Przejdź do zawartości

Dziewczyna bezimienna/Część druga/XXIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles Mérouvel
Tytuł Dziewczyna bezimienna
Pochodzenie Kurjer Poranny 1893
Wydawca Feliks Fryze
Data wyd. 1893
Druk w Drukarni Rotacyjnej
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. La File sans nom
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXIV.
Ojciec i syn.

[Juan Rodri]guez powiedział Piotrowi:
[— Do jutra!]
[Jutro b]yła niedziela. Ta niedziela poprze[dzająca na kilka] dni przybycie artysty, [wielebnego] Templeton z Oxford[-Street. Miał się udać] na ulicę Bossano.
[W sobotę] Samuel Rosen, spo[tykając się ze swoim klientem, zamierzał dobrze potraktować młodego i marnotrawnego cudzoziemca, którego sprzedawcy klejnotów w Anglii zwykli nazywać „gołym portfelem“][1].
Pobudzony chęcią zdobycia pieniędzy, pchany przewrotnemi radami starego nauczyciela, gotów był do spełnienia wszystkiego, aby tylko zdobyć majątek, któryby mu pozwolił zadowolnić jego fantazje.
Przytem nie wiele miał do zrobienia.
Dla całego świata uchodził za Juana Rodriguez, a młody Amerykanin, spoczywający na pustyni około skraju Teksańskich lasów, nie mógł zmartwychwstać i świadczyć przeciwko swemu towarzyszowi podróży, który go zamordował, aby następnie obedrzeć.
Wypadek tylko nadzwyczajny mógł jedynie zdemaskować zbrodniarza, lecz gdzież prawdopodobieństwo takiego przypadku?
Z drugiej strony Blanka do niego należała, napiwszy się miłosnego napoju, co zaślepia najwięcej jasnowidzących.
Dostawszy posag do ręki i zrealizowawszy drugą sprawę na monetę, postanowił dopiero rozmyślić się, co będzie czynił dalej.
Miał przed sobą dwie drogi.
Wyjechać na zawsze w towarzystwie Joanny, której by nie porzucił dla żadnej bogatej dziedziczki, ani największego spadku, lub prowadzić życie bogatego obywatela, który może sobie na wszystko pozwolić i, na podobieństwo magnatów z ostatniego stulecia, ukrywać w cieniu wycieczki do swej bogini.
Kosztowałoby to zaledwie niewielką sumę, przeznaczoną jako komissowe panom Burlett i Templeton!
Stary nauczyciel mądrze poprowadził sprawę, co niejednokrotnie musiał Jan przyznać w duchu. A zresztą nie chciał znać żadnych przeszkód i nie bał się niczego. Miał jednak trudne zadanie, musiał jednocześnie oszukiwać Colombey’ów i kochankę, w której, wiedział, znajduje się na tyle uczciwości, iżby się oburzyła na tyle nikczemności.
Chodziło zatem o zręczność i umiejętność postępowania, co mu się w zupełności udawało.
Był gotów na wszystko, a miłość dla Joanny była koniecznym bodźcem dla jego chwiejnego i słabego charakteru.
Od chwili gdy zwyciężona nędzą, przybita moralnie, biedna dziewczyna oddała mu się bez żadnych zastrzeżeń, zwyciężona nietylko przez miłość, lecz również przez swe opuszczenie, powziął dla niej niczem nienasyconą namiętność gwałtowną, porywającą i pochłaniającą go zupełnie. Robiąca wrażenie piękność młodej dziewczyny łatwo usprawiedliwiała to uniesienie.
W Chesnay nie przeczuwano żadnej zdrady.
W niedzielę biura i sądy są zamknięte, a na giełdzie ruch niewielki, wszyscy pozwalają sobie małego wypoczynku, więc też i Maurycy nie mógł znaleźć pretekstu, coby mu posłużył do małego spaceru do Paryża.
W rzeczy samej nie był tym zupełnie zmartwiony, gdyż i sam Pan Bóg odpoczął siódmego dnia po stworzeniu świata. Co prawda, to radca nic podobnego nie uczynił, aby mu się spoczynek należał, lecz odpoczynek dnia jednego pomiędzy zielonością i kwiatami w cudowny dzień majowy ma również swoje powaby. A przytem Blanka nadskakiwała i usługiwała ojcu na każdym kroku, szczebiocząc do niego słodkim, pieszczotliwym głosem:
— Spodziewam się, iż zostaniesz dzisiaj z nami, ojczulku!
Nie było sposobu jej odmówić. Młoda dziewczyna spodziewała się dziś gościa, a mały dopisek do listu zawierał prośbę, lecz zarazem i rozkaz, któremu powinien być posłusznym, jeżeli był szczerym w swych zamiarach.
