Dziewczyna bezimienna/Część druga/XXIX
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Dziewczyna bezimienna |
| Pochodzenie | Kurjer Poranny 1893 |
| Wydawca | Feliks Fryze |
| Data wyd. | 1893 |
| Druk | w Drukarni Rotacyjnej |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | La File sans nom |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Trzeba rzeczywiście posiadać wiele siły i odwagi moralnej, aby ze śmiercią w duszy znieść z niewzruszoną twarzą zniweczenie najgorętszych swych pragnień i nadziei, patrzeć na rozwianie najrozkoszniejszych marzeń o szczęściu.
Fernand wiedział i zrozumiał co się stało. Otóż można powiedzieć, iż o ile kochał swoją kuzynkę, swoją ubóstwianą Blankę, o tyle nienawidził tego cudzoziemca, co stanął na przeszkodzie do upragnionego celu, zabierając mu z łatwością skarb ukochany, za który oddałby życie w ofierze.
Wyczerpując swe siły przez kilka lat mozolnej nauki, szukając skwapliwie powodzenia w swej niewdzięcznej i trudnej karjerze, wszystko to czynił z myślą, aby się stać godnym ukochanej dziewczyny, od której dzieliła go przepaść jej olbrzymiego majątku i znaczenie ojca. Pewnym był poniekąd pomyślnego obrotu sprawy. Przyjaźń pani Colombey matki, która widocznie go lubiła, czując, iż był wydziedziczonym w tej rodzinie, gdzie pieniądz stanowił o wszystkiem, zachęcające słowa starego bankiera, energicznie trzymającego jego stronę, nieraz poufale mówiącego: — Odwagi mój chłopcze, jeszcze trochę cierpliwości, a z pewnością dojdziesz do celu, a przytem wdzięczny uśmiech Blanki, okazujący mu przy każdej zdarzonej sposobności tkliwe przywiązanie siostry, utrzymywały go w miłem złudzeniu!
Chociaż Fernand nie rachował nigdy zupełnie na serjo na swoje szczęście, jednak kochał w milczeniu zdaleka, nie śmiejąc wyznać swej miłości.
Musimy też powiedzieć, iż rzeczywiście miał wiele widoków zupełnego powodzenia, gdy zjawił się Juan Rodriguez.
Ze słodkiego, poważnego przywiązania i szacunku jaki miała młoda dziewczyna dla niego, widząc go obok siebie od dzieciństwa, łatwo było zrobić krok do małżeństwa szczególniej pod wpływem matki, obcej nizkiemu wyrachowaniu, jak również dzięki poparciu bankiera.
Cały plan został zniweczony, zburzony na zawsze. Z marzenia pozostały zaledwie ruiny.
Wieczorem tego dnia zamek w Chesnay był przepełniony gośćmi. Jadalna sala, wspaniale zastawiona, jaśniała mnóstwem świateł.
Cała rodzina była zebraną.
Stary Saint-Clair, siedząc niedaleko od Anzelma Durivel, ciągle mu dogadywał.
Durivel zajadał za dziesięciu, czemu z wyniosłą powagą przypatrywała się ciotka Sydonja. Rzeczywiście pan naczelnik zanadto pogłębiał się w materjalnych rozkoszach, czego tak dystyngowana dama znieść nie mogła.
Na końcu stołu siedział biedny Fernand Colombey usadowiony jak gdyby naumyślnie obok swej kuzynki, nie mając odwagi patrzenia na nią. Rozmawiał o potocznych rzeczach, a mianowicie o śmiesznem widowisku, o wystawie, o Paryżu przepełnionym cudzoziemcami.
Mówił z widocznem wysileniem o tem, co właściwie stanowiło obecnie punkt kulminacyjny każdej rozmowy lecz oboje byli zajęci zupełnie innemi myślami.
Bezwiednie Blanka rzucała od czasu do czasu spojrzenie na drugi koniec stołu i przez bukiety kwiatów i wspaniałą zastawę srebrnych koszów widziała Juana wesoło rozmawiającego z Bertą, prześlicznie wyglądającą w jasnej sukni z pękiem róż u stanika. Piękna panna śmiała się z całego serca, zachwycona dowcipem swego sąsiada.
