Przejdź do zawartości

Dziewczyna bezimienna/Część druga/XXVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles Mérouvel
Tytuł Dziewczyna bezimienna
Pochodzenie Kurjer Poranny 1893
Wydawca Feliks Fryze
Data wyd. 1893
Druk w Drukarni Rotacyjnej
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. La File sans nom
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXVIII.
Na „Gran Plaza.“

Tego dnia wielka panowała radość w hiszpańskiej kolonji w Paryżu.
Za to dystyngowani protektorowie towarzystwa opieki nad zwierzętami byli w trudnej do opisania rozpaczy.
W szalonym roku stuletniej rocznicy, ludzkie umysły wysilały się na rozmaitego rodzaju wynalazki, które Paryż musiał podziwiać.
Cały świat skupiał się wtedy na Polu Marsowem, które służyło za scenę do pola bitwy, a raczej maskarady międzynarodowej, prawdziwej orgji kolorów, budynków, muzyki i różnorodnych kostjumów.
Na ulicy Kairu byli zupełnie przekonani, że nas uszczęśliwią widokiem Egiptu.
Mieszkaniec z nad Nilu znalazł tu wszystko jak we własnym kraju, zacząwszy od handlarzy fezów, sandałów, cuchnących słodyczy i osłów z przewodnikami, aż do gibkich, pełnych uroku tancerek.
U Inwalidów piętrzyły się wieżyczki minaretów oryginalnych. Świat cały ukazywał różne cuda, po największej części wcale nie piękne.
Otóż między tą powodzią nowości, arystokracja hiszpańska postanowiła uraczyć nas wspaniałem widowiskiem, które od wieków entuzjazmowało piękne mieszkanki Madrytu, Andaluzji i Nawary, urocze senioryiy o płomiennym wzroku i gorącem sercu.
Na prawo od drogi do lasku Bulońskiego wzniesiono olbrzymią kopułę, oszkloną szybami kolorowemi, o barwach Hiszpanji żółtych i czerwonych, przykrywającą największą na świecie arenę, w której miała się odbyć walka byków, walka potężnego zwierza, uzbrojonego zabójczemi rogami, przeciw człowiekowi, młodemu, silnemu i mężnemu, mającemu za całą broń kawałek szmaty czerwonej i krótką szpadę, co łatwo złamać może jedno niezręczne uderzenie, jest to bez zaprzeczenia wzruszająca uczta, która podnosi serca i dodaje odwagi naszemu zdenerwowanemu społeczeństwu!
Tylko podobno my, Paryżanie, mamy zanadto słabe nerwy i moralność zupełnie anemiczną, co nie może znieść widoku krwi rozlanej na cyrkowym piasku, tak że to, co wprawia w uniesienie tamtejsze kobiety, sprowadziłoby niezawodnie histeryczny atak naszym pięknym kochankom!
Słowem, to co się podoba w Sewilli i Madrycie, a nawet w Nimes lub w Dax, jest zanadto dramatycznem dla naszej zniewieściałej natury.
A przytem kwitnie towarzystwo opieki nad zwierzętami, co zbiedzonemi szkapami każe bez miłosierdzia wieść się na wyżyny ulicy des Martyrs, lecz nie dozwala aby wierzchowiec padł zaszczytnie na placu areny pod razami, które zadają chwalebną śmierć jego karjerze. Dozwala, aby czystej krwi wyścigowce łamały nogi w Auteuil, a żokieje karki, aby biedne dziewczęta pracowały nad swe wątłe siły. (Więcej książek Charlesa Mérouvela bezpłatnie do pobrania na Wikiźródłach) Zato znajduje zupełnie naturalnem, aby wojna masakrowała setki tysięcy ludzi, pożera to nieprzeliczoną ilość zwierząt, co więcej towarzystwo to samo z rozkoszą pożera żyjące ostrygi, zamordowane kurczęta, poćwiartowane barany, delektuje się poszarpanem ciałem ryb, złapanych na wędkę, a nad jedną wywłoką ginącą od uderzenia rogów, nad bykiem poległym od szpady zamiast od maczugi w rzeźni, wylewa gorzkie łzy i fałszywe rozwodzi żale.
