Dziadunio/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Dziadunio
Podtytuł Obrazki naszych czasów
Wydawca Nakładem J. K. Żupańskiego
Data wyd. 1869
Druk Druk J. Buszczyńskiego
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Dawne posiadłości Szymbora, które wkrótce po jego ożenieniu przeszły spadkiem na wierzycieli, i sąsiednie wioski Zegrzdów leżały — na granicy Kongresowego Królestwa od Ks. Poznańskiego. Nielitościwa linia podziałowa przekroiła je tak, że niektóre folwarki pozostały w tem co się nazywało Polską, a inne w tem co się już nią nazywać nie śmiało. Stosunki jednak prawami sąsiedzkiemi zabezpieczone były dość łatwe między rozbitemi częściami fortun. Obywatele odwiedzali swe gospodarstwa, a oddzieleni od Prus mieli także przyjemność widywać u siebie kozaków i celników moskiewskich — napadających na dwory pod pozorem kontrabandy. Życie to na rubieży miało swe wygódki i niedogodności razem — cygara pruskie i niespodzianki kałmuckie.
Krymno, majątek Szymborów, wchodziło długim pasem lasów w Poznańskie, a łączyło się niegdyś ze spadkowym Szymbora kluczem... z którego zostały tylko drogie sercu wspomnienia. — Zapłacił on za grzechy młodości i dojrzalszego wieku. — Uratowane z kataklizmu przeniósł na nową siedzibę p. Apollinary tylko portrety familijne których sprzedać nie było podobna, kilka siodeł, coś strzelb, próżną szkatułkę i sepecik staroświecki misterny, przerobiony kunsztownie na pudełko do cygar... wedle pomysłu jego własnego...
Wzdychał czasem Szymbor do owych dóbr, tak złorzecząc losom — jak gdyby ich sobie sam nie zgotował. Upokarzało go to wielce że siedział, jak to u nas mówiono na fartuszku i na łasce pani dobrodziejki, w dobrach które jej były przeznaczone, ale nie oddane prawnie.
Miał wprawdzie oddaloną... słabą nadzieję podźwignięcia się kiedyś sukccssyą po bracie matki, staruszku bezdzietnym, zniemczałym, zdziecinniałym, skąpym i bogatym... którego rzadko widywał, śmierci jego co wiosna i co jesień próżno jakoś dotąd wyglądając. Baron Henryk von Lesky mieszkał w Berlinie; nosił się po staroświecku i żył hodowaniem kanarków, którym życie poświęcił. Szymbor ile razy go odwiedzał, musiał obchodzić wszystkie klatki i wysłuchać statystyki zniesionych jaj, wysiedzianych piskląt itp. Nie bardzo go to zajmowało... ale von Lesky miał dochodu od 25 do 30,000 talarów... i nikogo z rodziny prócz niego!!
Po powrocie żony z Rajwoli i odebranej wiadomości o ofiarowanych jej wspaniałomyślnie dwóch tysiącach talarów... z których Justyna mężowi nic dać nie mogła — zapowiadając że ma długi i nadzwyczajne wydatki... Szymbor kazał się jej wybierać w podróż... przyrzekając że przybędzie do niej później, a raczej do talarów Dziadunia.
Pani Justyna ociągała się zrazu... ale pokusa podróży przemogła... wyjechała... W parę dni potem Szymbor, dawszy Władkowi odetchnąć wysłał doń następującą karteczkę.
„Kochany Władku! — Nie przyjmuję żadnych wymówek — powagą moją wujowską, żądam i nakazuję ażebyś przybył do Krymna na dni parę. Urządziłem polowanie przepyszne i chcę się tobą nacieszyć, nim wyjadę do wód. — Czekam na ciebie punktualnie jutro... i rachuję że mi odmówić nie możesz... Matki twej rączki całuję.“
Odebrawszy kartkę tę Władek trochę nierad, zakłopotany — poszedł z nią do matki.
— Niech Mama powie, co ja mam robić? Dziadunio sobie nie bardzo życzy ażebym często bywał u wuja Szymbora — a jakże tu odmówić?