Komendant Briard wypróżniał kieliszki doskonałego Bordeaux i starego Burgunda, które wprawiały go zwykle w doskonały humor, chociaż co prawda i szampan umiał ten sam skutek wywołać. Dziś jednak pił z pewnego rodzaju gniewem, mrucząc ciągle pod nosem i odpowiadając gestami na znaki dawane mu przez Gastona, umieszczonego zdala, a zapowiadające jakieś ważne zajście.
Rzeczywiście po deserze nastąpiła niezwykła scena, oto radca powstał z krzesła, w te słowa odzywając się do zgromadzonych gości:
— Szanowni państwo, mam zaszczyt uwiadomić was o przyszłym związku mojej córki Blanki z panem Juanem Rodriguez’em.
Padł strzał, od którego biedny Fernand pobladł śmiertelnie, wyszeptawszy zcicha:
— A więc to prawda!
Blanka położyła lekko swoją rękę na jego ramieniu mówiąc słodkim głosem:
— Nic to nie zmniejszy mej przyjaźni dla ciebie, Fernandzie i kochać cię nie przestanę nigdy.
Komendant Briard nie manifestował głośno swoich uczuć, lecz po jego minie można było poznać, że wiadomość ta wcale mu się nie podobała.
Do miljona fur beczek, bataljonów!, dla czego wybrano koniecznie cudzoziemca, czyż nie lepszym był nawet ubogi Fernand? Należał przynajmniej do rodziny. Durivel, kupiec, był tego samego zdania.
— Czy to już nieodwołalne postanowienie? — zapytał bankiera, który mu wprost odpowiedział:
— Co chcesz, mój stary? Ma za sobą kobiety.
— A nadewszystko Sydonję, co?
— Tak sądzę.
— Nic dziwnego... stara...
Epitet pozostał niedokończony przez godnego stryjaszka.
Za to wujaszek Tonton trzymał się neutralnie, małżeństwo nie obchodziło go wcale, myślał jedynie o jedzeniu i piciu, a gdzie ono miało nastąpić, było mu już zupełnie obojętnem.
Nieznośny młody Durivel tryumfował! Musimy użyć tego wyrażenia, gdy melancholijny Fernand był dla niego antypatycznym, drażnił go i upokarzał swoją manją do pracy i poważnem obejściem wzorowego urzędnika.
Fabjan Durivel, notarjusz, powstał z kolei, a biały krawat obciskał mu po uszy szyję. Wyglądał na zasuszonego posła z czasów Ludwika Filipa.
Gaston uderzył energicznie nożem w talerz, wołając:
— Proszę o głos dla szanownego papy, a usłyszymy piękną mówkę.
Pan notarjusz rzucił gniewne spojrzenie na swego potomka, lecz natychmiast został pomszczony przez kuzynkę Sydonję.
— Ten Gaston zanadto sobie pozwala jak na oficera w rezerwie.
Fabjan podniósł w górę kieliszek.
— Pijmy za pomyślność państwa młodych — wygłosił uroczystym tonem, — muszę jednak wyrazić mój żal, iż nie mogę się przyczynić do spisania kontraktu tak świetnie dobranej pary. Bogactwo, zdrowie i młodość oto ich skarby! Jeszcze raz wypijmy za zdrowie narzeczonych!
Cały ten toast przyjętym był bez wielkiego zapału.
Stary notarjusz nie miał głosu w rodzinie, a wybór radcy nie wszystkim się podobał.
Było to za nadto widocznem, trącono jednak kieliszkami. Opozycji brakowało siły. Gospodarz to widać zauważył i chcąc ocalić sytuację dał znak swej połowicy.
Matylda jak zwykle uległa, powstała.
— Czybyśmy nie mogli się przejść po parku? — zapytała.
Był to rozkaz dla całej tej zgrai i w jednej chwili sala jadalna opustoszała.
Przedtem jednak Fernand zdobył się na chwilę odwagi.
— Blanko, — odezwał się drżącym głosem, — muszę z tobą pomówić.
