Dziennik Dolnośląski nr 0/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Tytuł Dziennik Dolnośląski nr 0
Redaktor Włodzimierz Suleja
Data wydania 31 sierpnia 1990
Wydawnictwo Norpol-Press sp. z o.o.
Miejsce wyd. Wrocław
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
DD winieta.JPG

Oddajemy dziś w Twe ręce, Czytelniku, sygnalny numer nowego codziennego pisma, „Dziennika Dolnośląskiego”. Jego wydawcą jest spółka NORPOL-PRESS, której głównymi udziałowcami są Zarząd Regionu NSZZ „Solidarność” Dolny Śląsk i norweski koncern prasowy Orkla-Media.
Pragniemy stać się pismem całej dolnośląskiej społeczności oferując jej, zamiast programowych deklaracji, informacyjną rzetelność i profesjonalną sprawność. Zamierzamy współuczestniczyć w procesie zmian z pełnym poczuciem odpowiedzialności za drukowane na naszych łamach słowa i głębokim przekonaniem, że nie ma tematów, których poruszenia wzbroniłby nam wzgląd na jakikolwiek partykularny interes.
Nie taimy, że zamierzamy różnić się od aktualnie obecnych na rynku prasowym gazet. Postaramy się wykorzystać w tym celu i możliwości techniczne (wielokolorowość, barwne fotografie), i odmienność doświadczeń dziennikarskiego zespołu. Formułę, którą zaproponujemy, ocenisz jednakowoż najlepiej Ty, Czytelniku.
Wierzymy wreszcie, że dziennik nasz pozostanie „wolny i niezależny, nawet od swoich właścicieli”. Wszak „wolności słowa, druku i publikacji” domagali się, wysoko sytuując to żądanie w zesiawie 21 postulatów, strajkujący w roku 1980. Dziś, w dziesięć lat później, zdobycz tę pragniemy, we wspólnym interesie, skutecznie i odpowiedzialnie wykorzystać.

REDAKCJA


Jak założyliśmy gazetę

Jak założyliśmy gazetę-zdj.1.jpg
Foto: Marek Grotowski

PIOTR ADAMCZYK

Spór wybuchł kilka miesięcy temu. Jeszcze w zeszłym roku wszystko wydawało się prostsze. Na rynku prasowym wciąż dominował koncern rozpadającej się partii, więc każda próba wyjścia z niezależną, nową gazetą była dla sięgających po władzę środowisk nęcąca.

Tymczasem okazało się, że prasa dotychczas nazywana reżimową dość szybko zmieniła oblicze. Na początek redakcje zrezygnowały z drukowanego przy winietach hasła o konieczności połączenia się wszystkich na świecie proletariuszy. Potem zaczęto wymieniać naczelnych tak, aby ich następcy gwarantowali zgodność z poglądami dysponentów o innych niż międzynarodowe połączenie proletariuszy zamiarach. Pojęcie niezależności zaczęło być przy tym coraz bardziej względne, aż w końcu niespodziewanie okazało się, iż niektórzy z niegdysiejszych zwolenników wolnej prasy są dziś jej radykalnymi przeciwnikami. Tak stało się na przykład we Wrocławiu.

Pierwsze kłopoty

Pomysł zrobienia interesu na wydawaniu w Polsce kolorowego dziennika wyszedł od Norwegów. Jeden z norweskich potentatów prasowych Orkla Media, spółka akcyjna wchodząca w skład koncernu Orkla Borregaard (przemysł, inwestycje giełdowe, ponad 6 tysięcy pracowników, ponad miliard dolarów rocznego obrotu), postanowił zainwestować gotówkę oraz sprzęt, w sumie ok. 600 tysięcy dolarów.

Do przetargu z Norwegami stanęły Gdańsk, Warszawa oraz Wrocław. Najwięcej przekonywających argumentów przedstawił Władysław Frasyniuk, szef dolnośląskiej „Solidarności”. Oprócz osobistych kontaktów miał bowiem 50 tysięcy związkowych dolarów.

Pełen szarpaniny proces zawiązywania spółki NORPOL-PRESS zaczął się pod koniec ubiegłego roku i trwał dziewięć miesięcy.
Najpierw trzeba było dogadać się z Norwegami. Później przekonać piętrzącą problemy Agencję ds. Inwestycji Zagranicznych. W końcu przeforsować pomysł w dolnośląskim Zarządzie Regionu, który, jak się okazało, na wspólne z Norwegami finansowanie niezależnej prasy miał ochotę dość umiarkowaną.
Najszybciej potoczyły się rozmowy z kapitalistami. Stanęło na tym, że Orkla odda spółce w dzierżawę, z możliwością sukcesywnego wykupu, maszyny drukarskie, sprzęt poligraficzny i komputery oraz wniesie udział w wysokości 60 tysięcy dolarów. Ze strony polskiej gotowość wejścia do spółki zgłosiło dysponujące budynkiem nadającym się na drukarnię Wrocławskie Przedsiębiorstwo Przemysłu Betonów „Prefabet” oraz związek „Solidarność”, który zobowiązał się do zainwestowania ponad 700 milionów złotych. Norwegowie wiedzieli, iż dla normalnego człowieka Polska jest krajem trudnym do zrozumienia. Nie spodziewali się jednak, że aż tak bardzo. W ogóle nie potrafili pojąć na przykład sensu istnienia stołecznej Agencji d/s Inwestycji Zagranicznych.
— Sądziliśmy — przyznają — że skoro Polsce zależy na dopływie technologii oraz kapitału, to instytucje państwowe przynajmniej nic będą przeszkadzać.
Okazało się jednak, iż Agencja przekonana jest, że o wszystkim wie lepiej niż zainteresowani spółką wspólnicy.
— Jeździliśmy do Warszawy kilka razy — wspomina ze złością dyrektor spółki Juliusz Zieliński. — Ciągle czegoś brakowało. Wymagania urzędników były sprzeczne, sprawa się przeciągała. Agencja chciała za nas negocjować warunki, a przecież to jest nasz interes, a nie urzędników z Warszawy.
Tygodnie mijały, pliki dokumentów rosły. Agencja żądała coraz to nowszych opinii. Norwegowie z niecierpliwością patrzyli na kalendarz. Wydłużały się terminy potrzebne na obeschnięcie kolejnych pieczęci. Sprawę przyśpieszyła dopiero interwencja premiera. Na dokumenty z Agencji trzeba było jednak trochę jeszcze czekać, bowiem nie mieli tam akurat wolnej maszynistki.
W końcu należało odwiedzić notariusza. Norwegowie mieli wszelkie niezbędne pełnomocnictwa, ale okazało się, że nie ma ich Frasyniuk. Zgodnie ze statutem związku na ich udzielenie musieli pozwolić wszyscy członkowie Komisji Krajowej. Zaczęło się więc ściganie członków komisji po całym kraju.
Wspólnicy akurat doprowadzili do notariusza Michała Boniego, gdy nieoczekiwanie pojawił się nowy kłopot. Otóż, pełnomocnictwa dla Frasyniuka podpisywali aktualni członkowie komisji, natomiast notariusz dysponował starym wyciągiem z rejestru związku, w którym na przykład Boniego w ogóle nie było. Przyznał więc, że pan Boni znany jest mu skądinąd i wie z telewizji, iż jest członkiem Komisji Krajowej, ale w notarialnych dokumentach nie ma na to stosownego kwitu. Trzeba więc było jechać po aktualny wyciąg z rejestru związku, którego, rzecz jasna, nie mógł wziąć byle kto, lecz jedynie osoba specjalnie upoważniona przez członka komisji.
Tymczasem kolejne problemy zaczęły się pojawiać w samym Wrocławiu, w którym część związkowych działaczy oprotestowała koncepcję spółki oraz przedstawioną przez nią wizję gazety.

Protesty i pretensje

Od początku najpoważniejsze zastrzeżenia zgłaszał Tomasz Wójcik, członek prezydium dolnośląskiego Zarządu Regionu. Oprócz swojego stanowiska przedstawił zbieżne z nim oświadczenie KZ „Solidarności" Politechniki Wrocławskiej, sprzeciwiającej się zainwestowaniu w spółkę 50 tysięcy związkowych dolarów. Twierdził, iż pieniądze te, pochodzące ze składek i przechowywane od stanu wojennego przez Józefa Piniora, miały być przeznaczone na realizację potrzeb Zarządu Regionu, a nie na działalność wydawniczą.
Protokolant podczas kwietniowego posiedzenia ZR odnotował, iż „Frasyniuk zarzucił Wójcikowi specjalne rozognianie sprawy” zaś „Wójcik wyraził protest przeciwko sformułowaniu pretensji przez W. Frasyniuka i stwierdził, że ma jedyne wątpliwości co do działalności gospodarczej”.
Trzy miesiące później umowa o utworzeniu spółki NORPOL-PRESS została zawarta. Ustalono, że kapitał zakładowy wynosi półtora miliarda złotych i dzieli się na tysiąc udziałów. „Solidarność” objęła 514 udziałów, Orkla 400, „Prefabet” 80. Sześć udziałów zostało wykupionych przez trzech pracowników spółki jako zaczątek mającego rozwinąć się w przyszłości akcjonariatu pracowniczego.
W aneksie do umowy znalazł się zapis dotyczący profilu wydawanego przez spółkę pisma: „Polityka wydawnicza dziennika oparta będzie na podstawowym założeniu, że będzie on całkowicie wolny i niezależny, nawet od swoich właścicieli. Opinia dziennika będzie ograniczona do artykułu wstępnego zawsze opartego na zasadach wolności, niezależności i stałego umacniania demokracji i praw jednostki w społeczeństwie. Są to te same założenia, które przyjęła dla swojej pracy wydawniczej 10 lat temu Solidarność — ze skutkiem dzisiaj widocznym. Mimo to, dziennik nie będzie organem Solidarności, będzie mógł być nawet zasadniczo opozycyjny wobec Solidarności i swoich właścicieli i będzie zawsze przedstawiał swój profil wydawniczy na zasadach wyżej opisanych”.

Jak założyliśmy gazetę-zdj.2.jpg
Nasi drukarze przeszli „dogłębne” szkolenie w Norwegii.
Foto: Juliusz Zieliński

Umowa wraz z zawartą w niej koncepcją pisma nie wszystkim przypadła do gustu. Podczas sierpniowego zebrania Zarządu Regionu pojawiły się kolejne wątpliwości. Tomasz Wójcik domagał się ekspertyz prawnych, twierdząc, iż część punktów umowy nie jest dla strony polskiej korzystna. Z kolei za niekorzystny dla związku uznali niektórzy brak możliwości zwolnienia dziennikarzy z powodów... politycznych.
Za postawionym po burzliwej dyskusji wnioskiem o zaciągnięcie 305 milionów złotych kredytu na uzupełnienie wkładu spółki głosowało 13 osób. Przeciw było 10.

Drugie dno sporu

— Jest to kolejna rozgrywka polityczna wewnątrz związku — twierdzą w jego siedzibie przy pi. Czerwonym. Dodają, iż konflikt ciągnie się od czasów waśni między RKW a RKS, uosabianymi z jednej strony przez Frasyniuka, z drugiej zaś przez Wójcika. Ostatnio podczas regionalnych wyborów, obaj starali się o fotel przewodniczącego Zarządu Regionu.
Po utworzeniu ROAD, którego Frasyniuk został liderem, tarcia wewnątrz związku przybrały na sile.
— Teraz nie ulega wątpliwości, że za związkowe pieniądze Frasyniuk załatwił sobie gazetę. Kilku działaczy ROAD jest już zatrudnionych w spółce — skarżą się członkowie dawnego RKS.
Nazajutrz po zarejestrowaniu spółki z listem protestacyjnym do Komisji Rewizyjnej zwrócił się Jan Waszkiewicz, delegat na Zjazd Krajowy związku. Oświadczył, iż zawiesza płacenie składek, bowiem nie życzy sobie, aby wspierano nimi powstanie dziennika, który nie będzie gazetą związkową, lecz, niewykluczone, że organem ROAD.
Jednocześnie z MKK związku (obejmującej 11 wrocławskich zakładów) nadeszło pismo zarzucające przewodniczącemu Zarządu Regionu odejście od działalności związkowej. Pismo zawierało wniosek o udzielenie przewodniczącemu votum nieufności.
W Komisji Rewizyjnej przyznają, że na wniosek ten złożyło się wiele okoliczności. Rosnące bezrobocie, brak jasnego programu działania związku, pogarszające się warunki życia.
— Sądzę, że bezpośrednim detonatorem jest tu jednak zaangażowanie się Frasyniuka w ROAD i w niezależną od związku gazetę — mówi przewodniczący Komisji Rewizyjnej Antoni Tarczewski. — W sytuacji, w której związek stoi przed wyborem sposobu obrony pracowników, a w swoim zapleczu słabnie, są tylko dwie możliwości: albo liderzy przestawią się wyłącznie na obronę związku, albo zdeklarują politycznie i przejdą do pracy politycznej lub samorządowej.
Komisja Rewizyjna podejmuje uchwałę, w której wyraża wątpliwości związane ze stroną prawną umowy spółki oraz stwierdza, iż skandalem jest, że udziałowcy pisma powstającego przy finansowym wsparciu „Solidarności” nie tylko nie chcą sprecyzować jego oblicza ideowego, ale — co gorsze — dopuszczają wręcz możliwość opozycyjności wobec związku.
— Ten dziennik nie może być niczyim organem — tłumaczy Władysław Frasyniuk. — Zespół nie może być skrępowany narzuconą z zewnątrz wizją. To jest interes, w którym liczy się rentowność i poczytność pisma. Chcemy, aby przyniosło ono społeczne oraz finansowe korzyści regionowi.
Redaktor naczelny „Dziennika Dolnośląskiego” Włodzimierz Suleja, człowiek „Solidarności”, mówi, że nie będzie robił gazety propagandowej.
— Nasz dziennik musi być niezależny od zmiennych trendów politycznych. Zaangażowałem dziennikarzy z różnych środowisk. Sądzę, że reprezentowana przez nich różnorodność opcji w większym stopniu pozwoli nam na oderwanie się od tak powszechnego w naszym kraju myślenia jednotorowego.
Nieco zdezorientowany już przedstawiciel strony norweskiej ma na ten temat tylko jedno do powiedzenia. Oprócz zysku chodzi mu jedynie o to, aby nie była to gazeta komunistyczna. Akurat to życzenie wydaje się do spełnienia.

PIOTR ADAMCZYK



REKLAMA
Nowy bank Wrocławia.jpg

NOWY BANK WROCŁAWIA
Najkorzystniejsze oprocentowanie lokat • atrakcyjne warunki kredytowe • kompleksowa obsługa consultingowa

21 sierpnia przy ul. Dąbrowskiego 42 zainaugurował działalność Oddział Wrocławski Banku Handlowo-Kredytowego SA w Katowicach. Nowo otwarta placówka oferuje klientom szeroki wachlarz usług: udziela kredytów dla firm prywatnych i państwowych, dokonuje lokat terminowych, przy czym oprocentowanie wkładów w BHK należy do najkorzystniejszych w regionie. Bank prowadzi również skup wierzytelności, operacje gotówkowe i czekowe oraz obrót papierami wartościowymi. W najbliższych miesiącach przewiduje się także wdrożenie usług w dziedzinie leasingu oraz operacji w walutach wymienialnych.

Nowa placówka zamierza aktywnie uczestniczyć w procesie prywatyzacji, wspierając młodą, prywatną przedsiębiorczość dogodnym kredytem, emisją akcji oraz fachowym doradztwem. W tem celu uruchomiono Biuro Doradztwa Gospodarczego, co w ramach dotychczasowej praktyki bankowej stanowi atrakcyjną nowość. Biuro oferuje fachową obsługę consultingową w zakresie analizy efektywności przedsięwzięć in-[1] siębiorstw, przygotowania emisji papierów wartościowych oraz wszechstronnej pomocy doradczej przy przekształcaniu przedsiębiorstw w spółki akcyjne. Z usług Biura Doradztwa Gospodarczego skorzystać mogą również osoby prywatne, które poszukują możliwości najkorzystniejszego zainwestowania posiadanych zasobów finansowych. Wychodząc naprzeciw tym oczekiwaniom, personel Biura jest gotów opracować pakiet propozycji, obejmujący różne warianty przedsięwzięć. Nie zawiodą się też firmy zainteresowane współpracą z partnerem zagranicznym. Biuro zapewni pełną obsługę przedsięwzięcia — od przygotowania kontraktu po negocjacie końcowe.
BHK jest bankiem prywatnym, nic więc dziwnego, że pragnie pielęgnować dobre tradycje bankierskiej rzetelności i wiarygodności. Każdy klient może tu liczyć na indywidualne potraktowanie, uprzejmą i sprawną obsługę oraz solidne gwarancje dla powierzonych wkładów. Kierując się takimi zasadami, nowy bank zapewne szybko pozyska zaufanie mieszkańców miasta i regionu. Od pierwszych dni urzędowania placó-[2]




Tam słońce świeci najsłabiej

Elektrownia „Turów” wyemitowała w 1989 roku ze swoich 10 bloków o mocy 2 tys. MW — 85 tys. ton popiołów, 200 tys. ton dwutlenku siarki i 14 tys. ton tlenków azotu. Świeższe dane z badań prowadzonych przez wrocławską spółkę „Eko-Polin” na zlecenie wojewody jeleniogórskiego pozwalają przypuszczać, że elektrownia pracuje ze zwiększoną mocą, przekraczając dopuszczalny poziom emisji określony przez Wydział Ochrony Środowiska UW. Za te dodatkowe tony elektrownia zapłaci zgodnie z werdyktem administracyjnym ok. 200 tys. zł za dobę, co daje rocznie kwotę ponad 70 mln zł.

