Dziewczyna bezimienna/Część pierwsza/VII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Dziewczyna bezimienna |
| Pochodzenie | Kurjer Poranny 1893 |
| Wydawca | Feliks Fryze |
| Data wyd. | 1893 |
| Druk | w Drukarni Rotacyjnej |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | La File sans nom |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Miejsce, w którem wylądował pan na La Roche-Morgat, było prawdziwym labiryntem, przedstawiającym widok nadzwyczaj oryginalny, nazwano go Penhir. Nagle pomiędzy masą ciemno-zielonych kamieni do których się dochodzi przez wyciętą i zniżającą się w tym miejscu skalę, tworzącą mały naturalny port osłoniony pasem ziemi, wznosi się niewielki domek. Odludny, sam jeden w tej stronie, zbudowany niegdyś przez jakiegoś przybysza w te strony, który w krótkim czasie znudził się tutejszym pobytem a nie mogąc domku sprzedać, wynajął go biednemu rybakowi.
Młody rybak, prędzej nawet żeglarz nieustraszony, silny jak maszt okrętowy, żył tu jak rak w norze, nie widząc nikogo i niktby nie odważył się wyrugować go z jego królestwa. Na całym półwyspie de Morgat znają go wszyscy.
Nazywa się Gildas, innego nazwiska nie posiada.
Był podrzutkiem. Powróciwszy z wojska, dostał od księdza rektora z Douarnenez złożoną na jego ręce przez jakiegoś nieznajomego niewielką sumę, za którą kupił sobie łódź i sieci.
W jakiś czas potem schronił się do Penhir, z powodu krwawego zajścia, jakie miał z rybakami z Douarnenez, którzy znieważyli jego żonę, takiego samego jak on podrzutka, lecz dobrą, ładną, oszczędną i pracowitą dziewczynę, a przytem rzadkiej uczciwości.
Gildas był w ciągłej styczności z zamkiem, gdzie ryby dostarczał państwu.
Mieli dwoje dzieci, chowające się tam z całą swobodą pierwotnych ludów.
Cały dzień w piasku, polując na kraby, żywili się ślimakami, tysiącami oblegających odkryte przez odpływ skały, a podczas kiedy matka krzątała się około domu, ojciec z nieustraszoną odwagą narażał życie, aby dostarczyć pożywienia dla ukochanej gromadki.
Dla tego to Helena zaraz pomyślała o tem, aby swoją córkę ukryć w Penhir, gdzie sądziła ją najlepiej ukrytą i powierzoną uczciwej opiece.
Podczas dni jeszcze pełnych trwogi, przed swojem rozwiązaniem porozumiała się z nimi przy pomocy wiernej Ludwiki. Dostarczyła im wszystkiego, co było potrzeba, aby w domu mieli wygodniej i cieplej. Kupiła też dwie śliczne białe krowy bretońskie, zwinne i lekkie, jak kozy, nieocenione skarby w tym kącie zapadłym. Pomieszczono je w szczelinie nadbrzeżnych skał, służącej im za stajnię.
Wnętrze biednej chatki za niewielką cenę stało się schludne i cieple. Razem z maleńką istotką przybywało tu szczęście niespodziewanie.
Gildasowie znani byli z uczciwości. Ona przyrzekła kochać i opiekować się maleństwem, jak swemi własnemi dziećmi, zatem matka była spokojną. Fatalność miała wkrótce zburzyć to szczęście.
Wyszedłszy na ląd, hrabia Bernard zauważył przy świetle gwiazd, iż Gildas jeszcze nie powrócił. Wtedy zaczął szybko iść w stronę małego domku, który widział na pochyłości wśród karłowatych krzaków.
W maleńkich okienkach żadne nie błyszczało światło. Wewnątrz domku wszyscy byli pogrążeni w śnie głębokim.
Hrabia szedł prosto do drzwi i zastukał.
