Dziewczyna bezimienna/Część druga/XLI
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Dziewczyna bezimienna |
| Pochodzenie | Kurjer Poranny 1893 |
| Wydawca | Feliks Fryze |
| Data wyd. | 1893 |
| Druk | w Drukarni Rotacyjnej |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | La File sans nom |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
W chwili, kiedy Perina Yaudet, biedna bretonka, oddawała Bogu duszę, przed oczami admirała de Vitray, w około merostwa ósmego cyrkułu, stały natłoczone powozy, a odźwierni z ulicy d’Aujon, chociaż zblazowani takiego rodzaju widowiskiem, powybiegali do swoich bram.
Patrzono na wielki ślub.
Wspaniałe lando panny młodej świeciło zdala, dar starego Saint-Clair, który zawsze psuł wnuczkę i zwracało uwagę ciekawych, z zachwytem patrzących na parę ślicznych bułanków, wartujących co najmniej ze dwadzieścia tysięcy franków.
Woźnica i lokaj, ozdobieni pomarańczowym kwiatem, dumnie siedzieli na koźle.
Nawet konie miały bukiety z pomarańczowego kwiatu, założone po za uszami.
A kiedy panna młoda wysiadła z powazu w białej z olbrzymim trenem sukni, usianej także kwiatem pomarańczowym, szept zadziwienia przeszedł w ciekawym tłumie.
Skromniejszych powozów nie było, wszyscy uczestnicy mieli poważne renty i mogli sobie pozwolić na najwyższy zbytek.
Komendant miał swoje lando, w którym siedział z nim nierozdzielny Gaston Durivel, złośliwy jak zawsze, całą drogę paplając bez przerwy:
— Co to się znaczy, że Fernanda nie widać, wojaku! Czyżby sobie życie odebrał biedny chłopiec? Otóż co to miłość może!
Durivel finansista nie ukazał zbytku własnej stajni, ale i tak wiózł swoją damę Sydonję z domu de Morange, w wynajętej remizie, równie wspaniałej, jak inne prywatne powozy.
Tego rodzaju ceremonje szybko się zwykle odbywają. Akta i papiery czekają przygotowane w porządku.
Obowiązujące zapytania, wystosowane do małżonków, przemowa pana mera i podpisanie aktu jest kwestią kwadransa czasu.
Salon merostwa za mały był do pomieszczenia przyjaciół, których zadziwiającą liczbę posiadają bogaci.
Nareszcie wybiła stanowcza chwila. Przestano rozmawiać.
Mer zwrócił się do panny młodej:
— Blanko Colombey, przyjmujesz za małżonka Juana Rodriguez.
Usłyszano odpowiedź:
— Tak, panie — wyszeptaną drżącym głosem.
Gaston nachylił się do ucha komendanta:
— Słyszysz dzielny wojaku! To pierwszy wystrzał armatni. Drży biedactwo!
Komendant chciał uszczypać przyjaciela, lecz wstrzymała go powaga miejsca, w którem się znajdowali, a przytem był wzruszony.
Blanka nie była jego córką, lecz wychowała się pod jego okiem, wyskakała na jego kolanach. Pragnał, aby była szczęśliwą, a tajemne przeczucie mówiło mu zupełnie co innego. To też był zły ogromnie.
Był jednak ktoś daleko więcej wzruszony niż komendant, to piękna ciemnowłosa Matylda Colombey. Nie mogła się oprzeć strasznej obawie ściskającej jej macierzyńskie serce, jak nie mogła oderwać oczu od jasnej główki dziewczęcia, którą tyle razy pieściła i całowała z taką miłością.
Stary Saint-Clair był też pełen czarnych myśli, które go przyprawiały o niepokój. Za spokój i szczęście wnuczki oddałby z chęcią swoje miljony, patrzył też z wściekłością i nieufnością na Juana, mając nieprzezwyciężoną ochotę porwać ukochane dziecko i zatrzasnąć przed nosem drzwi intruzowi, zabierającemu im ich skarb najdroższy.
Nawet pan radca, pomimo swej zwykłej obojętności, doznawał nieprzyjemnego łechtania w gardle, przez co musiał pokasływać i szczypania w oczach jak gdyby mu kto w nie piasku nasypał.
Lecz co prawda, to nie tylko odbywająca się ceremonja wywoływała u niego podobny efekt.
Dzień był prześliczny, jeden z najpiękniejszych dni ostatnich czerwca. Otóż w jednym blasku dnia, gdzie wszyscy obecni znajdowali się w pełnem świetle, Juan zwracał powszechną uwagę swą wspaniale piękną postacią i Maurycy Colombey został pozornie uderzony szczególnem podobieństwem, które już raz sprawiło mu wiele niepokoju, podczas bytności młodzieńca w jego gabinecie w Chaisney.
