Przejdź do zawartości

Dziewczyna bezimienna/Część druga/XVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles Mérouvel
Tytuł Dziewczyna bezimienna
Pochodzenie Kurjer Poranny 1893
Wydawca Feliks Fryze
Data wyd. 1893
Druk w Drukarni Rotacyjnej
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. La File sans nom
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XVII.
W sieci.

Siecią ową jest rodzaj koszyka z łoziny, gdzie z łatwością ryby wchodzą, lecz zkąd im wyjść jest trudno.
Galerja przy ulicy Bassano miała służyć, w myśl Piotra Brecheux do tego samego celu w pewnej sprawie, starannie przez niego obmyślonej.
Chociaż nowoprzybyły nie był rybą, lecz był człowiekiem średniego wzrostu, przysadzisty, krępy, szerokich barkach, krótkiej szyi, oliwkowej cerze, prawdziwy typ żyda z nad brzegów Martwego morza, sławnego w dawnej Judei.
Mógł mieć około pięćdziesięciu lat, z nosem krogulczym, oczyma czarnemi jak węgiel, głęboko osadzonemi i mocno podkrążonemi, policzkach wystających, czole nizkiem, brodzie i włosach czarnych i gęstych.
Mina pokorna, skromna, służalcza niemal, ubranie czarne proste, chociaż być może, iż tak włosy jak i ubranie były farbowane. Kapelusz filcowy okrągły pozostawił w przedsionku. Słowem, odrzuciwszy na stronę typ żydowski, nieznajomy wyglądał na jakiegoś faktora, lub komisanta sklepowego, których się zwykle spotyka na ulicy pomiędzy ósmą a jedenastą rano. Różnił się tylko niegdyś czarnym, a dziś wytartym workiem skórzanym, który trzymał w ręku.
Worek ten był wielkości torby podróżnej.
Nieznajomy trzymał go przy sobie, raz po raz rzucając nań okiem, dla przekonania się, iż trzymał go w ręku.
Wchodząc do galerji, wzrok podejrzliwy rzucił dokoła, jak gdyby się obawiał zasadzki lub napaści średniowiecznej, lecz zobaczywszy przed sobą małego staruszka, spokojnie odetchnął.
Piotr Brecheux, a raczej profesor Petrus, nie zdawał się okazywać żadnego zainteresowania się jego obecnością. Przeciwnie nawet, wyglądał jak gdyby przybyły przeszkodził mu w pracy, którą miał przed sobą, to też odezwał się do niego niezadowolnionym głosem i nie podnosząc oczu od książki.
— Czem panu mogę służyć?
— Nieznajomy odezwał się nieśmiało, wymieniając nazwisko.
— Jestem Rosen...
— A!
— Samuel Rosen... z ulicy Boissy d’Angloss...
Nauczyciel raczył na niego spojrzeć i zdawał się szukać w swej pamięci.
Po chwili odezwał się grzeczniej:
— A tak, przypominam sobie... — odparł, pokasłując, jak gdyby był cierpiący na piersiową chorobę — to pan już raz byłeś u nas?...
— Byłem z klejnotami.
— Prawda, prawda, lecz chyba jest was więcej tego nazwiska w Paryżu?
Nieznajomy oburzył się.
— Nie zdaję mi się, proszę pana — odparł z pewnego rodzaju dumą — Samuel Rosen... jest jeden i znany jest dobrze, spodziewam się.
Nauczyciel zdawał się być tem poruszony.
— Rzeczywiście — zawołał — rzeczywiście! A więc to pan prowadzi interesa brylantami, o których nam mówiono?...
— Tak, to ja sam, panie — odparł kupiec — i proszę zauważyć, iż biżuterji nie sprzedaję wcale, tylko same drogie kamienie... Klejnoty nabywam jedynie przypadkiem i to wtedy, jeżeli mogę z nich wyjąć kamienie...
— Rozumiem... rozumiem — odparł Brechoux.
I zwracając się zupełnie do handlarza, dodał:
— Siadaj pan proszę... panie?...
