Przejdź do zawartości

Dziewczyna bezimienna/Część druga/XXVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles Mérouvel
Tytuł Dziewczyna bezimienna
Pochodzenie Kurjer Poranny 1893
Wydawca Feliks Fryze
Data wyd. 1893
Druk w Drukarni Rotacyjnej
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. La File sans nom
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXVII.
Zasadzka.

Służby niewiele było w hotelu. Sami Anglicy, dostarczeni przez panów Burlett, Templeton et Comp.
Najpierw Wiljam kamerdyner, kucharz John i woźnica Zack, doskonale do siebie dobrani. Potrzeba dodać, iż nie żałowali sobie niczego, lecz pilnowali gorliwie obowiązku, upijając się zaledwie raz lub dwa w tygodniu. I to jeszcze pod sekretem i tylko w familijnym gronie.
Właśnie Will otworzył drzwi kupcowi brylantów. Trudno jest przyjmować gości z większą elegancją i taktem.
Will był grzeczny, lecz nie uniżony. Dodał też do swego zaproszenia jeszcze te słowa:
— Niech pan zechce iść na górę, sądzę, iż pan Rodriguez oczekuje właśnie pańskiej wizyty.
Powiedziane to było czysto londyńskim akcentem. W całym domu panowała cisza, gdyż nawet kuchnie znajdują się w suterynach, a kuchmistrz był na mieście za zakupem artykułów spożywczych, woźnica być musiał nieopodal w stajni.
Samuel wszedł na schody. Przezorność go nie opuściła ani na chwilę, gdyż idąc, patrzył uważnie na lewo i na prawo, lecz cóż mógł zobaczyć podej rzanego? Sień drugiego piętra, gdzie się znajduje galerja, oświetloną jest przez dach szklanny z szyb kolorowych, dających niepewne światło.
Drzwi do galerji stały otwarte i Samuel z rozkoszą rzucił się w nie, rad, iż się znajdzie w jasnem świetle dnia.
W pośpiechu nie zauważył w sieni siedzącego na krześle olbrzyma, ukrytego w połowie po za firankami pokoju, z drugiej strony galerji.
Był to Tom Childs, chcący się przekonać o fizycznym stanie swego klijenta.
W galerji nauczyciel siedział na swem zwykłem miejscu przed olbrzymiem biurkiem, wydając się karłem po za stosami papierów, podczas kiedy młody człowiek, niedbale siedzący na nizkim fotelu, palił papierosa, czytając dziennik, który bardzo mało zdawał mu sprawiać rozrywki.
Fotel obrócony był tyłem do ulicy, podczas kiedy twarz żyda pozostawała w pełnem świetle. Wspaniałe słońce wchodziło przez szyby werendy, dozwalając widzieć, co się działo w sąsiednich domach.
Samuel będący zawsze pod wpływem nieznacznej instynktownej trwogi, bardzo naturalnej w jego położeniu, od razu się uspokoił.
Odetchnął swobodnie, widząc, iż będzie mógł bez obawy traktować o interesie i zapewne korzystnie załatwić takowy.
Jednakże zabrał się do dzieła ze zwykłą ostrożnością, położył na stole przed sobą drogocenną torbę i zaczął wyjmować z kieszeni pudełka, które miały skusić bogacza.
Z uśmiechem spojrzał na młodego człowieka, a wskazując palcem na nauczyciela, dodał:
— Starszy pan mnie uprzedził... Bardzo naturalne, iż przebywając w Paryżu, potrzeba się zabawić... Czy dama, dla której mają być upominki, jest blondynką czy brunetką?...
Widać, że Rodriguez był w dobrem usposobieniu, bo w tym samym tonie odpowiedział:
— Czy to pana interesuje?
— Tak, chcę dobrać kolor stosowny...
— Aha, rozumiem... zatem jest to blondynka.
Żyd szybko otworzył pudełko.
— Oto brylanty i szafiry!... — zawołał. — Wspaniałe, co?... Mogę je sprzedać za połowę wartości... Dla nas rzeczą najważniejszą jest kupić dobrze, bo wtedy korzystne możemy robić interesa dla naszych klijentów.
Wyrażał się z takiem przekonaniem, iż możnaby przysiądz, że prawdę mówił, przytem obracał na wszystkie strony pudełkiem, pokazując rzeczywiście piękny garnitur brylantowy i ze spokojem ciągnął dalej:
— Zresztą oprawy nie liczę wcale... Niech pan raczy zauważyć, że nie jestem jubilerem, lecz kupcem drogich kamieni... i jeżeli czasem kupuję garnitury, to tylko na to, aby z nich kamienie powyjmować...
