Przejdź do zawartości

Dziewczyna bezimienna/Część pierwsza/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles Mérouvel
Tytuł Dziewczyna bezimienna
Pochodzenie Kurjer Poranny 1893
Wydawca Feliks Fryze
Data wyd. 1893
Druk w Drukarni Rotacyjnej
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. La File sans nom
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


IX.
Gdzie jest mowa o pewnej małoznaczącej osobistości.

Jan-Maurycy Colombey własną swoją historję opowiedział Bernardowi de Vitray. Można się było zresztą domyśleć. Był to maleńki epizod z czasów jego młodości.
Szkoda, że zapomniał o drugim, któryby mógł również zainteresować dawnego kolegę i przyjaciela.
Ten jednak najzupełniej wyszedł mu z pamięci. A jednak ten zapomniany epizod miał być wielkiego znaczenia dla niego i dla wielu osób tego opowiadania, oraz wywrzeć stanowczy i zgubny wpływ na ich losy.
Trudno uwierzyć, a jednak prawie cały ten dramat wzięty jest z rzeczywistego życia, po prostu, bez wielkiej zmiany.
Maurycy Colombey, jak go będziemy nazywać, gdyż piękna Matylda Saint-Claire, zostawszy jego żoną, zniosła pierwsze imię Jan, jako pospolite i zbyteczne, Maurycy Colombey ściągnął na siebie nienawiść dziką, niczem niepohamowaną i to prawie bezwiednie.
La Fontaine, który sam posiadał więcej rozsądku, niż wszyscy jego współcześni razem zebrani, powiedział w jednej ze swoich bajek „Lew i komar“, jeżeli się nie mylę, że z pomiędzy naszych nieprzyjaciół, tych powinniśmy się obawiać, którzy nam się wydają najmniejszymi.
Miał on wielką słuszność.
Mali są niewidzialni. Można ich niewidzieć lub nimi pogardzać, jak nędznemi mikrobami. A mikrob raz się do nas dostawszy, ogarnia nas całych i powoli zamienia w proch marny.
Maurycy Colombey, mieszczanin starej daty, bogacz i pan miljonowej renty, zamkniętej w ogniotrwałej kasie, ten człowiek tak pewny siebie zawsze i wszędzie, pewny szacunku i poważania ludzi, w trzydziestym roku zaszczycony orderem, nie popełniwszy żadnego czynu, któryby się nazywał zasługą, Maurycy Colombey choć nie był orłem, miał jednak wielką potęgę: złoto.
Słowem, był panem swego położenia nie obawiał się jutra. Tak przynajmniej sądził, on sam, a z nim razem tego samego byli przekonania jego koledzy i przyjaciele, których karmił i poił, zapraszając na doskonałe obiady.
Człowiek ten, tak lubiany, zepsuty pochlebstwami, otoczony orszakiem przyjaciół i dworem pieczeniarzy, podobny był do tych ludzi, co z pozoru wyglądają na tęgich i zdrowych, a którzy jednak noszą w sobie zarodek śmiertelnej choroby, jadowitego potwora, zwanego mikrobem, który z niestrudzoną wytrwałością zwolna prowadzi ich do ruiny, pożerając wszystkie zdrowe cząsteczki ciała, gotów zginąć tylko z nimi razem.
Mikrob Maurycego Colombey’a, był tak maleńkim, iż chory wcale go nie zauważył, tak tajemniczym, że najmniejszego nie wzbudzał podejrzenia o swej egzystencji, tak słabym i wątłym, iż potrzebował użyć długiego przeciągu czasu do wykonania swojego dzieła.
Mikrobem owym był człowiek nazwiskiem Piotr Brecheux.
Około 1867 r. członkowie rodziny Brecheux’ów, byli zamożnymi dzierżawcami w Normandji. Znano ich bardzo dobrze w Bayeux, zkąd niedaleko trzymali dzierżawą od Colombey’a, folwark la Sauvagère, płacąc kilka tysięcy franków rocznie czynszu. Folwark ten przechodził z ojca na syna przeszło od lat pięćdziesięciu.
Często się zdarza, że w tak długim okresie czasu niejeden z dzierżawców zostaje właścicielem ziemi, zroszonej własnym potem. Tutaj jednak było przeciwnie i niewiadomo czemu to można było przypisać, czy niedostatecznej uprawie, czy też złej ziemi, z której trudno było mieć zbiór obfity, dosyć, że Brecheux’owie nie mogli nigdy związać końca z końcem i wiecznie byli w kłopotach finansowych.
