Dyskusja indeksu:Skarb w Srebrnem Jeziorze (May)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

CZĘŚĆ III[edytuj]

— Nad jeziorem? Tak wielu? Czy tam się co stało? Może wielki połów ryb?
— Nie. Przy połowie ryb ludzie poruszają się naprzód, a ci stali spokojnie i patrzyli w wodę. Winnetou myśli, że to były wyścigi w wodzie o życie.
— Czy masz do tego jakie podstawy?
— Tak. Utahowie noszą barwy wojenne, uważają więc białych, znajdujących się u nich, za nieprzyjaciół. Ci mieli zostać zabici, ale człowiek czerwony nie pozwala swemu nieprzyjacielowi szybko umierać, tylko zamęcza go powoli na śmierć; często wyznacza mu walkę o życie z przeciwnikiem silniejszym od niego; naprzykład każą jeńcowi pływać, aby przedłużyć jego konanie i trwogę przed śmiercią.
— Jestem w zupełności tego samego zdania. Natrafiliśmy na ślady najpierw czterech, a potem jeszcze dwu białych, to znaczy jest ich sześciu. Nie wszyscy będą przecież pływać, lecz każdy w inny sposób będzie walczył o życie. Musimy im pośpieszyć na ratunek, bo inaczej zginą.
— Nie — zaprzeczył Apacz. — -Między blademi twarzami znajduje się pewien mąż, który siebie i swoich towarzyszy nie pozwoli tak łatwo zabić
— Kto to?
— Old Shatterhand.
— Co?! — zawołał myśliwy. — Old Shatterhand, z którym miałeś się spotkać w górach nad Srebrnem Jeziorem? Czyżby rzeczywiście już przybył?
— Old Shatterhand jest punktualny, jak słońce na niebie.
.3Czy widziałeś go?
— Nie,
— Skąd wiesz tedy?
— Wiem o tem już od wczoraj.
— i nie powiedziałeś mi tego?
— Milczeć jest czasem lepiej, niż mówić. Gdybym był wczoraj powiedział, czyj karabin przemówił na polanie, nie czekalibyście spokojnie, lecz pędzili znacznie szybciej.
— Jego to strzelba przemówiła? Niech mi mój brat powie!
— Kiedyśmy przeszukiwali skraj lasu i trawę na polanie, znalazłem drzewko podziurawione od kul. Te kule pochodziły ze strzelby Old Shatterhanda; wiem to na pewno. Chciał nastraszyć czerwonych mężów i ci obawiają się teraz jego strzelby.
— Gdybyś mi był pokazał to drzewko! — Hm! Jeśli jest Old Shatterhand między tymi białymi, to rzeczywiście niema zbytniej obawy. Co mamy teraz przedsięwziąć?
— Moi przyjaciele pojadą za mną, jeden za drugim, aby Utahowie, gdyby natrafili na nasze ślady, nie mogli policzyć, ilu nas jest. Howgh!
Odwróciwszy konia, pojechał dalej, nie oglądając się, czy kto za nim podąża. —
Brzegi potoku rozstąpiły się w szereg wzgórz, okalających równinę dookoła jeziora. Równina ta była bezdrzewna, ale wzgórza stały pokryte gęstym lasem, sięgającym aż do środka doliny i okolonym przez wąski pas zarośli.
Szukając osłony poza temi krzakami i drzewami szedł Winnetou na prawo wzdłuż pagórków, które stanowiły północną granicę równiny, a dalej na zachodzie
dotykały owej góry, skąd woda wpływała do jeziora.
Tak tedy biali objechali równinę od wschodu na zachód, aż wreszcie dotarli do potoku i w odległości kilkuset kroków od jeziora znaleźli się pod drzewami, z pomiędzy których mogli przyjrzeć się obozowi. Tam Zsiedli z koni, spętali je i rozłożyli się na miękkim mchu. Miejsce było jakby stworzone na to, aby pokryjomu, a przytem jak najwygodniej obserwować obóz.
Niedaleko od niego siali Utahowie; potem ujrzano dwu ludzi, którzy oddzielili się od gromady i co sił popędzili na południe. Old Firehand, spojrzawszy przez dalekowidz, zawołał:
— To wyścigi między czerwonym a białym. Czerwony już daleko na przodzie i z pewnością zwycięży. Biały to jakiś maleńki człowieczek.
Oddał lornetę Apaczowi; ten, zaledwie skierował szkła na białego, wykrzyknął:
— Uff! Hobble-Frank! Mały bohater musi biegać dfa ocalenia życia, a niepodobna, aby czerwonego prześcignął.
— Hobble-Frank? — zapytał Old Firehand. — Nie powinniśmy stać tu z założonemi rękami, lecz musimy coś przedsięwziąć!
— Teraz jeszcze nie, — oświadczył Rpacz. — Nie grozi mu jeszcze żadne niebezpieczeństwo. Old Shatterhand jest przecież przy nim.
Drzewa rosły w ten sposób, że nie było widać całej przestrzeni, na której odbywał się wyścig. Obaj współzawodnicy zniknęli na prawo; oczekiwano naturalnie, że pierwszy pojawi się czerwony. Jakież jednak było zdumienie, kiedy zamiast niego ukazał się mały, idąc zupełnie swobodnie, jakby to szło o spacer.

— Frank pierwszy! — zawołał Oid Firehand. — Jak to

możliwe?
— Przy pomocy podstępu, — odpowiedział Winnetou. — Zwyciężył; wnet dowiemy się, jak tego dokazał. Słuchajcie, z jakim gniewem krzyczą Utahowie! Odchodzą; powracają do obczu. Patrzcie! Tam stoją cztery blade twarze; poznaje je.
—: Ja też, — zawołał Droll. — To Old Shatterhand, długi Dayy, gruby Jemmy i mały Hobble-Frank.
Imiona te wzbudziły ogólny podziw; kilku z jeźdźców znało tego lub owego z wymienionych, inni nasłuchali się o nich coniemiara, to też tu i owdzie padały spostrzeżenia i uwagi, aż Winnetou odezwał się do Old Firehanda:
— Nasi przyjaciele mają jeszcze broń, a więc nie jest z nimi najgorzej. Pozostańcie tutaj, a ja spróbuję zbadać, co się dzieje.
Trzymając dalekowidz w ręce, zniknął między drzewami. Minęło przeszło pół godziny, zanim wreszcie powrócił, oznajmiając:
— W pośrodku obozu odbywa się pojedynek. Utahowie stoją tak gęsto obok siebie, że nie mogłem ujrzeć walczących; widziałem jednak Hobble-Franka. Pokryjomu i ostrożnie wyprowadził konie poza namiot i zarzucił na nie koce; biali chcą się widać oddalić.
— Pokryjomu? A więc uciekają? — zapytał Old Firehand. — Stańmy tu na drodze i czekajmy na nich, albo nawet chodźmy naprzeciw nich.
— Ani jedno, ani drugie, — odparł Apacz, potrząsając głową. — Niech Old Firehand się zastanowi: co uczynią czerwoni, gdy biali umkną?
< — Będą ich ścigać.
— Jeśli się ściga czterech lub sześciu ludzi, ilu wojowników potrzeba do tego?
— No, dwudziestu do trzydziestu
— Dobrze! Tych pokonamy bardzo łatwo. Jeśli jednak pokażemy się Utahom, to rzuci się za nami cały szczep i popłynie wiele krwi.
— Masz słuszność, Winnetou! file czerwoni poznają ze śladów, ilu nas jest.
— Będą patrzeć na trop, który jest przed nimi, a nie na ten, który za nimi.
— Ach, ty myślisz, że pójdziemy za nimi?... — Słuchaj! Cóżto?
Od strony obozu zabrzmiało straszliwe wycie, a zaraz potem ujrzano, jak wyjechało stamtąd galopem czterech ludzi. Byli to biali. Zwrócili się wgórę jeziora, mieli więc zamiar dotrzeć do potoku i wzdłuż niego jechać wgórę.
— Niech Old Firehand pójdzie ze mną, — rzekł Winnetou, — inni natomiast biali bracia muszą prędko udać się z końmi głębiej w las i tam czekać, aż powrócimy. Niechaj wezmą także i nasze konie.
Wziąwszy Old Firehanda za rękę, pociągnął go za sobą wzdłuż wysokiego brzegu rzeczki popod drzewami aż do miejsca, skąd widać było obóz bez narażenia się na odkrycie. Tam stanęli. —
Old Shatterhand z towarzyszami jechał dołem, podczas gdy Apacz i Firehand stali wgórze. Kiedy dotarli do owego miejsca, zabrzmiał nad nimi głos:
— Uff! Niech moi biali bracia zatrzymają się tutaj.
Tamci wstrzymali konie i spojrzeli wgórę, wołając równocześnie:
— Winnetou, Winnetou!
— Tak, to Winnetou, wódz Apaczów. A tu stoi drugi przyjaciel moich białych braci, — popchnął naprzód olbrzyma.
— Old Firehand! — zdziwił się Old Shatterhand. — -Ty tutaj! Co za radość! Czy jesteście sami?
— Nie, będzie nas pewnie ze czterdziestu: myśliwych i rafterów. Znajdziesz wśród nas dobrych znajomych. Teraz nie czas na opowiadanie. — Dokąd zmierzasz?
— Nad Srebrne Jezioro.
— My też. Jedźcie dalej! Skoro tylko wasi prześladowcy miną nas, pójdziemy za nimi i weźmiemy ich w środek.
— Bardzo dobrze! — Co za szczęście, żeśmy was spotkali! Czy widzicie stąd obóz?
— Tak.
— To uważajcie, aby nas nie schwytano. Chcę wam opowiedzieć to, co najpotrzebniejsze.
Opowiedział zaszłe wypadki, jak mógł najkrócej, poczem Winnetou zabrał głos:
— Mój biały brat zna ów głęboki wąwóz, który blade twarze nazywają Night-canon. Stąd można się do niego dostać w przeciągu pięciu godzin; wąwóz rozszerza się w środku, tworząc okrągły plac, którego ściany zdają się sięgać nieba. Czy Old Shatterhand przypomina sobie to miejsce?
— Tak.

— Tam niechaj mój biały brat jedzie, a kiedy minie okrągły plac, niech się usadowi po przeciwnej stronie. Wąwóz jest tak wąski, że dwu jeźdźców zaledwie może się wyminąć, więc brat mój, dzięki swej czarodziejskiej strzelbie, sam jeden może zatrzymać kilka setek Utahów, Dostaną się tam, no, to nie będą mogli, pójść ani naprzód, ani się cofnąć, bo my wnet będziemy na ich tylach.

— Dobrze, pójdziemy za tą radą. Ale przedewszystkiem powiedzcie mi jeszcze jedno. Dlaczego jedziecie w tak wielkiej liczbie w góry, nad Srebrne Jezioro?
— Zaraz się dowiesz, — odpowiedział Old Firehand. — Tam wgórze znajduje się nadzwyczaj bogata mina srebrna, ale w okolicy tak suchej, że nie możnaby na~ razie jej wyzyskać, gdyby się nie udało sprowadzić tam wody. To też wpadłem na myśl, aby spuścić wody Srebrnego Jeziora. Jeśli się nam uda, to mina przyniesie miljony. Mam ze sobą inżyniera, który sprawę oceni ze strony technicznej, a w pomyślnym razie przeprowadzi ją.
Po twarzy Old Shatterhanda przebiegł lekki uśmiech, kiedy się odezwał:
— Mina? Kto ją odkrył?
— Ja sam byłem przy niej.
— Hm! Jeśli ci się uda sprowadzić wody jeziora do owej kopalni, to zrobisz podwójny interes. Ma dnie jeziora leżą bogactwa, wobec których blednie twoja mina.
— Ach! czy masz na myśli skarb w Srebrnem Jeziorze? Co wiesz o nim?
— Więcej, niż myślisz. Dowiesz się o tem później.. Ale, ty sam również mówisz o tym skarbie. Od kogo; dowiedziałeś się o nim?
— Od ... no, i o tem później. Teraz uchodź! Widzę Indjan; nadjeżdżają z obozu.
— Ilu?
— Pięciu.
— Pshaw! Niema się czego bać. To straż przednia, której nie powinniśmy stracić z oczu; główny oddział pójdzie wnet po nich. A więc naprzód! Dowidzenia w „Kenjonie Nocy“!
Wspiął konia ostrogą i odjechał z trzema towarzyszami; Oid Firehand i Winnetou przyczaili się, aby obserwować Utahów. Ci minęli ich z oczyma utkwionemi przed siebie w ziemię.
Wtedy dwójka powróciła do swego oddziału, który, cofnąwszy się w las, stał wpobliżu ujścia potoku. Już Old Firehand chciał oznajmić, o czem mówił z Old Shatterhandem, gdy wtem wzrok jego padł na kilka kobiet Utahów, zbliżających się ku brzegowi jeziora; niosły w rękach przybory, niezbędne do połowu ryb. Zwrócił więc na nie uwagę Winnetou:
— Gdyby podsłuchać te skwaw, to może dowiedzielibyśmy się czego o zamiarach wojowników.
— Winnetou spróbuje to uczynić, jeśli dość blisko podejdą, — odpowiedział Apacz.
Zbliżyły się dostatecznie. Nad ujściem potoku zasiadły na brzegu pod krzakami i, zarzuciwszy wędki, poczęły rozmawiać, nie zważając na to, że łowiąc ryby, powinny milczeć. Winnetou poczołgał się ku nim jak wąż i położył za krzakami, przy których siedziały. Zabawny był to widok — Winnetou, podsłuchujący kobiety!
— Jeśli te skwaw nie nauczą się milczeć, to nigdy nie złapią ani jednego pstrąga — rzekł, wróciwszy po kwadransie. — Powiedzjały mi wszystko, co chciałem wiedzieć, Tych pięciu wojowników, którzy przejechali obok nas, ma wskazywać ślady Oid Shatterhanda, a wkrótce pójdzie za nimi jeszcze pięćdziesięciu, których poprowadzi Wielki Wilk.
— To on nie raniony? — zapytał Firehand.
— Cios Old Shatterhanda zwichnął mu prawą rękę i pozbawił oddechu; oddech już powrócił, a ręka nie przeszkadza mu kierować osobiście pościgiem. Utahowie rozprószą się jeszcze dziś po całej okolicy dla polowania i przygotowania zapasów mięsa, gdyż jutro mają zwinąć obóz.
— Dokąd go przenoszą?
— Kobiety i dzieci pociągną w góry do starców; wojownicy zaś pójdą za Wielkim Wilkiem na miejsce zebrań wszystkich plemion Utahów.
— Gdzie ono leży?
— Tego skwaw, jak się zdaje, nie wiedzą. Więcej dowiedzieć się nie mogłem; dla naszego jednak planu j to wystarcza. —
Rozłożono się więc na czatach; po upływie może godziny Wielki Wilk z czerwonymi przejechał obok, nie rzuciwszy nawet okiem pod drzewa. Czerwoni, wszyscy bez wyjątku uzbrojeni w broń palną, wyglądali niezwykle marsowo. Wódz miał prawą rękę na temblaku; twarz pomalował jeszcze mocniej niż rano; z ramion opadał mu na grzbiet konia płaszcz wojenny ozdobiony piórami, ale na głowie brakło orlich piór, bo został zwyciężony i postanowił tę odznakę przywdziać dopiero wtedy, gdy pomści swą hańbę. —
W dziesięć minut później poszedł za Utahami Winnetou sam jeden; trochę później ruszyła reszta.
O ubitej drodze naturalnie nie było mowy; jechano ciągle wgórę wzdłuż rzeki, która w czasie wiosennych roztopów naderwała brzegi; wszędzie leżały oderwane kamienie i pnie, posuwano się więc naprzód bardzo powoli, zwłaszcza, że przez takie przeszkody trudno było przenosić lektykę młodej Eilen Butler.
Droga ku Kenjonowi Nocy prowadziła przez najwęższe miejsce Elk-mountains poprzez góry. — Tymczasem porzucono potok, aby ruszyć przez las dziewiczy. Grunt był zbutwiały i miękki, a ślady wciskały się głęboko. — Kilka razy zbliżano się tak do Apacza, że można go było dojrzeć; postawa jego okazywała zupełny spokój; wiedział, że Utahowie nie zwrócą tak prędko uwagi poza siebie.
Kiedy Old Firehand ruszył ze swymi ludźmi z naci jeziora, była godzina dziesiąta. Aż do pierwszej jechali prawie wyłącznie lasem, potem przez prerję, pokrytą zaroślami. Wreszcie dotarto znowu do lasu, ale nie na długo, bo już po kilku minutach dosięgnięto przeciwnego skraju. Tam zatrzymał się Apacz, czekając na towarzyszy.
Osobliwy widok ukazał się białym. Przebyli już obszar Elk-mountains; przed okiem ich rozciągała się Grand-river ze swemi kenjonami. Po stronie prawej, lewej i tam, gdzie jeźdźcy przystanęli, obniżały się ku sobie trzy ukośne, skaliste równiny. Pochyłość ich była tak stroma, powierzchnia tak gładka, że niepodobna było pozostać na siodle. Z obu stron, tam, gdzie owe olbrzymie tablice się stykały, płynęły wdół strumienie, nie dając jednak życia choćby nawet źdźbłu trawy. Wdole łączyły się oba potoki i znikały w szczelinie skalnej, która pozornie miała szerokość linji.

— 	To jest Night-canon, — objaśnił Oid Firehand, wskazując na szczelinę. — Otrzymał tę nazwę dla głębokości swojej i ciasnoty, bo światło słoneczne nie może dosięgnąć jego dna. Ale, spójrzcie wdół!

Wskazał, gdzie woda niknęła w szczelinie. Tam posuwały się drobne postacie; byli to Utahowie. Pogrążali się właśnie w szczelinę skały, wyżłobioną prawie prostopadle w gigantycznej ścianie, ponad którą leżała szeroka równina, zamknięta omglonemi olbrzymami górskierni, Book-mountains. Ciotka Droll, spojrzawszy w głębię, odezwał się do Czarnego Toma:
— Tu mamy zejść nadół, jeśli to potrzebne? Tego dokaże jedynie kominiarz! Wszak to istna ślizgawka.
— A jednak musimy zejść, — oświadczył Old Firehand. — Zsiądźcie z koni i weźcie je za cugle, ale krótko. Musimy naturalnie postępować zupełnie tak, jak na ślizgawce. Ponieważ niema ani sanek, ani hamulca, przeto należy spuszczać się zygzakiem.
Posłuchali tej rady; zejście zabrało znacznie więcej niż pół godziny. Wkońcu znaleźli się u wejścia kenjonu, który tu był tak wąski, że starczyło miejsca tylko na dwu jeźdźców obok siebie. Przodem jechał naturalnie znowu Winnetou; za nim Old Firehand, obok lord. Potem myśliwi, a wkońcu rafterzy, którzy wzięli między siebie inżyniera i jego córkę. Oddział od czasu opuszczenia Eagle-tail powiększył się przez to, że nadzorca Watson z kilku jeszcze robotnikami przystał do wyprawy.
Ponieważ stukot kopyt mógł ich zdradzić, Winnetou zsiadł z wierzchowca i w swych miękkich mokassynach ruszył przed towarzyszami, gdy tymczasem rafterzy poprowadzili jego konia. Była to jazda jakby w podziemiu. Przed sobą I za sobą mieli wąską szczelinę, pod nogami twardą, pokrytą kamieniami skałę i ciemną, niesamowitą wodę, a na prawo i lewo prostopadłe ściany tak wysokie, że nie pozwalały widzieć nieba. Im głębiej się posuwano, tem powietrze stawało się zimniejsze i cięższe, a światło dzienne zasnuwało zmrokiem.
Kenjon był nieskończenie długi. Czasem rozszerzał’ się nieco, że starczało miejsca dla pięciu lub sześciu jeźdźców, to znowu ściany jego tak sir schodziły, iż ludzie doznawali uczucia, że się poduszą. Nawet konie parskały bojaźliwie i wydzierały się szybko naprzód.
Minął kwadrans, i drugi; nagle — mimowoli wszyscy zatrzymali się, — rozległ się huk, jakby z dziesięciu armat.
— Na miły Bóg, co to było? — zapytał inżynier. — Czy to skały się walą?
— Wystrzał ze strzelby, — odpowiedział Old Firehand. — Nadszedł czas. Pozostanie tu jeden człowiek na trzy konie, a reszta naprzód! Zsiadać!
W okamgnieniu stanęło na ziemi przeszło trzydziestu ludzi gotowych iść za nim, a każdy miał strzelbę w ręce. Już po kilku krokach ujrzeli Winnetou, który, zwrócony do nich tyłem, trzymał strzelbę wymierzoną naprzód.
— Broń precz, inaczej przemówi moja czarodziejska strzelba, — rozległ się znienacka potężny głos, niewiadomo zgóry czy też z ziemi.
— Broń precz! — zagrzmiało również w języku Utahów.
Teraz padły krótko po sobie trzy strzały; słychać było że wyszły z jednej i tej samej lufy. Był to z pewnością sztuciec Henry’ego Oid Shatterhanda, a jego trzask nabrał tu’ siły naprawdę strzału armatniego. Niebawem błysnęło także ze srebrnej rusznicy Winnetou. Trafieni krzyknęli. Posłyszano wycie, jakby zerwały się wszystkie moce piekieł.
Old Firehand dotarł do Apacza; mógł teraz widzieć, kogo ma przed sobą i co się dzieje. Szczelina rozszerzała się tu na krótkiej przestrzeni, tworząc pewnego rodzaju grotę skalną. Miała kształt okrąglaka, a była tak obszerna, że mogła pomieścić może stu jeźdź* ców. Wzdłuż lewej. krawędzi biegła woda. Pomimo mroku widać było gromadę Utahów.
Pięciu wysłanych naprzód wojowników popełniło wielki błąd, zatrzymując się tu, aby czekać na swor’x Gdyby byli tego nie uczynili, to czterej biali, stojący po drugiej stronie, byliby zmuszeni przemówić do nich, a ci mogliby pewnie cofnąć się, aby ostrzec towarzyszy. Ponieważ jednak czekali, aż pozostali nadejdą, więc teraz wszyscy znaleźli się w pułapce. Po drugiej stronie stał Old Shatterhand ze sztućcem Henry’ego wzniesionym do strzału, a obok niego klęczał HobbleFrank, aby Davy i Jemmy mogli strzelać ponad jego głową. Czerwoni nie opuścili broni na wezwanie Oid Shatterhanda i dlatego padły strzały. Pięciu Utahów leżało martwych na ziemi; inni nie mogli zaś myśleć o obronie, gdyż mieli dość roboty z opanowaniem koni, spłoszonych potężnem echem strzałów.
— Odrzućcie broń, inaczej znowu będę strzelał! — zabrzmiał powtórnie głos Old Shatterhanda.
A z drugiej strony rozległo się wołanie: — Tu stoją Oid Firehand i Winnetou, wódz Apaczów,
Poddajcie się, jeśli chcecie zachować życie!
Żaden z Utahów nie ośmielił się podnieść broni. Osłupiali patrzyli to naprzód, to wstecz, nie wiedząc, co mają począć. Wtem obok Winnetou i Old Firehanda prześlizgnął się Droll, pomknął ku wodzowi, a przyłożywszy mu lufę karabinu do piersi, zawołał:
— Odrzuć strzelbę, bo pociągnę za kurek?
Wielki Wilk utkwił osłupiały wzrok w tę grubą, cudaczną postać, jakby ujrzał przed sobą widmo; paice jego ręki otwarły się i,strzelba wypadła.
— Tomahawk i nóż także!
Wódz sięgnął do pasa i uwolnił go z balastu.
— Odwiąż swe lasso!
I tego rozkazu posłuchał Wielki Wilk; Droll lassem związał nogi wodza pod brzuchem konia i odprowadził go na bok, wołając na Gunstick-uncle’a, który stał za Old Firehandem:
— Chodż-no, uncle, i zwiąż mu ręce!
Uncle przystąpił sztywnie, uroczyście i odrzekł:
— Trza mu do pasa ręce związać, aby już nie mógł więcej kąsać, — i skoczywszy poza Wielkiego Wilka na konia, wprowadził swoją zapowiedź w czyn. Zdawało się, że wódz nie zdaje sobie wogóle sprawy z tego, co się z nim dzieje; bezwolny był jak we śnie. Przykład jego podziałał na innych; poddali się swemu losowi; szybko rozbrojono ich i związano. Teraz szło przedewszystkiem o to, aby wyjść z kenjonu; dlatego skort? tylko uwinięto się z ostatnim czerwonoskórym i zebrano zdobytą broń, ruszono w dalszą drogę. Przodem jechali myśliwi, w środku czerwoni; pochód zamykali rafterzy.
Winnetou i Firehand wysunęli się z Old Shatterhandem naprzód, podawszy mu w milczeniu rękę; było to jedyne pozdrowienie możliwe narazie. Tuż przed jeńcami jechali ciotka Droll i Hobble-Frank. Jeden do drugiego nie mówił ni słowa. Po pewnym czasie Droll wyjął nogi ze strzemienia I stanął na grzbiecie konia, aby napowrót usiąść w siodle, lecz już okrakiem.
— Heavens! Co to ma znaczyć? — zapytał Frank. — Czy zachciewa się wam żartów, sir? A może byliście zajęci w cyrku jako clown?
— Nie, master, — odpowiedział grubas.- — Siadłem okrakiem, bo inaczej mogłaby z nami pójść sprawa naopak. Pomyślcie tylko; za nami jedzie pięćdziesięciu czerwonych; może się więc łatwo zdarzyć coś takiego, o czem nie pomyśleliśmy. W tej pozycji będę ich miał na oku; w ręce mam rewolwer, aby dać im jaką pigułkę, jeśli to potrzebne.
— Hm! To nawet słuszne. Mój koń nie weźmie m tego za złe, jeśli i ja się obrócę.
W kilka sekund później siedział również okrakiem, aby pilnować czerwonych. Teraz, rzecz naturalna, ci dwaj zabawni jeźdźcy musieli często ku sobie zerkać; nie dziw tedy, że spojrzenia ich stawały się coraz cieplejsze. Tak ujechali szmat drogi w milczeniu, aż wreszcie Hobble-Frank, nie mogąc dłużej utrzymać języka, zagadnął:
— Nie weźcie mi za złe, że zapytam was o nazwisko. Tak, jak teraz siedzicie obok mnie, widziałem was już nieraz!
— Gdzie?
. — W wyobraźni.
—Do stu piorunów! Ktoby to pomyślał, że ja żyję w waszej wyobraźni! Jaki czynsz mam za to płacić i jak stoi sprawa z wypowiedzeniem mieszkania?
— Całkiem wedle waszej woli; ale dziś z wyobraźnią koniec, bo widzę was teraz osobiście. Jeśli jesteście tym, za kogo was uważam, to słyszałem o was wiele rzeczy zabawnych.
— No, a za kogo mię uważacie?
— Za ciotkę Droil.
— A gdzie słyszeliście o niej?
— W różnych miejscach, w których byłem z Old Shatterhar.dem i Winnetou: tam wgórze w Parku Narodowym, a także na Liano Estacado.
— Tak? Hm! A ja także o was słyszałem, mr. Hobble-Franku! Mówił o was Apacz i jeszcze dziś, kiedy leżeliśmy przed obozem Utahów, nazwał was małym bohaterem.
— Małym... bohaterem! — powtórzył Frank, a po twarzy jego przemknął uśmiech szczęścia. — Małym... bohaterem! Muszę sobie to zapisać! Dobrze odgadnęliście, kim jestem; a ja, czy zgadłem?
— Naturalnie. Ale jak wpadliście na to, że jestem ciotką Droll?
— Powiedziało ml to wasze ubranko, jak również zachowanie się. Słyszałem często, że ciotka Droll jest nadzwyczajnie śmiałą kobietą; widząc, jak poprzednio poczynaliście sobie z wodzem Utahów, pomyślałem zaraz: to jest ciotka, nikt inny!
» — Sprawiacie mi wielki zaszczyt! Słyszałem, że jesteście Niemcem?
— Saksończykiems
— Do pioruna! Skąd? Czy z królestwa? Z Altenbip* ga? Koburg-Gotha? Meiningen-Hildburghausen?
— Z królestwa, z królestwa! Ale wy znacie te nazwy tak dokładnie; czy jesteście także Niemcem?
— Naturalnie! ! to z Saksonji, z Sachsen-Altenburga.
— Dlaboga! — przerwał mały w swym rodzinnym dialekcie. — Saksończyk i to Altenburczyk? Czy to możliwe? Z miasta Altenburg czy z okolicy, hę?
— Nie ze stolicy, tylko z Langenleube.
— Langen... ieube? — zapytał Frank, otwierając szeroko usta. — Langenleube-Niederhain?
— Tak! Czy znacie je?
— Co za pytanie! Mam tam krewnych, u których byłem dwa razy na czereśniach. Wiecie, tam dopieroż są czereśnie, w altenburskiem! Przez całych czternaście dni pieką placki, a jak skończą w jednej wsi, to zaczynają w drugiej,
— To prawda! — potwierdził Droll. — Ale, wy macie krewnych u nas? Jak się nazywają ci ludzie i skąd pochodzą?
— Nazywają się Droll, tak samo jak wy! To bardzo bliskie pokrewieństwo! Mój ojciec miał kurna, którego nieboszczka synowa wyszła powtórnie zamąż w Langenleube. Później umarła, ale jej pasierb ma szwagra i ten jest owym, o którym myślę. To był sprytny chłopak, który wszystko potrafił; raz był kelnerem, to znowu kościelnym, to sierżantem gwardji obywatelskiej, drużbą, wreszcie...
— Stój! — przerwał Droll, wyciągając rękę i chwytając go za ramię. — Czy miał dzieci?
— Bardzo dużo!
— Czy wiecie, jak im było na imię?
— Nie, już nie pamiętam. Tylko najstarszego przypominam sobie, bo lubiłem tego hultaja. Nazywał się Bastei, bo Sebastjan wymawiają często w altenburskiem „Bastel“. Zdaje mi się, że nazywano go również Mełchjor; to nader popularne imię w Altenburgu.
— Słusznie, bardzo słusznie! To się zgadza, to się dokładnie zgadza! Sebastjan Melchjor Droll! Czy wiecie, co się z nim stało?
— Niestety, nie!
- — To popatrzcie na mnie, a przekonacie się, na kogo wyrósł. — To ja!
— Wy... wy? — zapytał mały.
— Tak, ja! Ja byłem owym Bastelem i jeszcze teraz wiem zupełnie dokładnie, kto bawił u nas na czeTeśniach; to był kuzyn Frank z Moritzburga, który potem został pomocnikiem leśnym.
—1 Słusznie! — Kuzynie, a więc tu, wśród dziczy spotykamy się my, krewni. Chodź tu, kochany braciszku, muszę cię przycisnąć do serca!
Jeden sięgnął ku drugiemu; uścisk ten, ponieważ obaj siedzieli okrakiem, połączony był z pewnemi trudnościami, które jednak, choć z mozołem, przezwyciężyli. Nie troszcząc się o posępne spojrzenia jeńców z pomalowanemi twarzami, jechali obok siebie ręka w rękę, tyłem zwróceni ku znakomitym myśliwcom, i prawili o minionej młodości. Rozmowa ich długoby jeszcze się przeciągnęła, gdyby pochodu nie przerwano; dotarto mianowicie do wylotu szczeliny, zakończonej większym i szerszym kenjonem. Słońce zapadło tak już głęboko, że promienie nie sięgały dna parowu, ale dość jeszcze było jasno, a powietrze czyste i świeże. Jeźdźcy odetchnęli swobodniej, wydostawszy się na otwarte miejsce. — Kenjon ten miał może dwieście kroków szerokości, a na dnie jego płynęła wątła, wąska rzeczka, którą łatwo można było przebyć w bród. Nad wodą rosła trawa, krzaki i kilka drzew.
Czerwonych zsadzono na ziemię, nie uwalniając ich z więzów. — Oddział Old Firehanda miał nieco żywności , to też najpierw się posilono; potem miano rozstrzygnąć los czerwonoskórych. Winnetou, Old Firehand i Shatterhand byli gotowi puścić ich wolno, inni jednak żądali surowej kary. Głos zabrał lord:
—Nie sądzę, aby byli godni kary za czyny swoje aż do końca pojedynków; lecz, że potem jednak zamiast zwrócić wam wolność, ścigali was z zamiarem mordu, to ten właśnie zamiar jest karygodny.
— Jak ich ukarać za ten zamiar? Chyba nie śmiercią!
— Nie!
— Aresztem, więzieniem, czy domem poprawy?
— Pshaw! Sprawcie im dobre cięgi!
— To najgorsze, co moglibyśmy popełnić, gdyż dla Indjanina niema większej obelgi nad uderzenie. Ścigaliby nas przez całą Amerykę.
— To nałóżcie na nich jaką grzywnę! Zabierzcie im konie i broń!
— To okrucieństwo. Pozbawieni wierzchowców zginęliby z głodu, lub wpadli w ręce nieprzyjaciół.
— Nie pojmuję was, sir! Właśnie wy nie powinniście okazywać im szczególnych względów, bo na was przedewszystkiem się targnęli.
— Właśnie, ponieważ oni targnęli się na mnie, Franka, Davy’ego i Jemmy’ego, my czterej powinniśmy rozstrzygać o ich iosie.
— Postąpcie, jak uważacie! — lord odwrócił się z niechęcią. — Ale, — cofnął się — idziemy w zakład?
— O co?
— O to, że te hultaje źle się wam odpłacą, jeśli
z nimi postąpicie pobliżliwie.
— Nie zakładam się. —
Coraz wyraźniej skłaniano się do wniosku Old Shatterhanda, który przemawiał za jaką taką zgodą z czerwonymi; niedość byłoby jednak układać się z samym wodzem; podwładni jego musieli również słyszeć, co powie i co przyobieca, może natenczas ze względu ’ na dobrą sławę nie złamie przyrzeczeń. — Utworzono więc szerokie koło, złożone ze wszystkich białych i czerwonych. Dwaj rafterzy musieli stanąć wgórze i wdole kenjonu na straży, aby natychmiast donieść o zbliżaniu się wroga. Wódz usiadł przed Winnetou i Old Shatterhandem, nie patrząc na nich, czy to ze wstydu, czy z zapamiętałego gniewu.
— Jak Wielki Wilk wyobraża sobie swój los? — zapytał Old Shatterhand w języku Utahów.
Wódz zbył pytanie milczeniem.
— Wódz Utahów boi się i dlatego nie odpowiada.
Czerwony podniósł wzrok, wbił go z wściekłością
w twarz myśliwego i rzekł:
— Blada twarz jest kłamcą, jeśli twierdzi, że ja się boję.
— Więc odpowiadaj! A nie powinieneś mówić o kłamstwie, bo sam skłamałeś.
— Nieprawdal

