Przejdź do zawartości

Dziewczyna bezimienna/Część druga/XLIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles Mérouvel
Tytuł Dziewczyna bezimienna
Pochodzenie Kurjer Poranny 1893
Wydawca Feliks Fryze
Data wyd. 1893
Druk w Drukarni Rotacyjnej
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. La File sans nom
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XLIX.
Prośba matki.

Admirał posiadał niewzruszone zasady uczciwości i honoru, jednakże czuł się zdjętym litością w obecności tego wielkiego zbrodniarza, którego znał wszystkie winy.
Widział go wzrastającego bez rodziców, bez przewodnika, przyprowadzonego do rozpaczy niesprawiedliwością innych względem niego, w otwartej walce ze społeczeństwem, na które mógł się tylko żalić, a z którem walczył zaciekle.
— Panie, — odezwał się admirał, — mam przykrą misję do spełnienia. Dałem słowo moje i dotrzymać go muszę... Wszak nie znasz pan nazwiska swego ojca?
— Czy masz mię pan objaśnić o ním?
— Być może...
— Wolałbym o tem się nie dowiedzieć.
— Dla czego?
— Są ludzie, których musimy nienawidzić.
— I pan go nienawidzisz?
— Śmiertelnie.
Admirał nie wiedział, co odpowiedzieć.
Od kiedy znał historję Jana, od kiedy przeczytał wzruszające listy jego matki i mógł osądzić dzieło ohydnej zemsty, której stał się mimowolnym wspólnikiem, był dla niego mniej surowym, znajdując dla jego postępków łagodzące okoliczności, jeżeli te wogóle istnieć mogą w takich razach.
Do żywego dojmujący głos Juana uderzył admirała. Nastąpiła chwila milczenia, po której admirał się znów odezwał:
— Oto są papiery, które obowiązałem się panu oddać.
— Komu?
— Przyrzekłem zachować tajemnicę. W tej kopercie znajdziesz pan dokumenty, które objaśnią pana co do jego pochodzenia. Zawierają one nazwisko ojca, akt urodzenia... i listy pańskiej matki...
— Dobrze, panie.
— Na tym punkcie spełniłem żądane polecenie, lecz pozostało mi jeszcze drugie...
To mówiąc, admirał położył na stole kopertę, wręczoną mu przez Piotra.
Jan uchwycił ją i rozdarł niecierpliwą ręką.
Następnie, nie zwracając uwagi na admirała, przeczytał spiesznie zawarte w niej dokumenty, zawierające akt urodzenia, który mu nic nowego nie powiedział, namiętne listy kochanka matki, podpisane jedną literą, oraz list Róży Bertot do syna, pisany w dniu samobójstwa. Jego suche źrenice podczas całego zajścia z przeciwnikami, którzy go mogli wrzucić do więzienia i życia pozbawić, napełniły się gorącemi łzami po przeczytaniu pierwszych kilku wierszy listu nieszczęśliwej matki.
Otarł je spiesznie, jak gdyby zawstydzony własną słabością.
Wiedział o samobójczej śmierci matki, wiedział o tem, iż nie mogła przeżyć zdrady ukochanego człowieka i dla tego nienawidził śmiertelnie tego nieznanego ojca, nie chcąc go nigdy ujrzeć nawet. A teraz, w chwili, kiedy tego się najmniej spodziewał, oświetlano go, kto był jego ojcem, teraz, kiedy uciekać musiał, słuchając dobrej rady Fernanda.
Gdyby miał nawet szanse wyjścia zwycięzko z walki, zawsze niebezpiecznie jest stawać na chybi trafił przed trybunałem sprawiedliwości.
Jednakże, pomimo woli, nie mógł odwrócić myśli i oczów od leżących przed nim papierów, mających mu wyjawić jego pochodzenie, a tajemne przeczucie mówiło mu, iż ma się dowiedzieć strasznych rzeczy.