Wyznać należy prawdę. Folwarczek nie był zupełnie zły i można było się opędzić biedzie. Normandja jest dobrą matką karmicielką, a jej dzieci mają pod dostatkiem chleba. Łąki jej mają bujną obfitą trawę, a drzewa uginają się pod jabłkami. Ma także doskonałe masło i poszukiwane owce, które jeszcze na dziesięć mil od morza uważane są za najlepsze na rzeź.
Lecz można przebywać w bogatym kraju, a samemu nie mieć co jeść.
Co prawda, to rodzina ta nie miała powodzenia.
Najpierw ziemia nie była zupełnie dobrą. Jabłonie tu najgorzej rodziły na okolicę, pastwiska ubogie, w jednym miejscu były suche, to znów błotniste, a w dodatku ojciec Piotra, Dominik Brecheux, jak również i dziad jego, mieli zgubny nałóg, który ich drogo kosztował. Lubili zapijać sprawę. Żaden targ ani jarmark nie przeszedł w Bayeux, żeby ich tam nie widziano po szynkach, grających w domino lub karty, przesiadywali oni całemi dniami ze zgrają obdartusów, którzy ich ogrywali z przyjemnością, popijając kwaśnem winem.
To już było stałym zwyczajem.
Łatwo zrozumieć, gdzie szły pieniądze, z trudem z ziemi wydobyte. Jakieś kilkadziesiąt franków nie starczyło na długo.
Handlarze wołów i baranów, którzy przychodzili po swój towar w okolice Coen, najczęściej stanowili ich kompanje, a ci żartować nie lubią.
Ojciec Dominik, dobroduszny człeczyna, nie dorównywał im sprytem, ani siłą głowy i pięści.
Jednego ranka, po skończonej partji która cały dzień trwała, został bez grosza przy duszy. Na domiar złego i rok był nieszczęśliwy, deszcze popsuły pasze, grad potłukł zboże i jabłka, a najpiękniejsze krowy wyzdychały.
Nieszczęście zawsze idzie w parze. Od sześciu miesięcy zalegał w opłacie czynszu młodemu dziedzicowi. W niedługim czasie dług ten wzrósł do dziesięciu tysięcy franków.
Nie było to znów tak strasznem, a przy pracy i oszczędności, łatwo było zapełnić lukę.
Dominik sam tak sobie wyobrażał.
Poprzysiągł też żonie, zacnej i dobrej gospodyni, która jednak nie mogła sama podołać złemu, iż nie wyjedzie po za obręb folwarku, dopóki nie spłaci długu.
Przysięgał w dobrej wierze.
Biedna kobieta z chęcią uwierzyła, nie tracąc odwagi, dumna z postanowienia męża. Przyszłość była przed niemi, nic jeszcze nie było straconego. Myślała iż rozpaczać nie powinna, bogaty dziedzic upominać się natarczywie o pieniądze nie będzie, tyle lat tu przeżyli, mieli przecież pewne względy u niego, po trochu zbierać będą i spłacać długi, a tymczasem syn ich Piotr skończy lyceum w Caen, i także im pomoc przyniesie.
Świetne marzenia, brutalna ręka w niwecz obróciła.
Jednego majowego ranka, około godziny 7, stara sługa zawołała pani, która od kilku godzin krzątała się po podwórzu:
— Pani gospodyni, goście przyjechali.
— Któż taki?
Służąca mruknęła niewyraźnie:
— Gość nieproszony.
Biedna kobieta przybiegła zdyszana, na chwilę nie wyobrażając sobie co ją czeka. Jednak na progu domu, zdjęta przeczuciem, przycisnęła rękę do serca.
Na drodze przed domem stała zabłocona karjolka, dobrze znanej osobistości w okolicy Bayeux, z której właśnie wysiadał jakiś pan, świeży, okrągły, niestary, z wesołym na ustach uśmiechem. Ubrany przyzwoicie, z pewną nawet dbałością o swoją powierzchowność, z dobrodusznym wyrazem na twarzy, nie wyglądał wcale zastraszająco, witając się z poufałą serdecznością z gospodynią.
Osobistością o tak obiecującym obliczu, był we własnej postaci pan Cervin, rządca i plenipotent majątków w Bayeux.
Trudno sobie wyobrazić kogoś bardziej uprzejmego w obejściu, uprzedzającego w każdym słowie, a przy tem zawsze wesołego i nieunoszącego się nigdy, jak pan plenipotent Cervin. Tylko dowierzać tym pozorom było nierozważnie.
Pan Cervin raz wziąwszy w swoje ręce nieszczęśliwą ofiarę, nie miał żadnych względów i frazesów długich nie używał. Proźby nie miały żadnego skutku. Uznawał tylko pieniądz.
Z łatwością wytrzymałby próbę, którą się szczycą w Normandji. „Rzućcie normandczyka do sufitu, a z pewnością się pułapu uchwyci”.
