Dziewczyna bezimienna/Część druga/V
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Dziewczyna bezimienna |
| Pochodzenie | Kurjer Poranny 1893 |
| Wydawca | Feliks Fryze |
| Data wyd. | 1893 |
| Druk | w Drukarni Rotacyjnej |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | La File sans nom |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
W tej samej chwili młoda kobieta, albo lepiej kobieta młoda jeszcze, przechodziła przez salony, prowadzona pod ramię przez gospodarza, kierując się w stronę, gdzie siedziała markiza. Mogła mieć około trzydziestu siedmiu, lub trzydziestu ośmiu lat, w każdym razie zbliżała się do tego fatalnego momentu czterdziestki, tak niebezpiecznego do przebycia dla kobiet, lecz olśniewająca młodość wyryta na jej twarzy, prześliczne wysmukłe kształty, delikatność płci, bez jednej zmarszczki, której oślepiająca białość podniesioną jeszcze była ciemnym kolorem sukni, pozwalały najwyżej domyślać się trzydziestu, czyli wieku tego, kiedy piękność kobiety dochodzi najwyższego szczytu wspaniałego rozwoju i potęgi.
Pani de Saint-Béran uściskała nowoprzybyłą po macierzyńsku, wzięła jej ręce w swoje pomarszczone dłonie i odsunąwszy ją trochę zdala od siebie, z zachwytem patrzyła na jej śliczną twarz.
— Piękna jesteś jak słońce, lecz smutna jak noc!
Była to hrabina Helena de Vitray, która odpowiedziała markizie westchnieniem.
Młody Durivel, który ich z daleka obserwował, szepnął do komendanta Briard’a:
— A co! patrz no w tamta stronę, komendancie, czy nie byłbyś szczęśliwy spotkać jutro w Moulin-Rouge podobną piękność? I pomyśleć, że ten osioł marynarz buja sobie po morzach dalekich.
Komendant położył palec na ustach.
— Tajemnica, — szepnął.
— I ja tak sądzę, lecz jestem ciekawy, jaka?
— Otóż to!
I komendant dorzucił z pewnego rodzaju oburzeniem:
— Co też za rzeczy dzieją się w tym Paryżu!
Stara markiza odezwała się do radcy:
— A co, czy wam nie powiedziałam, że przyjdzie. Podziękuj mi pan za to. To ozdoba waszych salonów!
I zwróciwszy się do swej dawnej lektorki, prędko zapytała:
— Czy nigdy nie przestaniesz nosić żałoby, droga moja?
Pani de Vitray pochyliła głowę.
— Nigdy, pani, — odparła.
— Czyś ślub uczyniła?
— Rzeczywiście.
— Przez kokieterję chyba?
— Wcale nie.
Markiza spojrzała na radcę. Miał on zrozumieć, aby ich pozostawić same.
Dwie kobiety pozostały zatem i, pomimo gwaru zabawy, tak były swobodne, jak gdyby znajdowały się wśród lasu.
— Siadaj koło mnie, droga Heleno, odezwała się pani de Saint-Béran, — chciałam z tobą pomówić i jeżeli będziesz ze mną otwartą, dowiesz się odemnie czegoś, co cię bardzo obchodzi.
Helena posłuszna usiadła, lecz na o statnie słowa markizy gorzki uśmiech osiadł jej na ustach.
Cóż jest takiego coby ją obchodzić mogło? Jedna jedyna myśl zaprzątała jej umysł i serce bezustannie, ciemna i bolesna dla jej matczynego serca, a tej pani de Saint-Béran nie wiedziała. Wszystko inne było dla niej obojętne.
Ubraną była w czarną jedwabną suknię, przybraną w cienką wełnę, arcydzieło dobrego smaku.
— Czy zawsze robisz suknię u Laury? — zapytała markiza.
— Tak.
— Prawdziwa z niej artystka, to prawda, ale i model nadaje się do dzieła.
I, dotykając palcami, zaczęła wyliczać skarby, których domyślała się pod lekką zasłoną.
— Taki piękny biust i ramiona!.. Dla czego je chować uparcie, i nie wyciąć sukni trochę więcej. A co za włosy! Nie, doprawdy, nie wyglądasz na lat trzydzieści...
