Przejdź do zawartości

Dziewczyna bezimienna/Część druga/L

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles Mérouvel
Tytuł Dziewczyna bezimienna
Pochodzenie Kurjer Poranny 1893
Wydawca Feliks Fryze
Data wyd. 1893
Druk w Drukarni Rotacyjnej
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. La File sans nom
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


L.
Głos krwi.

Spoglądali przez chwilę na siebie w milczeniu.
Ojciec pierwszy się odezwał, wskazując synowi, aby usiadł, podczas kiedy sam zajął miejsce z drugiej strony stołu, na którym podpisał Jan akt zrzeczenia Ferdynandowi.
— Jesteś pan dla mnie zbyt surowym.
— Słyszałeś pan, co mówiłem? — zapytał Maurycy oschłym tonem.
— Od pewnej chwili.
— Zatem nie mam potrzeby wypowiadać panu po raz drugi moich uczuć.
— Rzeczywiście byłoby to zbytecznem.
— A zatem po co ta cała nasza rozmowa?
— Mamy nasze stosunki do uregulowania.
— Na to potrzeba kilku słów.
— A te są?
— Nienawidzę pana.
— Jak się panu podoba.
Posłuszny gestowi radcy, Jan siedział na przeciwko niego. Na stole, rozdzielającym ich od siebie, leżały rozrzucone dzienniki, broszury, stały różne cacka, jakie się zwykle napotyka w salonach, a pomiędzy temi artystycznie piękny bronzowy kałamarz i nóż do przecinania książek, w formie sztyletu, mogący służyć w potrzebie za śmiertelne narzędzie. Radca nie zwrócił na to uwagi.
— Pomimo wszystkiego co pan myślisz — odezwał się — mam pretensję być zawsze uczciwym człowiekiem, to jest, iż całe życie trzymałem się ściśle zasad prawa.
— O jakiem to prawie pan mówisz? — zapytał młody człowiek z okrutną ironją. — Czy o tem, które zostało stworzonem przez ludzi podobnych panu czy też o prawie naturalnem wyrytem w sumieniu każdej jednostki?
— Mówię o prawie obowiązującem, jedynem którego władzę uznaję.
— Chciej się pan jaśniej wytłumaczyć.
— Nie rozbieram w tej chwili, czy mam przed sobą syna lub nie, przyznać lub się wyprzeć jego, jest to sprawa czysto tylko mojego sumienia! Chce jednak przyznać, iż mój stosunek z pańską matką włożył na mnie pewne obowiązki, których nie wypełniłem dosyć wspaniałomyślnie...
— A! Rozstając się z Różą Bertot, dałem jej dwadzieścia tysięcy franków.
— Olbrzymią sumę.
— Nie to — odparł radca — lecz zawsze było to coś, było zapewnieniem egzystencji na jakiś czas... dla was obojga!... Ktoś drugi możeby i tyle nie dał.
— Byłby trochę większym nędznikiem od pana, a więcej nic.
— To być może. Kiedy poznałem pańską matkę, zarabiała ośmset franków rocznie... majątku innego nie posiadała... wymagania miała skromne... Zresztą są to niepotrzebne szczegóły... Postąpiłem jak wielu innych... była tylko moją kochanką...
— Wiem o tem i niepotrzebnie pan te rzeczy powtarzasz.
— W kilka lat po mojem ożenieniu, szukałem Róży... wiedziałem o pańskiem urodzeniu... pojechałem sam do Valognes i dowiedziałem się o jej tragicznej śmierci... Starałem się dowiedzieć o dziecku... lecz jest widać w życiu jakiś fatalizm... bo nikt mi nie mógł dać żadnego objaśnienia...
— Cóżbyś pan zrobił, odnalazłszy mnie?
— Byłbym zajął się twojem wychowaniem i przyszłość zapewnił...
— Przyszłość bękarta!...
— Byłbym się starał zrobić z ciebie uczciwego człowieka...
— Jakiego komisanta biurowego...
— Każdy jest obowiązany wystarczać na swoje potrzeby, zdobyć karjerę...
— Łatwo jest kreślić obowiązki drugim, lecz trudniej wypełniać swoje własne.
— Mówię jeszcze, że gdyby nie zawiść tego wcielonego szatana, Piotra Brechoux’a, oddawna bylibyśmy się zeszli... Po śmierci starej kobiety, co cię wychowała, z papierów pozostałych byłbyś się dowiedział nazwiska ojca... I wtedy byłbyś do mnie przyszedł... a ja byłbym ci dopomógł i otoczył opieką...