Tam słońce świeci najsłabiej-zdj.1.jpg
Foto: Henryk Stobiecki

Nowe dopuszczalne wielkości emisji określa się na takim poziomie, jakby elektrofiltry wyłapywały 99 proc. pyłów, ale o skuteczności nakazów i zakazów można by mówić dopiero wówczas, gdyby wysokość kar chociaż trochę zbliżona była do wysokości nakładów inwestycyjnych na ochronę środowiska. Tymczasem na instalację jednego tylko elektrofiltru trzeba dziś wydać ok. 30 mld zł, a w elektrowni należy zainstalować 10 takich urządzeń. W styczniu 1991 roku ruszy pierwszy blok ze zmodernizowanym elektrofiltrem, trwają także prace końcowe przy zakładaniu urządzeń odpylających na bloku nr 7. Reszta czeka.
Jak zapewnia wojewoda jeleniogórski Jerzy Nalichowski, minister Syryjczyk obiecuje następne elektrofiltry. Jednak i to w żaden sposób nie zahamuje emisji gazów, tlenków siarki i azotu. Mieszkańcy Worka Turoszowskiego przeżyli już wiele obietnic kolejnych ekip, w rezultacie elektrownia truje coraz bardziej, bo ma coraz niesprawniejsze urządzenia.

*

Tablica Mendelejewa nad Legnicą i Głogowem to prawie w całości (98 proc. emisji) dzieło trzech hut KGHM. Huta „Głogów 1” w Żukowicach wyrzuca do atmosfery 1,7 tys. ton pyłów i 124,9 tys. ton gazów rocznie. Huta „Głogów 2” — 163 tony pyłów i 3,7 tys. ton gazów. Huta „Legnica” (na zdjęciu) 6,48 tys. ton pyłów oraz 48 tys. ton gazów. Ponadto każda obficie zrasza okoliczne pola, osiedla i lasy kwasem siarkowym.

Tam słońce świeci najsłabiej-zdj.2.jpg

Wydział Ochrony Środowiska UW w Legnicy opracował i narzucił kombinatowi program, który pozwoli osiągnąć europejskie normy emisji, i wyznaczył hutom termin realizacji do końca 1995 roku. W przeciwnym razie trucicielom grozi decyzja o zamknięciu zakładów.
Huty zareagowały typowo — odwołały się do ministerstwa, którego stanowisko będzie o tyle interesujące, że wcześniej konsultowało z Urzędem Wojewódzkim program dla hut. W każdym razie perspektywy zamknięcia tak newralgicznych zakładów nikt nie bierze serio pod uwagę.
Tadeusz Berliński, dyrektor WOŚ w Legnicy stwierdził, że nie można w tym przypadku posłużyć się precedensem jeleniogórskiej „Celwiskozy” — zakład przemysłu lekkiego można zneutralizować wyłączając mu szkodliwą produkcję, huty można chyba tylko postraszyć, a i to nie za mocno, bo lobby hutnicze w centrum ma jeszcze dość siły, by utrącić każdą lokalną inicjatywę służącą poprawie stanu naturalnego środowiska.

*

Sobięcin, kilkunastotysięczna dzielnica Wałbrzycha, zajmująca zaledwie parę kilometrów kwadratowych, ma nieszczęście sąsiadować z trzema zakładami otoczonymi jednym płotem i noszącymi jedną nazwę: Kopalnia Węgla Kamiennego, Elektrociepłownia i Koksownia „Victoria”. Wszystkie one prześcigają się w swej szkodliwości dla środowiska. 4 kominy EC (zakład jest na liście krajowej zawierającej nazwy 80 największych trucicieli) emitują ok. 2 ton pyłów i 340 kg dwutlenku siarki na godzinę. Ile szkodliwych pyłów i innych substancji wytwarzają kopalnia i koksownia — trudno ustalić, gdyż w obu tych firmach źródeł emisji są dosłownie dziesiątki. Rezultat jest taki, że w Sobięcinie normy zanieczyszczeń przekraczane są nawet czterokrotnie (a są to i tak normy bardzo zawyżone — 250 ton pyłów na km kw. rocznie). Dochodzą do tego wyziewy gazów wprost do atmosfery, m.in. dwutlenku siarki, dwusiarczku węgla, siarkowodoru i tlenku azotu oraz emisja tzw. pyłu drobnodyspersyjnego (ziarna o wielkości poniżej 20 mikronów, wdzierające się do oczu, ust, płuc) bardzo szkodliwego dla organizmu ludzkiego.

Tam słońce świeci najsłabiej-zdj.3.jpg
Foto: Henryk Prykiel

Dyrektor WOŚ w Urzędzie Wojewódzkim jest od miesiąca i nie chce w kwestii trzech „Victorii” (czyli trzech klęsk Wałbrzycha) wypowiadać się oficjalnie. Nim więc przedstawiciel administracji państwowej zabierze głos, warto dodać, że niskie normy ustalone dla EC, kopalni i koksowni sprawiły, że przez całe lata zakłady te nie były specjalnie zainteresowane ochroną środowiska. Nie płaciły praktycznie żadnych kar, choć mieszkańcy Sobięcina i innych dzielnic oddychali z coraz większym trudem. Wałbrzych został zaliczony do 10 najbrudniejszych miast świata, a Sobięcin jest zdecydowanie najbrudniejszą dzielnicą.
Mówi się, że szansą będzie decyzja o zamykaniu kopalń, a więc i koksowni. W paź-[3] trucicielom pozostanie jeszcze z 5-10 lat na wyłączenie się z czynnego szkodzenia środowisku.

*

Nadodrzańskie Zakłady Przemysłu Organicznego „Rokita” w Brzegu Dolnym przewodzą na liście wojewódzkich trucicieli zaliczonych w poczet 80 potentatów krajowych (dalsze miejsca dla „Hutmenu”, „Viscoplastu” hut „Siechnica” i „Oława”). W 1989 roku „Rokita” wyrzuciła w powietrze ponad 3,3 tys. ton pyłów (jedna dziewiąta emisji wojewódzkiej) i blisko 10 tys. ton gazów (prawie jedna siódma). Oprócz 4,3 tys. ton dwutlenku siarki, brzeska fabryka wzbogaca atmosferę o acetylen, akrylany, alkohol metylowy, amoniak, anilinę, benzen, chlorobenzen, formaldehyd, tlenki azotu, węglowodory aromatyczne.
Fabryka ma zezwolenie wodno-prawne na spuszczanie 16,4 mln m sześć. ścieków, a wypuszczała w 1988 roku — 21,5, w ubiegłym — 18,9 mln metrów — wszystkie z rygorem oczyszczenia. Tymczasem nie oczyszczono aż 5,9 mln metrów ścieków w 1988, i 5,4 mln metrów w 1989 roku, co w przybliżeniu stanowi 90 proc. ścieków nie oczyszczonych w całym województwie.
„Rokita” ma również niekorzystny wskaźnik odpadów przemysłowych. W woj. wrocławskim wytworzono ich w 1989 roku — 936 tys. ton, z czego składowano 585 (reszta została powtórnie przetworzona), w Brzegu wytworzono 265 tys. ton odpadów, a składowano 248 tys. ton.

Tam słońce świeci najsłabiej-zdj.4.jpg
Foto: Henryk Prykiel

Co administracja zamierza wobec NZPO w najbliższym czasie? Stanisław Zięba, dyrektor WOŚ UW we Wrocławiu odpowiedział, że wszyscy najwięksi truciciele otrzymali nie tylko decyzje administracyjne, ale również musieli przedstawić własne harmonogramy przedsięwzięć ograniczających szkodliwe emisje. W czerwcu tego roku w „Rokicie” zlikwidowano wytwórnię fenolu, do końca tego roku zakład zobowiązał się wykonać remont kapitalny elektrofiltru (co obniży wyrzut pyłów o 700 ton). W tym samym terminie planuje się modernizację ciągu technologicznego przy produkcji jednego ze szkodliwych kwasów.
Do końca czerwca 1994 „Rokita” zainstaluje urządzenia do odsiarczania gazów spalinowych w elektrociepłowni, co obniży emisję dwutlenku siarki do ok. 1,3 tys. ton rocznie. Także do połowy 1994 roku fabryka zbuduje składowisko odpadów i osadów z oczyszczalni biologicznej, a także obiecuje wznieść spalarnię odpadów chemicznych stałych i ciekłych.
Dyr. Zięba zapewnia, że ministerstwo wraz z państwową inspekcją gotowe są użyć wszelkich środków, by wymóc na „Rokicie” i innych zakładach działania zapisane w planach. Ale dziś nikt nie daje odpowiedzi na pytanie, co będzie, jeśli mimo wszystko truciciele zbagatelizują te plany?




Serwis
pozaumysłowy


Jeszcze przed wakacjami dyrektor Kombinatu Remontowego „Remur” w Chełmie wydał zarządzenie, iż w celu poprawy rentowności zakładu, każdy pracownik musi udać się na bezpłatny urlop okolicznościowy. Pomysł się powiódł, rentowność wzrosła i każdy, kto poszedł na ten urlop, otrzymał premię z zysku. Nie od dziś wiadomo, że zysk niektórych zakładów państwowych bierze się głównie dzięki przerwom w pracy.

*

W Gdańsku nieznani sprawcy włamali się do sklepu obuwniczego, z którego ukradli tylko kilkanaście par dziecięcych butów. Czasy takie, że nawet złodziejom stopa nie rośnie?

*

Polskie Towarzystwo Pielęgniarskie wydało w 1984 roku kolportowane do dziś „Zasady etyki zawodowej polskiej pielęgniarki i położnej”. W punkcie pierwszym czytamy, iż „w pełnieniu swej służby pielęgniarka, położna zobowiązuje się do przestrzegania zasad moralnych, które wynikają z kultury i tradycji pielęgniarstwa polskiego (zawodu pielęgniarskiego i położnych), w tym z najlepszych wzorów polskich pielęgniarek i położnych oraz etyki socjalistycznej”. Kolejny punkt informuje, że „pielęgniarka, położna świadczy usługi jednostce, rodzinie i innym grupom społecznym, samodzielnie i w zespołach”. Biorąc oba punkty pod uwagę, wydaje się, że najlepsze w pielęgniarstwie byłyby przedwcześnie rozwiązane podstawowe organizacje partyjne.

*

W wytrwale kształtującej najlepszy z ustrojów Kubie, listę towarów deficytowych poszerzono w tym roku m.in. o żyletki, przy czym przepis reglamentacyjny określa, iż każdemu dorosłemu mężczyźnie należą się dwie żyletki miesięcznie, zaś kobietom tylko jedna. Prawdopodobnie chodzi tu o realizację hasła „Każdemu według potrzeb”.

*

Senator Jarosław Kaczyński z Porozumienia Centrum wyznaje na łamach „Życia Warszawy”: „Chcemy wprowadzić Wałęsę do Belwederu w ramach planu politycznego, który nazwaliśmy przyspieszeniem” Znawcy astrofizyki społecznej przestrzegają tak na wszelki wypadek, że przyspieszeniom często towarzyszą przeciążenia.

*

Optujący za wprowadzeniem religii do szkół „Express Ilustrowany” przekonuje, iż „supernowocześni Japończycy nie wstydzą się, a nas to oczywiście bardzo śmieszy, modlić się zbiorowo w halach fabrycznych każdego dnia przed rozpoczęciem pracy i prosić swego Boga o opiekę, zdrowie, wydajność i rynki zbytu”. Istotnie, jeśli chodzi o wydajność na naszym rynku, to pomóc nam może tylko żarliwa modlitwa we wszystkich zakładach pracy.

*

„Gazeta Robotnicza” poinformowała, iż grupa niemieckich nacjonalistów naruszyła granicę w Zgorzelcu. Informacja dotarła do MSZ, które przekazało za nią podziękowanie gazecie, przyznając, że wcześniej nic o incydencie nie wiedziało. Niewykluczone, że nasze przygraniczne służby specjalne nadal nic nie wiedzą, bo nie są takie oczytane.

(PA)



Nie ma demokracji
bez podziałów

Rozmowa z Janem Nowakiem-Jeziorańskim.

Czy kierując „Wolną Europą” pomyślał Pan kiedykolwiek, że komunizm rozsypie się jeszcze za Pańskiego życia?
— Byłem przekonany, że komunizm upadnie, ponieważ tkwiące w nim sprzeczności prędzej czy później musiały doprowadzić do załamania systemu. Nigdy jednak nie przeczuwałem, że nastąpi to za mojego życia. Więcej w miarę upływu lat nabierałem pewności, że ja tego nie dożyję. Nigdy nie wiążę moich przepowiedni z żadnym kalendarzem, bo to jest zawsze zawodne, ale fakt, że to nastąpiło tak szybko, był dla mnie kompletnym zaskoczeniem i ciągle muszę sobie przypominać, że to nie jest jakiś sen, z którego obudzę się w moim domku pod Waszyngtonem.
Czego pan nie przewidział?
— Nie przewidziałem, że do zderzenia tych sprzeczności dojdzie tak szybko. Jeszcze w połowie ubiegłego roku nigdy bym nie przypuszczał, że powstanie w Polsce pierwszy niekomunistyczny rząd w Europie Wschodniej. Byłem przekonany, że komuniści będą usiłowali podzielić się z opozycją odpowiedzialnością, ale nie władzą. Zbiegło się tutaj wiele elementów, których nikt nie był w stanie przewidzieć. Któż na przykład mógł przewidzieć, że tak łatwo rozpadnie się stara koalicja, torując Mazowieckiemu drogę do władzy? Nie wstydzę się tego, że nie przewidziałem tempa wydarzeń, bo praktycznie nikt go nie przewidział.
Czy tak Pan sobie wyobrażał niepodległość?
— Byłem przekonany, że droga do niepodległości wiedzie poprzez załamanie centralnej władzy w Moskwie, że bez tego nie może być mowy o emancypacji krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Nie przewidywałem, że katalizatorem tych procesów stanie się Polska, a na pewno nie przewidywałem tego przed powstaniem „Solidarności”. Przewidywałem natomiast, i to się sprawdziło, że w Rosji musi dojść do wydarzeń analogicznych do polskiego i węgierskiego Października czy Praskiej Wiosny.
Przez wiele lat oglądał Pan Polskę z oddali, przez ostatnie dwa lata ma Pan możność zobaczyć ją z bliska. Jak Pan ją teraz widzi i jak Pan ocenia dynamikę zmian?
— Od zakończenia wojny tak dokładnie śledziłem wszystkie wydarzenia w Polsce, że właściwie mogę o sobie powiedzieć, iż nigdy jej nie opuściłem. Dlatego niewiele rzeczy było dla mnie zaskoczeniem. Dużym przeżyciem było psychiczne zderzenie z krajobrazem nowej Warszawy, czy nawet nowym krajobrazem wsi, ale sama Polska zaskoczeniem nie była. Również ogrom problemów, jaki przed krajem stanął, nie stanowi dla mnie zaskoczenia. Tak samo było w roku 1918, tak samo jest teraz, gdy po półwiecznej przerwie Polska powraca do samodzielnego bytu. Przeszłość skłania mnie do optymizmu, często irracjonalnego — po prostu wierzę w to, że ten naród da sobie radę.
Czy to już jest niepodległość?
— Nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że Polska jest krajem niepodległym. Widać to wyraźnie w naszej polityce zagranicznej — wobec zjednoczenia Niemiec prowadziliśmy politykę całkowicie samodzielną. Od początku polska dyplomacja stała na stanowisku uczestnictwa zjednoczonych Niemiec w NATO. Dlatego kwestia niepodległości jest dla mnie absolutnie jednoznaczna, co jednak oczywiście nie oznacza, że Polska jest również demokratyczna — mamy przecież Sejm, który zaledwie w 1/3 reprezentuje społeczeństwo.
Wielu ludzi traktuje ostatni rozłam w „Solidarności” jako osobistą i narodową tragedię. Co Pan o tym sądzi?
— Podziały są ceną, jaką się płaci za demokrację. Żyję przecież w kraju, w którym walka polityczna jest bardzo intensywna. Nie inaczej jest w Anglii, która jest matką demokracji. Niemniej podział w „Solidarności” uważam za przedwczesny i mocno spersonalizowany. Uważam również, że w sporej mierze jest on sztuczny, ponieważ wyprzedza nastroje społeczne. Społeczeństwo w dalszym ciągu gotowe było popierać „Solidarność” jako całość — z Wałęsą i Mazowieckim na czele. Ten podział wszakże się dokonał i wydaje się nieodwracalny. W tej sytuacji bardzo ważny jest problem kultury politycznej. To co mnie najbardziej razi to operowanie inwektywami, zamykanie przeciwnikowi ust poprzez zastępowanie argumentów pomówieniami i próbami dyskredytacji, przylepianie rozmaitych etykietek. W Polsce przydałby się kodeks karny podobny do brytyjskiego, który nakłada niesłychanie ciężkie kary za zniesławienie. W Polsce te kary są wręcz śmieszne, podczas gdy szkody wyrządzane przez pomówienia — ogromne. Jest to moim zdaniem niewątpliwa pozostałość starego systemu, w którym przeciwnika albo się zamykało, albo usiłowało się go zdyskredytować. Nie odwoływano się do argumentów bo w tej konkurencji dawny reżim był słaby.
Czy nie odbiera Pan bardzo poważnej absencji wyborczej i rosnącej społecznej apatii jako zagrożenia dla demokracji i całego procesu reform?
— Niewątpliwie tak, bo nie ma demokracji bez udziału obywateli. Tam, gdzie obywatele nie interesują się życiem publicznym, demokracja jest bardzo krucha. Wydaje mi się, że tę apatię wiązać należy z całym procesem politycznej ewolucji w Polsce. Była to mianowicie ewolucja, a nie rewolucja, ludziom zabrakło więc wyraźnego momentu przełomu — przełomu, po którym państwo mogliby uznać za własne. Zabrakło przełomu psychologicznego który w społecznym odczuciu stworzyłby nową rzeczywistość. Drugim ważnym źródłem apatii jest fatalna sytuacja gospodarcza. Były nadzieje, że przełamią ją wybory samorządowe — jednak, jak słyszę, stało się inaczej. Ludzie czekają na wyraźną poprawę jakości życia i dopóki ona nie nastąpi, wszystko inne uważają za mało ważne.
Pełna niepodległość to również niepodległość wewnętrzna, która opiera się o nowy model obywatela. W jaki sposób dziennikarze mogą nas do tego celu przybliżyć?
— Jesteście nowym pismem — możecie stać się modelem właściwych obyczajów w publicystyce i sposobie informowania. I tego wam serdecznie życzę.

