Dzieci ulicy/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Janusz Korczak
Tytuł Dzieci ulicy
Wydawca A. Pajewski
Data wydania 1901
Druk F. Kasprzykiewicz
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VII.
Józiek Bzik.

Wojciech Mazur, jako stróż nocny, zajmował placówkę na ulicy Czerniakowskiej. O sile jego dziwy sobie opowiadano, o przygodach, których doznał w swoich podróżach po wszystkich częściach świata, krążyły najrozmaitsze podania. A legendy mogły tem łatwiej rodzić się, rosnąć i zmieniać, że Wojciech nic do nich nie dodawał i nigdy ich nie prostował.
Mieszkał w małym pokoiku na facyacie ze swoją córką, a może i nie córką, bo, będąc już bardzo niemłodym, przywiózł ją dziewięcioletnią dziewczynką, niewiadomo zkąd. Potem widywano go tylko, gdy chodził miarowym krokiem, głośno uderzając żelazną skówką pałki o kamienie — przez noc całą. W niedzielę chodził z dzieckiem do kościoła. Gdy mu się kto ukłonił, i on go pozdrawiał, ale z nikim w bliższe stosunki nie wchodził.
Dziewczynka rosła, Wojciech się nie starzał. Jego siwa broda posiwieć nie mogła, jego znużone oczy wyblaknąć już nie mogły, a na pomarszczonej twarzy żadna już nie zmieściłaby się zmarszczka.
Dziwnym szacunkiem otaczano postać starca i jego dziecko. Nie gniewało nikogo jego życie odosobnione, a milczenie jego nie zaostrzało niczyjej ciekawości. Gdy szedł przez ulicę, ustępowano mu z drogi, gdy schodził z kubełkiem po wodę, zawsze znalazł się ktoś przy studni, co chwytał za pompę. Nawet śmiechy swawolne i dowcipy pieprzne zastygały na ustach, gdy zabieliła się w pobliżu śnieżna broda starca.
W rewirze jego nocnym nie spełniono ani jednej kradzieży, choć złodzieje, zda się, nie siły się jego obawiali, ale czego, któż zgadnie?
Dziewczynka rosła. Najrzadziej głos jej rozlegał się na podwórzu wśród głosów rozbawionej czeredy, a był tak dźwięczny, a śmiech tak srebrzysty, że gdy się rozdzwonił, dzieci nie śmiały wtórować jej śmiechem, jeno słuchały w milczeniu.
Miała włosięta ciemne, jedwabne, i jasne, błękitne oczy, a patrzeć niemi umiała głęboko przez firankę rzęs długich. W ruchach jej była pewność i zwinność. Nikt jej w gonitwie nie mógł pochwycić, tak zręcznie wywinąć się umiała, a może i nikt jej nie śmiał nawet pochwycić brutalnie.
A późnym wieczorem w samotnej izdebce swojej, zamkniętej na klucz, śpiewała czasem, a wówczas ojciec przystawał przed domem i nieruchomo patrzał w okno swej facyjatki, i milkł na chwilę stuk żelaznej skówki o kamienie.
Dziewczynka rosła i dzieckiem być przestała. Ojciec przynosił jej codziennie kilkadziesiąt tektur i worek guzików z masy perłowej, i zajęciem jej było naszywanie guzików na ciemne papierki. Dwanaście godzin pracy na dobę przynosiło dwadzieścia kopiejek. Ale pracować mogła w domu, nie w fabryce, w towarzystwie tylu dziewcząt i chłopców, pod opieką podmajstrzych i majstrów.
Może obawiał się stary Wojciech tych towarzyszów i opiekunów dziewczyny fabrycznej.
I zdawaćby się mogło, że w nędznej izbie pod dachem usłał starzec gniazdo bezpieczne dla siebie i córki. Okazało się jednak inaczej...
Józiek Bzik ujrzał świat w tym właśnie pokoiku chłodnym i wilgotnym.
Wojciech głośniej uderzał teraz o kamienie, ale wolniej chodził. Nie przybyła mu ani jedna zmarszczka na czole, bo miejsca już na zmarszczkę nie było. Ale skład ust zmienił mu się, rysunek warg się załamał, i twarz jego stała się nie złą, nie zawziętą, ale mroczną.