Biedaczka wierzyła w to najmocniej. Dla czego miała o nim wątpić? W swej prostocie naiwnej, uważała to wprost za świętokradztwo.
Więc też od rana patrzyła w okno, ukryta po za firankami, śląc w dal wzrok niespokojny. O dziesiątej, od strony kraty żelaznej, wychodzącej na drogę usłyszała dźwięk dzwonka, który jej sprawił bicie serca. Tamtędy musiał przybywać. Z podwójną niecierpliwością, patrzyła drżąca cała.
Drugie silniejsze uderzenie zwiastowało przybycie gościa.
Przez chwilę została nieruchomą, oparta o ramę okna, z trudnością powstrzymując wzruszenie.
Nagle ujrzała oczekiwanego. Szedł uśmiechnięty, wesoły, elegancki, z podniesioną wysoko głową, szukając sam w około, czy niema kogo, coby na niego czekał.
Na chwilę wychyliła się przez okno i spojrzenia ich się skrzyżowały. Trwało to jedną chwilkę, lecz oczy młodej dziewczyny były tak wymowne, iż uczeń Piotra Brecheux z łatwością zrozumiał co mówiły.
— Nie obawiaj się! Masz z sobą sprzymierzeńców!
Maurycy znajdował się w swoim gabinecie, pracowni światowca, tak mało przypominającej pracownię uczonych lub prawników. Panowała tu czystość i porządek bezwzględny, znacząc, iż służba tutejsza nie znosiła szacownego kurzu, tak drogiego filozofom i myślicielom.
Dwa okna wychodziły na zielone firanki parku, okolone wspaniałemi azaljami, pelargonjami i bengalskiemi różami.
Kilka dzienników leżało rozrzuconych na biurku, a pan radca wyciągnięty w fotelu, napawał się czytaniem jakiegoś artykułu, który miał to szczęście, iż sprowadził uśmiech zadowolenia na jego usta.
Służący ukazał się w pokoju.
Był on zapewne w równym wieku ze swym panem, mając około lat piędziesięciu.
Ten również, gdyby zechciał sięgnąć pamięcią, przypomniałby sobie biedaka z Boyeux, któremu dopomógł do szybkiego schodzenia ze schodów. Lecz to była dawna bardzo historja i ktoby się nią teraz zajmował.
Wszedłszy do pokoju, wyjął on ze swej rannej kurtki małą srebrną tackę.
na której położył kartę wizytową i w milczeniu podał ją panu.
Radca skończył ciekawy artykuł, nie śpiesząc się wcale i dopiero spojrzał na kartę.
— Czy ten pan czeka? — zapytał.
— Tak jest.
— Proś, niech wejdzie.
Nieobecność służącego trwała zaledwie kilka sekund, ale jednak podczas tak krótkiej chwili radca zdążył poprawić kołnierzyk, przygładzić krawat i wysunąć mankiety.
Przeczuwał, iż ta wizyta zawiera jakąś uroczystą misje, przy której dobrze będzie wyglądać jego sztywna powaga, zastępująca godność pańską u podobnych jemu miljonerów.
Wszedł Jan Rodriguez.
Syn i ojciec byli prawie tego samego wzrostu, wysocy i piękni obadwaj można powiedzieć, tylko każdy [z nich] na swój sposób, radca w swej [wielkiej] wyniosłości, a młody człowiek [w swej] swobodzie wielkiego pana i św[iatowca,] pełnego wdzięku, zręczności, [i mło]dości wspaniałej.
Zawsze jest chwila zakło[potania na] początku ważnej rozmowy, [niepokój] większy w sytuacji [kiedy wy-] czuł fałszywość swego położenia, oraz siłę i przenikliwość przeciwnika.
Lecz odebrał doskonałą naukę i Brecheux wysłał go do walki doskonała uzbrojonego.
A przytem czułe, pełne miłości spojrzenie Blanki samo jedno wystarczyłoby do nabrania odwagi, gdyby mu jej zbrakło.
— Panie, — odezwał się swym [czy]stym metalicznym głosem — wi[eczorna] moja wizyta wydać się panu m[ogła nie]delikatną i śmiałą, lecz w rze[czywisto]ści jestem sam na świecie.
— Sam? — przerwał [...] radca.
— Nie mam rodziców [i nie pa]miętam ich cokolwiek. [Stary nau]czyciel wychował mn[ie sam. Zmu]szony jestem przed[stawić osobi]ście panu moją prośbę.
