Dziewczyna bezimienna/Część druga/XXXV
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Dziewczyna bezimienna |
| Pochodzenie | Kurjer Poranny 1893 |
| Wydawca | Feliks Fryze |
| Data wyd. | 1893 |
| Druk | w Drukarni Rotacyjnej |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | La File sans nom |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Nastała noc.
W ogrodzie willi Suzanne Joanna została samą na ławce, pod cieniem drzew, nieporuszanych w tej chwili najmniejszym powiewem wiatru.
Księżyc świecił w pełni, znacząc na ulicach i trawnikach szerokie smugi światła. Powietrze napełnione było odurzającą wonią kwiatów wiosennych.
Nieszczęśliwa dziewczyna pośród tego spokoju natury, pozostała przybita smutna i zrozpaczona.
Nakoniec zdarła zasłonę tajemnicy swego urodzenia.
Od rana była roztargnioną, drżącą oślepiona tak nagłem odkryciem prawdy.
Tysiące wspomnień przychodziło jej teraz na pamięć, a mianowicie przypomniała sobie najwyraźniej, z jakiem uniesieniem i miłością mówił Jan Yaudet o hrabi Bernardzie de Vitray. Był to potężny magnat, głośnego w kraju nazwiska, dla którego sama Joanna od dzieciństwa przyzwyczaiła się niejako mieć cześć i poważanie, w całej Bretanji wiedziano, iż oddawna członkowie tej rodziny wsławili się jako dzielni marynarze.
Z jakąż radością pobiegłaby do swej matki, gdyby ją odzyskała przed spełnieniem swojego błędu!
Teraz poznanie prawdy przyprowadzało ją do rozpaczy!
Z gniewem zwracała się do swego przeznaczenia, a także i do matki, która zjawiła się dopiero w chwili, kiedy została zgubioną, zgubioną bez ratunku.
A jednak tyle lat się broniła, znosząc najstraszniejsze próby złej doli.
Stało się! Błąd jej stawał nieprzezwyciężoną przeszkodą pomiędzy nią a człowiekiem, tak wysoko stawionym przez pana Raveneau, który nie przypuszczał, jak okrutnie ranił jej dumę każdem słowem.
Teraz oczekiwała człowieka, który ją zgubił, w którego objęcia została rzuconą siłą przeznaczenia.
Od trzech dni nie widziała Jana, z czego była zadowolona, gdyż pośród swych okropnych przypuszczeń, nie wiedziałaby, co mu powiedzieć.
Kochając go szczerze i z oddaniem, chciałaby dziś już więcej się z nim nie zobaczyć.
Wieczorny spokój był w zupełnem przeciwieństwie z jej wewnętrznym niepokojem.
Nigdy chyba piękniejsza noc nie oświecała swym srebrnym blaskiem gwiazd tysiąca, usianych na niebieskim stropie, schadzki dwojga zakochanych.
Kwiaty w klombach roztaczały woń najcudniejszą dokoła. W ciemności nocnej, pod jasnym blaskiem promieni księżycowych, białe róże, rozpięte na murze ogrodu, rzucały jasne plamy na ciemnej zieleni liści.
Ojciec Bailly był zanadto dobrym i starannym ogrodnikiem, aby jego ogród miał być w opuszczeniu i z rzadką pieczołowitością chodził około drogich roślin.
Używając starego porównania, można powiedzieć, iż to urocze schronienie było prawdziwym rajem, a nieszczęśliwa jego mieszkanka miała piekło w duszy.
Cierpiała strasznie! Miotana najsprzeczniejszemi uczuciami, chodziła po pustych alejach ogrodu, z gorączkową niecierpliwością nasłuchując za najmniejszym zdala usłyszanym szelestem.
O jedenastej usłyszała turkot powozu, zatrzymującego się w pewnej odległości od willi.
Wszystka krew uderzyła jej do głowy.
To był on.
Kroki rozległy się na drodze, Joanna szybko pobiegła ku drzwiczkom i otworzyła je sama. Ciemna postać zarysowała się na ciemnem tle drzew.