W dwa miesiące po urodzeniu już Józiek był sierotą. I Wojciech Mazur nie oddał Jóźka „na mamki“ nawet mu tego nie chciano doradzać. Rano kupował mleko i niańczył malca, wieczorem kupował mleko, kładł butelkę w kieszeń futra, owijał Jóźka w chustkę, osłaniał kożuchem, na piersiach swych starczych robił mu kołyskę i chodził przez noc całą, jak dawniej, tylko jeszcze wolniej i... ciszej teraz stukał laską o kamienie.
Tak Józiek dorósł do roku. Nie zabijało go zimne powietrze nocne, nie osłabiło chłodne, oddechem tylko starca grzane mleko. Później, zamknięty na klucz w izdebce na facyacie, spał Józiek mocno przez noc całą. A Wojciech chodził i tylko raz po raz przystawał i spoglądał w okno i słuchał, czy głosu malca nie dosłyszy.
Mógł Józiek sto razy zaczadzić się, spalić, spaść i zabić, mógł być stratowany przez konie, mógł wpaść do Wisły i utopić się, mógł zlecieć z dachu, wypaść przez okno, pokaleczyć się nożem, ale do lat pięciu raz tylko zwichnął nogę na lodzie, raz trafiony w głowę kamieniem, chorował przez tydzień, i raz tylko uciął sobie palec mały u lewej ręki, włożywszy ją w koło tokarni u sąsiada. Pozatem, z pozostałemi dziewięcioma palcami i znakiem na głowie, gdzie na skaleczonem miejscu nie porosły już włosy, Józiek chował się zdrowo, bił o trzy lata starszych od siebie chłopaków, jadł wszystko, co mu wpadło w ręce: od surowych kartofli do bułek, których mu dziadek nie szczędził, a których liczbę powiększał sobie, nie przebierając w środkach do ich zdobywania, ślizgał się po rynsztokach. A tak umiał czas sobie rozłożyć, że nigdy dziadek nie mógł się skarżyć na jego nieobecność, a tak umiał skryć to, czego wyświetlenie uważał za zbyteczne, że trudno w nim było pochwycić to wszytko, co cechuje dziecko ulicy, jego charakter i czynności.
Pięcioletni Józiek oddany został do ochrony. Ciasno mu tam było i nudno, uciekał też nieraz i nie dwa razy. A gdy z wiosną słońce zajrzało po raz pierwszy do izby dusznej, zapchanej dziećmi, gdy rozległ się huk, zwiastujący, że Wisła ruszyła, chłopiec w obecności opiekunki jakiejś, w koronkową suknię przybranej, zerwał się, pochwycił czapkę, umknął — i przez dwa dni dziadek nie mógł go znaleźć.
Został z ochrony wydalony! Ale tem serdeczniej przywiązał się do Wisły. Ta rzeka wielka śpiewała mu jakąś pieśń, której nie zastąpi mu piszczenie gromady dzieci, ta rzeka szepce mu takie bajki, których nie równać z opowiadanemi monotonnym głosem powiastkami, ta rzeka daje mu takie obrazy, których barwy milej grają, niż niezdarne, opstrzone przez muchy obrazki do nauki poglądowej. Ta rzeka jest jego rzeką, on może wejść w wodę po kolana, może w nią rzucać kamyki, a do tej pani ochrony ani przystąp, a uśmiech ma tylko wówczas na ustach, gdy ktoś odwiedza szkołę, jakaś pani w koronkowej sukni...
Kogo winić należy, że ochroniarka, obarczona własnemi dziećmi, z niewielką pensją, nie umiała rywalizować z Wisłą, nie umiała Jóźkowi dać więcej, niż dawała mu rzeka i ulica? Natura — to wielka mistrzyni, a dusza „dziecka natury i życia“ — to wielka dusza, zawiła, złożona, więc tylko ludzie wyjątkowi mogą z urokiem natury się zmierzyć i duszę jej dziecięcia przywiązać do siebie. Umiał uczynić to Pestalozzi w Szwajcarji, Frebel w Niemczech, pani Carpantier w Paryżu i tak niewielu innych, że ze smutkiem w historję tych pojedyńczych usiłowań się patrzy.
Sześć lat miał Józiek, gdy stracił dziadka. Zastał go Józiek raz nad wieczorem nieżywego.
