Dyskusja indeksu:PL Platon - Biesiada Djalog o miłości.djvu

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

przyjaciół, zaproście go, jeżeli nie — powiedzcie, żeśmy już pić przestali i teraz odpoczywamy.“ i v; Wkrótce potem usłyszeliśmy na dworze głos, Alcybjadesa, który po pijanemu krzyczał na całe gardło: Gdzie jest Agaton? i kazał prowadzić siebie do Agatona. Wówczas flecistka i kilku jego towarzyszy wzięli go pod ręce i przyprowadzili do drzwi. Tu zatrzymał się. Głowę miał otoczoną gęstym wiankiem z fijołków i bluszczu, przetykanym wstążkami.
— Witajcie, przyjaciele! — zawołał. — Czy przyjmiecie za współbiesiadnika człowieka pijanego, albo, może mamy odejść z powrotem; przedtem jednak uwieńczymy Agatona — bo w tym właśnie zamiarze go odwiedzamy. Nie mogłem przyjść wczoraj — dziś za to przychodzę ze wstążkami na głowie, aby otoczyć niemi czoło najmędrszego i najpiękniejszego (że tak powiem) z ludzi. A może śmiejecie się ze mnie, żem pijany? Śmiejcie się dowoli, ja jednak wiem, że mówię prawdę. Ale przedewszystkiem odpowiedzcie, czy mogę wejść pod tym warunkiem, czy nie? Będziecie pić ze mną, czy nie?
Ze wszystkich stron zawołano: „Wejdź! Wejdź! Spocznij!“ i sam Agaton zaczął go prosić.
Wtedy Alcybjades, podtrzymywany przez swych ludzi, wszedł i, zdejmując z głowy wstążki, żeby uwieńczyć niemi Agatona, tak wlepił w nie wzrok, że nie zauważył Sokratesa i usiadł pomiędzy Agatonem i Sokratesem, który usunął się nieco dla zrobienia mu miejsca. Usadowiwszy się, pocałował Agatona — i uwieńczył jego głowę. Wtedy Agaton zawołał: � — Chłopcy! zdejmijcie obuwie z nóg Alcybjadesa, pozostaniemy we trzech na jednem łożu! — Dobrze — rzekł Alcybjades — ale, kto jest naszym trzecim współbiesiadnikiem? — W tej właśnie chwili obrócił się i spostrzegł Sokratesa. Na jego widok wstał nagle i zawołał: — Na Herkulesa! Co to ma znaczyć? o, I tu na mnie czychasz, Sokratesie? I znów zjawiasz się, jak zwykle wtedy, gdy ciebie jaknajmniej oczekują? Pocoś tu przyszedł? Dlaczego to miejsce zajmujesz? Dlaczego, zamiast usiąść przy Arystofanesie, albo przy innym współbiesiadniku, który umie i chce być wesołym, tak się urządziłeś, że cię znajduję obok najpiękniejszego młodzieńca z całego towarzystwa?
— Na pomoc! Agatonie — zawołał Sokrates. — Miłość tego człowieka nie mało mi sprawia kłopotu.. Od czasu, gdym się w nim zakochał, nie wolno mi ani spojrzeć na nikogo, ani porozmawiać z żadnym pięknym młodzieńcem, żeby z zazdrości i gniewu nie robił mi jakichś scen, nie lżył i ledwie nie bił mnie. Uważaj więc, żeby i teraz nie robił czegoś podobnego! Pogódź nas, albo broń mnie, gdy zechce gwałtu się dopuścić, bo jego szalona miłość strachem mnie przejmuje!
— Nie ma i nie może być między nami zgody! — zawołał Alcybjades. — Zemszczę się kiedyindziej. Agatonie! Oddaj mi kilka wstążek, abym mógł niemi uwieńczyć dziwną głowę tego człowieka. Nie chcę, żeby mi później wyrzuty czynił, żem nie uwieńczył go tak, jak ciebie. Przecież swemi mowami odnosi zawsze zwycięstwo nad wszystkiemi, a tobie zdarzyło się to raz tylko, pozawczoraj! �Mówiąc to, wziął kilka wstążek i uwieńczywszy Sokratesa, znowu spoczął na łożu.
