Dyskusja indeksu:W. M. Thackeray - Targowisko próżności

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
  • Tom I

Chiswick-Mall.
Działo się to około 1815 roku... W piękny, czer-wczowy poranek toczył się w kierunku Ohiswisk*Mall wygodny powóz, zaprzężony parą rosłych koni, o lśniących bogatych szorach.
Na koźle, obok woźnicy w trójgraniastym kapeluszu i w peruce, z pod której wyglądały czerstwe policzki, siedział nader pokaźny murzyn. Powóz zatrzymał się przed domem miss Pinkerton, utrzymującej wyższy, naukowy zakład żeński.
Na odgłos dzwonka, którym leniwie murzyn poruszył, ukazało się w wąskich oknach starodawnego domostwa kilkanaście młodych twarzyczek — a jednocześnie — po nad wazonami geranjum, zdobiącemi okna salonu, zabłysnął karmazynowy nos panny Pinkerton, zwrócony ku powozowi
— To kocz pana Sedley — odezwała się siostra przełożonej, miss Jemina. — Oto murzyn jego, Sambo i woźnica w nowiutkiej, czerwonej liberji.
— Czy wszystko gotowe już do odjazdu miss Sedley? zapytała szanowna miss Pinkerton zwracając się do siostry.
Szanowna ta nauczycielka, korespondentka wielce u i* czonej pani Ohapone, przyjaciółka doktora Johnson, Se mi-ramida Hammersmithu, odznaczała się wspaniałą postacią.
— Panny pakują już rzeczy od czwartej z rana — rzekła miss Jemina — przygotowałyśmy już dla nich całą wiązkę kwiatów.
— Powiedz raczej bukiet, moja siostro, wyrażenie stokroć przyzwoitsze, odznacza się dobrym tonem.
— Zgoda — więc bukiet. Nie przeszkadza to jednak że wielkość jego wyrównywa sporej wiązce siana. Włożyłam oprócz tego do walizki Amelji parę buteleczek wody gwoździkowej wraz z przepisem.
— Nie zapomniałaś przepisać rachunku miss Sedley? Prawda, leży tu na stoliku, 93 funty i cztery szylingi. Dobrze, teraz dodaj adres pana John Sedley i dołącz mój list do jego żóny.
Dla miss Jemina autograf siostry był przedmiotem głębokiej czci i czołobitności. Wiadomo było powszechnie że miss Pinkerton w nadzwyczajnych jedynie okolicznościach raczyła pisywać do rodziców swoich pensjonarek; a to, kiedy opuszczały jej dom albo wychodziły za mąż.
Raz tylko miss Pinkerton zrobiła wyjątek, kiedy biedna kobieta przekonaną najzupełniej że nic nie zdoła skuteczniej pocieszyć matkę po stracie córki jak reli-gijno*patetyczny list, w którym miss Pinkerton oznajmiła jej też bolesną wiadomość.
Obecnie szanowna miss Pinkerton skreśliła pismo następujące:
„Ohiswick-Mall 18. czerwca 18...“
„Po sześcioletnim pobycie miss Amelji Sedley w
Ohiswick — Mail, mam zaszczyt, oraz szczęście, zwrócić panienkę rodzicom. Miss Amelja wyrosła dzisiaj na młodą osobę, zdolną chlubnie utrzymać się na stanowisku, jakie się jej słusznie w wyższem a ukształco* nem towarzystwie należy. Nie brak jej zalet, cechują’ cych młode osoby wielkiego świata — ani też przymiotów odpowiednich jej urodzeniu i położeniu towarzy-skiemu. Pilność i uległość zjednały dla niej wszystkich nauczycieli, słodycz i ujmujący charakter pociągną ku niej serca starszych i młodszych towarzyszek.
„Nie można nie przyznać że w muzyce, tańcu, or-tografji i robotach ręcznych, mis Amelja nie zawiodła nadziei wszystkich jej życzliwych. Postępy jej w ge-ografji pozostawiają jeszcze nieco do życzenia.
„Nie można też dosyć zalecić używania gorsetu i pasków ortopedycznych przez lat trzy, po cztery przynajmniej godzin dziennie: jedyny to środek do nabycia w postawie i ruchach dystyngowanego wdzięku, tej koniecznej ozdoby, słusznie dziś od młodych osób wyższego towarzystwa wymaganej.
„Co się tyczy zasad religji i moralności, można ręczyć że mis Sedley okaże się godną Zakładu, zaszczyconego odwiedzinami znakomitego leksykografa i czynną opieką niezrównanej mistres Ohapone.
„Opuszczając Ohiswick Mail miss Amelja zostawia tu przyjazne jej licznych rówieśnic serca i niezmienne pełne sympatji uczucia w sercu przełożonej, mającej zaszczyt pisać się.
Pani najniższą sługą
Barbara Pinkerton.lt
Targowisko próżności. T. I. 2
P. S. „Miss Sedley odjeżdża w towarzystwie miss Sharp, Usilne załączam prośby ażeby jej pobyt w Russel* Square nie przedłużył się nad dziesięć dni. Rodzina u której Miss Sharp ma spełniać obowiązki nauczycielki, radaby ją powitać co najprędzej.
Po napisaniu listu miss Pinkerton zaczęła podpisywać starannie nazwisko swoje i miss Sedley na czystej stronicy słownika, ułożonego przez doktora Johnson’a, napisawszy na okładce książki Bady śp. e doktora Johnson a udzielon młodej panience w dzień jej odjazdu z In stytutu miss Pinkerton. Pełna majestatycznej powagi przełożona, zawdzięczając świetne powodzenie i rozgłos Zakładu protekcji doktora Johnson, miała zawsze na ustach imię tego uczonego lexykografa. Żadna też z uczennic nie opuściła pensji nie otrzymawszy w upominku od miss Pinkerton szacownego i wielce zajmującego dzieła, o którem wyżej wspomnieliśmy.
Posłuszna rozkazowi siostry, miss Jemina otworzyła wielką szafę, gdzie się mieściły drogocenne słowniki, wyjęła dwa egzemplarze i w chwili, kiedy miss Pinkerton kończyła zwykły napis na pierwszym, podsunęła nieśmiało drugi.
— A dla kogoż ten drugi egzemplarz? — zapytała siostra chłodno i surowo.
— To... to... dla Becky Sharp — odpowiedziała drżąc Jemina, której twarz i szyja, pomimo zmarszczek dość już głębokich, mocnym pokryły się rumieńcem — to dla Becky Sharp, która także odjeżdża.
— Miss Jemina! — zawołała groźnie miss Pinkerton, otwierając usta jak mogła najszerzej — czy jesteś przy tomna i czy wiesz co robisz? Połóż słownik na miejscu i nie pozwalaj sobie odtąd nic podobnego!
— Jednakże, siostro, straciłabyś na tem najwięcej parę szylingów, a biedna Becky bardzo się zmartwi jeżeli ją ten podarek ominie.
— Przyszlij mi tutaj natychmiast miss Sedley! — odrzekła miss Pinkerton.
Biedna Jemina wyszła, nie ośmieliwszy się wyrzec ani słowa. Twarz jej zmieniona i chód przyśpieszony świadczył o niepokoju wewnętrznym i trwodze.
Ojciec miss Sedley był kupcem w Londynie, gdzie mógł pędzić życie dosyć wygodne. Inne zupełnie było położenie finansowe miss Sharp, która bezpłatnie do Ohiswick Mail przyjętą była. Dla tego też — miss Pinkerton uważała za zbyteczne ofiarować szacowne dzieło doktora Johnson’a osobie, już dostatecznie przez nią dobrodziejstwy obsypaną.
Listy i świadectwa pochodzące od ’przełożonych pensji, nie wiele więcej zasługują na wiarę jak napisy na pomnikach cmętarnych. Wszakże jak w liczbie nieboszczyków, których liczne cnoty na kamieniu wyryto, może się rzeczywiście znaleźć taki, co schodząc z tego świata, zostawił pogrążoną w smutku rodzinę i był istotnie dobrym synem, małżonkiem i ojcem, tak rów7nież w Zakładach naukowych zdarza się spotykać z uczennicami, lub uczniami godnymi bezinteresowych pochwał przełożonych.
Miss Amelja Sedley była jedną z tych rzadkich uczennic, i nietylko zasługiwała całkowicie na pochwały miss Pinkerten, ale nadto miała wiele przymiotów nie* dostrzeżonych przez naszą poważną matronę, jużto dla różnicy wieku, jużto dla stosunku zachodzącego pomiędzy uczenicą a przełożoną.
Śpiewać jak słowik albo jak mistress Beligton, tańczyć jak Hilisberg lub Parisot, haftować misternie, pisać poprawnie — to już bardzo wiele; ale miss Arnelja do tych talentów7 łączyła serce tak szlachetne i tkliwe, że pociągała ku sobie wszystkich, co ją blżej znali, zacząwszy od przełożonej aż do praczki i córki biednej jednookiej kobiety, mającej pozwolenie sprzedawać raz na tydzień panienkom ciasteczka swego wyrobu.
Z dwudziestu czterech uczennic, dwanaście było serdecznych miss Amelji przyjaciółek. Nawet pełna zawiści miss Briggs nie mogła nigdy ani słowa złego na nią powiedzieć.
Dumna i używająca wielkich wpływów miss Saltire, wnuczka lorda Dexter, uznawała że powierzchowność miss Amelji odznacza się wielką dystynkcja, Co się zaś tyczy miss Schwartz, bogatej czarnowłosej kreolki, ta dostała przy pożegnaniu tak silnego spazmatycznego ataku, że potrzeba było oblewać ją octem aromatycz« nym i po doktora Floss posłać.
Miss Pinkertor zachowując zwykły sobie spokój i nie zapominając o godności i powadze właściwej jej wysokiemu stanowisku, umiała okazać swej uczenicy tkliwe i przychylne uczucia.
Miss Jemina miała pełne łez oczy ile razy o odi jeździe miss Amelji pomyślała, i gdyby nie obawa sio« stry, dałaby się może unieść daleko napadom nerwo* wym idąc za przykładem kreolki z Saint-Kitt dziedziczki, która, nawiasem mówiąc, płaciła podwójnie za pensję. Mogła więc słusznie dać swoim nerwom większą swobodę w objawach boleści, jakiej teraz doznawała. Ina* czej się rzeczy mają z poczciwą istotą jak miss Jemina, obowiązaną prowadzić rachunki, zajmować się naprawą i praniem bielizny, przyprawą pudingów, utrzymaniem w porządku srebra stołowego oraz naczyń kuchennych. Ale pocóż mamy tu długo rozwodzić się o niej?
Zostawiając obie siostry w skromnem ich zaciszu, nie spotkamy się może z niemi w dalszym ciągu tej powieści.
Żeby czytelnika zapoznać bliżej z Amelją, która nas bardziej zajmować będzie, powiemy na wstępie, że natura obdarzyła ją pełnym słodyczy i dobroci charakte rem. Nie małe to szczęście, zaprawdę, spotkać szla* chętną i zacną istotę w życiu; ba, nawet w tej powieści zbyt obfitej, niestety, w czarne i przewrotne charaktery. Nie jest to bynajmniej heroina, możemy zatem uwolnić się od skreślenia jej portretu, wyznając szczerze, że obawialibyśmy się nawet żeby nos jej nie okazał się zbyt krótki, policzki za nadto pełne i rumiane. Wypada jednak nadmienić że ujmujący i niewinny uśmiech zdobił jej oblicze, promieniejące zdrowiem. Oczy jej jaśniały żywą i szczerą wesołością, jeżeli nie były napełnione łzami, co się dosyć często wydarzyć mogło tej naiwnej i kochającej istocie. Śmierć czyżyka łub myszki zaduszonej przez kota, napomnienie lub wymówki, jeżeli znalazł się ktoś tak twardego serca żeby się nie czuł dobrocią Amelji rozbrojonym, Btarczyły do wywołania jej łez. Miss Pinkerton, mimo niewzruszonej surowości, nie robiła jej nigdy ostrych wyrzutów, chociaż możnaby powiedzieć że czułość serca była dla dyrektorki zakładu równie nieznanym jak algebra przedmiotem; wszyscy nawet nauczyciele miełi polecenie obchodzić się z miss Amelją ile możnośei najłagodniej. W samej rzeczy surowość względem niej byłaby niesprawiedliwością.
Nadszedł nareszcie dzień wyjazdu. Miss Sedley zwykle z uśmiechem na ustach lub ze łzami w oczach, czuła się dnia tego dziwnie zakłopotaną. Powrót do rodzinnego domu przejmował ją radością: ale myśl o-puszczenia na zawsze pensji budziła w niej żal i smu* tek. Laura Martin nie odstępowała od trzech dni prawie miss Amelji, której ostatnie chwile pobytu w Chiswick — Mall zapełnione były wymianą upominków i uroczystych obietnic wzajemnego co tydzień przynaj» mniej pisywania.
— Pisuj do mnie pod adresem mego dziadka, hra-biego Dexter, mówiła miss Saltire.
— Pisuj do mnie codzień, moja najdroższa Ameljo, zawołała w gwałtownem uniesieniu miss Schwartz.
Laura Martin wzięła rękę swej przyjaciółki i patrząc na nią, rzekła z uczuciem:
— Ameljo, będę cię nazywać w moich listach mamą. (Nie jeden może z naszych czytelników siedząc w klubie przy rozbifie i butelce dobrego wina, wzruszył pogardliwie ramionami przebierając z roztargnieniem szczegóły wyżej przytoczone i napisał ołówkiem na maryginesie naszej powieści: Ckliwy sentymentalizm, czcza gadanina etc... etc... Jest to zapewne jeden z u tych genjuszów uwielbiających tylko prawdziwą wielkość i bohaterstwo, tak w życiu jak i w powieści. W takim razie niepozostaje mu jak tylko:., zamknąć na* szą książkę. Mimo to ciągniemy dalej nasze opowiadanie).
Sambo umieścił już wT powozie kwiaty, podarki, walizy i pudełka z kapeluszami miss Sedley; został jeszcze tylko mały skórzany, dość obdarty tłumoczek miss Skarb, ze starannym napisem nazwiska właścicielki na wierzchu przyklejonym. Sambo skrzywił się nieco i podał tłumok woźnicy, który go zrozumiał i u-śmiechnął się przyjmując pakunek.
Chwila odjazdu nadeszła, mniej jednak bolesna, niż się można było spodziewać, a to dzięki wTzniosłej przemowie miss Pinkerton, zwróconej do odjeżdżającej u« czennicy. Myliłby się ktoby myślał że przemówienie, którego treścią było poddanie się wyrokom Opatrzności, usposobiło Amelję do uwag filozoficznych i uzbroiło w spokój konieczny w życiu do walki z przeciwnościami. Nie; ale rozwlekłe, ciemne i napuszone okresy prędko znudziły miss Sedley, która zbyt obawiała się swej przełożonej, ażeby nie wytężyć wszystkich usiłowań do ukrycia nudów i lekkiej niecierpliwości. Wnie-esiono nakoniec do salonu ciastka anyżowe i butelkę wina, co bywało tylko podczas wizyt rodziców albo też w razie nadzwyczajnych uroczystości. Miss Sedley wziąwszy swoją część ciastek, była już gotowa do podróży.
— Może zechcesz wejść, Becky, i pożegnać miss Pinkerton? — rzekła miss Jemina zwracając się do młodej dziewczynki, na którą nikt nie zwracał uwagi.
— Mam to sobie za obowiązek — odpowiedziała spokojnie miss Sharb, schodząc z góry z pudelkiem na czepki w ręku.
Miss Jemina niemało była zdziwioną spokojem pan ny Sharb w tak ważnej i uroczystej chwili
Becky Sharp zastukała lekko do drzwi, a otrzymawszy pozwolenie wejścia, zbliżyła się, nie okazując najmniejszego zmieszania i powiedziała czystą francuską wymową:
— Mademoiselle, je viens vous faire mes adieux.
Miss Pinkerton nie rozumiała ani słowa po francu sku, chociaż jej uczennicom język ten nie był obcy. Nasza przełożona przygryzła usta i podniósłszy majestatycznie głowę, rzekła poważnie:
— Żegnam cię, miss Sharp, bądź zdrowa.
Mówiąc to miss Pinkerton wyciągnęła rękę, jak gdyby chciała dać sposobność pannie Sharp uściskania jednego palca tej ręki, która widocznie w tym celu została w powietrzu zawieszoną.
Miss Sharp ukłoniła się głęboko i cofnęła rękę, odmawiając przyjęcia tak wysokiego zaszczytu, jaki chciano jej ofiarować.
Nieprzewidziane to znalezienie się miss Sharp przejęło Hammersmitowską Semiramis zgrozą, oburzeniem i wywołało w niej tak gwałtowne poruszenie, że ubranie jej głowy, wielce do turbanu podobne, silnie się zatrzęsło. Była to niema walka pomiędzy młodą dziewczyną a starą matroną, w której ta ostatnia uległa.
— Niech cię niebo błogosławi, moje dzie^kol — mówiła miss Pinkerton ściskając Amelję i rzucając na Becky Sharp groźne, pełne gniewu spojrzenie.
— Wychodź prędzej, Becky — szepnęła Jemina prze* straszona, popychając ją ku drzwiom salonu które się na zawsze dla młodej dziewczynki zamknęły.
Na dziedzińcu znowu pożegnania, jak to zwykle przy rozstaniu bywa; brakuje nam słowna odmalowa* nie tej rzewnej i rozdzierającej sceny. Słudzy, przy* jaciółki, młode rówieśnice i towarzyszki miss Sedley, wszyscy słowem zebrali się, nie wyłączając nawet nauczyciela tańców, który przed chwilą przyszedł. Jeszcze powtórzenie uściśnień serdecznych, utyskiwań żałośnych, łez i westchnień zagłuszonych nerwo-wemi spazmami panny Sohwartz, która oddawała się tak gwałtownej rozpaczy, że żadne pióro nie byłoby zdolne opisać tego konwulsyjnego stanu. Zresztą nie jedna może z czułych czytelniczek zmieśćby takiego obrazu nie mogła.
Pożegnania już się wreszcie skończyły i nasze pod różne, a właśbiwie miss Sedley, wyrwała się już z objęć przyjaciółek, bo co się tyczy Becky Sharp, ta już od dawna siedziała w powozie, nie wywoławszy ani jednej łzy, ani jednego westchnienia.
Sambo, którego młoda pani zalewała się łzami, zam* knął drzwiczki i stanął za powozem. Woźnica zaciął konie.
— Stój, stój! — wołała miss Jemina, biegnąc co tchu ku bramie z jakiemś zawiniątkiem w ręku. — Tu są sandwicze, mówiła dałej zadyszana, bo może ci się ze-chce jeść, moja kochana Ameljo; a to dla Becky... dla
Targowisko próżności. T. I. x.vtA Aj
Becky Sharp... kziążka, którą moja siostra,., to jest słownik Johnson’a.. wiesz dobrze, moja Becky... nie możesz nas opuścić bez tej książki. Szczęśliwej po* dróży! Niech was Bóg strzeże!
PoczciwTa ta istota weszła, a raczej wbiegła do o grodu, upadając pod wpływem silnych wzruszeń. W chwili kiedy woźnica zacinał konie, miss Sharp blada z gniewu ukazała się w oknie powrozu i wyrzuciła ksią żkę, która upadła w ogrodzie. Jemina widząc to, tak się przeraziła że straciła prawie przytomność.
— Ah! nie myślałam nigdy żeby jej zuchwałość...
Wruszenie głębokie nie dozwoliło jej dokończyć za czętej myśli; powóz szybko się toczył i niknął w odda leniu, brama już była zamknięta, dzwonek dawał znać że lekcja tańców ma się rozpocząć. A teraz kiedy świat szeroki otwiera się naszym dwom młodym podróżnym, możemy i my pożegnać Chiswiek Mail.
II.
Miss Sharp i miss Sedley przygotowują się do kampanji.
Jak tylko miss Sharb, po dopełnieniu swego bohaterskiego czynu, dostrzegła słow:nik toczący się po spa dzistym trawniku i zatrzymujący się u nóg nieprzytomnej prawie Jeminy, wyraz jej twarzy uległ natych miast znacznej przemianie: bladość na obliczu znikła zupełnie, a wyraz nienawiści ustąpił miejsca uśmiechoi wś, który nie zbyt przyjemne sprawiał wrażenie. Po chwili, wsuwając się w głąb powozu z wyrazem zado wolenia, jak gdypy uczuła się od wielkiego ciężaru uwolnioną, rzekła do siebie:
— Życzę jej słownikowi dobrej podróży; co do mnie, jestem już, dzięki Bogu, po za obrębem Ohiswick-Mall.
Scena, która tak przeraziła Jaminę, mniejsze i na Amelji wywarła wrażenie. Parę dopiero chwil dzieliło Amelję od pensji, a sześcioletnie wrażenia nie zacierają się tak szybko. Ileż to osób zachowało przez całe życie obawy i niepokoje młodocianego wieku! Znaliśmy, naprzykład, starego szlachcica, który w 68 roku żyda mówił przy śniadaniu z wielkiem wzruszeniem: „Dziś w nocy śniło mi się że dostałem rózgą od do* która Riine.“ Żywa imaginącja przeniosła go we śnie o kilkadziesiąt lat wstecz, a doktor Raine i jego pęk rózg przejmowały starego już człowieka takim samym strachem w 68-miujak niegdyś w 13«tu leciech. Gdyby doktor Raine stanął dziś w dawnej swojej postaci przed 68-letnim starcem i uzbrojony pękiem giętkich bzozowych rózg, zawołoł strasznym jak dawniej głosem. Kładź się waćpan... uczucie strachu byłoby równie prawdziwe w starcu, jak niegdyś w dziecku... Owoż miss Sedley widocznie zgorszyła się krnąbrnością swojej towarzyszki.
— Cóżeś zrobiła? — rzekła Amelja po chwili milczenia.
— Czy myślisz ze miss Pinkerton ukaże się żeby mnie zamknąć w tem piekielnem więzieniu? — odrzekła Rebeka z uśmiechem.
— Nie, ale...
— Ja tego domu nienawidzę — mówiła dalej miss Sharp, nie posiadając się z gniewu — ale spodziewam się przynajmniej że go już nigdy nie zobaczę. Życzyłabym sobie widzieć go na dnie Tamizy, a gdyby miss
Pinkerton tam się znajdowała, to pewno nie spieszyłabym ją wyciągać. Owszem, miałabym wielką przyjem* ność widzieć ją kołysaną falami igrającemi z jej turbanem i spódnicami, a co więcej, chciałabym obaczyć jej nos potężny jakby przód okrętu...
— Dajże pokój! — zawołała z przestrachem miss Sedley.
— No i cóż I Może wasz murzyn pójdzie to jej powtórzyć? — mówiła miss Rebeka, śmiejąc się: — tem lepiej, niech idzie powiedzieć miss Pinkerton że ją najszczerzej nienawidzę i że pragnęłabym bardzo dać jej dowody tej nienawiści. Przez dwa lata prawie karmiła mnie obelgami i upokorzeniem; obchodziła się ze mną gorzej aniżeli z kucharką. Nie słyszałam nigdy dobrego słow7a, wyjąwszy od ciebie tylko jednej. Byłam boną do pilnowania najmłodszych dziewczynek i do mówienia po francusku ze starszemi. Mówiąc prawdę, nie można gorszego figla miss Pinkerton wyrządzić jak mówić do niej po francuzku. Nie rozumie ani słowa, a tyle ma pretensji, że niechce się do tego przyznać. Otóż, jeśli się nie mylę, to główną jest przyczyną mego odjazdu, za co Bogu dziękuję. Mój wyjazd z Ohiswick Mail jest dostatecznym powodem żebym właśnie dla tego jeżyk francuski lubiła. Vive la France! Vive V empereur! Vive Bonaparte!
— „0! Rebeko, Rebeko co za hańba!“ zawołała miss Seldey, oburzona bluźnierstwem największem, jakie według niej mogło wyjść z ust Angielki.
I w samej rzeczy powiedzieć w Anglji w owym czasie: „Niech żyje Bonaparte!“ było toż samo co zawołać: „Niech żyje Lucyper!“
— Ozy możesz żywić w sercu tak brzydkie uczucia jak nienawiść i zemsta?
— Jeżeli zemsta jest złem uczuciem, to nie można zaprzeczyć że spoczywa w naturze ludzkiej, odparła żywo Rebeka, a ja nie jestem aniołem.
Ostatnie słowa Rabeki były niezaprzeczenie prawdą.
Miss Sharb, jak się z tej rozmowy okazuje, zawdzię. czala niebu że się ujrzała oswodzoną od osób, ku którym czuła głęboką nienawiść, i że mogła czasem postawić swych nieprzyjaciół w przykrem i kłopotli-wem położeniu. Nie są to zbyt słuszne, ani zbyt chwalebne powody do wdzięczności; możnaby nawet bez wahania się twierdzić że wdzięczność z takich wypływająca pobudek, nie znajdzie wstępu do serca otwar* tego dla uczuć ludzkich i szlachetnych.
Miss Rebeka nie miała nic słodkiego, nic ujmującego w swoim charakterze. Jeżelibyśmy mieli wierzyć jej skargom i sądom, głęboką mizantropją nacechowanym, to nie było nikogo, coby jej nie uchylił lub nie pokrzywdził. Nam się jednak zdaje że ci, co chcą uchodzić za nieszczęśliwe ofiary całego świata, mają po większej części to, na co zasługują. Świat to zwierciadło, odbijające wiernie rysy każdej osoby. Jeżeli zmarszczysz brwi patrząc nań, to ci odpowie również ponurem; uśmiechnij się, a znajdziesz w niem dobrego i wesołego towarzysza. Uwaga to dla młodych, byleby 2 niej korzystać chcieli.
Jeżeli więc miss Sharp była rzeczywiście zanied W/f baną, to przyznać należy że nigdy nie była usposobioną do oddania komuś jakiejkolwiek, choćby najmniejsze} usługi. Nie możnaby zapewne wymagać, żeby 24 mło dych panienek miało tak słodki jak miss Amelja cha* rakter. Dla tego właśnie wybraliśmy ją bohaterkę na szej powieści, że przymiotami serca przewyższała wszy stkie towarzyszki; moglibyśmy z łatwością postawić na jej miejscu miss Schwartz, miss Orump, albo też miss Hopkins, ale w żadnej z nich nie znaleźlibyśmy tyle wzrodzonej dobroci ile w Amelji Sedley.
Ojciec Rebeki, Sharp, był malarzem i dawał lekcje rysunku u miss Pinkerton. Był to człowiek zręczny, wesół i towarzyszki, ale czuł w sobie nieprzełamany wstręt do pracy. Wielką miał skłonność do robienia długów i silny pociąg do szynku. Gdy się za nadto napił, miał zwyczaj bić żonę i córkę, a nazajutrz rano, zmęczony i trapiony bólem głowy, miotał obelgi i na* rzekania na motłoch nieuznający jego genjalnego talentu, a w końcu, wymierzał pociski na głupotę współbraci malarzy. Zawsze w niedostatku, ciągle niepokojony przez licznych wierzycieli, zapoznany artysta ożenił się z młodą tancerką, francuskiego pochodzenia, w nadziei, że to ożenienie znacznie byt jego polepszy. Miss Sharp nie mówiła nigdy o skromnem stanowisku swojej matki, ale często lubiła się rozwodzić nad świetnością znakomitej Piruetów rodziny, pochodzącej z Gaskonji. Dumna ze swego pochodzenia Rebeka z każdym dniem prawie wynajdywała nowe splendory w długim szeregu swoich przodków i okrywała nieznanym dotąd blaskiem pra* stary ród Piruetów.
Nikt nie wiedział gdzie matka Rebeki odebrała wychowanie, ale to pewna że potrafiła wyćwiczyć córkę w języka francuskim, a nawet nadać jej prawdziwie paryski akcent. W owym czasie biegłość w języku francuskim była bardzo poszukiwaną i ta właśnie oko* liczność otworzyła Rebece wstęp do Zakładu surowej i wymagającyj miss Pinkerton. Ojciec Sharp owdowiał, ten cios popchnął go w najczarniejszą rozpacz i wytrzymawszy kilka napadów delirium łremens, wystosował patetyczny list do miss Pinkerton, polecając swoją córkę jej opiece. Bardzo prędko potem zszedł z tego świata, zostawiając spierających się wierzycieli, przy jego ciele. Rebeka miała siedmnaście lat kiedy przybyła do Ohiswick Mail. Obowiązkiem jej było mówić po francusku z panienkami. Przyjęta jako stypendystka, mi^s Sharp nie zapłaciła nic za utrzymanie na pesji, a za bardzo małą opłatą mogła nawet korzystać z wykładów nauczycieli miejscowych, co jej dało sposobność po-chwytać trochę naukowych wiadomości.
Rebeka była małego wzrostu, bladej twarsy, miała jasno czerwone włosy i dosyć żwawe ruchy. Oczy zwykle spuszczała, ale kiedy je podniosła, otwierały się szeroko i nabierały tak dziwnie przejmującego wyrazu, że szanowny ojciec Orisp, świeżo przybyły z semina-rjum do Ohiswick na posadę wikarjusza przy wielebnym« ojcu Flowerdow, zapłonął gorącą ku miss SharpJ, miłością. Jedno jej spojrzenie w kościele, rzucane w stronę pulpitu, przed którym znajdował się wikary, na wskroś go przeszyło i zadało mu cios stanowczy. Ożywiony nieznanym mu dotąd zapałem, poszedł tego sa~ mego dnia jeszcze na herbatę do miss Pinkerton, kté rej był przez swoją starą matkę przedstawionym. Wymknęło mu się nawet słowo „związek ślubny,“ w bileciku przez kobietę sprzedającą jabłka posłanym, ale nieszczęśliwie przez miss Pinkerton przejętym. Mistress Crisp zmuszona wyjechać nagle do Buxton, zabrała z sobą swego ukochanego syna. Na samą myśl że drapieżny jastrząb mógł był wcisnąć się pomiędzy niewinne gołębice Ohiswicku, miss Pinkerton wpadła w stan takiego oburzenia, że byłaby natychmiast wydaliła Rebekę, gdyby pamięć danej obietnicy nie wstrzymywała jej od tego kroku. Uroczyste zapewnienia Rebeki że dwa razy tylko w życiu mówiła z wikarym, widząc go na herbacie, na nic się nie przydały miss Pinkerton nigdy temu uwierzyć nie chciała.
Jakkolwiek przy starszych pensjonarkach Rebeka Sharp mogła uchodzić za dziecko, nie brakowało jej tego smutku, doświadczenia, które się nabywa w niedostatku Nieraz udało się jej zręcznym wybiegiem od> dalić natrętnego wierzyciela od ojca; nieraz potrgfiła wprowadzić w dobry humor handlarzy wiktuałów i zapewnić kredyt l a jeden dzień jeszcze. A ileż to grubych wyrażeń i niewłaściwTych rozmów obiło się o jej uszy kiedy przechadzała się w dni świąteczne z ojcem; patrzącym z dumą na wczesny rozwój córeczki. Nie* dziwnego że wychowana w takich warunkach, miss Sharp nie była prawie nigdy dzieckiem, i jak sama często mówiła, w ośmiu latach była już skończoną. Dlaczegóż więc miss Pinkerton wpuściła tak niebezpiecznego ptaszka do swojej klatki?
Należy przyznać, że stara matrona dała się oszukać przebiegłej dziewczynce; ile razy Rebeka była z swoim ojcem wT Ohiswick Mail, zawsze umiała okazać się tak naiwną, że miss Pinkerton była przekonaną o do broci, łagodności i niewinności tego dziecka. Na rok przed jej przyjęciem na pensję Rebeka skończyła 16 lat. Miss Pinkerton po krótkiej przemowie, ze zwykłą sobie powagą wygłoszonej, dała Rebece lalkę zabraną jednej z uczennic, miss Swindle, za to że w czasie lekcji bawiła się lalką jedząc niby z nią objad czy wieczerzę. Każda wizyta a miss Pinkerton, a szczególniej jej przemówienia w obec zgromadzonych nauczycieli, były zawsze powodem licznych dowcipów i żarcików niiędzy ojcem i córką gdy wracali do siebie. Nieporównana miss Pinkerton nie posiadałaby się od gniewu gdyby mogła była widzieć przedrzyźniania Rebeki, prawiącej długie mowy do lalki, usiłując przedstawić wiernie w karykaturze przełożoną. Przemowy te były najmilszą rozrywką dla artystów, zamieszkałych na Newman Street i na Gerard Street. Młodzi malarze przy chodząc na szlankę groku do dobrego koleżki, zapytywali zawsze czy zastali w domu miss Pinkerton, bo ją doskonale już z przedstawień Rebeki znali. Pewnego razu Rebeka dostąpiła wielkiego zaszczytu, bo kilka dni w Ohiswick.Mail bawiła. Wróciwszy z tamtąd przywiozła z sobą miss Jeminę, to jest drugą lalkę na obraz i podobieństwo Jemmy. Z tem wszystkiem, poczciwa Jemina wsunęła Rebece przy wyjeździe siedm szylingów i dała jej tyle konfitur i ciastek, że byłoby czem u szczęśliwić kilkoro dzieci. Skłonność do szydzenia z drugich zagłuszyła w tem dziecku uczucie wdzięczności i dhtego miss Jemmy nie była więcej oszczędzaną jak starsza jej siostra.
Po stracie ojca Rebeka znalazła w Chiswick Mail jak gdyby drugą rodzinę, ale surowe napomnienia i u-wagi zdawały się jej zbyt trudne do zniesienia. Modlitwy, lekcje i przechadzki, następujące po sobie w godzinach przepisanych, niecierpliwiły ją do takiego sto* pnia że często z żalem wspominała sobie te czasy kiedy w biedzie i nędzy mieszkała z ojcem w ubogiej pracowni, na przedmieściu Soho. Wszyscy prawie byli tego przekonania (sama Rebeka zdawała się temu wierzyć), że śmierć ojca pogrążyła ją w głębokiej boleści. Nie jednej z panienek zdarzyło się słyszeć w nocy stąpanie i płacz w pokoiku, zajmowanym na poddaszu przez Rebekę. Były to łzy gniewu, ale nie boleści. Towarzystwo kobiet było przez długi czas zupełnie nieznanem Rebece. Jak to już widzieliśmy, obcowała ona z ojcem, który żył w odosobnieniu prawie, ale rozmowy jego były daleko więcej zajmujące, aniżeli czcze gadaniny kobiet, które miss Sharp miała zręczność później poznać. Wyszukane wyrażenia przełożonej, wybuchy wesołości jej siostry, próżne paplanie i obmowy starszych pensjonarek, zimne obejście się nauczycielek, wszystko to było dla Rebeki nudne i uciążliwe. Gdyby ta nieszczęśliwa dziewczyna miała serce, obdarzone czułością właściwą kobietom, znalazłaby zapewne więcej powabu w rozmowie i poufnych zwierzeniach panienek, które jej były powierzone. Żadnej z nich nie zasmucił wyjazd Rebeki, pomimo dwuletniego jej na pensji po bytu. Jedna tylko Amelja potrafiła rozbudziś w niej tkliwsze i więcej przyjazne uczucie; ale któżby mógł nie kochać Amelji?
Szczęście i powodzenie młodych jej towarzyszek, korzyści jaki im zapewniało położenie towarzyskie ich rodziców, były dla Rebeki dostatecznym powodem do gniewu i budziły w niej najczarniejszą zazdrość „Patrz cie, mówiła nieraz, jak ta mała głowę podnosi, dla tego że wnuczką hrabiego! Jak te panienki schlebiają kredce dla jej stu tysięcy funtów sterlingów! Czy ja nie jestem tysiąc razy przyjemniejszą od tej nieznośnej istoty, pomimo jej złota? Czyż moje urodzenie nie dorównywa blaskiem i świetnością urodzeniu hrabianki? Nikt jednakże nie zważa tu na mnie, gdy przeciwnie, przy jaciele mego ojca nieraz opuszczali bale i zabawy dla tego tylko żeby ze mną wieczór przepędzić!“
Wówczas to Rebeka postanowiła, bądź co bądź, wyrwać się z niewoli, która jej wielce ciężyła, i w tym celu zaczęła układać swoje plany na przyszłość.
WTszystkie usiłowania zwróciła Rebeka głównie do tego, żeby się kształcić i nabywać choćby powierz^ chownie wiadomości, wymaganych w owym czasie od kobiet wyższego towarzystwa. Położenie jej dawało już środki odpowiednie temu celowi, który w dosyć krótkim czasie osiągnęła. Dawniej już posiadając gruntowną znajomość języka francuzkiego, zaczęła wiele pracować nad muzyką i zrobiła znaczne postępy. Jednego dnia, kiedy wszystkie panienki były na spacerze, Rebeka u-myślnie została; usiadła do fortepianu i zagrała jakąś fantazję dosyć trudnego układu z taką dokładnością i z takim pojęciem, że miss Pinkerton, słysząc z dałeka była zdziwioną tak doskonałem wykonaniem. Przyszło jej zaraz na myśl że mogła sobie zaoszczędzić wydatków na opłacanie metra myzyki dla małych panienek. Nie tracąc więc czasu, oznajmiła Rebece że odtąd będzie dawać lekcje muzyki początkującym uczennicom.
Ku wielkiemu zdziwieniu miss Pinkerton, Rebeka odmówiła otwarcie.
— Jestem tu, odpowiedziała żywo miss Sharp, dla mówienia z dziećmi po francusku, ale nie dla uczenia ich muzyki i dla zmniejszenia wydatków pani. Proszę mi płacić, to będę im dawać lekcje.
Szanowna miss Pinkerton musiała ustąpić, ale od tej chwili czuła zawsze wielką niechęć do Rebeki.
— Od trzydziestu pięciu lat, rzekła z oburzeniem, nikt nie ośmielił się podnieść buntu w moim własnym domu i przeciw mojej władzy. Żywiłam w zanadrzu gadzinę.
— Gadzinę! Pani sobie żartuje, odpowiedziała Re beka, bledniejąc z gniewu. Przyjęłaś mnie pani, bo byłam ci potrzebną; ale o wdzięczności nie może być mowy między nami. Nienawidzę tego domu, pragnę go jak najprędzej opuścić, i nic nie chcę tu robić więcej nad to, do czego jestem obowiązaną.
Napróżno przełożona zapytywała groźnym tonem
Rebekę, czy wie dobrze o tem, żev mówi do miss Pin kerton; irłoda dziewczyna odpowiadała szatańskim śmiechem, a w jej spojrzeniu było tyle bezczelności, że zacna nasza matrona o mało co nie dostała nerwowego napada.
— Zapłać mi pani, mówiła znowu Rebeka, albo wy szukaj mi korzystne miejsce nauczycielki w dobrym domu, to będzie jeszcze lepiej; nie sądzę żeby to dla pani trudnem było.
— Byłto zwykły argument Rebeki we wszystkich zajściach z miss Pinkerton: „Znajdź mi pani odpowie dne stanowisko; nie możemy znosić się wzajemnie, je« stem w każdej chwili gotową opuścić dom pani.“
Pomimo turbanu na głowie, rzymskiego nosa i po« stawy prawdziwie grenadjerskiej, miss Pinkerton ani energją, ani siłą woli, nie mogła sprostać przeciwniczce. Wszystkie więc zabiegi żeby tę ostatnią zastraszyć, okazały się zupełnie bezskuteczne. Kiedy po niejakim czasie podobna scena zaszła znowu w obecności panienek, Rebeka zaczęła odpowiadać po francuzku. Biedna miss Pinkerton nie wiedziała co ma począć. W tym razie uczuła jednak to dobrze, że dla zachowa nia powagi i porządku należało pozbyć się tej potwornej gadziny, tej iskry buntowniczej. Dowiedziawszy się że w rodzinie p. Pitt Crawley potrzebowano nauczycielki, miss Pinkerton pośpieszyła polecić tę jak nazy. wała gadzinę.
— Wyjąwszy postępowania miss Sharp względem mnie, nie mogę jej nic zarzucie; myślała sobie — tem mniej mogłabym odmówić jej talentu i pewnego naukowego wykształcenia. Jeżeli z tego stanowiska sądzić ją będą, to bez wątpienia miss Sharp przyniesie zaszczyt memu domowi.
Tym sposobem rozumując, nasza przełożona potrafiła pogodzić sumienie z interesem, który jej nakazywał polecać usilnie Rebekę rodzinie Crawley i nakoniec wywiązała się z przyjętych przez siebie względem tej dziewczyny obowiązków. Miss Sharp ostatecznie uwolniła się przecie od krępujących ją więzów. Walka ta po krotce tu opisana, trwała prawie kilka miesięcy.
Miss Sedley kończyła również siedmaśeie lat i miała opuścić pensję. Powodowana przyjaźnią dla miss Sharp, Amelja, której miss Pinkerton nic więcej nad tę słabość nie miała do zarzucenia, zaprosiła Rebekę na cały tydzień do domu swoich rodziców. Miss Sharp przyjęła zaprosiny i miała ztamtąd odjechać po tygodniu, dla objęcia nowo-przyjętych obowiązkow.
Tak więc dla obu tych młodych dziewcząt świat jednocześnie miał się otworzyć. Świeża wyobraźnia Amelji zdobiła barwami tęczy cały świat dotąd jej nieznany, wszystko było dla niej otoczone jakimś cza-równym urokiem. Nierównie mniej nowych wrażeń czekało Rebekę, bo jeżeli mamy wierzyć przekupce z jabł kami, to w owej sprawie, w której imiona miss Sharp i wielebnego wikarego Orisp były zamięszaoe, nie wszystko podobno miało być wiadomem publiczności. Gadatliwa przekupka powiedziała komuś a ten ktoś znowu komuś itd. że pomiędzy wikarym i Rebeką było coś więcej jak jeden list że ów bilecik przejęty był już odpowiedzią na inny. etc. etc. Ale któżby tam doszedł prawdy?
W miarę jak powóz się oddalał łzy Amelji osychały powoli. Nie należy jednak wnosić żeby miała zapomnieć tak prędko swoich towarzyszek. Spoczywa to w naturze ludzkiej, nie wyłączając nawet serc najtkliwszych, że najżywsze wrażenia przemijają, ustępując miejsca nowym. Otóż w tej chwili młody wojskowy przejeżdżał konno obok powozu, spojrzał na Amelję i powiedział:
— Na honor! cóż to za piękna dziewczyna! — Wyraz zadowolenia rozpromienił twarz Amelji, pokrytą rumień cem. Kiedy nasze podróżne zbliżały się do Russel« Square, rozmowa toczyła się o modach i o strojach damskich; Amelja wiedziała już że rodzice mieli ją zawieść na bal do lorda majora, z zajęciem więc wy pytywała się przyjaciółki, czy młode panienki używają pudru do włosów, czy noszą lub nie bawety i rogówki w spódnicach i t. p. Powóz zatrzymał się przed domem. Miss Sedley, opierając się na ramieniu murzyna, wy skoczyła z powozu wesoła i szczęśliwa. Wszyscy do mównicy i słudzy zebrali się w dziedzińcu na powitanie przyszłej pani.
Po pierwszych przywitaniach Amelja oprowadzała już Rebekę po całym domu, pokazywała jej bibljoteczkę fortepian, suknie, koronki, broszki i naszyjniki. Zmusiła prawie Rebekę do przyjęcia pierścionka z kornaliną i turkusami, dała jej szarfę i uprosiła u matki pozwolenie podarowania Rebece białego, kaszmirowego szala, który nie był już potrzebny teraz gdy brat jej przywiózł dwa nowe szale z Indji.
Rebeka zobaczywszy piękne wyroby indyjskie, po wiedziała z wyrazem głębokiego przekonania: „Jak to dobrze mieć brata!“ Te słowa wywołały w sercu Amelji żywą litość dla Rebeki. — Biedna dziewczyna, myślała w duchu Amelja, sama jedna na świecie, biedna sierota, bez rodziców i przyjaciół!
— Nie, Rebeko, nie będziesz opuszczona, rzekła
Amelja, ja będę twoją przyjaciółką i będę cię kochać jak siostrę I
— Tak, zapewne; ale gdzież znajdę takich jak ty masz rodziców, dobrych, bogatych, kochających, dających ci wszystko o co poprosisz, a co więcej, mających dla ciebie silne i prawdziwe przywiązanie? Mój biedny ojciec nic mi nie dawał; zaledwie miałam dwie sukienki, ty masz brata i tak dobregn brata! 0! jakże ty musisz go kochać!
Amelja zaczęła się śmiać.
— Jakto? czyżbyś ty go nie kochała? ty co mówisz że kochasz wszystkich na świecie?
— Owszem, nie ma wątpliwości... ale...
— Ale cóż?
— Ale Józef zdaje się mało troszczyć o to czy go kocham lub nie. Po dziesięcioletniem niewidzeniu podał mi końce palców do uściśnienia. Jest on bardzo dobry, gotów nawet do poświęceń ale rzadko kiedy mówi do mnie i zdaje mi się, że więcej kocha swoją fajkę aniżeli swoją,..
Amelja nagle zamilkła. Bo i pocóż mówić źle o bracie?
— Był bardzo dobry dla mnie kiedy byłam jeszcze dzieckiem, mówiła dalej, miałam zaledwie pięć lat gdy odjechał.
— Musi być bardzo bogaty, dodała Rebeka, mówią że w Indjach wszyscy są niezmiernie bogaci.
— Tak, jego dochody są podobno bardzo znaczne.
— A twoja bratowa, czy miła i dobra osoba?
— Co też mówisz I Józef nie jest żonaty, odpowiedziała Amelja, śmiejąc się.
Rebeka słyszała już podobno o tem od Amelji, ale udawała że nie przypomina sobie tego zupełnie. Kilka razy nawet powtórzyła, jakby umyślnie, że spodziewała się zastać całą gromadę bratanków i siostrzenic, bardzo żałowała że pan Józef Sediey nie żonaty; tak namiętnie lubiła dzieci.
— Ależ zdaje mi się, że widziałaś ich dosyć w Chis’wicku — powiedziała Amelja zdziwiona taką nagłą czułością przyjaciółki.
Wszystkie te niezręcznie naciągane zapytania Rebeki były wywołane następującem rozumowaniam:
— Jeżeli pan Józef Sedley bogaty i kawaler, dlaczegóż nie mógłby się ze mną ożenić? Mam wprawdzei tydzień tylko czasu przed sobą, ale czemuż nie mam próbować szczęścia. Nic na tem nie stracę.
Cały plan postępowania był już w umyśle Rebek1 nakreślony. Co chwila obsypywała Amelję pieszczotami, całowała pierścionek z turkusem, mówiąc że się z nim nigdy nie rozstanie.
Dzwonek oznajmił że godzina objadowa nadeszła. Rebeka obejmując jedną ręką przyjaciółkę zeszła ze schodów, ale uczuła się nagle tak wzruszoną, że nie miała odwagi wejść do salonu.
— Przyłóż rękę do mego serca, droga Ameljo, i obacz jak, gwałtownie bije, rzekła do przyjaciółki.
— Zupełnie tego nie widzę, odpowiedziała Amelja, chodźmy, nie obawiaj się niczego: mój ojciec nic ci złego nie zrobi.
Targowisko próżności. T. I. 4
Rebeka w obec wroga.
Młody człowiek, barczysty i dosyć na swój wiek otyły, siedział przy kominku z gazetą w ręku. Buty miał z łosiowej skóry, spodnie w cholewach, kamizelkę czerwoną w prążki, surdut zielony z dużemi stalowemi guzikami i chustkę na szyi tak szeroko złożoną, że kokarda dostawała do nosa, zakrywając prawie połowę twarzy. Na widok wchodzących panienek zerwał się z fotelu i skrył całą twarz po za kokardę chustki.
— Widzisz przed sobą twoją siostrę, Józefie — ‘ po* wiedziała Amelja śmiejąc się i biorąc dwa palce, które jej nieśmiało podawał. — Wróciłam już zupełnie z pensji. Oto moja przyjaciółka, miss Sharp, o której nie raz słyszałeś odemnie.
— Nie, daję słowo, nigdy... — odpowiedział potrząsając głową na znak przeczenia i ukrywając się coraz lepiej po za kokardą — nie, nigdy, to jest... taki... {Strasznie zimno na dworze.
To mówiąc zaczął poprawiać i rozniecać z całych sił ogień chociaż było to w połowie czerwca.
— Bardzo miły człowiek — szepnęła Rebeka do Amelji tak żeby ją słyszano.
— Ozy doprawdy tak myślisz, powiem mu to...
— Ach, za nic w świecie, moja droga, zaklinam cięl — wołała miss Sharp, drżąc jak listek.
Rebeka od chwili powitania pana Józefa ukłonem pełnym skromności, trzymała ciągle oczy spuszczone, jak gdyby nie śmiała podnieść głowy.
— Dziękuję ci za te prześliczne szale — — rzekła Ame-
Ija. zwracając się do brata — nie prawdaż Rebeko, że bardzo piękne?
— O! przecudne! — odpowiedziała miss Sharp, zwra« cając wzrok raptownie od posadzki w stronę kominka.
Pan Józef nie wypuszczał z rąk obcęgów i łopatki i ze skutkiem poprawiał ogień na kominku.
— Mogę ci ofiarować tak pięknych podarunków — mówiła dalej siostra do brata — ale będąc na pensji wyhaftowałam dla ciebie parę dosyć gustownych szelek.
— Doprawdy, Ameljo — zawołał brat z widocznem pomieszaniem, ja cię nie rozumiem.
Biedny pan Józef, nie wiedząc jak wyjść z kłopotliwego położenia, uczepił się z całej siły za sznurek od dzwonka, co go w większy jeszcze ambaras wprawiło.
— Bardzo cię proszę — wyjąkał coraz więcej zmieszany — obaez czy mój buggy jest przed gankiem. Zmuszony jesiem wyjechać i czekać nie mogę, a ten przeklęty groom wcale się nie spieszy.
W tejże chwili wszedł do salonu ojciec Amelji, bawiąc się dewizkami z miną właściwą angielskiemu kupcowi.
— O co ci idzie, Emmy? — wyrzekł po chwili.
— Józef prosi mnie żebym zobaczyła czy jego... czyjego buggy stoi przed gankiem. Cóż to jest buggy, mój ojcze?
— Jest to jednokonny faeton — odpowiedział ojciec z przesadą, zdradzającą pretensję do rozumu.
Józef parsknął gwałtownym śmiechem, ale spotkaw szy wzrok Rebeki, umilkł nagle, jakby piorunem rażony.
— Ta młoda osoba jest twoją przyjaciółką, Emmy? 4*
Miss Sharp, jestem bardzo szczęśliwy że panią tu widzę. Czy wyłajałyście Józefa za to że chce nas porzucić?
— Obiecałem, mój ojcze, memu koledze Bonamy, że razem będziemy jeść obiad, odpowiedział Józef.
— Jaktol matka nie mówiła ci że możesz być z na« mi na objedzie?
— Ależ w tem ubraniu, mój ojcze... czyż podobna?
— Niech więc miss Sharp sama powie czy on nie może być wszędzie na objedzie w takim stroju? Zechciej mu się pani przypatrzyć tylko.
Na te słowa Rebeka spojrzała na swoją przyjaciółkę i obie roześnialy się tak szczerze, że stary ojciec; widocznie zadowolony, zaczął dalej wychwalać strój Józefa.
— Czy widziałyście kiedy u miss Pinkerton buty z łosiowej skóry podobne do tych?
— Oh! mój ojcze! zmiłuj się... jąkał Józef nie wiedząc na której nodze stanąć,
— Miałżebym zadrasnąć jego miłość własną? mówił ojciec do panienek, potem zwracajac się do żony: Mistress Sedley, obraziłem podobno twego syna żartu* jąc sobie z jego butów łosiowych. Miss Sharp, zapytaj go pani czy tak nie jest? No Józefie, bądź uprzejmy dla miss Sharp i chodźmy do stołu.
— Mamy ryż, taki jak ty lubisz Józefie — rzekła matka, a ojciec twój przywiózł nam z Bilingsgate wybornego łososia.
— No, podajże rękę miss Sharp, a ja te młode panie prowadzić będę, powiedział wesoło ojciec biorąc pod rękę matkę i córkę.
Nie mamy prasva ganić miss Sharp za to, że postanowiła sobie zdobyć serce Józefa Sedley. Jeżeli młode panienki, chwalebną skłonnością wiedzione, zostawiają staraniom doświadczonych matek stawianie sideł na mężów, to należy nie zapominać że miss Sharp nie miała nikogo z krewnych, coby się podjął tego draż’ liwego obowiązku, (¿dyby więc sama dla siebie nie polowała na męża, to prawdopodobnie nie znalazłaby nikogo coby się tem zająć zechciał. Cóż innego pociąga młode panny do życia światowego jeżeli nie widoki pójścia za mąż? Cóż pędzi całe te gromady do wód? Co im daje siłę tańczyć do piątej godziny z rana w najuciążliwszej porze roku? Co im daje cierpliwość do ślęczenia nad sonatą lub do wyuczenia się kilku romansów, płacąc po gwinei za lekcję najmodniejszemu i najbardziej wziętemu metrowi? Cóż je nakoniec zmusza do grania na harfie, kiedy się ma białe i kształtne ręce, do noszenia całego ogrodu kwiatów na głowie, jeżeli nie nadzieja że cały ten arsenał strzał i pocisków śmiertelnych posłuży do podbicia serca jakiego pożą> danego młodego człowieka?
Co zmusza poczciwych rodziców żeby cały dom przewrócili i wydawali większą połowę dochodów na uczty, bale i na wino szampańskie? Byłażby to zupełnie bezinteresowna miłość bliźniego — albo też jedyna chęć patrzenia na szczęśliwą, pląsającą młodzież? Niel za wsze tam jedna i taż sama pobudka — dobrze wydać za mąż córki. Podobnie jak mistress Sedley ułożyła z macierzyńską troskliwością kilkanaście projektów dla ustalenia losu Amelji, tak również Rebeka, licząc tylko na siebie, robiła co mogła ażeby złapać męża, który jej był daleko potrzebniejszy aniżeli jej przyjaciółce.
Żywa z natury wyobraźna Rebeki podniecona bajka mi *Tysiąca jednej nocyu i obrazami ze Wschodu czer-panemi z geografji Guthriego, dostarczała jej bogatego materjału do budowy zamków na lodzie. Ubierając się przed obiadem zdawało się jej że Józef Sedley, o którego bogactwie z kilku słów Amelji wnosić mogła, do niej już całkowicie należy. Już się widziała okrytą szalami indyjskiemi, Zawojami i djamentami. jadącą na słoniu przy odgłosie trąb i kotłów, z wizytą do wielkiego Mongoła. Słodkie za prawdę marzenia I Ileż to młodych osób lubi pogrążać się w tych snach czarownych, marząc jak Rebćka na jawie!
Józef Sedley był o dwanaście lat starszy od Amelji. Zajmował on dobrą posadę w kompanji wschodnio-in dyjskiej a nawet można było już wówczas znaleść imie jego East Indja Register pod rubryką Bengale, jako poborcy w Boggley Vollah. Czytelnika ciekawego dokładniejszych o urzędowaniu Józefa wiadomości, odsyłamy do tegoż perjodycznego pisma. Nadmienimy tylko że stanowisko poborcy w Indjach było, jak to każdemu zapewne wiadomo, bardzo korzystne.
Boggley Vollah leży w okolicy odludnej, bagnistej trochę, ale bardzo pomimo tego przyjemnej. Okolica ta słynie polowaniem na bekasy, czasem nawet i tygrysa uda się tam zabić. Oddział konnicy stoi o 30 mil ztam-tąd a do Rangoon, gdzie się znajduje centrum zarządu, liczą tylko 40 mil. Oto są szczegóły, które Józef udzielił listownie rodzicom po objęciu posady. W tem samofc* nem ustroniu przepędził on lat ośm. Jeżeli zdarzyło mu się widzieć twarz chrześcijańską, to nie częściej jak dwa razy do roku, kiedy oddział konnicy musiał eskortować do Kalkuty podatki przez niego pobierane.
Szczęściem Józef zaczął cierpieć na wątrobę. Zmuszony wyjechać, żeby się w Europie wyleczyć, miał tysiące zręczności używania zabaw i rozrywek bez liku. Lubiący życie koleżeńskie, nie mieszkał wt Londynie z rodzicami, ale osobno. Przed wyjazdem do Indji, zanadto młody żeby się mógł upajać przyjemnościami wielkiego miasta, oddał się im po powrocie z szalonym prawie zapałem. Powoził się w parku, jadał objady w najmodniejszych tawernach, uczęszczał do teatrów co należało w owym czasie do dobrego tonu i ukazywał się w operze w wąskich spodniach i stosowanym kapeluszu.
Po powrocie do Indji pan Józef opowiadał bardzo wiele o swojem życiu w Europie, a nawet dawał do zrozumiemia że nie było większych dandysów jak on i Brummel i że oni sami dyktowali prawa modnemu światu. Tymczasem Józef Sedley żył prawie tak samotnie w Anglji jak w Boggley Yollah. Znał zaledwie jedną lub dwie osób w stolicy, i można śmiało powiedzieć że umarłby z nudów i samotności gdyby nie lekarz, pigułki i choroba wątroby, Józef miał wszystkie przymioty po temu żeby zasłużyć na miano hulaki, co wszakże nie przeszkadzało mu być bardzo ociężałym i i niezgrabnym, i na widok kobiety stracić ze strachu przytomność. Rzadko też można go było widzieć w
Russel Square, gdzie żarciki ojcowskie wystawiały na szwank jego miłość własną.
Bardzo się troszczył i nie mało się przerażał swoją otyłością: nieraz już chciał przedsięwziąć środki energiczne żeby się pozbyć tego nadmiaru tłuszczu, ale nie dołęztwo a bardziej jeszcze zamiłowanie wygodnego życia, były mu wielką do tego przeszkodą. Jeść mniej jak trzy razy na dzień było dla niego zupełnem nie podobieństwem. Zawsze był źle ubrany, co jednak nie pochodziło bynajmniej z braku starania około swojej osoby: owszem zajęcie to zabierało mu kilka godzin dziennie. Służący jego dobrze wychodził na handlu zmie* niar.emi przez pana sukniami, prawda że przesiąkłem! pomadą, olejkiem i najrozmaifcszemi kosmetykami. Nie było pasków i gorsetów, znanych naówczas, którychby nie nosił, żeby mieć dobrą figurę. Kazał sobie robić zawsze, jak wszyscy ludzie otyli, suknie wąskie i cias-ne, wybierał kolory jaskrawe i krój dla najmłodszego wieku właściwy. Zwykle ubierał się po południu, jechał sam jeden powozem do parku, potem przebierał się znowu i szedł, zawsze sam jeden, na objad do kawiarni Piazza. W próżności nie ustępował on żadnej kobiecie, nawet owa nieugłaskana dzikość była tejże próżności wynikiem. Jeżeli miss Sharp w pierwszej próbie odniesie zwycięztwo, to bez wahania się będziemy zmuszeni u-znać ją za nadzwyczajnie zręczną i przebiegłą.
Pierwsze jej kroki stawiane na tej drodze, dowodziły już niepospolitej przenikliwości. Mówiąc że Józef był przystojnym mężczyzną, wiedziała dobrze że Amelja powtórzy te słowa matce, a ta podobnież przed synem tajemnicy z tego robić nie będzie. Zresztą nie trudno było przewidzieć że pochwały, schlebiające dumie i miłości macierzyńskiej mistress Sedley, usposobią ją dobrze dla Rebeki. Matki wszędzie i zawsze są też same.
Powiedzmy Styhoraksie że jej syn Kaliban dorów nywa pięknością Apollinowi, a zobaczymy że miłość własna czarownicy nie będzie na te pochwały obojętną.
Kto wie czy Józef nie schwycił w lot komplimentu Rebeki, wymówionego nie zbyt cichym głosem. Jeżeli tak było, nie dowiedział się wprawdzie nic nowego, bo sobie piękności wcale nie odmawiał, ale słowa te przy-jemne słuch jego pogłaskać musiały. Cóż kiedy w ślad za tem przyszła mu inna myśl przykra, zacierająca pierwsze wrażenie: „Ozy to nie żart ze strony tej dzie-wczyny?“ pomyślał sobie w duchu. Ta niemiła uwaga podwoiła jego zmieszanie i była powodem gwałtownego ruchu, z jakim chwycił za sznurek od dzwonka. Ochłonąwszy nieco, nasz bohater, który jak to widzieliśmy, myślał już o odwrocie, nakotiiec dał się ugłaskać i zo* stał na obiedzie. Prowadząc miss Sharp do sali jadał* nej, czuł się miotany niepewnością i silnie był wzru* szony. — Ozy myśli ona naprawdę że ja jestem piękny, czy też dla zabawki śmieje się złośliwie ze mnie? Po wiedzieliśmy wyżej że Józef Sedley był próżny jak kobieta. Wiemy dobrze że młode panny odwracają to twierdzenie mówiąc o nie jednej z towarzyszek: „Próżna jak mężczyzna.“ Przyznać należy że mają zupełną słuszność. Płeć nie piękna, jest zarówno czuła na po chwały, troskliwa o strój, dumna z powodzeń, podboi jów i pewna osobistych przymiotów jak największa w świecie zalotnica.
Zstępując ze schodów Józef coraz więcej się rumienił a Rebeka z pełną skromności postawą miała wzrok przykuty do ziemi. Biała wygorsowana sukienka ujmowała śnieżnej białości ramiona Rebeki, twarzyczka jej przystrojona wyrazem nieśmiałości i pokory dopełniała tego skończonego obrazu niewinności dziewiczej.
— Nie pozostaje mi teraz, pomyślała Rebeka, jak tylko zachowywać milczenie i okazywać sympatyczne zajmo* wanie się wszystkiem co Indji dotyczę.
Mistress Sedley nie zapomiała kazać przyrządzić potrawę z ryżu na sposób indyjski, tak zwaną curry, którą Józef bardzo lubił. Z kolei przyniesiono półmisek Rebece.
— Cóż to za potrawa? — zapytała, spoglądając na Józefa i jakby oczekując odpowiedzi.
— To wyborne — odpowiedział niewyraźnie Józef; miał w tym momencie tak przepełnione usta, że ledwie z trudnością mógł je otworzyć. Po chwili zwrócił czerwone policzki do pani Sedley i rzekł przytłumionym głosem, kończąc proces połykania! — Moja matko, w Indjach nie potrafią lepiej curry przyrządzić.
— Oh! chciałabym skosztować jeżeli to indyjska po* trawa, zawołała Rebeka. Mnie się zdaje, że wszystko co ztamtąd pochodzi, musi być doskonałe.
— Dajcież curry miss Rebece, powiedział śmiejąc się pan Sedley.
Rebeka nigdy w życiu nie jadła tej potrawy.
— No i cóż! Jakże pani znajdujesz ten przysmak indyjski, zapytał.
— To wyśmienita potrawa, rzekła Rebeka, czując od pieprzu jakby siłne synopizma w gardle.
— Spróbój pani chili przytem, powiedział Józef z zadowoleniem.
— Chi li? powtórzyła Receka, nie mogąc prawie przełykać, a tak chili... to dobrze...
Biedna dziewczyna myślała że to jakiś chłodzący napój. Przyniesiono chili.
— Co za piękny i świeży kolor zielony! rzekła.
Wzięła trochę do ust, ale niestety! było to jeszcze bardziej piekące jak curry. Nie mogła już wytrzymać tyle piekielnej goryczy — widelec mimo woli wypadł jej z ręki na talerz.
— Wody! na miłość Boga, wody! zawołała.
Pan Sedley zanosił się od śmiechu!
— Upewniam panią, rzekł przerywanym głosem, że to jest potrawa niesłychanie indyjska. Sambo, podaj wody dla miss Sharp.
Wesołość ojca udzieliła się Józefowi który znajdował ten figel doskonałym. Matka i córka mniej się śmiały, pojmując dotkliwe cierpienie biednej Rebeki. Co się zaś tyczy tej ostatniej, z przyjemnością byłaby połknęła starego Sedley’a gdyby tylko mogła; roztropność wzięła jednak górę. Zniósłszy to upokorzenie równie cierpliwie jak przed chwilą znosiła palące curry, rzekła z przymuszoną wesołością:
— Powinna byłam przypomnieć sobie z Tysiąca i jednej nocy, ten pieprz, którym księzniezki perskie przysypują sobie grzanki ze śmietaną. Czy i pan także używasz ich w Indjach?
Stary Sedley roześmiał się szczerze i pomyślał sobie że Rebeka to z gruntu poczciwe dziecko.
— Grzanki ze śmietaną? powtórzył Józef z wyrazem prostoty, nasza bengalska śmietana nic nie warta; używają tam powszechnie koźlego mleka, do którego się już zupełnie przyzwyczaiłem.
— Jestem pewny że pani teraz nic już nie lubisz tego, co tylko z Indji pochodzi — odezwał się żarto« bliwie pan Sedley — nie prawdaż?
Po objedzie, gdy damy odeszły, przenikliwy ojciec tak się odezwał do syna:
— Ej, pilnuj się, Joss, ta dziewczyna zastawiła na ciebie sidła,
— Ba! ja się jej wcale nie boję, odparł Józef kté remu uwaga ojca widocznie pochlebiła. — Przypominam sobie jedną pannę w Dumdum, córkę Oultera, tego co służył w artylerji, wy3zła potem za mąż za niejakiego Lance, chirurga, dzielnego chłopca, który nie mało dokazywał ze mną i z moim kolegą Mullingatewney, o którym mówiłem ojcu przed objadem; poczciwy to był koleżka ten Mullingatowney. Jest teraz urzędnikiem w Budgebudge i ręczę że za pięć lat najdalej będzie radcą. Otóż oficerowie Artylerji dali bal, a Quintin z 14. krć iewskiego pułku powiada mi: — Sedley, gotów jestem założyć się z tobą i stawić dwa przeciwko jednemu, że nim się zaczną deszcze Zofja Culter złapie cię w swoje sidła. — Dobrze! powiadam... trzymam zakład.,. Na honor — rzekł Józef, przerywając swoje opowiada nie — to wcale dobre bordeaux, zkąd ta butelka po> chodzi, z Carbonell, lub z Adamson?
Lekkie chrapanie było całą na te słowa odpowiedzią. Czyste sumienie bankiera, a może i opowiadanie Józefa, dozwoliło ojcu usnąć dość prędko. Szczęściem, zajmująca ta historja, dzięki towarzyskiemu usposobieniu Józefa, nie była straconą, tak jak się to dziś przytrafiło. Powtórzył ją więcej niż sto razy swemu aptekarzowi, doktorowi Gollop, przychodzącemu często dowiadywać się o stanie wątroby Józefa i o skutku pigułek, jakie przepisał.
Ze względu na stan zdrowia Józef Sedley zmuszony był poprzestać na jednej butelce madery, do której dołączył potem butelkę bordeaux. Zjadł potem dwa talerze poziomek ze śmietaną i dwadzieścia cztery ciast ka, zastawione obok niego na talerzu.
— Daję słowo, myślał sobie, to bardzo miłe i powabne stworzenie. Jak spojrzała na mnie, kiedym jej podjął chustkę przy objedzie! Upuściła ją dwa razy... Biedne dziecko! Któż to śpiewa w salonie? pójdę zobaczyć.
Zabrakło mu jednak odwagi i stanął jakby jakąś niewidzialną siłą wstrzymany. Ojciec chrapał mocno.
— Pojadę — rzekł do siebie, biorąc za kapelusz, — pojadę do bouthampton Row, dają „Czterdziestu złodziei“ i zobaczę miss Decamp w nowym balecie.
Przeszedłszy na palcach, żeby nie obudzić ojca, wyszedł.
— Oto Józef już wychodzi, rzekła Amelja stojąu u okna, kiedy Rebeka przy fortepianie śpiewała.
— Miss Sharp go przeraziła — powiedziała raistress Sedley — biedny Józef, kiedy też przestanie być tak nieśmiałym?
IV.
Jedwabny woreczek.
Biedny Józef, pod wpływem strachu, nie pokazywał się przez kilka dni w domu, Miss Rebeka nie mówiła o nim wcale, ale za to była niezmordowaną w okazy* waniu pani Sedley uczuć wdzięczności i uszanowania. Pewnego dnia pani Sadley miała jechać z panienkami na wieczór; Amelia cierpiała silny ból głowy i musiała zostać w domu. Żadne namowy nie mogły zniewolić Rebeki do jechania bez Amelji na tę zabawę.
— O nie! mówiła do Amelji, ty dałaś poznać szczę* ście biednej sierocie, ty nauczyłaś mnie kochać, a ja miałabym ciebie teraz samą zostawić? O! nie, nigdy! nigdy!
Oczy Rebeki łzami się napełniły, gdy to mówiła; pani Sedley nie mogła ukryć wzruszenia widząc tak tkliwe objawy czułego serca tej dziewczyny.
Miss Sharp potrafiła dosyć prędko ująć sobie gospodarza domu, a to bardzo łatwym sposobem przyjmowała wszystkie jego żarciki i dowcipy takim szczerym śmiechem, że pan Sedley w swojej prostocie nie-zmiernie był zadowolony. Nie dość na tem, starała się zjednać sobi^ sługi i domowTników w Russel-Sąuare: była już w najlepszych stosunkach z panią Blenkiosop, pomagając jej smażyć konfitury z malin, chwyciła już za serce pannę służącą przepraszając ją z największą pokorą i słodyczą jeżeli musiała zadzwonić na nią, na* koniec zaskarbiła sobie nawet względy murzyna odzywając się do niego „panie Sambo“ albo „kochany panie Sambo“, co mu nie było zupełnie obojętnem. Krótko mówiąc Rebeka liczyła już przyjaciół w salonie, kredensie i garderobie.
Pewnego razu przeglądając rysunki które Amelja z pensji przywiozła, Rebeka nagle zalała się łzami i wybiegła z pokoju. Było to w dzień drugiej wizyty Józefa.
Amelja pobiegła dowiedzieć się o przyczynie smutku przyjaciółki i wróciła niemniej od tamtej zmartwiona.
— Mama przypomina sobie zapewne że ojciec Rebeki dawał na pensji lekcje rysunku?
— Tak, moje dziecko, nieraz mi o tem miss Pin-kerton mówiła.
— Otóż na widok tych rysunków Rebeka przypomniała sobie biednego ojca...
— Poczciwe dziecko! ile ona ma serca! rzekła pani Sedley.
— Bardzobym chciała zatrzymać ją tydzień jeszcze u nas, dodała Amelja.
— Ma w sobie coś djabelnie niepojętego, rzekł Józef, tak jak miss Outler, którą znałem w Dumdum, tylko od niej jeszcze piękniejsza. Miss Outler wyszła już za mąż za lekarza sztabu od artylerji. Ozy opowiadałem mamie jak pewnego razu Quintin z 14-go pułku założył się ze mną że...
— Znamy już tę historję, Józefie — mówiła śmiejąc się Amelja — zapomnij o tem na chwilę i uproś mamy żeby napisała kilka słów do pana Orawley.
— Crawley? powtórzył Józef, czy nie miał on syna w dragonach królewskich?
— Więc mama napisze do niego prosząc o odłożenie na kilka dni wyjazdu Rebeki, nie prawdaż? rzekła A* melja. Otóż Rebeka idzie; biedna! jakie oczy ma czerwone!
— Teraz mi znacznie lepiej — powiedziała z łagodnym uśmiechem miss Sharp, całując z uszanowaniem rękę pani Sedley, która ją czule uścisnęła. Jakże tu wszyscy dla mnie dobrzy i łaskawi! Wszyscy — dodała uśmiechając się — wyjąwszy pana tylko, panie Józefie!
— Mnie? powiedział Józef, namyślając się, czy nie lepiej byłoby wyjść. 0! miss Sharp! a to zkąd?
— Jak pan mogłeś być dla mnie tak bez litości żeby mnie nakarmić tą piekącą potrawą z pieprzem, i to jeszcze pierwszego dnia kiedy pana poznałem? 0! pan nie jesteś tak dobry dla mnie jak moja ukochana Amelja.
— Bo on cię nie zna tak dobrze jak ja, zawołała Amelja.
— Wątpię bardzo — wtrąciła matka Amelji — żeby ktokolwiek mógł być dla ciebie niedobrym, moje dziecko
— Curry było przewyborne, doprawdy, rzeki Józef poważnie, może mu brakowało trochę cytryny. O! tak. za mało było soku cytrynowego.
— A chili? — dodała żartobliwie Rebeka.
— Tam do kata, ale czyż było czego tak mocno krzyczeć? — powiedział Józef, wybuchając na to przypomnienie głośnym śmiechem i nagle wstrzymując, jak awykle, swą wesołość.
— Nie pojmuję dla czego panowie tak lubią nas w kłopot wprowadzać? rzekła Rebeka, gdy wszyscy schodzili się na obiad.
— Ohciej mi pani wierzyć — odparł Józef — że ja bym za nic w świecie nie odważył się zrobić pani ja* kiejkolwiek przykrości.
— 0 ł nie, ja wiem że pan nie chciałbyś robie tego coby mi przykrość sprawiało.
Wymawiając te słowa, uścisnęła z pewnym wdzię* kiem dłoń pana Józefa, natychmiast jakby przerażona cofnęła drobniuchną rączkę i spojrzawszy w oczy Jć zefowi spuściła nieśmiało głowę. Serce Józefa zadrgało żywszem tętnem na ten powód życzliwości, pochodzący od naiwnego dziewczęcia, które z tak nieporównanym wdziękiem zdradziło swoje uczucia.
Ten postępek Rebeki — powiedzmy otwarcie — był może za śmiały; toż samo każda z czytelniczek posiadających wiele taktu pomyśli i naszą heroinę potępi. Ale nie zapominajmy że Rebeka musiała sama sobie wystarczać, liczyć tylko na siebie. Jeżeli kobieta tak jest ubogą że sług opłacić nie może, to musi sama zamieść swój pokój, gdyby nawet była największą elegantką. Również młoda osoba, niemająca matki, która się swataniem zajęła, musi przyjąć na siebie cały cię« żar tych interesów.
Wielkie to szczęście że takie wypadki do wyjątków należą, bo gdyby kobiety same swoim losem częściej się zajmowały, |kto wie czy znaleźlibyśmy dosyć mocy żeby się im opierać? Niech nam tylko okażą najmniejszą sympatję, a już do nóg im padamy. Starzy czy młodzi, szpetni lub nadobni, wszyscy jesteśmy jedna<
Targowisko próżności. T. I. 5 kowi. To pewnik że kobieta, byleby nie garbata, może wyjść za tego, który się jej najwięcej podoba. Błogo-sławmy wTięc lo3y i cieszmy się że te nadobne stwo-rżenia nie znają swojej potęgi. Bylibyśmy zupełnie na ich łasce.
— To się zaczyna zupełnie tak samo — myślał Józef, wTchodząe do sali jadalnej — jak z miss Cutler w7 Dundum.
W ciągu obiadu miss Sharp rzuciła na niego kilka spojrzeń, nawpół czułych, a w części krotoehwilnych z powodu rozmaitych potraw. Rebeka była już z całą rodziną na stopie poufałej, z Arnelją zaś kochały się jak siostry. Zresztą zdarza się to zwykle młodym dwom panienkom, które z sobą przez kilka dni razem zostają.
Jak gdyby dla ułatwienia zamiarów Rebeki, Amełja przypomniała bratu obietnicę zrobioną jej podczas świąt Wielkiejnocy.
— Pamiętasz Józefie, powiedziała śmiejąc się, jesz cze byłam na pensji, gdy obiecałeś mnie zawieść do Wauxbalu. Nie możnaby lepszej wybrać pory jak teraz, kiedy jest Rebeka.
— Doskonale! doskonale! wołała Rebeka klaszcząc w dłonie; po chwili jakby miarkując uniesienie, przybrała zwykłą sobie skromną postawę.
— Dziś, to trudno, powiedział Józef.
— A więc jutro.
— Ja i twój ojciec jesteśmy jutro proszeni na o biad, rzekła pani Sedley,
— Nie myślisz, spodziewam się — nadmienił pan Sedley do żony — żebym miał wielką ochotę jechać do Wauxhalu; co zaś do ciebie, to ani wiek, ani położenie nie pozwalają ci narażać się na zimno w tej wilgotnej dziurze.
— Potrzeba przecież żeby ktoś pojechał z temi dziećmi, odpowiedziała pani Sedley.
— A Józef? rzekł ojciec śmiejąc się, on jest, zdaje mi się, tak już dorosły, że może nas oboje zastąpić.
Wszyscy się roześmieli, nie wyłączając murzyna Sambo. Józef tylko zżymał się i nie posiadał ze złości.
— Odsznurujcie mu gorset — — wołał nieubłagany żan towniś — miss Sharp, potrzeba go zimną wodą skropić i zanieść do jego pokoju. Omdlewa nieborak, ratujcie go, bierzcie go na ręce, on lekki jak piórko.
— Niech mnie djabli porwą — mruczał trzęsąc się % „gniewu Józef — niech mnie kaci porwą, jeśli to zniosę.
Widząc rozdrażnienie Józefa, ojciec przestał żartować i podając rękę synowi, rzekł:
— Na giełdzie wszystko uchodzi, mój kochany Jos.
— A potem zwracając się do murzyna: — Sambo podaj nam butelkę szampańskiego! Wiesz co, Józefie, że sam Boney nawet nie ma takiego winka w swojej piwnicy.
Z kielichem szampana Józef odzyskał dobry humor. Zanim wypróżniono do dna butelkę, z której dwie trzecie tylko jako chory mógł wypić, już zgodził się towarzyszyć panienkom do Wauxhalu.
— Wypada — mówił ojciec — żeby kaida z panienek miała towarzysza. Józef gotów będzie zgubić Amełję w tłumie, bo będzie zajęty miss Rebeką Sharp. Potrzeba 6ł więc posłać do pana Grzegorza Osborna i prosić żeby zechciał przyjść.
Pani Sedley, nie wiem dlaczego, spojrzała na męża śmiejąc się. Na twarzy pana Sedley przebiegł jakiś, wyraz dziwnie złośliwy. Spojrzał na Amelję, która po kryła się rumieńcem, tak jak to siedemnastoletnie pa nienki tylko się rumienią, chociaż i tu są wyjątki. Miss Sharp naprzykład od ośmiu lat prawie, kiedy ją babka złapała wykradającą konfitury z szafki, nie mogła nigdy się zarumienić.
— Amelja powinnaby napisać parę słów do pana Osborna, to dałoby mu zręczność zobaczyć piękne ka ligraficzne pismo, jakieśmy od miss Pinkerton wywieźli. Czy przypominasz sobie, Ameljo, jak napisałaś do niego zapraszając go na Trzech króli i jak ci dokuczaliśmy wytykając myłki w pisowni, które ci się z pod pióra wy mknęły?
— To już tak dawno, mój ojcze!
— Zdaje mi się że to było wczoraj, powiedziała pani Sedley do męża.
Tego wieczora jeszcze pani Sedley zostawszy sama z mężem, wyrzucała mu zawzięte z jego strony prze* śladowanie Józefa.
— Czyż to dobrze, rzekła, tak nieustannie dokuczać biednemu chłopcu?
— Moja kochana, Jos ma dziś więcej próżności aniżeli ty kiedykolwiek mieć mogłaś, a pozwól sobie powiedzieć że ci na niej nie zbywało. Nie chcę bynajmniej twierdzić żebyś nie miała prawa być próżną trzydzieści kilka tat temu, tak coś... w 1780 roku... albo około tego. Ale Jos wyprowadza mnie z cierpli* wości-przesadną bojaźliwością. On jest bardziej Józe* fem aniżeli nim był sam Józef z piśma św. Ten błazen ciągle o sobie tylko myśli i zdaje mu się że jest bardzo piękny. Daj Boże żebyśmy z nim jakiego kłopotu nie mieli. Młoda przyjaciółka Amelji bardzo się do niego zaleca, to zbyt widoczne i wątpliwości nie ulega. Jeżeli zresztą ujdzie jej sideł, to wpadnie w te, które innana niego zestawi. Przeznaczeniem tego człowieka jest zostać pastwą kobiety, tak jak mojem chodzić codziennie na giełdę, Cieszmy się jeszcze że nie mamy murzynki synową. Przypomnisz sobie moje słowa: Józef wpadnie w pierwszą pułapkę, jaką na niego zastawią.
— A jeżeli tak, to ta mała intrygantka odjedzie jutro! — zawołała energicznie pani Sedley.
— Nie będzie ta, to znajdzie się druga; zresztą ta przynajmniej nie jest murzynką. Co nam zależy na tem jaką sobie Józef żonę wybierze, zostawmy mu wolny wybór, to według mnie najlepiej.
Powyższa rozmowa, zaczęta przy wyjściu z salonu skończyła się pod szeroko kolistą kotarą muszlinową, podszytą różowym perkalem i tworzącą coś nakształt wspaniałego namiotu, pod którym niedyskretne oko dojrzałoby dwie czerwone, okrągłe twarze, jak dwa księżyce w pełni, jedną w czepku z koronkami, drugą w mycce wełnianej.
W kilka chwil potem głębokie dokoła zaległo milczenie, przerywane na przemian nosowem i gardłowem chrapaniem. Mniej bezwątpienia poezji w tym obrazka niż prawdy.
Nazajutrz rano projekt pani Sedley względem Re* beki upadi zupełnie. Nie mogła przypuścić żeby tak wdzięczna dobra i pełna pokory dziewczynka ośmieliła się pomyśleć o tak wysokim dostojniku jak poborca z Boggley Vollah. Nakoniec pisano już prosząc o pozwo-enie zatrzymania dłużej Rebeki w Russel*Square, tru dnoby teraz wynaleść pretekst odesłania jej tak prędko.
Wszystko zaczynało sprzyjać Rebece, nawet żywioły zdawało się, że były z nią w zmowie. Po wyjeździ© rodziców Amelji do Balls w Hingbury Burn, dokąd byli zaproszeni, zerwała się burza z grzmotami i piorunami tak gwałtowna, że musiano zaniechać wycieczki do Wauxhalu. Pan Osrbone nie zasmucił się zupełnie z tego wypadku. Długo jeszcze po obiedzie pozostał w sali jadalnej z Józefem i dolewali sobie naprzemian dobre stare porto. Przy szklance, Józef był nie wyczerpany w opowiadaniu przygód i dykteryjek indyjskich. Weso-łość tych panów udzieliła się panienkom i całe młode towarzystwo, uradowane z przepędzonego tak przyjemnie wieczoru, nie żałowało bynajmniej że burza zmu* siła ich odłożyć na później przejażdzkę do Wauxhalu.
Osborne był chrzestnym synem pana Sedley i dlatego od 23ch lat prawie uważano go jako należącego do rodziny. W sześć tygodni po chrzcie otrzymał od John’a Sedley kubek srebrny, w pół roku potem jakieś cacko z dzwoneczkami a następnie corok od ojca chrzestnego wiązanie dostawał. Znacznie młodszy od Józefa Sedley, nieraz opłakiwał jeżeli nie różnicę wieku* to nierówność sił. Nie zapomniał on nigdy bolesnych cięgów, jakie od Józefa odbierał.
— Ozy pamiętasz Józefie — mówił Osborne rozgrzany winem — jak się na mnie zawzięcie rozjątrzyłeś, gdy ci buty węgierskie pokrajałem? Byłbym natenczas sowicie obity, gdyby dziewczynka.. chcę mówić, gdyby Araelja nie wyprosiła mnie od twoich kułaków.
Józef pamiętał dokładnie tę okoliczność, ale powiedział że nie przypomina sobie tego zupełnie,
— Pamiętasz jak przyjechałeś kabrjoletem od wie* dzić mnie u doktora Swishtall przed odjazdem do In* dji, jak mi przywiozłeś pół gwinei i dałeś mi policzek? Miałem tak wielkie o twej sile wyobrażenie, że wyobrażałem cię sobie jak olbrzyma, mającego siedem stóp przynajmniej wysokości. Jakież było moje zdziwienie kiedy po powrocie z Indji zobaczyłem że jestem tego co i ty wzrostu.
— Jakież to poczciwe serce pana Sedley, żeby odwiedzać pana na pensji i dawać podarunki! wtrąciła Rebeka tonem czułego uwielbienia.
— Zwłaszcza kiedy mu pokrajałem buty, dodał Osborne. O! tak, upominki otrzymane na pensji i ci, którzy je ofiarują, nie wychodzą nigdy z pamięci.
— Lubię nadzwyczaj buty węgierskie.
Józef Sedley nosił zawsze takie obuwie i był przekonany że ma bardzo zgrabną nogę, nie mógł więc słuchać obojętnie uwag Rebeki, co wszakże nie przeszkodziło wu wsunąć nagle nóg pod krzesło.
— Miss Sharb — powiedział Osborne — pani masz taki talent do rysunków, że powinnabyś ułożyć obraz historyczny na tle tej sceny z batami: Józef trzymający znieważone buty w jednem ręku, drugą chwyta mnie za włosy, Amelja na kolanach przed nim, wyciąga błagająco do niego rączęta...
— Nie mam teraz na to czasu — odparła Rebeka, zrobię to gdy ztąd wyjadę.
Zniżywszy głos na tym ostatnim wyrazie, powiodła okiem pelnem smutku i boleści, żeby każdy z przytomnych mógł uczuć całą srogość jej losu
— Jakżebym pragnęła żebyś mogła z nami dłużej pozostać Rebeko! zawołała Amelja.
— Dlaczego? zapytała Rebeka jeszcze smutniejszym tonem. Pragnęłabym sama jedna przeboleć to rozłączenie, byleby nikt, oprócz mnie, nie czuł się zasmuconym!
Amelja nie będąc w stanie oprzeć się wrodzonej czułości, zalała się łzami i cicho zapłakała.
Jerzy Osborne patrzył na dwie młode przyjaciółki ze wzruszeniem, połączonem z ciekawością. Z piersi Józefa wyszedł odgłos podobny nieco do westchnienia, a oczy jego zatrzymały się na ulubionych butach węgierskich.
— Zbliżmy się do fortepianu, miss Sedley... Ameljo, powiedział Jerzy, którego oczy dziwnym błyszczały ogniem
W spojrzeniu Amelji można było także dostrzedz coś więcej nad zwykłą łagodność i uprzejmość.
Myliłby się ktoby myślał że uczucie wzajemnej mi łości od tej dopiero chwili w obu tych młodych sercach’ powstawać zaczęło. Amelja i Jerzy dawno już dla siebie obojętni nie byli; rodzice ich od dziesięciu lat przeszło ułożyli sobie ich połączyć, co utrzymywało pomiędzy temi rodzinami związek nierozdzielny.
Fortepian stał w drugim pokoju, a że było prawie ciemno, Amelja oparła się na ramienia Osborna, który ją pomiędzy fotelami i stolikami doprowadził na miejsce. Józef został tym sposobem sam na sam z Rebeką, która właśnie kończyła na drutach woreczek z zielonego jedwabiu.
— Nie ma potrzeby wyciągać ich na słowa — rzekła miss Sharp — mimowoli zdradzają się sami z swoich uczuć.
— Jak tylko zostanie kapitanem — odpowiedział Józef to będzie zdaje mi się, rzecz skończona. Nie znam lepszego chłopca w świecie jak Jerzy.
— Ale też jak trudno znaleźć tak dobre stworzenie jak siostra pańska. — — Szczęśliwy kto ją pojmie za żonę!
Kończąc te słowa Rebeka westchnęła głęboko.
Dotykanie tak drażliwego przedmiotu w rozmowie odosobnionej dwojga młodych dowodzi że pomiędzy niemi panuje już pewnego rodzaju zbliżenie i poufałość. Zbytecznem byłoby przytaczać tu całą rozmowę Józefa z Rebeką. Z tej próbki widzimy że nie należy tam szukać ani wymowy, ani dowcipu; rzadkie są to niezmiernie przymioty nietylko w poufnem obcowaniu, ale w ogóle w dzisiejszych towarzyskich stosunkach. Józef i Rebeka, ze względu zapewne na muzykę, prowadzili cichą rozmowę. Był to wzgląd zbyteczny; Amelja i Osborne tak byli sobą zajęci że nawet najgłośniejsza rozmowa w przyległym salonie nie zwróciłaby ich uwagi.
Pierwszy to raz podobny w żyeiu Józef Sedley rozmawiał z kobietą swobodnie i bez żadnej obawy. Rebeka zasypywała go pytaniami o Indje, co mu dało sposobność opowiadania niewyczerpanych anegdot o tej krainie, a więcej jeszcze o sobie. Bale w pałacu gubernatora, sposoby chłodzenia się w tych strefach gorących, wachlarze etc., służyły za przedmiot do długich Józefa opisów. Najbardziej zajmującą z wszystkich hi-storji było polowanie na tygrysy, gdzie Józef o mało nie padł ofiarą tych krwiożerczych zwierząt.
Rebeka nie mogła niby utaić trwogi na samą myśł niebezpieczeństwa, jakie groziło Józefowi.
— Przez wzgląd na miłość swojej matki — mówiła drżąca — przez pamięć przyjaciół, przysięgnij pan że nigdy nie będziesz się narażał na takie szalone wyprawy.
— Ho! ho! zawołał Józef, prostując brzegi wykro* chmalonych kołnierzyków — całym urokiem tych wypraw, jest właśnie niebezpieczeństwo.
Nasz bohater bjł tylko raz w życiu na polowaniu na tygrysy. Sam widok zwierza odjął mu przytomność do tego stopnia, że go przyniesiono do domu na pół umarłego ze strachu. W obecnej jednak rozmowie z Rebeką uczuł w sobie tak spotęgowaną odwagę, że o-śmielił się zapytać dla kogo robiła woreczek zielony? Zdawało mu się nawet że nie można było zręczniej zadawać takich zapytań
— Ten woreczek jest przeznaczony dla.kogoś komu jest potrzebny — odpowiedziała Rebeka, zatrzymując na Józefie czułe i pełne znaczenia spojrzenie.
Sedley szukał już w myśli ozdobnych wyrazów dla popisania się wymową:
— O! miss Sharp! jakto... czyżby...
W tej chwili muzyka w sąsiednim pokoju ustała, co dozwalało Józefowi bardzo wyraźnie usłyszeć wy« mawiane przezeń wyrazy. Zamilkł więc, poczerwieniał i silnie nosem pociągnął powietrza.
— Czy słyszałaś pani kiedy mego brata tak wymownego? szepnął Osborne do Amelji. Doprawdy, przyjaciółka pani dokazuje cudów.
— Tem lepiej — odpowiedziała Amelja, skłonna jak wszystkie kobiety do kojarzenia małżeństw. Przyjaźń jej dla Rebeki znacznie się w ostatnich czasach wzmocniła; zdawało się jej bowiem że z każdym dniem nowe w Rebece odkrywała zalety, jakich nie spostrzegła nigdy w Chiswick-Mall. Nic na świecie nie wzrasta tak prędko i nie przybiera tak wielkich rozmiarów jak przywiązanie w kobiecie. Nie można też potępiać kobiety za to, że po ślubie ta potrzeba silnych uczuć słabnieć zaczyna. W języku zwolenników sentymentalizmu, nazywa się to „gonić za ideałami.“ Ma to niby znaczyć że kobieta potrzebuje przelać na męża i na dzieci uczucia, które tym sposobem rozdrobione, mają się później objawiać tylko w cichych około rodziny staraniach.
Wyczerpawszy cały zasób umiejętności muzycznych i zostając już dosyć długo w osobnym pokoju, zdawało się Amelji że wypadało powrócić do salonu i piosić Rebekę żeby zaśpiewała.
— Nie zechciałbyś pan mnie słuchać — mówiła do
Osborna nie myśląc tego wcale — gdybyś pan posłyszał przedtem śpiew mojej przyjaciółki.
— Pozwalam jednak oświadczyć pannie Sharp — powiedział Osborne — że miss Amelja jest w mojem przekonania najpierwszą śpiewaczką w świecie.
— Zaraz pan to lepiej osądzisz! — rzekła Amelja.
Józef tak się już oswoił że pospieszył zanieść świece do fortepianu. Osborne dał do zrozumienia że wolałby zostać w salonie zkąd światło wyniesiono, ale Amelja oparła się temu z uprzejmym uśmiechem i oboje przeszli do drugiego pokoju. Zostawiając wolność zdania panu Osborne, musimy wyznać że Rebeka śpiewała lepiej od swojej przyjaciółki. Tego wieczora szczególnie przeszła samą siebie ku wielkiemu zdziwieniu Amelji, która nie słyszała jej nigdy śpiewającej z takiem uczuciem, z taką łatwością. Rebeka zaczęła od jakiegoś francuskiego romansu; Józef nie rozumiał go wcale, Osborne wyznał toż samo otwarcie, poczem miss Sharp zaśpiewała modne w owym czasie ballady: Biedna Z w zanna, Nasz król, Błęhitnooka Marja.
Ze względu na ich wartość muzyczną, nie były to zbyt świetne utwory; przebijało w nich jednakże nierównie więcej prawdziwego uczucia i łatwiej je można było zrozumieć, niż owe lagrime, sospiri e felicita, ja-kiemi wiecznie brzmi muzyka Donizettego.
W przestankach śpiewu toczyła się sentymentalna rozmowa, w ścisłym zostająca związku z opiewanym przedmiotem. Wszystkie służące, rnistress Blenkinsop ochmistrzyni, i Sambo, usłużywszy do herbaty, zebrali się na schodach i słuchali śpiewu Rebeki.
Ostatni romans opiewał boleść przy rozstaniu. Końcowa wzrotka była odśpiewana rzewnym, coraz sła» bnącym, melancholieznym głosem. Każdy myślał o od» jeździe Rebeki i o smutnem osamotnieniu biednej sieroty. Józef Sedley, lubiący namiętnie muzykę i posiadający serce niezmiernie czułe, był w zachwyceniu podczas śpiewu, czuł się głęboko wzruszonym kiedy ostatnia nuta ucichła. Grdyby był miał trochę więcej odwagi i gdyby Osborne został był z Amelją w salonie, jak tego sobie życzył, jużby może ostatnia chwila ce« libatu Józefa wybiła i powieść nasza byłaby skończoną.
Po śpiewie Rebeka wzięła pod rękę Amelję i przeszła z nią do ciemnego prawie salonu, W tej samej chwili ukazał się Sambo z tacą zastawioną sandwicza-mi, suchemi „kofiturami i brzęczącą od kryształowych naczyń. Cała uwaga Józefa Sedley zwróciła się naturalnie ku tacy.
Przyjechali nakoniec państwo Sedley, ale nasze młode towarzystwo tak było zajęte rozmową, że ani zwróciło uwagi na turkot powozu.
— Niechże pani raczy przyjąć choć łyżeczkę galarety dla ochłodzenia się po tym zachwycającym, peł» nym uczucia śpiewie, mówił Józef zwracając się do Rebeki.
— Brawo Jos! zawołał ojciec — wchodząc do salonu, Józef przerażony dźwiękiem znanego mu drwiące go głosu, zamilkł natychmiast i wyniósł się jak naj* prędzej. Nie przepędził on wprawdzie nocy bezsennej nad zaciekaniem się czy jest kochanym lub nie: naj* gwałtowniejsza miłość nie odebrała mu nigdy ani snu ani apetytu; rozmyślał jednakże przez kilka chwil jakby to mu było rozkoszn;e słyszeć ten słodki śpiew wtenczas, kiedy i teatrów i koncertów będzie zupełnie pozbawiony. Wyobrażał sobie nawet jaki efekt sprawi-pojawienie się na balach w Kalkucie zachwycającej istoty, mówiącej po francuzku lepiej od żony gubernatora.
— Potrzebaby być ślepym żeby nie dostrzedz iż ta dziewczyna mnie kocha, myślał sobie w duchu. Co się tyczy posagu, wszystkie panny jadące do Iadji nie są od niej bogatsze. Mógłbym gorzej trafić, szukając dalej coś lepszego.
Kołysany temi marzeniami usnął nareszcie.
Nazajutrz rano przyszedł na śniadanie znacznie wcześniej niż zwykle. Nigdy go nie widziano tak częstym gościem w Russel-Square. Zastał on już Osbor-na, który jak mówił, przyszedł pomagać Amelji zajętej pisaniem dwunastu listów do Ohiswick-Mall. Rebeka kończyła wczorajszą robotę.
Poborca z Boggley-VoHah, przeskakując po kilka na raz schodów, wszedł do salonu. Amełja i Osborne zamienili pomiędzy sobą uśmiech nieco złośliwy i spojrzeli na Rebekę, na której twarz, niezupełnie lokami zakrytą, żywy wystąpił rumieniec. Serce jej biło silnie kiedy Józef zadyszany, w butach świecących się jak źwierciadło, w nowem, świeżo z igły zdjętem ubraniu, ukazał się czerwony jak piwonja z gorąca, jakoteż i nadmiaru zdrowia. Była to chwila dla wszystkich krytyczna. Sambo nawet sznurował usta, żeby się nie roześmiać, anonsując Józefa i wnosząc dwa olbrzymie bukiety, kupione rano przez niego w Covent Garden.
Panienki przyjęły radośnie ofiarowane sobie bukiety, którym towarzyszyły uroczyste i niezgrabne ukłony Józefa.
— Brawo! zawołał Osborne.
— Dziękuję ci, kochany Józefie, dodała Amelja gotowa uścisnąć brata gdyby na to zezwolił.
— Cóż to za przepyszne kwiaty, zawołała miss Sharp, opierając bukiet na piersi i patrząc nań w zachwyceniu.
Kto wie, czy to bliższe przypatrywanie się nie było w celu dojrzenia jakiego bileciku ukrytego pomiędzy kwiatami.
Niestety! żadnego nie było.
— Powiedz mi Józefie — zapytał Osborne, śmiejąc się — czy w Boggley Vollah umieją rozmawiać za pomocą kwiatów.
— Daj pokój żartom — odparł sentymentalnie Józef
— kupiłem te kwiaty u Nathan’a. Cieszy mnie że ci się podobały. Przywiozłem także ztamtąd ananas, którego przyprawą Sambo już się zajął; bardzo chłodzi w takie jak teraz upały.
Rebeka mówiła już że nigdy nie jadła ananasów i że od dawna pragnęła poznać smak tego owocu.
Wśród tej rozmowy Osborne wyszedł, a w parę chwil potem Amelja poszła zobaczyć zapewne żeby ananas cienko pokrajano. Józef został więc sam na sam z Rebeką, zajętą jak zawsze robotą zielonego woreczka.
— Co za cudowny romans pani śpiewałaś wczoraj wieczór! — rzekł młody poborca — na honor, bardzo kocham mało brakowało, żebym się nie zalał łzami; jak honor
— Bo pan masz dobre i czułe serce, panie Józefie tak jak cała pańska rodzina.
I — Nie mogłem zasnąć całą noc; zdawało mi się, że ten romans ciągle słyszę, próbowałem nawet zanu cić go w łóżku dziś rano. Na honor, próbowałem... Gollop, mój lekarz, przyszedł do mnie o jedenastej, bo jak pani wiesz, jestem cierpiący i Gollop odwiedza mnie codzień. Otóż Gollop zastał mnie śpiewającego
— Doprawdy? chciałabym bardzo słyszeć pana spie* wającego.
— Mnie? o! nie. Ale pani zaśpiewaj jeszcze, zaklinam cię!
— Nie teraz, panie Sedley, odrzekła Rebeka z głę bokiem westchnieniem. Nie jestem usposobiona do spie-wu w tej chwili, a przytem muszę skończyć ten woreczek. Ozy chcesz mi pan pomódz, panie Józefie?
Nim miał czas namyśleć się, już Józef Sedley, poborca z Boggley Vollah, pochylony w postawie błagalnej ku Rebece, rzucał na nią ogniste spojrzenia i trzymał pasmo jedwabiu, który miss Sharp zręcznie zwijała.
W tej to romantycznej postawie zastali młodą parę Osborne i Amelja, kiedy weszli oznajmić że ananas już pokrajany.
Pasemko jedwabiu już było zupełnie w kłębuszek zwinięte, a Józef Sedley nie odważył się jeszcze pisnąć ani słowa.
— To pewno dziś wieczór nastąpi, szepnęła Amelja Rebece, ściskając jej rękę.
— Dziś wieczór w Wauxhalu — myślał sobie Józef
— muszę śmiało do rzeczy przystąpić.
V.
Przyjaciel Dobbin.
Ktokolwiek z młodych ludzi był wychowany w zna» nym zakładzie dr. Swishtal, nigdy nie zapomni walki, stoczonej pomiędzy dwoma zapaśnikami, których imiona Kuff i Dobbin. Ten ostatni nosił liczne przezwiska, dawane mu przez kolegów i uchodził za jednego z silniejszych pensjonarzy doktora Swishtal.
Był on synem kupca z City, a wieść niesie, że przyjęcie jego do pensjonu było zastosowaniem zasady wolnej wymiany w handlu, to jest, że ojciec wypłacał należność za stół, pomieszkanie i naukę syna nie pieniędzmi, aie produktami w naturze. Obcisłe, aksamitne spodnie i takaż żakieta, tu i owdzie na szwach rozprute, stanowiły ubranie tego grubego i pękatego chłopca, przedstawiającego pewną ilość funtów herbaty, cukru, świec, mydła, rodzynków itd... dostarczanych przez starego Dobbin dyrektorowi zakładu. Jeden z uczniów wchodząc do szkoły, dostrzegł przed bramą wózek, z którego wyj mywano wymienione wyżej produkta. Wyraźnie wypisana firma: Handel korzenny Dobbin i Bud’ ge, Thames Street w Londynie, nie uszła uwagi mło* dego chłopca. Odtąd młody Dobbin nie miał już chwili spokoju i stał się przedmiotem naigrawań i żartów nielitościwych towarzyszów:
— No i cóż, Dobbin — szydził jeden z nich — do-
Targowisko próżności. T. I. 6 bre wiadomości w gazecie, cukier drożeje, cena się podnosi?
Inny znowu dawał mu do rozwiązania następujące zagadnienie: Jeżeli funt świec kosztuje czternaście groszy i pół, ile może być wart Dobbin?
Wszystkie to koncepta wywołały głośne oklaski mądrych paniczów, według których handel drobiazgo* wy jest hańbiący i ledwie na pogardę i szyderstwo zasługiwać może.
— Twój ojciec, Osporne — rzekł młody Dobbin zwracając się do malca, który tę burzę wywołał — twój ojciec przecież nie jest niezem więcej jak prostym kupcem.
— Mój ojciec — odpowiedział tamten z dumą — jest szlachcicem i umie utrzymać się godnie na swo-jem stanowisku.
William Dobbin usiadł sam jeden na drugim końcu dziedzińca i resztę dnia tego smutnie przepędził, nie biorąc udziału w żadnej zabawie. Któż nie przypomina sobie smutnych i gorzkich chwil w dzieciństwie? Któż silniej od dziecka potrafi odczuć niespra« ’ wiedliwość? Kto bardziej od niego obawia się szyderstwa? Kto głębiej chowa w sercu uczucie wdzięczności, kto żyw7iej czuje wyrządzoną mu krzywdę? i my częstokroć nie obawiamy się męczyć i prześladować tych biednych młodych istot! Za cóż? Za błąd w rachunku, albo też za przeklętą łacinę,
William miał tyle z Alwarem trudności że będąc umieszczonym w najniższej klasie, widział się prawie zawsze wyprzedzonym przez drobne dzieciaki, wpośród których mógłby był uchodzić za olbrzyma. Mali jego towarzysze płatali mu tysiące figlów: zszywali mu spodnie, żeby je bardziej jeszcze zwęzić, podrzynali pasy od łóżka, podstawiali mu pod nogi rozmaite sprzęty żeby zaczepiwszy się upadł, posyłali mu niby od ojca pakiety z mydłem, ze świecami ltd. Mały Dob-bin znosił to wszystko z niemą i godną politowania re^ zygnaéją.
Kuff, przeciwnie, był mecenasem całej pensji i wiełe rzeczy uchodziło mu bezkarnie. Sprowadzał ukrad kiem wino, obijał bez litości uczniów z miasta przy ehodzącyca, miał w swoim pokoju myśliwskie buty które mu służyły do polowania w dnie świąteczne, złoty zegarek i zażywał tabakę jak doktor. Uczęszczając do teatru i opery, znał doskonale zalety i wady każdego prawie z aktorów. W przeciągu godziny mógł napisać czterdzieści wierszy łacińskich i nie małą posiadał ła twośc do wersyfikacji francuskiej. Trudniej byłoby powiedzieć co było mu obcym i czego nie potrafiłby zrobić. Sam nawet doktor Swishtall podobno go się obawiał.
Uznany przez swoich towarzyszów za naczelnego wodza, Kuff był małym despotą i nikt nie śmiał się oprzeć jdgo tyranji. Jeden smażył mu grzankę, drugi czyścił mu buty, inny nakoniec podejmował piłkę, kiedy się podobało bawić temu samowładnemu panu. Słowem, wszyscy byli na jego usługi. Dobbin był przez tego tyrana najwięcej ze wszystkich pogardzanym. Drwił z niego zawsze, bił go bardzo często, i nigdy nie raczył do niego ani słowa przemówić.
«*
Pewnego dnia Dobbin był sam jeden w klasie zajęty pisaniem listu do rodziców. Kuff nadbiega z hałasem i każe małemu Dobbinowi przyniość sobie ciastka z konfiturami.
— Nie mogę odejść — mówi Dobbin — muszę listu dokończyć.
— Nie możesz, zawołał Kuff, gotując się do wyrwania listu, który pomimo wielu poprzekreślanych albo niewyraźnie napisanych wyrazów kosztował nie mało łez i pracy biednego dziecka. Był to owoc największych wysileń, na jakie chłopiec mógł się zdobyć, pisząc do matki, która go nad życie kochała. — Nie możesz — powtórzył Kuff — chciałabym bardzo, wiedzieć dlaczego? Gzy nie możesz jutro napisać do mamy Figs?
— Czy niemóglbyś nazywać mojej matki jej własnem imieniem? krzyknął Dobbin zrywając się z ławki w największem oburzeniu.
— No, wybierzesz się nakoniec? wołał mały despota.
— Zostaw mi list, ludzie dobrze wychowani nio czytają cudzych listów, powiedział Dobbin.
— Jakto! jeszcze czekasz?
— Otóż nie pójdę, a nie waż się mnie dotknąć, bo ci łeb rozbiję, wołał Dobbin, chwytając kałamarz oło« wiany z taką złością, że Kuff zawahał się chwilę, włożył ręce do kieszeni i wyszedł przedrzeźniając przeciwnika. Odtąd nie miał on już żadnych bez pośrednich stosunków z synem episjera i ile razy tenże odwrócił się plecami, Kuff traktował go z największą w świecie pogardą.
W kilka dni potem Kuff stanął wypadkiem niedaleko William’a Dobbin, leżącego pod drzewem z ulubioną jego książką: „Tysiąc i jedna nocy“. Zostając w oddaleniu od reszty towarzyszów bawiących się w roz maite gry, zdawało się że William czuł się szczęśliwym w osamotnieniu. Gdyby przełożeni i nauczyciele zamiast obarczać dzieci karami i zamiast nudzić je nieustannem strofowaniem, mniej krępowali ich wrodzone popędy, nieraz czystsze, wznioślejsze od nałogów tych, jakie swoim wychowańcom nakazują, gdyby rodzice zamiast narzucać dzieciom swoje myśli i upodobania, zostawiali ich więcej samym sobie, mielibyśmy może mniej daleko dzieci zepsutych, chociaż ich główki nie byłyby tak wcześnie jak dziś napełnione zbiorem różnorodnych, naukowych wiadomości.
William, jak już powiedzieliśmy, leżał pod drzewem z książką w ręku. Przeniesiony w dyameatową dolinę, zapomniał zupełnie o świecie, gdy nagle krzyk płaczącego dziecka wyrwał go z upajającej krainy marzeń. Podniósł oczy i ujrzał obok siebie małsgo chłopca, którego Kuff niemiłosiernie smagał.
Był to właśnie ten sam malec, który wyszperał epi-sjerskie pochodzenie William’a i naraził go przez to na wiele nieprzyjemności. Dobbin jednak nie miał zwyczaju chować długo urazy w sercu do najmłodszych i najsłabszych kolegów.
— Dla czego, smarkaczu, przyszło ci do głowy rozbić tę butelkę? — krzyczał Kuff, szarpiąc silnie swoją oł arfię.
Małemu temu chłopczynie rozkazał przeszkoczyć przez mur dosyć wysoki, biedź jeszcze z pół mili, wziąć na kredyt butelkę araku i przynieść ją tąż samą drogą, unikając o ile możności szpiegów doktora Swish-tall, którzy mu wszystko donosili. Przełażąc przez mur dziedzińca, noga powinęła się biednemu chłopcu, który upadł na ziemię i stłukł butelkę. Ze spiamionemi spodniami stawiono go przed doktorem jako winowajcę, chociaż był zupełnie niewinny.
— Jak ośmieliłeś się rozbić, mały złodzieju? Wypiłeś arak, szachraju, i mówisz, że rozbiłeś butelkę. Wyciągnij rękęs łotrze — mówił Kuff podnosząc linję do uderzenia.
Gruba dębowa linja spadła silnie na rękę biednego dziecka, któremu ból wyrwał przeciągły, chociaż stłumiony jęk. William przywołany tym jękiem z djamen-towej doliny w świat rzeczywisty, miał przed sobą ’widok, który się codziennie powtarzał: silny i barczysty chłopiec bił bez najmniejszej przyczyny słabszego od siebie.
— Nadstaw drugą łapę, łakotnisiu — mówił Kuff do młodszego towarzysza, którego twarz wykrzywiona świadczyła o gwałtownym bolu. Wszystkie członki Wil-liam’a, więzione w ścisłem ubraniu, zadrgały z oburzenia, jakiem go ten widok przejmował.
— Oto masz za swoje, nikczemny kłamco — zawołał Kuff spuszczając narzędzie kary na rękę biednęgo dziecka.
Niech to nie przeraża naszych czytelniczek, los to nieunikniony każdego dziecka, które przez pensję przechodzi. Wasze dzieci będą prawdopodobnie tak samo cierpiały i też same cierpienia drugim zadawały,
Za powtórnem opadnięciem linji Dobbin zerwał się jakby piorunem rażony.
Dla czego? nie umiałbym na to odpowiedzieć; bo kary cielesne w szkołach są na porządku dziennym*). Być może że poczciwe serce William’a nie mogło znieść bez oburzenia takiej tyranji, takiego pastwienia się nad bezsilnem dzieckiem; może być że chęć osobistej zemsty popychała go do zmierzenia się z okrutnym katem, rozzuchwalonym uległością, z jaką jego towarzysze znosili największe obelgi W samej rzeczy, Kuff obeho* dził się z towarzyszami szkolnymi jak zwycięzca z podbitymi niewolnikami. Wygląda! pomiędzy nimi jak mały monarcha, do czego miał zupełną kwalifikację: Pychę, zuchwałość a nawet przywileje, bo na jego skinienie odzywały się bębny, powiewały chorągiewki i broń mu przynoszono na rozkazy.
Nie będziemy przesądzać pobudek wpływających na śmiałe wystąpienie młodego Dobbina, który jednym skokiem znalazł sie naprzeciw7 tyrana, wołając do niego mocnym głosem:
— Przestań męczyć to dziecko, bo ja..
— Cóż mi zrobisz? — zapytał Kuff zdziwiony tą interwencją, a potem zwracając się znowu do nieszczęśliwej ofiary, rzekł:
— Wyciągaj łapę, małpeczko.

  • ) W ostatnich ezasaeh pojeeia o wychowaniu znacznie się zmieniły. Z wyjątkiem szkół jezuickich, gdzie nadużycia tego rodzaju nie są rzadkie możemy z radościa powiedzieć że kary «ielesne powszechnie już są w zasadzie potępione i żo ten barbarzyński środek zepsucia i upodlenia natury ludzkiej, wyszedł już z użycia ze szkół publicznych w kiajaeh cywilizowanych.

— Oo ci zrobię — odpowiedział Dobbin na zapytanie
— sprawię ci takie cięgi, jakich nie dostałeś jeszcze w życia.
Mały Osborne spojrzał przez łzy z niedowierzaniem na obrońcę; Kuff nie mógł wyjść z podziwienia na tak niespodziewane wystąpienie Willom’a.
Wyobraźcie sobie Jerzego III. w chwiłi kiedy otrzy* muje wiadomość z północnej Ameryki o podniesionym rokoszu w posiadłościach angielskich; przedstawcie sobie Groljata wyzwanego przez małego Dawida, a bę dziecie mieli pojęcie o uczuciach, jakie miotały młodym Reginaldem Kuff w chwili kiedy odebrał wyzwanie.
— Po lekcji — wymówił pomału Kuff przybierając postawę pewną siebie, jak gdyby chciał powiedzieć: Zostawiam ci czas na zrobienie tastamentu i na.prze-kazanie ostatniej twej woli przyjaciołom.
— Będę gotów — odpowiedział Dobbin — ty będziesz, moim sekundantem, dodai, zwracając mowę do Osborna.
— Dobrze, jeżeli tego sobie życzysz — odpowiedział Osborne rumieniąc się ze wstydu że syn kupca wiktuałów występuje w charakterze jego obrońcy.
Nadeszła nakoniec chwila walki. Osborne wstydził się przemówić do Williama. Kuff szedł do ataku z u-śmiechem pogardy. Z początku bójki młoda publiczność patrzyła w milczeniu, ale gdy biedny Dobbin uległ pod razami przeciwnika i był przez tegoż trzy razy na ziemię powalony, głośne okrzyki rozlegały się za każdym upadkiem Williama; każdy z widzów gotów był upaść na kolana przed bitnym zwycięscą.
— Jakże on mnie zbije, kiedy to wszystko się skończy? — myślał sobie młody Osborne, podnosząc Williama. Lepiejbyś zrobił żebyś ustąpił, Williamie, mówił do niego — ja to przeniosłem już, przykry to był moment wprawdzie, ale już się do tego przyzwyczaiłem.
Dobbin trzęsąc się z gniewu odepchnął sekundanta i natarł czwarty raz na przeciwnika z takim pospiechem, że zmusił go do działania odpornego, nie zosta* wiając mu czasu do ataku. William był mańkutem. Jak tylko mu się udało wyprowadzić lewą rękę w pole, wymierzył dwa nader silne ciosy, z których jeden u-godził w oko nieprzyjacielskie, a drugi skrzywił nieco jego piękny nos rzymski.
Kuff pot®czył się na ziemię ku wielkiemu zdumieniu przytomnych.
— Dobrze trafił — powiedział mały Osborne z miną znawcy klaszcząc w dłonie i skacząc po za plecam swego obrońcy. — Mocną masz lewicę Figs, brawo mój chłopcze!
Od tej stanowczej chwili lewica Fings’a brała czynny i skuteczny udział aż do końca walki. Po każdym ataku Kuff padał na ziemię. Za szóstym razem głosy widzów już się podzieliły: — Brawo Figs! — wołali jedni. — Popraw się Kuff! — krzyczeli drudzy. Za dwunastym razem Kuff nieprzytomny prawie, nie był już w stanie ani bronić się, ani działać zaczepnie, Figs przeciwnie był nie wzruszony jak kwaker. Twarz blada, oczy pełne ognia, szeroka na ustach kresa, z której krew szła obficie, dawały młodemu bohaterowi wyraz dziki i wojowniczy, przejmujący strachem nieje* dnego z widzów. Nie zwyciężony Kuff gotował się sta* wić czoło po raz trzynasty.
Gdybym miał pióro Napier’a łub Bell’a opisałbym obszerniej tę pamiętną walkę. Była to ostatnia szarża starej gwardji, a raczej miała ona kiedyś w podobny sposób się stoczyć, bo działo się to jeszcze przed bitwą, pod Waterloo. Była to kolumna Ney’a, dosięgająca kolumnę de la Haie Sainte, otoczona blaskiem dwudziestu orłów i dziesięciu tysięcy bagnetów.
Kuff zrozpaczony zdobył się nareszcie na ostatnie wysilenia, ale nieubłagana, handlująca figami lewica spadła znowu na jego nos już znacznie uszkodzony, i obdahła ostatecznie walecznego przeciwnika na ziemię.
— Zdaje mi się że już ma dosyć — r — wymówił Figs, podczas gdy nieprzyjaciel leżał prawie bez życia na trawniku. Kiedy go podniesiono, po krótkiej przerwie, pan Reginald Kuff nie miał już ani słiy ani ochoty do wznowienia boju.
Cała uczniów gromada zaintonowała z takim zapałem głośne hurra na cześć i chwalę zwycięscy jak gdyby tenże był przedmiotem ogólnej sympatji od początku bitwy. Wrzawa, zamieszanie, dzikie okrzyki doszły do tego stopnia, że doktor Swishtall wybiegł na dziedziniec i zamierzał srogo skarcić Williama, kiedy Kuff przyszedłszy już do siebie i obmywając rany wystąpił naprzód i rzekł:
— To ja zawiniłem, panie dyrektorze, Figs... Dobbin nic nie winien. Ja skrzywdziłem jednego z młodszych kolegów i odebrałem za swoje.
Wspaniałomyślny ten postępek nie tylko zasłonił od kary zwycięscę, ale przywrócił zwyciężonemu wpływ i znaczenie, utracone z powodu nieszczęśliwej porażki.
Młody Osborne tak się wyrażał o tej sprawie w liście do rodziców:
„Richmond w marcu 18...
„Kochana mamo!
„Jestem zdrów czego i mamie życzę; proszę mi przysłać ciastek i pięć szylingów. Mieliśmy tu bitwę. Kuff, jak mama musi wiedzieć, był u nas królem na pensji. Mierzył się trzynaście razy z Williamem i był porządnie obity, teraz już zeszedł na wice króla. Kuff mnie bił za to, że mu rozbiłem butelkę mleka, a Figs ujął się za mną. Nazywamy go Figą, bo jego ojciec ma handel korzenny, przy Thames Street w City, Mnie się zdaje że kiedy on bił się za mnie, to wypadałoby mamie kupować herbatę i cukier u jego ojca. Kuff jeździ zawsze do siebie co sobota, ale teraz nie będzie mógł, bo ma oczy podbite. Kuff ma konika białego, na którym do domu jeździ. Ja byłbym bardzo kontent żeby papa pozwolił mi mieć także małego konika i jestem
„przywiązanym synem.
„Jerzy Sedley Osborne.“
P. S. „Proszę odemnie Emmę uściskać. Wycinam dla niej powozik z tektury.“
Po tak świętnem zwycięstwie Dobbin stanął bardzo wysoko w opinji kolegów. Przydomek Figs przestał być używanym na pośmiewisko; przeciwnie, imie to stało się odtąd bardzo popularnem w szkole. „Naprawdę, on temu nie winien że jego ojciec jest episjerem,“ mówił mały Osborne, którego zdanie miało pewne w szkole znaczenie. Odtąd uważano za rzecz bardzo niestosowną żartować — jak dawniej — z urodzenia Williama. Zupełna zmiana stosunków młodego chłopca z wszystkimi szkolnymi towarzyszami wpłynęła korzystnie na rozwój jego władz umysłowych i na postępy w naukach klasycznych. Znakomity Kuff nawet był dla niego pełen uprzejmej grzeczności, pomagał mu nieraz składać wier sze łacińskie i często bawił się z nim na przechadzce. William był wprawdzie słaby w naukach filologicznych ale za to wszyscy przyznawali mu wielką zdolność do matematyki. Pomimo że klasa jego była dosyć liczną, udało mu się jednak zająć trzecie miejsce przy ogólnem obliczaniu stopni z algebry, co mu pomogło do otrzymania nagrody publicznej. Trzeba było widzieć radość jego matki kiedy młody William brał z rąk doktora na publicznem zgromadzeniu Telemaka z napisem łacińskim: GuilelmoDobbino. Cała młodzież szkolna okazała przy tej okoliczności serdeczą sympatję młodemu koledze grzmotem tak silnych oklasków, że William Dobbin poczerwieniał i zaledwie mógł powrócić na miej sce, tak się nogi chwiały pod nim i w głowie kręciło. Ojciec Dobbina dał publicznie synowi dwie gwinee a po wakacjach sprawił mu nowe ubranie.
Wrodzona Williamowi skromność nie dozwoliła mu przypisywać swego powodzenia osobistej tylko zasłudze. Zdawało mu się że wpływy małego Osborna nie mało się do tego przyczyniły. Od tej chwili powziął on dla Jerzego stałą, niezachwianą przyjaźń, — do której tylko młode serca zdają się zdolne. Miał on zawsze do ma łego Osborna prawdziwą sympatję, ale odtąd został mu wiernym jak piesek, nieodstępnym jak Piętaszek towarzyszem. W przekonaniu William’a Jerzy łączył w sobie wszystkie przymioty; piękność, zręczność, odwaga, wspaniałomyślność, podnosiły Osborna do ideału doskonałości. William dzielił się pieniędzmi ze swoim przyjacielem i zasypywał go upominkami jak scyzoryki, pieczątki złote, ołówki srebrne, książki i ryciny z napisem: „Jerzemu Sedley Osborne, esquire, od wiernego mu przyjaciela, Wiliam’a Dobbin.“
Nic zatem dziwnego że w dzień ułożonej wycieczki do Wauxhalu, kapitan Osborne powiedział do pani Sedley;
— Chciej mi pani łaskawie wybaczyć że pozwoliłem sobie zaprosić na obiad pana Dobbina, który ma nam towarzyszyć do Wauxhalu. Jest to młody człowiek tak nieśmiały prawie jak Józef.
— Nieśmiały! cóż to ma znaczyć? rzekł urażony Józef, przeszywająe Rebekę znaczącem spojrzeniem.
— Muszę ci jednakże oddać tę sprawiedliwość, kochany Józefie — mówił dalej Osborne śmiejąc się, że Dobbin nie dorównywa ci w elegancji. Spotkawszy go w Bedfort oznajmiłem mu że miss Amelja wróciła już z pensji do Russel Square, że zamierzamy zrobić wyprawę do WauxLalu i że pani Sedley przebaczyła mu stłuczenie filiżanki z pączem na owym balu dziecinnym siedm lat temu. Przypomina sobie pani ten wypadek?
— O! pamiętam dobrze.,, suknia pąsowa pani Flamingo najwięcej ucierpiała z’niezgrabności tego chłopca. Ale też i siostry jego są bardzo niezręczne, lady Dob bin była z niemi wczoraj w Highbury; jakże one tam wyglądały!
— Alderman*) podobno ma być bardzo bogaty — rzekł złośliwie Ósborne, — ezy pani nie znajduje że byłaby to dla mnie bardzo dobra partja, gdybym się z jedną z tych panien ożenił, nieprawdaż.
— Co też ci się roi po głowie? Którażto z panien
— mówiła pani Sedley — zechciałaby mieć męża z taką żółtą twarzą jak twoja? Nareszcie alderman Dobbin ma czteraaścioro dzieci do wyposażenia.
— Ja mam żółtą twarz? Cóż pani powiesz o Williamie Dobbin, który miał trzy razy żółtą febrę, dwa razy w Nassau a raz w SainfKitts?
— To wszystko bardzo być może, ale to niezmniej sza w naszych oczach żółtości twojej cery. Nie praw-daż Emmy?
Amelja, której twarz pokryła się rumieńcem, patrzyła z uśmiechem na Jerzego, myśląc sobie w duchu że w całej armji Jego królewskiej Mośei a może i na <5ałym świecie nie ma ani jednego mężczyzny z tak bohaterską postawą i tak wdzięcznemi wąsikami,
— Powierzchowność i niezgrabność kapitana Dobbin mało mnie obchodzi — rzekła po chwili Amelja — ale nie taję się że mam dla niego wiele życzliwości.
Amelja lubiła rzeczywiście kapitana Dobbin, którego przyjaźń dla Osborna była najważniejszą tej sympatji pobudką.
— Nie jest to zapewne Adonis — dodał Jerzy Osbor * ) Urzędnik municypalny. ne — ale nie znam lepszego żołnierza, lepszego kolegi jak kapitan Dobbin.
Przed wieczorem Amelja w białej, muślinowej sukience, świeża jak różyczka, z twarzą uśmiechniętą weszła do salonu, gdzie zastała już gościa w uniformie wojskowym, okrytym galonami i z kapeluszem stosowanym w ręku. Nowoprzybyły miał za długie ręce i nogi, uszy nazbyt wystająee i odznaczał się wzrostecn niepospolitym, a nadewszystko niezręcznemi ruchami.
Był to William Dobbin, kapitan piechoty z pułku Jego królewskiej Mości.
Nikt prawie nie wiedział o jego przybyciu do Rus* sel*Square, bo zadzwonił tak nieśmiało, że na górze nie było słychać dzwonka. Dlatego to Amelja wbiegła do salonu śpiewając, a głos jej dźwięczny poszedł; prosto do serca kapitana. Ukłoniwszy się bardzo niezgrabnie William zamiast uścisnąć podaną mu białą i drobną rączkę, stał w miejscu i tak sobie rozmyślał:
— Ozy podobna żeby to była ta sama mała dziewczynka, którą tak niedawno, zdaje mi się, widziałem, kiedy mi się zdarzyło rozlać filiżankę ponczu, na parę dni przed otrzymaniem nominacji? Ozy to o niej Jerzy Osborne zamyśla? Dobry ma gust, nie ma co powie dzieć, bo piękna jak aniołek.
Kto wie jak długo zostałby zajęty rozwiązaniem po* stawionych przez siebie zapytań, gdyby kapelusz nie był mu wypadł z ręki na ziemię.
Czytelnik zna już historję William’a. Dodamy tylko że papa Dobbin, ów pogardzony episjer został alder-manem, a następnie pułkownikiem ochotniczej jazdy lek* 76 kiej, pełnym wojowniczego zapału do odparcia inwazji francuzkiej. Nie dosyć na tem, alderman i pułków* nik Dobbin, pod którego rozkazami służył stary Osbor-ne, został zaszczycony orderem pć przeglądzie wojsk, odbytym przez króla i księcia Yorku. William Dobbin i Jerzy Osborne wstąpili do pułku piechoty, który wkrótce wysłano do Indji Wschodnich i do Kanady, a na-koniec wrócił do kraju. Przyjaźń William’a z Jerzym została zawsze tak szczerą i serdeczną jak za czasów szkolnych.
Cale towarzystwo zasiadło do obiadu. Mówiono przy stole o sławie wojennej, o Wellingtonie i o najświeższych wypadkach. W owej pamiętnej epoce dzienniki były przepełnione wiadomościami o zwycięstwach, które każdy dzień prawie przynosił. William i Jerzy wiele daliby za to żeby ich imiona znalazły się tam zapisane, gdy tymczasem los nieubłagany skazywał ich na uciążliwą bezczynność, trzymając cały pułk daleko od pola zwycięstw i chwały. Taka rozmowa musiała naturalnie obudzić najży wszy entuzjazm Rebeki. Pan Józef zaś nie zaniedbywał podawać jej wszystko, co tylko było na stole, sam jadł dobrze, pił jeszcze lepiej i opowiadał ’ z ogniem historję panny Kutler i chirurga Lance i wzruszające epizody z polowania na tygrysy.
Po obiedzie rzucił się skwapliwie otworzyć paniom drzwi do salonu, wrócił jednak natychmiast na swoje miejsce przy stole i z gorączkowym pospiechem wypróżniał butelki, napełniając sobie co chwila kieliszek jeden po drugim.
— Józef ostrzy broń, szepnął Osborne do William’a.
Nadeszła nakoniec pora udać się do Wauxhalu.
VI.
Wauxhafl.
Dotąd, jak widzimy, wszystko w naszej powieści tchnie pogodą i spokojem; wypadki, przez nas opowiadane, w zwykłym po sobie następują porządku. Bo i jakże mogliśmy wejść w sferę zdarzeń nadzwyczajnych, kiedyśmy się nie wychylali jeszcze z domu uczciwego ajenta bankowego, gdzie przechadzka, śniadanie, objad i parę czułych westchnień wypełnia żywot spokojnych mieszkańców Russell Square. Wszystko cośmy dotąd powiedzieli, da się zamknąć w tych kilka wyrazach: Osborne zakochany w Amelji zaprosił jednego z dawnych znajomych na objad i na przejażdżkę do Wauxhalu. Józef Sedley kocha Rebekę. Ozy będzie posiadać przedmiot swoich westchnień? Oto właśnie co pozostaje do wyjaśnienia.
Powiedzieliśmy już że młode towarzystwo było na wyjezdem do Wauxhalu. Józef zajął miejsce na przedzie powozu obok miss Sharp, którą cisnął całym swoim ciężarem, w głębi zaś usiadł Osborne pomiędzy Amelją i kapitanem Dobbin.
Każdy był pewnym, że tego wieczora Józef zapyta Rebekę czy zechce nosić imię mistress Sedley. Rodzice nawet, jak się zdawało, nie byliby temu związkowi prze« ciwni. Ojciec Sedley zarzucał zawsze synowi próżność egoizm, gnuśność, zniewieściałość, żartował z jego pretensji i hołdowania modzie, wyśmiewał bez litości prze*
Targowisko próżności. T. I. 7 chwałki, można go było nawet podejrzywać o uczucie pogardy dla syna, i każdą w tym przedmiocie rozmowę z żoną kończył temi słowy: „Zostawię mu połowę majątku, ale pewny jestem że gdyby śmierć dziś na wet zabrała nas oboje z Amelją, ten chłopiec bez ser ca powiedziałby sobie: „Tern lepi.ej“ i nie straciłby ani na jeden dzień apetytu. Po cóż więc mam sobie krew psuć i troszczyć się zbytecznie o niego? Niech się sobie żeni z kim mu się podoba, zostawmy mu wolny wybór, nie potrzebujemy mieszać się do tego.
Amelja, z zapałem niedoświadczonej i młodej dzie wczyny, gorąco pragnęła tego związku. Parę razy Jć zef zdawał się usposobionym otworzyć przed siostrą tajniki swego serca, Amelja chętnieby te zwierzenia przyjęła; ale gdy przyszła chwila stanowcza, zawsze brakowało mu odwagi: westchnął, kręcił się i zostawiał siostrę zawiedzioną w oczekiwaniach.
W rozmowach z Rebeką, Amelja nie mogła dotykać tak drażliwego przedmiotu, ale miewała za to długie i poufne pogadanki z ochmistrzynią, mistress Blin — kinsob, która powiedziała co o tem pannie służącej, a wymówiła się przed kucharką, ta ostatnia znów przed znajomymi, tak że na milę w około Russell Square mówiono już o tem, że pan Józef ma się żenić.
Gdy pani Sedley robiła czasem uwagę że córka artysty nie była odpowiednią partją dla jej syna, och-mistrzemi Blinkinsop odpowiadała jej na to, z głębo kiem wssakże uszanowaniem:
— Albożeśmy, proszę pani, nie byli episjerami kie dy pan Sedley, wówczas tylko komisant ajenta banko wego, starał się o nas? Nie było więcej jak pięćset funtów szterlingów rocznego dochodu z początku, a przecież dzisiaj chwała Bogu, jesteśmy dosyć bogaci.
Amelja była również tego zdania, a w końcu poczciwa pani Sedley dała się jakoś przekonać.
Pan Sedley zachowywał ścisłą neutralność.