Matka spojrzała na bilecik i oddając go synowi, rzekła:
— No — ten jeden raz — pojechać tam potrzeba... gdyby częściej zapraszał możesz się czemś złożyć i odmówić — Dziadek w tem jak we wszystkiem słuszność mieć musi... ale na ten raz zdaje mi się nie podobna odmawiać. Ja też wytłumaczę. Jedź i wracaj.
Władek smętnie poglądał na matkę i list.
— Przyznam się — odparł — że wolałbym nie jechać... W dodatku nie ma tu najmniejszej wzmianki o Antosiu. — Znam go że nie zaproszony jechać nie zechce... Jest to prawie uchybienie mnie, bo Antka kocham jak brata...
— Ale ręczę ci, przerwała matka, że Antek szczęśliwy będzie znalazłszy pretekst do uwolnienia się od niemiłych odwiedzin.
— Mam więc jechać?
— Jedź, a powracaj co najrychlej... nie lubię polowań w ogóle...
Władek odszedł, spróbował Antosia namówić z sobą na własną odpowiedzialność, ale chłopiec odmówił stanowczo.
— Jak tylko mogę nie jechać to nie jadę! zawołał, zróbcie mi tę łaskę, nie nalegajcie... Co ja tam z sobą pocznę — im przyjemności nie przywiozę, a sobie jej nie uczynię.
Nazajutrz rano Władek kazał sobie konia osiodłać, wziął ubiór myśliwski i popędził do Krymna. Strzelec wiózł przybory łowieckie na wózku.
Spodziewał się znaleść tu już zwykłe towarzystwo myśliwców — ale nie było nikogo — czekano na niego ze śniadaniem, bryczki stały pozaprzęgane przed gankiem. Szymbor był wesół, ręce zacierał, wydawał rozkazy, przyśpieszał wyjazd i oznajmił iż będą musieli przejechać granicę, gdyż otrzymał pozwolenie zapolowania w lasach dawniej swoich w Prusach, gdzie zwierzyna daleko lepiej była zachowaną.
— Nie ma polowania jak tam! zawołał — zwierzyna strzeżona, liczona, pewna, bory dobrze utrzymywane... a ja znam tam od dzieciństwa każdą knieję i ścieżynkę którą chodzi sarna... Wiem, gdzie czego szukać.
Siadali już, gdy Szymbor rozkazał dać znać do Zarębia, żeby się nie spodziewano Władka, chyba za dni parę i żeby oń byli spokojni.
— Jakto wujaszku? — zaprotestował Władek.
— Tak — inaczej być nie może — zawołał Szymbor — nie ustąpię od tego...
Nie słuchając protestacyi rozkazał koniom ruszyć... a młody człowiek pomyślał sobie w duchu że to będzie raz pierwszy i ostatni.
Wkrótce przebyli granicę bez trudności, droga wiła się krajem lasów, okolicą dosyć pustą, Władkowi całkiem nieznaną. Było już dobrze z południa, gdy jeszcze owego myśliwskiego stanowiska nie dosięgnąwszy — musieli koniom wypocząć w małej lichej karczemce... ale w bryczkach się znalazło wino i mięso... Szymbor był ciągle w najlepszym humorze, dowcipkował, bawił... tylko o polowaniu jakoś unikał wspomnienia.
— Dokądże my jedziemy? zapytał go w końcu Władek.
— Do lasu, odpowiedział Apollinary enigmatycznie — ale dzisiaj wypadnie nam podobno gdzieś zanocować pod borami i dopiero jutro szczęścia sprobujemy... Myślę — dodał, że co mamy się w oberży nudzić wieczorem, to sobie bez ceremonii pójdziemy na gawędkę do dziedzica. Dawny to mój znajomy. Choć Niemiec ale człek z głową wcale niepospolitą, bywalec... wykształcony i do tego Herr Ministerialrath...
— A po co nam ten kłopot robienia niepotrzebnych znajomości! przerwał Władek.
— Jużciż musimy pójść choćby dla tego żeby mu za pozwolenie polowania podziękować — rzekł Szymbor, bo jego lasy plądrować będziemy.