Sądził, iż taki argument był najwięcej przekonywającym.
— Jaka jest cena tego garnituru? — zapytał Rodriguez.
— Dla pana, pięć tysięcy franków, bagatela!
— Tak się panu zdaje?
— U Bucherona kosztowałby trzy razy tyle.
— To za drogo. Szaleństw popełniać nie lubię..., a przytem niezupełnie jestem przygotowany...
— Szanowny pan żartuje!
— Wcale nie... Nie mam dużo obecnie kapitału w kasie..., w tej chwili także otrzymałem złe wiadomości.
Wskazał na kilka kopert, opatrzonych zagranicznym stemplem.
— To zawsze wszyscy klijenci powtarzają, — odparł żyd, — ja bo przeciwnie, dostałem dobre wieści.
— Zkądże?
— Z Brazylji. Mam tam natychmiast wysłać kosztowny garnitur, a brylanty to dobra moneta.
— Winszuję!
— Szafiry nie podobają się panu?
— Wcale nie.
— To wielka szkoda. Jest to wyborne spostrzeżenie, zresztą ze mną zawsze się robi dobre interesy.
— Właśnie o tem słyszałem.
— Dla przekonania się, mógłbyś pan zobaczyć gdzieindziej podobny garnitur i zapytać o jego cenę...
— Ależ kochany panie — odparł Juan z odcieniem zniecierpliwienia — to są rzeczy bardzo małej dla mnie wagi i znaczenia i znudziłyby mnie, gdybym potrzebował tyle mieć kłopotu dla zakupienia jednego garnituru.
Samuel nie zapalał się nigdy zbytecznie, lecz również nie łatwo go było zrazić, jakoż na słowa Juana odpowiedział spokojnie:
— A jednak w niezadługim czasie musi szanowny pan znieść wiele tego rodzaju nieprzyjemności.
— Dla czego?
— Z powodu ważnej sprawy.
— Jakiej sprawy?
— Bardzo poważnej, małżeństwa.
— Ah tak! więc pan wiesz o tem?... Zapewne kochany Petrus musiał się cokolwiek wygadać?...
— Nie... wiem zkądinąd... mam stosunki pomiędzy ludźmi... liczę też że szanowny pan zechce mi pozostawić pierwszeństwo.
Zabierał się do otworzenia torby.
Juan zatrzymał go, mówiąc:
— To zbyteczne, gdyż mamy jeszcze dużo czasu przed sobą... małżeństwo jest dopiero wtedy rzeczą pewną, kiedy się od pana mera powróci... Pokaż pan jednak coś skromnego... nie chciałbym pana fatygować na próżno, zatem wybiorę coś niedrogiego...
— Podarek zawsze się podoba damom.
Tu żyd pokazał młodemu cudzoziemcowi nieprzeliczoną ilość rozmaitego kształtu i rodzaju bransolet, pierścionków, brosz i kolczyków, zachwalając taniość i gatunek, jako nabytki przy zdarzonych okolicznościach, które mu dozwoliły kupić towar po niezwykle nizkiej cenie.
Przytem filozofował sobie potrosze na temat nieśmiertelnej wartości kamieni i zmiennej kolei ich losu, który rzuca niemi w objęcia dam wielkiego świata, lub rozkosznych tancerek, aby znów z kolei służyć, jako niewinny dar, młodej oblubienicy.
Juan patrzył z pogardliwym uśmiechem na rozrzucone przed nim bogactwa, słuchając pobłażliwie słów żyda, lecz tenże nie ustawał w pochwałach, starając się przekonać i skusić swego klijenta do kupna, kładąc nacisk przedewszystkiem na garnitur z szafirami i dodając w końcu:
— Ten podarek byłby najstosowniejszy dla blondynki, a przytem wcale niedrogi...
Młody człowiek odwrócił się do starego nauczyciela, pytając:
— Cóż mam zrobić ojcze? Garnitur mi się podoba, jest gustowny...
— Wyrzucasz niepotrzebnie pieniądze, — odparł Petrus po za stosem papierów. — Niepotrzebny zbytek... Zresztą nie znam się na tych błyskotkach niewieścich...
— Tem gorzej... Daję cztery tysiące, — rzekł Juan.
— Nie mogę!