§ 31. Zająwszy miejsce, zawołał: „Dobrze, moi kochani! Zdaje mi się, żeście trzeźwi. Na to pozwolić nie mogę: trzeba pić — taki nasz układ. Królem festynu sam wybieram siebie, dopóki porządnie nie wypijecie. Agatonie! każ przynieść duży puhar, jeżeli masz jaki, albo lepiej, chłopcze! podaj no ten ochładzacz.“ ’) Naczynie to mogło pomieścić w sobie około ośmiu kotylów. Kazawszy je napełnić winem, pierwszy je wypił, a potem kazał je napełnić i podać Sokratesowi, mówiąc: — Ta moja sztuka to furda wobec Sokratesa, bo on może wypić tyle, ile kto zażąda, i nie będzie pijanym. — Gdy chłopiec napełnił tę czarę, a Sokrates ją wypił, zapytał Eryksymach: No i cóż, Alcybjadesie, czyż przy kielichu nie będziemy rozprawiać, ani śpiewać, ale tylko pić, jak ludzie — spragnieni?
— Witaj, Eryksymachu, godny synu najlepszego i najmędrszego ojca! — rzekł na to Alcybjades.
— Ja cię także witam, ale powiedz, czem mamy się zająć? — odpowiedział mu Eryksymach.
Na to Alcybjades: — Zrobimy to, co rozkażesz: trzeba ci być posłusznym, bo:
„Za wielu mężów stanie lekarz zawołany.“3)
Wydaj więc, jaki chcesz rozkaz! —
— Posłuchaj! — rzekł na to Eryksymach — Przed twojem przyjściem ułożyliśmy się, że każdy z nas [1] [2] �po kolei, poczynając z prawej strony, wypowie pochwałę na cześć Erosa tak pięknie, jak tylko potrafi. Wszyscyśmy to już spełnili. Ponieważ ty wypiłeś czarę i nic dotąd nie powiedziałeś, słuszną jest rzeczą, ażebyś także z kolei głos zabrał. Gdy, skończywszy, oddasz głos Sokratesowi, on znowu odda swojemu sąsiadowi z prawej strony i tak dalej, po kolei.
— Bardzo pięknie, mój Eryksymachu — rzekł Alcybjades — ale jakże można wymagać od człowieka pijanego, aby walczył wymową o lepsze z trzeźwymi! toć to nierówna partja! Przy tem, mój drogi, czyż ty wierzysz temu, co Sokrates niedawno powiedział, a właśnie trzeba ci wiedzieć, że wszystko to ma się naodwrót. I gdybym się w istocie odważył, w jego obecności, pochwalić nie jego, ale kogo innego, bądź boga, bądź człowieka, nie wytrzymałby napewno: gotówby mnie bić nawet.
— Nie bluźnij! — zawołał Sokrates.
— Na Pozejdona! nie zaprzeczaj mi, Sokratesie, już ja, w twojej obecności, nikogo, prócz ciebie, chwalić nie będę.
— Niech i tak będzie — rzekł na to Eryksymach — chwal Sokratesa, jak ci się podoba.
Na to Alcybjades:
— Jakto, Eryksymachu? Więc sądzisz, że powinienem w ten sposób zabrać się do niego, aby wywrzeć na nim zemstę w waszej obecności?
— A cóż ty tam — przerwał mu Sokrates — zamierzasz? Czy chcesz mnie swą pochwałą ośmieszyć? Czy też co innego masz na myśli?
— Prawdę chcę powiedzieć — rzekł Alcybjades. — Czy zgadzasz się na to? � — Nie tylko się zgadzam — rzekł na to Sokrates — ale nawet wymagam tego od ciebie!
— Zacznę więc mówić, ty zaś, Sokratesie, jeżeli powiem coś niezgodnego z prawdą, przerywaj mi i zarzucaj kłamstwo, bo świadomie kłamać nie zamierzam. Jeżeli zaś we wspomnieniach swych nie będę się trzymał porządku, lecz przeskakiwał od jednego przedmiotu do drugiego, to nie dziw się temu, bo w stanie, w jakim się znajduję, nie łatwą jest rzeczą wyliczać kolejno twoje dziwactwa. Mając zamiar chwalić Sokratesa, użyję porównań. Zapewne pomyśli on, że chcę go ośmieszyć, ale tak nie jest, i porównanie moje będzie miało na celu prawdę, a nie żarty. Powiem więc, że Sokrates najpodobniejszy jest do sylenów, wystawionych w pracowniach rzeźbiarzy, których artyści przedstawiają z fletami, albo piszczałkami. Gdy roztworzymy ich, oddzielając jedną połowę od drugiej, znajdziemy wewnątrz statuę jakiegoś bóstwa 1).
