Dziewczyna bezimienna/Część druga/XXII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Dziewczyna bezimienna |
| Pochodzenie | Kurjer Poranny 1893 |
| Wydawca | Feliks Fryze |
| Data wyd. | 1893 |
| Druk | w Drukarni Rotacyjnej |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | La File sans nom |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Podczas kiedy Brecheux pędził ekspressem z Calais do Paryża, w apartamencie admirała de Vitray na bulwarze Haussmana toczyła się rozmowa zupełnie innego rodzaju.
Od czasu ostatniego widzenia się z mężem, hrabina pozostawała w głuchej rozpaczy. Jej boleść, dotąd uśpiona, rozbudziła się bardziej niż kiedykolwiek.
Dotychczas zachowała wiarę w jego uczciwość. Miała to silne przekonanie, iż ją samą mógł gnębić, torturować, przez zemstę, nie słuchać głosu własnego sumienia przez dumę i upór zaciekły bretończyka.
Do tego wiedziała, iż był zdolnym, lecz nie pomyślała ani na chwilę, aby mógł niewinną istotę rzucić na fale losu, to jest w otchłań nędzy lub występku. Co za potworna zbrodnia!
Miała powody nienawidzieć admirała, a jednak pomimo to, ceniła i poważała na tyle jego charakter, iż nie sądziła aby był zdolny w ten sposób postąpić.
W jej samotności, uspokajało ją to przekonanie, iż jej ukochana Joanna była zabezpieczona od wszelkiej złej doli i otoczona opieką człowieka, który ją wyrwał z objęcia matki.
Była pewna, że odbiera wychowanie w jakim klasztorze, pod macierzyńską opieką poczciwych sióstr, które, wiedząc, że ona jest sierotą, tem więcej mają dla niej względów i serdecznej troskliwości, oczyma wyobraźni widziała ją piękną, wykształconą panną, silną i zdrową.
A przytem żywiła i tę nadzieję, kiedyś nadejdzie dzień, w którym admirał uspokojony i wyleczony przez czas, najlepszy lekarz na wszystkie rany tego rodzaju, zwyciężony poddaniem się swej ofiary, jej uległą łagodnością, milczeniem lat tylu, przyprowadzi nakoniec to ukochane i opłakane dziecię, oddając ją jako zakład przebaczenia i zapomnienia.
Aż tu jej złudzenia zostały rozwiane; poznała prawdę, straszną, ohydną prawdę, która nie pozostawiała żadnej nadziei.
Admirał sam nie był w stanie nic więcej zrobić, nie mógł naprawić złego. Jej córka była straconą, straconą od tylu lat.
Nie wiadomo było nawet czy żyje, najstraszniejsze widziadła przesuwały się przez jej zmęczoną wyobraźnię i nieraz myślała, czyby nie lepiej było, żeby rzeczywiście umarła, unikając przez to niebezpieczeństw, wstydu i nędzy, w której sądziła ją pogrążoną!
Cztery dni upłynęło od czasu ostatniej rozmowy z mężem i od tej chwili pozostała zamknięta w swym pokoju, nie widząc nikogo, sama jedna z natrętnemi myślami.
Nadszedł wieczór. Zegar po nad kominkiem wskazywał dziewiątą godzinę, gdy pokojowa weszła, mówiąc:
— Czy pani hrabina przyjmuje?
— Kto tam jest?
— Pani de Saint-Béran zapytuje, czy może się widzieć z panią?
— Poproś ją.
Przecież markiza wiedziała o wszystkiem, a mówić o swych troskach z taką przyjaciółką, to to samo, co ukoić smutek.
Za chwilę staruszka weszła.
— Jakże pani dobrą jesteś! — zawołała Helena, spiesząc na jej spotkanie.
— Przyszłam pocieszyć cię!
— Pocieszyć jest niepodobieństwem.
— Kto wie!