— Niech się Józef żeni jak sam chce — mówił zawsze — to nie nasza rzecz, panna nie ma posagu, to prawda; ale i pani Sedley nie była bogatszą. Tej dziewczynie nie zbywa na zręczności, potrafi więc wpłynąć na męża i dobrze nim pokierować. W każdym razie lepsza jeszcze ta, aniżeli jaka czarna pani Sedley z tuzinem dzieci orzechowego koloru.
Wszystko zdawało się sprzyjać zamiarom Rebeki, nie brakowało już nic więcej ja’k tylko prostego oświadczenia. Wówczas dopiero Rebeka uczuła prawdziwie brak tkliwej i zręcznej matki, która potrafiłaby w kil ka chwil całą rzecz zakończyć i po krótkiej rozmowie wyrwać lękliwemu kochankowi płomieniste wyznanie.
Tak stały rzeczy kiedy powóz minąwszy most West-minsterski zatrzymał się u wejścia do ogrodu królewskiego. ‘Tłum przypatrywał się z uśmiechem zadowolenia wysiadającemu pompatycznie Józefowi, który zarumienił się z początku ale zaraz potem spojrzał z dumą na Rebekę i wyginając się podał jej rękę. Jerzy prowadząc Amelję, której twarz promieniała radością i szczęściem, rzekł:
— Ty jesteś tak dobry, Wiljamie, że pewno nie odmówisz mi tego i zabierzesz szale tych pań, nieprawdaż?
Kapitan wziął szale na rękę, zapłacił za bilety przy wejściu i postępował spokojnie za resztą towarzystwa. Nie zwracał nawet uwagi na Rebekę i jej kawalera, ca zaś do Arnelji to znajdował ją tak piękną i dobrą, że zdawała mu się odpowiadać zupełnie świetnym przymiotom Jerzego. Byłoby mu zapewne przyjemniej mieć co innego aniżeli szale pod ręką, żadna przecież myśl egoistyczna nie przyszła mu nawet do głowy. I nie mogło być inaczej. Jakżeby Dobbin mógł nie czuć się zadowolonym widząc że jego przyjaciel tak dobrze się bawi? Nosił więc powierzone mu szale i patrzył na młodą parę z ojcowskiem prawie uczuciem. Nic taro zresztą nie obudzało najmniejszej ciekawości kapitana Dobbin: tysiące kolorowych świateł, liczns orkiestra, wykonywająca pod złoconym kjoskiem najpiękniejsze mełodje, śpiewacy, tańce, skoczki biegające po linie, b utelki porteru, altany i namioty gdzie sprzedawano cienko jak papier pokrajaną szynkę: wszystko to było zupełnie Willjamowi Dobbin obojętnem.
Z białym kaszmirowym szalem Arnelji na ręku, ka pitan zatrzymał się przed estradą gdzie mistress Salmon śpiewała „Bitwę pod Borodinem.“ Była to kantata na« pisana na korsykańskiego awanturnika, którego szczęście zaczynało już opuszczać. Kiedy się ztamtąd oddalał Dobbin zaczął nucić piosnkę którą Amelja śpiewała w Russel Square wchodząc do salonu, ale głos jego był tak podobny do głosu puszczyka, że nie mógł sam powstrzymać się od śmiechu.
Nasze młode pary przyrzekały uroczyście, że da końca wieczora nie będą się oddalać od całego towarzystwa, ale w ogrodach Vauxhalu tak łatwo się za błąkać, że przy wieczerzy dopiero wszyscy się zgromadzają, by wspólnie opowiadać sobie przygody całego dnia.
Jakąby tajemnicą nie były okryte przygody Arnelji i Osborna, można być pewnym że ich myśli i postępowanie było czyste i nienaganne. Byli oni zresztą przyzwyczajeni od dzieciństwa znajdować się sami z sobą tak często, że to położenie nie było dla nich nowem.
Józef i Rebeka ujrzeli się nakoniec sami w cieni stych alejach parku, spotykając tu i owdzie nowe pary, szukające również samotności. Oboje rozumieli dobrze trudność swego położenia; miss Sharp myślała nawet, nie bez trwogi, że jeżeli w tak drażliwej chwili wyznanie miłości zamrze na nieśmiałych ustach Józefa, to wszystko może być stracone.
Zatrzymali się najpierwej przed panoramą Moskwy. Tu jakiś niezgrabny niedźwiedź nastąpił na nogę Rebeki która wydawszy okrzyk boleści, rzuciła się w objęcia Józefa, żeby nie upaść na ziemię. Ten mały wypadek spotęgował czułość i zaufanie naszego bohatera do tego stopnia, że zaczął opowiadać swoje indyjskie historyjki słyszane już dziesięć razy.
— Chciałabym bardzo poznać Indje — przerwała Rebeka.
— Doprawdy? zapytał Józef z wyrazem czułości.
Nie można wątpić że to zręczne pytanie było wstę pem do innego, nierównie czulszego jeszcze; tak przynajmniej należało sądzić z przyszpieszonego oddechu Józefa i z tego drgania sercowego, które Rebeka dobrze czuła pod ręką. Gdy w tem... o niebal głośne uderzenie dzwonu dało znać publiczności że fajerwerki miały się rozpoczynać, i nasi kochankowie nie mogąc walczyć z kilkutysięcznym tłumem, zostali jak gdyby falą uniesieni ’ w stronę, gdzie wszyscy cisnęli się gwałtownie.
Kapitan Dobbin znudzony trochę, miał już wielką ochotę połączyć się przy wieczerzy z całem po warzy* stwem, przeszedł nawet parę razy obok altany, gdzie obojętnie pary już siedziały przy stole, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi. Na stole były tylko cztery na* krycia, a nasi kochankowie tak zajęli się sobą, że nikt ani pomyślał o kapitanie Dobbin, jak gdyby go nie było na świecie.
— Byłbym tu zbytecznym gościem — — pomyślał sobie, patrząc na zakochanych i odchodząc w przeciwną stronę.
W altanie przyjemna rozmowa utrzymywała przyzwoi tą swobodę i naturalną wesołość. Józef myślał że jest w najwyższym blasku potęgi, dawając nakazującym głosem rozkazy na prawo i na lewo. Przyprawiał sałatę, odkorkowywał butelki szampana, krajał pieczyste, a przytem jadł i pił zmiatając wszystko co było na stole. W końcu zaproponował rak-punch, bo któż idzie do Vauxhalu, żeby nie skosztował co to jest rak punchl
— Chłopcze I — zawołał — przynieś tu rak-punchul Komu wiadomo że Rozarnunda znalazła śmierć na dnie zatrutej czaszy, kto wie że puhar wina zabił Wielkiego Aleksandra, tego dziwić nie powinno że ów poncz był rzemienny wypadkami i wpłynął na losy głównych aktorów naszej powieści, pomimo że większa ich część nie skąpała ust w tym boskim nektarze
Panienki nie piły wcale. Osborne zaś nie lubił tego napoju, a ztąd wynikło że Józef wypił wszystko, że wpadł następnie w stan najwyższej egzeltacji i że na-koniec groziły mu bardzo niemiłe następstwa. Hałaśliwa mowa, śmiech nienaturalny i ruchy jego gwałtowne, ściągnęły mnóstwo widzów naokoło altany, co wielce zmieszało panienki. Nasz bohater zaczął już śpiewać chrypliwym głosem, raczej do beczenia niż do śpiewu podobnym i wywołał huczne oklaski całej publiczności która się pomału od muzyki do altany przeniosła.
— Brawo, mój chłopcze! Zawołał ktoś z tłumu.
— Ej do licha! czybyśmy nie mogli zobaczyć go skaczącego na linie; to byłoby zabawne; co? odezwał się głos inny.
Ten żart przeraził obie panny i oburzył’ Osborna.
— Na miłość Boga, Józefie chodźmy ztąd — powiedział — odjeżdżajmy co prędzej.
Panienki podniosły się spiesznie.
— Ozekajno, czekaj, moja luba synogarliczko. mruczał Józef, obejmując w pół Rebekę. Miss Sharp nie miała dosyć siły żeby się z jego uścisków wydobyć, co wywołało śmiech ogólny. Józef pił coraz więcej,, przymrużał oczy, przemawiał do publiczności i zapraszał na poncz wszystkich, coby mieli ochotę stuknąć się z nim kieliszkiem.
Jakiś nieznajomy, dosyć podejrzanej powierzcho« wności, przyjął zaproszenie Józefa i zbliżył się do słoiu. Osborne rzucił się żeby odepchnąć natręta, który nie okazywał skłonności do ustąpienia. Bójka zdawała się nieuniknioną, gdy na szczęście usłyszano głos: — Precz! z drogi!
Nowoprzybyły przecisnął się łatwo przez tłum ustę pujący wszędzie na widok mundura i kapelusza trój kątnego i w oka mgnieniu był już w altanie.
Dobbin — bo to był on — przechadzał się w parku i na odgłos niezwykłej wrzawy pospieszył w stronę altany.
— Na miłość Boga, Wiljamie, gdzieżeś się podział? zawołał Osborne, wyrywając mu % rąk biały kaszmirowy szal i zarzucając na szyję Amelji. Zastąp mnie przynajmniej i dopilnuj Józefa nim te panie do powozu odprowadzę.
Jos zamierzył stawić czynny opór i już się podnosił, ale Osborne jednem poruszeniem ręki obalił go na ławkę i wyprowadził damy z altany. Józef mimo silnej czkawki, posyłał w powietrzu całusy, wołając:
— Niech was Bóg błogosławi! niech cię Bóg błogo* sławi! — Potem pochwycił rękę kapitana Dobbin i płacząc rzewnemi łzami, zwierzył mu się ze swoją miło* ścią dla Rebeki, wołając że kochał szalenie tego anioła, że zadał swojem postąpieniem śmiertelny cios jej sercu, że chce ją poślubić jutro i że musi jechać natychmiast do Lambeth i zbudzić arcybiskupa jeżeliby tego prałata zastał już śpiącego.
Kapitan Dobbin, korzystając z tego, wyciągnął go z ogrodu aby jak najspieszniej niby udać się do arcybiskupiego pałacu a wsadziwszy go do powozu, odwiózł już śpiącego do domu.
Jerzy Osborne odprowadził panienki do Russell-Square bez żadnego wypadku i śmiał się szczerze z tej przygody, kiedy już wszelkie niebezpieczeństwo minęło.
Amelja spojrzała ze smutkiem na swoją przyjaciółkę uścisnęła ją, i obie rozeszły się w milczeniu udając ¡?ię na spoczynek.
— Jutro niezawodnie przyjedzie żeby się ostatecznie oświadczyć, myślała Rebeka. Nazwał mnie swoją lubą i uścisnął mi rękę w przytomności Amelji. Nie może być żeby jutro nie zrobił stanowczego kroku.
Amelja myślała podobnie, a nawet układała już sobie jak będzie drużką jaką weźmie sukienkę i jakie upominki ofiaruje przyszłej bratowej.
Biedne łatwowierne istoty! Jakże wam mało znane skutki pączul Widźcież o tem że rak-punch Wauxhalu wypity w ilości dwóch szklanek tylko, sprowadza już l niczem niezrównowany ból głowy, i że Józef Sedley dotknięty chorobą wątroby, wlał w siebie około litra tego strasznego napoju.
Dzień następny, mający przynieść szczęście Rebece i ziścić jej marzenia, był dla biednego Józefa dniem boleści, której żadne pióro opisać nie zdoła. Użycie wody sełcerskiej nie było jeszcze znanem, piwo tylko uważano powszechnie jako środek łagodzący w podobnych wypadkach/Jerzy Osborne zastał już kapitana Dobbin niosącego ratunek znakomitemu poborcy z Bog-gley Vollah, który się przewracał na sofie, jęcząc z boleści. Dwaj przyjacieli zamienili spojrzenie, w którem nie zbyt wiele malowało się współczucia. Nawet służący Józefa, zwykle poważny jak przedsiębiorca pogrzebowych obrzędów, nie mógł ukryć uśmiechu, patrząc na konwulsyjne ruchy swego pana.
— Nigdy jeszcze nie widziałem mego pana tak roz gniewanego — mówił cicho służący do Osborna chciał bić woźnicę i kto wie coby się było stało, gdyby pan kapitan nie wziął był mego pana jak dziecko na ręce i nie zaniósł do pokoju.
Na odgłos dzwonka kamerdyner Brusch pospieszył drzwi otworzyć i zameldował wchodzącego:
— Pan Hosbin!
— Jakże się masz, Sedley? — spytał nowoprzybyły.
— Ozy całe uniosłeś kości? Masz tu na dole doroż-karza z-podbitem okiem i z głową obwiązaną. Odgraża, się, że cię przed sąd zapozwie.
— O jakim pozwie mówisz? — powiedział chory głosem konającego.
— No, wszakże obiłeś go w nocy porządnie, nieprawdaż Dobbin? Stróż zapewnia że nigdy nie zdarzyło mu się widzieć tak dobrze wymierzonego uderzenia. Zapytaj kapitana Dobbin.
— Tak, to prawda — rzekł kapitan Dobbin — poczęstowałeś go takim gradem kułaków, że się dorożkarz przewrócił.
— A ten jegomość w białym surducie w Wausbaluf Czyż mu się mało dostało? — mówił dalej Hosbin. — Na honor, dzielnieś się wczoraj popisał; miałem zupełną satysfakcję patrzeć jak go okładałeśl Nigdy nie myślą łem żebyście wy cywilni mieli taką odwagę; przyznam ci się szczerze że nigdy ci w drogę nie wejdę, jak będę cię widział w różowym humorze.
— O! tak, masz słuszność, jestem straszny kiedy mnie kto zaczepi — powiedział Józef jęczącym głosem.
Wszyscy parsknęli śmiechem.
Osborne nie bardzo życzył sobie żeby członek rodziny, do której on sam, Jerzy Osborne kapitan, miał wkrótce należeć, wchodził w związek małżeński z ja kąś nieznanego pochodzenia dziewczyną, awanturnicą prawie. Postanowił skorzystać ze stanu, w jakim się Józef znajdował i odwieść go od wykonania powziętego zamiaru.
— Ozy pamiętasz piosnkę wczorajszą? — powiedział Osborne.
— Jaką piosnkę? — zapytał Jos.
— A tę sentymentalną piosenkę, po której mówiłeś: „Moja ty synogarlico“ do Róży... czy Rebeki, nie wiem jak jej na imię; wiesz, ta mała przyjaciółka Amelji.
Mówiąc to Osporne ujął^ rękę Wiliam’a i zaczął przedstawiać wczorajszą scenę, podwajając tym sposo bem cierpienia głównego jej aktora.
Kapitan Dobbin, wiedziony uczuciem litości, robił mu uwagi, na które Jerzy, przechodząc z kapitanem do drugiego pokoju i zostawiając chorego staraniom doktora Głober, tak odpowiedsiał:
— Nie widzę doprawdy dla czego miałbym go oszczędzać. Jakaś tam guwernantka rzuca na niego strzeliste spojrzenia i chciałaby go złapać jak wróbla na nitkę. Guwernantka jest potrzebną, na to się zga dzam, ale daję ci słowo że wolałbym przecież kogo innego mieć za bratowę. Prawdę mówiąc, to już i bez tej nauczycielki rodzina Sedlejów nie może się wielkimi splendorami poszczycić. Mam wyobrażenia liberalne, ale mam także trochę miłości własnej i znam obowiązki, jakie względy towarzyskie wkładają na mnie; r f *V> fr. r ’ 88 co do niej, nie powinnaby także ze swojej sfery wy chodzić. Teraz będę pilnował tego fanfarona, żeby re sztek rozumu nie utracił, a nie wiele ma do stracenia. Przestrzegałem go już parę razy że ta mała zagięła parol na niego; niechże się ma na ostrożności.
— Zapewne — mówił Dobbin z wyrazem człowieka, nie zupełnie wierzącego temu co mówi — zapewne, musisz wiedzieć lepiej od innych, że twoja rodzina należała zawsze do torysów i że jest jedną z najda wniejszych rodzin angielskich; ale...
— Chodź ze mną do Russel Square — rzekł Osbor1 ne przerywając mu — będziesz się zalecał do panny Sharb, będzie dziś zupełnie osieroconą.
Kapitan Dobbin nie dał się namówić i Osborne udał się sam do Russel square. Zbliżając się do domu, nie mógł powstrzymać śmiechu kiedy zobaczył dwie główki patrzące jednocześnie przez okna, jedną na pier-wszem piętrze, a drugą na górze.
W samej rzeczy jedno z tych st&nowisk obserwacyjnych było zajęte przez Amelję, która patrzyła w stronę skweru leżącego niedalego mieszkania Osborna, a na drugiem piętrze miss Sharb w oknie swego pokoju wyglądała niecierpliwie czy się nie zarysuje na tle zielonych klombów barczysta postać Józefa.
Osborne odpowiedział Amelji w kilku słowach stan Józefa, nie zaniedbując uwydatnić śmiesznej strony jego cierpień fizycznych. Kiedy byli zebrani w salonie, zaczął żartować z wrażeń Józefa, wywołanych wdzię« kami Rebeki i ze skutków tych ważeń.
— A.hl miss Sharb, gdybyś pani widziała go dziś rano w szlafroku czerwonym, tarzającego się na sofie w boleściach, albo pokazującego język lekarzowi Grbber..
— O kim pan mówisz? spytała Rebeka.
— Jakto o kim? Zapewne że nie o kapitanin Dob-bin, którym nie wiele zajmowaliśmy się wczoraj.
— Ah! doprawdy żeśmy bardzo źle z nim postąpili rzekła Amelja rumieniąc się — nie rozumiem jak się to stało, ale zupełnie o nim... zapomniałam.
— Oh! powiedziałaś pani wielką prawdę — mówił Osborne śmiejąc się szczerze — ależ nie można zawsze myśleć o kapitanie Dobbin, nieprawda Ameljo? Nieprawdaż miss Sharb?
— Przypomniałam sobie że pan Dobbin istnieje wtenczas dopiero, kiedy wywróeił szklankę na stole, powiedziała ozięble Rebeka.
— Dobrze, miss Sharb, ja mu to powiem — rzekł Osborne.
Podczas tej rozmowy Rebeka uczuła niedowierzanie a nawet coś na kształt nienawiści ku Jerzemu.
— Ohce bawić się moim kosztem — myślała — kto wie czy nie okrył mnie śmiesznością przed Józefem a może nawet użył intryg, jeżeli nie przemocy, żeby go zatrzymać. Józef już nie przyjdzie.
Twarz Rebeki zachmurzyła się, serce silnie bić zaczęło.
— Pan zawsze żartujesz ze mnie — powiedziała z niewinnym uśmiechem Rebeka — wolno panu, ja nie mam tu nikogo, panie Jerzy, coby wziął mnie w obronę.
Po tych słowach Rebeka odeszła, Osborne zrozu« miał dobrze pełne wymówek spojrzenia Amelji i zdawał if t r f się żałować że jej przyjaciółkę zasmucił, ale po chwili dodał
— Ty jesteś bardzo dobra i nadto pobłażliwa, moja droga Ameljo, brakuje ci mojego doświadczenia, bo nie znasz zupełnie świata. Twoja przyjaciółka powin* naby rozumieć że nie należy jej wychodzić ze swojej sfery.
— Więc myślisz, że Józef...
— Nie wiem nic zupełnie, wierz mi; Józef może postąpić jak mu się pudoba, to do mnie nie należy. Ale to wiem tylko że jest bardzo lekkomyślny, niezmiernie próżny, i że postawił wrczoraj „swoją małą synogarliczkę“ w nader fałszywem i niemiłem położeniu.
Osborne śmiał się tak szczerze ze swego żartu, że jego wesołość udzieliła się Amelji.
Józef nie pokazał się tego dnia. Amelja ze zręi cznością wytrawnego dyplomaty wynalazła pretekst żeby posłać do brata, dowiadując się o jego zdrowiu i prosząc o przysłanie dawno już obiecanej książki. Groom przyniósł odpowiedź, od służącego otrzymaną, że pan Józef leży w łóżku i że doktor jest przy nim w tej chwili.
— Przyjdzie jutro myślała Amelja. Obie przyjaciółki nie dotykały, w rozmowie tego drażliwego przedmiotu. Nazajutrz rano, kiedy siedziały w salonie zajęte pisa-niem listów i czytaniem romansów, Sambo wszedł przyspieszonym jak zwykle kroki em, niosąc paczkę w ręku i list na tacy.
— List od pana Józefa Sedley, powiedział.
Amelja otworzyła list i czytała co następuje:
„Moja kochana Ameljo!
„Posyłam ci żądaną książkę. Stan mego zdrowia nie pozwolił mi być u was wczoraj. Dziś wyjeżdżam do Obeltenham. Uproś odemnie miss Sharb żeby ze chciała mi darować i zapomnieć wszystko co mogłem jej powiedzieć przy tej nieszczęśliwej wieczerzy. Jak tylko mi się polepszy — bo zdrowie moje silnie nad* werężone — pojadę na kilka miesięcy do Szkocji.
Twój na zawsze Józef S.
Wszystko b)ło stracone. Amelja nie śmiała podnieść oczu na bladą twarz Rebeki, opuściła list na kolana przyjaciółki i wyszła do swego pokoju, nie mogąc dłu-żej od łez się powstrzymać.
Ochmistrzyni Blenkinsop przybiegła natychmiast że by biedne dziecko pocieszyć i uspokoić.
— Nie ma czego tak bardzo smucić się i płakać nie chciałam dotąd nic mówić, ale nikt w całym domu nie lubi tej panny, od czasu jak się dała lepiej poznać. Ileż to razy schwytałam ją czytającą listy samej pani. Pinner mówi że nie raz ją w7idzi jak przewraca po wszystkich biurkach, szufladach i pudełkach a nawet zaręcza że włożyła białą szarfę panienki do swojej walizy.
— To ja dałam jej tę szarfę, sama jej dałam! — wołała Amelja, której zapewnienia nie zdołały zmienić opinji, jaką ochmistrzyni miała o Rebece.
— Nigdy nie wierzę tym guwernatkom — mówiła później Blenkinsop do służącej Pinner — bo to ani wilk, ani owTca. Zawsze się im chce udawać wielkie panie, a często mniej są od nas płatne.
Z wyjątkiem Amelji, wszyscy w domu byli pewni że bliski odjazd Rebeki już nieunikniony. Pomału i biedna Amelja musiała się zgodzić z tą smutną koniecznością. Nie było szafy i komody, którejby Amelja nie przewróciła, wyjmując koronki, aksamitki, szarfy, chusteczki jedwabne i układając coraz to nowy pakiecik dia swojej nieodżałowanej przyjaciółki. Przypomniała nawet ojcu że jej obiecał dać tyle gwineów ile miała lat i prosiła go żeby jej pozwolił oddać te pieniądze Rebece, która nierównie więcej potrzebowała od niej.
Nawet Jerzy Osborne me wymawiał się od nało* żonego przez Amelję podatku i poszedł na Bond-Street kupić najpiękniejszy kapelusz dla Rebeki.
— Oto upominek od Jerzego dla ciebie, moja droga Rebeko — powiedziała z dumą Amelja — patrz jaki on ma dobry gust. Poczciwy Jerzy; nie ma równego mu na świecie!
— Oh, nie ma równego mu na świecie — powté rzyła Rebeka — bardzo mu jestem wdzięczna.
W myśli zaś mówiła sobie: „NTikt inny tylko Jerzy Osborne przeszkodził mi wyjść za Józefa.“ Zbytecznein byłoby mówić tu o uczuciu, jakie Rebeka żywiła dia Osborna.
Z twarzą zupełnie wypogodzoną zajęła się pakowaniem rzeczy i bez oporu dała się uprosić żeby przyjąć podarunki Ameiji. Zapewniła panią Sedley o wiecznej swojej dla niej wdzięczności, ale umiała być umiarkowaną w podziękowaniach, zauważywszy że pani Sedley przyjmowała je dosyć chłodno, a nawet zdawała się jej unikać. Pocałowała z uczuciem rękę pana Sedley i prosiła go żeby pozwolił jej uważać się zawsze jako najlepszego opiekuna. Było ooś tak tkliwego w jej po* korze, że pan Sedley uczuł się usposobionym dać weksel na dwadzieścia funtów szterlingów, ale przytłumił ten popęd wspaniałomyślny, bo powóz czekał już na niego; miał tylko czas powiedzieć Rebece:
— Niech ci Bóg pomaga, moje dziecko! Nie zapo, minaj, że zawsze znajdziesz tu dobre przyjęcie.
Potem wsiadł spiesznie do powozu mówiąc:
— James, masz mnie zawieść do Mausion House.
Godzina rozstania bolesnego dwóch przyjaciółek wybiła. Tu nastąpiła scena, w której jedna rola była prawdziwą, druga zaś z mistrzowskim odegrana talentem: Czułe pieszczoty, gorące łzy, flakon z octem trze źwiącym i uroczyste przysięgi wiecznej przyjaźni, obok szczerych i serdecznych uczuć Amelji.
Rebeka zanosząc się od płaczu, opuściła nakoniec Russell Square.
VII.
Sir Crawley z Crawley-la-Reine.
W roczniku dworskim z roku pańskiego 18.., pod literą 0., widzimy zapisane następujące nazwisko: Ora* wley (sir Pitt), baronnet, Great-Gaunt-Street et Crawley-la Reine (Hants). Szanowne to nazwisko znajdowało się zawsze na liście kandydatów zalecających się wyborcom tej okoiicy.
O miasteczku Crawley la Reine takie krąży podanie: Królowa Elżbieta w jednej ze swoich podróży zatrzy mała się w Crawley na śniadanie. Właściciel ówczesny tej mieściny postawił na królewskim stole tak wyborne piwo, że Jej królewska Mość na znak swego ukonten-
Targowisko prużuości T. I 8 towania obdarzyła miasteczko prawem wysyłania dwóch deputowanych do parlamentu. Dla uwiecznienia tego pamiętnego wypadku miasto nazywało się odtąd Gra wleyla-Reine i tę nazwę do dzisiejszych czasów przechowało. Ludność okolicy została tąż samą jak za krć lowej Elżbiety i Crawley liczono już do rzędu upadłych strupieszałych miasteczek, co nie osłabiało przecież logicznego argumentu z jakim sir Pitt Crawley miał zwyczaj występować:
— Niech sobie będzie strupieszałe, ale mi zawsze tysięc pięćset funtów szterlingów dochodu rocznego przynosi!
Sir Pitt Crawley, imiennik znakomitego męża stanu, był synem Walpole-Crawley’a, pierwszego baroneta i kancelarza za panowania Jerzego II, obwinionego o kradzież grosza publicznego, jak tylu zacnych i wysokich w owej epoce dygnitarzy. Zbytecznem byłoby dodawać, bo któż o tem nie wie — że Walpole Crawley był synem John’a Churchill-Crawley, jednego z najsławniejszych jenerałów z czasów królowTej Anny. Wielki obraz zawieszony w sali jadalnej przedstawia współczesnego królowej Elżbiecie Crawley’a w zbroi; z brzucha tego rycerza rozchodzą się konary drzewa genealogicznego obciążone i kończące się na wspomnianym wyżej ba-ronecie sir Pitt Crawley, umieszczonym na jednej linji ze swoim bratem, wielebnym Bute Crawley, rektorem w Crawley Snailby.
Złożywszy już w mogile jedną żonę — Gryzeldę, szóstą z kolei córkę lorda Binkie i kuzynkę Dundasa, która mu zostawiła dwóch synów, sir Pitt poprowadził do ołtarza Różę, córkę Groftona z Mudbury. Nieoceniona ta połowica obdarzyła go dwiema córkami, których wychowaniem miała się zająć znana już nam dobrze miss Rebeka Sharp. Widzimy więc że nasza bohaterka będzie miała teraz daleko świetniejsze pole aniżeli w Russel-Square do rozwinięcia swoich dyplomatycznych zdolności.
List po francusku napisany do Rebeki przed jej wyjazdem z Russell Square, brzmiał jak następuje: „Sir Pitt Crawley prie miss Sharp et ses bas gages d’être issis mardi, car je m’en vas à Orawley-la Reine demain de bonheur.
„Great Gaunt’Street.“ Pożegnawszy Amelję Rebeka — zaledwie powóz ruszył — mogła się już obejść bez chustki użytej przed chwilą do ocierania łez. Główną jej myślą teraz było wyobrazić sobie jak może wyglądać baron, bo o ile sięgała pamięcią, nigdy jeszcze nie widziała nikogo coby ten tytuł nosił.
— Ciekawam — myślała sobie — czy nosi on jaki galonik albo wstążeczkę, a może to prawo wyłącznie tylko lordom służy. Zawsze jednak musi być wytwornie ubra« ny, a kto wie nawet czy nie nosi jakiego galowego dworskiego stroju. Włosy ma zapewne upudrowane i bogato haftowane mankiety. Wyobrażam sobie dumną postawę barona, który mnie pewnie z pogardą traktować będzie. Cóż robić, potrzeba będzie znosić cierpliwie; przynajmniej będę w wyższem towarzystwie, a nielw^tem kramarskiem nieznośnem kółku?
Zwracając się myślą do Józefa i do mieszkańców 96
Russell-Sbuare, Rebeka znalazła w sobie nie mniej ii* lozofji jak lis Lafontaina, patrzący na zawieszone wy soko winogrona,
Minąwszy Shiverly-Square, powóz zatrzymał się na ulicy Great Gaunt-Street, przed wielkim domem bardzo ponurej powierzchowności. Po nad głównem wejściem widać było jakiś herb, tę nieodbitą starych domów ozdobę, okiennice pierwszego piętra były szczel nie zamknięte, wyjąwszy sali jadalnej, gdzie można było dostrzedz stare dzienniki, pokrywające starannie brązy u okien.
Woźnica nie spieszył się zejść z kozła, ale poprosił jakiegoś chłopca z ulicy żeby zadzwonił. Natychmiast ukazał się ktoś we drzwiach w płóciennych spodniach,, w poplamionej kamizelce i wypłowiałym krawacie, Głowę miał zupełnie nagą, twarz szeroką i bez wyrazu, oczy błyszczące, a usta zawsze wykrzywione.
— Ozy tu mieszka sir Pitt Crawley? zapytał go John nie ruszając się z kozła.
— Tak jest, odpowiedział tamten.
— Potrzeba wziąć rzeczy z powozu.
Zdejmuj je sam.
— Widzisz przecie że nie mogę koni zostawić. Bierz no się do roboty a prędzej; panienka za to da hojnie na piwo — dodał śmiejąc się złośliwie.
Rebeka nie dała nic sługom wyjeżdżając z Russel Square, nie można się zatem dziwić że nie miała u nich wielkiego miru.
Jak gdyby tknięty argumentem woźnicy łysy jego mość wyjął ręce z kieszeni, wziął walizę na plecy i wniósł do domu.
— Proszę drzwiczki otworzyć i zabrać ten szal i koszyk — wołała zniecierpliwiona miss Sharp; potem zwracając się ze złością do woźnicy:
— Pan Sedley będzie o wszystkiem uwiadomiony, napiszę umyślnie do niego i opowiem jakiego grzecznego doznałam obejścia.
— Nie gniewaj się. moja panieneczko — odpowiedział John. — Panienka nic nie zapomniała, nieprawdaż? Sukienki panny Melji są także? One były przeznaczone dla służącej wprawdzie, ale przydadzą się panience. A proszę zamykać dzwiczki od powozu. Hm! Nie od niej możnaby się czego spodziewać — mówił dalej John, pokazując palcem Rebekę, Dobrego złapaliście ptaszka!
To mówiąc zaciął konie i długo jeszcze mruczał nie mogąc darować Rebece, że zabrała suknie, jakie miała dostać służąca, dla której John nie był obojętnym.
Postępując za swoim łysym przewodnikiem Rebeka weszła do sali jadalnej. Wszystko tu było w nieładzie, świadczącym że apartament ma zostać na długi czas osierocony przez wyjazd mieszkańców. Sprzęty nawet, zdawało się, nosiły wyraz smutku i żałoby. Dosyć duży dywan leżał zwinięty pod stołem, do którego dotykała ogołocona serwantka; szare perkalowe powłć* czki pokrywały meble, firanki zdjęte z okiem leżały złożone na sofie, pająk, lustra i obrazy muszlinem i papierami starannie były pokryte; krzesła ustawione jedne na drugich nogami do góry, wyglądały niby barykady, na kominie parę talji starych kart, a w ciem nym kącie sali popiersie marmurowe gospodarza domu, smutnie spoglądało na obnarzoną posadzkę.
Obok komina stały dwa krzesła wyplatane słomą i prosty stolik kuchenny, na którym widać było chleb, ser. trochę porteru w butelce i lichtarz ołowiany.
— Pani zapewne już po obiedzie, ale może trochę piwa?
— Gdzie jest sir Pitt Orawley? zapytała Rebeka, mierząc dumnem spojrzeniem łysego jegomościa.
— Hil hi! ja sam jestem sir Pitt Orawley, Należy mi się coś od pani za zniesienie walizy. Hi! hi! Za pytaj pani mistress Tinker, jeżeli mi pani nie wierzysz, Mistress Tinker, prezentuję ci pannę guwernantkę, Miss Rharb, oto jest moja gospodyni, rzekł wskazując na wchodzącą kobietę i biorąc od niej fajkę i tytoń, po który ją posłał.
— A gdzież reszta? zapytał, siadając przy kominku, dałem ci na tytoń trzy sztuki po sześć lijardów każda.
— Oto są — odburknęła mistress Tinker, rzucając na stół parę drobnych monet. Ozy to przystoi baronowi trząść się nad każdym lijardem!
— Jeden lijard dziennie, to znaczy siedm szelyngów rocznie, co już jest procentem od siedmiu gwinei. Z lijardów przecie, moja Tinker, składają się gwineje.
— Tak, tak, moja panienko, to jest sir Pitt Orawley we własnej osobie; nikt lepiej od niego nie umie liczyć lijardów — dodała, marszcząc brwi Tinker — da się on prędko poznać panience.
— Pomimo tego pewny jestem że na względy pani potrafię zasłużyć — powiedział z grzecznością starego* szlachcica. Przedewszystkiem jestem sprawiedliwy a wspaniałomyślność idzie potem.
— O! prawda — mruczała Tinker — nigdy w życiu nie dał nikomu choćby na obwinięcie palca.
— I nie mam nawet tego zamiaru na przyszłość: to się sprzeciwia zupełnie moim zasadom. — Przynieś sobie krzesło z kuchni, moja Tinker, jeżeli masz ochotę usiąść; będziemy przy wieczerzy gawędzić.
Mówiąc to baronnet sięgnął widelcem do garnka, wyjął kawałek mięsa z cebulą, przedzielił sumiennie na dwie połowy i wziąwszy swoją część, podał drugą mistres Tinker.
— Bo to widzi pani — mówił do Rebeki — — jak mnie tu nie ma, to zostawiam pieniądze na żywność mistress Tinker, a kiedy jestem w mieście, to już i ona stołuje się razem Ah, jakże to dobrze że miss Sharp nie jest głodną, nie prawdaż, Tink?
I oboje zaczęli zawzięcie ogryzać kości.
Po wieczerzy sir Pitt (Jrawlej wypalił fajkę, a kiedy się zupełnie zmierzchło, zapalił kawałek łojowej świecy i wyjąwszy z kieszeni ogromny zwój papierów, zaczął je układać na stole.
— Przyjeżdżam tu od czasu do czasu dla załatwienia niektórych interesów prawnych — mówił przeglądając papiery — i temu właśnie zawdzięczam, że będę miał jutro tak miłą towarzyszkę podróży.
— Zawsze ma pełno procesów — dodała Tinker, nalewając sobie piwa.
— Pij, pij i nie wstydź się, rzekł gospodarz domu. O! tak Tinker ma słuszność; nikt może w całej AngljL nie przegrał i nie wygrał więcej odemnie procesów. Dosyć jest rzucić okiem na to, co mam z pod ręką: Orawley, baronnet, przeciw Snaffle. Prędzej stracę moje nazwisko Pitt’a Orawley, aniżeli przegram tę sprawę.
— Podder et Comp. przeciw baronnetowi Orawley, u-rząd kontroli gminny Snallby przeciw baronnetowi i Orawley. Niechże będą mądrzy i dowiodą mi że ten grunt nie jest moją własnością, kiedy on należy do gminy tak jak do pani albo do Tinker. Muszę im dać dobrą naukę choćby mnie to tysząc funtów szterlingów kosztować miało Przypatrz się pani tym papierom, jeżeli to ci przyjemność robi. Czy masz pani piękne i czytelne pismo? Będę nieraz potrzebować pomocy panny Sharp jak przyjedziemy do Crawley-la Reine, teraz szczególnie, kiedy moja pani umarła.
— Nie wiele więcej była warta od niego — dodała Tinker; zawsze w zatargach i kłótniach z kupcami, kiedy przyszło do rachunków, a w przeciągu czterech lat zmieniła czterdzieści ośm sług.
— Czy tak była skąpa? — spytała naiwnie Rebeka.
— Dla mnie to była prawdziwa perła; przy pomocy nieboszczki mogłem się był obejść bez plenipotenta.
Rozmowa przybieraia coraz poufniejszą barwę. Była to dobra sposobność dla nowoprzybyłej poznać w pra-wdziwem świetle wszystkie przymioty i wady gospodarza domu, który nie zadawał sobie pracy żeby się z czemkolwiek ukrywać. O sobie opowiadał bez końca, używając na przemian mowy człowieka światowego i djalektu ludowego, jakim mówiono w okolicy Hampshire.
Nadeszła godzina spoczynku.
— Pani będziesz spać dziś ze starą Tinker — mówił sir Pitt do Rebeki — macie łóżko szerokie, dwie osoby wygodnie spać mogą; lady Orawley na niem umarła. Dobra noc.
Sir Pitt odialit się zalecając usilnie, Rebece żeby była gotową na piątą godzinę z rana. Mistress Tinker, z lichtarzem w ręku, przeprowadziłem uroczyście Rebekę przez długi szereg salonów i zatrzymała się na koniec w pokoju, w którym lady Orawley po raz osta* tni usnęła. Grobowa powierzchowność tej komnaty nasuwała nie tylko myśl że lady Orawley wyzionęła w niej ducha, ale można było nawet myśleć że duch jej nie przestał dotąd tam zamieszkiwać. Rebeka zaglądała ciekawie we wszystkie zakątki, odmykała szafy, wysuwała szuflady, wąchała próżne flakony, przypatrywała się najnędzniejszym malowidłom porozwieszanym po ścianach, korzystając z tego że stara Tinker zatopiona w pobożnych modlitwach, zdawała się nie zwracać na nią uwagi.
— Nie chciałabym za nic — mówiła Tinker skończywszy pacierze — zasnąć na tem łóżku, nie zrobiwszy pierwej rachunku sumienia.
— Ten pokój wygląda doprawdy — odrzekła Rebeka
— jakby w nim było ze dwanaście upiorów. Opowiedź-cie mi wszystko co tylko wiecie o lady Orawley, jej mężu i o całej rodzinie; wszystko tu wydaje mi się bardzo interesujące, moja kochana mistress Tinker.
Ale stara Tinker nie łatwo dawała się wyprowadzić w pole, zrobiła więc uwagę że do łóżka idzie się dla tego żeby spać, ale nie po to żeby rozmawiać. Jakoż stwierdziła czynem słuszność tej uwagi, bo obróciła się do ściany i w tej chwili prawie rozległo się silnie chrapanie, dające chlubne świadectwo o czystości jej sumienia.
Rebeka długo usnąć nie mogła mnóstwo myśli tłoczyło się jej do głowy. Nowy świat otwierał się przed nią; czy znajdzie w nim świetne powodzenie, o jakiem zawsze marzyła? Co jej nie dalekie jutro przyniesie? To i tym podobne pytania nasuwały się nieustanie jedne po drugich. Dogorywająca świeca, postawiona w miednicy słabe rzucała światło. Cień wystającego komina zakrywał w połowie kanwową robotę starannie w ramy oprawioną — zapewne to praca nieboszczki milady — i padał na dwa portrety młodych chłopczyków; jeden w szkolnym, drugi w wojskowym mundurze.
Zasypiając prawie miss Sharp myślała jeszcze który tych dwóch młodych ludzi śnić się jej będzie.
Nazajutrz ranek był tak piękny, że nawet mury starego domu przy Great Gaunt Sreet mniej ponurą niż zwykle miały fizjognomię. Wierna Tinker obudziła swoją sąsiadkę o czwartej, odsunęła rygle od drzwi wcho* dowych i wyszła na ulicę, wracając po chwili powozem. Zbytecznem byłoby mówić tu o zawodzie doznanym przez dorożkarza, który wyjechał tak rano w nadziei że jakiś bon vivant z ociężałą głową i osłabionemi no* gami, zabawiwszy się w mieście za długo, każe się odwieść do domu i dobrze zapłaci. Sir Pitt Crawley, w towarzystwie Rebeki, kazał się zawieść na stację dyliżansów, ale wierny swojej zasadzie, głuchy był na wszelkie reklamacje dorożkarza, grożącego że pudelka miss Sharp wrzuci do Tamizy, że proces wytoczy itp. nieulękniony sir Pit nie dał ani grosza nad to, co mu się wydawało słusznem.
Nie będziemy opisywać szczegółów podróży, powiemy tylko nawiasem, że miss Sharp skarżyła się na gorąco w karetce i zmuszona była usiąść w kabrjolecie obok młodego studenta z Cambridge, który ją swoim płaszczem i szalem od chłodu rannego a następnie od deszczu bronił.
Nasi podróżni wysiedli szczęśliwie w Crawley la-Reine.
VIII.
Miss Rebeka Sharp do miss Ameiji Sedley.
„Moja najdroższa Amelko!
„Z uczuciem radości biorę pióro do ręki, żeby po-mówić z tobą, a jednak serce moje nie jest wolne od smutku. Jaka zmiana od wczoraj 1 Dziś jestem sama oddalona od jedynej jaką miałam w życiu przyjaciółki, kiedy wczoraj jeszcze byłam w gronie jak gdyby mojej własnej rodziny i cieszyłam się tkliwem przywiązaniem siostry, której nigdy kochać nie przestanę I „Nie będę ci mówić o łzach wylanych w nocy bezsennej przepędzonej daleko od ciebie, mój aniele. Po cóż miałabym cię zasmucać? Myślałam o tobie z rozkoszą, wiedząc że właśnie w tej chwili uśmiechnięta i szczęśliwa, w towarzystwie matki i młodego narzeczo nego, byłaś na balu u pp. Perkins. Wyobraźnią przedstawiałam sobie ciebie w tańcu, piękną jak anioł; bo jestem przekonaną że byłaś najpiękniejszą z wszystkich królową balu.
„Woźnica wasz zawiół mnie starym powozem do domu pana Pitt Crawley, nie szczędząc mi w drodze obelg i impertynencji. Bo i częgoż, niestety, mógł się obawiać, urągając ubóstwu i niedoli 9 Sir Pitt umieścił mnie w niezmiernie ponurym i opuszczonym pokoju; musiałam dzielić łóżko z jakąś straszną kobietą, która pilnuje domu. Przez całą noc nie zamknęłam oczu.
„Sir Pitt w niczem nie podobny do tych baronów o których stworzyłyśmy sobie pojęcie z romansów czytanych ukradkiem w Ohiswick-Mall. Wyobraź sobie małą niepokaźną figurkę, w łatanych i poplamionych sukniach, z obrzydliwą fajką w ustach, zajętą gotowaniem wie czerzy, niezbyt — jak się domyślasz — zachącającej do jedzenia. Mówi jakiemś góralskiem narzeczem, wymyśla klucznicy i złorzeczy woźnicy, nie dobierając bynajmniej wyrażeń. Przyznaj sama że to nie typ Lowelasa.
„Stara ochmistrzyni obudziła mnie o świcie. Przybywszy na stację omnibusów, zajęłam miejsce wewnątrz powozu, ale zaledwie dojechaliśmy do Mudbury, gdzie właśnie deszcz ulewny zaczął padać, musiałam się przesiąść na miejsce odkryte i ustąpić jakiemuś znajomemu pona Pitt, który jest jednym ze współwłaścicieli omnibusa. Gdyby nie uprzejmość mojego sąsiada, studenta z Cambridge, który mnie okrył płaszczem, byłabym przemokła do nitki.
„Ten młody człowiek i konduktor żartowali ciągle z pana Pitt, którego, zdaje mi się, dobrze znają. To co o jego skąpstwie i chciwości mówili, przechodzi wszelkie wyobrażenie. Na dwóch ostatnich stacjach sir Pitt usiadł na koźle obok konduktora, a to dla tego żeby pomału jechać i oszczędzać koni, które na tej przestrzeni do niego należą.
„Młody student odgrażał się że nie będzie żałować bata jak usiądzie na koźle w Sąuashmore. Spisek knowany z konduktorem przeciw grzbietom końskim — że by się zemścić na baronie, który według nieb, nigdy nikomu nic nie dał — bawił mnie nie mało.
„Na stacji w Leakington. położonej o cztery mile od Orawley la Reine, cztery piękne konie i powóz z herbami barona czekały już na nas. Przejechaliśmy cały park i długą aleję ciągnącą się milę przynajmniej, i zatrzymaliśmy się przed wielką bramą, której kolumny są ozdobione rzeźbami przedstawiającemi węża i zatrzy* maliśmy się przed wielką bramą, której kolumny są ozdobione rzeźbami przedstawiającemi węża i gołębicę na tarczy herbowej. Są to, jak mi mówiono, rodowe godła Orawlejów. Przypomniała sobie nienawistną mi bramę żelazną w Chiswick bardzo do tej podobną. Kobieta, która ją otwierała, oddała nam z dzięsięć ukłonów, jeden niższy od drugiego.
„Aleja: mająca milę długości! zawołał sirr Pitt. Szereg tych drzew przedstawia ni mniej ni więcej jak sześć tysięcy funtów szterlingów dobrego budulcu! To nie źle; co?
„Zapomniałam ci powiedzieć że sir Pitt wziął do swego powozu w Laekington jakiegoś strasznego ory» ginała, pana Hodson, z którym rozmawiał ciągle o licytacjach, dzierżawach, irrygacjach, publicznych sprzedażach i t. d. czego zupełnie zrozumieć nie mogłam. Była tam mowa o jakimś Samuelu Miles, złapanym kiedy polował w lesie pana Pitt, to znowu o Piotrze Bailey odesłanym do domu przytułku dla ubogich; musiał to być jakiś dzierżawca nie będący w stanie wypłacić należytości, bo sir Pitt mówił:
— Tem lepiej że się już raz pozbyłem tej rodziny szachrajów, A co to było zawsze z nimi kłopotu jak przyszedł termin wypłaty I
„Nie daleko od drogi zobaczyłam wysmukłą dzwon nicę, zakrytą w części Btaremi dębami a tuż przy niej na pięknej zielonej łące wznosił się stary czerwony dom, którego dach i kominy były pokryte, prawie gęstym bluszczem i powojem a okna jasno błyszczały od promieni słonecznych.
— To zapewne musi być kościół9 — zapytałam.
— Tak, to pudełko na... stare szpargały! — odpowiedział mi sir Pitt. A propos, Hodson, jak się ma stary osioł? Ja tak nazywam mego brata Butę, który tu jest pastorem. Ha! ha! ha l
Hodson śmiał się także, ale przybierając nagle wyraz poważny, odpowiedział potrząsając głową:
— To prawdziwe utrapienie jak ten człowiek trzyma się dobrze. Wczoraj, na przykład objeżdżał pole konno.
— Musiał odbierać przytem zalegle wypłaty — powiedział sir Pitt, a potem dodał: Niech go dj... wezmą! to silna bes... że go i kijem nie dobijesz. To drugi... jakże on się nazywał ten stary... Matuzalem.
Hodson trzymał się za boki od śmiechu, w końcu uspokoił się i tak dalej mówił:
— Chłopcy są teraz na wakacjach, napadli wczoraj na biednego John’a Scrogins i tak go zbili, że ledwo żywy wrócił.
— Jakto! mojego leśniczego? krzyczał ze złością sir Pitt.
— Za to że go złapali na grancie należącym do plebanji — dodał Eodson.
Sir Pitt trzęsąc się z gniewu przysięgał że jeżeli wpadną mu w ręce w iego lesie to sam szatan nie zasłoni ich od jego zemsty. Nakoniec tak się odezwał:
— Sprzedałem, jak wiesz, prezentę na probostwo i ręczę ci Hodson, że żaden z członków tej rodziny nigdy się tam nie utrzyma?
Pan Hodson znajdował że sir Pitt jest w swojem prawie, a ja widzę ztąd że bracia są z sobą jak pies z kotem, co zresztą nieraz i między siostrami bywa. Pamiętasz w Chiswick Mail dwie siostry Scratchley? Zawsze toczyły z sobą zawziętą walkę, w której Marja Box wymierzała Luizie dotkliwe razy.
Zbliżając się do domu spostrzegliśmy dwóch chłopczyków zbierających suche gałęzie w parku. Powóz za trzymał się a pan Hodson rzucił się na dzieci z rozkazu pana Crawley.
— Ściągnij ich dobrze po plecach — wołał tenże
— a nie wypuszczaj tylko tych małych łotrów! Ja im pokażę, jeżeli — nie wiedzą, gdzie jest więziennie, jakem sir Pitt Orawley.
Jednocześnie słychać było uderzenia, spadające na grzbiet biednych dzieci, za lewających się łzami. Sir Pitt widząc że złoczyńcy są w dobrym ręku, kazał woźnicy dojechać do domu.
Wszyscy słudzy czekali już przed gankiem na nasze przybycie i....................................
„W tem miejscu gwałtowne stukanie do moich drzwi wczorajszej nocy, zmusiło mnie przerwać to pismo. Czy domyślasz się ktoby to był w tak niezwykłej; porze? Oto nikt inny, jak tylko sir Pitt Crawley. W szafroku i w nocnej czapeczce, nie zważając na mój krzyk, zbliżył się do mnie i zabierając świecę rzekł:
— O jedenastej godzinie w nocyj wszystkie światła w domu powinny być pogaszone. A teraz, miss Becky, możesz się rozebrać bez świecy. Jeżeli nie chcesz, mała figlarko (tak mnie zawsze nazywa) żebym przychodził co wieczór gasić świecę, to staraj się zawsze położyć jak tylko jedenasta wybije.
— Ma się rozumieć że na przyszłość tak się urządzę żeby nowych odwiedzin uniknąć. Wyszedłszy ztąd poszedł spuścić z łańcucha dwa ogromne“ buldogi, których szczekanie przez całą noc nie ustawało.
„Obszerna sala, przeznaczona do wielkich uroczy* stości, zajmuje środek domu, a raczej ogromnej stodoły z czerwonych cegieł, z wysokim dachem i z piętrzącemi się kominami. Sala ta, z wyjściem na tarasę, smutniejsza jest niewątpliwie od tej, której opis czytaliśmy w Tajemnicach Udolfa. Ognisko komina tak wielkie, że możnaby w niem połowę panienek z pensji miss Pin kerton wygodnie ustawić. Rożen zaś tak potężnych roz* miarów, że możnaby śmiało całego wo*u upiec. Na ścianach wiszą portrety przodków pana Pitt Crawley jedni z brodami, drudzy w perukach, kobiety w wą skich opiętych sukniach, sztywne jak wieże, z lokami spadającemi na szyję. Gorsetów nie widziałam wcale.
„W jednym końcu sali wznoszą się czarne, dębowe dziwnie niezgrabne schody, z przeciwnej strony wielkie drzwi, ozdobione głowami jeleniem, prowadzą do sali bilardowej, do bibljoteki, do wielkiego salonu z żółtem obiciem i do pomniejszych pokojów mieszkalnych. Na pierwszem piętrze naliczyłam do dwudziestu sypialnych pokojów; w jednym z nich pokazują jeszcze łóżko, na którem spała królowa Elżbieta.
„Moje uczennice oprowadzały mnie wszędzie.
Okua szczelnie pozamykane, a ztąd brak światła, na daje temu domowi tak ponurą fizjonomję, że przy ka żdem otwarciu wewnętrznych okiennic spodziewałam się jakieś widmo zobaczyć.
„Mój pokój znajduje się na drugiem piętrze i z jednej strony dotyka do sypialnego pokoju moich u-czennic, a z drugiej do gabinetu, w którym się lekcje odbywają. Dalej jest apartament starszego z synów pana Pitt, którego nazywają zwykle sir Crawley, a następnie są pokoje młodszego syna, pana Rawdon Crawley. Ten ostatni jest wojskowym, (tak jak ktoś z naszych dobrych znajomych) i jest obecnie przy swoim pułku. Możnaby tu wygodnie pomieścić wszystkich mieszkań-cow z Russell Square i jeszcze zostałoby wiele wol° nego miejsca.
„W pół godziny po naszem przybyciu zadzwoniono na obiad, Moje uczennice towarzyszyły mi do sali. Są to małe jeszcze dziewczynki; jedna z nich ma dziesięć lat, a druga ośm zaledwie. Miałam na sobie muślinową
Ta g>wisko próżności. T. I. 9’ sukienkę, którą od ciebie dostałam, czego mi niegodziwa Pinner darować nie może. W powszednie dnie uważają mnie tu jako osobę należącą do rodziny, a kiedy są goście na proszonym obiedzie, to ja i moje uczennice jadamy u siebie.
„Dzwonek, jak ci powiedziałam, oznajmił że obiad na stole. Wszyscy zebrali się w małym saloniku lady Crawley, drugiej żony pana Pitt i matki moich uczeń nic. Jest ona córką kupca i ma tę wadę że nie może zapomnieć swoich minionych wdzięków. Zawsze blada chuda, ramiona wysokie, a mówi tak niewyraźnie, że zaledwie otwiera usta. Jej pasierb, Crawley, znajdował się tam także. Postawa jego zanadto poważna, ubranie nadzwyczaj staranne ale zresztą uporczywie milczący, brzydki, nogi długie i cienkie jak zapałki, faworyty koloru zgniłego siana, włosy blado^żółte; słowem, istny portret matki śp. Grryzeldy ze starożytnego domu Binkie której wizerunek oprawiony wisi nad kominkiem.
„Lady Crawley wzięła mnie za rękę i rzekła do swego pasierba:
— „Oto jest guwernantka moich dzieci, miss Sharp.
— „Oh? — pow.edział pan Crawley, czytając broszurę, która go widać żywo zajmowała.
— „Polecam pani moje córki i proszę o pobłażliwość dla nich — rzekła do mnie lady Crawley.
„Od razu poznałam że tej kobiety nie ma co się obawiać.
„Lokaj z wykrochmalonemi żabotami otworzył drzwi do sali jadalnej. Lady podała poważnie rękę panu Crawley, moje uczennice wzięły ranie za ręce i przeszliśmy do sali. Sirr Pitt Orawley-siedział już przy stole, przy nim stał mały dzbanek srebrny. Stół był zastawiony wazami, półmiskami i solniozkami srebrnemi tak obficie jak w magazynie wyrobów złotniczych. Dwóch czerwono włosych w kanarkowej liberji bkajów stało po obu końcach stołu.
„Pan Orawley odmówił bardzo długą modlitwę, sir Pitt odpowiedział „Amen“, i natychmiast pozdejmowano nakrywy z półmisków.
— „Co będziemy mieli na obiad, Betty? — zapytał sir Pitt.
— „Buljon z baraniny, jeśli się nie mylę — odrzekła lady Orawley.
— „Barania pieczeń z kalarepą — dodał uroczyście kamerdyner — buljon z baraniny po szkocku, kartofla i kalafiory na jarzynę.
— „Baranina zawsze jest baraniną — rzekł baronet
— Niech mnie cholera nawiedzi, jeżeli znam lepszą potrawę. Jaki to baran i kiedyście go zabili, Horrocks?
— „To czarny baran szkocki, proszę pana, zabiliśmy go we czwartek,
— „Ozy wziął kto więcej z tej sztuki?
— „Rzeźnik z Mudbury wziął czomber, proszę pana ale skarży się że stracił na tem, bo baran był bardzo młody.
— „A cóż się stało z nogami baraniemi? — zapytał znowu sir Pitt.
— „Zdaje się że w kuchni je zjedli — odpowiedziała nie śmiało milardy.
— „Tak jest, milardy — potwierdził Horrocks.
— A ten mały wieprz czarny — ciągnął dalej sir Pitfc — musiał znacznie potłuścieć?
— „Nie bardzo mu to spieszno, proszę pana — powiedział poważnie Horroeks.
„Oto masz treść rozmowy przy obiedzie.
„Wstaliśmy od stołu. Milady wyjęła jakąś ogromną szydełkową robotę, a dziewczynki zaczęły się bawić staremi, dobrze zużytemi kartami. Jedna tylko świeca pa lila się na stole, ale za to w starożytnym srebrnym lichtarzu. Milady pozwoliła mi wybrać do czytania jedną z dwóch książek leżącą na stole: była to broszura o uprawie roli, którą z takiem zajęciem czytał pan Orawley, i zbiór Kazań na niedziele i główniejsze święta doroczne.
„Siedzieliśmy całą godzinę w milczeniu. Odgłos kroków zmierzających do salonu dał się słyszeć w sąsiednim pokoju.
„Schowajcie karty, moje dzieci — zawołała milady z przerażeniem — a potem obracając się do mnie: „Miss Sharp, proszę te karty przykryć książkami.“
„Zaledwie mieliśmy czas wypełnić te rozkazy kiedy drzwi się otworzyły i pan Orawley wszedł do pokoju.
„Zaczniemy nasze czytanie — mówił — od miejsca na którem zatrzymaliśmy się wczoraj. Każda z panienek będzie czytać z kolei, tym sposobem miss... miss Ohart będzie mogła was słyszeć.“
Biedne dziewczynki zaczęły jąkać długie i niesłychanie nudne kazanie, wygłoszone w kaplicy Bethesda w Liwerpool, o pracach missjonarskich w krajach, gdzie światło wiary nie rozsypało jeszcze swoich do ferodziejstw. Dobry sposób przepędzenia przyjemnie wieczoru!
„Wybiła dziesiąta. Posiano służącego żeby oznajmił panu Pitt i wszystkim domownikom że godzina modlitwy wieczornej nadeszła. Sir Pitt przybiegł najpierwszy, jak człowiek któremu pilno odejść; po nim wszedł Horrocks, następnie lokaje w kanarkowej liberji, za nimi kamerdyner pana Crawley, potem jeszcze trzech barczystych ludzi, otoczonych silnym stajennym zapachem, a nakoniec zamykały orszak cztery kobiety, z których jedna wyfiokowana i pełna pretensji, rzuciła na mnie pogardliwe spojrzenie i uklękła ociężale ze stukiem na posadzkę.
„Pan Orawley odczytał patetycznym głosem mo-dlitwy wieczorne, poczem dano każdemu świecę i całe towarzystwo się rozeszło. Wtenczas to niespodziewana wizyta pana Pitt, o której ci wspominałam, zmusiła mnie przerwać moje pismo.
„Ściskam cię po tysiąc razy, moja kochana, moja najdroższa Ameljo I Dobra noc mój aniele!
„Sobota. Dziś rano o piątej godzinie słyszałam kwiczenie małego czarnego wieprza; byłam mu wczoraj jeszcze prezentowaną przez Różę i Violettę, które mnie oprowadzały po wszystkich kurnikach, oborach i karmnikach, Te małe psotnice złapały młode kurczę i chciały je upiec dla mnie, ale groom wyleciał z krzy* kiem i moje uczennice uciekły przed dokonaniem zbro« dni na biednem kurczęciu. Pobiegły potem do ogrodnika prosić o trochę owoców dla mnie: ogrodnik pochwycił się za głowę, mówiąc że straciłby miejsce natychmiast, gdyby sir Pitt usłyszał że pozwala sobie robić podobną propozycję.
„Lady Orawley ani na chwilę nie wypuszcza z rąk szydełkowej roboty. Sir Pitt i jego wierny Horrocks znajdują się każdego wieczora w stanie miłego rozma» rżenia, podnieconego, jak się zdaje, alkoholem. Pan Orawley zamyka się na większą część dnia w swoim gabinecie a wieczorem czyta nam kazania.
„Ucałuj ręce twojej kochanej mamy i przypomnij mnie pamięci twego dobrego ojca. Ozy twój brat przy* szedł już do siebie po owym nieszczęsnym rack-pączu? Oh! moja kochana Ameljo, jakże mężczyzni powinniby unikać skutków tego okropnego napoju!
„Twoja do zgonu Rebeka a
Zastanowiwszy się trochę głębiej nad przeczytaną korespondencją nie należy się smucić że czysta i niewinna Amelja Sedley nie znajduje się w towarzystwie-Rebeki. I w samej rzeczy, uwagi o tej damie, która, opłakuje utracone wdzięki, o tym żółto*włosym panu z faworytami koloru zgniłego siana, zdradzają zbyt wczesną znajomość świata w autorce listu. Zresztą każdy przyzna że klęcząc przy modlitwie można zająć myśl czem innem jak wstążkami pretensjonalnej miss Horrocks. Ale łaskawy czytelnik raczy przypomnieć sobie tytuł naszej powieści, który uprzedza już że na każdej niemal stronnicy możemy znaleść słabostki ludzkie, zepsucie, fałsz i próżność, wystawione na widok jak towary publicznego bazaru. Miłość prawdy wkłada nie zawsze łatwy do spełnienia obowiązek odkrywania ran społeczeństwa w całej brzydocie i nagości. Czyż nie ma ludzi, którzy na wzór naszej bohaterki, zdolni są uchylić czoła tylko przed wielkością i bogactwem, i nie umieją uwielbiać nic — oprócz powodzenia?
IX.
Familijne portrety.
Sir Pitt Crawley był jednem. z tych filozofów, kté — rzy nie odrywają się nigdy od ziemi. Pierwsze jego ożenienie z córką szlachetnego lorda Binkie było wyłącznie dziełem jego rodziców. Sir Pitt nigdy nie prze* bierał w wyrazach, wyrzucając małżonce dumę i cierpki charakter, i nie przestawał jej powtarzać że jak mu Bóg pozwoli ją pogrzebać, to już szukać będzie żony po za obrębem tej kasty, do której przyszła nieboszczka należała. Jakoż dotrzymał słowa i owdowiawszy ożenił się z Różą Dawson, córką kupca, hurtownika z Mudbury. Róża była us zczęśliwiona że mogła się nazywać milady Crawley!
Ale filozofowie twierdzą nie bez słuszności że czło* wiekowi nie dano jest używać bezwzględnego szczęścia. Żeby zostać lady Crawley, Róża Dawson musiała zerwać ułożony już związek z Piotrem Butt, dobrym chłopcem i jednym z najstalszych konkurentów, który zatrudniał się potem przemycaniem towarów, łowieniem cudzej zwierzyny i innemi podejrzanemi rzemiosłami. Nowe przytem położenie Róży Dawson poróżniło ją z najle* pszemi dawnemi przyjaciółkami, których milady Craw* ley nie mogła przyjmować w Crawleyda Reine. W towarzystwie, do którego zajęte przez nią stanowisko dawało jej prawo należeć, nie chciano jej zupełnie przyj* mować. I mogłoż być inaczej? Sir Huddleston miał trzy córki a każda z nich żywiła nadzieję zostania lady Orawley. Cała rodzina pana Griles Wapshot.była przejęta najżywszem oburzeniem że zaszczyt ten nie spo tkał jednej z panien Wapshot; a wszyscy baroneci w calem hrabstwie nie mogli patrzeć bez zgrozy na tak krzyczący mezaljans człowieka, który pochodzeniem do ich kasty należał.
Sir Pitt mial zwyczaj mawiać że nie więcej dba o nich jak o złamanego ljarda. Bo i cóż to w samej rzeczy, mogło go obchodzić? Nigdy mu nic nie brakowało, mógł co wieczora wychylić do dna swój kubek srebrny, bił od czasu do czasu swoją nadobną Rózię, i zostawiał ją Hampshire wyjeżdżając na obrady parlamentu do Londynu, gdzie nie mial wprawdzie ani przyjaciół ani dobrych znajomych ale też zanimi nie tęsknił. Mi-stress Bute Orawley, żona pastora, nie chciała nigdy* oddaC wizyty swojej bratowej, nie mogła ubliżać sobie jak zwykle mawiała — i zniżyć się aż do córki kupca.
Widzieliśmy już że płeć atłasowa i wystające różo* we jagody były jedynemi wdziękami, jakiemi natura obdarzała połowicę baroneta. Że zaś brakowało jej nie* tylko ognistych namiętności lub niezłomnej energji, ale nawet charakteru i woli, łatwo więc się domyśleć że lady Orawley nie wywierała żadnego wpływu na męża. Żywe rumieńce zniknęły, świeżość młodociana zwiędła i lady Orawley została w domu baroneta sprzętem niepotrzebnym, nie więcej użytecznym jak stary klawikord pierwszej jego małżonki.
Ta spokojna niewiasta nosiła, jak wszystkie blon dynki, jasne suknie; najwięcej jednak lubiła bladobłę kitny albo brudno zielony kolor morskiej fali. Zajmowała się szydełkewą robotą z taką wytrwałością, że po kilku latach wszystkie łóżka w Crawley la Reine były pokryte włóczkowemi kapami.
Lady Crawley miała nie wielki klomb w ogrodzie, który ją trochę, jak się zdawało, zajmował; zresztą nie czuła w sobie ani wstrętu, ani najmniejszej do nicze go predylekcji. Ze zwykłą apatją słuchała kiedy ją mąż łajał, krzyczała kiedy ją bił.
O! bazarze próżnych mamideł! Bez ciebie może byłaby to najlepsza i najprzyjemniejsza istota w życiu rodzirmem. Peter Butt i Róża żyliby szczęśliwie w schludnej chatce, otoczeni gromadką ładnych dzieci, dzieląc wspólnie troski i uciechy, nadzieje i zawody. Cóż, kiedy tytuł lub czworokonny powóz jest bawideł kiem pożądanym więcej aniżeli szczęście!
Łatwo zrozumieć że apatyczny temperament i o-bojętność matki nie pociągała ku niej młodych dziewczynek i nie obudzała zbytecznej w nich czułości. li największem upodobaniem przesiadywały one w kredensie, w kuchni lub w stajni. W takich więc warunkach wychowywały się te dzieci przed przyjazdem Rebeki.
O nauczycielce nie byłoby dotąd i mowy, gdyby nie przeważające zdanie pana Crawley (syna) jedynego przyjaciela i opiekuna lady Crawley. Potomek po ką-dzieli szlachetnej rodziny Binkie, był wzorem konwencjonalnej grzeczności. Skończywszy nauki, młody Oraw-ley postanowił ująć w karby zwyczaje domowe i za-
I 1® prowadzić przyzwoity ład, wielce nie miły ojcu, który się trochę syna obawiał. Był on tak surowym stróżem form, że wolałby niewątpliwie umrzeć z głodu, aniżeli usiąść do objadu bez białego krawata. A kiedy raz się zdarzyło że Horrocks, szafarz i kredencerz przyniósł list w ręku zamiast położyć na tacy, Crawley dał mu tak surowe napomnienie, że Horrocks drżał odtąd jak liść w obecności młodego pana. Wszyscy chodzili na palcach kiedy on był w domu. Lady Crawley odejmo wała raniej niż zwykle swoje papiloty, Sir Pitt Crawley nie odważał się przychodzić w pantoflach do objadu. Jakkolwiek trudno mu było pozbyć się wszystkich narowów, to jednak wiele dokazał, bo nigdy nie pozwalał sobie upić się przy synie i miarkował swoje wyrażenia odzywając się do służących, którzy dziwili się nieraz że sir Pitt nie łaje nigdy żony w obecności syna.
Żadna burza polityczna, żadne wypadki domowe nie przeszkodziły młodemu Crawley prowadzić uroczyście pod rękę macochy swojej do stołu; uważał to sobie za najświętszy obowiązek. Mówił do niej rzadko, ale zawsze z najgłębszem uszanowaniem. Jeżeli widział że miała wychodzić, nie zaniedbał nigdy otworzyć drzwi z uroczystą powagą i kłaniać się według wszelkich prawideł etykiety.
W szkołach był to prawdziwy cherubinek: przez ośm lat nie zdarzyło mu się zasłużyć na karę. Wytrwałą pracowitością wynagradzał brak bystrego pojęcia. Również wzorowem było jego prowadzenie się w uniwersytecie, gdzie się przygotowywał do wystąpienia na widownię polityczną pod przewodnictwem dziada swego lorda Binkie. Kształcąc się długo na wzorach staroży* tnych i późniejszych mówców, nabył nie małej sprawy w mówieniu, i zalewał cierpliwych słuchaczy potokiem wyrazów i cytat łacińskich, głaszcząc uszy cienkim fletowym głosem. Chociaż mówił z powagą i widocznem zadowoleniem, zawsze jednak wygłaszał blade, oklepane sentencje, i rzecz dziwna, nie miał powodzenia, pomimo że mierność zwykle je na świecie zapewnia.
Po wyjściu z uniwersytetu został prywatnym sekretarzem lorda Binkie. Mianowany wkrótce trzecim sekretarzem przy legacji w Poupernikel, wywiązywał się sumiennie ze swoich obowiązków, które zależały po większej części na redagowaniu depeszy przy wysyłkach pasztetów strasburgskich pod adresem ówczesnego ministra spraw zagranicznych. Dziesięcioletnie piastowanie tej wysokiej godności wydało się za długie młodemu dyplomacie, którego awans od śmierci lorda Binkie stawał się coraz wątpliwszym. Ta ostatnia okoliczność tak go zniechęciła, że postanowił porzucić zawód niewdzięczny i osiąść stale na wsi.
Wróciwszy do Anglji chybiony dyplomata, zawsze chciwy znaczenia, próbował znaleść je na innem polu. Przyjął czynny udział w rozprawach wywołanych podówczas kwestją zniesienia niewolnictwa murzynów i wszedł w ścisłe stosunki z panem Wilberforce, którego politykę gorliwie popierał. Utrzymywał znaną korespondencję z wielebnym ojcem Lilas Hornblower, w przedmiocie missji w Indjach, i napisał oprócz tego broszurę o wyrabianiu piwa, Jeździł co roku do Londynu, jeżeli nie na obrady parlamentu, to przynajmniej na meetyngi, poruszające sprawy religijne. Niemniej pracował na prowincji nad szerzeniem i wzmocnieniem religji pomiędzy ludnością wiejską, nauczając publicznie z niezmordowaną gorliwością; w tym celu nawet dojeżdżał do Mudbury i do Sąuashmore, w poniedziałki i piątki każdego tygodnia. Mówiono przytem że bardzo był u-przedzający i pełen grzeczności dla trzeciej córki lorda de la Montonniere, lady de la Bergerie, której siostra lady Emily, była powszechnie znaną z pięknych powiastek, jak: Kompas marynarza, Przekupnie jabłek i inne.
Opowiadanie Rebeki o życiu i zwyczajach w Ora-wley-la Reine, nie było zupełnie przesadzone; młody Orawley zaczynając od ojca i schodząc po wszystkich szczeblach domowej hierarchji aż do najniższych słu żebnic, nie uwalniał nikogo od ćwiczeń pobożnych Po mimo że pędził tak bogobojny żywot, ściągnął on na siebie nieubłagany gniew stryja parocha za protekcję udzielaną wiernym, którzy chcieli utrzymać się w zu pełnej niezawisłości administracyjnej od parafij. Sir Pitt widząc gniew brata, zacierał sobie ręce z radości i jeździł nawet kilka razy na zebrania opornych para> fjan, co dało powód do gwałtownych pocisków, wymierzonych z kazanicy wprost do ławki baroneta, który nie przestawał nigdy chrapać przez ciąg całego kazania.
Pan Orawley (syn) życzył sobie gorąco zająć krzesło ojcowskie w parlamencie dla dobra kościoła i dla szczęścia kraju; ale papa nie miał ochoty cokolwiek* bądź ustąpić. Obadwa zaś byli za nadto oględni, żeby kupować drugie krzesło w Izbie deputowanych i wydawać na to znaczne sumy, wówczas kiedy dochody były znacznie uszczuplone, a to z powodu spłacanej corocznie kary pieniężnej, nałożonej na pierwszego ba-roneta, Walpole Orawley, za podrobienie pergaminów i pieczęci. Sir Walpole był niezmiernie towarzyski, ale nigdy nie miał dosyć pieniędzy. Pan Orawley powie działby dziś o nim z westchnieniem: Alieni appetens sui profusus, ale sąsiedzi, mniej biegli w łacinie, cenili jak się należy gościnność ówczesnego baroneta, a osobliwie jego piwnice dobrze zaopatrzone, siła psów gończych, chartów, wyżłów etc., dzielne wierzchowce i wspaniałe cugi powozowe. Dzisiaj już inaczej: stajenne rumaki zaprzęgano do pługa albo do omnibusa; sir Pitt używał ich do powozu tylko w dni wolne od pracy około roli, bo zawsze uważał że należy zachować pewne decorum. Wyjeżdżał rzadko, ale czterma końmi, jadj codzień baraninę tylko, ale trzech lokajów musiało u* sługiwać do stołu.
Gdyby skąpstwo wystarczało do zrobienia majątku, sirr Pitt Orawley zostałby bez wątpienia największym w świecie bogaczem. W stosunkach z dzierżawcami był tak przykry że chyba zupełnie zrujnowani wchodzili z nim w układy. Żeby się nie dać okradać rządzcy i nie zapłacić za drogo człowiekowi znanej już uczci wości, używał licznych podrzędnych ajentów, którzy wynosili się zwykle do Ameryki, unosząc z sobą co było grosza w kasie. Zbiory miewał zawsze nędzne, bo oszczędzał ziarna przy siejbie. Rzucał się na wszystkie przedsiębiorstwa i źle na tem wychodził; woda zalewała mu kopalnie węgla, a każdy wiedział że sir Pitt najwięcej koni traci na poczcie, bo je źle karmi i kapuje tylko takie, które zdychać mają.
Przyznać należy że sir Pitt miał humor przyjemny i że nie można go było pomawiać o dumę. Wolał nawet obcować z czynszownikami a nawet z parobkami aniżeli z wysoko urodzonym jak jego syn szlachcicem. Lubił wypić z każdym, a największe miał upodobanie klepać po ramioniu córki swoich dzierżawców. Słabość jego dla płci pięknej była tak widoczna, że nie mogło to ujść bacznego oka miss Rebeki Sharp. Zresztą nie widziano go nigdy dającego choćby grosz jałmużny, bo sir Pitt był wierny swoim zasadom i nie czuł naj mniejszej skłonności do spełnienia dobrego czynu, choćby nawet bez własnej szkody, bez żadnej ofiary. Nie bez gorzkiego smutku przychodzi nam mówić o ujemnych przymiotach męża, którego imię zapisane jest na kartach złotej księgi panów, ale miłość prawdy nakazuje dodać że z wszystkich bannów, parów i deputowanych angielskich, sir Pitt Orawlej był najgłupszym i niskim egoistą.
Najsilniejszą przyczyną wpływów młodego Crawleja którym ojciec ulegać musiał, był interes pieniężny. Sir Pitt rozumiał dobrze że winien był wypłacić synowi znaczną sumę z posagu matki, ale sama myśl wypłaty sprowadzała już baronetowi nieznośną migrenę. Nie mógł więc nigdy zdobyć się na jakąkolwiekbądź wypłatę jeżeli nie był do tego zmuszony. Miss Rebeka Sharp, dobrze już wtajemniczona w sprawy familijne, (jak to wkrótce obaczymy) obliczała na kilka set funtów szterlingów rocznie koszta przymusowych wypłat, ale baronet nie umiał odmówić sobie tej przyjemności. Nie mógł ukrywać swojej radości jeżeli udało mu się w procesie uzyskać odroczenie terminu wypłaty; tem żywszej doznawał rozkoszy, im dłużej wierzyciele czekać musieli.
— Na cóżby się przydało — mawiał — zasiadać w~ parlamencie, jeżeliby potrzeba było przytem rzetelnie długi spłacać?
I w samej rzeczy baronet umiał korzystać z wy« sokiego jakie zajmował stanowiska.
Otoż widzimy że człowiek nieumiejący prawie czytać, nieokrzesany, podstępny, pojmujący tylko zwierzęce uczucia, ma władzę, zamuje zaszczytne stanowisko i zasiada pomiędzy dygnitarzami kraju, a ministrowie, wielcy mężowie stanu starają się o jego przyjaźń I W bazarze błyskoiek i próżności ten człowiek zajmuje miejsce wyższe aniżeli genjusz znakomity lub cnota niepokalana.
Sir Pitt miał przyrodnią siostrę pannę, której matka zostawiła ogromny majątek. Boronet proponował jej nieraz żeby umieściła u niego swoje kapitały, ale miss Orawley wymówiła się zawsze od tej przysługi i wo< lała mieć w ziemi cały swój majątek obiecując rozdzielić kiedyś swoje posiadłości pomiędzy dzieci pastora i przypuścić do tego podziału młodszego syna pana Pitt, Eawdon’a. Parę razy nawet opłaciła już długi fiawdon’a, kiedy ten był w uniwersytecie a potem w wojsku. Miss Orawley była ma się rozumieć bardzo pożądanym gościem w Orawley-la-Reine. Nietylko że na pańskim stole widziano wówczas zwierzynę, rybę i wino stare; ale nawet słudzy pili piwo nierozcieńezone wodą, i mieli do herbaty cukier bez zwykłego obliczania ka* wałków, a to dzięki względom, jakich używał jej woźnica i panna służąca.
X.
Miss Sharb robi sobie przyjaciół.
Wszystkie usiłowania Rebeki skierowane były obecnie do jednego celu: pozyskać sobie względy i sym* patje członków rodziny, do której weszła niedawno, było głównem jej zadaniem.
— Sama jedna, bez przyjaciół — mówiła do siebie
— wszystko sobie tylko muszę być winna, wówczas kiedy Amelja z mniejszemi daleko zdolnościami jak moje, ma z dziesięć tysięcy funtów sterlingów i nadto, wszelką pewność że wyjdzie za mąż. Biedna Rebeka, dziesięć razy ładniejsza od niej, musi liczyć tylko na swój własny rozum. Zobaczymy czy nie potrafię zdo« być sobie o własnych silach przyzwoitego stanowiska i czy taż sama miss Amelja nie będzie zmuszona kiedyś uznać niezaprzeczoną wyższość mojego umysłu. Nie dla tego żebym czuła do niej jakąś niechęć, bo któżby mógł uskarżać się na taką potulną istotę? ale to pe wna że dzień w którym zajmę wyższe od niej stano wisko, będzie najpiękniększą chwilą mego życia. Żresz-tą jestże w tem co niepodobnego?
Widząc swoich uroczych marzeniach najświetniejszą przyszłość, Rebeka nie przestała myśleć o zapewnieniu sobie wygodnej i przyjemnej teraźniejszości. W zabiegach o zjednanie sobie tych, którzy mogliby się jej na co przydać najmniej zwracała uwagi na lady
Orawley będącą zerem w domu. Mówiąc ze swojemi uczenicami wyrażała się o niej: „Biedna mama“ i ograniczała się względem biednej mamy na oznakach zimnego uszanowania. Cały zaś zasób swoich słodyczy i dyplomatycznych wybiegów postanowiła użyć dla pozyskania sobie reszty rodziny Orawlejów.
Z dziewczynkami łatwo jej poszło: nie obciążała ich młodego umysłu zbyteczną pracą i zostawiała im wszelką swobodę, żeby nie tamować samoistnego rozwoju. Ta prosta metoda zapewniła młodej nauczycielce serca uczennic. Bo w rzeczy samej czy może być grun* towniejsza nauka nad tę, którą się samemu nabywa? Starsza z dziewczynek największe miała upodobanie w czytaniu i znalazła wszelką łatwość dogodzenia tej skłonności. Bibljoteka w Orawley la Reine posiadała znaczną ilość dzieł francuzkich i angielskich z ośmnastego stulecia, zebranych przez kanclerza gdy ten dygnitarz miał nieszczęście zostawać w niełasce. Dział lekkiej li-teratury wypełniał przeważnie zbiór tych książek pyłem pokrytych i oddawna już nie tykanych.
Rebeka cieszyła się że jej uczenica robiła postępy tak łatwym i przyjemnym sposobem. Obiedwie czytały razem zajmujące dzieła doktora Smoletta, Henryka Fiel dinga i nieśmiertelnego Woltera,
Pan Orawley zapytał razu jednego Rebeki jakie dzieło wybrała do czytania z panienkami:
— Czytamy teraz dzieła Smolett’a odpowiedziała młoda nauczycielka.
— Ha? Smoletfa? — powtórzył Orawley z zadowoleniem — jego historja jest więcej suchym opowiedziana
Targowisko próżności. T. I. lQ sposobem, ale mniej jest niebezpieczna do czytania jak historja Huma. Ho, ho! to więc historją panie się zajmują?
— Tak — odrzekła miss Róża — nie dodając wcale że to była historja przygód Faublas’a.
Innego dnia pan Crawley był bardzo zgorszony zobaczywszy w ręku siostry jakieś komedyjki francuskie. Rebeka usprawiedliwia ten wybór potrzebą przyswojenia sobie idjotyzmów francuzkich, Uwaga wydała się słuszną byłemu dyplomacie, mającemu wielkie preten* sje do głębokiej znajomości języka. Rebeka wiedziała to dobrze i nie szczędziła kowplementów panu Crawley, który je mile przyjmował.
Miss Violetta miała upodobania więcej męskie i burzliwe, zupełnie różne od usposobienia jej siostry: Łazić po drzewach, wydzierać gniazda wróble, zabierać jaja ptaszę, zabijać małe kurczęta, było najmilszem jej zajęciem. Nikt lepiej od niej nie znał ukrytych kątów, gdzie kury jaja znosiły; nikt zręczniej nie umiał się dobierać do słoików z konfiturami i wynajdywać co tylko było dobrego do zjedzenia. Miss Violetta była nietylko uko> chanem dzieckiem papy, ale w kuchni, w stajni i na folwarku była powszechnie lubioną. Schwytana przez Rebekę na gorącym uczynku, Violetta nigdy nie była ukaraną; musiała jednak przyrzec że będzie grzeczną dziewczynką, i że przedewszystkiem będzie kochać swoją nauczycielkę. Miss Sharp ukrywała starannie wszystkie jej psoty przed matką, która wymówiłaby się z tem przed mężem, a co gorzej jeszoze, przed młodym pa-nem Crawley. Wszystko szło dobrze, byle nie było guzuw bardzo widocznych, co niezmiernie łatwo zda* rzyć się mogło, bo obie siostry prowadziły z sobą bój nieustający.
Przejęta głębokiem uszanowaniem dla pana Orawley (syna), Rebeka często prosiła go o wytłumaczenie ciemnych, niezrozumiałych dla niej ustępów w literatu* rze francuskiej. Lubo urodzona z matki Francuski, miss Sharp wyznawała że nie zna nikogo, kto by u miał tak jasno i przystępnie jak pan Orawley najtru dniejszy przedmiot wyłożyć. Prosiła go również o radę w wyborze książek i o wskazanie jej dzieł poważnych których czytanie uważał za stosowne dla młodej osoby. Była zachwycona broszurą o wyrobie piwa, a nie u-miała już znaleść słów uwielbienia dla wymowy pana Orawley, kiedy prezydował na posiedzeniach Stowarzyszenia pomocy „głodomorów“. Przy naukach wieczornych była nieraz tak wzruszoną, że nie miała dosyć mocy żeby łzy powstrzymać.
— OhI dzięki panie, dzięki — mówiła często wzno* sząc oczy do nieba.
To gorące podziękowanie wywołało czasem uści* śnienie ręki pana Orawley i nasuwało mu następujące uwagi:
— Nic dziwnego że moje słowa obojętnie słuchane przez wszystkie tu osoby, robią na miss Sharp tak głębokie wrażenie: dobra rasa zawsze się odezwie. Jej matka pochodziła zapewne z rodziny Montmorency: oto dla czego ona jedna mnie tu rozumie. Muszę nadać moim naukom formę prostszą i używać pospolitszych zwrotów języka. Te grube organizmy nie mogą znosić delikatnego pokarmu.
Rebeka miała już czas obeznać wszystkich w domu z wysokiem pochodzeniem swej matki. O deskach teatralnych nie wspominała zupełnie, chociaż każdemu wiadomo ile ofiar ta straszna rewolucja pogrążyła w największym niedostatku. Któż nie wie że te klęski dotknęły po większej części ludzi najlepiej urodzonych?
Orawley znalazł nawet kilka imion wspomnianych przez Rebekę w dykcjunarzu Hozier’a, co więcej jeszcze utwierdziło w nim wiarę w arystokratyczne pochodzenie Rebeki. Mamyż z poszukiwań w dykcjonarzu wnosić że tam było coś więcej jak prosta cie*kawość i że miss Sharp natchnęła pana Orawley jakiemś tkliwszem uczuciem? Nie, zaiste. Była to prosta przyjaźń. Wspomnieliśmy już zresztą, że pan Orawley zamyślał o lady de la Bergerie.
Młody Orawley nieraz Rebece robił uwagi że traci parę chwil czasem na takie rozrywki światowe jak gra w trictrac z panem Pitt zamiast czytać jaką poważną i nauczającą książkę. Miss Sharp odpowiadała na to że jej mama nieodżałowanej pamięci często grywda z hrabią X. albo z przewielebnym ojcem Oornetem, co według niej jest niejako wypoczynkiem dla umysłu prawie koniecznym.
Młoda nauczycielka nie tylko grą trictrac skarbiła sobie łaskę pana domu, miała do tego wiele innych skuteczniejszych sposobów: Czytywała mu głośno fol-jały sądowych dokumentów, przepisywała mu listy i poprawiała zręcznie pisownię pod pozorem przyjętych od niedawoego czasu zmian w piśmiennictwie. Wszystko oo choćby zdaleka dotykało posiadłości, lasów, łąk, ogrodów i stajni baroneta, tak żywo obchodziło Rebekę, że sir Pitt bardzo polubił jej towarzystwo i nie zaniedbywał nigdy zabrać ją i panienki z sobą na codzienną przechadzkę, po śniadaniu. Miss Sharp zawsze znalazła jakąś myśl szczęśliwą i nieraz dobrą udzieliła radę: tu potrzeba było obciąć suche gałęzie, tam wzruszyć ziemię na grządce, ten koń zdawał się jej dobry do wo żenią wody a tamten do pługa.
W przeciągu roku niespełna Rebeka posiadała już nieograniczone zaufanie baroneta. W jego nieobecności miss Sharp była wyłącznie panią domu, ale umiała tak dobrze oszczędzać osobistości wpływowe w kuchni i na folwarku że wszyscy nie mogli się wydziwić jej skromnej pokorze i uprzejmej grzeczności.
Synów baroneta moglibyśmy porównać do słoty i pogody, bo nigdy nie widziano ich jednocześnie w Orawley-la Reine. Obadwa czuli nienawiść do siebie. Młodszy z nich, Rawdon Crawley, miał dom ojcowski w największej pogardzie i pokazywał się tylko podczas dorocznej wizyty swojej ciotki.
Mówiliśmy już o zaletach tej szanownej damy: Miała ona siedmdziesiąt tysięcy funtów szterlingów i naznaczyła w większej części Rawdona swoim spadkobiercą. Nieprzezwyciężoną czuła nienawiść do starszego ze swoich bratanków, który dawno już wiedział że duszyczka cioci będzie się smażyć w piekielnych płomieniach. Według niego nic lepszego nie można było rokować o życiu przyszłem braciszka.
— To jest kobieta światowa i bez najmniejszej wiary
— mówił do siebie pan Orawley — utrzymuje stosunki z ateuszami i z Francuzami. Drżę na samą myśl o jej przyszłem życiu. Stoi prawie nad grobem, a tyle ma próżnych słabości, tyle występnych, światowych popędów!
W samej rzeczy staruszka nie lubiła nauk wieczornych i tak była upartą, że musiano zawsze ćwiczenia duchowne zawiesić na czas jej bytności w Orawley* la Reine.
— Schowaj swoją książkę z kazaniami — mówił sir Pitt do syna — bo miss Orawley ma dziś przyjechać. Pisała sama do mnie że nie może słuchać kazań.
— Ozy dlatego nie mamy myśleć o zbawienin sług i domowników?
— A niech ich tam licho weźmie i — zawołał sir Pitt przerywając synowi, który nie wątpił że duszyczki pozbawione jego nauk duchownych, muszą wpaść w moc szatana. — Oóż u djabła — mówił dalej ojciec — sądzę że nie będziesz tyle zaślepionym żeby wypuścić z naszej rodziny trzy tysiące funtów szterlingów rocznego dochodu?
— I cóż znaczą pieniądze w porównaniu ze zba* wieniem naszej duszy? — odpowiedział młody Orawley.
Stara miss Orawley nosiła już oddawna piętno potępienia; przepędzając zimę w Londynie, jadła i piła za wiele, musiała przez lato szukać ulgi i naprawiać zrujnowane siły w Harrowgate, albo w Oheltenham. Miała prześliczną rezydencję w Park-Lane i uchodziła za najgościnniejszą z wszystkich westalek swojego czasu.
W młodości, jak to zwykła mawiać, była znakomitą pięknością. Wiadomo każdemu że wszystkie stare ko* biety były kiedyś mniej więcej piękne.
Humor miała wesoły, tendencje liberalne i wiele pretensji do rozumu, W czasie swego pobytu we Francji rozpaliła, jak mówią, ogień miłości w sercu Saint Just’a. Nic zatem dziwnego że lubiła romanse, ciasta i wina franCuzkie. Czytywała z upodobaniem Woltera, a wszyst’ kie prawie dzieła Jakóba Rousseau umiała na pamięć. Rozprawiała z całą swobodą o prawach kobiety i do tykała nieraz drażliwej kwestji rozwodu. W każdym pokoju miała pozawieszane portrety Fox’a. Popierała silnie tego męża^stanu. walczącego w szeregach opozycji, a kiedy tenże doszedł do władzy, miss Crawley uży* wała niepospolitego w7pływu w zamian za usługę, od» daną mu przyciągnięciem do jego stronnictwa baroneta, który i bez wszelkich starań miał zwyczaj staw7ać po stronie silniejszego
Ta zacna niewiasta kochała bardzo Rawdon’a Crawley. Posłała go do uniwersytetu w Oambrigde dla tej prostej przyczyny że brat jego był w Oxfordzie, a kiedy po dwóch latach władza uniwersytecka wydaliła mło* dzieńca, kupiła mu stopień oficera w armji.
Rawdon należał do najpierwszyeh dandysów w mieś cie. Znany był w zakulisowym świecie, boksował się doskonale i powoził czterma końmi w lejo. Był więc wykształcony jak przystoi arystokracie czystej krwi. Chociaż należał do świty książęcej i nie miał nigdy sposobności okazać swego męstwa na polu bitwy, Rawdon Crawley stając trzy razy do pojedynku w spra vach karcianych, dał niezbite dowody że życiem po< gardza A śmerci się nie lęka.
— A nawet tego, co ma nastąpić po śmierci — dodawał starszy brat — wlepiając w sufit swoje czerwone oczy.
Nieoceniona ciocia Crawley płaciła długi swego lienjamina i nie pozwalała nigdy powiedzieć cokolwiek na niego.
— Wolę ja go tysiąc razy — mawiała często — niżeli jego braciszka płaczliwego i układnego hipokrytę.
XI.
Sielankowa prostota.
— Zapoznowszy czytelnika z mieszkańcami Crawley la Reine, pozostaje nam kilka słów do powiedzenia o krewnych i sąsiadach dostojnego baroneta. Zaczniemy od pastora i pani pastorowej.
Wielebny ojciec Crawley był wzrostu słusznego, okazałej budowy, miał humor przyjemny i nosił zwykle szeroko kolisty kapelusz. Znany w całej okolicy, wszędzie miał przyjaciół i o wiele był popularniejszym od swego brata. W szkołach wybijał zęby najdzielniejszym bokserom, biegły był w gimnastyce i te upodobania na zawsze zachował. Żadne gonitwy, ćwiczenia gimnastyczne i wyścigi, żadne festyny lub zebrania wyborcze nie odbyły się bez niego. Ile razy był objad Proszony na dwadzieścia mii w około, można było spotkać zawsze kabryolet z wielkiemi latarniami i ka-rą klacz ojca Bute Crawley. Zamiłowanie w boksach nie zagłuszyło w nim uczucia piękna; śpiewał dobrze ¿sentymentalne senety i głos miał bardzo przyjemny.
Krótko mówiąc, ojciec Bute Orawley był powszechnie lubiony i poszukiwany w okolicy przez najznaczniej-szych obywateli, z którymi żył w przyjaznych stosunkach.
Pani pastorowa maleńka, ale ruchliwa, była dosko* nałą gospodynią, i samowładną panią w domu. Po za obrębem domu i plebanji zostawiała małżonkowi wszelką swobodę, ale w swojem państwie umiała rządzić energicznie. Od chwili kiedy udało się jej pozyskać młodego pastora z Orawley la-Reine, mistress Bute nie przestała być wzorem umiarkowania i oszczędności, a pomimo to małżonek jej zawsze był odłużony. Potrze« ba było dziesięcioletnich usiłowań mężnej niewiasty żeby posplacać szkolne jeszcze grzeszki pastoza. W 179... roku, kiedy wszyscy dłużnicy byli już zaspokojeni przyszło do głowy pastorowi trzymać gruby zakład przeciw Kangourou, dzielnemu rumakowi, który odniósł zwycięstwo nad swoim współzawodnikiem na wyścigach w Derby. Wynikająca ztąd konieczność zaciągnięcia nowej pożyczki z lichwiarskiemi procentami, postawiła snowu pastora w dosyć złych interesach. Siostra da« wała mu wprawdzie trochę pieniędzy od i-zasu do cza* su, ale wielebny ojciec, licząc na podeszły wiek miss Orawley, na jej bliskim zgonie tylko całe swe nadzie* je pokładał.
— Chyba sam djabeł w toby się wmieszał — mawiał sobie — żeby, Matylda mi nie zostawiła najmniej poło« wy swego majątku,
Widzimy zatem że baronet i pastor mieli aż nadto wystarczające powody żeby zachować pomiędzy sobą roiły stosunek psa z kotem, Mógłże wielebny ojciec? zapomnieć że sir Pitt stawiał mu pod bokiem kaplicę, i że nakoniec Rawdon miał odziedziczyć znaczną część spadku po Matyldzie Orawley? Smutna to prawda, ale nie obca nikomu, że w naszym wieku mało jest braci, których długoletni, familijny stosunek nie dałby się ozewać biletem bankowym!
Przybycie Rebeki do Orawley-la^Reine i wpływy jakich tam używała, nie mogły pozostać tajemnicą dla pastorowej, która wiedziała codzień ile funtów baraniny gotowano na objad w Orawley*la-Reine, ile sztuk bie* lizny było w praniu, ile brzoskwiń od strony południa pod murem dojrzewało, ile milady zażyła pigułek itd. Zażyłe a nawet familijne stosunki łączyły służbę obu ieprzyjaznych domów; pomiędzy czeladzią w Orawley*
’ a-Reine każdy wiedział, że znajdzie w plebanji szklankę dobrego piwa, na czem w kuchni baroneta zupełnie bywało; ale ta szklanka właśnie była dla pastrowej mewyczerpanem źródłem ciekawych wiadomości. Ztąd możnaby ogólne wyciągnąć prawidło: Jeżeli jesteś do brze z bratem, to jego sprawy będą ci obojętne; jeśli zaś złe są między wami stosuki, to będziesz się starał ’iedzieć o każdem jego poruszeniu i musisz tajną policję mieć na swoje usługi.
Mistress Butte nie zaniedbała zebrać wiadomości o życiu i pochodzeniu nowej guwernantki w Orawley-la-Reine, a imię Rebeki zaczęło odtąd figurować w u* rzędowych raportach, których tu małą próbkę podajemy: — Dziś zabili czarnego wieprza — ważył tyle a wie funtów — część nasolili — na objad była kiełbasa
— sir Pitt i pan uramp z iwuabury zamknęli John a Blackmore na klucz — sir Pitt był na meetyngu — (imiona obecnych) — milady zawsze jednakowa — panienki są z guwernantką.
Dalej raport brzmi w tych słowach: — Guwernantka zna się doskonale na gospodarstwie — sir Pitt jest dla niej nadzwyczaj grzeczny — pan Crawley podobnież — czytuje guwernantce swoje broszury. %
— Patrzcie moi państwo, co to za intrygantka! mo* wiła pastorowa skacząc prawie i zżymając się z nie’ cierpliwości.
Z późniejszych raportów okazało się że guwernantka pisywała listy dla baroneta, załatwiała jego interesa, prowadziła jego rachunki i trzęsła całym domem, bo milady, pan Crawley, panienki i cała dwornia bali się jej sprzeciwić w czemkolwiek i byli jej posłuszni. Pastorowa, śledząc z daleka wszystkie poruszenia w obozie nieprzyjacielskim, nie przestawała wołać że ta przeklęta guwernatka ułożyła w swojej głowie jakąś czarną, zbrodniczą intrygę.
Mistres Bute Crawley do Miss Pinkerton. w Chiswiek-Mall.
Z plebanji Crawley-ia-Reine, grudzień...
„Kochana Panil
„Lata upłynione od czasu, gdy miałam szczęście korzystać ze światłych rad i nauk pani, nie zmiejszyły w mem sercu uczuć przywiązania i szacunku dla nieporównanej miss Pinkerton, jak również nie zatarły w mej pamięci miłych wspomień, jakie pobyt mój w u-kochanym Chiswicku zostawił na zawsze. Cieszę się nadzieją że nieoszacowane zdrowie pani znajduje się ciągle w dobrym stanie. Oby stwórca zachował je jak najdłużej dla chluby i dobra kraju, dla szczęścia młodych pokoleń!
Jedna z moich przyjaciółek, lady Fuddleston, życzy sobie mieć nauczycielkę do swoich ukochanych córek i zwierzyła się z tem przedemną. „Któż — zawołałam
— potrafi lepszy zrobić wybór, kto lepszą udzieli radę jak nasza zacna i nieoceniona miss Pinkerton? Lady Fuddleston jest zupełnie zdecydowaną nie przyjmować innej nauczycielki jak tylko tę, którą pani jej polecić raczysz.
Mój dobry mąż powtarza zawsze że kocha serdeczne wszystko co tylko z domu mis Pinkerton pochodzi. Pragnęłabym bardzo przedstawić go wraz z mojemi córkami łaskawej niegdyś dla mnie przyjaciółce, która kierowała z takiem poświęceniem młodemi mojemi krokami i która wzbudzała uwielbienie naszego wiekopom nej pamięci leksykografa. Mój mąż polecił mi wyrazić tu swoje życzenia i nadzieję że jeżeli pani będziesz kiedykolwiek w naszej okolicy, to niewątpliwie zaszczycić raczysz swoją obecnością ubogi domek, gdzie pędzi życie skromne ale szczęśliwe. na zawsze przywiązana i wdzięczna P. Dobrodziejki sługa Marta Crawley 1’. S. Brat pana Crawley, z którym, niestety! nie możemy utrzymać stosunków opartych na jedności i zgodzie braterskiej, ma przy swoich córkach nauczycielkę, która, jak mi mówiono, miała szczęście być wy chowaną pod troskliwem okiem pani. Dochodzą mnie przytem najsprzeczniejsze o tej młodej osobie pogłoski Pomimo nieporozumień familijnych, przywykłam uważać moje synowice jak moje własne dzieci; nie mówiąc już o tem, że wszystkie panienki wychowane pod macierzyńską opieką kochanej pani, żywo mnie obchodzą. Dla tego ośmielam się prosić panią o łaskawe udzielenie mi szczeegółowych wiadomości o tej młodej o-sobie, której pragnęłabym zostać przyjaciółką.
Nie mam środków, niestety! dać nauczycielki moim ukochanym córkom; ale czyż nie byłam wychowaną w Chiswick-Mall?“
M. 6
Miss Pinkerton do mistress Bute Orawley.
Johnson House Chiswick... grudzień 18...
Kochana Pani!
Spieszę odpowiedzieć na łaskawe pismo pani które miałam szczęście odebrać przed chwilą. W moim cier nistym zawodzie wielkiej doznaję rozkoszy widząc, że poniesione przezemnie trudy i macierzyńskie starania zostały wynagrodzone trwałą, niezmienną przyjaźnią. Czytając życzliwe wyrazy w liście pani, poznaję że pełna niezrównanych przymiotów mistresz Orawley zo< stała zawsze dobrą, szlachetną i wzorową Martą Mac Ta yish, najlepszą z moich niegdyś uczennic, chlubą mojego Zakładu. Obecnie jestem zaszczycona zaufaniem kilku matek, dawnych pani rówiennic i towarzyszek. Mieniłabym się niewypowiedzianie szczęśliwą gdybym mogła otoczyć córki pani memi najczulszemi staraniami.
Przesyłając wyrazy uszanowania dla lady Fudleston, mam honor przedstawić jej dwie młode moje przyjaciółki: miss Tuffin i miss Hawky.
Każda z tych panienek może udzielać początków hebrajskiego i posiada gruntownie język grecki, łaciński, hiszpański, włoski i francuski, również historję, geo-grafję, nauki matematycznie i nauki przyrodnicze, jak niemniej śpiew, muzykę i taniec. Panna Tuffin jest córką św. pamięci wielebnego ojca Tomasza Tuffin, profesora z Cambridge i mogłaby wykładać swoim uczennicom język syryjski i zasady prawa konstytucyjnego. Szkoda tylko że jej wiek zbyt młody i powierzchowność ujmująca może być poniekąd przeszkodą dla niej do objęcia obowiązków nauczycielki w domu pana Hudle-ston Fudellston.
Miss Letycya Hawky, przeciwnie, nie zbyt hojnie bd natury uposażona. Liczy sobie dwadzieścia dziewięć lat i ma twarz zeszpeconą przez ospę. Przytem nalega trochę, ma włosy ruduwe i jej zezooka. Nie potrzebuję dodawać że obu tym młodym osobom nie zbywa na Wysokiem wykształceniu moralnem i religijnem. Ich wymagania są odpowiedne ich uzdolnieniu i osobistej wartości.
Załączając zapewnienie szacunku dla wielebnego Bute Orawley, mam honor zostawać. kochanej pani najniższą sługą
Barbara Pinkerton.
P. S. Misss Sharp, o której mi pani wspominasz, była rzeczywiście jedną z moich uczennic; nie mogę więc nic przeciw niej powiedzieć. Powierzchowność jej niemiła jest zapewne; ale nie jest w naszej mocy poprawiać dziel natury. Go zaś do jej rodziców, to nie ma się czem chiubić; ojciec był malarzem, kilko-krotne bankructwo przyprowadziło go do największej nędzy; matka, jak to później dowiedziałam się ze zgrozą, była baletnicą. Z tem wszystkiem Rebeka miała dosyć zdolności i nie mogę sobie wyrzucać że ją przez łitość u siebie przyjęłam. Obawiałam się zawsze żeby zasady matki, uchodzącej z początku za hrabiankę, zmuszoną emigrować, a która jak się okazało, była osobą bardzo podejrzanej moralności, żeby, mówię, zasady matki nie odezwały się w tej nieszczęśliwej dziewczynie, której nie chciałam odmówić przytułku. Mam nadzieję że jej postępowanie nie będzie godnem nagany; dystyngowane towarzystwo pana Pitt Orawley, oraz dom jego, gdzie wysoki ton i maniery wielkiego śwtata panują, nie dozwala się tego obawiać.
Miss Rebeka Sharp do miss Amelji Sedley.
„Kilka tygodni upływa jak pisałam do mojej uko-chanej Amelji; bo i cóż mogłabym jej napisać z tego domu, który nazwałam siedliskiem nudów? Cóż ci zależeć może na tem, czy buraki urodziły lub nie, ile sztuk nierogacizny karmi się obecnie, i czy słonina z wieprza czarnego, już wykarnionego, ważyła trzynaście czy ezternaście funtów? Jeden dzień od drugiego ni-czem się nie różni: Przed śniadaniem, przechadzka w towarzystwie baroneta; po śniadaniu, lekcje z pa« nienkami; po lekcjach, czytanie dokumentów sądowych i korespodencja z prawnikami o kontraktach z dzier żawcami, o kopalniach węgla, o kanałach etc... bo zostałam, jak wiesz, sekretarzem baroneta. Na zakon, czenie dnia, po objedzie, następują nauki pobożne i homilje pana Orawley, albo partja w trictrac z baro> netem. Przez cały ten czas spokojna postać milady nie zmienia się wcale; temi dniami jednakże była wię* cej niż zwykle interesującą, dzięki chwilowym cierpie niom, które sprowadziły tu wizytę młodego lekarza. Otóż, powiadam ci, że młode panny nie powinny nigdy rozpaczać: doktor, o którym ci wspominałam, dał do zrozumienia jednej z twoich dobrych przyjaciółek, że jeżeli zechce, mogłaby zostać panią Glauber. Odpowie-działam temu śmiałkowi że lancet powinien mu do jego szczęścia wystarczać. Zdawało mu się naprawdę że przeznaczoną jestem na to, żeby zostać żoną wiejskiego chirurga I Pan Grlauber wrócił do siebie całkiem zmię szany moją odmową, ale po użyciu kropli i ziółek u« śmierzających nerwy, niebezpieczeństwo minęło. Sir Pitt winszował mi żem się tak zręcznie znalazła; nie wątpię że byłoby mu niemiło stracić młodego sekretarza, cho« ciaż wiem dobrze ile na przywiązanie tego gatunku ludzi rachować można. I jabym miała połączyć się z jakimś aptekarzem na prowincji! O! nie, nie! wiesz zapewne że nie łatwo jest rozerwać złotą nić wiążącą nas z dawnemi wspomnieniami.. Nie chcę więcej o nich mówić: wróćmy więc do siedliska nudów.
Od kilku dni dom nasz przestał zasługiwać na miano, jakiem go ochrzciłam. Zawitała tu miss Orawley z opasłemi sługami, z wykarmionemi końmi i z tłustym pudlem; tak, tak, miss Orawley bajecznie bogata, ma jąca na piątym procencie umieszczony ogromny kapitał, przed którą a raczej przed którym obadwa bracia padają z uwielbieniem na kolana. Ten skarb nieoszaco-wany wygląda dosyć apoplektycznie, nic więc dziwnego że bracia chcą ją otoczyć najczulszą troskliwością i silą się na to, żeby jeden drugiego w tych staraniach przewyższył. Potrzeba ich widzieć jak się uprzedzają w podaniu siostrze poduszki albo filiżanki kawy. Miss Orawley szłusznie mówi (tej kobiecie nie brakuje rozumu): „Przyjeżdżając tu zostawiam w domu miss Briggs, moją pannę do towarzystwa. Moi bracia doskonale mi ją zastępują. Bo też nie każdy ma takich braciszków!u
Baronet prowadzi dom otwarty dopokąd siostra gościć raczy; przez cały miesiąc prawie taki tu ruch panuje, jak gdyby stary sir Walpole przyszedł z tam tego świata zająć swoją dawną rezydencję. Jeździmy czterema końmi, lokaje przywdziewają najnowszą liberję miewamy świetne objady, wino bordeaux i szampan obficie się leje, ogień na kominach nieustający i świece stearynowe palą się nawet w naszych pokojach. Lady Orawley wkłada na siebie najpiękniejszą z swych sukien, panienki nawet zrzucają codziennie grube trzewiki i stare spódniczki wełniane, z których wyrosły, żeby się ubrać w sukienki muślinkowe i w pończochy jedwabne, jak przystoi córkom baroneta.
Rózia weszła wczoraj do pokoju w stanie nie do opisania. Jej ulubione prosiątko otarło się o jedwabną li 1 ija sukienkę, której kawałki błotem pokryte wisiały jak frędzle w około. Grdyby coś podobnego wydarzyło
Targowisko późnośei. T. I. li lii
II się w przeszłym tygodnia, sir Pitt nie oszczędzałby usząt Rózi a może nawet zamknąłby ją o chlebie i wodzie, karmiąc obficie grabem łajaniem, ale dziś poprzestał tylko na kilku tych słowach: „Pomówimy o tem po odjeździe twojej ciotki.“
Do tego stopnia potrafił być panem siebie w tej chwili, że sam żartował z tego wypadku. Może się uspokoi jeszcze przed odjazdem miss Orawley.
Pieniądz jest prawdziwe potężnem narzędziem zgody i pokoju, kiedy sama obecność miss Orawley z jej 70ciu tysiącami funtów st. jednoczony dwóch braci, baroneta i pastora, którzy się przez cały rok nienawi dzą, a są w najściślejszej z sobą przyjaźni przez czas świąt Bożego Narodzenia.
Opisywałam ci jeszcze w przeszłym roku jak ten niegodziwy pastor dooina nam w swoich śmiesznych kazaniach, na klóre sir Pitt odpowiada mu głośnem chrapaniem w swojej ławce. Jak tylko miss Orawley przyjeżdża, stosunki zmieniają się zupełnie; obie rodziny odwiedzają się wzajemnie i bracia rozmawiają z sobą o gospodarskich interesach z niezrównaną słodyczą. Ale bo miss Orawley zapowiedziała podobno wyraźnie że nie chce widzieć żadnych kłótni, i że jeżeli się jej sprzeciwiać będą. to cały majątek zostawi Orawlejom z okolicy Shropsrhire. Gdyby ci mieli rozum, mogliby po niej wszystko odziedziczyć, ale ten nowy Orawley jest również jak jego kuzynek pastorem i tak rozgniewał szanowną miss Orawley swoją nietolerancją, że ta kobieta przyjechała tu w największym oburzeniu.
Zapewnie, jak się domyśliłem zmuszał kuzynkę do modlitwy wieczornej.
Książka z kazaniami zostaje w zamknięciu przez czas pobytu miss Orawley w domu, a młody pan Pitt, którego ciocia znosić nie może, wyjeżdża natychmiast do miasta. Na jego miejsce zjawia się kapitan Rawdon lew eleganckiego świata. Muszę ci w kilku słowach jego obraz nakreślić.
Jest to piękny młodzieniec okazałej postawy (ma sześć stóp wysokości) głos ma donośny, używa ener gicsnych wyriiżeń łając sługi które przed nim na pal-caci biegają i lubią go za hojność prawdziwie pańską, tak dalece że daliby się za niego porąbać. W przeszłym tyg>diiiu leśniczy i myśliwi zrobili zasadzkę na urzęd nika, przysłanego tu z Londyna żeby aresztować kapitana, obili go nielitościwie, dostało się i biednemu pi-sarzowi, i kto wie jakby się to skończyło gdyby sam baionet w tę sprawę się nie byt wdał.
Kapitan ma swego papę w największej pogardzie; nazywa go starym złodziejem. U kobiet wyrobił sobie straszną opinję. Przyjeżdża tu z całym taborym wierzchowych koni i przyrządów myśliwskich, sprasza na objady kogo mu się podoba, ale sir Pitt nic mu na to nie mówi, z obawy żeby obrażając miss Orawley nie stracić zapisu. Kapitan jest na stopie poufałości ze wszystkimi dandysami i magnatami okolicznymi, z którymi pije, trzyma zakłady, jeździ konno, poluje i rozmawia o psach, koniach i wyścigach.
Nie mogę zamilczeć przed tobą o komplemencie jakim mnie nasz lew obdarzył. Sama przyznasz że mu 11* się udało. Jednego wieczora sąsiedzi licznie się tu zjechali zaproszeni na objad. Po objedzie zaczęły się tańce. Cóż powiesz? Sama słyszałam jak piękny kapitan powiedział wskazując na twoją najniższą sługę: — Niech ją nie znam! co to za ładniutka kureczka! — potem zaszczycił mnie biorąc dwa razy do tańca. Było tu wiele panien, które pierwszy raz widziałam, ale kapitan dosyć je lekko traktuje, i doprawdy, ma zupełną słuszność.
Nie łatwo ci będzie wyobrazić sobie jaką te panny mają dla mnie pogardę, Kiedy wszyscy tańczą moje miejsce jest przy fortepjanie, i nikt mnie nie zastąpi chociaż cały wieczór siedzę jak przykuta. Kapitan za< uważył to pewnego wieczora, a że był dobrze roze* grzany winem, zaczął więc na cały głos dowodzić że nie zna lepszej odemnie tancerki i dał nawet słowo że sprowadzi muzykę z Mudbury.
— Ja zagram kontrdansa — powiedziała pastorowa, siadając z pośpiechem do fortepjanu. Wyobraź sobie małą, czarną, ruchliwą staruszkę w ogromnym czepcu i ze świecącemi oczyma. i Zaraz potem twoja mała Rebeka tańczyła z kapitanem. Po skończonym kadrylu, mistress Bute zasypała mnie komplementami, wychwalając zręczność moich ruchów w tańcu. Nikt jeszcze podobnej grzeczności nie odebrał od dumnej mistress Crawley. siostry ciotecznej hrabiego Tiptoff, która nie chciała się zniżyć, żeby zrobić wizytę lady Crawley. Biedna lady Crawley! przez cały czas tych uroczystości zostaje w swoim pokoju i zażywa pigułki.
Mistress Bute od razu zakochała się we mnie.
— Miss Sharp — mówiła do mnie — moje córki byłyby bardzo szczęśliwe gdyby mogły widywać u siebie uczennice pani.
Rozumiem doskonale co te czułości wywołało. S.i* gnor Clementi nie dawał nam lekcji muzyki darmo, więc i pani pastorowa chce chociażby czułościami lekcje swoich córeczek opłacić. Z t^ra wszystkiem pójdę do niej i będę się starała być dla niej bardzo grzeczną. Czyż to nie jest zresztą obowiązkiem biednej nauczycielki, co zostawiona sama sobie, bez przyjaciół i bez opieki?
Mistress Butte znowu hojnie mnie obdarzyła komplementami, podziwiając szybkie postępy moich uczennic Myślała zapewne, że mi tem zrobi wielką przyjemność Naiwna parafianka! Jak gdyby moje uczennice mogły mnie obchodzić.
Twoja muślinkowa sukienka z szarfą różową bardzo mi jak powiadają, do twarzy. Już jest trochę znoszona, ale cóż na to poradzić? W mojem położeniu nie można mieć ciągle świeżych sukienek. Szczęśliwaś, stokroć szczęśliwsza jesteś odemnie 1 Masz matkę, która ci nic nie odmówi, a o kilka kroków od ciebie, na Saint-James Street czegożby znaleźć nie można!
Żegnam cię czule, moja najdroższa!
Twoja na wieki
Rebeka.
P. S. „Jakże żałuje że ciebie tu nie było, żebyś widziała jak przedłużyły się twarze panien Blackbrook, kiedy kapitan Rawdon wybrał mie do tańca, pomimo że toaleta moja była bardzo skromna. Panny Black-broock, córki admirała, a do tego dosyć przystojnie i ubrane podług najświeższej mody.“
Rebeka nie omyliła się, ale trafnie przeniknęła zamiary pani pastorowej, która otrzymawszy od niej przyrzeczenia odwidzin, udała się do wszechwładnej ciotki, żeby za jej wstawieniem się wyjednać zezwole nie baroneta. Ciotka nie dala się długo prosić, ale o wszem podjęła się chętnie tego pośrednictwa. Zawsze wesoła, i rada widzieć wszystkich w zgodzie żyjących, pochwyciła ona tę okoliczność jako środek zbliżenia niechętnych braci. Stanęło więc na tem, że młode po* kolenia obu rodzin będą się często odwidzać wzajemnie. Ta przyjaźń nie trwała dłużej jak do wyjazdu ciotki, która w tym wypadku odegrała rolę rozjemcy.
— Na co ci było zapraszać na objad tego imper* tynenta Rawdona? rzekł pastor do żony, kiedy wracali do siebie. Co ja mogę mieć za przyjemność z tym błaznem, który na nas z góry patrzy jak na nędznych wieśniaków? Dopiero wtenczas kontent kiedy się dorwie do mojego starego wina; a tak wychyla butelkę wartującą najmniej dziesięć szylingów, jak gdybym ja dla niego tylko miał piwnicę. A jaką łotr ma głowę mocną I Ej to jest nic dobrego! Gracz, pijak, rozwięzłych obyczajów, zabił człowieka wt pojedynku, długów ma po same uszy, i do tego wszystkiego wydarł mi większa część spadku po miss Crawley. Siostra sarna mówi że 4estamentem zapewniła mu pięćdziesiąt tysięcy fun-tów (to mówiąc pastor podniósł zaciśnioną pięść ku księżycowi z postawą człowieka, który coś przysięga, a po chwili dodał melar^cholicznie) — ledwie trzydzieści tysięcy zostaje do podziała.
— Ona, jak mi się zdaje, nie długo już pociągnie, rzekła pastorowa; kiedyśmy wstali od obiadu miała tak silne uderzenie krwi do głowy, że musiałam jej suknię odsznurować; twarz miała siną prawie...
— Nic dziwnego — przerwał pastor — wypiła siedtn kieliszków szampańskiego wina; i jakiego wina! Mój brat chce nas widocznie potruć. Ale wy kobiety nic się na gatunku win nie znacie.
— Już to prawda że my się nie wiele znamy na tem.
— Piła po objedzie nalewkę wiszniową — mówił dalej pastor — a potem jeszcze kawę czarną i kiraso. Ja bym tego za pięć funtów^ szterlingów nie wypił; można sobie wnętrzności popalić. Przy takim trybie życia nasza mistress Orawley nie może długo ciągnąć; to daremna, słaba natura ludzka nie może tyle znosić i w końcu uledz musi. Wiesz co, trzymam pięc prze« ciw dwóm, że Matylda w tym roku jeszcze nam się wymknie.
Nastąpiła chwila milczenia. Zagłębieni w rachunkach, pan pastor i pani pastorowa postępowali myśląc o swoich długach, o dwócn synach, z których jeden był w szkołach a drugi w Woolwich, i o czterech córeczkach, które nie były wcale wzorami piękności, a nie mogły liczyć na inny posag jak to, co dostałaby ze spadku po ciotce. Pastor pierwszy przerwał milczenie:
— Ten nędznik Pitt gotów sprzedać prezentę na probostwo. Zawsze mu pieniędzy potrzeba a cóż do< pipro dziś, kiedy starszy synek, ten zapamiętały meto« dysta, chce koniecznie dostać się do parlamentu.
— Sir Pitt mógłby wystarać się o jaką posadę dla Jakóba, gdyby tylko Matylda zechciała wymódz na nim słowo że się tem zajmie.
— Pitt wszystko przyrzecze, ale nic nie dotrzyma. Obiecał mi przybudować jedno skrzydło na probostwie, obiecał mi odstąpić kawałek pola i sześć morgów łąki! I cóż dotrzymał z tych pięknych obietnic? Oo? No, i to synowi tego człowieka, szulerowi oszustowi, ostatniemu łajdakowi, Matylda zostawia większą połowę swego majątku! Nie, to nie jest czyn dobrej chrzęści* janki! Ten łotr ma wszystkie najszkaradniejsze wady, wyjąwszy hypokryzji; bo starszy brat zupełnie go z niej odarł.
— Cicho, cicho! moje kochanie — mówiła żona — wszak wiesz że jesteśmy na gruncie baroneta.
— Otóż ja waćpani powtarzam że to jest wierutny łotr, i że pani nie masz potrzeby go bronić. Cóż to? Alboż to nie on zabił kapitana Longfeu? Ozy nie on okradł młodego lorda Doyedale w tawernie pod Kokosem? Czy nie straciłem czterdzieści funtów z jego łaski, kiedy mu się podobało przerwać walkę pomiędzy Bill Soames i Cheshire Trump? Wszakże sama w7iesz o tem. Oo zaś do jego konduity z kobietami, to czyż nie słyszałeś że w mojej przytomności...
— Na Boga! zaklinam cię, przestań! — przerwała żona.
— A waćpani zapraszasz do siebie na objad tego urwisa! — ciągnął dalej pastor wybuchając rozpaczli* wem oburzeniem. — Tak, pani, matka dorastających córek, małżonka sługi kościoła, o! wielki Boże i
— Bute Crawley, opamiątaj się; czyś oszalał! — wyrzekła żona z pogardą.
— To wszystko bardzo być może — odparł żywo
— zresztą wiadomo Ci dobrze że nigdy nie miałem pretensji dorównać tobie wt przenikliwości. Ale oświadczam ci naprzód że nie chcę spotkać się u siebie z Raw-donem; pojadę do Huddleston’a, puszczę mego Lancelota z jego czarną charcicą na wyścigi i będę trzymać z nim zakład o pięćdziesiąt funtów. Oto co zrobię. Gotów jestem wyzwać wszystkie psy w całej Anglji prędzej aniżeli zetknąć się nos w nos z tym głupcem Rawdonem.
— Panie Crawley pan masz dobrze w głowie według swego zwyczaju — powiedziała żona z powagą.
Nazajutrz po przebudzeniu się pastor prosił natych miast o piwo, przypomniawszy sobie że obiecał odwi-dzić pana Hudleston Fuddlestona w sobotę, wyrachował że zacinając konia i jadąc nocą, będzie mógł zdążyć do domu na niedzielę rano. Jak widzimy parafjanie Oawley la Reine mogli być zarówno dumni ze swego proboszcza jak i z dziedzica.
Rebeka tymczasem nie traciła czasu i zaczynała wkradać się pomału do serca poczciwej ciotki Matyldy. Jednego poranku miss Crawley idąc na zwykłą prze-chadzkę wzięła z sobą młodą guwernantkę do towarzystwa. W połowie spaceru Rebeka była już w wieh kich łaskach panny Matyldy, która raczyła nawet u śraiechnąć się cztery razy i w ogólności była bardzo zadowoloną.
— A dla czegóż to nie widzę miejsca dla miss Sharp? Ozy nie będzie z nami przy stole? mówiła do brata zajętego urządzeniem wielkiego objadu, na który już zaprosił wszystkich baronetów z sąsiedztwa. „Nie po sądzasz mnie, spodziewam się, żebym chciała słuchać jak lady Fuddleston mówi o gałgankach, a stara gąska pana Griles Wapshot o procedurze sądowej I Proszę o miejsce dla Rebeki Sharp. Jeżeli mało jest miejsca, to niech lady Orawley zostanie w swoim pokoju, ale miss Sharp musi mieć miejsce przy stole. Z całego towa* rzystwa z nią jedną tylko można rozmawiać!“
Po takiem kategoryeznem przemówieniu sir Pitt kazał dodać jedno nakrycie przy wielkim stole dla gu wernantki, obliczając już kogo w tem świetnem zgromadzeniu będzie musiał przepraszać.
Gdy wszyscy już się zjechali, sir Huddleston wprowadził uroczyście miss Crawley do sali jadalnej, i już osuwał krzesło żeby zająć przy niej miejsce, gdy wtem dał się słyszeć piskliwy głos ciotki Matyldy:
— Becky Sharp, miss Sharp! siadaj tu przy mnie; będziesz mnie bawić w czasie objadu. Sir Huddleston usiądzie obok lady Wapshot.
Po odjeździe wszystkich gości miss Orawley rzekła do Rebeki:
— Chodź jeszcze do mojej gotowalni; zobaczysz jak obrobimy dobrze całe towarzystwo.
Obie przyjaciółki siliły się przewyższyć jedna drugą dowcipem. Stary Huddleston sapał jak miech przez cały objad. Sir Giles Wapshot połykał zupę aż mu coś stukało w żołądka, a jego żona mrugała łewem okiem. Rebeka umiała każdą z tych okoliczności ubarwić, i za« pamiętać całe rozmowy wiejskich polityków o wojnie, o naradach parlamentu i innych ważnych sprawach. Sama jedna prowadziła dwuosobowe djalogi. Zbytecz nem byłoby dodawać że ani dziwaczne toalety miss Wapshot ani żółty kapelusz lady Fuddleston nie uszedł sumiennej analizy Rebeki ku wielkiej zabawie ciotki Matyldy.
— Ty jesteś prawdziwa perła, moja kochana Becky, jakbym ja chciała zabrać cię z sobą do Londynu. Szkoda tylko że nie mogłabym zrobić z ciebie takiego baranka jak miss Briggs. O! nie I ty jesteś za nadto dumna, za nadto sprytna, nie prawdaż Firkin?
Mistress Firkin zajęta układaniem rzadkich włosów na łysinach swej pani spuściła głowę i powiedziała ironicznie:
— Tak jest, panienka bardzo jest zręczna.
Mistress Firkin była trochę zazdrośna, od czego najlepsze kobiety nie są wolne; nie mogła patrzyć obo* jętnie na wzrastającą potęgę Rebeki, wdzierającej się z taką zręcznością do serca jej pani.
Uwolniwszy się bez ceremonji od towarzystwa pana Huddłeston Fuddleston przy objedzie, miss Orawley o-świadczyła że odtąd Rawdon będzie ją prowadzić do stołu a Becky będzie nieść poduszkę dla niej, albo. jeżeli się jej podoba, Becky poda jej rękę a Rawdonowi dostanie się stołeczek pod nogi.
— My jesteśmy obie stworzone na to żeby żyć razem, 162 moja kochana Becky — mawiała często miss Crawley
— my dwie tylko jesteśmy prawdziwie dobremi chrze-ścjankami w całej tutejszej okolicy.
Oprócz tych pięknych usposobień religijnych, miss Crawley lubiła wygłaszać swoje ultra liberalne zasady.
— Cóż znaczy urodzenie? — mówiła do Rebeki, przy patrz się tym ludziom jak mój brat Pitt, jak Huddle-ston, których rodziny są tu osiadłe i znane od czasów Henryka II, zobacz nakoniec tę nieszczęśliwą mistress Bute. Czy znajdziesz pomiędzy niemi choć jedna osobę któraby ci dorównała inteligencją i znajomością świata? Co mówię? Oni nie warci nawet mojej biednej Briggs, a niżej są pod każdym względem od mojego szafarza, podczas kiedy ty, moje kochanie, jesteś prawdziwym skarbem. Ty masz więcej w jednym palcu rozumu a niżeli wszystkie głowy tutejszych lordów i baronów zebrane razem. O! gdyby każdy zajmował stanowisko odpowiedne osobistej wartości i zasłudze, niewątpliwie byłabyś księżną.
Ale nie; książęta powinni zmkoąć zupełnie, a ty nie powinnaś mieć nikogu wyżej od siebie. W mojem przekonaniu, mój aniołku, ty jesteś zupełnie to samo co i ja i pod żadnym względem nie stawię cię niżej odcmnie. — Dołóż trochę węgla na kominku, moja kochana Becky. Weźno, proszę cię, moją suknię, którą potrzeba rozpuścić trochę i odmienić tasiemki u dołu; nikt tak dobrze tego nie zrobi jak ty, moje życie, do wszystkiego potrzeba mieć zręczność wrodzoną.
W taki to sposób zapalona zwolenniczka równości wkładała na swego aniołka obowiązek łatania swoich sukni, pilnowania ognia i usypiania siebie głośnem czy taniem romansów i powieści.
W owym czasie cały modny świat był niezmiernie zajęty dwoma wypadkami, o których wszystkie dzień niki szeroko się rozpisywały. Porucznik Shbffon porwał lady Barbarę Fitzurge, córkę hrabiego Tuman’a a je dnocześnie czterdziestoletni ojciec licznej rodziny, Vere Vane, znany z nieposzlakowanej cnoty i wzorowego prowadzenia się, porzucił nagle swój dom dla pięknych oczu aktorki, mistress Eougemont, liczącej już 65tą wiosnę.
— Cóż można znaleść godniejszego pochwały w charakterze lorda Nelon’a — mówiła ciotka Matylda, nadto że dla kobiety poleciałby w ogień 9 Taki człowiek nigdy złym być nie może. Nic w mojem prze* konaniu nie zasługuje więcej na uwielbienie jak związki oparte wyłącznie na miłości bez żadnych innych względów. Podług mnie szlachcic nie lepiej robi kiedy się żeni z córką młynarza... patrz, naprzykład lord Flowerdale... ale też wszystkie kobiety umierają ze złości. Chciałabym widzieć ciebie porwaną przez jakiego kochanka wysokiego rodu: masz dosyć ładną twarzyczkę i nicby w tem dziwnego nie było.
— A wT samej rzeczy to byłoby bardzo ciekawe; odpowiedziała Rebeka.
— A co Dii się najwięcej podoba, to kiedy jaki biedak żeni się z bogatą dziedziczką. Wiesz Becky, założyłabym się że Rawdon wykradnie jakąś kobietę.
— Bogatą czy ubogą? spytała naiwnie Rebeka.
— Ach I jakże ty jesteś naiwna! Rawdon nie miałby ani grosza bez funduszu, który ja mu przeznaczam. Długów ma co nie miara, musi przecież poprawić interesa majątkowe i wyrobić sobie jakie takie stanowisko w świecie.
— A czy ma dosyć ku temu zręczności? zapytała Rebeka.
— Zręczności? Ej, moja kochana, on nic jeszcze nie widzi na świecie oprócz swego pułku, swoich koni, przyborów myśliwskich i kart. Ale pomimo to ręczę że będzie miał powodzenie. To jest taki miły trzpiot że wszystkich porywa za serce. Czy uwierzysz, moja duszko, że on już wysłał na tamten świat jednego prze-ciwnika i przedziurawił kulą kapelusz jakiegoś starego papy, którego sam obraził? W pułku kochają go jak półbożkd, a cała młodzież, bywająca pod Kokosem poszłaby w ogień za niego.
Rebeka opisując swojej przyjaciółce jakim sposobem ściągnęła na balu uwagę kapitana Orawley, nie powiedziała całej prawdy i przemilczała o tem że kapitan spotykał ją przedtem na przechadzce, na wszystkich przejściach i korytarzach, słowem, wszędzie gdzie tylko się obrócił. Wieczorem kilka razy pochylał się oparty o fortepian kiedy Rebeka śpiewała.
Przez cały ten czas milady była cierpiąca i nie wychodziła ze swego pokoju, nikt za tem na nich nie zwracał uwagi. Kapitan wysztychował bilecik, siląc Się jak mógł na poprawną pisownię, i złożywszy go w trójkącik, wsunął pomiędzy kartki romansu, który Rebeka w tej chwili śpiewała. Nie tracąc zimnej krwi miss Sharb z bilecikiem w ręku zbliżyła się wprost do nieprzyjaciela i utkwiła w niego wzrok przenikliwy. Potem podrzucając w ręku bilecik, przypominający formę kapelusza stosowanego, rzuciła go w kominek, u-kłoniła się poważnie i wróciła do fortepianu.
Rawdon Crawłey nie posiadał się ze złości, gdy tymczasem Rebeka śpiewała raźniej i weselej niż przedtem Pani pastorowa, Bute Orawley, była kobietą wiel« kiej duszy. Nietylko bowiem miała być uprzejmą dla guwernantki, wydzierającej widocznie do serca ciotki Matyldy, ale nawet okazywała wiele uczucia dla Raw-dona, który, jak wiemy, okradał pastora ze spadku po ukochanej siostrze. Przywiązanie to tak się wzmagało silnie, że pastorowa nie mogła się obejść bez swego bratańca, który odrzucał również zaprosiny pana Fud* dlestona, wyrzekał się polowania i objadów z oficerami, stojącymi w Mudbury, a to wszystko dla przyjemności przesiadywania na plebanji, gdzie ciotka Matylda towarzyszyła mu zawsze. Miss Sharp musiała naturalnie towarzyszyć swoim uczennicom, bo mama tych panienek była ciągle niezdrowa. Wieczorem wszyscy wracali piechotą przez łąkę i lasek cienisty, wyjąwszy ciotkę Matyldę, która wolała jechać powozem.
