Przejdź do zawartości

Dziewczyna bezimienna/Część druga/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles Mérouvel
Tytuł Dziewczyna bezimienna
Pochodzenie Kurjer Poranny 1893
Wydawca Feliks Fryze
Data wyd. 1893
Druk w Drukarni Rotacyjnej
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. La File sans nom
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


III.
Ubogi kuzynek.

Powaga nowoprzybyłego dziwnie odbijała od swobodnego układu i ożywionej twarzy Gastona.
Nazywając go poważnym, nie wyrażamy się z całą ścisłością. Obok powagi, było wyryte piętno smutku na obliczu tego dwudziesto kilko letniego młodzieńca, postarzałego nadmierną praca, wybladłej twarzy pracującego Paryżanina, świadczącej o niejednej spędzonej bezsennie nocy.
Przytem był nieśmiałym i łagodnego charakteru. Oczy niebieskie o zielonym blasku, jasne, błyszczące, przenikliwe i zimne, nos prosty, czoło wysokie. Włosy ciemne, nigdy nie musiały być obfite, rozdzielały się i przystawały do skroni płasko, jak u Napoleona. Usta były zaledwie różowe. Cała siła i moc młodzieńca, podobnego do wybujałego kwiatu w cieplarni, koncentrowało się w spojrzeniu, które jednak rzadko się ożywiało.
Ferdynand Colombey był o wiele uboższym od całej swej tu zebranej rodziny, bogatych paryzkich mieszczan.
Ojciec jego robił złe interesy i stracił majątek, ocalając cząstkę zaledwie. Przytem popełnił błąd nie do darowania w tym pozytywnym świecie. Ożenił się z miłości i bez pieniędzy.
— Szalone, kapitalne głupstwo! — mówił ironicznie Saint-Clair. — Cóż do licha! Trzeba przecież rozumieć, że ożenienie się jest ważną sprawą, w której się zapomnieć nie wolno porządnemu obywatelowi.
Ferdynandowi dostało się zaledwie sześć tysięcy renty po rodzicach, to jest prawie zero, więc też traktowano go bez żadnych szczególnych względów, chociaż był już zastępcą prokuratora i posiadał poważanie u zwierzchników.
Komendant Briard serdecznie uścisnął go za rękę, mówiąc:
— Jak się masz, Ferdynandzie?
Młody człowiek odrzekł z powaga:
— Dosyć dobrze, panie komendancie.
— Roboty macie dosyć zawsze?
— Tak, zawsze.
— Nie brakuje zbrodniarzy i łajdaków! W Paryżu niebezpieczniej jak wśród lasu. W nocy nie dają spokoju włóczęgi, oberwusy, złodzieje i różne inne plugastwo. Wszędzie tego pełno. Podłe nasienia!
— To prawda.
— Wyprawiać tych wyrzutków do Cajenny, miła robota, sacrebleu! Dobra zabawa ich czeka... Raj... wspaniały kraj... Chociaż oni z tego sobie nie nie robią.
— Może masz pan słuszność, — odparł młody człowiek obojętnie.
W tej chwili zwróconą miał uwagę gdzieindziej, patrząc na około siebie, jak gdyby kogoś szukał, lecz widocznie zawód go spotkał, gdyż lekkie niezadowolenie wykrzywiło mu usta.
Nielitościwy Durivel zawołał:
— Nie nudź, komendancie, Ferdynanda swojemi historjami o złoczyńcach. Co oni go mogą obchodzić! Czy myślisz, że cię słucha? W tej chwili jest zajęty czem innem. No, dalej... piękny marzycielu... rozchmurz oblicze!.. Idzie twoja wybrana!
Młody człowiek wzruszył ramionami, uśmiechając się smutnie.
— Niepoprawny! — odparł.
Orkiestra, złożona z kilkunastu muzykantów, umieszczonych na wzniesieniu w końcu salonu, kończyła właśnie walca. Pary tańczących rozchodziły się, tancerze odprowadzali tancerki na swoje miejsca.
Wysoka młoda dziewczyna, o jasnych włosach, wysmukla, szczupła, o ładnej twarzyczce szczerej i sympatycznej, opuściła towarzysza, zobaczywszy Ferdynanda.
