Dzieła Aleksandra Fredry tom XI/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Fredro
Tytuł Dzieła Aleksandra Fredry
Podtytuł Tom jedenasty
Data wydania 1880
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

Aleksander Hr. Fredro.

Page005a-PL Józef Ignacy Kraszewski-Dwie królowe Tom I.png

DZIEŁA.
Z PORTRETEM AUTORA.



TOM JEDENASTY.

Zawiera:
Trzy po trzyZapiski starucha.

Fredro XII page0009.jpg



WARSZAWA.
Nakład Gebethnera i Wolffa.
KRAKÓW. G. GEBETHNER I SP.
1880.





~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Kraków. Z drukarni Wł. Anczyca i Spółki.







TRZY PO TRZY.

Ośmnastego lutego, roku 1814go, jechał na białym koniu człowiek średniego wieku, nieco otyły, w sieraczkowym surducie pod szyję zapiętym, w kapeluszu stósowanym bez żadnego znaku prócz małéj trójkolorowej kokardy. Za nim w niejakiéj odległości drugi, znacznie młodszy, także w surducie ale ciemno-zielonym, także w kapeluszu bez znaków, także zgarbiony równie jak pierwszy a może i lepiej, — siedział na dereszowatym koniu. Koń biały, krwi orientalnej, był nie wielki, niepokaźny ale dzielny. Deresz zaś był... dereszowaty, trudno co o nim więcéj powiedzieć; nie wstrzymywany ani sławą przodków, ani swojém własném usposobieniem, potykał się często na drodze, którą mu los codziennie wyznaczał. Pierwszym z tych jeźdzców był Napoleon, drugim byłem Ja. Między nami liczny sztab cesarski, gdzie ja niby na szarym końcu miejsce moje miałem, rozpuścił szeroko skrzydła na prawo i na lewo po śniegiem okrytém polu. Za nami postępowały służbowe szwadrony gwardyi, a na samym końcu świergotliwa i niesforna czereda ciurów z powodnymi i jucznymi końmi sztabowych oficerów. Jechał więc Cesarz, jechali wszyscy, jechałem i ja. A ile w noc pogodną gwiazd na niebie, w tyle miejsc, stron, przedmiotów, nieodgadnionych labiryntów pędziły rozstrzelone myśli nasze, — a każda z nich znowu, jak racy słup ognisty, składała się z milionów iskier, iskier wspomnienia lub nadziei. Te padały to na tronowe kobierce, to na murawę zagrody rodzinnej, — mięszały się z jarzącem światłem uczty albo z mdłym promykiem nocnego kagańca przy łożu chorego. Nie jedna przemknęła się po różanych ustach kochanki, nie jedna spuściła się jak sen lekki po tak drogie w każdej porze życia błogosławieństwo matki. Były takie co przebijały niebios sklepienia i takie co wnikały w zasute już groby. Wiele, wiele pięło się po szczeblach zaszczytów, bogactw, sławy, ale téż i wiele spadało na kwiaty cichego domowego szczęścia. Słowem, przeszłość, obecność, przyszłość, świat, światy znane i nie znane były polem igrzysk naszych rozstrzelonych myśli, gdy nagle, w mgnieniu oka, wszystkie jedną siłą uderzone, w jeden zbiegły się punkt. Tym punktem był huk mocny i powtórzony w niezbyt dalekiéj przed nami odległości. — Armaty! tak armaty, niema wątpienia, ryczą coraz lepiéj jak na wyścigi, która głośniéj... wkrótce i ogień karabinowy, jakby kto groch sypał na bęben, zapełnił przerwy grzmotu działowego. — Aha! rzekł nie jeden i zaglądnął do manierki, alias flaszki. — Aha, powiedział, ale nic nie wiedział kto atakuje, kto odpiera, czy to korpus jaki, czy téż armja cała taniec rozpoczyna, szary koniec nic nie wiedział. — Biją się... daj Boże szczęście, to quotidianka nasza, ale dlaczego tu nie tam, dziś nie jutro, nad tém nikt się nie zastanowił. Pod ów czas krytyczny rozbiór każdego rozkazu, każdej czynności przełożonego nie był konieczném zadaniem podkomendnych. Wojsko nie sejmowało ale się biło. Starszy zdawał sprawę tylko swojemu starszemu, a młodszy słuchał z ufnością i działał jak mu kazano. Ale tempora mutantur et nos mutamur in illis. Może i to prawda, że kto siwieje ten traci duszę jakby mu ją kto łupał trzaska po trzasce, tak że nakoniec zupełnie bez niéj zostanie... może prawda, że rozwaga tylko hamuje, doświadczenie tylko plącze niepotrzebnie... może prawda, że krew młodością wrząca jest jedną i jedyną dźwignią wszystkiego co dobre i wielkie... może nareszcie i to prawda, że tylko głupcy, próchna, stare peruki i szlafmice pytają, jaki czego koniec być może. — Tak jest, wszystko to mogą być prawdy, ale mnie wolno tym prawdom nie wierzyć. Lubom przeszedł pięćdziesiątkę, żal mi abdykować praw człowieka, jużbym skłonił się raczéj włosy sobie poczernić. A więc, jak mówił Kiliński, nikt wkrótce nie wątpił, że bitwa przed nami, a my ku niéj idziemy. Rzeczywistość jak ów jesienny wietrzyk o wschodzie słońca, co to ożywia ale i ćwiczy razem, odpędziła od nas chmurę marzeń, która zwykle osiada na jednostajnym ruchu spokojnego marszu. Każdy wstrząsł się jak ze snu i pomyślał o sobie. Ten co w troje zgarbiony dzwonił ostrogami po spuszczonych strzemionach i ten co chcąc odpocząć strudzonej części ciała zsunął się na bok tak, że jedną nogą olstrów sięgał a na drugiéj stał prawie, poprawił się na kulbace jak gdyby usłyszał komendę: Baczność! Ten ścisnął podpinkę czaka lub kapelusza, tamten cugle porządkował i szlufkę do grzywy przysunął, a każdy odkrył zasłoniętą płaszczem rękojeść pałasza, opatrzył ją, a potém wzniósłszy głowę zdawał się wietrzyć nim jeszcze zoczy co go witać będzie.
Nareszcie pokazał nam się dym biały a wkrótce postrzegliśmy czarne linije piechoty. Długie, krótkie, naprzód wysunięte, w tył cofnięte, odbijały od śnieżnego tła jak świeżo wysypane przekopy, tylko w koło nich objawiało się życie nieustannym ruchem drobnych punkcików, jak mrówek koło mrowiska. Nikt tam pewnie nie drzymał, nikt nawet nie dumał, — nigdy życie raźniéj i jaskrawiej nie gore jak ze śmiercią oko w oko i częstokroć jego mocniejsze łyśnięcie bywa ostatniém.
Na pierwszy rzut oka można było poznać, że nie przybywamy na początek boju. Wiatr przeciwny, czy ciężkie powietrze, czy téż położenie kraju, albo może i wszystko razem było przyczyną, dlaczegośmy tak późno zasłyszeli huk dział. Była to niespodzianka... i dobrze!.. we wszystkiem trzeba odmiany i nowości, aby żyć wesoło.
Z lewego skrzydła wstępujemy do boju... Vive l’Empereur! Linije ściskają się w massy... działa schodzą z pozycyi... ruch ku prawemu... potém kolumny rozwijają się znowu... baterye stają w oddziałach... strzelamy, atakujemy, zwyciężamy... Montereau w naszém ręku. Zwinęliśmy się gracko, niema co mówić, ale miał się téż z pyszna Pan Marszałek Victor za to, ze nas w tém dziele nie uprzedził. Powiedział mu Cesarz parę słów, które należałoby powtórzyć tak jak wszystko co wyszło z ust tego wielkiego człowieka, bo każdy je słucha albo czyta chętnie, ale Cesarz, aczkolwiek Cesarz, miewał czasami wyrazy dobitne wprawdzie i właściwe i węzłowate, trudne jednak dla historyka do powtórzenia a tém więcéj do przetłómaczenia. Trzeba więc ograniczyć się w podobnym razie na wolném naśladowaniu, tak téż i ja uczynię mówiąc, że po bitwie pod Montereau, Cesarz powiedział Panu Marszałkowi: Idź do diabła! — A po téj krótkiéj przemowie powierzył komendę korpusu jenerałowi Gérard. Nim się to wszystko stało i nim ja się o tém dowiedziałem, baterya artyleryi konnéj gwardyi, z ogrodu pałacu Surville dominującego miasteczko Montereau, równie jak i drogi, któremi wypędzony cofał się nieprzyjaciel, żegnała go jak mogła najlepiéj. Wie każdy, że tam Napoleon sam wymierzył jedno działo, — wié, że powiedział swoim gwardzistom: „Nie lękajcie się, jeszcze kula nie ulana, która mnie zabije“, ale nie wié pewnie, że o kilkadziesiąt kroków z tyłu stał deresz a na dereszu Ja. Chcąc wyrazić doskonałość jakowéj czynności, mówią zwykle: Zrobił to lub owo jak Król! Ale źle mówią ci co tak mówić zwykli, bo nie tylko Król, ale Cesarz i Król w jednéj osobie wymierzył, strzelił i.. chybił. Kula padła przed liniją nieprzyjacielską. Utrzymują wprawdzie niektórzy, że dobrą dał dyrekcyę... być może... ale ja nie rezonując jako artylerzysta powiadam simpliciter com widział, że Jego Cesarska Mość spudłowała na piękne. Po téj scenie nastąpiła druga. Oficer z pułku liniowego francuskiego, Polak, przyniósł zdobyty sztandar, — dostał krzyż i czterdzieści napoleonów. Mało kto w życiu bywał tak mocno tureckim świętym jak ja, a jednak pieniądze jako część nagrody świetnego czynu, nie podobało mi się wcale, — byłem jeszcze młody! Mieć konia mniéj roztargnionego jak mój deresz... mieć dobry płaszcz... (O mój płaszczu biały!) płaszcz przyjaciel w dzień, opiekun, dobrodziej w nocy, kiedy pniaczek za poduszkę, śnieg za materac służy... mieć nareszcie flaszeczkę zawsze napełnioną kroplami pociechy, są to rzeczy arcydobre, tego nikt nie zaprzeczy, równie jak i tego, ze bez tych podłych pieniędzy miejsca mieć nie mogą. Wychodzisz z pod dachu, gdzie wygodnie noc przespałeś... poranek letni... koń twój dobrze nakarmiony i wychędożony strzyże uchem, grzebie nogą... siedzisz na nim ledwie tknąwszy grzywy i strzemienia... Marsz! Wstępujesz do boju. Przed tobą rzeka, za rzeką baterya sypie kartaczami. Za mną dzieci! W Bogu wiara! Rzeka przepłyniona, działa zdobyte, zwycięstwo nasze! Czyn świetny, wart nagrody, ale ty rozwinąłeś tylko przy pomyślnéj sposobności władze, które jeszcze nie tknięte w tobie leżały. Padły na szalę z jednéj strony obawa kalectwa lub śmierci, z drugiéj męztwo rozgorzałe całym ogniem krwi, całém zdrowiem życia, musiała więc obawa ulecić nie objawiwszy się nawet. Ale patrzno na tego co po kilkomiesięcznéj, codziennéj walce z głodem, zimnem i wrogiem odtrąca resztę skopciałego snopka z pod pyska zgłodniałéj szkapy... wznosi się na kulbakę, pod którą ścierwa już niema... odwija szczątki płaszcza... chwyta za rękojeść, którą deszcz zardzewił, szron posrebrzył... a jeżeli on zadziwi cię świetnym czynem, oddaj mu twój wieniec, bo go dwojako zasłużył. Jeżeli zaś dobrowolnie poświęcił się dla dobra ogólnego, uklęknij na jego mogile, godzien czołobitności. — Tak widzieliśmy saperów francuskich wstępujących w przełamane lody Berezyny. Oni naprawiając załamane mosty, życie swoje za pomost kładli... dobrze o tém wiedzieli, a jednak nie cofnęli kroku. Nie mieli do wzniesienia swojéj odwagi nawet oporu nieprzyjaciela... nie mieli na oku progów ojczystych, zkądby pożegnanie towarzyszyło ich męczeństwu. Poginęli w śniegach litewskich lub więzieniach wileńskich. Niewdzięczna ojczyzna nie podała nawet ich imion potomności. Jeden z nich tylko wrócił do Francyi i na własnéj grzędzie pędził w niedostatku dnie starości i cierpienia. Napoleona już nie było.
Wszystko musi się skończyć, mawiał Ludwik XV., bodaj mu Bóg tego nie pamiętał, — skończyła się więc i bitwa pod Montereau. Jeszcze na dobranoc dwie kule wirtemberskie przeleciały gdzieś wysoko ponad nasze głowy i jak słomki na wiosnę zapadły w grabowe szpalery. Wszystkie te kule puszczone à toute volée są zawsze pod adresem ciurów i bywały dla naszych jeszcze cięższą Boską plagą niż sam Marszałek Lefèvre. Jeżeli gdzie w ciasném miejscu lub na wązkim mostku przechód został zatamowany a Lefèvre nadjechał, — kropił bez litości ogromną trzciną z ogromnego skarogniadego hiszpańskiego ogiera les vilains brosseurs i kantynierki, którym także właściwych nazwisk nie szczędził. Znały go téż ciury, znała niewieścia konnica. Na jego pierwsze sacrrr... rozwijała się jakby z kłąbka splątana ciżba, któréj nieraz i czoło kolumny staréj gwardyi rozsunąć nie zdołało. — Są wszędzie Arcyksiążęta, Arcybiskupi, w Galicyi jest nawet Arcystolnik, ale nigdzie niema Arcyciury, — a tym powinien był być par droit de conquète et par droit de naissance mój Onufry. Wysoki, pleczysty, chciwy łupu, skory do kieliszka równie jak i do bójki, kiedy odbierał rozkazy wyprężał się jak stróna, brzuch w tył, pierś naprzód, stawał skosem jak Pizańska wieża. Odpowiedź jego była zawsze: „Słucham“. Bał się kozaków jak djabeł święconéj wody. Wszystko to kazało wnosić z niejaką pewnością, że był kiedyś w rossyjskiéj służbie i że nie dopełnił potrzebnych formalności przy podaniu swojéj dymisyi. Jeżeli kto schylony nad jakim Hauptmanom lub Praporszczykiem, co już nigdy nie ujrzy ojczystéj zagrody, ściąga z niego to czego ściągnąć właśni nie zdołali koledzy, albo sylabizuje po szwach i zakładach najmniejszéj odzieży czy nie doczyta się gdzie zaszytego dukata lub talarka, to pewnie Onufry. Jeżeli kto szuka furażu nie w stajni, nie w stodole, ale po kufrach i szufladach, to pewnie Onufry. W Dreznie przyjąłem go i tydzień nie minął, już stał się powodem nie małego dla mnie kłopotu. Powiem co się stało, bo téż niemam innego celu pletąc trzy po trzy, jak tylko bawić się, niby dziecko wolantem, wspomnieniem lat przeszłych, — przerzucać obrazki, których mniéj więcéj każdy nagromadzi w skarbonkę swojéj pamięci. Ale chcąc śpiewać Achilla gniew zgubny, muszę zastanowić się pierwéj czy mam przedstawić nagą prawdę, czyli też, pożyczając jéj tła, zarzucić ją kwiatami fantazyi. — Prawda w oczy kole, może ukłuć i w uszy, o tém każdy opowiadający pamiętać powinien; ale znowu z drugiéj strony uganiać się zawsze za kwiatami i tylko za kwiatami, niemi tylko sypać, niemi zdobić i stroić, strach by się nie zdarzyło, że ołtarz nie wart ozdoby, albo ozdoba nie godna ołtarza. — Prawda tylko piękna! prawda, prawda wielkie słowo. Ale z prawdą jak z ogniem, grzeje ale i pali razem. Oby to chcieli poznać i pamiętać ci co się Weredykami lubią nazywać. Ztąd szukają zalety i chluby. Nie jeden z nich chełpliwie wywołuje: „Powiedziałem mu prawdę aż mu w pięty poszła!“ Bravo! Ciąłeś jak chirurg, wpuszczałeś sondę w ranę bez względu na boleść chorego. Ale czyż to cięcie było koniecznie potrzebném? Miałżeś zaraz w drugim ręku gojący balsam? To pytanie... tak jest, wielkie pytanie, równie jak i to czy ta prawda, którą wciskasz w głąb serca, którą mącisz myśl swobodną, którą jak drugi los wytrącasz z dawnéj a rzucasz w nową kolej, — którą zgniatasz czasem całe życie duszy, zgniatasz na miazgę jak ową jagodę, co ci padła pod stopę i któréj potém już jeden Bóg tylko może wrócić dawny kształt, dawne jądro, dawną barwę, czy ta prawda mówię jest istotną prawd Czy nie jest owocem twojego tylko własnego rozumowania, rozumowania podległego błędom, bo lubo Weredyk, nie jesteś niczém więcéj jak człowiekiem. A jeżeli jeszcze twój wyrok ozłacasz przyjaźnią, wzmacniasz ufnością w nią tego, co się wije pod twymi razami, — jeżeli nie rozważyłeś wprzódy czy wyjawienie owéj mniemanéj a bolesnéj prawdy jest nieodzownie potrzebném, — czy nareszcie masz w ręku środki zaradcze, — wtedy jesteś bez serca, bo się pastwisz, bez rozumu, bo działasz bez celu. Pocóż pozbawiasz mnie ufności w siebie i ludzi, jeżeli nieufność nic naprawić nie zdoła? Po co mniesz, zrywasz moją ułudę, jeżeli nikomu szkodną nie była a rzeczywistość ani mnie ani komubądź pomódz nie może? Dlaczego nie dozwalasz mi snu, gdy zadrzymię na szczątkach mego szczęścia lub nadziei moich, jeżeli mi dać lepszego posłania nie jesteś w stanie? Czemu gasisz pochodnię, co mi swoją łuną w daleką przyszłość świeciła, kiedy nie stać cię w twojém ubóstwie na jedną iskierkę? Dlaczego rachujesz mi w ucho wszystkie groty na mnie rzucone, kiedy od nich nie zasłaniasz a ja uniknąć nie mogę? Po co? Czemu? Dlaczego? Tysiąc razy jeszcze mógłbym się zapytać, ale zawsze musiałbym odpowiedzieć: Dlatego bo lubisz pluskać się, przeciągać, rozkoszować w ciepłej kąpiółce zadowolnienia z własnéj wyższości, — bo lubisz mieć klęczących w koło siebie, bo wtenczas tylko widzisz się wyższym. — Proszę mi przebaczyć ten, że się tak wyrażę, gwałtowny wybryk przeciw Weredykom. Bo taki Weredyk stąpił kiedyś na serce moje i zgniótł je raz na zawsze. Przyjaciel, stał się tłómaczem niby opinii powszechnéj. Zapewnił mnie, że jestem nienawidzony. Za co? Nie wiedział ale tak słyszał, — zapewniał, że dążności dzieł moich są potępiane. Dążności? Jakie? Nie wiedział ale tak słyszał. Zapewnił, że ogólnie ganią sposób, jakim dopiero myślę wychować syna i wiele, wiele jeszcze podobnych zapewnień. Odurzony odkryciem z ust tego, którego przyjacielem być mniemałem a zatém i o poprzedniém zgłębieniu z jego strony wątpić nie mogłem, opuściłem ręce i przestałem żyć i pracować dla świata. Dziwna rzecz. Niech każdy człowiek w późniejszym wieku spojrzy w życie za siebie, — niech dobrze śledzi powody, przyczyny ważniejszych swoich zdarzeń, a ujrzy pewnie jakąś osobistość, która zawsze w jego atmosferze, jakby drabant obok niego grawitowała i która zawsze pośrednio albo bezpośrednio, z wiedzą lub bez wiedzy wywierała swój wpływ na jego życie pomimo nawet częstokroć niższego stopnia wiadomości i ukształcenia albo i rozumu naturalnego. Nie jest wszakże myślą moją ganić rady lub przestrogi rzetelnéj życzliwości, napomnienia macierzyńskie szczerej przyjaźni, — przeciwnie, szczęśliwym nazwę tego, który zawsze miał je przy sobie w podróży życia jak owe rószczki wrzosu wzdłuż przepaścistéj ścieżki co niby rękę podają podróżnemu, jeżeli mu się czasem noga z dobréj drogi zesunie. — Ale gdzież mnie, w jaki świat daleki odwiodło to słowo: Prawda. Spinałem się po szczeblach, co się za mną łamały a teraz jakże wrócić na poziom? Skoczyć trzeba, nie ma innego sposobu. Skaczę więc równemi nogami do Onufrego, jego kłótni i bójki. — Powiem prawdę, rzuciwszy wszakże na nią lekką gazę przyzwoitości, na jaką stać tylko może starego ułana.
Jednego wieczora, było to w Saxonii, w Dreznie, w oberży pod Jeleniem, gdzie stałem kwaterą. Onufry poszedł do Rezli, sztubmadli, i zawołał czystą niemiecczyzną: „Na — top!“ — Dziewczyna rozśmiała się i przedrzeźniać zaczęła. — „Czego się śmiejesz małpo? krzyknął luzak po polsku, nie rozumiesz co Na — top?“ — Od słowa do słowa aż boli głowa, powiedziałby Pan Jowialski, bo Onufry postąpił sobie nareszcie z Rezlą jak ów gminną piosneczką wsławiony z Małgorzatą Grzegorz, ale Rezla miast zawołać: Czegóż? walnęła go w łeb lichtarzem. Że zaś świeca w tym razie zgasnąć musiała, ciemnota pokryła tę część historyi. Że jednak coś padło z jednéj i drugiéj strony, wątpić nie można. Kiedy to wszystko działo się na dole, ja na drugiém piątrze spokojnie kończyłem wieczerzę z kolegą kapitanem Maciejowskim. Rozmawiamy sobie o tém i o owém, — wtém... otwierają się drzwi i Onufry wpada. Twarz zarydzona, nozdrza sapiące, kawał knota na czole powiadały nam wyraźnie, że walka była gdzieś stoczona i że spieszny odwrót ma miejsce. Nim jeszcze słowo mogło być wyrzeczone, wbiegł Hausknecht ze świecą w ręku a za nim sam Pan Gospodarz. — „Wo ist er?“ — Da steht er!“ I już luzak wziął w papę aż nosem pociągnął. Wtenczas to wymknęło mi się co się tak łatwo z ust polskich w podobnym razie wymyka: „A walże!“ — Nie potrzeba było mówić dwa razy, — Onufry jak Niemca utnie... Ach co za szkoda, że dla przyzwoitości stylu nie mogę powiedzieć „jak utnie w pysk!“ bo w tym acz gminnym wyrazie leży tyle prawdy, tyle nawet naśladowczéj harmonii, — ale nie wypada, nie można, więc powiadam, Onufry jak utnie Niemca gdzieś między nosem a uchem... aż szyby brzękły — Schön! Niemiec zwinął się, zatoczył i chylcem, zygzakiem jak lis postrzelony leciał, leciał i aż w przeciwnym rogu padł na kanapę. A nim się zerwać zdołał, już Onufry leżał na nim. — Jeżeli kto aby raz w życiu widział niedźwiedzia idącego w hurku, kiedy schwyci pod siebie jednego z kundli a kiedy mu drugi tymczasem szarawary skubie, łatwo wystawi sobie walczącą grupę. Hausknecht, krzycząc w niebogłosy, usiłował ściągnąć ze swojego pana zajadłego nieprzyjaciela ale jedną tylko ręką, bo w drugiéj trzymał świecę, a świeca kosztuje einen Groschen... a on za świecę odpowiada... porządek przedewszystkiém. Chwyciłem go nareszcie za kołnierz i nogą za drzwi pchnąłem, zostawiając wolny bieg sprawiedliwości. Wkrótce jednak zląkłem się, bo Sas już głosu nie puszczał, — zląkłem się czy przypadkiem za mocne uderzenie nie strąciło filigranowego niemieckiego karku. Zawołałem: „Dość tego!“ — I w mgnieniu oka stał przedemną Onufry, brzuch w tył, pierś naprzód, skosem jak Pizańska wieża. Pan Gospodarz podniósł się, kręcił się w kółko i byłby pewnie do drzwi nie trafił, gdybyśmy mu nie byli w tym względzie przyszli w pomoc. — Skończył się akt pierwszy. Ale cóż daléj? Otwierano i zamykano z trzaskiem i hałasem ledwie nie wszystkie drzwi w całym domu... biegano po schodach i gankach... Oczywiście chmura się zbierała. My zaś już wpół rozebrani wzięliśmy czémprędzéj mundury na siebie, pałasze do boku, kapelusze na głowy. Nie można było bowiem ręczyć czy lokatorowie, po większéj części krajowcy, nie zechcą przekroczyć praw grzeczności, czy nie chwycą sposobności bicia albo i ubicia francuskich oficerów. Sasi nas nie lubili i nietylko, że nie lubili, ale byliby chętnie całą naszą armiję z Cesarzem na jéj czele w łyżce wody utopili, gdyby tylko mogli byli taką łyżkę znaleźć. Nie ma się czemu i dziwić. Ów ciągły menuet wojsk wszystkich narodów od Portugalczyka do Czerkiesa, od Neapolitańczyka do Lapończyka po całéj pięknéj Saksonii, nie mógł ich ani bawić ani uszczęśliwiać. Byliśmy w kraju arcynieprzyjacielskim, o tém trzeba było zawsze pamiętać i o tém nie zapomnieliśmy teraz stając frontem ku drzwiom, za któremi coraz liczniejsze, coraz burzliwsze i coraz bliższe wznosiły się głosy. Niepewność często nieznośniejsza od złego. Otwieram więc drzwi i obraz godny pędzla Hogarta widzę przed sobą. Kilkanaście osób różnego wieku i różnéj płci w nocnym stroju, czyli raczéj rozstroju, w szlafmicach, pantoflach (szlafroków nie było), świeca w rękach, a gdzieniegdzie i kij, blade i drzące z gniewu i trwogi wlepiało we mnie wytrzeszczone oczy. Nie tracę czasu... korzystam z pomięszania i jak Bonaparte ośmnastego Brumaire do Rady pięciuset, wstępuję do sieni. A żółty krawiec stojący na przodzie mógł był zawołać jak Arena: Ici des sabres! Wstępuję do sieni i odzywam się grzmiącym wprawdzie głosem, ale mało co lepszą niemiecczyzną jak przed chwilą mój Onufry: „Idą do komendanta placu oznajmić, że w tym domu napadnięto kwaterę oficerów sztabu cesarskiego.“ Rzekłem, spuściłem pałasz po ostrogach.. szeregi się rozstąpiły... a ja z brzękiem i szczękiem tryumfalnie zszedłem ze wschodów... W saméj rzeczy chciałem uprzedzić komendanta... nie zastałem go... czekałem... chodziłem sam nie wiedząc co robić... nareszcie po godzinie czasu wróciłem do domu, — wszystko było cicho. Nazajutrz postawiono nam kawę. Nie spieszyliśmy się do niéj. Spojrzeliśmy po sobie. Jeden zagwizdał, drugi śpiewał, — jeden powąchał, drugi skosztował... A ba!.. wymówiliśmy razem i kawa spożytą została. Niespokojny jednak idę do Jenerała Błeszyńskiego, adjutanta Króla saskiego, dawnego znajomego a niegdyś i sąsiada rodziców moich. Zwierzam mu całe zdarzenie i proszę o radę. Jenerał słuchał mnie i golił się razem podstrugując sobie wąsiki z najsumienniejszą precyzyą i podług potrzeby wykrzywiając twarz, nadymając policzki albo wypychając językiem wierzchnią wargę puszczał przez zęby przerywane słowa: „Źle!.. hm, hm... bardzo źle... niema co żartować... skarga może łatwo dojść do Króla... Król odda Cesarzowi. Cesarz jest dla Króla nadmiarę uprzejmy i gdzie idzie o karność wojska, dla winnych bez litości.“ — Ależ ja, rzekłem, nie wykroczyłem przeciw karności.“ — „Hm, mówił dalej Jenerał macając sobie brodę czy jeszcze gdzie nie zostawił siwego włoska, zapewne nie wykroczyłeś, ale ogólnie armii jest przykazane dobrze obchodzić się z mieszkańcami, — a sam przyznasz, że twój służący...“ — „Bronił się“, przerwałem. — „Tak, zapewne, bronił się, rzekł Jenerał i złożył brzytwę, ale pod armatami nieprzyjacielskiemi niema czasu procesu wytaczać... Dla przykładu wiele się czyni... Właśnie niedawno z powodu zażalenia podanego na ręce Króla, Cesarz kazał jednego oficera z kontroli wykreślić. Radzę ci zatém, załagodź tę sprawę.“ — Tak, załagodź, rzekłem do siebie wychodząc mniéj spokojny niż byłem przychodząc. A jak załagodzić? Co ja mogę dać temu oberżyście? Chyba buzi z jednéj i drugiéj strony. Pieniędzy nie mam. Komuż kiedy mogła przyjść myśl szukać u mnie pieniędzy?!! Wziąłem wprawdzie na wstępie do sztabu 500 franków na ekwipowanie... z domu także trochę miałem, ale do domu przyszedłem z niewoli w sukmance, z domu jechałem pocztą, poczta droga, przytem kolasa Franciszka Skrzyńskiego czy Ludwika Porczyńskiego, z którymi jechałem, psuła się nieustannie, — gdyby nie przydłużenie zawieszenia broni, bylibyśmy ugrzęźli w Pradze. W Dreznie musiałem kupić trzy konie, kulbaki, juki, broń, sprawić mundur z haftowanym kołnierzem, — musiałem i witać się z kolegami 11go pułku ułanów i 5go strzelców konnych, w których pułkach dawniéj służyłem a w pułkach oficerów nie mało, — słowem byłem w moim normalnym stanie, tj. w stanie golizny. Nareszcie jak przystąpić do zgody z oberżystą? Na Speiszetlu jego pafli niema. Bóg wie jakby ją taksował. Jednak niema co żartować, mówi Jenerał... i prawda, w Saksonii do Króla zawsze niedaleko a Królowi teraz do Cesarza nawet za blisko, jedno słowo i dosyć... Ja wiem, że Cesarz wymierzyć może karę jedynie przez uprzejmość dla Króla, jedynie dla przykładu, — ale djabliż z téj uprzejmości, jeżeli ma być moim kosztem. I wszystko to przez to nieszczęsne: „A walże!...“ Ale jakie nie walić Mościa Dobrodziejko! — Taka była treść moich monologów. Chciałem pójść za radą Jenerała, ale po niejakim czasie mogłem o nim powiedzieć to, co Molière Królowi o swoim doktorze mówił: „Il m’ordonne des remèdes, je ne les prends point et je gueris.“ Alias: co padło przepadło a Niemiec mógł tylko w swoim dzienniku zapisać fakt jako casus belli.
Jeżeli Onufry w Dreznie stał się powodem niepokoju, który krótko opowiedziałem a długo cierpiałem, to w Lipsku mógł był wtrącić mnie do niewoli, z której dopiero com się był otrząsł, albo mnie umieścić w lazarecie, albo i prosto w raju, gdzie nb. dostać się mam zawsze nadzieję, a przynajmniej skąpać w Elsterze, bo jak wiadomo most tam nie czekał na wszystkich. Tak jest, mógł był stać się tego wszystkiego przyczyną, gdyby nie ślepe Fatum co tak dziwacznie igra w dymie wznoszącym się po nad pola bitwy. — Dziewiętnastego października, ostatniego dnia czterodniowéj, najkrwawszéj jaka może kiedy była i będzie walki pod Lipskiem, między dziesiątą godziną a południem, staliśmy Oficerowie sztabu Księcia Neufchatel pod drzewami, które ulicą otaczają miasto. Czekaliśmy rozkazów, — słuchaliśmy nie wystrzałów, bo tych trudno już było rozróżniać, ale raczej grzmotu mniej więcéj ryczącego, który nas w około opływał. Już wtenczas i szary koniec wiedział jak rzeczy stoją. Z upadkiem potęgi francuskiej upadły i nadzieje Polaków. Ale mniemaliśmy, że dopiero pod Lipskiem tracimy powtórnie Ojczyznę, nie wiedzieliśmy, że Napoleon najłatwiej zawsze przyjmował warunek wrócenia jej w potrójne jarzmo niewoli. Piekielna obłudo! szatańska polityko! Tyle poświęcenia, tyle krwi przyjmować za nadzieje, których w głębi serca nie myśli się spełnić. Skrępował nas tém Księstwem Warszawskiém, tym Królem Saskim i kiedy pozbawił wszelkiéj samodzielności, jak martwą swoją własnością był zawsze gotów rozrządzić. Biada człowiekowi, którego los zawisł od drugiego, ale dwakroć biada narodowi, co zawisł od interesu innego narodu. Narody sumienia nie mają. Smutne rozmowy biednych nas Polaków w Lipskich alejach przerwała kula armatnia, która zaszumiała jak gdyby kto wentyl samego piekła uchylił i potém ucięła kozła między nami. Wspomniawszy studenckie czasy, można było zawołać: Kasza, Panowie, kasza! Byłać to w rzeczy saméj kasza, ale już i ze szwedami. Wtém Rejtan zawołał: „Cesarz wsiada na koń!“ Ruszyliśmy i my każdy do swojego, ale nasi służący wprowadzili je byli do bliskiego domu; tam biegniemy, a wstępując na dziedziniec widzimy znowu kaszę... tak jest kaszę, nie w alegorycznéj, ale w jéj najnaturalniejszéj postaci. Komu, komu innemu, jak tylko ciurom mogło przyjść na myśl dziewiętnastego października 1813 r. o dziesiątéj rano w Lipsku gotować kaszę!? I ugotowali ją w istocie, ale djabeł zdawał się jakby na psotę dmuchać im ogniem w garnek, bo kasza nie stygła a łyżka lubo ochuchana, odmuchana, jeżeli wjechała do zgłodniałéj paszczy, jeszcze prędzej się cofała. Daremnie wołaliśmy, łajali, „Zaraz, zaraz“, odpowiadały sparzone języki i bylibyśmy mostu pewnie już nie zastali, gdyby jeden z nas nie był wpadł na myśl szczęśliwą i nie był nogą w garnek uderzył. Kasza jak z bomby w tysiąc promieni bryznęła a ciury boleśnie jęknęły, ale wkrótce były na koniach. Jeden tylko Onufry nie mógł dać sobie rady, a ja nie chcąc odstąpić koni, czekać musiałem. Miał on wprawdzie do czynienia z klaczą szpakowatą, djabłem wcielonym, której nie w smak były juki a jeszcze więcéj dwie wiązki siana do przedniéj kuli siodła przywiązane. Kupiłem ją był w Löbau od oficera polskich huzarów za czterdzieści dukatów. Wsiadałem, zsiadałem, próbowałem do woli, wszystko szło jak najlepiéj; ale nazajutrz, gdy przyszło do kulbaczenia, klacz gryzie i bije tyłem i przodem, — a do wsiadania jeszcze gorzéj. — Wczoraj stała jak opoka, dziś tańcuje jak Paraszka, boczkiem, boczkiem odemnie a ja za nią, za nią na jednéj nodze, — istna kołomejka. Dosiadłszy zaś trzymaj się zrazu choćby i grzywy, bo w okna pierwszego piętra zaglądać będziesz. Nareszcie żadna przemoc, ani cierpliwość ludzka nie zdołała zniewolić jéj przejść koło martwego konia. W wiliją dnia, o którym mówię, pod Lipskiem będąc na służbie, przemierzyłem na niéj nieraz całe pole bitwy w słotę, błoto i o głodzie, a jednak narowy jéj nie zmniejszyły się wcale. Po długich zatém korowodach wyjeżdżam nakoniec z dziedzińca, za mną Onufry. Patrzę za kolegami, — niema już żadnego. Przy sztabie koleżeństwo bez kleju, acz się niby zlepi, trzyma się nie tęgo. Nie widać już nawet koni powodnych ostatniego szwadronu służbowego. Ale za to Berezyna stanęła mi przed oczy. Długa procesya, jakby z arki Noego wypuszczona, wolnym i co chwila wstrzymywanym postępowała krokiem. Ludzie i zwierzęta przy sobie, na sobie, pod sobą, jedną massą posuwały się razem, a coby z tych ostatnich nie stało, można było skompletować między ludźmi. — Tak był tam lew straszny i w odwrocie, tygrys rozjuszony, wół pracowity, pies wierny, kot fałszywy, kot saski, — był tam i osioł, była i świnia, był i tchórz Mości Dobrodzieju, a wszystko w ciżbie. Każdy o sobie, a Bóg o wszystkich! Spiąłem konia ostrogą i pół siłą, pół zręcznością torowałem drogę sobie i moim koniom powodnym. Wyprzedzałem park artyleryi po lewym boku przesuwając się powoli, nareszcie naprzód już nie można, ale z drugiej strony widzę trochę wolnego miejsca. Można było po leżących postronkach na ziemi, między przednimi a dyszlowymi końmi zatrzymanéj armaty przejechać, co téż mi się udało szczęśliwie. Onufry mniéj głupi a więcéj zręczny byłby mógł to samo czynić, ale wjechawszy w ciasny przesmyk, zamiast długo puścić za siebie jucznego konia, wolał zrobić sobie więcéj miejsca; uderzył przednie armatnie konie, te postąpiwszy podniosły postronki, postronki załechtały klacz, klacz zaczęła gryźć, wierzgać, związała się i padła. Kłąb z ludzi i koni zrobił się w okamgnieniu. Ileżto czasu, ile cierpliwości trzeba było aby go rozplątać i jakiego szczęścia aby po tém wszystkiém z jaką taką całą głową i z wszystkimi końmi dostać się do Lindenau. Niechże się teraz kto dziwi, że ja strącony w Berezynę, mało w Lipsku nie roztratowany, a to jedynie z powodu ciżby, ciżby nienawidzę. Niech się dziwi, że dostanie odemnie łokciem w brzuch albo nogą w łydkę, jak mnie w ciasném miejscu zanadto przyciśnie.
Napoleon miał gdzieś, kiedyś w gniewie wykrzyknąć: „Gdybym miał dwóch Vandamów, kazałbym jednego powiesić!“ Ja toż samo ledwie nie codzień mogłem o moim Onufrym powiedzieć. Ale pod Montereau, gdy przyszło zsiąść z konia, nietylko dwóch ale i jednego nie było. Szukałem daremnie, nareszcie trzeba było konia uwiązać. Tymczasem batalion staréj gwardyi złożył broń w kozły, straże otoczyły pałac. Cesarz tam nocować będzie. Poszedłem więc zobaczyć, gdzie nasz salon służbowy (Salon de service).
Z tego wszystkiego, co miałem honor powiedzieć, Wać Pan Dobrodziej wnosisz zapewne, że byłem zawsze przy Cesarzu Napoleonie... I bardzo trafnie. Nietylko w moim stanie służby jest wyraźnie, że znajdowałem się w ostatnich kampaniach we wszystkich bitwach, w których był sam Cesarz, ale i grzałem się z nim nieraz przy jednym ogniu... prawda, że się to nie często zdarzało; Cesarz rzadko kiedy biwakował... prawda, że ogień dla Cesarza założony o wiele, wiele bywał większy jak zwykłe ognie biwakowe... prawda, że zawsze po téj stronie stawałem na którą wiatr dym gonił, nawet najczęściéj, mówiąc między nami, Cesarz był tyłem do ognia a przeto i do mnie obrócony i do tego jeszcze rozkładał czasem poły, aby się wygrzać lepiéj. — W stosunkach obywatelskich możnaby to uważać za uchybienie z jego strony, ale w czasie wojny nie jest się tak dalece uważającym na etykietę i ja téż urażać się nie widziałem powodu. Przy jednym z takich biwaków, było to wieczór pierwszego dnia bitwy pod Lipskiem, piękny widok nam się przedstawił, który jako godny pędzla podaję malarzom do wiadomości. Cesarz Napoleon w swoim sieraczkowym surducie stał tyłem obrócony do obszernego ogniska. Ze strony dymu oficerowie różnej broni. Opodal, jakby na czterech rogach, strzelcy konne gwardyi pieszo z karabinkami na ramieniu utrzymywali jakby liniję demarkacyi cesarskiego biwaku. Ile razy Cesarz zsiadał z konia w polu czy w jakiéj wiosce, zaraz czterech gwardzistów stawało na straży w około i posuwało się zawsze w równém oddaleniu w miarę ruchów Najjaśniejszego Pana. Stał więc Cesarz Napoleon tyłem do ognia i do mnie obrócony, przed nim o kilka kroków na prawo Jenerał Merfeld, ujęty w niewolę, w surducie sinym jeneralskim austryjackim, w kapeluszu z galonem i zielonym pióropuszem. Między nim a Cesarzem Jenerał Caulaincourt bez kapelusza w suto złotem haftowanym mundurze, nalewał mu wina w srebrny kubek. W małém oddaleniu, w głębi, ale jeszcze w świetle ogniska, zsiadał z konia Król Neapolitański w swoim malowniczym, żeby nie powiedzieć teatralnym ubiorze. Miał on wówczas na sobie surducik krótki jasno-szafirowy na piersiach suto złotym haftem okryty równie jak i pas biały sukienny na sześć cali albo i więcéj szeroki, przy którym wisiał krótki oręż niby kordelas, — pantalony obszerne karmazynowe, w ręku trzcina, na głowie wysoki ugalonowany kapelusz z strusim pióropuszem i czaplą kitką. Na krawędziach zaś ciemnego horyzontu łyskały jeszcze czasami wystrzały armatnie. Piękny to był obraz, ale wróćmy do naszego przedmiotu. Powiadam, że Wać Pan Dobrodziej bardzo trafnie wnosisz, iż byłem przy Cesarzu, ale jeżelibyś z tego wniosku drugi na pozór bardzo naturalny chciał wyciągnąć, że kto był przy Cesarzu, był przeto w sztabie cesarskim, omyliłbyś się zupełnie. Dlatego pozwolę sobie dać niektóre objaśnienia w nadziei, że, jeżeli cię nie będą interesować, to zapewne będziesz dość grzeczny wysłuchać je cierpliwie.
Sztab Cesarza Napoleona... Co jest sztab, po francusku ètat major, wiadomo Wać Panu Dobrodziejowi bez wątpienia. Tém więcéj, że z jego dużych wąsów, przechodzących znacznie miarę wąsów obywatelskich, wnosić mogę, że służyłeś w wojsku?.... W wojsku Rzeczypospolitéj Krakowskiéj. — Bravo! — A więc mówię daléj. — Sztab Cesarza Napoleona, nie licząc różnych biór towarzyszących mu wszędzie, był wcale nie liczny. Składali go: Berthier, książe de Neufchatel, Major Général, alias Szef Sztabu, — Jenerałowie-Adjutanci, których obecnych w saskiéj i francuskiéj kampanii było czterech i z ośmiu Officiers d’ordonnance. Achselbandy przy szlifach jeneralskich oznaczały adjutantów. Oficerowie d’ordonnance mieli jasno-szafirowe mundurowe fraki suto srebrem haftowane, kamizelki z pętlicami, spodnie z galonami koloru fraka i węgierskie buty. Kapelusz z czarnym plumażem. Ten mundur zdawał się być więcéj dworskim niż wojskowym. Przydzieleni do sztabu byli Jenerał Pac i Jenerał Kosakowski. Wąsowicz, Szef Szwadronu Lancierów polskich staréj gwardyi, został podobno zaraz po powrocie z Moskwy oficerem d’ordonnance, nie zmienił jednak munduru. To był właściwy sztab cesarski, czynny, zawsze na koniu i z pałaszem w ręku. Bo lubo sekretarze, szambelanowie, pazie etc. etc. galopowali wraz z nami i musieli radzi nie radzi zakosztować czasem przysmaków wojennych, należeli oni nie do sztabu, ale do dworu. Nie mogę przypomnieć Doktora Larrey de Tamor. Wielce on cenił ten w Egipcie otrzymany predykat i chętnie łączył go z swojém nazwiskiem. Powiadają, że raz wchodził wieczorem do jednego ze swoich pacyentów: ten zapytał z cicha: Qui est là? — „L’ Arrèt de ta Mort(Larrey de Tamor) odpowiedział doktor grubym swoim głosem. Na to chory westchnął: „Oh, mon Dieu ayez donc pitiè de mon âme.“ — Sztab zaś księcia de Neufchatel, l’Etat Major de la grande armée, był bardzo liczny. Składali go znowu, Szef Sztabu Jenerał Monthyon, nieznośna, długa, dumna, nie lubiąca Polaków figura, — pięciu Pułkowników, Adjutants-Commandants, — czterech Adjutantów i przeszło trzydziestu oficerów sztabowych, Officiers adjoints à l’Etat Major de la grande armée, różnego stopnia i broni. — My oficerowie polscy wstępując do tego sztabu, dostaliśmy patenta na oficerów francuskich, nie wiem więc dlaczego odsądzono nas jako cudzoziemców od pensyi krzyża legii honorowéj, — może dlatego, że nikt się za nas nie upomniał. Berthier, jako Książe udzielny Neufchatelu, miał przy swojéj osobie kompanią piechoty i kilkudziesięciu dragonów neufchatelskich. Piechota w chamois mundurach z czerwonymi wyłogami, składała straż przy pomieszkaniu, a w marszu przy ekwipażach Księcia. Dragony zaś w zielonych, z niebieskimi kołnierzami frakach, z białemi szlifami i achselbandami, — w chełmach mosiężnych z futrem płowém niskiego włosa w koło u dołu, a z tyłu ze spadającym końskim ogonem, jak miała cała ciężka jazda francuska. Nazywali się: Les Guides i byli konnymi ordynansami sztabu naszego. Adjutanci Księcia odszczególniali się od innych Adjutantów w armii pąsowymi rajtuzami z czarnym lampasem. My równie jak wszyscy oficerowie sztabowi mieliśmy haft złoty na kołnierzu, — duże gałązki dębowe jedna nad drugą. Lubo znak widoczny i głównemu sztabowi tylko właściwy był wielce pożytecznym, wioząc nieraz bardzo pilne i ważne rozkazy, jednak miewaliśmy do zwyciężenia niezmierzone trudności w mijaniu lub wyprzedzaniu maszerującego wojska. Po pierwszym działowym wystrzale na linii bojowéj pod Lipskiem, Marszałek Marmont, do którego byłem w nocy z missyą przybył, rozkazał nam dwom razem z powierzonymi listami pędzić do Cesarza co koń wystarczy, — padnie jeden, dojedzie drugi. Już przy przedmieściu Lipska wpadamy na czwarty korpus tam wchodzący. Żaden rozkaz, choćby i własnoręczny Cesarza, nie byłby naszemu czwałowi drogi otworzył. Szczęście że znalazł się tam sam komendant korpusu Jenerał Bertrand, który dając ustne zlecenie sam nas przeprowadził. Jeżeli przyszło mijać park artyleryi, to często, śmiało mogę zapewnić, z niebezpieczeństwem życia. Na ścisłém dopełnieniu rozkazów oficerów sztabowych cały ruch armii zawisł. Nikt z nas nie miał czasu patrzeć co przed nim... tylko naprzód! naprzód! Co będzie to będzie. Razu jednego znajduję się nagle obok armaty przy wstępie wysokiego i bez poręczy mostu. Chcę konia zatrzymać, ale oś zadnia działa pcha go naprzód. Widzę przepaść, niema co myśleć... wolę konia stracić, niż siebie zgubić... spuszczam strzemiona, wznoszę się na siodle i trzymany za kołnierz pewnie przez jakiegoś świętego, do którego westchnąć musiałem, staję, zsunąwszy się po ogonie, na własnych nogach. Koń mój zaś ciągle pchany przeszedł także szczęśliwie, może dlatego że był wolny, na drugą stronę, gdzie miał rozum a raczéj nierozum zaczekać na mnie. Nie tak niebezpieczne ale za to zdarzające się bardzo często i dosyć przykre były przeprawy z piechotą. Piechur nie lubi i wprawdzie nie ma co lubić kiedy mu kto drogę przecina lub zboczyć przymusza, bo zatrzymany musi potém spiesznie dopędzać kolumny. Ucinki, drwinki, mniéj więcéj grzeczne i dowcipne leciały jak grad z pieszych szeregów na każdego, który siedząc na koniu do konnicy miał prawo być policzonym. Konnica śmiała się z tego i oddawała wet za wet jak mogła najlepiéj, ale pojedyńczemu jeźdzcowi jakoś to nie uchodziło a obojętném być nie mogło. Pomnażały się jeszcze dla nas w tym względzie nieprzyjemności z powodu mody, któréj niektórzy naśladując Cesarza i Księcia Berthier ulegli, tj. nienoszenia znaków oficerskich u kapelusza. Ja byłem jednym z tych, ale przyznam się, że nie z innych przyczyn jak tylko z oszczędności nie kupiłem w Dreznie złotych kutasików i złotéj plecionki do kokardy. Nieraz tego potém żałowałem. Jeżeli przytém surdut, który w wojsku francuskiém był zawsze cywilny, albo płaszcz zakrywał szlify, natenczas żarciki w kłótnie łatwo przechodziły. Pod Hanau kula armatnia z trzaskiem i łoskotem przetorowawszy sobie drogę przez gałęzie otaczających nas dębów, zaszumiała nad sztabem cesarskim. Miała do wyboru Cesarza, Książąt, Jenerałów albo i jakiego z dzielnych rumaków tych wysokich Panów a przecie wybrała sobie moją biedną szkapę... com miał najlepszego. Uderzona w prawą łopatkę usiadła jak pies na zadzie. Odpiąłem mantelzak, wyjąłem pistolety, oddałem Rejtanowi, ściągnąłem musztuk i nie wstydzę się powiedzieć ze łzami w oczach objąłem i przycisnąłem do piersi ten łeb bułany, co się ku mnie zwracał jak gdyby wzywał pomocy. Żegnam cię, rzekłem, towarzyszko wierna, i oglądając się wzajemnie na siebie, rozstaliśmy się na zawsze. Z dwóch koni, które mi zostały, jeden był podbity, drugi gałgan. I kiedy nazajutrz przyszło ruszyć z miejsca, wsiadłem na gałgana. Była to mała klacz kasztanowata. Wszystko co z urodzenia mogła mieć dobrego, zostawiła w błocie pod Dreznem... na błocie nigdy nam nie brakło... a teraz dźwigała długiego Onufrego. — Jako przyjaciel prawdy, muszę wyznać, że wziąwszy razem mnie i kobyłkę, składaliśmy całość nie tęgą. Kobyłka w skutku trudów wojennych nabyła nałogu uderzać chołupca zadniemi nogami, a potém na jednéj tylko nodze kończyć taniec, co równie dla niéj jak dla jeźdzca ani powabném ani zaszczytném nie było. W takich okolicznościach na czele luzaków moich kolegów musiałem wyprzedzać kolumnę grenadierów staréj gwardyi. Wczoraj kiedy szli do ognia a jeden ze sztabowych oficerów odezwał się do nich: „L’Empereur vous attend“, kilku odrzekło podrzucając karabiny lub opatrując skałki, jak myśliwi co zasłyszeli goniące w kniei ogary: „Il ne nous attendra pas longtemps!“ — Wczoraj byłbym uściskał każdego a dziś byłbym chętnie z mojej kobyłki każdego chwycił za harcap i łbem jak na mszę dzwonił. Zawsze i wszędzie człowiek z własnego stanowiska sądzi o rzeczach. Nie było podobieństwa przecisnąć się na drugą stronę drogi, gdzie miejsce szersze dozwoliłoby pospieszyć. Nareszcie zniecierpliwiony wspomniałem, że należę do sztabu cesarskiego. — Biada! — Voyez donc l’Etat Major de l’Empereur! krzyknął jeden. — Place pour l’Etat Major de l’Empereur! zawołał drugi... i śmiech ogólny. A biorąc mnie, który miałem surdut na mundurze, za jakiego urzędnika administracyi wołano: Hé! Monsieur Riz-pain-sel!Par ici Monsieur l’Employé au vinaigre!Bon voyage Monsieur Du Molé... hop, hop, hop! i tysiąc, tysiąc podobnych konceptów. — W takim razie trzeba udawać głuchego albo śmiać się ze śmiejącymi, ale tak jedno jak drugie rzadko kiedy dobrze się powiedzie. Minąłem nareszcie szydzącą kolumnę, tak jak mnie minęło przeszło lat trzydzieści od bitwy pod Hanau, jak ty minąłeś luby wieku młodości „Mit deinen Schmerzen, mit deinen Freuden“. Im daléj od ciebie tém jaskrawsze zdają mi się twoje kwiaty, tém grubsza mgła zasłania pomniki smutku i cierpienia. Im daléj od ciebie, tém więcéj wzrasta tęsknota za tobą tak jak wzrasta cień nasz własny na ścianie gdy się od niéj ku światłu cofamy, — wzrasta, sięga stropu, — na strop występuje i nareszcie opływa nas zupełnie. Gdzież jesteście zwycięzkie roty? Wodzowie? Gdzie jesteś potęgo, dla któréj strumienie krwi lały się lat tyle? Zwycięzcy i Zwyciężeni — Upokorzeni i Tryumfatory znikli jak słońce co zaszło przed chwilą, jak zniknie świeca co stoi przedemną. Cóżeście po sobie zostawili światu? — Nie wiele, nie wiele. — A mnie? — Co? — trochę wspomnień, dwa krzyżyki i pedogrę. Ale acz z pedogrą, galopuję nie pomału z Lipska do Moskwy, z Moskwy do Montereau — trzydzieści lat w tył, trzydzieści naprzód — ze śmiechu do płaczu... bo na tém niestety Polak musi zawsze swoje wspomnienia zakończyć. Hola! więc ty myślo! i ty łzo! Wracam do mego sztabu. Było nas tam Polaków, już przy końcu, podobno dwunastu. Trzymaliśmy się parami, ażeby gdy jeden będzie na missyi (tak nazywaliśmy poséłki), drugi miał opiekę nad ludźmi i końmi. Były to małżeństwa koleżańskie i jak każde małżeństwo, miały swoje pogody, miały i burze. Tak zawsze widziałeś pod jednym dachem albo przy jednym ogniu Rejtana z Suchorzewskim, — mnie z Henrykiem Milbergiem, — Ludwika Jelskiego z Romanem Sołtykiem, a jak ten był wzięty w niewolę, z Niegolewskim, — Grabowskiego Józefa ze Stofflem Szwajcarem, Pułkownikiem - Adjutantem - Komendantem, Kościelskiego z Krausem. — Kapitan Szercel, którego do Polaków liczą, bo z polskiego wojska, nie wiem czy nie z legionów, trzymał się pojedyńczo... To jest osobno ale nie pojedyńczo, bo miał przy sobie służącego a ten służący żonę. Służący zwał się Pular, przeto ona Pulardką. Hrabia Fiufiu mógł był zaśpiewać:

Że po polsku mówić twardo
Przeto kurę zwą pulardą.