Natychmiast z wewnątrz zapytano:
— Kto tam?
Kapitan odpowiedział:
— To ja, Franciszko, otwórz, mam do ciebie interes.
Widocznie, iż znano tu głos hrabiego, gdyż zaraz światło zabłysło. Kroki dały się słyszeć i drzwi otworzono.
Kobieta, którą pan de Vitray nazwał Franciszką, podniosła w górę świecę, a poznawszy kapitana, ze zdziwieniem krzyknęła:
— Pan?
— Tak, to ja.
— Tak późno!
— Nie mam czasu do stracenia.
— Jak tu się pan dostał?
— Tak samo jak twój mąż. Barką.
— Co pan sobie życzy?
— Zaraz ci powiem.
— Niech pan wejdzie.
Rozmowa ta toczyła się narzeczem bretońskim, pełnym poezji, energji i siły, który potężnym węzłem łączy tych, co nim mówią, choć i bez tego pan de Vitray doznawał wielkiego poważania i życzliwości od okolicznych mieszkańców.
Przyczyniała się ku temu dawna tradycja, olbrzymi majątek, z którego robił szlachetny użytek, gdyż nikt nigdy bez skutku nie zwracał się do jego serca, wreszcie i godność marynarza, zaszczytnie zdobyta, nakazywały uszanowanie i otaczały miłością. Żona Gildasa, jak wiele innych, pod tym wpływem pozostawała.
Kiedy hrabia wszedł do ubogiej izdebki, drzwi pozostały otwarte. Zimny wiatr, dostawszy się do wewnątrz, obudził starsze z dzieci, które zapytało:
— Czy to ty, ojcze?
— Nie. Spij Joel — odpowiedziała matka.
Malec nie kazał sobie tego powtarzać. Za chwilę widać go nie było z szuflady, która służy za łóżeczko dla dzieci, w piętrowych łóżkach w formie szafy lub kredensu, powszechnie używanych na całym Finisterze.
Hrabia odrazu oświadczył cel swego przybycia.
— Przed kilkoma dniami powierzono ci dziecko na wychowanie — odezwał się do młodej kobiety.
— Ależ...
— Dziewczynkę. Nie kłam, wiem wszystko. Kto ci ją przyniósł?
— Stara Rouguen.
— Z La Roche-Morgat?
— Tak.
— Cóż ci powiedziała?
— Że to jest dziecko służącej z zamku.
— Skłamała.
Kobieta milczała. Głos kapitana brzmiał ostro i rozkazująco. Był to głos pana, który mówił dalej.
— Dziewczynkę te musisz mi oddać.
— Panu!?
— Tak, mnie.
— Kiedy?
— W tej chwili.
— Ależ...
— Żadnego ale, gdyż to nic nie pomoże. Znasz mnie.
— Od dawna!
— Nie jestem żadnym złoczyńcą.
— Boże broń, abym coś podobnego myśleć miała.
— Dzieją się rzeczy, których nie możesz wiedzieć. To dziecko mieć muszę!
— Co pan z niem zrobi?
— To moja rzecz.
— Ależ to maleństwo jeszcze.
— Co ci to szkodzi.
— Nie powinnam.
— Czy sądzisz, że nie mam prawa do tego, co robię?
— Nie rozumiem pana.
— Niepotrzebujesz rozumieć. Spiesz się.
Zawahała się. Instynktem czuła, że coś dziecku grozi, a maleństwo już pokochała.
— Zdaje mi się, iż macie dwoje dzieci, — dodał hrabia.
— Mamy.
— Jesteście biedni?
— Tak panie.
— Za dziecko obiecane ci pewną summę?
— To prawda.
— Ile?
— Około pięciuset franków rocznie.
— Rzeczywiście dużo — odparł oficer, — uśmiechając się. Nie chcę cię tych pieniędzy pozbawiać. To, co miałaś otrzymać przez dwa lata, dostaniesz natychmiast.