— No — to wuj ale ja? Nie jestem nawet ubrany właściwie, zostanę w oberży.
— Nie, pójdziesz ze mną, bo cię o to proszę... uparcie rzekł wuj. — Ubranie u nich nic nie znaczy — na wsi się na to nie uważa... Masz von przy nazwisku które stanie za frak. — My w naszych szlacheckich dworach mało do tego wagi przywiązujemy... a Niemcy... to i mówić niema o czem.
Pod wieczór zbliżyli się nareście do oddawna obiecywanych Borkowiec, z których niegdyś się Szymborowie pisali. Jedna nawet gałąź rodziny wyszła ztąd z nazwiskiem Szymborów Borkowieckich.
Główne to fundum przeszedłszy w ręce nowego posiadacza, urzędownie na nowo też zostało ochrzcone i na tym chrzcie germańskim otrzymało dźwięczne imię Waldau... chociaż wieśniacy upierali się je nazywać jak niegdyś po staremu. Tytuł nadany polskiej ziemi przez właściciela Niemca był martwą dla ludu literą, a gdy go zmuszono do nowej nazwy, przerobił po swojemu Waldau na Wałdowo. Miała więc wioska dzięki tej manipulacyi aż trzy nazwania, nie licząc tego co jej przyszłość obfita w niespodzianki przynieść mogła... Któż wie? Moskale w razie jakiej rektyfikacyi granic mogli z Borkowiec i Waldau zrobić sobie Nowy Riazań lub Nową Tułę...
Ale daleko łatwiej dogodzić tej fantazyi przezywania, niż zatrzeć ślady przeszłości.
Uczyniono wprawdzie w Borkowcach co tylko było można aby tak zwany stary polski nieład na niemiecki zmienić porządek — dotąd jednak z pod nowej skorupy sterczały suche piszczele przeszłości... Z resztkami wiekowemi szło opornie.
Stary dwór szlachecki, niegdyś splondrowany i spalony przez Szwedów, potem za Sasów odbudowany — opuszczony znów w ostatnich latach bo zgorzały od pioruna — z którego tylko kilka ścian pozostało dla nowego dziedzica — zmieniony na cale porządną kamieniczkę piętrową, która miała wielką ochotkę nazwać się pałacykiem, ale pałacyk potrzebuje pewnego otoczenia, którego tu brakło.
Stała ona małem oddzielona podwórkiem w pośród zabudowań gospodarskich i fabrycznych ciągnących się do koła liniami symetrycznemi i skupionych ku wzajemnej pomocy.
Budowy te nowe, masyw murowane pod blachą i dachówką, opatrzone konduktorami, były co się zowie brzydkie ale nadzwyczaj praktyczne.
Zbliżenie ich oszczędzało wiele czasu i pracy. Tu i owdzie wśród tych nowych przybyszów zamięszał się jeszcze niedobitek z dawnych czasów. W ogrodzie i dziedzińcu dumały stare osierocone lipy pozostawione szczególną łaską i popodpierane altankami, z boku lamus staruszek z głową obłysiałą czekał przerobienia lub rozbicia. Osadzono go tylko bluszczami jak się stroi na śmierć wiedzioną ofiarę... nieco głębiej kaplica której kopułka ponad drzewa się wznosiła, nie tknięta ale pusta dożywała dni swoich. Tymczasem składano w niej sprzęty ogrodnicze i gospodarskie. W jesieni suszono tam owoce... zakrystya mieściła czasem wańtuchy z wełną...
Stare ścięte grusze ogrodu zastąpiły nowe drzewa... Jedna tylko smolanka, kwaśne i skarlałe wydająca owoce oszczędzoną została dla Lauby którą ocieniać miała. W miejscu sadzawek zagniłych i kanałów pozasuwanych, porządne ścieki rozprowadzały różne produkta zwierzęce... ku zakładom w których ostateczne odebrawszy wychowanie szły na pola spełniać funkcye sobie właściwe, niebyło to zbyt wonne ale pachniało talarami.
