Dziewczyna bezimienna/Część druga/XXV
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Dziewczyna bezimienna |
| Pochodzenie | Kurjer Poranny 1893 |
| Wydawca | Feliks Fryze |
| Data wyd. | 1893 |
| Druk | w Drukarni Rotacyjnej |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | La File sans nom |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Schronienie, które Juan wybrał dla swej bohdanki, było pełne cieniu, ciszy i spokoju.
W przeciągu kilku dni los nieszczęśliwej dziewczyny z Moulin-Rouge zmienił się do niepoznania. Jak za dotknięciem różczki czarodziejskiej, przeniesioną została z otchłani piekielnych nędzy i upadku do zaczarowanej krainy rozkosznego spokoju i dostatku, którym została olśniona, powątpiewając nieraz o swoich zdrowych zmysłach, a ta dziwna przemiana losu wydawała jej się raczej snem „z tysiąca i jednej nocy“, z którego się znów przebudzi do okrutnej rzeczywistości.
Jednakże musiała jej się poddać.
Co rano stary ogrodnik, chodzący po ulicach ogródka był chyba osobą z krwi ciała i kości, widziała, jak podlewał i pielęgnował kwiaty, następnie wychodził pracować do sąsiednich posiadłości.
Szedł ubrany w gruby płócienny fartuch, włożony na kamizelkę z ciemnego aksamitu, z krótką fajeczką w ustach, z rydlem i grabiami na ramieniu i z pewnością stary poczciwiec nie wyglądał na ducha, szczególniej kiedy przychodził na pogawędkę do okna nowej lokatorki, którą nadzwyczajnie oboje z żoną polubili.
Lecz któżby mógł nie lubić tego dobrego, słodkiego stworzenia z melancholijnym uśmiechem na ślicznej twarzyczce?!
Przychodził jej powiedzieć:
— Czy nie potrzebujecie czego panno Joanno? Idę do Saint-Claud lub Ville d’Avray.
Albo znów:
— Co tam słychać w domu, wszyscy zdrowi? Zawsze grzeczny, cichy i zgodny ojciec Paskal domyślał się czegoś potrosze.
Sądził, iż młody panicz, co wynajął domek, był czemś więcej niż kuzynem dla Joanny, lecz stary milczał, nie wtrącając się w nieswoje rzeczy. W życiu swem widział już różnych przygód nie mało.
Tysiące willi okalających Paryż, kryje nie jedną tajemnicę więc też stary był wdzięcznym Joannie, że i ona również się otoczyła tajemnicą.
Poczciwa ogrodniczka miała sporą dozę pobłażliwości, więc często mawiała mężowi:
— Cóżby też było złego, gdyby ta para turkawek się kochała? Śliczni oboje! Wielki Boże! coby to komu szkodziło, a nam co zresztą do tego.
Ogrodniczka miała bez zaprzeczenia słuszność.
Brunet i blondynka! Wdzięk i siła! Piękność i zdrowie! Jakby stworzeni dla siebie, dla miłości młodzieńczej i pełnej ognia. O tak, stara ogrodniczka miała słuszność na tym punkcie, tylko myliła się na innem.
Juan przychodził również i w dzień do willi Suzanne, lecz te jego odwiedziny były odwiedzinami przyjaciela lub brata. Przechadzali się z Joanną po ogrodzie w cieniu drzew wielkich i najczęściej krótko bawił, powracając na dłużej, kiedy noc zapadła.
Scena pierwszego dnia ich upojenia powtarzała się co wieczór, o czem nikt w domu nie wiedział. Rzeczywiście Juan oszczędzał dobrą sławę swej kochanki, za co mu była Joanna niezmiernié wdzięczną, nie domyślając się prawdziwej przyczyny jego postępowania.
Więc też co raz mocniej przywiązywała się do niego za tysiące drobnych i nieustannych starań, jakiemi starał się przygłuszyć jej żal po upadku, zawsze okrutnie bolesny dla dusz szlachetnych.
Z radością też słuchała miłosnych przysiąg jego wiecznej miłości i błogosławiła za dostatek i wygodę, którą otoczył dwie kochane przez siebie istoty, które za nic w świecie nie opuściłaby same.
