Przejdź do zawartości

Dziewczyna bezimienna/Część druga/XLVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles Mérouvel
Tytuł Dziewczyna bezimienna
Pochodzenie Kurjer Poranny 1893
Wydawca Feliks Fryze
Data wyd. 1893
Druk w Drukarni Rotacyjnej
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. La File sans nom
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XLVI.
O życie!

Zamykając winnego i oskarżającą w salonie na ulicy Comben, Fernand miał swój cel i to ważny.
Chciał on tym sposobem uniknąć ludzkiej gadaniny, przytłumić skandal, a przez to ocalić honor rodziny.
Tylko nie wiedział wszystkiego i co chwila zadziwienie jego wzrastało. Trudno sobie wyobrazić coś więcej pięknego i eleganckiego, jak wesołe, śliczne i z gustem zeszłego wieku urządzone mieszkanie Colombey’ów, służące w tej chwili za tło do ponurego obrazu.
Dla ożywienia obrazu brakowało tylko z tamtej epoki pięknych kobiet, otyłych markiz, pełnych gracji i wdzięku, które tak rozkosznie licowały ze ślicznemi cackami, służącemi do dziś dnia za modele dla artystów naszych czasów.
Juan miał umysł zajęty czem innem i nie zwracał uwagi na otoczenie, myśłał o niebezpieczeństwie, w które rzucił się na oślep. Bilecik Piotra otworzył mu oczy, a i bez niego, zobaczywszy tylko Joannę, jużby się domyślił wszystkiego.
Od niej pochodził cios!
Daleki był od myśli posądzenia o zdradę człowieka, który go wychował, przy boku którego spędził swoje lata młode, aż nakoniec stał się równym jemu towarzyszem i wspólnikiem, był zatem niepomiernie ciekawym, kto mógł powiadomić Joannę o jego małżeństwie.
Profesor nie wywnętrzał się nigdy zupełnie przed swoim uczniem i jeżeli kiedy opowiadał jemu o swej niepohamowanej zemście, to jednak nie wymieniał imienia radcy.
Juan nie znał człowieka, do którego nauczyciel żywił śmiertelną urazę.
Rzeczywistość mówiła! Joanna zdradziła kochanka! Lecz dla czego, tego nie wiedział. Sądził, że przez zazdrość to zrobiła, przypadkiem dowiedziawszy się o dzisiejszym ślubie, który tak starannie chciał ukryć przed nią.
Zły los go widać prześladował! Jeszcze tydzień spokoju, a kończył pomyślnie rozpoczęte dzieło! Brał posag i uciekał. Miał takie postanowienie.
Nieszczęście nie pozwoliło mu dotrzeć do upragnionego celu. Został zdemaskowany!
Lecz w szkole Piotra nauczył się stawać odważnie do walki, hardo stawiając czoło przeciwności.
Zamknął w sobie śmiertelną obawę i wytężył wszystkie siły woli i inteligencji dla ocalenia siebie.
W głębi duszy nie wątpił nawet, że zwycięży.
Był to śmiertelny pojedynek pomiędzy nim a jego rywalem, Fernandem, i nie przestraszał się nim wcale. Był zdecydowany na wszystko, aby tylko zachować wolność i nie utracić tej, która go wtrącila w tak straszne niebezpieczeństwo.
Gdyby był zechciał zauważyć, byłby wyczytał w oczach swego przeciwnika więcej bólu, niżeli zaciętości, wstrętu dla podłości, której musiał się dotykać, aniżeli gniewu i nienawiści.
Upłynęło kilka minut.
Podprokurator i p. Séverin rozmawiali na uboczu z wielkiem ożywieniem.
Widocznie opowiadanie komisarza wywarło głębokie wrażenie na Fernandzie, gdy usłyszał tyle niespodziewanych rzeczy.
Widocznem nawet było, iż na słowa komisarza odpowiadał z niedowierzaniem, perswadując i przytaczając argumenty obronne.