Rozmawiał
PAWEŁ KOCIĘBA
Nie ma demokracji bez podziałów.jpg
Fot. Marek Grotowski



W rocznicowym, informacyjnym szumie, brakuje zwykle czasu na refleksję. Pomiędzy Sierpniem a 13 grudnia żyliśmy nadzieją. Czerwiec roku 1989 zamknął okres heroizmu i zwątpienia. Dziś, kiedy możemy wreszcie decydować o sobie, swoich fabrykach, uczelniach, gminach, o wszystkim zadecyduje solidarna, wspólna praca.

WŁADYSŁAW FRASYNIUK

Dwie rocznice
Dwie rocznice.jpg

Fot. Marek Grotowski

Radość i satysfakcja związane z rocznicą Sierpnia nie mogą nam pozwolić zapomnieć o innej rocznicy — rocznicy Września.
Winni jesteśmy naszą pamięć tym ludziom, którzy pół wieku temu kładli na szali swe życie, by Polska mogła żyć swobodnie, byśmy byli gospodarzami we własnym domu. I choć ulegli w nierównej walce, to przecież bili się z taką determinacją i heroizmem, jakby wiedzieli, że nie o swoją tylko wolność się biją.
Cześć ich pamięci.

Redakcja



Nowy konflikt z Warszawą?

Mamy w Polsce ponad 50 różnych giełd (więcej jest tylko w USA i Japonii!), a mimo to żadna z nich nie zasługuje na to miano... Są to tylko aukcje towarów i nielicznych papierów wartościowych. Nie ma jeszcze ustawy o obrocie akcjami i udziałami, nie ma odpowiednich uregulowań podatkowych, instytucji nieodłącznie związanych z rynkiem kapitałowym (Komisja Papierów Wartościowych, firmy maklerskie, brokerskie).
Odpowiednie przepisy prawne miały już być gotowe w czerwcu br. W środowisku ludzi związanych z (nazwijmy to tak dla uproszczenia) giełdami, ta opieszałość budzi duże niezadowolenie. Próbują oni utworzyć jakiś organ koordynujący działania polskich giełd lub też zaczynają sami organizować giełdy z prawdziwego zdarzenia.
Taką właśnie próbę możemy odnotować we Wrocławiu. Rozpoczęto tu przygotowania do utworzenia Dolnośląskiej Giełdy Towarów i Papierów Wartościowych. Organizują ją naukowcy z Akademii Ekonomicznej, przedstawiciele Urzędu Wojewódzkiego, Izby Skarbowej, banków, Dolnośląskiego Towarzystwa Gospodarczego itp. Dolnośląska Giełda będzie spółką akcyjną. Kapitał założycielski wyniesie 10 mld zł i złożą się nań udziały dolnośląskich przedsiębiorstw.
Szybkie powstanie giełd z prawdziwego zdarzenia jest konieczne. Przedsiębiorstwa będą prywatyzowane, coraz więcej z nich zacznie wypuszczać akcje. Będzie się je kupować i sprzedawać. Trzeba to robić w sposób cywilizowany, maksymalnie eliminujący afery w rodzaju sprawy Grobelnego. Te funkcje będą spełniać giełdy papierów wartościowych. Natomiast giełdy towarowe będą wyrównywać i równoważyć ceny na różne artykuły, oraz zabezpieczać przed gwałtownymi skokami tychże.
Trudno powiedzieć, kiedy doczekamy się Dolnośląskiej Giełdy Towarów i Papierów Wartościowych. Niepokojące natomiast są propozycje, aby centralną giełdę utworzyć w Warszawie. Wiodąca giełda powinna być, ale dlaczego zaraz w Warszawie? O znaczeniu giełdy powinna decydować jej ekonomiczna siła — a nie administracyjny nakaz.
Kiedyś znany był konflikt pomiędzy Warszawą i Wrocławiem w dziedzinie informatyki. Czyżby zanosiło się na nowy?



Pod
wspólnym
niebem

„Warszawa 1990.08.03

Państwo Kuratorzy Oświaty i Wychowania
W załączeniu przesyłam „Instrukcję dotyczącą powrotu nauczania religii do szkoły w roku szkolnym 1990/91” — z prośbą o podjęcie stosownych działań w celu wprowadzenia zawartych w niej postanowień.
Uprzejmie proszę — zwłaszcza o przejawienie szczególnej troski, by działania dyrektorów szkół i nauczycieli były prowadzone w atmosferze tolerancji wykluczającej wszelkie przejawy dyskryminacji religijnej.

prof. dr hab. Henryk Samsonowicz”
KOŚCIÓŁ
EWANGELICKO-AUGSBURSKI

Młodzież ewangelicka zgrupowana na ogólnopolskim obozie odbywającym się tuż po ogłoszeniu „Instrukcji” zareagowała na ten fakt dokumentem — „Głos młodzieży ewangelickiej w sprawie...”:
„Po zapoznaniu się z Instrukcją Ministra Edukacji Narodowej dotyczącą powrotu nauczania religii do szkoły w roku szkolnym 1990/91, pełni obaw wyrażamy swe zdziwienie, że mimo negatywnych opinii intelektualistów, w tym również rzymskokatolickich oraz niejednoznacznych wyników dyskusji społecznej, doszło do powstania tego dokumentu. (...)
Obawiamy się głębokich i bolesnych podziałów społecznych. Począwszy od przedszkola odgórnie zostaje narzucone społeczeństwu formalne kryterium podziału. Kryterium wyznaniowe, a nie wzajemna sympatia może się stać powodem zróżnicowania w grupie rówieśniczej. Tej samej zasadzie mogą ulec gremia pedagogiczne. W środowiskach o zdecydowanych mniejszościach religijnych może dojść do wyobcowania jednostek należących do tych mniejszości, a w konsekwencji całe te grupy mniejszościowe mogą przestać istnieć. Natomiast w środowiskach o znaczącym odsetku „innowierców” wielce prawdopodobnymi będą duże podziały społeczne. Prowadzić to może do dużych antagonizmów i napięć. W życiu publicznym pojawić się może groźny wyróżnik — przynależność wyznaniowa, religijna i światopoglądowa.
Postanowienia tej instrukcji zagrażają istniejącemu do tej pory bogactwu kultury polskiej, tradycji wielowyznaniowego chrześcijaństwa i różnorodności rzymskokatolicyzmu. Zważywszy na powyższe jesteśmy przeciwni wprowadzeniu nauczania religii do szkół państwowych. (...)”
Ksiądz Konsenior Diecezji Wrocławskiej Kościoła Ewangelicko Augsburskiego we Wrocławiu — Ryszard Bogusz:
— Na Dolnym Śląsku jest ok. 3000 ewangelików, we Wrocławiu 700. Dzieci z naszej parafii są zbyt rozproszone, by istniała praktyczna możliwość prowadzenia katechezy w szkołach. Jestem zresztą temu przeciwny. Nauka religii wymaga specjalnej atmosfery, jakiej szkoła zapewnić nie może. Religijne skupienie, przeżycie, ma dla nas szczególne znaczenie. Na lekcje religii do kościoła dzieci przychodzą jak na spotkanie z Bogiem, a nie by uczyć się jeszcze jednego przedmiotu. Prowadzenie tych zajęć na terenie szkoły może prowadzić do spowszednienia religijnych przeżyć, stać się krokiem ku laicyzacji.
Katecheza prowadzona przy parafii pozwala na bezpośrednie i częste spotkania z rodzicami, na wspólne rozwiązywanie problemów, na pełny rodzinny kontakt. Wszystko to oczywiście po przeniesieniu katechezy do szkół uległoby znacznemu ograniczeniu.
Szkoła — panujące w niej stosunki i program dydaktyczny — wymaga gruntownej przebudowy. Nie ma w niej Boga. Wprowadzenie jeszcze jednego nowego przedmiotu nie rozwiąże kryzysu wartości, jaki w tej chwili szkoła przeżywa.
Nauczanie jednej religii — katolickiej — nie podniesie społecznej wiedzy na temat innych wyznań. Może pozostawić część dzieci poza klasą, na marginesie i stać się pretekstem do dyskryminacji.
Szkoła mogłaby podjąć się nauczania podstaw religii chrześcijańskiej, bez wątpienia z większym pożytkiem dla wszystkich Polaków. Niezależnie od Kościoła, jaki reprezentujemy — wszyscy zmierzamy do wspólnego celu.

POLSKI AUTOKEFALICZNY
KOŚCIÓŁ PRAWOSŁAWNY

Ordynariusz diecezji szczecińsko-wrocławskiej — biskup Jeremiasz:
— Diecezja wrocławska, sięgająca od Słupska do Jeleniej Góry ma ok. 10 tys. wiernych, we Wrocławiu ok. 300. W tych regionach, gdzie jest najwięcej wiernych wyznania prawosławnego, także i my będziemy prowadzili katechezę w szkołach. Dotyczy to głównie województw wschodnich.
Dyskusja nad wprowadzeniem nauczania religii do szkół stanowi element rozważań nad przyszłym modelem państwa polskiego. Historia uczy, że wszelki radykalizm — zarówno wojująca religijność, jak i przymusowa ateizacja — niesie ze sobą zło i ludzkie cierpienie.
Wprowadzenie religii do szkół, wynik zaistnienia nowych relacji państwo — Kościół, wywołuje oczywiste zastrzeżenia.
Nawet jeżeli przyjmiemy, że polskie społeczeństwo jest w 95 proc. katolickie, to te pozostałe 5 proc. (reprezentanci innych Kościołów chrześcijańskich i innych religii, ateiści) nie może być poddawane atmosferze przymusu. Chrystus nie zmuszał do wiary w Niego. Przymus w sprawie wiary jest grzechem. Nawet jeżeli instytucjonalnie zagwarantowana jest wolność sumienia i wyznania, to jakże częsta jest silna presja środowiska. Presja nakazująca postępować według wzoru większości. Obawiam się, że słabszych może ona doprowadzić do kompromisów sprzecznych z własnym sumieniem.
Nauczanie religii jest szerzeniem światłości, ta wiedza porusza najgłębsze pokłady ludzkiej duchowości. Przeżycie religijne jest wszechogarniającym aktem, dlatego tak łatwo, właśnie w sprawach wiary, w imię dobra, o fanatyzm i nietolerancję. Bardzo wiele zależy od formy i metod nauczania. Ludzie stają się nietolerancyjni pod wpływem fanatyzujących duszpasterzy.
Mam nadzieję, że powrót religii do szkół nie będzie powrotem do starych błędów i dzieciom, które nie będą uczestniczyły w tych zajęciach, szkoła zapewni odpowiednie warunki i opiekę.
Wszystkie te wątpliwości nie oznaczają jednak, że religii nie należy nauczać. Być może warto sięgnąć do sprawdzonych już rozwiązań w państwach wielowyznaniowych. W Szwajcarii naukę religii rozpoczyna się od treści ksiąg biblijnych, od podstawowych elementów stosunku człowieka do Boga, od elementarnych prawd wiary, i zupełnie nie ma tam znaczenia, czy zajęcia te prowadzi pastor dla dzieci katolickich, czy ksiądz dla protestanckich. Najmłodsze dzieci otrzymują wspólną wiedzę o wspólnym przecież Bogu.

KONGREGACJA WYZNANIA
MOJŻESZOWEGO

Ten problem nie dotyczy już bezpośrednio kongregacji. Z prostego powodu — nie ma już dzieci tego wyznania. W 1967 zamknięto ostatnią żydowską szkołę we Wrocławiu (przy ul. Pereca). Na Dolnym Śląsku żyją jedynie nieliczni wierni wyznania mojżeszowego, to starzy ludzie, nie ma już, poza pogrzebami, uroczystości religijnych.

KURATORIUM OŚWIATY
I WYCHOWANIA

Wicekurator Andrzej Lange:
— Instrukcja ministerialna nie jest zarządzeniem. To odpowiedź Ministerstwa Edukacji na zapotrzebowanie rodziców. Taka jest zresztą cała tendencja reformy w oświacie, by o programie szkoły współdecydowali rodzice. Od nich zresztą zależy decyzja o przystąpieniu dziecka do katechizacji w szkole. Na pewno nie będzie się to odbywało drogą aklamacji.
W szkołach podległych naszemu kuratorium nie będziemy wprowadzać obligatoryjnie lekcji religii od 4 września. Do tej pory nie było możliwości zorientowania się, ilu rodziców rzeczywiście życzy sobie tych lekcji na terenie szkoły.
Rolą szkoły będzie, by żadnemu dziecku nie stała się krzywda.

Co szkoła może zaproponować tym dzieciom, które nie będą uczestniczyły w lekcjach religii? W tej chwili jedynie opiekę, nadzór pedagogiczny.

