Przejdź do zawartości

Dziewczyna bezimienna/Część druga/XLVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles Mérouvel
Tytuł Dziewczyna bezimienna
Pochodzenie Kurjer Poranny 1893
Wydawca Feliks Fryze
Data wyd. 1893
Druk w Drukarni Rotacyjnej
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. La File sans nom
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XLVII.
Między rodziną.

W gabinecie Colombey’a, gdzie przed dwudziestu laty hr. de Vitray z powrotem z la Roche-Morgat, odwiedził przyjaciela, odbyła się zupełnie innego rodzaju scena.
Radca zamknął się w ponurem osłupieniu, jak piorunem rażony, nie mogąc zebrać myśli razem.
Prześladowało go widmo tej djabelskiej istoty, co jak zły duch przyczepił się do niego w kościele, aby mu przypomnieć dawno zapomnianą przeszłość, zasypać trującym sarkazem, stanąć na drodze jego szczęścia i powodzenia, pokazać mu piekielną zasadzkę, w którą go wtrącił i zniknąć niepostrzeżenie.
W uszach słyszał jeszcze dźwięk jego głosu, mówiącego: — Patrz pan! A nie przypomina sobie kochany pan mojej osoby?... Piotr Brecheux!... maleńki Piotruś z la Sauvagère!... do usług szanownego pana....
Albo.
— Przyrzekłem, że się kiedyś zobaczymy! Dotrzymałem słowa!...
O, teraz doskonale sobie przypomniał małego Piotra i całą scenę z nim odbytą na bulwarze Kapucyńskim.
Był dla niego okrutnym, bez litości, a teraz ten chłopski syn mścił się na nim.
Był w swoim prawie!
Mógł rzeczywiście tryumfować. Sidła były tak dobre, że ofiara nie mogła się z nich wydostać, a z nią honor i spokój rodziny i te istoty, które kochał jedynie i których los zdolnym był go wzruszyć.
Stracone biedne jego dziecię, stracone bezpowrotnie!
Z ufnością oddała serce pięknemu młodzieńcowi, kochała go, była jego żoną w obec Boga i ludzi, wierzyła w jego cnotę i honor i nagle wiarę i miłość miała utracić, bo chociaż jeszcze nie wiedziała wszystkiego, to biedny ojciec drżał na samą myśl oświetlenia jej o prawdzie.
On jeden wiedział teraz, kto jest ten cudzoziemiec! Jak się przyznać do takiego syna, do dawno zapomnianego błędu, tak fatalnego w okrutne następstwa? Co mówić i co robić dalej?
Napróżno usiłował wydostać się z otchłani, w którą go wtrącił Piotr Brecheux. Ryczał, jak lew złapany w sidła, nie mogąc się z nich wydobyć pomimo swej mocy.
Wściekły był na swą bezsilność; przeklinał podłego gada, sprawcę tyłu nieszczęść, tak bolesnych dla jego dumy.
Cała jego przeszłość, wszystkie błędy i połdłości nizkie stanęły nagle przed nim, jak zmartwychpowstałe, trupy na cmentarzu w noc księżycową. Widział je jasno.
Naprzód płynęła Róża, kołysana wodą aż do morza, gdzie nazawsze zniknęła.
Musiała go przekląć i wszczepić nienawiść w serce dziecka, które było tu obok nie wiedząc imienia ojca.
Widział dalej rodziców Piotra, zestarzałych na jego służbie, starą matkę: umierającą ze zmartwienia, zmuszoną opuścić dawną strzechę, gdzie żyła, kochała i pracowała w biedzie, usiłując naprawić złe wyrządzone przez męża.
Widział starego Brecheux, pastuchem na obcych polach, umierającego z nędzy i wstydu.
I maleńkiego widział Piotrusia, jak u nóg jego błagał kęsa chleba dla starych rodziców, w zamian ofiarując życie swoje.
Co mu przeszkodziło wypełnić tak małe żądanie? Nic! A jednak odmówił hardo i bezlitościwie.
Widział słabe, nędzne stworzenie, pieszo wracające do domu, z rozdartem sercem i chorą duszą, napełnioną niepohamowaną zemstą.
Czy był winien? Kiedy to on bogacz i szczęśliwy zapalił to uczucie.
