajdany, które jak galernik noszę je od lat tylu, przeświadczony o mej słabości i podłości, szukać w pracy, w nauce, niebezpieczeństwie, w chwale z resztą zapomnienia i nie otrzymać go, czuć w głębi serca robaka, co cię toczy i pożera nigdy nienasycony, to jest moją namiętność dla tej kobiety, oto co cierpię i co się staram ukryć przed okiem świata, gdyż się rumienię za siebie! Zaprawdę potrzeba być przeklętym, aby się nie potrafić otrząść z podobnej niemocy! A jednak nie mogę... przysięgam na mój honor nie mogę!....
I admirał w najwyższej rozpaczy darł włosy z głowy, łkając prawie.
Starzec położył na jego dłoni swoją rękę, wypieszczoną białą rękę światowego prałata, jedyną kokieterję, jakiej sobie dozwalał ten rzadkiej uczciwości człowiek obracający tyloma nie swojemi skarbami.
— Nie znasz, co to życie, admirale, nie znasz! — odezwał się po ojcowsku. A ileż jest tych, co cierpią podobnie jak i ty, hrabio, a jednak nie przypuszczasz tego bo ci się wydają szczęśliwymi.
Marynarz przerwał mu gestem.
— Nie, nie, — zawołał zmienionym głosem, — cierpię może z miłości niepoznanej niezrozumianej, odepchniętej, lecz nie znają tego co mnie dręczy.
Położył rękę na sercu.
— Cóż to takiego? — zapytał starzec.
—Wyrzuty sumienia.
Nastała chwila milczenia.
— Widzisz drogi przyjacielu — dodał admirał mocnym głosem, rozdrażniony na samego siebie, — niema, jak prosta droga. Z chwilą kiedy się od niej oddalamy, wchodzimy w kręte ścieżki, błądzimy po manowcach, a często w przepaść wpadamy. Zabłądziłem, jestem sam bez przewodnika, któryby mnie wprowadził na właściwą drogę... Czy zechcesz mi przyjść z pomocą?...
— Ponieważ pozwalasz pan na to, z chęcią...
— Usilnie proszę.
— Dobrze. Lecz na chwilę musimy oddalić się od przeszłości i pomówimy o interesach, o pańskim majątku.
— Ależ ja nie dlatego ta przyszedłem. Bardzo być może, lecz chcę skorzystać z tego, że trzymam pana w ręku. Rozumiesz pan, że nie mogłem biegać do Chin z moimi papierami pod pachą.., a we własnym mojem interesie muszę pokończyć rachunki... raz na zawsze...
— Czyż żądam, abyś mi je pani zdawał?
— Nie wiadomo kto pierwszy z brzegu! A pańscy spadkobiercy...
— Nie mam żadnych!
— Znajdą się, bądź pan o to spokojny.
— Zatem słucham pana, — odparł marynarz z rezygnacją.
— Ile też sądzisz hrabio, że masz dochodu?
— Nie mam o tem najmniejszego pojęcia.
— No, choć w przybliżeniu?
— Zapewno około dwukroć sto tysięcy franków, a może mniej!...
— Kiedyś tak było rzeczywiście; dziś jest co innego... Nie wydajesz pan nic... Żyjesz pomiędzy wodą, a niebem.. Hrabina jest nadzwyczaj dyskretna... Słowem wydajemy zaledwie pięćdziesiąt tysięcy franków rocznie.
— Ależ!
— Jest tak, jak mówię.
— Ależ to zbrodnia prawie... Dochód powinno się wydawać... czynić wiele dobrego... dać pracę ludziom.... A pan mnie nawet nie ostrzegłeś?
— A kiedyż mogłem rozmawiać z panem? Kiedy przyjeżdżasz, hrabio, do Paryża, to spadasz i nikniesz, jak meteor. Słowem, ponieważ to trwa od czasu nieporozumienia z hrabiną, to jest od lat dwudziestu, ztąd wypływa, iż urosła wraz z procentami okrągła i ładna sumka czterech miljonów i pół, w papierach wartościowych... Zatem fortunę twoją podwoiłeś... Oto, co chciałem, ażebyś, hrabio się dowiedział.
Admirał pozostał obojętnym na tę wiadomość.
— Jesteś pan cudotwórcą, — odpowiedział na to.
— O! nie jesteś mi pan wcale obowiązany, odparł pan Raveneau. — Nie zapomniałem i o sobie... i wziąłem, co mi się należało.
— Zatem jestem bogatym? zapytał admirał.
— Chyba tak!
— Cztery miljony oszczędności!
— Ależ więcej.
— Zatem wydawać mogę wiele?
— Jesteś pan w swojem prawie.
— Co prawda, to pieniądze te przychodzą bardzo we właściwą porę.
— Ponieważ?...
— Ponieważ chcę poruszyć niebo i ziemie...
— Aby odszukać dziecko, a raczej młodą pannę?...
— Tak jest.
— Jakże się pan do tego zabierze?...
— Najpier ogłosimy w dziennikach, oznaczając nagrodę za dostarczenie nam wiadomości...
— O Joannie?..
— Tak.
— Ale nazwisko!...
— Co to szkodzi! Naznaczymy dużą sumę...
— Ile?
— Pięćkroć sto tysięcy franków...
— Czyste szaleństwo! — zawyrokował starzec.
— Dla czego, jeżeli wolno wiedzieć?
— Dla tak olbrzymiej sumy, admirale, przyprowadzą ci nieskończoną ilość młodych dziewcząt, a wszystkie będą się nazywać tem imieniem. Joanna nie będzie jedną, będą one wyrastać, jak grzyby po deszczu... jest to poprostu konkurs na oszustwo. A potem zastanów się admirale, świat dowie się o wszystkiem... Do tej pory starałeś się o ukrycie tej historji, jeżeli zaś stanie się dla wszystkich wiadomą, co za skandal!
— Masz pan rację, lecz co robić? A przecież to nic nadzwyczajnego, czuję to i jasno widzę!
Raveneau rozmyślał.
— Mylisz się admirale, — odezwał się po chwili, — to nie jest łatwem, gdyż inaczej dawno już ta nieszczęśliwa dziewczyna byłaby w naszem ręku... Robiłem, co tylko było można... przynajmniej tak mi się wydaje...
— Musimy jeszcze próbować...
— Obecnie przyszedł nam w pomoc wypadek, lecz jest to bardzo niepewna szansa.
— Pojadę zaraz jutro — rzekł admirał.
— Jesteś pan na to zdecydowany?
— Dla czego nie? Jestem jak na rozżarzonych węglach.
— Czy znają pana w Cherbourgu?
— Bezwątpienia, lecz pojadę potajemnie i udam się sam do tej wioski du Mesnil, czy tak?
— Właśnie.
— Domek należał do hrabiego Doguy.
— Tak, jest on odległy o trzy kilometry od miasta.
— Dobrze.
— Trzy lata temu wynajęto go pewnej kobiecie nazwiskiem Yandet. Tylko nie cieszmy się przed czasem! Hrabia Dagny utrzymywał swoje rachunki w porządku, lecz mógł nazwisko źle zapisać.
— Dowiem się.
Pomyślnego obrotu sprawy życzę ci, admirale!
— Oby cię Bóg wysłuchać raczył!
— Tymczasem zobaczę, pomyślę, zastanowię się. Podczas kiedy pan będzie tam działał, ja tutaj zrobię, co tylko można.
Obadwaj powstali, starzec odprowadził swego klijenta do drzwi gabinetu. Tu się pożegnali w milczeniu i admirał wyszedł.
Pozostawszy sam, p. Raveneau powrócił zwolna do swego biurka i zaczął przewracać kartki aktu, zawierającego sprawę dziecięcia hrabiny do Vitray.
Zawierał on kilka raportów agentów policyjnych, oraz innych posłanników, użytych do poszukiwania dziecka. Żadnemu z nich misja się nie udała, a ogłoszenia w pismach pozostały bez najmniejszego skutku.
— A jednak są to wszystko wytrawne wygi, ci, których użyłem do tej sprawy — szepnął stary, odczytując ich nazwiska.
I biorąc w rękę zżółkły kawałek papieru, tak niespodziewanie znaleziony wtedy, gdy o całej sprawie najzupełniej zwątpił i zapomniał, położył palec na wzmiance, uczynionej przez hrabiego Doguy:
„Otrzymano od Perriny Gaudet lub Yaudet 120 franków“, mówiąc:
— I pomyśleć, iż cała nić sprawy jest tu zamknięta w tych kilku wierszach! Nie chciałem tego przekonania udzielić temu biednemu admirałowi, lecz tak jest. Przysiągłbym na to! I czegoż to dowodzi?
Zakończył, wznosząc do góry rękę:
— Dowodzi, iż jest nad nami moc wyższa, która czuwa i działa. Sprawiedliwie jedni nazywają ją przypadkiem, ja zaś mówię, że jest Opatrzność... jest Bóg. Kto ma rację?
Nazajutrz rano, w chwili gdy admirał de Vitray opuszczał mieszkanie, udając się fiakrem na stację kolei Saint-Lazare, aby wziąść pociąg do Cherbourga, Piotr Brecheux znajdował się sam w hotelu na ulicy Bassano.
Majowe słońce błyszczało wspaniale. Paryż podobny był do pracującego mrowiska, do brzęczącego ula, opanowanego legjonami cudzoziemców.
Żadne porównanie nie może dać pojęcia o nadzwyczajnym ruchu, jaki wtedy panował w jego murach. Wielka powszechna wystawa, jedyna w swym rodzaju, to jest stuletnia rocznica, została właśnie otwartą. Sztandar trójkolorowy powiewał na olbrzymiej żelaznej machinie, nazwanej wieżą Eiffla. Armja robotników kończyła ogrody i trawniki, sadziła kwiaty na polu Marsowem, złociła olbrzymiego Genjusza, wzniesionego na szczycie głównego pawilonu.
Cały świat paryzki, zajęty był wielkiem dziełem. Tłumy spieszyły do stolicy.
Piotr Brecheux nie posiadał się z radości, w tym odmęcie różnorodnym czuł się tak dobrze, jak ryba w wodzie. Doświadczony pick-pocket wybiera zawsze pole do swych operacji pomiędzy zbiorownikiem ludzi. Tego samego systemu trzymał się dawny nauczyciel z Caen, obiecując sobie dobrą gratkę pośród tego olbrzymiego chaosu. Przemyśliwał tylko w jaki sposób przyśpieszyć wypadki, w które chciałby się rzucić z błyskawiczną szybkością. Cieszył się także, iż uczeń jego był w tej chwili w doskonałem usposobieniu.
Spotkanie z Joanną było dla niego biczem, który go poganiał do działania. Jan postanowił za jakąbądź cenę zostać bogatym, gdyż za pieniądze można zadawalniać swoje namiętności. Nikt się nie oprze potędze złota! Jest ono siłą, która zwycięża wszystkie przeszkody. Nie pytał jakiemi środkami dojdzie do celu. Chciał majątku, aby ozdobić nim ukochaną, olśnić ją, a że tylko pieniądz pozwala nam nasycić wszystkie żądze nasze, to też Jan pragnął złota.
A jego zły duch dawał mu tak łatwą sposobność do zdobycia go, przytem sposobność ta była tak ponętną iż każdy inny by się też jej nie oparł.
Naturalnie, iż nie mamy na myśli spokojnych i uczciwych ludzi, mocnych w dobrych zasadach, płynących spokojnie po oceanie tego życia, jak dobry żaglowiec po spokojnem morzu. Lecz w Paryżu nie brak takich co gonią za wszelkiego rodzaju przyjemnościami i uciechą. Więc też wychodząc rano na miasto, dla wyszukania odpowiedniego dla biednej dziewczyny z La Roche-Morgat mieszkania, Jan umiał powtórzyć staremu wszystkie przyrzeczenia, jakie ten zgubny jego przewodnik wymagał na nim przed tem nim mu dał pieniędzy i swoje pozwolenie do działania.
Zatem Piotr Brecheux tryumfował. Złośliwa radość rozjaśniała jego twarz pomarszczoną, uwolnioną w tej chwili od wszelkiego przymusu. W wielkiej galerji pałacu, na ulicy Bassano, którą sobie obrał za główne siedlisko, radość straszna, piekielna biła od tego ducha zemsty i złości.
Przed nim leżały rozrzucone na stole papiery, listy i dokumenty dawnej kochanki Maurycego Colombey’a, pożółkłe od czasu, a pomiędzy niemi znajdował się ostatni jej list, na którego kopercie było napisane:
Piotr Brecheux wyjął z niej list, rozwinął i zaczął czytać zapewne po raz setny:
„Nie będziesz znał twej matki. A jednak kocham cię z całej duszy mojej i ze wszystkich sił moich, lecz nie mam odwagi żyć dłużej.
„Są cierpienia, przechodzące ludzkie siły i moje jest właśnie z tej liczby.
„Za chwilę uniesiona falą wód, aż do głębokiego Oceanu, znajdę grób w jego głębi, jedyny, który mi się przynależy na tej ziemi.
„Samobójcom odmawiają poświęconej ziemi, a twoja matka drogie moje dziecię zostanie samobójczynią. Sam ten wyraz wystarczy abyś pojął co przecierpieć musiałam aby dojść do podobnej rozpaczy.
„W kilku słowach dowiesz się mojej historji.
„Pochodzę z ubogiej rodziny wieśniaków z okolicy de Valognez w Raville. Tam to na cichym wiejskim cmentarzu chciałabym spocząć snem wiecznym.“
„W ten sposób, miałam tę nadzieję, iż przyjdziesz pomodlić się na mym grobie, a serce moje nawet przez ciężką mogiłę usłyszałoby szept twej modlitwy, odczuło twój pocałunek. Nie mam nadziei nawet tego smutnego szczęścia. Mój ojciec dał mi staranne wychowanie, odmówił sobie wszystkiego aby mnie umieścić w klasztorze, tym smutnym ponurym gmachu, który zobaczysz może kiedyś na wzgórzach de Valognez.
„Kiedy opuściłam klasztor, miałam lat siedemnaście, to jest siedem lat temu, gdyż mam dziś lat dwadzieścia cztery.
„Matka moja już nieżyła, a ojciec wkrótce podążył za nią, zostałam samą z tą odrobiną nauki, aby na życie zapracować.
„Miałam jednak szczęście. A ileż to biedaczek ginie nim mogą znaleść miejsce aby uczciwie żyć ze swej pracy.
„Dostałam się do zamożnego domu w Paryżu, jako nauczycielka do dwóch dziewczynek.
„Przebyłam tam trzy lata prawie szczęśliwa. A tobie drogi synu przysiądz mogę, że byłam uczciwą dziewczyną, chociaż mówiono, że jestem ładna, co jednak musiało być prawdą, gdyż nie mogłam się opędzić najrozmaitszym propozycjom, które odważnie odrzucałam od siebie bez wyjątku.
„Jednak pewnego dnia po roku uporczywego prześladowania, byłam na tyle słabą, iż spełniłam czyn, za który płacę dziś życiem.
„Pewien młody człowiek bogaty, wykształcony i dobrze wychowany starał się o moje względy. Listy jego znajdziesz wraz z mojemi. Długo się opierałam.
„Aby dopiąć swego celu i zwalczyć mój upór, zrobił tysiące obietnic, złożył przysięgę, której nawet nie wymagałam, iż zostanę jego żoną, jego jedyną miłością.
„Nieszczęsna, uwierzyłam i uległam.
„Wraz z listami znajdziesz też i obrączkę z dwoma wyrytemi imionami i datą! Był to prezent zaręczynowy.
„Przez trzy lata sądziłam się być jedynie kochaną przez niego, byłam mu wierną, kochałam go... całą duszą.
„Złudzenie krótko trwało.
„Pewnego dnia oświadczyłam mu, iż miałam zostać matką. Usłyszawszy to, zbladł bardzo, odpowiedział mi zaledwie kilka słów niezrozumiałych i zimnych i więcej nie przyszedł do skromnego mieszkanka, które, miałam tyle słabości, przyjęłam od niego.
„Tego samego wieczoru dowiedziałam się o jego przyszłem małżeństwie z bogatą dziedziczką, której miljony chciał przyłączyć do swoich.
„Nazajutrz otrzymałam od niego list, niegodny uczciwego człowieka, pełny uwłaczających podejrzeń, oraz sumę dwudziestu tysięcy franków.
„Dostałam strasznej gorączki. Przez cały miesiąc byłam pomiędzy życiem a śmiercią!
„Młodość zwyciężyła, mocniejsza od mego bólu.
„Odzyskawszy cokolwiek siły, natychmiast opuściłam Paryż, nie obejrzawszy się nawet po za siebie.
„Ponieważ postanowiłam umrzeć, musiałam zatrzymać udzieloną mi jałmużnę, aby ją dać tym, którzy się mieli tobą opiekować w dzieciństwie.
„Synu mój! Przysięgam ci na zbawienie duszy mej, że należałam tylko do twojego ojca... nigdy nie byłam kochanką innego... Nie czynię mu wyrzutów, iż mnie oszukał, zawiódł... przysięgi wiecznej miłości są zawsze zrywane... powinnam była się bronić i strzedz od złego...
„Żal mam do niego za to, iż mnie znieważył, wypędził, opuścił nikczemnie, pomimo iż wiedział dobrze, żebym mu była pozostała zawsze wierną i nieprzeszkadzała w niczem, dozwalając zerwać węzeł, nas łączący.
„Człowiek ten nazywa się Jan-Maurycy Colombey! Majątek postawił go tak wysoko, iż ktokolwiek ci wskaże, gdzie zamieszkuje.
„Kiedyś, jak urośniesz i będziesz przebywał w pośrodku wspaniałości Paryża, spotkasz się z nim z pewnością.
„Życzę sobie abyś znał imię tego człowieka, jednakże słuchaj mnie ukochany mój synu, nie chcę, abyś się starał pomścić moje nieszczęście, jest to ostatnia prośba twej matki.
„Przebacz, jak i ja przebaczyłam!
„Staraj się zostać uczciwym człowiekiem, iść zawsze prostą drogą i zawdzięczać tylko własnej pracy środki, potrzebne do tej smutnej wędrówki, co się nazywa życiem.
„Jeżeli ci ono stanie się ciężarem, przyjdź się połączyć ze mną, a ja cię oczekiwać będę!
„Żegnam cię, drogie dziecko moje i płaczę krwawemi łzami nad twą kołyską.
„Przebacz mi, iż cię na świat wydałam, przebacz mi, iż nie mam siły, aby żyć i ciebie pielęgnować.
„Lecz jestem zanadto nieszczęśliwą!
„Żegnam cię i błogosławię!
Piotr Brecheux złożył list napowrót, mówiąc:
— Poczciwa duszo, spodziewam się, że twoja prośba nigdy nie zostanie wysłuchaną! Przebaczyć, to rzecz głupców! Ja nie przebaczam nigdy! Syn twój nic nie wie o swej historji, lecz w dniu, kiedy się o niej dowie, moja i twoja zemsta będzie gotową!
Właśnie rozmyślał o tem, kiedy drzwi galerji się otworzyły i służący Wiljam wszedł tym razem poufale, mówiąc po angielsku:
— Czy pan wie, że on przyszedł!
Piotr odpowiedział:
— Niech wejdzie.
Powiedziane to było tonem, dającym wiele do myślenia.
Jasnem było, iż służący ten, ze swą poważną miną angielskiego gamonia, nie był znów tak bardzo głupi, jak na to wyglądał. Był on raczej wspólnikiem swoich panów i pomagał im znakomicie.
Piotr Brecheux pozbierał rozrzucone listy i papiery i zamknął je do szuflady, podczas kiedy wierny Will wprowadził jakiegoś pana mówiąc:
— Niech pan raczy wejść tutaj..Pana Rodriguez nie ma w domu, lecz nauczyciel przyjmie pana.
Siecią ową jest rodzaj koszyka z łoziny, gdzie z łatwością ryby wchodzą, lecz zkąd im wyjść jest trudno.
Galerja przy ulicy Bassano miała służyć, w myśl Piotra Brecheux do tego samego celu w pewnej sprawie, starannie przez niego obmyślonej.
Chociaż nowoprzybyły nie był rybą, lecz był człowiekiem średniego wzrostu, przysadzisty, krępy, szerokich barkach, krótkiej szyi, oliwkowej cerze, prawdziwy typ żyda z nad brzegów Martwego morza, sławnego w dawnej Judei.
Mógł mieć około pięćdziesięciu lat, z nosem krogulczym, oczyma czarnemi jak węgiel, głęboko osadzonemi i mocno podkrążonemi, policzkach wystających, czole nizkiem, brodzie i włosach czarnych i gęstych.
Mina pokorna, skromna, służalcza niemal, ubranie czarne proste, chociaż być może, iż tak włosy jak i ubranie były farbowane. Kapelusz filcowy okrągły pozostawił w przedsionku. Słowem, odrzuciwszy na stronę typ żydowski, nieznajomy wyglądał na jakiegoś faktora, lub komisanta sklepowego, których się zwykle spotyka na ulicy pomiędzy ósmą a jedenastą rano. Różnił się tylko niegdyś czarnym, a dziś wytartym workiem skórzanym, który trzymał w ręku.
Worek ten był wielkości torby podróżnej.
Nieznajomy trzymał go przy sobie, raz po raz rzucając nań okiem, dla przekonania się, iż trzymał go w ręku.
Wchodząc do galerji, wzrok podejrzliwy rzucił dokoła, jak gdyby się obawiał zasadzki lub napaści średniowiecznej, lecz zobaczywszy przed sobą małego staruszka, spokojnie odetchnął.
Piotr Brecheux, a raczej profesor Petrus, nie zdawał się okazywać żadnego zainteresowania się jego obecnością. Przeciwnie nawet, wyglądał jak gdyby przybyły przeszkodził mu w pracy, którą miał przed sobą, to też odezwał się do niego niezadowolnionym głosem i nie podnosząc oczu od książki.
— Czem panu mogę służyć?
— Nieznajomy odezwał się nieśmiało, wymieniając nazwisko.
— Jestem Rosen...
— A!
— Samuel Rosen... z ulicy Boissy d’Angloss...
Nauczyciel raczył na niego spojrzeć i zdawał się szukać w swej pamięci.
Po chwili odezwał się grzeczniej:
— A tak, przypominam sobie... — odparł, pokasłując, jak gdyby był cierpiący na piersiową chorobę — to pan już raz byłeś u nas?...
— Byłem z klejnotami.
— Prawda, prawda, lecz chyba jest was więcej tego nazwiska w Paryżu?
Nieznajomy oburzył się.
— Nie zdaję mi się, proszę pana — odparł z pewnego rodzaju dumą — Samuel Rosen... jest jeden i znany jest dobrze, spodziewam się.
Nauczyciel zdawał się być tem poruszony.
— Rzeczywiście — zawołał — rzeczywiście! A więc to pan prowadzi interesa brylantami, o których nam mówiono?...
— Tak, to ja sam, panie — odparł kupiec — i proszę zauważyć, iż biżuterji nie sprzedaję wcale, tylko same drogie kamienie... Klejnoty nabywam jedynie przypadkiem i to wtedy, jeżeli mogę z nich wyjąć kamienie...
— Rozumiem... rozumiem — odparł Brechoux.
I zwracając się zupełnie do handlarza, dodał:
— Siadaj pan proszę... panie?...
— Rosen.
— A! Samuel Rosen z Frankfurtu...
— Jesteś pan żydem?
— Izraelitą — odparł handlarz z filuternym uśmiechem — to jest maleńka różnica.
— Doskonale! Chcesz się pan widzieć z panem Janem Rodriguez?
— Rzeczywiście.
— Nie ma go w tej chwili w domu...
— Czy prędko wróci?
— O tem mnie nie powiadomił; myślę, że pojechał do swej willi w Chesnay około Wersalu, lecz nie jestem tego pewny... Zresztą to do rzeczy nie na leży...
— Ponieważ widzę pana, zatem skorzystam aby powiedzieć, po co właściwie przyszedłem...
— Mów pan, jeżeli chcesz i jeżeli mogę być panu użytecznym — odparł uprzejmie nauczyciel.
— Będę panu bardzo obowiązanym — odparł pośpiesznie handlarz.
I jednocześnie zbliżył swoje krzesło do biurka. Dotąd trzymał się na ostrożneści, pozostając jak najbliżej drzwi wchodowych, gotowy w każdej chwili do ucieczki.
Stary wciąż pokasływał, narzekając:
— Musiałem się zaziębić. Przeklęty kraj! Wieczna mgła!
Prześliczne słońce błyszczało po za szybami werendy, lecz niedostatecznie grzało cudzoziemca z pod zwrotnika.
Brecheux mówił dalej do handlarza:
— Czy chcesz pan ubić interes z panem Rodriguez?
Rosen uśmiechnął się.
— Mam dobre informacje — odparł — pan Rodriguez jest bogaty.
— O nie tak, jak pan sobie wyobrażasz...
— Nie przekonasz mnie pan...
— Ha, jeżeli pan masz wszelką pewność....
— A przytem młody!
— O to sprzeczać się nie będę.
— Zaś kiedy się jest młodym i bogatym, to się ma także i kochanki!...
Nauczyciel położył palec na ustach.
— Cicho! — zawołał przyjaźnie. — To trochę niedyskretnie... panie...
— Rosen.
— Tak, Rosen... zawsze zapominam.
— Bardzo naturalne, iż kochanka chce mieć klejnoty, a raczej umie się o nie pięknie przymówić...
— Cóż z tego?
— Staram się być właśnie w tej psychologicznej chwili na zawołaniu... To cała moja tajemnica... tymczasem wytykam sobie drogę!..
— Ho! ho! masz zatem dobry węch, kochany panie... To wcale nieźle pomyślana kombinacja.
— Chwile takie przychodzą zawsze... Korzystam z nich, jeżeli mogę... Przytem oprócz kochanki jest i żona...
— Zapewne.
— Po kochance, bierze się żonę... tu także potrzeba złota i brylantów na prezent ślubny... tylko innego gatunku i rodzaju...
— I tu także starasz się pan znaleść w porę?..
— Bezwątpienia.
— Winszuję, panie Rosen, winszuję. Jesteś pan bardzo pomysłowym!.. A ponieważ przy takim handelku niezłe ciągniesz korzyści, musiałeś już zebrać ładny majątek?
— Oh, mój Boże, mogę się przyznać panu, gdyż nas tu nikt nie podsłuchuje. Majątek mój noszę, jak Bies, z sobą!..
— O ho, jak widzę, zajmujesz się literaturą, panie Rosen.
— Tyle, co każdy inny!..
— A więc jesteśmy kolegami... Tylko, że ja nie znam się wcale na interesach, najlepiej mi pomiędzy mojemi szpargałami i książkami, to moi starzy przyjaciele, z którymi najprzyjemniejsze spędzam chwile, pozostając w grubej niewiadomości co do reszty.
— Zbytek skromności!
— Nie, nazywam rzeczy no imieniu.
— Obawiasz się pan!
— Wcale nie... najlepszy dowód, iż wcale nie rozumiem, pańskiego interesu panie Rosen.
Stary żyd był przebiegły i zręczny, lecz dał się zupełnie uwieść nadzwyczajną dobrodusznością uczonego. Jakże się tu obawiać starego, schorowanego starca? To też żyd szybko odpowiedział:
— A jednak jest to wcale poważny interes, kochany panie.
— Nie miej mi pan za złe, ale nieświadomość moja tłumaczy mnie...
Rosen głos zniżył, mówiąc:
— Będziesz pan zdumiony.
— Być może!
— Pan Rodriguez ma kochankę.
— Zkąd pan wiesz o tem?
— Wiem, to dosyć!
Nauczyciel wzruszył gniewnie ramionami.
— To pewno głupi Will opowiadał panu o tem?
Samuel Rosen zadowolony z wrażenia, jakie sprawił, dodał:
— Wiem jeszcze co innego.
— Doprawdy?
— Jest kwestja i o małżeństwie.
— Co?
— I to o bogatym!
— Nareszcie jestem zupełnie zdumiony!
— A co!
— Jesteś chyba szatanem?
— Wiem doskonale o wszystkiem, — odparł stanowczo handlarz. — Panna należy do rodziny bogatego finansisty... Zatem potrzeba będzie pięknych podarków...
— Jeżeli tak jest, jak pan mówisz, to rzeczywiście...
— Zatem są dwa interesa do zrobienia!..
Stary skubał wciąż brodę.
— Już ja wiem, co to znaczy — odparł. — Pan psujesz służbę... A to niebezpieczne dla tych biednych ludzi...
— Pozostaw mi pan tę nadzieję, że mnie nie zdradzisz!
— Niczego więcej nie chcę... jak tylko wzamian tego samego...
— O! co do mnie — odrzekł Rosen, — bądź pan spokojny, umiem milczeć, jak grób.
— Czy masz pan wszystko, co może być potrzebne? — zapytał z obawą nauczyciel.
— Jakto!? — zawołał oburzony handlarz. — Patrz pan! To najpierw dla kochanki...
Zaczął szybko wyjmować ze wszystkich kieszeni żakiety, paltotu, spodni, kamizelki, nieomal z każdej fałdy ubrania, niezliczoną ilość małych pudełek z bransoletami, pierścionkami, kolczykami, broszami różnego rodzaju, z których jedne były na wpół rozebrane z kamieni, tłumacząc, zkąd to wszystko pochodziło.
— Widzisz pan! — zawołał, — wybór jest... A ponieważ umiem tanio nabywać, zatem i sprzedaję niedrogo...
— Rzeczywiście, — odparł nauczyciel na pozór olśniony.
— A teraz zobaczymy coś jeszcze piękniejszego, stosownego dla narzeczonej! — dodał żyd.
Wtedy, z łatwą do zrozumienia próżnością, pod wpływem ironicznego uśmiechu starego, zdecydował się otworzyć swój skórzanny worek.
W papierowych kopertach były umieszczone brylanty, stosownie do ich wielkości. Było ich tysiące, zacząwszy od skromnego brylantu dwustu lub trzystu frankowego, aż do wspaniałych soliterów po dziesięć lub dwadzieścia tysięcy franków. Były też szafiry, opale, i szmaragdy, rubiny i turkusy, topazy, i perły najrzadsze, w niezliczonej liści.
Pod samym zaś spodem cudownego worka znajdowało się ze dwanaście wspaniałych naszyjników, wielkiej ceny.
— I cóż pan powiesz na to? — zapytał handlarz z kolei drwiącym głosem.
Piotr Brecheux zrobił ruch zupełnej obojętności.
— Nic nie mówię, chyba to, że się nic a nic nie znam na podobnego rodzaju fraszkach i każdy kawałek zwyczajnego szkła, w moich oczach, nie różni się od tych skarbów. Na tem znają się tylko kobiety?
Żyd się skrzywił, patrząc na niego z litością.
— Otóż to być uczonym! — odrzekł.
— Z pewnością są to bardzo piękne, rzeczy, — odparł Brecheux, — tylko szkoda iż pan tracisz czas niepotrzebnie, bo gospodarza nie ma w domu.
— Kiedyż go zastać mogę? — zapytał Rosen.
— Zatem chcesz pan koniecznie skusić pana Rodriguez’a?
— Wszystko jedno czy to będę ja, czy kto inny!
— A więc przyjdź pan drugi raz, lecz doprawdy żal mi pana, na co u licha, będąc bogatym, szukać jeszcze zarobku... Na co pan potrzebujesz tyle pieniędzy.
Stary mówił te słowa z miną świętoszka, nie wiedzącego o bożym świecie.
— Mam upodobanie do handlu i pewną dozę ambicji... — odpowiedział Rosen i natychmiast — zapytał:
Kiedy powrócić mogę?
Stary zaczął liczyć na palcach.
— Za jakie dwa tygodnie, — czy zgoda?
— Jestem na pańskie rozkazy.
— Naprzykład dwudziestego piątego?
— Doskonale.
— Zapisz pan datę, a ja uprzedzę pana Rodrigueza, aby był w domu.
— Niech pan się wstawi za mną...
— Z pewnością nie omieszkam.
— Zatem o tej samej godzinie, czy tak?
— To zależy od woli pańskiej.
Handlarz zamknął z uwagą torbę, pozbierawszy i poukładawszy w niej starannie wszystkie pudełka i niktby za chwilę nie posądził nawet, iż miał przy sobie tak wielki majątek.
Zabierał się do odejścia rzucając przed tem w około siebie wzrok przenikliwy, dla zapewnienia się, czy czego nie zestawił. Stary patrzył na niego z uśmiechem i odezwał się:
— Z kolei i ja chciałbym się dowiedzieć od pana pewnych wiadomości.
— O czem?
— Jest pewien punkt, który mnie mocno zaintrygował!
— Jaki?
— Dla czego pan nosisz przy sobie te wszystkie klejnoty?
— To rzecz bardzo prosta.
— Której jednak zrozumieć nie mogę...
— Z potrzeby!
— Jak to?
— Nie lubię wydatków...
— Więc...
— Mieszkam bardzo skromnie...
— Nie jesteś pan żonatym?
— Nie. Trzymając moją torbę w ręku, zdaje mi się, iż jest więcej warta, niż wszystkie kobiety na świecie.
Nauczyciel stawał się coraz weselszym.
— Miej się pan na ostrożności jednak... gdyby się tak dowiedziano... jesteś pan doskonałą zdobyczą dla złoczyńców...
— Zapewne, — odparł żyd, uśmiechając się przebiegle, — szczęściem, że nie mam z nimi żadnych stosunków...
— Rzeczywiście jesteś pan bardzo zręcznym!
— Staram się o to, aby nim być.
— No, do widzenia się, życzę powodzenia.
— A więc dwudziestego piątego...
— Zgoda.
Wiliam oczekiwał handlarza W przedpokoju.
— Doskonaleś mnie poinformował, — powiedział Rosen, wsuwając mu w rękę luidora.
— O czem?
— Iż nauczyciel jest bardzo grzeczny.
— Bardzo dobry człowiek, — zapewnił Will. — Jesteś pan zadowolony?
— Bardzo.
— Ubijesz pan interes?
— Spodziewam się.
— A nie zapomnisz pan o małej przysłudze?...
— Bądź spokojny.
Samuel odnalazł swój kapelusz, umieścił go na swej hebanowej czuprynie i wyszedł z miną wielce uradowaną.
Na ulicy już głośno prawie — zawołał:
— Niech mnie djabli porwą, lecz nie ma jak z cudzoziemcami traktować interesa, ten chyba udać mi się powinien!...
I nie omylił się. Interes miał się udać, lecz wcale nie w taki sposób, jak on to sobie wyobrażał.
Ryba wydostała się z matni, lecz sieć czekała nastawiona na swą ofiarę.
Tego samego wieczoru Brecheux pisał do Londynu:
„Owoc dojrzał, potrzeba go zerwać!”
Nazajutrz otrzymał następującą depeszę:
„Przybywajcie!“
Blanka Colomboy do Berty de Chamblain w zamku Chamblain przez Touran (Seine et Marne).
„Zatem rozdzielone jesteśmy, jedna od drugiej, na pewną część lata. Jest to rzecz bardzo smutna, a nawet więcej niż smutna, prawdziwa klęska dla mnie! Wystawa wygnała z Paryża spokojnych jego mieszkańców, dbałych o swe wygody, o swoje miasto, czysto zamiecione, skropione, umajone. Niezrównane bóstwo, wielkie jedyne Miasto, przez dużą literę, zalane zostało barbarzyńcami.
„Stało się. J. Colombey’owie uciekli... i jesteśmy w Chemay, gdzie ojcu jest najlepiej. Co do mnie, przypuszczam, że dla tego, iż pobyt nasz w tej ślicznej miejscowości daje mu wiele swobody, którą widać lubi.
„Tylko sza! Co rano interesa i obowiązki powołują go do Paryża, ty wiesz, z jaką powagą ojczulek wymawia te słowa, prostując rogi sztywnego kołnierzyka. Lecz nie mówmy o tem, niechaj to będzie tajemnicą!
„Zaledwie dwadzieścia cztery godzin upłynęło od waszego wyjazdu z ulicy de Messine, kiedyśmy z kolei opuścili Paryż.
„Od pięciu dni jesteśmy tu zainstalowani z całym dworem; wiesz jak tu jest prześlicznie, ile jest kwiatów i cienia. Dzisiaj znalazłam to miłe schronienie pełne wiosennej woni, pączki się rozwijają pod ciepłemi pocałunkami słońca, a bez już rozkwita wspaniale.
„Trawniki podobne do zielonego aksamitu, a drzewa ukrywają gniazdka ptasząt. Słowem poezja sielska z przymieszką miejskiej!
„O święty Coppée, natchnij mnie. Zapewne, iż będzie tu piękniej za jakie dwa tygodnie, lecz ja i dziś się zachwycam. Niebo jest cudownego koloru, a powietrze pełne nieokreślonej woni.
—Zapewne, czytając te słowa, będziesz się śmiać ze mnie i powiesz, żem zmysły postradała. I kto wie, czy nie masz racji. Czuję się bardzo szczęśliwą, że Mały Chesnay jest obok Wielkiego, szczęśliwą, iż na końcu naszego ogrodu, po za granicznym murem, jest park prześlicznie utrzymany w pośrodku którego wznosi się wielki dom biały, co prawda bardzo powszedni, ale ma wielką zaletę, gdyż zamieszkuje w nim pewien młody człowiek, śliczny brunet jak zaczarowany książę z bajki, którąśmy w dzieciństwie czytały.
„Ty jedna Berto znasz moją przygodę miłosną i dotąd jesteś jedyną jej powierniczką.
„Jakże dziwnem jest życie! Byłam tak spokojna i obojętna na zaloty moich zwykłych tancerzy, a Bóg widzi, że ich nie brakowało! Spałam wybornie, przez najdłuższe noce, w mojem łóżeczku z firankami, w dzień grałam walce, sonaty, lub ćwiczenia dla wprawy palcy lub zabicia czasu, bawiłam się i lubiłam biegać po sklepach, jeździć konno, lub powozem na spacer, aby zobaczyć ludzi i pośmiać się trochę i to najczęściej z tobą, słowem lubiłam stroje, muzykę, przechadzkę, nie myśląc o niczem, wyjąwszy mojego kuzyna Gastona, który mnie dziś martwi swą smutną twarzą i miną Wertera. I oto wszystko się zmieniło.
„Konno jeździć nie chcę, do sklepów nie mam ochoty zajrzeć, a fortepian mnie po prostu nudzi, do tego nie sypiam całemi nocami!
„Biedna mama dziwi się mej bladości, gdyż podobno źle wyglądam! Ciągle mi to powtarzają, mama jeszcze dodaje że schudłam. Dziś po południu był tu doktór Guyon i sądzę, że o mnie rozmawiano. Możesz sobie wyobrazić, jaki bunt podniosłabym natychmiast. Doktór Guyon jest najlepszym w świecie człowiekiem, lecz sposób jego leczenia jest powszechnie wiadomy. Stałą jego poradą jest wysyłanie do wód swych pacjentów.
„Ponieważ jest bogaty i prawie tak stary, jak jego przyjaciółka, pani de Saint-Besan, za jednym zamachem pozbywa się swych chorych, nie tyle aby ich zamęczać piciem wód, jak czyni wielu jego kolegów, lecz aby zmusić do podróżowania. Już naprzód słyszałam go mówiącego: „Moja mała, trzeba pić wody mineralne... żelazne... Żelaza!... Żelaza!... Żelaza!... Przytem potrzeba powietrza górskiego, czystego! Dużo ruchu!“ Czytałam receptę. „Allevard! Aix-les-Bains! Luchon“ i Bóg wie co jeszcze.
„Otóż ja wcale jechać nie chcę, a szczególniej tak daleko!
„Cały fakultet medyczny nie zmusiłby mnie do tego.
„Spodziewam się iż się domyślasz jaki mam powód mojego oporu.
— Czy przypominasz sobie, żeś i ty miała chwilę podobnej słabości... chociaż bez dalszych następstw, z twym pięknym kuzynkiem de Barges, który już się teraz co prawda ożenił, ale ty za to na niego się nie gniewasz, że zaślubił inną!
„Miałaś zaledwie lat piętnaście, kiedy pisywaliście do siebie, podczas wakacji r. 1885, lecz byłaś już bardzo ładną.
„Co dzień przyjeżdżał konno z Rozoy po twoje listy złożone w szczelinie starego dębu, przy wejściu do parku w Chamblain.
„Ten zdobywca serc byłby ci zabrał serduszko, gdyby nie omyłka, jaką popełnił pewnego dnia, kładąc zamiast listu napisanego do ciebie, list przeznaczony dla twej pokojówki. Niegodziwiec! Okropna omyłka, lecz tylko dla niego, gdyś ty powinna się cieszyć uszedłszy przed takim don Juanem.
„Lecz zakochani widać nie umieją wymyślić nic nowego, bo my także, niestety mamy podobną kryjówkę na nasze listy.
„Znajduje się ona w murze, rozdzielającym ogrody, pod bluszczem i dzikim chmielem. Wiem, że nikomu o tem mówić nie powinnam, lecz dla ciebie tajemnic nie posiadam! Zresztą ten młody cudzoziemiec jest pełnym najdelikatniejszych uczuć, bez zarzutu szczerym, tkliwym, chociaż nadzwyczajnie rozsądnym.
„Gdybyś wiedziała, jak on rozumie życie i jakie chce, abyśmy prowadzili w przyszłości ciche spokojne, zdala od gwaru świata, pomiędzy ludźmi szczęśliwymi z nowych dobrodziejstw, pokochałabyś go niezawodnie tak jak ja.
„Odczuwamy wszystko jednakowo, tak iż zaledwie zdążę pomyśleć o czemś kiedy on wie już o co chodzi. Dążymy do jednego celu.
„Na ostatnim naszym balu mówił ze mną otwarcie i z wielką śmiałością o swych zamiarach, może nie powinnam była słuchać tego, lecz co chcesz, jakaś nieprzezwyciężona siła pociąga nas oboje, a nie mam odwagi temu się oprzeć.
„Nie dowiedziałam się nic nowego, bo dawno wyczytałam w jego oczach to, czego nie śmiał wyrazić słowami. Najwięcej mi się w nim podoba delikatność obejścia i wdzięk słowa, dumnie głoszącego swe uczucia. Przytem jest bardzo taktownym, nigdy się nie obraża, jest zawsze jednakowo miły i słodki, nie tak jak mój kuzyn Gaston ze swą melancholiczną miną.
„Czuję, iż dla mojego sąsiada mam głęboką przyjaźń, przywiązanie trwałe i poważne, uczucie instynktowne i naturalne.
„Lubię bardzo rozmawiać z nim, słyszeć dźwięk jego głosu, pełnego harmonji, odczytywać jego listy pełne miłości, pisać przyjacielskie odpowiedzi, a nadewszystko być przy nim.
„Dumnąbym była, poświęcając mu życie, gdyby tego wymagał odemnie, dumną stworzyć i otoczyć go szczęściem, zawsze pozostać przy nim, nosić imię jego.
„Z pewnością wszystkie kobiety by zazdrościły. Spojrzenie jego wielkich aksamitnych oczu pociąga mnie i upaja niewymowną słodyczą i podobną się staje do młodych sarenek z naszego parku, które obecnie upojone, zielenią wiosny, z rozkoszą biegają po trawnikach.
„Jeżeli to się nazywa miłością, to nie ma wątpliwości, że kocham, droga moja Berto i zdaje mi się, że nigdy żaden mężczyzna nie wzbudzi we mnie podobnych uczuć, choćby był tak nadskakujący i dowcipny, jak twój kuzynek de Barges, lub wietrznik i poeta, jak Hugo i Musset razem.
„Mówię teraz rozsądnie i pytam się, kiedy do nas przyjedziesz?
„Mam jeszcze bardzo wiele rzeczy do opowiedzenia!
„Zapewne także wybierzesz się którego dnia zobaczyć zblizka gipsowe pałace na polu Marsowem i to ohydne rusztowanie, nazwane wieżą Eiffel, tylko poczekaj przynajmniej, aż wywiozą miłe kałuże rozrobionego piasku a murarze ustąpią miejsca baranom Panurga.
„Kiedy się zdecydujesz na tę wycieczkę, nie zapomnij mnie o niej zawiadomić, a uproszę mamę, abyśmy razem podziwiały te wszystkie cuda.
„Zatem do widzenia się wkrótce, droga Berto!
„Żałuj mnie trochę, bo mam wiele kłopotu i niepokoju, doprawdy, że czasami żałuję naszego dawnego życia w Sacré-Coeur. byłyśmy tak spokojne!
„A teraz Bóg wie, co wypłynie z tej całej tajemniczej intrygi, bo chyba tego nie można nazwać inaczej?
„Czuję się bardzo winną, że ukrywam w tajemnicy moją stację pocztową w murze! Lecz Jan jest tak piękny, iż go nie kochać niepodobna.
„Tylko ani słówka o tem do nikogo!
„Ściskam cię moja droga jak ukochaną siostrę w oba policzki
Berta de Chamblair do Blanki Colombey w Chesnay, przez Wersal (Seine et Oise).
„Otrzymałam twój list. Czyż mogłaš na chwile wątpić, że to co innego, jak miłość? Moje niewiniątko!
„Ja bo od razu poznałam, co się święci, jak tylko ujrzałam twego wybranego przez gałęzie drzew waszego parku, kiedyśmy go chodziły zobaczyć ukradkiem. A przytem opisywałaś mi z takim zapałem jego wdzięk, dobroć, uprzejmość, nie mówiąc o reszcie, że wiedziałam doskonale, do czego dojdziecie.
„Ja też, droga moja, mam na sumieniu coś podobnego, szczęściem iż dziś już o tem prawie że zapomniałam.
„Przyszło mi to z łatwością, gdyż pogarda zabiła moją miłość, tak, miłość, gotową do wybuchu, kiedy ten obrzydły de Barges — obrzydły lecz przytem i miły potwór — okazał jasno, jak słońce, że umiał nie tylko zrywać kwiatki z twoją przyjaciółką, lecz jednocześnie starał się wtargnąć do mniej górnych sfer w Chamblain.
„Tylko, że ja umiem stanąć w mojej obronie. Pamiętasz, że w klasztorze nazywano mnie żarłokiem, gdyż mając dobre zdrowie i dużo siły, miałam doskonały apetyt, charakteru nie miałam zbyt łagodnego, dla tak poczciwych jak ty byłam dobrą, za to dla tych, co mi chodzili po piętach, byłam zła i nieprzyjemna.
„Ty z twojem czułem serduszkiem napawasz mnie obawą z tą tajemniczą korespondencją z twoim sąsiadem, zanadto ujmującym. Każden list musi cię kosztować wiele wzruszeń, a ponieważ nie śpisz po nocach, przypuszczam, iż to dla tego, że owe tkliwe listy czytujesz przy twej nocnej lampce.
„Z doświadczenia wiem ja, co to znaczy i ono mnie wiele nauczyło, a ponieważ kocham cię, moja droga Blanko, jak własną siostrę, o czem chyba wątpić nie możesz, posłuchaj mojej rady.
„Na co przedłużać dalej grę tak niebezpieczną?
„Najpierw trzeba, abyś się dowiedziała, czy ten młody człowiek chce się z tobą ożenić lub nie chce. Jeżeli tak, ponieważ jest pełnoletnim, bogatym i zapewne pochodzi z dobrej rodziny, niech prosi o twoją rękę tych, co z prawa mogą mu jej udzielić, naturalnie za twojem zezwoleniem, bardzo łatwem w tym razie.
„Jeżeli nie ma tego zamiaru, radzę ci zamknąć pocztę i prosić o zwrot listów. Jeżeli jest uczciwym człowiekiem, o czem nie mam prawa powątpiewać, nie zawaha się ani chwili, co ma dalej robić. Albo jeszcze lepiej zrobisz, opowiedziawszy wszystko twojej matce, jest ona, dobrą, inteligentną i kocha cię nad życie.
„Tylko nim to uczynisz, rozważ dobrze, czy rzeczywiście kochasz i szanujesz owego Rodrigueza na tyle, aby powierzyć swoje szczęście i los swój połączyć z nim na zawsze. Następnie znajdź stosowną chwilę, kiedy pozostaniecie same i wyspowiadaj się matce ze wszystkiego.
„Ojciec możeby trochę gderał; mężczyźni są surowi dla drugich... nawet jeżeli sami sobie za wiele pozwalają. Matka z góry cię wytłumaczy.
„No, dosyć już, na takiego jak ja leniucha!
„Mówić mogę bez przerwy dzień cały, lecz, jak tylko idzie o napisanie dziesięciu wierszy, staję się ogromnie powolną. Dla ciebie tylko robię niekiedy wyjątek i poddaję się torturom pisania. Dobrze, że już koniec.
„Bo i cóż ci mogę więcej pisać? Chyba to, że mój kochany ojczulek jest wściekły na cały ten zamęt i przewrót Paryża, gdyż jak w tej chwili to cała część miasta około Pola Marsowego jest niedostępną.
„Słowem stuletnia rocznica sprawia mu obrzydzenie.
„Jest ustawicznie w złym humorze i nie można się z nim dogadać.
„Musisz zrozumieć, iż to pochodzi z tego, że Chamblainowie są obecnie w stanie odpornym, nie stając do ogólnego apelu.
„Nie sądzę jednak, abyśmy pochodzili od przodków, poległych w wojnach krzyżowych, gdyż, o ile pamiętam dziadka, to ten zawsze opowiadał, że niegdyś zakupił kilka narodowych majątków, z których jeden jest właśnie Chamblain, lecz majątek zrobił na sklepie przy ulicy Saint-Denis, sprzedając barchan, kamlot i inne materjały tego samego rodzaju.
„Zresztą jest to niewinna manja, która bawi mojego ojca, a szkody nie przynosi nikomu. Biedny ojczulek, nie był by zdolny muchy uśmiercić, starając się zawsze, aby w drogę nie wchodzić nikomu. Mówię ci o tem, moja jedyna, abyś zrozumiała, iż nasze spotkanie się na Polu Marsowem musi być odłożono na później.
„Lecz nie masz czego żałować. Podobno, iż trzeba tam brnąć w błocie po kostki i zaledwie za kilka dni dojdą do zupełnego uporządkowania.
„Jednakże mówiono mi, że są tam prześliczne rzeczy, które warto obejrzeć, zawsze jednak po cichu, aby nie ściągnąć na siebie gniewu ojcowskiego.
„Nakoniec pociesz się. Pewnego poranku wyrwę się do Paryża i jeżeli znajdę jaki sposób lokomocji, przyjadę na kilka dni do miłego Chesnay.
„Całuję cię z całej duszy, Blanko moja i proszę, wierz niezachwianie cię kochającej,
P. S. — „Oddawna już nie nazywamy się Chéron’owie, i radzę ci nie wymawiać nigdy tak pospolitego nazwiska. Pomiędzy nami są tylko czystej krwi Chamblain’owie! Boże! co tam sobie myśli dziadek, spoczywający na Père Lachaise?
Drugie P. S. — Czy przypominasz sobie tę naiwną strofkę, cośmy ją śpiewały w klasztorze, nie wiem już w jakiej zabawnej komedyjce:
„I cichości.
„Nieprzyjaciel jest
„Nieprzyjaciela znasz chyba... Im więcej jest on ujmującym, tembardziej będzie niebezpiecznym, aż do dnia, w którym przed prawem podpisze protokół przymierza.
Admirał de Vitray wyszedł z gabinetu pana de Roveneau z nadzieją, która jednak opierała się na bardzo kruchej podstawie.
Z czasem dopiero nabrała ona pewnej mocy i siły, lecz kiedy pociąg unosił hrabiego z Paryża, wątpił on najzupełniej w dobry skutek swych zabiegów, a nawet zupełnie był zdesperowany.
Kiedy wysiadł w kilka godzin później na stacji kolei w Cherbourgu, był lepszej myśli, mówiąc sobie, iż owa wdowa Jaudet, mieszkająca w domku hrabiego Dagny, miała być jego dawną znajomą, córką ogrodnika z Vitray. A ponieważ mieszkała tu przed dwoma laty, to i teraz musiała się przeprowadzić niedaleko, o czem, jak sądził, z łatwością się przekona. Więc też najpierw chciał zebrać pewne informacje.
Cherbourg jest najgłówniejszym punktem zbornym marynarki, jej stolicą, a panu de Vitray, jako przedstawicielowi znacznej rangi w marynarce, nie było łatwem pozostać w ukryciu.
Okrył się więc starannie płaszczem, podniósł kołnierz, pomimo pogody innej, niż owej pamiętnej nocy w Breście, podczas której układał plany swej zemsty, swobodnie przeszedł przez plac dworca, skręcił w sąsiednią ulicę, a widząc idącego robotnika, zapytał:
— Bądźcie łaskawi powiedzieć mi którędy idzie droga do du Mesnil?
— Prosto przed panem.
— Daleko to ztąd?
— Małe pół mili.
— Dziękuję.
Admirał szedł dosyć stromem wzgórzem, zasianem domami i pięknemi ogrodami, z cudownym widokiem na zatokę i doszedł do samego szczytu, skręcając na lewo tą samą drogą, aż do miejsca, zkąd trzy kręte drogi tworzą pewnego rodzaju gwiazdę.
O jakie pięćset metrów dalej, wspaniały zamek, otoczony prześlicznym parkiem, wznosi się na obszernej wesołej równinie.
Jest to le Mesnil.
Admirał pozostał przez chwilę zakłopotany, nie wiedząc, do kogo się zwrócić na zupełnie pustej drodze. O kilkanaście kroków stał mały domek, oświetlony wielkiemi drzewami; hrabia nie wątpił, iż to był właśnie ten, którego szukał.
Miejsce było urocze, na pochyłości wzgórza, w dali, widniało błyszczące morze, zasiane białemi żaglami, ubarwione czerwonem światłem zachodzącego słońca, oraz szczyt Querqueville z jego bastjonem.
Admirał się zadumał o tej, co tu kiedyś mieszkała. Następnie uszedł kilka kroków dalej.
Na szosie dróżnik rozbijał kamienie z powolnością najemnika, który nigdy się nie śpieszy, wiedząc, iż dla niego dzień jest długi, a jutro takie same, nużące i jednostajne.
Pan de Vitray zbliżył się do niego, a nie obawiając się, aby tutaj został poznanym, płaszcz rozpiął, ukazując elegancki granatowy kostjum, na którym jasno odbijała wstążeczka legji honorowej.
— Mój przyjacielu — zapytał grzecznie — czy mógłbyś mi udzielić pewnego objaśnienia?
Dróżnik podniósł głowę, zadowolony, iż znalazł pretekst do przerwania roboty.
Miał zapewne z okładem lat sześćdziesiąt i był zdolnym robotnikiem przy szosie. Na pomarszczonej twarzy ciemne oczy patrzyły roztropnie z pewnym odcieniem sprytu.
Przez chwilę patrzył się na podróżnego, następnie wyjął z ust krótką fajeczkę, przyłożył rękę po wojskowemu do swego starego i połamanego kapelusza, mówiąc:
— Jestem na rozkazy, panie admirale!
Pan de Vitray uczynił ruch zdumienia.
— Admirale! zkądże ty o tem możesz wiedzieć?
— I wcale się nie omyliłem. Znam co to jest, a pan jest dużą rybą.
— Czy znasz mnie?
— Nie, lecz jestem pewny tego, co mówię.
I jeszcze raz dodał:
— Jestem na usługi pana admirała. Lecz chciałbym wiedzieć, o co chodzi?
— Chciałbym wiedzieć, gdzie się znajduje domek...
— Hrabiego Dagny?
— Właśnie.
Dróżnik był wielkim gadułą, lecz nie trzeba mu tego brać za złe, niewiele miał zwykle sposobności do rozmowy, to też kiedy się przytrafiła sposobność, chciał skorzystać.
— Był to bardzo poczciwy człowiek, i pomimo tego umarł niedawno.
Wyciągnął rękę w stronę, gdzie, o jakie pół mili dalej, widzieć się dawał obszerny budynek między wielkim lasem drzew, mówiąc:
— Mieszkał zaś tam, w tym dużym domu!... był bardzo bogatym i zostawił nietknięty olbrzymi las, który pan może widzieć, wartujący porządną sumę.
— A gdzież jest ten mały domek? — spytał pan de Vitray.
— O kilka kroków, ztąd panie admirale. Żebym to ja miał połowę takiego lasu, tobym dopiero umiał sobie żyć, a i nieboszczyk hrabia nie pozostałby również w biedzie... Co tam połowę i ćwierć by wystarczyło i dla mnie i dla moich dzieci... a mam dwóch synów w marynarce, panie admirale.
— Czemże są obadwaj?
— Dzielne chłopaki... starszy kwatermistrzem na statku „Duquesne“ w Tulonie.
— Z Duperr’em?
— Właśnie.
— A drugi?
— Mechanik pierwszej klasy, panie admirale.
— Gdzież to?
— Na „Vaubanie”.
— Co odpłynął do Madagaskaru z komendantem Verdier... doskonałym marynarzem?
— Tak — odparł dróżnik, patrząc filuternie — to też nie łatwo mnie oszukać, panie admirale, znam rzemiosło moich synów.
— To jednak nie musisz być biednym... bo cię zapewne wspomagają synowie, o czem nie chcę wątpić... szczególniej mechanik... ten nieźle zarabiać musi...
— Dosyć dobrze panie admirale.
— Czy to ludzie żonaci?
— Jeszcze nie, panie admirale. Lepiej to dla tych biedaków, bo cóż to za pociecha mieć żonę, z którą rozłączyć się trzeba nieraz na długie miesiące, a nawet lata całe? W Cherbourgu dobrze wiemy, co się dzieje z opuszczonemi i czyż to się nawet dziwić można, że czasem zbłądzą! To zwykle następstwo rzeczy; przytrafia się to również dobrze pomiędzy prostaczkami, jak i żonami oficerów i doprawdy nie można im tego mieć za zbrodnię. Czy słusznie mówię?
Pan de Vitray zwrócił się w stronę morza, jak gdyby tego nie słyszał, a w rzeczywistości dla ukrycia nagłego wzruszenia, jakiego doznał wskutek słów starego dróżnika.
Poczciwiec wygłosił brutalnie swoje przekonanie, ani przypuszczając, aby mógł niemi dotknąć admirała. To też zobaczywszy, iż przy gawędzie zagasła mu fajka, usiadł na stosie kamieni i skrzesił krzemień, aby ją napowrót zapalić, mówiąc dalej:
— Za pozwoleniem pana admirała.
Pan de Vitray odwrócił się.
— Jak się nazywacie? — zapytał.
— Béliere, do usług pańskich, ojciec Béliere ze wsi d’Henneville, którą tu widać niedaleko.
— Komendant Duperré i Verdier są to moi koledzy i pomówię z nimi o twoich chłopcach, a ty mój poczciwy stary nie omyliłeś się w swych domniemaniach. Jestem admirałem de Vitray, lecz na dzisiaj o tem sza... Życzę sobie, aby moja bytność w Cherbourgu nie była zauważoną... mam do tego pewne ważne powody. Powiedz mi teraz, gdzie jest ów domek, o który się pytałem?
— Z tyłu za panem, panie admirale.
Pan do Vitray mówił teraz zwięźle ostrzejszym tonem. To też dróżnik mimowoli zdjął kapelusz z głowy, a fajkę wyjął z ust.
— No, włóż kapelusz, mój przyjacielu — zaczął admirał łagodniej. — Więc to naprawdę jest ten domek?
— Naprawdę, panie admirale.
Hrabia patrzył ze wzruszeniem na ubogą strzechę, otoczoną morzem zieleni, zauważywszy ze ściśniętem sercem, iż musiał oddawna nikt tutaj nie zamieszkiwać. Bluszcze i powoje okrywały dach i okna, otaczały stary komin umieszczony w szczycie, a wokoło bujna trawa i zielsko wszechwładnie panowały.
— Czy dawno jak mieszkasz w tej okolicy? — zapytał hrabia.
— Szesnaście lat, panie admirale. Przedtem byłem ogrodnikiem w Bayeux.
— I przez ten cały czas pracowałeś na tej szosie?
— Tak jest.
— A więc musiałeś znać mieszkańców tego domku?
— Jakich, panie admirale? Tych, co tu mieszkali przed dwoma czy trzema laty.
— Bezwątpienia.
— Któż to był?
— Same kobiety.
— Jak się nazywały?
— Zaraz... była matka i dwie córki... matkę nazywano...
Dróżnik zdawał się szukać w pamięci.
— Czy nie Yaudet? — zapytał pan de Vitray.
— Rzeczywiście.
— A nie pamiętasz imienia?
— Nie, nie słyszałem, aby przedemną wymówiono kiedy jej imię.
— Perina? zapytał hrabia.
Dróżnik zrobił głową ruch przeczący.
— Tego nie umiem powiedzieć... może być... a przy tem trzeba dodać, że biedna kobieta była obłąkaną...
— Obłąkaną!
— Tak... lecz spokojna cicha... nikomu krzywdy by nie zrobiła... Całe dnie siadywała przed domem w małym ogródku, śpiewając piosenki, których co prawda nie można było zrozumieć.
— Dla czego?
— Podobno śpiewała bretońskie piosenki.
Pan de Vitray odetchnął głęboko.
— Czy wiesz, zkąd one tu przybyły? zapytał podwajając uwagę.
— Coś słyszałem, iż przybyły one z Jersey, lecz na pewno mówić tego niemogę... nie lubię się mieszać w cudze sprawy...
— Mówiłeś, iż miała dwie córki?
— Tak, dwie, jedna śliczna mała, miała zapewno ze dwa lata, kiedy przybyły do du Mesnil... o tem naprzykład zaręczyć mogę... gdyż widziałem na własne oczy!
— A druga?
— Poczciwa dusza, panie admirale...
— W jakim była wieku?
— Ze dwanaście lat zaledwie... lecz duża, silna, pracowita jak mrówka... a przy tem piękna!... tak naprawdę, śliczna dziewczyna panie admirale!
— Czy długo tutaj mieszkały?
Dróżnik zaczął liczyć na palcach.
— Około sześciu lat, chyba.
— A gdzież są obecnie?
— Otóż to, ani widu, ani słychu o nich nie ma tutaj! Klatka stoi, lecz ptaszki pofrunęły daleko, co wielka szkoda! Przyzwyczaiłem się widzieć je choć zdaleka. Starsza z dziewcząt była gospodynią. Opiekowała się matką, wychowywała małą i znajdowała jeszcze dosyć czasu, aby biedz na kilka godzin do klasztoru...
— Jakiego klasztoru?
— Białych dam, tam w tym długim murowanym budynku, co go widać na wyniosłości...
— Co ona tam robiła?
— Dawała lekcje języka angielskiego wychowankom klasztornym...
Tu stary zaczął się rozpływać nad młodą dziewczyną.
— Trzeba wiedzieć, panie admirale, że panna Joanna...
— Jak mówisz?...
— Panna Joanna — było to jej imię — była przedmiotem uwielbienia dla wszystkich, co ją znali... nawet mój Antoni, mechanik na „Vaubanie“ zawrócił sobie głowę... i chciał się z nią ożenić... tylko sądził, żeby go zapewne nie chciała... Jakiś czas nie wiedział, co ma robić, nareszcie nastąpił czas odjazdu i to powiedział do mnie: „nie, zanadto jest piękną, aby zostać żoną ubogiego marynarza“... Biedaczysko żałował bardzo i był smutny, chociaż gdyby go chciała, byłby wystąpił ze służby... co znów też by szkoda było z powodu emerytury, a ma już trzynaście lat za sobą ciężkiego zawodu...
— Zatem opuściła to miejsce?
— Od półtora roku.
— Dla czego?
— Ha; tego mi nie wyjawiła, panie admirale.
— Lecz jak sam sądzisz?
— Ostatniemi czasy była bardzo smutna i sama mówiła do mnie: „Musze ztąd wyjechać, mój Szymonie, jestem już duża... poszukam sobie jakiego zajęcia“... A kiedy się pytałem czy im nie idzie, odpowiedziała: „Nie bardzo, bo matka jest chora“... Spodziewano się, że to przejdzie, tymczasem złe ciągle trwa. Jednakże, stary poskrobał się w głowę, zawsze, o ile mogę sądzić, to bieda im dokuczała! Biedactwo chciało szukać zajęcia... i tutaj mogłaby była znaleźć coś dla siebie, lecz ze starą i małą siostrą nie łatwo mogła się pomieścić.
— Czy kto inny mógłby mnie objaśnić, co się z nią stało?
— Ojciec Béliere potrząsnął głową, odrzekłszy:
— To bardzo wątpliwe. Wiele osób z Cherbourga przychodziło się pytać, gdzie wyjechały... a szczególniej jeden młody piękny pan, co byłby się z nią ożenił... i to zaledwie ją widząc kilka razy...
— A więc?
— I nie było sposobu!... nikt jej adresu wskazać nie umiał.
— A!
— Do mnie mówiła, odjeżdżając: — „Mój Szymonie, odjeżdżam do Paryża!... bo muszę.“ — Płakało biedactwo okrutnie... Akurat temu dwa lata, podczas najpiękniejszej pory, kiedy tu było zielono i kwiatów pełno... Od tej pory nie słyszałem o niej więcej...
— A listów też nie było?
— Żadnych. Co zaś do domku, to można go zwiedzić, od tej pory niczyja noga tam nie postała.
Admirał wyjął kilka luidorów.
Dróżnik cofnął się, mówiąc:
— O! panie admirale!
Pan de Vitray schował napowrót pieniądze i odwrócił się, pilnie przypatrując się domkowi.
Był on opuszczony, jak i ta, która go zamieszkiwała.
— Osiemnaście miesięcy! — szepnął — Perina obłąkana, i bez chleba tych troje istot... Gdzie ich szukać?...
Wyjął z kieszeni ubrania srebrną papierośnicę ze złotemi kantami, oznaczoną jego literami i odezwał się do starego:
— Macie to na pamiątkę naszej znajomości... O chłopakach waszych nie zapomnę... Proszę cię, rozpytuj się tu w okolicy o tych trzech nieszczęśliwych kobietach, a gdybyś miał co nowego... to przyślij do mnie list... do admirała de Vitray w ministerjum marynarki... Czy będziesz pamiętał?
— Nie zapomnę, panie admirale.
— Bądź zdrów!
Wyciągnął dłoń ku niemu, którą wzruszony dróżnik z uniesieniem uścisnął.
Pan de Vitray szybko się oddalił, rzuciwszy ostatnie spojrzenie na opuszczone schronienie.
Najczarniejsze myśli zaczęły jego umysł opanowywać.
Tutaj żyła i cierpiała jego ofiara i tutaj miał nadzieję, że ją odnajdzie, tymczasem jego nadzieja się rozbiła.
Trzy dni upłynęły od czasu bytności pana de Vitray w du Mesnil.
Ostatnie promienie zachodzącego słońca zniknęły po za lasem de Rocquencourt.
Zmrok zapadał po nad wioskami: Ville d’Avray Garche, Vaucresson, zasianemi willami i pałacami, ciągnącemi się pomiędzy Sevres, Marly i Wersalem.
W czasie, kiedy admirał robił poszukiwania w Cherbourgu, Rodriguez szukał schronienia dla tej, którą chciał uczynić swoją kochanką.
Dzieło jego nie było trudnem, okolice Paryża obfitują w prześliczne domki, cieniste, ukryte pomiędzy drzewami, okolone małemi parkami, wyciętemi z dawnych lasów królewskich.
Po kilku godzinnym spacerze, na drodze prowadzącej do Chesnay, młody człowiek z łatwością odkrył to, czego szukał.
W pewnej odległości od drogi Saint Cloud de Rocquencourt, mniej więcej na połowie drogi pomiędzy Vaucresson i Chesnay, można dziś jeszcze zauważyć na rogu małej ulicy, jeżeli można tak nazywać małą błotnistą drogę, bramę okratowaną żelazną, osadzoną w dwa murowane słupy, okryte zielenią.
Pod gzemsem jednego z filarów, na małej marmurowej tablicy jest wyryty złotemi literami napis: „Willa Zuzanny“.
Z bramy wchodzi się do dużego ogrodu, otoczonego ze wszystkich stron murem sąsiednich posiadłości, ukrytych po za drzewami. W nocy ogród ten wydaje się prawdziwym lasem.
Było około dziewiątej wieczorem, kiedy jakiś powóz zatrzymał się przed bramą.
Był to jeden z owych żółtych fiakrów, zaprzężonych w chude szkapy, zwykle używanych do przewożenia podróżnych rzeczy na stacje drogi żelaznej. Kilka pakunków leżało na wierzchniej galeryjce, a wysoki szczupły młodzieniec, z podniesionym kołnierzem u paltota, siedział na koźle obok woźnicy.
— Czy to tu obywatelu? — zapytał człowiek w białym kapeluszu swego młodego towarzysza.
— Tak, tutaj.
— Dobry kurs z Ternes!
— Najwyżej trzy mile!
Z pewnością nie było więcej. Spodziewano się zapewne gości, gdyż brama natychmiast się otworzyła po ich przybyciu i stara, po wiejsku ubrana kobieta, ukazała się uzbrojona w latarnię. W dali błyszczało światło w oknach domu, ukrytego po za gałęziami drzew.
Młody człowiek szybko zeskoczył, otwierając drzwiczki powozu, w którym znajdowały się trzy kobiety.
— Joanno — odezwał się młodzieniec, — jesteś u siebie.
A po cichu dodał:
— Dom ten wynająłem na cały sezon ze wszystkiemi meblami. Żona ogrodnika będzie pełniła przy was obowiązki służącej. Są to uczciwi ludzie i możesz się niczego nie obawiać.
Podał jej rękę do pomocy, aby wysiadła. Za chwilę oboje znaleźli się w ciemnym ogrodzie a idąc ku domowi, Jan mówił:
— Chcę cię sam po twem nowem królestwie oprowadzić i pokazać wszystko. Miałem prawdziwą rozkosz, aby sam ci usłać to gniazdko. Na niczem zbywać ci nie będzie. Zdawszy ci wszystko w porządku, natychmiast sam odejdę.
Za nimi w milczeniu postępowała mała Marja, trzymając za rękę matkę, obojętnie patrzącą na to, co się około niej działo.
Dom ten obszerny, położony w głębi parku, w niedalekiej odległości od drogi, nie przedstawiał nic osobliwego.
Jest on podobny do tysiąca innych, zamieszkałych podczas lata przez średnio zamożnych kapitalistów. Jednakże zewsząd wyzierał dobry gust i staranie ręki kobiecej.
Kretonowe obicia miały wiele wdzięku, meble w dobrym stanie starannie utrzymane, podłogi lśniące czystością, a sprzęty i wszelkie naczynia domowe skromne lecz eleganckie.
W oddaleniu od bramy na lewo, w rogu sąsiednich murów, było pomieszczenie dla ogrodnika. Z tyłu domu małe drzwiczki wychodziły na inną drogę.
Dom był zbudowany w kształcie długiego czworoboku. Jan przeszedł całą długość jedynego piętra, aby pokazać Joannie pokój, przeznaczony dla chorej i małej Marji, a w przeciwległym jego końcu znajdował się apartament młodej dziewczyny. Drzwi z korytarza otwierają się wprost do obszernej komnaty prześlicznie umeblowanej. Pokój cały obity był jedwabną niebieską materją z nizkiem szerokiem łóżkiem, ukrytem po za firankami tego samego koloru co i obicia, miękki dywan, zaścielający pokój, głuszył odgłos kroków, a w końcowej ścianie olbrzymie okno wychodziło na żelazny balkon.
— Gniazdko to nie ja zrobiłem, szepnął Rodriguez do ucha zdumionej dziewczynie.
Co prawda znał on przeszłą lokatorkę, która kilka miesięcy temu opuściła mieszkanie w skutek tragicznego zajścia, lecz naturalnie iż o tem nie wspomniał ani słowa, mówiąc dalej:
— Ogrodnik i jego żona są przekonani, żeście się tu schroniły z powodu zdrowia twojej matki, potrzebującej wiejskiej ciszy. Widzisz zatem, iż przyzwoitość wszelka jest zachowaną. A teraz pozostawiam cię samą i żegnam cię.
Podszedł do niewielkiego biurka, stojącego pomiędzy dwoma oknami i otworzył środkową szufladę.
Na niebieskim pluszu leżały trzy rulony złota i list otwarty.
— Złoto, które widzisz, jest darem przyjaciela dla przyjaciółki z lat dziecinnych. A list ten, proszę cię, Joanno, abyś go przeczytała, jak mnie tu już nie będzie.
Joanna słuchała słów tych ze ściśniętem sercem. Jej dziewicza duma odezwała się, lecz zaledwie słabem echem, stłumiona delikatnem obejściem się młodego człowieka.
— Tak, przeczytam, — odparła poważnie, spuszczając oczy. — Jednak przyjmować nie powinnam...
— Cóżby się z wami stało, Joanno?
— Niestety!
— Pomyśl tylko, gdziebyś zaszła, gdybym cię nie był spotkał?
Milczała, widziała, iż miał słuszność. Była w położeniu bez wyjścia... i to, co ją spotykało, było niespodziewanem szczęściem!
Czyż mogła zatem odepchnąć wyciągnięta ku niej rękę, której pomocy tyle potrzebowała! Zostawić w nędzy tych dwoje niedołężnych istot!
Zresztą głos jej młodego wybawcy i przyjaciela brzmiał jej w uszach jak najrozkoszniejsza muzyka... była mu nieograniczenie wdzięczną za tyle starania i czułej opieki, która tembardziej uwydatniała się po przejściach i zawodach okrutnych, jakie przeszła. To też wskazawszy jeszcze raz na list leżący, powtórzyła tym samym głosem:
— Przyrzekam ci, że natychmiast przeczytam, to jest jak tylko pozostanę samą...
Młody człowiek uścisnął jej ręce w milczeniu.
Ogrodnik zniósł rzeczy nowych lokatorów i żółta karetka odjechała wolnym truchtem do Paryża.
Joanna odprowadziła młodego człowieka do bramy i żegnając go, zapytała:
— Odchodzisz?
— Muszę.
— Pozwól, abym ci podziękowała... Jesteś za dobrym dla mnie...
— Dobrym nie jestem, lecz, kocham cię!...
— Nie mów tego. Jakże powrócisz o tej porze do Paryża?
Zdaleka dochodził świst lokomotywy, idącej na linji Paryża i Marly.
— Niedaleko ztąd jest stacja kolei zdążę więc na pociąg!
— Żegnam cię zatem!
Gdyby nie ciemność nocy, zobaczyłaby, jak z uśmiechem odpowiedział:
— O, nie do widzenia!
Za chwilę się rozstali.
Młoda dziewczyna słuchała oddalających się kroków po twardej drodze, podczas kiedy sama powracała ku domowi.
Ogrodniczka przygotowała na stole kolację z zimnego mięsa, chleba i wina.
— Sądzę, iż będzie tu państwu bardzo dobrze... — odezwała się do młodej dziewczyny. — Zobaczy panienka, jak tu pięknie!...
Niezadługo Joanna pozostała sama z matką i siostrą.
Dopiero teraz mogła w całej pełni odczuć różnicę spokoju i ciszy, w porównaniu z jaskinią w Carrierach, miłą elegancję i wygodę, która ją otaczała, zamiast brudów i nędzy, co świeciła z każdego kąta.
Widok i zapach kwiatów upajał ją! Tyle złota było w jej posiadaniu! Zdawało się to prędzej opowieścią z bajki, niż rzeczywistością, której się dotykała. Chwilami sądziła, iż długie cierpienie pozbawiło ją zmysłów i karmiło złudnemi obrazami. Poczuwszy dwoje ramion okalających jej szyję, obudziła się z zadumania.
— Gdzie jesteśmy? — zapytało dziecko, a widząc, iż Joanna milczy, powtórzyło:
— Gdzie jesteśmy? powiedz siostrzyczko... Żebyś wiedziała jak tu pięknie! Jak dobrze! Jakbym chciała, abyśmy tu pozostały na zawsze...
A więc tak! Pozostaną, a ona poświęci się dla nich, dla ich szczęścia, dla szczęścia jedynych istot, które kochała na świecie.
Dziecko patrzyło na nią z niepokojem.
Joanna była zmienioną do niepoznania i śliczną w swej eleganckiej sukience.
I ona z uniesieniem ucałowała małą mówiąc:
— Tak, tak, nie bój się pozostaniesz tu na długo!
Około dziesiątej matka i córka usypiały pod białemi firankami, uśmiechnięte szczęśliwe... a Joanna stojąc w pośrodku pokoju, słuchała z melancholijnym uśmiechem zawsze jednakowego szeptu obłąkanej; Joanna... La Roche... Morgat... Vitray..., rzucającej w tych wyrazach ostatnie błyski swej inteligencji.
Następnie zapanowała zupełna cisza, przerywana równym oddechem śpiących.
Wtedy Joanna zbliżyła się po cichu do łóżeczka małej, ucałowała jej jasne włoski, podeszła do chorej matki, a przekonawszy się, iż śpi spokojnie, odeszła do siebie.
Biurko stało otwarte i pierwszym przedmiotem, który ją uderzył, był list Jana.
— Co on mógł pisać?...
Z bijącem sercem wzięła papier do ręki. Przyszłość jej była w nim zawartą.
Zbliżyła się do światła, czytając następujące słowa:
„Nie możesz odgadnąć, ile byłem wzruszony naszem przypadkowem spotkaniem.
„Sam na świecie, odepchnięty przez ojca, którego nawet nie znam, dziecię nieszczęśliwej matki, co sobie odebrała życie w kilka dni po mojem urodzeniu, bez przyjaciół, majątku, imienia i żadnej podpory, tak bardzo potrzebnej w życiu, jak sama mogłaś się przekonać o tem, przecierpiawszy tyle, myślałem bez przerwy o tobie, jako o moim ideale, pięknej, młodej, silnej, odważnej, słowem takiej, jakąbym chciał mieć za towarzyszkę mego życia, wyśnioną w mych marzeniach.
„Nareszcie ujrzałem cię znowu!
„Los twój podobny jest do mojego, zatem i przeznaczenie nasze musi być wspólne.
„Byłbym nieszczęśliwym, gdybym cię znalazł zgubioną, szczęściem spotkałem cię w samą porę.
„Nie narzucam ci mego uczucia, wstydziłbym się, gdybym je miał zawdzięczać twojej nędzy.
„Jesteś wolną i od ciebie samej chcę otrzymać moje szczęście.
„Zaślubiłbym cię wobec ludzi, gdyby nie dziwne położenie, w jakiem jesteśmy oboje. Dwoje podrzutków! Po co światu ogłaszać nasze nieszczęście. Niczego nie doznaliśmy od świata i jemu też nic nie jesteśmy dłużni.
„Wszystko, co mogę ci powiedzieć, zawiera się w tych słowach: kocham cię namiętnie i bezpodzielnie, wszystko co moje należy do ciebie i nie potrafiłbym pokochać kiedykolwiek innej.
„Należę do ciebie duszą i ciałem. Jeżeli nie zechcesz mnie ukochać, niechże choć bratem twoim pozostanę. Przejdę tysiączne męki, lecz przynajmniej będę wiedział, żeś otoczona mojem staraniem i opieką.
„Zresztą tyle słów jest niepotrzebnych! Kocham cię! to słowo zawiera wszystko!
„Pozostawiam cię panią naszej przyszłości. Cokolwiek bądź postanowisz, przyjdę tylko wtedy, kiedy mnie do siebie zawezwiesz.
„Aż do tej chwili honor nie pozwala mi przestąpić progu twego domu.
Joanna list ten po dwakroć odczytała. Następnie czas jakiś stała zadumana w oknie.
Wschodzący księżyc rzucał srebrne blaski na kwiaty ogrodu. W oddaleniu ginęła we mgle dolina, podobna do obszaru wód morskich.
Żadnego głosu lub turkotu powozu słychać nie było, nawet ptaki milczały w gęstwinach. Zaledwie zdaleka dochodził głuchy odgłos przedmiejskich pociągów.
Przed oczyma młodej dziewczyny trawniki małego parku, napojone rosą, zdawały się utkanym perłami kobiercem. I pokój ten i cisza sprowadziły ukojenie do jej duszy, dozwalając z mniejszą obawą patrzeć w przyszłość.
Była kochaną! Zatem miała przyjaciela i podporę w ciężkich chwilach. Prawda, i spotkali się w strasznych okolicznościach, prawda, iż nigdy ich związek nie będzie uprawnionym! Lecz czy ona miała prawo wyboru, ona, sierota bez imienia, pozbawiona wszelkich praw?
Oh! jakże w tej chwili nienawidziła tych, co ją tak sromotnie opuścili... przeklinała własnych rodziców... a w szczególności matkę... za taki brak serca.
dla siebie! Dla czego ją odepchnęła od swego boku... dla czego nie wychowała sama?..
Zdawało jej się niepodobieństwem, żeby można opuścić własne dzieci, dać sobie wydrzeć ukochane istoty... chyba z życiem!.. A wtedy Joanna, opanowana myślą, iż matka jej nie żyje, zalewała się łzami, błagając przebaczenia za swe niebaczne słowa...
Rozmyślając dalej, przyszła do przekonania, iż nie ma powodu niedowierzać Janowi, który dotąd był jej dobrym duchem, co z czarnej otchłani nędzy przeniósł ją do tego zaczarowanego ogrodu, zatrzymał nad przepaścią... Przysięgę, zostawioną jej w liście, uważała za świętą i swoją też wykonała, biorąc za świadka gwiazdami usłane niebo.
Przysięgła, iż kochać będzie wspaniałomyślnego młodzieńca, choćby przez samą wdzięczność, lecz sama uśmiechała się, wymawiając te słowa. Rzeczywiście mieściło się zupełnie inne uczucie w głębi jej serca, co łatwo było odgadnąć po wzruszeniu jakiego doznała, odczytawszy ten list tak pełny szczerego uczucia, żałując, iż Rodriguez nie był w tej chwili przy niej, aby mu to wypowiedzieć mogła.
W rzeczywistości list ten zdobył ją ostatecznie, rozbijając ostatnie skrupuły!
Podeszła na środek pokoju i cała zajęta myślą o nim, zaczęła powoli się rozbierać, szczęśliwa tym razem ze swej piękności dla niego, następnie jeszcze raz przeczytała namiętne wyznanie, wzięła pióro i na arkuszu woniejącym, pewną ręką skreśliła następujące słowa:
Przyjdź, kiedy zechcesz! Ja także kocham ciebie!
W tej samej chwili usłyszała chrzęst drzwiczek, zamykających się w ogrodzie i ciche kroki rozległy się na schodach.
Zadrżała ze wzruszenia!... Zrozumiała!...
Na szelest podnoszącej się portjery, obejrzała się.
We drzwiach, z pałającym wzrokiem, stał Rodriguez, a raczej Jan-Maurycy.
Wyciągnęła rękę, ukazując mu papier ze słowami, do niego przeznaczonemi, z niezaschniętym jeszcze atramentem.
Młody człowiek spojrzał, podbiegł ku niej i uchwycił w ramiona, okrywając namiętnemi pocałunkami.
Od tej chwili została jego kochanką, należała do niego.
Przeznaczenie połączyło ich.
Anglicy są bez zaprzeczenia potężnym narodem, a handlowe stosunki ich kraju rozległe są na całym świecie.
Przestrzeń Anglji rozpościera się ponad kopalniami węgla, którym zalewa starą Europę, wysyłając corocznie niezliczoną ilość statków żaglowych i parowych, napełnionych nietylko węglem, lecz również materjałami bawełnianemi, suknami, nożami stalowemi, igłami, rybami wędzonemi i mnóstwem innych, nie licząc już żokei i cyrkowych błaznów, którzy także stanowią specjalność tego kraju, co zresztą jest bardzo uczciwym sposobem zamiany rubli, dukatów, luidorów lub piastrów na funty szterlingi.
Pierwsi dosiadają czystej krwi wierzchowców z niezrównaną zręcznością, a koziołki i piruety drugich znane są we wszystkich cyrkach na świecie. Lecz największym tryumfem zdradliwego Albjonu są złodzieje, którym nikt sprostać nie może.
Złodziej angielski przebywa w tłumie jak ryba w wodzie lub ptak w powietrzu, wciska się jak piskorz pomiędzy najwięcej zbity tłum, szydząc ze znaków ostrzegających, rozwieszonych co kilka kroków na stacjach kąpielowych:
Z czelnością kradną właśnie w tej samej chwili, kiedy odczytują ów napis, choćby chustkę z kieszeni, dla pokazania zręczności. Lecz cóż może zrobić pojedyńczo działający złodziej, operując gdzie się uda, po sklepach, omnibusach, magazynach, wszędzie gdzie się tłum zbiera, mając zawsze stracha, aby nie być za rękę ujętym i osadzonym w kozie.
Rzeczywiście, taki niewiele może zarobić, co najwyżej na uczciwy spokój na stare lata.
I tutaj idzie się za postępem czasu, za zbiorowemi siłami. Jednostka ginie, a przemysł tworzy olbrzymie towarzystwa związkowe.
Anglicy robią zwykle wszystkie interesy na wielką skalę i nie siedzą na miejscu, jak ślimak w skorupie. Zwracają uwagę na świat cały i umieją go wyzyskiwać.
Kilkanaście lat temu pewien faktor bez klijentów powziął genjalną myśl. Mówimy zupełnie serjo. A co więcej, zakład, o którym chcemy mówić, istnieje i czynnym jest, a nawet ma swoje filje, tak dobrze jak pierwszorzędny dom bankowy, a w Londynie pierwszy lepszy przechodzień wskaże z łatwościa, na której ulicy się znajduje.
Pomysłowy faktor osądził, iż pomimo to, że już wszystkie gałęzie handlu są prowadzone, pozostała jednak jeszcze jedna, najważniejsza część przemysłu brytańskiego, zupełnie nie tknięta i czekająca aby ją zorganizować.
Wtedy postarał się o kapitalistę bez przesądów i z niewielkim trudem takowego wynalazł.
Owym kapitalistą był Burlett, a prowadzącym interes Templeton. Sporządzili formalny akt spółki i sławny „Burlett, Templeton et Comp.“ powstał w ten sposób.
W rzeczywistości oprócz wyżej wymienionych nie należy nikt więcej do spółki i to najzupełniej wystarcza.
Templeton zajmuje się i prowadzi sam wszystkie interesa. Burlett zawiaduje kassą, która nic nie pozostawia do życzenia i cieszy się poważnym kredytem w Londynie.
Obadwaj sprzymierzeńcy są równej sobie wartości i działają z wszelką pewnością pod pobłażliwem okiem policji.
Przedmiot ich handlu jest rozległy i nieokreślony: dom bankierski, sprzedaż drogich kamieni, oraz wszelkie zakupy i wysyłki uskuteczniają się za pośrednictwem ich kantora. Lecz wogólności wywóz ogranicza się na przesłaniu na stały ląd bandy kieszonkowych złodziei i bandytów najgorszego rodzaju, o poważnych i szanownych fizjognomjach, wzbudzających zupełne zaufanie.
Drobnostkami nie zajmują się wcale, ale jeżeli stanie się głośny wypadek okradzenia kasy jakiego banku, magazynu lub podróżnej torby z kosztownościami, słowem rabunku na wielką skalę i z nadzwyczajną zręcznością, można napewno twierdzić, iż panowie Burlett, Templeton et Comp. musieli do tego rękę przyłożyć.
Ważny szczegół.
W otwartem biurze podejmują się za pewną umówioną sumę odnalezienia wartościowych papierów. Jest to interes przynoszący im największe korzyści, jak o tem możemy się przekonać. Oprócz tego jeszcze jeden szczegół ważny. Oto mieszkańcy Londynu, z lordem majorem na czele, spać mogą spokojnie i nie obawiać się tej zatrważającej instytucji. Lis nigdy nie poluje w swojej norze, a dwaj sprzymierzeńcy przeszli wszystkich lisów całego świata. Więc też po za obrębem Anglji świat cały do nich należy, a szczególniej Francja.
Względem starej nieprzyjaciółki pozwalają sobie wszystkiego.
Nie mamy potrzeby dodawać, iż proceder ich przynosi im wielkie korzyści, każąc chwilowo zwątpić o sprawiedliwości Bożej. Rodacy kłaniają im się nizko, a niejeden uczciwy ojciec rodziny zazdrości im po cichu szczęścia. W dodatku, sława ich, owianą jest pewną tajemniczością i cieniem.
Przypadek zbliżył do nich Piotra Brecheux, skromnego komisanta w Belgrave square i od tej chwili zaczyna się epoka względnej zamożności dawnego nauczyciela. Do tej pory wszelkie próby zdobycia fortuny nie udawały, mu się, pomimo gorącej chęci zostania, bogatym, a przez to silnym. Mówiliśmy o względnym dostatku dla tego, iż panowie Burlett Templeton et Comp. ciągną zyski, jak tylko mogą dla siebie samych, pozostawiając bardzo małe okruchy dla swych podwładnych.
Ukryta armja, którą utrzymują tajemnie, żyje sobie doskonale po wszelkiego rodzaju knajpach w City, objada się szynką, opija piwem, porterem i wódką, słowem używa rozkoszy jakiej sobie pozwolić może każdy przeciętny anglik w wesołym Londynie, lecz nigdy nie dojdzie do majątku, goniąc zawsze za groszem.
Są to prości żołnierze, którzy tylko w razie walnej bitwy otrzymują nadzwyczajną płacę.
Jednakże Piotr Brecheux dosłużył się szybko stopnia majora. Stary Templeton miał dobre oko i poznał się na nim w krótkim czasie, doskonale poznawszy znakomity materiał w tym zawiędłym małym człowieczku, wyrafinowanym, przebiegłym, a przytem zgoryczałym przez nędzę życia i gotowym na wszystko, aby tylko dostąpić wyżyn, dościgłych jedynie przez majątek.
Słowem, godni wspólnicy zaszczycili Piotra swem zaufaniem, plany robione przez starego nauczyciela zwykle się podobały, a co najważniejsza, iż się udawały zawsze, przynosząc niezaprzeczone korzyści.
Z Piotrem każda kampanja z góry liczyła się za wygraną, a ztąd względy, któremi się cieszył w tej poważnej instytucji.
Pewnego dnia ex-faktor zajęty był w biurze pierwszego piętra wspaniałej kamienicy na rogu ulic Oxford street i Charing Cross.
Dom ten jest największym w tej części miasta, to znaczy wiele, gdyż Oxford street i Charing Cross równają się naszym bulwarom, wyjąwszy panującego tu życia i wesołości.
Budynek ten stanowi trzypiętrowy czworobok, wzniesiony jak forteca i poprzerzynany szerokiemi oknami.
Nad wchodowemi drzwiami widać napis, wyryty złotemi literami:
„Burlett, Templeton, et Comp“. a pod spodem:
„Wymiana. Dom komisowy i ekspertacyjny“.
Jest to krótko i zwięźle, lecz zupełnie wystarczająco gdyż Burlett, Templeton et Comp. znani są w całym Londynie tak dobrze, jak u nas Louvre lub Bon Marché.
Tylko na zapytanie, jakim właściwie handlem zajmują się ci panowie, niktby dokładnie nie umiał odpowiedzieć, chociaż każdy doskonale pojmuje, o co właściwie chodzi.
Ponieważ są to sprawy, co nie przynoszą wielkiego zaszczytu poddanym angielskim, więc też się o nich niechetnie mówi.
Biuro na dole urządzone jest z wielkim komfortem, a panowie urzędnicy o poważnej minie, starannie ubrani, z piórem po za uchem, robią dostatnie i przyjemne wrażenie.
Tej świątyni bez Boga, mającej za swe przykazanie zysk jedynie, trzeba oddać jednak tę sprawiedliwość, iż wszystko tu było prowadzone wzorowo i ze zrozumieniem właściwem rozległego handlu.
Każda specjalność ma swoje odrębne biuro, tak iż spokojny obywatel może tutaj załatwiać swoje pieniężne interesy bez obawy, iż go oszukać mogą.
Olbrzymie mocne szafy, o wielkich kryształowych szybach, strzegą skarbów, złożonych z nieprzeliczonej massy brylantów, szafirów, szmaragdów, topazów i rubinów.
Burlett i Templeton mogliby zaopatrzyć co najmniej dwudziestu pięciu jubilerów londyńskich i jeszcze pozostałoby im dosyć dla siebie.
Brakowało im tylko innego rodzaju klejnotów, które mogłyby zdradzić swe pochodzenie. Rosen nadawał się znakomicie do ich specjalności.
W całym domu panuje najzupełniejsza cisza, urzędnicy przesuwają się milczący jak w kościele.
Przed wysokiemi biurkami rachmistrze sumują cyfry, szybko kreśląc po papierze, podczas kiedy z po za zielonych sukiennych firanek dolatuje brzęk złota i szelest leciuchny gniecionego papieru.
To kassa, gdzie króluje sam Burlett! Jest ona doskonale naładowaną i panowie wspólnicy nie oddaliby jej nawet za bardzo wielką ilość funtów szterlingów. Są to poważni kapitaliści, których proste słowo cenione jest na wagę złota.
Od czasu do czasu ukazuję się klijent domu, pytając dyskretnym głosem pana Burlett’a lub Templeton’a i znika natychmiast w korytarzu prowadzącym do gabinetu naczelnika domu.
Co prawda, gdyby się bliżej przypatrzeć panom klijentom, miny ich nie wzbudzają zaufania za to ubrani są starannie. Szczęściem iż sama powaga miejsca, w którem się znajdują, broni od wszelkiej złej myśli co do ich osoby, a w gęstej czarnej mgle londyńskiej trudno odróżnić złoczyńców od uczciwych ludzi.
Dziesiąta godzina rano, biła właśnie na wielkim zegarze British Museum, kiedy przed domem Burlett, Templeton et Comp. zatrzymała się parokonna karetka i wysiadł z niej przyzwoicie ubrany niemłody mężczyzna, odziany w kostjum podróżny i mały okrągły filcowy kapelusz.
Wszedł on do sklepu, pytając:
— Pan Templeton u siebie?
Widocznie powiedział to tylko dla formy, gdyż nie czekając odpowiedzi, zagłębił się w ciemnym kurytarzu, wszedł na kręcone schody i dostawszy się znów do drugiego kurytarza, zatrzymał się przed drzwiami, obitemi zieloną skórą, do których również trudno się dostać, jak do drzwi redaktorów „Timesa“ lub „Standarda“, nababów, co umieją się zasłonić przed nieproszonymi gośćmi.
Tu zatrzymał się przez chwilę i zadzwonił.
Natychmiast drzwi się otworzyły, jak gdyby za dotknięciem różczki czarodziejskiej i nasz nieznajomy znalazł się w obszernym salonie, bogato umeblowanym, lecz z tym odcieniem powagi, która cechowała dom cały.
Na jego widok sześćdziesięcioletni gentleman, dobrej tuszy, biały, rumiany, jak prawdziwy Anglik, karmiony doskonałym roastbeefs’em, zakropionym porterem, powstał z krzesła uśmiechnięty.
Czynił on jeszcze bardziej uroczyste wrażenie, niż wygląd całego domu. Ubrany był tak, jak się noszą pastorzy protestanccy i rzeczywiście trudno sobie wyobrazić więcej szanownego duchownego.
— To ty Brecheux! — zawołał uradowany. — No, siadaj! Bardzo jestem rad, że cię widzę!
A ponieważ rządził się maksymą, iż czas to pieniądz, jednocześnie zaczął mówić o interesie.
— Wyznaczyliście sprawę?
— Za tydzień, panie Templeton.
— Doskonale. W zasadzie tak Burlett jak i ja, nie mamy upodobania do tego rodzaju operacji osobistych... robimy ją tylko ze względu na was...
— Mogę ręczyć, że korzystną będzie.
— Nie wątpię... Lecz co my tu robimy, nic... ograniczamy się na biernej roli kupujących, rezultat wykonanej operacji... Jest to proste, czyste, i śmiem powiedzieć, zupełnie legalne...
— Wiem o tem, panie Templeton.
— No, objaśnij mnie cokolwiek o tym Rosenie... Czy to żyd?
— Z Frankfurtu.
— Tęgi człowiek!... Pomyśl tylko, co za majątek potrafił zrobić! Co za czynność!... To genjalne prawie... Czy pewnym jesteś cyfry?...
— Najmniej trzy miljony w samych djamentach.
— To niedouwierzenia!... Oszacujemy je, jak się należy — i dostaniesz swoją część... Jak to już powiedziałem?...
— Czterdziesty procent!
— Jest to wiele, bardzo wiele, lecz słowa nie zmieniamy nigdy...
— Tak się należy!
— Tak nam uczciwość nakazuje! I to jest naszą siłą!
Prawy pan Templeton, cmoknął ustami z zadowolenia, to perspektywa trzech miljonów przyczyniła się do jego wesołego usposobienia.
Brecheux przeląkł się, ujrzawszy jego długie zęby, lecz bynajmniej nie utracił szacunku.
— Czy zawsze jesteś zadowolony z Willa? — zapytał po chwili.
— Zawsze.
— Dobry nabytek, God dam! On sam mógłby się podjąć sprawy z Rosenem...
— Będziemy go potrzebowali trochę później... dziś nienależy się kompromitować...
Pan Templeton dotknął się dzwonka i w ścianie ukryte drzwi uchyliły się, ukazując oblicze urzędnika, z włosami koloru sierści szakala.
— Uprzedź Toma Childs’a, aby był gotów na dziś wieczór — odezwał się łagodnie naczelnik.
Urzędnik skłonił się i zniknął.
— Tom Childs jest bardzo dystyngowanym, lecz rozrzutnym, — odezwał się Templeton. — Zawsze goły... nie obawia się najbardziej hazardownych operacji, jeżeli na końcu spodziewa się zobaczyć bilet pięciuset funtowy. Przytem silny jak słoń, a cichy jak baranek. Sądzę, że będziesz zadowolony. Czy Rosen jest wysoki?
— Wzrostu zwyczajnego.
— Silnie zbudowany?
— Średnio.
— Czy mieszka sam?
— Stary kawaler.
— Skąpy?
— Prawdziwy sknera.
— Jest to jedyny sposób, aby zostać bogatym. Kiedyż mam ci wysłać pomoc?
— Wieczorem dwudziestego czwartego.
— Albatros zawiezie go do Havru i przywiezie napowrót wraz ze zdobyczą. Można mu ją powierzyć bez obawy, jest to człowiek pewny, jak zresztą wszyscy nasi współpracownicy. Nieposzlakowana uczciwość jest naszą dewizą.
— Wspaniale, — potwierdził Brecheux.
— Zobopólne zaufanie, oto nasza siła!
— Czy się pan nie obawiasz jakiej niespodzianki, zdrady?
Templeton wzruszył ramionami.
— Nigdy.
— A jeżeliby który z pańskich... urzędników... był aresztowanym we Francji?
— Więc cóż z tego?
— Skazanym?
— I cóż jeszcze?
— Skazanym na galery?...
— Zawsze może liczyć na nas, że go potrafimy ocalić i wydobyć z kłopotu... Oto prawdziwa potęga jaką rozporządzamy.
Tu Templeton ukazał szlachetnym ruchem gruby kajecik z napisem: „Czeki“ i z uśmiechem pełnym sprawiedliwej pogody dodał:
— Tu leży klucz do sumienia ludzkiego i do celi więziennej... złoty klucz. I my go posiadamy!
— Amen! — szepnął Brecheux olśniony spokojem wytrawnego łotra.
— Mój drogi, — ciągnął dalej dawny faktor, życie to morze, na którem trzeba umieć kierować statkiem... W tym cała mądrość leży... A cóż słychać z tym drugim interesem?...
— Czy z małżeństwem?
— Tak, jakże tam rzeczy stoją?
Piotr Brecheux uśmiechnął się po cichu, złośliwie, jak chochlik, co ma urok rzucić.
— Idą, postępują, godny mistrzu! Juan jest wspaniałym młodzieńcem, któremu się nie oprze żadna kobieta, przytem wymowny jak pierwszy kochanek z Drury-Lone lub Covent-Garden. Nie znam równego mu do wyśpiewania czułej serenady dla ukochanej!
— Czy ta panna jest w nim zakochana?...
— Po uszy... Gołąbki zamienili już wyznania... Jest to wzruszająca idylla wielebny panie Templeton.
— Majątek duży?...
— W sperandzie przynajmniej dziesięć miljonów...
— A obecnie? — zapytał ze słodką powagą mistrz.
— Obecnie, to jest posag?... Bezwątpienia ze dwa...
— Na stół?
— To się rozumie i w papierach łatwych do zbycia.
— Kiedyż ostatecznie ułożycie się?
— Wkrótce.
— Dobrze. A radca nie podejrzewa?
