Dziewczyna bezimienna/Część druga/XXXII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Dziewczyna bezimienna |
| Pochodzenie | Kurjer Poranny 1893 |
| Wydawca | Feliks Fryze |
| Data wyd. | 1893 |
| Druk | w Drukarni Rotacyjnej |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | La File sans nom |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Buffon, w swej historji naturalnej, wyliczył wielką ilość ptaków, stworzonych ze specjalną misją pożerania innych.
Wielkość ich bywa rozmaita, a należą do nich orły, sępy, sokoły, krogulce, myszołowy i inne mniejsze rozbójniki niebieskich przestworzy. Naturalnie, iż najpotężniejsi z nich są zarazem najtrudniejsi do uchwycenia.
Przez analogją można umieścić panów Burllet, Templeton and Comp. pomiędzy orłami lub sępami, którzy z niedościgłych szczytów szydzą z kuli myśliwego.
Co prawda, to dom na Oxford-street nie był, ściśle mówiąc, niedościgłym szczytem, lecz za to był szczelnie zamknięty i niedostępny nawet dla samej policji.
Był on gniazdem tych drapieżnych ptaków, tych podstępnych złoczyńców, których odwaga równała się pomysłowości zbrodni, oraz zręczności jej wykonania.
Zostawiliśmy Toma Childs’a przy stole w restauracji hotelu „Terminus“ nad smacznem śniadaniem, które pożerał z urzędową powagą.
Zresztą jego spokój był zupełnie usprawiedliwiony.
Policja wszystkich krajów patrzy nieufnym wzrokiem na ludzi źle ubranych.
Ubierzcie się tylko w łachmany, a napewno poproszą was o pokazanie legitymacyjnych papierów, choćby sumienia wasze były jak śnieg białe.
Przechodzień, porządnie ubrany, wzbudza zawsze poważanie.
Tom był starannie ubrany, nikt więc nie przyszedł, aby mu zakłócić spokój obfitego śniadania, zakropionego poważną liczbą kieliszków doskonałego likieru.
A przytem posiadał wyborny żołądek i elastyczne sumienie, ułatwiające dobrą strawność.
Jego służący, również jeden z urzędników szanownego pana Templeton, z równą flegmą i obfitością spożywał śniadanie w sąsiedniej knajpie, naprzeciwko stacji kolejowej, bacznie pilnując składu bagaży, z rozwagą czerwonoskórnego Indjanina pośród dziewiczych lasów Ameryki.
Lecz nikt do licha nie mógł podejrzewać olbrzymiego i mocnego kufra.
zwiastującego wcale przyzwoitą zamożność swego pana.
Spoczywał on obecnie na podwórzu stacji, obok tysiąca innych, bez zwrócenia na siebie niczyjej uwagi, jak chyba tej, aby został we właściwym czasie zwróconym poważnemu dżentelmanowi, który raczył go powierzyć opiece kompanji.
A przytem za trudno by już było odkryć zabójstwo poczciwego handlarza, który zawsze zamieszkiwał sam jak puszczyk w starej ruinie, przychodząc późno na noc do domu, aby wyjść najczęściej ze świtem.
Rzeczywiście Samuel tak urządził swoje życie, że mógł wzbudzić pożądliwość w sercach rzezimieszków i bandytów całego świata, ułatwiając im działanie.
Nadto Tom Childs miał się zawsze na baczności, a zajadając i popijając, jak przystało na porządnego, z dobrym apetytem anglika, nie tracił z oczu własnego bezpieczeństwa i celu, w jakim tu przebywał.
Pocieszał się tem, że znajdzie dość czasu, aby pohulać po wszystkich knajpach londyńskich, w towarzystwie znajomych sobie złoczyńców lądowych i morskich, otrzymawszy nagrodę pięciuset funtów.
Obecnie pozostawał pod bronią, a dobry żołnierz nie ustępuje z placu.
Tom Childs był jednym z najlepszych żołnierzy generała Templeton i posiadał pewnego rodzaju uczciwość i sumienie.
Był zgodzony za swą robotę tyle i tyle, więc chciał ją sumiennie wypełnić. Otóż praca ta dzieliła się na dwie części, z których pierwsza była wykonaną i to porządnie, czem się szczycił. Druga polegała na tem, aby zniszczyć corpus delicti i oddać w całości zysk z przeprowadzonej sprawy do biura pryncypała.