Antenaci Szymbora nie wiele myśleli o porządku i pożytku, więcej o wygodzie i dorywczych przyjemnościach a nadewszystko o zachowaniu status quo, nawet tam gdzie zasadę zachowawczą uosabiały dziury w moście. Za to nowy właściciel korzyści gospodarskie miał na pierwszym celu, a siebie za jedno z narzędzi do robienia grosza na tym warsztacie.
Pomimo to, tam gdzie się coś dla oka i dla smaku zrobić dało bez uszczerbku kanałów, obór, studni itp. nie zapomniano o miłości piękna i estetyce.
Składano im jednak ofiary jak to Grecy czasem święcili Bogom sto wołów... z wosku i na maleńką skalę. Ogródek i rabaty były szczuplutkie bo grunt drogi, ale na kilkunastu łokciach umiano pomieścić grotę, fontannę, skałę, pagórek, i kwiaty i nieuniknioną Laubę.
Tam wszakże gdzie mógł rość kartofel dla wysiedzenia młodej generacyi — pewnie go wykwintni próżniacy, krasiwa piwonia i arystokratyczna lilia spędzać nie śmiały — kartofel reprezentował prozę a lilia poezyą — proza wszędzie występowała zwycięsko. — Ta oszczędność miejsca i pracy wyglądała śmiesznie w kraju, gdzie pustkowiem i odłogiem leżą ogromne łany i lasów obszary — ale nie złym może była przykładem... Obowiązek szedł przed liliami, w skromnej sukience kartoflanej.
Około dworu w Nowem Waldau przed fabrykami, oborami, szopami, składami, i coraz szerzej zabudowującym się folwarkiem... przeszłość ustępowała — topniała, nikła.
Z pierwszego wejrzenia na Borkowce poznać było łatwo że tu nowi zamieszkali przybysze, niosący na ramionach epokę nową, nasiona społeczeństwa innego — wypleniający razem z roli i chwasty i poezyą... Dziedzic Neu-Waldau, który ze znacznym zasiłkiem rządowym, dosyć drogo okupił Borkowce przed laty dziesięciu, zwał się Fryderyk von Stamm; nosił on wysoki tytuł ministeryalnego radzcy ale na teraz już in partibus infidelium, bo zdawna nie miał z ministrami stosunków a nie radził nikomu prócz sobie, predykat ten był owocem i pamiątką przeszłych zasług, uznanych i nagrodzonych przy jakiejś zmianie systemu i ludzi, ale razem z przeniesieniem na stan spoczynku.
Z tajemniczych obowiązków które dawniej spełniał, przeszedł Stamm na pioniera cywilizacyi niemieckiej, wśród tej nieszczęśliwej bez ładnej Polski. Mówiono że przy kupnie majętności, owego warsztatu kultury — rząd był mu pomocą znaczną. Von dodane do imienia było także nowym dorobkiem, gdyż w młodości znano go pod prostem imieniem Stamma, krótkiem ale wielkich nadziei pełnym. Mówiono że ujrzał światło dzienne gdzieś w prowincyach nadreńskich, w ubożuchnym domku, z którego lekko wyszedł na świat, z mocnem postanowieniem niezmarnowania życia. Natura go obficie uposażyła umysłem bystrym i wytrwałością żelazną, z domu wyniósł tylko jednę zasadę — dobić się bądź co bądź niezależności. Stamm skończywszy szkoły z wielką pochwałą, pieszo per pedes apostolorum poszedł do Bonn, wpisał się do uniwersytetu, a głodem mrąc dobił się stopnia doktora praw. Z patentem w kieszeni, nie wiemy już jak dostał się do Berlina, a że był gotów na poświęcenia bez granic, a przekonań twardych nie przyniósł z sobą, poszło mu nader szczęśliwie. Nauka oświeciła umysł nie tykając serca, i nie przynosząc z sobą innej moralności nad utylitarną. Doktorat w Niemczech choć niewiele już pomaga, nie szkodzi wszakże... a czasem drzwi otwiera. Dano mu zrazu w ministeryum miejsce bardzo skromne; ale raz mając nogę w strzemieniu, rósł już potem pręciuteńko jak na drożdżach. Ze spraw wewnętrznych