Dziewczyna bezimienna/Część pierwsza/III
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Dziewczyna bezimienna |
| Pochodzenie | Kurjer Poranny 1893 |
| Wydawca | Feliks Fryze |
| Data wyd. | 1893 |
| Druk | w Drukarni Rotacyjnej |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | La File sans nom |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Człowiek rzadko jest ostatecznie złym ale też nigdy nie może być zupełnie dobrym. Szwaczka bardzo dużo powiedziała. Mogłaby jednak powiedzieć daleko więcej, ale pomimo całej przewrotności charakteru, pomimo złośliwej ści i żółci, nie posunęła się aż do okrucieństwa.
Zresztą bała się także hrabiego. Zewnętrznie był spokojnym, gdyż siłą woli panował nad sobą, ale twarz blada, palce konwulsyjnie zaciśnięte, wzrok obłąkany, wskazywały straszną wewnętrzną walkę. Znanym był z niepohamowanej gwałtowności.
Służba podczas pobytu państwa w Bretanji, niemało się nasłuchała opowiadań o przodkach hrabiego i Justyna wiedziała o tem, iż pan jej odziedziczył to samo gwałtowne usposobienie, którym się jego dziadowie odznaczali, przypuszczała zatem łatwo, co może nastąpić po tem, co powiedziała.
Na chwilę nie wątpiła, iż nastąpi katastrofa. Powodowana resztką lepszego uczucia, które jeszcze zachowała, zatrzymała się w połowie drogi, zadawalniając tem, iż wskazała ślad, mówiąc ze zwykłą sobie lekkomyślnością teraźniejszych sług:
— Niech sobie robią, co chcą dalej, to nie moja rzecz!
Oprócz tego choćby nawet chciała, nie mogła objaśnić hrabiego, kto był kochankiem jego żony.
Został zdradzony. Dowód tego niezaprzeczony istniał, zatem kochanek być musiał, ale nikt go nie znał, nikt nigdy go nie widział. Nigdy służba hrabiny nie powzięła najmniejszego podejrzenia kto nim był. W tym razie nawet, stróż nie był lepiej powiadomiony od pokojowej, lokaja lub stangreta.
Nazajutrz, po dniu, w którym hrabia Bernard de Vitray niedostrzeżenie mógł przejechać przez Paryż, w La Roche-Morgat, w zamku od strony morza dwa okna świeciły bladym światłem. Zresztą głęboki spokój panował naokoło tej dzikiej siedziby.
W oficynie, ukrytej po za krzewami, w mieszkaniu dozorcy ostatnie światełko zagasło. Panowała ciemność zupełna.
Dwa oświetlone okna, położone o 10 metrów po nad tarasem, mają zewnątrz okrągły kamienny balkon, który je łączy. Balkon ten zdaje się wisieć po nad przepaścią, gdyż zaledwie wązki kawałek tarasu oddziela go od stromej, wysokiej na trzysta metrów skały, u stóp której bije potężny Ocean.
Zamek La Roche-Morgat wznosi się z niepojętą zuchwałością w tem miejscu. Oświetlone okna wychodziły z olbrzymiej komnaty, urządzonej ze średniowieczną powagą.
Belki u sufitu, makaty, okrywające ściany, wielkie łóżko z kręconemi kolumnami, olbrzymi komin, w który wiatr wpadał z całą siłą huraganu, meble o prostej poręczy, nie są z obecnej chwili, ale raczej z tej epoki, kiedy tu wojowano z anglikami. Przynajmniej tak zdawaćby się mogło.
W komnacie tej, młoda dwudziestoletnia kobieta, blada i osłabiona, siedziała, a raczej leżała na kanapie z głową opartą o poduszki.
Pomimo bladości oblicza, była niezaprzeczenie piękną. Od razu można było poznać oryginał portretu, w który wpatrywał się hrabia de Vitray w swojem mieszkaniu na bulwarze Haussman’a.
Rysy twarzy nadzwyczaj delikatne, jasne niebieskie oczy uderzały wielką łagodnością i słodyczą. Białe, prawie przezroczyste ręce, spoczywały na krawędzi fotelu. Jasne blond włosy, ślicznego popielatego odcienia, trochę z tyłu podniesione, spadały na ciemny popielaty szlafroczek który ją okrywał.
