Dziewczyna bezimienna/Część druga/XXXIV
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Dziewczyna bezimienna |
| Pochodzenie | Kurjer Poranny 1893 |
| Wydawca | Feliks Fryze |
| Data wyd. | 1893 |
| Druk | w Drukarni Rotacyjnej |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | La File sans nom |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Pani de Vitray była ubraną czarno, oczy jej świeciły gorączkowym blaskiem, a bladość twarzy świadczyła o niewymownem cierpieniu duszy.
Markiza de Saint-Béran przeciwnie wyglądała wesoło, tą wesołą i pogodną starością ludzi, co wiele żyli i widzieli, a dziś patrzą na wszelkie uczucia i namiętności ludzkie, z wysokości takiej, z jaką zapewne wszyscy będziemy się zapatrywać kiedyś w niezbadanej wieczności. Chociaż musimy wyznać iż markiza de Saint-Béran bardzo się zajęła sprawą państwa de Vitray.
Z prawdziwą namiętnością oddała się tej sprawie, chcąc pogodzić powaśnionych. Była jedną z najstarszych klijentek pana Raveneau, którego ojciec jeszcze zajmował się interesami rodziny de Saint-Béran, a markiza już przecież była nie dzisiejsza, gdyż w tysiąc ośmset piątym roku się urodziła, co przecież stanowi poważną epokę na naszej konnej planecie.
— Przyprowadzono panu osobę nadzwyczaj zdenerwowaną, odezwała się pierwsza markiza, z proźbą abyś pan się postarał o jaki środek uspokajający. Szczególniej od kilku dni, rady sobie dać z nią nie mogę, tak dłużej trwać niemoże. Przyszłyśmy dowiedzieć się od pana czegoś nowego, ponieważ nie przysłałeś nam pan żadnej nowiny!...
— To najgorzej, że nic pewnego nie mogę paniom powiedzieć i dziś jeszcze.
— Boże! jakże to długo na to czasu potrzeba!
— Cierpliwości szanowna pani!
— Cierpliwości, cierpliwości, powtórzyła pani de Saint-Béran, łatwo to panu mówić... Mężczyźni mogą być cierpliwi, mają tysiące rzeczy co ich zajmują... przytem interesy.. A my, biedne kobiety... musimy żyć wcale inaczej... najczęściej same z naszemi myślami... Zdaje mi się, że mógłbyś pan się trochę pospieszyć z tą sprawą….. użyć jakiejś nadzwyczajnej siły...
— He, he, he!
— Bo o cóż tu takiego chodzi? O znalezienie jednej młodej dziewczyny...
znajdującej się w Paryżu... Dopiero trudna sprawa... przecież wiemy, że tu się ona znajduje?
— Rzeczywiście mamy to przekonanie.
— A więc, chyba Paryż nie jest znowu tak wielki!...
— Lecz z pewnością nie mały!
— Ale w końcu gdzież pan jest, jak rzeczy stoją?
— Postąpiliśmy trochę naprzód:
— Nareszcie!
— A raczej szliśmy bardzo szybko z pomyślnym rezultatem, lecz od chwili, gdyśmy dotarli do pewnego punktu nastąpiła przerwa...
Hrabina słuchała w milczeniu.
— Jesteś pan na dobrej drodze? zapytała skwapliwie. I wierzysz pan w to?
— Jestem tego zupełnie pewny.
— Słyszałeś o niej?
— Tak.
— Co się z nią dzieje? Czy jest biedną?
— Opuszczoną?
— Nie, mieszka z nią matka.
Pani de Vitray przymrużyła powieki.
— Matka! — wyszeptała zcicha.
— Pod tym wyrazem rozumiem osobę, która jej zastępowała matkę, jest również jeszcze mała dziewczynka także...
— Córka Periny?
— Tak jest.
— Zkad pan wiesz te szczegóły?
— Z wielu stron... od ludzi, których użyłem do tej sprawy i od tych, których przypadek sprowadził do mnie.
— Cóżbym dała za to, abym ich usłyszeć mogła!