— Oh! gwiazdy! cudne gwiazdy! — mówiła Rebeka, wznosząc ku niebu błyszczące swe oczy. Zdaje mi się doprawdy że nie jestem na ziemi kiedy na nie patrzę.
— — Oh!... ah!... rzeczywiście... o! tak... to zupełnie tak jak ja — odpowiadał kapitan. Ozy moje cygaro nic pani nie szkodzi?
Rebeka nie znała większej rozkoszy jak zapach cy gara na wolnem powietrzu. Na dowTód wzięła cygaro kapitana, puściła kłąb dymu i wydawszy lekki okrzyk, oddała je z uśmiechem właścicielowi. Ten poprawił sobie wąsa, zaciągnął się tak silnie że rozpalony koniec cygara oświecił mocno najbliższe drzewa i powiedział: — — Daję słowo! nie paliłem w życiu tak dobrego cygara! na honor...
Sir Pitt przy kuflu piwa, z fajeczką w zębach, radził z szafarzem któregoby na śmierć skazać barana; ale nie przestawał śledzić młodej pary przez okno swego pokoju, i przysięgał, że giyby nie siostra, dawnoby już przepędził tego błazna Rawdona.
— Jużto wielmożny pan ma rację — mówił usłużny Horrocks — ależ i kamerdyner pana Rawdowna, to niech pan Bóg zachowa! Kiedyś jak zaczął wymyślać w kuchni a to że objad zły, a to że wino niedobre, to aż strach! Żaden pan nawet nie narobiłby takiego hałasu.
XII.
Sercowe dzieje.
Przenieśmy się do Londynu, gdzie zostawiliśmy Amelję. Gdybyśmy wierzyli temu co tu i ówdzie towa rzyszki Amelji o niej mówią, przyszlibyśmy do prze konania że nie ma młodej osoby równie ckliwej, pospolitej i nudnej jak Arnelja Sedley. Ale któż nie odgadnie że sympatje towarzyszek musiały słabnąć w miarę jak przymioty Amelji coraz lepiej oceniane, zwię kszały liczbę jej wielbicieli. Panny Osborne i panny Dobbin zupełnie zgadzały się z sobą w sądach o b i e d n e j Amelji: jak pierwsze tak i drugie nie umiały sobie wytłómaczyć jakim sposobem taka mierność mogła zwrócić na siebie uwagę ich braci.
Siostry Jerzego Osborna, młode, czarnobrewe pa« nienki, traktowały Amelję łaskawie i opiekowały się nią z przeświadczeniem o własnej wyższości. Amelja pracowała nad obudzeniem w sobie przywiązania do sióstr swego narzeczonego, ale była z niemi tak nieśmiałą, że można ją było wziąć za osobę bardzo słabych zdolności, niemającą nic do powiedzenia.
W domie Osbornów widocznie były pretensje do wystawy, dobrego tonu i etykiety. Wszystkie, zabawy i gry towarzyskie odbywały się tam tak konwencjonalnie, że trudno było uśmiechnąć się na widok tej komicznej powagi. Panny Osborne miały zawsze najlepsze nauczycielki, najpierwszych metrów, najlepsze szwaczki i najlepsze miejsca na koncercie lub w teatrze.
Po każdej niemal wizycie Amelji, Joanna Osborne, Marja Osborne i miss Wirt nauczycielka, zadawały sobie jedna drugiej pytanie: „Co Jerzy znalazł tak pociągającego w Amelji, jak ona może mu się podobać?“ „Jakto — powie nie jeden może krytyk surowy — ta sama Amelja, która była niedawno przedmiotem u wielbienia swoich towarzyszek na pensji, zostaje w jednej chwili znienawidzoną przez cały ród niewieści?“ Odpowiemy na to, że na pensji u miss Pinkerton nie było ani jednego mężczyzny, wyjąwszy metra tań ców; a ten nie miał w sobie nic takiego coby mogło rzucie kość niezgody pomiędzy jego uczennice: wszyst kie zgadzały się w uznaniu jego lat sędziwych i szpetnej powierzchowności. Inna rzecz kiedy młody człowiek, Targowisko próżności. T. I 12 dosyć poszukiwany w towarzystwie, jak Jerzy naprzy-kład, znikał zaraz po śniadaniu i nie wracał aż na objad; nic dziwnego że siostry jego widząc się zanie dbanemi przez brata, nie były wdzięczne tej, która była głównym tego powodem. Czy można dziwić się miss Marji, że patrzy fcrzywem okiem na Amelję, kiedy młody Bullock, z domu bankierskiego Hulker Bullock et Comp, na Lombard-Street, kawałer nieodstępny panny Marji prosi Amelię żeby zechciała uszczęśliwić go kotyljonem? A jednak miss Marja, jeżeli mamy wierzyć jej słowom, nie była w.uale skłonną do żywienią w sobie niechęci. Posłuchajmy co mów5’ do młodego Bullock po skończonym kotyIjonie:
— Bardzo jestem szijzęśliwą że pan lubisz naszą Amelję, która ma być żoną Jerzego; nie posiada ona wielkich zdolności, to prawda, ale jest za to bardzo poczciwą dziewczyną i bez żadnej przesady. My wszyscy tak ją lubimy w domu!
Któż potrafiłby określić wysoki stopień przywiązania w tem jednem słowie tak zawarty?
Jakkolwiek Jerzy jadał objad w mieście sześć razy w tygodniu, nie możemy zaręczać że cały ten czas przepędzał w domu przy Rüssel Sqare położonym, gdzie według poufalnego wyrażenia panien, Osborne był do spódnicy Amelji przyszyty. Ile razy kapitan Dobbin przychodził odwiedzić przyjaciela, panny Osborne, z których starsza szczególnie uprzejmie go witała, mć wiły mu zawsze:
— Oh 1 Żeby znaleść Jerzego potrzeba go szukać u państwa Sedley; my go po całych dniach nie widuje* my wcale.
W takim razie kapitan przymuszał się niezręcznie do uśmiechu i zwracał rozmowę według światowego zwyczaju na przedmioty niewinne jak opera, ostatni bal u księcia w Garlton House, lub uciekał się do tego zręcznego środka jak deszcz i pogoda. Któż z łaskawych czytelników nie doznał dobrodziejstw tego niewyczerpanego tematu tak ulubionego w salonach?
Twój luby przewyższa niewinnością trzynastole Jnie dziewczynki! — mówiła Mar ja do Joany Osborne po odejściu kapitana Dobbin — czy uważałaś jak po czerwieniał. Kiedy powiedziałam że Jerzy zawsze jest przy Amelji?
— Jaka szkoda — odpowiedziała Joanna — że Fry* deryk Bullock nie ma choćby w setnej części tej skromności nieprawdaż Marjo?
— Skromności! Chcesz zapewne powiedzieć nie-zgrabności. Nie życzę sobie wcale żeby Fryderyk rozdzierał mi suknie i deptał po nogach jak tobie zrobił kapitan Dobbin na wieczerzy u Perkins’ow.
— Jakto? on? suknię Joanny? — zapytała barczysta nauczycielka miss Wirt. — Jakimże sposobem kiedy on tańczył z Arnelją?
W samej rzeczy kapitan Dobbin mocno był zakłopotany, ale nie uważał za stosowne mówić pannom Osborne że był już tego dnia u Sedlejów pod pozorem zobaczenia się z Jerzym, którego jednak nie znalazł tam wcale. Zastał tylko Amelję stojącą w oknie salonu, smutną i zamyśloną. 160
Po kilku nieznacznych i oklepanych frazesach, Amelja odważyła się zapytać kapitana Dobbin czy widział się już z Jerzym i czy to prawda że pułk otrzymał rozkaz natychmiastowego wyjścia.
Pułk w którym służył Osborne, nie otrzymał żat dnego rozkazu, i kapitan Dobbin nie widział tego dnia Jerzego.
— On musi być niezawodnie z siostrami — wyjąkał nieśmiało kapitan — czy mam pójść i napędzić trochę tego leniwca?
Amelja na znak podziękowania podała rękę kapitanowi, który natychmiast wyszedł.
Długo, długo czekała, a Jerzego jak nie ma, tak nie ma.
Biedne serduszko! zawsze bije przyspieszonem tęt nem, zawsze czeka cierpliwie i zawsze wierzy! Jakże tu opowiadać dzieje takiego żywota? Daremnie byłoby szukać tu wypadków nadzwyczajnych, wszystko da się streścić w dwóch wyrazach: „Kiedyż nadejdzie?“ Ta jedna myśl wypełnia każdą godzinę od rana do * wieczora i od wieczora do rana.
Jerzy tymczazem grał w bilard z wesołym towarzystwem, kapitanem Cannon, na Swallon Street.
Biedna Amelja nie widząc przez trzy dni Jerzego,, wzięła kapelusz i poszła do Osbornów.
— Jakto! Cóż to się stało? Przychodzisz do nas i zostawiasz samego naszego brata? — zawołały obie siostry. Czyście się posprzeczali? — rzekła jedna. — Opowiedz nam Ameljo co się stało! — mówiła druga.
— Któżby się mógł z nim sprzeczać? — rzekła Amelja ukrywając łzy w oczach.
Przyszła ona tylko... odwiedzić swoje przyjaciółki, których już tak dawno nie widziała.
Tego dnia Amelja była tak niezręczną i tak zakłopotaną, że panny Osborne i ich guwernantka rade jak najprędzej pożegnać gościa, nie mogły wyjść z podzi* wienia i zdawały zapytywać się wzrokiem co Jerzy mógł upatrzeć tak powabnego w Amelji?
I cóżby mogło skłonić Amelję do otwierania boja* iliwego, czułego serca, przed csarnemi, przenikliwemi oczami panien Osborne? Czyż nie lepiej było zamknąć je w sobie? Gdyby tu chodziło o szal kaszmirowy, albo 0 spódniczkę z różowego atłasu, to rady panien Osborne nie byłyby do odrzucenia. Otóż kiedy miss Turner przefarbowała swój szal na pąsowy kolor, a miss Pick* ford przerobiła gronostajową pelerynkę na zarękawek, ani jedna ani druga metamorfoza nie uszła uwagi tjch panien. Ale są rzeczy o wiele subtelniejsze od futra 1 atłasu, od przepychów Salomona i od całej szatni królowej Saby w dawnych, a eks cesarzowej Eugenji w nowszych czasach; słowem, są rzeczy zakryte przed badawczem okiem niejednego znawcy. Zajrzeć w głąb cichego i tkliwego serca nie jest łatwem i przystępnem każdemu. Ileż jest drobnych kwiatów,, tchnących aromatem dokoła, ale tak ukrytych, że starannie szukać potrzeba żeby je nakoniec wynaleść; podczas kiedy słonecznik lub piwonja uderza więcej lub mniej wprawne oko. Amelja nie należała do tej ostatniej kategorji kwiatów. 162
Skromne i ciche dziewczątko, jak ptaszę tulące się* pod skrzydłem matki, pędziło życie spokojne w rodzin* nem gniazdeczku.
Matka Amelji poświęcała swój czas zajęciom gospodarskim i wycieczkom do magazynów dostępnych bogatym damom londyńskim. Ojciec zatrudniał się, jak zwykle, operacjami giełdowemi w City, gdzie w owym czasie, kiedy ogień wojenny obejmował całą Europę, rozstrzygały się najżywotniejsze interesa mocarstw europejskich. Kurjer ówczesny liczył dziewięć tysięcy abonentów. Każdy dzień wielkie przynosił wypadki: Dziś ogłaszają bitwę pod Vittoria, potem znowu pożar Mos kwy; tu słychać głos roznosiciela gazet: Bitwa pod Lipskiem — sześćkroć sto tysięcy walczących — porażka Fraucuzów — dwakroć sto tysięcy poległych W takich okolicznościach nie można było się dziwić że papa Sed-ley przychodził często do domu z twarzą zafrasowanego człowieka.
Burze polityczne nie zmieniły jednak zwyczajów domowych w Russel Square. Wszystko tam szło dawnym torem. Por-ażka pod Lipskiem nie zmniejszyła liczby półmisków, które Sambo przynosił z kuchni; armje sprzymierzonych wkraczały do Francji, a odgłos dzwon« ka o piątej godzinie oznajmiał domowym że objad na stole. Przyszła nakoniec wiadomość o abdykacji Napo* leona. Amelja przesłała niebu modlitwę dziękczynną i skakała z radości Losy Europy o tyle ją obchodziły, o ile mogły wpłynąć na wyjście pułku, w którym słu żył Jerzy, na linję bojową. Z zawarciem pogoju wszelka obawa w tej mierze znikała. W pojęciu Amelji Jerzy
Osborne ważył więcej aniżeli Europa, cesarz, monarchowie sprzymierzeni i sam nawet książę Rejent. Jerzy był dla niej wszystkiem; i nie dziwilibyśmy się woale gdyby bal dany dla panujących w Mansion-House, był urządzony w przekonaniu Amelji na cześć Jerzego Osborna.
Po wyjściu z. pensji Amelja miała jeszcze jednego potężnego mistrza, tym mistrzem była miłość. Pod jego kierunkiem młoda dziewczynka nie jedną odkryła prawdę, która pozostanie tajemnicą na zawsze dla jej sąsiadek, a nawet dla miss Wirt i miss Pinkerton. Gdyby ta ostatnia była powiernicą Ameiji, starałaby się b^z wątpienia przytłumić wszelkiemi siłami to uczucie; ale te usiłowania zostałyby nadaremne. Są kobiety, którym sama natura dala całkiem różne dążności i pregnienia:: jednych przeznaczeniem jest rozkazywać, drugich — kochać. Szczęśliwy kto potrafił wybrać jedną z tych. ostatnich!
Jakże odmiennej natury było uczucie miss Marji Osborne dla jej narzeczonego! Ta młoda osoba z równą łatwością zgodziłaby się pójść do ołiarza ze sta* rym, łysym i bez zębów ojcem Bullock, jak z jego synem Fryderykiem Augustem Bullock z domu Hulker* Bullock et Comp. Marja Osborne, jak każda dobrze wychowana panienka, miała na uwadze następujące warunki przy wyborze męża: Piękny dom na zimę w Park-Lane, dom na letnie mieszkanie w Wimbledoru, powóz i para pięknych koni, lokaje w galonowanej łiberji i nakoniec czwarta część dochodow wielkiego domu pod firmą Hulker. Bullock i spółka. Pod takiemi to uroczemi barwami przedstawiała się pannie Marji osoba Fryderyka Bulloek.
Amelja przeciwnie, kochała Jerzego z całym młodzieńczym zapałem, i widziała w nim ideał najwyższej doskonałości. Powiedzieliśmy już że ani matka, ani ojciec nie kładli tamy uczuciu, które z każdym dniem coraz silniej wzrastało.
XIII.
Można wzdychać z miłości i bawić się wesoło.
Rozdmuchany płomień w sercu Amelji nie pochło* nął jednak wyrozumiałości dla kochanka. Jeżeli dn w których nie widziała Jerzego, były dla niej ciężkie, nie mniej dla tego mówiła sobie że obowiązki służbowe i rodzinne a przytem liczne stosunki towarzyskie zabierały mu wiele czasu i były zapewne przyczyną wojskowego lakonizmu, jakim listy jego zawsze się odznaczały. Nie tak miały się rzeczy z listami Amelji, któremi możnaby łatwo tomy zapełnić. Wszystkiego tam było pełno: wyciągi poezji i całe ustępy prozy znajdowały się w listach wątpliwą pisownią kreślonych. Ba I Gdyby błędy przeciw prawidłom syntaksy lub poetyki popełnione miały wyziębiać serce i zabijać miłość dla kobrety, czyż nie warto byłoby spalić na stosie wszystkich kodeksów piśmienniczej i rymotwórczej sztuki, a nawet samychże pedantów, którzy chcieliby temu przeszkodzić! Nie wiemy z pewnością co o tem myślał Jerzy Osborne, wszakże dla unienienia złośliwych żarcików swoich kolegów, dał rozkaz służącemu żeby mu nie inaczej jak tylko w gabinecie i bez świadków od dawał listy, które, mówiąc nawiasem, prześladowały go wszędzie gdzie tylko się obrócił. Kapitan Dobbin z wielkiem zgorszeniem widział jak Jerzy zapalił cygaro jedną z tych nieocenionych depeszy, za którą kapitan dałby może bardzo wiele, jeżeli nie wszystko na świecie.
Powodzenie Osborna w obec płci pięknęj było głośne w pułkku, gdzie go lubiono powszechnie. Trudno byłoby wyliczyć wszystkich jego towarzyskich przymiotów: nikt więcej od niego nie wydawał pieniędzy, a w tańcu, śpiewie, elegancji, jeździe konnej, sztuce szer-mierskiej i we wszystkich grach; na zręczności pole» gających, nie było mu równego w pułku. Temu szczęśliwemu połączeniu salonowych i koleżeńskich przymiotów zawdzięczał Jerzy głośną sławę, która stawiała go niezmiernie wysoko w oczach jego towarzyszów. Dobbin widział w nim godnego następcę Lowelas’a, a żona majora 0’Dowd zachwycała się pięknością Osborna, który, jak mówiła, bardzo był podobny do młodszego syna lorda Castle Fogarty.
Stosuriki Jerzego z Amelją były okryte tajemnicą, ale otwierały obszerne pole najdziwaczniejszym domysłom: jedni mówili że te listy pochodziły od jakiejś księżnej rozkochanej szalenie w Osbornie; drudzy że od córki generała; inni nakoniec utrzymywali że żona jednego z członków parlamentu chciała go porwać, ale wszyscy widzieli w tej intrydze nową ofiarę naszego Don Żuana,
Przez nieostrożność kapitan Dobbin dał klucz wszystkim oficerom do odgadnięcia tej tajemnicy. Przy śniadaniu mówiono, jak zwykle, o miłostkach Jerzego. Oachle, pomocnik chirurga pułkowego upewniał, że tajemnicza kochanka Osborna jest księżną i damą dworską; oficerowie zać Stubbles i Spooney dowodzili przeciwnie że to jest po prostu baletnica, używająca nawet nie najlepszej opinji, W tej chwili kapitan Dobbin włożył do ust całe prawie jajko i spory kawałek chleba z masłem, ale na te słowa zerwał się jak oparzony i obracając zaledwie językiem powiedział:
— Czyście poszaleli do djabła, żeby zawsze takie brednie wymyślaćI Osborne nie hołduje żadnej księżnej, i nie myśli rujnować się dla żadnej baletnicy w świecie.. Miss Sedlej, najpiękniejsza z wszystkich panien, jest od dawna jego narzeczoną, a ktoby się poważył źle o niej tnówić, lepiej aby zamilczał w mojej obecności.
Dobbin wychylił odrazu całą filiżankę wrzącej herbaty i zdawało się że go apopleksja zabije. Rozmowa się przerwała, ale w pół godziny potem cały pułk wiedział o wszystkiem, a majorowa 0’Dowd zaraz napisała do swojej siostry Grlorwiny, że nie ma po co przyjeżdżać do Londynu, bo Osborne żeni się z Amelją.
Biedny kapitan przeczuwał że się nad jego głową groźne chmury gromadzą. Zamknął się w swoim po koju, przegrywał smutnie na flecie, pisał wiersze rne-lancholiczne i odnowił zaproszeniu na wieczór do majorowej 0’Dowd, która obsypała Jerzego najpochle-bniejszemi powinszowaniami i wniosła zręcznie zdrowie przyszłej pary.
Osborne wrócił w najwyższem oburzeniu i zaczął ostre robić przyjacielowi wymówki.
— Któż cię prosił żebyś ogłaszał moje zamiary? zawołał gwałtownie — cały pułk już wie, że mam się żenić! Ta stara czarownica 0’Dowd wygaduje przed całym światem niestworzone rzeczy o mojem ożenieniu. Jakiem prawem, proszę cię, pozwalasz sobie mieszać się do moich spraw i trąbić przed wszystkimi że już jestem zaręczony? Co to kogo obchodzić może?
— Mnie się zdaje.,., odezwał się kapitan.
— Niech cię djabli porwą ze wszystkiem co ci się zdaje! przerwał mu usborne. Mam dla ciebie pewne obowiązki, to prawda, ale już nie mogę dłużej wytrzymać twoich morałów. Nie mam wcale ochoty znosić twojej opieki nad sobą; zresztą chciałbym wiedzieć co ci daje praw7o do mniemanej wyższości nademną? Czy to — że jesteś o pięć lat starszy odemnie?
— Czyż nie jesteś narzeczonym?
— A cóż to do ciebie albo do kogokolwiek bądź należy?
— Ale czy możesz się tego wstydzić? zapytał znowu Dobbin.
— Chciałbym wiedzieć jakiem prawem zadajesz mnie to pytanie?
— Na Boga! przecież nie masz zamiaru cofnąć danego słowna? dodał z widocznym niepokojem Dobbin.
— Mówiąc wyraźnie, zapytujesz mnie czy jestem człowiekiem honoru — powiedział Jerzy dumnie. — Oto myśl twoja nieprawdaż? Od jakiegoś czasu przybierasz ze mną ton protekcyjny który mi się tak naprzykrzył
— że odtąd nie chcę... me będę go znosić.
— Nie powiedziałem ci nic nad to co jest prawdą: Zaniedbujesz swoją narzeczonę, która na to nie zaslu guje bynajmniej; mówiłem ci 7resztą że lepiej byś zrobił żebyś ją odwidzał, zamiast na Saint James do domów gry uczęszezat.
— A, rozumiem, chcesz mi przypomnieć o twoje pieniądze? powiedział Jerzy z uśmiechem szyderskim.
— Być może, nie robię tajemnicy z tego że nie mam tyłe co ty do tracenia.
— Skończmy już tę rozmow7ę — mówił spokojniej Jerzy — i daruj mi Wiljamie moje uniesienie chwilowe. Masz zupełne prawo do mojej wdzięczności, bo dałeś mi nie raz wiele dowodów przyjaźni. Nie zapomnę ci nigdy żeś mnie wyratował z wielkiego kłopotu, nie wiem nawet jakbym sobie poradził bez ciebie kiedy przegrałem tyle pieniędzy Rawdonowi Orawley. Byłbym niewdzięczny żebym tego nie uznał; ale ty nie powinieneś być tak surowym dla mnie i tak ostro mnie upoi minąć, bo wierz mi, że ja uwielbiam Amelję! Ja kocham ją szalenie! Nie gniewaj się więc kochany Wiljamie, ja cenię wysoko cnoty Amelji; ale czyż to obac/, ysz że się jest zbrodnia grać czasem w karty? Jak się ożenię to się poprawię zupełnie; daję ci na to słowo. Co zaś do mego długu, to w przyszłym miesiącu damci sto funtów, bo mam dostać pieniądze od ojca. Wezmę natychmiast od pułkownika pozwolenie i jutro rano pójdę do miasta żeby odwidzić Amelję. No, nie gniewasz się już, co?
— Nie można się na ciebie długo gniewać, Jerzy. €o zaś do moich pieniędzy, nie wątpię że gdybym potrzebował, to podzieliłbyś się ze mną ostatnim szylingiem.
— Spodziewam się — powiedział wspaniałymyślnie Jerzy, chociaż nie miał nigdy ani grosza w Tokieszeni.
— Wszystko dobrze, mój kochany Jerzy, ale zer wij już raz na zawsze z temi nałogami. Gdybyś ty widział jej stroskaną twarzyczkę kiedy mnie o ciebie pytała, to zaręczam ci że wyrzekłbyś się bilardu, kart i wszystkiego na świecie. Idź więc prędzej, pociesz ją niegodziwcze, albo napisz do niej długi, serdeczny list
— tak mało potrzeba żeby ją uszczęśliwić!
— Prawda że ona mnie kocha szalenie — powiedział Osborne z wyrazem zadowolenia, przechodząc do sali wspólnej, gdzie kilku wesołych koleżków zostawało zwykle do późnej nocy.
W znanym nam domu przy Russel Square wszyslko zdawało się od dawna pogrążone we śnie. Amelja tymczasem przy bladem świetle księżyca patrzyła długo w stronę Ohatam, — gdzie były wojskowe koszary. — Może on teraz straż odbywa — myślała sobie — a może czuwa przy łóżku rannego kolegi
Nazajutrz rano Osborne, wierny danemu słowu,. wybierał się do miasta i mówił do przyjaciela z wyrazem nieograniczonego zaufania:.
— Szkoda wielka że nie mogę zawieść jej jakiego małego upominku, ale cóż robić kiedy woreczek zupeł nie pusty, muszę czekać cierpliwie aż się memu ojcu podoba go napełnić.
Kapitan Dobbin wyjął kilka biletów bankowych, które Jerzy po krótkiem wahaniu schował do kieszeni Wszedłszy do jubilera, zobaczył prześliczną spinkę do koszuli, która mu się tak podobała że kupił ją natychmiast. Po zapłaceniu tak mało zostało mu pieniędzy że już nie można było myśleć o jakimkolwiek podarku dla Amelji. Nie żałujmy jednak że się tak złożyło, bo
Amelja wcale na co innego czekała; nie chodziło jej 0 podarki bynajmniej. Na widok Jerzego twarz młodej dziewczynki zajaśniała pogodą i radością; noc bezsenna, łzy i niepokoje, wszystko zapomniało się to w jednej chwili.
Sambo zaanonsował Osborna, podnosząc go do sto< pnia kapitana, i zobaczywszy że Amelja okryta rumieńcem, opuszczała stanowisko obserwacyjne przy oknie, uśmiechnął się znacząco. Kiedy się drzwi zamknęły» główka Amelji spoczywała na piersi młodego oficera, jak gdyby to było prawdziwe jej schronienie.
Biedna słaba ptaszyna! Wybiera w gaju najwspanialsze drzewo o silnych koranach, gęstym liściem pokryte, gniazdo sobie ściele, i nie domyśla się nawet, że za kilka dni może dąb, naznaczony od dawna, runie pod silnym toporem.
Dobrze ktoś powiedział że z dwojga kochanków jedno zwykle kocha, a drugie pozwala się kochać. Cokolwiekbądź, Jerzy był bardzo ujmujący dla Amelji 1 wydawał się jej daleko wyższym i doskonalszym od wszystkich młodych ludzi Wielkiej Brytanji. Kto wie czy Osborne nie dzieli tego przekonania swojej narze czonej?
Burze polityczne ucichły w Europie. Z zawarciem pokoju Osborne mógł opuścić służbę wojskową i pę* dzić z Amelją życie szczęśliwe w pięknym wiejskim domku, wśród życzliwych sąsiadów. Takie przynajmniej były jego zamiary; co się zaś tyczy Amelji, to nie po* trzebujemy dodawać że się zupełnie na nie zgadzała.
Młoda para błogie przepędzała chwile gwarząc o tym przyszłym domku, który Amelja stroiła w kwiaty, łąki i strumyki, a Jerzy w swojej wyobraźni zaopatrywał ten raj ziemski dobrą piwnicą, stajnią, psiarnią, et caetera.
Nie mogąc dłużej nad jeden dzień zabawić w mieście, Osborne zaproponował Amelji żeby poszła odwiedzić jego siostry i została z niemi na objedzie, a on tymczasem miał załatwić wiele ważnych interesów. Amelja uszczęśliwiona tą propozycją była tak rozmowna i o‘ żywiona, że panny Osborne ze zdumieniem patrzyły na nią.
Jerzy wyszedłszy natychmiast z domu, zjadł porcję lodów w cukierni, poszedł do krawca przymierzyć no-we suknie, odwidził kapitana Oannon, na jedenaście partji rozegranych w bilard, wygrał ośm i spóźniwszy się dobrze na objad, powrócił do domu w najlepszym humorze.
Papa Osborne nie dzielił wesołości syna; wrócił z miasta skrzywiony i żółty więcej niż zwykle. Zmarszczył brwi na widok Amelji i spojrzał z ukosa na starszą córkę, jak gdyby zapytując: „Cóż ona tu robi?“
Zaledwie dotknął końcem palców bieluchnej rączki Amelji i nie mówiąc ani słowa usiadł w fotelu.
— Jerzy jest w mieście, mój ojcze — przemówiła Marja — wróci do nas na objad i
— Aha! jest w mieście? To dobrze; nie ma potrzeby czekać na niego z objadem.
Nastąpiła chwila ogólnego milczenia, słychać było tylko odgłos staroświeckiego zegara, ozdobionego odlewem bronzowym, który przedstawiał ofiarę Ifigenji.
KiWdiBg
II 172
Wybiła nakoniec piąta godzina. Pan Osborne pociągnął gwałtownie za sznurek od dzwonka i zawołał do sł u żącego:
— Niech podają objad!
— Pan Jerzy nie wrócił jeszcze z miasta — wymówił nieśmiało służący.
— A cóż mi tam do pana Jerzego? Wszak ja tu jestem panem a nie kto inny! Dawać natychmiast objad!
Amelja drżała ze strachu; panny Osborne i miss Wirt przesyłały sobie wzrokiem telegraficzne depesze. Gospodarz domu włożył ręce w kieszenie i przeszedł do sali jadalnej. Całe towarzystwo postępowało za nim, a jedna z panienek szepnęła w drodze:
— Oo to jest? co to ma znaczyć?
— Że papiery spadają zapewne — odpowiedziała miss Wirt.
Pan Osborne odmówił głośno benedicite, co wyglądało na przekleństwo raczej aniżeli na modlitwę; poczerń wszyscy zasiedli do stołu, tylko miejsce Jerzego było niezajęte.
— Hicks, odnieś tę zupę do kuchni — powiedział po chwili pan Osborne tonem grobowym — nikt jej nie może wziąć wT usta. Marjo, odprawisz jutro kucharkę.
Amelja drżała jak liść. Pan Osborne zaczął robić jakieś uwagi o rybie, kiedy drzwi się otworzyły i Jerzy wszedł do sali. Nie mógł przyjść wcześniej, bo jenerał Daguilet go zatrzymał; nie chodziło mu zresztą ani o zupę ani o rybę, wszystko mu wydawało się doskonałem i wybornie przyrządzonem. Przy żartach i wesołości Jerzego łatwiej było doczekać się końca o bjadu; Amelja radaby była jak najprędzej chwilę tę przyspieszyć.
Wstano od stołu. Panienki w towarzystwie miss Wirt przeszły do salonu, a Amelja usiadła do fortepianu w nadziei że Jerzy zwabiony ulubionym walcem, zosta wi starego ojca i przyjdzie natychmiast. Ale niestety! niewinny wybieg Amelji nie odniósł pożądanego skutku. Muzyka jej odzywała się coraz słabszym głosem, na* koniec ustała zupełnie. Miss Wirt i panny Osborne wykonywały potem bardzo huczne i trudne fantazje; ale Amelja, zamyślona głęboko, jak gdyby smutnem przeczuciem dręczona, nie słyszała prawie muzyki.
Zachmurzone oblicze pana Osborna mówiło wyraź nie Jerzemu że pieniądze, których gwałtownie potrzebował, nie dadzą się z łatwością wyciądnąć od kasjera przeznaczonego mu przez naturę. Żeby więc poprawić humor ojca, użył wypróbowanego już sposobu i zaczął wychwalać jego piwnicę.
— Mieliśmy w Indjach wyborne wino, ale ani porównania do tego. Pułkownik Heayytop wziął odemnie trzy butulki madery z tego wina, które mi ojciec kiedyś łaskawie przysłał.
— Nie dziwi mnie że mu się to wino wydaje dobre; w istocie, butelka kosztuje mnie ośm szelingów.
— Ja mógłbym sprzedać dwanaście butelek tego wina za sześć gwinei — powiedział Jerzy śmiejąc się.
’ Wiem o jednym z najpierwszych dygnitarzy państwa, który bardzo radby widzieć to wino na swoim stole.
— Ha? doprawdy?
— Kiedy jenerał Daguilet był w Ohatam, pułkownik
Targowisko próżności. T. T. 13
Heavytop poczęstował go przy śniadaniu tem winem, które wziął odemnie, Jenerał doskonały znawca, nie mógł się odchwalić i powiedział że chciałby dostać kilkanaście butelek tego samego wina dla naczelnego wodza, który jest prawą ręką jego królewskiej wyso kości.
— Ba I bo to jest w samej rzeczy wyborne wino, powiedział ojciec,
Jerzy dostrzegłszy że wyraz twarzy ojca łagodniał widocznie, zamyślał już wystąpić do pieniężnych interesów. gdy ojciec zawołał na służącego i kazał przynieść butelkę wina bordeaux
— Zobaczymy — powiedział — czy bordeaux równie jest dobre jak madera. Jego kr. Wysokość nie pogardziłaby może i tem winem; a tymczasem będziemy mogli pomówić o ważniejszych interesach
— Chciałbym wiedzieć — mówił dalej ojciec wychyliwszy kieliszek — jak stoją rzeczy... z tą panną. To mówiąc wskazał ręką drzwi salonu.
— Ależ to rzecz dosyć jasna mój ojcze... oh, co za wyborne wino! rzekł, smakując wino Jerzy.
— Jakto waćpan rozumiesz: „To bardzo jasne?“
— Już też, mój ojcze, nie wiele trzeba przenikliwości żeby zauważyć że ona mnie szczerze kocha.
— Hm, to bardzo dobrze; ale jakże jesteś dla niej usposobiony?
— Eh! czyż ojciec nie pamięta że mam j^go zezwo lenie i że ten związek od dawna już między naszemi rodzinami ułożony? Co do mnie, jestem człowiekiem honoru i nigdy słowa nie łamię.
— Piękne mi postępowanie honorowego człowieka! Dowiedziałem się dokładnie o wszystkich pańskich spra* wach z lordem Tarąuim, z kapitanem Orawley, z panem Deucace i całą kompanją. Radziłbym waćpanu mieć się na ostrożności!
Pan Osborne miał zwyczaj wymawiać imiona arystokratyczne z pewną rozkoszą i z naciskiem przesadnym, układając usta jak pijak na widok dobrego wina. W obcowaniu z wielkimi tego świata nie skąpił tytułów i oddawał co się komu należy, jak przystoi angiel skiemu poddanemu z liberalnemi pojęciami. Potem o twierał zwykle dykcjonarz parówT, obejmujący w porządku alfabetycznym spis znaczniejszych rodzin angielskich, a obeznawszy się dobrze z historją rodu potomka którego miał szczęście spotkać lubił tę znajomość wspominać przy każdej wydarzonej sposobności, co go w opinji córek szczególnie dosyć wysoko stawiało.
Jerzy zmieszał się trochę usłyszawszy wymienione nazwiska, bo się obawiał żeby wiadomość o przegranych pieniądzach nie doszła aż do — ojca: ale stary uspokoił go trochę przybierając ton coraz łagodniejszy:
— Ja rozumiem dobrze — mówił dalej — co to jest być młodym. Owszem, życzę sobie żebyś żył w najle* pszem towarzystwie i cieszę się gdy cię widzę na wła-ściwem miejscu.
— Dziękuję ojcu — podchwycił Jerzy — dziękuję!’ Nie z próżnym to woreczkiem można żyć z ludźmi wiel-kiego świata, a niech ojciec zobaczy co tu jest wewnątrz.
To mówiąc Jerzy wyjął^z kieszeni jedwabny, roboty
Amelji woreczek, w którym były resztki pieniędzy po-życzonych mu przez kapitana Dobbin.
— Pieniędzy ci nie zabraknie; bądź spokojny. Synowi angielskiego kupca na niczem zbywać nie powinno. Moje gwineje są tak dobre jak innych, i tych ci pewno żałować nie będę. Zajdź jutro do Ohopper’a, tam znajdziesz to, co mu do twego rozporządzenia zo stawiłem. Powtarzam ci, mój Jerzy, że kasa moja będzie zawsze dla ciebie otwarta, dopokąd szukać będziesz; do* brego towarzystwa; bo to, wierzaj najlepsza jest szkoła. Nie jestem ja dumny i nie zapominam o mojem skrom-nem urodzeniu; ale dla twego dobra wyłącznie chciałt bym cię widzieć zawsze w ścisłych stosunkach z młodzieżą należącą do najpierwszej szlachty. A iluż z nie) nie może wydać szylinga tam gdzie tobie o gwineję nie trudno. Co się tyczy kotyljonów... to młodość wyszu-mić się musi. Jednej tylko rzeczy najsurowiej ci zabrania — to gry. Oh I inaczej nie dostaniesz ani grosza odemnie.
— To się rozumie — dodał Jerzy.
A teraz wróćmy do Amelji. Ozy nie zdaje ci się że mógłbyś lepiej się ożenić jak z córką wekslarza? Chciałbym wiedzieć co ty sam myślisz o tem?
— Ha, mój ojcze — mówił Jerzy tłukąc orzechy — ten związek dawno już ułożony między tobą i panem Sedley.
— Tak, to prawda; ale stosunki się zmieniają jak wszystko na świecie. Wyznaję że pan Sedley pomógł mi do zrobienia majątku, a raczej otworzył pole moim zdolnościom. Tym sposobem, handlując umiejętnie ło~ jem, zdobyłem sobie świetne stanowisko w tutejszym kupieckim świecie. Miałem już nieraz sposobność okazać moją wdzięczność panu Sedley i już się z tego obowiązku sumiennie wywiązałem. Ale teraz, muszę ci po-wiedzieć otwarcie że obrót, jaki „biorą interesa pana Sedley, nie podoba mi się wcale. Mój pierwszy komis-sant, Ohopper, wytrawny w tego rodzaju interesach, tego samego jest zdania, Hulker i Bullock nie są także skwapliwi do żadnych tranzakcji na swoją rękę i tego właśnie najwięcej się lękam. Oprócz tego dowiedziałem się jeszcze że fregata pod nazwą „młodej Amelji* znajdująca się obecnie w rekach amerykańskich korsarzy, była uekwipowaną kosztem pana Sedley. Otóż powiedziałem sobie że nie ożenisz się z Amelją pierwej nim zobaczę dwa tysiące funtów sterlingów. Nie życzę sobie widzieć w mojej rodzinie córki nieszczęśliwego spekulanta. Przysuń mi butelkę i. zadzwoń żeby kawę nam dano.
Po tych słowach pan Osborne wziął dziennik wieczorny do ręki, co było jasnym dla Jerzego dowodem że rozmowa była skończona i że ojciec chciał się snem pokrzepić.
Eesztę wieczora Jerzy przepędził w salonie obok Amelji, która nigdy jeszcze nie uniosła tak miłych wspomnień z domu Osbornów. Bo też można powiedzieć że Jerzy nigdy nie był dla niej więcej uprzejmym, odga* dujęcym jej myśli i życzenia i więcej nią zajętym jak wtenczas. Wieczór ten, który Amelja na zawsze w pamięci zachowała, minął jak błyskawica; smutne west chnienie wyrwało się z jej piersi gdy zobaczyła Samba przynoszącego szal i jakieś, okrycie.
Nazajutrz rano Jerzy poszedł się z nią pożegnać mając wrócić do swojej kwatery w Olatam. Może mu żal było widzieć tę dziewczynkę patrzącą z wiarą w przyszłość, kiedy tak gorzkie czekały ją zawody; a może myśl utracenia jej czyniła ją droższą sercu Jerzego, ale to pewna że każde jego słowo było pełne tkliwo ści i prosto wpadało do serduszka Amelji.
Wziąwszy od Chopper’a weksel Jerzy poniósł go do pp. Hulker Bullock i spółka gdzie mu natychmiast kieszenie wypełniły się złotem Spotkał on ojca Amelji wychodzącego ztamtąd Wesołość i dobry humor Jerzego nie dozwolił mu dostrzedz że pan Sedley wychodził smutny i zamyślony, i że młody Bullock nie odprowadzał go do drzwi, co zwykle z wielką dopełniał uprzejmością. Kiedy pan Sedley wyszedł, kasjer mru-gnął znacząco do swego kolegi — mówiąc:
„Papier bez wartości.**
— Którego za nic przyjmować nie należy; odpowiedział tamten.
Wieczorem Jerzy wypłacił kapitanowi Dobbin pięć-dziesiąt funtów, które mu był winien i odebrał długi i czuły list od Amelji. Złowrogie przeczucia miotały jej biednem. sercem. „Co znaczą surowe spojrzenia pana Osborna? pisała Amelja — Ozy nie zaszły nieszczęściem jakie nieporozumienia między nim i moim ojcem?“ W samej rzeczy smutek pana Sedley wszystkich w domu zatrwożył. Jednem słowem czułe oświad* czenia, obawy, nadzieje i przeczucia Arneiji zapełniły cztery stronnice jej listu.
„Biedna Boimy! — mówił Jerzy do siebie czytając długi list — Droga moja Emmy! Ona mnie szalenie ko1 cha biedne dziecko! Sacrableu! dodał — ten przeklęty pącz zrobił mi straszny ból głowy.
XIV.
Miss Matylda Crawley u siebie.
Podczas kiedyśmy towarzyszyli Jerzemu w wycieczce do City, podróżny powóz, machinalnie wjeżdżał w dziedziniec pięknego domu w Park-Lane, okolicy u-przywilejowanej eleganckiego świata. W głębi karety siedziała kobieta z marsem surowym na czole, z ustami zaeiśniętemi i z lokami uwięzionemi zielonym woalem. Okna powozu były zamknięte. Opasły pudel, kto* rego głowę lub język widać było. zawsze w jednem albo w drugim oknie, leżał tym razem na kolanach swej pani. Lic/ni słudzy zebrani przed gankiem wyjęli z powozu jakąś niekształtną bryłę, wydobyli z pod nieźli* czonych szalów, mantyl i burnusów pannę Matyldę Crawley, wnieśli ją na rękach do pokoju i włożyli do łóżka Rozesłano gońców w różne strony dla sprowadzenia lekarzy, po odbytem zaś konsyljum każdy z nich wziął kapelusz do ręki Wówczas jakaś młoda osoba, zbliżyła się do grona Eskulapów i pomówiwszy z nimi poszła wykonywać ich rozkazy przy łóżku chcrej. Była to towarzyszka podróży miss Crawley Nikt nie potrafiłby dostrzedz ją w powozie, gdzie była przywalona grubą warstwą płaszczów z których jak widzieliśmy wydobyto ciotkę Matyldę wracającą z Crawley.la Reine.
Czuły bratenek przyleciał na bystrym rumaku w największym niepokoju o szacowne zdrowie chorej. Zaraz na wstępie spotkał pannę służącą pochmurną i nieukontentowaną więcej niż zwykle. Dalej w jednym z pustych salonów miss Briggs błąkała się samotnie oddając sie najwięcej rozpaczy. Bo gdzież jest istota któraby umiała zachować spokój duszy w podobnym wypadku? Miss Briggs, jako dawna rezy-dentka i powiernica, leciała by usiąść przy łożu boleści ukochanej osoby, której nieraz słodziła cierpienia, gdy w tem... o! zgrozo i... drzwi przed nią zamknęły się. Jakaś nieznajoma, przybyła z prowincji przygotowała teraz rumianek i lekarstwa tej biednej chorej i cierpiącej. — „Jakaś zupełnie obca osoba ta niegodziwa miss...“ Łkania gwałtowne stłumiły w tem miejscu głos niepocieszonej rezydentki ukrywają cej swój nos czerwony w dużej chustce zwilżonej łzami.
Nowa towarzyszka panny Crawley weszła w tej chwili na palcach do salonu, podała drobną rączkę kapitanowi, który ją z pośpiechem uścisnął i rzuciwszy na stroskaną rezydentkę pogardliwe spojrzenie, skinęła na Rawdona, uprowadzając go do sali jadalnej gdzie nikogo nie było.
Rozmowa o stanie chorej zapewne, trwała około dziesięciu minut, poczem rozległ się odgłos dzwonka i Bowis marszałek domu, kóry jak się zdaje wysłuchał podedrzwiami całą rozmową, wszedł do sali. Kapitan wyszedł pokręcając wąsiki i dosiadł rączego wierz «howca śród zgrai uliczników, patrzących ciekawie na konia który grzebał niecierpliwie ziemię, a raczej warstwę słomy, pokrywającej ulicę pod oknami chorej.
Dzielny jeździec przesłał z konia kil&a zręcznych ukłonów w stronę okna, w którem pokazała się główka młodej osoby, i znikł w7 oddaleniu.
Wieczorem nowoprzybyła zostawiwszy misiress Fir* kin, pannę służącą, przy chorej, zeszła do sali jadalnej i zajęła miejsce przy stole nakrytym na dwie osoby. Naprzeciw niej usiadła miss Briggs z oczami nabrzmia* łemi od płaczu. Nerwy tej nieszczęśliwej tak były rozdrażnione, że kiedy jej towarzyszka dźwięcznym i słodkim głosem poprosiła o przysunięcie soli, miss Brigss zerwała się z miejsca, podała solniczkę i ubezwładniona prawie upadła na krzesło.
— Dobrze byłoby dać szklankę wina pannie Briggs, powiedziała nowoprzybyła do służącego.
Miss Briggs wychyliła machinalnie podaną sobie szklankę wina, westchnęła głęboko i zaczęła obracać na talerzu udko kurczęcia.
— Ja myślę że my się obejdziemy już bez usługi, nieprawdaż, miss Briggs? powiedziała taż sama pieszczotliwym głosem; a potem wracając mowę do służącego:
— Dziękujemy, mój panie Bowls, jak będzie nam czego potrzeba, to zadzwonimy.
Służący wyszedł, łając w kredensie jakiegoś mniejszego posługacza, a młoda osoba rzekła z szyderskim trochę uśmiechem do milczącej ciągle panny Briggs:
— Jakże to smutno widzieć panią w takim stanie.
— Moja kochana przyjaciółka chora... i nie chce e...e... mnie widzieć! mówiła miss Briggs zalewając się łzami.
— Ale niebezpieczeństwo już minęło, uspokój się pani, miss Crawley za wiele zjadła i nic więcej. 0, teraz jest znacznie lepiej i wkrótce, pewna jestem, że przyjdzie do siebie. Nic dziwnego jeżeli po bańkach czuje się trochę osłabioną, ale siły zaczną wracać powoli. Uspokój się, kochana panno Briggs, napij się pani jeszcze trochę wina.
— Ale dlaczego ona nie chce mnie widzie...e...eć? jęczała miss Briggs. Oh! Matyldo, Matyldo! jakże gorzko odpłacasz dwudziesto cztero letnie poświęcenie biednej Arabelli.
— Uspokój się biedna Arabello, nie ma tu czego oddawać się takiej rozpaczy, jeżeli chora znajduje że ja lepiej trochę ją pilnuję w chorobie. Niech mi panna Arabella wierzy ja chętnie ustąpiłabym jej swego miej’ sca; nie jest to tak przyjemnie jak się zdaje, być całą noc na nogach.
— Przez tyle lat otaczałam ją najczulszemi staraniami — rzekła Arabella — a teraz..
— A teraz jej się zdaje że kto inny lepiej ją do gląda. Każdy prawie chory ma swoje kaprysy; trudno się im sprzeciwiać. Niech tylko miss Orawley wyzdro« wieje, to ja natychmiast stąd wyjadę.
— 0! nie, nigdy! nigdy! — zawołała Arabella, wciskając połowę nosa wewnątrz flakonu z orzeźwiającemu solami.
— Co pani chcesz przez to powiedzieć? Ozy to że chora nigdy nie wyzdrowieje, czy też że ja nigdy nie wyjadę? Zaręczani pani że za parę tygodni nadalej chora przyjdzie do siebie, a ja będę mogła powrócić do moich uczennic w Orawłey la Reine i pielęgnować ich matkę daleko więcej cierpiącą, aniżeli nasza uko chana miss Matylda Crawley. Nie masz pani czego być niespokojną, o oja dobra miss Briggs, jestem biedna dziewczyna, bez opieki, bez przyjaciół, i nie mam wcale zamiaru wyrugowania kogokolwiek z łask panny Matyldy. Wierz mi pani że w tydzień po moim wyjeździe miss Orawley nie pomyśli nawet o mnie, gdy przeciwnie przywiązanie, jakie ta zacna osoba ma dla pani, Jest dziełem wielu lat i musi koniecznie być trwałem. Nalej mi pani trochę wina, kocha miss Briggs i bądźmy zawsze w zgodzie 1 O! pani wiesz jak ja jestem opuszczoną i jak potrzebuję życzliwej przyjaciółki!
Miss Briggs była prawie bez żółci, a była tkliwego serca; podała rękę w milczeniu swej towarzyszce, ale nie mogła uśmierzyć głębokiego żalu do ukochanej Matyldy, która zdawała się zapominać zupełnie o bie, dnej Arabelli. Po skończonym objedzie Miss Rebaka Sharp (gdyż była to ona) wróciła do pokoju chorej, wyprawiszy ztamtąd bardzo grzecznie nieszczęśliwą Firkin.
Tłumiąc gniew i zazdrość w sercu, mistress Firkin zeszła na pierwsze piętro. Brzęk filiżan ki i łyżeczki które z pokoju chorej wynosiła, sprowadził pannę Briggs ku drzwiom wiodącym na schody.
— No i cóż? Oo tam się robi, moja kochana Fir-kin? — spytała nadchodzącą służącę.
— Coraz gorzej, miss Briggs — odpowiedziała Firkin smutnie kiwając głową.
— Ozy nic jej się nie polepsza?
— Kiedy trudno się dowiedzieć; raz jeden tylko przemówiła do mnie, a kiedym się jej zapytała czy jaką ulgę czuje, odpowiedziała mi: — Milcz, stul gębę!
— Oh! miss Briggs, nigdym nic podobnego przewidzieć nie mogła! ii. — Oo to jest za jedna miss Sharp? Jak ci się zdaje, moja poczciwa Firkin? Kiedym się wesoło z przyjaciółmi bawiła w święto Bożego Narodzenia w domu wielebnego LioneFa Delemarre i jego zacnej żony, ani mi przez myśl nie przeszło że zastanę tu jakąś obcą osobę obok tej drogiej Matyldy, którą od tylu lat ca* łetn sercem ukochałem. Ah! to okropne!
Miss Briggs, jak to można było zauważyć, miała nastrój ducha przeważnie sentymentalny. Przed kilku łaty wylała tę czułostkowość w małym zbiorku poezji pod tytułem: „Pienia słowicze,“ które ogłosiła drukiem, zebrawszy przedtem pewną liczbę prenumeratorów.
— Otóż ja powiadam że ta dziewczyna zupełnie im głowy pozawracała! — mówiła Firkin — Sir Pitt chciałby ją także zatrzymać, ale nie może nic siostrze odmówić. Mistress Bute, tak jak i wszyscy, żyć bez niej nie może. Pan Kapitan kocha ją szalenie, a jego brat nie posiada się z zazdrości. Od czasu jak miss Ora-wley zachorowała, nikogo oprócz niej znieść przy sobie nie może. Niechże mi kto teraz wytłómaczy co to jest, bo już ja nic tego nie rozumiem. Chyba że ich wszyst kich oczarowała i nic więcej.
Rebeka przepędziła całą noc przy łóżku chorej. Po kiłku dniach miss Crawley miała już siłę wstać z łóżka i podziwiać talent Rebeki naśladującej doskonale głęboką boleść panny Briggs, jej łkania tłumione, mo wę płaczliwą, chowanie nosa w chustkę, a to wszystko tak naturalnie, że Rebeka musiała na prośbę rekon walescentki kilka razy powtarzać przedstawienie. Le karze, przywykli widzieć miss Crawley miotaną strasznie obawą śmierci, nie mogli wyjść z podziwienia znajdując chorę wesołą i w najlepszym humorze.
Kapitan Rawdon Crawley przyjeżdżał codziennie zasięgać od Rebeki szczegółowych wiadomości o stanie zdrowia ukochanej ciotki, której siły tak szybko się wzmagały, że miss Briggs mogła nareszcie być przypuszczoną do oglądania oblicza najdroższej przyjaciółki. Chwila tak uroczysta dla miss Briggs, tak pełna rze wnych wzruszeń po tylu silnych wstrząśnieniach, nie da się piórem opisać. Czułym czytelniczkom łatwiej będzie tę tkliwą scenę scercem odgadnąć.
Widok panny Briggs rozweselał niemało jej prote ktorkę, dzięki Rebece, naśladującej trafnie wszystkie ruchy dawnej rezydentki. Miss Sharp umiała ją odwzorować w karykaturze z taką zręcznością i powagą, że miss Crawley była w zachwyceniu ile razy Rebeka wykrzywiała się po za plecami biednej miss Briggs.
Przyczyny choroby miss Matyldy i jej nagłego wy* jazdu z domu brata nie są tak poetycznej natury, że* byśmy mogli je wyłuszczać swobodnie w powieści przeznaczonej dla czytelników i czytelniczek brzydzą* cych się realizmem. Jakżeżbo można dać do zrozumienia kobiecie wyższego świata że miss Crawley za nadto jadła i piła, i że choroba, którą panna Matylda upor* czy wie przypisywała wilgoci, pochodziła jedynie z nie wstrzemięźliwości jaką ta dama okazała na widok morskiego raka z podlewą. Boleści były tak gwałtowne, że Matylda o mato nie poszła na piwo do ojca Abrahama, według wyrażenia czułego brata. Cała rodzina byia w gorączkowem oczekiwaniu testamentu. Rawrdon widział się już w posiadaniu czterdziestu tysięcy fnt. przy rozpoczęciu karnawału. Starszy jego brat posiał ciotce wszystkie swoje religijne broszury dla przygotowania jej do opuszczenia pięknego domu w Park-Land i do przejścia z tego bazaru próżnych bawidelek w świat lepszy, wolny od cierpień i boleści. Szczęściem lekarz wezwany z Southampton pokonał niebezpiecznego raka i wzmocnił chorą o tyle, że była w stanie wrócić do Londynu.
Baronnet nie mógł ukryć złego humoru, sprowadzonego pomyślną interwencją lekarza.
Podczas kiedy z plebanji posyłano gońców jednego za drugim żeby się dowiedzieć o stanie zdrowia siostry, lady Orawley, niebezpieczniejszą zagrożona chorobą, była od wszystkich zupełnie zaniedbaną. Nikt nawet do jej pokoju nie wchodził, a sir Pitt nie sprzeciwiał się wprowadzeniu do niej lekarza dla tego tylko że mu nie potrzeba było płacić za wizytę, bo go dla miss Orawley wezwano. Lekarz pokiwał głową i wyznał swoje obawy baronetowi; ale sir Pitt mężnie przyjął tę wiadomość.
Choroba Matyldy przeciwnie zajmowała wszystkich bez wyjątku. Rawdon przechodził ciągle podedrzwiami chorej, sir Pitt wybiegał na korytarz jak tylko posły szał kroki kapitana. Zdawałoby się że ojciec z synem nie dowierzają sobie i szpiegują się wzajemnie, gdy tymczasem była to zapewne szlachetna emulacja w pie lęgnowaniu chorej.
Równie godnem uwielbienia było poświęcenie Re beki: z niewyczerpaną cierpliwością znosiła czuwanie nocne, zły humor chorej i ciągłe jej obawy śmierci. Miss Crawley krzyczała po całych godzinach, takim była przejęta strachem na samą myśl o przyszłem życiu, o którem nigdy nie pomyślała, kiedy była zdrową. Smutny to zaiste obraz kobiety światowej egoistki, bez ser« ca, nie lubiącej nikogo, złożonej chorobą i dręczonej strachem. Nie odwracajcie się jednak, łaskawe czytelniczki, od tego widoku! Cóż lepiej nad to może okazać, że przed nadejściem starości potrzeba się,., kochać!
Bladość cery i wyraz zmęczenia w oczach, czyniły Rebekę więcej interesującą; biały strój ranny, skro mny ale zawsze świeży, podnosił jeszcze jej wdzięki. Tak przynajmniej myślał Rawdon, którego serce już było zranione. Mistress Bute spostrzegła to już od dawna i często prześladowała kapitana jego słabością dla pięknych oczu Rebeki.
— Otóż ja ci powiadam — mówiła do Riwdona — że Rebeka Sharb wejdzie do naszej rodziny.
— Jakim że to sposobem? — odrzekł śmiejąc się kapitan — czy nie będzie moją bratową albo kuzynką? bo i Franciszek nie jest nieczuły na wdzięki niewiaście.
— O nie, wcale nie. Wy mężczyźni jesteście ślepi, i nic przed sozą nie widzicie. Ozy chcesz wiedzieć co nastąpi w razie śmierci lady Orawley? Miss Sharb zostanie waszą macochą.
Kapitan nie przeczył bynajmniej; znał on dobrze usposobienia baroneta, którego słabość dla miss Sharb była dosyć widoczna.
Znajdując się raz sam na sam z Rebeką, kapitan zaczął żartować, z właściwem sobie dowcipem, z sentymentów, jakiemi Rebeka natchnęła baroneta. Miss bharb podniosła dumnie głowę, zmierzyła go pogardliwie i rzekła:
— No i cóż? a gdyby nawet klęczał u nóg moich? Mam już tyle znajomośoi świata i ludzi, że potrafię ocenić każdego według osobistej wartości? Zresztą czegóż mam się obawiać? Ozyż dałam komukolwiek prawo sądzenia mnie jako niezdolną do obrony własnego honoru?
— Ale... bo... kiedy... pani wiesz...
— Może pan wiesz o jakiej czarnej intrydze? — rzekła Rebeka z oburzeniem.
— OhI ah! uchowaj Boże.
— Więc pan nie przypuszczasz, żebym mogła mieć uczucie osobistej godności, dla tego że jestem sama jedna na świecie, bez żadnej opieki, bez przyjaciół i nakoniec dla tego, że nie mam majątku? Jakkolwiek zajmuję skromne stanowisko nauczycielki, nie należy przeto sądzić, żebym miała mniej taktu, mniej szlache tnych uczuć i żebym była niższą urodzeniem od naj-pierwszych baronów i hrabiów całej tej okolicy. Nie zapominaj pan że pochodzę z Montmorencych, którzy świetnością rodu nie ustępują przynajmniej Orawlejom!
Te słowa były wymówione z prawdziwie królewską dumą.
— Nie, nie! — mówiła dalej z wzrastającym zapałem potrafią znieść ubóstwo, ale nigdy niesławę; przeniosę zapomnienie, ale nigdy obelgę, zwłaszcza, jeżeli ta o-belga pochodzi... od pana!
Tu glos Rebeki osłabł widocznie i strumienia łez obficie się polały.
— Na miłość Boga, mis? Sharb... ah niech mnie d..j... weswą... Rebeka... na honor, dałbym tysiąc fun.tów... czekaj pani... pozwól...
Ale Rebeka już go nie słyszała, i pobiegła towa-rzyszyć na przechadzce miss Crawley, bo to było je szcze przed jej chorobą. Przy obiedzie miss Sharb weselsza niż zwykle, zdawała się nie uważać na spój-rżenia błagalne i mrugania niezgrabne kapitana, który tracił głowę z miłości.
Gdyby sir Pitt nie obawiał się utracić spadek bo siostrze, nigdyby nie pozwolił na wyjazd Rebeki. Brak sekretarza dawał mu się czuć tak dalece, że odważył się napisać do siostry, przekładając stratę, jaką ponosiły jego córki pozbawione tak długo guwernantki i jej pieczołowitych starań. Ale wszystkie te argumenta pozostały bez skutku; miss Crawley ani chciała słyszeć o wyjeździe Rebeki. Miss Briggs była już na drugim planie; nie wymówiono dotąd jej miejsca, które sta-
Targa wisko próżności. T. I. 14 wało się widocznie sinekurą, ale rola jej zupełnie się zmieniła i była prawie zbyteczną. Dawna rezydentka dzieliła odtąd swój czas pomiędzy zachmurzoną mistress Firkin i ociężałym pudlem. Miss Crawley miała zwyczaj wspólny wielu w bogatym w posługiwaniu się tymi, których uważała za niższych od siebie. Przyjmowała od nich wszystkie usługi, jakie tylko dały się wyzyskać, ale nie myślała o nich zgoła od chwili kiedy przestali jej być potrzebni. Wdzięczność jest po większej części ludziom bogatym nieznaną; według nich, nic się im słuszniej nie należy jak wszelkie możliwe usługi od tych, którzy zmuszeni na życie pracować.
Miss Crawley znała dobrze tę zasadę, że nic się nie robi darmo a wszystko dla interesu. Tym sposobem poświęcenie Rebeki było dla niej bardzo podejrzanem, ale dała jej pomimo to parę starych sukien i szal znoszony, bo Rebeka była użyteczną a towarzystwo jej dosyć zabawne. Nie dosyć na tem, miss Crawley ukła* dała świetne projekta dla zapewnienia przyszłości Rebece; obiecywała wydać ją za aptekarza Clomb. W najgorszym razie, myślała odesłać Rebekę do Crawley-la Reine, gdyby nie miała co z nią zrobić, kiedy się rozpoczną recepcje wielkiego świata.
Jak tylko miss Crawley mogła już wyjeżdżać, Re beka która jej zawsze towarzyszyła, skorzystała razu jednego z tej sposobności żeby skierować przechadzkę w okolicę Rassel Square, i otrzymała pozwolenie widzenia się z Amelją. Należy tu nadmienić, że węzły przy* jaźni łączące te dwie młode dziewczynki znacznie były osłabły. Amelja zawsze była, jak wiemy, sercem i myślą przy tym którego kochała, a miss Sharb była sobą i swojemi widokami całkiem zajęta. Nic zatem dziwnego że i korespondencja pomiędzy dwiema przyjaciółkami szła trochę koszlawo. Dwie dziewczynki rzu* ciły się sobie w objęcia z zapałem młodym osobom właściwym. Rebeka odegrała doskonale swoją rolę, nie szczędząc głośnych i teatralnych prawie objawów czu łości. Amelja zarumieniła się lekko, uścisnęła swoją przyjaciółkę, ale sztuka udawania tak jej była obcą, że w powitaniu wydała się Rebece chłodniejszą niż zwykle.
Pierwsze widzenie się trwało dosyć krótko. Miss Orawley czekała na Rebekę nie wysiadając z powozu. Ludzie w galonowej liberji, patrzyli na siebie zdziwieni że się w takiem miejscu znajdują. Amelja zeszła na dół bo miss Sharb, chciała ją zaprezentować swojej protektorce, która była zachwycona wdziękiem i powierz« chownością młodej osoby.
— Moja kochana Sharb, ta twoja przyjaciółka jest bardzo miłe i ujmujące stworzenie — mówiła w drodze miss Orawley — jaki głos przyjemny, jaki układ przyzwoity 1 Muszę ją kiedy do Park Lane zaprosić.
Przy objedzie, kiedy miss Orawley mówiła Rawdo* nowi z wielkiemi pochwałami o Amelji Sedley, Rebeka pospieszyła dodać, że Amelja jest od dawna narzeczoną Osborna.
— Osborne — powtórzy ł Rawdon jakby przypominając coś sobie — on jeśli się nie mylę, służy w *** pułku?
— Kapitan nazywa się Dobbin — dorzuciła Rebeka.
— Wysoka i niezgrabna pałka — powiedział Rawdon
— ah! znam go doskonale. Oo do Osborna, ten jest bardzo przystojny, z czarnemi pięknemi wąsikami.
— Powiedz pan raczej z wąsami, bo te są olbrzy-mie; z tąd zepewne i duma panna Osborna rośnie w tym samym stosunku — rzekła Rebeka.
Rawdon Orawley wybuchnął głośnym śmiechem. Posłuszny naleganiom pań żeby im odkrył przyczynę swej wesołości, kapitan tak się odezwał:
— Osborne ma to błogie przekonanie, że umie grad w bilard, przegrał mi raz dwieście funtów sterlingów, ale pomimo to nie stracił pretensji do gry. Byłby się zgrał wtenczas do koszuli, gdyby nie ten przeklęty Dob bin który go uprowadził gwałtem prawie.
— Rawdonie, Rawdonie, nie przedstawiaj siebie gor szym niż jesteś — rzekła miss Orawley śmiejąc się szczerze.
— A taką ma słabość dla ludzi dobrego urodzenia
— mówił dalej Rawdon — że Tarąuin i Deuccase wy-ciągają od niego tyle pieniędzy ile sami chcą. Wyprawia im sute objady na które oni zapraszają bez cere* monji całe swoje towarzystwo. Zaręczam, że Osborne oddałby wszystko byleby go tylko widzieli z książętami i baronami.
— Jakże ty jesteś złośliwy, Rawdonie! — wołała ciotka.
— Ojciec Osborna jest jednym z najbogatszych kupców; nic mu się zatem nie stanie, jeżeli synek da się czasem ograć. Oo do mnie, nie tracę nadziei, że się z nim jeszcze na zielonem polu zejdziemy. Ha, ha, hal
Trzebaby go tu wprowadzić — dodał po chwili, jak gdyby wpadł na jakiś pomysł szczęśliwy.
— Czy można go przyjąć w domu? Jakże on w towarzystwie wygląda? — spytała ciotka.
— Mniej więcej jak wszyscy — odpowiedział Rawdon.
— Dlaczegożby go nie zaprosić kiedy z tą jego... jakże się ona nazywa.,, z tą piękną narzeczoną? Miss Sharp, wszakże pani wiesz jego adres? muszę mu posłać zaproszenie, zobaczymy czy równie doskonale gra w pikieta jak w bilard.
W kilka dni potem Osborne odebrał nieforemne i kaszlowe pismo Rawdona z zaproszeniem do Park.Lane w imieniu miss Crawley. Rebeka posłała bilecik po* dobnej treści Amelji. uszczęśliwionej nadzieją spotkania Jerzego i przepędzenia z nim kilku godzin. Rebeka przybrała ton protekcyjny względem swojej przyjaciółki poddającej się temu z wrodzoną jej słodyczą i dobrocią. Miss Crawley, coraz więcej zachwycona Amelją, mówiła 0 niej w jej przytomności z taką swobodą, jak się mówi o lalce lub o malowidle. Pochwały te jakiemi osoby wysoko położone zwykły obdarzać maluczkich, zaczęły cię/yć trochę Amelji. Nie dziwmy się zatem, że miss Briggs wydała się Amelji najsympatyczniejszą z trzech przedstawicieli płci pięknej w Park Lane.
Jerzy przyjechał do Park Lane wielkim familijnym powozem Osbornów. Siostry jego, mocno nieukonten-towane że nie były w liczbie zaproszonych, przerzucały pilnie karty herbarza, zbierając troskliwie wszystkie szczegóły, odnoszące się do historji rodziny Crawlejów 1 Binkie; aljanse familijne, tablice genealogiczne były przez cały wieczór z największą uwagą rozbierane.
Rawdon Crawley przyjął bardzo grzecznie Osborna; wychwalał jego zręczną grę w bilard i oświadczył, że gotów jest dać mu sposobność odwetowania doznanej porażki. Na nieszczęście miss Orawley nie chciała słyszeć o żadnej grze w swoim domu i młody porucznik mógł tego wieczora odjechać z nienaruszonym wore* czkiem, ku wielkiemu udręczeniu Rawdona. Stanęło jednak na tem, że nasi wojskowi mieli nazajutrz obia» dować razem i przepędzić wieczór w wesołem towarzystwie,
— Ma się rozurnienieć, jeżeli pan nie masz zamiaru wzdychać jutro u nóg pięknej miss Sedley — dodał Rawdon, kontent ze swego dowcipu.
— Ale, ale... cóż porabia mała Sharp? — przerwał Osborne. — To dobra dziewczyna. Ozy w Orawley la* Reine są z niej zadowoleni? Miss Sedley obdarzyła ją w przeszłym roku szczególniejszemi względami.
W tej chwili drzwi się otworzyły i panie weszły do salonu. Rawdon przedstawił ciotce swego gościa, który po kilku konwencjonalnych frazesach zwrócił się ku Rebece dla odnowienia dawnej znajomości. Wzrok kapitana zdradzał jakiś niepokój, ale przyjęcie lodowate, jakiego doznał porucznik, nieusprawiedliwiało żadnej obawy.
— Jak się ma panna Sharp? — powiedział Jerzy^ wyciągając łaskawie lewą rękę. Rebeka podała mu piąty palec i skłoniła lekko głowę jakby od. niechcenia.
Osborne zakłopotany pogardliwem spojrzeniem Re» beki, nie dostrzegł złośliwego uśmiechu kapitana i pa krótkim namyśle zdecydował się przyjąć podany sobie mały palec;
Nie wiedząc od czego zacząć rozmowę, Osborne zapytał Rebeki czy jest zadowolona ze swego miejsca?
— Z mego miejsca? — powtórzyła sucho Rebeka.
— Prawdziwie jesteś pan bardzo łaskaw że raczysz o tem myśleć. Zapewne że to jest dosyć dobre miejsce, płaca dostateczna; ale miss Wirt musi brać więcej jeżeli się godzi na zostawanie z siostrami pana. A jakże się mają te panie? Chociaż mogłabym się od tego pytania uwolnić.
— Co pani zechcesz powiedzieć? — zapytał zdziwiony porucznik.
— To co mówię zdaje mi się bardzo jest natural-nem. Siostry pana nigdy do mnie ani słowa nie przemówiły, nie zaprosiły mnie ani razu do siebie podczas mego pobytu u Amelji. Mogę zatem żyć bardzo spokojnie, nie troszcząc się zbytecznie o stan ich zdrowia, Ale czyż biedne guwernantki warte są żeby je lepiej traktowano?
— Rozumiem, rozumiem — wyjąknął Osborne błagającym głosem.
— Tak się zwykle dzieje w niektórych domach przynajmniej — mówiła dalej Rebeka — bo tam gdzie jestem teraz, to zupełnie jest inaczej. Nie ma tam wprawdzie tyle złota jak u bogaczów City, ale za to jestem w rodzinie należącej do najdawniejszej szlachty w kraju. Sir Pitt jest, jak panu może wiadomo, synem człowieka, który nie chciał zostać razem, a z tem wszystkiem jestem tam jak najlepiej uważana. Czuję się w obowiązku wyznać że nie można życzyć sobie lepszego miejsca; ale pan nadto jesteś łaskaw że w te szczegóły wcho* dzić raczysz?
Każde słowo Rebeki wymówione tonem wyższości i lekceważenia, drażniło miłość własną Jerzego, który już widocznie zimną krew tracić zaczynał.
— Jeżeli się nie mylę — rzekł porucznik z ironją
— to pani niedawno zaczęłaś mieszkańcami ^-ity pogardzać.
— Masz pan zupełną słuszność. W przeszłym roku, kiedy drzwi pensji zaledwie się za mną zamknęły, zupełnie inaczej patrzyłam na wszystko co mnie otaczało. A dziś zobacz pan jak półtora roku doświadczenia zmieniło moje pojęcia i sąd o ludziach! Jakże mi pozostał pamiętny czas spędzony w wyższem towarzystwie, złożonem z ludzi dobrego urodzenia! Co zaś do tej poczciwej Amelji, jest to prawdziwa perła, zupełnie się z tem zgadzamy i zawsze będę ją witać z najżywszą radością. Otóż zdaje mi się że się humor pań ski cokolwiek poprawia, tem lepiej, nie masz jak ci poczciwi mieszkańcy City I... A pan Zoss cóż się dzieje z tym nieporównanym panem Józefem?
Zdawało mi się przecie że ten nieporównany pan Józef dosyć się był pani w przeszłym roku podobał.
— Ab! jakże pan jesteś złośliwy! No to już powiem panu otwarcie: nie jesteś pan w błędzie dając mi tak zręcznie do zrozumienia że byłabym wyszła za niego gdyby mi był słowo powiedział tylko. Przyznaj pan jednak że nie bardzo wyschłam z tej miłości.
Podczas gdy porucznik uśmiechał się złośliwie w milczeniu, Rebeka tak dalej mówiła:
— Ah! jakie by to było szczęście dla mnie mieć pana za szwagra, nie prawdaż? Jak sobie pomyślę że ja, ja zostałabym bratową pana Jerzego Osborna, syna pana John Osborna, wmuka pana... Jak się nazywał pański dziadunio, panie Osborne? Tylko nie gniewaj się pan, bardzo proszę. Przecież pan temu nic nie winie-neś, że musisz mieć dziadunia. Zresztą, zgadzam się z ¡panem że wyszłabym bez wielkiego wstrętu za pana Józefa Sedley. Bo cóż, naprawdę, lepszego mogło się trafić biednej dziewczynie bez żadnego majątku i bez rodziców? Teraz jesteś pan w posiadaniu mojej tajemnicy i zważywszy dobrze wszystko, należałoby panu powinszować dobrego srńaku i wysokiej grzeczności, jakiej pen dałeś dowody przypominając mi tę okolicz-ność. Mówimy tu o biednym panu Józefie — dodała Eebeka zwracając się do Amelji — jakże mu się po wodzi?
Osborne nie mógł ukryć swego zmieszania, roz.gniewany i upokorzony, lękając się być narażonym na śmieszność w oczach Amelji, odszedł co prędzej w przeciwną stronę i nie miał więcej ochoty mierzyć się z takim jak Rebeka przeciwnikiem.
Następnego dnia kapitan Crawley i porucznik Osbor-me przepędzili wieczór razem, jak to było między ni* mi ułożone, z tym dodatkiem tylko że Osborne kupił starego konia Rawdona i że Rawdon wygrał ze dwa dzieścia gwinei u Osborna. Ten ostatni nie zaniedbał przestrzedz towarzysza, że Rebeka jest zręczną kokietką i podstępną intrygantką. Kapitan podziękował Jerzemu dosyć serdecznie, a we dwadzieścia cztery godzin potem Rebeka o wszystkiem wiedziała.
Jerzy ze swej strony wyznał przed Amelją że o strzegł poczciwego Rawdona żeby ten miał się na ba* czności przed tak niebezpieczną jak miss Sharp intry-gantką.
— Przed kim? — spytała Amelja z przerażeniem.
— Przed tą guwernantką, a twoją dawniejszą przy« jaciółką od serca.
— Oh! Jerzy! cóżeś ty zrobił? — zawołała Amelja*.
Podczas gdy się to działo, starszy brat Rawdona odmawiał modlitwy przy łożu konającej lady Orawley. Sir Pitt wyjechał dla swoich interesów do Londynu* i tam już dowiedziawszy się o śmierci żony, kazał wy« wiesić na bramie czarne sukno z herbami. Biedna Róża, córka kramarza, herbów nie miała; ale ten przyrząd żałobny został jeszcze od śmierci pierwszej żony baroneta, więc uważano za stosowne wywiesić go przy* ulicy Gryat-Gaun Street. Wszak aniołki na tarczy herbowej z dywizą resurgam u dołu mogły służyć-wszystkim nieboszczykom.
Wiadomość o śmierci lady Orawley nie sprawiła, wielkiego wrażenia w domu miss Matyldy Orawley.
— Wypadnie mi na później odłożyć wieczór, który chciałam dać w tym tygodniu — powiedziała miss Orawley — ja myślę — dodała po chwili — że mój brat nie będzie się spieszył z wyborem nowej dla siebie-towarzyszki.
— Tym razem Pitt byłby zawzięcie zły — dodał Eawdon śmiejąc się.
Rebeka milcząca, jakby najżywiej dotknięta tym smutnym wypadkiem, opuściła salon przed wyjściem Rawdona; ale ślepy traf zrządził że właśnie w chwili, kiedy kapitan miał wracać do siebie, Rebeka spotkała go na dole i długo jeszcze z nim rozmawiała.
Nazajutrz rano, kiedy miss Orawley czytała spokojnie jakiś romans francuski, Rebeka stojąc przy oknie zawołała nagle:
— Sir Pitt!
W tej chwili rozległ się silny glos dzwonka,
— Moja kochana Sharp, ja nie mogę, ja nie chcę go widzieć. Każ powiedzieć że mnie nie ma w domu, albo zejdź sama i powiedz że jestem cierpiącą i nikogo nie przyjmuję. Nadto czuję się wzruszoną żebym mogła widzieć mego brata w tak bolesnej chwili.
To powiedziawszy miss Orawley znowu czytać zaczęła.
Sir Sitt zamierzał już wchodzić na pierwsze piętro, gdy Rebeka wstrzymała go mówiąc że miss Orawley mocno chora przyjąć go nie może.
— Tem lepiej* — odpowiedział — wejdź pani do salonu, to się rozmówimy.
— Miss Decky — mówił baronet kładąc na stole czarne rękawiczki i kapelusz krepą okryty — pani je« steś mi koniecznie potrzebną w Orawley la-Reine.
— Mam nadzieję wrócić prędko — odpowiedziała ci’ chym głosem Rebeka. — Jak tylko miss Orawley będzie się czuła lepiej... to natychmiast pospieszę... do moich kochanych uczennic.
— Od trzech miesięcy słyszę toż samo — odrzekł sir Pitt — ale pani zawsze pomimo tego zostajesz przy mojej siostrze, która gdy jej fantazja przyjdzie, porzuci panią tak jak się pozbywa starych trzewików kiedy już na nic przydać się nie mogą. Powtarzam pani raz jeszcze że jesteś mi koniecznie potrzebną. Jadę teraz na pogrzeb mojej żony; chcesz pani jechać ze mną czy nie?
— Nie śmiem... doprawdy... nie zdaje mi się żeby to było dobrze... Nie wiem czy wypada żebym sama jedna z panem jechała.
Rebeka zdawała się gwałtownie wzruszona.
— Ale powiadam pani — zawołał sir Pitt stukając pięścią o stół — że się bez pani obejść nie mogę w żaden sposób. Wszystko w nieładzie, rachunki moje najokropniej zagmatwane; w domu nie ma najmniejszego porządku, nic nie jest na swojern miejscu. Nie wiem nawet coby to było gdybyś pani dłużej tu zostać miała. Wracaj, kochana Becky, wracaj.
— Wracać — powtórzyła Rebeka — ale w jakiejże roli?
— W roli lady Orawley, jeżeli pani sobie życzysz
— odparł baronet potrząsając swoim żałobnym kapeluszem. Wracaj pani i zostań moją żoną; zasługujesz pani na to bez wątpienia. Oo tam urodzenie! Pani masz więcej rozumu w palcu aniżeli wszystkie żony lordów i baronów w głowach. Zgadzasz się pani, tak lub nie?
— Oh! sir Pitt!
— Namyśl się, Becky — mówił dalej sir Pitt — ja 201 jestem stary, ale pełen sił jeszcze. Mam najmniej dwa dzieśeia lat przed sobą; będziesz zupełnie szczęśliwą, na niezem ci zbywać nie będzie nic ci nie potrafię od mówić, pieniędzy ile zechcesz będziesz mogła wydawać: na wypadek śmierci zostawię ci dożywocie prawnie za pewnione. No, czy jeszcze się pani wahasz9
To mówiąc baronet upadł do nóg Rebeki.
Natura obdarzyła Rebekę, jak to już nieraz widzie liśmy, dobrym zasobem zimnej krwi i rozwagi; ale w tym wypadku straciła ona zwykłą przytomność umysłu i łzy tym razem prawdziwie obficie się polały.
— Ah! sir Pitt — rzekła nakoniec — jestem już... niestety!... mężatka!
XV.
Niewyraźna postać małżonka Rebeki ukazuje się z daleka.
Czułego serca czytelnik, a takich chcielibyśmy mieć jak najwięcej, będzie nam wdzięczny zapewne za o-braz, którym zamknęliśmy rozdział poprzedzający. Boć w samej rzeczy cóż może być piękniejszego nad widok amorka klęczącego u stóp bogini piękności?
Odebrawszy jednak straszne wyznanie; Kupidyn zmienił nagle skromną postawę, zajmowaną na dywanie i ciskał groźne spojrzenia. Wenus drżała jak liść.
— Mężatka! — powtórzył baronet, którego oczy* i-skrzyły się z gniewu. — To są niezręczne żarty! Któż wziąłby kobietę bez grosza posagu?
— Mężatka! tak, mężatka! — wołała Rebeka zalewając się łzami i zakrywając twarz chustką.
Z głową wspartą o marmurowy kominek, Rebeka była widomą boleści postacią, zdolną zmiękczyć zaka-mieniałe serce.
— 01 sir Pitt, ohl drogi panie, nie obwiniaj mnie o niewdzięczność. Nie jestem nieczułą na tyle dowodów dobroci, jakie od pana doznałam: ale właśnie ta do broć i wspaniałomyślność nakazuje mi wyznać ci tę tajemnicę.
— Niech djabli biorą wspaniałomyślność — krzyknął sir Pitt. — (jdzież jest ten mąż? Kiedyż i gdzie to się stało?
— Dozwól mi, panie, powrócić na wieś! Nie wzbraniaj mi czuwać nad sobą z prawdziwem jak zawsze poświęceniem! Błagam cię, panie, nie oddalaj mnie ze swego domu!
— Więc ten nikczemnik uwiódł cię i opuścił? — zapytał baronet przekonany że przeniknął całą tajemnicę. Ha! cóż robić, Becky — kiedy nie możesz przyjąć ko» rzystnej jaką ci robiłem propozycji, to wracaj w roli guwernantki. Zapomnij o tym nędzniku, ja będę pamiętać o tobie.
— Ach, panie! będzie to dla mnie największe szczęście powrócić do Crawley la Reine, otaczać staraniem te kochane dzieci, i być jak dawniej użyteczną panu. Na samą myśl postępku pańskiego czuję się przejęta wdzięcznością bez granic. Ale kiedy nie mogę być żoną pana, niechże mi wolno będzie być... jego córką!
Tu Rebeka upadła tragicznie na kolana, cisnąc czarną i kościstą rękę baroneta i patrząc mu w oczy zzaufaniem i czułością. Wtem drzwi się otworzyły i miss Orawley ukazała się na progu.
Kiedy sir Pitt i Rebeka wchodzili do sali, miss tress Firkin i miss Briggs znalazły się przypadkiem podedrzwiami, zkąd przez dziurkę od klucza mogły widzieć i słyszeć — zawsze przypadkiem — całą seenę którąśmy dopiero opisali. Na widok baroneta wyciągniętego na dywanie u nóg Rebeki, obie pobiegły na górę uwiadomić miss Orawley o tem co się stało. Je« żeli zważymy ile czasu zajęło pierwsze zdziwienie miss Orawley, upuszczenie z ręki romansu ulubionego, jej pisarza Pigault-Lebrun i zejście na dół, zrozumiemy łatwo że miss Orawley zastała obraz zmieniony, i weszła w chwili gdy Rebeka klęczała przed baronetem w błagalnej postawie.
— To nie pan, ale panna klęczy jak widzę, powiedziała miss Orawley z pogardą: Sir Pitt, mówiono mi że klęczałeś dopiero, chciałabym ten piękny obraz zo» baczyć z bliska; czy nie mógłbyś go dla mnie powtórzyć?
— Dziękowałam za wielki zaszczyt jaki mnie spotkał
— mówiła Rnbeka podnosząc się — i oświadczyłam że nie mogę nigdy zostać lady Orawley.
— Jakto, odmówiłaś? rzekła miss Orawley nie mogąc wyjść z podziwienia.
Briggs i Firkin, stojące we drzwiach z otwartemi ustami nie wierzyły swoim oczom,
— Tak, odmówiłam; odrzekła Rebeka płaczliwym głosem.. /
— Ozy mogę wierzyć własnym uszom, sir Pitt? Ozy oświadczyłeś się w istocie? zapytała miss Orawley ze wzrastającem zdumieniem.
— Tak jest — odrzekł sir Pitt — to wszystko prawda.
— I ona ci odmówiła rzeczywiście?
— A tak — odpowiedział baronet śmiejąc się głośno.
— Ta odmowa, jak widzę, nie bardzo cię zasmuca, dodała miss Crawley.
— Ani trochę — odpowiedział wesoło baronet,
Miss Crawley nie umiała sobie zdać sprawy z tego co widziała: Szlachcic starożytnego rodu klęka przed biedną guwernantką i wybucha śmiechem odebrawszy odmowną odpowiedź; z drugiej strony, uboga dziew* czyna odrzuca rękę baroneta i cztery tysiące funtów szterlingów dochodu; w tem wszystkiem było coś nie pojętego dla miss Crawley; musiała to ostatecznie być jakaś intryga, przechodząca wszystko co tylko genjaltiy Pigault Lebrun mógł w swojej wyobraźni ułożyć.
— Bardzo mi przyjemnie widzieć cię tak wesołym
— mówiła znowu do brata — ale nic a nic tego nie rozumiem.
— To rzecz wyśmienita! Ktoby się mógł tego spo dziewać? mówił sir Pitt śmiejąc się.
— Czego się spodziewać? — zawołała niecierpliwie miss Crawley, uderzając nogą o posadzkę. — Cóż to znaczy, miss Sharp, czy miałabyś czekać na rozwód księcia regenta? Ozy może uważasz że nasza rodzina nie jest dosyć świetną ażebyś mogła wejść do niej?
— Postawa, w jakiej mnie pani tu zastałaś, dowodzi jak wysoko cenię zaszczyt, jaki mnie spotkał przed chwilą. Biedna sierota, od wszystkich opuszczona do* znałam tyle w domu państwa dobrodziejstw, że potrze baby zimnym być głazem, potworem bez serca, żeby nie czuć najżywszej dla was wdzięczności. Nie, moje serce, moje życie, wszystko dla was na zawsze należyl 0! miss Orawley! czyżbyś pani o mojej wdzięczności wątpiła? Ach! to za wiele 1 Moje zbolałe serce upada pod ciężarem tylu wzruszeń!...
Rebeka kończąc te słowa upadła na krzesło tak dramatycznie, że wszyscy obecni tej scenie byli roz< czuleni widokiem jej boleści, a sir Pitt kładąc kapelusz z krepą na głowę, powiedział:
— Czy wyjdziesz za mnie lub nie, jesteś dobra dziewczyna, Becky; pamiętaj że możesz na mnie zawsze liczyć.
Baronet wyszedł, a Rebeka odetchnęła swobodniej widząc że będzie mogła jakiś czas przynajmniej ukryć przed miss Orawley swoją tajemnicę.
Otarłszy chustką oczy, miss Sharp odeszła do swego pokoju. Miss Briggs miała niezmyśloną chęć iśc za nią ale powstrzymana przez Rebekę, weszła do sali jadalnej i zaczęła się kręcić około ukochanej Matyldy. Firkin, niemniej wzruszona, pobiegła czem prędzej do kuchni uwiadomić o tem co się stało wszystkich domowników męskiej i żeńskiej płci. Nakarmiwszy się do woli zdumieniem i ciekawością wywołaną w suteranach, wysłała wieczorną pocztą list do mistress Bute Orawley pasto riwej, opisując wielki wypadek, którego była naocznym świadkiem.
Któż potrafi sobie wyobrazić* roskosz, jakiej doznawała zapomniana dotąd Arabella, widząc się znowu przypuszczoną do poufnej z miss Matyldą rozmowy? Obie usiłowały zgłębić tę niepojętą dla nich odmowę
Targowisko próżności. T. I. I*’
Rebeki. Nakouiec miss Briggs wpadła na wrniosek że tylko dawniejszy jakiś poiiąg sercowy, mógt według niej, skłonić młodą dziewczynę do odrzucenia tak świe tnego losu.
— Ty nigdybyś nie odmówiła, nie prawdaż, moja Briggs? — rzekła miss Orawley z dobrocią.
— Czyżby mogło być dla mnie większe szczęście jak zostać bratową miss Matyldy Orawley?
— Otóż ja ci powiadam że Becky potrafiłaby zacho. wać się dobrze na stanowisku lady Orawley.
Miss Orawley była zwykle bardzo liberalną tam, gdzie ją nie czekała żadna strata, żadna ofiara.
— Rebeka ma bardzo dobrą głowę — mówiła Matyi da — ręczę ci że ona w małym palcu ma więcej ro-zurnu aniżeli ty w Całej twojej osobie, moja Briggs. Oóż można zarzucić naprzykład manjerom Rebeki, szcze* golnie od czasu kiedy ja uformowałam ją prawie? Można zaraz poznać w niej rasę Montmorensy’ch; to da* remna, moja kochana Briggs, dobra krew coś znaczy przecie. Ohociaż co do mnie, zawsze jestem wyższą od tych przesądów; ale muszę przyznać że rola lady Orawley byłaby stosowniejszą dla Rebeki jak dla tej biednej córki kramarza.
Briggs broniła zawzięcie swego wniosku i ciągle mówiła o silnem ućzueiu, które musiało wstrząsnąć gwałtownie sercem Rebeki.
— Wszystkie ubogie, i opuszczone dziewczęta — rnć* wiła mis Orawley — mają zawsze w głowie jakiś głupi ramans; i cóż ci dała twoja miłość dla tego nauczyciela kaligrafii? Nie ma czego szlochać, uspokój się
Briggs; bo na co ci się te łzy przydodzą kiedy go już nie wskrzesisz twoim płaczem? Nie dziwiłabym się żeby i ta nieszczęśliwa Beckey była podobnie sentymentalną i głupią jak... Musi tam być na prawdę jakiś aptekarz albo kupczyk, jakiś malarz albo młody pastor, jednem słowem coś w tym rodzaju.
— Biedna dziewczyna, biedna dziewczyna! powtarzała miss Briggs cofając się myślą o dwadzieścia cztery lat wstecz i przypominając sobie suchotnika, którego żółte włosy i liczne listy z wykrętasami kaligrafi cznemi chowała jak relikwie w swoim stoliku.
— Bądź co bądź, po takim postępku Eebeki — rzekła miss Orawley z zapałem — nasza familja powinna coś dla niej zrobić. Poszukaj no w twojej głowie jakiego kawalera, moja kochana; ja mu natychmiast skle pik urządzę, albo portret zamówię, albo też polecę go opiece mego kuzyna biskupa. Beckey dostanie posag odemnie, ty urządzisz śniadanie, będziesz jej drużką i będziemy mieli wesele.
Briggs przejęta uwielbieniem dla nieporównanej wspaniałomyślności miss Orawley, poszła do Rebeki żeby ją pocieszyć, pomówić o przyczynie niepojetej odmowy, uwiadomić ją o szlachetnych zamiarach miss Matyldy, i nakoniec dowiedzieć się, jeżeli można, komu miss Sharp serce swoje oddała. Te zabiegi nie były uwieńczone pożądanym skutkiem, bo nie udało się wy ciągnąć od Rebeki nic więcej nad to, co już miss Briggs w swojej przenikliwości była sama odgadła. Miss Orawley zniecierpliwiona oczekiwaniem panny Briggs, mającej zdać spawę z poselstwa, przyszła sama do pokoju Rebeki, czego dotąd nigdy jeszcze nie bywała Najpierw odesłała pannę Briggs, a potem pochwaliwszy postępek Rebeki, kazała opowiedzieć sobie całą rozmowę, która poprzedziła oświadczenie miłości baroneta.
Miss Sharp mówiła żp otwarty charakter baroneta. i swoboda z jaką sir Pitt zwykł objawiać swoje wrażenia dozwoliły jej przewidzieć to, co w danych oko licznościach nastąpić mogło i co w samej rzeczy na stąpiło. Ale według niej wiek, stanowisko i zwyczaje baroneta czyniły ten związek niemożebnym. Nakoniec uczucie przyzwoitości i godność osobista nie pozwalają kobiecie szanującej siebie przyjąć podobnej propozycji w tak niestosownej chwili jak ta, kiedy zwłoki pierwszej żony (właściwiej tu powiedzieć drugiej) jeszcze nie pochowane. Takie było przekonanie Rebeki, a raczej taka odpowiedź na zapytanie nalegające mi&s Crawley.
— Ale musi być ktoś, komubyś nie odmówiła może w takich samych nawet okolicznościach; nie prawdaż? Co? Przyznaj no się! rzekła łaskawie miss Crawley.
— Pani potrafiłaś odgadnąć — odpowiedziała nieśmiało Rebeka spuszczając oczy. Nie jednemu może dziwnem się to wyda że uboga sierota oddaje wszystko co posiada robiąc ofiarę ze swego serca. Oh! czemuż ubóstwo nie może temu zapobiedi? Stokroć lepiejby było!
— Biedne dziecko! zawołała miss Crawdey skłonna coraz więcej do rozczulenia się. Więc kochasz bez wzajemności? Opowiedz mi wszystko w zaufaniu; może choć płacząc razem z tobą potrafię cię pocieszyć!
— Oh! gdyby to było możliwe! Wielką, wielką czuję ulgi potrzebę!
Rebeka oparła głowę na ramieniu miss Orawley, która ją ściskała z macierzyńską czułością, zapewniając że kocha ją jak córkę i że wszystko dla niej zrobić gotowa.
— A teraz, moja droga Becky, powiedz mi jego imię; po co ci się taić przedemną? Ozy nie jest to brat tej miłej Amelji Sedley? Przypominam sobie że mi coś o nim mówiłaś... Zarazbym go do siebie za prosiła i wszystko dobrzeby się ułożyło. Wyznaj otwar* cie, moja Becky: wszak wiesz że możesz liczyć na mnie.
— O! droga kochana pani I Nie wymagaj tego o-demnie — mówiła szlochając Rebeka. — Przyjdzie czas kiedy się dowiesz o wszystkiem, moja dobra, niepo równana przyjaciółko!.. Ale czyż mi wolno nazwać cię tem imienim?
— Owszem, moje dziecko, nawet cię o to proszę
— odrzekła miss Orawley ściskając płaczącą mis Sharp.
— Dziś jeszcze nie mogę nic powiedzieć: Ach! ja kże jestem nieszczęśliwa!... mówiła, a raczej jęczała Rebeka — alf1 daj mi słowo, najdroższa pani, że mnie nigdy kochać nie przestaniesz... nigdy...
Miss Orawley przyrzekła to uroczyście, wylała na wet kilka łez — bo wzruszenie łatwo się udziela kobie tom bez względu na różnicę wieku — i odeszła pełna uwielbienia dla tej czułej, kochającej i nieodgadnionej istoty.
Żal Rebeki nie był wcale udany. — Mogłabym zostać wielką panią — myślała sobie — miałabym dom w mie ście na zimę, lożę w operze, powóz i konie na roz kazy, na przyszły rok najdalej byłabym przedstawiona na dworze, pan domu byłby moim najniższym sługą i mogłabym obejść się bez protekcji pani pastorowej. To wszystko mogło było się urzeczywistnić i byłabym zupełnie szczęśliwą, kiedy tymczasem widzę teraz przed sobą przyszłość niepewną, zakrytą, a może groźną nawet.
Te uwagi napełniały Rebekę szczerym, jak powiedzieliśmy smutkiem, ale nasza bohaterka nie lubiła długo utyskiwać nad tem, co raz się stało i’jest już nieodwołalne. Zaczęła więc gotować się do nowej pracy żeby sobie przyszłość zapewnić. Wiemy już dobrze na czem Rebeka szczęście i przyszłość budowała.
Wyznając baronetowi że jest mężatką, Rebeka wiedziała że sir Pitt zachowa tajemnicę w nadziei że sam się z nią ożeni. Ale jak przyjmie tę wiadomość miss ^rawley? Odpowiedź na to pytanie była bardzo wątpliwą, a jednak łatwo było przewidzieć że zwierzenie się przed tą, która pozwoliła nazwać się przyjaciółką, inoże sprowadzić bardzo stanowcze następstwa. Wprawdzie zasady liberalne tak często przez miss Orawley wygłaszane, lekceważenie przywilejów rodowych, usposobienia romantyczne, przywiązanie do Rawdona, wszystko to dodawało Rebece nie mało otuchy.
— Ona tak jest mną oczarowana — myślała sobie Rebeka — że wszystko mnie przebaczy. Zresztą przy* zwyczaiła się już do mnie, i wątpię żeby się bezemnie obejść potrafiła. Kiedy się dowie o wszystkiem, nastąpi potem scena mniej lub więcej tragiczna: spazmy, na* pady nerwowe i gorzkie wymówki, ale ostatecznie pojednanie przyjść musi. Prędzej lub później, zawsze przez to przejść potrzeba, lepiej więc raz skończyć i męczącą niepewność rozstrzygnąć.
Tak postawiwszy kwestję Rebeka usiadła do stolika i napisała list następujący:
„Drogi mój przyjacielu!
„Chwila stanowcza, o której tyle razy mówiliśmy, nadchodzi. Moja tajemnica już w części wyjawiona; po długim namyśle przyszłam do tego przekonania że czas już odkryć wszystko. Sir Pitt był tu dziś rano; chcesz wiedzieć w jakim celu? Oto nie w innym jak tylko żeby o moją rękę prosić. Jak ci się to podoba? Co za szkodal Mogłabym była zostać lady Orawley. Co powiedziałaby na to mistress Bute, albo nasza poczciwa ciotka, gdyby musiała mi pierwszeństwa ustąpić i zająć drugie miejsce po mnie? Zostałabym mamą pewnej osoby, zamiast być jej... Oh! drżę na samą myśl że wkrótce będzie potrzeba wyznać wszystko!
„Sir Pitt wie że nie jestem wolna, tylko nie domyśla się wcale do kogo należę. Nasza ciotka nie jest zadowolona z tego że odrzuciłam propozycję baroneta; raczyła nawet przyznać że sir Pitt miałby we mnie naj* lepszą żonę. Pomimo tego jest ona dla mnie pełna czułości i oświadcza że zastąpi miejsce matki twej małej Becky. Wyobrażam sobie że na pierwszą wiadomość o naszym związku będzie jak piorunem rażona. Ale czyż mamy się obawiać chwilowego oburzenia? Ona cię nadto ubóstwia ażeby nie chciała ci przebaczyć; a po tobie, jeśli się nie mylę, ja pierwsze miejsce w jej sercu zajmuję, i kto wie czy potrafiłaby się obejść bezemnie? Coś mi mówi, mój drogi że wyjdziemy zwycięsko z tego trudnego położenia. Raz na zawsze po rzucisz tę służbę wojskową, której nienawidzę, zarze kniesz się gry i wyścigów, i będziemy błogie dni pędzić w Park Lane, a w końcu odziedziczymy cały ma jątek naszej ciotki.
„Jutro będę się przechadzać jak zwykle w tem samem miejscu. Jeżeli nie będę mogła się uwolnić od towarzystwa miss Briggs, to przyjdź na objad i przynieś mi odpowiedź którą włożysz w trzeci tom Kazań Porteusza. Twoja na zawsze i?.“
Powyższy list był zaadresowany jast następuje: Miss Eliza Styles, u p. Barnet, siodlarza. Knights Brigde.
Każdy z czytelników domyślił się niewątpliwie że owa miss Styles, dawna przyjaciółka z pensji, z którą Rebeka prowadziła od pewnego czasu żywą korespo* deneję — nosiła duże wąsy, mosiężne ostrogi i mundur wojskowy, pod którym łatwo poznać kapitana Raw7dona Grawley.
XVI Tajemniczy list
W jaki sposób odbył się ślub Rebeki, to nie powinno nikomu wydawać się niepojętem. Któż może w samej rzeczy przeszkodzić pełnoletniemu kapitanowi do wzięcia indultu i wejścia do kościoła w towarzystwie dojrzałej już panienki? Któż nie wie że kobieta silnej woli potrafi znaleść tysiące sposobów do zrobienia tego, co sobie raz postanowiła? Tak się i w tym wypadku stało. Pewnego dnia kiedy miss Sharp poszła odwie dzić swoją przyjaciółkę Amelję Sedley, widziano jakąś młodą osobę, dziwnie do Rebeki podobną, wchodzącą do jednego z kościołów w City w towarzystwie jakiegoś wąsala. Po niejakim czasie ta sama para wyszła z kościoła i młoda osoba wsiadła do powozu, znajda ’ jącego się nie daleko.
W wielkiern mieście, gdzie tylu poważnych lodzi żeni się z kucharkami, podobny obrzęd zaślubin, jak tu opisaliśmy, nikogo razié, ani zadziwiać nie może.
List Rebeki był dla Rawdona sygnałem, na który stawił się z równą gotowością jak na rozkaz swego pułkownika. Nie miał on potrzeby wkładać swej odpowiedzi w trzeci tom kazań, dzięki Rebece, która wymknęła się zręcznie pannie Briggs i przyszła sama na miejsce schadzki, gdzie wierna przyjaciółka już na nią czekała, Rawdon zgodził się na wszystko, co Rebeka postanowiła. Któż lepiej od niej potrafiłby wszystko ułożyć? Gdyby plan Rebeki był zupełne przeciwny temu, jaki mu podała, przyjąłby go z równym entuzjazmem w fcem przekonaniu że jest najlepszy.
— Twój rozum, moja Becky, może na dwóch wystarczyć — zawołał z uniesieniem — widziałem nieraz ludzi zadziwiającej zręczności, ale nie znam nikogo ktoby mógł tobie sprostać. Ty jedna zdolna jesteś wydobyć nas z tych kłopotów.
Potem wyznaniu wiary kapitan zajął się energicznia wykonaniem najwyższych rozkazów, które zależały na tem żeby nająć pomieszkanie nie daleko koszar wojskowych. Rebeka pozwalała się wykraść ku wielkiej radości kapitana, który od kilku tygodni pracował nad tem, ale nie mógł jej do tego nakłonić. Tego samego dnia jeszcze mieszkanie było już najęte, fortepian przy* niesiony, a kwiatów znalazło się tyle że możnaby zapełnić było całą oranżerję. Szalów, rękawiczek, pończoch jedwabnych, pachnideł, zegarków i bransoletek złotych była taka ilość, na jaką tylko ślepa miłość i kredyt nieograniczony wystarczyć może. Po tych przygotowaniach kapitan poszedł do klubu, żeby coś wypić, uspokoić podniecone zbytecznie nerwy i czekać już chwili, która miała stanowczo jego losy rozstrzygnąć.
Wypadki dnia poprzedzającego, szlachetna bezinteresowność Rebeki, jakieś tajemnicą okryte nieszczęście, wiszące nad jej głową jak miecz Damoklesa, i nakoniec cicha rezygnacja z jaką interesująca miss Sharp znosiła swoje cierpienie, podwoiły a może potroiły czułość i serdeczność miss Matyldy Orawley.
Już to powszechnie wiadomo że nic nie budzi w kobietach tyle współczucia jak sprawy sercowe, miłość nieszczęśliwa, ba — nawet miłość szczęśliwa. Ileż to razy kiedy młoda para stoi w kościele u kresu swych życzeń, można widzieć cały legjon kobiet, zupełnie ob-cych orszakowi weselnemu, zalewających się rzewnemi łzami. Nie jedna z tych kobiet nie widziała nigdy panny młodej, ale zanosi się od płaczu podczas, gdy przyjaciele pana młodego mają oczy zupełnie suche, a kapłan wiąże ręce stułą i organista śpiewa Veni Oreator nie doznając najmniejszego wzruszenia.
Dzięki tej strunie, drgającej łatwo w sercu niewie-ściem. Rebeka była przedmiotem najczulszej troskliwo* ści swojej opiekunki. Nigdy też miss Sharp nie była tak ujmującą w rozmowie, nigdy nie śpiewała takim czarującym głosem jak tego wieczora, Miss Briggs była równie pod wpływem tego uroku, pomimo boleści doznawanej na widok rywalki, budzącej coraz żywszą syrn-patję w sercu ukochanej Matyldy. Biedna Arabella ledwie łzy stłumiła słysząc jak Rebeka mówiła że nigdyby nie chciała upuścić swojej najdroższej opiekunki.
— Moja dobra przyjaciółko 1 odpowiedziała ze słodyczą miss Orawley — — Nie ulega wątpliwości że. się z sobą nie prędko rozstaniemy. Po tem co zaszło, nie może być mowy nawet o powrocie do domu mego niegodziwego brata. Zostanies? więc ze mną. Briggs jeź dzi często do swoich krewnych, będzie zatem mogła odwiedzać ich ile tylko się jej podoba; a ty, moje ko* chane dziecko, będziesz pielęgnować biedną staruszkę.
Serce poczciwej Briggs mało nie pękało z żału.
Gdyby Rawdon Orawley, zamiast pić w tawernie dla uspokojenia nerwów, znajdował się w tej chwili w Park Lane, to więcej jak pewna że młoda para u-padłszy do nóg starej ciotki, otrzymałaby zupełne przebaczenie i powieść nasza byłaby skończona. Los zrządził inaczej.
Mistress Firkin miała pod swojemi rozkazami młodą wieśniaczkę z Hampshire, wychowaną we dworze, do której należało zanieść codzień rano dzbanek wody świeżej do pokoju miss Sharp, czego sama Firkin nie zrobiłaby nawet gdyby jej głow-ę uciąć miano: Ta dziewczynka miała brata w kompanji kapitana Orawley i znała, jak się zdaje, tajemnicę naszej bohaterki. Podejrzenie to nie jest bezzasadnem, zważywszy że Betty Martin kupiła sobie za pieniądze, które dostała od Rebeki, żółty szal, parę trzewików zielonych i błękitny kapelusz z czerwonem piórkiem. Wiemy zaś zkądinąd że hojność Rebeki nie była nigdy bezinteresowną.
Trzeciego dnia po tym pamiętnym wypadku kiedy sir Fitt składał hołdy u stóp małej Sharp, słońce zeszło jak zwykle i Betty Martin o zwykłej godzinie z dzbankiem wody w ręku zastukała do drzwi Rebeki.
Żadnej odpowiedzi. Betty stuka powtórnie, nikt nie odpowiada, cisza zupełna. Betty Martin wchodzi do pokoju i... o! zdziwienie! nie ma nikogo! Łóżko świeże i nietknięte, tak jak było wczoraj usłane. W kącie pokoju dwie walizy obwiązane sznurkiem, a na stoliku list przypięty do poduszeczki na spilki, pokrytej różowym atłasem.
Betty zbliżyła się ostrożnie na palcach do stolika, jak gdyby się obawiała żeby list nie odleciał, obejrzała się do koła, uchwyciła list końcami palców, zaśmiała się i zaniosła go do pokoju miss Briggs.
Jakim sposobem Betty poznała że list był adresowany do miss Briggs? trudno na to odpowiedzieć. Chodziła ona będąc na wsi do szkółki niedzielnej, zostają cej pod zarządem pani Bute Orawley pastorowej, ale sztuka czytania była jej tak obcą jak astronomja albo chemja organiczna i nieorganiczna.
— Oho! miss Briggs — wołała Betty — Oho! to coś zabawnego się stało! Nie ma nikoguteńko w’ pokoju panny Rebeki; łóżko nie tknięte tylko ten list do pani na siole zostawiony.
— Cóż to znaczy? zawołała miss Briggs, upuszczając z przerażenia grzebień na ziemię i odrzucając na plecy mały warkocz zmiętych włosów. Cóż to jest? Porwanie! Miss Sharp uciekła! Cóż tu się dzieje I
Zdawało się że miss Briggs chciała połknąć list oczami: przebiegała go z największą chciwością i oto co w nim wyczytała:
„Kochana miss Briggs znajdzie — pewn$ jestem — w swem dobrem sercu choć trochę współczucia i po błażania dla nieszczęśliwej swojej przyjaciółki, która ze łzą w oku i z błogosławieństwem na ustach zmuszona jest opuścić ten dom, gdzie biedna sierota przy tułek dla siebie znalazła. Obowiązki, od których mnie nic uwolnić nie może, nakazują mi spełnić wolę męża i udać się pod skromną strzechę, gdzie wspólnie szczęście lub niedolę dzielić z nim powinnam. Najdroższa miss Briggs! Zechciej uwiadomić o tem moją najukochańszą przyjaciółkę i opiekunkę; powiedz jej że oddalając się od niej zrosiłam łzami poduszkę, na której ten anioł spoczywa. O! ileż nocy bezsennych spędziłam przy tem łóżku, czuwając nad moją najdroższą opiekunką I O! jakżebym chciała koić zawsze jej cierpienia, jeżeliby, broń Boże, była tego potrzeba. Z jakąż ra* dością będę witać znowu ten dom, gdzie tyle drogich zostawiłam wspomnień 1 Z jaką trwogą oczekiwać będę odpowiedzi, mającej ostatecznie stanowić o moim losie f Ookolwiekbądź nastąpi, w sercu mojem nigdy nie wygaśnie wdzięczność dla drogiej mi istoty, która mnie sierotę raczyła uznać godną żebym została jej bratową. Kiedy sir Pitt zaszczycił mnie swoją propozycją, powie działam mu że nie iestem już wolną; ale nie miałam odwagi wyznać mu że nie mogę zostać żoną tego, którego jestem już córką! Tak — poślubiłam najlepszego, najszlachetniejszego z łudzi, a tym jest Rawdon
Crawley! Wierna wykonanej przysiędze, nigdy go nie opuszczę. Zacna moja przyjaciółko 1 przebłagaj za nas ciotkę mego Rawdona, i uproś ją niech nas nie odpy cha, ale niech przytuli do swego łona kochające ją dzieci! Oby Najwyższy wysłuchał prośby moje i zlewał strumienie łask i dobrodziejstw na dom, który ze ści« śniętem sercem żegnać dziś muszę.
Niezmienna i wdzięczna przyjaciółka Rebeka Crawley.8
Północ!
W chwili, kiedy Briggs kończyła czytać list który powracał jej straconą rolę powiernicy miss Matyldy Crawley, mistress Firkin weszła do pokoju.
— Mistress Bute Crawley — powiedziała Firkin — przyjechała w tym momencie i prosi o herbatę.
Briggs w rannym szlafroczku, z rozpuszczonemi włosami z tyłu i z papilotami na czole, znalazła się w mgnieniu oka obok pastorowej z listem Rebeki w ręku — — O! mistress Firkin! — wołała Betty grubym gło* sem — Oo za awantura! Miss Sharp uciekła z kapitanem; oboje są już w drodze do Gretna-Green.
Możnaby cały rozdział zapisać wykrzyknikami, ma« lującemi wzruszenie służebnej, ale nie chcemy ubliżać samym paniom, których wrażenia są niezaprzeczenie godniejsze uwagi czytelnika.
Pani pastorowa, zmęczona nocną podróżą, siedziała przy kominku, kiedy miss Briggs wleciała oznajmiając wielką nowinę.
— Nie jest że to widoczne — mówiła żona pastora, ochłonąwszy z pierwszego wrażenia — że sama Opatrz ność mnie tu przysyła w chwili, kiedy moja obecność pomoże mojej siostrze do zniesienia tak strasznego ciosu? 0! ja zawsze mówiłam że po tej dziewczynie nic dobrego spodziewać się nie można; widać było z jej oczu że to nikczemnioa. Ale nie pojmuję ślepego przywiązania miss Crawley do Rawdona, tego rozpustnika, naznaczonego od Boga piętnem potępienia! Ten wypadek może przynajmniej mojej siostrze oczy otworzy i przekona ją o zepsuciu tego nędznika.
Miss Crawley nie opuszczała nigdy sypialnego pokoju przed południem. Przynoszono jej zwykle do łóż ka czekoladę, podczas kiedy Becky czytała głośno Morning Post. Dla oszczędzenia drażliwych nerw7ów Matyldy, postanowiono wstrzymać się do jej ukazania się w salonie z wyjawieniem tego co zaszło, i oznajmiono jej tylko o przybyciu bratowej. Miss Crawley pizyjmowała zwykle podobną wiadomość bardzo oboję-tnie, ale teraz była prawie kontenta że miała z kim pomówić o śmierci lady Crawley, o nowych zamiarach swego brata i o jego niespodziewanem oświadczeniu się Rebece.
Komuż nieznaną jest zręczność kobiet w przygotowaniu do przyjęcia złych wiadomości? Nasze damy spiskowe doskonale się z tej roli wywiązały. Przybrały one postać tak tajemniczą, że miss Crawley nie wie-dząć jeszcze o niczem, uczuła już w sobie jakieś obawy i niepokój. Po pierwszych uściskach i po kilku wymienionych zapytaniach, miss Crawley wsunęła się w głąb fotelu i opowiedziała scenę, której sir Pitt i Rebeka byli głównemi aktorami. Ta chwila wydała się pastorowej stosowną, żeby przystąpić do drażliwej o* peracji.
— Rebeka odmówiła baronetowi — rzekła mistress Bute — bo... bo... nie mogła zrobić inaczej.
— Wiem ja to bardzo dobrze że wszystko ma swoją przyczynę — odpowiedziała miss Orawley — wiem — i mówiłam wczoraj mojej Briggs że Rebeka kocha kogo innego.
— Tak jest — rzekła z kolei Briggs — ona kocha kogo innego, a nawet niestety! jest już mężatką!
— Tak; jest już mężatką, powtórzyła mistress Bute.
— Jaktc? zawołała miss Orawley. Oo za przewrotność tej małej Sharp; nic mi nie powiedzieć! Niechże tu zaraz do mnie przyjdzie,
— Ah! nie przyjdzie ona tak prędko — mówiła Briggs pomału — tylko nie potrzeba lękać się i niepokoić...
Oo się stało to się już nie powróci; Rebeka pojechała na długo... a może na zawsze.
— Kiedy? gdzie? a któż mi przygotuje czekoladę? Niech mi ją tu w tej chwili przyprowadzą! Ja chcę natychmiast widzieć ją tu, natychmiast!
— Na miłość Boga, Briggs. nie dręcz ją dłużej — zawołała pastorowa. — Niech lepiej o wszystkiem się już dowie!
— Mówicie że jest mężatką — rzekła zniecierpliwiona miss Orawley — więc za kogoż wyszła?
— Za... za krewnego...
— No dysyć już! mówcie; bo chyba chcecie umyśl» nie moje nerwy rozdrażnić l
— Ach! moja kochana, odwagi! Miss Briggs, pod* trzymuj ją... Matyldo I znoś mężnie ten straszny cios!... Rebeka jest żoną Rawdona Orawley.
— Rawdon ożeniony... z Rebeką... guwernantką... Nie. nie... to kłamstwo! Precz z mego domu szalona warjatko! I ty stara, głupia Briggs... ty śmiesz... jeżeli to prawda, to twoja jest sprawa... Myślałaś że go wydziedziczę dla ciebie... rozumiem dobrze te knowania!
Miss Orawley traciła prawie przytomność i wymawiała w gniewie jakieś niezrozumiałe wyrazy.
— Ach! cóż to za nieszczęście! wtrąciła pastorowa
— córka profesora rysunków jest żoną Rawdona!
— Jej matka pochodzi z rodziny Montmorency’ch — krzyknęła miss Orawley urywając taśmę od dzwonka. — — Jej matka była baietnicą, a może czemś gorszeni jeszcze — odparła odważnie pastorowa.
Miss Orawley dostała jakichś paroksyzmów nerwo wych, musiano zatem zanieść ją do łóżka i sprowadzić lekarza z chirurgiem. Mistrejss Bute zajęła miejsce przy łóżku chorej.
— Przecież to jest obowiązek krewnych — mówiła litościwie mistress Butte — żeby ją pielęgnować w chorobie.
Zaledwie ułożono chorą do łóżka, kiedy się pojawił sir Pitt.
— Gdzież jest Becky? Ozy już spakowała swoje rzeczy? Przyjeżdżam umyślnie żeby ją zabrać z sobą do Orawley la-Reine.
— Jakso? czy pan jeszcze nie wiesz o jej związku potajemnie zawartym? spytała zdziwiona Briggs.
— A co mnie to obchodzi? odrzekł sir Pitt. No to
Targowisko próżności. T. I. 16 jest mężatką, ot i po wszystkiem. Proszę jej powiedzieć że czekam na nią; niech się spieszy.
— To pan nic nie wiesz że jej nie ma już w do mu? Miss Orawley mało nie umarła z rozpaczy jak się dowiedziała że pan kapitan Rawdon jest mężem Rebeki.
Pominiemy tu przekleństwa, miotane przez oburzonego w najwyższym stopniu baroneta. Miss Briggs przelękniona uciekła czemprędzej.
Następnego dnia straszne rzeczy działy się w Oraw* ley la-Reine. Sir Pitt w przystępie szalonego gniewu tłukł i niszczył wszystko w pokoju Rebeki. Wszystkie jej suknie w kawałki podarte zostały wyrzucone z ci o-kno. Młoda Horrocks, córka szafarza, wzięła sobie część tych łachmanów, zaś pozostałe użyły córki baroneta na kostiumy do grania komedji.
Kilka dni zaledwie minęło od pogrzebu lady Cra* wley, nikt przecież nie poświęcił tej biednej kobiecie ani jednej łzy, ani jednego wspomnienia,
— A jeżeli stara nie da się przeprosić? — mówił Rawdon do Robeki, zajętej opatrywaniem nowego for tepianu, próbowaniem rękawiczek, szalów etc. — Cóż będzie Becky, jeżeli stara się nie da ugłaskać?
— Ja biorę wszystko na siebie — mówiła Daliła, obsypując pieszczotami Samsona.
— Ty wszystkiego potrafisz dokazać — odrzekł Ra wdon, całując maleńką rączkę — zdaję się zupełnie na ciebie 1
XVII.
Kapitan Dobbin kupuje fortepian.
W spokojnej okolicy Russell Square jakiś niezwykły m ruch panuje. Wejście do jednego z piękniejszych domów jakby umyślnie pozostaje otwarte; w dziedzińcu snują się tu i owdzie kilkuosobowe gromadki ciekawych, a w obszernej sali domu tłum ludzi otacza stojącego na stole człowieka, który chrypliwym, ale donośnym głosem woła bez ustanku: „Kto da więcej? raz, dwa, trzy... przedane.“ Od czasu do czasu mówca uważał za stosowne zachęcać obecnych do kupowania niekté« rych przedmiotów i używał w tym celu całej siły swojej wymowy. W tej chwili właśnie podnosił zalety jakie^ goś obrazu i wszywał znawców do rozpatrzenia się w tem arcydziele.
— Numer 369 l — wołał pan Stukomłot — Portret mężczyzny siedzącego na słoniu! Kto życzy sobie nabyć te znakomite dzieło sztuki?
Podczas gdy Stukomłot przesuwał przed oczami zgromadzonych widzów mężczyznę na słoniu, jakiś wojskowy słusznego wzrostu nie mógł wstrzymać się od śmiechu.
— Panie Oriarson — wołał Stukomłot do swego pomocnika — pokaż pan bliżej tego słonia kapitanowi.
Kapitan zaczerwienił się i odwrócił się zmieszany widocznie.
— Dwadzieścia gwinei za to arcydzieło — mówił dalej — piętnaście... pięć... nikt się nie odzywa? Sam wizerunek mężczyzny bez słonia wart już pięć funtów.
— To dziwna że słoń nie ugina się pod takim ciężarem — dorzucił jakiś żartowniś.
Dowcip ten został przyjęty śmiechem ogólnym, bo jegomość na słoniu był w samej rzeczy dosyć opasły. 16*
— Panie Levi — krzyczał Stukomłot — nie obniżaj pan ceny tego pięknego obraza, niech prześwietna pU’ bliczność sama wartość jego osądzi. Postawa szlachetnego zwierzęcia wiernie charakter tegoż przedstawia. Siedzący na nim mężczyzna w nankinowem ubrania ze strzelbą na plecach, udaje się na polowanie; w oddaleniu zaś widać pogodę pod palmowemi drzewami. Jest to bez wątpienia jakieś wsławione miejsce naszych znakomitych posiadłości w Indjach wschodnich. Spie-szma się, panowie; przedmiot jest wysokiej wartości.
Ktoś ofiarował pięć szylingów; wojskowy obejrzał się w stronę zkąd głos pochodził i spostrzegł młodą damę wspartą na ramieniu oficera. Oboje zdawali się bardzo rozweseleni tą komiczną sceną, a że nie było silnej konkurencji, zostali więc posiadaczami wspomnio* nego portretu. Pierwszy wojskowy zmieszał się znowu na widok owej młodej pary i odwrócił się w7 przeciwną stronę, jak gdyby chciał uniknąć niemiłego mu w7idoku.
Licytacja miała się niezadługo zakończyć. Bardzo piękne meble były już sprzedany wina niezmiernie wysokiej ceny zostały zakupione dla naszego znajomego Jerzego Osborna, a mały serwis srebrny był kupiony przez kilku ajentów z kantorów wymiany w City. Zostawił jeszcze do sprzedania fortepian przyniesiony z pierwszego piętra, gdzie niektóre z gorliwszych gospodyń próbowały w ręku mięsistości kołder i zaglądały we wnętrza materaców.
Młoda dama, o której już wspomnieliśmy, usiadła do fortepianu żeby go spróbować, co wyw7ołało jeszcze raz rumieńce i pomieszanie stojącego w drugim końcu sali wojskowego.
Żyd podstawiony przez nabywców słonia silnie wal czył o fortepian z żydem podstawionym przez słusznego oficera, który dzielnie dotrzyma* placu boju i stal się nakoniec właścicielem fortepianu. Natychmiast rozległo się uderzenie młotka i dały się słyszeć następne słowa:
„Dla pana Levi, za dwadzieścia pięć gwineów“.
Młoda dama i jej kawaler musieli ustąpić; pierwsza rzucając spojrzenie w stronę swego przeciwnika rzekła:
— Widzisz Eawdonie! to kapitan Dobbin.
Becky była może niekonten’ą z najętego przez mę> ża fortepianu; albo też chciała nabyć ten koniecznie, dla tego tylko że kiedyś grywała na nim w saloniku Ameiji Sedley.
Powyższa sprzedaż publiczna odbyła się w dawnym domu pana John’a Sedley, zrujnowanego zupełnie i ogłoszonego bankrutem.
Szafarz Jerzego Osborna przyszedł kupić stare Porto i przeniósł je na drugą stronę placu Bussel-Square. Przyjaciele pana Sedley, którzy mieli z nim liczne in teresa i zachowali dla niego trwały szacunek, zakupili serwis srebrny pięknej roboty, i tę uratowaną pamiątkę lepszych czasów przestali dawnemu swemu koledze. Co zaś do fortepianu Ameiji, to należy wnosić że kapitan Dobbin, który nie był wcale muzykalny, musiał go zakupić nie dla swego własnego użytku.
W samej rzeczy tego samego dnia wieczorem fortepian znajdował się już w maleńkim, ale schludnym dornku, przy jednej z tych uliczek gdzie pomieszkania, ~ irm — lin T~iniririr~rn — r’Trr’frrm — fi — r rn ~ ~ — ttvip — mti « — — — — — — ------r ~i — sądząc z rozmiarów, zdają się być dla lalek przeznaczone. Drzewa przed oknami tych wybielonych dom-ków są prawie zawsze pokryte fartuszkami, pończo* szkami dziecinnemi, czepeczkami i t. p. Tego rodzaju wegetacja w ogródkach nawet i w zimie nie zaprzestaje. Biada tym, którzy się w te zabłąkają ustronie I Uszy ich silnie będą podrażnione brzękiem klawicymbalów i piskliwym głosem wyśpiewujących mieszkanek tej okolicy. Tam właśnie pan Sedley znalazł z rodziną przytułek w domu pana Clapp, dawnego swego komisanta.
Jos Sedley nie przyjechał do Londynu na wiado mość o nieszczęściu jakie dotknęło jego rodzinę, ale otworzył matce kredyt u swego bankiera, i pozostał wiernym swoim zwyczajom: objadował wesoło w najlepszej restauracji, zapijał dobre wino, przejeżdżał się powozem, grywał wista i opowiadał swoje przygody indyjskie pewnej wdowie, która dla niego była bardzo i uprzejmą.
Pan Sedley zaczynał już godzić się z swoim losem i nie spieszył się wcale korzystać ze wspaniałomyślnej propozycji syna. Zacny ten staruszek nie był jednak głuchy na szczere objawy życzliwości z serca pocho« dzące i kiedy mu przyniesiono serwis srebrny rozpłakał się jak dziecko.
Rebeka i jej małżonek nadto byli wyrachowani ażeby myśleli odwiedzać ludzi zrujnowanych i mieszkających w tak oddalonej części miasta jak Bloomsbury. Zaledwie w miesiąc po swojej ucieczce z Park Lane Rebeka wspomniała w rozmowie dawną swoją przyja ciółkę, co natchnęło Rawdona chęcią odwidzenia Os-borna i wyzwania go na partję bilardu.
Ciotka Matylda nie spieszała się bynajmniej otworzyć swych ramion młodej parze, przed którą drzwi pięknego domu w Park Lane zostawały szczelnie zamknięte; nawet listy wracały zawsze nierozpieczętowane, Mistress Bute nie odstępowała ani na krok siostry swego męża, co było dla kapitana i jego dostojnej połowicy nie zbyt pomyślną wróżbą.
Nic nie wydawało się Rebece mniej wątpliwem jak jej wyższość umysłowa nad mężem; ale można powiedzieć że nic więcej nad to nie starała się przed nim ukryć. Słusznie ktoś powiedział że dobra żona powinna mieć trochę hipokryzji. Rebeka słuchała z zajęciem opowiadań męża o tem co się działo czy wt stajni lub w pułku; jakim sposobam Bob Martingale został w domu gry złapany, jak Spatterdash jechał na koniu, który się potknął wszystko to było dla niej rzeczy niezmiernie interesujące. Zawsze śmiejąca się i wesoła, Rebeka nie zatrzymywała nigdy męża gdy ten chciał wychodzić, przyjmowała go z radością kiedy powracał do domu.
To zręczne postępowanie zmieniło całkowicie dawne zwyczaje Rawdona; domowe ognisko więcej go już pociągało aniżeli dawne znajomości w klubach i tawernach, gdzie go coraz rzadziej widywano. Trzech lub czterech dobrych znajomych tylko miało wstęp do wesołego domku w Brompton, gdzie byli zachwyceni doskonałym pączem i niezrównaną uprzejmością gospo* 328 dyni domu. Długi rosły zawsze, ale Rawdon umiał żyć lepiej kredytem jak inni gotówką.
Dowiedziawszy się z gazety że porucznik Osborne kupił dyplom kapitana. Rawdon uczuł tyle szacunku dla narzeczonego Amelji że zrobił mu wizytę w Russell Sqaare.
Młode małżeństwo miało wielką ochotę zbliżyć się do kupitana Dobbin w czasie sprzedaży publicznej i zasięgnąć od niego bliższych szczegółów o niepowo. dzeniu rodziców Amelji. Kapitan wszakże zniknął im z oczu, ale ktoś z zajmujących się tą licytacją zaspo koił w części ich ciekawość.
— Patrz na te twarze wyschłe i pożółkłe — mówiła Becky wracając ze swoim obrazem w ręku. Czyż nie są oni podobni do kruków, co się po bitwie zlatują?
— Nie mogę ci nic o tem przywiediieć, bo nigdy żadnej bitwy nie widziałem; Bob Martingale potrafi to lepiej osądzić, bo w Hiszpanji był adjutantem jenerała Blazes.
— Szkoda jednakże tego biednego pana Sedley — dodała Rebeka — był to bardzo poczciwy staruszek.
— Hml Wekslarze i bankruci są podług mnie, je« dnem i tem samem; odrzekł Rawdon spędzając batem muchę i dyszlowego konia.
— Byłabym z chęcią zakupiła cokolwiek ze sreber stołowych, żeby im to oddać — mówiła Rebeka niby rozczulona — ale dwadzieścia pięć gwinei za ten mały fortepian to trochę za wiele.
— A twój... jakże się on zowie?.,. ©zborne, zdaje mi się... zwinie pewno chorągiewkę teraz, kiedy rodzina
Araelji zupełnie zrujnowana, jak myślisz? Ozy nie zasmuci to twojej przyjaciółki?
— Ba! Pocieszy się jak będzie mogła — rzekła Re1 beka z uśmiechem.
XVIII.
Kto gra na fortepianie kupionym przez kapitana Dobbin?
Wiadomość że Napoleon opuścił Elbę i wylądował w Cannes, mogła przejąć obawą gabinet wiedeński, zniweczyć plany Rossji, zagrozić całości Prus i przerazić Metternichów i Starembergów; ale ktoby się mógł spo< dziewać żeby orły cesarskie i walka Napoleona miały wstrząsnąć losem młodej dziewczyny, rozkołysanej ma* rżeniami o miłości i o szczęśliwem jutrze9 A jednak huk trąb wojennych rozwiał niewinne sny i marzenia, a z niemi uniósł szczęście biednej Amelji!
Cały majątek jej ojca runął bezpowrotnie na odgłos tych wiadomości, * Wszystkie przedsiębiorstwa pana Se dley nie powiodły się i przyprawiły go o znaczne straty, a liczne bankructwa domów, z któremi miał stosunki handlowe, wydarły mu cały nabytek długoletniej pracy.
Przez długi czas pan Sedley, zamknięty sam w sobie, nie zwierzał się nikomu że swoim smutkiem. Wszystko szło na oko jak dawniej. Pani Sedley nie domyślając się niczego, pędziła dni bezczynne jak zwykle, jeżeli nie zapełniała czasu błahemi zajęciami. Amelja jak wie* my, oderwana od wszystkiego co ją otaczało, jedną tylko myślą zajęta była w chwili, kiedy cios okrutny uderzył jej rodzinę.
Pewnego wieczora, kiedy Amelja siedziała w swoim pokoju smutna i zamyślona, pani Sedley była zajęta 230 pisaniem biletów zapraszających na bal, który miała dać u siebie. Mąż jej powrócił z miasta i usiadł przy kominku nie przemówiwszy ani słowa. Pani Sedley za to mogła się wygadać.
— Nasze biedne dziecko bardzo jest zmartwione — rzekła matka — od pewnego czasu. Jerzy zupełnie ją zaniedbuje. Nienawidzę śmiesznych pretensji w tej rodzinie. Panienki nie były tu od kilku tygodni, a Jerzego dwa razy w mieście widziano i pomimo tego nie przyt szedł do nas. Edward Dale widział go na operze. Je< stem najmocniej orzekonana że Edward ożeniłby się z naszą Amelją; i kapitan Dobbin nie byłby od tego ale ja nie bardzo życzyłbym sobie wojskowego na zięcia. Patrz na postępowanie Jerzego, cóż po nim można się spodziewać na przyszłość? Podług mnie należałoby ta« kich panów rozumu nauczyć. Dosyć byłoby ośmielić cokolwiek Edwarda Dale, a zobaczylibyśmy coby z tego wynikło. Otóż, panie Sedley, będziemy mieli wieczór w naszym domu... Ale cóż znaczy to uparte milczenie? Ozy się co stało, że ani słowa od ciebie wydobyć nie można?
John Sedley zbliżył się do żony i obejmując ją rzekł z uczuciem:
— Marjo, jesteśmy zupełnie zrujnowani. NowTe życie pracy, niedostatku może, otwiera się przed nami! Wolę ci powiedzieć wszyszystko, bo na cóż się przyda zakrywać to, co się już stało?
Drżący głos starca zdradzał jego wzruszenie; oba wiał się on zasmucić żonę tem wyznaniem, ale odwaga z jaką pani Sedley przyjęła ten cios, a nadewszystko słowa pociechy wprost z serca pochodzące dodały mu nieco otuchy. Raz tylko w ciągu tego wieczora, kiedy John Sedley opowiadał żonie zawody doznane od najlepszych przyjaciół, wyraz bolesny wymknął się niesz* częśliwej matce: 1
— Mój Boże I — rzekła. — Biedna nasza Amelja! Ileż jej serce przeboleć będzie musiało. I
W samej rzeczy smutny był stan Amelji. która nie miała nikogo, komuby mogła powierzyć swoje obawy i swoje przeczucia. Starała się ona przytłumić w sobie słuszne, niestety, podejrzenia, usiłowała usprawiedliwić, a raczej nie widzieć egoizmu i obojętności Jerzego.
