Dziewczyna bezimienna/Część pierwsza/V
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Dziewczyna bezimienna |
| Pochodzenie | Kurjer Poranny 1893 |
| Wydawca | Feliks Fryze |
| Data wyd. | 1893 |
| Druk | w Drukarni Rotacyjnej |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | La File sans nom |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Rzeczywiście hrabia wiele rozmyślał, nim przybył do Roche-Morgat, łatwo też pojąć, iż myśli te nie mogły być wesołe. To, co usłyszał od służącej, utkwiło mu, jak kulą w mózgu. Zanadto miał już dużo doświadczenia życiowego, aby nie zrozumieć, że ostatecznie to, co go spotykało, zdarzało się nieraz innym.
W kronikach marynarki znalazłby dużo podobnych wypadków, a zresztą nieraz słyszał, jak sobie oficerowie, nudząc się na statku, opowiadali tego samego rodzaju historje dla rozrywki. Zwykła i niezabawna rzecz owe legiony żon, zostawianych przez mężów całe miesiące i lata, oddanych na pastwę samotności i pokus różnych. Romansopisarze najczęściej czerpią z tego źródła.
Nie ma prawie roku, aby nie wybuchnął podobnego rodzaju skandal, o czem można się przekonać w gazecie sądowej.
Ale hrabia Bernard de Vitray nie był z tych, co takie nieszczęścia przechodzą w milczeniu. Gwałtownym był i kochał namiętnie, duma i miłość własna boleśnie zostały w nim zranione, dlatego też nienawidził również potężnie.
Największą męczarnią dla tego rodzaju charakteru jest zazdrość. Od trzydziestu godzin hrabia nurtowany był zazdrością, która go przyprowadzała do szaleństwa. Znalazłszy się tutaj, musiał użyć całej siły woli, aby od razu nie wybuchnąć.
Podczas podróży najpotworniejsze myśli przychodziły mu do głowy. Krew starych piratów zawrzała w nim całą siłą, podnosząc gniew jego i wściekłość do potęgi, a nie baczny na nic, nie myślał oszczędzać ani siebie ani tych, których w tej chwili nienawidził. Dziadowie byliby dumni z takiego wnuka.
Przed sobą nie widział innej drogi, jak śmierć i zniszczenie. Zdrada nieprzewidziana ukochanej kobiety, której był cała duszą oddany, pozbawiała go zmysłów, odbierała zdrowy rozum, którym się zwykle odznaczał.
Przez drogę jednak w miarę, jak się zbliżał do Brestu, odwaga, zastanowienie i zimna krew, której nieraz potrzebował w swoich morskich podróżach, jako dowódca statków wojennych, powróciła mu na tyle, iż mógł stawić czoło nieszczęściu. Zresztą niewiedział dokładnie całej jego rozciągłości i musiał uzbroić się w cierpliwość.
Zmógłszy gniew, postanowił jak dobry generał zrobić naprzód plan kampanji, aby wiedzieć, z której strony zajść nieprzyjaciela.
Pociąg z Paryża przychodzi do Brestu o 10 rano, przede wszystkiem więc hrabia starał się, aby go nie zobaczono w mieście, gdzie wszyscy go znali. Nazwisko hrabiów Vitray Pleyber jest głośne w Bretanji, a przytem hrabia był panem rozległych posiadłości i tu spędził całą swoją młodość.
Niepewny co postanowi, chciał pozostać w ukryciu dla lepszego wykonania swoich zamiarów, cała trudność zależała teraz tylko na tem, aby mógł znaleźć łódź i dostać się niepostrzeżony z Brestu do La Roche-Morgat. Statek natychmiast się znalazł, gdyż dla okolicznych mieszkańców, kto tylko nosił imię de Vitray, był bardzo poważany.
Wysiadłszy, hrabia podniósł kołnierz od swego okrycia, jak gdyby chciał się zasłonić przed wiatrem, który dął z całej siły, a zwracając się do stojącego przed stacją woźnicy, rzekł.
— Dostaniesz dziesięć franków za kurs do św. Anny. Czy zgoda?
— Siadaj obywatelu.
— Ruszaj.
Obdarty powóz, który wiózł hrabiego skręcił w ulicę Syjamską, tak nazwaną na pamiątkę pobytu w tem mieście ambasadorów jakiegoś indyjskiego królika. Przejechał Penfeld, rozdzielający Brest na dwie połowy, przebył wspaniały most, zbudowany przez Oudrego i wyjechał bramą Conquet. Nędzna szkapa, gorąco zachęcana biczem przez swego pana, wkrótce dowiozła wspaniałomyślnego pasażera de miejsca przeznaczenia.