Był to Juan Rodriguez.
— Mam cię nakoniec! — zawołał, przyciskając ją namiętnie do piersi.
Uwolniła się z jego uścisków, zamknęła drzwi, wzięła za rękę i odezwała się mocnym, choć drżącym od wzruszenia głosem, pomimo iż całą siłą woli chciała zapanować nad sobą:
— Chodźmy, chcę pomówić z tobą.
Poszła naprzód szybkim krokiem, jak gdyby jej śpieszno było pozbyć się przygniatającego ją ciężaru.
Przechodząc, zapewniła się, czy światło w domu pogaszone, przeszła sień, udając się po schodach na górę.
Przybywszy do swego pokoju, zamknęła drzwi i okna, zasunęła zasuwkę, aby nikt wejść i przeszkodzić im nie mógł, a stanąwszy przed Janem, zdumionym temi przygotowaniami, rzekła rozkazującym tonem:
— Siadajmy, chcę się rozmówić z tobą.
— Co ci jest? — zapytał.
— Co mi jest?... Czyż się niczego nie domyślasz!...
— Nic a nic!
— W takim razie dowiesz się tego.
Pozostał w milczeniu, lecz widać było, że cała ta poważna rozmowa sprawiała na nim nieprzyjemne wrażenie.
Ubrany był wykwintnie, w czarnym fraku i krawatce białej i lekkim jasnym paletocie.
— Przybywasz z Chesnay? — zapytała się, prosto mu patrząc w oczy.
— Zgadłaś.
— Było chyba przyjęcie... sądząc po twym kostjumie...
— Kilku przyjaciół na obiedzie...
— Ładna miejscowość ten twój Chesnay?
— Dosyć... chociaż bardzo skromna.
— Czy tak, jak hotel na ulicy Bassano?
— Co cię to może obchodzić? — łagodnie zapytał.
— Zapewne że niewiele... jak tylko z tego punktu, że to dowodzi twojej zamożności... majątku... Hotel w Paryżu, willa w Chesnay, nie licząc już utrzymania kochanki...
— Oh! tego już liczyć niepodobna, żyjesz tak skromnie — odparł z uśmiechem lecz dla czego to wszystko opowiadasz?
— Do tego, aby ci powiedzieć jeszcze raz, że jesteś bogatym.
— Prawie nim jestem...
— Tylko, jak dotychczas, nie wiem jeszcze, zkąd pochodzi twoje bogactwo...
— A czy jesteś tego ciekawa? — zapytał, nie tracąc nic pewności siebie. — I długo mnie będziesz wypytywać?
— Proszę ci nie żartuj...
— Dla czego?
— Nie jestem usposobiona do żartów.
— Zatem będzie to maleńki interwiew... to bardzo modne... a zatem mów dalej...
— Zapewne przypominasz sobie, iż w pierwszych dniach po naszem spotkaniu, kiedy miałam nieszczęście przestąpić próg twego domu...
— Dla czego nazywasz to nieszcześciem?
— Cierpliwości... powiedziałeś mi wtedy, iż w twojem życiu istnieje pewna tajemnica...
— Być może!...
— I przyrzekłeś mi ją odkryć...
— Mówisz zupełną prawdę.
— A więc chwila ta nadeszła...
— Czy już?
— Chcę poznać twoją tajemnicę.
— Chcesz tego? — zapytał marszcząc brwi.
— Czyż nie mam prawa znać nazwiska człowieka, któremu się oddałam... wiedzieć, z jakiego źródła daje mi pieniądze na moje utrzymanie? Czyż nie sto razy przynajmniej powiedziałeś mi, że losy nasze są związane razem na zawsze?...
Uśmiechnął się, słysząc te słowa, lecz jakimś zagadkowym, tajemniczym uśmiechem, usiłując odgadnąć jej myśli.
— Tak — odparł głosem, który niegdyś poruszał ją do głębi duszy — tak, związani jesteśmy na zawsze... to jest do śmierci... i dopóki ja żyję, nie będziesz należeć do innego!