Pan Raveneau zręcznie wyminął te niebezpieczną proźbę, mówiąc:
— Miej nadzieje pani, a za kilka tygodni, lub dni, może będziesz wiedzieć wszystko.
Hrabina zarzuciła go pytaniami, poczciwy starzec odpowiadał w ten sposób, iż ominął bolesną prawdę.
Lecz stara markiza zamieniła przez ten czas spojrzenie z panem Raveneau, którem tenże odkrywał jej w części swoje smutne obawy, a że nieraz spojrzenie bywa stokroć wymowniejsze od potoku słów, więc też stara dama przygryzła usta i czemprędzej postarała się zwrócić rozmowę na inny przedmiot.
Tego dnia musiało już tak być napisano, żeby poczciwy Paskal nie miał chwili spokoju, wszedł on znów do pokoju i zbliżył się do swego pana mówiąc po cichu kilka słów.
Słuchając go, pan Raveneau zrobił znak wielkiego zadziwienia, prawie w tej samej chwili powstrzymanego.
Pani de Saint-Béran zrozumiała jego znaczenie.
— Masz pan niespodziewaną wizytę? — zapytała.
Starzec nic nie odpowiedział, lecz zrobił taki ruch głową i spojrzał takim wzrokiem, który jasno mówił:
— Wyprowadź ją ztąd pani.
Służący powiedział te słowa:
— Jakaś młoda panienka chce się widzieć z panem.
Kobiety są zwykle ciekawe. Pani de Saint-Béran pociągnęła hrabinę w stronę małego saloniku, przyległego z drugiej strony do gabinetu.
— Chcę jeszcze pomówić z panem kilka słów, dla tego tu zaczekamy, — odezwała się.
Starzec uśmiechnął się, lecz powstając z miejsca, szepnął markizie:
— Miej się na ostrożności!
Zaledwie obiedwie z hrabiną zniknęły po za firanką z zielonego rypsu, oddzielającą gabinet od saloniku, kiedy młoda dziewczyna ukazała, się poprzedzona przez służącego.
Tutaj pan Raveneau doznał miłej niespodzianki.
Młoda dziewczyna, którą miał przed sobą, była śliczną z twarzy i wdzięku całej postaci. Ubraną była w czarny wełniany kostjum, podobnie jak i hrabina de Vitray, który prześlicznie uwydatniał jej harmonijne kształty.
Głowa pięknego rysunku, łagodna twarzyczka o niezmiernie dystyngowanym wyrazie, włosy ciemne, kasztanowate, złotym odcieniu z wdziękiem wychodziły z pod czarnej tiulowej kapotki, a wielkie niebieskie oczy, zalęknione patrzyły na stojącego przed nią starca i na miejsce w którym się znajdowała.
Widocznie iż ciemny ten pokój bijący urzędową powagą, ten starzec poważny i uprzejmy, sprawiały na niej takie wrażenie jak gdyby weszła do kościoła.
— Cóż moje piękne dziecię masz mi do powiedzenia? — odezwał się pan Raveneau.
Niewiedziała co odpowiedzieć, nieśmiałość zamykała jej usta, stała zalękniona, nie pewna, szukając wyrazu aby zacząć swoją opowieść.
— Czyś pani przyszła w sprawie Periny Yaudet?... — zapytał pan Raveneau. Dziewczyna wyjąkała:
— Tak jest... rzeczywiście...
— Czy ją znasz pani?
— Ależ tak mój Boże!... bardzo dobrze ją znam...
— A może mieszkasz pani z nią razem?
— Nie... to jest mieszkałam dawniej... w tym samym domu...
— Jak dawno?
— Nie dawno... kilka miesięcy temu.
— A teraz?
— Już tam nie mieszkam...
— Czy widujesz ją pani?...
— Dlaczego?...
— Czy pani wie przynajmniej dokładny adres?
— Nie... to jest mogłabym się dowiedzieć... gdyby tego była potrzeba... kilka tygodni temu mieszkała na ulicy des Ternes... w hotelu... Przedtem mieszkały w okropnej części miasta, na drodze do Carrières... na wzgórzach Montmartre...
— Rzeczywiście... Zkąd pani się o tem dowiedziała?