Nie było teraz ratunku!
Rozmyślał właśnie z niepokojem okrutnym rozgorączkowany i drżący kiedy zastukano do drzwi.
Z początku nie odezwał się, lecz ponieważ stukano mocniej, niecierpliwie odpowiedział:
— Proszę wejść!
Jednocześnie odwrócił się i powstał zdumiony.
Wchodzili do niego sędziowie, w osobie żony i starego bankiera.
Na ten widok cokolwiek zimnej krwi mu powróciło.
— Gdzie Blanka? zapytał.
— Została w swoim pokoju.
— Co robi?
— Chora jest boję się o nią. Posłałam po doktora Guyon.
— Kto jest przy niej?...
— Berta i panna służąca.
Radca westchnął i zagryzł wargi.
— Bądź szczerym — odezwał się bankier. — Musisz wiedzieć o wszystkiem. Co się dzieje?
— Straszne rzeczy.
— No ale przecież?
— Alboż ja mogę o tem mówić?
— Dla czego nie?
— Lepiej się nie pytajcie.
— Czy to tak coś okropnego?
— Bardziej niż to sobie wyobrażacie.
Pani Colombey upadła na poblizki fotel.
— Powiedz jasno — odparł bankier, — nie można leczyć choroby nie wiedząc co takiego.
Radca zaprzeczył ruchem głowy.
— Na to nie ma lekarstwa — odpowiedział.
— Czy podobna?
— Doprawdy.
— Jednak cokolwiekbądź chcemy dowiedzieć się prawdy; a zresztą zczasem przyjdzie ona sama.
— Macie słuszność. Słowem jesteśmy pogrążeni w otchłań wstydu i hańby...
— Ten Rodriguez?...
— Nie jest nim.
— Któż to taki?
— Nie mam odwagi wypowiedzieć.
— O co go oskarżyła ta dziewczyna?
— Tego sam nie wiem.
— Lecz znasz ją?
— Nie.
— Ja ją znam, powiedział bankier.
— Ty ojcze!
— Gdzie ona jest?
— Została z Fernandem.
— Mogę z nią pomówić?...
— Zapytaj ojcze Fernanda, odpowiedział Maurycy z wściekłością. Twój protegowany stał się tutaj obecnie panem... przedstawia prawo...
— Gdybyś go był uważał tak jak ja, nie bylibyśmy doznali tyle złego.
— Być może, teraz już jest zapóźno i wszelkie wymówki nic nie pomogą i nie zmienią stanu rzeczy... Zresztą nikt i nic tu nie pomoże.
— Czyż złe jest tak straszne?
— Nie do naprawienia.
— I nie masz na tyle zaufania do mnie, aby powiedzieć co się stało? Czy kiedykolwiek zrobiłem ci co złego?
Michał Saint-Clair był dobrym i wpływ dobroci jest wielkim, lecz miał do czynienia z twardem, kamiennem sercem. Jednakże uderzył radcę przyjacielski głos bankiera, a jednocześnie poczuł uścisk miękkiej dłoni. Matylda stała obok niego.
Biedna kobieta była godną córką swego ojca.
— Maurycy — odezwała się — związek nasz nie był dla ciebie źródłem wielkiego szczęścia. Nie lubiłeś domowego ogniska... Cierpiałam z tego powodu wiele... acz w milczeniu, jednakże pozostaliśmy razem. Dziś przeciwność i nieszczęście w nas uderza... stawmy im czoło razem... Może być, iż masz pewne winy na sumieniu... Wypowiedz je szczerze... chociaż i to może być przykrem na razie... — dodała z goryczą.
Po chwili zobopólnego milczenia odezwała się z rezygnacją:
— Po klęsce, która spadła na Blankę, wszystko inne będzie mi się wydawać niczem.
Radca nagle się zdecydował:
— Czy miałeś pan kiedy w życiu nieprzyjaciół? zapytał, zwracając się do bankiera.
— Starałem się o to, aby nie robić ich sobie.
— Ja miałem jednego... małego, nędznego, nieznanego!...
— Jakto?
— Syna mojego dzierżawcy z okolic Bayene, którego kazałem zlicytować i wyrzucić z folwarku za długi.