— To są frazesy... Mów poważnie, zkąd wziąłeś nazwisko Rodriguez?
— Chcesz koniecznie wiedzieć?
— Koniecznie.
— W jakim celu?
— Dla uśmierzenia mej obawy... Od kilku dni ledwie żyję... nie śpię... pożerana straszną trwogą i gorączką...
— Aż tak?
— Trudno nawet, abyś mógł pojąć, do jakiego stopnia doszła moja ciekawość.
— A gdybym też odmówił ci wyjaśnienia.
Uniosła się i nagle zawołała gwałtownie:
— Wtedy dowiedziałbyś się odemnie takich rzeczy, które z pewnością sprawiłyby ci większy niepokój, jak ten, który ja przechodzę!
Przez chwilę umilkł, zacisnąwszy usta; westchnął głęboko, przenikliwie patrzac na młodą dziewczynę.
Spojrzenie to wytrzymała spokojnie, odważnie patrząc mu prosto w oczy.
— Mów, co wiesz — odezwał się — a zobaczę, czy mam ci odpowiedzieć.
Zerwała się i pobiegła szybko ku niemu, nie spuszczając z niego wzroku.
— Wiem, żeś ukradł nazwisko, które nosisz zawołała a majątku nie dał ci żaden dobroczyńca... nazywasz się jak dawniej w Cherburgu po prostu Jan-Maurycy...
— Ciszej!
— Chcesz więcej jeszcze? Zaraz powiem. Do domu twego wszedł człowiek, który z niego nie wyszedł żywym.
Zerwał się z siedzenia.
— Milcz! — zawołał rozkazującym głosem.
— Człowieka tego wraz ze wspólnikami, których nie znam, zamordowałeś!
— Miej się na baczności! — zawołał groźnie.
— Czegoż mam się obawiać? Zapewne zamordujesz mnie jak i tamtego!... Oddasz mi wielką przysługę!... Wycierpiałam tyle na świecie, iż śmierci się nie lękam... sto razy już ją wzywałam... a dziś pragnę jej więcej niż kiedykolwiek, przeświadczywszy się, iż zostałam kochanką złodzieja, fałszerza i zbrodniarza!
Stał oniemiały, uderzony jej bolesnym okrzykiem gniewu, który ją zmienił do niepoznania.
Przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu, następnie zaczęła mówić dalej z przejmującym smutkiem.
— Więc się nawet nie bronisz!... A ja, szalona, myślałam, że się z tego wytłumaczysz... zaprzeczysz... nazwiesz obłąkaną za podobne myśli?... Więc się nie omyliłam... i to wszystko jest prawdą!... Boże! to wszystko jest prawdą...
a zatem mam słuszność... na co kłamać?
Upadła na krzesło, kryjąc twarz w dłonie i wybuchła gwałtownym płaczem, wołając:
— Jestem zgubioną, pociągniętą w przepaść ohydną! Nigdy nie byłam tak nieszczęśliwą jak w tej chwili, nawet wtedy, kiedy nie miałam kęsa chleba... Za co mnie karzesz, o Boże! Za co jestem przeklętą!
Zbliżył się do niej, dotknął lekko ramienia, mówiąc pieszczotliwie:
— Joanno!
— Czego chcesz?
— Chciałaś dowiedzieć się prawdy, to ci ją powiem.
— Całą?