Notowała BARBARA PIEGDOŃ


„Wartex” zlikwidowany, udziałowcy odzyskają to, co pożyczyli przed laty firmie, ale... bez procentów
Ostatni akord wielkiej afery

RYSZARD ŻABIŃSKI


Dwie wille, elegancko i nowocześnie urządzone (poprzedni pałacyk firmy był w stylu retro) kilka szklarni o pow. 1,5 tys. m2, wszystko, razem z gospodarstwem rolnym o pow. 30 ha, jest na sprzedaż za 1 mld 40 mln zł. Prezes „Wartexu” Eugeniusz Komidzierski denerwuje się, że jeszcze nie ma kupca. Ten miliard dałby oddech konającej już firmie. Udziałowcy żądają swoich pieniędzy, wygrywają sprawy w sądach, tak samo dawni kontrahenci, a „Wartex” płaci i płaci jakby był studnią bez dna.
W czerwcu br. na Walnym Zgromadzeniu w Warszawie 1 500 udziałowców (w sumie jest ich ponad 3 tys.) poznało całą prawdę o wyczynach poprzedniego kierownictwa firmy. Przedstawiono udziałowcom rachunki za kawiory, alkohol, wyroby z porcelany i inne dowody niesłychanej wręcz rozrzutności.
Po zebraniu do prezesa Komidzierskiego podeszli naukowcy z SGPiS w Warszawie z prośbą[4] „Wartexu”. Piszą właśnie książkę o aferach w spółkach, a ta jest jedną z największych. „Wartex” jest winny udziałowcom 1 mld 270 mln zł plus jeszcze 1 mld zł procentów od wniesionych pożyczek. U instytucji państwowych firma jest zadłużona na 450 mln zł. Tymczasem, śmiech powiedzieć, „Wartex” przynosi 1 — 3 mln zysku miesięcznie!
W ostatnich miesiącach, zauważa prezes Komidzierski, produkcja wzrosła 5-krotnie, ale koszty 15 razy. Poza tym ciągle trzeba spłacać tych, którzy wygrywają sprawy w sądach, pokrywać koszty sądowe itp. Nie ma pieniędzy na rozkręcenie interesu.
Udziałowcy nie przegłosowali wniosku o likwidację „Wartexu”. Procedura likwidacji jest kosztowna, ponadto indywidualni udziałowcy w kolejce po pieniądze z upadłej firmy są ustawieni na ostatnim miejscu.
Prezes Komidzierski zaproponował, aby pożyczki, których ludzie udzielali „Wartexowi”, przeznaczyć na dopłaty do udziałów. Ponieważ udziały, w przeciwieństwie do pożyczek, są nienaruszalne, nie można żądać ich zwrotu w sądzie i firma odetchnęłaby.
Udziałowcy podeszli ze zrozumieniem do argumentacji prezesa i wniosek zaakceptowali. Ośmielony tym prezes zaproponował, aby minimalny udział (już powiększony do 110 tys. zł) zwiększyć jeszcze do 550 tys. zł. W ten sposób firma zdobyłaby upragnione środki na rozwój, a także zabezpieczyłaby się przed sądowymi sprawami ze strony udziałowców.
Prezes jednak przekroczył granicę wyrozumiałości wspólników i wniosek upadł. Nie wypaliła też sprawa połączenia pożyczek i udziałów. Tylko... 8 proc. udziałowców podpisało i przysłało do Wrocławia stosowne deklaracje. Reszta znowu zaczęła ciągać nieszczęsny „Wartex” po sądach.
Powstał więc klasyczny pat, ludzie chcą odzyskać swoje oszczędności, które lekkomyślnie powierzyli „Wartexowi” i rozdrapują co się da, uniemożliwiając tym samym firmie normalne funkcjonowanie.
Siedzę w wygodnym fotelu, w eleganckiej willi „Wartexu”[5] marmurowy sufit w sekretariacie), a przed sobą, na stoliku, mam puszkę piwa i kilka dużych, zagranicznych szamponów. Gdyby wspólnicy nie rozdrapywali firmy, to można by tym towarem handlować. Na jednej puszce piwa zarabiałoby się ponad dwa tysiące złotych. Można by rozwinąć handel („Wartex” ma kilka sklepów wielobranżowych na Dolnym Śląsku), produkcję odzieży (własny zakład, wykwalifikowani ludzie). A tak to co? — martwi się prezes. Wszystko diabli wezmą. Jak można rozmawiać z trzema tysiącami wspólników, których poprzedni zarząd wystawił do wiatru?
W tej sytuacji prezes jeszcze raz zwołuje wspólników i proponuje likwidację „Wartexu”. Walne Zgromadzenie odbyło się 22 sierpnia br. we Wrocławiu. Tym razem udziałowcy zadecydowali o ostatecznej likwidacji „Wartexu”.
Prezes Komidzierski twierdzi, że pieniądze uzyskane ze sprzedaży majątku firmy wystarczą na pokrycie kosztów likwidacji, spłatę długów u kontrahentów oraz usatysfakcjonowanie udziałowców. Ci ostatni dostaną wszy-[6] bez procentów. Uwzględniając jednak to, że ich pieniądze są ulokowane w „Wartexie” od wielu lat oraz wielkość inflacji w tym okresie, stracili bardzo dużo.
Z całej tej sprawy płyną ważne wnioski. Bardzo łatwo jest stracić swoje oszczędności lokując je w takich firmach jak „Wartex" czy Bezpieczna Kasa Oszczędności L. Grobelnego. Takich możliwości tracenia pieniędzy będzie coraz więcej. Będą powstawać nowe spółki emitując tysiące akcji, które kupią drobni ciułacze. Kupią, nie znając nawet ich rzeczywistej wartości, choć jest uproszczony sposób, aby ją obliczyć (wartość nominalna akcji podzielona przez odsetki płacone przez bank należący do państwa, pomnożona przez odsetki, jakie będą płacone akcjonariuszom).
Powstaje też pytanie: jak przyszli akcjonariusze będą mogli kontrolować działalność firmy, której powierzyli swoje oszczędności? Wartość takich akcji weryfikuje się m.in. na giełdach, ale przecież my mamy dopiero ich namiastki. Zanim więc rynek kapitałowy nam się nie ucywilizuje, należy uważać z robieniem świetnych interesów.




Prawdziwym Europejczykiem być...



MIROSŁAW BANASZEK


(Korespondencja własna z Bonn)


— Gdzie twoja portmonetka?
— Tutaj, w koszyku. Czemu pytasz?
Starszy mężczyzna dobrze wie, dlaczego pyta: na deptaku pełno Cyganów. Jego niepokój o — zapewne — wypchaną pieniędzmi i kartami kredytowymi kabzę wynika z przekonania, że Cyganie kradną. Nie potrzeba wcale mozolnych badań demoskopowych, aby stwierdzić, że pogląd ten podziela bardzo duża część tutejszej społeczności...
A przecież rzecz dzieje się nie w gdańskiej Zbrojowni, ani też na wrocławskim dworcu. Starszy mężczyna jest Niemcem, a deptak stanowi integralną część zakupowego centrum stolicy Republiki Federalnej Niemiec.
Cyganie napływają tutaj tysiącami. Kraj, z którego udało im się wydostać, to Rumunia. Ocenia się, że jest ich tam jeszcze sześć milionów i że zdecydowana większość mieszka „na walizkach”. „Na tobołach” — to określenie byłoby zresztą znacznie bliższe prawdy. Z ich udźwignięciem nie będzie kłopotów: są prawie puste.
Ma to zresztą także swoje dobre strony. Na bagaże nie mogą sobie i tak pozwolić. Przecież sam zapas chleba i wody musi wystarczyć na kilka dni. To duża powierzchnia. Poza tym w wypchanym towarami przemysłowymi wagonie kolejowym albo ciężarówce ledwo dla nich samych starczy miejsca. Na granicach nic nie może wzbudzić podejrzeń.
Wszyscy przybywają do RFN nielegalnie. Jak im się to udaje, to już ich tajemnica. Nie zdradzą jej, bo boją się zaszkodzić swym krewnym i znajomym, którzy pragną skorzystać z przetartych szlaków. Policja domyśla się tylko. Wiadomo, że bandy kurierów zarabiają na nędzarzach duże sumy, podobno zdarzają się również kierowcy międzynarodowych firm spedycyjnych, którzy szmuglują za darmo, z litości. Jeszcze niedawno pomoc w przedostaniu się z Rumunii, Czechosłowacji, a przede wszystkim z NRD do pachnącego wolnością RFN uważana była za bohaterstwo. Dzisiaj jest już inaczej: każdy szmugiel do pachnącej luksusem republiki wzmaga wśród tubylców niechęć do nowo przybyłych.
Cyganie opuszczają Rumunię, bo obiecują sobie w RFN lepsze życie. W wywiadzie telewizyjnym jeden z przybyszów stwierdził, że cokolwiek ich tu oczekuje, jedno jest pewne: będzie znacznie lepiej, niż wiodło im się wśród Rumunów.
O swym losie w państwie dyktatora Iliescu opowiadają chętnie. Może wydaje im się, że właśnie ta odpowiedź będzie pomocą w uzyskaniu azylu politycznego? Mówią więc o swej nędzy, o kłopotach z wyżywieniem kilkunastoosobowej rodziny. Rumuni nienawidzą ich. Ceausescu wbił im do głowy przekonanie o wielkości narodu rumuńskiego. To przekonanie nie umarło wraz z tyranem. Jak dawniej nienawidzi się mniejszości narodowych. Najwięcej złości wyładowywanej jest — jak opowiadają — na nich, na Cyganach. Są bici i opluwani. Policja, pilnująca porządku na wypełnionych nie kończącymi się kolejkami sklepowymi ulicach, tylko czeka, aż któryś z nich wychyli się z ogonka, aby zareagować z największą brutalnością. Do dyscypliny najtrudniej zmusić dzieci. O taryfie ulgowej wobec nich nie ma jednak mowy w czasie tych wielogodzinnych apeli ulicznych.
W Bonn biją się co najwyżej między sobą, miejscowa policja wiele ma w tym względzie do opowiedzenia. Zaprzecza to powszechnemu mniemaniu o wyjątkowej solidarności wśród Cyganów. Ale w kolejkach stoją nie krócej niż w Rumunii. Ich droga przez urzędy jest długa, a każda stacja poprzedzona jest nierzadko kilkudniowym wyczekiwaniem. Kiedy przybywają do RFN, nie mają absolutnie żadnych dokumentów. Dane personalne odtwarzane są na podstawie ich własnych zeznań. Niewielu zna dokładną datę urodzenia. Ogromne kłopoty sprawia często nawet zrobienie zdjęcia, kiedy pierwszy raz w życiu staje się przed złowrogim okiem kamery. Kto wypełnia im formularze, nie wiadomo dokładnie. Nikt z nich nie zna przecież niemieckiego, a czytać i pisać potrafią tylko nieliczni. Aby uniemożliwić kilkakrotne wyrobienie dokumentów przez tę samą osobę, urząd dla obcokrajowców zgłosił się do policji z prośbą o odciski palców wszystkich cygańskich przybyszów.
Dopiero po zebraniu kompletu tych tajemniczych dokumentów cygańscy uchodźcy mają prawo ubiegać się o pomoc socjalną. 1 000 marek na mieszkanie plus 2 650 marek zapomogi miesięcznie dla małżeństwa z sześciorgiem dzieci.
Już dzisiaj odpowiedzialne władze i organizacje społeczne pełne są troski o przyszłość wielodzietnych rodzin, gdzie nawet dorośli nie zdają sobie prawdopodobnie sprawy, jak wielka bariera cywilizacyjna oddziela ich od przechodniów, od których starają się cokolwiek wyżebrać. Ilu dorosłym imigrantom uda się kiedykolwiek uzyskać stałą pracę? Jaki procent nauczy się czytać i pisać, pozna choćby podstawy języka niemieckiego?
W RFN zebrano już doświadczenia z Cyganami jugosłowiańskimi i są one bardzo złe. Ich kilkusetosobowa grupa tułała się przez dwa lata od Hamburga do Kolonii. Właśnie pod Kolonią urządzili obóz i wtedy rozpoczęła się kampania prasowa na rzecz udzielenia im prawa do spokojnego życia na obrzeżu miasta. Politycy ulegli naciskowi społecznemu i demonstracjom samych Cyganów. Ustały naciski na ich wydalenie.
I właśnie wtedy wybuchła prawdziwa sensacja. Kilkusetosobowy oddział policji otoczył pewnego ranka cały obóz. Dokonano gruntownej rewizji i odnaleziono kilogramy skradzionej biżuterii, tysiące ukrytych marek, wiele cennych przedmiotów, których pochodzenie nie ulegało wątpliwości. Wcześniejsze obserwacje wykazały, że w obozie zorganizowano prawdziwą szkołę dla dzieci. Jedynym przedmiotem nauczania było złodziejstwo, a obecność — obowiązkowa...
To całkiem świeże wydarzenia. Nie mogły mieć one politycznych konsekwencji, ale w społeczeństwie narasta niechęć do wszystkich azylantów. Zarzuca im się tylko jedno: że napływają tu z całego świata. Mało kto wierzy jeszcze w polityczne tło ich decyzji o emigracji. Za szczyt bezczelności uważa się powszechnie sytuację, kiedy o azyl polityczny poprosi obywatel Polski. Zresztą, władze niemieckie stosują wobec naszych rodaków przyspieszone postępowanie. Teraz już po kilku tygodniach rzekome ofiary polskiego reżimu przywożone są pod eskortą policji na lotnisko, a stamtąd już tylko kilkadziesiąt minut lotu do stron rodzinnych.
Najwięcej Cyganów próbuje przedostać się do europejskiego Eldorado przez Czechosłowację i NRD. Tysiącom uciekinierów powiodło się. Jednak od kilku dni władze NRD zaostrzyły kontrole. Setki rodzin i pojedynczych osób zostało zawróconych na czeską stronę. Te posunięcia nie są niczym nowym. NRD po prostu nie lubi obcokrajowców, nawet francuscy i holenderscy turyści uskarżali się przed kamerami telewizji na arogancję i niegościnność, z jaką zetknęli się w czasie swych podróży. Między Odrą a Łabą coraz więcej nienawiści do zatrudnionych tam wietnamskich i polskich pracowników. Dochodzi do paradoksalnych sytuacji, kiedy w środkach masowego przekazu obywatele NRD ostro krytykują rząd RFN za „wyrzucanie pieniędzy w błoto” na pomoc socjalną dla azylantów i obcokrajowców. Środki finansowe, których sami nie wypracowali, już dzisiaj nauczyli się traktować jak swoje własne.
Stolica RFN w sobotnie popołudnie. Na placu przed niewielkim budynkiem ratusza miejskiego, w miejscu, gdzie niedawno tysiące obywateli miasta entuzjastycznie pozdrawiało Gorbaczowa, tłoczno od spacerowiczów. Jest to bardzo barwne towarzystwo. Widać od razu, że Bonn jest miastem studentów i ambasad. Nawet w grupkach niemieckiej młodzieży dostrzec można roześmiane ciemnoskóre twarze. Wystarczy usiąść przy wystawionym na ulicy stoliku kawiarnianym, aby doświadczyć różnorodności strojów i kultur z rożnych regionów świata. Dwaj mężczyźni w turbanach i białych koszulach długich aż do ziemi — ci są pewnie z Indii. Za nimi kilku Niemców, w każdym razie Europejczyków. Potem typowa rodzina muzułmańska: mąż z przodu, ubrany w ciemne spodnie i białą koszulę. Dwa metry za nim idzie ona, całkowicie zasłonięta mimo trzydziestostopniowego upału. Nie wolno im spacerować ramię w ramię: Koran zabrania kobiecie tak spoufalać się z mężem.
Do stolika podchodzi cygańska dziewczynka. Jest brudna i obdarta. Wyciąga rękę nad moją kawą i nieruchomieje w tym żebraczym geście. Jest sama, rodzice ukryci gdzieś za rogiem. To dobrze przemyślana strategia.
Jej czarne oczy raz wpijają się w moje srebrne naczynie z lodami bakaliowymi, bananami i polewą z cierlikieru, to znowu spoglądają mi prosto w twarz.



Prawdziwym Europejczykiem być...



MIROSŁAW BANASZEK


(Korespondencja własna z Bonn)