Utrzymuję dalej, że Sokrates szczególnie podobny jest do satyra Marsjasza 2). Żeś z powierzcho- [3] [4] �wności do nich podobny, tego nie zaprzeczysz, Sokratesie, a co do reszty — to posłuchaj, coć powiem: czy nie jesteś szydercą? *) Jeżeli będziesz się zapierał, postawię świadków. Albo, czy nie jesteś flecistą, nawet cudowniejszym od Marsjasza? On bowiem czarował ludzi potęgą dźwięków, które jego usta wydobywały z instrumentu. Czyni to jeszcze teraz niejeden, wygrywając jego melodje, a to, co Olympos — ) wygrywał na flecie, przypisuję jego nauczycielowi, Marsjaszowi. Utwory te, czy je wykonywa dobry flecista, czy zła flecistka, 3) przez to, że mają charakter boski, wprawiają słuchaczy w zachwyt i ujawniają ludzi, czujących potrzebę bogów i misterji. Jedyna różnica, jaka istnieje między tobą i Marsjaszem, polega na tem, że ty bez żadnego instrumentu, samemi tylko słowy osiągasz to samo, co i on. Gdy słuchamy innego mówcy, nawet bardzo dobrego, to prawie nic sobie z niego nie robi — D my, ale gdy ty mówisz, albo kto inny słowa twoje powtarza, choćby to był mierny mówca, wszyscy: mężczyźni, kobiety i młodzieńcy, wszyscyśmy wzru — [5] <ref?Olympos — artysta frygijski, uczeń Marsjasza.</ref> [6] �szeni i uniesieni. Gdybym się nie obawiał, że wydam się wam zupełnie pijanym, gotówbym przysięgą stwierdzić, jak niezwykłe wrażenie Sokrates mową swą na mnie wywierał i dotychczas wywiera. Gdy go słucham, serce me zaczyna bić gwałtowniej, niż Korybantom 1), słowa jego łzy mi wyciskają z oczu, a takich samych wrażeń wielu, jak widzę, doznaje. A gdym słuchał Peryklesa i innych dobrych mówców, to wprawdzie myślałem, że są wymowni, ale nigdy nie doznawałem podobnych uczuć. Dusza moja nie była wstrząśniętą i nie zżymała się na to, że jest w niewoli, ale słowa tego „Marsjasza“ nieraz zmuszały mnie wyznać, że żyć tak, jak ja żyję — nie warto. Nie powiedzże, Sokratesie, że się mijam z prawdą. Jestem najzupełniej przekonany, że gdybym w tej niemal chwili począł cię słuchać, nie wytrzymałbym i doznałbym tego samego wrażenia. Bo ten człowiek zmusza mnie do przyznania, że mam wiele braków, a jednak zamiast myśleć o sobie, zajmuję się sprawami Ateńczyków. Uciekam więc od niego, jak od syren 2) i zatykam sobie uszy, żeby nie zestarzeć się w jego towarzystwie. Ten człowiek budzi we mnie uczucie wstydu, o które niktby mnie
[7][8] �nie posądził. Tak, rzeczywiście, jego jednego tylko się wstydzę. Czuję, że nie mogę mu się oprzeć, gdy mi coś doradza, a jednak, gdy się z nim rozstanę, znów staję się niewolnikiem zaszczytów, które mi tłum okazuje.
Uciekam więc od niego i unikam go, ale gdy c. go spostrzegę, wstydzę się, że nie spełniłem danej mu obietnicy i nieraz wolałbym nie widzieć go wśród ludzi żyjących, a jednak gdyby to nastąpiło, jestem przekonany, że uczułbym się jeszcze więcej znękanym. Jednem słowem nie wiem, co mam z tym człowiekiem robić.