przeszedł jako urzędnik do szczegółowych, nieokreślonych poleceń na usługi ministeryum spraw zagranicznych. Funkcye które spełniał określić się dobrze nie dawały, nie były pokaźne; nie nosiły nawet na sobie charakteru urzędowego, ale jako poufne prędko dźwigały człowieka. Stamm rzadko przesiedział dłużej w Berlinie, znikał na kilka miesięcy, wracał jakby z oddalonych podróży, spoczywał, dostawał nowy predykat lub honorową oznakę i znowu tracono go z oczów na całe miesiące... czasem nawet na lata.. Nie musiał jednak doznawać ani zmartwień, ani prywacyi gdyż wyglądał coraz piękniej a liczba różnobarwnych wstążeczek przy fraku zwiększała się corocznie. Umysłowo też wykształcił się niezmiernie, nabrał powagi — mówił coraz mniej zmuszony myśleć coraz więcej; zamknięty był nawet dla najbliższych... Stosunki miał tak wielkie i potężne że czasem niemi cudów dokazywał, gdy skłonił się (wyjątkowo) posiłkować w jakiej sprawie. Ale się to trafiało nader rzadko, gdyż kredytu swego dla drugich, jako kapitału... nadwerężać nie lubił.
Mimo stanowiska jakie zajmował i przyzwoitego utrzymania, Stamm wszakże był dotąd ubogim, nie miał bowiem nic oprócz dosyć znacznej pensyi. Bolało go to, gdyż postanowił był sobie koniecznie przyjść do majątku.
Wyjechawszy za urlopem do rodziny swej nad Ren, Stamm po kilku miesiącach powrócił żonatym, ale przywiezioną żoną chwalić się ochoty nie miał. Przebąkiwano że się ożenił z córką, jedynaczką, nagle jakimś trafem zbogaconego wieśniaka, która mu około stu tysięcy talarów wnieść miała. Złośliwi dodawali że jeszcze przed rokiem doiła krowy, co jej w oczach rozsądnych najmniejszej ujmy nie czyniło.
Panna Eleonora czyli Lenora Schmidt (wiadomo że Schmidtów jest tyle ile Meyerów, Vogtów i Müllerów) w istocie zdawała się raczej do dojenia krów niż do ministeryalnego towarzystwa stworzoną. Wychowanie odebrała w gminnej szkółce wioski rodzinnej, ograniczające się czytaniem, pisaniem bez ortografii i trochę rachunku... ale pojętego głęboko. Z muzyki znała tylko tę, którą wraz z koleżankami chórem wykonywały na imieniny profesora... literatura szczęściem była jej zupełnie obcą. Powierzchowność nie nagradzała wcale tego wychowania ograniczonego do rzeczy niezbędnych — była okrutnie brzydką nawet mając lat piętnaście, ale za to energiczną i pracowitą.
Nic w niej nie było niewieściego prócz imienia przypominającego balladę Bürgera — chodząca rachuba i niezmordowany trud — żadnych złudzeń, marzeń ani cienia, serca ani na lekarstwo; twarde, żelazne tylko poczucie obowiązku. Określenie zaś jego dawało dawne rodziny ubóstwo.
Słusznego wzrostu, płaska jak deska, chuda, żylasta, silna, dziwiła nawet w młodości fizyognomią przedwcześnie surową i chłodną. Włos miała rudy, szorstki i nieobfity na głowie, ale za to złocisto okrywający napracowano ręce; oczki małe, siwe, twarz długą, piegowatą, czoło niskie, szyję wyniosłą... te niepozorne kształty kryły w sobie siłę fizyczną, ogromną, niewyczerpaną,, która zdawała się na odżywienie ani snu ani pokarmu nie potrzebować. Nadzwyczaj wstrzemięźliwa w mowie, szczędziła słów, jak oszczędzała grosza — niekiedy wyrwało się jej z ust wyrażenie ostre, dobitne, krótkie — rozprawiać nielubiła. Nie potrzebujemy dodawać, iż metafizycznemi kwestyami wcale się nie zajmowała. Za to od rana do wieczora była czynną, a nigdy jej nikt nie widział z założonemi rękami. Gdy zajęcia brakło, omackiem chodziła z wełnianą pończochą.