Wstydziliśmy się nieraz tego suplementu, ale kapitan Szercel był dla nas zanadto znaczącą osobą abyśmy nie starali się utrzymywać z nim najprzyjaźniejszych stosunków. Raczył on czasem na usilne prośby wydobyć jakiego hiszpańskiego numizmata i łaskawie pożyczyć. On przyszedł mi w pomoc, kiedy w Metz, przymuszony słabością nie wychodzić z pokoju, nie miałem już za co kupić wiązki chrustu na komin ani dziesięć maronów na wieczerzę. Daj mu Boże zdrowie jeżeli jeszcze żyje a wieczny odpoczynek jeżeli już rozstał się z tym światem i Pulardką swoją.
Nie mogę sobie przypomnieć z jakiego powodu w St. Denis nie z Milbergiem ale z Rejtanem mieszkałem za miastem u mielnika, którego wspominam dla dwóch osobliwości. Zwał się bowiem Meurt-de-froid, nie wiem czy dobrze piszę ale tak się wymawiało — i miał żonę, która raz na tydzień brodę sobie goliła. St. Denis pamiętne miejsce.
Po rozwiązaniu jednego z największych jeżeli nie największego dramatu historycznego w Fontainebleau, oficerowie sztabowi Polacy udali się z pułkiem polskich ułanów gwardyi do St. Denis, gdzie i reszta naszego wojska zgromadziła się pod komendą jenerała Wincentego Krasińskiego. Tam przeszliśmy z niewymownym wstrętem pod władzę rossyjską. Wielki Książe Konstanty objął naczelne dowództwo wojska polskiego.
Kiedy Cesarz Alexander zjechał z Paryża do St. Denis, aby odbyć rewiją a raczéj wziąć w faktyczne posiadanie wojsko reprezentujące Polskę, ubraną jeszcze w nazwę Księstwa Warszawskiego, stanęliśmy w linijach cicho i ponuro. Na prawém skrzydle Les Chevaux legers lanciers de la Garde Impériale, o których można było powiedzieć, że ich łzy jeszcze nie oschły — tak jest łzy. Bo wychodząc z Fontainebleau, kilkanaście dni temu, płakano a gdzieniegdzie i głośno w szeregach tych weteranów, co od bitwy pod Somo-Sierra aż do ostatniej pod Paryżem, sans peur et sans reproche, utrzymali w obec całego świata sławę polskiego żołnierza. Daléj brygada ułanów pod komendą jenerała Kurnatowskiego, piechota, artylerya i krakusy Pułkownika Dwernickiego. Wielki Książe, stojący na czele, wysunął się maneżowym galopkiem na spotkanie Cesarza Alexandra i z wszelką precyzyą zatoczywszy koniem, wręczył mu rapport. — Na całéj linii panowała głucha cisza, a kiedy później Jenerał Krukowiecki krzyknął: Niech żyje Cesarz! — słabe tylko obudził echo. Komu tylko prawe serce biło tak pod polskim jak i rossyjskim mundurem, ten musiał bolesnego doznać uczucia słysząc ten okrzyk, w którym szczerości, Bogu dzięki, być nie mogło. Gdyby był szczery, byłby razem i podły. Zrobiliśmy kilka obrotów. Dwernicki, także nie bardzo à propos, kazał obejść oddziałowi swoich krakusów i z okrzykiem natrzeć z tyłu. — Na kogo? — Niby na nieprzyjaciela, ale sztab rossyjski zanadto dobrze jeszcze go udawał, dlatego zdaje mi się, miarkując po twarzach, że ta niespodzianka nie najlepsze na wszystkich zrobiła wrażenie; nie jeden może spytał się w myśli: Czy to żart, czy prawda? — Nareszcie ten niby napad był za wyraźném naśladowaniem kozaków i z tego także względu nie na swojém miejscu. Potém było śniadanie u Jenerała Krasińskiego. — Duch wojska francuskiego a zatém i naszego, tak był różny nawet i we formach objawiania się od rossyjskiego, że kiedy sobie przypomnę to śniadanie, teraz dopiero wystawiam sobie, jakie było Cesarza Alexandra, Wielkiego Księcia i ich Świty zadziwienie a może i skryte oburzenie na to obozowe brat za brat polskiéj Wiary. — W niewielkim saloniku kwatery Jenerała Krasińskiego siedział Cesarz przy stole ze swoimi i polskimi Jenerałami. Rozmowa, w któréj często Jenerał Krukowiecki głos zabierał, zanadto wykraczała z dworskiéj etykiety aby podobać się mogła. Ale co gorzéj, w drugim obok pokoju, gdzie bracia szlachta różnych stopni śniadała, nie było przyzwoitéj ciszy. Nikt tam nie byłby dostrzegł czołobitnego uszanowania, które nam powinna była narzucić bliskość tak Dostojnych Osób. Wychylano kieliszki aby zalewać niemiłe uczucie, co się z serca parło. Za liczbą kieliszków szła i głośniejsza rozmowa, — nareszcie kto chciał stawał we drzwiach i bez ceremonii przypatrywał się i przysłuchiwał, co się działo przy stole cesarskim. — W kilka dni potém Wielki Książe sprowadził kilka pułków jazdy rossyjskiej do St. Denis, — wyraźnie więc dla pokazania tam konsystującemu wojsku polskiemu. Musieliśmy być przytomni manewrom, które miały nam powiedzieć: Patrzcie! to jest wojsko! Nie mogliśmy nie podziwiać postawy żołnierza po tak długiéj kampanii, ale nie zmieniliśmy przekonania, że szczątki naszego wojska jako wojsko o wiele wyżej stało. W końcu ostatniej kampanii sam wybór tylko pozostał i nikt pewnie nie widział ułanów tak Gwardyi jak i Linii odpartych w ataku. — Jako świadek bezstronny, a świadek co wiele widział i wiele myślał, mogę śmiało powiedzieć, że dużo, dużo czasu upłynie, nim taki pułk, jakim był pułk ułanów czyli polskich Lancierów Gwardyi Cesarskiéj, — pułk takich dzielnych żołnierzy a jeszcze dzielniejszych oficerów i w takich wojnach wyćwiczony, rozwinie swój sztandar w jakimbądź kraju. Mogłem był do niego należeć i teraz tém się poszczycić, bo w Dreznie Jenerał Krasiński ofiarował mi w nim miejsce, ale nie mógłbym był wstąpić jak tylko w stopniu porucznika. Z kapitana na porucznika, acz porucznika gwardyi, zawsze to był krok wsteczny, — dlatego nie przyjąłem i pozostałem w znienawidzonym mi Sztabie, gdzie mnie Protôt dręczył niepotroszę.
Pułkownik Protôt, później Jenerał, był na czele oficerów sztabu księcia de Neufchatel. — Chudy, mały Francuz zadzierał głowy a przeto i nosa dla nadania sobie większéj powagi. Bywał często podobny do pedagoga jakiéj wiejskiéj szkółki... Ale i my, prawdę mówiąc, zakrawaliśmy czasem na swawolnych a nawet i krnąbrnych studentów. Protôt wymagał aby nietylko ci co byli na służbie ale i wszyscy oficerowie otaczali go zawsze w marszu, co było prawie niepodobieństwem. Cesarz jeździł zwykle jak Cesarz, to jest jak mu się podobało, konno lub karetą, ale zawsze prędko. Chcąc być zawsze ze służbowymi szwadronami trzeba było konia nie żałować, konia, który jeszcze téj saméj doby mógł był być skazany na kilkomilową wędrówkę. Nie można także było odstępować koni powodnych, bo gdzież ich potém szukać?! W czasie bitwy, albo kiedyśmy się jej spodziewali, byliśmy wszyscy na rozkazy, jakby wszyscy na służbie, ale w marszu zwyczajnym ci co nie byli na służbie, jechali sobie jak im wypadło... naprzód, z tyłu, wolniéj, prędzéj, byle na czas stanąć na miejscu oznaczoném. Protôt tego nie lubił, — kręcił się jak mucha w ukropie, wołał, gniewał się, oskarżał nawet ale wszystko nadaremnie. Ciężko mu było oficerów liniowych przeistoczyć w nadskakujących sztabowców. Dobrze jednak ten z nas wyszedł, co się do dworowania dał nakłonić. Dwa razy Pan Protôt podwoił mi czas służby za karę, a to nie była fraszka dzień po dniu być na służbie. Zjadł on za to parę milionów polskich djabłów, ale jak pierwsze nie pomogło, tak drugie nie zaszkodziło.
Książe najczęściéj stawał w jednym domu z Cesarzem, więc jeżeli tylko miejsce dozwalało i nasz salon tam bywał. Zawsze jeden pułkownik, Adjutant-Commandant, był na służbie a pod jego rozkazami dwóch, czterech oficerów sztabowych, czasém i więcéj podług spodziewanego ruchu. On oznaczał z listy służbowéj, który miał być: premier à marcher, second, troisième itd. Kiedy z missyą już przedostatniego wyprawił, wyséłał razem i Guida po kilku innych oficerów dając mu kartkę z nazwiskami powołanych. Oficer jadący z missyą odbierał rozkaz otwarty, podobnéj treści: „Kapitan R... uda się na F... G... N... do B... gdzie zastanie Marszałka A... któremu wręczy załączoną expedycyą.“ Najczęściéj sam Książe oddawał tę expedycyą, zwłaszcza kiedy potrzeba było jakiego objaśnienia. Czasem powierzano oficerowi wysłanemu treść listu, czasem wyprawiano dwóch i trzech w pół godziny jednego po drugim z expedycyą jednéj treści i w jedno miejsce, co miało znaczyć że droga nie pewna i że weźmie djabeł dwóch a czy trzeci dojedzie? Jeżeli w otwartym rozkazie było wyraźnie że oficer ma pocztą jechać, wtenczas udawał się on do kasyera, ten zaliczył pieniądze z których wszakże za powrotem trzeba było się wyrachować, podając rachunek na drukowanéj kartce wręczonéj wraz z pieniądzmi. Pocztą można było jechać albo jednokonnym wózkiem albo konno (à franc étrier). Wózki te pocztowe we Francyi na dwóch wysokich kołach, zwą gminnie ale bardzo właściwie Tapecul. W St. Denis w owym czasie kiedy Pani Meurt de-froid brodę goliła a Wielki Książe manewrował, karetki utrzymujące komunikacyą z Paryżem nazywano Pot de Chambre. Ci ugrzecznieni Francuzi mają często wyrazy, których my barbarzyńcy nie śmiemy i wymówić. Otóż tych Tapecul używaliśmy bardzo rzadko. Raz że strudzonemu trudno nie zdrzymać się czasem a wtenczas gdyby koń idący między dwoma dyszlami upadł, czego się zawsze po koniu pocztowym spodziewać należy, — można było łatwo siąść na niego lecz à la Franconi, to jest głową na dół. Powtóre że tylko wtenczas można było puszczać się niemi, kiedy droga była dobra i wolna od maszerującego wojska. Inaczéj jechałby kuryer głównego sztabu wielkiéj armii jak jeździł czeski student wiedeńskim Landkuczerem na koncepistę do Lwowa. Zawsze więc prawie jeździło się konno. W początkach kampanii były na pocztach we Francyi nie złe konie wierzchowe, zwane bidets i z dobrém okulbaczeniem, ale późniéj łaska Boska jeżeli znalazło się na stacyi jaką taką, niezbyt zmęczoną szkapę z wszystkiemi czterema nogami. Postylion jechał naprzód, wytrzaskiwał harapem albo jęczał i krzyczał kiedy mu przyszło pędzić jak na złamanie karku dzień czy noc, błoto czy lód. Pierwszy raz w życiu odbyłem szlichtadę po gołoledzi na koniu okutym bez ocylów przy samém otwarciu kampanii 1814 roku z Châlons do wsi Islettes. Tam to jest owa sławna position des Islettes, gdzie nieszczęsny Dillon w pięć tysięcy zatrzymał 1792 r. całą armiją Księcia Brunszwickiego. Ztamtąd dogoniłem sztab w Vitry. Te dwa dni zostaną wiecznie w mojéj pamięci, lubo z podobnych nie były ostatnie. Noc ciemna powiększała i niebezpieczeństwo i obawę. Mimo ostrego zimna pot kapał mi z czoła a każde pośliznięcie się tępych podków, grożące zdruzgotaniem ręki lub nogi, uderzało jakby siłą elektryczną mrozem i gorącem od stóp do głowy, od głowy do stóp. I cóż ztąd za zaszczyt, pytałem się nieraz klnąc służbę sztabową. Linia nie lubi sztabu, zazdrości mu tego dachu pod którym często nocuje, a nie wié jak on gorzko, bo bez uznania zasługi, opłaca pozorne wygody.
Jeżeli postyliony we Francyi, gdzie poczta zwykle szybko jeździ, gdzie i w czasie pokoju podróżować konno nie jest nowością, utyskiwały na nasze szalone wyścigi, cóż dopiero w Niemczech a zwłaszcza w Saksonii. Od dzieciństwa słyszałem zawsze użalania się na niczém nie wzruszoną flegmę saskich postylionów, dlatego następujące zdarzenie było dla mnie wielce ucieszném. Posłany byłem do Jenerała Latour Mobourg. Wyjechałem kolasą, jakiéj już w naszym kraju pod denominacyą Skarbnika trudno gdzie znaleźć. Postylion dobrze wykarmiony, w żółtéj kurcie, stósowanym kapeluszu, odpowiadając na wszystko: Schön! i jeszcze raz Schön! usiadł poważnie na koziołku, — łokcie od siebie jakby do Steyera zaokrąglił, — batożek na bok spuścił, — klasnął językiem i ruszył wolnym truchcikiem. Zadziwiło go gdym mu kazał prędzéj jechać a jeszcze więcéj gdy zniecierpliwiony jego nieposłuszeństwem dałem mu do zrozumienia aby robił co każę, bo jego grzbiet blisko a moje buty kończaste. Zamruczał i mruczał ciągle, ale jechał żwawo. Pod wieczór przyjeżdżamy do miasteczka gdzie spodziewałem się zastać Jenerała, ale zastałem tylko oficera, który mi oświadczył, że forpoczty swoje w ten moment ściąga na tę stronę miasta. Bliskość niespodziana nieprzyjaciela nie dozwalała mi podróżować kolasą, témbardziéj że trakt trzeba było opuścić i od wsi do wsi szukać tego, którego tu nie zastałem. Kazałem więc wyprządz konie, na jednego włożyć kulbakę, którą przezorny Niemiec miał w kolasie, — na drugiego zaś wsiąść oklep Jego Postyliońskiéj Mości — i ruszyłem żwawo w stronę mi wskazaną. Póki jeszcze było dnia trochę, szło jako tako, ale wkrótce nadeszła noc ciemna a z nią i wicher w same oczy. Wtenczas mój Postylion zaczął powoli i z cicha, a potém coraz prędzéj i coraz głośniéj jęczyć i zapewne wzywać wszystkich świętych przez dzwoniące zęby. Prawdę mówiąc nasze obie szkapy, wyniesione niespodzianie i bez najmniejszéj kiedybądź oświadczonéj z ich strony pretensyi, na wierzchowców, trzęsły bez litości, jak gdyby chciały nas przekonać o niedorzeczności postępku naszego. Nie jeden z naszych Jenerałów był takim improwizowanym wierzchowcem, — trząsł kaducznie, nareszcie potknął się i upadł. Nie tu wszakże koniec cierpień mojego towarzysza kuryerowskiéj pogoni. Zaczęły go wkrótce straszyć coraz częstsze: Qui Vive! — których w szumie wiatru nie zawsze odrazu można było dosłyszeć. Wiedział on zapewne czém pachnie koniec pistoletu straży obozowéj, bo usłyszawszy parę razy że odpowiedziałem: France!krzyczał potém ciągle: Franz! Franz! czy się kto pytał, czy nie pytał. Nazajutrz wracaliśmy już powoli i w najlepszéj komitywie. Ledwie jednak nie płakał poprawiając się na Schimlu z boczka na boczek, że taka plaga w analach saskich poczt nie zapisana, na niego nieszczęsnego paść musiała.
Czasem udało się odbyć dobę służby na miejscu, ale czasem wróciwszy z missyi wcześnie, trzeba było i raz drugi ruszyć w drogę. I lubo przysłowie mówi: bis repetita placet, my nie byliśmy tego zdania, dlatego wracając zwłaszcza w nocy a mając ustne jakieś zlecenie, choćby najmniejszéj wagi, staraliśmy się mówić z samym Księciem. Obudzony podniósł głowę kolorowym fularem obwiązaną, wysłuchał, potém zwykł mówić: C’est bien, — allez Vouz reposer. Ten rozkaz, oznajmiwszy Pułkownikowi służbowemu, wypełniało się zawsze z największym pośpiechem i wzorową akuratnością.
Z miasta Troyes, które nie wiem czy po polsku można nazwać Troją, byłem wysłany do Jenerała France. Zastałem go na probostwie. Gdy oddałem expedycyą i powiedziałem co miałem powiedzieć, napiłem się wina i siadłem przy kominku. Wtenczas proboszcz staruszek odezwał się do mnie: Aćian Dobrodzi jesteś Polak? — Gdyby to nie z księdza, byłbym myślał, ze djabeł z niego przemówił. Z dalszéj rozmowy po polsku dowiedziałem się, że jako emigrant, kilka lat przepędził, nie pamiętam w czyim domu, w Poznańskiém. Spytałem go się czy na takiéj ustroni nie lęka się rabunku kozaków? Z uśmiechem odpowiedział mi: Nie boję się kozaków, ja się z nimi rozmówię. — Francuz zawsze Francuzem, — że umiał kilka słów po polsku, zdawało mu się, że całą Słowiańszczyznę ma w kieszeni. Wkrótce byłem znowu w téj wiosce — z probostwa tylko dwa kominy stały. Nie wiem dlaczego kozaków wystawiają jako uosobistnienie rabunku. Bardzo mylnie mojém zdaniem. Kozak bierze tylko to, co mu się zdać może. Francuzi więcéj jeszcze niszczą niż biorą lub brać lubią. W domach tłuką co mogą. W stodołach ogień zakładają. Gdzie łan zboża wjeżdżają w środek, — więcéj wytłuką niż spasą, niepamiętni, że może za parę godzin ich własne wojsko furażu tam szukać będzie. — Prusak znieważa osoby, jak tylko może to bezkarnie uczynić, — zemsta w nim góruje. Prusacy są ludzie, o których mówią: qu’ils crachent sur le cadavre. Byłem w niewoli u Rossyan i to w chwili gdy do zemsty nie mało mieli powodów. Moskwa spalona, część kraju w puszczę zamieniona, — a wyjąwszy pierwszego zetknięcia się, na złe, ubliżające obchodzenie żalić się nie mogę. Słowianie pastwić się nie umią, nie znają nieprzyjaciela jak tylko z bronią w ręku. Kozacy, zwłaszcza starsi, obdarłszy pierwéj, to się rozumié, i przeciągnąwszy raz nahajem, byli potém dla jeńców z tém poszanowaniem, jakiego nieszczęście głośno się domaga a którego Niemcy zupełnie nie rozumią. Kozak uderzył i dwa razy nahajem, jeżeli zdobycz nie odpowiedziała jego nadziei. — Co ty za oficer kiedy nie masz zegarka! — Ale bili bez litości, jeżeli przy wziętym w niewolę znaleźli co z cerkiewnych rzeczy.
W kilkanaście dni po mojéj rozmowie z Proboszczem, znowu w Troyes, kiedyśmy aż z pod Bar sur Ornain forsownym marszem zwracali się ku Paryżowi, wszedłem do salonu służbowego zrobiwszy jednym ciągiem mil dwanaście. Ledwie rozciągnąłem się i to, proszę wierzyć, nie na materacu, Pułkownik zawołał: Premier Officier à marcher! — a nim był Pan Fredro. Zerwał się więc Pan Fredro, wszedł do drugiego pokoju i stanął przed Księciem. Książe trzymając list w ręku, spojrzał na mnie i odezwał się jeszcze więcéj przez nos niż kiedykolwiek: Comment, Vous n’avez pas encore le ruban rogue? — Non Monseigneur. — C’est la seconde campagne que je fais à l’Etat Major de Votre Altesse etc. etc... Eh bien je Vous la donne aprésent, rzekł i zaczął dawać mi objaśnienia, gdzie, jak i do kogo mam jechać. — Uradowany nie miałem przytomności zapytać się, czy mogę krzyż nosić, albo do kogo mam się udać, — późniéj nie śmiałem się naprzykrzać aż dopiero dany krzyż w Troyes, otrzymałem w Fontainebleau. Jeszcze w pułku a powtórnie w Moguncyi po bitwie pod Hanau byłem do tego krzyża podany. O! źle wychodzi, kto się nie przypomina i nie upomina.
W głównéj kwaterze były zawsze dwa stoły, — stół des grands officiers, to jest sztabu i dworu cesarskiego i stół księcia de Neufchatel. Do tego ci z nas siadali, którzy byli na służbie, szef sztabu, adjutanci, sekretarze i przybyli oficerowie w interesie do sztabu. Sam Książe jadał zawsze z Cesarzem. Nie wszyscy i Marszałkowie siadali do stołu ze swoim sztabem, ale ich adjutanci robili honory i przyjmowali nas zawsze uprzejmie i gościnnie. Nie jedną dobrą chwilę mogę wspomnieć na tych mimowolnych odwiedzinach i nieproszonych obiadach. Przed samém rozpoczęciem kampanii jadę z Châlons do Brienne, — zimno, gruda, noc nastaje, klnę na czém świat stoi po polsku i po francusku a nawet podobno i po węgiersku, nareszcie przybywam i wręczam expedycyą Marszałkowi Mortier. Stół długi, dobrze oświecony, zupa już rozdana, sam czas. Marszałek przeczytawszy siada do stołu; na jego zapraszające skinienie ruszyliśmy się wszyscy, każdy chwycił za najbliższe krzesło i w mgnieniu oka stół został jakby opasany wieńcem epolet, achselbandów, faworytów i wąsów. Milczenie spadło na towarzystwo, przerywała je tylko łyżka co jak wiosło gondoliera na weneckich lagunach, głaskała z lekkiém pluśnięciem kurzącą się zupę. Gdzieniegdzie zaszumiało studzące dmuchanie, — albo i mniéj przyzwoite głośne wciąganie pożywnego płynu. Złe na świecie zdaje się być potrzebném, ażeby wartość dobra zrobić człowiekowi wydatniejszą. Cóż byłby ten talerz cienkiego rosołu nalanego na bułkę grubo pokrajaną, gdyby nie wiatr co mnie ziębił dzień cały, gdyby nie gruda co mi wszystkie zasoby wytrzęsła. Bądź co bądź ta czy owa przyczyna, — zupa zniknęła jak zniknęła poprzedzająca para. Nalano szklanki, postawiono Les boudins et le Gigot de mouton aux haricots (potrawy sine qua non) i rozmowa wzmagać się zaczęła. Marszałek był w dobrym humorze, kazał dać szampana. Korek puknął z powszechném zadowoleniem obecnych. Dowcip się roił, śmiech nie ustawał. Ja nawet zapomniałem, że wózek pocztowy czeka przed domem, że na nim resztę nocy będę mój obiad trawił, mój los roztrząsał, mój sen wojował.
Nie wiele czasu upłynęło od téj uczty w Brienne a inni tam znowu znaleźli się goście i inaczéj byli częstowani. Potentaty eskomptowali weksle, które po odtrąceniu namiętności i miłości własnéj nie wiele podobno korzyści światu przyniosły. Mógłbym wam moi Państwo obszernie opowiedzieć bitwę pod Brienne, ale sumiennie wolę was odesłać do dzieła Pana Thiers, — lepiéj bez wątpienia na tém wyjdziecie. Muszę bowiem przy téj sposobności ostrzedz, że jeżeli jaki oficer subaltern zdaje sprawę z ogólnego ruchu jakiéj batalii, jako naoczny świadek i sędzia, ten kłamie niezawodnie; — bo albo powiada to co późniéj z rapportów wyczytał, albo téż powtarza to co mu się udało w górze zasłyszeć. Oficer subaltern liniowy może tylko widzieć co się dzieje przed nim i na jego często bardzo ciasnym horyzoncie. Oficer nawet sztabowy, który z rozkazami przebiega pole boju w różnym kierunku, nie znając pierwotnéj pozycyi i szyku, o szczegółowych tylko zdarzeniach może otrzymać własne naoczne przekonanie. Niech mi wolno jeszcze będzie wspomnieć, że nie jeden z szanownych agronomów słuchając o batalii, wystawia ją sobie najczęściéj ściśniętą jakby na dziedzińcu, albo na pastwisku za sadem. Zdaje mu się, że zawsze być musi jakiś punkt z którego całą bitwę przejrzeć można, dlaczegóżby i Onufry stojąc na takim punkcie nie miał powiedzieć co się działo. Ale jeżeli uwierzy, że linija bojowa czasem i na milę i więcéj się rozciąga, wtenczas już wątpić nie będzie, że ten kłamie co opisuje bataliją podług tego co niby sam widział i sam doświadczył.
Słuchacie mnie a ja pletę trzy po trzy, zwyczajnie jak stary, ale jednak nie będę wam dzisiaj powtarzał co wczoraj wyczytałem. Nie chcę także wyliczać wam wszystkie moje utarczki, ataki i odwroty, — cięcia w prawo i w lewo, na koniu i pod koniem, muszę jednak wspomnieć dziwne jakby przeznaczenie, że z czterech razy, w których, ile sobie przypomnieć mogę, śmierć najbliżéj w oczy mi zajrzała, rozumie się od kuli armatniéj, bo karabinowych któż spamięta co brzęczą, gwiżdżą, szumią jak chrząszcze na wiosnę, że z czterech razy mówię wszystkie miały miejsce nie dalej jak pięćdziesiąt kroków od Napoleona, — a jednak w kampaniach 812, 813 i 814 na kulach, granatach, kartaczach nie zbywało wcale. Pierwszy raz było to 16go pod Lipskiem. Pędzącemu od Marszałka Marmonta, Jenerał Bertrand, jak wspomniałem, dał mi ustne zlecenie. Zastaję Cesarza chodzącego z w tył założonemi rękoma; opodal za nim stał batalion młodéj gwardyi, trochę daléj na prawo służbowe szwadrony. Zbliżyłem się do niego i powiedziałem że mam rozkaz donieść mu, że czoło kolumny czwartego korpusu wchodzi do Lipska. — Czwartego? — więcéj powtórzył niż zapytał. — Oui Sire, du quatrième corps. Chciałbym był przeciągnąć rozmowę, ale nie było podobieństwa, tém więcéj że Najjaśniejszy Pan raczył odwrócić się odemnie. Wracałem więc do konia, którego puściłem za frontem wspomnionego batalionu, ale zaledwie obszedłem lewe skrzydło, kula armatnia kładzie trupem dwóch żołnierzy tak jak stali za sobą w drugim i trzecim szeregu padli na wznak. Jeden krok daléj a byłbym trzecim. Następnego dnia staliśmy w miejscu. 18go byłem znowu na służbie. Posłano mnie uwiadomić Króla Neapolitańskiego, że brygada młodéj gwardyi wzmocniła Księcia Poniatowskiego. No, już to wyznać muszę szczerze, że kto w czasie boju szukał Murata, temu zimno być nie mogło. Ten człowiek lazł w ogień i szukał guza con amore. Przejechałem po za front artyleryi konnéj gwardyi i jeszcze jakiéjś drugiéj bateryi; z pół godziny stałem przy Królu, kul tam więc różnego rodzaju nie brakło a jednak dopiero minąwszy Cesarza stojącego koło wiatraku i zwracając konia ku memu bratu Sewerynowi, który komenderował służbowemi szwadronami, mało co nie beknąłem. Kula armatnia obrzuciła mnie błotem. Od tego wiatraku do bateryi gwardyi, od któréj dopiero co byłem wrócił, był pewnie dobry wystrzał armatni; jakąż więc ogromną przestrzeń, ledwie do uwierzenia, kula ta przelecieć musiała, aby ze trzydzieści kroków za Napoleonem, Pana Fredrę tylko co nie sprzątnąć. Wyraźnie nie służyło mi sąsiedztwo Wielkiego Człowieka.
22go we Frejburgu, gdzie, mówiąc nawiasem, wsadziliśmy z Milbergiem na konia rannego jenerała Klickiego i z ciężką biedą przeprowadzili przez ciżbą zatarasowany most, co nieraz potém z wdzięcznością wspominał — we Frejburgu więc przeszedłszy Unstrutt, Cesarz zatrzymał się na małéj polance, co od lasu ciągnęła się pochyło na prawo aż w dół do rzeki, zatrzymał się i przez perspektywę obserwował nieprzyjaciela, który nas z boku kanonował, z boku, z prawéj strony dyrekcyi naszego marszu. Nie byłem bardzo spokojny postrzegłszy, że mój brat Seweryn ruszył ze swoim szwadronem służbowym za linią bojową. Góra poprzecinana winnicami, obsadzona na szczycie artyleryą, niżéj piechotą, nie obiecywała zwycięstwa kawaleryi. Mówiono wtenczas, że był wysłany dla dostania języka i w saméj rzeczy po kilkogodzinnéj pukaninie przywiódł kilku jeńców. Zdaje się, że Cesarz był poznany, bo kule zaczęły gęsto padać koło niego, a kiedy zwrócił konia na lewo i jechał powoli, my stojący pod lasem uczyniliśmy to samo. Między drożyną po pod las a polem, była spadzistość niby wysoka miedza; pod tę więc miedzę w pół mego konia pada granat i zaraz pęka. Wiadomo każdemu, że granat padłszy, zakręciwszy się mniéj więcéj podskakuje i pryska promieniami w górę. Dlatego Artylerzyści kładą się jak padnie blisko, dlatego im kto wyżéj stoi, tém gorzéj. W pozycyi więc mojéj ówczesnéj nie dziesięć, ale sto przeciw jednemu, powinienem był ja, albo mój koń zginąć. A jednak, ani jedno, ani drugie. O! los Panie to figlarz, nie można nigdy na niego rachować. Kilka chwil minęło nim uwierzyłem, że jestem nie mówię żywy, ale cały. To był raz trzeci, a nareszcie czwarty, kiedy pod Hanau straciłem moją klacz bułaną. Cesarz wtedy był się zwrócił i jechał ku mnie, a minął mnie nim mantelzak odpiąłem. Wyraźnie, wyraźnie sąsiedztwo Napoleona nie służyło mi wcale.
Kiedy po skończonych wojnach wróciłem w domowe zacisze, wielu, wielu razami uderzone serce, serce zakrawione, zbolałe nie dozwalało pamięci rozpowiadać zdarzeń z onego czasu, w którym morze nadziei a sławy kropelka czyniły życie istotném życiem duszy, — czyniły nas ogniwem, aczkolwiek drobniejszém niż myśl sobie wystawić może, ale jednak ogniwem łańcucha, który wzruszał zardzewiałe zapory świata. Nieraz w rodzinném kole stokrotne zapytania zbywałem krótką odpowiedzią. Chciałem jakby zamknąć już zapisaną pierwszą księgę mojéj przeszłości, a zwracać tylko całą uwagę na tę drugą, co mi jeszcze białemi błyszczała stronnicami. Przeciwnie zupełnie się dzieje po wielu upłynionych latach. Białych stronnic nie dużo, a zapisane ciągną ku sobie. W podróży życia bywa jak i w każdéj innéj podróży. Póki idzie się raźno, ochoczo, póty rzuca się okiem tylko przed siebie. Każdy przedmiot jest celem nowéj dążności, zaledwie się go dojdzie, szuka się drugiego i tak daléj, daléj... Naprzód hasłem wędrowca. Ale kiedy siły osłabną, kiedy wyszedłszy na wzgórek odetchnąć trzeba... otrzeć znojone czoło, wtedy zwraca się oko na przestrzeń, którą już się przebyło. Odległość przed nami, mierzymy podług téj co za nami. A owe cieniste gaje, wonne łąki, srebrzyste potoki, których nie uważaliśmy w naszym biegu, jakże są piękne jak lube w pamięci naszéj wtenczas, kiedy droga coraz ostrzejsza, wiatr coraz chłodniejszy, niebo coraz ciemniejsze. Teraz zasiadłszy przy kominku chętnie gwarzę o Cesarzu Napoleonie. Młode pokolenie słucha jak o Stefanie Batorym albo Janie Sobieskim, bo przeszłość, któréj pamięć nie sięga wąskie ma przedziały, stulecia ledwie czasem komat dzieli. Alles zerschmitzt in grosse Massen. Słuchają mnie młodzi, a ja gawędzę i pierwéj drugich niż siebie utrudzę. Nieraz kiedy wracam z polowania, a dojmujące zimno jesienne i dym ścielący się z kartoflanéj naci, biwak przypomni, — zdaje mi się, że mam jeszcze pałasz przy boku, depeszę w zanadrzu. Mimowoli wyciągam szyję i śledzę okiem, czy droga wolna. Wtenczas władza wspomnienia samą nawet dolegliwość nietylko znośną, ale i przyjemną robi. Może w części i dlatego, że myślę sobie: Jeszcze to zdołam, com zdołał przed laty trzydziestu. Najmilsze jednak budzi wspomnienie obiad późny, myśliwski. Wszystko jak dawniéj, tylko że zamiast Marszałka siedzi żona, zamiast Oficerów sąsiedzi. Gwar jak tam, tak i tu, ale jeżeli mowa o strzałach, to z dubeltówki, jeżeli o zabitych to o lisach i zającach. A co najlepsze, że na koniec zamiast wózka pocztowego, czeka dobre łóżko, łóżko, którego wartość uczyłem się oceniać i za wcześnie i za długo.
Nie wszystko jednak w przeszłości da się wspomnieć z przyjemnością a nawet i obojętnie. Bolesném jest wspomnienie nieszczęścia, nie tego co nas jak rozburzona fala porywa, skręca i o skałę uderza (myśl przebytego niebezpieczeństwa staje się poniekąd pociechą), ale nieszczęścia, co jak stojąca, zatęchła, zielona woda kałuży, podtapia powoli. A takiém nieszczęściem jest niewola, — to nagłe strącenie z wyższego stanowiska, — to zerwanie nadziei, to upokorzenie, — to nareszcie położenie nowe, nieznane, nieprzeczute. Nie pierwsze to chwile niewoli wojennéj, aczkolwiek najniebezpieczniejsze bywają najprzykrzejszemi. Jeżeli w pojedyńczéj walce zostałem pokonany, zwyciężca staje się moim opiekunem. Jeżeli w szeregu z innymi byłem przemocną siłą ujęty, jestem zawsze samym sobą — jestem wojskiem, któremu tylko broni nie staje, nareszcie mam z żołnierzem do czynienia, a to wiele znaczy. Ale kiedy zapędzony gdzie w głąb obcego kraju, oddany dowolności lada urzędnictwa, zmuszony jestem przyjmować kawałek chleba rzucony jak jałmużnę nawet od tych, ktoremi gardzę — albo jeżeli w długim przeciągu czasu starła się wszelka powierzchowna cecha wojskowości, a dziwaczny jaki tandetny strój zbiedzoną okryje postać. O! wtenczas jeniec wojenny staje się niewolnikiem. Tego doświadczyłem w Wilnie[1], tego niejeden z wojska polskiego doświadczył 1831 r. w Galicyi, tego niestety doświadcza jeszcze po największéj części emigracya nasza we Francyi.
Jeżelim wyszedł z wilgotnego pomieszkania gdzie przez całą noc szczury skakały mi po głowie, — jeżelim wstał od stołu, gdzie się pożywiłem ze wstrętem prawie — jeżeli mam na sobie jaką starą kapotę, nie w mój stan skrojoną i buty, które zwyciężca nie uznał za godne zająć miejsce w snopku swoich wawrzynów — jeżeli więc w takich okolicznościach wejdę w progi domu, gdzie może niedawno w świetnym mundurze, w odblasku zwycięzkiéj broni, ufny w niejakie zalety, co mnie nad poziom społeczeństwa nieco wznosiły, gościłem, — już tam teraz tém nie jestem czém byłem. I ten co mnie tam przyjmuje, mój równy w każdym względzie, nie jest już dla mnie tém, czém był. Wstaje z krzesła, w którego miękkich ramionach czytał romans nowy i po krótkiéj gonitwie za szarlotem, co przy kominku wygrzany, rozgniewał się na figurę, która przyniosła z sobą trochę zimnego powietrza, bo przyszła piechotą, w mróz, bez płaszcza. I po krótkiéj mówię gonitwie, wita mnie serdecznie, sadza na sofie, któréj poduszki zagięły się więcéj niż zwykle pod dotknięciem exotycznéj kapoty. Sam podaje cygaro, sam nawet zapala, ale on już nie jest dla mnie tém, czém był dawniéj. Jego dobre, najlepsze chęci przybierają niejako vernix opiekuńczéj wyższości. W jego zdaniu jest jakaś oględność, w żartach wstrzemięźliwość, w grzeczności zbytek. Ja to czuję i coraz więcéj cofam się w siebie jak ślimak w swoją skorupę za pierwszém dotknięciem. Rozmowa między nami idzie na szczudłach. Obydwom nam ciasno, bo jakaś, że się tak wyrażę, obcość zaległa największą część przestworza. Nakoniec uściskawszy się po przyjacielsku, rozstajemy się i wolniéj oddychamy, on w gabinecie, ja na schodach. Odzież, wydatna cześć powierzchowności, pociąga gwałtem do stosowniejszego sobie świata, jeżeli w dół, to w dole, w obcym żywiole władze umysłowe drętwieją powoli. Doświadczyłem tego na małą skalę, ale zdaje mi się, że nędza, a do tego w niewoli, jest rdzą zjadliwą, która najczystszą stal koniec końców zeżreć musi.
Los jeńców wojennych za Niemnem w 1812 r. był wyjątkowym. Niewola nie była internowaniem rozbrojonych, ale była nędzą głodu, zimna i choroby posuniętą, szczególnie w Wilnie do najokropniejszéj ostateczności. Tam odegrała się ostatnia scena długiego i bezprzykładnego dramatu.
Zacząwszy od Mało-Jarosławia aż do Berezyny odwrót nasz był odwrotem wojska, otoczonego wprawdzie zbytnią massą pociągów, rannych i trainarów, ale ta niesforna massa acz zatrzymywana, spierająca się, nawet tratująca się w każdém ciaśniejszém przejściu, miała jednak przed sobą długą, wolną przestrzeń, którą upływała powoli. Ale Berezyna wszystko to skoncentrowała co się na cztery, sześć a może i więcéj mil szczegółowo rozciągało. Od Berezyny ku Wilnu coraz bardziéj szeregi szczuplały, a liczba bezbronnych, samopas idących wzrastała. Na kilka mil długa ciągnęła się czarna wstęga po śnieżnéj przestrzeni. Nie było może tyle spierania się na mostach, jak z tamtéj strony Smoleńska, bo ubyło wiele artyleryi, wozów i wózków, ale za to widziałeś kilkadziesiąt tysięcy ludzi nie chcących, nie mogących już innego pojmować wroga, jak głód i zimno. Zimno wzrastające do dwudziestu stopni nie tylko wytrącało z ręki karabin, ale uderzało już przedśmiertném uderzeniem. Nietylko bowiem trzeba było cały dzień maszerować w mundurze okrytym surdutem bez podszewki, ale trzeba było gdzieś i spocząć, zdrzymać się choćby na chwilkę. Biada tym, co zawiele zaufali zaświeconemu ognisku. Ogień często gasł, a z nim i życie. Okropnie tam było okropnie moi Państwo! Widziałem padających pod koła, a nikt nie pomyślał, aby koła zatrzymać, — łamiących lody, tłukących się w otwartych toniach, a nikt ręki nie podał. Widziałem konie gryzące z bólu skamieniałą ziemię, którym jakiś Szylok nowy wykroił z uda parę funtów mięsa, — skąpił jednego uderzenia nożem i to właśnie wtenczas, kiedy dobrodziejstwem było. Widziałem jak uporczywie broniono przystępu do ognia, nie temu, co wpół zmarznięty chciał ogrzać się na chwilkę... to się rozumie samo przez się... ogień tam był życiem... życiem nikt się nie dzieli, ale broniono żebrzącemu odrobinę płomienia, któryby swoją słomą przeniósł do własnego barłogu. Niejeden na oświeconym tylko śniegu wlepił oczy w ciepło, do którego nie śmiał się zbliżyć, a poranek zastał go bryłą lodu. Widziałem rannych rzuconych na drogę, bo zdrowszy, silniejszy zapragnął jego szkapy i powózki. Widziałem jeńców strzelanych, jeżeli który osłabł i daléj iść nie mógł. Widziałem budynki podpalone ze złości i zawiści, że inni w nich pierwéj znaleźli przytułek. Widziałem... tak widziałem siebie, kiedy kolega, niby przyjaciel przedał futro ze mnie, które mi był pożyczył, bo ich dwa zdobył w Moskwie. I ja głupi myślałem, że cudze oddać trzeba, nie napiętnowałem go przynajmniéj hańbą, zmuszając, aby mnie własną obnażył ręką. I teraz nie rzucę jego nazwiska wzgardzie poczciwych ludzi. Nie był zły. Nie wiedział co czyni. Umarł — niech mu Bóg przebaczy jak ja mu przebaczam — jak przebaczam z duszy serca i innym, co mnie odstąpili w ciężkiéj potrzebie.
Gdyby ta ogromna massa ludu, bo nie powiem wojska, nie była w swojéj drodze trafiła na rozległe miasto, byłaby przynajmniéj w połowie przeszła Niemen, a z téj połowy byłaby może odżyła połowa. Ale wszedłszy do Wilna każdy cisnął się w ogrzane izby, zgłodniały napychał żołądek, a co gorzéj zanadto trunkiem się zasilał. Ci ludzie z rozmarznięciem swojém, że się tak wyrażę, stracili resztę sił swoich. Co się działo w Wilnie w pierwszych kilku tygodniach po 10ym Grudnia 1812go roku, łatwiéj powiedzieć niż uwierzyć, a i powiedzieć trudno. Jeńcy spędzeni po największéj części do pustych gmachów, marzli dziesiątkami. Mówią, ale ja tego nie widziałem, że przy każdém rozdawaniu żywności, to jest rzucaniu w ciżbę trochę sucharów, kilku zduszonych zawsze bywało — trupy wyrzucano przez okna, czasem jeszcze nie doduszone. Szczególnie w jednym klasztorze okrucieństwo miało być bez granic. Ku wiośnie stos trupów sięgał pierwszego piętra. Żydzi wyszczególniali się srogością właściwą tylko tchórzom i podłym, wyrzucali chorych na ulicę, albo ich zabijali bez wielkiego zachodu, jeżeli spodziewali się jakiéj zdobyczy w pieniądzach lub w jakim kosztowniejszym mundurze. Wpół martwe, poczerniałe mumie snuły się po ulicach od domu do domu — obdarzono czasem kawałkiem chleba, ale najczęściéj wytrącono bez litości... bo téż prawdę mówiąc, każdy swego mieszkania bronić musiał — ale niejeden z żebrzących za gwałtownie pchnięty padał i konał u progu. Do tego wkrótce tyfus zaczął wielką śmiertelność szerzyć i pomiędzy mieszkańcami — palono gnoje po ulicach — a z dymem zdawało się każdemu, że połyka cząstki zarazy. Nie było kupy śniegu, lub stosu śmieci, żeby z niéj nie sterczały nogi lub ręce — umundurowane — nikt już i nie obdzierał. Po wąskich ulicach (zaułkami w Wilnie zwanych), przez całą zimę można było widzieć po kilku trupów o ścianę opartych, którym szyderstwo nie szczędziło różnych dodatków. Ten miał wiecheć, niby bukiet, ten w ręku drąg, niby karabin, a tamten w zębach przełamany patyk, niby fajkę. Stali jak na targach w zimie stoi zamarzła zwierzyna. Na wiosnę dopiero zbierano i wywożono trupy drabiniastemi wozami. Mówiono, co mi się zdaje przesadzoném, że w saméj Gubernii Wileńskiéj pochowano czterdzieści tysięcy.
La vengence est un morceau de Roi, mówią Francuzi. Trzeba przyznać, że spory jéj kawał miała Rossyja w 1812 r. Ale go téż drogo okupiła. Dziwna rzecz, że po skończonych wojnach więcéj było chełpliwości i przechwałek i tryumfatorskiéj fumy w niemieckiém niż w rossyjskiém wojsku. Austrya zerwała przymierze, — dobrze, wydała wojnę — dobrze. Ale inne państwa niemieckie podle, skrytobójczo zdradzały. Zdrada stała się ich siłą i zaletą. Sasy nietylko że odstępują śród boju, ale i zwracają broń na ufnych w rycerskie słowo wczorajszych swoich towarzyszy. Bawarya ledwie jeszcze nie podléj. Pod Lipskiem szło jeszcze o pokonanie wroga, w bliskości Renu już on był wpół pokonany. Zastąpienie więc drogi pod Hanau można nazwać: Le coup de pied de l’âne. Szczęściem, że w zapędzie padło bydlę, padło splugawione, a po nim przeszło wojsko wierne sztandarom, których bronić przysięgło.
Spodziewacie się może, że Wam teraz powiem coś o sobie — ale nie, to przechodzi moje siły. Węzeł splątany z tysiąca nitek cierpienia i boleści rośnie, rośnie przedemną, jak widmo maligny, ile razy chcę wątek uchwycić — każde szarpnięcie boli aż w sercu. I na cóż zresztą tych wspomnień? Strumyk zamęcony przy źródle, płynie mętny aż do ujścia w inny strumień, w inne życie.
Wspomnieć tylko muszę, że dużo dobrych ludzi znalazłem w Wilnie. Wspomnienia moje składam jak wianki na ich grobach — grobach, bo o wiele byli starsi odemnie. Wspomnę ich w porządku chronologicznym moich z nimi stosunków.
Właściciel traktierni S..... (ledwie czasem pierwszą literę nazwisk zapamiętam) ofiarował mi stół bezpłatnie. Nie nadużywałem, Bóg widzi, nieograniczonego kredytu do jego kuchni. Gorżki chleb łaski.
Doktor M.... dźwignął mnie z ciężkiéj choroby. Mówił, że lekarstwa nic nie kosztują, bo doktorom aptekarze darmo je dają. Tak kłamać wolno. Szczęściem, że z takiego kłamstwa serce umie wybrać zdrowe ziarnko.
Prezes Łapa zbierał składki i ubrał wszystkich Polaków będących w niewoli w Wilnie.
Jędrzéj Szumlański, który jechał za armią rossyjską, podobno jako urzędnik administracyi, przysłał potém po mnie powóz aż z Czarnokoniec z Tarnopolskiego Obwodu. Nie mogę przypomnieć sobie, dlaczego nie korzystałem wtenczas z podanéj i łatwéj sposobności ujścia z niewoli.
Głowiński czy Gołowiński, dymissyonowany Jenerał rossyjski, był długi czas opiekunem moim. Umieścił mnie w lazarecie Sióstr Miłosierdzia przy ulicy Sawicz. A te Siostry poczciwe! Antoninę i Elżbietę dobrze pamiętam, dziś bym jeszcze poznał, gdyby można cofnąć się w czas ubiegły. Bóg z Wami anioły cichego poświęcenia się cierpiącéj ludzkości.
Michał Minejko, który mnie pokochał miłością ojcowską. Ileż dowodów troskliwéj przyjaźni nie otrzymałem od niego. On skłonił mnie do ucieczki i wyprawił mnie z Wincentym Makomackim, kapitanem 6go pułku piechoty, do swojéj majętności nad Niemnem. Dał mi na drogę zegarek srebrny. Ceniłem go jak relikwiją, ale służący w Bautzen zatrącił. Miał Minejko wówczas dziesięcioletniego syna. Może kiedyś do niego dojdzie mój głos wdzięczności. Do ojca pisałem późniéj, dowiadywałem się o niego, ale nigdy żadnéj nie otrzymałem wiadomości.
W mojéj zaś ucieczce z niewoli na Augustów, Sielce, Puławy, Tarnogród do Galicyi, wśród zamieci, nowych cierpień i niebezpieczeństw, świeci mi tylko jedna gwiazdka. Godny, poczciwy, gościnny Szambelan Kujawski, obywatel pod Augustowem. Ach, Polak téż to był z duszą i ciałem — polskim był i jego dom, jakich już teraz rzadko widzieć. Dom, o których Pol tak cudnie powiada, że się zdawały rozszerzać w miarę przybywających gości. Cały tydzień tam wypoczywałem, tam rozstałem się z Makomackim, któremu jako rannemu odstąpiłem miejsca w powozie czy za powozem, bo przybrał tytuł kucharza Pułkownika B.... jadącego do Warszawy, gdzie i szczęśliwie zajechał. Ja zaś puściłem się już sam w dalszą podróż... Dajmy temu pokój... Ósmego lipca przebyłem granicę — kląkłem, ucałowałem ziemię, na któréj poczułem się wolnym. Wolnym!... to jest oswobodzonym z więzów niewoli. Wędrując w sukmanie granatowéj i słomianym kapeluszu, spotkałem w Przemyślu Ignacego Konarskiego, przyjaciela z lat dziecinnych... Ale kogo wspomnę, już nie żyje... Ot, chodźmy spać — Dobra noc.
Byliśmy podobno wczoraj w Montereau. W Montereau więc, a raczéj na dziedzińcu pałacu Surville, uwiązawszy konia, wszedłem, sam nie wiem po co, przez jakąś bramę do jakiegoś parku czyli sadu, gdzie zgromadzono jeńców, po największéj części Austryjaków. Od czasu jak doświadczyłem co to niewola, został w mojém sercu udział dla tych, których późniéj zdarzyło mi się spotkać w podobném położeniu. Pieniędzy nie miewałem, aby niemi wesprzeć, ale kawał chleba, łyk z flaszki, a czasem tylko i dobre słowo, którego wartość ten tylko cenić może, co je kiedyś otrzymał, niosłem zawsze tym, których los zdradził. Egoizm Francuzów nie dozwala im czynnego udziału. Żaden nigdy nie znieważy jeńca, ale gotów dać mu umrzeć z głodu. Polacy jedni posuwają dawną szlachetność rycerską ledwie nie do zbytku. W ostatniém naszém powstaniu narodowém, pamiętano nieraz kosztem własnego wojska o zwyciężonym nieprzyjacielu. Dla Polaka zwyciężony i bezbronny jest świętą, nietykalną osobą. Zaledwie pierwszy zapał ostygnie, dzieli się żywnością, odzieżą, pieniędzmi, wypiłby z nim „kochajmy się“, byle było czém. Pod Vitry, ułany polskie z komendy Tomickiego, dawniéj mego Szefa szwadronu w 11ym pułku, zabrali cały podjazd pruski. W mgnieniu oka złożyliśmy kilkadziesiąt franków. Oficer przyjął je z większém zadziwieniem niż wdzięcznością. Prusak na taką czynność nie ma pojęcia. Ja sam, nie chwaląc się, dałem w Berg-au-bac majorowi rossyjskich huzarów Gagarin (którego nie wiem dlaczego Fain wspomina), moję czarną, jedwabną szlafmicę — wprawdzie nieco podszarzaną, ale on nie miał co włożyć na głowę. Dałem wspaniale, lubo moja garderoba i ruchomości nie zalecały się wielkiemi zasobami, lubo długo potém w nieustannych kursach musiałem mój kapelusz na bakier nasuwać na to ucho, w które wicher gorliwiéj szeptał.
Kiedy wchodziłem do pałacu w Surville, spotkałem na schodach nowo przybyłego Adjutanta Księcia Kapitana Bauffremont, w którym poznałem owego porucznika huzarów, co gdzieś między Freibergiem a Altenbergiem, na rozkaz Jenerała Belliard Szefa Sztabu Króla Neapolitańskiego, dał mi białą szkapę z pod trębacza, bo przybyłem pieszo z pilną depeszą. Dlaczego pieszo? Bo konia nie miałem — rzecz jasna. Zastałem tam Suchorzewskiego, który mnie uwiadomił o klęsce i wzięciu Vandamma pod Kulmem.
Biały koń trębacki zakrawał na kulawego. Gdyby nie jego wiek sędziwy, myślałbym był że figle, kiedy nie potknąwszy się wywrócił się podemną jak długi. Nie zeskoczyłem ja wprawdzie, nawet koń już stał, a ja jeszcze w dół głową wisiałem. Ostrogą krzywą zaczepiłem jakby haczykiem za rzemień mantelzaka. Szczęściem, że Tezeusz nie wezwał Neptuna i Neptun nie podgonił, bo byłbym niezawodnie zginął jak Hipolit, lubo równie niewinny jak i on. Przy Królu Neapolitańskim trzeba było mieć dobrego konia, bo kiedy kolumna jazdy jak potok sunęła się drogą, on przenosił się czwałem z pagórka na pagórek. Obserwował, pozował chętnie, a czasem i nacierał na czele swojéj świty na nieprzyjacielskie forpoczty. Nie mogłem w tych okolicznościach jak tylko być jednym z ostatnich. W tém, głos podany z ust do ust aż do mnie dochodzi: „Le Roi demande l’ Officier du Prince de Neufchatel“. — Spiąłem konia ostrogą — wyraźnie był kulawy — i zbliżyłem się do Króla. Spytał mi się, czy Marszałek Marmont jest w N. N. — Nie wiem, odpowiedziałem, bo nie byłem w N. N. — Odpowiedź arcylogiczna, logiczniejsza jak tego żyda, który zapytany dlaczego białego psa nazwał Krukiem, odrzekł: „Bo jego ojciec był kasztan“. — Na silną moją odpowiedź, Król odezwał się: A!... A! i nic więcéj, nic ani słowa. Cóż u diabła za przeznaczenie, że z żadnym Monarchą pogadanki zawiązać nie mogłem. Ale tym razem dobrze się stało, bo byłbym niezawodnie jakie głupstwo powiedział. Jest albowiem rzeczą dowiedzioną, że nikt z kulawego konia nic mądrego powiedzieć, tak jak złém piórem nic dobrego napisać nie może. Nie mniéj bolał mnie jednak ten brak szczęścia do Królów, a nawet do Królewien, tak do Królewien, a przynajmniéj do jednéj, Królewnéj Saskiéj. Było to w onym czasie, kiedy ktoś w transparencie napisał: „O Sasie, w dobrym czasie, drugi raz walisz, przez Kalisz“. W onym czasie, kiedy Król Saski, jako Wielki Książe Warszawski jechał z Krakowa do Warszawy. Diabli wiedzą na co był Księciem Warszawskim i po co jechał z Krakowa do Warszawy, ale tak było. Jazda nasza wzdłuż drogi plutonami rozstawiona, eskortowała królewskie powozy. Na mnie padł ten zaszczyt w Lublinie. Pułkownik jechał przy karecie Króla, ja przy Królewnéj. Król i Królowa zwykli byli rozmawiać z eskortującymi oficerami. Oborski powiadał, że galopując ciągle zażywał tabaki z papierka w nadziei, że Król to spostrzeże i że daruje mu tabakierkę, a tabakierka królewska zawsze złota. Ledwie za miastem Królewna wychyla się... ja się nachylam, a w tém bałwan kurzu uderza między nas. Królewna cofnęła się, podniosła taflę, a ja przygotowane na języku „Oui Madame“, wypaliłem w powietrze. Ale aczkolwiek rozmowa moja z Królewną w ciaśniejszéj granicy została, niż z Królem Neapolitańskim, jednak w czapce ułańskiéj, na dzielnym kasztanie, któregom był przepłacił memu Kapitanowi Szulimirskiemu, lepszą miałem minę niż na trębackim koniu, w stósowanym kapeluszu. Co prawda, to prawda.
Powiedziałem, że pod Altenburgiem przybyłem pieszo z depeszą dlatego, że konia nie miałem, argument silny. Ale dlaczego nie miałem konia, to potrzebuje objaśnienia. Wyjechałem z Drezna na własnym koniu, przyjechałem pocztowym w nocy do Frejberga. W Frejbergu na poczcie nie mogli mi dać tylko wóz chłopski parą ciężkiemi końmi. Nad ranem jeden ustał. Wsiadłem na drugiego i tym razem bez wszelkiego przyrządu. Mogłem służyć za model do jakiego posągu. Posąg zawsze oklep siedzi. Różnica tylko byłaby taka, że rycerz brązowy zawsze w płaszczu i bez spodni, a ja bez płaszcza, ale w spodniach, Bogu dzięki. Ale i drugi koń zaczął folgować tak dalece, że chwyciłem heroiczne przedsięwzięcie kontynuować per pedes Apostolorum moje poselstwo do Najjaśniejszego Pana.
Oficer sztabowy, le Juif errant de l’Armée, musiał strzedz się nietylko nieprzyjaciela, ale, zwłaszcza w saskiéj kampanii i Alliantów niemieckich, którzy ulegając swojemu Heimweh, porzucali nasze szeregi i wędrując lasami, zabijali kogo mogli, nie z patryotyzmu, ale der Reisegelder wegen.
Jednakże małe to jeszcze były przykrości, to jest przykrości samotnych wędrówek w porównaniu nieustających utarczek na każdém noclegu po wsiach. Z marodeurami ciągła walka. Ale kiedy już przyszło do starcia się na piękne, pałaszem tylko albo drągiem można było działać. Francuza dobitnym razem trzeba zbić z terminu. Wtenczas dopiero powié „Tiens!“ i ustąpi z placu, — rozumie się w niesłusznéj napaści. Ale i linija, nawet gwardya napadała jak szarańcza domy, przed któremi warty nie było. Z bronią w ręku trzeba było bronić swego schronienia wtenczas, kiedy czas było spocząć. Inaczéj wyjęli drzwi, okna, gotowi palące się polana wyciągnąć z pod kociołka, a snopek słomy z pod ciebie. Cały dom gotowi byli rozebrać, gdyby to tyle pracy nie kosztowało.
Pierwszy marsz z Drezna do Seerhausen; przychodzimy późno — deszcz leje. Na Rejtana koléj odbierać furaż — ale dystrybucyi niema. Jazda Gwardyi przybyła wraz z nami. Trzeba szturmem zdobywać. Każda sterta najeżona ludźmi, zdaje się ogromném rozbitém mrowiskiem. Snopy bieleją się w środku, jak mrówcze jaja sprzątane przez strwożone matki. Ten ciągnie, ten wyrywa tamtemu, ten pada pod ciężarem, a tamten go unosi. Ruch, ścisk, cały kopiec żyje. Do tego dołącz żołnierską wrzawę, ludzką kłótnię, krople deszczowe, kurz zbożowy, a obraz będzie dokładny. Nareszcie Rejtan przybywa; niosą za nim siano i słomę, ale je prawdziwie wywalczył, bo nazajutrz rąbie się z francuskim oficerem.
My tymczasem umieściliśmy się dobrze nad wszelkie spodziewanie. Spoczywaliśmy pod sklepieniem mirtów, granatów i pomarańcz. Śnieżny kwiat padał na kulbaki. Woń godna Bogów walczyła zwycięsko z różnorodnym zapachem biwaku. Byliśmy w obszernéj oranżeryi. Ale niedługa rozkosz, a sen jeszcze krótszy. Piesza Gwardya nadeszła. Wyjmują okna, niema co mówić, my mamy dach, słusznie aby oni mieli okna. Ale od łyczka do rzemyczka. Wyjąwszy okna, ciągną ze środka jaką mogą tarcicę, jaki mogą kawał drzewa. Jeszcze nic. Ale nareszcie zaczynają zbijać obręcze z wazonów, wazony brać na opał. Padają Oleandry, Aloesy, Kaktusy i Agapantusy. Bierz je licho — nigdy nie byłem miłośnikiem botaniki, a tém mniéj wtenczas, ale można jakim wykorzenionym Kwektusem albo Cyprysem w łeb dostać. Ziemia się sypie, rusztowania trzeszczą. Koniec końców trzeba było zrejterować się w jeden kąt i tego jeszcze do białego dnia bronić od zupełnego zniszczenia.
Podobne lecz śmieszne dla nas mieliśmy zdarzenie w Perthe, dużéj wsi między Vitry a St. Dizier. W nocy otwierają się drzwi z trzaskiem, hałasem. Jeden z kolegów, co zawsze odosobniać się lubił i nad wygodami przemyśliwał, wpada do naszéj izby. Spodnie pod pachą, buty w jednym, pałasz w drugim reku. Cóż się stało? Co się dzieje? Kozaki czy ogień? — Wcale nie. Nasz kolega wybrał sobie kwaterę na piecu piekarskim, które to piece w Francyi opodal od domu przykryte bywają płaskim daszkiem, jak u nas piwnice. Zasnął smacznie, a w tém... trzask! prask! gąty się łamią, krokiew pęka i piechór na kark mu spada. Excusez! Dach rozbierają. Ledwie wyszedł cały, a my musieliśmy pospieszyć, aby resztę rzeczy wyratować z téj zburzonéj Troi.
W téj wsi Perthe usłyszałem miejscową anegdotkę, którą pozwolę sobie Państwu powtórzyć. Żył tam przed laty Pleban, który tylko wierszami mówił. Razu jednego między nim a Biskupem taka nastąpiła rozmowa:
— Vous êtes le Curé de Perthe?
— Certes.
— Le fameux rimeur?
— Oui Monseigneur.
— Descendez de cheval.
— Vous dites mal.
— Comment?
— C’est une jument.
...I mruga! piękna to piosneczka, nie długa.
Przykre bywały te utarczki z rzeszą obozową dla oficerów sztabowych, którzy zmęczeni zawsze jak psy gończe, co dzień cały po trzcinach starego lisa goniły, potrzebowali tak dla siebie, jak i dla koni kilka godzin odpoczynku — odpoczynku, którego każdy inny w jakim takim, ale niekontestowanym biwaku mniéj więcéj używał. Biwakować zaś także trudno nam było. Jeżeli to czasem się trafiło, leżeliśmy na kwiecistym kobiercu ziemi pod gwieździstym namiotem Nieba. Bo nie było komu spiąć jaką taką barakę, przynieść drzewa, słomy, wody. W pułku jedni drugim pomagają, jedni zostają przy koniach, drudzy przy kociołku, a inni idą na łówkę. Ale oficer sztabowy ze swoim służącym nie rozbierze dachu, ani téż wyjmować będzie okien z oranżeryi. Na to trzeba stowarzyszenia nie przez akcye, ale przez pięści. Sama epoleta za słabą w tym razie. Nie mniéj przykremi bywały te noclegi, gdzie Gwardya dostawała rozkaz de se loger militairement, to jest jak kto może. Kilku nas ze swojemi i tych kolegów, którzy się na missyi znajdowali, służącemi i końmi, zajmujemy jaki domek. W parę godzin kłapanie tysiąca trzewików oznajmia, że piechota przybywa. Wkrótce potwierdza to mniemanie dwukrotne uderzenie kolbą w drzwi — podpiera kto może — rozmowa przez deski — czasem uda się odwrócić ten pierwszy napad — ale niezadługo nastaje drugi, trzeci, a im późniejszy, tém upartszy, bo to ogon kolumny, ten nie ma wyboru, ani czasu do stracenia. Drzwi trzeszczą, kapitulować trzeba. — Wielu was? — Trzech. — Dobrze, trzech przyjmiemy. — Otwierasz, wchodzi sześciu. Pardon Messieurs! mais que voulez-vous... Il faut bien... etc. etc... Dobrze, dobrze, tylko cicho — wy tam, a my tu. Ale zaledwie utasowano się jako tako, nowy szturm. — Briquet! Est-tu par là? — Ah! C’est toi Colicaut! — Allons sacrrr!!.. Vous-allez faire entrer toute une compagnie!.. Dutout!... dutout... un seul, pas plus, notre camarade... Voyons! — I wchodzi jeden, za nim wciska się znowu jeden i niby niepuszczany przez tego co drzwi uchylił, jeszcze jeden. — Fermez, donc sacrrr!... — Oui Messieurs. Ale już obrócić się trudno. Otóż to nocleg sztabowych oficerów. — Raz wróciwszy z missyi, strudzony, zziębnięty, oddaję konia, wchodzę do wskazanéj mi izdebki i rzucam się na łóżko bez wszelkiéj przemowy. Zasnąłem twardo jak panna po balu, albo wikary po stypie. Nad ranem, jeszcze ciemno było, wstaję — potykam się na czémsiś... chwytam się czegoś drugiego.. upadam na coś trzeciego... Słowa zagrzmiały, słowa się krzyżują, słowa których niema ani w Dykcyonarzu, ani w Encyklopedyi i których powtórzyć nie mogę. Cóż się to stało w mojéj samotnéj izdebce podczas mego snu? Oto Grenadyery Gwardyi zaległy ją pokotem. Dziwna rzecz, że żaden nie położył się na mnie. Ale Francuzi tak grzeczni!
W owych szturmach, obronach, walkach o trochę słomy albo kawałek poddasza kto był Ajaxem? Kto Hektorem? Mój Onufry. To przyznać trzeba. O! jak pięknym był, kiedy zwabieni hałasem na podwórze, ujrzeliśmy go nad leżącym pod wozem Garde d’honneurem, z ogromnym drągiem w ręku. Stał jak ów, słynnego dłuta Kanowy, Tezeusz nad Minotaurem. Garde d’honneur krzyczał i nieufny zapewne w siłę pałasza, parował obu nogami grożące mu razy. Wiązka siana obok walczących świadczyła, o co poszło. Krzyknąłem — drąg się spuścił — Garde d’honneur wstał — zdjął czako z ziemi mrucząc: Est-it mal-appris, celui là! I obcierał sobie mundur... nie na piersiach zwalany.
Pułk huzarów w zielonych dołmanach z białemi sznurami i w pąsowych rajtuzach, nazwany Gardes d’honneur, był to punkt świeżo uformowany po największéj części z dzieci paryzkich. Bili się z honorem i męstwem, tak jak się Francuzi bić zwykli, ale niemało bawili starszych żołnierzy swoją powierzchownością równie jak i swojém zachowaniem w różnych obozowych okolicznościach. Jeden z francuskich Jenerałów powiedział: Niema się co dziwić, że Polacy są dobrymi lancierami, bo Polak jeszcze dzieckiem, już z lancą w ręku bydło pasie. Lubo Francuzi zawsze wszystko najlepiéj wiedzą, — teraz nawet w Algeryi Arabów uczą po Arabsku — ja prawdy twierdzeniu szanownego Jenerała przyznać nie mogę. Powiem jednak, że nam Słowianom łatwiéj niż Francuzom złożyć dobrą jazdę, lancierów czy nie lancierów, a zwłaszcza złożyć na prędce. U nas chłopak wzrasta między końmi — dosiada szkapy, pędzi po pastwisku, przepływa rzeki, wtenczas kiedy jeszcze po płocie wydrapał się na nią, kiedy między nim a jéj grzbietem płótna nawet niema. Nie będzie on zapewne od razu zgrabnym kawalerzystą, ale z koniem poradzi sobie zawsze, a do koczowania nawykł od dzieciństwa. Każdy nowy kawalerzysta wzbudza śmiech starego żołniera, a cóż dopiero Francuz prosto od Comptoira kawiarni, albo od perukarskiego warsztatu na francuskiego konia wsadzony. Proszę mu się przypatrzeć. Najprzód jego punkt dotknięcia z kulbaką jest w ciągłej z nią niezgodzie... zdaje się, że jakaś odpychająca siła zmusza je do oddzielnéj grawitacyi. Jego łokcie odparte od ciała jak skrzydła młodego gołąbka, co chciałby a boi się pierwszy lot z gniazda przedsięwziąść. Jego głowa w tył zadarta, a pierś nachylona jak u naszego popa, kiedy o prezentę prosi — brzuch wypięty, jak u spanoszonego karczmarza. W jego ruchach, od pięty aż do czubka paryzkiego, zgniecionego teraz rycerskiém przykryciem, jest coś nerwowego, coś ostrokątnego, co go czyni podobnym do Telegrafu, nie elektrycznego, ale tego, co za naszych czasów z wieży do wieży łamańce wyprawiał. Bądź przytém pewny, że oba strzemiączka, a przynajmniéj jedno urwane — rajtuzy w górę skurczone odkrywają cholewę niepoczernioną, albo część płóciennego ubioru, który nigdy słońca widzieć nie powinien. Ostroga młodego rycerza na dół zgięta nadwerężyła obcas; to na pierwszych schodach, z których zstępował jako obrońca ojczyzny, stać się musiało niezawodnie. Czako przestronne ociera uszy, albo za ciasne natęża podpinkę, która koniec końców urwana igrać będzie z wiatrem wzdłuż policzków. Cugle długo trzymane zdają się być lejcami cztérech koni w ręku stangreta rozpartego na koźle. Nareszcie zawsze coś niepotrzebnego, rzemyk, tasiemka, sznurek wygląda, zkąd mu wyglądać nie wolno. Ileż to razy jaki stary wiarus rozkuł w nocy konia Garded’honneurowi potrzebując podkowy. Ileż to razy wiozącemu furaż wymknęły się źle związane snopki, a nim konia zatrzymał, nim zlazł z niego, już snopków nie było. Jeżeli zaś nauczony w tym względzie doświadczeniem wziął cugle w zęby, a wiązki pod pachę, wtenczas tracił łatwo równowagę i zsuwał się z kulbaki, a nim się z siana wydobył, koń już kawał uszedł. Ileż razy nie śmieliśmy się patrząc na biednego Paryżanina, jak nie mogąc dać sobie rady w trudnéj sztuce przypięcia mantelzaka, siadał twarzą do ogona i tak szamotał się z krnąbrnym rzemieniem i zuchwałą sprzączką. Notabene w okularach na nosie często, a z kroplą u nosa zawsze. Ta kropla, aczkolwiek mniéj ważna niż owa, o któréj Alba wspomniał Don Karlosowi (z wielkiém zgorszeniem ultra-klassyków), godna jednak wspomnienia. Zdaje się nie podpadać wątpliwości, że nosy francuskie drażliwsze od nosów innych narodów, bo zacząwszy, nie od Cesarza, u którego nie zdarzyło mi się nigdy ujrzeć owéj perełki, ale zacząwszy od mojego Szefa Jeneralnego Majora Księcia Neufchatelskiego aż do porucznika Pascalis, którego (par parenthèse) nazywaliśmy Tèté de veau bouillie, wszyscy Francuzi, gdy chłodny wietrzyk przeciągał, mieli kropelkę u nosa; niebytność téjże była cechą niemylną obcego Gallom szczepu.
Czasem trafiało się, że w miasteczku, gdzie stanęła główna kwatera a z nią Gwardya, miejsca dla wszystkich nie było, natenczas część sztabu zostawała umieszczoną w bliskiéj jakiéj włości. Mocnemi marszami dążymy ku zagrożonemu Paryżowi. Ostatniego Marca przybywamy do Pont-sur-Yonne. Kwatera nasza o ćwierć mili na prawo w dużéj wsi zwanéj (czego do śmierci nie zapomnę) Michery. Poprawiliśmy się na kulbakach i daléj panie koniu, daléj! do stajni jeszcze kawał drogi. To co w zmroku wieczornym widać jak czarną plamę, jest Michery. Daléj naprzód! Już się zciemniło, ba, ciemno było, jak to mówią „oko wykol“ albo vulgo „w pysk daj“ kiedyśmy dojechali światełka, co z okienka krajnéj chaty od dawna mrugało na nas uprzejmie. Ile razy zdarzyło mi się przejeżdżać po przed porządną chatę, gdzie ogień w kominie jarzący muskał zarazem światłem białe ściany i niski strop, z którego święcone wianki zdają się wieńczyć zgromadzoną rodziną, zawsze doznawałem jakiegoś błogiego uczucia. Zdawało mi się, że szczęście widzę. Myślałem sobie: Jak im tam dobrze, jak spokojnie, jak mało trzeba! Nigdy pałac oświetlony nie wzbudzał we mnie zazdrości, — chatka z dobrém ogrodzeniem, ze swoim nieodzownym Kruczkiem albo Biłkiem, zawsze prawie. Raz nawet, na kilkodniowém polowaniu w lasach Lubartowskich, nocując w domku leśniczego tak byłem zachwycony widokiem rodzinnego, cichego, skromnego życia, że zachwiało się we mnie młodzieńcze przedsięwzięcie wojowania aż do śmierci. Takiego, rzekłem, chcę ustronia... prawda, że wtenczas kochałem się po raz pierwszy... nie, po raz drugi. Prawda, że późniéj poznałem, że nie wszystko grzeje, co się świeci, a jednak wrażenie z wiosny mego życia rozciąga swoją bladą łunę i na jesień, co już nie jednym żółtym rzuciła mi listkiem. Dwa małe okienka, ale czyste i proste, z pod grubéj strzechy świecące w noc daleką, przemawiają jeszcze do serca mojego.
Nie tak przyjemne wspomnienie o chatkach i światełkach zachował zapewne jeden z moich kolegów. Jechaliśmy przy sobie na czele kompanii przez jakąś nędzną wioskę; było to jeszcze w czasie pokoju, ale w noc diable czarną. Wiatr dął i ryczał, niby gniewał się jak demagog, że nie może wszystkiego obalić, co nad poziom wyższe. Fajka w takich chwilach niby rozwesela, niby rozgrzewa. Mój kolega (Boże mi odpuść, nie pamiętam jak się zowie, czyli jak się zwał) chciał ognia, ale w bliskich rotach nikt nie miał. W chatach ciemno. Nakoniec w ostatniéj, opodal od drogi migało światełko, słabe, blade, więcéj podobne do promyka księżyca niż do płomienia kagańca albo łuczywa. Tam zatém konia skręcił. Pięć minut zaledwie uszło — słyszę cwał — kolega mnie dopędza, przegania — biały płaszcz wzdęty wichrem, wznosi się, plącze, układa różne kształty — raz jeździec zdaje się bez głowy, raz w olbrzyma rośnie, raz zdaje się trzymać w objęciu wiarołomną Leonorę, hop! hop! hop! Puszczam konia za nim. — Hola! hej! stój! gdzie pędzisz? — Wstrzymał się nareszcie, spojrzał na mnie, odetchnął i zawołał: Mnie się zdaje, żem zwaryował. — Nie spodziewam się, odpowiedziałem, ale w świecie wszystko jest podobne. — Nie żartuj, rzekł daléj, bo mnie w saméj rzeczy kręci się w głowie. Zrównał swego konia z moim i ujechawszy kawałek, krzyknął: I fajkę palę! To wykrzyknięcie przeraziło mnie cokolwiek, bo zacząłem myśleć, że jego rozum w istocie koziołka wywrócił. Spojrzałem na niego z ukosa, ale prócz dymu puszczonego wielkim kłębem, nic więcéj nie dojrzałem. — I fajkę palę, powtórzył jakby do siebie, a potém zwracając się ku mnie, rzekł zaśmiawszy się niby: To jest rzecz dziwna. Wstydzę się trochę, ale powiem. Kiedy zwróciłem konia ku chatce, musiałem go spinać ostrogami, bo szedł trwożnie i z oporem. Zniecierpliwiony, zsiadłem z niego i znalazłszy jakiś kół, ostatni zapewne w wyłamanym płocie, zarzuciłem nań cugle i wszedłem do chaty. W sieni ciemno. Macam po ścianie, nareszcie natrafiam na sznurek u drzwi, ciągnę, otwieram i w pierwszym kroku znajduję się przy twarzy, tuż przy twarzy... umarłego. Leżał białém płótném przykryty — jedna świeczka przy nim świeciła. Jakaś okropność mnie chwyciła — jakiś mróz przejął — martwym wydałem się sam sobie. A w tém... coś się ruszyło — wszystko i nic... Nic, bo tam prócz umarłego nikogo nie było — wszystko, bo nigdzie jednego stałego punktu oko moje znaleźć nie mogło. Nawet ściany nagie przebiegało coś, co ni cień, ni światło. Co się ze mną daléj stało nie pamiętam. Musiałem fajkę zapalić, bo palę... i dmuchnął aż cały nabój tysiącami iskier wyleciał w górę i spadł potém na grzywę. Jak wyszedłem, nie wiem... jak się znalazłem na kulbace, nie wiem, — jak tu przyjechałem, nie wiem. Twój głos mnie obudził. Powiedz mi, czy nie zwaryowałem, bo jużci trupa się nie boję. — I znowu zaczął opowiadać od początku do końca, a gdyśmy się spać pokładli, jeszcze raz powtórzył: To światełko ciągle świeci mi w oczach. Śmieję się sam z siebie, ale światełko świeci przecie.
Kiedy byłem poetą, a byłem nim niegdyś, bo pamiętam jeszcze gwiazdy, co mi wtenczas świeciły, głosy co mi śpiewały, mgły co swoją wonną gazą łączyły niebo z ziemią, w których pomroku oko gubiło się tak chętnie. Tak jest, pamiętam, byłem poetą, wtenczas więc, kiedy myśl obfita przelewać się zdawała, jak woda przez krawędzie przepełnionéj czary, obstawiałem się zwykle krzesłami, ażebym chcąc wstać od stolika trącił się o nie i był zmuszony usiąść znowu nad papierem przed kałamarzem. Inaczéj zrywałem się jak osą ucięty, chodziłem wzdłuż i wszerz pokoju, prędko, coraz prędzéj... a myśl ze mną, przedemną, prędko, coraz prędzéj, aż nakoniec zadychany usiąść musiałem, aż nareszcie myśl zapędzona gdzieś w manowce, jary, szczyty, nie wiedziała jak trafić do swojego gniazda i czarną łzą zawisła na ostrzu pióra. Otóż tak należałoby postąpić przy opowiadaniu mojém. Należałoby otoczyć mnie jakową poręczą, bo mam brzydki nałóg, a co gorzéj, wątpię abym się kiedy poprawił, zbaczać nieustannie z mojéj ścieżki za lada bławatkiem co gdzie zaświeci. Wjeżdżałem do Michery i jużci skoczyłem trzy lata w bok, sześć lat w tył, jak zając kiedy na ponowie zrzuca przed psami. Nieraz psy rączo goniąc... „Ale Michery! Michery!“... Prawda, Michery. Wjeżdżamy więc w uliczkę wąską, jedziemy nią dość długo, potém wyjeżdżamy na plac, potém znowu wjeżdżamy w uliczkę, a przejechawszy tak wzdłuż całą wieś, którą u nas nazwanoby dobrém miasteczkiem, skręcamy na prawo i stajemy u bramy przeznaczonéj nam kwatery. Był to domek niewielki, murowany, okna kratami opatrzone, drzwi były wąskie i jedne tylko, właśnie prosto bramy i furtki, które także były jedynym otworem w murze wysokim, otaczającym pomieszkanie i stajnię razem, co o kilkadziesiąt kroków na lewém skrzydle formowała z domem kąt prosty. Z tego krótkiego opisu łatwo pojąć, że kto był panem furtki (brama bowiem była zamknięta) był oraz i panem placu. Nietylko mógł wzbronić wyjścia z dziedzińca, ale nawet i z domu, przecinał przytém komunikacyą ze stajnią. Ci zaś co byli w domie, stajni lub na dziedzińcu mieli wysokim murem cały świat zasłonięty.
Zsiedliśmy z koni. W dużéj izbie prosto z dworu przywitał nas dobry ogień na kominie, nad ogniem wisiał kociołek, a na stole stał już dzbanek pełny. Wieczór przeszedł wesoło, nareszcie masztalerze poszli do stajni, a my rozłożyliśmy się w alkierzu. Nie wiem dlaczego téj nocy byliśmy mniéj ostrożni niż kiedykolwiek. Rozebraliśmy się zupełnie i położyli się spać z wszelką spokojnością umysłu, tak jak się kładzie w Rudkach na noclegu szlachcic z Sanockiego jadący do Lwowa na kontrakty.
Spaliśmy dłużéj niż zwykle, a obudziwszy się wstawaliśmy leniwo. Milberg ubrał się najpierwszy i zrzędził, że się nie zbieramy. Suchorzewski poszedł ze swoim koniem do kowala. Grabowski zaczął się ubierać. Rejtan jeszcze drzymał. Ja przy stoliku w oknie, z którego widziałem bramę i furtkę, przypinałem sobie torbeczkę skórzaną, którą pod mundurem na piersiach nosiłem i w którą chowałem tak własne ważniejsze papiery, jak i powierzone mi depesze. Taki był stan rzeczy, kiedy Stefan, służący Rejtana, wpada blady jak kreda, trzęsący się jak febra in persona i cichym, gasnącym prawie głosem woła: „Kozaki!... Jak Boga kocham Kozaki!“ Jakkolwiek cicho i niekoniecznie wyraźnie wymówił te słowa, głośno wszakże zagrzmiały w uszach naszych. Obudził się kto drzymał, zerwał się kto leżał, kto stał podskoczył. Nie trzeba było pytać gdzie? jak? co? Bo rzuciwszy okiem w okno, ujrzeliśmy u furtki z tamtéj strony muru część zielonego płaszcza, połowę białéj juki, łeb koński, a nad nim kozacką brodę. Niebawem okazała się i druga. Kozak wszedł na dziedziniec; czy to pierwszy czy dziesiąty nie wiemy. Co się dzieje w stajni trudno zgadnąć. Bierzemy odzież, chwytamy za broń, ale przy moim boku szpada, pałasz u Onufrego, pistolety, jeżeli który nabity, spoczywają w olstrach, olstra przy siodłach, siodła w stajni. Kiedy w naszym alkierzu alarm, w stajni tymczasem ludzie nasi spokojnie jedni konie chędożą, drudzy kulbaczą, pomimo że kozak we drzwiach, ten którego widzieliśmy wstępującego na dziedziniec.
Zdaje się, że św. Balbina patronka dnia tego, opiekuje się głupiemi, bo trudno wierzyć, aby tyle głupstwa ile wówczas w Michery mogło skoncetrować się w jeden punkt i w jedną godzinę. Kozak widzi w stajni ze dwadzieścia koni — nie dostrzega popłochu — przemawia kilka słów i cofa się za furtkę. Kozacy pamiętni zawsze przysłowia: Quis scit co za górą wyje, — kto wie co w domu? co za domem? Między murami kulka z bliska uderza, — lepiéj postępować powoli a bezpiecznie. Oni przynajmniéj rezonowali... ale my!... Proszę tylko słuchać.
Za kozakiem na próg furtki wstępuje Milberg. Jeszcze widzę jego mundur, epolety, krzyże odsłonięte, szpadę w pochwie, kapelusz na głowie, fajkę w ręku. Staje przed kozakiem i mówi do nich z ruska po polsku. „Co wy tu robicie? Tu dużo Francuzów.“ A na to kozak trzymając pistolet w jednym ręku, uchyla drugą ręką kaszkiecik i z wszelką uprzejmością odpowiada: „My Hrancuzów ne boim sia.“ Postrzegłem tą scenę z okna. To uszanowanie kozaka odkrywa mi nagle, co się dzieje za murem. Niema ich wiele. ...Boją się nas... pomyślałem, a po łyśnięciu téj myśli uderza piorun czynu. Chwytam jakiś pałasz leżący na stole jeszcze pendentem obwinięty i wypadam z domu krzycząc: Hurra! — Hurra powtórzyli nasi z wszystkich kątów... Kozaki w nogi. Grabowski wpół ubrany dopadł przecie pistoletu, strzelił za niemi, kulka świsnęła, kozunie jeszcze lepiéj... tak dalece, że jeden pikę swoją upuścił. Suchorzewski także narobił hałasu. Uderzono w dzwon (le tocsin), kilku chłopów wybiegło z widłami. Kozaki zaś zebrawszy się, uformowali się za wsią o wystrzał armatni na pagórku i w nieczynnéj stali obserwacyi. Od naszéj furki widać ich było, a przez to samo i oni widzieli punkt, przez który trzeba nam było defilować wychodząc z opiekuńczych murów. Ośmielony pomyślnym skutkiem mojéj wycieczki, wpadłem w błąd, który zwykle za szczęściem krok w krok idzie. Zostałem zuchwałym, zarozumiałym, zdało mi się, że ja tu działać muszę, że tylko taktyczna zręczność wyprowadzić nas zdoła z niebezpiecznego położenia. Włożywszy zatém kapelusz à la Napoleon, to jest rogami nad uszy, rekognoskowałem nieprzyjaciela (nie mając perspektywy), gołém okiem i tak zacząłem rezonować: Jeżeli wyjedziemy z bramy w nieładzie, odsłonimy nasze słabe siły i zamiar ucieczki. Potrzeba zatém, rezonowałem daléj, zrobić demonstracyą, któraby nieprzyjaciela w błąd wprowadziła, że my jesteśmy tylko cząstką większego oddziału, rozłożonego po wsi, że nie uciekamy, ale że udajemy się spiesznie na plac zbioru, że nareszcie zebrawszy się nie myślimy ustąpić z naszego stanowiska. Aby więc dopiąć tego celu zdawało mi się być najstosowniejszym krokiem posunąć naprzód korpus obserwacyjny. Że zaś zawsze podług stawu grobla, więc i nasz korpus obserwacyjny musiał objawić się tylko pod postacią skromnéj wedety. Udzieliłem mego planu kolegom i nie czekając ich przyzwolenia, siadłem na konia, wziąłem pałasz w rękę i ruszyłem ku kozakom w zamiarze zatrzymania się i pozostania na brzegu wsi póty, póki w tyle nie uporządkują się rozstrzelone nasze siły. Ruszyłem, stanąłem... dotąd wszystko pięknie, bo w saméj rzeczy zdaje się, iż okazanie się moje na linii bojowéj zajęło uwagę kozaków i pozbawiło ich przez to potrzebnego czasu do obejścia wsi i przecięcia nam powrotu do Pont-sur-Yonne, dokąd dążność nasza nie mogła być wątpliwą i z najgłupszych najgłupszemu. Ale stanąwszy na miejscu postrzegam, że droga zaczyna być wąwozem i że wzdłuż téjże po lewéj stronie ciągnie się murek na paręset kroków. Skręcam więc konia na prawo z drogi, aby odsunąć się na plac otwartszy, bo bliskość murów, płotów, lub zarośla, zawsze kawalerzyście jest nie miłą, oraz aby osiągnąć wyższą pozycyą. Tam zacząłem toczyć koniem, jak to zwykle robi się na harcu.
Wtenczas to zapewne duch jakiegoś doświadczonego wojownika, którymi w onym czasie zapełniały się obficie wyższe sfery, zawieszony gdzieś, na jakiéj chmurze, roześmiał się z mojego przemądrego obrotu. Przez oddalenie się od drogi traciłem możność schronienia się między domy — bo jużcić o tyle ja tylko byłem tam groźny, o ile moja szarlatanerya czyniła mnie strasznym. Mogła ona łatwo stracić swój urok a wtedy jedynie ucieczka ratować mnie mogła. Ale razem, a to najgorzéj, pozbawiłem się widoku za siebie ku bramie. Bądź co bądź, mądrze czy głupio, harcowałem śmiało. Jeden tylko kozak, w którym po zielonym płaszczu poznałem Barbe-roussę od furtki, wyjeżdzał ze swojego hufca, złożonego mniéj więcéj z trzydziestu koni i strzelał do mnie... to jest chciał strzelać, ale ognia mu brakowało, kłapał ciągle. Może ów duch ze swojéj chmury, litując się nademną plunął mu na panewkę.
Nareszcie wytrzymawszy czas jakiś, ktory zdawał mi się dostatecznym, rozpocząłem odwrót. Przybywam do bramy — dziedziniec pusty jak wymiótł. Koledzy nie opuścili mnie, wiem z kim mam do czynienia, ale zapewne nie dosłyszeli, nie zrozumieli... nie mniéj przeto uczułem za niemi głęboką tęsknotę. Nadziei jednak nie tracę. Na placu, rzekłem, czekają mnie pewnie — organizują obronę. Jadę więc wolno aż do zakrętu ulicy, ztamtąd rzuciwszy okiem na hufiec nieprzyjacielski posuwam się jeszcze parę kroków... i nuż w konia!... Rejteruję się w porządku, ale spiesznie. Czoło mojéj kolumny debuszuje na plac pożądany... żywéj duszy!... A do stu diabłów!... (tu kląć wolno). To nie przelewki, ale planu mego odwrotu nie widzę potrzeby zmieniać... Marsz! marsz! pędzę cwałem... za mną się kurzy, a ja pędzę, pędzę przez wieś, przez pole... widzę grenadyera prowadzonego przez dwóch kozaków... Bywaj zdrów! o mojéj przyjaźni dobrze mów!... Ja pędzę daléj, aż nareszcie postrzegam oddział naszéj jazdy spieszący nam z miasta na pomoc. Odetchnęła moja szkapa, odetchnąłem i ja. I jakkolwiek teraz ten popłoch godniejszy śmiechu niż politowania, ja honorem ręczę, że dla mnie był arcynieprzyjemnym. Dobrze wyciągał się koń podemną, ale myśl moja jeszcze lepiéj. Przebiegła całą nędzę i cierpienie niewoli, z któréj otrząsłem się zaledwie, a potém prawdę mówiąc, być raz w niewoli jest dla człowieka wiele, nawet bardzo wiele, ale dwa razy, raz po raz, to przeszłoby miarę... to już zbytek, a moje żądania były zawsze nader skromne.
Nic nie straciliśmy w téj dziwnej przeprawie, w tém szczególném Prima-Aprilis. Ale w Pont-sur-Yonne czekało nas drugie, boleśniejsze, niszczące całą przyszłość, zabijające wszystkie nadzieje nasze. Paryż kapitulował.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Teraz pozwól szanowny Obywatelu zapytać się, czy stałeś kiedy dzień cały w polu na wietrze zimowym bez delii, lisiurki albo i płaszcza? — Nie. — Tém lepiéj dla ciebie, a gorzéj dla mnie, bo nie pojmiesz dobroczynnego uczucia, z którém w Montereau, tysiąc ośmset czternastego po narodzeniu Jezusa Chrystusa, koło szóstéj wieczór odpiąłem pałasz, zdjąłem mundur i zasiadłem gdzie potężny ogień strzelał węglem i lizał płomieniem szerokie podniebienie komina. Już patelnia zaczęła swoją służbę. Już omlet na niéj kozła wywracał, tak jest, kozła — i w tém cała sztuka — a ta sztuka właśnie była niedościgniętém dla mnie zadaniem. Kiedy omlet zajmujący całe dno patelni przysmarzy się już dostatecznie z jednéj strony, trzeba go w górę podrzucić i gdy robi saltum mortale podłożyć zręcznie patelnię, aby drugim bokiem upadł na skwierczące masło. Ileż to ja omletów nie popsułem! Ileż za to gorzkich nie nasłuchałem się wyrzutów! Mój omlet niezgrabnie zawsze podrzucony, albo spadał na ogień i konał w płomieniach, jak wdowa Malabaru, albo w pół schwycony zwijał się w haniebną trąbkę. Dlatego pomimo wszelkich z mojéj strony reklamacyi (bo człowiek najgorliwiéj chce to robić, co najmniéj umié), zostałem unaminiter od patelni odsądzony. Mściłem się krytykując — bo krytykować łatwo, a mścić się przyjemnie — bo zemsta niezdolności bliska krewniaczka.
Podjadłszy nieco i napiwszy się jakiegoś kwaśnocierpkiego czerwieniaka, rozciągnąłem się na słomie i smacznie zasnąłem. Jak długo spałem, nie wiem. Pukanie w okno budzi mnie pierwszego. — Qui Vive? — Guide. — Zjedzże diabła! — Podniosły się głowy z pod płaszczów jak kacze łepki na jeziorku, kiedy bliski szmer zasłyszą. Biorę złowieszczą kartkę, trącam nogą przygasłą kłodę, a dobywszy z niéj trochę blasku, schylam się, by odczytać nazwiska powołanych na służbę. Jedno z pierwszych, Capitaine Fredro. — C’est bien, rzekłem do Guida po francusku, a po polsku dodałem: Niech cię piorun trzaśnie! — Trzaśnie czy nie trzaśnie i zapewne nie trzaśnie, bo to Luty, ale zbierać się trzeba. Nigdy zając albo jarząbek na czwartkowym obiedzie u Króla Poniatowskiego nie był tak młodą słoniną naszpikowany, jak był diabłami mój monolog téj nocy. Zakończyłem go wykrzyknikiem: Wolałbym być Kundlem, Brysiem albo Kurtą przy młynie albo karczmie gdzie na Podolu, jak oficerem sztabowym. Miałbym albo mniéj trudu, albo więcéj zasługi.
Przychodzę do salonu służbowego, melduję się Adjutantowi Komendantowi, przewracam nie tracąc czasu krzesło, tak aby poręcz mogła mi służyć za poduszkę... i obróciwszy się parę razy w kółko jak pies co sobie legowisko wytłacza w barłogu, kładę się jak długi. — Streckt die Glieder, und legt sich nieder. Ale wkrótce drzwi się otwierają: Premier Officier à marcher!Me voilà. — Wchodzę do gabinetu. Stół długi na środku — na jednym końcu rozłożona mapa, przy drugim sekretarz Dupuis pisze, Salomon pieczętuje listy. Książę Jego Mość rozłożywszy poły, grzeje się przy kominku, a zobaczywszy mnie, powiada przez nos, jak gdyby mu go trzy par babskich okularów ściskało: Ah! c’est Vous! Ale gdybym był go się zapytał kto jest ten Vous, byłby odpowiedział niezawodnie: Siukoroski — co miało znaczyć Suchorzewski. Nauczył się tego trudnego nazwiska, a raz zrobiwszy ce tour de force, chrzcił niém potém wszystkich polskich oficerów będących przy jego sztabie.
Książe przystąpił do stołu i pokazując palcem na mapie rzekł do mnie: Tu jesteśmy: Montereau — tu jest Moret — a tu Fontainebleau. Weźmiesz Waćpan trzy expedycye. Jednę oddasz Jenerałowi A*** w Moret, drugą Jenerałowi C*** w Fontainebleau, trzecią tamże Mairowi alias Burmistrzowi. Ale ponieważ lewy brzeg Sekwany między Montereau a Moret jest jeszcze zajęty przez nieprzyjaciela, zatém popłyniesz Waćpan czółnem aż poniżéj Moret. Tam doszedłszy Jenerał A*** ułatwi Waćpanu sposób dostania się daléj. Ten Jegomość będzie Waćpanu przewodniczył. — Rzuciłem okiem w stronę wskazaną i zobaczyłem człowieka wysokiego, grubego, w którym po jego siwym ubiorze łatwo mielnika poznałem. Skłonił on się nisko, nie wiem czy indexowi książęcemu, czy mojemu badawczemu wejrzeniu. — Rozumiesz Waćpan, mówił daléj Książe do mnie. — Rozumiem. — Powtórz więc co powiedziałem. — A gdy powtórzyłem. — C’est bien partez! — Niema lepszéj rękojmi że rozkaz został zrozumiany, jak powtórzenie go dosłowne przez odbierającą osobę. Książe miał ten chwalebny zwyczaj, zachowywał go święcie, zwłaszcza w czasie boju dając ustne zlecenia. Teraz w czasach kiedy pletę moje trzy po trzy, mój dojeżdżacz powtarza zawsze rozkaz zkąd ma psy puścić i którędy podkładać, a ja mu powiadam: C’est bien, partez!
Nie wyszło kwadransa już kładłem się wzdłuż czółna na skąpo rozścielonéj słomie. — Etes Vous bien mon Officier? zapytał grubulo. — Parfaitement, odpowiedziałem. — Allons! Vogue la galère. — Noc była ciemna, zefir chłodny, sparłem głowę na kułaku, pałaszem się przykryłem, a kapelusz wziąłem w rękę... kapelusz stósowany, piękny wynalazek!... szczególnie do nocy i na czółno! O czemuż ciebie nie miałem w objęciu mój ty płaszczu biały! Treny nad utratą twoją przeszlę kiedyś potomności trzynastosylabowym wierszem! Oby mogły dojść drugiego pokolenia! Mniéj żaden poeta nie żąda. Mój przewodnik usiadł w moich nogach — a dwieście pewnie funtów dobréj wagi zachwiało czółnem, ale stało się dla mnie dostatecznym parapetem przeciw frontowemu ewentualnie natarciu. Na samym zaś przodzie ukląkł majtek czyli rybak, czy jak tam nazwać indywiduum, dzierżące wiosło.

