Dzieje Baśki Murmańskiej/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugeniusz Małaczewski
Tytuł Dzieje Baśki Murmańskiej
Podtytuł Historja o białej niedźwiedzicy
Data wydania 1925
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
III.

W przedwiośnie r. 1919-go Archangielsk nad Białem Morzem[1] był okupowany przez Ententę[2], która pod kunktatorskiem[3] dowództwem Anglików i na ich wikcie zamierzała zdobyć Rosję od północy, powywieszać na latarniach ówczesnych czerwonych władców Kremlu, a przedewszystkiem zrobić dobry interes na eksploatacji bogactw naturalnych tego kraju. Koniec wyprawy był mniej świetny, niż początek. Ententa wyszła na tym kupiecko-militarnym interesie, jak nasz przysłowiowy pan Zabłocki na mydle. Ale stało się to dopiero w sześć miesięcy później.
W czasie zaś, kiedy zaszły wypadki, o których mowa niżej, Archangielsk był mocno obsadzony załogami wojskowemi niemal całego świata. Oczywiście nie brakło i Polaków, bo gdzie tylko dwóch się bije, tam zawsze Polak trzeci chętnie łba nadstawi.
Na pryncypalnej[4] ulicy miasta w godzinach południowych wzmagał się ruch pieszy. Był to czas spotkań i spacerów. Po chodnikach skleconych z deszczułek, ruchomych jak klawjatura i nagle podbijających stopę przechodnia, niczem djabelska trampolina[5] przechadzali się zamorscy zdobywcy w towarzystwie dam-tubyłek, które niewykwintną prostaczość swych stroików wyrównywały urodą lic, mieniących się na mrozie barwami krwi i mleka, zaś urodę samą podnosiła ta jeszcze okoliczność, że na sto młodych wojowników wypadała w tem mieście jedna tylko kobieta.
Szli tedy po zdradzieckich chodnikach szczudłonodzy, robiowardzy i rudowłosi Brytańczycy[6] z anglosaską flegmą, malującą się na twarzach ściągłych, rzemiennych, jak pasek do wecowania brzytwy. Ze swobodną dystynkcją przechadzali się Francuzi, we włożonych na bakier, z okrutną fantazją, aksamitnych beretach[7] strzelców alpejskich. Amerykanie spacerowali bądź z fajką, bądź z kawałkiem czekolady w zębach; zajadali ją, idący, nie krępując się, z naturalną swobodą dzieci, wracających ze szkoły. Prócz nich byli tu i Serbowie, i Kanadyjczycy w uszastych czapach i mokasenach[8] indyjskich, oraz bersaljerzy[9] włoscy, którzy z obfitości upierzenia na hełmach wyglądali, jakby na ich głowach rozczapierzona kokosz, nastroszywszy się, wysiadywała jaja.
W głębi jednego z zaułków, prowadzących do głównej ulicy, ukazało się kilku młodych wojskowych. Mieli na sobie zawadjacko załamane maciejówki z legjonowemi orzełkami, tudzież płaszcze koloru khakki[10], wdziane po leguńsku, z pewną artystyczną niedbałością, która zdradzała ciążenie ku elegancji w stylu wyraziście nadwiślańskim.
Jeden z młodzieńców, w szarży podchorążego, miał w prawicy kij żelazny, grubości palca, drugą zaś ręką trzymał, owinąwszy kilkakrotnie dokoła pięści, łańcuch zakończony stalową obrożą. W obroży targał się biały niedźwiadek, oglądający ponurem wejrzeniem, rzucanem zpodełba, uliczkę, zakopaną w śniegach powyżej płotów. Słońce świeciło małej bestji prosto w pysk, więc poruszała wciąż czarnym noskiem, oblizując się i od czasu do czasu kichając wielokrotnie a przenikliwie, niby zakatarzony kot.