— Nie. I zkądżeby mu przyszło podejrzenie? Juan Rodriguez wygląda na księcia i uchodzi za syna znakomitej rodziny co najmniej kilko miljonowego.
— Dzięki nam, — zauważył skromnie Templeton. — A po ślubie cóż myśli dalej robić? — Czy będzie mieszkał w Paryżu?
Brecheux zrobił ruch niepewności.
— W każdym razie — odpowiedział, — niezawodnie wypłaci wam połowę posagu, stosownie do umowy. Tylko, że nie kocha swej przyszłej.
— Czy jej co brakuje?
— Nie sądzę, przeciwnie jest zachwycającą nawet, lecz to niczego nie dowodzi...
Templeton zaczął się śmiać.
— Tak, tak, — zawołał — rozumiem, serce nie sługa, a Amor jest kapryśnym bożkiem.
I przybrawszy napowrót minę duchownego na kazalnicy mówił:
— Mamy do pana zupełne zaufanie, kochany panie Brecheux, a Burlett dziś rano mówił do mnie o panu bardzo pochlebnie, podobno jesteś pan z Normandji?
— Z czego dumny jestem, wielebny panie Templeton.
— Nie dawno Burllett mówił: „Ten normandczyk ma tęgą głowę.“ Jestem zupełnie tego samego zdania co i on, jesteś pan rzeczywiście nieocenionym człowiekiem. A jeżeli twój młody uczeń wycofa się z interesu, po zdobyciu majątku, dla pana zachowamy zawsze przyzwoite miejsce u nas.
— Jestem panu mocno obowiązany.
— Byliśmy zupełnie zadowoleni ze sprawy Rodrigueza.
— Przyniosła sporo! Tylko dla czego u djabła rezykował pan swój zysk grając na giełdzie... Co za myśl nieszczęśliwa... bez wielkiej sumy wprost niepodobna...
— Chciałem się wzbogacić...
— Zły interes! Lepiej robić poważne interesa. Pole jest obszerne.
Stary nauczyciel skorzystał z dobrego usposobienia patrona.
— Mam do pana małą prośbę, odezwał się grzecznie.
Po twarzy pana Templeton’a przeszła chmura, gdyż strzegł swoich skarbów pilnie. Lecz zastanowiwszy się przez chwilę, odpowiedział również grzecznie.
— Jestem na pańskie rozkazy. O cóż to chodzi?
— Mój wychowanek prowadzi życie na wielką stopę... musi się pokazać... pan rozumie.
— Tak, w kasie masz pan niewiele?
— Tak, niewiele już...
— Ile panu potrzeba?
— Choćby z tysiąc pięćset funtów.
— Do licha!
Templeton obrzucił normandczyka zimnym i przenikliwym wzrokiem.
— Jużeśmy nie mało włożyli w ten interes, kochany panie, — zauważył.
I pochylił się nad biurkiem, do telefonu.
— Proszę o rachunki B. B. P. — rozkazał.
Wyspiarze odznaczają się wielką pomysłowością. Za chwilkę słyszeć się dał szmer głuchy, powolny, ustał przed jedną z szuflad biurka i żądane papiery przybyły w doskonałym stanie.
— Oto są — odezwał się Templeton.
Włożył ciemne binokle na nos, które miały mu wzrok zasłaniać raczej, aniżeli dopomagać do widzenia, zaczął przeglądać notatki, mówiąc:
— Wziąłeś już pan czterdzieści trzy tysiące siedemset pięćdziesiąt franków, panie Brecheux.
— Wiem o tem.
— Nie licząc nieruchomości...
— Hotel w Paryżu i willa są warte to, cośmy za nie zapłacili.
— Być może, lecz dotąd mamy tylko obietnicę... Otóż obietnica to rzecz marna!
— Wiem o tem.
— Zatem potrzeba raz skończyć.
— Skończymy.
— Bez straty czasu!
— Tak — potwierdził Brecheux.
— Sprawa z Rosenem już dojrzała!
— I będzie załatwiona dwudziestego piątego bieżącego miesiąca.
Wielebny Templeton zajrzał do kalendarza.
— Dwudziesty piąty przypada w sobotę — dodał.
— Rzeczywiście.
— Jest to dzień bardzo blizki niedzieli, w którą powinniśmy uczciwie odpoczywać, panie Brecheux.
— Wszystko będzie skończone w sobotę.
— Doskonale!... Natychmiast wypłacimy panu jego część, jak tylko ocenimy wartość przedmiotów. Pieniądze będziemy mieli do pańskiej dyspozycji... potrąciwszy to, co obecnie dajemy... a teraz ponieważ musisz pan płynąć dalej, wypłacimy panu jeszcze pięćset funtów... Czy dosyć?
— Tymczasem muszę się tem zadowolnić...
— Bardzo dobrze.
Templeton znów się zwrócił do telefonu.
— Proszę o pięćset funtów w biletach francuzkich.
Za chwilę maszyna wypełniła życzenie i dwanaście tysięcy pięćset franków znalazły się same na biurku naczelnika.
— Czy mam pana pokwitować z odbioru? — zapytał Brecheux
— Co znowu! Czyż to potrzebne pomiędzy uczciwymi ludźmi?
Templeton mówił te słowa z wielką powagą.
— Pomieścimy tę sumę w rachunkach — dodał.
Piotr podniósł się z krzesła.
Posłuchanie miało się ku końcowi.
— Możemy zatem liczyć na panów, szanowny panie Templeton?
— Co do małżeństwa? — zapytał.
— Tak.
— Bezwątpienia. Burlett i Templeton nie cofają raz danego słowa i tego nikt nam nigdy nie zarzuci.
— Radca jest podejrzliwy. Czeki wysłane będą na bank?
— Podług formy.
— Dziękuję.
— Powiedz pan twojemu uczniowi, aby się ustatkował... kiedy się zdarzyła dobra sposobność wejścia w porządną rodzinę.
— Zobaczymy, panie Templeton. Żegnam pana.
—Do widzenia... A cóż tam wasza „Wystawa“?
— Cudzoziemców przybywa mnóstwo. Paryż liczy na olbrzymie powodzenie.
— Tem lepiej, tem lepiej.
I stary obłudnik zatarł ręce z miną wielce uradowaną.
— Taki chaos odwróci uwagę od czego innego — powiedział. — Doskonały rok, doskonały! Czy pan zaraz powraca?
— Natychmiast.
— Przez Calais?
— Tak jest, panie Templeton.
— Szczęśliwej podróży, panie Brecheux. Życzę powodzenia.
Szanowny pan Templeton skłonił się, z namaszczeniem wyciągając rękę.
Sam arcybiskup z Contorbery nie mógłby być bardziej uroczystym podczas nabożeństwa w katedrze.
Piotr Brecheux, obładowany pięciuset funtami, przeszedł napowrót korytarze i schody, i znalazł się na dole w magazynie.
W tej chwili gaz zapalono, chociaż była zaledwie jedenasta rano. Mgła gęsta, zbita, tłusta i czarna jak sadze, brudna od dymu węgla kamiennego, podnosiła się ze wszystkich stron z Tamizy, z dachów, kominów, wydobywała się z bruku ulicznego, oblekając miasto brudnym całunem.
Ze słońca, które przed godziną widzieć jeszcze można było, pozostał zaledwie punkt czerwonawy, po nad kościołem św. Pawła.
Na ulicach witano się, mówiąc:
— Djabelska mgła, panie Cleawer!
— Samego szatana, panie Cornwall!
Nasz normandczyk, znalazłszy się na ulicy, zatrzymał przejeżdżającego caba, ostrożnie szukającego drogi, powiedziawszy do woźnicy:
— Crystal-Palace.
— Niech pan siada. A czy mam się spieszyć?
— Naturalnie.
— Kiedy nie można prędko jechać w taką mgłę.
— No, jedźmy tymczasem.
Cab potoczył się zwolna, ginąc w czarnej chmurze, co zasłaniała wszystko, domy, sklepy, przechodniów i powozy, oświetlonych blademi promieniami latarń gazowych.
Z trudem dostali się do stacji, gdzie również jak na mieście rozmawiano i narzekano powszechnie.
Podczas kiedy Brecheux pędził ekspressem z Calais do Paryża, w apartamencie admirała de Vitray na bulwarze Haussmana toczyła się rozmowa zupełnie innego rodzaju.
Od czasu ostatniego widzenia się z mężem, hrabina pozostawała w głuchej rozpaczy. Jej boleść, dotąd uśpiona, rozbudziła się bardziej niż kiedykolwiek.
Dotychczas zachowała wiarę w jego uczciwość. Miała to silne przekonanie, iż ją samą mógł gnębić, torturować, przez zemstę, nie słuchać głosu własnego sumienia przez dumę i upór zaciekły bretończyka.
Do tego wiedziała, iż był zdolnym, lecz nie pomyślała ani na chwilę, aby mógł niewinną istotę rzucić na fale losu, to jest w otchłań nędzy lub występku. Co za potworna zbrodnia!
Miała powody nienawidzieć admirała, a jednak pomimo to, ceniła i poważała na tyle jego charakter, iż nie sądziła aby był zdolny w ten sposób postąpić.
W jej samotności, uspokajało ją to przekonanie, iż jej ukochana Joanna była zabezpieczona od wszelkiej złej doli i otoczona opieką człowieka, który ją wyrwał z objęcia matki.
Była pewna, że odbiera wychowanie w jakim klasztorze, pod macierzyńską opieką poczciwych sióstr, które, wiedząc, że ona jest sierotą, tem więcej mają dla niej względów i serdecznej troskliwości, oczyma wyobraźni widziała ją piękną, wykształconą panną, silną i zdrową.
A przytem żywiła i tę nadzieję, kiedyś nadejdzie dzień, w którym admirał uspokojony i wyleczony przez czas, najlepszy lekarz na wszystkie rany tego rodzaju, zwyciężony poddaniem się swej ofiary, jej uległą łagodnością, milczeniem lat tylu, przyprowadzi nakoniec to ukochane i opłakane dziecię, oddając ją jako zakład przebaczenia i zapomnienia.
Aż tu jej złudzenia zostały rozwiane; poznała prawdę, straszną, ohydną prawdę, która nie pozostawiała żadnej nadziei.
Admirał sam nie był w stanie nic więcej zrobić, nie mógł naprawić złego. Jej córka była straconą, straconą od tylu lat.
Nie wiadomo było nawet czy żyje, najstraszniejsze widziadła przesuwały się przez jej zmęczoną wyobraźnię i nieraz myślała, czyby nie lepiej było, żeby rzeczywiście umarła, unikając przez to niebezpieczeństw, wstydu i nędzy, w której sądziła ją pogrążoną!
Cztery dni upłynęło od czasu ostatniej rozmowy z mężem i od tej chwili pozostała zamknięta w swym pokoju, nie widząc nikogo, sama jedna z natrętnemi myślami.
Nadszedł wieczór. Zegar po nad kominkiem wskazywał dziewiątą godzinę, gdy pokojowa weszła, mówiąc:
— Czy pani hrabina przyjmuje?
— Kto tam jest?
— Pani de Saint-Béran zapytuje, czy może się widzieć z panią?
— Poproś ją.
Przecież markiza wiedziała o wszystkiem, a mówić o swych troskach z taką przyjaciółką, to to samo, co ukoić smutek.
Za chwilę staruszka weszła.
— Jakże pani dobrą jesteś! — zawołała Helena, spiesząc na jej spotkanie.
— Przyszłam pocieszyć cię!
— Pocieszyć jest niepodobieństwem.
— Kto wie!
Markiza zasiadła wygodnie na nizkim fotelu. Przyjrzawszy się bliżej, można było wyczytać na jej pomarszczonej, lecz zawsze wyrazistej i dobrotliwej twarzy, wyraz szczerej wesołości, zwiastującej dobre wieści.
— Kochanko moja — zaczęła, westchnąwszy głęboko, powinnaś, pomimo twoich zmartwień, nazwać się jeszcze szczęśliwą!
— Jakto?
— Bezwątpienia... Cierpisz, żałuję cię serdecznie, lecz to wszystko, co cię otacza łagodzi twoje cierpienia.
Helena wstrząsnęła głową.
— Mylisz się pani, odparła smutnie.
— Pomyśl jednak, ile to jest podobnych tobie biedaczek, co również gorzkie łzy leją, a jednak nie mają batystowych chusteczek, obszytych drogocenną koronką dla otarcia łez swoich. Robię tylko proste porównanie. Czyś nie widziała admirała?
— Nie.
— Odkąd?
— Od czasu naszej rozmowy, która mnie ostatecznie dobiła.
— Przynoszę ci nowinę.
— Jaką?
— Nie zobaczysz go prędko.
— Gdzież jest?
— Odjechał znów do Tulonu.
— Czy jesteś pani tego pewną?
— Najzupełniej, gdyż mnie sam o tem zawiadomił.
— Jakto?
— Listem, który tylko co otrzymałam i który ci przynoszę.
— Zatem pan de Vitray nie ma nadziei... zawołała z najwyższą trwogą Helena.
— Dla czego?
— Odjechał ztąd, przysięgając, iż odnajdzie i odda mi córkę, potem widać się rozmyślił, zrozumiał niepodobieństwo swoich zamiarów...
— No, jak widzę, łatwo sobie stwarzasz niepotrzebne zmartwienie.
Oczy Heleny błysnęły szczególnym ogniem. Spojrzała na markizę wzrokiem, który chciał zajrzeć do głębi duszy.
— Dla czegożby odjechał, mając nadzieję? — zapytała.
— Uspokój się.... Szczęśliwy przypadek wskazał ślad, który zdaje się, iż jest dobry.
Hrabina szybko przysunęła się z fotelem do swej starej przyjaciółki, a uchwyciwszy jej ręce, zawołała:
— O, mów pani prędzej, błagam cię!
— Omijam szczegóły i idę prosto do celu, widząc twoją niecierpliwość. Zapewne wiesz, iż pan Raveneau czynił poszukiwania bezowocne...
— Na nieszczęście!
— Przed kilkoma dniami umarł jeden z jego klijentów, hrabia Dagny. Znałaś go. W papierach, pozostałych po nim znalazł on dowód, jakoby mały domek, należący do hrabiego, był wynajmowany przed kilku laty niejakiej wdowie Yaudet. Jak widzisz, wiem o co chodzi, gdyż cała ta bistorja niezmiernie mnie zajmuje. Nazwisko wdowy jest właśnie takie, jak się nazywała kobieta, której hrabia powierzył twoją córkę...
— Cóż dalej?
— Natychmiast udał się admirał do Cherburga... Rzeczywiście ten człowiek kocha cię niezmiernie... Co za nieszczęście rozdzieliło was!
Helena podniosła ręce.
— O, tak! — zawołała — jam winna i cierpię teraz okrutnie.
— Poczekaj! Nadejdą lepsze dni...
— Do Cherburga?... — mówiła Helena przejęta jedną myślą. — Powiedz mi pani, czego się tam admirał dowiedział?
— Czytaj list, a dowiesz się o wszystkiem.
List ten zaadresowany był do pani Saint-Béran. Zawierał, co następuje:
„Czyż potrzebuję mówić, jakie na mnie wrażenie wywarły twoje rady? Zniweczyły one resztę uporu, a raczej dumy, nie chcącej się poddać. Wskutek rozmowy z Heleną, odzyskałem odwagę i poszedłem odwiedzić pana Raveneau!“
Tu następowały szczegóły jego rozmowy z prawnikiem i opis podróży do Cherburg’a; dalej admirał kończył:
„Nie ma żadnej wątpliwości. Lokatorka małego domku hrabiego Dagny była napewno tą samą Perriną Yandet, której powierzyłem dziecię Heleny. Nieszczęście chciało, iż Perrina została obłąkaną.
„Jakim sposobem? Wskutek jakiego nieszczęścia lub wypadku, nikt nie umiał mi odpowiedzieć. Dowiedziałem się tylko, iż wyjechała z Cherburga od półtora roku, domek stoi pustkami, a pewne dane każą mi się domyślać iż jego dawne mieszkanki przebywają obecnie w Paryżu.
„Nie mam odwagi prowadzić dalej moich poszukiwań, udzieliłem pewnych objaśnień panu Raveneau i poleciłem mu robić poszukiwania w Paryżu, by odnaleść zaginione, co nie będzie zapewne trudnem.
„Paryż jest wielki, ale przetrząsając od końca do końca wszystkie dzielnice, nie szczędząc niczego, można być pewnym, że odnajdą nakoniec miejsce, gdzie się schroniły te trzy nieszczęśliwe istoty.
„Jestto kwestja czasu i pieniędzy, a czegóżbym nie poświęcił aby zniweczyć przepaść, którą sam wykopałem między mną i Heleną, owładnięty szalonym gniewem. Jak to już mówiłem, Perrina porzuciła du Mesnil przeszło od roku. W owym czasie, na co mam wszelką pewność, Joanna była piękną, młodą dziewczyną, inteligentną i odważną. Powiedz jej matce, że była kochaną od swych sąsiadów, uwielbianą nawet za swą cierpliwość i pracowitość, pełną poddania się i słodyczy, jednem słowem zachwycającą i godną lepszego losu dziewczyną. Wydalam się na dni kilka. Nie mogę znieść sprawiedliwej urazy Heleny, zraniłem ją okrutnie, będę czekał, aż rana się zabliźni, by powrócić do niej.
„Marynarze mają głęboką wiarę i ja wierzę, iż to oczekiwanie będzie krótkie, że Opatrzność, której mam już dowody, ukończy swe dzieło poprawy, aby nas wydźwignąć z ciężkiej doli. Bądź zdrowa droga przyjaciółko, a raczej do widzenia.“
„Powracam do mej kabiny, do mej celi mniszej, gdzie tyle razy opłakiwałem nieszczęsny upadek Heleny, przyczynę tylu cierpień i jego straszne skutki. Czy dosyć tej pokuty? Wkrótce się o tem przekonamy.
„Twój stary przyjaciel. Bernard de Vitray.“
Hrabina przeczytała ten list powoli, potem zatrzymała go chwilę w swej dłoni z nieruchomym wzrokiem i pałającemi oczyma.
— I cóż ty na to? — zapytała markiza. — Oto i nadzieja zabłysła.
— Nadzieja!
— Bezwątpienia! Przynajmniej wiesz o tem, iż twoje dziecię jest blizko ciebie, że jest piękną i dzielną dziewczyną. Czyż to nie wiele znaczy?
Matka milczała, oczy jej pozostały suche, tylko rysy skurczyły się nerwowo, a ciężkie westchnienie podnosiło jej pierś wzburzoną.
Markiza dodała:
— Admirał robi co tylko może i trzeba mu oddać tę sprawiedliwość.
Helena wybuchnęła śmiechem przymuszonym gorzkim, szyderskim, ale zachowywała uparte milczenie.
— Chciałabym cię pocieszyć, — ciągnęła dalej markiza, — dodać ci trochę odwagi...
— Rozumiem twoje cierpienie... ale admirał cierpiał także i bardzo długo cierpiał...
— To była jego zemsta.
— To prawda, straszna, okrutna zemsta... której nie przebaczyłaś... myśląc o tamtym... o śmierci Jerzego... twego przyjaciela...
Hrabina, drżąc ze wzruszenia, podniosła się z siedzenia z wybuchem wołając:
— Ach! jakże się pani mylisz, — zawołała, — jeżeli ci się zdaje, że myślę o tym nieszczęśliwym umarłym, którego kochałam tylko jak brata, nie inaczej, przysięgam na to! Utracił życie... w walce... Nie obwiniam mego męża o podłość... Mężczyźni pojmują honor na swój sposób! Nie obwiniam nawet Jerzego... Postąpił jak człowiek honorowy i mężny... Pan de Vitray dał mu sam to świadectwo... Pozbawił go życia, tego życia, które dla mnie wydaje się ciężarem, tak trudnym do dźwigania. Co do pana de Vitray... podobno, że mnie kocha... jest to możliwe. Zresztą sam to wyznaje, a pani mi powtarza... Cóż mnie to jednak obchodzi? Dziś wszystko mi jest obojętne. Jedna, jedyna rzecz mnie zajmuje, moja córka... Ach! o wszystkiem innem jakże mało myślę! Cóż znaczą dla mnie skargi lub cierpienia drugich. Odkąd przeczytałam ten list, mówię sobie: — Ona jest tu, o dwa kroki może odemnie, biedna, nieszczęśliwa, odpychana zewsząd. Kto wie! Może zbywa jej na wszystkiem, nie ma dachu nad głową... myślę o niej bez przerwy od chwili, kiedy się dowiedziałam, że jest rzuconą w świat bez podpory i opieki, a nawet radziłam się także... Biedna dziewczyna w Paryżu, cóż pani chcę aby robiła? Czy może ona uczciwie zarobić na kawałek chleba!
Oprócz kilku wyjątków, którym los sprzyja, aby się opędzić biedzie, czyż pani nie wie, co się dzieje z innemi! I moja córka jest tam wmieszaną w to błoto uliczne, w którem muszą się znaleść nieszczęśliwe jej podobne, spotkawszy same przeciwności w szukani pracy.
Nędza je tam sprowadziła... potrzeba wystarczania nie tylko samym sobie jak moja córka, która musi myśleć o dwóch istotach losem z nią połączonych, które kochać musi... uważając za swą matkę tę biedną obłąkaną, a jej córkę za siostrę swoją.
Moja córka jest piękną i dobrą, jak list opiewa o tem, a więc łatwo domyślić się można, iż przez samą dobroć serca zdecyduje się na wiele rzeczy aby uratować drogie jej istoty... Przejdzie zwykłą historję nędzy tego ohydnego Paryża, przez poświęcenie i dobroć jak ja niegdyś zgubiłam się, aby oszczędzić cierpienia a może i żałoby, kobiecie szlachetnej, która mnie wychowała, jak tamta wychowała moją córkę!...
Mówiła prędko i gwałtownie. Markiza starała się ją uspokoić mówiąc:
— Po co zadawać sobie tyle bólu, dręczyć się?
Ale Helena, nie słuchając, ciągnęła dalej:
— Wszystko pojęłam! Mogę powiedzieć iż od godziny nie mam już czego się dowiadywać, że byłam przytomną całemu życiu Joanny, widzę jej poświęcenie. Przez moją miłość macierzyńska, mam dar podwójnego widzenia. Już jest tutaj od półtora roku, a czyż potrzeba tyle czasu aby osłabić najbardziej nieustraszoną odwagę? Czy chce pani wiedzieć, dla czego admirał nie powrócił, dla czego odjechał z powrotem do Tulonu. Powiem ci pani! Oto dla tego, że boi się moich wymówek... że zna i rozumie całą rozciągłość złego i obawia się poznać prawdę straszną, ohydną prawdę! Szukać, będę i znajdę! Bezwątpienia! Trzy kobiety, z których jedna jest obłąkaną czyż trudno odnaleść? Nie! A przy tem admirał jest bogatym! Czegóż to nie można zrobić za pomocą złota! A więc i ja także równie jak on obawiam się końca!... I im więcej się doń zbliżam, tem drżę więcej!
Upadła na fotel i ukryła twarz dłoniach szepcąc:
— Czy teraz zrozumiała pani całą grozę?...
Pani de Saint-Béran dozwoliła przejść temu wybuchowi boleści w milczeniu. I ona z kolei została przerażoną prawdopodobieństwem rzeczywistości i szukała sposobu, aby jej dodać odwagi, lecz niestety nie widziała go. Nakoniec zbliżyła się do niej a dotykając zlekka jej ramienia, zaczęła mówić.
— No, kochanko, spojrzyj na mnie! Dla czego tworzysz sobie takie obrazy urojone? Pochodzi to ze zbytku troskliwości. Przecież i w naszym Paryżu znajdują się poczciwe dusze. Dla czegoż je potępiasz?
— Ach! pani!
— Jestem tego pewna, bo sama znam je... choćby naprzykład ty i ja!
— Nakoniec co pani radzisz, abym dalej robiła?
— Czekać! Niepodobieństwem jest, aby wkrótce nieznaleziono jakich śladów. Miej jeszcze kilka dni cierpliwości!
— Kilka dni strasznej obawy!
— Zapewne!
— Nie mam siły!
— Zrób to, myśląc o twej córce!
— Zawsze i bez przerwy myślę o niej!
— Wyobrażam sobie jej radość, gdy wróci do matki!
— A jednak musi mnie nienawidzieć, przeklinać!...
Mówiła dalej cicho, jak gdyby samą była:
— Ileż to razy zdawało mi się, że ją słyszę... Ile razy budziłam się w nocy, słysząc jej głos, skargę żałosną! Sądzi iż ją opuściłam jak matka wyrodna i bez serca. Nie wie o łzach, wylanych dla niej!
— Uspokój się! Blizkim jest koniec twej rozpaczy i troski.
— Niestety!
— Pan Raveneau jest przebiegłym i zręcznym człowiekiem i sprawę szybko poprowadzi. Tylko musisz się uzbroić jeszcze w trochę cierpliwości i spokoju. A przytem mam wewnętrzne przekonanie, iż twoje obawy są płonne.
Helena wzruszyła ramionami.
— Jesteś pani dobrą, — odezwała się i litujesz się nademną! Rzeczywiście słowa twoje robią mi wiele dobrego lecz wątpię!
Markiza wstała.
— Jak widzę, zaczynasz mówić rozsądnie, zatem odchodzę.
— Już?
— Spełniłam mój obowiązek. Chyba rozumiesz, iż pomimo to, że list ten zaadresowanym jest do mnie, w rzeczywistości do ciebie jest pisanym.
— Dziękuję! Niech pani jeszcze pozostanie, noce dla mnie są tak długie!
— To skutek tej niecierpliwości... Samotność spotęgowała twe cierpienia, a powrót admirała jeszcze je podsycił... przejdzie i to. Chcesz, abym ci coś powiedziała?
— Proszę!
— Pamiętaj na to stare przysłowie: Wszystko ma swój koniec.
— Oby cię Bóg wysłuchać raczy.
— No, dobrej nocy ci życzę.
— Dobranoc!
Już pani de Saint-Béran odchodziła, kiedy jeszcze zatrzymała się na chwilę, mówiąc:
— A czy wiesz o nowinie?
— Jakiej?
— Widziałam dziś starego Saint-Clair.
— Więc!
— Co to za poczciwy człowiek, ten gruby Prowansalczyk! Przychodzi czasem do mnie na pogawędkę i rozmawiamy, jak dwaj przyjaciele!... Otóż miał on wiele uprzedzenia do tego młodego cudzoziemca, o którym ci mówiłam...
— Czy tego co był u nich na balu?
— Prawda... byłyśmy razem. Bankier jest bardzo niedowierzający jak wszyscy prawie bogaci ludzie, chociaż co prawda z tymi przybyszami trudna sprawa, aby się domacać prawdy, a drugie przysłowie mówi: Zdaleka wszystko piękne... Otóż wczoraj bankier był na obiedzie u swego teścia...
— W Chesnay?
— Tak, bo radca nie może podobno znosić obecnie Paryża. Należy do tych, co narzekają na tłumy, włóczące się po mieście! Ja, choć stara jestem, wiele od nich nie uciekam i pójdę którego dnia zobaczyć, co się tam dzieje na tym powszechnym jarmarku, który założyli na Polu Marsowem. Jest to kwestja zabicia czasu... zabiorę cię z sobą, kochanko, abyś się trochę rozerwała... Czy zgoda?...
— Dziękuję!
— Dziękuję tak?
— Dziękuję nie. Zanadto jestem smutna i najlepiej mi, jak jestem sama z mojemi myślami.
— No, otrząśnij się z tego... Zabiorę cię gwałtem!... Ale wróćmy do starego bankiera. Otóż był on na obiedzie w Chesnay, gdzie zastał całą rodzinę zgromadzoną, a w dodatku młodego Amerykanina, który był zaproszony jako sąsiad, lecz każdemu było wiadomo, że na to tylko aby się zapoznał z rodziną... A może nie wiesz, że on jest ich sąsiadem i że mały Chesnay do niego należy?... Jest to dawna posiadłość Roncier’ów, męża tej wysokiej bladej blondynki, który wszystko stracił na giełdzie... Co za głupota! Lecz dzisiejsi ludzie w pogoni za majątkiem wyrabiają najrozmaitsze głupstwa!... Słowem stało się to, iż cudzoziemiec przekonał do siebie bankiera, ale to najkompletniej, nie miał dosyć słów na jego pochwałę...
Bankier unosi się nad jego sprytem, wymową, wesołością, skromnością, słowem wszystko w nim znalazł doskonałe. Do tego zdrów i silny, nie tak jak wielu z naszych lwów, pożartych przez anemję... Lecz ty nie słuchasz tego, co ja mówię?...
— Daruj pani!
— Saint-Clair był oczarowany, lecz zawsze niedowiarek otóż dziś rano był w konsulacie Zjednoczonych Stanów, gdzie poufnie pytał się chcąc zasięgnąć wiadomości. Wyobraź sobie moja droga, iż otrzymał jak najlepsze! Rodzina znakomita, a i dolarów nie brakuje, coś około miljona, to dosyć dla takiego chłopca jak on, gdyż nie można zaprzeczyć iż stanowi on wyjątek, o czem nie było potrzeby pytać się w ambasadzie, dosyć spojrzeć na niego, aby się upewnić... Jak widzę to wcale cię to nie interesuje?
— Przeciwnie, upewniam panią.
— Zatem mówię dalej, — zawołała, śmiejąc się markiza. — Saint-Clair chciał z początku ganić zięcia, że przyjmuje tego Amerykanina, teraz zmienił zdanie i zdaje mi się, iż pewnego dnia usłyszymy o weselu... Otóż i nowina... A teraz uciekam... Dobranoc kochanko!
— Dobranoc pani!
— Nie pocałujesz mnie?
— Przepraszam, doprawdy straciłam głowę.
— Nie gniewaj się, że się tak rozgadałam... bo robię to jedynie, aby cię wyrwać z koła jednych i tych samych myśli... a ty i tak robisz swoje.
— To prawda! Pani de Saint-Béran wzruszyła ramionami.
— Ach, te matki, te matki, jakże one kochają swoje dzieci!
— Kogóżby więc kochały, — zawołała Helena głosem, na który zadrżała stara dama.
— Masz słuszność, — odparła. Uczucia tego nie znam, lecz rozumiem je. Do widzenia się wkrótce!
Staruszka ucałowała Helenę i wyszła. Na schodach szepnęła do siebie:
— Jej córka w Paryżu, w nędzy i opuszczeniu! Rzeczywiście można rozpaczać!
Pozostawszy samą, biedna matka upadła na kolana szepcząc:
— Moje dziecię jest tu, biedne i opuszczone! Boże! Boże! ulituj się nad nami.
Kilka dni upłynęło.
Wiosna roztoczyła swoje młodzieńcze powaby. Willa Chesnay wydawała się w tej chwili ziemskim rajem przed popełnionym grzechem.
Bzy i inne krzewy, okryte kwiatem roztaczały woń dokoła, listki rozchylały się pod ciepłemi promieniami słońca, radość i wesele panowały w naturze, jako najrozkoszniejszej porze roku.
W tej chwili łąki i trawy mają swój najpiękniejszy kolor a drzewa najcudniejszą świeżość i cień nie porównany. Powietrze pełne nieokreślonej woni i czystości, napełnia piersi błogą rozkoszą... jak kiedy po wyjściu z ciężkiej choroby pierwszy raz uczuwamy ulgę.
Jedenasta godzina biła właśnie na wielkim zegarze, umieszczonym w oficynie pałacu.
Można tem mianem nazwać willę Colombey’ów, gdyż Chesnay, zbudowany przez Ludwika XV dla jednej ze swych kochanek, jest wspaniałą rezydencją. Radca podług zwyczaju tylko co wyjechał do Paryża, był to spacer, który co dzień odbywał pod pozorem zajęć i interesów.
Wielu paryżan używa tego samego wybiegu dla zachowania w małżeństwie wolności kawalerskiego stanu, a Maurycy Colombay był jednym z tych, co sobie żadnej przyjemności nie odmawiają.
Sztywny i zimny w obejściu, surowy w słowach dla siebie i drugich w obec świata, używał wszelkich rozkoszy, na jakie pozwalał mu jego olbrzymi majątek, osłaniając tego rodzaju wybryki pokrywką wyrafinowanej hypokryzji i najgłębszej tajemnicy.
Wielu jest podobnych jemu.
Nieraz gdy sądzono iż jest w Pałacu Sprawiedliwości, on, ukryty w zwyczajnym fiakrze, jechał w górę ulicy Miromeuil, gdzie w elegancko umeblowanym apartamencie mieszkała pewna młoda osóbka, którą swemi względami i pewnym dostatkiem otoczył. Osóbką tą, była Klara Boisse, zajmująca obecnie opróżnione miejsce w spadku po Róży Bertot.
Dostała się ona tutaj prosto ze sklepu na bulwarach, w którym sprzedawała laski, parasole i rzeczy, chociaż również jak Róża Bertot posiadała dyplom z ukończonych nauk.
A jednak zarabiała zaledwo czterdzieści franków na miesiąc i życie, a za te pieniądze musiała się okryć i mieszkać, kupić rękawiczki, buciki i kapelusze, a w dodatku poddać się zachciankom starego kupca, obrzydliwego satyra. Musimy być dla niej pobłażliwi.
Upadłe dziewczyny mają po większej części wiele łagodzących okoliczności po za sobą. Klarze można było wybaczyć.
Radca poznał ją, kupując jakąś starą tabakierkę i zdobył, ofiarując co miesiąc bilet tysiąc-frankowy.
Klara była wysoką, szczupłą blondynką rudawą, dobrze zbudowaną i miała piękne zdrowe zęby.
Można się było dla niej zrujnować trochę więcej, tylko pan radca nie lubił wyrzucać za okno swoich pieniędzy.
Lecz zamilczawszy o tak mało interesującym szczególe, ciekawszem jest wiedzieć, w jaki sposób Brecheux dowiedział się o tym grzeszku swego nieprzyjaciela.
Przyszło to jednak w sposób bardzo prosty, gdyż przez kilka dni chodził jak cień za Colombey’em, nie opuszczając go ani na chwilę.
Kiedy radca wychodził, lub wyjeżdżał z domu, o kilkanaście kroków za nim szedł zwolna lub jechał za jego powozem, fiakr zamknięty, w którym znajdował się Brecheux.
Kiedy radca wjechał na ulicę Miromeuil i pozostał tam przeszło dwie godziny, wydało się podejrzanem Piotrowi, aby to mogła być zwyczajna wizyta.
Wyszedł zatem z powozu i wszedł do bramy aby zasięgnąć języka. Udało mu się bardzo łatwo, gdyż w całym domu lokale były pozajmowane przez rodziny, oprócz pewnej damy, mieszkającej samotnie na trzeciem piętrze, nazwiskiem Klara Boisse.
W chwili kiedy pan radca wsiadał do powozu, okno trzeciego piętra uchyliło się i piękna Klara ukazała główkę, zamieniając z radcą zaledwie dostrzegalny ukłon, który doskonale widział Brecheux siedzący w fiakrze.
Był zatem dostatecznie upewnionym. Zresztą życie codzienne Colombey’a było zadziwiająco regularne i usłane różami, a sposób, jakiego użył, aby się zabawić z piękną dziewczyną, był dostępny dla każdego.
Codziennie rano przed 9-tą godziną jeżeli czas na to pozwalał, przechadzał się trochę po parku, następnie kazał zaprzęgać do wiktorji i w niespełna półtorej godziny robił przestrzeń z Chesnay do Paryża.
Wczesnym rankiem spacer taki jest cudowny. Ville d’Avray, Saint-Cloud, lasek Buloński i pola Elizejskie, tworzą prawdziwy jeden olbrzymi park, niemający równego sobie!
A podczas kiedy ogrodnicy pracowali zawzięcie, pielęgnując klomby i aleje w których jednego suchego liścia nie było, strzygli trawniki, aby ździebełka trawy równo rosły, obierali z krzewów różnych i liści białych ich zawziętych
niszczycieli, Maurycy Colombey pędził do Paryża, łagodnie kołysany dobrym kłusem swych cugowców angielskich.
W tej epoce, przedstawiał on zupełny typ człowieka uprzywilejowanego od losu, szczęśliwego wybrańca, który nie miał żadnych trosk, prócz chyba kłopotu wydawania pieniędzy, gdyż posiadał wszystko co tylko mógł zapragnąć najwybredniejszy epikurejczyk. Miał kochankę więcej niż piękną, elegancką, śliczną dziewczynę w miarę dowcipną, aby zabawić mogła. A to za mało aby się jej obawiać potrzebował jeżeli zaś kiedykolwiek go zdradzała, to w taki sposób, iż on się nigdy o tem nie dowiedział, za co odpłacała mu się większą uprzejmością, nakoniec nie była zanadto wymagającą, co także w oczach skąpego miljonera, było wyższą cnotą.
Co zaś do żony, to ta była prawdziwie rzadkim skarbem.
Nigdy nie było między niemi nieporozumień, a słowa męża były dla niej wyrocznią, potrafił on zdobyć nad nią panowanie w sposób trwały i nie znający oporu.
Matylda słodka, łagodna, kochająca i uczciwa, co znowu nie jest osobliwością w Paryżu, znosiła z poddaniem się jego tyranję co prawda osłonioną najgrzeczniejszą formą.
Z hrabiną de Vitray miały dwie wspólne cechy. Były nadewszystko najczulszemi matkami.
Tylko pani Colombey była matką szczęśliwą, dumną ze swej jedynaczki, szczęśliwą z każdego jej uśmiechu lub pieszczoty, zlewała też cały zasób uczuć na jej jasną główkę, po za tem wszystko jej było obojętnem.
Zabiegi jej wielbicieli i całego otoczenia, każde własne zadowolenie, chętnieby zamieniła za jedną serdeczną pogawędkę ze swoją córką, które miewały czasem w zacisznem Chasnay. Dla tego ukochanego dziecka życie by oddała w ofierze gdyby tego zaszła potrzeba.
Przeciwnie Helena była matką nieszczęśliwą i zrozpaczoną, niezdolną do myślenia o niczem innem, jak o swej córce, lecz na to aby ją opłakiwać i wyobrażać sobie najstraszniejsze obrazy, cierpieć nad jej utratą, z beznadziejnem pragnieniem jej oglądania.
Obiedwie były piękne, lecz wprost odmienną siłę wywierały swą pięknością.
Matylda z tryumfem królowała w swych salonach, z wdziękiem i swobodą, lecz niewzruszoną powagą, oddalającą wszelkie pokusy namiętności.
Czuła swą wartość podając rękę na powitanie gości, a kosztowny djadem z pereł i brylantów ślicznie zdobił jej piękną głowę i twarz uradowaną uzupełniając i harmonizując doskonale z całością. Helena, biała, jasna, blondynka, z prześlicznym biustem i wspaniałemi ramionami, o maleńkiej arystokratycznej rączce, powłóczystem spojrzeniu, gdzie łzy widniały obok niewymownej słodyczy, majestatyczna i smukła zarazem, w każdym geście i słowie tchnąca srogim bólem, który nosiła od czasu zaszłych wypadków w la Roche-Morgat wzbudziła już niejedno głębokie uczucie, podobne miłości admirała, którego życie było większą męczarnią od tego jakie zgotował swej ofierze. Listy, które w przystępie rozdrażnienia spaliła w oczach męża, prześladowały ją w jej ustroniu gdzie się kryła przed światem. I nigdy żadna pokusa nie zakłóciła spokoju tej zranionej duszy.
Tak sama jak i Matylda, myślała i marzyła o swej córce, o tej zaginionej i opłakanej tak gorzko.
Nawet Maurycy próbował szczęścia, delikatnie biorąc się do rzeczy, lecz niezadługo poznał, iż wszelka nadzieja w tym kierunku byłaby nadaremną. Więc też nieomieszkał nagrodzić sobie stratę Heleny a szczęście chwała Bogu mu sprzyjało.
Co prawda, była maleńka plamka na jego słońcu, a to był kochany teść, który wcale nie myślał umierać aby urzeczywistnić słuszne nadzieje takiego pana zięcia, jak pan Maurycy Colombey.
Szczęściem ten umiał pozostać cierpliwym, i znalazł sposób aby można było czekać.
Właśnie o tem rozmyślał, jadąc w dół pól Elizejskich do domu. Śniadanie miał jeść w kawiarni de la Paix i zajrzeć potem na giełdę, trochę dla interesu, a więcej aby zobaczyć przyjaciół i znajomych.
Po południe myślał również spędzić użytecznie, odwiedzić swoją białą niewolnicę na ulicy Miromeunil, gdzie był zawsze oczekiwany. Następnie powrócić do Chesnay, to jest zrobić znów cudowny spacer, jeżeli wieczór podobny będzie do prześlicznego ranka, w końcu zasiąść z kilkoma przyjaciółmi do doskonałego obiadu z wesołym widokiem na ogród, na który wychodziły okna jadalnej sali.
Co za dzień rozkoszny! i wiele jeszcze takich samych miało nastąpić? a wiele już przeszło podobnych!
Sumienie tak spokojne, czyste, nie pozwalało mu myśleć o przeszłości, o daleko upłynionej młodości, o nieszczęśliwej kochance i synu zaginionym z tego nietrwałego związku!
Wszystko jedno! Nieprzeszkadzało to wcale, aby ojciec otoczony był szacunkiem ludzkim, jako człowiek zamożny, poważny, nieskazitelny, sądzący postępki innych.
O biedaku z la Sauvagère, o Piotrze Brecheux, nigdy na jedną chwilę nie pomyślał wspaniały pan radca, tak samo jak nie pomyślał nigdy o ździebłach trawy, którą tratował koń jego po królewskim parku.
Piotr Brecheux! Jakże to było dawno, może imienia tego nawet nie pamiętał!
Podczas kiedy Maurycy wyprostowany, sztywny, z podniesioną wysoko głową wchodził do café de la Paix, przyjęty głębokim ukłonem służby, czującej dobrze naładowany worek, żona jego siedziała zadumana przed oknem, zasłoniętem żaluzjami od słońca, patrząc w długą bukową aleję, która się ciągnie aż do muru Małego Chesnay.
Biała powiewna postać, ukazała się w tym kierunku, i szybko jak sarenka zniknęła w zaroślach otaczających pałac. Pani Colombey uśmiechnęła się. Postacią tą była jej córka.
Blanka miała na sobie jasną z leciuchnej wełny sukienkę, wiosenny strój panienek.
Matka pozostała w oknie, spodziewając się, iż za chwilę powróci tą samą drogą. Upłynęło z dziesięć minut. Wtedy ujrzała Blankę, lecz z daleka około muru graniczącego z małym Chesnay.
Pani Colombey, zdjęta ciekawością, patrzyła po co ona tam poszła.
Młoda dziewczyna stała na pół schowana po za pniem grubego drzewa patrząc w stronę domu. W ręku trzymała papier złożony, prawie niewidoczny z takiej odległości.
Po chwili widocznie uspokojona odwróciła się powoli spojrzawszy jeszcze raz na okna szczelnie zamknięte i pospuszczane żaluzje. W około żywej duszy nie było.
Młoda dziewczyna szybko pobiegła parę kroków, rzuciła się na darniową ławeczkę, ukrytą w cieniu stuletnich buków i zaczęła czytać trzymany w ręku bilecik.
Z zapartym oddechem ze wzruszenia, matka patrzyła przez lornetkę na każde poruszenie córki.
Co to wszystko miało znaczyć?
Blanka chciwie list czytała, lecz pomimo to od czasu do czasu rzucała spojrzenie do okoła czy ją kto nie widzi. I znów powracała do czytania.
W jednej chwili matka zrozumiała wszystko.
Drżąc nie z gniewu lecz z zadziwienia i bojaźni, opuściła pokój i zeszła do parku, obszedłszy naumyślnie w taki sposób aby nie zostać spostrzeżoną, stąpając z całą ostrożnością po żwirze ulicy, cichutko stanęła niedaleko po za ławką na której siedziała córka.
Chcąc jeszcze dalej podejść, nastąpiła na suchą gałąź, która z trzaskiem złamała się pod jej stopami. Blanka przerażona, szybko skoczyła jak młoda sarenka, chowając za stanik bilecik. Na widok matki, stojącej nieruchomo, o jakie dziesięć kroków od niej, zarumieniła się jak wiśnia, następnie zbladła śmiertelnie.
— Blanko, — odezwała się poważnie pani Colombey, potrzeba abyś mi wyznała wszystko.
— Moja mamo!
— Tak, wszystko. Zresztą nie masz co dłużej ukrywać. To coś zrobiła, jest bardzo złe moje dziecko.
Młoda dziewczyna nie próbowała się też uniewinniać. Na chwilę zawahała się drżąca i blada, lecz w tej samej chwili pani Colombey wyciągnęła ku niej ramiona na znak przebaczenia i zwyciężona natychmiast rzuciła się w jej objęcia, aby ukryć zmienioną twarzyczkę na piersiach matki.
Blanka znajdowała się w samej wiośnie życia jak owe kwiaty i rośliny w Chasnay rozwijające się w tej samej chwili od ciepłych pocałunków słońca.
W jej wieku, jak w całej naturze, przychodzi chwila, gdy serce wzbiera nadmiarem uczuć, które muszą znaleść jakieś ujście. Ta chwila wybiła właśnie dla młodej dziewczyny.
Blanka odpowiedziała, zaledwie zrozumiałym głosem.
— Tak.
Pani Colombey zaprowadziła ją do altany w pobliżu i posadziła na kanapie, gdyż zdawała się być blizką omdlenia.
Wtedy wziąwszy jej ręce w swoje dłonie i patrząc na nią z niewysłowioną miłością — zapytała:
— Jaką mogłaś ukrywać tajemnicę przed swą matką?
— Nie śmiałam ci się przyznać mamo!
— Bądź teraz szczerą i powiedz coś popełniła złego?
— O! wiele złego mamo...
A widząc, iż biedna matka zadrżała, spiesznie dodała:
— Czyż to nie małe zło nie mieć do ciebie mateczko zaufania!...
I zaczęła jej kolejno opowiadać, jak od początku przybycia w te strony poznała młodego cudzoziemca, zdjęta ciekawością błądziła zawsze w tej stronie aby go mogła zobaczyć, i od owej pory nie zaprzestała swoich codziennych wycieczek. Jak nareszcie jednego dnia ujrzała młodego człowieka, w parę dni potem zamieniła z nim słów kilka i prędko bardzo powstała pomiędzy niemi zobopólna sympatja.. Odtąd widywali się często i nakoniec była na tyle słabą, że pomimo to, iż wiedziała, że źle robi przyjęła list od niego i na takowy odpisała. Zresztą, ten młody człowiek był tak dobry i pełen szacunku, o tak!... nigdy nieodważył się przejść do parku, zawsze tylko przez mur rozmawiali i składali listy w umówionej kryjówce.
Blanka zaczęła swą spowiedź zmieszana i ze ściśniętem sercem ze wzruszenia, lecz zachęcona łagodnym wzrokiem matki, odważniej mówiła dalej:
— Wiele razy chciałam już wszystko ci wyznać mamo, lecz wstydziłam się. Nie chcę się uniewinniać! Robiłam źle, lecz było to nad moje siły, aby zapanować nad sobą... A przy tem czułam, iż nie miałam się czego obawiać.
I ze ślicznym giestem dodała:
— Czytaj mamo!
I podała jej list.
— Zobaczysz z jakiem uczuciem się wyraża i co pisze? Jak umie być delikatnym!
Pani Colombey nie była tem jednak uspokojoną, ani przejętą.
— Rozsądek i delikatność nakazywały mu zwrócić się najpierw do nas, a nie do ciebie.
Blanka zaczęła bronić ukochanego. Najpierw ucałowała matkę, co było najsilniejszym argumentem, jakiego użyć mogła i mówiła dalej:
— Sądzisz go mateczko naszemi pojęciami, a on pochodzi z kraju, gdzie są inne obyczaje; zatem jest zupełnie wytłomaczony, gdyż nie zna co jest dozwolonem u nas. Ja tutaj sama jestem winną! Czyż można brać mu za złe, iż nie umie postępować inaczej jak w Ameryce?
Powtórzyła raz jeszcze:
— Czytaj mamo!
List pisany był po angielsku, lecz pani Colombey znała ten język równie dobrze jak swój własny. Można by sądzić, iż bilet ten był naumyślnie pisany dla niej.
„Z niewysłowioną radością otrzymałem twój list wczorajszy. Mógłbym cię przekonać, iż umiem go na pamięć, tyle razy go odczytałem, a każda twoja litera jest mi tak drogą, iż mi została wyryta w pamięci. Jakże dobrą jesteś! Jak się cieszę, iż nasze upodobania są jednakowe.
„Marzę tylko o rozkosznem jakiem ustroniu, gdziebyśmy przebywać mogli, otoczeni wesołymi i szczęśliwymi ludźmi. Łatwo jest uszczęśliwić drugich, kiedy los jest dla nas tak wspaniałomyślnym.
Żal by mi było jednak opuścić te śliczne strony, gdzie pierwszy raz ujrzałem ciebie. Wiedz o tem moja ukochana Blanko, iż to jest chwila, w której poznałem całą wartość życia. Do tej chwili, od wczesnych lat sierota, zaledwie cokolwiek pamiętając moich rodziców, żyłem bez żadnego celu, bez żadnego cieplejszego uczucia, w połowie dotknięty splinem, tak powszechnym w mglistej Anglji, gdzie mieszkałem od czasu mego przybycia z Ameryki, nie znając waszego słonecznego Paryża. Wtedy też dopiero zrozumiałem, jak można być szczęśliwym. Szczęście to chcę otrzymać tylko od ciebie Blanko, mieć je tylko z twojej ręki.
„Byłaś szczęśliwszą odemnie, gdyż miałaś ukochaną i nieporównaną matkę, która czuwała i kształciła twoje serce.
„Jesteś jej jedynem dzieckiem, Blanko, i byłoby to dla niej wielkim ciosem, gdyby się musiała rozłączyć z tobą. Nie chciałbym nigdy być przyczyną jej cierpienia, to też gdybym miał szczęście być przyjętym przez ciebie i twoich rodziców, prosiłbym ją, jak o najwyższą łaskę, aby zechciała być dla mnie matką i abyśmy się nigdy nie rozłączali! Przestraszasz mnie jednak olbrzymim majątkiem, który kiedyś stanie się twoim, i boję się, aby mnie nie posądzono o chciwość tam, gdzie tylko rządzę się jedynie sercem.
„Nie znaczy to abym ci miał życzyć zostać biedną, byłoby to zanadto smutnem, gdyż ubóstwo pociąga za sobą wiele smutku i upokorzenia.
„Tylko przysięgam ci, iż gdyby wypadek zrządził, żebyś stanęła na mej drodze biedną zamiast tego majątku co mnie oddala od ciebie, kochałbym cię również tak samo jak w tej chwili, i błagałbym bez wahania, abyś została moją na wieki“.
„Bądź zdrowa, ukochana moja, myśl o tem, iż dusza moja należy bezpodzielnie do ciebie, a wszystkie myśli moje biegną ku cieniom w Chesnay, gdzie wiem iż marzysz o mnie. Kocham cię z siłą, której nic sprostać nie może, chyba głęboki szacunek, który mam dla ciebie.
Pani Colombey z uwagą przeczytała cały list, którego treść zdawała się umyślnie być skombinowaną na to, aby pochlebić jej najskrytszym pragnieniom.
Przeciwko młodemu cudzoziemcowi, który wkrótce wszystkich oczarował, miała jedno jedyne uprzedzenie. Bała się, iż jej zabierze córkę, uwiezie daleko ten skarb jedyny!
List ten oddalał ostatnie skrupuły i obawę! Majątkowo nie byli równo uposażeni, lecz młody człowiek dostatecznie był bogaty, a córka Michała Saint-Clair, nie mogła mieć tak nizkiego wyrachowania, aby zniszczyć szczęście córki dla tego, iż dwa worki nie były jednakowo napchane.
Listu nie oddała córce, lecz wsunęła go do swej kieszeni. Pragnęła go zachować jako talizman przeciwko oddaleniu Blanki.
Widząc to młoda dziewczyna, — zawołała przestraszona:
— Przynajmniej nie zdradzisz mnie mateczko? — rzekła do niej z wymownem spojrzeniem.
— Jakto?
— Nie wspomnisz o tem, co zaszło, ojcu?...
Pani Colombey westchnęła. Czuła, iż dzień stanowczy był nie daleki, nie mogła o tem myśleć bez ściśnienia serca i uczucia zazdrości, jaką każda matka odczuwa na myśl ustąpienia cząstki uczucia, które do tej pory posiadała bezpodzielnie.
— Byłaś jednak bardzo nierozważną — szepnęła.
Blanka schyliła głowę.
— Pisałaś kilka razy?
— Tak jest.
— Często rozmawialiście razem?...
— Bardzo często.
— Zatem poznałaś go dobrze?
— Poznałam jako szlachetnego i uczciwego i bezinteresownego człowieka.
— Lecz również jako pięknego chłopca?
Gwałtowny rumieniec okrył bladą twarzyczkę dziewczęcia.
— Zło jest wielkie, — odparła matka, — lecz sądzę, iż będzie można temu zaradzić!
— I zgodzisz się mamo?
— Chcę zawsze twego szczęścia?
— Jakże jesteś dobrą!
— Tylko sama nie mogę tu wyrokować.
Blanka westchnęła:
— Tak, to prawda, co powie ojciec?
— No, no, musimy sobie z nim poradzić, tylko żadnych więcej tajemnic.
— Żadnych, przyrzekam.
— Gdzież jest ta wasza skrzynka pocztowa?
Blanka powstała, wyszła z matką z altany, a wziąwszy ją pod rękę, zaprowadziła ją do granicznego muru. Tutaj, wspiąwszy się na paluszki, zajrzała do sąsiedniego parku.
Nie było nikogo dokoła.
Słońce, posuwając się po wielkich drzewach rzucało ciemny cień na trawniki. Zresztą cisza zupełna.
— Tak tu ładnie — szepnęła Blanka.
Rzeczywiście było to prawdziwie urocze gniazdko.
— A tak blizko ciebie mateczko! — dodała szybko, przekonawszy się, iż ją nikt nie widzi, odsunęła gałęzie i ukazała liśćmi okryte zagłębienie w murze, mówiąc filuternie:
— Tutaj mamo!
— O młodości! — szepnęła smutnie pani Colombey.
Blanka uśmiechnęła się z czułością do matki, wiedziała, iż na jej pomoc rachować może, że miała sprzymierzeńca w razie oporu ojca.
Wybiła dwunasta i dzwonek dał pierwszy znak na śniadanie.
— Chodźmy! — rzekła pani Colombey.
Obie poszły bukową aleją, Blanka oparta na ramieniu szczęśliwa i swobodna.
— A teraz, — odezwała się matka, potrzeba plan obmyślić. Czy chcesz iść za moją radą?
— Rozkazuj mamo...
— Czy kochasz tego młodego człowiska?
— Mam bardzo wiele dla niego sympatji.
— Nie wykręcaj się...
— Przysięgam ci...
— Kochasz go! — powtórzyła pani Colombey.
— Jak chcesz mamo!
— Kochasz i pragniesz go zaślubić?...
— Podoba mi się lepiej od innych.
— Czyś się dobrze zastanowiła?
Młoda dziewczyna — odparła rezolutnie:
— Tak.
— No, to obecny stan rzeczy dłużej trwać nie może.
— Więc?...
— Ponieważ byłaś na tyle nieopatrzną i słabą aby, pisać do tego młodego człowieka, trzeba przypuścić, iż on może z tego korzystać.
Blanka porwała się z zadziwienia, wołając z oburzeniem:
— Posądzasz go o to, aby chciał korzystać ze słabości tej, którą kocha najczystszą miłością, posądzasz jego, który za wzór służyć może bezinteresowności i delikatności wszelkich uczuć?! To już zanadto, rzucać takie oskarżenie!
Matka i tak została przekonaną, a kochała do tego stopnia córkę, iż daleko większą winę zdolna była również łatwo przebaczyć.
— No, chodźmy. Napiszesz jeszcze raz do niego zadecydowała.
— Ja!
— Tak ty sama, lecz po raz ostatni.
— Cóż mu mam powiedzieć?
— To, co ci podyktuję.
Tak, doszły przed ganek pałacu. Tutaj pani Colombey zaprowadziła córkę do gabinetu pana domu i posadziła ją przed biurkiem mówiąc:
— Weź pióro i pisz co ci podyktuję.
„Moja matka dowiedziała się o wszystkiem.
„I ja sama odkryłam jej pańskie zamiary, co prawda skutkiem małej okoliczności.
„Wyznałam jej też najzupełniejszą prawdę.
„Obecnie pozostaje panu rozmówić się z memi rodzicami, aby im powiedzieć to, czegoś pan nie powinien był mnie mówić naprzód.
„Nielekaj się i nie czekaj lepszej sposobności.
„Życzenia moje będą ci towarzyszyć.
Zadzwoniono po raz drugi na śniadanie. Spożyto posiłek w milczeniu. Młoda dziewczyna była trochę zawstydzoną tą całą awanturniczą przygodą, matka zaś ze swej strony rozważała widać możliwość szczęścia z tego związku.
Około pierwszej godziny, Blanka pobiegła w stronę Małego Chesnay, zostawiwszy z bijącem sercem list w tajemniczej skrzynce.
Przedtem jednak znalazła sposobność aby na wierzchu koperty skreślić ołówkiem następujące słowa:
„Mama odkryła naszą pocztę i przeczytała cały list pana, lecz tak jest dobrą, że mi wszystko przebaczyła i podyktowała sama list, który obecnie posyłam. Postaraj się pan zobaczyć jak najprędzej z moim ojcem, a możesz pan być pewnym dobrego przyjęcia. Masz nas pan obiedwie za sobą, a chyba znasz przysłowie: Co kobieta chce...
Około szóstej, Juan Rodriguez przeszedł mur za pomocą małej drabinki, ukrytej pomiędzy krzewami, znalazł w ukryciu list i przeczytał go obojętnie.
Następnie podał takowy swemu towarzyszowi, który stał na straży około drabinki.
Brecheux czytał pismo z większem zajęciem, a jego małe oczki i twarz koścista przybrały wyraz złośliwego tryumfu.
— Chwała Bogu, iż rzecz tak się pomyślnie układa.
— Doskonale Jasiu! — zawołał wesoło. — Zwycięztwo przy nas!
— Jeszcze nie.
— No, jeszcze ostatni wysiłek i wszystko skończone. Zdobyłeś matkę i córkę, to zdobędziesz i ojca. Trzeba kuć żelazo póki gorące.
— Niech i tak będzie. Zobaczę się z Colombeyem.
— Kiedy?
— Jutro.
— Dla czegóż nie dziś wieczór?
— Dziś wieczór jestem zajęty.
— Bądź ostrożny, zwykle giniemy przez kobiety.
— Czy to jest aluzja do Joanny?
— Rzeczywiście.
— A więc, stary ojcze, nie obawiaj się. Będę Joannę kochać i nie zginiemy.
— Amen! — dorzucił Brecheux.
O dziewiątej, kiedy noc nadeszła, Rodriguez wyruszył z Chesnay pieszo, szybko zdążając w stronę Vaucresson. W pół godziny stanął pod oknami willi Zuzanny.
Z balkonu wychyliła się biała postać, pytając stłumionym głosem:
— Czy to ty?
— Tak, to ja.
— Wejdź.
W kilka chwil później młody człowiek namiętnie cisnął do serca Joannę.
Tą, którą pozostawił w Chesnay, była dla niego tylko dobrym interesem, druga była jego miłością.
[ Juan Rodri]guez powiedział Piotrowi:
[ — Do jutra!]
[ Jutro b]yła niedziela. Ta niedziela poprze[dzająca na kilka] dni przybycie artysty, [wielebnego] Templeton z Oxford[-Street. Miał się udać] na ulicę Bossano.
[ W sobotę] Samuel Rosen, spo[tykając się ze swoim klientem, zamierzał dobrze potraktować młodego i marnotrawnego cudzoziemca, którego sprzedawcy klejnotów w Anglii zwykli nazywać „gołym portfelem“][1].
Pobudzony chęcią zdobycia pieniędzy, pchany przewrotnemi radami starego nauczyciela, gotów był do spełnienia wszystkiego, aby tylko zdobyć majątek, któryby mu pozwolił zadowolnić jego fantazje.
Przytem nie wiele miał do zrobienia.
Dla całego świata uchodził za Juana Rodriguez, a młody Amerykanin, spoczywający na pustyni około skraju Teksańskich lasów, nie mógł zmartwychwstać i świadczyć przeciwko swemu towarzyszowi podróży, który go zamordował, aby następnie obedrzeć.
Wypadek tylko nadzwyczajny mógł jedynie zdemaskować zbrodniarza, lecz gdzież prawdopodobieństwo takiego przypadku?
Z drugiej strony Blanka do niego należała, napiwszy się miłosnego napoju, co zaślepia najwięcej jasnowidzących.
Dostawszy posag do ręki i zrealizowawszy drugą sprawę na monetę, postanowił dopiero rozmyślić się, co będzie czynił dalej.
Miał przed sobą dwie drogi.
Wyjechać na zawsze w towarzystwie Joanny, której by nie porzucił dla żadnej bogatej dziedziczki, ani największego spadku, lub prowadzić życie bogatego obywatela, który może sobie na wszystko pozwolić i, na podobieństwo magnatów z ostatniego stulecia, ukrywać w cieniu wycieczki do swej bogini.
Kosztowałoby to zaledwie niewielką sumę, przeznaczoną jako komissowe panom Burlett i Templeton!
Stary nauczyciel mądrze poprowadził sprawę, co niejednokrotnie musiał Jan przyznać w duchu. A zresztą nie chciał znać żadnych przeszkód i nie bał się niczego. Miał jednak trudne zadanie, musiał jednocześnie oszukiwać Colombey’ów i kochankę, w której, wiedział, znajduje się na tyle uczciwości, iżby się oburzyła na tyle nikczemności.
Chodziło zatem o zręczność i umiejętność postępowania, co mu się w zupełności udawało.
Był gotów na wszystko, a miłość dla Joanny była koniecznym bodźcem dla jego chwiejnego i słabego charakteru.
Od chwili gdy zwyciężona nędzą, przybita moralnie, biedna dziewczyna oddała mu się bez żadnych zastrzeżeń, zwyciężona nietylko przez miłość, lecz również przez swe opuszczenie, powziął dla niej niczem nienasyconą namiętność gwałtowną, porywającą i pochłaniającą go zupełnie. Robiąca wrażenie piękność młodej dziewczyny łatwo usprawiedliwiała to uniesienie.
W Chesnay nie przeczuwano żadnej zdrady.
W niedzielę biura i sądy są zamknięte, a na giełdzie ruch niewielki, wszyscy pozwalają sobie małego wypoczynku, więc też i Maurycy nie mógł znaleźć pretekstu, coby mu posłużył do małego spaceru do Paryża.
W rzeczy samej nie był tym zupełnie zmartwiony, gdyż i sam Pan Bóg odpoczął siódmego dnia po stworzeniu świata. Co prawda, to radca nic podobnego nie uczynił, aby mu się spoczynek należał, lecz odpoczynek dnia jednego pomiędzy zielonością i kwiatami w cudowny dzień majowy ma również swoje powaby. A przytem Blanka nadskakiwała i usługiwała ojcu na każdym kroku, szczebiocząc do niego słodkim, pieszczotliwym głosem:
— Spodziewam się, iż zostaniesz dzisiaj z nami, ojczulku!
Nie było sposobu jej odmówić. Młoda dziewczyna spodziewała się dziś gościa, a mały dopisek do listu zawierał prośbę, lecz zarazem i rozkaz, któremu powinien być posłusznym, jeżeli był szczerym w swych zamiarach.
Biedaczka wierzyła w to najmocniej. Dla czego miała o nim wątpić? W swej prostocie naiwnej, uważała to wprost za świętokradztwo.
Więc też od rana patrzyła w okno, ukryta po za firankami, śląc w dal wzrok niespokojny. O dziesiątej, od strony kraty żelaznej, wychodzącej na drogę usłyszała dźwięk dzwonka, który jej sprawił bicie serca. Tamtędy musiał przybywać. Z podwójną niecierpliwością, patrzyła drżąca cała.
Drugie silniejsze uderzenie zwiastowało przybycie gościa.
Przez chwilę została nieruchomą, oparta o ramę okna, z trudnością powstrzymując wzruszenie.
Nagle ujrzała oczekiwanego. Szedł uśmiechnięty, wesoły, elegancki, z podniesioną wysoko głową, szukając sam w około, czy niema kogo, coby na niego czekał.
Na chwilę wychyliła się przez okno i spojrzenia ich się skrzyżowały. Trwało to jedną chwilkę, lecz oczy młodej dziewczyny były tak wymowne, iż uczeń Piotra Brecheux z łatwością zrozumiał co mówiły.
— Nie obawiaj się! Masz z sobą sprzymierzeńców!
Maurycy znajdował się w swoim gabinecie, pracowni światowca, tak mało przypominającej pracownię uczonych lub prawników. Panowała tu czystość i porządek bezwzględny, znacząc, iż służba tutejsza nie znosiła szacownego kurzu, tak drogiego filozofom i myślicielom.
Dwa okna wychodziły na zielone firanki parku, okolone wspaniałemi azaljami, pelargonjami i bengalskiemi różami.
Kilka dzienników leżało rozrzuconych na biurku, a pan radca wyciągnięty w fotelu, napawał się czytaniem jakiegoś artykułu, który miał to szczęście, iż sprowadził uśmiech zadowolenia na jego usta.
Służący ukazał się w pokoju.
Był on zapewne w równym wieku ze swym panem, mając około lat piędziesięciu.
Ten również, gdyby zechciał sięgnąć pamięcią, przypomniałby sobie biedaka z Boyeux, któremu dopomógł do szybkiego schodzenia ze schodów. Lecz to była dawna bardzo historja i ktoby się nią teraz zajmował.
Wszedłszy do pokoju, wyjął on ze swej rannej kurtki małą srebrną tackę.
na której położył kartę wizytową i w milczeniu podał ją panu.
Radca skończył ciekawy artykuł, nie śpiesząc się wcale i dopiero spojrzał na kartę.
— Czy ten pan czeka? — zapytał.
— Tak jest.
— Proś, niech wejdzie.
Nieobecność służącego trwała zaledwie kilka sekund, ale jednak podczas tak krótkiej chwili radca zdążył poprawić kołnierzyk, przygładzić krawat i wysunąć mankiety.
Przeczuwał, iż ta wizyta zawiera jakąś uroczystą misje, przy której dobrze będzie wyglądać jego sztywna powaga, zastępująca godność pańską u podobnych jemu miljonerów.
Wszedł Jan Rodriguez.
Syn i ojciec byli prawie tego samego wzrostu, wysocy i piękni obadwaj można powiedzieć, tylko każdy [z nich] na swój sposób, radca w swej [wielkiej] wyniosłości, a młody człowiek [w swej] swobodzie wielkiego pana i św[iatowca,] pełnego wdzięku, zręczności, [i mło]dości wspaniałej.
Zawsze jest chwila zakło[potania na] początku ważnej rozmowy, [niepokój] większy w sytuacji [kiedy wy-] czuł fałszywość swego położenia, oraz siłę i przenikliwość przeciwnika.
Lecz odebrał doskonałą naukę i Brecheux wysłał go do walki doskonała uzbrojonego.
A przytem czułe, pełne miłości spojrzenie Blanki samo jedno wystarczyłoby do nabrania odwagi, gdyby mu jej zbrakło.
— Panie, — odezwał się swym [czy]stym metalicznym głosem — wi[eczorna] moja wizyta wydać się panu m[ogła nie]delikatną i śmiałą, lecz w rze[czywisto]ści jestem sam na świecie.
— Sam? — przerwał [...] radca.
— Nie mam rodziców [i nie pa]miętam ich cokolwiek. [Stary nau]czyciel wychował mn[ie sam. Zmu]szony jestem przed[stawić osobi]ście panu moją prośbę.
Zatrzymał się [na chwilę, jakby czekając na zachętę. Radca pozostał dostojny i milczący, ale życzliwy. Wiem — kontynuował młodzieniec — że moje przedsięwzięcie jest śmiałe, ale mogę powiedzieć, że jeśli odważę się je podjąć,] pańska uprzejmość, której miałem dowody, upoważniła mnie do tego kroku. Słowem, kocham pańską córkę i mam zaszczyt prosić pana o jej rękę.
Nastąpiło milczenie, jak zwykle dzieje się i w naturze, kiedy ma nastąpić burza.
Rodriguez mógłby sądzić, widząc za[myśl]enie radcy, iż rozważa jego pro[śbę i roz]waży widoki takiego związku.
[Było] jednak wprost przeciwnie.
[Colom]bey w tej chwili nie myślał [wcale o m]ałżeństwie dwojga młodych, [natom]iast dwie rzeczy zajmowa[ły go niezmie]rnie i o nich właśnie roz[myślał w tej ch]wili.
[— Skąd znam głos tego] młodzieńca, miły lecz [od razu] zauważył, iż bezwąt[pienia słyszał dź]więk jego kiedyś, tyl[ko w tej chwili nie mó]gł sobie zdać spra[wy kiedy to] być mogło.
Ta sprawa go mocno zajmowała, iż w tej chwili zapomniał o gościu i celu ich wizyty.
[W gabinecie było tak cicho, że można było by usłyszeć spadającą szpilkę na podłogę.
Aby przerwać tę krępującą ciszę, młody mężczyzna kontynuował:
— Najpierw winien jestem panu najdokładniej]sze objaśnienie co do mojej rodziny i co do mnie samego. Pochodzę z uczciwego domu, mój ojciec miał posiadłości swoje w Nowym Orleanie. W poselstwie możesz pan zebrać potrzebne wiadomości.
— Wiem — odparł machinalnie radca.
— Co zaś do majątku osobistego, to ten rzeczywiście nie jest znacznym — ciągnął Rodriguez.
— Hm! — odparł tym samym tonem radca, uniesiony raczej przyzwyczajeniem, gdy tylko zachodziła kwestja pieniężna. Lecz natychmiast prawie popadł znów w zamyślenie, mówiąc w duchu:
— Gdzie u licha widziałem takie oczy?
Jak błyskawica przeszła mu myśl przez głowę:
— Róża — wyszeptał.
[Wzr]uszył ramionami; wykrzywiwszy [z pogard]ą usta.
[— Ale]ż to szaleństwo? – pomyślał.
[I zwra]cając się do młodzieńca za[pytał:]
[— Mówiłe]ś pan że pochodzisz?...
[Z Now]ego Orleanu.
[— W którym] roku urodziłeś się pan?
[— Urodziłem się] dwadzieścia siedem lat... 30-go maja tysiąc osiemset sześćdziesiątego drugiego.
— Jak się nazywała matka pana?
— Manuela Palacios.
— A ojciec?
— José-Pedro Rodriguez.
— Oboje już nie żyją?...
— Straciłem ich, będąc małem chłopięciem, matka umarła ze zmartwienia po śmierci ojca.
— Rzeczywiście szalony jestem, — pomyślał w duchu. — A majątek pana?... — zapytał już spokojniej. — Chciałbym nie poruszać tej kwestji, lecz tego nie można ominąć przez wzgląd na spokój i przyszłe szczęście mojej córki...
— Zapewne, — dorzucił spiesznie młody człowiek.
— Posiadasz pan jaką nieruchomość?...
— Trochę ziemi około Nowego Orleanu.
— Jaką jest wartość tego?...
— Bardzo mała.
— Naprzykład?
— Coś około sześćdziesięciu tysięcy dolarów.
— To znaczy trzykroć sto tysięcy franków?
— Prawie.
— Czy chcesz pan się pozbyć tej własności?
— Rzeczywiście, chciałbym to uczynić.
— Dla czego?...
— Mam zamiar osiedlić się na stałe we Francji. Moi rodzice pochodzili z Hiszpanji, lecz urodzeni w Bayonnie, zatem byli raczej francuzami...
— Czy chciałbyś pan zostać francuzem?
— Jeżeli miałoby to stanowić konieczny warunek do zawarcia upragnionego związku...
Radca powrócił do głównej sprawy.
— Mówiliśmy o nieruchomościach pańskich?
— W Paryżu posiadam pałacyk.
— Na ulicy Bassano?
— Tak jest.
— I Mały Chesnay jest również pańską własnością?...
— Także.
— I to wszystko?
— Wszystko.
— Mówmy więc o gotówce.
— Oto spis moich papierów wartościowych.
Tu Rodriguez podał swój notes radcy, który z uwagą zaczął czytać i rachować. Po chwili odezwał się:
— Dobry wybór.... pewny... Ruska, francuzka renta... poważne obligacje... razem siedemdziesiąt pięć tysięcy czystego dochodu, to znaczy dwa miljony i pół kapitału.
— Wiem, iż to jest niewiele, — odezwał się skromnie Rodriguez.
— Bardzo poważna suma, — poprawił go radca. — A ziemia ile panu przynosi?
— Dosyć wysoki procent, lecz nie zawsze jednakowy.
— Ile? — zapytał prawnik.
— Trzydzieści tysięcy franków.
— Zatem nie można jej się pozbywać!...
— Jeżeli tak pan radzisz!
Maurycy zwrócił notes młodemu człowiekowi i powstał, mówiąc:
— Panie Rodriguez, bardzo jest dla nas pochlebnym pański zamiar..., lecz pojmujesz pan, iż muszę się cokolwiek zastanowić... i rozmówić ze stroną interesowaną. Pomyślę o tem jaknajprędzej, przyrzekam panu.
— Czy mogę mieć nadzieję?...
— Dla czego nie? Ładny majątek!
— Bardzo skromny w porównaniu do pańskiego, który mnie przestrasza.
— Co znowu! Pieniądze nigdy nie są rzeczą przerażającą.
— Panna Colembey jest otoczoną rojem wielbicieli, czemu nie można się dziwić.
— Trudny jest jednak wybór... Pomyślę o pańskim projekcie, masz pan moje słowo.
Obadwaj opuścili pokój i zeszli do parku, kierując się ku bramie wjazdowej, odległej dosyć daleko od domu.
— No, jeszcze wyliczmy wszystkie dane, — odezwał się poufnym tonem radca, — masz pan lat dwadzieścia siedem...
— Za dni kilka.
— Żadnej rodziny.
— Niestety!
— Nie masz pan czego żałować... Rodzina jest czasami rzeczą ambarasowną.
— Przeciwnie, myślę, — odparł Juan z odcieniem smutku w głosie, — że byłbym szczęśliwym, posiadając rodzinę
— Nastąpi to niedługo.
Na skręcie ulicy, Blanka i jej matka znalazły się na wprost idących.
Młoda dziewczyna zarumieniła się, a matka w milczeniu uścisnęła dłoń Juana angielskim obyczajem i przeszły dalej.
Przy bramie radca z kolei wyciągnął rękę do sąsiada, mówiąc jeszcze:
— Lecz pan mnie zrozumiałeś, panie Rodriguez i zgadzasz się zostać francuzem?
— Ależ panie — zawołał młody człowiek z zapałem — z góry przyjmuję wszelkie warunki, które się panu podoba mi narzucić. Gdyż nie chodzi tu o interes, lecz o zupełnie innego rodzaju uczucie.
Za chwilę zamknęła się brama za Juanem, który do Chesnay powrócił.
Wracając do pałacu, Colombey rozmyślał:
— Majątek niczego, chłopak ładny, więcej nawet, śliczny! Bez rodziców, co także ma swoje znaczenie... bez krewnych, to jest bez darmozjadów... Wcale przyzwoita para, lecz co za szczególne oczy!
Przesunął ręką po czole, jak gdyby chciał spędzić niepotrzebne myśli.
Na ganku czekała na niego żona. Blanki nie było.
— I cóż? — zapytała męża.
— Spalił za sobą mosty.
— Mówił z tobą?
— Oświadczył się o rękę Blanki.
Pani Colombey wsunęła swoją rękę pod ramię męża, pytając:
— No i jakże ci się zdaje?
— Sądzę, iż nie tylko mnie on tu się podoba, a biedny Fernando, za którym zawsze stronę trzymałaś, stracił dużo w twoich oczach, jeżeli się nie mylę.
Matylda odpowiedziała:
Przecież to nie ja jestem na wydaniu, bo w takim razie możebym powiedziała co innego... Fernand może być niezdolnym wzbudzić gwałtowną miłość, której zresztą wcale nie rozumiem, za to można być prawie pewną pozostania z nim szczęśliwą, lecz szczęśliwą, jak ja rozumiem szczęście, spokojne, błogie jutro. Kocham i poważam Fernanda i dla tego żałuję go bardzo.
— Aż tak?
— Fernando kocha Blankę.
— Tak sądzisz?
— Kocha, cierpieć będzie, widząc ją żoną innego.
— A ona?
— Blanka ma tylko szacunek i przyjaźń dla niego.
— A dla sąsiada?
— To co innego.
— Któż ci o tem powiedział?
— Kto? Matka przeczuje, co się dzieje sercu jej dziecka.
— Zatem musi się cieszyć z jego oświadczyn?
— Możesz się łatwo sam przekonać, pytując ją o to.
— A to na co, jeżeli jesteś ty o tem dobrze przekonaną?
— Cóżeś mu odpowiedział?
— Że rozważymy rzecza całą... ponieważ uważam małżeństwo za możebne...
— A czy już masz swoje zdanie co do tego...
— Może...
— Czy zebrałeś potrzebne wiadomości?
— Mam i same dobre.
— Zatem — zapytała nieśmiało pani Colombey — nie widzisz żadnej przeszkody... naprzykład ze strony majątkowej?
— Jest co prawda mniej bogaty, jak sobie wyobrażałem.
— A!
— Przedstawił mi sytuację z całą otwartością, za co jestem mu wdzięczny. Jest coś około trzech miljonów.
— To chyba dosyć?
— Wolałbym pięć... lecz ponieważ ci, którzy je posiadają, nie bardzo łatwo chcą się żenić...
— Więc z tej strony wszystko dobrze?
— Prawie... a z innej również... Przyjmuje wszelkie warunki.
— Wszystkie?
— Bez wyjątku.
Matka odetchnęła. Obawiała się trudności pewnych. Od chwili, kiedy poznała tajemnicę córki, była ciągle jak na szpilkach, z obawy przykrości jakiej dla swej ukochanej jedynaczki, a tu wszystko szło tak pomyślnie.
Wszedłszy do sali jadalnej, uścisnęła szybko rękę Blanki, ucałowała jej jasne włosy, szepcąc do ucha dobra nowinę:
— Bądź dobrej myśli!
W tej samej chwili Brecheux chodził tam i napowrót po salonie Małego Chesnay, prędkim krokiem ze złem wejrzeniem, z rękami w tył założonemi, pod wrażeniem łatwej do zrozumienia trwogi, chcąc przeniknąć, co się działo tam, po drugiej stronie morza. Więc też poskoczył naprzeciw swemu uczniowi, wołając:
— Jakże ci poszło?
— Lepiej niż się tego spodziewałem!
Wyraz twarzy Juana już świadczył o dobrej nowinie.
Łatwość, z jaką został przyjęty przez radcę, spojrzenie Blanki, a nadewszystko myśl o Joannie, dodały mu odwagi i siły, która biła z całej jego postaci.
Brecheux nie zawiódł jego oczekiwania i z takim przewodnikiem nie pozostawało nic więcej, jak tylko poddać się jego kierunkowi.
Wszystko się wiodło i uśmiechało do niego: i miłość i pieniądze miał posiąść.
Szczęściło mu się jak graczowi przy kartach.
— Na kiedy ma być stanowcza odpowiedź?
— Sądzę, iż nastąpi wkrótce.
— Jakiej pragniesz?
— Bezwątpienia.
Lecz widząc ślady niezadowolenia i obawy, pozostałe na pargaminowo-żółtej twarzy starego, Juan poklepał go po ramieniu i pociągnął do jadalni, mówiąc:
— No! stary ojcze, nie gniewaj się i rozchmurz oblicze! Ręczę, że będziesz kontent ze mnie. Najtrudniejsza rzecz już załatwiona.
Brecheux poskrobał się w łysinę, wykrzywiając usta do uśmiechu.
— Może masz rację — odparł szyderczo. — Prosiłem cię o rok cierpliwości Jasiu, a tu i roku nie potrzeba!
— Niech djabli porwą! — zawołał młody człowiek, siadając do stołu — lecz sposobu, w jaki słuchał mnie radca, jeszcze zapomnieć nie mogę, ciarki mnie przechodziły... Brr!
Nalał sobie i Piotrowi pełną szklankę porto i wychylił ją, mówiąc:
— Za zdrowie przyszłego teścia.
— Doskonała myśl, Jasiu — odparł nauczyciel, naśladując ucznia. — Za zdrowie pana Maurycego Colombey.
Szanowny Willi, który im usługiwał, nie stracił nic ze swej powagi, myślał sobie tylko:
— Już jabym nie chciał być na miejscu tego pana Colombey’a, pomimo jego bogactwa? Co też ten stary profesor ma do niego?
Schronienie, które Juan wybrał dla swej bohdanki, było pełne cieniu, ciszy i spokoju.
W przeciągu kilku dni los nieszczęśliwej dziewczyny z Moulin-Rouge zmienił się do niepoznania. Jak za dotknięciem różczki czarodziejskiej, przeniesioną została z otchłani piekielnych nędzy i upadku do zaczarowanej krainy rozkosznego spokoju i dostatku, którym została olśniona, powątpiewając nieraz o swoich zdrowych zmysłach, a ta dziwna przemiana losu wydawała jej się raczej snem „z tysiąca i jednej nocy“, z którego się znów przebudzi do okrutnej rzeczywistości.
Jednakże musiała jej się poddać.
Co rano stary ogrodnik, chodzący po ulicach ogródka był chyba osobą z krwi ciała i kości, widziała, jak podlewał i pielęgnował kwiaty, następnie wychodził pracować do sąsiednich posiadłości.
Szedł ubrany w gruby płócienny fartuch, włożony na kamizelkę z ciemnego aksamitu, z krótką fajeczką w ustach, z rydlem i grabiami na ramieniu i z pewnością stary poczciwiec nie wyglądał na ducha, szczególniej kiedy przychodził na pogawędkę do okna nowej lokatorki, którą nadzwyczajnie oboje z żoną polubili.
Lecz któżby mógł nie lubić tego dobrego, słodkiego stworzenia z melancholijnym uśmiechem na ślicznej twarzyczce?!
Przychodził jej powiedzieć:
— Czy nie potrzebujecie czego panno Joanno? Idę do Saint-Claud lub Ville d’Avray.
Albo znów:
— Co tam słychać w domu, wszyscy zdrowi? Zawsze grzeczny, cichy i zgodny ojciec Paskal domyślał się czegoś potrosze.
Sądził, iż młody panicz, co wynajął domek, był czemś więcej niż kuzynem dla Joanny, lecz stary milczał, nie wtrącając się w nieswoje rzeczy. W życiu swem widział już różnych przygód nie mało.
Tysiące willi okalających Paryż, kryje nie jedną tajemnicę więc też stary był wdzięcznym Joannie, że i ona również się otoczyła tajemnicą.
Poczciwa ogrodniczka miała sporą dozę pobłażliwości, więc często mawiała mężowi:
— Cóżby też było złego, gdyby ta para turkawek się kochała? Śliczni oboje! Wielki Boże! coby to komu szkodziło, a nam co zresztą do tego.
Ogrodniczka miała bez zaprzeczenia słuszność.
Brunet i blondynka! Wdzięk i siła! Piękność i zdrowie! Jakby stworzeni dla siebie, dla miłości młodzieńczej i pełnej ognia. O tak, stara ogrodniczka miała słuszność na tym punkcie, tylko myliła się na innem.
Juan przychodził również i w dzień do willi Suzanne, lecz te jego odwiedziny były odwiedzinami przyjaciela lub brata. Przechadzali się z Joanną po ogrodzie w cieniu drzew wielkich i najczęściej krótko bawił, powracając na dłużej, kiedy noc zapadła.
Scena pierwszego dnia ich upojenia powtarzała się co wieczór, o czem nikt w domu nie wiedział. Rzeczywiście Juan oszczędzał dobrą sławę swej kochanki, za co mu była Joanna niezmiernié wdzięczną, nie domyślając się prawdziwej przyczyny jego postępowania.
Więc też co raz mocniej przywiązywała się do niego za tysiące drobnych i nieustannych starań, jakiemi starał się przygłuszyć jej żal po upadku, zawsze okrutnie bolesny dla dusz szlachetnych.
Z radością też słuchała miłosnych przysiąg jego wiecznej miłości i błogosławiła za dostatek i wygodę, którą otoczył dwie kochane przez siebie istoty, które za nic w świecie nie opuściłaby same.
Mały ten domek przedstawiał rozkoszne przeciwieństwo ze wstrętną norą na drodze do Carieres, o której myślała czasem, jak o śnie niemiłym.
W willi Suzanne panował dostatek we wszystkiem i spokój, ożywiający błogość, konieczną dla biednych rozbitków nieszczęsnego losu.
Joanna miała tu mnóstwo kwiatów daleko więcej niż nawet w swym kwiecistym du Mesnil i dostatek, którego do tej pory nie znała. Jednakże często serce jej ściskało się z żalu za dawnem życiem... za tem, jakie pędziła w Cherburgu. Było to wtedy, kiedy budziło sie w niej uczucie jej postępku, jej win. Myślała o tem często i wspominała czasem Juanowi.
Wiele razy naiwne pytania małej Marji sprawiały jej nie mały kłopot. Dziecko, przechadzając się z nią po grodzie lub pokojach willi, pytało:
— Powiedz, czy te wszystkie piękne rzeczy są nasze?
Lub:
— Kto nam to wszystko dał, siostrzyczko?... Dla czego?... Czy to ten piękny pan, co tu do nas przychodzi?
I tysiące podobnych kwestji, na które Joanna z wielkim trudem mogła wynaleźć odpowiedź, naturalnie kłamliwą.
Otóż nic bardziej nie budziło wstrętu w jej duszy szlachetnej i cierpiała za tego rodzaju poniżenie własnej osoby.
Nie uznawała żadnej wymówki, iż to robiła z prawdziwej konieczności. Pojmowała, iż można się oddać z miłości! Przysługa, choćby najlżejsza, plamiła taki stosunek w jej oczach.
Lecz jak tylko była razem z Juanem, zapominała o swych czarnych myślach, zapominała o całym świecie, myśląc tylko o nim.
Wyglądał z pozoru tak szczerze, był tak łagodny i namiętny zarazem, musimy przyznać, iż ją zupełnie oczarował.
W osiem dni po rozmowie ojca z synem w Chesney, wieczorem, kiedy dawno już słońce zniknęło na horyzoncie, w willi Suzanne wszystkie światła zagasły po kolei. W domku ogrodnika gaszono zwykle światło najpierwej.
Obłąkana spała w swym pokoju. Od czasu swego przybycia do willi, siły jej, zamiast się wzmacniać pod wpływem dobrobytu i wygody, raczej niknęły stopniowo. Młoda dziewczyna z niepokojem śledziła nowe zło, które pogorszało dawne. Szczerze była przywiązaną do biednej bretonki, która jej dała tyle dowodów troskliwości. A przytem czuła, iż wdowa posiadała tajemnicę jej urodzenia, i że ona tylko jedynie mogła ją rozwiązać, gdyby choć chwilowa jej inteligencja uśpiona rozbudziła się.
Z jej śmiercią tajemnica na zawsze poszłaby z nią do grobu. W rzeczywistości była to nader słaba nadzieja, lecz czyż mogła ją odepchnąć?
Noc była niezrównanie piękna. Oparta o balustradę ganku, Joanna stała zapatrzona w mroczną przestrzeń, oczekując ukochanego.
Do tej pory nie upłynęło ani jednej nocy, aby nie był z nią razem. Dla czego dziś go nie było?
Najmniejszy szmer na drodze sąsiedniej czynił jej wrażenie niepokoju.
Nareszcie około północy turkot pędem toczącego się powozu, zatrzymał się opodal, i zaraz usłyszała ciche skrzypnięcie małych drzwi, przez które Juan zwykle wchodził.
W jednej chwili wszystkie obawy, zwątpienia i wyrzuty biednej dziewczyny pierzchły jak senne widziadło.
Widziała zbliżającą się postać i wbiegła do swego pokoju, aby go przywitać z otwartemi rękoma.
Był to on. Lecz zamiast ją przycisnąć do serca z miłością, ucałował ją z lekka w czoło, rzucił na stół pęk dzienników, które trzymał w ręku, zdjął rękawiczki i rzucił się na krzesło, mówiąc:
— Nareszcie! Sądziłem, iż to nie nastąpi nigdy!
Twarz miał zmienioną, a oczy patrzyły z pewnem okrucieństwem.
— Co ci jest? — zapytała go swoim poważnym głosem. — Wyglądasz jakgdyby ci się przytrafiło nieszczęście!
Podniósł głowę.
— Dla czego to pytanie? — odezwał się.
— Jesteś cały wzburzony.
— Dla czegoż miałbym nim być?
— Właśnie się o to pytam.
— Może mnie się boisz? — zapytał jakimś szczególnym tonem.
— Bać się ciebie? Zapewne że nie — odparła, starając się uśmiechnąć — lecz przyznaj sam, że nie jesteś w zwykłem usposobieniu!
— Oj dziecko! dziecko! — zawołał, przyciągając ją do siebie i okalając jej kibić ramieniem, — a czyż ja dla ciebie mógłbym się zmienić kiedykolwiek?
— Tak mówią wszyscy zakochani!
— Przysięga uczciwego człowieka.
— Zatem musisz mieć coś, co cię niepokoi lub smuci... Masz zmartwienie może?
— Tylko przykrość...
— Jaką?
— Iż cię muszę pożegnać za chwilę.
— Na jak długo?
— Czyż jabym mógł żyć bez ciebie, ty, co jesteś dla mnie moim światem całym!
— Prawdę mówisz?
— Taką, jak to, iż w tej chwili żyję.
— I opuszczasz mnie?...
— Muszę... Czekają mnie... Dla ważnej sprawy muszę powrócić na ulicę Bassano... dla tego samego powodu i teraz się spóźniłem.
— Cóż to takiego?
— Kilku przyjaciół z Londynu niespodziewanie przyjechało...
— Czy długo pozostaną?
— Jutro o tej samej godzinie będą chwała Bogu daleko!
— Więc przyjdziesz?
— Kiedy? — zapytał z roztargnieniem.
— Jutro.
— Zapewne... i zrozpaczony jestem, iż cię muszę porzucić tak prędko.
Powstał, wziął w swe dłonie głowę kochanki í szepnął jej na uszko:
— Potrzeba rzeczywiście uwielbiać panią, żeby pędzić tyle drogi, dla widzenia cię przez pięć minut.
A widząc ją niespokojną i zamyśloną, odzyskał na chwilę zwykły humor i, dla uspokojenia jej, zaczął recytować z prawdziwym talentem skończonego aktora wyjątki scen sentymentalnych, słyszane na deskach teatralnych.
Za to wszystko okryła go pocałunkami, mówiąc:
— Ja także kocham ciebie, za twą dobroć dla mnie biednej dziewczyny, lecz miej się na baczności! Składasz przysięgi... A gdybyś mnie też zdradził?...
— Czy jesteś zazdrosną?
— Czy można kochać i nie być nią? Pomyśl tylko, że jesteś moim całym światem. Cóżby mi się pozostało, gdyby inna kobieta cię pokochała?
Wzruszył ramionami, powtarzając, że nie ma się czego obawiać, gdyż ją jedynie i bezpodzielnie kocha, że jest jego miłością i żoną przed Bogiem. I tysiące tym podobnych szaleństw!
Następnie spojrzał na zegarek i zawołał z udaną wesołością:
— Nauczyciel prosił mnie, abym jaknajprędzej wracał. Na taki rozkaz muszę zostać posłusznym. Biedny stary, myśli, że zawsze mam lat piętnaście. Niech się łudzi.
Oboje wyszli razem.
Niebo błyszczało tysiącem gwiazd, niebieskim blaskiem ogród oświetlając. Cisza panowała dokoła. W przestrzeni słychać było, jak gdyby oddaloną mowę wód morskich, bijących o nadbrzeźne skały.
To Paryż odzywał się zdwojonem życiem, przed udaniem się na spoczynek.
— Żegnam cię, — odezwała się Joanna do ukochanego. — Idź, lecz pamiętaj, że cię kocham więcej nad życie, nad świat cały.
Rozstali się.
Stała, słuchając szmeru zamykających się drzwi za Janem, jego niknących kroków po drodze, nakoniec turkotu oddalającego się powozu, który wkrótce zmieszał się z hałasem usypiającego Paryża.
Wróciła powoli ku domowi, gdy nagle stanęła zdumiona.
Przed nią jedno z okien otworzyło się, a w niem stanęła chora Perina, na pół ubrana, z rozpuszczonym włosem, rzucając niezrozumiale słowa:
— Morze... Kapitan... La Roche-Morgat... Joanna!...
— To moja tajemnica! — pomyślała młoda dziewczyna. — I ona ją zabierze z sobą... nie zostawiwszy dla mnie nic... A on!... co to być mogło?
Rzeczywiście, ogromnie była uderzona dziwnym zachowaniem się Jana. Stanęła zamyślona.
Bretonka nuciła pozostałe jej w pamięci piosenki:
A z zamarzłych wód, gromady wychodzą
Biednych dusz, które błądzą po świecie...
Joanna słuchała, bojąc się ruszyć, ażeby nie przestraszyć chorej.
Obłąkana pozostała chwilę w milczeniu, zrobiła znak krzyża na piersiach i od okna się odwróciła.
Wtedy młoda dziewczyna cichutko wsunęła się do domu i poszła do pokoju matki.
Perina siedziała w fotelu z głową przechyloną na poręczy.
Przy blasku świecy, którą z sobą przyniosła Joanna, zobaczyła ją tak strasznie bladą, iż z przerażenia o mało nie krzyknęła. Przysunęła poduszkę i uklękła przed Periną.
— Matko — odezwała się, chcąc, aby zauważyła jej obecność.
Obłąkana spojrzała na nią zdumiona, nie poznawszy jej z początku, powoli dopiero pamięć jej powróciła.
— To ty! — zawołała.
— Tak to ja, czuwam przy tobie! Co robisz matko?
Uśmiech pełen nadzwyczajnej słodyczy okolił usta bretonki.
— Nie wiem, — odparła.
— Jesteś słabą matko!... Trzeba się położyć.
— Położyć... Nie mogę...
— Dla czego?
— Dręczą mnie różne myśli.
Wskazała na czoło.
— Cierpisz matko?
— Oh! tak.
Joanna zdumioną została jej odpowiedzią. Nigdy od chwili utraty przytomności, nie wyrażała się z taką jasnością myśli. To też młoda dziewczyna wzięła ją za rękę mówiąc:
— Przed chwilą byłaś matko sama, mówiłaś a ja cię słyszałam!
Na twarzy wdowy ukazał się trwożliwy przestrach.
— Ja? — zapytała nieśmiało.
— Tak ty matko. Mówiłaś o dawnych czasach. Spróbuj matko przypomnieć sobie... błagam cię o to, ja twoja córka!
— Dla czego mówisz córka?... Nie jesteś moją córką... Nie, o! wcale nie!
— Ale cię kocham tak samo jak gdybym nią była... Zrób to dla mnie matko droga i przypomnij sobie... Kto mnie oddał do ciebie?...
Patrzyła na nią z całej siły woli chcąc wskrzesić iskrę z jej chorego umysłu.
— Kto? — powtórzyła wdowa.
— Czy mój ojciec?...
— Nie... nie... to nie był twój ojciec...
— Któż więc?
— Przypominam sobie... Twój ojciec zginął... zabity...
Zerwała się, wydając okrzyk, zanim Joanna zdołała ją zatrzymać, wołając już bezprzytomnie:
— Śpi on tam... w głębi mórz... tam daleko... Nie ujrzysz go już nigdy! A ten drugi... ten jakże się nazywał?... Nie wiem.
— Przypomnij sobie matko.
— Nie mogę!
Wyjąkała kilka zdań niezrozumiałych i promyk światła, który na chwilę zabłysnął, zagasł na nowo.
Młoda dziewczyna zaprowadziła ją ostrożnie do łóżka i wkrótce nieszczęśliwa usnęła, powtarzając coraz cichszym głosem swą ulubioną zwrotkę.
Przez krótką chwilę miała Joanna nadzieję powrotu do zmysłów matki, lecz niestety, pomroka nie została jeszcze rozproszoną.
Z głębokiem westchnieniem poddała się tej nowej próbie. Dobrze, iż była przyzwyczajoną do niepowodzeń. Od tylu lat srogi los ją prześladował, a szczególniej od czasu wyjazdu z du Mesnil przeszła tyle zawodów i upokorzeń, iż jej zupełnie złamały wolę i siły.
Teraz też mógł się los nad nią znęcać, lecz już niespodziewała się nic gorszego od przebytych męczarni.
Tak przynajmniej pozostawała jej jeszcze nadzieja, chociaż również wyrzucała sobie radość, z jaką chciała się dowiedzieć o swej matce. Gdyby chora była przed nią odkryła tajemnicę jej urodzenia, jej matkę!
A czyż ona miała inną matkę nad tę nieszczęśliwą, którą pielęgnowała? Czyż mogła nazwać matką stworzenie bez serca, które zdolne było opuścić swoje dziecię? Gdyby ją nawet poznała, czyżby mogła mieć inne uczucie dla niej, nad nienawiść i przekleństwo, za wycierpiane bóle? Stokroć lepiej zatem nieznać nigdy jej imienia.
A zresztą teraz na co miałaby ją odnaleść, kiedy została biedną, shańbioną dziewczyną? Teraz nic jej nie pozostawało nad kochanka. On dla niej był wszystkiem. Jedyne też miała pragnienie żyć zapomnianą, nieznaną dla świata i ludzi, którzy mogli mieć dla niej tylko pogardę.
Jednakże kilkoma słowy bretonka rzuciła trochę światła i odchyliła rąbek zasłony tajemniczego dramatu, związanego z jej urodzeniem. Zatem jej ojciec zginął tragiczną śmiercią, spoczywając na dnie oceanu, jak majtek z piosenki.
Został zabity! Lecz przez kogo?
Joanna wyobraziła sobie acz niejasno jedną z tych ciemnych intryg, które mają początek w zdradzie małżeńskiej, a kończą się krwią. Pomimo woli chciała wiedzieć prawdę bolesną lub okrutną. Więc też schyliła się nad swą przybraną matką, chcąc z całej siły wołać.
— Powiedz, o powiedz co wiesz o mnie!
Lecz obłąkana nie byłaby ją zrozumiała. Spała głębokim snem, a usta szeptały słowa zawsze jedne: La Roche-Morgat... Brest... Joanna!
Młoda dziewczyna odeszła.
Kiedy znalazła się w swym pokoju, pierwsza wybiła na zegarze.
Rozbierała się powoli, niepewna co ma zrobić, gdyż nie czuła żadnej ochoty do snu. Naraz spostrzegła paczkę dzienników, zapomnianych przez Jana.
Chcąc rozerwać myśli, zaczęła przerzucać dzienniki. Były to gazety francuzkie i angielskie. Rzuciła się na łóżko przeglądając je po kolei, chociaż co prawda nie zawierały nic dla niej interesującego, więc też zaczęła czytać ogłoszenia, zaledwie jednak przeczytała ich kilka kiedy zadrżała, szeroko roztwierając oczy, jak człowiek znienacka ugodzony.
Właśnie trafiła na tych kilka wierszy.
„Osoby, które by mogły udzielić wiadomości o wdowie nazwiskiem Perina Yaudet, urodzonej we wsi Vitray w Bretanji — Morbihan, są proszone o zakomunikowanie takowych panu Raveneau, ulica d’Anjou. Wyznacza się znaczną nagrodę za udzielenie adresu“.
Młoda dziewczyna myślała. Perina Yaudet! Nie można się mylić, mowa tu jest o matce. Ogłoszenie to z pewnością dotyczyło tajemnicy jej urodzenia, do której klucza napróżno szukała. Jeżeli żądano adresu mamki, zatem chciano mieć wiadomość o dziecku! O tem na chwilę nie wątpiła. Lecz kto ją poszukiwał? Czyżby matka?
Myślała więc o zapomnianem i odepchniętem dziecku!
Dziesięć razy czytała tajemnicze ogłoszenie, oddając się najdziwaczniejszym przypuszczeniom, nakoniec powiedziała sobie, iż ma się kogo poradzić, ma kochanka.
I po kilkogodzinnych rozmyślaniach z tą myślą zasnęła szepcząc:
— Jutro, tak — pójdę jutro.
