Dziewczyna bezimienna/Część druga/XI
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Dziewczyna bezimienna |
| Pochodzenie | Kurjer Poranny 1893 |
| Wydawca | Feliks Fryze |
| Data wyd. | 1893 |
| Druk | w Drukarni Rotacyjnej |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | La File sans nom |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Tego samego dnia, kiedy młoda dziewczyna z Moulin-Rouge pożegnała Michała Saint-Clair na rzęsiście oświetlonym chodniku, admirał de Vitray, z głową ukrytą w dłoniach i zachmurzonem czołem pod naciskiem gorzkich myśli, które mu przedstawiały przyszłość beznadziejną, pogrążony w osamotnieniu i trosce, jak obłąkany wędrowiec wśród pustyni, pomimo swego stanowiska, majątku i imienia, siedział sam w obszernym wygodnym fotelu, ustawionym około kominka w salonie swego mieszkania na bulwarze Haussmana. Można śmiało powiedzieć, iż był osamotniony, gdyż doszedł tego męzkiego rozwoju i karjery bez cieplejszego uczucia żony lub dziecka.
Stara markiza tylko co wyszła, spędziwszy kilka godzin z niemi na obiedzie. Wszakże obiad przeszedł w milczeniu, bo wszyscy byli nie w humorze. Rozmawiano z przymusem, o potocznych rzeczach, aby choć dla służby zamaskować wewnętrzne niezadowolenie.
Czuć było, iż lada chwila nastąpić może wybuch zebranych i źle ukrywanych namiętności, miłości lub nienawiści!
Od swego przyjazdu, to jest od dwóch dni, admirał prawie nie był w domu. Unikał dłuższego w nim pobytu.
W rzeczywistości, bał się pomimo swej energji i siły, znaleźć się razem z kobietą, którą nielitościwie tyranizował od lat dwudziestu. Spędzał noc po za domem, przyjmując zaproszenia na wszystkie strony, aby tylko nie powracać wcześnie do siebie.
W domu zresztą nic się nie odmieniło. Służba, przyzwyczajona do takiego, postępowania pana, nie zwracała najmniejszej uwagi na to, co się działo.
Po obiedzie Helena, pod pozorem bólu głowy, udała się do swego pokoju, podczas kiedy admirał pozostał sam na sam z markizą. Rozmawiali długo.
Pozostawszy sam, admirał słyszał w obszernym pokoju pozostałe echo ostatnich słów starej przyjaciółki:
— Miej odwagę!
Odwagę? Z pewnością nie można chyba było posądzić go o brak odwagi, lecz znajdował się w położeniu bez wyjścia. Wpadł sam w sidła, z których nie mógł się wydobyć.
Markiza z zapałem broniła winnej, lecz miała sobie za święty obowiązek, aby wypowiedzieć prawdę, którą i tak często sumienie wyrzucało marynarzowi.
Czuł, iż przestąpił prawa znieważonego męża. Karząc sprawiedliwie kochanka, jako człowieka, okazał się okrutnym dla kobiety, jako matki. Wymierzył jej karę, której nie mogła mu nigdy przebaczyć.
Na domiar złego, w dzikiem zaślepieniu znęcał się nad niewinnem stworzeniem, nad dzieckiem, które powinien był uszanować, a co najmniej oszczędzić.
Tego było zanadto, aby można wytłumaczyć jego postępowanie i stara markiza wymówiła te słowa z energją, która świadczyła o jej przekonaniu.
Powiedziała admirałowi:
— Nie chcę cię martwić, mój przyjacielu, lecz kobieta jest słabem, nerwowem stworzeniem. Helena zbłądziła tylko przez dobroć serca. Ty admirale miałeś dwie namiętności, chwałę i żonę. Opuściłeś jedną, aby gonić za drugą! Helena, słaba dusza, potrzebowała, abyś ją wspierał... Gdzieżeś to bywał wtedy?...
I admirał czuł, że rację miała! Przyznawał ją, z gniewem zwracając się do samego siebie, do samego przeznaczenia.
Cóż z tego, cokolwiekbądź złe już się stało.
W chwili życia, gdy doszedł do kresu chwały w swym zawodzie, widział się samotnym i opuszczonym bez domu i śmiechu wesołego dzieci, przeznaczonym na to, aby umrzeć bezpotomnie, słowem, ujrzał się rozbitkiem, wyrzuconym na skaliste wybrzeże, puste i nagie, jak te, które nieraz widywał w swoich oddalonych wycieczkach.