Młodą tą kobietą była hrabina Helena de Vitray.
Dlaczego przybyła tu, aby się ukryć właśnie pod dachem męża, czego powinna była uniknąć koniecznie, jest jednak wynikiem bardzo naturalnem.
Bywała tutaj często, sama albo z mężem, wiedziała, iż dozorca zamku i jego żona są jej bardzo życzliwi, sądziła zatem, iż z łatwością ich sobie pozyska i powierzy swoją tajemnice, a oni jej dochowają przez wzgląd na nią i na hrabiego, którego podobne odkrycie by zabiło. Wierzyła w uczciwość i szlachetność starych bretończyków i pośpieszamy dodać, iż się nie omyliła.
Nieszczęście nie wyniknęło z ich przyczyny, ale raczej z przypadku, lub przeznaczenia, jeżeli można tak powiedzieć.
Myślała również, iż w tej samotnej okolicy wyszukają jakiej kobiety za mamkę, a jej wierna pokojowa Ludwika przyjmie na siebie winę swej pani, ona zaś przez to będzie mogła widywać dziecko i opiekować się niem.
Hrabia powrócić miał znacznie później, za kilka tygodni, przypuszczała więc, iż dosyć będzie czasu, aby wyzdrowieć mogła i powrócić do domu, a tem samem ocalić honor i życie swoje. Mylne przypuszczenia, które z dymem się rozwiały.
Była więc pełna trwogi i obawy na myśl o niebezpieczeństwie, w jakim pozostawała, chwilami łudząc się nadzieją pomyślnego obrotu rzeczy, a przytem jeszcze słaba, gdyż zaledwie przed kilkoma dniami matką została.
Dziecko umieszczono o trzy kilometry od zamku, u biednych uczciwych rybaków. Ludwika zaniosła je sama. Rybaczka była zdrowa i silna. Przyrzekła wychować dziecko, jak swoje własne. Wszystko zostało ułożone.
Kobieta nie wiedziała nic więcej nad to, że mała nazywa się Janinką i że dostanie za nią co miesiąc sporo grosza, czterdzieści franków, co dla niej stanowiło majątek. Nie pytała o więcej.
Za kilka dni, za tydzień najdalej, niebezpieczeństwo jużby przeminęło. Przeminą straszne chwile!
Młoda kobieta nabierała odwagi i nadziei. Jednej chwili chciałaby już być z powrotem w Paryżu, oczekiwać męża i z całej siły walczyć dla ocalenia imienia i spokoju, który jej pozostawał w przyszłości!
Właśnie pogrążona w tych myślach siedziała, kiedy ciche i lękliwe kroki usłyszała z sąsiedniego pokoju.
Powstała nasłuchując, nikogo się bowiem niespodziewała.
Wieczorem wysłała Ludwikę po listy do Brestu. Dostać się tam niełatwo z La Roche-Morgat. Najpierw potrzeba przepłynąć przystań, okrążyć wyspę nieboszczyków i dopiero wejść do portu.
Gildas, rybak, u którego było dziecko Heleny, przewoził zwykle swoją łódką Ludwikę za pewną niewielką opłatą, ale tego wieczora nie mogli powrócić przed północą z powodu przypływu morza. Jednakże hrabina, głosem stłumionym przez obawę zawołała:
— Czy to ty, Ludwiko?
Nikt nie odpowiedział, stąpanie coraz bliżej słychać było.
Dozorca zwykle szedł spać z nadejściem nocy i nie będąc wołany, nigdy nie przychodził do swojej pani. Dla tego też młoda kobieta ze strachem myślała o tem, kto przyszedł o tak późnej porze.
Do drzwi lekko zastukano. Chciała odpowiedzieć, ale nie mogła wydobyć głosu ze ściśniętego gardła. Pomimo to drzwi się otworzyły.
Helena wydała okrzyk.
— To ty?!
Jednocześnie wszedł do pokoju młody człowiek, padł przed nią na kolana i objął ją wpół ramionami, cisnąc do swego serca.