— Wytłomaczę to panu... przyjaźnię się z jej córką... córką przybraną..
— Której imię?
— Joanna!
— Biedaczka tłomaczyła się bardzo niezręcznie ponieważ nienawidziła kłamstwa, do którego się uciekała, zmuszona koniecznością.
Starzec patrzył na nią z uwagą, czem ją jeszcze więcej onieśmielał, pomimo, iż we wzroku jego widziała wiele dobroci i współczucia.
Drzwi sąsiedniego salonu uchyliły się cicho, i przez szczelinę firanek ukazała się pani de Saint-Béran ciekawie patrząc na młodą dziewczynę, podczas kiedy nakazującym ruchem powstrzymywała na fotelu siedzącą hrabinę.
Imię Joanna doszło do uszu matki, na dźwięk jego otworzyła szeroko oczy... pozostawszy nieruchoma i drżąca bez tchu w piersi. Tam mówiono o jej córce.
Pan Raveneau badał przybyłą z ojcowską słodyczą i troskliwością.
— A zatem? — zapytał.
— Gdybym jej mogła zwiastować dobrą wiadomość... to postarałabym się z nią zobaczyć i powiedzieć jej o tem... jak również i jej matce...
— Mówi pani zatem, że... jest pani wiadomem, gdzie obecnie zamieszkują...
— Już raz powiedziałam, że mogę się dowiedzieć...
Jakże im się powodzi i w jakiem położeniu obecnie się znajdują?
— Przeszły wiele cierpień... Bo trzeba panu wiedzieć, że jest ich trzy, matka i dwie córki... Joanna, moja przyjaciółka... i dziesięcioletnia Marja...
— Córka wdowy?
— Naturalnie... Joanna sama musi utrzymywać rodzinę, a od ośmnastu miesięcy nie zarobiła ani grosza...
— Nic? — zapytał przeciągle pan Raveneau.
— Nic zgoła. Nie mogła znaleźć zajęcia z powodu biednej chorej matki, którą musiała pielęgnować...
— Lecz wdowa Yaudet nie jest jej matką — odparł pan Raveneau.
Młoda dziewczyna podniosła głowę:
— Prawdziwą matką dziecka jest ta, — odparła szybko — która ją wychowała... i Perina jest prawdziwą matką mej przyjaciółki... Joanna zanadto ma dużo serca i poczucia obowiązku, aby kiedykolwiek o tem zapomniała... nie opuści jej nigdy i podzieli się z nią każdym kawałkiem chleba...
A przerwawszy na chwilę, smutnie dodała:
— Joanna nie ma innej rodziny nad starą Perinę i jej córkę! Nigdy ich kochać nie przestanie. Innej rodziny nie zna i nie ma. Przebaczyć innym może, lecz kochaćby nie umiała...
Wymówiła te słowa z taką godnością i namaszczeniem, że wzruszyła niemi do głębi poczciwego starca.
Popatrzył na nią z uwagą i zniżając głos, zapytał:
— Zatem pani przyjaciółka nienawidzi tę, która jej dała życie?
— Joanna wiele cierpiała... a dziś przechodzi ciężkie próby, w których może postradać rozum i życie... Zatem nie można od niej żądać, aby była sprawiedliwą! Nieszczęścia gnębią duszę i paczą prawdziwe pojęcia... Joanna sądzi surowo swą matkę... gdyż często powtarza, iż zbrodnią jest opuszczać swe dziecię... że tylko kobieta bez iskry uczucia może się dopuścić podobnej ostateczności... Jeżeli nawet jej matka istnieje, to nie trzeba mówić jej o tem...
Nastąpiło milczenie.
Pan Raveneau rozmyślał, kto była młoda dziewczyna, stojąca przed nim.
Niejasne przeczucie mówiło mu, że tę, której szukał, ma przed sobą. Znajdował nawet pewne podobieństwo pomiędzy nią a hrabiną de Vitray.
Miała takie same oczy i cerę matowo białą, tylko oczywiście młodszą była.