Najwięcej był zdziwiony tem, iż oddano mu papiery właśnie dziś, w dzień ślubu, a w miarę, jak czytał to pismo, przysłane mu z za grobu, wzrastał w nim straszny niepokój.
Nagle wykrzyknął jakimś nieludzkim rykiem:
— On, moim ojcem! On! Czy to podobna!
Nie mógł jednak powątpiewać, to matka mówiła. Ten niemiłosierny człowiek był jej kochankiem, maltretował ją, zelżył podle i wypędził od siebie to był on, Jan-Maurycy Colombey!
Nieszczęsna matka pisała dalej:
„Kiedyś zapewne go spotkasz pomiędzy bogaczami Paryża! Chcę zatem, żebyś wiedział jego imię, jednak wysłuchaj mej ostatniej proźby, ukochany mój synu!
„Przebacz, jak i ja przebaczyłam!
„Staraj się zostać uczciwym człowiekiem, iść zawsze prostą drugą i zawdzięczać jedynie własnej pracy zaopatrzenie swych skromnych potrzeb w naszej krótkiej wędrówce, która się życiem nazywa!
„Jeżeli kiedyś zacięży ci ono zanadto, połącz się wtedy ze mną, oczekiwać będę na ciebie!
Głośno odczytywał koniec listu, przy ostatnich słowach zaczął się śmiać strasznym śmiechem warjata, nakoniec zawołał szyderczo:
— Przebaczyć i nie pomścić ciebie, biedna matko, za to, że cię ćwiartowano za życia, deptano nielitościwie, zelżono okrutnie. O z jakąż rozkoszą szukać będę za to zemsty!
A spojrzawszy na admirała o którym na chwilę zapomniał:
— Colombey! Toż to pański przyjaciel pan Colombey, — zawołał zwracając się do niego.
— Rzeczywiście.
— Doprawdy, w takim razie szkoda, żeś pan raczej nie rzucił na cztery wiatry tych papierów!
— Dałem słowo honoru, że je doręczę panu.
— I wiedziałeś, od kogo je otrzymałeś, admirale?
— Tak.
— Od Piotra Brecheux?
Admirał milczał.
Brecheux nienawidził śmiertelnie Colombey’a, a chociaż nigdy mi o tem nie powiedział, dziś rozumiem, gdyż przypominam sobie, z jaką ironją wymawiał zawsze jego imię! Tajemnica przeszłości stała się dla mnie jasną. Wielu musi mieć nieprzyjaciół ten człowiek, lecz przysięgam, że żaden nie będzie tak zaciekłym jak ja wrogiem! Chciałem szukać ocalenia w ucieczce, opuścić Francję, wyjechać ztąd daleko. Dziś wyrzekam się tego! Zostanę, aby okryć hańbą tego nababa, rzucić jego imię na pastwę złośliwych oszczerstw, wtrącić w błoto uliczne. A! on mi zgubił matkę, kobietę, co go na tyle ukochała, że nawet w godzinę swej straszliwej śmierci pamiętała o nim, polecając mnie, biednemu nędznemu podrzutkowi abym temu okrutnikowi przebaczył! Biedna matko! A! rozbójnik nikczemny, pomimo swych miljonów i zaszczytów! Nie mogłem też zrozumieć, dla czego Brecheux umieścił mnie tak blizko niego... Co zaszło pomiędzy nimi, tego nie wiem... Zawsze stary rozpustnik musiał popełnić jakąś podłość haniebną! Co za wspaniały odwet mieć będę nad nim ja bandyta, złodziej, co żyłem z rozboju i z czego gorszego może!...
Zatrzymał się na chwilę, rzuciwszy wzrokiem do koła siebie.