§ 33.Tak na mnie i na wielu innych działa ten satyr swą grą na flecie. Ale posłuchajcie jeszcze, abyście zrozumieli, jak dalece podobny jest do tego, z którym go porównałem i jak cudowną obdarzony jest potęgą, bo trzeba wam wiedzieć, że żaden z was nie zna Sokratesa, ale powiem wam wszystko, skoro już zacząłem. Widzicie przecie, że Sokrates kocha się w pięknych ludziach, że ciągle z nimi przebywa i ciągle jest w niepokoju, a z drugiej strony ma pozór, jakby nic o tem nie wiedział i niczego nie rozumiał. Czyż to nie przypomina sylena? Przecież zupełnie. A jednak to tylko zewnętrzna powłoka, tak samo, jak u wyrzeźbionych Sylenów: otwórzcie ją, kochani współbiesiadnicy, a zobaczycie, jakie skarby mądrości wewnątrz się znajdują! dowiedzcie się więc, że nie przywiązuje żadnej wagi do pięknej powierzchowności. Niktby nie pomyślał nawet, do jakiego stopnia ją lekceważy, tak samo bogactwa i honory, które większość ludzi uważa za szczęście.
Te wszystkie skarby nie mają dla niego żadnej war-�tości, i nas także za nic ma. Całe swe życie spędza na wyszydzaniu i wydrwiwaniu ludzi. Nie wiem, czy rozmawiał z kim z was poważnie, czy otworzył wnętrze swej duszy i czy kto z was widział bogactwa tam zamknięte? Ja je widziałem, i wydały mi się tak cudowne, boskie i drogocenne, że uznałem za konieczne spełnić natychmiast wszystko, co mi rozkaże.
Myśląc, że na serjo jest zachwycony moją urodą, uważałem to za wielkie dla mnie szczęście, bo spodziewałem się, że, ulegając mu, posiądę za to jego wiedzę. Bo też niezwykle się pyszniłem swoją urodą. W tem przekonaniu kazałem odejść służącemu, który mi zawsze towarzyszył i zostałem sam na sam z Sokratesem. Trzeba wam wyznać całą prawdę — uważajcie więc! — a ty, Sokratesie, zaprzeczaj mi, gdybym kłamał. Tak więc, pozostałem z nim sam na sam, sądząc, że rozmawiać ze mną zacznie tak, jak zakochany z swym kochankiem w samotności, i naprzód już się cieszyłem. Ale nic podobnego nie miało miejsca, bo spędziwszy ze mną, jak zwykle, dzień cały na rozmowie, odszedł. Później zaprosiłem go na ćwiczenia gimnastyczne: gimnastykowałem się razem z nim, myśląc, że czegoś dopnę. Często ćwiczyliśmy i mocowaliśmy się, gdy nikogo przy tem nie było, ale, czyż mam jeszcze powtarzać?... nie wskórałem nic więcej. Gdy więc żadnym sposobem nie mogłem niczego dokonać, postanowiłem natrzeć na tego człowieka energicznie, i, skoro już zacząłem, nie puścić go, aż się nasz stosunek wyjaśni. Zaprosiłem go więc na wieczerzę, jak to czyni zakochany, który zastawia sidła na swego ko-�chanka. Nie zaraz jednak przyjął moje zaproszenie, tylko po pewnym upływie czasu. Grdy po raz pierwszy do mnie przyszedł, chciał zaraz po wieczerzy odejść, a wtedy ze wstydu pozwoliłem mu wrócić do domu. Ale drugim razem chytrzej zabrałem się do rzeczy: przedłużyłem rozmowę po wieczerzy do późnej nocy, i gdy chciał odejść zmusiłem go do pozostania u siebie, pod pozorem, że jest już bardzo późno. Położył się wtedy na łożu, przytykającem. do mojego, na którem poprzednio podczas wieczerzy spoczywał.