Jednem słowem nie miała odwagi wyznać przed sobą jĘ że on jej nie wart był wcale. ^
Biedne to serduszko ciężko było zranione, kiedy w miesiącu marcu 1815 roku Napoleon wyglądał w Cannes a Ludwik XVIII uciekł z Francji. Strach ogólny całą Furopę ogarnął; papiery spadły i pan Sedley zo* stał zupełnie zrujnowanym.\ fi
Co najwięcej bolało nieszczęśliwego starca, to to, §| że nikt. z jego dłużników nie prześladował go tak za — J| wzięcie i nie był tak nieludzkim jak John Osborne, który jednak wiele doznał dobrego od pana Sedley i jemu M prawie winien był cały swój byt i swoje powodzenie.
Obowiązek wdzięczności bywa najczęściej powodem nienawiści, a przytem w oczach pewnych ludzi człowiek, będący w złych interesach, nie może zasługiwać na szacunek. §|
John Osborne zerwał natychmiast stosunki Jerzego z Amelją, a dla nadania sobie pozorów słuszności, gło* sil przed wszystkimmi że pan Sedley używał zawsze najgorszej opinji. Od razu wzbronił Jerzemu, pod karą klątwy i wydziedziczenia, widywać Amelję nie szczędząc dla tej niewinnej dziewczyny najczarniejszej pótwarzy.
Wiadomość o ruinie majątkowej i wyjazd z Russel* Square jasno mówiły Amelji że wszystko* już dla niej skończone, i ze przyszła chwila, w której potrzeba się rozstać na zawsze z Jerzym, wyrzec się wiary w ludzi i pogrzebać marzenia przyszłego szczęścia. Nakoniec szorstkim i obelżywym listem pan John Sedley oznajmił jej że postępowanie jej ojca zerwało wszyskie u-kłady pomiędzy dwiema rodzinami a tem samem unieważniło dawniejsze zobowiązania.
Amelja przyjęła ten bolesny dla niej cios z rezygnacją i spokojem wbrew wszelkim oczekiwaniom mat-ki. Zmiana sposobu życia, wynikająca ze straty majątku, najmniej była dla Amelji dotkliwą; ale cierpienie moralne podkopywało widocznie jej siły zdające się z każdym dniem słabnąć.
Jeżeli pan Osborne nie chciał słyszeć o związku Jerzego z Amelją to pan Sedley, z swej strony, nie mniej czuł żalu i pogardy dla rodziny Osbornów i nie taił się z tem, że za nic nie oddałby swej córki syno* wi takiego podłego człowieka. Zabronił Amelji myśleć o Jerzym i rozkazał odesłać mu wszystkie listy i upo1 minki od niego pochodzące.
Amelja przyrzekła być poszłuszną, ułożyła pakiecik listów, ale nie miała siły rozstać się z niemi. Przeczy* tawszy je od początku do końka, przycisnęła je do łona, jak matka tuli jeszcze umarłe dziecię.
Po stoczonej walce z bratem, panna Dobbin tak: rzekła do matki:
— Jak to szczęśliwie, moja mamo, że pułk Wiliama odebrał rozkaz wymarszu! Ta obrzydła efrontka Amełja ma w Williamie tak gorliwego obrońcę, że mogłaby się obawiać żeby go w swoje sidła nie złapała, szczególnie teraz, kiedy stosunki z Jerzym Osbornem zer wane są zupełnie.
W samej rzeczy pułk *** miał wkrótce wyruszyć, takim więc sposobem cesarz Napoleon I zostaje niejako wmieszany do naszej powieści, która inaezei nie zasługiwałaby na to żeby ją podawać do powszechnej wia* domości. Napoleon I, jak widzimy, był głównym sprawcą upadku Burbonów i pana John’a Sedley. Powrót cesarza z Elby do Paryża uzbroił całą Europę przeciwko niemu; podczas gdy wojsko francuskie, zgromadzone pod sztandary, przysięgało na wierność Napoleonowi, cztery potężne armje gotowały się do walki żeby zgnieść orła, który znów swe skrzydła rozwijał do lotu. Jedna z tych armji liczyła w swoich szeregach dwóch boha< terów naszej powieści: Kapitana Dobbin i kapitana Osborn’a.
Każdy, kto zna z tradycji pułk, o którym mówimy, pojmie łatwo zapał, jaki odwładnął wszystkich; począ> wszy od prostego szeregowca, aż do samego pułkownika wszyscy byli prawie wdzięczni cesarzowi Francuzów za to, że ten wichrzyciel europejskiego spokoju dawał im zręczność okazania światu dzielności, której pobyt w Indjach nie osłabił bynajmniej. Stuble i Spooney spodziewali się szybkiego awansu; pani majorowa 0’Dow7d miała nadzieję zostać pułkownikową.
Jerzy spokojnie mierzył swój nowy mundur, który mu bardzo był do twarzy, i dostał od ojca woreczek pełny pieniędzy, z ponowionym zakazem widywania Amelji. Z tem wszystkiem, kiedy od ojca powracał, serce mu się ścisnęło na widok domu, pustego dziś i pokrytego ogłoszeniami wyprzedaży. Dom ten, w którym tyle miłych wspomnień zostało, był już zamknięty dla Amelji i jej rodziców. Grdzież ta rodzina — myślał sobie
— znajdzie dziś przytułek?
Pogrążony w tych smutnych myślach Jerzy wszedł do kawiarni, gdzie przepędził wieczór milcząc ciągle i pijąc wiele, co nie uszło uwagi jego kolegów. Dobbin spostrzegł to również i chciał temu przeszkodzić, ale Jerzy powiedział mu że jest bardzo zasmucony i że stara się napojem zagłuszyć swoje cierpienie,
W parę dni potem Dobbin wszedł do pokoju Jerzego w koszarach, zastał go opartego o stół, na którym leżały listy rozrzucone w nieładzie. Młody kapitan zdawał się mocno wzruszony.
— Wszystko mi odesłała, co tylko miała odemnie; patrzl — powiedział Jerzy, wskazując na listy i na kilka drobnych pamiątek, jako to: złoty łańcuszek, medaljon z jego włosami, pierścionek i nożyk srebrny, kupiony przez Osborna dla Amelji, gdy oboje byli jeszcze dziećmi.
— Wszystko! — dodał słabym głosem. — A oto list jej; jeżeli chcesz, możesz go przeczytać.
To mówiąc Jerzy podał swemu koledze list nastęi pującej treści:
„Ulegając woli mego ojca, odsyłam ci wszystkie pamiątki, za lepszych czasów od ciebie otrzymane. Ten list jest ostatnim, więcej do ciebie pisać nie będę. Myślę że nie mniej odemnie uczujesz cios, który nas dotyka. Związek nasz stał się dziś niepodobieństwem; jesteś zatem swobodny, uwalniam cię od danego rai niegdyś słowa. Mam nadzieję że nie dzielisz niesłusznych względem nas podejrzeń swego ojca. Bądź zdrów. Proszę Boga o siły do znoszenia ciężkich prze« ciwności, jakie mnie czekają i o pomyślność i szczęście dla ciebie!
Będę często grać na twoim fortepianie... W tym postępku poznałam twoje szlachetne serce.
A...“
Dobbin nie mógł myśleć obojętnie o niessczęściu Amelji, czuł się głęboko rozczulonym. Jerzy dopiero teraz wyrzucał sobie że tyle razy zaniedbywał Amelję; wstydził się sam siebie poczuwając się do egoizmu i i obojętności względem tej, która mu nigdy jeszcze nie wydawała się tak piękną i dobrą, jak dziś kiedy wszystko było zerwane, i kiedy dawne wspomnienia z lat dziecinnych cisnęły mu się w umyśle, zostawując po sobie żal minionej przeszłości. Dwaj przyjaciele zapomnieli o wojnie, o sławie i o wieńcach laurowych, bo mówili ciągle o Amelji. Dobbin energicznie swoje zdanie objawił, mówiąc że Jerzy powinien zostać wiernym Amelji, i że nikt w świecie nie ma prawa uwolnić nas od danego dobrowolnie słowa.
— Gdzie oni są teraz? rzekł Jerzy spostrzegając się że za późno trochę ta myśl mu przyszła; Grdzie oni są? Na liście nie ma żadnego adresu.
Dobbin wiedział dobrze adres Amelji; nie tylko bowiem wysłał jej fortepian, ale napisał do pani Sedley prosząc by mu wolno było ich odwiedzić i on to wła< śnie przywiózł pakiet listów i pamiątek, odesłanych Jerzemu przez Amelję.
Pani Sedley przyjęła serdecznie Wiljama; mówiła mu otwarcie o nieszczęściu jakie ich dotknęło, i była ujęta przysłaniem fortepianu, co przypisywała szlachetnemu sercu Jerzego. Dobbin nie starał się wcale wyprowadzić jej z błędu, słuchał jej skarg z współczuciem i głęboko był oburzony niewdzięcznością ojca Jerzego. Po dłrgiej rozmowie Dobbin odważył się zapytać czy może widzieć Amelję która nie wychodziła^ prawie ze swego pokoju. Pani Sedley wyszła i wróciła po chwiłi z córką.
Widok bladej i drżącej Amelji przeraził Williama; w samej rzeczy niepodobna było obojętnie patrzeć na cień tej świeżej nie dawno jeszcze dziewczyny, której rysy nosiły już ślady niemej rozpaczy.
Po chwili milczenia Amelja wręczyła kapitanowi pakiet dla Jerzego i rzekła:
— Oto dla kapitana Osborna.., Jakże pan jesteś dobry że nas odwiedziłeś,., bardzo nam tu dobrze w tem nowem pomieszkaniu... potem zwracając się do matki dodała: Mama mi pozwoli wrócić do siebie, bo czuję się trochę osłabiona.
To mówiąc Amelja pożegnała Willjama i wyszła z uśmiechniętą twarzą. Matka odprowadziła Amelję, a
Dobbin wyszedł ze ściśnionem sercem i długo pod tem bolesnem wrażeniem zostawał.
Jerzy dowiedziawszy się że Dobbin widział Amelję, zaczął go wypytywać o swoją narzeczonę z trwogą i niepokojem. Dobbin wziął rękę przyjaciela i powiedział:
— Jerzy, ona gaśnie widocznie; smutek ją zabija!
W małym domku, gdzie rodzina Amelji znalazła przytułek, była prosta jakaś do usług dziewczyna sta rająca się napróżno rozerwać i pocieszyć strapioną Amelję. W kilka godzin po rozmowie kapitana Dobbin z Osbornem, służąca wbiegła do pokoju Amelji z radosnym na ustach uśmiechem, a nie mogąc zwrócić na siebie uwagę Amelji, rzekła nieśmiało:
— Miss Emmy!
— Co chcesz? powiedziała Amelja nie odrywając się od listów, które ciągle miała przed sobą.
— Mam tu list do panienki... można już starych listów nie czytać... jest tu ktoś...
Amelja poznała pismo Jerzego, oto co w niern było:
— Muszę koniecznie widzieć cię, mój aniele; nie. odpychaj mnie!
Zaledwie Amelja przebiegła okiem tych kilka wyrazów, pani Sedley i Jerzy byli już we drzwiach jej pokoju.
XIX.
Miss Crawley i jej anioł-stróż.
Widzieliśmy już z jaką gorliwością ochmistrzyni Firkin donosiła pani pastorowej o wszystkiem, co się w domu miss Orawley działo. Bo też raistress Batte
Targowisko próżności. T. I. ^ miała wielki dar ujmowania sobie ludzi; Briggs i Fir-kin były jej oddane duszą i ciałem. Już to, mówiąc prawdę, pastorowa zasługiwała na to, bo zawsze mówiła tym kobietom o swojem do nieh przywiązaniu i o tem, coby dla każdej z nich zrobiła, gdyby oddzie-dziczyła cały majątek po siostrze swego męża.
Rawdon Crawley przeciwnie nigdy nie zadawał sobie pracy żeby pozyskać względy adjutantek swo« jej ciotki; owszem okazywał im nawet wyraźną pogardę. Miss Briggs służyła zawsze za cel jego dowcipnych żarcików, a Firkin musiała nieraz ściągać zabłocone buty kapitana, kiedy z polowania powracał,
Pastorowa innej zupełnie trzymała się polityki: radziła się zwykle panny Briggs w każdym trudniejszym wypadku, albo tam gdzie potrzeba było dobrego gustu; czasem zaś dawała ochmistrzyni sześć lijardów, ale z taką uprzejmością, że mistress Firkin była więcej u jęta tym skromnym datkiem, aniżeli gwineą Rawdona rzuconą jej w oczy.
Nic za tem dziwnego że niełaska, w jaką wpadł Rawdon nie obudziła w nikim żalu, ani współczucia; cały sztab miss Matyldy Crawley był prawie uradowany ze zmiany swego szefa. Z tem wszystkiem mistress Butte, znająca przebiegłość Rebeki, przewidywała że nieprzyjaciel nie zaśpi sprawy i rozpocznie zaczepne działania w celu odzyskania straconej pozycji. Ztąd po dwojenie czujności stało się koniecznem. Pani pastorowa znała dobrze słabość ciotki dla Rawdona i wiedziała że nikt nie umiał tak zręcznie zabawić miss Crawley jak mała Rebeka. Najpiękniejsze duety, śpiewane przez córki pani Butte, usypiały miss Matyldę, a rozmowa pastora sprowadzała jej spazmatyczne poziewanie. Nie można więc było myśleć o zabraniu do siebie chorej, któraby z nudów uczuła może potrzebę widzenia Rebeki, co byłoby dla pani Butte wielce niebezpiecznem.
Ucieczka Rebeki mogłaby rozstroić nerwy daleko mocniejsze aniżeli te, jakiemi miss Crawley była od natury obdarzoną. Jej przekonania religijno-moralne, kiedy była w dobrem zdrowiu, zadowoliłyby samego Woltera, ale jak tylko ją co zabolało, wpadała w największą trwogę, spodziewając się co chwila śmierci. Mistress Butte myślała sobie teraz: „Gdyby mój mąż miał trochę rozumu, potrafiłby ją naprowadzić na dobrą drogę, przedstawiłby bezprawia i rozpustę Rawdona w całej nagości i natchnąłby ją nienawiścią do tej obrzydłej kusicielki Rebeki.“ Znając słabe zdolności męża, pani Butte wzięła się sama do pracy. Wmówiła wszystkim domowym i samej chorej; że stan jej bardzo jest niebezpieczny; kazała pod oknami rozścielić słomę na łokieć wysokości, sprowadzała dwa razy na dzieci doktora i aptekarza o północy, poiła chorą bez ustanku rozmaitemi ziółkami, utrzymywała ciszę grobową w całym domu, kładła palec na ustach jak tylko kto wchodził do pokoju jej pacjentki, przybiegała do jej łóżka od czasu do czasu, patrzyła na nią z przerażeniem i czytała ponurym głosem ćwiczenia duchowne. Najwięcej zaś starała się obudzić w chorej obrzydzenie do grzechów i nieprawości Rawdona, i uwydatnić czarną niewdzięczność Rebeki.
Nazwiska niewinnych ofiar Rawdona, wszystkie szcze góły jego przewinień, rozpacz rodziców, których syna wie zostali jego przykładem zepsuci i zgubieni, wszystka to było doskonałe wiadome pani pastorowej, umiejącej to opowiedzieć w porę i zrobić z tego najlepszy użytek.
Niezmordowana mistress Butte, upewniwszy się że żadna nieprzyjacielska korespondencja nie przeciśnie się do domu miss Orawłey i będzie napowrót odesłaną, pojechała do panny Pinkerton dla oznajmienia jej że miss Sharp została uwiedzioną. Pastorowa chciała za czerpnąć u samego źródła wiadomości co do urodzenia i przeszłości Rebeki. Przyjaciółka znakomitego leksyko grafa miała wiele do powiedzenia w tym ważnym przedmiocie. Na jej rozkaz miss Jemina przyniosła wszystkie karty i listy byłego nauczyciela rysunków. Piór wszy list był pisany z więzienia z prośbą o pod wyż» szenie płacy, drugi zawierał wymowne podziękowania za przyjęcie Rebeki do domu, w trzecim z.aś nieszczęi śliwy artystai złożony śmiertelną chorobą polecał swoją córkę opiece dobroczynnej miss Pinkerton.
Mistress Butte udała się z tamtąd w celu dalszych poszukiwań na Greek<Street, gdzie miss Sharp mieszkała jakiś czas z ojcem na skromnem poddaszu. Portrety gospodarza i gospodyni domu, któremi artysta za mie* szkanie zapłacił, zdobiły jeszcze ściany salonu, Mistress Stokes była dosyć rozmowna i opowiedziała wszystko co tylko mogła wiedzieć o nieporządnem życiu niebo« szczyka Sharp i o jego wiecznych z wierzycielami za. targach. Gospodyni nie mogła bez oburzenia mówić o spóźnionym zanadto akcie ślubnym rodziców Rebeki, o lupełnej swobodzie tej dziewczyny, przynoszącej z są siedniego szynku butelki z gorącemi napojami i umiejącej zabawić cale towarzystwo wyśmiewaniem najszanowniejszych osób bez różnicy stanu i wieku.
Te wiadomości, zręcznie zebrane, były następnie miss Matyldzie z większą jeszcze zręcznością podane. Powiedziano jej że pani Rebeka Orawley była córką baletnicy. że sama przez jakiś czas skakała na deskach teatralnych, że służyła nieraz za model malarzom, że pomagała swemu ojcu wypróżniać butelki i że nakoniec była bardzo znaną we wszystkich szynkach i kawiar* niach. Sens moralny tej historji był taki, że osoba, która siebie szanuje, nie może i nie powinna widzieć podo-bnej. jak Rebeka kobiety, ani człowieka, który się z laką awanturnicą połączyć odważył.
Jeżeli troskliwość, jaką pani pastorowa otaczała chorą kuzynkę, mogłaby się czytelnikowi wydać podej rżaną, to możemy go upewnić że obawy aptekarza Olump o zdrowie miss Matyldy były zupełnie szczere. Dowiedziawszy się od lekarza że zbyteczne pielęgnowanie chorej, ciągła djeta i uporczywe trzymanie jej w łóżku, drażniąc nieustanie system nerwowy, mogą sprowadzić złe skutki, pan aptekarz Olump silnie był zatrwożony 0 stały dochód, który mu nerwy miss Matyldy co roku przynosiły. Postanowił więc wpływać na mistress Butte 1 skłonić ją do przyjęcia pewnych hygjenicznych reform, mogących zagrożoną egzystencję miss Crawley przedłu* żyć i dochód apteki na jakiś czas jeszcze zapewnić. Szczęściem dla pana Olump mistress Butte sama zagaiła z nim rozmowę; była ta sposobność, z której należało korzystać.
— Mój kochany panie Clump — mówiła do aptekarza, nie zaniedbałam nic a nic coby mogło przywrócić zdrowie naszej ukochanej Matyldzie, którą czarna niewdzięczność synowca wtrąciła na łoże boleści. Żadne zmęczenie mnie nie powstrzyma, potrafię dotrwać do końca i nie cofnę się przed żadną ofiarą.
— Poświęcenie pani jest prawdziwie godnem uwielbienia — odrzekł Olump z głębokim ukłonem — ale...
— Od mego przyjazdu nie zmrużyłam oka. Zapomniałam o sobie; sen, zdrowie, wygody, wszystko to ustąpiło przed poczuciem obowiązku. Tak sairo było kiedy mój James był chory na ospę — nie odstąpiłam go ani na chwilę.
— Pani jesteś wzorem matek, to prawda, ale...
— Jako matka rodziny, jako żona sługi kościoła, mogę sobie przyznać w chrześcijańskiej pokorze, że jestem na dobrej drodze; i że dopokąd mi sił starczy z — tego stanowiska nie zejdę. Mogłażbym dziś opuścić tę zacną kobietę, którą niegodziwość ludzka przyprawiła o ciężką chorobę? O! nie I wiem ja dobrze że oprócz pomocy lekarskiej, posiłek duchowny równie jest chorej potrzebny, i to właśnie jest moja rola, to moje posłannictwo!
— Tak, ależ ja chciałem tylko zwrócić uwagę pani że idąc za popędem uczuć, które jej zaszczyt przynoszą, pani niepotrzebnie się trwożysz — mówił aptekarz słodziutkim głosem.
— Ale bo jabym oddała moje życie dla mego męża i dla całej jego rodziny!
— Nie znam nic chwalebniejszego nad to uczucie* ale my wcale nie pragniemy widzieć palmy męczeńskiej w ręku czcigodnej mistress Butte Crawley. Doktor Squills i ja staraliśmy się zbadać dokładnie stan chorej z najżywszą, wierz mi pani, troskliwością. Jej osłabienie i stan nerwowy jest wynikiem wstrząśnień moralnych, tym nieszczęśliwym wypadkiem wywołanych..,
— Uh 1 ten złoczyńca skończy na szubienicy! — za* wołała mistress Butte jakby w proroczem natchnieniu.
— Głębokie wzruszenie moralne podkopało organizm-wątły naszej pacjentki, kiedy szczęśliwem zrządzeniem losu pani przybyłaś prawdziwie jak anioł opiekuńczy, żeby czuwać nad chorą i nieść ulgę w jej cierpieniach. Jednak zgadzam się z doktorem Squills na to, że dłuższe trzymanie chorej w łóżku może raczej złe niż do« bre sprowadzić skutki. Wierz mi pani, naszej chorej potrzeba powietrza, zmiany miejsca i rozrywki. Bez tego nerwy jej będą coraz więcej rozdrażnione i hypo-hondrja musi się rozwinąć w całej sile. Spokój, swoboda, wesołość, oto są najlepsze lekarstwa z mojej apteki. Namów ją pani żeby wstała z łóżka, przejechała się powozem, a wówczas zobaczysz pani że rekonwa-lescentka siły odzyska, a pani rumieńce powrócą.
— Ale pan zapominasz o tem. że wyjeżdżając na spacery miss Crawley może spotkać swego niegodnego synowca i wspólniczkę jego zbrodni. Takie spotkanie mogłoby ją o śmierć przyprawić! Nie, panie Clump, ona nie powinna wyjeżdżać, i dopokąd ja sama nad nią czuwam, to na to nie pozwolę. Co zaś do mego zdrowia, to je chętnie złożę w ofierze na ołtarzu świętych, jakie mam względem niej, obowiązków.
— A więc w takim razie — odparł żywo pan Olump, ja nie ręczę za jej życie, jeżeli zostanie dłużej w zamknięciu! Jeden atak nerwowy może ją zabić, przez co. pani oddasz usługę kapitanowi Crawley, prawnemu na mocy testamentu spadkobiercy.
— Na Boga czy ona jest tak bliską śmierci V cze* mużeś mnie pan pierwej o tem nie uprzedził?
Po tej rozmowie mistress Butle nie wpuszczała ni kogo do pokoju chorej i zaczęła usilnie pracować nad tem, żeby ją skłonić do zniszczenia dawnego testamentu. Ale miss Crawley doznawała takiej trwogi na samą myśl o śmierci, że nie chciała słyszeć* o testamencie. Trzeba więc było wprowadzić ją pierwej w dobry humor, przywrócić spokój zakłócony i dlatego pastorowa zdeeydowBja się wynieść swoją kuzynkę, ale dokąd? W tem zachodziła największa trudność. Jedyne miejsce, gdzie możnaby uniknąć spotkania Rawdona i Rebeki, był kościół; ale pani Butte wiedziała że miss Crawley nie znajdzie w tem przyjemności.
Po długich namysłach, mistress Butte uderzyła się w czoło i rzekła do siebie:
— Będziemy zwiedzać przedmieścia Londynu; wszy scy utrzymują że nie ma nic więcej zajmującego nad te wycieczki,
Wsadziwszy swoją ofiarę do powozu, mistress Butte zachwycała się pięknością okolicy w Hampstead, Horn* sey i Dułwich, przypominając co chwila jakiś nowy dowód niewdzięczności Rawdona i Rebeki.
Tymczasem usiłowania pani pastorowej zamiast o« budzić w rekonwalescentce nienawiść do Rawdona i jego żony, sprawiły inny zupełnie skutek: miss Orałey czuła cały ciężar zbytecznej troskliwości i myślała już 0 tem żeby się wyrwać z rąk swego anioła stróża. Jednego dnia była jakoś silniejsza i podniosła chorągiew buntu: zamiast jechać do Highgate i Hornsey, miss Crawley kazała się zawieść do parku. Obawy mistress nie były płonne. Faeton Rawdona ukazał się z daleka 1 zbliżał się powoli ku powozowi, w którym siedziała miss Crawley obok swojej opiekunki i miss Briggs na przodzie z pieskiem. Kiedy powozy mijać się miały, Rebeka wychyliwszy głowę, spojrzała z czułością na ciotkę Matyldę a serce jej biło gwałtownie. Sam Raw, don nawet zdawał się lekko wzruszony, ale kapelusz miss Matyldy był ciągle zwrócony w stronę przeciwną. Mistress Butte obsypywała pieska serdecznemi pieszczotami; powozy się minęły, pastorowa swobodniej na koniec odetchnęła.
— Wszystko na nic — odezwał się Rawdon do żony.
— Próbój jeszcze raz, choćby przyszło o powóz zaczepić — odpowiedziała Rebeka.
Rawdon nie miał odwagi pójść za tą radą. Kiedy powozy powtórnie się mijały podniósł rękę do kapelusza, ale tym razem spotkał piorunujące spojrzenia obu ciotek.
Był to zapewne wieki tryumf dla mistress Butte, która jednakże zrozumiała całą doniosłość niebezpieczeń* stwa, na jakie ją narażały spacery w parku. Po kilku zręcznie naciągniętych frazesach, udało się pastorowej wmówić w pannę Matyldę że dla jej zdrowia wieś jest na jakiś czas koniecznie potrzebną, że nie ma na to stosowniejszego miejsca jak Brighton.
Związek Jerzego i Amelji nigdy nie przyszedł by był do skutku bez czynnego udziału kapitana Dchbin, który z gorzkim uśmiechem zapytywał siebie dla czego los wybrał jego z pomiędzy tylu innych, do spełnienia tak drażliwej, a w tym wypadku może nazbył przykrej roli swata. Ale kapitan był jednym z tych ludzi, którzy się nigdy przed obowiązkiem nie cofają. Przekonany że Amelja życiem swój zawód opłaci, postanowił wszel-kich użyć środków żeby ją ocalić.
Nie będziemy tu przytaczać rozmowy dwojga kochanków, kiedy pani Sedley wprowadziwszy Jerzego do pokoju córki, wróciła do sali, gdzie się kapitan Dobbin znajdował. Pani Sedley nie łudziła się nadzieją bo znając dobrze swego męża, była przekonaną, że ten nigdy, po tem co zaszło, na związek córki z Osbornem nie zezwoli. Dla uwydatnienia niewdzięczności pana Osborn’a miss Sedley wyjaśniła kapikanowi wzajemny stosunek dwóch rodzin, sięgając ubiegłych czasów, kiedy rodzice Jerzego z tysiącem podziękowań przyjmowali dla dzieci swoich cacka i zabawki któremi mały Jos ńie chciał już się bawić.
— Nie — mówiła pani Sedley — mój mąż nie odda córki swojej synowi człowieka, który mu się taką nie wdzięcznością odpłacił. Nigdy on, pewna jestem, na ten związek zezwolić nie zechce; nigdy, nigdyl
— To się wszystko zrobi bez jego zezwolenia — odpowiedział Dobbin śmiejąc się — kapitan Rawdon i dawna przyjaciółka panny Amelji dali nam przykład jak się zwycięża trudności.
Pani Sedley nie wierzyła swoim uszom; kapitan Dobbin nie dał jej czasu ochłonąć z pierwszego, wrażenia i tak dalej mówił:
— Największa przeszkoda, jakiej obawiać się można, grozi nam ze strony pana Sedley, tego nieugiętego despoty; ale i na to jest środek. Wojna obecna podaje sposobność Jerzemu odznaczyć się na polu bitwy; a wtenczas ojciec będzie rozbrojony i musi dać się przei błagać. Zresztą fundusz przypadający Jerzemu po matce, wystarczy młodej parze na zapewnienie skromnego, ale spokojnego życia.
Dobbin w swojej prostocie nie przewidywał wcale żeby niemożność dawania smacznych objadów i jeż» dżenia pięknemi powTozami przeszkadzała Jerzemu do połączenia się z Amelją. Jedną tylko myślą przejęty, kapitan nie obawiał się ściągnąć na siebie gniewu i nienawiści ojców, tych rodzin, i przedstawiał Jerzemu konieczność natychmiastowego działania przed wystą* pieniem pułku na linję bojową. Poparty moralnie przez panią Sedley, która nie miała odwagi wystąpić otwarcie do traktowania z mężem w tak drażliwym przedmiocie, Dobbin udał się do kawiarni, gdzie pan Sedley zawsze bywał w pewnej porze dnia.
Niegdyś w tej samej kawiarni, kiedy pan Sedley wyprawiał suty objad dla Jerzego i Willjama, cała służba miejscowa zwijała się, bacząc na każde jego skinienie. Dziś pusto było w około pana Sedley, któi rego opuszczenie i zaniedbany ubiór przykre na kapii tanie sprawił wrażenie.
— Bardzo mi przyjemnie widzieć pana, powiedział staruszek z wyrazem smutku, ściskając rękę kapitana.
Wyciągnięta postać Willjama i jego ruchy wojskowe zaostrzyły ciekawość posługujących i rozbudziły staruszkę siedzącą przy kantorze, na którym widać było kilka« naście wyszczerbionych filiżanek.
— Jakże się ma szanowny alderman i milady, zapy tał pan Sedley rzucając spojrzenie na garsona jakby mu chciał powiedzieć: — Patrz, mam jeszcze znajomych i przyjaciół pomiędzy ludźmi pewnego znaczenia w świecie.
— Ozy masz pan co do rozkazania mi, panie kapitanie? mówił dalej pan Sedley. — Moi przyjaciele Dale i Spiggot prowadzą teraz moje interesa, aż do otwarcia, a raczej zreorganizowania mego biura; a!e jeżeli mogę wyrządzić panu jaką przysługę...
Doblin, jak zawsze zmieszany, upewniał pana Se dley, jąkając się że nie przyszedł w żadnym interesie, ale tylko dla uściśnienia ręki dawnego przyjaciela i dla dowiedzenia się o jego zdrowiu.
— Moja matka zdrowa jest..« mówił. Dobin — To jest... była bardzo cierpiącą: jak tylko będzie mogła wyjeżdżać, to natychmiast odwiedzi żonę pańską. Jakże się ma miss Sedley?
Dobbin zatrzymał się nagle, jak gdyby się swojej hipokryzji sam przeraził.
— Moja żona będzie bardzo szczęśliwa z odwiedzin matki pana — mówił Sedley wyciągając jakieś papiery z kieszeni. Lady Dobbin znajdzie nowy nasz dom zna cznie szczuplejszym od dawneSo; ale zawsze ją z rć* wną przyjemnością witać będziemy, tak jak wszystkich życzliwych nam przyjaciół. Zmiana powietrza bardzo posłużyła mojej córce, której pobyt w mieście zgubnie wpływał na zdrowie.
Pan Sedley, widocznie roztargniony, przewracał w ręku zwój swoich papierów i po krótkiej przerwie tak się odezwał:
— No, proszę cię, kapitanie, ktoby się tego spodzie^ wał że ten szalony Korsykanin wymknie się z wyspy Elby? Kiedy przyjmowaliśmy monarchów sprzymierzo nych w naszej stolicy, przeszłego roku, komu na myśl przyjść mogło że po owych ucztach, świetnych fajer> werkach i po odśpiewaniu uroczystego Te Deum, pokój tak prędko będzie znowu zakłócony? Nie jest że to widoczny podstęp wszystkich europejskich mocarzy w celu zniżenia wartości papierów i zrujnowania tym sposobem naszego kraju? Temu to manewrowi zawdzięczam moje obecne położenie, jak również i to. że moje imię znajduje się w gazetach. Tak, szanowny kapitanie zaufałem cesarzowi rosyjskiemu i księciu Regentowi; a teraz drogo to zaufanie opłacać muszę. Patrz pan na te papiery i porównaj pan kursa dzisiejsze z temi, po jakich ja płaciłem za nie przed pierwszym marca... Co robił ten komisarz angielski, który nic nie wiedział o zamiarach ucieczki cesarza i nie umiał temu zapo-biedź? Ten nikczemnik powinien być stawiony przed sąd wojenny i we 24 godzin rozstrzelany!
— Badź pan spokojny; urządzimy obławę na tego lisa, nie ujdzie on rąk naszych — odrzekł kapitan nie bardzo rad z uniesienia pana Sedley, który uderzając pięścią o swoje papiery mówił dalej:
— Nie oszczędzajcie tego łotra, jemu się szubienica należy I Całe życie pracowałem uczciwie, a dziś jestem zrujnowany przez tego nędznika i przez najnikczemniejszych rabusiów!
Widok nieszczęśliwego starca, oddającego się bez-silnym wybuchom gniewu, sprawił na Willjamie dosyć przykre wrażenie.
— Tak — mówił pan Sedley na wpół zachrypniętym głosem — to są jadowite gadziny, które chowamy w ianadrzu; wybaw ich z nędzy, a oni będą najpierwsi żeby cię w przepaść popchnąć przy pierwszej sposobności. Pan wiesz o kim ja mówię, panie Willjamie; chciałbym dożyć chwili kiedy ten człowiek bez serca a raczej ten worek złota wróci do takiej nędzy, w jakiej go przed laty poznałem.
— Mój przyjaciel Jerzy — powiedział Dobbin — mć wił ze mną o tem z prawdziwym smutkiem; mam właśnie od niego polecenie do pana...
— A więc to jest powód który pana tu sprowadza?
— zawołał starzec żywo poruszony — Ha! zapewne mi przysyła wyrazy współczucia i litości, nie prawdaż? To bardzo szlachetny krok ze strony arystokratycznego młodzieńca; nie radzę mu jednak zbliżać się bardzo do mojego domu. Jest to taki sam infamis jak i jego ojciec. Grdyby mój syn miał trochę męskiej odwagi, toby mu już dawno kulą łeb roztrzaskał. Przekląłem tę chwilę, w której mu otworzyłem drzwi mojego domu; nie chcę żeby jego imię w mojej przytomności wymawiano, i wolałbym tysiąc razy widzieć moją córkę w grobie, jak żeby miała zostać żoną tego człowieka.
— Niesłusznie jest przypisywać Jerzemu uchybienia ojcowskie. Nie zapominaj pan że może i sam przyczyniłeś się nie mało do rozbudzenia w swojej córce u-Czuć, jakie ma dla Jerzego; czyż nie należy zatem te uczucia szanować?
— Nie, kochany kapitanie, dziś przepaść nieprzebyta dzieli na zawsze nasze rodziny. Jakkolwiek wielki jest mój upadek, nie upadłem jednak tak nisko żebym o tym przydziale mógł zapomnieć. Możesz pan im tę odpowiedź powtórzyć.
— Mnie się zdaje — rzekł Dobbin zniżając głos — że pan nie masz prawa rozrywać ten związek, który w moich oczach ma taką wagę jak gdyby zapowiedzi we wszystkich kościołach londyńskich czytane były. Zresztą jakiemże prawem możesz pan skazywać swoją córkę na łzy i wieczne cierpienie, gotować jej najnieszczęśliwszą przyszłość a może i śmierć przyśpieszyć? I to wszystko dla pogodzenia osobistej niechęci I Powiedz mi pan teraz czy może być lepsza odpowiedź przed światem na wszystkie zarzuty pana Osbor^a, jak gdy syn jego wejdzie do pańskiej rodziny?
Te słowa wywołały na twarzy starca wyraz zado« wolenia, ale pomimo to nie przestawał upewniać że nigdy nie pozwoli swej córce wyjść za Jerzego.
— A więc można się obejść bez zezwolenia rodzi* ców — odpowiedział żartobliwie Dobbin.
Kapitan opowiedział historję Rebeki staruszkowi, który szczerze się uśmiał i rzekł wesoło zbierając swoje papiery:
— Jeżeli wszyscy kapitanowie są tak niebezpieczni jak wy, to należy bardzo się was obawiać.
Od czasu kiedy pan Sedley zaczął do tej kawiarni uczęszczać, nie widziano go jeszcze z tak wypogodzoną twarzą. Po tej rozmowie Dobbin i ojciec Amełji roz stali się jako najlepsi przyjaciele.
— Moje siostry utrzymują że ona ma brylanty wielkości gołębiego jaja — mówił Jerzy do Amełji śmiejąc się swobodnie — a ja pewny jestem że kiedy będzie prezentowana u dworu to włoży na koniec nosa pierścień wysadzany drogiemi kamieniami. Jeżeli pamiętasz włosy kędzierzawe waszego Samba, to jej warkocze więcej jeszcze do wełny są podobne.
Jerzy żartował sobie w ten sposób z młodej Amet rykanki, którą nie tyłko ojciec jego, ale i siostry były oczarowane, chociaż znajomość ta do najświeższych należała. Tyle mówiono o wielkich plantacjach, jakie ta młoda osoba posiadała w Indjach zachodnich, o licznych akcjach w kompanji indyjskiej i o znacznych jej kapitałach, że niepodobna było nie zachwycać się jej wdziękami, które już nawet w Morning Post podo« bno opisane były. Mistre3s Haggistoun, wdowa po pułkowniku, miała w swojej opiece tę panienkę, która niedawno opuściła pensję i poznała się z rodziną Osbor-nów na balu, w domu Hulker<Bullock i spółki.
Panny Osborne obsypały czułościami posażną pa nienkę która dosyć obojętnie przyjmowała wszystkie grzeczności swoioh hołdowniczek Nazajutrz rano powóz familijny Ospornów był już przed mieszkaniem pani pułkownikowej Haggistoun, krewnej lorda Blinkie. Ktokolwiek miał szczęście w swem życiu parę minut z panią pułkownikową rozmawiać, dowiedział się natychmiast o tem pokrewieństwie. Że zaś siostry Jerzego miały wielką słabość do świetnych aljansów, naiural nym tej słabości wynikiem było to, że pani Haggistoun zawróciła im głowę. Jej bogata pupilka nie miała czasu jeszcze nabyć znajomości zwyczajów światowych, ale zresztą posiadali tyle miłych przymiotów, że panny Osborne od razu ją ukochały i nazywały ją już po imieniu.
— Wiele dałbym za to — mówił Osborne do A młji żebyś mogła zobaczyć ogoniastą; suknię z żółteg) aiłasu, w której ta panna ma być prezentowana u dworu przez lady Binkie. Blask jej brylantów zaćmiłby oświecenie Vauxhalu owego wieczora, pamiętasz, kiedy Joe w gorącym zaoale nazywał R^b.jkę synogarlicą.
— W jakim ona jest wieku? spytała Amelja,
— Piękna królowa Oongo musi mieć ze dwadzieścia trsy lat, chociaż dopiero teraz pensję opuściła. A gdybyś widziała jej pisownię! Pułkownikowa Haggistoun zawsze sama listy za nią pisuje; ale moje siostry dostąpiły tego szczęścia że posiadają szacowny aut)graf, gdzie Saint-James pisze się Sain Geams
— To nie może być kto inny, jak tylko miss Schwartz, rzekła Amelja, przypominając sobie poczciwą i czulą
Targowisko próżności T. I. i6 mulatkę, która dostała spazmów w dzień jej wyjazdu z pensji panny Pinkerfcon.
— A tak, to właśnie jest jej nazwisko, którego so bie przypomnieć nie mogłem — odpowiedział Jerzy — jej ojciec był podobno z żydów niemieckich, prowadził handel murzynami, a po jego śmierci miss Pinkerton zajęła się wykształceniem jego córki; tym sposobem ta panienka umie grać jakieś warjacje na fortepianie, śpiewa trzy romanse i pisze mniej więcej poprawnie, kiedy pułkownikowa dyktuje jej litera po literze. Jąne i Marja pokochały ją jak siostrę i nie mogą żyć bez niej.
— Czemu one mnie tak nie polubiły? — rzekła Amelja ze sutkiem — Nie wiem dlaczego twoje siostry okazywały mi zawsze tyle obojętności?
— Gdybyś miała dwakroć stotysięcy sterlingów to byłabyś także przedmiotem ich uwielbienia — odpowie* dział Jerzy. Cóż chcesz? Moje siosty są wychowany w tych zasadach i żyją w towarzystwie bankierów City, gdzie pieniądz tylko ma pewne znaczenie. W tym świe-cie, chcąc być szanowanym, potrzeba często brzękać złotem w kieszeni. Ja tak przywykłem żyć ludźmi dobrego tonu. że nie nie masz dla mnie nieznośnieszego nad towarzystwo tych nieokrzesanych kupczyków, jak ten niedźwiadek Bullock, który ma zostać moim szwagrem, albo Dipley, nasz współzawodnik, handlujący łojem — dodał Jerzy z wymuszonym śmiechem i rumieniąc się trochę. Nic nie znam równie nudnego jak ich zebrania i objady! Iłe tam jest przesady i śmiesznych pretensji! Ozy wiesz Ameljo, że ty jedna wyróżniasz się układem i sposobem mówienia od wszystkich kobiet naszego stanu? Ale to nic dziwnego, bo ty jesteś prawdziwym aniołem...
Nasza para zakochana pędziła znowu błogie chwile jak za dobrych czasów. Amelja odzyskała dawną wesołość, a kiedy kapitan Dobbin wróciwszy zdać sprawę ze swego poselstwa, nie mógł wyjść z podziwienia na widok zmiany jaka zaszła w kolorze twarzy i ożywionym humorze Amelji, która śpiewała przy fortepjia* nie, gdy odgłos dzwonka, zwiastujący przybycie pana Sedley, zmusił Jerzego do odwrotu.
Po uprzejraem powitaniu, ojciec Amelji zdawał się nie zwracać prawie uwagi na kapitana, który nie mógł się nacieszyć tą myślą że się przyczynił do uszczęśli wieniaAmelji.
XXI.
Sprzeczka z powodu posażnej panny.
Stary Osborne z radością widział gwałtowną czułoś ć jaką córki jego okazywały pannie Schwartż i prawdzii wie złote plany roił sobie na przyszłość.
W naszem skromnem zaciszu Russel Square — mówił do miss Schwartz — nie szukaj pani tej wystawy i przepychów, jakie dają się widzieć w arystokratycznych salonach stolicy. Moje córki są szczere, otwarte i pełne naturalnej prostoty; ale mają serca obdarzone tak trafnym instynktem, że od razu panią pokochały, co im nie mało pochlebia. Oo do mnie, jestem człowiekiem prawym w interesach, co mogą potwierdzić Hul-ker i Bullock, którzy byli w ścisłych stosunkach ze śp. ojcem pani. Jestem tylko negocjantem, ale wierz 18* mi pani że nie umiem sam sobie zdać sprawy z syrn-patji jaką mię pani natchnęłaś. W naszym domu, powiadam, nie znajdziesz pani zbytku, ale znajdziesz dostatek, skromne obyczaje, wygodne i przyjemne życie, a co więcej, prawdziwą życzliwość. Powtarzam pani że serce moje wyrywa się z radości na widok kocha nej Rhod’y, jeżeli mi pani pozwolisz tak się nazywać. Bieks, podaj butelkę szampańskiego wina — za zdrowie naszej miss Sshwartz!
Dla czegóżby wątpić o szczerości starego Osborna i jego córek względem miss Schwartz? Czyż mało wi dzimy ludzi, których serce zwraca się zawsze w stronę, gdzie są worki pełne złota? Nie można zatem dziwić? się że panny Osborne w przeciągu lat piętnastu nie objawiały najmniejszej sympatji do Amelji, kiedy prze ciwnie uczuły najsilniejsze przywiązanie do miss Schwart i oceniły jej wysokie zalety w ciągu jednego dnia.
— Byłaby to prawdziwie świetna partja dla Jerzego
— mówiły obie siostry do panny Wirt — cóżto za po-równanie do tej niesmacznej i ckliwej Amelji!
Ojciec Jerzego myślał podobnie i z rozkoszą wy obrażał sobie jak syn jego porzuci służbę wojskową, wejdzie do parlamentu, zajmie zaszczytne stanowisko w świecie politycznym i w salonach, a nakoniec u szlachetni swoją rasę i zostanie głową licznigo poko lenia baronetów. Podczas kiedy panny ^sborne mówiły ciągle o Jerzym przed swoją nową przyjaciółką, ojciec ich zbierał jak najdokładniejsze wiadomości o rzetelnym stanie majątkowych interesów panny Schwartz. Młody Bullock, który mu w tem pomagał, wyznał że uważa. to za najlepszy interes; nie taił się nawet że samby o tera pomyślał gdyby nie był narzeczonym miss Marji Osborne. Nie mogąc więc mieć bogatej dziedziczki za małżonkę, pan Fryderyk Bullock dokładał usilnych starań żeby zostać przynajmniej jej szwagrem.
Otoż w chwili kiedy niestały młodzieniec wrócił do swojej dawnej kochanki, rodzina jego pracowała nad tera żeby go ożenić, nie przypuszczając wcale żadnej przeszkody z jego strony.
Ojciec Jerzego przyrzekł pułkownikowej że w dzień ślubu syna z jej wychowanką podpisze na iraie pani Haggistoun weksel na dziesięć tysięcy sterlingów. Dumny z tego dyplomatycznego wybiegu, objawił Je rzemu stanowczo swoją wolę i kazał mu składać hołdy u stóp bogatej mulatki.
Młody Osborne przedstawiał ojca że póra do tak uroczystego aktu nie jest stosowna, że pułk jego może co chwila odebrać rozkaz do wymorszu, że lepiej za tem byłoby odłożyć to na później, kiedy się skerffczy wojna, dająca mu sposobność odznaczenia się i do szybkiego awansu. Jerzy spodziewał się że późniejsze okoliczności i zwłoka czasu uwolni go od Pięzów, które mu w tej chwili mniej niż kiedykolwiek się uśmiechały.
Papa Osborne nie dawał się temi argumentami przekonać i zbił je tą jedną uwagą że narażać swoje życie wówczas kiedy się ma pod ręką dziesięć tysięcy funtów szterlingów rocznego dochodu, jest nyjwiększem jakie popełnić można, szaleństwem.
— Więc ojciec chcesz ażeby mnie osądzono jako nikczemnego tchórza, i żebym shańbił nasze imię dla zdobycia szkatułki panny Schwartz? odpowiedział Jerzy z oburzeniem.
Stary zdawał się trochę zakłopotany tą uwagą, ale ulegając wrodzonemu uporowi, odrzekł po chwili: Jutro będziesz u nas na objedzie; chcę żebyś tu był zawsze jak tylko miss Schwartz zapowie nam swoją wizytę. Jeżeli potrzebujesz pieniędzy, to możesz zajść do pana Schopper’a.
Nowy zatem przedział wznosił się pomiędzy Jerzym i Amelją, nowa przeszkoda groziła im wiecznym rozdziałem. Dobbin i jego przyjaciel odbywali ciągle współ ne narady; ten ostatni nie zrażał się przeciwnościami i gotował się do zaciętego oporu.
Interesująca mulatka nie przeczuwała intryg przez rodzinę Osbornów prowadzonych; nie podejrzywała nigdy szczerości pieszczot, jakiemi ją siostry Jerzego obsypywały i przyjmowała chętnie ich zaprosimy żeby się przypatrzeć czarnym wąsom kapitana, które dosyć przyjemne na niej sprawiały wrażenie.
Jerzy dziwną posiadał zręczność że umiał być sentymentalno melancholicznym, co, jak wiemy, porywa często serca tkliwej natury. Ozy to się skarżył na gorąco, czy nawet zapraszał kogo na lody, nadawał ^oim wyrazom taką barwę smutku i tęsknoty, że przeszłość jego stawała ci natychmiast przed oczami w formie jakiegoś strasznego i burzliwego dramatu. Spoglądał z. szyderskim uśmiechem lub z wyrazem politowania na lwów trzeciego rzędu, których na salonach swego ojca spotykał. Jedni śmieli się z niego, drudzy nienawidzili go, a inni nakoniec, jak kapitan Dybbin naprzykład* posuwali uwielbienie dla niego aż do fanatyzmu. Co* kolwiekbądź miss Schwartz dawała się coraz więcej oplątać siecią czarnych wąsów.
Ta naiwna istota nie szczędziła sukni nowych, bram solet i kapeluszów, obficie piórami i kwiatami ubranych, żeby tem pewniej ściągnąć na siebie uwagę nadobnego ka. pitana i jego serce pozyska-ć. Ile razy panny Osborne ją poprosiły, śpiewała swoje trzy romanse i wygrywała warjacje z niezmordowaną wytrwałością,
Nazajutrz po rozmowie z ojcem, Jerzy odwiedził pana Schopper’a i zabawił parę godzin w Fulham, w nowem mieszkaniu państwa Sedley, zkąd przyszedł do sióstr, gdzie miał już zostać na objedzie. Panna Wir i pułkownikowa Haggistoun przewracały karty Dyk* cjonarza szlachty i rozmawiały z wielkiem zajęciem o herbach i o starych rodzinach szlacheckich. Miss Szwartz była w zwTojej ulubionej sukni z żółtego atłasu, miała turkusowe bransolety na rękach, sporą wiązkę kwiatów i piór na głowie i niezliczoną moc pierścieni na palcach,
Jerzy wyciągnął się na scfiie w pozycji najodpo* ’wiedniajsiej melancholicznenm usposobieniu zamyślonego młodziana, i igrał od niechcenia swemi brelokami. Panny Osborne nie mogły o4 brata ani słowa wydobyć; więc p© długich i daremnych usiłowaniach zaczęły ¡rozmawiać o strojach ostatniej mody i o recepcji dworskiej, Miss Schwartz siedziała nieruchoma z rękami symetrycznie ułożonemi na żółtej sukni i zdawała się mówić:: „Patrzcie na blask tych kamieni.1 podziwiajcie moje?b&gactwa i moją.urodę.“ Siostry Jerzego zaehwy’ cały się pięknością wytwornej tualety i zapewniały pannę Szwartz że atłas żółty nadzwyczajnie jej do twarzy przypada. Rozmowanakoniec szła coraz trudniej i panny Osborne zaczęły grać Bitwę pod Pragą.
— O! proszę was, przestańcie — ozwał się Jerzy leżąc na scfie. — Gdyby przynajmniej miss Szwartr zechciała nam co zaśpiewać, to jeszcze rozumiem: ałe i w takim razie proszę żeby nie Bitwę pod Pragą.
— Chcesz pan żebym zaśpiewała Błękitne oczy
— zapytała miss Szwartz — albo Wianki może?
— Ach, to prześliczny śpiew — zawołały razem obie siostry.
— Znamy go już od dawna — przemówił mizantrop nie ruszając się z sofy.
— Mogę panu zaśpiewać jeszcze Na’d brzegiem Tagu — zawołała panna Szwartz z pośpiechem — ale mi słów brakuje.
Na tym śpiewie kończył się cały repertoar młodej mulatki.
— Ach tak! nad brzegiem Tagu — wykrzyknęła miss Marja — ja mam nuty do tego śpiewu.
Panna Osborne miała te nuty od jednej ze swoich przyjaciółek, której imię było wypisane na pierwszej stronnicy. Miss Szwartz po odśpiewaniu romansu miała nadzieję że ją o powtórzenie poproszą i przewracała kartki machinalnie, gdy wzrok jej zatrzymał się na imieniu Amelji Sedley, napisanem u góry pierwszej stronnicy.
— Czy to jest ta dobra Amelja, która była u panny Pinkerton na pensji ^ — zawołała miss Szwartz zrywając się z krzesła. — Gdzież ona jest teraz? Co się z nią dzieje?
— O! nie mów o niej — rzekła Marja Osborne krzy wiąo się — Jej rodzina bardzo nisko upadła. Jej ojciec nadużył naszego zaufania, a my nawet imienia jej nie wspominamy.
— Ozy pani jesteś przyjaciółką Amelji? — zapytał Jerzy podnosząc się z sofy. — Nie wierz pani zupełnie tym płotkom; Amelji nic zarzucić nie można. Jest to najlepsza w święcie...
— Wiesz przecie, Jerzyj — zawołała miss Jane z przerażeniem — że nie powinieneś mówić w ten sposób; papa tego zabrania.
— Chciałbym wiedzieć kto może mi zabronić mówić o niej kiedy mi się podoba? Otóż powtarzam że w całej Anglji nie ma ani jednej młodej osoby, którąby można do Amelji porównać. Czy jej ojciec jest bankrutem lub, nie, to pewna jednak że moje siostry nie warte są Amelji trzewika rozwiązać — dodał Jerzy za pałając się coraz więcej gniewem. Miss kzwartz, jeżeli pani sprzyjasz Amelji, to zechciej ją pani odwiedzić teraz, kiedy jej bardzo mało przyjaciół zostało. Kto o niej dobrze mówi, jest moim przyjacielem: gdy prze^ ciw7nie, uważam za wroga każdego, kto jest przeciw Amelji.
To mówiąc Jerzy uścisnął rękę panny Swartz.
— Jerzy, Jerzy! dosyć! — mówiła błagalnym głosem tniss Jane.
— Otóż zawsze będę mówić — zawołał gwałtownie
Jerzy — że wdzięczny jestem tym, którzy kochają Amelję Sed...
Młody Osborne spostrzegł przed sobą bładą postać ojca i wyraz zaczęty zamarł mu na ustach. Wzrok starego zdradzał silne wzruszenie; potrafił jednak pow strzymać się od wybuchu i rozkazawszy synowi podać rękę bogatej mulatce, sam poprowadził do stołu puł-kownikowę* Haggistoun.
— Miss Szwartz — mówił Jerzy prowadząc pod rękę właścicielkę obszernych posiadłości z Saint Kitto. Od wielu lat kocham Amelję i jesteśmy z sobą od dzieciństwa zaręczeni.
W czasie objadu nerwy pana Osborne były coraz więcej drażnione gadatliwością Jerzego. Chmury się gromadziły, burza była nieunikniona. O ile ojciec był pod wpływem silnego gniewu, o tyle syn zimną krew zachować potrafił i jadł z wielkim apetytem, co więcej jeszcze gniewało pana Osborna.
Kiedy wstano od stołu i kobiety przeszły do salonn stary nie mógł się już powstrzymać i trzęsąc się z gniewu rzekł do syna:
— Ośmieliłeś się wymówić nazwisko tej osoby w moim domu i w obecności miss Szwartz. Cóż to ma znaczyć? Zkądże ta zuchwałość?
— Zrobiłbym ojcu uwagę — odpowiedział Jerzy — że wyraz zuchwałość nie dobrze brzmi w uszach kapitana wojsk angielskich.
— Być może; ale wyrazy przez ojca wymówione zawsze powinny dobrze brzmieć w uszach syna, który, jeżeli zechcę, może nie mieć szeląga w kieszeni i zejść na ostatniego żebraka. Pozwól mi więc mówić jak mi się podoba, i nie miej pretensji kierować mojemi wyrażeniami.
— Jeżeli obowiąkziem syna jest przyjmować uwagi ojcowskie, to jednak mam prawo wymagać żeby te rady lub rozkazy w przyzwoitej formie wypowiedziane były i nie przekraczały granic grzeczności; odparł dumnie Jerzy.
— Gdyby mój ojciec wydał był na moje wychowanie tyle pieniędzy ile mnie mój syn kosztował, byłbym mógł uczęszczać w wyższe towarzystwa, gdzie pewien młody człowiek z mojej łaski jest przyjętym; wtenczas zapewne mój syn nie byłby tak dumnym z nabycia owych pańskich manjer, któremi się zwykł wynosić przedemną. O! za moich czasów nie pozwalano subie znieważaś ojców. Gdybym się był na coś podobnego ośmielił, znalazłbym się niezawodnie za drzwiami, mój panie.
— Ja nie chciałem wcale znieważać nikogo; przy pomniałem tylko że jestem takim samym jak ojciec sziachcicem i że należałoby mnie inaczej może jak dotąd traktować. Wiem zresztą że mi ojciec daie pieniądze na moje potrzeby; ale na cóż to ciągle wypominać, jak gdyby z obawy żebym tego nie zapomniał.
To mówiąc Jerzy cisnął w kieszeni konwulsyjnie papiery, które mu Schopper z rana wypłacił.
— Jeżeli zatem masz tak dobrą pamięć, to powinie neś był nie zapominać — mówił ojciec podnosząc coraz więcej głos — że ja jestem panem w tym domu, i że nie chcę żeby to imię.,, żebyś...
— Żebyra co? powtórzył ironicznie Jerzy, napełniając swoją szklankę winem,
— Do kroćset miljon djabłów! — zawołał ojciec — Nie zniosę, żeby mi przypominano imę tego przeklętego plemienia SedlejówI
— Wszakże nie ja pierwszy wymieniłem miss Se* dley; moje siostry mówiły źle o niej przed panną Szwartz, a ja dałem sobie słowo że będę stawać zawsze w jej obronie i nie pozwolę nigdy mówić źle o niej w mojej przytomności. Dosyć już odebrała ona zniewag od naszej rodziny, żeby jeszcze dziś dodawać do tych niesprawiedliwości oszczerstwo i potwarze. Pierwszy, który się na coś podobnego odważy, będzie mial ze mną do czynienia.
— Milcz waspan i — wolał ojciec unosząc się gniewem — dosyć już tych bredni.
— Nie myślę bynajmniej zmienić uczucia dla tej prawdziwie nadziemskiej istoty. Miłość moja jest może w części dziełem ojca; a dziś, kiedy jej serce do mnie należy, godzisz się wymagać żebym ją opuścił, żebym ją zabił może za winy, które na niej nie ciężą wcale. Otóż tu właśnie byłaby podłość, to byłaby najohydniejsza infamja!
— Nie chcę i nie przystoi mi słuchać podobnych niedorzeczności i wybryków sentymentalnych; zawołał ojciec. To pewna że nie przełożę ręki do tego związku i nie pozwolę wprowadzić do mojej rodziny nędzników, którzy się na braku walają. Zresztą twoja rzecz wziąć albo odrzucić ośra tysięcy szterlingów rocznego docho du. — Ale w ostatnim razie nie masz tu co robić, i dla tego zapytuję cię ostatecznie czy zgadzasz się, na to lub nie?
— Co? żenić się z tą malutką? powiedział Jerzy poprawiając sobie kołnierzyk. — Lepiejby może było zro bić tę propozycję murzynowi, który zamiata ulice na Fleet Market; co do mnie nie mam najmniejszej chę’ ci posiadania tej Wenery botentockiej.
Pan Osborne pochwycił gwałtownie za dzwone k kazał służącemu sprowadzić dorożkę dla kapitana.
— Otóż interes skończony! mówił Jerzy w godzinę potem wchodząc do Slaughter’a z twarzą bladą i zmienioną.
— Jaki interes? zapytał Dobbin.
Jerzy opowiedział całą rozmowę z ojcem i dodał:
— Jutro ślub z nią biorę, niech... Ah! Willjamie, z każdym dniem uczucie moje dla niej wzrasta i nabiera siły.
XXII.
Miodowe miasiące.
Ojciec Jerzego wiedział dobrze że najsilniejsza twierdza pod naciskiem głodu poddać się musi, liczył więc na pewno że w walce z synem zwycięstwa przy nim zostanie. Przez kilka dni miejsce Jerzego przy stole było opróżnione, stary kupiec, zdawało się, nie zwraca na to uwagi, jednakże musiał o tem myśleć trochę, bo posyłał dowiadywać się do Slaughter’a, gdzie mu powiedziano tyle tylko że Jerzy i jego przyjaciel kapitan Dobbin wyjechali z miasta.
Jednego poranku deszcz wiosenny bił w okna ka» wiarni Slaughter’a, gdzie kapitan Dobbin w cywilnem ubraniu już od godziny się znajdował. Widoczny nie pokój przebijał się w jego twarzy i ruchach: to brał gazetę do ręki, to patrzył na ulicę jak gdyby kogoś oczekiwał, to bębnił palcami po stole i znowu zaczynał czytać dzienniki, to nakoniec gryzł paznogcie, co bynajmniej nie upiększało jego olbrzymich rąk.
Koledzy kapitana, których często w tej kawarni zna» leść było można, żartowali sokie z jpgo wykwintnego stroju, ze zbyt widocznego roztargnienia, i zapytywali go czy nie wybiera się do ślubu? Dobbin uśmiechał się z przymusem i spoglądał w okno co chwila, gdy nareszcie zjawił się Jerzy Osborne, ubrany bardzo starannie, ale blady i mocno zmieszany. Otarłszy czoło fularem indyjskim i napełniwszy cały pokój silnym zapachem wody kolońskiej, Jerzy ścisnął rękę kapitana Dobbin, spojrzał na zegar ścienny, wychylił dwa kieliszki kiraso i rzekł:
— (jłowa mię boli szalenie; całą noc nie spałem i teraz trzęsę się jak w febrze. Wypiłbym jeszcze parę kieliszków...
— Nie, nie, dosyć — odpowiedział Dobbin wstrzymując go. Spieszmy się, bo o tej porze jużbyśmy powinni być na miejscu.
Najęty powóz czekał już pod kawiarnią od kilku chwil; służący Jerzego ułożył walizę i usiadł na koźle. Było około wpół do dwunastej kiedy dwaj przyjaciele wsiedli do powozu, który się zatrzymał przed małą ka pliczką na rynku w Fulham.
Piękny czterokonny powóz stał przed drzwiami kaplicy.
— Morbleu! zawołał Jerzy — zamówiłem tylko parę koni.
— Mój pan kazał zaprządz cztery, odpowiedział służący pana Józefa Sedley.
Lokaje postępując za panami, mówiii po cichu między sobą że ślub bez wstążek, bukietów objadu, sprzeciwia się wszystkim przyjętym w porządnych domach zwy czajom.
— Ah! przdcież doczekaliśmy się was! — powiedział Józef Sedley do swoich współtowarzyszy z wycieczki do Vauxhalu.Spóźniliście się o pięć minut, moi panowie! Ale cóż za czas! To mi przypomina deszcze w Aengalu. Bądźcie jednak spokojni, mój powóz nie przecieka. Wejdźmy — Amelja z moją matką już są w zakrystji.
Joe Sedley był w całej swej świestności: kołnierzyki nakrochmalone sterczały pod uszami, żaboty szerokie majestatycznie wznosiły się poh brodę prawie; buty węgięrskie, kamizelka w duże bukiety i frak jasno zielony mogłyby obudzić zazdrość nie jednego dandysa.
Pan Sedley nie chciał być na ślubie córki. Syn zastępował ojca i prowadził pannę młodą do ołtarza, a kapitan Dobbin był drużbą pana młodego. Matka Amelji zalewała się rzewnemi łzami, pomimo że mistress Olopp, współwłaścicielka domu i młoda Irlandka służąca domowa usiłowały ją uspokoić. Z obcych nikogo prawie w kościele nie było. Podczas aktu ślubnego Jerzy odpowiadał głośno i wyraźnie, przeciwne zaś odpowiedzi
Amelji, słabym wyrzeczonych głosem, nikt nie słyszał oprócz kapitana Dobbin.
Po odbytej ceremonji Jerzy z twarzą wypogodzoną i promieniejącą szczęściem, zbliżył się do kapitana, u ścisnął mu rękę i rzeki ze łzami prawie:
— Wiljamie, niech ci Bóg odpłaci!
Dobbin opowiedział tylko skinieniem głowy; silne wzruszenie nie dozwalało mu mówić.
— Pisuj do nas i odwiedzaj nas często — dodał jei szcze Oshorne,
Nastąpiły potem uściśnienia, łzy, pożegnania i smut na roztania chwila.
Deszcz padał ulewny. Willjam stał na progu kościoła, patrząc na oddalający się powóz, który unosił młodą parę, i kto wie jak długo zostałby w tem położeniu, gdyby nie u czuł ciężkiej ręki, która mu spadła jak kamień na ramię,
— No, kapitanie, chodźmy co przekąsić — mówit Joe, zawsze gotów zjeść i wypić: ale kapitan nie przy jąl tego wezwania i wsadziwszy do powozu panią Se* dley; powrócił sam jeden do siebie, czując się więcej niż kiedykolwiek samotnym i opuszczonym. Biedny kapitan pragnął już prędzej kilka dni przebyć, żeby ją v znowu zobaczyć.
W dziesięć dni po ślubie Amelji, trzech młodych ludzi przechadzało się w Brighton, w malowniczej kra-inie nad brzegami Oceanu położone, którą możnaby słusznie naznać Napoleonem angielskim, przepełnionym arystokratycznemi lazaronami.
— A to djabelnie piękna twarzyczka wyglądnęła przez okno tego domu — rzekł jeden z nich — Ozy wi powiedział wysoki podchwycił Joe — graliś* działeś, Orawley, jakiem okiem na mnie spojrzała, gdy przechodziliśmy tamtędy?
— Litości, Joe, dla tej biednej dziewczyny! — odpo* wiedział dragi — Czyż godzi się zatruwać spokój sła* bym sercom niewieścim?
— To istny Don Juan — dodał trzeci.
— Dajcie mi pokój — odrzekł Joe z wyrazem we-wnętrznego zadowolenia, rzucając jeszcze jedno zabój» cze spojrzenie w stronę domu, który wskazywał przed chwilą.
— Cóż będziemy robić nim te panie powrócą zapytał nasz lew po chwili.
— Moglibyśmy grać w bilard ’ wąsal
— O nie! nie kapitanie my wczoraj, to już dosyć.
— Ty jednak masz bardzo w prawną rękę — ząwo łal Orawley śmiejąc się — nieprawdaż Osborne?
— Niezawodnie — odpowiedział Osborne — Joe gra znakomicie w bilard, nie mówięc już o tylu innych zaletach. Wielka szkoda że nie możemy tu urządzić po* lowenia na tygrysy, zabilibyśmy kilka sztuk przynajmniej przed objadem. Joe bowinienby nam opowiedzieć kil* ka zajmujących historyjek o polowaniu w Indjach i o swojem spotkaniu, z tygrysem. Ach! Orawley, nie słyszałeś nigdy, pewny jestem, nic podobnego.
Rozmowa przerwała się na chwilę. Jerzy zaczął poziewać i rzekł po niejakiej przerwie:
— Jakież tu śmiertelne nudy! co ta robić?
— A gdybyśmy poszli zobaczyć konie świeżo przy*
Targowisko próżności. T. I. 19 prowadzone z jarmarku z Lawes? — powiedział Orawley ^ — Dlaczegożbyśmy nie poszli na ciastka raczej? zagadnął Joe. — Piekarka wcale nie od rzeczy. Już ją widziałem; bardzo przystojna dziewczyna.
— To lepiej już idźmy na spotkanie „Błyskawicy;“ oto właśnie godzina, kiedy statek przybywa — powiedział Jerzy.
Zaledwie ten ostatni wniozek został przyjęty, gdy nadjechał piękny herbami ozdobiony powóz Józefa Sedley.
Dwie młode kobiety siedziały w powrozie; jedna z nich była ubrana podług najświeższej mody, druga zaś bardzo skromnie. Ta ostatnia, spostszegłszy trzech młodych ludzi, kazała się zatrzymać woźnicy i jakby zawstydzona tem że pozwoliła sobie wydawać rozkazy, żywym zapłonęła^ rumieńcem.
— Zrobiłyśmy prześliczny spacer, Jerzy — rzekła — i... bardzo jesteśmy zadowolone,,. Józefie, nie zatrzymuj mego męża do późna...
— Niech pan naszych mężów nie psuje, panie Sedley — dodała druga dama grożąc wdzięcznie palcem,
— Na honor... przysięgam pani... Oh 1 mistress Orawley 1 — wybąkał zakłopotany Joe schylając głowę i poprawiając swoje żałoby, Gdy powóz oddalał się, Joe przesyłał w powietrzu całusy i byłby oddał wszystko, ażeby cały Brighton, Londyn i Kalkuta mogły go zo baczyć w towarzystwie tak sławnego lwa jak Rawdon Orawley i rozmawiającego z tak piękną damą jak mis-tress Rebeka Orawley.
Nasi nowożeńcy przybyli do Brighton prosto od ołtarza, i zatrzymali się w hotelu marynarki, gdzie przepędzili kilka dni błogiego spokoju i szczęścia cze* kając przyjazdu Józefa Sedley. Pewnego wieczora przechadzając się nad brzegiem morza, spotkali się i Rebeką i jej mężem.
Rebeka rzuciła się w objęcia Amelji, Orawley Osbor-ne uścisnęli sobie ręce. Becky potrafiła bardzo prędko zatrzeć w pamięci Osborna wszystko cokolwiek mu nie-przyjemnego była powiedziała, kiedy się ostatni razwidzieli.
— Ozy pamiętasz pan — mówiła do niego — jakeśmy się ostro przymuwili u miss Orawley? Może ja za nadto byłam cierpką w moich wyrażeniach, kochany kapitanie; ale zdawało mi się wówczas że pan byłeś obojętny trochę dla Amelji, i to mnie tak bolało, że nie mogłam słów moich miarkować. Podajmy sobie ręce kapitanie, i zapomnijmy o tem.
Rebeka podoła rękę z tekim wdziękiem, że Jerzy szczerze ją uścisnął i słowom Rebeki uwierzył.
Obie przyjaciółki opowiedziały sobie wzajemnie wszystkie szczegóły sweg® zamążpójścia, i zwierzyły jedna drugiej swoje nadzieje i obawy o przyszłość: Jerzy oczekiwał z trwodą wiadomości od kapitana Dob* bin, który podjął się był przygotować i uwiadomić pana Osborne o tem co się stało. Rawdon«zaw3ze zostawał w niei łasce u ciotki, na której wszystkie swoje nadzieje opierał. Drzwi jej domu w Park Lane były dla niego szczslnie zamkniąte; dowiedziawszy się więc o wyjeździe ciotki do Brighton, kapitan i Rebeka popędzili w te ślady i ustawił-swoich wierzycieli na czatach nieustających w ulicyf gdzie był dom zajmowany przez miss Matyldę Orawley
— Jeżeli ciotka nie da się ugłaskać, to wierzycieli 19* nasi będą zgrzytać zębami; — mówiła Rebeka do Amelji kończąc opowiadanie swoich przygód.
Rawdcn roześmiał się głośno i zaczął opowiadać jak Rebeka umiała zręcznie pozbywać się wierzycieli, jak się jej udało kilka razy wyprawić najbardziej na-trętnych i dodał nakoniee że nie wierzy żeby na kuli ziemskiej mogła być żona, któraby ten nieoceniony talent w tak wysokim stopniu posiadała. W samej rzeczy młode małżeństwo znalazło się w wielkich kłopotach finansowych i musiało się nieraz do tych środków u-ciekać. Te okoliczności wszakże nie wpływały zupełnie na humor Rawdona.
Żeby żyć wygodnie a nawet zbytkownie, potrzeba tylko być zadłużonym; wówczas nie ma się nic do odmówienia sobie i umysł tym sposobem używa swobody i błogiego spokoju. Rawdon i Rebeka zajmowali najpiękniejszy apartament w najpierwszym hotelu, gdzie cała służba uwijała się koło nich ze szczególną czoło bitnością. Manjery arystokratyczne, strój wykwintny i pewne lekceważenie w obejściu nadają czasem większe znaczenie, aniżeli kapitały na bankach złożone.
Dwie pary nowożeńców nie mogły żyć bez siebie.
Wieczory przepędzano razem; panie rozmawiały z sobą, a panowie grali w bilard i karty, co napełniało w części pustą kieszeń Rawdona, który zaczynał już potrzebować gotówki.
Ale wróćmy do naszych trzeeh młodych ludzi, którzy po oddalenia się powozu szli na spotkanie Błyska wicy i zatrzymali się przed stacją omnibusów.
— Brawo! zawołał Jerzy — Otóż i Dobbin przybywa.
Jerzy rzucił się pospiesznie powitać przyjaciela, którego z wielką oczekiwał niecierpliwością.
— Jakże się miewasz, kochany Wiljamie? Dobrze bardzo zrobiłeś żeś do nas przyjechał. Amelja będzie uradowana jak cię zobaczy. — Po chwili zniżają głos dodał: — Jakież mi przynosisz wiadomości? Ozy byłeś w Russell«Square? Powiedz mi wszystko i nic nie u* krywaj,
Dobbin był blady i zdawało się że był więcej jeszcze poważny w mowie i ruchach jak zwykle,
— Widziałem twego ojca — odpowiedział powolnie, Jak się ma Amelja... pani Osborne? Opowiem ci wszy stko, ale najważniejszą z nowin jest ta. że...
— Mów prędzej — przerwał Jerzy z wzrastającym niepokojem.
— Wysyłają nas do Belgji; rozkaz do wymarszu już ogłoszony. Heavytop, cierpiący na podagrę, jest w roz paczy że musi zostać. Połkownik 0’Dowd ma go za< stąpić. Wychodzimy z Ohatam w przyszłym tygodniu
Te wiadomości spadły jak piorun i pogrążyły obie pary nowożeńców w głębokiej zadumie.
XXIII
Kapitan składa dowody dyplomatycznych zdolności.
Któż potrafi wytłumaczyć jakim sposobem Wiliam Dobbin, człowiek miękkiego serca i łatwo dający się powodować każdemu, umiał rozwinąć w sobie sprężystą energję i przenikliwą zręczność tam gdzie interes Osbor na tego w7ymagał?
Podczas kiedy Jerzy i Amelja pędzili miodowe mie siące w Brighton, Willjam pracował żeby zmienić u-sposobienie pana Sedley dla zięcia, naglił Józefa do wyjazdu do Brighton, sądząc że położenie towarzyskie poborcy z Boggley-Wollach podniesie zachwiany zupełnie kredyt ojca Amellji, i starał się nakoniec złamać upór starego Osborna i uwiadomić go z wszelką zoz-tropnością o związku Jerzego z Amelją
W tym celu zapewnił sobie sprzymierzeńców w do* mu Osbornów starając się pozyskać siostry Jerzego, żeby tem łatwiej działać na ojca i przygotować go do stanowczej wiadomości.
Długo nasz Machiawel rozmyślał nad tem, jakim sposobem mógłby siostrom Jerzego powierzyć tajemnicę brata, jak poparcie ich sobie zapewnić?
Wiljam Dobbin nie lubił balów, jak wszyscy ludzie poważniejszych usposobień; ale dowiedziawszy się do kładnie od matki o wieczorach, na które panny Osbor-ne były zaproszone postarał się o bilet dla siebie i poszedł na jeden z tych balów. Zaledwie wszedł do salonu, znalazł się obok panien Osborne, których już. przez cały wieczór nie opuścił, tańczył tylko z niemi, był pełen uprzedzającej grzeczności dla nich i w końcu prosił żeby miss Osborne pozwoliła mu przyjść nazajutrz rano do siebie dla pomówienia z nią w ważnej bardzo sprawie.
Trudnoby nam było powiedzieć dlaczego ta młoda osoba zaczęła drżeć jak liść, spoglądać na kapitana i spuszczać skromnie oczy. To pewna że skłoniła głowę na ramię swego tancerza i byłaby może zemdlała w jego objęciu, gdyby silne nastąpienie kapitana na nogę tancerki nie było ją przywołało z krainy marzeń w świat smutnej rzeczywistości. Przyczyna tego wzruszenia zostanie na zawsze dla nas tajemnicą; wiemy tylko że kiedy Dobbin przyszedł nazajutrz do RusselSąuare Marji nie było w salonie, a miss Wirl wyszła pod pozorem odszukania Marji, zostawiając miss Jane sam na sam z kapitanem. Przez kilka chwil panowało w salonie tak uroczyste milczenie, że słychać było wyraźnie ruch wahadła w zegarze, stojącym na kominie i przedstawiającym ofiarę Ifigenji z bronzu odlaną.
— Jakże miły wieczór spędziliśmy wczoraj! — przemówiła panna Osborne, jakby dla ośmielenia Wiljama — Ale pan zostałeś doskonałym tancerzem, ręczę że musiałeś pan brać lekcje tańców — dodała z przenikliwym niby uśmiechem. — Al! chciałbym żebyś mnie pani widziata tańczą-cego z majorową 0’Dowd! Zmieniłabyś pani, pewny jestem, to pochlebne o moim tańcu przekonanie. Ale któżby mógł źle tańczyć z panią, która tak cudownie tańczysz?
— Ozy pani majorowa jest młoda jeszcze i piękna osoba? — zapytała znowu miss Osborne. — Oo za smutne położenie być żoną wojskowego w dzisiejszych czasach ciągłych wojen! Nie pojmuję nawet jak można być usposobioną do tańcu w takich okolicznościach. Oh! gdybyś pan wiedział jak ja truchleję o naszego Jerzegol Ozy jest wielu żonatych oficerów w pańskim pułku?
— Dosyć niezręcznie bierze się do rzeczy — szepnęła do siebie miss Wirt stojąc podedrzwiami i patrząc przez dziurkę od klucza.
— Jeden z moich kolegów — mówił Dobbin, zmierzając prosto do celu — ożenił się nie dawno; była to dawna miłość, ale ta młoda para tak uboga jest w dary ziemskie, że biedniejsi są od szczurów kościelnych.
— Ale to właśnie jest pełne interesu — przerwała miss Osborne — Ozy może być więcej romantyczna sytuacja’ Nie masz nic równie pięknego jak iść za popędem uczucia.
— Jest to perła naszego pułku — mówił dalej kapitan, ośmielony sympatycznemi słowami panny Osborne
— Oała armja, wierz mi pani, nie posiada dzielniejszego i piękniejszego oficera. A żona jego co to za kobieta! Dosyć ją zobaczyć żeby na zawsze pokochać!
Widząc zmięszanie kapitana, który zapinał i odpinał swój surdut z wielkiego kłopotu, miss Osborne była najpewniejszą że chwila stanowcza nadeszła. Zdawało się jej że kapitanowi tchu zabrakło i że zasiliwszy płuca zaczerpnięciem świeżego powietrza, Dobbin przy* stąpi do uroczystych — wyznań, do przyjęcia których mis s Osborne była zupełnie przygotowaną. Zegar na kominie zaczął bić dwunastą godzinę. Ostatnie dźwięki przebrzmiały nakoniec, a pannie Osborne zda* wało się że bicie zegara trwało całą godzinę, do tego stopnia ciekawość jej była zaostrzoną.
— — Ale ja mam mówić z panią w myśli... albo wla ściwie z powodu związku... to jest... bo nie chciałbym dać pani do myślenia... Otóż, krótko mówiąc... rzecz tu idzie o Jerzego.
— O Jerzego? powtórzyła panną głosem, w którym się przebijało tak komiczne zdziwienie, połączone z za wodem, że miss Wirt i miss Marja nie mogły pow strzymać śmiechu za drzwiami. Nawet poczciwy kapitan uśmiechnął się lekko.
— A tak, o Jerzego; odrzekł Dobbin. Wiadomo pani zapewne o nieporozumieniu jakie zaszło pomiędzy ojcem pani i Jerzym, którego ja kocham jak brata. Jutro, być może, kraj opuścimy; któż może przewidzieć jak się nasza wyprawa skończy? Chciałbym więc żeby ojciec i syn pojednali się przed rozstaniem.
— Ale to nieporozumienie, o którem pan mówisz, jest bardzo nieznaczące — odpowiedziała panna Osborne; nie ma tam nic więcej jak tylko lekkie przemówienie się, i my codzień prawie spodziewamy się Jerzego zo baczyć. Mój ojciec robił mu uwagi dla jego własnego dobra, ale jak tylko wróci, wszystko, pewna jestem, pójdzie w zapomnienie. Nawet nasza poczciwa Rhoda Szwartz wszystko mu przebaczy; my kobiety tak jesteśmy skłonne do przebaczania,
— To prawda, masz pani słuszność. Otóż właśnie dlatego uważam za największego zbrodniarza człowieka, który zasmuca taką anielską istotę jak kobieta — mówił przewrotny kapitan. A pani, naprzykład, cóżbyś pani zrobiła gdyby człowiek, który przysięgał wieczną mi< łość, przeniewierzył się pani w końcu?
— Oh! jabym tego nie przeżyła! Rzuciłabym się przez okno! Wypiłabym truciznę! Nie wytrzymałabym takiej boleści! Oh! to więcej jak pewna — zawołała sentymentalnie panna Osborne, która nie przestawała żyć, pomimo że kilku kawalerów narzeczonych już się jej wymknęło.
— Ręczę że pani nie jesteś jedyną osobą, która tak myśli. Pewny jestem że wszystkie młode osoby obda* rzone czułem sercem muszą zdanie pani podzielać. Nie mówię tu wcale o bogatej Indyjance, ale o biednej dziewczynie, którą Jerzy ukochał od dzieciństwa i o której całe życie myślał. Widziałem ją w nieszczęściu, znoszącą największy niedostatek z godną uwielbienia rezygnacją. Ohcę mówić o miss Amelji Sedley. Ah! miss Osborne, czy szlachetne serce pani może oburzać się na brata za dochowanie wierności, za dotrzymanie raz wykonanej przysięgi? Czyż życie jego byłoby zno śnem, gdyby miał sobie do wyrzucenia że tę nieszczęśliwą dziewczynę opuścił? Oh! dobra miss Osborne, chciej pani pokochać tę, która zawsze panią szczerze kochała... Przychodzę właśnie w imieniu Jerzego powiedzieć pani że on się uważa za człowieka, który do siebie nie należy, bo jest związany świętą przysięgą. Błagam więc panią żebyś mu w tej sprawie swego poparcia nie odmawiała.
Słowa Wiljama Dobbin zrobiły dosyć silne wrażenie na siostrze Jerzego.
— Jednak to dziwne — rzekła miss Jane — żeby odrzucać tak świetną partję! W każdym razie, panie kapitanie, Jerzy znalazł w panu bardzo dzielnego o-brońcę; szkoda tylko że pańskie usiłowania są zupełnie stracone. Mogę wszakże upewnić pana o mojej najszczerszej życzliwości dla tej nieszczęśliwej miss Sedley, ale co do związku Jerzego z tą młodą osobą, to zapewniam pana że mój ojciec nigdy na to nie zezwoli... Zresztą panienka dobrze wychowana... mająca dobre zasady... powinnaby... Jerzy nawet sam powi-nienby nie myśleć już o tem.
— Więc człowiek honoru powinien opuścić kobietę, którą kochał, dla tego tyłko że ją nieszczęście dotknęło?
— powiedział Dobbin podając rękę pannie Osborne.
— Oh! miss Jane, nie mogę uszom moim wierzyć. Jerzy nie może i nie powinien porzucać tej dziewczyny, wierz mi pani. nakoniec, czy sądzisz pani że możnaby panią zapomnieć, gdybyś została ubogą jak miss Amelja Sedley?
To zręczne zapytanie obudziło w sercu panny Osborne dosyć przyjemne uczucie.
— Nie wiem, doprawdy, o ile my słabe istoty mo* żerny wierzyć wszystkim pięknym słówkom panów. Wrodzona kobietom tkliwość usposabia nas do łatwo wierności, której panowie bez litości nieraz nadużywacie.
Dobbin uczuł przy tych słowach tak wyraźny uścisk ręki, zostającej niby niedbale w jego ręku, że skoczył jak uparzony i obie ręce rozdzieliły się gwałtownie.
— Niesłusznie pani robisz nam zarzut — odrzekł kapitan — jeżeli są zwodziciele i kłamcy, to wyjmij pani z tej kategoryi swego brata, który nie przestanie ko« chać miss Amelji Sedley i za żadne skarby świata z z drugą się nie ożeni. Czyżbyś pani naprzykład odważyła się radzić Jerzemu żeby opuścił tę, którą od dawna ukochał i dla której do dziś toż samo zachował uczucie?
Miss Jane szukała sposobu uniknienia doraźliwej odpowiedzi i rzekła po chwili:
— Dobrze, więc jeżeli pan nie przyznajesz się do zwodniczych słówek, ti przyznasz się pan co najmniej do romantycznego usposobienia.
Kapitan nic na to nie odpowiedział, ale po krótkiem milczeniu wybrawszy chwilę, która mu się zdawała najstosowniejszą do oznajmienia tak ważnej wiadomości, powiedział cichym głosem:
— Jerzy nie może wyrzec się Amelji, bo jest już z nią po ślubie.
Kapitan opowiedział następnie wszystkie szczegóły tego wypadku: rozpacz Amelji, smutek Jerzego, ślub na którym pan Sedley nie chciał być obecnym, wyjazd młodej pary do Brighton i t. d. Dobbin zakończył tem że Jerzy pełen zaufania w dobroć swoich sióstr, nie wątpi ani na chwilę o ich przywiązaniu i o usiło1 waniach, jakich siostry zechcą dołożyć w celu pojednania go z ojcem i przebłagania niezasłużonego gniewu ojca. Nasz dyplomata prosił nadto żeby mu wolno było jeszcze odwiedzić pannę Osborne, która skwapliwie to przyzwolenie udzieliła; poczem kapitan ukłonił się i wyszedł, przekonany że pierwej nim wyjdzie na ulicę, rozmowna jego z miss Jane będzie już znaną całemu towarzystwu w domu przy Russel Square, w czem się zupełnie nie mylił.
Zaledwie drzwi salonu zamknęły się za kapitanem, miss Wirt i siostry Jerzego były już razem. Te panie gubiły się w przypuszczeniach co do wrażenia jakiego dozna pan Osborne na wiadomość o postępku Jzrzego; gdy wtem odgłos dzwonka rozległ się w domu i napełnił trwogą spiskujące w salonie panny. Otóż ojciec nadchodzi, pomyślała Każda z nich, przybierając wyraz powagi stosownej do okoliczności. Tymczasem był to tylko pan Fryderyk Bullock, który obiecał był towa* rzyszyć paanom na wystawę kwiatów.
Ma się rozumieć że nowo przybyły został natych-miast przypuszczony do tajemnicy, ale zupełnie był da« lekim od sentymentalnej zadumy, w jakiej panny Osbor ne zdawały się być pogrążone. Bo cóż może mieć wię cej uroku w oczach młodych panien jak ślub potajemny? Ta okoliczność stawiła Amelję nierównie wyżej w przekonaniu panien Osborne. które, jak wiemy, nie wiele ją ceniły. Inaczej rzecz się miała z panem Bul lock, biegłym fiinansistą, który obliczył bardzo łatwo że ożenienie się Jerzego, obudzając gniew ojca, powiększało posag panny Marji Osborne o trzydzieści tysięcy sterlingów nad to co Bullock pierwej sobie wyrachował.
— Pardieu, miss Jane — mówił patrząc chciwie na starszą siostrę, jak gdyby młodsza już mu nie wystar czała — Eels będzie sobie włosy wyrywać z rozpaczy że zaprzestał starać się o pannę, której papiery podniosły się o trzydzieści tysięcy.
Panny Osborne nie byłyby może same odkryły tej kombinacji pieniężnej, ale Bullock z zajęciem omawiał ten przedmiot przez cały czas rannej wycieczki, zkąd wynikło, że obie siostry powróciły na obiad z Wysokiem przeświadczeniem o swojej godności i z wiarą w świetny los jaki je oczekiwał dzięki nierozsądnemu przywiązaniu Jerzego do Amelji.
XXIV.
Pan Osborne wykreśla kogoś z biblji rodzinnej.
Kapitan miał jeszcze przed sobą najtrudniejszą część swego posłannictwa do spełnienia; wyszedłszy z Russel Square udał się do miasta i zmierzał w kierunku tej części City, gdzie było bióro pana Osborna. Myśl spo-tkania się z ojcem Jerzego nie zbyt uśmiechała się Will — jamowi; kilka razy chciał się już cofnąć z drogi, wie* dząc dobrze że panny Osborne nie będą zwlekać z uwia* domieniem ojca o tem, co się stało, bo tajemnicy długo zachować nie potrafią. Ale Dobbin przypomniał sobie że obiecał Jerzemu zdać sprawę z usposobienia Osborna i opowiedzieć w jaki sposób ojciec przyjmie niespo dziewaną wiadomość. Bilecik, w którym kapitan prosił o kilka chwil czasu dla pomówienia w interesie Jerzego, poprzedzi! wizytę dyplomaty. Pan Osborne kazał naju» przejmniej prosić kapitana i czekał go niecierpliwie, pewnym będąc że przynosi mu wyrazy skruchy synowskiej i zdanie się na łaskę lub niełaskę ojca.
— Będziemy mieli wkrótce świetne wesele, mówił stary do pierwszego komisanta p. Szopper, zacierając ręce z ukontentowania.
Kapitan spodziewając się niemiłej a może nawet burzliwej rozmowy, wchodził do biura z przykrością a nawet z lekkim wyrzutem sumienia, bo w samej rzeczy któż jeżeli nie on ożenił Jerzego z Amelją?
Spojrzenie przenikliwe Szopper’a siedzącego przy-stole na wysokim taborecie, było już dostateczne żeby kapitanowi resztę odwagi odebrać.
— Wejdź pan — powiedział pierwszy komisant, wska* żując piórem drzwi drugiego pokoju — — mój pryncypał czeka na pana.
Dobbin wszedł nieśmiało, ale pan Osborne wstał natychmiast, podszedł ku niemu i wziąwszy go za rękę rzekł:
— Jakże się miewasz, kochany kapitanie, mój do« bry przyjacielu?
Te przyjazne wyrazy podwoiły wyrzuty sumienia biednego Willjama; to bladł, to czerwieniał patrząc na uśmiechniętą twarz pana Osborna, brząkającego spokoj« nie złotem w kieszeni, podczas kiedy on, prawdziwy winowajca, przychodził oznajmić ojcu podniesiony przez syna bunt, którego sam był sprawcą, przyjmując miano dobrego przyjaciela.
— On ma więcej minę wieśniaka prostego aniżeli kapitana — myślał sobie Osborne — to dziwna że Jerzy nie okrzesał go trochę i nie starł z niego tej rubasznej skorupy.
Dobbin zdobył się nakoniec na odwagę i przemówił:
— Przynoszę panu wiadomości niezmiernie wielkiej wagi. Przy końcu tego tygodnia pułk nasz odbierze rozkaz wejścia do Belgji. Otóż nie potrzebuję mówić panu że nie wszyscy może tu powrócimy.
Postać pana Osborna przybrała wyraz poważny.
— Mój syn... cały pułk, pewny jestem — odrzekł — potrafi wypełnić swój obowiązek.
— Francuzi mają dosyć wojska — mówił dalej Dob* bin — nim przybędą armje rossyjska i austrjacka, będziemy zmuszeni stawić czoło siłom, których lekcy ważyć nie można. Zauważ pan nadto że Bonaparte wszystkich użyje środków ażeby w tem pierwszem starciu zadać nam jak największe straty.
Oo pan chcesz przez to powiedzieć — przerwał p. Osborne marszcząc brwi. Nie sądzę żeby ci przeklęci Francuzi mogli przejąć strachem żołnierza naszej armji.
— Zupełnie się z panem zgadzam; ale chciałem tylk > nadmienić że w obecnych okolicznościach należałoby zapomnieć o wszystkiem, co zaszło pomiędzy panem i Jerzym i podać sobie rękę. Grdyby na nieszczęście Jerzy poległ na polu bitwy, to miałbyś pan powód do żalu na całe życie.
Twarz kapitana przeszedłszy stopniowo przez wszy stkie odcienia czerwonego koloru, stawała się siną prawie.
— Pan jesteś nieoceniony człowiek, panie Willjamie
— rzekł p. Osborne ujmującym tonem, Tak jest, my nie możemy rozstać się z sobą inaczej jak z sercem wolnem od najmniejszej choćby urazy. Pan wiesz dobrze że ja robiłem wszystko, co tylko było w mocy: kochającego ojca. Zapytaj pan Szopera ile dawałem mu pieniędzy: pewny jestem że żadem ojciec, nie wyłącza jąc pańskiego, nie dawał nigdy trzecie części tego, co Jerzy dostawał odemnie. A teraz, kiedy mu ofiaruję partję, którąby największy magnat nie pogardził, on ani chce słyszeć o tem! Pytam się pana kapitana, kto tu winien i kto jest tych wszystkich nieporozumień przyczyną? Już też nie ja. Bo o cóż mi więcej chodzi, jeżeli nie o dobro mojego syna? Wszaksze z tą jedynie myślą pracuję ciężko od chwili, w której Jerzy przyszedł na świat. Nikt mnie tu o egoizm posądzić nie może. Niech tylko wróci aja mu wszystko przebaczę i zapomnę. Co zaś do jego ożenienia się, to jest ono w tej chwili niepodobieństwem: może się tylko pogodzie z panną Schwartz, a o weselu pomyślimy później. Byleby wrócił z tej wyprawy ze stopniem pułkownika, to już ja biorę na siebie resztę i napełnię mu kiesę szter lingami. Cokolwiekbądź, cieszę się bardzo że pan go na dobrą prowadziłeś drogę. Oh! wiem ja dobrze że panu to zawdzięczam; nieraz już pan wpłynąłeś szczę1 śliwie na niego dobrą radą. Niech więc przybywa, możesz mu pan powiedzieć że znajdzie mnie pobiażli* wym. Dziś jeszcze jego miejsce przy stole czekac na niego będzie: zamiast wymówek, znajdzie przed sobą doskonałą sarninę.
W miarę jak rozmowa przybierała cechę przyja* cielskiej pogadanki, kapitan coraz wiecej csuł się winnym najczarniejszej zdrady i był przez cały czas wi zyty jak na torturach.
— Mnie się zdaje — odpowiedział — że pan jesteś w błędzie. Mogę panu zaręczy że Jerzy ma nadto szla chetności w charakterze, ażeby się miał sprzedawać i dla pieniędzy żenić. Przekonany nawet jestem że groźba wydziedziczenia go nie odniesie żadnego skutku, ale owszem podwoi tylko jego opór.
— Ozy pan żartujesz, że pan nazywasz groźbą ośm lub dziesięć tysięcy rocznego dochodu? zapytał wesoło Osborne. Gdyby miss Schwartz mnie samego przyjęła, tobym się ani chwili nie dał prosić. Bo co mi tam znaczy kolor skóry?
Głośny śmiech pana Osborna dozwalał wnosić że
Targowisko próżności. T. I. < 20 szanowny kupiec był bardzo zadowolony z swego dowcipu.
— Pan zapominasz że syn pański od dawna już zwią* zany jest słowem — powiedział kapitan Dobbin poważnie.
— Jakto? O jakim to słowie pan chcesz mówić? zapytał Osborne głosem zdradzającym gwałtowny wybuch gniewu. — Nie możesz pan spodziewam się widzieć w moim synie szaleńca tak nieroztropnego, żeby jeszcze myślał o córce tego oszusta i bankruta? Po« zwalam sobie mniemać że pan byś się nie podjął, nawet w jego imieniu, robić mi podobnej propozycji. A pię knaby to była partja dla mego syna połączyć się z córką nędznego żebraka! Ol jeżeli mu podobna przyjdzie fantasja, to radzę mu od razu kupić miotłę i pójść zamiatać ulicę, Pamiętam ja dobrze te zalotne spojrzenia i te syrenie uśmiechy, jakiemi chciano mego syna złowić w te sidła. Było to zręcznie urządzone polowanie, do którego jej ojciec, ten wytrawny łotr pomagał.
— Pan Sedley był jednym z pańskich dobrych przyjaciół — przerwał Dobbin, nie mogąc się powstrzymać, był czas że pan nazywałeś go inaczej, nie łotrem i oszustem. Któż zresztą gorliwiej od pana pracował nad ułożeniem tego związku? W każdym razie Jerzy nie ma prawa lekceważyć losu i spokoju tej biednej dziewczyny,
— Los i spokój I Los i spokój! A’ niech mnie diabli wezmą jeżeli to nie te same słowa, które Jerzy miał ciągle na języku, kiedy mu przed kilkunastu dniami uwagi robiłem. To więc pan uzbroiłeś mego syna prze* ciw mnie? Bardzo panu za.to dziękuję i oświadczam zarazem, że nie spieszę się wcale z przyjęciem żebra i ków do mojej rodziny. A pocóż Jerzemu żenić się z tą dziewczyną? Ozy pan myślisz że nie można pozyskać jej względów mniejszym kosztem?
— Uprzedzam pana — zawołał Dobbin trzęsąc się z gniewu — że nie pozwolę podobnych żartów nikomu, a tem mniej panu w mojej przytomności!
— A więc to wyzwanie, jeżeli się nie mylę? W ta* kim razie każę przynieść pistolety — rzekł Osborne sięgając ręką po sznurek od dzwonka. — Jak widzę jesteś pan tu przysłany przez Jerzego dla znieważenia mnie i...
— Panie Osborne? — przerwał Dobbin, — To pan przeciwnie znieważasz najniewinniejszą i najszlachetniejszą istotę, którą jednak winieneś pan oszczędzać, bo ona jest żoną pańskiego syna.
To powiedziawszy Dobbin wyszedł, zostawiając samego Osborna, który upadł na krzesło i rzucał w około sie< bie spojrzenia pełne dzikiego gniewa. Na odgłos dzwon* ka przybiegł służący, a Szopper przeczuwając coś nad* zwyczajnego, rzucił się w pogoń za wychodzącym ka pitanern i dopędziwszy go na schodach, rzekł zadyszany:
— Na miłość Boga, kapitanie, co się to stało? Mój pryncypał jest nieprzytomny prawie. Oóż to pan Jerzy, mógł zrobić takiego?
— Ożenił się z miss Amelją Sedley. Byłem jego drużbą, a pan, spodziewam się; będziesz zawsze jego przyjacielem.
— Oj źle panie kapitanie, źle — powiedział stary komisant, kiwając głową. — Nasz pryncypał nie łdtwo daje się ułagodzić.
Upewniwszy się że Szopper będzie go uwiadamiać o każdym wypadku, tyczącym się tej sprawy, Dobbin wrócił do siebie smutny i zamyślony.
Przenieśmy się teraz do Russel-Square. Była to godzina objadowa. W sali jadalnej cała rodzina siedziała już przy stole, ale nikt nie śmiał przemówić na widok gniewnego i surowego oblicza pana Osborna. Ciszę ponurą, przerywał tylko kiedy niekiedy brzęk szkła i porcelany. Miejsce Jerzego było niezajęte. Fryderyk Bullock, który był także na objedzie, zmuszony był miarkować swoją radość; służący chodzili na palcach, a wszyscy w o-góle wyglądali niecierpliwie końca objadu.
Chwila upragniona nadeszła. Pan domu podniósł oczy na obecnych, zatrzymał wzrok na miejscu opróż« nionem i rozkazał zdjąć nakrycie przeznaczone dla Jerzego. Potem odtrącił nogą swoje krzesło, wymówił jakieś w niezrozumiałych wvrazach przekleństwo i odszedł do swego pokoju. Gabinet pana Osborna znajdo« wał się obok sali jadalnej. Nikt z domowych nie miał prawa wchodzić do tego przybytku, gdzie znajdowały się dwie duże szafy z książkami i fotel czerwonym safjanem pokryty. Od pierwszego stycznia do ostatniego grudnia żadna ręka świętokradzka nie poruszała książek na pułkach, nikt z członków rodziny nie odważyłby się dotknąć tam czegokolwiekbądź za żadne skarby świata. Gospodarz domu zamykał się czasem w swoim gabi’ necie w niedzielę rano, kiedy chciał czytać gazetę a nie miał ochoty iść do kościoła. Wieczorem zaś jeżeli. 2sy nikogo na objedzie nie było. przynoszono z gabinetu do sali jadalnej wielką biblję, leżącą zwykle obok dyk* cjonarza parów, i pan Osborne skruszonym ale dekla-matorskim głosem czytał pismo święte w obec zgroma* dzonych w sali na rozkaz sług i domowników.
W tym io pokoju pan Osborne przeglądał rachunki marszałka dworu i szafarza i ztąd wydał rozkazy wo inicy przez okna wychodzące na mały dziedziniec, gdzie się znajdowała stajnia i wozownia Cztery razy do roku miss Wirt wchodziła do gabinetu dla odebrania swej pensji; pan Osborne wypłacał tamże córkom pieniądze przeznaczone na ich utrzymanie. Jerzy nieraz rózgą w tym samym pokoju dostał będąc dzieckiem, podczas kiedy matka ’ego, stojąc na schodach, z biciem serca liczyły bolesne razy i dawała potem synkowi trochę pieniędzy, żeby mu jego cierpienia o ile można osłodzić.
Nad kominkiem wisiał obraz, umieszczony tam od śmierci pani Osborne. Obraz ten przedstawiał Jerzego na małym koniku, starszą siostrę z bukietem w ręku i młodszą chowającą główkę w fałdach sukni swej ma tki. Na wszystkich twarzach odmalowane były rumieńce jak róże, na ustach coś nakształt wiszeń, a każda z tych osób przesyłała jedna drugiej tradycjonalny uśmiech portretów familijnych. Z tych, którzy tę grupę składali, matka od dawna już była w grobie, dawno też o niej zapomniano. Pozostały brat i siostry, chociaż do jednej należeli rodziny, byli dla siebie obcymi prawie. Ileż to razy można widzieć, że czas zadaje fałsz tym portretowym uśmiechom? Ileż portretów po pewnym prze* ciągu czasu wydaje się tylko gorzką ironją. Może dla* tego portret naturalnej wielkości pana Osborna, z jego fotelem czerwonym i z kałamarzem srebrnym, zajął honorowe miejsce w jadalnej sali, zamiast wspomnio nego wyżej wizerunku.
Po odejściu pana Osborna całe towarzystwo uczuło się swobodniejszem; wszyscy przeszli jednak na pierwsze piętro, Uawet Bullock wyrzekł się niewypróżnionych je-szczebutelek i postępował na palcach za pannami, byle« by nie zostać samemu obok gabinetu starego Osborna.
W godzinę potem, kiedy już dobrze zmierzchło, służący odważył się uchylić drzwi gabinetu i postawił na stole światło i herbatę. Pan Osborne zdawał się bar-dzo zajęty czytaniem gazety, ale po wyjściu służącego wstał, zamknął na klucz drzwi od swego pokoju, i wy* sunął jedną z szufladek wielkiego mahoniowego biura, w której znajdowały się papiery najrozmaitszej treści, ale tyczące się tylko Jerzego. Były tam nagrody szkolne, pierwsze rysunki, kreślone z pomocą, a często i ręką nauczyciela; pierwsze listy, krzywemi i niepei wnemi literami pisane, zaczynające się zwykle czułościami dla mamy i papy, a kończące się na gorących prośbach o to, za co się dostaje ciasteczek i t. d. Imię pana Sedley, jako ojca chrzestnego, często się w tych listach powtarzało. Stary Osborne mruczał jakieś wy razy i zaciskał pięście, jak tylko to nienawistne imię nawinęło mu się pod oczy. Papiery były porządnie powiązane w pakieciki; na jednym z nich był napis: List Jerzego z prośbą, o piąć szylingów; na drugim: Jerzy prosi o konika; na trzecim: Rachunek doktora
Swizhtail... Rachunki krawca Jerzego... Weksle popłacone i t. p. Dalej szły listy pisane z Indji, nominacja Jerzego na oficera i pamiątki jak: Biczyk, którym się Jerzy będąc dzieckiem bawił, i medaljon z jego włosami, z którym się biedna matka dopiero po śmierci rozstała.
Nieszczęśliwy ojciec przepędził kilka godzin rozmyślając nad temi pamiątkami; serce mu się ściskało na widok tylu obumarłych nadziei. Nie jeden ojciec zapewne gorzkich doznaje zawodów, ale marzenie pana Osborna o świetnej przyszłości Jerzego tyle miały prawdopodobieństwa, a dziś., wszystko przepadło!
Przejrzawszy te wszystkie papiery, pan Osborne ułożył je w paczkę, zawiązał wstążeczkę i pieczęć swoją przyłożył. Potem wyjął z szafy bogato złoconą biblję, spojrzał na rycinę przedstawiającą ofiarę Abrahama i odchylił pierwszą stronnicę księgi, na której wedle zwyczaju zapisał był dzień ślubu, dzień śmierci swej małżonki, i imiona wszystkich dzieci z wymienieniem dnia ich urodzenia i chrztu. Pan Osborne wziął pióro do ręki, przekreślił imię Jerzego Osborne, i kiedy karta wyschła zupełnie, położył biblję na swojem miejscu. Wyjąwszy następnie z osobnej szufladki sw7ój testament, przeczytał go, zmiął w ręku, przyłożył do świecy, i kiedy już cały dokument w popiół się obrócił, napisał list, zadzwonił na służącego i rozkazał mu odnieść to pismo nazajutrz rano według załączonego na kopercie adresu.
Już dniało, ptaszki od dawna w kląbach Russell’ Square świergotać zaczęły, gdy pan Osborne znużony udał się na spoczynek.
William Dobbin czynił tymczasem wszystko co si^ dało żeby Jerzemu jak najwięcej pozyskać przyjaciół. Znając potęgę dobrej kuchni i dobrego wina, napisał wróciwszy do siebie bardzo uprzejmy list do pana Tomasza Szopper z zaproszeniem na obiad u Staughtera na dzień następny. Zacny komisant odpisał skwapliwie że będzie miał zaszczyt i przyjemność stawić się w miejscu i wr czasie oznaczonym; a powróciwszy z biura odczytał żonie i córkom zaproszenie i kopję odpowie-ezi na list kapitana. Rodzina Szopperów, zebrana około stołu> ha którym podano herbatę; rozmawiała o wielkich wojownikach owego czasu i o magnatach angiel skich. Kiedy córki odeszły do siebie, pan Szopper długo jeszcze rozmawiał z żoną o dziwnych wypadkach jakie w domu Osbornów zajść musiały, i wyznał że nigdy dotąd nie widział swego pryucypała w tak nerwowym ^ stanie jak po rozmowie, jaką tenże miał z kapitanem Dobbin. Zresztą musiało tam coś zajść nadzwyczajnego
— mówił Szopper — skoro pan Osborne kazał zrobić ogolny wykaz sum wypłaconych synowi w ciągu trzech lat ostatnich.
St-11 komisanta był zapewne spokojniejszy aniżeli sen jego pryncypała. Nazajutrz rano, zjadłszy śniadanie z dobrym apetytem, pan Szopper uściskał swoje córeczki i poszedł do biura, ustrojony w najpiękniejszy świą’eczny garnitur, obiecując żonie używać z umiar kowaniem wybornego porto kapitana. Mistress Szopper z dumą patrzyła na żaboty swego męża i była zachwycona jego urodą, jako też i wytwornością jego stroju.
Ukazanie się pana Osborna w biurze zwróciło ogólną uwagę; tak był blady i zmieniony. Około południa wszedł do jego gabinetu pan Higgs, młody prawni k i zo« stawał tam przeszło godzinę. W tym czasie pan Szop per odebrał spory pakiet papierów od kapitana Dobbin do wręczenia swemu pryncypałowi, czego też natychmiast dopełnił. Niedługo potem panowie Szopper i Bireh, drugi komisant, zostali wezwani do podpisania jakie goś aktu.
— To jest mój testament — powiedział lakonicznie pan Osborne.
Dwaj urzędnicy biurowi podpisali się jako świad ikowie, nie wymówiwszy ani słowa Pan Higgs wychodząc rzucił znaczące spojrzenie na Szoppera, ale nie mógł nic powiedzieć. Ku wielkiemu zdziwieniu wszystkich biuralistów i rachmistrzów pan Osborne odzyskał, wyraz twarzy spokojny, uprzejmy nawet, i nikomu nic przykrego w ciągu dnia tego nie powiedział,
Gdy miał wychodzić z biura z Fryderykiem Bul* lock, który przyszedł po niego, pan Osborne przywołał raz jeszcze Szoppera i zapytał go czy kapitan Dobbin jest w mieście?
— Tak mi się zdaje — odpowiedział Szopper.
— To oddaj mu pan ten list jak można najrychlej. Ha. teraz mi nic nie leży na sercu — dodał wychodząc.
Pułk Jerzego i Willjama miał honorowego dowódcę, który rozpoczynał swoją karjerę wojskową pod rozkazami Wolfa w Kwebeku; a dosłużywszy się stopnia jenerała, był już w bardzo podeszłym wieku i nie mógł brać udziału w czynnej służbie. Staruszek bardzo się interesował pułkiem, który go uważał jako swego puł* kownika i nieraz do siebie zapraszał młodych oficerów, a z pomiędzy tych najlepiej lubił Willjama Dobbin* Kapitan Dobbin wiedział dobrze kto był Fryderyk Wielki a kto Marja Teresa; mógł więc ze starym wojskowym mówić o wypadkach zeszłego stulecia, bo staruszek był dosyć obojętny na zwycięstwa współczesne i zapalał się wtenczas tylko, kiedy mowa była o jego wodzach i o jego czasach.
Tego właśnie dnia kiedy Szopper włożył koszulę z żabotami, i kiedy pan Osborne zmienił swTój testament, Dobbin został zaproszony na śniadanie do jenerała, od którego dowiedział się że wyjście pułku*** na linję bojową jest już rzeczą zdecydowana, i że najdalej za parę dni rozkaz będzie ogłoszony. Stary jenerał wyrażał nadzieję że jego dawni towarzysze broni, którzy przyczynili się do porażki Montealm’a w kanadzie i Washingtona w Long.Island potrafią i teraz podtrzymać honor wojskowy, i ukryć dawny sztandar blaskiem no* wych zwycięztw i bohaterskich czynów.
— Tak, tak, mój młody przyjacielu — mówił stary wojak do Willjama — jeżeli masz jakiś interesik sercowy do załatwienia, jeżeli chcesz jaką Filis pocieszyć, mamę i papę pożegnać lub testament napisać, to spiesz się, bo niemasz czasu do stracenia.
To powiedziawszy stary jenerał podał palec kapi< tanowi, skłonił upudrowaną głow?ę z warkoczem i po wyjściu swego gościa, usiadł do pisania madrygałów francuskich, które zaadresował do panny Amenaidy l teatru królewskiego.
Po otrzymaniu tych wiadomości Dobbin pospieszył przesłać je listem pannu Osborne, w nadziei że to skłoni może ojca do przebaczenia synowi. Widok tego samego posłańca, który wczoraj przyniósł pana Szop perowi zaproszenie na objad, nie mało zatrwożył zacnego komisanta: sądził on na razie że kapitan odwołuje wczorajszą inwitację, i żal mu było że się daremnie wystroił. Szopper był dosyć przywiązany do swego pryncypała, ale dobry objadek ma zawsze swoje zna czenie; szczerze więc się uradowat odebrawszy przy tem osobny bilecik, w którym kapitan przypominał mu że czeka na niego o w pół do szóstej wieczorem,
Jenerał nie wymagał żadnej tajemnicy od kapitana, który zatem uważał się w prawie udzielenia otrzymanej wiadomości innym swoim kolegom. Siedemnastoletni Stubble przyjął tę wieść z zapałem; zaopatrzywszy się w nową szpadę, gotów już był ścinać głowy Francuzom i udał się za swoim towarzyszem Spooney do Slaughtera, gdzie po świetnym objedzie nasi bohaterowie zasiedli do pisania listów pożegnalnych, zawierających wiele uczucia i nie mało błędów stylu i pisowni.
Dobbin miał także myśl, napisania do Osborna, ale po chwili zmienił ten zamiar, mówiąc do siebie:
— Pocóż mam im zatruwać kilka godzin szczęścia? Pojadę jutro pożegnać moich rodziców a ztamtąd udam się do Brighton.
Szopper przybył na godzinę naznaczoną i przywiózł kapitanowi list od pana Osborna, w którym ten prosił o wręczenie Jerzemu załączonego pisma. Pierwszy komisant nic nie umiał o usposobieniu swego pryncypała powiedzieć nadto tylko, że miał jakąś naradę ze swoim
I! adwokatem i że był niezmiernie dla wszystkich ugrze czniony. Po każdej wychylonej szklance Szopper zapewniał kapitana o swojej dla niego przyjaźni. Było już bardzo późno kiedy Dobbin wsadził do dorożki chwiejącego się na nogach gościa, przysięgającego mu dozgonną przyjaźń przerywanym od czkawki głosem.
Widzieliśmy jak Dobbin żegnając pannę Osborne prosił o pozwolenie odwiedzenia jej powtórnie. Biedna panienka oczekiwała go z gorączkową niecierpliwością, ale napróżno! Usłyszawszy że ojciec rozkazał służącym nie przyjmować więcej kapUana, przekonała się nako-niec że myśleć dłużej o tem, byłoby to tracić czas daremnie.
Frydryk Bullock podwoił czułość dla panny i był coraz więcej nadskakującym dla ojca, który zdawał sie głęboko ostatniemi wypadkami dotknięty.
XXV.
Zamierzony wyjazd z Brighton.
Przybywszy do Brighton kapitan pospieszył udać się do hotelu marynarki, nie zapominając w7szakże o swoim charakterze dyplomaty. Żeby łatwiej poznać obecne usposobienie Amelji, postanowił ukryć przed nią na razie niemiłe wiadomości i dożyć się z Jerzym że będą obydwa przedstawiać wymarsz do Belgji w kolorach jak najmniej zatważających. Jakkolwiek przekonanie kapitana, wyznane poufnie Jerzemu, było wcale inne, wierny jednak swej roli, zaczął rozmowę z Amelją od komplementów i uwag o szczęściu małżeńskiem, ale tak niezgrabnie, że trudno mu było się wyplątać,
Mówiąc nawiasem Amelja nie miała wiele entuzja zmu dla poczciwego kapitana i nie dostrzegała w nim wszystkich jego zalet. Widziała dobrze jego nieśmiałość, jąkanie i niezgrabność, i nie mogła czuć dla niego wiele wdzięczności za przyjaźń, jaką okazywał jej me« żowi; bo któżby zresztą nie kochał Jerzego; Tenże sam Jerzy mówił zawsze o swoim przyjacielu z pewnym szacunkiem, ale nieraz mu się zdarzało naślado wać przed Amelją jąkanie i niezręczne ruchy biednego Willjama.
Rebeka jeszcze mniej pobłażliwie sądziła kapitana. Przez wrodzoną sobie próżność nie mogła darować mu jego skłonności do Amelji, a chociaż mu okazywała pewne niby względy i uważanie, kapitan z tem wszyst kiem czuł że nim poniewiera. Rawdon Crawley zaledwie raczył zwracać na Williama Dobbin uwagę; nawet Józef Sedley przybierał z kapitanem ton protekcyjny, w którym się przebijało przeświadczenie własnej wyż szóści.
Kiedy Jerzy i Dobbin znaleźli się sami w pokoju Józefa Sedley, kapitan oddał przyjacielowi list przez p. Osborna przysłany.
— Ale to nie jest pismo mego ojca — zawołał Jerzy zmieszany.
Jerzy nie mylił się wcale. List był napisany ręką plenipotenta pana Osborna w następujących wyrazach:
„Bedford Row, 7. maja 1815.
„Panie!
„Pan Osborne polecił mi oznajmić panu że zawsze stale trwać będzie w raz powziętem względem pana postanowieniu. Z powodu związku wbrew jego woli zawartego, przestaje odtąd uważać pana za członka swojej rodziny.
„Chociaż sumy wypłacone panu do dnia dzisiej« szego przewyższają znacznie część majątku z prawa panu należną, jednakże pan Osborne rozkazał mi oświadczyć panu że nie tylko zrzeka się wszystkich pretensji, ale nadto zgadza się na wypłatę trzeciej części wniosku ś. p. matki pańskiej w ilości 2000 f. sterlingów panu przypadającą.
„Najniższy sługa „Higgs“.
„P. S. Pan Osborne prosi mnie żebym pana uwiadomił że żadnych listów ani przełożeń pańskich przyj mować nie będzie; wszelkie więc usiłowania ze strony pana w tej mierze pozostaną bez skutku.“
— Otóż jak dobrze poprowadziłeś moje interesa, Dobbin. Czytaj — powiedział Jerzy, posyłając kapita* nowi piorunujące spojrzenie i rzucając mu list ojca,
— Nie pozostaje mi teraz — mówił dalej — jak torba i kij żebraczy. Pięknie wyszedłem na tej donkiszotowi skiej głupocie! I po cóż u djabła było tak naglić? Może kula na polu bitwy wybawiłaby mnie z tego kło* potu; to jedyna i teraz dla mnie nadzieja. Amelja wiele na tem skorzysta że zostanie wdową po żebraku! A dobrze ci się udało, nie ma co mówić; radziłbym ci jednak żebyś się tem nie chwalił. Można powiedzieć żeś się nie mógł uspokoić dopokąd nie przyprowadziłeś do skutku mego związku i mojej ruiny. Cóż ja mogę zrobić z temi dwoma tysiącami sterlingów? Po dwóch latach ani grosza z nich nie zostanie. Od kiedy tu je steśmy Orawley wygrał już odemnie w karty i w bilard przeszło 150 funtów. Hal możesz być spokojny, nie ’będę ci pewno moich interesów polecać!
— Więcej jak pewna — odpowiedział Dobbin bledniejąc — że położenie dosyć jest trudne. Nie zapieram się że sam w części do tego się przyczyniłem. Ale z tem wszystkiem są jeszcze ludzie, którzy mieliby się za szczęśliwych gdyby na twojem miejscu byli — dodał z gorzkim uśmiechem. Ozy myślisz że w pułku wielu jest kapitanów mających dwa tysiące funtów w kieszeni? Staraj się żeby ci pensja oficerska wystarczyła, nim gniew twego ojca przejdzie, a jeżeli twojem przezna-czeniem jest zginąć od kuli, to będziesz mógł zostawić żonie sto funtów rocznego dochodu.
— Wyraźnie straciłeś głowę, Willjamie, skoro możesz przypuścić że pensja oficerska i sto funtów wystarczy mi na takie życie, do jakiego jestem przyzwyczajony. Jakimże sposobem takiemi środkami można utrzymać się na mojem stanowisku? To żarty i nic więcej. Ja potrzebuję żyć wygodnie i moich przyzwyczajeń zmienić nie potrafię. To trudno; nie w7ychowali mnie tak żebym mógł żyć kartoflami jak stary 0’Dowd. Zresztą czy chciałbyś żeby moja żona sama prała i myła naczynie albo ciągnęła wózek z mojemi tłumokami?
— Nie masz potrzeby o to się lękać, postaramy się żeby wygodniej mogła odbywać podróże. Ale dziś mój kochany, powiedz sobie że jesteś księciem wywłasz* czonym i czekaj lepszej chwili kiedy twój ojciec się ułagodzi, co prędzej lub później musi przecież nastąpić.
Niech tylko twoje imie znajdzie się w gazecie, a ręczę ci że stary się przegniewa.
— W gazecie? powtórzył Jerzy; a to z jakiego po wodu? Chyba pomiędzy zabitymi lub rannymi.
— Dajże temu pokój — odpowiedział Dobbin — hę-dziesz mial dosyć czasu do narzekań kiedy się co złego stanie, ale nie dziś. Nakoniec wiesz dobrze że i ja mam trochę majątku, a nie mam zamiaru okuć się w więzy małżeńskie, więc nie zapomnę w testamencie o moim chrzestnym synku — dodał Willjam z uśmiechem.
Na tem się skończyła sprzeczka pomiędzy dwoma przyjaciółmi; Jerzy przestał robić wymówki kapitanowi bo jakże tu się gniewać na takiego jak Dobbin czło wieka.
— Powiedz mi, moja Becky.. wołał w tym samym czasie Rawdon uzbrojony dwoma potężnemi szczotkami do włosów, któremi usiłował pokonać uparty kosmyk na głowie — powiedz rui.,.
— Co takiego? zapytał Becky kończąc toaletę i rzucając przez ramię spojrzenie w lustro, w którem się odbijała prześliczna biała sukienka z błękitną szarfą.
— Ja sobie zadaję pytanie — mówił dalej Rawdon
— co się stanie z panią Amelją kiedy Osborne wyjdzie z pułkiem?
— Z jej oczu będą wytryskać fontanny łez — rzekła Becky. Już mnie znudziła swojemi żalami z tego po, wodu: musiałam nie jedną jeremjadę wysłuchać.
— A ty, coś mi się zdaje, że nie wiele tem się smucisz, powiedział Rawdon dotknięty trochę oboję* tnością żony.
— Oo tobie do głowy przychodzi! Wiesz przecie że ja ci towarzyszę. To zupełnie inna rzecz dla nas, którzy należymy do sztabu jenerała Tafto. My nie mamy nic wspólnego z tymi piechurami,.. Ale, ale, nie szkodziłoby Rawdonie, żeby Kupidon oddał ci przed wyjazdem twoje pieniądze, nie prawdaż9
Rebeka dawała to miano Jerzemu i nieraz już żartem niby winszowała mu pięknej postawy. Ile razy Os-borne grał w karty z Rawdonem, Rebeka była zawsze przy nim, często prześladowała go żartując z jego nałogów i wad, groziła że Amelję przeciw niemu zbun tuje, nazywała Osborna marnotrawnikiem, to znowu zapalała mu sama cygaro, jednem słowem, używała tych samych manewrów, które jej niegdyś udawały się z Rawdonem. Osborne zachwycał się jej zręcznością, dowcipem i wdziękami; rozmowa z panią Crawley miała dla niego tyle uroku, że czy to przy objedzie czy też na przechadzce biedna Amelja była zawsze zostawiona sama sobie podczas kiedy Joe i Rawdon wychylali butelki.
Możnaż się dziwić że skromna, mało myśląca o sobie Amelja z obawą patrzyła w przyszłość — że dowcip i wdzięki Rebeki budziły w niej jakiś tajemny nie* pokój? Bo i jakże mogła być spokojną widząc że w tydzień po ślubie mąż jej był już znudzony i szukał innego aniżeli jej towarzystwa! Za prawdę obawa o jutro nie mogła być lepiej uzasadnioną.
Surowa dla siebie, pobłażliwa dla drugich, Amelja nieraz obwiniała się przed sobą i myślała w duchu: „Jakże mogę wymagać żeby on, będąc o tyle wyższym
Targowisko próżności T. I. 21 302 odemnie, znajdował jakąkolwiek wr mojem towarzystwie przyjemność? Nie byłażby to szalona z mej strony pre-tensja? Dał on już nie miały dowód wielkości duszy, kiedy się ze mną ożenił! Moim obowiązkiem było nie przyjąć jego ofiary, a ja do tego nie miałam odwagi! Czemuż nie słuchałam głosu sumienia, które nakazywało mi pozostać przy nieszczęśliwym ojcu i być mu osłodą w jego cierpieniach, podporą w jego starości! Nie, mój egoizm zagłuszył we mnie uczucie obowiązku, przez co stałam się niegodną takiego jak on człowieka.
W wilję przyjazdu kapitana Dobbin wieczór był prześliczny; powietrze majowe napełniało rozkoszną wonią salon, którego okno wychodzące na balkon zoi stało otwarte. Jerzy i mistress Crawley, oparci o balustradę balkonu, patrzyli na srebrzystą powierzchnię Oceanu, podczas kiedy Rawdon i Józef Sedley byli grą zajęci, a biedna Amelja siedziała sama jedna, a w sercu jej było smutno i boleśnie.
— Co za prześliczny wieczór! Ozy jest co piękniejszego jak noc księżycowa? rzekł Jerzy, puszczając kłęby dymu w powietrze.
— Fańskie cygaro napełnia powietrze dziwnie przyjemną wonią... odpowiedziała Rebeka. — Nic tak nie lubię jak ten zapach........ Ktoby to myślał że księżyc jest oddalony o dwieście trzydzieści sześć tysięcy ośmset czterdzieści siedm mil od ziemi? dodała mistress Crawley, patrząc na księżyc; widzisz pan — mówiła z u-śmiechem — że mam dobrą pamięć i nie zapomniałam tego, co mnie u miss Pinkerton uczono. Cudny wie czór! Morze spokojne, a noc tak jasna, że zdaje rai się iż widzę brzegi Francji.
— Wiesz pan co myślę zrobić? — ciągnęła dalej po chwili milczenia — Musiałeś pan słyszeć że doskonale pływam; otóż wybiorę chwilę kiedy stara Briggs będzie w kąpieli, podpłynę do niej pod wodę i schwyciwszy ją za nogę dam do wyboru: śmierć albo po jednanie nas z ciotką. Przyznasz pan że to myśl gen-jalna, nieprawdaż?
Jerzy wybuchnął głośnym śmiechem.
— Jakże wy tam oboje hałasujecie — zawołał Raw« don rozdając karty.
Amelja nie mogła dłużej panować nad sobą wyszła więc do swego pokoju i zalała się rzewnemi łzami, puszczając wodze diugo tłumionej bołeści.
Nazajutrz Jprzy Osborne> po rozmowie z kapitanem Dobbin, wszedł do pokoju Amelji, trzymając w ręku list ojcowskiego plenipotenta. Postawa jego była milcząca i uroczysta, a biedna Amelja oczekując ciągle jokiegoś ciosu, myślała że nowe przed nią ukrywają nieszczęście. Cała drżąca, podbiegła do męża i błagała go żeby jej wszystko powiedział.
Jerzy unikał widocznie odpowiadać na naglące zapytania Amelji co do wyjścia na linję bojową, smutnie tylko potrząsając głową powiedział:
— Nie, moja Ameljo, nie o to tu idzie; więcej nie równie o ciebie; aniżeli o mnie się lękam. Odebrałem bardzo niepomyślne wiadomości od mego ojca. Wszystkie stosunki pymiędzy nim i nami są zerwane; najcięższy niedostatek nas czeka; jak się tego nie lękam dla 21* siebie, ale ty czy potrafisz znieść nędzę? Czytaj! — dodał, podając list żonie.
W miarę jak Amelja przebiegała podane sobie pismo, twarz jej przybierała wyraz pogody promieniejącej radością. Bo dla kochającej kobiety nie ma większego szczęścia jak dzielić z przedmiotem swojej miłości łzy, smutki i niepokoje. Amelja, której wyobraźnia podniosła do olarzymich rozmiarów poświęcenie Jerzego, zawstydziła się prawie swojej radości i rzekła spokojnie:
— Ol mój Bożel twoje szlachetne serce musi o-kropnie cierpieć na samą myśl zerwania stosunków z ojcem!
— Naturalnie — odpowiedział Jerzy z miną strapioną.
— Ale gniew twego ojca nie może trwać długo, bo któż miałby odwagę gniewać się na ciebie, mój drogi? Pewna jestem że ojciec wszystko ci przebaczy; ol bo gdyby miało być inaczej, to całe moje życie byłoby zatrute.
— Najsroższe ubóstwo nie zdołałoby mnie samego zatrwożyć, gdybym się nie obawiał o ciebie, moja Em my. Cóż mnie obchodzi niedostatek? Nie chwaląc się, mogę powiedzieć że znalazłbym w sobie dosyć zasobów żeby wyjść z najtrudniejszego położenia.
— Oh, to więcej jak pewne — odrzekła Amelja przekonana że jeneralski stopień nie może ominąć jej męża.
— Tak więc moja droga już jest wytknięta, ale z tobą, mój aniele, co się stanie 1,.. Ah t ja nie mogę oswoić się z tą myślą żebyś była pozbawioną wygód i nie mogła zajmować stanowiska, jakie się mojej żonie w świecie należy. Pomyśleć że musiałabyś znosić nie* dostatek i dzielić trudy żołnierskie.., Ah I to okropne!... Ta myśl mnie zabija.
Amelja uszczęśliwiona widząc się jedynym przedmiotem troskliwości Jerzego, wzięła go za ręce i patrząc mu w oczy. zaczęła nucić ulubioną jego piosnkę.
— Zresztą czyż nie zostaje nam ogromna suma dwóch tysięcy funtów? dodała po chwili.
Jerzy roześmiał się na te słowa i oboje zeszli na.obiad. Amelja, oparta na ramieniu męża, nuciła jeszcze idąc po schodach ostatnią zwrotkę romansu i czuła się spokojną i wesołą, jak za szczęśliwych czasów.
Przy objedzie rozmowa była bardzo ożywiona Dob-bin zabawiał całe towarzystwo mówiąc o w\yprawie do Belgji, gdzie niby rozrywki, bale i świetne stroje czekały naszych wędrowców. Potem przechodząc do majorowej 0’Dowd. zaczął opowiadać jej kłopoty i przygotowania do wymarszu: okazało się że majorowa włożyła nowe epolety męża do pudełka od herbaty, a swój kapelusz żółty z ptaszkiem rajskim do cynowego pudła, w którem podobno miał spoczywać kapelusz stosowany majora. Ta zacna dama widocznie straciła głowę my śląc jedynie o wrażeniu powszeehnem jakie sprawi swo jem ukazaniem się w Gandawie na dworze króla fran cuskiego, albo na balach w Brukseli.
— Gandawa! Bruksela! zawołała z przerażeniem Amelja tuląc się do męża. To więc pułk wasz dostał już rozkaz do wymarszu/5 Jerzy, zaklinam cię, mów prędzej!
— Nie masz czego trwożyć się taką bagatelą — od powiedział Jerzy wesoło. Nie warto sobie psuć krwi 3l)6 z obawy dmunatu godzin podróży. Nakoniec, moja kochana Emmy, ty z nami pojedziesz.
— I ja także — dodała Becky; — wszakże ja należę do głównego sztabu, a generał Tufto żyć bezemnie nie może, nie prawdaż Rawdonie?
Rawdon zaśmiał się głośno, jak zazwyczaj. Dobbin poczerwieniał jak oparzony.
— Ona nie może nam towarzyszyć — powiedział
— nie zapominajcie o tem że...
Kapitan chciał mówić o niebezpieczeństwie, ale tu przypomniał sobie że wszystko co dotąd powiedział, miało za cel dowieść Amelji że wymarsz pułku do Belgji nie groził nikomu żadnem niebezpieczeństwem.
Amelja oświadczyła tonem stanowczym że pojedzie t mężem, na co ten chętnie zezwolił. Dobbin doznawał tajemnej radości na myśl że będzie mógł widywać Amelję i czuwać nad nią; ale pomyślał sobie w duchu:
— Grdyby była moją żoną zostałaby w domu.
Przy końcu objadu wesołość wzmogła się. Rebeka podała rękę przyjaciółce i obie przeszły do salonu zostawiając męskie towarzystwo przy stole i butelkach.
W ciągu wieczora Rebeka wsunęła do ręki męża bilecik, na którym skreśliła ołówkiem następujące wyrazy:
„Ważna wiadomość — mistress Bute wyjechała l Staraj się odebrać pieniądze od Kupidyna, który jutro zapewne w drogę wyruszymy. Nie zapomnij*4.
B.
W chwili kiedy panowie rozgrzani winem, wstali © od stołu żeby przejść do salonu, Rawdon uderzył po ramieniu Osborna i rzekł:
— Ale, ale... jeżeli ci to nierobi różnicy, tobym cię prosił... o ten mały dłużek... wiesz?
Ten mały dłużek robił Jerzemu wielką różnicę ale mimo tedo wyjął z pugilaresu paczkę papierów i wrę* czył je Rawdonowi. Po załatwieniu tej sprawy Jerzy, Dobbin i Joe zebrali s:ę na walną naradę, n, której postanowiono wyjechać nazajutrz do Londynu Józef Sedley wolałby był zostać jeszcze w Brighton do wyjazdu Rawdona, ale musiał zgodzić się na to że swoim powozem Jerzego i Wiljama do Londynu odwiezie.