Zaś modlitwa jego codzienna musiała zawierać pamiętne słowa towarzysza Wilhelma Zdobywcy:
— Miłosierny Boże, nie dawaj mi skarbów tego świata, lecz dozwól, abym przebywał zawsze z tymi, którzy je posiadają.
Przytem znał się doskonale na wszelkiego rodzaju interesach, i sprawy swoich klijentów załatwiał z zupełnym ich zadowolnieniem. Nieszczęśliwi dzierżawcy z la Sauvagère, przekonali się o tem wkrótce.
Od chwili jego porannej wizyty, pozwy i sądowe wyroki, zajęcia, wezwania urzędowe, spisy inwentarza, następowały jedne za drugiemi.
Pan Cervin naglony zresztą rozkazami właściciela, co trzeba dodać na jego usprawiedliwienie, wypełniał je z zimną krwią i spokojnym uśmiechem, podobny biegłemu chirurgowi, który robi z zadowoleniem ciężką operacją. A nawet często mu się zdarzyło powiedzieć dowcipne słówko, którym bawił nieszczęśliwe ofiary, zasiadając z niemi bez ceremonji do stołu, dla zjedzenia obiadu lub kolacji. Nigdy tylko nie udzielił nikomu żadnej zwłoki, nie odroczył sprzedaży zbiorów na pniu, lub sprzętu w stodole, i zawiódł by się ten, któryby na to liczył.
Z Dominikiem Brecheux, pan plenipotent urządził się galopem, tak, iż w kilka tygodni, całe foljały urzędowych papierów spadły jak grad po burzy. Przez trzy miesiące, same koszta sprawy wynosiły przeszło tysiąc pięćset franków.
Mieszkańcy z la Sauvagère zostali goli jak święci tureccy. A co gorsza, że po egzekucji, w całej okolicy niktby im jednego grosza nie pożyczył. Była to zupełna ruina.
Tenże w tym czasie kończył właśnie swoją retorykę i nie wiedział o bożym świecie, lecz wkrótce nadeszły wakacje. Biedny chłopiec powróciwszy do domu rodzicielskiego, doznał strasznego zawodu.
Niemógł poznać ubogiej chaty, wszystko było zrabowane, puste i zniszczone, jak po pożarze, nie zostawiono ani jednego konia, krowy, lub barana, pustka wiała z każdego kata.
Trzeba im się było ztąd wynosić jak ostatnim nędzarzom. Lecz gdzie iść i co dalej robić mieli?
Młody chłopiec powziął myśl, którą mu natchnęła jego młodość i poczciwe serce.
Zdawało mu się, iż zło, które na nich spadło, mogło być zrobionem bez wiedzy Maurycego Colombey’a, którego wprawdzie nie znał, lecz słyszał jak o bożku, opływającym w bajeczne skarby: powiedział sobie, iż niepodobieństwem jest, aby taki bogacz mógł traktować z taką surowością tyloletnich dzierżawców; sądził iż potrafi tak rzecz przedstawić, iż bogacz wzruszony losem biedaków, poratuje ich i wydźwignie z nędzy. A przytem wiedział, że Maurycy Colombey jest młody, szczęśliwy, bogaty i że w tym wieku niepodobna, aby był bez miłosierdzia dla tych, co mu od tak dawna służyli.
Piotr Brecheux, miał kilku kolegów w okolicy. Od jednego z nich pożyczył pięćdziesiąt franków i z temi pieniędzmi puścił się w drogę do Paryża, pełen dobrej wiary i nadziei, spodziewając się z łatwością zobaczyć z Maurycym i otrzymać dobrą wiadomość, którąby chciał lotem ptaka zanieść zrozpaczonej matce.
Biedaczysko nie przeczuwał wcale co go czeka.
Maurycy Colombey w tej epoce zaledwie od kilku lat dziedzic majątku rodzicielskiego nie był jeszcze ożenionym. Była to chwila jego stosunku z młodą nauczycielką Różą Berlot, którą w kilka miesięcy potem miał porzucić, zajmował on apartament we własnym domu na bulwarze des Capucins.
Piotr Brecheux był tam kilka razy, trzymując zawsze prawie tę samą odpowiedź. Pan nie przyjmuje!“ „Pan w tej chwili zajęty!“ albo „Pan wyszedł.“ A tu jego ubogi zapas się wyczerpywał.
Z kilkunastoma frankami nie można długo pozostać w Paryżu. Jednego poranku, mając zaledwie dziesięć franków w kieszeni, zaczął tak usilnie nalegać o widzenie się z panem, że służący odważył się pójść, aby przedstawić jego prośbę panu i powrócił z tą odpowiedzią:
— Proszę za mną!
Biedny chłopczyna zadrżał.
Nakoniec!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles Mérouvel i tłumacza: anonimowy.