— 	Prawda! W obozie pytałem, czy będziemy woini, jeśli odniosę zwycięstwo. Co na to odpowiedziałeś?

— Że będziecie mogli odejść.
— Czy to nie był fałsz?
— Nie, gdyż odeszliście.
— Ale wyście nas ścigali! Czy zaprzeczysz temu?
— Zaprzeczę. Chcieliśmy udać się na miejsce zgromadzeń Utahów, a nie ścigać was.
— A dlaczego wysłałeś pięciu wojowników naszemi śladami?
— Tego nie uczyniłem. Skoro topór wojenny wykopany, należy mieć się na baczności. Chcieliśmy pozwolić wam odejść i dotrzymać naszego słowa. Wy jednak napadliście na nas, odebraliście nam wszystką własność i zabiliście pięciu Utahów.
— Dlaczego twoi strażnicy strzelali do nas, kiedyśmy odjeżdżali?
— Nie wiedzieli o mojem przyrzeczeniu.
— Dlaczego wszyscy twoi ludzie wydali okrzyk wojenny? Ci znali twoje przyrzeczenie zupełnie dokładnie.
— Ten okrzyk odnosił się nie do was, lecz do strażników, aby zaniechali strzałów. Oid Shatterhand białe tłumaczy na czarne.
— A ty czarne na białe. Ale, mam niezbity dowód twojej winy. Podkradliśmy się pod wasz obóz i podsłuchaliśmy twoich ludzi; wiemy więc, że chcieliście nas zabić. Jaką karę za to poniesiecie?
Czerwony nie odpowiedział.
— Nie utrąciliśmy wam ani jednego włoska, a wy chcieliście odebrać nam życie; — zasłużyliście więc na śmierć. My jednak jesteśmy chrześcijanami i przebaczarny. Otrzymacie wolność i bron, iecz zato musicie nam przyrzec, że żadnemu z nas, jak tu siedzimy, nigdy nie spadnie włos z głowy z waszego powodu.
— Czy to mówi twój język, czy twoje serce? — zapytał wódz, rzuciwszy na Old Shatterhanda niedowierzające, badawcze, ostra spojrzenie.
—~ Mój język nigdy nie ma innych słów, niż moje serce. Czy jesteś gotów dać nam takie przyrzeczenie?
— Tak..
— ! jesteś gotów stwierdzić je fajką pokoju?
— Jestem gotów.
Odpowiadał szybko, bez namysłu, stąd należało się spodziewać, że przyrzeczenie bierze poważnie. Wyrazu jego twarzy nie można było spostrzec z powodu grubo nałożonej farby.
— Niech więc fajka pójdzie dokoła, — ciągnął Old Shatterhand. — Powtarzaj słowa, które ci podyktuję.
— Mów, a powtórzę!
Ta gotowość dawała dobre prognostyki, westman jednak nie mógł pominąć zastrzeżenia:
— Spodziewam się, że tym razem masz zamiary uczciwe. Byłem zawsze przyjacielem czerwonych mężów i uwzględniam to, że Utahowie zostali zaczepieni; w innym wypadku nie uszłoby wam tak gładko.
Wódz patrzył w ziemię, nie podnosząc oczu na mówiącego. Myśliwy zdjął swój kalurfiet ze szyi, napełnił go, i, zapaliwszy, rozwiązał wodzowi więzy. Wielki Wilk musiał się podnieść, wypuścić dym w sześciu kierunkach, powtarzając:
— Ja, Wielki Wilk, wódz Yamba-Utahów, mówię za siebie i za moich wojowników. Mówię do bladych twarzy, których widzę przed sobą, do Oid Firehanda, i Old Shatterhanda i wszystkich innych, a także do Winnetou, słynnego wodza Apaczów. Wszyscy ci wojownicy i biali mężowie są naszymi przyjaciółmi i braćmi. Nie może im nigdy z naszej Strony stać się krzywda, a my raczej umrzemy, niżbyśmy mieli powiedzieć, że uważają nas za swych wrogów. To jest moja przysięga. PowiedziałemHowgh!
Kiedy usiadł, uwolniono także innych z więzów i fajka przeszła z ust do ust. Nawet mała Ellen Butler musiała zrobić sześć pociągnięć. Następnie czerwoni odzyskali broń. Mimo ich przysięgi, biali nie rezygnowali z ostrożności i każdy trzymał rewolwer wpogotowiu. Wilk, przyprowadziwszy konia, odezwał się do Old Shatterhanda:
— Powrócimy teraz do naszego obozu.
— Ach! Szliście przecież na miejsce zgromadzeń Utahów! — Więc jednak przyznajesz, że jazdę tę podjęliście tylko ze względu na nas.
— Nie. Wy zabraliście nam tyle czasu, źe przyszlibyśmy tam za późno. Powracamy zatem,
— Przez szczelinę w skale?
— Tak. — Bywaj zdrów!
Podawszy mu rękę, wsiadł na konia, aby wjechać w szczelinę. Utahowie poszli za nim, a każdy z nich żegnał się po przyjacielsku.
— Ten łajdak jest jednak tylko łajdakiem, — odezwał się stary Blenter. — Gdyby nie miał na twarzy warstwy farby, grubej na palec, to możnaby na niej wyczytać fałsz. Kula w łeb byłaby najlepszym środkiem.
Winnetou, słysząc te słowa, odrzekł:

— Mój brat może ma słuszność, jednakże tepiej jest czynić dobrze, niż źle. Przez noc pozostaniemy tutaj, więc ja pójdę teraz za Utahami i postaram się ich podsłuchać.

Po tych słowach zniknął w szczelinie. — Dzień zbliżał się do kresu, zwłaszcza, że tu w ke~ njonie wcześniej nastawała ciemność. Kilku z czeredy poszło poszukać drzewa na ognisko; Old Firehand pojechał na południe do kenjonu, Old Shatterhand na północ, aby zbadać okolicę. Musieli być ostrożni. Obaj, ujechawszy znaczną przestrzeń i nie zauważywszy nic podejrzanego, zawrócili, aby wraz z pozostałymi posilić się skąpą wieczerzą.
Po dłuższym czasie powrócił Winnetou. Mimo głębokich ciemności, panujących w szczelinie, trafił do obozu. Opowiedział, że Utahowie zabrali trupy swoich, leżące jeszcze w kenjonie, i rzeczywiście ruszyli obraną drogą. Poszedł za nimi aż do drugiego wylotu szczeliny i widział dokładnie, jak wspinali się po stromym stoku skały; potem zniknęli w lesie.
Mimo to ustawiono straż głęboko w szczelinie, aby uniemożliwić z tej strony wszelki niespodziany napad. Dwaj inni strażnicy stanęli w głównym kenjonie o sto kroków wgórę i wdół obozu; w ten sposób zapewniono sobie zupełne bezpieczeństwo. — Naturalnie było nadzwyczaj wiele do opowiadania i dawno już północ minęła, kiedy ułożono się na spoczynek. Old Firehand obszedł straże, aby dojrzeć, czy czuwają bacznie, i wyznaczył kolej, w jakiej miano się zmieniać. — Zgaszono ogień; w kenjonie zapanowała cisza. —
Winnetou widział dobrze-. Utahowie zniknęli w lesie, ale — nie przejechali go, tylko się zatrzymali. Transport zwłok nie sprawiał im trudności, bo oprócz swoich wierzchowców mieli w zapasie konie zabitych. Teraz wódz nakazał zmarłych zdjąć z koni, powrócił na brzeg lasu, spojrzał wdół ku szczelinie i rzekł:
— Z pewnością nas obserwują; te białe psy zechcą zobaczyć, czy rzeczywiście wracamy do obozu.
— Nie uczynimy tego? — zdziwił się jeden z poddowódców.
— Czy masz tak mało mózgu w głowie, jak szakal prerjowy? — skoczył na niego Wielki Wilk. — Idzie wszak o zemstę na tych białych ropuchach!
— Ależ oni są teraz naszymi przyjaciółmi i braćmi! Paliliśmy z nimi fajkę pokoju!
— Do kogo należała fajka?
— Do Oid Shatterhanda.
— Tak, przysięga obowiązuje więc jego, a nie nas. Dlaczego był taki głupi, że nie posługiwał się moją fajką? Czy tego nie rozumiesz?
— Wielki Wilk ma zawsze słuszność, — zgodził się tamten z sofistyką wodza; — lecz jak ich napadniemy? Nas jest mało, a w dodatku nie możemy powracać przez szczelinę, bo będą jej strzec pilnie.
— To obierzemy inną drogę i sprowadzimy tylu wojowników, ilu zapragniemy. Czy nie obozuje ich dosyć w P’a-mow ). A czy tam dalej wgórze nie prowadzi wpoprzek kenjonu droga, której, jak się zdaje, blade twarze nie znają? Trupy i konie pozostaną tutaj; przy nich dwóch strażników. Z pozostałymi pojedziemy na północ. Postanowienie szybko wykonano. Bór był wprawdzie wąski, ale tworzył pas, długości godziny jazdy, wzdłuż którego Utahowie gnali galopem, aż wzgórze poczęło powoli spadać w wąwóz poprzeczny. Tym wąwozem Wielki Wilk dotarł do kenjonu głównego, w którym znajdowali się biali; wąwóz uchodził do niego w odległości trzech mil angielskish wgórę od obozu. Naprzeciw niego boczny kenjon wcinał się w główny. Tam zwrócił się Wielki Wilk ze swymi ludźmi; widać było, że zna drogę bardzo dokładnie, bo mimo ciemności .nie zbłądził ani razu.
Kenjon, przez który teraz jechali, nie miał wody, a wznosił się pod górę. Wkrótce czerwoni dotarli do obszernej równiny skalnej, w którą głęboko wcinała się rozgałęziona sieć kenjonów. Księżyc świecił jasno. W galopie przebyli równinę; wpół godziny potem okolica obniżyła się powoli w rodzaj szerokiego, łagodnego klinu. Na prawo i lewo skały jakby ściany ochronne rosły w miarę jak dno opadało, a na przodzie wynurzały się wierzchołki drzew, pod któremi płonęła armja ognisk. Był to las, prawdziwy las, na równinie, wymiecionej do czysta przez burze i spalonej na kamień przez słońce. Zawdzięczał swe istnienie jedynie tylko owej wklęsłości w ziemi. Górą wyły burze, nie dotykając go, a częste-gęste opady utworzyły coś nakształt jeziora, którego wody rozwilgniły grunt, pieniąc urodzaj korzeni. To był P’a-mow, Las wody, do którego zmierzał Wielki Wilk.
Nawet bez drogowskazu księżyca łatwo było trafić, tak liczne płonęły ognie. Panował tu ożywiony ruch obozu wojennego. Ani namiotu, ani chaty. Liczni czerwoni leżeli przy ogniach na kocach, albo na gołej ziemi; pomiędzy nimi pasły się konie. W miejscu tem miały się zebrać gromady wszystkich szczepów Utahów na wyprawę wojenną. — -
Wielki Wilk zsiadł z konia przy pierwsze m ognisku, skinął na swych ludzi, aby zaczekali, poczem zawołał na jednego z siedzących przy ogniu: „Nanap-neaw“# „Stary Wódz“. Był to naczelnik wszystkich szczepów Utahów. Wezwany poprowadził Wielkiego Wilka ku jezioru, gdzie zdała od innych płonęło wielkie ognisko. Siedziało tam czterech Indjan, wszyscy przystrojeni orlemi piórami. Jeden z nich zwracał zwłaszcza na siebie uwagę. Twarz jego, niepomalowaną, przecinały niezliczone, głębokie bruzdy. Białe jak śnieg włosy spływały mu, nisko na kark. Człowiek ten mijał z pewnością osiemdziesiąty krzyżyk, a jednak siedział tak prosto, dumnie i krzepko, jakby miał pięćdziesiąt lat niespełna. Zwrócił baczne spojrzenie na nadchodzącego, nie wypowiadając nawet pozdrowienia; inni również milczeli. Wielki Wilk usiadł i patrzył przed siebie. Tak minęła długa chwila; w koiv cu z ust starca padły słowa:
— Drzewo zrzuca iiście jesienią; jeśli jednak drzewa traci liście przedtem, to nic nie jest warte i należy je ściąć. Przed trzema dniami miało jeszcze ozdobę, gdzie się dziś podziała?
Pytanie to odnosiło się do braku piór orlich na głowie Wielkiego Wilka; słowa zawierały wyrzut druzgocący dla każdego dzielnego wojownika.
— Jutro ozdoba znowu zabłyśnie na mej głowie, a u pasa będą wisieć skalpy dziesięciu, a nawet dwudziestu bladych twarzy! — odparł wódz.
— Czy Wielki Wilk został zwyciężony przez blade twarze, że nie może nosić oznak swego męstwa i godności?
— Przez jedyną tlko bladą twarz, ale przez taką, której pięść jest cięższa niż dłonie wszystkich innych.
— Uff! Tym mógł być tylko Old Shatterhand!
— To on. Jest wpobliżu, a z nim jeszcze wielu innych: Oid Firehand, Winnetou, długi i gruby westman i oddział, który liczy pięć razy po dziesięć głów. Przyszedłem od was, aby przynieść wam ich skalpy.
— Uff! — Sędziwe oblicze Nanap-neawa przybrało wyraz takiego natężenia, że znikła prawie ostatnia jego zmarszczka. — Uff! Niech Wielki Wilk opowiada!
Wielki Wilk usiłował siebie i własne czyny przed-’ stawić w dobrem świetle. Indjanie siedzieli bez ruchu, słuchając z największą uwagą. Wódz zakończył:
— Nanap-neaw da mi pięćdziesięciu wojowników, z którymi napadnę na tych psów. Skalpy ich muszą wisieć u naszych pasów zanim jeszcze zabłyśnie zorza poranna.
Twarz starego znowu poorały zmarszczki.
— Jeszcze przed zorzą poranną? — zapytał. — Czy to są słowa czerwonego wojownika? Blade twarze chcą naszej zagłady i teraz, kiedy Wielki Duch oddaje w nasze ręce najsławniejszych i najznakomitszych z pośród nich, mają umierać szybko i bez bólu, jak dziecko na rękach matki? Czyż nie powinni ponieść męki tem cięższej, im są sławniejsi? Musimy ich pochwycić żywcem, aby poszli pod pal męczeński!
— Howgh! — potwierdzili trzej inni.
— Niechaj Stary Wódz pomyśli, jacy mężowie są pomiędzy nimi! — ostrzegał Wielki Wilk. — W broni siedzą wszystkie złe duchy...

— 	Dość! — przerwał gniewnie stary. — ’Wiem, jak silni i zręczni są ci biali, ale mamy poddostatkiem ludzi, aby ich rozgnieść. Dam ci trzystu wojowników, a przyprowadzisz mi te blade twarze żywcem. Ty sam masz pięćdziesięciu swoich, więc na każdego białego przypadnie siedmiu czerwonych. Musicie podejść ich i związaćt zanim się obudzą. Weźcie tylko dosyć rzemieni! Powiedziałem! — Teraz chodź; wybiorę, kto ma wyruszyć z tobą.