Wszystko tak było przygotowane, że to nie przedstawiało wielkiego ambarasu. Na kwadrans przed pierwszą Tom wychylił jeszcze ostatni kieliszek koniaku najpierwszej marki, na garnitur w kratki narzucił szeroki płaszcz, włożył na swe rude włosy, bronzowy kapelusz, przeszedł podwórze stacji krokiem prawdziwego wyspiarza, który się wszędzie czuje u siebie i zaszedł do składu bagaży. Służący uprzedził go już tam, odebrawszy drogocenny kufer.
O pierwszej, kiedy „kurjer” z Paryża do Hawru dał sygnał do odjazdu, pan i sługa byli już wygodnie umieszczeni w wagonie, odwróceni plecami nie bez pewnej wewnętrznej satysfakcji do poczciwego miasta, w którem obdarli i zabili jednego z jego mieszkańców.
Myliłby się ktoby sądził, że zostawali oni pod wpływem jakiego przykrego wspomnienia. Podobni do piratów, rozbijających okręty lub głowy nieprzyjaciół, mieli umysł spokojny.
To była wojna. I dzieło swoje Tom Childs uważał również jako wojnę. Poczciwy dżentelman przedsięwziął małą wyprawę na terytorjum nieprzyjacielskiem, a gdy ta mu się udała, zatem wszystko było jak najlepiej.
Kołysanie wagonu pogrążyło go w głębokim śnie.
Marzył o świętobliwych rozkoszach, zupełnie zapomniawszy o nieszczęśliwym handlarzu frankfurckim, który spoczywał ze swym skarbem uzbieranym w pocie czoła.
Uczucia te malowały się na jego szerokiej twarzy, sprawiała je perspektywa pięciuset funtów, które stanowią dwanaście tysięcy pięćset franków; co znów stanowiło nieprzeliczoną ilość porteru, rostbefu, szynki, polo ale i whisky, nie licząc jeszcze innego rodzaju przyjemności, które w obfituje Alhambra lub Piccadilly.
Przybywszy do Hawru, służący musiał użyć całej siły, aby go obudzić. Była zaledwie piąta.
Do tej pory odźwierny Samuel Rosen nie mógł jeszcze powziąć najmniejszej obawy co do do swego lokatora, ponieważ ten nie wracał nigdy przed obiadem.
Robiąc plan, Piotr Brecheux przewidział wszystko, a Tom ze swej strony umiał się obrachować i pozostał spokojnym. Przetarłszy oczy, wyszedł z wagonu, podczas kiedy służący poszedł odebrać kufer.
Jeden z majtków „Albatrosa“ oczekiwał na nich w pobliżu stacji z fiakrem. Łatwo wyjechać z kraju, lecz nie wjeżdża się w ten sam sposób. Celnicy są czasem nieprzyjemnie ciekawi.
Nasz anglik nie potrzebował się ich obawiać. O w pół do szóstej kufer został ostatecznie umieszczony w kabinie o pięknie rzeźbionych ścianach, politurowanych i werniksowanych jak najpiękniejsze luka japońska i zaręczam wam, że nikomu nawet do głowy nie przyszło zaczepić poważnego i okazazałego dżentelmana, który, okryty płaszczem, z pewnością siebie, przypatrywał się przechodzącym kobietom.
Mieszkańcy Hawru, widząc majtka obok woźnicy, olbrzymi kufer i wspaniałego lokaja, myśleli zapewne, że miljonowy lord podróżuje z wyszukaną wygodą, boksując każdego, ktoby się ośmielił spojrzeć na niego z ukosa.
Kiedy śliczny statek wyszedł z portu na pełne morze, lepiej wystrojony od najpiękniejszej fregaty admiralicji, błyszczący jak złoto, z pomostem czystym jak najpiękniejsza podłoga i dwiema armatkami, dumnie naprzód wystawionemi, ciekawi przechodnie byli gotowi przyklasnąć raczej, aniżeli sprawdzać ładunek tego książęcego cacka.
Nikt nie myślał za nim gonić, lecz wszyscy go podziwiali.
Byli zatem ocaleni.
Robiąc piętnaście węzłów na godzinę, spieszyli z powrotem do gniazda, około dziesiątej znajdowali się w połowie drogi pomiędzy Hawrem i Folkestone, pędząc całą siłą pary.
Oddawna już znikło na horyzoncie światło z de la Héve i zaledwie można było rozróżnić wybrzeża angielskie i potężną latarnię w Boulogne.