Juan też odgadł, jakiego miał w nim adwokata. Skorzystał również z wolnej chwili i zbliżył się do swej kochanki.
Joanna siedziała na nizkim fotelu, z głową ukrytą w dłoniach, płacząc.
— Joanno! — zawołał cicho.
Nie odezwała się.
— Rozumiem twoją obawę... — odezwał się jeszcze ciszej — zwiodły cię pozory... Gdybyś jednak wiedziała!...
— Nie mów do mnie, — odpowiedziała — nie chcę nic wiedzieć... Staraj się ocalić siebie... Nienawidzę cię!...
— Pozwól, niech ci wytłumaczę...
Szepnęła ponuro:
— Nie chcę nic!
— Zobaczysz... nie jestem: winien tak, jak to możesz sądzić... a przynajmniej względem ciebie!...
— Podły jesteś!
— Poczekaj, nim mnie osądzisz!
— Zdrajca własnego słowa!
— Błagam cię!
— Zgubiłeś nas!... Zostaw mnie w spokoju!...
Podprokurator i komisarz skończyli nareszcie naradę i zbliżyli się do Rodrigueza i Joanny.
— To pani oskarżyłaś tego... cudzoziemca? — zapytał Fernand młodej dziewczyny.
Spuściła głowę.
— Zastanów się pani, chodzi tu o śmierć lub życie.
Stała się śmiertelnie bladą, lecz milczała.
— Czy utrzymujesz pani oskarżenie? — zapytał powtórnie Fernand.
Przesunęła ręką po czole, odpowiadając nawpół nieprzytomnie:
— Nie wiem, co się ze mną dzieje, czy ja żyję, czy marzę, czy mam zdrowe zmysły, lub czy utraciłam rozum!... Nie pytaj mnie pan o nic... błagam... powiem później...
— Rozumiem boleść pani! — odparł Fernand — uspokój się pani.
Zbliżył się ku bocznym drzwiom i otworzył je. Był to maleńki gabinecik, gdzie stary Saint-Clair zebrał arcydzieła japońskie.
Materja, obita na ścianie, pochodziła prosto z Yéddo, a cacka, wazy, parawany i bronzy przyszły tą samą drogą.
Nawet sufit zniknął pod czerwoną materją, o fantastycznym deseniu, świadczącym o dziwnym guście i bujnej imaginacji japońskich artystów. Najprzeróżniejsza broń wisiała po nad kominkiem.
— Proszę, wejdź pani tutaj, — odezwał się młody człowiek do Joanny — i zechciej chwilę zaczekać.
Zamknął za nią drzwi i stanął przed Juanem.
— Miej się pan na baczności, — odezwał się stłumionym głosem, chciałbym panu ocalić życie...
Młody człowiek, obojętnie wzruszył ramionami.
— Straszne oskarżenie ciąży na panu... Staraj się pan dowieść swej niewinności... Następnie, będziesz pan łaskaw odpowiedzieć mi na pewne zapytania.
— Panu?
— Tak, mnie.
— Jakiem prawem chcesz, pan mnie badać? — zapytał Rodriguez.
— Prawem człowieka, który cię zgubić może, — odparł podprokurator.
A ciszej dodał:
— Przyjeżdżam z Ameryki.
— A! — zawołał spokojnie uczeń Piotra, — domyślałem się tego. Przeczułem, że pańska nienawiść nie cofnie się przed żadnym środkiem.
— Mylisz się pan.
— W czem naprzykład?
— Nie jestem powodowany nienawiścią.
— Doprawdy? — zapytał z ironją Juan.
— Daję panu na to słowo honoru!
— Zatem ogromnie się pomyliłem.
— Kocham moją kuzynkę Blankę Colombey, z całem oddaniem się dla niej i nie ukrywam przed panem, że małżeństwo jej sprawiało mi pewną obawę...