Markiza zasiadła wygodnie na nizkim fotelu. Przyjrzawszy się bliżej, można było wyczytać na jej pomarszczonej, lecz zawsze wyrazistej i dobrotliwej twarzy, wyraz szczerej wesołości, zwiastującej dobre wieści.
— Kochanko moja — zaczęła, westchnąwszy głęboko, powinnaś, pomimo twoich zmartwień, nazwać się jeszcze szczęśliwą!
— Jakto?
— Bezwątpienia... Cierpisz, żałuję cię serdecznie, lecz to wszystko, co cię otacza łagodzi twoje cierpienia.
Helena wstrząsnęła głową.
— Mylisz się pani, odparła smutnie.
— Pomyśl jednak, ile to jest podobnych tobie biedaczek, co również gorzkie łzy leją, a jednak nie mają batystowych chusteczek, obszytych drogocenną koronką dla otarcia łez swoich. Robię tylko proste porównanie. Czyś nie widziała admirała?
— Nie.
— Odkąd?
— Od czasu naszej rozmowy, która mnie ostatecznie dobiła.
— Przynoszę ci nowinę.
— Jaką?
— Nie zobaczysz go prędko.
— Gdzież jest?
— Odjechał znów do Tulonu.
— Czy jesteś pani tego pewną?
— Najzupełniej, gdyż mnie sam o tem zawiadomił.
— Jakto?
— Listem, który tylko co otrzymałam i który ci przynoszę.
— Zatem pan de Vitray nie ma nadziei... zawołała z najwyższą trwogą Helena.
— Dla czego?
— Odjechał ztąd, przysięgając, iż odnajdzie i odda mi córkę, potem widać się rozmyślił, zrozumiał niepodobieństwo swoich zamiarów...
— No, jak widzę, łatwo sobie stwarzasz niepotrzebne zmartwienie.
Oczy Heleny błysnęły szczególnym ogniem. Spojrzała na markizę wzrokiem, który chciał zajrzeć do głębi duszy.
— Dla czegożby odjechał, mając nadzieję? — zapytała.
— Uspokój się.... Szczęśliwy przypadek wskazał ślad, który zdaje się, iż jest dobry.
Hrabina szybko przysunęła się z fotelem do swej starej przyjaciółki, a uchwyciwszy jej ręce, zawołała:
— O, mów pani prędzej, błagam cię!
— Omijam szczegóły i idę prosto do celu, widząc twoją niecierpliwość. Zapewne wiesz, iż pan Raveneau czynił poszukiwania bezowocne...
— Na nieszczęście!
— Przed kilkoma dniami umarł jeden z jego klijentów, hrabia Dagny. Znałaś go. W papierach, pozostałych po nim znalazł on dowód, jakoby mały domek, należący do hrabiego, był wynajmowany przed kilku laty niejakiej wdowie Yaudet. Jak widzisz, wiem o co chodzi, gdyż cała ta bistorja niezmiernie mnie zajmuje. Nazwisko wdowy jest właśnie takie, jak się nazywała kobieta, której hrabia powierzył twoją córkę...
— Cóż dalej?
— Natychmiast udał się admirał do Cherburga... Rzeczywiście ten człowiek kocha cię niezmiernie... Co za nieszczęście rozdzieliło was!
Helena podniosła ręce.
— O, tak! — zawołała — jam winna i cierpię teraz okrutnie.
— Poczekaj! Nadejdą lepsze dni...
— Do Cherburga?... — mówiła Helena przejęta jedną myślą. — Powiedz mi pani, czego się tam admirał dowiedział?
— Czytaj list, a dowiesz się o wszystkiem.
List ten zaadresowany był do pani Saint-Béran. Zawierał, co następuje:
„Czyż potrzebuję mówić, jakie na mnie wrażenie wywarły twoje rady? Zniweczyły one resztę uporu, a raczej dumy, nie chcącej się poddać. Wskutek rozmowy z Heleną, odzyskałem odwagę i poszedłem odwiedzić pana Raveneau!“
Tu następowały szczegóły jego rozmowy z prawnikiem i opis podróży do Cherburg’a; dalej admirał kończył:
„Nie ma żadnej wątpliwości. Lokatorka małego domku hrabiego Dagny była napewno tą samą Perriną Yandet, której powierzyłem dziecię Heleny. Nieszczęście chciało, iż Perrina została obłąkaną.