Jeżeli Rodriguez, będąc ostatni raz w willi Suzanne wydawał się, iż był zajęty myślą gdzieindziej, to miał do tego bardzo ważne powody gdyż znajdował się w przeddzień walnej batalji.
Jeżeli opuścił Joannę pomimo gwałtownej chęci pozostania u niej, to jedynie dla tego iż otrzymał wyraźny rozkaz aby się stawił na oznaczoną godzinę.
A profesor żartować nie dozwalał, przytem nie bez powodu obawiał się kobiet. I w tem posiadał zupełną słuszność, gdyż najwięcej mężnych i silnych ludzi przyprowadziły do zguby kobiety, a chociaż Piotr życzył sobie zgubić Juana, jednak jeszcze ta godzina nie wybiła, a obecnie był mu koniecznie potrzebnym i jako nad potrzebnem mu narzędziem czuwał, aby się nie uszkodziło.
Tego wieczoru, kiedy Juan pędził na chwilę do Joanny, na ulicy Bassano gwarno było w hotelu Rodriguez.
Burlette Templeton et Comp. nigdy nie zapominali o swych zobowiązaniach, więc też na oznaczony termin, dostawili pana artystę w postaci wysokiego tęgiego jegomościa o różowem obliczu, jak plaster najsmaczniejszej szynki Yorskiej, z jasnemi faworytami osłaniającemi wystające uszy a długie zęby, gruby nos i czoło wypukłe ozdabiała jeszcze gęsta czupryna tego samego koloru co i faworyty.
Musimy przyznać, iż pan Tom Childs miał imponującą i pełną godności powagę prawdziwego syna Brytanji.
Ubrany był trochę ekscentrycznie lecz starannie, w długi szeroki płaszcz popielatego koloru i ostatniego kroju, zdradzający gust i smak czysto londyński.
Wykwintny dżentelman podróżował w towarzystwie służącego prawie tak dystyngowanego jak on sam, wysokiego dwudziestokilkoletniego chłopca, milczącego i poważnego, lecz za to spełniającego z nadzwyczajną szybkością najdrobniejsze życzenia swego pana. Duża dawnego kształtu waliza z mocnej skóry, służyła za cały bagaż podróżnym i dobrze świadczyła o jej właścicielu.
W tej chwili Tom Childs zainstalowany w gościnnym pokoju, spał jak zabity po meczącej podróży. Za to Pietr Brecheux, jak mysz zamknięta w pułapce, biegał po długiej galerji, pod wpływem gwałtownego wzruszenia.
Widocznem było, iż usposobienia obydwóch były wręcz przeciwnemi.
Tak, Piotr był duszą, która myśli i działa, Tom brutalną siłą. Piotr był ramieniem, które kieruje, Tom, nożem który zabija.
A przytem była jeszcze i ta między nimi różnica.
Tom Childs ryzykował tylko własną skórę, o którą nie wiele się troszczył. Piotr zaś dobro, o które dbał więcej niż o życie własne, zemstę z tylu lat nagromadzoną, odwet długo oczekiwany, zwycięztwo upragnione, do którego dążył życie całe.
To stworzenie tak upośledzone od natury, człowiek tak słabych sił fizycznych, złożył całą moc i energję swoją, całą siłę duszy i woli, na zadowolenie swej okrutnej nienawiści. Lecz droga, którą szedł do celu, była pełną niebezpieczeństw, jak ścieżka w górach ponad straszną przepaścią. Jeden mylny krok mógł go stoczyć do jej otchłani.
Więc był pełen niepokoju i trwogi, o ile taki człowiek może wogóle odczuwać wzruszenie. Był pewny tych co z nim przebywali i pracowali razem, jednego tylko Jana obawiał się, aby go namiętność nie zapędziła za daleko. Bez jego woli pobiegł Jan do kochanki, z prawdziwą też radością usłyszał powóz zatrzymujący się przed bramą pałacyku.
Młody człowiek słowa dotrzymał. O pierwszej wchodził do galerji, po której Piotr się przechadzał.
— Jakto, jeszcze nie śpisz ojcze? — zapytał żartobliwie.
— Nie, rozmyślam.
— O czem?
— O tem, iż obecnie wypadki będą szybko następować.
— Tem lepiej! Ja też spieszę się aby jak najprędzej trzos nabić...
— A potem?
— Uciec na koniec świata...
— Sam?
— Nie.
— Z kim więc?
— Najpierw z tobą, jeżeli kochasz mnie jeszcze ojczulku...
— Zapewne wiesz o tem dawno Jasiu — odparł nauczyciel, chwilowo wzruszony.
Czyż nawet przyzwyczajenie nie jest już silnym węzłem dla dwóch istot, które się nigdy prawie nie rozłączały?
— No i z kim jeszcze Jasiu?... — zapytał.
— Z kobietą, którą kocham nad...
— Ty!...
— Tak, ja kocham ją nad życie własne, jak szaleniec!... gdyż jest piękna, dobra i odważna...
— A co zrobisz z tą... drugą?
— Z panna Colombey?
— No tak... z dziedziczką...
Młody człowiek poklepał poufale starego po ramieniu.
— Zobaczymy! — odparł. — Najpierw posiądźmy majątek... Nie byłbym godnym twym uczniem, drogi nauczycielu, gdybym w jej osobie widział co innego nad jej posag...
Zakończył w te słowa:
— Posiądźmy złoto... dalej zobaczymy.
Piotr odpowiedział:
— Zdaje mi się, iż wcale dobrze będzie. Z jednej strony majątek Colombey’ów, a z drugiej część miljonów Rosena, stanowią ładną sumkę.
— Zatem to już postanowione?
— Nieodwołalnie.
— Na jutro?...
— O dziewiątej przyjdzie tu Rosen... o wpół do dziesiątej będzie po wszystkiem... i Tom Childs odjedzie z drogocenna torba... O dwunastej pójdziemy na śniadanie do „Maison Doré“... a o trzeciej pojedziemy obadwaj na ulicę Pergolèse.
— Na ulicę Pergolèse? — zapytał zdziwiony Jan.
— Będziemy tam, gdyż jutro będzie otwarcie wielkiej areny i walka byków z toreadorami.
— W Paryżu?...
— Tak mój synu... Zresztą nie idzie tu o widowisko, lecz o to, aby usunąć najlżejsze pozory... choćby cień podejrzenia... zatem trzeba się światu pokazać... Czy zrozumiałeś?
— Doskonale.
— Będzie tam radca i bankier Saint-Clair, który takiej sposobności by nie opuszczał.
— Zkąd wiesz o tem?
— Przez moją policję... Will zapytywał się służących z Chesnay... więcej, byłem już na arenie i zatrzymałem lożę nieopodal od twojej przyszłej...
— Jesteś prawdziwym szatanem, ojcze. A do Toma masz zaufanie?
— Najzupełniej.
— Czy się podjął wszystkiego?
— Wszystkiego... ty masz tylko przyjąć Rosena...
— A w torbie czy jesteś pewnym, iż znajdują się miljony?
— Olśniewające!
— Mój drogi, sam je widziałem. Teraz idź spać Jasiu...
— Dobranoc ojcze.
— Dobranoc synu!
Obadwaj wyszli z galerji i za chwilę wszystkie światła pogasły w pałacu.
Patrzący z ulicy na wspaniały pałac nie domyślali się, iż za kilka godzin miał się tu rozegrać krwawy i wstrętny dramat napadu niepojętej śmiałości, spełnionego w samym środku bogatego Paryża.
W tej samej chwili, w niewielkiem mieszkanku na ulicy Boissy d’Anglas, w głębi podwórza, człowiek o ciemnej matowej cerze marzył sam na nędznem łóżku, w pokoju słabo maleńką lampką oświetlonym i zaledwo niezbędnemi sprzętami umeblowanym.
Mieszkanko to, położone na trzeciem piętrze lichej oficyny, musiało przynosić kilkaset franków właścicielowi. A jednak człowiek, leżący na łóżku i zajmujacy to mieszkanie był kilkakroć razy miljonerem. Nikt jednak z sąsiadów nie domyślał się tego wcale.
Przez lat dwadzieścia uzbierał on znaczny majątek, handlując brylantami kupowanemi od biednych dziewczyn, w lombardach lub od kupców bankrutów. Posiadał rzeczywiście rzadki zmysł w wynajdywaniu dobrych sposobności, oraz wytrwałość, potrzebną, przy handlowych operacjach.
A przytem niepośledni znawca, podstępny, skąpy i nieufny, Samuel Rosen nie powierzał swych tajemnic nikomu. Nawet odźwierny nie domyślał się niczego. Wiedziano, że nie był biednym, że płacił regularnie komorne i nic więcej.
Żył samotnie i nie przyjmował nigdy nikogo. Zrana wychodził ubrany skromnie, tak samo zimą jak i latem, z kieszeniami pełnemi brylantów i złota.
Z pozoru wyglądał na mnóstwo podobnych jemu agentów, obiegających codziennie miasto. Różnił się tylko od nich swą czarną torbą.
Z nią nie rozstawał się nigdy, a kochał i strzegł jak Harpagon swej skrzyni. Ona mu towarzyszyła przy posiłku, a w nocy spoczywała pod jego poduszką, w potrzebie gotów jej bronić zapamiętale wszelkiego rodzaju bronią, gdyż miał jedną oryginalną namiętność. Nad jego łóżkiem znajdował się cały wojenny arsenał dziwnych narzędzi. Było tam wszystkiego po trochu, malajskie noże, szable japońskie, sztućce i kindżały tureckie, fuzje, karabiny i dzidy, obok zwyczajnych rewolwerów różnego kalibru.
Jeden z nich mały, lecz doskonały, nie opuszczał nigdy jego kieszeni, wraz z laską o ołowianej główce szczególnie niebezpieczną. Słowem pełen przezorności, zawsze wychodził uzbrojony i gotowy na wszelki wypadek, pomimo, iż był doskonale objaśniony o wszystkich domach, gdzie miał się ciągle na ostrożności.
Więc zdawało mu się, iż go nie może spotkać niespodzianka, tem bardziej, że nie powracał nigdy do domu późno i zamykał się starannie na noc.
Tej nocy śnił rozkosznie o swych nagromadzonych skarbach, wiadomych jemu jednemu tylko. Cieszył się też niepomiernie z mającej nastąpić dobrej operacji handlowej z Rodriguezem. Zresztą cały przez ubiegły dzień robił same dobre interesy, a nazajutrz miał również widoki podobnego powodzenia.
Najpierw spodziewał się dobrego zarobku na ulicy Bassano, gdyż nie wątpił, że namówi młodego Amerykanina na kupienie od niego jakiego garnituru, któryby mu opłacił fatygę. Starannie tedy zachował adres z oznaczoną godziną, nie chcąc się spóźnić, co zresztą nigdy mu się jeszcze nie przytrafiło.
Trzeba mu oddać sprawiedliwość, iż był czynnym niezmiernie, gdzie tylko czuł, iż chodziło o interes, czuwał pilnie, aby nie zaspać sprawy. O ósmej już był gotów do wyjścia, obładowany pudełkami, i nieodstępnym rewolwerem w kieszeni a torbą w ręku. Przechodząc około odźwiernego zapytał:
— Czy nie ma nic dla mnie:
Tegocześni odźwierni wypełniają swe obowiązki z miną poważnego urzędnika. Ten również, jako stary wojskowy zabawiając się w wolnych chwilach igłą, z powagą wyciągnął rękę, podając swemu lokatorowi z pół tuzina listów, po większej części z markami zagranicznemi, gdyż Samuel miał stosunki z pięcioma częściami świata.
Na bulwarach wstąpił do kawiarni, kazał sobie podać czekolady i rozpieczętował listy. Wszystkie sprawiły mu zadowolenie, gdyż zawierały poważne obstalunki.
Samuel kazał przynieść papieru i zaraz odpisał, iż jest w stanie zadosyć uczynić żądaniu.
Samuel bał się włóczęgów i zasadzek paryzkich, lecz zamało był ostrożnym w swej korespondencji zagranicznej.
W pierwszym wypadku postępował mądrze, w drugim źle.
Właśnie przez jeden z podobnych listów stary Templeton niebezpieczniejszy od dziesięciu recydywistów zewnętrznych bulwarów pomimo swej świętobliwej miny dowiedział się o zawartości sławnego worka, powziął pierwszą myśl działania.
Skończywszy pisać, Samuel rzucił sztukę dwufrankową na stół, odebrał resztę, zostawił wspaniałomyślnie dziesięć centymów garsonowi na piwo za papier i usługę mówiąc, że chociaż to bardzo skromnie jednak tym sposobem tylko do majątku się dochodzi.
Mógłby również wziąść fiakra, lecz o tem nie pomyślał wcale. Miał on na swe usługi wspaniały ekwipaż, zaprzężony w trzy konie, a tym był omnibus Hotel-de-Ville — Porte Maillot, tylko potrzebował dojść do placu Zgody. Bagatela! Chodziło o kilka minut, które miał przecież.
Wolnym krokiem doszedł do końca ulicy Royale i znalazł pożądany wehikuł.
Około dziewiątej zszedł z imperjalu na wprost ulicy Bassano, pamiętając ciągle o swym worku i za kilka minut był u drzwi pałacu Rodriguez.
Punkt o dziewiątej zadzwonił do drzwi, pytając służącego, który przyszedł otworzyć:
— Pan Rodriguez?
Służący odpowiedział:
— Jest u siebie. Proszę, niech pan wejść raczy!
Służby niewiele było w hotelu. Sami Anglicy, dostarczeni przez panów Burlett, Templeton et Comp.
Najpierw Wiljam kamerdyner, kucharz John i woźnica Zack, doskonale do siebie dobrani. Potrzeba dodać, iż nie żałowali sobie niczego, lecz pilnowali gorliwie obowiązku, upijając się zaledwie raz lub dwa w tygodniu. I to jeszcze pod sekretem i tylko w familijnym gronie.
Właśnie Will otworzył drzwi kupcowi brylantów. Trudno jest przyjmować gości z większą elegancją i taktem.
Will był grzeczny, lecz nie uniżony. Dodał też do swego zaproszenia jeszcze te słowa:
— Niech pan zechce iść na górę, sądzę, iż pan Rodriguez oczekuje właśnie pańskiej wizyty.
Powiedziane to było czysto londyńskim akcentem. W całym domu panowała cisza, gdyż nawet kuchnie znajdują się w suterynach, a kuchmistrz był na mieście za zakupem artykułów spożywczych, woźnica być musiał nieopodal w stajni.
Samuel wszedł na schody. Przezorność go nie opuściła ani na chwilę, gdyż idąc, patrzył uważnie na lewo i na prawo, lecz cóż mógł zobaczyć podej
rzanego? Sień drugiego piętra, gdzie się znajduje galerja, oświetloną jest przez dach szklanny z szyb kolorowych, dających niepewne światło.
Drzwi do galerji stały otwarte i Samuel z rozkoszą rzucił się w nie, rad, iż się znajdzie w jasnem świetle dnia.
W pośpiechu nie zauważył w sieni siedzącego na krześle olbrzyma, ukrytego w połowie po za firankami pokoju, z drugiej strony galerji.
Był to Tom Childs, chcący się przekonać o fizycznym stanie swego klijenta.
W galerji nauczyciel siedział na swem zwykłem miejscu przed olbrzymiem biurkiem, wydając się karłem po za stosami papierów, podczas kiedy młody człowiek, niedbale siedzący na nizkim fotelu, palił papierosa, czytając dziennik, który bardzo mało zdawał mu sprawiać rozrywki.
Fotel obrócony był tyłem do ulicy, podczas kiedy twarz żyda pozostawała w pełnem świetle. Wspaniałe słońce wchodziło przez szyby werendy, dozwalając widzieć, co się działo w sąsiednich domach.
Samuel będący zawsze pod wpływem nieznacznej instynktownej trwogi, bardzo naturalnej w jego położeniu, od razu się uspokoił.
Odetchnął swobodnie, widząc, iż będzie mógł bez obawy traktować o interesie i zapewne korzystnie załatwić takowy.
Jednakże zabrał się do dzieła ze zwykłą ostrożnością, położył na stole przed sobą drogocenną torbę i zaczął wyjmować z kieszeni pudełka, które miały skusić bogacza.
Z uśmiechem spojrzał na młodego człowieka, a wskazując palcem na nauczyciela, dodał:
— Starszy pan mnie uprzedził... Bardzo naturalne, iż przebywając w Paryżu, potrzeba się zabawić... Czy dama, dla której mają być upominki, jest blondynką czy brunetką?...
Widać, że Rodriguez był w dobrem usposobieniu, bo w tym samym tonie odpowiedział:
— Czy to pana interesuje?
— Tak, chcę dobrać kolor stosowny...
— Aha, rozumiem... zatem jest to blondynka.
Żyd szybko otworzył pudełko.
— Oto brylanty i szafiry!... — zawołał. — Wspaniałe, co?... Mogę je sprzedać za połowę wartości... Dla nas rzeczą najważniejszą jest kupić dobrze, bo wtedy korzystne możemy robić interesa dla naszych klijentów.
Wyrażał się z takiem przekonaniem, iż możnaby przysiądz, że prawdę mówił, przytem obracał na wszystkie strony pudełkiem, pokazując rzeczywiście piękny garnitur brylantowy i ze spokojem ciągnął dalej:
— Zresztą oprawy nie liczę wcale... Niech pan raczy zauważyć, że nie jestem jubilerem, lecz kupcem drogich kamieni... i jeżeli czasem kupuję garnitury, to tylko na to, aby z nich kamienie powyjmować...
Sądził, iż taki argument był najwięcej przekonywającym.
— Jaka jest cena tego garnituru? — zapytał Rodriguez.
— Dla pana, pięć tysięcy franków, bagatela!
— Tak się panu zdaje?
— U Bucherona kosztowałby trzy razy tyle.
— To za drogo. Szaleństw popełniać nie lubię..., a przytem niezupełnie jestem przygotowany...
— Szanowny pan żartuje!
— Wcale nie... Nie mam dużo obecnie kapitału w kasie..., w tej chwili także otrzymałem złe wiadomości.
Wskazał na kilka kopert, opatrzonych zagranicznym stemplem.
— To zawsze wszyscy klijenci powtarzają, — odparł żyd, — ja bo przeciwnie, dostałem dobre wieści.
— Zkądże?
— Z Brazylji. Mam tam natychmiast wysłać kosztowny garnitur, a brylanty to dobra moneta.
— Winszuję!
— Szafiry nie podobają się panu?
— Wcale nie.
— To wielka szkoda. Jest to wyborne spostrzeżenie, zresztą ze mną zawsze się robi dobre interesy.
— Właśnie o tem słyszałem.
— Dla przekonania się, mógłbyś pan zobaczyć gdzieindziej podobny garnitur i zapytać o jego cenę...
— Ależ kochany panie — odparł Juan z odcieniem zniecierpliwienia — to są rzeczy bardzo małej dla mnie wagi i znaczenia i znudziłyby mnie, gdybym potrzebował tyle mieć kłopotu dla zakupienia jednego garnituru.
Samuel nie zapalał się nigdy zbytecznie, lecz również nie łatwo go było zrazić, jakoż na słowa Juana odpowiedział spokojnie:
— A jednak w niezadługim czasie musi szanowny pan znieść wiele tego rodzaju nieprzyjemności.
— Dla czego?
— Z powodu ważnej sprawy.
— Jakiej sprawy?
— Bardzo poważnej, małżeństwa.
— Ah tak! więc pan wiesz o tem?... Zapewne kochany Petrus musiał się cokolwiek wygadać?...
— Nie... wiem zkądinąd... mam stosunki pomiędzy ludźmi... liczę też że szanowny pan zechce mi pozostawić pierwszeństwo.
Zabierał się do otworzenia torby.
Juan zatrzymał go, mówiąc:
— To zbyteczne, gdyż mamy jeszcze dużo czasu przed sobą... małżeństwo jest dopiero wtedy rzeczą pewną, kiedy się od pana mera powróci... Pokaż pan jednak coś skromnego... nie chciałbym pana fatygować na próżno, zatem wybiorę coś niedrogiego...
— Podarek zawsze się podoba damom.
Tu żyd pokazał młodemu cudzoziemcowi nieprzeliczoną ilość rozmaitego kształtu i rodzaju bransolet, pierścionków, brosz i kolczyków, zachwalając taniość i gatunek, jako nabytki przy zdarzonych okolicznościach, które mu dozwoliły kupić towar po niezwykle nizkiej cenie.
Przytem filozofował sobie potrosze na temat nieśmiertelnej wartości kamieni i zmiennej kolei ich losu, który rzuca niemi w objęcia dam wielkiego świata, lub rozkosznych tancerek, aby znów z kolei służyć, jako niewinny dar, młodej oblubienicy.
Juan patrzył z pogardliwym uśmiechem na rozrzucone przed nim bogactwa, słuchając pobłażliwie słów żyda, lecz tenże nie ustawał w pochwałach, starając się przekonać i skusić swego klijenta do kupna, kładąc nacisk przedewszystkiem na garnitur z szafirami i dodając w końcu:
— Ten podarek byłby najstosowniejszy dla blondynki, a przytem wcale niedrogi...
Młody człowiek odwrócił się do starego nauczyciela, pytając:
— Cóż mam zrobić ojcze? Garnitur mi się podoba, jest gustowny...
— Wyrzucasz niepotrzebnie pieniądze, — odparł Petrus po za stosem papierów. — Niepotrzebny zbytek... Zresztą nie znam się na tych błyskotkach niewieścich...
— Tem gorzej... Daję cztery tysiące, — rzekł Juan.
— Nie mogę!
— No, jeszcze dwadzieścia pięć luidorów... lecz to moje ostatnie słowo... Czynię to jedynie dla przyjemności pańskiej...
Handlarz zawahał się.
— Zgoda, lecz muszę dostać przyrzeczenie na dostawę przy innej sposobności...
— Dla czegóżby nie! Wszystko mi jedne, czy to będzie pan lub kto inny...
— Zatem, mam słowo pańskie.
Samuel chciał zostawić garnitur na stole, lecz Juan nie dozwolił, mówiąc:
— Przechodząc tędy, wstąpisz pan tutaj jutro lub pojutrze... Nie potrzebujesz się pan spieszyć... Chcę do tego mieć ładne pudełko z niebieskiego aksamitu... Zapłacę gotówką... Chcesz pan zaraz pieniędzy? Mój stary Petrus kasą zawiaduje.
Stary mędrzec otworzył natychmiast szufladę potężnego biurka, po za którem siedział i żyd usłyszał mile łechcący ucho dźwięk złotej monety.
— Nie chcę nic brać teraz, — spiesznie odpowiedział, dodając: — Czy pan nie życzy sobie obejrzeć moich zbiorów kamieni?
— Później!
— Mam pańską obietnicę...
— Słowa dotrzymuję zawsze.
Samuel nie miał zwyczaju tracić czasu.
Widząc interes skończony, z nieporównaną szybkością zatopił w głębokościach swoich kieszeni wszystko, co przedtem z nich wydobył.
Juan przypatrywał się temu z prawdziwem uwielbieniem, nie mogąc zrozumieć, jakim sposobem tyle skarbów mógł ukryć zupełnie niewidocznie. Zapewne, ubranie jego przedstawiało jakąś szczególną kombinację kieszeni.
Kiedy Samuel wszystko umieścił należycie, rzucił jeszcze wzrokiem na około siebie, a nie zobaczywszy ani śladu swych najdroższych dzieci w postaci kolorowych kamieni, wziął torbę w rękę i zabierał się do odejścia.
— Do jutra więc, — odezwał się.
— Do jutra, kochany panie, — odparł przyjacielskim głosem młody człowiek.
Podczas tej rozmowy Piotr Brecheux zadzwonił.
Drzwi się otworzyły.
Na progu ukazała się okrągła twarz olbrzymiego lokaja.
— Tom — rozkazał Juan — odprowadź tego pana.
Przytem powstał, postąpił kilka kroków ku drzwiom mówiąc grzecznie:
— Do widzenia się wkrótce, panie Rosen.
Żyd zniknął wraz ze służącym, a Juan poskoczył do drzwi, słuchając.
Nagle drgnął przerażony.
Złowrogi, przeraźliwy okrzyk dał się słyszeć na schodach.
Wylękła ze strachu i trwogi twarz Piotra Brecheux ukazała się z po za stosu papierów.
Najstraszniejsza obawa malowała się na obliczu starego nauczyciela.
W wykonaniu najzręczniej osnutego planu jeden fałszywy krok gubi wszystko. Czyżby Tom Childs chybił celu? Czyżby przysłany artysta nie był biegłym w swem rzemiośle?
Dwaj zbrodniarze patrzyli na siebie w niemem osłupieniu, drżąc z trwogi.
Krzyk nie powtórzył się więcej. Wytłómaczymy dla czego.
Znalazłszy się w pół zmroku na schodach, żyd, przejęty zwykłą obawą, odwrócił się szybko do towarzyszącego mu lokaja.
Wtedy zobaczył rzecz straszną.
Czarno ubrana postać trzymała prawą rękę do góry wzniesioną, chcąc mu zarzucić na szyję stryczek.
Okrzyk śmiertelnej trwogi wydarł się z piersi nieszczęśliwego, podczas kiedy drżącą ręką chciał dostać z kieszeni rewolwer. Spojrzenia ich skrzyżowały się i biedny żyd poznał, iż jest zgubionym.
Nie zdążywszy udusić go, Tom powalił jednem uderzeniem, zdolnem zabić najtęższego wołu.
Wszystko to było dziełem jednej chwili. Żyd upadł, charcząc, niezdolny krzyczeć lub się bronić.
Urzędnik panów Burlett, Templeton and Co. miał dalej bardzo łatwe zadanie do spełnienia i spokojnie dokończyć rozpoczętego dzieła. Założył stryczek na szyję nieszczęśliwego, który drgnął jeszcze poczem pozostał nieruchomy.
Kiedy Juan i mistrz jego, uspokojeni głęboką ciszą, zdecydowali się drzwi otworzyć i spojrzeć do sieni, wszystko już było skończone.
Tom Childs stał wyprostowany nad ofiarą, patrząc spokojniej na swoje dzieło.
Jego twarz szeroka, jowialna, wyrażała raczej zadowolenie, niżeli obawę lub trwogę.
Był dumny ze swej zręczności, usprawiedliwiającej zaufanie swego chlebodawcy, który się poznał na jego talencie.
Był prawdziwym artystą w swej sztuce, a miłość własna kazała mu być dumnym z talentu, z jakim wykonał dzieło.
Odbyło się bez rozlewu krwi.
Prawda iż ofiara krzyknęła, lecz stało się to wewnątrz domu, pilnie strzeżonego przez uczciwego Willa, zatem nie było obawy zdrady.
Po chwili uspokojono się. Pozostało tylko ukryć ciało ofiary. Prosty drobiazg.
Złoczyńcy i powieściopisarze nie stwarzają nic nowego.
Kufer podróżny był pusty. Jednym zamachem żyd i jego drogocenna torba znalazły się w nim zamknięci na klucz. Nadzwyczajne ostrożności są zwykle najwięcej niebezpieczne, dla tego też użyto bardzo zwykłego sposobu.
W kilka minut po umieszczeniu Samuela w kufrze, zajechała przed hotel dwukonna karetka z galeryjką na wierzchu, którą się zwykle posługują podróżni do przewożenia bagaży na kolej. Wsiadł do niej Tom Childs przebrany do niepoznania, dając rozkaz woźnicy, aby go zawiózł na stację Saint Lazare.
Przybywszy tam, zostawił kufer za numerem, poszedł na obfite śniadanie do hotelu Terminus, zjadł je z niezwykłym apetytem, powrócił na stację i spokojnie oczekiwał na odejście pociągu, który miał go zawieźć do Hawru. Tutaj mały parowiec panów Burlett, Templeton oczekiwał na niego, gotowy w każdej chwili w drogę do mglistej Anglji.
Na ulicy Bassano panował zwykły spokój i cisza niezakłócona.
Nauczyciel zacierał z radości swoje chude kościste ręce po tak pomyślnem ukończeniu jednej sprawy.
To prawda, że pozostawała w zawieszeniu jeszcze druga, lecz i tu miał nadzieję pomyślnego obrotu rzeczy.
Więc też Brecheux serdecznie uścisnął młodzieńca i z wesołą miną poszedł się przebrać do swego pokoju.
Musiał on rzeczywiście posiadać niezwykłą moc charakteru, skoro w kilka godzin, po tak tragicznem przejściu, był zdolnym pokazać się publicznie światu, bez widocznej oznaki jakiegokolwiek wzruszenia na twarzy. Chwała Bogu, że nie był tchórzem, z czego mógł śmiało być dumnym.
Za to Juan nie miał tak strawnego żołądka jak jego mistrz i z cokolwiek inną miną opuszczał z kolei galerję, aby pójść za przykładem starego mistrza, kiedy nagle cofnął się zdumiony.
Na progu stała wysmukła postać kobieca.
Kobieta ta była Joanna.
Za nią z tyłu stał Will, starając się gestem powiedzieć swemu panu, aby był spokojny i nie obawiał się niczego.
Will, pod swoją pozornie głupią miną, ukrywał wiele delikatnego sprytu i przebiegłości, lecz i takiemu zdarzy się popełnić omyłkę, dla tego też zapewne to samo zdarzyło się i Willowi.
To pewno, iż młoda, nieszczęśliwa dziewczyna nie przypuszczała całej grozy okropnego dramatu, który się przed chwilą rozegrał we wspaniałym pałacu, gdzie ją przypadek sprowadził w tak niefortunną chwilę, lecz pewną była, iż musiało się stać coś strasznie okropnego, tylko musimy wytłumaczyć, dla czego była pewną tego.
Przeczytawszy anons, w dzienniku zapomnianym u niej przez Juana po przedniej nocy, została tak bardzo zaciekawioną, że ze świtem się obudziła i znów zaczęła odczytywać to samo ogłoszenie i wyciągać rozmaite wnioski.
Z tego przyszła do przekonania, iż to niezawodnie jej poszukiwano. Zanadto miała jasne dowody, aby wątpić mogła. Wierzyła, iż od tej chwili nadejdzie dla niej nowa epoka życia, a pana Raveneau wyobrażała sobie jako swego wybawcę, który zna tajemnicę jej urodzenia i zedrze nakoniec zasłonę z oblicza prawdy.
Tembardziej utwierdziła się w mniemaniu, iż musi się natychmiast poradzić Juana, co ma czynić dalej, bo czyż ich losy nie były związane razem? Czyż nie była jego kochanką a raczej żoną, skoro on nigdy nie pokocha innej kobiety?
Ze swej strony, jako uczciwa dziewczyna, pragnęła również dotrzymać obietnicy. Dla tego też nie chciała, aby Juan pozostawał dłużej w nieświadomości tak ważnej nowiny.
Stacja Vaucresson jest blizko willi Suzanne. Joanna ubrała się starannie, przy chorej zostawiła ogrodniczkę i po raz pierwszy, od chwili zamieszkania swego tutaj, znalazła się na stacji kolei.
W umyśle jej zaszła zupełna zmiana.
Matkę, którą tyle razy przeklęła w nadmiarze rozpaczy i zwątpienia, wzywała teraz z całej siły, wymyślając sama różne przeszkody, które zmusiły ją do opuszczenia własnego dziecka, wierzyła teraz, iż była tylko igraszką okrutnego losu i z serca przebaczyła nieszczęśliwej matce. Była najpewniejszą, że matka ją poszukuje i pragnie odnaleźć.
Wysiadłszy z wagonu na stacji Saint Lazare, śliczną była w swej skromnej, lecz gustownej tualecie. Przechodnie i towarzysze podróży z prawdziwym zachwytem patrzyli na jej piękną twarzyczkę, lecz ona mało na to zwracała uwagi, zajęta nadzwyczajnemi wypadkami, które miały w jej życiu nastąpić.
Wyszedłszy ze stacji, wzięła fiakra rzuciwszy adres woźnicy:
— Ulica Bassano.
Znalazłszy się na niej zatrzymała powóz o trzy domy dalej od hotelu Rodriguez.
Ulica ta nigdy nie jest bardzo ożywioną, a tego dnia była tu pustą prawie. Joanna chciała zastać w domu swego kochanka, lecz nie chciała, aby mógł ją zobaczyć kto inny, a tu właśnie jakiś człowiek dzwonił do drzwi hotelu.
Tak rannym gościem był człowiek o twarzy niezwykłej, którą widziawszy kilka sekund, długo nie można zapomnieć. Był to typ prawdziwego żyda o kruczych włosach i oczach czarnych jak węgle, głęboko osadzonych, o śniadej matowej cerze i orlim nosie, słowem całość była tak uderzająca, iż nie mógł przejść niepostrzeżony dla żadnego oka, a tembardziej dla bystrego wzroku młodej dziewczyny.
Z drugiej strony wygląd i torba żyda dawały jej wiele do myślenia. Niezmiernie zaciekawiona, cofnęła się w głąb powozu, chcąc czekać, lecz po jakimś czasie, nie widząc aby kto wyszedł z domu, zapłaciła fiakra i poszła zadzwonić do drzwi hotelu. Wewnątrz panowała cisza.
Zadzwoniła drugi raz i nakoniec drzwi trochę uchylono.
Weszła też prawie gwałtem.
Will pełniący obowiązek odźwiernego, zdumiony na widok tej kobiety, którą natychmiast poznał, lecz której nie oczekiwał wcale, zapytał niegrzecznie:
— Co pani sobie życzy?
— Widzieć się z panem Rodriguez.
Anglik otworzył drzwi do małego gabinetu, wychodzącego do sieni, popchnął w nie młodą dziewczynę, mówiąc szybko:
— Proszę zaczekać!
I natychmiast drzwi zamknął, pozostawiając ją w mimowolnem więzieniu.
Była to krytyczna chwila.
Will usłyszał właśnie dzwonek oznajmiający odejście Samuela.
Rozmawiać wtedy we drzwiach od ulicy było niebezpiecznie, sądził więc, iż
dla ocalenia sytuacji wynalazł najwłaściwszą drogę, zamykając Joannę w dolnym gabinecie.
Prawie w tej samej chwili rozległ się przerażający krzyk żyda, okrutny, rozdzierający krzyk nieszczęśliwego, którego mordują.
Młoda dziewczyna usłyszała go bardzo wyraźnie, przez zamknięte drzwi pokoju, w którym była uwięzioną. Zadrżała z trwogi, nie wiedząc co się tam dzieje.
A przytem i dziwne zachowanie się służącego nie uszło jej uwagi. Nie wiadomo dla czego w pewnych chwilach zdolni jesteśmy objąć wszystkie szczegóły danej sprawy z nadzwyczajną dokładnością.
W tej chwili przypomniała sobie szczególne opowiadanie Juana, dla czego dawniej inaczej się nazywał i był biednym w Cherbourgu i chciałaby odgadnąć zkąd przyszedł do innego imienia i majątku.
Z wytężonym słuchem, siedziała obezwładniona bojaźnią i trwogą.
Milczenie zapanowało, lecz głos nieszczęśliwego Samuela brzmiał jej ciągłe w uszach.
Pozostała tak jakiś czas, zapewne zapomniana ze ściśniętem sercem z żalu.
Nareszcie usłyszała kroki w sieni.
Podeszła do okna i przez spuszczone firanki ujrzała Willa z drugim służącym niosących ogromny kufer, który umieścili na wierzchu żółtej karetki, zaprzężonej we dwa niewielkie koniki.
Następnie wysoki, tęgi mężczyzna wyszedł za niemi okryty w dziwaczny płaszcz podróżny, każący się domyślać angielskiego pochodzenia, wsiadł do powozu, podczas kiedy jego służący usiadł obok woźnicy i żółta karetka potoczyła się w stronę pól Elizejskich. Wszystko to odbyło się w przeciągu co najwyżej kwadransa.
Prawie natychmiast po tem wszedł Will ze zwykłym spokojem i uśmiechem na twarzy, mówiąc:
— Pan Rodriguez oczekuje panią, proszę iść za mną.
Następnie dodał:
— Przepraszam, iż pani była zmuszoną czekać, lecz pan był zajęty. Zdarzył się mały wypadek... przyjaciel pana spadł ze schodów... właśnie wyjeżdżając z powrotem do Londynu.
Młoda dziewczyna odpowiedziała obojętnie:
— Nic nie słyszałam..
W duchu myślała zupełnie inaczej, lecz wytknąwszy sobie plan działania, podług niego też postępowała. Podejrzenie nabierało pewności, a czem więcej się zastanawiała, tem pewniejszą była, iż została mimowoli wplątaną w jakąś straszną tajemnicę, a może nawet dramat przerażający.
Lecz co by to było takiego?
Juan miał się na baczności, lecz nie ochłonał jeszcze z wrażenia.
— To ty!? — zawołał, zobaczywszy wchodzącą kochankę. — Co tu robisz?
Mówił głosem łagodnym, w którym czuć jednak było przymus i tajoną niecierpliwość.
— Czy ci przeszkadzam? — odezwała się z kolei.
— Wcale nie. Wejdź proszę.
Niespodziewała się tego.
Wszedłszy, obejrzała się dokoła wspaniałej galerji zdumiona, że nic tutaj nie wskazywało śladu bytności dwóch gości, którzy dopiero co odjechali, żadnego znaku walki, gdzież się zatem ukrywa człowiek, co wszedł tu ze skórzanym workiem w ręku?
— Czego szukasz? — zapytał Rodriguez.
— Ja! Niczego...
— Podziwiam raczej. Kto był u ciebie przed chwilą?
— Dwaj przyjaciele, którzy właśnie tylko co odjechali... Ci sami o których ci wspominałem...
— To prawda... Zupełnie zapomniałam. Czy gdzie teraz czekają na ciebie?
— Będę na śniadaniu na bulwarach z moim mędrcem...
— Tak, nie chciałabym ci przeszkadzać...
— Zatem dla czego przyszłaś?
Mówił teraz głosem zupełnie innym. Na chwilę też nabrała otuchy, lecz trwało to zaledwie tak krótko jak błysk piorunu.
— Opowiem ci to później, jak tam do nas przyjdziesz...
— Mów proszę.
— Nie, nie mogę mówić teraz... Potrzebuję dłuższego czasu, aby ci to wytłumaczyć... Tobie się spieszy, a mnie nie pilno.
— Gdzie ztąd pójdziesz?
— Powrócę do domu, matce jest coraz gorzej... umrze... Jest to kwestja kilku tygodni... a może dni...
— Pomyśl, jaki ciężar ci ubędzie... co za szczęście wreszcie nawet dla niej samej... A może chcesz mieć dla niej lekarza?...
— Był doktór z Ville d’Avray, lecz co on zrobi?... Masz rację, śmierć to wyswobodzenie dla wszystkich jednakie...
Dlaczego mówiła te słowa z przekonaniem, uważając je za prawdziwe?... Dlaczego, przyjechawszy z nadzieją i radością, stała się śmiertelnie smutną i to przy boku ukochanego człowieka?... Dlaczego nawet wiadomość, wyczytana w dzienniku, tak żywo ją obchodząca nie zajmowała jej więcej?... Dlaczego usłyszawszy ten krzyk złowrogi, uczuła znów to samo uczucie smutku i zniechęcenia, które było jej zwykłym towarzyszem w dniach niedoli?
Nie byłaby w rzeczywistości w stanie odpowiedzieć na te, lecz od tej chwili miała tylko jedną myśl, żeby jak najprędzej ztąd wyjść, uciec z tego obrzydłego Paryża do swego małego domku gdzieby mogła zastanowić się i zebrać myśli, odzyskać utracony spokój, tak niedawno zdobyty i już stracony.
— Co ci jest? — zapytał młody człowiek. — Masz jakąś niezwykłą minę.
— Nic mi nie jest... — odpowiedziała. Lecz czuję, że ci przeszkadzam... spiesz się... Już odchodze.
Uchwycił jej obie ręce i patrząc w oczy, — zapytał:
— Kłamiesz! Jest coś, czego mi nie chcesz powiedzieć!
Na te słowa zadrżała i nagle mimowoli przeszła jej myśl przez głowę jak błyskawica.
— Czyżby i mnie chciał zamordować?
Odepchnęła go ze wstrętem, a przymknąwszy oczy, szybko odpowiedziała:
— Nie kłamię, przysięgam ci... Jeżelibym miała kiedy podobne myśli...
powiedziałabym ci otwarcie.
— Czy mi to przyrzekasz?
— O tak!
— A więc zgoda.
Postąpiła do drzwi.
Piotr Brecheux ukazał się uśmiechnięty, wystrojony, z rozjaśnionem obliczem, które mu odejmowało przynajmniej lat dwadzieścia.
Na widok młodej dziewczyny nie mógł ukryć niezadowolonej miny, lecz nikt chyba lepiej od niego nie umiał panować nad sobą.
— Spiesz się, zawołał zwracając się do swego ucznia, spóźnimy się.
A zrobiwszy niedostrzegalny przez Joannę znak, dodał ciszej.
— Zostaw nas.
Juan raz jeszcze uścisnął rękę młodej dziewczyny i wyszedł.
Dawny nauczyciel natychmiast zwrócił się do Joanny z uprzejmym uśmiechem.
— Proszę mi darować, że go zabieram pani, odezwał się poufałym i dobrotliwym głosem, lecz nader ważna sprawa powołuje nas... Jesteśmy oczekiwani... a punktualność jest jedną z cnót.
Lecz jednocześnie myślał w duchu.
— Po co ona tutaj przyszła?
Głośno dodał:
— Jan nie ma dla mnie tajemnic, wiem wszystko... i spodziewam, że jesteś pani szczęśliwą... to jest niemoże być inaczej, wychowałem sam tego chłopca. Uwielbia panią... dziś zrozumiałem go zobaczywszy przedmiot jego miłości!... Wybacz to pani staremu, który nic a nic się nie zna na tego rodzaju sprawach. Żyję w towarzystwie mych książek... a jednak są takie cuda które uderzają najbardziej zaprzątnięty umysł... Co panią dziś rano sprowadziło do Paryża?
Instynkt zachowawczy ostrzegał Joanne aby nie mówiła prawdy i nie wydała się z tem co widziała i słyszała przed chwilą.
Ten mały staruszek jeżeli zbrodnia miała miejsce, musiał być co najmniej wspólnikiem zbrodniarza.
To też wyjąkała kilka słów:
— Proszę pana... to rzecz nie bardzo pilna... i mogłam była zaczekać...
— Mieszkasz pani za Paryżem... na drodze do Chesnay... w maleńkim domku...
— Tak panie...
— Juan ma głęboką przyjaźń i przywiązanie dla pani... a raczej prawdziwą namiętność... Jak dawno jesteś tu pani?...
— Przybyłam przed chwilą.
— Co sobie pani życzysz od Juana?
Trzeba jej było nareszcie usprawiedliwić swoją obecność.
— Chciałam zasięgnąć rady, nieśmiało wyszeptała.
— Od Juana? Ależ biedny chłopak od czasu kiedy poznał panią nie jest zdolny do żadnej rady. A może ja mógłbym go zastąpić?...
Piotr mówił z taką dobrotliwą poufałością i tak serdecznie, iż zdołał po części rozproszyć podejrzenia pozostałe w umyśle młodej dziewczyny. Z tem wszystkiem dla czegożby nie miała mu powiedzieć przyczyny swego przybycia? Cóżby zresztą straciła na tem?...
— Nie śmiem... odparła cicho.
— Mów śmiało moje dziecię, lecz krótko bo nam się śpieszy.
Joanna wyjęła z kieszeni wycinek z dziennika, i podała karteczkę Piotrowi, który jednym rzutem oka ją przeczytał. — Perina Yaudet? któż to taki?
— Bretonka, która mnie wychowała, i która mieszka razem ze mną...
— Tak, odparł Brecheux powoli, tak, jest to ta obłąkana...
— Rzeczywiście.
— Myślę co za zdarzenie szczególne... więc pani również jesteś bez rodziców, jak i mój chłopiec?
— Tak panie.
— I ta kobieta cię wychowała?
— Tak.
Stary nauczyciel odrazu zrozumiał, o co chodzi, lecz niczem nie dał poznać iż domyśla się prawdy.
Wypadek, który odrazu przewidział, podczas pierwszej bytności Joanny na ulicy Bassano, słuchając jej opowiadania, nabierał rzeczywistości.
— A więc odparł, — sądzisz pani, że to o ciebie chodzi?...
— Być może, — szepnęła.
— Jesteś przekonaną, że szukając wdowy Yaudet, ciebie szukają?...
— Rzeczywiście o tem myślałam.
— Jednem słowem sądzisz, że twoi rodzice poszukują ciebie i użyli do tego pana Ravenau jako pośrednika?...
— Właśnie...
— Ależ to wcale dobrze obmyślane i to co do tej sprawy przyszłaś się tu poradzić?
— O tak, panie.
— Posłuchaj mnie. Powróć do domu. Właśnie mam sposobność widzieć pana Ravenau... i jeżeli sobie życzysz, będę z nim mówił o tobie...
— Bardzo proszę.
— I postaram się zawiadomić cię, moje dziecię, o rezultacie naszej rozmowy. Jeżeli odpowiedź nie będzie pomyślną lub nie zaraz zobaczę pana Ravenau, nie przestraszaj się mojem chwilowem milczeniem... Jeżeli zaś wiadomość będę miał zaraz i to dobrą, natychmiast dam ci znać o tem...
— Jakże pan dobrym jesteś!?
— Eh, to zwykła przysługa, o której mówić nie warto, lecz posłuchaj jeszcze drugiej rady i nie wspominaj o całej tej sprawie nikomu.
— Nikomu? Tak, nawet Juanowi nic nie mów. Jest to jeszcze mała nadzieja, a jeżeli czeka cię zawód, po co łudzić się fałszywą radością... Poczekaj lepiej cierpliwie... Znasz zapewne przysłowie: „Co się odwlecze to nie uciecze“...
— Tak.
— Z panem Raveneau postaram zobaczyć jak najrychlej.
Piotr zadzwonił.
Will się ukazał, przestawszy już pełnić rolę odźwiernego.
— Każ zaprzęgać, — rozkazał nauczyciel.
Było to hasłem do odejścia. Joanna podeszła ku drzwiom odprowadzona przez staruszka, dobrotliwie uspakajającego ją.
— Bądź spokojną, moje dziecię... wszystko dobrze będzie.
— Żegnam pana.
— Do widzenia się wkrótce.
Joanna zeszła po schodach, Piotr usłyszał trzask zamykających się za nią drzwi. Zacisnął usta, kiwając głową.
— Pan Raneveau jest pierwszorzędnym agentem interesów w Paryżu, — rozmyślał... Zatem upoważnili go zapewne do poszukiwania zaginionej. W tem wszystkiem jest niewątpliwie jakaś intryga. Lecz jaka?
W tej chwili wszedł Juan wspaniały, elegancki z kwiatkiem na piersiach.
Młody człowiek spojrzał pytająco na mistrza.
— Już jej nie ma... Zachwycająco piękna, nieprawdaż?
Stary odparł poważnie.
— Właśnie, że te najpiękniejsze, zawsze najniebezpieczniejsze! Na szczęście ta nie domyśla się niczego!
— Czy jesteś tego pewnym?
— Zupełnie. Will powiedział już to samo.
Juan również był tego przekonania.
Lecz wszyscy trzej byli w błędzie.
Tego dnia wielka panowała radość w hiszpańskiej kolonji w Paryżu.
Za to dystyngowani protektorowie towarzystwa opieki nad zwierzętami byli w trudnej do opisania rozpaczy.
W szalonym roku stuletniej rocznicy, ludzkie umysły wysilały się na rozmaitego rodzaju wynalazki, które Paryż musiał podziwiać.
Cały świat skupiał się wtedy na Polu Marsowem, które służyło za scenę do pola bitwy, a raczej maskarady międzynarodowej, prawdziwej orgji kolorów, budynków, muzyki i różnorodnych kostjumów.
Na ulicy Kairu byli zupełnie przekonani, że nas uszczęśliwią widokiem Egiptu.
Mieszkaniec z nad Nilu znalazł tu wszystko jak we własnym kraju, zacząwszy od handlarzy fezów, sandałów, cuchnących słodyczy i osłów z przewodnikami, aż do gibkich, pełnych uroku tancerek.
U Inwalidów piętrzyły się wieżyczki minaretów oryginalnych. Świat cały ukazywał różne cuda, po największej części wcale nie piękne.
Otóż między tą powodzią nowości, arystokracja hiszpańska postanowiła uraczyć nas wspaniałem widowiskiem, które od wieków entuzjazmowało piękne mieszkanki Madrytu, Andaluzji i Nawary, urocze senioryiy o płomiennym wzroku i gorącem sercu.
Na prawo od drogi do lasku Bulońskiego wzniesiono olbrzymią kopułę, oszkloną szybami kolorowemi, o barwach Hiszpanji żółtych i czerwonych, przykrywającą największą na świecie arenę, w której miała się odbyć walka byków, walka potężnego zwierza, uzbrojonego zabójczemi rogami, przeciw człowiekowi, młodemu, silnemu i mężnemu, mającemu za całą broń kawałek szmaty czerwonej i krótką szpadę, co łatwo złamać może jedno niezręczne uderzenie, jest to bez zaprzeczenia wzruszająca uczta, która podnosi serca i dodaje odwagi naszemu zdenerwowanemu społeczeństwu!
Tylko podobno my, Paryżanie, mamy zanadto słabe nerwy i moralność zupełnie anemiczną, co nie może znieść widoku krwi rozlanej na cyrkowym piasku, tak że to, co wprawia w uniesienie tamtejsze kobiety, sprowadziłoby niezawodnie histeryczny atak naszym pięknym kochankom!
Słowem, to co się podoba w Sewilli i Madrycie, a nawet w Nimes lub w Dax, jest zanadto dramatycznem dla naszej zniewieściałej natury.
A przytem kwitnie towarzystwo opieki nad zwierzętami, co zbiedzonemi szkapami każe bez miłosierdzia wieść się na wyżyny ulicy des Martyrs, lecz nie dozwala aby wierzchowiec padł zaszczytnie na placu areny pod razami, które zadają chwalebną śmierć jego karjerze. Dozwala, aby czystej krwi wyścigowce łamały nogi w Auteuil, a żokieje karki, aby biedne dziewczęta pracowały nad swe wątłe siły. (Więcej książek Charlesa Mérouvela bezpłatnie do pobrania na Wikiźródłach) Zato znajduje zupełnie naturalnem, aby wojna masakrowała setki tysięcy ludzi, pożera to nieprzeliczoną ilość zwierząt, co więcej towarzystwo to samo z rozkoszą pożera żyjące ostrygi, zamordowane kurczęta, poćwiartowane barany, delektuje się poszarpanem ciałem ryb, złapanych na wędkę, a nad jedną wywłoką ginącą od uderzenia rogów, nad bykiem poległym od szpady zamiast od maczugi w rzeźni, wylewa gorzkie łzy i fałszywe rozwodzi żale.
Nie przeczę, iż są wypadki, lecz te zdarzają się wszędzie.
Weźmy naprzykład blacharza, dach pokrywającego, malarza, pod którym łamie się drabinka, murarza spadłego z rusztowania, woźnicę z kozła spadłego, wykolejone pociągi, parochody spotykające się, rybaków i marynarzy, co giną w wód otchłani, — czy o tych myśli towarzystwo?
Towarzystwo czego i nad kim?
Towarzystwo wołało wielkim głosem przeciw, a pomimo to miała się odbyć walka byków. I to olbrzymia walka, na której obecne nasze Andaluzki z Batignols lub Bercy, musiały zostać przekonane o wielkiej naszej czułości i dobrem sercu.
O godzinie 3 wspaniała sala przepełnioną była widzami.
Słońce cudownie błyszczące łaskawiej było widać usposobione od protektorów zwierząt! Promienie jego wdzierały się przez szyby, ozłacając swym blaskiem piękne toalety, wachlarze, pióra i wiosenne kwiaty u kapeluszy dam. Ani jednej loży lub krzesła nie było pustego.
Cały Paryż był tu zebrany, to jest ten, który się bawi i śmieje, bogaty lub sławny, stopniowo zasiadł coraz wyżej aż do samej kopuły.
Olbrzymie coloseum mieściło dwadzieścia dwa tysiące miejsc, z których ani jedno nie było wolne.
Już to Paryż można zawsze pociągnąć nowością. Na zaproszenie Hiszpanji miasto stawiło się w komplecie Brecheux dobrze został powiadomiony, gdyż na tę ucztę cała paczka Colombey’ów opuściła Chesnay.
Darivel’owie, komendant Briard, a nawet pan notarjusz we własnej osobie, naturalnie w towarzystwie czułej ciotki Sydonji, która trzymała stronę opiekuńczego towarzystwa, zajmowali dwie loże.
Fernand Colombey przechadzał się ze smutnem obliczem na korytarzach po nad lożami.
Od jakiegoś czasu zauważył iż w rodzinie często rozprawiano z ożywieniem lecz za jego zbliżeniem nastawało milczenie... Przeczuwał o czem być mogła ta rodzinna narada, wesołym zatem być nie mógł, tembardziej iż obrzucano go spojrzeniem pełnym współczucia a złośliwy wietrznik Gaston Durivel za każdem ukazaniem się kochanego kuzynka nie przestawał szeptać komendantowi ze szczególnym naciskiem:
— Ah, ten biedny Fernand musi być w rozpaczy! — lub, — nieszczęsny kochanek!....
Te i tym podobne wykrzykniki dochodziły do uszu Fernanda, lecz ten udawał, że ich nie słyszy chociaż były mu one nader przykre.
A Blanka także stała się mniej poufała względem niego. Co prawda, nie unikała jego towarzystwa, lecz nie śmiała spojrzeć mu prosto w oczy, aby nie ujrzeć jego smutnej twarzy, bo widziała iż ona to jest przyczyną jego zmartwienia.
Na „Grand plaza“ młody człowiek był jeszcze bardziej smutny niż zwykle, czuł nad głową miecz Damoklesa zawieszony, który miał na nią spaść.
Cała rodzina zaproszoną została po widowisku do willi Chesnay na wspaniały obiad.
W tej chwili, oprócz Blanki, która z lornetką robiła przegląd lóż i Fernanda, wszyscy zajęci byli sobą i mającem nastąpić przedstawieniem.
Orkiestra atakowała z werwą bolera i inne tańce narodowe hiszpańskie, „Carmen“ świeciła tu nowym blaskiem a przynajmniej ostatni akt tej ślicznej opery był wystawiony na scenie, naturalnie wyjąwszy dramatu.
Punkt o trzeciej zaczął się pochód. Wspaniały wjazd pikadorów, bandeljerów espadosów wraz z bohaterem przedstawienia, który siedział w złocistej kolasie, ubrany w kostjum z czasów Ludwika XV i wyglądał rzeczywiście imponująco.
W malowniczych kostjumach Filipa II-go z czarnego aksamitu, w kapeluszach z piórami, długich butach i szablą u boku, pędzili na dziarskich dżanetach piękni jeźdźcy, nawet czapraki na mułach, które miały przewozić zwyciężonych z placu boju, były z tej samej epoki. Tylko, że ci ostatni figurowali tu jedynie dla parady.
Opiekuńcze towarzystwo czuwało.
Cały orszak objechawszy w koło arenę zniknął, a dwaj dozorcy przyszli żądając od alkada klucza do klatki byków i zaczęło się przedstawienie.
— Wspaniała zabawa, komendancie Briard, słowo honoru wspaniała! — wrzeszczał młody Durivel.
Lecz komendant nie był zadowolony. Widział on podobne widowisko w Madrycie i Sewilli i innego doznawał wrażenia, siły, odwagi i upojenia, na widok istnej rzezi koni zabitych, byków broczących we krwi, pod dzielnem i zręcznem uderzeniem szpady dumnego toreadora.
Tam dopiero trzeba widzieć ten szał i uniesienie zebranego ludu, upojenie pięknych kobiet w zapale rzucających na arenę kwiaty, wachlarze, kapelusze, chustki, parasolki, rękawiczki! — słyszeć krzyki i wycie roznamiętnionego tłumu!
Tutaj opiekuńcze towarzystwo mroziło zapał!...
Pomimo to „les cuadrillas“ przygotowywali się do walki.
Piękne płaszcze niebieskie, czerwone, lub zielone złotem haftowane, wisiały rozpostarte na parapetach lóż i barjer.
Banda wygalonowanych banderillosów, espadosów i picadorów wjechała na plac walki.
Brzęczenie much można było usłyszeć, taka cisza zapanowała w ozłoconej słońcom sali.
Zagrzmiały trąby.
Drzwi od klatki otworzyły się i olbrzymi byk wyskoczył na środek areny.
Było to wspaniałe zwierzę. Widocznie czuł on śmieszność na jaką był wystawiony swym strojem, jego bowiem piękne rogi, jedyna broń tego czworonożnego gladjatora, miały futerały kauczukowe, z któremi wyglądał arcy niepocześnie.
Z pewnością przeciwnicy woleliby go zobaczyć ze zwykłą bronią, niż poniżonego podobnym strojem.
Konie pikadorów były również zabezpieczone wyściełanemi czaprakami. Towarzystwo musiało być zadowolone, publiczność przyjęła jeźdźców przeciągłemi oklaskami. Każdy zabrał się do dzieła.
Najpierw byk rzucił się na pikadorów, którzy przyjęli go niewinnemi uderzeniami swoich pik.
Następnie wsadzono mu kilka dzid ze zwykłą przysłowiową zręcznością, a sławny toreador Larlijo jakkolwiek niezadowolony z tej komedji, pokazał swoją sztukę, zadając razy, któreby nie zabiły nawet kurczęcia.
Publiczność biła brawo, trąby grzmiały z całej siły, a zwycięzca, na pysznym karym koniu, przyjechał zabrać tradycyjnemi wołami poległego do stajni, gdzie go czekała śmierć mniej zaszczytna.
Scena tego rodzaju miała się powtórzyć osiem razy podczas przedstawienia, z rozmaitemi, coraz to innemi, przypadkami.
Musimy jednak przyznać, że byk pomimo swych śmiesznych rogów, mógł zgnieść przeciwnika, zabić nogami, lecz za to nad jego skórą Towarzystwo czuwało, zabezpieczywszy go od ran śmiertelnych.
Paryżanie są dobroduszni i niewiele im trzeba do zabawy. Parodja ta wystarczała im zupełnie na dzisiaj, bawiono się i śmiano wesoło, ciesząc się blaskiem słońca, wspaniałością kostjumów, ogłuszającym hałasem fanfar, zręcznością toreadorów, lub dziką odwagą zwierząt.
Nowe widowisko podobało się bardzo. W lożach, zajętych przez Colombey’ów, zawzięcie klaskano. Tylko komendant Briard rzucał dysharmonijną nutę w ich grono, klnąc głośno, lecz była to jedna przyczyna więcej do ogólnej wesołości rodziny. Młody Durivel podburzał jeszcze starego wojaka, chcąc go niby to uspokoić.
Komendant krzyczał głośno:
— Co za głupia obawa do pioruna! Ubierać zwierzęta w coś podobnie śmiesznego! A czy to żołnierze są zabezpieczeni przed gradem kul, do tysiąca fur beczek! Kpiny, jak Boga kocham, czy co z poczciwych ludzi!
Gaston uspokajał:
— Nie unoś się komendancie, to tylko początek prawdziwego dzieła, za kilka dni będziemy patrzeć na bohaterską śmierć byków! Zobaczysz!
— Dla czegoż to jedzą panowie protektorzy smaczną polędwicę i kotlety, — ryczał komendant.
Był jednak ktoś, co się zupełnie nie zajmował widowiskiem, ani bykami, ani toreadorami, ani nawet wspaniałemi kostjumami, a osobą tą była Blanka Colombey.
A jednak była ona bardzo dziś wesoła i szczęśliwa dla dwóch mianowicie przyczyn.
Pierwszą z nich była obecność jej najdroższej przyjaciółki Berty de Chamblaiu, której po cichu powierzała różne swoje tajemnice, a młode dziewczęta w pewnych kwestjach są niewyczerpane w słowie.
Drugą zaś było to, że o jakie kilkanaście metrów dalej siedział w loży pewien młody człowiek, powszechnie zwracający uwagę wszystkich na siebie, chociaż niczem nie chciał bić w oczy, siedząc w przyzwoitej postawie i skromnem eleganckiem ubraniu.
Oczy młodego człowieka często zwracały się ku loży Colombey’ów, a Berta robiła to samo, lornetując zawzięcie młodego chłopca.
— Jakże ci się podoba? — zapytała po chwili Blanka swej przyjaciółki.
— Śliczny chłopiec!... Co za ujmująca powierzchowność!... Jeżeli jest równie dobry jak piękny, będziesz najszczęśliwszą z kobiet.
Obok młodego człowieka siedział staruszek, zasłonięty swym towarzyszem, oraz ogromnym kapeluszem swej sąsiadki.
Miał on na głowie czarną aksamitną czapeczkę, jaką zapewne musiał zazwyczaj nosić w domu. Czapeczka ta zakrywała mu całe czoło, spadając po nad same oczy.
Rzeczywiście tylko uczony może sobie pozwolić na taką ekscentryczność.
Przytem miał taką zbiedzoną, zawiędłą minę kaszlącego, schorowanego astmatyka, z niebieskiemi okularami na długim nosie, iż śmiało można mu było dać co najmniej lat siedemdziesiąt.
Ten również uzbrojony był w lornetkę, lecz posługiwał się nią rzadko i to jedynie, aby ją skierować do loży Colombey’ów, w której szukał twarzy pana radcy.
Ta dumna, zadowolona, zimna głowa, sprowadzała uśmiech na jego usta.
Zapewne, iż radca wyglądał w tej chwili imponująco, siedząc otoczony rodziną w loży, do której co chwila ktoś podchodził, aby się przywitać, lub ukłon zamienić przyjazny.
Panował w pełni sławy miljonowego mieszczanina, obok pięknej żony i córki, które wraz z Bertą de Chamblain jaśniały urodą i wdziękiem.
Brecheux był w siódmem niebie. Zrzucić kogoś z takiej wysokości, to znaczyło to samo, co zabić go.
W połowie przedstawienia nastąpiła przerwa. Rodriguez powstał ze swego miejsca, kierując się ku loży Colombey’ów. Wszedłszy, ukłonił się damom i wtedy zaszedł wypadek, któryby poruszył z radości kamienne serce byłego nauczyciela.
Blanka odezwała się głośno do przyjaciółki, tak, iż musiała być słyszaną przez sąsiadów z drugiej loży.
— Berto, oto pan Rodriguez, mój narzeczony!
Głos młodej dziewczyny drżał ze wzruszenia, wymawiając te tak proste słowa Było to oficjalne przedstawienie.
Młody cudzoziemiec znalazł się bardzo taktownie, zwrócił się do radcy z miną zakłopotaną, mówiąc wzruszonym głosem:
— Jakże wdzięcznym jestem panu!
Pani Colombey uśmiechała się, lecz z wyrazem smutku na twarzy. Czyż jest matka, któraby oddawała córkę bez żalu i zazdrości?
Mosty zostały spalone.
Juan obrzucił wszystkich wzrokiem, pełnym wdzięczności, a zarumieniona Blanka szybko dodała:
— Dziś wieczorem dajemy wielki obiad w Chesnay. Będziesz pan u nas, nieprawdaż?
Juan skłonił się.
Radca zapytał:
— Czy towarzysz pański jest właśnie owym dawnym nauczycielem?
— Tak, panie, lecz proszę wybaczyć, iż nie może osobiście złożyć państwu swego szacunku... Jest trochę słaby... i nadzwyczaj nieśmiały... Zdziczał pomiędzy książkami. Lecz za to złote ma serce!
Gaston odezwał się do komendanta Brian:
— Nareszcie! Klamka zapadła! Dostałeś kwitka panie Fernandzie!
Komendant mruczał pod nosem:
— Smutna rzecz!... Nie miałbym zaufania do pięknego panicza.
Był zły, lecz musiał ukrywać niezadowolenie przez wzgląd na osobę naczelnika rodu Colombeyów.
Durivel, notarjusz, zrozpaczony był, iż nie może wtrącić swoich trzech groszy do tej sprawy. Zawsze to nieprzyjemna nowina wiedzieć, iż tak wspaniały kontrakt przejdzie do rąk kolegów.
Za to Durivel, wąż dusiciel, rozkoszował się zawczasu myślą wspaniałych uczt i wyrafinowanych festynów, które już się od dzisiaj zaczynały, a szanowna ciotka Sydonja, urodzona de Moranges, rzucała skrycie spojrzenia, pełne pożądliwości, na przyszłego małżonka, gdyż pomimo opiekowania się wieloma dobroczynnemi dziełami, można także odczuwać innego rodzaju przyjemne wrażenia.
Po trzeciej walce. nie wiele interesującej, Juan zostawił narzeczoną, upojoną szczęściem, a jej przyjaciółkę najzupełniej zdobytą dla jego sprawy.
— No, cóż Jasiu? — zapytał Brecheux wychowanka, skoro tylko tenże ukazał się w łoży.
Juan odpowiedział:
— Stało się.
— Wobec wszystkich?
— Tak... i dziś wieczorem Jestem na obiedzie w Chesnay.
— A to się udało dalipan! Wygrana nasza, lecz kiedy ujrzymy posag?
— Jutro się o tem dowiesz.
Syn dzierżawcy z la Sauvagère zwrócił swą lornetkę na lożę Colombey’ów. Spojrzenie, którem obrzucił radcę było jadowitsze od najzłośliwszego gadu, co zadaje nieuleczalną ranę. Jak silną bywa zemsta ludzi podobnych jemu, Maurycy Colombey miał się o tem z czasem przekonać.
Trzeba rzeczywiście posiadać wiele siły i odwagi moralnej, aby ze śmiercią w duszy znieść z niewzruszoną twarzą zniweczenie najgorętszych swych pragnień i nadziei, patrzeć na rozwianie najrozkoszniejszych marzeń o szczęściu.
Fernand wiedział i zrozumiał co się stało. Otóż można powiedzieć, iż o ile kochał swoją kuzynkę, swoją ubóstwianą Blankę, o tyle nienawidził tego cudzoziemca, co stanął na przeszkodzie do upragnionego celu, zabierając mu z łatwością skarb ukochany, za który oddałby życie w ofierze.
Wyczerpując swe siły przez kilka lat mozolnej nauki, szukając skwapliwie powodzenia w swej niewdzięcznej i trudnej karjerze, wszystko to czynił z myślą, aby się stać godnym ukochanej dziewczyny, od której dzieliła go przepaść jej olbrzymiego majątku i znaczenie ojca. Pewnym był poniekąd pomyślnego obrotu sprawy. Przyjaźń pani Colombey matki, która widocznie go lubiła, czując, iż był wydziedziczonym w tej rodzinie, gdzie pieniądz stanowił o wszystkiem, zachęcające słowa starego bankiera, energicznie trzymającego jego stronę, nieraz poufale mówiącego: — Odwagi mój chłopcze, jeszcze trochę cierpliwości, a z pewnością dojdziesz do celu, a przytem wdzięczny uśmiech Blanki, okazujący mu przy każdej zdarzonej sposobności tkliwe przywiązanie siostry, utrzymywały go w miłem złudzeniu!
Chociaż Fernand nie rachował nigdy zupełnie na serjo na swoje szczęście, jednak kochał w milczeniu zdaleka, nie śmiejąc wyznać swej miłości.
Musimy też powiedzieć, iż rzeczywiście miał wiele widoków zupełnego powodzenia, gdy zjawił się Juan Rodriguez.
Ze słodkiego, poważnego przywiązania i szacunku jaki miała młoda dziewczyna dla niego, widząc go obok siebie od dzieciństwa, łatwo było zrobić krok do małżeństwa szczególniej pod wpływem matki, obcej nizkiemu wyrachowaniu, jak również dzięki poparciu bankiera.
Cały plan został zniweczony, zburzony na zawsze. Z marzenia pozostały zaledwie ruiny.
Wieczorem tego dnia zamek w Chesnay był przepełniony gośćmi. Jadalna sala, wspaniale zastawiona, jaśniała mnóstwem świateł.
Cała rodzina była zebraną.
Stary Saint-Clair, siedząc niedaleko od Anzelma Durivel, ciągle mu dogadywał.
Durivel zajadał za dziesięciu, czemu z wyniosłą powagą przypatrywała się ciotka Sydonja. Rzeczywiście pan naczelnik zanadto pogłębiał się w materjalnych rozkoszach, czego tak dystyngowana dama znieść nie mogła.
Na końcu stołu siedział biedny Fernand Colombey usadowiony jak gdyby naumyślnie obok swej kuzynki, nie mając odwagi patrzenia na nią. Rozmawiał o potocznych rzeczach, a mianowicie o śmiesznem widowisku, o wystawie, o Paryżu przepełnionym cudzoziemcami.
Mówił z widocznem wysileniem o tem, co właściwie stanowiło obecnie punkt kulminacyjny każdej rozmowy lecz oboje byli zajęci zupełnie innemi myślami.
Bezwiednie Blanka rzucała od czasu do czasu spojrzenie na drugi koniec stołu i przez bukiety kwiatów i wspaniałą zastawę srebrnych koszów widziała Juana wesoło rozmawiającego z Bertą, prześlicznie wyglądającą w jasnej sukni z pękiem róż u stanika. Piękna panna śmiała się z całego serca, zachwycona dowcipem swego sąsiada.
Komendant Briard wypróżniał kieliszki doskonałego Bordeaux i starego Burgunda, które wprawiały go zwykle w doskonały humor, chociaż co prawda i szampan umiał ten sam skutek wywołać. Dziś jednak pił z pewnego rodzaju gniewem, mrucząc ciągle pod nosem i odpowiadając gestami na znaki dawane mu przez Gastona, umieszczonego zdala, a zapowiadające jakieś ważne zajście.
Rzeczywiście po deserze nastąpiła niezwykła scena, oto radca powstał z krzesła, w te słowa odzywając się do zgromadzonych gości:
— Szanowni państwo, mam zaszczyt uwiadomić was o przyszłym związku mojej córki Blanki z panem Juanem Rodriguez’em.
Padł strzał, od którego biedny Fernand pobladł śmiertelnie, wyszeptawszy zcicha:
— A więc to prawda!
Blanka położyła lekko swoją rękę na jego ramieniu mówiąc słodkim głosem:
— Nic to nie zmniejszy mej przyjaźni dla ciebie, Fernandzie i kochać cię nie przestanę nigdy.
Komendant Briard nie manifestował głośno swoich uczuć, lecz po jego minie można było poznać, że wiadomość ta wcale mu się nie podobała.
Do miljona fur beczek, bataljonów!, dla czego wybrano koniecznie cudzoziemca, czyż nie lepszym był nawet ubogi Fernand? Należał przynajmniej do rodziny. Durivel, kupiec, był tego samego zdania.
— Czy to już nieodwołalne postanowienie? — zapytał bankiera, który mu wprost odpowiedział:
— Co chcesz, mój stary? Ma za sobą kobiety.
— A nadewszystko Sydonję, co?
— Tak sądzę.
— Nic dziwnego... stara...
Epitet pozostał niedokończony przez godnego stryjaszka.
Za to wujaszek Tonton trzymał się neutralnie, małżeństwo nie obchodziło go wcale, myślał jedynie o jedzeniu i piciu, a gdzie ono miało nastąpić, było mu już zupełnie obojętnem.
Nieznośny młody Durivel tryumfował! Musimy użyć tego wyrażenia, gdy melancholijny Fernand był dla niego antypatycznym, drażnił go i upokarzał swoją manją do pracy i poważnem obejściem wzorowego urzędnika.
Fabjan Durivel, notarjusz, powstał z kolei, a biały krawat obciskał mu po uszy szyję. Wyglądał na zasuszonego posła z czasów Ludwika Filipa.
Gaston uderzył energicznie nożem w talerz, wołając:
— Proszę o głos dla szanownego papy, a usłyszymy piękną mówkę.
Pan notarjusz rzucił gniewne spojrzenie na swego potomka, lecz natychmiast został pomszczony przez kuzynkę Sydonję.
— Ten Gaston zanadto sobie pozwala jak na oficera w rezerwie.
Fabjan podniósł w górę kieliszek.
— Pijmy za pomyślność państwa młodych — wygłosił uroczystym tonem, — muszę jednak wyrazić mój żal, iż nie mogę się przyczynić do spisania kontraktu tak świetnie dobranej pary. Bogactwo, zdrowie i młodość oto ich skarby! Jeszcze raz wypijmy za zdrowie narzeczonych!
Cały ten toast przyjętym był bez wielkiego zapału.
Stary notarjusz nie miał głosu w rodzinie, a wybór radcy nie wszystkim się podobał.
Było to za nadto widocznem, trącono jednak kieliszkami. Opozycji brakowało siły. Gospodarz to widać zauważył i chcąc ocalić sytuację dał znak swej połowicy.
Matylda jak zwykle uległa, powstała.
— Czybyśmy nie mogli się przejść po parku? — zapytała.
Był to rozkaz dla całej tej zgrai i w jednej chwili sala jadalna opustoszała.
Przedtem jednak Fernand zdobył się na chwilę odwagi.
— Blanko, — odezwał się drżącym głosem, — muszę z tobą pomówić.
Młoda dziewczyna uczuła trwogę. Czyżby ukochaną kuzyna była ona sama? Od kilku dni niejednokrotnie o tem myślała, widząc zrozpaczoną minę Fernanda, a chociaż w swym egoizmie zaślepiona nie widziała wielu rzeczy, to jednak zachowanie się młodego człowieka nie uszło jej uwagi.
Od czasu kiedy serce jej oddało się pięknemu młodzieńcowi, rzadko myślała o swym kuzynie, a i to zawsze z tem przekonaniem, że gdyby ją Ferdynand kochał, to nic nie stało na przeszkodzie, aby oddawna wyznał jej swoją miłość. Dla czegóż miałby nieśmiałym? Czyż nie mieli zobopólnego zaufania względem siebie?
Więc ze zdumieniem spojrzała na niego, usłyszawszy jego prośbę, wyrzeczoną głosem smutnym i cichym. Pomimo to odezwała się ze zwykłą swobodą i wdziękiem:
— Jeżeli tego sobie życzysz...
I poufale wziąwszy kuzyna pod rękę, przeszła pomiędzy parami, przechadzającemi się około ganku, kierując się w bukową aleję.
— A więc kochany Fernandzie — odezwała się — cóż to takiego masz mi do powiedzenia? Słucham cię.
— Chcę wiedzieć, czy twoje małżeństwo już naprawdę zdecydowane? — zapytał.
Młoda dziewczyna westchnęła.
— Już wiesz o tem.
— Bóg mi jest świadkiem, że szczęścia jedynie twego pragnę...
— Jestem o tem zupełnie przekonaną...
— Milczałbym, będąc przekonanym, iż masz to szczęście zapewnione, lecz tak, jak jest...
— Co myślisz?...
Chciał się uśmiechnąć.
— Wiesz chyba o tem, Blanko, że moje stanowisko zrobiło mnie trochę podejrzliwym... to trudno, słuchając i widząc zawsze zbrodniarzy... być może, iż sąd mój jest przez to spaczony, a imaginacja stwarza chorobliwe obrazy...
— A więc?
— Czy znasz dobrze twego narzeczonego?
— Chyba nie masz żadnych wątpliwości co do niego, zdaje mi się?
— Zapewne że nie... Zanadto byłbym śmiałym, rzucając najmniejsze choćby słowo dla obrazy jego honoru, lecz kiedy idzie o ciebie, niechże wolno mi będzie być niedowierzającym... Byłbym prawdziwie zdesperowanym, widząc cię nieszczęśliwą... Jesteśmy przyjaciółmi od dzieciństwa... Jestem prawie samotny w życiu, a że musimy zawsze przywiązać się do kogoś... to, jak sądzę, nie dowiesz się nic nowego, jeżeli ci powiem, iż najpierwsze miejsce zajmujesz dotąd w mem sercu...
— Wiem o tem Fernandzie, lecz nie obawiaj się.
— Masz zupełne zaufanie?
— Tak jest.
— I kochasz tego człowieka?
— Dla czegóż miałabym przed tobą ukrywać prawdę? Kocham, gdyż mogłam ocenić wszystkie zalety jego szlachetnej duszy... A przytem i ojciec mój powziął jak najlepsze o nim wiadomości... Pragnę z całego serca, abyś go kiedyś poznał i pokochał, kochany Ferdynandzie... a szczęście moje wtedy będzie zupełne!
A chcąc zakończyć rozmowę, nie bardzo dla niej miłą, dodała:
— Możesz być również przekonany, iż osiągnąwszy cel moich pragnień, pomyślę i o spełnieniu twoich...
— Jak to?
— Znajdując odpowiednią dla ciebie żonę...
— Dzięki ci, droga Blanko — zawołał zmienionym głosem, — lecz w tym razie mam już niezłomne postanowienie...
— Jakie?
— Aby się nie ożenić nigdy.
— Ty?
— Tak, nigdy!
Podniosła na niego oczy.
Rysy jego twarzy pozostały niezmienione, lecz był śmiertelnie blady.
Uczuła jak gdyby dotknięcie iskry elektrycznej, puściła jego ramię i dalej szli obok siebie w milczeniu, aż do rozściełającego się przed domem trawnika.
Tu młody Durivel krzyczał nad zdrowem uchem komendanta Briard, który delektował się trzydziestoletnim koniakiem.
— Czy to pożegnanie Fontainebleau, komendancie? I nie płaczesz?
— Co za złośliwy ozór ma ta małpa! — odpowiedział dzielny wojak.
Blanka zamyślona zbliżyła się do matki, zajętej rozdawaniem gościom przeróżnych likierów, z pomocą ślicznej Berty de Chamblain.
Biedny Ferdynand poszedł w drugą stronę, szukając samotności, kiedy na skręcie alei minął się z Juanem, który zdaleka obserwował maleńką scenę pomiędzy nim a Blanką, nie bez pewnej jednak obawy.
Ferdynand Colombey miał rzeczywiście dziwny sposób patrzenia, który wzruszyłby nawet mniej nerwowego człowieka, niż jakim był uczeń Piotra Brecheux.
Tajemniczy dramat, zaszły na ulicy Bassano, był zanadto świeżej daty, aby Juan mógł zapomnieć o nim i pozbyć się wszelkiej obawy.
Rzeczywiście i tak nie brakło mu olbrzymiej dozy energji, aby zapanować nad doznanem wzruszeniem i pokazać się światu na „La Plaza“ przy ulicy Pergalės i swobodnie się uśmiechać podczas obiadu w Chesnay.
Aktor, schodzący z desek teatralnych potrzebuje też pewnej chwili, aby przejść do zwykłego stanu i spokoju. Juan był w tej chwili niezwykle rozdrażniony, co zawsze następuje po wielkim wysiłku woli.
Spojrzenia dwóch rywali skrzyżowały się. Wzrok Fernanda był badawczy, zimny, jak ostrze sztyletu, zagłębiającego się w ciało, oczy zaś narzeczonego Blanki wyrażały dziką nienawiść złoczyńcy, przyłapanego na gorącym uczynku.
Obadwaj pomyśleli jednocześnie, przechodząc obok siebie.
— Oto wróg!
Fernand miał już dawniej pewne wątpliwości. Dla czegóż wzrok Juana był dla niego pewnego rodzaju wyjaśnieniem?
Kto wytłomaczy szybkość powstawania wrażeń w naszym umyśle, obrazów wytwarzanych w jednej chwili pod wpływem moralnego podniecenia?
Odtąd niejasny plan, który od paru dni stale go niepokoił, przybrał wyraźniejszą postać i utrwalił się w jego umyśle. Od tej chwili wykonanie jego i uważał za konieczny obowiązek.
W gwarze zabawy, która zaczynała się ożywiać, po ukończonej pijatyce komendanta i płaskich konceptach młodego Durivella, w chwili właśnie kiedy Blanka ze swą przyjaciółką siadały do fortepianu, aby na cztery ręce zagrać uroczego walca z „Fausta“, Fernand zbliżył się do gospodyni domu, mówiąc:
— Pozwól, że cię pożegnam, droga kuzynko.
— Spodziewam się, nie na długo.
— Zawsze na dni kilka.
— Jakto, wyjeżdżasz Fernandzie? — zapytała Matylda, patrząc na niego z prawdziwem zajęciem.
— Jestem zmuszony... powierzono mi ważną sprawę.
— Lecz spodziewam się, że będziesz z powrotem na ślub...
— Blanki? — zapytał z gorzkim uśmiechem.
— Naturalnie, że Blanki... O czemże myślisz?
— Kiedyż ma ślub nastąpić?
— Od dziś za miesiąc...
— Czy to już postanowione?
— Tak jest, mój drogi, od kilku dni. I trzeba, abyś na nim był, Fernandzie... Proszę cię o to.
— A zatem za miesiąc?
— Tak jest... dwudziestego piątego czerwca...
— Życzenie twoje jest dla mnie rozkazem... Bądź spokojna, moja kuzynko, zastosuję się do niego.
I dodał ze szczególnym akcentem:
— Nie omieszkam się stawić.
Schylił się do ręki pani Colombey, dotknął ustami jej dłoni i szybko się oddalił.
— Biedny Fernand! — pomyślała matka. — Gdyby to odemnie zależało, to jegobym wybrała.
Pani de Vitray nie omyliła się.
Jeżeli admirał nagle opuścił Paryż po swej bytności w Cherbourgu, pochodziło to jedynie z bojaźni.
Zapewne, że nigdy nie można było zarzucić mu braku odwagi, dał tego dowody, lecz są pewne położenia, w których nawet najodważniejszy człowiek waha się i obawia.
Najpierw niepodobna mu było żyć w stanie ciągłego nieporozumienia obok kobiety, którąby chciał ukoić za cenę najwyższej ofiary, pojmując jej słuszną urazę za tyle lat nieustannego cierpienia.
Z drugiej strony ten człowiek tak odważny, mający tak wysokie pojęcie o godności i honorze, nie chciał się upokorzyć przed hrabiną, po za granice, których nie przekracza człowiek dobrze wychowany, ani narzucić jej brutalnie swej woli.
Cóż miał robić?
Oddalić się? Obrać dawniejszą drogę postępowania i czekać? To było jedną z przyczyn jego ucieczki.
Była również i druga.
Dróżnik z du Mesnil opowiedział mu wiele rzeczy. Joanna, dziecko, którego przyszłość poświęcił dla swych nieszlachetnych uczuć, była piękną. W całej wiosce zachwycano się nią.
Była nietylko piękną, lecz silną, odważną i pełną poświęcenia. Nie chciała opuścić swej przybranej matki, a swą małą siostrzyczkę pielęgnowała z prawdziwem zaparciem się siebie.
Co się z niemi stało?
Nic nie było bardziej jasnem i niewyraźnem zarazem.
Zmuszone opuścić wioskę, zapewne z żalem rzucały się w świat nieznany. Pewnie udały się do Paryża, gdzie, jak wiele im podobnych, utonęły w morzu nędzy, którą najlepiej ukryć można przed oczami tych, co nas znali za dobrych czasów.
Na wsi przynajmniej świeże powietrze, przestrzeń, słońce, zieloność i kwiaty polne zostają na osłodę nędzarzy, w Paryżu niedostatek staje się po prostu strasznym, wstrętnym i śmiertelnym zarazem. Duma zaślepia, a złudna nadzieja łatwego dojścia do majątku przyciąga do Paryża tysiące obałamuconych nadzieją biedaków, którzy tu przeniesieni, zbłąkani, zapomnieni, zdala od rodzinnej strzechy, mrą z głodu, przeklinając ziemię, która miała ich zbogacić.
Admirał de Vitray obdarzony był bystrym umysłem. Nie wątpił, że Joanna jest w Paryżu i że potrafi ją odnaleźć.
Lecz nie śmiał sam robić poszukiwań, bojąc się zagłębić we wstrętnym labiryncie paryzkim, gdzie zapewne utonęła jego ofiara, wolał zostawić to zręcznym agentom policyjnym za wysoką nagrodą.
Bał się. Nie można użyć innego wyrazu, aby oddać wzruszenie, jakiego doznawał, podczas gdy pociąg kurjerski unosił go do Tulonu. Strach przed złem, które wyrządził, strach przed gniewem Heleny, kiedy pozna całą doniosłość tego złego.
W Paryżu pozostawił godnego siebie zastępcę. Musimy jednak wyznać, że pan Raveneau nie miał lepszej nadziei od admirała. Starzec znał swój Paryż gruntownie!
I ta młoda dziewczyna, przepadła tu od osiemnastu miesięcy, przestraszała go. Bez zapału więc brał się do jej poszukiwania, obawiając się również zejść do tej otchłani.
Czynił jednak swoją powinność i dzienniki zamieszczały codziennie małe ogłoszenie, które zwróciło uwagę Joanny.
Oprócz tego prefekt policji dodał pełnomocnikowi admirała jednego ze swych ludzi, znanego ze sprytu i szybkości w działaniu.
Sprawa nie była trudna, a Paryż nie jest znów tak wielki, aby trzy kobiety, z których jedna była obłąkaną, mogły w niego wpaść, jak kamień do wody.
Pan Raveneau nie pozostał długo bez żadnej wiadomości. Ogłoszenie zrobiło swój efekt i co dzień zgłaszało się mnóztwo osób, znających wrzekomo zaginioną, lub też mających ślad pewny, gdzie obecnie ona przebywa.
Lecz stary Raveneau nie cieszył się z tego bynajmniej, ponieważ widział, że ani jedna z osób, zgłaszających się, nie znała naprawdę Periny, chcąc tylko korzyści ciągnąć za udzielone wskazówki.
W kilka dni po bytności Joanny na ulicy Bassano, pan Raveneau siedział rano przy biurku w swym gabinecie przy ulicy d’Anjou, kiedy wszedł służący, oznajmiając o przybyciu klijentki, która chciała się widzieć z panem Raveneau.
Klijentką ową była osoba nieokreślonego wieku, która jednak musiała już przebyć pięćdziesiątkę, a zacny Paskal nie umiał ukryć oburzenia, iż pomimo tak późnego wieku twarz miała pokrytą różem i bielidłem. Tego rodzaju klijentek nie widział jeszcze stary sługa.
Pan Raveneau rozkazał, aby przyszła do gabinetu, i wtedy przekonał się, że Paskal nie przesadził, opisując nieznajomą.
Wyszedłszy z ciemnego przedpokoju, pani Pache jeszcze gorzej wyglądała w jasnem świetle pokoju. Była po prostu wstrętną.
Gruba warstwa pudru pokrywała zmarszczkami pooraną twarz; wargi popękane i obwisłe zdobił czerwony karmin; żółty szynion, przypięty na siwe kosmyki pozostałych włosów, tworzył najsmutniejszy obraz, a grubo oznaczone brwi czarnym ołówkiem, nielitościwie uwydatniały czerwoną obwódką okolone oczy.
Ubranie odpowiadało twarzy, wyglądała pretensjonalnie i śmiesznie, na starą gałganiarkę, odświętnie przybraną.
Wszedłszy, ukłoniła się panu Raveneau i zaczęła mizdrzącym głosem:
— Czy to pan?...
A jednocześnie trzepotała rękami, ubranemi w stare rękawiczki, pokazując mały skrawek papieru, wycięty z dziennika.
Pan Raveneau zadrżał.
— Tak, to ja — odpowiedział.
— Przyszłam właśnie w sprawie Periny Yaudet... Podobno jest oznaczona nagroda?...
— Bezwątpienia, że jest.
Trzeba dodać na obronę starej damy, że jeżeli tak nizko upadła, to również nigdy wysoko umieszczona nie była.
Ojciec jej tłukł na szosie kamienie, pijąc i paląc za to, co mógł zarobić. Dla rodziny nie pozostawało nic. W młodości swej nieszczęśliwa odebrała więcej szturchańców, niż kawałków chleba. Dom rodzicielski nie był powabnym, a wychowania żadnego gdzieindziej nie odebrała. Trudno, aby wszystkie dziewczęta wychodziły z klasztoru des Oiseaux.
Zatem bądźmy pobłażliwymi dla niej. Bez zaprzeczenia źle się pokierowała w życiu, lecz czy droga jej była łatwa?
W tej chwili myślała tylko o tem, czy dostanie nagrodę, to też śmiało zapytała:
— Czy mogę otrzymać jakąś część naprzód z obiecanej sumy?
— A czy przynosisz nam pani jaką wiadomość?
— Spodziewam się.
Wymówiła te słowa z pewnością siebie.
— I przyrzekasz powiedzieć tylko prawdę? — zapytał starzec.
Kiedyś pani Pache miała jakieś zajście z policją o pewną bagatelę. Biedaczka, zapomniała się i odparła, myśląc, że stoi przed sądem:
— Przysięgam, panie sędzio, — zawołała, podnosząc rękę w górę.
Pan Raveneau dobrotliwie uśmiechnął się, zwracając jej uwagę na uczynioną omyłkę.
Zrozumiał od razu, kogo ma przed sobą, lecz doświadczenie, nabyte życiem, nauczyło go być pobłażliwym.
Szczególniej inteligentni ludzie posiadają wiele pobłażliwości.
— Nie jestem sędzią odpowiedział spokojnie.
— Tak! a ja myślałam... Proszę wybaczyć...
— Nie gniewam się. Zatem chciałaś pani najpierw zaliczkę?
— Tak jest, proszę łaskawego pana.
— Inaczej nie masz pani zaufania?
Zaufania? Na naszej ulicy nie wiedzą, co to znaczy... Nic darmo...
Ładna musiała być ulica, gdzie taki potwór zamieszkiwał.
— Nie zawadziłoby, abym ujrzała kilka żółtych sztuk, — dodała z okropnym uśmiechem.
Pan Raveneau położył trzy luidory przed sobą.
— To dla pani. Dam drugie tyle, jeżeli objaśnienia, dane nam, mogą być użyteczne. Chodzi tu o niewielki spadek.
— O spadek?
— W Bretanji.
— Aha! to dla tego warjatka mówiła ciągle o Bretanji...
— Wie o warjatce? — pomyślał starzec — ależ w takim razie ta czarownica wie wszystko!
Pani Pache pochwyciła złote z szybkością, podobną do zgłodniałego psa, który kość znalazł.
— Dostanę drugie tyle? — zapytała jeszcze.
— Możesz pani zaufać memu słowu.
— I ja tak sądzę... Masz pan dobrą...
Nagle zatrzymała się w połowie zdania, przed sobą bowiem na półce biblioteki ujrzała kilka bronzowych popiersi, które znów jej przywiodły na pamięć gabinet sędziego śledczego.
— No, cóż? — zapytał dobrotliwie starzec, widząc jej wahanie — czy masz pani co powiedzieć?
— To pan poszukuje wdowy Yaudet?
— Tak.
— W wieku około lat czterdziestu kilku?
— Coś około tego.
— Rodem z Bretanji?
— Rzeczywiście.
— Jeżeli tak, to mogę o niej udzielić pewnych wiadomości panu sędziemu.
— Zapominasz znów pani, że nie stoisz przed sędzią...
— To prawda... powinnam jednak o tem wiedzieć... sędziowie nie dają pieniędzy, ale raczej takowe z nas ściągają lub pakują do więzienia....
— Do rzeczy kochana pani... słucham...
— Najpierw muszę powiedzieć, że jestem odźwierną.
— Gdzież to?
— No, pewno że nie w pałacu Elizejskim.
— W jakiej części miasta?
— Niedaleko cmentarza Montmartre, z tyłu na wzgórzu...
— Na jakiej ulicy?
— To nie ulica, lecz droga... droga do Carrières.
— Znam ją... przesadzasz pani trochę, place mają tam swoją cenę...
— Chyba w przyszłości!... Otóż chcę panu powiedzieć o tem, że właśnie wdowa Yaudet, o której mówiliśmy, była moją lokatorką...
— Doprawdy?
— Cóż to tak bardzo zadziwiającego? Dom co prawda nie piękny, lecz nieszczęśliwa wdowa grosza nie ma przy duszy!
— Zupełnie uboga?
— Jak Job.
— Mieszka sama?
— Wcale nie! Biedactwo nie dałoby sobie rady, straciła zmysły...
— To znaczy, że jest obłąkaną?...
— Najzupełniej.
— Czy oddawna?
— Już ją poznałam w takim stanie.
— Kogóż miała przy sobie?
— Dwie młode dziewczyny... Jedna miała ze dwanaście lat zapewne... Druga dorosła, około lat dwudziestu...
— A jej imię?
— Joanna...
— Czemże się ona zajmowała aby zarobić na życie?
— Najpierw pielęgnowała matkę i siostrę.
— I co więcej?
— Biegała po Paryżu za miejscem... Naturalnie, nigdy nic znaleźć nie mogła... zawsze to samo wszędzie... Spojrzyj pan w każdą bramę, czy gdzie brakuje odźwiernych...
— Zatem biedactwo traciło swój czas niepotrzebnie.
— Przecież!... Mówiłam jej codzień to samo. Żądała rzeczy niemożebnych!... Znaczy to, co rozbić głowę o mur. A przytem bardzo chcą korzystać z ładnej dziewczyny... zabawić się... Powiadam panu, śliczna z niej dziewczyna... co za oczy, włosy, zęby, figura...
Pani Pache mówiła z pożądliwą admiracją, zgrzytając bezzębną szczęką, błyskając czerwonemi oczami, a w zaciśniętych palcach konwulsyjnie ściskała złotą monetę w obawie jej utracenia. Nakoniec dodała z przekonaniem:
— Dla niej była tylko jedna droga i wiesz pan dobrze jaka? Ja muszę już zgnić w mojej norze, ona nie jest do tego zmuszoną... niech tylko rękę wyciągnie, a znajdzie co jej potrzeba...
— I długo mieszkała u pani? — zapytał pan Raveneau z wzrastającym niepokojem.
— Dwa miesiące.
— I już się wyprowadziła?...
— Od trzech tygodni... na jej szczęście.
— Spodziewam się, że nie poszła za radą pani?
Pani Pache stawała się poufałą, uszanowanie i obawa, jaką miała, wchodząc tutaj, zniknęły potrochu.
— Dobry pan jesteś! — zawołała, żartując. — Można nie słuchać rad, siedząc na wygodnej kanapie. A tu biedactwo musiało płacić gospodarza, żywić siostrę i matkę, której nie chciano przyjąć do żadnego szpitala, pielęgnować chorą małą! Chciałabym wiedzieć, coby zrobiły w tem położeniu piękne panny, co to jeżdżą w bogatych powozach i którym całe życie nic nie brakuje? Chciałabym je widzieć choć przez jeden tydzień mrące z głodu na zimnem poddaszu, bez chleba i odzienia, z choremi rodzicami, co jęczą na nędznym tapczanie. Jak się ma trochę serca, mój panie, to się nie zważa na to co robić, aby wyciągnąć swoich z biedy. A kiedy się go nie ma, to cichaczem zmyka się daleko od takiego piekła. Szukać zajęcia dziewczynie, ciekawam jakiego? Najpierw chciałabym, aby mi pokazano jakie, a potem ja powiem, co się tam robi... Joanna chciała pracować... a nie mogła... Nareszcie zrozumiała, że jej śpiewałam prawdę i zdecydowała się... Mnie samej nigdy się nie wiodło, nie miałam szczęścia, dziś już na nic się nie zdam, ale mam za to dobry nos: poznałam się na dobrym towarze... Przyszło jej to, ma się rozumieć, nie łatwo, ale stało się... Było to w dniu otwarcia Moulin-Rouge.
Poszła tam i powróciła z pieniędzmi w kieszeni... W domu nie było już ani grosza... Nazajutrz wyprowadzili się...
Zatrzymała się, następnie odezwała się znów.
— Chciałeś pan się dowiedzieć czegoś... Chyba dość powiedziałam za trzy luidory... A przytem pomimo szczerej chęci, nie mogłabym powiedzieć nic więcej.
P. Ravenau zasmucił się głęboko i powtarzał sobie słowa:
— Zapóźno!
Przeczucia admirała sprawdziły się, a nieszczęśliwa matka miała słuszność!
Było zapóźno!
Ta nieszczęśliwa istota, ta ruina występku, ten potwór moralny, uszły z murów Saint-Lazare, a którego cała złość była poniekąd słuszną, mówiła prawdę.
I nie było wątpliwości, że zapóźno wzięto się do dzieła.
P. Ravenau powtórnie rozpoczął badanie, lecz czynił to z prawdziwym wstrętem!
— A więc ta młoda dziewczyna wyprowadziła się z waszego domu? — zapytał.
— Nietylko z domu, bo na jej szczęście zupełnie opuściła nawet tamte strony.
— Czyś pani tego pewna?
— Najzupełniej panie sędzio. Kto czuje grosz w kieszeni, to daleko od nas ucieka.
— Tak pani sądzisz? — odparł zamyślony starzec. — Ale ta dziewczyna dała pewnie jakąś wiadomość o sobie?
— Gdzież tam, młodzi są niewdzięczni.
— A zatem nie wiesz pani, co się z nią stało?
— Tego nie wiem, ale mogę za to panu powiedzieć, co robi.
— Jakto?
— A no, odnalazła swego dawnego znajomego, nie lada eleganta.
— Ale czy nie przypuszczasz pani, gdzie mieszka teraz?
— Nic a nic.
— A nikogo z nią nie było?
— Nikogo.
— Ale wdowa Yaudet z córką wyjechały z nią razem.
— Wszyscy się ulotnili.
— Więc to już wszystko, czego mogę się od pani dowiedzieć?
— Wszystko.
— Pozostaje mi zatem tylko podziękować pani.
Tu starzec na znak wdzięczności, położył na biurku siedem luidorów, które wraz z temi, co dostała poprzednio, stanowiły okrągłe dziesięć.
Pani Pache pochwyciła je również prędko jak i pierwsze.
Jakże dawno nie widziała tak dużej sumy! Wcale nie ukrywała swego zadowolenia i marzyła już naprzód, jak się za nie uraczy.
— Już jestem panu niepotrzebną? — zapytała.
P. Ravenau odrzekł zniechęcony:
— W tej chwili nie. Mieszkasz pani na drodze do Carrières.
— Na Montmartre, numer siedemdziesiąty.
— Jeżeli będę potrzebował pani, napiszę.
— Do pani Pache, odźwiernej... Za taką cenę można być bez ceremonji, panie sędzio!
Widocznie ta wstrętna baba często stawała w sądzie.
— Nie mam zaszczytu być sędzią — odparł łagodnie starzec po raz trzeci.
Zadzwonił i dał znak służącemu.
Pani Pache dostała się na ulicę przez inne schody, które oszczędziły jej przejścia przez biuro.
— Wasz pan musi być bogaty — zapytała służącego na schodach. Czy to on jakiej księżniczki poszukuje?
— Dla czego?
— Sypie pieniędzmi.
Zadzwoniła luidorami w kieszeni.
Podczas tego p. Ravenau otworzył okno, aby odetchnąć świeżem powietrzem.
Następnie zrobił dopisek do aktów „Sprawy V“.
Zniechęcony wzruszył ramionami, wyszeptawszy:
— Obyśmy nie skończyli w kałuży błota!
Zalazłszy się na ulicy, po wyjściu z hotelu Rodriguez’a, Joanna doznała dziwnego wrażenia. Skronie czuła jakby ściśnięte obręczą, przed oczyma migały tysiące oślepiających gwiazdek, nogi ledwie ją niosły, szła na oślep, jakby śród najgęstszej mgły, która nie dozwalała jej znaleźć drogi.
Przechodziła przez pola Elizejskie, nie wiedząc, co robi i gdzie idzie, zajęta rozwiązaniem zagadki, którą z całych sił pragnęła odgadnąć.
— Co za dramat odbył się przed chwilą w jej obecności? Co to być mogło?
Zostawała pod wrażeniem upojenia moralnego, które ją przerażało i pozbawiało zmysłów.
Przeraźliwy krzyk nieszczęśliwego, dzwoniący jej w uszach, ten wrzask, rozdzierający i rozpaczliwy nie mógł być złudzeniem. Drżała jeszcze, kiedy przybyła do placyku naprzeciwko ulicy d’Antin.
Właśnie przechodziła środkiem, kiedy przejechał powóz, lekko unoszony przez doskonałego cugowca. Usunąwszy się z drogi, podniosła oczy i... spotkała się ze wzrokiem swego kochanka, Juan Rodriguez jaśniał radością, przesłał jej poufały ukłon ręką, lecz nie zatrzymał powozu. Wyglądał nadzwyczaj elegancko w jasnym paltocie na czarnem ubraniu, z nieuniknioną różą przy żakiecie.