— Nikt nie jest niezbędny na świecie! — zawołał z wybuchem wściekłego gniewu. — Zatem mogę ci powiedzieć admirale, żebym pragnął, aby mnie na śmierć skazano, ścinając głowę przed jego wspaniałym pałacem, abym mógł rzucić w oczy temu wyrodnemu ojcu: „Patrz, nędzniku, oto coś uczynił z twego syna!“
Pan de Vitray chciał go powstrzymać! lecz Juan mówił dalej z tą samą gwałtownością:
— Ah! teraz jakże jasno przejrzałem! Jak czuję rękę Piotra we wszystkim co się stało! rękę zemsty wcielonej! On to musiał się zemścić na nim, na moim ojcu! I musiała być to śmiertelna uraza, kiedy, dla nasycenia swej zemsty, nie wahał się mnie poświęcić, mnie, swego towarzysza, swego wspólnika, swego syna! Klnę się jednak na duszę moją, iż nie mam za to do niego żalu, gdyż nasycenie swej zemsty musi być boską rozkoszą... a do tego jeszcze takiej jak moja zemsty!... Syn zaślubiający siostrą, siostra kochająca brata uczuciem kochanki i poznanie prawdy, kiedy klęska stała się nieodwołalną!
Zatrzymał się.
Mówiłeś admirale o jakiemś jeszcze zobowiązaniu? — zapytał po chwili.
— Rzeczywiście.
— Jakiem mianowicie?
— Aby panu dopomódz, jeżeli to możebne.
— A widzisz pan, że te papiery od Piotra muszą pochodzić... Biedny człowiek myślał o mojem ocaleniu, on jeden mógł się mną interesować. Rzucił mnie pośród niebezpieczeństwa, lecz jednocześnie poszukał wybawcy... i zwrócił się o to do pana!
— Niczego nie oszczędzę, aby przyjść panu z pomocą... Mój majątek i osoba moja są do pańskiej dyspozycji.
— Dziękuję panu, admirale.
— Przyjmujesz pan?
— A to na co?
— Możesz się dostać do Anglji... Ameryki... Jeżeli potrzeba na to sto lub dwa kroć sto tysięcy franków, dają je panu.
— Czyż nie mam szanownego ojczulka aby mi dopomógł, kiedy go odzyskałem?... Zresztą powiedziałem już panu. Jestem bogatym...
— Masz źle nabyte pieniądze, zebrane za krew przelaną. Takie życie musi być straszliwą zmorą?
— Jak wiele innych! Walka o byt podobną jest do każdej bitwy... Trzeba zwyciężyć... Myśmy też zwyciężyli... Prowadziłem świetnie życie, błyszczałem w świecie, szczęśliwy, zazdroszczono mi i pochlebiano zarazem... a miljonowy pan, nieposzlakowany urzędnik, okryty poważaniem i zaszczytami nie wahał się oddać mi ręki swojej córki... Miałem chwilę tryumfu! Teraz nadeszła godzina odwetu... chwilowe zaćmienie mej szczęśliwej gwiazdy... która zabłyśnie na nowo... Obecnie jestem pod zarzutem zbrodni morderstwa... i różnych, innych okropności... grożą mi więzieniem!...
Nagle porzucił ton szyderczy, wybuchając strasznym wściekłym gniewem.
— Czy to ja winowajca? — Nie! Stokroć nie! Co winno niewinne, opuszczone dziecię, które o świat nie prosiło, rzucone na los szczęścia w grono nędzników? Jest on jak statek bez steru puszczony na burzliwe fale morskie. Posługuje się tem porównaniem, gdyż mam przed sobą marynarza. Cożeś pan chciał, aby się ze mną stało? Płynąłem na los szczęścia. Jakaś stara kobieta wychowywała mnie do lat pięciu. Od tej chwili byłem pod wyłącznym kierunkiem mistrza, którego poznałeś admirale, lecz który posiada złowrogą i przewrotną duszę, jakiej spotkać trudno.
Admirał przerwał.
— Mówisz pan o starym nauczycielu?
— O nim samym.
— Mów pan dalej.