„Jakim sposobem? Wskutek jakiego nieszczęścia lub wypadku, nikt nie umiał mi odpowiedzieć. Dowiedziałem się tylko, iż wyjechała z Cherburga od półtora roku, domek stoi pustkami, a pewne dane każą mi się domyślać iż jego dawne mieszkanki przebywają obecnie w Paryżu.
„Nie mam odwagi prowadzić dalej moich poszukiwań, udzieliłem pewnych objaśnień panu Raveneau i poleciłem mu robić poszukiwania w Paryżu, by odnaleść zaginione, co nie będzie zapewne trudnem.
„Paryż jest wielki, ale przetrząsając od końca do końca wszystkie dzielnice, nie szczędząc niczego, można być pewnym, że odnajdą nakoniec miejsce, gdzie się schroniły te trzy nieszczęśliwe istoty.
„Jestto kwestja czasu i pieniędzy, a czegóżbym nie poświęcił aby zniweczyć przepaść, którą sam wykopałem między mną i Heleną, owładnięty szalonym gniewem. Jak to już mówiłem, Perrina porzuciła du Mesnil przeszło od roku. W owym czasie, na co mam wszelką pewność, Joanna była piękną, młodą dziewczyną, inteligentną i odważną. Powiedz jej matce, że była kochaną od swych sąsiadów, uwielbianą nawet za swą cierpliwość i pracowitość, pełną poddania się i słodyczy, jednem słowem zachwycającą i godną lepszego losu dziewczyną. Wydalam się na dni kilka. Nie mogę znieść sprawiedliwej urazy Heleny, zraniłem ją okrutnie, będę czekał, aż rana się zabliźni, by powrócić do niej.
„Marynarze mają głęboką wiarę i ja wierzę, iż to oczekiwanie będzie krótkie, że Opatrzność, której mam już dowody, ukończy swe dzieło poprawy, aby nas wydźwignąć z ciężkiej doli. Bądź zdrowa droga przyjaciółko, a raczej do widzenia.“
„Powracam do mej kabiny, do mej celi mniszej, gdzie tyle razy opłakiwałem nieszczęsny upadek Heleny, przyczynę tylu cierpień i jego straszne skutki. Czy dosyć tej pokuty? Wkrótce się o tem przekonamy.
„Twój stary przyjaciel. Bernard de Vitray.“
Hrabina przeczytała ten list powoli, potem zatrzymała go chwilę w swej dłoni z nieruchomym wzrokiem i pałającemi oczyma.
— I cóż ty na to? — zapytała markiza. — Oto i nadzieja zabłysła.
— Nadzieja!
— Bezwątpienia! Przynajmniej wiesz o tem, iż twoje dziecię jest blizko ciebie, że jest piękną i dzielną dziewczyną. Czyż to nie wiele znaczy?
Matka milczała, oczy jej pozostały suche, tylko rysy skurczyły się nerwowo, a ciężkie westchnienie podnosiło jej pierś wzburzoną.
Markiza dodała:
— Admirał robi co tylko może i trzeba mu oddać tę sprawiedliwość.
Helena wybuchnęła śmiechem przymuszonym gorzkim, szyderskim, ale zachowywała uparte milczenie.
— Chciałabym cię pocieszyć, — ciągnęła dalej markiza, — dodać ci trochę odwagi...
— Rozumiem twoje cierpienie... ale admirał cierpiał także i bardzo długo cierpiał...
— To była jego zemsta.
— To prawda, straszna, okrutna zemsta... której nie przebaczyłaś... myśląc o tamtym... o śmierci Jerzego... twego przyjaciela...