Von Stamm był człowiekiem wielce wykształconym, otartym w świecie, oczytanym wielostronnie, umysłu wcale niepospolitego, powierzchowności miłej — i choć ta towarzyszka nie zdawała się dla niego stworzoną, szanował ją i umiał ocenić. Zastępowała mu rachmistrza, kontrolera, kasyera, nadzorcę, a niekiedy jeszcze kucharkę, szwaczkę i sługę. Gdy około fabryki lub gospodarstwa pokazała się w swej ciemnej sukni i czarnym kapelusiku, ze spuszczonemi na twarz skrzydłami — czeladź, urzędnicy, parobcy drżeli na widok jej, wiedząc że bacznego oka pani najmniejsze zaniedbanie się nie ujdzie, a kara nie minie nikogo. Kary były poznaczone na pieniądze.
Stamm był zimny, obrachowany, niewiele ceniący ludzi, a umiejętnie posługujący się niemi; nie rozczulał się nad niczyją dolą — znał świat, słabości sobie doskonale tłumaczył, w danych razach był na nie wyrozumiałym, ale nie pobłażającym — sama jejmość była nieubłaganą — porównywano ją do żelaznych nożyc, w ruch wprawionych, które tną co napadną — równie drzewo jak palce.
Jednak — ta istota tak obrachowana, tak zimna, miała w sercu iskierkę, która gorzała w niem nie gasnąc nigdy: miłość dla jedynej córki.
Izę... kochał ojciec także, rozkoszował się nią jako doskonałym produktem, matka wielbiła.
W istocie: Iza była może ósmym cudem świata... a przynajmniej ośmdziesiątym. Dała jej naprzód natura to najosobliwsze szczęście, że w niczem do matki nie była podobną, jak anioł piękną... a wychowanie czyniło z niej prawdziwie zachwycającą istotę.
Rozumie się, że odebrała je tak staranne, tak wysokie, jak tylko matka miłością, a ojciec rozumem sięgnąć mogli. Od dziecka miała najlepsze nauczycielki, którym matka z instynktu i wyrzeczeniem się nadzwyczajnem nie przeszkadzała w niczem — potem najlepszych i najsłynniejszych mistrzów. Dokończyła świetnego wychowania na najdroższej i najarystokratyczniejszej pensyi w Berlinie. Było to coś nakształt kwiatka w wazoniku pod okiem najbieglejszego ogrodnika wyhodowanego. Nie odebrała tego naszego wychowania serdecznego u boku matki, przy jej sercu, wśród rodziny, u ogniska domowego — ale owo oranżeryjne, cywilizatorskie, za szkłem, od którego roślina buja, cudownie rozkwita, dostaje na wystawie medal złoty, i najczęściej potem wyczerpana usycha: tymczasem jednak był to egzemplarz znakomity. Piękna, utalentowana, oczytana, rozumna, trochę poetka, malarka, kompozytorka, całą duszą artystka....., w przyszłości dziedziczka znacznego majątku. Iza miała już lat dobrze dwadzieścia i kilka, a dotąd za mąż nie poszła.
Każdego z pretendentów swoich wyzywała do walki jak owa mytologiczna silnica i pokonawszy z łatwością, gdy egzaminu nie wytrzymał, wyprawiała zawstydzonego z kwitkiem.
Matka nie mogła ani pomyśleć o zmuszaniu jej do niemiłego małżeństwa. Ojciec nie chciał także narzucać i nie było mu pilno ją wydać, zresztą znali ją dosyć rodzice, by czuć że mogła ich posłuchać i nie pójść za tego, za kogoby nie życzyli — ale razem wiedzieli, że z pewnością ręki nie odda temu, kogo sama nie uzna siebie godnym.