Odepchnął łódkę, puścił z biegiem wody
Rybak młody etc.

Płynęliśmy. Z mojego stanowiska a raczéj położenia, bo nie stałem, ale leżałem do góry brzuchem, mogłem do woli robić astronomiczne postrzeżenia. Patrzałem na gwiazdy. Mrugały. Nie wiem czy przez to chciały powiedzieć: Ah! c’est Vous Siukoroski! czyli téż może z utrudzenia, że zawsze muszą patrzeć, a nigdy na coś dobrego. Albo téż mrugały jak człowiek, który postrzegłszy coś niespodziewanego nie dowierza oczom swoim. Tak jest, gwiazdy moje, zawołałem w myśli, ja to jestem, przy Głównym Sztabie Wielkiéj Armii, ja, który zawsze stroniłem od Sztabów ugrzązłem w najnieznośniejszym. Przy każdym Sztabie mniéj więcéj trzeba nadskakiwać, dworować, czapką i papką ujmować, a czasem Mospanie i buty uszyć komu. Trzeba swoje zalety kłaść w każde ucho, jakie się nastręczy, duże czy małe, pod hełmem czy pod kornetem — a uszy podadzą pamięci, pamięć rozumowi i rozum uwierzy, bo powié: Vox populi, Vox Dei. Ja tego wszystkiego nigdy nie umiałem. Moje miejsce było w Linii. Los mnie czasem naprzód wypchnął, a jeden Bóg tylko wié, do ilu cierpień duszy bywało nieraz powodem to, co gmin szczęściem nazywał, czego mi nieraz zazdrościł. Ile to goryczy nie wlało w serce moje. I tak wcześnie! I tak późno!
Zostaw Panie Szlachcicu twoje czoło na domowym zapiecku, kup sobie wstępując w świat inne, miedziane, dobrze wytarte... Wierz mi, nie źle na tém wyjdziesz. Wiem, wielkie słowo, powtarzaj śmiało. Mądry ci uwierzy, bo u niego wiedza nic dziwnego. Głupi nie zaprzeczy, bo sam nic nie wié. A nim okoliczności obnażą cię z cudzych piórek, już wtenczas stać będziesz tak wysoko, że od twojéj nagości oczy tylko odwracać będą. Jedni ze wstydu że się na niéj wcześniéj nie poznali, drudzy że z niéj korzystać zechcą, a reszta że się lękać będzie Akteona losu. Możnemu na psich pyskach nigdy nie braknie.
Ale prawda przed wszystkiém moi Państwo, a prawda nie szkodząca nikomu. Nie wszystko ja co do słowa myślałem w czółnie, co teraz myślę przy stoliku. Przebaczcie mi te anachronizmy. Trudno przepiłować się na dwoje i dwie ze siebie zrobić połowy, jedną jakim się było, a drugą jakim się jest. Niema jednak wątpliwości co do treści rzeczy, że sztabowéj służby nienawidziłem, że jéj wówczas złorzeczyłem, i że mi kaducznie zimno było.
Po kiegoż diabła wlazłeś Pan do niéj?... Ach mój Mości Księże Proboszczu! Nie zawsze tam się włazi gdzie się chce, ani też nie zawsze się nie włazi tam gdzie się nie chce.
Na wiosną 1812 r. los wysunął mnie naprzód. Miałem lat ośmnaście. Zostałem Kapitanem Adjutantem Majorem w 5tym pułku strzelców konnych. Niedość więc że awansowałem, niedość że mnie zdolnym uznano pełnić obowiązki Adjutanta pułkowego, co większéj czynności i większéj znajomości służby wymagało, niż dowództwo kompanii, ale jeszcze do tego awansowałem z nowego do starego pułku. Tu potrzeba małego objaśnienia. Muszę nawet dotknąć trochę, bardzo niewiele i polityki, nie rezonując, broń Boże, albo powtarzając co mądrzy ludzie napisali, aby oświecić przyczyny wówczasowego naszego położenia.
Kiedy stanęło zawieszenie broni w Wiedniu 1809 r., Napoleon nie był zdecydowany, co robić z zawojowaną przez Wojska Polskie pod dowództwem Księcia Poniatowskiego częścią Galicyi. Nie wiele on dbał o nią, wolałbył z Niemiec szarpnąć. Austrya zaś wolałaby dać więcej z Galicyi jak z Niemiec. Napoleon długo nie objawiał swojéj woli ze względu na Rossyą, która protestowała przeciw powiększeniu Księstwa Warszawskiego, widząc w niém zamaskowaną tylko do pewnego czasu Polskę.
Dlatego podczas wojny zawieszano Orły polskie, formowano Wojsko Polskie[2]; po zawieszeniu broni zdejmowaliśmy w zawojowanym czyli raczéj odebranym przez nas kraju Orły nasze, a zawiészali francuskie.
Pozwólcie mi moi Państwo przerwać opowiadanie i wspomnieć małe dość śmieszne zdarzenie, którego byłem świadkiem. Pułkownik Adam Potocki, na czele całego swego Sztabu i pierwszej kompanii 11go Pułku (który wtenczas jeżeli się nie mylę miar numer 5ty) wyruszył, zkąd nie pamiętam, do Sokala, aby tam solennie zawiesić Orły francuskie. Zastaliśmy już przez Urzędem owalną tarczę z wymalowanym na niéj dziwotworem koloru żółtego, ceglastego. Te Orły francuskie były niemałym kłopotem dla parafialnych malarzy. W Białym Polskim Orle, aczkolwiek częstokroć objawiającym się na tarczy w postaci tucznéj gęsi, nie można było jednak, przy trochę dobréj woli, nie odgadnąć orła. Ale co do francuskich rzecz miała się inaczéj — tylko podpis mógł oświecić, co to za dziwotwór, niby kogut niby sowa. Ale mniejsza z tém. Kazano wierzyć że to Orzeł i nikt z nas pewnie nie śmiałby powątpiewać. Trzeba było, podług przyjętego zwyczaju zacząć od nabożeństwa. Wchodzimy więc do kościoła (zsiadłszy pierwéj z koni rozumie się) szeregi rozstępują się... w prawo, w lewo front!... I śliczny szpaler proporców rozciągnął się od drzwi aż do wielkiego ołtarza. Pułkownik poprawia sobie okulary i epolety uszczęśliwiony tą pierwszą paradą swojego pułku. Po długiém oczekiwaniu odezwał się nareszcie dzwon przy drzwiach zakrystyi i ksiądz wyszedł ze mszą, ale mija wielki ołtarz i do bocznéj udaje się kaplicy. Zadziwienie, oburzenie całego sztabu i całéj zbrojnéj siły a nawet i cywilnéj władzy, — ale z księdzem i to jeszcze z księdzem w ornacie trudna sprawa, — zagrzmiało więc znowu kościelne sklepienie donośną komendą. Manewrujemy i nakoniec jakie takie stosowne zajęliśmy stanowisko. Cóż za powód tego nieprzyzwoitego i zuchwałego wystąpienia Proboszcza Sokalskiego przeciw woli Napoleona Wielkiego i wojsku galicyjsko-francuskiemu? Oto ten, mały ale ważny: Proboszcz Sokalski był kiedyś na probostwie w dobrach Adama Potockiego. Tam w skutek różnych zatargów i kłótni, szwagier Pana Adama, Pan Jan Rostworowski obraził go fizycznie i to nawet podobno w pewnéj liczbie paragrafów. Ztąd wynikły proces zmusił był Roztworowskiego kraj opuścić, ale przeto nie odjął księdzu pamięci otrzymanéj zniewagi. Teraz zemścił się jak mógł, — ale czy w takiém usposobieniu duszy powinien był do ołtarza przystępować, to pytanie, na które nie ułanowi odpowiedzieć wypada. Koniec końców śmiał się długo pułk 11ty z tego niespodzianego spotkania. A teraz wracam do wojska galicyjsko-francuskiego w roku 1809.
Wojsko nowo formujące się wzięło kokardy trójkolorowe i nazwę wojska fraucusko-galicyjskiego, czyli (bo już nie pamiętam) galicyjsko-francuskiego. Zostawało wprawdzie pod dowództwem Księcia Józefa, ale nominacye na oficerów do nowych pułków, które podczas wojny zaczęto wydawać, wstrzymano. Największa część nowych oficerów nosiła epoletę tylko na mocy podania Pułkowników. Byli więc i nie byli oficerami. Dopiero po zawarciu pokoju, nie domyślając się, ani będąc w stanie wierzyć, jak nas i nasze zasługi Wielki Napoleon mało cenił, zostaliśmy znowu wojskiem polskiém, a cześć zajętej Galicyi została dołączoną do Księstwa Warszawskiego, wyjąwszy Obwodu Tarnopolskiego, który ofiarowano Rossyi, jako douceur, mało od niéj ceniony i z widoczném niezadowoleniem przyjęty. Po złączeniu zaś finalném wojska polskiego pod jedne orły i jedno dowództwo, armija dzieliła się in petto na stare i nowe pulki. Stare, które się uformowały od 1807 do 1809 i odbyły dopiero ukończoną kampanią, nowe zaś, które powstawały już po owéj krótkiéj, świetnéj kampanii 1809 r., więcéj w Galicyi do tryumfalnego marszu, niż do wojny podobnéj. Jeden zwyciężał dziesięciu. Kampanii przypominającéj owe wyprawy z czasów Ludwika XIV, gdzie panowie w dworskich plumażach pędzili pocztą na żniwo chlubnych wawrzynów. Ta różnica w armii, którą wkrótce zniszczyło kilka wystrzałów armat rossyjskich, była wówczas wielkiéj wagi. Dęli i zadzierali nosa oficerowie starych pułków, z wyjątkiem legionistów, weterany dwuletnie. Lekceważyli i nie szczędzili ucinków równym sobie w randze, a nie znającym jeszcze zapachu prochu. Żyłem z oficerami z czasów Kościuszkowskich. Zacząłem służyć 1809 r. Byłem świadkiem powstania 1830 r. i muszę wyznać, że w tych trzech epokach, z małą różnicą, formacye wojska tą samą szły drogą i tym samym podlegały błędom. Zamiast żeby istniejące już pułki rozdymały się i w sobie nowy żywioł umieszczały o ile tego możność dozwalała, nowe pułki zawiązywały się oddzielnie, ledwie po kilku oficerów dawniejszych przyjmując w swoje szeregi. Nieledwie każdy powiat w piérwszém uniesieniu podejmował się wystawić pułk a czasem i dwa — jakto w Żółkwi, jeden konny, drugi pieszy. Nie chciano wierzyć wielkości podobnego przedsięwzięcia, nikło téż niczém nie zapewnione w samym zawiązku. Byli tacy, których znaczny majątek czynił deklaracyą z ich strony wystawienia pułku do prawdy podobném. Ale dając im epolety pułkownikowskie nie żądano od nich złożenia a przynajmniéj zapewnienia potrzebnych funduszów. Dlatego nie jeden z nas pytał się potém dlaczego ten lub ów, bez żadnéj zasługi, często bez żadnéj zdatności otrzymał od razu tak wysoką rangę. Pytał się i nie mógł innéj wydobyć odpowiedzi: Bo miał bezczelność jéj żądać. — Ztądto mnożyły się owe fragmenta pułków, a każdy z kompletem oficerów, ztąd mały przybytek na linii bojowéj, ztąd czas stracony na krawieckich manipulacyach, wydatek pieniędzy na niepotrzebne ozdoby i nareszcie brak jedności... Ale potém o tém... a zwłaszcza i szczególnie o roku 1809ym, o tym ostatnim połysku gasnącéj narodowości w Galicyi. A teraz wracam do mego awansu. Zazdroszczono mi go, a jednak to mniemane szczęście stało się dla mnie źródłem niezliczonych przykrości, zahamowało mnie, a potém strąciło z murowanéj, prostéj drogi, którą sobie zamierzyłem i którą tak raźnie zrazu posunąłem się naprzód. W ówczasowéj francuskiej organizacyi wojska, Major (Gros Major) był niby drugim Pułkownikiem, naczelnikiem administracyi pułkowéj, ale pułkownicy niechętnie dopuszczali tego podziału swojéj władzy. Ztąd wieczna wojna. Dążność do samowładztwa z jednéj, opozycya z drugiéj strony. Kiedy zakłady dwunastu pułków jazdy pod dowództwem Majorów stały w Poznaniu, nazwano ten czas, Panowaniem Dwunastu Majorów. Teraz kiedy powiem, że mój brat Maxymilian był Majorem w pułku, w którym zostałem Adjutantem Majorem, więc poniekąd i Adjutantem Pułkownika, łatwo można pojąć, że byłem palcem między drzwiami. Brat mój był najlepszym, najuprzejmiejszym towarzyszem, zawsze starającym się komuś pomódz, usłużyć, ale z Pułkownikiem Kurnatowskim trudno było żyć w zgodzie. Człowiek godny, żołnierz dobry, ale despota z podwładnymi, a niechętny przełożonym. Ciężka praca zachwiała niedościgłe jeszcze moje siły młodzieńcze. Przykrości, zmartwienia, sącząc się kropla po kropli, zaćmiły nareszcie ów świeży połysk duszy, w którym świat odbija się tak pięknie a tak nietrwale. W każdym pułku jazdy było dwóch Adjutantów Majorów, jeden niby do pióra, a drugi do korda; do tego dwóch albo czasem trzech Adiutantów Podoficerów. Ja byłem sam jeden. Zaraz na początku kampanii, mój kolega Kapitan Mieroszewski był wzięty w niewolę. Adjutanta Podoficera miałem tylko jednego i to pół Niemca. Służba zaś Adjutanta Majora jest tak rozciągłą i tak rozmaitą, że trzeba się dziwić, jeżeli kto jej wydołał przez kilka miesięcy wojny. Adjutant Major komenderuje całą służbą wewnętrznego porządku i zewnętrznego bezpieczeństwa obozu, stawia placówki, wyprawia patrole, dowodzi często flankierami, rozdziela furaż i żywność, a co najnieznośniejsze, pisze codzienny appel czyli stan pułku, rapporta pietnastodniowe i miesięczne, nakoniec wszelkie expedycye. Prawdę mówiąc, niedoświadczenie podwajało mi każdą pracę, nadewszystko piśmienną. Całą noc przed dniem bitwy pod Mozajskiem (którą Francuzi zowią de la Moscowa, a Rossyanie pod Borodyno), staliśmy w przedniéj straży, cugle w ręku — równo ze dniem wstąpiliśmy do boju — słońce zachodziło kiedy cisnąc się krzakami uderzyliśmy na lewe skrzydło nieprzyjaciela — a ciemno już było, kiedy wróciwszy na plac bitwy, zsiedliśmy z koni. Zaświeciły się ognie pomiędzy ciepłymi jeszcze trupami. Spoczął każdy, ja tylko przy świeczce trzymanéj pod płaszczem kreśliłem moje rapporta. Wtenczas ślubowałem na odległą przyszłość, że wystąpiwszy ze służby przybiję na drzwiach rapport i od czasu do czasu strzelać będę do niego i że pióra nigdy w rękę nie wezmę. Nie dotrzymałem i Bóg widzi, żem na tém dobrze nie wyszedł.
Uszedłszy z niewoli przybyłem do Drezna. Nie chciałem wrócić do pułku, gdzie mnie czekało Adjutantostwo, pomimo że zastałem krzyż wojskowy Virtuti Militari dany mi przez Komissyą na wniosek Pułkownika i pomimo że mój brat już był awansował i wziął dowództwo 9go pułku Lancierów francuskich. Starałem się w innym jakim pułku umieścić, choćby jako nadliczbowy, ale Wojsko Polskie znacznie zmniejszone, miało o wiele więcéj oficerów, niż potrzeba wymagała. Zgromadzono więc oficerów zbywających w jeden oddział pod komendą Jenerała *** i Jenerała Niesiołowskiego. Nic wiem dlaczego ten oddział ochrzczono nazwą Garde d’bonneur. Staliśmy, mówiąc nawiasem, w miasteczku w okolicy Görlitz, którego mieszkańców nazywano Gelbfüssler, z powodu, jak niesie ludowe podanie, że niegdyś, dawnemi czasy, Gmina owego miasteczka uradziła dać Cesarzowi podarunek. Dać, dobrze, ale co? Wielki kłopot! Rada w radę zgodzono się na beczkę jaj. Jak przyszło do pakowania, gorliwi cesarscy stronnicy chcąc się okazać szczodrymi, nogami tłoczyli jaja w beczkę, przyczém oczywiście pożółcili sobie nogi. Dlatego nazwano ich żółtonogami (Gelbfüsslerami). Nie mniéj ciekawą jest tradycya z tychże okolic tycząca się Wojska Saskiego. W roku 1806ym, jednego dnia, na jedném polu padło sześć tysięcy... nie Sasów, ale sześć tysięcy saskich harcapów, — niby zadatek przymierza z Francuzami. Był to dzień sądny, jak mówi tradycya.
Kampania 1813 i 1814 r. nie wyczerpała tego zasobu polskich oficerów. Znaczna ich liczba udała się potém do Sedan, tam pozostała do końca wojny i dopiero po abdykacyi Cesarza Napoleona złączyła się ze szczupłém czynném Polskiem Wojskiem w St. Denis.
Wcielony 14go Sierpnia w Zittau do téj szczególnéj gwardyi, podróżującéj po największéj części wozami, bo oficerów piechoty było najwięcéj, dostałem 20go rozkaz udania się do Sztabu Księcia de Neufchatel, a 22go w Lowenberg wszedłem w czynną służbą d’ Officier Adjoint à l’Etat Major de la Grande Armée. Francuz mówi: Le mieux est souvent l’ennemi du bien. Doświadczyłem tego niestety. Unikając adjutantostwa pułkowego, wpadłem do Sztabu Głównego, jak z deszczu pod rynnę. Otóż to moi Państwo przyczyny, dla których po bitwie pod Montereau, zamiast dowództwa szwadronu, co byłbym osiągnął niezawodnie, leżałem jak długi w czółnie, lubo nigdy najmniejszéj ani chęci, ani zdatności do marynarki nie miałem.
Płynęliśmy z nurtem Sekwany, którą zwaliśmy zwykle po francusku Seine, co w błąd wprowadzało nie jednego z naszych wiarusów od Przemyśla, że to ten sam San, co niegdyś z Nielepkowic nosił polską pszenicę do polskiego Gdańska. Służący Pana K***, który źle służył, ale pisał dziennik podróży, przyjechawszy do Paryża wciągnął w swoją księgę: „Paryż duże miasto, środkiem płynie San“. Pan K*** przeczytawszy to, napisał na marginesie: „Seine, durniu, nie San“. Przepraszam za wyraz, ale historyczny, — styl zaś zwiastował już grzeczność teraźniejszych Recenzentów. Płynęliśmy więc nie Sanem ale Sekwaną. Przebiegłem myślą, co tylko można było za sobą i przed sobą. Nuciłem (w myśli rozumie się) ulubione wówczas piosnki, jako to krakowiak, który wtedy robił furore w 11ym pułku, i który pozwolę sobie powtórzyć:

Jeden mówił z drugim, a jam podsłuchała:
Żeniłbym się z kozą, gdyby posag miała.
— A ja podsłuchałem, żeś rzekła do swaty:
Poszłabym za capa, byle był bogaty.

Równie jak ten drugi zawistny miłostek i sławy żołnierskiéj:

Płynie łódka płynie, po głębokiéj strudze,
Ożenię się z tobą jak z wojny powrócę.
— Nie będę ja czekać, bo kto z wojny wraca
Nie zawżdy wszystkiego w sobie się domaca.