Poszli od ogniska do ogniska. Wkrótce zebrało się -trzystu ludzi, oraz pięćdziesięciu do pilnowania koni, których nie mogli przecież zabrać ze sobą aż do obozu białych. Wielki Wilk objaśnił wojownikom, o co chodzi, opisał im dokładnie okolicę i przedstawił plan napadu. Dosiedli koni.
Obrali dokładnie tę samą drogę, którą przybył Wielki Wilk, ale tylko do głównego kerijonu. Tam zsiedli z koni i pozotawili je pod opieką owych pięćdziesięciu. Przy takiej przewadze przedsięwzięcie to można było nazwać prawie zupełnie bezpiecznem. Szkopuły leżały jedynie w tem, że konie białych mogły zwietrzyć podkradających się czerwonych i przez niespokojne wierzganie lub głośne parsknięcie zdradzić ich. — Jak na to zaradzić? — Wódz wypowiedział to zdanie tak głośno, że słyszeli je otaczający. Jeden, schyliwszy się i zerwawszy jakąś roślinę, podał ją wodzowi:
— Tu jest pewny środek, aby oszukać ich powonienie.
Wódz poznał roślinę po zapachu. Była to szałwia. W kenjonie, którego dna słońce nie mogło dosięgnąć, rosła ta roślina masowo. Rada cyła dobra. Czerwoni natarli ręce i odzież szałwią. Nadto zuaważył Wielki Wilk, że lekki powiew wiatru szedł zdołu, a więc w korzystnym dla czerwonych kierunku. —
W dalszą drogę ruszono pieszo; wynosiła trzy mile angielskie. Początkowo szli szybko naprzód, kiedy jednak przebyli dwie mile, musieli już dalej posuwać się cicho jak węże. Oddaleni zaledwie o sześćset kroków, nie słyszeli jeszcze najmniejszego szelestu; nie poruszono kamyczka, nie potrącono nawet gałązki. Wtem . . . Wilk, idący przodem, stanął, ujrzawszy płonące ognisko strażników. W tym właśnie czasie Old Firehand obchodził straże. Wódz widział jeszcze za dnia, że jedną straż postawiono wgórze, drugą wdole obozu. Strażników należało najpierw unieszkodliwić. Wydawszy cicho rozkaz zatrzymania się, wyznaczył tylko dwu ludzi, aby szli za nim. Wkrótce doczołgali się do strażnika, stojącego wgórze obozu; zwrócony tyłem ku czerwonym, patrzył na niknącą postać Old Firehanda. Nagle... dwie dłonie objęły go za szyję, a cztery inne chwyciły za ręce i nogi; nie mógł złapać oddechu i stracił przytomność, a kiedy powrócił do siebie, był związany i w ustach miał knebel. Obok niego siedział Indjanin, przykładając mu do piersi ostrze noża.
Tymczasem ognisko zagaszono, a wódz wezwał do siebie znowu obu wojowników. Szło teraz o strażnika, stojącego poniżej obozu; musiano więc prześlizgnąć się koło obozowiska; dlatego trzej napastnicy przeszli przez potok i po drugiej stronie, gdzie nie było białych, poczołgali się dalej. Należało przypuszczać, że obie placówki ustawiono w równej odległości od obozu, łatwo więc było obliczyć, jaką przestrzeń należy przebyć. Woda fosforyzowała; plusk jej mógł ich zdradzić. Dlatego czerwoni poczołgali się jeszcze jakąś przestrzeń po drugim brzegu, potem przeszli znowu przez wodę i posunęli
97
K. May — Skarb w Srebrnem Jeziorze III 4*
się na rękach i nogach dalej .Niezadługo ujrzeli strażnika; stał o sześć kroków przed nimi z twarzą zwróconą wbok. Jeszcze jedna minuta, skok, ciche krótkie tupnięcie. Dwaj czerwoni pozostali przy nim, a Wielki Wilk powrócił sam poza wodę, aby teraz wykonać główne zadanie.
Konie, które stały w dwóch grupach pomiędzy obozem a obu placówkami, zachowywały się dotąd zupełnie spokojnie; mimo jednak zapachu szałwi, musiałyby nabrać podejrzenia, gdyby Indjanie przechodzili blisko nich. Dlatego Wielki Wilk kazał swym ludziom również przejść przez wodę. Obyło się wszystko bez najmniejszego szelestu. Na drugim brzegu przylgnęli wszyscy do ziemi, aby, pełzając, odbyć drogę około stu kroków, aż znajdą się naprzeciw obozu. Największa trudność polegała na tem, że wielu ludzi, skupionych na ciasnej przestrzeni, musiało się poruszać bez szmeru. Kier1’tak leżeli obok siebie naprzeciw ludzi i koni, te ostatnie poczęły się jednak niepokoić. Należało teraz działać szybko.
— Naprzód! — rozległ się rozkaz Wilka.
Przeskoczono przez rzekę. Biali leżeli pogrążeni w pierwszym śnie i to tak blisko siebie, że owych trzystu Indjan nie miało nawet miejsca do swobodnego poruszania się. Rzucili się po pięciu, sześciu, a nawet więcej na jednego białego, porywali ich i napół śpiących rzucali stojącym za nimi, aby natychmiast pochwycić drugiego, potem trzeciego i czwartego. Poszło to tak szybko, że śpiący znaleźli się w mocy Indjan, zanim jeszcze uwolnili się z objęć snu. Wręcz odmiennie od zwyczajów czerwonych, którzy każdy napad wieńczą wyciem, Utahowie krzątali się całkiem cicho ł dopiero, kiedy biaii podnieśli hałas, wydali i oni przeraźliwy okrzyk, który rozległ się daleko po nocy, odbity wielokrotnie od ścian kenjonu.
Powstał tłok ciał, rąk i nóg, że trudno je było w ciemności odróżnić. Tylko Old Firehand, Shatterhand, Winnetou i kilku jeszcze innych zerwało się dosyć wcześnie, aby, oparłszy się plecami o ścianę skały, próbować obrony. Bronili się też nożami i rewolwerami przed przeważającą liczbą nieprzyjaciół, którzy nie chcieli używać swej broni, bo miano białych schwytać żywcem. Jednakże otoczono ich tak ciasno, że wkońcu nie mogli nawet ręką ruszyć. To też pokonano ich wreszcie, a przejmujące do szpiku wycie czerwonoskórych zwiastowało, że napad się udał.
Wielki Wilk nakazał rozpalić ognisko; kiedy płomienie oświeciły miejsce walki, okazało się, że przeszło dwudziestu czerwonych padło rannych, lub zabitych.
— Za to poniosą te psy dziesięćkroć większe męki, — pienił się wódz. — Będziemy im skórę pasami drzeć z ciała. — Zabierzcie zmarłych, konie i broń bladych twarzy. Musimy powracać.
— Kto ma dotknąć czarodziejskiej strzelby białego myśliwca? — zapytał jeden. — Niebezpieczeństwo grozi każdemu, kto jej dotknie.
— Pozostawimy ją tutaj i wzniesiemy nad nią stos z kamieni, aby żaden czerwony mąż nie położył na niej ręki. Gdzie ona? Szukano jej z łuczywem w ręku i nie znaleziono; — zniknęła. Kiedy Old Shatterhand poprzednio obudził się w czasie zamieszania i walki, wyrwano mu sztuciec z ręki i odrzucono precz; on jednak odmówił wodzowi Odpowiedzi. Yamba-Utahowie widzieli za dnia strzelbę w jego rękach i nie mogli pojąć jej zniknięcia. Jak długo tu pozostawano, mogła czarodziejska strzelba okazać swą niepojętą moc i dlatego Wielki Wilk, który natychmiast poczuł się markotnie, rozkazał:
— Przywiążcie jeńców do koni i precz stąd! Tę czarodziejską strzelbę sporządził zły duch. Nie możemy czekać, aż zacznie na nas kule miotać!
Rozkazu posłuchano natychmiast i od początku walki upłynęło niewiele ponad godzinę, kiedy zabobonni czerwoni ruszyli w drogę. —
Wielki Wilk nie wiedział, że Old Shatterhand postawił jeszcze jedną straż, która czuwała w szczelinie skalnej; był to Droll, którego miano zluzować dopiero po dwu godzinach. Przyłączył się do niego z własnej chęci Hobble-Frank, aby pogawędzić o swoich. Siedząc wśród głębokich ciemności, rozmawiali ze sobą szeptem, nasłuchując od czasu do czasu w kierunku rozpadliny.
Nagle usłyszeli u wylotu szczeliny podejrzany szmer.
— Słuchaj! — szepnął Frank do swego „kuzyna“. — Czy słyszałeś co?
— Tak, słyszałem, — odpowiedział równie cicho ciotka. — Co to było?
— Musiało wstać kilku naszych ludzi.
— Nie, nie to. To musiało być wielu, wielu ludżi. Tupot nóg przynajmniej...
Przerwał przerażony, bo w tej chwili napadnięci obudzili się i podnieśli okrzyk.
— Do stu piorunów! Tam toczy się walka! — zawoła*
Hobble-Frank. — Zdaje mi się, że zostaliśmy napadnięci!
— Tak, napadnięci! — zgodził Się Droll. — To ź pewnością te czerwone łotry, jeśli to potrzebne!
W tej chwili rozległo się przeraźliwe wycie Indjan.
— Boże, ratuj! To rzeczywiście oni! — krzyknął Frank. — Naprzód; na nich! Chodź prędko!
Pochwycił Drolla za ramię, aby go za sobą pociągnąć, ale myśliwy, znany ze swej chytrości, powstrzymał go:
— Pozostań tutaj! Nie tak prędko! Jeśli Indjanie przedsięwzięli napad teraz po nocy, to jest ich tylu, że musimy być bardzo ostrożni. Zobaczmy najpierw, jak sprawa stoi. Musimy położyć się i poczołgać do nich.
Na rękach i nogach posunęli się ku wyjściu; mimo ciemności ujrzeli, że towarzysze są już straceni, bo przewaga nieprzyjaciół była zbyt wielka. Na lewo rozgorzała walka; słychać było huk strzałów Firehanda, Shatterhanda i Winnetou, ale niedługo, bo wkrótce setki Utahów wydały okrzyk zwycięstwa. — Droll zauważył, że nawprost wylotu szczeliny droga była wolna.
— Szybko za mną i poprzez wodę na drugi brzeg! — szepnął do swego kuzyna.
Poczołgał się po ziemi tak prędko i ostrożnie, jak tylko mógł. Frank poszedł za nim; ręką zawadził o jakiś twardy, długi przedmiot: karabin z bębenkiem na kule.
—To sztuciec Old Shatterhanda! — przemknęło mu przez myśl; — zabrał więc strzelbę ze sobą.
Szczęśliwie dostali się nad wodę, potem na drugi brzeg. Tam Droll ujął Hobble-Franka za rękę i pociągnął go wdół w kierunku południowym. Ucieczka się powiodła pod osłoną nocy i wrzasku Indjan. Wkrótce Je(J» nak przestrzeń między wodą a skałą tak się zwęziła,, że musieli przejść znowu na lewy brzeg. — Na szczęście zaszli już daleko od miejsca, gdzie stała placówka; biegli tak dalej, potykając się, już to o ścianę skalną, już o kamienie, leżące na drodze, aż wreszcie przestały dobiegać ich głosy Indjan; teraz Hobble-Frank zatrzymał towarzysza i rzekł z wyrzutem:
— Stójże już raz, ty pieronie! Dlaczego właściwie umknąłeś i mnie haniebnie pociągnąłeś za sobą? Czy już nie masz w sercu ani krztyny honoru?
— Poczucie honoru? — odpowiedział Droll, któremu z powodu otyłości szybki biag zatknął oddech w piersiach. — Mam je z pewnością, jeśli to potrzebne, ale kto chce zachować poczucie honoru, ten przedewszystkiem musi ratować skórę. Dlatego też umykałem.
— Ale tego nam właśnie nie wolno!
— Tak? Ciekaw jestem, dlaczego?
— Bo obowiązek każe ratować przyjaciół!
— Tak!? A w jaki sposób chciałbyś ich ratować?
— Powinniśmy się byli rzucić na tych czerwonych, rozsiekać ich i wykłuć.
— Hihihihi! (Rozsiekać i wykłuć! — Tylebyśmy dokazali tylko, żeby i nas schwytano.
— Schwytano? Czy sądzisz, że naszych towarzyszy tylko schwytano, a nie zastrzelono, zakłuto i zabito?
— Nie, na pewno ich nie wymordowano. Czy słyszą* fsś strzały?
— Tak.
— A kto strzelał? Czy może Indjanie?
< — Nie; strzały pochodziły z rewolwerów.
— Aha! indjanie całkiem nieużywaii karabinów; mieli więc zamiar schwytać blade twarze żywcem, aby je później tem bardziej zamęczyć. Dlatego uciekłem. Teraz my dwaj jesteśmy uratowani i możemy dla naszych towarzyszy więcej zrobić, niż gdybyśmy dali się schwytać razem z nimi.
— Masz słuszność, kuzynie, masz słuszność! Spadł mi wielki ciężar z serca. Czy mają mówić o sławnym na cały świat Hobble-Franku, że kiedy jego towarzysze znaleźli się w niebezpieczeństwie, on dał drapaka? Na duszę, nie! Raczej rzucę się w najgorętszy wir walki. Odchodzę zupełnie od zmysłów! — Ale co to za Indjanie?
— Naturalnie, że Utahowie. Wielki Wilk nie powrócił do swego obozu, lecz wiedząc, że jeszcze inni czerwoni znajdą się wpobliżu, sprowadził ich drugą drogą. Ponieważ nie wiemy, w jakim kierunku się teraz zwróci, nie możemy tu pozostać; musimy iść dalej, aż znajdziemy jaką odpowiednią kryjówkę.
— A potem?
— Potem? — No, będziemy czekać, aż się dzień zrobi, później zbadamy ślady i będziemy szli za Indjanami tak długo, aż się dowiemy, jak pomóc naszym przyjaciołom. — Chodź!
Ujął Franka, przyczem dotknął sztućca.
— Co? — zapytał. — Masz dwa karabiny?
— Tak. Kiedyśmy pełzaii ku wodzie, znalazłem sztuciec Henry’ego Old Shatterhanda.
— Wyśmienicie! Może nam się bardzo przydać. Ale, czy umiesz także z niego strzelać?
— Naturalnie! Przebywałem tak długo z Old Shatterhandem, że poznałem jego strzelbę dość dokładnie-
Blada Indjanom i biada całemu Dzikiemu Zachodowi, jeśli któremu z naszych przyjaciół spadnie choćby jedenwłos z peruki! Jestem dobrym człowiekiem, mam, jak to mówią, dwie dusze i jedną myśl, — ale jak się wścieknę, to wytnę w pień świat cały, — złożywszy pięść, potrząsnął nią groźnie poza siebie, —
Woda po prawej i ściana po lewej ręce biegły ciągle na południe; dopiero po godzinie kenjon zwrócił się ku wschodowi; w tem miejscu z głównym kenjonem łączył się boczny. Droll stanął i rzekł:
— Stój! Musimy się zastanowić w którą iść stronę,
— Co do tego niema żadnych wątpliwości, — odparł Frank. — Musimy pójść boczną doliną, bo należy przypuszczać, że czerwoni pozostaną w głównym kenjonie. Jeśli się ukryjemy w bocznym jarze, to przejdą koło nas i rano będziemy mogli uczepić się ich śladów. Czy tak?
— Hm! Myśl niezła, zwłaszcza, że księżyc stoi nad bocznym parowem i oświeca nam drogę,
— Tak, Luna leje mi balsam na serce i scałowuje szumiące potoki łez z serca wyschłego od wściekłości. Chodźmy za jej słodkiemi promieniami. Może blask ten zaprowadzi nas na jakie miejsce, gdzie będziemy się mogli ukryć skrzętnie, co jest rzeczą najważniejszą. Przeskoczywszy przez potok, wcisnęli się w kenjon boczny; prowadził on teraz w kierunku dokładnie zachodnim. Postępowali może pół godziny, gdy nagle zostali mile zaskoczeni. Po prawej ich ręce ściana skalna niepostrzeżenie się urwała, tworząc ostry kąt z inną, idącą od północy. Przed nimi leżał las, prawdziwy las, jakiegoby się tu nikt nie domyślał, Nad skąperw podszyciem wznosiły się wierzchołki drzew tak gęsto sklepione, że światło księżyca tylko w nielicznych miejscach mogło się przez nie przedrzeć. Był to „Las wo«» dy“, gdzie Utahowie rozbili obóz.
Zapadlina, którą las wypełniał, ciągnęła się dokładnie z północy na południe, równolegle do głównego kenjonu, oddalonego niewiele więcej nad pół godziny drogi. Między nim a lasem prowadziły dwie boczne doliny, północna, z której skorzystał Wielki Wilk, i południowa, przez którą przyszli Droll i Frank. Obie te doliny tworzyły z głównym kenjonem i lasem prostokąt, w którego powierzchni wody wyżłobiły sobie prostopadłe łożyska, głębokie na kilkaset stóp.
—Las, bór, z autentycznemi krzakami i drzewami! — odezwał się Frank. — Szczęśliwiej nie mogliśmy trafić, znajdziemy tu kryjówkę, jak w księdze głównej. Czy prawda?
— Nie, — odpowiedział ciotka. — Ten las wydaje mi się podejrzanym, a może nawet niebezpiecznym. Nie dowierzam mu. Kto może lepiej wiedzieć, że tu jest las, my, czy te czerwone draby? — A wszak domyślą się, że dla nas najlepsza kryjówka, to las. Czy ci już nie powiedziałem, że i inni Indjanie muszą być wpobliżu?
— Tak, bo Wielki Wilk od nich otrzymał pomoc. 1
— Gdzie więc ci ludzie się kryją? W pustyni i nagim kenjonie, czy w dogodnym dla nich lesie? Jestem przekonany, że mamy wszelkie powody po temu, by postępować bardzo ostrożnie. Przejdźmy szybko; przykucniemy pod krzakami i będziemy nasłuchiwać, czy się co nie rusza. Naprzód!
Przeskoczyli przez jasne, oświetlone księżycem, miejsce, a gdy dostali się do drzew, przykucnęli, nasłti» chując. Nie słyszeli nic; nie poruszył się nawet listek; jednakże Droll, wciągnąwszy powietrze w nozdrza, zapytał cicho:
— Franku! Pociągnij nosem! Tu czuć dym. Prawda?
— Tak! Pile ledwie, ledwie. To tylko pół pojęci ćwierci śladu dymu.
— Bo pochodzi zdaleka. Podkradnijmy się bliżej“ zbadajmy!
Wzięli się za ręce i ruszyli naprzód, powoli i cicho» Pod dachem z liści było ciemno jak w piwnicy, musieli więc zdać się raczej na zmysł dotyku. W miarę, jak szli, tem mocniejsza stawała się woń dymu. Skradali sie jednak dalej, aż ujrzeli blask ognia. Teraz słychać było również, jakby dalekie głosy ludzi. Las rozszerzał się na prawo. Poszli więc w tym kierunku i wkrótce ujrzeli znacznie więcej ognisk.
Jakiś walny obóz, — szepnął Droll. — To pewnie wojownicy Utahów. Będzie ich kilkuset.
— Nie szkodzi! Musimy podejść bliżej. Chcę się dowiedzieć, co się stanie z Old Shatterhandem i innymiMuszę...
Przerwał, bo nagle rozległo się przed nimi wycie radości.
— Ach! Prowadzą jeńców, — odezwał się ciotka. — Musimy się bezwarunkowo dowiedzieć, jak zamierzają z nimi postąpić.
Dotychczas szli w pozycji prostej, teraz zaś musieli się czołgać. Po krótkiej chwili dotarli do ściany skalnej, tworzącej wschodnią granicę lasu. Wzdłuż niej poczołgali się dalej, tuż obok siebie. Ogniska mieli po
10S
lewej ręce. Wkrótce ujrzeli małe jezioro, na którego zachodnim brzegu płonęło ognisko wodzów. Blisko niego napotkali wysokie drzewo, którego niższych konarów łatwo można było dosięgnąć rękami. W tej chwili dorzucono do głównego ogniska świeżych gałęzi; płomienie buchnęły wysoko, oświetlając pojmane blade twarze, które właśnie przyprowadzono.
— Musimy bardzo pilnie uważać, — powiedział Droll.- Czy umiesz się wspinać, kuzynie?
— Jak wiewiórka!
— A więc jazda na drzewo! Zgóry będziemy mieli znacznie s /obodniejszy i piękniejszy widok, niż tu wdole.
Wkrótce siedzieli dobrze ukryci wśród liści. —
Jeńcy musieli iść, a więc nie mieli nóg skrępowanych. Poprowadzono ich do ogniska, gdzie usiedli znowu wodzowie, wśród których naturalnie znajdował się Wielki Wilk. Wyciągnął orle pióra, tkwiące dotąd za pasem i wetknął je w czuprynę. Zwyciężył, mógł więc znowu nosić swą oznakę. Oczy jego spoczęły z wyrazem zgłodniałej pantery na białych, jednakże nie mówił jeszcze nic, bo najstarszy wódz miał prawo pierwszy głos zabrać.
Wzrok Nanap-neawa, owego starca, prześlizgnął się z jednego jeńca na drugiego, aż wreszcie zatrzymał się na . Winnetou.
— Kim jesteś? — zapytał. — Czy masz jakie imię? Jak się nazywa ten wściekły pies, którego zwiesz twym ojcem?
Naturalnie spodziewał się, że dumny Apacz wogóie mu nie odpowie; ale Winnetou odparł spokojnie:
— Kto mnie nie zna, jest ślepym kretem, ryjącym w ziemi. Jestem Winnetou, wódz Apaczów.
— Nie jesteś wodzem, ani wojownikiem, lecz ścierwem zdechłego szczura! — szydził z niego stary. — Te wszystkie blade twarze poniosą zaszczytną śmierć przy palu męczeńskim; ciebie zaś wrzucimy do wody, aby cię pożarły żaby i raki.
— Nanap-neaw jest starym człowiekiem. Widział wiele słońc i zim i zdobył wielkie doświadczenie; ale mimo to nie wie, jak się zdaje, że“ Winnetou nie pozwala z. siebie bezkarnie szydzić. Wódz Apaczów gotów jest znieść wszystkie męki, ale obrażać się nie pozwoli żadnemu Utahowi.
— Cóż mi uczynisz? — zaśmiał się stary. — Członki masz skrępowane.
— Niech Nanap-neaw pomyśli, że wolnemu i uzbrojonemu mężowi łatwo jest być grubijaninem wobec skrępowanego jeńca. Ale to się nie godzi z czcią. Dumny wojownik gardzi obelgami, a jeśli Nanap-neaw nie posłucha tego, to sam poniesie skutki.
— Jakie skutki? Czy nos twój wąchał kiedy śmierdzącego szakala, o którym nawet sęp nie chce nic wiedzieć? Takim szakalem jesteś ty. Smród, który...
Z gardzieli wszystkich Utahów, stojących wpobliżu, wyrwał się okrzyk przerażenia. Winnetou potężnym susem skoczył ku staremu, przewrócił go wtył, wymierzył mu piętą kilka ciosów w pierś i głowę i powrócił na swoje miejsce.
Po ogólnym krzyku nastąpiła chwila tak głębokiej ciszy, że daieko słychać było głos Apacza:
— Winnetou ostrzegał. Nanap-neaw nie posłuchał. Nanap-neaw nie obrazi już nigdy żadnego Apacza. Wodzowie skoczyli, aby zająć się starym. Leżał z pękniętą czaszką i zapadłą klatką piersiową. Nie żył. Czerwoni wojownicy z dłońmi na rękojeści nożów rzucali chciwe krwi spojrzenia na Winnetou. Zdawało się, że czyn Apacza podnieci Utahów do wściekłości i gniewu; ale stało się inaczej. W grozie zachowali mile z mie, zwłaszcza, że Wielki Wilk podniósł rękę, mówiąc:
— Precz! Apacz zabił Starego Wodza, aby umrzeć szybko i bez męki. Sądził, że zgładzicie go natychmiast. Ale się przerachował. Umrze śmiercią, jakiej jeszcze żaden człowiek nie poniósł. Naradzimy się nad tem. Teraz usuńcie zwłoki Starego Wodza i zawińcie je w koc, aby oczy białych psów nie cieszyły się widokiem trupa. Wszyscy oni zostaną zabici na jego grobie! Howgh! —
Jeńców odprowadzono na małą, otwartą polanę w lesie, gdzie płonęło jedno tylko ognisko. Związano im nogi i ułożono na ziemi. Dookoła stanęło pod drzewami sześciu uzbrojonych wojowników, aby strzec tego miejsca. Ucieczka wydawała się niepodobieństwem. —
Drzewo, na którem siedzieli Droll i Frank, stało w odległości może stu kroków od ogniska wodzów, tak, że mogli swobodnie zrozumieć znaczną część wypowiedzianych wyrazów. Teraz szło o odnalezienie miejsca, na które miano przenieść jeńców.
Właśnie w tej chwili, kiedy schodzili z drzewa, przyniesiono zdobytą broń oraz inne przedmioty i złożono przy wodzach. Przy ognisku płonącem na brzegu, siedzieli tylko dowódcy; musiała zajść więc jakaś przyczyna, która resztę wojowników pociągnęła na inne miejsce. 1 rzeczywiście; słychać było osobliwe dźwięki
ji — zawodził jakiś głos solowy, potem zawtórował mu chór; tak szło dalej bez przerwy, to słabiej, to znowu głośniej.
— Czy wiesz, co to jest? — zapytał olIrD swego kuzyna z Moritzburga,
— Pewnie pieśń pogrzebowa nad Starym Wodzem?
— Tak.
— Może to mieć dla nas wielkie znaczenie, bo przy tych uarzekaniach trudno nas będzie drabom posłyszeć. Musimy bezwarunkowo odnaleźć naszych przyjaciół. Jeśli strzegą ich niedaleko ogniska wodzów, gdzie leży broń, to wygraliśmy. Prawdziwe szczęście, że tu pod drzewami jest ciemno. Ognie wcale nam nie przeszkodzą, przeciwnie, nawet pomogą, bo łatwo będziemy mogli rozpoznać postacie czerwonych i zejść im z drogi.
— To prawda. A więc na ziemię i dalej naprzódj Ja pełzam pierwszy.
— Dlaczego ty?
— Bo dłużej jestem na Zachodzie i lepiej rozumiem się na podkradaniu, niż ty.
— Ach! Nie mów tak! Tylko nie wmawiaj sobie niebieskich migdałów. Ponieważ jednak jesteś moim kuzynem, pozostawię ci pierwszeństwo. Jeśliby cię kto chciał zprzodu zakłuć na śmierć, to powiedz tylko słowo, abym ci ztyłu mógł przyjść z pomocą. Prześlizgnęli się obok wodzów w odległości pięćdziesięciu kroków i zbliżyli niepostrzeżenie do ogniska, przy którem leżeli jeńcy. Kilkakrotnie zdawało się im, że tuż obok przemknął jakiś czerwony; raz nawet Frank musiał błyskawicznie rzucić się wbok, aby uniknąć dotknięcia przebiegającego Indjanina. Później jednak bieganina ustała. Ci, którzy podjęli się śpiewu nad zmarłym, siedzieli przy trupie, inni zaś rozłożyli się na ziemi, aby pokrzepić się choćby jednogodzinnym spoczynkiem.
Tak dostali się poza straże, otaczające plac z jeńcami. Droll leżał za jednem drzewem, Frank za drugiem, tuż obok. Płomienie przygasły i rzucały skąpe światło;
aledwie można byio rozpoznać jeńców. Droll poczołgał się kilka kroków na prawo, potem na lewo, ale nigdzie nie ujrzał strażników. Kiedy powrócił do Franka, szepnął:
— Chwila wydaje mi się stosowna. Czy,., widzisz Old Shatterhanda?
— Tak; leży przecież pierwszy stąd,
— Poczołgaj się ku niemu i połóż przy nim tak Sztywno, jakbyś był skrępowany!
— A ty?
— Ja udam się do Old Firehanda i Winnetou, którzy leżą po drugiej stronie. —
Właśnie płomień przygasał. Jeden ze strażników podszedł do ogniska, aby nałożyć świeżego drzewa; zanim je ogień ogarnął, Droll i Frank skorzystail z ciemności, aby znaleźć się na swych mie s -ach.
Frank położył się obok Old Shatterhanda, wyciągnął nogi, jakby był skrępowany, podsunął myśliwemu sztuciec Henry’ego, a potem przycisnął ręce, aby strażnicy myśleli, że ma przywiązane do ciała.
— Franku, to ty? — szepnął Shatterhand. — Gdzie Droll?
— Leży po drugiej stronie przy Old Firehandzie i Winnetou.
—Dzięki Bogu, że znaleźliście nasze śladyl
— Czy wiedzieliście, że przyjdziemy?
— Naturalnie! Kiedy te draby rozpaliły ogień, wiaziałem, że niema was między pojmanymi. Czerwoni szukali mojej strzelby i bałem się, że was znajdą; powrócili jednak baz was, a moj sztuciec zniknął; to wyjaśniło mi wszystko.
— Tak, bez nas byłoby źle z wami.
— Niezupełnie. Popatrz tu!
Frank spojrzał ku niemu i zobaczył, że westman pokazuje mu wolną prawą rękę.
— Tę rękę mam już wolną, a druga będzie swobodna za kwadrans. Mam w małej, ukrytej kieszeni scyzoryk, któryby powędrował od jednego do drugiego tak, że w któtkim czasie mielibyśmy wszyscy rozcięte rzemienie. Potem, zerwawszy się szybko, skoczylibyśmy po broń, która leży tuź obok wodzów. Lepiej jednaj żeście nas znaleźli. Czy poszliście za czerwonymi?
— O nie! Wyrwaliśmy pięknie wdół kenjonu, aż do bocznej doliny, w którą mogliśmy się wcisnąć. Mieliśmy zamiar przy świetle dziennem odnaleźć ślady czerwonych, aby zobaczyć, jak mamy wam się przysłużyć.
— Więc to nie wasza zasługa, że znaleźliście las?
— Nie; odkrycie tego lasu nie jest właściwie naszą zasługą; ponieważ jednak przypadek postawił go na naszej drodze, więc chyba nie weźmiecie nam za złe, że ośmielamy się złożyć wizytę noworoczną.
— Umiem to ocenić, Franku. Przyciągnij jednak twój karabin do siebie, bo mogliby go łatwo zobaczyć, i daj rni nóż, abym mógł uwolnić sąsiada; potem ten poda go dalej.

— 	A później, kiedy więzy zostaną zerwane, pobiegniemy po broń i konie!