— Co za troskliwość!
— Martwiłem się zaślepieniem radcy i całego jego otoczenia, któreś pan zdobył swoim zewnętrznym pozorem...
— Ależ mi pan pochlebiasz, — odparł szyderczo Juan — co mówię, zaszczycasz mnie!
Fernand mówił dalej z zimną powagą:
— Co pan chcesz? W podobnych okolicznościach nie można się dziwić wszelkim ostrożnościam.
— A pan osądziłeś, że pan Colombey nie zachował ich dostatecznie?
— Takie rzeczywiście było moje zdanie.
— Zatem chciałeś pan się przekonać o prawdziwości, danych panu Colombey’owi informacji i dowiedziałeś się pan innych
— Właśnie! Popłynąłem do Nowego Yorku, a ztamtąd pojechałem do Nowego Orleanu.
Juan pobladł, lecz siłą woli zapanował nad sobą i odezwał się:
— Jest to męcząca podróż, za którą pan Colombey powinien być wdzięcznym panu.
— Nie żądam jego wdzięczności... Wystarcza mi zadowolenie z wypełnionego obowiązku.
— To bardzo szlachetnie z pańskiej strony... Czy mogę wiedzieć coś pan porabiał w Nowym Orleanie?
— Z przyjemnością, tylko pomówimy o tem po pańskiej rozprawie z komisarzem.
— Jak się panu podoba.
Pan Séverin z ciekawością przysłuchiwał się rozmowie dwóch przeciwników, będącą przedwstępnym bojem do walki i zadziwiony był niewzruszonym spokojem pięknego młodzieńca. Pod tak strasznem oskarżeniem poruszał się on i odpowiadał swobodnie jak gdyby nic nie zakłóciło jego spokoju.
Z pewnością nie był zwyczajnym złoczyńcą i ta jego pewność i szydercze odpowiedzi zmieszały poniekąd komisarza.
W ogóle myślał sobie, iż o całem zajściu woli powiadomić wyższą władzę i uwolnić siebie od wszelkiej odpowiedzialności.
Być może, iż Juan wyczytał wahanie i niepewność na twarzy komisarza, gdyż w miarę, jak tenże nabierał wątpliwości, wzrastała jego pewność siebie. Czuł także, iż młody podprokurator mówił prawdę, a smutna i zamyślona twarz jego świadczyły również o prawdzie słów.
Z pewnością nie był to zaciekły nieprzyjaciel, ale raczej litościwy wybawca.
Spojrzeli jednocześnie sobie w oczy i Fernand rzucił mu długie, wymowne spojrzenie, które miało oznaczać:
— Broń się od zarzutu zbrodni na ulicy Bassano, nie chodzi już o to, co się stało w Ameryce, lecz o napad w samym Paryżu, sprawcy którego sprawiedliwość poszukuje. Ocal siebie, a o reszcie pomyślimy później!
Miał słuszność! Pan Séverin, był to nieprzyjaciel groźny i obecny niebezpieczny i jedyny. I od niego Juan potrzebował się bronić i uwolnić, to też zwrócił się do niego z uprzejmym ukłonem:
— Na pana kolej, — odezwał się grzecznie. — Cóż to za nikczemność masz mi pan do zarzucenia? Jestem na pańskie rozkazy!
Nie łatwo można wprawić w zakłopotanie policyjnego komisarza, lecz tutaj była rzecz inna w obec znaczenia i majątku winnego w obec tego, iż został zięciem bogacza paryskiego. Pan Sèverin stał przed nim niejako zawstydzony.
— Zapewne pan musi wiedzieć — odezwał się również uprzejmie, — o co pan zostałeś oskarżonym?
— To jest będę wiedział, jak pan zechcesz łaskawie mi wytłumaczyć.
— Policja poszukuje pewnego człowieka, który zniknął bez śladu.
— Czy Rosena?
— W samej rzeczy.
— A no, to wiem o tem.
