Przejdź do zawartości

Dziewczyna bezimienna/Część druga/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles Mérouvel
Tytuł Dziewczyna bezimienna
Pochodzenie Kurjer Poranny 1893
Wydawca Feliks Fryze
Data wyd. 1893
Druk w Drukarni Rotacyjnej
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. La File sans nom
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VI.
Serce matki.

Były same. Całe ożywienie uroczystości skoncentrowało się w salonach, gdzie tańczono oraz w gabinecie, gdzie kilku gości zbyt dojrzałych do tańca, oddawało się grze w wista.
Zaledwie od czasu do czasu kilka par przesunęło się przez aleje oranżerji by na chwilę powrócić do salonu. Pani de Saint-Béran była zdumiona egzaltacją młodej kobiety. Nigdy nie widziała jeszcze Heleny tak wzburzonej.
Była ona zawsze łagodną, uległą niemal do słabości, ale oto posąg się ożywił i wszystko w niej objawiało boleść gwałtowną, blizką wybuchu. Markiza obserwowała ją ze zdziwieniem.
Cóż takiego miała usłyszeć?
Dotychczas tajemnica z Roche-Morgat była doskonale zachowywaną. Dwadzieścia lat minęło, a hrabia de Vitray, jak Bretończyk hardy i niewzruszonej woli, nie powierzył z niej ani słowa najlepszym swym przyjaciołom.
Jedynie Maurycy Colombey słyszał jego zwierzenia i trzeba dodać na jego pochwalę, że ich nie zdradził.
Adwokat i ksiądz mają tę dobrą stronę w swym zawodzie iż można powiedzieć, że wiele słyszanych wyznań tracą z pamięci.
Bądź co bądź są posłuszni prawu milczenia, które im zamyka usta.
Żadna skarga nie wymknęła się marynarzowi. Rozłączając się z żoną, nie oskarżał jej.
Kiedy konieczność powoływała go do Paryża, bawił możliwie krótko, ale bez ostentacji, okazując Helenie względy należne jej od niego w oczach świata, zachowując tylko dla najbliższych wiadomość o zupełnem zerwaniu z nią.
Zresztą w ciągu dwudziestu lat widziano go wszystkiego dwa miesiące w jego apartamencie na bulwarze Haussmanna i to w pięciu lub sześciu oddzielnych pobytach.
Młoda kobieta ze swej strony pokrywała ten rozdział częstem wydalaniem się, to do Bretanji, do swej rezydencji Vitray, lub do Roche-Morgat; to znów wycieczkami w Pireneje do Luchon lub Canterets, albo do wód różnych. Jedyną jej towarzyszką w każdej podróży była jej pokojówka, owa Ludwika, która jej nigdy nie porzuciła, a z którą mogła przynajmniej z wylaniem serca mówić o swych smutkach, o żałobie swej duszy.
Pozostawała ona dla świata zagadką nieodcyfrowana, którą nie zajmowano się więcej po bezużytecznych usiłowaniach przeniknięcia tej tajemnicy. Paryż nie lubi spraw, długo się ciągnących.
Tylko stara markiza, sąsiadka, przyjaciółka, krewna nawet admirała, więcej z tego zgadywała niż inni. Rozumiała ona nieszczęście, pomimo że nie znała jego przyczyn.
Kiedy hrabina zawahała się, wzruszona, z przerażeniem zwracając się w przeszłość, którą miała poruszyć, pani de Saint-Béran rzekła:
— No... odwagi... cóż się to stało?
— Dramat przerażający...
— Między wami?
— Tak straszny, że nie śmiem go opowiedzieć.
I nagle zabrała głos:
— Z tem wszystkiem — zaczęła — ma pani słuszność. Tajemnica ta zabija mnie i to nie od dzisiaj. Któż może przypuścić męczarnie, jakie przeniosłam! Czy przypomina sobie pani okoliczności, poprzedzające moje zamążpójście?
— Prawie...
— Wie pani, z jaką trudnością zgodziłam się na poślubienie pana de Vitray.
— Rzeczywiście... Nie będę skrywała przed tobą, że byłam tem niezmiernie zdziwioną.
— Miałam swoje powody.
— Kochałaś innego?
— Nie, ale wiedziałam, że byłam kochaną i nie mogłam się zdecydować, by zadać cios temu, który mię kochał. Nie mogąc więc należeć do niego, nie chciałam być niczyją...
— Jakto?...