Wyjął z kieszeni paczkę złota, a rezdarłszy papier wyrzucił na stół luidory, błyszczące przy niepewnem świetle łojowej świecy.
— Gdyby to nie był pan, nigdybym maleńkiej nie oddała za żadne skarby.
Przyrzekłam ją pielęgnować.
— Czy masz zaufanie do mnie?
— Bezwątpienia.
— W takim razie zdaj się na mnie. Jest to przysługa o którą cię proszę. W zamian dostaniesz dziesięć razy taką sumę, jak tę, którą ci dałem przed chwilą.
— Dziesięć razy!
— Gildas będzie sobie mógł kupić porządny dworek, nie narażać życia, zapłacić ten domek, nabyć trochę gruntu i wychować lepiej dzieci.
Franciszka otworzyła szeroko oczy, ze zdumieniem pytając siebie dla czego ten niespodziewany majątek na nią spada? Przeczuwała, iż musiało w tem wszystkiem być coś nadzwyczajnego, wysokość ofiarowanej sumy przekonywała ją o tem dostatecznie. A choć nie wiedziała o wypadkach, zaszłych w zamku i tak została tem uderzoną, iż taki pan jak hrabia de Vitray przyszedł zabrać dziecko umieszczone u niej przez pokojówkę jego żony, bezwątpienia zatem istniała jakaś tajemnicza przyczyna, dla której hrabia tu przybył.
— Nie rozumiem dobrze, co pan hrabia robi — odezwała się ze ściśnionem sercem — wiem tylko, iż go słucham, jako mojego pana, którego znam dawno i któremu nie mogę nic odmówić. Niech pan idzie za mną. Czuję, iż źle robię, nie dotrzymując obietnicy danej matce i ulegając panu. Zresztą — dodała z głębokiem przekonaniem i wiarą dawnych bretonek — Bóg patrzy i widzi wszystko, on zna pańskie zamiary!
Otworzyła drzwi do małej izdebki, oddzielonej od poprzedniej cienkiem przepierzeniem.
W kołysce, splecionej z łoziny, osłonięta firankami z niebieskiej satinki, spała maleńka istotka.
Kobieta wzniosła do góry świecę po nad głowę dziecięcia.
— Biedactwo nie ma jeszcze tygodnia — powiedziała. — Silna jest i zdrowa. Będzie blondynką.
Marynarz patrzył na nią długo, z brwiami zsuniętemi, zmarszczonem czołem i ponurym wzrokiem.
— Jak jej na imię? — zapytał.
— Joanna.
— Nic więcej?
Mnie nie powiedziano nic więcej.
Zamyślił się przez chwilę. Urodziła się w La Roche-Morgat... Z pewnością nie był spisany akt urodzenia... Zatem prawnie jeszcze nie egzystowała.
— To dobrze — odezwał się. — Obwiń ją dobrze w jaki płaszcz, lub chustkę, lub cośkolwiek zresztą.
— Pan chce ją zabrać?
— Natychmiast.
Kobieta się zmięszała.
— Chciałabym, żeby przy tem był Gildas...
— Nie mam czasu czekać na niego.
Musiała się poddać. Wyjęła ostrożnie maleństwo z kołyski, bojąc się, aby ją nie obudziła, powoli owinęła, ociągając się naumyślnie.
— Kocham ją już prawie jak moje rodzone — wyszeptała. — Nie będzie się pan umiał z nią obejść w drodze... to nie pana rzecz!
— Nie obawiaj się!
Oddała lekki ciężar w ręce hrabiego, drżąc z obawy. Pierwszy raz złamała dane słowo. Nie spełniła obowiązku.
Ostry ton mowy hrabiego, całe jego znalezienie się, oraz rana jeszcze nie zastarzała na czole, nie dawały jej spokoju.