Nazajutrz rano wszystko było do drogi gotowe, dzięki Amelji, która się bardzo czynnie krzątała, pod« czas ¿iedy Jerzy leżąc w łóżku ubolewał nad tem że jego żona nie ma służącej. Amelja przeciwnie bardzo się Cieszyła tem że mogła sama sobie wystarczyć, a jeżeli czasem można było dostrzedz chmurkę na jej czole, to wcale z innego powodu; Komuż nie znana zazdrość kobieca? Pomimo wielkich przymiotów. Amelja nie była wolna od tej przywary płci pięknej właściwej; nie mamy zatem potrzeby ukrywać że myśl o Rebece budziła pewien niepokój w seru Amelji.
Po śniadaniu, czułych uściskach i wzajemnych zapewnieniach przyjaźni, część naszego towarzystwa o-puściła Brighton, gdzie oprócz Rebeki z mężem, przebywała nasza dawna znajoma, miss Orawie, z całem swojem otoczeniem, równie dobrze nam znanem. Nieoceniona mistress Bute Crawley robiła co mogła żeby swej ukochanej Matyldzie oszczędzić przykrego spotka ilia się z synowcem, przed którem drzwi domu były szczelnie* zamknięte. Kiedy miss Orawley wyjeżdżała na spacer, jej bratowa zakrywała sobą okno powozu; kiedy się^ kazała ręcznym wózkiem wozie, pani pasto rowa była na prawem, a miss Briggs na lewem skrzydle. Przy spotkaniu z Rawdonem straż przyboczna tak ściskała swoje szeregi, że najniższe ukłony kapitana pozostawały niepostrzeżone.
— Zdaje się że pobyt nasz w Brighton nie na wiele nam się przyda — mawiał Rawdon do żony z wyrazem pewnego zniechęcenia. — Nicbyśmy na tem nie stracili geybyśmy byli pozosiali w Londynie.
— Lepiej wt dobrym hotelu w Brighton, jak w wię< zieniu za długi w Chancery Lane — odpowiadała zawsze wesoła Rebeka. Pomyśl tylko o tych dwóch urzędnikach, co — przez cały tydzień prawie odbywali straż honorową przy drzwiach naszego domu, Prawda że towarzystwo, w którem tu żyjemy, jest niesłychanie nudne, ale przy znaj, że całe to kółko nierównie jest znośniejsze od tamtych aniołow stróżów.
— Oo mnie dziwi — rzekł melancholicznie Rawdon
— to to że mnie tu nie wytropili i dotąd nie ścigają.
— W każdym razie — mówiła dalej Beckey — nie masz prawa narżekać na to żeśmy tu przyjechali. Nie zapominaj że Osborne i Joe zasilili nasz woreczek.
— Tak, ledwie będzie czem zapłacić rachunek w hotelu — przerwał Rawdon tonem żałośnym.
— A na cóż płacić? — odrzekła Rebeka.
Lokaj Rawdona zachował najlepsze stosunki ze sługami, miss Crawley i miał nawet rozkaz od swego pana żeby poić woźnicę przy każdem spotkaniu; tym sposobem młode małżeństwo wiedziało o wszystkiem, co się w doma cioci działo. Rebeka nie zaniedbała przytem zachorować, żeby wezwać tego samego leka rza, który ciotkę miał w kuracji. Tak więc na wiadomościach nie zbywało im wcale. Czas i oddalenie zła godziły jaż w części niechęć panny Briggs, skłonnej 2 natury do pobłażliwości i przebaczenia. Ucieczka Rebeki, usuwajac wszelkie zazdrości powody, nie zatarła wspomienia wesołego humoru i miłego dowcipu strasznej niegdyś rywalki. Nie było nikogo w domu, nie wyłączając nawet służącej Firkin, ktoby nie szemrał na despotyzm i pochłaniającą władzę pani pastorowej. W samej rzeczy mistress Bute zagarnęła wszystko w swoje ręce tak dalece, że nawet wydzielała jedzenie każdemu z domowych, a biedną chorę tak opanowała, że ta zdawała się nie mieć swojej woli. Nie uszło to bacznej uwagi poczciwej Firkin, która rzekła razu pe wnego do panny Briggs:
— Moja biedna pani nie ma już w sobie ani iskie rki życia; od trzech tygodni przeszło nie nazwała mnie ani razu starą małpą.
Pastorowa zaczęła już pomału pracować nad usposobieniem chorej do odprawienia szafarza Bowis, nieocenionej Firkin, a nawet samej Arabeli Brriggs, i do zastąpienia swojemi córeczkami tych ludzi, którzy nie z przywiązania, ale z interesu tylko służyli. Ale niestety niespodziewany wypadek oderwał pastorowę od łoża chorej. Wielebny Bute Orawley zleciał z konia, złamał nogę i leżał w silnej gorączce. Zostawiwszy więc obie tnicę prędkiego powrotu, misstress Bute pospieszyła koić cierpienia swego małżonka. Dzień ten był nieza’ przeczenie wielkiem świętem w całym domu; Bowls odkorkował butelkę Xeresu i wypróżnił ją ze służącą Firkin; a miss Crawl°y zamiast czytać jak zwykle kazania Porteusza, zamieniła tę rozrywkę wieczorną na partyjkę pikieta z panną Briggs, która pluskając się codzień w morzu w ceratowej czapeczce i we flane* lowej koszuli, nabierała coraz lepszego humoru i co raz większej świeżości.
Rebeka, jak już powiedzieliśmy, była o tem dobrze uwiadomioną, a chociaż’ dotą jeszczcze nie napadła, panna Briggs w kąpieli i nie załaskotała jej w podeszwy, postanowiła natomiast natrzeć na nią w chwili, kiedy orzeźwiona świeżością wody miss Briggs będzie wychodzić z morza.
Uzbrojona lunetą Becky od samego rana zajęła stanowisko na balkonie naprzeciw Zakładu morskich kąpieli. Upewniwszy się że Briggs igra już z falami oceanu, Rebeka stanęła nad brzegiem morza w chwili kiedy nimfa wychodziła właśnie z wody. Toaleta panny Briggs nie długo trwała, ale Rebeka miała dosyć czasu żeby swoją twarzyczkę ułożyć i okrasić najsłodszym jaki być może uśmiechem. Tak przygotowana Becky zbliżyła się do miss Briggs wyciągając do niej bialutką rączkę. Jakież serce mogłoby pozostać nieczułe na tak ujmujący objaw życzliwej przyjaźni?
— Ah! miss Shar... mistress ’Orawley — zawołała, Briggs.
Mistress Cyawley porwała jej rękę, przycisnęła mo cno do serca, i jakby ulegając gwałtownemu wzruszeniu, rzuciła się na szyję pomarszczoną panny Briggs i okryła ją płomienistemi pocałunkami.
— Ah! moja dobra, moja kochana przyjaciółko — rzekła tak doskonale udając, że miss Briggs zalała się w mgnieniu oka Izami, a nawet dziewczyna posługująca w kąpielach patrzyła na tę rozczulającą scenę z rozrzewnieniem.
Miss Briggs nie była ssąpa w opowiadaniu wypadków, jakie zaszły w? domu miss Crawley od ucieczki Rebeki, Symbtomata choroby, sposób leczenia i uwagi doktora szerokie zajmowały miejsce w tem sumiennem sprawozdaniu, zakończonem szczegółami nagiego wyjazdu pani pastorowej.
Rebeka nie przestawała powtarzać że to sama Opatrzność zesłała nieocenioną miss Briggs i wierną. Fir-kin dla osłodzenia cierpień jej dobrodziejki. Przechodząc potem do spraw osobistych, Rebeka dowiodła że jej postępek nie był tak nagannym, jak się to pozornie wydawać mogło. Bo w samej rzeczy mogłaż ona odmówić swojej ręki człowiekowi, który, jak mówiła, znalazł drogę do jej serca? Za całą odpowiedź na to pytanie miss Briggs wzniosła oczy ku niebu, westchnęła głęboko i uścisnęła sympatycznie rękę Rebeki; bo i ona niegdyś czuła te drgania sercowe.
— Ol nie zapomnę nigdy — mówiła Rebeka — że znalazłam przytułek w domu miss Orawłey, tej prawdzi» wej mojej opiekunki, która mi była drugą matką. Chociażbym miała być na zawsze pozbawioną szczęścia wi* dzenia jej, nigdy jednakże kochać jej nie przestanę — moje życie do niej należy; na jedno jej skinienie byłabym gotowa największą dla niej ponieść ofiarę. Jako moja dobrodziejka i ciotka mojego Rawdona, miss Ora wley pierwsze w mojem sercu zajmuje miejsce; ale po niej moje najtkliwsze uczucia są dla pani, która tyle już dałaś jej dowodów poświęcenia i niezmiennego przywiązania. Ozy uwierzy kochana pani że mój Rawdon, który przy najlepszem sercu ma szorstkie manjery, nie może bez łez mówić o tem szczęściu że jego ciotka ma takie dwa anioły przy sobie, jak zacna Firkin i godna uwielbienia miss Briggs.
Po tych pełnych czułości oświadczeniach. Rebeka dodała że na wypadek gdyby czarne intrygi pani Bote Orawiey potrafiły oddalić od panny Matyldy zacne jej towarzyszki, to miss Briggs nie powinna zapominać że serce Rebeki i szczupły jej domek stoją dla niej zawsze otworem.
— O! tak, moja dobra i zacna przyjaciółko — mówiła z uniesieniem Rebeka — są serca, w których uczu oie wdzięczności nigdy wygasnąć nie może I Nie wszystkie kobiety są podobne do pani Bute ^rawleyl Ohociaż, jeżeli mam powiedzieć prawdę, to nie mam wcale po wodów do użalania się na tę kobietę, bo bez jej intryg nie byłabym dziś żoną Rawdona.
Tu Rebeka opowiedziała wszystkie wybiegi pastoro wej w Orawiey la Reine; według Rebeki, która w pro stocie i niewinności nie mogła na razie zrozumieć tej intrygi, owe ułatwiania schadzek i rozmów pokątnych, owe zapraszania na obiady i spacery dwojga młodych, patrzących już na siebie nieobojętnem okiem, nie miało innego celu jak tylko rozdmuchanie milośnych płomieni w sercu Rawdona i Rebeki i nakoniec przyprowadzę-nie do skutku tego małżeństwa, które miało Rawdona poróżnić z ciotką na korzyść dzieci pastorowej.
Miss Briggs była zdumiona trafnością tych spostrzeżeń, i musiała uznać że prawdziwym winowajcą w tej sprawie była mistress Bute Orawley, a Rebeka przeci wnie nieszczęśliwą ofiarą. Z tem wszystkiem Brigss zu pełnie wątpiła żeby miss Orawley była skłonną do prze« baczenia Rawdonowi, a tem mniej wróżyć mogła R? bece odzyskanie dawnych względów. Rebeka tylko nie traciła nadziei i nie zniechęcała się trudnościami. Prę dzej czy później — myślała sobie — ciotka się prze1 gniewa. Oóż nareszcie dzieli imię Rawdona od tytułu baroneta? Nic jak tylko wątła i chorobliwa egzystencja brata. Ta zapora może być lada dzień usuniętą i papiery Rawdona pójdą w górę. W każdym razie wypro. wadzenie na jaw machiawelizmu pani Bute Orawley i rzucenie na nią silnych podejrzeń, musi posłużyć sprawie Rawdona, i bez ważnych skutków pozostać nie może.
Temi przejęta myślami Rebeka obsypała pannę Briggs tysiącznemi czułościami i pożegnała ją, przekonana, że za godzinę najdalej mis Orawley będzie wiedziała o całej ich rozmowie.
Wróciwszy do domu Rebeka z dumą opowiedziała mężowi z jaką zręcznośnią poprowadziła jego interesa i zakończyła swoje sprawozdanie temi słowy:
— A teraz, mój aniele, siadaj przy stoliku i napisz. list do ciotki, starając się jej okazać że zawsze jesteś zacnym i poczciwym młodzieńcem i nigdy o niej nie zapomniałeś.
Rawdon posłuszny jak dziecię usiadł i jednym po ciągiem pióra napisał:
Brighton, czwartek.
„Najdroższa ciotko 1...“
Tu nastąpiła długa przerwa, Rawdon gryzł koniec upartego pióra i patrzył błagalnie na żonę, która prze chadzając się po pokoju z założonemi rękoma, uśmiechnęła się i zaczęła dyktować co następuje:
„Nim kraj opuszczę i stanę na polu walki zkąd może nie wrócę...“
— Jakto? powiedział Rawdon trochę zdziwiony; ale natychmiast przeniknąwszy prawdziwą myśl w tych słowach ukrytą, zaczął pisać dalej:
„Zkąd prawdopodobnie nie wrócę, postanowiłem pożegnać te...
— Dla czego nie umyśliłem pożegnać, Becky? Umyśliłem jest więcej poprawnie — odważył się przebaknąć powolny małżonek.
„Postanowiłem pożegnać — ciągnęła dalej tupnąwszy nogą Rebeka — tę, która najpierwsze miejsce w mojem sercu zajęła. O nic więcej nie błagam, tak tylko żeby mi wolno było przycisnąć do serca rękę, która mię tylu obsypała dobrodziejstwami.
— Dobrodziejstwami! powtórzył Rawdon, kończąc pisać ostatnie wyrazy.
„O! jakże ciężko byłoby mi kraj opuszczać z myślą że zasłużyłem ne gniew ukochanej przezemnie osoby!
I ja także, nie mniej od całej rodziny, cenię świetność imienia, które noszę; & jakkolwiek pojąłem za żonę córkę malarza, związku się tego nie wstydzę.“
— Prędzej dam się zabić — zawołał Rawdon aniżeli.
— Milcz! przerwała Rebeka biorąc go za ucho i zaglądając do listu czy nie ma omyłek. Ręka pisze się przez ę nie potrzeba dodawać n. Pożegnać pisze się przez z a nieraz rz
Rawdon poprawił pokornie te omyłki i pisał dalej co mu samowładna małżonka dyktować raczyła:
„Zdawało mi się że moje zamiary nie były dla ni kogo tajemnicą, bo mistress Butte Orawley jawnie je popierała i do ich spełnienia najwięcej się przyczyniła. Poślubiłem osobę zupełnie ubogą, ale wcale tego nie żałuję, bo nie marzyłem nawet o szczęściu jakie znała złem pod strzechą domową. Najdroższa ciotko! Rozrzą* dzaj swojem mieniem jak ci się podoba; masz do tego zupełne prawo; nie mam nic przeciwko temu. Chciałbym t lko przekonać cię o mojem bezinteresowTnem przywiązaniu. Trudno mi opuścić Angelję bez uzyskania twego przebaczenia; zaklinam cię przeto pozwól mi choć. na chwilę obaczyć cię przed moim wyjazdem i usłyszeć z ust twoich słowo pożegnania.“
— Nigdy nie pozna mego stylu w tym liście — mówiła Becky do siebie — Udało mi się wynaleść frazesy krótkie i urywane.
Kiedy miss Briggs przyniosła z miną tajemniczą powyższe pismo, miss Crawley rzekła uśmiechając się:
— Teraz kiedyśmy się pozbyli mistress Bute możemy sie bawić tą niewinną korespondencją. Zobaczmy Briggs; przeczytaj mi to zajmujące pismo swoim słodkim i pieszczotliwym tonem.
Po wysłuchaniu całego łistu, miss Crawley szczerze śmiać się zaczęła.
— Jesteś głupia jak gąska — rzekła do panny Briggs
— jeżeli nie jesteś w stanie poznać że tu nie ma ani jednego słowa Rawdona. Ten nigdy jeszcze nie pisał do mnie o co innego jak o pieniądze, ohydna guwernantka w-odzi go za nos i robi z nim co się jej podoba?
Miss Briggs nię miała kamiennego serca, więc była mimo woli rozczulona szlachetną otwartością, jaką wei dług niej, pismo Rawdona nacechowane było. Tym czasem jej ukochana protektorka inaczej na te rzeczy patrzyła i tak dalej półgłosem jakby do siebie samej mówiła:
— Wszyscy oni są jednakowi, wszyscy czyhają na moje pieniądze i niecierpliwie mojej śmierci oczekują. Ale co mi przeszkadza zobaczyć Rawdona? dodała po chwili milczenia. — Niech tu przyjdzie, jeżeli tego sobie życzy koniecznie, byleby nie chciał odegrywać żadnej tragedji, coby zupełnie celu chybiło. Oo się zaś tyczy mistress Riwdon, moja kochana Briggs, są to próżne zabiegi. Moja cierpliwość ma także swoje gra* nice i za nic w świecie nie chcę jej widzieć.
Miss Briggs myślała że najlepiej będzie urządzić spotkanie się Rawdona z ciotką w miejcu gdzie miss Crawley miała zwyczaj przechadzać się nad morzem. Trudno powiedzieć czy miss Crawley była bardzo wzruszona widokiem swego ułubionego niegdyś bratańca. Podała mu dwa palce, a wyraz jej twarzy był tak po godny jak gdyby się wczoraj widzieli. Rawdon, czer« wony jak piwonja, pochwycił rękę miss Briggs a spostrzegłszy swą omyłkę rzucił się do ciotki i cisnął nie-litościwie jej rękę wychudzoną.
— Nie wiem sam co mi się stało — mówił do żony opowiadając) jej szczegóły swojej wizyty — ale widok tej starej tak mnie zmieszał, że zapomniałem języka w gębie. Byłem tuż koło niej, rozumiesz?... Nie umiałem trzech zliczyć, rozumiesz?... Odprowadziłem ją do samych drzwi, Bowls wyszedł żeby jej pomódz wejść na wschody. Wiesz? miałem wielką ochotę pójść za nią...
— Jakto Rawdonie? więc nie poszedłeś? zawołała z gniewem Rebeka.
— Nie, moja duszko, niech mnie dj... wezmą jeżeli nie trząsłem się jak w febrze.
— Jesteś do niczego — należało wejść i zostać. O! co za ciasna głowa! zawołała Rebeka.
— Dajże mi pokój — odburknął nasz bohater; bardzo być może zrobiłem głupstwo, Becky, ale to nie ty po-winnabyś mnie robić tę uwagę.
— Uspokój się, mój aniele — dodała słodko Becky spostrzegłszy zagniewane oblicze małżonka. — Nie gniewaj się, ale przygotuj się do nowych odwiedzin. Ozy odbierzesz zaprosiny łub nie, to należałoby żebyś spróbował jeszcze pójść do niej.
Obrażony do żywego małżonek powiedział niezbyt uprzejmie Rebece że wie dobrze sam, co ma robić i że rad jej nie potrzebuje. Potem wyszedł do kawiarni, gdzie cały dzień przesiedział.
— Oo też to się zrobiło z tego Rawdona — mówiła
Targowisko próżności T. I. 22 mis Orawley do swojej towarzyszki — roztył się, nos mu poczerwieniał i widocznie nabrał zbyt pospolitych manjer od czasu jak się ożenił. Mistress Butte mówiła mi ze się oboje upijają, i jestem tego pewna, bo o kilka kroków czuć alkohol od niego. Zapewne cię to uderzyło, Briggs? Ja ledwie się nie udusiłam.
Napróżno miss Briggs uczyniła uwagę że mistress Butte o nikim dobrze mówić nie ma zwyczaju, i że ta kobieta jest... v — Najnikczemniejszą intrygantką? — dodała miss Crawley. — Oh! masz wielką słuszność! Ona nikogo nie oszczędza, to prawda; ale z tem wszystkiem jestem przekonana że ta bezecna Rebeka wciągnęła Rawdona do pijaństwa.
— On był tak wzruszony kiedy panią zobaczył... rzekła miss Briggs — Ol pewna jestem że gdyby pani pomyślała o niebezpieczeństwach, na jakie będzie może wystawiony..
—, Dobrym, jak widzę, jesteś adwokatem, moja Brigs; a wiele ci Rawdon za to obiecał? — odpowiedziała miss Orawley drżącym od gniewu głosem. — Ha I już znowu łzy myślisz wylewać? Nie znoszę tych scen! Czy już ani na chwilę nie będę mogła mieć spokoju? Jeżeli chcesz koniecznie płakać to idź do swego pokoju, a przyślij mi Firkon. Alko zresztą zostań, siadaj tu, wy< trzyj nos i przestań już zraszać chustkę łzami. Napi* szesz mi list do Rawdona.
Biedna Brigs usiadła machinalnie przy stoliku i otworzyła portefeuille, którego bibulaste różowe karty zachowały liczne ślady czytelnego pisma pasjorowej, spełniającej niedawno jeszcze obowiązki sekretarza przybocznego starej panny Orawłey. — — P>sz: „Mój kochany panie,“ ąlbo lepiej Kochany panie!“ — mówiła miss Crawley — i powiedz że jesteś upoważnioną przez doktora i przezemnie do uwiado* mienia mego bratańca że stan mego zdrowia każe mi się wystrzegać wszelkich wstrząśnień moralnych, że zatem nie wolno mi nikogo z rodziny widywać. Po« dziękuj mu że chciał przyjechać do Brighton, ale proś przytem żeby nie przedłużał dla mnie swego tu pobytu. Nakoniec możesz mu życzyć odemnie szczęśliwej po. dróży i dodać że jeżeli zechce udać się do mojego plenipotenta przy Grrays’-Jun Skuare, to znajdzie tam dla siebie coś, co mu się zapewne przyda... Sądzę że to zachęcić go powinno do opuszczenia Brightonu.
— Dosyć już mam tej opieki — mruczała sama do siebie staruszka — zaledwie mistress Bute wyjechała, a już muszę się bronić od nowego anioła stróża! Ol to za wiele! Moja Briggs — dodała po chwili milczenia
— napisz także do mistress Bute Orawley żeby tu nie wracała; niech sobie spokojnie siedzi w domu. Możę nareszcie będę już panią u siebie. Obejdę się zupełnie bez tych mikstur, któremi mnie poją, żeby jak najprędzej otruć. Oni wszyscy radziby jednej chwili mnie pochować. O! tak, wszyscy, bez wyjątku!...
Miss Orawley, oddalając od siebie wszystkich krewnych, których interes pieniężny tylko około niej zgro madzał, znalazła się w zupełnem osamotnieniu co się jej równie ciężkiem wydało. Ztąd narzekania, płacze i cierpienia nerwowe. Siły fizyczne codzień więcej starą 22* ciotkę opuszczały; ostatni akt komedii targiem próżności nazwanej, widocznie się dla niej przybliżał.
Tymczasem Rawdon i Rebeka widząc niepodobieństwo natychmiastowego pojednania się z ciotką, pocie« szali się tym ustępem listu, który im dawał nadzieję że cokolwiek przynajmniej wpłynie do próżnego woreczka.
— Chciałbym jednak zobaczyć raz jeszcze tę sta« ruchę — mówił Rawdon — tak jest zmieniona i bezsilna, że pewno już długo nie pociągnie... Bardzo jestem ciekawy ile też pieniędzy znajdę u owego plenipotenta. Ja myślę że co najmniej musi to być ze dwieście ster-lingów... Oh! nie może być mniej, nie prawdaż, Becky?
Zapłaciwszy rachunek w hotelu wygranemi od Jerzego i Józefa Sedley pieniędzmi, młoda para pospieszyła wnet do Londynu. Dla uniknienia natrętnych znajomości, Rawdon i Rebeka nie zajęli swego mieszkania dawnego, ale się zatrzymali w skromnym hotelu,, dosyć od środkowej części miasta oddalonym. Nazajutrz Rebeka poszła odwiedzić swoją przyjaciółkę, lecz za* stała tylko panią Sedley tonącą prawie we łzach: wTszy scy już byli wyjechali do Chatam a następnie do Har-wich, zkąd cały pułk miał już wychodzić do Belgji.
Wracając do siebie Rebeka spotkała swego małżonka, który już był u plenipotenta swej ciotki i przychodził właśnie ztamtąd z miną niezmiernie rzadką.
— Mordieu 1 Becky — zawołał Rawdon ściskając pię» ści z gniewu — dała nam dwadzieścia funtów i nic więcej!
Zawód był arcyniemiły, ale Rawdon tak śmiesznie wyglądał, że Becky nie mogła powstrzymać się od śmiechu, jakkolwiek ta niepomyślność i ją dotykać musiała.
XXXVI.
Pomiędzy Londynem a Chatam.
Podróżując jak przystoi wielkiemu magnatowi, Je* rzy przyjechał do Londynu i zatrzymał się w pysznym hotelu przy Cavendish-Square, gdzie pół tuzina murzynów było na jego rozkazy. Joe i Dobbin byli podejmowani jak książęta. Służba hotelowa nisko się kłaniała przed Osbornem, który miał manjery wielkiągo pana, szczególnie przy stole, pomiędzy winami jak prawdzi» wy znawca przebierał,
Joe chciwie zupę żółwią zajadał, podczas gdy Dob* bin był niejako przerażony zbytkiem i znacznemi wyi datkami przyjaciela. Korzystając z chwili kiedy Joe chrabał w fotelu po objedzie, poczciwy kapitan wyznał Jerzemu swoje obawy i przedstawił mu smutne następstwa nieoględnej rozrzutności.
— Całe życie podróżowałem wygodnie, jak człowiek dobrze urodzony — odpowiedział Jerzy — a dziś tem więcej nie myślę zmienić zwyczajów, i dopokąd będę mieć ostatni grosz w kieszeni, nie ścierpię żeby mojej żonie na czem zbywało,
Po tak kategorycznej odpowiedzi Dobbin nie próbował już więcej przekonywać Jerzego że zupa żółwią nie zapewni szczęścia Amelji.
Niezadługo po objedzie Amelja objawiła nieśmiało <5hęć odwiedzenia matki w Fulham, na co Jerzy krzywiąc się zezwolił. Amelja pobiegła do swej ogromnej sypialni, którą zajmowała potem siostra cesarza Aleksandra, włożyła prędko szal i kapelusz i przechodząc znowu przez salę jadalną, rzekła do męża:
— Jakto? więc ty nie jedziesz ze mną?
Jerzy dał odmowną odpowiedź, nie ruszając się z miejsca; biedna kobieta spojrzała na niego z łagodnym wyrzutem, a kiedy lokaj Osborna oznajmił że powóz czeka już na dole, zeszła smutnie po schodach w towarzystwie kapitana i wsiadła do powozu. Lokaj Jerzego szepnął woźnicy że powie mu dokąd ma jechać gdy się trochę od hotelu oddalą, bo w obec galonowanej służby nie śmiał wymawiać tak skromnego i nieznanego adresu.
Dobbin odszedł do siebie, a w drodze myślał o tem jakby mu było przyjemnie znaleść się w powozie obok Amelji. Jerzy był widocznie innego zdania; bo po odjeździe żony poszedł do teatru, zostawiając uśpionego Józefa Sedley, który się późno w nocy obudził i kazał się odwieść do domu, gdzie pozwolił się włożyć do łóżka.
W skromnem mieszkaniu pani Sedley łzy radości potokami płynęły. Biedna, stęskniona matka wybiegła do bramy na spotkanie córki, której ukazanie się wielkim nabawiło kłopotem pana Clapp, w szlafroku polewającego róże w ogródku. Uciekając w popłochu Clapp zawadził nos w nos o grubą dziewczynę, która leciała z kuchni dla powitania dawnej panny Amelji, Matka i córka przez dłuższy czas ani słowa do siebie wymówić nie mogły; pan Sedley nawet był głęboko wzruszony i mocno AmeljęJ przyciskał do serca*
Pomówiwszy kilka słów z matką i córką, wyszedł po cichu żeby im zostawić Większą swobodę.
Służący Jerzego patrzył z pogardą na pana Olgpp zabierającego rydel i polewaczkę z ogrodu; ukłonił się jednak grzecznie, gdy pan Sedley zbliżył się do niego zapytując o zięcia, a dowiadując się czy konie pana Joe dobrze służyły w drodze z Brighton do Londynu i przeszedł jak zwykle do narzekań na Bonapartego. Służąca wyniosła tymczasem szklankę wina, bo staruszek chciał koniecznie żeby lokaj jego zięcia pokrzepił się nieco; i nakoniec wsunął mu w rękę pół gwinei, którą kamerdyner włożył do kieszeni z wyrazem pogardy i zadziwienia.
— Wypij no tę szklankę wina za zdrowie twojego pana i twojej pani — mówił stary Sedley — a nie zapomnij, Trotter, wypić za nasze zdrowie jak wrócisz do domu.
Dziewięć dni zaledwie minęło od czasu kiedy Amelja opuściła to ubogie mieszkanie, a jej się zdawało że lata przeszły od chwili kiedy się z rodzicami pożegnała. Patrząc na smutną i osamotnioną matkę, przypominając sobie niedaleką jeszcze przeszłość, łzy i niepokoje w owych godzinach, kiedy uczucie miłości wyłącznie było zawładnęło jej istotą, biedna Amelja zarumieniła się pomimo woli i uczuła się upokorioną, bo wyrzucała sobie obojętność dla rodziców, niewdzięczność nawet z jaką przyjmowała ich troskliwe około siebie starania wówczas, kiedy całą siłą przywiązała się była do jednej nadziei, która jej może wkrótce gorzki zawód zgotować miała. Sama przed sobą wyznać musiała że doszedłszy do kresu swych życzeń, nie czuła się wcale ani spo* kojniejszą, ani szczęśliwszą.
Zwykle się dzieje, że kiedy powieściopisarz swego bohatera i bohaterkę do ołtarza doprowadzi, zasłona nagle spada; jak gdyby cały dramat był skończony, jak gdyby troski, niepokoje i walka z życiem nie śmiały tej granicy przekroczyć! Niestety I i tu nie zawsze po różach stąpać przychodzi!
Dla uczczenia tak miłego gościa pani Sedley chciała zrobić coś nadzwyczajnego. Ochłonąwszy z pierwszego wrażenia, pobiegła do kuchni, gdzie miss Flannigan, służąca z Irlandji rodem, i oboje państwo Olapp prze-siadywali zwykle. Mistress Sedley zajęła się natychmiast przyrządzeniem doskonałej herbaty z wybornemi ciastkami i kompotu z pomarańcz, żeby swoją kochaną Amtiję juk najlepiej nakarmić. Każdy wyiaża jak może swoje przywiązanie do uczucia dla ukochanych istot.
Podczas kiedy matka krzątała sie w kuchni, Amelja pobiegła do małego pokoiku na górze, gdzie tak niedawno jeszcze tyle wzruszeń doznała, tyle nocy bez« sennych przepędziła. Widok białego łóżeczka które nieraz łzami zrosiła, obudził w niej uczucie, jakiego się doznaje przy spotkaniu dobrego przyjaciela, z którym się dawno nie widziało. Grzebiąc się w dawnych wspo< mnieniach, ujrzała przed sobą idealną Jerzego postać, tak jak go kiedyś sobie wyobrażała. Jakże tu wyznać, choćby przed sobą tylko, różnicę rzeczywistości od ideału? Kobieta kochająca, która wolny wybór zrobiła, musi przejść przez wiele cierpień, wiele doznać zawo dów, zdrad i upokorzeń, nim odważy się zrobić po dobne wyznanie.
Każdy niemal sprzęt w tem ciehem ustroniu przypominał Amelji czułą, macierzyńską troskliwość jakiej niedawno jeszcze była przedmiotem; gdy przeciwnie myśl o wspaniałem łożu z adamaszkową kotarą, wzno szącem się jak katafalk w ponurej sypialni przy Cavendish Square, przejmomala ją strachem. Zdawało się jej przytem że błyszczące oczy i złośliwy uśmiech Rebeki wszędzie ją ściga. Miotana jakimś tajemnym niepokojem. Amelja uklękła przy dawnem swojem łóżeczku i nie wiemy jak długoby tak pozostała, gdyby nie oznajmiono jej że herbata gotowa. Amelja zeszła ze spo kojem w duszy i z pogodą na twarzy, — nie myśląc już prawie o zielonych oczach Rebeki i o zimnem obejściu się Jerzego. Chcąc w około siebie roztoczyć promienie szczęścia, biedna kobieta zdawała się zupełnie szczęśliwą. Uściskawszy serdecznie rodziców, Amelja odjechała do swego wykwintnego hotelu i z uśmiechem na ustach spotkała Jerzego powracającego z teatru.
Dzień następny był ważniejszym przez Jerzego po« święcony interesom. Bilard, karty i inne wydaiki osłabiły tak dalece jego finanse, że musiał się zgłosić do ple* nipotenta swego ojca dla odebrania należnych mu resztek ojcowizny i dla zaopatrzenia w brzęczącą monetę wypróżnionego już woreczka. Dwa tysiące, które miano mu wypłacić, nie mogły wystarczyć na długo, ale Jerzy liczył na to że serce ojca nie jest tak twarde jak opoka, że wawrzyny i sława wojenna skruszyć go zdołają i że nakoniec przyjdzie czas że i w kartach fortuna uśmiechnąć się musi.
Temi nadziejami rozkołysany Jerzy pozwolił znów żonie pojechać do rodziców, upoważniając ją przytem do zwidzenia główniejszych przybytków mody i elegancji, ażeby mistress Osborne mogła się pokazać w obcym kraju tak jak przystoi kobiecie wyższego towarzystwa. Mistress Sedley nie małą była w tem Amelji pomocą. Otoczona rojem uprzejmych modystek i szwaczek, zacną ta dama przeniosła się wyobraźnią w lepsze czasy i jeździła od magazynu do magazynu powiększając coraz liczbę swoich sprawunków. Amelja nawet nie okazy» wała się na to obojętną, tak dalece, że wszystkie czarne myśli, jakie wojna nasunąć mogła, rozproszyły się jakby za uderzeniem czarodziejskiej różczki. Bo i o cóż miżna się było niepokoić? Któżby jeszcze mógł był wątpić że dumny Korsykanin ulegnie w obec koa* licji europejskich mocarstw, genjuszu Wellingtona, etc, etc. Statki przewoziły codziennie do Gaudawy i Brukseli sam kwiat towarzystwa londyńskiego, co nadawało tej wyprawie pozór miłej i przyjemnej rozrywki. W takiem to usposobieniu Amelja przepędziła dzień cały, targując i wybierając pod przewodnictwem matki świetne i gustowne stroje, zdolne nie w jedno serce rzucić ziarno zazdrości.
Jerzy tymczasem rozparty w powozie kazał się zawieść do Bedfort-Row, gdzie znajdowało się bióro no-tarjusza Higgs. Nim wprowadzono go do gabinetu no* tarjusza, Jerzy miał czas zmierzyć dumnem spojrzeniem każgego z tych skrobaczy papieru. Uderzając szpicrutą po końcach lakierowanych trzewików, raczył zniżyć się na chwilę do tego stopnia, że myślał sobie o losie tych nieszczęśliwych gryzipiórków, których miał przed oczyma, a z których każdy przewyższał go o wiele zdrowym rozumem i znajomością ludzi. Uśmiech politowania przebiegł po ustach biedaków kiedy Jerzemu drzwi do gabinetu pana Higs otworzono.
Jerzy spodziewał się że notarjusz ma polecenie od ojca działać w duchu pojednawczym; czując się więc niejako panem pozycji, przybrał dumną i inponującą postawę, co przy zupełnie chłodnej powierzchowności pana Higgs dosyć śmiesznie wyglądało.
— Zechciej pan usiąść — powiedział notarjusz, jestem za chwilę na usługi pana. Panie Joe — dodał — przyi nieś mi pan papiery.
— To powiedziawszy zaczął znów pisać,
Po chwili drzwi się otworzyły. Joe wniósł spory zwój papierów i wręczył je notarjuszowi. Jak tylko formalności na piśmie dopełniono, Osborne wyszedł i udał się do domu handlowego Bullock et Comp. na którego imię weksel wydano.
Wieczorem Fryderyk Bullock oznajmił swemu przyszłemu teściowi że Jerzy odebrał cały swój kapitał. Pan Osborne przysięgał uroczyście że interesa pieniężne i wydatki Jerzego bynajmniej go nie obchodzą.
XXXVII.
Amelja w pułku.
Gdy świetny powóz Józefa Sedley zatrzymał się przed bramą hotelu Ohatam, Amelja ujrzała jednocześnie postać kapitana Dobbin. który już od godzmy przecha* dzał się wzdłuż i w szerz ulicy, czekając na przyjaciół. Błyszczące szlify, czerwony pendent i szabla przy boku, nadawały kapitanowi postaw ę prawdziwie wojowniczą. Jos nawet powitał go pufalej niż w Brighton i uczuł się dumnym podając mu rękę.
Dobbinowi towarzyszył chorąży Stubble, który na widok Amelji wysiadającej z powozu, nie mógł się powstrzymać żeby nie zawołać:
— A niech ją... co za śliczna dziewczyna!
Na to mimowolne uznanie jego dobrego gustu, Osborne spyszniał — bo też istotnie Amelja w pięknem futerku, z rumieńcami, jakiemi szybka podróż na świe-żem powietrzu twarz jej oblała — usprawiedliwiała wdzię* kiem i powabem komplement chorążego.
Dobbin w głębi serca wdzięczny był za to młodemu koledze, a kiedy potem Dobbin podał jej rękę, wy sadzając z pojazdu, Stubble zobaczył małą i ładną nói kę, która się zaledwie dotknęła stopnia, i poczerwieniał oddając głęboki ukłon młodej mężatce.
Spostrzegłszy numer pułku na kaszkiecie chorążego, Amelja kiwnęła mu przyjaźnie główką i uśmiechnęła się przyjemnie, poczem znowu chorąży stanął jak wryty. Odtąd kapitan Dobbiu obchodził się najuprzejmiej z panem Stubble. Na przechadzkach, na kwaterze, często mowa była między nimi o Amelji. Wkrótce wszyscy młodzi oficerowie pułku odzywali się o pani Osbor ne z pochwałami i uwielbieniem. Obejście jej proste i naturalne, życzliwość i skromność, malująca się na obliczu — zjednały jej od razu serca wszystkich co się do niej zbliżali.
Szanowny czytelnik niech raczy dopełnić sobie w wyobraźni tę łagodność i prostotę, jakiej nasze słowa nie mogą dość wiernie opisać. Prostota — nieoszaco* wany to dar u kobiety, o którym przekonać się można choćby po sposobie, w jaki powiada że ją zamówiono do następnego kadryla lub że jej za gorąco na balu. Jerzy, którego zawsze wysoko ceniono w pułku, urósł jeszcze w oczach kolegów, ujętych tą bezinteresownoś cią, że ożenił się z kobietą bez majątku — i dobrym gustem, że wybrał tak ładne stworzenie.
Zdziwiła się A.melja znalazłszy we spólnym saloniku na dole list adresowany do pani kapitanowej Osborne. Był to bilecik różowy, w trójkąt złożony. Na pieczątce wyryty był gołąb, trzymający w dzióbie gałązkę oliwną; laku nie żałowano a pismo szerokie i rozwlekłe zdrai dzało rękę kobiecą.
— To wyszło z pod łapki szanownej Peggy 0’Dowd, rzekł śmiejąc się Jerzy — poznaję ją po obfitem nale> pieniu laku.
Był to w istocie bilet pani majorowej 0’Dowd, która prosiła panią Osborne na wieczorek do siebie.
— Wypadą pójść — rzekł Jerzy do żony — poznasz wszystkich naszych oficerów. 0’Dowd dowodzi pułkiem a Peggy dowodzi 0’Dowdem.
Zaledwie mieli czas rzucić okiem na bilecik pani 0’Dowd, kiedy drzwi otworzyły się z trzaskiem i wpadła opasła jemność w amazonce, a za nią szło kilku oficerów.
— Otóż jestem — zawołała — Jerzy, mój drogi, przed» staw mnie żonie, pani Osborne! Bardzo mi przyjemnie poznać panią i przedstawić jej mojego męża, majora 0’Dowd.
Po wypowiedzą iu tego komplementu, opasła majorowa rzuciła się na szyję Amelji z wylaniem serde* cznem.
— Zapewne szanowny małżonek często musiał pani wspominać o mnie — zawołała nagle.
Amelja odpowiedziała że często o niej z mężem mówiła.
— Szanowny małżonek często musiał wspominać
— powtórzył major 0’Dowd słowa żony z dokładnością pozytywki.
Amelja dała mu mniej więcej tę samą odpowiedź co poprzednio.
— Pewno mnie musiał dobrze obmawiać — wtrąciła majorowa; dodając że Jerzy uchodził za złośliwego plotkarza.
— Grotowbyrn ręczyć za to — zawołał major, usiłując przybrać złośliwy wyraz twarzy, czem niesłychanie rozweselił Jerzego.
Pani 0’Dowd trzaskając szpicrutą, poprosiła teraz Jerzego żeby ją przedstawił żonie, według wszelkich reguł etykiety.
— Przedstawiam ci, kochana żono — wygłosił Jerzy z najpoważniejszą miną, na jaką mógł się zdobyć — najlepszą, najmilszą i najzacniejszą przyjaciółkę naszą, Aurelę, Małgorzatę, zwaną Peggy.
— Otóż właśnie, mów dalej — dodał major.
— Zwaną Peggy, żonę Michała 0’Dowd, majora na« szego pułku, a córkę Fitzjurld Bersford z Burgo Malony, w pobliżu Glen Malony, w hrabstwie Kildare.
— Iz Murgan«Square, ma się rozumieć — dodał major.
— Tam to właśnie zakochałeś się i starałeś o mnie. kochany majorze — zawołała majorowa.
Major potwierdzając skinął głową.
Poczciwe to majorzysko służyło wT wojsku angiel-skiem we wszystkich częściach świata. Chociaż zawdzię czał stopień zasługom swoim wojskowym, a nie intry* gora buduarowym, był to jednakże człowiek niesłychanie łagodny, milczący i spokojny jak baranek, którym żona kierowała do woli. Milcząc siadywał przy oficerskim objedzie, a wychyliwszy kilka szklaneczek mocnych trunków, wracał do siebie i zakrapiał się winem. Jeżeli otworzył usta, to z każdym się zgadzał zawsze i w każdym przedmiocie. Życie jego płynęło szczęśliwie i spokojnie. Palące słońce Indji nie rozpaliło jego krwi, a żółta febra żadnego nie wywarła wpływu na twardą jego korę. Z taką samą obojętnością szedł na baterję, z jaką siadał u zastawionego stołu. Apetytu nie miał wybrednego, wszystko mu jedno było: pieczeń końska ozy zupa żółwia. Żyła jeszcze stara matka jego, pani 0JDowd z 0’Dowdston, której raz tylko dał dowód nieposłuszeństwa gdy uciekł z domu do wojska i gdy postanowił ożenić się z zuchowatą Peggy Malony. Peggy była jedną z pięciu córek szlachetnej rodziny Glon« Malony, która wydała razem jedenaścioro dzieci. Mąż jej, a zarazem kuzyn, gdyż był z nią spokrewniony przez matkę, zawdzięczał jej niesłychany zaszczyt pokre wieństwa z rodziną Malony, którą uważał za najlepszą szlachtę całego świata.
Spędziwszy dziewięć sezonów w Dublinie, dwa w Bath i w Ohetfcehham, a nie mogąc znaleść nikogo, coby chciał się zaprządz z nią w jarzmo hymenu, miss Malon rozkazała swemu kuzynowi Mick*) żeby się z nią ożenił; liczyła ona wtedy trzydzieści i kilka wiosen.
Poczciwe chłopczysko usłuchał jej i pojechał z żoną do Iudji Zachodnich, gdzie go przeniesiono do *** pułku i gdzie żona jego przez wzgląd na wiek, prezydowała na śniadaniach, objadach, wieczorach i tym podobnych zebraniach.
Majorowa pobyła zaledwie pół godziny, a już Ame-lja doznając losu wspólnego wszystkim znajomym Peggy, musiała wysłuchać od początku aż do końca dziejów rodziny i rodowodu Malony’ch.
— Moja droga — mówiła jej, wywnętrzając się ser« decznie majorowa — chciałam koniecznie wykierować Jerzego na mojego szwagra, bo też z siostrą moją Glorwinią byli jakby stworzeni dla siebie — ale co się stało, nie odstanie. Ponieważ się z tobą ożenił, uważam cię odtąd jakby moją rodzoną siostrę, jakbyś należała do mojej rodziny. Masz chorowitą twarzyczkę, która mi się dość podoba i przewiduję że się we wszy-stkiem będziemy zgadzały.
— Tak, tak; będziecie się panie zgadzały — potwierdził 0’Dowd, kiwając głową.
Amelję, bardzo wdzięczną za przyjazne oświadczenia, * ) Michaś. zadziwiło jednak takie obcesowe przyjęcie i wprowadzenie do nowej a licznej rodziny pułkowej.
— Wszyscy u nas tutaj dosyć dobrzy ludziska — prawiła majorowa. Nie masz pułku, w którymby się znalazło więcej zgody i jedności jak w naszym. Nie* znane nam są kłótnie, plotki i podstępy. Owszem — wszyscy się bardzo lubimy i ufamy sobie wzajemnie.
— Naprzykład: pani i pani Magenis — wtrącił Jerzy z uśmiechem.
— Pani kapitanowa Magenis i ja — pogodziłyśmy się przecie, pomimo że postępowanie jej ze mną było niegodziwe: o mało mi włosy nie posiwiały, o mało nie umarłam ze zmartwienia.
— Kochana Peggy — szkodaby było kruczych, pięknych twoich warkoczy — zawołał major.
— Stul dziób, stary poczciwcze! Tak to wszyscy mężowie, panie Osbornie! Każdy z nich pragnie zaraz podnosić nosa do góry. Co do mojego Mika, powiedziałam mu raz na zawsze że wolno mu tylko otwierać gębę aby dać hasło: pić, jeść i spać. Muszę ci przed stawić całe towarzystwo pułkowe, a jak będziemy sam na sam, opowiem ci wszystkie szczegóły. Racz mnie teraz pani przedstawić swojemu bratu; bardzo przystojny człowiek, przypomina mi kuzyna mojego, Doma Malony z Ballymalony. Wyobraź pani sobie, ożenił się ten mój kuzyn z Ofelją Skully z Oysterthown, kuzynką lorda Poldoody... Panie Sedley... bardzo mi przyjemnie poznać pana. Spodziewam się że pan będziesz dzisiaj na objedzie z nami przy stole oficerskim... Mick! pa-
Targowieko próżności. T. I. miętaj co mi mówił doktor — trzymaj się ostro, żebyś nie złożył broni przed wieczorem.
— Możebyśmy mogli, moja najdroższa — ośmielił się wtrącić major — dostać dla pana Sedley zaproszenie na objad pożegnalny, który nam wydaje 150*ty pułk.
— Natychmiast — czy jest tu Simple?... Chorąży Simple z naszego pułku, kochana Amelciu, zapomniałam ci go przedstawić... Pędź pan natychmiast, pokłoń się z łaski swojej pułkownikowi Tavish od majorowej 0’Dowd i powiedz że kapitan Osborne przywiózł ze so bą szwagra który przyjdzie z nami na obiad, punkt o godzinie piątej. Chodź do mnie, moja droga, może dla oszukania głodu przekąsimy tymczasem cokolwiek? Proszę cię bardzo bez ceremonji.
Pani majorowa prawiła swoją łitanję, a tymczasem młody chorąży Simple już zbiegł ze schodów spełniając zlecenie. Posłuszeństwo — to dusza żołnierza.
— Emmy — rzekł kapitan Osborne do żony — udat jemy się teraz na służbę. Tymczasem majorowa 0’Dowd rozpocznie twoją edukację wojskową.
Dwaj kapitanowie, wziąwszy majora pod ręce mru* gnęli na siebie znacząco.
Pani 0’Dowd dostawszy nową przyjaciółkę zarzuciła ją zaraz mnóstwem szczegółów, plotek i wiadomostek, którym nie mogła podołać pamięć nieszczęsnej ofiary, i wtajemniczyła ją natychmiast w tajne dzieje licznej rodziny, w którą Amelja wejść miała.
— Pani Hearytop, żona pułkownika, zmarła w Jamajce z powodu nieszczęśliwej miłości, do której przy. łączyła się żółta febra. Co zaś do starego potwora puł kownika, na którego głowie znajdowało się tyle włosów co na kuli armatniej, miał on romansik z przystojną panienką — metyską. — Pani Magenis, której brakowało pierwszych zasad edukacji, w gruncie była poczciwą kobietą, chociaż miała piekielny język i matkę rodzoną gotow^aby oszukać w wista. Pani kapitanowa Kirk za« wsze wytrzeszczała ogromne oczy, jak przestraszony rak morski, skoro tylko zaproponowano najniewinniej« szą grę w loteryjkę. A jednakże mój ojciec, jeden z najzabożniejszych ludzi jacy kiedykolwiek modlili się w świątyni pańskiej; dziekan Malony, mój stryj i kuzyn nasz biskup, z najczystszem sumieniem grywali co wieczór partyjkę wista lub kiksa. Zresztą żadna z tych pań nie jeździ z pułkiem — dodała majorowa. Fanny Mage-niss zostaje zwykle — jak wiesz zapewne, u matki swo* jej, handlarki węgli w Islington-Town, pod Londynem. Córeczka też ciągle nam wspomina o ładownych okręi tach swojego ojca. Pani Kirk z dziećmi zostanie tutaj, żeby znajdować się bliżej ulubionego kaznodzieji, doktora Ramshorn...
Pani Bunny jest obecnie w stanie interesującym ale to u niej stan normalny; wkrótce już ósmą istotką obdarzy porucznika...
Żona chorążego Posky, która przyjechała na dwa miesiące przed tobą, moja droga, już się kłóciła przy« najmniej ze dwadzieścia razy z p. Tomaszem Posky. Po całych koszarach słychać jak hałasują. — Słychać nawet że już pod<, bno półmiskami na siebie ciskali. Tomasz nie potrafił nam wytłumaczyć przeszłego tygodnia w jaki sposób skaleczył się nad okiem. Pani dobrodziej 28* ka zaś wróci do marny swojej utrzymującej pensję panien w Richemond. Jeżeli takie ma być pożycie, to lepiej by zrobiła żeby siedziała spokojnie w domu i nie dała się wykradać — wszak prawda? Gdzie pobierałaś wychowanie, moja droga? Ja wychowałam się u pani Flanagon, w gajach Illissus, pod Dublinem — bardzo to kosztowna była pensja. Wyobraź sobie, jedna margrabina uczyła nas wymowy paryskiej — a dymisjonowany jenerał major gimnastyki.
Ogłuszyły Ameiję te szczególne zwierzenia i to po^ krewieństwo, z powodu którego majorowa wykierowała się od razu na jej starszą siostrę. Przedstawiono ją jeszcze tego samego wieczora reszcie improwizowanej rodziny. Miła a nieśmiała, nie była znowu tak uderzająco piękną, żeby się jej inne kobiety obawiać miały
— pierwsze więc wrażenie jakie wywarła było korzy* stne, Wkrótce jednak przybyli oficerowie z 150go puł* ku i zaczęli ją opsypywać tylu grzecznościami — że nowe jej siostry zaczęły natychmiast dopatry wać w niej wad wiele.
— Więc Osborne przestał już putać i marnotrawić po warjacku pieniądze — szepnęła pani Magenis do pani Bunny.
— Jeżeli można z nawróconego rozpustnika wTykroić dobrego męża — to Jerzy będzie służył za wzór tego rodzaju — powiedziała pani 0’Dowd pani Posky, naj młodszej dotąd mężatce w pułku, która pieniła się ze złości że inna zajęła jej miejsce.
Pani Kirk, pobożna owieczka doktora Ramshorn, postanowiła pani Osborne kilka zasadniczych kwestji, tyczących się dogmatów, żeby się przekonać czy należała do owieczek wybranych. Po kilku odpowiedziach Amelji, nacechowanych prawdą i prostotą, zawyrokowała że ta dusza błąka się jeszcze w najgrupszej pomroce.
— Żeby co najprędzej mogła ujrzeć światło, dała jej do czytania trzy wyborne a tanie książeczki, ozdobione rycinkami. Oto ich tytuł: Jęki w pustyni. Praczka z Wandworth. Prawdziwy bagnet angielskiego zołnierza.
Pragnąc wydostać ją natychmiast z chaosu niewia-domości, nim sen zamknie jej oczy, pani Kirk wymogła na Amelji przyrzeczenie że nim się jeszcze spać położy, przeczyta wyborne owe dziełka.
Mężczyźni niewiedząc nic o tych wszystkich zabiegach, otoczyli ładną żonę kolegi i na cześć jej wdzięków wyczerpnęli cały zasób galanterji wojskowej. Była to rzeczywiście owacja, która podniosła odwagę Amelji i oczom jej cały blask wróciła, Jerzy dumniał z pO’ wodzeń żony, zwłaszcza też z wdzięku a zarazem skromności, z jaką przyjmowała hołdy młodych wielbicieli i odpowiadała na ich komplementa. On zaś w świetnym mundurze, przystojniejszy od wszystkich innych, ciągle miał zwrócone tkliwe spojrzenie na żonę. Amelja bardzo się czuła szczęśliwą tego wieczora — i biedne jej serduszko aż skakało z radości.
— Będę najgrzeczniejszą dla wszystkich jego przyjaciół — mówiła sobie. Kiedy są przyjaciółmi Jerzego
— to już starczy żeby zostali moimi; musi u nas w domu panować wesołość i radość, to go tem bardziej |>rzywiąże do domu.
Zjawienie się Amelji w pułku było świetne; kapi tanom wydała się uroczą, porucznicy głosili jej pochwały, a chorążowie gotowi byli na klęczkach kadzić wonnościami hołdów. — Stary Kutler, lekarz pułkowy, puścił parę żarcików, za nadto przesiąkłych anatomją żeby je powtórzyć można, a bataljonowy lekarz Kekl, który się doktoryzował w uniwersytecie Edymburskim, raczył z nią rozmawiać o literaturze i zacytować kilka zdań francuzkich, wreszcie Stubble chodził od jednego do drugiego, szepcząc do ucha każdemu:
— A co? prawda — prześliczna?
Poncz na winie ledwo go zdołał oderwać od tych oznak uwielbienia.
Kapitan Dobbin nie rzekł ani słówka do Amelji przez cały wieczór, ale z kapitanem Porter odprowadził Josa do hotelu. Poczciwy tyn chłopak miał chód trochę niepewny. — Opowiadanie jego o polowaniu na tygrysa
— wielkie z początku miało powodzenie na objedzie oficerskim a wieczorem wywarło niepoślednie wrażenie na pani 0’Dowd, która w turbanie z ptakiem rajskim odpoczywała na kanapie. — Dobbin oddał ex«poborcę w ręce służącego, a następnie paląc cygaro, przechadzał się przed hotelem.
Jerzy odchodząc od pani 0’Dowd obwinął starannie żonę szalem. Amelja podała rękę wszystkim oficerom, którzy jej towarzyszyli do pojazdu. Dobbin podał jej rękę, gdy wysiadała, i wyrzucała mu z uśmiechem, że nie zbliżył się do niej przez cały wieczór.
Już od dawna ucichło wszystko w hotelu i na ulicy — a kapitan palił jeszcze cygaro. Widział — jak światło zagasło w salonie Jerzego, a następnie zabłysło i zgasło w pokoju sypialnym.
Wrócił do kwatery kiedy świt zaczynał szarzeć na niebie. Już nad rzeką słychać było głosy i okrzyki ze statków, które miały zawieść podróżnych daleko od brzegów Tamizy.
Konieo tomu pierwszego.

  • Tom II

Amelja przybywa do Belgji.
Oficerowie i żołnierze tego pułku mieli wsiąść na statki rządowe, udające się na ląd stały.
Trzeciego dnia po herbacie u pani mojorowej 0’Dwd pośród okrzyku majtków i odgłosów muzyki, grającej hymn narodowy: God’ save the king, pułk popłynął do Ostendy.
Jos, zawsze dworak, chętnie towarzyszył siostrze i majorowej, której mnóstwo tłumokóW i ów sławny ptak rajski, popłynęły już przedtem z bagażami pułku. Dwie nasze bohaterki udawszy się powozem do Ramsgate bez najmniejszego pakunku wsiadły na statek, udający się z mnóstwem podróżnych do Ostendy.
Okres ten z życia Josa (wkrótce go opiszemy) tak był przepełniony dramatyczne mi wypadkami, że, mu służył przez długi przeciąg czasu za przedmiot bardzo zajmujących opowiadań i rozmów — a nawet zaszko* dził dawnym gawędom o polowaniu na tygrysa, zastą-pionym obecnie malowniezemi wspomnieniami z bohaterskiej kampanji Waterloo,
Skoro Jos powziął postanowienie towarzyszenia damom, przestał golić wąsy. W Chatham uczęszczał najregularniej na wszystkie przeglądy i musztry. Pilnie słuchał zwierzeń swoich kolegów oficerów, jak ich zwykle nazywał — i dokładał wszelkich usiłowań żeby zapamiętać techniczne wojskowe wyrażenia. Poczciwa pani 0’Dowd wiadomościami swojemi wielce mu dopomagała w tych studjach.
Kiedy wsiadano na statek Piękna róża, Jos wdział ubiór podróżny: czamarkę z potrzebami, spodnie wojskowe i olbrzymi kapelusz z sutemi, błyszczącemi galonami. Tajemniczo odpowiadał ciekawym że udaje się do armji księcia Wellingtona — a ponieważ na stai tek zabrał własny swój powóz, miano go za znaczną jakąś figurę, za komisarza jeneralnego, a przynajmniej za kurjera rządowego. Cierpiał nieco na chorobę mor« ską podczas podróży — damy jeszcze bardziej od niego cierpiały. W Amelję jakby życie nowe wstąpiło kiedy okręt zawinął do portu Osteńdzkiego, i ujrzała gmach, w którym stał pułk jej męża.
Jos udał się zaraz do hotelu, nie czując się jeszcze zupełnie zdrowym; kapitan Dobbin odprowadziwszy dai my, zajął się jeszcze wydostaniem z okrętu i z komory powozu i rzeczy pana Josa, który wtedy nie miał służącego. Lokaj jego i lokaj p. Osborne odmówili kate* gorycznie narażać życie po falach zdradliwej Amfitryty. Spisek ten wydał się dopiero przed samym odjazdem i do rozpaczy doprowadził p. Józefa Sedley, który z tego powodu o mało co nie zaniechał podróży. Dopiero żarciki kapitana Dobbin zdołały przezwyciężyć jego wahanie. Zresztą wąsy puściły mu się już spore, a ten ostatni powód dokończył tego co zaczęła wymowa Dob-bina i Jos pojechał.
Dobbin wynagradzając powolność radem, zajął się wyszukaniem służącego niskiego Belga, z cerą oliwkową, który wyrażał się tylko swojem, niezrozumiałem flamandzkiem narzeczem. Ponieważ miał jakąś przestraszoną minę i eochwila nazywał p. Sedley milordem, wkrótce zjednał sobie jego łaski.
Ostenda bardzo się zmieniła co do tego, jakich Anglików obecnie się tam spotyka. Wielcy panowie bywają tam bardzo rzadko, inni zaś najczęściej źle się ubierają, noszą brudną bieliznę, czuć ich wódką i tytoniem, grywają w karty lub w bilard w zakopconych piwiarniach.
Według rozkazu księcia Wellingtona każdy wojsko* wy musiał jak najskrupulatniej płacić swoje wydatki. Wspomnienie tego szczegółu musiało wyryć się na wieki w. pamięci ludu handlującego, W istocie wkroczyło do kraju wojsko konsumentów, dobrze płacących, czegóż sobie może bardziej życzyć kraj przemysłowy?
Belgja zresztą nie jest nader wojowniczą, bo hi* storja jej świadczy od wieków że się zadowalnia dostar czaniem pola bitwy innym narodom.
W kwitnącem tem a bogatem królestwie widać było na początku lata 1815 dobrobyt i zamożność, przypo* minający najpomyślniejsze chwile jego przeszłości. Lu« dne wsie i miasta nabrały życia, kiedy się po nich:snuły nasze czerwone piękne mundury. Na pysznych spacerach spotykało się co chwila wykwintne ekwipaże i świetne kawalkady. Po rzekach okrążających bujne pastwiska, malownicze wioski i stare zamki w cieniu drzew rozłożystych — mknęły łodzie z próżniaczym tłu* rnern turystów angielskich. Żołnierze pili w karczmach po wsiach i h@jnie płacili swoje wydatki. Highlandry *) mając kwatery po chatach flamandzkich, kołysali dzieci, gdy gospodarz i gospodyni wychodzili na sianokos. W tym ustępie wojny delikatny pendzel mógłby znaleźć nie jeden wdzięczny przedmiot do obrazu. Zdawało się że to tylko przygotowanie do świetnego, świąi tecznego przeglądu. Tymczasem Napoleon schroniwszy się. za patem fortec, przygotowywał się także wtargnąć do tego samego kraju.
Wódz naczelny armji angielskiej, książę Wellington, potrafił natchnąć żołnierzy swoich wiarą, z jaką da się tylko porównać fanastyczny entuzjazm Francuzów dla Napoleona. Rozporządzenia jego obronne tak dobrze były pomyślane, liczne posiłki, w razie potrzeby tak znajdowały się blisko, że z wszystkich serc pierzchnęła obawa i że nasi podróżni, pomiędzy którymi znajdowało się dwoje bardzo lękliwych, podzielali zupełnie pewność i zaufanie ogółu. Pułk, w którym służył Jerzy i Dob-bin miał wymaszerować do Bruges i Gandawy, a następnie do Brukseli. Joe towarzyszył damom, które tę podróż odbyły na statkach publicznych, bardzo wygodnie, a nawet zbytkownie urządzonych jak o tem wspo* minają starzy turyści po Flandrji. Statki te używały ogromnego rozgłosu pod względem znamienitej kuchni, rozgłosu zupełnie usprawiedliwionego, z którym się łączy następująca tradycja: Podróżny jeden Anglik przyjechawszy do Belgji z zamiarem przepędzenia jednego* * ) Szkockie pułki — górale. tygodnia, wsiadł na taki statek, gdzie tak mu zasma« kowało jadło, że przybywszy do Gandawy, odpłynął napowrót do Bruges i znowu rozpoczął tę samą podróż. Nareszcie wynaleziono koleje żelazne. Wtedy z rozpaczy nasz podróżny utopił się w rzece, kiedy ostatni statek o* statnią odbywał żeglugę. Jos nie popadł w tę ostateczność, ale uroczystą cześć złożył obiadowi. Pani majorowa 0’Dowd twierdziła że do szczęścia mu nic nie brakowało jak tylko ożenić się z jej siostrą Glorwiną. Przez cały dzień spijał piwo ostendzkie na pokładzie, gderał na służącego i dworował damom.
Odwaga jego wzniosła się do najwyższego djapa* zona, który głównie zawdzięczał bachusowym uciechom-
— Niech napada na nas Korsykanin! Emmy, kocha* na Emmy, jeśli się obawiam, to tylko o niego, mówił do siostry. — Za parę miesięoy, do stu piorunów! sprzy — mierzeńcy muszą wejść do Paryża i zaproszę w7as na objad do Palais Royal. Trzykroć sto tysięcy Rosjan I słyszałaś? wkroczy do Francji przez Moguncję i Ren
— trzykroć sto tysięcy, siostrzyczko, pod dowództwem Wittgensteina i Barklaja de Tolly. Nie masz oczywiście wyobrażenia, moja droga, o strategji i taktyce. Znając się cokolwiek na niej, mam zaszczyt powiedzieć ci, że nie ma piechoty we Francji, któraby mogła dotrzymać placu piechocie rosyjskiej. Czy Korsykanim ma choć jednego jenerała tak zdolnego jak Wittgenstein? A pięć« kroć sto tysięcy Austrjaków, którzy przybędą najnieza. wodniej. Nie upłynie dziesięciu dni, a zobaczysz jak dotrą do granicy francuzkiej, pod dowództwami SchwTar-zenberga i arcyksięcia Karola. A rzesztą Prusacy, ro zumiesz? Prusacy, którymi dowodzi waleczny jenerał Blucher. Teraz, kiedy Napoleonowi brak Murata, nie ma jenerała kawalerji lepszego od Bliichera. Wszak prawda pani 0’Dowd, że niepotrzebnie się martwi młoda przyjaciółka pani? Izydorze I czego drżysz? Prędzej nalej mi piwa!
Pani 0’Dowd odpowiadając nie omieszkała wspo mnieć że Glorwina bardzo jest odważną, nie ustąpi żadnemu mężczyźnie, a tem bardziej Francuzowi. Po tej pochwale wychyliła duszkiem kufel piwa i skrzywiła się przyjemnie na dowód sympatji dla tego trunku.
Częste utarczki z wrogiem, to jest z płcią piękną w Cheltencham i Bath, wyleczyły pod wielu względami z dawnej nieśmiałości naszego przyjaciela, byłego poborcę z Boggley Vollah. Obecnie rozgrzany piwem czuł w sobie ogromną dziarskość i męstwo. Wszyscy się nim zachwycali w pułku; młodzi oficerowi wdzięczni mu byli za świetne uczty, jakie im wyprawiał, na których pękali od śmiechu z marsowej przybranej postaci pana fundatora. Zwykle w wojsku każdy pułk wycho-wywa jakieś zwierze: psa, kota, lub małpę, towarzyszące mu we wszystkich marszach. Jerzy robiąc alluzję do szwagra, mówił że pułk jego wybrał słonia.
Jerzy zaczynał się wstydzić nieco towarzystwa, do którego zmuszony był wprowadzić żonę, z czego zwierzał się przed Dobbinem z wielkiem tegoż zadowoleniem. Zamierzał przenieść się co najprędzej do innego korpusu, żeby oszczędzić Amelji otoczenia tak pospolitego. Co zaś do pani Osborne, to z powodu prostoty charakteru, otwartości i szczerości, wolną ona była od tych prze sadzonych, niby delikatnych wymagań, które mąż jej brał za dowód dobregę gustu.
Majorowa 0’Dowd przyczepiła olbrzymi pęk piór kogucich do kapelusza, na piersiach jej bujał ogromny zegarek, repetjer, w którym co chwila naciskała sprę* żynę; opowiadała, wTsiadając do powozu, w jaki sposób ojciec podarował jej tę miednicę w d/Jeń ślubu; deii katny Osborne nie mógł znosić tej papłaniny, do której trzeba dodać nie mało jeszcze innych równie zajmu* jących szczegółów; cierpiał że tak złą znajomość ma jego zona. Amelja owszem śoiiała się z bzików poczciwej kumoszki i wcale się nie rumieniła za towarzystwo, w jakie ją łos wprowadził
Mimo drażliwości Jerzego — nie można było wyna leść towarzyszki podróży zabawniejszej od pani majorowej 0’Dowd. Rozmowa jej odznaczała się barwnością i niespodziankami.
— Oo to za czółna i łodzie, moja droga — patrzeć nie ma na co! Na świecie całym nie znajdziesz takich łódek jak w Dublinie, w Ballinsloe — dopiero się to płynie — jak strzałą. A co to za prześliczne mięso u nasi Wiesz — że ojciec mój otrzymał medal złoty na jednym konkursie. Jego Ekscelencja raczył sam zjeść befsztyk z wołu, który odniósł nagrodę i powiedział że nigdy jeszcze zęby jego nie zgryzły tak delikatnej wołowiny. Był to wół czteroletni, kochanieJ Proszę mi znaleść takiego tutaj. Jos wtrącił z westchnieniem że tylko w Angliji dostać można dobrego mięsa, ani zbyt tłustego, ani zbyt chudego.
— Irlandja zasługuje — wierzaj mi pan — żeby zro-
Targowisko próżności. T. II. 2 bić dla niej wyjątek w tym razie — odparła żywo majorowa, bardzo skłonna jak w ogóle jej rodaczki do przyznawania pod każdym względem wyższości swojej ojczyźnie. Porównanie targu miasta Bruges z targiem Dublińskim, wydawało jej się pocieszną a niedorzeczną pretensją, na jaką tylko się godzi wzruszyć ramionami.
Po ulicach, placach, ogrodach publicznych widać było tylko samych wojskowych angielskich. Budzono się zrana przy dźwięcznym odgłosie trąbek, grających pobudkę — a udawano się na spoczynek przy odgłosie bębna i piszczałki.
Cały kraj, Europa cala wyglądała wówczas jak wielki obóz. Historja gotowała się na opis wielkich, stanowczych wypadków.
Poczciwa Peggy 0’Dowd prawiła swoim zwyczajem o koniach i stajniach w Glen Malony, o starych winach, jakie tam trzymano wT piwnicach. Jos Sedley wdał się w głębokie rozprawy o ryżu używanym w Dumdum. Amelja myślała tylko o mężu, którego kochała nad życie.
W tej wesołej drużynie, której ognisko istniało w Brukselli, każdy albo się powodował własnemi przyjem* nościami, albo też własnemi myślami i marzeniami. Zdawało się że mirt nie przeczuwał groźnej przyszłości, nie widział wroga, który lada chwila mógł wtargnąć i zakłócić ten przyjemny spokój. Pułk właśnie miał stanąć na załodze w Brukselli, nasi więc podróżni przebywali przez czas niejaki w jednej z najprzyjemniejszych stolic w Europie,
Mnóstwo salonów gry i tańców, stało tam otworem, tnnóstwo dawano objadów, godnych łakomego podnie* sienią pana Jos. Pełno zresztą było teatrów, gdzie słowiki w niewieścich postaciach miały wyborowych słir chac^.y. Słowem wesoło bawiono się w tej stolicy, gdzie tyle starodawnych pomników, dochowanych z artystyczną sumiennością, zachwycać mogło podróżnych.
Amelja, która po raz pierwszy wydaliła się z wyspy swojej Anglji, musiała zachwycać się coraz to nowemi niespodziankami.
Wśród najczystszych uniesień — młode małżeństwo bujało rozkosznie w słodyczach miodowego miesiąca. Jerzy najął mieszkanie w bogatym hotelu. Jos miał wspólnie dzielić wydatki; Amelja czuła się wówczas najszczęśliwszą z wszystkich młodych mężatek Wielkiej Brytanji.
Codzień przyjemności nowe, nowe rozrywki, których rozmaitość zdawała się niewyczerpaną. W dzień zwi dzano kościoły albo galerje obrazów, udawano się powozem w malownicze okolice — wieczorem zaś słuchano wrażliwego dramatu lub opery. Wybór artystów dra« matycznych znajdował się wówczas w Brukselli. W parku muzyki wojskowe dawały codzień koncerta, na których spotykano najwyższych dygnitarzy angielskich. Zdawało się że to był nieprzerwany ciąg uroczystości wojskowych. Co wieczór Jerzy prowadził żonę do najlepszej restauracji, a ztamtąd na teatr lub na zebranie i zachwycony sobą oddawał największe pochwały życiu małżeńskiemu.
Nieśmiała a zakochana Amelja dostatecznie czuła się zadowoloną, tem iż znajdowała się ciągle z Jerzym 2* u i towarzyszyła mu wszędzie. W listach, które wówczas pisywała do matki, wdzięczność jej dla męża przebijała się w kazdem słowie. Mąż chciał ją okryć koronkami, obsypać djamentami i różnemi klejnotami. Wzór to i fénix pomiędzy mężami!
Jerzy rósł jak na drożdżach spotykając na przechadzkach liczny tłum lordów i lady, wykwitnych pa. nów i pań, przybywając zewsząd no Brukselli. W tych zabawach towarzyskich odłożono na bok zimną etykietę* impertynencką grzeczność, w jakiej często celują wielcy panowie wewnątrz swoich pałaców. Na publicznych placach równość musi być górą, bo możnaż się przekonać czy sąsiad, który cię popycha, ma prawo cię potrącać? Najlepiej zapomnieć o wszystkich wyróżnię niach społecznych i zmieszać się z tłumem ochoczym.
Na wieczorze, wydanym przez jednego sztabsoficera raczyła tańczyć z Jerzym kontredansa lady Bjanka Thistlewood, córka lorda Bareacres. Pyszniąc się z tego zaszczytu, Jerzy pospieszył ofiarować lody i chłodniki dwóm szlachetnym damom; nie dozwoli! aby ktokolwiek inny zawołał na woźnicę lady Bareacres. Przesadny ton mowy jego ojca niknął w porównaniu z cedzącym tonem, jakim Jerzy wyrażał się o hrabimá. Nazajutrz złożył wizytę tym damom, kłusował na spacerze koło powozu, w którym jechały i zaprosił je na wystawny objad do restauracji.
O mało krew mu nie uderzyła do głowy z radości kiedy przyjęto jego zaproszenie. Stary Bareacres nie bardzo dumny, że nadto często był zgłodniały, żeby nie pójść na zaproszony objad — wszędzie.
— Spodziewam się jednak że na tym objedzie in-nych oprócz nas kobiet nie będzie? rzekła lady B a-reaćreas zastanawiając się nieco nad tem zaproszę« niem tak lekkomyślnie wypowiedzianem i przyjętem.
— Wielki Boże! Ozy mama myśli że ośmieliłby się przyprowadzić swoją żonę? zawołała lady Bjanka, która poprzedniej nocy porwana wirem walcowym opierała główkę na ramieniu Jerzego. Mniejsza tam o męża — ależ żona!
— Zona? Tylko co się ożenił. O iłem słyszał śliczna podobno kobieta — wtrącił stary hrabia.
— Daj pokój, Bjanko! — odparła matka. Kiedy twój ojciec idzie — to i my pójść możemy — a zresztą w Anglji nie będziemy ich znać więcej — uważasz, moje dziecię?
Dystyngowane te osoby, powziąwszy takie postanowienie, przyjęły najchętniej obiad ofiarowany im w Brukseli przez Jerzego który dosyć drogo ten zaszczyt opłacić musiał. Jednakże dla zachowania swojej godności, żonę jego traktowały z góry i nie dozwoliły jej mieszać się dc rozmowy. Damy angielskie wielkiego świata celują tonem pogardliwym, jaki umieją przybierać względem niższych w ich mniemaniu o, sób.
Woreczek Jerzego nie mało ucierpiał z powodu tego objadu, biedna Amelja spędziła smutny wieczór w miodowym miesiącu. W liście do matki opisała z goryczą obejście się lady Bareacres, która podczas obiadu umyślnie jej nie odpowiadała; lady Bjanka zaś lornetowała ją ciekawie; Dobbina aż rozgniewała imponująca mina milorda, który wstając od stołu i rzu cając okiem na rachunek zawyrokował że objad był okropnie drogi i niegodziwy. Mimo skarg Amelji na grubjańskie postępowanie współbiesiadników, stara pani Sedłey wielce się ucieszyła że mogła paplać wszędzie. 0 nowej przyjaciółce swojej córki hrabinie Bareacres. Paplaniną tą zajmowała się tak gorliwie, że nareszcie 1 stary Osborne dowiedział się iż syn jego wydawał objady parom i parowym Wielkiej Brytanji.
Ci którzy znają dzisiejszego jenerała Tufto, prze* chadzającego się w pogodny dzień na Pall*Mail, z piersiami wywatowanemi, wysznurowanego. w palonych butach, ciskającego wyzywające spojrzenie płci pięknej
— lub co widzieli rzeczonego jenerała konno na gniadej klaczy wyświeżonego według ostatniej mody, z trudnością odgadliby w dzisiejszym sir Jerzym Tufto — dzielnego oficera z wojen na półwyspie i pod Waterloo* Nosi on obecnie włosy czarne, gęste i fryzowane, czarne brwi i rude wąsy.
W 1815 r. włosy miał jasne i rzadkie, tęższy był w stanie i w łydkach — ale wszystko przemija na tym świecie: zarówno sława jak łydki. W siedmdziesiątym roku życia (liczy on teraz ośmdziesiąt lat) włosy jego nader rzadkie i siwe, nagle jakby czarem — zgęstniały, przemieniły się na czarne i kędzierżawe; faworyty i brwi nabrały ciemnej, połyskliwej barwy. Zle języki puszczają pogłoski że nosi perukę i brzuch bawełniany. Tomasz Tufto dodaje nadto że panna de Jaisey, aktorka teatru francuskiego w Londynie — dwoma palcami zrzucała na podłogę całą czuprynę jego dziadka — ale
Tomasza Tufto znają jako pleciucha, zresztą peruka jenerała nic nie ma wspólnego z tą powieścią.
Nasi przyjaciele zwiedziwszy ratusz Brukselski, który pani majorowej 0’Dowd wydał się znacznie mniejszy i brzydszy niż jej ojca w Glen-Malony, przechadzali się po targu kwiatów — wtem spostrzegli zbliżającego się ku nim konno oficera, za którym jechał ordynans. Zsiadłszy z konia, oficer wyszukał i nabył najpiękniejszy i największy bukiet, który kazał bardzo starannie obwinąć. Oddał go następnie ordynansowi, a sam z miną bardzo zadowoloną z siebie i sprawunku — pojechał dalej.
— Chciałabym żebyście mogli widzieć kwiaty u nas w Grlen Malony — wtrąciła mimochodem pani 0’Dowd. Papa mój trzyma trzech ogrodników i dziewięciu ogrodniczków. Cały morg jeden zajmują oranżerje, a anana« sy tak są u nas pospolite jak latem gruszki w Londynie. Grona winne ważą u nas po sześć funtów, i sumieniem a honorem wam zaręczam że mamy magnolje wielko* ści talerzy a nawet kotłów.
Dobbin, który nigdy nie smakował w gawędkach pociesznych pani 0’Dowd, tym razem jednak obawiając się żeby nie parsknął śmiechem, oddalił się od towarzystwa i pozostawszy w przyzwoitej odległości, zaczął się śmiać do rozpuku ku wielkiemu zdziwieniu przechodniów.
— Gdzież się podział nasz dryblasisko kapitan? za« wołała pani 0’DowTd, oglądając się naokoło. Ozy mu znowu z nosa krew idzie? Jeśli mu tak ciągle, jak powiada, idzie krew z nosa, to mu wreszcie w nosisku zupełnie krwi zabraknie.,. Prawda, 0;Dowd że magno-lje w Glen Malony dochodzą do wielkości kotłów.
— Ma się rozumieć, Peggy, a nawet niektóre są większe — odrzekł major, który zawsze żonie wszystko potwierdzał.
Rozmowę tę zajmującą przerwało zjawienie się konno oficera, o którym poprzednio wspominaliśmy.
— Śliczny koń! — zawołał Jerzy. Kto to na nim jedzie?
— Cóżby to było dopiero gdybyście państwo widzieli wierzchowca brata mojego Molloy-Malony, który na wyścigach w Kurra wygrał srebrny puhar — zawołała majorowa, rozpoczynając nowy rozdział familijnych wspomnień.
Wyjątkowo jednak mąż przerwał jej tym razem.
— Nie mylę się —.rzekł — to jenerał Tufto, dowodzący drugą dywizją kawaleryi. Ja i on zostaliśmy ra* nieni w te same nogi przy wzięciu Talaveru — dodał po chwili spokojnie.
— Dlategoście tak dzielnie maszerowali — wtrącił Jerzy z uśmiechem. — Jenerał Tufto! dodał, zwracając się ku Amelji. — To i państwo Orawley muszą być gdzieś nie daleko.
Amelji nie wiadomo czemu krew uderzyła do głowy i o mało co się jej źle nie zrobiło. Słońce wydało się jej mniej błyszczącem, miasto mniej malowniczem i zajmującem. A jednak zachód oświecał niebo ostat* niemi blaskami i w ten wieczór majowy cudna była pogoda.
Bruksella.
Pan Jos najął parę koni do elegandzkiego, otwar^ tego kocza londyńskiego, który wyglądał wcale przy* zwoicie na spacerach brukselskich. Jerzy wystarał się o wierzchowca i w towarzystwie Dobbina kłusował co-dzień przy powozie Józefa i siostry.
Podczas jednej wycieczki do parku, który był celem codziennych przejażdżek, przekonali się wszyscy 0 trudności domysłów Jerzego co do przybycia Raw-dona Crawley z żóną. W istocie — ujrzano jednego poranku Rebekę, wyświeżoną, powabniejszą niż zwykle w wykwintnej amazonce, cwałującą na pysznym koniu arabskim, którym zręcznie kierowała — w gronie naj* znakomitszych jeźdźców angielskich przybywającnch w Brukselli. Rebeka nauczyła się jeździć konno w Crawley.królewskiej, gdzie baronet a także panowie Pitt i Rawdon, każdy z kolei, byli jej mistrzami. Obok niej cwałował jenerał Tufto.
— Patrzcie państwo — to książę; poznajecie go? mówiła majorowa do Josą, który się zaczął czerwienić. Tak — na tym koniu bułanym widzisz pan lorda Uxbridge — jak doskonale jeździ! Podobny do mojego brata Malwy-Mallony, jak dwie krople wody,
Rebeka nie zwróciła z początku uwagi na powóz; poznawszy jednak Amelję, wdzięcznie uśmiechnęła się 1 udoniła ręką. Następnie zwracając się do jenerała Tufto, zapytującego o nazwisko tłustego oficera w kapeluszu galonowanym, odrzekła że to oficer z kompanii wschodnio indyjskiej.
Ruwdon Orawley odłączył się od kawalkady, zbliżył do Amelji, serdecznie ściskając jej rękę zapytał o zdrowie — poczem rzucił spojrzenie na majorową 0’Dowd w kapeluszu z czarnemi koguciemi piórami. Spojrzenie to majorowa przypisywała tylko potędze czarownych swych wdzięków.
Jerzy, który z Dobbinem nieco przyzostał, dopędził natychmiast całe towarzystwo, kłaniając się dostojnym osobom, w rzędzie których dostrzegł panią Orawley. Bardzo mu pochlebiło że Rawdon wsparty na drzwiczkach powozu, rozmawiał poufale z Amelją i z serde-cznem wylaniem odpowiedżiał na kilka szczerych słów adjutanta. Ukłony, które zamienili między sobą Rawdon i Dobbiu pozostały w granicach ścisłej grzeczności. Orawley prosił Osborna żeby go odwiedził w hotelu Parku, gdzie stanął razem z jenerałem Tufto; Jerzy pospieszył z wzajemnem zaproszeniem.
— Jak mi przykro że pana nie spotkałem przed trzema dniami — rzekł Jerzy do Rawdona — byłbym pana koniecznie zabrał na niezły objadek, na który zaprosiłem Lorda Oareacres, hrabinę i Lady Bjankę. Bawiliśmy się nie źle, a bardzoby nam było przyjemnie mieć także państwa za współbiesiadników.
Po tem małem zadosyćuczynieniu swojej miłości własnej i pretensjom człowieka modnego, Osborne pożegnał Rawdona, który boczną aleją dopędził cwałem jaśnie wielmożną kawalkadę. Jerzy i Dobbin zajęli dawne miejsca u obu drzwiczek powozu, który się toczył dalej.
— Jak książę wybornie wygląda na koniu! — za uważyła majorowa — rodzina Wellesleyów spokrewnio^ na jest z Malonami. Ale w mojem położeniu, skoro się przedstawię Jego księżęcej Mości, będę czekała żeby sobie pierwszy przypomniał o naszych związkach ro* dzinnych.
— Sławny to wojownik — zawołał Jos, który odzyskał całą działalność języka, kiedy już bohatera nie miał przed oczyma. — Proszę mi przytoczyć jakie z wy-cięstwo, coby można porównać ze zwycięstwem pod Salamanka? Jak pan myślisz, panie Dobbin? — Prawda? A wiesz też; gdzie głównie zaczerpnął wszystkie swoje strategiczne wiadomości? W Indjach, mój drogi, tylko w Indjach. Mam także zaszczyt znać go osobiście, pani 0’Dowd! Tańczyliśmy oba na jednym wieczorze z panną Kutler, córką Kutlera z artylerji — niech ją licho... co za ładna dziewczyna! Było to za dawnych, dobrych czasów — w Dumdum.
O tem spotkaniu ze znakomitemi osobami rozma’ wiano aż do końca spaceru, przy objedzie i przed pójściem na operę.
Tego wieczora w teatrze zdawało się że się przeniosła gdzie w mury starego Albionu.
W sali widać było prawie tylko same angielskie twarze i zdawało się że prawie całe towarzystwo zna się osobiście — po lożach świetniały pyszne toalety, które taki rozgłos nadały damon angielskim.
Majorowa 0’Dowd strojem swoim zwr^pała ogólną uwagę. Na jej czole, nad masą loków, połyskał djadem z kamyków irlandzkich, które według jej mniemania przyćmiewały klejnoty wszystkich jej rywalek. Osborne z powodu jej obecności znajdował się jak na szpilkach. Ona jednak nie przypuszczając żeby jej towarzystwo nie było najpożądańsze i najprzyjemniejsze, zapisywała się z urzędu do wszystkich rozrywek, ułożonych między jej przyjaciółmi.
— Dotąd była dla ciebie nader użyteczną, moja droga — szepnął Jerzy do żony — ale przybycie Rebeki, z którą się pewno zaprzyjaźnicie, pozwoli ci odsunąć na bok tę niestrawną Irlandkę.
Amelja milczała; nie można więc było odgadnąć tajemnic jej myśli.
Majorowej dosyć się spodobało widowisko — ale cóż to za porównanie z salą teatru na ulicy „Fiirzem bel“ w Dublinie. Muzyka francuska znajdowała się o sto szczebli niżej od marszów narodowych jej kraju. Przy tym podobnych uwagach, grzmiącym głosem roz-powiadanych, majestatycznie chłodziła się olbrzymim wachlarzem.
— Mój najdroższy Rawdonkul Czy nie wiesz anioh ku, kto jest ta jejmość siedząca przy Amelji, która wygląda jak przebrany grenadjer? — pytała w loży naprzeciwko dama, bardzo ujmująca dla męża sam na sam, ale jeszcze bardziej w nim rozkochana publicznie.
— Zkąd się wzięło to stworzenie z żółtemi piórami na turbanie, w atłasowej sukni czerwonej i ze ściennym zegarem u boku?
— Ozy ta obok ładnej osoby, biało ubranej? za gadnął jegomość, który w tej samej loży siedział w drugim rzędzie. Był to mężczyzna w średnim wieku, nosił wstążeczkę w dziurce od guzika, na szyi miał ogromną i faldzistą białą chustkę a pod frakiem, według ówczesnej mody, kilka kamizelek.
— Ładna osoba w bieli — jenerale? To Amelja Os borne... ale pan zaraz na wszystkie ładne kobiety zwra« casz spojrzenie.
— Przysięgam pani że jedna tylko istnieje na świe* cie całym, która spojrzenie moje przykuwa — odparł jenerał zadowylony z odpowiedzi.
Sąsiadka podniosła na to olbrzymi swój bukiet, jakby go nim chciała uderzyć.
— Patrzcie państwo — nie mylę się — wszak to bu kiet i ów jegomość z targu kwiatów.
Rebeka widząc że jej przyjaciółka zwraca oczy w jej stronę, przesłała jej ręką wdzięczny pocałunek. Majorowa biorąc to powitanie do siebie, lekko skinęła głową, z przyjemnym uśmiechem. Amelja z nerwową żywością cofnęła się w głąb loży. Podczas antraktu Jerzy poszedł złożyć uszanowanie pani Crawley. Spot« kawszy Orawley’a w korytarzu, zamienił z nim kilka słów o wypadkach zeszłego tygodnia.
— Cóż, mój drogi, czy ci bankier mój bez żadnych trudności wypłacił mój weksel? — zagadnął Jerzy pou-fale. — Czy wszystko było w porządku?
— Najzupełniej — odparł Rawdon. — Gotowem dać ci rewanż kiedy zechcesz. A cóż, panna oswaja się?
— Nie bardzo — odrzekł Jerzy — trzeba to zostawić czasowi. Tymczasem dla nabrania cierpliwości dostało mi się nieco pieniędzy z majątku matki? A dla ciebie ciotka nie tak już okrutna?
— Gdzie tam! Skąpe babsko ośmieliło się przysłać mi dwadzieścia fantów. Kiedyż się spotkamy? Jenerał we wtorek będzie na objedzie w mieście. Możesz przyjść tego dnia? Powiedz że Sedley’owi żeby wąsy obciął. Na jakiego licha cywilusowi wąsy i czamarka? Więc rzecz między nami ułożona, liczę na ciebie we wtorek.
Po tej krótkiej rozmowie Rawdon odszedł trzymając się pod rękę z dwoma modnymi koryfeuszami, należącymi tak jak on do sztabu jenerała.
Jerzemu nie smakowało trochę że Rawdon właśnie wybrał dzień, w którym jenerał objadować miał w mieście.
— Pozwolisz mi złożyć uszanowanie żonie? — zagadnął Jerzy.
— Jak chcesz — odparł Rawdon z widocznem nie zadowoleniem, aż oficerowie, towarzyszący mu, mrugnęli na siebie znacząco kiedy Jerzy dążył ku loży generała, której pamiętał dobrze numer. Zapukał.
— Proszę wejść! — zawołał z loży srebrzysty głosik i Jerzy znalazł się w obec Rebeki.
Pani Orawley wstała na jego przyjęcie z wielkiemi oznakami serdeczności; podała mu obie ręce, jakby chcąc go lepiej jeszcze przekonać o swojem zadowoleniu. Tymczasem orderowy jenerał marszcząc brwi przyglądał się przybyłemu, a spojrzenie to znaczyło.
— * Niech pioruny trzasną natrętnika, który nam przeszkadza!
— Kochany kapitanie Jerzy! — zawołała Rebeka z uroczym uśmiechem — bardzo to pięknie z pańskiej strony żeś przyszedł. Jenerał i ja zaczęliśmy już uczuwać pewną monotonję w naszem sam na sam. Mam zasz czyt przedstawić panu jenerałowi kapitana Jerzego Os* fcorne, o którym tak często wspominałam.
— Bardzo dobrze, odparł jenerał, załedwo głową kiwnąwszy. W którym pułku służy kapitan Jerzy?
Jerzy wymienił numer pułku.
— Pułk ten przybywa z Indji zachodnich, wszak prawda? Nie bardzo się odznaczał w wojnie. Ozy kwa terujesz pan w Brukseli, kapitanie Jerzy? — mówił dalej jenerał z obrażającą butą.
— Jenerał pomieszałeś, to nie kapitan Jerzy, tylko kapitan Osborne — wtrąciła Rebeka z uśmiechem.
Jenerał ciskał piorunującym wzrokiem.
— Kapitan Osborne, niech i tak będzie! Więc kapi tanie Osborne, czy jesteś pan z tej samej familji co łordowa Osborne?
— Używamy tego samego herbu — odrzekł prawdę Jerzy.
Pan Osborne udawszy się do jednego heraldyka pożyczył z książki parów herbu swojego imiennika i od piętnastu lat paradował z nim na drzwiczkach swego powozu.
Jenerał nie rzekł już ani słówka; wziąwszy do rąk lornetę zdawał się zwracać uwagę na salę. Nie do3yć zręcznie jednak poradził sobie w tej mierze, bo Rebeka dostrzegła że jedno oko uporczywie zwracał na nią i na Jerzego z tygrysiem spojrzeniem.
Tem bardziej czuliła się do Jerzego i poufaliła.
— A kochana Amelka — jakże się ma? Wprawdzie nie potrzeba pytać się tak wygląda świeżo i śliczniutko. Któż to jest ta wysoka, przystojna pani, co przy niej siedzi? Pewno jedna z ofiar pana. Znamy pańskie sprawki. Pan Sedley zabiera się do lodów — zdaje się że mu smakują! Jenerale! Czemuż my nie mamy lodów?
— Natychmiast każę przynieść — rzekł jenerał, wściekając się ze złości.
— Pozwól mnie pani — ja pójdę — wtrącił pospiesznie Jerzy.
— Nie — dziękuję panom. Pójdę odwiedzić w loży poczciwą, kochaną Amelkę. Podaj mi pan rekę. kapitanie!
Potem ukłoniwszy się z lekka jenerałowi, odeszła wsparta na ramieniu Jerzego. Chytry a wyrazisty u śmieszek przebiegł po licu Rebeki — jakby mówiła do swojego towarzysza: — Widzisz jak rzeczy stoją — biedne jeneralisko szaleje. — Jerzy nie dostrzegł tego uśmiechu. Za nadto był zajęty myślami swemi, chęciami a zwłaszcza uwielbieniem zwycięskich wdzięków swojej własnej osoby.
Przekleństwo, jakiem jenerał obdarzył z cicha Rebekę i Jerzego, tak było straszliwe, że żaden drukarz nie podjąłby się go wydrukować; to też nie wymienimy go tutaj. Wypłynęło jednak u jenerała mimowoli z głębi serca Dziwna rzecz! iż serce ludzkie posiada w takich zaraz skarby żółci i wściekłości!
Piękne oczy Amelji lękliwie spoglądały na zbliżającą się parę, której ruchy podbudziły zazdrośny humor jenerała. Rebeka wszedłszy do loży, rzuciła się na szyję przyjaciółki z czułem uniesieniem. Nie bacząc na miejsce, gdzie się znajdowała i na lornetę jenerała, uporczywie wymierzoną ku loży Osborna, uściskała kocha ną przyjaciółkę w obliczu całej sali, wdzięcznie skłoniła się Dobbinowi. zachwycała się olbrzymią broszą pani 0’Dowd, przepysznemi jej kamykami irlandzkiemi, które chyba musiały wprost przybyć z Golkondy. Kręciła się, wierciła, przesłała uśmiech tu i tam, parę słówek owdzie.
— Wszystko to zaś wyrachowane było dla zazdrosnej lornety, która każdego jej ruchu śledziła.
Kurtyna się podniosła i rozpoczęto balet. Żaden z artystów tego baletu nie dałby się porównać pod wzglę dem pantominy i gry z jej dramatycznym taletem. Prosiła Dobbina żeby ją odprowadził do loży, nie chciała bowiem zabierać Jerzego najukochańszej Amelce.
— Oo to za kapryśmcal szepnął poczciwy Dobbin Jerzemu, wróciwszy z loży Rebeki, gdzie ją odprowa dził z miną karawaniarza, nie pisnąwszy ani słówka — wije się, rzuca jak żmija na dwoje rozcięta. Nie wiem czyś spostrzegł, Jerzy, jak ciągle, gdy tu bawiła,, odgrywała komedję dla jenerała, który pozostał w jej loży.
— Kapryśnica... komedja. — Przyznasz mi przynajmniej że to najpiękniejsza kobieta w Anglji — odparł Jerzy pokręcając wymuskanego wąsa, pod którym błyszczały dwa rzędy białych zębów. Poczciwy mój Dob-binie 1 nie jesteś człowiekiem światowym. Przyjrzyj się jej teraz... proszę cię. Zaledwie parę słówek poszepnęła do jenerała., a już się ten śmieje szalenie!... Emmy! czemu nie wzięłaś bukietu? Wszystkie damy są tu z bukietami,
— Trzeba jej było kupić bukiet odparła majorowa.
Amelja i Dobbin wdzięczni byli poczciwej tej jejmości za jej odpowiedź nader stosowną. Reszta wie-
Targowisko próżności. T. II. 3 czora jednak przeszła w milczenia zupełnem. Blask u« wodzicielki, świetna rozmowa jej rywalki, niesłychaną przykrość sprawiała Amelji. Sama poczciwa majorowa zamilkła i zamyśliła się — jakby zjawienie się tej istoty przyćmiło nawet zwycięskie powaby Peggy. Kronikarz twierdzi że przez cały wieczór zaledwo się jej wymknęło jedno słówko o Glen Malony.
— Kiedyż przecie zaprzestaniesz gry — jak mi to tuż po tysiąc razy przyrzekałeś? — zapytał się w parę dni po tym wieczorze w teatrze Dobbin Jerzego.
— A ty, kiedy zaprzestaniesz kazań? odparł mu przyjaciel. Niepotrzebnie się niepokoisz, mój drogi! — Gramy bardzo umiarkowanie. Zresztą — grałem prze’ szłego wieczora. Czy myślisz że mnie Crawley oszukuje9 Dajże pokój! Grając równą grę — przegrane i wygra’ ne równoważą się zwykle.
—. Ale kiedy on przegra, to ci nie płaci — dodał Dobbin.
Rada jednak ta doznała losu wszystkich rad jego. Osborne i Crawley byli nierozłącznymi. Jenerał Tufto obiadował często w mieście, Jerzego zaś jak najmilej przyjmowano w apartamentach, które adjutant zajmował z żoną tuż obok apartamentów jenerała.
Jerzy o mało co się po raz pierwszy nie pokłócił z Amelją, kiedy na wizycie u Orawlejów dostrzegł przy« musu w obejściu żony i niezadowolenia na jej twarzy. Wyrzucał jej potem dla czego nie chciała odwiedzać dawnej przyjaciółki i gniewał się za ton cierpki i lekceważący, jaki względem niej przybierała.
Biedna Amelja nic nie odrzekła — ale badawcz© 27 spojrzenia Rebeki i rozgniewany wzrok Jerzego podwoiły jeszcze jej ambaras i niezgrabność podczas następnej wizyty.
Rebeka okazywała się tem bardziej uprzedzającą, udając że nie spostrzega obojętności Amelji,
— Zdaje się ja*by Emmy zdumniała od czasu jak nazwisko jej ojca wydrukowano... od czasu klęsk, jakie dotknęły pana Sedley — szepnęła Jerzemu, łagodząc li* tośaie wyrażenie. * — W Brighton dostąpiłam zaszczytu że mi zazdrościła, a obecnie oburza się że ja i Rawdon mieszkamy obok i wspólnie czas przepędzamy z jenerałem. Niestety fundusze nasze są bardzo skromne i nie wystarczyłyby gdyby przyjaciel nie dokładał połowy wspólnych wydatków. Cóż ona myśli? że ja i Rawdon nie dbamy o nasz honor? W istocie powinnabym być bardzo wdzięczną Amelce, niesłychanie wdzięczną I
— To zazdrość — odparł Jerzy — prosta zazdrość.
Wszystkie kobiety bywają mniej więcej zazdrośne.
— A mężczyźni? — rzekła Rebeka. — Czyż pan nie byłeś zazdrośny owego wieczora w operze o jenerała Tufto? Czyż on nie był zazdrosny o pana? Myślałam że mnie połknie ze złości kiedy poszłam odwiedzić tę płaskę — Amelję. Tak jakbyście mnie wy oboje bardziej obchodzili niż główka od szpilki — dodała, podnosząc głowę impertynencko. — Chcesz pan przyjść dzisiaj d© mnie na objad? Będę sama. Obaj moi dragoni są zaproszeni na objad do księcia. Wiesz pan ostatnie nowiny? Powiadają że Francuzi przeszli już granicę. Będziemy objadowali we dwoje bardzo spokojnie.
Jerzy przyjął zaproszenie, chociaż Amelja nieco cier piąca leżała w łóżku. Dopiero szósty tydzień mijał od» kąd się ożenił, a już zezwalał, nie sprzeciwiając się bynajmniej, żeby inna kobieta żartowała przednim z jego żony... i nie wyrzucał sobie tej występnej obojętności.
— To źle, bardzo źle — szeptało temu zacnemu mał żonkowi sumienie — ale trudno! co robić kiedy żarciki takie wychodzą z ust pięknej kobiety. Zresztą ilokroć Stublowi, Speneyowi i innym kolegom opowiadał kro« nikę swoich zwycięstw miłosnych, chwaląc się że po między wszystkiemi kobietami nie spotkał żadnej okru tnej — zwierzenia te wywoływały uwielbienia kolegów,
Jerzy wyobraził sobie że przeznaczeniem jego było zdobywać i zakrwawiać serca wszystkich niewiast. Prze* znaczeniu zaś poddać się trzeba bezwarunkowo. Ponieważ nadto Amelja zamiast mordować męża skargami zazdrośnemi, wylewała łzy swoje i narzekała na niedolę w ciszy i opuszczeniu, zdawało się Jerzemu że się niczego nie domyśla, gdy tymczasem intryżka jego z panią Crawley nie była dla nikogo tajemnicą. Ile razy mogła się pozbyć jenerała, jeździł z nią na spacer, kłamiąc przed Amelją że się udaje na służbę, Amelja wiedziała że mąż kłamie.
Kiedy żona spędzała wieczory samotna i opuszczana lub w zajmującem tawarzystwie brata i majorowej, mężulko przebywał tymczasem u Crawley ów, przegry« wał pieniądze do Rawdona i łudził się że Rebeka schnie z miłości do niego. Nie można powiedzieć żeby to u* czciwe stadło zmówiło s;ę na ogrywanie go — pani dobrodziejka jednakże wzięła na siebie rolę obałamucania Jerzego, kiedy mąż go ogrywał niemiłosiernie. Osborne bywał w ich domu bardzo często, Rawdon jednak nigdy nie byt w złym humorze z powodu jego odwiedzin.
Jerzy tak skwapliwie i chętnie odwiedzał swoich przyjaciół, że prawie się nie widywał z Wiljamem Dob« bin. Unikał go nawet w tawarzystwach i w pułku, bo jak widzieliśmy nie bardzo lubił kazania, które mentor jego zawsze miał w pogotowiu. Zresztą — jeśli postę powanie jego zasmucało i martwiło pod wielu wzglę< dami serce kapitana, na coby się przydało powiedzieć Jerzemu, że mimo gęstych wąsów i głębokiego doświad czenia jakie mniemał posiadać, tak był w wielu ra* rach nowicjuszem jak student; że Riwdon ma z niego dojną krówkę i gdyby odeń wygrał ostatniego szylinga, pierwszyby nim pogardził. Jerzy aniby słuchać chciał wszystkich tych uwag. To też kiedy przypadkiem Dob-bin rzadko odwidzając Osbornów, spotkał się z daw< nym przyjacielem, unikał jak najstaranniej dotykać te-go przedmiotu. Jerzy ciągle napawał się upajającemi rozkoszami jarmarku próżności.
Od czasów7 Darjusza nie było zapewne wojska, coby pod względem świetności mogło przewyższyć a nawet dorównać armji, jaką książę Willington w 1815 r. do wodził w Niderlandach. Uczty i tańce trwały bez przerwy, można powiedzieć, w przeddzień stanowczej bitwy. Bal wydany przez jedną szlachetną księżnę w Brukselli, 15 czerwca tegoż roku, pozostał historycznym. W całej Brukselli z powodu tego balu panował ruch gorączkowy — i długo jeszcze potem przyznawały się da-damy, bawiące wówczas w tem mieście, że całe zajęcie ich obudził ów bal i przyjemności, jakie obiecywał, ż« żadna z nich nietroszczyla się o nieprzyjaciela, który stal o kilka godzin marszu. Wyobrazić sobie nie można ile trzeba było zużyć zabiegów, próśb i utarczek, żeby dostać zapraszające bilety, Tylko Angliki zdolne są u-żyć tyle dyplomacji i zręczności dla rozrywki, dla zaszczytu przyjęcia u jakiego wielkiego pana.
Jos i majorowa 0’Dowd — mimo wszelkich zabiegów — nie mogli dostać biletów. Inni nasi przyjaciele byli szczęśliwsi. Dzięki pośrednictwu lorda Bareacres, który oszczędnym sposobem chciał się wywzajemnić za proszony ów objad, Jerzy otrzymał zaproszenie dla siebie i dla żony. co jeszcze bardziej rozłechtało jego próżność. Dobbin zaprzyjaźniwszy się z jenerałem dywizji, do której pułk jego należał przybiegł kiedyś do pani Osborne i radośnie pokazał takież samo zaproszenie dla siebie. Jos zazdrościł mu tego zaszczytu, a Je» rzy zadziwiony zapytywał się siebie co Willjam będzie porabiał w salonach arystokratycznych? Państwo Raw-donowie byli oczewiście zaproszeni — jako przyjaciele jenerała, dowodzącego brygadą kawalerji.
Jerzy kazał uszyć dla żony pyszny strój balowy w którym biedna Amelja pięknie wyglądała, ale przybywszy na ów sławny bal, nie spotkała nikogo z kimby mogła parę słów zamienić.
Lady Bareacres zaledwie się odkłoniła na ukłon Jerzego i odwróciła się od niego. On ją zaprosił na objad, ona mu się wystarała o bilet, skwitowali się więc z sobą. Przez cały wieczór udawała że go nie spostrzega. Jerzy posadził Amelję, która samotnie smu« tne zaczęła sobie robić uwagi. Ozyż nie złożył dowodu przywiązania i dworskości małżeńskiej, kupując jej tak pyszną toaletę i prowadząc na bal; jej rzeczą było te’ raz bawić się jak będzie mcgla najlepiej. Najsmutniejsze myśli przychodziły do głowy biednej kobiecie, których ciągu nikt nie przerwał prócz poczciwego Dobbina.
Wystąpienie Amelji nie udało się zupełnie — aż Jerzy przygryzł sobie wargi ze złości, przeciwnie pani Rawdon Crawley odniosła tryumf zupełny. Przybyła już dosyć późno z twarzą promieniejącą, w wykwintnej toalecie; wejście jej wywarło wrażenie na wszystkich, których lornetki skierowały się ku niej. Rebeka tak była pewną siebie, jakby się znajdowała w swym domu lub na czele pensjonarek miss Pinkerton udawała się do kościoła.
Otoczył ją wkrótce tłum młodzieży i modnisiów, z których wielu już ją widziało; damy szeptały sobie że ją Rawdon wykradł z klasztoru i że była spokrewnioną z familją Montmorency. Wyrażała się po francusku tak biegłe i łatwo, że przypuszczenie to mogło mieć niejaki pozór prawdy. Potwierdzało zaś je, według jed-nozgodnych zdań, wykwintne obejście i odznaczająca powierzchowność. Pięćdziesięciu mężczyzn współubiegało się o zaszczyt tańczenia z nią. Odpowiadała ‘najczęściej że już ją zamówiono, że bardzo mało tańczyć będzie tego wieczora i t. p.
Przechadzając się po salonach, zbliżyła się do miej* sca. gdzie biedna, opuszczona Emmy straszliwe znosiła męki.
Był to dla niej cios śmiertelny kiedy pani Rawdon zarzuciła ją najczulszemi oświadczeniami, z protekcyjną miną wypowiedzianemi. Skrytykowała przyjaźnie kilka szczegółów toalety i ubrania włosów, zdziwiła się tros« kliwie jak można było wybrać tak niezgrabne trzewiki. Dała jej adres swojej modniarki, zachęcając żeby się zaraz nazajutrz do niej udała; potem zachwycała się nad balem. „Or*(lny — mówiła — bo tu w swojem kółku można się bawić; w sali nie spostrzegam prawie obcych twarzy.u
Dwa tygodnie pobytu w Brukseli i trzy objady dostateczne były do obznajomienia tej kobiety z językiem salonów, którym obecnie władała tak dobrze, jak pierwszy lepszy z urodzonych i wychowanych na salonowym parkiecie.
Jerzy, wszedłszy na salę balową zostawił żonę na ławeczce, sam zaś motylkowa! wszędzie. Skoro tylko spostrzegł Rebekę koło swojej Emmy, przybiegł natychmiast. Właśnie wtedy Rebeka oburzała się na szaleństwa jej męża.
— Na miłość Boską, moja droda, niepozwalaj <e mu grać — szeptała — straci wszystko, zrujnuje się zupełnie. Co wieczór grywają z Rawdonem. a ponieważ twój Jerzy nie ma wielkiego majątku, łatwo więc może przegrać ostatni szyling. Źie robisz, moja nieoględoa Amelko, że go nie miarkujesz w tej namiętności do gry. Wierzaj mi, odwiedzaj nas częściej, przychodź do nas na wieczory, zamiast się nudzić u sieb:e z kapitanem Dobbin. Bardzo to przyjemny człowiek, nie przeczę, ale cóż za olbrzymie ma nogi a raczej łapy. Twój mąż ma śliczną nogę. Otóż i tw7ój małżonek się zbliża. Zkąi pan przychodzisz — nic dobrego? Zosta wiasz samą biedną Emmy — i sam się bawisz gdy ona zalewa się łzami jak Magdalena. Cóż pana sprowadza do nas? Ozy teraz tańczymy kontredansa?
Zdjęła szarfę i bukiet, położyła przy Amelji, i wsparta na ramieniu Jerzego stanęła włumie tancerzy. Kobiety, tylko kobiety celują w zadawaniu tak okrutnych ran; cienkie ostrze ich ciosów mieści stokroć więcej jadu śmiertelnego niż ciężki i stępiony oręż mężczyzn. Biedna Emmy. której serce nie znało nienawiści i wzgardy, wydana była bez obrony na pastwę swojej nieprzyjaciołki.
Jerzy dwa czy trzy razy przetańczył z Rsbeką, Amelja nawet niedostrzegła tego a nikt nie zwrócił na nią uwagi, oprócz kapitana Dobbin, który przy końcu wieczora ośmielił się przynieść jej lodów i usiąść przy-niej. Niezapyty wał jej o powód smutku, bo go aż nadto dobrze odgadywał. Ona jednak nie mogąc ukryć łez, mimowoli cisnących się do oczu, wyznała że pani Oraw łey zmartwiła ją niesłychanie, powiedzeniem że Jerzy ciągle oddaje się nięszczęsnej namiętności do gry.
— To dziwne, w istocie — odrzekł Dobbin — jak najpospolitszemi podstępami można łudzić człowieka zaślepionego tą namiętnością,
— Niestety! — zawołała Emmy — głęboko zasmucona, chociaż nie myślała zupełnie o stratach pieniężnych, Wreszcie przyszedł Jerzy — przyszedł po szarfę i bu« kiet Rebeki, klóra odchodząc nie raczyła nawet pożegnać Amelji. Biedaczka milcząca jak grób — widziała jak jej mąż znowu się oddalił. Opuściła głowę na piersi. Dobbina zabrał jego przyjaciel, jenerał dywizji, rozpo*
«ząwszy z nim poważną nader rozmowę — więc poczciwy Dobbin nie był świadkiem tej najstraszliwej boleści Amelji.
Jerzy oddał bukiet pani Crawley; tkwił w nim bilecik rniłośny jak wąż między kwiatami. Rebeka dostrzegła go natychmiast. Z wychowania swojego poczerpnęła aż nadto wcześnie trafne pojęcia o bilecikach miłosnych. Gdy brała bukiet Jerzy mógł wyczytać z jej spojrzenia, że odgadła wszytko. Rawdon snać zanadto był zatopiony w myślach, żeby mógł dostrzedz znaków porozumienia« jakie przy pożegnaniu zamienił Jerzy z jego żoną. Zresstą — cóż nadzwyczajnego? Ściśnięcie ręki, spojrzenie jedno, ukłon — otóż wszystko — wszakże w tem sposób codziennie odbywają się pożegnania? Jerzy zachwycony tryumfem, nie zwrócił nawet uwagi na kilka słów, które powiedział Crawley, odprowadzając Rebekę. Nic nie słyszał, nic nie odpowiedział.
Amelja dostrzegła w części scenę bukietu. Jerzy na żądanie Rebeki przyszedł po szarfę i kwiaty — cóż naturalniejszego^ Było to tylko powtórzenie tego, co, do niejakiego czasu, przynajmniej ze dwadzieścia razy się zdarzało — zabolało ją to jednak tak żywo, że konwulsyjnie chw7yciła ramie Dbbbina, stojącego o« bok niej i zaledwie zdołała wyszeptać:
— Panie Willjamie — zawsze byłeś łaskaw dla mnie... »łabo mi jakoś... chciałabym wrócić do domu.
Przez nieuwagę nazwala go po imieniu, tak jak Jerzy nazywał starego swojego kolegę. 0 kilka tylko kroków mieszkając, zauważała jednak na ulicy niezwykły ruch i krzątaninę.
Kilkakrotnie już Jerzy gniewał się na żonę że cze« ka jej powrót do późnej godziny, nieraz do rana, pragnąc więc uniknąć nowych wyrzutów, natychmiast poszła spać. Nie mogła zasnąć... Słychać było na ulicy ruch, hałas, cwałujące konie — nie to jednak odpędzało jej sen. Nie słyszała tego wszystkiego; inne a nagłące troski powodowały jej^bezsenność..
Osborne upojony odniesionym tryumfem, zbliżył się do stołu gry i zaczął grać nadzwyczaj śmiało. Szczęście ciągle mu służyło.
— Wszystko mi się dziś udaje — mówił sobie w radośnem uniesieniu. Szczęście to atoli i grupa wy* grana zamiast go ochłodzić, rozgrzały jeszcze bardziej. Wstał wkrótce i zabierając garście wygranego złota, zbliżył się do bufetu. Wychylił duszkiem kilka szklanek ponczu.
Żaczepiał każdego, kogo spotkał, śmiał się na głos i wesoło dowcipkował.
Nagle zbliżył się doń Dobbin, który go szukał daremnie przy zielonym stoliku. Blada i przerażona twarz kapitana kontrastowała z ożywionem i wesołem obliczem jego przyjaciela.
— No, Dobbinie, poczciwy stary Dobbinie, napijże się ze mną, trąć choćby raz tylko! Wino księcia wyborne. Dajcie tu jeszcze szampana!
Drżącą reką Jerzy nadstawiał szlankę.
— Chodźmy Jerzy, chodźmy! dosyć już piłeś, za nadto! zawołał Dobbin, którego twarz coraz bardziej posępniała.
— Pić dawajcie pić, prędzęj I Nie udawaj takiego skromnisia. Trochę rumieńców nie zaszkodziłoby twoim, bladym policzkom, poczeiwy stary kolego! Pij, no do ciebie!
Dobbin odprowadziwy Jerzego na stronę, szepną! mu parę słów do ucha. Jerzy drgnął, zadziwił się, postawił szklankę, wstał od stołu i natychmiast wyszedł pod rękę z Dobbinem.
— Nieprzyjaciel przeszedł Sambrę, szepnął mu Wil-jams, lewe nasze skrzydło już się bije, za trzy go dżiny najpóźniej musimy wymaszerować.
Nerwowy dreszcz przebiegł Jerzego po tej wiadomości, niecierpliwie oczekiwanej, która jednak spadła niespodzianie, jak piorun. — Jakże daleko teraz pierz chły jego intrygi miłośne, uniesienia występnej namię tności! Zastanowił się nad przeznaczeniem, jakie mu przyszłość gotowała,
Wróciwszy do kwatery, pomyślał o żonie, o dziecku, którego może nie będzie nigdy oglądał, Jakżeby pragnął rzucić zasłonę na tę noc przeszłości, której każde wspomnienie wydało mu się wyrzutem. Ozy z sumieniem czystem zdoła pożegnać łagodne i niewinne stworzenie, której miłość obraził tak niegodną obojętnością? Małżeństwo jego trwało zaledwie kilka tygc dni, a już nie niał ani grosza ze skromnego swego ma-jątku! Ozyż to nie szczyt sobkostwa i niedbałości? Nie, nie wart był posiądać takiej żony. W razie nieszczęść <jia cóż jej pozostawi? Ale — czemu się żenił? Powinności męża nie przystawały ani do jego charakteru. Ani do jeg) upodobań. Dlaczego był nieposłusznym ojcu, który zawsze tak szlachetnie z nim się obchodził Burzą gwałtowną w jego duszy miotały naprzemian: nadzieja, zgryzota, ambicja, czułość i egoizm.
Usiadł i napisał do ojca. Już świtało kiedy skoń czył łist, zapieczętował i złożył na nim pocałunek. Po myślał o samotności nieszczęśliwego starca, o mnóstwie dowodów jego dobroci, mimo pozornej surowości.
Uchylił drzwi sypialni, rzucił okiem na łóżko, gdzie spoczywała Atnelja Łagodny i regularny oddech pod nosił jej łono; oczy miała zamknięte; mniemał że spi i ucieszył się widząc spokój rozlany na jej licu. — Ordynans jego już się zajmował pakowaniem rzeczy; dał mu znak żeby się spieszył co najciszej. Wahał się czy miał zbudzić Amelię, czy też prosić szwagra żeby ją zawiadomił o jego odjeździe? Jeszcze raz od chylił drzwi żeby na nią spojrzeć jeszcze. Nie spała, tylke umyślnie przymknęła oczy. Chciało mu biedactwo oszczędzić wyrzutów sumienia za tyle bezsenności z jego powodu. Widząc jednak że tym razem wkrótce wrócił z halu, lękliwe jej serduszko uradowało się, posunęła główkę ku niemu kiedy się na palcach oddalał — potem spokojnie zasnęła. Jerzy, chcąc ją poi żegnać po raz ostatni, wszedł jeszcze raz jak naj* ostrożniej, ujrzał przy słabem blasku lampy blade i łagodne lice. z powiekami opuchłemi od płaczu, wsparte na ramieniu cudnej białości i miękko zaokrąglone. Co za czystość w jej rysach — zarazem co za wdzięk, sło dycz i smutek! U niego przeciwnie co za egoizm, nie* uczciwość i niedelikatność! Wszystkie błędy jego sta* nęły mu teraz przed oczyma w całej ohydzie. Z rumieńcem na licu, z rozpaczą w sercu, zatrzymał się przy łóżku patrząc na sen tej biednej istoty.
Nagle — — kiedy przyglądał się uroczej tej twarzy, nieruchomej na poduszce, dwa ramiona objęły mu szyję.
— Jerzy I nie spię, zbudziłam się już — zawołało biedactwo ze łkaniem, od którego o mało co nie pękło jej serduszko.
Zbudziła się! Niestety! Zbudziła się nieszczęśliwa! W tej chwili zabrzmiały przenikliwe dźwięki trąbki z wojennego placu. Po chwili pułki się zebrały i wyma«.szerowały z miasta.
XXX.
Trzeba się rozstać, bądź zdrowa, aniele!
Nie jesteśmy tak zarozumiałymi żebyśmy chcieli się zaliczyć do rzędu historjografów wojny. Miejsce, jakie zająć pragniemy, istnieje zdała od takich krwawych starć — jednak dbamy o to miejsce. Podczas wrzawy bitwy zejdziemy na spód okrętu, w-yczekując po bohatersku zakończenia walki. Po co mamy ni z tąd ni z owąd wtrącać się w ruchy wojenne, jakie nad naszą głową wykonywają jacyś poczciwi ludziska?
Odprowadziwszy jednych do bram miasta, wracamy do majora i jego szanownej połowicy. Wypada przed» tem nadmienić że ponieważ major i majorowa nie zostali zaproszeni na bal, na którym świetnieli inni nasi przyjaciele — więc major i majorowa mieli bezporó-wnania więcej czasu do użycia słodyczy puchowych poduszek i miękkiej pościeli niż inni, co postanowili spędzić noc pomiędzy powinnością a przyjemnością.
— Peggy, kochana Peggy — mówił major, nasuwając szlafmicę na uszy — dajno pokój! Za dwa lub trzy dni rozpoczniemy taniec, o jakim się jeszcze nikomu nie śniło.
Wygodny spoczynek, po wychyleniu uczciwego kieliszka jałowcówki, stokroć mu się lepszym wydawał niż nudy i trudy zebrania wielkiego świata.
Co zaś do Peggy — żałowała ta szanowna dama że nie mogła okazać oczom ludzkim, przy blasku jarzących świateł, swojego turbanu i rajskiego ptaka. — Nagle
— zastanowiły ją głęboko następujące słowa małżonka-
— Obudź mnie, proszę cię, na godzinę przed pobudką, około wpół do drugiej, kochana Peggy i nie zapomnij popakować mi rzeczy, bo nie wrócę na śniadanie.
Dawszy jej w ten sposób do zrozumienia, że pułk miał nazajutrz wymaszerować, major przestał mówić i zasnął.
Majorowa wstała — nie zdejmując kaftanika i papilotów, zrozumiała że trzeba zabrać się do dzieła mi* mo skłonności do snu.
— Będę miała czas wyspać się do woli kiedy Mik odjedzie — pomyślała sobie.
Co najrychlej upakowała walizę, wyczyściła mundur i kapelusz stosowany — ułożyła resztę bagaży pochodowych, tak żeby mąż jej mógł z łatwością znaleść pod ręką wszystko w porządku, Wsadziła do kieszeni od płaszcza nieco wiktuałów i oplataną flaszkę, zawie rającą prawie sporą kwartę wybornego koniaku który bardzo smakował jej i majorowi. Kiedy skazówka jej repetjera, który według jej zdania mógł współubiegać się w dzwonieniu z zegarem katedry, zatrzymała się na fatalnej godzinie i wydzwoniła ją ponuro jakby na pogrzeb — majorowa obudziła swojego małżonka.
Dała mu filiżankę kawy gorącej ze śmietanką, naj lepszej pewno, jaką o tej porze ugotowano w Brukseli. Delikatna a chętna usłużność poczciwej tej małżonki czy nie powinnaby mieć w oczach wszystkich więcej zasługi niż potoki łez i ataki nerwowe, jakiemi uczuciowe kobiety objawiać zwykły czułość swroją. Czyż ta kawa, jaką razem pożywali, przy odgłosie trąb i bębnów, grzmiących w rozmaitych częściach miasta; nie była właściwszą od czczego żalu i boleści nie zawsze prawdziwie uczutych? Przynajmniej major pokazał się na paradzie świeży, wesoły, z czerstwemi policzkami i starannie ogolonę brodą; marsowa, mina jego na koniu obudzała zaufanie i wywoływała dobry humor a wszystkich żołnierzy.
Wszyscy oficerowie skłonili się majorowej, kiedy puik maszerował koło balkonu, gdzie to poczciwe ko-biecisko wyszło umyślnie. Jeżeli nie towarzyszyła pułkowi na pole bitwy, to z pewnością nie dla braku odwagi, ale przez delikatność i skromność niewieścią; za to najserdeczniejsze życzenia słała za dzielnymi żoł nierzami. W ważnych okolicznościach pani 0’Dowd zwykła była czytywać jak najpilniej kilka kartek olbrzymiego zbioru kazań, wydanego przez jej wuja dzie* kana. Kiedy wracając z Indji zachodnich podczas okro pnej burzy o mało co okręt się nie rozbił, czerpała z tej książki energję i siły nowe. Wyszukała kilka u-stępów rozmyślań pobożnych, ale może nie dobrze rozumiała co czytała: umysł jej z trudnością odrywał się od zmartwień tak dotkliwych; napróżno położyła przy sobie na poduszce szlafmycę poczciwego Mika, sen nie kleił jej oczu.
Tak to świat idzie! Piotr czy Jakób biegną na pole chwały, z tornistrem na plecach, nucąc wesoło: Trzeba się rozstać, bądź zdrowa aniele! i zostawiając po za sobą kochającą istotę, która się dręczy w niepewności 0 przyszłość, w gorzkich przy po nnieniach przeszłości. Przekonana o zupełnej nieużyteczności zabaw które nas jeszcze nieszczęśliwszymi czynią, Rebeka postanowiła obyć się bez tych wzruszeń zbytecznych i męczących. Wytrzymała scenę rozstania z mężem z bohaterstwem godnern Spartanki Przy Pożegnania kapitan Ruwdon bez porównania więcei był wzruszony od tej energicznej 1 zdecydowanej istotki. Kochał, ubóstwiał żonę. Kilka miesięcy, jakie z nią po ślubie przeżył, wvdawały mu sie najpiękniejszemi chwilami z całego życia. Wyścigi, służba w pułku, polowanie, gra, itrygi z modniarkami i baletniczkami — na jakich mu przedtem nie zbywało
— wszystkie te łatwe tryumfy, słowem przeszłość jego cała wydawała mu się czczą i niedorzeczną w poru-wnaniu z nowemi rozkoszami, jakie znalazł w prawym związKu małżeńskim. Należy przyznać że Rebeka z nie* pospolitym talentem owładnęła krzepkiego swego adonisa; rozrywki tak się ciągle urozmaicały, że wreszcie dom własny stał mu się stokroć milszym iroczym,
Targowisko próżności. T..II. 3 niż wszystkie miejsca rozrywek, gdzie dawniej tak o-choczo uczęszczał.
W chwili, kiedy gotował się iść na pole walki, gdzie może miał zostać kaleką dla chwały, przypomniał sobie wszystkie przeszłe szaleństwa i zaczął ubolewać nad straszliwą sforą wierzycieli, coby mogli kiedyś rzucić się na jego żonę, jakby na pastwę, — Często podczas zwierzeń małżeńskich w sypialni, patetyczne lamentacje w tym przedmiocie wynurzał przed Rebeką
— on, co przed ożenieniem nigdy się nie troszczył o takie fraszki.
— Do stu piorunów! mówił może nieraz energicznie
— przed ożenieniem co ja tam dbałem o weksle, na których kładłem podpis. Skoro tylko Juda chciał poczekać nieco, a Lewi zezwolił na odnowienie wekslu, żyłem sobie szczęśliwy i bez trosk — ale odkąd się ożeniłem — anim dotknął tych lichwiarskich weksli, chyba żeby otrzymać przedłużenie terminu.
Rebeka umiała go zawsze powstrzymać na tej me* lancholicznej pochyłości.
— Cicho bądź, stary hulako, mówiła z zimną krwią
— jeszcze nie wszystko stracone u ciotki. Jeżeli nam pryśnie w ręku, to pozostaje nam jeszcze — jako o* stateczna ucieczka ostatnia kolumna w gazecie. Niech no tylko szanowny wujaszek Bute złoży szanowne kości swoje w ziemi — wierzaj mi, mam niezłą myśl (tu palcem dotknęła czoła). Procent należy prawnie do młodszego brata, przedasż wtedy rangę kapitańską i zostaniesz księdzem.
Na tę myśl pocieszną — Rawdon parsknął głośnym śmiechem, aż o północy w całym hotelu słyszano rozgłośny śmiech naszego dragona, aż doszedł on do uszu jenerała Tufto, przed którym nazajutrz Rebeka, przy śniadaniu, przedstawiła pierwsze kazanie, jakie miał prawić przewielebny Rawdon pastor Crawley... Wynalazczym dowcipem swoim umiała w ten sposób Rebeka urozmaicać i ożywiać każdą chwilę, Kiedy nareszcie rozeszła się stanowczo wiadomość, od której zadrżała cała Bruksela, kiedy się dowiedziano żo kroki nieprzyjacielskie już rozpoczęte i że wojska maszerowały, Rai wdon spoważniał nagle, a Becky obsypała go mnóstwem epigramantów, z powodu których kawalerzysta czuł się poniekąd obrażonym.
— Ach! Becky — mówił drżącym głosem: Nie sadź przynajmniej żebym się obawiał — ałe widzisz, gdyby mnie kula trafiła zostawiłbym ciebie i dziecię, które może będziemy mieli, w bardzo smutnem położeniu, bez zabezpieczonej przyszłości — i to ja wtrąciłbym was w przepaść. Nie takie to śmieszne rzeczy — jak się pani zdaje, pani Crawley.
Rebeka za pomocą pieszczot mnóstwa i słodkich słówek usiłowała koić ranę, którą otworzyła. Swobodne i wesołe jej usposobienie mogło ją skłonić czasem do uwag satyrycznych i szyderczych, ale wkrótce przema-gając ten wrodzony humor, zdołała nadać twarzy swojej wyraz poważny i zamyślony.
— Najdroższy aniołku — mówiła do Rawdona — czy przypuszczasz ze mam serce kamienne. Wszakże i ja potrafię czuć i kochać głęboko.
Jednocześnie zdawała się — jakby cichaczem łzf * 4* ocierała i zarazem z uroczym uśmiechem spoglądała na męża.
Wymowa ta nigdy nie chybiała celu.
— Jeślibym zginął — mówił Rawdon — obiachujmy co ci zostanie. W ostatnich czasach szczęście mi w grze dosyć służyło — mam wszytkiego dwieści trzydzie* ści funtów. Zachowuję dla siebie dziesięć napoleonów, starczy mi to aż nadto, gdyż jenerał, jak wiesz, płaci po książęcemu. Zresztą jeśli mnie kula trafi, nie będę niczego więcej potrzebował. Nie głupim także brać którego konia mojego, stokroć oszczędniej jeździć na koniach jenerała; jużem wspominał mu że mój wierzchowiec ochwacił się. Jeśli zginę możesz szprzedać konie — będzie i za to nieco pieniędzy. Dawano mi już za jednego dziewięćdziesiąt funtów nim te przeklęte nowiny nadeszły. Możesz go jeszcze sprzedać ze stratą dziesięciu na sto. Ogierek mój ma wartość, radzę ci tylko sprzedać go tutaj. Interesa moje z hadlarzami koni w Anglji tak są pokrzyżowane, że mógłby który z nich przy tym targu dopomnieć się o jaką należność; lediej więc sprzedać zdała od ich szponów. Klaczka gniada, którą ci podarował jenerał, także coś warta, a tutaj nie potrzebujesz się obawiać jak w Londynie opozycji wierzycieli.
Przy tej ostatniej uwadze Rawdon uśmiechnął się z zadowoleniem.
— Otóż jeszcze toaletka; która męża pani dobrodziejki kosztuje dwieście funtów — a raczej nie męża tylko kupca, bo mu jeszcze nie zapłaciłem. Flakoniki szczerozłote z zatyczkami syzelowanemi warte od trzydziestu do czterdziesta fantów. Trzeba będzie wyciągnąć cp można najwięcej ze wszystkiego tego, jak również z moich spinek, z zegarka, łańcuszka i innych klejnotów. Zaręczam pani mojej że z tego jeszcze może się ze brać okrągłą sumka. Miss Crawley wiem że zapłaciła sto funtów sterlingów za łańcuszek i repetjer. Jakże teraz żałuję, jak mi sumienie wyrzuca, żem nie słuchał kupca, którego kupiłem flakoniki, i nie dopełniłem sobie toalety miednicą srebrną, wyzłacaną, kubkiem, kruczkami do butów złotemi i t. p. — Ale moja droga Bekky, na wojnie — wykręcaj się jak potrafisz najlepiej.
Kapitan C-rawley, którym do chwili poddania się jarzmu miłości zwycięskiej, powodowała tylko dbałość o własną swoją osobę, zaczął dbać teraz o przyszły dobrobyt żony — w razie gdyby już nie mógł czuwać nad nią.
Doznawał żywej przyjemności obecnie robiąc in wentarz ruchomoćci, za pomocą których przypuszczał że wdowa po nim nieco pieniędzy sobie zbierze. Otóż jeszcze kilka przedmiotów z tego katalogu:
— Dubeltówka wartości 40 gwinei; płaszcz podszyty futrem 50 funtów; pistolety pojedynkowe-w szkatułce z drzewa różanego, któremi zabiłem w pojedynku ka pitana Market, 20 funtów sterlingów; siodło wojskawe z czaprakiem haftowanym; siodło spacerowe itd.
Rebeka powinna teraz zbyć te przedmioty w naj korzystniejszy sposób. Wierny więc zasadzie oszczę* dności, jaką pierwszy raz w życiu zrozumiał, Rawdon wziął z sobą najbardziej wytarty mundur i szlify. Nowe rzeczy zostawił żonie; kto wie? może wdowie. Przed odjazdem przycisnął Rebekę do serca, którego bicie o mało co mu piersi nie rozrywało, długo ją trzymał w objęciu — a krew mu uderzała do głowy i łzami brze* mienne były powieki — nakoniec posadził ją na krześle i odszedł. Przez kilka chwil kłusował milcząc z cygarem w ustach obok jenerała, aż kiedy złączyli się % głównym korpusem, przestał kręcie wąsy i zdawał się być mniej ponurym.
Rebeka postanowiła, jak powiedzieliśmy, nie pod* dawać się przy rozstaniu nierozsądnym uniesieniom sentymentalności jałowej i zbytecznej. Kiwnęła mu jeszcze kilka razy ręką z okna na pożegnanie, potem przez kilka minut odetchnęła świeżem powietrzem po* ranku. Wieże katedry i dziwaczne dachy starych do* mostw brukselskich zaczęły błyskać od pierwszych promieni słońca. Nie spała zupełnie. Toaleta jej balowa którą jeszcze miała na sobie, piękne loki rozpuszczone, spływające na szyję, znaki sine pod oczyma świadczyły że przepędziła noc bezsenną.