Obok niego Piotr Brecheux w niebieskich okularach, w kapeluszu z szerokim rondem, niedbający o modę, w długim surducie, zapiętym pod szyję, zdawał się mały i szczupły, jak stary djabeł, mający zaledwie skórę i kości. Wiktorja zniknęła na zakręcie placu Zgody, po drodze na bulwary.
Joanna stała osłupiała czas jakiś, patrząc za niknącym powozem, który uciekał z szybkością błyskawicy. Stała, nie wiedząc, czy znów była ofiarą złudzenia.
Widząc tych dwóch spokojnych ludzi, uśmiechniętych, bogatych, jak tego można się było domyślać, opuszczających dom wspaniały i jadących swobodnie na śniadanie, trudno znów jej było przypuścić, aby ci sami należeli do szajki złodziejskiej, a raczej zbójeckiej, gdyż tu chodziło o zabójstwo.
Rzeczywiście było to niepodobieństwem!
Pozory oddalały podejrzenia... A jednak!... Usiłowała przekonać samą siebie o niedorzeczności swych obaw, o mylności oskarżenia, które powstawało tak w jej wstrząśniętym umyśle i chwiejnym krokiem skierowała się zwolna przez labirynt uliczek przedmieścia Saint-Honoré do stacji St-Lazare. Kiedy weszła do sali poczekalnej, zegar wskazywał południe.
Zatem straciła półtorej godziny na przejście tutaj, zatrzymując się przed sklepami, lecz nic nie widząc, cała zajęta myślą powstającej przed nią zagadki, którą bała się zgłębić. A zawsze ten krzyk dźwięczał jej w uszach, krzyk rozpaczy napadniętego znienacka, który nie ma czasu wołać pomocy lub bronić się.
Machinalnie kupiła bilet do Vaucresson, a ponieważ zostawało jeszcze kilka minut do odejścia pociągu, przechadzała się po sali, przyglądając się rozlepionym afiszom z kąpieli morskich i obrazom, malowanym naprędce, któremi kompanja Zachodnia obwiesza ściany, przedstawiając wybrzeża Normandji i Bretanji jak Grandville, Dinard, Mont Saint-Michel i t. p.
Jej wzruszenie było tak widoczne, że jeden z tych wesołych donżuanów, co nic nie uszanują, zbliżył się do niej i zapytał:
— Coś się nie udało, he?... piękna panienko.
Odwróciła się zarumieniona ze wstydu, nie odpowiedziawszy ani słowa...
Następnie kupiła kilka dzienników, w których, zdawało jej się, że znajdzie echo swych przypuszczeń, które ją udręczały.
Około trzeciej zaledwie wróciła do domu, błądząc przedtem czas jakiś w zaroślach, które okalają drogę od samej stacji aż do willi.
Znalazłszy się tutaj w ciszy i cieniu, odzyskała trochę spokoju.
Mała Marja czekała na nią oddawna u kraty i na widok siostry rzuciła jej się na szyję pytając:
— Czy już jadłaś śniadanie siostrzyczko?
Zupełnie o tem zapomniała.
— Nie jestem głodna — odparła.
Dziecko spostrzegło zmianę, zaszłą nagle na obliczu siostry i zapytało znowu:
— Co ci jest.
Młoda dziewczyna łatwo wynalazła wymijającą odpowiedź i starała się zwrócić uwagę małej na inny przedmiot, lecz dziewczynka nie darmo była bretonką, zaczęła nalegać, nie dowiedziawszy się jednak nic więcej, oprócz:
— Daj mi spokój...
— Dla czego gniewasz się? — zapytała mała, a wyciągnąwszy ręce, zawołała:
— Masz znów zmartwienie... Szkoda... tutaj nam tak dobrze przecież!
Rzeczywiście ślicznie tu było. Kwiaty woń roztaczały, a zieloność jaśniała nieporównaną świeżością. Trudno wyobrazić sobie piękniejszą porę jak, wiosna w okolicach Paryża.
Przed gankiem domu obłąkana przechadzała się zwolna, smutna i osłabiona. Na widok Joanny, uśmiechnęła się melancholijnie, nie przerywając chodzenia.
Młoda dziewczyna, zebrawszy trochę myśli, zaczęła żałować, iż w tem zakłopotaniu powierzyła ogłoszenie staremu opiekunowi Juana.
A szczególniej dla czego nie poszła do pana Raveneau, aby wybadać samej o co chodzi, przecież obawiać się nie miała czego?
Lecz za chwilę, zniechęcona, straciła chęć do zrobienia tego kroku, mówiąc:
— Po co mam się spieszyć? Na co szukać szczęścia i radości, której nie mogę osiągnąć już nigdy? A jeżeli dowiem się coś złego, to zawsze będzie na to dosyć czasu.
W rzeczywistości nie miała już w sobie ani siły, ani woli, ani odrobiny energji, została bezwładną i nieczułą na wszystko!
Wieczorem, czytając dzienniki znalazła w nich to samo ogłoszenie, odnoszące się do Periny.
Oprócz tego nic nie znalazła, coby ją zainteresować mogło, pisano prawie wyłącznie o wystawie, która przywłaszczyła sobie wszechwładnie ten przywilej w bieżącej literaturze, rugując brukowe wiadomości na ostatni plan.
Nie mając nic innego do roboty przeczytała wszystkie dzienniki od deski do deski, oczekując wieczoru.
Nareszcie nastała cisza i noc zapadła po nad małym parkiem willi.
O dziewiątej Perina z córką spoczywały w swym pokoju, nieświadome bolesnych niepokojów Joanny, dziecko nie pojmowało ich wcale, jak również i uśpiona dusza chorej kobiety.
Ogrodniczka, skończywszy robotę, odchodząc do domu, zapytała młodej dziewczyny:
— Czy już nie jestem potrzebną pani?
— Nie, dziękuję.
Marcelina dodała jeszcze:
— Dla czego dziś panienka smutna?
— Jestem zawsze taka sama.
— O! nie!
Młoda dziewczyna nie starała się dłużej ukrywać swego smutku, to też szepnęła:
— Nigdy wesołą nie byłam... w domu ciągle zmartwienie ze zdrowiem mamy...
Oboje ogrodnicy byli poczciwi ludzie, to też Marcelina ze współczuciem mówiła dalej:
— Już to jest prawda, że z tej strony nie ma panienka pociechy, a nawet może nastąpić wkrótce nieszczęście.... jeżeli można nazwać nieszczęściem koniec cierpień biednej pani... Koniec widocznie się zbliża... lecz co robić, trzeba się zgodzić z losem.
— Ma pani rację. Dobranoc pani.
— Dobranoc panience.
Pozostawszy samą, biedna dziewczyna zwolna zaczęła chodzić po alejach parku, rozmyślając nad zaszłemi wypadkami.
Cudu nie spodziewała się, aby przywrócił zdrowie matce, a od dzieciństwa przyzwyczaił ją los do srogich męczarni. Z wyjątkiem pierwszych dziesięciu lat, podczas których chowała się na skałach Jersey i Quessant u poczciwych rybaków, wzrastając szybko, lecz od tej chwili, ileż łez i goryczy zaznała, walcząc uporczywie z niedostatkiem w poniżeniu a w końcu i hańbie.
A jednak zdawało jej się, iż znalazła bezpieczną przystań i ucieczkę przed ścigającym ją złym losem.
Nabyła ją co prawda za cenę własnej czci i dobrej sławy, lecz czy można wiedzieć, na czem zależy cześć takich biedaków jak ona? gdzie leży granica ich honoru? Powinnaż słuchać jego głosu i pozwolić na śmierć głodową dwojga drogich jej sercu istot? Dała się uwieść, uniesiona wspomnieniem lat dziecinnych, nosząc już przedtem w duszy postanowienie spełnienia podobnej ofiary.
Zapewne iż zbłądziła i nie szukała niczego na swą obronę, ale też strasznie została ukaraną. Oddała się Janowi przez wdzięczność i miłość zarazem, a teraz, po kilku zaledwie tygodniach ich stosunku, ze drżeniem pytała siebie, czy ten związek nie jest najokropniejszym ze wszystkich dotychczasowych jej nieszczęść.
W miarę jak noc zapadała, coraz większe zwątpienie ją ogarniało, a różne myśli tłoczyły jej zmęczony umysł. Nie mogła zrozumieć obecnie wielu rzeczy, a szczególniej bała się tej strasznej prawdy, że Juan oszukuje ją bo inaczej, dla czegóżby do tej pory nie wyjaśnił jej położenia, dla którego zmuszony był zmienić nazwisko, objaśnić skąd ma obecnie majątek i w jaki sposób go nabył?
Tembardziej pełną była obawy, iż Juan sam jej kiedyś oświadczył chęć wyjaśnienia prawdy, co było nawet poniekąd jego obowiązkiem, a w końcu i dowodem zobopólnego zaufania.
Dla czego przyrzekał, a teraz zachowuje milczenie?
Co prawda, to ona zawiniła brakiem odwagi, nie śmiejąc się wprost domagać prawdy, teraz musi ją widzieć koniecznie przez obowiązek honoru, aby mogła bronić go lub potępić na zawsze.
Mając wielkie poczucie obowiązku i honoru, męczyła się fałszywą rolą, jaką musiała spełniać, pod wrażeniem nieopisanej trwogi, która miotała nią od czasu straszliwego dramatu, zaszłego na ulicy Bossano.
Około północy, napróżno oczekując przybycia Jana, udała się do swego pokoju, kiedy usłyszawszy dobrze znany jej szmer od strony małych drzwiczek ogrodu, zadrżała.
Instynktownie ukryła porozrzucane dzienniki, starając się ukryć pomieszanie, kiedy wszedł Juan.
Na jego widok pierzchła cała odwaga biednej dziewczyny.
Zresztą młody człowiek nie dozwolił jej przyjść do słowa, okrywając ją namiętnemi pocałunkami.
W roztargnieniu nie zauważył, że Joanna pozostała na to obojętną, a po chwili zapytał:
— Czyś mnie się dziś spodziewała?
— Dla czego?
— Nie wiem, tak sądziłem.
Ukradkiem obserwowała uważnie każde jego słowo i sposób zachowania się, lecz nic niezwykłego nie zauważyła.
Był spokojnym i swobodnym jak zawsze, uśmiechając się z pełnem miłości spojrzeniem.
— Chyba wiesz, iż bym żyć nie potrafił bez ciebie? — odezwał się. Piękną jesteś i kocham cię!
Około drugiej rozstali się, a wychodząc Juan odezwał się:
— Być może, że przez kilka dni nie zobaczymy się.
— Tak długo!
— Zmuszony jestem wyjechać... dla interesów...
Wziął jej główkę w obie dłonie, a przyciskając do piersi, mówił:
— W każdej chwili myślą będę z tobą, jedyna! Myślę tylko o twojem szczęściu... Mam pewien zamiar... który ci opowiem później... chodzi o nas... Chce, abyśmy się nigdy nie rozłączyli!...
— Prawdę mówisz?
— Przysięgam.
Mówił drżącym głosem, patrząc na nią z bezgraniczną miłością.
— Co będziesz robić podczas mojej nieobecności? — zapytał jeszcze.
— Co będę robić? — odparła roztargniona, nie wiedząc, co o nim sądzić. Co chcesz, abym robiła? Będę również o tobie myślała jak dziś, tak będzie jutro i zawsze! Winnam ci tyle wdzięczności!
Usłyszawszy oddalający się powóz, szepnęła zamyślona:
Buffon, w swej historji naturalnej, wyliczył wielką ilość ptaków, stworzonych ze specjalną misją pożerania innych.
Wielkość ich bywa rozmaita, a należą do nich orły, sępy, sokoły, krogulce, myszołowy i inne mniejsze rozbójniki niebieskich przestworzy. Naturalnie, iż najpotężniejsi z nich są zarazem najtrudniejsi do uchwycenia.
Przez analogją można umieścić panów Burllet, Templeton and Comp. pomiędzy orłami lub sępami, którzy z niedościgłych szczytów szydzą z kuli myśliwego.
Co prawda, to dom na Oxford-street nie był, ściśle mówiąc, niedościgłym szczytem, lecz za to był szczelnie zamknięty i niedostępny nawet dla samej policji.
Był on gniazdem tych drapieżnych ptaków, tych podstępnych złoczyńców, których odwaga równała się pomysłowości zbrodni, oraz zręczności jej wykonania.
Zostawiliśmy Toma Childs’a przy stole w restauracji hotelu „Terminus“ nad smacznem śniadaniem, które pożerał z urzędową powagą.
Zresztą jego spokój był zupełnie usprawiedliwiony.
Policja wszystkich krajów patrzy nieufnym wzrokiem na ludzi źle ubranych.
Ubierzcie się tylko w łachmany, a napewno poproszą was o pokazanie legitymacyjnych papierów, choćby sumienia wasze były jak śnieg białe.
Przechodzień, porządnie ubrany, wzbudza zawsze poważanie.
Tom był starannie ubrany, nikt więc nie przyszedł, aby mu zakłócić spokój obfitego śniadania, zakropionego poważną liczbą kieliszków doskonałego likieru.
A przytem posiadał wyborny żołądek i elastyczne sumienie, ułatwiające dobrą strawność.
Jego służący, również jeden z urzędników szanownego pana Templeton, z równą flegmą i obfitością spożywał śniadanie w sąsiedniej knajpie, naprzeciwko stacji kolejowej, bacznie pilnując składu bagaży, z rozwagą czerwonoskórnego Indjanina pośród dziewiczych lasów Ameryki.
Lecz nikt do licha nie mógł podejrzewać olbrzymiego i mocnego kufra.
zwiastującego wcale przyzwoitą zamożność swego pana.
Spoczywał on obecnie na podwórzu stacji, obok tysiąca innych, bez zwrócenia na siebie niczyjej uwagi, jak chyba tej, aby został we właściwym czasie zwróconym poważnemu dżentelmanowi, który raczył go powierzyć opiece kompanji.
A przytem za trudno by już było odkryć zabójstwo poczciwego handlarza, który zawsze zamieszkiwał sam jak puszczyk w starej ruinie, przychodząc późno na noc do domu, aby wyjść najczęściej ze świtem.
Rzeczywiście Samuel tak urządził swoje życie, że mógł wzbudzić pożądliwość w sercach rzezimieszków i bandytów całego świata, ułatwiając im działanie.
Nadto Tom Childs miał się zawsze na baczności, a zajadając i popijając, jak przystało na porządnego, z dobrym apetytem anglika, nie tracił z oczu własnego bezpieczeństwa i celu, w jakim tu przebywał.
Pocieszał się tem, że znajdzie dość czasu, aby pohulać po wszystkich knajpach londyńskich, w towarzystwie znajomych sobie złoczyńców lądowych i morskich, otrzymawszy nagrodę pięciuset funtów.
Obecnie pozostawał pod bronią, a dobry żołnierz nie ustępuje z placu.
Tom Childs był jednym z najlepszych żołnierzy generała Templeton i posiadał pewnego rodzaju uczciwość i sumienie.
Był zgodzony za swą robotę tyle i tyle, więc chciał ją sumiennie wypełnić. Otóż praca ta dzieliła się na dwie części, z których pierwsza była wykonaną i to porządnie, czem się szczycił. Druga polegała na tem, aby zniszczyć corpus delicti i oddać w całości zysk z przeprowadzonej sprawy do biura pryncypała.
Wszystko tak było przygotowane, że to nie przedstawiało wielkiego ambarasu. Na kwadrans przed pierwszą Tom wychylił jeszcze ostatni kieliszek koniaku najpierwszej marki, na garnitur w kratki narzucił szeroki płaszcz, włożył na swe rude włosy, bronzowy kapelusz, przeszedł podwórze stacji krokiem prawdziwego wyspiarza, który się wszędzie czuje u siebie i zaszedł do składu bagaży. Służący uprzedził go już tam, odebrawszy drogocenny kufer.
O pierwszej, kiedy „kurjer” z Paryża do Hawru dał sygnał do odjazdu, pan i sługa byli już wygodnie umieszczeni w wagonie, odwróceni plecami nie bez pewnej wewnętrznej satysfakcji do poczciwego miasta, w którem obdarli i zabili jednego z jego mieszkańców.
Myliłby się ktoby sądził, że zostawali oni pod wpływem jakiego przykrego wspomnienia. Podobni do piratów, rozbijających okręty lub głowy nieprzyjaciół, mieli umysł spokojny.
To była wojna. I dzieło swoje Tom Childs uważał również jako wojnę. Poczciwy dżentelman przedsięwziął małą wyprawę na terytorjum nieprzyjacielskiem, a gdy ta mu się udała, zatem wszystko było jak najlepiej.
Kołysanie wagonu pogrążyło go w głębokim śnie.
Marzył o świętobliwych rozkoszach, zupełnie zapomniawszy o nieszczęśliwym handlarzu frankfurckim, który spoczywał ze swym skarbem uzbieranym w pocie czoła.
Uczucia te malowały się na jego szerokiej twarzy, sprawiała je perspektywa pięciuset funtów, które stanowią dwanaście tysięcy pięćset franków; co znów stanowiło nieprzeliczoną ilość porteru, rostbefu, szynki, polo ale i whisky, nie licząc jeszcze innego rodzaju przyjemności, które w obfituje Alhambra lub Piccadilly.
Przybywszy do Hawru, służący musiał użyć całej siły, aby go obudzić. Była zaledwie piąta.
Do tej pory odźwierny Samuel Rosen nie mógł jeszcze powziąć najmniejszej obawy co do do swego lokatora, ponieważ ten nie wracał nigdy przed obiadem.
Robiąc plan, Piotr Brecheux przewidział wszystko, a Tom ze swej strony umiał się obrachować i pozostał spokojnym. Przetarłszy oczy, wyszedł z wagonu, podczas kiedy służący poszedł odebrać kufer.
Jeden z majtków „Albatrosa“ oczekiwał na nich w pobliżu stacji z fiakrem. Łatwo wyjechać z kraju, lecz nie wjeżdża się w ten sam sposób. Celnicy są czasem nieprzyjemnie ciekawi.
Nasz anglik nie potrzebował się ich obawiać. O w pół do szóstej kufer został ostatecznie umieszczony w kabinie o pięknie rzeźbionych ścianach, politurowanych i werniksowanych jak najpiękniejsze luka japońska i zaręczam wam, że nikomu nawet do głowy nie przyszło zaczepić poważnego i okazazałego dżentelmana, który, okryty płaszczem, z pewnością siebie, przypatrywał się przechodzącym kobietom.
Mieszkańcy Hawru, widząc majtka obok woźnicy, olbrzymi kufer i wspaniałego lokaja, myśleli zapewne, że miljonowy lord podróżuje z wyszukaną wygodą, boksując każdego, ktoby się ośmielił spojrzeć na niego z ukosa.
Kiedy śliczny statek wyszedł z portu na pełne morze, lepiej wystrojony od najpiękniejszej fregaty admiralicji, błyszczący jak złoto, z pomostem czystym jak najpiękniejsza podłoga i dwiema armatkami, dumnie naprzód wystawionemi, ciekawi przechodnie byli gotowi przyklasnąć raczej, aniżeli sprawdzać ładunek tego książęcego cacka.
Nikt nie myślał za nim gonić, lecz wszyscy go podziwiali.
Byli zatem ocaleni.
Robiąc piętnaście węzłów na godzinę, spieszyli z powrotem do gniazda, około dziesiątej znajdowali się w połowie drogi pomiędzy Hawrem i Folkestone, pędząc całą siłą pary.
Oddawna już znikło na horyzoncie światło z de la Héve i zaledwie można było rozróżnić wybrzeża angielskie i potężną latarnię w Boulogne.
Maszynista, kapitan i majtkowie byli na stanowiskach, obojętni na wszystko, z wyjątkiem swego obowiązku. Anglik również wypełniał święcie swój obowiązek, kajuta, gdzie znajdował się kufer, była jasno oświetlona i znajdowała się zaraz obok kajuty, zajmowanej przez Toma i jego służącego, obecnie towarzysza, równego jemu.
Dwaj bandyci nie spali, zajęci ohydną pracą. Samuel Rosen leżał na stole, wyjęty z kufra służącego mu za trumnę, sztywne ciało jego było spowite ołowianemi pasami.
Po skończonem dziele, Tom Childs otworzył okienko kajuty. Odbyło się to bez najmniejszego hałasu.
Niezwykle ciężkiego trupa wsunięto do otworu okienka i na grubej linie spuszczono zwolna do morskich otchłani.
„Albatros“ odbywał dalej swą podróż, nie spostrzegłszy ulżenia się ciężaru załogi.
Dzielny Tom zeszedł następnie do maszyny, ziejącej żarem ognistym.
Maszynista i palacz z fajkami w ustach siedzieli na ławce.
Tom Childs rzucił do ogniska paczkę, owiniętą w kawałek żaglowego płótna. Wszyscy trzej uśmiechnęli się cicho. Był to koniec ich dzieła.
A z Samuela Rosena, z jego torby i ubrania, pozostał tylko bezkształtny trup, którego nawet sieć rybaka nie mogła wydostać na powierzchnię głębi, w której leżał pogrążony.
O szóstej rano, kiedy niepewne światło dnia podnosiło się nad sennym Londynem, spowitym w gęstą mgłę, okrywającą swym całunem dumne miasto, łódź „Albatrosa“ przybiła do brzegu pomiędzy Southwark i Blackfriars.
Zaledwie na pięć kroków można było rozpoznać człowieka, pomimo to celnicy czuwali, jak to zwykle bywa nad brzegami Tamizy. Lecz i oni robią niekiedy wyjątek, gdyż, spostrzegłszy przybyłego jeden z nich wyciągnął zaraz rękę mówiąc poufale:
— He, he, Tom Childs, jakoś rano dziś wybrałeś się na spacer.
— A tak... Interesy... a czy zobaczymy się dziś, Dicóu, „Pod trzema koronami“?
— Owszem. Około piątej wieczorem.
— Do widzenia zatem.
— Do widzenia!
Płaszcz bandyty, ubranie służącego, wszystkie kieszenie kamizelek i innych części ubrania, których angielska skromność nie dozwala wymienić, zapełnione zostały łupem po nieszczęśliwym Samuelu.
Sztuczka się udała.
Tom Child wraz z towarzyszem zniknęli w labiryncie maleńkich uliczek, okalających katedrę Ś-go Pawła, przeszli przez Drury Lane i znaleźli się przed domem na Oxfort-Street.
Punkt o siódmej weszli tam przez ukryte drzwiczki. O ósmej złoto klejnotów zostało stopione w rozpalonym tyglu w podziemiach, w tem gnieździe złoczyńców, a brylanty, szmaragdy, perły, turkusy, szafiry i rubiny nieszczęśliwego handlarza, umieszczone wspaniale za szkłem czekały na elegancką publiczność lub kupców londyńskich prowincjonalnych, którzy się tu zaopatrywali w potrzebny im towar, pewni, że go tu najtaniej dostaną.
Samuelowi potrzeba było dwudziestu lat nieustannej pracy i zabiegów dla zdobycia fortuny. Kilka godzin zaledwie starczyło, aby złoczyńcy z Oxfort-Street zrabowali go do szczętu.
Obecnie potrzebaby cudu, aby odkryć można było ich dzieło. Lecz cuda są rzadkie i napotykają wielu niedowiarków.
O tej samej godzinie odźwierny Samuela, poczciwiec, który tembardziej troszczył się o swego lokatora, że zarabiał miesięcznie pewną sumkę za posługę, zdziwiony, iż tenże nie wrócił do domu, poszedł zrana zapukać do drzwi jego mieszkania.
Naturalnie, nie otrzymał żadnej odpowiedzi wtedy, ponieważ miał podwójny klucz, użył go i wszedł do wewnątrz.
W mieszkaniu nie było nikogo, lecz odźwierny powiedział sobie, iż kawaler, choćby nawet najbardziej systematyczny, może uledz chwilowemu kaprysowi i wykoleić się ze zwykłego trybu.
Cały następny dzień przeszedł mu na oczekiwaniu w niepokoju, a w nocy zaczął głęboko rozmyślać i doszedł do wniosku, że żyd był handlarzem brylantów i mógł wpaść w jaką zasadzkę; pomimo to poczciwiec wahał się jeszcze kilka godzin.
Lecz po śniadaniu zdecydował się pójść do komisarza policji.
Komisarz, pan Séverine, należał do wesołych ludzi, nawet posądzają go bardzo, że od czasu do czasu występuje z jakimś wesołym wodewilem, co przecież nie jest zbrodnią.
W każdym razie, to pewna, że z powagą swego urzędu wcale nie licuje, lubi różnego rodzaju facecyjki i, przy zdarzonej sposobności, uprawia wesołe dowcipy.
Wysłachawszy cierpliwie opowiadania odźwiernego o zaszłem zdarzeniu, uprzejmie zapytał:
— Mówisz pan zatem, iż ci zginął jeden z lokatorów?
— Tak, panie komisarzu.
— Cóż to za jeden?
— Handlował brylantami.
— Do licha, to może być coś złego! A czy bogaty?
— Nie wiem panie komisarzu, jednak z pewnością nie był biednym.
— I ten swój majątek nosił zawsze przy sobie?
— W skórzanej torbie.
— A torby nie zostawił w mieszkaniu?
— Nigdy się z nią nie rozstaje.
— Licho nadało — powtórzył komisarz — i nie masz żadnego pojęcia co się z nim stać mogło?
— Najmniejszego.
— A no, zobaczymy, co się z nim stać mogło — odparł komisarz.
— Co dalej czynić?
A nic... musimy czekać... Jeżeliby powrócił, dasz mi pan znać.
Odźwierny w zamyśleniu powrócił do domu. Godziny mijały jedna za drugą, lecz lokator nie powrócił.
W komisarjacie spisano protokół, a wieczorem kilka dzienników zamieściło, iż pewien żyd z Frankfurtu, zamieszkały w Paryżu przy ulicy Boissy d’Anglas, zginął bez śladu. Z początku pierwszego dnia pojawiła się ta krótka wzmianka, lecz w trzy dni później szczegóły zostały przytoczone, wraz z opisem jego osoby, oraz numerem domu, w którym zamieszkiwał.
Joanna od zajścia na ulicy Bossano żyła w niepokoju i trwodze, biegając co dzień na stację kolei po świeże dzienniki.
Jej trwoga wzrastała z każdym dniem.
Czwartego dnia dostawszy poranne dzienniki, wróciła do domu i zamknęła się w swoim pokoju.
Mieszkańcy okolic kościoła Ś-ej Magdaleny żywo zajmują się sprawą zniknięcia pewnego kupca przybyłego przed ośmnastoma laty z Frankfurtu do Paryża, który tutaj w cichości potrafił stosunkowo znaczny zebrać majątek.
„Był bezżennym. Nazywał się Samuel Rosen i miał około lat pięćdziesięciu.
„Po zebraniu bliższych informacji możemy zapewnić, iż pomimo skromnego pozoru, był to jeden z najbogatszych kupców drogich kamieni w Paryżu.
„Tę olbrzymia fortunę nosił zwykle przy sobie, zamkniętą w skórzanej torbie, nie rozstając się z nią ani na chwilę i sam jedynie zajmował się sprzedażą drogich kamieni.
„Zatem jest bardzo prawdopodobnem iż mógł wpaść w zasadzkę i został zamordowany w celu grabieży.
„Podajemy szczegółowy rysopis jego osoby:
„Jest wzrostu średniego, barczysty, z dużą głową, osadzoną na grubym karku, czarna gęsta broda i takież same włosy, nos orli mocno zgarbiony, cera matowo-oliwkowa, słowem najczystszy typ żyda.
„Ubrany był bardzo skromnie, okrycie i ubranie czarne, na głowie mały filcowy kapelusz.
„Zachodzi więc pytanie, czemu przypisać zagadkowe zniknięcie. Jest, że to przypadek lub zbrodnia?
„Można różnie tłumaczyć, lecz najprawdopodobniej jesteśmy w obec zbrodni.
„Śledztwo zaczęte przez pana Séverin, komisarza, wyjaśni wkrótce prawdę“.
Skończywszy czytanie, Joanna zrozumiała, iż dłużej wątpić nie może. Prawda była jasną jak słońce.
Rysopis odpowiadał w zupełności człowiekowi, którego widziała wchodzącego do hotelu Rodriguez i który stamtąd nie wyszedł.
Zatem i krzyk rozpaczliwy, słyszany przez nią, był także ostatniem wołaniem o pomoc nieszczęśliwej ofiary, a dom Juana jaskinią zbójów.
Lecz w takim razie czemże ona została? Kochanką zbrodniarza, a co najmniej wspólnika zbrodniarzy. Otaczający ją zbytek i ten dom, gdzie znalazła spokój i wygodę, zawdzięczała zbrodni, korzystała z pieniędzy, nabytych w zbrodniczy sposób!
Ujmujący młodzieniec, z butną miną prawdziwego szlachcica i bogatego pana, szlachetny i wspaniałomyślny, rzucający złotem na wszystkie strony, był najpospolitszym nędznikiem.
Ona kochanką złodzieja!
Mały, poczciwy staruszek, o minie uczonego to także jeden ze zbrodniarzy.
I to ich ona widziała w kilka minut po spełnionej zbrodni, przejeżdżających powozem na polach Elizejskich, spokojnie uśmiechniętych, złoczyńców, którymi właśnie cały Paryż się zajmował.
Co za odwaga! Czy mogą się znajdować podobne potwory?
Chwilami zdawało się nieszczęśliwej, że jest również chorą jak biedna Perina. Wskutek tylu przejść nieszczęśliwych, mogła rzeczywiście utracić rozum.
Widok rozrzuconych dzienników przyprowadził ją wkrótce do rzeczywistości. Jeszcze raz przeczytawszy je uważnie, utwierdziła się tembardziej w swem przekonaniu.
Wątpić jeszcze byłoby szaleństwem! Wszystkie szczegóły potwierdzały to, co widziała i słyszała.
Obecnie nie pozostawało jej nie więcej, jak się zastanowić nad tem, co dalej postanowić. Uczciwie sądząc, nie powinna ani na chwilę dłużej tutaj pozostać.
Trzy tysiące franków, leżące w biurku, jako dar Jana, były nienaruszone, lecz pieniądze te napełniały ją niewymownym wstrętem.
Przejętą była takim smutkiem, zwątpieniem i goryczą, iż wszystkie dawne cierpienia wydawały jej się niczem, w porównaniu do obecnego stanu.
W tej chwili chciałaby zniknąć, uciec daleko, aby nie ujrzeć więcej Jana, wymazać z pamięci tych kilka ubiegłych tygodni, lecz ciężar jej ubóstwa przygniatał ją niemiłosiernie i przykuwał do przeklętego domu, nie dozwalając się z niego ruszyć.
O kilka kroków od niej stara matka, co dzień słabsza, powoli umierała.
Z okna przez białe firanki widziała małą Marję, wesoło biegającą pomiędzy kwiatami, podczas kiedy ogrodniczka przygotowywała śniadanie.
Ojciec Bailly gracował ulicę, rozmawiając z małą, której łagodna twarzyczka jaśniała naiwną radością, pomimo lekkiego odcieniu smutku, oblekającego całą twarz dziecka, do tej pory żyjącego w niedostatku.
Ogród, oblany złotemi promieniami słońca, przedstawiał miły widok szczęścia i spokoju.
Wstrząsnęła się na myśl powrotu do ciężkiej taczki nędzy, którą ciągnęła od chwili przybycia do Paryża, do nieudanych usiłowań i upokorzeń, spotykających ją tyle razy i wciągając do tej strasznej przepaści dwie nieszczęśliwe istoty, które zaledwie odpoczęły po okrutnych cierpieniach.
Nagle nowa myśl przyszła jej do głowy. Przypomniała sobie pana Raveneau. Pójdzie do niego, a może tam jest właśnie dla niej ratunek?
Było zaledwie wpół do dziesiątej. Zdecydowała się szybko i w gorączkowej niecierpliwości, zarzuciwszy płaszcz na ramiona i czarny kapelusik włożywszy na swe wspaniałe włosy, zeszła do ogrodu a przechodząc, ucałowała matkę i siostrę, mówiąc:
— Nie czekajcie na mnie ze śniadaniem... idę za interesem.
Następnie szybkim krokiem poszła w stronę stacji kolei i przybyła właśnie w chwili, kiedy pociąg miał do Paryża wyruszyć.
O trzy kwadranse na jedenastą wchodziła w ulicę d’Anjou i stanąwszy przed jednym z domów, zapytała odźwiernego:
— Czy tu mieszka pan Raveneau?
Od chwili swej rozmowy z odźwierną z Carrières, pan Raveneau nie lubił myśleć nawet o powierzonej mu misji.
Szanował admirała, lubił hrabinę, przejęty litością nad jej okrutną boleścią, w szlachetnem milczeniu znoszoną, lecz zapytywał się sam siebie, czy nie lepiej by się stało, gdyby los nieszczęśliwego dziecięcia, przyczyny tylu zmartwień, pozostał nieświadomym raczej, aniżeli miałby bolesną rzeczywistością stać się nowem źródłem smutku dla nieszczęśliwej matki, a dla admirała przynieść nowy powód do wyrzutów sumienia?
Podczas kiedy Joanna, siedząc w swoim pokoju, odczytywała dzienniki z fatalną wiadomością, co ją tak strasznie wzruszyła, pan Raveneau znajdował się w swoim gabinecie, do którego wszedł służący, oznajmiając:
— Pan Barrois.
Barrois był agentem, przeznaczonym do wyszukania wdowy Yaudet i jej córek.
Za chwilę wszedł do pokoju. Był to człowiek w sile wieku, wysoki, tęgi, z miną ex-wojskowego, wąsami przystrzyżonemi krótko, wypukłemi oczami, wysokiem czole i włosach mocno obciętych, wyrażał się zwięźle i krótko, jak prawie każdy z dymisjonowanych wojaków.
Miał na sobie obcisły długi surdut, zapięty pod samą szyję, nizki, filcowy, o szerokich skrzydłach kapelusz, a gruby kij w ręku dodawał mu powagi i pewności siebie.
— Co słychać Barrois? — zapytał starzec, zwracając się do nowoprzybyłego.
Agent odpowiedział mrukiem, jak dzik, napadnięty w jaskini.
— Nic się nie dowiedziałeś nowego? — powtórzył pan Raveneau.
— Przeciwnie, lecz, doszedłszy do ulicy des Carrières, straciłem ślad... i nie mogę iść dalej... a jednak jest tam ktoś, co ją zna, niejaka Pache, odźwierna domu, w którym Joanna zamieszkiwała.
— Widziałem ją!
Barrois przeraźliwie zaklął.
— A to przebiegła baba! Nic mi o tem nie powiedziała... chociaż kusiłem ją, aby się wygadała.
— I ja również to samo chciałem z niej wydobyć i to za pomocą najsilniejszego argumentu, którego zapewne sam użyłeś.
— Bezwątpienia!... Lecz ptaszki wyfrunęły z gniazda... i niepodobieństwem jest wiedzieć w którą stronę, wobec czego zostaliśmy bezsilni.
— Spodziewam się, że to długo nie potrwa.
Barrois podniósł swoją grubą pięść w górę, mówiąc:
— Zapewne, zapewne, jest to kwestja czasu, może dni... Zwierzyna nam nie ujdzie... ale zawsze szkoda czasu.
I z brutalnym śmiechem dodał:
— Tylko szkoda, żeśmy naszej zguby nie szukali daleko wcześniej, dzisiaj można ręczyć, że ją znajdziemy cokolwiek uszkodzoną.
— Tak sądzisz i kiedyż toby się stać mogło? — zapytał ciekawie pan Raveneau?
— Słowo daję, wcale niedawno, był jeszcze czas miesiąc temu... młoda osoba ma dużo cierpliwości... lecz pan pojmuje, w końcu wyczerpie się wszystko... tak samo i cierpliwość... a musiała biedaczka nieraz jej używać, sądząc po tem, co mi o niej opowiadano.
— Któż taki mówił o niej?
— Wszyscy, co ją znali... jednogłośnie mówią, że jest zachwycającą i dobrą dziewczyną!
— Co dalej będziesz pan robił?
— Dalej swoją robotę... aż odnajdę... To pewna, że się tak stać musi, lecz na to nie trzeba zważać, że czas bieży... Rzecz nie łatwa... a do tego najtrudniej mi trafić na woźnicę, który ich ztamtad zabrał, przecież nie mogły odjechać balonem... a jednak niepodobna odnaleźć numeru... lecz muszę go mieć...
— Zapewne że ci się to nakoniec udać musi — dodał z westchnieniem pan Raveneau.
— Chyba łatwiej jest odnaleźć trzy kobiety, niż zabójców handlarza drogocennych kamieni — zawołał Barrois.
— Czy mówisz pan o Rosenie?
— A tak, o tym ośle, co się tak ukrywał ze swemi skarbami, a w końcu tak łatwo dał się wywieść w pole.
— Ciekawy jestem, czy rzeczywiście był tak bogatym, jak to o nim głoszą?
— Z pewnością! Co to za dziwni ludzie bywają w tym Paryżu!
— Czy i pan sądzisz, że umarł?
— Ależ tak!... Głupiec, który spacerował od rana do wieczora ze swemi miljonami w worku, musiał się stać przedmiotem chciwości rozbójników. Trudno mieć wyobrażenie o ilości różnego rodzaju włóczęgów i złodziei, zalewających obecnie Paryż... Ci, co zamordowali i ograbili Rosena, muszą być tędzy gracze... i jestem pewny, że ich nigdy nie złapią. Po mistrzowsku poprowadzili sprawę.
Otwarcie Barrois gotów był przyznać złoczyńcom palmę pierwszeństwa i nagrodę za ich mistrzostwo w swej sztuce.
W każdym zawodzie są artyści i ci należą do nich w swoim, to rzecz pewna.
A powracając do poprzedniej rozmowy.
— Czy na dziś nic szczególnego nie ma pan dla mnie? — zapytał.
— Owszem. Spiesz się pan... Nie żałuj czasu i pieniędzy... A może ich potrzebujesz?
— Jeżeli są... to i owszem... Tysiąc-frankowy bilet nigdy nie zawadzi.
Paskal ukazał się znowu we drzwiach.
— Jakiś cudzoziemiec pragnie się widzieć z panem.
— Jak się nazywa?
— Oto jego bilet.
Pan Reveneau przeczytał: „P. Petrus“ a pod spodem „ulica Bassano“.
— Odejdź Barrois, — odezwał się starzec, — i pędź całą siłą pary...
Agent ukłonił się po wojskowemu. Wychodząc o mało nie przewrócił małego starca o chorobliwej cerze, okrytego w długi płaszcz sukienny.
— Proszę uważać z nieukontentowaniem — zawołał staruszek.
— Przepraszam... proszę wybaczyć — odparł Barrois przechodząc dalej.
Mały człowiek obrzucił go bystrem spojrzeniem od stóp do głów.
Barrois zauważył jego wzrok przenikliwy, przeszywający, przez niebieskie szkła binokli.
— Czy mam przyjemność mówić z pauem Raveneau — zapytał nieznajomy z bardzo wyraźnym cudzoziemskim akcentem, wchodząc do gabinetu.
— To ja jestem nim.
— Przychodzę, aby panu dać pewne objaśnienia zupełnie bezinteresownie.
— W jakiej sprawie?
— Z powodu ogłoszenia, zamieszczonego w naszym „Timesie“.
— Ah! czy tak?
— Tak jest. Doprawdy można to nazwać cudem, iż przypadkiem odczytałem ten anons...
— Proszę niech pan raczy spocząć?
Piotr Brecheux miał bystry umysł, lecz i panu Raveneau nie brakowało na przenikliwości, jednak nauczyciel miał tę wyższość nad nim. Pan Reveneau znał więcej uczciwych ludzi, niż łotrów i nie przyszło mu do głowy obawiać się małego schorowanego staruszka, który się fatygował jedynie przez dobroć serca.
— Wychowałem pewnego młodzieńca od najmłodszych lat jego życia, — zaczął Brecheux. Jest on posiadaczem znacznej fortuny i do tej chwili w charakterze jego dawnego nauczyciela, zamieszkuję z nim razem około pól Elizejskich, na ulicy Bossano, skromny domek.
— Sądzę, że te objaśnienia są zbyteczne, — odparł grzecznie starzec.
— Broń Boże, jestem otwartym ze wszystkimi... Nie udzielam się zupełnie światu... Pogrążony w swoich naukowych pracach, żyję dla nich i dla mego drogiego ucznia... który mi został powierzony przez rodziców zmarłych w młodym wieku, i jestem bardzo przywiązany do mego wychowanka. Lecz chcąc zacząć rozmowę o tem, co mnie tu sprowadziło, muszę się zapytać, czy to pan szukasz pewnej kobiety, wdowy, nazwiskiem Yaudet?
— Tak, rzeczywiście jej szukam.
— Przypadek zbliżył mnie do niej kilka lat temu... Zamieszkiwałem podówczas Jersey w małej willi około Grevey...
W tej chwili zacny profesor korzystał ze swych notatek. Opowiadał zaś tak dobrodusznie, iż pozyskał sobie najzupełniej pana Raveneau, który przecież z zawodu instynktownie nie miał wielkiej wiary w ludzi.
Po chwili Brecheux zaczął znowu:
— W tym czasie kobieta owa, miała jeszcze męża, rybaka, ten nam ryb dostarczał i woził łodzią na morzu, kiedyśmy chcieli użyć spaceru. Lecz niestety człowiek ten, posiadał wielką wadę... oddawał się pijaństwu.
Czy podobna było panu Raveneaux podejrzewać osobę tak dobrze poinformowaną?...
— Rybak umarł... — mówił też dalej Brecheux, a wdowa powróciła do Francji... zabrała z sobą dwie dziewczyny, jedną dużą a drugą jeszcze maleńką... widziałem je obie ze sto razy...
Starsza obiecywała wyrosnąć na śliczną dziewczynę, była ona powierzoną rybakom na wychowanie... wdowa opowiadała mi o tem trochę... Podobno iż istnieje jakaś historja, przywiązana do urodzenia tej małej... Jednem słowem wiem również, że z tamtąd udały się do Cherbourga...
— Jestto najzupełniejszą prawdą.
— Zatem nie przynoszę panu nic nowego?
— Te szczegóły znam dobrze.
— Wskażę panu jeszcze inne... Muszę się panu przyznać, iż bardzo się przywiązałem do starszej dziewczynki, prawie, że już dorosłej i nadzwyczaj inteligentnej, a przytem bardzo dobrego serca. Zmuszeni byliśmy podróżować i utraciłem ją z oczów... ale buzię ma taką, że niepodobna jej zapomnieć. To ogłoszenie w Times’ie uderzyło mnie... i przywiodło na pamięć ubiegłe wspomnienia... lecz co najzabawniejsze w tej sprawie, to właśnie, że nazajutrz na placu Châtelet, spotkałem osobę, której widok, wzbudził we mnie niejasne wrażenie, że ją gdzieś znam. Jechałem powozem... koń szybko biegł... lecz nie ujechałem stu kroków, kiedy zawołałem: — to ona. Kazałem powrócić napowrót, cóż kiedy ścisk powozów i dorożek, nie pozwolił uskutecznić tego prędko... upłynęło kilka minut i było już za późno...
Brecheux opowiedział tę scenę, dla tego, że się bał prędkiego odszukania młodej dziewczyny, coby mu popsuło szyki.
— Czy jesteś pan tego pewny, że to była ona?
— Zupełnie pewny.
— Kiedyż to miało miejsce?
— Dwa dni temu. Zapewne musi mieszkać w tamtej stronie.
— Nazywa się Joanna?
— Tak jest i zdaje mi się, że łatwo ją będzie można odnaleźć... — dodał z uśmiechem: jeżeli to ma być dla jej szczęścia to chciałbym, aby to się stało jak najprędzej.
— Właśnie dla niej i dla szczęścia jej matki, pragniemy ją odszukać, — odparł pan Raveneau.
— Tak, więc matka żyje?
— Niema jeszcze lat czterdziestu.
— Dlaczego jej nie szukała dawniej?
— Dla bardzo ważnych powodów, niezależnych od jej woli, które obecnie zostały usunięte.
— Musi być bogatą, skoro panu powierzyła taką misję?
Pan Raveneau uśmiechnął się:
— Może być... jest to tajemnicą...
— A rozumiem... chcesz pan pozostać dyskretnym... bardzo pięknie, ponieważ ja nie jestem ciekawym... przyszedłem w dobrej wierze, spełnienia dobrego uczynku, jeżeli to możebne!
Naturalnie, że poczciwiec, chciałby był dowiedzieć się czegoś więcej, lecz miał do czynienia z równym sobie graczem, nie udało mu się wyciągnąć nic więcej, a zresztą uważał się za zupełnie zadowolonego; jak na pierwszą wizytę i tak dowiedział się wiele.
Zatem była to matka, jak tego łatwo można się było domyśleć, gdyż inaczej, nie byłaby wstanie powierzyć swoich interesów opiece pana Raveneau, który administrował tylko olbrzymiemi fortunami wielkich panów.
To też Piotr niezmiernie był ciekawym poznać jej nazwisko i... szczęśliwy dla niego przypadek przyszedł mu w tym razie z pomocą.
Paskal znów się ukazał, i zbliżył do swego pana oznajmiając pół głosem.
— Pani hrabina de Vitray!...
— Czy jest tutaj?
— Razem z panią de Saint-Béran.
Nauczyciel miał słuch doskonały, a wzrok nadzwyczaj bystry, pomimo niebieskich okularów. Usłyszał wyrzeczone nazwisko i wstał aby się pożegnać:
— Jeżeli uznasz pan za stosowne aby do mnie napisać, bardzo będę szczęśliwy dopomódź panu w jego poszukiwaniach!
— Bardzo dziękuję.
Słysząc te uprzejme słowa, pan Raveneau pozostał aby odprowadzić osobiście do drzwi tak miłego gościa; gdy przechodził przez salon, gdzie klijenci oczekiwali swej kolei, dwie damy powstały; jedna była staruszka, druga młoda kobieta.
Profesor odwrócił się, zatrzymawszy dłużej badawczy wzrok na twarzy hrabiny.
— Zapewne matka, myślał stary. — Rzeczywiście młoda i piękna.
Przy stole siedział jeden z urzędników zajęty pisaniem, profesor zbliżył się do niego pytając cicho:
— Zdaje mi się, że to hrabina de Vitray, nieprawdaż?
Młody człowiek podniósł głowę i odpowiedział:
— Tak jest.
— Żona admirała?
— Właśnie... towarzysząca jej dama jest markizą de Saint-Béran.
— De Saint-Béran? powtórzył profesor chcąc zapamiętać nazwisko. — Bardzo panu dziękuję.
Za chwilę już go nie było.
Gdyby był został dłużej jeszcze pięć minut, byłby zobaczył wchodzącą trzecią klijentkę, była nią Joanna, która z kolei pragnęła się widzieć z panem Reveneau. Paskal jej oznajmił:
— Pan jest w tej chwili zajęty, lecz może raczy pani zaczekać chwilę!...
Pani de Vitray była ubraną czarno, oczy jej świeciły gorączkowym blaskiem, a bladość twarzy świadczyła o niewymownem cierpieniu duszy.
Markiza de Saint-Béran przeciwnie wyglądała wesoło, tą wesołą i pogodną starością ludzi, co wiele żyli i widzieli, a dziś patrzą na wszelkie uczucia i namiętności ludzkie, z wysokości takiej, z jaką zapewne wszyscy będziemy się zapatrywać kiedyś w niezbadanej wieczności. Chociaż musimy wyznać iż markiza de Saint-Béran bardzo się zajęła sprawą państwa de Vitray.
Z prawdziwą namiętnością oddała się tej sprawie, chcąc pogodzić powaśnionych. Była jedną z najstarszych klijentek pana Raveneau, którego ojciec jeszcze zajmował się interesami rodziny de Saint-Béran, a markiza już przecież była nie dzisiejsza, gdyż w tysiąc ośmset piątym roku się urodziła, co przecież stanowi poważną epokę na naszej konnej planecie.
— Przyprowadzono panu osobę nadzwyczaj zdenerwowaną, odezwała się pierwsza markiza, z proźbą abyś pan się postarał o jaki środek uspokajający. Szczególniej od kilku dni, rady sobie dać z nią nie mogę, tak dłużej trwać niemoże. Przyszłyśmy dowiedzieć się od pana czegoś nowego, ponieważ nie przysłałeś nam pan żadnej nowiny!...
— To najgorzej, że nic pewnego nie mogę paniom powiedzieć i dziś jeszcze.
— Boże! jakże to długo na to czasu potrzeba!
— Cierpliwości szanowna pani!
— Cierpliwości, cierpliwości, powtórzyła pani de Saint-Béran, łatwo to panu mówić... Mężczyźni mogą być cierpliwi, mają tysiące rzeczy co ich zajmują... przytem interesy.. A my, biedne kobiety... musimy żyć wcale inaczej... najczęściej same z naszemi myślami... Zdaje mi się, że mógłbyś pan się trochę pospieszyć z tą sprawą….. użyć jakiejś nadzwyczajnej siły...
— He, he, he!
— Bo o cóż tu takiego chodzi? O znalezienie jednej młodej dziewczyny...
znajdującej się w Paryżu... Dopiero trudna sprawa... przecież wiemy, że tu się ona znajduje?
— Rzeczywiście mamy to przekonanie.
— A więc, chyba Paryż nie jest znowu tak wielki!...
— Lecz z pewnością nie mały!
— Ale w końcu gdzież pan jest, jak rzeczy stoją?
— Postąpiliśmy trochę naprzód:
— Nareszcie!
— A raczej szliśmy bardzo szybko z pomyślnym rezultatem, lecz od chwili, gdyśmy dotarli do pewnego punktu nastąpiła przerwa...
Hrabina słuchała w milczeniu.
— Jesteś pan na dobrej drodze? zapytała skwapliwie. I wierzysz pan w to?
— Jestem tego zupełnie pewny.
— Słyszałeś o niej?
— Tak.
— Co się z nią dzieje? Czy jest biedną?
— Opuszczoną?
— Nie, mieszka z nią matka.
Pani de Vitray przymrużyła powieki.
— Matka! — wyszeptała zcicha.
— Pod tym wyrazem rozumiem osobę, która jej zastępowała matkę, jest również jeszcze mała dziewczynka także...
— Córka Periny?
— Tak jest.
— Zkad pan wiesz te szczegóły?
— Z wielu stron... od ludzi, których użyłem do tej sprawy i od tych, których przypadek sprowadził do mnie.
— Cóżbym dała za to, abym ich usłyszeć mogła!
Pan Raveneau zręcznie wyminął te niebezpieczną proźbę, mówiąc:
— Miej nadzieje pani, a za kilka tygodni, lub dni, może będziesz wiedzieć wszystko.
Hrabina zarzuciła go pytaniami, poczciwy starzec odpowiadał w ten sposób, iż ominął bolesną prawdę.
Lecz stara markiza zamieniła przez ten czas spojrzenie z panem Raveneau, którem tenże odkrywał jej w części swoje smutne obawy, a że nieraz spojrzenie bywa stokroć wymowniejsze od potoku słów, więc też stara dama przygryzła usta i czemprędzej postarała się zwrócić rozmowę na inny przedmiot.
Tego dnia musiało już tak być napisano, żeby poczciwy Paskal nie miał chwili spokoju, wszedł on znów do pokoju i zbliżył się do swego pana mówiąc po cichu kilka słów.
Słuchając go, pan Raveneau zrobił znak wielkiego zadziwienia, prawie w tej samej chwili powstrzymanego.
Pani de Saint-Béran zrozumiała jego znaczenie.
— Masz pan niespodziewaną wizytę? — zapytała.
Starzec nic nie odpowiedział, lecz zrobił taki ruch głową i spojrzał takim wzrokiem, który jasno mówił:
— Wyprowadź ją ztąd pani.
Służący powiedział te słowa:
— Jakaś młoda panienka chce się widzieć z panem.
Kobiety są zwykle ciekawe. Pani de Saint-Béran pociągnęła hrabinę w stronę małego saloniku, przyległego z drugiej strony do gabinetu.
— Chcę jeszcze pomówić z panem kilka słów, dla tego tu zaczekamy, — odezwała się.
Starzec uśmiechnął się, lecz powstając z miejsca, szepnął markizie:
— Miej się na ostrożności!
Zaledwie obiedwie z hrabiną zniknęły po za firanką z zielonego rypsu, oddzielającą gabinet od saloniku, kiedy młoda dziewczyna ukazała, się poprzedzona przez służącego.
Tutaj pan Raveneau doznał miłej niespodzianki.
Młoda dziewczyna, którą miał przed sobą, była śliczną z twarzy i wdzięku całej postaci. Ubraną była w czarny wełniany kostjum, podobnie jak i hrabina de Vitray, który prześlicznie uwydatniał jej harmonijne kształty.
Głowa pięknego rysunku, łagodna twarzyczka o niezmiernie dystyngowanym wyrazie, włosy ciemne, kasztanowate, złotym odcieniu z wdziękiem wychodziły z pod czarnej tiulowej kapotki, a wielkie niebieskie oczy, zalęknione patrzyły na stojącego przed nią starca i na miejsce w którym się znajdowała.
Widocznie iż ciemny ten pokój bijący urzędową powagą, ten starzec poważny i uprzejmy, sprawiały na niej takie wrażenie jak gdyby weszła do kościoła.
— Cóż moje piękne dziecię masz mi do powiedzenia? — odezwał się pan Raveneau.
Niewiedziała co odpowiedzieć, nieśmiałość zamykała jej usta, stała zalękniona, nie pewna, szukając wyrazu aby zacząć swoją opowieść.
— Czyś pani przyszła w sprawie Periny Yaudet?... — zapytał pan Raveneau. Dziewczyna wyjąkała:
— Tak jest... rzeczywiście...
— Czy ją znasz pani?
— Ależ tak mój Boże!... bardzo dobrze ją znam...
— A może mieszkasz pani z nią razem?
— Nie... to jest mieszkałam dawniej... w tym samym domu...
— Jak dawno?
— Nie dawno... kilka miesięcy temu.
— A teraz?
— Już tam nie mieszkam...
— Czy widujesz ją pani?...
— Dlaczego?...
— Czy pani wie przynajmniej dokładny adres?
— Nie... to jest mogłabym się dowiedzieć... gdyby tego była potrzeba... kilka tygodni temu mieszkała na ulicy des Ternes... w hotelu... Przedtem mieszkały w okropnej części miasta, na drodze do Carrières... na wzgórzach Montmartre...
— Rzeczywiście... Zkąd pani się o tem dowiedziała?
— Wytłomaczę to panu... przyjaźnię się z jej córką... córką przybraną..
— Której imię?
— Joanna!
— Biedaczka tłomaczyła się bardzo niezręcznie ponieważ nienawidziła kłamstwa, do którego się uciekała, zmuszona koniecznością.
Starzec patrzył na nią z uwagą, czem ją jeszcze więcej onieśmielał, pomimo, iż we wzroku jego widziała wiele dobroci i współczucia.
Drzwi sąsiedniego salonu uchyliły się cicho, i przez szczelinę firanek ukazała się pani de Saint-Béran ciekawie patrząc na młodą dziewczynę, podczas kiedy nakazującym ruchem powstrzymywała na fotelu siedzącą hrabinę.
Imię Joanna doszło do uszu matki, na dźwięk jego otworzyła szeroko oczy... pozostawszy nieruchoma i drżąca bez tchu w piersi. Tam mówiono o jej córce.
Pan Raveneau badał przybyłą z ojcowską słodyczą i troskliwością.
— A zatem? — zapytał.
— Gdybym jej mogła zwiastować dobrą wiadomość... to postarałabym się z nią zobaczyć i powiedzieć jej o tem... jak również i jej matce...
— Mówi pani zatem, że... jest pani wiadomem, gdzie obecnie zamieszkują...
— Już raz powiedziałam, że mogę się dowiedzieć...
Jakże im się powodzi i w jakiem położeniu obecnie się znajdują?
— Przeszły wiele cierpień... Bo trzeba panu wiedzieć, że jest ich trzy, matka i dwie córki... Joanna, moja przyjaciółka... i dziesięcioletnia Marja...
— Córka wdowy?
— Naturalnie... Joanna sama musi utrzymywać rodzinę, a od ośmnastu miesięcy nie zarobiła ani grosza...
— Nic? — zapytał przeciągle pan Raveneau.
— Nic zgoła. Nie mogła znaleźć zajęcia z powodu biednej chorej matki, którą musiała pielęgnować...
— Lecz wdowa Yaudet nie jest jej matką — odparł pan Raveneau.
Młoda dziewczyna podniosła głowę:
— Prawdziwą matką dziecka jest ta, — odparła szybko — która ją wychowała... i Perina jest prawdziwą matką mej przyjaciółki... Joanna zanadto ma dużo serca i poczucia obowiązku, aby kiedykolwiek o tem zapomniała... nie opuści jej nigdy i podzieli się z nią każdym kawałkiem chleba...
A przerwawszy na chwilę, smutnie dodała:
— Joanna nie ma innej rodziny nad starą Perinę i jej córkę! Nigdy ich kochać nie przestanie. Innej rodziny nie zna i nie ma. Przebaczyć innym może, lecz kochaćby nie umiała...
Wymówiła te słowa z taką godnością i namaszczeniem, że wzruszyła niemi do głębi poczciwego starca.
Popatrzył na nią z uwagą i zniżając głos, zapytał:
— Zatem pani przyjaciółka nienawidzi tę, która jej dała życie?
— Joanna wiele cierpiała... a dziś przechodzi ciężkie próby, w których może postradać rozum i życie... Zatem nie można od niej żądać, aby była sprawiedliwą! Nieszczęścia gnębią duszę i paczą prawdziwe pojęcia... Joanna sądzi surowo swą matkę... gdyż często powtarza, iż zbrodnią jest opuszczać swe dziecię... że tylko kobieta bez iskry uczucia może się dopuścić podobnej ostateczności... Jeżeli nawet jej matka istnieje, to nie trzeba mówić jej o tem...
Nastąpiło milczenie.
Pan Raveneau rozmyślał, kto była młoda dziewczyna, stojąca przed nim.
Niejasne przeczucie mówiło mu, że tę, której szukał, ma przed sobą. Znajdował nawet pewne podobieństwo pomiędzy nią a hrabiną de Vitray.
Miała takie same oczy i cerę matowo białą, tylko oczywiście młodszą była.
— Posłuchaj mnie pani — odezwał się nakoniec pan Raveneau. — Jesteś pani u przyjaciela twojej matki... a raczej matki tej młodej dziewczyny, której nadaremnie poszukujemy od tak dawna... Matce potrzeba przebaczyć, gdyż jest wytłumaczoną...
Gorzki uśmiech wykrzywił usta młodej dziewczyny.
Pan Raveneau mówił dalej:
— W kilku słowach opowiem jej historję. Nie była wolną... Jest ona żoną człowieka, bardzo znanego... sławnego prawie... i nieugiętego na punkcie honoru...
— Tak pan sądzi?... — zapytała Joanna blednąc.
— Mówię, iż nieszczęśliwa matka jest damą wielkiego świata, żoną człowieka zajmującego wysokie stanowisko w naszej armaji i powszechnie szanowanego...
— I?...
— Przyjście na świat pani...
— Ja nie jestem wcale osobą, o której w tej chwili pan rozmawia... jestem tylko jej przyjaciółką... — odparła Joanna z mocą.
— Niech i tak będzie... otóż przyjście na świat przyjaciółki pani było rezultatem błędu matki... Pierwotnie rozgniewany mąż... uznał następnie tę prawdę, iż matka pani...
— Tu nie jest mowa o mojej matce.
— Prawda... zatem uznał, że hrabina... gdyż osoba ta jest hrabiną... zbłądziła jedynie wskutek fatalnego zbiegu okoliczności.
Hrabia przyszedł do tego przekonania po wielu latach. które stłumiły jego uprzedzenia... Żałował, iż pozostawił w opuszczeniu niewinne dziecię. A że jest człowiekiem honoru i delikatnych uczuć... pragnie naprawić złe, które wyrządził... Przyjmie cię pani z otwartemi rękoma... a raczej twoją przyjaciółkę... Niech tylko przyjdzie i da się poznać... Czeka ją szczęśliwa przyszłość... Rodzice posiadają znaczny majątek... a przytem zajmują poważne stanowisko w świecie... Hrabia jest wyższym oficerem, a swoje imię zaszczytnie dał poznać...
— Lecz ma niewzruszone pojęcie o honorze? — zapytała drżąca dziewczyna.
— To prawda...
— Powszechnie poważanym?
— I to również jest prawdą! Tajemnicę urodzenia dziecka zna tylko on i kilka sług przywiązanych... Imię jego i twej matki, pani, jest czyste, bez skazy... i najmniejszego podejrzenia...
Nieszczęśliwa słuchała w przerażeniu. Każde słowo, wyszłe z ust starca, padało jej w serce, jak krople roztopionego ołowiu! Honor i dobre imię tego człowieka surowego i na tak wysokiem stanowisku stojącego, był dla niej skazującym ją wyrokiem.
— Lecz gdyby dziecko to stało się niegodnem ich? — cicho zapytała.
— Dla czego?
— A jeżeli zmuszona nędzą, upadła jak tyle innych, przez świat odepchniętych, to jest ona raz na zawsze wygnaną z grona uczciwej i szanowanej rodziny?...
Ostatnie słowa z wymówiła bolesną ironją w głosie.
— Jeżeli z tej lub owej przyczyny, dla tego, że była biednym podrzutkiem, że nie miała nad sobą opieki i przewodnika, ani też pieniędzy na najpierwsze potrzeby, zmuszoną była w ostateczności wziąść kochanka... sprzedać się!...
— Pobłażliwość matki nie ma granic!
— Lecz uważaj pan dobrze... A jeżeli ten kochanek jest również ostatnim wyrzutkiem społeczeństwa?...
— Co pani mówi?
— Jeżeli ma na sumieniu pewne błędy... a nawet więcej jak błędy?...
Pan Raveneau, przerażony wyciągnął rękę, aby ją powstrzymać. Dziewczyna odezwała się cicho:
— Jeżeli popełnił zbrodnię?
— Czy to podobna!
— A gdyby jednak tak było, to jak można przypuścić, aby taki człowiek, jak hrabia, przyjął ją do swego domu! Możeby wyciągnął do niej rękę, ale tylko dla rzucenia jej jałmużny!... Stopień jego majątku i znaczenia, nie jest w stanie zetrzeć hańby z jej czoła, podnieść z upadku i zasłonić ją blaskiem swej chwały!
— Czyż tak wielkim jest złe? — zapytał wzruszony starzec.
— Być może!
— I tak nie trzeba rozpaczać, — szepnął.
Joanna powstała.
— Powiem mojej przyjaciółce wszystko com usłyszała, powtórzę wiernie...
— Czy przyrzekasz pani?
— Przyrzekam. Niech wtedy poweźmie postanowienie co ma dalej robić. Długo czekano, aby wynagrodzić niesprawiedliwość wymierzoną przeciwko niej. Nie prosiła o życie... o to gorzkie życie... Jeżeli ci co ją skazali na opuszczenie, cierpią teraz z powodu jej nieszczęścia, jest to słuszna kara za ich okrucieństwo. Żegnam pana... boję się aby wasza odezwa nie przyszła za późno...
Oczy jej błyszczały przepełnione łzami, które stłumić usiłowała. Przycisnęła ręką serce, jak gdyby chciała powstrzymać jego przyśpieszone bicie i podała złamanym głosem:
— Dziękuję panu za wyrzeczone słowa. Kilka dni temu byłabym nader szczęśliwa, usłyszawszy je... Dziś są one dla mnie ostatecznym ciosem... Żegnam pana!
Nie mogła wydobyć więcej głosu... łzy ją dusiły.
Straciła ostatni promień nadziei.
Za chwilę miała zniknąć za drzwiami.
Firanki sąsiedniego salonu uchyliły się.
Hrabina de Vitray, śmiertelnie blada, z twarzą zalaną łzami, stała na progu.
— Joanno! — zawołała, wyciągając ku niej ramiona.
Młoda dziewczyna odwróciła się. Spojrzała na twarz hrabiny, chciała biedz ku niej; następnie zawahała się chwilkę i stanęła, powziąwszy niezłomne postanowienie.
— Kto pani jesteś? — zapytała. — Ja pani nie znam.
— Jestem Helena de Vitray.
— Nigdy nie słyszałam tego imienia.
Kłamała. Właśnie imię to obłąkana powtarzała bezustannie właśnie to imię słyszała od lat dziecinnych.
— Jestem matką twoją, powiedziała jeszcze hrabina stłumionym głosem.
Joanna odpowiedziała:
— Pani się myli, jestem przyjaciółką tej, o której pani myśli, jej towarzyszką złej doli, siostrą upadku i hańby. Powiem jej co tu usłyszałam i widziałam. Nie wiem, czy kiedykolwiek zobaczy ją pani... a nawet mówiąc prawdę, wątpię bardzo... Będzie się zapewne uważała za niegodna matki, takiej jak ty pani... Żegnam panią!...
Pani de Vitray wydała okrzyk i upadła zemdlona w ramiona pani de Saint-Béran, która nie miała siły jej utrzymać. Zesunęła się na dywan podłogi i pozostała nieruchoma.
Przez chwilę zapanował nieopisany zamęt w gabinecie pana Reveneau.
Kiedy hrabinę przyprowadzono do zmysłów, napróżno szukano nieznajomej, skorzystała z ogólnego zamieszania i wyszła niepostrzeżona przez korytarz i przedpokój, a znalazłszy się na ulicy, z rozpaczą w sercu, wskoczyła do przechodzącego fiakra, kazała się zawieść na dworzec kolei Sain-Lazare.
Nareszcie poznała matkę!
Matką tą była hrabina de Vitray, żona admirała de Vitray Pleyber głośno znanego w marynarce francuzkiej.
A ona, nieszczęśliwa tułaczka, kochanką fałszywego Rodriguez’a, a raczej Jana-Maurycego, takiego samego podrzutka jak i ona a w dodatku fałszerza i mordercy.
Co robić? Co dalej postanowić?
Kupiła bilet do Vauresson, prawie nie wiedząc co czyni zaprzątnięta jedyną myślą:
— Dziś wieczorem zobaczę go i los mój zostanie rozstrzygnięty.
Nastała noc.
W ogrodzie willi Suzanne Joanna została samą na ławce, pod cieniem drzew, nieporuszanych w tej chwili najmniejszym powiewem wiatru.
Księżyc świecił w pełni, znacząc na ulicach i trawnikach szerokie smugi światła. Powietrze napełnione było odurzającą wonią kwiatów wiosennych.
Nieszczęśliwa dziewczyna pośród tego spokoju natury, pozostała przybita smutna i zrozpaczona.
Nakoniec zdarła zasłonę tajemnicy swego urodzenia.
Od rana była roztargnioną, drżącą oślepiona tak nagłem odkryciem prawdy.
Tysiące wspomnień przychodziło jej teraz na pamięć, a mianowicie przypomniała sobie najwyraźniej, z jakiem uniesieniem i miłością mówił Jan Yaudet o hrabi Bernardzie de Vitray. Był to potężny magnat, głośnego w kraju nazwiska, dla którego sama Joanna od dzieciństwa przyzwyczaiła się niejako mieć cześć i poważanie, w całej Bretanji wiedziano, iż oddawna członkowie tej rodziny wsławili się jako dzielni marynarze.
Z jakąż radością pobiegłaby do swej matki, gdyby ją odzyskała przed spełnieniem swojego błędu!
Teraz poznanie prawdy przyprowadzało ją do rozpaczy!
Z gniewem zwracała się do swego przeznaczenia, a także i do matki, która zjawiła się dopiero w chwili, kiedy została zgubioną, zgubioną bez ratunku.
A jednak tyle lat się broniła, znosząc najstraszniejsze próby złej doli.
Stało się! Błąd jej stawał nieprzezwyciężoną przeszkodą pomiędzy nią a człowiekiem, tak wysoko stawionym przez pana Raveneau, który nie przypuszczał, jak okrutnie ranił jej dumę każdem słowem.
Teraz oczekiwała człowieka, który ją zgubił, w którego objęcia została rzuconą siłą przeznaczenia.
Od trzech dni nie widziała Jana, z czego była zadowolona, gdyż pośród swych okropnych przypuszczeń, nie wiedziałaby, co mu powiedzieć.
Kochając go szczerze i z oddaniem, chciałaby dziś już więcej się z nim nie zobaczyć.
Wieczorny spokój był w zupełnem przeciwieństwie z jej wewnętrznym niepokojem.
Nigdy chyba piękniejsza noc nie oświecała swym srebrnym blaskiem gwiazd tysiąca, usianych na niebieskim stropie, schadzki dwojga zakochanych.
Kwiaty w klombach roztaczały woń najcudniejszą dokoła. W ciemności nocnej, pod jasnym blaskiem promieni księżycowych, białe róże, rozpięte na murze ogrodu, rzucały jasne plamy na ciemnej zieleni liści.
Ojciec Bailly był zanadto dobrym i starannym ogrodnikiem, aby jego ogród miał być w opuszczeniu i z rzadką pieczołowitością chodził około drogich roślin.
Używając starego porównania, można powiedzieć, iż to urocze schronienie było prawdziwym rajem, a nieszczęśliwa jego mieszkanka miała piekło w duszy.
Cierpiała strasznie! Miotana najsprzeczniejszemi uczuciami, chodziła po pustych alejach ogrodu, z gorączkową niecierpliwością nasłuchując za najmniejszym zdala usłyszanym szelestem.
O jedenastej usłyszała turkot powozu, zatrzymującego się w pewnej odległości od willi.
Wszystka krew uderzyła jej do głowy.
To był on.
Kroki rozległy się na drodze, Joanna szybko pobiegła ku drzwiczkom i otworzyła je sama. Ciemna postać zarysowała się na ciemnem tle drzew.
Był to Juan Rodriguez.
— Mam cię nakoniec! — zawołał, przyciskając ją namiętnie do piersi.
Uwolniła się z jego uścisków, zamknęła drzwi, wzięła za rękę i odezwała się mocnym, choć drżącym od wzruszenia głosem, pomimo iż całą siłą woli chciała zapanować nad sobą:
— Chodźmy, chcę pomówić z tobą.
Poszła naprzód szybkim krokiem, jak gdyby jej śpieszno było pozbyć się przygniatającego ją ciężaru.
Przechodząc, zapewniła się, czy światło w domu pogaszone, przeszła sień, udając się po schodach na górę.
Przybywszy do swego pokoju, zamknęła drzwi i okna, zasunęła zasuwkę, aby nikt wejść i przeszkodzić im nie mógł, a stanąwszy przed Janem, zdumionym temi przygotowaniami, rzekła rozkazującym tonem:
— Siadajmy, chcę się rozmówić z tobą.
— Co ci jest? — zapytał.
— Co mi jest?... Czyż się niczego nie domyślasz!...
— Nic a nic!
— W takim razie dowiesz się tego.
Pozostał w milczeniu, lecz widać było, że cała ta poważna rozmowa sprawiała na nim nieprzyjemne wrażenie.
Ubrany był wykwintnie, w czarnym fraku i krawatce białej i lekkim jasnym paletocie.
— Przybywasz z Chesnay? — zapytała się, prosto mu patrząc w oczy.
— Zgadłaś.
— Było chyba przyjęcie... sądząc po twym kostjumie...
— Kilku przyjaciół na obiedzie...
— Ładna miejscowość ten twój Chesnay?
— Dosyć... chociaż bardzo skromna.
— Czy tak, jak hotel na ulicy Bassano?
— Co cię to może obchodzić? — łagodnie zapytał.
— Zapewne że niewiele... jak tylko z tego punktu, że to dowodzi twojej zamożności... majątku... Hotel w Paryżu, willa w Chesnay, nie licząc już utrzymania kochanki...
— Oh! tego już liczyć niepodobna, żyjesz tak skromnie — odparł z uśmiechem lecz dla czego to wszystko opowiadasz?
— Do tego, aby ci powiedzieć jeszcze raz, że jesteś bogatym.
— Prawie nim jestem...
— Tylko, jak dotychczas, nie wiem jeszcze, zkąd pochodzi twoje bogactwo...
— A czy jesteś tego ciekawa? — zapytał, nie tracąc nic pewności siebie. — I długo mnie będziesz wypytywać?
— Proszę ci nie żartuj...
— Dla czego?
— Nie jestem usposobiona do żartów.
— Zatem będzie to maleńki interwiew... to bardzo modne... a zatem mów dalej...
— Zapewne przypominasz sobie, iż w pierwszych dniach po naszem spotkaniu, kiedy miałam nieszczęście przestąpić próg twego domu...
— Dla czego nazywasz to nieszcześciem?
— Cierpliwości... powiedziałeś mi wtedy, iż w twojem życiu istnieje pewna tajemnica...
— Być może!...
— I przyrzekłeś mi ją odkryć...
— Mówisz zupełną prawdę.
— A więc chwila ta nadeszła...
— Czy już?
— Chcę poznać twoją tajemnicę.
— Chcesz tego? — zapytał marszcząc brwi.
— Czyż nie mam prawa znać nazwiska człowieka, któremu się oddałam... wiedzieć, z jakiego źródła daje mi pieniądze na moje utrzymanie? Czyż nie sto razy przynajmniej powiedziałeś mi, że losy nasze są związane razem na zawsze?...
Uśmiechnął się, słysząc te słowa, lecz jakimś zagadkowym, tajemniczym uśmiechem, usiłując odgadnąć jej myśli.
— Tak — odparł głosem, który niegdyś poruszał ją do głębi duszy — tak, związani jesteśmy na zawsze... to jest do śmierci... i dopóki ja żyję, nie będziesz należeć do innego!
— To są frazesy... Mów poważnie, zkąd wziąłeś nazwisko Rodriguez?
— Chcesz koniecznie wiedzieć?
— Koniecznie.
— W jakim celu?
— Dla uśmierzenia mej obawy... Od kilku dni ledwie żyję... nie śpię... pożerana straszną trwogą i gorączką...
— Aż tak?
— Trudno nawet, abyś mógł pojąć, do jakiego stopnia doszła moja ciekawość.
— A gdybym też odmówił ci wyjaśnienia.
Uniosła się i nagle zawołała gwałtownie:
— Wtedy dowiedziałbyś się odemnie takich rzeczy, które z pewnością sprawiłyby ci większy niepokój, jak ten, który ja przechodzę!
Przez chwilę umilkł, zacisnąwszy usta; westchnął głęboko, przenikliwie patrzac na młodą dziewczynę.
Spojrzenie to wytrzymała spokojnie, odważnie patrząc mu prosto w oczy.
— Mów, co wiesz — odezwał się — a zobaczę, czy mam ci odpowiedzieć.
Zerwała się i pobiegła szybko ku niemu, nie spuszczając z niego wzroku.
— Wiem, żeś ukradł nazwisko, które nosisz zawołała a majątku nie dał ci żaden dobroczyńca... nazywasz się jak dawniej w Cherburgu po prostu Jan-Maurycy...
— Ciszej!
— Chcesz więcej jeszcze? Zaraz powiem. Do domu twego wszedł człowiek, który z niego nie wyszedł żywym.
Zerwał się z siedzenia.
— Milcz! — zawołał rozkazującym głosem.
— Człowieka tego wraz ze wspólnikami, których nie znam, zamordowałeś!
— Miej się na baczności! — zawołał groźnie.
— Czegoż mam się obawiać? Zapewne zamordujesz mnie jak i tamtego!... Oddasz mi wielką przysługę!... Wycierpiałam tyle na świecie, iż śmierci się nie lękam... sto razy już ją wzywałam... a dziś pragnę jej więcej niż kiedykolwiek, przeświadczywszy się, iż zostałam kochanką złodzieja, fałszerza i zbrodniarza!
Stał oniemiały, uderzony jej bolesnym okrzykiem gniewu, który ją zmienił do niepoznania.
Przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu, następnie zaczęła mówić dalej z przejmującym smutkiem.
— Więc się nawet nie bronisz!... A ja, szalona, myślałam, że się z tego wytłumaczysz... zaprzeczysz... nazwiesz obłąkaną za podobne myśli?... Więc się nie omyliłam... i to wszystko jest prawdą!... Boże! to wszystko jest prawdą...
a zatem mam słuszność... na co kłamać?
Upadła na krzesło, kryjąc twarz w dłonie i wybuchła gwałtownym płaczem, wołając:
— Jestem zgubioną, pociągniętą w przepaść ohydną! Nigdy nie byłam tak nieszczęśliwą jak w tej chwili, nawet wtedy, kiedy nie miałam kęsa chleba... Za co mnie karzesz, o Boże! Za co jestem przeklętą!
Zbliżył się do niej, dotknął lekko ramienia, mówiąc pieszczotliwie:
— Joanno!
— Czego chcesz?
— Chciałaś dowiedzieć się prawdy, to ci ją powiem.
— Całą?
— Całą, najzupełniejszą prawdę. Mogę być nędznikiem, lecz nie chcę zasłużyć na twą pogardę... Tak, jestem Jan Maurycy, bez nazwiska i ojca! Kto mnie rzucił na bruk uliczny... tego nie wiem... Matka moja była biedną nauczycielką, to jest służącą szczególnego gatunku, tylko nieszczęśliwszą od drugich. Nazywała się Róża Bertot... Wypędzona przez uwodziciela... widząc się zgubioną, utopiła się... Nie miałem wtedy jeszcze pół roku, wziął mnie do siebie jakiś człowiek, zmuszony również jak i ja do walki o byt powszedni. Człowiek ten ma powody, dla których nienawidzi ludzi... gdyż był zgubiony materjalnie przez człowieka, któremu poprzysiągł nieubłaganą zemstę. Nie wiem kto on jest, lecz nauki zemsty i nienawiści wywarły zgubny wpływ na mnie... Jednakże nie wiem, czy on nie ma racji mówiąc, iż ci co są urodzeni nieprawnie, powinni pogardzać prawem. Przez piętnaście lat wpajał mi nienawiść do bogaczów; ukazując zło tryumfujące po nad cnotą. Kto wie, czy to nie prawda? Mój ojciec obciążony zbrodnią opuszczenia własnego dziecka, jest może poważanym i bogatym, dumnie patrzącym na maluczkich... A ja jego dziecię, tułam się samotnie po świecie!..
Od wczesnych lat pracowałem i uczyłem się pilnie, otrzymałem też staranne wychowanie... Zarabiałem już sto trzydzieści franków na miesiąc... To bardzo mało!... uczciwy robotnik zarabia daleko więcej... Wtedy właśnie pierwszy raz cię ujrzałem... Przysięgam ci, iż chciałem żyć i pracować jak uczciwy człowiek... marząc o tem, abyśmy kiedyś mogli się połączyć... Potem zawiał zły prąd... zwątpienie mnie ogarnęło... musielibyśmy wegetować, męczyć się bez końca... Wtedy mój nauczyciel bawiący w Londynie. przywołał mnie do siebie. Nowa droga otwierała się przedemną... Zawiązał on stosunki z ludźmi bez wszelkich uprzedzeń, miljonerów, dla których świat cały jest polem, które eksploatują na wszelkie możliwe sposoby... Są to złoczyńcy niezrównanej zręczności, nieograniczenie śmieli i odważni... dla zdobycia kilku tysięcy funtów szterlingów, gotowi spalić miasto całe... Boga nie znają, a nigdy ludzka ręka nie dosięgła ich, pomimo tylokrotnych zbrodni. Zręczność i bogactwo chronią ich od kary. Musiano widać przyznać mi pewne zdolności i dla tego przyjęli mnie w poczet swej bandy i wysłali do Ameryki... polecając ważną misję... Towarzyszem moim w tej podróży był stary profesor... Spełniwszy powierzoną sprawę, powracaliśmy z Nowego Orleanu z pewnym młodym człowiekiem bogatym i z pięknej tamtejszej rodziny, kiedy w pewnem samotnem miejscu, po przegranej w karty, posprzeczaliśmy się obadwa... wtedy nastąpił pojedynek i... tamten zginął...
— Zginął w uczciwy sposób?
— Przyrzekłem ci mówić prawdę odparł Juan — zatem muszę powiedzieć, nie!...
— O nieszczęśliwy!
— Chcieliśmy zostać bogatymi... Zdarzyła się okazja i skorzystaliśmy z niej... przekupiwszy kilku biedaków... Zabiłem Juana Rodriguez, a zielona bezbrzeżna pustynia służy mu za mogiłę. Był w moim wieku... a rysopis odpowiadał mojemu. Towarzysz mój zmusił mnie do przybrania nazwiska zmarłego i jego pieniędzy... Miał on zamiar zamieszkać w Europie, to też miał ze sobą w papierach prawie cały zrealizowany majątek. Wróciwszy do Londynu, chcieliśmy zdobyć jeszcze więcej... grałem na giełdzie i straciłem wszystko...
— Zmuszeni byliśmy powrócić do bandytów... i poddać się ich rozkazom... Jesteśmy tutaj tylko ich narzędziami, potrzebnemi do działania podług wytkniętego planu... Oni rozkazują... a my wykonywać musimy... A ponieważ są silni... ich protekcja chroni nas od złego... Dla nich niepodobieństwo nie istnieje...
— Zatem i tego człowieka... — zapytała drżąca dziewczyna — oni także skazali?...
— Jakiego człowieka?
— Samuela Rosena?
— Zkąd wiesz jego imię?
— Z dziennika, znalezionego u ogrodniczki...
Nie śmiała powiedzieć prawdy.
— A więc tak, Samuela Rosena, — odparł Jan ponuro...
— Co się z nim stało?
— Co cię to może obchodzić?
— Chcę wiedzieć.
— Nie żyje.
— Jakto i tego zabiłeś także.
Jan odparł szybko.
— Nie. Dosyć jednej zbrodni... Kto inny to uczynił.
— Kto taki?
— Jeden z bandy złoczyńców londyńskich!
— A więc zabiliście Rosena, aby go okraść?
— Tak.
— I za spełnione morderstwo otrzymasz część łupu.
— Być może.
Joanna w zamyśleniu opuściła głowę na piersi.
— Czy to już wszystko, co chciałaś wiedzieć? — zapytał Juan.
— Wszystko.
— A teraz przyszła kolej i na mnie! — zawołał gwałtownie. — Wiesz już o mojej winie, chciej wysłuchać mojego tłumaczenia się także. Zabiłem człowieka... lecz ten szukał śmierci... obrażając mnie... byłem w swejem prawie... tamtejsze obyczaje są inne niżeli nasze... Zabraliśmy jego majątek lecz i tak byłby go zapewne utracił... Posługuję się jego nazwiskiem... bo mi jest użyteczne.
— Na co?
Juan uśmiechnął się boleśnie.
— Zawsze to lepiej brzmi, niżeli Jan Maurycy, podrzutek bez nazwiska.
— A morderstwo Samuela?
— To inni tego chcieli... ja tylko pozwoliłem, aby się spełniło... może przez wzgląd na ciebie!
— Jakto?
— Właśnie wydawaliśmy nasze ostatki pieniędzy, kiedy napotkałem ciebie. Widząc cię nieszczęśliwą, pozbawioną wszystkiego, uczułem wielkie pragnienie posiadania majątku, aby ci dopomódz wynagrodzić krzywdę, wyrządzoną zbiegiem nieszczęśliwych okoliczności... otoczyć wygodą i zbytkiem... Miłość, której dla ciebie doznałem od pierwszego ujrzenia cię w Cherburgu, zbudziła się w mem sercu z całą mocą, ujrzawszy cię tak niespodziewanie... Żyd miał miljony, są one dziś w naszem ręku i zdobyłem upragnioną wolność... Obecnie jestem panem mego życia. Sprawiedliwość nas nie dosięże a zdrady nie możemy się lękać... Zresztą to wszystko, pominąwszy, życie jest ciągłą walką ludzi pomiędzy sobą, lub ludzi z żywiołami... Jeżeli są słabi, tem gorzej dla nich. Woda, ogień, wojna, czynią więcej ofiar niż mordercy! Nieszczęśliwy podrzutek, także zapragnąłem swej cząsteczki szczęścia... Dla mnie nie znano litości... dla czegóż miał bym ją mieć dla drugich? A ty sama, ty, dla której też nikt nie znalazł przyjaznego słowa, ty opuszczona i odepchnięta, ty, którą mężczyźni jak dzikie zwierzęta, chcieli pożreć lub wtrącić w błoto uliczne, a nie podali ręki przyjaznej bezinteresownie, obdarzając cię chlebem za cenę krwi twojej, i wstydu dziewiczego, przyznaj mi, czy nie myślisz i nie przeklinasz, tak samo jak i ja, świata i ludzi?
Mówił z uniesieniem wściekłego gniewu, zawstydzony uczynionem wyznaniem, drżący od wewnętrznego wzruszenia.
Pochwycił rękę Joanny tak silnie, iż palce jego wpiły się w ciało dziewczyny.
— Odpowiedz!-wołał namiętnie. Odpowiedzże nareszcie!
— Nie wiem, nie nie wiem, — wyszeptała nieszczęsna.
— Zatem jesteś na tyle nikczemną, iż przyjmujesz twój los z poddaniem... nie buntujesz się na jego niesprawiedliwość?... Nie jestem widać stworzony tak samo, bo ja podnoszę bunt... Szedłem za zdobyciem fortuny jak piraci lub zdobywcy dawni, łupiąc drugich, prawem siły i przemocy... i nie żałuję tego... Gdyby mi się nie udało zdobyć jej, coby się z tobą stało?
Odpowiedziała cicho:
— Byłby mi Bóg przyszedł z pomocą! A jednocześnie obraz starego bankiera udzielającego jej jałmużny w Moulin-Rouge, stanął jej przed oczyma.
— Tak jest! Bóg, odparła z mocą, odpowiadając na ironiczny uśmiech Jana. Bóg prędzej lub później wymierzy sprawiedliwość.
Młody człowiek wzruszył ramionami.
— Jest On bardzo daleko, aby się opiekował nami.
— Nie bluźnij przynajmniej.
— A w końcu, — ciągnął dalej, tym samym tonem — i Bóg w swej wszech potędze, nie może odwrócić spełnionych faktów. Mówisz, że to zbrodnia! Masz słuszność, sofizmaty za pomocą których chcę się odurzyć, nie przekonywają mnie i brzmią fałszywie, nawet dla moich własnych uszów. Tak, jestem zbrodniarzem i żyję z rozboju! Wymówiłaś sama tę wielką prawdę... i niestety nie powiedziałaś mi nic nowego... Lecz powtarzam ci jeszcze raz to samo, iż ostatni mój czyn, ten, który cię naprowadził na domysł prawdzie, jeżeli go uczyniłem, a raczej jeżeli go pozwoliłem spełnić, bo chcąc przeszkodzić temu, musiałbym zdradzić mych towarzyszy i sprzedać człowieka, który mnie wychował, zrobiłem jedynie przez wzgląd na ciebie, przez moją miłość dla ciebie, abym cię mógł wyrwać z tego ohydnego kraju, gdzieś tyle wycierpiała!
Spojrzał na rękę kochanki, a zobaczywszy ślady swej gwałtowności — zawołał:
— Jestem ostatnim brutalem. Uwielbiam cię i zrobiłem ci krzywdę.
Chciał ją uchwycić i przycisnąć do piersi, lecz Joanna odepchnęła go z siłą.
— Co mówisz? — smutnie zapytała.
— Mówię, że przy tobie odzyskuję dobre myśli, a kiedy cię widzę, wydajesz mi się aniołem pocieszycielem. Aby ci się podobać i być godnym twej miłości, chciałbym za cenę połowy mego życia wymazać całą przeszłość!
— Czy mówisz prawdę?
— Dlaczegóżbym miał kłamać? Od chwili kiedy cię odzyskałem, marzę abyśmy się oddalić ztąd mogli daleko i ukryć zdała od świata, na podobieństwo australskich wygnańców, co po za morzami odzyskali cześć swoich synów. I my, biedne, opuszczone dzieci, powinniśmy tam stworzyć sobie szczęście rodzinne, zacząć nowe życie!... Niech będę z tobą, a wyrzeknę się wszelkich ambicji i zdrożnych myśli, oddalę z serca nienawiść! Kocham cię Joanno, kocham namiętnie i jedynie ciebie tylko, a kiedy patrzę ma ciebie, nieraz na prawdę chciałbym być biednym jak wtedy, kiedyśmy się znali w Cherburgu i żyć tam w domku, otoczenym zielenią i kwieciem... mając przy sobie skarb najdroższy na świecie, większy po nad wszelkie majątki ziemskie... lepszy od złota i djamentów... oraz wszelkich rozkoszy tego świata.
Patrzyła na niego z nieufnością.
Rzeczywiście grał doskonale swą rolę, tylko niespokojny i fałszywy wzrok, śledzący sprawiony efekt, zdradzał prawdę.
Zapewne iż ją kochał, bo któżby się oprzeć zdołał ślicznej dziewczynie, lecz ukrywał prawdę, kłamał swoją gotowość do poświęcenia jej tego majątku, bez którego nie umiały żyć teraz.
— Mówisz to szczerze? — zapytała.
— Przysięgam ci.
— A więc przekonaj mnie o tem.
— W jaki sposób?
— Nie dotykaj się tak źle nabytych pieniędzy. Za kilka dni pozostanę sama z małą... matce co dzień jest gorzej. Niedawne wyszedł doktór, który nie ma żadnej nadziei wyzdrowienia, nauka nie pomoże tu nic dla niej... Jesteś wielkim winowajcą Janie... lecz czuję dla ciebie jednak wdzięczność, żeś osłodził jej ostatnie chwile... Gdyby nie ty, umarłaby na szpitalnem łożu, lub w tej ohydnej norze, którąśmy zamieszkiwali... Byłeś dobrym dla nas i pomimo wszystkiego, coś uczynił i czem jesteś, mam serce, które pamiętać umie... Posłuchaj mnie... jesteśmy młodzi i silni... uciekniemy na koniec świata i będziemy pracować jeżeli tego przyjdzie potrzeba... Tam uczynimy to, o czem wspominałeś właśnie... zaczniemy nowe życie... lecz czyste i uczciwe... Czy chcesz tego?
Patrzyła na niego wielkiemi pogodnemi oczyma, w których błyszczały łzy.
Juan uczynił ruch pogardliwy.
— Czy za mało nacierpiałaś się nędzy? — zapytał — i czy sądzisz, że jest ona znośniejszą gdzie indziej, jak w Paryżu?
— Janie powtórzyła błagalnie, — winnam ci wdzięczność... i również kocham ciebie.... Przez te kilka dni wróciłeś mi wiarę do życia i dałeś złudzenie szczęścia... Lecz pieniądze twoje napawają mnie wstrętem! Jeżeli mnie kochasz... to możesz zrobić dla mnie pewną ofiarę... Zostaw majątek innym... dla nas zatrzymaj tylko tyle, ile potrzeba na podróż daleką i na mały początek jakiego przedsiębiorstwa... Jeżeli nam szczęście sprzyjać będzie, oddamy nieszczęśliwym te przeklęte pieniądze, nie nasze! Za tę ofiarę będę należeć do ciebie... i pójdę za tobą wszędzie... nigdy nie czyniąc ci wyrzutu z przeszłości... Postaram się zapomnieć o tych strasznych chwilach... Oddałam ci się i nie chcę zrywać naszego stosunku... Wszyscy mnie odepchnęli, ty jeden byłeś dobrym dla mnie... podałeś mi rękę w nieszczęściu... i za to cię kochać nie przestanę... będę ci wierną i oddaną towarzyszką w szczęściu, jak i w nieszczęściu! Na dalekiej obczyźnie, zdala od zatrutego jadem Paryża, podniesiemy się oboje... Lecz powiedz, że się na to zgadzasz... błagam cię... gdyż to jedyne dla ciebie zbawienie. Czas i oddalenie zatrze powoli z mej duszy ślady twej strasznej winy... Zgadzasz się? Wszak prawda, że się zgadzasz?
Śliczną była, siedząc obok niego, ściskając jego ręce, a oczami szukając odpowiedzi.
Usiłował oprzeć się temu czarowi, tej potędze głębokiego wejrzenia. Lecz ona znów powtórzyła:
— Powiedz, że się zgadzasz...
— Ależ to dzieciństwo! — odpowiedział.
— Nie, jest to przyszłość szczęśliwa! Praca będzie pokutą za twe winy, lecz ją ponosić będziemy wspólnie i podnosić nawzajem jedno drugie... obie, dwie z Marją będziemy twemi opiekuńczemi aniołami!
— A więc zgoda! — szepnął z niechęcią lecz gdybyś lepiej znała ludzi wiedziałabyś, że się kłaniają mocnym, gniotą słabych!...
— Daj spokój ludziom... — odparła z czarownym uśmiechem... a słuchaj raczej własnego serca, które nam zawsze mówi, kiedy dobrze, a kiedy źle czynimy...
— Jeżeli tego wymagasz!
— Ja niczego nie wymagam — odparła ze smutkiem. — Jesteś wolnym... Ale kiedyś ocaliłeś mnie, dziś ja cię chcę wyratować... Możesz mnie opuścić, przestąpić próg tego domu, aby tu więcej nie powrócić, lecz zabierz twoje złoto, co mi dłoń pali... Zdaję się na Opatrzność, która w końcu ulituje się nad nami.
— Mam cię opuścić, nigdy!
— Więc kochasz mnie prawdziwie?
— Czy jeszcze o tem wątpisz?
— Zrób mi jeszcze jedną obietnicę...
— Mów.
— Zerwiesz z tymi, co cię przyprowadzili do zguby.
— Niech i tak będzie.
— Od tej chwili staniesz się uczciwym człowiekiem!
— Tak.
— Na zawsze!
— Na zawsze.
Zsunął się do jej nóg, zelektryzowany jej głosem, pieszczącym delikatnie jego serce, jej wielkiemi, wymownemi oczyma koloru nieba, które starały się czarować, aby utrzymać uronioną ofiarę, odkupienie win wszystkich, obiecując mu za to niebiańskie rozkosze.
— Dziecko! — wyszeptał, ściskając ją namiętnie — przecież ci powiedziałem, że dla ciebie poświęcę wszystko!...
— Rzeczywiście.
— Wszystko zrobię, czego żądasz!
— Wyjedziemy ztąd.
— Za kilka dni... to jest kilka tygodni, potrzebnych na uregulowanie interesów... a przytem nie możesz porzucić matki!...
— To prawda.
— Zatem musimy czekać.
— Lecz to może być dla ciebie niebezpiecznie? Nie lękam się niczego! Wyszukamy kraj daleki, miejsce odludnione i tam postaramy się zapomnieć i być zapomnianymi...
W odpowiedzi okrył ją namiętnemi pocałunkami. Jeszcze czas jakiś mówił jej cichym głosem tysiące przysiąg namiętnych, usypiając tym sposobem jej wolę i paraliżując wszelki opór.
Kiedy się rozstawali, biła godzina druga. Piękna poświęceniem, śmiało patrząca w przyszłość, związana z kochankiem, obciążonym zbrodnią, biedna dziewczyna nie traciła odwagi, przed rozejściem się jeszcze raz odezwała się, kładąc rękę na ramieniu jego:
— Będziesz pamiętał o danej obietnicy.
Odpowiedział z niecierpliwością w głosie:
— Dlaczego powracasz do tego przedmiotu?
Ona powtórzyła z mocą:
— Dotrzymasz obietnicy?
— Dotrzymam.
— W zupełności?...
— Pod pewnym warunkiem...
— Jakim?
— Abyś mi dochowała sekretu.
— To się rozumie.
— Przed wszystkiemi?
— Tak jest.
— Nawet przed mym towarzyszem?
— Jeżeli tak sobie życzysz?
— Niechcę, aby nawet przypuszczał żem się do ciebie wygadał i rzeczywiście ty jedna zdolna byłaś to uczynić!
— Będę milczeć.
— To wszystko, czego trzeba.
Jeszcze raz przycisnął ją do serca i oddalił się spiesznie.
Dla czego jednak natychmiast straciła ufność? Zaledwie był na drodze koło domu, kiedy odezwała się prawie głośno:
— Chciałabym wierzyć, lecz zwątpienie zostało na dnie mej duszy.
On ze swej strony wsiadając do powozu myślał:
— Kocham ją i za nic na świecie nie chcę jej utracić... Pomimo swej woli musi zostać szczęśliwą! Ujdziemy z tad, lecz będziemy bogaci... Przypadek zdradził mnie raz jeden... Teraz nic się już nie dowie, chybaby Bóg się w to wmięszał!
Od tej nocy młoda dziewczyna z willi Suzanne, zmieniła się do niepoznania. Ojciec Bailli i Marcelina zdziwieni zostali jej ciągle wzrastającym smutkiem. Egzaltacja i zapał poświęcenia, unoszący ją podczas rozmowy z Janem, musiał ustąpić.
Widziała się zgubioną, rzuconą w przepaść, z której nie mogła się już podnieść. W apatji i zobojętnieniu na wszystko, zamknęła się zupełnie w domu, nie wychodząc prawie nigdzie.
O ile przedtem paliła ją ciekawość, po słyszanej scenie w hotelu Bassano, o tyle teraz pogrążoną została w absolutnem zobojętnieniu, dowiedziawszy się prawdy z ust kochanka. W przeciągu trzech tygodni ani razu nie wydaliła się po za kratę parku, choćby dla kupienia dzienników na stacji kolejowej.
Nic ją nie zajmowało po nad myśl, aby ujść poszukiwania matki, uciec na koniec świata w nadziei, iż przebywając daleką przestrzeń, zostawi w niej pamięć dni minionych i wspomnień okrutnie szarpiących jej zbolałą duszę, co bezustannie szeptały jej do ucha nieszczęsne słowa: „kochanka mordercy“.
Wtedy prawdziwe szaleństwo nią ogarniało, zaciemniając jej tak zwykle jasny umysł i nieraz patrząc na gasnącą powoli matkę, doznawała niewymownej trwogi przed obrazem podobnego losu.
Całemi godzinami pozostawała bez ruchu siedząc pod drzewem w ogrodzie, lub zamknięta u siebie w pokoju, czasem tylko chciwie wypytując się matki, chcąc wskrzesić w niej iskierkę rozumu.
Stara Bretonka już teraz nie wstawała z łóżka, chyba, że ją przenoszono na wygodny fotel około okna.
Pewnego ranka, podczas kiedy Joanna siedziała przy chorej, usłyszała jak ogrodnik przechodząc koło okna, mówił do swojej żony:
Mieliśmy do tej pory jedną warjatkę, lecz wkrótce przybędzie nam i druga.
— Cóż robić, — odpowiedziała Marcelina, — jest to widać familijna choroba.
Młoda dziewczyna uśmiechnęła się gorzko na te słowa, lecz pomimo to została mocno niemi uderzoną.
Nawet mała Marja spostrzegła wkrótce zmianę zaszłą w usposobieniu, a nawet w zdrowiu siostry. To też nie odchodziła od niej nigdzie, jak gdyby w obawie aby jej nie utraciła, pytając ją nieraz z troskliwością:
— Co ci jest Joasiu?
Cóż ona biedaczka mogła na to odpowiedzieć? Zmartwienie, co zmieniło jej śliczną twarzyczkę było tego rodzaju, że go wypowiedzieć nie mogła, często bojąc się nawet zajrzeć w głąb samej siebie.
Energja i siła opuściły ją. Życie stało się nieznośnym ciężarem, przeszłość sprawiała obrzydzenie, czując się poniżoną i straconą na zawsze, a przyszłość ukazywała się pełną obawy. Nie pozostawało jej nic więcej jak śmierć!
I gdyby nie te dwie istoty, które ją przywiązywały do życia, jużby znalazła spokój i ukojenie w grobie.
Niejednokrotnie brała ją szalona ochota, aby raz z sobą zrobić koniec, szukała nawet sposobów i nagle odchodziła od postanowień, czując jak mała rączka Marji szuka jej ręki, czepia się jej sukni, za szyję obejmuje. Ta mała rączka dziecka zatrzymała ją na powziętej drodze, oddalała podobne myśli, a pieszczotliwy głosik żałośnie pytał:
— Co ci jest, siostrzyczko najdroższa?
Trudno rzeczywiście byłoby zrozumieć, co jej właściwie było.
Śmiertelne bezgraniczne cierpienie ogarnęło jej sercem.
Opuszczona od najwcześniejszego wieku, powierzona opiece obcych, zniosła wszelkiego rodzaju troski, walcząc dzielnie z pokusą, aż do dnia, kiedy wyczerpana i chora upadła ostatecznie, jak biedny wędrownik zmęczony podróżą, w pośród nieprzebytej drogi.
Oddała się pięknemu młodzieńcowi, którego pokochała za jego szlachetne serce, pełne poświęcenia i miłości.