— Gdzie twoja portmonetka?
— Tutaj, w koszyku. Czemu pytasz?
Starszy mężczyzna dobrze wie, dlaczego pyta: na deptaku pełno Cyganów. Jego niepokój o — zapewne — wypchaną pieniędzmi i kartami kredytowymi kabzę wynika z przekonania, że Cyganie kradną. Nie potrzeba wcale mozolnych badań demoskopowych, aby stwierdzić, że pogląd ten podziela bardzo duża część tutejszej społeczności...
A przecież rzecz dzieje się nie w gdańskiej Zbrojowni, ani też na wrocławskim dworcu. Starszy mężczyna jest Niemcem, a deptak stanowi integralną część zakupowego centrum stolicy Republiki Federalnej Niemiec.
Cyganie napływają tutaj tysiącami. Kraj, z którego udało im się wydostać, to Rumunia. Ocenia się, że jest ich tam jeszcze sześć milionów i że zdecydowana większość mieszka „na walizkach”. „Na tobołach” — to określenie byłoby zresztą znacznie bliższe prawdy. Z ich udźwignięciem nie będzie kłopotów: są prawie puste.
Ma to zresztą także swoje dobre strony. Na bagaże nie mogą sobie i tak pozwolić. Przecież sam zapas chleba i wody musi wystarczyć na kilka dni. To duża powierzchnia. Poza tym w wypchanym towarami przemysłowymi wagonie kolejowym albo ciężarówce ledwo dla nich samych starczy miejsca. Na granicach nic nie może wzbudzić podejrzeń.
Wszyscy przybywają do RFN nielegalnie. Jak im się to udaje, to już ich tajemnica. Nie zdradzą jej, bo boją się zaszkodzić swym krewnym i znajomym, którzy pragną skorzystać z przetartych szlaków. Policja domyśla się tylko. Wiadomo, że bandy kurierów zarabiają na nędzarzach duże sumy, podobno zdarzają się również kierowcy międzynarodowych firm spedycyjnych, którzy szmuglują za darmo, z litości. Jeszcze niedawno pomoc w przedostaniu się z Rumunii, Czechosłowacji, a przede wszystkim z NRD do pachnącego wolnością RFN uważana była za bohaterstwo. Dzisiaj jest już inaczej: każdy szmugiel do pachnącej luksusem republiki wzmaga wśród tubylców niechęć do nowo przybyłych.
Cyganie opuszczają Rumunię, bo obiecują sobie w RFN lepsze życie. W wywiadzie telewizyjnym jeden z przybyszów stwierdził, że cokolwiek ich tu oczekuje, jedno jest pewne: będzie znacznie lepiej, niż wiodło im się wśród Rumunów.
O swym losie w państwie dyktatora Iliescu opowiadają chętnie. Może wydaje im się, że właśnie ta odpowiedź będzie pomocą w uzyskaniu azylu politycznego? Mówią więc o swej nędzy, o kłopotach z wyżywieniem kilkunastoosobowej rodziny. Rumuni nienawidzą ich. Ceausescu wbił im do głowy przekonanie o wielkości narodu rumuńskiego. To przekonanie nie umarło wraz z tyranem. Jak dawniej nienawidzi się mniejszości narodowych. Najwięcej złości wyładowywanej jest — jak opowiadają — na nich, na Cyganach. Są bici i opluwani. Policja, pilnująca porządku na wypełnionych nie kończącymi się kolejkami sklepowymi ulicach, tylko czeka, aż któryś z nich wychyli się z ogonka, aby zareagować z największą brutalnością. Do dyscypliny najtrudniej zmusić dzieci. O taryfie ulgowej wobec nich nie ma jednak mowy w czasie tych wielogodzinnych apeli ulicznych.
W Bonn biją się co najwyżej między sobą, miejscowa policja wiele ma w tym względzie do opowiedzenia. Zaprzecza to powszechnemu mniemaniu o wyjątkowej solidarności wśród Cyganów. Ale w kolejkach stoją nie krócej niż w Rumunii. Ich droga przez urzędy jest długa, a każda stacja poprzedzona jest nierzadko kilkudniowym wyczekiwaniem. Kiedy przybywają do RFN, nie mają absolutnie żadnych dokumentów. Dane personalne odtwarzane są na podstawie ich własnych zeznań. Niewielu zna dokładną datę urodzenia. Ogromne kłopoty sprawia często nawet zrobienie zdjęcia, kiedy pierwszy raz w życiu staje się przed złowrogim okiem kamery. Kto wypełnia im formularze, nie wiadomo dokładnie. Nikt z nich nie zna przecież niemieckiego, a czytać i pisać potrafią tylko nieliczni. Aby uniemożliwić kilkakrotne wyrobienie dokumentów przez tę samą osobę, urząd dla obcokrajowców zgłosił się do policji z prośbą o odciski palców wszystkich cygańskich przybyszów.
Dopiero po zebraniu kompletu tych tajemniczych dokumentów cygańscy uchodźcy mają prawo ubiegać się o pomoc socjalną. 1 000 marek na mieszkanie plus 2 650 marek zapomogi miesięcznie dla małżeństwa z sześciorgiem dzieci.
Już dzisiaj odpowiedzialne władze i organizacje społeczne pełne są troski o przyszłość wielodzietnych rodzin, gdzie nawet dorośli nie zdają sobie prawdopodobnie sprawy, jak wielka bariera cywilizacyjna oddziela ich od przechodniów, od których starają się cokolwiek wyżebrać. Ilu dorosłym imigrantom uda się kiedykolwiek uzyskać stałą pracę? Jaki procent nauczy się czytać i pisać, pozna choćby podstawy języka niemieckiego?
W RFN zebrano już doświadczenia z Cyganami jugosłowiańskimi i są one bardzo złe. Ich kilkusetosobowa grupa tułała się przez dwa lata od Hamburga do Kolonii. Właśnie pod Kolonią urządzili obóz i wtedy rozpoczęła się kampania prasowa na rzecz udzielenia im prawa do spokojnego życia na obrzeżu miasta. Politycy ulegli naciskowi społecznemu i demonstracjom samych Cyganów. Ustały naciski na ich wydalenie.
I właśnie wtedy wybuchła prawdziwa sensacja. Kilkusetosobowy oddział policji otoczył pewnego ranka cały obóz. Dokonano gruntownej rewizji i odnaleziono kilogramy skradzionej biżuterii, tysiące ukrytych marek, wiele cennych przedmiotów, których pochodzenie nie ulegało wątpliwości. Wcześniejsze obserwacje wykazały, że w obozie zorganizowano prawdziwą szkołę dla dzieci. Jedynym przedmiotem nauczania było złodziejstwo, a obecność — obowiązkowa...
To całkiem świeże wydarzenia. Nie mogły mieć one politycznych konsekwencji, ale w społeczeństwie narasta niechęć do wszystkich azylantów. Zarzuca im się tylko jedno: że napływają tu z całego świata. Mało kto wierzy jeszcze w polityczne tło ich decyzji o emigracji. Za szczyt bezczelności uważa się powszechnie sytuację, kiedy o azyl polityczny poprosi obywatel Polski. Zresztą, władze niemieckie stosują wobec naszych rodaków przyspieszone postępowanie. Teraz już po kilku tygodniach rzekome ofiary polskiego reżimu przywożone są pod eskortą policji na lotnisko, a stamtąd już tylko kilkadziesiąt minut lotu do stron rodzinnych.
Najwięcej Cyganów próbuje przedostać się do europejskiego Eldorado przez Czechosłowację i NRD. Tysiącom uciekinierów powiodło się. Jednak od kilku dni władze NRD zaostrzyły kontrole. Setki rodzin i pojedynczych osób zostało zawróconych na czeską stronę. Te posunięcia nie są niczym nowym. NRD po prostu nie lubi obcokrajowców, nawet francuscy i holenderscy turyści uskarżali się przed kamerami telewizji na arogancję i niegościnność, z jaką zetknęli się w czasie swych podróży. Między Odrą a Łabą coraz więcej nienawiści do zatrudnionych tam wietnamskich i polskich pracowników. Dochodzi do paradoksalnych sytuacji, kiedy w środkach masowego przekazu obywatele NRD ostro krytykują rząd RFN za „wyrzucanie pieniędzy w błoto” na pomoc socjalną dla azylantów i obcokrajowców. Środki finansowe, których sami nie wypracowali, już dzisiaj nauczyli się traktować jak swoje własne.
Stolica RFN w sobotnie popołudnie. Na placu przed niewielkim budynkiem ratusza miejskiego, w miejscu, gdzie niedawno tysiące obywateli miasta entuzjastycznie pozdrawiało Gorbaczowa, tłoczno od spacerowiczów. Jest to bardzo barwne towarzystwo. Widać od razu, że Bonn jest miastem studentów i ambasad. Nawet w grupkach niemieckiej młodzieży dostrzec można roześmiane ciemnoskóre twarze. Wystarczy usiąść przy wystawionym na ulicy stoliku kawiarnianym, aby doświadczyć różnorodności strojów i kultur z rożnych regionów świata. Dwaj mężczyźni w turbanach i białych koszulach długich aż do ziemi — ci są pewnie z Indii. Za nimi kilku Niemców, w każdym razie Europejczyków. Potem typowa rodzina muzułmańska: mąż z przodu, ubrany w ciemne spodnie i białą koszulę. Dwa metry za nim idzie ona, całkowicie zasłonięta mimo trzydziestostopniowego upału. Nie wolno im spacerować ramię w ramię: Koran zabrania kobiecie tak spoufalać się z mężem.
Do stolika podchodzi cygańska dziewczynka. Jest brudna i obdarta. Wyciąga rękę nad moją kawą i nieruchomieje w tym żebraczym geście. Jest sama, rodzice ukryci gdzieś za rogiem. To dobrze przemyślana strategia.
Jej czarne oczy raz wpijają się w moje srebrne naczynie z lodami bakaliowymi, bananami i polewą z cierlikieru, to znowu spoglądają mi prosto w twarz.



„Nie ma wizy nie ma Austrii”


Rosnąca niechęć do cudzoziemców w kraju stanowiącym tradycyjny cel emigracji mieszkańców Europy wschodniej stawia polityków przed trudnym wyborem.

„Austria jest piękna — przyjedź i zostań” głoszą ogromne kolorowe plakaty widoczne na granicy tego alpejskiego państwa. Lecz zaproszenie to nie dotyczy obywateli krajów należących do niedawna do tzw. bloku wschodniego.
Na przejściu granicznym w Drasenhofen potraktowano nas jak pospolitych przestępców — opowiada inżynier z Łodzi, który chciał odwiedzić krewnych mieszkających w Wiedniu. Austriaccy celnicy, gdy tylko zobaczyli jego i jego 14-letnią córkę, zawołali: Wszyscy jesteście przemytnikami. Dowody zaraz wyciągniemy z twojego pieprzonego grata.
Ale nic nie znaleźli. Kontrola samochodu — żalił się „gość” państwa austriackiego — trwała ponad półtorej godziny, a potem ojciec z córką musieli jeszcze przez ponad trzy godziny czekać w długiej kolejce utworzonej wyłącznie przez turystów z Polski, zanim otrzymali prawo wjazdu na terytorium Austrii.
W przypadku obywateli bułgarskich, rumuńskich i tureckich, wobec których zniesiono kilka miesięcy temu obowiązek uzyskiwania wiz, widoczny jest znaczny wzrost ubiegających się o azyl. Dlatego też kontrola paszportowa i celna stała się bardziej rygorystyczna a urzędnicy otrzymali szerokie prerogatywy w stosowaniu zakazu wjazdu na terytorium Austrii.

Rumuni na wizę czekają zwykle tydzień, a w bardzo wielu przypadkach wymagane jest także zezwolenie na tranzyt. Boleśnie przekonał się o tym pewien proboszcz z węgierskiej parafii na terenie Siedmiogrodu, który udawał się do Frankfurtu. Gdy w dobrej niemczyźnie poprosił o udzielenie pozwolenia na tranzyt, usłyszał tylko nieuprzejme: „Nie ma wizy nie ma Austrii”. Nie pozostało mu nic innego, jak tylko jechać znacznie dłuższą trasą przez Czechosłowację.
Te bariery to coś zupełnie nowego. Od 1945 roku ponad dwa miliony cudzoziemców gościły w Austrii przez krótszy lub dłuższy czas, a prawie 600 tysięcy pozostało tu na stałe. Wielu z nich to osoby deportowane lub wysiedlone bezpośrednio po zakończeniu wojny, ale przecież także później zanotowano kilka fal emigracyjnych, a i ci przybysze zasymilowali się bez problemów. Po krwawym stłumieniu węgierskiego powstania z 1956 roku do Austrii wyemigrowało ok. 180 tysięcy Węgrów, a po smutnym końcu „Praskiej Wiosny” przybyło 160 tysięcy obywateli czechosłowackich. W latach 1980 — 1981 znalazło się w tym kraju ok. 35 tysięcy Polaków.
Dziś turyści witani są nieco niechętnie. Co prawda przybysze z Europy zachodniej przyjmowani są równie serdecznie, jak wcześniej, ale zniknięcie żelaznej kurtyny zrodziło strach przed przybyszami, przed nielegalnymi robotnikami, przed „wędrownymi kryminalistami”, którzy sprawiają, że nie jest się pewnym nie tylko swojej własności, ale i życia. Gdy w kwietniu rumuński azylant okazał się sprawcą dwóch morderstw, niewyważone publikacje brukowców stymulowały obawy przed „rumuńskimi mordercami”. W tej chwili nie ma chyba gazety, która nie rozpisywałaby się na temat pochodzenia złodziei i rabusiów grasujących na terenie Austrii. I tak podobno Polacy kradną z lubością samochody, Jugosłowianie specjalizują się we włamaniach do mieszkań i kradzieżach kieszonkowych. „Cudzoziemcy drastycznie zwiększyli liczbę przestępstw” — zapewnia konserwatywna wiedeńska „Presse” i z satysfakcją dodaje, że w niektórych aresztach przebywa więcej cudzoziemców niż Austriaków. Niestety, zapomina wyjaśnić, że wynika to z faktu, iż przebywa tam wielu drobnych złodziei sklepowych, przetrzymywanych z braku stałego miejsca zameldowania na terenie Austrii i związanego z tym niebezpieczeństwa ich ucieczki, podczas gdy ich „austriaccy koledzy po fachu” odpowiadają zwykle z wolnej stopy.
Z najnowszych badań opinii społecznej wynika, że tylko 17 proc. Austriaków pozytywnie odnosi się do zwiększonego od czasu otwarcia granic napływu mieszkańców Europy wschodniej. 50 proc. uznaje to za „czasami nieco uciążliwe”, 30 proc. odnosi się do tego zjawiska negatywnie. Natomiast na pytanie, czy żelazna kurtyna nie była także zjawiskiem pozytywnym, ponieważ ograniczała znacznie napływ przybyszów ze Wschodu, 40 proc. badanych odpowiedziało „Coś w tym jest”.
Rainer Muenz z Austriackiej Akademii Nauk zwraca jednak uwagę na pozytywną stronę napływu cudzoziemców — bez nich w bardzo krótkim czasie zwiększy się średnia wieku w społeczeństwie i wzrośnie liczba emerytów, natomiast drastycznie zmaleje liczba osób aktywnych zawodowo. W przypadku zahamowania napływu obcokrajowców nasilać się będzie niedobór siły roboczej, a w przypadku utrzymania obecnej tendencji, w roku 2030 będzie ok. 800 tysięcy wolnych miejsc pracy.

Na podst. magazynu „Stern”
JAROSŁAW KAŁUCKI[7]




Która kolumna?



RAFAŁ KOSMALSKI, PAWEŁ KOCIĘBA



— Solidarność buduje sobie pod bokiem V kolumnę.
— Usłyszawszy te nazwiska, nikt uczciwy nie pójdzie tam pracować.
— Montują sobie prostą kontynuację ubecji.
— Za rok, dwa, oni będą potężniejsi niż dawna SB i chwycą nas wszystkich za mordę.
— Ten skład osobowy to po prostu sabotaż.

Cytowane opinie o wrocławskim Urzędzie Ochrony Państwa wcale nie należą do najostrzejszych, a wypowiadają je zarówno obecni funkcjonariusze policji, jak i ci byli pracownicy SB, którzy swego czasu wydali prywatną wojnę stanowi wojennemu i zostali zwolnieni ze służby. Tyle, że nikt się nie kwapi z podaniem nazwiska — „oni mają długie ręce, będą mieli jeszcze dłuższe”.
WKO i Zarząd Regionu „S” proponowały na szefów dolnośląskiego UOP, dwóch znanych prawników — mecenasów Gruszczyńskiego i Adamczyka. Te nazwiska gwarantowały, że nowa służba będzie rzeczywiście nowa i stwarzały szansę na minimum społecznej kontroli. Jak się jednak okazało, minister Kozłowski miał swojego kandydata — płk. Nowakowskiego z wrocławskiej Wyższej Szkoły Wojsk Zmechanizowanych. Mianowanie wojskowego i to jeszcze wbrew stanowisku miejscowych sił politycznych, było — delikatnie mówiąc — ryzykowne. Przy takim nasileniu fatalnych skojarzeń z najbliższej przeszłości, Urzędem powinna kierować osoba cywilna o dużym autorytecie — najlepiej pracująca na styku z SB (Komisja Praworządności, obrońcy polityczni) i znająca dobrze to środowisko. Sprawa ma kapitalne znaczenie — tutaj każdy błąd, każdy fałszywy krok podważa społeczną wiarygodność przemian. Trudno odmawiać ministrowi prawa do swobodnego kształtowania podległej sobie kadry, im bardziej jednak jego decyzje personalne rozmijają się z odczuciem społecznym, tym większa ciąży na nim odpowiedzialność.
Płk. Nowakowskiego oceniać możemy w tej chwili jedynie poprzez pryzmat najbliższych współpracowników, których dobrał sobie w ostatnim czasie. Dominują w tym gronie praktycznie nie weryfikowani, bo pochodzący z kontrwywiadu i wydziałów „literowych”, byli oficerowie SB. Przyjrzyjmy się im bliżej.
I. Zastępca szefa — przeszkolony w Moskwie, w stanie wojennym awansowany na zastępcę naczelnika wydziału II (kontrwywiad), jeszcze parę miesięcy temu publicznie zapowiadał, że „zobaczycie, wrócą nasze czasy”. W środowisku mówi się o nim, że był z gatunku tych co szkodzili, choć nie musieli.
II. Zastępca szefa ds. kwatermistrzowskich — ostro awansujący w stanie wojennym (kolejno komendant komisariatu w Długołęce, szef RUSW w Trzebnicy, wreszcie zastępca szefa DUSW na Starym Mieście). Od załogi staromiejskiego DUSW otrzymał votum nieufności — jego byli podwładni nie widzieli możliwości dalszej współpracy.
III. Planowany szef komórki „T” (podgląd i podsłuchy telefoniczne), były kierownik sekcji w wydziale „T” wrocławskiej SB, odszedł do ZOMO na szefa łączności, dostał votum nieufności w zreorganizowanym OPMO.
IV. Specjalista w sekcji „T” — w stanie wojennym awansowany na kierownika sekcji, prawa ręka naczelnika Syposza, znany z donoszenia na własnych kolegów, uczestniczył w wojennych komisjach weryfikujących SB, nagrodzony talonem na samochód za gorliwość w tropieniu „Solidarności” w RTV.
V. Pracownik „dwójki”, w stanie wojennym przeszkolony w Moskwie, prawa ręka osławionego Błażejewskiego, oddelegowany do pracy w komórce zajmującej się inwigilacją „Solidarności” w przedsiębiorstwach współpracujących z zagranicą.
Niewiele jest głosów powątpiewających w przydatność tajnych służb w państwach demokratycznych. Jednak w naszym kraju służby te w ciągu ostatnich 40 lat były wystarczająco wszechwładne, by sprawa doboru nowych kadr nabrała absolutnie pierwszorzędnego znaczenia. Gra idzie o oczyszczenie społecznego klimatu wokół nich, bez czego trudno sobie wyobrazić ich właściwe działanie. Otoczone chińskim murem niechęci szybko wyrodzą się w kopię swej poprzedniczki.
Dlaczego oficerowie polskiego kontrwywiadu i innych służb specjalnych studiowali w Moskwie? Odpowiedź zna każdy pierwszoklasista na wschód od Łaby. Nie chcemy przez to powiedzieć, że wszyscy tam studiujący to agenci KGB czy GRU. Jeśli jednak po raz pierwszy od półwiecza mamy możność budowania polskiego wywiadu i kontrwywiadu, nie powinniśmy zaczynać od falstartu. W tym szczególnym miejscu nie ma żadnej różnicy między obcą agenturą a konsekwentnym i powszechnym o tę agenturę podejrzeniem.
Służby specjalne to instrument niezwykle delikatny — jest absolutnym skandalem, że do wrocławskiego UOP trafiły osoby oprotestowane przez swoje macierzyste jednostki. To tak, jakby felczerowi mylącemu strychninę z aspiryną pozwolić przeprowadzać operację na otwartym sercu. Wielu pukających do drzwi UOP-u porządnych funkcjonariuszy — pukać przestanie. Wielu kibicujących — poprzestanie na kibicowaniu. Wreszcie nowi, świeżo po studiach prawniczych czy historycznych, długo miejsca nie zagrzeją.
I jeszcze jedno. Nie tak dawno mówiło się o siedemdziesięciu etatach w UOP — dziś mówi się o... kilkuset. Nie tak dawno mówiło się o zerwaniu z notorycznym uprzywilejowywaniem SB — dzisiaj słyszymy, że UOP ma bezwzględny priorytet w zaopatrzeniu materiałowym i technicznym. Dla policjanta, któremu brakuje maszyny, by sporządzić służbową notatkę, nadal wszystko to odbywa się jego kosztem. A jak na razie społeczeństwu bardziej doskwiera bezkarność złodziei i wrogie agentury.