— Jakżeś się pan o tem dowiedział?
— Jak i inni zapewne... z dzienników... Jakiś handlarz?...
— Czy pan go znałeś?
— I to bardzo dobrze.
— Przyznajesz się do tego?
— Dla czegóż miałbym temu przeczyć?
— Gdzieżeś go pan poznał?
— U mnie w domu.
— Na ulicy Bossano?
— Właśnie...
— Przychodził do pana?
— Kilka razy.
— Czy po to, abyś pan co kupił od niego?
— Przecież tem się właśnie zajmował.
— I kupowałeś pan?
— Nigdy.
— A jednak miałeś pan kochankę?...
— To być może.
— I nigdy jej pan nie ofiarowałeś prezentu?
— Żadnego.
— To dziwne... w pańskiem położeniu...
— A jednak tak jest, a nie inaczej.
— Jakkolwiek bądź się stało, właśnie kochanka pańska zarzuca panu zbrodnię.
— Mnie? — odparł z uśmiechem młody człowiek.
— Panu!
— Jaką zbrodnię, jeżeli łaska?
— Zamordowania owego Rosena.
— Ależ to niedorzeczność!
— I okradzenia go.
— Tak, dla niczego!?...
— Jak pan to rozumiesz?
— Wymysł zazdrosnej kobiety!
— O tem się przekonamy... Podług niej miałeś pan wspólników...
— Gdzież oni są?
— Opuścili dom twój natychmiast po spełnionej zbrodni.
— Proszę mi tego dowieść.
— To rzecz sędziów, którzy będą mieli powierzoną pańską sprawę.
— Niech i tak będzie, lecz tymczasem czy mogę się dowiedzieć, co pan zamierzasz dalej robić?...
— Spełnić mój obowiązek...
— To jest?... — Aresztować pana i jego kochankę...
— A więc jesteś pan przekonany mojej winie?
— Niezupełnie.
— Tak więc, ponieważ się podobało zazdrosnej dziewczynie oskarżyć mnie o urojoną zbrodnię, chcesz mnie pan zgubić w publicznej opinji... zniesławić... mnie i całą rodzinę?
— Czy to moja wina?
— Uważaj pan... jest to czyn co najmniej nieostrożny...
Juan wyrażał się ze zwykłym wdziękiem i swobodą, bez złości, z prawdziwem poważaniem dla osoby komisarza.
Pan Séverin był coraz bardziej zakłopotany.
— Skończmy raz tę sprawę, — odezwał się młody człowiek.
— Jakto?
— Pragnę, żebyś pan rzecz wyświetlił.
— Pan?
— I to jak najprędzej... Chcesz pan mnie aresztować... Spełnij pan swoją powinność... jestem gotów na pańskie rozkazy...
— Nie będziesz się pan temu opierał?
— Wcale.
— Ani pan nie uciekniesz?
— Za nic w świecie... Szanuję prawo... lecz zażądam pewnych względów.
Komisarz stał szczególniej zakłopotany.
— Te jasne, czyste, żywe i proste słowa zdwajały jego niepokój.
Juan zrozumiał natychmiast swoją wyższość.
— Możesz pan udać się do mego domu, przeszukać wszystkie kąty, aby znaleźć ślad zbrodni, nie obawiam się niczego. Jeżeli jestem złodziejem, to jednak musisz pan przyznać, że nie jestem podobny do wielu innych. Posiadam majątek miljonowy, jakżeż pan możesz żądać, abym dysputował w podobnej sprawie. Jeżeli będą śmieli zapozwać mnie przed trybunał, będę się bronił, a teraz, po tym dowodzie mego szacunku jaki panu daję, cóżeś pan postanowił?
W odpowiedzi pan Séverin odwrócił się ku drzwiom japońskiego buduaru, otworzył je i, zawołał.
— Panno Joanno!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles Mérouvel i tłumacza: anonimowy.