Miała dla niego zaufanie, a przysięgi niewzruszonej miłości kazały jej się domyślać, że ją prawdziwie kocha, że się rozumieją nawzajem.
Co za okrutne rozczarowanie!
I jaki krótki sen jej marzeń!
Trwał niedługo, a i tak nigdy nie był spokojnym i słodkim, gdyż go zatruwała myśl hańby, a tem samem i upokorzenia dla jej dumy i dziewiczej skromności.
Tak, przebudzenie było straszne!
Człowiek, któremu się oddała, chował pod pozorami światowego eleganta i człowieka honoru, najbrudniejszą duszę. Wyznając jej swe winy z bezwstydnym cynizmem, pozostał obojętnym na nie.
Dziś znała jego życie, a przynajmniej w części, a i tego, co się dowiedziała, dostatecznem było, aby go zaliczyć pomiędzy zbrodniarzy, wysłanych do Cayenny lub Nouméa.
Co za straszna przepaść! A na jej dnie ona nieszczęsna spoczywała! Z tej głębokości nie mogła już wołać ratunku, była bezpowrotnie zgubioną!
Spadłszy do tego stopnia infamji, nie spodziewała się już przebaczenia, ani wydobycia z okrutnych więzów.
Pozostawał jej jedyny środek: sprowadzić na prostą drogę człowieka, któremu się oddała, z którym była związaną na zawsze, podnieść go do swej wysokości, ponieważ i ona zniżyła się do niego.
Ażeby mogła żyć z nim dalej razem, wymagała koniecznie jego skruchy. Otóż i tego nie spodziewała się otrzymać.
Bezwątpienia, iż na chwilę uległ jej prośbom, przyrzekając prowadzić inne życie, zarobić sobie na uczciwe imię, zmazać przeszłość swoją, lecz, pomimo swej wymowy i zręczności w maskowaniu uczuć, nie zdołał wywieść jej w pole.
Kiedy znajdował się przy niej, a od chwili tej rozmowy przychodził często, chociaż na krótko, jak człowiek obarczony licznemi zajęciami, słuchając jego przekonywającego głosu, powtarzającego bez przerwy dane jej obietnice, cichły na ten czas jej obawy. Poddając się słodkiej nadziei prawdy, zaczynała wierzyć jego słowom. Lecz jak tylko się oddalił, obawa jej wzmagała się ze zdwojoną siłą i to co raz bardziej z dniem każdym.
Nie mówiła jednak o tem nikomu. Zamknęła je w sobie jak śmiertelną truciznę, bojąc się, aby nie zrobiła krzywdy nikomu.
Oprócz tego myśl o matce zatruwała jej każdą chwilę.
Nieustannie stawała jej przed oczy jej piękna postać, o twarzy bólem wykrzywionej, z rękami wyciągniętemi ku niej. A w uszach brzmiał jeszcze rozdzierający okrzyk:
— Joanno, jestem matką twoją!
Matką, to jest tą, której imię przywoływała tyle razy na usta swoje. Nie miała odwagi zobaczyć jej, drżąc na samą myśl potrzeby wyspowiadania się jej ze swego życia.
To też w obawie, aby jej gdzie nie spotkać na ulicy, zamknęła się w domu, nie pokazując się ludziom.
Kilkakrotnie już odbierała bilecik od nauczyciela Juana, lecz zawsze krótki i zagadkowy.
Zapewniał ją, że się zajmuje żywo jej sprawą i że spodziewa się wkrótce udzielić jej pewnych wiadomości, przy tem zalecał milczenie w swoim własnym interesie.
Bo też właściwie bileciki te miały ten jedyny cel, aby się nie zniecierpliwiła.
Brecheux wolał ją widzieć zdala od Paryża, aż do dnia ślubu, który się szybko zbliżał. Ukazanie się jej zawczesne mogło mu popsuć plany.
Joanna przeczuwała w podobnem postępowaniu nową podłość, lecz pozostała niewzruszoną. Czytając obojętnie każdy list, darła i rzucała go w ogień.
Jej umysł, zwykle żywy, doznał pewnego wstrząśnienia, od ostatnich przejść. Przyszłości oczekiwała z zupełną obojętnością, jak skazaniec, oczekujący w osłupieniu na wyrok.
Jedynie stan chorej Periny był w stanie ją wywieść z odrętwienia. Z każdym dniem traciła ona siły, będąc coraz słabszą, był to znak złowróżbny, iż dni jej są policzone.
Wychudła strasznie; całemi godzinami siedziała w niemem osłupieniu, z oczami, utkwionemi w jeden punkt.
Nadszedł dzień 24 czerwca.
Było to w poniedziałek. Druga godzina właśnie dochodziła, doktór z Ville d’Avroy przychodzący codziennie odwiedzać chorą, wszedł do pokoju.
Joanna z siostrą znajdowały się w pokoju chorej, którego okna otwarte dawały świeżą woń kwiatów i dobrego powietrza.
Obłąkana z trudem poznała doktora.
Marcelina zamieniła z nim spojrzenie, nie wróżące nic dobrego.
— Nie ukrywaj pan prawdy, doktorze! — zawołała Joanna, spostrzegłszy ową niemą wymianę słów.
To też i doktór nie widział potrzeby ukrywania prawdziwego stanu rzeczy.
— Z naszą chorą rzeczywiście nie jest dobrze.
— Zbliża się koniec?
— Obawiam się, iż nastąpić musi wkrótce.
Odpowiadał niejasno, pustemi frazesami, nie chcąc nawet w ostatniej chwili odbierać nadziei.
Bretonka była obdarzoną nadzwyczajną siłą żywotną, zadziwiającą energją, opierającą się tak długiej niemocy... Pomimo tego można się było obawiać wszystkiego, szczęściem dla niej że umierała bez cierpień.
— A czy odzyska zmysły? — zapytała z gorączkową ciekawością Joanna.
Doktór nie mógł jej tego zapewnić... Chociaż zdarzało się nieraz widzieć chorych, przed śmiercią odzyskujących władzę umysłu.
Doktór wypowiadał jej swoje spostrzeżenia szybko i obojętnie, spiesząc do innych chorych, nakoniec pożegnał młodą dziewczynę ukłonem, mówiąc:
— Nie przyjdę więcej, chyba w razie jeżeli pani tego zażąda.
Temi słowy wygłaszał wyrok. Na schodach zaś szepnął do ucha Marcelinie:
— Nie ma żadnej nadziei, nie dożyje jutra.
Nie miał tu już nic więcej do zrobienia.
W chwili kiedy wychodził, jakiś powóz zatrzymał się przed bramą parku.
Wysiedli z niego Juan i jego nauczyciel.
Młody człowiek był w posępnym humorze, jak nieszczęśliwy gracz, stawiający ostatnią stawkę.
Profesor zaś, przeciwnie, wydawał się zadowolony, wesoły, uśmiechnięty. Po raz pierwszy zjawił się w willi Suzaune. Na jego widok Joanna doznała wrażenia wstrętu.
Ta mała, niepozorna figurka, o żywych przenikliwych oczach, wyrafinowanym umyśle i wykrzywionej uśmiechem twarzy, była złym duchem Jana Maurycego. On go wychował i wykształcił, spaczył młodą duszę.
Więc też była pewna, że Jan zna wszelkie popełnione sztuczki i ohydne tajemnice tego przewódcy śmiałej bandy opryszków, bez obawy napadających w biały dzień na ulicach Paryża.
Lecz jednocześnie, czując instynktowny wstręt, pamiętała i o koniecznej potrzebie zachowania milczenia.
Ujrzawszy nowo przybyłych podeszła ku nim blada, z oczyma czerwonemi od łez wylanych, smutna i wzruszona zarazem. Stary profesor rzucał wzrokiem na około, zakreślając linje laską po nad głową na znak, iż miejsce to bardzo mu się podobało.
— Ależ tu ślicznie! — wołał rozpromieniony. — Zdrowe powietrze, drzewa, woda!
A zwracając się do młodej dziewczyny zapytał:
— Dla czego pani taka smutna?
— Nie mogę być inną.
— A, rozumiem — odparł żywo Piotr Brecheux wskazując na swego towarzysza. — Jan opowiedział mi wszystko. Martwisz się pani zdrowiem matki... smutne lecz nieuniknione przejście... musisz się pani pogodzić z losem... Sądzę, że to jest jedyną pani troską, gdyż innej chyba pani nie masz?
Zadając te pytania, mały staruszek świdrował ją oczyma, błyszczącemi jak dwa iskrzące węgle.
Lecz Joanna pozostała niewzruszoną, nie zdradzając się, iż poznała, że stary chciał ją wybadać, czy ich nie podejrzywała w czemkolwiek.
Tym razem myliła się najzupełniej. Stary był ciekawym, czy wiadomość o małżeństwie Jana nie doszła do niej.
Była to jedyna myśl, która go dziś zajmowała i na którą drżał. Wiedział, że Joanna kochała, otóż każda kobieta, kochając, jest zazdrosną i Bóg wie co za myśli mogą jej powstać w głowie pod wpływem zazdrości.
Niebawem został uspokojony pod tym względem, gdyż młoda dziewczyna nie uczyniła najmniejszej wzmianki o mieszkańcach z Chesnay, jak gdyby nie wiedziała o ich istnieniu, co rzeczywiście tak było.
Na chwilę Jan oddalił się do ogrodniczki, z czego Piotr skorzystał, aby pomówić z Joanną.
— Czyś pani otrzymała moje listy? — odezwał się.
— Tak.
— Tego pana Raveneau widziałem i rozmawiałem z nim osobiście.
— Czyż tak? — odparła obojętnie Joanna.
— Jestto osobistość bardzo poważna i nie tak łatwo dojść z nim do porozumienia... pomimo tego udało mi się dowiedzieć kilku szczegółów... Miałaś pani słuszność, mówiąc do mnie...
— Co takiego?
— Że to właśnie pani poszukiwano.
Twarz młodej dziewczyny pozostała pomimo tych słów tak poważna, jak gdyby nie o nią tu chodziło.
Piotr patrzył na nią ze zdumieniem, mówiąc dalej, aby dowiedzieć, się co za przyczyna jest powodem jej obojętności.
— Czyżby to panią nie cieszyło, że możesz odzyskać matkę?...
— W tej chwili myślę o tem, że mam utracić tę, do której się przywiązałam.
— Tamta żyje... i zastąpi tę, którą tracisz. Miej nadzieję pani, tajemnica jej urodzenia wkrótce da się rozjaśnić, a nawet mogę dziś dać pani tę nadzieję... Matka pani musi być bardzo bogata... i wysokie stanowisko zajmuje. A Jan, czy nie wie o tej całej historji.
— Nie.
— Nie wspominałaś o tem ani słowa?
— A przecież to sam pan zalecił mi postąpić w ten sposób.
— Będzie to dla niego wielką niespodzianką.
— Kiedy?
— Kiedy się dowie o tak niespodziewanej zmianie.
— Czy tak pan sądzi?
— Trzeba mu tę radość sprawić.
— Zostawiam to do pańskiego uznania.
Odpowiadała z niechęcią i znużeniem istoty, która nie widzi dla siebie ratunku, ani pociechy żadnej, a spostrzegłszy niespokojny i nieufny wzrok starego, skierowany na nią, odparła, wskazując ręką ku domowi:
— Tam jest śmierć w pobliżu. Jakże pan możesz żądać, abym myślała o czem innem!
Chciała odwrócić jego uwagę i pomimo przebiegłości starego udało jej się to najzupełniej, gdyż nauczyciel pomyślał:
— Ona niczego się nie domyśla.
Jan-Maurycy zbliżył się do nich. Podał ramię młodej dziewczynie, oddaliwszy się po za klomb drzew.
— Dowiedziałem się od Marceliny, że nie ma żadnej nadziei co do zdrowia matki, — odezwał się. — Za kilka dni zostaniesz wolną...
— Niestety!
— Z mej strony postaram się o to samo, a wtedy wyjedziemy.
— Jeżeli chcesz tego?...
— W tej chwili zmuszony jestem cię opuścić.
— Już?
— Tak być musi.
— Gdzie idziesz?
— Na ulicę Bossano.
— Ah! — zawołała z przerażeniem, które nie uszło uwagi Juana.
— Nie obawiaj się niczego... za kilka dni będziemy ztąd daleko... po za szerokim Oceanem... Przez ten czas mam mnóstwo interesów do uregulowania... Cokolwiek bądź byś usłyszała o mnie, bądź spokojną... o tobie jednej tylko myślę i... i o naszej przyszłości... Jest to sprawa kilku dni najwyżej... trzech lub czterech...
— Przez ten czas się nie zobaczymy?
— Nie... a może wkrótce...
Nic nie odpowiedziała, lecz po chwili, idąc obok niego, zapytała:
— A gdyby stało się jakie nieszczęście!...
— Co za nieszczęście? — zapytał zdumiony.
— Śmierć tej biednej kobiety!...
Nie pomyślał nawet o tem, to też chmura niezadowolenia osiadła mu na twarzy.
— Tak szybko! — odparł. — Miejmy nadzieję, że to się jeszcze przeciągnie parę dni dłużej... lekarze często się mylą... Przyślę kogo... lub napisz do mnie... a najlepiej wyślij depeszę...
— Na ulice Bossano?
— Tak.
Szli w milczeniu dalej, oboje zakłopotani.
Młody człowiek ucałował ją przed tem, nim się zbliżyli do Piotra, pomimo tego widocznem było, iż pozostał w niehumorze.
Za chwilę wsiadł napowrót do powozu, a Joanna, idąc zwolna ku domowi, rozmyślała:
— Dla czego jeden i drugi chcą mnie zwieść?
Hotel Colombey jaśniał rzęsistem światłem.
Sznur eleganckich i zbytkownych powozów, zdaleka błyszczących swym blaskiem, ciągnął się, zalegając ulicę Combon aż do samych bulwarów. Policja pilnowała porządku, jak przy oficjalnych zabawach, a zaciekawieni przechodnie pytali, kto wydawał świetną zabawę.
Mieszkańcy okoliczni ciekawie stali w oknach, z zazdrością patrząc na szczęśliwych wybranych, kolejno znikających we wspaniale ubranych dywanami drzwiach wchodowych.
Zapytywani odpowiadali:
— To mała Saint-Clair wychodzi za mąż! Dziś podpisują intercyzę... Piękny posag!...
— Ile naprzykład?
— Mówią o miljonach... o dwóch... czy trzech...
Z niechęcią wymawiano nazwisko radcy. O ile stary bankier był lubiany i popularny u sąsiadów, o tyle Maurycy Colombey był im antypatyczny ze swojem wymuszonem obejściem, dumą i wyniosłością, z jaką spoglądał na ludzi, z wysokości swego poważnego stanowiska.
Gdyby chociaż kiedykolwiek pomógł komu lub zaopatrzył kieszeń biedaka. Lecz ten, oprócz Klary Boisse, nie protegował ani dopomagał nikomu. Nawet służba mówiła o nim, że nie łatwo wydobyć grosza z niego. Umiał tylko doskonałe liczyć, wiedząc, jak obracać kapitałami, aby największy otrzymać procent.
Słowem był to idealny typ obrzydłego egoisty, doskonale żywionego, obsłużonego, wytwornie ubranego, nie odmawiającego sobie niczego, ale odmawiającego za to wszystkiego innym. Nie miał przyjaciół, lecz gdyby ich miał, to chyba jakimś cudem.
Przedsionek pałacu zapełniony był wspaniałemi kwiatami, schody zdobiły olbrzymie krzewy zielonych roślin, jak przy ołtarzach na Boże Ciało.
Salony nęciły miłym zapachem kwiatów, tysiącem świateł w kryształowych świecznikach, mieniących się różnobarwnemi kolorami tęczy. Olbrzymie zwierciadła, umieszczone na obydwóch końcach salonów, sprawiały wrażenie nieskończenie długiej galerji.
Ma się rozumieć, że był tu cały klan rodziny Colombey’ów zebrany, z ojcem i synem Durivel, oraz wszystkiemi ciociami i wujaszkami.
Po skończeniu kontraktu spodziewano się potańczyć kilka godzin.
W jadalnej sali wspaniale zastawiony bufet nęcił oko cudami gastronomicznemi, drób i zwierzyna, pasztety, lody i ciasta, wina najrozmaitszego gatunku, tokay, reńskie, burgundzkie, stare bordeaux i mussujący szampan, oczekiwały na apetyt zaproszonych gości.
Wszyscy dygnitarze, ministrowie i urzędnicy stawili się przed gospodarzami i przyszłemi małżonkami w dowód wielkiego szacunku i sympatji.
Radca miał tylko jedną córkę, przyszły małżonek był zatem otoczony uwielbieniem pełnem zazdrości.
Wujaszek Tonton krążył około bufetu jak wilk zgłodniały, łykając ślinkę na widok tylu przysmaków, z niecierpliwością oczekując na początek festynu.
Młody Durivel wskazał go palcem komendantowi Briard, za co ciocia Sydonja gniewnie zmarszczyła swoje brwi olimpijskie.
Anzelm Durivel, handlarz skór — niepoprawny Gaston nazywał go pompatycznie kirasjerem — śmiał się, czerwony jak rak.
Lecz student z dziewiątego kursu miał jeszcze innych krewnych, z którymi się nie załatwił. Zadziwiony nieobecnością Fernanda, wołał wielkim głosem do każdego, czy nie wie powodu, dla którego szanowny kuzyn nie jest razem z innymi w dniu tak uroczystym?
Regent Durivel nie był czynnym co prawda, z wielkiem swojem zmartwieniem, ale za to dopomagał gorliwie koledze.
Napróżno jednak Gaston nawoływał Fernanda, był on nieobecnym, a od przeszło trzech tygodni nie pokazał się w rodzinie i nikt nie wiedział, gdzie przebywał.
Gaston utrzymywał przed komendantem Briard, że Fernand musiał się schronić do klasztoru kartuzów lub trapistów, i pod wpływem rozpaczy musiał już wypełnić śluby zakonne.
Lecz pomimo swej paplaniny, nie udało mu się rozśmieszyć komendanta, który był dziś w okropnym humorze, klął na czem świat stoi i gryzł z wściekłością wąsy.
— Przeklęte małżeństwo! Co za myśl, do tysiąca fur beczek! Czy brak mężów w Paryżu, do djabła! Co za głupota szukać ich w antypodach, do starego licha!
Michał Saint-Clair myślał prawie to samo co i komendant Briard, lecz nie śmiał się z tem odezwać. A przy tem wdzięk narzeczonej i jej ukontentowanie uspokajały go cokolwiek.
Zresztą mógł być dumnym z przyszłego wnuka. Bo chociaż przyszły małżonek Blanki wzbudzał niechęć przez to, że mu zazdroszczono szczęścia, jednakże w równej mierze wzbudzał także powszechne uwielbienie jako piękny młodzieniec.
Na pozór obdarzony był wszystkiem, czego mógł tylko zapragnąć.
Był pięknym, silnym, młodym, bogatym i z uczciwej rodziny.
Nie miał rodziców, jedynymi świadkami było dwóch urzędników z poselstwa Stanów Zjednoczonych, dwóch wykwintnych dżentlemenów.
Przyjaciół nie miał, prócz starego profesora, nieśmiałego mędrca, co zaledwie dla tak ważnej uroczystości zdecydował się na rozstanie z ukochanemi książkami. Oryginalnie wyglądał stary uczony w swym długim surducie, którego poły biły o jego chude łydki, w białej kamizelce z ogromnemi kieszeniami, dużym krawatem i brelokami z czasów restauracji.
Niebieskie okulary na nosie wybornie go charakteryzowały i zmieniły do niepoznania, tak iż by go własna matka nie była wstanie poznać.
Żaden ojciec nie opuszcza swego syna w podobnej okoliczności i on też podpisał się na kontrakcie, a nikt nie zwrócił uwagi na jego nieczytelne pismo, jakie zwykle bywa u takich mędrców. Kiedy Juan przedstawił Maurycemu swego opiekuna, tenże skłonił się głęboko, odpowiadając kilkoma niezrozumiałemi frazesami.
Blanka Colombey bladą była ze wzruszenia i szczęścia.
Za to matka jeszcze bardziej była wzruszoną niż ona. Godzina rozłąki miała nastąpić za chwilę. I chociaż szczęśliwy narzeczony przyrzekł nie rozłączyć się z rodziną i zamieszkać w małem Chesnay przez czas miodowych miesięcy, — to jednak nie mogło już być to samo, jak kiedy miała ukochaną córkę obok siebie.
Postanowiono nie wyjeżdżać w podróż poślubną, nie chcąc rozpraszać jedynych wspomnień po obcych stronach i przygodnem mieszkaniu, woleli też schronić swoje szczęście w ustroniu zacisznem, cienistem i pachnącem wonią drzew i kwiatów, rozkwitłych pod bokiem kochających serc.
Doktór Guyon wysoki, barczysty starzec o łagodnym i miłym uśmiechu, o wyrazie twarzy, nacechowanym pobłażliwością dla nędzy i cierpień ludzkości, rozmawiał z matką narzeczonej, która z dumą wskazała mu przyszłego syna.
— Piękna i zdrowa krew, kochana pani! A twarz inteligentna i dumna! Zbudowany jak Apollo! Winszuję!
A schyliwszy się do ucha pani Colombey, zapytał:
— A cóż Fernand?
— Nie mam o nim wiadomości.
— Gdzież on jest?
— Zniknął z horyzontu.
— Jutro nie będzie?
— To bardzo prawdopodobne, chociaż solennie mi obiecał się stawić.
— He! he!.. Musi być zmartwiony! Przecież uwielbiał swoją kuzynkę.
— Czy mówił o tem panu? — zapytała z niepokojem matka.
Poczciwa kobieta pragnęła, aby wszyscy byli zadowoleni z tego małżeństwa.
— Do takich rzeczy nie potrzeba się przyznawać, — odparł doktor. — To pewna, że ją szalenie kochał.
Matylda odpowiedziała ze współczuciem:
— Biedny Fernand!
Około w pół do jedenastej nie można się było przecisnąć przez salony. Nikt z obecnych nie zwracał uwagi na starego profesora, który przechadzał się między tłumem, z ciekawością amatora przyglądając się drogocennym sprzętom, z których każdy był arcydziełem, jedwabne ljońskie obicia pokoi, lampasy starożytne, sztukaterje artystyczne, zegary, marmurowe popiersia i obrazy takich mistrzów, jak Fragonard, Boucher, lub Watteau i tysiące innych cacek zeszłego wieku, zebranych przez bankiera Saint-Clair, zapełniały mieszkanie, z wielkiem zadowoleniem jego zięcia, który lubił się pysznić posiadanemi zbiorami.
Piotr Brecheux ślizgał się jak gadzina z jednego salonu do drugiego, pomiędzy woniejącemi sukniami, o szeroko wyciętych stanikach, które dozwalały podziwiać piękne ramiona, zdobne w niezliczoną ilość pereł i brylantów, gdyż każda z przybyłych tu mieszczanek włożyła swe najpiękniejsze stroje i brylanty.
Jedni drugich chcieli prześcignąć w zbytku, to też wystawa drogocenności familijnych musiała co najmniej przez tydzień być przedmiotem rozpraw rodzinnych.
W jednym z bocznych buduarów wyprawa panny młodej została wystawioną wraz z różnego rodzaju podarkami, koronkami, biżuterją i t. p.
Przyszły małżonek złożył drogocenne dary, gdyż panowie Burlett, Templeton and Comp. wywiązali się ze słowa, jak przystało na uczciwych kupców.
Po obliczeniu, spadek nieszczęśliwego Samuela wydał nadspodziewane rezultaty. Słowem Juan i Piotr Brecheux stali się od razu bogatymi.
Co prawda, to pan profesor słyszał słowa, które go ciekawiły, lecz nie niepokoiły wcale, gdyż dziwiono się powszechnie, że policja nie może trafić na ślad morderców frankfurckiego żyda, na co profesor odpowiadał milczeniem, zaciskając swoje wązkie wargi.
Obecnie przechadzał się również samotny, mrużąc oczy, i od czasu do czasu rzucając spojrzenie w stronę gospodarza, pełne najstraszniejszej nienawiści.
Maurycy Colomboy miał w tej chwili co innego do roboty i nie zajmował się wcale starym profesorem. Jego twarz blada koścista, pomarszczona nie przywiodła mu na pamięć najmniejszego wspomnienia, czemu nawet dziwić się niepodobna, gdyż jego maleńka figurka zniknęła w tłumie czarnych traków i strojnych sukien.
W wielkim salonie Matylda Colombey nie spuszczała oczów z córki, w obawie stracenia drogocennych chwil jej macierzyńskiego panowania, nie rozstawała się z nią ani na chwilę.
Jutro nie należało już do niej! Jutro jej ukochana wypieszczona jedynaczka należeć będzie do tego wysokiego i pięknego młodzieńca, jaśniejącego wdziękiem męzkiej siły i urody, a pana jej przyszłego losu.
Do niego również należeć będą dwa miljony posagu, do niego olśniewająca nadzieja olbrzymiej fortuny, która wcześniej czy później spadnie na jasną główkę dziewczęcia, co w tej chwili ukradkiem patrzy trwożliwie, na swego przyszłego władcę; do niego spłyną miljony bankiera i renta komendanta i część niektórych Durivelów które niby górskie potoki spłyną z czasem i powiększą morze złota, w którem on będzie się mógł kąpać dowoli.
A nadewszystko należeć będzie do niego jasnowłosa dzieweczka, ubrana w bieli, trochę zalękniona tyloma gośćmi w domu, gdzie jej tak dobrze było, służąc im za punkt ciekawości, drżąca i wzruszona tajemniczą radością, której zazdrościły jej przyjaciółki, nie mogąc się napatrzeć na pięknego cudzoziemca.
Od czasu do czasu dostawała pocisk w samo serce, spojrzenia aksamitnych oczów narzeczonego, a wtedy mimowolnym ruchem przyciskała rękę do piersi, jak gdyby pod uczuciem bólu.
Cóżby na to powiedziała dowiedziawszy się, że w tej chwili nawet wszystkie myśli i pragnienia młodzieńca, nie należały do niej a biegły w inną stronę, tam ku drodze do Chasnay, do villi Suzanne?
Piotr Brecheux z rozkoszą śledził wrażenia, kolejno widziane na zachwycającej twarzyczce młodej dziewczyny, która jutro stanie się jego ofiarą.
W chwili gdy orkiestra, ukryta za trybuną w końcu salonu, zaczynała pierwszego walca, profesor obrócił się nagle ku drzwiom. Służący anonsował:
— Pan Admirał de Vitray.
— Pani hrabina de Vitray.
Maurycy pobiegł żywo ku swemu dawnemu koledze.
Dziękuję, żeś przyszedł, — zawołał. — Zkąd przybyłeś?.
— Z Tulonu... i to przed chwilą.
Zamienili kilka słów przyjaznych.
— Oddałeś mi wiele przysług, — mówił marynarz, — to też i ja nie mogę ci odmówić oznaki mojej przyjaźni.
Pani Colombey wzięła Helenę pod rękę. Hrabina, jak zwykle w czarnej sukni, serdecznie ucałowała narzeczoną, składając jej życzenia przyszłego szczęścia, była blada i drżała, mówiąc do niej, gdyż myślała o swej ukochanej córce, będącej prawie w równym wieku z Blanką.
Piotr Brecheux patrzył na nią zdziwiony.
Hrabina była w epoce rozkwitu swej wspaniałej urody. Doznane nieszczęścia otaczały ją aureolą męczeństwa.
Włosy ślicznego koloru gładko uczesane, zdobiły więcej niż najwspanialszy djadem jej gładkie czoło.
Olśniewające białością szyja, ramiona pełne i cudownego kształtu ręce, ślicznie odbijały od czarnego stanika.
Kibić pozostała wspaniałą i zręczną.
Kobieta ta rzeczywiście stworzoną była, aby wzbudzać szalone namiętności, jednem spojrzeniem pociągając magnetycznie ku sobie najbardziej obojętnych.
— Tam do kata! — wołał Gaston do ucha komendanta Briard, — tego jabłuszka miałbyś zapewne ochotę skosztować, kemendancie?
— Cicho, roztrzepańcze!
Zagrano walca i kilka par wysunęło się na środek salonu, a wkrótce było ich tyle, że starsi musieli cofać się do bocznych pokoi i cieplarni, lub podążyli na ochłodę do bufetu.
Blanka Colombey tańczyła powoli, z głową lekko pochyloną na ramieniu przyszłego małżonka.
Ten szeptał jej do ucha czułe choć banalne frazesy, zapowiadające upojenia szczęścia na.... jutro...
Świadkowie tej małej sceny mówili sobie:
— Jak oni się kochają.
Nawet Berta Chamblain, nie odstępująca także swej przyjaciółki, była zupełnie tego samego zdania.
Po walcu Juan zaprowadził narzeczoną do bufetu, podawszy kieliszek szampana w którym umoczyła różowe usteczka.
W bufecie było pełno gości.
Wujaszek Tonton, siedział przy małym stoliku z serwetą na szyi, zapominając o troskach codziennych przy olbrzymim pasztecie z truflami, zaś na około jego talerza pięć kieliszków, napełnionych najlepszem winem, tworzyło półkole.
Na progu jadalnej sali ciotka Sydonja, urodzona des Moranges, patrzyła z pogardą na nienasyconego żarłoka, a młody Gaston, przechodząc około wujaszka, zawołał:
— Życzę dobrego apetytu wujaszku Tonton, a może wujaszek zostawi cokolwiek dla mnie?
W rogu cieplarni, markiza de Saint-Béran siedziała sama z admirałem w tem samem miejscu, gdzie po swoim przyjeździe do Paryża ujrzał Helenę która uciekła na jego widok.
— Zatem — mówiła stara dama, — masz nadzieję, admirale?
— Więcej niżeli nadzieję, bo zupełną pewność.
— Pan Raveneau odnalazł...
— Nie... przez szczególny fatalizm nie mógł on nawet odnaleść woźnicy, który zawiózł nieszczęśliwe kobiety na nowe miejsce zamieszkania... Wszystkie usiłowania pozostały bez skutku...
— A zatem?...
— Tak było, gdy w Tulonie otrzymałem tajemnicze zawiadomienie. Przeczytaj pani. Podał starej przyjaciół ce depeszę.
Depesza zawierała te słowa:
„Jeżeli admirał de Vitray zechce się znaleść na przyjęciu danem w dniu spisania intercyzy ślubnej panny Colombey, to pewien nieznajomy odkryje mu tajemnicę, którą napróżno sili się do tej pory poznać, ale uczyni to jedynie wzamian, za oddanie również pewnej przysługi!!
— Więc dla tego przyjechałeś admirale?
— Natychmiast.
— I szukasz nieznajomego?
— To jest oczekuję z niecierpliwością.
Właśnie w tej samej chwili mały szczupły pochylony, w niebieskich okularach, staruszek zbliżył się do admirała, mówiąc:
— Pan de Vitray?
— Tak jest.
— Czy zechcesz pan udzielić mi paru chwil rozmowy?
— Jestem na pańskie rozkazy.
— Czy pani markiza pozwoli?
— Ależ naturalnie.
Staruszka patrzyła ciekawie na małego człowieka, dziwacznie skurczonego, nie wiedząc, co sądzić o nim, a którego, cała postać przypomniała jej fantastyczne osobistości z powieści Hoffmana.
Człowieczkiem tym był Piotr Brecheux. Po chwili stara markiza oddaliła się w stronę salonów, podczas kiedy Piotr z hrabią poszli w głąb cieplarni.
Admirał zrobił ręką ruch, dający poznać nieznajomemu, aby mówił.
Ruch ten był nakazujący, lecz bynajmniej nie onieśmielił staruszka, obejrzał się on tylko, zajrzał po za krzewy zielonych roślin, chcąc się zapewnić, czy nie ma jakiego szpiega i zaczął w te słowa:
— Czy pan otrzymał telegram w Tulonie?
— Oto jest.
— To ja właśnie posłałem go do pana.
— Domyślałem się tego. W jakim celu?...
— Aby panu zaproponować wymianę przysługi.
Admirał się skłonił.
— Poszukujesz pan młodej dziewczyny... — odezwał się Brecheux.
— Poleciłem panu Raveneau odszukanie pewnej wdowy z moich stron... Jestem bretończykiem.
— Wiem o tem... wdowa nazywa się Yaudet.
— O tem możesz pan wiedzieć z dzienników.
— Rzeczywiście, z nich to się o tem dowiedziałem; lecz jeżeli pan poszukujesz wdowy, to tylko dla tego, aby odnaleźć dziecko kiedyś jej powierzone przez pana... o bardzo dawno temu...
— Kto pana o tem powiedział?
— To do rzeczy nie należy... Dziecko to, dziewczynka ma dziś lat dwadzieścia... na imię jej Joanna...
— To wszystko prawda. Lecz do czego to prowadzi?...
— W zamian za usługę oddaną dla mnie...
— Jakiego rodzaju przysługi żądasz pan odemnie?
— Zaraz postaram się wytłumaczyć, najpierw nie chodzi tu o pieniądze...
— A!
— Zapewne, sądziłeś pan, otrzymawszy telegram, iż chodzi tu o odkrycie panu pewnych wiadomości za pieniądze.
— Nie ukrywam tego... Podobna myśl przeszła mi rzeczywiście przez głowę... a zresztą, jestem w każdej chwili gotów spełnić największą ofiarę...
Staruszek zatrzymał admirała szlachetnym gestem.
— Ale cóż znowu, admirale! — zawołał. — Sądzisz mnie pan fałszywie... wstydziłbym się uciekać do takich środków...
— Zatem więc?...
— Chodzi o to, że ja i pan, admirale, jesteśmy w jednakowym wypadku...
— My obydwaj?... Czy to podobna?
— Zaraz panu wytłumaczę... Szukasz pan dziecka, które kiedyś poświęciłeś wskutek uczuć o których mówić nie chcę... Ja znów znam syna którego pewien magnat w okrutnym egoizmie odepchnął od siebie, przez podłe wyrachowanie i okrucieństwo serca...
— W takim celu?
Każde słowo Piotra, raniło jak ostrze sztyletu.
— To moja rzecz... — odparł — a może czynił to dla dobra ludzkości...
Admirał zawahał się.
— Nie chciałbym się mieszać...
— Możesz pan się cofnąć jeszcze.
— Kończ pan, — odparł admirał z niecierpliwością. — Czego pan wymagasz?...
— Zaraz. Najpierw musisz mi pan dać słowo honoru, nic więcej od pana nie wymagam, że to czego się pan odemnie dowiesz, nie powiesz nikomu do godziny pierwszej jutro.
— Dla czegóż takie zastrzeżenie?
— Ponieważ tak mi się podoba...
— Lecz czy to jest słusznem?...
— Przyjmujesz pan?
— Ponieważ tak potrzeba.
Młody człowiek, o którym wspomniałem wyżej, może się znaleść w bardzo przykrem położeniu, wskutek okoliczności, które pan zrozumiesz, to jest które dziać się będą w pańskich oczach...
— W moich oczach?
— Nie będąc w mocy ani ich uprzedzić ani temu przeszkodzić...
— To dziwne!
— A jednak tak się stanie. Otóż proszę abyś mi przyrzekł admirale, że ktokolwiek będzie tym młodzieńcem, i w jakiejkolwiek sytuacji będzie się znajdował, abyś mu pan dopomógł wszelkiemi sposobami, które są w pańskiej mocy — nie chodzi tu również o pieniądze. Jest to człowiek bogaty nic od pana nie potrzebuje. Usiłowania które poweźmiesz dla niego nie mogą w niczem uwłaszczyć twojej czci honorowi admirale...
— Czy to już wszystko?
— Prawie...
Mały staruszek wyjął z kieszeni szarą kopertę, dosyć grubą, która musiała zawierać dosyć dużą plikę papierów.
— Oto, dodał, dokumenty, które wyjaśnią węzły pokrewieństwa istniejące pomiędzy młodym człowiekiem, a znaną pewną bardzo poważną osobistością.
— Mnie znaną?
— Tak panu, czyż nie uprzedziłem cię o tem admirale.
— Cóż dalej?
— W tej kopercie znajduje się akt urodzenia młodzieńca, listy jego matki i pewne przestrogi dane przez nią synowi.
— Następnie.
— Jest również adres i nazwisko jego, mieszkania w Paryżu.
— Czyś pan skończył?
— Skończyłem. Otóż uczynisz pan tę przysługę nie mnie, lecz dla kogoś trzeciego, którego pan jutro poznasz...
— Chodzi o to, abym pomagał?...
— Ze wszystkich sił pańskich... w przypadku w jakim się znajdzie, jakby tu chodziło o pana samego, panie admirale... a przede wszystkiem...
— Oddać mu te papiery?
— Tylko jemu... Zresztą mam ich kopje... Gdyby przypadkiem nie doszły do niego, lub zostały zniszczone, to i tak otrzymałby je z drugiej strony...
Była to groźba, nie uszła też uwag admirała, który uważniej zaczął śledzić nieznajomego.
— Lecz dla czego nie zrobisz pan sam tego? — zapytał.
Piotr Brecheux wzruszył ramionami.
— Rzeczywiście mógłbym to uczynić lecz jeżelibym chciał to zrobić, w takim razie nie udawałbym się z tem do pana.
Odpowiedź była przekonywająca.
Admirał skinął głową, mówiąc:
— To prawda.
— Nakoniec pod żadnym pozorem nie otworzysz pan koperty przed godziną pierwszą po południu, jak już mówiliśmy o tem.
— Jutro.
— Jutro i dasz mi pan na to słowo honoru.
— Daję panu moje słowo.
Piotr wyjął z kieszeni drugą kopertę.
— Ta zawiera wiadomość o wiadomej panu młodej dziewczynie. List ten zaadresowanym jest do pana. Proszę przeczytać: Do admirała de Vitray. Dowiesz się pan z listu tego wszystkiego, co się tyczy dziecka pani hrabiny de Vitray.
— Kto panu o tem powiedział?
Mały człowieczek milczał.
— Wiem, to dosyć. List ten możesz pan otworzyć jutro o dziewiątej rano, lecz nie wcześniej.
— Dla czego taki termin?
Jest on niezbędnym do spełnienia moich zamiarów.
— Przynajmniej jesteś pan szczerym.
— Któż może mi zabronić? Wszystko co panu mogę powiedzieć jest to, że całe moje plany i zamiary nie mogą w niczem szkodzić młodej dziewczynie, ani panu... a może nawet przeciwnie... Cóż pan chcesz więcej? Oprócz tego list zawiera również pewne szczegóły, dotyczące jej młodości, oraz obecnego stanu rzeczy...
— Czy ona jest daleko od Paryża?
— Za kilka minut możesz pan być przy niej.
— A wdowa?
— Mieszka z nią razem.
— Czy to już wszystko?
— Wszystko. Godzina napisaną jest na każdej z kopert dla uniknięcia pomyłki... Ah! jeszcze jedno słowo...
— Co takiego?
— Nie wyjawisz pan nikomu, kto ci powierzył te papiery?
— Nawet adresatowi?
— Nadewszystko.
— Dobrze. Więcej nie żądasz pan niczego?
— Niczego.
Możesz pan żądać... gdyż mi wyświadczasz przysługę wielkiej wagi...
— Jednakże tylko przypadek dał mi poznać prawdę, którą powierzyłem panu.
— Czy nie dowiem się przynajmniej pańskiego nazwiska?
— A to na co? Nie ma ono najmniejszego znaczenia... Należy do biednego starego nauczyciela, na którego nikt nie zwraca uwagi. Z takimi ludźmi jak ja nie można się liczyć... Żegnam cię admirale!...
— Czy się już nie zobaczymy.
— Owszem.
— Kiedy?
— Zapewne jutro, lecz nie będę miał nic więcej do powiedzenia panu.
— Zatem żegnam pana.
Obadwaj skierowali się ku wyjściu, przed tem jednak odezwał się jeszcze raz stary:
— Mam słowo pańskie?
Marynarz skinął głową.
Piotr zniknął w tłumie, a po kilku minutach zatrzymał się w głębi wielkiego salonu, ztamtąd patrzył na rozbawionych tańcem, muzyką i winem gości i na rozpromienionego radcę, w sztywno ukrochmalonym kołnierzyku, z faworytami, okalającymi jego twarz poważnego urzędnika, o zaciśniętych ustach i surowem spojrzeniu.
Admirał zbliżył się do pani Colombey i ukłonił się. Następnie uścisnął rękę Maurycemu, który mu odpowiedział z uśmiechem:
— Do jutra!
Nauczyciel usłyszał zaproszenie, roześmiał się złowrogo i powtórzył jak echo słowo, powtórzone również przez Juana do swej narzeczonej:
— Tak, jutro! jutro!
Pan de Vitray siedział w powozie obok ukochanej kobiety, która wzbudzała w nim szalone żądze... i również myślał o jutrze...
A kiedy żegnał hrabinę na progu jej pokoju, wziął jej obie ręce w swe dłonie, uścisnął lekko i szepnął wzruszonym głosem:
— Miej nadzieję... Do jutra!
Najlepsze wyścigowe konie są te, co mają ogień w sobie, śmiało przeskakują przeszkody, nie bacząc, że mogą połamać kości.
Moralnie Piotr Brecheux był takim dzielnym wyścigowcem.
W tem niepozornem i wątłem ciele, znajdowała się siła i niepojęta moc woli i hartu duszy, zrobionej na inną miarę.
Przeszkód nigdy się nie lękał, gdyż naprzód je mierzył i rachował się z siłami i ich skutkami.
Był to dzielny człowiek, lecz człowiek niebezpieczny i zły, pijany dziką namiętnością, po za którą nie miał żadnego innego celu... swoją zemstą do której dążył, mimo napotykanych przeszkód.
W chwili swej rozmowy z admirałem de Vitray, blizkim już był dopięcia celu. Jeszcze kilka godzin, a przepaść, którą wykopał do woli pod wspaniałym gmachem dumnego bogacza, miała pochłonąć wszystkich i sprawić niepowetowane szkody. Umknął też po cichu, zamieszał się w tłumie, rzucił ostatni raz nienawistnym wzrokiem na otaczające go bogactwa, wyszedł do sieni i zniknął.
Dostawszy się na ulicę, odetchnął głęboko i skierował kroki na ulicę Bassano.
Potrzebował zastanowić się i uporządkować myśli.
Wkrótce znalazł się na placu Zgody.
Pola Elizejskie błyszczały oślepiającem światłem gazu, wieńcem idącego wzdłuż kawiarni.
Hałaśliwa muzyka ogłuszała z daleka.
Z ogrodów na Polu Marsowem podnosiła się łuna jak od pożaru, a w górze, na trzysta metrów od ziemi, wieża Eiffel rzucała jasną gamę różnokolorowych ogni.
Piotr szedł między tym hałasem i blaskiem, wcale na to nie uważając, zajęty jedynie myślą, która go nigdy nie opuszczała i dla której jedynie żył.
Aż nagle znalazł się w ciszy i ciemności. Gazowe wieńce, różnobarwne światła wież naraz pogasły.
Szedł dalej w zamyśleniu i w przeddzień tak ważnej bitwy mimowolnie doznawał dreszczy.
Od dziś wszystkie szanse miał po za sobą, a jednak obawiał się, czy wyjdzie z walki zwycięzko.
Wściekła radość ogarniała go na myśl zdeptania swej ofiary.
A podpis jego, podpis Piotra Breckeux widniał na kontrakcie Blanki Colombey, dziedziczki miljonowej, jedynaczki! Ona to zaślubiała Juana, którego umieścił naumyślnie obok niej, aby ją zgubić, a tem samem zagłębić miecz zatraty w piersi przeciwnika. Lecz oprócz niego zabijał także istotę, którą także powinien kochać, bronić i uchronić przed nichezpieczeństwem! Zabijał również Juana, Juana-Maurycego, syna Róży Bertot, a swego wychowanka, nieledwie syna. Od tylu lat żyli razem, nie rozstając się prawie ani chwilą, a jednak jego właśnie poświęcał dla nasycenia swej zjadliwej zemsty. Uderzając w ojca, rzucał w przepaść syna. Syna i towarzysza... swego Jasia...
Był to jedyny wyrzut i niepokój, który powstawał w tej spaczonej duszy, innego nie znał nigdy.
Lecz nakoniec ojciec posiadał miljony, był zatem wszechpotężnym... Od niego zatem zależeć będzie ocalenie syna!
Radość tryumfu głuszyła u tego potwora wszelkie inne uczucia.
Idąc wspaniałą ulicą pól Elizejskich ku domowi, hardo trzymał głowę do góry.
Dawno już minął ten czas, kiedy to biedny syn zrujnowanego i zlicytowanego wieśniaka szedł na bulwar Kapucynów, błagać dla swych rodziców miljonera bez serca, który kazał go wyrzucić za drzwi.
Dalekiemi były te czasy kiedy chciał poruszyć wymownemi argumentami, ten kawał złota, na to tylko, aby być wypchniętym przez olbrzymiego draba na środek ulicy.
Daleko również były te chwile, kiedy szedł z trudem z powrotem do Bayeux, kalecząc bose nogi po złej drodze, nie mając za co odbyć inaczej podróży, ponieważ także podobało się mieszczańskiemu nababowi nie dać mu natychmiast posłuchania.
Role zostały zamienione. Wąż podniósł głowę i ukąsił bogacza w nogę.
A no, zobaczymy jutro!
Maleńki Brecheux napawał się naprzód ździwieniem Maurycego, kiedy poczuwszy ból, pozna twarz nieprzyjaciela.
Dla tego jednego celu zapomniał o wszystkiem, o popełnionych zbrodniach i o zbrodni poświęcenia młodzieńca w takim celu. Niepohamowana zemsta i nienawiść głuszyła wszystko, była jedynym celem i wszelkie środki wiodące ku niej, uważał za dobre.
Zgnieść tego impertynenta, podeptać i znieważyć rzucić mu swoją wściekłość w oczy, było najwyższą radością i niezrównanym szczęściem dla Piotra, a jego małe, zeschłe i zawiędłe ciało drgało huraganem wściekłej złości.
Jutro! jutro!
W oczekiwaniu Piotr oddychał świeżem powietrzem nocy, pod rozłożystemi lipami i kasztanami pól.
Wszystko miał przygotowane.
To też uśmiechał się jadowicie, a fosforyczne blaski przechodziły mu w źrenicach.
Wiedział, jak się zabrać do dzieła. Od kilku dni miał już na myśli ostateczne wykonanie planu, a nawet w przypuszczeniu nieudania się tej kombinacji, trzymał w pogotowiu jeszcze inną.
Gdy powrócił do domu, Will spał spokojnie na wielkiej sofie w sieni.
Nauczyciel musiał użyć siły aby go przebudzić. Anglik przeciągnął się ociężale, szeroko otworzył oczy popatrzył na profesora i dopiero odezwał się.
— To pan?
— Spałeś?
— Miałem okropny sen — odparł sługa, przecierając oczy. — Widziałem szubienicę... Newgate...
— Głupcze!
— Dziękuję.
— Spakowałeś rzeczy?
Will zaczął się śmiać.
— Ma się rozumieć, — odparł, — zrobiłem to w kilka minut... Nie mamy wielkiego gospodarstwa! Więc to już na pewno uciekamy ztąd jutro?...
— Na pewno.
— Kurjerem?
— O w pół do drugiej. Tamci są także w drodze.
— Lepiej nawet... bo pewno przybyli już do Hawru, a może wsiedli na statek w Southampton. Pan młody zostanie sam w Paryżu?...
— Przez kilka dni...
Piotr udał się do swego pokoju, zamknął drzwi na klucz, lecz nie mógł zasnąć.
Po dwunastej zajechał powóz przed bramę hotelu. Powracał Juan.
— Biedny Jasio! — szepnął stary nauczyciel. Pomimo to ani na jotę nie zmienił postanowienia.
Nazajutrz wczesnym rankiem, podczas, kiedy Jan spał jeszcze, drzwi hotelu otworzyły się i wyszedł z nich na ulicę profesor.
Doszedł do Pól Elizejskich. Kilka pustych powozów jechało powoli, oczekując na rannych pasażerów.
Piotr dał znak jednemu z nich, który się zbliżył do chodnika. Wiadomo każdemu jakie były wygórowane żądania woźniców paryzkich podczas błogosławionej uroczystości stulecia.
— Daję dwa luidory za kurs do Vaucresson, odezwał się klijent.
— Dokąd?
— Do Vaucresson.
— Do Vaucresson? powtórzył drwiąco woźnica, dla czegóżby nie do Rouen naprzykład? Dwa luidory za taki kurs! Za mało!
Zaczęli się targować, ostatecznie za trzy luidory i suty napiwek pan woźnica raczył się zgodzić na zawiezienie pasażera.
Piotr dałby trzy razy tyle raczej, byleby tylko nie pozostać na koszu. Trudno jest domyśleć się prawdy, zatem woźnica się sam oszukał.
Około dziewiątej zatrzymali się na drodze, która idzie do Roquencourt i prowadzi do willi Suzanne. Za pewnym naddatkiem woźnica poszedł oddać ogrodnikowi list, przeznaczony dla jego lokatorki, adresowany ciężką i niewprawną ręką;
A pod spodem w poprzek koperty jeszcze gorzej napisano: „bardzo pilne“.
Woźnica miał jeszcze poleconem zapytać się czy Joanna jest w domu, na co zgodną otrzymał odpowiedź, powrócił więc do fiakra, zaciął konia i napowrót puszczono się w drogę z powrotem do Paryża.
Siedzący w powozie dawny współpracownik liceum w Coreu zacierał z radości ręce.
Zastawił taką wędkę, iż z pewnością musiała się w nią ryba złapać.
Admirał dał słowo honoru nie otworzenia przed godziną, oznaczoną terminem, koperty, w której znajdował się klucz do tajemnicy, od tak dawna poszukiwanej i niezbadanej.
Pokusa była silną, a w obecnych czasach ze słowa nie wiele sobie ludzie robią, o czem mógłby nas zapewnić nie jeden szlachcic kończącego się wieku.
Dla człowieka honoru, jest to jednak nieprzeparta granica.
Piotr Brecheux wiedział, do kogo ma się udać bo dzielny marynarz, gdyby nawet naraził własne życie, jeszczeby nie ruszył koperty leżącej przed nim za to ubiegające minuty liczył z gorączkową niecierpliwością.
Wskazówki na zegarze poruszały się z rozpaczliwą powolnością.
Tak upłynęła noc, nie przyniósłszy ani minuty snu na znużone powieki.
Około piątej zrana przeszła po nad Paryżem burza, skrapiając spragnione miasto odświeżając powietrze i zmywając kurz uliczny do miejskich kanałów.
Kiedy pan de Vitray się obudził, na wypogodzonem niebie ostatnie białe chmurki uciekały jak stado spłoszonych owiec, gnane wichrem południa.
Marynarz zaczął liczyć teraz minuty.
Godzina się też zbliżała, zegar wydzwonił ósmą rano, następnie w pół do dziewiątej.
W tej chwili Brecheux jechał od dawna do Vaucresson.
Służący admirała, stary wyga, od dwudziestu pięciu lat będący na jego służbie, zastukał do drzwi swego pana, mówiąc:
— Jakiś człowiek chce koniecznie widzieć się z panem.
— Jak się nazywa?
— Barrois.
Admirał przeszedł natychmiast do salonu. Barrois był agentem pana Raveneau. Na widok admirała ukłonił się po wojskowemu.
— Mamy trochę nowin, panie admirale — odezwał się do niego.
— Tak? — odparł pan de Vitray.
— Raveneau od rana wysłał mnie tutaj i chociaż rozumiem, jak musisz pan być z nas niekontent, lecz to nie nasza wina. W naszem zajęciu są pewne niemiłe niespodzianki.
— Nie obwiniam nikogo mój przyjacielu.
— Ja sam siebie obwiniam, panie admirale... Jestem upokorzony... zawstydzony nawet... Szukamy trzech kobiet, z których jedna jest obłąkaną a druga dzieckiem... zdaje się, że to rzecz bagatelna... prosta, zależy tylko, aby odnaleźć fiakra, który zawoził trzy kokobiety z ulicy des Temnes do ich obecnego mieszkania. Fiakr ten ma numer 9342...
— Zkąd pan się tem dowiedziałeś?
— Zapytywałem wszystkie inne numery, admirale... i żaden z nich nie woził tego dnia trzech podobnych kobiet... Otóż powożący numerem 9342 umarł trzy tygodnie temu w szpitalu w Beaujon...
— Ten już nie mógł chyba udzielić panu objaśnień, kiedy został pogrzebany...
— Pan admirał żartuje.
— Mogę panu zaręczyć, że nie mam do tego najmniejszej nawet ochoty...
— Biedaczysko rzeczywiście nic nam nie powiedział, ale my i tak wiemy dla czego musieliśmy zostać na pół drogi...
— No, cóż tam pan wiesz takiego?
— Wiadoma nam panienka zrobiła pewną znajomość...
Ponury wzrok marynarza ostrzegł agenta, iż stanęli na palącym gruncie.
— Chciałem mówić — odparł Barrois — iż panienka znalazła protektora... Otóż jegomość ten zakopał ją, nie wiem dla czego, w głębokiej i bezludnej wiosce w okolicach Paryża....
— Gdzieżeś pan się o tem dowiedział?...
— Mój Boże, panie admirale, nie mogę niestety pochwalić się swojem dziełem, gdyż przypadek jedynie przyszedł mi tutaj z pomocą. Muszę więc najpierw zacząć od tego, że jestem żonatym...
— Dobrze.
— Moja żona ma przyjaciółkę, której sprzyja szczęście...
— Jakto?
— Wyszła za doktora...
Admirał spojrzał na zegarek i zrobił minę pełną rezygnacji.
— Czy panu się spieszy? — zapytał Barrois.
— Nie..., to jest mam czas do w pół do dziesiątej...
— Czy to z powodu ślubu panny Colombey?...
— Z powodu ślubu i z powodu innej jeszcze przyczyny...
— Sute weselisko, takiego nie widzi się często, admirale... Nie mało miljonów w sperandzie...
— Mówmy dalej...
— Wczoraj wieczorem moja żona pojechała odwiedzić przyjaciółkę... Mieszka ona w Ville d’Avray. Doktora nie było w domu i obie kobieciny gawędziły sobie... naturalnie...
Nieraz, rozgniewany swojem bezowocnem poszukiwaniem, przeklinałem głośno wdowę Yaudet i żona wtedy słyszała kilkakrotnie jej nazwisko... Po jakimś czasie doktorowa odezwała się do mojej żony: Mąż mój pojechał dziś do Vaucresson, gdzie leczy jedną biedną chorą obłąkana, która już długo nie pociągnie... Od niejakiego czasu zamieszkują śliczną willę ona i jej dwie córki, z których starsza ma być bardzo ładną osobą.
Z początku moja żona nie zwracała uwagi na jej słowa, lecz po skończonym.
już obiedzie, kiedy jakoś na chwilkę pozostała samą z doktorem, przyszły jej na myśl moje poszukiwania trzech podobnych kobiet, zapytała więc doktora o jej nazwisko i ten ostatecznie powiedział jej o wdowie Yaudet... Co za szczęście! Moja żona domyśliła się, że to chodzi o tę samą osobę, skróciła za tem wizytę, aby co rychlej powrócić do Paryża. Na nieszczęście, nie zastała mnie w domu i wróciłem późno tego dnia. Dowiedziawszy się, co zaszło w Ville d’Avray, raniutko pobiegłem do pana Raveneau, a ponieważ stary najpierwszy wstaje do roboty, wysłuchał manie i natychmiast wysłał de pana admirała...
— A zatem powiedziałeś pan, Vaucresson?
— Tak panie admirale.
— Villa Suzanne?
— Na drodze do Roquencourt.
— Czy możesz mi pan tam towarzyszyć?
— Z przyjemnością.
Pan de Vitray zadzwonił.
— Każ zaprzęgać rozkazał służącemu.
— Czy do victorji?
— Do czegokolwiek.
— Pani hrabina będzie potrzebować powozu...
— Dla czego?
— Na ślub...
— Dobrze... A spiesz się... galopem...
Marynarz udał się do pokoju hrabiny.
— Heleno — odezwał się — robię co mogę dla ciebie... jedź sama na ślub Blanki... spotkam cię tam później w merostwie lub w kościele...
— Czy wiesz co nowego?... — zapytała, drżąc ze wzruszenia...
— Bardzo jeszcze nie wiele, lecz powiedziałem ci wczoraj: Miej nadzieję!
— Niechaj cię Bóg wysłuchać raczy!
Około dziewiątej, kiedy już woźnica Piotra Brecheux oddał list, przeznaczony dla Joanny, admirał wsiadał do powozu w towarzystwie Barrois, który wskazał adres woźnicy:
— Przez Pola Elizejskie i lasek Buloński... dalej wskażemy drogę...
Koń był doskonały, lecz było widać takie przeznaczenie, że pomimo pośpiechu, zapóźno jednak przybędą... Nie łatwo jest swój los odmienić, a w dodatku mając do czynienia z takim człowiekiem, jak Piotr Brecheux.
Victoria admirała odbyła tę samą drogę, którą tylokrotnie odbywał radca i Juan Rodriguez, przejeżdżając z Chesnay do Paryża.
O wpół do dziesiątej byli zaledwie o dwa kilometry od willi Suzanne.
Marynarz dotrzymał słowa. Wtedy bowiem dopiero otworzył powierzoną sobie od wczoraj kopertę.
Barrois się nie omylił. Tym razem trafili na dobry ślad, wiadomości nieznajomego potwierdzały te, które słyszał admirał od agenta.
W kilku słowach Piotr Brecheux opowiadał dzieje Joanny, opuszczonego dziecka, wskazując adres do willi, nie wyjawiwszy imienia jej kochanka, powtarzał tylko wczorajsze przyrzeczenia admirałowi.
Na dwadzieścia minut przed dziesiątą powóz zatrzymał się przed kratą ogrodu i, nie bez wzruszenia, marynarz przestąpił próg i wszedł do małego parku. Był w nim ojciec Bailly.
— Tu mieszka wdowa Yaudet? — zapytał pan de Vitray.
— Tutaj.
— Czy mogę się z nią widzieć?
— Owszem, ale biedna kobieta jest bardzo chora...
— A jej córka?
— Panna Joanna?
— Tak, panna Joanna.
— Ta jest ztąd zapewne daleko, bo napewno wsiadła do pociągu, idącego do Paryża.
— Wyjechała?
— Przed kwadransem. wskutek otrzymanego listu.
— A!
— A nawet list ten musiał zawierać jakieś złe wiadomości.
— Z czego pan o tem sądzisz?
— Zaledwie list panienka przeczytała, natychmiast się ubrała i za chwilę była na drodze.
Tutaj ogrodnik przerwał:
— Nie wiem dla czego opowiadam panom te rzeczy...
— Jeżeli panowie życzą sobie odwiedzić wdowę proszę wejść, lecz z pewnością nie będzie ona wstanie rozmawiać...
Opodal stała mała dziewczynka, ubrana w czarną skromną sukienkę, patrzyła na nieznajomych wylękniona i zawstydzona, widząc przed sobą marsowatą twarz admirała przyglądającego jej się pilnie.
Wyglądał imponująco i rzeczywiście mimo woli doznawało się w obec niego uczucia poszanowania, które tembardziej onieśmielało dziecko.
— Czy to siostra? — zapytał ogrodnika.
— Tak jest, panie.
Marynarz postąpił ku niej kilka kroków. Twarz miała smutną i boleść jej uderzyła admirała.
— Co ci jest moje dziecię? — zapytał łagodnie małej.
Śliczne oczy dziewczynki napełniły się łzami.
— Moja matka jest chora, — odpowiedziała, a siostra odjechała.
— Gdzie?
— Nie wiem.
— Lecz niedługo powróci?
— Nie wiem.
— A poprowadzisz mnie do matki?
Mała nic nie odpowiedziała, lecz poszła w stronę domu.
Niespodziewany widok oczekiwał tam admirała.
Na sofie spoczywała na wpół ubrana Perina, z rozwianemi włosami, wychodzącemi z pod czepka o szerokich skrzydłach, noszonego zwykle w Bretanji. Oddychała zaledwie.
Była śmiertelnie bladą. Pomimo tego admirał poznał ją na pierwszy rzut oka, chociaż nie widział jej od lat dwudziestu. Tylko nie była to dawna młoda wesoła Perina jego lat młodzieńczych. Wiek, różne koleje, śmierć i zmartwienie zniszczyły jej rysy, wyżłobiły policzki, sfaldowały gładkie czoło, zgasiły źrenice, niegdyś z taką miłością patrzące na ukochanego. Pomimo tego była to ona. Omylić się było niepodobieństwem.
Ogrodniczka była przy chorej, a raczej przy umierającej.
— A Joanna?...zapytał admirał.
— Spędziła noc przy matce!..
— Przy matce! — pomyślał pan de Vitray.
— Od kilku dni nie wychodziła wcale, oddana z całem poświęceniem chorej. Biedna dziewczyna!
— Dla czego opuściła ją przed chwilą?
— Nie mogę nic panu o tem powiedzieć.
— Czy tu kto przyszedł?
— Przyniesiono list, po przeczytaniu którego, okropnie zmieniona, ubrała się i wyjechała natychmiast... Musiało zajść coś złego!...
— Lecz gdzie pojechała?
Marcelina zrobiła ruch niepewności.
— Nie mówiła, gdzie jedzie? — zapytał znów pan de Vitray.
— Nie przemówiła ani słowa... wyglądała jak warjatka.
Admirał mówił głosem wzruszonym, napróżno usiłując zrozumieć. Wiedział i on, iż musiało się stać coś bardzo złego... lecz co? O to właśnie chodziło, aby się można było dowiedzieć.
Tymczasem wszystko wokoło niego napełniało go niepokojem, a przedewszystkiem tajemniczy nieznajomy, o tak szczególnej minie, ta depesza, wysłana do Tulonu, ta schadzka w domu Colombey’ów i koperty, powierzone z zastrzeżeniem, wraz ze ścisłą wiadomością pochodzenia Joanny, o którem pan de Vitray był przekonany, że jest najstaranniej ukryte. Wszystkie te tajemnicze sprawy napełniały go zabobonną trwogą.
Rozmyślał właśnie nad tem, lecz jednocześnie patrzył uporczywie swym przenikliwym wzrokiem w zagasłe oczy bretonki.
— Perino? — zawołał, zbliżywszy się zupełnie do niej.
Bretonka otworzyła oczy, starając się rozpoznać, kto ją woła.
— Perino — zawołał jeszcze, raz klękając przed nią i ogrzewając swemi goracemi dłońmi stygnące dłonie umierającej.
Patrzył na nią bez przerwy, jak gdyby chciał swym wzrokiem przelać cząstkę swego życia i inteligencji do jej zaćmionego chorobą umysłu.
Mała Marja uklękła z drugiej strony sofy. Marcelina i Barrois, zdziwieni tego rodzaju wzywaniem, zatrzymali się u progu.
Wtedy zaszedł dziwny objaw, jakby zmartwychpowstania. Na dźwięk głosu człowieka, którego jedynie kochała, uważając go całe swoje życie za pana i boga swego, biedna bretonka obudziła się ze swej martwoty.
Jej uśpiony umysł rozjaśnił się na chwilę.
Widocznem było, iż inteligencja i dusza admirała ożywia biedne stworzenie które na jedno jego skinienie dwadziścia lat temu byłoby się rzuciło w ogień, posłuszne jego rozkazowi.
— To pan — szepnęła, jak w ekstazie, — to Bernard!
— Tak, to ja, który cię szukam od lat dziesięciu, aż nareszcie cię odnalazłem! Mów do mnie, rozkazuję ci!
— O niej, nieprawdaż?
— Tak, o niej, o Joannie!
— O tym aniele z nieba!... O aniele dobroci!... odpowiedziała po bretońsku. — Przebacz jej Bernardzie! Umrę!... Pozwól mi raz w życiu nazwać cię po imieniu.
Powtórzyła gasnącym głosem:
— Anioł od Boga zesłany!... Przebacz!...
— Już się stało!
— Opiekuj się niemi obydwoma, moją biedną Marją!
— Dobrze!
— Przysięgnij!
— Przysięgam!
— Jeżeli chcesz, abym umarła spokojna... i szczęśliwa, pocałuj mnie... Tak bardzo cię kochałam... Kiedyś nie śmiałam ci mówić o tem! Żegnam cię!
Admirał złożył pocałunek na czole bretonki, leżącej jak w ekstazie.
Był to ostatni promień zachodzącego słońca.
Admirał usłyszał westchnienie, wydobywające się z jej piersi, a usta szeptały zaledwie zrozumiałym głosem:
— Joanna!... Marja... On!
Oczy Periny za chwilę powlokły się szklanną powłoką.
Już nie żyła!
W chwili, kiedy Perina Yaudet, biedna bretonka, oddawała Bogu duszę, przed oczami admirała de Vitray, w około merostwa ósmego cyrkułu, stały natłoczone powozy, a odźwierni z ulicy d’Aujon, chociaż zblazowani takiego rodzaju widowiskiem, powybiegali do swoich bram.
Patrzono na wielki ślub.
Wspaniałe lando panny młodej świeciło zdala, dar starego Saint-Clair, który zawsze psuł wnuczkę i zwracało uwagę ciekawych, z zachwytem patrzących na parę ślicznych bułanków, wartujących co najmniej ze dwadzieścia tysięcy franków.
Woźnica i lokaj, ozdobieni pomarańczowym kwiatem, dumnie siedzieli na koźle.
Nawet konie miały bukiety z pomarańczowego kwiatu, założone po za uszami.
A kiedy panna młoda wysiadła z powazu w białej z olbrzymim trenem sukni, usianej także kwiatem pomarańczowym, szept zadziwienia przeszedł w ciekawym tłumie.
Skromniejszych powozów nie było, wszyscy uczestnicy mieli poważne renty i mogli sobie pozwolić na najwyższy zbytek.
Komendant miał swoje lando, w którym siedział z nim nierozdzielny Gaston Durivel, złośliwy jak zawsze, całą drogę paplając bez przerwy:
— Co to się znaczy, że Fernanda nie widać, wojaku! Czyżby sobie życie odebrał biedny chłopiec? Otóż co to miłość może!
Durivel finansista nie ukazał zbytku własnej stajni, ale i tak wiózł swoją damę Sydonję z domu de Morange, w wynajętej remizie, równie wspaniałej, jak inne prywatne powozy.
Tego rodzaju ceremonje szybko się zwykle odbywają. Akta i papiery czekają przygotowane w porządku.
Obowiązujące zapytania, wystosowane do małżonków, przemowa pana mera i podpisanie aktu jest kwestią kwadransa czasu.
Salon merostwa za mały był do pomieszczenia przyjaciół, których zadziwiającą liczbę posiadają bogaci.
Nareszcie wybiła stanowcza chwila. Przestano rozmawiać.
Mer zwrócił się do panny młodej:
— Blanko Colombey, przyjmujesz za małżonka Juana Rodriguez.
Usłyszano odpowiedź:
— Tak, panie — wyszeptaną drżącym głosem.
Gaston nachylił się do ucha komendanta:
— Słyszysz dzielny wojaku! To pierwszy wystrzał armatni. Drży biedactwo!
Komendant chciał uszczypać przyjaciela, lecz wstrzymała go powaga miejsca, w którem się znajdowali, a przytem był wzruszony.
Blanka nie była jego córką, lecz wychowała się pod jego okiem, wyskakała na jego kolanach. Pragnał, aby była szczęśliwą, a tajemne przeczucie mówiło mu zupełnie co innego. To też był zły ogromnie.
Był jednak ktoś daleko więcej wzruszony niż komendant, to piękna ciemnowłosa Matylda Colombey. Nie mogła się oprzeć strasznej obawie ściskającej jej macierzyńskie serce, jak nie mogła oderwać oczu od jasnej główki dziewczęcia, którą tyle razy pieściła i całowała z taką miłością.
Stary Saint-Clair był też pełen czarnych myśli, które go przyprawiały o niepokój. Za spokój i szczęście wnuczki oddałby z chęcią swoje miljony, patrzył też z wściekłością i nieufnością na Juana, mając nieprzezwyciężoną ochotę porwać ukochane dziecko i zatrzasnąć przed nosem drzwi intruzowi, zabierającemu im ich skarb najdroższy.
Nawet pan radca, pomimo swej zwykłej obojętności, doznawał nieprzyjemnego łechtania w gardle, przez co musiał pokasływać i szczypania w oczach jak gdyby mu kto w nie piasku nasypał.
Lecz co prawda, to nie tylko odbywająca się ceremonja wywoływała u niego podobny efekt.
Dzień był prześliczny, jeden z najpiękniejszych dni ostatnich czerwca. Otóż w jednym blasku dnia, gdzie wszyscy obecni znajdowali się w pełnem świetle, Juan zwracał powszechną uwagę swą wspaniale piękną postacią i Maurycy Colombey został pozornie uderzony szczególnem podobieństwem, które już raz sprawiło mu wiele niepokoju, podczas bytności młodzieńca w jego gabinecie w Chaisney.
Dzisiaj nie zapytywał siebie, gdzie widział podobne oczy, lecz mruczał.
— To nadzwyczaj dziwne doprawdy. Róża! Róża Bertot!
I pomimowoli imię jej wymawiał co chwila i widział je nakreślonem na murach sali, słyszał dźwięk jego w uszach bez przerwy. Była to prawdziwa halucynacja, z której napróżno chciał się otrząsnąć
Zapóźno było aby się cofnąć!
Juan z kolei wymówił sakramentalne słowo, a mer dodał głośno:
— W obliczu prawa jesteście małżonkami. Wszystko się skończyło.
Na uboczu nauczyciel naigrawał się w duchu ze swego wroga.
Tak samo jak w dniu przyjęcia u Colombey’ów, nikt i tutaj nie zwracał na niego uwagi.
Przylepionego do muru zaledwie go znać było pomiędzy zaproszonymi, a chociaż ten i ów wiedział co on za jeden, nikt jednak z pewnością nie umiałby powiedzieć jak się nazywa.
Zwykle nie liczą się ludzie z takiego rodzaju osobistościami. On również nie liczył się także z nikim. Śledził jedynie radcę, z radością widząc, iż od kilku chwil malowała się na jego obliczu niespokojność.
Zamyślenie radcy przerwał urzędnik podając mu pióro, które radca wziął do rąk i szybko się podpisał.
Nastąpiła kolej świadków i przyjaciół.
Nauczyciel patrzył na ich defiladę z sardonicznym uśmiechem złoczyńcy, zdaleka przypatrującego się popełnionej przez niego zbrodni. Nie ruszył się jednak z miejsca.
Tylko od czasu do czasu rzucał wzrokiem na zegar, umieszczony po nad popiersiem pana Carnot, prezydenta Republiki, który wraz z oficjalnym obrazem, stanowił jedyną ozdobę urzędowej sali.
Pomimo iż wszystko obliczył doskonale jednak obawiał się czy się nie pomylił. Największą bitwę przegrywano nieraz przez opóźnienie kilku minut, — a Piotr nie chciałby się omylić.
W każdym razie, rzecz najgłówniejsza już się stała.
W tej ostatniej chwili nie posiadał się z radości na myśl straszliwego odwetu, gdzie miała wybuchnąć jego piekielna maszyna, nie widząc nieprzyjaciela i tych, którzy go otaczali.
Jego bezzębne usta, oczy okrągłe szare, z połyskiem stali, czoło pomarszczone, przez pracę myśli raczej, aniżeli przez lata, długi spiczasty podbródek, nos zakrzywiony i zapadłe policzki, śmiały się groźnym, złowrogim uśmiechem.
Zła, okrutna i dzika radość zupełnie go zmieniła. O jedenastej wszystko było skończone.
Pisarz aktów cywilnych zebrał drogocenne dokumenty do teki, zamknął księgi i ukłonił się zgromadzonym gościom, wychodzącym przez drzwi otwarte do oczekujących powozów.
Panna młoda usiadła, drżąca, obok matki, pogrążonej w rozpaczy.
Złe się stało i to złe, daleko większe jak to, które przypuszczała biedna kobieta.
Myślała tylko o utracie drogiego skarbu, lecz nie widziała otwartej otchłani, wykopanej nienawistną ręką mściwego wroga.
Powozy wyruszyły w kierunku Magdaleny. Tam miała się odbyć ceremonja kościelna.
Najpierw wysiadali goście.
Jedna z pierwszych była markiza de Saint-Béran i hrabina de Vitray i obie oczekiwały już w kościele na orszak weselny.
Markiza siedziała wygodnie, Helena uklękła, zasyłając gorącą modlitwę za swoją córkę. Przeczucie mówiło jej iż w tej chwili los jej się rozstrzyga.
Admirała nie było. Oczekiwała na niego z niecierpliwością, rozumiejąc, iż musiał się o wszystkiem dowiedzieć i że nareszcie i ona dowie się prawdy.
Pomimo tego nie rozmawiała z nim przecież szczerze w tej kwestji, bo od chwili widzenia Joanny w gabinecie Reveneau, myślała tylko o niej, nie wątpiąc ani na chwilę, że młoda dziewczyna była od tak dawna opłakiwaną Joanna.
Lecz dla czego, widząc wyciągnięte ku niej ramiona matki, zaparła się jej i odepchnęła? Czy zrobiła to przez nienawiść przypomniawszy sobie swe opuszczenie? Czy też z powodu, że się niegodną czuła?
Napróżno rozpytywała pana Reveneau. Starzec mógł ją tylko pocieszać ogólnemi frazesami... nadzieją... odwagą... cierpliwością...
Zbliżali się do końca.
I ona czuła, że się zbliżali i dla tego była teraz więcej zdenerwowaną i niespokojną.
Nagle odezwały się organy.
W kościele rozległ się szmer, obracano się ku drzwiom wchodowym szeroko roztwartym, przez które wchodził orszak ślubny, na tle wspaniałej panoramy ulicy Royale, placu Zgody i pałacu Izby deputowanych, z wysoko po nad niemi wzniesioną kopułą Inwalidów.
Widok był imponujący i wspaniały. Panna młoda, blada jak jej atłasowa sukienka, szła środkiem nawy, oparta na ramieniu ojca dumnie patrzącego w około, przewyższając tłum swoją wysoką postacią.
I orszak cały wyglądał również imponująco.
Organy w połączeniu z orkiestrą święciły w tryumfalnym marszu bogactwo i splendor mieszczańskiej arystokracji, śmiało rywalizującej z szlachetnemi mieszkańcami Przedmieścia Saint Germain.
Żywy sznur, złożony z Durivel’ów, Colombey’ów i Briard’ów, postępował w tryumfalnym pochodzie za naczelnikiem rodu, depcząc majestatycznie miękki dywan, rzucony od zewnętrznych schodów aż do stopni ołtarza.
Dwóch kościelnych szwajcarów wspaniale ubranych, szło naprzód, uderzając halabardami o kamienną posadzkę.
Drzwi zakrystji otworzyły się i równocześnie z orszakiem wyszedł ksiądz do ołtarza.
Wspaniale rośliny, olbrzymie palmy i krzewy różane ubierały świątynię. Miękkie aksamitne klęczniki i fotele wabiły szczęśliwych bogaczy.
Bogactwo biło z każdej strony, a muzyka w zwiększonym komplecie wznosiła weselny hymn, od którego trzęsło się sklepienie.
Tłum wrzał cichym szeptem zachwytu:
— To panna Colombey wychodzi zamąż!
— Bogata?
— Ja myślę!
— Wnuczka bankiera, tego ot tam, co stoi na boku czerwony, jak burak, ze wzruszenia... Poczciwe człeczysko, nikomu wody nie zamąci...
— Wszyscy go znają w mieście i lubią za dobre serce.
— A kto jest pan młody?
— Jakiś cudzoziemiec bogaty jak Krezus... Posiadacz kopalni srebra podobno, a przytem piękny chłopiec.
— Tego mu odmówić nie można. Co za mina! Co to za szczęśliwa dziewczyna!
— Trochę blada.
— To się rozumie... dzisiejszy dzień... wzruszenie!...
Przy ołtarzu ksiądz, w koronkowej komży na czarne sutannie, zaczął mówić do państwa młodych maleńką oracyjkę, stosowną do okoliczności, kiedy nagle jakaś młoda kobieta, a raczej młoda dziewczyna weszła do kościoła.
Ubraną była czarno, włosy w nieładzie, zaledwie skręcone, wychodziły z pod czarnej kapotki; widocznem było, że w pośpiechu musiała wybiedz z domu pod wpływem gniewu lub szaleństwa.
Wcisnęła się z trudem pomiędzy zbity tłum, chcąc przejść dalej do ołtarza, co jej przychodziło z trudem.
Dźwięki muzyki głuszyły szmer rozmowy, nie słuchano słów dziewczyny. Pomimo to szła dalej, usiłując się przecisnąć za pomocą siły lub też błagalnego spojrzenia pięknych oczów, lecz za chwilę musiała stanąć, gdyż ciekawsi powchodzili na krzesła, tworząc żywą zaporę. Nie mogła się już ruszyć.
Zmęczona głęboko westchnęła.
Jeden z mężczyzn, stojących na krześle, obejrzał się ciekawie.
Zapewne wyraz głębokiej rozpaczy, a może i piękności dziewczęcia, wzruszyły go i dały myśl odstąpienia jej swego krzesła. Zeskoczył z niego i podał młodej dziewczynie rękę, pomagając zająć opuszczone przez niego stanowisko.
Był to jednocześnie dobry czyn i uprzejmość rycerska.
Młoda dziewczyna spojrzała po zebranym tłumie, a w głębi nawy oczy jej szukały oblubieńców.
Panna młoda klęczała ze schylonem czołem, oparta o czerwony klęcznik. Jej biała suknia jasną plamą odcinała się od otaczającego ją tła.
Wzruszona uroczystością chwili, mając wyrzec przysięgę ukochanemu, płakała.
Pan młody przeciwnie, stał dumnie wyprostowany, spokojny, uśmiechnięty, w czarnym fraku, z rękami, skrzyżowanemi na piersiach.
Na chwilę odwrócił się, patrząc po za siebie.
Czarno ubrana dziewczyną zadrżała, ukryła twarz w dłonie, wydając przytłumiony okrzyk, zauważony przez stojących obok.
Nędzniku!
Nauczyciel pojmował doniosłość posłanego listu Joannie i dla tego, nie dowierzając nikomu, sam postarał się zawieźć do niej takowy.
Pomimo to miał również inną intrygę, przygotowaną na wypadek chybienia z pierwszą. Był zdecydowany poświęcić własne życie, aby tylko pociągnąć za sobą wroga.
Lecz nie potrzebował się uciekać do takiej ostateczności. Wyrachował zbyt dobrze.
Ten maleńki człowieczek, z dziką namiętnością niepohamowanej zemsty, znał do głębi namiętności ludzkie i nauczył się czytać w sercach ludzkich.
List, napisany do Joanny grubem nieczytelnem pismem, zawierał następujące słowa:
„Sądzisz się być kochaną, a oszukują ciebie. Twój kochanek cię zdradza. Jeżeli chcesz się o tem przekonać, przeczytaj, załączony wraz z listem, wycinek dobrze poinformowanego dziennika.
Wycinek ów zawierał artykuł takiej treści:
„Jutro, w arystokratycznym kościele św. Magdaleny odbędzie się uroczystość zaślubin jednej z najbogatszych dziedziczek Paryża, należącej do świata finansów i prawa.
„Ojcem narzeczonej jest pan Maurycy Colombey dawny naczelnik w biurze ministerium sprawiedliwości, radca izby sądowej, oraz oficer legji honorowej, i słowem jeden z najbogatszych u nas urzędników.
„Każdemu znanym jest wspaniały pałac na ulicy Cambon, sławny artystycznemi zbiorami.
„Matka jest jedyną córką bankiera Saint-Clair, pochodzącego z Marsyljı, którego życie było jednym nieprzerwanym ciągiem dobrych operacji finansowych.
„Narzeczona przynosi w posagu małżonkowi: lat osiemnaście, piękność, dwa miljony w brzęczącej monecie, które są niczem wobec tego, co ma w przyszłości otrzymać.
„Oblubieniec jest członkiem kolonji amerykańskiej. Młody, bogaty, dystyngowany, mieszka w Paryżu od kilku zaledwie miesięcy.
„Przypadek posłużył, iż stał się on właścicielem ślicznej posiadłości około Wersalu, obok wspaniałego pałacu państwa Colombey.
„Małżeństwo skojarzyło się z pobudek najczystszej miłości.
„Załączamy też nasze życzenia sympatycznej i nadobnej parze.
W chwili, kiedy Marcelina oddawała list Joannie, była ona w pokoju matki, od której przez całą noc się nie oddaliła.
Zdenerwowana, zmęczona, w obawie nieuknionej katastrofy, zaniepokojona milczeniem kochanka, który już kilka dni się nie pokazał u niej, otworzyła obojętnie kopertę. Lecz zaraz, po przeczytaniu kilku słów, obojętność z jej twarzy zniknęła, jak liść niesiony wiatrem.
Zwróciła się do Marceliny, patrzącej na nią ze zdziwieniem.
— Zkąd przyszedł ten list? — zapytała ochrypłym głosem.
— Nie wiem.
— Kto go przyniósł.
— Woźnica.
— Jest tutaj?
— Odjechał natychmiast.
Nieszczęśliwa z trudem czytała dalej. Ciemno jej się robiło przed oczyma, litery skakały, nareszcie odczytała ostatnie słowo, lecz nie znalazła podpisu.
Drżała konwulsyjnie od stóp do głowy, wstrząsana gwałownem łkaniem, a zęby jej szczękały z zimna.
Był to ostatni cios, który musiał dobić nieszczęsną dziewczynę.
Ruina jej marzeń przygniatała ją, a oburzenie pozbawiało zmysłów. Miała za święty obowiązek poświęcić siebie w ofierze, aby ocalić i podnieść upadłego, oczekiwała w niepokoju spełnienia jego przyrzeczeń, a teraz nawet ten słaby promyk nadziei spełnienia obowiązku upadł z kolei.
Ponieważ list ten był anonimem, przez chwilę z pogardą odrzuciła oskarżenie. Zaledwie kilka dni temu Jan klęczał u jej nóg, błagając przebaczenia i obsypując pieszczotą i przysięgami.
Czyżby więc tak ohydnie kłamał?
Zaprzysięgał jej miłość, a o względy drugiej równocześnie się ubiegał? Zdradziłże ją z naprzód obmyślonym planem?
Trudno jej było uwierzyć w taką przewrotność. Tak, to potwarz ohydna!
Lecz co znaczył artykuł dziennika? Czyż mogła wątpić?
Autor listu dorzucił jeszcze przez środek artykułu:
„Ślub odbędzie się dziś“.
Szczegóły były drobiazgowo opisane, miejsce i nazwiska wskazane, iż wątpliwości nie było można mieć żadnej.
Joanna przez chwilę siedziała na krześle jak piorunem rażona.
Piotr Brecheux miał jeszcze jedną szansę, na którą nie liczył wcale, a bez której cały jego djabelski plan byłby niemiłosiernie przepadł.
Pogarda zabiła gniew, miłość i zazdrość, jeżeli tej znajdowało się choć trochę w szlachetnej duszy dziewczęcia.
Juan Rodriguez, fałszerz i kłamca, złodziej i morderca, na zawsze wymazany został z pamięci i serca mężnej dziewczyny.
Miara została przebraną.
Została kochanką Jana, oddawszy mu się przez miłość i wdzięczność, spragniona serdecznego uczucia, gotowa poświęcić się bez miary i na zawsze ukochanemu.
Dowiedziawszy się o upadku kochanka, nie odstąpiła go chcąc się poświęcić na to, aby go wydźwignąć moralnie.
Wydarła mu przyrzeczenia poprawy! Zdradzał ją niegodnie, ohydnie! Kłamał! Żartował z niej!
A jednak ona nigdyby się na nim nie mściła! Poszłaby za nim, nie to aby znaleźć szczęście, lecz środki do życia z małą Marja, po śmierci matki.
Z odwagą zabrałaby się do ciężkiego zadania starając się zapomnieć okrutnej zmory, gniotącej ją od kilku tygodni. Lecz przed oczyma jej duszy stało wypisane nazwisko wyczytane z dziennika. Saint-Clair! Jej dobroczyńca z Moulin-Rouge.
Pomimo tylu doznanych wzruszeń od tej chwili, kiedy usłyszała po raz pierwszy jego imię, nie zapomniała go ani na chwilę. Słyszała wyraźnie głos bankiera mówiącego jej:
„Michał Saint-Clair, ulica Cambon. Niech pani nie zapomina... Będę czekać... przed dziesiątą!“
Otóż imię dziadka młodej dziewczyny, którą gubiono, wtrąciwszy w matnię przewrotną, było imieniem człowieka, który jej dał jałmużnę dał chleb, a byłby może i wybawił od nędzy gdyby ona dotrzymała swej obietnicy.
Widziała go przed sobą, z łagodnym i pełnym litości wzrokiem, patrzącego na nią, kiedy gnana ostatecznością, chciała się sprzedać za pieniądze!
I tego człowieka wnuczka miała zaślubić Juana?
Miała pole do okazania mu swej wdzięczności.
Tylko najpierw chciała się zapewnić czy oskarżenie nie było podłem oszczerstwem. Bez zmysłów prawie, ubrała się pośpiesznie, mówiąc do Marceliny:
— Czuwajcie nad matką!
Ucałowała z czułością na pół martwą biedną kobietę, przycisnęła do piersi małą siostrę, szepnąwszy jej do ucha:
— Czekaj na mnie! — i pobiegła szybko na stację kolei, wyszedłszy przez ukryte drzwiczki, któremi zwykle wpuszczała kochanka. Chciała uniknąć zapytań ogrodnika.
Pociąg przychodzi do Paryża dopiero o g. 10 m. 58. Wyszedłszy z wagonu, skoczyła do fiakra, każąc jechać na ulice Cambon.
Odźwierny stał przed bramą, odświętnie ubrany.
Przedsionek był również przybrany. Zielone krzewy roślin zdobiły stopnie schodów, a wspaniałe draperje zwieszały się na murach, jak w dzień Bożego Ciała na ulicach miasteczek włoskich.
Młoda dziewczyna gwałtownie zapytała:
— Pan Saint-Clair?
Wspaniały odźwierny posiadał dobrą pamięć. Zauważył obłąkaną minę przybywającej i natychmiast ją poznał.
— Ah, to pani! — zawołał. — Dawno już pani nie widziałem.
— Proszę mi odpowiedzieć.
— Chcesz pani go zobaczyć?
— Naturalnie... W interesie...
— Trzeba poczekać... chwila jest niestosowną...
— Dla czego?
Wiedzała dla czego, lecz mówiła bez zdania sobie sprawy z tego co robi.
— Gdyż jest zajęty...
— Wydaje za mąż wnuczkę?...
— Więc pani wie o tem? — zapytał ze ździwieniem odźwierny.
— Napisano mi o tem.
— Zatem wiesz pani o wszystkiem.
— Za kogo idzie?
— Za cudzoziemca.
— Jak się nazywa?
— Ciekawa jesteś piękna panienko!
— Pan Juan Rodriguez! — zawołała.
— Jeżeli i to nawet pani wie, po co się zatem pani dopytuje?
Odźwierny spojrzał na zegarek.
— O tej godzinie, — zadecydował — wszystko skończone... wyszli zapewne od mera... i jadą do kościoła...
Załamała ręce.
— Co tu robić? — szepnęła.
— Jeżeli panienka chciała ślub zerwać, to teraz już zapóźno.
— A cóż potem? — zapytała, patrząc na olbrzyma obłąkanym wzrokiem.
— Potem? Powinszowania... śniadanie... i wio w drogę... kufry już spakowane...
— Odjeżdżają?
— Właśnie.
Pozostała kilka chwil w niepewności, z wyciągniętemi rękoma, bez ruchu, w dal zasłuchana, aż nagle odezwała się:
— Dziękuję. Zobaczę... namyślę się...
— Czy panienka chcę widzieć wesele?...
— Powiedz pan, proszę!
Odźwiernemu przyszła pewna myśl. Dziewczyna wydała mu się pomięszaną, przerażoną, zazdrosną zapewne, a zatem gotową do spełnienia gwałtu.
— Na ulicy Luwru, — odpowiedział.
Wyprawił ją w przeciwnym kierunku ulicy d’Anjou, tak rozumując:
— W ten sposób będę mógł uprzedzić pana.
Dziewczyna szybko się oddaliła.
— Co za szkoda, — odparł urzędnik miotły, — taka piękna dziewczyna, ale w głowie zajączki! Zapewne odprawiona przez kochanka...
Joanna wsiadła do swego fiakra, pędząc na ulicę Luwru.
Lecz w merostwie nie znalazła orszaku podobnego do tego, jakiego szukała.
Zapytany urzędnik o Columbey’ów nie umiał jej nic odpowiedzieć.
— Z ulicy Cambou, powtórzyła.
— To nie tutaj, na ulicy d’Anjou.
— A zatem zadrwiono z niej. Zrozumiała prawdę.
Przeraziła odźwiernego. Miał rację. Bała się sama siebie, Straciła dużo czasu, za to oprzytomniała trochę.
Zapłaciła fiakra i pieszo udała się do kościoła św. Magdaleny.
Kiedy tam dochodziła, otoczyły ją nadjeżdżające powozy, szła dalej niemiało.
Na rogu ulicy Borssy d’Anglas, zobaczyła na bramie domu pod latarnią te dwa słowa: komisarz policyjny.
Było to o kilka kroków od kościoła; zapamiętała adres.
Skręcała na bulwar Malesherbes, kiedy ostatnie wątpliwości zostały rozproszone. W powozie, ostro jadącym w stronę kościoła, siedział Michał Saint -.
Kościół był również przybrany. Już pod kolumnami słychać było dźwięk organów, wygrywających marsza weselnego.
Joanna patrzyła osłupiała, z bijącem sercem ze ściśniętem gardłem, opuściwszy ręce na czarną sukienkę.
Ogarnął ją niezmierzony smutek.
Nie mogła pozwolić, aby się stało takie świętokradztwo nowa zbrodnia.
gorsza od innych, związek tej czystej duszy, z wielkim zbrodniarzem.
— Lecz jak temu przeszkodzić?
Pod wpływem tej myśli weszła do kościoła, rozpychając z trudem cisnący się tłum ludzi.
Chciała raz jeszcze spojrzeć w twarz zdrajcy kłamliwego, siłą zdobyć przekonanie, łamiące się w jej duszy.
Wiemy co nastąpiło.
Bliżej stojący około niej ludzie szeptali:
— Śliczna dziewczyna! Była kochanką pana młodego! Szczęśliwiec!
Nie mieli jednak czasu, aby jej się przypatrzeć dobrze.
Zawróciła się ku drzwiom. Łatwiej jej przyszło wyjść i w krótce znalazła się pod kolumnami. Tutaj zatrzymała się chwilkę.
Biuro komisarjatu znajdowało się na rogu bulwaru {{Korekta|Malesherbes. Zwróciła się do stojącego szwajcara we drzwiach wspaniałego portyku:
— Czy ceremonja długo potrwa?
— Z jakie pół godziny, nim wyjdą i akt podpiszą...
— Dziękuję!...
Dwie minuty później przybyła do drzwi, na których widniał napis, nieprzyjemny dla tych co nie mają czystego sumienia: komisarz policyjny.
Weszła.
Dwóch urzędników siedziało za stołem w niewielkim ciemnym pokoju, zastawionym w około ławkami.
— Czy jest komisarz? — zapytała silnym głosem.
— Chcesz się pani z nim widzieć?
— Tak.
— Z nim samym.
— Jeżeli to możliwe.
— W jakiej sprawie?
— W bardzo ważnej i niecierpiącej zwłoki.
Urzędnicy spojrzeli na siebie.
— Niecierpiącej zwłoki? tam do licha odparł jeden.
— Wszystkie mówią tak samo — dodał drugi lecz tak pięknym osobom nie można kazać czekać.
— Przybywasz pani w dobrą chwilę. Komisarz jest u siebie. Proszę wejść.
Jednocześnie ukazał ręką na drzwi zamknięte i brudne jak cały pokój.
Postęp zniósł średniowieczną torturę, przeznaczoną do wydarcia wyznania od zbrodniarzy i od zupełnie niewinnych. Zastąpiono ją czem innem. I niech Bóg każdego broni od tego, aby miał kiedy przechodzić w pewnych razach badanie przez sędziego śledczego.
Na szczęście komisarz do którego zwróciła się zrozpaczona dziewczyna, należał do wesołych ludzi, chociaż i tacy nie zawsze są bezpieczni, mają i oni swój dobroduszny sposób pieczenia biedaków na rożnie, który równie boli, jak tortura i zmusza do odpowiedzi w ten czas kiedyby chcieli najmniej mówić.
Pan Séverin na tym punkcie przeszedł z pół tuzina takich sędziów śledczych, o czem zresztą mieliśmy sposobność przekonać się przy rozmowie jego z odźwiernym nieszczęśliwego Samuela Rosen.
Zwykle każdą sprawę brał napierw z wesołej strony, lecz zastanowienie szło zwykle w parze. To też rozsądnie jest nigdy takim niedowierzać.
Lecz niedowierzać, to znaczy wiedzieć o tem, a Joanna nie wiedziała.
Zastała ona komisarza, siedzącego za stołem, zasłanym zwojami papierów, kilka obszarpanych krzeseł stało obok stołu, a na froterowanej podłodze gruby kurz gdzieniegdzie był zebrany nogami.
W chwili kiedy Joanna weszła do pokoju, komisarz nie zdawał się być w swojem zwykłem usposobieniu.
Jego twarz okrągła i różowa była zachmurzoną. Grube usta, mocno zaciśnięte, zółte brwi zmarszczone, a czoło nizkie, z dużą brodawką po nad lewem okiem, pofałdowane gniewnie, trzymał schylone, zapatrzony w otwarty list, leżący przed nim.
— Czego pani chcesz? — zapytał ostrym głosem, nie podnosząc głowy w stronę przybyłej.
A nie otrzymawszy odpowiedzi natychmiast, zawołał:
— Prędzej... prędzej... jestem zajęty!
— Proszę pana!
— No dalej!
— Przyszłam w ważnej sprawie.
Mlasnął ustami „pi! pi!“ i odpowiedział:
— To mnie wcale nie zadziwia. Własne sprawy zwykle nazywamy ważnemi, a wszystko inne uważamy za czczą błahostkę... Paradne, słowo daję – i zadowolony z porównania, zaczął się śmiać.
— Ależ panie.
— Prędko do rzeczy!
Joanna była zupełnie zbitą z tropu tem szczególnem przyjęciem.
Komisarz nie patrzył na nią wcale. Oparłszy głowę na ręku, patrzył ciągle w otwarty przed nim list.
— Panie, — odezwała się Joanna — w tej chwili wyszłam z kościoła św. Magdaleny...
— Z kościoła?
— Tak.
— Tego nikt pani nie zabronił...
— Dają właśnie ślub...
— Śluby odbywają się co dzień, z wyjątkiem jednej niedzieli.
— Chciałam właśnie powiedzieć...
— Mów pani, co chcesz... Słucham, byle krótko...
Zamiast odpowiedzieć, młoda dziewczyna westchnęła.
Była zmieszaną i nie zdolną do wymówienia słowa.
Komisarz podniósł głowę i szybko zawołał:
— To już wszystko?... Nie było po co przychodzić... i mnie trudzić... Możesz pani zatem odejść.
Nagle zatrzymał się zdumiony, twarz przybrała inny wyraz i można było usłyszeć, jak szepnął:
— Do kata!
Twarzyczka Joanny sprawiła swój efekt i łaskawie usposobiła.
— Przepraszam panią, odezwał się łagodnie, byłem przed chwilą pod niemiłem wrażeniem. O czem pani mówiła?...
— O ślubie w kościele św. Magdaleny.
— To dobrze...
— Ślub ten musisz pan przerwać.
— Jakto?
— Koniecznie.
— Dla czego?...
— Gdyż jest zbrodnia.
Komisarz wzruszył ramionami.
— Małżeństwo jest często wielkiem głupstwem — odparł — lecz bardzo rzadko zbrodnią.
— Tutaj jednak ma to miejsce.
— Czy dla tego, że to się pani niepodoba? Jak się nazywa panna młoda?
— Panna Colombey.
Komisarz obrócił się na krześle.
— Córka radcy? Ba!
— Ona sama... to jest, przynajmniej ja tak sądzę...
— Jakto pani sądzi? Zatem nie jesteś pani pewna?
— Ależ tak... tylko...
Komisarz patrzył na nią i myślał:
— Już widzę co to znaczy... Biedna dziewczyna... brakuje jej zdrowej klepki... Szkoda... Doprawdy śliczna...
A ponieważ nie należy gniewać warjatów, odparł ze współczuciem:
— Powiedz mi moje dziecię, jak się nazywasz?
— Jak się nazywam?
— No tak.
— Joanna.
— Joanna, a dalej?
Wyciągnęła ramiona z rozpaczliwym giestem:
— Nie wiem wyszeptała cicho.
— Nie wiesz? Nie pamiętasz może?
— O nie, panie!...
Komisarz coraz bardziej był przekonany.
— Tak, tak, byłem tego pewny — myślał, a głośno dodał:
— Zatem innego nazwiska nie masz?
— Nie mam.
— Przyznaj pani, że to dziwne! Gdzie się pani urodziła?...
— I tego nie wiem.
— Jakże więc pani chcesz, abym ja wiedział?... Ile lat sobie pani liczy.
— Około dwudziestu.
— Sądząc z pozoru, tak musi być zapewne... I nic pani nie wiesz, co się dotyczy twojej własnej osoby... nie wiesz nawet nazwiska?...
— Bo go nie mam.
— Nie znasz miejsca urodzenia?
— Nie znam.
— Nie wiesz nawet lat swoich?
— Mówię prawdę.
Komisarz nie wahał się zawołać głośno:
— Złe jest większe, jak myślałem.
Był przekonany. Wykrzyknik ten oświetlił Joannę.
— Pan mnie masz za obłąkaną? — zawołała.
— A no tak!
— Ależ pan się myli.
— Tak zwykle mówią chorzy.
— Przysięgam, że co do mnie, to pan się myli.
— Chciałbym bardzo, aby tak było... proszę mi tego dowieść.
— Panie, odezwała się z mocą, jeżeli nie wiem mego nazwiska, ani miejsca urodzenia i lat moich, to dla tego, że nie znałam nigdy moich rodziców.
— Kto panią wychował?
— Biedna kobieta, w tej chwili umierająca.
— Gdzie?
— W Vaucresson.
— Tam pani mieszka?
— Tak panie.
— Jak się nazywa wioska?...
— Jest to willa, willa Suzanne, na drodze do Roquencourt.
Komisarz notował: „Willa Suzanne w Vaucresson“, a następnie odezwał się:
— Przed chwilą nazwałaś pani małżeństwo panny Colombey zbrodnią?
— Bo tak jest.
— To rzecz poważna... Co pani chcesz przez to powiedzieć?
Nieszczęśliwa dziewczyna zawahała się na chwilę.
Miała zdradzić kochanka, który ją wyciągnął z nędzy. Nagle przypomniała sobie wyniosłą i pewną siebie twarz Juana, odwróconego w stronę tłumu w kościele, zapominającego wyrzeczonych jej przysiąg, a przy tem musimy wyznać, wściekła zazdrość zawrzała w niej napowrót i zdecydowała do mówienia.
Tylko trudno jej było zacząć i komisarz zrozumiał jej wahanie.
— No dalej, odwagi, — odezwał się — mów pani prawdę!
— Panie!...
— Milczenie pani przypomni mi maje pierwsze wrażenie... i będę sądził...
— Co takiego?
— Że mam przed sobą obłąkaną.
— Ależ nią nie jestem!...
— Tem lepiej dla pani, gdyż miałbym smutny obowiązek do spełnienia... odstawić panią do domu obłąkanych... a tam nie wesoło...
Strach nagły wykrzywił rysy dziewczyny.
— O, nie chcę tego... — szepnęła w trwodze.
— Mówże pani... przecież nie przyszła tu pani z niczem?
— To prawda.
— Chciałaś pani zerwać małżeństwo?...
— Powinnam to uczynić.
— Dobrze... Lecz trzeba się śpieszyć... czas uchodzi... trzeba wynaleźć powody... Wyznaj je pani... Czekam...
Załamała ręce.
— Powiedz mi, dla czego małżeństwo to nazwałaś zbrodnią?... Przecież to już raz pani powiedziała!... Musimy zatem skończyć!...
