Dziewczyna bezimienna/Część druga/XXXIII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Dziewczyna bezimienna |
| Pochodzenie | Kurjer Poranny 1893 |
| Wydawca | Feliks Fryze |
| Data wyd. | 1893 |
| Druk | w Drukarni Rotacyjnej |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | La File sans nom |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Od chwili swej rozmowy z odźwierną z Carrières, pan Raveneau nie lubił myśleć nawet o powierzonej mu misji.
Szanował admirała, lubił hrabinę, przejęty litością nad jej okrutną boleścią, w szlachetnem milczeniu znoszoną, lecz zapytywał się sam siebie, czy nie lepiej by się stało, gdyby los nieszczęśliwego dziecięcia, przyczyny tylu zmartwień, pozostał nieświadomym raczej, aniżeli miałby bolesną rzeczywistością stać się nowem źródłem smutku dla nieszczęśliwej matki, a dla admirała przynieść nowy powód do wyrzutów sumienia?
Podczas kiedy Joanna, siedząc w swoim pokoju, odczytywała dzienniki z fatalną wiadomością, co ją tak strasznie wzruszyła, pan Raveneau znajdował się w swoim gabinecie, do którego wszedł służący, oznajmiając:
— Pan Barrois.
Barrois był agentem, przeznaczonym do wyszukania wdowy Yaudet i jej córek.
Za chwilę wszedł do pokoju. Był to człowiek w sile wieku, wysoki, tęgi, z miną ex-wojskowego, wąsami przystrzyżonemi krótko, wypukłemi oczami, wysokiem czole i włosach mocno obciętych, wyrażał się zwięźle i krótko, jak prawie każdy z dymisjonowanych wojaków.
Miał na sobie obcisły długi surdut, zapięty pod samą szyję, nizki, filcowy, o szerokich skrzydłach kapelusz, a gruby kij w ręku dodawał mu powagi i pewności siebie.
— Co słychać Barrois? — zapytał starzec, zwracając się do nowoprzybyłego.
Agent odpowiedział mrukiem, jak dzik, napadnięty w jaskini.
— Nic się nie dowiedziałeś nowego? — powtórzył pan Raveneau.
— Przeciwnie, lecz, doszedłszy do ulicy des Carrières, straciłem ślad... i nie mogę iść dalej... a jednak jest tam ktoś, co ją zna, niejaka Pache, odźwierna domu, w którym Joanna zamieszkiwała.
— Widziałem ją!
Barrois przeraźliwie zaklął.
— A to przebiegła baba! Nic mi o tem nie powiedziała... chociaż kusiłem ją, aby się wygadała.
— I ja również to samo chciałem z niej wydobyć i to za pomocą najsilniejszego argumentu, którego zapewne sam użyłeś.
— Bezwątpienia!... Lecz ptaszki wyfrunęły z gniazda... i niepodobieństwem jest wiedzieć w którą stronę, wobec czego zostaliśmy bezsilni.
— Spodziewam się, że to długo nie potrwa.
Barrois podniósł swoją grubą pięść w górę, mówiąc:
— Zapewne, zapewne, jest to kwestja czasu, może dni... Zwierzyna nam nie ujdzie... ale zawsze szkoda czasu.
I z brutalnym śmiechem dodał:
— Tylko szkoda, żeśmy naszej zguby nie szukali daleko wcześniej, dzisiaj można ręczyć, że ją znajdziemy cokolwiek uszkodzoną.
— Tak sądzisz i kiedyż toby się stać mogło? — zapytał ciekawie pan Raveneau?
— Słowo daję, wcale niedawno, był jeszcze czas miesiąc temu... młoda osoba ma dużo cierpliwości... lecz pan pojmuje, w końcu wyczerpie się wszystko... tak samo i cierpliwość... a musiała biedaczka nieraz jej używać, sądząc po tem, co mi o niej opowiadano.
— Któż taki mówił o niej?
— Wszyscy, co ją znali... jednogłośnie mówią, że jest zachwycającą i dobrą dziewczyną!
— Co dalej będziesz pan robił?
— Dalej swoją robotę... aż odnajdę... To pewna, że się tak stać musi, lecz na to nie trzeba zważać, że czas bieży... Rzecz nie łatwa... a do tego najtrudniej mi trafić na woźnicę, który ich ztamtad zabrał, przecież nie mogły odjechać balonem... a jednak niepodobna odnaleźć numeru... lecz muszę go mieć...
— Zapewne że ci się to nakoniec udać musi — dodał z westchnieniem pan Raveneau.
— Chyba łatwiej jest odnaleźć trzy kobiety, niż zabójców handlarza drogocennych kamieni — zawołał Barrois.
— Czy mówisz pan o Rosenie?
— A tak, o tym ośle, co się tak ukrywał ze swemi skarbami, a w końcu tak łatwo dał się wywieść w pole.
— Ciekawy jestem, czy rzeczywiście był tak bogatym, jak to o nim głoszą?
— Z pewnością! Co to za dziwni ludzie bywają w tym Paryżu!
— Czy i pan sądzisz, że umarł?
