Dziewczyna bezimienna/Część druga/XXVI
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Dziewczyna bezimienna |
| Pochodzenie | Kurjer Poranny 1893 |
| Wydawca | Feliks Fryze |
| Data wyd. | 1893 |
| Druk | w Drukarni Rotacyjnej |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | La File sans nom |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Jeżeli Rodriguez, będąc ostatni raz w willi Suzanne wydawał się, iż był zajęty myślą gdzieindziej, to miał do tego bardzo ważne powody gdyż znajdował się w przeddzień walnej batalji.
Jeżeli opuścił Joannę pomimo gwałtownej chęci pozostania u niej, to jedynie dla tego iż otrzymał wyraźny rozkaz aby się stawił na oznaczoną godzinę.
A profesor żartować nie dozwalał, przytem nie bez powodu obawiał się kobiet. I w tem posiadał zupełną słuszność, gdyż najwięcej mężnych i silnych ludzi przyprowadziły do zguby kobiety, a chociaż Piotr życzył sobie zgubić Juana, jednak jeszcze ta godzina nie wybiła, a obecnie był mu koniecznie potrzebnym i jako nad potrzebnem mu narzędziem czuwał, aby się nie uszkodziło.
Tego wieczoru, kiedy Juan pędził na chwilę do Joanny, na ulicy Bassano gwarno było w hotelu Rodriguez.
Burlette Templeton et Comp. nigdy nie zapominali o swych zobowiązaniach, więc też na oznaczony termin, dostawili pana artystę w postaci wysokiego tęgiego jegomościa o różowem obliczu, jak plaster najsmaczniejszej szynki Yorskiej, z jasnemi faworytami osłaniającemi wystające uszy a długie zęby, gruby nos i czoło wypukłe ozdabiała jeszcze gęsta czupryna tego samego koloru co i faworyty.
Musimy przyznać, iż pan Tom Childs miał imponującą i pełną godności powagę prawdziwego syna Brytanji.
Ubrany był trochę ekscentrycznie lecz starannie, w długi szeroki płaszcz popielatego koloru i ostatniego kroju, zdradzający gust i smak czysto londyński.
Wykwintny dżentelman podróżował w towarzystwie służącego prawie tak dystyngowanego jak on sam, wysokiego dwudziestokilkoletniego chłopca, milczącego i poważnego, lecz za to spełniającego z nadzwyczajną szybkością najdrobniejsze życzenia swego pana. Duża dawnego kształtu waliza z mocnej skóry, służyła za cały bagaż podróżnym i dobrze świadczyła o jej właścicielu.
W tej chwili Tom Childs zainstalowany w gościnnym pokoju, spał jak zabity po meczącej podróży. Za to Pietr Brecheux, jak mysz zamknięta w pułapce, biegał po długiej galerji, pod wpływem gwałtownego wzruszenia.
Widocznem było, iż usposobienia obydwóch były wręcz przeciwnemi.
Tak, Piotr był duszą, która myśli i działa, Tom brutalną siłą. Piotr był ramieniem, które kieruje, Tom, nożem który zabija.
A przytem była jeszcze i ta między nimi różnica.
Tom Childs ryzykował tylko własną skórę, o którą nie wiele się troszczył. Piotr zaś dobro, o które dbał więcej niż o życie własne, zemstę z tylu lat nagromadzoną, odwet długo oczekiwany, zwycięztwo upragnione, do którego dążył życie całe.
To stworzenie tak upośledzone od natury, człowiek tak słabych sił fizycznych, złożył całą moc i energję swoją, całą siłę duszy i woli, na zadowolenie swej okrutnej nienawiści. Lecz droga, którą szedł do celu, była pełną niebezpieczeństw, jak ścieżka w górach ponad straszną przepaścią. Jeden mylny krok mógł go stoczyć do jej otchłani.
Więc był pełen niepokoju i trwogi, o ile taki człowiek może wogóle odczuwać wzruszenie. Był pewny tych co z nim przebywali i pracowali razem, jednego tylko Jana obawiał się, aby go namiętność nie zapędziła za daleko. Bez jego woli pobiegł Jan do kochanki, z prawdziwą też radością usłyszał powóz zatrzymujący się przed bramą pałacyku.
Młody człowiek słowa dotrzymał. O pierwszej wchodził do galerji, po której Piotr się przechadzał.
— Jakto, jeszcze nie śpisz ojcze? — zapytał żartobliwie.
— Nie, rozmyślam.
— O czem?
— O tem, iż obecnie wypadki będą szybko następować.
— Tem lepiej! Ja też spieszę się aby jak najprędzej trzos nabić...
— A potem?
— Uciec na koniec świata...
— Sam?
— Nie.
