Przejdź do zawartości

Dziewczyna bezimienna/Część druga/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles Mérouvel
Tytuł Dziewczyna bezimienna
Pochodzenie Kurjer Poranny 1893
Wydawca Feliks Fryze
Data wyd. 1893
Druk w Drukarni Rotacyjnej
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. La File sans nom
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


X.
Nędza.

Młoda dziewczyna z Moulin-Rouge szła sama spiesznym krokiem przez bulwar Clichy, który stawał się coraz bardziej ciemnym, w miarę jak się oddalała od miejsca wesołej zabawy.
Na rogu ulicy Houdon otwarta winiarnia zdaleka rzucała promienie kilku lamp gazowych. Młoda dziewczyna weszła tam.
Ulica Houdon, to nie wielkie bulwary i Michał Saint-Clair bardzo wielką miał słuszność w swych domniemaniach, iż rzeczywiście niebezpiecznie jest chodzić tamtędy przed północą, a później gorzej jeszcze.
Sala była przepełniona gośćmi, pomimo spóźnionej pory; miny tych panów nie wzbudzały wielkiego zaufania, a niektóre z nich kwalifikowały się prosto na szubienicę.
Po większej części wszyscy siedzieli, grając w karty lub w domino. Kilku stało przed cynowym bufetem, rozmawiając półgłosem, w niedbałej postawie, jak ludzie co mają chwilę wolną lub oczekują na kogoś.
Właśnie to oni najgorzej się tu prezentowali, a dwóch pomiędzy nimi przedstawiało parę skończonych łotrów, jedynych w swym rodzaju rozbójników zewnętrznych bulwarów.
Twarze ich były sine, cyniczne, wykrzywione dzikim, okrutnym wyrazem, bez zarostu, z blademi usty, okalającemi puste szczęki, ziejące wódką i tytoniem, brzydkie, potworne twarze, gniewne i podejrzane, z jakiemi zwykle wyobrażamy sobie rozbójników, których koniec bieżącego stulecia wydaje taką ilość obfitą.
Ubiór ich był tego samego rodzaju co oni godny rzemiosła, klasyczny strój rozbójników.
Oberwani, brudni, z cienkiemi łydkami, w butach powalanych, w kurtkach sukiennych, z krawatem, niedbale zawiązanym pod wykładanym kołnierzykiem, odkrywającym ptasie oskubane szyje, brakowało im tylko tradycyjnej czapki, któraby jak szyld świeciła na tych spłaszczonych czaszkach. Czapki te dawno już zarzucili. Obecnie miękkie filcowe kapelusze, z wielkiemi rondami, pogniecione, siedziały na łysych głowach.
W tej chwili smutne ich miny świadczyły, że im szczęście nie sprzyjało, brakowało roboty.
Charakterystycznym rysem tych ohydnych postaci jest to, iż zazwyczaj są bardzo mało rozwinięci i źle zbudowani, brak im zdrowej krwi w żyłach, a występek wykoszlawia ich od dzieciństwa. Przy dziennem świetle każdy z łatwością obronić się może od ich napaści, za to podczas nocy wetują sobie straty dzienne, a przyzwyczajeni do ciemności, widzą jak koty i zręczne zadają pchnięcia nożem w plecy zapóźnionego przechodnia, czy to mężczyzny czy kobiety.
Są to tchórze obrzydliwi, szczególniej kiedy im głód dokucza. Ci, co byli zebrani na ulicy Houdon, rzeczywiście przedstawiali się okropnie.
Na widok pięknej dziewczyny, wchodzącej do szynku, dwaj rabusie stojący na uboczu, tracili się łokciami, wykrzywiając potworne zęby.
— Niezły kąsek! — rzekł jeden.
— Wcale ładna, — odpowiedział drugi.
Dziewczyna stała na progu, nie wiedząc do kogo się ma zwrócić.
Olbrzymi chłop, bez surduta, ze złotym łańcuszkiem przy kamizelce, zbudowany jak herkules z Neuilly, z szyją jak u wolu i potężnemi ramionami, niezbędnemi do utrzymania tutaj wszystkich w należytym porządku, zbliżył się do niej zapytując grzecznie:
— Co pani sobie życzy?
Dziewczyna odpowiedziała nieśmiało:
— Jest już późno... sklepy wszędzie pozamykane... chciałam kupić jajek, chleba i wina... To dla chorej...
— Panienka chce to zabrać z sobą?
— Tak.
— Zaraz przyniosę.