Juan mówił ze wzruszającem uniesieniem.
— Piotr jest trucizną! Był kiedyś zdeptany niemiłosiernie przez człowieka, którego nazwiska nigdy mi nie wyjawił i dobrze zrobił, gdyż byłbym źle posłużył do jego zamiarów. Nie można się gniewać na żmiję co nas kąsa nadeptana, tak i jemu nie można się również dziwić, to jego jedyna broń. Ten drugi powinien się był strzedz, pamiętać, że bogatemu być dobrym jest tak łatwo, ma tyle na to sposobów. Dla czego robił źle? Dla czego rzucił na pastwę uwiedzioną przez siebie dziewczynę i jej nieszczęśliwe dziecię!? Postąpił jak ci służalce, co uwodzą biedne dziewczęta w ich izdebkach na poddaszach kamienic, a potem zmieniają służbę i dalej prowadzą niegodne rzemiosło. Lecz ci ludzie są do pewnego stopnia wytłómaczeni admirale! Są to biedaki, którym mała istotka zawadzałaby w życiu, ciążyła na ich szczupłym budżecie... a potem, czyż oni mają właściwe pojęcie obowiązku cnoty... Ale tacy poważani urzędnicy, bogacze miljonowi, jak Colobmey co mogą znaleść na swoją obronę? Co dla niego znaczyło kilka biletów tysiąco frankowych mniej lub więcej! Jak mógł na chwilę zwątpić o uczciwości biednej dziewczyny, którą wywiódł z domu, gdzie na chleb zarabiała. Jak mógł wypędzić nieszczęśliwą po trzech latach pożycia prawie małżeńskiego... i to jedynie dla tego, że mu stawała na przeszkodzie do bogatego ożenienia. Czy nie składał jej kiedyś przysiąg uczciwego przywiązania. Tu są one, możesz je pan przeczytać admirale, błogosławić będę Piotra, że mi je dał do przeczytania, będę błogosławił za to, że się mści za nas, za moją matkę! Mojemi zbrodniami, będę się głośno szczycił, aby tem bardziej poniżyć mego nikczemnego ojca, którym się brzydzę. Opowiem panu moją ostatnią podłość... Tak, jestem zbrodniarzem złodziejem i zaraz się pan przekonasz, że zrobiłem coś daleko więcej gorszego jeszcze. O! jakżebym chciał aby ten człowiek tu był i mnie usłyszał!
Jego ukochaną jedynaczkę, młodą, wypieszczoną dziedziczkę, dobrą jak jej matka, pełną wdzięku i godną wielkiego uczucia miłości, dostałem nie kochając jej wcale... Kocham inną, biedną i jak ja opuszczoną dziewczynę, kocham namiętnie i jedynie... i pan ją znasz admirale!
— Niestety!
— Jest godną najgłębszej miłości... Nie masz pojęcia, admirale, co to za dobra, odważna, serdeczna dziewczyna. O! nie obawiaj się pan... ona nie jest moją wspólniczką i nie znała mojej przeszłości... ukrywałem ją przed nią, jak tylko mogłem.... Pogardzając sobą chciałem zasłużyć na jej szacunek... zdradzałem ją, lecz jednocześnie uwielbiałem! Za to tę drugą, Blankę Colombey, tę ohydnie zdradzałem, nie kochając jej wcale... Grałem od początku do końca komedję... Nie chodziło mi o kobietę, lecz o jej posag... rozumiesz pan, o posag, który ukraść postanowiłem! Miała to być moja ostatnia zbrodnia... Po wzięciu do ręki posagu, miałem uciekać wraz z Joanną, nie wiedzącą nic o źródle mej fortuny... Taki był mój plan... wykonany pod kierunkiem mistrza Brecheux. Za jednym zamachem uderzał nieprzyjaciela podwójnie w jego najgłębszych uczuciach: zabierał dziecko i majątek, chociaż co do mnie, to powątpiewam, czy taki człowiek zdolny jest coś więcej ukochać, oprócz samego siebie... Przypadek zrządził inaczej... odkrył moją niegodziwość Joannie... i całą moją przeszłość w tajemnicy utrzymywaną... Uniesiona gniewem, przerażona, oskarżyła mnie... a teraz admirale pozostają mi tylko dwie drogi... wypalić sobie w łeb w oczach mojego ojca... lub porzucić Francję, na koniec świata uciekając.