Zaćmiło jej się w oczach, przymknęła powieki, szepcząc stłumionym głosem:
— Ponieważ cudzoziemiec, zaślubiający pannę Colombey, nie jest jej godnym... ponieważ jest złodziejem...
— Złodziejem?
— Złodziejem... i mordercą! — dodała ciszej.
— Morderca...? Uważaj pani... gdyż musi to być potwarz.
— Nigdy nie kłamię, panie.
Komisarz podrapał się w głowę. Na nowo zwątpienie zaczynało go ogarniać. Stanowczo piękne dziewczę było nie przy zdrowych zmysłach.
Colombey, znany w Paryżu bogacz i bankier, lis wytrawny, nie dałby dziecka byle komu, a cóż dopiero zbrodniarzowi! Co za niedorzeczność! Jakżeby mogli tacy ludzie popaść w tak okrutny błąd!
Było to czystem niepodobieństwem.
Pan Séverin obdarzony jest subtelnemi zmysłami. Zrozumiał, iż dziewczyna musiała działać pod wpływem szalonej zazdrości.
— No, trzeba, abyś była pani ze mną zupełnie szczerą i otwartą. Jak się nazywa małżonek? Wszak to cudzoziemiec?
— Tak.
— Nazwisko?
— Juan Rodriguez, tak się każe nazywać.
— Dla czego tak się pani wyraża?
— Bo nie ma prawa nosić tego nazwiska.
— Ma zatem inne?
— Jan-Maurycy.
— Zkąd pani są wiadome te szczegóły?
— Od niego samego.
— Zatem znasz go pani?
— Od dawna.
— A może jesteś pani jego kochanką?
Mówiąc ce słowa, komisarz patrzył uważnie na nią, sądząc, iż zaprzeczać będzie. Omylił się w swoich oczekiwaniach.
— Jestem nią — odparła.
— Przyznaj się pani, że zazdrość przemawia przez ciebie.
— Nie.
Po trochu odzyskiwała spokój. Za to komisarz stawał się zaambarasowanym.
— Zobaczymy, — odezwał się. — Wymówiłaś pani straszne słowo morderca! Na czem pani opiera podobne oskarżenie? Sama się pani kompromituje, kochanka zbrodniarza bardzo łatwo jest posądzoną o współwinę.
Łagodnie wstrząsnęła głową.
— Nie obawiam się niczego, — odparła. — Mam sobie do wyrzucenia pewne błędy, lecz żadnej zbrodni nie mam na sumieniu. Niedawno w Paryżu stała się właśnie zbrodnia...
— Co za zbrodnia?
— Zniknął bez śladu człowiek... żyd... handlarz djamentami...
Twarz komisarza rozjaśniła się nagle.
— Samuel Rosen? — zapytał.
— Rzeczywiście podobno tak się nazywał... i do tej pory nikt nie wie, co się z nim stało.
— Szukamy go napróżno...
— A więc ja powiem o nim.
— Pani! — zawołał komisarz.
W duchu myślał: „Czyżby dziewczyna ta była dla niego Opatrznością“. Właśnie kiedy wchodziła, czytał list w sprawie Rosena i to go właśnie rozdraźniło. Samuel mieszkał obok niego, a do tej chwili nie mógł powziąść żadnych wiadomości, co się z nim stało.
Czasem ma się tak nieszczęśliwą rękę. O gdyby teraz udało mu się cichaczem dosięgnąć winnego, co za odwet!
— Słucham panią, lecz proszę mówić jaśniej...
— Rosen nie żyje.
— Dla czego tak pani o nim sądzisz?
— Pewnego ranka przybyłam na ulicę Bassano...
— Na ulicę Bassano?
— Do hotelu Rodriguez.
— Po co?
— Potrzebowałam spytać się o radę. W dziennikach wyszło ogłoszenie, dotyczące kobiety, która mnie wychowała... Pan Raveneau, pełnomocnik.
— Pan Raveneau... znam...
— Moja matka jest jego klijentką, a że chciała mnie odnaleźć...
— Cóż to za romantyczną historię opowiadasz mi pani?
— Tylko prawdę!
— Mów pani dalej.
— Wyjechałam rano z Vaucresson, na stacji Saint-Lazare wzięłam fiakra... Zajechawszy na ulicę Bassano, zobaczyłam jakiegoś człowieka, wchodzącego do hotelu...
— Znajomego?
— Nie... Twarz miał dziwną i łatwą do zapamiętania, oprócz tego trzymał w ręku czarny skórzany worek, zdający się być ciężkim. Myślałam, że miał interes do Rodrigueza, a ponieważ nie chciałam, aby mnie tam kto widział, poczekałam kilka minut w fiakrze, w końcu zniecierpliwiona, nie widząc go wychodzącego, zadzwoniłam...
— Wtedy?...
— Otóż zamiast się zobaczyć z Rodriguezem, wypchnięto mnie raczej...
— Wypchnięto... Kto taki?...
— Pewien anglik... jeden z domowników...
— Aha!
— Wrzucił mnie prawie siłą do małego dolnego saloniku. Zaledwie się tam znalazłam, kiedy nagle usłyszałam straszny, przeraźliwy okrzyk, natychmiast stłumiony.
— A potem?
— Krzyk był tylko jeden... następnie jacyś ludzie wynieśli z domu olbrzymi kufer, wstawili na galerję fiakra i odjechali.
— Jak wyglądali?
— Było ich dwóch, jeden wysoki, tęgi, z blond włosami, drugi wzrostu zwykłego.. Jak tylko się oddalili, natychmiast zaprowadzono mnie do pana Rodriguez...
Tutaj zatrzymała się, pytając:
— A małżeństwo!...
— Nie obawiaj się pani... zdążymy.. Dalej!... Rodriguez!...
— Został zdziwiony, zobaczywszy mnie, lecz wkrótce się uspokoił. Pozostałam z nim zaledwie kilka minut. Byłam zmieszana... On pozostał spokojny...
— Czyś pani nic nie zauważyła, wchodząc do pokoju?
— Nic.
— Żadnego śladu walki?
— Żadnego. Wyszłam i powróciłam do domu koleją... nie wiele wiedząc, co robię. Jednakże wtedy miałam tylko podejrzenie. W kilka dni później dowiedziałam się z dzienników o zbrodni, opisywano ofiarę i byłoby niepodobieństwem, żebym go nie poznała. Zostałam jak piorunem rażona...
— Dla czego?
— Byłam kochanką zbrodniarza... Od tej chwili straciłam głowę... ledwie żyję...
Komisarz powtarzał:
— Poważna rzecz... bardzo poważna... — a obracając się do młodej dziewczyny, zapytał:
— Czy możesz mi pani pokazać tego człowieka?
— Natychmiast.
— I obstajesz przy swoich zeznaniach?
— Powiedziałam prawdę.
— Lecz dowieść jej byłoby może trudno?
— Nie wiem... Powiedziałam to, com widziała.
— Nic więcej pani nie wiesz?
Zbladła śmiertelnie. Miała zadać kochankowi śmiertelny cios, lecz jakaś moc niewidzialna i tajemnicza zmuszała ją do słowa.
— Owszem, — odparła.
— Cóż jeszcze?
— Wypowiedziałam Rodriguezowi swoje objawy i podejrzenia... kiedy się zjawił u mnie...
— A wtedy?
— Przyznał się do wszystkiego...
— On sam!
— Tłumaczył się, że chciał zostać bogatym. Jest on dzieckiem, również opuszczonem przez niegodziwego ojca, matka z rozpaczy odebrała sobie życie, światu nie był winien nic, bo i świat nic dla niego nie uczynił... Chciał, abyśmy uciekali razem... kochając mnie nad życie.
— Lecz zaślubiając pannę Colombey?
— Panna Colombey jest bogatą i zapewne chodzi mu o jej majątek... a potem widzę, że mnie oszukuje... zdradza.. i okłamuje...
— Mówią o dwóch miljonach — pomyślał komisarz. — Historja jest dziwną, lecz dziewczyna może mieć jednak rację.
A głośno dodał:
— Możesz mi pani przysiądz, że to wszystko prawda?
— Jak przed Bogiem.
— Lecz jaka jest przyczyna, że gubisz kochanka?
— Byłam bardzo biedną... brakowało mi na chleba kawałek... matka i siostra umierały z głodu. Pewien człowiek obdarzył mnie wspaniałomyślnie jałmużną. Człowiekiem tym jest Michał Saint-Clair. Juan Rodriguez zaślubia jego wnuczkę. Dowiedziawszy się o tem, natychmiast postanowiłam, aby zerwać małżeństwo... Było zapóźno... i oto powód, dla którego tu przyszłam...
— Rozumiem.
Wybiło wpół do pierwszej.
Komisarz szybko powstał, włożył płaszcz, zapinając go szczelnie i odezwał się do młodej dziewczyny:
— Chodźmy!
Nieszczęśliwa szła za nim drżąca.
W chwili, kiedy wchodzili po za kratę, okalającą kościół, otwarły się głośno drzwi, a w nich ukazało się dwóch halabardników, poprzedzających wychodzący orszak ślubny.
Na czele szli państwo młodzi. Juan w tryumfie wiódł oblubienicę, wspartą na jego ramieniu, zarumienioną od sięgających ją wejrzeń.
Biała suknia odbijała się ostro na czerwonem tle dywanu, a organy słychać było aż na ulicy.
— Czy to on? — zapytał komisarz, wyciągając rękę.
Joanna odpowiedziała szeptem:
— Tak, on!
Musimy się cofnąć w tył o kilka minut, aby zrozumieć to, co ma dalej nastąpić.
Obrzęd kończył się spokojnie. Uderzono po trzykroć halabardami o kamienną posadzkę na znak zakończenia. Lecz był to koniec zaledwie pierwszej części, orszak wyruszył następnie do zakrystji. Działo się to w chwili, kiedy przerażona Joanna opowiadała swoje dzieje komisarzowi.
Gaston westchnął na znak ulgi, bo cała ta komedja, jak ją nazywał, nudziła go śmiertelnie. Za długą przemowę był zły na księdza, muzyka go ogłuszała, słowem radby coprędzej dostać się do drzwi, aby odetchnąć świeżem powietrzem, nie znosząc dymu kadzidła.
Napróżno ciągnął za sobą komendanta, pomimo namowy dzielnie się opierał stary wojak. Miał, co prawda, wielką ochotę do ucieczki, lecz kochał szczerze siostrzenicę i nie chciał jej opuścić, aż do chwili stanowczego z nią rozstania.
Nadto był jeszcze z drugiej strony niespokojny, nie wiedząc, co się dzieje z jego benjaminkiem Fernandem, co mu również psuło i tak kwaśny humor.
Co chwila odwracał głowę ku drzwiom, w nadziei zobaczenia młodego prawnika. Nadzieja go zawiodła.
Za to Piotr Brecheux był szczęśliwszy, stojąc na uboczu, przebijał wzrokiem tłum, a wtedy żółta jego twarz promieniała radością.
Spostrzegł tę, której z niecierpliwością oczekiwał. Widział ją zmienioną gniewem. Zamienił niedostrzegalny uśmiech z Willem. Wszystko szło jak najlepiej.
Po danym znaku halabardami, wszczął się gwar idących do zakrystji. Natychmiast też mały człowieczek dostał się na sam początek orszaku i stanął w pobliżu młodych małżonków, oraz najbliższych krewnych. Znalazł się więc w sąsiedztwie Durivelów, radcy, jego żony i starego bankiera. Za nimi stał Gaston, prześladując wujaszka Tonton.
— Cierpliwości, wujaszku, nadchodzi godzina posiłku.
Wujaszek pozostawał niewzruszony, za to ciocia Sydonja robiła straszne oczy.
Radca, zajęty ceremonją, nie zauważył zaraz małej osóbki, która trzymała się uporczywie obok niego. Lecz w chwili, kiedy miał przestąpić próg zakrystji, przypadkiem spojrzał w tę stronę i poznał nauczyciela Juana.
Staruszek uśmiechnął się mile, mówiąc i wskazując jednocześnie na pana młodego:
— Przebacz pan, lecz byłem mu ojcem!
Maurycy Colombey kończył swój podpis na ostatnim dokumencie, kiedy stary odezwał się znów tym samym słodkim głosem:
— Czy pan pozwoli?...
Lecz jednocześnie brał pióro z ręki Maurycego, a podpisawszy, odezwał się do niego:
— Niech pan raczy przeczytać, co tutaj napisano.
Maurycemu wydało się to żądanie zabawnem. Czego on chciał od niego?
Cała jego malutka i dziwaczna osoba sprawiała na nim nieprzyjemne wrażenie. A przytem żądanie jego miało coś obrażającego w tonie, co zadziwiało radcę.
Dla czego miał się przyjrzeć podpisowi?
Z niechęcią wykonał, co od niego żądano. Wielkiemi literami na końcu aktu stało wypisane imię i nazwisko: Piotr Brecheux z la Sauragère!
Maleńka ta scena trwała parę minut i zatrzymała drugich, którzy szli również położyć swoje nazwiska na akcie małżeńskim.
Nauczyciel trzymał wskazujący palec na księdze, patrząc na radcę, który najpierw nie zwrócił na to uwagi.
— Jeżeliś pan przeczytał, — odezwał się stary — to możemy ustąpić miejsca innym.
Pociągnął radcę w drugą stroną zakrystji i tem nakoniec wyprowadził go z cierpliwości.
— Ależ nareszcie czego pan chcesz odemnie! — zawołał gniewnie.
Nauczyciel spokojnie odpowiedział:
— Niech pan się raczy nie gniewać, nie stracisz pan na darmo czasu.
Maurycy szedł za nim, straciwszy z oczu całe towarzystwo, zaciekawiony zagadkową osobistością, która go niecierpliwiła i nudziła.
Stanęli około wielkiej szafy, napełnionej szczerozłotemi naczyniami kościelnemi.
— No słucham, co mi pan powiesz? — rzekł radca z wyniosłością, choć z pewnym niepokojem w głosie.
— Bardzo niewiele — odparł szyderczo stary. — Przedewszystkiem muszę odświeżyć w pańskiej pamięci wspomnienie, zupełnie w niej zatarte. Czy nazwisko, przeczytane przed chwilą jest zupełnie obce panu?
— Prawie...
— Przypomnij pan sobie... La Sauvagère... Nie wiesz pan nazwy własnej ziemi?...
— Mówisz pan o niewielkim folwarku?...
— Rzeczywiście, w okolicach Boyene.
— Aha! O rodzinie Brecheux, — odparł stary — o biedakach, którzy kiedyś panu służyli.
Radca zapomniał o nich najkompletniej, zaczął też z większą uwagą patrzeć na nieznajomego, który zdjął nawet szkła swoje, uprzejmie chcąc dopomódz pamięci pana radcy.
Przenikliwe oczy starego, pozbawione szkieł, raniły jak ostrzem stali przeciwnika.
— Zatem jesteś pan?... — wyszeptał.
— Piotr Brecheux... przypomnij pan sobie dobrze... syn Dominika, pańskiego dzierżawcy w 1863 roku, dawno już temu...
— Ah! tak... lecz do czego to prowadzi? Jestem obecnie zajęty.
— Co znowu... masz pan tylu przyjaciół, że nie skończyli jeszcze składać życzeń swoich... Ja, nieprzyjaciel, skończę prędzej...
— Nieprzyjaciel!
— Okrutnie masz pan krótką pamięć, panie Maurycy Colombey... Posłuchaj pan zatem mnie, a nie pożałujesz. W 1863 roku mój ojciec był wtedy pańskim dzierżawcą... W spuściźnie po swoich przodkach, którzy robili to samo... nie zbogacili się na tym chlebie... lecz to już ich własna była wina... Pan nie traciłeś nic, prosiliśmy tylko o trochę cierpliwości... Rozkazałeś pan sprzedać nas za nieopłacenie dwuletniego czynszu... Kończyłem wtedy szkoły w Caen. Przyjechawszy do domu, zastałem ruinę... Komornik zabrał wszystko za marne trochę grosza, któregoś pan nie potrzebował wcale. Byłem wtedy młodym i niedoświadczonym, pomimo ukończenia szkół i znajomości łaciny. Udałem się do Paryża w nadziei, że potrafię pana wzruszyć naszym losem i odwrócić zdołam katastrofę. Wiedziałem, że jesteś pan młodym i bogatym i że taka bagatela nie będzie stanowiła jakiejś różnicy.
— Czyś pan już skończył, — zawołał Colombey, marszcząc brwi, podrażniony w swej dumie, czując, że go gniew ogarnia.
— Jeszcze nie. Miałem zadziwiające złudzenie. Wysłuchałeś mnie z równą dzisiejszej cierpliwością... Cztery dni czekałem u drzwi twoich... a przedstawiwszy panu moje położenie, zostałem wyśmiany i wyrzucony za drzwi.
— Ależ co mnie to obchodzić może? — zawołał radca, usiłując wydostać się od natrętnika. Stary zatrzymał go za połę, mówiąc ostro: — Uspokój się pan! Chodzi tu o honor pański.
Maurycy wzruszył ramionami.
— O mój honor? Szalonym pan jesteś — wyszeptał.
Pomimo to pozostał.
— Usiłowałem wzruszyć pana, — ciągnął dalej Brecheux. — Zapewne w przerażeniu wyrwało mi się jakie niebaczne słowo i zostałem wyrzuconym za drzwi. Olbrzymi drab wyprowadził mnie po schodach aż na ulicę. Przed tem jednak na progu pańskiego gabinetu odezwałem się do pana w te słowa: Panie Colombey, jeszcze się kiedyś zobaczymy... i dotrzymałem słowa... spojrzyj pan na mnie, oto jestem! Byłem mały, szczupły, biedny; groźba taka musiała pana śmieszyć... Przypadek posłużył mi, że mogłem ją wprowadzić w czyn... Jeszcze trochę cierpliwości a pozostawię panu swobodę.... Powróciłem do Bayeux zrozpaczony, bez grosza, z zakrwawionemi stopami... ze zmartwienia umarła matka... ojciec został u obcych pastuchem i wkrótce poszedł za nią... Co do mnie zostałem w Caen nauczycielem... Słuchaj pan... teraz nastąpi epizod interesujący ciebie... W mieście, w samotnym domku, mieszkała stara kobieta, wychowując małego chłopca... owoc zakazanej miłości... śliczne dziecię o przewrotnej szatańskiej duszy... twojej własnej panie Maurycy Colombey, pełnej egoizmu, dumy i hipokryzji. Dziecię to powierzyła mi stara kobieta umierając, wraz z dwudziestoma tysiącami franków, rzuconemi przez ciebie matce dziecka, kiedyś ją wypędził jak uliczną... Matka była Róża Bertot, pańska kochanka... a dziecko było twojem dzieckiem...
— Milcz pan!
— Nareszcie zapomniałeś pan na chwilę o tłumie przyjaciół, składających życzenia twej ukochanej jedynaczce, prawej dziedziczce... wypieszczonemu, ukochanemu dziecięciu!
— Panie!...
— Poprzysiągłem zemścić się na panu, za twoją wyniosłość i okrucieństwo. A sposób którego użyłem, ręczę, że pana zadziwi! Pan nas biedaków zniszczył i wyrzucił na cztery wiatry na środek drogi, tam w dalekiej Normandji... Ja tego samego nie mogłem uczynić panu, bo cię broniły twoje miljony... Wymyśliłem co innego... Wychowałem twego opuszczonego syna, wszczepiając w niego wszystkie występki, któreby mogły z niego uczynić niebezpiecznego bandytę... rozwinąłem zarodki otrzymane w spadku po ojcu... Stał się dumnym aż do okrucieństwa... dla zadowolenia swojej nieokiełznanej ochoty do życia i używania potrzebował pieniędzy... masę pieniędzy... popchnąłem go do zbrodni... Lecz to nie wszystko jeszcze... chciałem się przekonać czy pan masz serce... i rozedrzeć je... Napozór bogaty, zamieszkał obok ciebie młody cudzoziemiec, zobaczył twoją córkę; nie kochał jej; bo kocha inną!... lecz za to ona twoja córka kocha go, oczarowana jego mezkim wdziękiem, kocha na tyle, że mu oddała swoje rękę; żałuję ich oboje, ją dla tego, że jest czystą i niewinną; jego dla tego, że jest moim wychowańcem, moim synem...
Wyciągnął rękę w stronę, gdzie stali młodzi oblubieńcy, otoczeni drużyną przyjaciół i znajomych.
— Spojrzyj pan na nich! zawołał. Oto brat zaślubiający siostrę! Syn przynoszący wstyd i hańbę do domu ojca...
— Kłamiesz pan! zawołał radca siny z trwogi...
— Ale gdzie tam! zaśmiał się szyderczo stary, ha! ha! wiedziałem, że na końcu ten kawał żelaza poruszy się. Już skończyłem kochany panie. Jan-Maurycy nie wie jeszcze, że pan jesteś jego ojcem... wkrótce się o tem dowie... Jeden zatem z pańskich przyjaciół posiada potrzebne dokumenty... Mówisz pan o kłamstwie!... Takich rzeczy trudnoby było wymyśleć!... Miałbym jeszcze wiele do opowiedzenia panu... nie chcę jednak nadużywać pańskiej cierpliwości... Należysz pan do sądu... i sąd o reszcie zawiadomi! Ja swoje skończyłem...
Mówiąc to stary urósł i spotężniał.
Maurycy stał nieruchomy, oparty o mur, z przerażeniem na twarzy!
Piotr spojrzał na niego i odezwał się z jadowitym uśmiechem:
— Uspokój się pan. Patrzą na nas... Zachowaj pan zimną krew, potrzebną do obrony syna... Nie zobaczymy się już więcej, mam jednak nie płonną nadzieję, że będziesz pan o mnie pamiętał... Piotr Brecheux z la Sauvagère... Moje uszanowanie panu.
W zakrystii zostało jeszcze z dziesięć osób około rodziny, wymieniając życzenia.
Halabardnicy poprowadzili orszak do wyjścia.
Radca przesunął ręką po czole zroszonem kroplistym potem i machinalnie powrócił do swojej żony, która zapytała go ze zwykłym uśmiechem:
— Z kimże to rozmawiałeś tak długo?...
Radca rzucił przerażonym wzrokiem w około siebie.
Piotra już nie było, wyszedł niewiadomo kiedy.
Radca pomimo tego, był pod wrażeniem słyszanych słów, gdyż drżał jeszcze idąc pod rękę z żoną środkiem kościoła, przy dźwięku weselnego marsza, potężnego, rozbrzmiewającego we wspaniałej świątyni.
Okrutna obawa rozrywała mu piersi; nie miał odwagi podnieść głowy do góry, powieki przymknął, jak gdyby olśniony błyskawicą, lękał się uderzenia piorunu.
W ciągu swego całego życia nie doznał nigdy jeszcze podobnego wrażenia.
Nazwijmy rzeczy po imieniu. W tej dumnej, wyniosłej duszy, przyzwyczanej do pochlebstw nizkich lub interesownych, uczuciem wyższem po nad inne był niepohamowany gniew, iż to on stał się igraszką takiego marnego stworzenia, jakim był Piotr Brecheux. Lecz jedocześnie miotała nim przytłumiona obawa.
Szedł niepewnym krokiem, czując, iż ziemia usuwa się pod jego nogami. Mocno zaciśnięte zęby wskazywały wysiłek woli, aby nie wybuchnąć.
Matylda obróciła się do niego, przestraszona zmianą, zaszłą na obliczu męża.
— Co ci jest? — zapytała z niepokojem.
— Postaram się to wytłumaczyć ci — wykrztusił ze ściśniętego później gardła.
Nie umiał sformułować innej odpowiedzi, aby oświetlić o spadłem na nich nieszczęściu.
Wypadki miały go w tem wyręczyć.
Młodzi małżonkowie, przeszedłszy kościół wyszli wielkiemi drzwiami i znaleźli się w oślepiającym blasku słońca.
W tejże chwili admirał de Vitray przybywał do kościoła, a zobaczywszy żonę, podał jej ramię, łącząc się z całym orszakiem.
Schodzono zwolna po szerokich schodach, wśród podwójnego rzędu ciekawych, stojących na stopniach krużganku.
Blanka, oparta na ramieniu Juana, swego męża w obliczu Boga i ludzi, szczęśliwa i dumna ze swego pięknego i szlachetnego małżonka, uśmiechała się błogo.
Nagle poczuła, jak zadrżał.
Jakiś człowiek zbliżył się do niego i podał bilet, na którym skreślone były te słowa:
„Nie chciałeś usłuchać mojej rady... zdradziła cię kobieta. Miej się na baczności!“
Rzucił okiem, przeczytał i podarł w kawałki.
Pismo było Piotra Brecheux.
Trwało to kilka sekund.
Naraz wzrok jego spoczął na tłumie, zebranym przed dolną kratą.
Blanka instynktownie spojrzała także za nim i oto co zobaczyła:
Kobieta, czarno ubrana, rozmawiała z jakimś mężczyzną, tęgim i małym, pokazując palcem na pana młodego.
Człowiek odpiął okrycie, z pod którego widać było trójkolorową szarfę.
Idący naprzód orszak cofnął się w tył i zatrzymał na miejscu, komisarz zaś przeciwnie postąpił naprzód.
Trzeba dodać, iż komisarz był niepewnym, pod wrażeniem dwóch miotających nim uczuć: obawy i ambicji.
Stawiał grubą stawkę na kartę.
Pomimo niepokoju, spowodowanego wystawą, zniknięcie handlarza frankfurckiego zajmowało umysły paryżan.
Schwycić zbrodniarza w okolicznościach, tak niezwykłe dramatycznych, było mistrzowskiem dziełem.
Komisarz stawał się bohaterem dnia i z całą sprawiedliwością oczekiwał nagrody za tak wspaniały czyn.
Lecz z drugiej strony ściągał na siebie zawiść potężnych Colombey’ów i całego orszaku miljonerów, eskortujących radcę.
Był to skandal, a przebiegły sprytny pan Séverin radby znaleść środek pośredni dla wybrnięcia z katastrofy.
Jednakże zdecydował się na spalenie mostów po za sobą. Zbliżył się do pana młodego i spokojnym głosem zapytał:
— Czy to pan jesteś Juanem Rodriguez?
Uczeń Piotra Brecheux pokazał się godnym swego mistrza.
Wyprostował się dumnie i z całą pewnością i spokojem odpowiedział:
— Tak jest. Czego pan żądasz odemnie?
Ciekawi w jednej chwili otoczyli weselników, woźnice weszli na kozły, aby lepiej zobaczyć, co się dzieje.
Powstał nieopisany zamęt.
Panna młoda, omdlała, osunęła się w objęcia matki i Berty Chamblain, przybiegłej na pomoc przyjaciółce.
Admirał de Vitray usiłował powstrzymać tracącą zmysły hrabinę, która, zobaczywszy czarno ubraną kobietę, krzyknęła:
— Ona!... Joanna!... Moja córka!...
Tylko spokój ciotki Sydonji odbijał od ogólnego zamieszania. Patrzyła na odbywającą się przed nią scenę z obojętnością widza, patrzącego na zapłacone widowisko. Szanowna dama, chociaż patronka wielu dobroczynnych stowarzyszeń, nie miała ani odrobiny serca.
Za to wujaszek Tonton był prawdziwie zmartwiony, widząc obfity festyn, spełzły na niczem.
Durivel, handlarz skór, potrząsał głowa, ściskając rękę swego przyjaciela, Saint-Clair’a i mówił ze współczuciem:
— Nie trzeba się unosić!.. Nie wiemy, co to jest!... Odwagi trochę...
Lecz bankier miał dobry węch, smutnie też westchnął do przyjaciela:
— Smutna historja!... Biedna Blanka!
Okropny Gaston nie śmiał wyjawiać głośno swoich uczuć, lecz w duchu śmiał się i bawił ogromnie. Tylko cichutko sprzeciwiał się komendantowi, szepcząc mu do ucha:
— A co, komendancie! Co za pyszne weselisko!
Komendant z chęcią byłby go udusił, ale czuł pewną słabość do swego młodego towarzysza, jednakże nie żartował z honorem rodzinnym i nie potrzebował wielkiej przebiegłości, aby zrozumieć nieszczęśliwą kompromitację.
To też bez przerwy klął swoją ulubioną zwrotką:
— Cudzoziemiec, do stu djabłów! Nigdy nie można dowierzać temu! Nie warci szeląga! Spekulanci! Niech ich djabeł porwie do samego piekła!
Durivel wciąż dogadywał:
— Co za radość dla kochanego Fernanda! Co za szkoda, że go tu nie ma! Słowo daję, to mało z Moulin-Rouge!... A to komplet!
Spostrzegłszy komisarza, radca zachwiał się jak podcięte drzewo. Lecz ostatkiem woli przezwyciężył się i stanął obok Juana, wołając stłumionym głosem:
— Panie komisarzu, to skandal, za który pan odpowiesz.
— Spełniam swój obowiązek.
Jednocześnie komisarz dał znak dwóm sierżantom, stojącym na służbie nieopodal.
— Aresztujcie tego pana, rozkazał, wskazując na Juana.
— Co, jego zawołała Blanka, wyrywając się z objęć matki.
Z całej siły oparła ręce na ramieniu męża, mówiąc z oburzeniem:
— Broń się!... Odpowiadaj!
Pan Séverin dał znak sierżantom.
— Róbcie swoje, rozkazał.
Blanka chciała jeszcze bronić męża.
— O co go pan oskarżasz? zapytała.
— Dowiesz się pani wkrótce.
Wtedy z rozpaczą odwróciła się do młodego człowieka.
— Odpowiedz mu, że nie jesteś zbrodniarzem, zawołała, że nie masz nic sobie do wyrzucenia...
Przez chwilę wszyscy stali nieporuszeni w osłupieniu i trwodze.
Sierżanci, zmieszani zachowaniem się Juana, wyniosłem spokojem jego, nieśmieli się zbliżyć do niego. Patrzył na nich, skrzyżowawszy ręce na piersiach, z podniesioną głową i błyszczącym wzrokiem, wspaniały odwagą i spokojem. Maurycy, ze spuszczonym i ponurym wzrokiem, rozmyślał nad groźbą, wyrzeczoną przez Piotra:
— Jesteś pan sędzią, sędziowie też powiedzą panu resztę.
Cóż to za strasznej tajemnicy miał się jeszcze dowiedzieć?
Tłum zaczynał się niepokoić, powstał głośny szmer, dzielący się na dwa obozy.
Niepotrzebujemy dodawać, iż większość stanęła po stronie pana młodego. Jego męzka piękność wywierała korzystny wpływ i gdyby był zechciał uciekać, kobiety zagrodziłyby drogę komisarzowi, zelektryzowane zachowaniem się, rzeczywiście odważnem i szlachetnem, eleganckiego młodzieńca.
Ze wszystkich obecnych, on sam wydawał się najmniej wzruszony podczas całego zajścia, krótkiego w rzeczywistości, lecz długiego, aby je opisać z powodu różnorodnych uczuć miotających sercami osób interesowanych.
Obojętny na rozpaczliwe krzyki i wołania młodej małżonki, patrzył w jeden punkt, obrzucając pełnym miłości i przebaczenia wzrokiem, tę która go zdradziła.
Ona to jedynie go zajmowała.
Gniewu ani też żalu nie widać było w jego czułym i słodkim spojrzeniu.
Joanna nie śmiała podnieść głowy.
Położenie zaczynało być kłopotliwem i trzeba było temu położyć koniec.
Ale wtedy uwaga komisarza została odwróconą w inną stronę.
Pomiędzy tłumem, zebranym po za kratkami powstał zamęt; bo jakiś człowiek torował sobie drogę, mówiąc błagalnym lecz zarazem silnym głosem:
— Proszę mnie przepuścić.
I tłum ustępował z drogi, zrozumiawszy, iż człowiek ten przynosił rozwiązanie całego zajścia trudnego na razie do zrozumienia.
— Masz go! Fernand przybył! zawołał młody Durivel. Patrz komendancie! Twój ulubieniec... Zkąd się tu wziął? Przybył cokolwiek za późno do mety.
Był to rzeczywiście Fernand, blady i wynędzniały, z zapadłemi oczyma, słaby i zmęczony. Widocznie przybywał z drogi, gdyż był w podróżnem zakurzonem ubraniu.
Szed prosto do pana Séverin i przemówił cichym głosem, pokazując rozkaz trzymany w ręku. Następnie odwrócił się swego kuzyna Maurycego:
— Prędko, wracajcie do domu! rzekł rozkazującym głosem.
A do Juana dodał szybko:
— Chodź pan i nie usiłuj uciekać. Byłaby to dla ciebie zguba.
Juan wzruszył ramionami, lecz nic nie odpowiedział.
W kilka minut później pojazdy, należące do rodziny, wracały na ulicę Cambon, tylko w zwiększonym komplecie o trzy osoby, najpierw komisarza z ukrytą pod paltotem szarfą; Fernanda smutnego i ponurego, a nakoniec młodą dziewczynę w żałobie, na którą obecnie patrzył ze zdumieniem komisarz, widząc zmianę zaszłą na jej twarzy.
Podniecenie, jakiem była ożywiona, przeszło, trzymała zwieszoną głowę na piersi, twarz była przeraźliwie blada, a z pod zamkniętych powiek ciche łzy spływały jedna za drugą, których nie usiłowała nawet powstrzymać.
Na schodach kościoła, na pół omdlałą, w objęciach admirała, poznała matkę.
Zebrany tłum ciekawych na placu i na ulicy rozchodził się powoli, nie zrozumiawszy rozegranego przed nim dramatu.
Zupełna tajemnica unosiła się nad przyczyną zjawienia się komisarza. Stał się skandal, lecz o co, nikt nie umiał o tem objaśnić.
Widziano komisarza, prowadzonego przez młodą dziewczynę, cudownie piękną, widziano jak się zwrócił do pana młodego, lecz nikt nie słyszał jego słów.
Młody człowiek ani na chwilę nie stracił panowania nad sobą. Niepodobieństwo jest wytrzymać takie uderzenie z większą odwagą i śmiałością.
Musiano się zadowolnić dowodami. A zaproszeni goście, również nie wiele więcej wiedzieli, z wyjątkiem radcy, który sam znał tylko małą cząstkę rzeczywistej prawdy.
Miał ujrzeć światło... straszne świątło!...
Gdyby Piotr Brecheux miał przywilej legendowego Gyges’a i mógł widzieć co się działo obecnie w hotelu Colombey, zostałby napełniony złośliwą radością.
Dzięki jemu, cała rodzina Colombey została pogrążoną w rozpaczy.
Podobni byli do powracających z pogrzebu drogiej osoby, a nie do wesołej weselnej drużyny.
Radca zamknął się w swoim gabinecie.
Matylda i Blanka płakały w swoim pokoju.
Fernand uspokoić chciał swoją kuzynkę, mówiąc do niej podczas kiedy wysiadała z powozu:
— Dzięki Bogu! przybyłem w samą porę... Opowiem wszystko... lecz pozostawcie nas samych na chwilę.
To też Fernand, komisarz, Juan i młoda dziewczyna pozostali w wielkim salonie.
W drugim zaś stara markiza de Saint-Béran, admirał de Vitray, hrabina jego żona, stali śmiertelnie niespokojni, zaś reszta familji z bankierem na czele w trwodze oczekiwali wiadomości.
Bankier co chwila zbliżał się do drzwi wielkiego salonu nasłuchając.
Stał jak na rozpalonych węglach, nigdy w swojem życia nie będąc jeszcze do tego stopnia zakłopotany. Było to pierwsze niepowodzenie, pierwszy cios w jego długiej i pomyślnej karjerze.
I cios ten uderzał jednocześnie w córkę i wnuczkę, dwie istoty, które kochał jedynie.
Napróżno jego przyjaciel Anzelm starał się dodać mu odwagi, chociaż sam był przygotowany na smutne przejścia.
Markiza pocieszała Helenę, mówiąc:
— Zobaczysz, że w końcu wszystko dobrze będzie... ona jest tutaj przy tobie... Zobaczysz ją...
— Co za okropność!
— Co takiego jest tak strasznem?
— To co się stało!
— Czyś zrozumiała co to wszystko ma znaczyć?
Stara dama wyświetlała od razu sytuację, gdyż rzeczywiście nikt nie wiedział rzeczywistej prawdy.
Wybiła godzina pierwsza.
Admirał wszedł do cieplarni i otworzył kopertę. W miarę jak czytał znajdujące się w niej papiery, przerażenie występowało na jego twarzy. Chciał się cofnąć od powierzonego mu zlecenia, lecz dał słowo honoru.
Piotr Brecheux dołączył do papierów tyczących się Jana-Maurycego, kilka słów dla pana de Vitray.
Słowa to były wymowne.
„W kilku słowach daję panu klucz do rozwiązania zagadki.
„Nienawidzę Maurycego Colombey.
„Byliśmy biedni! Pański niegodny przyjaciel zgnębił nas. Matka umarła ze zmartwienia, a mój ojciec z nędzy; pomściłem ich.“
Durivelowie tymczasem kłócili się zawzięcie.
Dzielny komendant wywodził swoją zaciętość, trochę nieusprawiedliwioną, potępiając tych, co trzymali za Juanem, a szczególniej odnosił się do ciotki Sydonji, nazywając ją sprawczynią wszystkiego złego.
— Nie miałaś pani dosyć słów na jego pochwałę, — wrzeszczał komendant, — dla pani był to feniks, gagatek, zaczarowany książę, do stu piorunów!
Gaston podsycał jeszcze niezgodę.
— Mylisz się, komendancie, tylko o maleńkie nieporozumienie!...
— Nieszczęście!
— Co masz mu do zarzucenia?
Że popełnił bigamię?
— Nie żartuj!
— Był bardzo przyzwoitym.
— Nie mów mi tego!
— Wykwintnym!
— Idź do djabła!
— Pięknym, dowcipnym!
— Milcz do tysiąca bomb!
Osłupiała ciotka Sydonja próbowała po cicha protestować.
— Po części, Gaston ma słuszność... Cóż takiego mu zarzucają?
— Rzeczy straszne.
— Mianowicie?
Przyparty do muru, komendant nie wiedział, co naprawdę odpowiedzieć, pomimo to krzyczał jeszcze głośniej:
— Ślicznie nas ubrał! Okrył wstydem cały ród Colombey’ów! A czyja wina? Pani wina!
Stary wojak nie łatwo się zapalał, ale za to na długo.
— Nie mogłaś pani cierpieć biednego Fernanda, a uwielbiałaś złotego cielca! Majątek was oślepił, ogłupił!.. Zachciało się wam góry złota!.. Ślicznieście na tem wyszli! Komisarz na środku ulicy, pośród drwiącego tłumu... A dzienniki... dzisiejsze... do miljona beczek!.. Nareszcie biedna, zrozpaczona Blanka... rozchoruje się biedactwo napewno!... Aleście go złapali, mieli, no i cóż, kontenta pani jesteś?
Gaston pozornie uspokajał.
— Za daleko posuwasz rzeczy, komendancie, słowo daję.
Ciotka Sydonja, obrażona w swej godności, zrobiła pogardliwą minę i wyszła do jadalnej sali, eskortowana przez Gastona.
Tutaj czekał ich nowy widok.
Pan naczelnik Durivel, czyli wujaszek Tonton, siedział sam po za stołem.
Z serwetą na szyi, jak uczony słoń, wszystko pożerał. Z całym spokojem napychał się, atakując gwałtownie, pomimo zaszłej katastrofy, obficie zastawione pasztety, pulardy, zwierzynę, ciasta, lody i przeróżne zakąski, słowem wszystko, co popadło.
Była to komiczna strona sytuacji.
Ciotka Sydonja nie wahała się wylać na ten widok swej żółci, wznosząc do góry ręce z rozpaczliwym gestem.
— Co za okrucieństwo jeść, kiedy pożar w domu, a we łzach cała rodzina!
To też odezwała się do niego:
— Jesteś niepojęty, mój drogi, co za rozpacz! To nie do uwierzenia.
Bynajmniej nie zmieszany, wujaszek Tonton kończył dalej samotną ucztę spokojnie, z apetytem, godnym czasów heroicznych.
Miał charakter.
W cieplarni admirał składał przeczytane papiery, głęboko wzruszony.
Pomimo tego odezwał się do siebie:
Zamykając winnego i oskarżającą w salonie na ulicy Comben, Fernand miał swój cel i to ważny.
Chciał on tym sposobem uniknąć ludzkiej gadaniny, przytłumić skandal, a przez to ocalić honor rodziny.
Tylko nie wiedział wszystkiego i co chwila zadziwienie jego wzrastało. Trudno sobie wyobrazić coś więcej pięknego i eleganckiego, jak wesołe, śliczne i z gustem zeszłego wieku urządzone mieszkanie Colombey’ów, służące w tej chwili za tło do ponurego obrazu.
Dla ożywienia obrazu brakowało tylko z tamtej epoki pięknych kobiet, otyłych markiz, pełnych gracji i wdzięku, które tak rozkosznie licowały ze ślicznemi cackami, służącemi do dziś dnia za modele dla artystów naszych czasów.
Juan miał umysł zajęty czem innem i nie zwracał uwagi na otoczenie, myśłał o niebezpieczeństwie, w które rzucił się na oślep. Bilecik Piotra otworzył mu oczy, a i bez niego, zobaczywszy tylko Joannę, jużby się domyślił wszystkiego.
Od niej pochodził cios!
Daleki był od myśli posądzenia o zdradę człowieka, który go wychował, przy boku którego spędził swoje lata młode, aż nakoniec stał się równym jemu towarzyszem i wspólnikiem, był zatem niepomiernie ciekawym, kto mógł powiadomić Joannę o jego małżeństwie.
Profesor nie wywnętrzał się nigdy zupełnie przed swoim uczniem i jeżeli kiedy opowiadał jemu o swej niepohamowanej zemście, to jednak nie wymieniał imienia radcy.
Juan nie znał człowieka, do którego nauczyciel żywił śmiertelną urazę.
Rzeczywistość mówiła! Joanna zdradziła kochanka! Lecz dla czego, tego nie wiedział. Sądził, że przez zazdrość to zrobiła, przypadkiem dowiedziawszy się o dzisiejszym ślubie, który tak starannie chciał ukryć przed nią.
Zły los go widać prześladował! Jeszcze tydzień spokoju, a kończył pomyślnie rozpoczęte dzieło! Brał posag i uciekał. Miał takie postanowienie.
Nieszczęście nie pozwoliło mu dotrzeć do upragnionego celu. Został zdemaskowany!
Lecz w szkole Piotra nauczył się stawać odważnie do walki, hardo stawiając czoło przeciwności.
Zamknął w sobie śmiertelną obawę i wytężył wszystkie siły woli i inteligencji dla ocalenia siebie.
W głębi duszy nie wątpił nawet, że zwycięży.
Był to śmiertelny pojedynek pomiędzy nim a jego rywalem, Fernandem, i nie przestraszał się nim wcale. Był zdecydowany na wszystko, aby tylko zachować wolność i nie utracić tej, która go wtrącila w tak straszne niebezpieczeństwo.
Gdyby był zechciał zauważyć, byłby wyczytał w oczach swego przeciwnika więcej bólu, niżeli zaciętości, wstrętu dla podłości, której musiał się dotykać, aniżeli gniewu i nienawiści.
Upłynęło kilka minut.
Podprokurator i p. Séverin rozmawiali na uboczu z wielkiem ożywieniem.
Widocznie opowiadanie komisarza wywarło głębokie wrażenie na Fernandzie, gdy usłyszał tyle niespodziewanych rzeczy.
Widocznem nawet było, iż na słowa komisarza odpowiadał z niedowierzaniem, perswadując i przytaczając argumenty obronne.
Juan też odgadł, jakiego miał w nim adwokata. Skorzystał również z wolnej chwili i zbliżył się do swej kochanki.
Joanna siedziała na nizkim fotelu, z głową ukrytą w dłoniach, płacząc.
— Joanno! — zawołał cicho.
Nie odezwała się.
— Rozumiem twoją obawę... — odezwał się jeszcze ciszej — zwiodły cię pozory... Gdybyś jednak wiedziała!...
— Nie mów do mnie, — odpowiedziała — nie chcę nic wiedzieć... Staraj się ocalić siebie... Nienawidzę cię!...
— Pozwól, niech ci wytłumaczę...
Szepnęła ponuro:
— Nie chcę nic!
— Zobaczysz... nie jestem: winien tak, jak to możesz sądzić... a przynajmniej względem ciebie!...
— Podły jesteś!
— Poczekaj, nim mnie osądzisz!
— Zdrajca własnego słowa!
— Błagam cię!
— Zgubiłeś nas!... Zostaw mnie w spokoju!...
Podprokurator i komisarz skończyli nareszcie naradę i zbliżyli się do Rodrigueza i Joanny.
— To pani oskarżyłaś tego... cudzoziemca? — zapytał Fernand młodej dziewczyny.
Spuściła głowę.
— Zastanów się pani, chodzi tu o śmierć lub życie.
Stała się śmiertelnie bladą, lecz milczała.
— Czy utrzymujesz pani oskarżenie? — zapytał powtórnie Fernand.
Przesunęła ręką po czole, odpowiadając nawpół nieprzytomnie:
— Nie wiem, co się ze mną dzieje, czy ja żyję, czy marzę, czy mam zdrowe zmysły, lub czy utraciłam rozum!... Nie pytaj mnie pan o nic... błagam... powiem później...
— Rozumiem boleść pani! — odparł Fernand — uspokój się pani.
Zbliżył się ku bocznym drzwiom i otworzył je. Był to maleńki gabinecik, gdzie stary Saint-Clair zebrał arcydzieła japońskie.
Materja, obita na ścianie, pochodziła prosto z Yéddo, a cacka, wazy, parawany i bronzy przyszły tą samą drogą.
Nawet sufit zniknął pod czerwoną materją, o fantastycznym deseniu, świadczącym o dziwnym guście i bujnej imaginacji japońskich artystów. Najprzeróżniejsza broń wisiała po nad kominkiem.
— Proszę, wejdź pani tutaj, — odezwał się młody człowiek do Joanny — i zechciej chwilę zaczekać.
Zamknął za nią drzwi i stanął przed Juanem.
— Miej się pan na baczności, — odezwał się stłumionym głosem, chciałbym panu ocalić życie...
Młody człowiek, obojętnie wzruszył ramionami.
— Straszne oskarżenie ciąży na panu... Staraj się pan dowieść swej niewinności... Następnie, będziesz pan łaskaw odpowiedzieć mi na pewne zapytania.
— Panu?
— Tak, mnie.
— Jakiem prawem chcesz, pan mnie badać? — zapytał Rodriguez.
— Prawem człowieka, który cię zgubić może, — odparł podprokurator.
A ciszej dodał:
— Przyjeżdżam z Ameryki.
— A! — zawołał spokojnie uczeń Piotra, — domyślałem się tego. Przeczułem, że pańska nienawiść nie cofnie się przed żadnym środkiem.
— Mylisz się pan.
— W czem naprzykład?
— Nie jestem powodowany nienawiścią.
— Doprawdy? — zapytał z ironją Juan.
— Daję panu na to słowo honoru!
— Zatem ogromnie się pomyliłem.
— Kocham moją kuzynkę Blankę Colombey, z całem oddaniem się dla niej i nie ukrywam przed panem, że małżeństwo jej sprawiało mi pewną obawę...
— Co za troskliwość!
— Martwiłem się zaślepieniem radcy i całego jego otoczenia, któreś pan zdobył swoim zewnętrznym pozorem...
— Ależ mi pan pochlebiasz, — odparł szyderczo Juan — co mówię, zaszczycasz mnie!
Fernand mówił dalej z zimną powagą:
— Co pan chcesz? W podobnych okolicznościach nie można się dziwić wszelkim ostrożnościam.
— A pan osądziłeś, że pan Colombey nie zachował ich dostatecznie?
— Takie rzeczywiście było moje zdanie.
— Zatem chciałeś pan się przekonać o prawdziwości, danych panu Colombey’owi informacji i dowiedziałeś się pan innych
— Właśnie! Popłynąłem do Nowego Yorku, a ztamtąd pojechałem do Nowego Orleanu.
Juan pobladł, lecz siłą woli zapanował nad sobą i odezwał się:
— Jest to męcząca podróż, za którą pan Colombey powinien być wdzięcznym panu.
— Nie żądam jego wdzięczności... Wystarcza mi zadowolenie z wypełnionego obowiązku.
— To bardzo szlachetnie z pańskiej strony... Czy mogę wiedzieć coś pan porabiał w Nowym Orleanie?
— Z przyjemnością, tylko pomówimy o tem po pańskiej rozprawie z komisarzem.
— Jak się panu podoba.
Pan Séverin z ciekawością przysłuchiwał się rozmowie dwóch przeciwników, będącą przedwstępnym bojem do walki i zadziwiony był niewzruszonym spokojem pięknego młodzieńca. Pod tak strasznem oskarżeniem poruszał się on i odpowiadał swobodnie jak gdyby nic nie zakłóciło jego spokoju.
Z pewnością nie był zwyczajnym złoczyńcą i ta jego pewność i szydercze odpowiedzi zmieszały poniekąd komisarza.
W ogóle myślał sobie, iż o całem zajściu woli powiadomić wyższą władzę i uwolnić siebie od wszelkiej odpowiedzialności.
Być może, iż Juan wyczytał wahanie i niepewność na twarzy komisarza, gdyż w miarę, jak tenże nabierał wątpliwości, wzrastała jego pewność siebie. Czuł także, iż młody podprokurator mówił prawdę, a smutna i zamyślona twarz jego świadczyły również o prawdzie słów.
Z pewnością nie był to zaciekły nieprzyjaciel, ale raczej litościwy wybawca.
Spojrzeli jednocześnie sobie w oczy i Fernand rzucił mu długie, wymowne spojrzenie, które miało oznaczać:
— Broń się od zarzutu zbrodni na ulicy Bassano, nie chodzi już o to, co się stało w Ameryce, lecz o napad w samym Paryżu, sprawcy którego sprawiedliwość poszukuje. Ocal siebie, a o reszcie pomyślimy później!
Miał słuszność! Pan Séverin, był to nieprzyjaciel groźny i obecny niebezpieczny i jedyny. I od niego Juan potrzebował się bronić i uwolnić, to też zwrócił się do niego z uprzejmym ukłonem:
— Na pana kolej, — odezwał się grzecznie. — Cóż to za nikczemność masz mi pan do zarzucenia? Jestem na pańskie rozkazy!
Nie łatwo można wprawić w zakłopotanie policyjnego komisarza, lecz tutaj była rzecz inna w obec znaczenia i majątku winnego w obec tego, iż został zięciem bogacza paryskiego. Pan Sèverin stał przed nim niejako zawstydzony.
— Zapewne pan musi wiedzieć — odezwał się również uprzejmie, — o co pan zostałeś oskarżonym?
— To jest będę wiedział, jak pan zechcesz łaskawie mi wytłumaczyć.
— Policja poszukuje pewnego człowieka, który zniknął bez śladu.
— Czy Rosena?
— W samej rzeczy.
— A no, to wiem o tem.
— Jakżeś się pan o tem dowiedział?
— Jak i inni zapewne... z dzienników... Jakiś handlarz?...
— Czy pan go znałeś?
— I to bardzo dobrze.
— Przyznajesz się do tego?
— Dla czegóż miałbym temu przeczyć?
— Gdzieżeś go pan poznał?
— U mnie w domu.
— Na ulicy Bossano?
— Właśnie...
— Przychodził do pana?
— Kilka razy.
— Czy po to, abyś pan co kupił od niego?
— Przecież tem się właśnie zajmował.
— I kupowałeś pan?
— Nigdy.
— A jednak miałeś pan kochankę?...
— To być może.
— I nigdy jej pan nie ofiarowałeś prezentu?
— Żadnego.
— To dziwne... w pańskiem położeniu...
— A jednak tak jest, a nie inaczej.
— Jakkolwiek bądź się stało, właśnie kochanka pańska zarzuca panu zbrodnię.
— Mnie? — odparł z uśmiechem młody człowiek.
— Panu!
— Jaką zbrodnię, jeżeli łaska?
— Zamordowania owego Rosena.
— Ależ to niedorzeczność!
— I okradzenia go.
— Tak, dla niczego!?...
— Jak pan to rozumiesz?
— Wymysł zazdrosnej kobiety!
— O tem się przekonamy... Podług niej miałeś pan wspólników...
— Gdzież oni są?
— Opuścili dom twój natychmiast po spełnionej zbrodni.
— Proszę mi tego dowieść.
— To rzecz sędziów, którzy będą mieli powierzoną pańską sprawę.
— Niech i tak będzie, lecz tymczasem czy mogę się dowiedzieć, co pan zamierzasz dalej robić?...
— Spełnić mój obowiązek...
— To jest?...
— Aresztować pana i jego kochankę...
— A więc jesteś pan przekonany mojej winie?
— Niezupełnie.
— Tak więc, ponieważ się podobało zazdrosnej dziewczynie oskarżyć mnie o urojoną zbrodnię, chcesz mnie pan zgubić w publicznej opinji... zniesławić... mnie i całą rodzinę?
— Czy to moja wina?
— Uważaj pan... jest to czyn co najmniej nieostrożny...
Juan wyrażał się ze zwykłym wdziękiem i swobodą, bez złości, z prawdziwem poważaniem dla osoby komisarza.
Pan Séverin był coraz bardziej zakłopotany.
— Skończmy raz tę sprawę, — odezwał się młody człowiek.
— Jakto?
— Pragnę, żebyś pan rzecz wyświetlił.
— Pan?
— I to jak najprędzej... Chcesz pan mnie aresztować... Spełnij pan swoją powinność... jestem gotów na pańskie rozkazy...
— Nie będziesz się pan temu opierał?
— Wcale.
— Ani pan nie uciekniesz?
— Za nic w świecie... Szanuję prawo... lecz zażądam pewnych względów.
Komisarz stał szczególniej zakłopotany.
— Te jasne, czyste, żywe i proste słowa zdwajały jego niepokój.
Juan zrozumiał natychmiast swoją wyższość.
— Możesz pan udać się do mego domu, przeszukać wszystkie kąty, aby znaleźć ślad zbrodni, nie obawiam się niczego. Jeżeli jestem złodziejem, to jednak musisz pan przyznać, że nie jestem podobny do wielu innych. Posiadam majątek miljonowy, jakżeż pan możesz żądać, abym dysputował w podobnej sprawie. Jeżeli będą śmieli zapozwać mnie przed trybunał, będę się bronił, a teraz, po tym dowodzie mego szacunku jaki panu daję, cóżeś pan postanowił?
W odpowiedzi pan Séverin odwrócił się ku drzwiom japońskiego buduaru, otworzył je i, zawołał.
— Panno Joanno!
W gabinecie Colombey’a, gdzie przed dwudziestu laty hr. de Vitray z powrotem z la Roche-Morgat, odwiedził przyjaciela, odbyła się zupełnie innego rodzaju scena.
Radca zamknął się w ponurem osłupieniu, jak piorunem rażony, nie mogąc zebrać myśli razem.
Prześladowało go widmo tej djabelskiej istoty, co jak zły duch przyczepił się do niego w kościele, aby mu przypomnieć dawno zapomnianą przeszłość, zasypać trującym sarkazem, stanąć na drodze jego szczęścia i powodzenia, pokazać mu piekielną zasadzkę, w którą go wtrącił i zniknąć niepostrzeżenie.
W uszach słyszał jeszcze dźwięk jego głosu, mówiącego: — Patrz pan! A nie przypomina sobie kochany pan mojej osoby?... Piotr Brecheux!... maleńki Piotruś z la Sauvagère!... do usług szanownego pana....
Albo.
— Przyrzekłem, że się kiedyś zobaczymy! Dotrzymałem słowa!...
O, teraz doskonale sobie przypomniał małego Piotra i całą scenę z nim odbytą na bulwarze Kapucyńskim.
Był dla niego okrutnym, bez litości, a teraz ten chłopski syn mścił się na nim.
Był w swoim prawie!
Mógł rzeczywiście tryumfować. Sidła były tak dobre, że ofiara nie mogła się z nich wydostać, a z nią honor i spokój rodziny i te istoty, które kochał jedynie i których los zdolnym był go wzruszyć.
Stracone biedne jego dziecię, stracone bezpowrotnie!
Z ufnością oddała serce pięknemu młodzieńcowi, kochała go, była jego żoną w obec Boga i ludzi, wierzyła w jego cnotę i honor i nagle wiarę i miłość miała utracić, bo chociaż jeszcze nie wiedziała wszystkiego, to biedny ojciec drżał na samą myśl oświetlenia jej o prawdzie.
On jeden wiedział teraz, kto jest ten cudzoziemiec! Jak się przyznać do takiego syna, do dawno zapomnianego błędu, tak fatalnego w okrutne następstwa? Co mówić i co robić dalej?
Napróżno usiłował wydostać się z otchłani, w którą go wtrącił Piotr Brecheux. Ryczał, jak lew złapany w sidła, nie mogąc się z nich wydobyć pomimo swej mocy.
Wściekły był na swą bezsilność; przeklinał podłego gada, sprawcę tyłu nieszczęść, tak bolesnych dla jego dumy.
Cała jego przeszłość, wszystkie błędy i połdłości nizkie stanęły nagle przed nim, jak zmartwychpowstałe, trupy na cmentarzu w noc księżycową. Widział je jasno.
Naprzód płynęła Róża, kołysana wodą aż do morza, gdzie nazawsze zniknęła.
Musiała go przekląć i wszczepić nienawiść w serce dziecka, które było tu obok nie wiedząc imienia ojca.
Widział dalej rodziców Piotra, zestarzałych na jego służbie, starą matkę: umierającą ze zmartwienia, zmuszoną opuścić dawną strzechę, gdzie żyła, kochała i pracowała w biedzie, usiłując naprawić złe wyrządzone przez męża.
Widział starego Brecheux, pastuchem na obcych polach, umierającego z nędzy i wstydu.
I maleńkiego widział Piotrusia, jak u nóg jego błagał kęsa chleba dla starych rodziców, w zamian ofiarując życie swoje.
Co mu przeszkodziło wypełnić tak małe żądanie? Nic! A jednak odmówił hardo i bezlitościwie.
Widział słabe, nędzne stworzenie, pieszo wracające do domu, z rozdartem sercem i chorą duszą, napełnioną niepohamowaną zemstą.
Czy był winien? Kiedy to on bogacz i szczęśliwy zapalił to uczucie.
Nie było teraz ratunku!
Rozmyślał właśnie z niepokojem okrutnym rozgorączkowany i drżący kiedy zastukano do drzwi.
Z początku nie odezwał się, lecz ponieważ stukano mocniej, niecierpliwie odpowiedział:
— Proszę wejść!
Jednocześnie odwrócił się i powstał zdumiony.
Wchodzili do niego sędziowie, w osobie żony i starego bankiera.
Na ten widok cokolwiek zimnej krwi mu powróciło.
— Gdzie Blanka? zapytał.
— Została w swoim pokoju.
— Co robi?
— Chora jest boję się o nią. Posłałam po doktora Guyon.
— Kto jest przy niej?...
— Berta i panna służąca.
Radca westchnął i zagryzł wargi.
— Bądź szczerym — odezwał się bankier. — Musisz wiedzieć o wszystkiem. Co się dzieje?
— Straszne rzeczy.
— No ale przecież?
— Alboż ja mogę o tem mówić?
— Dla czego nie?
— Lepiej się nie pytajcie.
— Czy to tak coś okropnego?
— Bardziej niż to sobie wyobrażacie.
Pani Colombey upadła na poblizki fotel.
— Powiedz jasno — odparł bankier, — nie można leczyć choroby nie wiedząc co takiego.
Radca zaprzeczył ruchem głowy.
— Na to nie ma lekarstwa — odpowiedział.
— Czy podobna?
— Doprawdy.
— Jednak cokolwiekbądź chcemy dowiedzieć się prawdy; a zresztą zczasem przyjdzie ona sama.
— Macie słuszność. Słowem jesteśmy pogrążeni w otchłań wstydu i hańby...
— Ten Rodriguez?...
— Nie jest nim.
— Któż to taki?
— Nie mam odwagi wypowiedzieć.
— O co go oskarżyła ta dziewczyna?
— Tego sam nie wiem.
— Lecz znasz ją?
— Nie.
— Ja ją znam, powiedział bankier.
— Ty ojcze!
— Gdzie ona jest?
— Została z Fernandem.
— Mogę z nią pomówić?...
— Zapytaj ojcze Fernanda, odpowiedział Maurycy z wściekłością. Twój protegowany stał się tutaj obecnie panem... przedstawia prawo...
— Gdybyś go był uważał tak jak ja, nie bylibyśmy doznali tyle złego.
— Być może, teraz już jest zapóźno i wszelkie wymówki nic nie pomogą i nie zmienią stanu rzeczy... Zresztą nikt i nic tu nie pomoże.
— Czyż złe jest tak straszne?
— Nie do naprawienia.
— I nie masz na tyle zaufania do mnie, aby powiedzieć co się stało? Czy kiedykolwiek zrobiłem ci co złego?
Michał Saint-Clair był dobrym i wpływ dobroci jest wielkim, lecz miał do czynienia z twardem, kamiennem sercem. Jednakże uderzył radcę przyjacielski głos bankiera, a jednocześnie poczuł uścisk miękkiej dłoni. Matylda stała obok niego.
Biedna kobieta była godną córką swego ojca.
— Maurycy — odezwała się — związek nasz nie był dla ciebie źródłem wielkiego szczęścia. Nie lubiłeś domowego ogniska... Cierpiałam z tego powodu wiele... acz w milczeniu, jednakże pozostaliśmy razem. Dziś przeciwność i nieszczęście w nas uderza... stawmy im czoło razem... Może być, iż masz pewne winy na sumieniu... Wypowiedz je szczerze... chociaż i to może być przykrem na razie... — dodała z goryczą.
Po chwili zobopólnego milczenia odezwała się z rezygnacją:
— Po klęsce, która spadła na Blankę, wszystko inne będzie mi się wydawać niczem.
Radca nagle się zdecydował:
— Czy miałeś pan kiedy w życiu nieprzyjaciół? zapytał, zwracając się do bankiera.
— Starałem się o to, aby nie robić ich sobie.
— Ja miałem jednego... małego, nędznego, nieznanego!...
— Jakto?
— Syna mojego dzierżawcy z okolic Bayene, którego kazałem zlicytować i wyrzucić z folwarku za długi.
— Więc cóż z tego?
— Zapewne, iż nie postapiłem tu słusznie... ludzie ci od pół wieku byli na tym kawałku ziemi... Wyrok mój niszczył i gnębił do szczętu... a nawet matka podobno, że umarła ze zmartwienia... chociaż nie wiem, czy to prawda...
— Cóż dalej?
— A ojciec poszedł do służby za pastucha...
— Nieszczęśliwy!
— I on także umarł, w krótce po śmierci żony... Został syn... upośledzony od natury... lecz zły, jadowity jak padalec... ten był u mnie błagać litości, grożąc zemstą... Nie słuchając podobnej gadaniny, kazałem go wyprowadzić na ulicę... Jest temu co najmniej lat dwadzieścia kilka.
Bankier mlasnął grubemi ustami.
— Licytować starych ludzi... rzeczywiście, nie trzeba mieć litości!... Mów dalej...
— Człowiek ten dotrzymał obietnicy.
— Zemścił się?
— Okrutnie.
— Gdzież jest?
— W tej chwili nie wiem, lecz przed godziną był w kościele.
— A!
Podpisał swoje imię na akcie ślubnym Blanki z łatwą do zrozumienia dumą.
Bankier domyślił się.
— Więc to nauczyciel, — zapytał, — ten mały staruszek w niebieskich okularach?
— Właśnie.
— Twarz inteligentna.
— Więcej jest to prawdziwy genjusz złego. Zobaczysz pan. Z lat moich młodzieńczych miałem nieprzyjemne wspomnienie na sumieniu...
— Cóż takiego?
— Kochankę, którą oddaliłem przed ślubem...
— Cóż to za jedna?
— Nauczycielka.
— Młoda?
— Dwudziestokilkoletnia dziewczyna.
— Uczciwa?
— Na tyle, na ile może być dziewczyna, mająca kochanka.
— Lubo raczej, jeżeli nieszczęśliwa ulegnie i zejdzie z prostej drogi — odparł surowo bankier.
— Być może.
— Pozwól, iż poruszę pewną delikatna kwestję!
— Proszę.
— Wyznajesz, iż dziewczyna była uczciwą?
— Tak.
— I ty jeden byłeś jej kochankiem?
— Pierwszym i ostatnim... tak przynajmniej przypuszczam — odparł radca z pewną niecierpliwością w głosie.
— Dokończ.
— Stosunek nasz trwał trzy lata... Porzuciła obowiązek...
— Za twoją radą?
— Naturalnie. Wynająłem jej małe mieszkanko... i zaspakajałem wszelkie potrzeby... Na jakiś czas przed mojem ożenieniem, dowiedziałem się od niej pewnej wiadomości, która mnie żywo zaniepokoiła.
— Jakiej?
— Dowiedziałem się, iż ma zostać matka!...
Pani Colombey upadła na fotel, kryjąc twarz w dłonie.
Cynizm i oziębłość, z jakiemi opowiadał Maurycy te wszystkie szczegóły, oburzały ją i napełniały niewymowną trwogą.
Aby taki człowiek, jak jej mąż, zdobył się na podobnego rodzaju wyznanie, złe musiało być większe, niż go sobie wyobrażała. Z przerażeniem czekała, co ma usłyszeć dalej.
Michał Saint-Clair, ze swoim spostrzegawczym umysłem, domyślał się rozwiązania intrygi.
— Twoja sytuacja majątkowa pozwoliła przynajmniej, abyś był szczodrym.
— Powinienem był nim być, postąpiłem jednak przeciwnie.
— Cóżeś zrobił?
— Dałem jej niewielką sumkę...
— Ile?
— Dwadzieścia tysięcy franków... które zabrawszy, odjechała...
— Wypędzona!
— To prawda, wygnana przezemnie!
— Kobietę którąś kochał, która ci się oddała i która miała zostać matką! szepnęła Matylda. — Co za okrucieństwo!
— Są czyny niepojęte w życiu!
— Cóż jeszcze? — zapytał bankier.
— W krótkich słowach dowiedziałem się niezadługo od niej, iż urodziła syna, dając mu imię Jan-Maurycy, to jest moje imię... Nie odpisałem... W kilka lat potem chciałem się coś o niej dowiedzieć... robiłem poszukiwania... nie mogąc znaleźć spokoju na myśl o dziecku, które opuściłem, kiedy z łatwością mogłem mu przyjść z pomocą. Matka pochodziła z okolicy de Valognes i, jak sądziłem, tam musiała się schronić do swoich. Pojechałem i dowiedziałem się smutnej prawdy... nie chcę jej ukrywać przed wami... Nieszczęśliwa utopiła się... a o dziecku nikt nie wiedział, gdzie się znajduje... Od tej pory nigdy też o niem nie słyszałem... i dopiero dziś się dowiedziałem, co się z niem stało... Człowiek, którego piekielna i nieubłagana zemsta ścigała mnie, objaśnił mnie właśnie o tem..
— Stary nauczyciel?
— On sam. Przypadek zbliżył go do kobiety, wychowującej dziecko... Umierając, powierzyła małego w jego ręce.
Bankier zacisnął głowę rękoma, w strasznej obawie poznania prawdy.
— Wtedy nędznik ten — mówił Colombey z wzrastającym gniewem — powziął okrutny zamiar i takowy wykonał. Od dzieciństwa uczył chłopca złego... Wysilał cały swój rozum i inteligencję na to tylko, aby go spodlić i zgubić... Nieszczęście chciało, że razem z nim i nas gubi także...
— Więc Rodriguez?...
— Jest właśnie owem dzieckiem.
— Twoim synem! — zawołała pani Colombey.
Radca nic nie odpowiedział.
— O! nieszczęśliwy! — zawołała. — A Blanka stracona! Co za okropność!
Bankier rozmyślał. W niebezpieczeństwie zwykle odznaczał się zimną krwią.
— Czy jesteś zupełnie tego pewny? — zapytał.
— Na tyle, o ile można być.
— A on czy wie o tem, że jesteś jego ojcem?
— O tem nie wiedział... lecz Brecheux...
— Jak?
— Piotr Brecheux — tak się nazywa stary nauczyciel — ma właśnie oświetlić go w tym względzie dla dopełnienia zemsty.
— Dobrze, lecz dla czego twój syn nosi nazwisko Rodriguez?
— Zabrał je komu innemu.
— A majątek?
— Ukradł.
— W każdym razie jest on twoim synem, odparł z mocą bankier — zatem choćby był największym zbrodniarzem w świecie, obowiązkiem twoim jest go ocalić.
— W jaki sposób?
— Ta czarno ubrana dziewczyna oskarżyła go przed policją?
— Tak.
— O co? O jaką zbrodnię?
— Nie śmiem nawet pomyśleć... Zgubiony jestem... bez ratunku... strącony w przepaść i nie wiem, jak się wydobyć...
— Powiadasz, że ta młoda dziewczyna jest z Fernanden?
— Tak.
— W wielkim salonie?
— Nie wiem, czy tam jest obecnie... słyszałem jakiś hałas...
— Gdzie?
— Z tej strony.
Radca wskazał na jedne z drzwi gabinetu.
— W pokoju dla palących? — zapytał bankier.
— Tak.
Przez chwilę stary bankier stał, niepewny, co ma dalej czynić, lecz następnie postąpił parę kroków, uchwycił córkę za rękę i odprowadził do innych drzwi.
— Idź do siebie — odezwał się, przyciskając ją z mocą do piersi. — Idź do Blanki, biedaczka potrzebuje twej opieki i o niej musimy myśleć przede wszystkiem.
A zwracając się do zięcia, siedzącego w milczeniu, upokorzonego do głębi duszy, zielonego od tłumionej wściekłości:
— A pan zaczekaj na mnie! — rozkazał.
Podniósł portjerę z ciężkiego adamaszku, kryjącą wejście do japońskiego gabinetu, otworzył ostrożnie drzwi i spojrzał w głąb pokoju.
Na ten leciuchny szmer młoda dziewczyna w czarnem ubraniu odwróciła głowę.
Siedziała w pokoju sama, z oczami pełnemi łez, a niewypowiedziana boleść malowała się na jej twarzy. Bankier wszedł i zamknął drzwi za sobą.
Na widok bankiera Joanna okryła się rumieńcem.
— Pan tutaj? — zawołała.
— Tak, ja, i niejednokrotnie myślałem o tobie, moje dziecię... lecz czas nagli, mówmy pocichu i prędko.
— Czego pan żądasz odemnie?
— Wielkiej przysługi!...
— Która jest w mojej mocy?
— Tak.
— Mów pan zatem.
— Chodzi tu o honor tego domu... szczęście dziecka, które kocham więcej niż życie własne... o Blankę, wnuczkę moją. Czy zrozumiałaś mnie, moje dziecię?
— Tak, panie.
— Co zarzucasz Rodriguez’owi?
— Już o tem zawiele powiedziałam...
— Być może... lecz ja nic o tem nie wiem! A najpierw, co za stosunek was łączy?
— Nie powinnam przed panem nic ukrywać... jest on moim kochankiem! — odpowiedziała z boleścią, zawstydzona to jest człowiekiem, któremu się oddałam w kilka dni po naszem spotkaniu..
— Znałaś go dawniej?
— Widziałam go, gdy był jeszcze dzieckiem, w Cherburgu. Wtedy nazywał się Jan-Maurycy...
— A innego nazwiska nie posiadał?
— Zapewne... I w tem nasz los był wspólnym... jestem również opuszczenem dziecięciem przez matkę... tak jak on był opuszczonym przez ojca...
— Był ubogim?
— Z pewnością nie musiał być bogatym.
— W jaki sposób odnaleźliście się potem?...
— Zobaczył mnie w Moulin-Rouge... i poszedł za mną, chcąc się dowiedzieć, gdzie mieszkam... Włóczęgi chcieli mnie obedrzeć, odebrać dane mi przez pana pieniądze... Wtedy on mnie ocalił.
— Cóż dalej? Spiesz się moje dziecko!
— Byłam bardzo nieszczęśliwa...
— Wiem o tem.
— Nazajutrz udałam się na ulicę Cambon, dla widzenia się z panem, jak to było umówionem... w celu znalezienia mi zarobku...
— Tak, tak. Prędzej.
— Wydałeś mi się pan aniołem dobroci!
— Prędzej... prędzej!...
— Nie zastałam pana w domu... a on chciał abym do niego przyszła... Byłam u niego na ulicy Bassano... złożył mi przysięgę wiernej i jedynej miłości, że mnie nie opuści nigdy... Byłam słabą... nie umiałam się oprzeć... Nędza wyczerpała moje siły...
— Czyś go kochała?
— Tak.
Wymówiła to słowo tak cicho, iż bankier domyślił się raczej, niż usłyszał takowe.
— Zkądże stał się nagle bogatym?
— Za pomocą zbrodni.
— Wiedziałaś o tem?
— Broń Boże!
— W jaki sposób dowiedziałaś się tem?
— Pewnego rana udałam się na ulice Bassano. Wyczytałam z dzienników, że poszukują kobiety, która mnie wychowała... Chciałam się z nim zobaczyć... zasięgnąć jego rady... Wzięłam fiakra na stacji Saint Lazare... Zatrzymałam się w pewnej odległości od domu i zobaczyłam, jak do hotelu wszedł człowiek mi nieznany... W kilka minut potem weszłam tam za nim. Wylękły służący popchnął mnie do parterowego saloniku... i natychmiast usłyszałam straszny krzyk... krzyk umierającego człowieka. Był nim nieszczęśliwy handlarz drogich kamieni, o którego zniknięciu tyle pisano w dziennikach. Od pierwszej chwili domyśliłam się zbrodni, a w parę dni potem moja wątpliwość zamieniła się w okrutną prawdę... Rozmówiłam się z moim kochankiem...
Ostatnie słowo wymówiła ze wstrętem.
— Kończ prędzej moje dziecię... — naglił bankier.
— Wyznał prawdę!... Byłam zgubiona... Wymogłam na nim, aby zdala od Francji szukał ocalenia w pracy... Poprzysiągł, że tak zrobi... Za taką cenę zgadzałam się pozostać z nim, pomimo żeby mnie to wiele kosztowało... Lecz oddałam się... i nie chciałam zrywać z nim wtedy, kiedy potrzebną mu byłam. Działo się to zaledwie kilka dni temu... Nie wiedziałam o jego innych zamiarach, żyjąc zamknięta w czterech ścianach mojego domku, przy dogorywającej matce. Dziś rano otrzymałam pismo nieznanej mi ręki, zapewne jego nieprzyjaciela, donoszące o jego małżeństwie...
— Nie domyślałaś się przedtem niczego?
— Niczego, przysięgam panu. Do listu dołączono również wycinek z dziennika... i oto są jeden i drugi...
Wyjęła papiery z kieszeni. Bankier odsunął je od siebie.
— Wierzę ci, moje dziecko — odparł. — Kończ prędzej!
— Po przeczytaniu, wybuchnęłam strasznem oburzeniem, pomyślawszy, że ten człowiek zdolny był mnie oszukać, zdradzić nikczemnie i to w chwili, kiedy chciałam się poświęcić, aby go podnieść z moralnego upadku, pomimo iż dowiedziawszy się tajemnicy mego urodzenia, mogłam u matki szukać schronienia przed nędzą... Kłamał ohydnie w tej samej chwili, kiedy składał mi niewymaganą przezemnie przysięgę... Żenił się z inną, złożywszy zapewnienie kochania mnie jedynie i zaczęcia nowego, lepszego życia... Tego było już za wiele! A jednak byłabym milczała na wieki i byłabym poszła za nim w świat daleki... Pogarda i obrzydzenie takiej podłości zabiły we mnie miłość i tak już zachwianą straszną tajemnicą.
Lecz zrozumiawszy, że panna Colombey jest wnuczką pańską, to jest człowieka, który z taką delikatnością uczuć przyszedł mi w pomoc, chciałam za jaką bądź cenę ostrzedz pana i zerwać mający nastąpić związek, który miał się stać nowem łotrostwem... Przybiegłam... lecz przybiegłam za późno... Stało się złe... Chciałam wątpić jeszcze... lecz zobaczyłam go w kościele... wtedy straciłam głowę... widziałam jeden tylko sposób na zaradzenie złemu... A przy tem szaleństwo jakieś mną owładnęło, zapewne reszta zazdrości i szalonego gniewu, na myśl takiego niewstydu i kłamstwa, sprawiły... że weszłam do komisarza i...
— I powiedziałaś mu wszystko?
— Wydarł ze mnie prawdę!
— Nieszczęsna!
— Tak, wszystko... Powiedziałam, że się nie nazywa Rodriguez’em, lecz Janem-Maurycym... że majątek jego pochodzi ze zbrodni i kradzieży!...
— Zgubiłaś go!
— Niestety!
— A nas okryłaś hańbą!
— Was?
— Juan ma również tajemnicę swego urodzenia...
— Pozwól, że o niej zamilczę... Czas ucieka... czy chcesz iść za moją radą?
— Wszak już powiedziałam panu. — Ocaliłeś mi pan więcej niż życie... Życie moje należy do pana!...
— Chcę ocalić tego młodego człowieka!...
— Jakto!
— Przytłumić hańbiący nas skandal.
— Rozkazuj pan.
— Będą cię znów zapewne badać.
— Może być.
— Z pewnością.
— Cóż mam robić?
Za drzwiami słychać było zbliżające się głosy. Bankier szybko mówił jakieś słowa, których Joanna słuchała w milczeniu...
Zakończył, dodając.
— Czyś zrozumiała?
— Tak.
— I zrobisz te, o co cię proszę?
— Dziękuję z głębi duszy.
W chwili, kiedy jedne drzwi otworzyły się, dając przejście Fernandowi z komisarzem, bankier wychodził przez drugie, kładąc palec na usta.
t Joanna upadła na kanapę. Na widok wchodzących z trudem powstała złamana, siły jej zostały wyczerpane.
— Daliśmy dosyć czasu pani do namysłu, odezwał się pan Sèverin.
Skłoniła głową.
— To też proszę po raz ostatni, abyś pani dobrze ważyła słowa, które masz wyrzec.
Ruchem ręki wskazał na stojącego nieporuszenie Juana, obojętnego na pozór i ciągnął dalej:
— Oskarżenie, jakie wnosisz pani przeciwko temu człowiekowi, jest bardzo poważnej natury, co zresztą musisz sama rozumieć. Chodzi tu o jego wolność. Jak dotąd twoje jedyne świadectwo cięży na nim. To też odrzuca je on nazywając twój czyn szaleństwem chwilowem spowodowanem uczuciem zazdrości wybuchłej na wieść o mającym nastąpić małżeństwie, które chciał ukryć przed panią. Jeżeli dalej utrzymujesz pani twoje zeznania, w takim razie jest moim obowiązkiem aresztować tego pana. Będzie to wybuchem strasznym, który może splamić honor rodziny z jaką został połączony; jeżeli zaś przyznasz pani żeś działała pod wpływem zazdrości i gniewu, mogę wtedy odroczyć sprawę, zdać raport wyższej władzy i uniknąć skandalu. Zatem trzymasz pani w swoim ręku los człowieka... Coś więc postanowiła?
Zwiesiła głowę nie odpowiedziawszy ani słowa.
Fernand przerwał milczenie pytaniem:
— Trwasz pani przy swojem oskarżeniu?...
Zapanowała nad sobą siłą woli i odparła cicho:
— Nie.
Wielkie łzy spływały jej po twarzy.
— Zatem przyznajesz pani, żeś jedynie kłamała? — zapytał pan Séverin.
Odparła zaledwie dosłyszalnym głosem:
— Tak.
— W przystępie zazdrości?
— Tak.
— A teraz mówisz pani prawdę?
— Tak.
Komisarz zagryzł usta.
Nie rozumiał przyczyny, dla której zmieniła zdanie, ale pomyślał:
— Kłamie, albo jest warjatką.
Można było łatwo przypuścić chorobę, gdyż komisarz przypomniał sobie pierwsze wrażenie, kiedy badał młodą dziewczynę po raz pierwszy. Pomimo to, miał pewne wątpliwości, odpowiedzi obecne Joanny były wypowiedziane z taką rezygnacją pełną godności, że został nią uderzony.
Z drugiej strony, zachowanie się stanowcze młodego cudzoziemca niepokoiło go również. W każdym zaś razie kontent był iż może powierzchownie być uprzejmym dla Colombey’ów i zaskarbić sobie względy u rodziny, która mogła mu wszechpotężnie dopomódz.
— Panie podprokuratorze — odezwał się do Fernanda — odchodzę ztąd, szczęśliwy, iż powyższe zeznanie pozwala mi uniknąć przykrej sceny w tak szanownym domu.
A zniżywszy głos, pociągnął na ubocze młodego człowieka, mówiąc:
— Mam wątpliwości... więcej niż wątpliwości... Macie państwo kilka godzin przed sobą... Spożytkujcie je podług waszego uznania... Później zmuszony będę mówić i działać inaczej... Zrozumiałeś mnie pan?
Obadwaj zamienili spojrzenia, mówiące więcej niżeli słowa i Fernand odparł tylko:
— Dziękuję.
Pan Séverin zabierał się do wyjścia, przedtem zbliżył się jeszcze do młodej dziewczyny.
— Musisz mi pani przyrzec, że nie opuścisz Paryża, i stawisz się na wezwanie sądowe.
— Dobrze panie.
— Nazwisko pani... Joanna... adres mam także... willa Suzanne, w Vaucresson?
— Tak jest.
W tej chwili jeszcze jedna osoba weszła do pokoju i podeszła prosto do komisarza.
— Kto pan jesteś?...
— Admirał de Vitray. Znasz mnie pan.
— Naturalnie — odparł pan Sèverin kłaniając się.
— Zatem jeżeli sprawiedliwość będzie potrzebować czego od tego dziecka, to od tej chwili do mnie się musi o to odnieść.
— Dla czego?
— Dla tego, że jest ona moją córką!
— Pańską, córką, admirale?! — zawołał zdumiony komisarz.
— Nieszczęśliwe okoliczności odebrały mi ją, teraz ją odnajduję i nie opuści mnie już nigdy.
— Panie! — wyjąkała drżąc nieszczęśliwa.
Admirał wyciągnął ku niej rękę.
— Chodź, Joanno, — odezwał się, — chodź i nie obawiaj się niczego. Perina Yandet już nie żyje, umarła z twojem na ustach imieniem. Biedna kobieta.. zastępowała ci matkę... Lecz masz drugą prawdziwą, która cię oczekuje... Chodźmy!
Komisarz ukłonił się raz jeszcze, zmięszany tem nowem odkryciem.
W wielkim salonie Fernand Colombey i Juan Rodriguez stali naprzeciw siebie.
— No i cóż — zapytał uczeń Piotra, — czyś pan zadowolnił swoją zemstę?
— Jeszcze nie, — odparł zimno podprokurator.
— Cóż jeszcze panu potrzeba?
— Moja nienawiść wstawiła się za panem do komisarza, który miał aresztować pana, gdyby nie to byłbyś pan w tej chwili pod kluczem, a ztamtąd nie łatwo jest się wydostać... gdyż ani ja, ani on nie byliśmy tak głupimi, aby uwierzyć w zagraną przed nami komedje.
Juan zbladł. Pewność i lodowata oziębłość tego człowieka, którego byłby chciał zdusić z rozkoszą w swoim ręku, napełniła go niepohamowanym gniewem.
Fernand odezwał się znowu z tą samą zimną krwią i spokojem:
— Jeżeli pragnę pana ocalić, to jest pozwolić na to abyś uciekł, nie dowodzi to jeszcze, abym cię miał za niewinnego... Inni mogą powątpiewać o twoich zbrodniach... ja posiadam na to niezbite dowody...
— Dowody!?...
— I to takie, że tu w kieszeni posiadam wszystko, czego trzeba, aby cię skazano... Jesteś zgubionym... Lecz na szczęście i ja posiadam na sumieniu pewną namiętność, a tą jest poświęcenie. Chcę oszczędzić Blance nie boleści, gdyż to jest niepodobieństwem, lecz wstydu i rozpaczy, zobaczenia na szafocie lub galerach człowieka, któremu przez straszną omyłkę, oddała swoją rękę.
Juan rozmyślał, lecz nie odezwał się ani słowem. Fernand mówił z taką pewnością siebie iż niepodobieństwem było mu zaprzeczyć, zatem milczał i czekał.
— Powracając z mojej podróży przerachowałem się... wypadek na morzu zatrzymał nas dłużej w drodze o czterdzieści osiem godzin, bez tego nie byłbyś pan dziś po ślubie...
— A telegraf? — odparł Juan.
— Są rzeczy, które wahałem się powierzyć depeszy. Teraz, kiedy zostaliśmy sami, chcę w kilku słowach wytłumaczyć panu moją podróż.
W Nowym Orleanie, powziąłem pewne wiadomości, widziałem prawników. Rodzina Rodriguez’ów dzieli się tam na cztery gałęzie, a ta, do której należał Juan, jest obecnie wygasła.
— Raczej chciej pan dodać, będzie wygasłą po mojej śmierci, która nie jest jeszcze zadecydowaną.
— Miałbyś pan rację, gdybyś był Juanem Rodriguez.
Uczeń Piotra chciał się uśmiechnąć, lecz uśmiech skonał mu na ustach.
Podprokurator mówił dalej:
— W rzeczywistości, żył niedawno jeszcze Juan Rodriguez, mniej więcej w wieku pana i trochę podobny de pana z fizognomji, lecz ten znikł.
— Jesteś pan o tem przekonany?
—Bez żadnej wątpliwości. Wyjechał on do Europy, zabierając cały swój majątek z sobą, względnie nawet niewielki, jakieś cztery czy pięćkroć stotysięcy franków. Jest temu właśnie cztery lata. Od tej chwili nie dał znaku życia o sobie. Z Londynu otrzymano co prawda jakieś papiery, potrzebne do uregulowania rachunków, lecz pomimo zręczności, z jaką były podrobione, poznano iż są fałszywe.
— Jest proste przypuszczenie.
Fernand odpowiedział na ten zarzut, wyjmując z kieszeni pugilares, z którego wyjął z pół tuzina fotografji.
— Oto, — odpowiedział wtedy, — fotografja tego młodego człowieka. Zechciej pan się jej przyjrzeć.
Portret przedstawiał młodego dżentelmana, bruneta o matowej cerze, którego jednak rysy różniły się od fałszywego Juana.
Jan-Maurycy spojrzał pośpiesznie na portret.
— Zostałeś pan wprowadzonym w błąd.
— Mam zapewnienie piśmienne rodziny o tożsamości osoby, a w potrzebie zaświadczą sami o tem przed sądem.
— Do czego pan to prowadzi? Wyjaśnij mi pan?
— Do tego, iż nie jesteś pan Juanem Rodriguez, że nosisz fałszywie jego imię a pod tą zbrodnią ukrywa się druga, daleko straszniejsza jeszcze, jak pierwsza.
Fernand mówił z wzrastającem ożywieniem.
— Wierz mi pan, nie zazdrość mówi przeze mnie w tej chwili, lecz twoje małżeństwo jest żadne... Nie istnieje w obec prawa... i sam się zrzeknij tego.
— A jeżeli odmówię?
— Tem gorzej dla pana! Mógłbym był powrócić osiem dni prędzej, lecz spożytkowałem je, aby odbyć te samą drogę, którą pan odbyłeś cztery lata temu z Nowego Orleanu do New-Yorku. Na tej drodze znalazłem ślady i spotkałem ludzi... Nie nastaję na życie pana, jednak trzymam je w swoim ręku. Czy przypominasz pan sobie zajazd w Los Santes, pomiędzy Jackson i Tunga?
— Cóż jeszcze?
— Jest w nim oberżysta, nazwiskiem Paolo Morena. Czy go pan nie pamiętasz?
Juan milczał.
— Ten Paolo Morena wskazał mi, w pewnej odległości od domu, miejsce zarosłe dziś bujną trawą. W miejscu tem postawiono krzyż, a nieszczęśliwy młodzieniec, spoczywający pod zieloną murawą został zabity...
— W pojedynku — szepnął uczeń Piotra.
— Został zabity i ograbiony, na dowód czego posiadam niezbite dowody...
— Zobaczymy.
Juan odparł odważnie, lecz prawie zwyciężony. Na dalekim stepie umarły młodzieniec powstawał przeciwko niemu, wywołany przez nieubłaganego wroga.
— Słowem, czego pan żądasz? — zapytał.
— Proponuję panu pewną ugodę.
— Jaką?
Pomogę do ocalenia pańskiego, ze wszystkich sił moich, ułatwię panu ucieczkę, ale za to musisz mi pan dać pewną gwarancję.
— Nie rozumiem.
Fernand wskazał na stół i rozkazująco odezwał się:
— Siadaj pan i pisz, co ci będę dyktować.
Juan usiadł, skrzyżował ręce na piersiach i spojrzał na swego wątłego przeciwnika, rozmyślając, czyby nie mógł skorzystać z jego słabości i zadusić go na miejscu. Lecz w tej chwili przyszła mu na myśl Joanna... i zadrżał o swoją wolność... Podawano mu sposób pewnego ocalenia, ucieczkę... Chciał ją ujrzeć, przekonać i zabrać ze sobą.
— Nie traćmy czasu, ma on swoją cenę, — odezwał się podprokurator. Pan Séverin może się rozmyślić, miej się pan na baczności.
— Dobrze.
Odpowiedział znowu przytłumionym głosem. Usiadł, wziął pióro do ręki i oczekiwał.
Fernand dyktował:
„Ja, niżej podpisany...“ Pańskie imie?
— Jan-Maurycy.
„...Jan-Maurycy, uznaję, żem przywłaszczył sobie nazwisko Juana Rodriguez. Nazwisko to należało do młodego Amerykanina, zmarłego w Los Santos na stepach w Texas, u Pawła Morena... w okolicznościach, których niepotrzebuję tutaj nadmieniać... Zatem z powodu tego uznaję, iż małżeństwo moje dziś zawarte przyszło do skutku jedynie dla tego, żem użył fałszywego podstępu i zrzekam się stawiania opozycji w sprawie unieważnienia tego małżeństwa, jaką niezawodnie wytoczy przeciwko mnie panna Blanka Colombey.
„Za wiarogodność niniejszego podpisuję własnoręcznie“.
Juan rzucił pióro i schwycił papier, chcąc go podrzeć w kawałki.
Wtedy podprokurator wyjął również z kieszeni jakiś papier.
— Zaczekaj pan, — zawołał powstrzymując go za rękę. — Papier, który tu widzisz, jest mandatem, wydanym przeciwko tobie, rozkazem aresztowania pana, gdziekolwiekbyś się znajdował.
Juan zagryzł do krwi usta.
— Co mi pan gwarantujesz w zamian za moje wyznanie? — zapytał.
Pańską wolność przez dwadzieścia cztery godzin.
— Zgoda.
— Pisz pan i następnie spiesz się. Pociąg do Hawru wyrusza dziś wieczorem... Jutro rano wsiądziesz pan na statek... uciekaj.
Juan przytłumił westchnienie, wziął pióro, położył datę i podpisał: „Jan-Maurycy“.
Fernand pochylił się nad papierem, przeczytał cały akt zwolna, złożył i schował do kieszeni.
— Słowa mego dotrzymam, — odezwał się, — i z mojej strony nie potrzebujesz pan niczego się obawiać. Tajemnicy z Los Santos nie zdradzę, lecz inne mogą być również niebezpieczne dla pana, zatem radzę się spieszyć i coś postanowić...
Była zaledwie godzina druga. To, na cośmy długiego potrzebowali czasu, aby opisać, odbyło się w niespełna godzinę.
Juan słyszał słowa, wyrzeczone przez admirała do Joanny:
— Perrina nie żyje!
Zatem sądził, iż Joanna czuwać będzie przy niej i tam ją niezawodnie znajdzie.
Większa część jego pieniędzy ginęła dla niego, pozostało mu jednak jeszcze dosyć, aby gdzieindziej nowe zacząć życie, używając w spokoju owoców swoich zbrodni.
W tej chwili zajęty był jedynie myślą o Joannie. Nie wątpił, że go kiedyś kochała, lecz jakie dziś miała dla niego uczucie, nie wiedział i to go właśnie niepokoiło.
Pragnął, aby ona jedynie mu pozostała, wierzył również w to, że jeżeli go tylko ujrzy, to się niezawodnie zgodzi na ucieczkę z nim, wzruszona jego prośbami.
Musiał próbować zmiękczyć jej serce, ten skarb najdroższy dla niego, którego nie oddałby nikomu. Czuł się silnym i nieustraszonym na wszelkie burze losu, byle tylko ją zachować przy sobie.
Groźby i odkrycia przeciwko niemu zaledwie go cokolwiek wzruszyły. Miał siłę, aby im stawić czoło. Prokuratorzy i sędziowie całego świata nie obchodzili go wcale, lecz bał się tylko jej sądu.
Kiedy przebudził się ze swego rozmyślania, był sam. W salonie nie było nikogo.
Wtedy powstał, otworzył drzwi do pokoju japońskiego w nadziei, że Joannę tam odnajdzie. Zamiast niej stanął przed nim jakiś człowiek i zatrzymał go ruchem ręki.
Człowiekiem tym był pan de Vitray.
— Czekałem, aż pan sam pozostaniesz — odezwał się marynarz. — Proszę zostać, mam z panem słów kilka do pomówienia.
Admirał posiadał niewzruszone zasady uczciwości i honoru, jednakże czuł się zdjętym litością w obecności tego wielkiego zbrodniarza, którego znał wszystkie winy.
Widział go wzrastającego bez rodziców, bez przewodnika, przyprowadzonego do rozpaczy niesprawiedliwością innych względem niego, w otwartej walce ze społeczeństwem, na które mógł się tylko żalić, a z którem walczył zaciekle.
— Panie, — odezwał się admirał, — mam przykrą misję do spełnienia. Dałem słowo moje i dotrzymać go muszę... Wszak nie znasz pan nazwiska swego ojca?
— Czy masz mię pan objaśnić o ním?
— Być może...
— Wolałbym o tem się nie dowiedzieć.
— Dla czego?
— Są ludzie, których musimy nienawidzić.
— I pan go nienawidzisz?
— Śmiertelnie.
Admirał nie wiedział, co odpowiedzieć.
Od kiedy znał historję Jana, od kiedy przeczytał wzruszające listy jego matki i mógł osądzić dzieło ohydnej zemsty, której stał się mimowolnym wspólnikiem, był dla niego mniej surowym, znajdując dla jego postępków łagodzące okoliczności, jeżeli te wogóle istnieć mogą w takich razach.
Do żywego dojmujący głos Juana uderzył admirała. Nastąpiła chwila milczenia, po której admirał się znów odezwał:
— Oto są papiery, które obowiązałem się panu oddać.
— Komu?
— Przyrzekłem zachować tajemnicę. W tej kopercie znajdziesz pan dokumenty, które objaśnią pana co do jego pochodzenia. Zawierają one nazwisko ojca, akt urodzenia... i listy pańskiej matki...
— Dobrze, panie.
— Na tym punkcie spełniłem żądane polecenie, lecz pozostało mi jeszcze drugie...
To mówiąc, admirał położył na stole kopertę, wręczoną mu przez Piotra.
Jan uchwycił ją i rozdarł niecierpliwą ręką.
Następnie, nie zwracając uwagi na admirała, przeczytał spiesznie zawarte w niej dokumenty, zawierające akt urodzenia, który mu nic nowego nie powiedział, namiętne listy kochanka matki, podpisane jedną literą, oraz list Róży Bertot do syna, pisany w dniu samobójstwa. Jego suche źrenice podczas całego zajścia z przeciwnikami, którzy go mogli wrzucić do więzienia i życia pozbawić, napełniły się gorącemi łzami po przeczytaniu pierwszych kilku wierszy listu nieszczęśliwej matki.
Otarł je spiesznie, jak gdyby zawstydzony własną słabością.
Wiedział o samobójczej śmierci matki, wiedział o tem, iż nie mogła przeżyć zdrady ukochanego człowieka i dla tego nienawidził śmiertelnie tego nieznanego ojca, nie chcąc go nigdy ujrzeć nawet. A teraz, w chwili, kiedy tego się najmniej spodziewał, oświetlano go, kto był jego ojcem, teraz, kiedy uciekać musiał, słuchając dobrej rady Fernanda.
Gdyby miał nawet szanse wyjścia zwycięzko z walki, zawsze niebezpiecznie jest stawać na chybi trafił przed trybunałem sprawiedliwości.
Jednakże, pomimo woli, nie mógł odwrócić myśli i oczów od leżących przed nim papierów, mających mu wyjawić jego pochodzenie, a tajemne przeczucie mówiło mu, iż ma się dowiedzieć strasznych rzeczy.
Najwięcej był zdziwiony tem, iż oddano mu papiery właśnie dziś, w dzień ślubu, a w miarę, jak czytał to pismo, przysłane mu z za grobu, wzrastał w nim straszny niepokój.
Nagle wykrzyknął jakimś nieludzkim rykiem:
— On, moim ojcem! On! Czy to podobna!
Nie mógł jednak powątpiewać, to matka mówiła. Ten niemiłosierny człowiek był jej kochankiem, maltretował ją, zelżył podle i wypędził od siebie to był on, Jan-Maurycy Colombey!
Nieszczęsna matka pisała dalej:
„Kiedyś zapewne go spotkasz pomiędzy bogaczami Paryża! Chcę zatem, żebyś wiedział jego imię, jednak wysłuchaj mej ostatniej proźby, ukochany mój synu!
„Przebacz, jak i ja przebaczyłam!
„Staraj się zostać uczciwym człowiekiem, iść zawsze prostą drugą i zawdzięczać jedynie własnej pracy zaopatrzenie swych skromnych potrzeb w naszej krótkiej wędrówce, która się życiem nazywa!
„Jeżeli kiedyś zacięży ci ono zanadto, połącz się wtedy ze mną, oczekiwać będę na ciebie!
Głośno odczytywał koniec listu, przy ostatnich słowach zaczął się śmiać strasznym śmiechem warjata, nakoniec zawołał szyderczo:
— Przebaczyć i nie pomścić ciebie, biedna matko, za to, że cię ćwiartowano za życia, deptano nielitościwie, zelżono okrutnie. O z jakąż rozkoszą szukać będę za to zemsty!
A spojrzawszy na admirała o którym na chwilę zapomniał:
— Colombey! Toż to pański przyjaciel pan Colombey, — zawołał zwracając się do niego.
— Rzeczywiście.
— Doprawdy, w takim razie szkoda, żeś pan raczej nie rzucił na cztery wiatry tych papierów!
— Dałem słowo honoru, że je doręczę panu.
— I wiedziałeś, od kogo je otrzymałeś, admirale?
— Tak.
— Od Piotra Brecheux?
Admirał milczał.
Brecheux nienawidził śmiertelnie Colombey’a, a chociaż nigdy mi o tem nie powiedział, dziś rozumiem, gdyż przypominam sobie, z jaką ironją wymawiał zawsze jego imię! Tajemnica przeszłości stała się dla mnie jasną. Wielu musi mieć nieprzyjaciół ten człowiek, lecz przysięgam, że żaden nie będzie tak zaciekłym jak ja wrogiem! Chciałem szukać ocalenia w ucieczce, opuścić Francję, wyjechać ztąd daleko. Dziś wyrzekam się tego! Zostanę, aby okryć hańbą tego nababa, rzucić jego imię na pastwę złośliwych oszczerstw, wtrącić w błoto uliczne. A! on mi zgubił matkę, kobietę, co go na tyle ukochała, że nawet w godzinę swej straszliwej śmierci pamiętała o nim, polecając mnie, biednemu nędznemu podrzutkowi abym temu okrutnikowi przebaczył! Biedna matko! A! rozbójnik nikczemny, pomimo swych miljonów i zaszczytów! Nie mogłem też zrozumieć, dla czego Brecheux umieścił mnie tak blizko niego... Co zaszło pomiędzy nimi, tego nie wiem... Zawsze stary rozpustnik musiał popełnić jakąś podłość haniebną! Co za wspaniały odwet mieć będę nad nim ja bandyta, złodziej, co żyłem z rozboju i z czego gorszego może!...
Zatrzymał się na chwilę, rzuciwszy wzrokiem do koła siebie.