— Czy dałbyś mi pan swoje imię?
— Czy to było potrzebnem?
— Czyniąc to, zrobiłbyś pan tylko swój obowiązek, o którym pan tyle mówisz.
— W tych rzeczach zdania są podzielone...
— Bądź pan szczerym... byłbyś odmówił?
— Prawdopodobnie.
— Zatem coby mi przyszło z pańskiej osoby?
Radca potarł ręką czoło. Krople potu, błyszczące na nim, spadały na zielone sukno stołu.
Ta nieprzeparta loika zbijała go ze zwykłej drogi, podnosząc jednocześnie głuchy bunt w duszy. Nie było to uczucie miłości, którem pałał dla swego syna, ale raczej instynktownego wstrętu i obawy przed nagłem zjawieniem się nieprzyjaciela, rzuconego pośród jego bytu, jak kamień do spokojnej wody.
— Skończmy naszą rozmowę — zawołał młody człowiek — nie potrzebuję słuchać pańskich rad i nauk. Mów pan jasno, czego chcesz?...
— Wydobyć cię z trudnego położenia...
— Sam się z niego wydobędę i nie chcę pańskiej pomocy...
— Janie — odezwał się radca, miękkim głosem — rozumiem, że nie możesz mieć dla mnie, ani miłości, ani szacunku...
— Nareszcie.
— ...lecz nie możesz mi przeszkodzić, abym naprawił złe, które ci wyrządziłem...
— Zapóźno. Może być, iż zgubiony jestem, lecz pan nie możesz mnie ocalić... znajdzie się na to kto inny.
— Któż to taki?
— Kobieta...
— Jakże to będzie?
— Co pana to obchodzi?
— Czyż tak głęboka jest twoja nienawiść?
— Głęboka i nieuleczalna. Nareszcie chcę wiedzieć, co mi pan proponujesz?
— Zapewnić ci ucieczkę... wstrzymać poszukiwania... dać ci majątek...
— Wielkie rzeczy... Spłacisz pan przynależny dług... więcej nic..
— Jesteś nieubłagany.
— A czyż nim nie byłeś pan dla mojej matki i dla mnie, albo w tej nawet chwili czy co innego mówi przez ciebie prócz dumy? Wpadłszy w sidła zastawione przez Piotra, chcesz się z nich wydostać, nie przyszedłeś ratować mojego życia, ani mojej wolności, lecz swój własny honor, który cenisz na równi z twem nagromadzonem złotem. Boisz się aby cię nie wytykano palcem, żeś stał się igraszką w ręku prostego chłopa, mszczącego się za twój okrutny egoizm i głupią dumę. — Tak, głupią, gdyż zresztą on był równej panu wartości... a nawet kto wie coby się z panem stało gdybyś nie miał miljonów, bez których tamten i tak zwyciężył. Ha! ha! ha! gdyby tak wiedziano przyczynę pańskiego pokojowego usposobienia, gdyby wiedziano, że ja fałszywy Juan Rodriguez, złodziej i zabójca nieoględnego podróżnika co wiózł swój majątek z sobą, bandyta londyński, wspólnik morderców Samuela Rosena...
— Ciszej!
— Nie obawiam się niczego! Czyż to pan mnie zdradzisz? Powiadam, że gdyby wiedziano, że taki nędznik jest synem bogacza Maurycego Colombey’a szanowanego powszechnie radcy... nieszczęśliwy podrzutek, parjas społeczny na wszelkie przygody losu rzucony z kilkoma zaledwie frankami za jałmużnę; syn nieszczęśliwej i znieważonej w najświętszych uczuciach kobiety, jak pan sądzisz kogo by naprawdę oskarżono? Czy mnie biedaka rzuconego na szerokie drogi, czy pana, nikczemnika bez serca co zabił kobietę słabą i wątłą istotę, tak dobrze jak ostrzem najgłębszego sztyletu i zamknął drzwi swoje przed własnem dziecięciem rzucając go na pastwę nędzy, oraz wszelkich żądz i pokus!