Toczyła się rozmowa w tempie leniwem — typowe ględzenie rozpróżniaczonych żołnierzy, wałęsających się na słoneczku w bezpiecznym garnizonie, zdala od placu bitwy:
— On, czy ona?
— Kto? — zapytał podchorąży.
— No, ten srogi zwierz...
— Ona.
— Skąd wiesz?
— Powiedziała mi na ucho, jak byliśmy sami...
— Gadaj zdrów. Nie może być.
— Fakt.
— A co będziesz z nią robił?
— Wziąłem na wychowanie. Spójrzcie, jaka przystojna! Trochę z niej dzikus jeszcze, wczoraj ugryzła mię w łydkę, ale to się da odrobić. Nie słucha dobrego słowa, to posłucha kija. Na razie daję sobie z nią radę tem!
Tu dźwięknał żelazną maczugą o bruk. Niedźwiadek szarpnął łańcuchem i zjeżył grzbiet. Rozległ się groźny pomruk, potem krótki, srogi ryk.
— Kusz[11], ścierwo, bo wszystkie kości połamię! — uspokajał podchorąży swą pupilkę, nie bez pewnej jednak serdecznej ciepłej nutki w głosie, pomimo groźnego sensu słów.
— A karmisz ją?
— No, przecie...
— Czem?
— Zjadła dziś pud świeżych fląder[12], a prócz tego — parę butów, które grzały się przy piecu po wysmarowaniu tłuszczem.
— Apetycik, powinszować! Bardzo, bardzo miły zwierz. Buzię ma wcale, wcale inteligentną. I z oczu jej patrzy uczciwie. Niepotrzebnie nad nią się znęcasz. Jabym poradził dobrocią, łagodnością. Można pogłaskać?
— Owszem. Sprobuj.
Amator łagodnych metod nachylił się nad niedźwiadkiem i wyciągnął rękę, by go pogłaskać po spłaszczonymi łbie. Zwierz lizał śnieg szkarłatnym jęzorem i na zniżającą się rękę nie zwracał pozornie uwagi. Lecz zaledwo go dotknięto do koniuszka włosów, wykonał ociężałą głową zdumiewający, błyskawiczny ruch. Amator łagodnych metod mimowolnie wydał okrzyk i skoczył wstecz jak oparzony. Jednocześnie rozległo się głośne klapnięcie potężnie uzębionych szczęk, które, zamiast cofniętej szybko ręki, napotkały próżnię.
— A to dzikie bydlę! Ależ ona naprawdę kąsa!
— Nie żartuje. Podziękuj, że prócz pary moich butów, nie zjadła ci kawałka ręki.
Zapalono papierosy. Zewsząd dolatywał melodyjny dźwięk — podźwięk dzwonków od sanek, jeżdżących po mieście. Powierzchnia śniegu lśniła w słońcu, jakby posypana tłuczonem szkłem. W mroźnem powietrzu błąkały się wirujące iskierki lotnego szronu, niby ów brylantowy kurz, który zapala się i gaśnie w skośnym słupie blasku słońca, wpadającego do pokoju przez okno. Niedźwiadek coś mruczał i mamrotał, gmerając w śniegu czarnym nosem.
— Dokąd z nią teraz pójdziesz? — zapytał podchorążego kolega.
— Na promenadę[13], — brzmiała odpowiedź.
— Zwarjowałeś?!
— Nie. Tu chodzi o honor całej polskiej armji.
— Jakto?
— Zaraz opowiem, — odrzekł podchorąży. — Czy znacie kapitana bersaljerów, Włocha, tego co chodzi, jada i sypia z monoklem[14] w pysku?
— To ten, z którym na ostatnim balu w misji francuskiej poróżniliśmy się o tę facetkę w sukni lila?