Nie przeczę, iż są wypadki, lecz te zdarzają się wszędzie.
Weźmy naprzykład blacharza, dach pokrywającego, malarza, pod którym łamie się drabinka, murarza spadłego z rusztowania, woźnicę z kozła spadłego, wykolejone pociągi, parochody spotykające się, rybaków i marynarzy, co giną w wód otchłani, — czy o tych myśli towarzystwo?
Towarzystwo czego i nad kim?
Towarzystwo wołało wielkim głosem przeciw, a pomimo to miała się odbyć walka byków. I to olbrzymia walka, na której obecne nasze Andaluzki z Batignols lub Bercy, musiały zostać przekonane o wielkiej naszej czułości i dobrem sercu.
O godzinie 3 wspaniała sala przepełnioną była widzami.
Słońce cudownie błyszczące łaskawiej było widać usposobione od protektorów zwierząt! Promienie jego wdzierały się przez szyby, ozłacając swym blaskiem piękne toalety, wachlarze, pióra i wiosenne kwiaty u kapeluszy dam. Ani jednej loży lub krzesła nie było pustego.
Cały Paryż był tu zebrany, to jest ten, który się bawi i śmieje, bogaty lub sławny, stopniowo zasiadł coraz wyżej aż do samej kopuły.
Olbrzymie coloseum mieściło dwadzieścia dwa tysiące miejsc, z których ani jedno nie było wolne.
Już to Paryż można zawsze pociągnąć nowością. Na zaproszenie Hiszpanji miasto stawiło się w komplecie Brecheux dobrze został powiadomiony, gdyż na tę ucztę cała paczka Colombey’ów opuściła Chesnay.
Darivel’owie, komendant Briard, a nawet pan notarjusz we własnej osobie, naturalnie w towarzystwie czułej ciotki Sydonji, która trzymała stronę opiekuńczego towarzystwa, zajmowali dwie loże.
Fernand Colombey przechadzał się ze smutnem obliczem na korytarzach po nad lożami.
Od jakiegoś czasu zauważył iż w rodzinie często rozprawiano z ożywieniem lecz za jego zbliżeniem nastawało milczenie... Przeczuwał o czem być mogła ta rodzinna narada, wesołym zatem być nie mógł, tembardziej iż obrzucano go spojrzeniem pełnym współczucia a złośliwy wietrznik Gaston Durivel za każdem ukazaniem się kochanego kuzynka nie przestawał szeptać komendantowi ze szczególnym naciskiem:
— Ah, ten biedny Fernand musi być w rozpaczy! — lub, — nieszczęsny kochanek!....
Te i tym podobne wykrzykniki dochodziły do uszu Fernanda, lecz ten udawał, że ich nie słyszy chociaż były mu one nader przykre.
A Blanka także stała się mniej poufała względem niego. Co prawda, nie unikała jego towarzystwa, lecz nie śmiała spojrzeć mu prosto w oczy, aby nie ujrzeć jego smutnej twarzy, bo widziała iż ona to jest przyczyną jego zmartwienia.
Na „Grand plaza“ młody człowiek był jeszcze bardziej smutny niż zwykle, czuł nad głową miecz Damoklesa zawieszony, który miał na nią spaść.
Cała rodzina zaproszoną została po widowisku do willi Chesnay na wspaniały obiad.
W tej chwili, oprócz Blanki, która z lornetką robiła przegląd lóż i Fernanda, wszyscy zajęci byli sobą i mającem nastąpić przedstawieniem.
Orkiestra atakowała z werwą bolera i inne tańce narodowe hiszpańskie, „Carmen“ świeciła tu nowym blaskiem a przynajmniej ostatni akt tej ślicznej opery był wystawiony na scenie, naturalnie wyjąwszy dramatu.