— Ależ tak!... Głupiec, który spacerował od rana do wieczora ze swemi miljonami w worku, musiał się stać przedmiotem chciwości rozbójników. Trudno mieć wyobrażenie o ilości różnego rodzaju włóczęgów i złodziei, zalewających obecnie Paryż... Ci, co zamordowali i ograbili Rosena, muszą być tędzy gracze... i jestem pewny, że ich nigdy nie złapią. Po mistrzowsku poprowadzili sprawę.
Otwarcie Barrois gotów był przyznać złoczyńcom palmę pierwszeństwa i nagrodę za ich mistrzostwo w swej sztuce.
W każdym zawodzie są artyści i ci należą do nich w swoim, to rzecz pewna.
A powracając do poprzedniej rozmowy.
— Czy na dziś nic szczególnego nie ma pan dla mnie? — zapytał.
— Owszem. Spiesz się pan... Nie żałuj czasu i pieniędzy... A może ich potrzebujesz?
— Jeżeli są... to i owszem... Tysiąc-frankowy bilet nigdy nie zawadzi.
Paskal ukazał się znowu we drzwiach.
— Jakiś cudzoziemiec pragnie się widzieć z panem.
— Jak się nazywa?
— Oto jego bilet.
Pan Reveneau przeczytał: „P. Petrus“ a pod spodem „ulica Bassano“.
— Odejdź Barrois, — odezwał się starzec, — i pędź całą siłą pary...
Agent ukłonił się po wojskowemu. Wychodząc o mało nie przewrócił małego starca o chorobliwej cerze, okrytego w długi płaszcz sukienny.
— Proszę uważać z nieukontentowaniem — zawołał staruszek.
— Przepraszam... proszę wybaczyć — odparł Barrois przechodząc dalej.
Mały człowiek obrzucił go bystrem spojrzeniem od stóp do głów.
Barrois zauważył jego wzrok przenikliwy, przeszywający, przez niebieskie szkła binokli.
— Czy mam przyjemność mówić z pauem Raveneau — zapytał nieznajomy z bardzo wyraźnym cudzoziemskim akcentem, wchodząc do gabinetu.
— To ja jestem nim.
— Przychodzę, aby panu dać pewne objaśnienia zupełnie bezinteresownie.
— W jakiej sprawie?
— Z powodu ogłoszenia, zamieszczonego w naszym „Timesie“.
— Ah! czy tak?
— Tak jest. Doprawdy można to nazwać cudem, iż przypadkiem odczytałem ten anons...
— Proszę niech pan raczy spocząć?
Piotr Brecheux miał bystry umysł, lecz i panu Raveneau nie brakowało na przenikliwości, jednak nauczyciel miał tę wyższość nad nim. Pan Reveneau znał więcej uczciwych ludzi, niż łotrów i nie przyszło mu do głowy obawiać się małego schorowanego staruszka, który się fatygował jedynie przez dobroć serca.
— Wychowałem pewnego młodzieńca od najmłodszych lat jego życia, — zaczął Brecheux. Jest on posiadaczem znacznej fortuny i do tej chwili w charakterze jego dawnego nauczyciela, zamieszkuję z nim razem około pól Elizejskich, na ulicy Bossano, skromny domek.
— Sądzę, że te objaśnienia są zbyteczne, — odparł grzecznie starzec.
— Broń Boże, jestem otwartym ze wszystkimi... Nie udzielam się zupełnie światu... Pogrążony w swoich naukowych pracach, żyję dla nich i dla mego drogiego ucznia... który mi został powierzony przez rodziców zmarłych w młodym wieku, i jestem bardzo przywiązany do mego wychowanka. Lecz chcąc zacząć rozmowę o tem, co mnie tu sprowadziło, muszę się zapytać, czy to pan szukasz pewnej kobiety, wdowy, nazwiskiem Yaudet?
— Tak, rzeczywiście jej szukam.
— Przypadek zbliżył mnie do niej kilka lat temu... Zamieszkiwałem podówczas Jersey w małej willi około Grevey...
W tej chwili zacny profesor korzystał ze swych notatek. Opowiadał zaś tak dobrodusznie, iż pozyskał sobie najzupełniej pana Raveneau, który przecież z zawodu instynktownie nie miał wielkiej wiary w ludzi.
Po chwili Brecheux zaczął znowu:
— W tym czasie kobieta owa, miała jeszcze męża, rybaka, ten nam ryb dostarczał i woził łodzią na morzu, kiedyśmy chcieli użyć spaceru. Lecz niestety człowiek ten, posiadał wielką wadę... oddawał się pijaństwu.
Czy podobna było panu Raveneaux podejrzewać osobę tak dobrze poinformowaną?...
— Rybak umarł... — mówił też dalej Brecheux, a wdowa powróciła do Francji... zabrała z sobą dwie dziewczyny, jedną dużą a drugą jeszcze maleńką... widziałem je obie ze sto razy...
Starsza obiecywała wyrosnąć na śliczną dziewczynę, była ona powierzoną rybakom na wychowanie... wdowa opowiadała mi o tem trochę... Podobno iż istnieje jakaś historja, przywiązana do urodzenia tej małej... Jednem słowem wiem również, że z tamtąd udały się do Cherbourga...