A tam, o kilka kroków od niego, w przyległym pokoju, zamknięta, była żona jego, kobieta, którą mógł kiedyś zdobyć sobie na wieki, wspaniałomyślnie przebaczając, a którą zamiast tego męczył okrutnie i ranił boleśnie! Pociąg nieprzeparty przykuwał go do niej, nie jak do bezpiecznego portu, gdzieby mógł wypocząć po burzy, ale raczej, jak do przepaści, gdzie życie miał położyć.
Odwagi!
To samo powtarzał sobie od lat dwudziestu, napróżno usiłując się ostać uporowi i dumie. A jednak raz trzeba było z tem skończyć! Uciec lub ją zdobyć!
Lecz w jaki sposób?
W niepokoju i trwodze przebiegł kilkakrotnie po salonie.
W około panowała zupełna cisza. W mieszkaniu zapewne pozostali tylko sami, on i ona, gdyż służba udała się na spoczynek.
Pokoje hrabiny znajdowały się po drugiej stronie. Aby się tam dostać, potrzeba było przejść długi korytarz, całą noc oświecony gazem, lub też można było wejść prosto z pokoju hrabiego.
Admirał przeszedł machinalnie dwa wielkie salony, zapełnione drogocennemi sprzętami, z marmuru i bronzu, wspaniałemi meblami i obrazami, wszedł, do swego pokoju, skromnie po wojskowemu urządzonego, z wielkiem żelaznem łóżkiem bez firanek, kilkoma krzesłami i prostym stołem, na którym leżały porozrzucane książki i papiery. Widocznie nikt tu nie wchodził podczas jego nieobecności. Za każdym powrotem ze swych podróży, znajdował pokój w jednakowym stanie, czysty i nagi, jak okrętowa kajuta.
Był to prawdziwy kawalerski pokój i hrabina musiała tu nie wchodzić nigdy. Przeszedł tędy ze ściśniętem sercem. Pokój ten oddzielony był od pokoju Heleny dużym pokojem, przeznaczonym na garderobę i buduarem, gdzie pani domu przyjmowała bliższych znajomych.
Admirał wziął za klamkę. Drzwi były zamknięte na klucz. Lekko zapukał, lecz nikt się nie odezwał.
Wtedy zawołał drżącym głosem:
— Pani!
Nie śmiał zawołać Heleno!
Milczenie. Widocznie nie słyszano wołania z tej strony, szczęściem pozostawała mu inna droga, korytarz, z którego drzwi prowadziły prosto do pokoju hrabiny. Poszedł tam i wkrótce znalazł się pod drzwiami.
Pokój był oświetlony i jasny promień światla padał przez szczelinę drzwi, znacząc na chodniku białą plamę. Zatem Helena czuwała jeszcze.
Szmer rozmowy i szelest sukien ustał natychmiast, musiano usłyszeć kroki za drzwiami. Zdecydował się zastukać raz jeszcze.
Głos z wewnątrz zapytał:
— Kto tam?
Admirał odpowiedział:
— To ja... chciałem z panią pomówić.
— Tak późno!
— Proszę otworzyć.
Hrabia zaczął się niecierpliwić na te widoczne oznaki ostrożności względem niego! Nakoniec on tu był panem. To też głos jego brzmiał nakazująco.
Drzwi się otworzyły na rozszerz. Zobaczył przed sobą dwie kobiety: z Heleną i jej wierną Ludwikę.
Dawna pokojówka zawsze była razem ze swą panią, nie opuściwszy jej jeszcze ani na chwilę od lat dwudziestu, to też pani obdarzała ją swą łaską i różnemi dobrodziejstwami, starała się przywiązać ją do siebie. Zresztą stanowiła ona dla Heleny wielką podporę, gdyż z nią jedną, jako świadkiem dawnych nieszczęść, mogła rozmawiać o przeszłości, o swej córce.
Admirał wszedł.
Mąż i żona znaleźli się oko w oko, wyprostowani, dumni, z marszczonem czołem, zakłopotani, obawiając się odezwać, ażeby nie wybuchnąć.
— Ludwiko, — odezwała się hrabina — możesz odejść i wskazała jej ręką drzwi przeciwległe buduarowi. Idź do siebie i nie oddalaj się.
Rozkaz ten, zawierał groźbę dla męża, lecz ten zdawał się na to nie zwracać uwagi.
Ludwika rzeczywiście pozostała w pobliżu i admirał słyszał, jak poruszyła krzesłem w przyległym pokoju, lecz zaraz cisza nastąpiła.