— Nie; pozostaniemy. Aby móc pobiec po broń, a potem do koni, trzebaby było odbyć to tak szybko, że powstałoby pewnie przytem zgubne dla nas zamieszanie. Nikt nie mógłby w tak krótkim czasie znaleźć swej strzelby, noża, ani reszty własności. Czerwoni rzuciliby się na nas, zanim moglibyśmy dopaść koni. A kto wie, czy są one jeszcze osiodłane. — Nie, musimy się natychmiast ukryć za tarczami; myślę wodzów.
— To rzeczywiście wspaniała myśl!
— Postaramy się dostać w swe ręce dowódców, a wtedy będziemy“ pewni, że nic się nam nie stanie. Teraz cicho. Ogień znowu przygasa i strażnicy pewnie nie spostrzegą, jeśli poruszymy rękami.
Rozciąwszy swe więzy, uczynił to samo sąsiadowi, a ten podał nóż dalej. Bowie Drolla także już krążył. Potem z ust do ust poszła wskazówka Old Shatterhanda, że wszyscy mają pobiec do wodzów, skoro tylko zagasi ognisko.
— Zagasi ognisko? — mruczał Frank. — Jak tego dokażecie? i
— Zobaczysz! Musi zagasnąć, inaczej dosięgną nas kule strażników.
Teraz leżeli wszyscy wpogotowiu. Old Shatterhand zaczekał, aż jeden z czerwonych powstał, aby dorzucić drzewa do ognia, wskutek czego płomienie na krótki czas zostały przytłumione. Wtedy zerwał się rzucił na niego, uderzył go pięścią w głowę i strącił w ogień. Potoczywszy nim trzy czy cztery razy w jedną i drugą stronę, zagasił ognisko. Stało się to tak szybko, że ciemność zapadła, zanim strażnicy zrozumieli, co zaszło;
to też za późno wydali okrzyk ostrzegawczy, bo jeńcy rzucili się już przez las w stronę jeziora.
Wielki Wilk udał się właśnie do swych wojowników i jedynie trzej pozostali wodzowie siedzieli przy ogniu. Usłyszeli wprawdzie okrzyk strażników, ale równocześnie ujrzeli, że zbliżają się ku nim uwolnieni, — i — w parę chwil potem leżeli już sami rozbrojeni i skrępowani. Biali chwycili bez wyboru za karabiny. Kiedy strażnicy ukazali się pod ostatniemi drzewami, ujrzeli swych dowódców na ziemi; nad nimi klęczało kilku białych z wyciągniętymi nożami. Za tą grupą stali inni z wymierzonemi ku nim strzelbami. Czerwoni cofnęli się przerażeni i wydali ryk wściekłości, który ściągnął szybko resztę wojowników; stanęli pod osłoną drzew; płomienie ogniska jasno oświetlały białych, ale nie można było wątpić, że przy pierwszym strzale groźnie podniesione noże zagłębią się w piersiach wodzów.
Old Shatterhand, który pochwycił najstarszego Z dowódców, zapyta! go rozkazująco, jak się nazywa.
— Moje imię jest Kunpui,1) — odparł Indjanin. — Uwolnijcie mię, a będę z wami mówił!
— Będziesz wolny, ale dopiero wtedy, gdy zgodzicie się na nasię żądania.
— Czego żądacie? Wolności?
— Nie, gdyż tę już mamy; żądamy...
Przerwano mu. Kiedy powalono wodzów i związano ich, wypuścił na chwilę sztuciec z ręki i teraz właśnie go podniósł. Naprzeciw niego, wpośród wrogów, stanął — przezornie ukryty za drzewem — Wielki Wilk; kiedy wzrok jego padł na strzelbę, krzyknął przejażony:
Ogniste Serca. ,
— Czarodziejska strzelba, czarodziejska strzelba! Znowu tutaj; duchy przyniosły ją przez powietrze!
— Czarodziejska strzelba, czarodziejska strzelba! — zawtórowały głosy przerażonych Utahów.
Old Shatterhand zwrócił się do Ognistego Serca:
— Żądamy, byście pozwolili nam odejść bez przeszkody. Z brzaskiem dnia odjedziemy i zabierzemy wa« «ako zakładników. Potem, skoro się przekonamy, że ni€ grozi nam już żadne niebezpieczeństwo z waszej strony, puścimy was wolno.
— To hańba, to wielka hańba! — jęczał Ogniste Serce.
— Czy zyskacie co, odrzucając moje żądania? Pomyślcie o mojej czarodziejskiej strzelbie!
To ostatnie ostrzeżenie wywarło widocznie niezwykły skutek, bo Ogniste Serce zapytał:
— Dokąd mamy wam towarzyszyć? W jakie okolice pojedziecie?
Z ostrożności mógłbym cię okłamać, — odpowie< dział Old Shatterhand, — ale ja gardzę fałszem. Udaje* my się do Book-mountains nad Srebrne Jezioro. Skoro .wypróbujemy waszą uczciwość, zatrzymamy was tylko przez jeden dzień. Teraz daję wam kwadrans do namysłu. Jeśli się będziecie wzbraniać, to po upływie oznaczonego czasu przemówią nasze strzelby. Powiedziałem!
Ogniste Serce spuścił głowę. Nagle uwaga jego skierowała się ku drzewom, skąd usłyszał półgłosem:
— Mai iwe! Słowa te znaczą: „Popatrz tutaj“. Każdemu innemu, mogło się zdawać, że żostały wypowiedziane przypadklem i że dla białych nie mają żadnego znaczenia; iecz Shatterhand, Firehand i Winnetou zerknęli niepostrzeżenie, a to, co ujrzeli, było zjawiskiem niezwykłem. Staii tam dwaj czerwoni, trzymając koc za dwa górne końce, jakby prostopadłą zasłonę, którą poruszali w pewnych odstępach do góry i nadół. Poza nimi widać było blask ognia. Ci dwaj Indjanie rozmawiali z Ognistem Sercem.
Indjanie bowiem umieją porozumiewać się różnemi znakami. W nocy posługują się w tym celu płonącemi strzałami, któremi zapalają wiązeczki trawy, rzucane w powietrze; za dnia rozpalają ogień i rozciągają przed nim skórę albo koc, aby zebrać dym. Ilekroć usuną tę zasłonę, lub też poruszą nią, wznosi się wgórę kłąb dymu, który tworzy owe znaki. Jest to pewnego rodzaju telegraf, zupełnie podobny do naszego, gdyż pauzy między pojedynczemi kłębrmi dymu mają określone znaczenie, podobnie k nasze kresKi i kropki. Nie należy jednak sądzić, iż szczep trzyma się zawsze tych samych znaków; owszem zmienia j bardzo często,. dby utrudnić obcym i wrogom odczytywanie sygnalizacji.
Kiedy czerwoni zaczęli poruszać koccm, Winnetou odszedł kilka kroków wbok, tak, że stanął dokładnie poza Ognistem Sercem, dla którego te znaki były przeznaczone. Telegrafowanie trwało pewnie z pięć minut, podczas których Ogniste Serce nie odwrócił oczu od miejsca, gdzie tamci dwaj stali. Potem, kiedy rozeszli się, spostrzegł dopiero, że Winnetou stał za nim; zaniepokojony obrócił się szybko, aby sprawdzić, gdzie Apacz spogląda. Ten jednak udał, że zajęła go wyłącznie błyszcząca w świetle księżyca powierzchnia jeziora. Ogniste Serce uspokoił się. Winnetou przystąpił powoli do Old Shatterhanda i Old Firehanda.
— Czerwoni rozmawiali ze swym wodzem. Czy mój brat widział ich słowa i zrozumiał je? — zapytał ostatni, gdy odeszli na stronę.
— Widziałem, ale nie zrozumiałem wszystkiego. Mimo to znaczenie ich jest mi jasne. Obaj czerwoni są to młodzi wodzowie Sampiczów, których wojownicy ściągnęli tu również. Wezwali oni Ogniste Serce, aby spokojnie jechał z nami. Ponieważ udajemy się nad Srebrne Jezioro, więc droga nasza pójdzie stąd przez Grandriver do Teywipah1). Tam obozuje wielu wojowników Utahów szczepu Taszów, Kapotówi Wihminuczów, zebranych na wyprawę przeciw Nawajom; oczekują Utahów, znajdujących się tutaj. Musimy się na nich natknąć, a ci, jak sądzą, zwyciężą nas i uwolnią zakładników. Teraz wyślą posłów, aby ich o tem zawiadomić. Żebyśmy zaś w żadnym wypadku nie mogli ujść, skoro tylko ruszymy, opuszczą Utahowie ten obóz i pójdą za nami, abyśmy wpadli między dwie gromady.
— Do wszystkich djabłów! Ten plan jest wcale niezły. Co mówi na to mój czerwony brat?
— Zgadzam się, że jest bardzo sprytnie pomyślany, ale ma jeden wielki błąd.
— Jaki?
— Ten, że ja go poznałem. Znamy go teraz i wiemy, co należy czynić.
—Ale przez Dolinę Jeieni musimy przechodzić, jeśli nie chcemy nadłożyć drogil
— Nie będziemy okrążać, a mimo to nie wpadniemy w ręce Utahów. Zapytaj mojego brata Old Shatterhanda.
**) Dolina Jeleni.
Byłem z nim w Dolinie Jeleni; ścigały nas dwie gromady Utahćw-Efków, lecz umknęliśmy im. ponieważ odkryliśmy ścieżkę, po której przed nami pewnie nikt nie szedł.
— Dobrze, Jedźmy więc tą drogą. A zakładników wypuścimy nie pierwej, aż zostawimy poza sobą tę niebezpieczną dolinę. —
Ponieważ kwadrans już ubiegł, Old Shatterhand zapytał Ogniste Serce:
— Czas oznaczony już minął. Co wódz Utahów postanowił?
— Zanim odpowiem, — odparł zapytany, — muszę przedtem wiedzieć dokładnie, jak daleko zamierzacie wlec zakładników.
— Mają nam towarzyszyć do doliny Jeleni. Jeśli do tego miejsca nic się nam nie stanie, to uznamy, że dotrzymaliście słowa i uwolnimy was.
— Czy stwierdzicie to fajką pokoju?
— Dobrze; będziesz mówił i palił w imieniu reszty.
— Weź więc twój kaiumet i zapal go!
— Nie, ty weźmiesz swój.
— Dlaczego? Czy twoja fajka nie jest równie dobra, jak moja? A może twoja wydaje tylko chmury nieprawdy?
— Mój kaiumet mówi zawsze prawdę, fajka zaś Wielkiego Wilka nas okłamała. — Nie, będziemy palić tylko z twojego kalumetu. Jeśli tego nie chcesz, to nie masz wobec nas uczciwych zamiarów. Rozstrzygaj prędko!
— Rozwiąż mię, abym mógł zapalić fajkę.
— To zbyteczne. Jesteś zakładnikiem i musisz pozostać w więzach, aż do Doliny Jeleni, gdzie cię uwolnimy. Ja sam nałożę twój kaiumet i potrzymam ci go
przy ustach.
Ogniste Serce wolał nie odpowiadać. Old Shatterhand zdjął mu fajkę z szyi, nabił ją, zapalił, wypuścił dym wgórę, wdół, w cztery strony świata i oświadczył krótko, że dotrzyma umowy z Ognistem Sercem, jeśli Utahowie wyrzekną się wszelkich kroków nieprzyjacielskich. Potem postawiono Ogniste Serce na nogi i obrócono w cztery strony; pociągnął sześć razy z fajki i złożył przyrzeczenie za siebie i swoich. —
Przyprowadzono konie białych i zakładników. Tymczasem nastał dzień. Biali uważali za wskazane przyśpieszyć odmarsz; przywiązano więc wodzów do koni; każdego z nich wzięło w środek dwu białych i oddział wyruszył w stronę bocznego kenjonu, przez który Hobble-Frank i ciotka Droll zakradli się do obozu. Czerwoni zachowywali się spokojnie i tylko posępne spojrzenia, któremi ścigali blade twarze, wskazywały, jakie uczucia względem nich żywią. — BR
BITWA INDJAN.
5
zczęśliwy wynik przeprawy najwięcej dumy przysporzył Drollowi i Hobble-Frankowi. Kiedy opuścili obóz, odezwał się Droll, chichocząc swym osobliwym, zwieśnym głosem:
— Hihihihi, to dopiero uciecha dla mojej duszy! No, ale też Indjanie się pienią, że muszą nas wolno puścić. Czy prawda, kuzynie?
— Naturalnie! — zgodził się Frank. — Ale bez nas tamci leżeliby jeszcze w kajdanach i więzach, niczem Prometeusz, który całemi latami może zajadać jedynie wątróbkę z orłów.
— No, wiesz, Franku, mnie się zdaje, że oni i takby się wydostali.
— Ale z wielkim trudem. Wprawdzie nie ponosi mnie duma, lecz to w każdym razie wzniosłe uczucie. Kiedy później osiądę w rodzinnych pieleszach i będę w dobrym sosie, napiszę memorandy o tem, czego dokazali wszyscy sławni mężowie. —
Tymczasem oddział dostał się do kenjonu bocznego, który skręcał nie na lewo ku głównemu, lecz na prawo, równolegle do niego. Winnetou znał tę drogę wyśmienicie i jechał, jak zwykle, na czele; za nim myśliwi, potem rafterzy, prowadząc międzv sobą jeńców; za nimi szła lektyka El len Butler, obok jechał jaj ojciec. Pochód zamykało kilku rafterów.
Wąski kenjon piął się dość stromo wgórę; może po godzinie drogi wyszedł na drugą, otwartą równinę skalną, którą, jak się zdawało, otaczała ciemna masa Rocky-mountains. Popędzono konie. Szybką jazdę przerwała okoliczność bardzo radosna dla jeźdźców. Ujrzane mianowicie stado antylop widlastych i udało się dwie z nich okrążyć i zabić. W ten sposób zdobyto dostateczną ilość prowiantu na cały dzień.
Góry zbliżały się coraz bardziej. Około południa, kiedy promienie słońca poczęły dokuczać, dotarto do wąskiej pochyłości na skraju skalnej równiny.
—To początek kenjonu, prowadzącego nad rzekę, — objaśnił Winnetou, wjeżdżając na pochyłość.
Zdawało się, że jaki olbrzym wyciął dłutem w twardym kamieniu głęboki, coraz głębszy tor. Ściany na prawo i lewo, początkowo zaledwie dostrzegalne, potem wysokości człowieka, sięgały coraz wyżej, aż wreszcie zdawały się zlewać wgórze. Wgłębi było ciemno i chłodno. Ze ścian sączyła się woda, zbierając na dnie tak, że spragnione konie mogły się napić. Kenjon ten nie ^ miał żadnego zakrętu. Wycięty był w skale tak prosto, że, zanim jeszcze dosięgło się końca, widać już było jego kraniec.
Kiedy tam jeźdźcy dotarli, nieomal osłupił ich widok doliny Grand-river. Miała szerokości może pół mili angielskiej; środkiem płynęła rzeka, wywabiając po obu stronach bujne pasma trawy, zamknięte prostopadłemi ścianami kenjonu. Dolina biegła z północy na południe, prosto jak wytknięta strzałem, a obie ściany skalne nie
zaraazafy najmniejszej rysy czy występu. A jednak nawprost jeźdźców na prawym brzegu rzeki z dość szerokiej szczeliny wypływał obfity potok.
— Musimy iść tą wodą wgórę; prowadzi ona do Doliny Jeleni — rzekł Winnetou.
— Ale jak się tam dostaniemy? — zapytał Butler, któremu szło o córkę — Rzeka wprawdzie nie wydaje się rwąca, lacz zato głęboka.
— Powyżej ujścia potoku jest bród tak płytki, że o tej porze roku woda nie dosięgnie lektyki. Brzeg zaś jest szerszy, więc wygodniejszy. Niech moi bracia pójdą za mną.
Przejechano przez trawę wpoprzek ku brodowi. Winnetou wparł konia w wodę; reszta poszła za nim; wpobliżu drugiego brzegu zatrzymał się nagle i wskazując na brzeg, wydał stłumiony okrzyk:
— Uff! Po tamtej stronie jechali ludzie.
Old Firehand i Old Shatterhand, posunąwszy się kilka kroków dalej, ujrzeli również trop wielu jeźdźców; trawa jeszcze się niezupełnie podniosła. Trzej myśliwi wyszli na brzeg, zsiedli z koni i zbadali odciski.
— To były blade twarze, — oświadczył Winnetou.
— Tak, — potwierdził Old Shatterhand. — Indjanie byliby jechali jeden za drugim, nie pozostawiając tak szerokiego i wpadającego w oczy śladu. Mojem zdaniem oddział liczył trzydzieści do czterdziestu osób.
— Hm! — mruknął Old Firehand. — Zdaje mi się, że mamy przed sobą rudego kornela z jego oddziałem.
— Do pioruna! Możliwe! Według moich obliczeń mogą już tu być te draby, a to zgadza się także z tem, czego dowiedziałem się od Knoxa i Hiltona. Ale dokąd oni zdążają? Tam po drugiej stronie skręcili na prawo, a więc nie poszli dalej wdół Grand-river, lecz wgórę wzdłuż potoku ku Dolinie Jeleni. Jadą więc Utahom wprost w ręce. Los swój sami sobie zgotowali i my nie możemy to odmienić.
— Oho! — zawołał Old Firehand. — W takim razie utracimy plany, które skradł kornel. Jeśli nie dostaniemy tych rysunków, to nie dowiemy się nigdy, gdzie leżą skarby Srebrnego Jeziora.
— Pomyśl, o ile nas wyprzedzili!
Oid Firehand schylił się, aby jeszcze raz zbadać ślady, poczem rzekł rozczarowanym głosem:
— Niestety! Byli tu przed pięciu godzinami i znajdą się w rękach czerwonych, zanim jeszcze odbęczemy połowę drogi. Co się jednak stało z posłańcami, których Yamba Utahowie mieli wysłać do tej doliny? Ruszyli naturalnie przed nami, a jeszcze nie widzieliśmy ich śladów.
— Ci ludzie z pewnością nie pojechali konno, lecz pobiegli pieszo, — wyjaśnił Winnetou. — Dla pieszych droga jest znacznie krótszą, bo w mokassynach można przejść przez takie miejsca, na których konie i jeźdźcy połamaliby karki. Niech moi bracia myślą nie o kornelu, lecz o tem, że musimy te ślady pozacierać.
— Dlaczego pozacierać?
— Wiemy, że Yamba-Utahowie idą za nami. Muszą ślady kornela, które prowadzą wprost ku Dolinie Jeleni, uważać za nasze; wtedy pójdą za niemi, nie przypuszczając, że zeszliśmy na bok i umknęliśmy im. Dlatego nie powinni widzieć ani się domyślać, że już przed nami byli tu jeźdźcy. Niech moi biali bracia zatrą ślady, jak daleko można je dojrzeć; kiedy potem Yamba-Utahowie nadejdą, trawa już się podniesie i będzie stratowana tylko tam, którędy my pojedziemy.
Plan był znakomity. Myśliwi wrócili po śladach kornela może ze sto kroków, skt opili trawę wodą i podnieśli ją, idąc powoli zpowrotem i ciągnąc za sobą po ziemi koce. Reszty miało dopełnić słońce; ktoby teraz nadszedł, sądziłby, że ma przed sobą tylko trop Old Firehanda i jego towarzyszy.
Jeńcy patrzyli na to w milczeniu. Wogóle od czasu wymarszu żaden z nich nie odezwał się słowem. To, co teraz ujrzeli, wydawało im się podejrzanem; poczęli się domyślać, że ich podstępne plany zostały odkryte i zwiesili głowy. —
Teraz ruszono szerokim tropem trampów. Potok wił się w wielu zakrętach powoli wgórę. Dolina, coraz szersza, porastała w krzaki i drzewa. Wreszcie rozgałęziła się w liczne boczne doliny, z których wypływały drobne strumyki, zasilające potok u samego źródła. Winnetou skierował się za największym z tych strumyków; dolina jego miała szerokości pewnie z milę angielską, a potem nagle przechodziła w wąwóz, poza którym znowu się rozszerzała, radując oczy zieloną, soczystą murawą.
— Tu jest znakomite miejsce na wypoczynek i posilenie się — rzekł Winnetou. — Nasze konie zmęczone są i głodne, a i nam potrzeba krótkiego wytchnienia. Niech moi bracia zsiądą i upieką antylopy.
— Zaskoczą nas Utahowie! — zauważył Firehand.
— Za dnia się nie zbliżą, a jeśli kogoś postawimy przy wąwozie, to zobaczy ich zdaleka i ostrzeże nas.
Zdanie Apacza przeważyło. Postawiono straż; jeńców przywiązano do drzew, konie puszczono na paszę i wkrótce zapłonęły dwa ogniska, nad któremi piekła się dziczyzna. Niezadługo można ją było spożyć. Indjanie otrzymali również porcję mięsa i popili z kubka, który miał lord przy sobie.
Lord, w znakomitym humorze, wyciągnął książeczkę, aby zliczyć pozycje rachunków, jakie winien był Billowi i Uncle’owi za poszczególne przygody,
, — Założymy się? — zapytał Billa.
— O co?
— Że winienem wam już więcej, niż tysiąc dolarów.
— Nie zakładam się.
— Wielka szkoda! Ten zakład z pewnościąbym wygrał!
— Tom podwójnie rad! Zresztą, sir, będziecie musieli dziś jeszcze więcej pozycyj wypisać, gdyż wkrótce zacznie się na nowo.
Zebrano się znowu do odmarszu. Drogę tamowały odłamy skalne różnego kształtu i wielkości, spiętrzone wysoko jeden na drugim, jakgdyby tu kiedyś przed wiekami zawalił się olbrzymi tunel naturalny. — Wśród tego rumowiska trudno było znaleźć ślad wyraźny. Tylko tu i owdzie kamień, ruszony z miejsca lub zarysowany kopytem końskiem, świadczył, że jechano tędy. Winnetou, wskazując naprzód, odezwał się:

— 	Za dwie godziny rumowisko to zejdzie w wielką, zieloną Dolinę Jeleni. My jednak skręcimy na lewo. Niech Old Shatterhand i Old Firehand zsiądą z koni, aby natychmiast niszczyć nasze ślady, bo Yamba-Utahowie zauważą, żeśmy wbok zeszli.