— Mój kochany, proszę cię!... Dobieraj oględniejszych wyrażeń, gdy mówisz ze mną o kobiecie, którą więcej, niż szanuję... Tak. Ten sam właśnie. Wyobraźcie tylko sobie, na jakie kawały puszcza się ten drab, byleby tylko zdobyć jej względy. I tak już dużo przewag ma nade mną: jest brunetem, ja blondynem — ona woli brunetów; używa monokla, a to jej imponuje; jest kapitanem, ja dopiero podchorążym; nazwisko jego brzmi: Andreas Giovanno della Stupida hrabia Bambini, a ja nazywam się: Walenty Karaś. Nie dość tego: wieczorami całemi śpiewa jej po włosku, wywracając białka oczów, swoje canzony i barcarolle[15]. A gdy ja, chcąc dotrzymać mu placu, raz huknąłem z całego gardła »Husia-Siusia«, ona uszy zatkała oburącz i rzekła:
— Proszę dać spokój. Pan milszy jest bez śpiewu. Panu w dzieciństwie Mahomet musiał nastąpić na ucho.
Włoch zaś, ucieszony z mej porażki, zaraz zaśpiewał swym barytonem aksamitnym pieśń, zaczynającą się od słów: »O, cara mia...[16]!« Zostałem sromotnie pobity.
Codzień spotykamy się obaj na spacerze przed domem naszej donny, która czeka, siedząc w oknie, i patrzy przez dziurkę, wychuchaną w szronie, okrywającym szybę. Włoch dowiedział się, że ona lubi zwierzęta. Pewnego dnia przyszedł z oswojoną łasicą, siedząca mu na ramieniu. Lecz nazajutrz ja triumfowałem, bom przywlókł ze sobą na sznurku żywego jeszcze gronostaja. Włoch jednak nie dał za wygraną i w dzień potem przelicytował mego gronostaja autentycznym żółtym lisem. Zawziąłem się tedy i ja. Dostałem młodego wilka, który przy pierwszem spotkaniu zagryzł jego lisa. I w turnieju tym pewniebym zwyciężył, gdyby z całego miasta nie zbiegły się wówczas wszystkie psy i nie rozszarpały mego wilczka przy ciepłych jeszcze zwłokach żółtego lisa. Włoch natomiast wytrzasnął skądś »błękitnego lisa« i od kilku dni paraduje z nim codzień na promenadzie, wywołując duży efekt[17] w tłumie, oraz przychylne uśmiechy w dziurce, wychuchanej w szronie na szybie.
Wpadłem w rozpacz i pewniebym rozpił się na śmierć, gdyby nie traf szczęśliwy. Przedwczoraj na tutejszym targu spotkałem chłopa »samojeda«[18], który przyprowadził na sprzedaż tego oto niedźwiadka. Kupiłem bez namysłu, i teraz zobaczymy, kto lepszy: ja, czy Włoch. Nie może być, żeby polski legjonista skapitulował[19] przed nacją[20], którą Bóg stworzył poto jedynie, aby Austrja, stale bita przez cały świat, też miała kogo bić!... Pęknie, szelma, z zazdrości. Dziś pogrążą go nareszcie w oczach naszej donny[21] i zdobędę jej serce. Zguba nad Włochem wisi, chybaby tym razem przytaszczył ze sobą żywego krokodyla!...
— Zwyciężysz. Idź. Masz rację. Tu chodzi o honor całej armji! — krzyknęli chórem słuchacze.
Jednocześnie z ulicy pryncypalnej wpadł do zaułka żołnierz, ordynans Karasia, i zawołał:
— Panie podchorąży, włoski kapitan już jest!
— Z lisem?
— A jakże, z lisem, — odpowiedział ordynans.
— Dam ja mu lisa, — mruknął Karaś.
I poszedł, wlokąc na łańcuchu swą dziką wychowanicę. A że mu zrazu krnąbrnie się opierała, wbijając w śnieg wszystkie cztery łapy, przeto z miejsca użył żelaznego drąga. Poczem już szli w najlepszej komitywie, i Baśka, — była to bowiem ona, — biegła ciężkim truchtem, ocierając się pieszczotliwie o kolana podchorążego.