Mały ten domek przedstawiał rozkoszne przeciwieństwo ze wstrętną norą na drodze do Carieres, o której myślała czasem, jak o śnie niemiłym.
W willi Suzanne panował dostatek we wszystkiem i spokój, ożywiający błogość, konieczną dla biednych rozbitków nieszczęsnego losu.
Joanna miała tu mnóstwo kwiatów daleko więcej niż nawet w swym kwiecistym du Mesnil i dostatek, którego do tej pory nie znała. Jednakże często serce jej ściskało się z żalu za dawnem życiem... za tem, jakie pędziła w Cherburgu. Było to wtedy, kiedy budziło sie w niej uczucie jej postępku, jej win. Myślała o tem często i wspominała czasem Juanowi.
Wiele razy naiwne pytania małej Marji sprawiały jej nie mały kłopot. Dziecko, przechadzając się z nią po grodzie lub pokojach willi, pytało:
— Powiedz, czy te wszystkie piękne rzeczy są nasze?
Lub:
— Kto nam to wszystko dał, siostrzyczko?... Dla czego?... Czy to ten piękny pan, co tu do nas przychodzi?
I tysiące podobnych kwestji, na które Joanna z wielkim trudem mogła wynaleźć odpowiedź, naturalnie kłamliwą.
Otóż nic bardziej nie budziło wstrętu w jej duszy szlachetnej i cierpiała za tego rodzaju poniżenie własnej osoby.
Nie uznawała żadnej wymówki, iż to robiła z prawdziwej konieczności. Pojmowała, iż można się oddać z miłości! Przysługa, choćby najlżejsza, plamiła taki stosunek w jej oczach.
Lecz jak tylko była razem z Juanem, zapominała o swych czarnych myślach, zapominała o całym świecie, myśląc tylko o nim.
Wyglądał z pozoru tak szczerze, był tak łagodny i namiętny zarazem, musimy przyznać, iż ją zupełnie oczarował.
W osiem dni po rozmowie ojca z synem w Chesney, wieczorem, kiedy dawno już słońce zniknęło na horyzoncie, w willi Suzanne wszystkie światła zagasły po kolei. W domku ogrodnika gaszono zwykle światło najpierwej.
Obłąkana spała w swym pokoju. Od czasu swego przybycia do willi, siły jej, zamiast się wzmacniać pod wpływem dobrobytu i wygody, raczej niknęły stopniowo. Młoda dziewczyna z niepokojem śledziła nowe zło, które pogorszało dawne. Szczerze była przywiązaną do biednej bretonki, która jej dała tyle dowodów troskliwości. A przytem czuła, iż wdowa posiadała tajemnicę jej urodzenia, i że ona tylko jedynie mogła ją rozwiązać, gdyby choć chwilowa jej inteligencja uśpiona rozbudziła się.
Z jej śmiercią tajemnica na zawsze poszłaby z nią do grobu. W rzeczywistości była to nader słaba nadzieja, lecz czyż mogła ją odepchnąć?
Noc była niezrównanie piękna. Oparta o balustradę ganku, Joanna stała zapatrzona w mroczną przestrzeń, oczekując ukochanego.
Do tej pory nie upłynęło ani jednej nocy, aby nie był z nią razem. Dla czego dziś go nie było?
Najmniejszy szmer na drodze sąsiedniej czynił jej wrażenie niepokoju.
Nareszcie około północy turkot pędem toczącego się powozu, zatrzymał się opodal, i zaraz usłyszała ciche skrzypnięcie małych drzwi, przez które Juan zwykle wchodził.
W jednej chwili wszystkie obawy, zwątpienia i wyrzuty biednej dziewczyny pierzchły jak senne widziadło.
Widziała zbliżającą się postać i wbiegła do swego pokoju, aby go przywitać z otwartemi rękoma.
Był to on. Lecz zamiast ją przycisnąć do serca z miłością, ucałował ją z lekka w czoło, rzucił na stół pęk dzienników, które trzymał w ręku, zdjął rękawiczki i rzucił się na krzesło, mówiąc:
— Nareszcie! Sądziłem, iż to nie nastąpi nigdy!