Zwrócił się na lewo, między gruzy; wezwani posłuchali jego wskazówek i dopiero kiedy dość daleko oddział się oddalił, dosiedli znowu koni. Apacz złożył dowody, że ma wprost niezrównaną pamięć miejscową. Zdawało się, że w tej gmatwaninie, w której znalazł się raz tylko przed laty, zna każdy kamień, każdą skałę, wzniesienie, czy załom.
Droga szła stromo wgórę. Wydostawszy się na obszerną, pustą wyżynę, ruszono galopem. Słońce zniknęło już za górami Rocky, kiedy dojechano do krańca równiny. Tu Apacz zatrzymał się.
— O pięćset kroków stąd — rzekł — skała opada wdół prosto, jak kropla wody w głębinę; z tamtej strony tak samo; w pośrodku zaś leży Dolina Jeleni z dobrą wodą i obszernym lasem. Prowadzi do niej tylko jedna znana droga. Oid Shatterhand jednak i ja odkryliśmy przypadkiem jeszcze jeden dostęp. — Pokażę go wam.
Stanął nad brzegiem przepaści. Leżały tam złomy skalne, ułożone obok siebie jakby mur ochronny, dla zabezpieczenia przed upadkiem w tę straszliwą głębię. Winnetou zniknął między dwoma odłamami; reszta poszła za nim gęsiego. 1 rzecz szczególna! Prowadziła tamtędy droga. Na prawo rozwierała się przepaść, na dno której zejść zamierzali; droga prowadziła na lewo między bloki skalne i to tak stromo, że jeźdźcy woleli zsiąść z koni i prowadzić je za sobą. Ogromny, długi na milę i szeroki kolos skalny wykazywał pęknięcie, które, robiąc różne zagięcia, szło zgóry nadół. Mimo, że droga była tak stromą, konie spaść nie mogły, bo tworzył ją nie gładki kamień, ale gęste rumowisko, fm głębiej schodzonoj tem głębsza okrywała ich ciemność. Oid Firehand posadził Eiien Butier na swym wierzchowcu i szedł obok, podpierając ją i przytrzymując. Zdawało się, że schodzą już całe godziny, gdy nagle pochyłość się skończyła, grunt wyrównał, a rozpadlina rozszerzyła. Winnetou stanął.
— Jesteśmy prawie w dolinie. Tutaj pozostaniemy, aż ciemności pozwolą nam przejść obok Utahów. Zabierzcie konie wtył, gdzie znajdą wodę, i załóżcie jeńcom kneble, żeby nie mogli krzyczeć!
Apacz wysunął się naprzód, aby zbadać położenie; powróciwszy, oświadczył:
— Ha prawo od nas w kierunku północnym obozują Utahowie. Wdole jest ciemno. Sądzę, że nie stoją tam straże; zapewne postawiono tylko dwu lub trzech ludzi przy wyjściu z doliny; tych łatwo unieszkodliwić i moglibyśmy opuścić dolinę bez wielkiego niebezpieczeństwa, gdyby nie rudy kornel. Musimy się dowiedzieć, jak stoi jego sprawa. Dlatego, skoro ciemność się zwiększy, poczołgam się z Old Firehandem i Shatterhandem ku ogniskom, aby podsłuchać Utahów. —
Po dwu godzinach trójka poczołgała się ostrożnie w stronę lasu. Ogniska Utahów płonęły dość daleko, a było ich wiele; z liczby należało wnioskować, że obozują tu niezliczone gromady czerwonych. Śmiałkowie posuwali się prawym brzegiem doliny; Winnetou na przodzie. Znajdowali się już narówni z przedniemi ogniskami. Na lewo, zdała od innych, płonął ogień jasny i wysoki. Przy nim spoczywało pięć głów ozdobionych orlemi piórami. W tej właśnie chwili podniósł się jeden z wodzów, odrzuciwszy płaszcz wojenny. Jego nagą pierś, podobnie jak twarz i ramiona, grubo pokrywała jasno-żółta barwa,
— Tab-wahgare!1) — szepnął Winnetou. — Ten wódz Kapotów posiada siły niedźwiedzia. Popatrzcie na jego ciało! Jakie grube, mocne muskuły, a jaka szeroka pierś!
Utah skinął na drugiego wodza, który również powstał. Jeszcze wyższy od poprzedniego, niemniejszą wykazywał siłę.
— To Tsu-in-kuts2) — objaśnił Old Shatterhand. — Nos! to imię dlatego, że razu pewnego czterema strzałami powalił cztery bawoły.
Obaj wodzowie zamienili ze sobą parę słów i oddalili się od ogniska. Może chcieli obejść straże. Omijali inne ognie, trzymając się wpobliżu ściany skalnej.
— Aha! — odezwał się Old Firehand. — Będą przechodzić blisko nas. Jak myślisz, Shatterhandzie? Czy nie weźmiemy ich?
— Uff! Wesoły figiel! Z miejsca na ziemię. Ty pierwszego, ja drugiego!
Obaj Utahowie zbliżyli się, jeden za drugim. Nagle za nimi wynurzyły się dwie postacie — dwa potężne uderzenia pięścią i ugodzeni runęli na ziemię.
— Dobrze! Teraz prędko do kryjówki!
Każdy wziął swego na barki. Winnetou miał pozostać. Myśliwi zdali towarzyszom nowych jeńców, kazali ich związać i zakneblować, a potem powrócili dc Winnetou. Stał jeszcze na tem samem miejscu. Teraz należało wykryć, gdzie znajdował się rudy kornel. W tym celu musieli przejść przez całą dolinę. Ruszyli więc dalej wzdłuż ściany skalnej, pozostawiając ogniska na !e« ’) Żolte Słońce. 2) Cztery Bawoły.
128
wo. — Wszystko, co się działo po tej stronie, widzieli dokładnie; przed nimi jednak było ciemno. Gdzie wzrok nie wystarczał, zdawali się na dotyk. Winnetou czołgał się, jak zwykle, przodem; naraz, przerażony, krzyknął
prawie głośno:
— Uff, człowiek przede mną!
— Trzymaj go! Nie pozwól mu krzyczeć! — szepnął
Firehand szybko.
— On nie może krzyczeć; nie żyje!
— Zadusiłeś?
— Był już martwy; wisi na palu.
— Bcjże! Ma palu męczeńskim?!
— Tak. Brak mu skalpu; ciało pokryte ranami; już ostygł. Ręce mam mokre od krwi.
— A więc biali zabici; tu jest miejsce kaźni. — Szukajmy dalej!
Macając dookoła siebie, znaleźli około dwadzieścia okropnie pokaleczonych ciał, przywiązanych do drzew i słupów.
— Straszne! — jęknął Old Shatterhand. — Myślałem, że będziemy mogli tych ludzi uratować przynajmniej od takich męczarni! Zwykle czerwoni czekają z kaźnią do następnego dnia, a tu się pokwapili.
— A plan, rysunki! — odezwał się Firehand. — Stracone!
— Jeszcze nie. Mamy przecież wodzów w niewoli. Może będziemy mogli wymienić ich za te rysunki.
— Jeśli ich do tej pory nie zniszczyli!
— Zniszczyli? Z pewnością nie! Czerwoni poznali już wagę takich papierów. Niema obawy. Zresztą domyślam się, z jakiego powodu tak szybko zamordowano trampów. — Chcieli oczyścić zapewne miejsce dla świeżych
129 K, May — Skarb w Srebrnem Jeziorze III 5* białych. Doniesiono im o naszem przybyciu, więc czekają nas.
— Dobrze mój brat sądzi. Wysłani z zawiadomieniem czerwoni są już tutaj;Yamba-Utahów niema jednak jeszcze, — przytaknął Winnetou, — gdyż upłynęły pewnie godziny, zanim odważyli się minąć miejsce naszego postoju i wejść w wąwóz. Może przyjdą dopiero jutro rano, bo ostatek drogi jest tak uciążliwy, że w nocy nie... Uff! nadchodzą!
Powyżej miejsca, gdzie stali, odezwał się głośny, radosny okrzyk, na który odpowiedziano natychmiast zdołu. To przybyli Yamba-Utahowie mimo ciemnej nocy i złej drogi. Indjanie wybiegli z obozu porwawszy z ognisk płonące szczapy. Las się rozjaśnił i zapanowało ożywienie, groźne dla trzech śmiałków.
— Musimy uciekać, — odezwał się Old Firehand. — Ale dokąd? Przed nami i za nami wszędzie czerwoni.
— Na drzewa, — odpowiedział Old Shatterhand. — Wśród gęstych gałą?’ rhożemy zaczekać, aż ruch ustanie.
— A więc wgórę! Ach, Winnetou już tam siedzi!
Tak, Apacz nie pytał długo, ale czem prędzej u-
krył się wśród liści. Myśliwi, idąc za jego przykładem, wspięli się na najbliższe drzewa.
Przy blasku ognisk i pochodni ujrzeli nadchodzących Yambów. Indjanie, dowiedziawszy się o śmierci przeszło dwudziestu białych, sądzili, że to poszukiwani przez nich, i chcieli przyjrzeć się trupom. Kiedy zbliżono się z pochodniami, aby ich pokazać przy niepewnem, migotliwem świetle, ukazał się ukrytym na drzewach widok krwawej grozy. Yambowie rozpoznali, że trupy, niestety, są im obce i wyładowali swą wściekłość w sposób trudny do opisania. Na szczęście scena ta nie trwała długo, a zakończyła się w sposób nieoczekiwany.
L) spadzistego krańca doliny rozległ się przeciągły krzyk, krzyk, którego nie zapomni, kto go raz posłyszy.
Krzyk przedśmiertny.
— Uff! — zawołał z przerażeniem Jeden ze stojących pod drzewem wodzów. — Co to było? Tam wdole znajdują się Żółte Słońce i Cztery Bawoły.
Odpowiedział mu drugi podobny okrzyk, a potem kilka strzałów.
— Nawajowie, Nawajowie! — krzyknął wódz. — Winnetou, Shatterhand i Firehand zwabili ich tutaj, aby się zemścić. Hej, wojownicy! Rzucić się na tych psów! Zniszczyć ich! Pozostawcie konie i walczcie pieszo z pod drzew.
Przez chwilę wszystko biegało w największem zamieszaniu; chwytano za broń i dorzucano drzewa do ognia, aby oświetlić należycie pole walki. Krzyczano. Strzały padały bliżej i bliżej, od drzewa do drzewa przemykały ciemne postacie. — Utahowie,. odpowiadali tu i owdzie, zrazu pojedynczo, potem grupami. Nie było właściwie ogólnego terenu walki, jeśli mianem tem ochrzcić całą dolinę, lecz walczono zosobna dokoła każdego ogniska. —
Tak, to byli Nawajowie; chcieli napaść niespodzianie na Utahów, nie umieli jednak usunąć bez hałasu straży, stojących u wyjścia doliny. Krzyk mordowanych wywołał alarm i teraz zawiązała się walka wręcz otwarta; rozstrzygnąć jej nie mógł nagły napad, zwycięstwa miała wywalczyc odwaga i przewaga.
Wkrótce okazało się, że przewagę mieli Utahowie; znali okolicę lepiej, niż ich wrogowie, to też, chociaż napastnicy trzymali się dzielnie, wypierano ich krok za krokiem. Walczono ZQSl3 i 2D liska, bronią palną, nożami i tomahawkami. Dla siedzących w ukryciu świadków walka dzikich z dzikimi na śmierć i życie była widokiem odurzającym. Tu pasowało się dwóch wśród ogłuszającego wycia; tam rąbała gromada w piekielnem milczeniu. Zwycięzca zdzierał z zabitego skalp, aby za chwilę stracić swój własny. —
Z trzech pozostałych przy ognisku wodzów, dwaj wzięli udział, w walce aby przykładem odwagi zagrzać swoich do męstwa. Trzeci oparł się wpobliżu ogniska o drzewo i, zwracając baczną uwagę na przebieg walki, « rzucał na prawo i lewo rozkazy, rycząc głośno. Był to naczelny wódz; w rękach swych trzymał wszystkie nici obrony. Nawet kiedy Nawajów wyparto, on pozostał na miejscu, rzekłbyś, kamienny.
Walka oddalała się coraz bardziej. Teraz dla trzech mimowolnych świadków nadszedł czas cofnięcia się w bezpieczne miejsce, droga bowiem do kryjówki była wolna; zeszli z drzew. Wódz Utahów stał jeszcze na tem samem miejscu. Zdała dochodziła wrzawa walki.
— Teraz zpowrotem! — odezwał się Winnetou. — Później rozpalą ognie na znak radości i będzie dla nas za późno. Zabierzemy ze sobą wodza. Ja pójdę...
Przerwał, zdumiony, bo z ciemności wyskoczył szybko jak piorun mały, szczupły, kulawy człowieczek, podniósł wgórę strzelbę i potężnem uderzeniem kolby powalił wodza na ziemię. Potem chwycił go za kark i pociągnął szybko w ciemności. Z jego ust wybiegły niezbyt głośne, ale zrozumiałe słowa:
— C© mogą Old Shatterhand i Old Firehand, to przeważnie potrafimy także i my, Sasi.
— Hobble-Frank! — wyrzekł Old Firehand. — Ten hul-
taj oszalał. Musimy pójść czem prędzej za nim, aby nie zrobił jakiego głupstwa.
Pośpieszyli za małym. Już prawie dotarli do kryjówki, gdy nagle padł przed nimi strzał i zaraz potem rozległ się śmiech Moritzburczyka:
— Głupcze! Uważaj, gdzie celujesz! Jeśli mnie chcesz trafić, to nie mierz do księżyca! Masz swoją porcję, a teraz dobranoc!
Odezwał się trzask ciężkiego uderzenia, — nastała cisza. Trójka natknęła się na Franka.
— Nabok! — zawołał. — Tu strzelają i kłują!
— Stój! — ostrzegł Shatterhand. — To my!
— Podziękujcie Bogu, że otworzyliście usta! Gdybym nie poznał waszego głosu, to, na moją duszę, byłbym was krótko i węzłowato zastrzelił.
— Dlaczego opuściłeś kryjówkę?
— Tylko z troski o was. Zaledwie odeszliście, rozległ się krzyk, jakby Cymbrowie wpadli między Teutonów; potem zaczęła się strzelanina, a ja zląkłem się i zaniepokoiłem o was. Dlatego chwyciłem za strzelbę i wymknąłem się niepostrzeżenie dzięki tym egipskim ciemnościom. Na lewo strzelano, wy udaliście się na prawo. Tu stał przy drzewie wódz, jak śledź marynowany; to rozgniewało mnie i dałem mu klapsa po południku tak, że padł na ziemię w kierunku równikowym. Chciałem go naturalnie szybko usunąć w bezpieczne miejsce, więc pociągnąłem za sobą; ale, że był trochę ociężały, siadłem na chwilę na jego corpus juris, aby sumiennie wypocząć.
Wtem podpełzł jakiś czerwony „wolny strzelec“ ? zmierzył do mnie z flinty; odbiłem ją wbok, kula poszła po mlecznej drodze, a ja rozciągnąłem go kolbą obok wodza. Co się stanie z tym hultajem? Ja sam mu nie poradzę, — Pomożemy ci. Teraz szybko do kryjówki! Strzelanina ustała i Utahowie zaraz powrócą.
Obu nieprzytomnych Indjan wniesiono do kryjówki, gdzie ich związano i skneblowano jak poprzednich.
Utahowie w istocie powrócili i to jako zwycięzcy. Rozpaliwszy dwakroć więcej ognisk, przetrząsali las, szukając zabitych i rannych. Nawajowie zabrali swoich. Nad każdym znalezionym trupem zawodzono skargi i wydawano wycie wściekłości. Ciała zebrano na jedno miejsce* aby je pochować z należytemi zaszczytami. Brakło tylko trzech wodzów. Po tem odkryciu las rozbrzmiał znowu od ryku rozgniewanych czerwonych. Dwaj pozostali dowódcy zwołali wybitnych wojowników na naradę.
To naprowadziło Winnetou na myśl podkradnięcia się jeszcze raz do obozu Utahów, aby usłyszeć, co postanowią; dokonał tego bez trudności. Czerwoni przekonani, że są zupełnie sami, uważali wszelką ostrożność, za zbyteczną. Odparci Nawajowie, ich zdaniem, nie powrócą już, a gdyby się nawet odważyli, to u wyjścia z doliny stały straże. Postanowiono jeszcze tej nocy pogrzebać zmarłych. Teraz należało przedewszystkiem uwolnić pojmanych wodzów. To było nawet bardziej wskazane, niż czekać do rana na przybycie Winnetou i jego białych towarzyszy, bo ci, udając się nad Srebrne Jezioro, musieli bezwarunkowo wp_.ść w ręce Utahów. Dlatego uradzono poczynić wszelkie potrzebne przygotowania, aby z brzaskiem dnia ruszyć
<w pościg za nimi.
Winnetou cofnął się powoli i ostrożnie. Wpobliżu kryjówki ujrzał kilka koni; zwierzęta te spłoszyły się w czasie walki i odłączyły od reszty. Apaczowi wpadło na myśl, że przecież muszą transportować nowych jeńców, to znaczy trzech wodzów i wojownika. Wpobliżu nie było nikogo. Konie nie lękały się, ponieważ był Indjaninem; wziął więc jednego za uzdę i poprowadził ku kryjówce, aby oddać Old Firehandowi. W ten sam sposób przyprowadził trzy pozostałe. —
W kryjówce czas nikomu się nie dłużył, bo miano dość tematu do opowiadania i słuchania. Zasnęli dopiero po północy, ale już z brzaskiem dnia byli wszyscy na nogach, gdyż odmarszowi Indjan towarzyszył znaczny hałas. Wkrótce w dolinie nie stało ani jednego Utaha i biali mogli opuścić kryjówkę. —
Obejrzano trupy pomordowanych białych. Skonali wśród wielkich męczarni. Westmani wiele już widzieli i wiele przeżyli; nie mogli się jednak oprzeć uczuciu przerażenia, widząc podziurawione ciała i straszliwie zniekształcone członki zmarłych. Trampi zebrali owoce własną ręką posiane. Najakuratniej obeszli się czerwoni z kornelem: wisiał przy palu głową nadół; donaga, podobnie, jak jego towarzysze, obdarty z odzieży. Czerwoni rozchwytali ją, nie pozostawiając najmniejszego drobiazgu. Skradziony rysunek zniknął; gdyby go nie było można wydostać od Utahów, to pozostawała jeszcze wątła nadzieja, że obaj Niedźwiedzie uchylą tajemnicy Srebrnego Jeziora. —
Zmarłych pogrzebano i pod wodzą Winnetou ruszono manowcami ku Srebrnemu Jezioru, NAD SREBRNEM JEZIOREM.
W
kilka dni później oczom białych, zbliżających się już do celu uciążliwej podróży, przedstawił się potężny widok. Jechali powoli wznoszącym się kenjonem, po którego bokach jeżyły się potężne i wysokie masy skalne. Kolosalne piramidy z piaskowca, pięły się różnobarwnemi pokładami w niebo. Widok ten okazały był jednak martwy; brakło mu życia, ruchu. Między skałami ani kropelki wody, na głębokiem dnie ani źdźbła trawy, na stromych ścianach ani cienia zielonej gałązki czy liścia, którego barwa radowałaby oczy. Suchy obecnie kenjon tworzył niegdyś łożysko rzeki, która wartkie fale wylewała szerokim strumieniem do Colorado. Stąd też na dnie jego leżały grube pokłady okrągłych i wygładzonych kamieni, a przestrzeń między niemi wypełniał piasek. Utrudniało to ogromnie drogę, bo kamienie usuwały się za każdym krokiem z pod kopyt koni i nużyły zwierzęta.
Old Firehand, Shatterhand i Winnetou jechali przodem. Pierwszy z widoczną uwagą przyglądał się otoczeniu. Nagle zatrzymał konia w miejscu, gdzie dwa potężne słupy skalne, opierające się wgórze o siebie, tworzyły wolną przestrzeń, szeroką może na dziesięć stóp, która zdawała się zwężać w głąb; przyjrzawszy się bacznie, rzek^t — Tutaj z pewnością wyszedłem wówczas, kiedy znalazłem żyłę. Zobaczmy jednak pierwej; może się mylę.
Chciał zsiąść z konia dla przekonania się, ale Apacz zwrócił się ku otworowi i odezwał:
— Niech moi bracia pójdą za mną, bo tu zaczyna się ścieżka, którą możemy sobie znacznie skrócić drogę.
— Znasz tę szczelinę? — zapytał Firehand zaskoczony.
— Tak. Z początku się zwęża, potem rozszerza bardzo i to nie w wąski parów, ale w równą płaszczyznę skalną, która powoli wznosi się wgórę.
— To się zgadza, to się zgadza! A więc jestem w dobrem miejscu. Ta płaszczyzna ciągnie się kilkaset stóp wgórę. A co jest dalej? Czy wiesz?
— Górna krawędź tej tafli spada po drugiej stronie stromo w głąb, w wielki, okrągły kocioł, z którego prowadzi w licznych zakrętach wąska ścieżka w szeroką, piękną dolinę Srebrnego Jeziora.
— I to także się zgadza. Czy znalazłeś może w tym kotle co ciekawego?
— Nie. Tam niema nic; ani wody, ani trawy, ani zwierzęcia. Żaden owad, żadna mrówka nie czołga się po tych wiecznie suchych kamieniach.
— Więc ja ci dowiodę, że można tam znaleźć coś co jest o wiele cenniejsze od wody i trawy.
— Czy masz na myśli żyłę srebra, ktćrą odkryłeś?
— Tak. Dla tego właśnie kotła podjąłem tę daleką jazdę. Naprzód, skręcamy wbok! —
Wjechali do szczeliny jeden za drugim, gdyż nie było dość miejsca dla dwu koni. Wkrótce jednak ściany poczęły się rozstępować; przed jeźdźcami leżał gładki, wznoszący się powoli trójkąt skalny, tworzący wgórze na tle jasnego nieba ostrą, prostą linję.
Jechano wgórę. Zdawało się, że konie wdzierają, się na ogromny dach, jednakże pochyłość nie nastręczała zbyt wielkiej trudności. Upłynęła godzina, zanim oddział dostał się na szczyt i teraz przed oczyma jeźdźców ciągnęta się milami równina skalista w kierunku zachodnim. Na jej przedzie był głęboki kocioł, o którym mówili Old Firehand i Winnetou; na lewo w kierunku południowym szła wgórę ciemna kresa — wąwóz, przez który z kotła można się było dostać do Srebrnego Jeziora.
Old Firehand chciał pokazać towarzyszom, co znalazł w kotlinie; Utahowie jednak nie powinni byli o tem nic wiedzieć. Dlatego odprowadzono ich do wąwozu,, pozostawiając kilku rafterów na straży. —
Kocioł miał przynajmniej milę angielską średnicy, a dno jego składało się z kamieni i grubej warstwy piasku, otoczonej przez wodę. Inżynier Butler, rzuciwszy dookoła badawcze spojrzenie, odezwał, się:
— Może natrafimy na bogatą bonancę. Jeśli rzeczywiście znajduje się tutaj szlachetny metal, to należy się go spodziewać odrazu w znacznych ilościach. To ogromne zagłębienie zostało wymyte w ciągu całych stuleci.. Woda, spływająca z południa przez parów, nie mając ujścia, utworzyła wir, który odrywał kamienie i ścierał je na żwir i piasek. Grunt, na którym stoimy, powstał przez powolne osadzanie się i musi zawierać czysty metal, który wskutek swej ciężkości opadał na spód, a więc leży pod warstwą piasku. Jeśli wykopiemy dół na kilka łokci, to się pokaże, czy podróż nasza osiągnęła swój, cel, czy też była daremną.
— Nie potrzeba kopać. Wystarczy przecież przekonać się, czy brzegi tej wyżyny, niegdyś wypełnionej wo~
są, zawierają poszukiwany kruszec.
— Oczywista. Jeśli w tych ścianach znajduje się srebro, to jest rzeczą zupełnie pewną, że i dno kotła je zawiera.
— Więc chodźcie! Dam wam dowody.
Ruszył wprost ku znanemu sobie miejscu. —
— Kuzynie, serce mi bije, — przyznał się Hobble-Frank Aitenburczykowi. — Jeśli znajdziemy srebro, to napcham “kieszenie po brzegi i powrócę do domu, do Saksonji. Tam zbuduję sobie na brzegu słodkiej Elby willę i od rana do nocy będę wystawiał przez okno głowę, aby pokazać ludziom, jak wygląda człowiek, który znalazł pokłady srebra.
— A ja, — odpowiedział Droll, — kupię sobie folwark z dwudziestoma końmi, z osiemdziesiątką krów i nic nie będę robił, tylko twaróg, bo w altenburskiem o to przedewszystkiem idzie. —
Oid Firehand przystąpił do ściany skalnej, podmytej i pokruszonej w tem miejscu, wyciągnął luźno leżący kamień, jeden, drugi, kilka. Powstała szpara. Firehand sięgnął do niej ręką.
— Z tego. co tu znalazłem, — rzekł — zabrałem próbkę i kazałem zbadać. Zobaczymy teraz, czy z oceną zgodzi się Butler.
Kiedy rękę cofnął, trzymał w niej coś białego z branżowym nalotem, coś nakształt drutu. Inżynier, zaledwie wziął to do ręki i rzucił okiem, zawołał głośno:
— Nieba! Toż szczere srebro! I to tkwiło w szparze?
— Tak! Wypełniało całą szczelinę. Zdaje się, że sięga ona głęboko w skałę i obfituje w kruszec.

— 	Wobec tego mogę ręczyć, że czeka nas bogaty połów. Naturalnie znajdzie się więcej takich rozpadlin i szczelin, zawierających czyste srebro.