— Nikt nie jest niezbędny na świecie! — zawołał z wybuchem wściekłego gniewu. — Zatem mogę ci powiedzieć admirale, żebym pragnął, aby mnie na śmierć skazano, ścinając głowę przed jego wspaniałym pałacem, abym mógł rzucić w oczy temu wyrodnemu ojcu: „Patrz, nędzniku, oto coś uczynił z twego syna!“
Pan de Vitray chciał go powstrzymać! lecz Juan mówił dalej z tą samą gwałtownością:
— Ah! teraz jakże jasno przejrzałem! Jak czuję rękę Piotra we wszystkim co się stało! rękę zemsty wcielonej! On to musiał się zemścić na nim, na moim ojcu! I musiała być to śmiertelna uraza, kiedy, dla nasycenia swej zemsty, nie wahał się mnie poświęcić, mnie, swego towarzysza, swego wspólnika, swego syna! Klnę się jednak na duszę moją, iż nie mam za to do niego żalu, gdyż nasycenie swej zemsty musi być boską rozkoszą... a do tego jeszcze takiej jak moja zemsty!... Syn zaślubiający siostrą, siostra kochająca brata uczuciem kochanki i poznanie prawdy, kiedy klęska stała się nieodwołalną!
Zatrzymał się.
Mówiłeś admirale o jakiemś jeszcze zobowiązaniu? — zapytał po chwili.
— Rzeczywiście.
— Jakiem mianowicie?
— Aby panu dopomódz, jeżeli to możebne.
— A widzisz pan, że te papiery od Piotra muszą pochodzić... Biedny człowiek myślał o mojem ocaleniu, on jeden mógł się mną interesować. Rzucił mnie pośród niebezpieczeństwa, lecz jednocześnie poszukał wybawcy... i zwrócił się o to do pana!
— Niczego nie oszczędzę, aby przyjść panu z pomocą... Mój majątek i osoba moja są do pańskiej dyspozycji.
— Dziękuję panu, admirale.
— Przyjmujesz pan?
— A to na co?
— Możesz się dostać do Anglji... Ameryki... Jeżeli potrzeba na to sto lub dwa kroć sto tysięcy franków, dają je panu.
— Czyż nie mam szanownego ojczulka aby mi dopomógł, kiedy go odzyskałem?... Zresztą powiedziałem już panu. Jestem bogatym...
— Masz źle nabyte pieniądze, zebrane za krew przelaną. Takie życie musi być straszliwą zmorą?
— Jak wiele innych! Walka o byt podobną jest do każdej bitwy... Trzeba zwyciężyć... Myśmy też zwyciężyli... Prowadziłem świetnie życie, błyszczałem w świecie, szczęśliwy, zazdroszczono mi i pochlebiano zarazem... a miljonowy pan, nieposzlakowany urzędnik, okryty poważaniem i zaszczytami nie wahał się oddać mi ręki swojej córki... Miałem chwilę tryumfu! Teraz nadeszła godzina odwetu... chwilowe zaćmienie mej szczęśliwej gwiazdy... która zabłyśnie na nowo... Obecnie jestem pod zarzutem zbrodni morderstwa... i różnych, innych okropności...
grożą mi więzieniem!...
Nagle porzucił ton szyderczy, wybuchając strasznym wściekłym gniewem.
— Czy to ja winowajca? — Nie! Stokroć nie! Co winno niewinne, opuszczone dziecię, które o świat nie prosiło, rzucone na los szczęścia w grono nędzników? Jest on jak statek bez steru puszczony na burzliwe fale morskie. Posługuje się tem porównaniem, gdyż mam przed sobą marynarza. Cożeś pan chciał, aby się ze mną stało? Płynąłem na los szczęścia. Jakaś stara kobieta wychowywała mnie do lat pięciu. Od tej chwili byłem pod wyłącznym kierunkiem mistrza, którego poznałeś admirale, lecz który posiada złowrogą i przewrotną duszę, jakiej spotkać trudno.
Admirał przerwał.
— Mówisz pan o starym nauczycielu?
— O nim samym.
— Mów pan dalej.
Juan mówił ze wzruszającem uniesieniem.
— Piotr jest trucizną! Był kiedyś zdeptany niemiłosiernie przez człowieka, którego nazwiska nigdy mi nie wyjawił i dobrze zrobił, gdyż byłbym źle posłużył do jego zamiarów. Nie można się gniewać na żmiję co nas kąsa nadeptana, tak i jemu nie można się również dziwić, to jego jedyna broń. Ten drugi powinien się był strzedz, pamiętać, że bogatemu być dobrym jest tak łatwo, ma tyle na to sposobów. Dla czego robił źle? Dla czego rzucił na pastwę uwiedzioną przez siebie dziewczynę i jej nieszczęśliwe dziecię!? Postąpił jak ci służalce, co uwodzą biedne dziewczęta w ich izdebkach na poddaszach kamienic, a potem zmieniają służbę i dalej prowadzą niegodne rzemiosło. Lecz ci ludzie są do pewnego stopnia wytłómaczeni admirale! Są to biedaki, którym mała istotka zawadzałaby w życiu, ciążyła na ich szczupłym budżecie... a potem, czyż oni mają właściwe pojęcie obowiązku cnoty... Ale tacy poważani urzędnicy, bogacze miljonowi, jak Colobmey co mogą znaleść na swoją obronę? Co dla niego znaczyło kilka biletów tysiąco frankowych mniej lub więcej! Jak mógł na chwilę zwątpić o uczciwości biednej dziewczyny, którą wywiódł z domu, gdzie na chleb zarabiała. Jak mógł wypędzić nieszczęśliwą po trzech latach pożycia prawie małżeńskiego... i to jedynie dla tego, że mu stawała na przeszkodzie do bogatego ożenienia. Czy nie składał jej kiedyś przysiąg uczciwego przywiązania. Tu są one, możesz je pan przeczytać admirale, błogosławić będę Piotra, że mi je dał do przeczytania, będę błogosławił za to, że się mści za nas, za moją matkę! Mojemi zbrodniami, będę się głośno szczycił, aby tem bardziej poniżyć mego nikczemnego ojca, którym się brzydzę. Opowiem panu moją ostatnią podłość... Tak, jestem zbrodniarzem złodziejem i zaraz się pan przekonasz, że zrobiłem coś daleko więcej gorszego jeszcze. O! jakżebym chciał aby ten człowiek tu był i mnie usłyszał!
Jego ukochaną jedynaczkę, młodą, wypieszczoną dziedziczkę, dobrą jak jej matka, pełną wdzięku i godną wielkiego uczucia miłości, dostałem nie kochając jej wcale... Kocham inną, biedną i jak ja opuszczoną dziewczynę, kocham namiętnie i jedynie... i pan ją znasz admirale!
— Niestety!
— Jest godną najgłębszej miłości... Nie masz pojęcia, admirale, co to za dobra, odważna, serdeczna dziewczyna. O! nie obawiaj się pan... ona nie jest moją wspólniczką i nie znała mojej przeszłości... ukrywałem ją przed nią, jak tylko mogłem.... Pogardzając sobą chciałem zasłużyć na jej szacunek... zdradzałem ją, lecz jednocześnie uwielbiałem! Za to tę drugą, Blankę Colombey, tę ohydnie zdradzałem, nie kochając jej wcale... Grałem od początku do końca komedję... Nie chodziło mi o kobietę, lecz o jej posag... rozumiesz pan, o posag, który ukraść postanowiłem! Miała to być moja ostatnia zbrodnia... Po wzięciu do ręki posagu, miałem uciekać wraz z Joanną, nie wiedzącą nic o źródle mej fortuny... Taki był mój plan... wykonany pod kierunkiem mistrza Brecheux. Za jednym zamachem uderzał nieprzyjaciela podwójnie w jego najgłębszych uczuciach: zabierał dziecko i majątek, chociaż co do mnie, to powątpiewam, czy taki człowiek zdolny jest coś więcej ukochać, oprócz samego siebie... Przypadek zrządził inaczej... odkrył moją niegodziwość Joannie... i całą moją przeszłość w tajemnicy utrzymywaną... Uniesiona gniewem, przerażona, oskarżyła mnie... a teraz admirale pozostają mi tylko dwie drogi... wypalić sobie w łeb w oczach mojego ojca... lub porzucić Francję, na koniec świata uciekając.
— A jeżeli zostaniesz pan aresztowany?
— To i cóż z tego? Stanie się wtedy skandal, czyli będzie to moją zemstą... A przytem bronić się mogę... gdzie dowody mojej winy? Joanna? Ona też była tylko instrumentem w ręku Piotra, dziś rola jej skończona... i cel osiągnięty...
— Więcej nikogo się pan już nie obawiasz?
— Mogę być oskarżonym, lecz chyba gdybym sam wyznał prawdę, mogę zostać skazanym! Zbrodnia jest być może, lecz wszędzie panuje ciemność i ciemność...
Wybuchnie skandal, lecz spadnie on nie na moją głowę!
Pan de Vitray był głęboko wzruszony i uderzony siłą i niezwykłą energją młodego człowieka.
Oprócz tego zrozumiał, że zemsta jego była również usprawiedliwioną opuszczeniem tyloletniem, które z niego uczyniło smutną ofiarę.
Jednakże chciał próbować jeszcze i użył ostatniego argumentu:
— Matka panu pozostawiła swoją radę... prawie rozkaz!... — dodał.
— Jaki?
— Przebaczyć!
Zaiskrzyły się oczy młodzieńca.
— Nigdy! — wykrzyknął. — Nigdy! Przyniosłem do tego domu śmierć i hańbę... tem lepiej!
Powstał.
— Żegnam pana admirała — wyrzekł — i dziękuję panu za jego łaskawość dla mnie... Nie potrzebuję się do niej udawać, mam pieniądze, odwagę i dosyć rozumu... a w każdym razie, jeżeli fortuna się odemnie odwróci, pozostanie mi zawsze jeszcze jeden środek...
Admirał jeszcze chciał walczyć.
— Choćbyś pan nie wiem jakim był winowajcą, jesteś pan tak młodym, że się podnieść możesz i obrać inną drogę... a kto wie, może za lat kilkanaście pomyślisz pan o tej smutnej przeszłości, zaledwie jak o śnie przykrym i niewyraźnym...
— Nie nalegaj admirale.
— Innych znałem od ciebie, młodzieńcze, którzy dziś żałują, iż nie umieli przebaczyć, tak jak to zrobiła twoja szlachetna matka... Wierz mojemu własnemu doświadczeniu!...
— Pańskiemu doświadczeniu?
— Mojemu, tak jest, i ja zemściłem się przed dwudziestu laty, i od tej chwili ciężko za mój gniew pokutuję!
Głos pana de Vitray zmienił się.
Jan zamilkł, wzruszony na chwilę jego stanem, lecz nagle zwrócił oczy w głąb salonu, a rysy jego przybrały wyraz nadzwyczajnej ostrości. Na progu pokoju stał dumnie wyprostowany radca, z ponurą twarzą, zaciśniętemi usty i z wzrokiem również surowym, jak oczy jego syna.
Zwolna podszedł kilka kroków, automatycznie prawie, zbliżył się do pana de Vitray i powiedział cichym głosem:
— Zostaw nas.
Admirał spojrzał na Juana wzrokiem, który znaczył:
— Nie zapominaj... to twój ojciec! — I wyszedł.
Pozostali sami.
Ciężka portjera japońskiego gabinetu opadła po za admirałem, lecz drzwi pozostały uchylone
Ojciec i syn stali na środku salonu, patrząc na siebie.
Spoglądali przez chwilę na siebie w milczeniu.
Ojciec pierwszy się odezwał, wskazując synowi, aby usiadł, podczas kiedy sam zajął miejsce z drugiej strony stołu, na którym podpisał Jan akt zrzeczenia Ferdynandowi.
— Jesteś pan dla mnie zbyt surowym.
— Słyszałeś pan, co mówiłem? — zapytał Maurycy oschłym tonem.
— Od pewnej chwili.
— Zatem nie mam potrzeby wypowiadać panu po raz drugi moich uczuć.
— Rzeczywiście byłoby to zbytecznem.
— A zatem po co ta cała nasza rozmowa?
— Mamy nasze stosunki do uregulowania.
— Na to potrzeba kilku słów.
— A te są?
— Nienawidzę pana.
— Jak się panu podoba.
Posłuszny gestowi radcy, Jan siedział na przeciwko niego. Na stole, rozdzielającym ich od siebie, leżały rozrzucone dzienniki, broszury, stały różne cacka, jakie się zwykle napotyka w salonach, a pomiędzy temi artystycznie piękny bronzowy kałamarz i nóż do przecinania książek, w formie sztyletu, mogący służyć w potrzebie za śmiertelne narzędzie. Radca nie zwrócił na to uwagi.
— Pomimo wszystkiego co pan myślisz — odezwał się — mam pretensję być zawsze uczciwym człowiekiem, to jest, iż całe życie trzymałem się ściśle zasad prawa.
— O jakiem to prawie pan mówisz? — zapytał młody człowiek z okrutną ironją. — Czy o tem, które zostało stworzonem przez ludzi podobnych panu czy też o prawie naturalnem wyrytem w sumieniu każdej jednostki?
— Mówię o prawie obowiązującem, jedynem którego władzę uznaję.
— Chciej się pan jaśniej wytłumaczyć.
— Nie rozbieram w tej chwili, czy mam przed sobą syna lub nie, przyznać lub się wyprzeć jego, jest to sprawa czysto tylko mojego sumienia! Chce jednak przyznać, iż mój stosunek z pańską matką włożył na mnie pewne obowiązki, których nie wypełniłem dosyć wspaniałomyślnie...
— A! Rozstając się z Różą Bertot, dałem jej dwadzieścia tysięcy franków.
— Olbrzymią sumę.
— Nie to — odparł radca — lecz zawsze było to coś, było zapewnieniem egzystencji na jakiś czas... dla was obojga!... Ktoś drugi możeby i tyle nie dał.
— Byłby trochę większym nędznikiem od pana, a więcej nic.
— To być może. Kiedy poznałem pańską matkę, zarabiała ośmset franków rocznie... majątku innego nie posiadała... wymagania miała skromne... Zresztą są to niepotrzebne szczegóły... Postąpiłem jak wielu innych... była tylko moją kochanką...
— Wiem o tem i niepotrzebnie pan te rzeczy powtarzasz.
— W kilka lat po mojem ożenieniu, szukałem Róży... wiedziałem o pańskiem urodzeniu... pojechałem sam do Valognes i dowiedziałem się o jej tragicznej śmierci... Starałem się dowiedzieć o dziecku... lecz jest widać w życiu jakiś fatalizm... bo nikt mi nie mógł dać żadnego objaśnienia...
— Cóżbyś pan zrobił, odnalazłszy mnie?
— Byłbym zajął się twojem wychowaniem i przyszłość zapewnił...
— Przyszłość bękarta!...
— Byłbym się starał zrobić z ciebie uczciwego człowieka...
— Jakiego komisanta biurowego...
— Każdy jest obowiązany wystarczać na swoje potrzeby, zdobyć karjerę...
— Łatwo jest kreślić obowiązki drugim, lecz trudniej wypełniać swoje własne.
— Mówię jeszcze, że gdyby nie zawiść tego wcielonego szatana, Piotra Brechoux’a, oddawna bylibyśmy się zeszli... Po śmierci starej kobiety, co cię wychowała, z papierów pozostałych byłbyś się dowiedział nazwiska ojca... I wtedy byłbyś do mnie przyszedł... a ja byłbym ci dopomógł i otoczył opieką...
— Czy dałbyś mi pan swoje imię?
— Czy to było potrzebnem?
— Czyniąc to, zrobiłbyś pan tylko swój obowiązek, o którym pan tyle mówisz.
— W tych rzeczach zdania są podzielone...
— Bądź pan szczerym... byłbyś odmówił?
— Prawdopodobnie.
— Zatem coby mi przyszło z pańskiej osoby?
Radca potarł ręką czoło. Krople potu, błyszczące na nim, spadały na zielone sukno stołu.
Ta nieprzeparta loika zbijała go ze zwykłej drogi, podnosząc jednocześnie głuchy bunt w duszy. Nie było to uczucie miłości, którem pałał dla swego syna, ale raczej instynktownego wstrętu i obawy przed nagłem zjawieniem się nieprzyjaciela, rzuconego pośród jego bytu, jak kamień do spokojnej wody.
— Skończmy naszą rozmowę — zawołał młody człowiek — nie potrzebuję słuchać pańskich rad i nauk. Mów pan jasno, czego chcesz?...
— Wydobyć cię z trudnego położenia...
— Sam się z niego wydobędę i nie chcę pańskiej pomocy...
— Janie — odezwał się radca, miękkim głosem — rozumiem, że nie możesz mieć dla mnie, ani miłości, ani szacunku...
— Nareszcie.
— ...lecz nie możesz mi przeszkodzić, abym naprawił złe, które ci wyrządziłem...
— Zapóźno. Może być, iż zgubiony jestem, lecz pan nie możesz mnie ocalić... znajdzie się na to kto inny.
— Któż to taki?
— Kobieta...
— Jakże to będzie?
— Co pana to obchodzi?
— Czyż tak głęboka jest twoja nienawiść?
— Głęboka i nieuleczalna. Nareszcie chcę wiedzieć, co mi pan proponujesz?
— Zapewnić ci ucieczkę... wstrzymać poszukiwania... dać ci majątek...
— Wielkie rzeczy... Spłacisz pan przynależny dług... więcej nic..
— Jesteś nieubłagany.
— A czyż nim nie byłeś pan dla mojej matki i dla mnie, albo w tej nawet chwili czy co innego mówi przez ciebie prócz dumy? Wpadłszy w sidła zastawione przez Piotra, chcesz się z nich wydostać, nie przyszedłeś ratować mojego życia, ani mojej wolności, lecz swój własny honor, który cenisz na równi z twem nagromadzonem złotem. Boisz się aby cię nie wytykano palcem, żeś stał się igraszką w ręku prostego chłopa, mszczącego się za twój okrutny egoizm i głupią dumę. — Tak, głupią, gdyż zresztą on był równej panu wartości... a nawet kto wie coby się z panem stało gdybyś nie miał miljonów, bez których tamten i tak zwyciężył. Ha! ha! ha! gdyby tak wiedziano przyczynę pańskiego pokojowego usposobienia, gdyby wiedziano, że ja fałszywy Juan Rodriguez, złodziej i zabójca nieoględnego podróżnika co wiózł swój majątek z sobą, bandyta londyński, wspólnik morderców Samuela Rosena...
— Ciszej!
— Nie obawiam się niczego! Czyż to pan mnie zdradzisz? Powiadam, że gdyby wiedziano, że taki nędznik jest synem bogacza Maurycego Colombey’a szanowanego powszechnie radcy... nieszczęśliwy podrzutek, parjas społeczny na wszelkie przygody losu rzucony z kilkoma zaledwie frankami za jałmużnę; syn nieszczęśliwej i znieważonej w najświętszych uczuciach kobiety, jak pan sądzisz kogo by naprawdę oskarżono? Czy mnie biedaka rzuconego na szerokie drogi, czy pana, nikczemnika bez serca co zabił kobietę słabą i wątłą istotę, tak dobrze jak ostrzem najgłębszego sztyletu i zamknął drzwi swoje przed własnem dziecięciem rzucając go na pastwę nędzy, oraz wszelkich żądz i pokus!
A to pan mówisz o zemście bezlitosnej, masz pan zupełną słuszność! Tak, nienawidzę pana śmiertelnie, za obelgi wyrządzone mojej matce, za jej śmierć męczeńską! Nienawidzę, za to, coś ze mną uczynił! Nienawidzę za to, żem odziedziczył twój spaczony charakter, pełny nienasyconej żądzy, bez sposobu jej zaspokojenia. Nienawidzą pana tak głęboko,, że nie wiem doprawdy co mnie wstrzymać może, abym nie został wykonawcą sprawiedliwości Bożej, a zawsze waszym mścicielem.
Pochwycił bronzowy sztylet i stanął w groźnej postawie, pochylony nad stołem z wyciągniętym ramieniem, błyszczącym wzrokiem, trzymając wzniesioną broń nad głową radcy.
Blady z przerażenia, nieruchomy, podtrzymywany swoją niepojętą dumą, Maurycy Colombey skrzyżował ręce na piersiach, wołając ochrypłym głosem:
— Uderz! Będzie to ojcobójstwo mój panie!
Młody człowiek z gorzkim na ustach uśmiechem, z pogardliwym wzrokiem, rzucił daleko sztylet, który z łoskotem upadł na podłoge.
— Czcze słowa, — odpowiedział. Chciałbym widzieć tego, coby mnie skazał za taki czyn. Powołujesz się pan na przywileje ojca, a nie spełniłeś jego obowiązków. Kto jest winniejszy, czy ojciec okrutny opuszczający swoje dziecię, skazując go na wstyd i hańbę, przywiązaną do dzieci bez imienia, rzuciwszy na wszelkie niepewności losu swego syna, czy syn zabijający takiego ojca. Żegnam pana... mam dosyć tego domu... i nie obawiaj się pan, abym tu kiedyś powrócił... zostawiam po sobie dobre wspomnienie... to wystarczy... mężu, najzacniejszej żony, uwodzicielu!
biednych niewinnych dziewcząt, ojcze bez serca, bogaczu niemiłosierny, żegnam cię życzeniem, abyś był przeklęty i cała twoja rodzina, przeklęty jak ja, twój syn. Żegnam cię! Matka kazała mi przebaczyć! Nie mogę jednak tego uczynić, nienawidzę cię za nas oboje, za nią żeś ją zabił, za mnie żem się przez ciebie stał bandytą. Żegnam cię!
Rzucił się ku drzwiom salonu.
W chwili, kiedy miał próg przestąpić stanął usłyszawszy jęk stłumiony.
W japońskim buduarze, ubrana w bieli, leżała na miękkiej otomanie młoda dziewczyna z bladą twarzą i zamkniętemi oczyma. Obok niej klęczała kobieta w cieniu, na nizkim fotelu siedział w najwyższem przygnębieniu, bankier Saint-Clair, trzymając chorą za rękę.
Przez chwilę Jan-Maurycy stał, nie wiedząc, co ma zrobić. Bankier podniósł głowę a zobaczywszy go, zawołał:
— Patrz pan, oto twoje dzieło.
Młody człowiek wyciągnął rękę ku ojcu.
— Oto prawdziwy winowajca, jam niewinien, — odpowiedział.
W tej samej chwili słychać było jakiś głos męzki, pytający w drugim pokoju.
— Gdzie chora? — Był to doktór Guyon.
Jan czekał. Uczucie instynktownej litości przykuwało go do swej ofiary, chciał wiedzieć wyrok doktora.
Matylda rzuciła się ku starcowi, wołając:
— Ocal ją doktorze, ocal, błagam cię na klęczkach!
I starzec zbliżył się do sofy, patrzył czas jakiś na młodą dziewczynę i — zapytał matki:
— Co to było, nagłe wstrząśnienie i wzruszenie głębokie?
— Tak, — odparła pani Colombey.
Doktór zaczął rozmyślać, wziął rękę chorej i zatrzymał w swojej dłoni.
— Nic jeszcze nie można orzec, — odrzekł, lecz można się obawiać...
— Czego? — spytała przerażona matka.
— Zapalenia mózgu...
— Czy to co strasznego?
Doktór wzruszył ramionami.
— Wszystko być może, — odparł, — lecz nie traćmy nadziei...
Radca musiał widać usłyszeć te groźne słowa.
Z kolei i on się przybliżył, blady, złamany, z włosami w nieładzie, patrzył z przerażeniem na młodą dziewczynę, leżącą przed nim nieruchomo.
— Biedactwo wszystko słyszało, — odezwała się Matylda poważnym głosem.
Ojciec i syn zamienili nienawistne spojrzenia.
— To początek pokuty, — odezwał się Jan-Maurycy. — Dla nich zawiele nieszczęść dodał wskazując ręką na Matyldę i bankiera, — lecz nigdy nie będzie dosyć dla ciebie. Żegnam was po raz ostatni!
Nie zatrzymany przez nikogo, przeszedł przez salony pałacu narzucił paltot w przedpokoju i wyszedł.
Na ulicy ciekawi oddawna się rozeszli. Cały ten dramat rozegrał się w czterech ścianach mieszkania.
Młody człowiek poszukał swego powozu. Woźnica znużony upalnym dniem spał na koźle, zbudził go i powiedział:
— Jedź na ulicę Bossano.
Rzucił się w głąb powozu, pochłonięty cisnącemi się do jego mózgu myślami, nie wiedząc, iż jednocześnie za nim i fiakr wyruszył w ślad za powozom.
Po wyjściu od Colombey’ów, komisarz powziął inne postanowienie.
Chciał pogodzić swój urzędowy obowiązek, z przynależnemi względami dla Colombey’ów i postanowił, że pomimo tego, co im powiedział, nie straci śladu Jana.
Tak więc powozy jechały razem, aż do górnej części Pól Elizejskich, tutaj na rogu ulicy Bossano komisarz zatrzymał fiakra, zdaleka obserwując powóz.
Wiktorja zaś pojechała dalej i zatrzymała się przed hotelem Rodriguez.
Młody człowiek wysiadł z powozu i zadzwonił.
Nikt nie odpowiedział.
Zadzwonił ponownie. Panowało to samo milczenie.
Wtedy wyjął z kieszeni klucz, który zawsze nosił przy sobie i otworzył małe drzwi.
Will i inni domownicy już się ztamtąd ulotnili. Jan wszedł na górę do swego pokoju.
Znalazł wszystko w zupełnym porządku. Ubranie i papiery leżały na swojem miejscu.
Poszedł dalej.
W pokoju nauczyciela było prawie pusto, rzeczy kosztowniejsze zostały zabrane, a nieład wskazywał nagły i pośpieszny wyjazd.
W wielkiej galerji panowała cisza. Zbliżywszy się do biurka, przy którem zwykle Brecheux pracował, mógł się zapewnić, iż nic ważniejszego w niem nie zostawił, szuflady były otwarte, a w nich garstka podartych papierów.
Trzecia wybiła na wielkim zegarze, stojącym w galerji.
Przez pół godziny Jan-Maurycy przechadzał się w milczeniu.
Wtedy zastanowił się nad sobą.
Wielki wysiłek sprowadza nieuniknioną reakcję. Stawił czoło burzy, lecz był zmęczonym. Dzień ten zaznaczył się dla niego klęską, która spadała na niego, pośród największego powodzenia.
Co miał uczynić dalej?
Wszystkie zamiary jego zostały wywrócone, a chociaż powiedział, że go ocali kobieta, to jeszcze sam nie wiedział czy ją choćby zobaczy.
Do niej chciał biedz po pomoc! Z nią wszystko jeszcze było podobnem, moralne podniesienie... majątek... słowem, chciał żyć... Bez niej nie pożądał już niczego.
Bał się jedynie, aby go nie odepchnęła, aby oburzenie nie zabiło w niej reszty uczucia, w które chciał jeszcze wierzyć, że ma dla niego.
Lecz gdzie była?
Zapewne w domu przy umarłej, tego był pewny. Znał jej przywiązanie i miłość dla biednej kobiety. Nie śmiał przyjść podczas dnia i chciał czekać do wieczora, aby tembardziej być pewnym, że ją zastanie w domu.
Na wszelki wypadek zdjął ze ściany rewolwer, obejrzał naboje i schował do kieszeni.
Następnie jak gdyby wzywał do walki o sprawiedliwość, zeszedł na dół wsiadł do powozu, każąc się zawieźć do lasku Bulońskiego.
Jak tylko wiktorja z miejsca ruszyła, w pewnem oddaleniu potoczył się za nią fiakr.
O siódmej, po tak długim spacerze, młody człowiek odesłał powóz, a sam wszedł do restauracji „Maison Dorée“.
Fiakr stanął na rogu ulicy de Marineaux, naprzeciwko sławnego jadłodajnego zakładu.
Kiedy admiral de Vitray w hotelu Colombey’ów rzucił Joannę w objęcia matki, hrabina porwała córkę z namiętnym szałem zazdrosnego kochanka, zawiodła do powozu, nie dawszy jej czasu aby się obejrzeć mogła, w obawie utracenia jej znowu.
Nie wiedziała i nie rozumiała wcale co się dzieje u Colombey’ów, w tym gwarze i przerażeniu widziała tylko jedno: młodą, czarno ubraną dziewczynę, którą widziała w gabinecie p. Raveneau. Słyszała tylko i rozumiała słowa admirała: — To twoja córka, zabierz ją i uciekaj z tego domu!
Tak była to jej córka, tyle lat opłakiwana, pożądana, nawoływana, wymodlona, całą siłą jej miłości macierzyńskiej, odkupiona cierpieniem i łzami bezsennych nocy. Nie potrzebowała zapewnienia, aby być przekonaną, że to ona, że to jej córka... serce jej to mówiło. Spragnioną była chwili, kiedy z nią pozostanie sama, aby ją okryć pocałunkami, otoczyć czułą pieszczotą, zdobyć niepodzielnie.
Markiza de Saint-Béran tak dobrze rozumiała stan Heleny, iż zobaczywszy co się stało, pobiegła ku niej, ścisnęła mocno za rękę wypowiedziawszy zaledwie:
— Nareszcie jesteś szczęśliwą! Czyż nie przepowiedziałam tego?
Joanna bez oporu dała powodować sobą. Gwałtowne sceny przez które obecnie przeszła, wyczerpały jej zwykłą energję.
A przytem miło jej było być w towarzystwie tej pięknej kobiety, bladej i smutnej, której wielkie wilgotne łzami oczy patrzyły na nią z taką bojaźliwą miłością, jak gdyby chciały ją prosić o przebaczenie.
Po tylu przejściach czuła się przy sercu matki jak zranione ptaszę, złożone w miękkiem gniazdeczku. Na poduszkach unoszącego ich powozu, siedziała obok matki przytulona z ręką w jej dłoni, w milczeniu, tylko chwilami usta szeptały:
Nie obawiaj się niczego, jestem przy tobie... i nigdy już się nie rozstaniemy.
Niedaleka przestrzeń z ulicy Cambon na bulwar Haussmana prędko została przebytą, wierna Ludwika oczekiwała na swą panią. Jak tylko zobaczyła jasne oblicze hrabiny, natychmiast zrozumiała, że szczęście do nich zawitało. Nie śmiała jednak zapytać pani co się stało, w milczeniu szła naprzód otwierając przed nią podwoje.
Helena zaprowadziła młodą dziewczynę do swego pokoju z obawą i chciwością skąpca bojącego się utracić skarb odzyskany.
A kiedy już obie się znalazły w pokoju, hrabina odwróciła się do Ludwiki i powiedziała:
— To ona! to moja córka! Idź... i zostaw nas same.
Ludwika zaledwie zdążyła jej odpowiedzieć:
— Rozumiem, proszę pani.
Kiedy pozostały same hrabina posadziła córkę obok siebie na nizkiej kanapce, odrzuciła na bok swój kapelusz, następnie rozebrała Joannę, wzięła za szyję przycisnęła gorąco do piersi, okrywając namiętnemi pocałunkami. Słodkie łzy radości i szczęścia matki pomieszały się z gorzkiemi łzami córki.
Nareszcie hrabina się podniosła, popatrzyła na nią długo z nieopisaną miłością szepcząc:
— Jakże piękną jesteś i taką jaką cię właśnie sobie wyobraziłam!
Joanna spuściła głowę na piersi.
— Jakże musiałaś mnie nienawidzić! mówiła dalej hrabina, czemu nie mogę się dziwić nawet.
— Moja matko!
— Nie mów mi, że tak nie było. Musiałaś mieć to pojęcie, że cię opuściłam niegodnie...
— Kilka razy... rzeczywiście tak było... Cierpiałam tak wiele... a nieszczęście czyni nas niesprawiedliwemi.
— O jakżeś się okropnie myliła!... Czyby to było możebne... Czy jest na świecie matka, któraby odepchnęła maleńką istotę daną jej od Boga? Nie było dnia i godziny abym o tobie nie myślała, o tobie, coś mi została wydartą wtedy, kiedy siły moje były za słabe, abym cię obronić mogła?
— Przez kogo?
— Przez człowieka, którego nienawidziłam, a którego dziś błogosławię... Jestem szczęśliwą i nie mam siły, abym dziś nienawidzić kogo mogła!..
— To był admirał?...
— Słuchaj... chcę abyś wiedziała. Admirał tu zaraz przyjedzie... trzeba abyś przedtem wiedziała i przebaczyła... miała zaufanie w matce!...
— Raczej ja powinnam się zapytać, czy mi przebaczysz matko!...
— Tobie przebaczyć, biedne dziecię!... Nie obawiaj się niczego! Czy słyszysz niczego, cokolwiekbądź... Zostałaś mi zwróconą i nigdy mnie już nie opuścisz więcej... Strawiłam tyle bezsennych nocy, rozmyślając, na jakie przygody tam byłaś narażoną... jestem więc przygotowaną na wszystko, dziecko moje ukochane. A teraz posłuchaj mnie najpierw!
Byłam ubogą dziewczyną... Poznałaś starą markizę?... Złote serce, u niej zostałam lektorką... Bardzo młodo straciłam rodziców... nie miałam nic... Jedna z moich ciotek wzięła mnie do siebie... dzieląc pomiędzy mną a jej synem Jerzym swoje szczupłe dochody... Tam u niej na wsi rośliśmy obok siebie... a kiedy skończyłam lat siedemnaście, czas było pomyśleć, aby wystarczyć sobie i wtedy dostałam się do domu markizy... gdzie dobroć jej uchroniła mnie przed nie jedną przykrością... Jej kuzyn, hrabia de Vitray, kapitan marynarki, odwiedzał ją podczas swego pobytu w Paryżu... Był bardzo bogatym. Zobaczył mnie i pokochał gwałtownie... Usiłowałam pokochać go również, miał ładne imię majątek, ja byłam młodą i niedoświadczoną... zostałam olśnioną... a jednak związkowi temu się opierałam, zaraz ci wytłumaczę dla czego. Syn mojej ciotki o którym ci wspominałam kochał mnie także... i bałam się sprawić mu ciężkie przez to zmartwienie... Chociaż przysięgam, ci przed którą nie chcę mieć żadnej tajemnicy, że jedynie kochałam go jak brata... W nadziei zaślubienia mnie prędszego, wstąpił do marynarki i został wysłany do Senegalu. Wtedy podczas jego nieobecności, znaglona naleganiem otaczających mnie zaślubiłam pana de Vitray. Wesele odbyło się tu w tym domu, do niego należącym. Przez rok żyliśmy w spokoju, zostałam otoczona czułą pieczą i bogactwem mego męża. W jakiś czas pan de Vitray wyjechał w długą i daleką podróż. Jeszcze podczas bytności męża w domu, odebrałam kilka listów od Jerzego, pełnych gorzkich wyrzutów, które starannie przed mężem ukrywałam. W kilka dni po wyjeździe hrabiego, Jerzy, czasowo bawiący w Paryżu, prosił mnie w kilku słowach, abym zechciała się z nim widzieć u niego w hotelu. Czyż mogłam odmówić? Poszłam bez żadnej obawy, wtedy zamknął się ze mną, grożąc, iż sobie życie odbierze, jeżeli nie będę należeć do niego... Był pijany zazdrością lub zemstą!... Uwierzyłam jego słowom... bałam się skandalu, rozpaczy jego matki, tak czułej dla mnie... i straciłam głowę... uległam.... Nie tłumaczę ci mego postępowania, lecz opowiadam, w jaki sposób uczyniłam błąd... jedyny mego życia, który miał mieć takie smutne następstwa.
Wyszedłszy od niego, powróciłam do zmysłów... Napisałam do Jerzego, wyrzucając mu podłość jego postępowania, zamknęłam się w domu, nie widując nikogo i nie wychodząc nigdzie. Podróż mego męża przeciągała się tak długo, że sądziłam się być ocaloną... schroniłam się do Bretanji, do starego zamku la Roche-Morgat, leżącego nad samym brzegiem morza.
— La Roche-Morgat, — powtórzyła w zamyśleniu Joanna.
— Jest to złowrogie miejsce. Dom, zbudowany na skale, wchodzącej w morze o które biją nieustannie wodne fale. Jerzy był w Breście, tam widać musiał się dowiedzieć o mej bytności w zamku. Przybył tam, aby mnie pożegnać i otrzymać przebaczenie... Miał jechać za kilka dni na morze do kolonji. Było to podczas burzliwego zimnego wieczoru... W pokoju zostaliśmy sami... Jerzy poprzysiągł, że odtąd stanie się człowiekiem honoru i zapomni o przeszłości... W tej samej chwili wszedł mój mąż, nastąpiła straszna scena... byłam wtedy bardzo słabą... później opowiem ci więcej szczegółów... teraz nie mam sił i odwagi wytłumaczyć ci tego... Odbył się pojedynek bez świadków... zemdlałam... Ojciec twój znalazł grób w morskiej toni... w la Roche-Morgat, tam będziesz mogła modlić się za niego, patrząc na zielone bezbrzeżne przestworza, służące mu za mogiłę... Ukryłam cię u pewnej rybackiej rodziny... Nie miałam dość mocy, aby ukryć przed hrabią twoje schronienie, które zapewne byłby i tak odkrył niezadługo... wtedy odebrał cię od rybaków i oddał biednej kobiecie, Perrinie Yaudet...
— Perrina umarła dziś i w tej chwili powinnam być przy niej.
— Za chwilę... Od tej pory żyłam rozłączona z mężem... chociaż świat nie o tem nie wiedział. Hrabia rzadkim był gościem w Paryżu, przebywając prawie ciągle na morzu, gdzie szybko stopnie zdobywał... nie starając się zbliżyć do mnie, wiedząc, że stoi pomiędzy nami twoje wspomnienie, gdyż nie mogłam mu przebaczyć jego okrucieństwa, jak i on nie mógł przebaczyć mi mojej winy. Jednakże zaczęły go prześladować wyrzuty sumienia... bez mojej wiedzy starał się odnaleść ciebie i napróżno szukano przez lat kilka... kiedy przed niedawnym czasem przypadek posłużył do odkrycia pewnych śladów... Pan Raveneau znalazł nazwisko Perriny w papierach, pozostałych po zmarłym hrabim Dagny... Teraz zrozumiałaś wszystko?...
— Tak, pani!
— Mów do mnie matko...
— A jeżeli nie jestem już godną ciebie pani... jeżeli nie jestem godną imienia córki, które mi dajesz?... Gdybyś również z kolei dowiedziała się...
Hrabina położyła jej rękę na ustach.
— Cicho bądź — odezwała się. — Jakąkolwiek byłaby twoja przeszłość, kocham cię. Ja winna ci byłam to wyznanie, gdyż jestem pewna, żeś mnie nieraz przeklinać musiała w twoich ciężkich chwilach.
— Mów mi o Perrinie...
— Święta kobieta...
— Kochasz ją?
— Uważała mnie za córkę... Umarła, a ja jej oczów nie zamknęłam... Jest o jedną więcej dla mnie troską... Muszę tam pojechać... Dziś rano byłam jeszcze przy niej...
— Dla czego opuściłaś ją?
— O, pogardzisz mną, dowiedziawszy się prawdy. Dla tego, że mój kochanek zaślubił pannę Colombey.
— Twój kochanek?
— Młody, biedny, opuszczony chłopiec jak i ja sama... Znałam go jeszcze z Cherbourga, kiedy był biednym i uczciwie pracował na kawałek chleba... Dwa miesiące temu spotkałam go w Paryżu... Byłyśmy bez chleba... Perrina chora... a biedna mała Marja, jej córka, cierpiała z powodu naszej nędzy...
Zakryła twarz rękami, dla ukrycia palącego rumieńca, wywołanego wyznaniem.
Matka przyciągnęła ją do siebie.
— Masz słuszność... Mów... Powiedz wszystko odrzekła, ściskając ją z całej mocy.
— Chciałam nas ratować... Byłam zrozpaczoną, blizką odebrania sobie życia... Żyłyśmy we wstrętnej norze... bez żadnych zasobów, które dawno się już wyczerpały...
— Ratować? Jakto?... — zapytała matka ze wzrokiem, utkwionym w oczach Joanny.
— Nie mogłam przebierać w środkach. Zewsząd mnie odepchnięto. Ile zniosłam obelg i upokorzeń, trudnoby opowiedzieć było.
— Niestety!... Mów dalej.
— Nie mam odwagi. Pani mnie znienawidzisz!...
— Nie obawiaj się! Jakżebym mogła ci wyrzucać nieszczęścia, spowodowane przezemnie!
— Poszłam na publiczny bal... potrzebowałam pieniędzy... koniecznie pieniędzy...
— Biedactwo ukochane!
— Pewien człowiek dał mi jałmużnę z litości... kilka luidorów... był nim bankier Saint-Clair!
— On!
— I on byłby mnie zupełnie ocalił... gdyby nie prosty przypadek! Mieszkałyśmy w odludnem miejscu, włóczęgi napadli mnie, aby obedrzeć ze złota, danego mi przez bankiera... ludzie tacy są gorsi od tygrysów... Byłam zgubioną... Młody człowiek szedł za mną... i ocalił mnie... Nazajutrz byłam u niego... odnowiliśmy dawne wspomnienia... I cóż mogę więcej powiedzieć?...
— Zrozumiałam... Czy kochał ciebie?
— Ah! nic już nie wiem!... Tak jednak mówił... Aż tu nagle dowiedziałam się o tem małżeństwie z wnuczką bankiera!... Dowiedziałam się dziś rano... i przybiegłam, gnana nie zazdrością... nie chcę przypuścić, abym była zazdrosną o tego młodego człowieka... lecz dla ocalenia młodej dziewczyny.
— Ocalenia?
— Zaślubiała człowieka, niegodnego jej...
— Co mówisz?
— Nędznika.
— Czy to podobna!...
— Złodzieja...
— Twojego kochanka?...
— Gorzej nawet... zbrodniarza!...
— I to twój kochanek? — powtórzyła hrabina.
— Czyż ja o tem wiedziałam? Ten przypadek, który nas zbliżył, zrządził potem, iż się dowiedziałam jego historji smutnej jak moja, opuszczonego dziecka, zmuszonego kraść dla chleba, jak ja byłam zmuszoną wpaść w błoto uliczne, przygnieciona okrutną nędzą... Zbrodnie jego są bez zaprzeczenia ciężkie, lecz czyż mogę bezwzględnie potępić tego, który był dla nas dobrym i wspaniałomyślnym i kochał mnie może?
Opuściła głowę na piersi, pod ciężarem gniotących ją wspomnień.
Hrabina czuła drżenie jej całego ciała jak gdyby wiła się w śmiertelnych dreszczach.
A że milczała, Joanna podniosła na nią oczy i utkwiła je w jej wzroku.
Wyczytała w nich bezgraniczną miłość, lecz zarazem pewnego rodzaju obawę i przerażenie.
Wyznanie Joanny sprowadziło osłupienie w umyśle matki.
— Widzisz pani, — odrzekła smutnie Joanna — moja historja jest straszną.
— Joanno moje dziecko, czyż ci nie powiedziałam: nie obawiaj się niczego.
moja miłość przyniesie ci pocieszenie... Zapomnisz... zapomnimy o tem wszyscy...
— Czy tylko będziecie mogli?
Pani de Vitray odpowiedziała jej pocałunkiem:
— Dziś, — dodała Joanna cichym głosem, — dziś przebaczasz mi, matko, przez dobroć serca...
— Nie, przez miłość!
— Później przyjdzie zastanowienie, zobaczysz i zrozumiesz sama, że jestem nieszczęśliwą bo shańbioną na zawsze, niegodną ciebie i człowieka, który posiada dość heroizmu, aby mnie pod swój dach przyjąć, ponieważ cię kocha, ponieważ jesteś piękną i przez lata pokuty zmazałaś chwilowy błąd swój. Ja zaś upadła biedna dziewczyna, zdradzona przez kochanka nędznika, którego czynów zbrodniczych nie zupełnie potępiam, czuję, iż nic i nigdy nie może zmazać mej przeszłości.... której sama nie zapomnę również nigdy!...
— Mylisz się!... Zobaczysz!... Miej nadzieję!... Co mnie wszystko obchodzi! Wiem tylko jedno, Joanno, że jesteś moją córką, mojem ukochanem dziecięciem... wiem, że jesteś dobrą, dzielną dziewczyną... moją krwią własną i że do mnie należysz! Od tej chwili żyć będę tylko dla ciebie... Tyle łez za tobą wylałam... Dziś przyszłość wydaje mi się tak wesołą, bo mam cię przy sobie!...
— Niestety!
— Spojrzyj mi w oczy i odpowiedz szczerze!
— Dobrze matko.
— Tego człowieka... czy kochasz jeszcze?
— Byłabym kochała...
— Ale czy teraz kochasz? — powtórzyła hrabina.
— Chciałabym, żeby został szczęśliwy, odrodzony, ocalony!...
— Nakoniec powiedz, kochasz?
— Nie.
— Dla czego?
— Mogłabym kochać, lecz tylko człowieka szlachetnego, uczciwego prawego!
— Prawdę mówisz?
— Zupełną prawdę, matko!
— A więc jesteśmy ocaleni... A dla niego znajdziemy także pewno środek jaki wybawczy.
— Dałabym chętnie dziesięć lat mego życia, aby go widzieć zdala ztąd...
zdala od niebezpieczeństwa.
Turkot zatrzymującego się przed domem powozu przerwał dalszą rozmowę.
Pani de Vitray pobiegła do okna.
— To admirał — zawołała.
Pan de Vitray niebawem się ukazał. Miał zakłopotaną minę, lecz na widok młodej dziewczyny twarz mu się wypogodziła.
— Moje dziecię — odezwał się — masz do spełnienia bardzo smutny obowiązek.
— Jestem gotową.
— Chodźmy, zaprowadzę cię do biednej kobiety, która cię bardzo kochała... jak córkę... Przed śmiercią na chwilę odzyskała zmysły.
— Biedna!
— Rozmawialiśmy. Wiem o tem z jaką odwaga i poświęceniem byłaś dla nich... Jesteś szlachetną dziewczyną! Ostatnie jej słowo było dla ciebie. Chodźmy!
— Mam ją znów opuścić! — zawołała hrabina.
— Chodź i ty Heleno; lecz smutny to będzie widok.
A zwracając się do młodej dziewczyny:
— Joanno — odezwał się poważnym głosem admirał — czy zechcesz mnie przyjąć za ojca?
— Ależ ja niegodną jestem tego.
— Nie myśl tak. Zanadto ciężkie miałaś do dźwigania brzemię i nie twoja jest wina, żeś w drodze ustała! Co do mnie, mam wiele złego do odpokutowania względem ciebie. W przystępie gniewu odebrałem ci podporę... Pozwól abym ci ją mógł zastąpić!... Błagam cię jak o najwyższą łaskę...
Joanna upadła na kolana, kryjąc twarz w dłonie.
W kilka minut potem wszyscy troje jechali do Vaucresson.
Admirał patrzył na obiedwie kobiety z wewnętrzną radością, która odbijała się i na jego twarzy. Powóz pędził przez lasek Buloński do willi Suzanne.
W willi panował głęboki spokój.
Urzędnicy przedsiębiorstwa pogrzebowego, jak kruki czyhający na ofiary śmierci, wyszli tylko co z domu.
Nastała noc.
Admirał zmuszony powrócić do Paryża, niechętnie zostawił żonę i Joannę, które wraz z zakonnicą przy zmarłej czuwały.
Mała Marja zmęczona, spała z głową opartą na łóżku matki.
Perrina, woskowo żółta, spoczywała sztywno wyciągnięta na łożu, z błogim uśmiechem na ustach, jakby szczęśliwa z tego, iż przed śmiercią zdołała oddać powierzony jej skarb przed laty temu, który go w jej ręce złożył.
Joanna wzięła dziecko na ręce, obudziła i wskazała umarłą matkę, mówiąc:
— Ucałuj ją.
— Usta dziewczynki spoczęły na lodowatem czole zmarłej.
Wtedy starsza siostra zabrała ją do drugiego pokoju, położonego w innej części domu, podczas kiedy hrabina i zakonnica pozostały u łoża nieboszczki, odmawiając modlitwy za jej duszę.
Joanna rozebrała małą, upieściła, położyła do łóżka i pozostała przy niej, aż zasnęła.
Wtedy powstała chcąc wyjść, kiedy szmer jakiś doszedł ją od strony wschodów.
Zatrzymała się wytężywszy słuch. Słychać było, iż ktoś nadchodził.
Zadrżała na całem ciele. Tylko Jan mógł tu wejść o tak późnej porze.
Po co przychodził?
Mogła wyjść, zostać przy matce i uniknąć spotkania, ale pomyślała, że widzenie się z nim ostatnie, było konieczne.
Poszła otworzyć drzwi.
Jan-Maurycy stał przed nią.
— Na jej widok odetchnął swobodniej lękał się, że jej nie zastanie.
— To ja, — odezwał się. Obawiałem się czy cię zobaczę.
Usiadł na krześle swobodnie, śmiało jak tu przychodził zwykle.
Ona stanęła, oparłszy się o gzems kominka z chmurą na czole, ze ściśniętem sercem i niepokojem.
Cóż usłyszeć miała?
Zdawało się iż nie widział zaszłej w niej zmiany, był swobodnym bardziej niż kiedykolwiek.
— Nie spodziewałaś się mnie? — zapytał.
— Owszem.
— Samą jesteś?
— Nie, mów ciszej.
Wskazała na drzwi przyległego pokoju.
— Mała jest tam, śpi... straciła matkę...
— Wiem.
— Hrabina de Vitray czuwa przy niej...
— Pani de Vitray? – powtórzył zdając się nie pojmować co ona mówi.
— Moja matka!...
— Ah! tak, przypominam sobie, — odparł. To prawda... — odnalazłaś matkę... Już to widać taki był dzień szczęśliwy... Winszuję... Piękna rodzina….. czy znają twoje życie?...
— Wyznałam wszystko.
— Wszystko?
— Bez żadnych wyjątków.
— Śmiałą jesteś... Musiało nastąpić zdziwienie, ale przecież to ich własna wina. A zresztą jesteś tak dobrą i piękną dziewczyną, że niepodobna mieć żalu do ciebie.. ja także ci przebaczyłem...
Joanna milczała, lecz zaczynała się niecierpliwić...
Przyszły jej na pamięć słowa matki, — czy kochasz jeszcze?
Nie, już nie kochała. Człowiek, któregoby kochała, musiałby być ten dawny Jan-Maurycy z Cherburga, wymarzony w jej snach dziewiczych, poważny, słodki, wzniosłych uczuć, czysty i poetyczny młodzieniec. Ta swoboda i cynizm w wyrażeniu, ranił ją boleśnie.
Ubrany był z niezwykłą starannością w czarnej żakietce, białym z brylantową szpilką krawacie, jasnym filcowym kapeluszu, który rzucił na łóżko, jego piękne czarne włosy i oczy, te wielkie aksamitne oczy, były typem światowego wdzięku i ujmującej powierzchowności.
Tym samym tonem mówił dalej:
— Więc już twoja chora oddała Bogu ducha?
— Dziś rano.
— Byłaś przy niej wtedy?
— Nie.
— Ponieważ biedna bretonka nie potrzebuje już ciebie, jesteś zatem wolną?
— Rzeczywiście.
— To bardzo szczęśliwie.
— Dla czego mi to mówisz? — żywo zapytała.
— Tak sobie... aby coś powiedzieć... Jednakże od kilku godzin dużo myślałem... i muszę zrobić pewne postanowienie...
— Co do czego?
Chyba domyślasz się, że po twojej dzisiejszej nieostrożności, trudno mi jest pozostać dłużej w Paryżu... Ty zaś nie chcesz już może ztąd wyjechać...
— Dla czego?
— Dla rodziny... Jeżeli wyjadę, obiecałaś ze mną jechać...
— Z tobą?
— Czybyś już zapomniała?...
— Nie... lecz chyba nie masz zamiaru nalegania o wykonanie tej obietnicy...
— Cóżby stanęło temu na przeszkodzie?
— Sądzisz zatem, żeś dotrzymał swojej?
— Rozumiem, co to znaczy? Straciłaś zaufanie?
— A no...
— Moje postępowanie otworzyło ci oczy..,
— Naturalnie.
— Oburzyło cię moje małżeństwo.
— Wcale tego nie ukrywam.
— Jakżeś się o tem dowiedziała?
Najpierw z dzienników...
— A następnie?
— Z listu...
— Czyjego?...
— Nie wiem.
— Zapewne tego poczciwego Brecheux?
— Nie mogę cię objaśnić...
— Niezawodnie od niego.
— Nie lubił cię widać, kiedy potrafił zdradzić.
Zaprzeczył temu rzutem głowy.
— Nie, — odparł, — dla czegóż miałby mnie nie lubić? Tylko za to nienawidził kogoś innego.
— Kogo?
— Mojego ojca.
— Twojego ojca? — zapytała zdumiona. — Co chcesz przez to powiedzieć?
— Tak, pana radcę Maurycego Colombey, zięcia Michała Saint-Clair, miljonera, który jest moim ojcem.
— Czy to podobna?
— Ty również jesteś córką hrabiny de Vitray.
Patrzyła na niego w milczeniu... Juan mówił dalej z tym samym spokojem:
— Piotr Brecheux wstrętnie nienawidzi radcę, a ponieważ był człowiekiem niezmiernie pomysłowym... uważał za bardzo zabawne ożenić mnie z siostrą... i to jedynie dla tego, aby zemścić się na Colombey’u... Są widać jakieś stare rachunki pomiędzy nimi, których dobrze nie znam nawet...
— Colombey twoim ojcem! — powtórzyła młoda dziewczyna.
— Bez żadnej wątpliwości... Przypominasz sobie historją mojej matki...
Dotąd wyrażał się swobodnie wesoło, drwiąco nawet, na chwilę zmienił ton mowy na poważny i smutny, i mówił dalej:
— Moja matka, Róża Bertot... nauczycielka. Z takiemi biedaczkami nie potrzeba się liczyć. Colombey’owi się podobała piękna dziewczyna... nie mając nic lepszego do roboty zbałamucił ją, uwiódł pozorami szczerego przywiązania... i została jego kochanką przez trzy lata aż do jego ożenienia się z panną Seint-Clair. Otóż wtedy brutalnie ją pożegnał... Powróciła w swoje strony i tam przyszedłem na świat... czego niezmiernie żałuję... a sama utopiła się...
Zostałem wychowany przez pewną staruszkę w Caen i tam mnie zastał i zabrał po jej śmierci Piotr Brecheux... Od niej też dowiedział się o mojem pochodzeniu i o historji matki... Dziś zrozumiałem jego plan... uczynił ze mnie narzędzie swej zemsty... Życie poświęcił na to, aby mnie wychować i urobić na ten cel i pewnego dnia, to jest dziś, w kościele z szyderstwem pokazał radcy syna... już po ślubie z siostrą...
— Siostra?
— We własnej osobie.
Wstrząsnął się.
— Brrr! — zawołał, — dreszcz mnie bierze, kiedy pomyślę, co za klęska zawisła nad tym domem. Wyobraź sobie gniazdo leśnych mrówek, rozrzucone niebacznemi stopy...
— Tak więc radca jest naprawdę twoim ojcem?
— Najautentyczniejszym.
— Masz na to jakie dowody?
Piotr postarał się oto, aby mi dostarczyć takowych.
— Jakto?
— I to w dodatku przez admirała de Vitray... Nie wiem tylko, jak on to zrobił... ale mniejsza z tem miał pomysły nigdy nie wyczerpane...
— Sam nie przypuszczałeś o twojem pokrewieństwie z nimi?...
— Nic a nic. Jasnem jest, że pan nauczyciel nie chciał mnie wtajemniczać w całą sprawę...
— Dla czego? — zapytała w roztargnieniu młoda dziewczyna.
— Z powodu swoich zamiarów. Nie dowierzał mi widać, czybym, wiedząc, chciał się ubiegać o rękę siostry.
— Rzeczywiście musi to być prawdopodobne... Więc Blanka Colombey jest twoją siostrą?
— Z jednego ojca tylko... rozumiesz?
— Rozumiem.
Mówiła cichym, przytłumionym głosem, niejasno jeszcze rozumiejąc djabelski plan Piotra, myślą zajęta czem innem, to jest majestatem śmierci, która tak w pałacu bogacza jak i w chacie wieśniaczej nakazuje dla siebie szacunek i obawę.
Jan, przeciwnie, udawał obojętnego, wesołego, wolnego od troski.
Tylko głos uszczypliwy, ironiczny, wskazywał, iż wewnątrz szalała w nim stłumiona burza.
Joanna odezwała się:
— Co się z Piotrem stało, gdzie teraz jest?
— Porzucił mnie w tym tumulcie.
— A sam?
— Zapewne jest już obecnie na drugiej stronie kanału la Manche, uciekając przed policją...
— Zatem ma pewne obawy?
— Może to tylko przezorność... gdyż sprawiedliwości obawiać się nie może... jak i ja również... Służy ona tylko dla głupców...
— Zostawił cię samego?
— Jestem chyba dosyć duży na to, aby sam podróżować i spróbować fruwać o własnej sile...
— Widocznie nie miał do ciebie przywiązania, kiedy cię poświęcił...
— Owszem... lecz po nad to przedkładał coś innego jeszcze...
— Cóż takiego?
— Swoją zemstę!
— A cóż na to pan Colombey, twój ojciec?
— Ofiarował mi pieniądze... które podług niego są wszystkiem.
— Na co?
— Abym ztąd co najprędzej uchodził... zniknął bez śladu...
— Chce, abyś z Paryża wyjechał?
— Do antypodów, północnego bieguna, Grenlandji, Congo, lub Ziemi Ognistej... byle tylko odczepił się od mojej osoby, za co z chęcią poświęciłby znaczną ofiarę w sumie pieniężnej...
— Cożeś mu na to odpowiedział?
— Nic.
— Lecz co dalej będziesz robił?
— Chcę właśnie o to się zapytać pewnej osoby.
— Któż to jest?
— Kobieta... a wtedy zobaczę...
Joanna nie nalegała więcej. Bała się zrozumieć, a przytem, pod tą pozorną, swobodą, czuła tajony gniew, złowrogie postanowienie i bała się jego wybuchu.
— Ileż nieszczęść zostawiłeś za sobą! — odparła zwolna.
— Czy również i one nie były moim udziałem?
— A panna Colombey?
— Jest zrozpaczoną.
— Może cię kochała?
— Być może.
— Tak jest zapewne, bo dla czegóżby cię zaślubiła?
— Kochała, o niczem nie wiedząc... najlepszym tego dowodem jest to, że w tej chwili doktór jest przy niej.
— Boże!
— Dostała jakiegoś ataku na mózg... czy gorączki... sam dobrze nie wiem, co takiego...
— Jak ty się wyrażasz o tem... przecież to twoja siostra...
— Zaledwie!
— Tyś jej nie kochał zatem?
— Nie.
— A więc dla czegoś jej to mówił?
— Taki miałem rozkaz.
— Czyj?
— Mojego mistrza, który miał w tym swój cel.
— Cóżby się stało po ślubie?
— Miałem się ulotnić... z dwoma miljonami posagu...
— Sam?
— Nie.
— Z kimże więc?
— Z kobietą którą kocham, która jedynie potrafiła wzruszyć moje serce, jedyną, której pragnę i która mnie do życia wiąże...
Joanna przerwała:
— Zatem małżeństwo miało znów zwiększyć liczbę twoich zbrodni?...
— Nie przeczę... Znasz moje zamiary, myśli moje... To była jeszcze dalsza walka...
— A twoje przysięgi?
— Jakie?
— Któreś tu w tem miejscu mnie uczynił.
— Owego wieczora, kiedym ci czynił wyznanie?...
— Tak.
Zbliżył się do niej, chcąc ją uchwycić w ramiona, lecz cofnęła się w tył. Zagryzł wargi i milczał przez chwilę.
— Dziecko jesteś, — odparł powoli. — Nie znasz świata i ludzi, i sądzisz, że łatwo jest rzucić trzymaną w ręku zdobycz... Szaleństwo!.. Chcesz żyć ubogo w odległej krainie? Głupstwo! To dobre dla mężczyzny może, lecz dla ciebie młodej i pięknej nigdy! Zginęłabyś, jak tyle innych na szpitalnem łożu lub w błocie występku, byłoby to może arcy-wspaniałem, lecz nie praktykowanem głupstwem...
— A jednak tak by właśnie zrobić należało!
— Szkoda że tak mało rozumiesz takie sprawy, — zawołał, ożywiając się nagle. — Lecz chcę ci powiedzieć wszystko, posłuchaj:
— Chciałem cię porwać i uciec ztąd daleko, aby nawet nikt się nie mógł domyśleć, gdzie ty jesteś, abyś wołania twojej matki usłyszeć ztamtąd nie mogła! Byś Paryża, nędz jego i zbrodni nigdy więcej nie ujrzała. Chciałem, abyśmy byli szczęśliwi, lecz nie w biedzie! O nie, nigdy!
Czyś jej nie zaznała, biedna dziewczyno! Czyś już zapomniała jej wstrętu i okropności! Ja, co cię kocham nad życie, nie mógłbym patrzeć na twój niedostatek i cierpienie... Zbrodnią jest tak postępować... lecz wszyscy na około nas idą i maczają ręce w zbrodni! Szanowny admirał czyż nie popełnił także zbrodni, wydzierając cię twej matce dla nasycenia swej nad nią zemsty? A ja sam czyż nie jestem dziełem podłego postępowania radcy! A zresztą, cóż chcesz! wszelkie rozumowania na nic się tu nie przydadzą, Bóg Sam nie może odwrócić tego, co się już stało... Co do mnie, zrzucam maskę obojętności i dumy, którą się dotąd przykrywałem. Z rozdartem sercem i nienawiścią w duszy, zdradzony i opuszczony przez tego nawet, co mnie wychował i za którym poszedłbym na dno piekła, jak za ojcem własnym, mam dziś tylko jedną nadzieję ocalenia... w tobie! Wiem, że zdobyć się musisz na czyn heroiczny, aby wyciągnąć do mnie rękę! Nie mam żalu za twoje oskarżenie, podłość moja podrażniła cię a obrażona miłość bunt podniosła... Jestem godny pogardy i nienawiści, a jednak, jednak ja myślałem tylko o tobie, o naszej miłości, naszej wspólnej przyszłości... Ostatni raz staję przed tobą i pytam o jedno jedyne słowo: Czy miłość dla mnie żyje jeszcze w twem sercu? Jeżeli nie, to zniosę ten cios odważnie...
— Cóż wtedy zrobisz? — zapytała trwożliwie.
— To, czego żądał mój ojciec.
— Wyjeżdżasz?
— Aby już więcej nie powrócić.
— Gdzie?
— Gdzie mnie oczy poniosą... bardzo daleko... Odpowiedz szczerze, pójdziesz za mną?
— Nie dotrzymałeś twoich zobowiązań!
— To prawda.
— Czyż to nie rozwiązuje moich?
— Zapewne... lecz pozwól mi spróbować, abym cię zmiękczył! Wierz temu co ci mówię, a mówię w tej chwili szczerze. Nigdy cię nie zdradziłem i nie przestałem kochać ani na chwilę... Zdrada polega na tem, jeżeli oddamy serce drugiej osobie.
Wyrażał się z wrastającem zniechęceniem, zmęczony i wyczerpany. Z odpowiedzi młodej dziewczyny widać było, iż niema odwagi podzielić losów z człowiekiem, dla którego straciła szacunek i którego postępki sprawiały jej lek niesłychany.
Nieszczęśliwy zrozumiał.
A jednak odezwała się do niego z niewymowną słodyczą:
— Kiedy odjedziesz ztąd daleko, Janie, czy będziesz przynajmniej szczęśliwy?
— Z tobą życie będzie wszędzie mi rajem.
— A bezemnie?
— Bez ciebie — odparł z wysileniem — nie wiem, co się stanie. Chociaż jestem bogaty, a na zawołanie będę miał tyle złota, ile zechcę... spróbują się oszołomić, zapomnieć.., tam gdzieś w Brazylji lub Buenos-Ayres, a może spróbuję pod obcem niebem odrodzić się, zabrać do pracy pod mojem własnem imieniem... Więc mnie nie kochasz już?
— Nic nie wiem, to pewna tylko, iż w sercu mam gniotącą zmorę twojego wyznania... słyszę ten krzyk... krzyk nieszczęśliwego...
— Cicho!
— Myślę o krwi wylanej tego młodzieńca z Loz Santos.
— Cicho bądź!
— Kiedy zapomnieć nie mogę...
— Widzę to aż nadto!
— Oni nas rozdzielili!
Jan zamknął oczy i wyrzekł cicho:
— Oto mój wyrok.
— A przytem — mówiła Joanna — mam wstręt do pieniędzy źle nabytych! Nie chciałabym cię także widzieć smutnym i zrozpaczonym... Byłeś tak dobrym dla nas!...
— Nie obawiaj się... Mam odwagi więcej, niż tego się spodziewać możesz.
— Słuchaj — odparła z mocą — nie mam zbrodni na mojem sumieniu, lecz mam błąd straszny... I nigdy, rozumiesz to, nigdy za mąż nie wyjdę, a nawet czuję, że długo nie pożyję...
— Ty!...
— To przechodzi moje siły... Pomimo wszystkich rozumowań, zdaje mi się, iż wniosłam wstyd i smutek w dom mojej matki... Jedź... jesteś młody, zdobądź własną pracą karjerę... a za lat kilka jeżeli jeszcze żyć będę opowiesz mi o twoich nowych wrażeniach, uczuciach, zmianach, które w tobie zaszły... Nie zapomnę, że kiedyś do ciebie należałam i kochałam ciebie!...
— Za kilka lat?
— Czy to za wiele?
— Nie umiałbym tak długo cierpieć, a rozłączenie z tobą stałoby się męczarnią dla mnie! Czyś się dobrze zastanowiła? Czy to twoje nieodwołalne postanowienie?
— Tak.
— Zostaniesz we Francji?
— Chcę tu umrzeć! Mam śmierć w duszy i nigdy się z tego nie wyleczę!
— I to ja tylko jestem tego przyczyną?
— To prawda.
— A więc masz słuszność. Chcesz dowodu mojej dla ciebie miłości... mego żalu... Dam ci go... lecz pozwól mi skreślić kilka słów do tych co tu pozostawię. Pociąg do Hawru wyrusza o w pół do pierwszej w nocy... i nim wyjadę.
— Jesteś przygotowany do podróży?
— Zupełnie. W Londynie zobaczę się z Piotrem... Zkąd przybyłem... tam powrócę...
— Pisz zatem!
Podeszła i otworzyła okno. Przez chwilę stała wychylona na balkon, z którego codziennie przez dwa miesiące oczekiwała ukochanego... Jan pisał prędko z gorączkowym zapałem, zdaleka słyszała zgrzyt pióra po papierze.
W dali wspaniała ciepła noc letnia się podnosiła. Z wieży Ejfel widniało kolorowe światło, a szmer dalekiego olbrzymiego miasta konał na poblizkich wzgórkach oświeconych blaskiem gwiazd tysiąca.
Joanna wychyliła się jeszcze mocniej, aby zajrzeć przez okno do pokoju zmarłej, zkąd blade światło wychodziło, kiedy nagle zerwała się.
Padł strzał.
Odwróciła się.
Piękna głowa Jana, strzaskana kulą, zwieszała się na poręczy krzesła.
Cieniuchny strumień krwi spływał po jego czole.
Jednakże zdążył jeszcze spojrzeć pełnem miłości wzrokiem na tę, co tak namiętnie ukochał i wskazać ruchem na list, leżący przed nim.
Rzuciła się ku niemu, chcąc go podeprzeć i przywrócić do życia.
Lecz było to niepodobieństwem.
Uśmiech okolił usta nieszczęśliwego, a oczy zamknęły się na zawsze.
List zawierał jego ostatnie pożegnanie.
Rozumiem wstręt, który wzbudzam w tobie. Kocham cię z całej duszy mojej. Twoja jedynie miłość mogła mnie ocalić, lecz to było zadaniem nad twoje siły.
Bez żalu opuszczam świat, i pragnę aby zacny i szlachetny człowiek, oceniwszy skarb, który tracę, dał ci szczęście, na jakie zasługujesz.
Żegnam cię, Joanno, ukochana moja, umieram, ubóstwiając się.
Fiakr, stojący na posterunku na rogu ulicy Marveaux, nie stracił śladów za Juanem.
Helena, admirał, przybyły napowrót z Paryża, ogrodnik i dwóch agentów policyjnych, przybiegłych na odgłos wystrzału, weszli jednocześnie do pokoju młodej dziewczyny.
Pani de Vitray uniosła Joannę, cisnąc ją w swych objęciach.
Admirał ukląkł, kładąc rękę na piersi młodego człowieka.
Serce już bić przestało.
— Panowie, — odezwał się admirał do agentów możecie zaświadczyć przed władzą o tem, co ta widzicie. Ten człowiek nazywał się Jan-Maurycy. Niewiem, czy miał jakie winy za sobą, lecz sprawiedliwość nie ma już nic tu do czynienia. Człowiek ten spłacił swój dług.
Wieść o wypadkach, któreśmy opowiedzieli, zginęła w zgiełku i gwarze wystawy.
Działo się to w epoce największego przypływu cudzoziemców, Paryż przepełniony był podróżnymi, przybywającymi ze wszystkich stron świata i każdy kto widział ten tłum olbrzymi, niezapomni go zapewne nigdy.
Wrzawa na polu Marsowem, gdzie się odbywał wielki jarmark, głuszyła wszystko inne.
Jedynie prasa mogła była zwrócić uwagę na dziwny obrzęd zaślubin w kościele św. Magdaleny i samobójstwo w willi Suzanne.
Fernand Colombey pilnował, aby się nie stało nic podobnego. Zdobył nadewszystko milczenie prasy.
Chociaż były dzienniki, które okazały się głuche na jego prośby, pomimo to niewiele mogły pisać, gdyż w rzeczywistości mało kto prawdę wiedział.
Pałac Colombey’ów pozostał dla wszystkich zamknięty przez długi czas.
Możnaby sądzić, że stał pusty i opuszczony. Jednakże był zamieszkałym. W pokoju od podwórza, młoda dziedziczka, której losu tysiące ludzi zazdrościło, umierała, zawieszona między życiem a śmiercią.
Obok jej łoża dnie i noce spędzała nieszczęśliwa matka, uderzona tak strasznym ciosem, pomimo swej niewinności, walcząc z rozpaczliwą energją ze śmiercią, co chciała wydrzeć jej ukochane dziecię.
Nie można jej było oderwać od łóżka chorej.
Co jakiś czas, dziadek Saint-Clair zmęczony, zestarzały, otwierał drzwi pokoju, pytając ze śmiertelną obawą, malującą się na jego obliczu:
— A co tam?
Przyjaciele i znajomi przychodzili również od czasu do czasu, lecz rzadko i nieśmiało. Zbliżano się do pałacu Colombey’ów z jakąś tajemniczą trwogą, jak do przeklętego lub zapowietrzonego domu.
Weszło tam nieszczęście i wypędziło przyjaciół.
Niektórzy czerpali wiadomości tylko u odźwiernego, a w ich liczbie ciotka Sydonja i wujaszek Tonton, dla którego dom ten obecnie nie posiadał żadnego uroku od czasu jak przeszły chwile świetnych festynów.
Nastąpiło to chyba na długie miesiące.
Podczas pierwszego miesiąca, który upłynął od chwili strasznego zajścia w kościele św. Magdaleny, wspaniały odźwierny odpowiadał na wszelkie zapytania głębokiem westchnieniem, nie świadczącem nic dobrego.
Cios był okrutnym dla biednej dziewczyny i od pierwszej chwili doktór Guyon, ze swojem doświadczeniem tyloletniem, zobaczył co się święci.
Jego złowieszcza przepowiednia sprawdzić się miała i tego samego wieczora wystąpiło zapalenie mózgu.
Przebieg choroby był zmienny. Przechodził różne fazy i nie można było orzec nic stanowczego o końcu niebezpiecznej choroby.
Komendant Briard należał do oddanych domowi i biedaczysko niejedną noc spędził w japońskim gabinecie, koczując jak na wojnie, podczas kiedy Anzelm Durivel dotrzymywał towarzystwa przyjacielowi Saint-Clair, przygnębionemu brzemieniem strasznego nieszczęścia.
Młody, nieznośny Gaston, zaledwie czasami się pokazywał. Nie lubił on smutku, mówiąc do komendanta Briard’a:
— Jestem podobny do jaskółki, uciekam przed szronem. U Colombey’ów teraz zima i nie zdaje mi się, aby się prędko skończyła.
Pomimo wysiłków podprokuratora, historja syna Róży Bertot wyszła na jaw.
Kilka dzienników, uprawiających skandale z korzyścią dla siebie, odezwało się półsłówkami, lecz w taki sposób, iż można się było wszystkiego domyślać i rozumieć wiele.
Nie wiadomo nigdy zkąd się biorą podobnie podstępne plotki, lecz dla tych, co znali Piotra, nie trudno jest odgadnąć, że musiały przybyć z poczty londyńskiej.
Mistrz dowiedział się o samobójstwie swego ucznia z dzienników paryzkich i wtedy pośpieszył uwieńczyć dzieło zemsty, donosząc do tych samych dzienników szczegóły, potrzebne do wyświetlenia jego historji.
Trzeba jednak przyznać, iż stary mistrz był wielce zmartwiony śmiercią Jana, która sprowadziła na niego jeszcze większy napad mizantropii.
Oświadczył też staremu Templetonowi, dowiedziawszy się tej złowrogiej wiadomości, iż postanowił wycofać się z interesów i zamknąć się w jakiem schronieniu do końca życia.
Szanowny pan Templeton wzruszył z politowaniem ramionami, a opinja, którą miał o sile moralnej dawnego nauczyciela, spadła o kilkanaście stopni na wartości.
Już tam do niego podobnego rodzaju uczucie nie znalazłoby przystępu, był to zawsze ten sam groźny i energiczny złoczyńca, pomimo swego świętobliwego pozoru.
Albo pan Burlet, wspólnik kasjer domu, ukuty ze stali, nieugięty w słowie i czynie, bez żadnego skrupułu i sumienia, lubiący rozbój, jak afrykańska hyena. To dopiero, co się nazywa silni ludzie!
Dziesiątego sierpnia, Matylda Colombey była samą w córki pokoju około dziewiątej wieczorem.
Dwie lampy przyćmione gęstą koronka, oświetlały wielki pokój, obity jasną materją w drobniuchne kwiateczki wysoki sufit, przedstawiający Amorów, tańczących na chmurach, pomiędzy wieńcami kwiatów, pendzla znakomitego Boucher’a.
Blanka spoczywała wysoko na kilku poduszkach.
Zmienioną była do niepoznania. Jej wielkie oczy zdawały się powiększone na wychudłej twarzy, usta blade, nie miały zdaje się kropli krwi, przezroczyste ręce wychodziły z pod koronki rękawów i leżały bezwładne na jedwabnej kołdrze. Włosy długie, jasne, niedbale związane, spadały jej na czoło, pokryte śmiertelną bladością.
Właśnie tylko co przebudziła się ze snu głębokiego, ociężale zwróciła głowę do siedzącej obok niej matki, nie odstępującej na chwilę od ukochanej jedynaczki.
— Mamo, — odezwała się złamanym głosem — dla czego się zabijasz bezustannem czuwaniem?... Chcę, żebyś poszła spocząć.
— Bądź spokojna... nastąpi to niedługo.
— Dla czego niedługo?
— Bo wkrótce nie będziesz potrzebowała już tego... będziesz zdrowa...
— Czy to ci doktór powiedział?
— Złe się skończyło... Będziesz nam zdrowa niedługo... Już cię nic nie boli?
— Bardzo mało.
Chciała podnieść rękę, lecz ta upadła bezwładnie na łóżko.
— Co za osłabienie! — szepnęła.
— Przymknij oczy!
— Nie mogę... a zresztą boję się spać...
— Boisz się?
— Mam takie straszne sny... Widzę okropne rzeczy: wpadam w przepaść okropną... widzę straszydła potworne...
— Biedactwo moje!
— Oh! tak, lecz i ty jesteś biedna, mateczko!
A widząc smutne oblicze pani Colombey, uśmiechnęła się i zaczęła mówić o czem innem.
— Gdzie ojciec? — zapytała.
— Nie wiem, — odparła zimno pani Colombey.
— Tak go rzadko widuję...
— Rzeczywiście... lecz ty wiesz, jak jest zawsze zajęty!...
Musiała być strasznie zraniona biedna kobieta, kiedy odważyła się wyrażać z taką goryczą o tym, którego nauczyła się uważać za swego pana raczej niżeli męża.
Radca też pokazywał się w domu rzadko, epoka jego bezwzględnego panowania bezpowrotnie minęła.
Czuł się samotnym, opuszczonym prawie wzgardzonym pośród rodziny, której tyle lat despotycznie przewodniczył.
Wszystko wychodzi z czasem na jaw. List Jana pisany w chwili samobójstwa, rzucający przekleństwo ojcu, został co do słowa wiadomy. Widocznie w pierwszej chwili zamętu, podczas wejścia policji i zemdlenia Joanny, pochwycono ów list i zamieszczono go następnie w dziennikach.
Kto i jak to zrobił, niewiadomo, lecz to pewna, że wielokrotnie się zdarza, iż najbardziej ukryte tajemnicze stosunki rodzinne wychodzą na jaw, nie wiadomo jaką drogą.
Zapewne, iż młody podprokurator usilnie zapobiegał rozszerzaniu krążących pogłosek po dziennikach, lecz niektóre z nich okazały się głuche na jego prośby. Korzystane ze sposobności. Tak świetnie dobranej pary i rodziny wpływowej nie łatwo znaleźć pomiędzy skandalicznemi plotkami. Pokusa była silną, co najwyżej starano się nie ranić zbyt boleśnie jasno wypowiedzianą prawdą, lecz dla bywających i znających bliżej stosunki rodzinne Colombey’ów, prawda, chociaż zasłonięta cokolwiek, jasną była w całej swej okropności.
Pomimo dobroci i wspaniałomyślności charakteru bankiera i jego córki, dalekich od wad politycznych w świecie, w którym się obracali, powzięli oni dla Colombey’a tyle wzgardy, iż ta, pomimo że leżała głęboko ukryta na dnie ich serca, została spostrzeżoną przez radcę.
Osądzono go za sprawcę wszystkich nieszczęść, co swem okrucieństwem nad biedakami sprowadzał burzę i gromy na dom własny.
W oczach bankiera Piotr był wytłumaczony, miał wrażliwą duszę ten wieśniak z Boyeux i duszę tę okrutny bogacz zranił i zelżył bezlitośnie. Czyż można brać mu za złe, że się chciał dopominać swojej krzywdy?
Wiec też w głębi swych dusz zranionych, ojciec i córka uczuli wstręt prawdziwy do strasznego egoisty, przeklinając go z równą mocą, jak ten syn nieszczęśliwy w ostatniej swej godzinie, do której przyprowadziła go niezawodnie moc ducha większa, niż się było można tego spodziewać po tak zdemoralizowanej istocie.
Radca obdarzony spostrzegawczym i głębokim umysłem, nie mógł nie wiedzieć jakie uczucia wywołują pewne czyny.
Z wściekłością połykał tysiące przykrości drażniących jego wyniosłą dumę i to więcej nawet od swoich najbliższych niż od świata, który zawsze oddawał hołd jego wielkiej fortunie i wysokiemu stanowisku.
Te smutne ponure twarze domowników raniły boleśnie jedyne uczucie jakie zachował pomimo klęski, cierpiał przez dumę!
Uciekał więc z domu i zaczął żyć zewnętrznem życiem, klubu, kawiarni restauracji, gdzie przynajmniej schlebiano jego upodobaniom i gdzie mógł jedynie ukazać bez upokorzenia swoje zimne wyniosłe oblicze, przyćmione tajonemi wyrzutami sumienia i żalem za utraconą władzą.
Chora usnęła znów w objęciu matki, która wtedy delikatnie złożyła ją na poduszki i schylona słuchała jej zaledwie dosłyszalnego oddechu.
Nareszcie zwyciężona sama, czuwaniem tylu nocy i dni, rzuciła się na wygodny fotel, z ciężkiem westchnieniem.
Drzemała kilka zaledwie sekund gdy ciche kroki dały się słyszeć w sąsiednim pokoju.
Z trudem powstała kierując się do drzwi.
Był to bankier, przychodzący jak zwykle po wiadomości do Blanki, lecz nie przychodził sam. Z tyłu po za nim w cieniu, blada twarz Fernanda lekliwie patrzyła na panią Colombey.
Weszli obaj na palcach do pokoju í bankier zapytał.
— Śpi?
— Tak.
Matka spojrzała na Fernanda i w tej chwili dopiero zobaczyła ślady okropnego niepokoju i boleści, które zmieniły do niepoznania rysy biednego młodzieńca.
Zbliżył się ostrożnie do łóżka chorej.
Jej śliczna jasna główka ginęła w zwoju rozsypanych włosów. Oczy okrążone siną obwódką miała przymknięte, a blade usta zdawały się skarżyć boleśnie.
— Jakże pani cierpieć musisz! — odezwał się Fernand do pani Colomeby.
— Dziś już mniej. Mam nadzieję!
— Czy był doktor?
— Przed dwoma godzinami.
— Cóż powiedział?
— Że niebezpieczeństwo już minęło. Gdyby Bóg mi ją zabrał nie przeżyłabym tego.
— A ja? — zapytał bankier, starając się uśmiechnąć. — Zapomniałaś o mnie?
— Biedny ojcze — zwołała całując go w czoło. — Przebacz mi!
Fernand odezwał się:
— Pani de Saint-Bézan oczekuje niecierpliwie wiadomości o zdrowiu Blanki, chociaż doktór Guyon donosi co się dzieje, to jej jednak nie wystarcza.
— Zatem to dla niej tu przychodzisz? — zapytał bankier z łagodnym uśmiechem.
— Przychodzę dla was dwojga.
— Nie szukaj pozoru mój drogi, twoja przyjaźń wystarczy na to. A cóż admirał?
— Jedzie jutro do Bretonii.
— A jego córka?
— Już prawie zdrowa po strasznym ciosie.
— Młodość zwyciężyła.
— Co za dziwny los tej dziewczyny — rzekł bankier — kiedyś była tu u mnie rano, spóźniła się kilka minut i mnie nie zastała już w domu, gdyby nie to, sądzę, że wielu nieszczęść byłaby uniknęła.
Chora poruszyła ustami, wymówiwszy kilka słów niezrozumiałych.
— Chodźmy ztad — rzekł bankier do młodego człowieka — nie trzeba ją narażać na wzruszenie.
Poszli ku drzwiom, kiedy cichy łagodny głos zatrzymał ich na progu.
Michał Saint-Clair odwrócił się; oczy Blanki szeroko otwarte patrzyły na niego.
— Czy to ty dziadku? — zapytała.
— Tak, to ja.
— A kto jest z tobą?
Fernand zniknął już za ciężką niebieską portjerą.
— Jest ktoś.
— Kto taki?
— Przyjaciel.
— Dziewczyna szepnęła:
— A może Fernand?
— Czyżbyś niechciała go widzieć?
— Dla czego? Biedny chłopiec! Ten nas przynajmniej nie opuścił.
Przywołała go tym samym cichym osłabionym głosem:
— Fernandzie?
Młody człowiek zbliżył się drżący i zakłopotany.
— Tak więc, — odezwała się cichutko, usiłując wyciągnąć do niego rękę, przyszedłeś do nas?
— Bywałem codzień...
— Wiem o tem... mój drogi... więc nie gniewasz się na mnie?
— Dla czegóż miałbym się gniewać? Przysięgam ci tylko Blanko, że nigdy nie pragnąłem nic innego nad twoje szczęście... za które chętnie dałbym własne życie w ofierze...
— A zatem proszę cię o zrobienie mi pewnej przysługi.
— Jakiej?
Chora spojrzała na matkę i dziadka czule, błagające, jakby prosić chciała o przebaczenie i zwróciła się do Fernanda.
— Jest pewna rzecz, którą kryją starannie przedemną i o tem właśnie chcę pomówić z tobą.
— Mów, Blanko, a jeżeli tylko będę mógł to ci odpowiem.
Uniosła się na poduszki, wpatrzyła w oczy młodego człowieka i odezwała się:
— Dwudziestego piątego czerwca brałam ślub w kościele Ś-ej Magdaleny; mąż mój nazywał się Juan Rodriguez, chcę wiedzieć, co to była za jedna, ta młoda czarno ubrana dziewczyna, co się zjawiła na krużganku kościoła, w towarzystwie komisarza, jak również zkąd ty sam przybywałeś wtenczas do nas?
— Później Blanko dowiesz się o tem.
— Nie, powiedz natychmiast... Nic nie ukrywaj Fernandzie!... błagam cię o to przez twoją przyjaźń dla mnie!... Spokój mój zawisł od tego również!... W nocy myśl moja pracuje nawiedzona strasznemi obrazami... chcę prawdy... Nie usiłuj wywieść mnie w pole... Dosyć słyszałam, kiedy on rozmawiał z ojcem w salonie, aby w części zrozumieć prawdę...
Z wysileniem mówiła dalej:
— Gorszego nic się nie dowiem nad to co sobie wyobrażam... prawda może mi przynieść tylko spokój!
Fernand wzrokiem chciał zasięgnąć rady matki i dziadka co ma robić. Następnie wziął rękę dziewczyny w swoje dłonie.
— A będziesz odważną Blanko? — zapytał.
— Będę.
— Posłuchaj zatem. Juan Rodriguez był biednym, opuszczonym dzieckiem przez swego ojca.
Ona przerwała mu.
— A ten ojciec, — zawołała, był moim ojcem?
— Rzeczywiście. Nie nazywał się Rodriguez, lecz po prostu Jan-Maurycy... żyjąc sam, rzucony na pastwę losu, bez żadnej moralnej opieki i podpory, porzucił prostą drogą... majątek nabył w nieuczciwy sposób... Co często się zdarza, jeżeli nie ma kto pokierować młodym umysłem... Młoda dziewczyna w czarnem ubraniu to również biedna i opuszczona jak on istota. Przypadek i uczucie połączyło ich: jego zbrodniarza, z nią godną głębokiej litości.
— Zbrodniarza! — wyszeptała chora. Jakto?
— Najpierw dla tego, że cię zaślubił nie kochając, jedynie dla posagu...
— Słyszałam to z własnych ust jego... A potem dla czego jeszcze?
— Ależ...
— Mów... Chcę wiedzieć wszystko!
— Nie nosił swego nazwiska... Ukradł je...
— Komu?
— Pewnemu cudzoziemcowi.
— W jaki sposób...
— Zabił go! Nie pytaj więcej.
— Niech i tak będzie, odparła zamykając oczy. A obecnie gdzież on się znajduje.
— Nie śmiem ci tego powiedzieć.
— Czyż nie powiedziałam ci, że chcę całej prawdy?
— Posłuchaj więc, mógł odjechać ztąd daleko... nie chciał... Kto wie co za myśli mogły powstać w jego umyśle... może też być, iż sprawiedliwość ludzka żądałaby rachunku za jego czyny, uniknął tego, przez czyn rozpaczliwy lecz odważny, którym zmazał swoje winy...
— Odebrał sobie życie! — zawołała.
Młody człowiek milczał.
— Umarł! Biedny mój brat! umarł, wyrzekła zamykając oczy.
Nie płakała, pozostała czas jakiś nieruchoma, drżąca.
Matka z przerażeniem patrzyła na nią.
Powoli jednak, wielkie gorące łzy, spływać zaczęły jedna za drugą po jej wychudłej twarzy. Westchnęła głęboko i wyciągnęła rękę do swego kuzyna szepcząc.
— Dziękuję.
Schylił się do jej wychudłej przezroczystej ręki i złożył na niej pocałunek.
Następnie wyszedł razem z bankierem.
Obie kobiety zostały same, a wtedy Blanka wybuchła łkaniem, mówiąc złamanym boleścią głosem.
— Biedny Jan, niechaj Bóg przebaczy mu tak, jak ja mu przebaczyłam!
Będziem się modlić za niego, nieprawdaż mamo?
Piątego sierpnia, podczas największego upału, dwa powozy zaprzężone w małe krępe mocne koniki bretońskie, potrząsające dzwonkami, na podwórzu stacji kolei, brek i lando, oczekiwały pasażerów z pociągu przybywającego z Paryża do Pontivy około dziewiątej rano.
Pontivy nie jest żadną wielką stolicą, lecz można tu żyć i żyć co najważniejsza tanim kosztem...
Ten warunek nie jest do pogodzenia w naszych ciężkich czasach, gdzie nieraz w skutek gry na giełdzie z największej fortuny zostają się zaledwie okruchy wystarczające z trudem na najpierwsze potrzeby.
To co weszło jedną kieszenią, niezawodnie musi wyjść drugą.
Pomimo obecności załogi wojskowej w miasteczku z eleganckimi oficerami, miasto jest ciche, spokojne, z wyglądem jakimś średnio wiecznym.
Tam domy zbudowane z czarnego granitu ze spiczastemi szczytami, sklepy, a raczej budy średniowieczne, plac targowy otoczony zniszczonemi kolumnami, ciasne i wązkie uliczki i spokojni uczciwi mieszkańcy nie nawiedzeni jeszcze chciwścią pieniędzy, ponieważ poprzestają na małem, piękny zamek Rohan’ów doskonale zachowany, z wieżycami i fosami, miały malowniczy i oryginalny pozór godny zaciekawienia artystów, gdyby ci zechcieli kiedykolwiek wymalować co innego niż wąwozy w Franchard lub zarośla Barbizonu.
W dodatku krajowcy tego zapadłego kątka spokojnej Bretanii nie są godni pożałowania.
Odległość chroni ich od najazdu i obcego wpływu i niezakłóca im błogosławionego spokoju.
Woźnice obu powozów w tabaczkowego koloru kurtkach, w kapeluszach bretońskich czarnych o szerokich płaskich brzegach, z niebieską wełnianą taśmą spiętą klamerką stalową, rozmawiali z sobą:
— Coś się w domu święci nowego! — odezwał się jeden z nich stary poważny Bretończyk z białą jak gołąb głową, z krótko przystrzyżoną brodą i krzaczastemi brwiami.
— A podobno coś tam gadają, — odparł drugi znacznie młodszy. I państwo przyjeżdżają.
— Więcej chyba niż lat dwadzieścia nie byli tu oboje razem.
— Mówili, że tam nie bardzo wielka zgoda między niemi.
— Głupstwo. Marynarz to ta ciągle w drodze!
— Oho! już wy tam lepiej odemnie wiecie ojcze Janie — odpowiedział z niedowierzaniem Piotr.
Chciał poczciwcowi schlebić i wyciągnąć przez to na słówka, lecz stary milczał.
Piotr zaczął znowu;
— Lepiejby im chyba było na te gorąca nad morzem w la Roche-Morgat.
Stary filuternie przymrużył oczy i z uśmiechem odpowiedział:
— Już to tam co do la Roche-Morgat, to pani nie lubi tego miejsca mój chłopcze. Coś tam podobno się stało... dawno przed laty...
— Cóż to takiego ojcze?
— Choćbym wiedział, tobym ci także nic nie powiedział kochanku. Takie sprawy nas nie obchodzą. Wiedz przytem, że admirał nie lubi, jak kto dużo gada... rozumiesz?...
— Doskonale, nie jestem przecież głuchy. A panienka co ma przyjechać, to jego córka?
— Bardzo być może.
— A zkądże się ona wzięła?
— Otóż sęk!
— Od Adama i Ewy, nikt nigdy o niej nie słyszał... w każdym razie ma szczęście!.. A ta Perrina Yandet, co ją na cmentarz do Vitray przywieźli, co to za jedna?
— Córka dawnego ogrodnika.
— Podobno kazał admirał robić dla niej pomnik granitowy...
Stary woźnica zaczął się śmiać:
— Mój kochany, — odparł — admirał mógłby nawet wystawić dla niej kaplicę, a i takby siebie tym nie ukrzywdził... Ma on tyle pieniędzy, że chyba nie wie, co z niemi robić...
— Jeżeli ma zanadto, to może nam dać trochę, co? — zaśmiał się Piotr — nam się przydadzą, szkoda tylko, że mu podobna myśl nie przyjdzie wcale do głowy.
— Spodziewam się, pomimo to nie powinieneś się skarżyć, zawsze tu lepiej niż w pułku!
— Już co to, to prawda święta, prawda ojcze Janie! jest djabelna różnica!
Mówiąc to, Piotr zaklął siarczyście, aż się za nim obejrzała przerażona dewotka z Pontivy, wychodząca właśnie ze stacji. Klątwa nie była straszną, jednak babina odeszła, mrucząc pod nosem litanję jak gdyby zobaczyła djabła z rogami, we własnej osobie.
Rozmowę przerwał świst nadchodzącego parochodu.
Bretońskie koniki zarżały, potrząsając dzwonkami.
Obaj woźnice siedli, jak się należy, na kozłach, podczas kiedy dwaj drudzy ich towarzysze, również jak oni przybyli z wozami po rzeczy, płacili za wypity jabłecznik w kawiarni, i z kolei zbliżyli się do powozów.
— Przyjechali państwo — odezwał się jeden do starego woźnicy. — Będzie nam weselej trochę z młodymi.
Pociąg zatrzymał się na stacji i wkrótce podróżni zaczęli tłumnie wychodzić.
— Patrzajcie! Nasz sąsiad pan de Kergor — zawołał młody woźnica.
Był to piękny trzydziestoletni młodzieniec, dobrze zbudowany, wysoki, z czarną brodą, opalony, o rysach twarzy regularnych i sympatycznych, wesołej minie wiejskiego szlachcica, tego zakątka, gdzie jeszcze z miłością uprawiają ziemię, łowią ryby, polują, bez troski o pieniądze i zbytek.
Słowem typ doskonałego wiejskiego szlachcica, wyszedł na peron i zatrzymał się, ukłonem żegnając towarzyszy podróży.
Admirał idący o jakie trzy kroki za nim, musiał mieć dla niego wiele poważania, gdyż przystanął i wyciągnął do niego rękę, mówiąc:
— Szczęśliwej podróży, panie Kergor. Jedziesz pan?
— Jadę admirale.
— Czy zaraz?
— Za kilka minut.
— Zatem pojedziemy razem.
— Z przyjemnością.
Woźnice wyprostowani na kozłach, milczeli.
Admirał trzymał w karbach służbę. Piotr świeżo wyszły z pułku, ze świętem poszanowaniem patrzył na swego pana, jak na samego generała.
Trzymał się prosto, oparłszy sztywno bat o kolano, jak gdyby broń prezentował, a jednocześnie wzrokiem wyrażał głęboką radość i uwielbienie.
W dali za admirałem, trzy kobiety postępowały zwolna, dwie dorosłe i jedna dziesięcioletnia może dziewczynka, wszystkie trzy były czarno ubrane, a ex-żołnierz patrzący na nie z wytrzeszczonemi oczyma, uważał że jeszcze nigdy w życiu tak pięknych osób nie widział. Nie miał jednak doznać zaszczytu, aby wsiadły do jego powozu.
Admirał wsiadł do wygodnego landa, umieściwszy w nim przed tem damy, podczas kiedy kilka kobiet służebnych lokaj, kucharz i kilku jeszcze innych służących usadowili się w breku powożonym przez Piotra.
Prawie jednocześnie skromny tillibury zaprzężony w małego bretońskiego konika, silnego, muskularnego jak jego pan, zajechał przed stację, gdzie już posługacz kolejowy oczekiwał na niego z ogromnym kufrem, który bez ceremonji właściciel pojazdu położył w nogach przed sobą.
Właścicielem tillibary był pan de Kergor.
Przejechał obok admirała, ukłonił się ręką i zawrócił na drogę do Guéméné.
Mały konik biegł szybko, zadowolony zepewne z powrotu do domu. Pan również miał wesołą i dziarską minę w kapeluszu okrągłym, z fantazją na bakier przekręconym i z cygarem w ustach.
— Jedźmy! zawołał pan de Vitray do woźnicy.
Konie ruszyły, a admirał zaczął rozmowę od pochlebnych wyrazów o swoim bliskim sąsiedzie.
— Mało dziś takiej jak on młodzieży! — zawołał — jest to chłopiec wykształcony, bogaty, służył w wojsku, a pomimo to wrócił do swego zagonu, chociaż sam tytuł markiza i to bogatego, powinien go ciągnąć do stolicy, do świata, gdzieby mógł niezawodnie zabłysnąć. Mógłby jak wielu innych zbijać bruk po Paryżu, chodzić po teatrach i klubach, grać na giełdzie, biegać za aktorkami, a on zamiast tego żyje pomiędzy wieśniakami, w starem domostwie swych rodziców, uprawiając swe obszerne włości i dając dobry z siebie przykład okolicznej szlachcie. Przytem dobrego serca, sprawiedliwy, dbały o dobro swych dzierżawców, którzy mu płacą w miarę możności, pomagający zawsze w potrzebie... wesoły, żywy, przyjacielski, słowem, typ uczciwego, starej daty szlachcica francuzkiego, który chwała Bogu, że jeszcze się u nas znajduje!
Admirał zacierał ręce, był szczęśliwy.
Znalazłszy się tutaj w starej swojej Bretanji, po tylu ubiegłych latach, widział nową drogę przeznaczenia przed sobą.
Czuł, iż Helena pozbyła się uczucia wstrętu ku niemu, po tylu okropnych przejściach, nastąpiła u niej chwila ukojenia i spokoju wewnętrznego, który tu w ciszy wiejskiej i cieniu lasów olbrzymich, miał ostatecznie przywrócić jej, moralną równowagę.
Admirał wypełniał z bezgranicznem poświęceniem i heroiczną abnegacją, dzieło poprawy, nakazane mu przez ukochaną kobietę.
Zresztą Joanna ułatwiała ten obowiązek. A on miał zanadto dobre i szlachetne serce, aby pamiętać o jej pochodzeniu, i zanadto wiele zdrowego rozsądku, aby jej należycie nie ocenić.
A przytem była tak podobną z twarzy i z charakteru do matki, iż niepodobieństwem było aby jej nie pokochał.
Chociaż biedna dziewczyna była bardzo zmienioną. Strasznie przygnębiona tyloma nieszczęściami, przez jakie przeszła, po tragicznej śmierci Jana ciężko chorowała i przez pewien czas obawiano się nawet również jak u Blanki Colombey, zapalenia mózgu, lecz obawy te pozostały płonne, a doktór Guyon orzekł, że cała choroba Joanny była raczej moralną niż fizyczną, na co zalecał szczególniej dużo ruchu, zmiany otoczenia i powietrza.
Rodzina więc pośpieszyła wykonać przepis doktora i wyjechano na wieś.
Obydwa powozy toczyły się po malowniczej drodze z Pontivy do Guéméné.
Najpierw pomiędzy cienistemi drzewami, ciągnącemi się poza miastem, wzdłuż kanału Blavet, wysadzonego wspaniałemi drzewami, następnie drogą w górę i ciągnącą się całemi milami przez krzaki kolącego jałowcu, pomieszanego z lichemi krzakami innych drzew; karłowatemi, gdzie niegdzie wyrosłemi dębami na tej bezludnej puszczy.
Kiedy niekiedy po nad drogą, widać było liche chałupy z gliny, przykryte wrzosem i piaskiem, obok kawałków uprawnej ziemi, niewdzięcznej, jałowej, wilgotnej i gliniastej, którą kilku biednych wyrobników usiłowało wydrzeć puszczy.
Im bliżej jednak do Guéméné, krajobraz zmienia się nagle.
Maleńka, wązka rzeczka Le Sar, przeżyna łąki, prawie tak samo jak step jałowe, lecz zielone, wesołe, zapełnione pasącemi się na niej małemi pstrokatemi krówkami, wstrzemięźliwemi i niewybrednemi w jadle, jak przystało na tę nieurodzajną ziemię i jej ubogich mieszkańców.
Na skraju doliny, a raczej błotnistej łąki, widać stare siedziby, opasane bukietem wielkich zielonych drzew, i nakoniec, o jakie sto metrów dalej, roztacza się czarujący widok.
Miasteczko Guéméné, zbudowane na górze ze średniowiecznemi ruinami, okrytemi bujnym bluszczem i innemi pnącemi się roślinami, wijącemi się w rozpadłych szczelinach skał i wież starych gotyckich murów, przedsionków o śpiczastych arkadach, i szerokich murów ochronnych, przedstawia się nader malowniczo.
W dali, w nieskończonej przestrzeni, widnieje dolina Scorff, kapryśnie się wijąca, pomiędzy zielonemi obfitemi łąkami i wzgórzami okrytemi gęstym lasem.
W tym odludnym zakątku, ślicznej oazy, namiętności ludzkie muszą łagodnieć, lub zastygać zupełnie.