Ś-ta Anna jest małą wioską, zamieszkałą przez samych rybaków i wdzięcznie rzuconą na brzeg morza, kilka eleganckich willi, ożywia okolicę.
Podróżny wysiadł z powozu, zapłacił i spiesznie iść począł aż do ostatniego domu. Była to raczej nizka mała chałupka, czysto utrzymana, gdyż ład i porządek widniał na około. Przed domkiem suszyły się na słońcu sieci. (Więcej książek Mérouvel’a do pobrania bezpłatnie na Wikiźródłach) Kiedy hrabia stanął na progu otwartych drzwi dużej izby, jedynej zapewne w domu, kobieta młoda jeszcze, zdrowa i niepozbawiona pewnej urody i lepszego ułożenia, którego nabierają służące w pańskiem towarzystwie zamiatała właśnie mieszkanie. Spojrzawszy na wchodzącego, krzyknęła zdumiona.
— Pan Bernard!
— Tak, to ja.
— Niespodziewaliśmy się pana.
— Czy Yandet jest w domu?
— Pojechał do Brestu sprzedać sieci.
— A potem?
— A potem ma wrócić, ale nie wiem o której godzinie.
— Oby tylko nie wrócił pijany.
Gospodyni zrobiła ruch, który oznaczał tę możliwość, albowiem Jan Yaudet lubił trunek i najczęściej powracał do domu pijany, rzadko kiedy omijając karczmy po drodze rozsiane.
Hrabia usiadł na prostem krześle, jak całe sprzęty skromnego mieszkania biedaków, obejmując wzrokiem izbę, w której się całe gospodarstwo mieściło, oprócz łóżka, wstydliwie ukrytego w zagłębieniu ściany, tworzącej głęboką alkowę zwyczajem, tu panującym wszędzie.
Były tu kosze do łapania morskich raków, olbrzymie rondle z blachy żelaznej, bielizna suszyła się przed ogniem z jałowcu, gorejącym na źle zbudowanym kominie, w jednym kącie izby kartofle, w drugim pęk sznurów na sieci, w górze u sufitu porozwieszane ryby, suszyły się obok pęków cebuli i worków z fasolą i bobem.
Ale pomimo tego pozornego nieładu, było w izbie czysto i przyjemnie, marynarz też z widocznem zajęciem patrzył na otaczającą go prostotę. Czuł się między swoimi.
Gospodyni porzuciła miotłę i z przyjaznym uśmiechem stanęła przed podróżnym, który oparty o poręcz krzesła patrzył zamglonym wzrokiem.
— Jakim cudem przyjechał pan tutaj, panie Bernardzie? — zapytała.
— Masz rację, że tylko cudem.
— Jak to pan mówi! Co się panu stało? Widzę, że się musiało, coś stać niedobrego.
— Dla czego?
— Bo czuję, iż coś panu dolega i boli.
— Nie mylisz się, Perino.
— Słodki Jezu! Co panu brakować może? Kto jak kto, ale pan powinien być szczęśliwy.
— Masz racją.
Perina wykrzywiła usta. Naprawdę niepodobał jej się sposób mówienia hrabiego, przeczuwała coś złego.
— Co panu jest? — zapytała jeszcze raz, zbliżając się.
— Najpierw chce mi się jeść.
Odskoczyła zdziwiona. Taki pan miałby być głodny. Nic nie rozumiała.
— Od wczoraj rana nic w ustach nie miałem, — wytłumaczył jej marynarz.
Co to miało znaczyć, biedna kobieta zachodziła w głowę. Jakieś nadzwyczajne zdarzenie mogło tylko sprowadzić coś podobnego, aby hrabia Bernard de Vitray, tutejszy pan i obywatel, kapitan fregaty i oficer legji honorowej, a nadewszystko niesłychanie bogaty, głodny przybywał z Brestu! Co więcej bo wcale nie jadł od dwudziestu czterech godzin! Bretonka nie wierzyła własnym uszom.
— Niechże pan zaczeka — odpowiedziała — zaraz przyrządzę śniadanie, ale nie takie jak kiedyś, za czasów kiedy młodą byłam i mieszkałam u państwa. O, te czasy dawno już minęły.
Ciężko westchnęła.
— Chciałam koniecznie wyjść za Jana, bo był ładny chłopiec. Nie myślałam o niczem więcej. Piękność zniknęła, a teraz...
— Pozostał nałóg.
— Otóż to. Ah! Mój Boże, dla czego nie posłuchałam pana.
— Byłabyś jeszcze może w Vitray u ojca twego, spokojna i szczęśliwa... ale chciałaś sama czego innego, moja biedna Peryno! Cóż robić, a przecież byłaś młodą, piękną i dobrą dziewczyną. Ale takie widać było twoje przeznaczenie! I każdy ma swoje cierpienia, które dźwigać musi! Czy myślisz, że mnie lepiej?... Bardzo się mylisz!