Właściciel patrzył na nią ze zdziwieniem, lecz nie spuszczał z oka dawnych swoich gości. Nieznajoma nie była podobną do kobiet, przychodzących tu zwykle, a szczególniej o tej godzinie, więc też pośpiesznie uskutecznił jej żądanie, włożył do torebki papierowej tuzin jaj czerwonych, podawanych w każdej szynkowni dla wzbudzenia pragnienia, podał bochenek chleba i litr wina za osiemdziesiąt centymów.
— Ile się należy? — zapytała.
— Dwa franki osiemdziesiąt.
Z rękami pełnemi, niezgrabnie wyjęła z kieszeni jedną ze sztuk złota, danych jej przez bankiera.
Na brzęk złota dwaj bandyci nadstawili uszu: Olbrzym spostrzegł ich miny i spojrzał surowo. Jednocześnie — szepnął prędko dziewczynie, odprowadzając ją do drzwi.
— Czy pani mieszka w tej stronie?
— Tak.
— Czy ztąd daleko?
— Nie bardzo.
— Idź pani prędko i miej się na baczności.
Pobiegła szybko.
Jeden z łobuzów wyszedł za nią, patrząc w którą stronę się oddaliła, podczas tego drugi rzucił kilka miedziaków na stół.
Olbrzym zbliżył się do nich, mówiąc:
— Słuchaj bladasie, jeżeli urządzicie kawał, to powiem kto jest sprawcą. Jakaś biedaczka, co niema kawałka chleba w domu!
Drugi uderzył po pustej kieszeni od kamizelki, mówiąc krzykliwym i przeciągłym głosem:
— Głupcze jak się ma dobrą okazję, to się jej nie opuszcza.
— Dobrze wiedzieć, złodziejskie nasienie... Będziemy czuwać!
— Dla czego?
— No, no, wiadomo, co się to ma znaczyć.
Blądas odpowiedział na to, zwracając się do towarzysza:
— Chodź Taraud, Moulin-Rouge już zamykają, a my tu siedzimy jeszcze.
Za chwilę już ich nie było.
Skrzydła Moulin-Rouge stały już spokojnie, lecz światło czerwone daleko rzucało swój odblask krwawy. Ciemność w sąsiednich ulicach tembardziej zdawała się ponurą i straszną po tej powodzi światła.
Młoda dziewczyna zniknęła w ciemnościach, przejęta obawą pod wrażeniem słów tylko co usłyszanych i z trwogą patrząc na ciche ciemne ulice, śpieszyła się idąc pod górę ulicy Houdon. Wszystkie domy już dawno były pozamykane, a żaluzje i okiennice pospuszczane, jak gdyby przed napadem złoczyńców lub włóczęgów.
Kilka latarń gazowych słabe dawało światło, ani jednego sierżanta nie było widać w pobliżu, ci zwykle tutaj się nie ukazują, za to pełno ich w środku miasta. Od czasu do czasu zapóźniony przechodzień powracał do domu, galopem przebiegając obok dziewczyny.
Z głębi dalszego Paryża szmer głuchy dolatywał, czyniąc wrażenie przypływu morskiego. To powozy, unoszące publiczność z teatrów do domu, tylko tutaj żadnego widać nie było, tutejsi mieszkańcy bowiem nie pozwalali sobie na taki zbytek, jak teatr lub powóz.
Szła już z dobry kwadrans co raz dalej zapuszczając się pomiędzy puste place i zapadle uliczki, kiedy na chwilę przystanęła aby odetchnąć.
W tej samej chwili z za węgła przeciwległego muru ukazały się dwie ludzkie postacie i dał się słyszeć ochrypły głos:
— Stój!
— Miejsce doskonale się nadawało do napadu. Naprzeciwko grupy, złożonej z młodej dziewczyny i dwóch złoczyńców, ulica Tourtaque przerzynała na dwie części smutny, ponury plac, okolony murem. Był to cmentarz du Nord, olbrzymia przestrzeń, zapełniona trupami, na lewo i na prawe ulica Chasseloup, zabudowana małemi domami z gipsu, pomiędzy wielkiemi placami a raczej składem wszelkiego rodzaju rupieci i zgnilizny wielkiego miasta, kupą śmieci zapowietrzonych siejących tyfus i gorączkę, królestwo gałganiarzy i wszelkiego błota, drugi prawdziwy cmentarz śmieci Paryża.
