Przejdź do zawartości

Dziewczyna bezimienna/Część druga/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles Mérouvel
Tytuł Dziewczyna bezimienna
Pochodzenie Kurjer Poranny 1893
Wydawca Feliks Fryze
Data wyd. 1893
Druk w Drukarni Rotacyjnej
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. La File sans nom
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


IV.
Flirt.

Blanka Colombey wyszła, uprowadzając za sobą swego kuzyna Ferdynanda. Przechodząc około kominka, przy którym stał właśnie pan Colombey, mogła była zauważyć, iż ojciec nie był w dobrym humorze. Młody człowiek ukłonił mu się grzecznie, otrzymując wzamian nader protekcjonalne i zimne skinienie głową, bez cienia życzliwości.
Zachowanie się pana Colombey z młodym kuzynem nie uszło powszechnej uwagi, tak, że nawet gospodyni domu, pomimo zajęcia gośćmi, natychmiast to spostrzegła i ze zdumieniem zapytała męża, wskazując na oddalającą się parę:
— Drogi Maurycy, dlaczego jesteś tak niegrzeczny dla tego biednego chłopca?
— Ja?... Wcale nie.
— Jest to człowiek prawego charakteru, uczciwy i zacnego serca... trochę tylko nieśmiały...
— Tak sądzisz?
— Delikatnych uczuć i jestem pewna, że mu sprawia przykrość twoja obojętność.
Maurycy odpowiedział swoim cierpkim, do żywego przejmującym tonem.
— Wcale nie jestem obojętnym dla Ferdynanda i daleki jestem, aby mu zaprzeczać jego cnót... Tylko...
Spojrzał na żonę znacząco i zatrzymał się.
— Cóż takiego masz mu do zarzucenia? — zapytała.
— Rozumiesz mnie doskonale.
— Nie! Przysięgam ci!
— A jeżeli mam postawić kropkę nad i, to widzisz, nie chcę mu dać naszej córki.
Pani Colombey zrobiła kwaśną minę.
— Żebyś czasami gorzej nie trafił, — dodała bez ogródki.
— Z tem się nie zgadzam.
— Ferdynand ma przyszłość przed sobą...
— Nie przeczę.
— Dobry chłopak, złote serce.
— Zgoda.
— Dobrze wychowany...
— Może masz rację...
— Blanka, jestem pewną, byłaby z nim szczęśliwą.
— Zmusisz mnie do tego, żebym unikał najlżejszej sposobności, aby się widywali.
— Jednakże nie można wyrzucać z domu tak blizkiego członka rodziny, jak Ferdynand, dla tego, że mamy dorosłą córkę, której mógłby się podobać.
I pani Colombey dodała z nadzwyczajną żywością:
— Zresztą, mój drogi, nie wiem dla czego zajmujemy się rzeczą, o której żadne z nich nie myśli!
— Przepraszam cię, moja duszko, o pannie, która ma miljon gotówki posagu, myślą zawsze.
— Chyba dwa miljony, chcesz powiedzieć, — poprawiła matka, — bo ojciec mój daje drugi.
— Czy ci kiedy o tem mówił? — zawołał żywo radca.
— Przed chwilą.
— Ależ to znakomicie!
— To też przyznasz mi, kochany Maurycy, że dziewczyna z takim posagiem może sobie wybrać męża, jakiego zechce.
— Nie jestem tego zdania i zrobisz mi przyjemność, jeżeli pomyślisz o tem, co ci mówiłem.
— Biedny Ferdynand! — szepnęła pani Colombey.
Lecz biedaczka nie miała zwyczaju opierać się swemu tyranowi.
— Jeżeli tego wymagasz — odparła.
Tajemnice swej władzy pan Colombey ukrywał starannie, to też natychmiast stał się bardzo uległym.
— Chyba wiesz o tem, kochana Matyldo, że nigdy niczego nie wymagam, ani nakazuję, — powiedział. — Tylko sądzę rzeczy zdrowo. Na loterji, co się małżeństwem nazywa, można przegrać lub wygrać tak samo z panną ubogą, jak i bogatą, czego my jesteśmy najlepszym dowodem, gdyż zaślubiłem cię bogatą, a jestem szczęśliwy.