Dzisiaj nie zapytywał siebie, gdzie widział podobne oczy, lecz mruczał.
— To nadzwyczaj dziwne doprawdy. Róża! Róża Bertot!
I pomimowoli imię jej wymawiał co chwila i widział je nakreślonem na murach sali, słyszał dźwięk jego w uszach bez przerwy. Była to prawdziwa halucynacja, z której napróżno chciał się otrząsnąć
Zapóźno było aby się cofnąć!
Juan z kolei wymówił sakramentalne słowo, a mer dodał głośno:
— W obliczu prawa jesteście małżonkami. Wszystko się skończyło.
Na uboczu nauczyciel naigrawał się w duchu ze swego wroga.
Tak samo jak w dniu przyjęcia u Colombey’ów, nikt i tutaj nie zwracał na niego uwagi.
Przylepionego do muru zaledwie go znać było pomiędzy zaproszonymi, a chociaż ten i ów wiedział co on za jeden, nikt jednak z pewnością nie umiałby powiedzieć jak się nazywa.
Zwykle nie liczą się ludzie z takiego rodzaju osobistościami. On również nie liczył się także z nikim. Śledził jedynie radcę, z radością widząc, iż od kilku chwil malowała się na jego obliczu niespokojność.
Zamyślenie radcy przerwał urzędnik podając mu pióro, które radca wziął do rąk i szybko się podpisał.
Nastąpiła kolej świadków i przyjaciół.
Nauczyciel patrzył na ich defiladę z sardonicznym uśmiechem złoczyńcy, zdaleka przypatrującego się popełnionej przez niego zbrodni. Nie ruszył się jednak z miejsca.
Tylko od czasu do czasu rzucał wzrokiem na zegar, umieszczony po nad popiersiem pana Carnot, prezydenta Republiki, który wraz z oficjalnym obrazem, stanowił jedyną ozdobę urzędowej sali.
Pomimo iż wszystko obliczył doskonale jednak obawiał się czy się nie pomylił. Największą bitwę przegrywano nieraz przez opóźnienie kilku minut, — a Piotr nie chciałby się omylić.
W każdym razie, rzecz najgłówniejsza już się stała.
W tej ostatniej chwili nie posiadał się z radości na myśl straszliwego odwetu, gdzie miała wybuchnąć jego piekielna maszyna, nie widząc nieprzyjaciela i tych, którzy go otaczali.
Jego bezzębne usta, oczy okrągłe szare, z połyskiem stali, czoło pomarszczone, przez pracę myśli raczej, aniżeli przez lata, długi spiczasty podbródek, nos zakrzywiony i zapadłe policzki, śmiały się groźnym, złowrogim uśmiechem.
Zła, okrutna i dzika radość zupełnie go zmieniła. O jedenastej wszystko było skończone.
Pisarz aktów cywilnych zebrał drogocenne dokumenty do teki, zamknął księgi i ukłonił się zgromadzonym gościom, wychodzącym przez drzwi otwarte do oczekujących powozów.
Panna młoda usiadła, drżąca, obok matki, pogrążonej w rozpaczy.
Złe się stało i to złe, daleko większe jak to, które przypuszczała biedna kobieta.
Myślała tylko o utracie drogiego skarbu, lecz nie widziała otwartej otchłani, wykopanej nienawistną ręką mściwego wroga.
Powozy wyruszyły w kierunku Magdaleny. Tam miała się odbyć ceremonja kościelna.
Najpierw wysiadali goście.
Jedna z pierwszych była markiza de Saint-Béran i hrabina de Vitray i obie oczekiwały już w kościele na orszak weselny.
Markiza siedziała wygodnie, Helena uklękła, zasyłając gorącą modlitwę za swoją córkę. Przeczucie mówiło jej iż w tej chwili los jej się rozstrzyga.
Admirała nie było. Oczekiwała na niego z niecierpliwością, rozumiejąc, iż musiał się o wszystkiem dowiedzieć i że nareszcie i ona dowie się prawdy.
Pomimo tego nie rozmawiała z nim przecież szczerze w tej kwestji, bo od chwili widzenia Joanny w gabinecie Reveneau, myślała tylko o niej, nie wątpiąc ani na chwilę, że młoda dziewczyna była od tak dawna opłakiwaną Joanna.
Lecz dla czego, widząc wyciągnięte ku niej ramiona matki, zaparła się jej i odepchnęła? Czy zrobiła to przez nienawiść przypomniawszy sobie swe opuszczenie? Czy też z powodu, że się niegodną czuła?
Napróżno rozpytywała pana Reveneau. Starzec mógł ją tylko pocieszać ogólnemi frazesami... nadzieją... odwagą... cierpliwością...
Zbliżali się do końca.
I ona czuła, że się zbliżali i dla tego była teraz więcej zdenerwowaną i niespokojną.