Hrabina, drżąc ze wzruszenia, podniosła się z siedzenia z wybuchem wołając:
— Ach! jakże się pani mylisz, — zawołała, — jeżeli ci się zdaje, że myślę o tym nieszczęśliwym umarłym, którego kochałam tylko jak brata, nie inaczej, przysięgam na to! Utracił życie... w walce... Nie obwiniam mego męża o podłość... Mężczyźni pojmują honor na swój sposób! Nie obwiniam nawet Jerzego... Postąpił jak człowiek honorowy i mężny... Pan de Vitray dał mu sam to świadectwo... Pozbawił go życia, tego życia, które dla mnie wydaje się ciężarem, tak trudnym do dźwigania. Co do pana de Vitray... podobno, że mnie kocha... jest to możliwe. Zresztą sam to wyznaje, a pani mi powtarza... Cóż mnie to jednak obchodzi? Dziś wszystko mi jest obojętne. Jedna, jedyna rzecz mnie zajmuje, moja córka... Ach! o wszystkiem innem jakże mało myślę! Cóż znaczą dla mnie skargi lub cierpienia drugich. Odkąd przeczytałam ten list, mówię sobie: — Ona jest tu, o dwa kroki może odemnie, biedna, nieszczęśliwa, odpychana zewsząd. Kto wie! Może zbywa jej na wszystkiem, nie ma dachu nad głową... myślę o niej bez przerwy od chwili, kiedy się dowiedziałam, że jest rzuconą w świat bez podpory i opieki, a nawet radziłam się także... Biedna dziewczyna w Paryżu, cóż pani chcę aby robiła? Czy może ona uczciwie zarobić na kawałek chleba!
Oprócz kilku wyjątków, którym los sprzyja, aby się opędzić biedzie, czyż pani nie wie, co się dzieje z innemi! I moja córka jest tam wmieszaną w to błoto uliczne, w którem muszą się znaleść nieszczęśliwe jej podobne, spotkawszy same przeciwności w szukani pracy.
Nędza je tam sprowadziła... potrzeba wystarczania nie tylko samym sobie jak moja córka, która musi myśleć o dwóch istotach losem z nią połączonych, które kochać musi... uważając za swą matkę tę biedną obłąkaną, a jej córkę za siostrę swoją.
Moja córka jest piękną i dobrą, jak list opiewa o tem, a więc łatwo domyślić się można, iż przez samą dobroć serca zdecyduje się na wiele rzeczy aby uratować drogie jej istoty... Przejdzie zwykłą historję nędzy tego ohydnego Paryża, przez poświęcenie i dobroć jak ja niegdyś zgubiłam się, aby oszczędzić cierpienia a może i żałoby, kobiecie szlachetnej, która mnie wychowała, jak tamta wychowała moją córkę!...
Mówiła prędko i gwałtownie. Markiza starała się ją uspokoić mówiąc:
— Po co zadawać sobie tyle bólu, dręczyć się?
Ale Helena, nie słuchając, ciągnęła dalej:
— Wszystko pojęłam! Mogę powiedzieć iż od godziny nie mam już czego się dowiadywać, że byłam przytomną całemu życiu Joanny, widzę jej poświęcenie. Przez moją miłość macierzyńska, mam dar podwójnego widzenia. Już jest tutaj od półtora roku, a czyż potrzeba tyle czasu aby osłabić najbardziej nieustraszoną odwagę? Czy chce pani wiedzieć, dla czego admirał nie powrócił, dla czego odjechał z powrotem do Tulonu. Powiem ci pani! Oto dla tego, że boi się moich wymówek... że zna i rozumie całą rozciągłość złego i obawia się poznać prawdę straszną, ohydną prawdę! Szukać, będę i znajdę! Bezwątpienia! Trzy kobiety, z których jedna jest obłąkaną czyż trudno odnaleść? Nie! A przy tem admirał jest bogatym! Czegóż to nie można zrobić za pomocą złota! A więc i ja także równie jak on obawiam się końca!... I im więcej się doń zbliżam, tem drżę więcej!