Wszystkie te wspomnienia nie wiele pomagały, zacząłem słabnąć widocznie w walce z snem, co mnie oskrzydlał coraz, coraz ciaśniéj. Daremnie głowę podnosiłem, oczy otwierałem, głowa spadała, oczy się zamykały. Gwiazdy to mi gasły, to mi błyskały, a zawsze daléj, coraz daléj, coraz ciemniéj. W tém lekkie wstrząśnienie mojéj nogi i przeciągnięte: Pst!... wraca mnie w świat, z któregem się był już na pół wyśliznął. Podnoszę głowę. Mój przewodnik wyciągnął rękę na lewo, trochę przed siebie, ale milczał jak kamień. Pojął on, w ciemię nie bity, że milczenie nam jak Kamedułom do zbawienia było koniecznie potrzebném. Nie mógł zapomnieć i o swoim brzuchu; ten zawiele miejsca zajmował, aby mógł być zupełnie bezpieczny, w razie gdyby jaki szelest ściągnął strzały w naszą stronę. Prawda, że w nocy trudno trafić, ale djabeł nie śpi i chybnéj kuli można w drogę wjechać. Spojrzałem w stroną wskazaną i postrzegłem w znaczném jeszcze oddaleniu ognie biwaków. Co chwila zmieniało się ich położenie względem nas. To nam się zdawało, że są na lewym, to, że na prawym brzegu, to, że prosto w sam ich środek płyniemy, to znowu, że nas nie powinny niepokoić, bo to jakiś obóz daleki od naszych brzegów... że nawet już niby za nami. Potém czas jakiś, wszystko znikło — ciemno — aż nareszcie skręcając nagle ujrzeliśmy rzekę niby słup przed sobą. Lewy brzeg oświetlony, a prawy czarny leżały przed nami, jak dzień i noc, jak życie i śmierć. Niektóre ognie nie były daleko od wody, bo ich odblask padał na rzekę jak poprzeczne szczeble, co się kurczyły albo przeciągały w miarę jak się płomień wznosił albo opadał. Zbliżyliśmy się jeszcze więcéj do prawego brzegu. Wiosła spoczęły. Prąd nas posuwał. Słyszałem oddech grubula. Nie było wprawdzie podobieństwa, aby nas zasłyszano — tém więcéj, że ognie jeszcze świeże, cienie przesuwające się po przed nie, pluśnięcia wody, nareszcie i szmer dochodzący na nasze spotkanie, wszystko kazało wnosić, że obóz był w pierwszych chwilach roztasowania, a wtenczas każdy jak w młynie własnego głosu nie słyszy. Zbliżaliśmy się — zrównali — w obozie coraz głośniéj — w czółnie coraz ciszéj. Że zaś obóz stał, a my płynęli, musieliśmy najnaturalniejszym sposobem minąć go nakoniec. Niknęły za nami powoli światełka, jak owe iskry ze spalonego papieru, na które mówiono mi w dzieciństwie, że to zakonnice spać idą. Kręcą się... biegną... jedna po drugiéj gasną... wszystkie zgasły... śpią wszystkie. Ileżto drogich iskierek już nam nie zgasło!... sercu tylko świecą, świecić nie przestaną.
Noc znowu czarna zaległa świat za nami i przed nami. Cośmy widzieli snem się zdało. Mój urzędnik pytla zaczął głośniéj sapać, przemówił nawet parę razy, ale jeszcze szepcząc, zapewne przez uszanowanie dla niedawnéj przeszłości. Podobny w tém do dworaka, co za zamkniętemi już drzwiami jeszcze się kłania, albo co uśmiech fałszywy aż do domu przynosi. — Jestżeś Waćpan pewny, zapytałem go stawiając nogę na lądzie, żeśmy Moret nie minęli? — Ah par exemple! odrzekł. — No, kiedy: par exemple, idźmy daléj. Szliśmy obydwa, on naprzód a ja za nim, nie bardzo spiesznie, bo ślisko i ciemno. Nareszcie światło z okna i chrapliwe: Qui Vive! uderzyło nas razem w oczy i uszy.
Dla oficera sztabowego, pędzonego ciągle jakby złym duchem po drogach, ścieżkach, manowcach dniem i nocą, zapytanie: Qui Vive! jest zanadto wielkiéj wagi, aby mógł nie znać wszystkich tegoż odcieni. Pędząc z nocnym wichrem jak Der wilde Jäger, częstokroć przez nie wychłódłe jeszcze pola bitwy, woła Qui Vive! do konia, co się o trzech nogach dowlókł do drogi — woła do drzewa, co się opodal czerni — woła czasem do niczego. Ciekawość nieustanna, ale do przebaczenia — i lis po kniei goniony pytałby się: Qui Vive! niezawodnie, gdyby mógł przemówić. Jeżeli nawet wjedzie (oficer rozumie się) na nieprzyjacielską placówkę jego: Qui Vive! staje mu się chwilową tarczą. Alarmuje niem drugich, kiedy sam tymczasem cofa się podług metody zwanéj: W nogi! Dlatego Qui Vive! zawsze ma na języku, dlatego i sposób w jakim je usłyszy odkrywa mu wyraźnie z kim ma do czynienia. I tak: Qui Vive! głośne, przeciągłe, jakby echa wyzywające, oznacza dobrego żołnierza — zdaje się mówić: Stój, bo ci w łeb strzelę“. Wrzaskliwe ale prędko, krótko wyrzucone zdradza rekruta — mówi: „Odpowiadaj czémprędzej, bo mnie tu samemu długo stać nie miło... albo téż: Uciekaj! bo ja ucieknę!“ Chrapliwe nareszcie a grubym głosem wyrzeczone, znamionuje indywiduum, które niespodziewanemi okolicznościami zostało pchnięte w zawód rycerski, podobne jest do śpiewu dziecka, kiedy musi przez ciemny pokój przechodzić. Na Qui Vive! pierwszéj kategoryi nim odpowiesz, możesz zażyć tabaki. Na drugiéj zaś i trzeciéj odpowiadaj jak najspieszniéj, bo gdzie dusza na ramieniu, tam palec na cynglu. Krzyknąłem téż: France! aż się wzdrygnął, aż się straż cofnęła. Otwieram drzwi, wchodzę do małéj, słabo oświeconéj izdebki i obraz nieraz dawniéj na płótnie widziany, przedstawiający jaką scenę z rewolucyi francuskiéj, stanął mi żywy przed oczy. Kilkunastu chłopów w bluzach, sabotach, ładownice przez plecy, karabiny w rekach składało malownicze grupy. Gdzieniegdzie i kapelusz stósowany odznaczał się powagą wieku i ogromną trójkolorową kokardą. Nie dostawało tam tylko wyrazu w uściech: Citoyen i napisu na drzwiach: Ici on se tutoye. — Fermez s’il Vous plait. Pikieta czerwieniła się w szklankach i na nosach, a język jak w pantoflach skłonniejszym zdawał się wymówić: Vive la Republique! jak: Vive l’Empereur! Omyłka wszakże, którą w onym czasie można było drogo przepłacić. Może i nieszczęsny Gonaut omylił się krzycząc w Troyes: Vive le Roi! a jednak rozstrzelano go na piękne. To było za ostro, wyznać trzeba, bo jużcić każdemu wolno życzyć zdrowia komu się podoba, kichnie czy nie kichnie. Jeżeli za słowo zabijać będziemy, jakaż kara za czyn pozostanie. Ten, co zabił i ten, co o tém wiedział nie są przecie równo karani... dlaczegoż?... Ja tego zrozumieć nie mogę... bo to podobno polityka.
Po krótkiéj rozmowie ze siłą zbrojną, pożegnałem mego przewodnika i eskortowany przez kilku podpitych obywateli, przeszedłem wkrótce warownie i obudziłem Jenerała komenderującego w Moret. Jeszcze komunikacya między Moret a Fontainebleau nie była pewną, dlatego Jenerał uznał potrzebą dać mi pół kompanii piechoty, a na moje zapewnienie, że nigdy w piechocie nie służyłem i że pieszo podróżować ani umiem ani chcę, konia z pod żandarma. Cofnąłem się dwa kroki w tył zobaczywszy przed frontem mojego oddziału dromadera raczéj niż konia przeznaczonego dla mnie, którego żandarm, na drugim podobnym siedzący, płaszczem granatowym wyżéj nosa obwinięty, trzymał za cugle. — Quelle diable de rosse me donnez-vous là? zawołałem rozgniewany. — C’est ce qu’il y a de mieux mon Officier, odpowiedział żandarm. Stałem nie wiedząc co począć. Ale prędko trzeba działać, gdzie nie ma czasu do namysłu. Westchnąwszy zatém głęboko i wypuściwszy parę słów, które tylko życie obozowe uniewinnić może, rzuciłem się na kulbakę. Obadwa nie kontenci z naszego wzajemnego stosunku nie spieszyliśmy się rozpocząć ruchu nic nam dobrego nie wróżącego i kiedy oficer dowodzący oddziałem piechoty spytał mi się czy można ruszać, kiwnąłem tylko głową z wysokości mojéj, jak komandor kiedy przyjmuje zaproszenie Don Juana. Mój towarzysz podrzędny przyjął pierwszą odezwę mojéj ostrogi z wszelką obojętnością. Za powtórzoném napomnieniem ruszył nareszcie ogonem, głową i tandem tedy nogą. Ale ledwie kilka kroków uszedł, już pot na mnie uderzył. Zdrajca! podkowy miał schełtane albo może i od urodzenia bez ocylów...
Dziwna rzecz, że tak wiele myślą o sposobach niszczenia sił nieprzyjacielskich, a tak mało o zachowaniu swoich własnych; nie mówię w boju, ale w wojnie i szczególnie co do kawaleryi. Dla Pułkownika jazdy wszystko jedno stracić człowieka czy konia — strata tak jednego jak drugiego uszczupla szeregi. Człowiek z koniem, niby centaur, jest dopiero jednostką w kawaleryi. Konie mojém zdaniem nie dosyć doznają starania i opieki. Więcéj koni ginie w czasie wojny z powodu okulbaczenia i okucia niż od kuli. Jak są rezerwy i lazarety dla ludzi, tak powinny być i dla koni. Koń uszkodzony jakim bądź sposobem z powodu okucia, mógłby ozdrowić, w kilku, a odsedniony w kilkunastu dniach. Zaniedbany zaś, nie usunięty z pracy musi wkrótce stać się nieużytecznym i późniéj marnie zginąć. Po kilku miesiącach kampanii zgroza zajrzeć pod kulbaki. Smród z jątrzących się pod nieustającym naciskiem ran ciągnie się wzdłuż maszerującéj kolumny. Trzeba się tylko dziwić, jak zwierzę może znosić i to czas długi takie męczarnie. Ale wszystko ma swoje granice — koń cierpi, chudnie, słabnie i koniec końców ginie. Dostarczają amunicyą, dlaczegoż nie dostarczają od czasu do czasu derek i kulbak na miejsce zużytych i popsutych. Trafia się niedbały żołnierz i nie wié, że terlica pękła, a przeto konia naciska. Terlice powinny być ze stosownego i suchego materyału, równie jak i umiejętnie zrobione. Przy nowych formacyach, gdzie dawnych terlic magazyny dostarczyć nie mogą, lepsze są siodła. Oficerowie mało zwracają uwagi na okulbaczenie. W Wojsku Polskiém w 1812 r. było nie dobre. Niemniéj ważną jest rzeczą okucie. Im więcéj koń strudzony tém lepszego wymaga okucia. Im słabszy, tém łatwiéj się ślizga, tém ciężéj upada. Widziałem konie Grenadyerów Konnych Gwardyi Cesarskiéj, karmione lepiéj i więcéj szanowane niż konie jazdy liniowej, które padłszy, jakby piorunem uderzone, już więcéj nie wstały. Podkowy z hufnalami powinnyby mieć swój osobny wóz, zawsze być pod ręką. Prócz tego każdy żołnierz jedną podkowę w torbie trzeba aby zawsze miał. Każdy powinien umieć przymocować podkowę. W czasie pokoju byłoby bardzo łatwo pomnożyć liczbę, nie mówię dobrych kowali, ale umiejących w potrzebie róg wybrać i podkowę przybić. Doświadczaliśmy jaki był zawsze ścisk przed miejscowemi równie jak i wojskowemi kuźniami. Złotem trzeba było czasem opłacić podkowę, która na prędce sklejona, na prędce przybita długo trwać nie mogła, a zwłaszcza wtenczas, kiedy była najpotrzebniejszą, bo na kamienistéj albo grudzistéj drodze. Parę dni przed bitwą pod Hanau jestem posłany do Jenerała Bertrand. Dojeżdżam do ariergardy, do ostatnich jéj tyralierów, nikt o nim nic nie wié. Znaleść go nie mogę. Nareszcie po całodziennéj gonitwie za lada białym dymem, wracam na kulawéj klaczy; — podkowę zgubiła. Niedość okuć nie mogą aż w Frankfurcie. Róg obłamany kowal zagważdża. W kilka tygodni późniéj, wychodząc z Moguncyi, musiałem tą klacz, ową szpakowatą chimeryczkę, ale zresztą bardzo dobrą, zostawić w opiece oficera Polaka będącego przy sztabie Marszałka Kellermana. Tyle też widziałem moją klacz i mego kolegę.
Wszystkie te uwagi na moim żandarmskim dromedarze nie wiele mi pomagały. Jak na łyżwach wsuwałem się coraz głąbiéj w rozciągły bór miedzy Moret a Fontainebleau. Wiatr grał po żebrach a zęby dzwoniły. Ani pomyślałem gdzie byłem. Szum drzew nie przynosił fantazyi mojéj ani lubieżnych westchnień dworzanek Królów Francuskich, ani odgłosu myśliwskiego rogu, ani radosnego Halali, któremi niegdyś żyły te sławne lasy, miejsca ulubione królewskich łowów. Kląłem tylko i niema się czemu dziwić. Wojna czyni prozaicznym. Przeszłość jest to pole po którém żołnierz nie lubi harcować i przyszłość, prawdę mówiąc, nie chętnie zmierza — kortyna za blisko — jutro nie jego — trzeba się czasem i z diabłem podzielić. Czas więc obecny żywiołem żołnierza — jak ryba, co się w ziemię nie spuszcza, ani wznosi w powietrze, ale pląsa po wodzie, w nim on się zwija i w nim żyje. Co mam, trzymam, czego nie mam, biorę — co było, to było — co będzie, to będzie... A ty ruszaj szkapo, bo mi zimno kaducznie, bo już noc na schyłku, bo już widzę i cel mojéj podróży.
Jenerał komenderujący już nie spał — może wyszedł ze szkoły mojego niegdyś Pułkownika Kurnatowskiego, który mi mawiał: Ech! Adjutant-Major nigdy spać nie powinien. — Przyjął mnie uprzejmie, poczęstował winem i prędko wyprawił. Potem obudziłem Burmistrza. Zerwał się od żony szczękiem pałasza przestraszony, a mnie niegodne uczucie głasnęło po sercu, że mogłem kogo z wygodnego wyciągnąć łóżka. Wyszedł do kancelaryi, otworzył expedycyą, którą mu wręczyłem, włożył okulary i cicho, a potém głośno przeczytał: L’Ennemi a été culbuté... douze canons... cinq mille prisonniers... etc. etc... O, czcigodny Burmistrzu! Jak pięknym byłeś w téj chwili! Pamiętam twój nos, pamiętam kwiaty twego szlafroka. Widzę cię, kiedy sparty jedną ręką na urzędowym stole, spuściłeś drugą z listem aż do kolana i wzniósłszy oczy po nad okulary zapłakałeś z radości. Aktuaryusz także zaczął mrugać, a czy tam czego nie wyciśnie — a ja, rozparty w Wolterowskim krześle, twardo zasnąłem.
Jużto zapewne domyśliliście się łaskawi moi Słuchacze z niejednego miejsca mego opowiadania, że spać lubiłem. Tak jest, nie zaprzeczam, lubiłem. Głód i pragnienie były dla mnie mniéj przykre, jak bezsenność. Proszę jednak nie wnosić z tego, że byłem ospałym, — wcale nie. Ja byłem w tym względzie podobny do pijaka, co lubi pić dużo, ale się nie zapija. Dwa razy tylko przekroczyłem granice i ciężko skarany zostałem. Pierwszy raz kiedy straciłem mój płaszcz biały, o którym już wspominałem i którego utrata ściągnęła na mnie najdotkliwsze cierpienia, cierpienia zimna. Drugi raz (który właściwie powinienbym nazwać pierwszym, bo ma chronologiczne pierwszeństwo), kiedy w samych początkach mojéj służby wojskowej jechałem kuryerem z Krystynopola do Głównéj Kwatery Księcia Poniatowskiego.
O płaszczu muszę zacząć z samego początku, podobnie jak się zaczyna śpiew o Krzywoustym: Jeszcze Bolesław był małém dziecięciem... Ale nie Bolesław, ani téż płaszcz, ale ja byłem jeszcze dziecięciem, kiedy do mojéj ciotki Ruckiéj mieszkającéj w Mały, przyjechał Pan Bogusz, Gwardzista Galicyjski, będący na urlopie w sąsiedztwie. Przyjechał konno w stósowanym kapeluszu z kitką i w kolistym płaszczu. Od tego czasu kapelusz z kitką i płaszcz kolisty uczepiły się mojéj głowy i stały się celem gorących życzeń. Po wszystkich kopertach i na każdym świstku rysowałem siebie jako wojskowego — ale czy to atakującego, czy tryumfującego, zawsze z kitką, zawsze w płaszczu, Z dzieciństwa więc uniosłem miłość do kolistego płaszcza i zachowałem ją po części i w późniejszym wieku. Zbliżyłem się wprawdzie do ideału mego wstępując do 5go Pułku Strzelców Konnych, ale przecie nie osiągnąłem. Przyniosłem ze sobą z Pułku Ułanów płaszcz granatowy z długim kołnierzem, który przemienić na biały kolisty, stan finansów nie dozwolił. Dopiero wróciwszy z niewoli sprawiłem sobie we Lwowie płaszcz biały, kolisty, z zielonym stojącym kołnierzem i pomarańczową podszewką z przodu. Został on dla mnie zupełnie niestosownym, kiedy przeszedłem do Sztabu, ale nie miałem serca rozstać się z nim, tak był ciepłym, tak wygodnym. A teraz katastrofa. W odwrocie Wojsk Francuskich po bitwie pod Lipskiem, przybywamy do Gotha. Jestem na służbie, zdejmuję płaszcz, składam w salonie służbowym i idę zobaczyć, co się dzieje z mojemi końmi, gdzie umieszczone i czy mają wygodę. Wracając spotykam Kapitana Jankowskiego ze szwadronu służbowego Chevauxlegerów Gwardyi komenderowanego przez mego brata Seweryna.
Jankowski był wówczas (lubo to nic niema do rzeczy, ale o Jankowskim przemilczeć nie mogę), jednym z najdzielniejszych subalternów pułku. Przy końcu ostatniéj kampanii 1814 r., został Szefem szwadronu razem z Zielonką w uformowanym polskim pułku pod nazwiskiem Eclaireurs de la Vieille Garde. Po abdykacyi Cesarza Napoleona i kiedy szczątki wojska Polskiego pod opieką Cesarza Alexandra odeszły z Francyi, Jankowski pozostał w Paryżu, aby wszystkich Polaków rozrzuconych po pułkach i lazaretach francuskich zebrać i do kraju odprowadzić. Powrót Napoleona z Elby przerwał to zlecenie i jak nie miał przerwać, kiedy i Kongres Wiedeński placu nie dotrzymał. Polacy ubóstwiali Napoleona. Żaden nie pomyślał nawet, aby można nie wstąpić w nowo zbierające się hufce pod odrodzonym cesarskim orłem, orłem do którego zawsze mieli tyle pociągu, ile wstrętu do moskiewskiéj opieki. Jankowski jeden wymawiał się słowem daném Cesarzowi Alexandrowi i sam żądał paszportu do Polski. Nie odmówił mu go Napoleon, ale mniemał, że może zaufać oficerowi swojéj Gwardyi i Polakowi — powierzył mu więc list do Maryi Ludwiki. Jankowski przyjął list i oddał... Cesarzowi Alexandrowi. Czy to prawda, ręczyć nie mogę, ale takie było wówczas ogólne mniemanie. Założył sobie tym czynem silny szczebel do przyszłych awansów. Dostał wkrótce pułk jazdy, ale stracił w szacunku współkolegów. Wojna powstania narodowego 1831 r. zastała go Jenerałem Brygady. Osłabiony jego stan zdrowia, a może niezdolność do znaczniejszego dowództwa, spowodowały błędy, które zniweczyły wyprawę przeciw Rydygerowi, a które niesłusznie za zdradę poczytane, stały się przyczyną okropnéj jego śmierci z rąk rozuzdanego motłochu 15go Sierpnia w Warszawie.
Nim więc Napoleon abdykował, nim Monarchowie dernęli z Kongresu, nim Jankowski umęczony skonał, spotkałem go w Gotha na ulicy i taka rozmowa wszczęła się między nami: Jak się masz? — Jak się masz. — Dziwne téż to polskie powitanie, złożone z dwóch pytań a żadnéj odpowiedzi. Jest ono podobne do rozmowy na królewskich pokojach. Najjaśniejszy Pan robi parę kroć sto tysięcy zapytań nie dbając i o jedną odpowiedź. A jednak lud polski tak piękne ma wyrażenie przy powitaniu: Daj Wam Boże dobry dzień; albo: Bóg z Wami. I czyż może być piękniejsze, czyliż nie zawiera w sobie wszystkiego, czego życzyć można. Ale my wolimy formę bez duszy — poczwarkę z motyla, albo cudzoziemskie Bonjour. Po przywitaniu się z Jankowskim, mówiliśmy daléj. — Gdzie idziesz, zapytał. — Na służbę, odrzekłem, a ty? — Ja do obozu, ale twój brat, mówił, lepszéj niż my użyje téj nocy wygody — rozciągnął się jak położnica pod zieloną kotarą na szerokiém łożu. — Westchnąłem głęboko na ten obraz, a on, jakby zły duch kusiciel wstąpił w niego, wskazał mi bliski dom i dodał: Jest tam i drugie łóżko, jakby dla ciebie. — Pójdę przynajmniéj popatrzeć się, rzekłem, — Bądź zdrów. — W istocie poszedłem, pomacałem posłanie, tak jak głodny, kiedy pieczeń wącha i nie mogąc oprzeć się pokusie, biegnę czemprędzéj do salonu, melduję Adjutantowi komenderującemu, że mi koń uciekł, że go szukać muszę i idę, lecz nie szukać, bo znalazłem, i nie konia, ale łóżko takie, jakiego od kilku tygodni nawet widzieć mi się nie zdarzyło. Zanurzyłem się wkrótce w puchu, nos mi tylko spłynął. Śpij zdrów Panie Kapitanie, a my tymczasem powiemy, jaką była pod ten czas ogólna postać rzeczy.
Zgon Księcia Poniatowskiego pod Lipskiem osierocił Wojsko Polskie w całém znaczeniu tego słowa. Zarzucają Polakom, że są niesforni, że trudno niemi rządzić. Mnie się zdaje, że bardzo łatwo, byle rządzić z konia i z szablą w ręku. Więcéj natchnienia niż rozwagi zwykliśmy słuchać. Zgromadzamy w jedną osobę wszystkie nasze wymagania, całe nadzieje nasze, w niéj zamykamy całą sprawę, — czynimy ją poniekąd Fatum naszém. Niém był Kościuszko, Poniatowski i charakteru tylko Chłopickiemu a talentu Skrzyneckiemu niedostawało, aby się utrzymać na szczycie, na które ich barkami narodu parło przeznaczenie. Dlatego to każdy upadek podobnéj gwiazdy roztapia do razu łączący nas cement, ogół rozkłada się w cząstki, rozumowania wyradzają się w zatargi i trwają póki jaka nowa iskra nowego entuzyazmu nie zapali i na nowo nie zacznie lutować. Nie mamy w sobie wielkiéj wzajemnie przyciągającéj się siły — przeciwnie, antyłączne usposobienie jest główną naszą wadą. Każdy chce robić swoją głową — pracuje często w krwawym pocie czoła, ale póki sam. Zaledwie jaka zawiąże się assocyacya, już więdnie w zawiązku. Jeden spuszcza się na drugiego, a co więcéj, jego zapał stygnie w miarę wzmagającej się gorliwości drugiego. Dlatego gwałtowny tylko wir może łączyć rozstrzelone siły. Ale natenczas neutralizuje się indywidualna działalność, energia. Duch władzy ubóstwionéj porywa nas, ale nas nie przenika wskroś, stoi poniekąd zawsze osobno. Raz w prądzie, niech nas prąd niesie, my ręce zakładamy. Nie przegrana pod Maciejowicami, ale wzięcie Kościuszki, pomimo że on nie miał znakomitych zdolności wodza, zadało raz śmiertelny ówczesnéj sprawie. Książe Józef byłby na koniec świata szedł za Napoleonem a Wojsko Polskie za nim. Zginął a z nim i duch jego. Każdy wrócił do siebie samego i nie mógł się zrozumieć. W ostatniéj walce niepodległości narodowéj zamknęliśmy cały byt Ojczyzny w Warszawie. Warszawa upadła, a Wojsko niezwyciężone rozchodzić się zaczęło. Bo nie z własnego przekonania przędziemy istotę rzeczy, ducha sprawy — ale przyjmujemy go za pomocą chwilowego uniesienia, za pomocą jednéj indywidualności albo przedmiotu, którym to uniesienie zaufać kazało.
Książe Antoni Sułkowski objął tymczasowo dowództwo Wojska Polskiego. Nie posiadał on ani ufności, ani przywiązania podkomendnych. Nie miał przymiotów ani na Wodza, ani na Naczelnika Narodu. Te dwie władze zlewały się już bowiem potroszę w jednę. Na ostrzu szabli unosili już wtenczas Polacy po raz drugi byt swojéj Ojczyzny. W roku 1807 został Sułkowski Pułkownikiem 7go pułku piechoty, czyli raczéj dozwolono mu go formować, bo się nazywał Sułkowski, tak jak Adjutant Napoleona poległy w Egipcie. Pod Caana w Hiszpanii, kiedy przełamane linie francnskie ustępowały w nieładzie, młody Sułkowski chwycił sztandar 4go pułku Polskiéj piechoty, zawołał: Kto Polak za mną! I tak dzielnie natarł na czele zgromadzonego oddziału, że odzyskał stracone stanowisko i w bitwie tego dnia wyjednał zwycięztwo. Opromieniony sławą tego świetnego czynu, dostał w 1812 r. dowództwo brygady jazdy, złożonéj z 5go pułku Strzelców Konnych Kurnatowskiego i 13go Huzarów Tulińskiego. Ta brygada z drugą pod komendą Jenerała Tyszkiewicza złożoną z 4go Strzelców Konnych Dulfusa i 12go Ułanów Rzyszczewskiego składały Dywizyą jazdy 5go korpusu. Komenderował nią z początku Jenerał Kamiński, później Jenerał Sebastiani, a nakoniec Jenerał Lefebvre Desnouettes. Sułkowski jakkolwiek uprzejmy, pełen honoru, odznaczającéj się odwagi, nie umiał pozyskać ufności podwładnych jako dowódzca brygady. Oficer piechoty zapominał często, że jazdą dowodzi. Nieraz płaciliśmy krwawo infanteryjskie jego obroty. Kiedy zaś, już Jenerałem dywizyi, otrzymał tymczasowo dowództwo szczątków ósmego korpusu z ubliżeniem starszeństwa wielu Jenerałów, nie pojął jak świetną drogę szczęście mu otwierało. Cement w szeregach topił się coraz to bardziéj. Wojsko sejmikować zaczęło... Gdzie idziemy? Po co? Król Saski jest naszym Księciem, któż nas upoważnił iść z Francuzami, z Francuzami, którzy wtenczas jeszcze kiedy mogli, okazali się tak skąpemi nawet w udzielaniu nadziei Polsce?... Czy znowu będziemy formować legiony, aby potém od ręki do ręki jak najemnicy przechodzić? Czy znowu w St. Domingo szukać będziemy Ojczyzny naszéj? Zawsze opuszczani przez Francuzów, zawsze jednak ciśniemy się do nich. Księstwo nasze istnieć przestanie samo przez się, jeżeli jego wojsko pod obcém niebem, za obcą sprawę wyginie do szczętu. Takie były zdania, rezonowania, a wielu nie czekając na co się ogół zgodzi, zostawało po drodze... dali się brać w niewolę. Najboleśniejszym razem dla dobrze myślących, a najgorszym przykładem dla chwiejących się było rozejście się (by właściwiéj nie powiedzieć) batalionu piechoty, który w Dreźnie z Wojska Polskiego wybrany, został wcielony do Staréj Gwardyi. Komenderował nim Podpułkownik Kurcyusz, i jeden z pierwszych z Adjutantem batalionu Łęckim czy Łąckim dostali się w niewolę. W 1811 r. Kurcyusz był Szefem batalionu 3go pułku piechoty Żółtowskiego, a Łącki ze złamanym nosem Adjutantem Stasia Potockiego. Sułkowski, chcąc jak się zdaje powściągnąć cząstkowe uszczuplanie się szeregów, zachęcał jeszcze do wytrwałości przyrzekając, że za Ren nie przejdzie i w saméj rzeczy podał dymissyą i został w Gotha. Co Sułkowski chciał osiągnąć tym swoim czynem trudno zgadnąć, ale można z pewnością powiedzieć, że jeżeli zbłądził, to pewnie nie z osobistego interesu. Mówiono nam, że miał pierwéj długą rozmowę z Cesarzem i że Cesarz zniecierpliwiony niewczesnemi uwagami, pożegnał go słowami, za które i ukłon był zbytkiem grzeczności. Po rozmowie ze Sułkowskim Napoleon zgromadził Oficerów Korpusu Polskiego i następującéj mniéj więcéj treści miał do nich przemowę: „Nie idzie mi o waszą pomoc. Kilka tysięcy Polaków nie przeważy szali losów. Nie myślcie, że sprawa Francyi stracona. Fortuna jest to frajerka... dziś temu, jutro tamtemu użycza swoich pieszczot. Czy mnie widzicie zmienionego? Czy nie jestem mężczyzną? Jeżeli mnie odstąpicie, rozwiążecie przez to od razu sprawę Polski i może na zawsze. Jeżeli zaś zostaniecie wierni orłom francuskim, natenczas przy zawieraniu pokoju obecność wasza zmuszać będzie, aby was nie zapomniano“.
Jakkolwiek dla Wojska Polskiego rzadkiém było zjawieniem przemowa ubóstwianego bohatera, trzeba przyznać, że tym razem przyjętą została dość ozięble. Może dlatego, że Napoleon używał wyrazów wylęgłych w najbrudniejszéj kordegardzie. Zdawało się, jak gdyby chciał zniżyć do najgłębszego poziomu, aby być zrozumianym. Dlatego nie zostaliśmy ani zaszczyceni, ani rozweseleni i niebardzo przekonani, ale po największéj części upokorzeni. Cesarz nie mówił do wojska, ale do narodu, o tém zapomniał. Nie porywcze więc zapewnienie Sułkowskiego, które wszakże za poświęcenie się policzyć mu trzeba, ani téż Napoleona arcyrubaszna mowa, ale li instynkt honoru wkorzeniony w serce polskie nie dozwalał opuszczać sprzymierzeńców w złej dobie i utrzymał pod sztandarem szczątki naszego wojska.
Książe Józef Poniatowski nie miał wprawdzie znamienitych zdolności jako wódz — wiedzieliśmy o tém, a jednak pociągał ku sobie silnie serce żołnierza. Może w części i dlatego, że to co Polaka zawsze zachwyca: odwaga, postawa, ruch, sposób wyrażenia się były czysto narodowe, przeciągnięte wszakże połyskiem zachodniego rycerstwa. Na dzielnym koniu, dzielny jeździec, nieugiętego męstwa, świetnego honoru, pięknej postaci, wąs czarny, czapka na bakier, był ideałem polskiego wodza. Gdyby był nad brzegiem piekła krzyknął: Za mną dzieci!... W piekło skoczonoby za nim. W innych zaś chwilach życia urzeczywistniał wyobrażenie wyniosłych, czystych i pięknych cnót rycerstwa. Kwileckiemu, który paszkwil napisał na całe towarzystwo warszawskie, rzekł: „Masz szczęście, żeś mnie w nim umieścił, bo bym téj niegodnéj czynności pewnie nie przebaczył.“ Wejrzenie jego było nad wszelkie pojęcie ujmującém, głos przyjemny, uśmiech pełen duszy, pełen wymowy — ten kogo nim obdarzył zdawał się słyszeć słowa pociechy i zachęty: Znam cię... dobrze bracie... Honor i Ojczyzna! — Poznałem go w Trześni pod Sandomierzem.
Granatowy półfraczek na jeden rząd płaskiemi metalowemi guzikami zapięty. Pałasz na czarnym rzemieniu przez plecy przewieszony. Łeb rudy, a na łbie kapelusz stósowany składany, zwany Claque, z ogromną białą kokardą... Takim byłem, tak mnie maluj, kiedy 1809 roku pierwszych dni Czerwca wysłano mnie ze Lwowa, abym zamawiał konie dla Deputacyi Galicyjskiéj jadącéj do Księcia Józefa, którego głowna kwatera była podówczas w Trześni pod Sandomierzem. Figura moja musiała być ucieszną, trudno temu zaprzeczyć, zwłaszcza ten przeklęty kapelusz balowy dotychczas, jak zgryzota sumienia mąci sny moje swobodne. Z tém wszystkiém, honorem mogę zaręczyć, że z wielu kuryerów, posłów, ambasadorów, których w późniejszém życiu widzieć mi się zdarzyło, żaden nie miał tak buńdziucznéj, tak szeroko tryumfalnéj miny, jak ja, aspirant podporucznikowstwa na chłopskim wózku rozparty. Żaden nie gromił wejrzeniem wszystkiego, co niemiecczyzną trąciło. Żaden tak głośno jak ja nie przemawiał, powtarzając co mil kilka rozkaz, aby dwanaście koni stało w pogotowiu dla Deputacyi Galicyjskiéj... Pod karą śmierci... rozumie się... (formułka naonczas w modzie). Wójci, burmistrze, ekonomowie słuchali w pokorze, ale nie wszyscy dany rozkaz wykonali, a przez to żyli potém długie lata, mieli dużo dzieci i dobrze im się działo. Było téżto wtenczas i z czego rosnąć... czém puszyć. Była to wiosna roku, wiosna mego życia, wiosna chlubnego zawodu, wiosna odradzającej się Ojczyzny. Jechałem po trzaskach dwółbistych Orłów. W Jarosławiu nawet ujrzałem już nad odwachem na prędcę wymalowanego Orła białego. Mógł był wprawdzie i za gęś być wziętym — ale któż na to zważa. Sercem a nie oczyma patrzałem na ten obraz droższy, milszy niż wszystkie dzieła Rafaela. Jechałem, wszędzie szlachta patryotyzmem rozgorzała. Żydzi: Vivat! krzyczący — spodziewali się świeczkowego nie płacić. Chłopstwo obojętne. Wszędzie Niemcy pochowali czerwone krymki i po polsku witali, po polsku żegnali, a co trzecie słowo Moczi Doprodżeju. W żadnym wieku Germany tyle słów słowiańskich nie wyexpensowali, ile w kilku miesiącach 1809 roku. Polacy byli za szczęśliwi, aby mogli myśleć o zemście, lubo nie brakło powodów za doznane uciski i zniewagi. Najwięcéj jeżeli który kazał Szwabowi kańczug powąchać. Tylko Szumlański, były Major polski, kazał w Tarnopolu wykroić z tarcic konia i na grzbiet dwucalowy wsadzał urzędników cyrkularnych, a Żydzi zbiegali się z sianem dla kobyłki Pana Kreiskomisera, aby Pan Kreiskomiser zdrów jechał. Za przywróceniem rządów austryackich, Niemcy galicyjscy domagali się zemsty. Między innemi niejaki Weinroter krzyczał na sessyi gubernialnéj, aby dla przykładu choć jednego Polaka powieszono. A na zapytanie kogo wybrać z tylu winnych — Den Ersten Besten, rzekł. Zum Beispiel... I wzniósłszy się na krześle, spojrzał w okno... Zum Beispiel den Antoniewicz, bo właśnie Antoniewicz po przed okna przechodził. — Nie mścili się Polacy, bo byli wówczas szczęśliwi obecnością, a nadzieją bogaci. Nie mścili się, bo dla Polaka nieprzyjaciel zwyciężony, rozbrojony, bezsilny, przestaje być nieprzyjacielem. Nie mścili się i Niemcy galicyjscy... Nota: Niemiec galicyjski zajmuje wprawdzie w historyi naturalnéj miejsce jak wyłączna rasa czyli zawód, jak to naprzykład rassa pudlów albo tybetańskich capów, ale właściwie jest to rasa zwiedziona. Nienawiść do Słowiańszczyzny, do krajów, których sokami żyją, daje prędszy bieg ich krwi i przemienia Ur — flegmę teutońską w innego rodzaju męty. Koniec Noty. — Nie mścili się mówię i Niemcy galicyjscy, bo wiedeńscy stali jeszcze pod wpływem Europejskiego Oberprofesora i Arcybatożnika. Austryacy nie lubili i nie lubią Francuzów... bo za cóżby ich lubili? Boją ich się i bardzo słusznie, a jednak ich narodowość przyjęła odcisk znienawidzonéj francuzczyzny. Mieszczanie uczą dzieci po francusku, mody francuskie wyrugowały die goldene Haube. Co francuskie, to dobre, to piękne, to poszukiwane tak od wyższych jak i średnich klas towarzystwa. Po szynkach wiedeńskich tańcują kadryle francuskie, teatra przedstawiają najczęściéj powykrzywiane francuskie wodewile.
Kiedy w pięć lat po ostatnich odwiedzinach Francuzów jechałem przez Austryą, spytałem postyliona dlaczego nie trąbi. Odpowiedział: Die Francosen haben es nicht gerne. — I teraz zwłaszcza w Styryi trzaskanie z biczów zastąpiło urzędowe trąbienie z niemałą dolegliwością podróżnych. Na koźle trudno usiedzieć i ledwie z pistoletem w ręku trzeba bronić twarzy od francuskiéj, a niezgrabnie naśladowanéj trzaskomanii.
Bali się Austryacy Francuzów, ale zdaje mi się, że nie tyle, ile się teraz Moskali boją — a co najgorzéj, że najwięcéj boi się wojsko.
Burza 1809go r. przeszła Galicyą bez wielkiego wstrząśnienia dawnego stanu rzeczy. Kilka tylko krwawych śladów zostawiła po sobie. Siedliski, obywatel w Przemyskiem chciał w swoim domu stawić odpór wracającemu nieprzyjacielowi. Zamknął bramę i z po za płotu strzelił do Huzarów. Ale że brama zamknięta nie zmienia, dlatego iż w Polsce zwykle bywa otwartą, domek szlachecki w nieprzystępny Gibraltar... że jeden wystrzał, choćby i z kremlińskiego moździerza, w którym sypiali francuscy grenadyerowie z bronią, bermycą i harcapem razem, nie może zabić i pogrzebać wszystkich nieprzyjaciół, otworzono bramę i zbyt zuchwałego patryotę rozsiekano na miejscu. Na Podolu zaś Kopestyński, brat Wincentego, tłumacza Fedry i Andromaki, wzięty z bronią w ręku, jako dawniejszy oficer w służbie austryackiéj został przez sąd wojenny skazany i rozstrzelany. Oficerowie bowiem austryaccy występując ze służby, podpisują zobowiązanie się, że nigdy przeciw Austryi służyć nie będą. Te więzy dożywotnie włożone na człowieka, za to, że z własnéj woli wstąpiwszy w szeregi, zasłużył stopień oficera, są nie do pojęcia. Jest to nawet bezskuteczném nadużyciem władzy.
Był także na śmierć skazany Kajetan Horodyski, otrzymał jednak ułaskawienie, ale na miejscu exekucyi. Wzruszenie wtenczas doznane spowodowało późniéj obłąkanie, w którém życia dokonał. Żona jego z domu Krasińska, zaślubiła potém mego brata Juliana i wkrótce owdowiała powtórnie. Dziwném na tym świecie zjawiskiem, jéj dusza, w którą los przez pół wieku sączył najzjadliwsze gorycze, nie zachowała ich ani kropli. Żyje tylko dla drugich, niezmordowana w użyczaniu pomocy, nie pojmuje nawet, aby to mogło być zaletą. Za tyle cnoty a tak skromnéj, a tak cichéj, tak plennéj, Bóg tylko jeden może mieć w ręku stosowną nagrodę.
Co spotkało Horodyskiego mogło było i mnie spotkać w moim balowym kapeluszu, wszystkich nas bowiem łączących się z Wojskiem Polskiem uważano za powstańców i jako takich karać miano przedsięwziecie. Ale któż o tém myślał?! A ja najmniéj między Rozwadowem a Sandomierzem.
Jednego poranku, Nie pił Zefir rosę z rumianku, jak powiada Pajgert, ale ja, Pan Fredro, strudzony pierwszą bezsenną nocą na wózku, folgowałem w obrazach bojów, sławy, wolności i niepodległości Ojczyzny, które myśl wywijała z nieskończonego kłębka. Cisza lasów otaczająca mnie w koło i ruch kuryerskiego pośpiechu dwóch szkap brnących w piasku ululały nareszcie wrzące moje nadzieje w spokojny i głęboki sen szesnastoletniego młodzieńca. Sparłem głowę na półdrabku, a nogi, zbrojne w srebrne przypinane ostrogi, wzięte z Beńkowo-Wiszniańskiego lamusu i które pewnie zdobiły niegdyś szeroką piętę jakiego Rotmistrza kawaleryi narodowéj, wyglądały z pod łokci mojego woźnicy. Spałem, spaliśmy nawet oba jak się późniéj wykazało. I kto wié, czy sny nasze wyparte z przeciwnego, a przynajmniéj z nierównego usposobienia duszy, z tak odległych od siebie uczuć nie spływały w świecie ułudy w jaki jeden wspólny zakres. Może mnie się śniło, że sparłem się na chłopku jak na bracie. Może on marzył, że jął mnie w objęcie jak brata, że z ufnością w łączne siły spoglądaliśmy spokojnie na jutrzenkę, co po nad odłogi, zwaliska, cmentarze ozłacała nowe, nowego kształtu budowy. Może to był sen, a może kiedyś stanie się rzeczywistością, a ja tymczasem jak dziecko, gdy piastunka zadrzymie i kolebka stanie, jak mielnik, kiedy pytel zamilczy, przebudziłem się nagle ustaniem wszelkiego ruchu. Otworzyłem jedno, potém drugie oko, wyciągnąłem w górę prawicę z moim ukokardowanym kapeluszem, jak gdybym chciał krzyczeć: Vivat! i spojrzałem po sobie i w koło siebie. Mój Auryga leżał na moich kolanach wygodniéj niż ja na półdrabku. Szkapy w kuryerskiéj pogoni zeszły z prawéj drogi i nim losy Ojczyzny rozstrzygną się pod Sandomierzem pasły się spokojnie nad rowem.
— A no! — krzyknąłem ja. — Wio! krzyknął on i ruszyliśmy, nie powiem z kopyta, ale rozsądnym truchtem.
Jedziemy, jedziemy... W tém dalekie armat wystrzały szybko powtórzone i po kilku minutach ciszy znowu powtórzone... i znowu i znowu, obwionęły mnie jakby świeżem życiem.
Jakie ten odgłos sprawił na mnie wrażenie, jakie obudził uczucia, trudno lepiéj jak gminnym wyrazem wysłowić, to jest, że urosłem na trzy piędzi. Jakkolwiek strzały głos mi tylko przesełały, były to jednak strzały śmierć niosące i jako takie pierwszy raz przezemnie słyszane. Stawały się poniekąd pierwszym chrztem studenta na żołnierza. Wkrótce i białe bałwany dymu pod miastem, w którém łatwo było odgadnąć Sandomierz powtórzyły oczom, co już słuch wiedział: Jestem na wojnie!
Wojnę więc mając przed sobą, trochę na prawo dojechałem do Trześni i stanąłem tam, gdzie prosto wyrżnięta droga w prawo pod pagórek wiodła ze Sendomierskiego gościńca do niewielkiego, białego, dużemi drzewami otoczonego dworka. Na dziedzińcu koczował pułk drugi piechoty Stasia Potockiego.
Stanisław Potocki, Starościc Halicki, w młodości swojéj stał się wzorem Bogusławskiemu do Studenta w Krakowiakach. Nie był inaczéj znanym w Warszawie jak pod nazwiskiem Stasia. Dobry Polak, dobry żołnierz, dobry kolega był powszechnie łubianym. Śmierć jego 29 Listopada 1830 r. okropna, bo z rąk tych, których od lat tylu zwykł swemi dziećmi nazywać, jeśli była koniecznością, to niemniéj bolesno dotknęła wszystkich jego kolegów. Był wzrostu małego, trochę łysy, twarzy ładnéj, a zwłaszcza bnrdzo przyjemnéj. Ostatni raz widząc się ze mną w Warszawie, mówił: Mam honory, krzyże, pieniądze, ale diabli z tego, kiedym już stary.
Dzień był pogodny. Strój grenadyerów świeży i czysty. Ich rozmowy, śpiewki, nawet swawolne gonitwy, czyniły obraz tak wesołym, tak powabnym, że trzeba było widoku kilkunastu jeńców z piechoty węgierskiéj, na których twarzach krew ledwie w ranach zaskrzepła, aby mieć przekonanie, że jestem na wojnie. Wskoczyłem w nią jak młody sarniuk na kwiecistą łąkę.
Cała kampania 1809go r., w porównaniu z późniejszemi była kwiecistą, była tryumfalną przechadzką dzieci wracających w rodzinne zagrody. Była łatwém żniwem wawrzynów, epolet i krzyżów.
Pułk 2gi piechoty należał do dywizyi Księcia Józefa, miał przeto u granatowych mundurów pąsowe kołnierze, a żółte wyłogi. Dywizya zaś Dąbrowskiego miała amarantowe, a Zajączka kołnierze amarantowe a wyłogi białe. Polska Armia wówczas składała się z trzech rzeczonych dywizyj, razem z 8 pułków piechoty a siedmiu jazdy. Moi bracia zaczęli służbę swoją w tym 2gim pułku piechoty.
Pamiętam dobrze, późna jesień była (1806). W niebieskim gabineciku ogień szemrał na kominku. Mój ojciec i Biegański[3] grali w Lombra. Ludwisia[4] haftowała. Ja jako najstarszy, już nie dziecko, jeszcze nie młokos, komenderowałem w sali zielonéj zabawą młodszego rodzeństwa, Cesi, Julcia, Henryczka i Edwardka...[5] W tém drzwi otwierają się nagle i wchodzi Józef Szumlański z moimi braćmi Maxymilianem i Sewerynem. Pierwszy od dawna bawił w Puławaoh, drugi od śmierci naszéj matki, więc jeszcze nie spełna roku. Maxymilian oddał list ojcu. Starsi długo półgłosem rozmawiali. Dzieci poszły spać. Nazajutrz zaprzęgnięto do brodzkiéj bryki cztery konie srokate, Szumlański kupił od słowa, a w południe już naszych gości nie było. Znowu cisza osiadła na jednostajnych dniach, na wlekących się jesiennych wieczorach. Nikt w domu nie zgadywał przyczyny tych krótkich odwiedzin. Dopiero w kilka miesięcy powierzono mi w największym sekrecie, że bracia są w Warszawie,.. w polskiém wojsku... oficerami...
Maxymilian równie jak i Seweryn zaczęli służyć w 2im pułku piechoty Stasia Potockiego. Seweryn przeszedł wkrótce do pułku Gwardyi Cesarskiéj — pułku des Chevaux-legers, formującego się pod dowództwem Wincentego Krasińskiego. W tym pułku dosłużył się stopnia Szefa szwadronu[6] i trzech krzyżów. Odbył wszystkie ówczesne kampanie hiszpańskie i niemieckie. Wystąpił ze służby w 1814 roku. Wielce ceniony jako oficer, kochany jako kolega.
Maksymilian został Adjutantem Księcia Józefa. Będąc potém Szefem szwadronu 2go pułku ułanów Tyszkiewicza, robił kampanię 1809 r. Późniéj został Majorem (Gros-Major) w 5ym pułku strzelców konnych Kurnatowskiego. Że zaś ja awansowałem na Kapitana Adjutanta Majora do tegoż samego pułku, odbyliśmy razem obok siebie kampanią 1812 r.
W 1813ym roku dano Maxymilianowi 9ty pułk lancierów francuskich. Pod Kulmem kilka razy ranny dostał się do rossyjskiej niewoli. Po skończonych wojnach został Fliegel-Adjutantem Cesarza Alexandra, potem Jenerałem Majorem przy głównym sztabie. 1824 r. wystąpił ze służby. W 1807 ozdobiony krzyżem kawalerskim Virtuti Militari, pod Smoleńskiem krzyżem Legii honorowej, w 1820 r. Wielką Wstęgą Śgo Stanisława.
Uciekłszy z Wilna z niewoli, przybyłem 10 Sierpnia 1813 r. do Drezna, zostałem, jak to już wspomniałem, przyłączony do Głównego Sztabu Wielkiéj Armii. Że zaś mój brat Seweryn komenderował służbowemi szwadronami, odbyłem z nim razem, tak jak z Maxymilianem 1812go, kampanią 1813 r. Pod Peterswalde, na czele swego szwadronu rozbił pułk jazdy pruskiej i swoją ręką schwycił dowódzcę, syna Jenerała Blüchera.
O, bracia moi! Maksymilianie, opiekunie pierwwszych w świat kroków moich — towarzyszu broni — kolego na tém krótkiém i wąskiém polu autorstwa, ktoreśmy bez zawiści przebiegli razem... I ty Sewerynie, z którym uczyłem się, kolegowałem i nareszcie w sąsiedztwie przeszło lat trzydzieści nieodstępnie prawie przeżyłem, jakże mi Was niedostaje!... Jak trudno samemu w przeszłość spoglądać... Nie mam już do kogo powiedzieć: Te souviens-tu? Bo większa część przeszłości była wyłącznie naszą, obcą młodszemu rodzeństwu. Kiedy Was wspomniałem, pytam się sam siebie, po co puszczam pióro za błąkającą się pamięcią. Na co rozpowiadam o sobie, o stosunkach rodzinnych? O osobach, co nas otaczały w dzieciństwie? Osoby, co nic po sobie nie zostawiły prócz mego wspomnienia, jak kwiaty rozwinięte na wiosnę, a rozwiane bez śladu wiatrem jesiennym! Po co?... Na co?... Dla kogo? — Zacząłem pisać myśląc, że się kiedyś zejdziemy, że wam czytać będę to, co dobrze wiecie, tak jak to zwykło się mówić: Pamiętasz?... A dawno znajomy dobrze pamięta, jednak słucha chętnie jakie wspomnienie z lat młodych, z lat dalekich, słucha jakby własnego serca.
Kiedy teraz wstąpię do téj oficyny, gdzie Rodzice mieszkali, gdzie teraz z bawialnego pokoju śpiżarnia, ze sypialnego kuchnia — kiedy ujrzę gdzie jaki koniuszek arabesku, co się pod późniejszém obiciem przechował — kiedy spojrzę na ów piec, niegdyś w złocone rzeźby, dziś gliną polepiony, serce mi się ściska. Obok obrazu przeszłości widzę razem jéj oddalenie... Czas ubiegły objawia mi się zniszczeniem. Szczęśliwy kto zamieszka komnaty, co pierwszym jego były światem, gdzie te same obicia, malowidła, sprzęty, a nadewszystko ciemne zakątki, co to się tak silnie wyciskają w umyśle dziecinnym. Gdzie jedném słowem wszystko zatrzymało jeszcze jakby dotknięcie kochanych Rodziców, jakby cząstkę ich drogiego życia. Wtenczas zdaje nam się, że wszystko nie dawno. Niema szorstkiego przedziału między tém co było, a tém co jest. Gdybym do Was mówił bracia moi, nie potrzebowałbym objaśniać każdego szczegółu. Jeżelibym wspomniał gabinet, stanąłby Wam zaraz przed oczy pokoik niebieski, zajęty prawie w połowie dwoma sofami w białe i karmazynowe atłasowe pasy — bióreczko wysadzane naszéj matki. Na jednéj ścianie w mahoniowych ramach landszafty podług Ruisdala — na drugiéj widoki Tivoli i fontanny Egeryi. I ten kominek w kącie, dzieło Architekty Eignera, którego gzymsy i gzymsiki stały się nigdy niedościgniętym wzorem dla wszystkich kominków w sąsiedztwie. Spostrzeglibyście zaraz na szczycie tegoż, statuę gipsową Venery de Medicis — niżéj między złoconemi filiżankami na marmurowych podstawach brązowe popiersie Henryka IV i Sullego. Wazon porfirowy, świeczniki alabastrowe i tysiąc jeszcze fraszek, które byłyby dla mnie dzisiaj nieoszacowanym skarbem, a które może leżą gdzie na strychu jako staroświeckie graty. Gdybym Wam wspomniał altankę, nazwaną Szopką, uczulibyście zapach róż i nasturcyi, co się wiły po brzozowych ganeczkach aż pod strzechę. A taż oficynka, któréj ja już jeden podobno tylko miejsce pamiętam (tam gdzie teraz skrzydło pałacu), gdzieśmy nad książką łby smarzyli, ale niestety niedosmarzyli, gdzieśmy się wyśmiali na całe życie i tak szczerze i tak bez końca i tak sztucznie, aby Pan Trawiński z drugiego nie zasłyszał pokoju. A owe zwaliska pałacu, wybudowanego, podług powieści starego Jakuba mularza, przez Referendarza Siemieńskiego, z ich czarnemi sterczącemi i śród południa straszącemi kominami — z ich piwnicami, skarbcem, lamusem, gdzie echo po sklepieniach brzęcząco biło. Wszystko, wszystko przypomnielibyście sobie bracia moi — przypomnieli z rozkoszą... Ale Was już nie ma, a ja nie mam do kogo powiedzieć: Czy pamiętasz?
Dam więc pokój tym wspomnieniom... Wróćmy do Trześni. I tam nie wiem po co... ale kto siwieje bajdurzy chętnie.
Wszedłem na dziedziniec... wszak prawda? A że szedłem, przeszedłem go prędko i znalazłem się u progu dworka miedzy kilkunastoma oficerami w zielonych frakach mundurowych z pąsowemi kołnierzami, zlotami szlifami i akselbandami, w bermicach na głowie. Były to Guidy. Oddział formujący się, niby przybocznéj straży naczelnego dowódzcy. Każdy miał rangę podporucznika i w téj po skończonéj kampanii wszyscy zostali umieszczeni w nowych pułkach.
Spytałem się o Józefa Szumlańskiego Adjutanta Księcia. Obudzono go śpiącego w sieni. Wyciągnął się, ziewnął, uściskał mnie i wziął pod swoją opiekę, tak że wkrótce, jakby w kole krewnych lub sąsiadów odpowiadałem na tysiączne zapytania o tém co się dzieje we Lwowie.
Zdaje mi się, że w dniach, o których tu wspominam, Sandomierz był w naszym ręku. Wystrzały, które rano słyszałem, musiały być do nieprzyjacielskiego rozpoznania (reconnaissance), bo ledwie siedliśmy do stołu, przybył Jenerał Sokolnicki komenderujący na linii bojowéj i Żółtowski Pułkownik 3go pułku piechoty.
Wieczorem nadjechała zwyż wspomniona Deputacya Galicyjska: Ludwik Książe Jabłonowski, którego jedynym wyskokiem patryotyzmu i to N. B. mimowolnym, było to poselstwo. Nie lepiéj mu się i na późniejszych powiodło — Adam Potocki, który starał się o pozwolenie formowania pułku — i Kajetan Uruski, który... który miał pieniądze i nos duży, ale i odrętwiałe serce w sprawie Ojczyzny. I ranga bez zasługi i nos duży, wszystko to są boskie dary i muszą mieć swoją przyczynę. Wiara w konieczność przyczyny jest to jedna z najmocniejszych podpór w podróży życia.
Deputacya złożyła Księciu mnóstwo komplementów i kilka tureckich sztandarów znalezionych w arsenale lwowskim...
Przed stodółką, koło mostu na rzeczce płynącéj do Wisły, stał wóz długi przykryty, zielono malowany, z dużym wzdłuż wieka napisem: Furgon 2go pułku piechoty. Furgon w obozie jest zawsze celem zazdrości, bo staje się domem, pałacem. Pod nim między kołami, obszerna sypialnia, bezpieczna od słoty i gorąca — przy boku sala jadalna, ale że z nią razem i kuchnia, przeto raz z jednéj, a raz z drugiéj strony, podług wiatru. Z tyłu lada derka w górze wiekiem przyciśnięta, a w dole dwoma patykami podparta, wygodną staje się komnatą. Pod dyszlem zaś, ile na nim rozwieszonych płaszczów i koców, tyle gabinetów, w których siodła, juki, sakwy służą za stoły, sofy i wezgłowia. O kilka kroków naprzód, przed karabinami złożonemi w kozły, grenadyer na straży brał za broń przed przechodzącymi oficerami, albo sparty na niéj odzywał się do rozmowy, przerywanéj głośnym śmiechem, co się dobywała z różnych punktów furgonu, jakby z trojańskiego konia.
W téj stodole była kwatera Pułkownika Stasia Potockiego. Tam w kole wojskowych, z których każdego uważałem za Vice-Napoleona, słuchałem całą duszą świetnych czynów naszej armii. Słuchałem i różnych dykteryjek garnizonowych i obozowych zupełnie dla mnie nowéj treści, a jeszcze nowszego sposobu wysłowienia. Słuchałem z wielkiém upodobaniem jak gdybym pisał noty w pamięci: Do naśladowania. Do powtórzenia. Do przerobienia.
Nie spuszczałem przytém z oka Artura Potockiego. Artur był to człowiek pełen honoru, dowcipu i dobroci — a przytém zajmującéj piękności. Ale dość było spojrzeć na jego rozpięty mundur, chustkę lekko zawiązaną, ładownicę przekręconą, pendent nie na miejscu, aby w nim poznać popsute dziecko towarzystwa warszawskiego, a razem i armii, bo Wódz naczelny był członkiem tego towarzystwa. Zachował on był w postawie i ruchu owę anglomanią, co wówczas ustępowała przed rubasznością obozową. 1809go r. był Adjutantem Rożnieckiego. W 1812 Szefem Saperów — w 1813 Adjutantem Księcia Józefa. Parę godzin przed tegoż zgonom, wysiany do Cesarza, uniknął podobnego losu. Nareszcie z moim bratem Maxymilianem był Fliegel Adjutantem Cesarza Alexandra. Nie spuszczałem powiadam z oka Artura, który, dla nieznośnego upału, rozciągnął się jak długi na wiązce słomy, ale całkiem nagi.
Wzgarda wszelkiéj osłony, tak w czynnościach, jak i mowie, tam nawet gdzie ta zdawała się być nieoddzielną częścią saméj rzeczy — jakiś, by się tak wyrazić cynizm fizyczny, były Conditio sine qua non, do osiągnienia nazwy: Birbanta. Kto nim nie był w istocie, musiał udawać, inaczej trącił Cywilistą. Taki mógł był wprawdzie szanowanym, ale nigdy lubionym. Patrzałem więc z zadziwieniem na te Sans-façons Artura w obec nawet całéj Deputacyi Galicyjskiéj i zapisałem w notach do naśladowania. Ten strój Ojca Adama, bez liścia figowego, NB., nazwaliśmy potém szlafrokiem i często w upały po mustrze był w używaniu.
Wszedł do stodółki wysoki, piękny mężczyzna, Szef szwadronu 2go pułku ułanów. Mundur granatowy, kołnierz pąsowy, wyłogi żółte. Na głowie kołpak z czarnego baranka, w górze szerszy, z tyłu jak cholewa palonego buta wykrojony, z pąsowym płomieniem naprzód wywieszonym i złotym kordonem przyciśniętym, oznaczał, że był Szefem pierwszego szwadronu, a przeto i kompanii wyborczéj czyli Grenadyerów.
Kompania pierwsza od prawego w każdym pułku jazdy, a w każdym batalionie piechoty była kompanią wyborczą, odznaczała się pąsowemi szlifami i niedźwiedziemi, lub innego rodzaju kołpakami od innych kompanii.
Wszedł więc Szef szwadronu, a wszystkie oczy zwróciły się od niego na mnie i wykrzykniki z różnych stron zdawały się chcieć obudzić naszą wzajemną uwagę. Bracia stali przed sobą nie poznając się wcale. Ja od trzech lat urosłem — Maxymiliana zaś, eleganta Puławskiego, zawsze wypudrowanego, wystrojonego, pachnidłami tchnącego, nie mogłem odgadnąć w téj opalonéj twarzy, zakrytéj do połowy rudemi wąsami i faworytami... w téj postawie żołnierskiéj, okrytéj znojem i kurzem bojowym.
.... Maxymilian chciał mnie przedstawić Księciu, poszliśmy więc do białego dworku. Na dziedzińcu, w sieni, w pierwszych pokojach prezentował mnie na prawo i lewo. Szastałem się jak cywilista, dzwoniłem ostrogami jak rycerz, byłem grzeczny i wspaniały. Tam poznałem żółtego Rautenstraucha w żółtej peruce. Trudno być szpetniejszym. Był to człowiek wielkich biórowych zdolności. Sługa każdéj władzy, skończył na komendzie warszawskiego baletu. Był on synem garbarza, dlatego Kwilecki w paszkwilowym swoim katalogu napisał był: L’Etat-Major, relié on maroquin jaune par Mr Rautenstrauch. Poznałem Jenerała Fiszera, byłego Adjutanta Kościuszki, teraz Szefa sztabu. Był on osobistym przyjacielem i prawą ręką Księcia Józefa. Naśladował Księcia jak Berthier Napoleona. Mały, ułomny, w czapce ułańskiéj, z krótką fajką w ustach, na dużéj bułanéj kobyle, był zanadto dziwaczną kopią obok pięknego oryginału, aby nie wzbudzał często szyderskiego śmiechu. Zginął pod Tarutyną w 1812 r.
Nareszcie weszliśmy do Księcia. Siedział sam na ganeczku, z którego widok na Sandomierz, i palił tytoń ze stambułki oprawionej na krótkim, prostym bukszpanowym cybuszku. Miał na sobie kurtkę granatową z wyłogami tegoż koloru, z francuska na przodzie wyciętą, — haft jeneralski u kołnierza. Na piersiach gwiazda krzyża wojskowego polskiego i krzyż Legii honorowéj (jéj Wielką Wstęgę otrzymał dopiero po kampanii 1809 r.). Chustka czarna, grubo na szyi zawiązana z białą wypustką — kamizelka biała — spodnie granatowe opięte i buty węgierskie z czarnemi kutasikami i srebrnemi ostrogami uzupełniały strój, który zarywał trochę munduru ułanów austryackich z czasów, kiedy Książe u nich, Bóg wié poco, służył, który przechodził nieco w francusczyznę i który teraz niezawodnie wydałby się arcyśmiesznym.
Widywałem późniéj w 1812 r. Księcia Józefa czasem w mundurowym fraku, ale zawsze w czapce ułańskiéj. Frak z czapką nie bardzo się zgadzał i w całéj armii on jeden i drugi Fiszer pozwalał sobie tego stroju. Wielki zaś mundur jeneralski był: Ułańskim krojem granatowa kurtka, amarantowe wyłogi i rajtuzy — srebrny haft, szlify i lampasy.
Wojsko Polskie Księstwa Warszawskiego od 1806 do 1812 r. było w ciągłéj formacyi. Na oficerów przybywała ciągle młodzież majętna. Dlatego oficerowie acz nie płatni po kilka miesięcy, zbytkowali nietylko w przepisowych mundurach, ale i w fantazyjnych półmundurach, których sobie każdy pułk jazdy mnożył bez liku. Tak na przykład weźmy pułk 2gi ułanów. Pierwsze ubrania: Wielki mundur, kurtka granatowa, kołnierz pąsowy, żółte wyłogi, rajtuzy granatowe obwisłe z żółtym podwójnym lampasem. Drugie ubranie: Taż sama kurtka z zapiętemi wyłogami, rajtuzy szerokie sieraczkowe ze skórą. Trzecie ubranie: Kurtka z wyłogami granatowemi z francuska z przodu wykrojona do białéj kamizelki. Czwarte ubranie: Frak granatowy albo z francuska jak powyż wspomniona kurtka do kamizelki wykrojony, albo na jeden rząd guzików zapinany, spodnie opięte granatowe, buty węgierskie ze złotém u góry obszyciem i złotym kutasikiem. Do tego ubrania stósowany kapelusz.
Na jednym balu w Warszawie widziałem Pułkownika Tyszkiewicza i mego brata w granatowych frakach z żółtemi wypustkami z francuska wyciętych — kamizelka żółta pokryta pętlicami złotemi, spodnie opięte pąsowe suto z huzarska szemerowane, buty kozłowe.
W pułku 11ym ułanów oficer musiał mieć kurtkę granatową z amarantowym kołnierzem i białemi wyłogami, u kołnierza biała a u wyłogów amarantowa wypustka. Kurtkę z granatowemi wyłogami tylko z wypustką albo spencer — frak — czamarkę — kurtkę balową na przodzie wyciętą do amarantowéj złotemi pętlicami okrytéj kamizelki. Rajtuzy granatowe obcisłe z białym podwójnym lampasem, granatowe i sieraczkowe szersze z jednym amarantowym lampasem. Sieraczkowe rajtuzy z guzikami półokrągłemi od dołu do góry — sieraczkowe szerokie ze skórą — spodnie granatowe do fraka — białe ze złotym galonem do balowéj kurtki. Buty węgierskie ze złotém obszyciem i kutasikiem, a do balowego stroju czerwone. W zimie, kogo stać było, surdut z wykładem siwych baranków, na piersiach w zioberka z złotego galonu. Tak czasem przesadzano galonami, że Oborski o Kapitanie Bie.... powiedział: „Bie.... ma i w kieszeni parę sztuczek galonu“. Do tego wszystkiego i cywilny frak a przynajmniéj surdut był ledwie nieodzownie potrzebnym, zwłaszcza dla oficerów garnizonujących po większych miastach. Brano do cywilnego fraka wojskowe spodnie, kamizelkę, buty, czapeczkę lub kapelusz stósowany. Ten strój semi-cywilny uwalniał od pałasza i upoważniał poniekąd do wejścia tam gdzie mundurowi nie zawsze przystoi.
Co kraj to obyczaj, mówią, ale gdyby nie rym częściéj jeszcze możnaby powtarzać: co czas to obyczaj. A nowszy zawsze piękniejszy, zawsze mędrszy, ale za to dawne czasy były od początku świata zawsze wiekiem złotym, wiekiem prostoty i cnoty. I ja teraz muszę powiedzieć: Był to wiek złoty ten czas, kiedy byłem młody, kiedy stanąłem przed Księciem Józefem w trzeciéj pozycyi, jak do Menueta albo raczéj do Matelota, tańca, którym robiłem zaszczyt memu nauczycielowi Kurcowi a Kurc był z baletu Króla Stanisława, a Król Stanisław znał się lepiéj na tańcu niż na sztuce rządzenia. Książe przyjął mnie uprzejmie. Rozmawialiśmy pięknie a nie długo. Nazajutrz 8go Czerwca dostałem nominacyą na Podporucznika.
Jedynie zapewne przez grzeczność nie pytacie mi się Szanowni Państwo za co zostałem Oficerem. A ja na to odpowiem, niech Was to nie dziwi, bo nowe formując Pułki, niedostatek Oficerów przymusza nominować i nowo w szeregi przybyłych odznaczających się trochę lepszém wychowaniem. W owym czasie wyrastały Podporuczniki jak grzyby i nie do jednego można było powiedzieć z Plautem: A więc panie oficerze co nie jesteś żołnierzem etc.
Nie to było mojém szczęściem, że zostałem Podporucznikiem, ale to, że miałem w ręku nominacyą. Moje słowa trącą niby zagadką, sam to wiem... zatém aby być zrozumianym, muszę trochę obszerniéj opowiedzieć, co się działo w Galicyi 1809go r.
Byłbym wprawdzie uniknął wielu niezrozumiałości, gdybym był zaczął, jak Bóg przykazał, od początku. Na przykład: Był to Pan i Pani... mieli syna, nazwali go Aleksandrem... Albo téż urodziłem się w Suchorowie w Ziemi Przemyskiéj, z Jacka z Pleszowic i Maryi z Dembińskich Fredrów małżonków — Kiedy? — Nie wiem dokładnie, bo w owym czasie proboszcze na mokro oficyowali, a na sucho pisali. Metryki więc odszukać nie mogłem, może i dlatego, że plebania w Jarosławiu zgorzała. Uczyłem się krótko i nie tęgo, a w szesnastym roku życia, podług rachuby mojéj piastunki, wstąpiłem do wojska etc. etc. etc....
Tak pewnie byłoby było najlepiéj, ale tak się nie stało, czego bardzo żałuję. Aby więc trafić jako tako do końca, pozwólcie bym pierwéj skończył com już zaczął, abym mówiąc kwiecistym stylem gubernialnym, wyrobił moje restancye — a potém wrócimy do pamiętnego roku 1809go.
Byłem więc, nisi fallor, w Lipsku — nie, mylę się, dalej w Moguncyi i to nie, bo bliżéj, w Gotha. Tak jest, w Gotha byłem na służbie w niemieckiém zanurzony łożu. Budzimy się, dzień jasny! Seweryn woła... (a jak Seweryn wołał, szyby brzęczały), ordynans się zrywa, wychodzi, wraca i przestrasza nas niepotroszę wiadomością, że Cesarz już dawno wyjechał, że już nikogo z naszych w mieście nie widać.
Proszę teraz przypomnieć sobie, jaki był stan rzeczy, jak niektórzy oficerowie, zostając po drodze, dali się brać w niewolę, proszę przypomnieć sobie, (bo ja nie powtórzę) i wystawić sobie razem, jaką Szef szwadronu, komenderujący szwadronem służbowym niczém dotąd nie zachwianego korpusu, byłby na siebie, a nawet na pułk cały ściągnął plamę, gdyby był wpadł w ręce nieprzyjaciela. A że to z winy ordynansa, który zbudzony przez podoficera wysłanego ze szwadronu, zasnął sobie był na nowo — któż byłby dał wiarę? Któżby kiedy chciał i wysłuchać uniewinnienia?... Kto mógł zawyrokować? Zerwaliśmy się, jak to mówią ptaszkiem. Seweryn dopadł konia i cwałem pogonił. Ja zaś jako indywiduum nic nie znaczące w europejskiéj równowadze, uważałem zdarzenie z własnego tylko stanowiska, a którém tym razem było błoto przed progiem zaklętego domu o zielonych kotarach, błoto sięgające wyżéj ostróg. Myślałem co począć, bo jak nie myśleć i podniosłszy głowę patrzałem w górę jak gracz wistowy, kiedy chce przypomnieć sobie czy siódemka jest Carte-fortą albo nie. A że ile razy spojrzę w niebo, tyle razy kichnąć muszę, więc kichnąłem raz jeden i drugi i wpadając w odwrotną ostateczność wlepiłem oczy w ziemię... Nie powiem jak gdybym chciał ziarnka piasku przeliczyć, bo było błoto, ale raczéj jak gdybym, niby ów Narcys zakochany w sobie, przeglądać się w kałuży. W tém połysk nadziei budzi mnie z odrętwienia: Może Onufry czeka z końmi! Pędzę szukać koni i tym razem na prawdę... O jakże bolesna i bliska kara za moje kłamstwo!... Szukam i nie znajduję... nie było się więc dłużéj czego wahać — przechodzę bez zwłoki i awansu do piechoty i ruszam w drogę.
Ktoby mnie był widział jak pałasz pod lewém ramieniem, kapelusz na bakier, skakałem z razu z kamyka na kamyk, byłby mógł myśleć, że ja w Lublinie idę na wieczór do Jenerałowej Kameneckiéj, gdzie mnie czekał przyjazny uśmiech panny Anieli i pantofel... Nie pantofel turecki, a mniéj jeszcze żydowski, ani téż figurycznie wzięty jako matrymonialne jarzmo, ale pantofel gra w karty, niezbyt dowcipna, ale nieoceniona dla zakochanych, lepsza nawet niż mruczek, ba i talarek. U nas w Samborskiem, między Gródkiem a Rudkami zwano dawniéj tę grę Gapiem albo Kasztelanem, co było niezawodnie dla kasztelanów arcyubliżającém i zapewne senat postanowił niewinną nazwę Pantofel.
Były to dobre czasy w tym Lublinie. Jenerał Kamenecki komenderował dywizyą — miał miłą, godną żonę i miłe, lube pasierbice pannę Pelagią i pannę Anielę Trębickie. Pułkownik Nowicki, który potém został zastrzelony w karecie owéj pamiętnéj nocy 29go Listopada w Warszawie. Jąkał on się. Będąc zatrzymany niewyraźnie wymówił swoje nazwisko, usłyszano zamiast Nowicki, Lewicki i tak zginął niewinnie za znienawidzonego komendanta miasta Lewickiego. Pułkownik więc Nowicki, Szef Sztabu, przyjaciel domu i wesołego życia, nominował do sądów wojskowych ponajwiększéj części oficerów, których towarzystwo mogło Warszawiankom znośnemi uczynić zimowe lubelskie wieczory. Zostałem Raporterem sądu wtórego, bo dobrze tańcowałem. Bardzo dobrze. Późniéj mazurem podbiłem serce panny Benigny, ale to inna historya. Nie śmiejcie się moje panny patrząc na moje sukienne buty. Gdybym był i najstarszym z galicyjskich Landstandów, młodość kiedyś miałem, tak jak Wy drogie kwiateczki starość mieć będziecie. Dzieci najczęściej nie słuchają rozsądku rodziców, bo mówią to starych widzimisię, a zapominają, że ten rozsądek zebrany z doświadczenia wieku młodego. Zdaje im się, że ojciec zawsze był siwy i pochylony, dlatego dobrze, aby każdy miał swój portret malowany w wiosennych chwilach życia, wtenczas będzie mógł powiedzieć: Oto ten młody człowiek przez moje usta daje wam przestrogi.
Zostałem więc Raporterem ale w sądzie wtórym, zatém w jedynéj sprawie, którą sąd po karnawale osądził, powtarzałem tylko pytania sądu pierwszego. Może ktoś mędrszy byłby umiał dać inny obrot rzeczy, ale jeżeli nie byłem mądry, mniéj jeszcze bez wątpienia był nim ten, co siedmnastoletniego chłopca nominował Raporterem. Prawda, żem zasięgał rady, ale to wszystko małéj było wartości. Nasze sądy w owym czasie były prawdziwie zgrozą. Prawa francuskie wykute dla długiemi wojnami rozhukanego żołnierstwa, nie mogły być stosowne dla młodej, na paskach jeszcze prawie postępującéj armii.
Był w 11ym pułku jazdy, w samych początkach formacyi tegoż, jakiś, jeżeli się nie mylę Pan Imański. Więcéj zarywał na sędyka niż na ułana. Śpiewał tenorem i lubił kminkówkę. Kiedy mu kazano jechać na placówkę, krzyknął: Ja przyszedłem bronić Ojczyzny, a nie na placówki jeździć! — Pan Imański nie był więc ani bardzo posłusznym, ani miłym kolegą. Razu jednego rozciągnął się w stajni na derce, głową przykrył czerwoną chustką w kraty i zasnął twardo, jakto się śpi w upał i po obiedzie. Sierżant budzi go raz i drugi, nareszcie zniecierpliwiony uderza nogą tam, gdzie się zwykle nogą bije — pozycya tylko sposobna mogła go do tego gwałtownego aktu pociągnąć. Pan Imański zaś, jak ów sztuczny diabełek w tabakierce, jednym szusem stał na derce. Zbudzony nagle ze snu, który go może na sto koni wsadzał, zapomniawszy Ojczyznę, ułaństwo i artykuły trzykroć mu czytane, pamiętny tylko klejnotu swego szlachectwa i bolącéj części swojéj osoby... odwinął się... machnął... klasło! Sierżant dostał policzka... Zbrodnia!... A więc i sąd niezwłoczny. Pan Adam Potocki, nowy Pułkownik nowego pułku, poprawia sobie to szlify to okulary, co u niego było oznaką nadzwyczajnego wzruszenia... Niewiedzieć jednak, czy się smuci zgorszeniem, czy się cieszy wyprawieniem solennego aktu, który powiększy anale i pułku i jego dowództwa. — Nota. Pan Adam Potocki był szlafmycą. Koniec Noty. — Sąd zwołany — ale co tu sądzić — przestępstwo jawne — prawo jasne: „Za targnięcie się na przełożonego kara śmierci“. Piszą dekret... Imańsiu, oddaj się Bogu! Działo się to w Tyszowcach... Znacie Państwo Tyszowce?... Nie... I lepiéj! Jest to ni duże, ni piękne miasteczko w Bełzkiem. Cały pułk występuje, ale dla równości pieszo, bo tylko jedna kompania miała konie — z lancami, bo pałaszy nie dostawało. Na prawém skrzydle stanęła kompania wyborcza w szlifach i akselbandach pąsowych, a przy niéj w drugiéj kompanii nazwanéj Ptaszników, w drugim szeregu wielu było i bez ostróg, bo butów nie miało. Ta druga kompania była złożona z samych dzieci lwowskich, ponajwiększéj części latarników. Starsi żołnierze, nie służbą ale wiekiem, przezwali ich Ptasznikami, co późniéj dziennym rozkazem zostało zakazaném. Daléj stały kompanie rekrutów, czapeczki tylko granatowe z paskiem pąsowym świadczyły, że będą kiedyś wojskiem. Przed frontem stał jako pryncypalny aktor Kapitan Żurowski z komendą swoją, to jest z kilkunastoma tak zwanymi żandarmami samborskiemi, czy sanockiemi, w zielonych mundurach z czarnemi wyłogami. Karabiny nabite (przynajmniéj powinny były być nabite). Wyprowadzono delikwenta, i gdy mu dekret przeczytano, gdy się jeszcze ceremoniował zająć miejsce honorowe... wypada z po za stodoły niby zadychany Adjutant... kiwa chustką... woła, krzyczy: Pardon! pardon! — Ile sobie przypominam Pan Imański, miarkując z jego twarzy, nie zdawał się wierzyć w prawdę téj sceny, jednak wkrótce potem wystąpił z wojska.
W rok późniéj sądziliśmy podobnie jakieś wojskowe przestępstwo w Krasnymstawie. Pułk już był starszy, miał kilku dawniejszych oficerów — jedném słowom był już pułkiem. Szef szwadronu Tomicki prezydował. Między innemi zasiadał Kapitan Orzelski, legionista. Dopiero co był przyjechał ze starą żoną i dwoma mułami, co było zjawiskiem ucieszném wówczas dla wszystkich, tak w Krasnymstawie, jak i w całéj Lubelskiéj ziemi. Zasiadł także pięćdziesięciokilkoletni Brzozowski, Porucznik Kościuszkowski; tego nie zdołał zmusić Pułkownik z całą radą gospodarczą do podcięcia pół kurtki i do podniesienia stanu. Zamiast pasa z klamrą, ledwie nie pod pachą, jakeśmy wtenczas nosili, nosił go niżéj brzucha... zamiast pałasza spuszczanego aż do kolana, nosił swój tak krótko, że w tył podany ledwie ostróg sięgał. Przedrwiwano z Kościuszkowskich, że się nie dość francusczyli, przedrwiwano późniéj Napoleończyków, że nie mieli dość Konstantynowskiéj lalkowatości — mutontur tempora etc.
Felix Boznański był Raporterem, a kiedy Orzelski na swojéj karteczce, skurczywszy index na piórze, jak Turek nogą na kulbace, zaczął pisać z zadziwieniem i rozweseleniem razem czytających mu przez ramię: Kara śmierci, Boznański zwrócił ku niemu krucyfix i rzekł: „Na rany tego pisz lepiéj!“ Wtenczas powstał śmiech, jak pewnie nigdy w żadnym sądzie nie słyszano, a winowajcy nie otrzymali i połowy kary, na którą zasłużyli.
Nie tak uciesznie skończyła się sprawa w Lublinie, o któréj moim zwyczajem zacząłem mówić i nie skończyłem.
Jako Raporter nie wotowałem w sądzie, Bogu dzięki, a jednak przykre to dla mnie przypomnienie.
Kapral 13go pułku piechoty stojącego w Zamościu, wyszedł w nocy z ośmiu żołnierzami na łówkę kartofli. Wracając koło karczmy, pociągnięci wonią anyżu, pukają do drzwi, a gdy żyd nie głupi otworzyć nie chciał, odbijają okiennicę siekierą, włażą przez okno, piją do woli, a na końcu (tu sęk!) żądają pieniędzy. Dostało się każdemu, dobrze pamiętam, po 5 zł. gr. kilka.
Oskarżeni o kradzież z wyłamaniem zamknięcia, czyli mówiąc po polsku, o rabunek, stanęli przed sądem. Winę kaprala powiększała ta okoliczność, że był zbiegiem rosyjskim, nie można go było za nowego żołnierza uważać, że podkomendnych namówił do marody, że nareszcie postawił jednego na straży, nim się do karczmy zbliżył, co dowodziło wcześnie z namysłem chwycone przedsięwzięcie. Na jego zaś uniewinnienie można było powiedzieć, że wyszedł z wojska rossyjskiego, gdzie złodziejstwo jest piątym żywiołem, że był przesiąknięty, żeby się tak wyrazić, inném pojęciem cudzéj własności, zwłaszcza kartofli, niż to, jakiego teraz od niego wymagano, że nareszcie on, kapral, pamiętny słów Hipolita do Tezeusza:

Ainsi que la Vertu le Crime a ses degrès.

(Co par parenthèse, z przeproszeniem Pana Rasyna, jest nonsensem, bo występek kroczy po szczeblach, ale nie cnota) mógł był wnioskować z niejaką pewnością, że i kara a ses degrès, a nie widząc w wojsku polskim pałek, nie mógł wierzyć słuchając o karze śmierci Que la Charte soit une vérité.
Mniéj jeszcze winnemi byli współoskarżeni, młodzi ludzie, nowi żołnierze, z równie pustym najczęściéj żołądkiem jak i kieszenią, bo płaca rzadko kiedy kapnęła. Dlatego téż nie legalne wycieczki za żywnością bywały karane tylko na zaskarżenie uszkodzonego. Patrzano przez szpary, a każdy, jak ów dzban, nosił wodę póki ucha stało.
Książe Józef potwierdził wyrok pierwszego i wtórego sądu. Miał on wiele powodów do rozwinięcia całéj surowości prawa. Wojskowość panowała w Księstwie Warszawskiem żelazném berłem. Mało znaczył obywatel, a jego własność jeszcze mniéj. Pod rządem militarnym jeżeli obywatel więcéj znaczy od konia szeregowego, za to o wiele mniéj od każdego szeregowca. Niedość kwaterunek napełniający dwory i zajezdne domy nieproszonemi gośćmi — niedość rekwizycye otwierające szpichlerze a czasem obory i stajnie, jeszcze nikt nie był w stanie ustrzedz od napaści swoich owoców w sadzie, swoich stert w polu. Do wszystkiego współka, częstokroć nawet i do... Pani zgadujesz więc zamilczę. Po wsiach oficerowie, chcąc koncentrować swoje oddziały, wyłamywać kazali ściany, przerabiali na stajnie chłopskie stodoły. Ja sam w Poleckiéj Woli cieszyłem się z moich rozporządzeń i przeistoczeń nie pomyślawszy ani razu, czy nie niszczę gospodarza zajmując całe jego obejście. Wina to była właściwie starszych. Żołnierz rolnikowi zaglądał głęboko do garnka i do brogu, a wszelki opór pociągał za sobą niebezpieczeństwo osobiste. Ekscesa żołnierskie powtarzały się często, coraz częściéj. W Hrubieszowie obywatel z sąsiedztwa Guzowski dostał od ułanów obszerną etymologią swojego nazwiska... Natenczas Pan Guzowski jak ów leśniczy... ale to inna historya... że zaś nie długa, więc powiem.
Oto tak było: Pewien leśniczy, przedwczesnym pochwycony patryotyzmem, w zielonéj kurcie z siwemi barankami i w czapce z kutasem dosiadł źrebnéj kobyły i widząc harcujących ułanów 3go pułku przyłączył się do nich. Kiedy się zwijał jak mógł najlepiéj, jeden z wiarusów czy krótkiego wzroku, czy podpity, czy nie mogąc wstrzymać zamachu, czyli téż nareszcie biorąc patryotę w nieznanym stroju za jakiego vice-huzara, walnął go w łeb drzewcem, a grotem... w udo ugodził... Wtenczas leśniczy, z tém uczuciem, z jakiém Brutus pod Filipami wyrzekł: Cnoto jesteś niczém! — zawołał chwytając się za część uszkodzoną: A niech diabli biorą z taką Ojczyzną!...
Otóż i Pan Guzowski mógł był wykrzyknąć toż samo.. i pewnie wykrzyknął, kiedy ściągnięty z bryczki wziął w skórę za to, że przed parą dniami złapał w swoim grochu kilku żołnierzy. Okropna zniewaga, straszna swawola, a jednak prawdę mówiąc, lubo winni zostali ukarani, nie wzbudzał ich występek między oficerami należytego oburzenia.
Pod Warszawą zaś Kuszel, Kapitan huzarów, pijany, przeczuł metodę Prischnitza, kiedy szlachcica jadącego w dzień ciepły w futrze, kazał z futrem wciągnąć do Wisły, aby się z nim razem kąpał.
W Chełmnie w obec oficera, a co więcéj jednego z mnichów, kapral Czerkieski kapralowi Bilińskiemu dał ślub w zakrystyi.
Inni Pułkownicy, żyjąc w przyjaznych stosunkach z obywatelami, przytłumiali na miejscu zdarzające się wybryki swoich podkomendnych, ale Pan Adam Potocki, jak to wyżéj w historycznéj nocie miałem honor powiedzieć był szlafmycą. Miał żonę, a żona siostry... suprème bon ton! Elegancya wielka, fuma wielka, większe nawet niż dochody. Te damy otoczone najświetniejszą młodzieżą ich towarzystwa lwowskiego przemienioną nagle w korpus oficerów 11go pułku, nie dbały o parafiańskie znajomości. Traktowały z góry i cięły bez litości, co się nawinęło, do czego im nie brakło na ostrych żądełkach. Obywatelki zatém, jeżeli lubiły korpus oficerów, nie lubiły sztabu, obywatele zaś nie lubili ani sztabu, ani zbyt czasem grzecznych oficerów. Każda więc skarga szła prosto do ministra wojny Księcia Józefa.
W kilka dni po zawieszeniu broni oddawszy depeszę Jenerałowi Fiszer w Krakowie, usłyszałem od niego ogromną burę. Łajał we mnie skromnym Podporuczniku Pułkownika i pułk cały. Slusarz przewinił a kowala powieszono. Zbity z terminu niespodziewaną a mniéj jeszcze zasłużoną naganą, zostałem potém w niwecz obrócony przycinkami oficerów w głównéj kwaterze względem mniemanego dowództwa Pani Pułkownikowéj, tak dalece, że już wtenczas chciałem z pułku wystąpić. Za wstawieniem się mego brata, którego zastałem w Krakowie, ofiarowano mi miejsce w mającym formować się pułku kirasierów Stanisława Małachowskiego, ale wróciwszy do pułku, zakochałem się i zostałem na miejscu. Przestałem już jednak lubić swój mundur, co jest bardzo źle i dlatego téż późniéj przeszedłem chętnie do 5go pułku strzelców konnych.
Idąc po nitce do kłębka, owa bura Fiszera była więc pierwszym powodem wszystkich nieprzyjemności a raczéj przykrości, których w dalszéj mojéj służbie wojskowéj doznałem, a przeto i powodem do téj goryczy, co tak wcześnie zaczęła wsiąkać w duszę moją.
Prawdę mówiąc, nie brakło w naszym pułkowym sztabie dworujących intrygantów i kobiecego wpływu, ale by miała Pani Adamowa rządzić pułkiem samowładnie, aby wydawała bony na poziomki, kurczęta albo śmietankę, to bajki wierutne, bezczelne. A jednak te bajki obiegały całą armiję i pułk 11ty, po części może przez zawiść, bo żaden pułk tak świetnego nie miał korpusu oficerów, był powszechnie nie lubionym[7].
Wojsko Polskie wówczas było piękne, świetne, pełne honoru i odwagi, ale jego życie młode, za obfite, za wiele fermentujących cząstek zawierające, występowało często z krawędzi obywatelskiego porządku. Nie brakło praw surowych, nie brakło i na zastósowaniu tychże, ale brakowało, że się tak wyrażę, policyjnéj karności w szwadronach (zbyt trudnéj wprawdzie, gdzie żołnierz nie płatny). Nie było szczebli kary i szczebli zastosowanych do ówczasowych okoliczności. Kara ociągała się często, aby w końcu uderzyć surowo, nad miarę. Bądź co bądź, przykład stawał się potrzebnym. Książe Józef potwierdził wyrok sądów wojskowych lubelskich w sprawie żołnierzy 13go pułku piechoty.
Nie spałem noc całą trawiony dreszczą i gorączką naprzemian. Rano wziąłem na siebie wielki mundur, na głowę czapką z kitą i udałem się z wyrokiem do uwięzionych winowajców.
Więzienie gdzie musiałem wstąpić było takie, jakie sobie młodzież czytająca romanse zwykle wystawia. W części zachowanéj opustoszałego jezuickiego klasztoru, po ciemnych schodach a raczéj szczątkach schodów, między murami czarnemi wiekiem a mokremi wilgocią, wszedłem do kurytarza, gdzie ni okien, ni stropu, a światło wciskało się tylko dziurami o dwa piętra wyższego dachu. W głębi kurytarza w izbie sklepionéj silnemi kratami opatrzonéj, stał na środku stół, na stole krucyfix. Przy drzwiach dwóch grenadyerów cicho usunęło w krzyż sparte karabiny, bo i ja cicho postępowałem ku nim, jak gdybym się bał kogo obudzić, jak gdybym chciał stłumić złowieszczy odgłos mych kroków. W alkierzu na lewo pacierze mówiono.
Dopiero po przeczytaniu wyroku, przeprowadzają więźnia w inne miejsce i księdza przywołują. Ja jednak tak zastałem jak powiadam. Może z niedoświadczenia uchybiono zwykłym formalnościom.
W alkierzu na tapczanie siedział więzień, głowa na piersi zwieszona, ręce na kolanach złożone, obok niego kapucyn. Wstali obadwa. Mnie głosu zabrakło — ale i w całym gmachu jakby wszelki ruch zastygł, — życie cofnęło się w serca, — postawy były jak z kamienia. — „Przynoszę ci wyrok sądu“, odezwałem się nareszcie i lubo cicho przemówiłem, głos mój tak przykro się rozległ, że groźnie w koło spojrzałem, jak gdybym chciał milczenie nakazać. „Przynoszę ci wyrok sądu“, powtórzyłem. — „Wiem, wiem Panie Poruczniku,... ale cóż ja tak wielkiego zrobiłem. Zlituj się nade mną. Ratuj mnie!“ — Ukląkł, objął moje kolano i zaczął głośno płakać. — „Nie lękaj się, rzekłem, wiem, że dostaniesz pardon na placu... Jesteś na śmierć skazany. — Potém rozwinąłem długi wyrok i tylko potwierdzenie ministra wojny przeczytałem. Bo każdy podobny słuchacz może powiedzieć jak Książe Moskwy: „Na co tych frazesów, Michał Ney i garść prochu.“ Przeczytałem więc prędko i kazałem mu przynieść wódki. Ztamtąd poszedłem do wąskiéj, długiéj izby na drugim końcu kurytarza, gdzie od kilku miesiący reszta winowajców czekała wyroku. Tam z wybladłych i zarośniętych twarzy wytrzeszczone oczy wlepiły się we mnie, jakby własny słuch wyprzedzić chciały. Przeczytałem: Ośm lat więzienia w kajdanach. Jeden tylko jęk odpowiedział, jęk głęboki, przeciągły, którego nie zapomnę póki żyć będę.
Nazajutrz na placu przed Kapucynami, tam gdzie teraz pałac komisyi wojewódzkiéj, czyli raczéj niestety guberskiéj, odczytałem raz jeszcze wyrok z konia w obec oddziałów z różnych pułków zgromadzonych na tę okropną uroczystość. A gdy konia zwróciłem, huknęły wystrzały jakby jeden. Wyrok został spełniony.
Głodny za kartofie... biedny za pięć złotych!... Śmierć! Więzienie!... Konieczność! Konieczność konieczna wyparta zbiegiem okoliczności. Okoliczności zatém jak kostki... jak padną, taka liczba... Ale kostkami gracz ciska, a okolicznościami niewidoma ręka... i dopiero wtedy dowiadujemy się o grze, kiedy już za nią płacić trzeba.
Drugiego dnia po téj przeprawie byłem blady, nic nie jadłem,... trzeciego byłem smutny, nic nie jadłem, a czwartego wieczór grałem u Jenerałowéj Kameneckiéj w Pantofla, Jakóbka i Ciuciubabkę.
Ach, Ciuciubabka! Któż z nas nie grał w Ciuciubabkę? Bo któż nie był młodym? Ileż to w niéj wspomnień, od kolebki prawie, swawoli, guzów, śmiechu i płaczu!? W Ciuciubabce byłem bieglejszy niż niegdyś w gramatyce, niż potém w raporterstwie... i to o bardzo wiele. Ale ta biegłość wzbudzała oklaski, oklaski miłość własną, miłość własna zuchwalstwo, a zuchwalstwo ściągnęło katastrofę, o któréj przemilczyć nie mogę.
Co prawda to prawda, byłem wspaniały, kiedy na środku salonu, z zawiązanemi oczyma, rozciągnąłem ramiona jak orzeł zawieszony w powietrzu nim na poziome ptactwo uderzy... Cisza w około... ani mru mru... puszczam się nareszcie jak z procy... Szmer, krzyk, pisk przedemną i za mną — krzesła się walą, a ja pędzę, gonię i chwytam... piec. Nic nie szkodzi, — śmiejcie się!... Zwracam się niby na łyżwach, posuwisto, pochyło a szeroko ruszam w inną stronę. — Okno! krzyczą,... ja na prawo. — Świece! wołają,... ja na lewo. Potém nagle, niespodzianie, bo w tém sztuka, skręcam od prawego ku lewemu i jak gdybym kosą w trawie zapuszczał, macham w półkola, garnę spłoszoną zgraję... do kąta, do kąta... bliżéj, coraz bliżéj... aż nareszcie uchwycą w objęcie jaką kitajeczkę, jaki muszlinek — uchwycę i uścisnę — im słabsze tém silniéj...
Ale nie tu jeszcze mój tryumf. Ściganym będąc wyzywać, dopuścić niebezpieczeństwo do saméj ostateczności, a dopiero wtedy śmiałym skokiem albo zwrotem wymknąć się gładko, to było mojém zadaniem, to zaletą posuniętą oklaskami, a nadewszystko uśmiechem Panny Anieli, do najwyższego szczytu chwały.
Widok pomyślności jest przyjemnym, pomaga do strawności, jeżeli zawiść nie zawieje. Widok walki człowieka z przeciwnościami, czyli jak mówią poeci z nieprzyjaznym losem, jest podług tychże widokiem godnym Bogów. Byłem tym widokiem jeśli nie Bogów godnym, to godnym Jenerała Kameneckiego w peruce i nieco kulejącego i nieco jąkającego się Szefa sztabu. Ale każda walka ma, jak kij, dwa końce. Ślisko zawsze pod nogami. Im wyżéj się stoi, tém ciężéj się pada. Tak się ze mną stało.
Razu jednego ścigany od zawziętego przeciwnika, mego rywala, któremu nos ogromny wznosił na oczach przepaskę, byłem przyciśnięty, zamknięty w kącie, jak Księżna Berry w kominie. Już czuję nie dym, lecz oddech wroga na mojéj twarzy... Już poddać się trzeba... Ale nie... Schylam się, zginam w kłąbek i horyzontalny po nad ziemię biorąc zapęd szalony, wysuwam się na środek. Bravo! bravo! zagrzmiało w koło, ale jeszcze nie przegrzmiało, kiedy tracąc równowagę... nie powiem padam,... bo to wyraz za slaby, ale rzucam, ciskam sobą pod fortepian aż mi sto świeczek zaświeciło! Leżę jak długi,... leżą i nie wstaję... bo czuję, że na lewém kolanie, nie ciało, nie kość, ale sukno pękło.
W istocie rzeczy, przypadek ten względem świata był mało znaczącym i nie krzywdzącym mnie bynajmniéj... I Salomon jeżeli go nigdy nie doświadczył, to nie dlatego, że był mądry, ale dlatego, że spodni nie nosił. Nie nosił pewnie i znane przysłowie jest jednym z najzuchwalszych anachronizmów. Względem świata nic nie szkodziło, ale względem mojéj osoby nad miarę wiele, bo to były moje jedne i jedyne spodnie do vice-munduru, to jest do fraka.
Powinienbym może przeprosić, że używam wyrazu będącego pod klątwą w naszych salonach, jednak nie przeproszę, bo kasty uważam za śmieszność wszędzie, a tém bardziéj w odzieży. Dlaczego suknie wierzchnie mają być coś szlachetniejszego od sukni spodnich? Dlaczego w familii tych ostatnich rodzaj żeński cały honor pod siebie garnie? Mówię o spódnicach. Dlaczego nazwę jednéj najpotrzebniejszéj rzeczy wypędzać z języka, a w koniecznym razie szukać figur bez sensu, aby ją oznaczyć. Jak gdyby nazwa zmieniała istotę wspomnionego przedmiotu, jak gdyby na migi nie można wskazać coś nieprzyzwoitego. Zapewne, spodni nie wezmę za przedmiot ballady ani téż je, jak Napoleon swoje N, wcielę w porządek architektoniczny, ani je umieszczę w pierścionku lub medalionie z napisem: Souvenir, ale mówiąc z francuskim satyrykiem:

Je ne puis rien nommer si ce n’est par son mon,
J’appelle un chat, un chat et Rolet un fripon.

A zatém spodnie nazywać będę spodnie... Ach! fi! Nieprzyzwoitość krzykną kongregantki, za któremi wszelkie wspomnienie daleko już leży. Ależ moje Szanowne Panie chciejcie się zastanowić, że tam gdzie absencya jest nieprzyzwoitością, tam obecność musi być przyzwoitością i nazwać ją, hańbą być nie może.
Po téj krótkiéj rozprawie, która aczkolwiek za rozprawami Towarzystwa Rolniczego Lwowskiego i trzewików nosić nie godna, ma jednak swoją zaletę, bo oczyścić usiłuje język z niepotrzebnych minoderyi, wracam do mojéj szkody.
Naprawił ją wprawdzie misternym ścięgiem krawiec Majorko tak dalece, że strój rzeczony służył mi jeszcze czas jakiś na wieczory niezbyt jaskrawo oświecone, zwłaszcza że mój giermek zawsze świeżo atramentem bliznę zapuszczał, że pamiętałem pałasz trzymać wzdłuż nogi i że zawsze tyłem do światła starałem się stawać, ale rozerwane a sklejone nie trzyma się długo... nawet małżeństwo, a cóż dopiero...! Folgować więc zaczęły, na piękne, tak że koniec końców, obliczywszy i długi musiałem konia sprzedać... bo łatwiej się obejść bez jednego konia, jak bez jednych spodni, a nie wiem czy już powiedziałem, że byłem zawsze goły jak święty turecki.
W pułku jazdy zbytkowo ubranym, a rzadko kiedy płatnym, miałem z domu wszystkiego sto dwadzieścia dukatów rocznie. Kiedy nadeszła półroczna rata, spłaciwszy z niej dłużki, pożyczywszy nieco kolegom i potraktowawszy trochę, nie wiele się zostawało. Było to właściwością owych czasów prawdziwego koleżeństwa, że nikt się nie troszczył, jeżeli grosza nie miał w kieszeni. Nikomu na myśl nie przyszło odmówić koledze obiadu, sukni nawet butów w nagłéj potrzebie.
O dwóch złotych przyjechałem do Lublina jako członek sądu wtórego, ale ledwiem wyszedł na miasto, spotkałem kolegę, który po zwykłém przywitaniu zaraz zapytał: „A ty pewnie goły?“ — „A jużci“, odpowiedziałem. — „Przychodźże do mnie na obiad.“ „Dobrze.“ — Tym kolegą był Franciszek Komorowski, najlepszy człowiek, ale najgorszy żołnierz. Będąc wujem Pani Adamowej, został Kapitanem od razu w pułku jéj męża. Kiedy się rozgniewał na żołnierza, co się rzadko zdarzało, nazywał go Gamułą, nazwano go téż i jego samego Gamułką. Żadnéj komendy nigdy nie mógł pojąć. Stojąc odwrócony do frontu swojéj kompanii, komenderował podług swojéj ręki w prawo albo w lewo, dlatego kiedy zwrócił konia, kompania maszerowała prosto na dom, a on drogą w przeciwną stronę. Śmiano się z Gamułki, ale go lubiono, bo wszystkiem się podzielił. Daj ci Boże niebo poczciwy Komorowski za twoje dobre serce, za twój barszcz i pieczeń, które lepiéj smakowały niż późniéj przysmaki Verego albo Beauvillego. Ale i Gamułka nie spoczywał na pieniądzach i był znacznie niższy odemnie, nie mógł więc pokryć mego deficytu. Zatém, obliczywszy nieodzowne potrzeby, konia trzeba było przedać. Kapitan Lemański z 3go pułku piechoty dobijał targu u Kowalewskiéj, przy kiełbaskach z kwaśnym sosem. Chytry piechór czytał w mojéj myśli a raczéj kieszeni, bo zaciął się w cenie jak się w mowie zacinał i kupił tanio. Wątpię jednak, aby miał pociechę, bo to był koń dziwnego charakteru. Szpakowaty, duży, niezgrabny, szedł zwykle jako tako, ale czasem, kiedy jak mówi Rusin: Prystupyło do neho, zadzierał głowę jakby chciał gwiazdy na niebie liczyć śród południa i z największą flegmą kroczył przed siebie, nie baczny na wszelkie szarpanie albo razy swojego jeźdźca, szedł stępo póty, póki nie walnął łbem w mur lub jakie drzewo, albo póki się nie potknął na rowie lub płocie i pyskiem ziemi nie uderzył. Znalem ja i ludzi podobnego charakteru. Nie zbłąkani ani pędzeni namiętnością, ale z wszelką zimną krwią, rozumując jak najpiękniéj a działając inaczéj, idą pomimo napomnień przyjaciół drogą niewłaściwą, aż póki kozła nie wywrócą. Trzeba przyznać, że mnóstwo skłonności i narowów końskich napotykamy w ludziach. Nie jestże ten podobny do płochliwego konia, zwanego po niemiecku Bodenscheu. Wszystkiego się lęka, własnego cienia, ciągle w zimnym pocie trwogi, rzuca się często w bok z dobréj ścieszki w kałużę i niedość że sam się zabłoci, jeszcze drugich obryzga. Albo ten, co jak narowista szkapa nie chce z miejsca kroku zrobić, sam nie wie dlaczego. Albo ten, co zbyt draźliwy na najmniejsze dotknięcie, cofa się, cofa i cofa choćby za nim i przepaść była. Ten, co wierzga i gryzie dlatego tylko, aby gryzł i wierzgał, więcéj wprawdzie do osła albo do muła, niż do konia podobny. Ten, co ledwie uczuje łagodną rękę już ci na kieł bierze. Ten, który póty dobry, póki batog nad nim. Albo nareszcie i ten, co nie hamując swoich dobrych chęci potrzebną rozwagą, ciągnie, dźwiga ciężar nad siły, co się nie ogląda na drugich, bo nie zgaduje, nie pojmuje innéj natury, jak tę, którą czuje w sobie. Szlachetny szaleńcze! Smutny twój zawód, smutny koniec! Idącego naprzód ścigać będą kamienie zawiści, ustającego drwiny schłoszczą, upadłego oszczerstwo pogrzebie.
Ale kiedy mowa o koniach, powiedz Księże Proboszczu, albo ty kochany Doktorze, czy nosił was kiedy wierzchowiec wziąwszy na kieł? Nie tak jak ów szpakowaty Kapitana Lemańskiego, ale na piękne, co się zowie, cwałem, co może wyskoczyć? — Nie, — nigdy? — Szkoda, bo przyznalibyście mi niezawodnie, że gdyby najjenialniejszy człowiek dawniejszych albo nowszych czasów, Alexander Wielki czy Napoleon, Mojżesz czy Marcin Luter siedział na unoszącym koniu, musiałby mieć arcygłupią minę, tak jak ja nieraz miałem, a szczególnie razu jednego w Warszawie. A to tak się stało.
Księżna Jenerałowa Czartoryska wyjeżdżała z Warszawy do Puław. Całe jej towarzystwo odprowadzało ją do Wilanowa. Mężczyźni po największéj części wojskowi, konno. Staś i Artur Potoccy, Franciszek Morawski, Skrzynecki, Krukowiecki, Książe Konstanty Czartoryski, Raczyński Edward i Atanazy, Kicki, Książe Sułkowski, Rożniecki, mój brat Maxymilian i wielu innych. Byłem wówczas w Warszawie na urlopie, swoich koni nie miałem. Maxymilian dał mi więc swoją klacz angielską, — bodajby była nigdy polskiego owsa nie jadła! Nim jeszcze pojazdy ruszyły, ja, a raczéj klacz moja już wpadła miedzy przekupki pod Świętym Krzyżem. Gracko rozbiłem babski czworobok, niema co mówić. Krzyk, gwałt, kozły na prawo i na lewo, ale byłbym w końcu i siebie rozbił, gdyby jakiś przechodzący ułan nie był waryatkę zatrzymał. Złowieszczy był to znak, trzeba było w domu zostać, jednak pojechałem. Przez Łazienki aż do Solca szło nie bardzo gładko, ale przynajmniéj uczciwie. Mojéj angielki grzbiet zgarbiony, uszy po sobie położone, szyja ciągle pracująca jak gdyby przydłużyć się chciała, oznajmiały niejaką wewnętrzną niespokojność, która powoli i mnie udzielać się zaczęła. A w tém... ni z tego, ni z owego, jak się nie kopnie!... Strzała, wiatr! Pędzi jak gdyby zły duch prezydujący na wszystkich łamikarkach angielskich ćwiczył jej boki. Trzymam, ciągnę, szarpię, a widząc, że wszystko nadaremnie, pochylam się naprzód i puszczam jéj cugle. Udaję, że to nic... że ja tak chcę.. że się spieszę. Ale próżne udawanie! Nikt, kogo koń unosi nie zwiedzie drugich, że dobrowolnie pędzi. Jeno się spojrzyj na jego w tył podaną głowę — w tył podane łokcie — ruch ciała nierówny — oczy ciekawie patrzące co tam będzie na drodze, czego spodziewać się należy, skoku albo dwakroć niebezpieczniejszego zatrzymania w miejscu, — jeno się spojrzyj mówię, a łatwo poznasz, że bezwładne indywiduum jest igrzyskiem szalonego losu, alias szkapy. Poznano pewnie i moje mimowolne wyścigi, — ale cóż robić... Pędzę Farys nowy... Konnica z drogi... karety z drogi... a kiedy już wyminąłem wszystko, co się ruszało, moja Lady zatrzymała się i ja na niéj. Jechałem kawał drogi naprzód całego konwoju, jak kozak, co niegdyś w niebieskim kontusiku przodował sześciokonnéj karecie Siemianowskiego, Starosty Korabiowskiego z Koniuszek na Sumę do Budek. Jechałem powoli i potroszę kląłem a potroszę poprawiałem, co mi się naruszyło w mym nagłym marszu. Ale nie tu koniec. Ledwie pierwszy pojazd równał się ze mną, moja angielka znowu w nogi i znowu stanęła. Tak pędząc i stając, jakby przy Kalwaryjskich Stacyach, dojechałem przecie Wilanowa, gdzie zsiadłem czémprędzéj, aby do Puław nie zajechać. Jenerał Rożniecki, Inspektor kawaleryi, którego baliśmy się, podówczas, jak się późniéj bano Wielkiego Księcia, albo jak się boi diabeł święconéj wody, zbliżył się do mnie i zapytał: „Cóż to Wać Pan za sztuki pokazywałeś?“ — Nie mogłem konia zatrzymać, odrzekłem cienkim głosem. — Nie trzeba tego mówić, zawołał Jenerał i postawił marsa, w którym był mocniejszym niż w czémkowiek inném, oficer kawaleryi powinien być zawsze panem swego konia, — inaczej koń oficerem, a oficer staje się koniem. — Na ten komplement pomyślałem sobie i niejedno, ale nic nie powiedziałem. Bo inne myśleć, a inne mówić, rzekłby ś. p. Wojewoda Podolski, mój antenat.
Rożniecki był Jenerałem Inspektorem Kawaleryi, która tylko tradycyjny miała regulamin. Zachodziły wiec czasem małe różnice miedzy pułkami, tak w komendzie, jak i pomniejszych obrotach. Miał zatém zawsze Pan Inspektor, sam doskonały kawalerzysta, obszerne pole do poprawy i do nagany. Sadził się on na koncepta, z których nieraz i ten, co był napominany musiał się roześmiać. Najwięcéj to się zdarzało kiedy kazał wystąpić oficerom w szereg do pokonnych obrotów. Konie dzielne, przyzwyczajone do ostrego zażycia, nie zawsze odpowiadały wymaganéj dokładności. Powtarzane więc były w całej kawaleryi koncepta Rożnieckiego i nie mało śmiechu wzbudzały, bo przyznać trzeba, że były równie trafne jak dowcipne, a wyrzeczone zawsze z najsurowszym marsem na czole. Nikt pewnie w armii nie byłby wówczas przeczuł jego haniebnego końca.
Wróciłem do Warszawy z dłuższym nosem niż wyjechałem. — Dlaczego? — Bo mnie koń nosił. Ach jakżeby mi się zdała owa twardousta angielka między Gotha i Eisenach! Niechby przydrwiwano, niechby jaki Rożniecki i przyciął dowcipnie, ja nie brodziłbym po błocie, bo między Gotha i Eisenach w czasie odwrotu wojska francuskiego z pod Lipska, było błoto. Ztrudzony już nie skakałem z kamyka na kamyk, jak zrazu, ale szedłem środkiem drogi obok markietanki, z któréj rąk skromne łyknąłem śniadanie. Szedłem ze wstydem w hurmie trainardów, których rój zwykł bezpośrednio poprzedzać ariergardę. Ich pstra, swarliwa, rozwlekła kolumna rozszerza się i niknie prawie wstępując do wsi, jeżeli się jaka trafi na saméj drodze. Każdy jak pszczoła, a raczéj jak szerszeń, szuka gdzieby mógł jeszcze swój dziób zapuścić, aby czego zaczerpnąć, a za zbliżeniem się bębnów albo wystrzałów, kolumna wysuwa się ze wsi kończato i znowu jak leniwy strumień płynie dalej drogą.
Kiedy tak idziemy moitié promenant, moitié chassant, jakiś szmer, jakieś poruszenie od czoła wzdłuż przechodzi. Słowo elektrycznéj siły budzi i kurczy kolumnę w jedną dziesiątą część jéj pierwotnéj rozciągłości — tém słowem było: Cosaques! A raczéj podług wymowy konskrypcyonistów francuskich Cousaques!
Żołnierz francuski dzielny w boju, rzadko kiedy wypełnia rozkazy jako ślepa część całości, ale zawsze jak myślące indywiduum. Nikt nie zgadnie w ilu francuskich tornistrach leży patent na Pułkownika, Jenerała albo i Marszałka. W armii francuskiéj nie ma żołnierza, któryby tak jak w rossyjskiéj lub austryackiéj uważał rangę oficerską za niepodobną do osiągnienia. Ale ta sama indywidualność chwalebna w boju, gdzie zwykle więcéj dusza niż ręka zwycięża, staje się w obozie i w marszu, a zwłaszcza odwrotnym, trudną do ujęcia w karby dyscypliny zapewniającéj trwałość szeregom. Wojsko francuskie trzeba aby szło z boju w bój, inaczéj rozpływa się, niknie, nie tyle w ogniu, ile przez ciągłe odstępowanie sztandaru w celu osobistéj korzyści. Póki armia posuwa się naprzód, wlecze się za nią na parę mil wszerz chmura maroderów i trainardów, najwięcéj demontowanych kawalerzystów na krajowych szkapach, wózkami albo i pieszo. Od czasu do czasu, przy przejściu jakiego miasta lub rzeki, wysłani oficerowie sztabowi zatrzymują taką kolumnę, porządkują i odsełają do właściwych pułków. W Saksonii byłem świadkiem jak sam Cesarz tém się zajął i przy sobie kazał z furgonów nową broń bezbronnym rozdawać.
W odwrocie armii maroder, to jest żołnierze, którzy oddalają się bez pozwolenia, wpadają po największéj części w ręce nieprzyjaciela. W Staréj Gwardyi maroda była karana przewróceniem munduru do góry podszewką. Przy końcu, gdy już wszystko rozprzęgać się zaczęło, widziałem ariergardę pułkową jak strzelała do oddalających się grenadyerów.
Dla Francuza Kozak jest najnieznośniejszy. Francuz mówi do Kozaka: „Daj mi zgotować moją zupę, bo bez zupy obejść się nie mogę, a potém bić się z tobą będę póki zechcesz.“ Kozak zaś odpowiada: „Bić się nie lubię i nie będę, ale nie dam ci ani jeść, ani spać, póty póki strudzonego nie schwycę bez niebezpieczeństwa.“ Francuz lekkomyślny, Kozak roztropny. Francuz nie dba i o życie, jeżeli je ciągłą strażą i ciągłym postem chronić trzeba. Kozak i trzy dni jeść nie będzie. Byle miał kawał chleba nie stoi o gotowaną strawę, wszystko zniesie byle niebezpieczeństwa uniknąć. Francuz porzuca swoją kolumnę, idzie sam nie wié gdzie, ni którędy powróci. Kozak ma niepojęty talent orientowania się; nigdy nie zapuści się tam, zkąd cofnąć się nie można. Uchodzącego trudno dogonić, bo pierwéj wyrachował jak dalece zbliżyć się można. Nie przetniesz mu drogi, nie wpędzisz na bagna, bo choćby pierwszy raz był w jakim kraju, zgaduje ledwie nie psim instynktem ścieszki i przesmyki, których trzymać się należy. Śpiącego nikt nie zeszedł. Czujny jak żuraw. Nie ma on szlachetnej odwagi, nie ma wstydu tchórzostwa. Nie uderzy na nieprzyjaciela, jak tylko trzech na jednego. Na lufkę nie natrze za nic w świecie. Za pierwszym armaty wystrzałem niknie jak kamfora. Kozacy są niestrudzeni, — na lekkich, wytrwałych, mało paszy i spoczynku potrzebujących koniach, przenoszą się z wielką szybkością z miejsca na miejsce, aby się skupić i uderzyć niespodzianie na nieprzyjaciela, a zawsze w przeważającéj liczbie. Pod Mirem 1812 r. sześć pułków ułanów, 6000 koni, jak las proporców, zostało rozbitych przez Kozaków. Rożniecki chciał zrobić jakąś demonstracyją wiekszych sił, rozciągnął linią, a Kozacy wpadli z wszystkich stron, złamali, zwinęli w kłąb cały szyk przemądry, ścigali i brali co chcieli. Jenerał Dwernicki powiadał mi, że raz na manewrach pod Warszawą Wielki Książe mówił do niego: „Żeby był Rożniecki tak manewrował pod Mirem, nie byłby dureń wziął w skórę.“ Ledwie odjechał przypada Rożniecki i pyta co mówił Wielki Książe? Dwernicki powtórzył z opuszczeniem rozumie się epitetu. A na to Rożniecki: „Ten dureń rozumié, że w batalii to jak na manewrach.“ — I ten miał racyą i tamten także.
Pod Rymanowem 1szy pułk strzelców konnych Prebendowskiego, jeden z najtęższych, obskoczony przez przemagającą liczbę Kozaków, stracił połowę ludzi. Nieszczęsny to był wstęp kampanii.
I przy wielkiéj armii służba jazdy małemi oddziałami stawała się niemożliwą. Wszędzie hurma Kozaków. Dziesięciu na jednego. A cóż dopiero za Moskwą, gdzie pułki jazdy i po dwieście ludzi w szeregu ledwie liczyły, gdzie przy drodze źdbła paszy nie było, gdzie o milę w bok, a czasem i więcéj trzeba było wysełać, nie po siano, bo tego rzadko kto znalazł, ale po słomę i to nieraz ze strzechy zdartą. Szła trzecia część pułku za furażem; z téj trzeciéj części połowa tylko mogła go brać, bo druga połowa ucierała się z Kozakami. Częstokroć zatém oddział po furaż wysłany wracał z próżnemi rękoma o kilku ludzi mniejszy, a zawsze słabszy w koniach. Dodawano późniéj furażerom oddział piechoty.
Kawalerya francuska zawsze niepokojona, zawsze trafiająca na przeważające siły, musiała uwierzyć w nieprzebraną liczbę Kozaków tak, że na końcu w jednym dziesięciu widziała, że nazwisko Kozaki stało się wyobrażeniem nigdy niedosiągniętéj i z wszystkich stron niespodziewanie, jakby z ziemi wyrastającéj przemagającej siły. Dlatego z czasem Kozak stał się powszechném straszydłem. W pamiętnym odwrocie z Moskwy, Kozacy na lekkich koniach, nawykłych wraz z nimi do zimna i głodu, do śniegów i lodów, łatwą mieli sprawę z Francuzami rozłażącemi się swoim zwyczajem na wszystkie strony właśnie wtenczas, kiedy skoncentrowane tylko siły mogły odpierać większe niepokojenie, niż nacisk nieprzyjaciela, a przeto czynić bezpieczniejszym i wygodniejszym marsz dzienny i nocny spoczynek.
W armii francuskiej, ze względu na jéj własność i usposobienie, podzieliłbym kawaleryą na trzy rodzaje. Kawalerya przedniéj straży na wzór Kozaków, nic w niczém nie zmieniając, kawalerya liniowa i kawalerya tylnéj straży, któraby zbierała odłączających albo z tyłu wlekących się żołnierzy i formowała ich w oddziały. Te oddziały nimby sposobność dozwoliła zwrócić je pułkom, robiłyby użyteczną służbę przy lazaretach i konwojach, a żołnierz, wiedząc, że nie będzie mógł samopas wędrować, trzymałby się ściśléj swojego szeregu. Ile to trudu i szkody nie wyrządziło czasem pojawienie się kilku Kozaków między powózkami wlekącemi się za armią. Takie oddziały demontowanych kawalerzystów i pieszych maroderów czyniłyby podobne napaście zupełnie bezskutecznemi.
Wojsko francuskie nieustraszone w boju, lękało się napaści kozackiej. Ta bojaźń, przechodząca czasem w paniczną trwogę, rozciągnęła się z 1812 r. i na późniejsze lata tej wojny. Okrzyk: Nieprzyjaciel! znaczył tyle co: Do broni! Naprzód! — Okrzyk: Cousaques! tyle co: W nogi kto może!
Widziano jednego w pół zgłodniałego i chorego konskrypcyonistę francuskiego, na takiéj saméj jak on szkapie, kiedy wszelkich sił i sposobów używał aby ją skłonić do prędszego chodu, bo miał do tego ważne powody. Tłukł w pół złamanemi ostrogami i pałaszem płazował i sam posuwał się na kulbace, jak gdyby sobą chciał naprzód popchnąć i klął płaczliwie Sacrrr... sacrrrée rosse!.. Ale wszystko nadaremnie. Truchcika tylko mógł wydusić, a z tyłu za nim wrzawa coraz głośniejsza, bieda coraz bliższa. Nareszcie nieborak udaje się do ostatniego środka, do tego, który na nim największe robił wrażenie, chce nim konia zelektryzować — schyla się na kark, przybliża usta do ucha końskiego i krzyczy grubym głosem: Cousaques! Cousaques!... Ale koń zamiast dernąć, nie czując już ostróg, stanął nagle, a Francuz przez łeb zleciał. Co się dalej stało nie wiem.
Wszystko to, co miałem honor powiedzieć, tłumaczy dlaczego między Gotha a Eisenach słowo Cousaques! wyrzeczone na czele, a dwakroć powtórzone z tyłu, skurczyło nagle, jak mówiłem, kolumnę trainardów, czyli po polsku mówiąc włóczęgów. Na górze po prawéj stronie, blisko wierzchołka stał w saméj rzeczy oddział może dwudziestu Kozaków i patrzał na nas, jak patrzy kot ze strzechy na wróble, czekając sposobności rzucenia się na nie. Ale w naszéj kolumnie były karabiny tu i owdzie, a karabina Kozak decydowanie nie lubi, — było nas i za wiele, gra nie pewna. Ograniczyli się więc na obserwacyi, konwojując nas wzdłuż drogi, a zawsze daléj jak wystrzał mógł sięgnąć. Że zaś nikt nie mógł zgadnąć, czy za każdym pagórkiem niema ich więcéj, podróż nasza straciła wszelką swobodność. Nareszcie kto idzie, dojść musi, jeżeli nie z zagrzęźnie jak Skrzynecki, a więc i ja doszedłem do Eisenach, spocony, zabłocony, w wykrzywionych butach i o jednéj ostrodze. Biegną czémprędzéj do salonu służbowego. — „Mój płaszcz? mój płaszcz biały?“ pytam, wołam — nikt nie widział, nikt nie słyszał. Płaszcz przepadł na hańbę rycerstwa sztabowego, a utrapienie moje.
Zdaje się, że w odwrocie z Moskwy powinienem był wykupić się hojnie od wszelkiego zimna na całe życie. Ale nie. Przeznaczenie jednych kwiatami, a mnie szronem obsypało. Mróz był zawsze prześladowcą moim, nieraz ścinał mi słodki napój, którym młodość częstowała. Nawet w moich dniach pięknych, nie w Aranjuez ale w Lublinie, marłem na kwaterze pod Białym Koniem. Smutne tam przebudzenie, gdzie arabeski po szybach, a sąple u drzwi, smutne przebudzenie, przykra toaleta, a cóż dopiero jakabądź praca!? Francuzi pletą o poetach, co gdzieś pod strychem grzali się własną fantazyą. Ja takim zjawiskom nie wierzę. Zimno chwyta duszę pierwéj niż ciało. W zimnéj izbie niema mędrca.
Późniéj w Wilnie w dużych pokojach pustych, gdzie mnie ukrył poczciwy Michał Minejko i swędu nie było. Długie tam były dnie i nocy moje. A teraz w Eisenach tracę płaszcz i znowu staję oko w oko z moim wrogiem, z zimném.
Można sobie wystawić w jakim humorze wyszedłem ze salonu i kiedy klnę różnemi językami spotykam Onufrego. Wtedy, wyznaję ze wstydem, wyznaję ze szczerym żalem uderzyłem niewinnego, uderzyłem mocno pomimo przekonania, że on nie mógł czekać na mnie z końmi w Gotha, że nie on winien, iż zaspałem w niemieckich puchach, że pieszo podróżowałem i że płaszcz straciłem. Trzeba było zemścić się, zemściłem się na niewinnym. Wierzcie mi moi Państwo, że téj czynności przebaczyć sobie nie mogę.
Zła to zawsze sprawa słabszego z mocniejszym. I nie każdy mocniejszy, tak jak ja w tym razie, wyrzuca sobie popełnioną niesprawiedliwość. A choćby ją sobie i wyrzucał, czyliż jego żal, jego zgryzota sumienia zagoi ranę, którą w drugiém sercu wyżarła zjadliwa trucizna niesprawiedliwość. Przejdźmy myślą nasze życie; wszystkie w niém zawarte cierpienia przeszły w mniéj więcéj żałosne wspomnienia, ale niesprawiedliwość doznana choćby to w dziecinnym wieku, choćby za fraszkę, pozostaje zawsze świeżą boleścią, zawsze zarodem goryczy, która się rozlewa przy każdéj sposobności. Jest ona w duszy jak owa plama wilgoci na murze, trwa ciągle, lubo nikt nie wié, kiedy i zkąd uzbierały się krople, co ją utworzyły. Są niesprawiedliwości, które na nas spadają jak piorun, jak owe uderzenie Onufrego, od osoby do osoby, ale są i niesprawiedliwości ciągle, powoli nas otaczające, niesprawiedliwości, które jakiś fatalizm zamknięty w naszéj indywidualności zdaje się ściągać na nas.
Ileż to razy dysekowałem moralnie sam siebie, porównywałem z drugiemi, starałem się dociec dlaczego zawsze od wszystkich prawie źle byłem zrozumiany. Każde moje słowo najprostsze, najwyraźniejsze w najobojętniejszéj rozmowie, przybierało w drugiego pojęciu znaczenie inne, jak miało w istocie, a zawsze cierpkie, zawsze ubliżające. Listy moje, zwykle niedbale pisane, stawały się dla mnie powodem niejednej głębokiéj boleści, bo podpadały rozbiorowi jakby jakie enigmatyczne zadania, tłumaczono je, a zawsze na złe, nigdy na dobre. A jednak wadą moją jest i było, że głośno myślę, że zdanie moje otwarcie powiadam, ale zawsze więcéj, by je poddać dyskusyi, niż żeby niém wyrokować. Otwartości świat nie pojmuje tylko u głupiego, u rozumnego zaś bierze zawsze za dobrze wyrachowaną larwę. Wyrzec się wdzięczności można, każdy nawet rozsądny człowiek powinien jéj unikać. Urazę przebaczyć można, nawet zapomnieć. Ale zawsze, nieustannie, najczystsze zamiary, najgorliwsze usługi, najniewinniejsze słowa widzieć przekręcone, w truciznę zmienione i nie być w stanie wyszukać w sobie przyczyny, to musi koniec końców obudzić wiarę w jakiś niezłomny fatalizm. To może odtrącić od tego świata, który mnie nie chce. Mało, mało trzech murów między mną a ludźmi, abym mógł używać téj spokojności, która jest jedynym moim celem, tego szczęścia, którém mnie Bóg w domowym zakresie obdarzył. Połamałem moje pióro autorskie, nie jak mniemano dla równie złego jak głupiego artykułu bezimiennie ogłoszonego, bo autor przedał się obcéj nieprzyjaźni i to nieprzyjaźni za przyjaźń, za ważną nawet usługę. Porzuciłem urząd, gdzie moja miłość własna mogła była uledz chęci ścigania za popularnością. Starałem się jedném słowem zostać i zostałem głupim dla świata. Ukryłem się w cieniu głupoty przed cięciem, a jeszcze nieznośniejszym brzękiem człowieczych komarów, trutniów i bąków — a jednak i w tym gęstym cieniu nie mogą uniknąć zetknięcia się ze światem, które staje się zawsze dla mnie dotknięciem elektrycznego druta — przykrém a często i bolesném. Oskarżać świat cały, szaleństwo, oskarżać siebie, niesłuszność. Daléj więc milcząc i nie myśląc, dalej po ostréj drodze wypchnięty pielgrzymie! Każdy dojdzie kiedyś do swego Eisenach, ale czy płaszcz znajdzie, to wielkie pytanie.
Skończyłem smutną historyą mojego białego płaszcza. A teraz powiem, jak podobnoś przyrzekłem, co się działo w Galicyi 1809 roku.
Znał kto z Waćpaństwa Dobrodziejstwa Pana Stecewicza? — Nie? — Szkoda... Był to dobry człowiek, miał wzrost ogromny, nos duży, rzadkiej wielkości nogi, koszule zawsze brudną i część ubioru nieodzownie potrzebną zawsze podartą. Dlatego zapinał surdut aż pod szyję i siadał wąsko. Był on dyrektorem alias pedagogiem moich młodszych braci. Teraz już dyrektorów niema, sami guwernerowie, ale onego czasu Pan Stecewicz był dyrektorem, guwernerem zaś Pan Płachetko, na drugi zawód w domu naszym. Dwie osobliwości łączył on w sobie, pierwsza że był guwernerem Polakiem w owym czasie zatapiającéj nas francusczyzny, a druga, że brodę golił bez źwierciadła. Poważna to była figura Pan Płachetko, ale można było o nim powiedzieć, przekręcając znane przysłowie: Nie tak mądry jak się zdaje. Boską to były plagą owe guwernery, chodzące Wszechnice. Guwerner dawniéj brał obowiązek kształcenia duszy i ciała. Uczenia przytém kilku języków, wszystkich wiadomości i niektórych innych. Udzielał często nauki muzyki i rysunku, a co najdziwniejsza, że czasem sam mało co umiał. Z rozbiorem Ojczyzny zamknęły się narodowi Polskiemu właściwe mu rodzinne szkoły. Powstały obcym językiem uczące obczyzny. Kto tylko był w stanie, wychowywał dzieci w domu, do czego stali się wielce pomocnemi emigranci francuscy. Ale ci emigranci, nieszczęściem jedynie w pedagogów zmienieni, nie wiele więcej uczyć mogli jak własnego języka. Niereligijność, która kraj nasz zawiała od zachodu, wychowaniu w duchownych zakładach zrobiła koniec. Pod edukacyjném panowaniem francuskich guwernerów nietylko, że się gruntowna a do potrzeb kraju stosowna oświata cofnęła, ale co gorzéj wychowanie młodzieży i nadal fałszywy wzięło kierunek. Najbardziéj szkodliwém, mojém zdaniem, stało się zaszczepienie możności domowego wychowania, które dotąd silne jeszcze niestety rozkłada konary. Nauczyciele owi cudzoziemcy uczyli co umieli i czego nie umieli, ale bez żadnego systemu. Dlatego każda zmiana guwernera była zmianą sposobu i porządku w naukach. Każde nowe ich absolutne panowanie zaczynało się od najłatwiejszego, to jest od potępienia wszystkiego, co jego poprzednik założył.
Moim pierwszym autokratą umysłowym był Hekel, szwajcar o łbie kędzierzawym i kabłąkowych nogach. Szlufował kamienie, łapał ptaszki, nie tęgo uczył, ale tęgo ciągnął za uszy. Lubo często nazywał mnie Sztokfiszem, powiem, niepomny urazy, że o ile sobie przypominam był to człowiek światły, przytém i muzyk niezły. Po nim nastąpił Pan Płachetko, o tym już wyżéj. Nakoniec, trochę już zapóźno, zwrócono się do trybu szkolnego i berło przeszło w ręce Pana Trawińskiego. Obfita w zdarzenia i przemiany, acz niestety krótka jego historya. Z pedagoga, w całém znaczeniu tego słowa, stał się nagle dziwaczno wykwintnym elegantem. Z eleganta został żołnierzem w wojsku polskiém 1807 r. Przeszedł z pułku Chevauxlegerów Gwardyi do 7go podobno pułku Legii Nadwiślańskiéj, będącego wówczas w Hiszpanii. Tam awansował na Kapitana i zebrał sobie nieco pieniędzy. Ostatni raz widziałem go w Paryżu po abdykacyi Cesarza Napoleona. Dał nam śniadanie au Rocher de Cancale i pożyczył pieniędzy. Wróciwszy do kraju wziął dzierżawę pod Tarnowem. Tam został od swoich służących zamordowany, tak jak Król Angielski.
Za młodym jeszcze byłem, abym był mógł z Maxymilianem, Sewerynem i Trawińskim umknąć do Warszawy, przeszedłem więc z młodszemi braćmi Julianem, Henrykiem i Edwardem pod powtórne panowanie Pana Płachetki jako guwernera i dyrektora Pana Stecewicza. Pierwszy miał uczyć po francusku, muzyki, przyzwoitości, obyczajności etc. etc. Drugi zaś kontynuować rozpoczęte przez Pana Trawińskiego nauki szkolnym trybem prywatnie, których examina w domu zawsze kosztowały parę fasek masła. O Płachetko! niech ci Bóg, przed którym już stoisz przebaczy, ale ja nie mogę, żeś mój czas najpiękniejszy od 1807 do 1809 zabił, zamordował bez litości. Książki w rękę nie wziąłem. Jeżelim czytał, to romanse. Mój ojciec zajęty interesami a szczególnie fabryką żelaza, którą założył w Ciśnie, rzadko bawił w domu. Nie mógł więcéj dla dzieci zrobić, jak do ogólnego dozoru wziąć guwernera, a do szkolnych nauk dyrektora. Odpowiedzialność więc cała ciążyła na Panu Płachetce. Pan Płachetko nic nie robił, nie robiłem i ja nic. Polowałem, jeździłem konno. W tém nagle, nie pamiętam z jakich powodów chwyciłem pióro i.... napisałem komedyę pod tytułem Strach przestraszony.
Jeżeliby kto znalazł książkę in 8vo, w skórkę oprawną, w któréj pierwsza połowa wycięta, bo ta książka była kiedyś rejestrem, a druga zachwyca oczy tytułem: Strach przestraszony, komedya w jednym akcie — niech ją wróci memu potomstwu, bo to jest moje dzieło. Ale daremne wezwanie! Próżne nadzieje! Przepadł drogi rękopis, jak przepada skarb nie jeden w wirze ludzkiej ciemnoty.
Nie mogę wstrzymać się i muszę wam kochani a zwłaszcza cierpliwi moi słuchacze opowiedzieć treść téj krótkiéj ale pięknéj komedyi. Aby jednak stała się zrozumiałą, należy cofnąć się nieco i rzucić okiem w nasze zwyczaje domowe.
Był więc zwyczaj, że co niedzieli, dzieci wyprawiały bal, tak zwał się bankiet, na który otrzymywały prócz codziennych jabłek, trochę suszonych śliwek i wiszni, trochę rodzenków i migdałów i kawałek cukru. Mój brat Seweryn, Szef szwadronu gwardyi (nie wówczas, ale późniéj) jako najstarszy[8], przywłaszczył sobie jure fortioris zazdroszczony urząd kuchmistrza. On siekał, skrobał, nadziewał śliwki rodzenkami a rodzenki migdałami, kiedy tymczasem młodsze rodzeństwo obsiadłszy mały stoliczek zastawiony cynowemi talerzykami, czekało niecierpliwie pierwszego dania. Nareszcie gdy nadeszła chwila pożądana, półmiski wypróżniały się w mgnieniu oka, nie bez zatargów i nie bez pokrzywdzenia najmłodszych, pomimo reklamacyi piastunek. Często téż kończyło się na płaczu i dopiero cała śliwka wpakowana w gębę wzięła z sobą ostatnią łzę sunącą się po nosie. Czasem i bunt powstał; rzucano się na surowe kuchenne materyały — a gdy kuchmistrz nie mógł ich już obronić, rozdawał szturchańce i ciągnął za nosy, ale rodzenki osładzały wszystko.
Mój brat Seweryn, o cztery lata starszy odemnie, był do swoich lat trzynastu dokładnym exemplarzem (tak we Lwowie nazwanego) lamparta. Swawolny, nieposłuszny, zawsze w zadeptanych trzewikach i podartéj czapce, którą uczył psy aportować, był dla guwernera prawdziwą plagą. Szczególne miał upodobanie szczuć świnie psami i nieraz Cusin, ówczesny guwerner, Francuz, przyprowadzał go za ucho z tego polowania do lekcyi i za karę przywiązywał sznurem do stołu. Z tego powodu napisał Seweryn komedyą, któréj osoby były: Cusin, Sewercio, Burda (kundys) i Świnia. Tak to talent dramatyczny w naszym rodzie parł się w górę wszystkiemi porami. Seweryn uczył się lepiéj odemnie, ale ja byłem poważniejszy... nigdy nie byłem dzieckiem. Dlatego mnie zwano Staruszkiem. Ale któżby mógł późniéj odgadnąć tego swawolnego Sewercia w naszym poczciwym, kochanym Sewerynie, grubym, poważnym obywatelu, zawołanym gospodarzu, a którego humor skłonniejszy był do smutku niż do wesołości.
Otóż wracając do rzeczy taki bal dziecinny był treścią mojéj sztuki. Osoby były: Pan... zapewne Cnotliwski, ale nie pamiętam równie jak nazwiska synka i córeczki Pana Cnotliwskiego — Michał lokaj — i Szafarka. Rzecz się zaczyna: Pana niema w domu, dzieci narzekają, że niedziela przejdzie bez balu. Michał obiecuje im dostać śliwek, rodzenków i t. d. Ubiera się w prześcieradło, jak to zwykle wystawiają duchów i idzie do śpiżarni straszyć Szafarkę. Szafarka przestraszona kryje głową w beczkę z mąką, Michał ładuje kieszenie nie tyle dla dzieci, ile właściwie dla siebie. A w tém... otwierają się drzwi... wchodzi Pan... Kolej na Stracha przestraszyć się... Michał kryje głowę w drugą beczkę. Rozwiązanie następuje prędkie i jasne, zamknięte nareszcie sensem moralnym.
Widzicie więc moi Państwo, że komedya nie była bez planu i pewnie byłaby i nie bez efektu scenicznego, gdyby była przedstawiona w teatrze. — Szkoda!
Byt w naszym domu nauczyciel muzyki Mikołaj Matłowski... poczciwy, dobry Matłowski... Dziwną miał zaletę, mógł kilka godzin siedzieć wyprostowany na jedném miejscu i nic nie mówić i nic nie robić jak tylko od czasu do czasu zażyć tabaki i utrzeć nosa w kraciastą chustkę z wymaganym rozgłosem. Jego wybrałem na słuchacza tém śmieléj, że obawa, która mnie w ciągu całego życia nie odstępowała, abym kogo nie znudził, nie mogła względem niego mieć miejsca, bo w niczém nie naruszałem jego moralnéj i fizycznéj nieruchomości. Poczciwy Matłowski uśmiał się serdecznie z konceptów Michała. Pokochałem go za to jeszcze więcéj niż go kochałem i odwdzięczając jego pochwały przestałem brać od niego lekcye na fortepianie. Nie mały z niego zdjąłem ciężar. Cztéry lata uczyłem się i nigdy zrozumieć nie mogłem, czego właściwie żądają odemnie. Przy lekcyach zawsze nogami dzwoniłem, oczywiście nie w takt i nieustannie wciągałem nosem, vulgo siąkałem, co jest niezawodną oznaką słabego usposobienia ucznia i powinno zwracać uwagę rodziców. Jeżeli podrostek mocno siąka przy muzyce — nie tracić czasu. Czasem zły muzyk bywa dobrym jurystą. Jeżeli zaś siąka i nad kodexem, czémprędzéj dajcie mu ołówki, może będzie malarzem. Ale jeżeli zawsze i przy każdéj nauce siąka i siąka — to hebes jak Bóg Bogiem. Scientia nic z niego mieć nie będzie. Niech się czepia dworów.
Śmiech Matłowskiego ochrzcił mnie na autora. Przy téj sposobności muszę zrobić uwagę, że sposób najdzielniejszy podobania się, jest łatwość śmiechu. Śmiech jest nie udaną aprobatą konceptu... a aprobaty któż nie lubi?!
Sukces nadzwyczajny mojéj komedyi zawrócił mi głową, wziąłem się do tragedyi. Ale ta ograniczyła się na tytule wielkiemi literami napisanym: Rzeź Pragi i na spisie osób, na czele których, jak łatwo zgadnąć, stali Suworów, Zajączek i Jenerał Jasiński. Zdaje mi się nawet, że zacząłem pierwszy wiersz pierwszéj sceny wyrazami: O Ty! co... albo: O Ty! który... co zawsze wielki efekt robi w stylu poważnym tak, jak Inwokacye w kazaniach, które budzą wszystkie uśpione baby do ryczącego westchnienia, albo jak w teatrze owe oklepane sentencye o cnocie, honorze, miłości ojczyzny. Bo trzeba wiedzieć, że nigdzie nie ma tylu czcicieli cnoty ile w teatrze, lubo w zamęcie owych szlachetnych uniesień najwięcéj ginie chustek i zegarków.
Ale jeżeli zostałem dramaturgiem bez żadnego wyraźnego powodu, nie tak się ma co do poezyi. Okolicznościami bowiem pchnięty dosiadłem Pegaza. Długo już przemyśliwałem jak to opowiedzieć, bo to działo się w wojsku, a koszary nie salon. Ale historya jest historyą, ma swoje żelazne prawa, z których wyłamać się nie zawsze można. Będę jednak starał się, bądźcie Panie pewne, omglić ile możności wszelką szorstkość przedmiotu. A więc do rzeczy.
W Krasnym-Stawie mieszkałem razem z Podporucznikiem Jakóbem Nowickim, który miał służącego Franciszka. Razu jednego wziąłem wstępnym bojem (necessitas frangit legem) pewną nieodzowną, acz tylko płócienną część ubioru, którą to słońce nie zwykło oglądać. Kiedy zaś kolega uporczywie upominał się o zwrot swojéj własności, napisałem wierszyk pod tytułem: Żale Jakóba nad utratą g..i. Zwrotki kończyły się powtórzeniem: Franciszku! Gdzież g...i moje? — Ta poezya zrobiła w pułku furorę. Ale jeden z kolegów, Dąbrowski (zginął pod Mozajskiem) wziął mnie na stronę i zwrócił moją uwagę, że w kilku wierszach niema średniówki. — Średniówki?... Co to średniówka? zapytałem. Dąbrowski wytłumaczył i to była pierwsza oraz jedyna nauka rymotworstwa, którą w życiu otrzymałem.
Uzbrojony w średniówkę, rzuciłem w świat parę kawałków, ktorych tytułu powtórzyć nie mogę, a których sława przeszła krańce nawet pułku.