Punkt o trzeciej zaczął się pochód. Wspaniały wjazd pikadorów, bandeljerów espadosów wraz z bohaterem przedstawienia, który siedział w złocistej kolasie, ubrany w kostjum z czasów Ludwika XV i wyglądał rzeczywiście imponująco.
W malowniczych kostjumach Filipa II-go z czarnego aksamitu, w kapeluszach z piórami, długich butach i szablą u boku, pędzili na dziarskich dżanetach piękni jeźdźcy, nawet czapraki na mułach, które miały przewozić zwyciężonych z placu boju, były z tej samej epoki. Tylko, że ci ostatni figurowali tu jedynie dla parady.
Opiekuńcze towarzystwo czuwało.
Cały orszak objechawszy w koło arenę zniknął, a dwaj dozorcy przyszli żądając od alkada klucza do klatki byków i zaczęło się przedstawienie.
— Wspaniała zabawa, komendancie Briard, słowo honoru wspaniała! — wrzeszczał młody Durivel.
Lecz komendant nie był zadowolony. Widział on podobne widowisko w Madrycie i Sewilli i innego doznawał wrażenia, siły, odwagi i upojenia, na widok istnej rzezi koni zabitych, byków broczących we krwi, pod dzielnem i zręcznem uderzeniem szpady dumnego toreadora.
Tam dopiero trzeba widzieć ten szał i uniesienie zebranego ludu, upojenie pięknych kobiet w zapale rzucających na arenę kwiaty, wachlarze, kapelusze, chustki, parasolki, rękawiczki! — słyszeć krzyki i wycie roznamiętnionego tłumu!
Tutaj opiekuńcze towarzystwo mroziło zapał!...
Pomimo to „les cuadrillas“ przygotowywali się do walki.
Piękne płaszcze niebieskie, czerwone, lub zielone złotem haftowane, wisiały rozpostarte na parapetach lóż i barjer.
Banda wygalonowanych banderillosów, espadosów i picadorów wjechała na plac walki.
Brzęczenie much można było usłyszeć, taka cisza zapanowała w ozłoconej słońcom sali.
Zagrzmiały trąby.
Drzwi od klatki otworzyły się i olbrzymi byk wyskoczył na środek areny.
Było to wspaniałe zwierzę. Widocznie czuł on śmieszność na jaką był wystawiony swym strojem, jego bowiem piękne rogi, jedyna broń tego czworonożnego gladjatora, miały futerały kauczukowe, z któremi wyglądał arcy niepocześnie.
Z pewnością przeciwnicy woleliby go zobaczyć ze zwykłą bronią, niż poniżonego podobnym strojem.
Konie pikadorów były również zabezpieczone wyściełanemi czaprakami. Towarzystwo musiało być zadowolone, publiczność przyjęła jeźdźców przeciągłemi oklaskami. Każdy zabrał się do dzieła.
Najpierw byk rzucił się na pikadorów, którzy przyjęli go niewinnemi uderzeniami swoich pik.
Następnie wsadzono mu kilka dzid ze zwykłą przysłowiową zręcznością, a sławny toreador Larlijo jakkolwiek niezadowolony z tej komedji, pokazał swoją sztukę, zadając razy, któreby nie zabiły nawet kurczęcia.
Publiczność biła brawo, trąby grzmiały z całej siły, a zwycięzca, na pysznym karym koniu, przyjechał zabrać tradycyjnemi wołami poległego do stajni, gdzie go czekała śmierć mniej zaszczytna.
Scena tego rodzaju miała się powtórzyć osiem razy podczas przedstawienia, z rozmaitemi, coraz to innemi, przypadkami.
Musimy jednak przyznać, że byk pomimo swych śmiesznych rogów, mógł zgnieść przeciwnika, zabić nogami, lecz za to nad jego skórą Towarzystwo czuwało, zabezpieczywszy go od ran śmiertelnych.