W domach, zamieszkałych po największej części przez biednych urzędników, robotników z fabryki gazu, konduktorów omnibusowych, zmęczonych całodzienną pracą, spali wszyscy głębokim snem, obojętni na nocne napady, przyzwyczajeni do bójek ulicznych, głusi na rozpaczliwe krzyki ofiar rozbójników.
Usłyszawszy rozkaz takim tonem od dwóch wspólników, nieszczęśliwa zadrżała.
Przestrogi, dane przez właściciela w winiarni przyszły jej na myśl, oraz zaczęła gorzko żałować, że nie przyjęła pomocy wspaniałomyślnego protektora.
Lecz w tej chwili zapóźno było żałować, szczęściem iż odważną była.
W jednej chwili zdała sobie sprawę z niebezpieczeństwa w jakim pozostawała. Nie chciała wołać pomocy, widząc iż byłoby to nadaremnie.
— Czego chcecie? — zapytała, usiłując mówić bez drżenia w głosie.
Złoczyńcy popełnili wielki błąd. Chcieli z niej zażartować i zabawić się dowcipem.
Czy słyszysz bladasie, — odparł jeden z nich zbliżając się o parę kroków, — panienka chce wiedzieć, co my chcemy. Cóż byśmy mogli chcieć od młodej dziewczyny? Odprowadzić kawałek drogi i powiedzieć kilka przyjacielskich słówek do uszka.
Postąpił jeszcze bliżej. Joanna cofnęła, się mówiąc:
— Nie zbliżajcie się, bo zawołam o pomoc!
Włóczęga zaczął się śmiać jeszcze lepiej.
— Kogo? — zapytał. Czy nieboszczyków, co tu leżą? To nie wielka pociecha.
Drugi przyszedł w pomoc towarzyszowi.
— Dalej, — zawołał, — nie mamy czasu de stracenia, moja sarenko. Odmawiasz nam przyjaźni, to dawaj pieniądze.
Drugi rzucił się naprzód.
Z daleka słychać było iż ktoś nadchodził.
— Gdzie masz pieniądze... dawaj prędko — zawołał rozkazująco, podnosząc nóż do góry, — spiesz się i nie krzycz... to zwierzę które trzymam w ręku, gryzie.
Kroki co raz się zbliżały. Na ich odgłos napastnik na chwilę się odwrócił i to ich zgubiło.
Butelka z winem, którą trzymała w ręku młoda dziewczyna spadła mu na czaszkę jak maczuga.
Zachwiał się, oślepiony krwią spływającą z rany zadanej, kawałkami szkła od butelki, lecz trzymał się na nogach.
Bladas rzucił się na pomoc towarzyszowi.
Dziewczyna uciekała, wołając ratunku. Położenie jej było krytyczne, została pozbawioną jedynej broni. Sądziła iż jest zgubioną.
Lecz nagle, szybki jak błyskawica młody człowiek rzucił się pomiędzy dwóch złoczyńców, a ich ofiarę.
— Upuść mu trochę krwi, zaryczał ranny.
Bladas bardzo byłby rad to uczynić, lecz nóż wypadł mu z ręki. Palce nowoprzybyłego ściskały mu z całej siły rękę, a uderzenie pięścią powaliło go na ziemię.
Pozostał zemdlony na chodniku.
Jego towarzysz, krwią zalany, ze zranioną twarzą, uciekał co miał siły zniknąwszy wkrótce w cieniach nocy.
Nastąpiła cisza, żadne okno się nie otworzyło, żaden policjant nie nadbiegł, dziewczyna pozostała sama naprzeciwko swego wybawcy.
— Już po wszystkiem, — odezwał się tenże. Nie obawiaj się pani, gdyż cię nie pozostawię samą.
— Jakże panu jestem wdzięczną!
— Gdzie pani mieszka?
— O parę kroków ztąd.
— W której stronie?
— Około drogi do Carrières.
— Nie znam. Co za pustka! Jak, można mieszkać w tak niebezpiecznem miejscu?
— Stało się to przypadkiem, a przytem, jeżeli mam wyznać prawdę, z potrzeby!...
Odpowiadała zaledwie zrozumiałym głosem. Scena ta trwała kilka minut. Oboje szli dalej powoli.
Na rogu ulicy Dauremont, mały staruszek dogonił ich zdyszany, ocierając pot z czoła. Wszyscy się zatrzymali. Światło latarni padło na twarz młodego człowieka.
Dziewczyna krzyknęła zdumiona, wybawiciel jej przywiódł te same wspomnienia, jakie ona w nim obudziła.