— Szkaradnie wyglądam, iak straszydło — rzekła przeglądając się w lustrze — w tej różowej sukni blada jestem jak trup.
Natychmiast rozsznurowała suknię. Bilecik wypadł z pod gorsetu; podniosła go z uśmiechem i zamknęła w szufladce toalety. Włożywszy bukiet balowy, w wazonik porcelanowy, rzuciła się na łóżko i zasnęła twardym snem. Cisza głęboka panowała w mieście kie» dy pani Crawley zbudziła się koło dziesiątej z rana; zasiadła do kawy, z wielką przyjemnością wypiła parę; 47 filiżanek, które ją znacznie wzmocniły po trudach nocy i wzruszeniach poranku.
Po śniadaniu zaczęła się zastanawiać nad tem co jej Crawley poprzedniej nocy obraehowywal — i zamyśliła się znowu nad swojem położeniem. Bądź co bądź, w najgorszym nawet razie, położenie jej nie było jeszcze rozpaczliwem. Oprócz rzeczy jakie jej mąż zostawił, posiadała jeszcze własne brylanty i klejnoty z wyprawy. O wspaniałomyślności Rawdona w chwili ożenienia wspominaliśmy już z właściwemi pochwałami w ciągu tej powieści.
Nadto jenerał, wielbiciel stały jej wdzięków, dał jej mnóstwTo świetnych podarunków: szale kaszemiro* we. kupione na licytacjach za pół ceny; klejnoty na» byte od jubilerów a świadczące zarówno o dobrym guście jak o majątku dawcy. Co zaś do repetjerów, uderzenia ich słychać było po wszystkich pokojach apartamentu. Jednego wieczora Rebeka użalała się przed Rawdonem że jej podarował zegarek, który źle szedł i pochodził nadto z fabryki angielskiej. Dostała nazai jutrz cudne pieścidełko w pudełeczku szyldkretowem, ozdobionern turkusami. Zegarek (z firmą Bregueta, ) dochodził najwyżej wielkości pół korony, i był wysa* dzany Kosztownemi perłami. Jenerał Tufto i Jerzy Os» borne ofiarowali jej podarunki podobnej wartości. Pani Osborne nie miała.zegarka, chociaż za najlżejszą oznaką jej życzenia, mąż byłby z pewnością podarował zegarek.
Szanowna jenerałowa Tufto, przebywająca wówczas w Anglji, nosiła u boku stare zegarzysko odziedziczone po ciotecznej babce. Olbrzymia ta rzepa mogłaby wy bornie zastąpić miedniczkę srebrną, o której wspominał Rawdcn powyżej;
Obrachowawszy wszystko Rebeka z wielkiem zado> woleniem, przekonała się że mogła rozporządzać 600 do 700 funtami. Zajęła się przez cały ranek uporządkowaniem swojego budżetu; przy tem zatrudnieniu, chwała Bogu, nie nudziła się ani chwili. Pomiędzy papierami w pularesie Rawdona znajdował się weksel na dwadzieścia funtów z podpisem Osborna. Rebeka spojrAawszy nań przypomniała sobie panią Osborne.
— Pójdę naprzód zmienić weksel — pomyśłała sobie
— potem odwiedzę biedną Emmę.
Jeżeli w powieści naszej brakuje bohatera, istnieje przynajmniej za to bohaterka. W całych szeregach armji angielskiej nie znalazłoby się, nie wyjmując nawet księcia Wellingtona, istoty tak pewnej siebie, tak spokojnej w przeddzień bnwy, jak nieostraszona żoneczka ad* jutanta.
Mamy jeszcze jedną znajomą osobę, która chociaż nie należy do rzędu działaczy krwawego dramatu, ma* jacego się odbyć o kilka godzin od Brukseli, nie może się jednak wyłamać z pod naszego zwierzchnictwa tem bardziej, że posiadamy nieprzedawnione prawa autorskie do jego wzruszeń. Mówimy właśnie o naszym przyja. cielu, byłym poborcy z Bogley Voilât, który spiąć smacznie zbudził się nagle, tak jak wszyscy przy odgłosie trąbek grających pobudkę. Przyjaciel nasz był niesłychanie wielkim przyjacielem łóżka. Może mimo bębnów, trąb i piszczałek całej armji angielskiej byłby chrapa! aż do zwykłej godziny wstawania, gdyby mu nagle nie przerwano miłego spoczynku. Jerzy zajmował do spółki mieszkanie ze szwagrem, pakując się na gwałt i bolejąc nad rozstaniem z żoną. nie miał czasu pomyśleć o panu Jos, głęboko zakopanym w pościeli. Głównym winowajcą wszakże był kapitan Dobbiti, który zbliżywszy się do łóżka, silnie go ścisnął za rękę. mówiąc że nie mógł się z nim rozstać bez pożegnania.
— Bardzo panu za to dziękuję — odparł Jos ziewając przeraźliwie i pragnąc w duszy żeby się kapitan wyniósł do wszystkich stu par djabłów.
— Bo to... widzisz pan... chciałem, wychodząc po* żegnać się z panem — szepnął Dobbin, którego pomieć, szanie wyraźnie świadczyło o roztargnieniu i zamyśleniu zarazem — bo to widzisz pan, nie jeden z pomiędzy nas może nie wrócić... to też pragnąłbym żebyście wszyscy mieli się jak najlepiej podczas mojej nieobecności, a zresztą... właśnie,., pojmujesz mnie pan?...
— Nie pojmuję — odparł Jos przecierając oczy. Kapitan jednak nie zwracał najmniejszej uwagi na o-pasłego jegomości w szlafmycy, dla którego okazywał tyle współczucia. Hipokryzja kierowała całą duszą jego, pragnął się dostać do apartamentów Jerzego w nadziei iż posłyszy choćby tylko szmer jaki, ujrzy jaki cień pierzchliwy. Przechadzał się w szerz i wzdłuż po pot koju Jos’a, przesuwał krzesła, bębnił po szybach, gryzł paznogcie — słowem widać było na nim wielkie wzbu« rżenie wewnętrzne. Jos, który nigdy nie miał wielkiego wyobrażenia o rozumie kapitana, zaczął obecnie po* wątpiewać o jego odwadze.
— Co pan rozkaże, kapitanie Dobbin? — zapytał drwiącym tonem.
— Natychmiast panu odpcwiem — odparł kapitan zbliżając się do łóżka. — Pułk nasz, panie Sedley, wy. chodzi za godzinę, Bóg wie jaki los przeznaczony Jerzemu i mnie. Zechciej pan zrozumieć że dopóty nie możesz opuścić Brukseli, dopóki nie będziesz zawiado» miony dokładnie o prawdziwym stanie rzeczy. Nie powinieneś pan opuścić ani na chwilę siostry, panie Jos, winieneś pan nad nią czuwać, dodawać jej odwagi i chronić przed niebezpieczeństwem. Gdyby nieszczęście jakie przytrafiło się Jerzemu, pańskiem obowiązkiem będzie bronić siostry, pomiarkuj pan że w razie klęski naszej armji, musisz odwieść siostrę do Ariglji.
Daj mi pan słowo że pan jej nie opuścisz. Ale nie potrzebuję żądać od pana tego przyrzeczenia. Co do pieniędzy — ponieważ wiem że pan swojej kasy bynajmniej nie oszczędzasz, jeślibyś pan potrzebował, proszę bardzo, rozporządzaj moją — powiedz pan o* twarcie czy starczyłoby panu na powrót do Anglji w razie klęski? — Panie 1 — odparł Jos majestatycznie — kiedy mi potrzeba pieniędzy, wiem gdzie się o nie postarać. Co zaś do mojej siostry, niepotrzebnie mi pan przypominasz moje obowiązki dla niej.
— Mówisz jak człowiek serca> panie Jos — odparł poczciwy Dobbin — i niesłychanie się cieszę że Jerzy zostawił żonę w tak dobrem ręku. Mogę więc w pań» skiem imieniu zaręczyć mu słowem honoru że zawsze 51 xnajdzie u pana poparcie i opiekę gdyby jej groziła jakie niebezpieczeństwo.
— Zapewne, zapewne — odparł pan Jos.
Dobbin zresztą wiedział dobrze że ofiary pieniężne nie będą straszne dla brata Amelji.
— W razie przegranej — wywiózłbyś ją pan z Brukseli w bezpieczne miejsce?
— Przegranej? Co, u licha, panie — to niepodobna 1 Napróżno usiłujesz mnie pan przerażać — zawołał bohater, wygodnie opierając głowę na poduszce.
Kapitan znacznie się uspokoił po tej tak rezolutnej odpowiedzi Josa.
— Przynajmniej rejterada zabezpieczona — pomyślał, w razie gdyby rzeczy zły obrót wzięły.
Jeżeli kapitan Dobbin spodziewał się przed odjazdem nabrać na widok Amelji odwagi, poczerpnąć ostatnią pociechę — to — egoistyczna ta nadzeja odniosła karę w samem zadowoleniu pragnienia, jakie ją natchnęło. Wspólny salon przedzielał pokój Josa od pokoju Aim W tym to salonie ordynans Jerzego pakował rzeczy — jakie mu pan co chwila przynosił. Przez uchylone drzwi Dobbin mógł przyjrzeć sie jeszcze raz rysom Amelji, na których teraz malowała się — niestety — sama biadość rozpacz i znużenie. Wspomnienie to dręczyło długo duszę Dobbina: obraz ten okazywał mu aię często jak wyrzut sumienia — wśród bolesnych cier* pień tkliwego i niespokojnego uczucia.
Zarzuciła pospiesznie na ramiona suknię poranną, włosy jej spadały w nieładzie, wielkie oczy smutno i osłupiało spoglądały. Chcąc niby także dopomódz przy pakowaniu i pokazać że w tak trudnych okolicznościach i ona potrafi być użyteczną — wyjęła z komody szarfę Jerzego i trzymając ją w ręku, postępowała krok w krok za mężem — milcząca. Weszła do salonu i wsparłszy się o ścianę, przycisnęła do serca tę szarfę karmazynową, wijącą się po jej sukni i po podłodze jakby długa krwawa struga, Na ten bolesny widok poczciwy nasz kapitanisko usłyszał głos jakiś w sumieniu, bolesny i oskarżający. — Mój Boże — pomyślał — nie potrafiłem uszanować tajemnicy takiego prawdziwego żalu.
Bo też to była żałość bez granic — jakiej słowa żadne nie zdołają ukoić i ułagodzić.
Rzewnem współczuciem przejęty — zatrzymał się na chwilę, spoglądając na tę kobietę z czułością matki, patrzącej na cierpienia dziecięcia.
Wreszcie Jerzy uchwycił rękę Emmy, odprowadził ją do pokoju sypialnego ~ i natychmiast potem wyszedł
— sam jeden tylko. Pożegnali się po raz ostatni.
— Dzięki Bogu — myślał Jerzy schodząc ze scho* dów — najstraszliwszą chwilę przeszedłem przecie.
Oo najspieszniej udał się na zborny punkt, dokąd tłum żołnierzy i oficerów podążał, Puls bił mu silnie, policzki paliły — rozpoczynała się wielka gra bitew — a o n miał udział w tej wielkiej grze.
Co najprędzej wyrwał się z objęcia żony na pierwszy dźwięk trąbki wojennej, żeby się oderwać od myśli, coby mogły osłabić jego męstwo. Wstydził się prawie tej słabości serca... objawu czułości. Niestety, rzadko dotychczas robił sobie takie wyrzuty.
Cały pułk zresztą zostawał pod wpływem niepewności i egzaltacji — zacząwszy od czcigodnego majora, mającego na czele swoich ludzi ścierać się z wrogiem — a skończywszy na chorążym Stubble, który dnia tego dźwigał chorągiew.
Słońce zaledwie się okazywało na horyzoncie kiedy pułk już zaczął maszerować. Brzmiał marsz wojenny i aż rozkosz była patrzeć na marsowe postacie wszystkich żołnierzy. Major jadący na czele, pysznie wy* glądał na Pyramie, na swoim koniu wojennym; następnie maszerowali grenadjerzy pod dowództwem swego kapitana — w środka chorągiew i straż chorężna, dalej Jerzy na czele kompanji Przechodząc pod oknami Amelji podniósł oczy, uśmiechnął się — i wkrótce zniknął wraz z pułkiem — nawet dźwięk muzyki zamilkł w oddali.
XXXI.
Poświęcenie Josa Sedley dh siostry.
Kiedy każdy z oficerów miał zająć na polu bitwy naznaczone miejsce. Jos Sedley pozostał w Brukselli na czele małej kolonji naszych znajomych. Żeby sobie wynagrodzić wrażenie, jakie na nim wywarło zwierzenie Dobbina i wypadki tego poranku, przedłużył jescze. przyjemności drzemki o kilka godzin, a nie spodziewając się tak przyjemnie spać dłużej jak przedtem — rozpoczął, leząc wygodnie, zastanawiać się nad bieżącemi okolicznościami. Słońce już rozsyłało wszystkie promie« nie, już pułk przemaszerował kilka mil — a czcigodny urzędnik jeszcze się nie ukazał przy śniadaniu w swoim kwiecistym szlafroku.
Jakoś znacznie raźniej zdawało się Josowi Sedley w nieobecności Jerzego. Może nawet w głębi serca nie bardzo się martwił z powodu wyjazdu Osborna, bo przy nim odgrywał w domu role pydrzędną — a Jerzy bez najmniejszej ceremonji drwił i lekceważył tego o pasłego i tłustego jegomości. Emmy przeciwnie zawsze się okazywała bardzo uprzedzającą dla byłego poborcy
— ona to dbała o jego wygody, przyrządzała mu roz« maite łakocie i towarzyszyła na przejażdżkach w powozie.
Słodkim swoim uśmiechem zawsze zdołała go udobruchać. Jos zapominał przy niej o po gardliwym tonie szwagra. Ileż to lękliwych uwag w tej mierze ośmieliła się nie raz szepnąć Jerzemu, który stanowczo zwykł jej odpowiadać:
— Mam charakter szczery i otwarty; co myślę to mówię, i każdy uczciwy człowiek powinien tak samo postępować. Czy sądzisz iż mam wdziewać biały kra* wat i rękawiczki żeby rozmawiać z takim cymbałem jak twój braciczek?
Nic więc dziwnego że bardzo się cieszył Jos po* zbywszy się Jerzego. Patrząc na cywilny kapelusz i na rękawiczki kapitana leżącego na komodzie, z przyjemnością pomyślał iż właściciel tych przedmiotów zdaj-duje się już daleko; czcigodny Jos zadrżał radośnie.
— Przynajmniej dzisiaj — pomyślał — nie będzie mi dokuczał nieznośną impertynencką fanfaronadą.
Następnie zawołał zwracając się do służącego:
— Izydorze I kapelusz kapitana do przedpokoju!
— Może już go kapitan nie będzie więcej potrzebował — odrzekł lokaj, niecierpiący Jerzego, którego niegrzeczność i brutałstwo usprawiedliwiały najzupełniej opinję na stałym lądzie o złem wychowaniu Anglików.
— Idź i powiedz pani że śniadanie już na stole, dodał pan Sedley z majestatyczną powagą, nie chcąc zwierzać się służącemu ze wstrętu do Jerzego.
Nie zawsze jednak okazywał się tak dyskretnym, i nieraz w obecności pana Izydora nie taił się ze złym humorem i niechęcią do szwagra.
Pani Jerzowa niestety nie mogła przyjść na śnia* danie i nakrajać panu Josowi cienkich kromek chleba z masłem, jakie lubił. Biedna kobieta za nadto cierpiała. Służąca jej mówiła że od czasu odjazdu męża ciągle się znajdowała w największem rozdrażnieniu. Brat na dowód głębokiego współczucia dla siostry nalał jej i posłał olbrzymią filażankę herbaty — każdy we właściwy sposób wyraża współczucie. Jos wyraził je po swojemu. Nie przystając na przesłaniu śniadania, Jos pomyślał jeszcze o łakotkach, jakieby jej mogły sprawić przyjemność przy objedzie.
Pan Izydor niechętnie przyglądał się służącemu Osborna, pakującemu pańskie rzeczy. Żywił najprzód wielką nienawiść do pana Osborne za pogardliwe^ nim obchodzenie się, jakiego nie znoszą służący na stałym lądzie. Powtóre zżymał się że tyle kosztownych rzeczy przejdzie w razie klęski Anglików w czyje inne, a nie w jego ręce.
Belgowie mniemali wówczas że klęska sprzymierzonych nieunikniona. Według powszechnie robionych przypuszczeń, cesarz zdruzgotawszy Prusaków i Anglii ków, za trzy dni wkroczy zapewne do Brukseli. Z tego to powodu pan Izydor przywłaszczał sobie już w myśli garderobę i sprzęty swoich panów, którzy zmuszeni będą uciekać lub dostać się do niewoli.
Wierny ten służący czyszcząc codzień rzeczy i pomagając Josowi w ubraniu — rachował w miarę jak przedmiot jaki trzymał w ręku, co za korzyic bedzie mógł zeń wyciągnąć potem dla siebie. Srebrne flako niki wraz z innemi przyborami tegoż rodzaju, przeznaczał w myśii dla jednej młodej panienki, dla której żywił nader Ikliwe uczucia. Brzytwy angielskie i pyszną szpilkę rubinową przysądzał wyłącznie sobie. Już się widział w czamarce z potrzebami, którą można było łattto na niego przerobić, w kapeluszu z galonami, w świetnej bieliźnie z żabotami, jak wsparty na lasce ze złotą gałką po kapitanie, przechadzał się po ulicach. Brukseli. Czyż panna Regrna zdoła się oprzeć wtedy wdziękom nowego tego Adonisa?
— Te podwójne spinki także mi się przydadzą — myślał, zwracając spojrzenie na spinki błyszące u olbrzymich mankietów swego pana. Kiedy wdzieję jeszcze palone buty po kapitanie z mosiężnemi ostrogami — dopieroż będą mi się przyglądać w aleach!
Pan Izydor śmiałą dłonią uchwyciwszy koniec nosa swojego pana, kiedy mu golił niższą część twarzy, wi dział się już w wyobraźni — jak przechadza się ma jfstatycznie po aleach w czamarce z potrzebami, pod rękę z panną Reginą — i jak zasiada z nią przed dzbankiem farota *) w karczmie na drodze do Laecken **)..

  • ) Piwo brukselskie.
    • ) Przedmieście, rezydeucja^królewska.

Pan Jos Sedley nie domyślał się, ddęki Bogu, ani trochę tej działalności umysłowej, odbywającej się w mózgu jego służącego — tak my wszyscy nie domy* ślamy się po największej części tego, co o nas mniemają w przedpokoju. Biedny Jos tyle miał pojęcia o straszliwych zamiarach, knutych przeciwko niemu — ile kurczęta, na karcie restauratora zapisane, mają prze* czucia o smutnem swojem przeznaczeniu.
Służąca Amelji daleką była od takich wyrachowanych a chciwych widoków. Snać już przeznaczenie chciało żeby wszyscy — nawet najpodrzędniejsi, mający styczność z tem miłem i łagodnem stworzeniem, przywiązywali się do niej i lubili ją. Paulina, kucharka, u-siłowała przez ten długi poranek pocieszać o ile mogła, młodą swoją panię. Widząc że Amelja po godzinach całych milcząca i nieruchoma siedziała w oknie, zkąd widziała jak zniknął ostatni bagnet odchodzącego pułku, poczciwa ta kobieta wziąwszy ją za rękę, zawołała z współczuciem:
— A ja — proszę pani — czyż także nie mam męża w wojsku?
Rozpłakała się potem biedaczka, Amelja rzuciła się jej na szyję, płakały razem i w tem wspólnem ubole< waniu boleść nieco się złagodziła.
W przeciągu dnia pan Izydor wybiegał kilkakrotnie na miasto dla wzięcia nowinek. Zatrzymywał się u bram hoteli w pobliżu parku, mieszał się w tłumy służących i przeróżnej gawiedzi, chwytał w powietrzu każdą wiadomość i natychmiast przynosił panu bulletyn chwili. Wszyscy Belgowie w głębi serca stronnikami byli ce*
Targowisko próżności. T. II. 5 sarza — nie wątpili iż zwycięży i kampanja się zakończy. Mnóstwo takich jak następna odezw rozrzucono w Brukselli,
Odezwa.
Avesnes 14 czerwca 1815.
Żołnierze!
Dzisiaj wypada rocznica Marengo i Friedland’u, które to bitwy już dwukrotnie rozstrzygnęły losy Europy. Wtedy, jak następnie po Austerlitz i po Wagram; by liśrny za nadto wspaniałomyślni, zawierzyliśmy przyrze czeniom i przysięgom monarchów, których pozostawiliśmy na tronie. Obecnie ciż sami monarchowie sprzymie< rzywszy się, zagrażają niepodległości i najświętszym prawom Francji. Przedsiębiorą najniesłuszniejszy napad
— dążmy na ich spotkanie 1
Żołnierze I Pod Jena wobec tych samych Prusaków, dzisiaj tak butnych, byliście jeden przeciwko trzem; pod Montmiraii jeden przeciwko sześciu!
Oi z pomiędzy was, co znajdowali się w niewoli angielskiej, niech wam opowiedzą okrucieństwa pontonów i straszliwe męczarnie, jakie tam znosili.
Sasi, Belgowie, Hanowerczycy, żołnierze Związku Reńskiego ubolewają że zmuszeni są posługiwać sprawie monarchów, wrogów sprawiedliwości i praw ludo* wych. Wiedzą, że ta koalicja jest nienasycona; pożarł* szy dwanaście miljonów Polaków, dwanaście miljonów Włochów, miljon Sasów, sześć miljonów Belgów — pragnie i musi pożreć niemieckie drugorzędne państwa. Szaleńcy — olśniła ich tylko jedna chwila powodzenia; ale nie w ich mocy poniżenie i ucisk francuskiego ludu.
Jeżeli wkroczą do Francji, grób tam znajdą dla siebie gotowy.
Żołnierze! Mamy odbywać forsowne marsze, bitwy staczać, czekają nas groźne niebezpieczeństwa — wytrwajmy tylko a zwyciężym! Prawa człowieka i szczęście ojczyzny musimy odzyskać. Dla każdego Francuza, mającego serce, nastała chwila zwyciężyć lub zginąć.
Podpisano: Napoleon.
Stronnicy cesarza dalej szli jeszcze. Według ich mniemania wszystkich wrogów miano wytępić. Z po między Anglików i Prusaków wszystko, coby uszło śmierci, miało być nieochybnie wzięte do niewoli i pędzone w tylnej straży — za wojskiem zwycięskiem.
Wszystkie te pogłoski z najskrupulatniejszą dokładnością donoszono panu Sedlejowi. Nieomieszkano dodać nadto że książę Wellington, zdoławszy zebrać swoją przednią straż, poprzedniej nocy zupełnie pobitą, roz« począł się cofać,
— Zupełnie pobitą? Co znowu u licha? zawołał Jos, który wstając od stołu, zawsze bywał odważny. Książe się cofa? Nieprawda — Książe maszeruje żeby pobić cesarza, tak jak już pobił jego jenerałów.
— Kazał popalić wszystkie swoje papiery, wysłał bagaże — a kwaterę, którą zajmował przygotowują dia księcia Dalmacji — odparł mu skwapliwie pan Iziydor. Wszystko mi to powiedział kuchmistrz księcia. Ludzie milorda księcia Richmond pakują się na gwałt i właśnie już zapakowali wszystkie srebra; sam zaś książę wymknął się przedtem i pojechał do króla francuskiego do Ostendy. b*
— Król francuski znajduje się w Gandawie, nie w Ostendzie — odrzekł Jos z uśmiechem sceptycznym i drwiącym.
— Wczoraj król francuski uciekł do Bruges, dzisiaj odpłynie z Ostendy. — Książe Berry dostał się do niewoli. Kto dba o swGją skórę niech co najprędzej zmykał Jutro zerwą tamy i będzie za późno myśleć 0 ucieczce, kiedy cały kraj zostanie zalany.
— Bajki, mój bracie — bajki oczewiste. Jesteśmy trzej przeciwko jednemu — rozumiesz? Bonaparte nie może nam podołać. — Austryjacy i Rosjanie maszerują 1 wkrótce przybędą, musimy zgnieść Korsykanina — odrzekł Jos potężnie w stół pięścią uderzając
— Pod Jena było trzech Prusaków przeciwko jed* nemu — i cóż? Z tydzień armja ich została pobita i królestwo całe zdobyte. Było ich sześciu przeciwko jednemu pod Montmirail — mimo tego rozpędzono ich jak trzodę owiec. Wojska austrjackie maszerują — ale z królem rzymskim i cesarzową na czele; Rosjanie postanowili zrejterować się; co zaś do Anglików — dla tych nie ma litości, niech się ostro trzymają póki mogą. Patrz pan z laski swojej, przeczytaj pan, jak ci to dzielnie napisana ta siarczysta odezwa cesarza i króla.
Mówiąc to — pan Izydor wydostał z kieszeni rze« czoną odezwę i pod nos swemu panu z szyderczym uśmie. chem podstawił. Zdawało mu się że już może rękę poło żyć na czamarce z potrzebami i na innych przedmiotach, na które czyhał.
Jcs, jak po wiedzieliśmy, wstawał od objadu i wszystf kie te powiastki, chociaż nieco zachwiały jego zaufanie jeszcze go zbyt żywo nie przeraziły.
— Podaj mi wasan surdut, kapelusz i chodź za mną — zawołał. — Sam pójdę na miasto wywiedzieć się i osądzić prawdziwość tych pogłosek.
Izydor wściekał się, bo Jos wdział na siebie cza* markę z potrzebami.
— Milord zdaje mi się łepiejby zrobił żeby wziął inną suknię, która nie ma takiego wojskowego kroju. Francuzi poprzysięgli wytępić co do nogi wszystkich żołnierzy angielskich.
— Cicho i precz z temi uwagami — odrzekł rezo lutnie Jos z bohaterską nieustraszonością, biorąc na siebie czamarkę.
W tej chwili właśnie weszła pani Rawdon. Zasta. wszy drzwi otwarte, nie zadzwoniła przy wejściu.
Rebeka wyglądała nie mniej pięknie i elegancko jak zwykle. Odpocząwszy wygodnie i długo po odjeź* ńzie Rawdona, odzyskała znowu dawną świeżość cery
— aż przyjemnie było patrzeć na jej tważyczkę różo wą i uśmiechniętą — pośród fizjonomji bladych i niespokojnych, jakie się co krok w mieście spotykało. Nie mogła się wstrzymać od śmiechu na widok Josa, usi* łującego co najprędzej wdziać swoją czamarkę.
— Ozy pan myślisz udać się do armji, panie Jos? zagadnęła. — Któż zostanie w Brukselli żeby się opie kować nami, biednemi kobietami?
Wdziawszy nareszcie czamarę, uwodziciel nasz zbliżył się zarumieniony, wybełkotał kilka słów przepro szenia do pięknej odwiedzicielki, zapytując jak zniosła trudy balowe i wypadki dzisiejszego poranku?
Pan Izydor tymczasem poszedł schować kraciasty szlafrok.
— Jak to grzecznie z pańskiej strony że raczysz się łaskawie troszczyć o moje zdrowie — rzekła ściskając w obu dłoniach rękę Josa. — Chwała Bogu, pan przynajmniej jesteś spokojny i zachowałeś krew zimną, tymczasem inni wszyscy wyglądają jakby nie swoi. A nasza Emmy? Strasznie musiała się zmartwić z powodu rozstania.
— Przerażająco! — wtrącił Jos.
— Wy wszyscy mężczyźni to macie kamienne serca; rozstanie, niebezpieczeństwa, nic panów nie wzrusza. Pan udajesz się do wojska, prawda? Chcesz w7ięc pan oddać nas na pastwę naszemu smutnemu losowi? Wie* działam to dobrze... odgadłam... Miałam jakby nieomylne przeczucie. Sama myśl że możesz pan nas porzucić przerażała mnie, bo nie raz będąc samą myślałam o panu, panie Jos, to też przybiegłam i zaklinam pana porzuć swój zamiar, nie opuszczaj nasi
W następujący sposób można było przeinaczyć jej siowa:
— Szanowny panie! W razie, gdyby wojsko nasze poniosło klęskę i zmuszone zostało cofać się, masz wyborny powóz, gdziebym chętnie chciała mieć wygodne miejsce dla siebie.
Czy przenikliwość Josa zdołała odgadnąć to znaczenie ukryte? Nie możemy za to zaręczyć. Jos zkąd* inąd żywił dla niej głęboką urazę za obojętność z jaką go traktowała podczas pobytu w Brukseli. Czyż go przedstawiała kiedy jaśnie wielmożnym znajomym Raw-dona? Zaledwie go raczyła zaprosić na kilka wieczorków. Trzeba tu dodać że niezmiernie był lękliwym w grze i nigdy grubo nie stawiał na kartę. Jerzy i Raw* don cierpieć go nie mogli; może nie chcieli mieć w nim świadka ulubionych rozrywek.
— Tak — pomyślał Jos — przychodzi do mnie kiedy mnie potrzebuje. Wtedy dopiero przypomina sobie o starym Sedleju, kiedy jej nikt inny nie kręci się przed oczyma.
Jednakże bardzo mu pochlebiało wysokie wyobrażenie o jego odwadze. Zaczerwienił się, nadął i odparł poważnie.
— Wprawdzie, chciałbym raz widzieć regularną bitwę, chęć taka da się zupełnie usprawiedliwić u każdego człowieka z sercem w mojem położeniu. Przyglądałem się już w Indjach walkom w minjaturze; pragnąłbym widzieć teraz wielką strategję, na polu.bitwy rozwiniętą. i, — Panowie gotowiście wszystko poświęcić dla przy* jemnostki jednej, odrzekła Rebeka tym samym tonem. Kapitan Orawłey rozstał się dzisiaj ze mną w tak wesołym humorze, jakby się wybierał na polowanie. Co go obchodziły, co pana obchodzą cierpienia i męczarnie kobiety, którą porzucisz? Przychodzę, szanowny panie Sedley, do pana szukać opieki i pociechy. Spędziłam ranek cały we łzach i modlitwach, drżąc na myśl o niebezpieczeństwach, grożących naszym mężom, wojsku naszemu, i sprzymierzonym Przybywam tuta spodziewając się, że znajdę przytułek i opiekę u jedy* nego przyjaciela, jedynego obrońcy, jaki mi pozostał wśród tych strasznych i krwawych scen. Czyż mogłam przeczuwać że i pan także wkrótce odjedziesz?
— Najłaskawsza pani! — zawołał Jos, zapominając dawne urazy. Nie trzeba się tak martwić. Powiadam tylko że chciałbym bardzo bitwę zobaczyć. Każdy Anglik na mojem miejscu powiedziałby pani to samo. Obowiązek święty przykuwa mnie jednak do Brukseli, nie mogę zostawić biednej siostry, zamkniętej tam w pokoju!
Mówiąc to, wskazał palcem na drzwi Amelji.
— Poczciwy brat z pana i szlachetne masz serce, wtrąciła Rebeka, podnosząc do oczu chustkę, od której biły pachnidła. Jakże niesłusznie pana oceniałam że nie masz zupełnie serca!
— Wierzaj mi pani, że mam serce, rzekł Jos, kła* dąc rękę na piersi. Niesprawiedliwą okazałaś się pani względem mnie, szanowna pani Rawdon, bardzo nie« sprawiedliwą.
— Trzeba być chyba ślepą żeby zaprzeczyć pań’ skiemu przywiązaniu i poświęceniu dla siostry; przy« znaj pan jednak że temu lat parę obszedłeś się ze mną bardzo podstępnie i zdradliwie. To powiedziawszy Re« beka popatrzywszy nań przez chwilę znacząco zbliżyła się do okna.
Jos zaczerwienił się aż po uszy. Organ ten, to jest serce, którego brak zarzucała mu przed chwilą Rebeka, rozpoczął skakać przeraźliwie. Przypomniał sobie nagły odjazd, przejażdżki powozem, zielony, jedwabny wore« czek, owe chwile a zwłaszcza też kiedy rozkochany, pożerał oczyma białe jej ramiona i ogniste oczy.
— Wiem, że pan mnie masz za niewdzięczną, za* wołała Rebeka, która odwróciwszy się od okna zaczęła znów nań spoglądać, Potem dodała głosem drżącym i wzruszonym:
— Pańska oziębłość, lekcewążąee spojrzenia, sło« wem wszystko przekonało mnie, kiedyśmy się ostatni raz widzieli, o zapomnieniu i obojętności zupełnej. Co zaś do mnie, czy nie miałam powodów unikać pana? Znajdź pan w sercu własnem odpowiedź. Ozy pan mnie« masz żeby mój mąż chętnie widział pana u mnie?Ka> pitan Orawley nader jest grzeczny, winnam mu oddać tę słuszność, jedyne jednak słowa nieco przykre usły* szałam od niego z powodu pana. Jakąż ranę odświe» żyły mi w sercu!
— Wielki Boże... sprawiedliwe nieba! Cóż zrobiłem żeby... aby... wołał Jos w uniesieniu radości.
— Wierzaj mi pan, dodała Rebeka, że zazdrość, to straszliwa namiętność! Z powodu pana ucierpiałam wiele. Mimo tylu przykrych wspomnień serce moje nie wypiera się przeszłości i całe do pana należy, chociaż pan wiesz aż nadto dobrze, panie Sedley, że jestem niewinną, zupełnie niewinną.
Krew paliła Josa w żyłach, pożerał oczyma ofiarę, która uległa pod urokiem wdzięków jego osoby. Zrę* czne słówka, czułe spojrzenia, rozpłomieniały w mgnie* niu oka przygasłe zapały, zapomniał o podejrzeniach i zwątpieniu. Ludzie najrozumniejsi, niewyjmując na» wet samego Salomona, dali się zawsze uwodzić umi* zgom sprytnych niewiastek.
— Wrazie klęski — pomyślała Bekky — mam zabezpieczony odwrót. Mogę teraz liczyć na pewno na najwygodniejsze miejsce w jego powozie.
Nie można przewidzieć jakich żywych uniesień i ognistych wyznań dopuściłby się pan Jos, gdyby nagle nie był nadszedł pan Izydor. O mało co nieudusiło Jusa stłumienie gwałtownego wzruszenia — Rebeka zaś osądziła że nic jej nie pozostawało obecnie — jak pójść pocieszyć kochaną Amelkę.
— Do widzenia — rzekła — robiąc panu Józefowi ręką giest najprzyjaźniejszy — i stukając z lekka do drzwi pani Osborne.
Kiedy już drzwi się przymknęły, Jos padł na krzesło w sposób najtragiczniejszy — zaczął wzdychać i sapać jak miech kowalski.
— Surdut ten widać za ciasny dla pana — ośmielił się wtrącić Izydor, zwracając chciwe spojrzenie na czamarkę Josa.
Pan jego nic jednak nie słyszał; gdzież mu o surducie teraz było myśleć? Przesuwała mu się po głowie ułudna postać czarodziejki, na wspomnienie której tonął w szalonym zachwycie i dręczyły go zarazem wyrzuty sumienia, spostrzegał w oddali zazdrosnego Rawdona, z wąsami do góry ostro zakręeonemi, pociągającego za cyngel straszliwych pistoletów pojedynkowych.
Na widok Rebeki zadrżało z obawy serce Emmy, aż się cofnęła mimowoli. Wczorajszy wieczór stanął jej w pamięci. Zapomniała o nim w nawało cierpień i zmartwienia; zapomniała o Rebece i o zazdrości w obec odjazdu Jerzego i niebezpieczeństw mu grożących. My sami nie chcieliśmy przerywać tajemnicy jej łez i boleści aż do chwili, kiedy bezczelna kokietka przerwała urok i otworzyła klamkę. Któż zdoła wypowiedzieć męczarnie długich samotnych godzin, jakie to biedne stworzenie spędziło w niemej modlitwie i gorzkich roz-pamiętywaniach? Opowiadacze bitew, śpiewacy tryumfów wojennych — rzadko wspominają o przykrych takich szczegółach. Wśród hymnów zwycięstwa — zdo-bywcy nie chcą słyszeć jęku wdów i krwawego płaczu matek! Nigdy jednak słuszniejszej i boleśniejszej pro-te stacji nie zaniesiono przeciw ponurej, krwią zbro czonej radości zwycięzców, jak niema to rozpacz młodej kochającęj małżonki.
Na widok jasno zielonych, błyszczących oczu, wykwintnego stroju, zdającego się żartować z ogólnej obawy, na widok rąk, wyciągniętych do niej z kłamliwej przyjaźni współczuciem — mimowolny wstręt przejął Amelję. Słusznym gniewem zadrgało jej serce, krew uderzyła do lica, przedtem bladego jak śmierć — rzuciła na Rebekę ostre i zimne spojrzenie, aż jej rywalka wstrzymała się zadziwiona i zmieszana.
Chwilowa ta jednak niepewność trwała króeiuteczko.. Zbliżając się nagle do swojej ofiary, zawołała piesz« czotliwie:
— Droga Amelko! wyglądasz bardzo cierpiąca. — Zmiłuj się — dla mojej spokojności powiedz co ci jest?
Amelja znowu się cofnęła. Pierwszy raz w życiu serce jej szczere i ufne nie chciało wierzyć oświad czeniu życzliwości i przyjaźni. Dreszcz przebiegł ją od stóp do głów.
— Rebeko, ty tutaj u mnie? — rzekła zimno i z god* nością.
Spojrzenie i tych parę słów zaniepokoiły nieco Rebekę.
— Dostrzegła niezawodnie jak mi na balu wsadził liścik w bukiet — pomyślała. — Droga Amelko! — dodała głośno, spuszczając oczy — uspokój się, przyszłam... dowiedzieć się jak się masz, czy ci lepiej — kochanie?
— A ty, jak się masz? — odparła Amelja. — Za« pewne jak najlepiej, bo ty nie kochasz swojego męża. Czyż przyszłabyś tutaj? Z twego powodu cierpiałam okropnie, a czy nie obchodziłam się zawsze z tobą jak i prawdziwą przyjaciółką?
— Prawda, prawda Amełjo — odrzekła Rebeka nie podnosząc czoła.
W nieszczęściu czy nie znalazłaś we mnie siostry? Czy nie pierwsza podałam ci rękę kiedy nie miałaś rodziców, krewnych i przyjaciół, kiedy byłaś sierotą? Wspomnienia te, zamiast cię skłonić do współczucia, do szanowania przynajmniej mojego szczęścia domowego, skłoniły do szkodzenia mi, do podkopywania szczęścia mojego. Stanęłaś pomiędzy moją miłością a nim! Ozemże ty jesteś że chcesz rozłączać to, co Bóg złączył? że chcesz mi wydrzeć serce męża? Ozy sądzisz żeś go zdolna kochać tak prawdziwą i czystą miłością jak ja? Przywiązanie jego było dla mnie szczęściem calem, życiem całem, widziałaś o tem dobrze i usiłowałaś mi je wydrzeć. Wstyd i hańba tobie, Re beko! Masz serce złe i zepsute! Wstyd ci przyjaciółko fałszywa, wiarołomna żono!
— Ameljo! biorę Boga na świadka że nie mam sobie nic do wyrzucenia względem mojego męża, jestem niewinną!
— Ach, Rebeko, zapytaj się własnego sumienia, a przekonasz się, że ci tej niewinności względem mnie nie przyzna! Jeżeli ci się nie udało, to musisz przyznać żeś usiłowała aby ci się udało.
— O niczern nie wie — pomyślała Rebeka nieco spokojniejsza.
— Jakiś głos tajemny szeptał mi w sercu że on przecież ujdzie twoich sideł, podstępów i zabiegów i wróci do mnie. Pewna byłam szlachetności jego serca, wierzyłam w jego miłość i odzyskałam ją...
Biedactwo wymówiło te słowa tak żywo i namiętnie że Rebeka nigdy jej przedtem w takiem uniesieniu nie widziała; oniemiała z zadziwienia.
Amelja mówiła dalej rzewnym głosem:
— Cóżem ci kiedy złego zrobiła żeś mi chciała ko« niecznie uwieść tego, którego kocham? Zaledwie do mnie od sześciu tygodni należy. Powinnaś była przynajmniej przez sam wstyd uszanować pierwsze dni naszego małżeństwa — a ty przeciwnie spieszyłaś się, żeby gwałtem zniweczyć moje szczęście! Teraz przysz-łaś zapewne pastwić się nad moją boleścią, Dwa tygodnie najokropniejszych męczarni powinnyby mi były oszczędzić takiej ostatniej zniewagi!
— Ależ mój Boże! — zawołała Rebeka, w najnie* zręczniejszy sposób. — Ozy tu kiedy u was moja noga postała?
— Nigdy, prawda; aleś mi męża za to oderwała od domu! Ozy chcesz mi go jeszcze zabrać? Już go tu nie ma teraz już on daleko... Siedział właśnie na tej sofie, gdzie po raz ostatni rozmawialiśmy z sobą... Trzymał mnie na kolanach... Głowę oparłam na jego głowie... Modliliśmy się oboje... Tak — tutaj siedział i zabrano mi go... Teraz już on tak daleko, ale mi przy’ rzekł że wróci!...
— Wróci, kochana Emmy! — odparła Rebeka, ulegając mimowolnemu wzruszeniu.
— Patrz — zawołała Amelja — to jego szarfa! Prawda że ładnego koloru?
Zaczęła szarfę całować, opasała się nią i stanęła nagle nieruchoma jakby posąg marmurowy. Nie myślała już o gniewie, o zazdrości, ani nawet o obecności swojej rywalki. Wreszcie uśmiechnąwszy się na wpół, pogłaskała poduszkę, na której Jerzy przy niej w nocy spoczywał.
Rebeka nie mówiąc ani słowa wyszła z pokoju.
— Jak się ma Amelja? — zapytał Jos — sapiąc jeszcze w fotelu.
— Zastałam ją bardzo cierpiącą — odrzekła Rebeka
— trzeba żeby ktoś ciągle czuwał nad nią.
Wyszła potem zamyślona, i mimo najczulszych próśb Josa nie przyjęła zaproszenia na objad. Opuszczając Amelję pani Orawley spotkała majorowę 0’Dowd, w której duszę kazania dziekana nie zdołały wlać spokoju. Nienawykła do objawów grzeczności ze strony pani
Orawley, bardzo się zdziwiła kiedy się Rebeka zbliżyU mówiąc że biedna, kochana pani Osborne niebezpiecznie zachorowała, że prawie szaleje ze zmartwienia, że zresztą byłby to dobry uczynek ze strony pani 0’Dowd gdyby ją poszła pocieszyć.
— Mam dosyć własnych zmartwień — odparła po ważnie majorowa — a biedna Amelka nie musi bardzo pragnąc niczyich odwiedzin. Jednakże — jeśli jest tak niebezpiecznie chorą, jak pani powiadasz, i jeżeli pani zajęcia, mimo tylu zapewnień że ją tak kochasz serde^ cznie, nie dozwalają zostać jej przy niej — zobaczę co będę mogła uczynić. Najniższa sługa pani mojej.
Po tych słowach dama w turbanie z lekka skinąwszy głową — — oddała ukłon pani Orawley, której towarzystwa wcale sobie nie życzyła.
Bekky z uśmiechem na ustach — zatrzymała się spoglądając na obchodzącą majestatyczną majorowę. Nareszcie nie mogła wytrzymać i rozśmiała się na głos, gdy majorowa cisnęła na nią z boku jakby strzałę Parta, ostatnie, przeszywające spojrzenie.
— Wesoła, nader wesoła to osóbka — mruczała Peg* gy. Od zmartwienia i płaczu nie będą jej nigdy bolały oczy — — to — pewna.
Weszła szybko do mieszkania pani Osborne.
Biedna Amelja jeszcze stała przy łóżku — tak jak ją zostawiła Rebeka. — W obłędzie cierpienia nie usiadła. Pani majorowa, energiczniejszego i silniejszego u stroju usiłowała, o ile potrafiła, pocieszyć młodą przy« jaciółkę,
— Moje dziecko, moja Amelko, nieco odwagil — odezwała się łagodnie. — Nie trzeba żeby cię zastał tak cierpiącą gdy powróci po zwycięstwie naszych. Nie ty jedna, moje dziecko, znajdujesz się dzisiaj w Brukseli, której los w ręku Boga!
— Niestety! — odparła Amelja — brak mi już sił i odwagi!
Miała świadomość swojej słabości; obecność jednakże energiczniejszej kobiety pokrzepiła ją znacznie. Wstrzymywała się od płaczu, nie chcąc wobec swojej przyjaciółki odgrywać roli zmartwionej. Poczciwe te dwie kobiety przez cały przeciąg czasu, z sobą spędzonego, sercami ciągle towarzyszyły pułkowi, i marząc o krwawym dalekim boju, niepokoiły się ciągle. Obawa, modlitwy, życzenia, niespokój — oto dola kobiet podczas bitwy! Wojna nie wybiera, wymaga podatku od obu płci: od mężczyzn żąda krwi, od kobiet łez,
O w pół do trzeciej zaszedł wypadek wielkiej wagi dla pana Józefa, gdyż tyczył się objadu. Śmierć mogła o kilka mil krwawe żniwo sprzątać, on jednak nie tracił ani jednego kąska. Udał się sam do Amelji w nadziei że ją skłoni aby raczyła zasiąść do objadu. Użył wszelkich zasobów gastronomicznej wymowy.
— Chodź, moja droga, chodź! Zupa wyśmienital Chodź Emmy! Cóż u licha, nieco odwagi!
Pocałował ją w rękę.
Od wielu lat, nie wyjmując nawet dnia ślubu, nigdy się dla niej nie okazał tak czułym.
— Dziękuję ci za twoją poczciwość, kochany Józiu
— odparła — wszyscy dziś są niesłychanie łaskawi na mnie, i niesłychanie ci wdzięczną jestem za twoje pocz ciwe serce. Dzisiaj jednak nie mogę wyjść z pokoju.
Zapach zupy tak przyjemnie połechtał powonienie pani majorowej 0’Dowd, że ofiarowała się natychmiast służyć za współbiesiadniczkę panu Józefowi. Zasiedli oboje do stołu.
— Dzięki Bogu wszechmocnemu że nas raczył, obdarzyć wybornym rosołem — odezwała się uroczyście majorowa.
Myślała wtedy o swoim zacnym małżonku, nacierającym na czele dzielnych wojowników.
— Biedne dzieciaki, nie będą dziś jedli dobrego o-obiadu! dodała z westchnieniem; następnie zjadła talerz zupy z rezygnacją nader filozoficzną.
Odwaga Josa rosła w miarę ilości mięsa, jaką pożerał. Przy końcu objadu, pragnąc wypić za zdrowie pułku, kazał przynieść szampana.
— Łaskawa pani 0’Dowd — odezwał się z grzecznym ukłonem — pozwól pani że każę Izydorowi napełnić szklankę pani majorowej. Wypijmy za zdrowie majora i dzielnego pułku!
Nagle Izydor zadrżał, majorowa opuściła nóż i widelec. Przez otwarte okno dały się słyszeć jakby dalekie grzmoty, ciągle się powtarzające.
— Co to znów, cymbale! — zagadnął Jos — Nale waj nam prędzej!
— Ozy pan nie słyszy? — odpowiedział Izydor biegnąc do okna.
— Boże zmiłuj się nad nami! — zawołała pani 0’Dowd — to armaty! — i pobiegła za Izydorem do okna.
Targowisko próżności. T. II. 6
W sieniach i oknach wszystkich domów ukazywały się blade i niespokojne twarze, a po ulicaeh miasta snuły się tłumy milczące i posępne.
XXXII.
Pan Jos pierzcha. . Pióro nasze nader słabe by skreślić zdołało sceny zbiegowisk i przestrach, jaki wtedy panował w Bruk seli. Tłumy ludu cisnęły się ku bramie Namurskiej, położonej w kierunku skąd słychać było huk dział. Mnóstwo konnych gnało w tamtą stronę, żeby się czego pewnego dowiedzieć. Na ulicach wszyscy się nawzajem dopytywali o nowiny. Najwięksi panowie i największe damy angielskie raczyły rozmawiać z pierwszym lepszym przechodniem.
Stronnicy Napoleońscy biegali tędy i owędy prze powiadając z gorączkowym zapałem tryumf cesarza. Kupcy pospiesznie zamykali sklepy, biorąc udział w niespokoju i obawie tłumów. Kobiety tłoczyły się po kościołach, zalegały kaplice, wiele nawet modliło się klęczący w kruchcie. Głuchy huk dział powtarzał się co minuta. Wozy naładowane zbiegami krzyżowały się po mieście, dążąc ku rogatkom Gandawskim. Przepowiednie stronnictwa napoleońskiego wydawały się już rzeczą dokonaną.
— Zgniótł na miazgę wrogów — mć viono — maszeruje ku Brukselli.
— Za jednym zamachem zmiecie Anglików i przybędzie tu do nas dzisiaj wieczorem — szeptał pan Izy dor do. swojego pana.
Biedny Jos biegał po ulicach, placach i zaułkach rozpytując się wszystkich przechodniów o klęskę swo ich rodaków. Słuchając coraz nowych szczegułów, bladł coraz bardziej i ten pokojowy bohater zaczął wreszcie ulegać wpływowi ogólnej trwogi; szampan już mu nie był w stanie wzmocnić męstwa. Nim noc nadeszła tak zwątpił, znużył się i osłabł, że uszczęśliwiony Izydor widział się już w myśli właścicielem czamary z po trzebami.
Posłuchawszy przez chwilę wystrzałów, majorowa przypomniała sobie Amelję, która pozostała samą w sąsiednim pokoju. Pobiegła do niej żeby ją pocieszyć a przynajmniej podzielić zmartwienie. Poczciwe to ko« biecisko nabrało podwójnej energji, pomnąc iż biedne i słabe stworzenie w7 niej tylko miało podporę. Pozostawszy z nią przez kilka godzin, uczciwa Irlandka usiłowała za pomocą rozumowania i serdecznych słów uspokoić tę duszę wzburzoną — chociaż i sama żarliwie się modliła do Boga.
— Dopóki tylko słychać było wystrzały — opowiadała następnie zacna majorowa — trzymałam jej rękę w mojej.
Paulina, służąca, modliła się w sąsiednim kościele za swojego ukochanego,
Kiedy huk armat ucichł, pani 0’Dowd wyszedłszy od Amelji, zastała w sąsiednim pokoju pana Josa sam na sam, z dwiema wypróżnionemi butelkami szampana, które jednak nie zdołały wrócić mu odwagi. Parę razy wszedł do pokoju siostry z miną bardzo przerażoną; parę razy otwierał usta, chcąc coś powiedzieć, ale 6* poważna i nieruchoma postawa majorowej zniewoliła go do rejterady — nie mógł więc ulżyć głowie słowa« mi, które go tak bardzo trapiły. Myślał o ucieczce — a nie śmiał tego wyznać. Jednakże kiedy majorowa weszła do sali, gdzie siedząc melaneholicznie w mroku,, trapił się i narzekał wobec dwóch wypróżnionych but telek szampana, postanowił tym razem wywnętrzyć przed nią swe serce.
— Pani 0’Dowd łaskawa — szepnął — dobrzeby było powiedzieć Amelce żeby się pakowała.
— Ozy chcesz ją pan wywieść na przechadzkę?
— zapytała majorowa — Ameika za słaba na to.
— Bo to... widzi szanowna pani... kazałem żeby mój powóz zajechał — posłałem Izydora po konie pocztowe.
— Ozy przyszła panu fantazja przejażdżki przy blasku księżyca? — odparła majorowa. Dla niej najpotrie* bniejsze łóżko, spoczynek: namówiłam ją przecie żeby się położyła.
— Niech wstaje, musi wstać — zawołał Jos, nogą mocno tupając. Zamówiłem konie, rozumiesz mnie pa* ni? konie pocztowe. Nasi przegrali, w zupełnej rozsy* pce — i...
— Cóż i? — zapytała majorowa.
— I jadę do Gandawy — mówił dalej Jos. Wszyscy tak robią. Jest właśnie miejsce dla pani szanownej w moim powozie. Musimy wyruszyć za pół godziny.
Majorowa rzuciła nań spojrzenie pełne wzgardy i oburzenia.
— Ani się ruszę — zawołała — dopóki nie otrzymam wiadomości od 0’Dowda. Jedź pan, kiedy się tak panu podoba, panie Sedley — co do mnie, zaręczam panu że tu zostanę z Amelją.
— Chcę żeby Amelja odjechała — ryknął Jos tupa« jąc znowu.
Pani 0’Dowd dumnie się wsparłszy pod boki, zagrodziła mu drzwi od sypialuego pokoju.
— Istotnie co za dobry brat z pana, panie Sedley, zawołała — pojedziesz jednak pan sobie sam schronić się pod spodniszkę mamuni. Życzę panu szczęśliwej podróży, mój panie szanowny — a zwłaszcza w y 1 ą1 duj pan bez burzy — jak to piosnka powiada. Jednakże radziłabym panu zgolić wąsy, bo mogą panu bardzo zaszkodzić.
— Do stu piorunów! — jęknął Jos, miotany złością, obawą i wściekłością.
Nagle wszedł Izydor.
— Ani jednego konia w tein przeklętem mieście — mruknął posępnie.
W istocie pozabierano wszystkie czworonogi, bo nietylko sam Jos uczuwał wpływ przestrachu, którego okropne i dokoczliwe cierpienia miały wkrótce dojść u niego do ostatecznego kresu. Paulina, służąca, miała swojego człowieka*) jak go nazywała, w szeregach armji, wysłanej przeciwko Napoleonowi. Człowiek ten rodem z Brukselli, służył u huzarów Belgijskich. Ro dacy jego odznaczali się w tej wiekopomnej walce — wcale nie walecznością; młody zaś Begulus Van Cussem, kochanek Pauliny, za nadto znał dobrze powinność * ) Anglicyzm oznaczający męża lub kochanka. żołnierza, żeby nie usłuchał natychmiast komendy pułkownika i w nogi!
Młody ten huzar, mający na imie Regulus — dla» tego że go trzymał do chrztu republikanin sankiulota
— przepędzał chwile wolne od zajęć żołnierskich w kuchni Pauliny — pomiędzy rosołem i czułościami ukoi chanej. Kiedy trzeba było iść na wojnę — tkliwa Paulina zdroje łez wylewając, wpakowała w kieszenie i w olstry ukochanemu mnóstwo przysmaków, któremi mógł sobie osładzać przykrości i niewygody biwaków.
Dła niego — i dla jego pułku kampanja cała wkrótce się skończyła. Służył w oddziale, zostającym pod dowództwem księcia Oranji. Gdyby kto wnosił o męstwie tych kawalerzystów po olbrzymich^ich wąsach i pała* szach, po świetności mundurów i rzędów na konie — to Regulus i jego towarzysze powinniby uchodzić za najdzielniejszy korpus, jaki kiedykolwiek defilował na paradzie.
Ney dotarłszy do forpoczt nieprzyjacielskich, zdobył po kolei ich pozycje. Zdawało się już że sprawa sprzy. mierzonych przegrana zupełnie, kiedy jedna dywizja angielska wkraczając nagle z Quatre Bras — zmieniła natychmiast sama cale oblicze walki. Szwadrony, w których służył Regulus, z uwielbienia godnym zapałem uciekły przed Francuzami. Zapewne przez grzeczność i żeby zostawić Anglikom wolne pole i zaszczyt walki
— bohaterowie nasi uciekli we wsze strony. W mgnie* ni u ’oka pułk przestał istnieć; nigdzie go nie było widać, a o zebraniu mowy być nie mogło, gdyż nikt nie czuł tej potrzeby. W ten to sposób właśnie Regulus cwałował o kilka mil od miejsca walki — pod eskortą swojej własnej osoby. Jakież dlań obecnie lepsze schronienie od kuchni Pauliny, zawsze tak gościnnej, zawsze obecnej w jego pamięci, sercu i wdzięcznym żołądku?
W hotelu, około godziny dziesiątej, zabrzęczał na wschodach pałasz, ktoś z lekka otworzył drzwi kuchni... i biedna Paulina, tylko co wróciwszy z kościoła, o mało co nie umarła ze strachu widząc nagle przed sobą swojego huzara z wylękłemi oczyma, bladego jak kochanek Lenory w niemieckiej balladzie. 0 mało co nie krzyknęła — ale stłumiła objaw uczucia, gdyż na jej krzyk mogli przybiedz państwo — a cóżby się wtedy stało z jej ukochanym? Przekonawszy się wreszcie że bohater nie był czczem widziadłem, nalała mu kufel piwa i zastawiła resztki obiadu, którego Jos w przystępie strachu — prawie się nie dotknął. Zajadając sma’ cznie — huzar opowiadał ukochanej szczegóły rozsypki.
Pułk jego dokazywał cudów waleczności i przez chwilę wytrzymał natarcie całej armji francuskiej — ale musiał uledz przed liczbą. Cała armja angielska posiekana, porąbana, skartaczowana — wszystkie pułki rozprószone. Napróżno Belgowie usiłowali ratować wielu w krwawem spotkaniu, żołnierze pod wodzą księcia Brun-świckiego uciekli, nie pomściwszy się śmierci swojego księcia — słowem rozsypka najzupełniejsza. Oo zaś do Regulusa — — ten pragnął tylko utopić w falach piwa ubolewanie nad okropną klęską.
Izydor, co właśnie wszedł do kuchni, nie omieszkał powtórzyć tego wszystkiego panu Józefowi.
— Wszystko stracone? — Książę Wellington w nie* woli, książę Brunświcki zabity, armja angielska w roz-spce.,. Jeden jedyny człowiek zdołał ujść rzezi i znaj duje się obecnie w kuchni. Chodź pan, chodź — sam opowie panu wszystko — zawołał.
Jos pobiegł do kuchni i ujrzał Regulusa, mszczącego się za przegraną na butelce piwa. Za pomocą frazesów francuskich, na które się Jos zdobywał, cho“ ciaż wcale nie odznaczały się gramatyką i dźwięcznością, szanowny exiurzędnik poprosił huzara żeby jeszcze raz rozpoczął opowiadanie. Coraz smutniejsze i posępniejsze szczegóły przytaczał Regulus. Z całego pułku on tylko jeden miał uniknąć rzezi i pozostał przy życiu. Widział jak padł trupem książę Brunświcki, widział huzarów w rozsypce i Szkotów, zmiecionych ze szczętem kar-taczami.
— A pułk 0’Dowda? — wybełkotał Jos.
— Rozbity, w puch rozbity — odparł stanowczo huzar.
Na te słowa Paulina dostała spazmów; płacz jej, szlochanie i jęki rozlegały się po całym domu.
— Biedna moja pani, nieszczęśliwa istota — wołała co chwila,
Jos Sedley — w obłędzie bojaźni — nie wiedział gdzie na tym świecie szukać ocalenia. Z kuchni schro nił się do salonu i spoglądał długo a błagalnie na drzwi do pokoju Amelji. Przypomniawszy sobie jednak wkrótce pogardę majorowej 0’Dowd, przyłożył ucho do dziurki od klucza, posłuchał chwilę i zdobywając się wreszcie na energiczne postanowienie — wyszedł na ulicę, nie bacząc że się może narazić na krwawe jakie zajście. Nim wyszedł wziął do rąk z odwagą rozpaczy świecę i zaczął szukać kapelusza z galonami. Znalazł go na zwykłem miejscu w przedpokoju, na stoliku, przed lustrem, gdzie codzień kończył poranną toaletę. Potęga nawyknienia staje się tak nieubłagalną, że mimo dre szczów przestrachu, instynktownie stanął przed lustrem i przyjrzał się pulchnej, własnej osóbce.
Na widok bladości zacnego’ oblicza o mało co nie zemdlał, a zauważywszy dziarskie swoje wąsy — za* drżał i oblał się zimnym potem.
Wąsiska te ujrzały świat od siedmiu tygodni i tak się już rozrosły, że w obecnych okolicznościach mogły go bardzo narazić.
— Wezmą mnie jeszcze za wojskowego — pomyślał przypominając sobie co mu wspominał Izydor o wy* tępieniu całej armji angielskiej i nienawiści do Anglików.
Co najspieszniej udał się do pokoju i gwałtownie zadzwonił.
Kiedy przybiegł Izydor, Jos siedział na krześle, zdjął krawat, kołnierzyk, opuścił głowę na piersi i zawołał objąwszy rękoma szyję:
— Kupę moa Izidor, wił kupę moa (Pokraj mnie Izydorze, rznij prędzej!)
Izydor mniemał chwilowo żfe pan jego dostawszy pomieszania zmysłów, kazał żeby mu gardło poderżnąć.
— Le mustasz (wąsy)... moa wuluar desandr dan le ru (chciałbym wyjść na ulicę), kupę le mustasz (o* strzyż wąsy:) raze wit\ (gól prędko).
Francusczyzna ta jednak — ciągle niezgodna z gramatyką i niegodziwie wymawiana, dosyć szybko wybiegała mu z ust.
Izydor za dwoma zamachami brzytwy ogolił mu wąsy i wielce się ucieszył słysząc jak pan nadał mu prawo do kapelusza i czamary.
— Moa ne porte pliu le abi militer, le bont done a uu. (Nie będę już nosił ubioru wojskowego, a kapelusz daruję ci.)
’ Przecież Izydor będzie się mógł pokazać w Zielonej alei 1
Po tym wspaniałomyślnym czynie — Jos wybrał schie z garderoby frak i kamizelkę czarną, białą chustkę i kapelusz kastorowy z szerokiemi skrzydłami, które n u się jeszcze wydawały za wąskie. W tym kostiume wyglądał na pulchnego i poczciwego pastora angli* hińskiego.
— Chodź teraz ze mną, wyjdziemy na ulicę — dodał.
Zeszedł ze schodów na palcach, żeby nie zwrócić uwagi na siebie i znalazł się nareszcie na ulicy. Re* gulus dowodził że on tylko jeden z całego pułku a może i z całej armji sprzymierzonych ocalał; tymczasem spora liczba mniemanych męczenników wcale nie zginęła; wielu huzarów przybywało do Brukselli twierdząc, że się bili jak lwy i że tylko ostateczność zmusiła ich do odwrotu. W ten sposób krążyły w mieście po« głoski o przegranej sprzymierzonych. Co chwila spodziewano się wkroczenia Francuzów; trwoga dochodziła do najwyższego stopnia i wszędzie prawie przygotowywano się do ucieczki.
— Nie ma konil — pomyślał Jos, drżąc od stóp do głów. Posyłał Izydora w dwadzieścia miejsc rozmaitych, zeby nająć albo kupić. Wszędzie jednakowa odpowiedź że wszystkie konie z miasta zabrano. Przy każdej odpowiedzi serce Josa pękało ze strachu.
— Czyżbym musiał iść pieszo? — pomyślał oswajając się z tą myślą. Pod wpływem strachu ciężki ten człowiek leciałby zapewne jak na skrzydłach..
Wszystkie prawie hotele, wychodzące na park zaj mowali Anglicy. Jos zaczął na chybił trafił łazić po tej części miasta, mieszał się do gromadek przechodniów, podsłuchiwał co mówią i przekonał się że wszystkich ptrówno z nim przejmowała obawa i ciekawość. Kilka rodzin, szczęśliwym trafem zdoławszy dostać koni — — na gwałt wyjeżdżało z miasta. Najwięcej jednak znajdowało się takich, co żadną cenę nie potrafili wydostać choć* by jasnokościstej szkapy od brony. Pomiędzy nieszczę-śliwymi tej kategorji Jos dostrzegł lady Bareacres i jej córkę, w bramie hotelu siedziała w powozie upakowa« nym — brak im jedynie było do ucieczki tego samego środka co Józefowi: koni.
Pani Rebeka Orawley mieszkała w tym samym hotelu co damy. Dotychczas z obu stron usiłowano w naj* mniejszych szczegółach dać sobie uczuć wzajemną nienawiść. Jeżeli wypadkiem milady Bareacres spotkała panią Crawley na schodach, natychmiast odwracała głowę przesadnie. Ilekroć w jej obecności wymieniono nazwisk} sąsiadki, nie omieszkała zaraz przytoczyć o niej mnóstwa złośliwych szczegółów. Hrabina nie mogła s>rawić poufałości jenerała Tufto z żoną adjutanta — a lady Bjanka unikała jej jak morowego powietrza. Sam tylko hrabia, kiedy mógł ujść baczności żony i córki, witał ją grzecznie i chętnie kilka słów zamienił.
Za tyle zniewag mogła się wreszcie pomścić Rebeka. Wszyscy w hotelu wiedzieli że konie kapitana Orawley zostały w stajni. Jak się tylko trwoga rozeszła po mie* ście, lady Bareacres raczyła posłać do Rebeki pokojówkę z ukłonami i zapytanie o cenę, jakiejby za swoje konie żądała.
Pani Orawley przesłała jej także ukłony piśmiennie, dodając w bileciku że nie ma zwyczaju traktować z pokojówkami.
Po odebraniu tej treściwej odpowiedzi, samego hrabiego we własnej osobie wysłano do Becky. Poselstwo jednak jego także spełzło na niczem.
— Przysłać do mnie pokojówkę — do mnie 1 — za* wołała pani Orawley, udając gniew i wściekłość. Oze mu milady Bareacres nie kazała jeszcze zaprządz koni do jej powozu? Ozy to milady czy też pokojówka chce chce uciec z Brukseli? — Oto były jedyne słowa, jakie hrabia usłyszał od pani Orawley i powtórzył hrabinie.
Do czegóż jednak nie może skłonić konieczność9 Po daremnych zabiegach hrabiego, sama hrabina po* szła do pani Orawley, zaklinając żeby jej odstąpiła ko nie przyrzekając zapłacić ile tylko zażądała zobowiązując się nawet przyjąć Becky u siebie w pałacu Bareacres.
Pani Orawley parsknęła śmiechem.
— Wierzaj mi pani — mało mnie bardro obchodzi poznać kolor liberji pani — odrzekła szyderczo. Radziłabym tylko pani przywdziać żałobę po Anglji a przynajmniej po brylantach. Nie obawiaj się pani, Francuzi je wynajdą. Za parę godzin zobaczysz ich pani w Bru* kseli, ja będę już wtedy na pół drogi do Gandawy. Gdybyś pani hrabina ofiarowała za moje konie te dwa grube djamenty, które miałaś na balu — jeszczebym nie przystała. Ozy mnie jaśnie wielmożna pani rozumie? Lady Bareacres trzęsła się ze strachu i ze złości, za szyła istotnie część djamantów w podszewkę sukni, re sztę zaś schowała w rzeczy obuwie milorda,
— Pani — rzekła po chwiłi — djamenty moje złożyłam u bankiera — ale konie chciałabym mieć natychmiast.
Rebeka zaczęła znowu śmiać się w jak najlepsze.
Hrabina miotana wściekłością zeszła i wsiadła do swego powozu bez zaprzęgu. Pokojówkę, kamerdynera i męża wysłała w rozmaite strony żeby dostać jakąkolwiek szkapinę. Milady postanowiła nieodwołalnie wy* jechać natychmiast gdyby tylko dostała koni. Gdyby się nawet milord nie stawił na tę ważną chwilę, gotowa była pojechać bez niego.
Rebeka stojąc w oknie z zadowoleniem przyglądała się milady, siedzącej w powozie, gotowej do odjazdu i napróżno czekającej na konie. — Czasami pocieszała ją ironicznie i nagle zawołała:
— Nie znaleść koni — jest w istocie czego rozpa^ czać, mając tyle djamentów zaszytych w poduszki po« powozu. To dopiero Francuzi będą się radowali z takiej pięknej zdobyczy — mówię tylko o djamentach ma się rozumieć.
Pani Orawley wypowiadała te uwagi głośno w o-bec właściciela hotelu, służących, podróżnych i prze* chodoiów, zebranych na podwórzu. Gdyby oczy lady
Bareacres zamieniły się wtedy w pistolety — Rebeka jużby się nie ukazała więcej w niniejszej powieści.
Jos spostrzegłszy Rebekę promieniejącą z tryumfu odniesionego nad poniżoną nieprzyjaciółką, udał się natychmiast do niej. Tłuste jego oblicze, blade i wystra-szone, zdradzało dostatecznie tajemnicę duszy. Odgadła że chciał uciec i szukał jedynie sposobów do ucieczki.
— Kupić chce odemnie — pomyślała — zachowam dla siebie klaczkę, a tamte sprzedam jeśli dobrze za« płaci.
Jos zwracając się do łaskawej /swojej przyjaciółki, powtórzył zapytanie, z którem już po setny raz obnosił się wszędzie.
— Ozy nie wiesz pani gdziebym mógł dostać koni?
— Jakto — rzekła, z uśmiechem Rebeka. — I pan zamierzasz także uciec, panie Sedley? Pan, rycerz i opiekun tych dam?
— Nie jestem wojskowym — wybełkotał Jos głosem przytłumionym,
— A cóż się stanie z Amelką, kto się będzie opiekował biedną siostrzyczką? Panu nie wypada jej porzucić, zda;e mi się.
— Na cóż się jej przydam jeśli tu wkroczą Fram cuzi? Jej — nic złego nie zrobią, ale nam mężczyznom to co innego. Służący mój mówił mi że bez pardonu wymordują nas wszystkich.
— To okropne 1 — zawołała Rebeka, którą bawiło przerażenie ekspoborcy.
— A zresztą nie chcę jej porzucić! — zawołał wyborny ten brat. — Nie, nie porzucę jej! Mam dla niej wyborne miejsce w moim pojeździe, mam także dla pani, kochana pani Orawley, jeślibyś chciała pojechać z nami i jeśli znajdę gdzie konie — dodał z west chnieniem.
— Mam parę koni do sprzedania — odparła Rebeka.
Jos byłby chętnie rzucił się jej na szyję.
— Izydorze! pakuj powóz co najprędzej, dostałem przecież koni, dostałem koników!
— Uprzedzam pana że moje konie nigdy nie cho dziły w zaprzęgu — wtrąciła pani Orawley. Łoskot *) w drobne kawałki powóz podruzgoce.
— Ale czy można przynajmniej jeździć na nim? za gadnął nasz pokojowy bohater.
— Łagodny jak baranek, a hyży jak zając — odparła Rebeka.
Jos widział się już w myśli, cwałującym na Łoskocie o kilka mil od Brukseli, i nie myślał już zupełnie o biednej Arnelji. Dla zręcznego handlarza nie mogło być lepszej sposobności sprzedaży.
Rebeka poprosiła Josa żeby poszedł do niej. — W czterech susach przebiegł wschody i wpadł zadyszany w obawie żeby się to kupno nie rozeszło. Kwadrans ten w całem życiu Josa najwięcej go kosztował. Rebeka bacząc na gwałtowną chęć nabywcy i na rzad* kość towaru, podała cenę tak znaczną, że graby nasz tchórz aż się cofnął mimo wToli.
— Jak pan chcesz, szanowny panie Sedley — rze» kła stanow7czo.

  • ) Nazwa konia.

Eawdon jej zalecił ażeby za niższą cenę nie sprzedawała. Lord Bareacres, mieszkający o piętro niżej, ofiarował jej tyleż — ale życzliwość, przywiązanie bez granic do rodziny Sedlejów. skłoniły ją do sprzedania tych koni Josowi. Zresztą najdroższy pan Jos miał za nadto dobre serce, żeby nie zrozumiał iż w obecnych okolicznościach trzeba żyć każdemu. Słowem przy najczulszych oświadczeniach nie można się było okazać ściślejszym, twardszym w interesie, jak nasza Bekky.
Jos — jak to łatwo można było przewidzieć — zgodził się wreszcie na cenę, jednakże suma, jaką miał wypłacić, tak była znaczną, że musiał poprosić o chwilę zwłoki. Suma rzeczona stanowiła prawie majątek dla Rebeki. Obiachowała natychmiast że ta suma z dodatkiem wartości innych rzeczy Rawdona i pensji, którąby jako wdowa pobierała, gdyby jej najukochańszy padł na polu bitwy, mogłaby stworzyć położenie niezależne i odtąd już jej nieprzerażało owdowienie.
Parę razy w ciągu wieczora — myślała żeby, się wydalić, uciec jak inni. Dobrze jednak namyśliwszy się, postanowiła inaczej:
— Przypuściwszy że Francuzi wkroczą — — cóż mogą zrobić złego żonie biednego oficera? Przecie nie żyjemy w czasach barbarzyńskich, kiedy mordowano tylko, rabowano i palono. — Pozwolą nam wrócić do kraju — a ja będę mogła na stałym lądzie z pieniędzy moich żyć wcale przyzwoicie.
Jos z Izydorem zeszedł natychmiast po lądzie żeby obejrzeć konie i zaraz kazał je osiodłać — chciał odje ohać jeszcze tej samej nocy, zostawiwszy więc Izydora przy koniach, sam poszedł do mieszkania, żeby się stanowczo wybrać w drogę. Chciał to wszystko odbyć tajemnie, nie mając odwagi pokazać się pani majorowej 0’Dowd, Amelji i wyznać przed niemi że pierzcha z Brukselli.
Kiedy Jos dobijał targu z Rebeką i zeszedł do stajni
— na horyzoncie zaczęły już błyskać pierwsza promyki świtu. W całem mieście przepędzono tę noc nie kładąc się spać; wszyscy byli na nogach; we wszystkich o-knach świeciło się; przed drzwiami wszystkiemi zbierały się gromadki ludu i niespokojny ruch widać było po wszystkich ulicach. Najsprzeczniejsze pogłoski krążyły z ust. Ów głosił zupełną porażkę Prusaków, tamten przegraną Anglików po upartej walce, ten dowodził owszem że Anglicy zwyciężyli. Powoli ostatnia ta. pogłoska zaczęła brać górę, gdyż jakoś nie pokazywali się Francuzi — a kilku ciurów przyniosło z arrnji bardzo pomyślne wiadomości. Wreszcie przybył adjutant z depeszami do adjutauta placu — i wkrótce na mu-rach miejskich porozlepiano ogłoszenie urzędowe o zwycięztwie sprzymierzonych od Quatre Bras. Kolumna dowodzona przez marszałka Ney’a, miała się zrejtero wać po sześciogodzinnej walce.
Adjutant wtedy właśnie przybył kiedy Jos dobijał targu z Rebeką i zeszedł obejrzeć swój nabytek.
Wracając do hotelu Jos spotkał przed bramą ze dwadzieścia osób, zajętych rozważaniem ostatnich nowin, którym wierzono najzupełniej. Poszedł natychmiast żeby je donieść dwóm kobietom, powierzonym jego opiece. Sądził że nie było potrzeby zawiadamiać ich
Targowisko próżności. T. II. 7 o jego zamiarach rejterady, o kupnie koni i sumie, jaką za nie zapłacił.
Zwycięstwo lub przegrana mniej obchodziły te dwie kobiety, jak los tych, co im byli drogimi. Na wieść o zwycięstwie Amelja zadrżała z przestrachu, jeszcze więk szego niż przedtem, natychmiast chciała pojechać do armji i błagała brata żeby ją odwiózł. Przestrach jej wzrósł niesłychanie. Biedaczka zdawała się od kiku godzin pogrążoną w letargu; teraz zaczęła biegać w około, jakby opętana i płakała, szlochała i krzyczała w niebogłosy.
Jos miał serce nadto tkliwe żeby mógł znieść widok takiej niezmiernej boleści. Zostawił więc siostrę pod opieką energicznej przyjaciółki, sam zaś zeszedł do bramy hotelu, gdzie jeszcze gawędzono w oczeki« wzniu dokładniejszych wiadomości.
Wreszcie dzień się ukazał i wkrótce nadeszły do< kładniejszej wiadomości z pola bitwy, głoszone nawet przez tych, co brali osobiście udział w straszliwym dramacie.
Mnóstwo powozów, bryk i furgonów z rannymi wjeżdżało do miasta; z lektyk wyzierały zmienione mizerne twarze cierpiących.
Sedley zwrócił uwagę na jeden taki fargon; zmę« czone szkapy zaledwie zdołały go ciągnąć; jęki rannych rozdzierały serce,
— To tutaj właśnie, ¿u 1 — odezwał się ktoś słabym przytłumionym głosem.
Furgon zatrzymał się przed hotelem gdzie mieszkał Sedley.
— Jerzy! To on! Poznaję go! — zawołała Amelja, wybiegając z licem przestraszonem i włosami rozpuszczonemu
Nie był to Jerzy; ale od tego rannego przybysza mogta się przynajmiej czegoś pewnego o Jerzym do wiedzieć. Był to biedny Tom Slubble, który dwadzie-ścia cztery godzin przedtem maszerował odważnie z Brukseli, dźwigając dumnie chorągiew pułku. Bronił jej walecznie na placu boja i wreszcie tuląc sztandar do piersi, padł ugodzony kulą w nogę. Przy końcu bitwy znaleziono dla niego miejsce w jednym furgonie, którym przyjechał, jęcząc, do Brukselli.
— Panie ibedley, panie Sediey! — wołał Ranny niki nącym głosem.
Jos zadrżał, potem zbliżył się przerażony. Biedny Stuble wyciągnął doń rękę drżącą i rozpaloną z gorączki.
— Właśnie tutaj mają mnie odwieść — Osborne i Dobbin tak mi powiedzieli, daj pan z łaski swojej dwa napoleony woźnicy, matka moja zwróci panu — odezwał się osłabionym głosem.
Młody chorąży przez długie godziny, przecierpiane w gorączce na furgonie, przeniósł się w wyobraźni do probostwa ojcowskiego, które kilka mięsięcy temu porzucił. Przy wspomnieniach tych zapominał czasem o bolach dokuczliwych. Hotel był obszerny, właściciel dobry i litościwy; dla wszystkich rannych znalazły się łóżka. Młodego chorążego zaniesiono do pokojów Os borna; Amelja i majorowa wyszły na jego spotkanie, poznawszy go przedtem z ganku. Kobietom tym raźniej się zrobiło, kiedy się dowiedziały że walkę zawieszono i że mężowie ich nie ponieśli najmniejszego nawet zadraśnięcia. Amelja w uniesieniu radości rzuciła się na szyję przyjaciółki, uściskała ją serdecznie a następnie’ padła na kolana, wznosząc serce do Boga i dzięki składając Wszechmocnemu że jej ukochanego Jerzego zachował przy życiu.
Żaden lekarz pod słońcem nie zdołałby przynieść tej kobiecie w jej rozdrażnieniu nerwowem ulgi tak skutecznej jak ta, którą jej traf sprowadził. Przy pomocy majorowej pielęgnowała rannego i usiłowała mu osłodzić dotkliwe cierpienia; mając więc ciągłe, poniekąd przymusowe zajęcie, zapominała chwilowo o niepokoju i obawie — gorączkowa jej ruchliwość inny przybrała kierunek.
Chorąży opowiadał z prostotą żołnierską wypadki dnia owego i waleczne czyny kolegów pułkowych. Wycierpieli ogromnie. Zabito pod majorem konia kiedy pułk wytrzymał szarżę ułanów. Wszyscy już mniemali że poczciwy major zginął i że go Dobbin zastąpi, Na punkcie zborowym zobaczyli jednak majora, siedzącego spokojnie na trupie Pyrama i szukającego pociechy w buteleczce oplatanej. Kapitan Osborne zarąbał ułana, który zranił chorążego.
Przy tym szczególe Amelja zbladła tak przeraźliwie, że pani majorowa musiała dać znak rannemu, aby przestał wspominać o Jerzym. Stubble dodał że przed wieczorem kapitan Dobbin, chociaż sam ranny, wziął go na ręce i zaniósł do ambulansu, zkąd furgonem przy był do Brukseli,
Kapitan obiecał dwa luidory woźnicy by zawiózł chorążego do hotelu p. Sedley i oznajmił pani kapita nowej Osborne, iż ognia zaprzestano i mąż jej najlżej« szej nie odniósł rany.
— Poczciwe ma serce ten Wiljam Dobbin — wtrą. ciła majorowa — chociaż tak zawsze wygląda jakby sobie drwił ze mnie.
Stubble zawołał że Dobbin to najzacniejszy oficer z całej armji, Wychwalał bezustannie przymioty kapitana: jego skromność, dobroć i zimną krew w ogniu. Amelja słuchała bardzo roztargniona i ciągle myślała o Jerzym, chociaż już nie mówiooo o nim.
Przy pielęgnowaniu ranego i przy słuchaniu opowiadań o nadzwyczajnych wypadkach walki, dzień ten szybko przeszedł dla Amelji. Dla niej wszakże jeden tylko człowiek istniał w armji angielskiej i oczywiście bardziej się o niego troszczyła niż o wszystkie ruchy sprzymierzonych i ataki nieprzyjaciela. Wieści wszelkie, jakie jej Jos znosi) z miasta, brzęczały tylko koło jej uszu i wkrótce o nich zapominała. Lękliwy za to jej braciszek nie pozostawał tak obojętnym — i niepokoił się coraz bardziej. Francuzów odparto — ale po walce zadętej i nie stanowczej, którą tylko jedna dywizja armji francuskiej stoczyła. Cesarz z głównym korpusem miał znajdować się w Ligny, gdzie na całej linji pobił Prusaków. Pozbywszy się tej pierwszej przeszkody — skupiał wszystkie siły przeciw sprzymierzonym. Książę Wellington cofał się ku Brukseli. Z wszystkiego można było wnioskować że pod murami miasta stoczą wielką bitwę, której wypadek nader wątpliwy, gdyż książę li ożył tylko dwadzieścia tysięcy wojsk angielskich, na których mógł bezpiecznie polegać.
Wojska niemieckie składały się po największej czę* ści z rekrutów, a Belgowie najniechętniej postępowali za resztą armji; Z tą garstką książę miał się oprzeć pięćdziesięciu tysiącom wojska, które wkroczyło do Belgji pod dowództwem Napoleona, dotychczas niezwyciężonego, z którym zdawało się że żaden jenerał zmierzyć się nie potrafi z powodzeniem; w natłoku tych uwag i rozważań Jos zaczął trząść się cały jak liście osiczyny. Zresztą nie on tylko w Brukseli znajdował się w tem samem usposobieniu — wszyscy mówili sobie że walka wczorajsza była tylko wstępem do bitwy nieuniknionej a krwawszej. Już cesarz zadał klęskę armji, jaką spo* tkał — z łatwością więc mógł przedrzeć się po trupach garstki Anglik rozdzielających, go od Brukseli. Biada wtedy Anglikom pozostały m w mieście! — Układano już naprzód mowy, władze zebrały się żeby tajemnie rozważyć ceremonjał jaki zachować mają. Przygotowy* wano apartamenta, chorągwie trójkolorowe, godła tryumfu na wejście Najjaśniejszego cesarza i króla.
Tymczasem emigracja z miasta wzmagała się; skoro tylko zdarzyła się możność wyjazdu — wydalano się na gwałt. Kiedy Jos poszedł po południu do hotelu Rebeki, zauważał iż powóz milady Bareacres nie zalegał już bramy. Hrabia zdołał wreszcie za bajeczną cenę dostać parę koni i — nie dbając o panią Orawley
— pędził cwałem gościńcem gandawskim. Sam nawet Ludwik XVIII gotów był opuścić mury tego miasta. Nieszczęście zdawało się prześladować i pędzić — od kraju do kraju — królewskiego zbiega.
Przenikliwość Josa przewidywała konieczność ostatecznego przesilenia — przypuszczał że lada chwila trzeba będzie dosiąść koni, które go tak drogo kosztowały. Dzień cały spędził w męczarniach nie do opisania. Przez ostrożność sprowadził konie do stajni swojego hotelu. Odległość bowiem mogła coś znaczyć wt nagłym razie; zresztą tym sposobem pewny był że mu nikt nie zabierze. Izydor czujnie straż odbywał przed staj* nią, konie stały osiodłane. Jos mimo to w najwyższej bojaźni oczekiwał wypadków.
Po wczorajszem przyjęciu Rebeka nie spieszyła się z odwiedzinami do Amelji — jednak żona zasmucona przypomniała jej męża lekkomyślnego, nalała świeżej wody do wazonu, gdzie tkwił bukiet Jerzego i przeczytała raz jeszcze jego liścik.
— Biedaczkal — pomyślała, gniotąc w dłoni wystę* pny liścik — tym świstkiem mogłabym ją pogrążyć w rozpaczy. Trzeba też być nadto naiwną żeby się dręczyć dla takiego głupca, fanforona, czczego człowieka, który ją lekceważył i zaniedbywał. Poczciwy mój Raw« donisko, chociaż także głupi, dziesięć razy więcej wart od niego.
Zaczęła następnie zastanawiać się — co pocznie z sobą gdyby się jakie nieszczęście przytrafiło Rawdonowi, Znakomitą miał myśl, pozostawiając jej konie — to mu przyznawała. Widząc z żalem że w ciągu dnia milady Bareacres dostała koni, zaczęła myśleć także dla siebie o środkach ostrożności, jakie przedsięwzięła hrabina. Kilku pociągnięciami igiełki, zaszyła najkosztowniejsze swoje klejnoty, bilety i banknotyi i w ten sposób go* tową była — zdecydować się albo też czekać w mieście przybycia zwyeięsców: Francuzów czy Anglików.
Gdy Rawdon owinięty płaszczem biwakował wśród deszczu i wichru na wzgórzu St. Joan i z całej duszy myślał o kochanej swojej żoneczce — kto nam może zaręczyć czy ta niewiasta nie marzyła jednocześnie, czyby w razie skonu najukochańszego nie mogła zostać fełdmarszałkową a może i księżną?
Nazajutrz wypadała niedziela — pani majorowa 0’Dowd z przyjemnością zauważała że po dobroczyn nym spoczynku w nocy, dwoje jej chorych uspokoiło się i nabrało odwagi Ona sama odpoczęła nieco w wielkim fotelu, w pokoju Amelji, gotowa na każde ski nienie pobiedz do łóżka swojej przyjaciółki łub też cho rążego. Z rana udała się do siebie dla przywdziania toalety, odpowiedniej uroczystości dnia tego. Znajdując się sama w pokoju, gdzie razem z mężem mieszkała, widząc szlafmycę biednego Micka, jeszcze leżącą na poduszce i łaskę jego w kącie — gorąco się pomodliła za życie tego dzielnego żołnierza.
Rozłożyła książkę do nabożeństwa i sławny zbiór kazań swego wujaszka, dziekana; wyrawdzie nie bardzo ona to wszystko rozumiała, i wiele abstrakcyjnych a barbarzyńskich wyrażeń niedokładnie wymawiała — nie mogła jednak za nic pod słuńcem uchybić zwyczajowi i nie odbyć swojego czytania w niedziele.
— Ileż to razy poczciwy mój Mick słuchał ze skru chą tych kazań, kiedy mu je czytałem — pomyślała sobie,
Liczy dla żenią tego słuchać będzie zajmującego jej czytania Amelja i chorąży, powierzony jej pieczy. Te« goż samego dnia przynajmniej w dwudziestu tysiącach kościołów odprawiano także nabożeństwo; tysiące mężczyzn i kobiet z tamtej strony cieśniny na klęczkach błagało Przedwiecznego o łaskę i zmiłowanie.
Nie przerwał im tam jednak rozmyślań huk, który usłyszała nieliczna nasza gromadka brukselska, huk jeszcze groźniejszy od wczorajszego. Kiedy pani majoroi wa najdobitniejszym głosem czytała biblję, armaty pod Waterloo grzmieć zaczynały.
Na ten straszliwy odgłos Jos przekonywając się coraz bardziej że mu temperament jego nie dozwoli znieść takich niespodzianek, zbyt często powtarzających się, postanowił że nie ma co dłużej wahać się, i że wypadało bezzwłocznie zmykać. Wbiegł więc do pokoju, gdzie majorowa, Amelja i chorąży przerwali na chwilę modlitwę, przysłuchując się kanonadzie.
— Emmy! — zawołał nagle do siostry. — Nie wy-trzymam już tu dłużej 1 Umarłbym gdybym musiał pozostać. Jedź ze mną! Kupiłem parę koni; jednego dla ciebie, mniejsza tam o cenę. Ubieraj się prędzej i marsz w drogę! — siądziesz za Izydorem.
— Najsłodszy Boże! Panie Sedley, wyglądasz mi wąćpan na tchórza — zawołała pani 0’Dowd odkładając książkę.
— Prędzej Ameljo! Słyszysz? — wołał urzędnik. Nie zwracaj uwagi na trajkotanie majorowej; co mi za przyjemność czekać tu na Francuzów, żeby mnie potem zamordowali.
— Zapominasz pan że nasz pułk nie rozbity jeszcze* szanowny panie — odezwał się z łóżka Stubble. — A pani czyż byś mogła mnie tu samego zostawić, pani majorowo?
— Nie, nie — odparła zbliżając się do niego i głasz« cząc po głowie jakby własne dziecko. — Nie obawiaj się moje dziecię, ani krokiem się ztąd nie ruszę bez rozkazu Micka. Piękniebym wyglądała siedząc rakiem na koniu za tym jegomością.
Na tę uwagę ranny o mało co nie parsknął śmie* chem; nawet Amelja rozśmiała się.
— Ozy ją kto zapraszał, czy kto nawet odzywa się do niej? — mruknął Jos — Ameljo, po raz ostatni pytam, chcesz czy nie, jechać ze mną?
— Jakto? sama, bez męża? odparła zdziwiona Amelja i podała rękę majorowej.
Jos wreszcie się zniecierpliwił.
— Kiedy tak, to dobranoc! zawołał grożąc pięścią gniewnie i zamykając drzwi z trzaskiem.
W minutę potem siedział już na siodle i pani 0’Dowd usłyszała tętent koni, wyjeżdżających na ulicę z bramy hotelu. Pobiegła do okna i spostrzegła Josa niezgrabnie biedzącego na koniu, a za nim Izydora w kapeluszu z galonami. Wierzchowce przez kilka dni nie wychodząc ze stajni, zaczęły wierzgać i podskakiwać radośnie. Jos, niezgrabny i lękliwy jeździec, kilka razy o mało co nie spadł.
— Patrzno, Amelko moja droga 1 Gotów jeszcze wjechać oknem do salonu. Nigdybym w sklepie chiń* skich zabawek nie widziała takiej pociesznej facjaty.
Wreszcie jeźdźcy puścili się cwałem ku Gandawie,
Majorowa — dopóki ich tylko dostrzedz mogła — nie szczędziła złośliwych żartów i pogardy.
Wszyscy wiemy z opowieści lub z książek o straszliwej walce, jaka się tymczasem o kilka godzin od Brukseli odbywała. Wspomnienie tego sławnego dnia wyryło się na wieki w sercach wszystkich żołnierzy zwycięzkich i zwyciężonych, co uczestniczyli w olbrzymiej bitwie.
Ozy nowa walka zwycięzka dla tych, którzy opłakują dotychczas swoją klęskę, ma spaść na dzieci nasze dziedzictwem przeklętem nienawiści i zemsty?
Ozy nie skończą się nigdy te rzezie mordercze, w których dwa szlachetne narody najczystszą krwią swoją broczą pola bitw?
Ozyż od tylu stuleci walki i mordów, Anglicy i Francuzi nie opłacili drogiego haraczu temu, co nazyi w-ają kodeksem honoru?
Wszyscy nasi przyjacieli znamienicie się odznaczyli tego dnia, jak na ludzi mężnych przystało. Kiedy ko« biety modliły się na klęczkach zdała od pola bitwy, tymczasem niewzruszone szeregi piechoty angielskiej wytrzymały i odbierały wściekłe szarże jazdy francuz-kiej. Kanonada, którą słychać było aż w Brukseli, śmierć roznosiła w linjach nieprzyjacielskich. Skoro jedni padli, inni ich natychmiast zastępowali i pędzili naprzód.
Wieczorem atak Francuzów tak dzielnie kierowany, tali energicznie odparty — zdawał się nieco wolnieć — jekby się zastanawiali czy mają zwrócić się w inną stronę, czy też zgromadziwszy wszystkie siły, stoczyć. stanowczą ostateczną walkę. Na dany sygnał kolumna starej gwardji wdziera się na wzgórza St. Jean żeby wyprzeć Anglików, którzy się przez cały dzień na tej pozycji utrzymali. Potężna ta kolumna rozwijając ruchome swoje kręgi po nizinie, zaczęła wdzierać się na wzgórza. Straszliwy ogień artylerji angielskiej zda wało się że jej nic nie szkodzi. Już nacierała na szczyt stoku, zajętego przez Anglików, kiedy nagle zwolniła marszu, zawahała się i zatrzymała. Anglicy odparli na pastników i zachowali pozycję, z której ich nikt nie zdołał wyprzeć.
Już żaden huk nie dochodził do Brukseli, bo się bić zaczęli o kilka mil dalej, Ciemność gęstemi mgłami okrywała miasto i pole bitwy. Amelja żarliwe modły wznosiła do nieba za ukochanego swojego Jerzego — a Jerzy leżał martwy twarzą w piasku, z głową zdruzgotaną od kuli armatniej.
XXXIII.
Troskliwość krewnych miss Crawley o tę najdroższą istotę.
Kiedy armja angielska oddala się z Belgji i zmierza ku granicom Francji, gdzie znowu ma walczyć, zapro wadzimy szanownego czytelnika do innych osób najspokojniej mieszkających sobie w Anglji a mających także rolę odegrać w ciągu niniejszej powieści.
Miss Crawley pozostawała zawsze w Brighton i nie wiele starą pannę obchodziły krwawe walki, jakie na stałym lądzie staczano. Miss Briggs ulegając wpływowi jedwabnych słówek Rebeki, nie omieszkała przeczytać najukochańszej cioci Rawdona — numeru gazety, w 101 którym wyrażano się chlubnie o męstwie Rawdona Crawley i o jego awansie na podpułkownika.
— Co za szkoda — odezwała się na to ciocia — że ten biedny chłopczysko wplątał się w tak niegodziwy związek. Niedorzeczność to i nieszczęście nie do napra*. wienia! Z takim stopniem i zasługą mógłby się ożenić: przynajmniej z córką jakiego piwowara, co by mu przyniosła z jakie 250.000 funtówT sterlingów w posagu; mógłby nawet pomyśleć o związku z jaką ary» stokratyczną rodziną. Kiedyś zostawiłabym jemu lub też jego dzieciom mój majątek — chociaż nie tak spieszno mi wyjechać na tamten świat — słyszysz panno Briggs — — nie tak spieszno, mimo że tym sposobem poz byłabyś się prędzej nudziar ki. Teraz wszystko się już na nic nie przyda Rawdonowi. Przyszła mu fantazja ożenić się z żebraczką % powołania, z tancerką opery.
— Ozy droga panna Orawley nie raczy spojrzeć litościwem okiem na żołnierza, na bohatera, którego imię zapisane jest w rocznikach chwały? — rzekła pan. na Brigg3, niezmiernie podniecona doniesieniami o bi twie pod Waterloo, i lubiącą przy każdej sposobności wyrażać się górnolotnie o tym wypadku. — Czyiiż kapitan, a raczej, jak go teraz nazywać mogę, pułkownik nie dokonał czynów, które uświetniły na zawsze nazwisko Orawleyów?
— Warjatka z ciebie, moja Briggs — rzekła panna Orawley. — Pułkownik Crawley powalał w błocie naz. wisko Orawleyów, panno Briggs! Ożenić się z córką metra rysunków! Ożenić się z taką demoiselle de compagnie!, jaką pani jesteś — bo też w istocie nie była ona hiczem lepszem od pani, tylko była młodszą i znacznie przystojniejszą i rozsądniejszą od pani. Ozy byłaś pani może wspólniczką tej nędznicy, której on padł ofiarą, i której pani byłaś zawsze taką wielbicielką1? Ol tak — Jestem pewną że pani byłaś z nią w porozumieniu! Ale zawiedziesz się pani! Zawiedziesz się pani po otwarciu mojego testamentu! Proszę napisać na tychmiast do pana Waxy, i donieść mu że życzę sobie widzieć się z nim w tej chwili!
Od pewnego czasu panna Orawley zwykła była pisywać do adwokata swojego pana Waxy prawie co dnia, bo postanowienia swe co do swej ostatniej woli cofnęła i nie wiedziała co pooząć ze swoim majątkiem.
Pod względem zdrowia wszakże widocznem było że przyszła do siebie — dowodziło tego znęcanie się nad panną Briggs, znęcanie się, które nieszczęśliwa ta istota znosiła z łagodnością, z trwożliwośoią, z rezygnacją, na pól bohaterską a na pół obłudną, « tą, jedt nem słowem, uległością niewolniczą, którą okazywać muszą kobiety skazane na jej stanowisko. Któż nie wi dział kobiety teroryzowanej przez drugą? Ozemże są męki, znoszone przez mężczyzn, w porównaniu z temi, codziennie i całodziennie powtarzającemi się pociskami wzgardy i okrucieństwa, jakiemi kobieta umie obsypywać kobietę? Biedne ofiary! Ale — odeszliśmy od przed miotu, a tym było że panna Orawley stawała się sacze golnie dokuczliwą i nieznośną, ile razy przychodziła do siebie po chorobie — nakształt ran, o których mówią że pieką i świędzą najgorzej wówczas gdy się goją.
W tym okresie rekonwalescencji pana Orawley nie przypuszczała do siebie nikogo, oprócz panny Briggs, ale krewni jej na prowincji nie „zapominali o kochanej kuzynce, i starali się utrzymać w jej dobrych łaskach ciągłem wywiadywaniem się o jej zdrowie, i mnóstwem drobnych posyłek i upominków.
Przedewszystkiem należy tu wspomnieć jej synowca, pułkownika Crawley. W parę tygodni po słynnej bitwie pod Waterloo, i po pojawieniu się numeru London Ga. zette, donoszącego o jego dzielności i o stopniu, który otrzymał w nagrodę, statek pocztowy z Dieppe przywiózł’ pannie Orawley do Brighton pakę, zawierającą podarunki, jako też list nader serdeczny od jej synowca, pana pułkownika.
Pudełko zawierało podarunki dla starej panny, oraz list od najprzywiązańszego synowca. Znajdowało się tam parę szlif francuzkieh, krzyż legji honorowej i rękojeść szpady: trofea z bitwy.
List prześlicznie napisany opiewał z dziarskością i zapałem historję rękojeści zdobytej na sztaps1 oficerze gwardji, który zawoławszy energicznie że „gwardja ginie a nie podaje się“, w tejże samej chwili dostał się do niewoli. Bagnet prostego żołnierza strzaskał mu szpa dę, a Rawdon zabrał rękojeść, żeby ją posłać kochanej cioci. Krzyż zaś i szlify zdobył na pułkowniku jazdy w najgorętszym zamęcie bitwy.
Rawdon pospieszył złożyć u stóp najdroższej ciotuni te trofea na polu Marsa zebrane, Prosił o pozwolenie dalszego pisywania, jak tylko przyjedzie do Paryża, zkąd obiecywał przesyłać ciekawe nowiny o tej stolicy*
O dawriych cioci przyjaciołach, którym w dniach nie-szczęścia okazywała tyle szlachetnej sympatji.
Miss Crawley zleciła odpis pannie Briggs, w którym miano powiszować synowcowi awansu zaszczytnego, oraz zachęcić go do nowych doniesień listownych. Po pierwszym liście tak dowcipnym można było jak najlepiej rokować o następnych.
— Wiem bardzo dobrze — mówiła miss Orawley — że Rawdon tak jak waćpanna niepotrafiłby napisać tego listu, i ręczę że ta filutka Rebeka podyktowała od a do z — ale poco mam się pozbywać rozrywek, choćby mi od państw7a Rawdon przybywały? Dodaj więc waćpanna w odpisie że list mego synowca wprawił mnie w bardzo dobry humor.
Jeżeli rois3 Crawley nie myliła się, przypisując u* twór listu Rebece, nie domyślała się jednak że i trofea wojenne były również wynalazku pani Rawdon, gdyż kupiła je za kilka franków od kramarza. Niezliczone zastępy kramarzy — po bitwie pod Waterloo — handlowały smutnemi szczątkami z pobojowiska. Bądź co bądź składna odpowiedź miss Orawley ożywiła znowu nadzieję Rawdona i jego żony, którym wypogodzony humor cioiii najlepsze wróżby zapowiadał.
Skoro tylko Rawdon ze zwycięskiemi wojskami do Paryża wszedł, stara panna otrzymywała z tej stolicy korespondencję regularną i wielce zajmującą.
W listach pani rektorowej, niemniej punktualnej w korespondencji, mniej smakowała miss Orawley. Rozkazujące usposobienie mistress Butte wyrządzało jej niepowetowaną krzywdę w domu siostry męża; służba nie cierpiała jej, a dla pani domu stała się prawdzi wym ciężarem. Gdyby biedna Briggs mogła się zdobyć na źdźbło złośliwości, toby się powinna była uśmiechnąć rozkosznie, donosząc, w imieniu miss Crawley, pani Butte, że jej najukochańsza Matylda znacznie się ma lepiej odkąd pani Butte odjechała, że prosi ją też Matylda aby nie raczyła troszczyć się o jej zdrowie i nie porzucała rodziny dla zbytecznych a utrudzających odwiedzin. Nie jedno serce niewieście napawałoby się taką przyjemnostką zemsty; trzeba jednak oddać słuszność miss Briggs że nie była tak dalece zawziętą. Nieprzyjaciółka jej popadła w niełaskę, to już starczyło do poruszenia w jej sercu litośnej struny.
— Wielką popełniłam niedorzeczność, wielkie głupstwo zrobiłam, żem zapowiedziała przyjazd mój miss Crawley w liście, przesłanym razem z kaczkami Ber« beryjskiemi — wyrzucała sobie przv mężu pani Butte. Powinnam była zjawić się niespodzianie u tej starej sekutnicy, wyrwać ją z pomiędzy dwóch harpji: Briggs i Firkin. Achl Butte, kochany mój Butte — cośmy też najlepszego zrobili!
Widzieliśmy do czego była zdolną pani rektorowa w pewnych, danych okolicznościach. Pod jej despotyczną władzą rozpoczęły się terrorystyczne rządy w domu miss Crawley — ale przy pierwszej sposobności wybuchnął bunt, po którym nastąpiła najzupełniejsza niełaska. Odkąd też zaczęli wszyscy głupcy w domu pastora u-dawać ofiary najniegodniejszego egoizmu, najohydniejszej zdrady. Za wszystkie*poświęcenia i całe przywiązanie-
Targowisko próżności. T. II. 8 do miss Orawley odpłacano im najczarniejsza niewdzięcznością.
Prócz tego — awans Rawdona, ogłoszenie jego naz wy w rozkazach dziennych — zaniepokoiło te miłosierne i chrześcijańskie serca.
A nuż przypadkiem ciocia się da ubłagać — wiedząc iż został pułkownikiem i kawalerem Łaziebnego orderu? Kto może zaręczyć czy niegodne stworzenie, które zostało jego żoną, nie wkradnie się znowu w jej jaski?
Pastorowa ułożyła — pod wpływem słusznego gniewu
— kazanie o marności sławy wojskowej i powodzeniu złych ludzi; mąż nie rozumiejąc ani słowa, przeczytał je parafjanom.
Pitt znajdował się tego dnia pomiędzy słuchaczami: udał się do kościoła z dwiema swojemi siostrami w zastępstwie starego baroneta, który w kolatorskiej ławce nader się rzadko pokazywał.
Od czasu odjazdu Rebeki stary niedowiarek odda« wał się bez żadnego hamulca niegodziwym nałogom Postępowanie jego stało się skandalem w hrabstwie a hańbą dla syna. Nigdy miss Horrecks nieprzyczepiała tyle wstążek do kapelusza co obecnie. Sąsiednie domy przestały bywać w zamku Crawley królowej.
Baronet pijał ze swoimi dzierżawcami w Madbury, podczas targów jeździł do Sóuthampton czwórką, wielkim powozem: miss Horrocks siadywała przy nim z prawej strony.
Pan Pitt biorąc dzienniki do ręki, drżał codzień z obawy — czy nie wyczyta przypadkiem ogłoszenia ślubu ojca z tą kobietą? Miłość własna jego ciężką przecho dziła próbę. Na zebraniach religijnych, których był prezesem, i zwykło miewał mowy o wstrzemięźliwości po kilka godzin trwające, nieraz wymowa zamierała mu na ustach gdy wstając posłyszał następujące uwagi słuchaczy:
— Ależ ten szanowny jegomość, to syn starego bezbożnika, sir Pitta, który właśnie teraz pije zapewne w jakiej sąsiedniej karczmie. Raz gdy miał mowę o smutnej doli króla Tombuktu i licznych jego małżonek, pogrążonych w najgłębszej pomroce bałwochwalstwa, pijak jeden zawołał w ciżbie:
— A czy to mało takich samych znajduje się w karczmie w Orawley!
Na ten wykrzyknik osłupieli słuchacze, a cały efekt mowy pana Pitt spełzł najzupełniej. Co do dwóch dziedziczek z Orawley królowej, szczęściem dla nich stary szlachcic, dzięki pośrednictwu Pitta, zdecydował się oddać je na pensję, bo poprzysiągł sobie że pod żadnym pozorem nie przyjmie żadnej guwernantki do zamku.
U rozmaitych osób, działających w tej powieści, postępowanie przybierało odcienia różne, wedle charakteru i różnicy usposobień, można było jednak dostrzedz u wszystkich tej spójni, iż wszyscy podwoili zachodowi grzeczności względem miss Orawley. Wszyscy usiłowali ją przekonać o najprawdziwszem przywiązaniu, składać dowody najserdeczniejszej czułości.
Pani Butte przysłała jej kaczek Berberyjskich, olbrzymich kaiafjorów, śliczny woreczek jedwabny i pa« tarafkę, wyhaftowaną przez jej córeczki, z prośbą, aby najdroższa ciocia zachowała dla nich* choćby malutki kąciczek w szlachetnem sercu,
Pan Pitt, hojniejszy w podarunkach, posyłał jej paki brzoskwiń, winogron i zwierzyny. Dyliżansem z Southampton do Brighton przybywały te rozmaite dowody czułości zacnych krewnych.
Czasem nawet Pitt jeździł w odwiedziny do cioci, gdyż kwaśny i gderający humor szanownego życioda-wcy wystawiał często cierpliwość jego na próbę i skłaniał do szukania po za domem zapomnienia o troskach domowych.
Inny jeszcze powód przyciągał pana Pitt do Brighton: t)bercność lady Jane.
Wspomnieliśmy powyżej o zamiarach połączenia węzłem małżeńskim tej młodej pary.
Lady Jane mieszkała w Brighton z siostrami i z matką, hrabiną Southdown, silną ową niewiastą z ewan-gelji, wielce wziętą u ludzi poważnych, a nabożnych.
Poświęcimy kilka słów tej rodzinie; wmieszanej do wypadków naszego opowiadania z powodu pokrewień’ siwa z rodziną Crawley. Żywot głowy rodziny South« down, Klemensa William, czwartego hrabiego Southdown, nie odznaczał się niczem nadzwyczajnem. Wszedł do parlamentu pod patronatem pana Wilberforce, oddał kilka przysług swojemu stronnictwu i można go było zaliczyć do kategorji ludzi, co to ich nazywają strasznie poważnymi.
Wynaleść jednak nie można słów na orzeczenie zadziwienia i osłupienia cnotliwej hrabiny Southdown, po śmierci szlachetnego małżonka dowiedziała się że jej syn, dziedziczna głowa rodziny, został członkiem kilku klubów, grube pieniądze przegrał w karty u Wat jersa i Kokotjera, stracił połowę spadku, obdłużył się po uszy, jeździł czwórką i mianowany został komisarzem zgromadzeń bokserów, że nadto — o! zgrozo! — wynajmował w operze lożę, gdzie się pokazywał w to warzystwie hulaków, używających najgorszej reputacji. W kółku szlachetnej wdowy wspominano zawsze o nim z pobożnym przestrachem i niezadowoleniem. Lady Emilja, o kilka lat starsza od brata, zajęła już niepoślednie położenie w gronie ludzi poważnych — jako autorka książek do nabożeństwa, hymnów duchownych i przeróżnych poezji religijnych. Była to panna umysłu dojrzałego i wytrawnego, która precz odrzuciła od siebie wszelką ziemską myśl o małżeństwie. Miłosierne jej współczucie dla murzynów starczyło zupełnie na zadowolenie żarliwej jej czułości. Przypisywano jej utwór znakomitego jednego poematu, opiewającego niei dolę murzynów; prowadziła nadto najregularniejszą ko* respondencję z misjonarzami obu Indji. Coś napomykano 0 tkliwszych jej uczuciach dla jednego misjonarza, wielebnego Sylazjusza, męczennika, którego dzicy na wy* spach Oceanu spokojnego najdziwaczniej napiętnowali 1 pomalowali podczas jednej misji.
Co do lady Jane. dla której serce pana Pitt gorzało tak czystym płomieniem, była to panienka miła i lękliwa, mało mówiąca a rumieniąca się co chwila. Mimo sza» leńsfcw swojego brata nie mogła przenieść na sobie żeby go nie kochać. Pisywała do niego od czasu do czasu i liściki cichaczem sama oddawała na pocztę. Raz na wet — a była to najstraszliwsza tajemnica, obarczająca jej sumienie — odwiedziła potajemnie ze swoją guwernantką młodego lorda; którego zastała — o I przeraźliwe następstwo rozpusty i zbrodni — palącego cygaro przy butelce kiraso. Wielbiła siostrę, czciła matkę, a pan Pitt Crawley uchodził w jej oczach za najmilszego i najprzyzwoitszego męzczyznę — zawsze jednak po naj ukochańszym braciszku. Matka i siostra, jako wyższe istoty, rządziły nią we wszystkich okolicznościach i ob« chodziły się z tem pysznem lekceważeniem, jakie uczuwa każda niewiasta krążąca po wyżynach inteligencji — dla niższych umysłowTo od siebie istot. Matka wybierała dla niej suknie, wstążki, kapelusze, nie pytając się wcałe 0 gust córki, za którą gotowa nawet była myśleć. Stosownie do humoru milady Southdown — córka jeździła konno, grała na fortepianie lub używała innej jakiej rozrywki. Milady możeby ją jeszcze ubierała w dwudziestym szóstym roku życia w majtki, krótką sukienkę 1 fartuszek z rękawkami, gdyby nie wypadało przedsta» wić jej królowej Karolinie.
Kiedy damy te osiedliły się w Brighton, pan Pitt Crawley z początku u nich tylko bywał, u ciotki zaś zostawiał tylko bilety wizytowe, nie omieszkując zara« zem wypytywać się pana Bowls lub też jego kolegi o stanie zdrowia chorej — Raz spotkawszy się na ulicy nos w nos z miss Briggs, która wracała z księgarni, dźwigając olbrzymią pakę romansów pod pachą, zarumienił się nadzwyczaj i jak najuprzejmiej powitał pannę do towarzystwa. Przeszedłszy się z nią przeć chwilę, przy prowadził wreszcie do lady Jane, która także znajdowała się na przechadzce, mówiąc:
— Lady Jane — pozwól pani przedstawić sobie naj. lepszą przyjaciółkę mojej ciotki i najwierniejszą jej to« warzyszkę, — miss Briggs, którą już musisz pani znać zkądinąd, jako autorkę „Harmonji serca’4, ślicznych tych poezji, któremi się tak zachwycasz.
Lady Jane zarumieniwszy się po swojemu, podała rączkę miss Brigs, poszepnęła niewyraźnie nader grze* czny komplement; dodając że zamierza odwiedzić miss Crawley, że poczytywałaby sobie za szczęście znać krewnych i przyjaciół pana Pitt. Potem z łagodnym spój-rżeniem „gołębiem pożegnała — się z miss Briggs, której pan Pitt oddał ukłon, nieodrodny istotnie od świetnych ukłonów jakie oddawał wielkiej księżnie Pumpernikiel, kiedy był nadzwyczajnym posłem przy jej dworze.
Zręczny dyplomata umiał skorzystać z lekcji starego Maohjawela Binkie, sam dał lady Jane egzemplarz poezji Briggs, znaleziony w jakimś kącie w zamku Crawley. Przeczytawszy w drodze ten zbiór wierszy, ponaznaczał ołówkiem ustępy, które powinny były najbardziej zająć słodką lady Jane.
Pan Pitt ukazał zręcznie lady Souihdown korzyści, mogące wpłynąć z bliższych stosunków z miss Crawley i kładł głównie nacisk na to, że w tem tkwiła nietylko mało wbżna sprawa znikomego ziemskiego padołu, ale co więcej, zbawienia wiecznego.
Miss Crawley żyła sama i opuszczona; niegodziwy Eawdon przez potworne wybryki, a głównie przez małżeństwo zniechęcił sobie ciotkę na zawsze. Interesowana tyranja pani Bufcte Crawley zniecierpliwiła starą pannę, która się wreszcie zbuntowała przeciw zaborczym pretensjom chciwej swojej krewnej. On zaś chociaż dotychczas wstrzymywał się od wszelkich objawów tkliwości dla miss Crawley — z powodu może przesadnej, dumy — sądził atoli żf* właśnie przyszła chwila, w kto rej wszelkiemi możłiwemi sposobami trzeba było wy« rwać tę duszę ze szponów szatana, i zapewnić sobie, jako głowie rodziny Crawley, spadek po najdroższej; kuzynce.
Lady Southdown, silna owa niewiasta % ewangeiji, zgodziła się we wszystkich punktach z przyszłym swoim “zięciem; żarliwa w gorliwości apostolskiej — przypu szczała iż nawrócenie miss Crawley będzie dziełem jednej chwili. Potężna ta rycerka prawdy czyż w dobrach swoich nie raczyła sama zwiedzać powozem różne osady, gdzie miała apostołować wielkie światło. Czy nie posyłała na wszystkie strony wysłańców, którzy zalewali kraj potokami jej pisemek? Kubie rozkazano aby się natychmiast nawrócił, Piotruś miał zlecone czytać jej prozę bezustannie, bez odwoływania się do duchowieństwa regularnego.
Milord Southdown, epileptyk, zaspanej natury, pochwalał i potwierdzał wszystkie czynności i utwory swojej szlachetnej małżonni. Wiara milady przeinaczała się co chwila, ponieważ wyobrażenia jej przemieniały się co chwila, ulegając wpływowi rozmaitych duchownych dysydenckich, jakich mnóstwo u siebie p/zyj* mowała. Ktokolwiek od niej zależał musiał jej na §lep& ulegać.
Grdy stosownie do kaprysu chwilowego zachwycała się wielebnym Saundersera Mac-Nitre, niebiańskim Szkotem, albo czciła wielebnego Łukasza Waters, anielskiego Walijczyka, albo też Idziego Jowio, szewca i illuminata, wszystko co tylko żyło w domu: dzieci, służący, dzie* rżawcy musieli za przykładem milady czołem uderzać przed nimi i mówić „amen“ na wyznanie wiary każdego z tych doktorów religijnych.
Podczas ćwiczeń nabożnych milord Southdown, chen łający i kaszlący, otrzymał upoważnienie pozostawania w swoim pokoju, gdzie spijając grzane winko, słuchał jak mu czytano dzienniki. Stary hrabia najbardziej kochał lady Jane, która też go otaczała najszczerszemi i najczulszemi staraniami.
Lady Emilja, autorka dzieła ascetycznego pod napisem: „Praczka z Finckley-Oommon“, malowała w barwach tak straszliwych kary, jakie nas czekają, na tamtym świecie, że przerażała lękliwy umyst zgrzybia łego ojca. Według zdania samych lekarzy, wiele ataków epileptycznych spowodowały ponure kazania tej zapa* lonej predykantki.
— Dobrze, pójdę ją odwiedzić, odrzekła lady Southdown panu Pitt, ulegając logice rozumowania narzeczonego swojej córki. — Ozy nie wiesz pan kto jest lekarzem miss Crawłey?
Pitt wymienił pana Creamer,
— Jeden z najniebezpieczniejszych i najciemniejszych lekarzy, chciej mi wierzyć, mój drogi! Opatrzność w niezbadanych zrządzeniach swoich dozwoliła że posłu żyłam jej za narzędzie do oczyszczenia kilku domów z tego nieuka. Nieszczęściem parę razy przybyłam za późno, jak naprzykład do biednego jenerała Grlauders, co już konał w ręku tego przeklętego osła. Dzięki pigułkom Podgera, które mu dałam zażyć, znacznie mu lepiej się zrobiło przez kilka dni; ale niestety, już było za późno, już nie mogły stanowczo skutkować. Skonał za to nadzwyczaj lekko, prawie bez bolu, a jeżeli Opatrzności podobało się zabrać go z tego świata, to z pewnością dla jego dobra. Craemer, kochany Pitt, nie może leczyć nadal twojej ciotki.
Pitt zgodził się zupełnie na to zdanie, bo i on także ulegał, tak jak drudzy, wpływowi szlachetnej swojej krewnej, a przyszłej świekry.
Umysł jednak i żołądek posiadał tak tęgi, że mógł znosić zarówno duchowe jak i doczesne lekarstwa mi* lady: Kazania Saundersa Mac-Nitre i pigułki Fodgera; eliksir Pokeya i rozmyślania Łukasza Waters. Odchodząc nie zaniedbywał nigdy zabierać zapasu mikstur teologicznych i medycznych, przyrządzanych przez cie-mnotę a rozpowszechnianych przez szarlatanizm.
— Co do kuracji duchowej — ciągnęła dalej milady
— n;e ma czasu do stracenia; w niegodziwych ręku Craemera może zgasnąć lada dzień, a wiesz dobrze jaki opłakany stan jej duszy w wilję wiekuistej podróży! Natychmiast wyszlę do niej doktora Irons. Jane! na* pisz zaraz grzeczny list do wielebnego Bartłomieja Irons. Powiedz mu że go dzisiaj o wpół do siódmej zapraszam na herbatę. Żarliwy to apostoł. Pewna jestem że jeszcze dzisiaj odwiedzi miss Crawley — a ty Emilko, przygotuj moja duszko paczkę broszur dla miss Crawley! Włożysz:
Głos w ’płomieniach! Trąbę Jerychońską, Rozbity kocioł, i dołączysz: Ludożercę nawróconego.
— A Praczkę z Finckley-Commen? zagadnęła lady Emilja. — Trzeba dążyć prosto do celu,
— Przepraszam panie — wtrącił dyplomatycznie Pitt.
— Mimo najgłębszego poważania dla najdroższej lady Southdown — ośmielę się zauważać że kto wie czy nie lepiejby było nieco poczekać nim się sprowadzi miss Crawley na grunt tak ważny i stanowczy. Przede-wszystkiem wypada oszczędzać jej zdrowie — a prócz tego przyznacie panie że ona tak mało myślała dotych» czas o śmierci, o zabezpieczeniu sobie wiekuistej szczęi śliwości.
— Tem ci bardziej wypada spiesznie działać — za4 wołała lady Emilja, dźwigając arsenał broszur.
— Zbyt nagle działając przerazimy ją tylko. Znając dokładnie światowe usposobienie mojej ciotki, ręczę paniom, że nie osiągnęlibyśmy zamierzonego celu, nie porzuciłaby błędnej drogi i nie zdołalibyśmy wyrwać tej duszy z grożącego jej niebezpieczeństwa. Chcąc się uwolnić od obawy, od nudów, jakich w zaślepieniu swojem od was spodziewać się będzie, wyrzuci poprostu książki za okno i drzwi nam zamknie przed nosem.
— Pitt! Pitt — i ty także hołdujesz znikomościom tego świata, przynajmniej tyle co miss Crawley — rzekła z westchnieniem lady Emilja, zabierając nieocenione broszury.
— Zbytecznem byłoby powiadać pani, kochana lady Southdown — mówił dalej Pitt nieco ciszej do hrabiny
— jak dalece brak względów i roztropności mógłby zaszkodzić naszym widokom co do znikomych docze-snych dóbr miss Crawley. Majatek jej dochodzi do siedmdziesięciu tysięcy funtów szterlingów. Racz pani prócz tego zwrócić uwagę na jej wiek podeszły, na jej temperament nerwowy a delikatny. Zrobiła przedtem] testament na korzyść brata mojego pułkownika Crawley, zniszczyła go, wiem o tem... Nader łagodnie trzeba się obchodzić z tą duszą cierpiącą i zgryźliwą. Unikajmy więc przedewszystkiem środków gwałtownych i drażniących, coby ją natychmiast rozgniewać i oburzyć mogły. Spodziewam się więc że miłady zgodzisz się ze mną, iż...
— Zapewne, zapewne — odparła lady Sonthdown. Joanno, moje dziecię, nie potrzeba już pisać do dokto» ra Irons. Ponieważ zdrowie miss Crawley nie dozwala jej znosić trudów dyskusji, poczekamy aż się będzie miała lepiej. Bądź co bądź, odwiedzę ją jutro.
— Racz mi nadto wierzyć, najłaskawsza milady, dodał pieszczotliwym tonem sir Pitt — że nie wypada prowadzić tam żarliwej naszej Emilji, która za zbyt gwałtownie nakłania do prozelityzmu; radziłbym raczej zabrać łagodną i cichą lady Jane.
— Zapewne, zapewne — Emilja pokrzyżowałaby nam wszystkie nasze plany — odparła lady South* down, uznając słuszność tej uwagi. Na ten raz więc hrabina zaniechała zwykłej metody, — przygniatania ciężarem niestrawnych i wstrętnych piśmideł — ofiary, — którą chciała podbić i nawrócić. Chociaż nie możemy zawyrokować stanowczo czy się to stało ze względu na osłabione i wątłe zdrowie miss Crawley, czy żeby nie przeszkodzić wiekuistej szczęśliwości zbłąkanej duszy, czy też może w skutek wyrachowania — dość że lady Southdown zgodziła się na zwłokę.
Nazajutrz paradny powóz rodziny Southdown, na drzwiczkach którego świetniały korony hrabiowskie, oraz herby, dowodzące bliskich związków z rodziną Binkie — zatrzymał się pompatycznie przed domem miss Orawley. Lokaj olbrzymiego wzrostu, miny poważnej i nabożnej — wręczył panu Bowls karty wizytowe swojej pani dla miss Orawley i miss Briggs.
Tym sposobem zawiązały się pierwsze stosunki, Lady Emilja nie mogła przenieść na sobie aby nie przesiać pocztą, tego samego dnia jeszcze, paczki broszur powyżej przytoczonych, mianowicie zaś sławną „Praczkę“, oraz kilka innych utworów pisanych głć* wnie dla służących, jak między innemi: „Okruszyny izby czeladnej“, „Piec i komin“ i tym podobne z tytułami równie chiecującemi.
XXXIV.
Fajka młodego pana iakóba Crawley.
Grzeczne zachowanie się pana Orawley i dobre przyjęcie ze strony bdy Joanny pochlebiło niezmiernie pannie Briggs, która nie omieszkała przemówić na korzyść hrabianki, gdy oddano pannie Orawley bilety rodziny Southdownów. Bilet hrabiny, oddany umyślnie dla niej, sprawił niemałą przyjemność biednej demoi* selle de compagnie, niemającej przyjaciół na świecie.
— Eadabym wiedzieć co też hrabinie Southdown przyszło do głowy że tobie przysłała bilet, panno
Briggs — rzekła znakomita republikanka, panna Ora* wley, na co jej Briggs odpowiedziała potulnie, że „prze-cież w tem nie ma nic złego jeżeli dama wielkiego rodu zwraca uwagę na biedną szlachciankę,“ poczem schowała bilet do skrzynki, między najdroższe swoje skarby. Następnie opowiedziała jak wczoraj spotkała pana Crawleya, idącego na przechadzkę ze swoją ku* zynką i narzeczoną, jak dobrą i łagodną jest lady Jo* anna, i jak skromnie była ubraną — przyczem oczywiście opisała jej strój z kobiecą dokładnością, zacząw* gzy od kapelusza a skońozyw3zy na trzewikach.
Panna Crawley pozwoliła jej szczebiotać nie prze* rywaiąc jej zbyt często. W miarę jak przychodziła do zdrowia, czuła potrzebę towarzystwa. Pan Creamer, jej lekarz, sprzeciwiał się jak najmocniej powrotowi jej do Londynu, do dawnego, szkodliwego trybu życia. Ztąd poszło że rada była bardzo znaleść jakie takie towarzystwo w Briggton, i dla tego też nietylko kazała zaraz nazajutrz oddać swoje bilety, ale nawet Pitt Ora wley otrzymał łaskawe zaproszenie by przyszedł odwiedzić swoją ciotkę. Przyszedł i przyprowadził z sobą hrabinę Southdown wraz z córką. Mylady nie pisnęła ani słówka w sprawie zbawienia duszy panny Orawley, ale z nadzwyczajną dyskrecją rozmawiała o pogodzie, 0 wojnie, o upadku tego potwora, nazywającego się Bonaparte, a przedewszystkiem o doktorach, o lekach, 1 o szczególnych zaletach dra Podgers, którego była protektorką.
Podczas tej rozmowy Pitt Crawley wykonał wielki manewr, dowodzący że gdyby był przedwcześnie nie porzucił karjery dyplomatycznej, to mógłby był mieć w niej wielkie powodzenie. Gdy hrabina-wdowa South down. jak to było zwyczajem podówczas, znęcała się nad „perweniuszem z Korsyki“, gdy dowodziła że był to potwór splamiony wszelką możliwą zbrodnią, tchórz i tyran, który nie wart był ż/ć na świecie, którego upadek był przepowiedziany itd. Pitt Crawley stanął nagle w obronie tego męża Opatrzności. Opisał on Pierwszego konsula, jakim go widział w Paryżu po zawarciu pokoju w Amiens, kiedy on, Pitt Crawley, miał zaszczyt poznać wielkiego i zacnego męża stanu, pana Fox, którego nie podobna mu było nie podziwiać jakkolwiek dzieliła ich różnica zdań, a ten mąż stanu miał zawsze bardzo wysokie wyobrażenie o cesarzu Napoleonie. Wyrażał on się przytem z jak największem oburzeniem o zachowaniu się sprzymierzonych mocarstw w obec monarchy strąconego z tronu, który powierzywszy się ich wspaniałomyślności, wysiany był na haniebne i okrutne wygnanie, podczas gdy zamiast nie* go gnębi! Francję podły i obłudny papista.
Prawowierny ten wstręt do rzymskich zabobonów ocalił Pitta Crawley w opinji lady Southdown, podczas gdy jego uwielbienie dla Foxa i Napoleona podniosło go niezmiernie w oczach jego ciotki. Wprowadzając ją po raz pierwszy w to opowiadanie, wspomnieliśmy o jej przyjaźni ku zmarłemu mężowi stanu angielskiemu. Wiernie trzymając z Whigami, panna Crawley przez cały ciąg wojny należała do opozycji, i jakkolwiek u» padek cesarza z pewnością nie wstrząsł bardzo mocno starej panny, ani też los jego nie skrócił jej życia, ani nie odebrał snu, to przecież Pitt przemawiał jej do serca chwaląc obudwu jej faworytów, i temi kilkoma słowy zrobił ogromne postępy w jej łaskach.
— A coż pani sądzisz, moja droga? rzekła pani Crawley do młodej lady, która podobała się jej była na pierwszy rzut oka, równie jak wszystkie piękne i skromne młode osoby — chociaż należy wyznać iż u* podobania tego rodzaju niknęły równie szybko jak po« wstawały.
Lady Joanna zarumieniła się mocno, i rzekła że „nie rozumie się na polityce, i zostawia ją mędrszym głowom od swojej, ale że chociaż mama niezawodnie musi mieć słuszność, to pan Crawley mówił bardzo pięknie.“ Grdy damy odchodziły, panna Crawley wyra* ziła nadzieję że „lady Southdown przyszłe jej od czasu do czasu lady Joannę, jeżeli to być może, ażeby przyszła pocieszyć biedną starą kobietę, chorą i samotną“. Dano jej to przyrzeczenie, i panie rozstały się w największej z sobą przyjaźni.
— Nie sprowadzaj mi tu więcej lady Southdown, Pitt — rzekła po ich odejściu panna Crawley. — Taka głupia i pompatyczna, jak cała rodzina twojej matki, której nigdy cierpieć nie mogłam. Ale za to przypro* wadzaj jak najczęściej tę ładniutką i poczciwą lady Joannę.
Pitt przyrzekł zastosować się do tego polecenia. Nie powiedział hrabinie jakie było o niej zdanie jego ciotki, ale owszem pozwolił jej cieszyć się mniemaniem, że zrobiła na pannie Crawley przecudne i majestatyczne wrażenie.
W ten sposób lady Joanna stała się wcale częstym gościem u panny Crawley, towarzyszyła jej gdy wyjeżdżała na spacer, i uprzyjemniała jej nie jeden wie* czór, rada z tego że przynosi ulgę cierpiącej osobie, a w głębi duszy może też nie zbyt niezadowolona iż to ją uwalniało od straszliwego perorowania wielebnego Bartłomieja Irons i innych powag, garniącyeh się u stóp pompatycznej hrabiny, jej mamy. Była ona tak dobrą i łagodną z natury, że nawet Firkin nie była o nią zazdrośna, a Briggs mniej czuła okrucieństwa swojej przyjaciółki w obecności lady Joanny. Zachowanie się panny Crawley w obec młodej lady było nadzwyczaj uprze jur e. Opowiadała jej tysiące anegdot z czasu swo jej młodej młodości, ale tonem znacznie odmiennym od tego, w jakim zwykła była dawniej rozmawiać z bez bożną.Rebeką — bo w niewinności lady Joanny było coś. co sprawiało że śliskie zwroty mowy w obec niej brzmiałyby były jak impertynencje, a panna Crawley była nadto dobrze wychowaną osobą, by była zdolna obrazić tak czystą duszę. Młoda lady, nie doznawszy nigdy przedtem uprzejmości, jak chyba ze strony swojego ojca i brata, odpłacała pannie Crawley jej upodobanie w swojej osobie nieafektowaną słodyczą i przyjaźnią.
Wieczorami jesiennemi (podczas gdy Rebeka bawiła się w Paryżu, najweselsza pomiędzy wesołymi — a Amelja, nasza biedna Amelja! Co się z nią działo?!) lady Jaonna siedziała w bawialnym pokoju panny Crawley, i śpiewała słodkim swoim głosem proste pio* sneczki i hymny, podczas gdy słońce zachodziło a moi rze huczało u brzegów. Panna Crawley budziła się
Taigowisko próżności. T. II. 9 zwykle gdy śpiew ustawał, i prosiła o ciąg dalszy. C-o się tyczy Briggs i jej łez rozkoszy, wylewanych w ta» kiej chwili, podczas gdy udawała że robi pończochę, i spoglądała na ocean ściemniający się pod oknami i na lampy wszechświata, rozjaśniające się na stropie niebieskim — któż, mówię, zdołałby opisać jak Briggs była rozczuloną i szczęśliwą?
Pitt tymczasem, z broszurą o cle zbożowem albo raportem misjonarskim pod ręką, używał w jadalnym pokoju tego wczasu, który po obiedzie pożądanym by wa ludziom romantycznego i nieromantycznego uspo sobienia. Popijał maderę, stawiał chałupki na lodzie, czuł że jest niepospolitym młodym człowiekiem, czuł że kocha się w lady Joannie mocniej niż kiedy w ciągu tych siedmiu lat, które trwał ich stosunek, b^z naji mniejszej z jego strony niecierpliwości — i spał przy teru nie mało. Gdy podano kawę pan Bowls wchodzi z hałasem i prosił pana Pitta, którego zastawał wśród ciemności zatopionego w broszurze...