Proszę sobie wystawić jednę z tych postaci, o których śnią malarze, gdy im przychodzi poetyczną jaką ucieleśnić heroinę — dziewczę średniego wzrostu, kibić jak utoczona, kształty klassycznie piękne, ciemne warkocze które rozpuszczone do stóp sięgały, szafirowe oczy wśród twarzyczki pełnej śmiałego, szlachetnego, myślącego wyrazu. Rysy były tak piękne iż uspokojona fizyonomia wydawała się za zimną, przedstawiała ideał nieokreślony indywidualnie, ale gdy życie wstąpiło w to wejrzenie, gdy oko zapłonęło, gdy usta zadrgały i otwarły się, brwi ruszyły nad powiekami.... czoło zabłysło ideą, a całe oblicze wewnętrzną duszy potęgą odżyło — nie można się było oprzeć urokowi czarodziejki. Budziła więcej podziwu i uwielbienia może niż uczucia, ale gdy chciała, umiała i czucie wywołać, teorye życia były jej dobrze znane... nadto może.
Człowiek prosty a skromny znalazł by ją za śmiałą, do zbytku zawsze myślącą o tem jak ma wystąpić, nadto artystką w najmniejszym ruchu i słowie, ale artyzm ten był wielkiego stylu i smaku, jeźli godzi się wyrazić w ten sposób i łatwo mu było ten aktorski nieco przybór jego przebaczyć. Zdawał się być jej naturą. Nigdy też nikt nie pochwycił jej na upadku ducha, na smutnem opuszczeniu się i zapomnieniu; grała swą rolę, zdając się o niej nawet we śnie nie zapominać.
Często matka, która się tego dziecka nigdy dosyć napatrzeć nie mogła, przychodziła skradając się na palcach aby ją widzieć śpiącą i znajdowała ułożoną do snu z takim wdziękiem jakby za wzór dla malarza służyć miała.
Ta natura artystyczna przebijała się w każdem jej słowie, myśli i najprostszej czynności. Czuła się wyższą istotą i zdawała w sobie piastować duszę wybraną ze czcią i poszanowaniem.
Miała lat dwadzieścia i kilka, nie szła za mąż, nie kochała nigdy — spytacie, czy była szczęśliwą? Najzupełniej. Życie jej tak wypełniała myśl i sztuka, książki, muzyka, praca umysłowa, pragnienie wiedzy coraz nowej, że serce prawie się do niej odezwać nie miało czasu.... Był to zresztą organ podrzędny. Gdy ją znużyły nici, czytanie, muzyka, rysunek, naówczas cicho tylko szepnęła matce: — chciałabym się gdzie przejechać.
I nazajutrz pędziło szczęśliwe dziecko z ojcem do Włoch, Szwajcaryi, do Szkocyi, do Norwegii, nad jeziora szwedzkie, na wschód, do Ameryki — gdzie zamarzyło — przywożąc z sobą zapasy życia na długo.
Lepszego przewodnika i nauczyciela nad ojca mieć nie mogła. Stamm znał cały świat a pokazywać go umiał..... Tymczasem matka nieznużona gospodarzyła, krzątała się, rachowała, spełniała instrukcye (gdyż kierunek główny nie do niej należał) a gdy radzca powrócił, znajdował Waldauskie gospodarstwo na coraz świetniejszej stopie, koszta podróży opłacały się albo suchemi gałęźmi z lasu lub jakiemiś odpadkami gospodarskiemi, o którychby on nawet nie pomyślał.
Gdy pani Lenora została w domu sama, jadła z czeladzią, a czeladź karmiono trochę gorzej od wołów.
Całym zbytkiem tego domu była córka, ale też dla niej nic nie żałowano — ilekroć ojciec chciał uczynić uwagę tyczącą się wydatku, surowe żony wejrzenie zamykało mu usta. Dla Izy nic nie było za drogie, za kosztowne, każda jej fantazya musiała się zmienić natychmiast w rzeczywistość.
Ale też Iza nie miała wymagań nadzwyczajnych, nie można jej było nazwać dzieckiem zepsutem — chyba geniuszkiem który grzecznie się obchodzi ze śmiertelnikami — choć dobrze wie że jest od nich szlachetniejszej, wyższej natury.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.