Westman zaśmiał się i wydobył drugi jeszcze znacznie większy przedmiot. Był to kawał kruszcu wielkości co najmniej dwu pięści; Butler obejrzał go uważnie ł zawołał:
— Badanie chemiczne jest naturalnie o wiele pewniejsze, ale mogę przysiąc, że natknęliśmy się na chlorek srebra, a więc rogokrusz srebra, kerargyrit.
— To się zgadza. Analiza chemiczna wykazała chlorek.
— Iloprocentowy?
— Siedemdziesiąt pięć procent czystego kruszcu.
— Co za odkrycie! Rzeczywiście w Utah znajduje się przeważnie rogokrusz srebra. Gdzie jest ta żyła?
— Dalej stąd, po drugiej stronie kotła. Nakryłem ją grubą warstwą rumowiska.
— Mr. Firehand! Tu leżą miljony, a odkrywca jest krezusem! — zawołał Watson, były nadzorca robotników.
- — Tylko odkrywca? Pshaw! Wy wszyscy otrzymacie w tem udział. Ja jestem odkrywcą, Butler inżynierem, a reszta będzie pomagać w wydobywaniu srebra. W tym celu przecież was zabrałem. Warunki, na jakich będziemy pracować, i udział, który każdy z was otrzyma, omówimy jeszcze bliżej.
Słowa te wywołały ogólną radość; zdawało się, że nie będzie jej końca. Większość chciała natychmiast podjąć dalsze badania, jednak Old Shatterhand położył kres temu, ostrzegając:
— Nie tak śpiesznie, messurs! Przedewszystkiem musimy pomyśleć o czem innem. Przecież nie jesteśmy tu samL
— Ale wyprzedziliśmy czerwonych, — zauważył lord, który wprawdzie nie podnosił żadnych pretensyj do odkrytego kruszcu, lecz podzielał entuzjazm innych.
— Wyprzedziliśmy, to prawda, ale nie o wiele. Nawajowie przybędą nad jezioro zaledwie o kilka godzin później niż my, a za nimi naturalnie Utahowie. Nie mamy więc czasu do stracenia, bo musimy się przygotować na ich przyjęcie.
— To prawda, — potwierdził Old Firehand. — Ale chciałbym jeszcze wiedzieć, czy eksploatacja nie natrafi na trudności; aby nam to wyjaśnić, master Butler będzie potrzebował zaledwie kilku minut.
Inżynier rzucił długie, badawcze spojrzenie na otoczenie, poczem zapytał:
— Jak daleko stąd leży Srebrne Jezioro?
— Za dwie godziny będziemy tam.
— Czy leży wyżej niż to miejsce?
— Znacznie wyżej.
— A więc mielibyśmy potrzebny spadek; trzeba jednak rur, choćby początkowo drewnianych. Czy znajdziemy je tutaj?
— Nawet mnóstwo. Srebrne Jezioro jest otoczone lasem.
— Świetnie! Może nie będziemy musieli całej przestrzeni wykładać rurami. Możemy nieco wyżej stąd założyć zbiornik, a z jeziora aż do tego rezerwuaru woda będzie płynąć na powierzchni; stamtąd jednak sprowadzimy ją rurami, aby otrzymać potrzebne ciśnienie.
— Aha, do płuczkami?
— Tak. Unikając gracy i łopaty przy obróbce kamienia, będziemy go rozsadzać wodą, a gdzie sikawki nie wystarczą, użyjemy prochu. Również i grunt, zawierający kruszec, obrobimy wodą.
— Ale woda musi wszak znaleźć odpływ, gdyż zaleje kocioł i nie będziemy mogli pracować.
— Tak, odpływ! Ten trzeba najpierw przygotować. Myślę, że początkowo wystarczy pompa, lub wiadro blokowe do podnoszenia wody na wyżynę, przez którą dostaliśmy się tutaj. Stamtąd sama już pójdzie wdół, a przez szczelinę do kenjonu. Naturalnie, potrzeba nam maszyn, ale to nie nastręczy żadnych trudności i w ciągu miesiąca może być wszystko gotowe. Jedna tylko rzecz nasuwa mi pewne wątpliwości. — Do kogo należy ta ziemia?
— Do Timbabaczów, lecz wpływ Winnetou skłoni ich do sprzedania jej, co każę urzędownie potwierdzić.
— Więc jestem zadowolony. Najważniejsze jest to, że można wodę z jeziora sprowadzić tutaj, nad czem jeszcze zastanowię się w czasie obecnej jazdy, — Jedźmy dalej!
Małą szczelinę, którą Old Firehand odsłonił, zamknięto zpowrotem, a również zasypano wejście do żyły; całe towarzystwo dosiadło koni, aby kontynuować przerwaną jazdę. —
Jeszcze nie dotarli do Srebrnego Jeziora, kiedy dawne łożysko rzeczne, nagle się rozszerzyło, tworząc równinkę, otoczoną skałami, ha której znajdował się niewielki stawek. Tu rosła trawa. Wskutek gorąca, braku wody i złej drogi, konie mocno ucierpiały, to też, nie chcąc już słuchać wędzidła, samowolnie rzuciły się Qa paszę. Jeźdźcy zsiedli, aby im dogodzić.
Inżynier zwracał pilną uwagę na drogę, którą przebywali; teraz spostrzeżenia swe zakomunikował towarzyszom:
—Dotychczas jestem zadowolony. W wądole pod* dostatkiem jest miejsca nie tylko dia przeprowadzenia wody, ale także dla transportu wszystkich potrzebnych nam przedmiotów. Muszę przyznać, że przyroda okazała się dla nas bardzo łaskawa i...
Przerwał i począł nawoływać, przerażony:
— Eden! Gdzie jest Eiien? Nie widzę jej nigdzie! —
Po raz pierwszy od dwu dni dziewczynka ujrzała
nie tylko trawę, ale także kilka kwiatków; więc nie dziw, że pobiegła je zerwać. Wilgoć pobliskiego jeziora, przesyciła ziemię aż tutaj i roślinność pokryła wąwóz, prowadzący ku jezioru. Ellen, zrywając kwiatki, szła coraz dalej, aż do zakrętu. Właśnie chciała zawrócić, kiedy z poza załomu drogi wyszło trzech mężczyzn, — trzej uzbrojeni Indjanie. Dziewczę struchlało ze strachu; chciało wołać pomocy, ale nie mogło wydobyć głosu. Indjanie szybko rzucili się na nią. Jeden położył jej rękę na ustach, drugi przytknął nóż do piersi, grożąc łamaną angielszczyzną:
— Cicho, inaczej umrzeć!
Tymczasem trzeci posunął się naprzód, aby zobaczyć, do kogo biała dziewczynka należy, gdyż rozumiało się samo przez się, że nie była tu Sama. Po dwu zaledwie minutach powrócił i szepnął do towarzyszy kilka słów, których Ellen nie zrozumiała; potem pochwycono ją, a ona nie odważyła się nawet głosu wydobyć. Po krótkim czasie wąwóz się skończył niezbyt wysokim stokiem, którego dolny brzeg porastały krzaki, połączone wgórze z lasem. Ellen pociągnięto w zaroślai a potem ku drzewom, gdzie siedziała gromada Indjan. Broń leżała przy nich, ale natychmiast pochwycili za nią i zerwali się, zobaczywszy, źe towarzysze nadchodzą z dziewczynką.
Ellen, widząc oczy wszystkich skierowane groźnie na siebie, była pewna, że znalazła się w największem niebezpieczeństwie. Wtem przypomniała sobie totem, który podarował jej na okręcie Mały Niedźwiedź. Ten powiedział, że to pismo ocali ją w każdem niebezpieczeństwie. „Jego cień jest moim cieniem, a jego krevt» jest moją krwią; on jest moim starszym bratem“, brzmiały słowa totemu. Wyciągnąwszy nitkę, na której totem wisiał, odwiązała go i podała temu z Indjan, którego z powodu strasznego wyglądu uważała za niebezpiecznego.
Czerwony rozwinął skórę, przyjrzał się figurom, wydał okrzyk Zdziwienia i podał totem najbliższemu. Totem przeszedł z rąk do rąk. Twarze się rozjaśniły, a ten, który mówił już do Ellen, zypytał:
— Uff! kto dać ci?
— Nintropan-homosz, — odpowiedziała,
— Młody wódz?
— Tak!
— Gdzie?
— Na statku.
— Wielkie, ogniste kanoe?
— Tak.
— Na Arkanzas?
— Tak.
— To prawda. Nintropan-homosz być na Arkanzas. Kto ludzie tam? — zapytał, wskazując na wąwóz.
— Winnetou, Old Firehand, Old Shatterhand.
— Uff, Uff! — zawołał, a i inni zawtórowali — uff! — Chciał nadal pytać, lecz zaszeleściło w krzakach i wyszli z nich pod wodzą, trzech wymienionych biali, którzy w jednej chwili otoczyli czewonych. Wywiadowca nie zauważył poprzednio Winnetou, teraz dopiero go poznał.
— Wielki wódz Apaczów! — zawołał. — Ta biała dziewczynka ma totem Małego Niedźwiedzia, jest więc naszą przyjaciółką. Porwaliśmy ją, bo nie wiedzieliśmy, czy mężowie, do których należy, są naszymi przyjaciółmi, czy wrogami.
Czerwoni mieli na twarzach barwy błękitną i żółtą, co skłoniło Winnetou do zapytania:
— Wy jesteście wojownikami Timbabaczów?
— Tak.
— Kto was prowadź \?
— Czia-nicas. — Imię to znaczy: „Długie Ucho“; widocznie ten człowiek wsławił się bystrym słuchem.
— Gdzie on? — pytał Winnetou.
— Nad jeziorem.
— Ilu wojowników znajduje się tutaj?
—Stu.
— Czy zebrały się również inne szczepy?
— Nie. Przyjdzie jednakże jeszcze dwustu wojowników Nawajów; pociągniemy z nimi na północ, aby zabrać skalpy Utahom.
— Miej cie się na baczności, aby oni waszych nie zabrali. Czy postawiliście straże?
— Poco? Nie spodziewamy się żadnego wroga.
— Przyjdzie ich więcej, niżbyście chcieli. Czy Wielki Niedźwiedź jest nad jeziorem?
— Tak, a również i Mały Niedźwiedź.
— Prowadźcie nas do nich!
Właśnie nadeszło z wąwozu kilku rafterów z końmi i jeńcami, bo reszta białych poszła pieszo za Ellen.
Teraz dosiedli koni, a Timbabaczowie stanęli na przodzie jako przewodnicy. Oddział dotarł na szczyt góry. Potem grunt opadł po drugiej stronie, a wkrótce ujrzano błyszczącą powierzchnię wody — Srebrne Jeziorol
Wysokie jak wieże baszty skalne, błyszczące wszelakierni barwami, zamykały dookoła dolinę, której długość wynosiła dwie godziny drogi, a szerokość połowę tego. Poza temi bastjonami wznosiły się inne i coraz inne olbrzymy górskie, których szczyty sterczały jedne nad drugiemi. Ale te góry i skały nie były nagie. W rozpadlinach rosły drzewa i krzaki, a im niżej, tem bardziej gęstniał las, który schodził aż w pobliże jeziora; między nim a jeziorem widać było tylko wąski pas trawy..
W pośrodku jeziora leżała zielona wyspa z osobliwą budowlą z cegieł, która zdawała się pochodzić z tych odległych czasów, kiedy to dzisiejsi Indjanie nie wyparli jeszcze pierwotnych mieszkańców Ameryki. Na trawie stały liczne chaty, wpobliżu których przywiązanych było do brzegu kilka kanoe. Wyspa, okrągła, mogła mieć sto kroków średnicy. Starą budowlę pokrywały kwitnące pnącze, a reszta przestrzeni była uprawna jak ogródek i zarośnięta krzewami.
Wierzchołki lasu odbijały się w wodzie jeziora, szczyty gór rzucały cień na jego fale. Mimo to jezioro nie było ani zielone, ani błękitne; raczej błyszczało barwą srebrno-szarą, a ponieważ żaden wietrzyk nie marszczył powierzchni jego wody, przybysze mogli sądzić, że mają przed sobą kotlinę, wypełnioną żywem srebrem. W chatach i obok nich leżeli indjanie, mianowicie owych stu Timbabaczów. Pojawienie się białych wywołało wśród nich lekki niepokój, który jednak ustąpił, skoro tylko na czele oddziału ujrzeli swych towarzyszy. Zanim jeszcze biali doszli do owego miejsca, wyszły z chaty na wyspie dwie męskie postacie. Apacz przyłożył dłoń do ust i zawołał:
— Nintropan-hauey! Tu jest Winnetou!
Odpowiedziano mu głośnym okrzykiem; potem
obie postacie wsiadły do łódki, przywiązanej u brzegu wyspy, aby popłynąć na drugą stronę. Byli to obaj Niedźwiedzie, ojciec i syn. Wielki Niedźwiedź, wysiadłszy, wyciągnął rękę do Winnetou:
— Wielki wódz Apaczów bywa wszędzie, a gdzie tylko przyjdzie, rozwesela serca wszystkich. — Pozdrawiam także Old Shatterhanda, którego znam, i Old Firehanda, który był ze mną na okręcie!
Kiedy ujrzał ciotkę Droll, po twarzy jego przebiegł uśmiech; przypomniał sobie ostatnie spotkanie z tym śmiesznym człowiekiem i odezwał się, podając mu rękę:
— Mój biały brat jest dzielnym mężem; zabił panterę; witam go!
Tak szedł od jednego do drugiego, podając każdemu rękę. Syn jego zbliżył się do Ellen, która wysiadła z lektyki; skłoniwszy się jej, przemówił łamaną angielszczyzną:
— Mały Niedźwiedź nie spodziewał się, by mógł jeszcze kiedy widzieć białą miss. Co jest celem jej podróży?
— Udajemy się do Srebrnego Jeziora, — brzmiała odpowiedź.
Po obliczu jego przebiegł rumieniec radości, chociaż nie mógł ukryć zdumienia.
— To mała miss pozostanie tu przez pewien czas? — zapytał.
— Nawet na długo, — odpowiedziała.
— Więc proszę, bym mógł zawsze być przy niej. Miss pozna wszystKie drzewa, rośliny i kwiaty. Będziemy łowić ryby i polować, ale ja muszę być zawsze wpobliżu niej, bo tu są dzik’e zwierzęta i wrodzy ludzie. Czy miss pozwoli na to?
— Bardzo chętnie! Cieszę się bardzo, że jesteś tutaj.
Wyciągnęła ku niemu rękę, a on — istotnie — zbliżył
ją do ust, jak prawdziwy gentleman!
Konie przybyłych odprowadzili Timbabaczowie w las, gdzie stały już ich własne. Wódz czerwonych siedział dotychczas dumnie w chacie i dopiero teraz wyszedł z niej powoli, dość niechętny z tego powodu, że nie troszczono się o niego. Był to człowiek o posępnej twarzy, z długiemi nogami i rękami, które czyniły go podobnym do orangutanga. Stanął zdała i patrzył ponad przybyszów na góry, jakby nie miał z nimi nic wspólnego. Ale się pomylił, bo Droll natychmiast podszedł do niego:
— Dlaczego Długie Ucho się nie zbliża? Czy nie zechce powitać sławnych wojowników bladych twarzy?
Wódz mruknął coś niezrozumiale w swej ojczystej mowie, ale źle się z tem wybrał, bo Droll uderzył go po ramieniu jak starego, dobrego znajomego i zawołał:
— Mów po angielsku, stary hultajul Ja twego języka nie znam.
Czerwony mruknął znowu kilka niezrozumiałych wyrazów, to też Droll obstawał:
— Nie udawaj! Wiem, że mówisz zupełnie dobrze po
angielsku.
— No! — zaprzeczył wódz.
— Nie? Czy znasz mnie?
— No!
— Czy nie widziałeś mnie jeszcze nigdy?
— No!
— lim! Namyśl się! Musisz mnie chyba pamiętać?
— No!
— Widzieliśmy się poniżej w forcie Defience!
— No!
— Było nas tam trzech białych i jedenastu czerwonoskórych. Graliśmy trochę w karty, a trochę popijaliśmy. Czerwoni jednak łyknęli więcej, niż biali i wkońcu nie wiedzieli już, jak się nazywają i gdzie są. Potem przespali całe popołudnie i całą noc. No, przypominasz sobie teraz, stary?
— No!
— Nie? Dobrze! My biali, położyliśmy się także w szopie obok Indjan, bo nie było innego legowiska. Kiedy otarliśmy powieki, czerwoni już odjechali. Czy wiesz, dokąd?
— No!
— Z nimi zniknął także mój karabin i torba na kule. Kazałem na lufie wyryć C. D. to znaczy „ciotka Droll“. Dziwnym sposobem litery te znajdują się na lufie twej strzelby. Czy wiesz może, jak się tam dostały?
— No!
— A torba była haftowana perłami i również oznaczona literami C. D. Nosiłem ją przy pasie, tak samo, jak ty twoją. Ale, ku wielkiej radości widzę, że ma ona te same litery. Nie wiesz, w jaki sposób moje litery znalazły się na twojej torbie?
— No!
— Tem lepiej za to ja wiem, jak moja strzelba znalazła się w twoich rękach, a moja torba na kule u twego pasa. — Zaraz cię od nich uwolnię.
W okamgnieniu wyrwał czerwonemu karabin z ręki, woreczek z za pasa i odwrócii się od niego. Rle czerwonoskóry rzucił się błyskawicznie ku niemu, wołając dość dobrą angielszczyzną:
— Oddaj je!
— N o! — odpowiedział teraz Droll.
— To moja strzelba!
— No!
- — Ten woreczek również!
— No!
— Jesteś złodziejem!
— No!
— Oddaj je, albo cię zmuszę do tego!
— No!
Czerwony wyciągnął nóż. Droll jednak roześmiał się wesoło:
— Ty jesteś Długie Ucho; znam cię jak zły.grosz. Jeszcze dłuższe jednak niż uszy, są twoje ręce i palce! Powiedz uczciwie prawdę, a będziesz mógł zatrzymać te przedmioty. A więc mów szczerze: Znasz mnie?
— Y e s! — odpowiedział czerwony wbrew wszelkim oczekiwaniom.
— Byłeś ze mną w forcie Defience?
— Yes!
— Upiłeś się?
— Yes!
— A potem zniknąłeś z moją strzelbą i woreczkiem?
— Yes!
— Dobrze! Możesz je więc zatrzymać; masz tutaj. A tu jest moja ręka. Zostańmy przyjaciółmi, ale musisz mówić po angielsku i nie wolno ci kraść. Zrozumiałeś?
Pochwyciwszy czerwonego za rękę, potrząsnął nią i zwrócił mu zabrane przedmioty. Ten wziął je i, nie zmieniając wyrazu twarzy, rzekł najprzyjaźniejszym tonem:
— Mój biały brat jest moim przyjacielem. On wie, co jest słuszne i dobre, bo chociaż znalazł te rzeczy u mnie, oddał mi je zpowrotem. On jest przyjacielem czerwonych mężów i ja go miłuję!
— Tak, przyjacielu, ja cię też miłuję. Wkrótce się o tem przekonasz, bo gdybyśmy nie byli przyszli, to z wielkiem prawdopodobieństwem utracilibyście skalpy na rzecz Utahów.
— O, ci nie przyjdą; pobili ich Nawajowie i my wkrótce ruszymy za nimi, aby także zdobyć dużo czupryn Utahów.
— Mylisz się!
— Przecież widzimy wodzów i wojowników Utahów jako waszych jeńców, a więc widocznie zostali zwyciężeni!
— Tych schwytaliśmy na nasz własny rachunek. Nawajowie jednakże zostali haniebnie pobici i uciekli; Utahowie ścigają ich i może jeszcze dziś pojawią się nad Srebrnem Jeziorem.
— Uff! — zawołał Długie Ucho, otwierając szeroko usta.
— Czy to możliwe? — pytał Wielki Niedźwiedź. — Czy ta biała ciotka mówi prawdę?

— 	Tak, — potwierdził Old Firehand. — Opowiemy wam wszystko, ale najpierw musimy się upewnić, że wrogowie nas nie zaskoczą. Należy się ich spodziewać lada chwila. Niech pięćdziesięciu wojowników Timbabaczów pojedzie natychmiast wdół do kenjonu; Frank, Droll, Oavy, Jemmy, Bill i Uncle, pojadą z nimi! W miejscu, gdzie kenjon zaczyna się zwężać, usadowicie się poza skałami. Dość tam wyskoków i zagłębień, za któremi znajdziecie osłonę. Utahowie będą mocno napierać na Hawajów, aby razem z nimi dostać się do jeziora. Macie przyjaciołom użyczyć pomocy i skoro tylko ujrzycie wrogów, pchnąć do nas posłańca. Napójcie jednak przedtem konie i sarni przepłóczcie gardła, bo tam wdole ani kropli wody. Wielki Niedźwiedź da wam mięsa.

Mięsa było dosyć; schło rozwieszone na rzemieniach między drzewami. Wody do picia dostarczały potoki, spływające z gór do jeziora. Wkrótce owych pięćdziesięciu ludzi z sześciu białymi stanęło wpogotowiu do wymarszu-, prowadził ich Mały Niedźwiedź. —
Dolina Srebrnego Jeziora ciągnęła się z północy na południe, od wschodu i zachodu zupełnie niedostępna; od północy można się było do niej dostać tylko przez kenjon i wąwóz, którym przyszli biali, podczas gdy ku południu wody jeziora wylewały się w szczelinę, stanowiącą jego ujście. Stąd nie można się było spodziewać wroga; raczej mieli nadejść zaprzyjaźnieni Nawajowie.
Ktoby badał otoczenie Srebrnego Jeziora, musiałby dojść do tego przekonania, że jezioro to miało dawniej odpływ nie na południe, lecz na północ do kenjonu. Teraz jednak między jeziorem a kenjonem lężało dość szerokie wzniesienie, podobne do grobli. Samorzutnie powstać nie mogło, a więc zostało sztucznie wzniesione. Ręce jednak, które tę pracę wykonały, rozpadły się już dawno w proch, bo na grobli rosły drzewa, których wiek sięgał co najmniej stu pięćdziesięciu iat. W jakim celu zbudowano tę groblę? Czy żył jeszcze choć jeden człowiek, któryby mógł odpowiedzieć na to pytanie? —
Oddział, wysłany przez Old Firehanda, przejechał przez groblę do kenjonu. Po trzech kwadransach przejście się rozszerzyło; ponieważ ściany skalne miały liczne szczeliny nie tylko wgórze, ale i wdole, więc zdawało się, że stoją na słupach, tworzących krużganki, w których można się było ukryć.
— Tu się zatrzymamy, — rzekł Mały Niedźwiedź,jadący przodem z białymi. — Możemy się ukryć w otworacb i jamach.
— A konie odprowadzimy zpowrotem na pewną odległość, — dodał Droll,- — aby ichnie było stąd widać,bo łatwo może dojść do walki.
Wskazówki te wykonano, poczem biali i czerwoni ukryli się w zagłębieniach po obu stronach kenjonu; pc niedługiem wyczekiwaniu usłyszeli tętent znużonego konia, a wkrótce potem .ukazał się jeden jeździec, Nawaj, którego wierzchowiec zaledwie mógł biec jeszcze. Człowiek ten był widocznie ranny, bo odzież miał okrwawioną. Mimo to rękami i nogami ustawicznie pobudzał konia do nowych wysiłków.
Młody Niedźwiedź opuścił kryjówkę i wyszedł na drogę. Skoro Nawaj go zobaczył, wstrzymał konia i zawołał:
— Uff! Mój młody brat! Czy oczekiwani wojownicy
Nawajów już nadeszli?
— Jeszcze nie.
—Więc jesteśmy zgubieni! Wielki Duch opuścił nas 1 przeniósł się do tych psów, Utahów. Napadliśmy na nich w Dolinie Jeleni, ale zostaliśmy odparci. Umknęliśmy, a Utahowie ruszyli za nami i dziś rano natknęli się na nowy, wielki oddział; teraz są czterykroć silniejsi niż my i gonią nas co koń wyskoczy.
— Uff! Więc rozbito was?
— Prawie. O dziesięć strzałów stąd toczy się walka. Mnie wysłano, abym sprowadził pomoc z nad jeziora, bo myśleliśmy, że oczekiwani wojownicy już nadeszli. Teraz jednak jesteśmy zgubieni.
— Jeszcze nie. Zejdź z konia i wypocznij tutaj. Pomoc zaraz nadejdzie.
Należało ciężko udręczonym Nawajom nieść co prędzej pomoc. Pchnąwszy więc posłańca nad Srebrne Jezioro, Nawaja zaś pozostawiwszy przy koniach, ruszono szybko w stronę placu boju. —
Tak; Nawajowie byli w ciężkiej opresji. Konie im wystrzelano. Za ich ciałami znaleźli jedyną osłonę, bo ściany kenjonu były tak gładkie, że nie dawały schronienia. Widocznie zbrakło im pocisków, gdyż strzelali jedynie wtedy, gdy byli pewni celu; kilku najodważniejszych biegało dokoła, zbierając strzały Utahów. Tych było takie mnóstwo, źe chociaż stali w kilku szeregach jedni za drugimi, wypełnili całą szerokość kenjonu; walczyli pieszo, pozostawiwszy konie wtyle, aby ich nie wybito.
Wycie na chwilę zamilkło, ujrzano bowiem nadchodzącą pomoc. Biali, kiedy ich kule mogły już Utahów dosięgnąć, stanęli zupełnie odsłonięci na środku kenjonu, przyłożyli karabiny i wypalili. Wycie Utahów było dowodem, że kule nie chybiły. Jeszcze sześć strzałów i ponowne wycie, poczem Timbabaczowie pochylili się ku ziemi i poczołgali naprzód, aby również przyjść do głosu.
Humply-Bill był zdania, że biali nie powinni naraz strzelać, bo w czasie ładowania broni następowała za długa przerwa. Postanowiono więc, że dwu będzie ładować, a dwu strzelać. Wkrótce okazało się, czego może dokazać sześciu dzielnych strzelców z dobremi karabinami; każdy bowiem strzał powalał jednego wroga. Utahowie cofnęli się, a pozostali tylko ci, którzy posiadali strzelby; kule ich jednak nie dosięgały nieprzyjaciół, a bliżej podejść nie śmieli. Wtedy Hobble-Frank zawołał do Małego Niedźwiedzia:
— My w sześciu zatrzymamy ich. Nawajowie niech się cofną poza nas. Powiedz im to!
Syn wodza posłuchał wezwania; czerwoni zerwali się i pobiegli wfył, aby się usadowić poza białymi. Dopiero teraz widać było, jak bardzo Nawajowie ucierpieli: liczyli jeszcze najwyżej sześćdziesięciu ludzi, lecz więcej niż połowa z nich nie miała koni. Szczęściem mogli się cofnąć bez przeszkody, bo i Timbabaczowie pozostali, trzymając Utahów w szachu.
Teraz wybawcy Nawajów rozpoczęli powolny odwrót, a Utahowie ruszyli za nimi, oszczędzając strzał i podtrzymując walkę tylko bronią palną. Tak krok za krokiem dotarli w pobliże miejsca, gdzie się poprzednio ukrywali. Biali radzili schronić się szybko do jam i zagłębień. — Nastąpił nagły odwrót i ci, na których dotąd tak silnie napierano, znikli. Znaleźli się w miejscu bezpiecznem, bo mieli osłonę przed wszelkiego rodzaju strzałami, podczas gdy Utahowie nie mogli się ukryć. Gdyby teraz nadeszła spodziewana pomoc, to spokojnie możnaby było oczekiwać wyniku dalszej walki. —
A pomoc była już w drodze. Oid Firehand opowiedział krótko Wielkiemu Niedźwiedziowi, co zaszło. Wódz zaniepokojony odrzekł:
— Ostrzegałem Nawajów i radziłem im zaczekać, aż zbiorą się wszyscy wojownicy, lecz byii przekonani, że Utahowie także się jeszcze nie połączyli, i chcieli znieść każdy oddział zosobna. To też spotkał ich los, który gotowali swym wrogom. Nawet gdyby im się udało umknąć w góry, to liczba ścigających będzie się ciągle zwiększać i łatwo może się zdarzyć, że tu nad jeziorem stanie do tysiąca Utahów.
— A co wtedy będzie z tobą? Czy Utahowie będą cię uważać za nieprzyjaciela?
— Tak.
— To grozi ci największe niebezpieczeństwo!
— Nie.
— Czy dlatego, że masz tu Timbabaczów i oczekujesz jeszcze innych Nawajów?
— Nie; polegam jedynie na samym sobie.
— Nie rozumiem cię.
— Nie obawiam się nawet tysiąca Utahów. Podniosę tylko rękę, a będą zgubieni; w ciągu jednej krótkiej chwili będą wszyscy zabici.
— Hm! Wszyscy?
— Czy nie wierzysz? Tak, ty tego nie możesz pojąć. Wy, blade twarze, jesteście bardzo mądrymi ludźmi, ale żaden z was nie wpadłby na myśl taką. W głosie jego brzmiał© tyle dumy, że Old Firehand wzruszył ramionami. Oczy Old Shatterhanda obiegły jezioro i góry dokoła; po twarzy przemknął mu lekki uśmiech:
— Ty jednak również nie jesteś człowiekiem, który wpadł na ową myśl.
— Nie. Kto ci to powiedział?
— Ja sam. My biali nie możemy wpaść na taką myśl, bo jesteśmy chrześcijanami i brzydzimy się masowym mordem; jesteśmy jednak dość przenikliwi, aby wam wejrzeć w dusze.
— Zdaje ci się, że wiesz, dlaczego nie obawiam się tysiąca wrogów?
— Tak.
— Powiedz!
—Dobrze! A więc możesz zgładzić tysiąc Utahów w kilku chwilach?
— Tak.
— Kiedy staną już w kenjonie?
— Tak.
— Tego nie możesz dokazać ani nożem, ani strzelbą, )ecz tylko przy pomocy żywiołów. Przy pomocy powietrza, a więc burzy? Nie! Ogniem? Także nie. Zatem tylko przy pomocy wody!
— Myśli twe są mądre i dobre, ale nic ponadto nie wyłowisz!
— Zobaczymy! Gdzie masz taki ogrom wody, abyś mógł zabić tylu ludzi? W jeziorze. Czy ci ludzie pójdą do jeziora? Nie! A więc jezioro musi pójść do nich; musi nagle wylać swe fale do kenjonu. Czy to możliwe? Przecież leży między niemi wysoka i silna grobla! No, ta grobla nie wznosi się tu od wieków; została zbudowana i to tak, że można ją nagle otworzyć i wyschły kenjon w okamgnieniu zamienić w koryto rwącego strumienia. Czy zgadłem?
Mimo spokoju, jaki Indjanin zachowuje w każdem położeniu, Wielki Niedźwiedź zerwał się i zawołał:
— Uff!... Czy jesteś wszechwiedzącym?
— Nie, tylko zastanawiam się.
— Zgadłeś; rzeczywiście zgadłeś! file jak dostąpiłem tej tajemnicy?
— Drogą spadku.
- — A jak otwiera się groblę?
— Jeśli mi pozwolisz ją zbadać, to bardzo prędko odpowiem na twoje pytanie.
— Nie, nie mogę ci na to pozwolić. Czy możesz jednak zgadnąć, w jakim celu zbudowano ją?
— Z dwóch powodów. Po pierwsze dla obrony. Zdobywcy okolic południowych przychodzili z północy, a ten kenjon był ulubioną drogą zaborców. Zbudowano więc groblę, aby im drogę zamknąć i móc nagle wodę wypuścić.
— A drugi powód?
— Skarb.
— Skarb?! — zapytał wódz, cofając się. — Co wiesz o nim?
— Nic, ale domyślam się wiele. Widzę jezioro, jego brzegi, otoczenie, i zastanawiam się: zanim powstała grobla, nie było tu jeziora, tylko głęboka dolina, przez którą płynęły do kenjonu potoki. Mieszkał tu naród bogaty; długi czas walczył z napierającymi zdobywcami; wreszcie wodzowie zrozumieli, że muszą ustąpić, uciekać, może tylko na pewien czas. Zakopali więc kosztowności i święte naczynia w dolinie i zbudowali tę groblę, tak, że powstało wielkie jezioro, którego fale miały być niezwyciężonym, niemym strażnikiem skarbu.
— Milcz, milcz! — zawołał wielki Niedźwiedź przerażony. — Nie mówmy o skarbie, lecz tyiko o tamie. Tak, mogę ją otworzyć i mogę zatopić tysiąc, a nawet więcej Utahów, jeśli się znajdą w kenjonie. Czy mam to uczynić, gdy przyjdą?
— Na miłość boską, nie! Przecież istnieją inne sposoby pokonania ich.
— Jakie? Czy może broń?
— Tak, a potem mamy wszak zakładników. Są to najznakomitsi wodzowie Utahów i Indjanie, aby ich ratować, zgodzą się na każdy warunek.
— Musimy ich umieścić w bezpiecznem miejscu.
— Czy masz odpowiednie?
— Tak; niech najpierw się najedzą i napiją.
Nakarmiwszy jeńców, przewieziono ich na wyspę.
Old Firehand, Shatterhand i Winnetou udali się tam również, bo zaciekawiało ich wnętrze budowli.
Górna jej część składała się tylko z parteru, przedzielonego murem na dwie części. W jednej było palenisko, druga zaś stanowiła izbę mieszkalną. Była nadzwyczaj ubogo urządzona: mata do zawieszania i prymitywne łoże, to wszystko.
— Tu mają jeńcy pozostać? — spytał Old Firehand.
— Nie, bo nie bylibyśmy ich dość pewni. Znajdzie
się tu jeszcze znacznie lepsze miejsce.
Odsunął łoże na bok; składało się z rusztowania i rozciągniętych na niem mat z sitowia i koców. Pod łóżkiem odsłonił się czworokątny otwór, w którym pień drzewa, użyty jako drabina, prowadził wdół. Wódz i Old Shatterhand zeszli do lochu, a reszta miała spu- szczać jeńców po jednemu.
Przez otwór dostawało się tylko niewiele światła do tej ciemnicy. Większa niż izba mieszkalna, rozszerzona była w kierunku ogrodu. Przeciwległą ścianę zamykał mur z cegieł; ani drzwi, ani jakiegokolwiek otworu. Kiedy westman zapukał w cienki mur, zabrzmiało pusto; za nim więc, pod izbą z ogródkiem, leżała druga piwnica, choć nie prowadziło do niej’ żadne wejście!
Utahów spuszczono wdół i położono obok siebie. Old Shatterhand obawiał się, że zbraknie im powietrza, lecz Wielki Niedźwiedź wyjaśnił:
— Będą mogli dostatecznie oddychać. Od powały idą przez mur otwory, bo zbudowany jesl z pustej cegły; starzy mieszkańcy tych okolic wiedzieli dobrze, co robią.
Old Shatterhand, jakby mimowoli, stąpnął bardzo silnie: podłoga piwnicy zadźwięczała również pusto. Czyżby tam wdole na dnie wyspy leżały ukryte skarby? — Na dalsze poszukiwania nie miał czasu, bo spuszczono już ostatniego z jeńców i wódz wracał na górę. Old Shatterhand musiał iść za nim. Kiedy przypłynęli do brzegu, ukazał się na spienionym koniu posłaniec, którego pchnięto po pomoc. Wszyscy więc chwycili za broń i pośpieszyli do koni. — Ellen musiała naturalnie pozostać, a z nią dla ochrony ojciec. Wielki Niedźwiedź poradził mu, aby popłynął z córką na wyspę, bo tam będzie bezpieczniej. Oprócz tego wysłano jeszcze silną straż do wąwozu, przez który biali przybyli nad jezioro; wystarczała zupełnie do osłonięcia tyłów. —
Pozostali naglili konie znacznie ostrzej, niż pierwszy oddział; ruszono galopem po kamieniach i w przeciągu kwadransa odbyto drogę. Przed nimi słychać było strzały. Zeskoczyli więc, i, pozostawiwszy konie również wtyle, rozdzielili się na prawo i lewo; niezauważeni przez Utahów, dostali się do rozpadlin skalnych, służących ich przyjaciołom za kryjówkę. —
Utahowie sądzili, że ciągle jeszcze walczą ze szczupłą garstką. Zdawało się im, że już dawno mogli zakończyć rozprawę przez szybki napad i chcieli teraz ten błąd naprawić. Rozległo się wycie, jakby wypuszczono stado dzikich zwierząt, i Utahowie ruszyli naprzód. Przyjęto ich strzałami; po dwóch minutach cofnęli się9 pozostawiając mnóstwo zabitych i rannych.
Old Shatterhand stał za słupem skalnym i oddał kilka strzałów, mierzył jednakże tak, aby strzały nie zabijały wrogów, lecz tylko raniły. Teraz ujrzał, że Timbabaczowie wysunęli się naprzód, aby poległych oskalpować; wódz ich znajdował się z nimi.
— Stać! — krzyknął westman gromkim głosem. — Pozostawcie tych ludzi w spokoju!
— Dlaczego? Ich skalpy należą do nas! — odpowiedział Długie Ucho, przyczem wyciągnął nóż i schylił się, aby jednemu z rannych ściągnąć skórę z głowy. W tej samej chwili Old Shatterhand stanął przy nim; przyłożywszy mu rewolwer do skroni, zawołał groźnie:
— Jeśli wymierzysz choć jedno cięcie, zastrzelę cię! Długie Ucho podniósł się i odezwał tonem przyjacielskiej wymówki:
— Co możesz mieć przeciwko temu? Utahowie byliby nas także oskalpowali!
— Gdybym był z nimi, rćwnieżbym na to nie po-
161
EL May — Skarb w Srebrnem Jeziorze III
zwolił. Nie zniosę tego, przynajmniej wobec żyjących.
— To ci niech zatrzymają swe skalpy, aie zmarłym zabiorę je.
— Jakiem prawem?
— Nie rozumiem cię! — odrzekł czerwony zmieszany. — Zabitego nieprzyjaciela trzeba przecież oskalpować.
— Tu leży ich wielu! Czy zwyciężyłeś wszystkich?
— Nie. Jednego trafiłem.
— Którego?
— Nie wiem.
— Czy zabity?
— 1 tego nie wiem. Pobiegł dalej.
— Pokaż mi więc takiego zabitego, w którym tkwi kula twego karabinu; wtedy możesz go oskalpować, ale nieprędzej, aż go pokażesz!
Wódz, mrucząc, cofnął się ze swoimi do kryjówki. Wdole, gdzie zgromadzili się odparci Utahowie, powstał krzyk. Ponieważ westman stał dotąd między Timbabaczami, nie mogli go dokładnie widzieć i teraz dopiero poznali. — Rozległy się okrzyki przerażenia-.
— Old Shatterhand! Zaczarowana flinta, czarodziejska strzelba!
Podszedł powoli ku nim i, zbliżywszy się na doniosłość głosu, zawołał:
— Zabierzcie swoich zabitych 1 rannych! Darujemy ich wam!
Na to wystąpił jeden z dowódców i odpowiedział:
— Będziecie do nas strzelać?
— Nie! — Obrócił się i poszedł do swej kryjówki.
Jakkolwiek czerwoni byli wiarołomni, jednak westmanowi nie przypisywali zdrady. Przytem Indjanin uważa za wielką hańbę opuścić zabitych lub rannych. Utahowie wysłali więc na próbę dwu ze swych ludzi, którzy, zbliżywszy się powoli, podjęli z ziemi jednego z rannych i odnieśli na bok; potem powrócili i zabrali drugiego. Kiedy i teraz nie podjęto przeciw nim żadnych kroków nieprzyjaznych, nabrali ufności i przyszło ich więcej. Old Shatterhand wyszedł z kryjówki i zawołał:
— Pozostańcie! Nie stanie się wam nic złego.
Pozostali, wahając się; on zaś zbliżył się do nich
i zapytał:
— Ilu wodzów macie teraz?
— Czterech.
— Który z nich najznakomitszy?
— Kai-Unune1).
— Powiedzcie mu, że chcę z nim zamienić słów parę! Niechaj odbędzie połowę drogi, a ja drugą połowę; spotkamy się w środku. Broń pozostawimy na miejscu, gdzie teraz stoimy.
Spełniwszy poselstwo, przynieśli odpowiedź:
— Przyjdzie i przyprowadzi trzech innych wodzów.
— Ja wezmę tylko dwóch towarzyszy. Skoro skończycie tutaj, niech przyjdą wodzowie.
Wkrótce zbliżyli się tamci czterej z jednej strony, a z drugiej Oid Shatterhand z Firehandem i Winnetou.
Powitali się poważnem skinieniem głowy i usiedli na ziemi naprzeciw siebie. Duma nie pozwalała czerwonym rozpocząć rozmowy. Przez dłuższy czas obie partje patrzyły na siebie wzajemnie, aż wreszcie najstarszy z czerwonoskórych, Huczący Grzmot, straciwszy cierpliwość, postanowił przemówić; podniósł się, a przy*) Huczący Grzmot. brawszy pełną godności postawę, zaczął:
— Kiedy jeszcze ziemia dookoła należała do synów Wielkiego Manitou i nie było u nas żadnej bladej twarzy, wtedy..,
— Wtedy mogliście wygłaszać mowy tak długie, jak wam się podobało, — przerwał Old Shatterhand. — Blade twarze jednak lubią mówić krótko.
Kiedy czerwonoskóry wygłasza mowę, to napróżno czekać jej końca; obecna rozmowa zabrałaby może kilka godzin, gdyby Old Shatterhand nie-przerwał jej na wstępie. Czerwony rzucił na niego napół zdziwione, a mapół gniewne spojrzenie, usiadł i odezwał się:
— Huczący Grzmot jest sławnym wodzem. Liczy znacznie więcej lat, niż Old Shatterhand i nie przywykł, aby mu młodzi mężowie przerywali. Powiedziałem. Howgh!
— Mąż może liczyć wiele lat, a mimo to mieć mniej doświadczenia, niż młody. Chciałeś mówić o tych czasach, kiedy jeszcze nie było tu bladych twarzy, my jed~ nak mamy mówić o dniu dzisiejszym. A ponieważ ja kazałem cię zawołać, więc ja też pierwszy będę mówił, I ja powiedziałem. Howgh!
Była to ostra nauczka, to też tamci zamilkli, a on ciągnął dalej:
— Wymieniłeś moje imię, a więc mnie znasz. Czy znasz także tych dwu wojowników, którzy siedzą obok mnie?
— Tak. To Old Firehand i Winnetou, wódz Apaczów.
—: Wiesz więc zapewne, że byliśmy zawsze przyjaciółmi czerwonych mężów. Dlaczego ścigaliście nas?
— Bo jesteście przyjaciółmi naszych wrogów.
~ To nieprawda. Wielki Wilk pojmał nas, mimo, Ż8 nip iir;/ynniśmy rnu nic złego. Aby ratować życie, musieliśmy Mn bronić przed Utahami.
C/y nie zabiliście w „Lesie Wody“ Starego Woil/.i i nie porwaliście innych dowódców?
Znowu tylko w tym celu, aby się ratować.
A teraz czy nie łączycie się z Nawajami i Timbabaczami, którzy są naszymi wrogami?
To się stało przypadkiem. Szliśmy nad Srebrne Jo/ioro i spotkaliśmy ich tutaj. Słyszeliśmy, że między w.mii i nimi ma przyjść, do walki, i pośpieszyliśmy, aby .prowadzić między wami pokój.
My chcemy zemsty, a nie pokoju!
— Zostaliście ciężko obrażeni; to wiemy; ale to niesfusznie z waszej strony, mścić się na niewinnych. Gdyby od was zależało, to bylibyśmy już od rana umarli przy palu męczeńskim, jak tamte blade twarze w Dolinie Jeleni.
— Co wiecie o tem?
— Wszystko. Pogrzebaliśmy ich zwłoki.
Więc byliście tam?
lak. Byliśmy pośrodku was. Słyszeliśmy, co Utahowie mówili, i widzieliśmy, co robili. Stałem z towarzyszami pod drzewem, kiedy Nawajowie przyszli, i widziałem, jak ich odpędziliście.
— To niemożliwe; to nieprawda.
— Ty wiesz, że ja nie kłamię. Zapytaj wodzów Uta~ hów, którzy byli przy tem.
Jak mamy ich zapytać, kiedy zniknęli? Wielki Duch zabrał ich do siebie. “
Nie. Wielki Duch nie chce nic wiedzieć o takich wiarołomcach i zdrajcach. On wydał ich w nasze ręce.