Nikt, oprócz nas, nie spał w tym pokoju. Co dotąd wam opowiadałem, to każdemu możnaby śmiało Emówić, ale to, co się później stało, tego nie usłyszelibyście odemnie, gdyby nie wino, w którem, jak mówi przysłowie, jest prawda „czy przy sługach, czy bez nich!“ J) Przytem nie wydaje mi się rzeczą słuszną, abym, podjąwszy się sławić Sokratesa, zamilczał o jego chwalebnym postępku. A wreszcie, tak mi jest, jak człowiekowi, którego żmija ukąsiła. Powiadają bowiem, że taki człowiek nikomu nie chce opowiedzieć o swojem cierpieniu, tylko temu, kto także został przez żmiję ukąszony, bo taki tylko zrozumie i przebaczy wszystko to, co wyrzekł lub uczynił, pod wpływem bólu. A mnie ukąsiło coś i raziło dotkliwiej i to w miejsce najczulsze —
[9] �wszystko jedno, jak je nazwiemy, czy sercem, czy duszą, czy inaczej; zraniły i ukąsiły mnie bowiem słowa filozofa, które dotkliwiej od żmii kąsają i ranią, gdy się chwycą młodej i niepozbawionej szlachetności duszy i zmuszą ją czynić i mówić to, co same zechcą. Widzę tu ludzi takich, jak: Fedr, Agaton, Eryksymach, Pauzanjasz, Arystodem i Arystofanes — 0 Sokratesie nie ma co mówić — widzę także i wielu innych: wszyscy jesteście opanowani przez szał i bachiczną namiętność do filozofji: dacie mi więc posłuch, bo przebaczycie mi i moje ówczesne czyny 1 obecne słowa. A wy niewolnicy, wszyscy niewtajemniczeni i nieokrzesani, wielkiemi ryglami zamknijcie sobie uszy.
§ 34. Tak więc, przyjaciele moi, gdy zgasła lam pa i służba wyszła, pomyślałem, że nie mam już powodu dłużej korowodów robić i że powinienem otwarcie mu wypowiedzieć to, co mam na sercu. Trąciwszy go przeto, zapytałem: Czy śpisz, Sokratesie? — Nie — odpowiedział. — A czy wiesz, o czem myślałem? — A o czem? — O tem, że ze wszystkich ludzi, we mnie zakochanych, ty jedyny jesteś mnie godzien, a pomimo to, widać, wahasz się mi to oświadczyć. A ja uważałbym za rzecz nierozsądną z mojej strony, gdybym cię nie zadowolnił i w obecnym wypadku i w każdym innym, jeślibyś naprzykład potrzebował mojego majątku lub pomocy moich przyjaciół. Przecież za rzecz najważniejszą dla siebie uważam stać się jak można najdoskonalszym, a w tem mojem dążeniu nikt mi nie może lepiej od ciebie dopomódz. Gdybym nie dogodził takiemu, jak ty, mężowi, to bardziej wstydziłbym się ludzi rozu-�mnych, niż pospólstwa i głupców, gdybym tobie był powolnym. Usłyszawszy to, Sokrates z właściwą sobie ironją odpowiedział mi: W istocie, wcale taki głupi nie jesteś, drogi Alcybjadesie, jeżeli rzeczywiście prawdą jest, co o mnie mówisz i jeżeli posiadam moc taką, że mogę uczynić cię lepszym. Dostrzegasz więc we mnie niezwykłą piękność, o wiele przewyższającą twoją urodę i jeśli teraz chcesz się zbliżyć do mnie, aby za swą piękność otrzymać moją, to zamierzasz bardzo wiele na mnie zarobić: zamiast bowiem pozoru piękności, chciałbyś zyskać jej rzeczywistość. Złoto w istocie chciałbyś za miedź dostać.’).
Ale. mój poczciwcze, rozważ dokładniej, czy czasem się nie mylisz i nie przeceniasz mojej lichej wartości. Wzrok rozumu zaczyna patrzeć bystrzej, gdy wzrok oczu słabnie, a ty bardzo dalekim jesteś od tych lat. Na to mu odrzekłem: Ja ze swej strony powiedziałem tylko to, co myślę, a teraz ty obmyśl, co uważasz za najlepsze dla mnie i dla siebie. Na to Sokrates: Dobrześ powiedział. Odtąd więc będziemy razem rozważać i tak postępować, jak będziemy uważać za najlepsze i w tym wypadku i w innych.
Po takiej wymianie słów, mniemałem, żem weń niby strzałą ugodził. Wstałem i nie dopuszczając go do słowa, obwinąłem go tym oto moim płaszczem — bo to było zimą — i wsunąłem się pod jego znoszony[10] � płaszcz, a objąwszy rękami tego dziwnego i prawdziwie boskiego człowieka, całą noc tak przeleżałem. Nie zarzucisz mr, Sokratesie, że zmyślam. I mimo wszystkich moich zabiegów, on odniósł nademną zwycięstwo: pogardził, ośmieszył i wydrwił moją urodę. A przecież miałem prawo nią się szczycić, sędziowie! bo wy osądźcie tę pychę Sokratesa — wiedzcie bowiem, przysięgam na bogów i boginie, że wstałem z łóżka Sokratesa tak, jak gdybym spał z swoim ojcem lub starszym bratem.