— Posłuchaj mnie pani — odezwał się nakoniec pan Raveneau. — Jesteś pani u przyjaciela twojej matki... a raczej matki tej młodej dziewczyny, której nadaremnie poszukujemy od tak dawna... Matce potrzeba przebaczyć, gdyż jest wytłumaczoną...
Gorzki uśmiech wykrzywił usta młodej dziewczyny.
Pan Raveneau mówił dalej:
— W kilku słowach opowiem jej historję. Nie była wolną... Jest ona żoną człowieka, bardzo znanego... sławnego prawie... i nieugiętego na punkcie honoru...
— Tak pan sądzi?... — zapytała Joanna blednąc.
— Mówię, iż nieszczęśliwa matka jest damą wielkiego świata, żoną człowieka zajmującego wysokie stanowisko w naszej armaji i powszechnie szanowanego...
— I?...
— Przyjście na świat pani...
— Ja nie jestem wcale osobą, o której w tej chwili pan rozmawia... jestem tylko jej przyjaciółką... — odparła Joanna z mocą.
— Niech i tak będzie... otóż przyjście na świat przyjaciółki pani było rezultatem błędu matki... Pierwotnie rozgniewany mąż... uznał następnie tę prawdę, iż matka pani...
— Tu nie jest mowa o mojej matce.
— Prawda... zatem uznał, że hrabina... gdyż osoba ta jest hrabiną... zbłądziła jedynie wskutek fatalnego zbiegu okoliczności.
Hrabia przyszedł do tego przekonania po wielu latach. które stłumiły jego uprzedzenia... Żałował, iż pozostawił w opuszczeniu niewinne dziecię. A że jest człowiekiem honoru i delikatnych uczuć... pragnie naprawić złe, które wyrządził... Przyjmie cię pani z otwartemi rękoma... a raczej twoją przyjaciółkę... Niech tylko przyjdzie i da się poznać... Czeka ją szczęśliwa przyszłość... Rodzice posiadają znaczny majątek... a przytem zajmują poważne stanowisko w świecie... Hrabia jest wyższym oficerem, a swoje imię zaszczytnie dał poznać...
— Lecz ma niewzruszone pojęcie o honorze? — zapytała drżąca dziewczyna.
— To prawda...
— Powszechnie poważanym?
— I to również jest prawdą! Tajemnicę urodzenia dziecka zna tylko on i kilka sług przywiązanych... Imię jego i twej matki, pani, jest czyste, bez skazy... i najmniejszego podejrzenia...
Nieszczęśliwa słuchała w przerażeniu. Każde słowo, wyszłe z ust starca, padało jej w serce, jak krople roztopionego ołowiu! Honor i dobre imię tego człowieka surowego i na tak wysokiem stanowisku stojącego, był dla niej skazującym ją wyrokiem.
— Lecz gdyby dziecko to stało się niegodnem ich? — cicho zapytała.
— Dla czego?
— A jeżeli zmuszona nędzą, upadła jak tyle innych, przez świat odepchniętych, to jest ona raz na zawsze wygnaną z grona uczciwej i szanowanej rodziny?...
Ostatnie słowa z wymówiła bolesną ironją w głosie.
— Jeżeli z tej lub owej przyczyny, dla tego, że była biednym podrzutkiem, że nie miała nad sobą opieki i przewodnika, ani też pieniędzy na najpierwsze potrzeby, zmuszoną była w ostateczności wziąść kochanka... sprzedać się!...
— Pobłażliwość matki nie ma granic!
— Lecz uważaj pan dobrze... A jeżeli ten kochanek jest również ostatnim wyrzutkiem społeczeństwa?...
— Co pani mówi?
— Jeżeli ma na sumieniu pewne błędy... a nawet więcej jak błędy?...
Pan Raveneau, przerażony wyciągnął rękę, aby ją powstrzymać. Dziewczyna odezwała się cicho:
— Jeżeli popełnił zbrodnię?
— Czy to podobna!
— A gdyby jednak tak było, to jak można przypuścić, aby taki człowiek, jak hrabia, przyjął ją do swego domu! Możeby wyciągnął do niej rękę, ale tylko dla rzucenia jej jałmużny!... Stopień jego majątku i znaczenia, nie jest w stanie zetrzeć hańby z jej czoła, podnieść z upadku i zasłonić ją blaskiem swej chwały!