— Jestto najzupełniejszą prawdą.
— Zatem nie przynoszę panu nic nowego?
— Te szczegóły znam dobrze.
— Wskażę panu jeszcze inne... Muszę się panu przyznać, iż bardzo się przywiązałem do starszej dziewczynki, prawie, że już dorosłej i nadzwyczaj inteligentnej, a przytem bardzo dobrego serca. Zmuszeni byliśmy podróżować i utraciłem ją z oczów... ale buzię ma taką, że niepodobna jej zapomnieć. To ogłoszenie w Times’ie uderzyło mnie... i przywiodło na pamięć ubiegłe wspomnienia... lecz co najzabawniejsze w tej sprawie, to właśnie, że nazajutrz na placu Châtelet, spotkałem osobę, której widok, wzbudził we mnie niejasne wrażenie, że ją gdzieś znam. Jechałem powozem... koń szybko biegł... lecz nie ujechałem stu kroków, kiedy zawołałem: — to ona. Kazałem powrócić napowrót, cóż kiedy ścisk powozów i dorożek, nie pozwolił uskutecznić tego prędko... upłynęło kilka minut i było już za późno...
Brecheux opowiedział tę scenę, dla tego, że się bał prędkiego odszukania młodej dziewczyny, coby mu popsuło szyki.
— Czy jesteś pan tego pewny, że to była ona?
— Zupełnie pewny.
— Kiedyż to miało miejsce?
— Dwa dni temu. Zapewne musi mieszkać w tamtej stronie.
— Nazywa się Joanna?
— Tak jest i zdaje mi się, że łatwo ją będzie można odnaleźć... — dodał z uśmiechem: jeżeli to ma być dla jej szczęścia to chciałbym, aby to się stało jak najprędzej.
— Właśnie dla niej i dla szczęścia jej matki, pragniemy ją odszukać, — odparł pan Raveneau.
— Tak, więc matka żyje?
— Niema jeszcze lat czterdziestu.
— Dlaczego jej nie szukała dawniej?
— Dla bardzo ważnych powodów, niezależnych od jej woli, które obecnie zostały usunięte.
— Musi być bogatą, skoro panu powierzyła taką misję?
Pan Raveneau uśmiechnął się:
— Może być... jest to tajemnicą...
— A rozumiem... chcesz pan pozostać dyskretnym... bardzo pięknie, ponieważ ja nie jestem ciekawym... przyszedłem w dobrej wierze, spełnienia dobrego uczynku, jeżeli to możebne!
Naturalnie, że poczciwiec, chciałby był dowiedzieć się czegoś więcej, lecz miał do czynienia z równym sobie graczem, nie udało mu się wyciągnąć nic więcej, a zresztą uważał się za zupełnie zadowolonego; jak na pierwszą wizytę i tak dowiedział się wiele.
Zatem była to matka, jak tego łatwo można się było domyśleć, gdyż inaczej, nie byłaby wstanie powierzyć swoich interesów opiece pana Raveneau, który administrował tylko olbrzymiemi fortunami wielkich panów.
To też Piotr niezmiernie był ciekawym poznać jej nazwisko i... szczęśliwy dla niego przypadek przyszedł mu w tym razie z pomocą.
Paskal znów się ukazał, i zbliżył do swego pana oznajmiając pół głosem.
— Pani hrabina de Vitray!...
— Czy jest tutaj?
— Razem z panią de Saint-Béran.
Nauczyciel miał słuch doskonały, a wzrok nadzwyczaj bystry, pomimo niebieskich okularów. Usłyszał wyrzeczone nazwisko i wstał aby się pożegnać:
— Jeżeli uznasz pan za stosowne aby do mnie napisać, bardzo będę szczęśliwy dopomódź panu w jego poszukiwaniach!
— Bardzo dziękuję.
Słysząc te uprzejme słowa, pan Raveneau pozostał aby odprowadzić osobiście do drzwi tak miłego gościa; gdy przechodził przez salon, gdzie klijenci oczekiwali swej kolei, dwie damy powstały; jedna była staruszka, druga młoda kobieta.
Profesor odwrócił się, zatrzymawszy dłużej badawczy wzrok na twarzy hrabiny.
— Zapewne matka, myślał stary. — Rzeczywiście młoda i piękna.
Przy stole siedział jeden z urzędników zajęty pisaniem, profesor zbliżył się do niego pytając cicho:
— Zdaje mi się, że to hrabina de Vitray, nieprawdaż?
Młody człowiek podniósł głowę i odpowiedział:
— Tak jest.
— Żona admirała?
— Właśnie... towarzysząca jej dama jest markizą de Saint-Béran.
— De Saint-Béran? powtórzył profesor chcąc zapamiętać nazwisko. — Bardzo panu dziękuję.
Za chwilę już go nie było.
Gdyby był został dłużej jeszcze pięć minut, byłby zobaczył wchodzącą trzecią klijentkę, była nią Joanna, która z kolei pragnęła się widzieć z panem Reveneau. Paskal jej oznajmił:
— Pan jest w tej chwili zajęty, lecz może raczy pani zaczekać chwilę!...