Przejdź do zawartości

Dziewczyna bezimienna/Część pierwsza/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles Mérouvel
Tytuł Dziewczyna bezimienna
Pochodzenie Kurjer Poranny 1893
Wydawca Feliks Fryze
Data wyd. 1893
Druk w Drukarni Rotacyjnej
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. La File sans nom
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VIII.
Dwa wyznania.

Mały salon, do którego służący wprowadził hrabiego, był umeblowany z iście urzędową powagą.
Pan domu musiał zajmować wysokie stanowisko w hierarchji urzędniczej.
W rogu pokoju na czarnym marmurowym piedestale stał biust bronzowy stary, w wielkiej peruce i gronostajowym płaszczu, przedstawiający jakiegoś d’Agessau lub de Molé czasów ubiegłych. Na stole leżały rozrzucone książki i dzienniki, ale dzienniki poważne a książki we wspaniałej oprawie.
Salon ten, przeznaczony na poczekalnie dla zwykłych interesantów, w tej chwili był zupełnie pustym. Nie było ani odwiedzających ani klijentów.
Zaledwie zniknął służący, drzwi się z hałasem otworzyły i młody człowiek, ubrany w kostjum fantazyjny, w miękkim niedbale zawiązanym krawacie, elegancki i wyświeżony od stóp do głów jak kobieta, rzucił się w objęcia marynarza, wołając:
— Bernard, co za szczęśliwy przypadek cię sprowadził! Odkądże to każesz się anonsować.
Uścisnęli się i gospodarz pociągnął przyjaciela do pokoju, z którego wyszedł. Co za zmiana. Pierwszy salon był pełen tajemniczego półcieniu i powagi. Drugi jasny, wesoły, jak buduar kobiecy.
— Siadaj i mów — zawołał paryżanin, podsuwając przed kominek wygodny fotel, obity jasno niebieską materją w drobne kwiatki i sam siadając w drugim na przeciwko przyjaciela, tak gorąco powitanego.
Gospodarz doskonale harmonizował z tem otoczeniem, pełnem przepychu, elegancji i wytwornego smaku: salon był urządzony w stylu Ludwika XV, o jasnem obiciu i meblach i suficie, zapełnionym amorkami i kwiatami.
Był to człowiek jeszcze młody, zapewne w wieku hrabiego, wyglądał na urzędnika sądowego. Jego blond faworyty, wzrok zimny i przenikliwy, twarz matowo blada, wązkie, zaciśnięte usta nie pozwalały wątpić, iż należał do pałacu sprawiedliwości. Widocznem było, i starał się być światowym, swobodnym i ujmującym, a pomimo to był sztywnym i zimnym.
Jan-Maurycy Colombey, inaczej Colombey Saint-Clair, gdyż nazwisko swej żony dołączył do swojego, cieszył się rzeczywiście powagą i uznaniem, jako znakomity adwokat.
Pochodził on z bogatej mieszczańskiej rodziny, jednej z tych, których majątki podwoiły się w tak bajeczny sposób przed piędziesięciu laty, wraz ze wzrostem Paryża, którego grunta w trzeciej części w swych rękach posiadali.
Majątek ten, którego wcześnie zaczął samolubnie używać, potroił się jeszcze przez ożenienie z miljonową dziedziczką, panną Matylda Saint-Clair, córką bankiera, znanego ze śmiałych spekulacji, oryginalności i niepodległości swych osobistych idei.
Michał Saint-Clair, wdowiec oddawna, mający tylko tę jedyną córkę, której oddał swój pałac na ulicy Camben, mieszkał tu także w oddzielnym apartamencie, żyjąc po kawalersku i zdaleka przypatrując się swemu zięciowi, którego nie lubił za sztywność i nietelerancję, jak coraz więcej zaniedbywał swoje sprawy jako adwokat, rzucając się w wir intryg politycznych w ministerjum, gdzie niebawem zdobył dużo wpływu.
Oficer marynarki zaledwie zdołał usiąść na swoim fotelu, kiedy tenże zawołał:
— Ależ tobie coś jest? Wyglądasz jak z krzyża zdjęty... A to co za rana na czole?... Wypadek?
— Nie, to rana od kuli.
— Pojedynek?
— Tak, przed dwoma dniami.
— I nic o tem nie mówią?
— Bo nikt nic nie wie. Czy jesteś jeszcze w ministerium?
— Jako naczelnik wydziału kancelarji.
Hrabia odetchnął.
— Czy potrzebujesz czego odemnie? — zapytał Colombey.
— Tak.
— W jakiej sprawie?
