Dziewczyna bezimienna/Część druga/IX
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Dziewczyna bezimienna |
| Pochodzenie | Kurjer Poranny 1893 |
| Wydawca | Feliks Fryze |
| Data wyd. | 1893 |
| Druk | w Drukarni Rotacyjnej |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | La File sans nom |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Zwykle na placu jarmarcznym, gdy stręczyciel wchodzi w targ z wieśniakiem, inni nabywcy zostawiają mu wolne pole do działania. Uczciwość, czy zwyczaj nakazują, by nie wchodzić w drogę kupcowi, jeśli już przystępuje do zgody.
To samo prawo znajduje zastosowanie i na innych polach.
Z chwilą, gdy bankier położył rękę na nieznajomej, wzbudzającej ciekawość, a nawet do pewnego stopnia uwielbienie w spacerowiczach, konkurenci ją opuścili, zwracając się w inną stronę.
Rzucali oni wprawdzie ukradkiem palące spojrzenia na piękną dziewczynę, ale to było zdaleka i uszło zupełnie jej uwagi.
Bankier studjował ją także, ale wcale z innych pobudek, niż to przypuszczał komendant.
Była zbudowana bez zarzutu. Rzeczywiście miała zaledwie lat dwadzieścia, ale z postawy, wyrazu twarzy, a szczególniej powłóczystego spojrzenia wielkich oczu, przebijało się zmęczenie więcej moralne, niż fizyczne, zniechęcenie do życia, oraz rozpaczliwa rezygnacja na wszystko, co ją mogło dalej spotkać.
Bankier zajmował się nią wyłącznie. Nic go nie obchodziły wejrzenia, jakie na siebie ściągał, ani ciekawość, jaką wzbudzał. Zresztą bankier był znany dobrze w tym świecie przyjemności, jako miljonowy dziwak, owdowiały od lat wielu, swobodny jak ptaszek, obecny na wszystkich zabawach, nie zdający nikomu rachunku ze swych czynności, pomiatający opinją i kierujący się tylko własną fantazją. Na pewnych wysokościach czyż nie można sobie na wszystko pozwolić?
Zaczął łagodnie mówić do dziewczyny:
— Czy się mnie nie obawiasz, moje dziecię?
— Nie, panie.
Garson oczekiwał cierpliwie.
— Czemże mogę ci służyć? — zapytał bankier.
— Wszystko mi jedno.
— Więc coś najmniej szkodliwego. Likieru miętowego z wodą?
— Jak się panu podoba.
— Więc dwa likiery. To dla rozmowy, bo zresztą, to nic nie warto, prawdziwe lekarstwo.
A po chwili milczenia dodał:
— Chciałbym, abyś nabrała do mnie zaufania, moje dziecię. Popatrz na mnie i nie bój się nic... Chce być tylko twym przyjacielem. Odkąd cię spostrzegłem, zajęłaś mnie bardzo, doprawdy. Zapewne nie mylę się, że to po raz pierwszy znajdujesz się w podobnem miejscu?...
— Tak panie.
— Wcale się temu nie dziwię... odrazu to zgadłem.
Mowa jego zdradzała współczucie.
Młoda dziewczyna ośmieliła się i podniosła wzrok na niego. Spojrzenie to, uspokoiło ją zupełnie.
Z jego tłustej, rozweselonej postaci przebijała sama poczciwość. Uśmiech był dobrotliwy, oczy zdawały się ją pieścić.
— Dla czego jesteś tak poważną? — zapytał.
— Nie jestem poważną, tylko smętną.
— W tym wieku?
— Nigdy nie miałam powodu być wesołą.
— Ileż masz lat? Ze dwadzieścia zapewne.
Jeszcze nie, ale wkrótce skończę.
— Wiek to długich nadziei. Dwadzieścia lat! Ach! gdybym ja je miał, jakże byłbym szczęśliwym!