Uśmiechnęła się. Może nie była przekonaną, lecz wytrącono jej broń z ręki.
— Rób, jak chcesz, — odrzekła ze zwykłą uległością, — zresztą, tylko pragnę szczęścia Blanki.
I oddaliła się szybko, idąc na spotkanie jakiejś poważnej damy, która właśnie wchodziła.
Była to markiza de Saint-Béran, krewna i przyjaciółka admirała de Vitray.
Markiza była już w bardzo podeszłym wieku, lecz zachowała jeszcze zdrowie i umysł czerstwe. Nogi jej też dopisywały i chodzić mogła bardzo dobrze.
Jej silna budowa oparła się wiekowi, a chociaż twarz jej była pomarszczona, umysł i serce pozostały młode i gorące, zawsze spieszące na przysługi bliźnim.
Bogata osiemdziesięcioletniem doświadczeniem, dla wszystkich pełna była łaskawości i pobłażania. Pragnęła szczerze, aby ci, co ją otaczali, a lubiła młodych na około siebie, zawsze byli bez troski i smutku.
Pani Colombey podała jej ramię i podeszła ku mężowi, który podsunął jej wygodny fotel, z szacunkiem ścisnąwszy jej ręce.
Usadowiwszy się wygodnie, z nogami na poduszce, z lornetką przy oczach, ucieszona widokiem bawiącej się młodzieży przy dźwiękach doskonałej orkiestry, odezwała się:
— Wielką wam przynoszę nowinę.
— Nowinę? — zapytał radca.
— Nawet dwie.
— Prosimy najpierw o jedną.
— Czy nic nie wiecie o panu de Vitray?
— Nic, zupełnie.
— Czy nie pisał do was?
— Nic, od roku.
— A to potworny człowiek! — wykrzyknęła markiza.
— Potworny, to trochę za ostro, — odważył się dorzucić Colombey.
— Zaniedbywać do tego stopnia swych najlepszych przyjaciół! A do tego, gdyby tylko przyjaciół...
Nagle przerywając — dodała:
— Lecz nie widzę pańskiej córki?
— Blanki?!
— Gdzież ona jest?
— Musi znajdować się gdzieś na stronie, może w oranżerji... flirtuje sobie...
— Należy jej się to z prawa, kochany radco.
— A nowina, markizo?
— Pierwsza. Widziałam wielkiego jałmużnika marynarki. Przypadkiem szedł pieszo na Polach Elizyjskich, rozmawiając ze znajomymi, jak zwykły śmiertelnik... Właśnie wtedy przejeżdżałam... Dał mi znak. Zatrzymałam powóz... I on to mi powiedział: Pani przyjaciel, admirał de Vitray powraca... Czy być może? Sądzę, że już jest w Tulonie od czterdziestu ośmiu godzin. To cud, że on powraca!
W ten sposób porozmawiałam z nim trochę i dowiedziałam się pierwszej nowiny, co chyba nie można inaczej nazywać, zważywszy, że de Vitray, od czterech lat nie był wcale w Paryżu.
— Pewnie też długo nie zostanie?
— Tego nie wiem lepiej od pana. Lecz jeżeli zastosuje się do dawnego zwyczaju to zapewne długo popasać nie będzie. To wędrowny ptak... Biedna ta jego żona. Kiedy się z nią żenił, kto mógł przewidzieć przyszłość!
Radca przygryzł usta, nic nie mówiąc, lecz można było wyczytać z jego twarzy iż coś mógł o tem powiedzieć.
— Ah! gdybyś to pan zechciał nam objaśnić? — rzekła markiza.
— Więc co?
— Możebyśmy się dowiedzieli tajemnej przyczyny jego wycieczek... tego dziwnego rozłączenia... bo przecież tego nie można nazywać inaczej...
— Nie wiem nic, szanowna pani, a przytem gdybym nawet i wiedział cośkolwiek...