Upadła na fotel i ukryła twarz dłoniach szepcąc:
— Czy teraz zrozumiała pani całą grozę?...
Pani de Saint-Béran dozwoliła przejść temu wybuchowi boleści w milczeniu. I ona z kolei została przerażoną prawdopodobieństwem rzeczywistości i szukała sposobu, aby jej dodać odwagi, lecz niestety nie widziała go. Nakoniec zbliżyła się do niej a dotykając zlekka jej ramienia, zaczęła mówić.
— No, kochanko, spojrzyj na mnie! Dla czego tworzysz sobie takie obrazy urojone? Pochodzi to ze zbytku troskliwości. Przecież i w naszym Paryżu znajdują się poczciwe dusze. Dla czegoż je potępiasz?
— Ach! pani!
— Jestem tego pewna, bo sama znam je... choćby naprzykład ty i ja!
— Nakoniec co pani radzisz, abym dalej robiła?
— Czekać! Niepodobieństwem jest, aby wkrótce nieznaleziono jakich śladów. Miej jeszcze kilka dni cierpliwości!
— Kilka dni strasznej obawy!
— Zapewne!
— Nie mam siły!
— Zrób to, myśląc o twej córce!
— Zawsze i bez przerwy myślę o niej!
— Wyobrażam sobie jej radość, gdy wróci do matki!
— A jednak musi mnie nienawidzieć, przeklinać!...
Mówiła dalej cicho, jak gdyby samą była:
— Ileż to razy zdawało mi się, że ją słyszę... Ile razy budziłam się w nocy, słysząc jej głos, skargę żałosną! Sądzi iż ją opuściłam jak matka wyrodna i bez serca. Nie wie o łzach, wylanych dla niej!
— Uspokój się! Blizkim jest koniec twej rozpaczy i troski.
— Niestety!
— Pan Raveneau jest przebiegłym i zręcznym człowiekiem i sprawę szybko poprowadzi. Tylko musisz się uzbroić jeszcze w trochę cierpliwości i spokoju. A przytem mam wewnętrzne przekonanie, iż twoje obawy są płonne.
Helena wzruszyła ramionami.
— Jesteś pani dobrą, — odezwała się i litujesz się nademną! Rzeczywiście słowa twoje robią mi wiele dobrego lecz wątpię!
Markiza wstała.
— Jak widzę, zaczynasz mówić rozsądnie, zatem odchodzę.
— Już?
— Spełniłam mój obowiązek. Chyba rozumiesz, iż pomimo to, że list ten zaadresowanym jest do mnie, w rzeczywistości do ciebie jest pisanym.
— Dziękuję! Niech pani jeszcze pozostanie, noce dla mnie są tak długie!
— To skutek tej niecierpliwości... Samotność spotęgowała twe cierpienia, a powrót admirała jeszcze je podsycił... przejdzie i to. Chcesz, abym ci coś powiedziała?
— Proszę!
— Pamiętaj na to stare przysłowie: Wszystko ma swój koniec.
— Oby cię Bóg wysłuchać raczy.
— No, dobrej nocy ci życzę.
— Dobranoc!
Już pani de Saint-Béran odchodziła, kiedy jeszcze zatrzymała się na chwilę, mówiąc:
— A czy wiesz o nowinie?
— Jakiej?
— Widziałam dziś starego Saint-Clair.
— Więc!
— Co to za poczciwy człowiek, ten gruby Prowansalczyk! Przychodzi czasem do mnie na pogawędkę i rozmawiamy, jak dwaj przyjaciele!... Otóż miał on wiele uprzedzenia do tego młodego cudzoziemca, o którym ci mówiłam...
— Czy tego co był u nich na balu?
— Prawda... byłyśmy razem. Bankier jest bardzo niedowierzający jak wszyscy prawie bogaci ludzie, chociaż co prawda z tymi przybyszami trudna sprawa, aby się domacać prawdy, a drugie przysłowie mówi: Zdaleka wszystko piękne... Otóż wczoraj bankier był na obiedzie u swego teścia...