Gilotyna
na niby



PAWEŁ KOCIĘBA
RAFAŁ KOSMALSKI



We Wrocławiu do weryfikacji stanęło około 400 byłych funkcjonariuszy byłej SB — dwustu i jednego komisja zdyskwalifikowała — Warszawa przywróciła cześć stu sześćdziesięciu czterem.
Najwięcej wątpliwości budzi mechaniczność weryfikacji. Instrukcja min. Kozłowskiego polecała oszczędzać „jedynkę”, „dwójkę” i wydziały literowe, a więc wywiad i kontrwywiad oraz szyfry, obserwacje, poglądy itp. „Trójka”, „czwórka” i „piątka” — komórki zwalczające opozycję, Kościół i struktury związkowe w zakładach pracy — mogły iść na odstrzał. Brzmiało to przekonywająco, ale okazało się dziecinadą. Konia z rzędem temu, kto powie, czym np. taka „trójka” gorsza była od „dwójki”. Chyba tym tylko, że „dwójka” zawsze stanowiła zaklęty krąg, istną hodowlę janczarów — trafiały tam prawie wyłącznie oficerskie dzieci.

Gilotyna na niby.jpg
Foto: Henryk Prykiel

Jest tajemnicą poliszynela, że prócz sekcji teoretycznie wywiadowczych było w „dwójce” sześć sekcji wydzielonych wprost do pacyfikacji oporu społecznego.
Wadliwie skonstruowana instrukcja „ułatwiła” pracę komisji, komplikując za to życie komendantom nie palącym się do zatrudniania orłów wywiadu i wywołując zdumienie wszystkich, choć trochę znających środowisko. Wahamy się jednak, czy robić z tego komisji zarzut, skoro centralni kwalifikatorzy i tak pobłogosławili 164 z 201 odrzuconych.

Co przyniosła weryfikacja w takiej karykaturalnej postaci? W pierwszej fazie duże rozgoryczenie odrzuconych funkcjonariuszy, którzy daremnie spodziewali się, że ktoś im postawi konkretne zarzuty i taki był też tenor większości odwołań. Teraz natomiast sytuacja jest paradoksalnie odwrotna — tych zarzutów, których nikt nie postawił, nikt też nie odwołał; jedynie do minusa przy nazwisku dodano małą pionową kreseczkę.




Nomenklatura
na plebanii



JAROSŁAW KAŁUCKI


I co teraz ta kobieta pocznie? Parę lat temu kupiła od państwa dom, który okazał się być plebanią. Ksiądz to jeszcze najmniejszy problem, ze dwa razy tylko delikatnie zasygnalizował sprawę z ambony, ale i tak w całej wsi aż huczy! Kto by na dłużej wytrzymał te pomstowania, pogróżki i szykany, kto zniósłby to ogólnowiejskie potępienie i poczucie grabieżcy kościelnego mienia? A kobieta i jej kilkoro dzieci — muszą. „Trefnego” domu nikt od niej nie kupi, a zamienić go tylko i wyłącznie na święty spokój i wynieść się gdziekolwiek — owszem, można, tylko gdzie konkretnie jest to „gdziekolwiek”?
Zbyt wiele jest znaków zapytania w tej zasłyszanej gdzieś w Wałbrzychu opowieści, by nie pojechać do Mąkolna.

*

Wszystko w zasadzie się zgadza, brak tylko pewnego szczegółu, dzięki któremu ta głośna w całej okolicy sprawa nabiera szczególnego posmaku. Nabywcą plebanii w Mąkolnie jest bowiem kobieta, sprawująca od 1984 do 1990 roku urząd zastępcy naczelnika, a później naczelnika gminy Złoty Stok, w skład której wchodzi Mąkolno.

*

Z górskiej drogi na Kłodzko zjeżdża się w dół; najpierw widać tylko wieżę kościelną, potem cały kościół i zabudowania, wszystko okolone wysokim murem z kamienia.
Jest numer 50. Dom jak dom. Ponad 1000 m sześciennych a więc w sam raz na plebanię, którą był do 1946, idealny na gospodarstwo dla rolnika, mieszkającego tu za zgodą proboszcza do 1956, kiedy to owego rolnika połączonymi siłami proboszcza, Rady Parafialnej i sądu w Ząbkowicach Śląskich wyeksmitowano po próbie przejęcia przez niego zabudowań na własność. Dobry na mieszkanie dla kościelnego i nauczycieli, wystarczający dla Gromadzkiej Rady Narodowej, która za zgodą kurii urzędowała tu do połowy lat siedemdziesiątych, potrzebny sąsiadującej z plebanią przez drogę szkole na świetlicę i stołówkę oraz Ochotniczej Straży Pożarnej, która w budynku gospodarczym urządziła sobie remizę.
W 1986 roku, gdy szkoła całkowicie przeniosła się za drogę a strażacy do wybudowanej w czynie społecznym nowej remizy, działkę nr 176 o powierzchni 0,8 ha wytypowano do sprzedaży.
Właściciel, wiadomo, mógł być tylko jeden, choć chętnych do kupna było sześciu. Nie dlatego, że to akurat naczelnik ale dlatego, że Jureczkowie, właściciele bez mała czterdziestohektarowego gospodarstwa rolnego, tworzonego od 1978 roku, byli jedynymi kandydatami spełniającymi określone przepisami wymogi. Tak zresztą zawyrokował w listopadzie 1987 roku Naczelny Sąd Administracyjny nie wnikając jednak w kwestię najważniejszą — czy działka nr 176 mogła być w ogóle dopuszczona do sprzedaży.

*

— Gdyby kupił ten dom ktokolwiek inny, nie byłoby żadnej sprawy — twierdzą Jureczkowie. — Ale ponieważ kupił to naczelnik, nomenklatura, to trzeba zrobić z tego koniecznie aferę.
Wszystko zaś odbyło się zgodnie z przepisami. A więc najpierw zwołano zebranie aktywu wiejskiego — Rady Sołeckiej i Kółka Rolniczego. Nikt nie mówił, że nie należy sprzedawać. O sprzedaży działki zadecydował nie naczelnik, lecz rada narodowa. Naczelnik przekazał jedynie działkę na Państwowy Fundusz Ziemi. Potem była ta rozprawa w NSA, wycena dokonana przez biegłego, sprzedaż przeprowadzał naczelnik gminy Kłodzko z upoważnienia wojewody. Wojewoda postawił nawet ultimatum — albo dom, albo stanowisko naczelnika. Wybrała dom. Ale i stanowisko, po interwencji Gminnej Rady Narodowej, zachowała. Wreszcie 18 grudnia 1987 roku Jureczkowie kupili działkę nr 176. Ze względu na stan budynków obniżono cenę o 50 proc. Wyszło półtora miliona.
Kołomyja zaczęła się w zeszłym roku na wiosnę, gdy Jureczkowie pomalowali dom od zewnątrz i gdy okazało się, jak ładnym budynkiem jest niepozorna, szara plebania.
Rada Parafialna powołała Społeczny Komitet Odzyskania Plebanii z Janem Wąsikiem na czele, tym samym, który w 1956 wyrzucał z plebanii rolnika, i który pała chęcią odwetu za to, że dom dostał się Jureczkom, a nie jego znajomemu. O tym komitecie dowiedzieli się wtedy, gdy po przeprowadzonej na jego wniosek kontroli w czerwcu 1989 roku dostali od dyrektora ds. wyznań Urzędu Wojewódzkiego pismo, że wszystko jest w porządku i że o odzyskanie plebanii może starać się ksiądz, a nie żaden komitet czy rada parafialna, nawet jeśli podpiera się listą z 200 podpisami.
To nieprawda, powiadają Jureczkowie, że cała wieś jest przeciwko nim. Mają przeciwników, ale mają i popleczników. Z księdzem stosunki też układają się poprawnie. Mają tylko mały żal do proboszcza — im mówił, że nie jest zainteresowany odzyskaniem plebanii ze względu na wysokie koszty utrzymania, a dwa dni później na kazaniu oświadczył, że podjęto takie kroki.
Wcale nie siedzą tu jak na beczce prochu. Na dobrą sprawę, to nawet gdyby okazało się, że rzeczywiście była to kiedyś własność Kościoła — co jest, ich zdaniem, bardzo wątpliwe — to po pierwsze, dom nabyli od państwa, a po drugie, ustawa o przejmowaniu majątków kościelnych wyłącza roszczenia wobec nieruchomości użytkowanych przez rolników indywidualnych. Innymi słowy, to sprawa między parafią a gminą, która będzie musiała zaspokoić jakoś roszczenia Kościoła, o ile będą one uzasadnione.

*

Wraz z realną możliwością usadowienia się tuż przy skupowanych przez lata hektarach, los zrządził szereg korzystnych zbiegów okoliczności. Strażacy z inicjatywy przewodniczącego GRN Rota, zaczęli budować nową remizę w czynie społecznym, ale nie bez dotacji załatwionych przez przewodniczącego w województwie. Lokatorzy z piętra plebanii otrzymali mieszkania w Złotym Stoku. Naczelnik gminy Kłodzko nie tylko obniżył o 50 proc. cenę (do 1,5 mln zł) ale także zwolnił Jureczków od jednorazowej wpłaty 20 proc. ceny, przedłużył okres spłat rat z 20 do 40 lat i okres, w którym rat się nie spłaca do 7 lat oraz obniżył oprocentowanie z 5 do 2 procent.
Łatwo wyliczyć, że gdyby nie nowe przepisy kredytowe, to sprawą inflacji Jureczkowie otrzymaliby ten dom w prezencie. Każdy niemal wie, że decyzje o przydziałach lokali mieszkalnych wydaje nie kto inny, jak naczelnik.
Wszystkie natomiast kwestie proceduralne, takie jak zgoda tzw. aktywu wiejskiego, protest rady narodowej, dotyczące odwołania naczelnik Jureczkowej, to śmiechu warte przedstawienie, jak twierdzi Kazimierz Wąsik, szykujący się obecnie na stanowisko zastępcy burmistrza członek Społecznego Komitetu Odzyskania Plebanii (jego ojciec jest przewodniczącym) i do 1988 roku przewodniczący Komisji Rolnej GRN.
— Kto z rady sołeckiej czy kółka rolniczego podskoczyłby wtedy naczelnikowi, dzielącemu węglem, nawozami i materiałami budowlanymi? — pyta retorycznie Wąsik.
Ale on, Wąsik, również był przy podejmowaniu decyzji GRN o sprzedaży plebanii. Mógł protestować.

*

— Cygany, szabrowniki — to wstęp i zakończenie wywodów zagadniętego o sprawę plebanii przewodniczącego SKOP, Jana Wąsika, zwłaszcza gdy wiąże się to z nazwiskiem Jureczek.
W 1946 roku jako przewodniczący Rady Parafialnej przejmował ją od niemieckiego księdza i od tego momentu walczy o to, żeby plebania była plebanią.
— Ludzie mnie ciągle pytają co z plebanią, władzy już nie wierzą, bo jak takiej rzeczy załatwić nie można... żołądkuje się Jan Wąsik. — Jak ona plebanii nie odda, to tu ani zgody, ani miejsca dla niej nie będzie.
Dla księdza Tomasza Błaszczyka, od 1989 roku wikarego parafii Złoty Stok, korzystny zbieg okoliczności przy sprzedaży działki nr 176, uzupełniony takimi informacjami jak ta, że do końca urzędowania wszystko, co dotyczyło budynków w Mąkolnie zastrzeżone było tylko i wyłącznie dla naczelnik Jureczkowej, że tuż przed sprzedażą odmówiono w gminie świadectwa kwalifikacji rolniczych jednej z kandydatek (rodzice chcieli przekazać jej 38 ha) — wszystko to układa się w logiczny ciąg, to jednak tylko następstwo, ewentualne oczywiście, bo ksiądz Błaszczyk waży każde słowo — kwestii, nad którą głowi się obecnie Komisja Majątkowa Przedstawicieli Rządu i Episkopatu Polski: czy plebania była po wojnie plebanią?
W rejestrach gruntów, według pracownicy UG, gdzieś w połowie lat 60 była wzmianka o tym, że działka nr 176 to własność kościelna. Owej pracownicy trzeba jednak uwierzyć na słowo, bo owe rejestry... zaginęły.
Ksiądz Błaszczyk duże znaczenie przywiązuje do pozwu o eksmisję rolnika przeprowadzoną w 1956 roku. Pozostał jedynie pozew i fakt, że eksmisję przeprowadzono, bo akta sprawy w ząbkowickim sądzie... zginęły.
Istotny dla sprawy jest również egzemplarz pisma Gromadzkiej RN do kurii z prośbą o wynajęcie plebanii. Ma go ks. Błaszczyk, w gminie natomiast... zaginął.
Zniknęły dokumenty pośrednio stwierdzające kościelną własność działki nr 176. Próżno też szukać odwołań parafii od decyzji WRN we Wrocławiu jeszcze z 1972 roku, która regulując sprawy majątków kościelnych przyznała parafii kościół i kapliczkę w Mąkolnie, zapominając o plebanii.

*

Na podstawie tej to decyzji działka nr 176 stała się własnością gminy a z czasem tej gminy naczelnika. Nie było, twierdzi Cecylia Jureczek, żadnych odwołań, choć Kościół miał na to całe dwa lata.
A jednak zachowało się odwołanie, nie w dokumentach gminnych oczywiście, od tej dziwnej decyzji, na której napisano, że odwołać się można ale równocześnie przybito pieczęć, że jest to decyzja ostateczna. Ale skoro nie ma tego odwołania w gminie, to gmina zawsze może powiedzieć, że nic o tym nie wiedziała.

*

A co zrobią proboszcz z wikarym? Zawsze myśleli, że mają plebanię, dopóki nie okazało się, że w majestacie prawa stała się ona własnością Jureczków. Jeśli nawet Komisja Majątkowa stwierdzi, że była to własność Kościoła, to i tak gmina, a nie Jureczkowie, zapłaci odszkodowanie, bo Jureczkowie to rolnicy indywidualni i ich praw naruszyć nie można. Można natomiast próbować udowodnić, że wykorzystano tu stanowisko służbowe, ale — zdaniem ks. Błaszczyka — stoi to pod wielkim znakiem zapytania. Nie dlatego, że wywalono by rodzinę na bruk — Jureczkowie mają w Mąkolnie jeszcze kilka budynków, w tym co najmniej jeden budynek mieszkalny, choć zarejestrowany jako budynek gospodarczy. Chodzi o to, że trudno jest wpakować własnych parafian w tarapaty.