— No, rozumiem... tajemnica twego powołania.
— Cóż robić!
Markiza westchnęła.
— Bardzo mi żal tej młodej kobiety.
— Przecież ona jest pani przyjaciółką... zatem powinna była coś wytłumaczyć...
— Nigdy nic... ale to nic!...
— To bardzo zadziwiające.
— O tej całej historji, wcale ust nie otwiera, wszystko, co wiem w tej sprawie, to to, że cierpi bardzo, lecz co do przyczyny... nieznam jej!
— A teraz druga nowina, markizo?
— To prawda. A ta jest, że chciałam wam przyprowadzić panią de Vitray.
— Doskonała myśl!
— Z początku się opierała... Domyślacie się, dla czego... Żyje zupełnie zdala od świata... W końcu, zdecydowała się...
— Zatem przyjdzie?
— Pewnie za chwilę, jak tylko zrobi tualetę. Przyjechałam tu od niej.
— Dokazałaś pani cudu... Czy też wie, że mąż jest w Tulonie?
— Nie sądzę. Nic mi o tem nie mówiła.
— Szczególne małżeństwo!
— Oj to prawda! — odparła stara markiza.
Cudzoziemiec, tak pochlebnie opisywany przez ciotkę Sydonję, zbliżył się właśnie do nich, a zwracając się do radcy:
— Śmiem pana prosić, o zaszczyt przedstawienia mnie pani Saint-Béran, — odezwał się.
Prośba powiedziana była śmiało, lecz zarazem z wielką znajomością świata. Maurycy pośpieszył ją wypełnić.
— Pozwoli pani przedstawić sobie pana Jana Rodriguez, sąsiada naszego ze wsi — powiedział do markizy.
— Czy w Chesnay?
— Tak, pani markizo, — odparł młody człowiek.
— Piękna miejscowość. Czy posiadasz pan dom własny?
— Tak, pani.
— Od dawna?
— Od kilku miesięcy...
— Zapewne od kiedy pan przybyłeś do Francji.
— Prawie, pani markizo.
Cudzoziemiec wyrażał się bardzo poprawnie, z maleńkim akcentem, zdradzającym pochodzenie.
— Czy pan jesteś amerykaninem? — zapytała pani Saint-Béran.
— Tak pani.
— Ameryka jest wielką. Czy z południa, czy północy?
— Z Nowego Orleanu. Rodzice moi pochodzili z Hiszpanji.
— Masz pan jeszcze rodziców?
— Nie, pani! Jestem sam na świecie.
— Tak młody?
— Mam dwadzieścia siedem lat, pani markizo. Jest ze mną mój dawny nauczyciel, z którym się nie rozstałem na chwilę. Zacny człowiek. Odkąd zasięgnąć mogę pamięcią zawsze był przy mnie.
Jan Rodriguez skłonił się dodając:
— Będę miał honor, złożyć pani moje uszanowanie, markizo.
Jak tylko zostali sami z radcą, pani de Saint-Béran odezwała się:
— To dziwne, zwykle nie lubię cudzoziemców, a ten robi na mnie wyjątkowo sympatyczne wrażenie.
— Czy nie prawda? — zawołał Colombey.
— Ma coś w sobie, co mimowoli zniewala zaraz na pierwszy rzut oka. Co za wspaniałe oczy i głos wzruszający... słowo daję żałuję, że nie mam lat dwudziestu!
— Cóżby to było, markizo?
— Trzymałabym się na ostrożności. Najrozkoszniejszem miejscem do tajemnych zwierzeń jest bezwątpienia pyszna cieplarnia, zapełniona mnóstwem drzew zwrotnikowych o szerokich liściach i pachnących kwiatach, pod któremi tak łatwo skryć się lub choć zasłonić się można.
Blanka weszła tam z Ferdynandem i oboje usiedli na misternej kanapce z trzciny złoconej osłonięci olbrzymiemi paprociami.
— Musisz być szczerym Ferdynandzie — odezwała się do niego, młoda dziewczyna i powiedzieć — co masz przeciwko nam, mój przyjacielu.