— No, jeszcze dwadzieścia pięć luidorów... lecz to moje ostatnie słowo... Czynię to jedynie dla przyjemności pańskiej...
Handlarz zawahał się.
— Zgoda, lecz muszę dostać przyrzeczenie na dostawę przy innej sposobności...
— Dla czegóżby nie! Wszystko mi jedne, czy to będzie pan lub kto inny...
— Zatem, mam słowo pańskie.
Samuel chciał zostawić garnitur na stole, lecz Juan nie dozwolił, mówiąc:
— Przechodząc tędy, wstąpisz pan tutaj jutro lub pojutrze... Nie potrzebujesz się pan spieszyć... Chcę do tego mieć ładne pudełko z niebieskiego aksamitu... Zapłacę gotówką... Chcesz pan zaraz pieniędzy? Mój stary Petrus kasą zawiaduje.
Stary mędrzec otworzył natychmiast szufladę potężnego biurka, po za którem siedział i żyd usłyszał mile łechcący ucho dźwięk złotej monety.
— Nie chcę nic brać teraz, — spiesznie odpowiedział, dodając: — Czy pan nie życzy sobie obejrzeć moich zbiorów kamieni?
— Później!
— Mam pańską obietnicę...
— Słowa dotrzymuję zawsze.
Samuel nie miał zwyczaju tracić czasu.
Widząc interes skończony, z nieporównaną szybkością zatopił w głębokościach swoich kieszeni wszystko, co przedtem z nich wydobył.
Juan przypatrywał się temu z prawdziwem uwielbieniem, nie mogąc zrozumieć, jakim sposobem tyle skarbów mógł ukryć zupełnie niewidocznie. Zapewne, ubranie jego przedstawiało jakąś szczególną kombinację kieszeni.
Kiedy Samuel wszystko umieścił należycie, rzucił jeszcze wzrokiem na około siebie, a nie zobaczywszy ani śladu swych najdroższych dzieci w postaci kolorowych kamieni, wziął torbę w rękę i zabierał się do odejścia.
— Do jutra więc, — odezwał się.
— Do jutra, kochany panie, — odparł przyjacielskim głosem młody człowiek.
Podczas tej rozmowy Piotr Brecheux zadzwonił.
Drzwi się otworzyły.
Na progu ukazała się okrągła twarz olbrzymiego lokaja.
— Tom — rozkazał Juan — odprowadź tego pana.
Przytem powstał, postąpił kilka kroków ku drzwiom mówiąc grzecznie:
— Do widzenia się wkrótce, panie Rosen.
Żyd zniknął wraz ze służącym, a Juan poskoczył do drzwi, słuchając.
Nagle drgnął przerażony.
Złowrogi, przeraźliwy okrzyk dał się słyszeć na schodach.
Wylękła ze strachu i trwogi twarz Piotra Brecheux ukazała się z po za stosu papierów.
Najstraszniejsza obawa malowała się na obliczu starego nauczyciela.
W wykonaniu najzręczniej osnutego planu jeden fałszywy krok gubi wszystko. Czyżby Tom Childs chybił celu? Czyżby przysłany artysta nie był biegłym w swem rzemiośle?
Dwaj zbrodniarze patrzyli na siebie w niemem osłupieniu, drżąc z trwogi.
Krzyk nie powtórzył się więcej. Wytłómaczymy dla czego.
Znalazłszy się w pół zmroku na schodach, żyd, przejęty zwykłą obawą, odwrócił się szybko do towarzyszącego mu lokaja.
Wtedy zobaczył rzecz straszną.
Czarno ubrana postać trzymała prawą rękę do góry wzniesioną, chcąc mu zarzucić na szyję stryczek.
Okrzyk śmiertelnej trwogi wydarł się z piersi nieszczęśliwego, podczas kiedy drżącą ręką chciał dostać z kieszeni rewolwer. Spojrzenia ich skrzyżowały się i biedny żyd poznał, iż jest zgubionym.
Nie zdążywszy udusić go, Tom powalił jednem uderzeniem, zdolnem zabić najtęższego wołu.
Wszystko to było dziełem jednej chwili. Żyd upadł, charcząc, niezdolny krzyczeć lub się bronić.
Urzędnik panów Burlett, Templeton and Co. miał dalej bardzo łatwe zadanie do spełnienia i spokojnie dokończyć rozpoczętego dzieła. Założył stryczek na szyję nieszczęśliwego, który drgnął jeszcze poczem pozostał nieruchomy.