— Niech cię Bóg strzeże i zachowa, — zawołała, całując z uniesieniem dziecię i otulając ją kapturkiem od płaszczyka, odprowadziła hrabiego do łodzi. Widziała, jak wsiadł z biedactwem które mu wydała, a oddalając się, słyszała jeszcze przenikliwy głos hrabiego, który wołał na człowieka śpiącego na dnie łodzi:
— Hola, Yaudet. Wstawaj, już miałeś czas się wyspać. Słyszała jak człowiek; ów odpowiedział:
— Na rozkazy panie kapitanie!
Głos nie był pewny, ale Jan Yaudet się podniósł, chwiejąc, wytrzeźwiony przenikającem zimnem nocy, usiadł na ławce, podczas kiedy hrabia wziął ster do ręki, mówiąc:
— Ruszajmy.
Barka popłynęła i niebawem wyszła z portu gdzie się schroniła a wkrótce zniknęła w cieniach nocy.
Gildasowa zwolna powracała do domu niespokojna i niezadowolona z siebie. Wszedłszy na próg zobaczyła błyszczące wśród ciemności złoto i serce jej się ścisnęło na ten widok, pieniądze te, to prawie cena krwi. Zdawało jej się, iż się sprzedała dla tego marnego kruszcu.
— Czyżby jednak mogła postąpić inaczej?
Nie położyła się już, czekając przed wygasłym kominkiem na powrót męża. Co on na to powie?
Wrócił dopiero nad ranem.
Ze świtem młoda kobieta wyszła nad brzeg, wyglądając czy, nie ujrzy na horyzoncie białego żagla. Jak tylko się słońce podniosło wypędziła na paszę swoje białe krówki, które z radością zaczęły skubać ubogą trawę, wyrosłą pomiędzy kamieniami.
Podczas kiedy gotowała dzieciom śniadanie, zapaliwszy ogień z jałowcu i trzciny, rybak powrócił.
Złoto leżało jeszcze na stole, gdzie je hrabia pozostawił.
Zaraz na progu zobaczył je rybak i cofnął się na ten niespodziewany widok.
— Co to jest? — zapytał się żony.
— Pieniądze?
— Właśnie, że pieniądze. Zkąd je masz?
— Ktoś je przyniósł.
— Kiedy?
— Dziś około północy.
Rybak obejrzał się po za siebie podejrzliwym wzrokiem. I bez tego przyszedł w złym humorze. Po zawiezieniu Ludwiki de La Roche-Morgat, wypłynął na pełne morze chcąc skorzystać z wiatru i sieci zarzucić. Połów się nie udał, a do tego wracając spotkał rybaków z Douarnenez, których nigdy nie mógł obojętnie ominąć, zaczęli się kłócić. Jako prawdziwy bretończyk Gildas się bójki nie obawiał. Inni uciekli, ale on stracił drogi czas i zły powracał do domu.
Byłto wysoki tęgi chłop trzydziestopięcioletni, żywy jak iskra, silny i zdrów jak wół. I on czasem bywał łagodnym. Nie dla siebie jednak, tylko dla żony i dzieci.
Poskrobał się w głowę szukając klucza od tej zagadki, podczas kiedy Franciszka krzątała się około gospodarstwa dla uniknięcia burzy.
— Ależ tu jest przeszło tysiąc franków, — odezwał się.
— A pan nam obiecał jeszcze dziesięć razy tyle dodała gospodyni.
Gildas nie zapytał się dla czego. Nie śmiał, tak mu się wydawała podejrzaną ta hojność nadzwyczajna.
Nagle zrozumiał, pobiegł do pokoiku gdzie zwykle spoczywała mała, kołyska stała pusta.
— Ah! rozumiem teraz zawołał przerażony... Dziecko ukradli!...
Kobieta odrzekła spokojnie.
— Nie ukradli, Gildas, nie, to ja sama go wydałam.
— Nieszczęsna, cóżeś zrobiła!
— Ty byś to samo zrobił.