— A jednak mam prawie czterdzieści!
— Jeszcze daleko.
Stara dama zaczęła liczyć na palcach.
— Za ośmnaście miesięcy. Jak ten czas leci. Wielki Boże!
I po chwili odezwała się:
— Czy twój mąż nie pisał do ciebie?
— Nie, pani.
— Co za człowiek! I pomyśleć, że to ja sama tak bardzo cię namawiałam do tego małżeństwa, inaczej, pewnoby wasz związek nie przyszedł do skutku. Biedna cnota! Jak dawno masz ostatnie o nim wiadomości?
— Od lutego.
— Gdzie był wtedy?
W Saigon, lecz w przejeździe tylko.
— I nie pisał kiedy powróci?
— Nie, nie mówił nawet czy to nastąpi kiedy.
Markiza przygryzła wargi.
— Nie wiem co zaszło pomiędzy wami, moja piękna, lecz musi to być coś okropnego, skoro nastąpił taki rozdział. Ileż razy widziałaś go przez te lat dwadzieścia?
— Alboż to można nazwać widzeniem.
Gruba łza zawisła na jedwabnych rzęsach hrabiny. Markiza posiadała małe, oczki, bardziej przenikliwe nawet od Gastona, więc też ujrzawszy łzy, zawołała z żywością:
— Jedno i drugie jesteście nieznośni z waszą tajemnicą i ukrywaniem się z tem, co was boli. Oddawna miałam już to na sercu, aby się z tobą rozmówić i zawsze moje światowe obowiązki zabierały mi czas na to potrzebny, lecz dosyć mam tej zagadki. Co to za mąż, siedzący ciągle na statku?! Mów co chcesz, lecz to nie upodobanie do podróży sprowadza podobne ostateczności! Przecież ten człowiek cię uwielbiał! Najlepiej ja mogą o tem wiedzieć, gdyż mnie najwięcej męczył i błagał, abyś za niego wyszła, a prawdę mówiąc, miał o co się dobijać! Taka szalona namiętność i rozdział! Taka młoda, śliczna kobieta w wiecznej żałobie, gdyby wdowa, stroniąca od świata, od wszelkich hołdów, czy to naturalne? Nie, przyznajesz sama?
I spojrzawszy prosto w oczy swej dawnej lektorce, szybko zawołała:
— Obiecałam ci powiedzieć coś ciekawego. Masz zatem, admirał przyjeżdża.
— Co pani mówi? — zapytała Helena.
Staruszka powtórzyła spokojnie.
— Mówię, iż admirał przyjeżdża.
— Kiedy?
— Jutro lub dziś nawet.
— Zkąd pani wie o tem?
— Z dobrego źródła.
— Ale przecież?...
— Z ust samego ministra.
— I... długo pozostanie?
— Tego nie wiem.
Helena zmarszczyła brwi. Ta niespodziewana wiadomość nie sprawiła jej żadnej przyjemności, to było widocznem, przeciwnie, była nawet niezadowoloną, jak gdyby się bała, i to zakłóci jej spokój w którym była pogrążoną.
Pani de Saint-Béran patrzyła na nią ze zdumieniem.
— Czyżby go nienawidziła? — myślała w duszy.
Młoda kobieta, tak piękna jak admirałowa de Vitray, nie mogła być w salonie niespostrzeżona. Jej rozmowa z markizą co chwila była przerywaną w ten sposób:
— Czy pani hrabina będzie łaskawą przetańczyć ze mną walca? Lub: proszę panią do polki.
Helena odpowiadała ciągle to samo:
— Bardzo żałuję. Nie mogę. Nigdy nie tańczę.
Nawet cudzoziemiec Jan Rodriguez, powtórzył kilka razy swoją proźbę o przetańczenie z nim walca lecz tak samo został oddalony.
Nie można było zaprzeczyć wdzięku i przyjemnego wrażenia jakie robił swoją osobą. Rzeczywiście, magnetycznie pociągał ku sobie oczy wszystkich, wzbudzał sympatję za pierwszem spojrzeniem i z pewnością nie jedno serduszko kobiece goręcej biło dla niego, nie licząc już młodej sąsiadki z Chesnay. Najwięcej uderzał w jego twarzy wyraz pewności siebie i spokoju.