Twarz miał zmienioną, a oczy patrzyły z pewnem okrucieństwem.
— Co ci jest? — zapytała go swoim poważnym głosem. — Wyglądasz jakgdyby ci się przytrafiło nieszczęście!
Podniósł głowę.
— Dla czego to pytanie? — odezwał się.
— Jesteś cały wzburzony.
— Dla czegoż miałbym nim być?
— Właśnie się o to pytam.
— Może mnie się boisz? — zapytał jakimś szczególnym tonem.
— Bać się ciebie? Zapewne że nie — odparła, starając się uśmiechnąć — lecz przyznaj sam, że nie jesteś w zwykłem usposobieniu!
— Oj dziecko! dziecko! — zawołał, przyciągając ją do siebie i okalając jej kibić ramieniem, — a czyż ja dla ciebie mógłbym się zmienić kiedykolwiek?
— Tak mówią wszyscy zakochani!
— Przysięga uczciwego człowieka.
— Zatem musisz mieć coś, co cię niepokoi lub smuci... Masz zmartwienie może?
— Tylko przykrość...
— Jaką?
— Iż cię muszę pożegnać za chwilę.
— Na jak długo?
— Czyż jabym mógł żyć bez ciebie, ty, co jesteś dla mnie moim światem całym!
— Prawdę mówisz?
— Taką, jak to, iż w tej chwili żyję.
— I opuszczasz mnie?...
— Muszę... Czekają mnie... Dla ważnej sprawy muszę powrócić na ulicę Bassano... dla tego samego powodu i teraz się spóźniłem.
— Cóż to takiego?
— Kilku przyjaciół z Londynu niespodziewanie przyjechało...
— Czy długo pozostaną?
— Jutro o tej samej godzinie będą chwała Bogu daleko!
— Więc przyjdziesz?
— Kiedy? — zapytał z roztargnieniem.
— Jutro.
— Zapewne... i zrozpaczony jestem, iż cię muszę porzucić tak prędko.
Powstał, wziął w swe dłonie głowę kochanki í szepnął jej na uszko:
— Potrzeba rzeczywiście uwielbiać panią, żeby pędzić tyle drogi, dla widzenia cię przez pięć minut.
A widząc ją niespokojną i zamyśloną, odzyskał na chwilę zwykły humor i, dla uspokojenia jej, zaczął recytować z prawdziwym talentem skończonego aktora wyjątki scen sentymentalnych, słyszane na deskach teatralnych.
Za to wszystko okryła go pocałunkami, mówiąc:
— Ja także kocham ciebie, za twą dobroć dla mnie biednej dziewczyny, lecz miej się na baczności! Składasz przysięgi... A gdybyś mnie też zdradził?...
— Czy jesteś zazdrosną?
— Czy można kochać i nie być nią? Pomyśl tylko, że jesteś moim całym światem. Cóżby mi się pozostało, gdyby inna kobieta cię pokochała?
Wzruszył ramionami, powtarzając, że nie ma się czego obawiać, gdyż ją jedynie i bezpodzielnie kocha, że jest jego miłością i żoną przed Bogiem. I tysiące tym podobnych szaleństw!
Następnie spojrzał na zegarek i zawołał z udaną wesołością:
— Nauczyciel prosił mnie, abym jaknajprędzej wracał. Na taki rozkaz muszę zostać posłusznym. Biedny stary, myśli, że zawsze mam lat piętnaście. Niech się łudzi.
Oboje wyszli razem.
Niebo błyszczało tysiącem gwiazd, niebieskim blaskiem ogród oświetlając. Cisza panowała dokoła. W przestrzeni słychać było, jak gdyby oddaloną mowę wód morskich, bijących o nadbrzeźne skały.
To Paryż odzywał się zdwojonem życiem, przed udaniem się na spoczynek.
— Żegnam cię, — odezwała się Joanna do ukochanego. — Idź, lecz pamiętaj, że cię kocham więcej nad życie, nad świat cały.
Rozstali się.
Stała, słuchając szmeru zamykających się drzwi za Janem, jego niknących kroków po drodze, nakoniec turkotu oddalającego się powozu, który wkrótce zmieszał się z hałasem usypiającego Paryża.