Kiedy Juan i mistrz jego, uspokojeni głęboką ciszą, zdecydowali się drzwi otworzyć i spojrzeć do sieni, wszystko już było skończone.
Tom Childs stał wyprostowany nad ofiarą, patrząc spokojniej na swoje dzieło.
Jego twarz szeroka, jowialna, wyrażała raczej zadowolenie, niżeli obawę lub trwogę.
Był dumny ze swej zręczności, usprawiedliwiającej zaufanie swego chlebodawcy, który się poznał na jego talencie.
Był prawdziwym artystą w swej sztuce, a miłość własna kazała mu być dumnym z talentu, z jakim wykonał dzieło.
Odbyło się bez rozlewu krwi.
Prawda iż ofiara krzyknęła, lecz stało się to wewnątrz domu, pilnie strzeżonego przez uczciwego Willa, zatem nie było obawy zdrady.
Po chwili uspokojono się. Pozostało tylko ukryć ciało ofiary. Prosty drobiazg.
Złoczyńcy i powieściopisarze nie stwarzają nic nowego.
Kufer podróżny był pusty. Jednym zamachem żyd i jego drogocenna torba znalazły się w nim zamknięci na klucz. Nadzwyczajne ostrożności są zwykle najwięcej niebezpieczne, dla tego też użyto bardzo zwykłego sposobu.
W kilka minut po umieszczeniu Samuela w kufrze, zajechała przed hotel dwukonna karetka z galeryjką na wierzchu, którą się zwykle posługują podróżni do przewożenia bagaży na kolej. Wsiadł do niej Tom Childs przebrany do niepoznania, dając rozkaz woźnicy, aby go zawiózł na stację Saint Lazare.
Przybywszy tam, zostawił kufer za numerem, poszedł na obfite śniadanie do hotelu Terminus, zjadł je z niezwykłym apetytem, powrócił na stację i spokojnie oczekiwał na odejście pociągu, który miał go zawieźć do Hawru. Tutaj mały parowiec panów Burlett, Templeton oczekiwał na niego, gotowy w każdej chwili w drogę do mglistej Anglji.
Na ulicy Bassano panował zwykły spokój i cisza niezakłócona.
Nauczyciel zacierał z radości swoje chude kościste ręce po tak pomyślnem ukończeniu jednej sprawy.
To prawda, że pozostawała w zawieszeniu jeszcze druga, lecz i tu miał nadzieję pomyślnego obrotu rzeczy.
Więc też Brecheux serdecznie uścisnął młodzieńca i z wesołą miną poszedł się przebrać do swego pokoju.
Musiał on rzeczywiście posiadać niezwykłą moc charakteru, skoro w kilka godzin, po tak tragicznem przejściu, był zdolnym pokazać się publicznie światu, bez widocznej oznaki jakiegokolwiek wzruszenia na twarzy. Chwała Bogu, że nie był tchórzem, z czego mógł śmiało być dumnym.
Za to Juan nie miał tak strawnego żołądka jak jego mistrz i z cokolwiek inną miną opuszczał z kolei galerję, aby pójść za przykładem starego mistrza, kiedy nagle cofnął się zdumiony.
Na progu stała wysmukła postać kobieca.
Kobieta ta była Joanna.
Za nią z tyłu stał Will, starając się gestem powiedzieć swemu panu, aby był spokojny i nie obawiał się niczego.
Will, pod swoją pozornie głupią miną, ukrywał wiele delikatnego sprytu i przebiegłości, lecz i takiemu zdarzy się popełnić omyłkę, dla tego też zapewne to samo zdarzyło się i Willowi.
To pewno, iż młoda, nieszczęśliwa dziewczyna nie przypuszczała całej grozy okropnego dramatu, który się przed chwilą rozegrał we wspaniałym pałacu, gdzie ją przypadek sprowadził w tak niefortunną chwilę, lecz pewną była, iż musiało się stać coś strasznie okropnego, tylko musimy wytłumaczyć, dla czego była pewną tego.
Przeczytawszy anons, w dzienniku zapomnianym u niej przez Juana po przedniej nocy, została tak bardzo zaciekawioną, że ze świtem się obudziła i znów zaczęła odczytywać to samo ogłoszenie i wyciągać rozmaite wnioski.
Z tego przyszła do przekonania, iż to niezawodnie jej poszukiwano. Zanadto miała jasne dowody, aby wątpić mogła. Wierzyła, iż od tej chwili nadejdzie dla niej nowa epoka życia, a pana Raveneau wyobrażała sobie jako swego wybawcę, który zna tajemnicę jej urodzenia i zedrze nakoniec zasłonę z oblicza prawdy.