— Więc cóż z tego?
— Zapewne, iż nie postapiłem tu słusznie... ludzie ci od pół wieku byli na tym kawałku ziemi... Wyrok mój niszczył i gnębił do szczętu... a nawet matka podobno, że umarła ze zmartwienia... chociaż nie wiem, czy to prawda...
— Cóż dalej?
— A ojciec poszedł do służby za pastucha...
— Nieszczęśliwy!
— I on także umarł, w krótce po śmierci żony... Został syn... upośledzony od natury... lecz zły, jadowity jak padalec... ten był u mnie błagać litości, grożąc zemstą... Nie słuchając podobnej gadaniny, kazałem go wyprowadzić na ulicę... Jest temu co najmniej lat dwadzieścia kilka.
Bankier mlasnął grubemi ustami.
— Licytować starych ludzi... rzeczywiście, nie trzeba mieć litości!... Mów dalej...
— Człowiek ten dotrzymał obietnicy.
— Zemścił się?
Okrutnie.
— Gdzież jest?
— W tej chwili nie wiem, lecz przed godziną był w kościele.
— A!
Podpisał swoje imię na akcie ślubnym Blanki z łatwą do zrozumienia dumą.
Bankier domyślił się.
— Więc to nauczyciel, — zapytał, — ten mały staruszek w niebieskich okularach?
— Właśnie.
— Twarz inteligentna.
— Więcej jest to prawdziwy genjusz złego. Zobaczysz pan. Z lat moich młodzieńczych miałem nieprzyjemne wspomnienie na sumieniu...
— Cóż takiego?
— Kochankę, którą oddaliłem przed ślubem...
— Cóż to za jedna?
— Nauczycielka.
— Młoda?
— Dwudziestokilkoletnia dziewczyna.
— Uczciwa?
— Na tyle, na ile może być dziewczyna, mająca kochanka.
— Lubo raczej, jeżeli nieszczęśliwa ulegnie i zejdzie z prostej drogi — odparł surowo bankier.
— Być może.
— Pozwól, iż poruszę pewną delikatna kwestję!
— Proszę.
— Wyznajesz, iż dziewczyna była uczciwą?
— Tak.
— I ty jeden byłeś jej kochankiem?
— Pierwszym i ostatnim... tak przynajmniej przypuszczam — odparł radca z pewną niecierpliwością w głosie.
— Dokończ.
— Stosunek nasz trwał trzy lata... Porzuciła obowiązek...
— Za twoją radą?
— Naturalnie. Wynająłem jej małe mieszkanko... i zaspakajałem wszelkie potrzeby... Na jakiś czas przed mojem ożenieniem, dowiedziałem się od niej pewnej wiadomości, która mnie żywo zaniepokoiła.
— Jakiej?
— Dowiedziałem się, iż ma zostać matka!...
Pani Colombey upadła na fotel, kryjąc twarz w dłonie.
Cynizm i oziębłość, z jakiemi opowiadał Maurycy te wszystkie szczegóły, oburzały ją i napełniały niewymowną trwogą.
Aby taki człowiek, jak jej mąż, zdobył się na podobnego rodzaju wyznanie, złe musiało być większe, niż go sobie wyobrażała. Z przerażeniem czekała, co ma usłyszeć dalej.
Michał Saint-Clair, ze swoim spostrzegawczym umysłem, domyślał się rozwiązania intrygi.
— Twoja sytuacja majątkowa pozwoliła przynajmniej, abyś był szczodrym.
— Powinienem był nim być, postąpiłem jednak przeciwnie.
— Cóżeś zrobił?
— Dałem jej niewielką sumkę...
— Ile?
— Dwadzieścia tysięcy franków... które zabrawszy, odjechała...
— Wypędzona!
— To prawda, wygnana przezemnie!
— Kobietę którąś kochał, która ci się oddała i która miała zostać matką! szepnęła Matylda. — Co za okrucieństwo!
— Są czyny niepojęte w życiu!
— Cóż jeszcze? — zapytał bankier.