A zniżając głos dodał:
— Będę tego żałował, szczególniej dziś właśnie.
Ona nie spytała o powód tego żalu. Rozumiała, ale nie zarumieniła się, pozostała obojętną.
Rękę wyciągnęła na chłodnym marmurze, jak gdyby usiłowała się otrzeźwić przez to dotknięcie do zimnego przedmiotu.
Bankier studjował tę rękę, jak przedtem studjował całość.
Była to mała, pulchna rączka, trochę czerwona, ale pielęgnowana.
Po kilku dniach bezczynności i wypoczynku stałaby się bardzo białą i bardzo ponętną. Miljoner zapytywał się w duchu, czem ona dotąd mogła się zajmować?
Zkąd się tu wzięła ta biedna dziewczyna? Co za fatalizm pchnął ją na tę drogę nędzy, gdzie upaść miała!
Michał Saint Clair był bardzo zaintrygowany.
— Co mógłbym zrobić dla rozweselenia ciebie? — zapytał. — Posłuchaj, opo‐ wiedz mi coś o sobie. Nic na tem nie stracisz, zapewniam cię. Mniej jestem zły, niż się wydaję. Jak się nazywasz?
— Joanna.
— To bardzo ładne imię.
— Podoba się panu?
Mniej niż jego właścicielka. Słowo daję, nie ma tu żadnej, godnej rozwiązać ci obuwie.
— Szydzisz pan ze mnie!
— O! nie. Na nieszczęście nabyłem doświadczenia i możesz mi wierzyć. Nie jestem jednak wcale z tego dumny... Tylko inne...
Szukał wyrazu.
— Inne są lepiej ubrane odemnie, dodała młoda dziewczyna. — Czy to pan chciałeś powiedzieć?
— Ależ...
— Nie wstydź się pan. Sama wiem o tem dobrze.
— Rzeczywiście piękna oprawa podnosi wartość przedmiotu.
Usiłowała żartować. Czyż nie należało, aby się także podobała? Ale mimowolne westchnienie podniosło jej pierś dziewiczą.
— Nie jesteś bogata! — zaczął znów bankier.
— O, nie!
— To nic nie znaczy. Masz wszystkie dane, aby nią zostać. Czemu nie pijesz?
Widocznie nieśmiałość jedynie ją powstrzymywała, gdyż na to wezwanie uchwyciła nerwowo szklankę i poniósłszy do ust, wypróżniła odrazu.
Jednocześnie wyraz ulgi odbił się na jej twarzy. Była to pewna wskazówka dla grubego bankiera.
Wziął ją delikatnie za rękę i rzekł:
— Bądź szczerą. Krótki ten spacer rozgorączkował cię... Rozumiem to... brak ci przyzwyczajenia... Nie masz, jak to powiadają, natury marynarskiej i pierwsza przeprawa sprawia ci pewną przykrość.
Po krótkiej walce szepnęła:
— To prawda!
— Co zamierzasz tu robić?
— To co i inne. Zarabiać na siebie.
A uniesiona szczerością, tknięta serdecznością bankiera, dodała ciszej:
— I na dwie drogie mi istoty.
— Twoją matkę może?...
— Matka moja — rzekła po krótkiem wahaniu — rzeczywiście, moja matka...
— A druga?
— Mała siostra...
— A ojciec?
— Ojca nie mam.
Lecz zaraz się poprawiła:
— Chciałam powiedzieć, że umarł...
— Dawno?
— Około siedmiu lat temu...
— I jesteście w potrzebie?
— Z chwilą, jak porzucałam dom, nie zostawiłam ani grosza.
I zaraz z pewną gwałtownością dodała:
— Zresztą, cóż to pana obchodzi! Nie jesteśmy tu dla czułości. Jeśli się panu podobam, a sądzę, że nie, powiedz mi pan... Jeśli nie... nie zabieraj mi czasu... Jest on mi drogocennym, doprawdy!