Maszynista, kapitan i majtkowie byli na stanowiskach, obojętni na wszystko, z wyjątkiem swego obowiązku. Anglik również wypełniał święcie swój obowiązek, kajuta, gdzie znajdował się kufer, była jasno oświetlona i znajdowała się zaraz obok kajuty, zajmowanej przez Toma i jego służącego, obecnie towarzysza, równego jemu.
Dwaj bandyci nie spali, zajęci ohydną pracą. Samuel Rosen leżał na stole, wyjęty z kufra służącego mu za trumnę, sztywne ciało jego było spowite ołowianemi pasami.
Po skończonem dziele, Tom Childs otworzył okienko kajuty. Odbyło się to bez najmniejszego hałasu.
Niezwykle ciężkiego trupa wsunięto do otworu okienka i na grubej linie spuszczono zwolna do morskich otchłani.
„Albatros“ odbywał dalej swą podróż, nie spostrzegłszy ulżenia się ciężaru załogi.
Dzielny Tom zeszedł następnie do maszyny, ziejącej żarem ognistym.
Maszynista i palacz z fajkami w ustach siedzieli na ławce.
Tom Childs rzucił do ogniska paczkę, owiniętą w kawałek żaglowego płótna. Wszyscy trzej uśmiechnęli się cicho. Był to koniec ich dzieła.
A z Samuela Rosena, z jego torby i ubrania, pozostał tylko bezkształtny trup, którego nawet sieć rybaka nie mogła wydostać na powierzchnię głębi, w której leżał pogrążony.
O szóstej rano, kiedy niepewne światło dnia podnosiło się nad sennym Londynem, spowitym w gęstą mgłę, okrywającą swym całunem dumne miasto, łódź „Albatrosa“ przybiła do brzegu pomiędzy Southwark i Blackfriars.
Zaledwie na pięć kroków można było rozpoznać człowieka, pomimo to celnicy czuwali, jak to zwykle bywa nad brzegami Tamizy. Lecz i oni robią niekiedy wyjątek, gdyż, spostrzegłszy przybyłego jeden z nich wyciągnął zaraz rękę mówiąc poufale:
— He, he, Tom Childs, jakoś rano dziś wybrałeś się na spacer.
— A tak... Interesy... a czy zobaczymy się dziś, Dicóu, „Pod trzema koronami“?
— Owszem. Około piątej wieczorem.
— Do widzenia zatem.
— Do widzenia!
Płaszcz bandyty, ubranie służącego, wszystkie kieszenie kamizelek i innych części ubrania, których angielska skromność nie dozwala wymienić, zapełnione zostały łupem po nieszczęśliwym Samuelu.
Sztuczka się udała.
Tom Child wraz z towarzyszem zniknęli w labiryncie maleńkich uliczek, okalających katedrę Ś-go Pawła, przeszli przez Drury Lane i znaleźli się przed domem na Oxfort-Street.
Punkt o siódmej weszli tam przez ukryte drzwiczki. O ósmej złoto klejnotów zostało stopione w rozpalonym tyglu w podziemiach, w tem gnieździe złoczyńców, a brylanty, szmaragdy, perły, turkusy, szafiry i rubiny nieszczęśliwego handlarza, umieszczone wspaniale za szkłem czekały na elegancką publiczność lub kupców londyńskich prowincjonalnych, którzy się tu zaopatrywali w potrzebny im towar, pewni, że go tu najtaniej dostaną.
Samuelowi potrzeba było dwudziestu lat nieustannej pracy i zabiegów dla zdobycia fortuny. Kilka godzin zaledwie starczyło, aby złoczyńcy z Oxfort-Street zrabowali go do szczętu.
Obecnie potrzebaby cudu, aby odkryć można było ich dzieło. Lecz cuda są rzadkie i napotykają wielu niedowiarków.
O tej samej godzinie odźwierny Samuela, poczciwiec, który tembardziej troszczył się o swego lokatora, że zarabiał miesięcznie pewną sumkę za posługę, zdziwiony, iż tenże nie wrócił do domu, poszedł zrana zapukać do drzwi jego mieszkania.
Naturalnie, nie otrzymał żadnej odpowiedzi wtedy, ponieważ miał podwójny klucz, użył go i wszedł do wewnątrz.
W mieszkaniu nie było nikogo, lecz odźwierny powiedział sobie, iż kawaler, choćby nawet najbardziej systematyczny, może uledz chwilowemu kaprysowi i wykoleić się ze zwykłego trybu.