— Po śmierci matki mojej, zostałam przygarniętą przez krewną, mało co bogatszą odemnie...
— Wiem to.
— Biedna to kobieta, która umarła później ze zmartwienia, miała syna Jerzego de Villers.
— Oficera piechoty morskiej?...
— Właśnie.
— Który zniknął... Dzienniki mówiły o nim w swoim czasie.
— To prawda. Wychowałam się z nim razem... Byliśmy oboje biedni, dorośliśmy razem. On by starszy o lat kilka odemnie... O miłości nie mówił nic nigdy, ale są wyznania, których nie ma potrzeby słuchać. Kochał mię namiętnie. Ja miałam dla niego uczucie siostry...
— Czyż nic więcej?
— Przysięgam na to. Kiedy porzucałam jego rodzinę, aby wejść do domu pani i on nie mógł już tam pozostać. Wszedł do marynarki, by prędzej awansować. Otrzymał poważną posadę, był inteligentny, miał drogę otwartą przed sobą. Okoliczności mu sprzyjały. Kiedy wychodziłam za mąż, był w naszych kolonjach, a w kilka dni później otrzymał nominację na podpułkownika i w tymże czasie dowiedział się, że jestem hrabiną de Vitray. Byłam już po ślubie, kiedy przysłał mi list rozpaczliwy, który ukryłam starannie przed mężem. Zawierał on wymówki bolesne, na które nie zasługiwałam. Nie obiecałam mu nic, niemniej zrozumiałam i uznawałam jego rozpacz. Cóż mogłam uczynić? Odpowiedziałam mu, że nie może niczego oczekiwać odemnie, chyba przyjaźni stałej i niezmiennej. Ofiarowałam się pomódz mu, jakbym pomagała bratu, wesprzeć go. Przypomniałam, że nigdy nie odkrył mi swych uczuć, że nie byłam zobowiązaną względem niego.., że o nic mnie nie prosił, a więc byliśmy wolni oboje. Krótko mówiąc, przemawiałam doń ze szczerem uczuciem, ale tonem, niedozwalającym żadnej nadziei. Pani jest kobietą i może mię zrozumieć.
Byłam bardzo wzruszoną zawodem, do jakiego się przyczyniłam, a który zresztą przewidywałam. Jerzy zachowywał milczenie przez kilka miesięcy. Nie słyszałam więcej nic o nim, oprócz tego, com się dowiedziała z kilku listów jego matki. Sądziłam, że się uspokoił, pogodził z mojem małżeństwem, wziął jakto mówią, na rozum i zapomniał. Pan de Vitray pojechał. Według jego przewidywań, podróż powinna była trwać pięć do sześciu miesięcy... Wsiadł na okręt, mając sobie powierzone ważne zlecenie. Był nieobecny zaledwie od tygodnia, gdy pokojówka oddała mi bilet. Był on od Jerzego. W kilku wierszach prosił mię o schadzkę. Ze zdań, jakiemi się posługiwał, wniosłam pewien bezład myśli, prawdziwą egzaltację. Chciałam go uspokoić i poszłam na oznaczone miejsce, które nie mogło mię przecież narazić. Jerzy był w hotelu de Bude, na Wielkich Bulwarach. Czegóż mogłam się obawiać? Zresztą, ufałam mu, bo znałam jego szlachetny, prawy charakter... Uczucie nie rozumuje. Gdy znalazłam się w jego pokoju, rzucił mi się do nóg, wyrażał się w słowach gorących opowiadał mi swą rozpacz, projekty, zemsty, nienawiść, którą był dręczony, zazdrość wściekłą. Napróżno siliłam się przywieść go do rozumu. Zagroził mi zabiciem się w mych oczach, jeśli odmówię jego prośbie. Opierałam się wszystkiemi siłami, lecz widziałam go gotowym do wypełnienia swej groźby z rewolwerem w ręku... Obawiałam się skandalu, drżałam i straciłam głowę, myślałam o matce jego, o tej biednej kobiecie, której winną byłam tyle...
— Uległaś?...
Hrabina zwiesiła głowę.
Pani de Saint-Béran poruszyła ustami z wyrazem gniewu.
— Na moje nieszczęście — szepnęła Helena — na zgryzotę mego życia!
— Tak, — to było zgubne, lecz złe się stało.
— Jego następstwa musiały być dla nas nieszczęsne.
— Dziecko... mąż nieobecny... rozumiem wszystko.