§ 35. Możecie sobie wyobrazić, jak mi potem było na duszy. Przecież musiałem się uważać za shańbionego, a jednocześnie podziwiałem jego charakter, jego roztropność i męstwo; bom spotkał na swej drodze człowieka takiego umysłu i siły charakteru, jakiego nigdy nie spodziewałem się spotkać. Nie mogłem ani gniewać się na niego, ani wyrzec się jego towarzystwa, ale zarazem nie miałem żadnego środka pozyskać go sobie. Wiedziałem dobrze, że pieniądze.mniej go się jeszcze imają, niż Ajasa żelazo, 1) a jedyny sposób, którym spodziewałem się go sobie zniewolić, z rąk mi się wyśliznął. Byłem bezradny i żyłem w niewoli tego człowieka tak ciężkiej, jakiej nikt inny nie znosił.
Taki był nasz stosunek z początku. [11] �Później odbyliśmy razem kampanję potidejską1) i wtedy jadaliśmy w obozie przy jednym stole. W znoszeniu trudów wojennych Sokrates przewyższał nietylko mnie, ale i wszystkich innych. Jeśli się zdarzyło, że nam prowjant odcięto, jak to bywa na wojnie, to nikt tak głodu nie umiał znosić, jak on. Naodwrót, gdy nam się dobrze działo, to on jeden umiał prawdziwie * darów bożych używać; w piciu, chociaż nie pił chętnie, gdy go jednak do tego zmuszono, prześcigał wszystkich i, co najdziwniejsza, nikt go pijanym nie widział. O tem zaraz teraz, jak sądzę, możecie się przekonać. Na zimno — a zimy tam bywają bardzo surowe — był wprost bajecznie wytrzymały, np. raz w największy mróz, gdy nikt nie wychodził inaczej, jak niezwykle ciepło odziany w kożuch barani i obuty w wojłok, Sokrates, w jednym tylko płaszczu, tym samym, który zwykle nosił, chodził boso po lodzie z większą łatwością, niż inni w obuwiu. Towarzysze broni patrzyli na to krzywo, podejrzewając go, że się nad nimi natrząsa. O tem dosyć; ale „czego dokonał i co przeniósł ten mąż wytrwały“ 3) — wtedy podczas wyprąwy — to warto posłuchać. Zdarzyło się raz, że Sokrates, zamyśliwszy się nad czemś o wschodzie słońca, przystanął. Ponieważ mu się nie udawało i na-
[12] [13] �próżno szukał rozwiązania tego, o czem myślał — nie ruszał się z miejsca i stał bezustanku. Gdy nastało południe, ludzie zauważyli go i z podziwieniem rozpowiadali sobie, że Sokrates od samego rana stoi i rozmyśla nad czemś. Nakoniec, po wieczornym posiłku przyszli żołnierze Jońscy, a że to było lato, przynieśli swe polowe łóżka, ażeby spocząć na chłodku, a zarazem patrzeć, czy Sokrates i nocą stać będzie; a on w istocie stał do świtu, dopóki słońce nie weszło. Wtedy dopiero pomodlił się do słońca i odszedł.