Cały następny dzień przeszedł mu na oczekiwaniu w niepokoju, a w nocy zaczął głęboko rozmyślać i doszedł do wniosku, że żyd był handlarzem brylantów i mógł wpaść w jaką zasadzkę; pomimo to poczciwiec wahał się jeszcze kilka godzin.
Lecz po śniadaniu zdecydował się pójść do komisarza policji.
Komisarz, pan Séverine, należał do wesołych ludzi, nawet posądzają go bardzo, że od czasu do czasu występuje z jakimś wesołym wodewilem, co przecież nie jest zbrodnią.
W każdym razie, to pewna, że z powagą swego urzędu wcale nie licuje, lubi różnego rodzaju facecyjki i, przy zdarzonej sposobności, uprawia wesołe dowcipy.
Wysłachawszy cierpliwie opowiadania odźwiernego o zaszłem zdarzeniu, uprzejmie zapytał:
— Mówisz pan zatem, iż ci zginął jeden z lokatorów?
— Tak, panie komisarzu.
— Cóż to za jeden?
— Handlował brylantami.
— Do licha, to może być coś złego! A czy bogaty?
— Nie wiem panie komisarzu, jednak z pewnością nie był biednym.
— I ten swój majątek nosił zawsze przy sobie?
— W skórzanej torbie.
— A torby nie zostawił w mieszkaniu?
— Nigdy się z nią nie rozstaje.
— Licho nadało — powtórzył komisarz — i nie masz żadnego pojęcia co się z nim stać mogło?
— Najmniejszego.
— A no, zobaczymy, co się z nim stać mogło — odparł komisarz.
— Co dalej czynić?
A nic... musimy czekać... Jeżeliby powrócił, dasz mi pan znać.
Odźwierny w zamyśleniu powrócił do domu. Godziny mijały jedna za drugą, lecz lokator nie powrócił.
W komisarjacie spisano protokół, a wieczorem kilka dzienników zamieściło, iż pewien żyd z Frankfurtu, zamieszkały w Paryżu przy ulicy Boissy d’Anglas, zginął bez śladu. Z początku pierwszego dnia pojawiła się ta krótka wzmianka, lecz w trzy dni później szczegóły zostały przytoczone, wraz z opisem jego osoby, oraz numerem domu, w którym zamieszkiwał.
Joanna od zajścia na ulicy Bossano żyła w niepokoju i trwodze, biegając co dzień na stację kolei po świeże dzienniki.
Jej trwoga wzrastała z każdym dniem.
Czwartego dnia dostawszy poranne dzienniki, wróciła do domu i zamknęła się w swoim pokoju.
Mieszkańcy okolic kościoła Ś-ej Magdaleny żywo zajmują się sprawą zniknięcia pewnego kupca przybyłego przed ośmnastoma laty z Frankfurtu do Paryża, który tutaj w cichości potrafił stosunkowo znaczny zebrać majątek.
„Był bezżennym. Nazywał się Samuel Rosen i miał około lat pięćdziesięciu.
„Po zebraniu bliższych informacji możemy zapewnić, iż pomimo skromnego pozoru, był to jeden z najbogatszych kupców drogich kamieni w Paryżu.
„Tę olbrzymia fortunę nosił zwykle przy sobie, zamkniętą w skórzanej torbie, nie rozstając się z nią ani na chwilę i sam jedynie zajmował się sprzedażą drogich kamieni.
„Zatem jest bardzo prawdopodobnem iż mógł wpaść w zasadzkę i został zamordowany w celu grabieży.
„Podajemy szczegółowy rysopis jego osoby:
„Jest wzrostu średniego, barczysty, z dużą głową, osadzoną na grubym karku, czarna gęsta broda i takież same włosy, nos orli mocno zgarbiony, cera matowo-oliwkowa, słowem najczystszy typ żyda.
„Ubrany był bardzo skromnie, okrycie i ubranie czarne, na głowie mały filcowy kapelusz.
„Zachodzi więc pytanie, czemu przypisać zagadkowe zniknięcie. Jest, że to przypadek lub zbrodnia?
„Można różnie tłumaczyć, lecz najprawdopodobniej jesteśmy w obec zbrodni.
„Śledztwo zaczęte przez pana Séverin, komisarza, wyjaśni wkrótce prawdę“.
Skończywszy czytanie, Joanna zrozumiała, iż dłużej wątpić nie może. Prawda była jasną jak słońce.
Rysopis odpowiadał w zupełności człowiekowi, którego widziała wchodzącego do hotelu Rodriguez i który stamtąd nie wyszedł.