Paryżanie są dobroduszni i niewiele im trzeba do zabawy. Parodja ta wystarczała im zupełnie na dzisiaj, bawiono się i śmiano wesoło, ciesząc się blaskiem słońca, wspaniałością kostjumów, ogłuszającym hałasem fanfar, zręcznością toreadorów, lub dziką odwagą zwierząt.
Nowe widowisko podobało się bardzo. W lożach, zajętych przez Colombey’ów, zawzięcie klaskano. Tylko komendant Briard rzucał dysharmonijną nutę w ich grono, klnąc głośno, lecz była to jedna przyczyna więcej do ogólnej wesołości rodziny. Młody Durivel podburzał jeszcze starego wojaka, chcąc go niby to uspokoić.
Komendant krzyczał głośno:
— Co za głupia obawa do pioruna! Ubierać zwierzęta w coś podobnie śmiesznego! A czy to żołnierze są zabezpieczeni przed gradem kul, do tysiąca fur beczek! Kpiny, jak Boga kocham, czy co z poczciwych ludzi!
Gaston uspokajał:
— Nie unoś się komendancie, to tylko początek prawdziwego dzieła, za kilka dni będziemy patrzeć na bohaterską śmierć byków! Zobaczysz!
— Dla czegoż to jedzą panowie protektorzy smaczną polędwicę i kotlety, — ryczał komendant.
Był jednak ktoś, co się zupełnie nie zajmował widowiskiem, ani bykami, ani toreadorami, ani nawet wspaniałemi kostjumami, a osobą tą była Blanka Colombey.
A jednak była ona bardzo dziś wesoła i szczęśliwa dla dwóch mianowicie przyczyn.
Pierwszą z nich była obecność jej najdroższej przyjaciółki Berty de Chamblaiu, której po cichu powierzała różne swoje tajemnice, a młode dziewczęta w pewnych kwestjach są niewyczerpane w słowie.
Drugą zaś było to, że o jakie kilkanaście metrów dalej siedział w loży pewien młody człowiek, powszechnie zwracający uwagę wszystkich na siebie, chociaż niczem nie chciał bić w oczy, siedząc w przyzwoitej postawie i skromnem eleganckiem ubraniu.
Oczy młodego człowieka często zwracały się ku loży Colombey’ów, a Berta robiła to samo, lornetując zawzięcie młodego chłopca.
— Jakże ci się podoba? — zapytała po chwili Blanka swej przyjaciółki.
— Śliczny chłopiec!... Co za ujmująca powierzchowność!... Jeżeli jest równie dobry jak piękny, będziesz najszczęśliwszą z kobiet.
Obok młodego człowieka siedział staruszek, zasłonięty swym towarzyszem, oraz ogromnym kapeluszem swej sąsiadki.
Miał on na głowie czarną aksamitną czapeczkę, jaką zapewne musiał zazwyczaj nosić w domu. Czapeczka ta zakrywała mu całe czoło, spadając po nad same oczy.
Rzeczywiście tylko uczony może sobie pozwolić na taką ekscentryczność.
Przytem miał taką zbiedzoną, zawiędłą minę kaszlącego, schorowanego astmatyka, z niebieskiemi okularami na długim nosie, iż śmiało można mu było dać co najmniej lat siedemdziesiąt.
Ten również uzbrojony był w lornetkę, lecz posługiwał się nią rzadko i to jedynie, aby ją skierować do loży Colombey’ów, w której szukał twarzy pana radcy.
Ta dumna, zadowolona, zimna głowa, sprowadzała uśmiech na jego usta.
Zapewne, iż radca wyglądał w tej chwili imponująco, siedząc otoczony rodziną w loży, do której co chwila ktoś podchodził, aby się przywitać, lub ukłon zamienić przyjazny.
Panował w pełni sławy miljonowego mieszczanina, obok pięknej żony i córki, które wraz z Bertą de Chamblain jaśniały urodą i wdziękiem.