— To ty! — zawołała.
Wyciągnęli do siebie ręce, poznali się.
— Tak, to ja, — odparł. Mieszkałaś w Cherbourgu Joanno, nieprawdaż?
— Rzeczywiście.
— W maleńkim domku, we wsi đu Mesnil?
— W samej rzeczy.
— Około klasztoru dos Dames Blanches?
— Tak.
— Co za szczęście iż cię odnalazłem! Ach, jakże często myślałem o tobie, nie wiedząc gdzie jesteś. Lecz co tu robisz i dla czego tu mieszkasz?
I chciał dodać jeszcze: dla czego byłaś w tem obydnem miejscu gdzie cię poznałem? lecz się zatrzymał.
— To bardzo bolesna historja — odpowiedziała zmienionym głosem. — I nie jest to miejsce, ani godzina abym ci ją opowiedzieć mogła. Powiedz mi raczej, jakim szczęśliwym trafem znalazłeś się tutaj?
— Bardzo prostym. Przed chwilą wyszłaś z Moulin-Rouge? Pomimo ciemności mógł zobaczyć, jak na te słowa twarz dziewczyny okryła się rumieńcem.
— To prawda, szepnęła spuszczając głowę.
— Właśnie cię tam spostrzegłem, Pojmujesz moje zdumienie... Własnym nie wierzyłem oczom... Ty pomiędzy tłumem tych kobiet! Tak byłem zdumiony, iż zaczynałem wątpić, że to ty być możesz...
— Niestety....
— Nakoniec chciałem się przekonać... zapewnić czy to naprawdę moją małą Joasię z du Mesuil widziałem przed sobą... Czekałem na ciebie u wejścia, widziałem wchodzącą do winiarni... zostałem tak mocno zaintrygowany, że postanowiłem iść za tobą do drzwi tego domu, aby cię nie utracić znowu... Jak widzisz, nie ma w tem nic nadzwyczajnego... ci dwaj złoczyńcy pobiegli naprzód, aby cię napaść... I wtedy przybiegłem...
Młoda dziewczyna szła powoli w milczeniu. Dwóch nieznajomych postępowało obok niej.
Po kilku minutach zatrzymała się przed domem trzypiętrowym ponurym, smutnym, którego okna bez żaluzji wychodziły na cmentarz Montmartre.
Miejscowość ta jest bez zaprzeczenia, najwstrętniejszą z całej okolicy Paryża, choć przecież niebrakuje okropnych.
— Mieszkam tutaj, — odezwała się, jakżebym chciała dowieść ci mej wdzięczności!
— Nic łatwiejszego.
Młody człowiek wyjął z kieszeni notatnik, wziął z niego swoją kartę i podał ją młodej dziewczynie, mówiąc:
— Oto mój adres. Przyrzeknij mi, że przyjdziesz do mnie, abyśmy mogli pomówić. Jest to wszystko, czego od ciebie żądam. Czuję, że musisz być bardzo nieszczęśliwa.
— O tak.
— Może być, iż nastąpi koniec trosk twoich.
— Cóż mógłbyś dla mnie uczynić?
— Wszystko, co zechcesz.
— Boże! Czy to podobna?
— Miej nadzieję. Kiedyż przyjdziesz do mnie?
— Kiedy chcesz.
— Zatem jutro.
— O której godzinie?
— Rano około dziesiątej. Czy zgadzasz się?
— Czyż mogłabym odmówić?
— A więc do jutra.
— Do jutra.
Zbliżył się do niej, mówiąc półgłosem:
— Tylko nie zapomnij twej obietnicy, Joanno, błagam cię!
Wziął ją za rękę i uścisnął z całej siły, szepcząc do ucha:
— Do jutra!
Weszła do ciemnego korytarza, a zatrzymawszy się chwilkę, aby trafić dop schodów, usłyszała, jak młody człowiek odezwał się do swego towarzysza po angielsku.
— Tak, to ona! Jakże jest piękna i jakże jestem szczęśliwy!
Uśmiechnęła się, słysząc te słowa. Jakże to dawno temu, kiedy śmiała się po raz ostatni.
Z trudnością zapaliwszy zapałkę o wilgotny mur korytarza, przy tem słabem światełku szybko wbiegła na ostatnie piętro. Tutaj mieszkała, lecz nie mieszkała sama.
Otworzywszy drzwi, usłyszała żałosny głos dziecka, wołającego:
— Czy to ty, Joanno?