Miesiące
nadziei



ANITA TYSZKOWSKA



Taki tytuł nosi otwarta dzisiaj w Muzeum Historycznym w Ratuszu wystawa, poświęcona 108 miesiącom — od Sierpnia '80 do sierpnia '89. Między tym Sierpniem z dużej litery a tym sierpniem drugim działo się wiele i to „wiele” znalazło wyraz w zdjęciach, plakatach, znaczkach, w artykułach prasowych i ulotkach... Wymienienie zresztą wszystkich form, w jakich przejawiało się bujne życie polityczne owych „miesięcy nadziei”, byłoby bardzo, bardzo trudne. Organizatorzy wystawy i jej komisarz, pani Halina Okólska, stanęli przed prawdziwą klęską urodzaju. Po surowej selekcji znalazło się w salach Ratusza około dwustu pięćdziesięciu zdjęć — bardzo zresztą różnych. Większość z nich została muzeum nieodpłatnie przekazana przez wrocławskiego fotoreportera Wiesława Dębickiego.

Otwiera wystawę zdjęcie generała Jaruzelskiego, wygłaszającego swoje słynne przemówienie 13 grudnia — choć oczywiście są i zdjęcia sprzed stanu wojennego, ta fotografia w szczególny sposób, być może nieco absurdalny, podkreśla ... nadzieję. Zdjęcia z walk na moście Grunwaldzkim, z procesów Frasyniuka i Bednarza, portrety sędziów i prokuratorów. Reprodukcje fotografii, na których widać ślady wpinania ich w skoroszyty — a na fotografiach zdemolowane wnętrza. Te zdjęcia zostały przekazane przez Służbę Bezpieczeństwa i przez NIK. SB przekazała również sprzęt techniczny, w tym aparaturę Radia „Solidarność”.
Wiele eksponatów pochodzi od prywatnych ofiarodawców — przede wszystkim od panów Stanisława Smazy i Henryka Szulca. Inny ofiarodawca — anonimowy — dał na wystawę zabytek w cenionym przez znawców stylu lat sześćdziesiątych — adapter, który służył do robienia podkładu muzycznego do pierwszej audycji Radia „S” we Wrocławiu.
Kiedy w trakcie przygotowywania wystawy pytałam kierownika Działu Dziejów Wrocławia, pana Marka Buraka, ile mniej więcej eksponatów zgromadzono, uzyskałam odpowiedź tyleż nieprecyzyjną, co prawdziwą — „parę worków”. W tych „paru workach” są dokumenty związane nie tylko z „Solidarnością”, lecz także — i to wydaje mi się szczególnie cenne i interesujące — z wszystkimi innymi nurtami życia politycznego owych dziewięciu lat. Ci, którzy na wystawę się wybiorą, będą mogli zobaczyć także ulotki wydawane przez KW PZPR i „fałszywki”, w pewnych okresach obficie pojawiające się na mieście, dokumenty ugrupowań związkowych i politycznych, nie zawsze, szczególnie z upływem czasu, utożsamiających się z linią NSZZ „Solidarność”.
Wspaniały jest zebrany przez organizatorów wystawy zbiór specyficznych dla tego czasu znaczków — „guzików”. Doskonale pamiętam pierwszy taki znaczek — duży, prostokątny, nie całkiem biały z czerwonym napisem i powiewającą nad nim chorągiewką, która potem okazała się chorągiewką nadziei.
Ekspozycja kończy się w momencie, kiedy zaczęło się normalne życie — czerwcowe wybory, lato roku 1989... Prezentowana w układzie chronologiczno-problemowym, jest naprawdę doskonałą lekcją historii, historii, którą wszyscy przeżywaliśmy. Istnieje taki ciągle powtarzany, dosyć pretensjonalny cytat z Gałczyńskiego — ocalić od zapomnienia. Twórcy „Miesięcy nadziei” rzeczywiście bardzo wiele ocalili od zapomnienia.
Równocześnie organizatorów wystawy — Muzeum Historyczne i Zarząd Regionu Dolny Śląsk NSZZ „Solidarność” nieśmiało proszę, aby nie była to tylko akcja rocznicowa — trzeba bowiem zbierać świadectwa czasu, żebyśmy potem nie musieli poszukiwać czasu straconego.

Miesiące nadziei.jpg

13 grudnia 1981 widziany 31 sierpnia 1990 roku.

Foto: Marek Grotowski



Biblioteka Pisarzy
Żydowskich



MARCIN WODZIŃSKI



Zainteresowanie kulturą żydowską wciąż rośnie. Po latach niedomówień, przemilczeń i zafałszowań z tym większym zainteresowaniem sięgamy do kwestii niegdyś prawie zapomnianych, a dziś ważnych, niekiedy nawet palących. Określanie narodowej tożsamości nie może się obejść bez tych, wobec których przez wieki naród polski musiał się określać. Dziś, gdy nie ma już społeczności żydowskiej w Polsce, tym wyraźniej czujemy puste miejsce, jakie po sobie zostawiła. Zapełnianie go trwać będzie latami. Zadanie to tym ważniejsze, im więcej wokół nas tępej megalomanii i rasistowskich nienawiści. Zwłaszcza antysemityzmu.
Chociażby dlatego proponowana przez Wydawnictwo Dolnośląskie Biblioteka Pisarzy Żydowskich jest inicjatywą cenną.
Obliczona na trzy lata seria przynieść ma m.in. „Podróże Beniamina Trzeciego” Mendele Mojchera Sforima, „Szatana w Goraju” — najsłynniejszą powieść I. B. Singera, wybór poezji żydowskiej, przygotowany przez wybitnego znawcę literatury jidisz — Chonc Shmeruka, opowiadania I. L. Pereca czy Szolema Alejchema („Dzieje Tewji Mleczarza” i „Z jarmarku” ukazały się już w wydaniu osobnym; posiadający je będą mogli zrezygnować z wykupienia ich w serii, zachowując ciągłość prenumeraty). Pierwszą pozycją Biblioteki będzie znana powieść Szaloma Asza pt. „Mąż z Nazaretu”.
Wszystkie tłumaczenia dokonane zostały z języka oryginałów, większość z nich sporządzono na potrzeby właśnie tej serii. Tylko wyjątkowo wydawca sięgnął po istniejące już przekłady, pod warunkiem jednak, że odpowiadają one wysokim wymaganiom translatorskim i artystycznym. Do pracy nad innymi zatrudniony został cały sztab nielicznych już w Polsce tłumaczy języka żydowskiego.
Literatura jidisz jest w Polsce mało znana. Wyjątek stanowi[8] Przysłużyła się temu na pewno nagroda Nobla. Jednak i Singer tłumaczony był na polski głównie z przekładów angielskich, a nie z oryginałów w języku jidisz. Dzięki międzynarodowej sławie musicalu „Skrzypek na dachu” niejakiej popularności zaznał i literacki jego pierwowzór pióra Szolema Alejchema. Cóż jednak mówić o zupełnie w Polsce nie znanych Szalomie Aszu czy nestorze literatury żydowskiej Mendele Mojcherze Sforimie.
A jest to pisarstwo naprawdę wysokiej klasy. Czytelnik znajdzie tam niepowtarzalną atmosferę kultury żydowskiej w Polsce, zasmakuje filozoficznej mądrości i przewrotnego dowcipu ludu żydowskiego, spotka bohaterów bliskich, choć, zdawałoby się, tak bardzo egzotycznych. A wszystko to napisane barwnym, wspaniałym językiem.
Miejmy nadzieję, że monumentalne zadanie przybliżenia nie znanej prawie literatury nie przerośnie możliwości niewielkiego w końcu wydawnictwa, które już dziś zapowiada przygotowanie kolejnej, drugiej serii Biblioteki[9]




Ludzie dobrze wychowani, podsumowując osiągnięcia, pomijają — jako nieważne — drobne niepowodzenia, a przy niedostatku osiągnięć przedstawiają owe potknięcia jako poważne sukcesy. Zawsze podziwiałem ludzi dobrze wychowanych i starałem się na nich wzorować, ale dziś postanowiłem przyjrzeć się temu, co polscy twórcy dali swym odbiorcom w ostatnim dziesięcioleciu i szczytne zamiary diabli wzięli.


Gawędziarze



TADEUSZ GOSK



Ludzie pióra — których użyję tu w charakterze przykładu, dającego się łatwo rozciągnąć na wszystkie inne zawody artystyczne — dzielą się wedle mojej osobistej klasyfikacji na pisarzy, literatów, grafomanów i gawędziarzy. Pisarz tworzy, gdyż ma swojemu czytelnikowi coś do powiedzenia i pragnie to coś powiedzieć, dla literata jego pisanie jest zawodem i źródłem utrzymania, dla grafomana psucie papieru stanowi psychologiczny przymus, a dla gawędziarza podstawowym zajęciem jest opowiadanie każdemu, jaki to on jest genialny i co by stworzył, gdyby mu na to pozwolono (wariant: „Piszę do szuflady. Rozumiecie, cenzura...”).
Słowo to potęga, więc przez ostatnie lata ludzie święcie wierzyli, że gdy tylko esbecja przestanie szaleć, a cenzura zostanie zlikwidowana — otworzą się szuflady i polski rynek zostanie wręcz zarzucony wiekopomnymi dziełami. Niektórzy sceptycy wspominali wprawdzie nieśmiało o istnieniu drugiego obiegu, o możliwościach publikowania za granicą, ale...
I oto mamy wolność. I prawie jasność kto jest kto. Pomińmy grafomanów, bo w dobie urynkowienia kultury i zaniku starych układów mają oni raczej nikłe szanse na publikację swoich wyrobów (inna rzecz, że tworzy się już wcale liczna kategoria „nowych słusznych”). Pozostała grupka literatów, z których jeden czy dwóch jest ponadto pisarzem, i ogromna masa gawędziarzy, zwłaszcza gawędziarzy-kombatantów, którzy dokładnie pamiętają, jak to wożono ich na spacer wózkami pełnymi granatów lub niepodległościowej bibuły i jak im w tych wózkach było przez to niewygodnie.
Pamiętają też koszmar komuny, koszmar nagród państwowych, wciskanych im przez władze PRL, koszmar ogromnych nakładów (lub honorariów za udział w części artystycznej „akademii ku czci”).
Ten koszmar zawsze ich brzydził. Teraz się z niego otrząsnęli i poczuli się prawdziwymi twórcami. Twórcami książek, których nikt nie chce czytać, rozliczeniowych filmów, których nikt nie chce oglądać, obrazów, ktorych nikt nie chce kupować, spektakli teatralnych, na które widzów trzeba brać z łapanki. Ale twórcami, którym należy się szacunek, darmowe pracownie i duże pieniądze. Amen.
A odbiorcy polskiej kultury współczesnej wciąż pozostają na[10]




Start

KRZYSZTOF UŚCIŃSKI


W USA jest ich ponad 30 milionów. W Japonii 20. Nikt nie wie, ilu jest w Polsce. Biegacze-amatorzy. Śmieszni faceci, którzy zamiast robić „szmal”, wolą latać po ulicach w krótkich majtkach. Wytykani palcami, obszczekiwani przez psy równie głupie jak ich właściciele, spychani na pobocza i oślepiani długimi światłami przez dowcipnych Panów Kierowców, pętają się po marginesach „prawdziwego” życia, pracując na tę statystyczną jedną minutę, którą przeciętny Polak poświęca dziennie na sport.

Ukoronowaniem tego absurdu jest fakt, że nawet ludzie zawodowo zajmujący się sportem traktują joggerów „per noga”. Gazety, poza jedną „Rekreacją Fizyczną”, skąpią miejsca na ich imprezy, organizatorzy biegów masowych traktują ich nierzadko jak zło konieczne, a radośnie uśmiechnięci faceci z TV czyhają na mecie z „sitkiem” i nieśmiertelnym „praktycznym" pytaniem: „A co Państwo z tego macie?”
Wiele fenolu spłynie Wisłą, nim to się zmieni. Na razie więc macie Państwo ogromną satysfakcję, lepsze zdrowie i, od dzisiaj, swoje „okienko” w „Dzienniku Dolnośląskim”. Będziemy tu zamieszczać kalendarz i rezultaty biegów, uwagi o odbytych imprezach (najchętniej krytyczne — a nuż coś się zmieni?), ciekawostki ze świata i sylwetki biegających kolegów. Czy coś jeszcze? Piszcie do nas z propozycjami. Na początek przypominamy (za „Kalendarzem imprez” CKB) terminy biegów masowych w pierwszej połowie września. Do zobaczenia na trasie

4.09. godz. 1700 — Grand Prix „Pasma” (10 km). ZGŁOSZENIA przed biegiem, w szkole przy ul. Stryjeńskich w Warszawie.
8.09. godz. 1100 — M-nar. bieg „Szlakiem obrońców Wybrzeża” (10 km); ZGŁOSZENIA: MOSiR, 80-826 Gdańsk, ul. Ogarna 29/30, tel. 31-91-37.
8.09. godz. 1200 — Memoriał Jerzego Chromika (15 km – cross); ZGŁOSZENIA: OSiR, 41-400 Mysłowice, ul. Gwardii Ludowej 13, tel. 225-872.
8.09. godz. 1000 — Bieg Kurpiowski (20 km); ZGŁOSZENIA: OZLA, 07-412 Ostrołęka, ul. Witosa 1, tel. 66-164.
8.09. godz. 1000 — Bieg Energetyków (15 km); ZGŁOSZENIA: Elektrownia „Kozienice”, 26-911 Świerze Górne, tel. 14-10-63.
9.09. godz. 1000 — Bieg Lechitów (20 km i biegi dla dzieci); ZGŁOSZENIA: Urząd Miasta, 62-200 Gniezno, ul. Lecha 6, tel. 20-21, w. 200.
9.09. godz. 1100 — Karkonoski półmaraton o puchar PZLA, ZGŁOSZENIA: OSiR, 58-500 Jelenia Góra, ul. Chełmońskiego 9, tel. 260-96, w. 9.
9.09. godz. 1100 — Półmaraton; ZGŁOSZENIA: TKKF „Blachowianka”, 47-225 Kędzierzyn, tel. 367-65; UWAGA: także bieg dla młodzieży na 3 km.
9.09. godz. 1100 — Bieg „Słupskich Dni Sportu” (20 km); ZGŁOSZENIA: Urząd Wojewódzki, 76-200 Slupsk, pl. Zwycięstwa 3, tel. 23-236, w. 298.
9.09. godz. 1300 — „Szlakiem walk nad Bzurą” (20 km); ZGŁOSZENIA: Klub Maratończyka, 96-500 Sochaczew, ul. Warszawska 80, tel. 225-82.
9.09. godz. 1130 — Bieg „Profilów” (13 km), start w Tleniu k. Świecia; ZGŁOSZENIA: TKKF „Istalator”, 85-058 Bydgoszcz, ul. Warszawska 13, tel. 22-26-14.
9.09. godz. 1100 — Półmaraton Wenedów; ZGŁOSZENIA: ZW TKKF, 75-064 Koszalin, ul. Zwycięsta 137, tel. 279-21, w. 194.
11.09. godz. 900 — Grand Prix Konia Arabskiego (20 km); ZGŁOSZENIA: MOSiR, 21-500 Biała-Podlaska, ul. Świerczewskiego 38, tel. 326-18.
16.09. godz. 1115 — Bieg uliczny (15 km); ZGŁOSZENIA: OSiR, 47-150 Leśnica (woj. Opole), tel. 206.
16.09. — Bieg o puchar prezydenta (10 km); INFORMACJE: OSiR, 20-609 Lublin, il. Filaretów 44, tel. 55-70-59.
16.09. godz. 1200 — M-nar. bieg uliczny (15 km); ZGŁOSZENIA: WKS Oleśniczanka, 56-408 Oleśnica, ul. Świerczewskiego 14, 14-32-67.
16.09. godz. 1100 — Bieg Dożynkowy (15 km); ZGŁOSZENIA: RG LZS, 62-402 Ostrowite (woj. Konin), tel. 27.
16.09. godz. 1100 — Bieg Jesienny (15 km): ZGŁOSZENIA: NSZZ „Solidarność”, 05-850 Ożarów Maz., ul. Poznańska 55, tel. 28-64-31.
16.09. godz. 1100 — Bieg Rodzinny; ZGŁOSZENIA: TKKF „ Rekreacja”, 87-100 Toruń, ul. Wielkie Garbary 2, tel. 288-68.
16.09. godz. 1100 — Bieg im. B. Malinowskiego (9 km); ZGŁOSZENIA: GOK, 86-160 Warlubie, ul. Bąkowska 12, tel. 96; UWAGA: także biegi dla dzieci.