— Nie oczekiwałam pana o tak późnej godzinie, — zaczęła Helena, i nie przyzwyczaiłeś mnie pan do takiej troskliwości.
Mówiła zniżonym głosem i widocznem nieukontentowaniem, powodowana obawą mającej nastąpić, sceny z mężem.
Marynarz stał nieruchomy, obrzucając wzrokiem cały pokój.
Dla niego, każde miejsce było tu pełne pamiątek, których żaden szczegół nie zatarł się w jego pamięci.
Hrabina usiadła z udaną obojętnością na fotelu przed kominkiem, nie zupełnie wygasłym, gdzie kilka węgli rzucało resztki czerwonych płomieni. Odzianą była w lekki popielaty peniuar, przewiązany w pasie, grubemi jedwabnemi sznurami, Wskazała mężowi fotel, stojący naprzeciwko niej, nie wyrzekłszy ani słowa.
Po chwili wahania, hrabia odważył się dopiero przemówić. Wzrok jego spoczywał na portrecie, zawieszonym pomiędzy oknami, przeszedł następnie na model dawniej służący obrazowi i zadziwił się w duszy małej zmianie, zaszłej pomiędzy obrazem a oryginałem, gdyż portret robiony był zaraz po ślubie młodej pary.
Helena od tej pory nie straciła nic ze swego wdzięku, świeżości i urody.
Nawet być może iż jej piękność w pełnym rozkwicie, była w tej chwili bardziej uderzająca i wzbudzająca żądze.
Admirał zagryzł do krwi wargi, aby nie utracić panowania nad sobą.
— Zatem pani mnie nie oczekiwałaś? — zapytał po chwili.
— Ja? — zawołała ze zdumieniem, z pewnością, że nie.
— Jednakże powinnaś była pomyleć, że musimy się z sobą rozmówić.
— Dla czego?
— Jeżeli dla ciebie jest to zbytecznem, to ja za to potrzebuję z panią pomówić, abym wiedział, co mam czynić dalej.
— Nie rozumiem.
— Zaraz pani pojmiesz. Powróciłem do Francji z postanowieniem pomyślenia o przyszłości.
— Czy pan jej nie masz zapewnionej?
— Nie tyle, jak bym pragnął. Chcę wiedzieć, czy mam pozostać w Paryżu, czy znów się oddalić, aby już więcej nie powrócić.
— A!
— Karjera moja skończona i muszę teraz powziąść pewne postanowienie.
— Na jakim punkcie?
— Na tym aby się dowiedzieć, w jaki sposób spędzę resztę życia.
Hrabina zachowała milczenie. Do tej chwili odpowiadała prędko, głosem oschłym, uszczypliwym tonem, podczas gdy admirał wyrażał się ze słodyczą i uprzejmością.
Rzuciwszy na żonę przeciągle spojrzenie, mówił dalej:
— Wiesz przecie i pamiętasz, com wycierpiał przez ciebie. Dla rozerwania myśli potrzebowałem długich podróży, kłopotów, obowiązków do spełnienia, które mi służba nastręczała. Przyszła jednak chwila kiedy ją rzuciłem i znajduję się sam w obec mojej troski, bezbronny przeciw niej, pełen obawy nawet.
— Pan?
— Ja. Boję się, aby mi nie zabrakło siły do dalszej walki.
— Cóż to tak strasznego? — zapytała z niedowierzaniem.
— Chyba o tem nie wątpisz.
A widząc, iż zachowuje milczenie, zawołał z żywością:
— Kobiety są okrutne, bez serca, gotowe jak tygrysice poźreć człowieka, który im ulegnie i okaże swą słabość dla nich. Ja się nie obawiam poniżenia, gdyż z chwilą, gdybym zobaczył swoją godność narażoną, mam środek, abym wyszedł z honorem!
Hrabina zadrżała.
Marynarz wymówił te słowa spokojnie, następnie ciągnął dalej:
— Zatem mogę ci wyznać wszystko. Byłaś moją jedyną miłością. Pomimo przeszłości i jej hańby, przez dwadzieścia dwa lata, gdyż dwadzieścia dwa lata upływa od chwili, gdy nosisz moje imię, zdradziłaś mnie i zraniłaś dumę moja, a jednak pozostałem ci wiernym; nie było dnia żebym nie wspomniał imienia twego w mej samotności. I pomimo tego przywiązania, z którego powinnaś być dumna, pomimo blasku imienia, które nosisz, zawsze okazywałaś mi pogardę i nienawiść, wnosząc do tego domu podstęp i zdradę. Dziś zaś ze wstrętem odpychasz wszelką myśl wdzięczności, żartując z mojej boleści, którą zabić nie mogło oddalenie, a którą twoja piękność za każdem widzeniem ciebie, odnawiała okrutnie! A więc postanowiłem położyć kres tym męczarniom. Przychodzę do ciebie, pytając się, jakie masz projekta... jakich chcesz warunków... co zrobisz nakoniec!