Po mazurze odprowadził Blanką na miejsce, niedaleko markizy.
Właśnie w tej chwili i Michał Saint-Clair zbliżył się do starej damy.
— Co za piękna para — odezwała się do niego, wskazując młodych ludzi.
Gruby bankier zrobił niezadowoloną minę.
— Ładny chłopiec, to pewna, tylko nie mamy pewności, co to za jeden i zkąd przybywa.
— Dla czego?
— A czyż to można kiedy wiedzieć, zkąd na pewno przychodzą do nas tego rodzaju egzotyczne towary?
— Przecież zięć pański jest dobrze poinformowany.
— Mój zięć jest to człowiek arcypoważny i arcysurowy, zatem musiał te rzecz doskonale wybadać, w tem można polegać na nim.
— Nieprawdaż?
— Bezwątpienia, ale ja żadnemu emigrantowi niedowierzam.
Jednakże bankier nie był tą myślą wcale zaniepokojony, gdyż był w doskonałym humorze. Na jego szczerej twarzy jasno malowała się rozkosz życia, zadowolenie z tej przedłużonej młodości co się przeciągła dobrze po za lat sześćdziesiąt i nie zdawała się jeszcze być wyczerpaną, oraz otwartość i szlachetność, rzadka w finansowym świecie.
— Zostawmy sobie mojego zięcia i jego sprawy w spokoju — zawołał wesoło. Da on sobie sam radę, jak mało kto i nie potrzebuje niczyjej pomocy. Ja pierwszybym jej nie dał zresztą.
Uścisnął po przyjacielsku ręce pani de Vitray.
— Jeszcze pani zachowuje wdowieństwo? — zapytał ją z litością.
Schyliła głowę w milczeniu. Bankier oddalił się, gderząc.
— Biedna kobieta! To zbrodnia, że się tak marnuje!
I pomyślawszy o admirale, dodał:
— Co za dziwak!
Pani Saint-Béran podniosła się. Uciekając przed natłokiem tańczących, pociągnęła za sobą hrabinę do oranżerji, gdzie obiedwie usiadły w cieniu rozłożystej palmy, około marmurowej fontanny, mile orzeźwiającej powietrze i markiza zaczęła napowrót przerwaną rozmowę.
— Zdaje mi się, że o mojej przyjaźni wątpić nie możesz zaczęła.
— Jestem zanadto o niej przekonaną.
— Zatem proszę cię, moje dziecko, abyś mi wierzyła, iż to, o co cię chce zapytać, nie wypływa z ciekawości, lecz ma posłużyć dla twojego dobra.
— A to na co?
— Wiem, że cierpisz!
— To prawda!
— I to okropnie!
— Wyznaję.
Staruszka pochwyciła rękę swej towarzyszki.
— Spójrz na mnie — mówiła dalej. — Ile też czasu myślisz, że jeszcze żyć mogę?
— Ależ...
— No, najwyżej rok lub dwa zapewne, to wszystko czego się spodziewać mogę.
— Co pani mówi?
— Wierzaj mi, znam się na tem, a zresztą czuję, że się coraz bardziej starzeję. Otóż chcę ci zrobić pewne zwierzenie przed tem nim usłyszę twoje.
— Cóż to takiego?
— A to widzisz, kochanko, przykro mi jest wynieść się na inny świat, nie zbadawszy przedtem pewnej tajemnicy.
— Czy tajemnicy mojego życia?
— Zgadłaś. Powiesz, że to ciekawość mną powoduje, może być, rzeczywiście mam te wadę. W moim wieku tyle rzeczy się nasłuchałam, widziałam tak wiele dramatów wzruszających, których niktby się nie domyślił, ukrytych pomiędzy najlepszemi rodzinami i musisz przyznać, że w tym wypadku, gdzie chodzi o ciebie i admirała, nietylko prosta ciekawość gra tu rolę, ale raczej moja przyjaźń dla was. Musiało zajść coś strasznego pomiędzy wami.
Markiza przerwała, zobaczywszy, iż młoda kobieta drgnęła i zacisnęła usta, jak gdyby chciała stłumić okrzyk bólu na to nagłe przypomnienie przeszłości!