— Przychodzę do ciebie nietylko jako do przyjaciela i kolegi, lecz przedewszystkiem, jako do wpływowej osobistości.
— Czy się czego obawiasz?
— Być może.
— Ty!
— Dla czegoźby nie?
— Czego zatem?
— Skandalu!
— Tam do licha!
— Zdarzył się straszny wypadek.
— Zaciekawiasz mnie. Wytłumacz się jaśniej.
— Oto jak się rzecz miała.
Tu marynarz opowiedział przyjacielowi z najdrobniejszemi szczegółami wszystko, co przeszedł od swego wylądowania w Tulonie, aż do pojedynku z Jerzym de Villers, jego śmierci i rzucenia ciała w morze.
Colombey słuchał z uwagą, nie odzywając się ani słowa.
— Czy jesteś pewnym, iż nikt nie wie katastrofie? odezwał się kiedy hrabia skończył.
— Tak sądzę.
— A pani de Vitray?
— Jest między życiem i śmiercią.
— Jeżeli wyzdrowieje to kiedyś się odezwie.
— Nigdy.
— Ręczysz za to?
— Jak za samego siebie.
— Zatem wszystko da się zrobić! Co dzień giną ludzie i nie wiadomo co się z nimi stało.
— Sprawę umorzycie?...
— Z łatwością... Dziś jeszcze pomówię z ministrem, aby wydał potrzebne rozporządzenia. A zresztą, zastałeś kochanka u żony i byłeś w swojem prawie, tak, że w razie sprawy zostałbyś uniewinniony. Nawetby cię nie sądzono. Zatem to na jedno wychodzi — a zawsze lepiej, że się skandalu i wrzawy uniknie.
— Dziękuję ci, ale to jeszcze nie Wszystko.
— Cóż jeszcze?
— Teraz zwracam się do starego druha i przyjaciela...
— Mów.
— Lecz przysięgnij, że dochowasz tajemnicy.
— Jeżeli żądasz.
— Pozostało się dziecko...
— Co za dziecko?
— Dziecko nieprawe... dziewczynka.
— Spodziewam się, żeś jej nie utopił?
— Nie.
— Cóż się z nią stało?
— O tem mogę tylko sam wiedzieć.
— Dziękuję za zaufanie, — dorzucił ironicznie prawnik. — Czy żyje?
— I żyć będzie mam nadzieję. Chcę, aby jej przyjście na świat pozostało tajemnicą, tak samo jak jest tajemnicą śmierć ojca. Jedyni świadkowie tego, co zaszło... są dwoje starych służących i młoda dziewczyna, pokojowa, nadzwyczaj przywiązana do swej pani.
— A więc?
— Małą powierzono rybakom... Zabrałem ją od nich... W tej chwili jest ona daleko... oddałem ją zaufanej kobiecie, której zabezpieczyłem wszystkie potrzeby, a tem samem i potrzeby dziecka...
— A matka?
— Matka nigdy nie będzie wiedzieć o niej. To kara za jej winy...
— Cóż za okrutny środek.
— Chyba nie okrutniejszy od samej zbrodni!
— Lecz strasznie cierpieć musi?
— Chyba nie więcej odemnie.
— Kochałeś ją?
— Nad życie, przyznaję to.
— I chcesz ją zamordować?
— Sądzę, że nic jej nie będzie.
— Jeżeli umrze będziesz miał wieczny wyrzut sumienia.
— Jest młodą... Była zdrową i silną... Nadzieja i chęć odnalezienia córki doda jej odwagi i energji do życia.
I z złowieszczym uśmiechem dorzucił pośpiesznie.
— Zwodnicza nadzieja, próżne oczekiwanie.
— Teraz ją nienawidzisz?
— Nie wiem czy ją kocham, czy nienawidzę. Czuję tylko, iż jestem szalony i prawie bezprzytomny, a jednak pośród tego chaosu myśli, wytknąłem sobie drogę i tą iść muszę.
— Nie śmiem ci udzielić rady... chociaż sam odemnie jej żądasz...
— Mów.
— Na twojem miejscu, teraz, kiedyś już zaspokoił zemstę... ponieważ główny winowajca spłacił swój dług... zrobiłbym z dwóch rzeczy jedną: rozłączyłbym się... dobrowolnie lub sądownie...
— Nigdy!
— Jednakże tak rozsądek nakazuje...
— Dla tego, aby ona mogła poślubić drugiego, a ja żebym znów przechodził te same tortury zazdrości!.. Nigdy! Należy do mnie i należeć będzie.
— Dobrze... w takim razie nie męczyłbym jej... i oddałbym jej córkę....