Hrabina milczała, zaciskając usta. Jednocześnie patrzyła na admirała swemi niebieskiomi oczyma, przeszywając go zimnem, przenikliwem spojrzeniem, co jak ostrze sztyletu przeszywało mu serce.
Nie mógł się jednak powstrzymać od gniewu, czytając na jej twarzy wyraz zadziwienia, powątpiewania i nienawiści połączonej z litością. Krew starych korsarzów zawrzała w żyłach admirała, biorąc jej spojrzenie za wyzwanie dla siebie.
— Słyszałaś moje zapytanie!? — zawołał. — Proszę na nie odpowiedzieć!
Tym razem spojrzenia ich się skrzyżowały jak szpady przeciwników. Helena gorzko się uśmiechnęła.
Admirał powstał, zbliżył się, dotykając ręką jej ramienia: Jestem admirał de Vitray Pleyber, zawołał, twój mąż i sędzia, jak dawniej w la Roche-Morgat i czekam twej odpowiedzi!
Głos był podniesiony, a oczy rzucały groźne spojrzenie.
Hrabina podniosła głowę.
— Podobne słowa niepomiernie mnie dziwią — odparła z trudną do opisania wyniosłością. — Wspomniałeś pan o okrucieństwie kobiet... A cóż pan myślisz o swojem! Ah! budzi się ono w panu.
Bardzo pięknie! Wolę pana widzieć w naturalnem usposobieniu, niż z tą udana dobrocią. Tygrys ryczy, grożąc!... Już ja go dawniej słyszałam, bardzo dawno, w tę straszną noc, którą niepotrzebnie mi przypomniałeś, w okropnej La Roche-Morgat, którą nienawidzę również głęboko, jak i jej właściciela, a mego pana! Pamięć nam doskonałą, nie zapominaj pan o tem, proszę, a doprawdy, słysząc pana, wątpić muszę, czy zachowałeś swoją!
— Heleno!
— Nie boję się ciebie, cóż bowiem możesz więcej jeszcze uczynić? Chyba ukrócić męki, na które mnie skazałeś! Oto wszystko! Żoną twoją nie jestem!
— Czem więc jesteś pani?
— Jestem więźniem, twoją ofiarą.
Mówiła z nadzwyczajną gwałtownością, nie spuszczając oczu z admirała, stokroć piękniejsza w gniewie niż w dawnej swej apatji.
— Heleno, powtórzył łagodnie proszę cię, uspokój się.
— Dobrze, lecz mów pan prędko. Czego chcesz?
Role zostały zamienione. Zamiast admirała, ona podniosła głos, był to odwet za dawniej wycierpiane okrucieństwa, a widząc, iż umilkł, zdumiony ta naglą przemianą, wybuchnęła napowrót, rzucając prędkie słowa, malujące wszystkie męczarnie, zadane jej przez niego, wraz z zachowaną urazą.
— I to pan się użalasz na los swój, który jednak sam sobie zgotowałeś, — zawołała — a cóżbym ja powinna mówić o swoim? Jak pan śmiesz porównywać nas razem, ty, wolny, otoczony szacunkiem i sławą, ze mną, skazaną na samotność i niewolę, skazaną przez ciebie, żonę nie mającą męża, małżonkę, której udzielasz schronienia z warunkiem, aby dach, co ją osłania, służył zarazem za ohydne więzienie, a chleb, który spożywa, był zroszony łzami, wyciśniętemi okrutną boleścią, żałobą nieskończoną po ukochanem dziecku, na którego grobie uklęknąć byś nie pozwolił, a jeżeli pozostawiłeś je przy życie, musi i tak mnie, matce, sprawiać najstraszniejsze zmartwienie. Mówisz pan o mej piękności, która ci sprawia żal, w jaki wcale zresztą nie wierzę.