Młoda dziewczyna uczuła trwogę. Czyżby ukochaną kuzyna była ona sama? Od kilku dni niejednokrotnie o tem myślała, widząc zrozpaczoną minę Fernanda, a chociaż w swym egoizmie zaślepiona nie widziała wielu rzeczy, to jednak zachowanie się młodego człowieka nie uszło jej uwagi.
Od czasu kiedy serce jej oddało się pięknemu młodzieńcowi, rzadko myślała o swym kuzynie, a i to zawsze z tem przekonaniem, że gdyby ją Ferdynand kochał, to nic nie stało na przeszkodzie, aby oddawna wyznał jej swoją miłość. Dla czegóż miałby nieśmiałym? Czyż nie mieli zobopólnego zaufania względem siebie?
Więc ze zdumieniem spojrzała na niego, usłyszawszy jego prośbę, wyrzeczoną głosem smutnym i cichym. Pomimo to odezwała się ze zwykłą swobodą i wdziękiem:
— Jeżeli tego sobie życzysz...
I poufale wziąwszy kuzyna pod rękę, przeszła pomiędzy parami, przechadzającemi się około ganku, kierując się w bukową aleję.
— A więc kochany Fernandzie — odezwała się — cóż to takiego masz mi do powiedzenia? Słucham cię.
— Chcę wiedzieć, czy twoje małżeństwo już naprawdę zdecydowane? — zapytał.
Młoda dziewczyna westchnęła.
— Już wiesz o tem.
— Bóg mi jest świadkiem, że szczęścia jedynie twego pragnę...
— Jestem o tem zupełnie przekonaną...
— Milczałbym, będąc przekonanym, iż masz to szczęście zapewnione, lecz tak, jak jest...
— Co myślisz?...
Chciał się uśmiechnąć.
— Wiesz chyba o tem, Blanko, że moje stanowisko zrobiło mnie trochę podejrzliwym... to trudno, słuchając i widząc zawsze zbrodniarzy... być może, iż sąd mój jest przez to spaczony, a imaginacja stwarza chorobliwe obrazy...
— A więc?
— Czy znasz dobrze twego narzeczonego?
— Chyba nie masz żadnych wątpliwości co do niego, zdaje mi się?
— Zapewne że nie... Zanadto byłbym śmiałym, rzucając najmniejsze choćby słowo dla obrazy jego honoru, lecz kiedy idzie o ciebie, niechże wolno mi będzie być niedowierzającym... Byłbym prawdziwie zdesperowanym, widząc cię nieszczęśliwą... Jesteśmy przyjaciółmi od dzieciństwa... Jestem prawie samotny w życiu, a że musimy zawsze przywiązać się do kogoś... to, jak sądzę, nie dowiesz się nic nowego, jeżeli ci powiem, iż najpierwsze miejsce zajmujesz dotąd w mem sercu...
— Wiem o tem Fernandzie, lecz nie obawiaj się.
— Masz zupełne zaufanie?
— Tak jest.
— I kochasz tego człowieka?
— Dla czegóż miałabym przed tobą ukrywać prawdę? Kocham, gdyż mogłam ocenić wszystkie zalety jego szlachetnej duszy... A przytem i ojciec mój powziął jak najlepsze o nim wiadomości... Pragnę z całego serca, abyś go kiedyś poznał i pokochał, kochany Ferdynandzie... a szczęście moje wtedy będzie zupełne!
A chcąc zakończyć rozmowę, nie bardzo dla niej miłą, dodała:
— Możesz być również przekonany, iż osiągnąwszy cel moich pragnień, pomyślę i o spełnieniu twoich...
— Jak to?
— Znajdując odpowiednią dla ciebie żonę...
— Dzięki ci, droga Blanko — zawołał zmienionym głosem, — lecz w tym razie mam już niezłomne postanowienie...
— Jakie?
— Aby się nie ożenić nigdy.
— Ty?
— Tak, nigdy!
Podniosła na niego oczy.
Rysy jego twarzy pozostały niezmienione, lecz był śmiertelnie blady.
Uczuła jak gdyby dotknięcie iskry elektrycznej, puściła jego ramię i dalej szli obok siebie w milczeniu, aż do rozściełającego się przed domem trawnika.