Gdy dwa powozy admirała wjechały w jedyną uliczkę miasteczka, podróżni zobaczyli dzielnego konika markiza de Kergor, zajadającego obrok przed drzwiami oberży, podczas kiedy jego pan jadł śniadanie w poufałem kole domowych stołowników, młodego notarjusza, poborcy podatków, i jego nieodstępnego towarzysza, stale znajdujących się w każdem miasteczku Francji.
Usłyszawszy turkot zajeżdżających powozów, młody Bretończyk wybiegł szybko na ich spotkanie, w chwili, kiedy stary woźnica zatrzymywał lando, dla wytchnienia koni.
Pan de Kergor zawiązał rozmowę z młodemi pannami, towarzyszącemi państwu de Vitray w podróży.
Jest to niewielka odległość licząc na kilometry, lecz dosyć długa, jeżeli chcemy obliczyć czas zużyty na jej przebycie.
— Jakże się pani podobają te strony? — zapytał przyjaźnie markiz Joanny.
— Tak sobie, trochę smutne jednak — odparła młoda dziewczyna.
— To nie to co Paryż?
— Paryż — odparła gwałtownie — Paryż to coś daleko gorszego chyba!
— Pani nie lubi Paryża?
— Wcale nie.
— Czy to podobna?...
— Doprawdy. Wolałabym sto razy puste stepy, któreśmy dziś przebywali, lub jakąkolwiek wioskę!...
— Co pani mówi?
— To co myślę!
— Należałoby więc zostać na zawsze z nami, — odparł młody człowiek, obrzucając ją spojreniem, pod którem zadrżała.
Oczy markiza podobne były do oczów Jana, takie same czarne, głębokie i łagodne jak tamte.
Ona też przymknęła powieki, czując ból w piersi, a dreszcz przebiegł po jej całem ciele.
Matka uczuła jak biedna dziewczyna drgnęła i już się więcej nie odezwała, wsuwając się w głąb powozu, a z pod jej długich powiek spłynęła gorąca łza.
Aby odwrócić uwagę admirał zwrócił się do markiza.
— Co to takiego wieziesz, panie Kergor? — zapytał.
— Czy w tym worku?
— Tak w worku.
— Zboże, admirale, zboże do siewu. Ma być podobno znakomite.
— Chcesz podnieść gatunek?
— Jestem! obok żołnierza, gospodarzem admirale. Miecz i pług oto co jest najlepszego.
— Masz pan słuszność. Jedziesz pan dalej?
— Bez wytchnienia.
— Masz dobre jeszcze cztery mile.
— Tak jest, prawie tyle, co i państwo. Zdążysz pan na śniadanie do domu, admirale.
— Jeżeli nic nie stanie na przeszkodzie. Ruszymy zaraz, lecz pan nas z łatwością dogonisz, pański konik mknie jak strzała.
— Ma on dobre nogi, co prawda, brzydki jak noc, ale koń dzielny, nie brakuje mu też niczego. Postaramy się powiedzieć jeszcze raz państwu dzień dobry, nim zajedziemy do domu.
Pogłaskał konia po grzbiecie.
— Nieprawda Lulu? — zapytał.
Mały konik zarżał z radości.
Markiz odezwał się jeszcze:
— Koniki nasze podobne do synów tej ziemi, admirale, brzydkie, nieokrzesane, nie wykwintne, lecz odważne i wierne. Z moim Lulu zawsze dojadę gdzie chcę, chyba żeby mi padł w drodze.
— Do tej pory żyjesz samotnie jeszcze, panie Kerger?
— Jeszcze, admirale.
A cóż to, czy się nigdy nie ożenisz?
— Owszem, tylko nie prędzej, aż znajdę kobietę, która by się zgodziła pędzić wieśniacze ze mną życie, do tej pory nie znalazłem jeszcze takiej! Dzisiejsze panny marzą tylko o Paryżu... i sądzę, że przyjdzie mi zostać starym kawalerem!
— Cóż znowu. Doprawdy byłaby wielka szkoda.
Markiz zaczął się śmiać.
— Dziękuję admirale, odpowiedział.
Pan de Vitray dał znak do wyjazdu. Mieszkańcy z Guéméné wybiegli na ulicę, zadziwieni niezwykłym zjazdem powozów w miasteczku, a nadewszystko obecnością Vitray’ów, wysokich dygnitarzy okolicy.
Kergor złożył uprzejmy ukłon odjeżdżającym, woźnice zacięli konie, zabrzęczały dzwonki i znowu ruszono w drogę.
Po za miasteczkami Lignol i Saint-Caradec ciągnie się długa na dwa kilometry droga wysadzona stuletniemi dębami, ginąc w olbrzymim lesie.
Na końcu tej drogi widać na lewo w dali obszerny, z granitu wzniesiony, budynek. Wysokie białe okna ostro się odcinają od szarej fasady.
Jest to Vitray.
Około godziny pierwszej, powozy admirała wjeżdżały właśnie w cienistą drogę, kiedy dopędził je tilibury markiza.
Kergor dotrzymał słowa.
Z uśmiechem ukłonił się sąsiadom i przejechał dalej.
Brek i lando skręciły w bok, objechały okrągłą aleją w około olbrzymiego trawnika i zatrzymały się przed szerokim gankiem.
Admirał pomógł wysiąść hrabinie, wysadził małą Marją na ziemię, a podawszy Joannie rękę odezwał się wzruszonym głosem:
— Jesteś u siebie, moje dziecko. Mam nadzieję, że ci tu dobrze będzie, zapomnisz... Myśl o tem, że nasze szczęście zależy od twojego.
Joanna odpowiedziała pełnem wdzięczności spojrzeniem.
Łzy błyszczały w jej oczach, a z piersi podniosło się głębokie westchnienie.
—Zamek de Vitray jest rzeczywiście prześliczną rozydencją.
Nigdzie chyba nie można znaleść lepszego miejsca, aby żyć zdala od świata, w zamknięciu i spokoju, marzyć w ciszy leśnej.
Zewsząd samotność na wielkim obszarze, a gdzieniegdzie na horyzoncie rysują się pojedyńcze wioski wyrosłe w dolinie po nad strumieniem wartko płynącym, zapełnionym węgorzami, pstrągami, a niekiedy nawet smacznym łososiem, zabłąkanym na tych błotnistych łąkach.
Przez gęste zarośla wyskakują w górę małe zgrabne wieżyczki, wydzwaniając co rano i wieczór Anioł Pański, świadczą jedynie, iż są tam w cieniu drzew ukryte wioski, których mieszkańcy żyją i umierają, obcy, można powiedzieć, wrzawie tego świata, w tej cudownie pięknej, dzikiej, krainie Morbihan.
Tutaj to wznosi się stara siedziba Vitray’ów, dzikich korsarzy z czasów pierwszej i jedynej wielkiej rewolucji, której następne są zaledwie słabem odbiciem.
Dzięki olbrzymiej fortunie, siedziba ta została powiększoną, odnowioną i przerobioną od dołu do góry.
Starzy towarzysze, mieszkający tu około 1789 roku wraz z panami de Vitray, nie pomału zostaliby zdumieni, widząc na miejscu lichego budynku, wspaniały gmach dumnie wznoszący się pomiędzy stuletniemi lasami, rozległemi trawnikami ubranemi pękami różnorodnych krzewów, kląbami kwiatów i innemi sztukami nowoczesnego zbytku.
Starzy rabusie nie byli tak wybredni.
Podczas pierwszych tygodni pobytu swego w Bretanii, Helena zajęta jedynie cierpiącą na duszy córką, starała się otoczyć ją różnemi rozrywkami, na które wysilała się jej czułość macierzyńska.
Biednej matce zdawało się iż potrafi z czasem uzdrowić ukochane dziecko, z ciosów zadanych jej przez los okrutny.
Admirał śledził z niepokojem postęp tego tak trudnego uzdrowienia. Czekał również cierpliwie z heroicznem zaparciem się siebie, na pozyskanie sobie Heleny na zapomnienie jej nienawiści, a raczej gniewu spowodowanego jego nieugiętym uporem.
Hrabina ceniła jego milczenie i delikatność dziękując mu wzrokiem pełnym wdzięczności. Jeżeli nie była to jeszcze miłość, to przynajmniej wzrok jej zawierał wiele prawdziwej tkliwości.
Podczas pięknych dni letnich, po największej części pozostawiał admirał sam na sam matkę z córką, sam przechadzając się po parku lub w lesie, nad brzegiem stawów, z których największy błyszczy na skraju wielkiej łąki, ciągnącej się do niewielkiej rzeki, na której dawniej zrobiono zastawę.
Admirał pod pozorem rozrywki robił częste wycieczki w okolicę do najbliższych sąsiadów, a szczególniej de markiza de Kerger, którego wielce poważał i lubił bardzo.
Lecz jeżeli robił to naumyślnie, to nie przestał czujnie śledzić co się działo w około niego i czem więcej zdawał się być nieuważnym na wszystko, tym bardziej uważał i starał się wybadać chorą duszę. Z łatwością też mógł zauważyć, że kiedy Joanna była razem z zaproszonemi gośćmi w zamku, przedstawiona im jako ich dziecię kiedyś utracone z powodu dziwnych okoliczności, a obecnie odnalezione po długim poszukiwaniu; lub kiedy pozostawała w towarzystwie matki lub siostry, która zdobyła, wszystkich serca, to jakkolwiek była wtedy poważna i zamyślona jednak uśmiechnęła się do nich, ale baczny spostrzegacz łatwoby zauważył, iż używała nadludzkiej siły aby ukryć głęboki smutek, którego powody zostały niewiadomie dla obcych.
Pomimo to była tak miłą, wdzięczną, usłużną i uprzejmą dla każdego, że miała tylko samych przyjaciół około siebie.
Oprócz tego otaczała ją aureola tajemnicy.
Starzy domownicy w Vitray znali Perrinę Yaude córkę dawnego ogrodnika tutejszego. Wiedzieli, że biedną wdowę przywieziono na tutejszy cmentarz i że pozostawiła małą Marję.
Wiedziano także, że Joanna, wychowana przez wdowę, była córką hrabiny, że ją admirał dziś przyznał za swoją po dwudziestu latach rozłączenia.
Zatem panna Joanna, jak ją tu każdy nazywał, była jedyną dziedziczką tego domu, a dla Bretończyków, pozostających w usługach u admirała, majątek jego był książęcą fortuną, a on ich bożyszczem.
Więc też Joanna pod skrzydłem jego opieki, była tak wysoko postawiona, iż nie potrzebowała się obawiać publicznej opinji.
A przy tem są miejsca tak oddalone, tak zapadłe niektóre prowincje, że do nich nigdy nie dochodzą wieści dalekiego Paryża i Vitray jest właśnie w ich liczbie.
Dramat w kościele Ś-tej Magdaleny, samobójstwo w willi Suzanne były tu nieznane tak dobrze, jak w Guatemali lub w odległej Luisiannie.
Tutejsi dzierżawcy, ksiądz i służba zamkowa nigdy nic o tem nie słyszeli.
Co zaś do służby, przybyłej z państwem z Paryża, to ci byli za nadto przywiązani do domu i szanowali rozkaz milczenia, aby zdradzić tajemnicę, która dla nich samych była nieprzeniknioną.
Joanna powinna była zapomnieć i uspokoić się powoli. Lecz admirał wiedział, że tak nie było. Obserwował ją ukradkiem i przestraszał się jej wzrastającym, co dzień większym smutkiem.
Trzy tygodnie upłynęło od przybycia Vitray’ów na wieś. Sierpień zbliżał się ku końcowi. Po upalnym dniu nastał wieczór. Kilka zaproszonych osób właśnie się rozjechało, a pomiędzy niemi proboszcz i pan de Kergor. Joanna, ucałowawszy ze zwykłą czułością matkę, oświadczyła, że ma zamiar pójść na cmentarz, na grób Perriny.
Murarze tylko co ukończyli robotę około nagrobka wdowy, szerokiej, granitowej płyty i krzyża ze słowami:
„Admirał de Vitray-Pleyber Perrinie Yaudet tę pamiątkę kładzie“.
Hrabina nie opierała się tej przechadzce, lecz oświadczyła chęć towarzyszenia córce.
Joanna oparła się temu, nalegając, iż pragnie pozostać sama, nie mogła jednak odmówić, aby jej towarzyszyła mała Marja, która nie chciała odejść od siostry.
Admirał zauważył to wszystko, nie rozumiejąc, dla czego młoda dziewczyna nie chciała towarzystwa matki i dla czego szukała samotności. Kiedyś już powziął pewne podejrzenia, a okoliczność dzisiejsza, na pozór nic nieznaczącą, potwierdziła je tylko. Pozwolił jednak, aby odeszła. Lecz jak tylko zobaczył, że zniknęła wraz z małą, co jak pies wierny biegła obok niej, natychmiast sam skierował się ku cmentarzowi przez inną boczną ścieżkę.
Z zamku do kościoła jest około trzy kilometry odległości.
Podczas lata jest to śliczny spacer przez las. Kiedy admirał doszedł do pewnej odległości od kościoła, znalazł się na skraju lasu pomiędzy bukami i dębami, gdzie z łatwością mógł pozostać w ukryciu.
Cmentarz ciągnie się o jakie kilka stóp niżej.
Ukryty po za pniem drzewa i kilkoma szerokolistnemi niewielkiemi kasztanami, był niewidzialny, lecz sam doskonale widział cały cmentarz jak na dłoni, jego krzyże i płyty proste, ciemne, używane zwykle w Bretanji.
Joanna z małą już się tam znajdowały.
Zobaczył jak uklękły przy mogile złożywszy przedtem na niej bukiet polnych kwiatów zebranych po drodze.
Pozostały tak z dziesięć minut, następnie podniosły się lecz przedtem Joanna schyliła się i gdy mała poszła w stronę płotu przez który dostały się na cmentarz, — ona ucałowała kilkukretnie kamień grobowy, jak gdyby żegnała się z nim na długo.
Kiedy powstała admirał zobaczył na jej twarzy taki wyraz egzaltacji, iż się przestraszył. Patrzyła w niebo i wzdychała głęboko.
Dogoniła siostrę, wzięła ją za rękę i zwróciła się napowrót do domu, lecz, inną drogą także przez las.
Admirał obserwował je zdaleka unikając aby go nie zobaczyły, co zresztą nie było trudnem. Szedł za niemi w pewnem oddaleniu pomiędzy zaroślami, nie straciwszy ich ani na chwilę z oczów.
Przybywszy do miejsca, gdzie się zaczyna wielki trawnik przed gankiem, Joanna ucałowała małą i odesłała ją do domu, z pewną oznaką niecierpliwości, gdyż admirał doskonale widział jak dziecko nie zaraz usłuchało i chciało aby siostra razem z nią powróciła. Widać jednak, że Joanna musiała ją przekonać i mała posłuszna choć niechętnie, skierowała się ku domowi, niejednokrotnie obejrzawszy się za siostrą, która jej przesłała ręką całusa.
Gdy nakoniec mała zniknęła po za drzewami, Joanna odetchnęła. Nakoniec była samą!
Szybko pobiegła drogą, wiodącą do wielkiego stawu i wkrótce się tam znalazła.
Urwisty wzgórek, gdzie czarne skały sterczą pomiędzy olszyną i brzozą, wznosi się na brzegu stawu.
Admirał pobiegł za nią. Zrozumiał.
Przyszedł prawie natychmiast za młodą dziewczyną nad brzeg wody bardzo głębokiej w tem miejscu.
Na jego widok Joanna stanęła jak wryta.
— To pan? — zapytała, spuściwszy głowę aby ukryć rumieniec.
— Tak. Szukałem ciebie... widziałem jak szłaś w tę stronę... i poszedłem za tobą... skoroś odesłała małą.
Mówił, uśmiechając się, bez żadnej aluzji do tego co zrobił, a raczej przeczuł.
— Śliczny wieczór — odezwał się po chwili. — Czy to miejsce podoba ci się, moje dziecię?
— Bardzo.
— Pełne uroku i chłodu.
Jednocześnie wziął młodą dziewczynę pod rękę i pociągnął na szeroką drogę, przecinającą las w tem miejscu i na końcu której widzieć się daje jeden z pawilonów zamku z dwiema wieżyczkami i spiczastemi dzwonkami.
— Szedłem umyślnie za tobą — odezwał się pan de Vitray.
— Za mną? — zapytała zdziwiona.
— Chciałem pomówić z tobą, Joanno, szczerze, otwarcie...
Biedna dziewczyna zadrżała.
— Cierpiałaś wiele, moje drogie dziecko a cierpiałaś przezemnie... Rozumiem też, iż nie możesz mieć dla mnie tkliwszego uczucia...
— Ależ panie!
— Nie zaprzeczaj. Jest to zupełnie naturalne... Jednakże nie tracę nadziei, że zczasem przyjdzie do tego, że mnie pokochasz... Jest to mojem najgorętszem pragnieniem... Nie będę pierwej szczęśliwy, aż nadejdzie dzień, w którym wyznasz, że przebaczyłaś mi krzywdę, którą ci wyrządziłem.
— Już dawno przebaczyłam panu! — zawołała.
— Wiem, że jesteś dobrą i mężną dziewczyną... Poznałem cię... To też powiedz mi szczerze...
— Co takiego?
— Jesteś tutaj już kilka tygodni... zdala od miejsca, gdzie spędziłaś tyle czasu w nieustannej walce z losem... Wspomnienia tych dni smutnych powinny już po trochu zacierać się w twym umyśle.
— Niestety!
— Wkrótce spodziewam się, że o nich zupełnie zapomnisz...
— Dałby to Bóg!...
— Za kilka miesięcy, a może kilka dni nawet będziesz o nich pamiętać tyle zaledwie, co o śnie niewyraźnym... Zapomnisz złe, myśląc tylko o dobrem, zamkniętem na dnie każdej duszy ludzkiej, choćby najbardziej przewrotnej... szlachetnie przebaczysz błędy zrodzone z namiętności ludzkiej... Nie obawiaj się przyszłości, masz ją zapewnioną...
Jesteś bogata, Joanno i możesz roztaczać dobrodziejstwa w około siebie... To cię ukoi...
Szli powoli, admirał się przy tych słowach zatrzymał.
— Moje dziecko, — odezwał się, trzeba żebyś się dowiedziała, co dla ciebie zrobiłem... Zresztą jest to tylko słuszną naprawą złego... Do tej pory nie miałaś nazwiska... a nawet nie egzystowałaś wcale w oczach prawa... Kiedyś popełniłem zbrodnię, zbrodnię względem ciebie... która mi kamieniem ciążyła na sumieniu. Otóż oddałem dziś tylko to, co dawniej ci zabrałem... Dziś w obliczu prawa jesteś moją córką, a chcę, żebyś nią była i w sercu mojem... Nazywasz się Joanną de Vitray... i możesz sama opiekować się małą, którą uważasz za siostrę... Wszystko, co tylko będziesz chciała, uczynimy dla ciebie ja i twoja matka...
Nie mogła przemówić ani słowa, lecz osunęła się do kolan admirała, który ją podniósł i złożył pocałunek na jej czole.
Powracali zwolna, idąc ku domowi. Admirał starał się przekonać ją pocieszyć, ukoić jej zbolałą duszę, usiłował wlać w jej serce nadzieję!
— Świat nie jest taki, jaki się ludziom z pozoru wydaje — mówił admirał. — Ileż to bolesnych tajemnic kryje się w łonie niejednej rodziny, ile uśmiechniętych twarzy chowa skryte cierpienia na dnie zbolałej duszy! Dobrze czynić jest najlepszą cząstką w życiu jeżeli to jest w naszej mocy.
Mówił jej jeszcze o Kergorze, uczciwym obywatelu i człowieku, kochanym przez wszystkich i maluczkich i wielkich dla swego czystego życia i szlachetnego serca, uwielbianym przez biednych, dla których był prawdziwą Opatrznością.
Zamknęła oczy.
Nie myślała o miłości, lecz rozumiała czuła to, że szczęście było blizko niej, w takim właśnie bycie, jak tego wiejskiego szlachcica, obcego podstępnemu wyrachowaniu, tak powszechnemu w dzisiejszych czasach, gdzie każdy bieży i ugania się li tylko za majątkiem, w nienasyconej żądzy zaspokojenia swoich gwałtownych pragnień.
Marzyć o czemś podobnem nie mogła. Przeszłość przygniatała ją swoim ciężarem.
Cóż z tego, że nosiła nazwisko Joanny de Vitray, kiedy nie mogła zwrócić sobie czci utraconej, a złoto całego świata nie zdolne było zmazać jej błędu. Inni być może, zapomną zczasem lecz ona nie zapomniała i cierpiała okrutnie.
A ten człowiek, co ją przyjmował za córkę, za karę swej nieludzkiej zemsty, czyż może przebaczyć jej pochodzenie? Życie jej zostało podkopane tyloma strasznemi przejściami, a umysł tak osłabiony, że nawet ta błogosławiona cisza i spokój w tej oddalonej krainie, nawet czułość i poświęcenie otaczających ją osób, nie mogły sprowadzić rozwagi do jej złamanej duszy.
Westchnęła tylko głęboko.
— A cóż panna Colombey? — zapytała aby zmienić przedmiot rozmowy.
— Będziesz mogła zapytać się o to markizy de Saint-Béran.
— Przyjedzie tu?...
— Za kilka dni... jutro może.
— Pomimo swego smutku?...
— Chcę raz jeszcze zobaczyć te strony.
— Pięknie tu i daleko od złych ludzi!
Zwróciła się do admirała i z uśmiechem, który opromienił jej twarz, jak jasny promień słońca:
— Mam do pana wielka prośbę, — rzekła.
— Prośbę!
— Tak, bardzo prostą... a jednak nie śmiem...
— Powiedz moje dziecko?
— Chciałabym zobaczyć Morgat...
Admirał poczuł lekki dreszcz.
— Tylko, że jadąc tam, — odparł z czułością znówbyś się naraziła na przykre wspomnienia kochane dziecię.
— Masz pan słuszność... lecz są one tak daleko — odparła. Przed chwilą pan sam to powiedziałeś!
— To prawda.
— Zatem, dla czego nie mogę tam pojechać?
— Nie odmawiam ci tego, drogie dziecko! Twoja matka i ja myślimy tylko o twojem szczęściu, lecz la Roche-Morgat... jest dzikiem i smutnem miejscem.
— Tembardziej dla mnie ono przystoi. Zresztą chyba będziemy tam również razem?
— Bezwątpienia.
Admirał rozmyślał, co mogło spowodować podobne żądanie, którego się wcale nie spodziewał.
Bez trudu odgadł, co ono miało za znaczenie. Od kilku dni uderzony był smutkiem młodej dziewczyny, widział dzisiejszą scenę na cmentarzu, a ostrożność, z jaką Joanna oddaliła małą od siebie, aby pobiedz nad brzeg stawu, oświetliła prawdę. Z przerażeniem zapytywał się samego siebie, czy nie utonie przy brzegu.
Hrabina powracała mu serce zwolna, lecz bezwątpienia każdy dzień upływał z korzyścią dla niego i dla jego uczuć.
Nie mogła nie być mu wdzięczną za tyle zaparcia się siebie i poświęcenia dla niej i dla jej dziecka. Przytem dopełnił przyrzeczenia i zwrócił jej córkę! Co więcej w heroicznem poświęceniu przyjął ją za swoje własne dziecię, dał jej swoje nazwisko!
Aby pozyskać matkę, przyjął za swoje jej dziecko, chociaż musimy przyznać, iż przyszło mu to bez trudu, gdyż czuł się pociągnięty nieprzepartą siłą jej czarującego wdzięku, którym zniewalała ludzi dla siebie.
Zbliżali się do zamku.
W oknie zobaczyli hrabinę, która patrząc teraz ukradkiem na admirała, podziwiała jego piękną twarz, pełną energji i dumy, z błyszczącem i wilgotnem okiem.
— Czy zgadzasz się pan? — zapytała Joanna, ściskając lekko ramię admirała.
— A więc dobrze! Wszystko, czego żądasz, zawsze ci jest naprzód udzielane.
— Kiedy pojedziemy?
Admirał zaczął rachować.
— Daj mi tydzień czasu... niezbędny dla uprzedzenia służby, aby przygotowała dla nas mieszkanie...
— Dziękuję.
Odeszła szybko i za chwilę zobaczył ją w oknie w objęciach matki.
— La Roche-Morgat, dobrze! — pomyślał admirał. Będę czuwać.
Po rozmowie swojej z Joanną, admirał pozostał w okrutnej niepewności i obawie. Rozumiał jej smutek i ważność złego, które ją dotykały. Córka hrabiny nie mogła wymazać z pamięci bolesnych przejść swego życia. I ztąd pochodziła jej niczem niezwalczona melancholja.
Ani wypoczynek na wsi, ani czułość matki, ani uciechy nowego życia, które starano się uczynić powabnem i miłem, nie mogły przezwyciężyć jej smutku.
Zapewne, iż dwa środki istniały, jako wszechpotężne lekarstwo tego rodzaju cierpień, najpierw czas, który zabliźnia najgłębsze rany, a przytem miłość.
Dawno już admirał zauważył naturalny pociąg swego sąsiada markiza de Kergor, do ślicznej dziewczyny, której urokowi nikt się z otaczających ją nie ostał.
Młodzi szybko się porozumiewają z sobą. Młody człowiek korzystał z każdej sposobności, jaka się nadarzyła, aby się tylko zbliżyć do Joanny.
Z wesołą otwartością znajdował tysiące słów, pełnych przyjaznej pieszczoty, aby jej wyrzucać ten smutek dla niego niezrozumiały. Usiłował ją rozerwać i rozweselić, uszczęśliwiony, jeżeli choć na chwilę udało mu się rozchmurzyć zasępione czoło dziewczęcia, lub wydobyć przelotny uśmiech na jej usta. Lecz i tu także było niebezpieczeństwo.
Z przyjaźni do miłości bardzo prędko zajść można.
Kiedyindziej admirał byłby zachwycony z takiego stanu rzeczy dziś obawiał się tylko, czy już nie zapóźno, aby spełnił swój obowiązek.
Nazajutrz zrana, przed ósmą, przechadzał się już sam po parku, rozmyślając nad sposobami uzdrowienia drogiej chorej, kiedy oddano mu listy z poczty.
W ich liczbie znajdował się jeden od pana Reveneau, a drugi od markizy de Saint-Béran. Pan Raveneau przysyłał swemu klijentowi podziękowania od tych wszystkich, co byli użyci w sprawie odnalezienia Joanny, a których admirał szczodrze obdarzył, nie wyłączając nawet ohydnej pani Pache, dla której jej dawna lokatorka stała się prawdziwą Opatrznością.
Markiza de Saint-Béran zapowiadała swój przyjazd do Vitray, prosząc aby admirał przysłał na południowy pociąg konie do Pontivy, gdzie jej towarzyszyć będą bankier Michał Saint-Clair Anzelm Durivel, kirasjer, podług szyderczego wyrażenia złośliwego Gastona i dzielny komendant Briard.
Oprócz tego list zawierał jeszcze kilka innych wiadomości i to dobrych.
Mianowicie o Blance Colombey, która wyszła szczęśliwie z niebezpieczeństwa i o starym bankierze, raz na zawsze zniechęconym do wszelkich interesów, a który, dla rozproszenia czarnych myśli, zdecydował się na małą wycieczkę do Bretanji.
Właśnie admirał kończył list, kiedy nieuważnie mała Marja wpadła na niego, na zakręcie ulicy.
Dziecię to było dziś jedyną radością w domu. Marynarz chwycił ją w ramiona, ucałował długie pukle jej jasnych włosów i zapytał:
— Gdzie Joanna?
— Idzie za mną.
Rzeczywiście szła o kilka kroków za małą, ze spuszczoną głową, obojętna na wdzięk niezrównany tego czarującego miejsca.
Biała rosa błyczała jak djamenty, zawieszone na zdziebełkach trawy, na zielonej szeroko rozpostartej murawie, rośliny i kwiaty były w całej pełni okazałości swych szat letnich, króliki przebiegały po trawnikach parku, podczas kiedy zdaleka po za gęstwiną krzewów spowitych ranną mgłą, kilka saren skubało trawę, pilnie bacząc na młode tegoroczne koźlątka, figlujące w cieniu.
Z drugiej strony drzew, po za któremi zatrzymał się admirał, ogrodnik śpiewał z całych sił starą bretońską kolędę, gracując ulicę.
Joanna znalazła się w obec admirała, niespodziewając się tu go zastać.
Spostrzegłszy jego obecność, nagłym oblała się rumieńcem.
— Czy się mnie boisz? — zapytał z ojcowskim uśmiechem admirał.
— Sądzę, że pan tak nie możesz myśleć.
Wyciągnął do niej rękę.
— Zawsze smutna! — rzekł, a pokazując jej ręką na otaczający ją park dodał:
— Chyba nasza Bretanja nie winna jest temu? Nigdy piękniejszą nie była jak jest dziś, wystroiła się dla ciebie!
Rzeczywiście trudno było wymarzyć piękniejszy i weselszy krajobraz. To też Joanna starała się uśmiechnąć.
— Masz pan słuszność odpowiedziała. — Gdybym się tu nie czuła szczęśliwą, byłabym niewdzięczną względem pana i względem matki mej. Dom ten jest stworzony do szczęścia.
— A ty go nie znajdujesz!
Westchnęła z błagającem wejrzeniem.
— Przebaczcie mi, — odparła — robię wszystko co tylko mogę...
Admirał został na poły przekonany i radość napełniła mu niewymowna piersi.
Była w tej chwili zachwycającą, wielkiemi marzącemi oczyma patrząc na marynarza z nieopisaną wdzięcznością.
— Czy jeszcze masz ochotę jechać do Morgat? — zapytał.
— Przecieżeś mi pan to wczoraj obiecał? — odparła żywo.
— Już wysłałem potrzebne rozporządzenia, — odparł admirał.
Więcej nie nalegał. Chęć jak najprędszego wykonania obietnicy uderzyła go jednak. Po chwili Joanna z małą oddaliła się zwolna.
Marynarz ścigał je wzrokiem, zachwycony tą promienną młodością, ożywiającą samotny od lat wielu olbrzymi park. A myśląc o swoim młodym przyjacielu Kergorze szepnął do siebie:
— Gdyby ten mógł ją pokochać, byłaby ocaloną!
Zdala, w ramie zieleni stuletniej grabiny gdzie się zagłębiała wraz z małą Marją, skaczącą obok niej, wydała mu się tak piękną czarując swą królewską postawą, wspaniałemi włosami, iż nie mógł się powstrzymać aby nie wykrzyknąć:
— Musi ją pokochać!
Prawie w tej samej chwili uwaga jego została zwróconą w inną stronę.
Z ganku schodziła hrabina.
Admirał pobiegł na jej spotkanie, podając list markizy.
— Przyjaciele do nas spieszą, — odezwał się.
— Cóż zatem postanowisz?
— Pojadę po nich do Pontivy:
— Osobiście?
Wziął rękę hrabiny w swoje dłonie, która zarumieniona spuściła oczy, a wskazując na obie młode dziewczyny, niknące w grabowym szpalerze, odrzekł:
— Tak samo, jak i ona, potrzebuję rozerwać myśli... ale proszę cię, strzeż ich podczas mojej nieobecności... Polecam ci to specjalnie...
— Czyż potrzeba abym ich pilnowała? — zawołała pani de Vitray, nagle przejęta niepokojem.
— Zapewne, jak zwykle pilnujemy każdej drogocennej rzeczy.
Po tych wyraźnych słowach, dołączywszy równie wymowne spojrzenie, pożegnał hrabinę, podążając ku stajniom.
Był to ogromny w kształcie podkowy zbudowany budynek, oddzielony od zamku lasem olbrzymich drzew, jodeł, lip, buków i dębów stuletnich.
Dziesięć koni stało gotowych na usługi państwa, uderzając niecierpliwie kopytami w kamienną podłogę.
Admirał wydał rozkaz i w kilka minut potem wyjechał z zamku w lekkiej wiktorji, rozkazawszy, aby wyprawiono lando do Pontivy.
Kiedy powóz, zaprzężony w dwa maleńkie siwe koniki, przebył po za kratę parku, admirał odezwał się do starego woźnicy:
— Kergor, a jedź dobrze!
Powóz skręcił na lewo. Jechano milę prawie boczną wiejską drogą, idącą przez lasy Vitray, a następnie wjechano na dość wysoki wzgórek, przebyto głęboką dolinę, uciekającą w mglistą dal i ujrzano przed sobą wieś Kergor Była to stara siedziba, bez pretensji i ozdób wzniesiona na niewielkim wzgórku.
Dom mocno zbudowany, w doskonałym stanie, starannie utrzymany, dumnie wznosi swoje grube mury, ciężką okrągłą wieżę i dach wysoki, pomiędzy kępą drzew i łąk daleko się ciągnących, zaludnionych legjonem pstrokatych tłustych krów, wielkości oślic i stada owiec, niedochodzących wzrostem trzymiesięcznym koźlętom.
Takim jest Kergor.
Wszedłszy tu, odrazu czujesz, że mieszkać tu musi jeden z tych właścicieli ziemskich, co to nie pozostawia ziemi odłogiem, umiejąc z niej ciągnąć korzyści.
Aleja, przez którą wjeżdża się przed dom wysadzona jest kasztanami, pola w doskonałym stanie kultury, bez chwastu i kamieni, żyto, pszenica, gryka, jęczmień, owies i buraki, walczą o palmę pierwszeństwa.
Parobcy, w narodowym stroju, w płóciennych kamaszach, w kurtkach i kapeluszach nizkich z szerokiemi rondami przyorywali ugór, małe zwinne dziewczęta, wesołe, uśmiechnięte, w białych skrzydlatych czepkach na głowie i z czarnym krzyżem na piersiach, uwijały się raźno przy swojem zajęciu.
Z każdego kąta widać było życie, wesołość i obfitość.
Jednocześnie prawie, kiedy admirał wysiadał z powozu przed drzwiami starego domostwa, młody markiz przybywał z drugiej strony na tłustym siwym koniu, z rannego objazdu gospodarstwa.
Poznawszy sąsiada, wyciągnął ka niemu rękę, pytając z przyjacielską troskliwością:
— Pan tutaj?... Spodziewam się, że nic złego nie sprowadziło pana do mnie?
— Nie.
— A zatem?
— Przyjechałem po pana.
— Dokąd?...
— Abyś mi pan towarzyszył do Pontivy...
— Z przyjemnością.
— Zresztą mam z panem kilka słów pomówić.
— Tak? — odparł młody człowiek ze zdumieniem. — Jestem na pańskie rozkazy admirale. Czyś już pan po śniadaniu?
— Zaczekam, aż się dostaniemy do miasta.
— Ależ to jeszcze kawał drogi...
— Obyśmy tylko zdążyli na południe...
Szlachcic spojrzał na zegarek.
— Dziesięć minut po dziewiątej, admirale, — odrzekł — trzeba będzie dobrze śpieszyć...
Służba zakrzątnęła się żywo około pana. Postawiono chleb, wino, jabłecznik, zimne mięso na stole.
— Masz wyborny apetyt jak widzę, panie Kergor? — zauważył marynarz.
— Wyjechałem z domu o wschodzie słońca, a w sierpniu leniwem ono nie jest.
— Ani pan także.
— Byłoby to niepodobieństwem.
Młody człowiek rozmawiał wesoło i szczerze tonem, który go zwykle nie opuszczał nigdy.
Rozmawiając, jednocześnie połykał co tchu szklankę wina, kawał razowego świeżo upieczonego chleba i plaster wybornej szynki.
Siedzieli w obszernej jadalni, podobnej do refektarza klasztornego, wysokiej z sufitem z belkami grubemi, jak maszty okrętowe, z kominkiem o wysokiej malowanej kapie, staremi kredensami rzeźbionemi, jak stalle gotyckie, napełnionymi starą porcelaną.
W pięć minut było już po śniadaniu; w drugie pięć szlachcic gospodarz przemienił się w wiejskiego markiza, zaproszonego na przyjacielski obiadek do sąsiadów.
Dwaj przyjaciele raz jeszcze trącili się szklankami admirał z zadowoleniem rzucił wzrokiem na pracowite gospodarstwo młodego sąsiada, powiedział kilka słów szczerej pochwały, i obaj wskoczyli do powozu.
Wiktorja potoczyła się drogą do Pontivy. Kergor znał drogę, potrzeba było co najmniej dobrych trzech godzin na jej przebycie. Lecz również i pan de Vitray potrzebował tak długiego czasu na rozmowę z markizem. Zatem nie tracił czasu.
Zaledwie powóz oddalił się na odległość jednego kilometra od kasztanowej alei, marynarz odezwał się do swego towarzysza:
— Czy masz mnie pan za człowieka honoru? — zapytał odrazu.
— Byłbym chyba jedynym, któryby zwątpił o tem, — odparł młody człowiek, patrząc ciekawie na admirała swemi wielkiemi czarnemi oczyma.
— Otóż, jako człowiek honoru, mam do spełnienia obowiązek względem ciebie.
— Doprawdy?
— Zaraz postaram się to panu wytłumaczyć. Spodziewam się, że jesteś naszym przyjacielem panie Kergor?...
— Z całego serca, admirale.
— Jesteś pan przeświadczony o mojej życzliwości?
— Dałeś mi pan nieraz jej dowody.
— Byłem przyjacielem twego ojca... kolegą z lat dziecinnych. Brałem udział w waszych troskach i uciechach rodzinnych.
— Wiem o tem admirale.
— Zatem jeteś pewny, z jaką życzliwością i przyjaźnią widzę cię zawsze u siebie, ale ponieważ właśnie ta nasza zażyłość może się stać niebezpieczną dla ciebie...
Niebezpieczną? — zawołał zdziwiony markiz.
— Zaraz mnie pan zrozumiesz... Aby więc uchronić pana przed tem, muszę uczynić pewne wyznanie...
— Pan!?
— Zauważyłem rzecz taką, mój młody przyjacielu, że będąc u nas, szukasz zawsze towarzystwa tej młodej osoby, która przyjechała z nami.. słowem mojej córki.
Twarz markiza zasępiła się nagle. Nagła obawa ścisnęła mu serce.
Zrobił ruch przeczący. Admirał zatrzymał go.
— Ależ nie broń się pan, — odparł. — Uwierzysz też zapewne mojemu zapewnieniu, iż byłbym najszczęśliwszym i dumnym z takiego związku, gdyż mam dla ciebie szczerą życzliwość i poważanie... przysięgam ci to na mój honor o którym mówiliśmy przed chwilą... Tylko, że... związek ten pomiędzy wami jest niemożliwy.
Markiz nic nie odpowiedział, lecz zmienił się na twarzy.
Po chwili admirał mówił znowu:
— Joanna jest prześliczną, a ty mój przyjacielu młodym, nicby zatem nie było naturalniejszego jak wasz wzajemny pociąg ku sobie, bezwiedny może. Otóż dla czego chciałem się widzieć z tobą markizie, aby ci opowiedzieć historię jej życia, a wtedy sam zobaczysz iż jest pomiędzy wami przepaść nie do przebycia.
Na widok pomięszania i zmienionej twarzy młodego człowieka, pan de Vitray zrozumiał, że był wielki czas do pomówienia, jeżeli chciał pohamować wzrastające uczucie markiza dla młodej dziewczyny.
Smętny wdzięk Joanny sprawił swój zwykły efekt. Była kochaną!
Jakób de Kergor zagryzł usta. Od trzech tygodni nie upłynęło ani jednego dnia żeby nie był z wizytą w Vitray, witany zawsze z otwartemi rękoma przez admirała.
Za każdą też swoją bytnością spotykał młodą dziewczynę, przechadzał się z nią, nie raz też sam na sam prowadząc długie rozmowy. Rozum, prostota Joanny, jej skromność i piękność uderzająca, wzbudziły w sercu Bretończyka uczucia, jakich dotychczas żadna kobieta w nim nie zdołała wzniecić.
Więc też ze ściśniętem sercem czekał mającej nastąpić rozmowy.
Trwała ona dość długo, bo przez całą prawie drogę z Kergor do Pontivy.
Powóz przejechał, nie zatrzymując się w Guéméné, toczył się godzinę po stepie przez kolczaste krzaki jałowcu, które podobno widziały jeszcze legjony rzymskie, a pan de Vitray mówił ciągle.
Powiedział wszystko, oskarżając siebie, a tłumacząc innych. Cały dramat zaszły w Morgat, zemstę okrutną nad hrabiną, porwanie biednego dziecka, męczarnie matki i swoje własne wyrzuty sumienia.
Nie ukrył nic ze strasznej i smutnej przeszłości, której stał się przyczyna, nieszczęścia i nędzę Joanny z jej okrutnemi następstwami. Odmalował obecny stan moralny biednej dziewczyny! jej zranioną i cierpiącą duszę, którą czas tylko i starania matki mogłyby kiedyś uleczyć.
Kiedy znaleźli się na wysokościach drogi górującej nad Pontivy, po wyjściu z nędznych stepów, ciągnących się od Guéméné, Jakub de Kergor znał całą tajemnicę admirała i jego córki, a raczej córki hrabiny.
Zbrodnia na ulicy Bassano, samobójstwo Jana Maurycego i jego stosunek z nieszczęśliwą dziewczyną, były mu wiadome. Admirał nie prosił go nawet do zachowanie tajemnicy.
Gdy skończył swoje smutne opowiadanie, skrzyżował ręce na piersiach i rzucił się w głąb powozu, wydając westchnienie ulgi, jakie zwykle ulatuje z ludzkiej piersi, po spełnieniu trudnego obowiązku.
Markiz uczynił to samo, lecz dla tego, aby mógł zebrać myśli, i zajrzeć wgłąb własnej duszy.
Widział jednak, iż wrażenie, wywołane wyznaniem admirała, bynajmniej nie zmniejszyło jego sympatji dla Joanny, której obraz miał wyryty w sercu, tylko oprócz dotychczasowego uczucia, dołączyła się czuła litość dla niej.
Siwe koniki biegły ciągle z równą szybkością, a wiktorja, lekko unoszona przez dzielne zwierzęta, łagodnie kołysała zamyślonych podróżnych.
Byli już po nad brzegiem kanału Blovet, kiedy gwizd parochodu obudził ich z zamyślenia.
Pociąg wchodził na stację równocześnie z ich przybyciem.
Zakończenie jest takie, moje dziecko — odezwał się jeszcze admirał — że możesz się litować nad moją córką, możesz nawet mieć wiele dla niej szacunku, gdyż, w rezultacie, była to dzielna i odważna i pełna poświęcenia dziewczyna, lecz nie możesz myśleć nawet o robieniu planów, które się nigdy ziścić, nie mogą. Wiesz już wszystko. Spowiedź ta raniła moją dumę, nie kryję tego przed tobą, gdyż prawdziwym winowajcą jestem ja... lecz winien byłem ją uczynić przed tobą!... Obecnie jestem w porządku!...
Kergor nic nie odpowiedział, tylko dłoń marynarza uścisnął ze zdwojoną siłą.
Podróżni wychodzili ze stacji i admirał pobiegł na ich spotkanie.
Największe zmartwienie nie oprze się oddaleniu z miejsc, gdzieśmy takowego doznali.
Bankier Saint-Clair i jego przyjaciel, Anzelm Durivel, odzyskali już w części swój zwykły wesoły humor.
Komendant Briard, jak zwykle uprzedzający dla dam, szedł, podawszy ramię markizie de Saint-Béran, która nic nie straciła wdzięku dowcipnej i dobrej staruszki.
Przywitała pana de Vitray zapytaniem:
— A cóż tam słychać?
Admirał odpowiedział tylko tym słowem:
— Nie tracę nadziei.
Markiza zacisnęła usta, potrząsła głową, mrucząc nieukontentowana:
— Jak można do tej pory bawić się tylko nadzieją!
— A jakże tam z Colombey’ami? — zapytał z kolei admirał.
Musiało być dobrze, kiedy bankier zgodził się opuścić ukochaną wnuczkę.
Marynarz przedstawił przybyłym sąsiada.
Trzeba było zjeść śniadanie, co nie było rzeczą trudną, gdyż Pontivy nie jest na pustyni.
Skoro w dwie godziny później powozy wyruszyły z powrotem do Vitray, pan de Kergor i goście admirała byli już ze sobą jak najlepsi znajomi.
Szczególniej stara markiza wielką poczuła sympatję dla młodego wesołego wieśniaka, mówiącego z całą szczerością i otwartością o wszystkim, a którego nawet wyznanie, tylko co usłyszane przed chwilą od admirała, nie wzruszyło, chyba tylko na krótką chwilę.
Przeciwnie sądzićby, można, iż oddychał z większą swobodą, dowiedziawszy się o tajemnicy młodej dziewczyny.
Bankier wdychał całą piersią czyste bretońskie powietrz, w którem wszystkie namiętności ludzkie muszą zgasnąć, z braku dostatecznych żywiołów.
Zresztą, czas, który oddzielił ich od ubiegłych wypadków, co im zakłóciło spokój, mógł się już nazwać wiecznością, w epoce, gdzie ludzie żyją gorączkowem przyśpieszonem życiem, jak gdyby koniec świata miał niedługo nastąpić.
Admirał umieścił w swojej wiktorji starą markizę i pana de Kergor. Być może, iż postąpił w ten sposób w pewnym machjawelskim celu.
Admirał postąpił jak uczciwy człowiek, wypełnił swój obowiązek, zdając na Opatrzność resztę całej sprawy, która najlepiej dopomoże jego skrytemu pragnieniu.
Staruszka nie dała długo czekać na swoją rozmowę towarzyszowi.
— Wiem od admirała o pańskiej dla niego przyjaźni — zaczęła. — Wiem, że lubisz pan wieś i masz pan zupełną w tem słuszność.
— Jestem fanatykiem wiejskiego życia, pani.
— I jesteś pan szczęśliwy?
— Najzupełniej.
— Co pan robisz z czasem?
— O to nie mam żadnego kłopotu.
— Uprawiasz ziemię?
Najpierw, jeżeli nie jestem na służbie.
— Służysz pan w wojska?
— W rezerwie.
— Żołnierz rolnik?
— Właśnie. Następnie poluję... ryby łowię...
— Cudownie! Cóż za starożytny człowiek z pana... z usposobienia. Chwała Bogu! Wyglądasz też pan znakomicie. A Paryż?
— Paryż? Nie myślą o nim. I mam to przekonanie, że się można doskonale bez niego obyć.
— A w zimie?
— Nie zaprzeczam, iż nieraz wieczory wydają nam się za długie, lecz po wybieganiu się cały dzień na polowaniu, zmęczenie je skraca... Nakoniec mam moją bibliotekę, starych przyjaciół przy kominie...
— Jesteś pan filozofem.
— Z potrzeby?
— Wcale nie, z upodobania... Admirał mówił mi właśnie, że pan tego wcale nie potrzebuje...
— Zapewne... mam wszystko, czego zapragnę, gdyż i pragnienia moje są ograniczone.
Nareszcie markiza zbliżała się do celu.
— Dla czego jednak z podobnemi myślami i upodobaniem nie ożeniłeś się pan jeszcze? zapytała.
— Otóż to!... Jest to, rzecz daleko trudniejsza, niż się z pozoru wydaje...
— Nie widzę dla czego...
— Zna pani moje upodobanie, moje przyjemności... Jestem dzikim trochę....
wychowanym w puszczy człowiekiem... a teraźniejsze panny nie lubią tego rodzaju życia wszystkie przepadają za używaniem świata którego ja nienawidzę lubią stroje, zabawy, teatr, słowem wielki świat Paryża... ja bym tam żyć nie umiał. Dla nich więc życie zamknięte w Kergor, równa się śmierci.
— I nie chcą umierać nawet w twojem towarzystwie?
— Tego się właśnie obawiam. Zresztą, aby się nie narażać na odmowę, nigdy się jeszcze żadnej o to nie zapytywałem.
— Można zrobić pewne ustępstwa... zamieszkać kilka miesięcy w mieście... a resztę roku na wsi...
Markiz potrząsnął głową.
— Nie mógłbym tego obiecywać... Za wieleby mnie to kosztowało, abym potrzebował opuścić mój mały światek, który mnie potrzebuje, moich wieśniaków, moje pola i łąki, pośród których mi jest tak dobrze. Z natury jestem prostakiem, pani...
— Nigdybym tego nie powiedziała.
— A zresztą muszę przyznać, że... w Paryżu psują się nerwy, serce, a nawet błądzi często i rozum i dla tego nie lubię Paryża!
Ostatnie słowa wypowiedział z mocą, zamilkł na chwilę i dopiero znów się odezwał:
— Gdybym pani opowiedział różne koleje losu moich przyjaciół, co się nie ostali Paryżowi, tobyśmy zobaczyli, że nie jest on wcale zdrowym dla nas Bretończyków. Prawie wszyscy zostali zrujnowani, karty, kobiety, wystawne życie zgubiły ich! Przepadły stare siedziby, sprzedano inwentarze, wycięto lasy! A często i honor tracili własny! Nie chcę o Paryżu wiedzieć... nigdy w nim nie zamieszkam!
Jeszcze raz z mocą — zawołał:
— Nienawidzę Paryża! Pani de Saint-Béran wiedziała już dostatecznie, co się święci i zamieniła przedmiot rozmowy.
— Często pan bywasz w Vitray? — zapytała.
— Prawie codziennie.
— Graniczysz pan z majątkiem admirała?
— Jesteśmy najbliższymi sąsiadami.
— Jakże pan uważa hrabinę?
— Poczciwa kobieta.
— Wiem o tem, lecz w jakiem usposobieniu jest obecnie? Czy smutna, czy wesoła?
— Ani jedno, ani drugie.
— Przechodziła przez wiele cierpień w życiu.
— Wiem.
Stara dama odważyła się nareszcie na pytanie, które miała na ustach od samego początku rozmowy z markizem.
— A córka? — zapytała.
— Panna Joanna? — odparł Kergor, lekko drgnąwszy.
— Tak jest, Joanna, biedna, godna pożałowania dziewczyna.
— Prześliczna.
— Lecz smutna.
— To prawda — odparł młody szlachcic, — bardzo smutna.
— Młodość jej upłynęła pośród nieszczęścia. Czy znasz pan jej historję?
— Pan de Vitray miał sobie za obowiązek, aby mi ją opowiedzieć! Straszna rzecz.
— Prawda? Nieszczęsna historja.
Mówiąc to, pani de Saint-Béran studjowała podejrzliwem okiem twarz młodego Bretończyka. Za całą odpowiedź markiz żywo — dodał.
— I ja miałbym lubić Paryż!
— Litujesz się pan nad biednem dzieckiem?!
— Lituję się z całego serca i... podziwiam — odparł pan de Kergor poważnie.
Na tem przerwano rozmowę, której markiza dalej nie nawiązywała, była zadowoloną ze swojej dyplomacji, dowiedziawszy się tego o co jej chodziło.
Powozy dojeżdżały do Guéméné.
Krajobraz się zmienił, wjechano do ziemi obiecanej. Dolina Scorff roztaczała swoje wdzięki przed oczyma podróżnych.
— Spojrzyj pani, — odezwał się młody człowiek i — przyznaj, iż najpiękniejsza dekoracja waszej opery nie dorówna tej, którą mamy przed sobą.
— O, masz pan słuszność. Prześliczna okolica!
Rozmawiano dalej o otaczających stronach, o wioskach okolicznych i tutejszych mieszkańcach, przyjaźnie kłaniających się w przejeździe młodemu dziedzicowi.
— Kochają cię ludzie, markizie, — zauważyła stara dama.
— Robię, co tylko mogę, aby na ich miłość zasłużyć, — odparł młody człowiek. — Bardzo łatwo każdemu jest przyjść do tego, wystarczy uścisk dłoni poczciwy, słowo dobre, uśmiech serdeczny, jakaś butelczyna dobrego wina dla chorego, bochenek chleba dla biedaka i już cię uwielbiają! Łatwa i niekosztowna sprawa! Nie mogę pojąć dla czego jest tylu bogaczy, których ludzie nie cierpią. Na szczęście bardzo ich jest niewielu w naszym Morbihan’ie.
Przybywszy do Vitray, stara markiza serdecznie uściskała dłoń swojego towarzysza podróży.
— Doprawdy, jesteś pan dzielnym chłopcem! — zawołała. — Mocno żałuję, że nie mam dwudziestu lat, abym ci mogła ofiarować moje serce. W moim wieku mogę ci się otwarcie do tego przyznać.
Podobali się sobie wzajemnie.
Wieczorem, po obiedzie, przechadzając się po ulicach parku, oparta na ramieniu Joanny, rozmarzonej podczas tego ślicznego wieczoru, która zdawała się zapominać o ciążącym na niej smutku, pani de Saint-Béran odezwała się do niej z nadzwyczajną czułością:
— Nareszcie skończyły się twoje troski, moje dziecię. Teraźniejszość musi ci się wydawać słodką, a przyszłość zagoi twoje rany!
Młoda dziewczyna westchnęła, lecz nic nie odpowiedziała.
Markiza dodała:
— Wszyscy cię tu kochają, a poczciwy Saint-Clair ma dla ciebie wiele przywiązania!
— On!
— Przed chwilą mówił mi o tem! Nawet komendant klnie się na twoje imię.
Młoda dziewczyna chciała się uśmiechnąć.
— Doprawdy? — zapytała.
— Admirał uwielbia swoją córkę.
— Córkę?... wyszeptała zcicha.
— Twoja matka kocha cię nad życie!
— Biedna mama.
— Powiedz raczej szczęśliwa matka, mając takie, jak ty, dziecię! A nakoniec — odezwała się markiza — powinnam może o tem zamilczeć, lecz znam pewnego młodego człowieka, pięknego, dobrego, szlachetnego, który niedalekim jest od uwielbiania ciebie i, śmiem twierdzić, że ma najzupełniejszą słuszność.
Młoda dziewczyna zbladła, przycisnęła ręką bijące serce, lecz odpowiedziała z mocą:
— Pani markizo, napróżno chcesz mnie pani pocieszyć, jesteś szlachetną i dobrą i mówisz to przez dobroć serca, lecz gdyby nawet prawdą było to, o czem mi powiadasz, wiesz, że ręka moja dotknęła się ręki nieszczęśliwego i nigdy jej nie złożę w dłoni uczciwego człowieka.
Złamana wspomnieniami nie mogła powstrzymać łez i łkanie wydarło się z jej piersi.
Od trzech dni życzenie Joanny zostało spełnione.
Państwo de Vitray i ich goście zjechali do zamku la Roche-Morgat.
Stare, posępne zamczysko napełniło się wrzawą, jak morska skała, nawiedzona skrzydlatemi gośćmi ptaków morskich, jak kuliki, mewy i mewki.
Rybacy, wyjechawszy na pełne morze, ze zdumieniem patrzyli na szeroko roztwarte okna, tak długo szczelnie zamknięte, z których rozchodziły się wesołe śmiechy młodych pokojówek.
— Co się tam znów stało? — pytali ciekawie.
Łodzie stawały, gawędzono. Aż nareszcie wieść się rozeszła:
— Pan Bernard przyjechał do Margot.
Dla mieszkańców wybrzeży, zacząwszy od Touliaguet Kertangny Crozon i jeszcze dalej, imię Bernarda oznaczało hrabiego de Vitray, spadkobiercę bretońskich piratów, bajecznych bohaterów, słowem oznaczało admirała.
A żaden senator, ani wpływowy deputowany nie mógł się równać z jego wpływem tutaj, był dla nich bóstwem nieomal, żałowano jego długiej nieobecności, a wiadomość o powrocie rozeszła się w mgnieniu oka na wszystkie strony.
Zapewne, iż czasami bywała tu hrabina, lecz przyjeżdżała zwykle sama, bez służby, w tajemnicy niejako przed ludźmi, ze zwykłą rezerwą w niezgodzie żyjących małżonków, ukryta po za szczelnie zamkniętemi oknami.
Dziś wszyscy tu byli razem zebrani, panowie i słudzy wnieśli wesele i życie do ponurego domostwa.
Więc też dziś trudnoby było nazwać go dzikiem i ponurem, gdy jasne promienie słońca wdzierały się, przez szeroko otwarte wysokie okna, do obszernych pokoi, kiedy wieczorem światło lamp i żyrandoli oświetlało kosze wspaniałych kwiatów podzwrotnikowych, które dobroczynny gulf stream pieści swem ciepłem, rozwijając rozkoszne krzewy kamelji, azalji i róż tysiąca, pnących się pomiędzy skałami wraz z fijołkowemi kwiatami tamaryszku.
Słysząc gwar służby w oficynach i rżenie koni w stajni, widząc pokoje pełne przyjaciół, łatwiejby sądzić można, iż to jest jedna z tych książęcych willi w Trouville lub Dieppe, tylko na tle daleko piękniejszej panoramy.
Rzeczywiście tłumno tu i gwarno było.
Najpierw stara markiza de Saint-Béran, Michał Saint-Clair, rozkoszujący się wycieczką do malowniczej Bretanji, jowialny Anzelm Durivel, komendant Briard, zachowujący swe najwspanialsze zaklęcia, do zobaczenia się ze złośliwym swym towarzyszem Gastonem Durivel.
Nakoniec był tu również markiz de Kergor, który na prośby admirała odbył piętnaście mil, dzielących go od Margot bez wytchnienia na swem tilibury i dzielnym gniadym koniku, ulubionym swoim towarzyszu.
Młody szlachcie był tu koniecznym, aby podniecać gości do nieustannej zabawy swym jednostajnym, wesołym humorem.
Od samego śniadania wyszedł z nim pan de Vitray na nadbrzeżne skały i cały czas rozmawiał z wielkiem ożywieniem, co mu się zdarzało bardzo rzadko.
Rozmawiali o drogich im istotach, którym pragnęliby zapewnić szczęście.
Przed Kergorem, synem dawnego przyjaciela, mógł admirał bez ogródki wywnętrzyć się.
Kergor pochodzi z dzielnej rasy bretońskiej, mającej swój odrębny sposób zapatrywania na punkcie honoru, który nie zna, co to podstęp zdradziecki.
Podczas rozmowy kilka razy obracali się obaj w stronę zamku, szukając w oknach ukochanych twarzy, które się im nie ukazywały.
Dochodziła piąta.
Markiza de Saint-Béran odpoczywała zmęczona w swoim pokoju.
Bankier z komendantom wyjechali na spacer brekiem wzdłuż wybrzeży.
Hrabina z córką rozmawiały, siedząc same w obszernym pokoju, gdzie odbył się niegdyś straszny dramat.
Helena tłumaczyła właśnie szczegóły owej sceny córce. Tutaj wszedł niespodzianie admirał, tutaj odbył się okrutny pojedynek, a tam w dali w niezmierzonym oceanie spoczywały zwłoki kapitana de Villers. Żałowała go, gdyż był to jej jedyny z lat młodych przyjaciel, jej brat!
Nie tłumaczyła jego winy, zanadto wiele złego sprowadził na nich wszystkich.
Tylko mówiąc to, ściskałą dłonie Joanny w swoich dłoniach i całowała jej ciomne długie włosy. Jeżeli tak długo cierpieli, to teraz za to przyszłość uśmiechała się do nich.
Chciała to przekonanie szczęśliwej przyszłości przelać w serce córki. Zdawało jej się, iż ją zdołała przekonać.
I nie myśląc już o wszystkiem co wycierpiała, uniesiona głęboką wdzięcznością i szacunkiem, który uczuła dla swego męża, wychwalała jego charakter, oskarżając siebie.
Przedowszystkim to on był pokrzywdzony i słusznie chciał ją ukarać, poświęciwszy za to własne życie! Czy kto inny zdobyłby się znieść w ten sposób swoją krzywdę i nie rzucić nią w oczy całemu światu? Teraz potrzeba tylko rzucić zasłonę na tę okrutną przeszłość, modlić się za umarłych, zachować o nich wspomnienie na dnie swego serca zawarte w tych dwóch słowach: modlić się i przebaczyć!
Najpierw rozmawiały w tym olbrzymim pokoju, pełnym odległych wspomnień, następnie wyszły na balkon, z którego niegdyś hrabia de Vitray rzucił w morze trupa Jerzego de Villers. Joanna błądziła wzrokiem po niezmierzonej przestrzeni Oceanu, mogile swego ojca, kiedy panna służąca weszła i powiedziała:
— Pani de Saint-Béran pragnie wyjechać na spacer z panią.
— Dobrze, zaraz tam idę.
Helena odwróciła się do córki.
— Będziesz nam towarzyszyć? — zapytała.
— Nie... Chciałabym zostać, jeżeli pozwolisz na to matko.
— Zawsze jeszcze twoje myśli...
— Proszę bardzo, błagała Joanna.
Matka wzięła ją za szyję, całując namiętnie. Następnie oddaliła się z żalem, zostawiając samą.
Młoda dziewczyna pozostała przez chwilę oparta o balustradę balkonu, smutna i zamyślona.
Przed sobą miała mogiłę ojca, tam między sterczącemi skałami w wodzie, których czarne wierzchołki okrywała biała piana bałwanów, bijących o niezwalczoną przeszkodę.
Czemże była w tym domu?
Dzieckiem, odepchniętem z wściekłością od chwili urodzenia, dziś przez litość przygarniętem, w przystępie zawsze gorącej miłości dla jej matki — pięknej i kochanej, pomimo popełnionego błędu. Lecz pomimo całego swego heroizmu, czyż mógł admirał kochać dziecię, żywe wspomnienie swej hańby, intruza, który zajmował miejsce w jego domu, zabierał część przynależną dzieciom, których zapewne pragnął.
Po pierwszem uniesieniu, przypomni sobie nieraz jej pochodzenie i upadek. Gdyby nawet był na tyle szlachetnym, żeby zapomnieć o przeszłości, to ona jej nie zapomni nigdy, tak jak i teraz nie mogła jej na chwilę stracić z oczów, nie mogła uciec przed wstrętnemi obrazami tak niedalekiej przeszłości.
Przez kilka minut przechadzała się po pokoju, przyglądając się każdemu sprzętowi, nieruszonemu ztąd od lat dwudziestu, tym niemym świadkom ubiegłych chwil ponurego dramatu, a na których w tej chwili jeszcze promienie słońca igrały wesoło. Następnie przeszła do swego pokoju. Znajdował on się tuż obok pokoju hrabiny, obawiającej się rozłączać z córką.
Okna ztąd wychodziły na oficyny.
Młoda dziewczyna, zbliżywszy się do jednego z nich, zobaczyła markizę siadającą w towarzystwie hrabiny, do małego kabrjoletu, zaprzężonego bretońskiemi kucami.
Helena spojrzała w górę, zobaczyła córkę, z uśmiechem przesyłającą jej pożegnanie. Wtedy zacięła konie i odjechała uspokojona.
Była w błędzie.
W główce biednej dziewczyny, skołatanej tyloma ciężkiemi przejściami, najsmutniejsze przechodziły myśli.
Po chwili usiadła przed małem biurkiem i zaczęła pisać, wydając głębokie westchnienie. A jednak, nalegając o przyjazd do zamku Morgat, miała swój cel: najpierw, aby zobaczyć te miejsca, dla niej prawie święte, pomodlić się przed niezmierzoną mogiłą ojca, a następnie pójść za natchnieniem, którego tu przyszła szukać.
Z czołem opartem na dłoni, długo myślała i nakoniec zdecydowała się, a wziąwszy pióro do ręki, napisała z gorączkową szybkością następujące słowa:
„Błagam cię o przebaczenie, za wykonanie mojego smutnego postanowienia.
„Od chwili, kiedy zobaczyłam błyszczącą powierzchnię tych wód niezmierzonych, jestem ku nim pociągnięta nieprzepartą siłą.
„Bóg widzi, że kocham ciebie, matko, z całej siły mojej, choć cię kiedyś w złych godzinach niesprawiedliwie przeklinałam. Rozumiem, ileś cierpieć musiała, myśląc o przykrościach, na które narażaną byłam, a których nawet twoja miłość oszczędzić mi nie mogła.
„Rozumiem również delikatność i wielką szlachetność pana de Vitray dla mnie i proszę cię matkę, wyraź mu moją za to wdzięczność bez granic.
„Lecz trzeba, abym wytłumaczyła stan mojej duszy, tak głęboko zranionej, iż nie spodziewam się nigdy jej wyzdrowienia. Z każdym dniem siły mnie coraz więcej opuszczają.
„W pierwszej chwili, radość odzyskania ciebie, matko, czułość twoja, do której tak mało byłam przyzwyczajona, nadzieja zapomnienia okrutnej przeszłości, podtrzymywały mnie i oszołamiały szczęściem nowego życia!
„Powoli wspomnienia stanęły żywo przedemną i nie czułam się godną zająć stanowiska córki obok ciebie i tego, który mi dał swoje imię.
„Admirał wspaniałomyślnie ofiarował mi imię, które nie należy do mnie, jakżeż więc mogłabym je nosić?
„Gdy kilka dni temu powiedział mi o tem w Vitray, zadrżałam i prawie że w tej samej chwili powzięłam niejasny i niesformułowany jeszcze projekt, który zamierzam wprowadzić w wykonanie.
„Niezadługo admirał wstydziłby się tej, którą wprowadził do swego rodzinnego ogniska.
„Czemże dziś jestem?
„Czy sądzisz matko, żem zapomniała godzin słabości mego ducha, które mnie zaprowadziły tam, gdzieście mnie odnaleźli?
„Gdyby mnie zobaczono obok was, czyżby się nie znaleźli tacy, a może nawet ci są pomiędzy waszymi przyjaciółmi, a wszyscy nie mieliby na tyle szlachetności, aby zachować milczenie, którzy poznaliby w pannie de Vitray, rumienię się pisząc to, dziewczynę, która przygnieciona nędzą poszła się sprzedać na ohydnym jarmarku.
„Lub gdyby kiedykolwiek wszczęto rozmowę o samobójstwie Jana, czyżby nie dodano natychmiast pokazując mnie palcami:
„— Ta dziewczyna była jego kochanką!
„Lub później też, gdybym pod twoją opieką weszła w świat i znalazłby się człowiek, żądający mojej ręki, cóżbyśmy mu odpowiedzieli?
„Pozostały mi tylko dwie otwarte drogi: klasztor lub mogiła.
„Nie chcę pójść do klasztoru... bo kocham was zanadto... i cierpiałabym wiele... wspomnienia moje prześladowały by mnie. Widziałabym łzy twoje matko i może nie miałabym odwagi słyszeć skargi twojej i widzieć łez.
„A zresztą klasztor to cierpienie, wygnanie.
„Śmierć zaś jest dla mnie wypoczynkiem, grób mój smutną, dla ciebie radością! Będziesz go mogła matko moja, pielęgnować, stroić kwiatami, kochać, płakać na nim!
„Jestem przekonaną, że nieraz pragnęłaś matko widzieć mnie raczej umarłą niż zgubioną, ale zawsze przy sobie.
„Będę zawsze z tobą matko, będą z tobą moje wspomnienia, duch mój błądzić będzie między wami, mówić wam będzie o mnie, przyniesie ci moje pocałunki.
„Wiedz o tem, matko, iż umieram jedynie z rozpaczy, że nie jestem godną ciebie, umieram, przepełniona wdzięcznością dla admirała, który naprawił swój błąd słuszny może i uczynił więcej niż mu to nakazywał obowiązek dla odzyskania ciebie.
„Żegnam cię matko!
„Polecam wam moją małą Marje, moją córkę, gdyż ja to ją prawie wychowałam. Jest ona dobra i będzie dzielną dziewczyną. Była ona również w szkole nieszczęść, lecz też pozostała czystą, a zatem godną, aby żyć przy was. Czasami mówcie jej o mnie i powiedźcie, jakbym była szczęśliwą, mogąc zostać pomiędzy wami.
„Kocham cię, matko, a jednakże umieram, zabita niezatartemi wspomnieniami.
„Żegnam Cię, ukochana matko moja! Przebacz mi! Dla czegóż nie odzyskałam cię wcześniej?! Bylibyśmy tak bardzo szczęśliwi!
„Żegnaj matko!
Kiedy skończyła pisać, łzy strumieniem płynęły po jej twarzy, a list był niemi cały zroszony.
Zamknęła go w kopertę i położyła adres:
Następnie zrobiła ostatnie przygotowania. Nie przyszło jej to łatwo. Młodość staczała walkę ze śmiercią. Była piękną, jak marzenie, silną i odważną!
Przez chwilę zawahała się. Cała jej istota wzdrygnęła się z bojaźni, żalu i wstrętu. Lecz równocześnie stanęły przed jej oczyma ohydne wspomnienia dom na drodze do Carrières, wstrętna twarz odźwiernej, usłyszała szydercze głosy, ścigające ją w Moulin-Rouge, a nawet twarz poczciwego bankiera, nieszczęśliwym trafem przybyłego w te strony, stanęła przed nią, razem z bolesnemi wspomnieniami.
Lecz to nic jeszcze.
Usłyszała krzyk nieszczęśliwej ofiary, zamordowanej na ulicy Bassano, wyznanie Jana, jego podłość, zdrady, a nakoniec strzał kuli, co mu roztrzaskała czaszkę w jej oczach! Oto, co ją bez przerwy prześladowało, męczyło dniem i nocą.
Były to plamy niczem niewymazane, z rezygnacją też opuściła ręce, położyła list na biurku i skierowała się ku wyjściu.
Przedtem jednak umyła twarz w zimnej wodzie, dla zatarcia śladów łez, poprawiła ubranie, rzuciła ostatni raz jeszcze spojrzenie na otaczające ją przedmioty i zeszła powoli szerokiemi schodami, oświeconemi łukowatemi oknami o kolorowych szybach, jakby w jakiej katedrze i znalazła się w wielkim przedsionku.
Przystanęła na chwilę, chcąc się zorjentować.
Stary dozorca zamku, osiemdziesięcioletni staruszek, siedzący w kącika na krześle, patrzył na nią z zachwytem.
Był tutaj kiedy się urodziła, a teraz cieszył się, że zawitała w rodzinne progi.
Kochał tkliwie piękne dziewczę, o której często myślał przez szereg lat ubiegłych, uśmiechnął się też do niej przyjaźnie, mówiąc:
— Dzień dobry, panienko!
Zanadto była to dla niej uroczysta chwila, aby się mogła zatrzymać na tak przyjazne słowa, uśmiechnęła się tylko i przeszła, nie zatrzymując się.
W około zamku i na nadbrzeżnych skałach nie było nikogo, poszła więc w te stronę, wślizgnąwszy się pomiędzy krzaki, ciągnące się aż do morza.
Tutaj znalazła się na zrębie skalistym, o który biły z hukiem morskie fale.
Przypływ był w całej pełni. Woda podnosiła w górę massę kamieni, opadających miarowym ruchem napowrót, co tworzyło hałas, podobny do ogni plutonowych, a kilka łodzi rybackich widać było z dala na horyzoncie, białych i lekkich, jak skrzydła mewy.
Z miejsca, na którem się znajdowała Joanna mogła rozróżnić o trzysta metrów po nad sobą, na szczycie prostopadłej skały, imponującą fasadę zamku Morgat, tego miejsca, gdzie na świat przyszła i w którem miała życie zakończyć.
Na tarasie nikt się nie ukazywał.
Była to wielka nieskończona pustynia od strony morza, cisza i zupełna samotność od strony lądu. A zatem była wolną!
Uklękła, zmówiła krótką modlitwę powstała z natchnionem obliczem pierwszych chrześcjanek, idących na śmierć męczeńską.
Zdawało jej się, iż widzi miejsce, na którem spoczywał jej ojciec, postanowiła więc tam się dostać, aby się z nim połączyć. Mieszkając w Jersey, zżyła się z wodą, swobodnie pływając po burzliwych falach, jak ptak w powietrzu.
W tej ostatniej godzinie zbudziła się w niej resztka kokieterji. Idąc na śmierć, chciała pozostać piękną, rozpuściła więc swe piękne włosy, zrzuciła ubranie na skały, objęła wzrokiem po raz ostatni ziemię, którą opuścić miała, przez chwilę przypatrywała się spienionym falom i... rzuciła się w morze.
Prawie jednocześnie, rozległ się okrzyk na balkonie zamkowym rozdzierający okrzyk trwogi.
Oto co nastąpiło.
Kiedy markiza wyjechała z zamku z panią de Vitray na przejażdżkę, ta ostatnia zaczęła opowiadać swoje obawy, spowodowane wzrastającą melancholją córki, jej niechęć, aby im towarzyszyła na spacerze i pragnienie pozostania samą.
Pani de Saint-Béran zadumała się i ogarnął ją również niepokój. Ujechały zaledwie kilka kilometrów, kiedy zdecydowały się powrócić do domu.
Helena pobiegła do swego pokoju, lecz Joanny już tam nie było.
Nie można temu zaprzeczyć, iż są pewne przeczucia, ostrzegające nas o mającem nastąpić nieszczęściu. Oznaki te są nieomylne tak dobrze jak chmury, poprzedzające burzę.
Hrabina otworzyła gwałtownie drzwi do pokoju córki i pierwszym przedmiotem, który spostrzegła, był list, zostawiony dla niej. Zaledwie rzucila okiem na papier, już domyśliła się reszty tego, co się stać miało.
Pobiegła na balkon, z którego mogła widzieć morze na wszystkie strony. Może zapóźno przybyła? Straciła zmysły, mgła zasłoniła jej oczy.
Z początku nic nie zobaczyła, napróżno rzucając wokoło przerażonym wzrokiem, a było to wtenczas, kiedy Joanna zrzuciła ubranie i klęcząc, odmawiała modlitwę, ukryta po za wałem skał i krzewów. Dla tego też hrabina zobaczyła ją dopiero wtedy, kiedy rzuciła się w morze.
Wtedy to wydarł się z jej piersi przeraźliwy krzyk rozpaczy, który spowodował podwójny skutek. Najpierw młoda dziewczyna zrozumiała, iż przyjdą jej z pomocą, chcąc ją ocalić, wówczas przypomniała sobie nabyte wiadomości w dzieciństwie, kiedy była w Quessant lub Jersey, gdzie pływała w morzu z całą swobodą, jakby ono było jej jedynym żywiołem i umiejętności tej użyła nie dla ocalenia siebie, lecz na własną zgubę.
Popłynęła na otwarte morze. Nawet matka, patrząca na nią zdaleka, mogła była przypuścić, iż robiła to dla swej przyjemności, a nie w celu szukania śmierci.
Z drugiej strony, admirał i pan de Kergor, przechadzający się po szczycie skał nadbrzeżnych, usłyszeli wołanie matki.
Joanna przeszła w niewielkiej od nich odległości niepostrzeżona, pomimo że admirał bezustannie czuwał nad tem, aby wiedzieć co się działo w około.
Od razu zrozumiał co się stało.
— Stał się wypadek, — rzekł do markiza. — Biegnij pan! U stóp tarasu stoi przywiązana barka... Spiesz się na Boga!...
Markiz nie odpowiedział, już był daleko! Jednakowa obawa nim gnała.
Admirał przenikliwym wzrokiem rozglądał się po wybrzeżu i niezadługo zatrzymał się.
W pewnej odległości od lądu, cudownie piękna postać młodej dziewczyny, w czystej szmaragdowej wodzie, przecinała białemi rękami spienione fale, kierując się na wystającą z wody wysepkę o jakie kilkaset metrów od brzegu.
Na ten widok marynarz osłupiał, lecz trwało to jedną chwilę. Pędem zbiegł ze skały i przybył szczęśliwym trafem w to miejsce, gdzie się Joanna zatrzymała.
W mgnieniu oka zrzucił ubranie, obok leżących sukien dziewczyny.
Ona odwróciła głowę i zrozumiała jego zamiar, przestrach biednej sarny, obsaczonej przez myśliwych, odmalował się na jej twarzy. Płynęła z podwojoną energią, chcąc ujść przed nim.
Zkolei i on się rzucił w wodę.
Pomimo swego wieku, posiadał nadzwyczajną siłę, a miłość, przepełniająca jego serce, zdwajała siły.
Ocalając córkę, skarbił sobie gorącą wdzięczność matki, odkupywał winy, dochodził do upragnionego szczęścia. Większego dowodu poświęcenia nie mógł dać, jak ten, który przed nim się otwierał.
Zaczęła się pomiędzy nimi walka siły i zręczności.
Młoda dziewczyna wyprzedziła go znacznie, postanowiła skorzystać z tego, okrążyć wysepkę i zniknąć.
Z balkonu hrabina patrzyła za nimi z sercem, ściśniętym bolesnym i okrutnym strachem, ze śmiercią w duszy. Admirał coraz więcej się przybliżał, lecz młoda dziewczyna ciągle jeszcze pozostawała w takiej odległości, że niemógł jej uchwycić.
Przez kilka minut płynęli z równą szybkością.
Czyżby Joanna obawiała się nierównej walki lub może opuszczały ją siły?
W chwili kiedy miała okrążyć wysepkę, admirał widział, jak się przeżegnała i zniknęła w wodzie. Kiedy dopłynął do miejsca gdzie ją fale pochłonęły, napróżno usiłował odnaleść ślad jakiś, nic nie wskazywało jej obecności.
Otchłań wód zamknęła się nad swą ofiarą.
Z drugiej strony markiz de Kergor przybywał z trudem, sam jeden w łodzi siedział u steru, na łasce przeciwnego wiatru.
Woda nigdzie się nie poruszyła, na równej powierzchni nic się nie ukazywało.
Wtedy admirał z energją ostatniej rozpaczy zagłębił się pod wodę. Ze śmiercią ukochanego dziewczęcia dla matki i niego pozostawała wieczna załoba. Dom jego stawał się grobem. Hrabina bez tchu w piersiach, z obłąkanym wzrokiem, patrzyła na jego usiłowania.
Obok niej stara markiza, z lornetką w ręku, patrzyła na całą scenę i nie próbowała próżno pocieszać nieszczęśliwej matki.
Dwa razy admirał dał nurka i dwa razy wypłynął sam na powierzchnię wody.
Pan de Kergor przybliżał się co raz więcej.
Nagle markiza wydała radosny okrzyk.
— Joanna!
Rzeczywiście admirał ukazał się znów na powierzchni wody i tym razem nie wrócił sam.
W zaciśniętych zębach trzymał jakiś przedmiot, może trupa dziewczyny, lecz siły go opuszczały, zaczął tonąć wraz z tą, którą ocalić pragnął kosztem własnego życia.
Wyciągnął ręce, wzywając ratunku.
Bóg zesłał mu swoją pomoc.
Powiew wiatru silniejszy, przyśpieszył bieg łodzi i pchnął ją na miejsce, gdzie walczył z falami admirał.
Był wielki czas.
Kergor opuścił żagiel, rzucił się wpław i ocalił oboje, tonącego admirała i omdlałą Joannę.
Hrabina szalona bólem, klęcząc na balkonie, modliła się gorąco.
Markiza de Saint-Béran ze wzruszeniem śledziła okrutny dramat.
Łódź powracała zwolna.
Był to mały statek bez pokładu, z jednym masztem o trójkątnym żaglu.
Łagodny wietrzyk zaledwie poruszał barką, przynosząc przez to ocalenie dla nieszczęśliwej.
Pod ciepłem słonecznych promieni, dzięki czułym staraniom admirała i jego towarzysza, biedna dziewczyna stopniowo odzyskiwała zmysły.
Kiedy otworzyła oczy, krzyknęła ze zdziwienia i trwogi, widząc się w objęciach swego wybawcy.
Lecz tenże szepnął jej zcicha:
— Mam nadzieję, że teraz nie zwątpisz więcej o mnie! Czyż nie jesteś od tej chwili moją prawdziwą córką, ponieważ winnaś mi życie?
Gdy statek przybił do stóp tarasu zamkowego, hrabina na nich oczekiwała. Admirał złożył córkę w objęcia matki, przycisnąwszy ich jednym uściskiem do piersi.
Zwyciężona Helena wypłaciła mu długiem radosnem wejrzeniem. Serce jej napełniała czułość i wdzięczność niezrównana.
W spojrzeniu tem admirał wyczytał przebaczenie i poraz pierwszy od chwili smutnego dramatu, rozegranego w ponurym zamczysku, co tyle łez na nich sprowadził, usta ich połączyły się w długim uścisku.
Odzyskał ją napowrót.
Helena mówiła córce:
— Już teraz nie będziesz szukać śmierci!
— Moja matko!
— Przysięgasz?
Biedna dziewczyna wyciągnęła ręce do swego wybawcy i z oczami pełnemi łez zawołała:
— Ponieważ osądziłeś mnie godną życia, będę żyć dla ciebie i dla niej!
Stara Markiza w milczeniu towarzyszyła pierwszemu uniesieniu radości. Następnie położyła swoją wychudłą dłoń na ramieniu admirała i odezwała się swoim złamanym głosem:
— Znalazłeś się jako bohater, mój przyjacielu, lecz przyznać musisz, iż jedno jest tylko prawdziwe szczęście na ziemi...
— A tem jest?...
— Kochać i przebaczyć!
Minął rok od ubiegłych wypadków. To jest wieczność, jeżeli patrzmy naprzód, a jedna zaledwie chwila jeżeli spojrzymy w przeszłość.
Rok ten upłynął w zupełnym spokoju dla dwóch rodzin, wplecionych do tego dramatu.
Wieści, powstałe z powodu zabójstwa Samuela Rosena, ucichły, skandal, wywołany w kościele Św. Magdaleny, przypisano zazdrości nieznanej dziewczyny, samobójstwo w willi Suzanne przebrzmiało jak wiele innych, ginąc w ogłuszającym tumulcie Wystawy.
Piotr Brecheux mógł bez żadnej przeszkody powrócić do mglistego Londynu, dla wytłumaczenia szanownym panom Burlett i Templeton nieudanej ostatniej operacji. Co prawda, to pierwsza dostatecznie go pocieszyła po stracie drugiej.
Samuel Rosen zapłacił za innych.
Lecz od tej chwili święty ogień zamarł w duszy Piotra Brecheux. Wypełnił swoje posłannictwo, a pozostał oprócz tego bogatym.
Po śmierci Jana odziedziczył po nim przypadającą na niego częściową sumę z przeprowadzonych operacji, sumiennie wypłaconych przez dwóch krokodyli z nad Tamizy, mógł więc żyć wedle własnego upodobania.
Mówiąc o spokojnie upłynionym roku w rodzinie Vitray’ów i Colombey’ów, musimy się porozumieć.
U Colombey’ów spokój był tylko powierzchowny, pod którym ukrywała się głęboka niezgoda bankiera z radcą.
Dla świata nie zmieniono nic w zwykłym trybie życia i zwyczajów domowych.
W kilka miesięcy po wyzdrowieniu Blanki, zgromadzono znów kółko zaufanych przyjaciół, wznowiono przyjęcia tak w Paryżu jak i w Chesnay, lecz były one zaledwie cieniem dawnych wesołych zebrań.
Współbiesiadnicy byli ci sami, kucharz ten sam przyrządzał potrawy, wino było również dobre jak niegdyś, lecz brakło wesołości, towarzyszącej stale przy każdem rodzinnem zebraniu.
Ochota i wesołość zostały pogrzebane.
Jeden tylko wujaszek Tonton pozostał na wysokości swego zadania. Żarłok nienasycony pozostał niezmieniony, pożerając z zawsze jednakowym heroizmem. Podobne żołądki należą tylko do wybranych szczęśliwców!
Przeciwnie za to ciotka Sydonja, urodzona de Moranges, stała się jeszcze więcej swarliwą niż dawniej, obsypując męża zjadliwemi sarkazmami, okrywając pogardą. Tylko że to na niego nie działało zupełnie, a trawił jeszcze lepiej.
Miał on bez zaprzeczenia godny podziwienia charakter.
Nieznośny Gaston Durivel pozostał studentem na rok dziesiąty i nieraz dogryzał ciotce swojem nad nią ubolewaniem.
— Ciocia się niepotrzebnie irytuje — mówił kochany siostrzeniec, — napróżno psuje zdrowie... Czyżby ciocia chciała, żeby ją wujaszek przeżył?
Komendant Briard dodawał odwagi Matyldzie Colombey, zmienionej tyloma przejściami.
— Zostaw raz w spokoju te wszystkie historje, moja kuzynko! — mówił do niej w różny sposób. — Na sumieniu nie masz nic, jesteś dobrą matką, zobaczysz, powrócą jeszcze dobre czasy.
Radca już teraz nie pozował w domu. Prezydował na familijnych zebraniach ze znudzoną miną i jak tylko powstawano od stołu, ulatniał się jak kamfora. Zresztą oświadczył bankierowi Saint-Clair, iż mu pozostawia wolne pole do działania w sprawie przyszłości jego wnuczki.
Było to wszystko, czego mogła żądać biedna matka. Innej nadziei mieć nie mogła i nie chciała, pokładając wszystkie swoje nadzieje i radości w ukochanej jedynaczce, o której życie tak długo drżała.
Blanka powróciła do zdrowia, do sił swoich, lecz pozostała poważną i zamyśloną. Wiedziała teraz z własnego doświadczenia, iż życie usłane różami, po których deptała nieświadoma żadnych trosk i przykrości, nie jest tak łatwem i przyjemnem dla wszystkich. Dowiedziała się także, iż najpierwszą cnotą, którą powinny kobiety szukać w mężu, jest delikatność uczuć i szlachetność, stanowiące jedynie zapewnienie szczęścia żonie.
Pan Saint-Clair pokazywał jej nieraz Fernanda Colombey’a, przechadzającego się samotnie w cieniu drzew wielkiego parku Chesnay. Radca z pewną przesadą oddał mu w ręce prawie wszystkie domowe sprawy.
Być może, iż czynił to dla tego, aby sobie zachować większą swobodę, której używał na rozpędzenie smutnych myśli po tragicznym zgonie syna, którego tak niegodnie się zaparł, mogąc ocalić przy dobrej woli i odrobinie serca.
Być również może, iż była to pewnego rodzaju taktyka, aby tym sposobem pozyskać sobie opinję starego bankiera i Matyldy i powrócić do dawnego związku, w którym widział dla siebie korzyści, wzorowego prowadzenia domu i używania osobistej swobody, której bez skrupułu nadużywał.
Nakoniec, mógł to czynić w dowód szczególnej wdzięczności dla Fernanda, za jego taktowne postępowanie w celu przytłumienia skandalu i za wzięcie na swoje barki całego ciężaru trosk, wynikłych w chwili katastrofy, stawiającej honor Colombey’ów o dwa kroki nad przepaścią.
Pomimo tylu łask, spływających na niego, młody podprokurator pozostał milczący i smutny, co sprowadzało nowe szyderstwa złośliwego Gastona, przywołując na pamięć nieszczęśliwych graczy.
Było to 5 czerwca 1890 r.
Radca wydawał obiad w Chesnay, zaprosiwszy kilku przyjaciół i znajomych.
Dochodziła szósta.
Fernand Colombey, przybyły przed pół godziną, przechadzał się samotnie w wielkiej bukowej alei, na końcu której znajdowała się niegdyś zdradziecka poczta, kiedy usłyszał głośny śmiech po za sobą.
Odwrócił się szybko.
O dwa kroki za nim szła Berta Chamblain, która miała za kilka dni zmienić nazwisko i wypadek chciał, iż zaślubiała wbrew wymaganiom ojca, skromnego urzędnika, lecz za to bogatego i tak samo będącego podprokuratorem, jak Fernand.
— I cóż tam? — zapytała ze ślicznym uśmiechem. — Co pan tu robisz?
— Marzę.
— Chcesz pan, abym ci powiedziała o czem?
— Broń Boże.
— Otóż będę niedelikatną i powiem, że pan marzysz o pewnej młodej osóbce, te strony zamieszkującej.
— Co znowu!
— Zaraz opiszę ją, jak wygląda. Jest to blondynka, wysoka, smukła... a nawet szczupła...
— Dosyć!
— Prawda, już pan wiesz, o kogo chodzi? Przypadek uczynił ją wdową przedtem, nim została mężatką!...
— Zlituj się pani!...
— A co, nie wątpisz pan, że wiem wszystko! Dwóch podobnych nie ma w tych stronach... No, przyznaj się pan, iż byłbyś zachwycony, otrzymawszy jej rączkę...
— Ależ!...
— No, dalej, wyznaj pan! Nie stoisz pan przed sędzią!...
— Niech i tak będzie.
— Ależ w takim razie jedna rzecz niezmiernie mnie zadziwia...
— Jaka?
— Czyż jesteś pan tak nieśmiały, że nie możesz się z nią porozumieć?
— Błagam panią!...
— Mówmy poważnie... Jeżeli nie jesteś pan w stanie bronić się sam, czy zechcesz wziąść do pomocy adwokata?
— W spódnicy?...
— Czasami są tacy najlepsi.
— To zależy od sprawy.
— Pozwól pan, abym zajęła się twoją.
— Co za dzieciństwo! — odparł z westchnieniem.
— Zobaczymy.
Wzięła pod rękę młodego człowieka, pociągnąwszy go w stronę trawnika, w około którego kilka grup z zaproszonych osób przechadzało się, w oczekiwaniu podania obiadu, a po nad wszystkiemi górowała wysoka postać komendanta Briard’a.
Blanka schodziła z ganku, wsparta na ramieniu matki.
Pan Durivel, notarjusz, rozprawiał, z szyją zaciśniętą białym krawatem. Gaston podżegał niezgodę pomiędzy wujaszkiem Tonton, zawsze spokojnym, jak wół pokorny, a swarliwą ciotką Sydonja, podczas gdy bankier Saint-Clair dopytywał się doktora Guyon o wiadomości od Vitray’ów, przebywających w Bretanji i od markizy de Saint-Béran, gasnącej powoli.
Berta podeszła ku pani Colombey i jej córce, ciągnąc za sobą bladego podprokuratora, napróżno usiłującego uciec, a podniósłszy głos, odezwała się do młodej dziewczyny:
— Pozwól, Blanko, przedstawić sobie pana Fernanda Colombey’a, podprokuratora i pretendenta do twojej ręki.
Pani Colombey spojrzała na zarumienioną córkę z wdziękiem i czułem spojrzeniem, wyciągnęła rękę do swojego ulubieńca, a wziąwszy jego dłoń, złożyła ją w rękę Blanki i tak się odbyły zaręczyny.
Usłyszano radosny okrzyk:
— Tym razem będzie na dobre weselisko, albo niech mnie djabli porwą!
To komendant Briard ogłaszał zebranym radosną nowinę.
Tego samego dnia i o tej samej godzinie, dumny stary zamek w Morgat obchodził wielką uroczystość, a na spokojnie uśmiechniętych twarzach widać było wesele i radość.
Państwo Vitray przybyli osadzić nowych dozorców w zamku, gdyż starzy wysłużeni Roguen’owie poszli na emeryturę, z niezłym dochodem i kawałkiem dobrej ziemi w sąsiedztwie zamku.
Zastępowali ich Gildarowie z Pheuir. Od kilku lat admirał zajął się losem dzieci tych rybaków, którzy zapowiadali się zostać uczciwymi i dzielnymi marynarzami.
Mała Marja przebywała na pensji w Brest’cie, nie pamiętając prawie swej dawnej doli w złowrogim domu na drodze do Carrières. W około siebie widziała teraz szczęście i dostatek, wesołe twarze poczciwych ludzi, a podczas wakacji wspaniałe ogrody i domy, gdzie wszechpotężnie królowała.
Co za zmiana!
Czasami biedna mała, w swej naiwnej główce, roiła, że to za pięknie, a wtedy zapytywała starszej siostry:
— Powiedz Joanno, czy to tak zawsze będzie, jak teraz?
Tak, szczęście to, a przynajmniej materjalne powodzenie, miało być już zawsze takiem dla nich, gdyż majątek admirała niepowodzenia nie potrzebował się obawiać, a był na tyle szlachetnym, aby obdzielić pewną jego częścią małą, kochającą istotkę, która z całego serca przywiązała się do niego, rozrywając nieraz jego umysł swą naiwną prostotą i dziecinnym dowcipem.
Hrabina była szczęśliwą.
Admirał zdobył ją swoją wielkością duszy i wielkością uczucia, tak tkliwego i niezwykłego u ludzi z jego charakterem...
W chwilach wylania powtarzał jej zawsze:
— Gdybym cię był nie odzyskał, byłbym sobie odebrał życie, lecz nikt by się tego nie domyślał nawet. Dla marynarza jest to nie trudna sprawa!
Joanna z każdym dniem stawała się piękniejszą, przytem admirał nie omylił się, gdyż od chwili swego ocalenia przez niego, zdobył ją sobie tak samo, jak i matkę. Otaczała go też staraniem i najczulszą miłością, jak prawdziwa córka, dzięki też temu pobyt obecnie w zamku był bardzo miłym, a Joanna szeptała często do ucha matce:
— Chciałabym na zawsze pozostać tutaj.
Bała się Paryża, bała się wspomnień swoich cierpień, tam przeżytych i krzywd doznanych.
Kiedy admirał słyszał podobne przez nią wyrażane życzenia, uśmiechał się tylko, ukradkiem patrząc na swego przyjaciela Kergora, który bywał kilka razy na tydzień w Vitray.
Nigdy jednak admirał nie wdawał się w ich sprawy. Kergor bywał, polował i zasiadał z nimi do stołu bez ceremonji, lecz nikt z nich nie odezwał się ani słówkiem.
Ale Helena i mąż jej mieli oczy, widzieli jak markiz szukał towarzystwa młodej dziewczyny, najczęściej gdzieś na osobności oddanej swoim marzeniom, jak długo i z przyjemnością z nią rozmawiał.
Lecz po największej części, po kilku minutach rozmowy, Joanna powracała do zamku i zamykała się w swoim pokoju.
Tego dnia przechadzała się samotnie na brzegach skał w Morgat, idąc drogą obrośniętą krzewami tamaryszku, kiedy tak nagle znalazła się w obec markiza de Kergor.
— Szukałem pani, odezwał się markiz, a nawet muszę dodać, jeżeli chcę być szczerym, że czekałem tutaj na panią...
Ledwie zdobyła się wyjąkać:
— To bardzo źle.
— Dla czego?
— Zasadzka!
Zadrżała, wymówiwszy przypadkiem to słowo. Położyła rękę na sercu i westchnęła.
Kergor ukazał jej ręką brzeg, na którym skała wyciętą była w ten sposób, iż tworzyła naturalną wygodną kanapę.
— Usiądźmy tutaj na chwilę — odezwał się.
— Ależ...
— Proszę panią o to!...
Usiadła posłuszna.
Wiedziała co jej chciał powiedzieć, jak również wiedziała, co mu na to ma odpowiedzieć.
— Słyszałem często — zaczął markiz, iż nie masz pani ochoty powracać do Paryża.
— To prawda.
— Wskażę pani na to jedyny sposób.
— Znam go.
— Oddać mi swoją rękę.
Milczała.
— Czy o tym sposobie pani myślałaś?-zapytał.
— Będę również szczerą.
— Tak.
Markiz odezwał się poważnie.
Posłuchaj mnie pani — odparł — nieśmiałbym odezwać się w ten sposób, nie będąc do tego upoważnionym przez admirała. Ze drżeniem zanoszą do pani moją prośbę, gdyż od niej zależy mój los, szczęśliwy jeżeli pani przystanie na moją prośbę, smutny i bezcelowy do końca życia, jeżeli będziesz pani sądziła, żeś powinna ją odrzucić.
— Czy to tak bardzo rzecz poważna? — zapytała, zagryzłszy usta.
— Tak jest, nie lubię czczych frazesów. Od pierwszej chwili kiedy cię tylko ujrzałem, pokochałem cię pani... ze czcią i uwielbieniem...
— Mnie! — wykrzyknęła.
— Dlaczegóż by nie!
— Czyż pan nie wiesz?...
— Wiem wszystko — odparł. — Nic mi pani nie potrzebujesz dodawać, od dawna admirał wyznał mi wszystko. A zresztą cóż on miał takiego do powiedzenia?
Szepnęła cicho:
— Mój błąd!
— Co też pani mówi! Takie co przechodziły próby losu podobne twojemu, a popełniły tylko jeden, są świętemi męczennicami.
Chciała protestować. Markiz zamknął jej usta dłonią.
— Wiem o wszystkiem — odparł — i oto moja na to odpowiedź:
Ukląkł przed nią i wziął jej obie ręce w swoje dłonie:
— Joanno — odezwał się — matki nie mam, lecz gdybym ją miał, byłaby w tej chwili tutaj, prosić cię o twoją rękę, o szczęście dla swego syna. Jestem sam i sam ci to powtarzam. Przysięgam że cię kochać nie przestanę całe życie, tak jak to u nas umieją kochać, uczciwie i szlachetnie, a jeżeli Bóg obdarzy nas dziećmi, to błagać go będę o to, aby one były poczciwe i szlachetne jak ich matka!
Ze łzą w oku zapytał powtórnie:
— Czy zgadzasz się?
Spojrzała w przestrzeń, swemi ciemnemi jak lazur nocy gwiaździstej oczyma, zamyśliła się na chwilę; słysząc w tej uroczystej wieczornej ciszy, uderzenia serca w piersiach Kergora. Pożądanie i miłość widniały z jego twarzy.
Nakoniec szepnęła:
— I ja zapytam się również: Chcesz-że tego prawdziwie i szczerze? Byłoby to wielką szlachetnością.
— Kocham cię!
— A więc przyjm odemnie przysięgę, ponieważ nie chcesz słyszeć wyznania...
— Joanno!
— Na pamięć tego, co wycierpiałam, na zbawienie mojej duszy, przysięgam ci być dobrą i uczciwą żoną!
Schylił się, okrywając pocałunkami jej ręce i skrapiając je łzami radości.
Jeżeli chcecie poznać prawdziwe szczęście, ciche, błogie, spokojne szczęście pod wiejską strzechą, którem dziś gardzą, jedyne i prawdziwe jednakże, jedźcie do dalekiej Bretanji, do Vitray lub do Kergor, a niekiedy do La Roch-Morgat, a ujrzycie jak stare zamczysko rozbrzmiewa weselem młodych jego mieszkańców.
Jeżeli chcecie poznać nudę, próźniactwo, próżnię egzystencji światowej, śledźcie za Maurycym Colombey w jego wycieczkach po Paryżu, w pogoni za rozrywką i przyjemnością nigdy nie nasyconą.
Obojętny, okryty złotem, przepełniony wszelkiego rodzaju uciechami, a jednak nieukontentowany, ciągnie taczkę życia sam, bez przyjaciół i rodziny, pośród swoich myśli, podtrzymywany jedynie przez dumę, aby kiedyś umrzeć w opuszczeniu od wszystkich gdyby żona i córka nie posiadały szlachetniejszego serca od niego.
Bankier Saint-Clair robi więcej dobrego niż kiedykolwiek, lecz w tajemnicy, nie mówiąc nigdy lewicy co daje jego prawica.
Nieraz myśli o swej protegowanej z Molin-Rouge, wątpiąc, czy kiedykolwiek znajdzie podobnej wartości perłę?
Dla czegóżby nie?
Durivelowie są nieśmiertelni! Poczciwy komendant powoli się starzeje w towarzystwie niepoprawnego Gastona, lecz jest zadowolony ze szczęścia swego ulubieńca Fernanda.
Piotr Brecheux wegetuje w okolicy świętego Pawła w Londynie. Chciałby mieć kilka lat więcej, aby módz się swobodnie przechadzać po ulicach Paryża i zobaczyć własnemi oczyma spustoszenia, uczynione piekielną zemstą na obliczu swego wroga.
Kto wie, czy nie doczeka się i tej radości! Tymczasem dostał spleenu.
Cień jego ucznia Jana-Maurycego niepokoi często jego sny.
Jest to sęp, który pożera jego chwałę zwycięzką.
Dom Burlett, Templeton et Comp. na Oxfordstreet powiększony został niedawno nabyciem wspaniałego budynku, równającego się obszarem pierwszemu. Powodzenie ich nieopuściło, chociaż niepodobieństwem jest, aby czasem nie przyszła zła chwila.
Na początku zeszłej wiosny Tom Childs przeniósł się do wieczności z ręki kata w Newgate lecz szanowny pan Templeton nie doznał z tego powodu żadnej przykrości.
Jest to zawsze jedna i ta sama historja mocniejszego! Często widzimy rzeczy, które każą nam powątpiewać o sprawiedliwości Bożej. Lecz tajemnice Jego są niezbadane, a nasze oczy nie ujrzą prędzej światła, aż w eterycznej krainie, która nas czeka po za grobem.
- ↑ Brakujące fragmenty tekstu stron 600 i 606-609 uzupełniono tłumaczeniem wikiskryby Wydarty w oparciu o tekst wydania z Le Petit Parisien z 17.11.1891 strona 3-cia. gallica.bnf.fr