— Całą, najzupełniejszą prawdę. Mogę być nędznikiem, lecz nie chcę zasłużyć na twą pogardę... Tak, jestem Jan Maurycy, bez nazwiska i ojca! Kto mnie rzucił na bruk uliczny... tego nie wiem... Matka moja była biedną nauczycielką, to jest służącą szczególnego gatunku, tylko nieszczęśliwszą od drugich. Nazywała się Róża Bertot... Wypędzona przez uwodziciela... widząc się zgubioną, utopiła się... Nie miałem wtedy jeszcze pół roku, wziął mnie do siebie jakiś człowiek, zmuszony również jak i ja do walki o byt powszedni. Człowiek ten ma powody, dla których nienawidzi ludzi... gdyż był zgubiony materjalnie przez człowieka, któremu poprzysiągł nieubłaganą zemstę. Nie wiem kto on jest, lecz nauki zemsty i nienawiści wywarły zgubny wpływ na mnie... Jednakże nie wiem, czy on nie ma racji mówiąc, iż ci co są urodzeni nieprawnie, powinni pogardzać prawem. Przez piętnaście lat wpajał mi nienawiść do bogaczów; ukazując zło tryumfujące po nad cnotą. Kto wie, czy to nie prawda? Mój ojciec obciążony zbrodnią opuszczenia własnego dziecka, jest może poważanym i bogatym, dumnie patrzącym na maluczkich... A ja jego dziecię, tułam się samotnie po świecie!..
Od wczesnych lat pracowałem i uczyłem się pilnie, otrzymałem też staranne wychowanie... Zarabiałem już sto trzydzieści franków na miesiąc... To bardzo mało!... uczciwy robotnik zarabia daleko więcej... Wtedy właśnie pierwszy raz cię ujrzałem... Przysięgam ci, iż chciałem żyć i pracować jak uczciwy człowiek... marząc o tem, abyśmy kiedyś mogli się połączyć... Potem zawiał zły prąd... zwątpienie mnie ogarnęło... musielibyśmy wegetować, męczyć się bez końca... Wtedy mój nauczyciel bawiący w Londynie. przywołał mnie do siebie. Nowa droga otwierała się przedemną... Zawiązał on stosunki z ludźmi bez wszelkich uprzedzeń, miljonerów, dla których świat cały jest polem, które eksploatują na wszelkie możliwe sposoby... Są to złoczyńcy niezrównanej zręczności, nieograniczenie śmieli i odważni... dla zdobycia kilku tysięcy funtów szterlingów, gotowi spalić miasto całe... Boga nie znają, a nigdy ludzka ręka nie dosięgła ich, pomimo tylokrotnych zbrodni. Zręczność i bogactwo chronią ich od kary. Musiano widać przyznać mi pewne zdolności i dla tego przyjęli mnie w poczet swej bandy i wysłali do Ameryki... polecając ważną misję... Towarzyszem moim w tej podróży był stary profesor... Spełniwszy powierzoną sprawę, powracaliśmy z Nowego Orleanu z pewnym młodym człowiekiem bogatym i z pięknej tamtejszej rodziny, kiedy w pewnem samotnem miejscu, po przegranej w karty, posprzeczaliśmy się obadwa... wtedy nastąpił pojedynek i... tamten zginął...
— Zginął w uczciwy sposób?
— Przyrzekłem ci mówić prawdę odparł Juan — zatem muszę powiedzieć, nie!...
— O nieszczęśliwy!
— Chcieliśmy zostać bogatymi... Zdarzyła się okazja i skorzystaliśmy z niej... przekupiwszy kilku biedaków... Zabiłem Juana Rodriguez, a zielona bezbrzeżna pustynia służy mu za mogiłę. Był w moim wieku... a rysopis odpowiadał mojemu. Towarzysz mój zmusił mnie do przybrania nazwiska zmarłego i jego pieniędzy... Miał on zamiar zamieszkać w Europie, to też miał ze sobą w papierach prawie cały zrealizowany majątek. Wróciwszy do Londynu, chcieliśmy zdobyć jeszcze więcej... grałem na giełdzie i straciłem wszystko...
— Zmuszeni byliśmy powrócić do bandytów... i poddać się ich rozkazom... Jesteśmy tutaj tylko ich narzędziami, potrzebnemi do działania podług wytkniętego planu... Oni rozkazują... a my wykonywać musimy... A ponieważ są silni... ich protekcja chroni nas od złego... Dla nich niepodobieństwo nie istnieje...
— Zatem i tego człowieka... — zapytała drżąca dziewczyna — oni także skazali?...