— W krótkich słowach dowiedziałem się niezadługo od niej, iż urodziła syna, dając mu imię Jan-Maurycy, to jest moje imię... Nie odpisałem... W kilka lat potem chciałem się coś o niej dowiedzieć... robiłem poszukiwania... nie mogąc znaleźć spokoju na myśl o dziecku, które opuściłem, kiedy z łatwością mogłem mu przyjść z pomocą. Matka pochodziła z okolicy de Valognes i, jak sądziłem, tam musiała się schronić do swoich. Pojechałem i dowiedziałem się smutnej prawdy... nie chcę jej ukrywać przed wami... Nieszczęśliwa utopiła się... a o dziecku nikt nie wiedział, gdzie się znajduje... Od tej pory nigdy też o niem nie słyszałem... i dopiero dziś się dowiedziałem, co się z niem stało... Człowiek, którego piekielna i nieubłagana zemsta ścigała mnie, objaśnił mnie właśnie o tem..
— Stary nauczyciel?
— On sam. Przypadek zbliżył go do kobiety, wychowującej dziecko... Umierając, powierzyła małego w jego ręce.
Bankier zacisnął głowę rękoma, w strasznej obawie poznania prawdy.
— Wtedy nędznik ten — mówił Colombey z wzrastającym gniewem — powziął okrutny zamiar i takowy wykonał. Od dzieciństwa uczył chłopca złego... Wysilał cały swój rozum i inteligencję na to tylko, aby go spodlić i zgubić... Nieszczęście chciało, że razem z nim i nas gubi także...
— Więc Rodriguez?...
— Jest właśnie owem dzieckiem.
— Twoim synem! — zawołała pani Colombey.
Radca nic nie odpowiedział.
— O! nieszczęśliwy! — zawołała. — A Blanka stracona! Co za okropność!
Bankier rozmyślał. W niebezpieczeństwie zwykle odznaczał się zimną krwią.
— Czy jesteś zupełnie tego pewny? — zapytał.
— Na tyle, o ile można być.
— A on czy wie o tem, że jesteś jego ojcem?
— O tem nie wiedział... lecz Brecheux...
— Jak?
— Piotr Brecheux — tak się nazywa stary nauczyciel — ma właśnie oświetlić go w tym względzie dla dopełnienia zemsty.
— Dobrze, lecz dla czego twój syn nosi nazwisko Rodriguez?
— Zabrał je komu innemu.
— A majątek?
— Ukradł.
— W każdym razie jest on twoim synem, odparł z mocą bankier — zatem choćby był największym zbrodniarzem w świecie, obowiązkiem twoim jest go ocalić.
— W jaki sposób?
— Ta czarno ubrana dziewczyna oskarżyła go przed policją?
— Tak.
— O co? O jaką zbrodnię?
— Nie śmiem nawet pomyśleć... Zgubiony jestem... bez ratunku... strącony w przepaść i nie wiem, jak się wydobyć...
— Powiadasz, że ta młoda dziewczyna jest z Fernanden?
— Tak.
— W wielkim salonie?
— Nie wiem, czy tam jest obecnie... słyszałem jakiś hałas...
— Gdzie?
— Z tej strony.
Radca wskazał na jedne z drzwi gabinetu.
— W pokoju dla palących? — zapytał bankier.
— Tak.
Przez chwilę stary bankier stał, niepewny, co ma dalej czynić, lecz następnie postąpił parę kroków, uchwycił córkę za rękę i odprowadził do innych drzwi.
— Idź do siebie — odezwał się, przyciskając ją z mocą do piersi. — Idź do Blanki, biedaczka potrzebuje twej opieki i o niej musimy myśleć przede wszystkiem.
A zwracając się do zięcia, siedzącego w milczeniu, upokorzonego do głębi duszy, zielonego od tłumionej wściekłości:
— A pan zaczekaj na mnie! — rozkazał.
Podniósł portjerę z ciężkiego adamaszku, kryjącą wejście do japońskiego gabinetu, otworzył ostrożnie drzwi i spojrzał w głąb pokoju.
Na ten leciuchny szmer młoda dziewczyna w czarnem ubraniu odwróciła głowę.
Siedziała w pokoju sama, z oczami pełnemi łez, a niewypowiedziana boleść malowała się na jej twarzy. Bankier wszedł i zamknął drzwi za sobą.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles Mérouvel i tłumacza: anonimowy.