— Nigdy.
Kobieta powtórzyła ze spokojem i łagodnością:
— A ja ci powiadam, żebyś zrobił.
Spojrzał na nią zdziwiony.
— Zaraz ci wytłumaczę dla czego, dodała. — Najpierw człowieka, który był dziś w nocy, znasz dobrze.
— Jak się nazywa?
— Hrabia Bernard de Vitray.
— Ah! — zawołał zdziwiony Gildas, pan Bernard?
— On sam.
— Kapitan?
— No tak.
— Z La Roche-Morgat?
— Chyba nie znasz drugiego?
— On, on! — zawołał zamyślony rybak. — I to on także dał ci tyle pieniędzy?
— A może myślisz, że go o to prosiłam?
— Ależ dlaczego, dlaczego? — myślał Gildas.
— Mieliśmy dostać pieniędzy na wychowanie dziecka, a on nam dał za to, abyśmy tego nie żałowali, że dziecko zabiera.
— A ten drugi?
— Który?
— Ten, który nam także obiecał.
— Ten chce, abyśmy milczeli.
— A więc trzeba milczeć?
— Naturalnie, ponieważ wymaga tego.
— Kiedyś kapitan był dla nas dobrym... Trzeba mu być posłusznym... Co on chce od tej małej?
Kobieta wzruszyła ramionami na znak niewiadomości.
Gildas zebrał pieniądze, lecz zwolna, nie śpiesząc się, jak człowiek, któremu sumienie mówi, iż ich nie zarobił, a brzydzi się jałmużną.
— Czy będziesz jadł? — zapytała Franciszka, stawiając przed nim misę z gorącą zupą.
— Nie chce mi się jeść. Ta pusta kołyska apetyt mi popsuła.
— To tak, jak i mnie... Lecz cóż chcesz, mój drogi? My panami nie jesteśmy.
Rybak przyciągnął do siebie swego najstarszego syna, tłustego pyzatego malca o rudych rozczochranych włosach, położył mu swoją szeroką dłoń na ramieniu, jak gdyby go bronić chciał i powiedzieć:
— Ty się możesz nie obawiać niczego, bo masz ojca, który nad tobą czuwa.
Przeczuwał, iż zabrane dziecko wystawione jest na niebezpieczeństwo, tylko nie mógł odgadnąć na jakie.
A jednak miał zupełną słuszność.
Podczas kiedy ta scena odbywała się w chacie rybaka w Penhir, łódź Jana Yaudet, już zupełnie wytrzeźwionego, zatrzymała się przed jego domkiem. Dniało zaledwie.
Hrabia wysiadł na ląd ze swoim lekkim ciężarem na ręku i wszedł do izby, gdzie na niego oczekiwała Perina, drzemiąc na krześle.
Długo z sobą rozmawiali... lecz o czem?
O ósmej minut dwadzieścia hrabia, otulony w swój płaszcz podróżny, z podniesionym kołnierzem, tak jak wczoraj za przybyciem do Brestu, wsiadł na pociąg, jadący do Paryża. Sam śmiertelnie smutny, siedział zagłębiony w poduszki osobnego wagonu pierwszej klasy.
Nazajutrz o dziesiątej, po nużącej podróży, drżący i słaby po tylu przejściach, pomimo całej mocy charakteru, wchodził na ulicy Cambon do jednego z poważnych i wspaniałych pałaców, urządzonego z nadzwyczaj urzędową powagą?
— Czy pan Colombey jest u siebie? — zapytał odźwiernego.
— Jest.
Wszedł na pierwsze piętro, poprzedzony dwoma uderzeniami dzwonka. Służący stał we drzwiach z zapytaniem:
— Kogo mam oznajmić?
— Hrabia Bernard de Vitray.
— Niech pan hrabia raczy poczekać chwilkę, — rzekł służący, usuwając się, aby przepuścić hrabiego.