— Wszystko? — rzekła gorzko hrabina. — Nie! Rzeczywistość była gorsza, niż to, co pani możesz przypuszczać. Byłam winna...
— Niedoświadczoną przede wszystkiem.
— Nie, winną, chcę tego, powtórzyła Helena gwałtownie. Powinnam była się opierać, bronić do końca, chociażby do śmierci tego nieszczęśliwego. Zabiłabym matkę tem samem lecz mniejsza! Obowiązek jest prawem niewzruszonem... ale jakąkolwiek była moja wina, czyż zasługiwałam na podobną pokutę? Powróciwszy do domu, zrozumiałam całą grozę mego położenia, napisałam ze swej strony do Jerzego, wyrzucając mu jego postępek. Ale jeśli zemście jego stało się zadość to i uczucie wzmogło się w nim do szaleństwa. Niemniej, pomimo jego próśb i gniewu, niewidziałam go więcej. Pozostałam w największej samotności. Oddział jego odesłany został do Brest’u więc zmuszony by iść za nim. Mieszkałam w Paryżu, ale wkrótce prawdziwa trwoga na mnie uderzyła, błąd jego i mój miał mieć następstwa. Przebyłam kilka miesięcy pośród obawy, którą możesz pani zrozumieć. Drżałam co chwila na myśl zobaczenia męża, mego sędziego.
Co się stanie ze mną? Co mu powiedzieć?... Szczęściem podróż jego się przeciągała, a z nią wstępowała powoli nadzieja. Niestety! Jakżem miała być zawiedzioną! Możesz pani się domyślać, jakie zamiary plątały mi się po głowie. Chwilę wierzyłam, że można będzie wszystko ocalić, honor i spokój mego męża, moje bezpieczeństwo i wreszcie to dziecię, które miało być dla niego przedmiotem nienawiści i grozy. Pozyskałam sobie dwoje starych służących bretońskich, tych, których pani zna...
— Dozorcy z La Roche-Morgat?...
— Ci sami... Roguen’i, dzielni ludzie, przywiązani do swego pana i bezinteresowni. W ostatniej chwili schroniłam się do La Roche... Tam to powiłam w tajemnicy córkę. Miałam dobre wiadomości, pan de Vitray miał wrócić w kilka tygodni później. Upewniono mię co do tego... Oddawna już doniosłam o mem nieszczęściu sprawcy tegoż. Wobec wielkiego zła, jakie mi wyrządził, egzaltacja jego zniknęła... Myśl o cierpieniach jakie przenosiłam przyczyniała mu wiele prawdziwych wyrzutów. Nie wiem, jakim sposobem dowiedział się o miejscu mego ukrycia, które taiłam starannie. Przyszedł tam nocą, by mnie zobaczyć, prosić o przebaczenie i pożegnać raz ostatni. Przysięgał mi, że się nie zapomni, że będzie postępował jak człowiek honorowy, że nie będzie się starał widzieć ze mną...
— Czcze przysięgi! — szepnęła markiza.
— Może być! W każdym razie czułam się ocaloną. Było to jednego wieczoru jesiennego, o dziewiątej godzinie. Znasz pani La Roche-Morgat... Byłam sama. Ludwika opóźniła się z powrotem z Brestu, gdzie poszła odebrać moje listy. Jerzy był u mych nóg... Powtarzał wszystkie obietnice, jakich wymagałam od niego...
— Pan de Vitray wszedł?
— Tak!
— A czyż to kiedy inaczej się kończą podobne historje?
— Nieszczęście moje miało być zupełne, nie próbowałam też nawet bronić się. Na co? Któryż człowiek rozgniewany mógłby dać wiarę temu, co pani dopiero usłyszała? Pan de Vitray był drwiący, Jerzy się obwiniał, ale napróżno, przywiódł tylko sarkazm na usta męża mego. Zimna krew u tego człowieka jest godną podziwu, ale gniew jego chociaż skrycie powściągany, był niemniej straszny. Sadziłam, że będziemy zabici oboje! Czemuż niepodobało się Bogu, by się tak stało, byłabym niej cierpiała. Pan de Vitray przyniósł dwa rewolwery, jeden z nich rzucił pod nogi Jerzemu, który nie chciał się bronić, ale Maurycy przeszkodził temu strasząc go śmiercią dziecka. Nie była to groźba daremna. Bili się. Padłam bez przytomności, a kiedy przyszłam do siebie, ujrzałam mego męża zakrwawionego. Spytał mię o córkę. Jerzy leżał bez życia, uderzony kulą w serce. Byłam bez sił, omdlewająca, matką od tygodnia zaledwie, przerażona strasznym widokiem, który miałam przed oczyma. Hrabia zagroził mi zgotowaniem tego samego losu dziecięciu, co ojcu, jeśli nie przyznam się. Ustąpiłam... Było to poświęcić krew moją, moją córkę... Nie mam już odwagi kończyć. Znikła ona w nocy a odtąd nie słyszano już nic o niej. Nie wiem, co się z nią stało!