Późniéj we Francyi spróbowałem rodzaju uczuciowego — napisałem do Ludwika Jelskiego ładny wierszyk zaczynający się:

Miłość jest równie
Bujna topoli,
Wzrasta gwałtownie
Na miękkiéj roli & &.

Ale kiedy razu jednego zacząłem deklamować w gronie kolegów, jeden z nich, gbur nieokrzesany, dodał zaraz do mego pierwszego wiersza „Miłość jest równie“ — swój rym arcynieczysty, co mnie tak zbiło z terminu, że na długi czas dostałem wstrętu do uczuciowego rodzaju.
W roku 1807—1808 mieszkaliśmy we Lwowie u Judki na rogu ulicy Syxtuskiéj. Niczego się nie uczyłem wyjąwszy fechtunku, tańcu i ekwitacyi, co mnie jednak nie wyprostowało, bo się zawsze pochyło trzymałem. Zacząłem wprawdzie i lekcye matematyki, ale za trzecią dostałem febry. Z Ignacym Konarskim jeździliśmy konno — było nas wszędzie pełno. Lansadowaliśmy najczęściéj pod oknami panieńskich konwiktów, a gdy panien nie było w oknie, jeden z nas krzyknął: Gwałt! gwałt!... co do okien ściągnąć musiało.
Złożywszy na stronę miłość własną, muszę wyznać, że byłem wówczas dość pocieszną figurką, zwłaszcza gdy przy końcu 1808 r. pozwolono mi w świat wchodzić potroszę. Oddawaliśmy wizyty i nikt nam nie powiedział: A do książki smarkacze! — Pamiętam siebie bardzo dokładnie i jeżeli chcecie wiedzieć jakim byłem, proszę słuchać. Łeb rudy w loki jak w zawijane zrazy, zafryzowany, mocno pudrem przykryty, frak brązowy z czarnym aksamitnym kołnierzem i dużemi, żółtemi guzikami, spodnie jasne, dość przestronne, jak była moda i buty węgierskie, a czasem buty po kolana z dwunastocalowemi sztylpami. Przy zegarku siedm pieczątek rzeszowskiéj roboty, w ręku laseczka z kobuzią główką.
Nadszedł rok 1809ty. W naukach żadnéj zmiany, przybył tylko rysunek, do którego miałem niejakie usposobienie i taniec. Taniec szczególnie mocno mnie zajął, bo w tych czasach pojawiły się we Lwowie kadryle francuskie, czyli jak zwano kontradanse, które nie tańczono tak jak dzisiaj chodząc prawie, ale tańczono sztucznie, baletniczo. Czasem na balach produkowały się pary w gawocie albo kozaku. Cytowano dobrych taneczników. Miedzy pierwszemi był Ignacy Turkułł, późniéj Minister w Petersburgu. Taniec dziś zarzucony anglaise, był tańcem sentymentalnym. Każdy stawał do angleza z panią swego serca.
Mówiono o wojnie, ale młodzież mego wieku usłyszała o niéj dopiero wtenczas, kiedy gruchnęła wieść, że polskie wojska wkroczyły do Galicyi — ale razem gruchnął i postrach, że wszystkich, szlachtę nie szlachtę będą brać na rekrutów. Tego zaszczytu unikając, zostałem wysłany z Panem Stecewiczem, który jeszcze więcéj miał powodu niż ja lękać się austryackiego munduru, do Beńkowéj-Wiszni, do mego wuja Wojciecha Dembińskiego. Tę majętność trzymał w dzierżawę Pan Wojciech ożeniwszy się niedawno z Karoliną Humnicką. Mój wuj był właśnie na wyjeździe w Przemyskie — wziął mnie ze sobą.
Mówiono wprawdzie o wojnie, ale jak o wojnie gdzieś za dwoma morzami, nie małe więc było zadziwienie nasze, kiedyśmy spotkali między Mościskami a Przemyślem mnóstwo fur z wielkim pośpiechem jadących. — Zkąd? — Z Jarosławia. — Dokąd? — Do Lwowa. — Co wiozą? — Mąkę. Jeden chłop stary śmiejąc się odrzekł na nasze zapytanie: „Ne choczut Nimci chliba isty.“ — W to nam graj! Ruszaj, aż koła furczą. Daléj widzimy na wozach i paki i kufry i tłumoki, a gdzieniegdzie żołnierz patrzący za siebie dowodził, że to były rupiecie wojskowe. Wszystko to miało taki pozór ucieczki, żeśmy się spodziewali ujrzeć co chwila ułanów polskich. Ale jeszcze godzina nie była wybita.
W Przemyślu niby cicho, niby spokojnie. Wojska jak wymiótł. Jakiś ruch tajemniczy objawia się przecie. Dowiadujemy się, że nieprzyjaciel pod Jarosławiem, ale ten nieprzyjaciel nie straszy, bo trwogi ani znaku. Po ulicach dużo ludzi, nie stoi, nie idzie — drobne gromadki ciągle zbierają się i rozchodzą. Poznać oczekiwanie, ale oczekiwanie czegoś ciekawego, a nieprzykrego wcale. Każdy stąpa jakby bał się kogo spłoszyć, każdy mówi cichym głosem jakby nie chciał obudzić, każdy się uśmiecha a marsa stawia. Jakiś duch sercem tylko odgadnięty przebiega, dotyka, porywa, wznosi w niebo nadziei. Ach, nie umrze, nie doznawszy największego szczęścia ten, którego owionął, choćby tylko na chwilkę, ten upajający, rozkoszny, podwajający każde uderzenie tętna, ten pierwszy podmuch wolności — wolności! Oswobodzenia! Pierwszy połysk światła słonecznego, co wpadnie przez wyłom do podziemnego więzienia. Ileż to lat upłynęło, ile marzeń spełzło jak mgła poranna, ileż rzeczywistości wyśliznęło się jakby z dłoni, a jednak owa chwila w Przemyślu, wyraźnie wybita w pamięci, przemknie się jeszcze czasem jak łyskawica po duszy mojéj z całym swym urokiem wiary i nadziei.
Chcieliśmy dowiedzieć się czegoś więcéj. Żydzi wszystko wiedzą. Idziemy więc do Rubina znajomego kupca. Ciemno było w kurytarzu gdzieśmy z nim rozpoczęli nasze badanie. Ale on cedzi przez zęby odpowiedzi swoje, w tém nagle chwyta mego wuja pod ramię, — ten nadstawia ucha... a żyd pociągnąwszy rękaw zapytał: „A gdzie Pan to sukno kupował? Mam świeży towar — co osobliwszego!“ Niechże cię piorun trzaśnie i z twoim towarem pomyśleliśmy sobie i wyszliśmy czémprędzéj. Żyd zawsze Żydem. Pieniądz jego gwiazdą przewodnią i nie ma się czego dziwić, pieniądz tylko dźwignąć go może na stanowisko mniéj wystawione na wzgardę powszechną. Roku 1809 w Galicyi, a zwłaszcza we Lwowie zapał Żydów w naszéj sprawie był ogromny. W 1812ym w Litwie a potem i Księstwie Żydzi stali się naszemi głównemi nieprzyjacielami. Teraz wątpię, aby byli przychylni jakiejbądź zmianie w Galicyi. Ubodzy wprawdzie płacą czasem więcéj podatku niż mają majątku, ale ogólnie biorąc, cały handel i cała administracya kraju w ich ręku. Chłop bez Żyda żyć nie może. Szlachcic go potrzebuje jako pośrednika w interesach z urzędnikami. Urzędnik tak cywilny jak i wojskowy z żydowskich tylko rąk chce przyjmować kubany a kubanów chciwy. Wielka przyszłość czeka Żydów. Duch żydowszczyzny ogarnął świat cały. Pieniądz stał się wszystkiem. Ale kiedy on jest dla Żyda sam przez się szczęściem, dla świata jest tylko środkiem do osiągnięcia tych wszystkich materyalnych rozkoszy za granicą, bez których nikt żyć nie chce. We Francyi nawet, owéj Francyi rycerskiéj, gdzie uczucie wbrew częstokroć rozsądku rozwijało potęgę swoją do najszczytniejszych krańców fantazyi, gdzie człowiek władzą ducha ulatniał się, oddzielał się od siebie samego i wznosił się czystym tylko instynktem ku nieśmiertelności, tak, jak się wznosi motyl do stref słonecznych, kiedy jeszcze jego poczwarka kołysząc się gdzie u kwiatu świadczy o jego pobycie na ziemi, w owéj Francyi znika poezya wszędzie i ze wszystkiego. Piśmiennictwo francuskie czuć rzemiosłem. Każdy teraz pisać będzie przeciw natchnieniu, przeciw przekonaniu jeżeli tylko może wiele pieniędzy zyskać. Kto na zawadzie, nieprzyjaciel — żadna świętość cnoty i zasługi nie zasłoni, jeżeli nie własna siła. Po sercach, po głowach w górę! w górę! pnie się tłum zimny, chciwy i nie żyjący tylko w obecnéj chwili. Żydzi wszędzie, Żydzi w Paryżu, w Rzymie, w Londynie i w Przemyślu, zkąd w nocy, o świetle księżyca i w majowéj pogodzie tysiąc ośmset dziewiątego, ruszyliśmy w dalszą drogę do Nienadowéj, do brata Pana Wojciecha, Pana Antoniego Dembińskiego, byłego oficera z Kościuszkowskich czasów.
W Nienadowéj, majętności ojca mojéj matki, mieszkali niegdyś rodzice moi. Tam pamięć moja błądzi w mgłach dzieciństwa. Nie było już wprawdzie murowanego mostu przed bramą na szuwarem zarośniętéj fosie, — nie było na środku dziedzińca kompasu, który mi się niegdyś zdawał spoczywać na ogromnéj kolumnie, — nie było w koło niego ostrzyżonego agrestu, ani téż w grabowym szpalerze kamiennego Kupidynka z urną pod pachą, którą zawsze napełnialiśmy gorliwie, ale był jeszcze dom duży, drewniany, o czterech kolumnach, o dwóch kurytarzach, z których jeden na lewo wiódł do biblioteki, drugi do oficyn i do sklepionego skarbca, gdzie mieszkała Panna Bełdowska, poczciwa staruszka, przyjacielska sługa.
Ale co to was obchodzić może moje dzieci, co obchodzić kogokolwiek, że niegdyś, gdzieś w Nienadowéj tlało jakieś życie przez lat dziewięćdziesiąt spokojnym płomykiem, że zgasło jak nocna lampa bez śladu i odgłosu. Co to obchodzić może? A jednak wam opowiadam... Ach, więcéj ja do siebie, niż do was mówię. Przebaczcie egoizmowi, bo to tak miło, tak lubo wpatrzeć się czasem w jaką gwiazdeczkę, co nam gdzieś z dalekiéj przeszłości zdaje się przymrugiwać przyjaźnie. Widzę jeszcze tę małą, poczciwą staruszkę jak we mnie pieściła dziecko, bawiła studenta, witała oficera, a zawsze ta sama, ani młodsza, ani starsza. W uszach mi jeszcze dzwoni brzęczące echo dużéj, ciemnéj sieni, przez którą biegło się do niéj krzycząc, klaszcząc i tupając razem. Mam jeszcze w oczach owę tam kaplicę ze swojemi obrazkami i pochylonemi ścianami, do której nam wstęp był zabroniony, a przeto tak wielce pożądany. Czasem tylko udało się jakiej ciekawéj główce zaglądnąć przez uchylone drzwi do opuszczonego już, grożącego upadkiem kącika, bo ta kapliczka była mala — mały był ołtarzyk, ale któż zgadnie jak wielkie wznosiły się tam myśli, jak wielkie korzyły się uczucia?! Ileż tam modłów i błogosławieństwa przesunęło się cicho... ale pewnie macierzyńskich najwięcéj. Pada do nóg rodziców, skłania uwieńczone skronie, włos rozpuszczony skrapia rzęsistemi łzami... Ach, jakaż jéj przyszłość?! Tak młodéj, tak świeżéj, tak pięknéj! Życie takie długie!... Ale czas mija, przemija i znowu tam stanęła i córkę odrywa od serca i wiedzie przed ołtarz... I znowu ta córka błogosławi syna. Godziny, lata, pokolenia przepędzają jak obłoki wiatrem parte najczęściéj bez śladu i pamiątki. Życie westchnieniem, szczęśliwym... przestrogą — cierpiącym pociechą... Niema już kaplicy w Nienadowie... Dom nowy... Mój wuj nie żyje...
Suchorów, gdzie się urodziłem, zkąd raz wywieziony na ręku piastunki, już nigdy nie wróciłem, leży przedemną jak obraz w śnie kiedyś widziany — Nienadowa taka jaka była, aczkolwiek zamglona została lubém dla mnie wspomnieniem. Ale świat mego dziecinnego i młodocianego wieku cały w Beńkowéj-Wiszni. Długie tam dnie, długie tam pory roku, bo kiedyż dłuższe jak w dzieciństwie, nie odgrzebuję w pamięci, ale dokładnie pamiętam.
Dom tam moich rodziców był to dom prawdziwy polsko szlachecki, zamożny bez zbytku, cichy a gościnny. Długi tam stół bywał. U góry siadywał mój ojciec, jak to mówią na pierwszém miejscu, kiedy gości nie było, po jego lewéj stronie Major Biegański, adjutant Kościuszki, potém Jenerał, od upadku aż do wskrzeszenia Ojczyzny bawił w naszym domu. Człowiek rzadkiéj poczciwości i do śmierci prawdziwy i gorliwy nasz przyjaciel. Po prawéj stronie ojca najmłodsze z dzieci obok matki. Za matką Ludwisia, Kostusia i panna służąca; naprzeciwko Maxymilian, najstarszy z rodzeństwa, guwerner, nauczyciel muzyki Matłowski, rysunku Romanowski, a czasem tańcu Kurc i fechtunku Frik von Lindenfeld głuchy. Dalej Seweryn i ja, a niżéj Smólski, Lesiecki, Orzechowski kulawy, szlachta oficyaliści. Bo lubo dom był szlachecki, jednak nigdy szary koniec u stołu nie był bez kilku dworzan. Dwa razy do roku 2go Lipca i 17go Sierpnia w dnie imienin rodziców zjazd bywał wielki. Obiad w ogrodzie pod lipami... bal noc całą... illuminacya... były nie małém szczęściem dla dzieci. Raz, że kilka dni upiekło się bez lekcyi, powtóre, że wszyscy mężczyźni jakby obozowali w zrostowni przy browarze. I sukienki nowe i muzyka z Rudek i ciasta z cyframi, wszystko to było celem oczekiwania i wielkiéj radości.
Co niedziela zajeżdżała ogromna poczwórna kareta sześcio kasztanowatemi końmi — furman Sobek i foryś Fedzio w spencerach, spodniach łosiowych, o okrągłych kapeluszach, niby po angielsku. Za karetą szedł kocz poczwórny, równie ogromny cztérma końmi. Dla młodzieży przyprowadzał konie i kuce stary Stanisław, rzadko trzeźwy, w palonych butach i stósowanym kapeluszu ze srebrnym galonem, tak jak wszyscy lokaje. Jechaliśmy na mszę do Rudek, ale czy my chłopcy umieliśmy pacierz, o to — ledwie do wiary — nikt nigdy się nie spytał. Drwiono sobie przy dzieciach z wszelkiéj oznaki religijności. Nie być Esprit fort znaczyło tyle, co być głupcem na wielki kamień. Taki był duch czasu i to powszechny.
W pierwszych latach bieżącego wieku mój Ojciec zakładał fabrykę żelaza w Cisny. Często tam przesiadywał. Raz wziął nas z sobą, to jest Seweryna, mnie i Pana Płachetkę. Była to pierwsza podróż moja; lepiéj ją pamiętam niż we dwadzieścia lat późniéj odbytą do Włoch. Kiedyś Państwu i o téj podróży opowiem, jak wyjechałem ze Lwowa do Florencyi w zamiarze ożenienia się z Panną Elżbietą Buturlin — jak to i dlaczego nie przyszło do skutku... jak się nareszcie puściłem do Neapolu, ale chwycony spleenem w Rzymie, kazałem nawrócić i wróciłem do Beńkowéj-Wiszni. Przywiozłem wszakże trochę pamiątek, między innemi różę uszczknioną w papieskim ogrodzie i oset na gruzach pałacu Cezarów. Za parę wieków może las będzie z ogrodu, a jezioro z pałacu. Albo może z gruzów powstaną gmachy, a z gmachów gruzy i to ostatnie podobniejsze do prawdy niż pierwsze, ale cieszmy się nadzieją, lubo zmartwychwstanie bardzo trudne. Wziąłem własną ręką w spalonym kościele św. Pawła kawał belka ze stropu, który miał być z cedrów góry Libanu. W Wiedniu kazałem z niego wyrobić Zbawiciela na krzyżu i za powrotem do kraju posłałem do świątyni Sybilli Księżnie Jenerałowéj Czartoryskiéj. Nie zwykły to był u mnie wybryk grzeczności. Zrobiłem nadzwyczajnie wiele, a Księżna nadzwyczajnie mało. Kiedyś, późniéj, komuś, przez kogoś kazała podziękować. Bądźże tu uprzejmym. Ile razy pomknąłem się ze sentymentem, tyle razy szczutka dostałem. Bądź nareszcie grzecznym, jeżeli ci to przyjemnie, jeżeli ci sprawia apetyt, albo sen sprowadza, ale jeżeli grzeczność chcesz użyć za ponętę na ludzi, to daremne trudy. Szczęście do ludzi, jak szczęście w karty, przyczyny nie ma.
Wyjąwszy głupich, których zawsze świat lubi, bo po nich skakać może, jak koza po pochyłém drzewie, — i o tych nie mowa, — znałem ludzi uczciwych ale niedelikatnych — lubiących gości w domu, ale nie trudniących się niemi — upartych, despotycznych w zdaniu, obojętnych wreszcie na wszystko, co leżało za granicą ich domu — a jednak więcéj mieli przyjaciół niż ci drudzy równie uczciwi, ale grzeczni, lękający się uchybić komubądź, stać się natrętnym lub niedelikatnym, ludzie gorliwi w radzie i nigdy nie obojętni tak w prywatnéj, jak publicznéj sprawie. Znałem ludzi zimnych, niedbających o niczyją przyjaźń, egoistów charakteru nieczystego, nie ceniących nawet miłości żony i dzieci, a jednak świat ich lubił. Znałem zaś uprzejmych, miłych, wymowy miodem i mlekiem płynącéj, a wszystko nadaremnie. Ściska ręce, całuje z jednéj i drugiéj strony, a czasem i trzeciego całusa suplementarnego nie szczędzi — nie zapomni nigdy niczyich imienin — sześć tysięcy biletów wizytowych rozdaje co roku — sprawunki robi, listy pisze, poradzić lubi, a nawet czasem i pożyczy pieniędzy, a jednak ludzie go nie lubią. Zrozumiejże tu proszę.
W jakiejś operetce Bogusławskiego śpiewa jakiś moralista: „Pochlebiaj a będziesz szczęśliwy.“ Możnaby dodać i będziesz lubiony. Miałożby to być słowem zagadki? Bądź jakim chcesz, ale pochlebiaj. „Pochlebstwo chociaż się rzekomo odrzuca, smakuje przecie“, powiedział i ś. p. Andrzej Max. Fredro. Ale jakie ma być pochlebstwo, jak i gdzie go użyć, w tém sztuka, w tém rozum. Są pochlebstwa czynne i pochlebstwa bierne. W rzędzie tych ostatnich najgłówniejsze: Nigdy nic lepiéj nie wiedzieć jak ten, któremu podobać się trzeba. A jeżeli zależy ci na tém, aby twoje zdanie przemogło, wykręcajże tak, abyś niém nigdy nie zwyciężył, ale raczéj mu ulegał.
Mówią, że trzeba kochać przyjaciół i z ich wadami. Ja utrzymuję, że się ich kocha właśnie dla ich wad. Ty nie wiesz tego a ja tamtego, — ja nie miły w tém, a ty w tamtém, — więc kwita — równość. Człowiek doskonały we wszystkiém, gdyby się znalazł na świecie, mógłby być uwielbiany, możnaby z niego wielkie ciągnąć korzyści, ale pożycie z nim byłoby pewnie najnieznośniejszém. Obok doskonałości nasza indywidualność spadłaby pewnie niżéj zera. „A, jak bajka powiada, miłość własną ma i ptak.“
Tout chemin mène à Rome. Jeżeli do Rzymu, to i do Cisny — i nic dziwnego, że jadąc do Cisny, wstąpiłem do Rzymu. Wracam jednak na trochę prostszą drogę — do Beńkowéj-Wiszni.
Ruszyliśmy w podróż koczykiem zwanym niegdyś skarbnikiem. Na przodzie wysłano siedzenie i przy bokach zapchnięto po dwa gąty, aby który z paniczów nie wyleciał pod koło. Przy moim Ojcu siedział Pan Płachetko, straszny kiedy na wietrze tabakę zażywał, straszny kiedy kichnął i gdyby nie był moim guwernerem, powiedziałbym, że kichał jak koń, a zawsze z akompaniamentem obligato kaszlu i finałem huczno zatrąbionym w czerwoną kraciastą chustkę. Konie powodne szły za nami.
Już z Chyrowa, gdzie droga kamienista kręciła się wzdłuż Strwiąża, a często i jego łożyskiem, trudno było wysiedzieć w pojeździe, siadaliśmy więc na konie, a gdzie tylko Strwiąż pozwalał biegliśmy przed końmi. Była to podróż długa, ciekawa, — dłuższa i ciekawsza niż do Włoch, co już miałem podobno honor dowcipnie powiedzieć.
Z drugiego noclegu w Lesku puściliśmy się w dalszą drogę do Cisny konno. Nasz Ojciec jechał na tureckim, białym jak mleko szłapaku. Obok na siwym, dużym, z zaprzęgu wziętym koniu Pan Płachetko, który wypiętą postawą, równie jak i prętem prosto w górę przy ramieniu trzymanym, starał się udowodnić to, co tylekroć powtarzał, że służył niegdyś w jeździe litewskiéj pod komendą Jenerała Jasińskiego. Za Panem Płachetką mój brat Seweryn na kasztanowatym, a ja na szpakowatym kucu. Wówczas siedziałem na koniu, jak to mówią po łacinie, ale gdy przyszło od zamku spuszczać się do Sanu po skalistych ledwie nie schodach, wezwałem na pomoc całą moją bereiterską sztukę. Wyprężyłem nogi tak, że butami dotykałem munsztuka, a ręką chwyciłem tylną krawędź siodełka i ciało w tył podałem. W takiém horyzontalném prawie położeniu, zjechałem szczęśliwie na dół i w San. Za pierwszém pluśnięciem wody, jak papierowy arlekin za pociągnięciem sznurka, zmieniłem gwałtownie moją pozycyą; ściągnąłem nogi jak do prysiudy i puszczając siodło, chwyciłem się grzywy jedną a potém i drugą ręką. Pomimo drwinek Stanisława, starego masztalerza, byłbym chwycił się i trzecią, gdybym ją był miał, kiedy w środku rzeki zdawało mi się, że nadbrzeżne chałupy i drzewa suną się jakby w Szenekatarynce, albo, co jeszcze gorzéj, że woda mnie i kuca unosi. Kłapanie podków po ślizkich kamieniach, szum przerywanego prądu, wytryski z przed końskich kolan padające na plecy i za kołnierz, zbiły mnie z terminu do reszty. Mój kucyk zaś zdawał się wcale przeciwnego doznawać uczucia; stawał ciągle, spuszczał łeb jak gdy by był nie pił od dwóch dni, nareszcie zaczął nogą grzebać, znak nieomylny, że ma ochotę położyć się, co byłoby nastąpiło niezawodnie, gdyby go Stanisław nie był podgonił — kuca podgonił, a panicza za kark chwycił, bo panicz w niespodziewanéj zmianie ruchu tracąc równowagę, byłby zleciał jak worek otrębów.
Wielki to był wstyd bać się konia, albo okazać złe usposobienie na jeźdźca. Ksiądz Zachariasiewicz, Biskup Przemyski powiadał mi, że jego Ojciec kazał raz swoim synom, dzieciom jeszcze, siadać na konia. Gdy się on niezręcznym okazał, Ojciec kiwnął ręką i rzekł: „To kiep! będzie księdzem.“ Tak się téż i stało.
Żaden majtek po burzliwéj żegludze wstąpiwszy na brzeg nie odetchnie tak błogo jak ja, kiedy ujrzałem się na stałym lądzie. Spojrzałem za siebie i oczy moje spoczęły na zwaliskach zamku, na owe czarne świerki, te nieme świadki tylu wiosen, tylu zim, tylu dni burzliwych i pogodnych, które jak u ich stóp ścigające się fale przepłynęły w morze wieczności. Ten ogród leski był ulubiony memu Ojcu. Nigdy nie mógł oczu dość nasycić jego widokiem i nigdy nikt nie wspomniał Leska, aby mój Ojciec nie narzekał na niedbalstwo i obojętność teraźniejszego dziedzica. „Lada dzień, mawiał, ta cala pyszna lipowa ulica zesunie się do Sanu, a tak łatwo byłoby temu zaradzić.“ W saméj rzeczy, w czasie, o którym mówię, brzeg Sanu był splotem obnażonych korzeni. Wisiały w powietrzu ogromne lipy; zdawało się, że lada wietrzyk, lada pchnięcie zwalić je potrafi, a jednak dzisiaj mija lat blisko pięćdziesiąt od mojéj pierwszéj przeprawy przez San — Ojciec spoczął w grobie, ja posiwiałem, a wisząca ulica jak szumiała tak szumi nad Sanem.
Jechaliśmy daléj. Nowy był to świat dla mnie — pierwszy raz byłem w górach. Im daléj tém więcéj ponurą stawała się okolica. W koło góry, a z poza gór znowu wyglądające góry, wszystko czarnym lasem pokryte. Step, morze, te jednostajne ogromy, objawiające potęgę, wielkość natury — te obrazy nieskończoności przejmują nas podziwieniem, uszanowaniem i korném zastanowieniem się nad sobą samym, nad nicością swoją. Ale widok rozległych borów łączy do tych uczuć jeszcze trwogę. To nam się zdaje, że wszelkie życie uszło z tych, wilgocią grobów tchnących cieni — to znowu jakiś ruch tajemniczy niby się tu i owdzie pojawia — to nareszcie z kolebki jeszcze wzięte i w dalsze życie niesione ze sobą powiastki o czarownicach i rozbójnikach stają przed oczy. Wszystkiego tego doznawałem poprawiając się dość niespokojnie raz w prawo, raz w lewo na nieco twardém siodełku. Górale z długiemi włosami, w ciemnych guńkach i dużych kapeluszach, występując zawsze nagle na ciasną widownią nie byli dla mnie nader przyjemnym widokiem. Ale kiedyśmy spotkali rodzinę Cyganów, kiedy z nich jeden wyciągnął rękę po jałmużnę i ta ręka znalazła się w równi z moją twarzą, lubo on był pieszo a ja konno... O! wtenczas, dusza była na ramieniu. Minąwszy niebezpieczeństwo, ochłonąwszy nieco z trwogi, zbliżyłem się do Ojca i zapytałem się tak obojętnym głosem, jak go tylko ukształcić mogłem, czy są rozbójnicy w tych lasach. — „Nie ma, była odpowiedź, od czasu jak schwytano i stracono Wulfa, o żadnym w tych stronach nie słyszałem rozboju.“ — „Co to za Wulf?“ — „Potém, kiedyś wam opowiem, a teraz patrzcie przed konie i niech jeden za drugim jedzie.“
Jechaliśmy pod górę wykutą w skale drogą. Na grzbiecie pagórka mój Ojciec wstrzymał konia i zawołał rzewnym głosem, jak gdyby widział przyjaciela: Hoczew! — ...
W dolinie nad brzegiem rzeki płynącej do Sanu, ujrzeliśmy szczątki niewielkiego zamku. Obok biały dworek i gospodarskie dość porządne zabudowania. Daléj kościołek, karczma i chaty wzdłuż łęgu rozsypane. To była Hoczew. — „Tu, w tym zamku urodziłem się, rzekł mój Ojciec i zdawał się więcéj do siebie niż do nas mówić. Z téj strony był pokój mojéj Matki... już tylko jedno okno... daléj był ganek... wszystko się zwaliło... Na środku dziedzińca stała wielka lipa... takich drzew już teraz nie widać... w jéj cieniu bawiłem się będąc dziecięciem, a biegałem, swawoliłem już chłopcem... piękne było drzewo!...“ Czas jakiś patrzał jeszcze w milczeniu, zdawał się robić rachunek swoich wspomnień z otaczającymi go przedmiotami. Nareszcie zsiadł z konia i nam zsiąść rozkazał, bo w skale wykutą drogą, więcéj do schodów niż do drogi podobną, trzeba było po nad potok spuszczać się w dolinę Hoczwi. Uszedłszy kawałek prowadząc konia za sobą, wstrzymaliśmy się przy źródełku, co cienkim promieniem z prostopadłéj wytryskało skały. „Niema, rzekł mój Ojciec, w całéj okolicy równie dobrej wody. Tu dziećmi będąc wprawialiśmy bzowe rynewki i patrząc z daleka cieszyliśmy się, kiedy przechodnie korzystali z naszego wynalazku. Mało kto minął, żeby się z rynewki nie napił.“ — Te słowa Ojca, jego głos rozpływający się w rozczulenie, oko pogodne a tak pełne rzewnego uczucia, głęboko utkwiły w mojéj pamięci. Przez wiele lat potém, jeżdżąc tamtędy, spuszczając się do Hoczwi, zawsze słyszałem w sobie te proste wspomnienia naszego dobrego i kochanego Ojca. Nie minąłem nigdy źródełka, z uszanowaniem nachylałem głowy, aby świętego dla mnie zaczerpnąć zdroju. Kilka lat temu... teraz już kilkanaście... nie potrzebowałem zsiadać z konia, droga była rozkopana, szeroka, wygodna, ale mego źródełka... mego źródełka!... odszukać nie mogłem. Pozbawiony zostałem uczucia, któregom zawsze czekał z upragnieniem jadąc w tamte strony. Uczucie wzięte dziecięcą duszą z ust Ojca, wyraziłem późniéj w następującéj jednéj z najpierwszych moich poezyi:

Ach któż na widok swéj rodzinnéj wioski
Nie cofnie myśli w te chwile bez troski,
W ten cień kolebki... wiek błogosławieństwa,
Gdzie pod skrzydłem rodziców, w gromadzie rodzeństwa,
Brał tak swobodnie, tak pełen ochoty
Życia poranne pieszczoty?!

O! skały, zdroje, doliny i drzewa,
Wy, w które pamięć całą duszę wlewa,
Swiadki lat młodych, stałe przyjaciele,
Jakże was starość lubi, jak was ceni wiele!

Przyjemniejszy szmer świerków, milszy cień topoli,
Przy których wolni pasków i wstając powoli
Pierwsze stawialiśmy kroki.
O! jakież wdzięki urocze
Mają te szare, sterczące opoki,
Z których bluszcz gęsty rozpuścił warkocze,
Co krzyk dzieci powtarzały
I łajane, nas łajały.

Jak smaczna woda zdroju, co się z góry zmyka,
Gdzieśmy groble sypali z piasku i krzemyka,
Albo bzowe rynewki umacniając w skale,
Nieśli przechodniom ochłodę w upale.
A te doliny w kwiecistym ustroju,
Te miejsca igrzysk, gonitw, czasem boju,
Ileż wspomnień nam nie niosą!!
Tu ścinaliśmy osty, mokre ranną rosą,
Tam z białych główek strząsłszy zielone badyle,
Pletliśmy pół dnia łańcuch, który potrwał chwilę,
A tu straszna pokrzywa, tajona krzewiną
Ileż łez gorzkich nie była przyczyną!
...............
...............

Ach, tak jest, miejsce urodzenia jest świętością dla serca, jest księgą, w któréj człowiek czyta aż do śmierci dzieje swojego szczęścia, bo dzieje lat dziecinnych. Sad za domem, ścieżka przez łąkę, kładka na strumyku, wszystko to rozdziały żywota oblanego światłem nieprzebranéj miłości rodzicielskiéj....
Im daléj ku krańcowi życia tém bardziéj ściska się w sobie przeszłość nasza. Lata, lat dziesiątki, stają się punktem, a nawet nie punktem, jeżeli z niéj nic dotąd istniejącego nie pozostało. Jak łyskawica zgasła raz na zawsze. Ale wiek dziecinny leżyć zawsze będzie przed duszą, świeży, jaskrawy i równie rozległy, rozciąglejszy nawet i co do czasu i co do miejsca, niż był w istocie. Wielkim zawsze w naszéj pamięci pozostanie pokój, po którym harcowaliśmy na laskowych rumakach, wielką owa kaplica

Gdzie tuląc się do Matki, skryci w jéj odzieże
Jéj tylko zrozumiałe pletliśmy pacierze....