— Nie wiem doprawdy, czy jest, tak, jak powiadasz, lecz jeśliby przetrwała miłość twoja, pomimo trosk, które tobie zawdzięczam, byłoby to cudem, zesłanym na ukaranie ciebie przez Opatrzność! Byłam ci posłuszną, kryjąc mą boleść przed światem, w którym zmusiłeś mnie pozostać. Nikt nigdy nie dowiedział się przyczyny cierpień moich, nikt, nawet pani de Saint-Béran, twoja przyjaciółka, a śmiem dodać, że jest i moją także. Ludwika pozostała jedyną moją powiernicą, tak samo tu, jak i nią była w La Roche-Morgat. Ona tylko mogłaby powiedzieć, com przecierpiała, ile cierpię jeszcze i ile łez wylałam.
Chciał ją zatrzymać gestem. Nie uważała, mówiąc dalej z tą samą siłą:
— Wiem dobrze, co mi na to odpowiesz. Powiesz żem zbłądziła, okryła hańba imię twoje, żeś miał prawo jako mąż winnych ukarać, za co odpowiadasz przed swem własnem sumieniem. Być może, a ponieważ karę przez ciebie wymierzoną znosiłam i znoszę z całą surowością, zatem o czem chcesz mówić ze mną? Dla czego chcesz przez nowy kaprys, a może i złośliwość, zmienić znowu warunki? To niegodne uczciwego człowieka! Dla czego przychodzisz pytać się mnie o dalsze moje plany? Moje plany i ostateczne moje postanowienie jest takie: żyć będę dalej w osamotnieniu i w cichości, bez skargi, tak samo jak przez te lat dwadzieścia, stosując się dalej do twego wymagania, lecz za to, panie de Vitray, nie możesz się czego innego spodziewać, jak tylko wstrętu, który uczuwam dla mego prześladowcy, nienawiści biednej ofiary dla swego kata.
Pobiegła szybko do biurka, otworzyła szufladę i powróciła napowrót, pokazując admirałowi list, zżółkły przez czas, zużyty jak stara książka do modlitwy.
— Słuchaj pan, oto wyrok, któryś sam wydał na mnie. Czytałam go tyle razy, iż gotowam ci go powiedzieć na pamięć. Kiedyś mi go przysłał do La Roche-Morgat, byłam umierającą, błagałam cię wtedy, nie za siebie, lecz za niewinna istotę, dla której pozostałeś bez litości. Dziś przychodzisz po to, abyśmy żyli razom! Posłuchaj:
Zaczęła czytać, wskazując palcem każdą linję:
„Chce, abyś dla mnie uczuła tyle nienawiści, że gdybym nawet czołgał się u nóg twoich, błagając cię o miłość dla siebie, abyś jej ze wstrętem odmówiła, nie znając co to litość“.
— Wszak to pan napisałeś te słowa? — zapytała, zwracając się do admirała.
Pochyli głowę. Ona mówiła dalej:
— Czegoż chcesz zatem więcej?
Czytała znowu:
„Wszystko skończone pomiędzy nami. Widok mój byłby ci wstrętnym, dla tego ci go oszczędzę. Nie będziesz moją, lecz nie będziesz także należała do innego! Pozostaniesz na zawsze hrabiną de Vitray-Pleyber. Imię to zmusi cie do znoszenia twej boleści w milczeniu, do ukrycia łez za dzieckiem, którego strata pogrąży cię w wiecznej żałobie“.
Odwróciła się do niego.
— Czyż to nie pańskie prawo?
Nic nie odpowiedział.
— Lecz posłuchaj pan czegoś jeszcze więcej — dodała.
„Liczę na twój rozsądek, iż się zdecydujesz na tego rodzaju ciche, spokojne życie, jedyne, jakie ci przystoi w twem położeniu“.
— Panie de Vitray, — rzekła z bolesną ironją — wyrok twój przyjęłam i
wykonałam co do joty. Życie, któreś mi nakazał, pędzę od lat dwudziestu. Czy tak?
— To prawda.
— Czyż nie uszanowałam imienia, które noszę?
— Oddaję ci sprawiedliwość.
— Czy masz mi co do zarzucenia?
— Nie mam nic.
— Mogłam jednak złem za złe odpłacić, obryzgać błotem to znienawidzone imię... Czy chcesz się o tem przekonać?
Gwałtownie otworzyła jedną z szuflad biurka, zanurzając ręce w masie listów, które gniotła i darła ze złością.