— Chciałabym moja droga, ażebym mogła znaleść kogo coby grał pikieta ze mną. rzekła raz panna Ora« wley właśnie gdy Bowls pojawił się był z światłem i kawą. — Ta biedna Briggs umie grać tyle, co sowa: głupia jest okropie (panna Orawley lubiła zawsze mć» wić niegrzeczności swojej towarzysze przy sługach) a zdaje mi się że spałabym lepiej, gdybym miała moją partję!
Lady Joanna zarumieniła się po same końce swo* ich maleńkich uszu i swoich drobnych paluszków, a kiedy pan Bowls wyszedł z pokoju i zamknął drzwi za sobą, rzekła:
— Miss Crawley, ja... ja umiem trochę grać w karty. Grywałam... czasem... z biednym, kochanym ojcem moim.
— Chodź tutaj, niech cię pocałuję! Chodź tutaj, niech cię pocałuję natychmiast, droga poczciwa duszyczko moja! zawołała panoa Crawley w zachwyceniu, a kiedy pan Pit-t pojawił się w pokoju ze swoją broszurą w ręku, zastał ciotkę i narzeczona we wzajemnych uściskach. Jak ta biedna lady Joanna rumieniła się przez cały wieczór! * & *
Nie należy wyobrażać sobie jakoby zabiegi pana Pitta Crawley uszły baczności drogich jego krewnych, na probostwie w Queens Crawley, Hrabstwa Hampshire i Sussex sąsiadują z sobą bardzo blisko, a w ostatnim z nich pani Butte Crawley miała przyjaciół, którzy nie omieszkali donieść jej o wszystkiem, i więcej niż o wszystkiem co się działo w domu panny Crawley w Brighton. Pitt przesiadywał tam coraz pilniej. Całe^ mi mięsiącami nie było go w Orawley Hall gdzie obrzy dliwy jego papa spędzał czas w wyłącznem towarzystwie butelki z rumem i rodziny Horrocksów. Powodzenie Pitta wprawiało rodzinę pastora we wściekłość, a pani Butte żałowała coraz mocniej — choć coraz mniej przyznawała się do tego — że obraziła pannę Briggs, że okazała się dumną i skąpą wobec Bowlsa i Firki* nównej, że w skutek tego nie miała w domu panny Crawley nikogo, coby jej doniósł o tena, co się tam działo. 9*
— Wszystkiemu winien obojczyk mego męża — powtarzała — gdyby się był nie złamał, nie byłabym do* tychczas opuściła jej domu. Jestem męczennicą obowiązków małżeńskich, i twojego nieksiężego zamiłowa* nia w myśliwstwie, Butte!
— W myśliwstwie! Co za nonsens! To ty przestraszyłaś ją, Barbaro, odparł filar kościoła. Jesteś zręczną, kobietą, ale temperament masz djabelski, i lubisz dusić pieniądze, Barbaro!
— Byliby cię dusili w kozie, Butte, gdybym była nie dusiła pieniędzy.
— Wiem to, wiem, odparł pastor dobrodusznie. Jesteś zręczną kobietą, ale przemądrujesz czasem, jak sama przyznasz. Co rzekłszy, bogobojny mąż pocieszyła się dużą szklankę portu.
— Chciałbym też wiedzieć co u lieha podobać jej się mogło w takim mazgaju jak Pitt Orawley — mówił dalej. Jest to stworzenie, które nie potrafiłoby opędzić się gęsi. Pamiętam że nieraz Rawdon, który — nie ma co mówić, jest mężczyzną, pędził go batogiem na około wszystkich stajen, a paniez z płaczem uciekał do mamy. Chacha! Każdy z moich chłopców przewróciłby go jedną ręką. Jim*) powiada że dotychczas w Oxfordzie mazgaja tego wspominają jako „pannę“ Crawley.
— Wiesz co. Barbaro? dodała Jego wielebność po chwili.
— Co? zapytała Barbara, która na przemian gryzła, paznokcie i bębniła w stół palcami. i) Jim, zdrobniałe: James, jak u nas np. Kubuś.
— Dlaczego też nie mielibyśmy wyprawić Jima do Brighton, ażeby spróbował czy nie da się co zrobić ze starą jejmością. Wiesz że wkrótce otrzyma stopień akademicki. Był wprawdzie dwa razy wypędzony z uniwersytetu — równie jak ja, ale zawsze może się chlu« bić że był w Oxfordzie i otrzymał wykształcenie aka demickie. Zna się z kilkoma pierwszorzędnemi gwiazda* mi tamtejszemi. W klubie wioślarzy nalerzy do łodzi Bonifacego. Jest ładnym chłopcem. Goddam, moja pani, wyprawmy go do starej baby, a gdyby mu Pitt prze szkadzał, to niech mu połamie kości. Chachacha!
— Jim zapewne może pojechać i odwiedzić ją, od* parła małżonka, dodając z westchnieniem: Ach! gdybyśmy mogli umieścić u niej którą z naszych dziewcząt! Ale nie zniosłaby ich, bo nie są piękne!
Nieszczęśliwe te i dobrze wychowane istoty dawały się słyszeć w tej chwili w bawialnym pokoju, gdzie twardemi nader palcami wybębniały na fortepianie ja. kąś nader mozolnie wystudjowaną kompozycję. W istocie cały dzień zajmowały się one to muzyką, to haftami, to jeografją, to historją; ale cóż pomogą wszystkie te doskonałości dziewczętom za krótkim, za ubogim i za brzydkim? Oprócz kooperatora, pani Butte nie widziała nikogo, coby ją mógł uwolnić od jednego z tych cię^ żarów. W tej chwili Jim wracając ze stajni, przez okno wlazł do pokoju, z krótką fajeczkę wetkniętą w ceratowy kaszkiet, i rozpoczął ze swoim ojcem rozmowę o zakładach i szansach przyszłych wyścigów, a tem sa* mam skończyła się pogadanka między pastorem a jego małżonką.
J12!-
Pani Butte nie spodziewała się wiele dobrego po misji swojego syna Jakóba, i z niewielką otuchą pa* trzyła na jego wyjazd. Młodzieniec ten gdy mu powiedziano w jakim celu jedzie, także nie wiele przyjemności i pożytku obiecywał sobie z tej podróży, ale pocieszała go myśl że ciocia da mu może jaką pamiątkę, która mu ułatwi zapłacenie najbardziej naglących długów przy rozpoczynającej się wkrótce nowej kampanji w Oxford — wsiadł tedy na dyliżans w Southhampton i tego samego wieczora przybył do Brighton, wraz z ulubionym swoim buldogiem, zwanym Towzer, i z ogromnym koszem jarzyn i innych produktów wiejskich, od drogich krewnych w Queens Crawley dla drogiej panny Crawley. Zważywszy że było już za poźno ażeby naprzykrzać się chorej, Jim stanął w domu zajezdnym i do piero nazajutrz około południa pojawił się u panny Crawley.
Kiedy go ciotka widziała po raz ostatni pan James Crawley był niezgrabnym wyrostkiem w tym nieko» rzystnym wieku życia, w którym głos zmienią się kolejno z nieludzkiego pisku na nadnaturalny bas, i od«1 wrotnie, w którym twarz zakwita rozmaitemi wypryskami; w którym chłopcy w sekrecie próbują golić się-nożyczkami swoich sióstr, a na widok innych ujłodych osób wpadają w strach niewytłomaczony; w którym miewają duże czarne ręce i olbrzymie stopy, daleko wystające z odzieży za kro’kiej i za ciasnej; w którym obecność ich po obiedzie jest równie niemiłą kobieto;«, szepcącym o szarej godzinie w salonie, jak nieznośną dorosłym mężczyznom w jadalnym pokoju, których swobodna wymiana żartów i konceptów tamowania jest w obec tej niezgrabnej niewinności, póki, po drugim kieliszku, ojciec nie powie: „Jack, mój chłopcze, pój-dźno i zobacz jaki tam wieczór na dworze“ — poczem Jack opuszcza towarzystwo, kontent z otrzymanej wolności, ale tknięty do żywego tem że go jeszcze uważają za dziecko. Obecnie zaś James Crawley był skończonym młodym człowiekiem, za którym przemawiało wychowanie uniwersyteckie, połączone z tym nieoce* nionym kolorem, jakiego się nabywa żyjąc gromadnie w małem kolegium, robiąc długi, i będęc wypędzanym ze szkól i relegowanym od czasu do czasu.
James był jednakże ładnym chłopakiem, gdy przedstawił się swojej ciotce, a przyjemna powierzchowność była u niej zawsze dobrą rekomendacją. Jego rumieńce i jego niezgrabne zachowanie się nie zaszkodziły mu wcale, owszem podobały się także, jako dowody mło> dociannej naiwności.
Powiedział że „przyjechał na parę dai odwidzieć kolegę z uniwersytetu, i złożyć swoje uszanowanie ciotce dobrodziejce, wraz z ukłonami od papy i od mamy, którzy bardzo troskliwie kazali dowiedzieć się o jej zdrowie“.
Pitt znajdował się w pokoju gdy zaanonsowano młodzieńca, i pobladł usłyszawszy jego nazwisko. Pan« na Crawley miała w sobie wiele złośliwego humoru, i bawiła się wybornie tem pomieszaniem przyzwoitego swojego synowca. Wypytywała się z zajęciem o wszyst» kich członków rodziny pastora, i nadmieniła że ma zamiar zrobić im wizytę. Chwaliła Jakóba w jego o becności, mówiła że wyrósł i wy przystojniał, i że szkoda iż siostrom jego nie dostało się w udziele nieco z jego powierzchowności. Dowiedziawszy się iż stanął w hm telu, oświadczyła iż nie ścierpi tego. i kazała Bowlsowi posłać natychmiast po rzeczy pana Jakóba i pójść za« płacić jego rachunek, Spojrzała przytem ukradkiem na Pitta. który omal nie pękał z zazdrości. Pomimo wszel« kich łask swoich ciotka nie ofiarowała mu nigdy po-mieszkania u siebie, a temu smarkaczowi na pierwszym wstępie zdarzała się ta gratka!
— Za pozwoleniem, łaskawy panie — rzexł Bowls, zbliżając się z głębokim ukłonem — w którym hotelu są pańskie rzeczy?
— O! zawołał James, zrywając się, jakby trochę zaalarmowany — ja... ja pójdę sam!
— W którym hotelu? zapytała panna Orawley.
— U... u Tomasza Oribbs... rzekł James, rumieniąc się po same uszy.
Panna Orawley wybuchła śmiechem usłyszawszy tę nazwę, a pan Bowls, jako stary sługa, pozwolił sobie także zachichotać raz, nim stłumił resztę swojej weso* łości. Dyplomata uśmiechnął się tylko z lekka.
— Ja... nie znałem lepszego zajazdu — rzekł Jame3 spuszczając oczy. — Nie byłem przedtem nigdy w tem mieście, a woźnica wskazał mi ten zajazd!
Twierdzenie to było cokolwiek niedokładnem, fakt bowiem był taki, że tym samym dyliżansem z South-bampton co James przyjechał był do Brighton słynny Pett z Tudbury, mający potykać się z drugim zawołanym bokserem Fibberem z Rottingdean, a James po* ^najomiwszy się z nim i zachwycony jego rozmową, przepędził był we wspomnianym zajeździć wieczór wczorajszy w towarzystwie tego wielkiego męża i jego przy« jaciół.
— Najlepiej będzie.. jeżeli ja pójdę sam i zapłacę
— mówił James dalej — Nie ś niJbym narażać panią na wydatek — dodał wspaniałomyślnie.
Delikatność ta jeszcze bąrdziej rozśmieszyła ciotkę.
— Jdź, Bowls, zapłać rachunek — rzekła — i przynieś mi go tutaj I
Nie wiedziała co czyni1
— Tam... tam jest.. piasek, rzekł James z miną wi* nowajcy. Lepiej będzie jeżeli ja pójdę sam.. Ten pie sek... ma zwyczaj chwytaC każdego lokaja za łytki i
Tym razem całe towarzystwo kładło się od śmiechu, nawet Briggs i lady Joanna, które dotychczas nie odzywały się wcale. Bowls wyszedł.
Na złość drugiemu swojemu synowcowi panna Ora-wley nie przestała obsypywać młodego akademika swo jemi łaskami, którym nie było końca gdy się raz za częły. Podczas gdy Pitt otrzymał tylko zaproszenie na obiad, James musiał jechać z nią na spacer i parado wać na przedniem siedzeniu w jej dorożce. Przez cały czas tej wycieczki miss Orawley męczyła chłopaka poezją włoską i francuską i utrzymywała że poczynił wielkie postępy w naukach, że otrzyma złoty medal i stopień „senjora“.
— Hahal — zaśmiał się James, ośmielony temi kom« plimentami. — Senjor! To nie w tej budzie, to w tamtej!
— Co to jest „tamta buda, moje dziecko?
— Senjorów robią Cambridge, a nie w Oxfordzier rzekł z uczoną miną, i byłby był zapewne stał się co-raz bardziej poufałym, ale w tem pojawili się na wózku, ciągnionym przez lichą szkapkę, w białych flanelowych kurtkach z guzikami z perłowej macicy, jego przyjaciele Pitt i Fibber, i trzech jeszcze dżentlmenów tego samego rodzaju, którzy wszyscy pozdrowili go jako dobrze znajomi. Wypadek ten podziałał źle na jego humor, i przez cały dalszy ciąg/przejażdżki nie odezwał się więcej.
Po powrocie James zastał przygotowany dla siebie pokój w domu ciotki, i tłurnok swój sprowadzony z hotelu. Mógłby był także w wyrazie twarzy pana Bowls, gdy go tenże wprowadzał do jego pokoju, uważać coś nakształt zdziwienia, litości i poważnego zgorszenia. Nie zwracał on wszakże uwagi na pana Bowlsa, i ubole-wał tylko nad swojem położeniem w domu, w którym pełno było starych kobiet świegocących po francusku i po włosku i rozprawiających o poezji. — Tak mi tu dobrze jak psu na płocie! wzdychał skromny miodzie’ niec, który nie miał odwagi stawić czoła najłagodniejszej kobiecie, nawet pannie Briggs gdy mówiła do niego, podczas gdy podjąłby się był pobić najdzielniejszego wioślarza.
Do obiadu James stawił się w białej chustce na szyi i miał zaszczyt wprowadzić pod rękę lady Joannę, podczas gdy za nim postępowali Pitt Crawley i panna Briggs, podpierając ciotkę wraz z całym jej aparatem zawiniątek, szalów i poduszek. Briggs przy obiedzie poświęcała połowę czasu staraniom o wygodę panny Crawley, i karmieniu jej pieska pieczonemi kurczętami.
James mówił mało, ale uważał to za swój obowiązek pić wino z wszystkiemi po kolei paniami, trącał się kieliszkiem z panem Pitt Crawley i wypił większą część butelki szampana, którą Bowls odetkał na jego cześć z polecenia pani domu. Gdy panie wróciły do salonu, a bracia stryjeczni — zostali sam na sam, exdyplomata Pitt stał się bardzo rozmownym i przyjacielskim. Wypytywał Jakóba o jego życie uniwersyteckie, o jego projekta na przyszłość, wyrażał nadzieję że będzie miał powodzenie jak najlepsze, i jednem słowem, pełen był otwartości i szczerości. Wino z Oporto rozwiązało język i Jakóbowi, wyspowiadał się tedy otwarcie ze swego życia, z swoich widoków, długów, kłopotów, awantur i zajść z prorektorami (dozorcami kolegiów) przyczem nalewał sobie jeden kieliszek po drugim, i od Portu,, wesoło i żywo, przeszedł do Madery.
— Nic nie sprawia tyle przyjemności naszej ciotce, rzekł Pitt, nalewając sobie kieliszek wina — jak kiedy każdy zachowuje się u niej jak gdyby był we własnym domu, Jesteśmy tutaj w Liberty-Hall, w domu wolności mój Jakóbie, i zobowiążesz sobie pannę Crawley jeżeli będziesz robił co ci się podoba i zażądasz wszystkiego co ci przyjdzie do głowy. Wiem ja to dobrze że bra liście mi na wsi wszyscy za złe iż należę do Torysów, Panna Crawley jest liberalną nad wszelki wyraz, re-pubłikanką z zasady, nieprzyjaciółką różnic społecznych i tytułów.
— Dla czegóż żenisz się z hrabianką?
— Nie zapominaj że biedna lady Joanna niewinna swemu urodzeniu — odpowiedział Pitt z miną dworaka
Nie mogła przeszkodzić temu że jest córką lorda. Zresztą wiesz że jestem Torysem.
— O i co się tego tyczy, zawołał Jim, zgadzam się że nie ma jak krew! Nie, do licha, po nad starą krew nie ma nic na świecie 1 Nie jestem radykałem. Wiem co to znaczy być szlachcicem! Przypatrz się wyści gom wioślarskim, walkom bokserskim, szczwaniuszczć. rów psami; któż wygrywa? Dobra krew! Przynieś>no więcej portu, Bowls, gdy skończę tę butelkę. O czerń to mówiłem?
— Jeżeli się nie mylę. mówiłeś o szczwaniu szczurów, odparł Pitt łagodnie, podając mu butelkę.
— 0 szczwaniu szczurów? A więc, Pitt czy lubisz ten rodzaj sportu? Ozy chciałbyś widzieć psa, który umie wziąć szczura jak należy? Chodź ze mną do Tomka Oorduroy, na Castle Street Mews, a pokażę ci takie go buli*terrier, jakiego... Ale, żarty! zawołał James śmiejąc się z własnej niedorzeczności. — Tobie nie w głowie szczury, ani psy I Nie wiem czy potrafiłbyś odróżnić psa od kaczki!
— Ale, nawiasem mówiąc — przerwał Pitt coraz ła* godniej — wspomniałeś o krwi i o korzyściach, jakie daje dobre pochodzenie... Oto jest świeża butelka.
— Krew, tak, krew! zawołał James, wychylając czerwony nektar — nie ma jak dobra krew w koniach psach, i ludziach. Przeszłego roku, nim mię wykluczono z kolegium... to jest, chciałem powiedzieć, nim zapadłem na odrę... siedzimy właśnie razem, ja i Ring* wood z kolegium Ohristchurch — Robert Ringwood, syn lorda Cingbar... siedzimy i pijemy piwo pod Dzwonem, kiedy naraz nadchodzi wioślarz z Banbury i ofiaruje się pokonać każdego z nas o zakład, to jest, o wazę ponczu. Nie mogłem przyjąć wyzwania, bo miałem rękę na temblaku... dwa dni przedtem kobyła wywróciła się była ze mną i myślałem, żem złamał ramię. Otóż — nie mogłem, ale Robert natychmiast zdjął surdut, i przez trzy minuty stawiwszy czoło przeciwnikowi, cztery razy powalił go o ziemię. Do kroćset! Gdybyś był widział jak go trzepnął I I cóż to było? Krew, mój kochany, krew!
— Nie pijesz, Jakóbie, przerwał były attaché ambasady — za moich czasów w Oxford, butelki jak widzę krążyły raźniej, niż to się u was dzieje.
— Ej, rzekł James, przykładając rękę do nosa i mrugając na swego kuzyna oczyma, w których Porto dopominało się o swoje prawa. Nic z tego, mój kochany! Nie uda ci się! Chciałbyś mię widzieć pod stołem, ale nie dokażesz tego! In vino veritas, mój drogi. Mars, Bachus, Apollo viroram! Co, hę? Chciałbym ażeby ciocia posłała kilka kropel tego Porto mojemu staremu. Wyborny napitek!
— Powiedz jej to, odparł Machiawel, a teraz korzystaj ze sposobności. Jakże to mówi poeta:
Nunc vino pellite curas,
Cras — ingens iterabimus aequor. *)
Wygłaszając te słowa tonem mówcy parlamentar-nego, dyplomatyczny zwolennik Bachusa z wielkim zamachem połknął cały prawie naparstek wina.* * ) Teraz winem rozpraszajcie troski, jutro na niezmierzone puścimy sig głębie.
U pastora, gdy odetkano po obiedzie butelkę Portu, panny dostawały każda po kieliszku stołowego wina. Pani Butte wypijała kieliszek Portu, a James dostawał ich dwa, a ponieważ pastor wpadał w zły humor jeżeli mu nie zostawiano reszty butelki, poczciwy chłopak wstrzymywał się od niej i gasił resztę pragnienia sto-łowem winem, albo dżinem z wodą, w stajni, w towarzystwie woźnicy i fajeczki. W Oxfordzie, ilość wina była nieograniczona, ale jakość nie zbyt wyszukana. Jeżeli ilość i jakość odpowiadały zarówno wszelkim wymaganiom, jak teraz, Jim umiał okazać że jest zna« wcą i nie potrzebował tedy wcale zachęty ze strony swego kuzyna ażeby wysuszyć drugą butelkę. Wszelako gdy trzeba było wrócić do pań na kawę, opuściła go swoboda i popadł nanowo w zwykłą swoją nieśmiałość. Odpowiadał tylko: Tak, albo nie, wytrzeszczał oczy na lady Joannę i wywrócił jedną filiżankę kawy przez cały wieczór. Natomiast jeżeli nie otwierał ust do mówienia, otwierał je tem p lniej do ziewania — i obecność jego wpłynęła nienajkorzystniej na skromne rozrywki towarzystwa, bo panna Orawley i lady Joanna przy pikiecie, równie jak Briggs przy swojej robótce, czuły że nie spuszcza z nich dzikiego, osłupiałego wzroku, który sprawiał szczególnie niemiłe jakieś wrażenie.
— Zdaje się chłopakiem w wysokim stopniu nieśmiałym, niezgrabnym i milczącym, rzekła panna Ora-wley do dyplomaty.
— Bywa rozmowniejszym w męskim towarzystwie niż w kobiecem, odparł sucho Machiawel, nie kon tent z tego że Porto nie zrobiło Dżima bardziej wy* mownym.
Nazajutrz Jakób wystosował do swojej matki list zawierający kwieciste sprawozdanie z przyjęcia, jakiego doznał u ciotki. Niestety — nie przeczuwał jeszcze nie« szczęść, które go czekały, i które miały skrócić jego panowanie w łaskach panny Orawley. W oberży „pod tarczą herbową Tomka Oribbs“ wydarzyła się była w dzień jego przyjazdu okoliczność drobna na pozór, ale fatalna, o której Dżim zapomniał był zupełnie. Riecz miała się po prostu tak: Dżim, wspaniałomyślny zna tury, i nader gościnny, jeżeli miał środki potemu, wyprawił był traktament dla szermierza z Tutbury i dla jego kolegi z Rottingdean, wraz z nich przyjaciółmi. Traktament ten składał się z kilku dań — dżinu z wo* dą, do tego stopnia że nie mniej i nie więcej jak tylko ośmnaście szklanek tego orzeźwiającego napoju, po ośm penny każda, figurowało na rachunku pana Jakóba Orawley, Nie chodziło o dwanaście szylingów, wydanych w ten sposób, ale o ilość wypitego dżinu, która da* wała fatalne świadectwo obyczajom pana Jakóba. gdy Bowls na rozkaz jego ciotki zapłacił rachunek. Oberżysta. z obawy by nie odrzucono rachunku, zapewniał uroczyście że młody panicz wypił sam całe to jezioro dżinu, Bowis zapłacił tedy i powróciwszy do domu, pokazał rachunek pani Firkinowej, która była bardzo zgorszona i pokazała go pannie Briggs, jako naczelnej rachmistrzyni, ta zaś uważała to za swój obowiązek zwrócić uwagę panny Orawley na ten szczegół niezwykły.
Gdyby James wypił był dwanaście butelek Bordeaux, ciotka byłaby mu to przebaczyła. Wszak Fox i Sheridan pijali Bordeaux 1 Ale ośmnaście szklanek dżinu z wodą, wypitych w szynku w towarzystwie bokserów z profesji — to było zbrodnią nie do darowania. Wszysfc* ko sprzysięgło się przeciw zbrodniarzowi: wszedł da salonu w sukniach naperfumowanych atmosferą stajni,, którą zwidzał ażeby wyprowadzić na spacer swojego Tawzera. W towarzystwie tego drapieżnego zwierza spotkał niespodziewanie także pannę Crawley i jej tłustego mopsa, którego Towzer omal nie pożarł. Mops uciekł pod protekcję panny Briggs, a okrutny właściciel buldcga przypatrywał się z nieczułym śmie* chem temu okropnemu prześladowaniu. Tego samego dnia opuściła go także jego skromność. Przy obiedzie mówił dużo, śmiał się, i zażartował parę razy z Pitta Crawley; pił tyle wina co wczoraj, a wróciwszy do salonu począł bawić damy anegdotami OxfordzkiemL Opisał im kwalifikacje bokserskie słynnych szermierzy, jak Molyneux i Dutch Sam, proponował lady Joannie zakład z powodu zbliżającej się rozprawy między swoimi przyjaciółmi od Tomka Cnbbs. i dawał jej do wy boru na którego chce trzymać — a nakoniec ofiarował się wałczyć sam z Pittem, w rękawicach lub bez rę> kawie.
— Jest to propozycja na serjo, mój chłopcze, rzekł klepiąc dyplomatę po ramieniu. Ojciec mój polecił mi abym ci ją zrobił, i przystąpi do połowy w zakładzie. Co rzekłszy jowialny młodzieniec mrugnął poufale da panny Briggs i zrobił giest żartobliwy, wskazując na
Pitta wielkim palcem przez ramię.
Pitt nie mógł być bardzo zachwycony temi żartami ale w duchu cieszyły go one nie mało. Dżim naśmiał się do woli, i zataczając się po salonie z świecą panny
Orawley w ręku, gdy ta odchodziła do swego pokoju, chciał ją pocałować na dobranoc, z pijanym uśmiechem roskoszy na swej twarzy — poczem pożegnał się i poszedł spać nadzwyczaj zadowolony sam z siebie i prze konany że ciotka nikomu z całej rodziny oprócz niego nie zapisze swojego majątku.
Gdy już był w swoim pokoju, możnaby było mnie* mać że nie zaszkodzi sobie niczem więcej, a jednak siało się inaczej. Księżyc świecił przecudnie i blask jego odbijał się w morzu, a Dżim, zwabiony do okna tym widokiem, pomyślał że krajobraz podoba mu się jeszcze lepiej przy fajeczce. Nikt przecież nie poczuje dymu, jak sądził, jeżeli otworzy okno i będzie trzymał głowę i fajkę po za niem. Tak też uczynił, ale na nieszczęście swoje podniecony winem zapomniał że zosta wił drzwi otwarte. Wietrzyk ciągnął od morza, i dym z fajki niesiony przeciągiem na schodyt w o dej pełni swojego odoru dostał się do nosów panny Crawley i panny Briggs.
Fajka ta rozstrzygnęła sprawę i rodzina Butte-Ora* wleyów nie domyśliła się nigdy ile tysięcy funtów ona ich kosztowała Firkinowa pędem zbiegła po schodach do Bowlsa, który donośnym, grobowym głosem czytał swojemu adjutantowi rzecz o „wiecznym ogniu i piekielnej patelni“. Straszliwa tajemnica wyjawiona mu
Targowisko próżności. T. II. 10 została przez Firkinowę z tak przerażoną miną, że Bowls w pierwszej chwili myślał iż rozbójnicy wkradli się do domu, właśnie nogi jednego z nich zostały odkryte pod łóżkiem panny Orawley Grdy się dowiedział o wła* ściwym stanie rzeczy Bowls zerwał się i przeskakując po trzy schody naraz wpadł do pokoju Dzima i głosem stłumionym z niepokoju, zawołał:
— Na miłość Boga, panie Jakóbie, rzuć pan tę fajkę! I łącząc czyn do słowa, wyrzucił nieszczęsny ten instrument za okno. poczerń dodał: O! panie Ja< kóbie, panie Jakóbie, dlaczegoś pan to uczynił! OI co pan uczyniłeś, panie Jakóbie! Pani nie może znieść tytoniu!
— Pani nie potrzebuje palić, odparł James śmiejąc się i miemał że cała ta sprawa jest wybornym figlem. Jakież było jego rozczarowanie nazajutrz gdy adjutant pana Bowlsa. który zajmował się jego butami, i przynosił mu ciepłą wodę do golenia tej brody, której zarostu oczekiwał tak niecierpliwie — doręczył mu bilet pisany przez pannę Brigtis te| treści:
„Drogi panie! Panna Orawley przepędziła noc nadzwyczaj niespokojną, dzięki rażącemu sposobowi, w jaki cały jej dom sprofanowano tytoniem. Panna Orawley poleciła mi donieść panu że żałuje mocno iż jest zbyt cierpiącą, by mogła widzieć się z panem przed Jego wyjazdem, i że żałuje jeszcze mocniej iż nakłoniła pana do opuszczenia piwiarni, w której pan niezawod nie przepędzisz wygodniej resztę swojego pobytu w Brighton“.
Tak skończyła się kandydatura Dżima do względów jego ciotki. Nie wiedząc o tem zrobił to, czem zagroził: Stoczył z Pittem walkę w rękawicach.

  • * *

Gdzie był przez cały ten czas dawniejszy faworyt*) w tych wyścigach o pieniądze? Rebeka i Rawdon, jakeśmy widzieli, przybyli po bitwie pod Waterioo do Paryża i przepędzali tam zimę r. 1815 w wielkim blasku i wesołości. Rebeka była dobrą gospodynią, a suma którą Józio Sedley zapłacił jej był za konie, wystarczyła sama przez się na utrzymania domu przez rok cały, co najmniej — nie było tedy potrzeby sprzedawania „moich pistoletów’, tych samych, z których za* strzeliłem kapitana Marker“ — ani złotego necessaire, ani płaszcza, podbitego futrem. Becky przerobiła go na futerko dla siebie, i budziła niem podziwienie w lasku bulońskim. Warto było widzieć przywitanie między nią a zachwyconym jej małżonkiem, za którym przyjechała gdy armja angielska weszła do Cambray, co to była za scena, gdy rozpruła swoje suknie, i gdy zaczęła wyjmować z niej wszystkie te zegarki, klejnoty, banknoty, czeki i inne kosztowności, które tam była zaszyła przed zam-erzoną ucieczką z Brukseli 1 Jenerał Tuito nie posiadał się z zachwycenia, a Rawdon kładł się na ziemi od śmiechu i klął się na Jowisza że nigdy * ) Faworytem nazywają konia, który według ogólnego mniemania najwięcej ma szans przy wyścigach, i o którego wszyscy najchętniej zakładają si§ z tego powodu. nie widział zabawniejszej komedji. Cóż dopiero gdy zaczęła opisywać i naśladować przestrach Józia I Raw» don omal nie oszalał z wesołości, i wierzył w swoją żonę jak francuscy żołnierze w Napoleona.
Powodzenie jej w Paryża było wielkie. Damy francuskie znajdowały ja czarującą. Mówiła doskonale ich językiem, Przyswoiła sobie z łatwością ich grację, ich żywność, ich manjery. Mąż jej bez wątpienia był tu* manem — każdy Anglik jest tumanem — aie w Paryżu głupi mąż jest dobrą rekomendacją dla kobiety. Był on zresztą dziedzicem de la riche et spirituelle. Miss Crawley, której dom /stał otworem dla arystokracji francuskiej na wygnaniu. Arystokracja ta przejmowała teraz chętnie panią pułkownikowę w swoich hotelach. Jedna z tych wielkich pań, od których panna Orawiey kupiła była koronki i inne drobiazgi za taką cenę, jakiej sama zażądała, i którą przyjmowała gościnnie w swoim domu za czasów biedy emigracyjnej, pisała teraz do niej: „Dla czego droga panna Crawley nie przy* jedzie odwidzieć swojego synowca i synowicę, i wszystkich swoich przyjaciół w Paryżu. Wielki świat zachwycony jest tutaj, oczarowany przez piękną pułkownikowę Crawley, on raffole d’elle et de son espiègle beauté. Widzimy w niej wdzięk i dowcip drogiej naszej przyjaciółki, panny Crawley. Król raczył zwrócic na nią swoją uwagę, wczoraj w Tuilerjach, a my wszystkie pękamy z zazdrości z powodu grzeczności jakiemi ją obsypuje Monsieur. (Brat królewski, hrabia d’Artois, późniejszy Karol X.) Warto było widzieć złość niejakiej lady Bareacres, której dziób i biret z piórami sterczą tu po nad każdem liczniejszem zebraniem, gdy księżna d’Angouleme, dostojna córka naszych królów, zażądała ażeby ją przedstawiono pani Crawley, jako kuzynee pani, i gdy jej dziękowała w imieniu Francji za do broe, jaką pani okazywałaś dla emigrantów naszych. Zapraszają ją na wszystkie bale, na wszystkie zebrania
— chociaż nie może tańczyć. Pomimo tego stanu swo jego wygląda nadzwyczaj interesująco i pięknie wśród hołdów, jakie jej oddają mężczyźni — podwójnie inte resująco, jeżeli się zważy że wkrótce będzie matką. Jak ona panią kocha — jak my wszyscy tutaj kochamy naszą nieocenioną, naszą czcigodną pannę Orawley!“ List ten od księżnej francuskiej wcale nie przyczynił się do wzbudzenia łaskawszych uczuć dla Rebeki u panny Orawley. Przeciwnie, gdy się dowiedziała o jej stanie, wpadła w ogromną wściekłość, zwiększoną tem iż Rebeka nadużywała zuchwale jej imienia ażeby uzyskać wstęp w towarzystwa francuskie. Panna Ora* wley była zbyt oburzoną ażeby ułożyć i napisać sama list francuski w odpowiedzi na pismo księżnej, pody* ktowała więc pannie Briggs odpowiedź po angielsku, w której wypierała się pani Rawdon Orawley uroczyście, i ostrzegała publiczność przed tą przebiegłą i niebezpieczną oschą. Ponieważ atoli księżna X. przepędziła zaledwie dwadzieścia lat w Anglji, więc nie zrozumiała ani jednego słowa z całego listu, i przy najbliższej sposobności doniosła Rebece tylko iż otrzymała une lettre chm manie od tej drogiej Miss, i że list ten zawierał mnóstwo przyjemnych rzeczy i pozdrowień dla pani pułkownikowej, która od tej chwili poczęła mieć nadzieję że panna Crawley da się przebłagać.
Tymczasem była ona najweselszą i najbardziej po-dziwianą Angielką w całym Paryżu, i co wieczór przyj mowała u sipbie mały kongres międzynarodowy — Prusaków i Kozaków, Hiszpanów i Anglików. Cały świat zbiegł się był podówczas do Paryża, a widok gwiazd i wstęg, napełniających skromny salon Rebeki, byłby był mógł wprawić w żółtą zazdrość wszystkich mieszkańców ulicy Baker.Street Sławni wojownicy kłuso* wali obok jej dorożki w lasku bulońskim, i cisnęli się do loży. Rawdon był w doskonałym humorze. W Pa» ryżu nie było jeszcze woźnych, Very i Beauvilliers mieli u siebie partje co wieczora, gra szła żwawo i miał w niej szczęście. Jenerał Tufto natomiast był nieco nie adowolony. Pani Tufto, nieproszona przez nikogo, przybyła do Paryża, a oprócz tego całe tuziny jenerałów otaczały teraz fotel Rebeki, i miała tuziny bukietów do wyboru gdy szła do teatru. Lady Bareacres i inne reprezentantki angielskiego „towarzystwa,“ niei wiasly głupie i bez skazy, drżały z gniewu na widok powodzeń Rebeki, której zatrute dowcipy godziły w ich cnotliwe łona. Miała ona wszakże wszystkich mężczyzn po swojej stronie, a z kobietami walczyła bez trwogi, zwłaszcza gdy nie umiały robić plotek w innym ję/yku jak tylko w angielskim.
Tak przeszła zima z roku 1815 na 1816ty wśród rozrywek i powodzenia dla pani Rawdon Crawley, która oHwoiłasię z życiem dystyngwowanem, jak gdyby przodko* vie jej przez kilka wieków nie zajmowali się niczem innem
Na wiosnę nakoniec r. 1816 Galignam’s Messenger, dzięnnik angielski wyahodzący w Paryżu, w rubryce urodzin umieścił wiadomość iż 26. marca pani Orawley od zielonego pułku królewskiej gwardji przybocznej, powiła szozęśliwie syna.
Wiadomość tę powtórzyły pisma angielskie, a z tych panna Briggs wyczytała ją głośno pannie Crawley, przy śniadaniu w Brighton. Wypadek ten, od dawna przecież przewidziany, spowodował przesilenie w rodzinie Crawleyów. Gniew starej panny doszedł do swego punktu kulminacyjnego, posłała natychmiast po Pitta i po lady bouthdcwn, i zażądała ażeby wesele od dawna odkładane, odbyło się natychmiast. Oświadczyła przytem iż daje młodej parze tysiąc funtów rocznie za swego życia, a po śmierci cały swój majątek przekazuje Pit* towi i drogiej swojej synowicy lady Joannie. Pan Waxy przyhył i sporządził akt urzędowy, lord Southdown przy ołtarzu oddał siostrę swoją panu młodemu, a ślub dawał biskup, nie zas wielebny Bartłomiej Irons, co sprawiło wielką przykrość temu dysydenckiemu prałatowi.
Po ślubie Pitt byłby był rad wyjechać w podróż z żoną, jak przystawało ludziom ich stanu. Ale przywiązanie panny Orawlęy do lady Joanny wzmogło się było do tego stopnia, że wyznało otwarcie iż nie może rozłączyć się z swoją faworytką. Pitt i jego żona mu* sieli tedy sprowadzić się do niej, a — ku wielkiemu zmartwieniu Pitta, oddanego na łaskę i niełaskę hu* morów ciotki i teściowej — lady Southdown z pobli. skiego domu panowała nad nim, nad lady Joanną, nad panną Crawley, nad panną Briggs, nad Bo wisem, nad Firkinową, i nad całym domem. Bez miłosierdzia apli kowała im leki i broszury pobożne. Odprawiła dr. Orea mera, a zainstalowała Bodgersa. Wkrótce pozbawiła pannę Crawley ostatniego nawet ciecia władzy. Bie daczka ta siała się tak trwożliwą, że przestała nawet dokuczać pannie Briggs, i lgnęła całą duszą do swojej synowicy, która była jedyną jej pociechą i podporą. Pokój tobie, dobra i samolubna, próżna i wspaniało« myślna stara poganko! Nie obaczymy cię więcej. Miej my nadzieję że lady Joanna wspierała cię swoją do brocią, i że łagodną ręką wyprowadziła cię z ruchli* wego gwaru „Targowiska próżności.“
XXXV.
Wdowa i matka.
W Anglji dowiedziano się o dwóch zwycięztwach, pod Quatrebras i Wat^rioo i w obec tych świetnych czynów wojennych trzy królestwa zadrgnęły dumą i boleścią. Śpiewom zwycięstwa towarzyszyły płacze za poległych i rannych; bo na wieśe o tych wielkich wypadkach w każdej chacie rozlegały się okrzyki ra. dośoi, zły i kania, upojenie tryumfem, pomieszane z żałobą i bólem. Kiedy kto przebiegł z lękliwą niecierpliwością listę ofiar wojny, dowiedział się o śmierci lub ocaleniu przyjaciół czy krewnych, doznawał kolejno najdotkliwszych wzruszeń, przechodził niepewność zwąt* pienia i nadziei.
Krwawa lista dopełniała się codziennie. Łatwo po jąć straszne męczarnie tych, co musieli czekać do następnego dnia na odczytanie żałobnej historji; łatwo wyobrazić sobie dziki pospiech, z jakim dobijano się o mokre jeszcze gazety w drukarniach. Jeżeli z powodu jednej bitwy, w której tylko 20 tysięcy Anglików wal, ożyło, wzruszenie tak silnie wstrząsało sercami; można ztąd powziąć wyobrażenie o stanie Europy przez lat dwadzieścia ciągłych rzezi, kiedy każdy naród tysiące żołnierzy na pola bitw wysyłał, a pierwszy lepszy żołnierz, co zgładził jednego przeciwnika, całą rodzinę jaką w żałobie pogrążał.
Wiadomość z gazety spadla jakby piorun na dom Osbornów Panny nie mogły przytłumić boleści; stary ojciec, którego udręczała czarna zgryzota, jęczał jeszcze bardziej pod tym ostatnim ciosem. Chciał wmówić w siebie że Bóg skarał syna za nieposłuszeństwo, a nie chciał jeszcze uznać zbytniej surowości własnpgo swojego wyroku, nie chciał wyznać żalu iż groźby jego tak się prędko spełniły.
Czasem pod wpływem nagłego przestrachu dreszcz mu po całem ciele przebiegał i zdawało mu się sły* szeć głos oskarżający go i wyrzucający mu, że nieszczęście na głowę syna sprowadził. Przedtem marzył czasem o pogodzeniu, jakby o dalekiej i niewyraźnej nadziei. Synowa mogła umrzeć, syn marnotrawny mógł wrócić do domu i powiedzieć; „Ojcze, zgrzeszyłem“. Teraz syn jego znajdował się już po drugiej stronie przepaści, którą się na wieczność przekracza.
Przypominał sobie często jak Jerzy będąc dzieckiem chorował na niebezpieczną gorączkę, widział go leżąi eego bezwładnie na łóżku, bez głosu i ruchu, z prze* rażająco osłupiałym wzrokiem. Jakże wtedy krok w krok chodził za lekarzem, z jak bolesną obawą każdy ruch jego śledził, a co za radość napełniała mu serce gdy po strasznem przesileniu syn wrócił do przytomności, otworzył oczy, poznał ojca i czułe nań zwrócił spojrzenie! Tymczasem teras brakło i tej nadziei, jaką się nieraz łudzi u łoża skazanych na śmierć chorych; zo stał tylko zimny, martwy trup, od którego nie można się spodziewać słów pokory, jakich się w rozdrażnionej dumie i obrażonej władzy ojcowskiej domagał. Przykro to wyznać — ale w istocie stary Osborne najbar dziej cierpi?! nad tem że go syn porzucił bez błagania 0 przebaczenie i że jego próżność żadnych poniżeń nie mogła się spodziewać od niego.
Nieszczęśliwy starzec uginał się pod ciężarem tej wielkiej boleści, nie maiąc nikogo, przed kimby mógł z serca się zwierzyć. Nikt go nie sły3zał żeby choć raz irnie syna wymówił; kazał tylko starszej córce żaby wszyscy w domu przywdziali żałobę i mieszkanie Osbor nów, tak wesołe dawniej, na dlngo zostało zamknięte dla wszelkich zabaw i wieczorów. Nic nie powiedział zięciowi, na którego ślub już był dzień wyznaczony, ale zięć wyczytał z jego twarzy że go ani pytać ani przyspieszać dnia ślubu nie było mcżna. Mówiono o tem wszystkiem cichaczem w salonie, gdzie starzec się nie pokazywał, jakby się obawiał wywnętrzenia jakiego 1 dania tym sposobem dowodu słabości lub też potę* pienia swego postępowania z synem. Żałoby przestrzegano z największą skrupulatnością.
W trzy tygodnie od 18. czerwca przyjaciel domo^ wy sir Willjara Dobbin odwiedził pana Osborne w Russel Square. Twarz miał bladą i wzruszouą. żądał widzieć ojca Jerzego — wprowadzono go do gabinetu pana domu. Po zamienieniu kilku zdawkowych i niewyraźnych słów, Dobbin wydostał z pilaresu list z wielką czerwoną pieczęcią.
— Mój syn, major Dobbin — rzekł alderman po nie-jakiem wahaniu — przysłał mi pismo przez oficera % swojego pułku, vj piśn ie tem, które wczoraj otrzyma łem, znajduje się panie Osborne list do ciebie.
Alderman położył paczkę na stole; Osborne przez chwil parę zwrócił na niego obumarłe i osłupiałe spojrzenie, które tak dalece wzruszyło pana Dobbin, że rzu* ciwszy litośnym wzrokiem na biedaka, oddalił się nie wymówiwszy ani słowa.
List był pisany śmiałym i stanowczym charakterem
— według zwyczaju Jerzego. Napisał go z rana 16. czerwca, nim się pożegnał z Amelją. Na wielkiej pie częci świetniał herb, który przyswoił sobie stary Osborne-ze słownika parów z dewizą: Pax in bello, należący do książęcego domu, z którym usiłował starzec dowieść pokrewieństwa. Ręka kreśląca ten list nie mogła już teraz trzymać szabli ani pióra; dopiero nazajutrz po bitwie znaleziono list na piersi trupa. Ojciec nie wiedział o tym szczególe a jednak patrzał na list osłupiałym wzrokiem i kiedy go chciał rozpieczętować, zdawało się mu że nie podoła. Jerzy pisał bardzo krótko; próżność nie dozwoliła mu szczerego wypowiedzenia; wspominał tylko że przed odjazdem na wojnę pragnął pożegnać się z ojcem i polecić mu w tak uroczystej ii
Mi 148 chwili żonę i syna, żałował iż z powoda marnotrawstwa nadwerężył spuściznę po matce; dziękował wreszcie ojcu za wszystkie dobrodziejstwa, nadmieniając iż ja* kąkolwiek mu los zgotuje przyszłość, zawsze godnym się okaże nazwiska, które nosił.
Fałszywy szacunek dla stosunków tc wyrzyskich nie dozwolił mu dłużej się rozpisywać, zresztą — czyż oj* ciec jego widział pocałunki, jakie złożył na piśmie, które pan Osborne pod wpływem gorzkiego żalu i mściwych uniesień z rąk wypuścił. Kochał zawsze syna — ale mu nie przebaczył.
W dwa miesiące po otrzymaniu tego listu panny Osborne udały się z ojcem do kościoła. Starzec usiadł na innem krześle niż zwykle i patrzał ciągle w górę. Panny zwróciwszy oczy w tym kierunku, spostrzegły płaskorzeźbę, wyobrażającą Wielką Brytanję, opartą we łzach na urnie; po strzaskanym mieczu i lwie leżącym, poznać można było nagrobek poświęcony wspomnieniu wojownika, poległego na polu chwały. Kamieniarze fabry kowali wówczas mnóstwo takich nagrobków jakie po dziś dzień widzieć można w kościele św, Pawła. Pycha ludzka nawet w obec śmierci odznacza się próżnością.
Pod marmurową płaskorzeźbą wyrzeźbiony był herb Osbornów i następujący napis:
Ku wspomnieniu
JERZEGO OSBORNE, Esąuire, kapitana pułku piechoty Jego Królewskiej Mości, poległego w dwudziestym ósmym roku życia, w walce za króla i kraj w sławnem spotkaniu pod Waterloo 18. czerwca 1815.
Bulce et decorum est pro patria mori.
Na widok tego pomnika dwie siostry doznały takiego wzruszenia, że miss Marja musiała wyjść z kościoła. Przytomni rozstąpili się z uszanowaniem przed panienkami w żałobie, których płacz niemniej obudzał litości jak niema boleść starego ojca, ciągle nieruchomo przy« gląd*;jącego się nagrobkowi syna. — Może chce przebaczyć pani Jerzowej, pomyślały panienki — gdy pierwsze chwile boleści minęły.
Znajomi Osbornów, którzy dobrze wiedzieli o nieporozumieniu ojca z synem z powodu małżeństwa, przypuszczali że może obecnie ojciec Jerzego pogodzi się z młodą wdową. Zakładano się o to w Russel« Square i w City.
Dwie siostry obawiały się więc żeby ich ojciec nie przyjął do domu wdowy po Jerzym — i obawa ich wzmogła się jeszcze kiedy przy schyłku jesieni starzec oznajmił iż się wybiera w podróż na ląd stały. Nie wyjaśnił im celu wyjazdu — ale wiedziały dobrze iż się miał udać do Belgji, a pani Jerzowa mieszkała w Brukselli, Lady Dobbin i jej córki szczegółowo opo» wiedziały im położenie nieszczęśliwej Amelji.
Brat ich postąpił teraz na majora, a zacny 0’Dowd, odznaczywszy się jak zwykle zimną krwią i odwagą, został mianowany pułkownikiem i kawalerem orderu Łaziebnego.
Mnóstwo rannych żołnierzy z tego dzielnego pułku, “ co najbardziej wycierpiał w morderczych spotkaniach pod Waterloo i Quatre bras, przepędzało jesień w Bru kselli, lecząc się z ran — i w kilfca miesięcy jeszcze od tej krwawej daty — Bruksella wyglądała jak wielki lazaret,
W miarę jak ranni przychodzili do zdrowia, spotykało się w ogrodach publicznych mnóstwo okaleczałych lub odzyskujących zdrowie bohaterów. Uniknąwszy śmierci, bawili się, weselili i nie zapominali o miłostkach
— jakby nigdy nic nie zaszło.
Stary Ozborne poznał po mundurach kilku wiarusów z pułku Jerzego; wiedział zresztą doskonale o wszystkich zmianach i awansach, jak by był służył w tym pułku. Wyszedłszy z hotelu nazajutrz po przybyciu do Brukseli, spostrzegł jednego wiarusa, siedzące* go na ławce kamiennej w ogrodzie; wzruszony zbliżył się i usiadł przy rannym:
— Ozy nie służyłeś pan czasem w kompanji kapitana Osborne? — zapytał. To był mój syn — dodał po chwili.
Wiarus służył w innej kompanji; ale ze smutkiem i uszanowaniem oddał po wojskowemu ukłon starcowi.
— Kapitan Osborne był jednym z najprzystojniejszych i najodważniejszych naszych oficerów. Sierżant Wiliam, co to ma ramię strzaskane, może panu dostarczyć mnóstwo szczegółów o... naszym pułku, Musiałeś pan widzieć przecież majora Dobbin, co się tak serdecznie przyjaźnił z kapitanem Jerzym, lub panią Osborne, która powiadają, znajduje się w okropnym, stanie. Przez sześć tygodni podobno była jakby obłąkana. Przepraszam — dodał wiarus — musisz pan znać te szczegóły.
Osborne dał mu gwineę i przyobiecał dać jeszcze iedoę jeśli mu przyprowadzi do hotelu Parku sierżanta, o którym wspominał.
Dzięki tej obietnicy serżant zjawił się wkrótce, * wiarus opowiedziawszy kamratom spotkanie z ojcem Jerzego, wypił z nimi kilka kufli za zdrowie hojnego starca, w którego żalu i zmartwieniu więcej tkwiło pychy, niż szerości.
W towarzystwie sierżanta, którego rana się zabliźniała, udał się Osborne do Waterloo i Quatrebras. gdzie codzień przybywali karawanami ranni Anglicy. Powozem odjeżdżał teatr walki, a sierżant opowiedział ma szczegóły wszystkie krwawych dni owych. Ujrzał miej* sce, gdzie pułk rozwinąwszy się frontem wojennym, wstrzymał napad kawalerji francuskiej, która pędziła przed sobą Belgów w rozsypce. Tam znowu dzielny kapitan zabił oficera francuskiego, który chciał wydrzeć sztandar z rąk młodego chorążego, kiedy dwaj sierżanci ze straży chorągwi padli przy jego boku. Nazajutrz wy konano ruch wsteczny i biwakowano za wzgórzem, gdzie przez całą noc 3 7 go gwałtowny deszcz nie mało armii dokuczył. O świcie posunięto się znowu naprzód wśród ciągłych szarż nieprzyjacielskiej konnicy i przerażającego ognia baterji; trudno było ściskać szeregi, czego jednak z zadziwiająco zimną krwią dokonywano przez kilka długich godzin. Wieczorem całej linji angielskiej kazano natrzeć, kiedy nieprzyjaciel cofać się zaczął po ostatnim ataku. Wtedy to kapitan Osborne wzywająo żołnierzy ruchem i głosem, i w szlachetnym zapale podnosząc szpadę, zosiał śmiertelnie rannym.
— Major Dobbin kazał przenieść do Brukseli ciało kapitana, dodał półgłosem sierżant i wyprawił mu po« grzeb, jak musi być wiadomo wielmożnemu panu.
Podczas tego opowiadania chłopi, żydzi, kramarze zaczęli się cisnąć, sprzedając kawałki broni, zebrane na polu bitwy, krzyże, szlify, kirysy, orły itp.
Po bolesnej pielgrzymce do Waterloo, Osborne hojnie wynagrodził swego przewodnika; widział on już przedtem mogiłę syna; zaraz po przybyciu do Brukseli udał się na mały cmentarz w Lacken, gdzie Jerzego pochowano.
Niegdyś Jerzy udawszy się na hulaszczą przejazdżkę w okolice Brukseli wyrzekł, nie spodziewając się, niestety, żeby jego przeczucie tak rychło się urzeczywistniło. iż pragnąłby aby go w Lacken pochowano. Kapitan Dobbin nie zapomniał o życzeniu przyjaciela i zło żył go na wieczny spoczynek na cmentarzu.
W powrocie z Waterloo do Brukseli, kiedy powóz pana Osborne zbliżał się do bram miasta, skrzyżował się z koczem, w którym siedziały dwie kobiety z mężczyzną, a obok jechał konno oficer. Osborne cofnął sie zacisnął kapelusz na oczy, żeby uniknąć nieprzyjemnego spoti kania. Sierżant zdziwiony spojrzał nań, oddając machi1 na ¡nie ukłon wojskowy przejeżdżającemu oficerowi. W koczu siedziała Amełja z wierną przyjaciółką, panią 0’Dowd i rannym chorążym. Nie wyglądała ona tak świe żo i ładnie jak przedtem, twarz jej wychudła, zbladła, włosy okrywał czepek wdowi — biedne stworzenie 1 zdawało się że wszystkiemu bacznie się przyglądała, tym[ czasem oczy jej nie zatrzymywały się na żadnym przed* miocie, spojrzała na Osborna, lecz go nie poznała, a on ją poznał dopiero kiedy ujrzał Dobbina konno i w sercu jego zawrzała cała głęboka nienawiść dawna do tej kobiety. Kiedy kocz się oddalił, zwrócił na sierżanta spojrzenie podejrzliwe i gniewne, które zdawało się wyrzucać:
— Czemu się mi przyglądasz? Czy nie wiesz że nie cierpię, znieść nie mogę tej kobiety? Ona to zniweczyła wszystkie moje nadzieje, w dym obróciła marzenia wszystkie mojej pychy?
Potem zwracając się do lokaja, siedzącego na koźle i klnąc, zawołał;
— Powiedz-że pocztyljonowi, do trzysta djabłów, żeby nie spał a prędzej jechał.
Wkrótce potem rozległ się tentent konia i major Dobbin dopędził galopem powóz Osborna.
Kłusując obok kocza, w którym jechała Amelja, roztargniony nie zwrócił z początku uwagi na twarz ojca Jerzego, poznawszy go następnie, nachylił się ku Amelji, ciekaw czy swojego teścia poznała, ale biedne stworzenie nic a nic nie widziało. WTtedy Wiljam wydobył zegarek i tłumacząc się, że ma schadzkę o tej godzinie, zawrócił konia, ale i na to Amelja nie zwróciła uwagi, duszą całą utonęła w malowniczym krajobrazie, uwieńczonym zielenią boru; w tej stronie wła śnie raz ostatni widziała Jerzego, odchodzącego z puł kiem.
— Panie Osborne 1 panie Osborne! wołał Dobbin, spinając konia i podając rękę ojcu przyjaciela. Osborne ani drgnął, tylko zaklął i zawołał głośniej żeby prędzej
Targowisko próżności. T. II. 11 jechać, ale Dobbin położył rękę na drzwiczkach powozu.
— Muszę sie z panem widzieć koniecznie, zawołał, mam do pana zlecenie.
— Ozy od tej kobiety? zagadnął wzgardliwie Osborne.
— Nie, od pańskiego syna.
Osborne cofnął się z głębokiem westchnieniem. Dobbin w milczeniu uszanował chwilę boleści i zwolna u dał się za powozem przez miasto do hotelu Osborna, i wszedł za nim do tego samego apartamentu, gdzie mieszkali państwo Orawley podczas pobytu w Brukselli. Ileż to wieczorów Jerzy w7 tych pokojach przepędził!
— Co rozkaże pan kapitan, przepraszam, pan major Dobbin... Kiedy dobrzy giną, znajdą się zawsze przyjaciele, co sobie wydzierają ich obuwie — rzekł Osborne kwaśno i niegrzecznie.
— W istocie — — odrzekł Dobbin — wielu poczciwych ludzi zginęło i właśnie o jednym z nich mam się rozmówić z panem.
— Więc prędzej do rzpczy — zawołał stary — klnąc w duszy i marszcząc brwi.
Przedstawiam się panu jako wykonawca ostatniej woli Jerzego — a wiesz pan, że byłem najbliższym jego przyjacielem. Nim się udał na pole bitwy sporządził testament. Wiadomo panu jak szczupłe były jpgo fun dusze, ale chyba nie musisz wiedzieć o okropnem po-łożeniu jego wdowy.
— Nic nie mam do czynienia z wdową — odrzekł Osborne. Niech się uda do swojego ojca!
Dobbin jednak postanowiwszy że się nie uniesie gniewem w żadnym razie, udał, że nie zwrócił uwagi na te nieprzyzwoite i niewłaściwe odezwanie, mówiąc dalej:
— Czy pan znasz położenie pani Osborne, mój panie? Straszny cios, co ją dotknął, nadwątlił jej zdro« wie, jej zmysły — i bardzo wątpliwe czy je kiedy od-zysaa? Jedna tylko istnieje okoliczność, co może ją jeszcze przywiązać do życia — ma wkrótce zostać matką. Czyż pan chcesz i to dziecię niewinne odepchnąć — jak odepchnąłeś? Nie, nie, na wspomnienie Jerzego wybaczysz niewinnemu stworzeniu.
Osborne tysiące przekleństw miotać zaczął na syna, pragnąc przedewszystkiem usprawiedliwić swoje postęi powanie i ażeby surowość swoją przed własnem sumieniem wytłumaczyć, usiłował przesadzić nieposłuszeń stwo syna. Według niego — w całej Wielkiej Brytanji nie było ojca, coby tak cierpliwie i wyrozumiale ob’ chodził się z krnąbrnym i nieposłusznym synem, który nawet przed śmiercią nie chciał się przyznać do winy. Cóż dziwnego, że z jego szaleństw niedobre wyniknęły następstwa? Nieszczęśliwy zaś ojciec jedno tylko miał słowo, którego nigdy nie złamał; przysiągłszy, że nie będzie rozmawiał póki życia z tą kobietą, nie uzna jej nigdy za żonę swojego syna.
— Upoważniam pana do powtórzenia jej moich słów
— dodał, naciskając na ostatnie wyrazy — jest to postanowienie niezachwiane aż do końca życia.
Dobbin zrozumiał, że się niczego od zaciętego starca nie można było spodziewać. Biedna wdowa mogła tylko liczyć na szczupłe swoje dochody i pomoc od brata.
— Nie trzeba przed nią skrywać smutnej tej osta* teezności — pomyślał Dobbin, z bólem serca — tem bar dziej teraz, kiedy taka obojętna na wszystko.
Biedna Amelja w istocie jakby przytłumiona pozo» stawała pod ciosem swojego nieszczęścia, smutek jakby ją pozbawił uczucia; złe ani dobre nic jej nie obcho dziło; mimo dowodów życzliwości i przyjaźni, jakich wiele odbierała, nie mogła wydostać się z obumarcia moralnego, w którem ją zbytek boleści pogrążył.
Opowiedziawszy niektóre dotkliwe wzruszenia, roz-dzierające czułe to serce, zapuśćmy zasłonę na smutek i żałobę. Oddalmy się ostrożnie od bolesnego łoża, na którem strapiona ta dusza spoczywa, zamknijmy zwolna drzwi od pokoju, co był powiernikiem gorżkich jej cierpień, zostawmy ją otoczoną staraniami zacnych lu» dzi, którzy będą czuwać nad nią aż do chwili, kiedy niebo zesłało jej pociechę.
Nastał nareszcie dzień, w którym strapiona wdowa mogła z radością i żalem przycisnąć do łona dziecię, synka ślicznego jak cherubin, na którego twarzyczce rysy ojca odżywały. Na pierwszy krzyk malca jakby zmartwychwstała — płakała i śmiała się z radości. Miłość, nadzieja, modlitwa odżywiła sgrce, na którem spoczywało dziecię — Amelja ocalała. Doktorzy oświadczali przedtem, że jej życie, a przynajmniej zmysły, znajdowały się w niebezpieczeństwie, osądzili obecnie, że to przesilenie było jakoby rękojmią jej ozdrowienia. Przyjaciele zaś stokrotnie byli wynagrodzeni za starania i niepokoje kiedy z oczu jej, co dawnym blaskiem zapłonęły, uchwycili wymowne spojrzenie wdzięczności i podzięki.
Dobbin^rozpływał się z radości odwożąc do Anglji panią Jerzowę Osborne, do rodziców; pułkownikowa 0’Dowd musiała opuścić ulubioną swoją kapitanowę. Każdy człowiek zacnego serca rozrzewniłby się widząc Dobbina z dziecięciem na ręku i wdzięczną matkę ui śmiechającą się do malca, którego oczewiście Dobbin do chrztu trzymał. Poczciwy majorzysko znosił odtąd codzień dla chrzestnego synka rozmaite cacka: grzechotki, łyżki, dzwonki itp.
Matka myślała tylko o tem jak pielęgnować i życie poświęcić dla jedynaka — za nic pod słońcem nie powierzyłaby dziecięcia mamce, nie oddałaby go w obce ręce. Dobbinowi, jako chrzestnemu ojcu dozwalała cza« sera w przystępie łaskawości kołysać dziecię, które było całem jej życiem, przyszłością całą. Największem szczę ściem jej było obsypywać go pieszczotami i największą miłością obdarzać tę wątłą i niewinną istotę, którą z najżywszem uniesieniem radości własną piersią karmiła. Nieraz w nocy, na samotnem łożu swojem, doznawała uroczych tych uniesień macierzyńskich, jakie opatrzność Boska dla serc niewieścich zsyła. Uniesienie to za zbyt wzniosłe i poziome zarazem, ażeby rozum ludzki mógł je pojąć i ocenić; poświęcenia to godne tak dalece uwielbienia i przepełnione wyparciem się samego siebie, że tylko kobiety zdolne są posiadać ich tajemnice.
Wiljam Dobbin śledził serce Amelji, każde drgnię* cie jego badał.
Jeżeli miłość jego dawała mu dosyć przenikliwości do zbadania jej uczuć, musiał widzieć najoczywiściej że jeszcze tam miejsca dla niego nie było; łagodna i cierpliwa jpgo dusza zgadzała się na smutny wyrok losu, który jeszcze mu się cennym wydawał, Rodzice Amelji odgadywali zapewne życzenie, majora i dobrze zdawali się usposobieni. Dobbin codzień ich odwidzał, spędzając godziny całe z nimi, z Amelją, z uczciwym panem Clappem i jego rodziną. Wynalazł zawsze jakiś powód przynoszenia im podarunków, i to prawie codzień. Zjednał sobie łaski córeczki państwa Clapp. faworytki Amelji, która go nazywała Major Oukierowsiany. Zwykle dziewczynka ta spełniała czynność mistrza ceremonji, i wprowadzała Dobbina do pani Osborne, która nie mogła się raz wstrzymać od śmiechu, widząc jak major wysiadywał z kabrjoleta, dźwigając drewnianego konika, bęben, trąbkę i inne cacka wojownicze, przeznaczone dla małego Jerzego, który zaledwie sześć miesięcy liczył.
Dziecię spało.
— Cicho, na miłość Boską I — szepnęła Amelja w obawie żeby skrzypiące buty majora nie obudziły nie* mowlęoia, i uśmiechała się kiedy opakowany cackami Dobbin nie wiedząc gdzie je podziać, nie mógł uścisnąć ręki, którą doń wyciągała.
— Odejdź na chwilę Maryniu — rzekł Dobbin do małej Ciapp — mam porozmawiać z panią Osborne.
Amelja spojrzała nań zdziwiona i zwróciła oczy na kolebkę syna.
— Ameljo! przyszedłem pożegnać się z panią — powiedział, biorąc jej białą i delikatną rękę.
— Pożegnać się? więc pan odjpżdżasz? — zagadnęła k uśmiechem.
— Listy do mnie proszę przysyłać na ręce moich korespondentów — dodał po chwili — bo będziesz pani pisać do ninie, nieprawdaż? Oddalam się na bardzo długo.
— Będę ci donosiła o Jerzym, kochany panie Williamie, zawsze byłeś bardzo dobry dla niego i dla mnie. Patrz, co za śliczna twarzyczka, jakby aniołka!
Różowe rączęta dziecka machinalnie obwinęły się koło palca zacnego żołnierza, a oczy Amelji zajaśniały całym blaskiem macierzyńskiej dumy. Spojrzenie to, w którem płonęło najżywsze i najgorętsze uczucie; do rozpaczy doprowadziło biednego majora. Pochylił się w milczeniu nad kolebką, i nareszcie po wysileniu zdobył się na tyle energii, że zawołał przytłumionym głosem:
— Niech Bóg nad nim czuwa!
— I niech pana prowadzi, kochany panie Dobbin — zawołała Amelja, wznosząc głowę po ucałowaniu synka.
— kle na miłość Boską, cichuteńko pan odchodź, żeby niezbudzić Jerzego!
XXXVI
Sposób życia na wielką skalę bez grosza dochodu.
Któż, posiadający choćby tylko nieco daru spostrzegania, nie zastanowił się czasem nad interesami niektórych bliźnich i nie zapytał siebie: z czego — u licha — bliźni ci żyją? Spotykam naprzykład w parku pana X., jedzie powozem dwukonnym ze strzelcem w olbrzymi przystrojony pióropusz; na jego świetnych objadach trzech lokajów w pysznej liberji usługują gościom. Ponieważ dwa razy na tydzień zapraszają mnie tam na obiad, przemilczę nazwisko — ale wiem, że powóz i ko nie kupiono przypadkiem, a nie wiem w jaki sposób opłacają służbę. Dwaj synowie bawią w Eton, panny pobierają lekcje od pierwszych nauczycieli; podróżuje się rok rocznie w lecie, a zimą wydaje się wielki bal i wykwintną wieczerzę, Kimże jest jednak ów jegomość? Urzędnikiem, pobierającym 1200 funtów rocznie. Chyba żona musiała mieć znaczny posag. Gdćie tam! to córka nie zbyt możnego obywatela z hrabstwa Buckingham. Siostry jej mieszkają u niej co rok przez trzy miesiące, a bracia zawsze stają u niej przybywając do Londynu. Jakimże sposobem szanowany ów pan potrafi zrównoważyć pasywa z aktywami? Będąc jego przyjacielem, nie chcę mówić jak dalece mnie dziwi iż dotychczas na giełdzie nie wydzwoniono jego nazwiska, a publiczność bię dziwi że przeszłego roku nie drapnął na ląd stały. Pomiędzy naszymi znajomymi jest zawsze kilku, których sposób utrzymania daremniebyśmy sobie wy» tłómaezyć chcieli. Nieraz trącając kieliszkiem z gospo« darzem, zdarzyło się nam zapytać siebie z czego opłacał wino, którem nas częstował?
Kiedy Rawdon z żoną w trzy lub cztery lata po powrocie z Paryża mieszkał w eleganckich apartamentach na Curson Street, nie było gościa, któremuby przy obiedzie takie same zapytania nie stawały na myśli. Powieściopisarz z powołania musi wiedzieć o wszy« stkiem; korzystając z tego przywileju, moglibyśmy opo* wiedzieć publiczności w jaki sposób Orawley i jego żona radzili sobie, aby żyć świetnie, nie posiadając żadnego dochodu. Znając jednak zwyczaje prasy perjo dycznej, która kradnie na lewo i na prawo i dostarcza następnie czytelnikom owocu swych rabunków i przywłaszczeń, zachowuję sam dla siebie jako autor wyłączną własność i korzyści mego wynalazku. Czytelnik zresztą obcując codzień z takiemi zapobiegłemi osobami, może się sam nauczyć metody stworzenia dobrego bytu bez grosza dochodu. Ograniczymy się więc na treści wem odszkicowaniu kilku lat, jakie Crawley i jego żona przepędzili w Paryżu, wśród zbytku i przepychu, nie posiadając ani grosza dochodu. Rawdon wziął dymisję z gwardji i sprzedał nominację na pułkownika; odtąd jedyną oznaką dawnego jego powołania pozostały mu wąsy kawaleryjskie i tytuł pułkownika na kartach wizytowych.
Mówiliśmy że Rebeka w Paryżu została wkrótce królową wielkiego świata i salonów, nawet niektóre pałace z przedmieścia St. Germein raczyły otwierać dla niej swoje przybytki. Anglicy najwyższego znaczenia hołdy jej składali, ku szczególnemu niezadowoleniu szlachetnych małżonek, które pękały ze złości nad tryumfami tej parwenjuszki.
Pani Crawley uwielbiana w salonach arystokratycznych i łaskawie u nowego dworu widziana, przepędziła kilka miesięcy upojona swojem powodzeniem i zaczęła nieco z góry spoglądać na młodych i dzielnych oficerów, z którymi jej mąż lubił przestawać.
Pułkownik w towarzystwie księżniczek i dam dworu ziewał niemiłosiernie. Stare kobiety, co grywały z nim w ekarte, tak go drażniły żalami i utyskiwaniem na przegraną choćby pięcioframiówkę, że postanowił me siadać z niemi do gry. Zresztą cały dowcip ich roz* mowy był dla niego stracony, bo nie rozumiał dobrze po francusku i nieraz zadawał sobie pytanie co za przyjemność lub korzyść dla żony z tych dygań po całych nocach przed księżnemi, margrabinami itp. Z tych powodów pozwolił Rebece udawać się samej na podobne przyjęcia i wieczory, sam zaś z przyjaciółmi swego wyboru oddawał się rozrywkom, jakie lubił.
Kiedy się mówi o pewnych osobach że żyją bez grosza dochodu — po książęcemu, wyrazy bez gro* s, z a znaczą iż sposób ich życia jest zagadkowy i nie wiadomo jak im się udaje wystarczyć na wydatki domowe. Pułkownik nasz, naprzykiad, miał szczególniej» szy dar do wszystkich gier hazardowych; ciągle prawie trzymał w ręku karty, kubek od kości lub kij bilardowy, ciągle zajmowanie się grą nadało mu niesłychaną wyższość nad tymi, którzy w grze szukali tylko rozrywki. Kij bilardowy tak jak pendzel, floret lub skrzypce wymaga specyjalnych i głębokich studjów. Prócz natchnienia, talenty te, ażeby w nich celować wymagają ogromnej pracy, wytrwałości i pilności — słowem wprawy ustawicznej.
Crawley nie był zwykłym lubownikiem, ale mistrzem pierwszorzędnym na bilardzie. Kiedy czasem nieszczę» ście go prześladowało, i zakładano się przeciw niemu, potrafił, jak jenerał, którego genjnsz wzmaga się w obec niebezpieczeństwa, zręcznością i śmiałością przywrócić równowagę szans i najmniej spodziewanemi bilami zapewnić sobie wygranę, ku wielkiemu zadzi* wieniu tych, co go pierwszy rai grającego widzieli. Ci zaś, co go znali, dobrze się zastanawiać musieli, nim zaryzykowali pieniądze z tak świetnym i zwycięskim przeciwnikiem.
W grze w karty również celował zręcznąścią. Często z początku partji przegrywał, nie uważał i takie błędy robił, że nowo przybyli nie mieli korzystnego wyobrażenia o jego talencie, ale kiedy się zaczął rozgrzewać i nabierając uwagi po przegranej, grać ostrożniej, naraz partja przybierała inny obrót, i przed ukończeniem pobijał zazwyczaj wszystkich przeciwników. W istocie mało znajdowało się takich coby się mogli pochwalić że od niego wygrali.
Uparte szczęście wywołało, jak to było do przewidzenia. zazdrość i pokątne szepty przegrywających. Wszakżeż i o Wellingtonie, który tyle zwycięstw odniósł, mówili Francuzi że jedynie szczęśliwemu zbiegowi okok liczności i oszustwu — zawdzięczał zwycięstwo pod Wa-terloo. Cóż dziwnego że nieustające szczęście w karty takiego pułkownika Crawley wywołać mogło niejakie podejrzenia co do jego dobrej wiary i prawości.
W Paryżu ubiegano się wówczas szalenie za de-nerwującemi wzruszeniami zielonych stolików, domy gry nie wystarczały na pomieszczenie rozgorączkowanych graczy, zbierano się jeszcze w prywatnych salo* nach dla zadowolenia ślepej tej i gwałtownej namiętności. Na czarujących zebraniach u j; ałkowniua Crawley oddawano się także nieszczęsnej tej zabawie — która do rozpaczy doprowadzała czcigodną panią Crawley. Z jakiemże głębokiem zmartwieniem wspominała o upodobaniu męża w grze, jakże się skarżyła na niego przed gośćmi i zaklinała młodzież żeby nigdy kart do rąk nie brali!
Kiedy niejaki Green, młody porucznik z pułku ty-raljerów, przegrał raz znaczną sumę, Rebeka — całą noc płakała, jak mówiła jej służąca i jak wiedziano z tego samego źródła, błagała na klęczkach męża żeby nie dopominał się o te pieniądz^ i kwit spalił. Niestety
— nie mógł tego uczynić, przegrawszy taką samą sumę do majoraj Blackstone od huzarów i hrabiego Puuter z hanowerskiego pułku — Panu Green mógł jedynie zezwolić na dłuższe termina wypłaty — ale wypłaty koniecznej. Trzeba być dzieckiem aby żądać spalenia kwitu.
Piękność pani Crawley ściągała mnóstwo młodych wielbicieli; wielu też oficerów po największej części bardzo młodych opuszczało zebranie u pułkownikow-stwa, zapłaciwszy zwykle niemały haracz zielonemu sto* liko \i. Wreszcie zaczęto źle mówić o tym domu; zgrani weterami ostrzegać zaczęli rekrutów o niebezpieczeństwie.
Sir Michał 0’Dowd, dowódzca jednego pułku piechoty, przestrzegł porucznika Spooney żeby się miał na baczności; wynikło ztąd bardzo przykre zajście w Cafe de Paris między pułkownikiem 0’Dowd, który objadował z żoną i pułkownikowstwem Crawley, którzy przy innym stole siedzieli. Kobiety rozpoczęły walkę, pani 0’Dowd z pogardą spojrzała na panią Crawley i nazwała jej męża oszustem. Pułkownik Crawley posłał natychmiast wyzwanie pułkownikowi 0’Dowd kawale« rowi orderu Łaziebnego. Kiedy wieść o całym zajściu doszła do naczelnego wodza, kazał stawić się pułko wnikowi Orawley, który już oczyszczał pistolety tak złowrogie nieboszczykowi kapitanowi Marker — i groź-nem wdaniem się powstrzymał następstwa tej sprawy. Gdyby Rebeka nie była padła do nóg jenerała Tufto, kazanoby natychmiast jej mężowi wyjechać do Anglji-Po tej awanturze przestał grywać z wojskowymi i za* czął między cywilnymi szukać przeciwników.
Rebeka zrozumiała, że pomimo zręczności Rawdona i ciągłych jpgo powodzeń, położenie ich z powodu ostatniego zajścia codzień się pogorszało i że kapitalik ich zpjdzie wkrótce na zero.
— Gra, mój drogi, bardzo jest dobrą do zwiększania dochodu — mówiła mężowi — ale sama przez się nie daje dochodu; nuż przestaną grać, cóż nam wtedy pozostanie?
Rawdon uznał słuszność tej uwagi, gdyż w istocie od kilku nocy goście jego nie wyglądali na bardzo chętnych do grania i zaledwie powabność Rebeki zdołała ich jeszcze przyciągać.
Nadobna ta parka bardzo przyjemne życie wiodła w Parjżu, ale ciągłe te przyjemności i próżniactwa nie dawały rękojmji żadnej na przyszłość i Rebeka obrachowała że w Anglji łatwiej jej przyjdzie oprzeć położenie Rawdona na pewnych i niezwruszonych pod* stawach. Mogło się jej udać wyrobić mu urząd jaki czy to w kraju, czy też w kolonjach Postanowiwszy więc koniecznie udać się do Anglji, jeśli powrócić bę« dzie można, namówiła męża żeby sprzedał nominację swoją na oficera gwardji i zlikwidował pensje emery> talną. Ponieważ Orawley przestał od dawna pełnić służbę adjutanta przy jenerale Tufto. Rebeka zaczęła teraz w towarzystwach wyśmiewać tego zgrzybiałego eleganta, jego perukę, sznurówkę, wprawne zęby, pre tensje uwodzicielskie i pocieszną manję że się w nim wszystkie kobiety od pierwszego rzutu oka namiętnie kochają. Jenerał Tufto stroił teraz koperczaki do pani Brent, śniadej brunetki z mocnemi brwiami: temu no wemu bóstwu składał w ofierze bukiety, loże w operze, obiady w restauracjach, oraz inne tym podobne przysługi.
Biedna jenerałowa Tufto musiała z córkami spę dzać dłrgie wieczory w domu, kiedy jenerał wryfryzo-wany, wypachniony udawał się do teatru, gdzie go ża wsze widywano towarzyszącego pani Brent.
Dwudziestu przynajmniej młodzieży kręciło się koło Rebeki, która będąc istotnie dowcipną, do śmiechu ich pobudzała, drwiąc z nowej namiętności dawnego sw7ego wielbicipla. Świetnem i próżniaczem życiem zaczęła się wreszcie przesycać i nudzić.
Loże w7 operze, objady w restauracyach nie miały dla niej powabu, bukiety sprzykrzyły się, a żywić się nie można klejnotami, chusteczkami haftowanemi i ko-złowemi rękawiczkami; uczuła całą próżnię przyjemności światowych i wzdychać odtąd zaczęła za czemś pe-wniejszem i trwalszem.
Wtem przyszły nowiny z Londynu, po których roz1 jaśniły się oblicza wierzycieli pułkownika. Panna Ora-wley, bogata ciotka owa, której wielki majątek przynęcał ich od dawTna, śmiertelnie była chorą i pułkownikowi zaledwie czasu starczyło na odjazd, żeby jej oczy zamknąć. Miał potem zabrać żonę i syna. Udał się więc do Calais, ale ztamtąd nie pojechał do Dowrur lecz wsiadł na dyliżans do Dunkierki i dostał się wreszcie do Brukseli, ulubionego miejsca pobytu, gdyż istotnie więcej był jeszcze winien pieniędzy w Londynie niż w Paryżu i przekładał oczywiście spokojną stolicę dzisiejszej Belgji nad te dwa olbrzymie miasta.
Kiedy miss Crawley pożegnała się z tym światem, pani pułkownikowa Crawley sprawiła dla siebie i dla synka grubą żałobę i rozpowiadała wszędzie bardzo głośno że pułkownik urządzał interesa spadkowe. Wyprowadziła się w hotelu z entreslou na pierwsze piętro, które całe zająła i posłuchała rady gospodarza jakie dać obicia w apartamencie, za to niekonieezuie zga dzała się z nim co do dywanów — ale wreszcie wszystko ułożyło się jakoś — tylko o cenie za to wszystko nic nie mówiono. Urządziwszy się w ten sposób, mistress Crawley z boną i synkiem odjechała powozem, którego łaskawie jej pożyczył gospodarz, żegnając ją najprzy-jemniejszym uśmiechem. — Jenerał Tufto wściekał się ze złości na wieść o jej odjeździe, a pani Brent wście kała się z wściekłości szanownego jenerała; porucznik Sporney zachorował na ból serca, a gospodarz wy po* rządzając apartamenta na przyjęcie tej czarodziejki i jej męża najstaranniej zachował kufry i walizy, które mu powierzyć raczyła. Pułkownikowa tak go prosiła żeby ich strzegł pilnie, chociaż jak się wkrótce przekonał, nie zawierały żadnych kosztowności.
Nim się udała do męża do Belgji, odbyła Robeka małą wyprawę do Anglji, zostawiając synka pod opieką bony Francuski. Ani matka, ani mały Rawdon nie pła kali z powodu tego rozstania; od narodzenia bowiem pułkownikowicza, zacna pułkownikowa nigdy się jedy-nakiem bardzo nie zajmowała.
Stosując się do wygodnego zwyczaju matek francuskich, dała niemowlę na mamki u chłopki w okolicy Paryża, i na tej wsi mały Rawdon spędził pierwsze lata życia dosyć przyjemnie w pośród licznego mlecznego rodzeństwa w chodakach. Ojciec ile razy wyjeżdżał konno, wstępował zawsze do niego i czułe jego serce rozrzewniało się na widok tej nadziei jego; chłopak ru. rniany i brudny darł się w niebogłosy, lepiąc kulki z błota pod okiem chłopki, dawnej mamki, Rebeka nie spieszyła się nigdy z odwiedzinami tej kości z kości i krwi ze krwi swojej; malec poplamił jej raz eleganckie kosztowne futro i wolał sam pieszczoty mamki swojej niż macierzyńskie, a kiedy musiał od poczciwej tej i wesołej chłopki odjeżdżać raz na zawsze, zanosił się cd płaczu i ryczał przez kilka godzin, aż mu matka przyrzec musiała że go nazajutrz odwiezie do chłopki, którą także zapewniała o powrocie malca — napróżno go jednak czekała.
Rawdonowie byli jednymi z pierwszych okazów tej tłuszczy bezczelnych awanturników angielskich, co wysypawszy się na ląd stały, naznaczyła przejście swoje po stolicach wszystkich europejskich mnóstwem oszustw i łotrostw. W roku 1817 i 1818 wierzono jeszcze w delikatność i wypłacalność poddanych Wielkiej Brytanji, po wielkich miastach nie objawiali jeszcze ci rycerze oszustwa niegodziwych swoich operacji. Teraz owszem bardzo często spotkać można we francuskiem lub wło ’ *\;W:r.’;’ 169 skiem mieście owych szlachetnych rodaków z gęstą miną, z bezczelnem spojrzeniem, którem się odznaczają. Ci panowie oszukują hotele, wystawiają fałszywe weksle na urojonych bankierów, kradną powoźnikom pojazdy, jubilerom klejnoty i nawet w bibljotekach publicznych rzadkie książki lub rękopisy. Trzydzieści lat temu niech się gdzie pokazał milurd angielski, wszędzie miał kredyt i szlachetny cudzoziemiec nie był wyzyskiwaczem, lecz wyzyskiwanym. Dzisiaj zdaje się że wiek cały od tych czasów minął.
W kilka tygodni dopiero po odjeździe państwa Ora* wley spostrzegł się gospodarz hotelu w Paryżu, gdzie tak długo mieszkali, co za ogromne poniósł straty z ich powodu. Napróżno zgłaszała się z rachunkiem za stroje dla pułkownikowej modniarka, pani Marabout; daremnie pan Didelot z Palais Royal zapytywał się kilkakrotnie, czy prześliczna milady, której sprzedał tyle bransoletek i zegarków, już powróciła i nawet bie< dnej chłopce, mamce zapłacono tylko za pierwszych sześć miesięcy. Czyż Rawdonowie mogliby takiej bagateli pamiętać? Co zaś do gospodarza hotelu, korzystał on z każdej sposobności żeby przeklinać wszystkich Anglików na świecie i zapytywał podróżnych czy nie znali przypadkiem niejakiego pułkownika Ora wley i je» go żony, bardzo sprytnej kobietki.
— Ci państwo okradli mnie najniegodziwiej — dodawał melancholicznym tonem*
Celem wyprawy Rebeki do Anglji było uzyskanie ustępstw i ułożenie się stanowcze z wierzycielami męża; ofiarowała im 40 za 100, pod warunkiem żeby dłużnik
Targowisko próżności. T. II. 12 mógł wrócić do Londynu i nie być poszukiwanym. Nie będziemy wchodzili w szczegóły tradnej tej tran* sakcji, w której jednak udało się Rebece przekonać wierzycieli że suma jaką upoważniona była ofiarować im, stanowiła cały rozporządzalny kapitał jej męża i że pułkownik wolałby — w razie odmowy — zamieszkać do końca życia na stałym lądzie, niż narażać się w kraju na daremne dochodzenia wierzytelności, których nie był w możności zwrócić; że wreszcie ponieważ teraz żadnych nie miał widoków7 polepszenia dalszej karjery — pow7inniby korzystać i z tej cząstki, jaką im zwraca. Wierzyciele uznali logiczność tego rozumowania i przystali na układ, na mocy którego za 1500 funtów Rebeka kupiła sumę wynoszącą dwadzieścia razy więcej.
Pułkownikowa nie udała się do żadnego adwokata, żadnego prawmika — interes był bardzo prosty: tak — to tak. nie — to nie? Pan Lewi, w imieniu pana Dawida. i pan Mojżesz, w imieniu pana Manasse, głów nych wierzycieli pułkownika, oddając słuszność zdro-wemu rozsądkowi pełnomocniczki, powinszowali |e; trafnego i sprytnego powodzenia interesów, jakiegoby się najwytrawniejszy prawnik nie powstydził.
Rebeka przyjęła te grzeczności z największą skromnością, kazała podać butelkę xeresu i ciast w nader skromnej oberży, gdzie podczas tych negocjacyj stanęła tracając kieliszkami ścisnęła się za ręce i oczarowała rozumem i uprzejmością ajentów wierzycieli męża.
Ukończywszy w ten sposób trudną negocjację, Rei „beka bez straty czasu wsiadła na okręt, przebyła cie — -- — — sninę i przyjechała oznajmić mężowi że bez przeszkody może wracać do Anglji.
Podczas wyprawy swojej do ojczyzny — Rebeka zostawiła synka u niejakiej panny Grenowefy w Calais
— ale panienka ta, na której sercu żołnierz jeden z garnizonu tego miasta czułe wywarł wrażenie, nie speł. niała bardzo pilnie obowiązków jakich się podjęła — tak dalece, że o mało się raz mały Rawdonik nie uto* pił w morzu, biegając po brzegu, kiedy tymczasem jego bona czułe zamieniała wyrazy ze swoim wybranym.
Szanowni państwo Orawley pozostali jeszcze jakiś czas w Brukseli, gdzie swoim zwyczajem pędzili pańskie i zbytkowne życie, rozbijali się powozami, dawali wystawne objady w hotelu i wreszcie — aby uniknąć potwarzy, która ich jak w Paryżu ścigać zaczęła, i zostawiwszy jak twierdzi kronika, sporą sumkę długów, opuścili to miasto, w którem także dowiedli jak ludzie bez grosza dochodu umieją radzić sobie aby żyć po ludzku.
Udali się następnie do Londynu i tam to dopiero w ładnym domu na Curson streAt złożyli stokroć jeszcze więcej dowodów sprytu, zabiegłości i zręczności w zai stosowaniu metody życia z niczego.
XXXVII.
Dalszy ciąg tego samego przedmiotu.
Jedną z najważniejszych zasad wyżwymienionej metody jest umiejętność wynalezienia mieszkania bez płaty komornego. Najmuje się dom z meblami lub bez mebli. Najmując bez mebli — a mając nieco kredytu a tapicerów i stolarzy, mieszka się w pysznym apartamencie, jak najwykwintniej umeblowanym i przyozdo bionym, według wszelkich zachceń i upodobań. Najmując z meblami, mniej za to zachodów i kłopotów. Państwo Crawley chwycili się tego ostatniego środka.
U nieboszczki miss Crawley nie zawsze pełnił pan Bowls czynność piwnicznego i marszałka, przed nim służył u niej niejaki Raggles, syn jednego z ogrodni* ków z Crawley, i miał zupełne zaufanie nieodżałowanej miss.
Dobremu prowadzeniu, poważnej minie i kształtnej budowie, zawdzięczał szybki awans w służbie, i prędko przeszedł stopnie kuchcika, lokaja i pierwszego piwnicznego. Wyborne to było miejsce, dobrze opłacane, przytem zdarzały się zarobki i możność oszczędzania
— ale pokochawszy się w bjłej kucharce miss Crawley, zajmującej się praniem bielizny i prowadzącej handelek zieleniną i owocami, postanowił z nią się ożenić. Ślub odbył się cichaczem od kilku już lat, kiedy wiadomość o nim doszła dopiero do szanownych uszu miss Orawley. Panna Briggs zauważała iż ciągle w kuchni kręcił się chłopczyk i dziewczynka siedmioletnia koło pana Raggles i nie omieszkała donieść pani o tem. Opuściw* szy posadę u miss Crawley, pan Raggles zajął się z całą pieczołowitością handlem warzywa, zieleniny i o* woców, do których dołączył jeszcze jaja, śmietankę, mleko, wieprzowinę świeżą, zadawalniając się skromnym dochodem ze sklepiku, kiedy inni ex-piwniczoi i ex* kuchmistrze zakładali piwiarnie lub kawiarnie. Ponieważ pan Raggles znał w sąsiedztwie wszystkich tych panów i w dobrych z nimi zostawał stosunkach, przyjmował ich w prywatnym swoim pokoiku za sklepem, i za ich poparciem łatwo przedawał swoje mleko, śmietankę, jajka i warzywa. Robiąc obrachunek przy końcu roku, widział że dochód jego coraz bardziej wzrastał — tak dalece że mógł odłożyć dosyć przyzwoitą sumkę pienięi dzy. To też kiedy z powodu wyjazdu na ląd stały jednego panicza ładne bardzo mieszkanie kawalerskie było do wynajęcia na Curzon Street pod Nrem 201 i zbytkowe meble odznaczające się artystyczuem wykoń czeniem do nabycia, pan Raggles pospieszył korzystać z tej sposobości. Dopożyczył wprawdzie od jednego ex pinicznego nieco pieniędzy — ale nabył meble i wynajął dom głównie ze swojej oszczędności. Z pewną dumą jednak położyła się pani Raggles w machonio-wem rzeźbionem łóżku z atłasowemi firankami, stoją-cern na przeciwko pysznej toalety z wielkiem zwierciadłem.
Państwo Raggles nie najęli i nie kupili sprzętów dla siebie, jak to zwykle bywa w Londynie, zrobili tę spekulację dla odnajęcia apartamentu możnemu jakiemu lokatorowi, któremuby natychmiast miejsca ustąpili i wrócili do skromnego swego pokoiku za sklepikiem. Mimo tego jednak pan Raggles chodził co dzień ńa Curzon Street, żeby rzucić okiem na dom, w którego o-knach stały doniczki z gieranjum a bronzowy, rzeźbiony młotek od drzwi błyszczał z daleka. Lokaje innych lokatorów okazywali mu wiele uszanowania, kucharz kupował u niego warzywa, mówiąc mu: Panie Rag gles! i aby tylko chciał, szanowny Raggles mógł wiedzieć o wszystkiem, co się w domu działo.
Było to zresztą bardzo poczciwe człeczysko i nawet szczęśliwe. Dom przynosił mu spory dosyć dochód — więc wychowywał dzieci starannie, dawał im dobrych nauczycieli — i nie targował się o cenę lekcji? Pan Raggles zachował cześć głęboką dla rodziny Orawley,. która mu otworzyła w istocie drogę szczęścia i pomy-śluości; w poiku za sklepem wisiała na ścianie sylwetka byłej jego pani i pezażyk, tuszem przez tę pełnej za« cności damę wykonany, przedstawiający domek odźwiernego w Orawley. W domu wynajętym na OurzomStreet pan Raggles zaraz zawiesił widok Orawley za czasów baroneta Walpole Orawley. Dziedzic ten jechał w złoconej karecie zaprzężonemi sześciu siwemi końmi koło stawu gdzie pływały łabędzie i łódki, a w nich damy w olbrzymich spódnicach i muzykanci w pudrowanych perukach. Na świecie całym nie ma piękniejszego pałacu i zacniejszejszej rodziny, tak myślał sobie pan Raggles.
Traf zrządził że dom jego właśnie był do wynajęci» kiedy Rawdon z żoną wrócił do Londynu. Pułkownik znał wybornie Ragglesa, którego stosunki z domem miss Orawley nigdy nie były przerwane gdyż jak tylko przyjmował gości, zawsze Raggles przychodzi dopomagać panu Bowls. Rzecz wiecz oczywista że pan Raggles zachwycony był kiedy mu pułkownik zaproponował wynająć dom i prosił ażeby podczas wieczorów mógł pełnić czynność piwmiczego. Pan Raggles zajmowała się wtedy kuchnią, i tak świetnie gotowała. że nawet nieboszczka miss Crawley by się rozczuliła. Raggles opłacał podatki, procenta, reperacje, pensję swoich dzieci, żywność swojej rodziny i pułkownika. Biedaczysko nie przypuszcza, że umowa, jaką zawarł, groziła mu i dzieciom najokropniejszą nędzą, więzieniem za długi. Zawsze ktoś musi zapłacić za przemysłowców, żyjących bez grosza dochodu, traf przeznaczył nieszczęśliwego pana Raggles na dopełnienie pienię* dzy, brakujących w sakiewce pułkownika.
Państwo Crawley weszli wspaniałomyślnie w stosunki z wszystkiemi kupcami, co przedtem dostarczał miss Crawley; najbiedniejsi z pomiędzy nich byli najakura-tniejsi. Co sobota praczka przyjeżdżała z wypraną bie* lizną — ale jej nigdy nie płacono i odkładano do nastę« pnej soboty. Sam pan Rpggles ciągle dostarczał mleka, śmietanki i warzywa na kredyt, służącym nie płacono lub płacono najnieregularniej i tym sposobem interesowano ich w podtrzymywaniu domu. Słowem nie płacono nikomu — ani ślusarzowi, ani szklarzowi, ani po-woziarzowi, wynajmującemu karetę, ani woźniay, który ją powoził, ani rzeźnikowi, dostarczającemu wołowiny i baraniny, ani węglarzowi, co dostarczał paliwa, ani kucharzowi, przyrządzającemu potrawy, ani służącym co je spożywali. Nie pierwsi to i nie ostatni Rawdo* nowie umieją żyć w ten sposób na wielką stopę, nie posiadając ani grosza dochodu.
W małem miasteczku jakiem, wiedzianoby natychmiast co się święci, gdyż wiedzą tam zwykle ile mleka sąsiad kupuje, ile na obiad spożywa mięsa lub drobiu, ale na Curzon Street w domach, nigdy nie wiedziano co się dzieje pod numerem 201. Służący, jak to z wy kle bywa, szeptali sobie rozmaite zwierzenia przez okno od kuchni — ale Crawley, jego żona i przyjaciele ani się tego domyślać mjgli i kiedy kto przyjechał w odwiedziny pod nr. 201, zawsze najlepsze znalazł przyjęcie, miły uśmiech, wyborny obiad i w dodatku przyjazny uścisk, ręki, którym gospodartwo wszystkich bez różnicy obdarzali.
Zdawałeby się, widząc takie wystawne życie, że mieli przynajmniej 3 do 4 tysięcy funtów dochodu nie posiadali tyle zapewne — ule tyle wydawali. Mówiono żo nie płacili rachunków rzeźnika — za to wyborne mięso zawsze mieli u siebie; nie płacili także rachunków winiarza — a jednak nigdzie nie pito tak dobrego bordeakx jak u Rawdonów; nigdzie nie dawano obia dów tak wykwintnych i zbytkownych W salonach łączyła się prostota z pewnym urokiem i powabem, a mnóstwo drobiazgów, które Rebeka z Paryża przywiozła przyczyniały się wielce do ich świetności, Kiedy pani domu siedząc przy fortepianie, biegłą grą wtórowała rozkosznym dźwiękom sw^ojego śpiewu, gość czuł się jak w raju, a jeżeli musiał wyznać że pan domu był bydlęciem, za to pani była uroczą a jej obiady w7y kwintne!
Dowcipem, wdziękiem i zręcznością udało się Rebece uzyskać rozgłos i wTziętość w pewnej warstwie londyńskiego towarzystwa Przed drzw7iami jej domu stawały skromne powozy, z których nieraz jednak dy gnitarze wysiadali; jej zaś samej powóz otaczali zawsze w parku najmodniejsi eleganci Na operze, w skrom* nej jej łoży drugopiętrowej odwiedziny następowały za odwiedzinami — ałe wyznawszy prawdę, damy odwracały się i zamykały drzwi przed naszą awanturniczką.
Te z pomiędzy nich, z któremi pani Orawley po> znajomiła się na stałym łądzie, nie tylko nie odwiedziły jej w Londynie, ale udawały spotkawszy że jej nie widzą i nie poznają. W bardzo krótkim przeciągu czasu wielkie te damy zapomniały o niej zupełnie — codzień iiebeka odbierała tego nie zbyt pochlebne dla siebie dowody.
Lady Bareacres spotkawszy ją raz w przysionku opery, zawołała zaraz córki do siebie jakby zetknięcie z panią Orawley było nieczystd i zaraźliwe — potem
— cofnąwszy się parę kroków, pędem poszła naprzód, ciskając na wroga groźne spojrzenie, Ale ażeby 2mięt szać Rebekę trzeba było ognistszego spojrzenia od przygasłych oczu starej, zlodowaciałej lady,
Inna wielka dama, lady la Mole, która w Brukseli przynajmniej ze dwadzieścia razy przejeżdżała się konno z Rebeką, spotkawszy ją w Hyde Parku udała że jej nie widzi z swojego otwartego powozu wreszcie pani Blenkincap, bankierowa także odwracała się od niej w kościele; bo trzeba wiedzieć że Bekky uczęszczała teraz bardzo regularnie na nabożeństwo — i budujący był to widok kiedy z nią Rawdon szedł pod rękę dźwigając pod pachą dwie pozłacane na brzegach książki do nabożeństwa — a potem oboje z skruszoną i poważną miną słuchali kazania,
Rawdon jednak żywo bardzo uczuwał zniewag, jakie Rebece wyrządzały kobiety i w chwilach złego hu* moru lub uniesienia — natrącał czasem że gotów jest wyzwać na pojedynek mężów lub braci wszystkich tych impertynentek, co żonie uchybić śmiały, Rebeka zaklh nała go na wszystko żeby się uspokoił i szaleństwa nie robił.
— Chcesz więc mnie wystrzałami z pistoletu wprowadzić w towarzystwo? mówiła nieraz, półżartem. Bądź co bądź mój drogi, jestem biedną guwernantką a ty biedakiem, któremu długi, namiętność do gry i inne jeszcze historje — nie nadają najlepszego rozgłosu. Cierpliwości — nadejdzie chwila że mieć będziem tylu przyjaciół iłu zechcemy — tymczasem uspokój się, o-chłoń i posłuchaj dobrych rad tej, której zawsze ufałeś. Kiedyśmy się dowiedzieli ze twoja ciotka cały swój majątek twojemu braterstwu zapisała, przypominasz sobie — jak się rozgniewałeś? Gdybym cię nie była powstrzymała i ubłagała w obec całego Paryża gotów bjłeś kląć ciotkę i brata — i jakieżby było z tego następstwo? Oto może więzienie za długi u św. Pelagji. Tymczasem mieszkasz w Londynie, w domu bardzo przyzwoitym i wygodnym, gdzie ci nic nie brakuje — a odgrażałeś się wtedy że pojedziesz do Anglji i jak Kain zamordujesz brata. Nie dalekobyś zaszedł gdybyś się dał powodować uniesieniom urazy i gniewu, i po mimo całej wściekłości nie zdołałbyś odzyskać majątku po ciotce,
Wierzaj mi więc że stokroć korzystniej dla nas będzie pozoztawać z bratem w dobrych stosunkach, niż kłócić się jak te niedołęgi z probostwa. Jak twój ojciec umrze, z wielką przyjemnością będzie można spędzić zimę w
Crawley, Jeżeli będziemy zupełnie zrujnowani, ty zostaniesz koniuszym i pierwszym dojeżdżaczem, a ja guwernantką dzieci lady Joanny. Ale dla czego mamy być zupełnie zrujnowani? Nim to nastąpi można jaką dobrą posadę otrzymać, albo może umrzeć sir Pitt i jego synek — a wtedy zostaniesz baronetem a ja milady. Ni gdy nie trzeba tracić nadziei, mój najdroższy, ja zaś nie wątpię że zdołam ci zapewnić przyszłość. Powiedz mi, kto się podjął sprzedaży twoich koni i spłacenia długów?
Rawdon musiał przyznać że jeżeli interesa jego lepszy obrót wzięły, zawdzięczał to wszystko swojej żonie; polegał też na niej, żeby kierowała jego postępowaniem.
Kiedy miss Crawley pożegnała się z tym światem i kiedy jej majątek, o który się za jej życia tak gwałtownie dobijali poboczni krewni, dostał się panu Pitt, Bute Crawley, który zamiast 20 tysięcy spodziewanych funtów, dostał tylko 5 tysięcy, wściekał się ze złości, wrzeszczał że to był widoczny rozbój na równej drodze, i otwarcie po grubijańsku wypowiadał to wszystko synowcowi. Kłótuie nareszcie tak się wzmogły, iż doszło do zupełnego zerwania stosunków.
Rawdon Crawley tymczasem, którego spadek ograniczał się na stu funtach, zupełnie inaczej postępował. Napisał z Paryża do pana Pitt list, tchnący szczerością i dobrym humorem, czem zachwycił brata i bratowę, najlepiej usposobioną względem całej mężowskiej ro-diiny.
Wspominał w liście że wiedział iż z powodu ożenienia swego wypadł z łask ciotki i nie tając bynaj mniej niejakiego niezadowolenia ze zbyt surowego wy roku nieboszczki, pocieszał się przynajmniej że majątek został w tej samej gałęzi rodziny i szczorze bratu win szował, prosząc żeby go polecił łaskawości bratowe1, o której życzliwość błagał dla pani Orawley; przy końcu listu znajdow ło się kilka słów do pana Pitt, skreślonych ręką Rebeki. Dołączyła swoje życzenia do mężowskich; nigdy nie zapomniała życzliwości, jakiej doznała od pani Orawley kiedy biedna, opuszczona sierota była prostą guwernantką małych jego sióstr, które zawsze serdecznie kochała. Życzyła mu wszelkiej pomyślności w małżeńskiem pożyciu, błagała żeby za pewnił o jej prawdziwym szacunku i przyjaźni lady Joannę, której dobroć obsypywała pochwałami. Spoi dziewała się iż będzie mogła kiedyś przedstawić synka swojego stryjowi i stryjance, których względom i łaskawości ośmielała się go polecać.
Pitt Crawley odczytał ten list z prawdziwą przyjemnością, czego nigdy nie doznały u św. pamięci miss Orawley arcydzieła stylu Rebeki, przez jej męża ko« pjowane. Co zaś do lady Joanny, to tak dalece zachwyciła się że zaczęła namawiać męża aby natychmiast połowę schedy po ciotce oddał bratu.
Ku wielkiemu zdziwieniu młodej mężatki, Pitt nie dał się namówić i zachował dla siebie trzydzieści tysięcy funtów, ale nie omieszkał odpisać bratu że radośnie uściśnie mu rękę kiedy do Anglji powTróci; podziękował pani Crawley za dobrą opinję o lady i o nim samym i przyrzekł najuroczyściej nie opuścić żad nej sposobności żeby im być pożytecznym.
Najzupełniejsza więc zgoda i serdeczne porozumienie nastąpiło między braćmi.
Kiedy Rebeka przyjechała do Londynu, Pitt z żoną wyjechali na wieś. Nie raz udawała się Rebeka do Park Lane, gdzie odziedziczyli dom po miss Crawley
— ale spadkobiercy jeszcze się tam nie ukazali. Raggles dowiedział się tylko że wszystkich służących nieboszczki odprawiono z dobremi gratyfikcjami, że pan Pitt raz się tylko pokazał w Londynie i spędziwszy kilka dni na konferencjach z notarjuszami i adwokatami, sprzedał wszystkie francuskie romanse po miss Crawley księgarzowi w Bond Street.
Rebeka nie bez powodu wywiadywała się tak niecierpliwie o przybyciu nowej swojej krewnej.
— Kiedy lady Joanna przyjedzie — myślała sobie
— ona zasłoni się nią w towarzystwie londyńskiem. Co zaś do kobiet, wyrywać mnie sobie będą jak zo* baczą że mnie poszukują mężczyźni.
Jak powóz lub bukiet — tak w pewnem światowem położeniu potrzebna jest dla młodej kobiety towarzyszka. Uwielbiałem zawsze sentymentalność zbyteczną ładnych wykwintnych stwurzeń, co nie mogą się obejść bez o» toczenia — — bez czułej jakiej towarzyszki, brzydkiej nie* raz przeraźliwie. U tych uprzywilejowanych dar miłości tak jest rozwinięty, że jej nadmiarem potrzebują zawsze obdarzyć ową towarzyszącą im po przechadzkach, teatrach i salonach istotę — w wypłowiałej sukni, na drugim planie zawsze siedzącą. Raz — kiedy późno w nocy Rebekę otaczało u niej grono światowców, a ogień w kominku miłe ciepło i światło rozlewał, (mężczyźni bar* dzo późno odwidzali państwa Rawdon a częstowano ich zawsze kawą lub lodami z najpierwszych cukierni londyńskich) — nagle odezwała się pani domu do męża:
— Rawdonie I koniecznieby mi trzeba pieska owczar« skiego.
— Czego? zagadnął Rawdon, grający w karty przy zielonym stoliku.
— Pieska owczarskiego? Co za szczególniejsza myśl
— droga pani Crawley — wtrącił młody lord South-down. Czemuż nie kundla? — nie dawno widziałem jednego ogromnego jak żyrafa, prawieby go do pani powozu zaprządz można, albo charta egipskiego — Cóż pani na to? Mam go na rozkazy — jeśli pani sobie tylko życzysz — albo jeśli w?olisz malutkiego pieska, coby się zmieścił w tabakierce lorda Steyne. — Widziałem wT Baysweter pewnego jegomości, który posiadał psa, u nozdrzy ktorego można było... znaczę króla i gram... można bjło powiesić pani kapelusz.
— Pięć punktów, znaczę lewę — odezwał się poważnie Rawdon,
— Na cóż pani ów piesek owczarski? wesoło zaga. dnął znów młody Souchdown.
— Mówię w7 przenośni — odparła z uśmiechem Rebeka, rzucając z boku spojrzenie na lorda S&eyne.
— Czy nam wreszcie pani wyjaśnisz tę zagadkę? zapytał nagle Jaśnie Wielmożny Lord.
— Potrzebuję psa, żeby mnie strzegł od wilków — odrzekła Rebeka — potrzebuję towarzyszki.
— Biedna, niewinna owieczka — tego tylko pani brakowało — zawołał margrabia, zgrzytając i krzywiąc twarz przeraźliwie, co u niego wyrażało uśmiech i je* dnocześnie zwracając ukradkiem czułe spojrzenie na Rebekę.
Stary lord Steyna stał przy kominku, powoli pijąc* kawę. Kilkanaście świec woskowych w bronzowych i porcelanowych kandelabrach żywym blaskiem oblewało twarz Rebeki, siedzącej na sofie zbytkownie obitej. Rebeka ubrana w różową sukienkę, wyglądała jak kwiat poranną rosą odświeżony. Przeźroczysta szarfa tiulowa okrążała obłoczkiem jej szyję, uwydatniając plecy i ra miona olśniewającej białości; włosy spływały w lokach, a maleńska nóżka powabnie wydostawała się z pod fałdów tej różowej atłasowej sukni, ukazując prześliczna pończoszkę jedwabną i prześliczny trzewiczek.
Świece rzucały także światło na lśniącą łysinę lorda Steyne, okrążoną półkolem rudych włosów. Pan ten miał gęste, grube brwi, oczy małe, krwią zaszłe i o-toczone zmarszczkami, niższa szczęka przerażająco na* przód była wysunięta, a kiedy chcąc rozśmiać się o-tw7orzył usta, dwa rzędy ogromnych zębów dziki wyraz nadawały jego twarzy. Był tego dnia na obłędzie u dworu i miał na sobie order Podwiązki i Złotego runa. Jego Jaśnie Wielmożność była niskiego wzrostu» dobrej tuszy, nóg pałąkowatych, ale bardzo się pysznił z małej swojej stopy i ciągłe głaskał kolano, na fcfcć* rem świetniała Podwiązka.
— Czyż pasterz nie wystarcza.do strzeżenia czułego swojego jagnięcia? — zagadnął szlachetny lord.
— Pasterz za nadto lubi karty i klub — odrzekła z uśmiechem Rebeka.
— To Korydon wcale nie sielankowych obyczajów
— wtrącił mylord — nie stworzony do pasterskiego kija.
— Znaczę trzy punkta — zawołał Rawdon przy zielonym stoliku.
— Patrz no pani jednak na naszego Melibeusza, praca jego bardzo pasterska obecnie — strzyże Soitth-downa, tego niewinnego, poczciwego baranka — ale runo bardzo ładne — dodał milord z uśmiechem
— Mylord zna się na runie — odparła Rebeka, ci skajac nań sarkastyczne i wzgardliwe spojrzenie — bo mylord jest kawalerem orderu.
W istocie lord Steyne miał na szyi order Złotego runa,. którem go obdarzyli świeżo na tron powróeeni Bourboni hiszpańscy.
W młodości swojej słynął lord Steyne z intryg milośnyeh i szczęścia w grze. Raz przez dwa dni i dwie nocy grał z panem Foxem. wygrywał często grube pieniądze od największych figur w królestwie. Mówiono nawet że zawdzięczał stosunkom przy zielonym stoliku swój tytuł margrabiowski; to też nie rad był kiedy mu dawne pprawki przypominano i Rebeka o mało co nie wywołała burzy; chmury jej zaczęły się już gromadzić pod gęstemi brwiami mylorda.
Wstała z sofy, odebrała z rąk jego filiżankę kawy, postawiła na tacy i obdarzając najwdzięczniejszym u-śmiechem:.
— Tak — rzekła — potrzebuję psa owczarskiego, ale nie obawiaj się margrabia, na pana nie będzie szczekał.
Przeszedłszy potem do salonu, siadła do fortepianu i zsezęła śpiewać romans francuski głosem tak wzru szonym i pieszczotliwym, że szlachetny lord ugłaskany muzyką, stanął za fortepianem i w takt głową poruszał.
Tymczasem Rawdon z lordem Southdown grali w ekarte. Rawdon zawsze prawie wygrywał, mimo jednak: grubych wygranych, ciągłe wieczory i przyjęcia za częły nudzić byłego dragona nic a nic nierozumieją-cego ciągłych żartów, dowcipów, ukrytych słówek, drwinek i aluzji, krążących w kole, gdzie królowała jego żona, której piękność i rozum kiedy ws/yscy u wielbiali, on najczęściej musiał siedzieć milczący i nie ruchomy jak posąg.
— Jak się miewra mąż pani Orawley? — tak go zwykle witał lord Steyne.. gdyż w istocie takie zajmował stanowisko w towarzystwie. Rawdon przestał być pułkownikiem Orawley. a został tylko mężem pani Orawley.
Od dawna już nie wspominaliśmy o małym Raw donie. Malca tego umieszczono na poddaszu i najczęściej bawił się w kuchni ze służącymi; a matkę nic a nic to nie obchodziło. Dopóki miał bonę Francuskę, z nią razem mieszkał; kiedy bona odjechała, tak się zaczął drzeć w niebogiosy w samotnej izdobce, że służąca w sąsiedniej stancyjce ulitowała się nad nim, wzięła do swojego łóżka i ledwo zdołała utulić.
Raz po powrocie z opery Rebeka, mylord Steyne i kilka jeszcze osób siedziało przy herbacie w salonie, kiedy się aż dom cały zatrząsł od płaczu i krzyków malca.
— Biedny mój aniołek płacze tak za swoją mamką
— rzekła spokojnie Rebeka, nie myśląc bynajmniej dowiedzieć się co mu się stało?
Zbrodnia i kara T. II Iii
— To taka z pani dobra matka, że nie idziesz utulić synka — wtrącił lord Steyne szyderczo.
— Jak się znuży płaczem, zaśnie — odparła pani CrawMey, nieco się rumieniąc.
Zaczęto znowu rozmawiać o sztuce, przedstawionej w teatrze opery — ale Rawdon wymknął się na chwilę, pobiegł do syna, którego poczciwa Dolly, litościwa owa służąca, zdołała przecie pocieszyć.
Pokój, gdzie się ubierał pułkownik, znajdował się na najwyższem piętrze i tam to ojciec widywał się często z synem, którego kochał najszczerzej. Kiedy Rawdon ojciec się golił, Rawdon syn siedząc na kufrze z przyjemnością przyglądał się brzytwie, zeskrobującej mydło. Ojciec przynosił codzień jakieś przysmaczki z desseru i kładł je w pudelku ód szlif, gdzie je dzieciak zawsze wynalazł i z okrzykami radości pożywał, ale nieraz trzeba było przytłumiać te oznaki zadowolenia, bo matka spała na niższem piętrze a niewolno było przezywać jej snu, bo kładła się bardzo późno i po południu dopiero wstawała.
Rawdon kupował dla malca książki z obrazkami, mnóstwo cacek, ponaklejał własną ręką na ścianach jego pokoiku rozmaite sztychy, za gotówkę nabyte. Kiedy nie był na służbie w parku dla towarzyszenia pani Orawley, brał chłopczyka ze sobą i wychodzili na długie przechadzki, albo w domu huśtał go na ko* lanie, kazał mu trzymać ogromne swoje wąsy jakby uździennicę i nieraz dzień cały przeszedł im na figlach i zabawach dziecinnych.
Pokoik małego Rawdona bardzo był niski; raz kiedy ojciec wziął go na ręce, żeby nieco pohuśtać, uderz£ przypadkiem główką jego w sufit — mały Rawdon miał wtedy pięć lat dopiero. Ojciec o mało go nie upuścił, tak się przeląkł następstw swojej niezgrabności a dzieciak już się krzywił straszliwie i miał wybuchnąć pła* czem z bolu po siliiem uderzeniu, od którego parę guzów wyskoczyło, ale ojciec wstrzymał wybuch, mć* więc mu:
— Na miłość Boską, żebyś tylko matki nie obudził.
Dzieciak miłosiernie i płaczliwie spojrzał na ojca, przygryzł wargi, ścisnął piąstki i naw7et nie westchnął
— chociaż go mocno bolało, Rawdon opowiedział zaraz ten szczegół w klubie dawnym kolegom wojskowym i innym znajomym.
— Ach I panie — mówił rozrzewniony — gdybyś wiedział co to za zuch i dziarski chłopak z mojego malca! Prawie pół głowy wpakowałem mu w sufit i ani krzyknął, żeby nie obudzić matki,
Raz lub dwa razy na tydzień wyborna ta matka raczyła ukazywać się na tych wysokościach, gdzie mąż jej większą część dnia przepędzał. Wyglądała jak lalka z magazynu mód, którą tchnieniem ognistem przejął Prometeusz; na ustach jej zawsze kwitnął pieszczotliwy uśmiech; wysmukłą jej kibić uwydatniały jeszcze naj« świetniejsze stroje, koronki, szarfy i tym podobne drobiazgi; w wykwintnych rękawiczkach i bucikach, rączki jej, nóżki jeszcze się mniejsze wydawały; codzień prawie brała nowy kapelusz, na którym kwiaty zdawały się rozkwitać, lub chwiały się marabuty tak miękkie i puszyste, jak białe korony kauaelji. Kiwnęła parę razy głową synkowi, ale wywoływało to w nim raczej obawę* niż serdeczność, gdyż na dzieciaku każde jej zjawienie wielkie wrażenie wywierało, kiedy przerywał sobie obiad lub porzucał tekturowych żołnierzy, żeby się bliżej przejrzeć życiodawczyni, po której odejściu zostawał zawsze zapach róży, jakby won niebiańska, odznaczająca przejście jakiego bóstwa. Dzieciak miał ją za nadludzką istotę, znacznie ważniejszą od ojca i wszystkich innych znajomych osób, którą z daleka czcić wypadało. Kiedy z nią jechał powozem, doznawał jakiejś trwogi głębokiej; podczas przejażdżki przyglądał się osłupiałym wzrokiem wystrojonej czarodziejce, naprzeciw niego siedzącej.
Śliczni panowie na dziarskich koniach zbliżali się do powozu, zamieniając kilka słów z grzecznym uśmie> chem; dla każdego z nich błyskała iskra w jej oczach,, i ręką w7 przejeździe wdzięcznie oddawała ukłony.
Na takie przejażdżki ubierano zawsze dzieciaka w najpiękniejszą nowTą czerwoną sukienkę, a w domu nosił starą wytartą bluzę ciemnej barwy. Czasem kiedy matka wyjechała, mały Rawdonek ośmielał się wejść do jej sypialnego pokoju, który mu się wydawał jakby niebiańskim przybytkiem, siedliskiem czarownem, gdzie wszystkie cuda i świetności zgromadzono w gardero^ bie; z podziwieniem przyglądał się sukniom różowym, błękitnym lub kilkokolorowym; z zachwyceniem oglądał ekran z różanego drzewTa, wykładany srebrem; brązową rączkę, okrytą lśniącemi pierścionkami, a jakże mu się cudne wydawało lustro od toalety, w którem widział zdziwioną twarzyczkę swoją i twarz służącej, ścielącej łóżka, jakby przyczepioną do sufitu. Biedna zaniedbana dziecina! Wyraz matka, jak wyraz Bóg, drży na ustach i w serduszkach niewinnych tych istot, a on w tym wyrazie czuł tylko zimny i nieczuły marmur.
Rawdon Crawley, chociaż nie był pod żadnym względem wyższym człowiekiem, miał jednak serce, przejęte gorącem przywiązaniem do żony i syna, kté rego namiętnie kochał. Rebeka spostrzegłszy to, nic nigdy mężowi o tem nie wspomniała, skądże by mogła mieć za to urazę — ona tak dobra istota — tylko tem bardziej pogardzała mężem. Pułkownik rumienił się nieraz przed żoną za tę ojcowską czułość i taił o ile zdołał, za to znajdując się sam na sam z synkiem, oddawał się bez przymusu wszystkim uniesieniom ser* decznym.
Zazwyczaj chodził z nim z rana do stajni, lub uda wał się na przechadzkę do parku. Młody lord South’ down, doskonały chłopiec, którego gdyby kto poprosił, kapelusz zdjąłby swój na ulicy i darował, i który na tym świecie głównie był zajęty kupowaniem i rozdaro-wywaniem rozmaitych drobiazgów — darował Rawdon-kowi malutkiego kucyka. Na tym to rumaczku minja-turowym malec kłusował po parku; ojciec mu zawsze towarzyszył.
Pułkownik lubił czasem odwiedzić dawnych kolegów wojskowych w koszarach i nieraz żałował kawalerskiego życia. Starzy żołnierze chętnie zawsze witali byłego oficera i huśtali na ręka pułkownikowica. Prawdziwe to święto było dla Orawleya kiedy objadował z kolegami w koszarach. 190
— Wiem, do trzystu djabłów, mówił sobie nieraz
— że dla niej nie mam dosyć sprytu ani wykształcenia, wiem to dobrze, i — dodawał — żona nie spostrzeże nawet mojej nieobecności.
Miał słuszność; nieobecność jego schodziła niepostrzeżenie.
Rebeka zresztą nie dąsała się nigdy na męża, zaw« sze widział u niej uprzejmy wyraz twarzy i nawet tyle go szanowała, że potrafiła ukryć pogardę, jaką dlań uczuwała; moż« w7reszcie wolała ciężkiego i głupiego, jakim był w istocie, niż gdyby był rozumniejszy, gdyż. mogła go używ7ać za kamerdynera i marszałka dworu. Spełniał on wszystkie jej zlecenia i rozkazy bez słówka oporu, Odprowadziwszy ją do opery, chodził podczas przedstawienia odpoczywać w swoim klubie i najaku-ratniej wracał do teatru żeby ją odprowadzić do domu.
Nieraz jednak myślał sobie Rawdon że mogłaby dla syna więcej serca okazywać — ale zgodził się wreszcie i na tę nieczułość.
— Niech mnie djabli porwą, wie ona zawsze lepiej odemnie jak postąpić, ja tam się nie bardzo na tem rozumiem.
Nie trzeba bo też było posiadać wielkich zdolności «mysłowych żeby wTygrywać w karty lub w bilard, a po za tem Rawdnn żadnych nie miał pretensji.
Znaczna wreszcie nastała ulga w kamerdynerskiej i marszałkowskiej służbie jego przy Rebece, kiedy przy* był piesek o w c za rs ki. Sama żona często go namawiała żeby wychodził na miasto i nie wym-gała żeby ją odprowadzał z opery.
— Dobrze zrobisz, mój drogi, jeżeli wyjdziesz dziś wieczorem, bo się na śmierć zanudzisz w towarzystwie kilku osób, których znieść nie możesz. Gdyby nie szło o twoją przyszłość, nigdybym ich nie zaprosiła — a mając teraz pieska owczarskiego, nie obawiam się ich przyjmować sama.
— Piesek owczarski, obrona czci — Becky Sharp
— wyborny żarcik — myślała sokie pani Orawley i wprawiało ją to w wyborny humor.
Raz w niedzielę, kiedy z małym Rawdonikiem, kłu< su;ącym na kucyku, poszedł do parku Rawdon, spotkał sierżanta ze swego pułku, Glinka, rozmawiającego z jadmś staruszkiem, który trzymał na ręku chłopczyka v wieku jego synka. Dzieciak chwycił za medal z pod Vaterloo, zdobiący piersi sierżanta i przyglądał się mu 2 upodobaniem.
— Dzień dobry panu pułkownikowi — odrzekł sier* żant na przywitanie Orawley a. — Spotkałem tu rekrucika pułkownikowica.
— Ojciec jego znajdował się także pod Waterloo — wtrącił staruszek — prawda Georgy (Jerzy)?
Georgy tymczasem i Rawdonik przyglądali się sobie z tą miną uroczystą i badawczą, właściwą dzieciom, 30 się pierwszy raz widzą
— W pułku linjowym — dodał Olink z niejakim lek« ceważeniem.
— Był kapitanem w 33eim — mówił dalej z przesadą staruszek. Kapitan Jerzy Osborne — panie, może 50 pan znałeś przypadkiem. Poległ, panie na polu chwały, w7alcząc z przy właścicielem.
Crawley zarumienił się gwałtownie i żywo odrzekł:
— Znałem go wybornie — łaskawy panie, cóż się dzieje z szanowną jego wdow7ą, jak się ma?
— To moja córka, panie — powiedział starzec, sta« wiając chłopczyka na ziemi i z majestatycznym ruchem wydostając z pularesu bilet wizytowy, który doręczył pułkownikowi. Napis brzmiał:
M Sedley jedyny ajent kompanji eksploatowania węgli ogiiotrw&łych.
Dalej wypisany był adres.
Mały Jerzy tymczasem zbliżył się do kucyka.
— Może chciałbyś wsiąć? zapytał Rawdonik — dzur» sko trzymając się na siodle.
— Tak — odrzekł Jerzy.
Pułkownik po objaśnieniach poprzednich zajął si», dzieciakiem, podniósł go więc z ziemi i posadził na kucyku za synkiem.
— Ściskaj dobrze kolanami, Georgy — obejm wpół mojego Rfiwdona i dalej naprzód — zawołał.
Dzieciaki głośno się roześmiały.
— Na całym świecie nie znajdzie dwóch piękniejszych buziaczków — wtrącił poczciwy sierżant, idąc przy dzieciach z pułkownikiem i starym Sedley’em, który dźwigał parasol pod pachą.
XXXVIII.
Rodzina w niedostatku
Oo się też stało z panią Amelją po owym staszli wym ciosie, jaki ją dotknął pod Waterloo? Czy żyje, czy się pocieszyła? Oo się dzieje z majorem Dobbin, którego kabrjolet zatrzymuje się eodzień przed skro* omem jej mieszkaniem? Jakie nowiny o szanownym poborcy z Boggley wollah?
Tłuścioch ten powrócił do Indji wkrótce po ucieczce z Brukseli — skłonił go może do tego wyszły urlop lub obawa żeby nie spotkać jakiego świadka bohaterstwa swego podczas Waterloo. Wracając do Bengalu, odwi* dził po drodze byłego cesarza, którego już osadzono na wyspie św. Heleny. Kiedy gadał o tych odwidzinach współtowarzyszom podróży, możnaby wnosić że nie po raz pierwszy spotykał się z Napoleonem oko w oko i wojowniczy ten syn Albjonu w rozprawie pod Mont-Saint Jean musiał przynajmniej poklepać po twarzy a-wanturnika korsykańskiego. Wiedział mnóstwo szczegółów i anegdot o tej bitwie, pokazywał strategiczną pozycję rozmaitych pułków i wyszczególniał ich straty. Słuchając go możnaby przypuszczać że się znacznie przyczynił do wiekopomnego zwycięztwa, że znajdował się przy armji podczas najniebezpieczniejszych jej ruchów i wśród mordecznego ognia przewoził depesze księcia Wellingtona, o którego każdem słowie, każdym ruchu w dniu bitwy wiedział najdokładniej i szczegółowo — słowem tak był we wszystko wtajemniczony, że niewątpliwie musiał znajdować się przez cały dzień przy boku zwycięzcy. Dzienniki nie wymieniły jego nazwiska w opisach bitwy dla tego prostego powodu że nie był wojskowym. Może wreszcie sam uwierzył prędzej niż schuchacze, że jemu najbardziej angielskie szeregi zawdzięczały powodzenie, Bardzo podobał się w Kalkucie i do końca pobytu w Bengalu znany był pod — / — f S’/’t ’ f /, 194 honorową nazwą Waterloo’Sedley. Bankierzy jego za płacili weksle za nabycie owej niefortunnej pary koni, o których losie jak i zapłacie nigdy nie wspominał — mil czał także o byłym swoim służącym, Izydorze, którego widziano sprzedającego szpakowanego konia, który był bardzo podobnym do owego, na którym Waterloo Se-dley jeździł czasem jesienią 1815 r. w Valenciennes.
Bankierom swoim zlecił nadto wypłacać rokrocznie rodzicom pensję stu dwudziestu funtów szterlingów. Spekulacje pana Sedley, któremi się po swojem ban* kructwie zajmował, nie mogły w żaden sposób odbu» dować rozbitego majątku starego ajenta giełdowego — pensja ta więc była dla nich jedynym sposobem utrzymania. Stary mimo to ciągle zajmował się przemysłem, handlował winem, bral w komis loterję i przy każdern nowem zajęciu, jakiego próbował, zaraz rozsyłał mnó> stwo prospektów po znajomych, nową blachę miedzianą kazał przybijać na drzwiach i przesadnie opowiadał o swoich widokach odzyskania dawnej zamożności i świetności. Los jednak nigdy prawie nie wraca do tych, których raz obali! i zdruzgotał. Wszyscy przyjaciele powoli go opuścili, w obawie żeby ich nie częstował biletami loteryjnemi, węglami ogniotrwałemi i tyra po» dobnemi facecjami, które ich nieraz drogo kosztowały. Jedna tylko żona widząc go codzień chodzącego na giełdę, łudziła się jeszcze handlowerni jego operacjami.
Wieczorem przywlókłszy się do skromnego swega domku, wychodził następnie stary do małej piwiarni w pobliżu, gdzie przed uważnymi słuchaczami rozpra-wiał o finansach Anglji tak stanowczo, jakby do niego należały. Miljony interesów giełdy i wymiany, Rotszyl-dowie i tym podobni bogacze, brzmieli ciągle w jego gawędach; nieraz wyjeżdżał z tak grubemi sumami, że zw^ykli goście piwiarni: aptekarz, przedsiębiorca pogrzebów, cieśla, pisarz parafjalny i dawny nasz znajomy
— pan Clapp, nie mogli nie uczcić jego wymowy i finansowej biegłości. Kiedy nowy gość jaki zajrzał do piwiarni, stary zwykle prawił:
— Dawniej, szanowny panie, świetne miałem poło zenie; syn mój panie, jest obecnie najwyższym urzędnikiem w Rangoon, w Bengalu, pobiera miesięcznie tysiąc rupji, córka moja, gdyby tylko chciała, mogłaby pójść za mąż za pułkownika; ja zaś panie, gdyby mi przyszła fantazja, mógłbym wystawić weksel tysiąca funtów na mego syna, pierwszego dygnitarza w Ran goon i najpierwszy bankier londyński w lotby gotówką mi zapłacił — ale, panie, Sedlejowie zawsze odznaczali się godnością i honorem.
Łaskawy czytelniku, nie śmiej się ze staruszka, możesz łatwo popaść w takie same położenie; przypomnij sobie — ilu to przyjaciół naszych codzień pra wie spada w przepaść. Zdolności stępieją, szczęście się odwróci, młodsi, sprężystsi współzawodnicy zajmą miejsce nasze, a kiedy burza ciśnie nas na bezdroże jak szczątki okrętu na piaski nadbrzeżne, przechodnie tym czasem będą iść dalej i nie spojrzą na nas ze wzpół« czuciem lub co gorsza — ledwie nam palec jeden po. dadzą i protekcyjnie będą się z nami obchodzili, szepcąc:
— Biedny głupiec! Niedorzeczne przedsiębiorstwa 196 i brak rozsądku przywiodły go do tego stanu — sam sobie winien.
Pozostaje ci jednak na pociechę przekonanie, łaskawy czytelniku, że ani powozem, ani trzema tysiącami funtów rocznego dochodu, nie zaskarbimy sobie nagrody Boga, po śmierci ani sądu jego nie przebłagamy. Chociaż szarlatanom, łotrom i oszustom często się najlepiej powodzi a przeciwnie — najuczciwsi ludzie nieraz bywają igraszką losów; nie trzeba wyrzekać, ani przywiązywać do przyjemności i rozkoszy Targowiska Pró> żności większej wagi niż zasługują w istocie; bo może być bardzo... — Wróćmy jednak do naszej powieści.
Gdyby pani Sedley posiadała nieco energji, mogłaby ją w nieszczęściu męża okazać, mogłaby nająć obszerny dom lub hotel, co w Londynie zawsze prawie daje dochód; stary Sedley odgrywałby rolę męża gospodyni, zostałby tytularnym panem w obec gości, prezydują cym przy objedzie, marszałkiem dworu i t. p.
Pani Sedley brak było właśnie energji w nieszczęściu; nie wiedziała co począć na bezdrożu, gdzie ją burza wyrzuciła — niedola więc dwojga starców była dotkliwą i nieuleczalną.
Nie czuli zresztą swego poniżenia, może nawet dumniejsi byli w7 biedzie niż w dostatku. Kiedy pani Sedley raczyła zejść do porządnej i błyszczącej od czy stości kuchni gospodyni swojej, pani Clapp. zawsze ją z wielkopańska traktowała. Rozrywkę to niemałą stanowiło dla babiny, kiedy mogła się rozwodzić o biednej Bótty Flanagen; jej lenistwie, hardości, marnowaniu świec łojowych, herbaty i cukru. Prawie ją to zajmo wało tak bardzo jak niegdyś zarząd domu, kiedy miała na zozkazy murzyna, woźnicę, groorna, kamerdynera, kuchmistrza i cały pułk służących kobiet. Umiała je*, dnak babina ze dwadzieścia przynajmniej razy eodzien nie wtrącać świetne owe wspomnienia w swoją gawę< dkę. Nie tylko Betty Flanagan i inne bony z sąsiedztwa podlegały kontroli jej języka, ale wiedziała iie każdy lokator z sąsiednich domów zapłacił lub był winien komornego.