— Nareszcie przyszedłeś, Ferdynandzie, — zawołała, podając mu rękę, ubraną w długie jasne rękawiczki. — Co się z tobą dzieje? Zapomniałeś o nas zupełnie!..
I wziąwszy go poufale pod ramię, ukłoniła się komendantowi i jego towarzyszowi, mówiąc:
— Przebaczcie mi, panowie, że go zabieram.
Gaston zrobił pocieszną minę, a obracając się do komendanta, dodał dwuznacznie:
— Ferdynand chciałby też zrobić to samo. Biedak, umiera z miłości, lecz to nie dla niego kąsek.
— Kto to wie!
— Alboż by to radca oddał córkę takiemu, co nie ma nabitego worka?
— Ale Ferdynand ma przed sobą przyszłość.
— Przyszłość jakiego prokuratora w Evreux lub Rombouillet, z siedmioma tysiącami pensji zaledwie... To za mało! Kuzynek Maurycy umie liczyć...
— Trochę zanadto! — przyznał komendant.
Gaston spojrzał mu w oczy.
— A przytem jest jeszcze coś innego, dzielny druhu, — dodał tajemniczym tonem.
— Cóż to takiego? — zapytał komendant.
— Ukryte niebezpieczeństwo.
— Jakie?
— Maleńka intryga na horyzoncie.
— Powiedz jaka!
— I to nie mała.
— Gdzie?
— Czy niemasz oczu komendancie?
— Ależ...
— Nic nie zauważyłeś?
— Nic a nic!
— Za to ja komendancie mam zawsze dobre oczy i dobry nos, brakuje mi tylko pełnej kieszeni od czasu do czasu.
— Więc?
— Otóż pewnego, wieczoru w Chesnay wszystko zrozumiałem.
— W Chesnay! Cóż to być może — zapytał zdumiony komendant. — Nic nie pojmuję.
— Wierzaj mi.
— Wytłumaczże cokolwiek.
— Zgoda. Najpierw zaczynam od miejscowości. Na tem się znasz komendancie?
— Kiedyś tak, dziś już jestem trochę za ciężki.
— Trochę za skromnie o sobie trzymasz. Zatem wiesz zapewne, że Chesnay...
— Jest ładną miejscowością.
— Mającą około dwudziestu prętów obszaru.
— Wspaniałą, do tysiąca fur beczek!
— Z prześlicznym parkiem, za którym przepada kuzyn Maurycy.
— I mnie się on podoba.
— To jego mały Wersal, jak sam nazywa.
— No, dalej marudo!
— Cóż się mam spieszyć. Co za ciekawość. Chesnay ma miłe sąsiedztwa.
— Naturalnie.
— Najbliższym sąsiadem jest jakiś cudzoziemiec.
— Amerykanin.
— Który nabył mały Chesnay przed kilkoma miesiącami na jesieni.
— Wiem!
— Czy widziałeś go, komendancie?
— Kogo? Właściciela?
— Tak.
— Bezwątpienia śliczny chłopak i dobrze wychowany.
— I do tego bogaty podobno.
— Może być — odpowiedział obojętnie komendant.
Gaston głos zniżył.
— A więc kochany panie, nadstaw no ucho, ale to, co pozostało dobre.
— No, gadaj.
— Oto co się stało.
— Kiedy?
— Zaledwie dziesięć dni temu, przecudnego wieczoru wiosennego. Powietrze było upajające rozkoszną wonią kwiatów...
— Zaczynajże już.
— Nasza kochana kuzyneczka, milutka Blanka, dziedziczka miljonów wujaszka Maurycego i starego bałamuta bankiera Saint-Clair, niewiniątko, co z tak naiwną minką uprowadziło zakochanego prawnika, ta panienka w białej sukience i skromnej mince, co ci się z takim wdziękiem ukłoniła komendancie, słowem, nasza kochana jedyna Blanka, zbiegła nam pewnego wieczora.
— W Chesnay?