Zatrzymał się [na chwilę, jakby czekając na zachętę. Radca pozostał dostojny i milczący, ale życzliwy. Wiem — kontynuował młodzieniec — że moje przedsięwzięcie jest śmiałe, ale mogę powiedzieć, że jeśli odważę się je podjąć,] pańska uprzejmość, której miałem dowody, upoważniła mnie do tego kroku. Słowem, kocham pańską córkę i mam zaszczyt prosić pana o jej rękę.
Nastąpiło milczenie, jak zwykle dzieje się i w naturze, kiedy ma nastąpić burza.
Rodriguez mógłby sądzić, widząc za[myśl]enie radcy, iż rozważa jego pro[śbę i roz]waży widoki takiego związku.
[Było] jednak wprost przeciwnie.
[Colom]bey w tej chwili nie myślał [wcale o m]ałżeństwie dwojga młodych, [natom]iast dwie rzeczy zajmowa[ły go niezmie]rnie i o nich właśnie roz[myślał w tej ch]wili.
[— Skąd znam głos tego] młodzieńca, miły lecz [od razu] zauważył, iż bezwąt[pienia słyszał dź]więk jego kiedyś, tyl[ko w tej chwili nie mó]gł sobie zdać spra[wy kiedy to] być mogło.
Ta sprawa go mocno zajmowała, iż w tej chwili zapomniał o gościu i celu ich wizyty.
[W gabinecie było tak cicho, że można było by usłyszeć spadającą szpilkę na podłogę.
Aby przerwać tę krępującą ciszę, młody mężczyzna kontynuował:
— Najpierw winien jestem panu najdokładniej]sze objaśnienie co do mojej rodziny i co do mnie samego. Pochodzę z uczciwego domu, mój ojciec miał posiadłości swoje w Nowym Orleanie. W poselstwie możesz pan zebrać potrzebne wiadomości.
— Wiem — odparł machinalnie radca.
— Co zaś do majątku osobistego, to ten rzeczywiście nie jest znacznym — ciągnął Rodriguez.
— Hm! — odparł tym samym tonem radca, uniesiony raczej przyzwyczajeniem, gdy tylko zachodziła kwestja pieniężna. Lecz natychmiast prawie popadł znów w zamyślenie, mówiąc w duchu:
— Gdzie u licha widziałem takie oczy?
Jak błyskawica przeszła mu myśl przez głowę:
— Róża — wyszeptał.
[Wzr]uszył ramionami; wykrzywiwszy [z pogard]ą usta.
[— Ale]ż to szaleństwo? – pomyślał.
[I zwra]cając się do młodzieńca za[pytał:]
[— Mówiłe]ś pan że pochodzisz?...
[Z Now]ego Orleanu.
[— W którym] roku urodziłeś się pan?
[— Urodziłem się] dwadzieścia siedem lat... 30-go maja tysiąc osiemset sześćdziesiątego drugiego.
— Jak się nazywała matka pana?
— Manuela Palacios.
— A ojciec?
— José-Pedro Rodriguez.
— Oboje już nie żyją?...
— Straciłem ich, będąc małem chłopięciem, matka umarła ze zmartwienia po śmierci ojca.
— Rzeczywiście szalony jestem, — pomyślał w duchu. — A majątek pana?... — zapytał już spokojniej. — Chciałbym nie poruszać tej kwestji, lecz tego nie można ominąć przez wzgląd na spokój i przyszłe szczęście mojej córki...
— Zapewne, — dorzucił spiesznie młody człowiek.
— Posiadasz pan jaką nieruchomość?...
— Trochę ziemi około Nowego Orleanu.
— Jaką jest wartość tego?...
— Bardzo mała.
— Naprzykład?
— Coś około sześćdziesięciu tysięcy dolarów.
— To znaczy trzykroć sto tysięcy franków?
— Prawie.
— Czy chcesz pan się pozbyć tej własności?
— Rzeczywiście, chciałbym to uczynić.
— Dla czego?...
— Mam zamiar osiedlić się na stałe we Francji. Moi rodzice pochodzili z Hiszpanji, lecz urodzeni w Bayonnie, zatem byli raczej francuzami...
— Czy chciałbyś pan zostać francuzem?
— Jeżeli miałoby to stanowić konieczny warunek do zawarcia upragnionego związku...
Radca powrócił do głównej sprawy.
— Mówiliśmy o nieruchomościach pańskich?
— W Paryżu posiadam pałacyk.
— Na ulicy Bassano?
— Tak jest.
— I Mały Chesnay jest również pańską własnością?...
— Także.
— I to wszystko?
— Wszystko.
— Mówmy więc o gotówce.
— Oto spis moich papierów wartościowych.