— Jakiego człowieka?
— Samuela Rosena?
— Zkąd wiesz jego imię?
— Z dziennika, znalezionego u ogrodniczki...
Nie śmiała powiedzieć prawdy.
— A więc tak, Samuela Rosena, — odparł Jan ponuro...
— Co się z nim stało?
— Co cię to może obchodzić?
— Chcę wiedzieć.
— Nie żyje.
— Jakto i tego zabiłeś także.
Jan odparł szybko.
— Nie. Dosyć jednej zbrodni... Kto inny to uczynił.
— Kto taki?
— Jeden z bandy złoczyńców londyńskich!
— A więc zabiliście Rosena, aby go okraść?
— Tak.
— I za spełnione morderstwo otrzymasz część łupu.
— Być może.
Joanna w zamyśleniu opuściła głowę na piersi.
— Czy to już wszystko, co chciałaś wiedzieć? — zapytał Juan.
— Wszystko.
— A teraz przyszła kolej i na mnie! — zawołał gwałtownie. — Wiesz już o mojej winie, chciej wysłuchać mojego tłumaczenia się także. Zabiłem człowieka... lecz ten szukał śmierci... obrażając mnie... byłem w swejem prawie... tamtejsze obyczaje są inne niżeli nasze... Zabraliśmy jego majątek lecz i tak byłby go zapewne utracił... Posługuję się jego nazwiskiem... bo mi jest użyteczne.
— Na co?
Juan uśmiechnął się boleśnie.
— Zawsze to lepiej brzmi, niżeli Jan Maurycy, podrzutek bez nazwiska.
— A morderstwo Samuela?
— To inni tego chcieli... ja tylko pozwoliłem, aby się spełniło... może przez wzgląd na ciebie!
— Jakto?
— Właśnie wydawaliśmy nasze ostatki pieniędzy, kiedy napotkałem ciebie. Widząc cię nieszczęśliwą, pozbawioną wszystkiego, uczułem wielkie pragnienie posiadania majątku, aby ci dopomódz wynagrodzić krzywdę, wyrządzoną zbiegiem nieszczęśliwych okoliczności... otoczyć wygodą i zbytkiem... Miłość, której dla ciebie doznałem od pierwszego ujrzenia cię w Cherburgu, zbudziła się w mem sercu z całą mocą, ujrzawszy cię tak niespodziewanie... Żyd miał miljony, są one dziś w naszem ręku i zdobyłem upragnioną wolność... Obecnie jestem panem mego życia. Sprawiedliwość nas nie dosięże a zdrady nie możemy się lękać... Zresztą to wszystko, pominąwszy, życie jest ciągłą walką ludzi pomiędzy sobą, lub ludzi z żywiołami... Jeżeli są słabi, tem gorzej dla nich. Woda, ogień, wojna, czynią więcej ofiar niż mordercy! Nieszczęśliwy podrzutek, także zapragnąłem swej cząsteczki szczęścia... Dla mnie nie znano litości... dla czegóż miał bym ją mieć dla drugich? A ty sama, ty, dla której też nikt nie znalazł przyjaznego słowa, ty opuszczona i odepchnięta, ty, którą mężczyźni jak dzikie zwierzęta, chcieli pożreć lub wtrącić w błoto uliczne, a nie podali ręki przyjaznej bezinteresownie, obdarzając cię chlebem za cenę krwi twojej, i wstydu dziewiczego, przyznaj mi, czy nie myślisz i nie przeklinasz, tak samo jak i ja, świata i ludzi?
Mówił z uniesieniem wściekłego gniewu, zawstydzony uczynionem wyznaniem, drżący od wewnętrznego wzruszenia.
Pochwycił rękę Joanny tak silnie, iż palce jego wpiły się w ciało dziewczyny.
— Odpowiedz!-wołał namiętnie. Odpowiedzże nareszcie!
— Nie wiem, nie nie wiem, — wyszeptała nieszczęsna.