Wróciła powoli ku domowi, gdy nagle stanęła zdumiona.
Przed nią jedno z okien otworzyło się, a w niem stanęła chora Perina, na pół ubrana, z rozpuszczonym włosem, rzucając niezrozumiale słowa:
— Morze... Kapitan... La Roche-Morgat... Joanna!...
— To moja tajemnica! — pomyślała młoda dziewczyna. — I ona ją zabierze z sobą... nie zostawiwszy dla mnie nic... A on!... co to być mogło?
Rzeczywiście, ogromnie była uderzona dziwnym zachowaniem się Jana. Stanęła zamyślona.
Bretonka nuciła pozostałe jej w pamięci piosenki:
A z zamarzłych wód, gromady wychodzą
Biednych dusz, które błądzą po świecie...
Joanna słuchała, bojąc się ruszyć, ażeby nie przestraszyć chorej.
Obłąkana pozostała chwilę w milczeniu, zrobiła znak krzyża na piersiach i od okna się odwróciła.
Wtedy młoda dziewczyna cichutko wsunęła się do domu i poszła do pokoju matki.
Perina siedziała w fotelu z głową przechyloną na poręczy.
Przy blasku świecy, którą z sobą przyniosła Joanna, zobaczyła ją tak strasznie bladą, iż z przerażenia o mało nie krzyknęła. Przysunęła poduszkę i uklękła przed Periną.
— Matko — odezwała się, chcąc, aby zauważyła jej obecność.
Obłąkana spojrzała na nią zdumiona, nie poznawszy jej z początku, powoli dopiero pamięć jej powróciła.
— To ty! — zawołała.
— Tak to ja, czuwam przy tobie! Co robisz matko?
Uśmiech pełen nadzwyczajnej słodyczy okolił usta bretonki.
— Nie wiem, — odparła.
— Jesteś słabą matko!... Trzeba się położyć.
— Położyć... Nie mogę...
— Dla czego?
— Dręczą mnie różne myśli.
Wskazała na czoło.
— Cierpisz matko?
— Oh! tak.
Joanna zdumioną została jej odpowiedzią. Nigdy od chwili utraty przytomności, nie wyrażała się z taką jasnością myśli. To też młoda dziewczyna wzięła ją za rękę mówiąc:
— Przed chwilą byłaś matko sama, mówiłaś a ja cię słyszałam!
Na twarzy wdowy ukazał się trwożliwy przestrach.
— Ja? — zapytała nieśmiało.
— Tak ty matko. Mówiłaś o dawnych czasach. Spróbuj matko przypomnieć sobie... błagam cię o to, ja twoja córka!
— Dla czego mówisz córka?... Nie jesteś moją córką... Nie, o! wcale nie!
— Ale cię kocham tak samo jak gdybym nią była... Zrób to dla mnie matko droga i przypomnij sobie... Kto mnie oddał do ciebie?...
Patrzyła na nią z całej siły woli chcąc wskrzesić iskrę z jej chorego umysłu.
— Kto? — powtórzyła wdowa.
— Czy mój ojciec?...
— Nie... nie... to nie był twój ojciec...
— Któż więc?
— Przypominam sobie... Twój ojciec zginął... zabity...
Zerwała się, wydając okrzyk, zanim Joanna zdołała ją zatrzymać, wołając już bezprzytomnie:
— Śpi on tam... w głębi mórz... tam daleko... Nie ujrzysz go już nigdy! A ten drugi... ten jakże się nazywał?... Nie wiem.
— Przypomnij sobie matko.
— Nie mogę!
Wyjąkała kilka zdań niezrozumiałych i promyk światła, który na chwilę zabłysnął, zagasł na nowo.
Młoda dziewczyna zaprowadziła ją ostrożnie do łóżka i wkrótce nieszczęśliwa usnęła, powtarzając coraz cichszym głosem swą ulubioną zwrotkę.
Przez krótką chwilę miała Joanna nadzieję powrotu do zmysłów matki, lecz niestety, pomroka nie została jeszcze rozproszoną.
