Dziennik Dolnośląski nr 0/Gawędziarze

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Tadeusz Gosk
Tytuł Gawędziarze
Pochodzenie Dziennik Dolnośląski nr 0
Redaktor Włodzimierz Suleja
Data wydania 31 sierpnia 1990
Wydawnictwo Norpol-Press sp. z o.o.
Miejsce wyd. Wrocław
Źródło Skany na Commons
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

Ludzie dobrze wychowani, podsumowując osiągnięcia, pomijają — jako nieważne — drobne niepowodzenia, a przy niedostatku osiągnięć przedstawiają owe potknięcia jako poważne sukcesy. Zawsze podziwiałem ludzi dobrze wychowanych i starałem się na nich wzorować, ale dziś postanowiłem przyjrzeć się temu, co polscy twórcy dali swym odbiorcom w ostatnim dziesięcioleciu i szczytne zamiary diabli wzięli.


Gawędziarze



TADEUSZ GOSK



Ludzie pióra — których użyję tu w charakterze przykładu, dającego się łatwo rozciągnąć na wszystkie inne zawody artystyczne — dzielą się wedle mojej osobistej klasyfikacji na pisarzy, literatów, grafomanów i gawędziarzy. Pisarz tworzy, gdyż ma swojemu czytelnikowi coś do powiedzenia i pragnie to coś powiedzieć, dla literata jego pisanie jest zawodem i źródłem utrzymania, dla grafomana psucie papieru stanowi psychologiczny przymus, a dla gawędziarza podstawowym zajęciem jest opowiadanie każdemu, jaki to on jest genialny i co by stworzył, gdyby mu na to pozwolono (wariant: „Piszę do szuflady. Rozumiecie, cenzura...”).
Słowo to potęga, więc przez ostatnie lata ludzie święcie wierzyli, że gdy tylko esbecja przestanie szaleć, a cenzura zostanie zlikwidowana — otworzą się szuflady i polski rynek zostanie wręcz zarzucony wiekopomnymi dziełami. Niektórzy sceptycy wspominali wprawdzie nieśmiało o istnieniu drugiego obiegu, o możliwościach publikowania za granicą, ale...
I oto mamy wolność. I prawie jasność kto jest kto. Pomińmy grafomanów, bo w dobie urynkowienia kultury i zaniku starych układów mają oni raczej nikłe szanse na publikację swoich wyrobów (inna rzecz, że tworzy się już wcale liczna kategoria „nowych słusznych”). Pozostała grupka literatów, z których jeden czy dwóch jest ponadto pisarzem, i ogromna masa gawędziarzy, zwłaszcza gawędziarzy-kombatantów, którzy dokładnie pamiętają, jak to wożono ich na spacer wózkami pełnymi granatów lub niepodległościowej bibuły i jak im w tych wózkach było przez to niewygodnie.
Pamiętają też koszmar komuny, koszmar nagród państwowych, wciskanych im przez władze PRL, koszmar ogromnych nakładów (lub honorariów za udział w części artystycznej „akademii ku czci”).
Ten koszmar zawsze ich brzydził. Teraz się z niego otrząsnęli i poczuli się prawdziwymi twórcami. Twórcami książek, których nikt nie chce czytać, rozliczeniowych filmów, których nikt nie chce oglądać, obrazów, ktorych nikt nie chce kupować, spektakli teatralnych, na które widzów trzeba brać z łapanki. Ale twórcami, którym należy się szacunek, darmowe pracownie i duże pieniądze. Amen.
A odbiorcy polskiej kultury współczesnej wciąż pozostają na[1]


  1. Przypis własny Wikiźródeł tekst nieczytelny


Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0.
Dodatkowe informacje o autorach i źródle znajdują się na stronie dyskusji.