— Zatem jesteś na tyle nikczemną, iż przyjmujesz twój los z poddaniem... nie buntujesz się na jego niesprawiedliwość?... Nie jestem widać stworzony tak samo, bo ja podnoszę bunt... Szedłem za zdobyciem fortuny jak piraci lub zdobywcy dawni, łupiąc drugich, prawem siły i przemocy... i nie żałuję tego... Gdyby mi się nie udało zdobyć jej, coby się z tobą stało?
Odpowiedziała cicho:
— Byłby mi Bóg przyszedł z pomocą! A jednocześnie obraz starego bankiera udzielającego jej jałmużny w Moulin-Rouge, stanął jej przed oczyma.
— Tak jest! Bóg, odparła z mocą, odpowiadając na ironiczny uśmiech Jana. Bóg prędzej lub później wymierzy sprawiedliwość.
Młody człowiek wzruszył ramionami.
— Jest On bardzo daleko, aby się opiekował nami.
— Nie bluźnij przynajmniej.
— A w końcu, — ciągnął dalej, tym samym tonem — i Bóg w swej wszech potędze, nie może odwrócić spełnionych faktów. Mówisz, że to zbrodnia! Masz słuszność, sofizmaty za pomocą których chcę się odurzyć, nie przekonywają mnie i brzmią fałszywie, nawet dla moich własnych uszów. Tak, jestem zbrodniarzem i żyję z rozboju! Wymówiłaś sama tę wielką prawdę... i niestety nie powiedziałaś mi nic nowego... Lecz powtarzam ci jeszcze raz to samo, iż ostatni mój czyn, ten, który cię naprowadził na domysł prawdzie, jeżeli go uczyniłem, a raczej jeżeli go pozwoliłem spełnić, bo chcąc przeszkodzić temu, musiałbym zdradzić mych towarzyszy i sprzedać człowieka, który mnie wychował, zrobiłem jedynie przez wzgląd na ciebie, przez moją miłość dla ciebie, abym cię mógł wyrwać z tego ohydnego kraju, gdzieś tyle wycierpiała!
Spojrzał na rękę kochanki, a zobaczywszy ślady swej gwałtowności — zawołał:
— Jestem ostatnim brutalem. Uwielbiam cię i zrobiłem ci krzywdę.
Chciał ją uchwycić i przycisnąć do piersi, lecz Joanna odepchnęła go z siłą.
— Co mówisz? — smutnie zapytała.
— Mówię, że przy tobie odzyskuję dobre myśli, a kiedy cię widzę, wydajesz mi się aniołem pocieszycielem. Aby ci się podobać i być godnym twej miłości, chciałbym za cenę połowy mego życia wymazać całą przeszłość!
— Czy mówisz prawdę?
— Dlaczegóżbym miał kłamać? Od chwili kiedy cię odzyskałem, marzę abyśmy się oddalić ztąd mogli daleko i ukryć zdała od świata, na podobieństwo australskich wygnańców, co po za morzami odzyskali cześć swoich synów. I my, biedne, opuszczone dzieci, powinniśmy tam stworzyć sobie szczęście rodzinne, zacząć nowe życie!... Niech będę z tobą, a wyrzeknę się wszelkich ambicji i zdrożnych myśli, oddalę z serca nienawiść! Kocham cię Joanno, kocham namiętnie i jedynie ciebie tylko, a kiedy patrzę ma ciebie, nieraz na prawdę chciałbym być biednym jak wtedy, kiedyśmy się znali w Cherburgu i żyć tam w domku, otoczenym zielenią i kwieciem... mając przy sobie skarb najdroższy na świecie, większy po nad wszelkie majątki ziemskie... lepszy od złota i djamentów... oraz wszelkich rozkoszy tego świata.
Patrzyła na niego z nieufnością.
Rzeczywiście grał doskonale swą rolę, tylko niespokojny i fałszywy wzrok, śledzący sprawiony efekt, zdradzał prawdę.