— A jeżeli zostaniesz pan aresztowany?
— To i cóż z tego? Stanie się wtedy skandal, czyli będzie to moją zemstą... A przytem bronić się mogę... gdzie dowody mojej winy? Joanna? Ona też była tylko instrumentem w ręku Piotra, dziś rola jej skończona... i cel osiągnięty...
— Więcej nikogo się pan już nie obawiasz?
— Mogę być oskarżonym, lecz chyba gdybym sam wyznał prawdę, mogę zostać skazanym! Zbrodnia jest być może, lecz wszędzie panuje ciemność i ciemność...
Wybuchnie skandal, lecz spadnie on nie na moją głowę!
Pan de Vitray był głęboko wzruszony i uderzony siłą i niezwykłą energją młodego człowieka.
Oprócz tego zrozumiał, że zemsta jego była również usprawiedliwioną opuszczeniem tyloletniem, które z niego uczyniło smutną ofiarę.
Jednakże chciał próbować jeszcze i użył ostatniego argumentu:
— Matka panu pozostawiła swoją radę... prawie rozkaz!... — dodał.
— Jaki?
— Przebaczyć!
Zaiskrzyły się oczy młodzieńca.
— Nigdy! — wykrzyknął. — Nigdy! Przyniosłem do tego domu śmierć i hańbę... tem lepiej!
Powstał.
— Żegnam pana admirała — wyrzekł — i dziękuję panu za jego łaskawość dla mnie... Nie potrzebuję się do niej udawać, mam pieniądze, odwagę i dosyć rozumu... a w każdym razie, jeżeli fortuna się odemnie odwróci, pozostanie mi zawsze jeszcze jeden środek...
Admirał jeszcze chciał walczyć.
— Choćbyś pan nie wiem jakim był winowajcą, jesteś pan tak młodym, że się podnieść możesz i obrać inną drogę... a kto wie, może za lat kilkanaście pomyślisz pan o tej smutnej przeszłości, zaledwie jak o śnie przykrym i niewyraźnym...
— Nie nalegaj admirale.
— Innych znałem od ciebie, młodzieńcze, którzy dziś żałują, iż nie umieli przebaczyć, tak jak to zrobiła twoja szlachetna matka... Wierz mojemu własnemu doświadczeniu!...
— Pańskiemu doświadczeniu?
— Mojemu, tak jest, i ja zemściłem się przed dwudziestu laty, i od tej chwili ciężko za mój gniew pokutuję!
Głos pana de Vitray zmienił się.
Jan zamilkł, wzruszony na chwilę jego stanem, lecz nagle zwrócił oczy w głąb salonu, a rysy jego przybrały wyraz nadzwyczajnej ostrości. Na progu pokoju stał dumnie wyprostowany radca, z ponurą twarzą, zaciśniętemi usty i z wzrokiem również surowym, jak oczy jego syna.
Zwolna podszedł kilka kroków, automatycznie prawie, zbliżył się do pana de Vitray i powiedział cichym głosem:
— Zostaw nas.
Admirał spojrzał na Juana wzrokiem, który znaczył:
— Nie zapominaj... to twój ojciec! — I wyszedł.
Pozostali sami.
Ciężka portjera japońskiego gabinetu opadła po za admirałem, lecz drzwi pozostały uchylone
Ojciec i syn stali na środku salonu, patrząc na siebie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles Mérouvel i tłumacza: anonimowy.