— Z kim więc?
— Najpierw z tobą, jeżeli kochasz mnie jeszcze ojczulku...
— Zapewne wiesz o tem dawno Jasiu — odparł nauczyciel, chwilowo wzruszony.
Czyż nawet przyzwyczajenie nie jest już silnym węzłem dla dwóch istot, które się nigdy prawie nie rozłączały?
— No i z kim jeszcze Jasiu?... — zapytał.
— Z kobietą, którą kocham nad...
— Ty!...
— Tak, ja kocham ją nad życie własne, jak szaleniec!... gdyż jest piękna, dobra i odważna...
— A co zrobisz z tą... drugą?
— Z panna Colombey?
— No tak... z dziedziczką...
Młody człowiek poklepał poufale starego po ramieniu.
— Zobaczymy! — odparł. — Najpierw posiądźmy majątek... Nie byłbym godnym twym uczniem, drogi nauczycielu, gdybym w jej osobie widział co innego nad jej posag...
Zakończył w te słowa:
— Posiądźmy złoto... dalej zobaczymy.
Piotr odpowiedział:
— Zdaje mi się, iż wcale dobrze będzie. Z jednej strony majątek Colombey’ów, a z drugiej część miljonów Rosena, stanowią ładną sumkę.
— Zatem to już postanowione?
— Nieodwołalnie.
— Na jutro?...
— O dziewiątej przyjdzie tu Rosen... o wpół do dziesiątej będzie po wszystkiem... i Tom Childs odjedzie z drogocenna torba... O dwunastej pójdziemy na śniadanie do „Maison Doré“... a o trzeciej pojedziemy obadwaj na ulicę Pergolèse.
— Na ulicę Pergolèse? — zapytał zdziwiony Jan.
— Będziemy tam, gdyż jutro będzie otwarcie wielkiej areny i walka byków z toreadorami.
— W Paryżu?...
— Tak mój synu... Zresztą nie idzie tu o widowisko, lecz o to, aby usunąć najlżejsze pozory... choćby cień podejrzenia... zatem trzeba się światu pokazać... Czy zrozumiałeś?
— Doskonale.
— Będzie tam radca i bankier Saint-Clair, który takiej sposobności by nie opuszczał.
— Zkąd wiesz o tem?
— Przez moją policję... Will zapytywał się służących z Chesnay... więcej, byłem już na arenie i zatrzymałem lożę nieopodal od twojej przyszłej...
— Jesteś prawdziwym szatanem, ojcze. A do Toma masz zaufanie?
— Najzupełniej.
— Czy się podjął wszystkiego?
— Wszystkiego... ty masz tylko przyjąć Rosena...
— A w torbie czy jesteś pewnym, iż znajdują się miljony?
— Olśniewające!
— Mój drogi, sam je widziałem. Teraz idź spać Jasiu...
— Dobranoc ojcze.
— Dobranoc synu!
Obadwaj wyszli z galerji i za chwilę wszystkie światła pogasły w pałacu.
Patrzący z ulicy na wspaniały pałac nie domyślali się, iż za kilka godzin miał się tu rozegrać krwawy i wstrętny dramat napadu niepojętej śmiałości, spełnionego w samym środku bogatego Paryża.
W tej samej chwili, w niewielkiem mieszkanku na ulicy Boissy d’Anglas, w głębi podwórza, człowiek o ciemnej matowej cerze marzył sam na nędznem łóżku, w pokoju słabo maleńką lampką oświetlonym i zaledwo niezbędnemi sprzętami umeblowanym.
Mieszkanko to, położone na trzeciem piętrze lichej oficyny, musiało przynosić kilkaset franków właścicielowi. A jednak człowiek, leżący na łóżku i zajmujacy to mieszkanie był kilkakroć razy miljonerem. Nikt jednak z sąsiadów nie domyślał się tego wcale.
Przez lat dwadzieścia uzbierał on znaczny majątek, handlując brylantami kupowanemi od biednych dziewczyn, w lombardach lub od kupców bankrutów. Posiadał rzeczywiście rzadki zmysł w wynajdywaniu dobrych sposobności, oraz wytrwałość, potrzebną, przy handlowych operacjach.
A przytem niepośledni znawca, podstępny, skąpy i nieufny, Samuel Rosen nie powierzał swych tajemnic nikomu. Nawet odźwierny nie domyślał się niczego. Wiedziano, że nie był biednym, że płacił regularnie komorne i nic więcej.
Żył samotnie i nie przyjmował nigdy nikogo. Zrana wychodził ubrany skromnie, tak samo zimą jak i latem, z kieszeniami pełnemi brylantów i złota.
Z pozoru wyglądał na mnóstwo podobnych jemu agentów, obiegających codziennie miasto. Różnił się tylko od nich swą czarną torbą.