Z głębokiem westchnieniem poddała się tej nowej próbie. Dobrze, iż była przyzwyczajoną do niepowodzeń. Od tylu lat srogi los ją prześladował, a szczególniej od czasu wyjazdu z du Mesnil przeszła tyle zawodów i upokorzeń, iż jej zupełnie złamały wolę i siły.
Teraz też mógł się los nad nią znęcać, lecz już niespodziewała się nic gorszego od przebytych męczarni.
Tak przynajmniej pozostawała jej jeszcze nadzieja, chociaż również wyrzucała sobie radość, z jaką chciała się dowiedzieć o swej matce. Gdyby chora była przed nią odkryła tajemnicę jej urodzenia, jej matkę!
A czyż ona miała inną matkę nad tę nieszczęśliwą, którą pielęgnowała? Czyż mogła nazwać matką stworzenie bez serca, które zdolne było opuścić swoje dziecię? Gdyby ją nawet poznała, czyżby mogła mieć inne uczucie dla niej, nad nienawiść i przekleństwo, za wycierpiane bóle? Stokroć lepiej zatem nieznać nigdy jej imienia.
A zresztą teraz na co miałaby ją odnaleść, kiedy została biedną, shańbioną dziewczyną? Teraz nic jej nie pozostawało nad kochanka. On dla niej był wszystkiem. Jedyne też miała pragnienie żyć zapomnianą, nieznaną dla świata i ludzi, którzy mogli mieć dla niej tylko pogardę.
Jednakże kilkoma słowy bretonka rzuciła trochę światła i odchyliła rąbek zasłony tajemniczego dramatu, związanego z jej urodzeniem. Zatem jej ojciec zginął tragiczną śmiercią, spoczywając na dnie oceanu, jak majtek z piosenki.
Został zabity! Lecz przez kogo?
Joanna wyobraziła sobie acz niejasno jedną z tych ciemnych intryg, które mają początek w zdradzie małżeńskiej, a kończą się krwią. Pomimo woli chciała wiedzieć prawdę bolesną lub okrutną. Więc też schyliła się nad swą przybraną matką, chcąc z całej siły wołać.
— Powiedz, o powiedz co wiesz o mnie!
Lecz obłąkana nie byłaby ją zrozumiała. Spała głębokim snem, a usta szeptały słowa zawsze jedne: La Roche-Morgat... Brest... Joanna!
Młoda dziewczyna odeszła.
Kiedy znalazła się w swym pokoju, pierwsza wybiła na zegarze.
Rozbierała się powoli, niepewna co ma zrobić, gdyż nie czuła żadnej ochoty do snu. Naraz spostrzegła paczkę dzienników, zapomnianych przez Jana.
Chcąc rozerwać myśli, zaczęła przerzucać dzienniki. Były to gazety francuzkie i angielskie. Rzuciła się na łóżko przeglądając je po kolei, chociaż co prawda nie zawierały nic dla niej interesującego, więc też zaczęła czytać ogłoszenia, zaledwie jednak przeczytała ich kilka kiedy zadrżała, szeroko roztwierając oczy, jak człowiek znienacka ugodzony.
Właśnie trafiła na tych kilka wierszy.
„Osoby, które by mogły udzielić wiadomości o wdowie nazwiskiem Perina Yaudet, urodzonej we wsi Vitray w Bretanji — Morbihan, są proszone o zakomunikowanie takowych panu Raveneau, ulica d’Anjou. Wyznacza się znaczną nagrodę za udzielenie adresu“.
Młoda dziewczyna myślała. Perina Yaudet! Nie można się mylić, mowa tu jest o matce. Ogłoszenie to z pewnością dotyczyło tajemnicy jej urodzenia, do której klucza napróżno szukała. Jeżeli żądano adresu mamki, zatem chciano mieć wiadomość o dziecku! O tem na chwilę nie wątpiła. Lecz kto ją poszukiwał? Czyżby matka?
Myślała więc o zapomnianem i odepchniętem dziecku!
Dziesięć razy czytała tajemnicze ogłoszenie, oddając się najdziwaczniejszym przypuszczeniom, nakoniec powiedziała sobie, iż ma się kogo poradzić, ma kochanka.
I po kilkogodzinnych rozmyślaniach z tą myślą zasnęła szepcząc:
— Jutro, tak — pójdę jutro.