— 	Twój język jest fałszywy, bo przemawia w te słow a, at>y na nas wymusić pokój.

— Tak, chcę i wymuszę na was pokój, ale mówif j>rawdę. Kiedyśmy wieczorem byli u was w Dolinie Jeleni, pojmaliśmy trzech wodzów. Udowodnię ci, że mówię prawdę. Co to jest?
Wyciągnął z kieszeni wąski rzemień, wysadzony guzikami, wyciętemi ze skorupy muszli Wenery, i podsunął pod oczy Huczącego Grzmotu.
— Uff! — zawołał stary przerażony. — To wampum1) Żółtego Słońca!
— A ten? — wyciągnął drugi rzemień
— Wampum wodza Cztery Bawoły!
— A ten trzeci wampum?
Kiedy Old Satterhad pokazał trzeci rzemień, staremu słowa ugrzęzły w gardle; z gestem przerażenia, wyjąkał w oderwanych zdaniach.
— Żaden wojownik nie odda swego wampum; ora święty ponad wszystko; kto ma wampum drugiego, ten go zabił lub pojmał. Czy trzej wodzowie żyją jeszcze?
— Tak. Znajdują się w naszych rękach,
— Co chcecie z nimi uczynić?
— Życie za życie, krew za krew! Zawrzyjcie pokój z Nawajami i Timbabaczami, a wydamy jeńców!
— My również mamy jeńców; wymieńmy ich, wojownika za wojownika.
— Czy uważasz mię za niedorostka, który nie wie, iż wodza wymienia się przynajmniej za trzydziestu wojowników? Zapowiadam ci, że jeśli nie zawrzecie z nami pokoju, to tylko niewielu z was zobaczy rodzinne wigwamy!
Huczący Grzmot utkwił posępne spojrzenie w zieJ) Oznaka pokoju. .pa
mię. Wtem wstał Old Firehand, przeciągnął swą gigartlyc/iią postać i odezwał się:
Pshaw! Poco słów, kiedy mamy broń! Niech Hu-,]< y Grzmot powie nam szybko, czy chce wojny, czy pokoju. Damy mu, co wybierze: życie iub śmierć!
— Tak prędko nie możemy rozstrzygnąć.
— Dlaczego nie? Czy jesteście mężami, czy skwawami?
— Nie jesteśmy kobietami, lecz wojownikami. — obruszył się. — Mężowi nie przystoi gorąca krew. Odejdziemy i zastanowimy się, co należy czynić. — Kto zechce mówić, wy, czy my,niech da strzał i potem głośno zawoła. Powiedziałem. Howgh! powstał, skinął lekko głową i oddalił się, a pozostali poszli za jego przykładem.
— Teraz tyle wiemy, co poprzednio! — gniewał się Old Firehand.
—Mój brat mówił zbyt porywczo, — odpowiedział łagodnie i spokojnie Winnetou. — Powinien był pozwolić mówić dalej Old Shatterhandowi. Huczący Grzmot był zamydlony i już poczynał przychodzić do rozsądku.
Widać było, że Old Firehand przyznawał słuszność tym wyrzutom, bo nic nie odpowiedział. Kiedy powrócili do reszty towarzyszy. Długie Ucho przyjął ich zapytaniem: Utahów było czterech, a was poszło tylko trzech? Wystarczało nas! — odpowiedział niechętnie Old lirehand.
Ale są tu i inni mężowie! Ja jestem również wod.-imi i należę do rady tak samo, jak wy!
— Dosyć było niepotrzebnej gadaniny i bez czwartego. Długie Ucho umilkł, ale gdyby nie miał twarzy za- (m.i/anej farbami, rnożnaby było poznać, jak go to doknęło. Wogóle nie dopisywał mu humor: Droll go zblamował, a on nie mógł okazać swego gniewu; potem Old Shatterhand obraził go ciężko wobec jego ludzi, nie pozwalając mu skalpować zabitych wrogów; teraz zaś Old Firehand. Wódz był tchórzem; nie miał dostatecznej odwagi otwarcie wystąpić przeciw nim, ale gniew który tłumił, zapadł mu tem mocnej w serce. —
Wkrótce poczęło się zmierzchać i nastała noc. Wprawdzie nie było obawy, by Utahowie odważyli się na napad, ale mimo to należało przedsięwziąć środki ostrożności. Długie Ucho zgłosił dobrowolnie, że obejmie straże ze swymi ludźmi. —
Linję, idącą wpoprzek kenjonu, tworzyło wraz z wodzem Timbabaczów pięciu ludzi, a Długie Ucho znajdował się na skraju prawego skrzydła. Gniew wrzał w nim ustawicznie; pragnął pokazać białym, że jest tuzem, bez którego nie mogą się obejść. A gdyby tak teraz Utahowie knuli coś, a jemu udało się wyszpiegować? Ta myśl nie dawała mu spokoju; począł czołgać się przed siebie coraz to dalej. Ale nie szło łatwo. Kamienie nie leżały mocno i poruszały się często pod ciężarem jego długich członków. Dlatego musiał całą uwagę zwrócić raczej pod, niż przed siebie. Znowu potoczył się jakiś kamień, — a obok wychyliło się nagle coś ciemnego; dwie silne ręce chwyciły go jak obcęgi za gardło, dwie inne przycisnęły mu ramiona do ciała; stracił przytomność.
Kiedy przyszedł do siebie, leżał pomiędzy dwoma ludźmi, którzy przyłożyli mu ostrza nożów do obnażonej piersi; członki miał skrępowane, w ustach knebeL Przerażony wykonał ruch, który zauważył trzeci człowiek, siedzący u jego głowy. Ten odezwał się cicho.
Jo,lem Huczący Grzmot. Jeśli Długie Ucho bę<l/in mądry, nie stanip mu się nic złego. Niechaj da mł /tur Umieniem głowy, że słyszał moje słowa, inaczej łJnstanlrt nożem!
Dał szybko żądany znak.
Nioch Długie Ucho da znak, czy będzie mówił |M><;|i:łiu, jeśli mu wyjmę knebel? — pytał tamten.
Skinął znowu; Grzmot wyjął mu knebel.
Jeśli powiesz jedno słowo głośno, — ostrzegał — umrze,/; jeśli zaś połączysz się ze mną, to otrzymasz i /i,’.(’: naszego łupu. Odpowiadaj!
Łup! Na dźwięk tego słowa przyszła Timbabaczowi wielka myśl. Podsłuchał był rozmowę Wielkiego i Maleso Niedźwiedzia i dotąd jeszcze brzmiało mu w u . ach każde słowo. Łup! Tak! tamby był łup, łup, |.’kiego jeszcze nigdy nie dzielono po walce! W jednej liwili oddał się sprawie Utahów ciałem i duszą.
Nienawidzę i gardzę tymi białymi — rzekł. — Jeśli tai |i< możosz, to zniszczymy ich i obu Niedźwiedzi, i tlailn twar/o mnie obraziły. Muszę wytoczyć ich krew!
Uli! I iędziesz mógł się zemścić!- — Niech mój brat jiowla, e/y to prawda, że blade twarze mają w swych rykach naszych wodzów?
To prawda. Widziałem ich.
Te psy są chyba w przymierzu z djabłem! Gdzie wodzowie Utahów?
W domu na wyspie wśród jeziora.
Kto ich strzeże?
Jodna tylko blada twarz i jego córka.
Jedoń jedyny człowiek i dziewczyna pilnują tylu dzielnych i sławnych wojowników? Kłamiesz!
— Mówię prawdę. Pomyśl, te jeńcy są skrępowani.
— Tak; wierzę ci! To przecież na wyspiel A ilu wojowników jest na brzegu?
— Zaledwie kilku białych; strzegą drugiego dostępu do Srebrnego Jeziora.
— Uff! Więc droga przez ten kenjon nie jest jedyna? Jest jeszcze druga?
— Tak. Jeśli chcesz, to cię poprowadzę,
— Gdzie ta ścieżka?
— Nieco dalej wdół między dwoma słupami jest szczelina, którą można się dostać do głębokiego kotła; stamtąd prowadzi wąwóz do jeziora.
— Ile czasu potrzeba, aby tą drogą dostać się stąd do Srebrnego Jeziora?
— Trzech godzin.
— To dużo, bardzo dużo!
— Ale nagroda tem większa; w ręcę twoje wpadną wszyscy wrogowie, ocalisz wodzów i... — przerwał nagle.
— I... — mów dalej!
— I znajdziesz łup, jakiego nikt jeszcze nie zdobył.
— Łup? U Nawajów? Czy myślisz konie i broń?
— Mówię nie o Nawajach, lecz o obu Niedźwiedziach i Srebrnem Jeziorze, na któreg? dnie schowano ogromne bogactwa.
— Uff! Kto ci o tem mówił?
— Słyszałem od obu Niedźwiedzi. Wieczorem leżałem w ciemności pod drzewami, gdy wtem Niedźwiedzie nadeszli, stanęli tuż obok i, nie spostrzegając mnie, poczęli rozmawiać o skarbach.
— Jak dostały się one na dno jeziora?
— Ukrył je lud, który mieszkał tutaj przed dawnemi czasy i został ujarzmiony.
— Jak można je wydobyć, skoro są w jeziorze?
— Można! Tam, gdzie teraz jest jezioro, leżała dawniej sucha dolina. Ów naród zbudował wieżę, której szczyt tworzy obecnie wyspę. Od tej wieży prowadził przez dolinę siiny tunel, kończący się tam, gdzie teraz zaczyna się kenjon. Potem wzniesiono mocną i szeroką groblę, aby woda nie mogła odpływać na północ; dolina zapełniła się wodą i zamieniła w jezioro, tworząc ze szczytu wieży wyspę. Wylot tunelu zakryto kamieniami.
— I to wszystko prawda?
— Najzupełniejsza. Przekonałem się o tem, bo odwaliłem pokryjomu kamienie i znalazłem ów chodnik. Tam, gdzie on się zaczyna, leżą pochodnie, które są potrzebne do oświetlenia tunelu. Ten prowadzi po dnie jeziora ku wieży, w której na dolnem piętrze leżą skarby. Chodnik służy również do spuszczania wody do kenjonu celem zniszczenia wrogów, którzyby się tam znaleźli. Otwiera się tunel w jednem miejscu, a woda wylewa się do kenjonu i wszystko, co w nim jest, musi utonąć.
— Uff! Gdybyśmy tak mogli potopić blade twarze!
— Nie! Moi Timbabaczowie potonęliby także!
— To prawda! Ale jeśli rzeczywiście wszystko tak jest, jak mówisz, to biali są zgubieni. Pokaże się, czy jesteś uczciwym. Czy poprowadzisz nas teraz do jeziora?
— Tak; jestem gotów. Lecz jaką część łupu otrzymam?
— To postanowię, skoro się przekonam, że powiedziałeś prawdę. Teraz rozwiążę cię i każę dać konia.
Przy najmniejszej próbie ucieczki — zginiesz. —
Wódz wydał cichym głosem rozkazy i wkrótce wszyscy Utahowie siedzieli już w siodłach i wracali kenjonem, naturalnie z największa ostrożnością, aby nie wywołać szmeru. W ten sposób dostali się do miejsca, gdzie biali skręcili z kenjonu w stronę kotła skalnego. Ruszyli tą samą drogą. — Jazda nocą była jeszcze uciążliwszą, niż za dnia, ale czerwonoskórzy mieli prawdziwie kocie oczy, a konie orjentowały się sprawnie... Jechano wgórę pochyłości do drugiej strony kotła, a potem do wąwozu, dokładnie tą samą drogą, którą jechali biali.
Minęły trzy godziny, kiedy Utahowie dotarli tams gdzie zaczynały się drzewa. Tutaj Długie Ucho zatrzymał się i rzekł:
— Jesteśmy przy tunelu. Wylot znaduje się o kilka tylko kroków. Otworzymy go, odrzucając kamienie. W ten sposób dostaniemy się do wieży i wyjdziemy na wyspę. Tam jest zawsze kilka kanoe; przepłyniemy na brzeg łr znajdziemy się na tyłach nieprzyjaciół. Moi Timbabaczowie staną po waszej stronie, jeśli im każę.
— Dobrze! Połowa Utahów zostanie tutaj, połowa pójdzie za nami do tunelu.
Zsiedli z koni; Długie Ucho podprowadził ich W* miejsce, gdzie do skały przytykała kupa kamieni. Kiedy odrzucono je, ukazał się ciemny otwór, mający pięć łokci szerokości, a trzy wysokości. Wodzowie weszli do środka i macając dokoła siebie, znaleźli zapas pochodni, sporządzonych z łoju jeleniego i bawolego. Przy pomocy „punksa“ rozniecono światło i wtargnięto do tunelu. Powietrze było stęchłe, ale nie wilgotne. — Posuwali si§ możliwie szybko, czas jednak dłużył się w nieskończoność. Nareszcie dotarli do obszernej sali, gdzie przy ścianach ułożone były liczne pakunki, osłonięte rogożami.
— To pewno najniższe piętro wieży, a więc wyspy, — odezwał się Długie Ucho. — Może w tych paczkach leżą skarby, o których mówiłem. Czy zobaczymy?
— Tak, — skinął Huczący Grzmot. — Ale nie mitrężmy długo, bo musimy się dostać na wyspę. Później będzie czas na skarby.
Kiedy podniesiono pokrywę z jednej paczki, ujrzano w świetle pochodni figurę bożka ze złota. Posążek sam miał wartość rozległych włości. Owinięto go w rogożę, poczem ruszono dalej. Wgórę prowadziły wąskie stopnie; starczyły jedynie dla dwóch osób, dlatego czerwonoskórzy musieli iść gęsiego. Naprzedzie potępował Długie Ucho z pochodnią w ręce; jeszcze nie doszedł ostatniego stopnia piętra, kiedy pod sobą usłyszał wołanie, na które odpowiedziały liczne Okrzyki trwogi. Stanął więc i obejrzał się, a to, co zobaczył, mogło go porazić. Z tunelu, w którym znajdowało się jeszcze wielu, wielu Utahów, wdzierała się przez całą szerokość i wysokość woda. Pochodnie rzucały promienie światła ria nieme, szumiące fale, sięgające ludziom już do pasa, a które wznosiły się wgórę z przerażającą szybkością. Ci, którzy znajdowali się jeszcze w tunelu, byli straceni, bo woda zalała ich natychmiast; po chwili zguba zawisła nad tymi, którzy cisnęli się naprzód, strącając wzajem. Odrzucono pochodnie, aby uwolnić ręce do walki. To też żadnemu nie udało się stanąć na stopniach. Woda rosła tak szybko, że w minutę po pierwszym okrzyku, sięgała już czerwonoskórym do pasa; próbowali pływać, walcząc ze śmiercią i wręcz ze sobą, — daremnie!
Zaledwie sześciu znajdowało się tak wysoko, że mogli pomyśleć o ucieczce; wśród nich byli Huczący Grzmot i Wielki Wilk, a mieli jedną jedyną pochodnię, którą trzymał idący przodem Timbabacz. Wąski otwór w powale prowadził na dalsze piętro, skąd szły wgórę takie same stopnie.
— Daj mi światło i puść naprzód! — krzyknął Grzmot do Tirnbabacza, chwytając za pochodnię, ale Długie Ucho wzbraniał się wypuścić ją z ręki. Krótka niesnaska trwała jednak dość długo na to, aby woda podeszła wgórę; teraz poszła przez otwór na dalsze piętro. Tu było ciaśniej, niż na dole, to też woda wzbierała dziesięćkroć szybciej.
Długie Ucho, jednakże był młodszy i silniejszy od Huczącego Grzmota, wydarł mu się z ramion i silnem uderzeniem powalił go na ziemię. W tej samej chwili rzucili się nań inni Utahowie; broni nie miał żadnej, a tylko jedną rękę wolną. Już Wielki Wilk podniósł pięść, aby go powalić, gdy wtem długie Ucho zawołał;
— Stać, inaczej rzucę pochodnię do wody, a wtedy wszyscy zginiecie!
To poskutkowało; czerwoni zrozumieli, że mogą się tylko wtedy uratować, gdy zachowają światło. Woda sięgała już do pasa. —
— Więc zatrzymaj pochodnię i idź przodem, ty psie!- — odpowiedział Huczący Grzmot. — Ale potem zapłacisz mi za to! Timbabacz stał już na schodach i szedł dalej; znowu przez wąski otwór dostał, się na wyższe piętro. Stary wódz wypowiedział groźbę zupełnie poważnie. Długie Ucho zdawał sobie z tego sprawę; kiedy przecisnął się przez otwór, stanął i spojrzał za siebie. Poza nim ukazała się głowa Huczącego Grzmotu.
— Nazwałeś mię psem i chcesz się zemścić, — zawołał do niego. — Ty sam jesteś psem i zginiesz jak pies. Ruszaj do wody.
Wymierzył mu r.ogą cios w twarz. Stary runął i zniknął w otworze. W chwilę później wystawił głowę następny Utah, aby również zniknąć! Długie Ucho dyszał z trwogi i wysiłku, ale po twarzy jego przebiegł wyraz dzikiej radości. — Nagle z ciemnego otworu wysunęło się potężne ramię i ręka jak z żelaza chwyciła za nogę Timbabacza, który ze zgrozą poczuł, że się chwieje, a zaraz potem zabłysła w otworze wykrzywiona od wściekłości twarz Wielkiego Wilka.
Rozpacz dodała Długiemu Uchu siły olbrzyma. Za straszliwą siłą rzucił przeciwnikowi w oczy płonącą pochodnię. Wielki Wilk zawył z bólu i chwycił się obu rękami za głowę, a w tej samej chwili dostał drugie, nieubłagane pchnięcie głownią; potoczył się i spadł w bełkocącą pod nim falę, która wcisnęła się już na następne piętro.
Długie Ucho jedyny pozostał przy życiu. Teraz szedł jeszcze kilka pięter wyżej, ale woda ścigała go z tą samą szybkością. Wtem poczuł powietrze daleko czystsze. Wyjście się zcieśniło i zbrakło schodów; ponacinany drąg jednak, oparty o mur, służył za drabinę. Długie Ucho opierał już nogę o nacięcia, gdy usłyszał ponad sobą głos:

— 	Stój! Pozostań wdole, inaczej zastrzelę cię! Utahowie chcieli nas zgubić; teraz sami zginęli, a ty umrzesz jako ostatni z nich!