— Ja.
— Nareszcie!
— Nie spałaś?
— Nie. Głodna jestem.
Zupełna ciemność panowała w izdebce. Młoda dziewczyna zapaliła małą naftową lampkę, oświecając nagie ściany ubogiego mieszkania. Składało się ono z pokoju i ciemnej komórki.
W starym podartym fotelu, okryta łachmanami, siedziała niemłoda kobieta. Ślady cierpienia malowały się na jej twarzy, pokrytej zmarszczkami, o gorączkowych wypiekach, a błędne oczy patrzyły bez wyrazu przed siebie.
Kiedy młoda dziewczyna zbliżyła się z kolei do niej, nie spojrzała na nią, tylko palec położyła na ustach, zapewne na znak, że również głodną była. Zwierzęca radość błysnęła jej w oczach na widok chleba i jajek, przed nią położonych.
Z anielską cierpliwością młoda dziewczyna wzięła się do karmienia staruszki, która jak małe dziecko spożywała kąski, kładzione jej do ust, podczas tego mała dziewczynka usiadła na łóżku, czekając aż na nią kolej przyjdzie.
Nakarmiła obiedwie, napoiła wodą, pozostałą w karafce i dopiero wtedy zjadła sama kawałek suchego chleba.
Następnie rozebrała chorą, a raczej obłąkaną, z czułością córki i położyła ją spać na wielkiem żelaznem łóżku.
Biedna kobieta pozwoliła na wszystko bez najmniejszego oporu, jak bryła bez żadnego czucia, siły i woli, a kiedy młoda dziewczyna rzekła jej: „Spij!” zamknęła posłusznie oczy, nucąc za chwilę piosenkę bretońską, którą tak można przetłumaczyć:

Burza zabrała mi ojca...,

A praca zabiła matkę...
I dziś zostałam sierotą
Bez dachu, ognia i chleba.

Lecz ja nie dbam, co to nędza,
Bo cóż mnie obchodzi droga,
Która prowadzi do grobu!

Młoda dziewczyna słuchała, stojąc przy łóżku, a dopiero, kiedy piosenka umilkła powtórzyła łagodnie:
— Śpij!
Obłąkana wymówiła jeszcze kilka słów, zaledwie zrozumiałych:
— La Roche-Morgat!... Vitray... Młode lata moje...
Nakoniec cicho zasnęła.
Z małego łóżeczka dziecko wyciągnęło rączki do Joanny.
Pobiegła ku niemu, tuląc jasną główkę do piersi, mówiąc z czułością:
— Śpij, droga dziecino!
Była to śliczna, dziesięcioletnia może, dziewczynka, o twarzyczce madonny, ze złotemi włoskami, jakie często spotkać można w Bretanji, szczególniej po nad północnym brzegiem lub w okolicy Morbihan.
— Zkąd przyszłaś? — spytała.
— Jutro się dowiesz, dziś już jest późno... Upadam ze znużenia!
— Biedna siostrzyczka!
A spojrzawszy na łóżko, gdzie leżała chora, dodała jeszcze:
— Biedna mama!
Lecz uczuwszy łzy, spływające na nią z oczu schylonej nad nią dziewczyny, rzuciła jej się na szyję, nie wymówiwszy ani słowa.
Oswobodziwszy się z uścisku, Joanna rzuciła wzrokiem na około siebie, z pogardą i nienawiścią patrząc na nędzę, wychylającą się z każdego kąta, marszcząc brew i czoło białe, jak z najpiękniejszego marmuru.
Oto do czego doszła po półtora rocznej walce i zabiegach, aby znaleść pracę i zarobek dla nich trojga. Obeszła wszystkie biura i magazyny, sztukała do wszystkich drzwi, gdzie tylko miała choć cień nadziei, że będzie wysłuchaną.
Cóż za to uzyskała? Nic, prócz odmowy, upokorzenia i obelgi, zaledwie czasem słysząc życzliwsze słowo, co ją podtrzymywało na duchu.
Czyż życie byłoby wałką, w której, aby nie poledz, trzeba zostać bez litości w sercu?
Raz jeden odważywszy się wejść do przytułku hańby, dostała jałmużnę z kilkunastu sztuk złota i tę jej chciano odebrać wraz z życiem!
Czyżby miała się stać podobną innym, chciwą, egoistkaą, nawet okrutną w potrzebie?
Dla czegóżby nie? Czyż nie starała się pozostać uczciwa? A co jej przyszło z tego, że się brzydziła złem? Nędza, pogarda i poniżenie!