— Rosen.
— A! Samuel Rosen z Frankfurtu...
— Jesteś pan żydem?
— Izraelitą — odparł handlarz z filuternym uśmiechem — to jest maleńka różnica.
— Doskonale! Chcesz się pan widzieć z panem Janem Rodriguez?
— Rzeczywiście.
— Nie ma go w tej chwili w domu...
— Czy prędko wróci?
— O tem mnie nie powiadomił; myślę, że pojechał do swej willi w Chesnay około Wersalu, lecz nie jestem tego pewny... Zresztą to do rzeczy nie na leży...
— Ponieważ widzę pana, zatem skorzystam aby powiedzieć, po co właściwie przyszedłem...
— Mów pan, jeżeli chcesz i jeżeli mogę być panu użytecznym — odparł uprzejmie nauczyciel.
— Będę panu bardzo obowiązanym — odparł pośpiesznie handlarz.
I jednocześnie zbliżył swoje krzesło do biurka. Dotąd trzymał się na ostrożneści, pozostając jak najbliżej drzwi wchodowych, gotowy w każdej chwili do ucieczki.
Stary wciąż pokasływał, narzekając:
— Musiałem się zaziębić. Przeklęty kraj! Wieczna mgła!
Prześliczne słońce błyszczało po za szybami werendy, lecz niedostatecznie grzało cudzoziemca z pod zwrotnika.
Brecheux mówił dalej do handlarza:
— Czy chcesz pan ubić interes z panem Rodriguez?
Rosen uśmiechnął się.
— Mam dobre informacje — odparł — pan Rodriguez jest bogaty.
— O nie tak, jak pan sobie wyobrażasz...
— Nie przekonasz mnie pan...
— Ha, jeżeli pan masz wszelką pewność....
— A przytem młody!
— O to sprzeczać się nie będę.
— Zaś kiedy się jest młodym i bogatym, to się ma także i kochanki!...
Nauczyciel położył palec na ustach.
— Cicho! — zawołał przyjaźnie. — To trochę niedyskretnie... panie...
— Rosen.
— Tak, Rosen... zawsze zapominam.
— Bardzo naturalne, iż kochanka chce mieć klejnoty, a raczej umie się o nie pięknie przymówić...
— Cóż z tego?
— Staram się być właśnie w tej psychologicznej chwili na zawołaniu... To cała moja tajemnica... tymczasem wytykam sobie drogę!..
— Ho! ho! masz zatem dobry węch, kochany panie... To wcale nieźle pomyślana kombinacja.
— Chwile takie przychodzą zawsze... Korzystam z nich, jeżeli mogę... Przytem oprócz kochanki jest i żona...
— Zapewne.
— Po kochance, bierze się żonę... tu także potrzeba złota i brylantów na prezent ślubny... tylko innego gatunku i rodzaju...
— I tu także starasz się pan znaleść w porę?..
— Bezwątpienia.
— Winszuję, panie Rosen, winszuję. Jesteś pan bardzo pomysłowym!.. A ponieważ przy takim handelku niezłe ciągniesz korzyści, musiałeś już zebrać ładny majątek?
— Oh, mój Boże, mogę się przyznać panu, gdyż nas tu nikt nie podsłuchuje. Majątek mój noszę, jak Bies, z sobą!..
— O ho, jak widzę, zajmujesz się literaturą, panie Rosen.
— Tyle, co każdy inny!..
— A więc jesteśmy kolegami... Tylko, że ja nie znam się wcale na interesach, najlepiej mi pomiędzy mojemi szpargałami i książkami, to moi starzy przyjaciele, z którymi najprzyjemniejsze spędzam chwile, pozostając w grubej niewiadomości co do reszty.
— Zbytek skromności!
— Nie, nazywam rzeczy no imieniu.
— Obawiasz się pan!
— Wcale nie... najlepszy dowód, iż wcale nie rozumiem, pańskiego interesu panie Rosen.