Nie odepchnęła go, lecz głos jej zabrzmiał wymówką.
— Przyrzekłeś mi oddalić się! — powiedziała. — Czy chcesz nas zgubić zupełnie? Czy jeszcze nie dosyć mam przez ciebie nieszczęścia i troski?
Za całą odpowiedź młody człowiek okrył pocałunkami jej ręce.
Był to młodzieniec około lat dwudziestu sześciu lub siedmiu, niewielkiego wzrostu o ciemnych włosach, delikatnych rysów twarzy i pięknym jedwabistym wąsiku, ocieniającym ładnego rysunku usta.
Jego duże ciemne oczy miały wiele dobroci. Dźwięk głosu metaliczny, spojrzenie łagodne, uśmiech pełen czaru i swobodne ruchy, nadawały całej jego postaci wiele młodzieńczego powabu.
Ubrany był w czarny kostjum marynarki, a wstążeczka legji honorowej widniała na jego piersi. Zakurzone buty zdradzały, iż musiał tylko co przybyć z dalekiej drogi. Odrazu można w nim było poznać oficera, ubranego po cywilnemu.
Historja dwojga kochanków była nader prosta.
On, nazywał się Jerzy de Villers i był synem przybranej matki Heleny.
Ubogi, wstąpił do wojska dla zrobienia karjery. Wybrał marynarkę, gdyż tam najprędzej można dosłużyć się awansu, z powodu znacznego procentu śmiertelności. On też chciał się dosłużyć prędko, lub zginąć. Miłość najczęściej rodzi bohaterów.
— Słuchaj — odezwał się po chwili milczenia, kładąc ręce na kolanach Heleny — chciałem cię widzieć raz jeszcze przed tem, nim odpłynę do Senegalu, gdzie nas wysyłają... Byłem tu wczoraj wieczorem. Kazałaś mi odejść... Wyrzuciłaś mnie.
— Wyrzuciłam?!..
— Musiałem być ci posłusznym... Odjechałem... Nikt mnie nie spostrzegł. Byłem już w Chateaulin, lecz dla porucznika marynarki taka odległość jest zabawką... Cały dzień się wahałem, nareszcie powiedziałem sobie, iż by to było prawdziwem okrucieństwem nie widzieć cię, kiedy jeszcze możemy kilka godzin być razem. Kto wie, kiedy się znowu zobaczymy?
— Nigdy.
— Czy tego żądasz?
— Tak być musi.
— Muszę się zgodzić na to, ponieważ tego żądasz sama, lecz nie bez strasznej walki, gdy myślę, iż należysz do tego człowieka...
— Byłam nędzną i słabą, zaślubiając go, a teraz jestem stokroć nędzniejszą, zdradziwszy!
— Ileż to razy chciałem go zabić, wyzwawszy pod jakimbądź pozorem... Myśl ta, iż jesteś jego żona, przyprowadza mnie do szaleństwa... Pomyśl tylko... Przez tyle lat żyliśmy obok siebie, moja matka cię wychowywała, widziałem cię, jak rosłaś co raz piękniejszą, tak piękną, że zostałem olśniony! Byliśmy biedni, to prawda, ale przy pracy i energji można przyjść do majątku, a przynajmniej do względnej zamożności. O tem marzyłem dla ciebie. Dla ciebie wszedłem do służby z nadzieją wyższej rangi, z nadzieją, aby nam przyszłość zapewnić... Majątek! Czyśmy znów mieli tak nadzwyczajne pragnienia? Ja o majątek nie dbam, ja chciałem ciebie, tylko ciebie! Zdobyłem awans, narażając życie! Moje pragnienia się urzeczywistniały... kiedy nagle dowiaduję się, żeś wyszła za mąż... bogato..., żeś się sprzedała dla pieniędzy!...
— Jerzy!
— Byłem zrozpaczony... Postanowiłem zginąć. Próżne usiłowania! Odesłano nas do Francji. Byłaś sama, wiedziałem o tem. Napisałem do ciebie. Byłem przygotowany na wszystko, aby cię posiąść.