Był to głos Wielkiego Niedźwiedzia. Timbabacz poznał go i odpowiedział, dygocząc z trwogi:
— Ja nie jestem Utahem! Nie strzelaj!
— Kim jesteś?
— Twoim przyjacielem, wodzem Timbabaczów.
— Ach Długie Ucho! Zasłużyłeś na śmierć, bo jesteś odstępcą, zdrajcą!
— Nie, nie! Mylisz się!
— Wykradłeś mi tajemnicę i zdradziłeś ją Utahom Teraz musllz utonąć!
— Niczego nie zdradziłem! — zapewniał czerwonoskóry; woda sięgała mu już po kolana.
— Nie kłam!
— Puść mię! Pomyśl, że byłem twoim przyjacielem!
— Nie! Pozostaniesz wdole!
Wtem odezwał się Oid Firehand:
— Puść go! Już dość okrucieństwa! On wyzna winę!
— Tak, wyznam, powiem warn wszystko, wszystko! — prosił; woda sięgała mu do pasa.
— Dobrze! Daruję ci życie! — wychodź teraz!
Czerwonoskóry rzucił do wody pochodnię, aby
mieć obie ręce swobodne przy wspinaniu się i wyszedł na górę. Tam ujrzał, że stoi w tej samej izbie budynku, wznoszącego się na wyspie, w której było ognisko. Płonęło przed otwartemi drzwiami; przy padającym od niego blasku ujrzał Wielkiego Niedźwiedzia, Old Firehanda i Shatterhanda. Wyczerpany drogą i ciągłem przerażeniem, osunął się na ziemię; prędko jednak się zerwał, aby wypaść z izby.
— Precz, precz! — krzyczał. — Woda dojdzie aż tutaj, zanim będziemy mogli się uratować!
— Pozostań! — odpowiedział Wielki Niedźwiedź. — Nie masz się czego obawiać; woda nie może wewnątrz wyspy podnieść się wyżej, niż nazewnątrz. Jesteś uratowany; teraz opowiedz, jak zszedłeś ze swego stanowiska i jak się tu dostałeś. —
Upłynęła może godzina od wystawienia placówek, kiedy Old Firehand wyszedł obejrzeć straże. Miejsce, gdzie miał stać Długie Ucho, było puste. Od najbliższego Timbabacza, usłyszał, że wódz się oddalił do Utahów i dotąd nie wrócił.
< — Jak dawno odszedł?
« — Prawie przed godziną.
— Musiało mu się przydarzyć jakieś nieszczęście; pójdę zobaczyć!
Poczołgał się tam, gdzie poprzednio widział nieprzyjacielskie straże; nie było ich. Posunął się dalej. Nigdzie nie było widać żywej duszy. To napełniło go obawą; przeszedł szybko znaczną przestrzeń kenjonu, jednak nie napotkał nigdzie wrogów; Utahowie zniknęli. Wypadek ten zosobna nie był ani trudny do zrozumienia, ani straszny, lecz razem z nimi zniknął przecież Długie Ucho!
— Musieli go schwytać, — odezwał się Wielki Niedźwiedź. — Odważył się nazbyt wiele; teraz już po nim.
— A po nas również, — odparł Old Firehand.
Jakto?

— 	Zastanawia mię, że się oddalili. Musieli mieć jakiś niezwykły powód. Ta okoliczność, że w ręce ich dostał się wódz, nie może być przyczyną nieoczekiwanego odwrotu; musiał zajść jakiś zupełnie inny powód który jednak stoi w związku z wodzem.

— Jakaż to może być przyczyna?
— Hm! Niedowierzam Długiemu Uchu!
— Nie wiem, dlaczego nie mamy mu ufać. Nigdy nie okazał się wobec mnie wrogiem.
— Możliwe; a jednak nie jest to człowiek, na którego zdać się można. Czy zna dokładnie tutejszą okolicę?
— Tak.
— A drogę prowadzącą przez kocioł skalny do jeziora?
— Również; był tam ze mną.
— Więc mam już dosyć. Musimy natychmiast ruszyć nad jezioro.
— Dlaczego?
— Bo prawdopodobnie zdradził tę drogę Utahom. Mogę się mylić, lub nie; wiem jednak, że Utahowie odeszli przed godziną i w ciągu dwóch godzin mogą się zjawić nad jeziorem.
— Twarz Długiego Ucha nie jest dobrą, — dodał Winnetou. — Niech moi bracia wracają prędko nad jezioro, inaczej Utahowie będą tam wcześniej od nas i zabiorą do niewoli Butlera i jego córkę. —
Dosiedli koni i ruszyli kenjonem tak szybko, jak na to pozwalały ciemności. Upłynęła z pewnością godzina, zanim dotarto do doliny. Wejście jej obsadzono białymi, gdyż nie można było darzyć zaufaniem Timbabaczów, kiedy brakło ich wodza.
Butlera nie było już na wyspie. Siedział z córką w budynku; pod nimi leżeli jeńcy, rozmawiając ze sobą. Głosy ich dochodziły przytłumione na górę, a brzmiałc
to tak niesamowicie, że Eilen ogarnął lęk; prosiła ojca, aby opuścili wyspę i przeprawili się na brzeg. Butler przewiózł ją na drugą stronę. Kiedy nadeszła noc, rozpalił ognisko, ale był na tyle przezorny, że nie usadowił się przy niem, lecz cofnął z Ellen w cień; stąd mogli objąć wzrokiem oświetlony plac, sami nie będąc widziani. Ellen ucieszyła się wielce, gdy teraz nadeszli westmani z Timbabaczami.
Biali rozłożyli się dokoła ogniska, a Timbabaczowie rozpalili dla siebie drugie; rozmawiali o zniknięciu wodza.
Od czasu przybycia nad jezioro, Watson, dawny nadzorca, nie miał jeszcze sposobności do rozmowy z Wielkim Niedźwiedziem. Teraz jednak odezwał się do czerwonoskórego.
— Mój czerwony brat nie mówił jeszcze ze mną. Jestem jedną z owych bladych twarzy, które tu w górach spędziły całą zimę. Wówczas żył jeszczę Ikhaczi-tatli, twój dziaJek; pielęgnowaliśmy go aż do jego śmierci.
— Dziękuję ci za to, — odrzekł Wielki Niedźwiedź.
— Tak, pielęgnowaliśmy go, a on nam dał za to podarunek. Powierzył nam mianowicie tajemnicę skarbu Srebrnego Jeziora.
— Wielki Ojciec postąpił bardzo źle, mówiąc o tej tajemnicy. Był stary i słaby, a wdzięczność sprawiła, że zapomniał o przysiędze wiecznego milczenia. O tej tajemnicy, przechodzącej z ojca na syna, nie powinie“ był mówić.
— Więc sądzisz, źe i ja nie mam mówić o tem?
— Nie mogę ci tego zabronić, ale musisz wyrzec się korzystania z tego; wszelkie inne twoje żytzenia
spełnię z radością.
— Czy to mówisz poważnie? — zapytał szybko Old Firehand. — Więc ja wypowiem prośbę zamiast towarzysza.
— Jeśli będzie w mojej mocy, chętnie ją spełnię!
- — Do kogo należy ziemia, na której się znajdujemy?
— Do mnie.
— Czy możesz wykazać swe prawa do niej ?
— Tak. U czerwonych mężów ma znaczenie słowo; biali jednak żądają papieru z czarnemi znakami. Kazałem taki papier wygotować i postarałem się o podpisy białych wodzów; jest na nim także pieczęć. W tym właśnie celu byłem w mieście Białego Ojca. Cała ziemia dokoła jeziora jest moją własnością. Mogę z nią czynić, co mi się podoba.
— A do kogo należy kocioł skalny ?
— Do Timbabaczów. Biali wodzowie wymierzyli i wyrysowali całą okolicę, a potem Biały Ojciec w Waszyngtonie podpisał, że jest ona własnością Timbabaczów.
— I mogą ją sprzedać, wydzierżawić lub darować zupełnie według swej woli?
— Tak.
— Więc powiem ci, że chcę od nich kupić tę kotlinę.
— Nie mogę im zabronić sprzedać jej, ani tobie kupić.
— Nie o to idzie, tylko czy będzie ci miło, jeśli będziesz miał nas za sąsiadów.
Twarz Niedźwiedzia przybrała chytry wyraz:
— Dlaczego chcecie mieszkać właśnie w takiem miejscu, gdzie niema wody i gdzie nie rośnie ani źdźbło trawy ? Biały wszak kupuje tylko taką ziemię, która mu przynosi wielką korzyść! Idzie wam o skałę co ?
— To prawda. Lecz ta będzie mieć wartość dopiero^ wtedy, gdy otrzymamy wodę.
— Weźcie ją z jeziora!
— O to cię chciałem prosić.
— Będziesz jej miał tyle, iie zapragniesz.
— Czy mogę poprowadzić rury?
— Tak.
— Czy sprzedasz mi prawo do tego ? Zapłacę za nie.
— Jeśli kupno jest konieczne, to nie mam nic przeciw temu. Ty oznaczysz cenę, lecz ja ci ją zwrócę. Wyświadczyliście mi wielką przysługę; bez was byłbym wpadł w ręce Utahów; wzamian za to pomogę wam wyzyskać skarby kotliny. —
— To mi się podoba, — szepnął Hobble-Frank do swego kuzyna. — Woda już jest; jeśli i złoto popłynie nam tak chętnie, to będziemy mogli wkrótce udawać Krassusów.
— Masz na myśli pewnie Krezusów ?
— Nie chwytaj mię za słowa, jak gruby Jemmy! Jeśli chcesz pozostać moim przyjacielem i kuzynem, to... Słuchaj I
Od strony wejścia dało się słyszać gwizdnięcie. Był to znak umówiony z rafterami, to ’też biali zerwali się i pośpieszyli ku wejściu do doliny. Od strony wąwozu usłyszano szmer kopyt końskich. Szybko przedsięwzięto zaradcze kroki. Biali ukryli się za drzewami i z naprężeniem oczekiwali, co też nastąpi. Jednakże minął dłuższy czas, a nie usłyszano, ani nie ujrzano nic podejrzanego. To było właśnie zastanawiające; Winnetou poczołgał się, aby ostrożnie zbadać przestrzeń, leżącą przed nimi. Po niespełna kwadransie powrócił.

— 	Wojownicy Utahów podzielili się; — rzekł — połowa zatrzymała się ze wszystkiemi końmi na lewo od miejsca, gdzie droga wchodzi do kotliny, reszta stoi u początku kenjonu; wygrzebali tam otwór, w którym znikają.

— Otwór? — zapytał wielki Niedźwiedź przerażony. — Więc znają po dziemne przejście; tajemnica została zdradzona I wydać ją mógł tylko Długie Ucho! Chodźcie ze mną! Musze to sprawdzić.
Pośpieszyli przez groblę. Wkrótce ujrzeli jasno oświetlony kenjon. Stos kamieni leżał rozrzucony; przy świetle księżyca widzieli, jak Utahowie wdzierali się do podziemnego chodnika.
— Tak, znają tajemnicę, — odezwał się Niedźwiedź. — Chcą się dostać na wyspę, aby zająć nam tyły i przywłaszczyć sobie skarby. Muszę iść prędko. Old Firehand i Shatterhand niech mi towarzyszą; Winnetou zaś pozostanie tutaj; chcę mu coś pokazać.
Poprowadził Apacza kilka kroków naprzód ku miejscu, gdzie grobla spadała prostopadle do jeziora. Tam leżał ciężki odłam skalny na podłożu mniejszych kamieni, ułożonych w osobliwy sposób. Wielki Niedźwiedź wskazał na jeden z tych kamieni i rzekł:
— Skoro Winnetou ujrzy, że rozpaliłem na wyspis ogień, niech pchnie ten kamień, poczem skała zsunie się do wody. Niech jednak mój czerwony brat szybko uskoczy i nie przerazi się, gdy usłyszy wielki huk. —
Przyszedłszy do ogniska, wyrwał łuczywo i wsiadł do łodzi; podczas gdy starał się utrzymać płomień, Firehand i Shatterhand chwycili za wiosła i skierowali łódź ku wyspie. Tam Wielki Niedźwiedź pobiegł ku budynkowi; na ognisku leżało drzewo, zapalił je.

— 	Miech moi bracia słuchają! — odezwał się, wskazując ręką w stronę, gdzie pozostał Winnetou.

Z drugiego brzegu usłyszano krótki, głuchy łoskot, jakby coś się stoczyło, potem syk wody wzburzonej od wpadającego w nią odłamu skały, wreszcie straszliwy huk.
— Powiodło się I — zawołał Wielki Niedźwiedź, oddychając głęboko. - — Wejście zamknięte, a Utahowie zginą! Chodźcie!
Wrócił znowu do budynku. Palenisko stało, jak teraz westmani spostrzegli, na ruchomem podłożu, które czerwonoskóry odsunął na bok bez wielkiego wysiłku. Ukazał sie otwór, przez który Wielki Niedźwiedź począł nasłuchiwać.
— Są wewnątrz; słyszę, jak się zbliżają. A teraz prędko wpuścić wodę!
— Skoczył poza budynek; kiedy powrócił, wskazał na jezioro:
— Czy widzicie, jak faluje? Utworzył się wir, gdyż wodę wpuściłem do chodnika.
— Mój Boże! Toż Utahowie muszą nędznie potonąć! — zawołał Old Shatterhand.
— Tak, wszyscy, wszyscy! Żywa noga nie ujdzie!
— Straszne! Czy nie można było tego uniknąć?
— Nie! Nie powinien żaden ujść! -Teraz budowla zburzona i nie można jej już nigdy odbudować; skarby są dla ludzi stracone; żaden śmiertelny nie wydobędzie ich, bo wyspa wypełni się aż po szczyt wodą.
Obu białymi wstrząsnął zimny dreszcz. Woda, podnosząca się z głębi, wypychała wgórę stęchłe powietrze. Oznaczało to śmierć zgórą stu ludzi.
— Ale nasi jeńcy, którzy są tu obokl — przypomniał
Oid Shatterhand. — Ci przecież także potoną!
— Nie. Mur oprze się. Słuchajcie!
Usłyszano wdole szmer, a potem wysunął się jakiś czerwony z pochodnią w ręce. Był to Długie Ucho. Wielki Niedźwiedź na naleganie Old Firehanda darował mu życie. Zaledwie Timbabacz znalazł się w miejscu bezpiecznem, woda wewnątrz wyspy podniosła się zupełnie do poziomu jeziora.
Długie Ucho usiadł przy ogniu. Wielki Niedźwiedź usadowił się naprzeciw niego, wyciągnął z za pasa rewolwer i rzekł groźnie:
— Teraz niech wódz Timbabaczów opowie, jak dostał się z Utahami do chodnika. Jeśli mię okłamie, wpakuję mu kulę w łeb. Czy znał tajemnicę wyspy?
— Tak! — wyznał zapytany.
— Kto ci ją zdradził?
— Ty sam!
— To nie prawda!
— Prawda! Siedziałem na brzegu pod starym dębem, kiedy przyszedłeś tam z synem. Stanęliście wpobliżu i rozmawialiście o wyspie, o skarbach i o chodniku. Czy przypominasz sobie?
— Tak!
— Z waszych słów dowiedziałem się, że chodnik prowadzi od stosu kamieni. Nazajutrz polowaliście na jelenie, a ja skorzystałem, aby usunąć ową zasłonę. Potem wszedłem do chodnika i ujrzałem pochodnie.
— I dziś poszedłeś do Utahów, aby im zdradzić tajemnicę?!
— Nie! Chciałem ich podpatrzeć, lecz zostałem schwytany. Tylko, aby się ratować, powiedziałem o chodniku.

— 	Postąpiłeś jak tchórz! Gdyby Old Firehand nie był zauważył, że ciebie brak, zdrada byłaby się udała i nasze dusze znalazłyby się w wiecznych ostępach. Czy widzieliście, co leżało w pakunkach w głębi wyspy?

— Tak. Posążek boga z czystego złota.
— Ludzkie oko już go nie zobaczy; — i twoje również. Jak sądzisz, na co zasłużyłeś?
Timbabacz milczał.
— Na śmierć, na stokrotną śmierć, Ale byłeś moim przyjacielem i towarzyszem, a te blade twarze nie życzą sobie, abym cię zabił. Pozostaniesz więc przy życiu, jeśli uczynisz to, czego żądam od ciebie.
— Czego żądasz?
— Old Firehand chce zamieszkać w kotlinie. Sprzedasz mu ją, a nadto drogę, która stamtąd prowadzi do Srebrnego Jeziora. — Czego żądasz za to ?
— Muszę przedtem pomówić z innymi Timbabaczaml
— Powiem ci, jakie żądania możesz postawić. Old Firehand da dwadzieścia strzelb i dwadzieścia funtów prochu, dziesięć koców, pięćdziesiąt noży i trzydzieści funtów tytoniu. To nie za mało. Czy zgadzasz się?
— Zgadzam się i nakłonię innych.
— Będziesz musiał pójść z Oid Firehandem i kilku świadkami do najbliższego wodza bladych twarzy, aby potwierdzić kupno. Za to otrzymasz jeszcze osobny podarunek. Widzisz, że troszczę się o twoją korzyść, ale mam nadzieję, ze dołożysz starań, żebym, zapomniał o twojej zdradzie. Teraz zawołaj swoich ludzi, aby przewieźli na brzeg pojmanych wodzów.
Był już najwyższy czas przenieść jeńców w ^miejsce bezpieczne; wnet bowiem po złożeniu ich przed budynkiem, usłyszano trzeszczenie i bełkotanie wody; wdarła się do ostatniej piwnicy.
Jeńców przewieziono w kanoe na brzeg i powierzono straży Timbabaczów, z którymi jednak wodza nie pozostawiono. Musiał pójść do doliny, gdzie biali stali w ostrem pogotowiu, gdyż druga połowa Utahów usadowiła się naprzeciw nich.
Ludzie ci nie wiedzieli, jak sprawy stoją. Większość tych, którzy mieli iść na wyspę, wcisnęła się już do chodnika, kiedy nagle zgniotła go potężna masa kamieni i ziemi. Zmiażdżyła ona wielu z intruzów, a tak mocno zasypała chodnik, że woda z jeziora nie mogła się przecisnąć nazewnątrz. To było właśnie zamiarem Wielkiego Niedźwiedzia; woda nie powinna była wypłynąć do kenjonu, lecz wedrzeć się do wnętrza wyspy. ’
Utahowie, którzy nie zostali zasypani, cofnęli się przerażeni i pośpieszyli do drugiego oddziału, aby opo¥/iedzieć, co zaszło. Nie wiedzieli jednak, czy wszyscy w tunelu zginęli, czy też tym, którzy nie zostali zasypani, udało się dotrzeć do wyspy. W tym wypadku musieli uderzyć na białych. Czekano więc z minuty na minutę, ale czas mijał, a nadzieje się odwlekały. — Świtało; Utahowie ciągle jeszcze stali ze swemi końmi na tem samem miejscu. Wtem ujrzeli pod drzewami Oid Shatterhanda; zawołał na nich, że pragnie się rozmówić z dowódcą.
— Czy wiesz, źe kilku waszych wodzów i wojowników znajduje się w naszych rękach? — zapytał przybyłego.
— Wiem, — odpowiedział dowódba posępnie.
— A czy wiesz, co się stało z waszymi wojownikami, którzy weszli do tunelu?
— Nie.
— Tunel zapadł się, a woda wdarła do niego i wszyscy potonęli. Tylko Długie Ucho uszedł cało. Właśnie nadeszło dwustu oczekiwanych przez nas Nawajów; teraz jesteśmy znacznie silniejsi od was; nie pożądamy waszej krwi, lecz chcemy pokoju. Bądź rozważny i pójdź ze mną! Poprowadzę cię do wodzów. Pomów z nimi, a potem możesz znowu powrócić!
— Wierzę ci i pójdę z tobą!
Zawiadomiwszy o tem swych ludzi, odłożył broń i poszedł za westmanem. Nad jeziorem panował żywy ruch, bo Nawajowie rzeczywiście podeszli; pałali żądzą pomszczenia na Utahach klęski swych braci i trzeba było niezwykłego daru przekonywania, aby ich nakłonić do zawarcia pokoju.
Zakładnicy, których uwolniono z więzów, siedzieć pod strażą, kiedy Old Shatterhand przyprowadził ich towarzysza. Ten usiadł obok; Długie Ucho opowiedział im przebieg katastrofy. Rozmowa trwała długo; wreszcie Długie Ucho doniósł, że postanowili się zgodzić na proponowany pokój. — Odbyła się uroczysta narada, w której wzięli udział wybitni biali i czerwoni; przez kilka godzin wygłaszano mowy, aż wreszcie obiegła wkoło fajka pokoju. Wynikiem tego był „wieczny“ pokój między wszystkiemi szczepami; jeńcy zostali uwolnieni i wszyscy, Utahowie, Nawajowie i Timbabaczowie, zobowiązali się do przyjaźni i udzielenia wszelkięj pomocy bladym twarzom, które chciały zamieszkać i pracować w kotlinie. — Rysuneif, który miał rudy kornel, zniknął lecz te’fttz i tak byłby stracił wartość. —
Nastąpiło wielkie polowanie, które trwało aż do Wieczora i przyniosło znaczny łup. Następnego rana wybite godzina rozstania się. Utahowie pociągnęli na północ, Nawajowie na południe, Timbabaczowie zaś do swych wigwamów. Długie Ucho przyrzekł odbyć naradę w sprawie sprzedaży kotliny. Powrócił już na trzeci diień i oświadczył, że zgromadzenie przystało na cenę, ustanowioną przez Niedźwiedzia. Szło jeszcze tylko o to, aby zawrzeć kontrakt u odpowiedniej władzy i karać go potwierdzić.
To dało powód do rojeń i marzeń, z ktćremi tylko jeden człowiek nie mógł się pogodzić — lord. Umówił się był z Humply-Billem i Gunstick-uncle’m, że go odprowadzą do Frisco; w obecnych jednak warunkach myśliwi ani myśleli nawet o odjeździe, a lord miał tyle rozsądku, że nie brał im tego za złe. Zresztą pracy w kotlinie nie można było jeszcze rozpocząć, więc lord miał dość czasu, aby powałęsać się z obu towarzyszami po górach w poszukiwaniu przygód. —
Old Firehand pojechał z Wielkim Niedźwiedziem J Długiem Uchem do Filmore-City, gdzie ubito sprawę kupna. Tutaj również zakupiono potrzebne maszyny i narzędzia. Ciotka Droll udał się do biura detektywów Harrisa&Blothera, aby udowodnić wobec notarjusza, że rudy kornel nie żyje, i podjąć przyrzeczoną nagrodę. — Po dwu prawie miesiącach maszyny znalazły się nad Srebrnem Jeziorem. Inżynier przystąpił do pracy. Położono rury, doprowadzające wodę i wzięto się do odbudowy kotliny. Miejsce obiecywało rzeczywiście bogatą eksploatację i zysk zwiększał się z dnia na dzień; każdego wieczora ważono i szacowano zdobycz, a kiedy wynik był zadowaiający, Droli szeptał z zadowoleniem do swego kuzyna:
— Jeśli tak dalej pójdzie, to wkrótce będę mógł kupić folwark. Interes nasz jest brylantowy,
A Hobble-Frank odpowiadał stale:
— A moja willa jest już prawie gotowa, przynajmniej w mojej głowie. Będzie to wspaniała budowla na brzegu Elby, a jej imię będzie jeszcze znacznie wspanialsze. Powiedziałem. Howgh! —
KONIEC, SPIS ROZDZIAŁÓW:
str.
Na śmierć i życie . . 5
Hoble Frank i ciotka Droll ....... 66
Bitwa Indjan 120
Nad Srebrnem Jeziorem 136
Dotychczasowy nakład dzieł — = KAROLA MAYA — — . przekroczył 4 MILJONY egzemplarzy 1 1) San Francisco, jjg
1) Las wody.