— Błagam panią, nie pytaj mnie o to — szepnęła.
— Opowiesz mi sama, jeżeli uznasz za stosowne — odparła z tkliwością markiza. — Gdybym cię widziała wesołą i śmiejącą choć czasem, nie nalegałabym; lecz twoje usta nie znają co to uśmiech serdeczny.
— Niestety!
— Oczy twe są zawsze łez pełne, a pierś podnosi się łkaniem. Cóż więc zaszło pomiędzy tobą a mężem twoim? Śmiało mi możesz powierzyć wszystko. Starzy są zwykle pobłażliwi.
Helena się wyprostowała.
— O! gdybym była wiedziała — szepnęła — nie byłabym tu przyszła.
— Czy nie masz do mnie zaufania?
— Przeciwnie!
— A więc?
— Nie jestem wstanie mówić.
— Czy to coś tak bardzo bolesnego?
— Nie możesz sobie pani nawet wyobrazić.
— Tembardziej powinnaś raz zrzucić ten ciężar z serca.
Hrabina powtórzyła z mocą
— Nie, nie mogę i nie powinnam mówić.
— Zatem chcesz, abym umarła, gniewając się na ciebie?
Helena milczała.
Markiza zrobiła ruch, oznaczający niecierpliwość.
— Nie umiem nic więcej ci powiedzieć — dodała. — Spodziewałam się czego innego po twojej przyjaźni. Wiesz, że nie mam blizkiej rodziny, jestem samą na świecie, serce domaga się, abyśmy zawsze kochali kogoś. Przywiązałam się do ciebie, od dwudziestu lat mieszkamy obok siebie, widujemy się prawie co dzień, a więc już co najmniej, muszę cię bardzo lubić, zatem twoje zmartwienia i mnie sprawiają boleść. Chciałabym cię pocieszyć.
— To niepodobna!
Markiza schyliła się do ucha Heleny.
— Czy to miłość?... — zapytała.
Na to z głębi duszy nieszczęśliwa wykrzyknęła:
— O! tak! — I z nieopisanym akcentem w głosie dodała: Lecz nie taka — jaką sobie pani zapewne wyobraża!
— Kochasz męża i cierpisz z waszego rozłączenia?
— Nie kocham pana de Vitray... nienawidzę go!
Powiedziała to z nadzwyczajną mocą, z na wpół obłąkanym wzrokiem, co przy jej zwykłej łagodności tembardziej zadziwiało.
— Ty, jego żona! — wykrzyknęła stara dama przerażona.
— Ja.
— Musisz zatem kochać innego?
— Nie.
— Nie pojmuję. Stanowczo chcę wiedzieć, co to znaczy.
— Nie pytaj mnie pani.
— Nie powiesz nic zatem?
— Może.
— Czuję, iż jest pomiędzy wami jakieś nieporozumienie, straszna omyłka i chciałabym ją naprawić.
— Bóg tylko sam to uczynić może.
Markiza zaczęła bardziej nalegać, mówiąc:
— Znam hrabiego, wiem, że cierpieć musi ze swej strony więcej może, niż ty Heleno!
— Tem lepiej — zawołała Helena z dziką radością.
— Nie możesz zaprzeczyć, iż cię kocha namiętnie...
— Być może.
— Aby przyszło do waszego rozłączenia, do jego ucieczki umyślnej, potrzeba motywu, przyczyny nadzwyczajnej, niepojętej...
Markiza patrzyła na Helenę, nie spuszczając z niej oka, chcąc wyczytać, co się działo w głębi jej duszy.
Młoda kobieta miała spuszczone oczy, lecz czuć było, iż ulega wpływowi swej starej przyjaciółki.
— Zatem nie chcesz mówić? — spytała pani Saint-Béran.
Helena — odparła na wpół zwyciężona:
— Nie mogę... nie powinnam...
— Ależ ta tajemnica męczy cię, nieszczęśliwa kobieto!
Na te słowa pierś Heleny podniosła się łkaniem i strumień łez wytrysnął jej z oczów.
— A więc tak! to prawda! Posłuchaj zatem pani, opowiem wszystko.