Ton, jakim wymawiała te wyrazy, rumieniec wstydu, pokrywający jej oblicze, blask oczu, w których widniały łzy powstrzymywane, wzruszyły do głębi bankiera.
— Posłuchaj mnie, — rzekł. — Znam się na tem. Widok twój każe mi się domyślać wielkich zmartwień. Mógłbym ci ofiarować kolację i skorzystać z twego nieszczęścia. Nie jestem lepszy od innych, a przecież... doprawdy... sumienieby mnie dręczyło. Chcę mieć wszystko lub nic. Potem będziemy się namyślać, ale najpierw uchodź ztąd.
Sięgnął do kamizelki po garść lujdorów w sposób, w jaki niegdyś zażywano tabaki i wsunął je w rękę pięknej dziewczyny, mówiąc:
— Oto masz rękojmię swobody na dwadzieścia cztery godziny. Jeśli zechcesz mnie jeszcze zobaczyć, zapamiętaj to nazwisko: „Saint-Clair, ulica Cambon. Masz dobrą pamięć? Michał Saint-Clair...
— Tak, panie.
— Ulica Cambon, blizko bulwarów, około Magdaleny, czy znasz?
— Znam.
— Pierwszy lepszy stróż wskaże ci dom. Zrozumiałaś? Saint-Clair! Michał Saint-Clair, to ładnie brzmi!
— Bardzo ładnie.
— Koło dziesiątej rano.
— Dobrze panie.
— Bankier Saint-Clair. Bogacz.
— Rozumiem!
— Ale teraz idź już.
— Dobrze, panie.
Twarz jej się nagle zmieniła, opromieniała szczęściem. Co za zmiana!
Była sto razy piękniejszą.
Mały Durivel trącił łokciem komendanta Briard.
— Oho! — rzekł, — sprawa dobrze idzie. Ten stary swawolnik de Saint-Clair jest niezaprzeczenie zwycięzcą.
Bankier mówił dalej z uśmiechem:
— Jestem zazdrosny o innych, słowo honoru. Odejdź ztąd przy mnie i nie powracaj więcej.
— Dobrze panie.
— Chodźmy zatem.
Rzucił na marmur sztukę pięcio-frankową, wskazując ją uprzejmym gestem garsonowi i powstał.
Młoda dziewczyna szła za nim.
Kilka szykownie ubranych dziewcząt, siedzących przy sąsiednich stolikach w krzyczących tualetach, śmiały się szyderczo. Jedna z nich rzekła głosem ochrypłym:
— Kaprys starego!
Inna dodała:
— Na który może sobie pozwolić.
— Pewno nie ma porządnej koszuli na sobie.
— Stary, ma za co kupić.
W gruncie, wściekały się ze złości.
Michał Saint-Clair był ulubieńcem tych dam z pół-światka, dla których łatwo trwonił pieniądze, nic w zamian nie żądając. Był tylko poufałym z niemi i zajmował się chętnie ich sprawami, a w razie potrzeby dyskretnie dopomagał.
Słowem był dla nich nieraz wybawcą, z utrapień, miłosierny bez rozgłosu i lepszy od wielu innych, którzy za parę groszy, wydanych z kieszeni, robią hałasu za kilka tysięcy.
Bankier i jego wybrana szli w milczeniu przez korytarz, prowadzący do kontroli, pośród tłumu coraz liczniejszego i połączyli się na ulicy.
Było koło północy. Bandy próżniaków stały pośródku drogi, podziwiając ogniste skrzydła, które zawsze obracały się jednostajnym ruchem. Powozy gromadziły się w ulicy w długim szeregu, oczekując na powrót swych gości, na skończenie jarmarku, a tymczasem inne rzucały w tę otchłań swój ładunek zapóźniony.
Na skraju Moulin-Rouge, w cieniu zakątków i bram zajezdnych lub za drzewami i ścianami kiosków, kryły się niepewne osobistości, czyhające na okazje, jak wilk na zwierzynę w śniegu blizko folwarku.