Wielki był pogrzeb nie ceną karawanu lub trumny, lecz ilością westchnień i modlitw, które duszy starca towarzyszyły w drodze na Sąd Boży.
I Józiek został sierotą zupełnym. Na Czerniakowskiej inny stróż nocny wystukiwał swą laską, facyatę zajęła inna rodzina, a Józiek znalazł przytułek na krypie „suchego Felka“. Ale niedługo tam gościł. Jemu nie mieszkanie potrzebne było, a miasto całe. Sześcioletni chłopiec nie znosił opieki, nie znosił więzów. Ot, wiele mu było potrzeba? Kawałek miejsca, gdzie się prześpi, wszędzie znajdzie, a o jedzenie nie bardzo się frasował. Brakowało mu tylko harmonii, i w zdobyciu cennego instrumentu los Jóźkowi dopomógł.
Wybierali się złodzieje na „grandę“. Granda to poważniejsza wyprawa złodziejska. „Nadaj“, szperacz, znalazł mieszkanie, którego rozkład znał dokładnie. Parter, oficyna, więc wstęp łatwy, państwo wyjechali na jakiś ślub, dom przechodni, na strychu jest doskonałe schowanko, a na dach można się dostać łatwo, trzeba tylko wykroić kawał blachy, która i tak z jednej strony się oderwała. Robi tam ślusarz — Ignac. Trzeba wziąć jeszcze jednego „klawisznika“ i „fratra“. Fratrem w języku złodziejskim nazywa się chłopiec mały, którego można wpuścić przez lufcik do mieszkania.
Nawinął się Józiek, zgoda stanęła. Józiek za pomoc miał dostać harmonję.
„Granda“ się udała. Przylepiono kawałek papieru ze smołą do szyby, wykruszono szkło przy zasuwce, Józiek wszedł do mieszkania, otworzył drzwi frontowe, podług umowy, „wytyś“[1] przeprowadził go na strych, „pająk“[2] podsadził go na dach, ztamtąd spuścił na parkan i Józiek puścił się pędem w stronę Wisły na umówione miejsce.
Granda się udała, bo ich nie spłoszono, ale się i nie udała, bo połów był dość marny: w biurku kilkanaście rubli zaledwie, w kredensie trochę srebra, na wieszadle futro, jeszcze jakieś dwa mało cenne pierścionki — nie było się czem dzielić. Ale Józiek, że dobrze się sprawił, dostał „na zachętę“ tak pożądaną harmonję.
Gdyby teraz chciał ktoś oderwać Jóźka od ulicy, miałby do zwalczenia jeszcze dwie wielkie siły, które go skuwały z tem życiem ulicznem: pociąg do przygód ciekawych podczas ciemnej nocy, gdy „łysy nie kapuje“, wywijanie się „skiełom“, „śledziom“, i „burym,“ do tej solidarności, która każe cierpieć, a nie wydać, i miałby do zwalczenia to uczucie, które go z harmonją jego łączyło.
Dlaczego go „Bzikiem“ nazwano? Bo sam on wyrazu tego często używał. Na pozór stosował swego „bzika“ niezbyt fortunnie, ale gdyby kto pomyślał trochę, przekonałby się, że wyraz ów magiczne miał dla Jóźka znaczenie.
Gdy smutek go ogarniał, gdy jakieś myśli dręczące plątać mu się w głowie poczynały, gdy echo wspomnień niedawnych niosły Jóźkowi jego modlitwy, które za dziadkiem powtarzał, gdy, kto wie, może głos krwi szlachetnej wołał o coś do Jóźka, on spluwał zawsze i mówił:
— Ot, bzik, wszystko bzik! — i zdanie to ulgę mu sprawiało.
Jak widać, charakter Antka dopełniał się przez Jóźka, to też zaprzyjaźnili się szczerze.
W przyjaźni „dzieci ulicy“ mało jest sielankowej poezji, ale jest moc niepojęta, tragiczna. Przyjaźń nie polega na wspólnych długich rozmowach i marzeniach, oparta jest na wspólnym interesie, a cechują ją dwa rysy znamienne: równy podział pracy, równy podział zysków i jednakowa odpowiedzialność. Solidarność aż do zaparcia się siebie, aż do morderstwa jego wroga. Taki jest kodeks przyjaźni, uświęcony tam, nietykalny.