Zatem i krzyk rozpaczliwy, słyszany przez nią, był także ostatniem wołaniem o pomoc nieszczęśliwej ofiary, a dom Juana jaskinią zbójów.
Lecz w takim razie czemże ona została? Kochanką zbrodniarza, a co najmniej wspólnika zbrodniarzy. Otaczający ją zbytek i ten dom, gdzie znalazła spokój i wygodę, zawdzięczała zbrodni, korzystała z pieniędzy, nabytych w zbrodniczy sposób!
Ujmujący młodzieniec, z butną miną prawdziwego szlachcica i bogatego pana, szlachetny i wspaniałomyślny, rzucający złotem na wszystkie strony, był najpospolitszym nędznikiem.
Ona kochanką złodzieja!
Mały, poczciwy staruszek, o minie uczonego to także jeden ze zbrodniarzy.
I to ich ona widziała w kilka minut po spełnionej zbrodni, przejeżdżających powozem na polach Elizejskich, spokojnie uśmiechniętych, złoczyńców, którymi właśnie cały Paryż się zajmował.
Co za odwaga! Czy mogą się znajdować podobne potwory?
Chwilami zdawało się nieszczęśliwej, że jest również chorą jak biedna Perina. Wskutek tylu przejść nieszczęśliwych, mogła rzeczywiście utracić rozum.
Widok rozrzuconych dzienników przyprowadził ją wkrótce do rzeczywistości. Jeszcze raz przeczytawszy je uważnie, utwierdziła się tembardziej w swem przekonaniu.
Wątpić jeszcze byłoby szaleństwem! Wszystkie szczegóły potwierdzały to, co widziała i słyszała.
Obecnie nie pozostawało jej nie więcej, jak się zastanowić nad tem, co dalej postanowić. Uczciwie sądząc, nie powinna ani na chwilę dłużej tutaj pozostać.
Trzy tysiące franków, leżące w biurku, jako dar Jana, były nienaruszone, lecz pieniądze te napełniały ją niewymownym wstrętem.
Przejętą była takim smutkiem, zwątpieniem i goryczą, iż wszystkie dawne cierpienia wydawały jej się niczem, w porównaniu do obecnego stanu.
W tej chwili chciałaby zniknąć, uciec daleko, aby nie ujrzeć więcej Jana, wymazać z pamięci tych kilka ubiegłych tygodni, lecz ciężar jej ubóstwa przygniatał ją niemiłosiernie i przykuwał do przeklętego domu, nie dozwalając się z niego ruszyć.
O kilka kroków od niej stara matka, co dzień słabsza, powoli umierała.
Z okna przez białe firanki widziała małą Marję, wesoło biegającą pomiędzy kwiatami, podczas kiedy ogrodniczka przygotowywała śniadanie.
Ojciec Bailly gracował ulicę, rozmawiając z małą, której łagodna twarzyczka jaśniała naiwną radością, pomimo lekkiego odcieniu smutku, oblekającego całą twarz dziecka, do tej pory żyjącego w niedostatku.
Ogród, oblany złotemi promieniami słońca, przedstawiał miły widok szczęścia i spokoju.
Wstrząsnęła się na myśl powrotu do ciężkiej taczki nędzy, którą ciągnęła od chwili przybycia do Paryża, do nieudanych usiłowań i upokorzeń, spotykających ją tyle razy i wciągając do tej strasznej przepaści dwie nieszczęśliwe istoty, które zaledwie odpoczęły po okrutnych cierpieniach.
Nagle nowa myśl przyszła jej do głowy. Przypomniała sobie pana Raveneau. Pójdzie do niego, a może tam jest właśnie dla niej ratunek?
Było zaledwie wpół do dziesiątej. Zdecydowała się szybko i w gorączkowej niecierpliwości, zarzuciwszy płaszcz na ramiona i czarny kapelusik włożywszy na swe wspaniałe włosy, zeszła do ogrodu a przechodząc, ucałowała matkę i siostrę, mówiąc:
— Nie czekajcie na mnie ze śniadaniem... idę za interesem.
Następnie szybkim krokiem poszła w stronę stacji kolei i przybyła właśnie w chwili, kiedy pociąg miał do Paryża wyruszyć.
O trzy kwadranse na jedenastą wchodziła w ulicę d’Anjou i stanąwszy przed jednym z domów, zapytała odźwiernego:
— Czy tu mieszka pan Raveneau?