Zapewne iż ją kochał, bo któżby się oprzeć zdołał ślicznej dziewczynie, lecz ukrywał prawdę, kłamał swoją gotowość do poświęcenia jej tego majątku, bez którego nie umiały żyć teraz.
— Mówisz to szczerze? — zapytała.
— Przysięgam ci.
— A więc przekonaj mnie o tem.
— W jaki sposób?
— Nie dotykaj się tak źle nabytych pieniędzy. Za kilka dni pozostanę sama z małą... matce co dzień jest gorzej. Niedawne wyszedł doktór, który nie ma żadnej nadziei wyzdrowienia, nauka nie pomoże tu nic dla niej... Jesteś wielkim winowajcą Janie... lecz czuję dla ciebie jednak wdzięczność, żeś osłodził jej ostatnie chwile... Gdyby nie ty, umarłaby na szpitalnem łożu, lub w tej ohydnej norze, którąśmy zamieszkiwali... Byłeś dobrym dla nas i pomimo wszystkiego, coś uczynił i czem jesteś, mam serce, które pamiętać umie... Posłuchaj mnie... jesteśmy młodzi i silni... uciekniemy na koniec świata i będziemy pracować jeżeli tego przyjdzie potrzeba... Tam uczynimy to, o czem wspominałeś właśnie... zaczniemy nowe życie... lecz czyste i uczciwe... Czy chcesz tego?
Patrzyła na niego wielkiemi pogodnemi oczyma, w których błyszczały łzy.
Juan uczynił ruch pogardliwy.
— Czy za mało nacierpiałaś się nędzy? — zapytał — i czy sądzisz, że jest ona znośniejszą gdzie indziej, jak w Paryżu?
— Janie powtórzyła błagalnie, — winnam ci wdzięczność... i również kocham ciebie.... Przez te kilka dni wróciłeś mi wiarę do życia i dałeś złudzenie szczęścia... Lecz pieniądze twoje napawają mnie wstrętem! Jeżeli mnie kochasz... to możesz zrobić dla mnie pewną ofiarę... Zostaw majątek innym... dla nas zatrzymaj tylko tyle, ile potrzeba na podróż daleką i na mały początek jakiego przedsiębiorstwa... Jeżeli nam szczęście sprzyjać będzie, oddamy nieszczęśliwym te przeklęte pieniądze, nie nasze! Za tę ofiarę będę należeć do ciebie... i pójdę za tobą wszędzie... nigdy nie czyniąc ci wyrzutu z przeszłości... Postaram się zapomnieć o tych strasznych chwilach... Oddałam ci się i nie chcę zrywać naszego stosunku... Wszyscy mnie odepchnęli, ty jeden byłeś dobrym dla mnie... podałeś mi rękę w nieszczęściu... i za to cię kochać nie przestanę... będę ci wierną i oddaną towarzyszką w szczęściu, jak i w nieszczęściu! Na dalekiej obczyźnie, zdala od zatrutego jadem Paryża, podniesiemy się oboje... Lecz powiedz, że się na to zgadzasz... błagam cię... gdyż to jedyne dla ciebie zbawienie. Czas i oddalenie zatrze powoli z mej duszy ślady twej strasznej winy... Zgadzasz się? Wszak prawda, że się zgadzasz?
Śliczną była, siedząc obok niego, ściskając jego ręce, a oczami szukając odpowiedzi.
Usiłował oprzeć się temu czarowi, tej potędze głębokiego wejrzenia. Lecz ona znów powtórzyła:
— Powiedz, że się zgadzasz...
— Ależ to dzieciństwo! — odpowiedział.
— Nie, jest to przyszłość szczęśliwa! Praca będzie pokutą za twe winy, lecz ją ponosić będziemy wspólnie i podnosić nawzajem jedno drugie... obie, dwie z Marją będziemy twemi opiekuńczemi aniołami!
— A więc zgoda! — szepnął z niechęcią lecz gdybyś lepiej znała ludzi wiedziałabyś, że się kłaniają mocnym, gniotą słabych!...