— Nawet na zrobienie podłości!
— Czyżbyś to nazywała podłością, iż chciałem, abyśmy oboje zginęli? Dlaczego wątpisz, iżbym tego nie zrobił? Kto ci zaręczy, że jutro nie wypełnię połowy mojej groźby?
— Jesteś szalony!
— Czyż teraz ze wspomnieniem o tobie i z dzieckiem, które nas łączy, mogę żyć zdala od ciebie? I ty chcesz, abym cię opuścił?
Ona oparła swe białe, przezroczyste ręce na piersiach kochanka.
— A teraz, mnie posłuchaj, — powiedziała. — Ja także kocham ciebie, Jerzy, lecz uczuciem siostrzanej miłości, jak mego najlepszego brata bym kochała. Masz starą matkę, która potrzebuje twej opieki. O niej potrzeba, abyś myślał. Kiedyś mi groził swą śmiercią, wtedy ja ją przed sobą widziałam, ją, która mnie wychowała i była dla mnie zawsze dobrą! Poświęciłam się, aby cię przez to przyprowadzić do rozumu... Wiesz, ile wycierpiałam... Mówisz o śmierci! Ileż razy sama jej wzywałam! Zhańbiona, narażona na straszny i słuszny gniew męża, drżąc co chwila, by go nie ujrzeć, przeżyłam takie chwile, które sprowadzają starość przedwczesną i bielą włosy. Cud tylko mógł mnie ocalić. Zbłądziłam i z tego błędu mamy niewinną dziecinę, która będzie dla mnie źródłem niewyczerpanem mąk i boleści, przeczuwam to, a jednak kocham to dziecię wszystkiemi siłami duszy mojej. Już tyle złego na mnie sprowadziłeś, czegoż więcej żądasz odemnie? Chce żyć, żyć dla mojej córki... Chcę żyć dla człowieka, którego tak niegodnie zdradziłam, zostawszy jego żoną przez brak woli i energji. Mam względem niego obowiązki i te chcę wypełnić, o ile będę mogła najlepiej. Odtąd skazaną jestem żyć pomiędzy obłudą a kłamstwem. Jednak nie mam do ciebie żalu, Jerzy, ale pod jednym warunkiem...
— Powiedz!
— Widzisz moją odwagę, trzeba, abyś i ty miał ją także. Jeżeli Bóg miłosierny ocali mnie ze strasznego niebezpieczeństwa, w jakieś mnie wtrącił, chce, abyś się stał uczciwym człowiekiem, abyś porzucił bezrozumne nadzieje i pracował w twoim zawodzie, sumiennie wypełniając obowiązki, nie myśląc o przeszłości. Zbłądziłam raz jeden w życiu mojem, lecz przysięgam ci i ostatni.
— Już mnie nie kochasz, kiedy tak możesz mówić.
— Kochać! Choćby kiedyś to uczucie żyło we mnie dla ciebie, to i tak już by dzisiaj umarło, boleść zabiła we mnie wszelkie uczucia... Wzamian daję ci serdeczne uczucie i przyjaźń siostry, ta ci zawsze towarzyszyć będzie! Dlaczego mówisz mi o śmierci? Nikczemnością taką się nie splamisz! A zresztą to dziecię, córka nasza... może potrzebować ciebie... Będę pisać do ciebie... o niej...
potajemnie. Porzuć niegodne ciebie myśli i zamiary! Myśl o przyszłości. Kto wie, co ona nam przyniesie?...
Głowę ukryła w dłonie i łzy wytrysły jej z oczu. Młody człowiek okrył ją namiętnemi pocałunkami.
— Jesteś aniołem — wyszeptał.
— Czy będziesz mi posłusznym?
— Będę odparł z mocą.
— Przysięgasz mi?
— Przysięgam na mój honor żołnierski.
Pozostał chwilę na kolanach, z zachwytem przypatrując się ukochanej. Wtem został odepchnięty przez nią, zerwał się szybko.
Helena przestraszonym wzrokiem patrzyła na drzwi, przez które wszedł przed chwilą.
Drzwi te nagle się otworzyły.