Stary żyd był przebiegły i zręczny, lecz dał się zupełnie uwieść nadzwyczajną dobrodusznością uczonego. Jakże się tu obawiać starego, schorowanego starca? To też żyd szybko odpowiedział:
— A jednak jest to wcale poważny interes, kochany panie.
— Nie miej mi pan za złe, ale nieświadomość moja tłumaczy mnie...
Rosen głos zniżył, mówiąc:
— Będziesz pan zdumiony.
— Być może!
— Pan Rodriguez ma kochankę.
— Zkąd pan wiesz o tem?
— Wiem, to dosyć!
Nauczyciel wzruszył gniewnie ramionami.
— To pewno głupi Will opowiadał panu o tem?
Samuel Rosen zadowolony z wrażenia, jakie sprawił, dodał:
— Wiem jeszcze co innego.
— Doprawdy?
— Jest kwestja i o małżeństwie.
— Co?
— I to o bogatym!
— Nareszcie jestem zupełnie zdumiony!
— A co!
— Jesteś chyba szatanem?
— Wiem doskonale o wszystkiem, — odparł stanowczo handlarz. — Panna należy do rodziny bogatego finansisty... Zatem potrzeba będzie pięknych podarków...
— Jeżeli tak jest, jak pan mówisz, to rzeczywiście...
— Zatem są dwa interesa do zrobienia!..
Stary skubał wciąż brodę.
— Już ja wiem, co to znaczy — odparł. — Pan psujesz służbę... A to niebezpieczne dla tych biednych ludzi...
— Pozostaw mi pan tę nadzieję, że mnie nie zdradzisz!
— Niczego więcej nie chcę... jak tylko wzamian tego samego...
— O! co do mnie — odrzekł Rosen, — bądź pan spokojny, umiem milczeć, jak grób.
— Czy masz pan wszystko, co może być potrzebne? — zapytał z obawą nauczyciel.
— Jakto!? — zawołał oburzony handlarz. — Patrz pan! To najpierw dla kochanki...
Zaczął szybko wyjmować ze wszystkich kieszeni żakiety, paltotu, spodni, kamizelki, nieomal z każdej fałdy ubrania, niezliczoną ilość małych pudełek z bransoletami, pierścionkami, kolczykami, broszami różnego rodzaju, z których jedne były na wpół rozebrane z kamieni, tłumacząc, zkąd to wszystko pochodziło.
— Widzisz pan! — zawołał, — wybór jest... A ponieważ umiem tanio nabywać, zatem i sprzedaję niedrogo...
— Rzeczywiście, — odparł nauczyciel na pozór olśniony.
— A teraz zobaczymy coś jeszcze piękniejszego, stosownego dla narzeczonej! — dodał żyd.
Wtedy, z łatwą do zrozumienia próżnością, pod wpływem ironicznego uśmiechu starego, zdecydował się otworzyć swój skórzanny worek.
W papierowych kopertach były umieszczone brylanty, stosownie do ich wielkości. Było ich tysiące, zacząwszy od skromnego brylantu dwustu lub trzystu frankowego, aż do wspaniałych soliterów po dziesięć lub dwadzieścia tysięcy franków. Były też szafiry, opale, i szmaragdy, rubiny i turkusy, topazy, i perły najrzadsze, w niezliczonej liści.
Pod samym zaś spodem cudownego worka znajdowało się ze dwanaście wspaniałych naszyjników, wielkiej ceny.
— I cóż pan powiesz na to? — zapytał handlarz z kolei drwiącym głosem.
Piotr Brecheux zrobił ruch zupełnej obojętności.
— Nic nie mówię, chyba to, że się nic a nic nie znam na podobnego rodzaju fraszkach i każdy kawałek zwyczajnego szkła, w moich oczach, nie różni się od tych skarbów. Na tem znają się tylko kobiety?
Żyd się skrzywił, patrząc na niego z litością.
— Otóż to być uczonym! — odrzekł.
— Z pewnością są to bardzo piękne, rzeczy, — odparł Brecheux, — tylko szkoda iż pan tracisz czas niepotrzebnie, bo gospodarza nie ma w domu.