— Daj spokój ludziom... — odparła z czarownym uśmiechem... a słuchaj raczej własnego serca, które nam zawsze mówi, kiedy dobrze, a kiedy źle czynimy...
— Jeżeli tego wymagasz!
— Ja niczego nie wymagam — odparła ze smutkiem. — Jesteś wolnym... Ale kiedyś ocaliłeś mnie, dziś ja cię chcę wyratować... Możesz mnie opuścić, przestąpić próg tego domu, aby tu więcej nie powrócić, lecz zabierz twoje złoto, co mi dłoń pali... Zdaję się na Opatrzność, która w końcu ulituje się nad nami.
— Mam cię opuścić, nigdy!
— Więc kochasz mnie prawdziwie?
— Czy jeszcze o tem wątpisz?
— Zrób mi jeszcze jedną obietnicę...
— Mów.
— Zerwiesz z tymi, co cię przyprowadzili do zguby.
— Niech i tak będzie.
— Od tej chwili staniesz się uczciwym człowiekiem!
— Tak.
— Na zawsze!
— Na zawsze.
Zsunął się do jej nóg, zelektryzowany jej głosem, pieszczącym delikatnie jego serce, jej wielkiemi, wymownemi oczyma koloru nieba, które starały się czarować, aby utrzymać uronioną ofiarę, odkupienie win wszystkich, obiecując mu za to niebiańskie rozkosze.
— Dziecko! — wyszeptał, ściskając ją namiętnie — przecież ci powiedziałem, że dla ciebie poświęcę wszystko!...
— Rzeczywiście.
— Wszystko zrobię, czego żądasz!
— Wyjedziemy ztąd.
— Za kilka dni... to jest kilka tygodni, potrzebnych na uregulowanie interesów... a przytem nie możesz porzucić matki!...
— To prawda.
— Zatem musimy czekać.
— Lecz to może być dla ciebie niebezpiecznie? Nie lękam się niczego! Wyszukamy kraj daleki, miejsce odludnione i tam postaramy się zapomnieć i być zapomnianymi...
W odpowiedzi okrył ją namiętnemi pocałunkami. Jeszcze czas jakiś mówił jej cichym głosem tysiące przysiąg namiętnych, usypiając tym sposobem jej wolę i paraliżując wszelki opór.
Kiedy się rozstawali, biła godzina druga. Piękna poświęceniem, śmiało patrząca w przyszłość, związana z kochankiem, obciążonym zbrodnią, biedna dziewczyna nie traciła odwagi, przed rozejściem się jeszcze raz odezwała się, kładąc rękę na ramieniu jego:
— Będziesz pamiętał o danej obietnicy.
Odpowiedział z niecierpliwością w głosie:
— Dlaczego powracasz do tego przedmiotu?
Ona powtórzyła z mocą:
— Dotrzymasz obietnicy?
— Dotrzymam.
— W zupełności?...
— Pod pewnym warunkiem...
— Jakim?
— Abyś mi dochowała sekretu.
— To się rozumie.
— Przed wszystkiemi?
— Tak jest.
— Nawet przed mym towarzyszem?
— Jeżeli tak sobie życzysz?
— Niechcę, aby nawet przypuszczał żem się do ciebie wygadał i rzeczywiście ty jedna zdolna byłaś to uczynić!
— Będę milczeć.
— To wszystko, czego trzeba.
Jeszcze raz przycisnął ją do serca i oddalił się spiesznie.
Dla czego jednak natychmiast straciła ufność? Zaledwie był na drodze koło domu, kiedy odezwała się prawie głośno:
— Chciałabym wierzyć, lecz zwątpienie zostało na dnie mej duszy.
On ze swej strony wsiadając do powozu myślał:
— Kocham ją i za nic na świecie nie chcę jej utracić... Pomimo swej woli musi zostać szczęśliwą! Ujdziemy z tad, lecz będziemy bogaci... Przypadek zdradził mnie raz jeden... Teraz nic się już nie dowie, chybaby Bóg się w to wmięszał!