— Rzeczywiście ta piękność nieszczęśliwa musiała chyba być prawdziwa, skoro przez nią stałam się hrabiną de Vitray i przez nią zniosłam zniewagę tylu oświadczeń miłosnych. Cóż pan chcesz, wiedziano, że jestem opuszczoną, pogardzoną, samą! Pomimo, iż się kryłam przed światem, aby płakać w milczeniu, byli tacy co mnie zarzucali niegodnemi propozycjami... Znasz ich pan nawet, są to twoi przyjaciele, twoi dawni zwierzchnicy, rozpustnicy różnych warstw społeczeństwa, goniący za tem, aby popsuć uczciwe imię samotnych kobiet... Ani jeden z nich nie może się poszczycić, żeby odebrał na nie odpowiedź, lub najmniejszą zachętę...
Uchwyciła listy w obiedwie dłonie, rzucając je w płonący ogień kominka, nim admirał zdążył się ruszyć.
— To nie moja zasługa, iż się im opierałam — ciągnęła dalej wzburzona okrutnemi wspomnieniami. — Mężczyzn nienawidzę wszystkich bez wyjątku, żywych czy umarłych, za wszystko złe, com wycierpiała przez nich!...
Admirał zbliżył się do niej.
— Wszystkich — zapytał chciwie. — Powiedziałaś wszystkich, Heleno?
— Rzeczywiście!
— Lecz powiedziałaś żywych lub umarłych?
— Dla czegożby nie?
— I tamtego... ojca.
— Tego, co spoczywa na dnie Oceanu?
— Tak.
— Pokój jego popiołom! Ten, dług swój spłacił.
— Nie chcesz odpowiedzieć. Kochałaś zatem?
— Na co odgrzebywać bolesną przeszłość? — zapytała, cisnąc rękami czoło.
Czy chcesz — abym postradała zmysły?
— Odpowiedz!
— A więc! już dawno ci prawdę powiedziałam, wtedy, kiedy tego również wymagałeś... w La Roche-Morgat... Nie, nie kochałam go, a przynajmniej nie tak, jak sobie wyobrażasz.
— Przysięgnij!
Przycisnęła ręce do piersi i szepnęła przytłumionym od wzruszenia głosem:
— Przysięgam na imię mojej córki, jedynej istoty, którą kocham i opłakuję! — Lecz siły jej zostały wyczerpane.
Łzy potoczyły się z oczu, które natychmiast otarła konwulsyjnie zaciśniętemi pięściami, a rzucając się napowrót w fotel, zawołała:
— Skończmy już.... Takie sceny są po nad siły moje. Żądałeś prawdy, więc ci ją wyjawiłam... Pana de Villers nie kochałam... Ciebie nienawidzę za tyle okrucieństwa... a raczej nie wiem już, co kocham, a co nienawidzę, nie mam już odwagi, ani siły... Chciałabym zapomnieć... nie myśleć... Chcesz więcej jeszcze? Kiedy zanadto cierpię, uciekam się do środka zaleconego...
Wskazała palcem kryształową flaszeczkę, stojącą na kominku, napełnioną w połowie bezkolorowym płynem.
— Jest to trucizna straszna, lecz rozkoszna, przez nią zasypiam na kilka godzin! Staję się na pół umarłą i zapominam.
Admirał uchwycił flakonik. Na wierzchu wyrznięty był w szkle złowrogi napis: „morfina“.
— Jestem zmuszoną używać jej, lecz nie nadużywam, gdyż oprócz niej, nadzieja mnie jeszcze podtrzymuje.
— Powiadasz nadzieja, Heleno?
Podniosła w górę oczy, utkwiwszy je w jeden punkt i szepnęła, jakby we śnie:
— Mam nadzieję ujrzeć ją kiedyś, ją, moje dziecko, krew mojej krwi, niewinną, opuszczoną!... moją ukochaną Joannę!... Gdyby ta nadzieja opuściła mnie, umarłabym...
Zwiesiła głowę na piersi i admirał usłyszał łkanie, podnoszące lekką materję stanika, zobaczył łzy, spadające przez białe palce nieszczęśliwej kobiety.
Wtedy sam doznał gwałtownego wzruszenia. Stłumił dumę, mówiąc sobie, iż się omylił, uniesiony siłą gwałtownego charakteru, niesłusznie skarał ukochaną kobietę, że za błąd, łatwy do wytłumaczenia, kara była okrutna, nie dla człowieka, co ją zgubił, lecz dla niej, co zrobiła źle przez wspaniałomyślność swego serca.
Zbliżył się do Heleny, mówiąc:
— Posłuchaj.
— Czego chcesz?
— Możesz mnie nienawidzieć, gdyż nieszczęście jest większe niż sobie wyobrażasz!
Porwała się w najwyższej trwodze.
— Moja córka umarła! — wykrzyknęła.
— Dla czego tak myślisz?