Zamieszkali chłopcy razem z Bronkiem — kelnerem i Andrzejem — kucharzem, i dobrze im było we wspólnem pożyciu z tymi ludźmi, zepsutymi do najdrobniejszej cząstki swej duszy. Bronek miał lat dwadzieścia cztery i był w tym okresie, gdy przestawał już odczuwać choćby ułamek jakiś dumy osobistej; schylony wpół, „ujaśniający“ każdego, kto mu napiwek w rękę wsuwa, ocierając się wśród pijanych i używających, z uśmiechem wiecznym na twarzy, z ciągłem: „słucham jaśnie pana“ — nosił jedno tylko uczucie. On chciał sam być kiedyś „jaśnie panem“, tymczasem używać mógł tylko na swój sposób, zastępując uczty gabinetowe pijatykami, gdzie zwyczajna wódka mieszała się ze zlewkami kosztownych likierów ze stołu gości, a na talerzach leżały zakąski z kiełbasy zwyczajnej i... pasztetów.
I kucharz nie ustępował ani trochę przyjacielowi w wartości moralnej. Starszy od Bronka, imponował mu cynizmem, przechodzącym te granice, których Bronek nie śmiał jeszcze przekraczać.
Antek i Józiek znaleźli sobie zajęcie. W dzień włóczyli się po ulicach. Celem wycieczek było chwytanie zbłąkanych psów, lub wabienie głupich pinczerów i mopsów, by je potem zwracać za „sowitą nagrodę“. Bronek, jako czytający, przerzucał ogłoszenia w pismach, i przynosił listę zgubionych i poszukiwanych psów wraz z adresami właścicieli.
Drugiem zajęciem było oszukiwanie „litościwych osób“. Brało się koszyk, kładło się butelkę z wodą, szło się na ludną ulicę, tam koszyk |wypadał, butelka się tłukła, woda wylewała; trzeba było krzyczeć i płakać.
Dochodziła „litościwa osoba“.
— Czego płaczesz?
— Majster posłał mnie po spirytus, i wylało mi się. Będzie mnie bił; może mnie zabije nawet.
Płacz taki musiał przynieść pół rubla.
Szczególniej szczęściło się Antkowi.
A wieczorem wprowadzanie gości do cyrku, otrzymywanie dziesiątek, oszukiwanie czujności biletera i wkręcanie się na przedstawienie.
Nie dnie, ale miesiące trwało to samo.
Jedynym ciekawszym epizodem, jaki zanotować wypada z pierwszego półrocza samodzielnej „pracy“ Antka, było jego zapoznanie się z malarzem.
Pan malarz był bardzo znany i bardzo utalentowany, a że twarz Antka doskonale się nadawała do obrazu, jaki zamierzał stworzyć, więc dał mu swą kartę wizytową, i nazajutrz Antek znalazł się w jego pracowni.
Czterdzieści kopiejek za godzinę pobierał Antek — model, Antek — typ; a Antek — dziecko przyglądał się podczas tej godziny obrazom pana malarza. A obrazy w pracowni młodego artysty, szukającego nowych dróg w sztuce, bywają różnej treści, a towarzysze jego prowadzą różne rozmowy, malarz sam także rozmawia ze swoim modelem, z „piramidalnym“ chłopcem, który „wygaduje takie komiczne rzeczy, że ze śmiechu się można pokładać“.
— Powiadam wam, że z tego smyka będzie albo wielki szubrawiec, albo wielki człowiek.
I artysta niczego nie zaniedbał, by zrobić z Antka właśnie wielkiego szubrawca. Czynił to prawie nieświadomie, by się rozerwać, by się pośmiać; wyciągał go na słowa i półsłówka, a potem opowiadał w gronie towarzyszów. I chłopiec, nie wiedząc nic o tem, bywał często bohaterem rozmów, prowadzonych w „artystycznej“ knajpce.
I dziwić się tu, że malarz stał wyżej ponad duszę dziecka ulicy, że nie chciał widzieć w niem człowieka, a widział model tylko.
Dwa tygodnie trwały rozmowy i praca, gdy „licho skusiło“ artystę, że zapytał, czy Antek umie czytać.
— Nie umiem — odpowiedział chłopiec.
— Wstydziłbyś się, taki duży chłopak.