— A twój kochanek?
— Mąż napisał kilka wierszy, by mi oznajmić, że morze stało się jego grobem.
Pani de Saint-Béran rozmyślała. Żadne z przypuszczeń, jakim się oddawała, nie było zbliżone do okropnej rzeczywistości.
Patrzyła z litością wielką na hrabinę, która cierpiała podwójnie, słuchając wesołych dźwięków orkiestry, dolatujących zdala.
— A potem?... — zapytała po chwili milczenia.
— Odtąd — przemówiła Helena z bolesną ironją — oczekiwałam napróżno powrotu pana de Vitray. Mówiłam sobie, że pomimo swej nieugiętości, przedstawi mi swe warunki, miałam nadzieję w jego uczciwości, przypuszczałam, że będzie miał litość nad dzieckiem, że nie będzie go chciał wystawić na niebezpieczeństwa, którym podpadają dziewczyny biedne. I oto lata przeszły... on nie powrócił.
Helena stała się bardziej ponura.
— Teraz — dodała ona z głuchą irytacją — myślę, że córka moja, Joanna, będzie miała lat dwadzieścia, a serce mi mówi, że żyje i jest nieszczęśliwą, więcej niż nieszczęśliwa, nędzarką...
— Może być...
— Jestem tego pewna — zaczęła matka, ożywiając się. — Serce mi to mówi i nie mam chwili spokoju! Póki była małą, mówiłam sobie, że nie rozumiała, nie miała upokorzeń, wstydu do znoszenia, niebezpieczeństw do obawiania się. Dziecko!.. Natury najbardziej grubijańskie, zbrodniarze nawet szanują je!.. Dzisiaj, ja drżę, bezustannie myśląc o niej! Najwstrętniejsze przeczucia mnie przygniatają! Oh! ten człowiek, który mi ją wziął, wykradł, jak ja go nienawidzę!
Mówiła z uniesieniem, do którego markiza nie uważała ją zdolną.
Wszystko inne, śmierć Jerzego, cierpienia, które mi wymierzał, okrucieństwo jego względem mnie i tego nieszczęśliwego, przebaczyłabym mu, ale tego, co zrobił z moją córką, nigdy!
— To zbrodnia nie do przebaczenia, to hańba dla niego, to też go nienawidzę, nienawidzę go śmiertelnie! A teraz on ma przyjść. Chciałaś pani wszystko wiedzieć, powtórz i jemu to wszystko. Pogardzam nim! Pomyśl pani tylko, moja córka, mająca lat dwadzieścia, gdzież ona jest? Oddałabym się człowiekowi, który chciałby mi to powiedzieć i zaprowadziłby mię do niej! chociażby on był złoczyńcą, zbrodniarzem, wyszłym z więzienia! Tak, naprawdę! Co do pana de Vitray, przeklinam go! Żeby był zdeptał mię nogami, zbezcześcił, dobrze, ale, że mi zabrał córkę, to nędzne, to niegodne, to podłe!
Pozostała chwilę przygnębiona, cicha, z twarzą ukrytą w dłoniach. Potem zwróciła się do p. de Saint-Béran:
— Pocóż mówiłam pani o tych wszystkich nieszczęściach? Nie ma na nie lekarstwa!
— Kto to wie!
Hrabina wstrząsnęła głową i w tej chwili wydała okrzyk. Człowiek jakiś zatrzymał się u wejścia do cieplarni... Był to admirał.
— On! — wybuchnęła Helena, wyrywając się z rąk swej przyjaciółki, która usiłowała ją przytrzymać. — Nie chcę go widzieć, nie chcę z nim mówić, przynajmniej teraz! Żegnam!
Pobiegła w jedną stronę, podczas gdy drugą postępował admirał naprzeciw pani de Saint-Béran.
Kiedy się zeszli, ona zniknęła.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles Mérouvel i tłumacza: anonimowy.