Nagle odezwały się organy.
W kościele rozległ się szmer, obracano się ku drzwiom wchodowym szeroko roztwartym, przez które wchodził orszak ślubny, na tle wspaniałej panoramy ulicy Royale, placu Zgody i pałacu Izby deputowanych, z wysoko po nad niemi wzniesioną kopułą Inwalidów.
Widok był imponujący i wspaniały. Panna młoda, blada jak jej atłasowa sukienka, szła środkiem nawy, oparta na ramieniu ojca dumnie patrzącego w około, przewyższając tłum swoją wysoką postacią.
I orszak cały wyglądał również imponująco.
Organy w połączeniu z orkiestrą święciły w tryumfalnym marszu bogactwo i splendor mieszczańskiej arystokracji, śmiało rywalizującej z szlachetnemi mieszkańcami Przedmieścia Saint Germain.
Żywy sznur, złożony z Durivel’ów, Colombey’ów i Briard’ów, postępował w tryumfalnym pochodzie za naczelnikiem rodu, depcząc majestatycznie miękki dywan, rzucony od zewnętrznych schodów aż do stopni ołtarza.
Dwóch kościelnych szwajcarów wspaniale ubranych, szło naprzód, uderzając halabardami o kamienną posadzkę.
Drzwi zakrystji otworzyły się i równocześnie z orszakiem wyszedł ksiądz do ołtarza.
Wspaniale rośliny, olbrzymie palmy i krzewy różane ubierały świątynię. Miękkie aksamitne klęczniki i fotele wabiły szczęśliwych bogaczy.
Bogactwo biło z każdej strony, a muzyka w zwiększonym komplecie wznosiła weselny hymn, od którego trzęsło się sklepienie.
Tłum wrzał cichym szeptem zachwytu:
— To panna Colombey wychodzi zamąż!
— Bogata?
— Ja myślę!
— Wnuczka bankiera, tego ot tam, co stoi na boku czerwony, jak burak, ze wzruszenia... Poczciwe człeczysko, nikomu wody nie zamąci...
— Wszyscy go znają w mieście i lubią za dobre serce.
— A kto jest pan młody?
— Jakiś cudzoziemiec bogaty jak Krezus... Posiadacz kopalni srebra podobno, a przytem piękny chłopiec.
— Tego mu odmówić nie można. Co za mina! Co to za szczęśliwa dziewczyna!
— Trochę blada.
— To się rozumie... dzisiejszy dzień... wzruszenie!...
Przy ołtarzu ksiądz, w koronkowej komży na czarne sutannie, zaczął mówić do państwa młodych maleńką oracyjkę, stosowną do okoliczności, kiedy nagle jakaś młoda kobieta, a raczej młoda dziewczyna weszła do kościoła.
Ubraną była czarno, włosy w nieładzie, zaledwie skręcone, wychodziły z pod czarnej kapotki; widocznem było, że w pośpiechu musiała wybiedz z domu pod wpływem gniewu lub szaleństwa.
Wcisnęła się z trudem pomiędzy zbity tłum, chcąc przejść dalej do ołtarza, co jej przychodziło z trudem.
Dźwięki muzyki głuszyły szmer rozmowy, nie słuchano słów dziewczyny. Pomimo to szła dalej, usiłując się przecisnąć za pomocą siły lub też błagalnego spojrzenia pięknych oczów, lecz za chwilę musiała stanąć, gdyż ciekawsi powchodzili na krzesła, tworząc żywą zaporę. Nie mogła się już ruszyć.
Zmęczona głęboko westchnęła.
Jeden z mężczyzn, stojących na krześle, obejrzał się ciekawie.
Zapewne wyraz głębokiej rozpaczy, a może i piękności dziewczęcia, wzruszyły go i dały myśl odstąpienia jej swego krzesła. Zeskoczył z niego i podał młodej dziewczynie rękę, pomagając zająć opuszczone przez niego stanowisko.
Był to jednocześnie dobry czyn i uprzejmość rycerska.
Młoda dziewczyna spojrzała po zebranym tłumie, a w głębi nawy oczy jej szukały oblubieńców.
Panna młoda klęczała ze schylonem czołem, oparta o czerwony klęcznik. Jej biała suknia jasną plamą odcinała się od otaczającego ją tła.
Wzruszona uroczystością chwili, mając wyrzec przysięgę ukochanemu, płakała.
Pan młody przeciwnie, stał dumnie wyprostowany, spokojny, uśmiechnięty, w czarnym fraku, z rękami, skrzyżowanemi na piersiach.
Na chwilę odwrócił się, patrząc po za siebie.
Czarno ubrana dziewczyną zadrżała, ukryła twarz w dłonie, wydając przytłumiony okrzyk, zauważony przez stojących obok.
Nędzniku!