Brecheux był w siódmem niebie. Zrzucić kogoś z takiej wysokości, to znaczyło to samo, co zabić go.
W połowie przedstawienia nastąpiła przerwa. Rodriguez powstał ze swego miejsca, kierując się ku loży Colombey’ów. Wszedłszy, ukłonił się damom i wtedy zaszedł wypadek, któryby poruszył z radości kamienne serce byłego nauczyciela.
Blanka odezwała się głośno do przyjaciółki, tak, iż musiała być słyszaną przez sąsiadów z drugiej loży.
— Berto, oto pan Rodriguez, mój narzeczony!
Głos młodej dziewczyny drżał ze wzruszenia, wymawiając te tak proste słowa Było to oficjalne przedstawienie.
Młody cudzoziemiec znalazł się bardzo taktownie, zwrócił się do radcy z miną zakłopotaną, mówiąc wzruszonym głosem:
— Jakże wdzięcznym jestem panu!
Pani Colombey uśmiechała się, lecz z wyrazem smutku na twarzy. Czyż jest matka, któraby oddawała córkę bez żalu i zazdrości?
Mosty zostały spalone.
Juan obrzucił wszystkich wzrokiem, pełnym wdzięczności, a zarumieniona Blanka szybko dodała:
— Dziś wieczorem dajemy wielki obiad w Chesnay. Będziesz pan u nas, nieprawdaż?
Juan skłonił się.
Radca zapytał:
— Czy towarzysz pański jest właśnie owym dawnym nauczycielem?
— Tak, panie, lecz proszę wybaczyć, iż nie może osobiście złożyć państwu swego szacunku... Jest trochę słaby... i nadzwyczaj nieśmiały... Zdziczał pomiędzy książkami. Lecz za to złote ma serce!
Gaston odezwał się do komendanta Brian:
— Nareszcie! Klamka zapadła! Dostałeś kwitka panie Fernandzie!
Komendant mruczał pod nosem:
— Smutna rzecz!... Nie miałbym zaufania do pięknego panicza.
Był zły, lecz musiał ukrywać niezadowolenie przez wzgląd na osobę naczelnika rodu Colombeyów.
Durivel, notarjusz, zrozpaczony był, iż nie może wtrącić swoich trzech groszy do tej sprawy. Zawsze to nieprzyjemna nowina wiedzieć, iż tak wspaniały kontrakt przejdzie do rąk kolegów.
Za to Durivel, wąż dusiciel, rozkoszował się zawczasu myślą wspaniałych uczt i wyrafinowanych festynów, które już się od dzisiaj zaczynały, a szanowna ciotka Sydonja, urodzona de Moranges, rzucała skrycie spojrzenia, pełne pożądliwości, na przyszłego małżonka, gdyż pomimo opiekowania się wieloma dobroczynnemi dziełami, można także odczuwać innego rodzaju przyjemne wrażenia.
Po trzeciej walce. nie wiele interesującej, Juan zostawił narzeczoną, upojoną szczęściem, a jej przyjaciółkę najzupełniej zdobytą dla jego sprawy.
— No, cóż Jasiu? — zapytał Brecheux wychowanka, skoro tylko tenże ukazał się w łoży.
Juan odpowiedział:
— Stało się.
— Wobec wszystkich?
— Tak... i dziś wieczorem Jestem na obiedzie w Chesnay.
— A to się udało dalipan! Wygrana nasza, lecz kiedy ujrzymy posag?
— Jutro się o tem dowiesz.
Syn dzierżawcy z la Sauvagère zwrócił swą lornetkę na lożę Colombey’ów. Spojrzenie, którem obrzucił radcę było jadowitsze od najzłośliwszego gadu, co zadaje nieuleczalną ranę. Jak silną bywa zemsta ludzi podobnych jemu, Maurycy Colombey miał się o tem z czasem przekonać.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles Mérouvel i tłumacza: anonimowy.