Samem już zjawieniem się swem wśród spacerującego tłumu wywołali żywe zainteresowanie, coś nawet, jakby w rodzaju wstrzemięźliwego entuzjazmu[22]. Wnet zaszczękały tu i owdzie kieszonkowe kodaki[23] Anglików. Pewien odważny major amerykański żartem ofiarował Baśce tabliczkę czekolady, którą pożarła bez namysłu, wraz z papierowem opakowaniem, tudzież z futrzana rękawicą majora, — dłoń jakimś cudem udało mu się z niedźwiedziej paszczęki i z połykanej rękawicy unieść cało.
Przechodnie za zbliżeniem podchorążego wszędzie się rozstępywali, czyniąc szpaler, jakby przed parą nowożeńców, wracających od ołtarza. Baśka, czując, że cały ten honor jej przynależy, zrozumiała, iż jest bohaterką dnia. Wzbiła się więc w pychę i poczęła iść na trzech tylko łapach, czwartą zrzadka dotykając ziemi, a z boku paszczy wysunęła na kilka cali jęzor, co miało taki pozór, jakby niosła go w zębach. Wszystko to u niedźwiedzi polarnych jest przejawem nader wyszukanych manier. »Pomyślcie tylko nad tem dobrze, a zobaczycie, że jest tak, a nie inaczej« (jak zwykł mawiać mój starszy kolega po piórze, niejaki sir Rudyard Kipling)[24].
Wśród ludzkiej ciżby, tłoczącej się po bokach i z tyłu, doszli tak aż do domu, gdzie mieszkała sprawczyni polsko-włoskich wzdychań i utęsknień. Włoch tkwił już na stanowisku. Dama dwojga rozmiłowanych serc główkę blond miała wysuniętą przez otwarty lufcik i, strzygąc dlugiemi rzęsami, słuchała, co jej prawił kochliwy kapitan bersaljerów, który przestępował z nogi na nogę, jak człowiek niezbyt wytrzymały, albo mocno zziębnięty. Stąd można było wnioskować, że tokuje tu od paru już kwadransów. Na smyczy, założonej haftką na guzik paltota, trzymał dużego lisa, — bardzo piękny okaz fauny północnej, — napuszonego prześlicznem futrem barwy szarej, wpadającej w odcień jakoby polerowanej stali, czemu właśnie gatunek owych lisów zawdzięcza nazwę »błękitnych«.
Lis siedział u stóp swego pana, wsparty na wyprostowanych łapach przednich. Uszy czujnie trzymał do góry, a w śpiczastej, wąsatej mordce miał wyraz takiej roztropności, że, zdawało się, zacznie naraz mówić po ludzku i to całkiem do rzeczy. Puszystą kitę odwalił poza siebie i pieczołowicie ją rozłożył na całą szerokość chodniczka.
Na widok Baśki zerknął w jej stronę raz i drugi i poczuł niepokój, co wyraziło się nazewnątrz przez natychmiastowe cofnięcie kity z poza pleców i ułożenie jej przed sobą.
Włoch tokował w dalszym ciągu, przestępując z nogi na nogę.
Podchorąży był już o kilkanaście kroków.
Włoch poza otwartym lufcikiem nie widział świata. Błękitny lis zmienił miejsce i usadowił się tak, by między Baśką a sobą mieć na wszelki wypadek foremne łydki swego pana. Koniec puszystej kity poruszał się cokolwieczek za nerwowo.
Podchorąży znalazł się przed oknem i złożył grzeczny ukłon damie. Dama, ujrzawszy zwierza, holowanego na łańcuchu, krzyknęła! »›Ach!« i wydusiła łokciem szybę. Dzwoniące drzazgi szkła spadły kapitanowi na zadarty łeb; stamtąd stoczyły się na ziemię wraz z monoklem, o który zawadziły.
Baśka zbliżyła się do lisa w zamiarze obwąchania jego kity, intrygującej[25] puszystym wyglądem.