— Zabiłeś ją również, jak jej ojca!...
— Przecież to była bezbronna istota — odezwał się łagodnym głosem.
— Więc cóż z tego?
Zawahał się przez chwilę.
— Trzeba, żebyś wiedziała Heleno — mówił dalej z wysileniem — iż wszystko to, coś mi powiedziała, dawno mi wyrzuca moje własno sumienie.
— A więc? — zapytała, pożerając go oczyma.
— Chciałem naprawić złe, którego stałem się przyczyną... oddać ci twoje dziecię...
— Tybyś to mógł uczynić?
— Przysięgam ci na mój honor!
— Błogosławiłabym cię!... Ubóstwiała!...
Na te słowa, ujrzała na zmienionej twarzy admirała taki wyraz miłości i bólu zarazem, że upadła przed nim na kolana.
— Oh! — zawołała — przed chwilą mówiłeś mi o warunkach... lecz jeżeli wiesz, co to jest serce kobiety, matki, powinieneś odgadnąć co się w niem mieści... Oddaj mi moją córkę, a łzy, tortury, rozpacz beznadziejną, nienawiść, wszystko zapomnę... Czy rozumiesz? Wszystko!
Klęcząc, wyciągnęła ręce do męża, błagalnie wołając.
Uchwycił je w swe dłonie cisnąc z mocą, podniósł i przycisnął do piersi. I wtedy opowiedział jej wszystko.
Okrucieństwo jego zemsty, to była miłość bezgraniczna ku niej. Wierzył, iż go zdradziła. A czyż każdy na jego miejscu nie byłby tego myślał? Zabił kochanka w uczciwy sposób, w pojedynku, nie mógł zaś patrzeć na jego dziecko, przypominające błąd popełniony.
Zresztą był to pierwszy wybuch strasznego gniewu, a nie był z tych, co podobne zniewagi pokrywają milczeniem. Musiał ją zmazać krwią.
Później godzina zastanowienia wybiła. Opowiadał tysiące szczegółów, chciwie chwytanych przez nieszczęśliwą matkę.
— Nie chciałem śmierci tego dziecięcia — mówił dalej, — uczciwy człowiek jest bezsilnym w obec bezbronnej istoty. Lecz to nie ją chciałem przez to ukarać.
Spojrzał na żonę wzrokiem, pełnym żalu.
— Ciebie chciałem ukarać, zmusić, abyś mnie znienawidziła, gdyż sam nie mogłem wymazać cię z mej pamięci. Cierpiałem strasznie po twym postępku, a myśl zrobienia ci krzywdy, boleści równającej się mojej, cieszyła mnie. Bretończycy są z natury swej zawzięci. Walczyłem lata całe, nie mogąc się pogodzić z myślą powrócenia do ciebie po twej zdradzie, bez ujmy dla samego siebie, dla mego honoru. Mówisz o dziecku, nie wiem czy wszyscy tak kochają swoje dzieci jak ty, Heleno, lecz czyż ja o tem sądzić mogę. Nie mam dzieci! Oddalony od ciebie setkami mil nawet, to też myślałem o tobie z najwyższą rozpaczą, czułem ciągle świeżą ranę w sercu po utraceniu ciebie. Nie mogłem dłużej znosić takich męczarni. Upłynęło już wtedy wiele lat od wypadków, zaszłych w La Roche-Morgat. Przyjechałem do Paryża z postanowieniem naprawienia złego, uczułem litość nad tobą. Córkę twoją umieściłem niegdyś u dobrze mi znanej uczciwej kobiety, która podjęła się wychować ją razem ze swemi dziećmi, dałem na potrzeby małej odrazu trzysta tysięcy franków, obiecawszy dać drugie tyle jak dorośnie, tylko, bojąc się wspomnień, przywiązanych do jej osoby, zabroniłem jej opiekunom pisywania do mnie o dziecku, chyba tylko w razie jej śmierci, lub braku pieniędzy. Nieotrzymawszy nigdy żadnej wiadomości od nich, byłem, pewny iż dziecko żyje! Pojechałem w okolicę Brestu. Jan Yandet opuścił te strony, osiedliwszy się w Jersey, natychmiast więc się tam udałem. Yaudet już nie żył, a żona jego wyjechała wraz ze swoją małą córką i tą którą jej powierzyłem, lecz nikt mnie nie umiał objaśnić dokąd się udały, sądzę tylko, iż musiały pozostać we Francji.
— Cóż tedy? — zapytała Helena, utkwiwszy wzrok w twarzy męża.