Tu młody Durivel krzyczał nad zdrowem uchem komendanta Briard, który delektował się trzydziestoletnim koniakiem.
— Czy to pożegnanie Fontainebleau, komendancie? I nie płaczesz?
— Co za złośliwy ozór ma ta małpa! — odpowiedział dzielny wojak.
Blanka zamyślona zbliżyła się do matki, zajętej rozdawaniem gościom przeróżnych likierów, z pomocą ślicznej Berty de Chamblain.
Biedny Ferdynand poszedł w drugą stronę, szukając samotności, kiedy na skręcie alei minął się z Juanem, który zdaleka obserwował maleńką scenę pomiędzy nim a Blanką, nie bez pewnej jednak obawy.
Ferdynand Colombey miał rzeczywiście dziwny sposób patrzenia, który wzruszyłby nawet mniej nerwowego człowieka, niż jakim był uczeń Piotra Brecheux.
Tajemniczy dramat, zaszły na ulicy Bassano, był zanadto świeżej daty, aby Juan mógł zapomnieć o nim i pozbyć się wszelkiej obawy.
Rzeczywiście i tak nie brakło mu olbrzymiej dozy energji, aby zapanować nad doznanem wzruszeniem i pokazać się światu na „La Plaza“ przy ulicy Pergalės i swobodnie się uśmiechać podczas obiadu w Chesnay.
Aktor, schodzący z desek teatralnych potrzebuje też pewnej chwili, aby przejść do zwykłego stanu i spokoju. Juan był w tej chwili niezwykle rozdrażniony, co zawsze następuje po wielkim wysiłku woli.
Spojrzenia dwóch rywali skrzyżowały się. Wzrok Fernanda był badawczy, zimny, jak ostrze sztyletu, zagłębiającego się w ciało, oczy zaś narzeczonego Blanki wyrażały dziką nienawiść złoczyńcy, przyłapanego na gorącym uczynku.
Obadwaj pomyśleli jednocześnie, przechodząc obok siebie.
— Oto wróg!
Fernand miał już dawniej pewne wątpliwości. Dla czegóż wzrok Juana był dla niego pewnego rodzaju wyjaśnieniem?
Kto wytłomaczy szybkość powstawania wrażeń w naszym umyśle, obrazów wytwarzanych w jednej chwili pod wpływem moralnego podniecenia?
Odtąd niejasny plan, który od paru dni stale go niepokoił, przybrał wyraźniejszą postać i utrwalił się w jego umyśle. Od tej chwili wykonanie jego i uważał za konieczny obowiązek.
W gwarze zabawy, która zaczynała się ożywiać, po ukończonej pijatyce komendanta i płaskich konceptach młodego Durivella, w chwili właśnie kiedy Blanka ze swą przyjaciółką siadały do fortepianu, aby na cztery ręce zagrać uroczego walca z „Fausta“, Fernand zbliżył się do gospodyni domu, mówiąc:
— Pozwól, że cię pożegnam, droga kuzynko.
— Spodziewam się, nie na długo.
— Zawsze na dni kilka.
— Jakto, wyjeżdżasz Fernandzie? — zapytała Matylda, patrząc na niego z prawdziwem zajęciem.
— Jestem zmuszony... powierzono mi ważną sprawę.
— Lecz spodziewam się, że będziesz z powrotem na ślub...
— Blanki? — zapytał z gorzkim uśmiechem.
— Naturalnie, że Blanki... O czemże myślisz?
— Kiedyż ma ślub nastąpić?
— Od dziś za miesiąc...
— Czy to już postanowione?
— Tak jest, mój drogi, od kilku dni. I trzeba, abyś na nim był, Fernandzie... Proszę cię o to.
— A zatem za miesiąc?
— Tak jest... dwudziestego piątego czerwca...
— Życzenie twoje jest dla mnie rozkazem... Bądź spokojna, moja kuzynko, zastosuję się do niego.
I dodał ze szczególnym akcentem:
— Nie omieszkam się stawić.
Schylił się do ręki pani Colombey, dotknął ustami jej dłoni i szybko się oddalił.
— Biedny Fernand! — pomyślała matka. — Gdyby to odemnie zależało, to jegobym wybrała.