Antek poczuł, że krew mu uderza do głowy, odczuł zniewagę, jaką mu wyrządzono, przeczuciem raczej zrozumiał, że ten człowiek mniej, niż każdy inny, miał prawo moralizować go i tłomaczyć, co dla niego, Antka, jest wstydem, hańbą, co zaletą, obowiązkiem.
— To pan niech się wstydzi, że pan umie czytać — rzekł Antek, zrywając się z siedzenia.
— Siedź spokojnie, czegoś się zerwał?
— Bo nie chcę panu pozować.
Antek zrzucił ze siebie ubranie malarza, włożył swoje spodnie podarte i kurtkę, i nim artysta zdążył się opamiętać, Antka już w pokoju nie było.
— A jemu co się znów stało?
Antek biegł nad Wisłę. Czuł, że musi pożalić się przed kimś, że musi komuś się wypowiedzieć, bo go dusiło coś w piersi, darło się na kawały.
— Dureń, osioł! — powtarzał przez zaciśnięte zęby.
Chłopiec w tornistrze z książkami szedł przez ulicę, i Antek go potrącił. Uczeń rzucił za nim słowo: „Andrus“. Dlaczego Antek nie „zamalował“ go, dlaczego biegł coraz prędzej, dlaczego zatrzymał się nad rzeką, rzucił na belki i płakać począł?
Wybuchł w nim bunt na to, co go otaczało, co widział, słyszał, w czem żył. Gniew wstrząsał jego wątłą piersią, gniew, który objawiał się łkaniem i przekleństwami.
I ujrzał Antek wśród łez znaną mu postać, usłyszał głos łagodny, który nazywał go nie „Antek“ ale miękko, śpiewnie „Antoś“. I przestał chłopiec płakać, patrzał na Wisłę szeroką, śniegiem jeszcze przypruszoną, na słoneczne iskry, które grały w kryształach, i cały w patrzeniu zatonął.
— At, bzik — pomyślał nagle.
Wstał i szedł ku domowi.
Czuł się samotny i bardzo nieszczęśliwy.
W pokoju nie było nikogo. Trzy łóżka brudne, podłoga, zarzucona pustemi butelkami i niedopałkami papierosów, na stole talerze ze skrzepłem mięsiwem. Dwa psy skowytem go powitały.
Chłopiec położył się na łóżku, zapalił papieros i w obłokach dymu, który leniwie unosił się ku górze, widział inny pokoik, widział Mańkę w czystej sukience z gładko zaczesanemi włosami.
I Antek przypomniał sobie Jędrka. Zbudziła się w nim gwałtowna ciekawość: czy ten hrabia wziął Jędrka do siebie?
Wstał z łóżka i powlókł się wolnym krokiem w stronę mieszkania Jędrkowego ojca.
Marcin był stróżem na Czerniakowskiej. Zajmował on z siedmiorgiem dzieci komórkę pod schodami. W lecie część rodziny sypiała na dworzu, w zimie tylko Marcinowa spała w bramie, na tapczanie. Kiedyś mąż Marcin w bramie sypiał, ale jak mu raz ból wszedł w kości, powykręcało mu nogi i ręce, że dwa miesiące jęczał w szpitalu, to doktór już nie pozwolił mu na chłodzie nocy spędzać.
Marcinowa błogosławieństwami powitała Antka, gdy go poznała w mgle pary, która wydobywała się z balji z gorącą wodą.
— Oj, Antku, Antku, żeby ci Pan Jezus dał zdrowie, żeś ty nam Jędrka z karku zdjął.
— Więc był ten pan, wziął Jędrka? — zapytał Antek.
— Oj, był i wziął i dwadzieścia pięć rubli dał staremu. Oj, stary wziął i kupił sobie zegarek. Oj, nie warjat to, zegarek sobie kupować? — prawiła płaczliwym głosem Marcinowa.
— I wziął Jędrka ze wszystkiem?