A téż pory roku! Jakże długo trwały! Chętka bierze wierzyć, że dłużéj niż teraz. Zima groźna swojemi długiemi wieczorami, zdawała się wiecznością. Nie można było doczekać się owego wielkanocnego baranka z chorągiewką — owéj baby z cykatą i placka z migdałami, któremi cieszono się pół roku naprzód. A przy lekcyach! Przy lekcyach ten czas niemiłosierny lazł jak na żółwiu.
Ale wróćmy do Hoczwi. Stanąwszy przed karczmą, mój Ojciec zapytał żyda arendarza: „A żyje jeszcze stary Kajetan?“ — Na odpowiedź, że żyje, posłał po niego pokazując nam chatkę naprzeciwko dworu na pagórku, w któréj on mieszkał.
Kajetan był to strzelec i hajduk podobno, służył dworsko w czasie kiedy mój Ojciec swawolił pod wielką lipą, kiedy rynewki w skale umacniał. W roku 1818ym czy 1819ym, przyszedł był odwiedzić mnie, boso z Hoczwi do Cisny, mil trzy. Miał wówczas, jak mówił, lat dziewięćdziesiąt. Głowa jak z marmuru, bez jednego włoska, broda niewielka prawdziwie śnieżnéj białości, twarz czerstwa, oko pełne, był jak jaka postać historyi świętéj z obrazu zdjęta.
Długo mój Ojciec z nim rozmawiał, potém obdarzył i ruszyliśmy daléj.
W Baligrodzie wypoczęliśmy koniom. Tam granica świata. Za Baligrodem wjeżdża się jak w czarne gardło. Droga i rzeka jest to jedno i toż samo, a od rzeki z jednéj i z drugiej strony wznoszą się czarne ściany jodeł i smereków. Cisna leży w obszerniejszéj nieco kotlinie. Folwark, cerkiew, karczma, dalej młynek i tartak ożywiają tę górską wioskę więcéj, niż wiele innych. Przyjazd nasz wszakże nie w dobrą chwilę miał miejsce. Zanosiło się na słotę. Z gór czarnych kurzyło się w koło — na co tam zwykli mawiać, że niedźwiedzie piwo warzą. Szczyty gór były całkiem zakryte, nie mogliśmy więc podziwiać pierwszą osobliwość — Łupiennik. Ta góra podług miejscowego podania ma mieć dwadzieścia cztéry kondygnacye, a z wierzchołka widać Lwów!!!
Wieczór, chcąc nas zabawić, Pan Zajączkowski, ówczasowy rządca ciśniański, wystrzelił z fuzyi. Stokrotny odgłos, biegnący i wracający po górach, był dla nas zjawiskiem całkiém nowém, nawet nie przeczutém. Nie było miary naszemu zadziwieniu i zachwyceniu, dla tego wystrzelaliśmy wkrótce cały zasób prochu z arsenału Pana Zajączkowskiego.
Pobyt nas w Cisny był pełnym uciech. Wszystko dla nas było nowém — nowém dla słuchu i wzroku. Trąby z kory Juhasów odzywały się czasami po górach tu i owdzie. Ton ich melodyjny, nieco jednostajnie przeciągły, powtarzany, a raczéj rozciągany echem po skałach i lasach, ma w sobie coś tak swobodnego a tęsknego razem, tak stosownego do téj poważnie milczącéj natury gór, że wrażenie, które od pierwszego razu na mnie zrobił najmniéj się nie starło. Odgłos téj trąby jest zawsze dla mnie prawdziwą rozkoszą, teraz może i większą niż wówczas, bo za każdym tonem leci krocie wspomnień. — Łapaliśmy pstrągi i kiełbiki, przechodziliśmy rzeczki skacząc z kamienia na kamień, a jeżeli się czasem noga ześliznęła, było to powodem do śmiechu bez końca. Zwiedzaliśmy szałasy po odległych górach, gdzie nas częstowano bundzem i bryndzą. Byliśmy przekonani, że w każdym parowie musi być przynajmniéj jeden niedźwiedź. W tém mniemaniu utwierdzał nas poniekąd Pan Zajączkowski. Bał on się niedźwiedzi nie powoli. Powiadał nam, że przyszedłszy raz zamyślony nad jednę kładkę i podniosłszy oczy ujrzał z drugiéj strony rzeki, idącego do téj saméj kładki, zapewne w zamiarze przejścia przez nią ogromnego niedźwiedzia. Jak był ogromny niedźwiedź nie potrzeba mówić... rozumie się, że jak wół, jak kopica siana i jaka jeszcze kopica!... rozumie się także, że się Pan Zajączkowski przestraszył i że krzyknął, jak żaden jeszcze Zajączkowski nie krzyczał. Niedźwiedź zdziwiony, bo zapewne o czém inném myślał, wzniósł się na zadnich łapach a przedniemi klasnąwszy parę razy zszedł na bok i zostawił wolne przejście, z któréj to jednak grzeczności Pan Zajączkowski nie uznał za potrzebne korzystać i łącząc odwagę z roztropnością wrócił spiesznie do domu. Od tego czasu, mówił, bez szabli przy boku nie wyjdę z dziedzińca.
Mój Ojciec był ciągle zajęty fabryką. Jak wszędzie tak i w tamtych okolicach kochany i szanowany, miał wkrótce wiele gości. Między innemi Michał Hrabia Konarski z Wetliny. Miał konie ze strzyżonemi grzywami, mówił co trzecie słowo: „Jak mi Bóg miły“ i tabakę z rożka zażywał. Ludwik Urbański z Jabłonek, nie tak głupi, jak się wydawał. Dobre człowieczysko. — Pius Fredro, ten sam co raz we Lwowie wracając w nocy do domu tęgo podkręcony na zapytanie szyldwacha: Werdo? (Wer da?) odpowiedział: „A Fredro. — Jak on wié, że ja Fredro?“ dodał sam do siebie. — Osuchowski z Żerniczki. Stary myśliwy, ten z Cisny nie wyjeżdżał prawie. Czasem wieczór grywał z moim Ojcem maryasza, ale jak było więcéj gości, opowiadał wypadki, których sam doznał, albo których był świadkiem wojując z niedźwiedziami. Powiadał, jak raz wziąwszy w zapale kuca srokatego za kundysa, szczuł nim po strzale rannego niedźwiedzia. Kuc w nogi, a niedźwiedź do niego.... daléj tańcować w koło buka, póki nie nadszedł strzelec i dobrze wymierzonym strzałem nie położył końca tym mimowolnym pląsom. — Powiadał, jak widząc swego sąsiada pod niedźwiedziem, wołał przez rzekę: Panie Podczaszy! Oddaj się Wać Pan Bogu! i jak palnął, w sam łeb... (niedźwiedzia rozumie się). — Powiadał, jak raz na polowaniu, gdzie wiecéj było amatorów niż myśliwych, rozstawił wszystkich drożyskiem z łąki aż na pagórek, gdzie objechano niedźwiedzia. Odezwał się, mówił, tropowiec, dopuszczono kundysy, doszły niebawem niedźwiedzia, który idąc w hurku wzmagał się ku działom. Ja stałem na uszyjku z drugiéj strony łąki. W tém słyszę strzał w górze, a wkrótce potém moje goście zadychane wypadają gęsiego na łąkę krzycząc: Niedźwiedź! Niedźwiedź! — Ostatni bez czapki i bez strzelby, jak trup blady, Komisarz Cyrkularny, a za nim... aż chrusty trzeszczały... aż ziemia dudniła... Co? — Biała kobyła. — Cóż się stało? — Biała myśliwska kobyła uwiązana w gąszczu, spłoszona strzałem, a jeszcze więcéj kapelą wiodącą niedźwiedzia, urwała się i puściła ku domowi na dół drożyskiem. — Nie czekał jéj Kreiskomiser, krzyknął: Gwałt! i daléj w nogi. Niżéj stojący amator podobnie wrzasnął i dernął — tak i cała linia wysunęła się następnie na łąkę ścigana białą kobyłą.
Takie i podobne opowiadania wielce nam się podobały, ale jeszcze wiecéj dykteryjki różnego rodzaju Krzyżanowskiego. Jak sobie teraz przedstawię tego Krzyżanowskiego, a pamiętam go bardzo dobrze, był on może ostatnim exemplarzem dworaka, pieczeniarza, wyjadacza dawniejszych czasów. Przyjechał konno, torba borsucza i strzelba przez plecy — harap w ręku. — Niewielki, krepy, włos szpakowaty, mowa chrypliwa. — Pół błazna, pół szlachcica, wszędzie był domowym. Nigdy nie opuścił okazyi prosić o korczyk zboża, faskę bryndzy, kawał skóry i czy otrzymał czy nie, zawsze z uśmiechem ścisnął kolano Jaśnie Pana. — Komu w nocy napuścić os do izdebki, komu włosienia nastrzydz na prześcieradło, komu jaj w buty nakłaść? Krzyżanowskiemu. Kogo rano do sieni w koszuli wyciągnąć, kogo pytką wybić, kogo poczęstować piwem z wodą zamiast wina, a wodą zamiast wódki? — Krzyżanowskiego. — Dlatego Krzyżanowski miłym był gościem a szczególnie dla dzieci. — Na szarym końcu u stołu, nie był ostatnim do mowy i do kieliszka, nie urażał się jednak, kiedy w jego lampeczce mętniejsze było wino, niż przed Jegomością albo Księdzem Proboszczem. Kiedy Pan domu co opowiadał, Krzyżanowski oka z niego nie spuszczał, chwytał się za głowę z przestrachu, albo śmiał się do rozpuku. — Kochany Krzyżanosio! Osuchowski z nim na żaden sposób nie mógł konkurencyi wytrzymać — łgał dobrze jako myśliwy, ale i Krzyżanowski był myśliwy a łgał trzykroć lepiéj. Kiedy się odezwał: Razu jednego,... już wszystkie oczy były na niego zwrócone — wszystkie uszy natężone... I w saméj rzeczy, trzeba słyszeć takiego improwizującego łgarza, aby pojąć jaki wdzięk mają te długie i szerokie a co krok w epizody wyskakujące opowiadania. Słuchamy jak historyi z tysiąc i jednéj nocy w przekonaniu, że tam, albo nic prawdy nie ma, albo tak mało, że ledwie na tytuł wystarczy, a jednak słuchamy z wszelkim udziałem. To ciągłe wyjaśnianie najdrobniejszych szczegółów, poprawienie sumienne siebie samego w najlichszém zboczeniu, cytowanie miejsca, dnia, godziny, osób przytomnych z odwołaniem zawsze do świadectwa: Żywych przecie, — wszystko przeciąga rzecz całą niezaprzeczonym pokostem prawdy. — Dopiero gdy przyjdzie do samego jądra Dziwnego wypadku, i kiedy wszelkie prawdopodobieństwo ustaje, wtenczas gwar i śmiech. Każdy się śmieje jakby mówił: „Nie głupim abym uwierzył.“ I im mocniejszy śmiech, tém mocniéj objawia się to zadowolenie z swojéj własnéj przenikliwości. — Niechby kto spróbował pisać, słowo po słowie, co taki Krzyżanowski rozpowiada i niechby komu potem odczytał, a pewnie znaleźliby obydwa, że słuchana z upodobaniem powieść, jest tylko nudną i bez sensu ramotą. — Zkądże to pochodzi? Oto brakuje świeżości improwizacyi — uniesienia rzetelnego — mimiki stosownéj — figury charakterystycznéj opowiadacza a nadewszystko jego wiary, że wiarę wzbudza w słuchaczach. Słowem, trzeba prawdy kłamstwa, aby kłamstwo zająć mogło.
Mam Krzyżanowskiego przed oczyma, kiedy po kilkodniowym pobycie odjeżdżał. Szkapa podkasała — terlica węgierska — sakwy przewieszone z tyłu, a płaszcz z przodu — z pod płaszcza zaś wyglądała zgięta podług siodła szyna żelaza, wykutego w Ciśnie, na wieczną pamiątkę. Wsiadł Pan Krzyżanowski urznąwszy sieczki parę razy, skropił szkapę harapem, ruszył z kopyta a pochylony jak w ukłonie aż za bramą czapkę włożył.
Jenerał Józef Kalinowski, który lubił do prawdy, wiele nieprawdy dodawać, gniewał się, par jalousie de métier, na Ignacego Cetnera, że ten kłamał bez konceptu. — „Co to może kogo obchodzić, mówił, że Pan Ignacy 300.000 fur gnoju wywiózł, albo że ma 100.000 owiec.“ — I w saméj rzeczy, kłamstwo o tyle tylko jest znośném i bawić nawet może, o ile w niém jest dowcipu, inwencyi, poezyi. — Naprzykład, jeden ze znajomych Ojca, żałuję żem jego nazwisko zapomniał, rozpowiadał o swoich podróżach po całym świecie lubo nigdy nie był za granicą Polski. — „Raz, mówił, będąc w Ameryce, zabłądziłem w lesie. Im daléj w las, tém las gęstszy a droga węższa — nareszcie zniknął wszelki ślad. — Co tu robić? — Na szczęście, przypominam sobie, że mam w bryczce doskonałą mapę a doskonalszą jeszcze perspektywę. — Rozłożyłem więc mapę pod bukiem, zwróciłem na nią perspektywę i ujrzałem siebie i bryczką w parowie pod bukiem — drogę zaś, idącą działami o pół mili na prawo, gdzie się potem, będąc już zorientowany, łatwo dostałem.“ — Niedawno umarł na Podolu. Jędrzéj Szumlański, ostatni może w Polsce Łgarz — poeta, — tegoczesny Radziwiłł. — Między innemi opowiadał, że ma ogromny proces z powodu pługa parowego, który sam z Anglii przywiózł. „Doskonały, mówił, w jednym dniu zorał mi trzysta morgów — ale na noc zamknięto go w wozowni. Cóż się stało? — Pług wrota wyłamał — hajże w pole! — Jak zacznie orać i orać, aż wpadł na grunta sąsiedzkie, a co gorzéj wszystkie kopce graniczne porozorywał — Ztąd proces. — Najlepsze jednak jego koncepta nie dadzą się powtórzyć w dobrém towarzystwie.
Między różnemi myśliwskiemi przygodami i mój Ojciec opowiedział nam następującą i za jéj prawdę zaręczył. Wątpić więc nie można.
Nieboszczyk Wojski Orzechowski,[9] Ojciec naszego Piotra,[10] poróżnił się był z Chorążym N*. — Wyzwali się do pierwszego spotkania, dlatego zawsze przy szabli jeździł i na polowanie. Razu więc jednego strzelił do niedźwiedzia i mocno ranił w piersi. Niedźwiedź, swoim zwyczajem wzniósł się na zadnich łapach i szedł prosto na przeciwnika. Orzechowski do szabli. — Machnął parę razy ale wkrótce szabla dostała się w zęby rozjuszonego zwierza — szczęściem atoli, że ostrzem ku niemu. Nie stracił głowy Orzechowski i chwyciwszy lewą ręką koniec szabli odpierał jakby ostrym munsztukiem niedźwiedzia, który pchać się na niego nie przestawał — ale skaleczony w piersi i stojąc na pochyłości, niżéj, nie mógł łapą zachwycić. — Długo ta, nie do wiary prawie, a jednak najprawdziwsza trwała walka, aż przecie Orzechowski postrzegł zbliżającego się strzelca. Krzyknął, aby mu strzelbę rzucił pod nogi, sam zaś powoli tak się obrócił, że stanął znacznie niżéj od niedźwiedzia, a gdy poczuł mocny nacisk, puścił nagle szablę. Niedźwiedź wywrócił kozła, a nim wstał, Orzechowski chwycił strzelbę i trupem go położył. Świadkiem niezaprzeczonym téj walki, był palec odgryziony u lewej ręki.
Trzy razy w dzieciństwie byłem z Ojcem w Ciśnie. Zawsze wstępowaliśmy do Jabłonek na obiad lub nocleg. Nie chciał tego odmawiać Ludwikowi Urbańskiemu, który pomimo śmieszności powierzchownych był dobrym i uczciwym człowiekiem. A propos niego, raz mi Ojciec powiedział: „Prawdziwem jest nieszczęściem w górach to oddalenie od wszelkiego światłego towarzystwa. Poznałem to w najwcześniejszéj mojéj młodości, dlatego wszelkich sił dołożyłem, aby się z gór wydobyć. Ożeniłem się z waszą Matką nie zważając, że mogłem większy znaleść posag. Puściłem Cisnę w dzierzawę, Hoczew przedałem, powiększyłem majątek biorąc znaczne dzierżawy, jako to Hrabstwa Jarosławskiego, Starostwa Przemyskiego i t. p. — Żyłem zawsze z ludźmi i dobrze na tém wyszedłem, bo mogłem wam dać lepsze wychowanie, niż je sam otrzymałem“.
Kochałem i szanowałem mego Ojca, ale w miarę jak mi czas nasuwa punktów porównania, cześć dla niego zdaje się wzmagać w mojem sercu. Powtarzam teraz często nie jedno jego zdanie, jego przestrogę, których słuchając nie myślałem nawet, że je pamiętać będę. — Żywot Ojca stał się wzorem dla dzieci. Jego charakter prawy, rozum nie błyszczący świetném ukształceniem, ale głęboki, logiczny, — dobroć nieprzebrana — uprzejmość — uczynność, zjednały mu powszechny szacunek. — Jako człowiek i jako Polak, był on w całém znaczeniu wyrazu: Bez skazy. O nim sumiennie można było powtórzyć: Le Ciel n’est pas plus pur que le fond de son âme.
Dobra sława Ojca jest drogą spuścizną dla dzieci — ale i dzieci szanując Rodziców składają jakby grosze do kasy oszczędności, które kiedyś w kapitalik urosną. Kiedy już Ojca, Matki, niema — o, jak błogie uczucie napełnia serce wznosząc oczy w te światy tajemnicze, gdzie mieścić lubimy choć cząstkę tych, których kochaliśmy, którzy nas tyle kochali w tém życiu. — Jeżeli zawsze Boga błagałem aby uczynił dzieci moje godnemi mego błogosławieństwa — co otrzymałem hojnie — to pewnie więcéj ze względu na ich dalsze szczęście, niż na moje własne. Bo ci, co nic sobie do wyrzucenia nie mają, słusznie i po swoich dzieciach spodziewać się mogą pociechy — ze spokojném sumieniem wspominać będą czas spędzony na opiekuńczém łonie Rodziców. — Wiele osób okazuje żałobę serca po stracie Rodziców, pokrywając ich pamięć świętem milczeniem, a ja chciałbym żeby mnie moje dzieci wspominały, jak gdybym jeszcze był z niemi. — Ja lubię wspominać mego Ojca jak najczęściéj, robić go uczestnikiem i wesołych i dobrych chwil moich — zdaje mi się, że się On wtenczas do mnie uśmiecha. — Spoczywaj! Spoczywaj w Bogu, Ty dobry, prawy, drogi, kochany Ojcze!


Deszcz padał — z lasów się kurzyło — smutna była Cisna. Siedzieliśmy przy kominie słuchając odgłosu młotów, co nas z bliskiéj fryszerki dochodził. Ktoś wspomniał rozboje — przypomnieliśmy Wulfa a mój Ojciec, jak dobrze pamiętam, tak mówił:
Wówczas, kiedy Żyd Wulf, na czele kilkunastu łotrów, obdzierał podróżnych, najeżdżał domy i coraz straszniejszym się stawał, mieszkał w Sanockiém niejaki Kitajgrodzki. Szlachcic czynny, zabiegły, odważny, ale przytem trochę zawadyaka i wielki wciubski, nie znał lub znać nie chciał mądrego krakowskiego przysłowia: Nie wtykaj nosa, gdzieś nie dał grosza. — Otóż razu jednego, w zimowéj porze, ten Kitajgrodzki nocował w Barwinku u Naczelnika komory. Koło dziesiątéj, kiedy się już do spoczynku zabierano, Strażnik przyniósł do podpisu kilka paszportów żydów jadących z Węgier. Naczelnik siadł do bióra i zaczął podpisywać, gdy Kitajgrodzki zasłyszawszy z alkierza o co rzecz idzie, wyszedł w pół ubrany i zaczął przyganiać téj łatwości, z którą przepuszczają przez granicę, nie przekonawszy się pierwéj, jakie to indywidua i to właśnie w czasie, kiedy rozboje mnożą się coraz bardziéj. — To rzekłszy, wziął świecę i wyszedł do pierwszéj izby, gdzie w ciemnym kącie koło pieca stało kilku Żydów. Wzniosłszy światło nad głowę, aby lepiéj widzieć przed sobą, postrzegł, że jeden z podróżnych, stojący na przodzie, cofnął się za drugiego, ku temu więc zwrócił się i w oczy zaświecił. — Był to Żyd, jeszcze młody, wysoki, chudy, żółtawéj cery, czarnéj, krótkiéj i rzadkiéj brody. „Zkąd Panowie kupcy?“ zapytał Kitajgrodzki. — Z Węgier, odrzekł zapytany i zasłaniając ręką oczy, jak gdyby go światło raziło, chciał się do drzwi zbliżyć. Ale Kitajgrodzkiego pozbyć się nie łatwo było, zwłaszcza kiedy się ciekawością czém zajął. — Zkąd? — Dokąd? — Poco? — Którędy? — Na długo? — pytał i zatrzymywał, nareszcie spuściwszy światło, chwycił za połę płaszcza cofającego się bladego Żydka, podniósł ją i odkrył pałasz przy boku, a daléj parę pistoletów za pasem. Wszczął się hałas — straż przybyła — chwycono podróżnych — okuto wszystkich i odesłano do kryminalnego więzienia. Młody żyd był to ów słynny Wulf, herszt rozbójników.
W kilka miesięcy po swojém zwycięztwie, dowiaduje się Kitajgrodzki, ze Wulf uszedł z więzienia, i że dał się słyszeć: „Nikogo jeszcze nie zabiłem, ale Kitajgrodzkiego jak schwycę, pasy z niego drzeć będę“. — Zrozumiał Szlachcic, że to nie przelewki, że tu idzie o gardło, i że on albo Wulf zginąć musi. Pojął oraz, że tylko prędkie i energiczne środki mogą dowieść do celu. — Nie tracąc więc czasu, spieniężył co mógł, dopożyczył jeszcze, kupił koni, broń, przyjął pewnych ludzi i obwarował swój domek tak, że w nim napadu nie mógł się lękać. — Ale nie przestał on na tém, wiedział bowiem, że w każdéj walce chcąc stanowczo odnieść zwycięstwo, nie można ograniczyć się na odporném działaniu. Miał swoich szpiegów, śledził przez nich obroty nieprzyjaciela i zawsze był gotów wyruszyć przeciw niemu, na czele swego dobrze uzbrojonego hufca. Wulf zaś ze swojéj strony, lubo zemstę poprzysiągł, nie chciał ją jednak uczynić jedynym celem swoich czynności. On chciał rabować dla zysku, a zemścić się dla uciechy. — Dlatego wojna z Kitajgrodzkim nie była mu na rękę i unikał go ile możności. — Jak długo trwał ten stan rzeczy, nic umiem powiedzieć — wiele razy walczono ze sobą nie wiem, — dość, że razu jednego dano znać Kitajgrodzkiemu, że Wulf ma zjechać na szabas do Liska. — Na koń! krzyknął Kitajgrodzki i nie wyszło pół godziny, już kłusował działami na czele swojego oddziału. — Nie drzymał i Wulf, miał swoje czaty, bo gdy Kitajgrodzki jedną stroną od Ustrzyk wpadał do miasta, on wymykał się drugą. — Dostrzeżony, ścigany, coraz mocniéj napierany, skręcił nareszcie ku Sanowi i w pław się rzucił. Kitajgrodzki przypadł nad brzeg, strzelił za nim i zdawało mu się, że się Żyd po strzale na lewo pochylił. Ale czy to dlatego, że już wieczór szarzał, czy że się lękał zasadzki, nie ścigał daléj, wrócił do Liska i tam przenocował.
Nazajutrz jeno świt, przejechał San w bród pod Zamkiem i na lewym brzegu starał się przejąć ślady naprzeciwko miejsca, z którego strzelił. Nie tak to łatwo po kamienistém polu. — Głowa w dół spuszczona, ledwie nie z olstrami w równi, sylabizował rozmaite hieroglify, z których się nareszcie doczytał, że jego przeciwnik zaraz z wody ruszył z kopyta — galopował aż pod las, tysiąc może kroków od brzegu — tam stał, słuchał pewnie czy pogoń nie pluszcze po Sanie, albo czy krzemień nie tętni pod podkową na drodze z miasta. Potém skręcił na łączkę i ujechawszy paręset kroków, zsiadł z konia i uwiązał go do drzewa. — Przy bliskim strumyku leżał cybuszek rogowy i długa szmatka. Z łączki wrócił do konia i jechał pomału po pod las tęgi kawał aż do drożyny wiodącéj w lewo w las. Tu ślady stawały się coraz rzadsze, gdzieniegdzie tylko kamyk usunięty, albo korzeń zdarty ocelem wskazywał z kilku dróg a raczéj ścieżek, którą pojechał. — Nareszcie zginął wszelki ślad. — Daremnie Kitajgrodzki ze swojemi ludźmi, jak wprawni objezdnicy, zakładali na prawo i na lewo — daremnie przecinali drożyska i łąki — na każdéj mokrzawie na klęczkach szukali najlichszego znaku — ślad jak zginął, tak zginął. — Już było i z południa — popasiono konie w Piskarowskiéj karczmie i straciwszy wszelką na teraz nadzieję dojścia złoczyńcy, ruszono ku domowi. Wyjechali z lasu i z przykréj spuszczali się góry, kiedy jeden odezwał się do drugiego: „Byłbym przysiągł, że dzisiaj Sobota.“ — „A jużcić nie Niedziela!“ odpowiedział drugi i tak głośno się roześmiał, że Kitajgrodzki jadący przodem, zapytał się: „A czego ty się tak śmiejesz Szymonie?“ — „Jakże się nie śmiać, kiedy Józef tak się tego Wulfa przestraszył, że zapomniał, że to dzisiaj Sobota“. — „Jakże może być Sobota, odezwał się Józef, wszak w Sobotę Żydzi nie jeżdżą“. — „Alboż jedzie który?“ — „Ot, nas minął wózkiem i ćwiczy szkapę pod górę“. — Łapaj! krzyknął Kitajgrodzki — łapaj!... I sam zwróciwszy konia, kopnął się za wózkiem aby doścignąć, nim w las wjedzie. — Stój! krzyknięto. — Żydziuk zbladł — zdjął czapkę i upuścił — zdjął gemerkę i upuścił. — Jednak udając pół głuchego, pół głupiego, wywijał się jak wąż w swoich odpowiedziach na zapytania. Aż nareszcie harap, parą razy dobitnie na plecy spuszczony uporządkował jego myśli i odpowiedzi, z których okazało się, że zawiózł chorego Żydka do Brzozowa do Judki Cyrulika.
W Niedzielę dzwoniono na Anioł Pański, kiedy Kitajgrodzki zsiadł z konia przed kościołem w Brzozowie — ukląkł — zmówił pacierz — potém zostawiwszy jednego ze swoich ludzi przy koniach, z drugiemi kazał prowadzić się ujętemu na drodze Żydkowi. Sunął się cicho po pod domy, a gdy Żydek pokazał domek Cyrulika, odesłał go w tył, a sam zakołatał do drzwi. Jęczał i błagał przez drzwi, aby mu otworzono, obiecywał trzy złote, jeżeli mu Pan Judka prędko ząb wyrwie. — Odezwał się nareszcie jakiś Bachór i powoli drzwi uchylał — Kitajgrodzki pchnął je, wszedł i przyłożywszy pistolet pod nos zaspanemu i skrobiącemu się Bachórowi, rzekł cicho: „Ani piśnij, bo ci w łeb strzelę. Gdzie żyd chory, którego tu w nocy przywieziono?“ — Bachór wskazał na schodki w głębi sieni i na wznak się przewrócił. — Daléj więc na schodki! Drzwi były zewnątrz zamknięte. — Uderzone nogą otworzyły się na ościerz... a kulka świsnęła pomiędzy głowy wchodzących — Żyd leżał w łóżku, wystrzelił z jednego pistoletu i chwycił za drugi... ale mu czasu zabrakło... Kitajgrodzki przycisnął sobą pistolet i żyda razem. — Ankiel Wulf — gdyż to był on w istocie — okuty i odprowadzony do Lwowa był tam nareszcie stracony dnia 16 Maja 1787 na wielką pociechę Kitajgrodzkiego.


Wyjechaliśmy z Cisny — odwiedziliśmy Urbańskiego w Jabłonkach, Orzechowskiego w Żerniczce — nocowaliśmy w Lisku czyli Lesku. — Za Liskiem stanęliśmy i oglądali na szczycie pagórka ogromny ułom skały. — Nie widać na nim ręki ludzkiéj, a jednak ze swego kształtu zdaje się być cząstką jakiegoś gmachu. Różne o tym kamieniu biegają powiastki, jedna cudowniejsza od drugiéj, ale najwięcéj jest upowszechnioną ta, która zapewnia, że djabeł niósł ten kamień, ale kogut zapiał i djabeł kamień upuścił. — W Ustianowéj stanęliśmy na popas. — Wkrótce wbiegł żydek, powiedział coś żydówce, żydówka spojrzała w okno, a za nią pół tuzina żydziątek różnego kalibru. — Cóż tam takiego? spytał się jeden z nas gospodarza. — „Pan Kasper, odrzekł gospodarz. — Czegoż go się boicie, odezwał się mój Ojciec — „a jak się nie bać?... On waryat!“ — „Ale nikomu nic złego nie robi“. — „Jak nie robi! On ma strzelbę nabitą. — Raz już w okno wystrzelil.“ — „Przypadkiem“. — „Jak przypadkiem! On mierzyl... Dwie szyby wybil“. — Spojrzeliśmy w górę w miejsce wskazane i ujrzeliśmy dziury w oknie gątami założone, jako pomnik owéj strasznéj katastrofy, która pewnie przejdzie z ust do ust, aż do najdalszéj potomności téj arendarskiéj rodziny.
Wszedł Pan Kasper Brześciański, dziedzic cząstki Ustianowej. — Miał na sobie kapotę zieloną strzeleckiego koloru — pas skórzany z klamrą. — Torba i strzelba przez plecy — czapka ze siwym barankiem na bakier. — Zawsze pieszo podróżował, bo jak miał swoje konie i bryczkę, zawsze kazał prosto jechać... A że prosta droga nie wiedzie do celu... więc w pierwszym potoku musiał zostawiać połamaną bryczkę. — Był to piękny mężczyzna, wysoki, twarz piękna, wąs czarny, oko łagodne. — Przywitał się z moim Ojcem po przyjacielsku i rozmawiał czas jakiś tak rozsądnie, że ja z Sewerynem zawiedzeni w nadziei naśmiania się z waryata, już chcieliśmy wyjść na podsienie, kiedy słowo: Interesa, zdało się dotknąć go drutem elektrycznym i zgasić nagle pochodnią rozumu, a otworzyło razem wrota gradowi słów bez żadnego związku. Domowe niezgody obłąkały jego rozum w kwiecie młodości.
Widoczne dramata na powierzchni świata przejmują nas litością albo zgrozą. — Ach, gdybyśmy zoczyć mogli te liczne dramata, co się toczą w głębi serca, a cicho, a cicho... których tajemnicy strzeże nieszczęsny, jak skarbu najdroższego a skarbu nieprzebranéj swojéj boleści, których ogrom Bóg tylko jeden ocenić może, a świat nie przeczuwa nawet.... i które nareszcie rozsadzają łono, albo męcą rozum.... O, jakże często płakalibyśmy krwawemi łzami śród tego kwiecistego świata!
Podobne pomięszanie zmysłów dotknęło jenerała Kopcia w niedocieczonych jego cierpieniach na Syberyi. — Poznałem go w Warszawie 1820 r. Przyszedł do mego brata Maxymiliana; długo rozmawiał bardzo rozsądnie, ale gdy wspomniał o swojéj niewoli, nie wyszło pięciu minut, już w swojéj podróży po Syberyi stawał na szczycie jednéj góry, zkąd się na szczotkach spuszczano. — Tam była granica jego rozumu. Co daléj mówił, nie miało żadnego związku. — Mój brat powiadał mi, bo bawił w Puławach wtenczas, kiedy tam Kopeć przyjechał zaraz lub wkrótce po swoim powrocie z niewoli, że Księżna Jenerałowa Czartoryska zleciła kilku osobom uporządkować jego opowiadanie ile możności, ale nie było podobieństwa. Nawet gdy chciano skreślić mapę podług jego wspomnień, on chciał aby zawsze rysowano góry z profilu, jedne za drugiemi. I ten nieszczęsny miał zostawić pamiętniki!!! I Mickiewicz rozwodzi się nad niemi! A jednak Mickiewicz żył z osobami, co znały bardzo dobrze Jenerała Kopcia. — Wierzże tu owoczesnym pisarzom! — Nie, ówcześni mogą tylko materyałów dostarczać, a dopiero późniéj sąd światły, oczyściwszy je z błędów mimowolnych i z błędów natchnionych duchem stronnictwa, może utworzyć prawdę dziejów.
W tych czasach pojawił się Pamiętnik Jana Sagatyńskiego — Pazia (?) Stanisława Augusta. — Urodzenie Sagatyńskiego jest dotąd zagadką. — On dawał do zrozumienia, że był synem króla, drudzy mówili, że wielkiego koniuszego Kickiego. Tak czy siak, ród jego nie uprawniał go do zaszczytnego urzędu Pazia. — Sagatyński był to patentowany bufon salonowy. Jego śmieszne i dobre koncepta rozwałkowane w długie historye, żyją dotąd w tradycyi i długo żyć będą, pozbawione wszakże i szczególnego talentu i pociesznéj figury ich autora. Kilka lat przed śmiercią Sagatyński bywał często w moim domu. Gdy mi raz opowiedział parę anegdotek o królu Stanisławie, powiedziałem mu, że powinien spisać, co tylko pamięta z owych czasów. — W parę dni przyniósł mi arkusz pisma. — Styl slaby a raczej żaden — rozwlekłość — jedna anegdotka i to nie dowcipna, — przekonały mnie, że z téj mąki nie będzie chleba. — Pochwaliłem jednak i zachęciłem do dalszéj pracy. — Nic mi już jednak późniéj nie przyniósł, a gdyby był co napisał, byłby mi czytał niezawodnie, nareszcie ten niby jego Pamiętnik nie odpowiada ani wesołości charakteru Sagatyńskiego, ani też sposobowi zbyt rozwlekłemu opowiadania. — Wydawca, który stara się uniewinnić słabość stylu, niech się pocieszy, Sagatyński nie był w stanie i tak napisać.


Za Chyrowem, gdzie cała ludność robi pończochy na drótach, widzieliśmy po lewém ręku piękny zamek w Laszkach Murowanych nad Strwiążem w zupełnie jeszcze dobrym stanie. W tych czasach Matka moja odwiedzała w nim panią Mniszchową, matkę pani Ksawerowéj Krasickiej i Pana Stanisława Mniszcha.
Ledwieśmy zajechali do Żyda w Staréj-Soli na nocleg, przyszedł jakiś Inspektor czyli Verwalter żupy solnéj i po długiéj upartéj prośbie, skłonił mego Ojca, że wziąwszy nas z sobą, poszedł do niego na wieczerzę. Został mi w pamięci ryż przysypany cynamonem, a jeszcze bardziéj zdarzenie, które mu towarzyszyło. Już mowa z niemiecka naszego gospodarza łechtała nas niepotroszę, chęć śmiechu brała nas na tortury... A cóż dopiero nie stało się z nami, kiedy Pan Inspektor wziąwszy kieliszek: „Za strofie laskafego gościa!“ podniósł się, ukłonił, a siadając chybił krzesło o połowę, chwycił się stołu i niepewność długo trwała czy wróci na krzesło, albo czy wleci pod stół. — Cała serweta w usta wpakowana, nos ściśnięty, wejrzenia Ojca nic nie pomogły, trzeba było koniec końców parsknąć śmiechem. — O, śmiechu! Jak ty luby jesteś starości, kiedy zagrasz w dziecinném garełku, tak szczérze, tak dźwięcznie! Rozciągasz wesołość wkoło siebie i na sam smutek. Porównać cię można do Jutrzenki, co swój uśmiech różany rozciąga i na zwaliska i na zbutwiałe drzewa i na pochylone krzyże cmentarza.
W kilka lat potém, 12go Stycznia 1806 r., dzień mroźny zabielał na wschodzie. — Świece po pokojach w Beńkowéj-Wiszni tlały czerwono... nikt ich objaśnić, nikt pogasić nie myślał. — Pojazdy stały przed oknami... pakowano spiesznie... Dzieci zbite w gromadkę płakały, bo i starsi płakali, a płakali rzewnie. — Ojciec opuszczał swój dom, bo przed godziną ostatniem westchnieniem ostatnie dała nam błogosławieństwo najlepsza, najtroskliwsza Matka.
Już miałem rok trzynasty, kiedy straciłem Matkę, a jednak jakby zamglona przedstawia się mojéj pamięci.. nawet rysy jéj twarzy niedosyć wyrazisto mam przed oczyma. Widzę ją zawsze zajętą ogrodem... ona bowiem przeistoczyła i rozszerzyła ogród w Beńkowéj-Wiszni. Oprócz lip, szczątków ulic sklepionych w czworobok, wszystkie starsze drzewa jéj ręką sadzone. Dlatego ten ogród dzieci moje szanować powinny. — Te kilkanaście świerków przy ścieżce wiodącéj na dół do studni, był to kląbik przez nią zasadzony, złożony z dziewięciu świerków, liczby żyjących wówczas jéj dzieci... Trudno teraz rozpoznać, które to te najpierwsze świerki.
W rok niespełna po śmierci naszéj Matki, bracia moi starsi, Biegański i Trawiński wyjechali do Warszawy, by wstąpić do Wojska Polskiego. Mój Ojciec przeniósł się na stałe mieszkanie do Lwowa, lato tylko, przez parę lat na wsi przepędzał.
1808 roku, siostra moja Ludwika poszła za Antoniego Rozwadowskiego. — Jeżeli obowiązki córki, żony, matki, pełnione z poświeceniem nieustanném ściągnąć mogą promyk świętości, pewnie on świeci nad duszami sióstr moich Ludwiki Rozwadowskiéj i Cecylii Jabłonowskiéj. Ich ciche cnoty przesuwały się niezważane, bo same nie zdawały się mieć pojęcia swojéj wartości...
Ludwika po śmierci męża (1813) została z dwojgiem dzieci, bez majątku prawie, powróciła więc w dom ojcowski. — Kiedy synowie rozstrzeleni na wszystkie strony, rzadkiém byli towarzystwem dla starego ojca, ona z wzrastającą pod jéj opieką Cecylią, otaczała go niczem niezmordowaną troskliwością. A gdy i Cecylia poszła za mąż, a ojciec coraz częściéj zapadał na zdrowiu, ona i ona zawsze nieodstępną była i ona oczy mu zamknęła (1828 r.). Żyła jedynie w swoich dzieciach, za ich ciasném kółkiem świat dla niéj nie miał powabu, nie miał pociechy, a jednak gdy nadszedł rok 1830, nie wahała się wyprawić jedynego syna do Warszawy. Doczekała się jego powrotu i dopiero w 1839 r. zakończyła śmiercią długą i bolesną chorobę w domu ukochanej swojej córki Wandy Skrzyńskiéj.
Uosobistnioną dobrocią i łagodnością była Cecylia Jabłonowska. — Ostatnie jéj słowa najwyraźniéj malują całą świętość jéj duszy. Kiedy w chwili śmierci, już raz ostatni odzyskała przytomność, spojrzała na córki i na całe otaczające ją rodzeństwo i rzekła: „Ach, jak ja was męczę!


Zdaje mi się, że w opowiadaniu mojém zboczyłem z prostéj drogi. Nadużywam, jak widzę moi państwo cierpliwości waszéj. Ksiądz proboszcz drzymie, a doktor ziewa, panie przez grzeczność o czém inném myślą. Może wspomnienie 1809 roku wszystkich obudzi. Wracam się do téj chwili, kiedy z wujem moim Wojciechem Dembińskim przyjechaliśmy do Nienadowéj, pierwszych dni Maja.
Nazajutrz po przybyciu naszém obadwa bracia Wojciech i Antoni pojechali do Zarzecza, aby się zbliżyć do Jarosławia, gdzie podług wieści wojsko Polskie już było i aby pewniejszych zasiągnąć wiadomości. — Ja z wujanką piliśmy kawę pod kolumnami starego domu, kiedy blady, zadychany żyd krawiec ze złamanym nosem, wbiega na dziedziniec i od bramy już krzyczy: „Już są!... Przyszli!... w Dubiecku!... w pałacu!... Polaki!...“ Nie słuchałem, nie słyszałem więcéj... Jednym skokiem już byłem na ścieżce wiodącéj przez Olszynkę do Dubiecka... ze mną biegł Perrot, francuz, guwerner młodych Dembińskich.
W saméj rzeczy ujrzeliśmy przy rogatce dwóch Szaserów konnych 5go pułku dowództwa pułkownika Turno. — Mieli granatowe kolety — amarantowe kołnierze — od kołnierza wzdłuż okrągłych guzików po obu stronach pasek biały z amarantową wypustką, — na głowie czaka z piątym numerem na przodzie. Przy siodle karabinki, w ręku ogromne obosieczne pruskie pałasze.
To Polacy!... To Polacy! powtarzałem i nie wierzyłem sam sobie. — Dusza przeszła w oczy... wlepiałem je w drogie zjawisko. — Na ziemi leżał porąbany dwułbisty orzeł, który był na domie pocztowym. Schwytany oficer austryacki, jadący kuryerem, stał przy wozie, z miną, która zowie się gminnym wyrazem: kiepska. — Poczmajster, w szlafroku i pantoflach zapewniał wiarusów, że się bardzo cieszy z ich niespodziewanéj wizyty, — częstował wódką, a flaszka dzwoniła o kieliszek, bo poczmajster dostał febry z radości.
Idziemy ku pałacowi i w ulicy spotykamy cały oddział pod dowództwem porucznika Wesołowskiego. Był on potém kapitanem w 11tym pułku ułanów.
Kiedy przy rogatce poczmajster się trzęsie, porucznik klnie, podpite Szasery pakują na wóz grubego hauptmana, w pałacu kończył się okropny dramat. — Patrol 5go pułku wpadłszy do miasteczka, a potém do pałacu, zastał — jakto zwykle na wsi bywa — drzwi na oścież pootwierane, a w pokojach nikogo. — Henrykowski kapral, młody, przystojny mężczyzna, szukając tam nieprzyjaciela znalazł najniebezpieczniejszego: „pokusę.“ — Wziął złoty zegarek. — Wkrótce przybył oficer, nadeszła pani domu, przyjechał pan Ksawery Krasicki; dostrzeżono stratę i upomniano się o nią. — Henrykowski przekonany, zmuszony oddać swoją zdobycz nie mógł znieść wstydu, chwycił za pistolet i strzelił sobie w piersi. — Żył jeszcze, kiedy go odwiedziłem, ale wkrótce skonał.
Jakże później żałowałem, że nie wsiadłem na jego luźnego konia, i że nie pojechałem z Wesołowskim... Ale nie byłbym był świadkiem tego, co się wkrótce działo we Lwowie. — Nie byłbym uchwycił uczucia, które stało się najmilszém, najdroższém mojém wspomnieniem.
Wróciwszy spiesznie do Lwowa, zafryzowałem, wypudrowałem głowę i poszedłem do wojewodziny Bełzkiéj. Otoczony, wypytywany, nie mogłem nastarczyć w powtarzaniu wszystkich szczegółów wypadku w Dubiecku. — Wtenczas z Olesia, wyrosłem na pana Aleksandra.
Nie chciałem czasu tracić i mój kochany Ojciec, Polak z duszą, ciałem, nie pojmując nic wyższego nad dobro Ojczyzny i zaszczyt jéj służenia, nie dał się prosić i opatrzywszy w pieniądze, wyprawił mnie z krzyżykiem na drogę do zbliżającego się wojska Polskiego.

KONIEC.

ZAPISKI STARUCHA.



ZAPISKI STARUCHA.

1. Siła przed prawem sieje bezprawia,
Prawo przed siłą mury stawia.

2. Nie zawsze bywa, jak godło śpiewa.

3. Głośne organy gdzie namiętność kalikuje.

4. Gdzie nienawiść kują, tam demagog przy miechu a djabeł przy młocie.

5. Fałsz płaszcz obszerny.

6. Trzeba wierzyć w piekło, bo gdzieżby fałsz umieścić.

7. Niema większéj radości dla głupiego, jak znaleść głupszego od siebie. Tyś głupi, ale on głupszy, wielka ztąd radość.

8. Że nikt ci nie powie żeś głupi, przeto mądrym nie jesteś.

9. Łgarzowi nikt nigdy nie wierzy, tylko czasem on sam sobie.

10. Nie tak łatwo łgać jak się zdaje.

11. Łże con amore.

12. Wierzysz, że ci wierzę, ztąd zabawa.

13. Przy powodzi strach i łodzi.

14. Kto doznał, ten poznał.

15. Jak potrzyma, to wytrzyma, alias: Każdy wytrzyma jak go potrzymają.

16. Radzić nie poradzić, umarłemu kadzić.

17. Dawniéj mówiono o głupim: Powiedział, co wiedział! Dziś gorzéj, bo niejeden powiedział, co nie wiedział.

18. Krytyka mądra oświeca, głupia gasi.

19. Częstokroć na papierze zysk a w kieszeni pisk.

20. Rada graniczy z naganą.

21. Na upór niema plastra.

22. Marnotrawcy lekarzem nędza.

23. „Przepraszam, niechcący!“ Gdyby chcący, wziąłbyś w pysk.

24. Przeprosiny złe mydliny; zawsze coś z plamy zostanie.

25. Póki dajesz, pótyś brat. Jak chcesz wziąć... Hola bratku!

26. Pomoc bratnia, wielka matnia.

27. Nie siej durniów, sami schodzą.

28. „Już mnie nie kochasz!“ — „Cóż ja temu winna.“

29. Dowcip póty miły, póki cudzym kosztem.

30. Dowcipkuj serdeńko, tylko mnie nie tykaj.

31. Cnota bez przykładu, strzał bez kuli.

32. Kto dług zaciąga z przedsięwzięciem nie oddania, nie żebrak ale złodziéj.

33. Dziś okpiwa kto może a głupi się dziwi.

34. Dzisiejsze filantropy to filangrosze.

35. Ile golców, tyle reformatorów.

36. Zbytnia gorliwość karmiąc zęby wybija.

37. Przez zbytek czułości unika cierpiących.

38. Są egoiści osobiści, są i domowi.

39. Dajesz słowo honoru, więc muszę wierzyć, ale to nie prawda.

40. Kto drugich sądzi, sam siebie sądzi.

41. Nudziarz rzadko przekonał, znarowił często.

42. Nudziarz jak najpoczciwszy zawsze emetykiem trąci.

43. Niegdyś było więcej gwałtu, dziś więcéj zdrady; z dwojga złego wolę wilka niż węża.

44. Niby to, a nie to — wiara nie fanatyzm, duchowieństwo nie religia.

45. Zgoda Panowie Bracia! alias: Zróbcie co ja chcę.

46. Dowcip bawi, drwinka dławi.

47. Plotka osa, tnie z ukosa.

48. Śmiech z dowcipu zręczne pochlebstwo.

49. Miłe wady przyjaciela, bo jest się czém pokwitować.

50. Z ludem zawsze licytacya: Kto da więcej!

51. Głupia szlachta! Zatem nie idzie aby mądrą była nieszlachta.

52. Nieproszona rada — ej, czy nie zdrada?!

53. Bądź oszczędnym, abyś mógł być szczodrym.

54. Gdzie chłodno i głodno szkoła pusta.

55. Pierwéj kołacz, potém książka.

56. Z góry przyciśnie, w dole pryśnie.

57. Kto się nigdy nie śmieje, od tego zimno wieje.

58. Gdy śmiech w zwyczaj przechodzi, fałsz lub głupotę dowodzi.

59. Kto się nigdy nie przypomni, świat go zapomni.

60. Płynął, płynął a przy brzegu utonął; zwykły los powieściopisarza.

61. Nie tak głupi jak się zdaje. Tem lepiéj! Nie tak mądry jak się zdaje. Tém gorzéj!

62. Łatwiéj przebaczyć niż zapomnieć.

63. Lepszemi byliby ludzie, gdyby więcej szanowali kobiety. Co to miłość? Co przyjaźń? Co nieprzebrana troskliwość? Co ciche poświęcenie? Kobieta, kobieta i zawsze kobieta! A gdzie nagroda? Pewnie nie w tém wyuzdaném społeczeństwie, które jak próchno martwém tylko jeszcze świeci światłem.

64. Zagadka! Wszystko zagadka! Bóg tylko jeden rozwiązać ją może.

65. Boga tylko sercem pojąć można, rozumem nigdy. Nie pojmują Boga ale go czują.

66. Tyle szelmostwa na tym świecie, że tylko wiara strzeże człowieka od samobójstwa.

67. Mrowiska szczyt za ostry, zesuwa się, a za płaski się zapada.

68. Najstraszniejsze głupstwa mądrych.

69. Co wczoraj głuptasie zbudowali, dzisiaj mędrki burzą. Ale mędrki mądre, nic nie budują aby jutrzejsi głupcy nie mieli co burzyć.

70. Złodziejem nazywają tego, co ukradł talara, a bankrutem tego co ukradł milion.

71. Nasz wyraz Złodziéj poniekąd fałszywy, albowiem Zło-dziéj jest Źle-dziejem dla drugich, ale Dobro-dziejem dla siebie. Dlatego członkowie Consortiów kolejowych i bankowych tytułują się Dobrodziejami. Moskale słuszniéj nazywają złodzieja: Wor, bo ma zawsze z worem do czynienia; albo swój napycha, albo cudzy kradnie.

72. Dla równouprawnienia zdjęto w kryminałach złodziejom kajdany, bo spekulanty po giełdach wolno chodzą.

73. Żebrak z próżniactwa kandydat na złodzieja.

74. Żebrak oszust okrada ubogich.

75. Szczodry z cudzego majątku nie straci.

76. Dzieli się z ubogiemi... ale cudzą jałmużną.

77. Gdzie dużo szumu, mało rozumu.

78. Gdzie interes dmucha, przyjaźń krucha.

79. Niesprawiedliwie dręczysz mnie zazdrością bez powodu, dam ci więc powód abyś przynajmniej był sprawiedliwym.

80. Jak dłużnik ma gorączkę, wierzyciela febra trzęsie.

81. Człowiek zarozumiały lubi skały, bo w nich Echo.

82. Kula odbita oszczercę zabija.

83. Wszystko od wszystkich wiesz lepiej, tylko jedno nie lepiej, żeś głupi.

84. Pan mnie kochasz? Co Pan masz?

85. Niema ale, gdzie dukaty idą w swaty.

86. Ongi dzieweczki myślały, że dzieci zbierają w kapuście; dziś mądrzejsze, wiedzą, że za giełdą.

87. Wyścigi matki z córką jeżeli nie zdrożne to zawsze śmieszne.

88. Bryknęłaby babina... nie ma z kim.

89. Starej babie do tańca djabeł gra na skrzypcach.

90. Gadułów jak papug rozliczne rodzaje; gaduły pytające najnieznośniejsze.

91. Zbytek, mały pożytek.

92. Masz dostatek, miejże statek.

93. Od ostrego, gorszy język długi.

94. Nieśmiałość ciężka choroba.

95. Śmiałość drogę sobie ściele.

96. Na świecie jak na jarmarku; lepiéj się ten przeda, co się przecenia, niż ten, co się niedocenia.

97. Doświadczenie jak pęk cierni, częściéj ukole niż ochroni.

98. Głupieżto musi być pochlebstwo, co się nie podoba.

99. Kto grzecznie aż ze schodów sprowadza, ten nie wracać doradza.

100. W ceremoniach tonie gościnność.

101. Gościnność acz szczera, czasem boki rozpiera.

102. Czego za wiele, piecze nie grzeje.

103. Słuchać bredni, talent niepośledni.

104. Zasługa, droga długa.

105. Często droga prosta, zygzakom nie sprosta.

106. Ciągły uśmiech w twarzy, wszystko lekceważy.

107. Ukłon niski fałszu bliski.

108. Dla młodych taniec, dla starych różaniec.

109. Amant stary, jak piec stary; dymi nie grzeje.

110. Starego zaloty, błazeńskie obroty.

111. Dla pijaka i szulera nędza rózgi zbiera.

112. Ze spekulanta w potrzebie wykroisz oszusta.

113. W twoim dzienniku pochwała kosztuje dukata; dam dwa za naganę jeżeli się podpiszesz.

114. Pióro najęte wala pisarza.

115. Za łgarstwo języka: nahaj; za kłamstwo pióra: pręgierz.

116. Apostoł ludzkości rzadko pości.

117. Cały rozum: Daj!

118. Nie zrobisz cukru z piołunu, z nienawiści cnoty.

119. Kurz paryzki w Polsce błotem.

120. Nie bądź bocianem. Fałszywa zasada, pomoże nie pomoże nie gadaj z gałganem. A jak gałgan na urzędzie? Ha! to nie wiem jak to będzie!

121. Nie piętnujcie występku ale cnotę; mniéj roboty.

122. Kret góry nie usypie.

123. Takie żądło, taki brzęk a przecie osa nie pszczoła.

124. Rozum dowcipny a rozum złośliwy nie to samo.

125. Nie wierzę, ale powiadaj...ą plotkarza przedmowa.

126. Gdyby nie o sobie człowiek wykrzyknąłby nieraz: Jak można być tak głupim.

127. Człowiek błądzi jako człowiek, ale nie racya by błądził bo człowiek.

128. Łotrów kalabryjskich stawką życie, a naszych fałsz.

129. Zrzędność jak china, zatwardzenie sprawia.

130. Kto z bojaźni ucieka, w kałuży tonie.

131. Starość jak drzewo bez liści, ni chłodu ni zawiązku.

132. Wzrok stary nie widzi z bliska.

133. Nie strach umrzeć, ale strach umierać.

134. Życie obiecuje, śmierć daje.

135. Im dalej spojrzysz, za siebie tém wszystko mniejsze.

136. Nie zmienisz go, bierz jakim jest.

137. Młodemu świat się śmieje, a staremu płacze.

138. Podług barwy duszy świat się w niéj odbija.

139. Stałby jeszcze... gdyby nie wiatr.

140. Spór złego z dobrem ruch, ruchem życie, życie zagadką.

141. Piękny trzewik ale gniecie.

142. Kto hula bez miary, prędko stary.

143. Stary się umizga; czubek jako tako, tylko w krzyżach brak.

144. Gdzie się młody dźwignie, tam starego dźwigać trzeba.

145. Od zrób do zrobię sto mil drogi.

146. U koniarza ni swata ni brata.

147. Koniarz gdyby mógł okpiłby sam siebie.

148. Wyścigi koniarzy, kto okpi lepiéj.

149. Dla zrzędy źle wszędy.

150. Gdzie dziura w płocie, tam świnia w robocie.

151. Niecierpliwość prędzéj spóźni niż przyspieszy.

152. U kłótliwego kułak za pasem.

153. Z łotrem argument pałka albo nic.

154. Zadłużona pani spłaca procenta jak może.

155. I cap się wyszczególnia, bo bardzo śmierdzi.

156. Piekielne pożycie, gdzie co dzień potrzeba zgody.

157. Jak do pary osioł młody i cap stary.

158. Za grzeczny aby ganił ale zawsze widział coś lepszego.

159. Co mu pokażesz wszystko fraszka, a sam nie ma i fraszki.

160. Do naprawy budynku trzeba pionu i dźwigni, topór nie wystarcza.

161. W niewprawnym ręku cep, zamiast w zboże, bije w łeb.

162. Wie jak ptaszki łapać, ale nie wie gdzie je znaleść.

163. W uszach mu dzwoni, on myśli, że w kościele.

164. Garbaty nie lubi garbatego, bo go brzydkim widzi.

165. Przyjaciel zbyt troskliwy, dobroduszny natręt.

166. Z drucha wróg, ostry róg.

167. Dziś całuje, jutro szczypie; nie całuj i nie szczyp.

168. I dobra wędka czasem zamiast pstrąga złapie żabę.

169. Przed natrętem zamknij wrota, on czeka u plota.

170. Kto się kłóci ten się kocha; być może, ale w końcu pierwsze zawsze górę bierze.

171. Milczenie pokrywa wiedzę i niewiedzę; tylko się nie wyrywaj.

172. Nie umieć niema grzechu, ale wielkim błędem udawać, że się umie, czego się nie umie.

173. Udana umiejętność może otumanić stu, ale dziesięciu znawców powie żeś kiep i kpem finalnie zostaniesz.

174. Okulary powiększające nie dobre, bo i oczy psują i pokazują fałszywie.

175. Nie złamie tego, co się ugina, ale zdeptać można.

176. Daj mu dziś, on chce jutro, a nie dasz pojutrze, masz wroga.

177. Egoista nigdy nie powie: „Należy mu się,“ ale zawsze: „Należy mi się.“

178. Ssie pijawka krew do woli, ale przyjdzie chwila soli.

179. Kretów nory same dziury; póty żyją, póki ryją, a na świecie idą w śmiecie.

180. Nie z tego świata wszystkiego zapłata.

181. Zgryzota sumienia pierwsza rata długu.

182. Ciężarem wdzięczność, kiedy wierzycielem łotr.

183. Nie kocha dłużnik wierzyciela, bo go ciągle dźwiga.

184. Śpi dłużnik, wierzyciel czuwa.

185. Najgorzej kiedy nie można odpowiedzieć na zapytanie: Dlaczego?

186. Są dramata serca, których nikt drugi ani zrozumieć, ani pojąć nie może. Te raki nurtujące duszę, są boleśne lecz znośne o ile zostają tajemnicą. Biada temu, który chciałby otworzyć ranę. Nie wyleczy a powiększy cierpienie.

187. Tobie dobrze, a mnie źle: nie chciejże mnie przekonać, że inaczéj być nie może.

188. Ty masz, on zazdrości; zostawże mu zazdrość, żeby i on coś miał.

189. Ten się kłopocze tem co ma, tamten że nie ma; kłopot zawsze, wolę jednak pierwszy.

190. Narowistym koniem pośpiech niemożebny.

191. Jak woźnica zaśnie wywali i na gładkiej drodze.

192. Do dobrego konia trzeba dobrego jeźdźca, inaczej wkrótce się rozstaną.

193. Lepsze zrobi płótno dobry tkacz na złym warsztacie, niżeli zły tkacz na dobrym.

194. Dziwi się, że nie wygrał na loteryi lubo nic nie postawił „bo od czego szczęście?!“ Tak dziwi się ten, co się niczego nie dorobił a nic nie robił.

195. Jesteś nieuk, próżniak, hulaszcza, cóż świat temu winien, czemu nań narzekasz?

196. Nie co kleisz, ale czém kleisz trwałość zapewnia.

197. Powiedz z kim sprawa, powiem jak sądzić.

198. Nie ten głupi, kto źle sądzi, ale ten, co go sędzią zrobił.

199. W rozpaczy za nieboszczykiem spadkobierca wali głową o... poduszkę.

200. Droga zawsze żona ale w karnawał najdroższa.

201. Okpiwasz bratku! To się nie daj okpiwać. Ależ reputacya! Ba! Jak wygram odkupię, a jak przegram co mi po niéj!

202. Dalekie nadzieje wielu sieje, mało kto zbiera.

203. Chociaż ślisko, byle blisko.

204. Jeden liweruje owies, drugi ludzi. Tamten dla świata, ten dla piekła.

205. Najtwardsza zbrodnia na zimno wykuta.

206. Nie mów mu o jego szczęściu kiedy go brzuch boli.

207. Nie może zasnąć w młynie bo mu komar brzęczy nad uchem.

208. Mróz połyska, ale jak słońce przygrzeje, z grudy będzie błoto.

209. Pędzi jak po lodzie, ale jak upadnie to nie na pierzynę.

210. Niezgoda sierot, opiekunom żniwo.

211. Doświadczenie oswaja z niewdzięcznością, przecie ona boli.

212. Pięknym być może granitowy pomnik, ale zawsze milszym będzie wianek świeżych kwiatów.

213. Częstokroć los daje tylko na lichwę.

214. Jak przyjdzie do obrachunku, krocie uciech a summa summarum płacz.

215. Jak się naprężysz podskoczysz, ale ci w krzyżach trzaśnie.

216. Dobrze gra na skrzypcach, ale źle strzela... i ciągle poluje.

217. Syn kowala rzadko kowalem, bo nie wie, że świat twardszy od kowadła.

218. Bój się Boga nie rezonuj o rzeczy, któréj nie rozumiesz.

219. U człowieka język część najtrwalsza; ani się zetrze, ani skurczy, a jednak zawsze w ruchu.

220. Młyn się spalił, pytel został. (Gminne przysł.)

221. Nieraz uczucie rozsądkowi pion wytrąca.

222. Przy rozstajnych tylko drogach zbłądzić można.

223. Dudek podniósł czubek i myśli, że paw.

224. Jadowitego owada omijaj albo zgnieć.

225. Niedocieczoną jest rzeczą i zapewne nigdy docieczoną nie będzie: Dla kogo gorsują się mężatki?

226. Trzyma się swojego państwa jak pijany płotu.

227. Piękne zdaleka zwaliska, ale milszym dworek zbliska.

228. Nie może mi przebaczyć, że mi ongi brodę golił.

229. Idź precz bo byłeś świadkiem mojéj klęski.

230. Płatny przyjaciel nieugłaskanym jeżem w domu, bo się karmi zawiścią.

231. Obrzuca błotem dom, z którego go za drzwi wytrącono.

232. Brakiem grzeczności swoją godność strzeże.

233. Przy sposobności ukąsi i dobroczyńcę gdy ten wyżéj stoi.

234. Ci, których się boją, późniéj sami stoją.

235. Podłych mnóstwo, tylko za różną cenę.

236. Co się rozwinie na obcéj ziemi, czuć zawsze obczyzną.

237. Rozwaga w miłości zdaje się być niepotrzebną, bo zawsze na końcu zrobi się tak, jak gdyby nie rozważano.

238. Jak mi radzisz, mam się żenić? — Nie. — Ależbo są okoliczności... Żeń się czemprędzéj.

239. Szczęście otwiera duszę litości, nieszczęście ją zamyka.

240. Ten znosi nieszczęście, kto nie narzeka.

241. Niemożność znoszenia daje możność nieznoszenia. Niemożność nieznoszenia daje możność znoszenia.

242. Nim wyjdziesz z lasu, spojrzyj zawczasu.

243. Gdzie tchórz, tam zdrajca.

244. Są ludzie, których wiadomości jedném tylko toczą się kołem; póty są przyjemni, póki się koło raz nie obróci.

245. Aby sądzić o czyjem szczęściu trzebaby mieć jego żołądek.

246. Poznać pana po cholewach... póki nie dziurawe.

247. Dobre małżeństwo, gdzie rozjemcy niema.

248. Jak się Jejmość pośliźnie, Jegomość kozła wywraca.

249. Na cały świat patrzy przez dno swojej szklanki.

250. Komedya wyłącznie tendencyjna nic nie nauczy, nikogo nie poprawi; więcéj zawsze w niéj złości niżeli prawdy.

251. Lepsza niesłuszna krytyka, niż bezwzględna pochwała.

252. Teraz co student to autor, co autor to student.

253. Biedny studencik, starca chce uczyć jak żyć trzeba, jak cierpieć, jak kochać, jak osłaniać, jak strzedz bratniéj i swojéj godności; przebaczcie mu bo głupi.

254. Podziwianie rodziny niebezpieczniejsze dla autora niż złośliwość krytyka.

255. Pochwała upaja. — Autorom grozi pijaństwo.

256. Daléj zamiast drzewami ulice będą wysadzać pomnikami.

257. Mniej byłoby pomników i medalów, gdyby dla promotorów zawsze coś z tego nie kapnęło.

258. Przywiózł list, dostał order, galopował za ogonem, dostał order; wkrótce dla braku miejsca nosić będą gwiazdy przy szambelańskich kluczach.

259. Duchowny przewodnik sumienia: gość, domownik, doradca, gospodarz, w końcu pan. Lubi władzę dla zasady, a pieniądze z gustu.

260. Nie pchaj mnie, sam pójdę.

261. Każdy za siebie, Bóg za wszystkich. (Z franc.)

262. Jedna lekkomyślna kobieta więcéj kobiet zepsuje niż dziesięciu mężczyzn.

263. Dziwny czasem rozkład dnia: Rano spowiedź, w południe fioki, wieczór miłostki.

264. W domu pokrzywa, róża za domem.

265. Piekło w domu, ale żona wierna. Mąż nareszcie spuściłby już coś i z cnoty.

266. Kukułka z gniazda ucieka i... kuka, potem piskle matki szuka.

267. Stara kokietka najprędzej zbankrutuje.

268. Dlaczego z żyjącego jeszcze węgorza ściągasz skórę? — Ej proszę Pana te bestye do tego nawykłe.

269. Depcesz po sercu i wiesz, że depcesz, a jednak nogi nie usuniesz.

270. Bogatym jesteś oszustem; czemże byłbyś gdybyś był ubogim?

271. Sumienie cię skarze! Bajka, ty nie masz sumienia.

272. Wydrzyj mi, obedrzyj, ale przyznaj żeś łotr.

273. Panem nie panem, gałgan gałganem.

274. Rozpoczął swoje czynności wywracając wszystko do góry nogami, lecz na głowie ostać się nie mógł, bo jéj nie ma.

275. Nie kąsaj głupcze kamienia, bo ci zęby wypadną.

276. Patrz! patrz! poczciwy człowiek! Wkrótce jak na raroga krzyczeć będą.

277. Marnotrawstwo łatwo przekracza granicę uczciwości.

278. Omijaj śliskie ścieżki bo dwa przeciw jednemu, że upadniesz.

279. Pierwszy krok w życiu częstokroć końca sięga.

280. Człowiek nie wie która zapałka brzemienna pożarem.

281. Najtrudniejszy kompromis z samym sobą.

282. Złe od dobrego rozróżnić łatwo, byle chcieć.

283. Im dłużej toczy się koło, tem trudniej zatrzymać; przy pierwszym obrocie rozwaga najskuteczniejsza.

284. Wielu może uchodzić za rozsądnych powtarzając cudze zdania, jeżeli tylko wiedzą co powtórzyć.

285. Pycha mieści w sobie wszystkie zarody zbrodni.

286. Jak się oglądniesz, zadziwisz się nieraz gdzieś zaszedł.

287. Sumienie pociechą i wsparciem dla tego, który je ma.

288. Chcieć wszystko przewidzieć, to jest stać na miejscu; ale i stojąc można się przewrócić, idzie więc o to w którą pójść stronę.

289. Gdzie zbyt ostre wędzidła i batóg za długi, tam woźnica niezgrabny albo konie narowiste.

290. Indywidualizm pojął swoją niemoc i poddał się jarzmu społeczeństwa, ale ciągle niém wstrząsa, a jego zwycięstwa i klęski powtarzają się od wieków do wieków. Tak być musi, bo to życie.

291. Bóg stworzył człowieka egoistą, a człowiek odział się w hipokryzyą. Takim był i będzie od początku do końca świata.

292. Jak się góra trzęsie w dole, u szczytu się rozpada.

293. Każde żyjątko ma w sobie zaród tyrana.

294. Ogólną wolność głosicie, a ograniczacie ją własną waszą wolą, zaś wzgardę poczciwych ludzi bierzecie za dowód waszéj zmyślonéj potęgi.