— Szukałem na wszystkie strony... Kazałem robić poszukiwania...
— I?
— Wszystko na daremnie.
— Mówiłeś o Janie Yaudet?
— Tak.
— O rybaku?
— Rzeczywiście... oprócz tego był jeszcze powroźnikiem, wyrabiając potrzebne sieci do statków, udających się na połów, był zdolnym rzemieślnikiem, lecz miał wadę prawdziwego Bretona...
— Lubił pić?
— Za często a rosło to jeszcze z wiekiem.
— Czy ten człowiek nie żyje?
— Oddawna.
— Naprzykład?
— Od przeszło dziesięciu lat.
— I od owej pory nie mogłeś odnaleźć wdowy?
— Straciłem wszelki ślad. Stało się coś niewytłumaczonego. Przerażony tem strasznem położeniem, nie śmiałem stawić się przed tobą... i napowrót zacząłem moje tułacze życie...
— I nie powierzyłeś nikomu dalszych poszukiwań?
— Owszem.
— Czy panu Raveneau?
— W samej rzeczy.
— I nie znalazł nic?
— Niestety nic!
— To szczególne!
— Prawda?!
— A teraz widziałeś się z nim, zapytywałeś?...
— Kiedy? — Po powrocie...
— Byłoby to napróżno.
Hrabina rozmyślała, pomieszana, z obłąkanym wzrokiem śmiertelnie blada.
— Tak więc moja córka stracona? — zapytała słabym głosem.
— Miejmy jeszcze nadzieję.
Jeżeli od lat dziesięciu szukaliście napróżno, czyż można mieć jeszcze nadzieję?
— Spróbuję... Poruszę niebo i ziemię...
— I mogłeś przypuścić, że ci przebaczę!...
— Heleno!
Stała oparta o marmurowy brzeg kominka, z pobladłemi usty od gniewu, z nienawiścią, a raczej z rozpaczą w twarzy, z konwulsyjnie zaciśniętemi na piersiach rękami, jak gdyby chciała wyrwać z serca straszna boleść.
— Ah! — zawołała nakoniec, dlaczegożeś przyszedł odebrać mi i te jeszcze nadzieje... Dotąd powtarzałam sobie, że nie mogłeś jej opuścić zupełnie... że czuwasz z daleka nad nią... aby nie popadła w jakie niebezpieczeństwo, o które drżę ciągle. Myślałam, iż taki pan, jak admirał de Vitray, bogacz miljonowy, oprócz jałmużny na chleb powszedni będzie czuwał i opiekował się słabą dziewczyną... że pozbawiając ją matki, zostanie sam jej opiekunem. Niestety, omyliłam się! Ah! muszę być przeklętą!
— Heleno, — mówił błagalnym głosem admirał, usiłując wziąść jej rękę.
— Puść mnie!
— A jeżeli jednak zło naprawię?
— To niepodobna.
— Jeżeli zwrócę ci córkę?…..
— Zapóźno!
— Czy zapomnisz o przeszłości?
Ukazał jej promień nadziei.
— Czy mamy się targować? — zapytała.
— Jest to łaska, o którą cię proszę.
— Łaska czy targ — odezwała się ponurym głosem to wszystko jedno, przyjmuję je, lecz, spiesz się gdyż przysięgam ci na zbawienie mojej duszy, że nie przeżyją tego ciosu.
— I ja ci powiem teraz: miej odwagę!
— Już jej nie mam.
— Poświęcę wszystko na ten cel.
— Pomyśl, że ona ma teraz lat dwadzieścia!
— Wszystko, co leży w ludzkiej mocy, uczynię!
— Obiecujesz mi?
— Przysięgam na honor!
— Powróć mi ją, a...
Ciężko westchnęła. Miłość dla dziecięcia walczyła z uprzedzeniem dawniejszem do męża, nakoniec wyciągnęła do niego rękę, mówiąc:
— Dla niej zrobię wszystko, co zechcesz!
Przez chwilę admirał zostawił w swej dłoni podaną mu rękę, następnie podniósł ją do ust i nie dodawszy ani słowa, wyszedł.
Pozostawszy sama, Helena upadła na kolana, a ukrywszy twarz w dłoniach, zalała się rzewnemi łzami.
Zginęła! Maż o niej nie wie, rzeczywistość przeszła jej najstraszniejsze obawy.
Czy ujrzy ją jeszcze kiedy? Co się z nią stało?
I kończąc gorącą modlitwę, ze łkaniem wyszeptała:
— Biedactwo moje! Boże, ulituj się nad nami!