Ilekroć wyszedłszy przed dom spostrzegła na ulicy pa« nią Rougemont, artystkę dramatyczną, idącą z dziećmi, które się jej wydawały jakby podejrzane — natychmiast znikała w sieni; a jakże miłosiernie ruszała ramionami kiedy pani Pestler, aptekarzowa, jechała w kabrjolecie męża. — Potrafiła nadto babina długo rozprawiać z przekupką o kalarepie, ulubionej jarzynie pana Se-dłey, pilnować piekarza i mleczarki, kupować sama mięso u rzeźnika, który prędzej sprzedał innym sto funtów, niż jej ćwiartkę baraniny: a jak wybornie u-miała liczyć kartofle, które w niedzielę posyłała z baraniną upiec do piekarza I W niedzielę zwykle przywdziewała najlepszą suknię, dwa razy chodziła do ko ścioła, wieczorem czytała kazania Blaira.
Z powodu ważnych zajęć stary Sedley nie pozwą lał sobie w powszednie dni żadnej rozrywki — — w nie’ dzielę za to wychodził z wnuczkiem do najbliższych parków lub do ogrodu Kensington, gdzie malec przy* glądał się pięknym mundurom żołnierzy i rzucał bułkę łabędziom.
Jerzy nadzwyczaj lubił czerwonych żołnierzy iz za 198 stanowieniem nad swój wiek słuchał dziadka opowia« dającego że ojciec jego także dzielnym był wojakiem. Staruszek przedstawiał zawsze wnuczka starym sierżam tom z pod Waterloo, których poznawał po medalach, zawieszonych na piersi. Zapraszał ich często na piwo, mówiąc: Oto syn kapitana Osborne, z 33 go pułku liniowego, który chlubnie zginął na polu walki.
Z początku pieszcząc i psując malca, opychał go mnóstwem ciastek, pierników i jabłek, aż się Jerzy rozchorował i Amelja musiała oświadczyć stanowczo że nie pozwoli wyjść synowi z dziadkiem, jeśli nie da słowa że mu ciastek, cukierków i tym podobnych nie zdrowych przysmaków nie przestanie kupować.
Z powodu dzieciaka wy buchnęła także burza pomię* dzy panią Sedley i Amelją — kobiety te jakby zazdrościły sobie tajemnie obopólnego przywiązania do Jerzego.
Raz kiedy Jerzy bardzo jeszcze był mały, Amelja praeowała w saloniku, nagle matka jej wyszła i dzie^ cko. które dotąd bardzo spokojnie spało, zaczęło się drzeć w niebogłosy. Wiedziona macierzyńskiem poczu* ciem — wpada Amelja do pokoiku synka i widzi jak matka cichaczem leje mu w gardło eliksir Daffy. Amelja zwykle powolna i łagodna zatrzęsła się tym razem? gniewu, na twarz jej zazwyczaj bladą buchnęły ru< mieńce, wydarły matce dziecko, i kiedy oniemiała z gniewu staruszka ze zgrozą się jej przyglądała, trzymając jeszcze w ręku łyżkę niedorzecznego eliksira, rzuciła w komin butelkę, która się na tysiąc kawałków rc zbiła.
— Nie mogę pozwolić — żeby mi mama lekami temi zatruwała dziecko — krzyknęła Emmy, konwulsyjnie kołysząc synka na ręku i gniewnie rzucając spojrzenia.
— Zatruwała? Ameljo! zatruwała? — — odparła oburzona staruszka.
— Jerzy bierze tylko lekarstwa pana Pestlera, a pan Pestler mi mówił że ten eliksir to trucizna,
— Coraz to lepiej — oskarzasz mnie więc o mor’ derstwo i otrucie — i nie masz wstydu odzywać się w taki sposób do własnej matni — zawołała żywo pani Sedley. Przez ciężkie próby przeszłam na tym śwTieeie, los mnie dotkliwie poniżył, jeździłam powozem, teraz chodzić muszę piechotą — ale dotychczas jeszcze nie widziałam że jestem trucicielką, i dziękuję ci za tę nowinę!
— Ależ mamo I wołała z płaczem biedna kobiecina, zawsze do łez skora — nie powinnaś gniewać się na mnie. Ja — ja nie myślałam — to jest ja myślałam inaczej — ja nie chciałam powiedzieć że chcesz otruć to drogie dziecię, ja tylko...
— O! moja kochana! ty tylko powiedziałaś że byłam zabójczymą, a w takim razie lepiejby mi od razu pójść do Old.Bailey, chociaż nie otrułam cię, kiedyś była dzieckiem! Pięcioro dzieci wykarmiłam — pochowałam troje — a to, które kochałam najbardziej, przy którem bezsenne trawiłam noce podczas ząbkowania i dławca, i odry i krztuśca, to dziecko któremu najlepsze dałam wychowanie, do którego przyjmowałam najlepszych i najdroższych metrów, które kończyło odukaoję w Mi« nerya.House, czego wszystkiego ja nie znałam gdy byłam dziewczyną, bo całem mem szczęściem było czcić ojca i matkę, i byc użyteczną, a nie próżniaczyć całemi dniami bawiąc się w7 wielką damę — to dziecko mówi mi dzisiaj że jestem trucicielką. Al pani Osborne, życzę ci z serca żebyś ty nigdy własną piersią nie wykarmiła gadziny!
— Mamo! mamo! wołała Aruelja jak nieprzytomna,, a dziecko na jej rękach w7ybuchło gwałtownym płaczem.
— Zabójczym! Padnij na kolana i proś Boga aby zmiękczył twroje zatwardziałe, bezbożne serce, i żeby ci tak przebaczył, jak ja ci przebaczam — i pani Sedley wybiegła z pokoju, powtarzając raz jeszcze słowo tru cizna — i kończąc w ten sposób swoje błogosławieństwo.
Aż do śmierci to poróżnienie między panią Sedley a córką nie było nigdy zupełnie wyrównanem. Ta sprzeczka dała matce niewątpliwy przewagę nad córką, z czego też nie zapomniała korzystać z niewieścią prze biegłością i wytrwałością. Z początku przez kilka tygodni zaledwie przemówiła do Amelji. Przestrzegała sługi ażeby nie ruszały dziecka, bo pani Osborne będzie się gniewać. Mówiła córce żeby pię przekonała sama czy nie ma może trucizny w potrąwTach dla Jerzego przygotowanych. Gdy sąsiedzi pytali o zdrowie chłopca, systematycznie odsyłała ich do pani Osborne. Ona nie odważa się pytać, czy malec zdrów czy nie; ona nie śmie go ruszyć, pomimo że jest jej wnukiem i tak bardzo ukochanym, ona bowiem nie umie się z dziećmi obchodzić i mogłaby chłopca zabić. A ilekroć dr. Pestler przyszedł do dziecka, przyjmowała go z szyderczym uśmiechem i wyrazem sarkastycznym, przy którym niczem było pogardliwe obejście się lady This* slewood, ale tej przynajmniej doktor nie leczył darmo.
Oo zaś do Emmy, to można powiedzieć że nie widziano nigdy równie zazdrosnej matki; dosyć było zbliżyć się do jej dziecka, a broń Boże ściągnąć jego ciekawość lub czulsze wywołać spojrzenie, żeby na serjo zanie« pokoić matkę. Ani Iriandka, służąca, ani nawet mist« ress Olapp, nie miały prawa umywać lub ubierać małego; prędzejby matka pozwoliła im oczyszczać mężowski portret zawieszony nad temże samem łóżkiem, które opuściła młodą dziewczyną i do którego dziś wracała kobietą, żebv przez długie lata opłakiwać żałobę i osamotnienie. Ale przynajmniej Emma była matką, a macierzyństwo to źródło szczęścia i pociechy.
Pokój ten był jakby skarbcem Amelji — świątynią. Tu czuwała nad synem w każdej jego chorobie. W tem ukochanem dziecku zdawało się jej że widzi męża, wolnego od wszelkich przywar, jak gdyby wracał z nieba. Głosem, spojrzeniem, ruchami, dziecię jej przypominało ojca; serce matki silnie biło z radości ile razy tuliła do piersi swój skarb najdroższy, a często malec zapytywał matkę o przyczynę łez, które dostrzegał w jej oku. Mówiła mu wtedy o ojcu, którego utracił nie znając go wcale, i którego tak żywo matce przypominał, że to bolesne wspomnienie łzy jej wyciskało.
Mała dziecina słuchała uważnie i jakby z zadziwieniem opowiadań matki; tkliwe i kochające serce Amelji otwierało się w tych poufnych macierzyńskich zwierzeniach o wiele szczerszych aniżeli myśli wynui rżane kiedyś przed Jerzym, lub przed wybranemi przyjaciółmi lat młodocianych, Z rodzicami tylko nigdy
Targowisko próżności. T. II. 14
Amelja nie mówiła o tem i za nic w świecie nie odkryłaby przed nimi bolesnych ran swego serca. Zresztą któż lepiej od małego Jerzego mógłby ją zrozumieć? Przed nim nie miała nic ukrytego; on tylko był wtajemniczony we wszystkie jej uczucia i myśli. Jedyną dziś ulgą w jej życiu były łzy — a jedynym pokarmem
— żal niepowrotnie straconej przeszłości. Na dnie tej pięknej duszy tyle było uczuć wzniosłych, tyle pragnień szlachetnych, że powieściopisarz mimowolnie pióro swe z czcią zatrzymać musi, by nie odsłaniać światu tych wdzięków moralnych, kryjących się przed lodo-watem spojrzeniem ludzi. Wiemy od doktora Pestler’a posiadacza wspaniałej ziełonej karety i pięknego domu przy Manchester Square, kandydata do baronii i uży> wającego wielkiej u dam wziętości, że kiedy potrzeba było małego odłączyć. Amelja oddawała się smutkowi zdolnemu zmiękczyć serce Heroda.
Doktor okazywał tyle troskliwości i wspułczucia dla pani Osborne, tak się nią szczerze z&jmował, że pani doktorowa śmiertelną powzięła zazdrość. Miała ona może słuszne do tego powody, to tylko pewna że w małem kółku znajomych i przyjaciółek Amelji pani Pestler nie była w tym względzie wyjątkiem. W samej rzeczy Amelja zachwycała wszystkich, którzy się do niej kiedykolwiek zbliżyli, chociaż nikt zapewne nie potrafiłby odpowiedzieć, co właściwie tak go silnie pociąga. Amelja nie odznaczała się nadzwyczajną pięknością, nie błyszczała dowcipem, ani wyższym rozumem. ale wszędzie gdziekolwiek się pokazała, budziła uwielbienie w szeregach płci niepięknej lub wy woły wała pogardliwe uśmiechy na zaciśniętych usteczkack swoich miłościwych siostrzyczek.
Jej nieśmiałość, uległość i słodycz były bez wątpienia temi wdziękami, które powszechną dla niej budziły sympatję. Każdy z kolegów wojskowych Osborna gotów był skruszyć szablę w obronie Amelji, na jedno jej skinienie. W Fulham, w nielicznem kółku znajomych, Amelja potrafiła zjednać sobie serca wszystkich; w klasie kupieckiej nawet okazywano jej tyle względów, ile w tych kołach okazują tylko bogatej właścicielce pałacu o licznej zgrai sług.
Pan Pestler miał rywała u pani Osborne w osobie młodego pomocnika swego, p. Linton, który leczył wszystkie bony i mniejszych kupców w miasteczku i przyznawał się jawnie że jest niewolnikiem Amelji. Był to zresztą młody człowiek bardzo gładki i lepiej jeszcze od swego zwierzchnika widziany w domu mistres Se-dley. Jak tylko mały Żorż był trochę cierpiący Linton odwiedział go kilka razy na dzień, nie żądając nigdy za swoje trudy żadnego wynagrodzenia; przytem przynosił małemu cukierki i pastylki, i przygotowywał mu lekarstwa tak smacznie, że malec radby był zawsze chorować.
Mały Jerzy przebywał odrę; oba lekarze przepę« dzali noce przy łóżku chorego dziecka, a biedna matka była tak zatrwożona, jak gdyby odry dotąd na świe-cie nie znano. Dla jakiegoż dziecka ci ludzie zdolni byliby do. podobnych poświęceń? Ozy widziano ich której nocy w sąsiednim dworze, kiedy przyszli dzie-dzicy tej wspaniałej maęjtności przebywali tę chorobę 14* tak jak i inne dzieci? Ozy znosili podobne niewygody dla małej Mary Clapp, córeczki starego komisanta, kiedy się jej choroba Żorża udzieliła? Zasypiali oba dwa snem sprawiedliwych, mówiąc że stan małej nie jest niebezpieczny i że choroba sama przez się przejść musi. Cała ich troskliwość o małą Mary objawiła się posłaniem jej lekarstwa, zresztą nie myśleli nawet do* wiedzieć się o skutku.
Do liczby wielbicieli Amelji należał także mały Francuzik dający lekcje w rozmaitych szkołach tej o kolicy. Po całych nocach słyszano go jak rzępolił na piskliwych skrzypcach, wygrywając odwieczne gawoty. Ten oryginał — jeden z dworskich rozbitków, nie za niechał nigdy niedzielnej przechadzki do kaplicy w Hammersmith, gdzie się wybitnie odznaczał pudrowaną peruką, żabotami, całym strojem i układem. Ilekroć razy p. Talon-Rouge miał mówić o mistress Osborne, zaczynał zawsze od zażycia tabaki, poczem z wdzię« kiem prawdziwie arystokratycznym strzepywał końcami palców żałoby dziewiczej białości przyprószone tabaką, potem składając razem palce, zbliżał je do ust. opi’ sywał niemi półkole, aż nareszcie otwierał rękę i koń* czył wykrzykiem: „Oh! boskie stworzenie lM Słowem honoru zaręczał że kiedy Amelja przechadzała się w ogrodach Bromptonu, kwiaty wyrastały pod jej stopami. Małego Żorża nazywał Kupidynem i zapytywał go o Wenerę, jego matkę; w rozmowie zaś w Betty Fla* nagan porównywał Amelję do jednej z nadobnych gracji. Betty słuchała go z podziwieniem, otwierając wielkie oczy.
Moglibyśmy więcej przytoczyć przykładów tego po> wodzenia, którego Amelja ani się domyślała, ani też nie pożądała.
Słodki i zalotny pastor miejscowy, p. Binny, często młodej wdowie oddawał wizyty. Dla przypodobania się matce pozwalał on chłopcu skakać sobie na kolana i oświadczał się z chęcią uczenia go łaciny, bio stra pastora, która w sprawach domowych miała głos przeważny, wyrzucała bratu jego słabość dla Amelji.
„Co ty w tej kobiecinie znajdujesz tak porywają cego? mówiła Westalka do brata. Ani jednego słowa przez cały wieczór nie powie będąc u nas na herba* cie; jest to nieszkodliwe wprawdzie — ale biedne stworzenie, któremu nawet brak tego organu co z lewej strony znajdować się powinien; jedno, co was do niej pociąga — moi panowie — to jest twarzyczka. Miss Grits mająca pięć tysięcy funtów gotówki — nie mć* wiąc już o niezliczonych sperandach w przyszłości — miss Grits ma dziesięć razy więcej wdzięku i życia. Gdybym była mężczyzną nie wahałabym się ani chwili w wyborze; potrzeba by być ślepym żeby nie widzieć zalet i doskonałości miss Grits.“
Tak więc nasza heroina, zostawszy matką, przepę* dziła siedm lat w ciszy i spokoju, przerwanym zaledwie odrą syna, lub następującym wypadkiem, który tu dla dokładności kronikarskiej zapisujemy.
Pewnego dnia przewielebny Binny przyszedł zapy^ tać Amelji — ku wielkiemu jej podziwieniu — czy nie życzy sobie zamienić imię Osbornów na to, które on sam nosi.
Amelja, zmięszana niespodziewaną propozycją, podziękowała ze łzami w oczach za ten dowód zaufania pastora, jak również za wszystkie jego grzeczności dla niej i dla syna, ale dodała przytem że jej myśli i serce zawsze należeć będą do męża, którego straciła i którego nigdy zapomnieć nie potrafi.
Dni 25. kwietnia i 18. czerwca — rocznica ślubu Amelji i śmierci jej męża — nigdy nie przyszły dla niej niepostrzeżenie; pogrążona w żalu i wspomnieniach Amelja przepędzała samotnie te rocznice wesela i żałoby, a zamykając się w swoim pokoju, ukrywała przed światem łzy i smutek, który jej nigdy nie opuszczał.
W dzień przynajmniej nie tyle smutek ją uciskał* bo zajęcia zwykłe musiały pamięć od przedmiotów bolesnych odrywać. Ona to sama uczyła Żorża czytać* pisać i rysować, a podczas jego zabawy, czytała roz maite zajmujące historyjki żeby go później opowiadaniem zainteresować i przy zabawie czegoś nauczyć. Młoda matka śledziła z największem staraniem rozwój umyśłowy swego dziecka; chwytała wszystkie wrażenia i uczucia, które już w małem serduszku kiełkować zaczynają; i najtroskliwiej pracowała nad tem żeby mu dać pojęcie o Stwórcy. Codzień rano i wieczór słaby głos dziecka łączył się z głosem matki w modlitwie; oboje zanosili modły za męża i ojca z tak żywą o nim pamięcią jak gdyby on był tuż przy nich i razem z Bierni we wspólnej łączył się modlitwie. O! błogie lat dziecinnych wspomnienia I Któreż serce po wielu nawet ubiegłych latach oprzeć się waszej sile potrafi i nie zadrży przepełnione najsilniejszemi wzruszeniami?
Głownem codziennem zająciem Amelji było ubieranie małego do rannej przechadzki z dziaduniem, nim tenże wychodził dla załatwienia interesów. Nie brakło matce pomysłów żeby ze starych kawałków materji i z resztek wyprawnych sukien wykroić i uszyC gustowne malcowi ubranie; sama zaś nosiła zawsze czarną suknię i skromny słomkowy kapelusz z czarnemi wstążkami, co nawet sprawiało pewną przykrość pani Se» dley, która po stracie majątku daleko większą niż przed* tem przywiązywała wagę do wykwintu w strojach.
Pokończywszy swe zajęcia z małym, Amelja po* święcała resztę swego czasu matce i ojcu. Nauczyła się nawet grać w pikietę dla rozerwania starca wieczorem jeżeli nie wychodził do klubu. Gotowa była śpiewać jak tylko ojciec objawił to życzenie, co było dowodem dobrego stanu zdrowia, bo przy pierwszych akordach akompiinjamentu usypiał. Nikt inny nie pisał mu listów, ogłoszeń i rachunkowych wyciągów jak sama Amelja. Do niej to zawsze udawał się starzec kiedy chciał uwiadomić dawnych znajomych o tem — na-przykład — że został ajentem kompanji eksploatacji węi gla i że się poleca tym, którzy go swojem zaufaniem i obstalunkami zaszczycać zechcą, itd. Sam zaś podpi. sywał tylko na cyrkularzu swoje nazwisko, zdobiąc je rozmaitemi wykrętasami. Jeden z takich okólników był posłany majorowi Dobbin: ale major zamieszkujący wow< czas Madras, mógł się doskonąle obejść bez węgla. Z tem wszystkiem poznał natychmiast pismo na pro* spekcie. Oh! ileżby nie dał był za to, żeby mógł uścisnąć rękę, która te wyrazy kreśliła!
Inny prospekt uwiadamiał go, że J. Sedley i sp. Otwiera swoje biura w Oporto i Bordeaux i ofiaruje swoje usługi tym, którzyby chcieli się zaopatrzyć w najlepsze gatunki win Bordeaux, Xeres i Porto, po ce nach niezmiernie umiarkowanych.
Dobbin robił największe wysilenia żeby tej reklamie powodzenie zapewnić; nalegał natarczywie na guber naiora, na głównodowodzącego wojskami na oficerów i na wszystkiech swoich znajomych, aż nakoniec udało mu się zapewnić zamówienie dla domu Sedley i sp., ku wielkiemu zadziwieniu pana Sedley’a i pana Clapp, którzy we dwóch tylko wymienionym byli domem. t Ale to świetne powodzenie na tem skończyło; ża dne nowe zamówienie potem nie przybyło, co nie ma-łert było zmartwieniem dla starego Sedley’a, który roz rzucił okólniki po całej kuli ziemskiej, żeby zszerogować bataljon komisantów, korespondentów etc. — nadto po robił kroki do otworzenia składowych magazynów w City i w innych dzielnicach miasta.
Ale stary Sedley stracił już ową glębokę wina zuajomość, i padniebienie jego nie miało już tego delika> tnego smaku, jakim się kiedyś odznaczało. Dobbin musiał uciekać od swoich kolegów, którzy niemiłosiernie żartowali z lury, sprowadzonej w skutek jego rekomendacji. W końcu nasz kapitan zmuszony był zabrać dla siebie większą część tego cienkiego wina i kazał je skazać na targu z bardzo znaczną stratą.
Wypada nam wspomnieć tu jeszcze o dawnym nai szym znajomym Józefie Sedley: Zajął on ostatniemi czasy dosyć wysokie stanowisko administracyjne w Kali kucie i teraz właśnie w największym był oburzeniu z powodu odebranej przesyłki wina ze sporą paczką prospektów i cenników, wraz z listem ojca, który mu pisze że wiele liczy na stosunki syna, a ztąd na jego pomoc w rozwinięciu handlu winem na wielką skalę. Józef nie chciał za nic w świecie wydawać się z tem że ojciec tak wysokiego urzędnika admininistracyjnego, jest kupcem win lub komisantem handlowym. Zwracając pogardliwie cenniki a nawet rachunek pokwitowany przysłanego wina, napisał do ojca list szorski i pełen ostrych wyrzutów, zakazując na przyszłość mieszania jego imienia do podobnoch interesów, o których i słyszeć nie chce. Weksel zaś odpowiadający wartości przysłanego wina, wystawiony na Józefa i niezapłacony przez tegoż, powrócił do domu Sedley i sp., a zapła’ cenie onego pochłonęło nietylko zyski z interesu zroi bionego przez Dobbin’a w Madras, ale nadto wszystkie oszczędności Emmy tam utonęły.
Oprócz swojej rocznej pensji 50eiu funtów, Emmy miała jeszcze prawo do pięciuset funtów które według rachunków egzekutora testamentu jej męża, pozostały po śmierci Jerzego u jego bankiera. Dobbin proponoi wał umieszczenie tych pieniędzy na ósmym procencie w kasie kompanji indyjskiej. Pan Sedley podejrzywał majora o nieuczciwe zamiary, więc oparł się energicz« nie temu projektowi, i poszedł sam do bankiera żeby mu swoją wolę co do rozporządzenia kapitałem oświadczyć. Ale jakież było ździwienie gdy się od bankiera dowiedział, że pozostała należność Osborn’a nie przenosiła nawet stu funtów, o które chodziło, stanowiły odrębny kapitał i że jeden tylko major Dobbin wiedział o po* chodzeniu tych pieniędzy. Nie potrzeba już było więcej żeby stary Sedley nabrał mocnego przekonania o pra* wdziwości swoich podejrzeń przeciw majorowi. Występując w imieniu córki Sedley zażądał dosyć stanowczo od Dobbin’a zdania rachunków z funduszów zięcia. Major poczerwieniał i zaczął się plątać mówiąc coś niewyraźnie. To zakłopotanie i niezręczne tłómaczenie się ostatecznie utwierdziło podejrzenie ojca, który w przekonaniu że ma do czynienia z oszustem, dobitnie mu powiedział co o nim myśli i 0 co go posądza,
W obec zarzutów nieuczciwości i chęci zatrzymania cudzych pieniędzy, major stracił wszelką cierpliwość, i kto wie jakiej sceny kawiarnia Slaugther’a nie byłaby była świadkiem, gdyby względy na siwe włosy i na nie* dolę p. Sedley’a nie wstrzymały były oburzonego majora.
— Proszę pana iść za mną na górę — zawołał energicznie major — będziesz pan mógł przekonać się który z nas dwóch ponosi stratę lub ofiarę w tym in* teresie.
To mówiąc Dobbin zaciągnął prawie starca do swego pokoju, i wyjął tekę pełną rachunków i weksli Osborna, które zawsze były na termin płacone, żeby imię kapitana na tem nie cierpiało.
— Wszystkie te weksle — mówił Dobbin — były popłacone przez Jerzego przed jego wyjazdem do Bel-gji; ale po jego śmierci nie zostało po nim nawet stu funtów. Wspólnie z kilkoma kolegami^ złożyliśmy niewielką sumę z naszych oszczędności, nie bez trudu po» watałą, a w nagrodę pan przychodzisz z zarzutem żeś, my chcieli ukrzywdzić wdowę i sierotę.
Na te słowa pan Sedley nie wiedział co odpowie* dzieć; widocznie zakłopotany, żałował swego nierozmyśl-nego kroku, ale już było zapóźno. Dobbin z tem wszy-stkiem prawdy nie powiedział, bo całkowita suma nie tylko z jego własnej pochodziła kieszeni, ale nawet ko-sztą pogrzebu i inne wydatki przez niego poniesione były, ze szczupłych funduszów jakiemi mógł rozporządzać.
Stary Osborne nigdy się tego nie domyślał. Amelja po» dobnież, nie wiedziała więcej od ojca; zostawiając u-regulowanie rachunków majorowi, który posiadał zu* pełne jej zaufanie. Nie wchodziła w nic zupełnie, podpisywała tylko to co Dobbin dał jej do pocfpisu, ale nie przyszło jej nawet na myśl żeby mogła być mu cokol* wiekbądź winna.
Wierna danej obietnicy Amelja pisywała do majora dwa lub trzy razy do roku, a chociaż listy jej były zapełnione wyłącznie opowiadaniami o małym Zorżu, niemniej jednakże stanowiły one najdroższy skarb dla majora. Chował on je jak skąpiec złoto, odpowiadał zwykle z wielką dokładnością, posyłał czasem rozmaite indyjskie drobiazgi lub chińskie wyroby jak np, szachy z kości słoniowej misternej roboty, wiele mówił w li stach o swoim synku chrzestnym, ale ani słowa nad to sobie nie pozwalał.
Żorż był uszczęśliwiony szachami; najwięcej go za* chwycały wieże przez słonie dźwigane, jeźdźcy na ko niach i piony z szablami i tarczami jak prawdziwi żołnierze.
Dziękując ojcu chrzestnemu za ten piękny upomi* nek. Żorż pierwszy list w życiu napisał.
Major nie zapominał także o łakociach i kofiturach, które malec umiał znaleść w szafie jeżeli ta wypadkiem była otwartą, co często niestrawności było powodem. List Amelji, w tym przedmiocie napisany niezmiernie majora zabawił a nawet ucieszył, bo prowadził go do wniosku że rany bolesne Amelji już się goić zaczynają kiedy dawny spokój i wesołość zdaje się powracać. Dobbin posłał potem dwa szale, z których biały dla Amelji a czarny dla jej matki był przeznaczony, nadto dwa małe czerwone szaliki zimowe dla małego Żorża.
Mistres Sedley oceniła szale na pięćdziesiąt gwinei co najmniej, i występowała w swoim co niedzieli w kościele w Brompton, gdzie szal jej był przedmiotem zazdrości i niezliczonych pochwał wszystkich dam w parafii. Biały szał Emmy przy jej skromnej sukni czar-nej prześlicznie się wydawał.
„Wielka to szkoda — mawiała często p. Sedley do pana Olapp i do innych kumoszek miasteczka — wielka szkoda że tak piękne postępowanie majora wcale na nią żadnego nie wywiera pływu. To nie masz Józef, który nam nigdyby nic równie pięknego nie przysłał; nim się na coś dla nas zdobędzie, to długo się namyśla a nieraz się i rozmyśli. Nie pojmuję, doprawdy — miłość majora do Amelji jest tak widoczną, że mimowoli bije w oczy, a ile razy chcę z nią o tem pomówić, to poczerwienieje, rozpłacze się i ucieka do swego po> koju, gdzie godziny całe przepędza przed minjaturą męża, co mnie niewypowiedzianie gniewa i niecierpliwi. Wolałabym była nigdy nie znać tych Osbornów, nadętych liczygroszów.“
W takim to spokoju Żorż przepędzał pierwsze lata swego dzieciństwa. W miarę jak wzrastał z wiekiem stawał się opryskliwy i rozkazujący, jak wszystkie dzieci psute przez kobiety, które nic odmówić nie są w stanie ukochanym dzieciom. 2orż kochał matkę nad życie, ale zupełnie nią był zawładnął a władza dzieci żadnego ograniczenia nie znosi. Żorż stał się wkrótce prawdziwym despotą, któremu wszyscy w domu ulegać musieli* Nikt nie mógł sobie wytłumaczyć z kąd w takiem dziecku mógł się rozwinąć ton impunujący ojca. Ookolwiekbądź malec zrobił lub powiedział, bez żadnej myśli często, jak to się u dzieci zdarza, dzia dek podziwiał natychmiast rozum, spryt i głęboki po* gląd dziecka a wieczorem cuda o przyszłym genjuszu w tawernie opowiadał. Tym sposobem ustaliło się prze« konanie w rodzinie że w całym świecie dziecka podobnego do Żorża znaleśćby nie można, a wyniosłość w obejściu się z drugimi, uważana jako spuścizna po ojcu, była poniekąd w dziecku usprawiedliwiona.
Kiedy Żorz szósty rok skońcszył, major zawiązał z z nim stałą korenspodencję, Interesowało go czy malec chodzi już do szkoły; zapytując go o to, wyrażał życzenie i nadzieję że jego synek chrzestny zajmie odpowiednie mu w rzędzie dobrych uczniów miejsce. Major przypuszczał że mu dadzą może nauczyciela domowego, ale uważał w każdym razie że malec mógł już zacząć dobrze pracować, a znając szczupłe środki finansowe małego Żorża, Dobbin oświadczył się z gotowością przyjęcia na siebie wszystkich kosztów wy chowania aż do zupełnego ukończenia nauk. Z tego wszystkiego widać już że wszystkie myśli majora zwrć« eone były ku Amelji i jej dziecku.
Przez swoich korespondentów major zaopatrywał Żorża w albumy, farby, przyrządy rysunkowe i wszystkie akcesorja szkolne, służące nie tylko do nauki, ale i do zabawy chłopca. Na trzy dni przed szóstą rócz nicą urodzin Żorża, lekki powozik zatrzymał się przed mieszkaniem pana Sedley’a. Jakiś jegomość oddając cugle siedzącemu obok niego służącemu, wszedł do domu i zapytał o pana Jerzego Osborn’a.
Był to p. Woolsey, krawiec wojskowy, który przyjechał z rozkazu majora wziąć miarę dla Żorża i przypomniał że miał nieraz zaszczyt robić uniform dla kapitana Osborn’a.
Niekiedy też panny Dobbin przyjeżdżały — pewno z polecenia brata — i zabierały na spacer Amełję z synkiem do swego familijnego powozu, Nie była to zbyt wielka dla Amelji przyjemność; te panie bowiem przy. bierały względem niej postawę i ton zimno protekcyjny; ale czegóż kochająca matka nie zrobi z siebie dla przyjemności dziecka, a Żorź był uszczęćliwiony na widok koni i wielkiej karety. Zresztą wiemy już że Amelja była z naUry cierpliwą i skłonną do uległości, z re zygnacją więc poddawała się temu.
Czasem zaś panny Dubbin prosiły Amelji żeby pozwoliła małemu cały dzień u nich przepędzić. Wielka to była radość dla Zorża, który mógł wybiegać się doskonale w pięknym ogrodzie, gdzie była oranżerja* a w niej wyborne winogrona i brzoskwinie.
Pewnego dnia panny Dobbin przyszły uradowane oświadczyć Amelji że odebrały bardzo dobre wiadomo ści o Wiłjamie, z których i ona zapewne cieszyć się będzie,
— Cóż takiego? — zawołała Amelja z wyrazem radości. — Ozy brat wasz wraca do nas?
— Ale nie, to wcale co innego.
W samej rzeczy chodziło tu o co innego: Panny Dobbin były pewne że brat ich ma się żenić z jedną z przyjaciółek Amelji, siostrą Michała 0’Dowd miss Glor-winą, któka pojechała do Madras dla odwidzenia lady 0’Dowd i o której wdziękach i przymiotach bardzo wiele mówiono.
Amelja wydała lekki okrzyk, powiedziała że jest niezmiernie tą wiadomością uradowana, i jakby idąc za popędem wrażenia, którego przyczyny często sami nie wiemy, objęła Żorża i mocno go do siebie tulić zaczęła. Było coś konwulsyjnego w tym ucisku a oczy matki napełniły się łzami kiedy postawiła dziecko na ziemi, Przez cały ciąg tej przechadzki zaledwie parę słów wymówiła, a jednak była przejęta najżywszą radością. — O! tak, najżywszą radością!
XXXIX,
Prawda schwycona z natury.
Musimy teraz cofnąć się wstecz dla odświeżenia dawnej znajomości z tymi poczciwymi ludźmi, których nadzieje odziedziczenia spadku po miss Orawley tak zawiedzione zostały. Bute Orawley obliczał spadek po siostrze — na jego tylko osobę przypadający — na 30.000 funtów^sterlingów. Jakież było jego rozczaro« wanie kiedy zamiast tej sumy musiał poprzestać na pięciu tysiącach, z których, po opłaceniu swoich i sy nowskich długów, nie wiele mu zostało do podziału pomiędzy cztery córki. Mistress Bute nigdy niespostrzegła» albo spostrzedz nie chciała że jej gorżki humorek i despotyczne usposobienie temu smutnemu zawodowi przyczyną mogły być. Niebem się świadczyła, że nie zaniedbała nic co tylko w ludzkiej mocy było, żeby ten spadek sobie zapewnić. Byłoż to jej winą że sprytem, fałszem i obłudą nie mogła zrównać takiemu mistrzowi, jakim był Pitt Orawley w tej sztuce? Z tem wszyst kiem ta poczciwa istota życzyła mu wszelkiego powo= dzenia w używaniu tak źle nabytego dobra.
— Przynajmniej z tego cieszyć się można że majątek zostanie w rodzinie — mówiła do swego męża ta świątobliwa niewiasta — bo Pitt z pewnością grosza nie wypuści z ręki. Anglja nic jeszcze równie chciwego i skąpego dotąd nie wydała, Zawsze to jest ta sama wada, która się w innej tylko formie objawia u tego obrzy-dliwca Rawdona, po żerające go i trwoniącego wszystko.
Ochłonąwszy z pierwszych napadów złego humoru, mistress Butte pogodziła się z losem i myślała tylko o tem żeby uratować to, co można z ogólnej ruiny majątkowej. Zajęta wprowadzeniem potrzebnych zmian, a nadewszystko oszczędności, mistress Butte nauczyła swoje córki znosić ubóstwo z godnością i spokojem, wy myśliła mnóstwo zręcznych wybiegów dla zakrycia przed światem domowego niedostatku a nawet i do uniknienia go — jak się uda. Zapobiegliwa matka wroziła swoje córeczki na wszystkie bale i zebrania publiczne w są’ siedztwie. W domu zaś od śmierci msss Crawley przyjęcie gości było o wiele świetniejsze od tego, co dawniej bywało. Widząc na jakiej stopie dom był urządzony, nie możnaby się domyśleć że rodzina doznała tak srogiego zawodu w oczekiwaniu spadku po miss Crawley: któżby w samej rzeczy mógł przepuścić że owa mistress Bute, którą na wszystkich zabawach w gronie córek widziano, musiała walczyć w domu z naj cięższą biedą — bo z głodem prawie. Ale toalety córek były świetniejsze niż kiedykolwiekbądź; żadne zebranie w Winchester lub w Southampton nie odbyło się bez nich, miały bowiem zawsze bilety na wszystkie bale, wyścigi lub regaty. Wszędzie możną było spotkać powóz ich. ciągniony końmi wyprężonemi z pługa, Jakże z tego wszystkiego nie wnosić że ciocia wspominana zawsze z największą czcią, z rozczuleniem i wdzięcz, nością, musiała każdej z czterech synowie zostawić o« gromny posag.
Jest to bardzo rozpowszechniony sposób kłamania w świecie zapełnionym próżnością tylko; a grzech tego rodzaju nietylko nie obciąża sumienia, f ale przeciwnie budzi przeświadczenie zasługi z dopełnienia chwalebnego niby, acz trudnego czynu. Tak się przynajmniej zapa* trywała na to mistress Butte, w jej oczach był to najpewniejszy sposób trafienia do nieba. Nie byłoż to rze rzeczywiście budującem dla obcych widzieć zawsze
Targowisko próżności. T. II. 15 szczęście domowe w tej rodzinie? A te panienki tak naturalne, miłe i dobrze wychowane I Marta malowała znakomicie kwiaty, a z jej pracami można było się spo tkać na wszystkich loterjach fantowych, urządzanych na prowincji przez Towarzystwo dobroczynności. Emma, której wierszyki w piśmie perjodycznem z wielkiem powodzeniem drukowane były, słusznie mogła być ur ważaną za słowiczka w rodzinie. Fanny i Matylda śpiewały duety, podczas kiedy matka akompanjowała im na fortepianie a Marta i Emma, wsparta wdzięcznie jedna o drugą, słuchały śpiewa sióstr w rzewnym nie’ mai zachwycie. Ale nikt nie słyszał ciężkich, godziny trwających prób owych duetów, ani też bębnienia na fortepjanie, do którego matka gwałtem prawie zasadzała swoje córeczki. Jednem słowem mistres Bute mężnie stawiła czoło wszystkim trudnościom i niepowodzeniom domowym, a jeżeli najczęściej odwrócić ich nie była w stanie, to zawsze ukryć je przynajmniej przed światem potrafiła.
Jako dobra matka, troskliwa o zapewnie córkom lo su, mistress Butte przyjmowała u siebie marynarzy z Southampton, seminarzystów z Winchester i oficerów kwaterującego tam pułku. Oprócz tych stara się wszel-kiemi siłami ściągnąć do siebie młodych adwokatów i zachęcała często Dżim’a żeby jej swoich towarzyszów polowania przyprowadził. Ozegożby wreszcie nie zrobiła matka dla szczęścia ukochanych dzieci?
Pomiędzy kobietą tak wysoce cnotliwą i potępieńcem podobnym baronetowi, nie mogło być nic wspólnego; zupełne zerwanie stosunków między braćmi było zatem
Tiieuniknione. Wprawdzie należy tu dodać że nikt w o-kolicy nie chciał znać baroneta, którego życie było nie* przerwanym szeregiem gorszących czynów głośnych w całej prowincji. Baronet, ze swej strony, czuł nieprzezwyciężony wstręt do ludzi uczciwych, a uczucie to po< tężnialo z latami. — Śmiało więc powiedzieć można że od czasu wizyty którą pan Pitt i lady Jane po ślubie baronetowi złożyli, brama wjazdowa nie otworzyła się dla żadnego człowieka godnego szacunku i poważania.
Odwiedziny te tak smutne i tak bolesne na młodej parze zrobiły wrażenie, że nigdy o tem bez oburzenia i grozy wspomnieć nie mogli, a kiedy Pitt prosił żonę żaby mu nigdy nie nadmieniła o tem, było coś tak dziwnego w jego spojrzeniu i głosie, że lady Jane mi« mowoli uczuła się przerażoną. Wszystkie szczegóły tyczące się tej wizyty, pochodzą do mistress Butte, która z właściwą sobie zręcznością umiała wyciągnąć słówko po słówku od syna i synowej, jak tylko chodziło jej o zaspokojenie niewinnej ciekawości.
Zaledwie lśniący świeżością powóz nowożeńców wjechał w główną aleję, młody Pitt mógł już zauważyć, ku wielkiemu swojemu niezadowoleniu — że drzewa, które mi ulica była wysadzaną, znacznie były przerzędzone: widocznie baronet nie ścieśniał się prawami własności pana Pitt’a ale rąbał i wycinał co mu się podobało.
Oały park przedstawiał obraz ruiny i zniszczenia. Aleje źle utrzymane, bryzgi błota leciały wysoko na powóz zapadający w wybojach, stopnie terasy czarnym mchem pokryte, miejsce rzadkich roślin i kwia tów, które się niegdyś bujnie tam krzewiły, zajęły dziś zielska i chwasty, od dawna ręką ludzką nietknięte; wszystkie okiennice stały się igraszką wiatru i stukały mocno o ściany całego domu, Po wielu rozpaczliwych targaniach dzwonka, zaledwie brama wjazdowa otwo* rzyla się nakoniec przed gośćmi, którzy mogli dojrzeć na wschodach coś nakształt damy ze wstążkami, w chwili właśnie kiedy Horrocks wprowadzał przyszłego dziedzica Crawley i jego małżonkę do dawnej przód* ków siedziby. Głoście nasi z każdym krokiem prawie czuli coraz większe zaduszenie z braku powietrza i silnego tytoniowego zapachu. Horroka, nadmieniwszy nawiasem że pan jest cierpiący na ciężki ból w krzyżach, wprowadził gości do pokoju, zwanego gabine tem pana Pitt’a. Okna gabinetu wychodziły na dziedziniec; otworzywszy jedno z nich, wołał donośnym głosem na stangreta i do służącego swego syna, zabiera« jących się do znoszenia rzeczy:
— Nie ruszać tych tłumoków I — krzyczał wskazu* jąc końcem cybucha, który trzymał w ręku. — Cóż to, nie widzicie, osły, że to tylko krótka wizyta? O! jakże ten koń ma nogę skaleczoną! Zaprowadźcie go do — oberży „pod Koroną,“ tam mu zrobią nacieranie. — Potem zwracając głos do gości:
— No, i jakże tam się miewasz, mój kochany Pitt? Hę! he 1 chcesz się dowiedzieć czy stare kości ojca jeszcze się nie rozsypały, nieprawdaż? A to moja sy* nowa? Jak się masz, moje dziecko? Widzę że twarzyczka twoja świeżej trochę wygląda jak pergaminowe policzki twojej szanownej matki. Ohodź’że, uściskaj starego Pitt’a jak wzorowa i kochająca synowa.
Ten uścisk mocnym odorem tytoniu zaprawiony, przy kolącej, od tygodnia niegolonej brodzie, nie miał zbyt wiele powabu dla młodej kobiety. Szczęściem przypomnienie brata Southdown’a który nosił wąsy i palił cygara, pozwoliło jej wyjść zwycięsko z tej ciężkiej próby.
— Ale, ale — mówił baronet, uwalniając lady Joam nę z czułego uścisku — widzę że Pitt’owi brzuch rośnie I Powiedz mi, moja kochana, mąż twój czytuje ci zapewne swoje wieczne kazania, naprzykład setny psalm wieczornego hymnu, nieprawdaż mości Pitt? Horrocks, przynieś no prędko panu kieliszek likieru i ciastko dla pani! No, i czegóż stoisz jak bałwan z otwartą gębą? Ja tu was nie zatrzymuję wcale i nie wymagam że* byście się ze mną starym kilka dni mieli nudzić sami, a i mnie nie bardzobyście zabawili; jak widzicie, mam już stare swoje nawyknienia, i pędzę życie samotne przy fajce i triktraku,
— Ja umiem także grać w triktrak — rzekła lady Joanna i uśmiechem — zawsze prawie grywałam z ojcem i z miss Orawley.
— Lady Joanna mogłaby służyć ojcu do tej gry, tak przez niego lubionej — dodał Pitt uroczystym jak zwykle głosem.
— To nic nie znaczy — odparł baronet — to was nie zmusza wcale do tego żebyście się tu instalowali
— nie, nie. Jedźcie do Mudbury, mistress Riencer będzie wam niezmiernie rada, albo też zajedźcie na pro bostwo. Butte was zatrzyma pewno na obiad, i będzie uszczęśliwiony z waszych odwidzin. On tyle ma dla was wdzięczności za to żeście uprzątnęli mu z przed »osa spadek po ciotce, Ha, ha! będziecie mieli czem zatkać dziury tego domu jak ja ustąpię.
— Zauważałem — mówił Pitt ze zwykłą mu aro* gancją — że ludzie pańscy powyrąbywali wiele drzew w parku.
— Oh, czas jest bardzo piękny i jak na tę porę niezmiernie przyjemny — odpowiedział baronet, jak: gdyby nagle porażony głuchotą. Wiesz co Pitt, powiem ci prawdę że się już na dobre starzeję. Daj ci Boże jak najdłuższe lata, ależ i tobie już do pięćdziesiątki nie daleko. No, ale on swój piąty krzyżyk nie źle nosi,, nie prawdaż, moja piękna lady Joanno. Pobożne to, wstrzemięźliwe to, koniec końców żyje sobie uczciwie. Ot patrzcie na mnie, ja ośmdziesiątki już dobiegam.
Tu baronet zaczął się śmiać, napełnił nos tabaką i przymilając się do lady Joanny, ściskał ją za rękę. Pitt usiłował zwrócić rozmowę na wyrąbane drzewa, ale napróżno; baronet natychmiat stawał się głuchym.
— O! tak niestety! starzeję się, starzeję, a do tego-moja podagra dobrze, dobrze mnie w tym roku namęczyła. Nie długo już, nie długo tu mam popasać, więc też rad jestem mocno żeście przyjechali oboje mnie odwi* dzić. Podobasz mi się lady Joanno, nie widzę w tobie wcale pogardliwego tonu i impertynenckiej miny Binkie* sów, Czekaj... muszę ci dać... żebyś miała w czem wysątpić u dworu...
To mówiąc wyjął z biurka pudełeczko z klejnocikami jakiej takiej wartości i podał je synowej.
— Weź to sobie — moje kochanie — mówił do nie]
— te kosztowności należały jeszcze do mojej matki i tylko nieboszczka pierwsza moja żona je nosiła; córka hurtownika kupca nigdy ich nie dotknęła, mogę cię zapewnić; ale bierz prędko i chowaj.
W chwili kiedy baronet jedną ręką podawał owe pudełko lady Joannie a drugą zasuwał szufladkę od biurka, Horrocks wszedł do pokoju z tacą, na której była przekąska, składająca się z ciastek i likieru.
— Cóż to pan dał żonie Pitt’a — zapytała niewiasta z wstążkami po wyjeździe młodej pary.
Była to miss Horrocks, córka znanego już nam Horrocks’a, przedmiot zgrozy i oburzenia całej prowincji, samowładna pani w Crawleyla Reine. Ku wielkiemu niezadowoleniu całej rodziny znaczenie i rządy miss Horrocks były tak potężne w domu, że wszystko tam było na jej rozkazy: konie, powozy i t. d., a nawet kredyt otwarty w mudburskiej kasie oszczędności. Któt rykolwiek ze sług miał nieszczęście jej się niepodobać, natychmiast był odprawiony: Ogrodnik ze Szkocji mający niejako autonomiczne dążności, dumny z umiejętnego prowadzenia szczep i z obfitości wybornych owoców, które mu nawet — mówiąc nawiasem — pię kny dochód robiły, bo na targu w Southampton nie tylko jarzyny i owoce, ale i płody cieplarni łatwo zbyć można było — odważył się razu jednego zrobić jakąś uwagę miss Horrocks, zajętej zajadaniem najpiękniej — szych brzoskwiń. To wystąpienie w obronie praw wła sności, sprowadziło ogrodnikowi na razie parę policzków iylko, ale nazajutrz musiał się nieborak z całą rodziną wynosić z Crawley i widzieć owoce swej pracy wy stawione na łup przechodniów i na pastwę chwastów które bujnie wszędzie się puściły. Tenże sam los spotkał i innych służących, tak że w ogromnej kuchni dwóch czy trzech pachołków tylko trzęsło się od zimna, a w stajni i w kredensie takie pustki zaległy, że wszystko zamieniło się powoli w jedną wielką ruinę. Sir Pitt przepędzał nocy na gawędce ze swoim Horrocks’em, a we dnie był zyjęty kłótnią z faktorami i pisaniem obelżywych listów do swoich dzierżawców, etc. Adwokaci i wszelkiego rodzaju urzędnicy mający do baro-neta interes, przystępu do niego znaleść nie mogli jeżeli nie byli wprowadzeni przez znaną nam niewiastę ob ficie wstążkami przystrojoną.
Miody Pitt, jako człowiek surowych obyczajów i zwolennik etykiety, nie mógł obojętnie patrzeć na to pogwałcenie wszelkich konwenansów. Sama myśl że dama z wstążkami może zostać jego macochą, napełnia go niepokojem i grozą. Po owej wizycie, którąśmy powyżej opisali, hrabina Southdown starała się kilkakrotnie o wprowadzenie do domu baroneta książek zdolnych zmiękczyć i przerazić zatwardziałego grzeszi nika. Mistress Butte zrywała się w nocy i biegła do okna żeby zobaczyć czy łuna pożarna nie oświeca horyzontu w stronie Crawley. Sir Wapshot i sir Fudd-eston, dawai przyjaci ele baroneta, nie chcieli razem z nim zasiadać w sądzie przysięgłych, i odwracali się z oburzeniem od starego rozpustnika, jeżeli ten spot-kawszy ich na ulicy w Southampton, chciał im podać rękę. Ale to wszystko na starym nie robiło wrażenia: chował rękę do kieszeni i odchodził śmiejąc się głośno. ¡té; 925
Kównież’ broszury lady Southdown wzniecały w nim najżywsza wesołość. Jednem słowem śmiał się z sy> nów swoich, z całego świata, a nawet z niewiasty wstążkami upstrzonej, kiedy nią gniew miotał, co się dosyć często zdarzało.
Miss Horrocks, zająwszy stanowisko ochmistrzyni w Orawley, zaczęła od razu traktować dawnych towa rzyszów i towarzyszki służby z despotyzmem ciężkim do zniesienia. Słudzy musieli ją nazywać panią, a wpływ jej i znaczenie rosły do tego stopnia, że nawet ojcu robiła czasem uwagę żeby nie obchodził się zbyt poufale z damą baron eta.
Często się zdarzało że mis? Horrocks przybierała powagi, ruchy i manjery wielkiej pani. co z niej robiło istną karykaturę. Baronet chwytał się wówczas za boki i śmiał się do rozpuku, a pod wpływem tej wesołości, kazał jej przywdziewać strój pierwszej swej żony, używany na występy dworskie i zapewniał że nigdy nie widział równie eleganckich i arystokratycznych ruchów, że strój ten przypadał jej doskonale do twarzy i figury, i ¿e nie brakuje nic więcej jak tylko wsiąść do czterokonnej kolasy i wystąpić na bal u dworu.
Miss Horrocks, przywłaszczywszy sobie wszystkie gałganki dwóch żon baroneta, pruła, cięła, krajała i przerabiała wszystko do swojej stosując figury. Jeszcze tylko klejnoty i kosztowności poprzednie spać jej spo* kojnie nie dawały; ale ^tary baronet opierał się wszelkim pieszczotom i pochlebstwom, a kluczyka od biur ka nie wypuszczał z ręki. w
W jakiś czas dopiero, po wyjeździe tej szanownej niewiasty z domu, znaleziono w jakimś kącie zeszyt, na którym ćwiczyła się w pisaniu kaligraficznem a o-sobliwie w kreśleniu swego podpisu; na każdej stroni nicy można było wyczytać: Lady Crawley, Lady Betsy Horrocks, Lady Elisabeth Crawley etc, etc.
Jakkolwiek zacni mieszkańcy plebanji nie bywali nigdy w Crawley i zdawali się uciekać od występnego grzesznika, wiedzili jednak dokładnie o wszystkiem co się w jego domu działo, i codzień prawie oczekiwali, jakiejś katastrofy, którą i mis Horrocks poniekąd przeczuwała. Ale niestety! szatan się w tę sprawę wmieszał, i wyrwał biedaczce z rąk nagrodę należną jej bezinteresownemu poświęceniu i niepokalanej cnocie.
Pewnego duia baronet zastał Jejmość Panią — jak ją żartobliwie nazywał — przy starym brzęcząco ochrypłym klawikordzie, zamkniętym już od czasu jak Becky Sharp przestała na nim grywać swoje kadryle. Dama wstążkowa biła pięściami w klawisze z największą pewnością i rozdzierała sobie piersi z całej siły, naśladując niby śpiewy, które kiedykolwiek słyszała. Mała dziewczynka, przyjęta do kuchni, stała obok swojej pani przysłuchując się z widocznem zadowoleniem tym eksperymentom muzycznym, co można było wnosić z. rytmicznego ruchu głowy i wykrzykników zdradzających uwielbienie:
— Och pani, jakież to piękne!
Pochlebca na wielkim pańskim dworze, biegły w swojem rzemiośle, nie wypełniłby lepiej swego zadania.
Ten obraz obudził jak zwykle baroneta. W wieczór nej pogadance ze swoim wielkorządcą ze dwadzieścia razy wracał do tego tematu. Miss Horrocks zdawała się objętnie słuchać tej rozmowy, stukając palcami po stole jakby na klawikordzie, gdy tymczasem sir Pitt — żeby dać pojęcie o potędze głesu miss Horrocks — beczał z siłą zdolną rozwalić mury, zapewniał że głos tak cudowny potrzeba kształcić koniecznie i obiecywał dać jej metrów śpiewu, co zresztą skromnej miss Horrocks wydawało się rzeczą zupełnie naturalną.
Baronet był tego wieczora więcej ożywiony i wesół niż zwykle, wypił wespół z Horrocks’em ogromną ilość groku i bardzo późno położył się do łóżka.
W pół godziny potem cały dom był w ruchu. Przez okna widać było światła przenoszone wzdłuż sal, które nigdy oświecane nie były, bo pan domu zaledwie parę pokojów zajmował; podczas gdy człowiek na koniu leciał cwałem do Mudbnry żeby lekarza sprowadzić. Jednocześnie nieporównana i wszechwiedna mistress Butte Orawley dążyła z probostwa do dworu w towai rzystwie męża i syna.
Przez główny dziedziniec weszli do jadalnej sali zdobnej snycerską z dębowego drzewa robotą. Na środ« kowym stole jeszcze stała próżna butelka od araku, w towarzystwie trzech szklanek — pozostałości ostatniej orgji baroneta. Troskliwi krewni przeszli szybko szpreg starych komnat, zmierzając do znanego nam gabinetu, gdzie zastali miss Horroks uwijającą się z gorączkowym pośpiechem około komody i biurka. Na widok małej mistress Butte, której oczy świeciły z pod kaptura, miss Horrocks wydała okrzyk przeraźliwy i u* puściła ogromny pęk kluczów na posadzkę.
— A co! James, jesteś świadkiem! Jesteś świadkiem panie Crawley I — wołała mistress Butte wskazując palcem złapaną na gorącym uczynku miss Horrocks, której pomieszanie aż nadto zdradzało występne zamiary.
— On sam mi to dał! On mi to wszystko dał! wo> łała miss mocnym głosem.
— On ci to dał, nikczemnieo! krzyczała nie mniej głośno mistress Butte. Możecie panowie zaś zaświadczyć że ta kobieta, zdolna do najczarniejszych zbrodni, plądrowała po wszystkich schowkach naszego brata. Ja wam zawsze to mówiłam że prędzej czy później ona musi skończyć na szubienicy.
Betsy Horrocks przestraszona upadła na kolana — głośne łkania nie dozwalały jej ani słowa wymówić. Ktokolwiek zna czem jest miłosierdzie u niektórych kobiet, wie dobrze że się te anioły nie zbyt z prze’ baczeniem śpieszyć lubią, i że upokorzenie nieprzyjaciela jest dla nich najmilszym tryumfem.
— Zadzwoń, James — zawołała mistress Butte. — Dzwonić dopokąd kto nie przyjdzie.!
Trzech czy czterech ludzi, zostających na usługach w tym opustoszałym domu, zbiegło się na głos rozle* gającego się dzwonka.
— Zamknąć tę nędznicę, schwytaliśmy ją na kra dzieży! krzyknęła mała kobiecina energicznym głosem. Prędzej, panie Crawley, bierz się do spisania protokołu. A ty, Beddoes, odprowadzisz ją jutro do więzienia w Southampton.
— Moja kochana — zaczął nowoinianowany urzędnik
— winienem zrobić tu uwagę że...
— Ozy tu nie ma kajdanków — przerwała mistress Butte stukając nogami — Wiem że tu były kiedyś kajdanki. Gdzież jest ohydny ojciec tej nędznicy?
— On sam mi to wszystko darował — wołała ciągle biedna Betsy — nie prawdaż, Estero? O! tak!... sir Pitt sam, nie prawdaż?... Sam mi dał — wiesz dobrze... na drugi dzień po jarmarku w Mudbury. Zresztą na co mnie to wszystko się przyda, zabierajcie wszystko jeżeli nie wierzycie że to moje; och! co jabym z tem robiła!
To mówiąc nieszczęśliwa Betsy wyjęła z kieszeni parę ogromnych klamer od trzewików; ten sprzęt błyv szczący najwięcej z wszystkich rzeczy, znajdujących się w wiadomej szufladce, zapalił w Betsy żądzę posiadania.
— Na miłość Boga! Betsy, jakże można tak zmy-ślać? — rzekła niby z oburzeniem Estera. — Czyż godzi się oszukiwać taką dobrą panią, jak pani Orawley, i taką czcigodną osobę, jak szalony pan pastor!
— O! pani łaskawa może przeszukać w moich kieszeniach, nic nie mam tylko moje klucze, proszę pani, bo ja jestem uczciwa, choć biedna, widzi pani, moi rodzice żyją z pracy rąk. Bodajby moja noga nigdy nie „powstała w kościele, jeżeli u mnie się znajdzie kawałeczek koronki tylko, albo skrawek jakiej jedwabnej materji, choćby na obwinięcie palca!
— Gdzie są twoje klucze? zatwardziała grzesznicoI godna potępienia! — wołała cnotliwa kobiecina, zawsze na wpół zakryta kapturem.
— Oto świeca, proszę pani, ja poprowadzę do mego pokoju i wszystkie swoje rzeczy pokażę! Może pani zechce przepatrzyć komody ochmistrzyni? Tam to jest dużo różnych rzeczy — eiągnęta dalej Estera kłaniając się bez ustanku.
— Milcz, proszę ciebie! Wiem ja doskonale gdzie jest jej pokój! Pani Brown, proszę z łaski swej za mną: ty zaś, panie Beddoes, pamiętaj że za tę nędznicę sam odpowiadasz, pilnuj więc jej dobrze! Panie Crawley, idź spiesznie na górę i zobacz czy nie zabijają twego brata; oni go zamordować gotowi!
Kończąc te wyrazy mistress Butte chwyciła świecę i w asystencji pani Brown udała się do pokoju dobrze jej w samej rzeczy znanego. Małżonek zaś posłuszny poszedł do pokoju brata, którego zastał wyciągnionego bezwładnie w fotelu; doktor z Horroeks’em w najwyż-szem przerażeniu zwijali się około na wpół umarłego, żeby mu upuszczeniem krwi życie przywrócić.
Zaledwie świtać zaczęło pani pastorowa po cało* nocnem czuwaniu przy chorym, wyprawiła gońca do pana Pitt’a Crawley’a. Ta zacna dama przyjęła na siebie ciężki obowiązek kierowania wszystkiemi sprawami w tak ważnych okolicznościach. Wszelkie rozkazy i postanowienia od niej pochodziły. Chory da^ał niby znaki życia, odzyskał cokolwiek przytomność, ale mówić nie mógł. Mistress Butte z prawdziwem zaparciem się samej siebie nie odstępowała od łóżka baroneta. Zdawało się, że ta kobieta snu nie potrzebuje, czarne jej oczy ciągle zostawały otwarte, podczas kiedy doktor pogrążony w fotelu, chrapał jak za najlepszych czasów. Na próżno Horrocks usiłował zaohować swoje znaczenie i powagę i mistress Bute łajała go przezywając opojern, rozpustnikiem itp... kazała mu wynosić się z domu, i zapowiedziała, że jeżeli się pokaże jeszcze, to ze swoją ukochaną córeczką Batany-Bay odwiedzi.
Przestraszony tak kategorycznem oświadczeniem po1 partym energicznymi gestami mistress Butte, Horrocks wsunął się nieśmiało do sali jadalnej, gdzie zastał pana James, który upewniwszy się, że butelka stojąca na stole zupełnie była próżna, kazał Horrocks’owi podać sobie pełną butelkę i zmienić szklanki, poczem ojciec i syn usiedli przy stole, rozkazali marszałkowi dworu oddać im natychmiast wszystkie klucze, wyjść za drzwi i wynosić się jak najkrótszą drogą.
Po takiem dictum acerbum nie pozostawało nic więcej, jak poddać się nieubłaganej konieczności. Zabrawszy więc córeczkę wyniósł się jak najciszej, za nim światło dzienne rozproszyło ciemności nocy.
Taki był koniec potęgi tych dwóch zacnych istot i ich panowania w Crawleyda Reine. m
I &
XL.
Rebeka wraca do siedziby swoich przodków.
Wkrótce potem spadkobierca Crawlejów przybył do domu, gdzie odtąd samowładne piastował rządy. Stary baronet żył jeszcze kilka miesięcy, ale nie odzyskał już przytomności umysłu; władza więc jego przeszła na starszego syna. Sir Pitt od wielu już lat obciążał bezustannie długami hypotekę, roje interesentów kręciło się około niego; codzień prawie miał ze swoimi dzierżaw* m i: »i-V.£>>*’>-¿¿i cami spory, z których setkami wywiązywały się procesa, proces z kompanją kopalni, proces z kompanją Doków, proces jednem słowem ze wszystkimi, którzy jakikol* wiek z nim stosunek mieli. Wyjść z tych wszystkich kłopotów, przejrzeć jasno w tym nierozwikłanym chat osie, oto zadanie godne umysłu i wytrwałości byłego urzędnika przy dworze Puperniklskim. Wziął się też do dzieła z energją godną podziwienia.
Gała jego rodzina, nawet lady Southdown osiedliła się w Orawley, oddając się z zapałem propagandzie — pomimo szalonego gniewu mistress Butte, w nadzieji że pod bokiem pastora wzniesie się mównica dla dysydentów. Ponieważ sir Pitt żadnego rozporządzenia za życia nie zostawił, lady Southdown czekała tylko śmierci pastora żeby na jego miejscu osadzić jednego z swoich młodych protegowanych. Nasz dyplomata zostawiał jej wszelką swobodę tych kombinacji i milczał jak sfinks.
Pogróżki mistress Butte przeciw miss Besty Hor» rocks zostały pogróżkami; zresztą ani ona, ani jej wstą żki nie odwidzały już więcej więzienia w Southampton* opuściwszy dwór, przeniosła się ona na wieś do ober* ży „pod herbami Crawlejów,“ którą baronet wynajmo* wał dawniej HorrocksWi, ten zaś uzbierawszy grosza, kupił kilka nieruchomości, co mu dało głos przy wyborach; tym sposobem cztery głosy sąsiadów, w po» łączeniu z głosami Horrocks’a i pastora, utworzyły o-kręg wyborczy, dający parlamentowi dwóch przedstawicieli Orawleju.
Między damami plebanji i dworu nastąpiła wkrótce wymiana sąsiedzkich grzeczności. Mówimy tu właściwie o lady Joannie, bo co się tyczy lady Southdown, jej każde spotkanie z mistress Butte kończyło się zawsze na zaciętej walce, do tego stopnia że dwie te zapaśniczki zaczęły od siebie wzajemnie uciekać. Dostojna pani domu zamykała się w swoim pokoju przez czas wizyty mieszkańców plebanji, za co pan Pitt wcale się nie gniewał, bo kiedy niekiedy przynajmniej od niemiłej nieobecności macochy mógł być uwolnionym.
Rodzina Binkie była według niego jedną z najszla-chetniejszych i najrozumniejszych rodzin w Anglji, ale pretensje lady Southdown i powaga jaką okrywać się lubiła, stawały się dla niego coraz więcej uciążliwe.
O ile mogło mu schlebiać że w czterdziestu sześciu latach był na stopie młodego człowieka, c tyle musiało mu być nie miłem czuć się skrępowanym jak dziecko brakiem swobody i niezależności. Oo zaś lady Joanny, ta nie stawiłaby oporu matce, zresztą silne przywiązanie do dzieci wypełniało całą jej egzystencję. Szczęściem dla niej rozliczne i ważne zajęcia lady Southdown, konferencje z duchownymi, obszerna korespondencja z misjonarzami w Afryce, Azji, Australji it.p., nie zostawiały szanownej hrabinie czasu do zajmowania się wyi chowaniem małoj Matyldki i jej wnuka, pana Pitt Ora-wley, który był bardzo chorowity. Lady Southdown karmiła go silnemi dozami kalomelu, i temu tylko przy. pisywała że się jej wnuczek utrzymywał przy życiu.
Stary zaś sir Pitt dożywał resztek swego żywota w tej części domu gdzie ostatnia lady Orawley skończyła życie, Mała Estera otaczała go najtkliwszemi sta. raniami, którym płatne usługi nigdy sprostać nie mo-
Targowisko próżności. T. II. 16 gą. Któż lepiej od niej potrafiłby uslać łóżko, przebić poduszki, przygotować kleiki i rumianki? Takie kobiety siedzą nieodstępnie noc całą przy łóżku chorego, znoszą cierpliwie jego skargi i kaprysy: słońce już będzie wysoko, wysoko, a im nawet do głowy nie przyjdzie że wyjść na boży świat można. Spią na kanapie, obja> dują na kawałku stoła, całe wieczory przepędzają na podtrzymywaniu ognia przy którym słychać syczenie jakiegoś napoju dla chorego, czytają gazetę od deski do deski, i nakoniec znosić muszą łajanie jeżeli ktoś z przyjaciół odwiedzi ich raz na tydzień a broń Boże jeżeli nieco alkoholu dolać sobie w towarzystwie pozwolą, Jakże niewyczerpanego trzeba zasobu dobroci żeby w takich warunkach otoczyć czułem! staraniami tych na wet, których się kocha, jednakże płacąc dziesięć funtów kwartalnie każdy uważa to poświęcenie sowicie wynagrodzonem. Crawley zaledwie połowę tej sumy dawał Esterze za pilnowanie starego baroneta i na to jeszcze się skrzywił i narzekał.
W dnie pogodne wyprowadzano — a raczej wywożono — staruszka w fotelu, który służył miss Orawley podczas jej pobytu w Brighton i potem został spro< wadzony do Orawley — z mnóstwem rzeczy należących do lady Southdown. Lady Joanna zawsze tym przechadzkom towarzyszyła, co niemałą sprawiało przyje« mność starcowi który ją lubił bardzo. Wejście jej rozjaśniało oblicze starego baroneta; kiedy zaś wychodzić miała, marszczył się i wymawiał jakieś niezrozumiałe wyrazy, a zaledwie drzwi się za nią zamknęły, biedny starzec zalewał się łzami. Wówczas dopiero następo wała zupełna zmiana: uśmiechnięta przedtem twarz Estery przybierała wyraz dzikiej surowości, uprzejma słodycz w obejściu i troskliwość ustępowały miejsca gwałtownym ruchom i wykrzyknikom: „Milcz, stary głupcze!“ wołała grożąc starcowi zaciśniętą pięścią; potem nie zważając na jego jęki, odsuwała gwałtownie fotel od kominka, który był jedyną jego rozrywką. Oto czem były uwieńczone siedmdziesiąt lat kłamstwa, opilstwa, egoizmu i rozpusty: dziś pozostał tylko płaczliwy i w stanie idjotyzmu starzec, którego potrzeba było nakarmić, do łóżka ułożyć i jak dziecka pilnować!
Sama natura przyszła z pomocą Esterze żeby ją od tych ciężkich obowiązków ostatecznie uwolnić. Jednego poranku, kiedy sir Pitt przeglądał w swoim gabinecie raporta, podane mu przez rządcę, zastukano do drzwi.
W tejże chwili ukazała się na progu Estera, kłaniając się niezgrabnie i zaczęła jąkać:
Przepraszam pana,., pan umarł... dziś rano.., proszę pana... gotowałam rumianek... i kaszkę na wodzie... jak zawsze, proszę pana... o szóstej z rana, proszę pana... i słyszałam tylko jakby pan westchnął, proszę pana.. i już,..
To powiedziawszy ukłoniła się znowu. Zawsze blada twarz Pitt’a pokryła się rumieńcem. Ozy to dla tego że się uczuł panem Orawleja, posiadającym miejsce w parlamencie? Ozy też może wyobraźnia przedstawiła mu przyszłość brzemienną zaszczytami i dostojeństwy?
— Nic mi teraz nie przeszkadza — pomyślał sobie — popłacić długi obciążające moje dobra.
Sir Pitt byłby już dawno obliczył co było korzy stniejszem dla niego; jeżeli dotąd trzymał gotówkę odziedziczoną po ciotce, to dla tego tylko, żeby oczyszczając swoje interesa z jednej strony, nie stracie tyleż z drugiej.
Odgłos dzwonów założonych rozlegał się w około, kościoł powdeezono czarnem suknem, a okna domu i plebanji zakryte były żaluzjami. Butle Orawley dla przyzwoitości nie był na meetingu, który się odbył w hrab stwie z powodu wyścigów konnych, ale poszedł spo« kojnie na objad do rodziny Fuddlestone, gdzie przy kieliszku dobrego porto, rozmawiano o nieboszczyku i jego następcy. Miss Betsy, poślubiona niedawno sio-dlarzowi z Mudbury, wygłaszała patetyczne wykrzykniki. Chirurg Glauber przyszedł odwidzić rodzinę zmarłego, złożyć jej swoje głębokie uszanowanie i dowiedzieć się o zdrowiu pań. Zgon baroneta był jedy nym przedmiotem rozmów w Mudbury i w oberży „pod herbami Crawlejów“. Gospodarz domu powrócił do swej siedziby z pastorem, który od czasu do czasu zaglądał do sali trunkodajnej i próbował piwo pana Horrocks’a.
— Mamże napisać do twego brata, czy chcesz sam tego dopełnić? zapytała lady Joanna nowego baroneta.
— Jako głowa rodziny — odrzekł sir Pitt — muszę, sam napisać do niego. Poszlę mu zaproszenie na pogrzeb jak tego przyzwoitość wymaga.
— A... co do mistress Kawdon?... zapytała nieśmiało.
— Joanno, Joanno, zawołała lady Southdown, czy pomyślałaś co mówisz?
— Nie ma wątpliwości że mistress Kawdon jest w połowie zaproszoną, dodał sir Pitt stanowczym głosem.
— Nic podobnego nie może stać się w tym domu dopokąd ja tu jestem, odpowiedziała lady Southdown.
— Zechce pani łaskawie pamiętać — odparł sir Pitt — że jestem teraz głową rodziny. Napisz pani, proszę — rzekł, zwracając się do lady Joanny — list do mistress Rawdon Crawley, prosząc ją żeby zechciała być obecną temu bolesnemu obchodowi.
— Joanno! — zawołała hrabina. — Zabraniam ci brać pióro do ręki.
— Przypominam raz jeszcze — odparł znowu Pitt że ja tu jestem panem; a jakkolwiek wyjazd pani zrobiłby mi śmiertelną przykrość, mam jednak stałe postanowienie rządzić się tu jak mi się podoba i iść za popędem moich własnych przekonań.
Lady Southdown unosząc się szlachetnem oburzę niem, prosiła o swój powóz i konie. Skazana na wygnanie przez zięcia i córkę, hrabina chciała się zamknąć w odludnem miejscu, ukryć swój smutek i prosić Boga o nawrócenie dzieci.
— My nie chcemy wcale żebyś nas opuszczała, droga matko — rzekła bojaźliwa Joanna tonem błagalnym.
— Przeciwnie, wypędzacie mnie otwierając dom kobiecie której towarzystwa unikać powinien każdy, ktokolwiek ma prawdziwe religijne uczucia. Jutro ran© wyjeżdżam moim powozem.
— Bądź łaskawa, Joanno, napisz to, co ci dyktowaś będę. — Mówiąc to, sir Pitt podniósł się i przybrał poważną i sztywną postawę, wielce przypominającą porozwieszane familijne portrety. — Pisz! powtórzył rozkazująco:
„Crawley, 14, września 1822.
„Kochany bracie 1 Słysząc te wyrazy lady Southdown — która łudziła się jeszcze że zięć jej zachwieje się w swem postanowieniu — zerwała się nagle, jakby gromem rażona, i wyszła w największem oburzeniu. Lady Joanna patrzyła na męża, jak gdyby wybadać chciała czy może pobiedz do matki, żeby ją pocieszyć i uspokoić, ale Pitt wzroi kiem ją zatrzymał.
— Uspokój się — powiedział — matka twoja zostanie; dom jej w Brighton odnajęty, większa połowa dochodów już dawno stracona, a hrabina mieszkająca w oberży jest najgorzej uważaną; Od dawna już. moja kochana, czekałem tylko sposobności żeby się zdobyć na ten krok stanowczy; a teraz, jeżeli pozwolisz, wrć* cimy do listu:
„Kochany bracie I
„Zapewne przeczułeś już od dawna bolesny cios, który nas teraz dotknął, itd.*‘
Jednern słowem, Pitt wyniesiony losem, albo własną zasługą — jak sam był przekonany — do posiadania znacznego majątku, który ogólną zazdrość obudzał, postanowił sobie zachować wszelkie względy dla rodziny i być dla niej wspaniałomyślnym monarchą. Układał już sobie jakim sposobem przywróci dawny blask domu Orawleyów, a myśl że zostanie głową tak znakomitego szczepu, nie mało schlebiała jego miłości własnej. Prze* dewszystkiem zamyślał użyć swoich wpływów--jakie mu nowe jego stanowisko i przymioty osobiste zdawały się zapewniać — do zapewnienia bratu i pokrewnym Butte odpowiednej i godnej ich pozycji. Kto wie, może go nawet dręczyły trochę wyrzuty że sam jeden posiadał dostatki, będące dla tylu ludzi niegdyś podnietą nadziei, a dziś przedmiotem zazdrości. Panowanie Pitt’a zaledwie kilka dni dopiero liczyło, a człowiek ten był dziś zupełnie inny niż przedtem. Plan jego postępowania w przyszłości był już ułożony. Miał on niezachwiane postanowienie być sprawiedliwym i uczynnym, zrzucić jarzmo lady Southdown i zachować najlepsze stosunki z wszystkimi członkami rodziny.
W takim też duchu pełnym umiarkowania i godno ści był napisany list do Rawdcna, gdzie obok tego dźwięczne wyrazy i szumne okresy zawierały najszczytniejsze myśli, a wszystko razem dostarczało obficie materjału do wprawienia w zachwyt nadobnego se* kretarza, którego pióro szybko biegało po papierze idąc. za słowami dyktującego.
— To będzie kiedyś najznakomitszy mówca w parlamencie. myślała sobie lady Joanna. Co to za rozum! Co za nieprzebrana dobroć! Prawdziwie, to jest czło* wiek genjalnych zdolności! Natura wprawdzie trochę za chłodna, ale grunt doskonały! O! to genjusz, bez wątpienia.
Pitt Orawley był już przedtem list swój ułożył, każde wyrażenie przeważył, potem wyuczył się go doskonale na pamięć, i z przebiegłością w udawaniu, dyplomatom tylko właściwą, wyrecytował w danej chwili swojej żonie, osłupiałej z podziwienia i zachwytu.
Pismo to z obwódką czarną i takąż pieczęcią odebrane przez pułkownika Rawdona, sprawiło mu niejakie zadowolenie.
— Ale na co się nam przyda skazywać na te śmiertelne nudy? — pomyślał sobie. — Poobiednie godziny przepędzane z Pitt’em są dla mnia nie do zniesienia; a przytem, sama podróż tam i na powrót będzie nas kosztować ze dwadzieścia funtów7.
Odnosząc do pokoju Becky czekoladę, którą coazien nie sam jej przygotowywał, Rawdon zaniósł żonie list mając przytem zasięgnąć jej rady i do niej się zastO’ sować, jak to miał zwyczaj robić w ważniejszych okolicznościach.
Na toalecie, przy której Becky układała swoje blond włosy, Rawdon położył list i postawił czekoladę. Przebiegłszy oczyma pismo, ów przedmiot niepokoju Rawdona, Becky zawołała prostując się sztywnie i wywijając nad giową listem jakby chorągwią:
— Zwycięstwa! zwycięstwo!
— A dla czego zwycięstwo? zapytał Rawdon patrząc z zadziwieniem na to drobne stworzenie z rozpuszczonemu lokami w powiewającym na wszystkie strony rannym szlafroczku. Stary nic nam przecie nie zostawia bo mi już moją schedę oddał po dojściu do pełnoletności.
— Ozy nigdy już nie będziesz miał zdrowego roz> sądku nawet doszedłszy do pełnoletności? odparła Becky. Chodźmy prędzej do mistress Brunoy; potrzebuję żałobnej toalety, a ty każesz sobie dać przepaskę z krepy na kapeluszu i zamówisz czarne ubranie, którego u ciebie nie widziałam wcale. Wszystko to ma być na jutro, bo jedziemy we czwartek.
Ale ja sądzę że nie myślisz tam jechać? powiedział Rawdon zdziwiony.
— Przeciwnie, bardzo się mylisz, bo właśnie mam ten zamiar, odpowiedziała Becky. Mam nadzieję nawet że na rok przyszły lady Joanna przedstawi mnie u dworu, a brat twój otworzy ci drzwi do parlamentu. Czy zawsze będziesz tak krótkowidzącym, mój miły gapiu? Lord Steyne będzie miał głos twój i twego brata; ty zaś zostaniesz sekretarzem wicekróla Irlandji, rządcą Indji, podskarbim, konsulem, zresztą nie wiem czem.
— Tymczasem nim to nastąpi, poczta będzie nas kosztować nie wiem ile pieniędzy, mruczał Rawdon nieukontentowany.
— Pojedziemy w powozie Southdown’a, który — jako członek rodziny — musi być na pogrzebie. Ale na co lepiej, czy nie możemy wziąć dyliżansu? To będzie skromniej, a tem samem przyzwoiciej.
— A mały czy także z nami pojedzie? zapytał puł kownik.
— A to po co? Chyba dla tego tylko żeby jedno miejsce więcej zapłacić; jest już nadto duży żeby go w drodze na kolanach trzymać. Tu go zostawimy; Brigs przez ten czas uszyje mu czarną bluzę. Idź prędzej i pokaż o ile umiesz być posłusznym. Przechodząc poi wiesz Sparks’owi że stary Pitt umarł, i że się tobie znaczny spadek dostanie jak się interesa uregulują. On to niezawodnie powtórzy Raggles’owi, który nam tak o swoją należytość dokucza, będzie przynajmniej cierpliwszy.
Po wydaniu tych rozkazów, Becky wypiła spokojnie czekoladę. Wieczorem, kiedy lord Steyne przyszedł odwidzić ją jak zwykle, zastał naszą Becky zajętą — przy pomocy swej towarzyszki Briggs — rozparaniem, krajaniem i zszywaniem rozmaitych kawałków czarnej materji, z których można było jeszcze coś zrobić i zaspokoić nagle chwilowe potrzeby.
— Zastajesz pan mnie i moją towarzyszkę pod ciężarem najżywszej boleści, powiedziała Rebeka do swego gościa. Sir Pitt Crawley, głowa naszej rodziny, zakon« czył życie; przez cały ranek, rozdzierały nam się nasze serca, a teraz, z rozpaczy, rozdzieramy nasze stare gałganki.
— Oh! cóż to ja słyszę, Rebeko?...
Briggs nie mogła już mówić więcej, a oczy jej przepełnione łzami wzniosły się ku niebu.
— Oh! cóż to ja słyszę, Rebeko?... powtórzył milord tragicznokomicznym tonem; więc ten stary osioł już świat ten opuścił! Gdyby był miał trochę oleju w glo* wie byłby mógł wejść do izby lordów; to przypadłoby pewno do smaku panu Pitt; ale cóż kiedy to było stworzenie bez mózgu. — — Nie wiele brakowało do tego żebym teraz opłakiwała moje wdowieństwo, rzekła Rebeka. Pamiętasz, miss Briggs, jak patrząc przez dziurkę od klucza we drzwiach widziałaś go u nóg moich?
Miss Briggs poczerwieniała jak piwonja i pobiegła co prędzej zająć się herbatą, o którą lord Steyne u* przejmie prosił.
Briggs była niejako parawanem, albo raczej tarczą, dla zasłonięcia Rebeki od uwłaczających podejrzeń i pocisków opinji. Miss Crawley umierajac zapewniła jej mały dochód dożywotni i nasza Briggs rzewnie sobie życzyła zostać przy lady Joannie, tak ujmującej dla niej i dla całego świata — ale lady Southdown potrafiła się jej pozbyć w sposób niezmiernie grzeczny przy pierwszej zdarzonej sposobności,
Wówczas udała się biedaczka do swojej rodziny na wieś, ale nie mogła tam długo pozostać; brakło jej tam wykwintnego towarzystwa, bez którego już się obejść nie mogła. Krewni jej, trudniący się drobnym handlem na prowincji, ostrzyli sobie zęby na owe czterysta funtów daleko więcej, aniżeli kiedyś rodzina miss Crawley na całe jej mienie. Briggs postanowiła tedy wymknąć się im jak najprędzej i pojechała do Londynu szukać więzów niewolniczych, stokroć milszych i lżejszych dla niej niż swoboda. Ogłosiwszy w gazetach że „dama do towarzystwa, posiadająca naj» chlubniejsze świadectwa, życzy sobie“ i t. d. — udała się do Bowlsa, żeby tam skutku swoich ogłoszeń o-czekiwać,
Pewnego dnia, kiedy biedna miss odbywszy długie wędrówki dla umieszczenia anonsu w Times’ie, wracała zmęczona z biura ogłoszeń, elegancki powozik Rebeki, ciągniony dwoma ponykami, toczył się szybko przez ulicę, Mistress Rawdon powoziła sama. Spokojne usposobienie i uległy charakter miss Briggs dobrze były — jak wiemy — znane Rebece. Oddawszy cugle stangretowi, Becky wyskoczyła zręcznie z powozu i pochwyciła obie ręce miss Briggs, nim ta mogła ochłonąć z podziwu i pierwszego wzruszenia.
Briggs zaczęła płakać, Becky śmiać się, i tak obie weszły w korytarz, gdzie czułe uściski przeciągały się tak długo, aż się drzwi salonu pana Bowls przed nimi otworzyły. Firanki u okna były z czerwonego adamaszku a po nad oknem wznosił się orzeł z rozpiętemi skrzydłami, trzymając w szponach przepaskę z napisem: „Mie-szkania do najęcia.“
Miss Briggs opowiadała wszystkie swoje przygody głosem od szlochania urywanym, właściwym osobom miękkiej natury i do rozczulenia skłonnym, szczególniej kiedy są pod wpływem wdzięczności. Becky zadawała jej pytania nacechowane tą naiwnością, którą już nieraz u niej widzieliśmy.
Becky wiedziała już o małym zapisie przez miss Crawley zrobionym, a znając dokładnie charakter i po łożenie swojej przyjaciółki, od razu już sobie projekt ułożyła. Nie byłaż to towarzyszka właśnie dla niej potrzebna? Bez długich ceremonji Rebeka zaprosiła na obiad miss Briggs tegoż samego dnia jeszcze, żeby jej, jak mówiła, małego Rawdona pokazać.
Mistress odważyła się powiedzieć drażliwej miss Briggs że sama dobrowolnie w paszczę lwa się rzuca.
— Pamiętaj pani — mówiła — że ci to kiedyś gorzko bokiem wyłazić będzie. Jest to tak pewnem, jak to że się nazywam Bowls.
Briggs przyrzekła że będzie ostrożną, co nie prze szkodziło że w tydzień potem przeniosła sie już na mie* szkanie do mistress Rawdon, a pół roku nie przeszło jak już Rawdonowi dwieście funtów ze swego kapitału pożyczyła.
XLI.
Becky w dawnej siedzibie swoich przodków.
Czarno ubrani, jak paź Marlborough’a, małżonkowie Crawley uwiadomili pana Pitt o swoim przyjeździe i wsiedli do tego samego dyliżansu, którym kiedyś nasza heroina jechała po raz pierwszy do Crawley w towarzystwie nieboszczyka baroneta. Dziewięć lat od tej pory minęło, jednakże Rebeka przypomniała sobie wszystkie szczegóły tej podróży, jak gdyby to wczoraj było.
Nasi podróżni zastali już w Mudbury czekającą na nich parokonną karetę ze stangretem w żałobnej liberji.
— Ah, ah! to jeszcze, ta sama arka Noego — rze kła Rebeka do męża wsiadając do powozu. — Sukno już zupełnie zjedzone przez mole.
Powóz toczył się z szybkością, na jaką wychudzo ne konie zdobyć się mogły, i znalazł się nakoniec u bramy prowadzącej do parku.
Podróżni milczeli, zatopieni we wspomnieniach przeszłości, która żywo stanęła im przed oczami. Rawdono wi zdawało się że jest jeszcze uczniem w Eton: przypominał sobie swoją matkę, wysoką, chudą i zimną kobietę; siostrę ukochaną, którą stracił, na koniec przychodziły mu na myśl figle wyrządzane Pitfowi, szkolne bolące pieszczoty, których mu nie szczędził itd., ale myśl jego ciągle się zwracała do syna zostawionego w Londynie. Rebeka zarówno wywoływała w umyśle obrazy swojej przeszłości: Smutne lata dziecinne, wstąpienie jej w świat boezuemi, pozakulisowemi drzwiami; miss Pinkerton, Jos, Amelja... jednem słowem, cały świat wspomnień wywołanych wyobraźnią przedstawił się jej oczom.
Wjazdowa aleja i terasa były starannie wymiecione i oczyszczone; tarcza herbowa wspaniale nad głównem zawieszana wejściem. Powóz zatrzymał się przed gan« kiem, a dwóch galonowanych lokajów olbrzymiego wzrostu i uroczystej postawy pospieszyło otworzyć na rozścież podwoje dla świeżo przybyłych gości. Prze* chodząc przedpokój Rawdon poczerwieniał i podał rękę żonie bladej jak chusta. Mistress Rawdon ścisnęła z lekka rękę męża wchodząc do sali jadalnej, gdzie sir Pitt z żoną w żałobnym stroju witali swoich gości. Lady Southdown miała coś w rodzaju wysokiego rusztowania na głowie z piór i szkieł czarnych, co przy* pominało zdobiącą wierzchołek karawanu kitę, falującą przy każdem poruszeniu tej damy.
Sir Pitt nie omylił się utrzymując że groźby wyja* zdu nie należy brać na serjo. W samej rzeczy lady Southdown została na miejscu, ale uważała sa stosowne nie mówić ani słowa do buntowniczej pary. Nowo przybyli goście nie troszczyli się bynajmniej chłodną postawą i milczeniem lady Southdown; co ich nierównie więcej obchodziło — to przyjęcie, jakie ich spotkać miało ze strony pana i pani domu.
Pitt zdawał się nieco wzruszony; zbliżywszy się do brata ścisnął mu rękę, poczem zwrócił się do Rebeki i powitał ją podobnież z dodatkiem dosyć głębokiego ukłonu.
Lady Jane pochwyciła obie ręce bratowej i uściskała ją tak serdecznie, że naszej heroinie łzy zakręciły się w oczach, jakkolwiek zbyt skłonną do czułości nie była. Rawdon zaś ośmielony tak kordjalnem powitaniem, pokręcił wąsa i pozwolił sobie pocałować nawet bratowę, co ją nie mało zmieszało i twarz jej żywym pokryło rumieńcem.
— To djabelnie miła kobietka, ta lady Joanna! po« wiedział Rawdon do żony kiedy byli sami. Pitt nadto się roztył, ale trzeba mu przyznać że jak co urządzi, to już tak, że dalej nie idzie.
— Bo ma od powiednie środki — odpowiedziała Re beka; ależ za to mama — prawdziwa kupczycha, Twoje siostry dosyć teraz wy przystojniały,
Panienki te przyjechały z pensji żeby być na pogrzebie ojca. Sir Pitt sądził że honor domu i jego własny wymagał jak najliczniejszego orszaku i jak naj< więcej żałobnych strojów. Zacząwszy od służby dwór-skiej, starych kobiet, komornic i okolicznych czynszo-wników, których nieboszczyk niemiłosiernie dusił i wy zyskiwał, aż do rodziny wikarjusza i tych którzy zale żne od dworu zajmowali stanowiska, wszyscy bez wyjątku musieli wystąpić w żałobie. Przytem asystujący z profesji obchodom pogrzebowym karawaniarze, licznie zebrani, z sutemi kokardami z krepy czarnej, nieśli cyprysowe gałązki i nie mało dodawali orszakowi świetności.
Rebeka, zbliżywszy się do sióstr męża, przypomniała im że kiedyś była ich nauczycielką i — wierna tej roli — z największem niby zajęciem wypytywała czego się teraz uczą i zapewniała o swem niezmiennem do nich przywiązaniu. Słysząc to niktby nie wątpił że od czasu rozłączenia się ze swojemi uczennicami aż do obecnej chwili, Rebeka o nich tylko myślała. Lady Crawley przynajmniej i jej młodsze siostry były tego przekonania.
— Prawie nic się nie zmieniła — mówiła miss Ro-zalinda do miss Violetty, w chwili kiedy przygotowały się do objadu.
— A jak jej do twarzy ten płowo’rudawy kolor włosów: nie prawdaż? rzekła miss Violetta.
— Zdaje mi się jednak że włosy jej trochę pocie mniały, kto wie czy nie pofarbowane trochę; przytem utyła znacznie, ale to jej wcale nie szpeci; rzekła Ro zalinda mająca widoczną do utycia skłonność.
Miss Violetta była tego zdania że guwernantki nie» powinny wychodzić z swojej sfery; wnuczka p. Wal« pole Orawley’a zapomniała zupełnie że drugi dziadek jej po kądzieli miał sklep mosiężnych wyrobów w Mud-bury i że kowadło mogło się wybornie pomieścić na tarczy herbowej jej rodziny.
— Nasze kuzynki z plebanji nie przekonają mnie nigdy żeby jej matka miała być baletnieą.
— Nie potrzebujemy wcale zważać na jej urodzenie, odezwała się Rozalinda tonem osoby wolnej od prze* sądów — zupełnie w tem zgadzam się z moim bratem że skoro weszła do naszej rodziny, ma już tem samem prawo do naszego szacunku. Zresztą, jeżeli kto ma T’*’?*-.»». ’J»y — T»^, prawo o tem mówić, to przynajmniej nie ciotka Butte, która chce wydać Katę za młodego Hooper’a, syna handlarza win, i najusilniej nalegała na niego żeby go ściągnąć do plebanji i do stanu duchownego namówić.
— Nie dziwiłabym się gdyby lady Southdown wyi jechała natychmiast; uważałaś jakie piorunujące spojrzenia ciskała na Rebekę.
— Co do mnie, nie bardzobym się za to gniewała; toby mnie uwolniło od czytania „Praczki z Finchley* Common“,
To mówięc Violetta przeszła’ przez korytarz prowadzący do pokoju, gdzie był ustawiony katafalk i obie siostry weszły do sali jadalnej, gdzie całe towa< rzystw7o na odgłos dzwonka zebrało się do objadu.
Podczas przytoczonej powyżej rozmowy lady Joanna zaprowadziła Rebekę do przeznaczonych dla niej pokojów. Wszędzie tu panował porządek a nawet i komfort przez nowego właściciela domu wprowadzony. Skromne pakunki p. Rawdon wniesiono do sypialnego pokoju. Lady Joanna pomogła uprzejmie bratowej zdjąć burnus i kapelusz, poczem zapytała czy jej czego nie potrzeba?
— Trzeba przyznać że nie przybiera z nami tonów wielkiej pani i nie zapomina że była kiedyś naszą gu-wernantką.
— O i jakżeby nie I Niczego tak nie pragnę jak zobaczyć twoje kochane dziatki, odpowiedziała czule Rebeka.
Obie matki zamieniły spojrzenia pełne macierzyńskiej miłości i trzymając się za ręce wyszły z pokoju.
Targowisko próżności, T. II. i?
Becky zachwycała się małą Matyldką, czteroletnią dziewczynką, w której widziała prawdziwego aniołka. Ale mały dwuletni chłopczyk, blady, z oczami wpadłemi i dużą głową, nie miej ją oczarował, jako wzór prawdziwej piękności i nieopisanego wdzięku.
— Bardzobym pragięła — rzekła lady Joanna z westchnieniem — żeby moja matka przestała go lekami okarmiać, toby najlepiej na jego zdrowie wpłynęło.
Tu nastąpiły zwierzenia poufne, to niewyczerpane źródło rozmowy pomiędzy młodemi matkami. Zaledwie pół godziny upłynęło, ’a już najściślejsza przyjaźń łą] czyła te kobiety; wieczorem zaś lady Joanna powie1 działa mężowi że bratowa jej jest najlepszą i najmilszą istotą w świeeie.
Mając już córkę w ręku, nasza niezmordowana intrygantka natężyła wszystkie swoje siły żeby zawładnąć matką i pozyskać ją sobie. Przy pierwszej sposobności zbliżywszy się do lady Southdown. Rebeka naprowadziła rozmowę na temat starań, jakiemi zdrowie dzieci wątłych otaczać należy. Synek jej — mówiła, jest najwymowniejszym tego dowodem. Jeżeli go zachowała przy życiu, to tylko dzięki silnym dawkom kalomelu, bo lekarze caryscy już zupełnie byli o nim zwątpili. Dodała potem że miała już zaszczyt znać lady Southdown z opowiadań wielebnego pastora Wawrzyńca Grrills, przy kaplicy May* Fair, gdzie miała zwyczaj swoje religijne obowiązki spełniać. Nadmieniła także że pojęcia jej w rzeczach religji wielkim uległy zmianom dzięki szkole nieszczęścia, przez którą przechodziła. Dziś jedynem jest dla niej zadaniem oddalić się od iego ruchliwego gwaru rozrywek i przyjemności, zejść z tego błędnego toru, jakim się dotąd jej życie toczyło ijprzejąć się zasadami świątobliwej moralności, zdolnej jedynie szczęście£prawdziwie zapewnić. Nauki moralno-religijne pana Crawley, wielkie — jak mówiła — na jej umyśle sprawiły wrażenie; co zaś do książek, to — według niej najwięcej budującą jest „Praczka z Fin-chley-Oommon.“ Potem wypytywała się troskliwie o lady Emilję kobietę prawdziwie wyższego umysłu, dzisiejszą lady Emiję Cornmiouse, mieszkającą na Przylądku Dobrej Nadziei z mężem, którego kandydatura na kaf-ryjskie biskupstwo miała wiele nadziei powodzenia.
Zręcznie udane omdle nie i atak nerwowy w czasie po< grzebu baroneta, nakoniec wezwanie pomocy lady Sout* hdowni jej apteczki, podbiły zupełnie tkliwe serce tej dostojnej damy, która w negliżu będąc pospieszyła z ratunkiem do Rebeki, przyniosła jej żądane lekarstwo i prosiła jej o przyjęcie na pamiątkę ulubionych i wybranych przez nią samą broszur.
Becky przyjęła ten dar z wielkiem zadowoleniem i przebiegła oczyma broszury z widocznem zajęciem. Kilka zdań, które wpadły jej w oczy w przedmiocie zapewnienia sobie zbawienia duszy, posłużyły jej do zagajenia arcy zajmującej dyskusji, którą przeciągała w nadziei oszczędzenia sobie przyjęcia okropnego, przygotowanego już lekarstwa. Ale pomimo całej ważności poruszonych zasad, a nawet dogmatów, nieubłagana hrabina oświadczyła że nie wyjdzie z pokoju dopokąd chora nie przyjmie zbawiennego lekarstwa. Nie było więc ratunku; Becky nie tylko co do kropli wychylić musiała kielich goryczy, ale uprzejmie i wdzięcznie podziękowała za ratunek swojej protektorce. Lady Southdown udzieliwszy nowo nawróconej blogosławień* stwo, wyszła nakoniec z pokoju.
Mistress Rawdon chętnieby się uwolniła od dowodów tak zbytecznej troskliwości swego opiekuńczego anioła; nic więc dziwnego że w kilka chwil potem mąż zastał ją jeszcze potężnie skrzywioną. Rawdon uśmiał się należycie słuchając tragiczno komicznego opowiadania Becky, której nie brakło dowcipu pomimo że sama padła ofiarą łatwowierności hrabiny. LordSteyne z Rawdonkiem nie mało się ubawili kiedy Rebeka wróciw szy do domu całą tę scenę przedstawiła im obrazowo. Okryta nocnym kaftanikiem, wygłaszała przez nos sentencje moralne i wyliczała zbawienne własności swego specy fiku z tak uroczystą powagą, jak gdyby posiadała rzeczywiście dźwięczny i muzykalny nos hrabiny.
— Przedstawienie, prosimy o przedstawienie lady Southdown i jej czarnego lekarstwa! — wołali co wie« czór mieszkańcy May fair. Raz jeden przynajmniej w życiu hrabina Southdown potrafiła być zabawną, a raczej służyć ku powszechnej zabawie.
Sir Pitt pamiętał dobrze jakim szacunkiem i po ważaniem otaczała go zawsze Rebeka; nie był więc nigdy źle usposobionym d!a niej. Jeżeli ożenienie się pułkownika nie było świetne, to przyniosło mu tę korzyść że go przynajmniej okrzesało i ogładziło cokolwiek. Zresztą, sir Pitt nie mógł się wcale na to uskarżać: z właściwą sobie przebiegłością dobrze on rozumiał że właśnie temu ożenieniu Rawdona zawdzięczać mógł swoją fortunę, Obecnie zaś zachowanie się Rebeki względem niego budziło w nim zaufanie tylko i niemal skłaniało go nawet ku niej. W samej rzeczy Becky była dla niego pełną uprzejmości, nadskakującą prawie. Sir Pitt skłonny z natury do uwielbiania siebie i swoich wysokich zdolności, chętnie widział się wyręczonym przez Rebekę w odkrywaniu w sobie coraz to nowych przymiotów i doskonałości. Nie trudno jej było przekonać bratowę że mistress Butte Orawely, po wodowana chciwością, była główną sprężyną tego małżeństwa. przeciw któremu tak energicznie występowała później. Pierwotny cel mistress Butte był nie inny jak odsunięcie Rawdona od spadku po ciotce; i potrzeba było niesłychanej przewrotności tej intrygantki, żeby wymyślać tyle złośliwych oszczerstw na szkodę bie dnej Becky.
— Udało się jej, to prawda, przywieść nas do nie dostatku — mówiła Rebeka z wyrazem prawdziwie a-nielskiej rezygnacji — ale jakże ja mogę żywić w ser-cu niechęć do kobiety, której zawdzięczam najlepszego, najzacniejszego z mężów;? Czyż chciwość mistress Butte nie została dostatecznie ukaraną zawodem jakiego doznała, zniszczniem wypieszczonych nadzei i u-tratą dóbr, do których tak wielką przywiązywała cenę? A I mój Boże — mówiła dalej słodziuchnym tonem — moja droga Joanno, cóż mnie ubóstwo obchodzić może? Od dzieciństwa w tej ciężkiej szkole zahartowana, dziś w moim niedostatku tę głęboką już znajduję pociechę że fortuna biednej miss Orawley służy do podniesienia dawnej świetności szlachetnej rodziny, do której mam szczęście należeć. Nie ma wątliwości że sir Pitt lepiej od Rawdona tych dostatków używać potrafi.
Cała ta rozmowa, najsumienniej p. Pitt’owi przez jego żonę powtórzona, dobre na jego umyśle zrobiła wrażenie i usposobiła go tak dobrze dla Rebeki, że przy obiedzie rozkrawując indyka odezwał się do niej w te słowa:
— Mistress Rebeko, czy mogę ci tem skrzydełkiem służyć?.,
Nic więcej nie potrzeba było żeby oczy Rebeki zaiskrzyły się z radości.
Podczas gdy Becky uradowana powodzeniem zbli* żala się do zamierzonego celu, sir Pitt Orawley wyda* wał rozporządzenia pogrzebowe dla podania obrzędowi blasku i świetności, lady Joanna zajmowała się dziećmi, o ile matka jej na to pozwoliła. Zresztą, słońce wscho* dziło jak zwykle, dzwonek zwoływał gości do stołu i do modlitwy, a ciało nieboszczyka wystawione na wspaniałym katafalku w pokoju za życia przez niego zajmowanym, było powierzone najętym do pilnowania ludziom. Nie można tam było ani łzy obaczyć, ani usłyszeć westchnienia; jedyną istotą doznającą pewnego żalu, była ta, która tak długo żywiła nadzieję zostania żoną baroneta, a dziś zmuszoną była z wstydem uciekać z domu, gdzie wczoraj jeszcze uważała się wszechwładną panią. Jedynem stworzeniem zdolnem ten smutek podzielić, był stary wyżeł, dla którego baronet do końca życia wyraźne przywiązanie zachował. Bo też, prawdę mówiąc, zmarły — przez cały ciąg swego ży wota wcale nie troszczył się o to żeby być żałowanym fo śmierci. Zapomną więc o nim jeszcze prędzej jak zapominają o tych nawet ludziach, którzy życie dobrze i użytecznie spędzili.
Zaprawdę pouczającym jest widok trumny niesionej do grobu, otoczonej licznym orszakiem złożonym z ludzi czarno ubranych; z szeregiem’ żałobnych familinych powozów, napełniony krewnymi z chustkami w ręku do ocierania łez, które nigdy płynąć nie będą.
Przedsiębiorca pogrzebowych obchodów rzuca się na wszystkie strony, żeby uczciwie pieniądze zarobić; czynszownicy, dzierżawcy i oficjaliści zbierają się tłu« mnie z wyrazem ułożonego za twarzy smutku, żeby nowemu panu swój żal wyrazić; powozy sąsiednich panów —.po większej części próżne — postępują zwolna jedne za drugiemi; w końcu celebrujący przeryw7a milczenie zwykłą w tej okoliczności formułą: „Ukochany brat, którego zgon z pozostałą rodziną opłakujemy, itd.,.“ Możnaby nazwać ten obrzęd wystawą wszelkich próżności światowych: o niczem tu nie przepoioniano, zacząwszy od aksamitnych kap w srebrne łzy haftowanych, aż do grobowego kamienia, na którym same tylko kłamstwa znajdują się wyryte.
Wikarjusz pastora Butte, świeżo z uniwersytetu oks fordskiego wypuszczony, wypracował wspólnie z Pit» t’em napis łaciński do umieszczenia na płycie kamiennej i wygłosił znakomitą mowę, zaklinając przytomnych żeby się zbytecznemu nie oddawali żalowi, alo raczej gotowali się do owej stanowczej chwili kiedy staną u bram wieczności, co się już zamknęły niepowrotnie za opłakiwanym i nigdy nieodżałowanym nieboszczykiem.
Po skończonej eeremonji dzierżawcy rozeszli się każdy do siebie, powozy powracały tam zkąd. przyszły, karawaniarze pozbierawszy pochodnie, kapy aksamitne, kity i inne pogrzebowe sprzęty wsiedli na karawan i odjechali do Southampton. Każda z tych posępnych dotąd pobtaei przybrała znów minę naturalną, i na wszy* stkich okolicznych drogach, przy każdym szynku, zbierały się liczne gromadki uwijające się około krfh z piwem. Oto po czem można było poznać że sir Pitt, panujący sześćdziesiąt lat w swoich posiadłościach, do czesną rezydencję opuścił.
W lasach Orawley wielka jest obfitość zwierzyny, że zaś polowanie na kuropatwy ulubioną jest rozrywką każdego angielskiego gentelmena mającego pretensje do pewnej roli politycznej, nie należy więc dziwić się że sir Pit ukoiwszy pierwsze napady boleści, otoczył biały kapelusz czarną krepową przepaską i udał się na łowy żeby przerwać melancholiczne usposobienie i smutne rozproszyć myśli. Nowy dziedzic nie mógł się oprzeć uczuciom wewnętrznej dumy i skrytej radości spoglądając w około siebie na obszary będące dziś jego włai snością. Czasem odbywał przechadzki w towarzystwie Rawdona i całego orszaku swoich strzelców. Wówczas niktby nie dostrzegł na twarzy Rawdona nic więcej oprócz wyrazu szczerej prostoduszności. Dochody i nie« ruchomości Pitt’a głębokie na umyśle jego brata robiły wrażenie. Nasz biedny pułkownik o pustych kieszeniach nadskakiwał i pochlebiał temu, który jakkolwiek nie dawno przez niego pogardzany, był dziś głowę całej rodziny. Rawdon słuchał planów sadzenia, korczowania, budowania, etc., czasem podał nieśmiało jakąś radę co do urządzenia stajni, a nawet oświadczył się że poje dzie do Mudbury żeby kupić konia, którego sam dla lady Joanny ujeździ. Ów kiedyś nieugłaskany dragon stał się dziś uległym i potulnym młodszym bratem. Mały Rawdon, zostawiony na opiece miss Briggs w Londynie, często do ojca pisywał. Oto jeden z tych listów, zbyt podobnych do siebie ażebyśmy wszystkie przytaczać tu mieli:
„Jestem zdrów, spodziewam się że tatko imama pewno zdrowi także, kucyk zdrów, Grey wsadza mnie na niego i prowadzi do parku. Zaczynam już jeździć galopem, spotkałem raz chłopczyka co za mną jechał i krzyczał jak koń poszedł w galop; ale ja nie krzyczę.“ Rawdon czytywał tu listy i bratowej, która je znaj; dowała pełnemi wdzięku. Baronet przyrzekł że się zajmie wychowaniem swego bratanka, ciotka zaś tymcza« sem dala Rebece banknocik, przeznaczony na kupienie małemu zabawki.
Wśród takich to okoliczności i wśród rozrywek, jakich wieś dostarczyć może, dni upływały jeden po drugim. Oodzień rano dawała Rebeka lekcje muzyki sio1 strom baroneta. Po śniadaniu wszyscy wychodzili na przechadzkę drogą, wiodącą przez park do siąsiedniej wioski, gdzie hojnie rozdawano lekarstwa z apteczki lady Southdown. Dama ta już się ani na chwilę obejść nie mogła bez Rebeki, która siadała obok niej w powozie i zawsze ze skupioną uwagą przysłuchiwała się każdemu niemal jej słowu. Wieczorem, kiedy cała ro ilzina zebrana była w salonie, Becky grała utwory Haendra lub Hajdena, albo zajęta była robotą. Ktoby ją tu po raz pierwszy zobaczył, byłby przekonany że ta kobieta nie znała nigdy innego trybu życia i że w ten sposób całe życie przepędzić pragnie; a któżby odgadnąć potrafił że po za obrębem tej spokojnej rezydencji czekają ją troski, kłoooty, intrygi, niedostatek-wybiegi i wierzyciele?
— Nie zbyt to trudno — myślała sobie Rebeka — być wielką panią w wielkim dworze; mogłabym dosko* nale podjąć się tej roli, gdyby mi zapewniono tylko pięć tysięcy funtów szterlingów dochodu, Zobaczyć co robią dzieci, policzyć morele na drzewach, to mi się nie wydaje uciążliwem; mogłabym nawet pozdejmować suche liście z geranji i innych wazonowych roślin, zapytać tę i ową starą babkę o stan jej reumatyzmur kazać żeby ubogim rozdawano buljony i t. p., pełniłabym chętnie to rzemiosło mając pięć tysięcy funtów rocznie. Potrafiłabym tak jak każda z tych pań ubrać się według przeszłorocznej mody, pojechać wygodnym powozem na proszony objad w sąsiedztwo, pokazać się dobrze w kościefe, rozsiadając się we własnej ławce, albo ¿akrywszy twarz woalem, zagłębiona w ciemnej części stalli, nauczyłabym się spać, tak żeby nikt tego nie spostrzegł. Wszystko to nabywa się wprawą i przyzwyczajeniem. Zresztą ci, co mają pieniądze, mogą, płacić długi, zadzierać nosa i z góry patrzeć na tych co nie mają złamanego szeląga. Zdaje się im, że są* aader wspaniałomyślni kiedy dają pompatycznie nędzny papierek na zabawkę dla naszego dziecka; a ponieważ my tego papierka nie mamy, to nie warci jesteśmy wię* cej niż głodne psy.
W ten sposób Becky zapatrywała się na niespra* wiedliwość łosu i równoważyła dobro ze złem na sza żywota ludzkiego.
Te lasy, łąki, ogrody, zarośla i stawy, te komnaty staroświeckie, znane jej przed siedmiu laty, były dziś dla niej przedmiotem ciekawości i codziennych wycie czek. Odnosząc owe wspomnienia do obecnej chwili, tamte lata według niej były rozkwitem jej młodoici* bo i jakże mogła sądzić inaczej ta, która nigdy nie znała prawdziwej, czystej młodości? Przypominając ówczesne swoje wrażenia i myśli, porównywała je z dziesiejszemi pojęciami, jakie w niej wyrobiło zetknię* cie się ze światem od czasu, kiedy się sama wyniosła ponad sferę, w jakiej ją los pierwotnie umieścił.
— To czem dziś jestem — mówiła do siebie Becky
— własnej tylko główce zawdzięczam. Zresztą trzeba przyznać że społeczność ludzka ciężko jest głupia. Gdyby mi przyszła ochota żyć z tymi ludźmi, których kiedyś widywałam w pracowni mego ojca, zdrowi, pa« nowie artyści, z waszemi fajeczkami i kapczukami, wasze towarzystwo już nie dla mnie; dziś mogę tylko lordów od stóp do głów dekorowanych przyjmować. Mam męża szlachcica, hrabiankę bratowę i wszyscy mnie traktują z największemi względami w tym samym domu, gdzie przed kilku laty byłam czemś trochę więcej niz służącą. Ale czy jestem wiele szczęśliwszą od córki biednego malarza, który za swoje obrazy przynosił z handlu korzennego trochę cukru i herbaty?
Byłabym wyszła za młodego malarza, któremu zawrói ciłam głowę i nie widzę wcale żebym wówczas bie dniejszą była niż dziś. Ol gdyby tylko można, zaraz-bym oddała moją pozycję i dzisiejsze stosunki familijne za trzy-procentową rentę.
Tą drogą Becky dochodziła do poznania próżności znikomych w świecie i zaczęła pragnąć czegoś co ma większą i prawdziwszą cenę aniżeli to, co się tylko błyszczy jak dziecinne bawidełka.
Kto wie czy podobne rozmyślania Rebeki nie do prowadziłyby jej do wniosku że cnota i wierne speł« nianie obowiązków pewniej do szczęścia prowadzi, ani’ żeli manowce uboczne, któremi chodzić nawykła. Ale ilekroć jej myśli zwracały się w tym kierunku, starała się natychmiast je oddalić równie skwapliwie jak córki nieboszczyka baroneta omijały pokój, w którym zwłoki ich ojca przez dni kilka spoczywały. Zdawałoby się że z wszystkich uczuć ludzkich najłatwiej dają się stłumić budzące się wyrzuty sumienia. Oo nam w takich wypadkach najwięcej dolega, jest to — nie żal popełnionego przewinienia — ale obawa o to że błąd wykryty może ściągnąć na nas hańbę lub karę.
Przez czas sw?ego pobytu w Orawley Rebeka potrafiła obłudą i intrygami pozyskać sobie wszystkich bez wyjątku. Lady Joanna i sir Pitt żegnali ją z serdeczną czułością, obiecując że się znowu zobaczą nie zadługo, jak tylko hotel przy Great.Gaunt Street będzie wyrestaurowany. Lady Southdown wręczyła Rebece paczkę z lekarstwami i list do wielebnego Wawrzyńca Grills. Pitt odprowadził swoich gości w powozie czte* rokonnym do Mudbury, dokąd rzeczy naprzód wysłane zostały z dodatkiem różnej zwierzyny.
— Jakże musicie czuć się szczęśliwi że znowu waszego miłego chłopca zobaczycie, powiedziała lady Crawley do bratowej w chwili pożegnania.
— O! co za szczęście, rzekła Rebeka, wznosząc do góry małe zielonawe oczy,
W samej rzeczy Rebece żal może pod pewnemi względami było opuszczać wiejskie ustronie, ale tak się tam wynudziła, że w duszy cieszyła się wyjazdem. Mieszkańcy tej rezydencji, jakkolwiek pełni uprzejmości, nie mniej jednak byli nudni i zawsze ciż sami.
— Nie niema łatwiejszego jak być miłym i uprzejmym — mówiła do siebie Rebeka — kiedy się ma kapitał przynoszący trzy od sta.
Wieczorne oświetlenie ulic Londynu miało pozór illuminacji, kiedy dyliżans wtoczył się na Picadilly. Briggs roznieciła ogromny ogień na przybycie Rawdona i jego żony, a malec nie kradł się do łóżka i czekał żeby tego wieczora jeszcze rodziców powitać.
XLII.
Czytelnik powraca do rodziny Osborn’ów.
Dawno już straciliśmy z oczu naszego zacnego przy — jaciela p. Osborn’a z Russel-Sąuare. Trudności z ja kiemi od tego czasu walczyć musiał, nie mogły osłodzić jego usposobienia; nic mu’się nie wiodło, wszystko mu szło opacznie, wbrew najgorętszym jego życzeniom. Każda przeciwność zawsze go nadzywyczaj niecierpli* wiła, wówczas nawet kiedy był jeszcze młodszym, cóż dopiero dziś, kiedy wiek podeszły, podagra, osamotnienie i dotkliwe zawody złamały zupełnie jego siły, i rozjątrzyły do wysokiego stopnia drażliwość starca. Czarne jego włosy pobielały bardzo prędko po śmierci syna, policzki zapadły: ręka drżąca zaledwie mogta utrzymać kieliszek wina Oporto; a biuro jego stało się prawdziwem pie. kłem dla pracujących tam komisantów, do tego stopnia że pobyt w domu starca był dla każdego nie do zniesienia pra wie.
Rebeka, która tak wzdychała do stałych dochodć w, nie zamieniłaby pewno swego niedostatku i niepewności o jutro na pieniądze Osborn^, zdobywane koszt era takich męczarni. Stary zrzęda prosił o rękę miss Szwartz, ale dostał upokarzającą odpowiedź od opiekunów młodej panienki, którzy ją wydali za potomka jednej z dawniejszych szlacheckich rodzin Szkocji. Stary Osborne chętnieby się był ożenił z kobietą najniższego pochodzenia, byleby miał na kogo gniew swój wywierać; ale nie znalazłszy żadnej białogłowy dosyć odważnej do przyjęcia na siebie tej smutnej roli, wylewał całą swoją gorycz na córkę, która zostawała u niego, bo nie znalazła męża. Ta nieszczęśliwa ofiara miała na swoje rozkazy wspaniały ekwipaż, piękne konie, kamerdynera, kredyt otwary u wszystkich pupców, którzy odprowadzali ją do powozu z głębokiemi ukłonami, mogła czerpać ileby się jej podobało pieniędzy w kasie, zajmowała pierwsze miejsce przy stole bogato zastai wionym, jednem słowem była otoczoną wielkimi względami i wygodami, na jakich posażnym pannom nie zbywa, a jednak nie było może smutniejszej nad jej egzystencji.
Fryderyk Bulloek, jeden ze wspólników domu Hul« ker Bulloek i Comp., ożeniony nareszcie z Marją Osbon ne, nie mało w kwestji posagowej dokuczył teściowi, Ponieważ Jerzy umarł i został z testamentu wykreślony, Fryderyk położył za konieczny warunek swego ozenie« nia ażeby ojciec zrzekł się połowy całego majątku na korzyść Marji. Te właśnie targi i układy wpłynęły na opóźnienie związku młodej pary.
Osborne bronił się mówiąc że Fryderyk zgodził się był wziąć mu córkę z posagiem dwudziestu tysięcy funtów, że zatem nie czuje się obowiązanym dodać nic więcej oprócz błogosławieństwa, że w końcu jeżeli mu to nie wystarczę, to niech sobie szuka żony gdzie mu się żewnie podoba. Fryderyk zaś, który się łudził świet-nemi nadziejami w chwili kiedy Jerzego ojciec wydziedziczył, obwiniał starego kupca o złą wiarę i oszustwo, i był już zdecydowany zerwać wszystko. Osborne wycofał swoje kapitały z domu Hulker i Bułłock, i u-zbrojony szpicrutą poszedł na giełkę, przysięgając że jeżeli spotka łotra, to mu twarz pokiereszuje i na sucho go nie wypuści.
To zerwanie jadnak było tylko chwiłowem; Fryderyk namyślił się pójść za radą ojca swego i przyjaciół, a ci namawiali go usilnie żeby dwudziestu tysiącami funtów nie gardził, byleby wziął połowę w gotówce i zapewnił sobie drugą połowę, jak równie schedę na żonę przypadającą z podziału pozostałego spadku p® najdłuższem życiu papy. Pan Osborne drożył się trochę, ale się zgodził ostatecznie ze względu na to że Hulker i Bulloek zajmowali w arystokracji pieniężnej dosyt wysokie stanowisko i mieli stosunki z głównemi potę* garni giełdy i banku. Jak to przyjemnie powiedzieć: „Mój zięć jest wspólnikiem domu Hulker* Bullock i Comp. 1“ W obec takich powodów wszystkie skrupuły ustąpiły, dzień ślubu naznaczono i małżeństwo zostało dokónanem.
Młodzi małżonkowie mieli hotel swój nie daleko Berkeley Square i posiadali małą wilę w Rochampton gdzie cały świat finansowy dawał sobie rendez vous w lecie. Wszystkie najbliższe krewne Fryderyka uważały związek brata jako mezaljans. Mężowie tych pań byli po większej części ze szlachty angielskiej, mogły więc zapomnieć o tem że dziadek ich pochodził z domu podrzutków. Marja zrozumiała dobrze że osobista jej go dność i imiona, figurujące na spisie jej wizyt, wyrna* gały koniecznie żeby o jej nizkiem pochodzeniu jak najmniej mówiono, i jak najprędzej zapomniano: Postanowiła więc jak najrzadziej ojca i siostrę widywać.
Nadto jednak miała zdrowego rozsądku żeby się zupełnie wyrzekać starca, po którym mogła się spodzie» wać jeszcze ze dwadzieścia tysięcy funtów. Zresztą sam nawet Fryderyk nie pozwoliłby na to. Ale pomimo najlepszych chęci brakowało Marji jeszcze pewnej giętko* ści i zręcznej dyssymulacji; tej niezbędnej w świato-wem życiu umiejętności, która się nabywa wprawą, to warzyskiem obcowaniem i znajomością otaczających nas stosunków. Pani Bulock zapraszała ojca i siostrę na małe tylko wieczorki, przyjmowała ich bardzo chłodno i samą rzadko kiedy zaglądała do Russel’Square, prosząc zawsze ojca żeby się wyniósł z tej części miasta, gdzie nikt z towarzystwa nie mieszkał. To postępowanie mu* siało naturalnie osłabić widoki sukcesji, pomimo wszelkich wysileń Fryderyka żeby złe — o ile można — dyplomacją złagodzić
— Ho, ho, Marja patrzy na zbyt wielką panię żeby się raczyła w Russell Square pokozać; mówił raz stary do córki wracając z obiadu od mistress Fryderyk Bullock. Zaprasza ojca i siostrę na odgrzewane resztki balowe, bo niech mnie djabli wezmą jeżeli dzisiejszy nie drugi raz na stół występuje. A do tego jeszcze za prasza nas z całą czeredą gryzipiórków, żeby nas nie pokazać swojej arystokratycznej klice lordów, hrabiów i baronów. Pięknaż ta niby arystokracja pieczeniarzy, pasożytów i wszelkiego rodzaju fagasów dworskich I No, — Jack, zacinaj konie; jużeśmy dawno powinni być w RusselftSqare!
To mówiąc rzucił się głąb powozu, uśmiechając się konwulsyjnie.
Kiedy mistress Bullock powiła pierwszego syna, Fryderyka Augusta Howard’a Stanley DevereusBullock’a, stary Osborne, proszony na ojca chrzestnego, nie po-szedł na tę uroczystość i poprzestał na przesłaniu zło« tego kubka dla dziecka i dwudziestu gwinei dla mamki.
— Chciałbym wiedzieć czy który z tych wielkich panów dał kiedykolwiek tyle co ja — mówił sam do siebie.
Ten wspaniały datek wielką przyjęmność sprawił rodzicom. Marja natychmiast zrobiła ztąd wniosek że stary ma słabość do niej> a Fryderyk przewidywał już świetną przyszłość dla swego pierworodnego syna.
Któż potrafi wyobrazić sobie ile cierpiała biedna
Targowisku próznośei. T. II. 18 panna Osborne w swojej samotności w Russell-Square spotykając w gazecie imię siostry pomiędzy najpier. wszemi elegantkami, lub czytając opis toalety, w której lady Fryderyka* Bullock występowała pierwszy raz u dworu. Niestety I w porównaniu z siostrą miss Joanna prowadziła życie smutne i jednostajne; do poznania rozkoszy, jakie daje duma i miłość własna, przychodziła ona tylko drogą niezaspokojonego pragnienia. Co* dzień wieczorem wiedziała co ją czeka nazajutrz rano: latem lub zimą musiała wstawać rano i zająć się przygotowaniem śniadania dla opryskliwego i gderliwego starca, któryby cały dom przewrócił gdyby herbata nie była o w7 pół do dziewiątej gotowa, bo o w pół do dziesiątej wychodził z domu do miasta.
Czas pomiędzy śniadaniem i objadem.zbiegał Marji na doglądaniu kuchni, łajaniu służących, a w końcu na przejechaniu się powozem lub wycieczce do maga* zynów, gdzie nie umiano dosyć otaczać ją względami i usłużną uprzejmością. Jeżeli jej czasu trochę zostało, to rozwoziła swoje i ojca karty wizytowe po domach szanownych i przenudnych znajomych, lub czekała ich odwidzin w salonie, siedząc 7, robotą przy kominku. Jeżeli czasem zdjęła ceratowy pokrowiec ze starego fortepianu i wydobyła zeń niejasne, przytłumione dźwięki, to echo w całem uiieszkaniu powtarzało je tak żałośnie że wstała jeszcze smutniejsza niż przedtem. Portret Jerzego znikł od dawna i spoczywał gdzieś pod stry chem obok starych i niepotrzebnych sprzętów. Ojciec i córka zachowali wprawdzie jakąś niby tajoną pamięć syna i brata, którego stracili; ale przypomnienie tej straty było raczej machinalną czynnością umysłu, nigdy zaś wywołane; przeciwnie, tak córka jak i ojciec wy« strzegali się wymówić to imię niegdyś drogie ich sercu.
O piątej pan Osborne wracał zwykle do domu na objad. Przy stole głuche panowało milczenie, przerywane tylko wrzaskliwem łajaniem kucharza, jeżeli zupę przesolił, olbe sos do potrawki przepieprzył. Dwa razy na miesiąc stary przyjmował u siebie swoich rówien-ników i kolegów, równie jak i sam niezabawnych.
Podejmowani goście oddawali nawzajem Osbornowi niemniej wystaw7ne i niemniej nudne obiady skropione Xeresem i starem Porto, poczem zasiadano ceremon* jalnie do wista, a o dziesiątej każdy odjeżdżał do siebie.
Pośród tak posępnej egzyztencji miss Joana dźwi* gała nadto jakiś tajemny ciężar w sercu. Miss Wirtr panna do towarzystwa, aljas rezydentka, mogłaby nas dokładnie obeznać z tą tajemnicą, która podobno głównie rozwinęła cierpkie usposobienie Osborna, skłonego z natury do pychy i próżności. Miss Wirt miała krewnego, malarza, znakomitego później portrecistę, bardzo chętnego do udzielania lekcji modnym paniom. Dziś już pan Smee nie pamięta dobrze drogi prowadzącej do Ruszel Square, ale w roku 1818. kiedy miss Os* borne była jego uczennicą, z przyjemnością otwierał drzwi tego domu.
Smee, dawny uczeń malarza Sharp, rozpustnika, utalentowanego artysty, był przedstawiony przez swoją kuzynkę, miss Wirt, pannie Osborne, której ręka i serce były jeszcze wolne, po kilku czulszyeh westchnieniach rozsianych po drodze. Miody artysta uczuł gorącą mi 18* 268 łość do swoje) elewki, wszystko zaś wówczas prowa~ dziło do wniosku że miłość jego nieszczęśliwą nie była. Miss Wirt była powiernicą dwojga kochanków. Miała ona może nadzieję że wdzięczny kuzynek zdobywszy złote runo w postaci córki bogatego kupca, nie zapomni i o tej, której zawdzięczać będzie swoje zwycięstwo. Nieszczęściem smutna rzeczywistość rozwiała błogie marzenia. Pan Osborne obdarzony węchem dosyć de likatnym, wrócił do domu niespodzianie i ukazał się z łaską bambusową w sali, gdzie się lekcja rysunków, odbywała. Mistr i elewka była bardzo ożywieni i mocno czerwoni. To się tak nie podobało panu Osborn’owi, że wypchnął artystę za drzwi i zrobił mu miłą obietnicę połamania laski na jego grzbiecie, jeżeli si§ po< waży kiedykolwiek w domu Osbornów pokazać. W pół godziny potem miss Wirt została wyprawioną z domu, a dla pospiechu zapewne pan Osborne zrzucał nogą ze schodów jej tłumoczki i pudełka, grożąc jej pięścią w chwili kiedy siadała do dorożki.
Joanna Osborne po tej scenie nie wychodziła przez kilka dni z swego pokoju, i ojciec nie chciał już słyszeć odtąd o żadnej damie do towarzystwa córki. Nodto oświadczył córce kategorycznie że nie dostanie ani grosza posagu jeżeli zechce wyjść zamąż bez jego zezwolenia. Musiała biedaczka gasić ogień, który Kupido w sercu jej rozdmuchał, z rezygnacją poddać się warunkom życia przez nas opisanym i powiedziała sobie że zostanie starą panną. Siostra jej tymczasem co roku dawała życie małym Bullockóm, wynajdowała dla nich coraz to piękniejsze imiona, ale przywiązanie dwóch sióstr nie wzmacniało się bynajmniej, nic ich nie zbli żało; były z daleka od siebie.
— Joanna żyje w swojej sferze — mówiła mistress Bullock — ja zaś w zupełnie innej, ale zawsze to moja siostra.
Nie potrzeba być bardzo przenikliwym, żeby zro* zumieć znaczenie tych wyrazów: Ale zawsze to moja siostra!
Wspominaliśmy już o pannach Dobbin i ich ojcu, mieszkańcach pięknej wili Denmark.Hill, dokąd mały Jerzy Osborne rwał się zawsze z największą radością, bo mu wolno było zrywać brzoskwinie i winne grona. Panny Dobbin odwiedzały często Amelję, co im nie przeszkadzało zachowywać zawsze bardzo dobre sto* sunki z dawną ich przyjaciółką z Russell.Square, miss Osborne Ulegając w tem zapewne życzeniom brata, okazywały jej nawet wiele względów. Major nigdy nie tracił nadziei że stary Osborne zmięknie i uzna kiedyś syna Jerzego swoim spadkobiercą. Miss Joanna była tym sposobem doskonale o położeniu siostry poinformowaną; panny Cobbin dokładnie jej opowiadały o biedzie i niedostatku, w jakim znajdowała się Amelja z rodzicami i synem. Jakim sposobem człowiek tak dzielny jak major mógł sie zająć tak nudną i niezna czącą istotą jak Amelja? Pytanie to stawiały sobie często panny Dobbin i ich przyjaciółka, ale nigdy nie umiały nań odpowiedzieć. Co zaś do malca, był to mały dja-bełek jakiego dotąd nie widziano jeszcze.
Ale któraż kobieta potrafi być nieczułą na wdzięk dziecinnego wieku? Najzimniejsze nawet usposobienia 270 dają się wzruszyć miłerni krotoehwilami tych pra^dzi* wych niewiniątek.
Pewnego dnia Amelja pozwoliła — na usilne nalega nia panien Dobbin — żeby Jerzy cały dzień w Den-mark Hill przepędził. Nieobecność żywego malca w domu sprzyja najlepiej pisaniu listów, Amelja więc napi sała dość obszernie do majora Dolbbin Mówiąc o po myśinej wiadomości jaką siostry majora jej udzieliły Amelja łączyła serdeczne życzenia szczęścia tak dla nie* go jak i dla przyszłej towarzyszki, którą sobie wybrał,, i dziękowała mu za liczne dowody prawdziwej przyjaźni w nieszczęściu jej okazane. Dalej następowały szczegóły o małym Jerzym, który pojechał na cały dzień do Denmark Hill. List Amelji zawierał wiele wyrażeń podkreślonych i kończył się podpisem najżyczliwszej przyjaciółki Amelji Osborne. Przez zapomnienie — co się jej rzadko zdarzało — Amelja nie wspomniała nic o lady 0’Dowd, o której siostrze wyraziła się słowami podkreślonemi: Narzeczona majora. Wiadomość o tym związku pozwoliła Amelji być swobodniejszą w kores-spodencji aniżeli przedtem, skorzystała więc z tego żeby miała żywić do (¿lorwiny coś nakształt zazdrości*, tego Amelja pewnoby sobie nigdy nie przebaczyła!
Wieczorem mały Jerzy, uszczęśliwiony z swojej wy* cieczki, powrócił z starym woźnicą w powozie sir Wil-ljama Dobbin, z pięknym zegarkiem i łańcuszkiem zło’ tym zawieszonym na szyi. Chłopiec opowiedział natychmiast matce że jakaś pani, stara i trochę brzydka ściskała go ze łzami w oczach i darowała mu ten piękny zegarek. Malec dodał że ta pani mu się nie bardzo podobała: wolał on winogrona; ale nad to wszystko przekładał swoją ukochaną mamę. Amelja zadrżała na samą myśl że tą panią mógł być ktoś z rodziny Osbornów.
Tegoż wieczora miss Osborne wróciła na godziny objadową do ojca, który zrobiwszy dnia tego korzystny interes, był w wyjątkowo dobrym humorze, tak dalece że zauwTażył wyraz smutku i wzruszenia na twarzy córki i raczył do niej przemówić:
— Cóż ci to jest, miss Osborne?
— Ach! — odpowiedziała córka zanosząc się od płaczu — Widziałam małego Jerzego; śliczny jak anioł! Zupełnie jego portret!
Starzec nic nie odpowiedział, poczerwieniał tylko i cały drżał ze wzruszenia.
XLIII.
Czytelnik zmuszony opłynąć Przylądek Dobrej nadziei.
Musimy przenieść czytelnika o kilka tysięcy mil, w zamorskie krainy angielskich posiadłości w Indjach, do stacji wojennej Bundlegunge. Tam to odszukamy dawnych naszych przyjaciół walecznego pułku *** zo stającego dziś pod dowództwem pułkownika sir Michała 0’Dowd. Ząb czasu nie dotknął wcale tego silnego wojaka; trzymał się on doskonale, jak wszyscy co obdai rzeni mocnym żołądkiem, szczęśliwym charakterem, a nadewszystko spokojem umysłu, nie znają tego natężenia władz intelektualnych, które tak prędko zużywa silny nawet organizm.
Peggy 0’Dowd, dziedziczka posiadłości Maloneys, zawsze została taką jakąśmy ją niegdyś znali: taż sama chęć ujęcia sobie wszystkich kieruje jej myślami i mową. Jej usposobienie gorące, niezależne i despotyczne, wywiera przeważny wpływ na ukochanego i drogiego jej Mick’a; jednem słowem, jest ona żeński