Tembardziej utwierdziła się w mniemaniu, iż musi się natychmiast poradzić Juana, co ma czynić dalej, bo czyż ich losy nie były związane razem? Czyż nie była jego kochanką a raczej żoną, skoro on nigdy nie pokocha innej kobiety?
Ze swej strony, jako uczciwa dziewczyna, pragnęła również dotrzymać obietnicy. Dla tego też nie chciała, aby Juan pozostawał dłużej w nieświadomości tak ważnej nowiny.
Stacja Vaucresson jest blizko willi Suzanne. Joanna ubrała się starannie, przy chorej zostawiła ogrodniczkę i po raz pierwszy, od chwili zamieszkania swego tutaj, znalazła się na stacji kolei.
W umyśle jej zaszła zupełna zmiana.
Matkę, którą tyle razy przeklęła w nadmiarze rozpaczy i zwątpienia, wzywała teraz z całej siły, wymyślając sama różne przeszkody, które zmusiły ją do opuszczenia własnego dziecka, wierzyła teraz, iż była tylko igraszką okrutnego losu i z serca przebaczyła nieszczęśliwej matce. Była najpewniejszą, że matka ją poszukuje i pragnie odnaleźć.
Wysiadłszy z wagonu na stacji Saint Lazare, śliczną była w swej skromnej, lecz gustownej tualecie. Przechodnie i towarzysze podróży z prawdziwym zachwytem patrzyli na jej piękną twarzyczkę, lecz ona mało na to zwracała uwagi, zajęta nadzwyczajnemi wypadkami, które miały w jej życiu nastąpić.
Wyszedłszy ze stacji, wzięła fiakra rzuciwszy adres woźnicy:
— Ulica Bassano.
Znalazłszy się na niej zatrzymała powóz o trzy domy dalej od hotelu Rodriguez.
Ulica ta nigdy nie jest bardzo ożywioną, a tego dnia była tu pustą prawie. Joanna chciała zastać w domu swego kochanka, lecz nie chciała, aby mógł ją zobaczyć kto inny, a tu właśnie jakiś człowiek dzwonił do drzwi hotelu.
Tak rannym gościem był człowiek o twarzy niezwykłej, którą widziawszy kilka sekund, długo nie można zapomnieć. Był to typ prawdziwego żyda o kruczych włosach i oczach czarnych jak węgle, głęboko osadzonych, o śniadej matowej cerze i orlim nosie, słowem całość była tak uderzająca, iż nie mógł przejść niepostrzeżony dla żadnego oka, a tembardziej dla bystrego wzroku młodej dziewczyny.
Z drugiej strony wygląd i torba żyda dawały jej wiele do myślenia. Niezmiernie zaciekawiona, cofnęła się w głąb powozu, chcąc czekać, lecz po jakimś czasie, nie widząc aby kto wyszedł z domu, zapłaciła fiakra i poszła zadzwonić do drzwi hotelu. Wewnątrz panowała cisza.
Zadzwoniła drugi raz i nakoniec drzwi trochę uchylono.
Weszła też prawie gwałtem.
Will pełniący obowiązek odźwiernego, zdumiony na widok tej kobiety, którą natychmiast poznał, lecz której nie oczekiwał wcale, zapytał niegrzecznie:
— Co pani sobie życzy?
— Widzieć się z panem Rodriguez.
Anglik otworzył drzwi do małego gabinetu, wychodzącego do sieni, popchnął w nie młodą dziewczynę, mówiąc szybko:
— Proszę zaczekać!
I natychmiast drzwi zamknął, pozostawiając ją w mimowolnem więzieniu.
Była to krytyczna chwila.
Will usłyszał właśnie dzwonek oznajmiający odejście Samuela.
Rozmawiać wtedy we drzwiach od ulicy było niebezpiecznie, sądził więc, iż dla ocalenia sytuacji wynalazł najwłaściwszą drogę, zamykając Joannę w dolnym gabinecie.
Prawie w tej samej chwili rozległ się przerażający krzyk żyda, okrutny, rozdzierający krzyk nieszczęśliwego, którego mordują.
Młoda dziewczyna usłyszała go bardzo wyraźnie, przez zamknięte drzwi pokoju, w którym była uwięzioną. Zadrżała z trwogi, nie wiedząc co się tam dzieje.