295. Napchał kieszenie i bawi się w radykała.

296. Najzaciętszym komunistą zrujnowany szlachcic.

297. W nieporozumieniu trudne porozumienie, gdzie zęby wybite i łeb obdarty.

298. Pleciesz jak Karski na mękach. — Bo téż na tym świecie same męki mój Panie!

299. Duży to ciężar na twe barki nieboże. — A ba, święci garnków nie lepili. — I zlepił... ale nie garnek, ale dziurawą miskę.

300. Jakoś to będzie! Fatalizm głupoty. Ze złego złe będzie, nic więcéj.

301. Głupi wierzy, mądry zwodzi.

302. Nie dziwić się temu, co przystawia drabinkę gdzie widzi owoce, ale dziwić się trzeba temu, który chce zachować owoce, a drabinki nie schował.

303. Nie wskazuj drogi jeżeli jej dobrze nie znasz bo zbałamucisz tylko.

304. Nową plagę Bóg na nas zesłał: Profesoromanię.

305. Rezonujże tu z kanarkami! Im więcej mówisz tém głośniéj wrzeszczą. Miałyżby mieć mandat?

306. Należałoby opodatkować gadatliwość. Od słowa mądrego grosz, od głupiego dukata. Byłyby miliardy.

307. Piękny i rzadki motyl na szpilce wzbogacił zbiór historyi naturalnéj; wielki to pewnie honor dla niego.

308. Głupia kuropatwa nie pojmuje, że lepiéj aby ją człowiek dziś zabił, niżeli żeby ją podły lis zjadł jutro.

309. Dowodziła sroka dudkowi, że on pierwszym mędrcem na świecie.

310. Założyła się sroka z krukiem, kto lepiéj kradnie. Kruk wygrał, bo został kontrolorem.

311. Nie lubisz zgiełku światowego — dobrze. Nie masz próżnéj ambicyi — dobrze. Żyjesz skromnie i spokojnie — dobrze, dobrze, ale nie chciej stawiać jako cnoty, co jest tylko zadowoleniem twojego usposobienia.

312. Mały pies goni póki idziesz a jak staniesz, w nogi! Potem szczeka z daleka. U nas dużo takich psiuków.

313. Wróbel byłby słowikiem, gdyby tylko tak śpiewał.

314. I żółw się spieszy czasem, ale między żółwiami.

315. Łagodnością więcéj osiągnąć można niżeli przymusem; groźba zastraszy lękliwych, ale śmiałych zrobi krnąbrnymi.

316. Najokropniejsza burza mniej straszna niżeli głuche trzęsienie ziemi.

317. Nie mają wyobrażenia, ile złego robią sobie i drugim ci, co się wspierają na gwałcie.

318. Siła przed prawem, niebezpieczna sentencya, zwłaszcza jak z gabinetów przejdzie do gmin.

319. Rozbiór Polski był złym przykładem, a będzie ogólnym rozkładem.

320. Republika multyplikuje egoizmem wielu ułomności monarchów.

321. Socyaliści, pisz: Zabieraliści.

322. Z najdzikszego barbarzyństwa wydobędziesz cośkolwiek, ze zgnilizny nic.

323. Namiętność nagniesz, podłości nie wzniesiesz.

324. Chcesz stanąć na najwyższym szczeblu złością i pychą nadęty wyrodku; każdy środek dla ciebie dobry, ale czy dojdziesz, czy spadniesz, przekleństwo narodu cię czeka.

325. Nie zbierzesz ziarna z niwy, gdzieś zasiał pokrzywy.

326. Zaczął myśleć o drugich, a skończył na sobie.

327. Bądź ministrem albo łataczem, ale bądź czemsiś.

328. Nie zły koncept, szkoda, że nie nowy.

329. Dowcip wykuty rano, nie zawsze da się przyczepić wieczorem.

330. Kto ciągle za dowcipem goni, nie zawsze do drzwi trafi.

331. Taka odpowiedź byłaby mu w pięty poszła! Szkoda, że dopiero w domu na myśl przyszła.

332. Rubaszność graniczy z grubiaństwem.

333. Gdzie się dwóch głupich kłóci, kłótnia nie ma końca.

334. Trudniéj dziś o dobrego szewca niż o męża stanu.

335. Myśląc o autonomii konia zagwoździł.

336. Kaśka się zaczytała, o podoju zapomniała.

337. Na trzech nie interesowanych optymistów dwóch przynajmniej głupich.

333. Unikaj ciżby, bo nie pójdziesz tam gdzie chcesz.

339. W ciżbie mało kto wie, co ją pcha.

340. Bez wiary niema siły.

341. Wielki to rozum poznać chwilę gdzie opór daremny.

342. Nie buduj na bagnie nim je osuszysz.

343. Niebaczny, kładziesz gzymsy a mur pęka.

344. Prosto ze szkoły poszedł w apostoły.

345. Duży pęcherz póki wiatrem nadęty. Wiatrem żyje, wiatrem ginie.

346. Zarozumiały człowiek toczy w pędzie swoją obręcz, którą mu tylko gwałtem wytrącić można.

347. Pomostem staje się ten, co już i milczeniem protestować nie umie.

348. Naród, który niema siły i woli powiedzieć łotrom, że łotry, nie wart być narodem.

340. Podzięka ojczyzny i miliony w kieszeni, to dwa grzyby w barszczu.

350. Wiatr nie sieje, blask nie grzeje.

351. W rycerskiéj swojéj pogoni, cała nadzieja, że nie dogoni.

352. Nim się oglądniesz, on już z tamtéj strony.

353. Prędko się zerwał, jeszcze prędzéj chorągiewkę zwinął.

354. Długo się buńdziuczył i wystrzelił jak z klucza.

355. Cieszyła się wiecha że wysoko stoi.

356. Nie jadł, bo nie zarobił, nie zarobił, bo płakał, a oszusty dawno drzwi zamknęli litości.

357. Okradłeś wiarę w nieszczęście, a wyciągasz rękę.

358. Wszędzie jest, wszędzie miły, wszędzie potakuje, tylko tam go niema, gdzie bieda.

359. Nim zyski przeliczy nie pytaj co myśli.

360. W dziejach poczciwego człowieka jedna tylko nić się snuje, często zapoznana, nigdy nie przerwana, sumienie.

361. Podług ciebie wszystko złe, co niegdyś było, bo dopiero coś wyrósł nad poziom.

362. Żyli i ci, co się przeżyli.

363. Szczęście jak powietrze; nie chwycisz, a jest wszystkiém i we wszystkiém.

364. Najsroższy tyran moda; nie rezonuj, słuchaj.

365. W ostatniéj analizie zły człowiek zawsze głupi.

366. Nie wie tarcza dlaczego ją człowiek dźwiga.

367. Byłoby na tym świecie jako tako gdyby nie to przeklęta: Ja.

368. Byłby z ciebie dobry owoc gdybyś mu dał dojrzeć.

369. I źrzebiec pociągnie, ale nie długo.

370. Nieszczęście nasze wtenczas najboleśniejsze, kiedy o niem zapominają.

371. Chcę zapomnieć, ale nie chcę, żeby zapomniano, że mnie bolało.

372. Jedyną pociechą jest wiara w nasze cierpienie.

373. U podwoi wieczności w błogosławieństwo rozpływa się żal serca.

374. Im więcéj rozmyślać tém ciemniéj w myśli.

375. Lepsze światełko tlejące, niż jaskrawy ulotny płomień.

376. Noc nawet nie wie, że gdzieś illuminacya.

377. Zasmuciłby się nie jeden wnioskodawca, gdyby jego wniosek przyjęto.

378. Odmów mi z łaski swojéj.

379. Dach się już pali, a doktryner jeszcze dowodzi, że się palić nie powinno.

380. Siedzi na doktrynie jak wrona (z respektem mówiąc) na świni.

381. Nowy stroik nadszedł z Paryża; nazywa się: le cynisme. Jest to sukienka z najprzeźroczystszéj gazy w różnokolorowe języczki; bardzo ładna.

382. Kraj nasz zawsze chorował na małpiarstwo, zwłaszcza złego.

383. Małpy samice tylko śmieszne, ale samce psotniki jeżeli się rózgi nie boją.

384. Rok czterdziesty zwykle drzwi szaleństwa zamyka mężczyźnie a otwiera kobiecie.

385. Dobrze, że się malują, bo się całować nie mogą.

386. Niejedna najgorzéj zrobi, by tylko za parafiankę nie uchodzić.

387. Kocha się sam w sobie, a dalibóg niema w kim.

388. Ciągle zajęty... do północy gra w karty.

389. Gdzie skończy szuler nikt nie zgadnie; za nisko albo za wysoko.

390. Kto powierzchownością chce na siebie ściągnąć uwagę pewnie jéj nie godzien.

391. Nic tyle serca nie wysusza jak bałwochwalcze uwielbienie mody.

392. Chciała kaczka papugę udawać, ale jéj coś nie szło, chociaż przysiadała.

393. Żyd gra na cymbałach, na piszczałce cygan, a szlachcic tnie prysiudy.

394. Kogut dziób do góry, brzuch naprzód, ostrogi od pola, spojrzał na świat i zapiał: Ja tu Pan!

395. Przez cudze okulary źle się czyta.

396. Stanął na szczudłach i myśli, że wyrósł.

397. Szczyt kopca nie szczyt góry, ale i z niego spaść można.

398. Drabina acz ma dużo szczebli rzadko jednak spadającego w pół drogi zatrzyma.

399. Groźnie spojrzał z ukosa i zobaczył... koniec swego nosa.

400. Nie staje na czele, gdzie guzów za wiele.

401. Precz mi z drogi!.. Albo ja ci się ustąpię.

402. Trudne dwóch spotkanie, gdzie się dwóch unika.

403. Tchórz się chlubi, że kłótni nie lubi.

404. Gdzie się dwóch tchórzów zetrze, ciężkie Mospanie powietrze.

405. Zuchwały doradca, ale za murem.

406. Nie daj się!.. Ja go straszyć będę.

407. Strój wprawdzie upiększa kobietę, ale i zakrywa; rzecz nie jasna.

408. Panny uczą się ślizgać, nie wiem czy to dobrze.

409. Wstydziłbyś się żebrać. — Ja się wstydzę Panie. A tyś się widzę dziś upił. — Wczoraj proszę Pana. — I biłeś się w karczmie. — Przed karczmą proszę Pana.

410. Świat z dziecka nie wyrasta; coraz to nowych trzeba mu zabawek.

411. Co papuga wyszczebioce, temu gąska uwierzy.

412. Po omacku nie daleko zajdziesz.

413. Zaświecił i zgasł, a tu noc oko wykol.

414. Z ciemnotą zwodne przymierze, bo swój swego za łeb bierze.

416. Temu, co się skrada, kij na plecy spada.

417. Ten, co się wkradnie, na łeb wypadnie.

417. Nieproszony gość, zawadza dość.

418. Nie dba, że się skrzywią na niego, on dopiął swego.

419. Przez okna zagląda, a drzwi otwarte.

420. Nie przekraczaj proga, gdzie śliska podłoga.

421. Przyjaciel od wczora, krucha podpora.

422. Wczorajszy patryota, istna hołota.

423. Dom spokojny, gdzie pan jeden.

424. Zalotnik stary spieszy na mary.

425. Co robisz, rób dobrze, więcéj ci nie trzeba.

426. Umie rachować, ale niema co.

427. Od kucharza wierszopisa a woźnicy astronoma uchowaj nas Panie.

428. Rybie nigdy dosyć wody, zawistnemu cudzéj szkody.

429. Nie ukręcisz bicza z piasku, z marnotrawcy gospodarza.

430. Rolnik pracuje, inteligencya szafuje.

431. Na mróz polski zła gaza paryska.

432. Wyjechał na bachmacie, wrócił na ośle.

433. Nie draźnij silniejszego, bo nie będziesz mógł napaść znienacka.

434. Im więcéj moralność upada, tém więcéj strażników wymaga.

435. Nie orze, nie sieje, a do żniwa staje.

436. Przewagi się lęka, a przed rózgą klęka.

437. Zerwał się jak szalony, jak rozsądny chciał usiąść i... stłukł pieprza.

438. Gdzie oparciem strzemiona, blisko od grzywy do ogona.

439. Przy kupionéj szkapie w łeb się drapie.

440. Okpił koniarz koniarza. Wyrok polubowny stanął, aby okpić trzeciego.

441. Kto liczy na niezgodę, dziś ma zysk, jutro w pysk.

442. Młodość szuka zwierciadeł, starość ich unika.

443. Więcéj życia pozłoci łut illuzyi niżeli centnar prawdy.

444. Wystrychnął go na dudka, ale dudek lepiéj na tém wyszedł bo mu został honor.

445. Co innego bawić, co innego błaznować.

446. Kto się spanoszył jeszcze nie pan.

447. Uczony a głupi, latarnia bez świécy.

448. Nauka nie rozum, rozum nie nauka.

449. Runął budynek, ale nie źle był zbudowany, kiedy dziesięć wieków stał.

450. Wielkie były nasze przymioty ale wielkie i wady. Dziś niestety tylko te zostały.

451. Kucharz rosół przesolił; pytanie czy nie byłby jeszcze bardziéj przesolił ogrodnik.

452. Ten tylko zbłądzić może, kto działa; kto śpi, nie grzeszy.

453. Spał lat pięćdziesiąt, potém się dziwi, że drzewa porosły.

454. Wszystkiemi się opiekuje, krom własną rodziną.

455. Próba kucharza gościom nie na rękę.

456. Familijny koncercik i familię odstrasza.

457. Twój talent moja Pani bardzo przyjemny, ale nie dla drugich.

458. Czynność strasząca: Jak nie klei, to rozkleja, jak nie szyje, to porze, jak nie naprawia, to psuje.

459. Każdą rybę złapie na wędkę, sztuka tylko dobrać wędkę.

460. Nie głupi koń, że wierzga gdy go siodło gniecie.

461. Miłosna gorączka jak ospa, im wcześniéj się odbędzie tém lepiéj.

462. Stygnąca miłość zapłonęła namiętnie obrażoną miłością własną.

463. Dziś brać na barana, jutro upuścić, pojutrze z błota wyciągać, djabli mi z takiéj przyjaźni.

464. Gdzie dwóch panów, niema ładu.

465. Nic nie umiesz, cóż robić, ale nie chciéj drugich uczyć capie, bo ukształcisz same capy.

466. Chcąc zawsze drugich zwodzić sam się zwodzisz, bo mylnie wierzysz, że ci wierzą.

467. Kto się z swém powołaniem rozminie, kaleką żyć będzie i kaleką zginie.

468. Gwiazdka nadziei niknie ostatnia.

469. Cywilizacya rzetelna z góry, powoli rozszerzać się powinna; inaczéj tylko zawiść i nienawiść budzi.

470. Za ogólna dziś ślepota społeczeństwa, aby nie miała być wyrokiem skrytych sądów Opatrzności.

471. Wasza zbroja i broń nie równa. Tyś szlachetny, on podły, ty idziesz prostą drogą, on krętemi manowcami, ty działasz otwarcie, on zdradą, ty wybierasz środki uczciwe, on w nich nie przebiera, ty mówisz prawdę, on zawsze kłamie. Na tym świecie nie zwyciężysz.

472. Co siła nagnie, siła odgina, z przymusu wieczny spór.

473. Zdobycz jeszcze nie korzyść.

474. Głupi zawsze w grzeczności przesadzi albo niedosadzi.

475. Człowiek jak orzech włoski ma trzy łupiny i jedno ziarnko: Fałsz, złość, chciwość i swoje ja.

476. Inteligencya holuje szlachtę; nie boi się wiru, bo idzie brzegiem.

477. U nas zawsze jedno czasowanie: Ja zrobiłem, ty zrobiłeś, on zrobił, my zrobiliśmy, wy zrobiliście, oni zrobili... głupstwo.

478. Chłop wie czego chce, szlachcic wie tylko czego nie chce i to nie zawsze.

479. Niemiec najbardziéj nam zaszkodził odsuwając wszelką korzyść nauki.

480. Niemiecka to obrona, ni głowy ni ogona.

481. Niemiecka oświata z kieszeni wymiata.

482. Niemiecka opieka i w zimie dopieka.

483. Prusak goli bez mydła, ale goli z kretesem.

484. Od majaka do majaka, nie połkniesz Niemcze Polaka.

485. Niemca zetrzyj na miazgę i zlep na nowo, a będziesz miał najzaciętszego wroga Polski.

486. Cudzoziemiec świeżo spolszczony może wylewać na naród strumienie mądrości, ale aby chciał go uczyć uczucia narodowego, na to trzeba niepojętéj bezczelności.

487. Mizerne to mysliwstwo, gdzie dużo pokurczów.

488. Miłością nie nienawiścią, zgodą nie kłótnią, matkę z letargu obudzić można.

489. W Chinach czy w Polsce kosmopolita agituje tylko dla siebie.

490. Wilk morduje dla strawy, człowiek dla zabawy.

491. Gdyby małpa drapieżność wyssała z swem mlekiem,
Niezawodnie byłaby człowiekiem.

492. Pierwéj połkniesz promień słońca,
Nim z Niemcami dojdziesz końca.

493. Dziś ryje, czołga się jutro, pojutrze roztacza skrzydła nietoperz w ciemną noc zniszczenia.

494. Biada temu biada, kto w cudzą pomoc ufność składa.

495. Kto w wdzięczność uwierzy, łbem w ścianę uderzy.

496. Chociażbyś miał zginąć, musisz z prądem płynąć.

497. Jaszczureczka się umizga, ale przytem jadem tryska.

498. Pies poczciwszy od człowieka, nim ukąsi, pierwéj szczeka.

499. Kto kadzidłem przesadzi, zasmrodzi nie zakadzi.

500. Niema tak głupiéj plotki by gdzieś nie znalazła wiary.

501. Proletaryat inteligencyi wieczny ferment a spiritus wątpliwy.

502. Wielu z tak zwanéj inteligencyi odwdzięcza się szlachcie za daną stypendyami możność wykształcenia się, nienawiścią i obrzucając ją błotem.

503. Cieszcie się skarłowaciałe pokolenia. Zwaliliście szlachetne przesądy i nadziewacie się szczątkami bohaterskich poświęceń, dopóki nie zwrócicie na siebie samych rozjuszonych paszczęk.

504. Żądza popularności pcha w labirynt; sam nie wiesz gdzie zajdziesz.

505. Nie stronnictwa pętają cywilną odwagę, ale chwiejni przyjaciele.

506. Miłość ojczyzny cicha bo głęboka, głęboka bo z wiecznych źródeł. Patryotyzm przybyszów głośny ale téż i wątpliwy.

507. Niktby nie uwierzył ile tam śmieci z dna rzeki wypływa gdy ją burza zamąci.

508. Dla starca co było: srebro, co jest: cyna, co będzie: ołów.

509. Bywają śmieszności godne szacunku.

510. Mało dziś elegantek, ale mnóstwo najmodniejszych, najwykwintniejszych, najkompletniejszych koczkodanów.

511. Gdzie moda panią, rozum sługą.

512. Kochany mężu, strzeż żony i siebie od zbyt wesołéj przyjaciółki.

513. W sercu mądrość kobiety.

514. Moja panno wolisz nie czytać, niż czytać to, czego nie rozumiesz.

515. Między Dumasem a Kantem zagrzęzła biedaczka.

516. Daj Tatuniu mniéj posagu a więcéj rozsądku.

517. Niedowcipna złośliwość kulak pod nos kładzie.

518. Rozigrane ciele co wierzgnie to się potknie.

519. Choćbyś go wziął między szruby nie wyciśniesz z niego zdania.

520. Kto się często cofa, często koziołka wywraca.

521. Plotka jak ćma, póty się kręci przy świetle, póki sobie skrzydeł nie osmali.

522. Człowiek skłonniejszy do nagany, niż do pochwały, bo przez to powiada, że mógłby zrobić lepiéj.

523. Kokieterya się podoba, bo razem dowodzi wartości zabiegów. Kokietuj mnie, bom wart tego.

524. Kocham cię, uwielbiam, ale z daleka.

525. Uczciwa, gospodarna, pracowita, cóż z tego, kiedy w pyski bije.

526. Anioł dobroci; nie jadłaby gdyby ktoś o tém za nią nie pomyślał.

527. Cnotliwy nudziarz cnotą na szwank wystawia.

528. Koncept z kalendarza, rozum z lexykonu.

529. Pewnie nie zrozumie, kto zrozumieć nie chce.

530. Wyszczekany nie wymowny.

531. Zna wszystkie prawa... wie jak je omijać.

532. Twojéj łaski nie zapomnę póki życia... jeżeli tylko pamiętać będę.

533. Zwycięstwo albo śmierć!.. I ucieka aż się kurzy.

534. Któż w swojém życiu raz głupstwa nie zrobił? Oczywiście ten, który je zawsze robi.

535. Biedny mąż, żona i przez sen gada. Biedna żona, mąż chrapie.

536. Łoskot w domu: Pan się gniewa. W domu turkot: Pani łaje.

537. Przychodzisz nie wołany, świecisz gdzie nie trzeba; damy tego nie lubią.

538. Z młodym stara, śmieszna para; stary z młodą, grozi szkodą.

539. Jest tam jakaś złego miara,
Kiedy młoda bryknie koza,
Ale kiedy grzęźnie stara,
Toć dalipan, wielka zgroza.

540. Bez batoga pod górę, a bez hamulca z góry nie daleko zajedziesz.

541. Cudze zyski solą w oku.

542. Bij, zabij na ten przeklęty pieniądz bez czci, wiary! A jednak jego największą winą, że za prędko ucieka.

543. Za kieszenią hultaj, a w kieszeni król; biedny pieniądz sam już nie wie czém jest.

544. Fe! Skradzione pieniądze!.. Schowaj je czemprędzéj.

545. Zubożały wszystko za rozbój uważa.

546. Kupne pochodnie opinii publicznéj, więcéj tam swędu niż światła.

547. Warczeć, szczekać, kąsać, wszystko ma swoją taryfę.

548. Nie boli nie mieć szczęścia do ludzi, ale boli, gdy je mają niegodni.

549. Wybieraj czerwoną albo białą lampę; ale jeżeli chcesz oświecać białą, nie dolewajże oliwy do czerwonéj.

550. Niema zbroi, któréjby nie przebił pocisk niesprawiedliwości.

551. Człowiek sądzi czyn, powód czynu tylko Bóg.

552. Własnego smutku nie roznoś po świecie; ulgi nie doznasz a niemiłym staniesz się gościem.

553. Egoizm nie zna litości.

554. Lenistwo polipem społeczeństwa. Posiekaj na kawałki a z każdego kawałka będzie próżniak, żebrak albo zbój.

555. Biada narodowi, który traci szacunek samego siebie.

556. Matka surowo karci nieposłuszne dzieci, ale łatwo ją rozbraja jedno ich serdeczne uściśnienie i znowu tuli do serca w pierwotnéj niespożytéj miłości obłąkaną dziatwę.

557. Karm się krówko jak możesz; my cię doić będziemy, a jak ci mleka zabraknie pójdziesz na kloc. Taki to teraz los naszych wiejskich obywateli.

558. Chciał przyświecić i włosy osmalił, zawsze chęć dobra.

559. Duchowny przewodnik: Sumienie.

560. Dziwna rzecz, że więcéj zjedna sobie przyjaciół obojetność, niż otwarty, serdeczny udział.

561. W zgromadzeniu kobiet najłatwiéj o mowcę, najtrudniéj o słuchacza.

562. Człowiek dobry, sumienny, rozumny, ale zdawało mu się, że wszystkie prawdy trzyma w garści i szafował niemi bezwzględnie, tak że koniec końców zatonął w ogólnéj nienawiści wraz z swojemi prawdami.

563. Śpiewać głucho-niememu, stawiać obraz przed ślepym, mówić o prawie z tym, który chce żyć z bezprawia, wszystko rzecz daremna.

564. Dla dawnego rycerstwa były turnieje i walki byków. Dzisiejsze piórogryzy zastąpili je walką na pióra, przyczém leje się tylko brudny atrament.

565. Przyjemnie, że twój pradziad dobrze zasłużył się Ojczyźnie. I słusznie — ale nie słusznie jeżeli te zasługi zechcesz uważać za swoje.

566. Zamki znikły, pałace nikną i domy znikną; wtedy ludzie zapewne w równych jamach mieszkać będą.

567. Grzeczność uciążliwa; nieraz chciałbyś powiedzieć: Idź do stu djabłów! a powiadasz z miłym uśmiechem: Proszę siedzieć.

568. Dlaczego nie orzesz ale piszesz?

569. Świecą się guziki a koszula brudna.

570. Kwiatki w oknach a dzieci bez butów.

571. W niedostatku nowinek musisz kłamać boś płatny od sztuki.

572. Uśmiał się do rozpuku, że poczciwego sąsiada obrzucono błotem. Poczekaj, przyjdzie kolej i na ciebie wesoły abonencie.

573. Gdzież ta pałka, co zabije wściekły zbytek?

574. W uniwersytetach powinny być katedry szalbierstwa, boć z ludźmi żyć trzeba.

575. Płacze jak bóbr, kąsa jak pies.

576. Gryzłaby baba, szczęście że zębów nie ma.

577. Zgoda i jedność ostatnim klejnotem sierot.

578. Miłością rodzicielską dzieci się nie dzielą, bo każde z nich jedną całość bierze.

579. Rodzicielskie błogosławieństwo pogrobowe światełko nad ciemną drogą życia.

580. Wróg ręce założył i czeka. Nasza niezgoda za niego pracuje.

581. Zawiść patrzy tylko przed siebie; nie ogląda się za siebie, a jednak prawie każdy zawistny jest oraz celem zawiści innego.

582. „Albo daj, albo ci wydrą!“ powiedział Cnapius w 1641 r. Nic się więc nie zmieniło na tym świecie.

583. W mętnéj wodzie ryby łapać, należy poprawić: Mącą wodę aby ryby łapać.

584. Mądry Polak po szkodzie; poprawić: nie mędrszy Polak po szkodzie.

585. Dziś prośba, jutro groźba, pojutrze pałka — to duch czasu, prawo furda.

586. Świat strojny w fałdziste złotogłowy a gdzie przedrzeć same brudy.

587. Z ludźmi ostrożnie, bo albo ich mądrość w pole wywiedzie, albo głupota w błoto wprowadzi.

588. Dopiero po śmierci człowieka można osądzić czy był mądry, czy był głupi.

589. Im lepiej poznał prawdę, tém lepiéj ją kryje.

590. Z mądrym wojuj rozumem, z głupim tylko siłą.

591. Kto zawsze szczerze, często guzy bierze.

592. Wymowa więcéj straszy niż przekonywa lud nieoświecony.

593. Psy gryzą się nad kością a nad cieniem ludzie.

594. O szczęście się lęka, a w nieszczęściu pragnie końca, zawsze źle.

595. Pod szkapą się dowiedział, że na szkapie siedział.

596. Cap się zamyślił, pewnie głupstwo zrobi.

597. Świecą pieca nie rozgrzeje.

598. Mało uradzi, gdzie wielu radzi.

599. Mierzył w sokoła, zabił dzięcioła.

600. Nie utyje, kto żółcią żyje.

601. Brutus niegdyś wyrzekł: „Cnoto jesteś niczém!“ Echo powtarza od wieku do wieku: „Cnoto jesteś niczém!“

602. Wszędzie fałsz a w prawdę zaglądnąć... wara!

603. Gdzie jest ten pręgierz, pod którym staną ci, co dla własnéj korzyści sieją nienawiść w imieniu ludzkości... Przekleństwo im!

604. W przestępstwach ludzi, jakie były a jakie są, taka różnica zachodzi jaka jest między rozbojem a kradzieżą. Dawniejsze straszniejsze, dzisiejsze podlejsze.

605. Wszystko da się mniéj więcéj obliczyć, tylko nie głupota.

606. Że pijany szaleje, nic dziwnego; ale że się tylko pijany może dziś trzeźwym podobać, to nie do pojęcia.

607. Nie staraj się łotra przekonać, że jest łotrem; on to wie dawniéj od ciebie, ale staraj się przekonać tych, co łotrów pajęczynę biorą za jedwab.

608. Wykazując postęp cywilizacyi narodu tysiąc rubryk ma rozum, a ani jednéj stan serca. A jednak w sercu to właściwie odblask Boga.

609. Nieprzyjaciel, który podkopał cnoty narodu już go przez to wynarodowił.

610. Od głupich sam się człek obroni,
Od mędrków niech nas Pan Bóg broni.

611. Ideolog chce z swojéj gliny nowego człowieka zlepić i zawsze zrobi tylko błoto.

612. Dowcip świeci, rozum świeci i grzeje.

613. Przeklina hipokryzyą, bo go odludkiem zrobiła.

614. Trudno na szczyt się dostać, trudniéj na nim się ostać, a najtrudniéj z niego schodzić.

615. Rozsądek kaszle, pewnie ma suchoty,
Głupota kicha: Wiwat nasz wiek złoty!

616. Głupoty straszna potęga
Ziemię burzy, piekła sięga.

617. Jak się panna pośliźnie zawsze coś wypadnie.

618. Tylko stare panny nie boją się stanu oblężenia.

619. Dzwonią na gwałt! Chodź siostruniu!

620. Chciej być mniéj mądrym a będziesz mniéj głupim.

621. Kto gardzi doświadczeniem, albo wielki człowiek, albo wielki osioł, ale wielkich ludzi skąpo.

622. Od fałszywego mędrca uchowaj nas Panie,
Jeden za stu głupców stanie.

623. Starego kawalera chyba szkandela rozgrzeje.

624. Głupi nigdy nie będzie dowcipnym, ale często się trafi, że dowcipny bywa głupim.

625. Nie złe to głupstwa wieku młodego, kiedy i starzy żałują czasem, że już ich robić nie mogą.

626. Im daléj w czas, tem kosztowniejsze zaloty.

627. Flegmatyka gniew straszny, mało mówiącego zaciętość żelazna, zbyt skromnego miłość własna bez granic.

628. Prędzéj złodziéj przyzna się, że ukradł, niż profesor, że głupstwo powiedział.

629. Nie udawaj reformatora, powiedz otwarcie, żeś rozbójnik a mniéj tobą gardzić będą.

630. Polak do wszystkiego zdolny, tylko nie do zarządu i może właśnie dlatego rządzić chce każdy.

631. Podły w nieszczęściu, w szczęściu arogant, żyd jedném słowem.

632. Szumią i terkoczą dziennikarskie młyny, mielą dla dziennikarzów mąkę, a dla nas otręby.

633. Dziwna to rzecz walny spór między dwoma dziennikarzami; myślałbyś, że się zjedzą a jak który machnie, zawsze bierze w pysk ktoś trzeci.

634. Nie machaj tak zamaszysto, bo jak chybisz, zadrzesz nogi.

635. W dzień pytlem, w nocy piórem, jesteś bez litości.

636. Dziś tylko obietnice; obietnica słowo, słowo wiatr, a wiatr często burzy, nic nigdy nie zbuduje.

637. Jak cygan na ślepéj kobyle na targ, wyjeżdżacie zawsze z waszym: Duchem czasu. Ale Duch czasu to nie zawiść, nie oszustwo, nie chciwość, nie rozbój; a jeżeli nim jest, to taki gałgan jak wy.

638. Rozwój zgody, miłości, cnoty, wiary, to duch, którego wielbić nie przestanę. Błagam Boga, aby nam go zesłał za przewodnią w życiu. Uderzcie się w piersi: Czy to jest ten Duch czasu, któremu służycie?

639. Dawniéj pies szczekał na złodzieja, dziś złodziéj na poczciwego człowieka.

640. W izbie pływać nie nauczy.

641. Kiedy jesteś jąkajłą, nie bądźże gadułą.

642. Późny wiek, późna jesień, wegetacya ustaje, oblicza się owoce. Rzadko jednak zbiór nadziejom odpowie.

643. Drgawka języka zaraźliwa i szkodliwa choroba, zwłaszcza za domem.

644. W rozprawach z samym sobą oskarżycielem sumienie a obrońcą djabeł.

645. Jéjmość nie kontenta ze swego zwierciadła, Jegomość ze swego bilansu. Figle czasu.

646. W małżeństwie wdowca lub wdowy tabela porównawcza zawsze na porządku dziennym.

647. Jak mi dom darujesz, wynoś się z niego czémprędzéj, bo dobrodziejów mój honor nie znosi.

648. Humorystyka nasza dzisiejsza, to nie humorystyka, ale kloakostyka.

649. Pan jesteś szelmą! — Wiem o tém. — Ależ świat?! — Świat mnie takim zrobił.

650. Pan oszukałeś mnie, ale na raz sztuka. — Mój Panie, przyszłość w ręku Boga.

651. Dużo jest stronnictw polityczno-socyalnych, ale najliczniejsze pod firmą „Ego.“

652. Jedno jest tylko stałe, niewzruszone w świecie wrzeciono, to, na którém zawistny egoizm nici swoje przędzie.

653. Jak można takie głupstwo zrobić! Można, bo się zrobiło.

654. Głupstwo nie zawsze skutkiem głupoty.

655. Głupstwa jak Nilu źródła niezbadane.

656. Głupi mędrek, istny trąd,
Głaszcząc ucho szerzy błąd.

657. Dziennik, ażeby żył długo, musi mieć wszystko, co stanowi poczciwego człowieka. I ten może się mylić, ale zawsze w dobréj wierze i nigdy plotkami osobistemi bawić nie powinien.

658. Żyd jak bije, już nie krzyczy. Podzielił się z nami, dał nam krzyk.

659. Pieprzu nie zetrze, baby nie przeprze. (Stare przysłowie.)

660. Nowa klęska spadła na Polskę: Gra na giełdzie. Ta nas wiecéj zrujnuje i zdemoralizuje, niż wszyscy nasi nieprzyjaciele.

661. Hulaj dusza bez kontusza! Kto żyje z dnia na dzień, ten jé najsmaczniéj i śpi najlepiéj.

662. Niezawodnie żyjemy w wieku niespodzianek, może i dziennikarstwo nasze będzie miało nadal mniéj złości a więcéj uczciwości.

663. Literaturę obsiadło dziennikarstwo jak liszaje.

664. Łżesz, szczekasz, gryziesz w sam raz tyle, Jak trzeba na redaktora nędznego dziennika.

665. Najdzielniejszym sprzymierzeńcem zwycięscy przeciwnika głupstwo.

666. Co pan umiesz? — Umiem wszystko. — Naprzykład? — Umiem pisać o wszystkiem. — Ale treść, ale sens, mój Panie. — To już rzeczą czytelnika nie pisarza.

667. Zdaje się, że tylko dlatego pragniemy postawić krajowca na wyższém stanowisku, aby go łatwiéj kamienować można.

668. Na jednego, co wyrzekł: trzeba, trzystu potém powie: trzeba było.

669. Każdy człowiek ma trzech głównych wrogów: jednego w górze, drugiego na dole, trzeciego z boku. Pierwszym jest siła, drugim bojaźń, trzecim zawiść.

670. Ścigał pieniądze a złapał nędzę.

671. Źli ludzie tém najwięcéj szkodzą, że obłudą i oszustwem wstrzymują dobrych od dobrego.

672. Datek, na niewdzięczność zadatek.

673. Słuchając przesadnych pochwał pytasz się nieraz sam siebie: Może to pochlebstwo? Ale najczęściéj odpowiesz w końcu sam sobie: Nie.

674. Nienawiść krzemień, wdzięczność kamfora.

675. Zanadto jesteś zawsze mego zdania, abym ci mógł ufać.

676. Karnawał nieustający, wszędzie reduty, same maski. Głupcy tylko i poczciwi ludzie nie mogą odgadnąć, kto pod larwą.

677. Zimny ogień, suchą wodę i gazeciarską prawdę kto by znalazł, niech się zgłosi a otrzyma sowitą nagrodę.

678. W zaciszu domowém największém dla małżeństwa niebezpieczeństwem mnóstwo gorsecikowych Putifarek — a o Józefa zawsze trudno.

679. Mężowie w klubach, żony nudzą się, niedziw, że za domem szukają rozrywki.

680. Nie rozwijaj żagli póki kotwica na dnie, bo połamiesz maszty, a nie ruszysz z miejsca.

681. Na tym świecie niezawodnie lepiéj rentuje się złe niż dobre; może kiedyś bilans nastąpi.

682. Zanadto wymowny, zanadto śmiały, zanadto zuchwały. Dla Boga! Wstrzymajcie go, jak przyjdzie do dzieła, bo pewnie ucieknie.

683. Rozchód przed dochodem sto mil przodem.

684. Bardzo wielka parada często na lodzie osiada.

685. Ucieka nędza przed tym, co oszczędza,
Ale kto trwoni, wkrótce ją dogoni.

686. Wolność! Braterstwo! Ojczyzna! Ba, Wiara!
A koniec: Co dasz? To dziś grunt, to miara.

687. Tak czy siak, wleziesz w sak.

688. Wybrano posłem wielkiego osła. Zjeżdżano się zewsząd, aby poznać, nie posła, ale tych, co go posłem wybrali.

689. Z każdéj pochwały danéj komu innemu chwalący bierze połowę, bo jużci przypuszczać trzeba, że tylko złotnik rozpoznać może złoto od szychu.

690. Starzy częstokroć bajdurzą, to prawda, ale i młodzi lubią zanadto kłaść wszystko na karb spróchniałych przesądów. A są jednak prawdy, które bezkarnie zmienić się nie dadzą, jeżeli mają żyć dłużéj jak jednę wiosnę.

691. Cyrulik puszcza krew nie sobie, ale drugim, nie pyta się czy pomoże, czy zaszkodzi, weźmie zapłatę i kwita. Takimi cyrulikami są dziś promotorowie nieustannych składek dla żywych i umarłych, a sens moralny, że mądry bierze, głupi daje.

692. Każda prawda odbija się w źwierciadle podług usposobienia patrzącego; ile ócz, tyle prawd. Ztąd to krocie bohaterów nędznych a zdrajców poczciwych. Na prawdę prawdziwą sto lat trzeba.

683. Wolne zdanie przedewszystkiem! Twoje zdanie oponować, moje zdanie w łeb ci strzelić. Wolne zdanie przedewszystkiem!

694. Ja nie mam, i ty nie miej! I trzask, baba babie stłukła garnek. Historyjka na porządku dziennym.

695. Już ci zapłacę, tylko mnie nie chwal.

696. Bądź, czem chcesz, tylko nie moim przyjacielem.

697. Rozmowa dwóch Jegomościów: Pan kłamiesz. — A Pan nie? — Pan piszesz tylko dla chleba. — A Pan nie? — Pan nie masz sumienia. — A Pan masz? — Jesteś gałganem. — Tak jak ty! — Ruszyli ramionami i każdy poszedł w swoją stronę do swojéj redakcyi.

698. Tyle namnożyło się fałszywych monet, że już teraz i zasługa kursu niema.

699. Uczysz głupiego, a sam głupiś. — Jużci uczonego uczyć nie będę.

700. Słodkie jagody z cudzej szkody.

701. Krucha rada, którą gmin składa.

702. Im więcej kontrolorów, tem więcej złodziei.

703. Dar słodki, a podzięka kwaśna.

704. Z prawa dziś diabli śmieją się do rozpuku.

705. Trzech rzeczy trzeba do szczęścia: nie chorować, nie kochać, nie myśleć.

706. Wiara łut, okpisz funt.

707. Nie wiedzieć, czy to skutkiem ciągłych burz, ale u nas coraz więcej bałwanów.

708. Szczęścia i nieszczęścia bilans aż po śmierci.

709. Z twego rymu nic prócz dymu.

710. Nie szukaj myśli, gdzie jéj niema. Harmonia słów myśli nie zastąpi.

711. Zawistny jak autor, zarozumiały jak krytyk.

712. Kto w Boga wierzy, woła: Zgoda! Zgoda! Panowie Bracia! A Panowie Bracia drą się coraz lepiej. Spróbujcie ogłosić prawomocny dekret uniwersalnéj niezgody, a w świecie może będzie zgoda. Boć to teraz wszystko do góry nogami.

713. Lada śmiały oszust znajdzie zaraz tysiąc pomocników, a apostoł porządku ledwie stu tchórzów.

714. W swojem wyznaniu wiary szeroko i długo powiedziałeś, czem nie jesteś, a nie powiedziałeś, czem jesteś. Mnie się zdaje, że niczem. Czy zgadłem?

715. Co to dudni jak w pustéj beczce? To kłócą się dziennikarze, oskarżają się o sprzedajność. — Wstydźcie się głosić po ulicach to, co wszyscy już wiedzą.

716. Byle świecić! Byle świecić!... A głupiec nie wie, że z niezgrabnej illuminacyi zgubny często bywa pożar.

717. Rozpada się spróchniałe, ale pęka i spaczone.

718. Niema wątpienia, że teraźniejszej literaturze zdałby się hamulec. Czy nie możnaby naznaczyć pewnych premii dla tych, co najmniej wydrukują arkuszy?

719. Dla Ojczyzny zbiera... do kieszeni.

720. Obiecał pan kożuch, ciepłe słowo jego. (przysłowie gminne.)

721. Zbytek trąd, zaraża i zabija.

722. Jakaż korzyść z parady? Podziwienie dwóch, szyderstwo dwudziestu, zawiść stu.

723. Przyszłość może być waszą, ale nigdy przeszłość; dlatego demagogi jej nienawidzą.

724. Łatwowierność rodzi oszustów.

725. Najgłośniej dzwoni, kto ostatkiem goni.

726. Kontent głupi, że oszalał.

727. Tak szastał morałami, że mu samemu nic nie zostało.

728. Mości księże Proboszczu, za wyłącznie myślisz o prebendzie. Nie tędy droga do Boga.

729. Obojętność jak próchno, ni dźwięku, ni kleju.

730. Głosu nie szuka, kto w próchno puka.

731. Od doradcy do gdery krok jeden.

732. Rozum zdrajca ucieka, kiedy go najwięcéj potrzeba.

733. Drogie dzieci, bo drogo je opłaca serce rodziców.

734. Jedne dzieci nam kwiatki, drugie śmiecie znoszą.

735. Śmierć dzieci fraszką w porównaniu z ich hańbą.

736. Nieufność najboleśniejsza, kiedy niezasłużona.

737. Dumny, szumny... nierozumny.

738. Najmniej lubi radę, komu jej najwięcej potrzeba.

739. Pojmij tylko własne korzyści, a będziesz mędrszym i lepszym.

740. Póki wiatr wiatrem, wichrzyciele wichrzyć będą.

741. Postęp widoczny, już nikt teraz nie kradnie, ale każdy bierze, gdzie może.

742. Bankiery rozbójniki! Klną wszyscy z okrzykiem.
A każdy krzykacz chce być takim rozbójnikiem.

743. Niema już cnoty, wiary, fałsz dmie z każdéj strony!
Zawołał z gorzkim żalem złodziej okradziony.

744. Do wszelkiej opozycyi trzeba wystąpić przynajmniej z połową swego kapitału. Inaczej bankructwo niemylne.

745. Ideolog spłodził demokratę, demokrata demagoga, demagog komunistę, komunista nihilistę.

746. Krowa jest krową; tu idzie tylko o to, kto ją doić będzie: biurokracya czy autonomia.

747. Honor albo pieniądze, wybór ci był dany,
Winszuj Panie Kumotrze, żeś wlazł między pany.

748. Kto bez szczebli stanie w szczycie, ten szczebli nie znajdzie, kiedy schodzić będzie musiał.

749. Ideolog istny balon; unosi się zawsze, ale sam nie wie, gdzie zaleci.

750. Śmieje się diabeł w kułak, kiedy wściekłą żądzą popularności sami się zabijamy.

751. Nie chciejcie poprawiać człowieka, ale starajcie się poprawić społeczeństwo.

752. Oświata ludowa światłem piorunów oświecać będzie, jeżeli tą drogą postępować będą nasze ideologi, którą dotąd idą pod naciskiem niesumiennych dzienników.

753. Zgnębienie jednej narodowości zaraża łaknącą żądzą zdobyczy sąsiednie narody.

754. Najwięcej boli klęska z własnéj głupoty.

755. Państwa zwiększać muszą siłę materyalną, aby zastąpić upadek władz moralnych.

756. Gminowładztwo tylko demagogi lubią,
Bo w gminie głupcy wierzą, a oszusty skubią.

757. Bankructwa się mnożą; oczywisty postęp radykalizmu.

758. Jest pewien rodzaj kleszczów, który nie tylko, że się wpił w obce ciało, ale jeszcze uważa za krzywdę, jeżeli mu się dosyć krwi ssać nie daje.

759. Gdyby każdy mógł wskróś przejrzeć swego bliźniego, mało zawistnych byłoby na świecie.

760. Drwij sobie bratku ze wszystkiego, a przyjdzie czas, że z ciebie zadrwi wszystko.

761. Człowiek fałszywy byłby straszny, gdyby mu tylko wierzono; obłuda ostatecznie więcej sama siebie niż drugich uwiedzie.

762. Ze Sarmackiej dawnéj buty zostały teraz tylko dziury w bucie.

763. Teraźniejszy proletaryat inteligencyi umie wytykać wady społeczeństwa, ale im zaradzić nie umie, albo i nie chce. Wyrósł już poniekąd w hierarchią, co swoich okopów broni uporczywie a bezwględnie.

764. Dziwna rzecz, im mniej wielkich ludzi, tem więcéj pomników i medali.

765. Nic nieznośniejszego jak głupi humorysta.

766. Pusta głowa szczęścia połowa.

767. Kto kontent z siebie, kontent z całego świata.

768. Ciągle straszą końcem świata, a koniec dla każdego, co umarł.

769. Pamięć obelgi czasami zasypia, ale sen lekki, lada co obudzi.

770. Początek w powietrzu, koniec w błocie; taki marzeń zwykły skutek.

771. Niepewność tego, co będzie, wstrzymuje od zmiany tego, co jest.

772. Pochlebstwo niezgrabne chybia celu.

773. Pochwała nie pochlebstwo; pochlebstwa unikaj, a nie szczędź pochwały.

774. Pamięć złego czołga się wężem, a dobrego ulatuje ptaszkiem.

775. Gdzie spojrzysz po świecie, błoto albo śmiecie.

776. Zarozumiałość nieznośna a jednak ona tylko może być płodną.

777. Z osobistych względów wyjść najtrudniéj.

778. Poczciwy, bo mu jeszcze z tém dobrze.

779. Chciwość odstręcza, zatem chybia celu.

780. Pobłażanie czerpać trzeba w pamięci przeszłości.

781. Niedziela teraz nie jest dniem nabożeństwa, ale tylko dniem wykwintniejszego stroju albo szalonej swawoli.

782. W niebie niemylnie najwięcéj matek, w czyścu autorów, w piekle demagogów.

783. Pessymista lubi sprzeczność, optymista jéj unika.

784. Ciągle kłamstwami strzela jakby z procy,
Jak w dzień nie nałże, nie będzie spał w nocy.

785. Na wszystko się uśmiecha, cudze zdanie śmiecie,
Nie uwierzy, że głupi, aż go głupstwo zgniecie.

786. Nie wie, co było, co będzie nie zgadnie,
Pozna, że błoto, jak w kałużę wpadnie.

787. Patrzeć gdzieś w gwiazdy, gdy powódź zatapia,
Na to nie mędrca, ale trzeba gapia.

788. Głupstwo się nie rentuje, a jednak ma kurs stały.

789. Rozumni ludzie pogłupieli, szaleńcy tylko postępują konsekwentnie.

790. Popularności nie otrzymasz wieńca,
Póki się z głupca nie zmienisz w szaleńca.

791. Siła była, jest i będzie wszystkiem.

792. Słowo z siłą, złote ziarno,
A bez siły plewą marną.

793. W społeczeństwach nadużycia, koniec życia.

794. Po drabinie bezprawia wydrapać się najłatwiéj.

795. Nie przekonasz tego, co chce brać, że ktoś dać nie obowiązany.

796. Niejeden wielki człowiek stając przed zwierciadłem zobaczy oszusta.

797, Zaćmienia słońca lub księżyca obliczysz co do minuty, ale zaćmienia rozumu nigdy.

798. Pieśni ludowe milczą o nadużyciach szlachty, a pieśni ludowe są najpewniejszą historyą.

799. Ne daj Boże Pana z Iwana. Przysłowie to nie arystokracyi, ale czysto chłopskie.

800. Ne kpite z Mykity, bo Mykita i tak kiep. (Przysłowie gminne.)

801. Całuj mnie w gębę, jak głową w piecu będę. (Przysłowie gminne.)

802. Koniec świata, ja wam powiadam, moi bracia! Jestem stary! A ja goły! A ja głupi! Koniec świata i kwita!

803. Durus contra durum faciunt murum. Jeden z wiarusów przetłumaczył: Jak się dwóch durniów zejdzie, twarde jak mur.

804. Chcieć latać, kiedy skrzydeł brak,
Dowód głupstwa, tak czy siak.

805. Demagogi w ciągłéj gorączce, nieustające mają pragnienie.

806. Kiedy demagog wyrzeka się wściekle ściganej popularności? Wtenczas kiedy mu idzie o własną jego skórę.

807. W złości saméj własna jego pomsta.

808. Gdzie dzienniki, tam wykrzyki,
Gdzie koleje, tam złodzieje.

809. Z paszkwilantem zawsze zdala,
Nie bij w pysk, bo wala.

810. Główne dwa grzechy ma teraz Galicya: jeden że dzienników nie przekupuje, drugi, że dziennikarzy nie karci.

811. Od biurokraty do demokraty dziś przejście nie inne jak z deszczu pod rynnę. Pierwszy działa wstecz, drugi woła: precz! Pierwszy próg, drugi wróg, — swobody i zgody wieczny wróg.

812. Szczekasz głośno, kąsasz milczkiem,
Skończysz złotem albo stryczkiem.

813. Udawał pana, teraz liczy szkody
Radykał z niego jak najczystszéj wody.

814. Dął, szumiał, hulał, teraz w kułak śwista
Dawniej pan z panów, dzisiaj komunista.

815. Do wszystkich wad naszego dawnego społeczeństwa, nowa dołączyła się jeszcze: Bezwzględny egoizm ogłaszający się świętą miłością Ojczyzny.

816. Dosyć wymienić nazwiska niektórych dzisiejszych koryfeuszów patryotyzmu, a musimy boleśnie zawołać: Biedna Polska! Tych pokurczów młoda skóra, można ją wyprawić na niemiecki safian, albo na jucht moskiewski.

817. Prowadź pijany motłoch w przybytek Pański. Niech burzą święte ołtarze, ty tymczasem ukradniesz karbonę.

818. Z maczugą czy nożem występuj do walki, ale do walki w otwartem polu. Nie wystąpisz, boś podły, boś tchórz, bo całą twoją siłą zdrada, serca karmem żółć a napojem krew. Bądź więc przeklęty w tém i w tamtém życiu.

819. Dziecko płacze głośno, starzec cicho, bo łzy połyka.

820. Miłość życia dar ciężki.

821. Już teraz nie śmierci ale życia się lękam.

822. Nieskazitelność rodziców najdroższym klejnotem dzieci.

823. Na śmiertelnej pościeli czyste sumienie ostatni uśmiech świata.


CHOROBY CHRONICZNE.

Chroniczną chorobą człowieka jest samowolność.

Społeczeństwa: Brać na kieł.

Przymierza: Ten do Sasa, ten do lasa.

Rządów: Dwojaki łokieć.

Monarchizmu: Dworzanie.

Autonomii: Zrób to sąsiedzie.

Chorobą polską: Szlachetna, zuchwała lekkomyślność.

Wiedeńską: Handele, handele!

Lwowską: Race i szmermele.

Ruską: Popi ferment.

Chorobą patryotyzmu: Przewodnictwo bądź co bądź.

Narodowości: Pierniczek dla obcych, kamień dla swoich.

Wolności: Wolność robić, co ci każę.

Inteligencyi: Prosto, nie prosto, aby w górę.

Radykałów: W imieniu wszystkich, a dla siebie.

Ideologów: Chaos.

Chorobą sędziego: Drzémka.

Przysięgłych: Bogu służ, a djabła nie gniewaj.

Dziennikarzy: Hydrophobia intermittens.

Autorów: Powiększające zwierciadło.

Powieściopisarzy: Liczyć arkusze.

Lekarzy: Pierwéj system, potem chory.

Aptekarzy: Rachunkowość.

Spekulantów: Dwa a dwa = jeden.

Verwaltungsratów: Nie ten brał, co siał.

Bankierów: Między Cyganem a Prusakiem.

Chorobą dobroczynności: Składki bez kontroli.

Mody: Szał bezduszny.

Chorobą wielkich panów: Popularność.

Szlachty: Zawsze więcéj jak można.

Księży: Grabić.

Chorobą w małżeństwie: Z iskry płomień.

Żon: Nie proszone, nie dziękowane poświęcenie.

Mężów: Jako tako, byle z domu.

Panien: Tyfus matrymonialny.

Kawalerów: Posagożerstwo.

Wdów i wdowców: Wieczna tabela porównawcza.

Starych kawalerów: Zrzędność i przekora.

Starych panien: Zapchanie żółci i nadziei.

Dewotek: Sprawy bliźniego.

Sług: Lenistwo w domu a ruchliwość za domem.

Miejskich kucharzy: Multyplikacya.

Wiejskich klucznic: Dywidenda.

Stróżów: Sen twardy.

Chorobą świata: Brak wiary. A jednak Bóg tylko uzdrowić może.


NOWY HERBARZ.

Herb Polska: W białem polu krzyż i miecz.
„Moją przeszłością żyjecie.“

Herb Austrya: W czarnem polu żółty rak.
„Zawsze wstecz.“

Herb Niemiec: Dziura w płocie.
„Marsch — fertig.“

Herb Rycerz: W czarnym borze zagasła pochodnia.
„Świeciłem.“

Herb Ministerium: W błękitnem polu święty Dyonizy idzie bez głowy.
„I ja także.“

Herb Reforma: Doktor w birecie na dół głową.
„Byle z miejsca.“

Herb Pycha: Balon nad krajem.
„W górę!.. gdzie nie pytam!“

Herb Komunizm: W czerwonem polu czerwona pałka.
„Nec plus ultra.“

Herb Duch czasu: W frygijskiéj czapce djabeł dmie w dudy.
„Gram na dudach.“

Herb Popularność: Arlekin siedzi na ośle twarzą do ogona.
„Jadę.“

Herb Pop: Karbona przy kruchcie.
„Ja kościół.“

Herb Dziennik: Trzy gęsie pióra w kałamarzu.
„Kto da więcéj!“

Herb Kronikarz dziennikarski: W żółtém polu żółty stolec.
„Czuć się daje.“

Herb Żyd: Mnóstwo gąsienic na różowym kwiecie.
„Żyję ze zniszczenia.“

Herb Ideolog: W błękitném polu błękitny wiatrak.
„Z wiatru burza.“

Herb Gap: Dudek nad kałużą.
„Tak po szkodzie, jak przed szkodą.“

Herb Oszust: W szerokiem polu organy, nad niemi pstre chorągwie.
„Nie braknie głupców.“


Przypisy

  1. Alexander Fredro zachorował w Wilnie na tyfus, śród którego był wziętym w niewolę.
  2. W nominacyach oficerów do nowo formujących się pułków unikano wyrazu Wojska Polskiego. Na dowód przytaczam moje nominacye.
    1) Wojsko sprzymierzone (?).
    W kwaterze głównéj w Trześni.
    Dnia 8 Czerwca 1809.
    Sztab Generalny
    Do Jmć Pana Alexandra Fredro.

    Uwiadamiam WmPana, iż J. O. Książe, naczelny dowódzca Wojska Polskiego mianował go Podporucznikiem w Pułku Jazdy pod dowództwem Pułkownika Adama Potockiego formującym się. Stosownie więc do tego mianowania udasz się WmPan natychmiast do powyższego pułku, gdzie zameldowawszy się Pułkownikowi onego, pełnić będziesz obowiązki do stopnia swego przywiązane.
    Nominacya na ten stopień WmPanu późniéj z Ministerium Wojennego wydana zostanie.

    Generał Brygady
    Szef Sztabu Generalnego
    Fiszer.

    2) Wydział Stanu Wojska.

    W Trześni
    Dnia 9 Czerwca 1809.
    Józef Xiąże
    Poniatowski
    Minister Wojny
    Generał Dywizyi, Naczelny Dowódzca Wojsk Polskich Xięstwa Warszawskiego, różnych orderów i Wielkiego Krzyża Wojskowego Polskiego Kawaler.
    Do Jmć Pana Alexandra Fredro.

    Uwiadamiam WmPana, iż przychylając się do uczynionego przedstawienia z zaletą jego zdolności i gorliwości w służbie mianowałem go
    Podporucznikiem w pułku dowództwa W. Adama Potockiego Pułkownika.
    Stosownie więc do tego mianowania obejmiesz WPan stopień rzeczony i pełnić będziesz obowiązki onego oczekując wydania mu w czasie łatwiejszym zwyczajnego Listu służby.

    Józef Xiąże Poniatowski.
  3. Jenerał.
  4. Ludwika późniéj hr. Rozwadowska.
  5. Cecylia hr. Jabłonowska. Julian ożeniony z hr. Krasińską młodo umarł. Henryk, Porucznik 1go pułku ułanów, Adjutant Jenerała Umińskiego. Edward, Rotmistrz 6go pułku ułanów (Dzieci Warszawskich), ciężko ranny pod Kałuszynem. Obydwa ozdobieni złotym krzyżem Virtuti Militari.
  6. Stopień Szefa szwadronu czyli Majora w Gwardyi Cesarza Napoleona odpowiadał randze Pułkownika w linii.
  7. Oficerowie pułku 11go: Pułkownik Adam Potocki, Major Tański, Szefowie Książe Wincenty Woroniecki i Tomicki, Kapitanowie Starzeński, Wesołowski, Komorowski Franciszek, Korn, Szulimirski Anastazy, Karsznicki. Porucznicy i Podporucznicy Alexander Stadnicki z Boratyna, Jan i Seweryn Drohojowscy z Krukienic, Józef Baworowski z Smolanki, Modest Dulski, Ignacy Szumlański, Roman Załuski, Potulicki, Kossakowski, Boznańscy, Pietruski Józef, Henryk Zielonka, Maxymilian Chojecki, Augustyn Drojewski, Dąbrowski, Zagórski Wincenty, Nowicki Jakób, Beski, Czarnek. Kuźmiński. Kapitan Adjutant Major Twardowski a po nim Smoleński. Kapitan Płatnik Zwierzeński. Z samego początku Szef Adam Bierzyński. Kapitan Alexander Błędowski.
  8. Maxymilian bawił wówczas w Puławach.
  9. Zdaje mi się, że ten Orzechowski był Wojskim Przemyskim. Człowiek silnéj duszy i silnego ramienia. Zginął w Krakowie, w Bramie Miejskiéj podczas Konfederacyi Barskiéj.
  10. Piotr Orzechowski, Konsyliarz Foralny w Galicyi do 1809 r. Potem Sędzia Trybunału w Warszawie, umarł tam koło 1820 r. Był stałym i szczerym przyjacielem mego Ojca.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Fredro.