A to pan mówisz o zemście bezlitosnej, masz pan zupełną słuszność! Tak, nienawidzę pana śmiertelnie, za obelgi wyrządzone mojej matce, za jej śmierć męczeńską! Nienawidzę, za to, coś ze mną uczynił! Nienawidzę za to, żem odziedziczył twój spaczony charakter, pełny nienasyconej żądzy, bez sposobu jej zaspokojenia. Nienawidzą pana tak głęboko,, że nie wiem doprawdy co mnie wstrzymać może, abym nie został wykonawcą sprawiedliwości Bożej, a zawsze waszym mścicielem.
Pochwycił bronzowy sztylet i stanął w groźnej postawie, pochylony nad stołem z wyciągniętym ramieniem, błyszczącym wzrokiem, trzymając wzniesioną broń nad głową radcy.
Blady z przerażenia, nieruchomy, podtrzymywany swoją niepojętą dumą, Maurycy Colombey skrzyżował ręce na piersiach, wołając ochrypłym głosem:
— Uderz! Będzie to ojcobójstwo mój panie!
Młody człowiek z gorzkim na ustach uśmiechem, z pogardliwym wzrokiem, rzucił daleko sztylet, który z łoskotem upadł na podłoge.
— Czcze słowa, — odpowiedział. Chciałbym widzieć tego, coby mnie skazał za taki czyn. Powołujesz się pan na przywileje ojca, a nie spełniłeś jego obowiązków. Kto jest winniejszy, czy ojciec okrutny opuszczający swoje dziecię, skazując go na wstyd i hańbę, przywiązaną do dzieci bez imienia, rzuciwszy na wszelkie niepewności losu swego syna, czy syn zabijający takiego ojca. Żegnam pana... mam dosyć tego domu... i nie obawiaj się pan, abym tu kiedyś powrócił... zostawiam po sobie dobre wspomnienie... to wystarczy... mężu, najzacniejszej żony, uwodzicielu!
biednych niewinnych dziewcząt, ojcze bez serca, bogaczu niemiłosierny, żegnam cię życzeniem, abyś był przeklęty i cała twoja rodzina, przeklęty jak ja, twój syn. Żegnam cię! Matka kazała mi przebaczyć! Nie mogę jednak tego uczynić, nienawidzę cię za nas oboje, za nią żeś ją zabił, za mnie żem się przez ciebie stał bandytą. Żegnam cię!
Rzucił się ku drzwiom salonu.
W chwili, kiedy miał próg przestąpić stanął usłyszawszy jęk stłumiony.
W japońskim buduarze, ubrana w bieli, leżała na miękkiej otomanie młoda dziewczyna z bladą twarzą i zamkniętemi oczyma. Obok niej klęczała kobieta w cieniu, na nizkim fotelu siedział w najwyższem przygnębieniu, bankier Saint-Clair, trzymając chorą za rękę.
Przez chwilę Jan-Maurycy stał, nie wiedząc, co ma zrobić. Bankier podniósł głowę a zobaczywszy go, zawołał:
— Patrz pan, oto twoje dzieło.
Młody człowiek wyciągnął rękę ku ojcu.
— Oto prawdziwy winowajca, jam niewinien, — odpowiedział.
W tej samej chwili słychać było jakiś głos męzki, pytający w drugim pokoju.
— Gdzie chora? — Był to doktór Guyon.
Jan czekał. Uczucie instynktownej litości przykuwało go do swej ofiary, chciał wiedzieć wyrok doktora.
Matylda rzuciła się ku starcowi, wołając:
— Ocal ją doktorze, ocal, błagam cię na klęczkach!
I starzec zbliżył się do sofy, patrzył czas jakiś na młodą dziewczynę i — zapytał matki:
— Co to było, nagłe wstrząśnienie i wzruszenie głębokie?
— Tak, — odparła pani Colombey.
Doktór zaczął rozmyślać, wziął rękę chorej i zatrzymał w swojej dłoni.
— Nic jeszcze nie można orzec, — odrzekł, lecz można się obawiać...
— Czego? — spytała przerażona matka.
— Zapalenia mózgu...
— Czy to co strasznego?
Doktór wzruszył ramionami.
— Wszystko być może, — odparł, — lecz nie traćmy nadziei...
Radca musiał widać usłyszeć te groźne słowa.
Z kolei i on się przybliżył, blady, złamany, z włosami w nieładzie, patrzył z przerażeniem na młodą dziewczynę, leżącą przed nim nieruchomo.
— Biedactwo wszystko słyszało, — odezwała się Matylda poważnym głosem.