A przytem i dziwne zachowanie się służącego nie uszło jej uwagi. Nie wiadomo dla czego w pewnych chwilach zdolni jesteśmy objąć wszystkie szczegóły danej sprawy z nadzwyczajną dokładnością.
W tej chwili przypomniała sobie szczególne opowiadanie Juana, dla czego dawniej inaczej się nazywał i był biednym w Cherbourgu i chciałaby odgadnąć zkąd przyszedł do innego imienia i majątku.
Z wytężonym słuchem, siedziała obezwładniona bojaźnią i trwogą.
Milczenie zapanowało, lecz głos nieszczęśliwego Samuela brzmiał jej ciągłe w uszach.
Pozostała tak jakiś czas, zapewne zapomniana ze ściśniętem sercem z żalu.
Nareszcie usłyszała kroki w sieni.
Podeszła do okna i przez spuszczone firanki ujrzała Willa z drugim służącym niosących ogromny kufer, który umieścili na wierzchu żółtej karetki, zaprzężonej we dwa niewielkie koniki.
Następnie wysoki, tęgi mężczyzna wyszedł za niemi okryty w dziwaczny płaszcz podróżny, każący się domyślać angielskiego pochodzenia, wsiadł do powozu, podczas kiedy jego służący usiadł obok woźnicy i żółta karetka potoczyła się w stronę pól Elizejskich. Wszystko to odbyło się w przeciągu co najwyżej kwadransa.
Prawie natychmiast po tem wszedł Will ze zwykłym spokojem i uśmiechem na twarzy, mówiąc:
— Pan Rodriguez oczekuje panią, proszę iść za mną.
Następnie dodał:
— Przepraszam, iż pani była zmuszoną czekać, lecz pan był zajęty. Zdarzył się mały wypadek... przyjaciel pana spadł ze schodów... właśnie wyjeżdżając z powrotem do Londynu.
Młoda dziewczyna odpowiedziała obojętnie:
— Nic nie słyszałam..
W duchu myślała zupełnie inaczej, lecz wytknąwszy sobie plan działania, podług niego też postępowała. Podejrzenie nabierało pewności, a czem więcej się zastanawiała, tem pewniejszą była, iż została mimowoli wplątaną w jakąś straszną tajemnicę, a może nawet dramat przerażający.
Lecz co by to było takiego?
Juan miał się na baczności, lecz nie ochłonał jeszcze z wrażenia.
— To ty!? — zawołał, zobaczywszy wchodzącą kochankę. — Co tu robisz?
Mówił głosem łagodnym, w którym czuć jednak było przymus i tajoną niecierpliwość.
— Czy ci przeszkadzam? — odezwała się z kolei.
— Wcale nie. Wejdź proszę.
Niespodziewała się tego.
Wszedłszy, obejrzała się dokoła wspaniałej galerji zdumiona, że nic tutaj nie wskazywało śladu bytności dwóch gości, którzy dopiero co odjechali, żadnego znaku walki, gdzież się zatem ukrywa człowiek, co wszedł tu ze skórzanym workiem w ręku?
— Czego szukasz? — zapytał Rodriguez.
— Ja! Niczego...
— Podziwiam raczej. Kto był u ciebie przed chwilą?
— Dwaj przyjaciele, którzy właśnie tylko co odjechali... Ci sami o których ci wspominałem...
— To prawda... Zupełnie zapomniałam. Czy gdzie teraz czekają na ciebie?
— Będę na śniadaniu na bulwarach z moim mędrcem...
— Tak, nie chciałabym ci przeszkadzać...
— Zatem dla czego przyszłaś?
Mówił teraz głosem zupełnie innym. Na chwilę też nabrała otuchy, lecz trwało to zaledwie tak krótko jak błysk piorunu.
— Opowiem ci to później, jak tam do nas przyjdziesz...
— Mów proszę.
— Nie, nie mogę mówić teraz... Potrzebuję dłuższego czasu, aby ci to wytłumaczyć... Tobie się spieszy, a mnie nie pilno.
— Gdzie ztąd pójdziesz?
— Powrócę do domu, matce jest coraz gorzej... umrze... Jest to kwestja kilku tygodni... a może dni...
— Pomyśl, jaki ciężar ci ubędzie... co za szczęście wreszcie nawet dla niej samej... A może chcesz mieć dla niej lekarza?...
— Był doktór z Ville d’Avray, lecz co on zrobi?... Masz rację, śmierć to wyswobodzenie dla wszystkich jednakie...
