Dziadunio/XXI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Dziadunio
Podtytuł Obrazki naszych czasów
Wydawca Nakładem J. K. Żupańskiego
Data wydania 1869
Druk Druk J. Buszczyńskiego
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


W jednej z tych zielenią otoczonych, wyświeżonych i uśmiechających się willi które rzędem opasuj a Thiergarten berliński i tak dziwny kontrast z miastem koszarowem a zimnem, w kwadraty pokrajanem stanowią... w salce, której okna wychodziły ku małemu ogródkowi obwieszonemu bluszczami i winem dzikiem... wśród posępnej ciszy grobowej, poruszało się o zmierzchu wieczornym, kilka osób martwych, smutnych... z twarzami blademi i łzą na oku...
Znać było po nich że czekały wyroku, że stra- ciły nadzieję, a jeszcze pragnęły cudu... i w nieszczęście swe uwierzyć nie chciały...
Zebrani razem nie śmieli się odezwać, słów im brakło... poruszali się jak cienie... cisza otaczająca łoże boleści panowała w małym domku, rzadko przerywana turkotem posuwającego się opodal powozu.
A była znowu wiosna, ale wiosna bez nadziei, urągająca się boleści narodu i ludzi co padali ofiarą.
Na przeciw okna siedziała spłakana matka, wpatrzona w świat którego nie widziała... oczy jej osłupiałe, nieruchome... malowały stan duszy nad wszelki wyraz zbolałej. Życia w niej było już tylko tyle ile potrzeba ażeby czuć cierpienie.
Cichemi kroki po salce, utopiony w zadumie, chodził starzec, wywiędły, zeschły, z gorączką w oczach, fałdami na czole, widocznie walczący z sobą aby się nie poddać nieszczęściu, które go zdawało się dobijać. Niekiedy stawiał, zamyślał się, zdrętwiały jak posąg zapominał o sobie... aż go coś zbudziło znowu...
W kątku oparta o okno płakała Justyna... a łzy spłukawszy twarz zmęczoną, zoraną cierpieniem, czyniły ją do niepoznania straszną... Lice miała trupie.
Z założonemi na piersi rękami, z głową spuszczoną, siedział w kącie Antek Siekierka... Zmieniony także, spoważniały — surowy... zdając się pytać losów o zagadkę wszystkich klęsk i ciosów... Niekiedy westchnął i z czoła ścierał zwątpienie rozpaczliwe, niewiarę.
W drugim pokoju obok, którego okna były przysłonięte, leżał Władek którego lekarze opuścili, zawyrokowawszy że żyć nie może...
Aż do wysłania go za granicę a raczej do nieszczęsnego noclegu w Waldau, siły młodzieńca dozwalały się spodziewać ozdrowienia, stan nogi był zadowalniający, piersi prawie zgojone... płuca zdały nie nadwerężone... Od tej chwili poszło wszystko ku gorszemu, gorączka go trawiła, rany niepokoiły lekarzy, stan ogólny był coraz groźniejszy. Władek milczał, uśmiechał się, na pozór był spokojny, łagodny, ale życie w nim gasło, nie skarżył się na nic... posłuszny robił co kazano, ale ochoty nie miał do życia i siły opuszczały go. Nawet przybycie Antka nie potrafiło ożywić — uściskali się ze łzami, Siekierka usiłował zająć opisem swych przygód, nadziei. Władek mu się uśmiechał, ale go nic nie obchodziło.
Gdy ani matki, ani Dziada nie było w pokoju, zostawszy sam na sam Władek ściskając rękę przyjaciela szeptał mu.
— Ja umrę!...
— Nie możesz i nie powinieneś umierać, odpowiedział Siekierka, jesteś potrzebny matce, Dziadowi, rodzinie, mnie, krajowi... wszystkim.
— Nie mam ochoty ani smaku do życia, przyznawał się Władek.
— Dla czego? pytał Siekierka — dla tego żeś się na jednem sercu oszukał, że los nie dał ci tej ładnej zabawki której zapragnąłeś? Godziż się być takim pieszczotkiem i skazywać się na śmierć dla tego że się na swój sposób nie może być szczęśliwym?
— Masz słuszność — mówił Władek, czuję że nie mam się czem przed sobą wytłumaczyć, ale daj że mi do życia ochotę? ochotę do pracy, wiarę w to że się na coś przydać mogę... Napróżno...
Takie rozmowy powtarzały się po tysiąc razy, i kończyły zawsze jednakowo, a Władek którego utrzymywano przy życiu... długo, długo, nikł im w oczach... na ostatek lekarze uznali iż nic mu poradzić nie mogą.
Każdą niemal z rozmów tych Antek musiał powtarzać Dziadowi... stary myślał, płakał, łamał ręce i poradzić nie umiał.
Raz w największej tajemnicy pojechał do Stammów, widział się z samym radzcą, wyprosił posłuchanie u panny, pokląkł przed nią prosząc o litość... o ratowanie życia Władka, które ona tylko wrócić mu mogła.
Iza przyjęła go zimno... nader wymownie dowiodła mu że kaleki estetyczne uczucie kochać jej nie dozwala, a kłamać przywiązania nie może... Była wymowną i nielitościwą, świetną i jak miecz kata nieubłaganą... Dziad przestraszył się tej niewiasty sztuką utworzonej do miary wieku.
Nikt naówczas nie przypomniał sobie, nie pomyślał że była druga istota która rozstając się z Władkiem padła jak martwa a miłością wielką mogła w nim obudzić życia pragnienie... Dopiero gdy stan Władka tak się pogorszył że nadzieja znikła prawie, przypadkowo odebrany list z domu o śmierci Beniowskiego, jak błyskawicą olśnił Dziadunia myślą, by Hannę powołać znowu na siostrę miłosierdzia... do Władka. Dziadek myślał sobie... kochał ją jak brat... któż wie, obudzi go może do życia!
Ale szczęśliwy ten pomysł przyszedł zapóźno, Hanna wyjechała do Warszawy z postanowieniem wstąpienia do Felicyanek... wiele czasu potrzeba było, aby ją ztamtąd wydobyć... aby wyprosić żeby ją na świat boży wypuszczono...
Właśnie w tej chwili gorączkowo oczekiwano przybycia Hanny, a żadnej o niej wiadomości dotąd nie było. Dziad powątpiewał czy przyjechać zechce. Wysłana po nią pani Nagurska nie powracała. Władkowi nie wspomniano nawet o niej... Lekarz zgodził się na to że przyczyną pogorszenia było cierpienie moralne, że uczucie mogło by... może, wywrzeć wpływ i sprawić cud...
Mało wszakże było nadziei.
Każda dorożka przejeżdżająca około willi wywoływała starca do okna... spodziewał się owego wysłańca pokoju i nadziei... co godzina — co chwila.
On jeden miał jeszcze siłę, wolą i nie odpoczął na chwilę...
Dziwną jego energią musiał młody Antek podziwiać, sam na podobną zdobyć się nie mogąc, przypatrywał się temu starcowi jak fenomenalnej organizacyi jakiejś godnej studyów, a w naszym wieku nie spotykanej...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.