— Tak, podczas obiadu, kiedy zebrani goście kończyli boską ucztę, jaką od czasu do czasu wydaje kuzyn Maurycy jako głowa domu „Colombey, Durivel, Briard i S-ka“. Czy pan komendant tego nie zauważył? No to już chyba się stało za sprawą dobrego wina.
— O niczem nie wiem! Cóż dalej?
— Czy to pana interesuje, komendancie?
— Prędzej.
— Jestem posłuszny! Uszedłszy bacznej uwagi matki, Blanka pobiegła do parku, okrytego już cieniami nocy. A ponieważ nic nie może ujść przed mojem okiem i dawno już przeczuwałem, co się święci, natychmiast zauważyłem też, co się stało. Ukryty za olbrzymiemi drzewami, przesuwając się po za niemi, szedłem krok w krok za uciekającą, nie tracąc jej ani na chwilę z oka. Zresztą stało się to z powodu jej własnej nieostrożności. Zamiast się okryć jakim ciemnym płaszczem, pobiegła w jasnej sukni, która ją zdradzić musiała.
Komendant zrobił, ruch oznaczający zniecierpliwienie i zaklął siarczyście.
— Czy mam sądzić, iż to opowiadanie, pełne poezji, nie zajmuje pana? — zapytał spokojnie Gaston.
— Nieznośny jesteś!
— Zaraz kończę. Przyszedłszy do tego miejsca, gdzie się mur kończy i rozdziela sąsiednią posiadłość z parkiem, Blanka zatrzymała się.
— Dla czego?
— Poczekaj pan. Mur ten jest cały pokryty masą bluszczu i różnych pnących roślin. Byłem zaledwie o dwadzieścia kroków od niej, jak wąż zbliżając się pomiędzy krzewy i unikając najmniejszego szmeru. Wtedy to zobaczyłem.
— Chciałbym, żebyś raz powiedział, co takiego.
— Z pomiędzy zielonych zwojów bluszczu wychyliła się głowa, lecz co za głowa komendancie, o czemuż to ona nie jest na moim karku. Z nią miałbym wszystkie uciechy życia, zdobył bogatą dziedziczkę, z nią poznałbym wszelkie rozkosze! Proszę, wyobraź sobie komendancie najpiękniejszą męzką głowę o kruczych włosach, wysokiem czole, nosie greckiego rysunku, ślicznym jedwabnym wąsiku, bladej matowej cerze, ślicznych białych zębach, świecących w ciemnościach, słowem młodą, dumną twarz męzką!
— Kończ! — zawołał komendant.
— Znamy się na tem.
— A ha, nareszcie cię to poruszyło... Chciałbyś wiedzieć koniec?
— Nie zmyślaj tylko!
Gaston podniósł rękę do góry na znak przysięgi.
— Mówię najszczerszą prawdę, komendancie. Przysięgam na głowę ciotki Sydonji.
— Blagujesz!
— Na prochy mojej matki!
— Czy będziesz cicho!
— Już dłużej nie będę narażał twojej cierpliwości i opowiem króciutki dyalog, który miał mnie oświecić..
— Pani? — zawołał młody człowiek z za muru!
— Wiem o tem, że źle robię, lecz pański list mnie wzruszył...
— Wzruszył! Dlaczego? Zachwycającą pani jesteś, a czy to jest zbrodnią, że o tem pani mówię?
— To ja ją popełniam słuchając pana.
— Nie wierz temu pani! A cóż to ja chcę takiego? Okazać ci pani szacunek tak wielki, jak moja miłość!
I nagle z powodu tego, że zapewne mu było wygodniej, zaczął szwargotać po angielsku.
Blanka zna ten djabelski język jak apostołka armji zbawienia. Nigdy bardziej nie żałowałem mojego lenistwa do nauki.
— Nie rozumiałem ani słówka z rozmowy, lecz mogą ci ręczyć, komendancie, iż sądząc po ich twarzach i wzroku pełnym ognia tak, ognia daję słowo, mówili o miłości i to o miłości już tryumfującej. Blanka zdawała się być w ekstazie, upojona jak biedne ptaszę wzrokiem węża, który go chce pożrzeć. Byłem ciekawy, jak się to skończy, kiedy znów zaczęli mówić po francuzku.