Dlaczego mówiła te słowa z przekonaniem, uważając je za prawdziwe?... Dlaczego, przyjechawszy z nadzieją i radością, stała się śmiertelnie smutną i to przy boku ukochanego człowieka?... Dlaczego nawet wiadomość, wyczytana w dzienniku, tak żywo ją obchodząca nie zajmowała jej więcej?... Dlaczego usłyszawszy ten krzyk złowrogi, uczuła znów to samo uczucie smutku i zniechęcenia, które było jej zwykłym towarzyszem w dniach niedoli?
Nie byłaby w rzeczywistości w stanie odpowiedzieć na te, lecz od tej chwili miała tylko jedną myśl, żeby jak najprędzej ztąd wyjść, uciec z tego obrzydłego Paryża do swego małego domku gdzieby mogła zastanowić się i zebrać myśli, odzyskać utracony spokój, tak niedawno zdobyty i już stracony.
— Co ci jest? — zapytał młody człowiek. — Masz jakąś niezwykłą minę.
— Nic mi nie jest... — odpowiedziała. Lecz czuję, że ci przeszkadzam... spiesz się... Już odchodze.
Uchwycił jej obie ręce i patrząc w oczy, — zapytał:
— Kłamiesz! Jest coś, czego mi nie chcesz powiedzieć!
Na te słowa zadrżała i nagle mimowoli przeszła jej myśl przez głowę jak błyskawica.
— Czyżby i mnie chciał zamordować?
Odepchnęła go ze wstrętem, a przymknąwszy oczy, szybko odpowiedziała:
— Nie kłamię, przysięgam ci... Jeżelibym miała kiedy podobne myśli... powiedziałabym ci otwarcie.
— Czy mi to przyrzekasz?
— O tak!
— A więc zgoda.
Postąpiła do drzwi.
Piotr Brecheux ukazał się uśmiechnięty, wystrojony, z rozjaśnionem obliczem, które mu odejmowało przynajmniej lat dwadzieścia.
Na widok młodej dziewczyny nie mógł ukryć niezadowolonej miny, lecz nikt chyba lepiej od niego nie umiał panować nad sobą.
— Spiesz się, zawołał zwracając się do swego ucznia, spóźnimy się.
A zrobiwszy niedostrzegalny przez Joannę znak, dodał ciszej.
— Zostaw nas.
Juan raz jeszcze uścisnął rękę młodej dziewczyny i wyszedł.
Dawny nauczyciel natychmiast zwrócił się do Joanny z uprzejmym uśmiechem.
— Proszę mi darować, że go zabieram pani, odezwał się poufałym i dobrotliwym głosem, lecz nader ważna sprawa powołuje nas... Jesteśmy oczekiwani... a punktualność jest jedną z cnót.
Lecz jednocześnie myślał w duchu.
— Po co ona tutaj przyszła?
Głośno dodał:
— Jan nie ma dla mnie tajemnic, wiem wszystko... i spodziewam, że jesteś pani szczęśliwą... to jest niemoże być inaczej, wychowałem sam tego chłopca. Uwielbia panią... dziś zrozumiałem go zobaczywszy przedmiot jego miłości!... Wybacz to pani staremu, który nic a nic się nie zna na tego rodzaju sprawach. Żyję w towarzystwie mych książek... a jednak są takie cuda które uderzają najbardziej zaprzątnięty umysł... Co panią dziś rano sprowadziło do Paryża?
Instynkt zachowawczy ostrzegał Joanne aby nie mówiła prawdy i nie wydała się z tem co widziała i słyszała przed chwilą.
Ten mały staruszek jeżeli zbrodnia miała miejsce, musiał być co najmniej wspólnikiem zbrodniarza.
To też wyjąkała kilka słów:
— Proszę pana... to rzecz nie bardzo pilna... i mogłam była zaczekać...
— Mieszkasz pani za Paryżem... na drodze do Chesnay... w maleńkim domku...
— Tak panie...
— Juan ma głęboką przyjaźń i przywiązanie dla pani... a raczej prawdziwą namiętność... Jak dawno jesteś tu pani?...
— Przybyłam przed chwilą.
— Co sobie pani życzysz od Juana?
Trzeba jej było nareszcie usprawiedliwić swoją obecność.
— Chciałam zasięgnąć rady, nieśmiało wyszeptała.
— Od Juana? Ależ biedny chłopak od czasu kiedy poznał panią nie jest zdolny do żadnej rady. A może ja mógłbym go zastąpić?...