Tu Rodriguez podał swój notes radcy, który z uwagą zaczął czytać i rachować. Po chwili odezwał się:
— Dobry wybór.... pewny... Ruska, francuzka renta... poważne obligacje... razem siedemdziesiąt pięć tysięcy czystego dochodu, to znaczy dwa miljony i pół kapitału.
— Wiem, iż to jest niewiele, — odezwał się skromnie Rodriguez.
— Bardzo poważna suma, — poprawił go radca. — A ziemia ile panu przynosi?
— Dosyć wysoki procent, lecz nie zawsze jednakowy.
— Ile? — zapytał prawnik.
— Trzydzieści tysięcy franków.
— Zatem nie można jej się pozbywać!...
— Jeżeli tak pan radzisz!
Maurycy zwrócił notes młodemu człowiekowi i powstał, mówiąc:
— Panie Rodriguez, bardzo jest dla nas pochlebnym pański zamiar..., lecz pojmujesz pan, iż muszę się cokolwiek zastanowić... i rozmówić ze stroną interesowaną. Pomyślę o tem jaknajprędzej, przyrzekam panu.
— Czy mogę mieć nadzieję?...
— Dla czego nie? Ładny majątek!
— Bardzo skromny w porównaniu do pańskiego, który mnie przestrasza.
— Co znowu! Pieniądze nigdy nie są rzeczą przerażającą.
— Panna Colembey jest otoczoną rojem wielbicieli, czemu nie można się dziwić.
— Trudny jest jednak wybór... Pomyślę o pańskim projekcie, masz pan moje słowo.
Obadwaj opuścili pokój i zeszli do parku, kierując się ku bramie wjazdowej, odległej dosyć daleko od domu.
— No, jeszcze wyliczmy wszystkie dane, — odezwał się poufnym tonem radca, — masz pan lat dwadzieścia siedem...
— Za dni kilka.
— Żadnej rodziny.
— Niestety!
— Nie masz pan czego żałować... Rodzina jest czasami rzeczą ambarasowną.
— Przeciwnie, myślę, — odparł Juan z odcieniem smutku w głosie, — że byłbym szczęśliwym, posiadając rodzinę
— Nastąpi to niedługo.
Na skręcie ulicy, Blanka i jej matka znalazły się na wprost idących.
Młoda dziewczyna zarumieniła się, a matka w milczeniu uścisnęła dłoń Juana angielskim obyczajem i przeszły dalej.
Przy bramie radca z kolei wyciągnął rękę do sąsiada, mówiąc jeszcze:
— Lecz pan mnie zrozumiałeś, panie Rodriguez i zgadzasz się zostać francuzem?
— Ależ panie — zawołał młody człowiek z zapałem — z góry przyjmuję wszelkie warunki, które się panu podoba mi narzucić. Gdyż nie chodzi tu o interes, lecz o zupełnie innego rodzaju uczucie.
Za chwilę zamknęła się brama za Juanem, który do Chesnay powrócił.
Wracając do pałacu, Colombey rozmyślał:
— Majątek niczego, chłopak ładny, więcej nawet, śliczny! Bez rodziców, co także ma swoje znaczenie... bez krewnych, to jest bez darmozjadów... Wcale przyzwoita para, lecz co za szczególne oczy!
Przesunął ręką po czole, jak gdyby chciał spędzić niepotrzebne myśli.
Na ganku czekała na niego żona. Blanki nie było.
— I cóż? — zapytała męża.
— Spalił za sobą mosty.
— Mówił z tobą?
Oświadczył się o rękę Blanki.
Pani Colombey wsunęła swoją rękę pod ramię męża, pytając:
— No i jakże ci się zdaje?
Sądzę, iż nie tylko mnie on tu się podoba, a biedny Fernando, za którym zawsze stronę trzymałaś, stracił dużo w twoich oczach, jeżeli się nie mylę.
Matylda odpowiedziała:
Przecież to nie ja jestem na wydaniu, bo w takim razie możebym powiedziała co innego... Fernand może być niezdolnym wzbudzić gwałtowną miłość, której zresztą wcale nie rozumiem, za to można być prawie pewną pozostania z nim szczęśliwą, lecz szczęśliwą, jak ja rozumiem szczęście, spokojne, błogie jutro. Kocham i poważam Fernanda i dla tego żałuję go bardzo.
— Aż tak?
— Fernando kocha Blankę.
— Tak sądzisz?
— Kocha, cierpieć będzie, widząc ją żoną innego.
— A ona?
— Blanka ma tylko szacunek i przyjaźń dla niego.
— A dla sąsiada?
— To co innego.