— Oj, ze wszystkiem. A co gadał, co gadał. „Wy, powiada, źleście robili, żeście się chłopcu uczyć nie dali, żeście go bili.“ Oj, jaki on, mój Antku, głupi. Jakże ja nie miałam Jędrka bić, kiedy mi się precz plątał pod nogami i nudził o książkę i o kajety? Co innego pańskie dziecko, wiadoma rzecz, że musi się na książce uczyć, ale co mój Jędrek z nauką zrobi, co? Powiadam ci, z początku tom się okropnie zlękła, bo nie wiedziałam, co to jest. A jak zaczął gadać, to mi, powiadam ci, tak serce dygotało, że strach... Wacka! ej Wacka! Gdzieś tam wlazła? Chodź tu, kiedy wołam.
Z mgły pary, z kąta pod schodami, wysunęła się dziewczynka.
— Idź do ojca, powiedz, że Antek przyszedł. Niech wódki przyniesie. Prędzej, słyszysz?
Wacka w wilgotnej od pary sukienczynie, z kroplami wody na czole i skroniach, z wyblakłemi niebieskiemi oczami, cicha, lękliwa, wyszła, kaszląc, z izby przez drzwi otwarte.
— Ja nijak nie mogłam wymiarkować — ciągnęła Marcinowa — co on chce. Bo żeby to Jędrek był bardzo ładny, a to inna rzecz. Ale cóż to takie zdechlakowate, mizerne... Dopiero, jak on mi powiada: „Tak i tak, Antek powiedział, że on się chce uczyć, a wy go bijecie“, tak dopiero coś nie coś zmiarkowałam. I myślałem, że to od policji, że to takie wyszło prawo, że nie wolno bić za uczenie, albo co. No, to dopiero mi zaczął tłomaczyć, że nie o mnie chodzi, tylko o Jędrka. Ja myślałam jeszcze, że on się tak zlitował nademną, bom go całowała i po rękach i po nogach. Nakoniec on się rozgniewał, bo mu ciągle przeszkadzałam mówić. Dopiero potem wytłomaczył, że chce Jędrka wyuczyć. Wolałabym do rzemiosła go oddać, ale co tam. Niech sobie już będzie, jak chce. Byle jedna gęba mniej.
Z głębi izby, z pod schodów, rozległ się płacz.
— Ot, widzisz, Antek, co to jest. Oj! Jezu, Jezu — i znikła w kłębach pary.
— No, a co on wam jeszcze mówił? — zapytał Antek. Chciał on wiedzieć, bardzo chciał wiedzieć, co też ten pan hrabia mówił.
— A dużo gadał, a bo ja tam pamiętam. Coś ci mówił, że jak Jędrek wróci, to będzie pracował nie tylko na rodziców, to niby na mnie i Marcina, ale na wszystkich.
— I co jeszcze?
— A bo ja tam wiem? Gadał i gadał, a ja w końcu nawet nie wiem, czy Jędrka tu kiedy przyśle czy co z nim chce robić. A bałam się pytać. Chyba tam dobrze będzie Jędrkowi: takie palto miał ładne ten pan. Dobre chyba jakieś panisko, tylko trochę gapowate jakby.
Wszedł Marcin, przyniósł wódkę, przepił do Antka, kieliszek poszedł w koło, i rozmowa weselsza się stała...
Antek wyszedł. Czuł zawrót głowy od tej wilgoci i trzech kieliszków wódki. Chłodne powietrze orzeźwiło go.
Pozostało mu kilka godzin do wieczora. Nie szczęściło mu się dzisiaj. Od malarza nie wziął pieniędzy, do miasta za „zarobkiem“ nie poszedł, teraz czuł głód, i coś go nieznośnie męczyło.
Przypomniał sobie o pozostawionym u Wojciecha na Pradze kuferku. Jak mógł tak długo nie odebrać go?
Leniwym krokiem przeszedł całą długość Powiśla, most i część Pragi.
Był głodny. U Wojciecha nakarmiono go.
W kufrze znalazł ubranie, bieliznę i pięć książek. Jedna z nich: „Pan Tadeusz“ Mickiewicza, dalej „Ogniem i mieczem“ w trzech tomach, i piąta książka — powieść, której nagłówka zapewne nie znacie, czytelnicy.
Antek podarował dzieciom Wojciecha kilka koszul, za co dzieci ucałowały, z rozkazu rodziców, jego rękę. Chłopiec czuł, że przyjemnie to, gdy jest się całowanym w rękę. Spoważniał, uważał się za równego starszym.
— Cóż słychać u was nowego?