— Kiedyż go zastać mogę? — zapytał Rosen.
— Zatem chcesz pan koniecznie skusić pana Rodriguez’a?
— Wszystko jedno czy to będę ja, czy kto inny!
— A więc przyjdź pan drugi raz, lecz doprawdy żal mi pana, na co u licha, będąc bogatym, szukać jeszcze zarobku... Na co pan potrzebujesz tyle pieniędzy.
Stary mówił te słowa z miną świętoszka, nie wiedzącego o bożym świecie.
— Mam upodobanie do handlu i pewną dozę ambicji... — odpowiedział Rosen i natychmiast — zapytał:
Kiedy powrócić mogę?
Stary zaczął liczyć na palcach.
— Za jakie dwa tygodnie, — czy zgoda?
— Jestem na pańskie rozkazy.
— Naprzykład dwudziestego piątego?
— Doskonale.
— Zapisz pan datę, a ja uprzedzę pana Rodrigueza, aby był w domu.
— Niech pan się wstawi za mną...
— Z pewnością nie omieszkam.
— Zatem o tej samej godzinie, czy tak?
— To zależy od woli pańskiej.
Handlarz zamknął z uwagą torbę, pozbierawszy i poukładawszy w niej starannie wszystkie pudełka i niktby za chwilę nie posądził nawet, iż miał przy sobie tak wielki majątek.
Zabierał się do odejścia rzucając przed tem w około siebie wzrok przenikliwy, dla zapewnienia się, czy czego nie zestawił. Stary patrzył na niego z uśmiechem i odezwał się:
— Z kolei i ja chciałbym się dowiedzieć od pana pewnych wiadomości.
— O czem?
— Jest pewien punkt, który mnie mocno zaintrygował!
— Jaki?
— Dla czego pan nosisz przy sobie te wszystkie klejnoty?
— To rzecz bardzo prosta.
— Której jednak zrozumieć nie mogę...
— Z potrzeby!
— Jak to?
— Nie lubię wydatków...
— Więc...
— Mieszkam bardzo skromnie...
— Nie jesteś pan żonatym?
— Nie. Trzymając moją torbę w ręku, zdaje mi się, iż jest więcej warta, niż wszystkie kobiety na świecie.
Nauczyciel stawał się coraz weselszym.
— Miej się pan na ostrożności jednak... gdyby się tak dowiedziano... jesteś pan doskonałą zdobyczą dla złoczyńców...
— Zapewne, — odparł żyd, uśmiechając się przebiegle, — szczęściem, że nie mam z nimi żadnych stosunków...
— Rzeczywiście jesteś pan bardzo zręcznym!
— Staram się o to, aby nim być.
— No, do widzenia się, życzę powodzenia.
— A więc dwudziestego piątego...
— Zgoda.
Wiliam oczekiwał handlarza W przedpokoju.
— Doskonaleś mnie poinformował, — powiedział Rosen, wsuwając mu w rękę luidora.
— O czem?
— Iż nauczyciel jest bardzo grzeczny.
— Bardzo dobry człowiek, — zapewnił Will. — Jesteś pan zadowolony?
— Bardzo.
— Ubijesz pan interes?
— Spodziewam się.
— A nie zapomnisz pan o małej przysłudze?...
— Bądź spokojny.
Samuel odnalazł swój kapelusz, umieścił go na swej hebanowej czuprynie i wyszedł z miną wielce uradowaną.
Na ulicy już głośno prawie — zawołał:
— Niech mnie djabli porwą, lecz nie ma jak z cudzoziemcami traktować interesa, ten chyba udać mi się powinien!...
I nie omylił się. Interes miał się udać, lecz wcale nie w taki sposób, jak on to sobie wyobrażał.
Ryba wydostała się z matni, lecz sieć czekała nastawiona na swą ofiarę.
Tego samego wieczoru Brecheux pisał do Londynu:
„Owoc dojrzał, potrzeba go zerwać!”
Nazajutrz otrzymał następującą depeszę:
„Przybywajcie!“


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles Mérouvel i tłumacza: anonimowy.