Ojciec i syn zamienili nienawistne spojrzenia.
— To początek pokuty, — odezwał się Jan-Maurycy. — Dla nich zawiele nieszczęść dodał wskazując ręką na Matyldę i bankiera, — lecz nigdy nie będzie dosyć dla ciebie. Żegnam was po raz ostatni!
Nie zatrzymany przez nikogo, przeszedł przez salony pałacu narzucił paltot w przedpokoju i wyszedł.
Na ulicy ciekawi oddawna się rozeszli. Cały ten dramat rozegrał się w czterech ścianach mieszkania.
Młody człowiek poszukał swego powozu. Woźnica znużony upalnym dniem spał na koźle, zbudził go i powiedział:
— Jedź na ulicę Bossano.
Rzucił się w głąb powozu, pochłonięty cisnącemi się do jego mózgu myślami, nie wiedząc, iż jednocześnie za nim i fiakr wyruszył w ślad za powozom.
Po wyjściu od Colombey’ów, komisarz powziął inne postanowienie.
Chciał pogodzić swój urzędowy obowiązek, z przynależnemi względami dla Colombey’ów i postanowił, że pomimo tego, co im powiedział, nie straci śladu Jana.
Tak więc powozy jechały razem, aż do górnej części Pól Elizejskich, tutaj na rogu ulicy Bossano komisarz zatrzymał fiakra, zdaleka obserwując powóz.
Wiktorja zaś pojechała dalej i zatrzymała się przed hotelem Rodriguez.
Młody człowiek wysiadł z powozu i zadzwonił.
Nikt nie odpowiedział.
Zadzwonił ponownie. Panowało to samo milczenie.
Wtedy wyjął z kieszeni klucz, który zawsze nosił przy sobie i otworzył małe drzwi.
Will i inni domownicy już się ztamtąd ulotnili. Jan wszedł na górę do swego pokoju.
Znalazł wszystko w zupełnym porządku. Ubranie i papiery leżały na swojem miejscu.
Poszedł dalej.
W pokoju nauczyciela było prawie pusto, rzeczy kosztowniejsze zostały zabrane, a nieład wskazywał nagły i pośpieszny wyjazd.
W wielkiej galerji panowała cisza. Zbliżywszy się do biurka, przy którem zwykle Brecheux pracował, mógł się zapewnić, iż nic ważniejszego w niem nie zostawił, szuflady były otwarte, a w nich garstka podartych papierów.
Trzecia wybiła na wielkim zegarze, stojącym w galerji.
Przez pół godziny Jan-Maurycy przechadzał się w milczeniu.
Wtedy zastanowił się nad sobą.
Wielki wysiłek sprowadza nieuniknioną reakcję. Stawił czoło burzy, lecz był zmęczonym. Dzień ten zaznaczył się dla niego klęską, która spadała na niego, pośród największego powodzenia.
Co miał uczynić dalej?
Wszystkie zamiary jego zostały wywrócone, a chociaż powiedział, że go ocali kobieta, to jeszcze sam nie wiedział czy ją choćby zobaczy.
Do niej chciał biedz po pomoc! Z nią wszystko jeszcze było podobnem, moralne podniesienie... majątek... słowem, chciał żyć... Bez niej nie pożądał już niczego.
Bał się jedynie, aby go nie odepchnęła, aby oburzenie nie zabiło w niej reszty uczucia, w które chciał jeszcze wierzyć, że ma dla niego.
Lecz gdzie była?
Zapewne w domu przy umarłej, tego był pewny. Znał jej przywiązanie i miłość dla biednej kobiety. Nie śmiał przyjść podczas dnia i chciał czekać do wieczora, aby tembardziej być pewnym, że ją zastanie w domu.
Na wszelki wypadek zdjął ze ściany rewolwer, obejrzał naboje i schował do kieszeni.
Następnie jak gdyby wzywał do walki o sprawiedliwość, zeszedł na dół wsiadł do powozu, każąc się zawieźć do lasku Bulońskiego.
Jak tylko wiktorja z miejsca ruszyła, w pewnem oddaleniu potoczył się za nią fiakr.
O siódmej, po tak długim spacerze, młody człowiek odesłał powóz, a sam wszedł do restauracji „Maison Dorée“.
Fiakr stanął na rogu ulicy de Marineaux, naprzeciwko sławnego jadłodajnego zakładu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles Mérouvel i tłumacza: anonimowy.