— Gdzie mieszkasz? — zapytał Saint Clair swej protegowanej.
Pod rażącym blaskiem gazowej latarni, ujrzał, jak się zarumieniła. Wyciągnęła rękę w kierunku wyżyn Montmartre.
— Tam, — odrzekła.
— Słuchaj, zaczął dobrodusznie, nie bądźże dzieckiem. Jest już późno. Czy chcesz, bym cię odprowadził?
— Dziękuję.
— Dziękuję, tak?
— Dziękuję, nie.
— Nie masz racji. Te strony są niepewne.
Z uśmiechem smutnym odpowiedziała:
— Nie boję się niczego, dobranoc panu.
— A pamiętasz dobrze? Saint-Clair. Michał Saint-Clair.
— Ulica Cambon.
— Doskonale. Koło dziesiątej.
— Tak, panie.
Dodała przytem głosem wzruszonym, kładąc rękę na sercu:
— Nigdy tego nie zapomnę... Zapisałam tutaj... Ocaliłeś mi pan życie... więcej niż życie nawet!
— Do widzenia, moje dziecię... Bądź odważną i dobrej myśli!
Michał Saint-Clair wsiadł do powozu, który od pierwszego jego pojawienia się na ulicy postępował za nim, ale zawahał się.
Przechylił się przez drzwiczki, popatrzył na oddalającą się młodą dziewczynę i dopiero wtedy zawołał do woźnicy:
— Ruszaj!
Następnie rzucił się wygodnie na miękkie poduszki, podczas kiedy doskonały rumak unosił go swym miarowym truchtem.
— Zachwycające stworzenie, pomyślał sobie — i prawdomówne, przysiągłbym na mą kieszeń... Nigdzie jej dotad nie widziałem. Takie jak ona, za serce chwytają... Urocze obejście! Prawdziwa kobieta, nie żadna lalka!... Muszę ją jeszcze zobaczyć.
Ułożył się wygodnie w kącie powozu.
— Żeby jej się tylko nie przytrafiło jakie nieszczęście, — zaczął. W tych djabelskich stronach mogą łatwo zabić dla marnych kilku groszy!... Wiem zaledwie jej imię. Joanna... Joanna... jakto? Powinienem był wziąść jej adres... Kosztuje mnie kilka złotych, ale nie żałuję tego... Mój pan zięć kazałby mię wykląć, gdyby się o tem dowiedział... Ten dla psa nie daje kiełbasy. Szubienicznik! Wstyd jej może lichego mieszkania! Biedna dziewczyna!
A podejmując wątek swych myśli:
— Dziesięć luidorów ma przy sobie... to niebezpiecznie!
Przez chwile chciał kazać woźnicy by zawracał, ale właśnie kłusem zjeżdżali w ulicę Pigalle. Niechciał się już zatrzymywać i pojechali dalej. Zresztą gdzieżby ją odnalazł?
Chwilę później powóz zatrzymał się przed drzwiami hotelu na ulicy Campon.
Bankier przeszedł podwórze z miną obojętną, by wykazać całe lekceważenie opinji, nucił przez zęby jakąś ogródkowa melodje, dosyć wesołą, idąc do swego oddzielnego apartamentu.
Maurycy Colombey słyszał turkot powozu pod sklepieniem, tentent kopyt końskich na bruku i wesołe mruczenie starego biesiadnika.
— Teść mój sobie nuci! — pomyślał.
— Ten zawsze wesoły i młody!
Radca był niezadowolony.
Zadmuchnął świecę przed zaśnięciem i w cieniu nocy widział jak w mirażu miljony uskrzydlone, które unosił jakiś bożek, promieniejący swą wieczną młodością.
I spadkobierca zapytał się z odcieniem złego humoru:
— Kiedyż przecie się to zakończy?