Przez ten czas Peryna kladła nakrycie dla swego dawnego pana.
Na rogu stołu położyła czystą cienką białą serwetę, starannie zachowaną z lepszych czasów, a może otrzymaną od hrabiego w podarunku na wyprawę ślubną, gdyż hrabia zawsze ją lubił.
Postawiła dwa talerze, szklankę, karafkę jabłecznika, złoto lśniący omlet, który zawsze i wszędzie najprędzej znaleść można.
Uderzyły ją ostatnie słowa kapitana.
— Usiądź pan tutaj — rzekła do niego łagodnie, przysuwając do stołu krzesło, — ale sprawia mi pan dużo zmartwienia.... doprawdy... nigdy jeszcze nie widziałam pana w takim stanie.
Usiadł posłuszny. Rzeczywiście był bardzo głodny, a natura nigdy nie traci praw swoich. Machinalnie spożywał wszystko, co mu podsuwała towarzyszka jego lat dziecinnych, wypróżniał szklankę za szklanką kwaśnego płynu i łykał omlet z czarnym chlebem, nie myśląc o tem, co robi i gdzie jest.
Jedna, jedyna myśl opanowała go od wczoraj. Więc też gdy poczciwa bretonka czuwała, aby mu usłużyć przy śniadaniu, powoli zaczął się spowiadać przed nią ze swego nieszczęścia.
— Kochana Peryno, — mówił do niej dawnym poufałym, serdecznym tonem — nie powinienem mówić o tem do ciebie, bo wiem, iż kiedyś... dawniej... cierpiałaś równie, jak ja dzisiaj.
Bretonka żywo położyła rękę na sercu.
O tak! kochała kiedyś Bernarda swego pana... Wyszła za mąż jedynie z desperacji i nieraz gorzko tego żałowała. Uczucia swego nigdy nie wyjawiła, lecz młody chłopiec sam je odgadł. Jako prawdziwa córka Bretanji z odwagą zniosła swój los okrótny bez głośniej skargi lub jawnej boleści, rozpacz swą kryjąc na dnie duszy.
A zresztą nie mało jest takich, jak ona, w Bretanji od Rennes do Brestu znalazłby całe legjony jej podobnych.
Hrabia mówił dalej:
— Tracimy rozum, kiedy jesteśmy zakochani... i ze mną się to samo stało; pokochałem dziewczynę równie biedną, jak ty, ale o wiele mniej wartą od ciebie... Szalony! ubóstwiałem ją... Nie było tego, czegobym dla niej nie poświęcił... Co chcesz? Kochałem ją... kochałem nad życie... lecz ona mnie nie kochała... Jest to zwykła bardzo historia! Ona też...
Chciał powiedzieć:
— Ona też mnie zdradziła!
Zatrzymał się... wstyd go dławił.
— Czy masz trochę kawy, Peryno? — zapytał.
— Mam, ale nie tak dobrej, jakbym chciała.
— Jeżeli jest dobrą dla ciebie to i ja się napiję. Tej nocy i tak spać z pewnością nie będę.
— Dlaczego?
— Przykry obowiązek mam do spełnienia, aż się boję.
— A przecież pan mi mówił, że potrzebować będzie mego męża?
— I tak jest.
— Na co?
— Czy macie łódź własną?
— Mamy tę, którą nam pan kupił.
— To dobrze.
— A dlaczego się pan pyta o nią?
— Jan mógł ją już dawno przepić.
— Jan tylko to robi, co mu pozwolę, zawołała kobieta z mocą, — a tej barki za nicbym nie sprzedała.
— Zatem mogę nią popłynąć do La Roche-Morgat?...
— Jeżeli pan sobie tylko życzy.
— I to podczas nocy?
— W nocy?...
— Nie chcę, aby mnie zobaczono.
Bretonka nic na to nie odpowiedziała. Dziwiła się jednak nie pomału, dla czego hrabia de Vitray chce, żeby go nie widziano przybywającego do własnego domu, jednak nie śmiała się zapytać, co to znaczy.
Godziny mijały.
Hrabia w ponurem milczeniu siedział przed kominkiem. Nareszcie, po kilkogodzinnem oczekiwaniu, rybak zjawił się w domu, ale ponieważ zatrzymywał się po drodze z Brestu nie w jednej szynkowni, zatem ledwie mógł utrzymać się na nogach.
Jak zwykle musiał wielokrotnie zajrzeć na dno kieliszka... wódki, która zatruwa mieszkańców całego Finisteru, pomimo żandarmerji i władzy.