Z nią nie rozstawał się nigdy, a kochał i strzegł jak Harpagon swej skrzyni. Ona mu towarzyszyła przy posiłku, a w nocy spoczywała pod jego poduszką, w potrzebie gotów jej bronić zapamiętale wszelkiego rodzaju bronią, gdyż miał jedną oryginalną namiętność. Nad jego łóżkiem znajdował się cały wojenny arsenał dziwnych narzędzi. Było tam wszystkiego po trochu, malajskie noże, szable japońskie, sztućce i kindżały tureckie, fuzje, karabiny i dzidy, obok zwyczajnych rewolwerów różnego kalibru.
Jeden z nich mały, lecz doskonały, nie opuszczał nigdy jego kieszeni, wraz z laską o ołowianej główce szczególnie niebezpieczną. Słowem pełen przezorności, zawsze wychodził uzbrojony i gotowy na wszelki wypadek, pomimo, iż był doskonale objaśniony o wszystkich domach, gdzie miał się ciągle na ostrożności.
Więc zdawało mu się, iż go nie może spotkać niespodzianka, tem bardziej, że nie powracał nigdy do domu późno i zamykał się starannie na noc.
Tej nocy śnił rozkosznie o swych nagromadzonych skarbach, wiadomych jemu jednemu tylko. Cieszył się też niepomiernie z mającej nastąpić dobrej operacji handlowej z Rodriguezem. Zresztą cały przez ubiegły dzień robił same dobre interesy, a nazajutrz miał również widoki podobnego powodzenia.
Najpierw spodziewał się dobrego zarobku na ulicy Bassano, gdyż nie wątpił, że namówi młodego Amerykanina na kupienie od niego jakiego garnituru, któryby mu opłacił fatygę. Starannie tedy zachował adres z oznaczoną godziną, nie chcąc się spóźnić, co zresztą nigdy mu się jeszcze nie przytrafiło.
Trzeba mu oddać sprawiedliwość, iż był czynnym niezmiernie, gdzie tylko czuł, iż chodziło o interes, czuwał pilnie, aby nie zaspać sprawy. O ósmej już był gotów do wyjścia, obładowany pudełkami, i nieodstępnym rewolwerem w kieszeni a torbą w ręku. Przechodząc około odźwiernego zapytał:
— Czy nie ma nic dla mnie:
Tegocześni odźwierni wypełniają swe obowiązki z miną poważnego urzędnika. Ten również, jako stary wojskowy zabawiając się w wolnych chwilach igłą, z powagą wyciągnął rękę, podając swemu lokatorowi z pół tuzina listów, po większej części z markami zagranicznemi, gdyż Samuel miał stosunki z pięcioma częściami świata.
Na bulwarach wstąpił do kawiarni, kazał sobie podać czekolady i rozpieczętował listy. Wszystkie sprawiły mu zadowolenie, gdyż zawierały poważne obstalunki.
Samuel kazał przynieść papieru i zaraz odpisał, iż jest w stanie zadosyć uczynić żądaniu.
Samuel bał się włóczęgów i zasadzek paryzkich, lecz zamało był ostrożnym w swej korespondencji zagranicznej.
W pierwszym wypadku postępował mądrze, w drugim źle.
Właśnie przez jeden z podobnych listów stary Templeton niebezpieczniejszy od dziesięciu recydywistów zewnętrznych bulwarów pomimo swej świętobliwej miny dowiedział się o zawartości sławnego worka, powziął pierwszą myśl działania.
Skończywszy pisać, Samuel rzucił sztukę dwufrankową na stół, odebrał resztę, zostawił wspaniałomyślnie dziesięć centymów garsonowi na piwo za papier i usługę mówiąc, że chociaż to bardzo skromnie jednak tym sposobem tylko do majątku się dochodzi.
Mógłby również wziąść fiakra, lecz o tem nie pomyślał wcale. Miał on na swe usługi wspaniały ekwipaż, zaprzężony w trzy konie, a tym był omnibus Hotel-de-Ville — Porte Maillot, tylko potrzebował dojść do placu Zgody. Bagatela! Chodziło o kilka minut, które miał przecież.
Wolnym krokiem doszedł do końca ulicy Royale i znalazł pożądany wehikuł.
Około dziewiątej zszedł z imperjalu na wprost ulicy Bassano, pamiętając ciągle o swym worku i za kilka minut był u drzwi pałacu Rodriguez.
Punkt o dziewiątej zadzwonił do drzwi, pytając służącego, który przyszedł otworzyć:
— Pan Rodriguez?
Służący odpowiedział:
— Jest u siebie. Proszę, niech pan wejść raczy!