— Któż ci o tem powiedział?
— Kto? Matka przeczuje, co się dzieje sercu jej dziecka.
— Zatem musi się cieszyć z jego oświadczyn?
— Możesz się łatwo sam przekonać, pytując ją o to.
— A to na co, jeżeli jesteś ty o tem dobrze przekonaną?
— Cóżeś mu odpowiedział?
— Że rozważymy rzecza całą... ponieważ uważam małżeństwo za możebne...
— A czy już masz swoje zdanie co do tego...
— Może...
— Czy zebrałeś potrzebne wiadomości?
— Mam i same dobre.
— Zatem — zapytała nieśmiało pani Colombey — nie widzisz żadnej przeszkody... naprzykład ze strony majątkowej?
— Jest co prawda mniej bogaty, jak sobie wyobrażałem.
— A!
— Przedstawił mi sytuację z całą otwartością, za co jestem mu wdzięczny. Jest coś około trzech miljonów.
— To chyba dosyć?
— Wolałbym pięć... lecz ponieważ ci, którzy je posiadają, nie bardzo łatwo chcą się żenić...
— Więc z tej strony wszystko dobrze?
— Prawie... a z innej również... Przyjmuje wszelkie warunki.
— Wszystkie?
— Bez wyjątku.
Matka odetchnęła. Obawiała się trudności pewnych. Od chwili, kiedy poznała tajemnicę córki, była ciągle jak na szpilkach, z obawy przykrości jakiej dla swej ukochanej jedynaczki, a tu wszystko szło tak pomyślnie.
Wszedłszy do sali jadalnej, uścisnęła szybko rękę Blanki, ucałowała jej jasne włosy, szepcąc do ucha dobra nowinę:
— Bądź dobrej myśli!
W tej samej chwili Brecheux chodził tam i napowrót po salonie Małego Chesnay, prędkim krokiem ze złem wejrzeniem, z rękami w tył założonemi, pod wrażeniem łatwej do zrozumienia trwogi, chcąc przeniknąć, co się działo tam, po drugiej stronie morza. Więc też poskoczył naprzeciw swemu uczniowi, wołając:
— Jakże ci poszło?
— Lepiej niż się tego spodziewałem!
Wyraz twarzy Juana już świadczył o dobrej nowinie.
Łatwość, z jaką został przyjęty przez radcę, spojrzenie Blanki, a nadewszystko myśl o Joannie, dodały mu odwagi i siły, która biła z całej jego postaci.
Brecheux nie zawiódł jego oczekiwania i z takim przewodnikiem nie pozostawało nic więcej, jak tylko poddać się jego kierunkowi.
Wszystko się wiodło i uśmiechało do niego: i miłość i pieniądze miał posiąść. Szczęściło mu się jak graczowi przy kartach.
— Na kiedy ma być stanowcza odpowiedź?
— Sądzę, iż nastąpi wkrótce.
— Jakiej pragniesz?
— Bezwątpienia.
Lecz widząc ślady niezadowolenia i obawy, pozostałe na pargaminowo-żółtej twarzy starego, Juan poklepał go po ramieniu i pociągnął do jadalni, mówiąc:
— No! stary ojcze, nie gniewaj się i rozchmurz oblicze! Ręczę, że będziesz kontent ze mnie. Najtrudniejsza rzecz już załatwiona.
Brecheux poskrobał się w łysinę, wykrzywiając usta do uśmiechu.
— Może masz rację — odparł szyderczo. — Prosiłem cię o rok cierpliwości Jasiu, a tu i roku nie potrzeba!
— Niech djabli porwą! — zawołał młody człowiek, siadając do stołu — lecz sposobu, w jaki słuchał mnie radca, jeszcze zapomnieć nie mogę, ciarki mnie przechodziły... Brr!
Nalał sobie i Piotrowi pełną szklankę porto i wychylił ją, mówiąc:
— Za zdrowie przyszłego teścia.
— Doskonała myśl, Jasiu — odparł nauczyciel, naśladując ucznia. — Za zdrowie pana Maurycego Colombey.
Szanowny Willi, który im usługiwał, nie stracił nic ze swej powagi, myślał sobie tylko:
— Już jabym nie chciał być na miejscu tego pana Colombey’a, pomimo jego bogactwa? Co też ten stary profesor ma do niego?




  1. Brakujące fragmenty tekstu stron 600 i 606-609 uzupełniono tłumaczeniem wikiskryby Wydarty w oparciu o tekst wydania z Le Petit Parisien z 17.11.1891 strona 3-cia. gallica.bnf.fr





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles Mérouvel i tłumacza: anonimowy.