Stan jego zupełnie różne wywołał uczucia w Perinie i u jej dawnego pana. Perina gniewała się i wstydziła zarazem, kapitan zaś uśmiechał się. Było mu to na rękę, że Jan był pijanym.
O w pół do siódmej wsiadł do łodzi.
Benard de Vitray wprawną ręką podjął żagiel, wziął ster i rzekł do Jana:
— Połóż się i śpij.
Na co tenże zaledwie był zdolnym odpowiedzieć:
— Dobrze panie kapitanie.
Zdaleka Perina patrzyła na statek, kołyszący się na falach, zdając się czytać we wzroku pana te słowa:
— Tej nocy jeszcze tu powrócę, czekaj na mnie.
Perina w ten sam sposób odpowiedziała:
— Dobrze. Licz pan na mnie.
Wiał przyjazny wiatr z północo-zachodu. Niebo pokrywało się przezroczystą mgłą, unoszącą się nad wodami.
Ze św. Anny łatwo się dostać do skał Roscanvel i Camaret, ale dalej potrzeba się mieć na baczności i posiadać wprawę dobrego marynarza.
Jan Yaudet chrapał w najlepsze na dnie statku, ale mógł zasypiać bez obawy. Wprawna ręka hrabiego kierowała statkiem, jak dobrze wyuczonym wierzchowcem. Dziedzic z La Roche-Morgat znał każdą przeszkodę, każdą ukrytą pod wodą zasadzkę lub skałę, o którą wątła łódź rozbiłaby się na kawałki.
W miarę, jak się zbliżał do celu, serce mu biło z całej siły.
Nakoniec gdy się znaleźli na wprost zamku, ciemność już panowała zupełna, lecz przy blasku zasianego gwiazdami nieba ciemne jego mury wyraźnie się rysowały na niebieskiem tle nieba. Żółte światło błyszczało w dwóch wysokich oknach pierwszego piętra.
Marynarz odetchnął głośno. Jego przypuszczenie zamieniało się w rzeczywistość. Ta, której szukał, była tam. W nieobecności hrabiny z pewnością byłoby tu ciemno.
Wtedy schylił się do Jana, szarpiąc go za rękę, aby się przebudził:
— Pozostaniesz tu i będziesz na mnie czekał — rozkazał.
— Dobrze panie kapitanie.
Jednocześnie podał mu blaszankę z wódką, którą pijak chciwie uchwycił.
— To dla ciebie, abyś się tu nie nudził — powiedział żartobliwie — pij, ile możesz, ale nie ruszaj się ztąd!
— Dobrze panie kapitanie.
O dziesiątej Bernard de Vitray wysiadł na ląd u stóp skały, na której wznosił się zamek. Morze przybierało, ciągnąc za sobą masę kamieni, które są w wielkiej obfitości na półwyspie de Croyon, z hałasem rzucając je o ziemię.
I zaczął iść w górę kręta, prostopadłą ścieżką, która dochodzi do zamkowego tarasu. Następnie przebiegł ogród i skierował się do domku dozorcy.
Pies lekko zaszczekał, lecz zaraz umilkł, poznawszy pana.
Żadne światło nie przechodziło z wewnątrz, stary ogrodnik i jego żona musieli spać jak zabici. Zapewniwszy się z tej strony, hrabia oddalił się, wszedł do zamku przez drzwi od kuchni, które nie były zamknięte.
Dalej wiemy, co nastąpiło. Wchodząc, spodziewał się zastać tylko żonę i zmusić ją do przyznania się do winy. Lecz w jaki sposób, sam nie wiedział, jak nie można odgadnąć, jakie myśli rodzą się w chorym umyśle człowieka, śmiertelnie ranionego!
Przypadek chciał, iż znalazł oboje winnych. Nim wszedł, zatrzymał się i słyszał, co mówili.
W pierwszej chwili chciał wejść i zabić ich oboje. Po namyśle zdecydował się na co innego, mówiąc sobie, iż człowiek, jego stanowiska i imienia, nie powinien napadać na bezbronnego nieprzyjaciela.
Wtedy to drzwi otworzył, ukazując się pozornie spokojny, siłą woli hamując wściekłość nim miotającą. Lecz dając broń człowiekowi, który go śmiertelnie zranił i stając z nim do walki był przekonany, iż przez to samo wypełniał wszystko, co było w jego mocy i spełniał swój obowiązek co do joty.
Na głos porucznika: „Zaczynajmy“, padł strzał jeden i jednocześnie prawie dał się słyszeć drugi.
To nie hrabiego broń wypaliła.
W pokoju, gdzie hrabina leżała bez życia na ziemi, panowała głęboka cisza.