U siebie



BOŻENA I BOŻENA



Wydaje się, że los sprzyja rozwojowi makrobiotyki we Wrocławiu. Już od kilku lat nasze miasto jest miejscem, do którego z wykładami i pokazami swoich umiejętności przyjeżdżają uznani w świecie nauczyciele i entuzjaści makrobiotyki, a liczna grupa jej sympatyków znajduje gościnę w ACK „Pałacyk”.
Coraz częściej w środowisku tym słyszało się głosy, że makrobiotyka powinna znaleźć stałe miejsce na łamach jakiegoś czasopisma. Wraz z pojawieniem się „Dziennika Dolnośląskiego” powstała taka szansa — makrobiotycy otrzymują swój stały kącik, w którym będą mogli wymieniać się doświadczeniami.
Makrobiotyka (makros — gr. wielki, bios — gr. życie) wg jednego z jej twórców George'a Ohsawy oznacza wszelkie życie w harmonii i równowadze z otaczającym nas światem. Kategoria równowagi jest podstawowym pojęciem w makrobiotyce. Dlatego też makrobiotykę nazwać można filozofią ekologiczną i takimże sposobem życia i odżywiania się. Praktyczny wyraz znajduje to w naturalnej, prostej, tradycyjnej diecie, opartej na zbożach, warzywach, fasolach, owocach, na unikaniu marnotrawstwa pożywienia, surowców i energii. Życie zgodne z zasadami makrobiotyki polega na współpracy, a nie na agresji i walce, na głębszym rozumieniu procesów zachodzących w przyrodzie.
Ohsawa i jego uczniowie sięgali głównie do tradycji japońskiej — co widoczne jest w licznych publikacjach.[11] interesować będzie popularyzacja makrobiotyki dostosowanej do warunków polskich, do polskiego klimatu, warunków geograficznych, ekologicznych, do polskiej tradycyjnej kuchni, do systemu naszych wartości czy całokształtu naszej kultury. Spróbujemy odpowiedzieć na pytanie, jak żyć w Polsce zachowując zdrowie, dobry humor i energię, nie niszcząc przy tym siebie, bliźnich i środowiska.
Makrobiotyka przyciąga wielu ludzi, w tym takich którzy:
a) szukają alternatywnego systemu wartości oraz wskazówek praktycznych pomagajacych go realizować,
b) szukają pomocy, gdy zawiodła ich współczesna medycyna,
c) są sympatykami ruchów ekologicznych,
d) interesują się sposobami utrzymania zdrowia i profilaktyką.
Autorki tej rubryki będą starały się w miarę możliwości odpowiedzieć na potrzeby każdej z powyższych grup. Prezentować będziemy w kolejnych odcinkach abc makrobiotyki (założenia, sposób odżywiania się, historię makrobiotyki), omówienia trudno dostępnych w Polsce publikacji, tłumaczenia, reportaże, sprawozdania z ośrodków makrobiotycznych w świecie, wywiady, bieżące informacje z tej „działki” o wydarzeniach we Wrocławiu i w Polsce, kuchnię makrobiotyczną, a także żywieniowe wskazania w przypadku chorób i wszelkiego rodzaju niedyspozycji.
Liczymy na współpracę osób zainteresowanych naszą rubryką.




Stanisław Świerk DD nr 0.jpg   Już jutro!

Derby
w
Lubinie

Stanisław Świerk (trener Zagłębia): — Wiadomo, derby zawsze miały swoją specyfikę, więc i jutro niespodzianka jest możliwa. Nie dopuszczam jednak myśli o przegranej i nie tylko dlatego, że jesteśmy gospodarzami.
Byliśmy już na ligowym szczycie w poprzednim sezonie i wcale nie chcemy go opuszczać. Wręcz przeciwnie, już nie usatysfakcjonuje nas miejsce w czołówce, lecz mistrzostwo Polski. To nasz cel. A Śląsk? Wiem, że są w trudnej sytuacji i współczuję trenerowi. Boisko to nie miejsce na sentymenty.

Romuald Szukiełowicz-DD nr 0.jpg

Romuald Szukiełowicz (trener Śląska): — Niech się nikomu nie zdaje, że przyjdzie obejrzeć naszą kolejną klęskę. Już je przeżyliśmy, a w derbach łatwo skóry nie sprzedamy.
Gra mojej drużyny jest uzależniona od postawy 4-5 piłkarzy, na których zawsze można liczyć. Wynik jest jednak loterią, gdyż nigdy nie wiadomo czy pozostałym „wyjdzie mecz”. Zagłębie ma wszystkie atuty: ustabilizowany skład, niezłych napastników, no i boisko. My natomiast nie mamy nic do stracenia.

Foto: Marek Grotowski

Z czterech spotkań dwa wygrało Zagłębie (w rundzie wiosennej 2:1), raz zwyciężył Śląsk, a jeden mecz zakończył się remisem. Zagłębie — Śląsk, stadion GOS, sobota (1 września) godz. 17.



Obrachunki:

Z Igrzysk Solidarności



BOGUMIŁ NOWICKI



Igrzyska Solidarności, wbrew oczekiwaniom, nie były wielką, zapierającą dech, imprezą. Okazało się, że autorytet rodzimych gwiazd i wielka idea, jeżeli nie są poparte wielkimi pieniędzmi, to zbyt mało, aby profesjonalnie zorganizować imprezę, z której polski sport mógłby być dumny.
Przyglądając się igrzyskom, odniosłem wrażenie, że jest to impreza niewiele ze sportem mająca wspólnego, organizowana za wszelką cenę przez działaczy chcących udowodnić swoją siłę i kwalifikacje. Jak mogły wyglądać całe igrzyska można było zobaczyć na motocrossie. To było superwidowisko. Oglądało je 10 tysięcy widzów. Działacze Trójmiasta, Szczecina oraz Polskiego Związku Motorowego mieli jednak w tym swój cel, ponieważ na nowym torze chcą urządzać zawody wielkiej rangi, a obserwatorem był wiceprezydent motocrossowej komisji FIM.
W zrobieniu frekwencji nie pomogły imprezy towarzyszące i szczytna idea przeznaczenia dochodów z biletów na pomoc dla dzieci specjalnej troski. Odnosiło się wrażenie, że do hal i na stadiony przychodzą jedynie zaproszeni goście, obsługa i rodziny sportowców. Brakowało natomiast widza przeciętnego, na którym przecież najbardziej zależało.
Bez wątpienia wielkim plusem imprezy był fakt, że miała swoich sponsorów, którzy pokrywali wydatki. Sami jednak niewiele zyskali, ponieważ ich „kramy” usytuowane na uboczu miasta, jeszcze przed końcem imprezy, w większości zostały zwinięte.
Lech Wałęsa, jak sam przyznał, nie pomagał w organizacji, ale jego obecność odegrała na igrzyskach niebagatelną rolę. Fotka przewodniczącego z gośćmi Andrzeja Grubby była dla Francuzów jedyną zapłatą za ich udział. Zagraniczne agencje interesowały jedynie zdjęcia z Wałęsą, trzymającym rakietę lub siedzącym za kierownicą. Już dzisiaj dyskutuje się o przyszłości „Solidarity Games”. Zdaniem ludzi znających się na sporcie, tylko impreza rangi mistrzostw kontynentu, wprzęgnięta w program, może je uratować. Waldemar Legień twierdzi, że „nie ma jeszcze w Polsce na tyle bogatych ludzi i firm, które mogą taką imprezę »pociągnąć«”. Sądzę, że w formie zaprezentowanej w Gdańsku nie mają szans się obronić. Były pierwsze, ale chyba zarazem ostatnie.



Z naszego Festiwalu


Antoni Niemczak będzie gwiazdą dzisiejszego biegu rocznicowego spod tablicy pamiątkowej przy zajezdni na ul. Grabiszyńskiej na pl. Czerwony pod siedzibę Regionu Dolny Śląsk. A więc i wrocławski Festiwal Kultury Fizycznej „Solidarności” będzie miał wielkie nazwisko.
Jakie honorarium przewidział pan dla Antoniego Niemczaka? — pytam przewodniczącego Sekcji KFiS Regionu Dolny Śląsk — Alfreda Misiewicza, inicjatora festiwalowego szaleństwa.
— Nie było mowy o żadnym wynagrodzeniu. Niemczak przyjechał do Wrocławia z Colorado i jego udział w tym biegu jest sym-[12] tiwalowy budżet nie wystarczyłby, aby wypłacić godziwą premię. My tylko entuzjazmu mamy w nadmiarze.
Z okolicznościowych obchodów zrobiliście Festiwal, czy nie za szybko pokusiliście się o taki rozmach?
— To prawda, obchody miały być kameralne, ale uznaliśmy, że trzeba się „otworzyć” dla całego środowiska. Nas samych zaskoczyła ilość chętnych do organizowania imprez. Nie wypadało nam później wprowadzać selekcji. W każdym razie na pewno nie było z naszej strony żadnych nacisków.
A tak z ręką na sercu, ile dostaliście pieniędzy?
działu Infrastruktury Urzędu Wojewódzkiego dostaliśmy 20 mln zł.[13] Oprócz organizacji samego biura najwięcej wydajemy na nagrody: koszt jednego medalu wyniósł 10 tys. zł, dyplomu — 4 tys. zł, zaś upominki — tylko symboliczne.
A kto zapłacił za wynajęcie obiektów?.
— AWF udostępnił nam Stadion Olimpijski nieodpłatnie. Wojskowe obozowisko też było przygotowane na medal, szkoda tylko, że grupy wojsk radzieckich i amerykańskich przyjęły zaproszenia, a nie przyjechały. To był spory zawód.
Najbardziej podobał się mecz kadry Górskiego przeciw zespołowi Giergiela..
— Miał sporą widownię, a my jeszcze zyskaliśmy, ponieważ kadrowicze od Górskiego swoje diety i koszty podróży przekazali na rozwój młodzieżowego piłkar-[14].
kcję z tego co się dzieje na festiwalowych arenach?
— Ożywiliśmy miasto, w którym podczas wakacji niewiele się dzieje. Dla nas to dopiero przedszkole, ale szybko dorośniemy i postaramy się na stałe urządzać podobne imprezy, ale jeszcze lepiej i ciekawiej. Wiem, że nie od razu na stadion przyjdą tłumy. Jesteśmy jednak wytrwali.
Obserwuje pan naszą niemrawą wrocławską społeczność i biedniejące kluby. Co chciałby pan zmienić, poprawić?
— Już widać, że co sprytniejsi stanęli do wyścigu do miejskiej kasy. Boję się, że zabraknie obiektywizmu. Złożyłem natomiast inną propozycję, aby największe sportowe obiekty, czyli Stadion Olimpijski i Hala Ludowa przeszły pod miejski zarząd. To jest przyszłość naszego sportu, rekreacji i rozrywki. Trzeba jeszcze szukać wielu nowych rozwiązań.




Pokutnik


Waldemar Tęsiorowski, piłkarz WKS Śląsk, odbywa roczną pokutę za „starcie” z sędziami.
Jeden z kibiców z Kluczborka wytknął Tęsiorowskiemu czerwone kartki, ale jeszcze za błędy młodości. Inni biorą go w obronę. Wrocławianin zapłacił słono za grzechy całego piłkarstwa, bowiem powszechnie uważa się niemal wszystkich, uganiających się za piłką po boisku (oczywiście za pieniądze), za lekkoduchy.
Nasz pokutnik nie jest taki co to spod ciemnej gwiazdy się wywodzi i w ciemnej uliczce lepiej się z nim nie spotykać. W minionym sezonie otrzymał tylko jedną żółtą kartkę.
„Nie jestem agresywny ani w życiu, ani tym bardziej na boisku. Owszem, w walce o piłkę zdarzają się wykroczenia, ale nigdy z premedytacją nie kopnąłem przeciwnika. Tak, w Oleśnicy po raz pierwszy przytrafiła mi się taka sytuacja. Przeprosiłem sędziów. Nie ma między nami urazów. Myślę, że to co mi się przydarzyło będzie przestrogą dla innych. Ja mam cichą nadzieję, że po odbyciu połowy kary (będzie to 6 XII) resztę wyroku piłkarskiej centrali odbędę w „zawieszeniu”. Teraz trenuję z drużyną”.
Czy ujęcie się za piłkarzem może zostać potraktowane jako przymykanie oczu na boiskowe chuligaństwo? A może lizusostwo i przymilanie się kierownictwu wojskowego klubu (choć tak naprawdę to ono pierwsze przyłożyło swojemu piłkarzowi „ojcowską karę”). Powiedzmy jasno, zawodnik zasłużył na półroczną karę i tyle. Oby tylko nie przylgnęło do niego określenie „brutal”. I tak sędziowie będą go mieć „na oku”.
R. Szukiełowicz (trener):Kara jest za wysoka. Przewinienie należało rozpatrywać indywidualnie. Jej skutek jest jeden: musi zadziałać odstraszająco dla innych. I taką rolę spełni.
J. Śmigielski (sekretarz Pogoni Oleśnica):Powiem uczciwie, zawinił. Przypuszczałem jednak, że skończy się na karze klubowej, a tymczasem PZPN dołożył jeszcze pół roku i z tym przesadził. Wszystko dlatego, że oleśniczanie go nie lubią, a on chciał się pokazać, no i stało się.

Waldemar Tęsiorowski DD Nr 0.jpg
Waldemar Tęsiorowski Foto: Marek Grotowski



Farsa na koszt klubu


Komisja egzaminacyjna (2-osobowa) zachowuje powagę. W końcu egzekwuje postanowienia związku, więc z taśmą i stoperem odmierza, notuje wyniki skoków, rzutów i biegów. Sprawność jest bardzo ważna, gdyż bez zaliczenia takiego egzaminu żadna zawodniczka ani zawodnik nie otrzyma licencji. A w lidze piłki ręcznej taki papierek upoważnia do wyjścia na boisko. Klub musi oczywiście wykupić licencję za jedyne 30 tys. zł (w sezonie 50 tys. zł), co należy jeszcze przemnożyć średnio razy piętnaście.
Trudno dociec po co naprawdę są te licencje. Miały ponoć podnieść poziom, dać obraz sprawności, położyć tamę przeciw niedołężnym i rutyniarzom, zajmującym tylko miejsce. Młodzi przecież czekają. A tak szczerze, to nawet najlepsze wyniki z licencyjnych egzaminów nie dają gwarancji na dobrą grę, a tym bardziej mistrzostwo kraju. Być może ktoś napisze pracę doktorską, mając gotowy materiał z „badań”. Pieniądze — to chyba bardziej przyziemny powód. Ile grosza wyciąga się w ten sposób z klubów? Każdy może sobie sam policzyć. W I lidze kobiet i mężczyzn są 32 zespoły (po 15 osób)...


Licencja — to brzmi dumnie, kojarzy się niemal ze statusem zawodowca, a tymczasem to zwykła fikcja. Z takim glejtem można grzać ławę rezerwowych cały sezon. Typowo administracyjne sposoby nie wyciągną dyscypliny z dołka.

ZBIGNIEW PRÓCHNIAK
Mistrzynie Polski AZS AWF Wrocław DD nr 0.jpg

Za tydzień rozpoczyna się nowy sezon w piłce ręcznej.
Na zdjęciu mistrzynie Polski AZS AWF Wrocław.

Zdjęcia Marek Grotowski
 

A. Zienkiewicz — To jest bez sensu. Nie wystarczy szybko biegać, gdyż trzeba jeszcze umieć grać.
T. Chruściak — Lepiej niech pan nie pyta.
A. Wodzińska — Liczy się technika, finezja, a te sprawdziany są niepotrzebne. (W ub. sezonie oblała pierwsze podejście, a na boisku błyszczała jak nigdy).
M. Jaworska-Łosińska — Za dużo przy tym zabiegów. To nie powinien być obowiązek, zwłaszcza na koszt klubu.
I. Wanecki (kierownik Śląska) — To śmiechu warte. Chłopcy „padali” na podciąganiu się na drążku. Piłka ręczna to nie gimnastyka. Pięciu oblało.



Mieli
pecha...


WKS Śląsk w ramach transferowych powinności zorganizował obóz dla piłkarzy ręcznych Fabloku Chrzanów. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie ta wstrętna salmonella. Dopadła sześciu graczy Fabloku i to na krótko przed rozgrywkami ligowymi. Wyszło na to, że przysługa okazała się niedźwiedzia. Ośrodek przy ul. Skarbowców (kasyno) truje.
No i jeszcze trochę pikanterii. Wrocławianie (wierzymy, że niewinni) zaczynają ligę w... Chrzanowie. Chyba spalą się ze wstydu. A kto wie, czy nie po-[15]


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł tekst nieczytelny
  2. Przypis własny Wikiźródeł tekst nieczytelny
  3. Przypis własny Wikiźródeł tekst nieczytelny
  4. Przypis własny Wikiźródeł tekst nieczytelny
  5. Przypis własny Wikiźródeł tekst nieczytelny
  6. Przypis własny Wikiźródeł tekst nieczytelny
  7. Przypis własny Wikiźródeł prawdopodobnie; autor nieczytelny
  8. Przypis własny Wikiźródeł tekst nieczytelny
  9. Przypis własny Wikiźródeł tekst nieczytelny
  10. Przypis własny Wikiźródeł tekst nieczytelny
  11. Przypis własny Wikiźródeł fragment nieczytelny
  12. Przypis własny Wikiźródeł tekst nieczytelny
  13. Przypis własny Wikiźródeł początek zdania nieczytelny
  14. Przypis własny Wikiźródeł tekst nieczytelny
  15. Przypis własny Wikiźródeł tekst nieczytelny


Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0.
Dodatkowe informacje o autorach i źródle znajdują się na stronie dyskusji.