— Czyż tak wielkim jest złe? — zapytał wzruszony starzec.
— Być może!
— I tak nie trzeba rozpaczać, — szepnął.
Joanna powstała.
— Powiem mojej przyjaciółce wszystko com usłyszała, powtórzę wiernie...
— Czy przyrzekasz pani?
— Przyrzekam. Niech wtedy poweźmie postanowienie co ma dalej robić. Długo czekano, aby wynagrodzić niesprawiedliwość wymierzoną przeciwko niej. Nie prosiła o życie... o to gorzkie życie... Jeżeli ci co ją skazali na opuszczenie, cierpią teraz z powodu jej nieszczęścia, jest to słuszna kara za ich okrucieństwo. Żegnam pana... boję się aby wasza odezwa nie przyszła za późno...
Oczy jej błyszczały przepełnione łzami, które stłumić usiłowała. Przycisnęła ręką serce, jak gdyby chciała powstrzymać jego przyśpieszone bicie i podała złamanym głosem:
— Dziękuję panu za wyrzeczone słowa. Kilka dni temu byłabym nader szczęśliwa, usłyszawszy je... Dziś są one dla mnie ostatecznym ciosem... Żegnam pana!
Nie mogła wydobyć więcej głosu... łzy ją dusiły.
Straciła ostatni promień nadziei.
Za chwilę miała zniknąć za drzwiami.
Firanki sąsiedniego salonu uchyliły się.
Hrabina de Vitray, śmiertelnie blada, z twarzą zalaną łzami, stała na progu.
— Joanno! — zawołała, wyciągając ku niej ramiona.
Młoda dziewczyna odwróciła się. Spojrzała na twarz hrabiny, chciała biedz ku niej; następnie zawahała się chwilkę i stanęła, powziąwszy niezłomne postanowienie.
— Kto pani jesteś? — zapytała. — Ja pani nie znam.
— Jestem Helena de Vitray.
— Nigdy nie słyszałam tego imienia.
Kłamała. Właśnie imię to obłąkana powtarzała bezustannie właśnie to imię słyszała od lat dziecinnych.
— Jestem matką twoją, powiedziała jeszcze hrabina stłumionym głosem.
Joanna odpowiedziała:
— Pani się myli, jestem przyjaciółką tej, o której pani myśli, jej towarzyszką złej doli, siostrą upadku i hańby. Powiem jej co tu usłyszałam i widziałam. Nie wiem, czy kiedykolwiek zobaczy ją pani... a nawet mówiąc prawdę, wątpię bardzo... Będzie się zapewne uważała za niegodna matki, takiej jak ty pani... Żegnam panią!...
Pani de Vitray wydała okrzyk i upadła zemdlona w ramiona pani de Saint-Béran, która nie miała siły jej utrzymać. Zesunęła się na dywan podłogi i pozostała nieruchoma.
Przez chwilę zapanował nieopisany zamęt w gabinecie pana Reveneau.
Kiedy hrabinę przyprowadzono do zmysłów, napróżno szukano nieznajomej, skorzystała z ogólnego zamieszania i wyszła niepostrzeżona przez korytarz i przedpokój, a znalazłszy się na ulicy, z rozpaczą w sercu, wskoczyła do przechodzącego fiakra, kazała się zawieść na dworzec kolei Sain-Lazare.
Nareszcie poznała matkę!
Matką tą była hrabina de Vitray, żona admirała de Vitray Pleyber głośno znanego w marynarce francuzkiej.
A ona, nieszczęśliwa tułaczka, kochanką fałszywego Rodriguez’a, a raczej Jana-Maurycego, takiego samego podrzutka jak i ona a w dodatku fałszerza i mordercy.
Co robić? Co dalej postanowić?
Kupiła bilet do Vauresson, prawie nie wiedząc co czyni zaprzątnięta jedyną myślą:
— Dziś wieczorem zobaczę go i los mój zostanie rozstrzygnięty.