— Dowód hańby, żywą pamiątkę utraconego!...
— No to chociaż pozwoliłbym, aby je widywała.... czuwała zdaleka nad nią...
Oficer zrobił ruch przeczący.
— Nie! — odpowiedział. — Odtąd zostaniemy dwoma zbrodniarzami, przykutymi do jednego łańcucha... oboje skazanymi... Nie moja, lecz jej wina!
— Źle robisz! Kiedyś sam to przyznasz!...
— Być może.
— Jesteś bogaty, masz ambicją, a w gruncie masz dobre serce, kiedyś pożałujesz tego, żeś tak strasznie postąpił ze słabą kobietą, chociażby winną, a nadewszystko z niewinnem dzieckiem. Człowiek uczciwy ma tylko jedną drogę przed sobą, prawą, a ty z niej schodzisz!
— Wiem o tem.
— Sumienie twoje zbudzi się kiedyś i nie da ci spokoju.
— Tego się niespodziewam... Liczę tylko na gorzką rozkosz...
— Czy zemsty?
— Zgadłeś.
— Smutna pociecha! Chcesz, to i ja z kolei opowiem ci ciekawą historię.
— Owszem.
— Słuchaj! Kiedyś znałem jednego młodego człowieka, studenta prawa, później adwokata... Był to przystojny młody chłopiec, a do tego bogaty, zdolny i znający swoją rzecz, lecz nadzwyczajnie, dumny i w wygórowanych pragnieniach nienasycony...
— Jak się nazywał?...
— Mniejsza o nazwisko. Tu chodzi o samą istotę rzeczy, o fakty do danego zdarzenia.
— Mów dalej.
— Ten młody człowiek miał stosunek z pewną ubogą nauczycielką, młodą, uczciwą dziewczyną, którą..., mówiąc krótko, zgubił.
— Czy tylko był tego pewnym? — zapytał hrabia.
— Najzupełniej. Młoda dziewczyna kochała go z całem zaparciem się siebie. Trwało to lat trzy. Lecz przyszedł dzień, kiedy stanęła na drodze ukochanemu... Po skończeniu kursów doznał powodzenia przed kratkami. Odtąd miał wszystko: majątek i drogę do sławy. Pożądał jeszcze więcej. Przedstawiono mu bogatą dziedziczkę, wspaniały pałac, posag miljonowy i dalsze nadzieje; został olśniony. Wziął się z zimną krwią do dzieła. Jego nieszczęśliwa kochanka miała wkrótce zostać matką... Urządził jej scenę zazdrości bez najmniejszej racji, rzucił przed nią garść biletów bankowych, coś około dwudziestu tysięcy franków i wypędził od siebie, jak sługę, złapaną na gorącym uczynku kradzieży. Zniosła zniewagę z wzruszającą dumą i godnością, napisała do niegodnego człowieka list pożegnalny i przez wzgląd zapewne na mające przyjść na świat dziecię, wzięła pieniądze i zniknęła.
Ożenił się. Żonę miał piękną, dobrą i bogata. Przez pięć lat szału i bezustannej zabawy, bali, przyjęć różnego rodzaju, polowania lub podróży, starał się zapomnieć uczynionej podłości i nie mógł. Później ten głos sumienia, o którym ci mówiłem przed chwilą, zaczął mu zakłócać spokój nocny, stając się coraz mocniejszym z dniem każdym.
Człowiek ten nie ma pretensji być zupełnie cnotliwym, ale są czyny tak ohydne, że dusza sama się wzdryga i wstydzi swego postępku.
Postanowił zrzucić gniotący go ciężar. Pod pozorem nagłej podróży wyjechał na dni kilka. Opuszczona dziewczyna pochodziła z okolic de Valognes, przypuszczał zatem, iż tam się schroniła.
Pojechał tam. To, czego się dowiedział, przechodziło wszelkie przypuszczenia. Kochanka jego powiła syna. Dała mu imię Jan-Maurycy, imię ojca, lecz w akcie urodzenia nie dała mu nazwiska, jako urodzonemu z niewiadomych rodziców. Następnie sama utopiła się w rzece, która płynie w pewnej odległości od domu jej krewnej, u której się schroniła. Krewna ta, w podeszłym już wieku będąc, umarła wskutek przestrachu przy tej smutnej katastrofie.