Blanka powiedziała swojemu sąsiadowi, który rzeczywiście śmiesznie wyglądał na swojem stanowisku, jeżeli zresztą można być śmiesznym z jego głową:
— Do zobaczenia się wkrótce!
Słowa były zwykłe, lecz trzeba było słyszeć głos, ile w nim było uczucia!
— I tak się rozstali? — zapytał komendant Briare, pogrążony w głębokiej zadumie.
— Tak, rozstali — potwierdził Gaston Durivel — ale przedtem uścisnęli sobie ręce, obyczajem angielskim, bardzo gorąco, a mała jeszcze dodała: „Tylko proszę, nie zapomnij pan o balu”.
— O jakim balu? — zapytał zamyślony oficer.
— No, nie potrzeba na to być mędrcem, aby odgadnąć, iż szło o dzisiejszą zabawę.
— A więc zaprosili sąsiada?
— Myślę nawet, że kuzyn Maurycy wydał ucztę na jego intencję — ciągnął Gaston.
— Czy wiesz, kto jest ten cudzoziemiec, Gastonie?
— Słowo daje, że nie wiem, ale prowadzi dom okazale, ma pałac w Paryżu.
— Wiem.
— Willę w Chesnay. Zapytajmy się o to ciotki Sydonji.
Sydonja Durivel, pani naczelnikowa, zbliżała się właśnie ku nim.
Była to mała, szczupła osóbka, około lat sześćdziesięciu, bardzo pretensjonalnie wystrojona, o lisiej twarzy, gotowej zawsze do układnego uśmiechu, ślizgająca się pomiędzy zebranymi jak żmijka, której nastąpiono na ogon.
Poznać można było po wyniosłej minie i szyderczo-dumnym uśmiechu jej wazkich zaciśniętych ust, że całe towarzystwo traktowała z góry, uważając się sama za wykolejoną ze swej sfery. Tylko zaledwie komendanta i radcę wyróżniała z całej rodziny.
— Powiedzno, kuzynko, — zapytał oficer, zwracając się do niej czy znasz cudzoziemca z Chesnay?
— Co za cudzoziemca? — zapytała zdziwiona, a potem nagle dodała:
— Ach! tego młodego Amerykanina, który mieszka obok Colombey’ów?
— Tak.
— Naturalnie, że go widziałam. Bardzo przyzwoity młody chłopiec, mieszka ze starym nauczycielem, który się nie pokazuje nigdy, zatopiony w książkach. Rodziców nie ma. Jest bogaty, podobno miljoner.
— No, łatwo mówić temu, który przyjechał Bóg wie zkąd — szepnął Gaston.
— Zdaje mi się, że z Nowego Orleanu.
— Tak sądzisz? Zatem nie jesteś jeszcze tego pewną, kuzynko?
Ciotka Sydonja pobożnie złożyła ręce.
— No, chyba trudnoby mi było podróżować tak daleko, ale wuj ma dobry węch i nie kupi kota w worku. A kiedy przyjmuje tego młodego człowieka, musi wiedzieć, co on za jeden. On już chyba wie, co ma robić.
I utkwiwszy swoje złośliwe oczki w Gastona, powtórzyła:
— Choćby się to miało komu nie podobać, nie cofam zdania. Bardzo ujmujący jest ten cudzoziemiec, dowcipny, wykształcony, elegancki, grzeczny, uprzedzający.
— Słowem, posiada wszystkie cnoty, — dodaj kuzynko.
— Tak, wszystkie cnoty i wszystkie środki, aby się mógł podobać i, daj Boże, aby można powiedzieć to samo o niejednym z moich znajomych paryżan.
— Masz — odparł komendant, podczas kiedy niepoprawny Gaston odpowiedział:
— Nie żenuj się, kochana ciociu... Ślicznie dziękuję!
Ciotka Sydonja zdawała się nie rozumieć, o co chodzi. Odwróciła się ku drzwiom.
— Otóż właśnie nadchodzi i sami będziecie go mogli osądzić.
— Mówią o wilku, a wilk tu — trzepał dalej Gaston.
Służący zameldował:
— Pan Jan Rodriguez.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles Mérouvel i tłumacza: anonimowy.