Nakoniec cała jej istota buntowała się przeciwko takiemu położeniu rzeczy. Cierpienie ją zmęczyło, a szczególniej widok cierpienia tych, których kochała. Jeszcze raz spojrzała w koło na liche sprzęty, tak mało licujące z jej uderzającą pięknością i przejął ją niewymowny wstręt.
Rzeczywiście było tu pusto i smutno, chociaż czystość panowała możliwa.
W tej chwili cały dom był uśpiony, było około drugiej rano. Po największej części mieszkali tutaj robotnicy z fabryki gazu. Upadała ze zmęczenia. Zabrała małą lampkę ze stołu, weszła do ciemnego pokoiku, rozebrała się i rzuciła na materac, rozpostarty na ziemi. Lecz, pomimo zmęczenia, spać nie mogła, czuła się chorą, zdenerwowaną, a wieczorne wypadki nie schodziły jej z myśli.
Po pewnym czasie uspokoiła się i z radością uśmiechnęła się na wspomnienie swego młodego wybawcy.
Pomimo tylu lat niewidzenia, pamiętała go doskonale, jak codzień przychodził przed ich domek w du Menisl, zatrzymując się zawsze, aby z nią porozmawiać choć chwilkę. Pamiętała nawet, że się nazywał Janem.
Co za śliczne imię! Tak, na pewno Jan, imię to było wyryte w jej sercu, jak również i postać młodego chłopca mieszała się do wspomnień jej lat dziecinnych.
Zaczęła szukać karty, zostawionej w kieszeni sukni, rzuconej na posłanie, a nie mogąc jej znaleść, podniosła się. Stała tak prawie naga, okryta zaledwie spadającą koszulą, rzeczywiście wspaniała urodą i młodością. Cudownych kształtów nie uszkodziła nędza, opierała się jej, jak się opiera marmur przeciw wichrom i burzy. Była mocna zdrowa, a wielkie ciemne oczy uderzały wyrazem otwartości i prostoty.
Biletu znaleść nie mogła, z żalem myśląc, że go zgubiła, a przez to utraciła możliwe szczęście, a nawet kto wie, czy nie miłość także!
Pamiętała palący i zarazem pieszczotliwy wzrok młodego człowieka i w nędzy swojej na nim budowała swe nadzieje. A zresztą on sama ją natchnął tą nadzieją!
Stary pan także zrobił na niej wrażenie, tylko nie takiego rodzaju i nie tak gwałtowne.
Obadwaj ocalili jej życie.
Nazwisko pierwszego doskonale pamiętała i dla większej pewności zapisała je w książeczce z adresami:
— Pan Saint-Clair, ulica Cambon.
Bankier! Doskonale pamiętała i zachowała w swem sercu wdzięczność dla niego.
Nakoniec znalazła drogocenną kartę i zbliżywszy ją do lampki, przeczytała:

„Juan Rodriguez”.

A z boku: Bossano, Champs-Elysées“. Zdawało się jej, iż się myli.
Co to za cudzoziemskie imię! Co za tajemnica? W Cherburgu nazywał się, po prostu Jan-Maurycy. Dla czego taka zmiana? A przytem wydał jej się obecnie bogaty, podczas kiedy dawniej nie był nim z pewnością, lecz ta zmiana mogła bardzo naturalnie nastąpić.
Chciał ją zobaczyć! Lecz i ona pragnęła tego gorąco.
Nie bała się tego, co mógłby jej powiedzieć, gdyż nie mogła już nic przenieść gorszego od losu, który się z nią tak okrutnie obchodził. Była samą, bez opieki i pieniędzy, pośród olbrzymiego miasta gdzie doznała zawodu, mając do tego na swej głowie dwie istoty nieudolne do pracy: obłąkaną matkę i dziecko!
Kto wie? A może właśnie ten młody człowiek wydostanie ją z nędzy, jak ją wyrwał z rąk rozbójników? A czyż by to byle coś niepodobnego?
Nieszczęście czyni nas przesądnymi. Spotkanie owe zaczęła uważać jako przepowiednię końca jej wszelkich utrapień.
Zmęczenie nareszcie wzięło górę nad rozbujałą fantazją, zasnęła z obrazem swego wybawcy, a jej ostatnia myśl, walcząca z resztką świadomości, była:
— Jutro... ponieważ on tak chce... pójdę!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles Mérouvel i tłumacza: anonimowy.