Włoch schylił się, by podnieść monokl, bez którego nic nie mógł przedsięwziąć, gdyż był krótkowidzem.
Obwąchiwany przez białego potwora lis wpadł w szał przerażenia i urwał się wraz ze smyczą i guzikiem, do którego smycza była przytwierdzona. Gwałtowne szarpnięcie, spowodowane oderwaniem mocno przyszytego guzika, wytrąciło schylonego kapitana z równowagi, aż się musiał oprzeć rękami o ziemię i znalazł się przez chwilę w pozycji na czworakach.
Baśka, rozzłoszczona ucieczką lisa, poczytała osobę, znajdująca się na czworakach i wypiętą ku niej gestem wysoce prowokacyjnym[26], za jakowegoś czworonoga, który jej, Baśce, chce ubliżyć. Zahaczyła więc kłami za fałdy kapitańskich hajdawerów[27] i jęła ciągnąc ku sobie z całej siły.
Przestraszony Włoch swym pięknym barytonem, który stracił na ten czas całą aksamitność brzmienia, wydobył z siebie bardzo wysokie »fa«[28].
Baśka zawtórowała mu ogromnie potężnem »re«, nie wypuszczając jednak spodni z paszczy.
Podchorąży wprawił w ruch żelazny drąg, aż warkotało w powietrzu.
Dama w wyduszonem oknie darła się w niebogłosy.
Na miejsce wypadku zbiegło się pół ulicy. Angielskie kodaki zaszczękały częstotliwie, niby zamki karabinów plutonu, gotującego się do salwy.
W trakcie zajścia, z handlu ryb, znajdującego się obok, wyskoczył nagle błękitny lis, wciąż szalejący z trwogi, i, pędząc, obalił z nóg kilku gapiów. Lecz, co najdziwniejsza, pozbył się był już smyczy, a wpoprzek łajdackiego pyska trzymał tłustą flądrę. Nim się tłum obejrzał, — lis był już daleko: czmychał środkiem ulicy, rozpuściwszy na wiatr wspaniałą kitę. I znikł na pierwszym zakręcie, jakby się w ziemie zapadł. Co się z nim stało, nikt tego nie wiedział ni wtenczas, ni potem.
Włoch po dłuższej targaninie wyrwał się z niedźwiedziej paszczęki, lecz kosztem dużego kawałka spodni, który Baśka zatrzymała w zębach jako trofeum[29]. Poszkodowany wrzucił do oka monokl, zmierzył rywala zabójczem spojrzeniem, rozpiął płaszcz, wyjął portfel, dostał bilet wizytowy i wręczył podchorążemu. Karaś schował bilet do kieszeni palta i rzekł:
— Znamy się, kapitanie, oddawna. Ale bardzo mi jest przyjemnie. Żegnam pana.
I odszedł wraz z Baśką, która nie wypuszczała z zębów urwanej szmaty sukna.
Atoli los miał w zanadrzu jeszcze jedną awanturę.
Dnia tego zażywał przechadzki również angielski generał, naczelny dowódca wszystkich wojsk koalicji[30] na Murmanie, który chodził zawsze w towarzystwie buldoga. Generał podążał właśnie w stronę zbiegowiska, wywołanego zajściem Baśki z Włochem. Buldog szedł o kilka kroków przed panem. Był to pies stary, spasły, mrukliwy i warkliwy, ślepy na jedno oko, z wieczną nitką plugawej śliny, zwieszającą się z brodawkowatych psich warg, niedomkniętych nad spróchniałemi szczękami. Słynął z tego, że na ulicy ustępował z drogi tylko cywilom, wojskowemu nie ustąpił nigdy. Bo wiedział, że jest psem generalskim, i każdy spotkany człowiek w uniformie wojskowym musi przed nim i przed jego panem salutować pierwszy i usunąć się z drogi.