Co do dziecka, to wszelki ślad jego zaginął i pomimo wielu poszukiwań, nie można się było nic dowiedzieć. Wierz mi mój drogi, że ten nieszczęśliwy człowiek, pomimo hartu duszy, pomimo bogactwa, zaszczytów i sławy, czuje zawsze i wszędzie głęboką ranę w swem sercu, która mu życie zatruwa i dolega boleśnie. Najstraszniejsze przypuszczenia gonią za nim bezustannie, a okropne widma mieszają się z eleganckim tłumem gości, których przyjmuje w swych salonach. Widzi nieszczęśliwe dziecko, jak nędzne i odarte, bite i głodzone, przeklina go za swój los okrutny, a w końcu, z nędzy, jak staje się złodziejem, mordercą, może. Wierzaj mi i kiedy czas jeszcze, cofnij się, a oszczędzisz sobie w przyszłości żalu, ciężkiego do zniesienia.
Colombe umilkł.
Drobne krople potu wystąpiły mu na czoło. Otarł je cienką batystową chusteczką. Hrabia, zajęty swemi myślami, niespostrzegł tego.
Podniósł się.
— Tutaj rzecz się ma zupełnie inaczej, — odezwał się lodowatym głosem. — Dziecko to nie jest mojem i zostanie skazanem.
— Rób, jak ci się zdaje.
— Załatwisz sprawę z porucznikiem?
— To już postanowione.
— Dziękuję.
— Cóż dalej będziesz robił?
— Chcę wyjechać, zniknąć, co na szczęście jest łatwem w moim zawodzie. Świat jest szeroki.
— Rzeczywiście.
— Jeszcze raz dziękuję i żegnam cię.
Dwaj przyjaciele uściskali się.
— Lepiejbyś zrobił, słuchając mnie, dodał jeszcze Colombey, gdy jego przyjaciel miał wychodzić. Hrabina jest zachwycającą...
— Bezwątpienia.
— Chcesz, to ci jeszcze powiem słowa prawdy?
— Mów.
— Nie staraj się oszukiwać samego siebie. Kochasz ją zawsze....
— To prawda.
— I to szalenie!
— Niestety!
— Będziesz za nią tęsknił, będziesz ją chciał zobaczyć!
— Nigdy! Przepaść jest między nami! Bywaj zdrów!
—Jak chcesz. Żegnam cię.
Hrabia wyszedł.
Zaledwie był na schodach, kiedy biała rączka podniosła portjerę i ciemna główka w nich się ukazała, wesoła i śmiejąca.
Była to pani Colombey.
— Czy jesteś sam, Maurycy? — zapytała męża.
— Sam.
— Kiedy przed chwilą z kimś rozmawiałeś?
— Rzeczywiście.
— Któż to był?
— Jeden z moich dobrych, dawnych przyjaciół, kapitan marynarki...
— Pan de Vitray?
— We własnej osobie.
— Szczęśliwy człowiek! — zawołała młoda kobieta.
— Czy nie prawda?
— Bogaty, utytułowany, mający zaszczytne stanowisko, młody, a już oficer legji honorowej, zdaje mi się?...
— I nie mylisz się...
— A w dodatku prześliczna żona. Ten już chyba niczego nie pragnie...
— Masz słuszność.
— No, myślę, że i ty jesteś w tem samem położeniu? — dodała z uśmiechem żona.
— Bezwątpienia!...
— Brakuje ci tylko legji honorowej.
— Czy chciałabyś, abym ją miał?
— Bardzo. Byłabym dumną z ciebie.
— Pomyślę o tem.
— Czy wiesz, o czem marzę dla ciebie w przyszłości?
— Ciekawym.
— Abyś został za jakie kilka lat komandorem orderu... lub prokuratorem generalnym.
— Ładnie!
— A zresztą choćby... jakim prezydentem...
— Sypiesz jak z rękawa.
— Zaręczam, że twój przyjaciel zostanie wkrótce admirałem
— To bardzo prawdopodobne.
Młoda kobieta spojrzała na męża przenikliwym wzrokiem.
— A czy wtedy już nicby ci do szczęścia nie brakowało? — zapytała.
Odważnie zniósł jej spojrzenie.
— Byłbym zupełnie szczęśliwy — przyznał z zagadkowym uśmiechem, tak samo prawie jak Vitray.
Prawdę mówi. W oczach świata jeden i drugi uchodził za szczęśliwego. A jednak pozory mylą. Najpiękniejsze owoce często robak zniszczenia toczy.
Maurycy Colombey odwrócił głowę, marszcząc brwi. Myślał o nieszczęśliwej kobiecie, która przez niego śmierć poniosła, o biednym swym synu Janie-Maurycym, który w opuszczeniu i nędzy tułał się po świecie. Gdzie był i czy kiedy w życiu go zobaczy?


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles Mérouvel i tłumacza: anonimowy.