— Mylisz się!
— Przecież cię teraz zupełnie ni widuję... nie przychodzisz do nas... a przed sześciu miesiącami byłeś codziennym naszym gościem.
— Zaręczam ci...
— No, ze mną powinieneś być szczerym... Wychowaliśmy się razem... Jesteśmy spokrewnieni!.. Nosimy to samo nazwisko... a zresztą wiesz, że mam dla ciebie uczucie siostrzane.
Ferdynand zbladł więcej jeszcze. Młoda dziewczyna zaczęła wzruszona:
— Jestem młoda... i znam mało życie. Powinieneś być szczęśliwy... Wszystko ci się udaje, a karjera twoja może być z czasem świetna, bo najtrudniejszy początek zwalczony. Cóż ci zatem brakuje?
— Ależ nie.
— Widocznie, że nie jesteś szczęśliwy, bobyś całkiem inaczej wyglądał. Zmieniłeś się bardzo.
— Tak myślisz?
— Znajduję cię smutnym... Powiedz, co ci dolega?
— Nic mi nie jest.
— Dla czego mnie chcesz zwodzić?
Wzięła go za rękę i ściskając w swojej dłoni, mówiła błagalnie:
— Może ty kogo kochasz?
— Ja?...
— Bezwątpienia. Dlaczegóżby nie? Jaką piękną panienkę... blondynkę czy brunetkę? Musi być chyba bardzo szczęśliwa dla tysiąca powodów, dumna z ciebie.
Młody człowiek się podniósł, wziął kuzynkę pod ramię i postąpił kilka kroków.
— Dowiedz się kochana Blanko, — rzekł wzruszonym głosem, — że całe życie będę kochał tylko jedną kobietę i ta nigdy o tem wiedzieć nie będzie.
— Musisz chyba być strasznie nie śmiały, — odparła młoda dziewczyna rumieniąc się.
— Nasze stosunki są takie, że nie mam nadziei być przyjętym...
— Ty?
— Ja!
— Dla czego tak sądzisz?
— Bardzo wiele powodów mam do tego.
— Czy masz tak wygórowane pragnienie? — dodała żartobliwie.
— Może, bo mi tak dano do zrozumienia.
— Nic nie pojmuję — odparła. — Nazywasz się Colombey, pochodzisz z uczciwej rodziny, zasłużyłeś się już w swoim zawodzie, cóż chcesz więcej?
— Ona jest bogatą, a ja ubogim.
— Cóż to szkodzi?
— Dla ciebie zapewne nic, — dodał z gorzkim uśmiechem. — Masz na to za wyniosłą duszę. Lecz są tacy, co o tem inaczej sądzą.
Młoda dziewczyna oparła się mocniej na ramieniu kuzyna. W głębi duszy miała dla niego wiele przyjaźni i poważania.
— Nie chcę, żebyś był taki smutny Ferdynandzie, — powiedziała. Musisz mi powierzyć swoją tajemnicę i jeżeli będę mogła coś temu zaradzić... A może ta młoda panienka jest moją przyjaciółką?
Prześlicznie wyglądała oparta na jego ramieniu poufale jak siostra do brata szczebiocząc, kiedy nagle wyprostowała się i postąpiła krok naprzód wpatrując się w otwarte drzwi salonu, o które oparty stał młody człowiek, patrzący na nich. Był to młody cudzoziemiec.
Ferdynand doznał uczucia prawie gniewu, na jego widok. Widział kilka razy w Chesnay tego człowieka i za każdym razem, kiedy wchodził, rumieniec na twarzy Blanki zdradzał jej tajemnice. Tam był nieprzyjaciel.
Młoda dziewczyna odwróciła się, przesyłając kuzynowi przyjacielskie skinienie główką i zniknęła ze swym tancerzem.
Ferdynand widział ich mięszających się z tłumem tańczących przy dźwiękach orkiestry, która właśnie zaczynała znany walc de Métra „Czarowny”.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles Mérouvel i tłumacza: anonimowy.