Milord, — takie miał imię ów pies, — nie pospolitował się zawieraniem ulicznych znajomostek z innemi psami. Długi żywot — wyszlamował go ze swawolnych zachcianek. Nawet w lipcu, który jest miesiącem psów, nie doznawał on zbytnich upałów krwi. Obecnie zaś był dopiero początek lutego.
Jednakowoż na widok nieskalanie śnieżnej Baśki poczuł, że musi natychmiast zawrzeć z nią znajomość. Krótko mówiąc, zachciało się Milordowi psich figlów.
Poskoczył więc ku zdumionej taką bezczelnością Baśce i tak obcesowo się jej przedstawił, że Baśka aż zawyła ze zgrozy na te zaloty zgrzybiałego starca. I w obronie swej godności panieńskiej zadała łapą tęgi cios naodlew.
Milord wyleciał w górę, jak z procy, skręcił się w powietrzu, padł skrwawnionym łbem na bruk, aż coś mu trzasło w apoplektycznym karku, i wybulgotał z siebie sprośną duszę, zanim nadbiegł jego pan.
Nazajutrz podchorąży Karaś miał z Dowódcą Polskiego Baonu[31] rozmowę poufną, o której później opowiadał kolegom, odwiedzającym go w areszcie:
— Mieliśmy z naszym majorem bardzo głośne gadanie w cztery oczy, a właściwie to tylko w trzy oczy, bo jedno było wybite...
Milord po zabalsamowaniu został odesłany przez nieutulonego w żalu generała osobnym torpedowcem[32] do Anglji. Podchorąży, bez balsamowania, poszedł do kozy na dni dziesięć.
Baśkę zaś rozkazem dziennym L. 33 § 8 przydzielono do Baonu W. P. na Murmanie z nominacją na »Córkę Regimentu« i z zaliczeniem na wikt w kompanji karabinów maszynowych.


Przypisy

  1. Białe Morze — zatoka utworzona przez północny Ocean Lodowaty na wybrzeżu rosyjskiem, przy półwyspie Kola.
  2. Ententa — państwa sprzymierzone, walczące w ostatniej wojnie z Austrją i Niemcami.
  3. kunktować — przedsiębrać coś z wielkim namysłem.
  4. pryncypalny — główny.
  5. trampolina — przyrząd do ćwiczeń gimnastycznych lub cyrkowych.
  6. Brytańczycy — Anglicy.
  7. beret — płaska czapka.
  8. mokaseny — obuwie, noszone przez Indjan Ameryki Północnej.
  9. bersaljerzy — strzelcy włoscy.
  10. khakki — kolor ciemno-żółty.
  11. Kusz, z francuskiego, — leż; wołanie na psa.
  12. flądra — gatunek ryby morskiej.
  13. promenada — spacer, albo miejsce zwykłych spacerów.
  14. monokl — półokulary o jednem tylko szkle, przeznaczone do noszenia w jednem oku.
  15. canzony, barcarolle — pieśni.
  16. O cara mia — moja droga, po włosku.
  17. efekt — wrażenie, skutek.
  18. Samojedzi — naród szczepu fińskiego, mieszkający na krańcowej północy Rosji europejskiej i azjatyckiej.
  19. skapitulować — ustąpić.
  20. nacja — naród.
  21. donna — panna, z włoskiego.
  22. entuzjazm — uniesienie.
  23. kodak — gatunek aparatu fotograficznego.
  24. Kipling — pisarz angielski.
  25. intrygować — zaciekawiać w sposób tajemniczy.
  26. prowokacyjny — wyzywający.
  27. hajdawery — spodnie.
  28. fa — jedna z siedmiu nut muzycznych.
  29. trofeum — zdobycz.
  30. koalicja to samo co ententa.
  31. baon — bataljon.
  32. statek rzucający torpedy, t. j. pociski wybuchające i niszczące w ten sposób flotę nieprzyjacielską.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eugeniusz Małaczewski.