— A no nic, jakoś się żyje. Tylko Wojciechowa słabuje. Wlazł jej ból w piersi. Właściwie nie piersi ją bolą, ale tak z wierzchu, w piersiach, i w boku. Doktór dał jej trzy proszki. Jeden wyżyła, ale był okropnie gorzki, więc nie chciała już brać drugiego. Jeden proszek podsypała małemu w nocy, bo go pchły żarły. A przecież pchła jest mała, więc albo zdechnie od takiej goryczy, albo ucieknie sobie precz. A trzeci proszek jest jeszcze, leży w komodzie.
— Jak się Wojciech kiedy upije, to mu dam w wódce, może się odzwyczai od kieliszka, bo na tę wódkę strasznie dużo pieniędzy wychodzi. A przecież Wojciech nie ma, wie Bóg, jakiej trza by pensji, żeby mógł dużo wydawać. Z ośmiu rubli na miesiąc zawsze rubel albo i więcej, idzie na karę to za to, to za owo, więc siedm rubli zostaje. I tak ledwie się koniec z końcem wiąże. Dobre i to, że jeden chłopak jest w terminie u krawca, dziewczyna chodzi do szycia: ma rubla na miesiąc. Bartka i Fonka nigdy prawie i tak w domu niema, jedno jest w ochronie. Jakoś się żyje.
Antek włożył palto, zwinął w węzełek ubranie, bieliznę i książki i wraca do domu. A kuferek niech zostanie u Wojciecha: może mu się na co przyda...
Józiek Bzik czekał już na Antka. Powiodło mu się dobrze. Spotkał się z Wiktą, weszli do bramy, zdjął buty, dał je Wikcie do trzymania, a sam stanął boso pod murem, na Marszałkowskiej. Zaraz zbliżyła się do niego jakaś pani i dała mu czterdziestówkę, potem oficer dał mu pół rubla, potem jeszcze kilku golców „się ulitowało“ i dało po dysce, potem jakiś pan zaczął z nim rozmawiać, pytał, gdzie mieszka, Józiek dał mu adres „na Pacanów“. Ten pan zapisał sobie adres, dał mu trzy ruble, kazał kupić buty, a sam przyrzekł, że przyjdzie sprawdzić, czy kupił sobie buty naprawdę.
— Mówię ci, taki „śmiszny“. Mało się nie rozbeczał, taki ci okropnie „sercowy“. Cóż ty, pyta, nie masz starych jakich butów, że na mróz boso chodzisz?
— A mam, proszę pana.
— A dlaczego nie włożysz ich?
— Bo mi macocha schowała.
— A dlaczego macocha schowała?
— Bo chciałem do ojca iść do szpitala.
— A to zła ta twoja macocha?
— E, dobra, proszę pana, tylko biedna, proszę pana, to jej, proszę pana, z głodu takie „szprynce“ do głowy przychodzą.
Antek słuchał, ale się nie śmiał z dowcipu towarzysza.
— Powiadam ci — ciągnął Józiek — nagadał mi za swoje trzy ruble, ile wlazło. Żebym ojca i macochę kochał, żebym się dobrze prowadził, że będzie ze mnie porządny człowiek. Jakbym bez butów nie mógł być porządny, albo jakby w butach wcale złodzieje nie chodzili... A ja bałem się, że mnie do ula zagarną, więc słucham i rozglądam się tylko. A potem buty na nogi, i do domu. Taki ci był bzik ze mną.
Wziął harmonję, zagrał kilka tonów i zaśpiewał.

Jestem sobie andrusina mały,
I wylazłem za szperandą na stare Bednary...

— No, a co twój malarz?
— Puściłem go.
— Bo co?
— Bom go puścił i już.
— Et, bzik jesteś.
— Tak mi się podoba i już.
I ktoby mógł pomyśleć że stary stróż nocny, uosobienie skupionej w sobie siły moralnej, przed którą złodziejaszkowie uchylali głowy, może mieć wnuka, cynicznego Jóźka Bzika, i że ten zepsuty, skazany na stracenie, Józiek, może raz w życiu być bohaterem, może zdobyć się na czyn taki...
Lecz po co wyprzedzać fakty?




Przypisy

  1. Złodziej, stojący na straży.
  2. Specjalista od wykradania bielizny ze strychów.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Goldszmit.