— W Chesnay?
— Tak, bo radca nie może podobno znosić obecnie Paryża. Należy do tych, co narzekają na tłumy, włóczące się po mieście! Ja, choć stara jestem, wiele od nich nie uciekam i pójdę którego dnia zobaczyć, co się tam dzieje na tym powszechnym jarmarku, który założyli na Polu Marsowem. Jest to kwestja zabicia czasu... zabiorę cię z sobą, kochanko, abyś się trochę rozerwała... Czy zgoda?...
— Dziękuję!
— Dziękuję tak?
— Dziękuję nie. Zanadto jestem smutna i najlepiej mi, jak jestem sama z mojemi myślami.
— No, otrząśnij się z tego... Zabiorę cię gwałtem!... Ale wróćmy do starego bankiera. Otóż był on na obiedzie w Chesnay, gdzie zastał całą rodzinę zgromadzoną, a w dodatku młodego Amerykanina, który był zaproszony jako sąsiad, lecz każdemu było wiadomo, że na to tylko aby się zapoznał z rodziną... A może nie wiesz, że on jest ich sąsiadem i że mały Chesnay do niego należy?... Jest to dawna posiadłość Roncier’ów, męża tej wysokiej bladej blondynki, który wszystko stracił na giełdzie... Co za głupota! Lecz dzisiejsi ludzie w pogoni za majątkiem wyrabiają najrozmaitsze głupstwa!... Słowem stało się to, iż cudzoziemiec przekonał do siebie bankiera, ale to najkompletniej, nie miał dosyć słów na jego pochwałę...
Bankier unosi się nad jego sprytem, wymową, wesołością, skromnością, słowem wszystko w nim znalazł doskonałe. Do tego zdrów i silny, nie tak jak wielu z naszych lwów, pożartych przez anemję... Lecz ty nie słuchasz tego, co ja mówię?...
— Daruj pani!
— Saint-Clair był oczarowany, lecz zawsze niedowiarek otóż dziś rano był w konsulacie Zjednoczonych Stanów, gdzie poufnie pytał się chcąc zasięgnąć wiadomości. Wyobraź sobie moja droga, iż otrzymał jak najlepsze! Rodzina znakomita, a i dolarów nie brakuje, coś około miljona, to dosyć dla takiego chłopca jak on, gdyż nie można zaprzeczyć iż stanowi on wyjątek, o czem nie było potrzeby pytać się w ambasadzie, dosyć spojrzeć na niego, aby się upewnić... Jak widzę to wcale cię to nie interesuje?
— Przeciwnie, upewniam panią.
— Zatem mówię dalej, — zawołała, śmiejąc się markiza. — Saint-Clair chciał z początku ganić zięcia, że przyjmuje tego Amerykanina, teraz zmienił zdanie i zdaje mi się, iż pewnego dnia usłyszymy o weselu... Otóż i nowina... A teraz uciekam... Dobranoc kochanko!
— Dobranoc pani!
— Nie pocałujesz mnie?
— Przepraszam, doprawdy straciłam głowę.
— Nie gniewaj się, że się tak rozgadałam... bo robię to jedynie, aby cię wyrwać z koła jednych i tych samych myśli... a ty i tak robisz swoje.
— To prawda! Pani de Saint-Béran wzruszyła ramionami.
— Ach, te matki, te matki, jakże one kochają swoje dzieci!
— Kogóżby więc kochały, — zawołała Helena głosem, na który zadrżała stara dama.
— Masz słuszność, — odparła. Uczucia tego nie znam, lecz rozumiem je. Do widzenia się wkrótce!
Staruszka ucałowała Helenę i wyszła. Na schodach szepnęła do siebie:
— Jej córka w Paryżu, w nędzy i opuszczeniu! Rzeczywiście można rozpaczać!
Pozostawszy samą, biedna matka upadła na kolana szepcząc:
— Moje dziecię jest tu, biedne i opuszczone! Boże! Boże! ulituj się nad nami.