Piotr mówił z taką dobrotliwą poufałością i tak serdecznie, iż zdołał po części rozproszyć podejrzenia pozostałe w umyśle młodej dziewczyny. Z tem wszystkiem dla czegożby nie miała mu powiedzieć przyczyny swego przybycia? Cóżby zresztą straciła na tem?...
— Nie śmiem... odparła cicho.
— Mów śmiało moje dziecię, lecz krótko bo nam się śpieszy.
Joanna wyjęła z kieszeni wycinek z dziennika, i podała karteczkę Piotrowi, który jednym rzutem oka ją przeczytał. — Perina Yaudet? któż to taki?
— Bretonka, która mnie wychowała, i która mieszka razem ze mną...
— Tak, odparł Brecheux powoli, tak, jest to ta obłąkana...
— Rzeczywiście.
— Myślę co za zdarzenie szczególne... więc pani również jesteś bez rodziców, jak i mój chłopiec?
— Tak panie.
— I ta kobieta cię wychowała?
— Tak.
Stary nauczyciel odrazu zrozumiał, o co chodzi, lecz niczem nie dał poznać iż domyśla się prawdy.
Wypadek, który odrazu przewidział, podczas pierwszej bytności Joanny na ulicy Bassano, słuchając jej opowiadania, nabierał rzeczywistości.
— A więc odparł, — sądzisz pani, że to o ciebie chodzi?...
— Być może, — szepnęła.
— Jesteś przekonaną, że szukając wdowy Yaudet, ciebie szukają?...
— Rzeczywiście o tem myślałam.
— Jednem słowem sądzisz, że twoi rodzice poszukują ciebie i użyli do tego pana Ravenau jako pośrednika?...
— Właśnie...
— Ależ to wcale dobrze obmyślane i to co do tej sprawy przyszłaś się tu poradzić?
— O tak, panie.
— Posłuchaj mnie. Powróć do domu. Właśnie mam sposobność widzieć pana Ravenau... i jeżeli sobie życzysz, będę z nim mówił o tobie...
— Bardzo proszę.
— I postaram się zawiadomić cię, moje dziecię, o rezultacie naszej rozmowy. Jeżeli odpowiedź nie będzie pomyślną lub nie zaraz zobaczę pana Ravenau, nie przestraszaj się mojem chwilowem milczeniem... Jeżeli zaś wiadomość będę miał zaraz i to dobrą, natychmiast dam ci znać o tem...
— Jakże pan dobrym jesteś!?
— Eh, to zwykła przysługa, o której mówić nie warto, lecz posłuchaj jeszcze drugiej rady i nie wspominaj o całej tej sprawie nikomu.
— Nikomu? Tak, nawet Juanowi nic nie mów. Jest to jeszcze mała nadzieja, a jeżeli czeka cię zawód, po co łudzić się fałszywą radością... Poczekaj lepiej cierpliwie... Znasz zapewne przysłowie: „Co się odwlecze to nie uciecze“...
— Tak.
— Z panem Raveneau postaram zobaczyć jak najrychlej.
Piotr zadzwonił.
Will się ukazał, przestawszy już pełnić rolę odźwiernego.
— Każ zaprzęgać, — rozkazał nauczyciel.
Było to hasłem do odejścia. Joanna podeszła ku drzwiom odprowadzona przez staruszka, dobrotliwie uspakajającego ją.
— Bądź spokojną, moje dziecię... wszystko dobrze będzie.
— Żegnam pana.
— Do widzenia się wkrótce.
Joanna zeszła po schodach, Piotr usłyszał trzask zamykających się za nią drzwi. Zacisnął usta, kiwając głową.
— Pan Raneveau jest pierwszorzędnym agentem interesów w Paryżu, — rozmyślał... Zatem upoważnili go zapewne do poszukiwania zaginionej. W tem wszystkiem jest niewątpliwie jakaś intryga. Lecz jaka?
W tej chwili wszedł Juan wspaniały, elegancki z kwiatkiem na piersiach.
Młody człowiek spojrzał pytająco na mistrza.
— Już jej nie ma... Zachwycająco piękna, nieprawdaż?
Stary odparł poważnie.
— Właśnie, że te najpiękniejsze, zawsze najniebezpieczniejsze! Na szczęście ta nie domyśla się niczego!
— Czy jesteś tego pewnym?
— Zupełnie. Will powiedział już to samo.
Juan również był tego przekonania.
Lecz wszyscy trzej byli w błędzie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles Mérouvel i tłumacza: anonimowy.