A chcecie zobaczyć Sokratesa w bitwie? bo i pod tym względem także należy mu oddać sprawiedliwość. W bitwie, za którą strategowie dali mi odznaczenie, nikt inny mnie nie ocalił, jeno on, bo nie chciał mnie opuścić, gdy byłem raniony i uratował mnie i broń moją. Wówczas, Sokratesie, nalegałem na strategów, aby tobie przyznali odznaczenie: nie będziesz mnie za to ganił i nie zarzucisz mi kłamstwa. Gdy jednak wodzowie, mając na względzie moje stanowisko, chcieli mnie dać nagrodę, ty więcej od nich okazałeś dobrych chęci i żądałeś tej nagrody dla mnie, a nie dla siebie. A trzeba było widzieć Sokratesa podczas odwrotu naszej armji pod Deljonem ’). Ja jechałem konno, a on w ciężkiej zbroi szedł pieszo. Gdy nasi żołnierze już byli w rozsypce, wtedy dopiero on wraz z Lachesem pomyślał o odwrocie. Spotkałem ich i starałem się dodać im otuchy, mówiąc, że ich nie opuszczę. Wten-
[14] �czas mogłem lepiej obserwować Sokratesa, niż przy Potidei, bo siedząc na koniu, mniej się obawiałem 0 siebie. Zauważyłem więc przedewszystkiem, o ile przewyższał Lachesa przytomnością umysłu, a potem, jak on i tam, tak samo, jak tutaj w mieście, wyrażając się twojemi słowy, Arystofanesie, „kroczył dumnie miotając wzrokiem1* ’) i spokojnie patrząc na swoich i na wrogów. Zdaleka każdy musiał zauważyć, że kto dotknie tego męża, ten spotka opór straszliwy. Dlatego to udało mu się wraz z towarzyszem ujść bezpiecznie, bo kto w boju tak się zachowuje, tego zwykle nie zaczepiają, a gonią tylko tego, który ucieka w popłochu. Wiele innych, U. godnych podziwu, faktów możnaby przytoczyć na pochwałę Sokratesa. Być może, że niektóre z jego czynów mógłby wykonać i kto inny, ale co najbardziej wywołuje podziw, to ta jego właściwość, że do nikogo, ani z dawnych, ani z współczesnych ludzi nie jest podobny. Z Achillesem możnaby porównać Brazydasa, Peryklesa z Nestorem lub Antenorem, i wiele innych podobnych porównań możnaby zrobić. Ale tyle oryginalności, co w tym człowieku 1 jego wywodach, nie łatwo znaleźć ani w starożytności, ani w naszych czasach. Z ludźmi porówny-
’) Są to słowa wzięte z „Chmur“ Arystofanesa w. 361. „Za to, że kroczysz, jak żóraw po mieście, oczy z pysznością (przekręcasz
Chodząc bosakiem biedolisz się srodze, dla nas poważną masz lminę.“
Przekład Marcellego Mottego. Poznań, 1866. �wać go nie można, chyba, z satyrami i sylenami, jak ja to czynią.
§ 37.Poprzednio zapomniałem powiedzieć, że i mowy Sokratesa są także bardzo podobne do tych otwierających się sylenów, bo gdy kto zechce słuchać Sokratesa, temu z początku mowy jego wydadzą się śmiesznemi, bo myśli swe ubiera w takie słowa i wyrażenia, jakby w skórą szyderczego satyra. Mówi ciągle tylko o osłach objuczonych, o jakichś kowalach, szewcach i garbarzach, a przytem zdaje sią, jakby wciąż mówił jedno i to samo w tych samych zwrotach tak, że prostak i niewykształcony wyśmieje go napewno. Ale kto tą zewnętrzną powłoką odkryje i zajrzy w ich głębię, ten przyzna naprzód, że wywody Sokratesa mają sens, a potem, że są boskie i zawierają w sobie wspaniałe skarby cnoty, które obejmują jaknajwiększe obszary, a raczej wszystko, co rozważać powinien człowiek, dążący do doskonałości. Takie są, mężowie, powody, dla których sławię Sokratesa; ale go też i ganię za te krzywdy, które, jak powiedziałem, mi wyrządził. A nie ze mną jednym tak postąpił, bo i z Harmidesem, synem Glaukona i Eutydemem, synem Dioklesa i z wielu innemi. Wszystkich ich zwiódł, udając, że ich kocha, a później okazało się, że to oni go kochają. I ty, Agatonie, nie daj się oszukać, a nauczony smutnem doświadczeniem, strzeż się, aby, jak mówi przysłowie, „nie być mądrym po szkodzie.“ 38. Gdy skończył swą mowę Alcybjades, wszyscy śmiać się zaczęli z jego otwartości, bo zdawało sią, że jeszcze jest zakochany w Sokratesie. Wówczas rzekł Sokrates: Coś mi się zdaje, Alcybjadesie, �że trzeźwy jesteś, bo nie kołowałbyś tak zręcznie, byle tylko zataić powód, dla którego wszystko to wypowiedziałeś; dopiero przy końcu wyjawiłeś go, traktując, jako rzecz dodatkową. Przecież celem twoim była chęc pokłócenia mnie z Agatonem, sądzisz bowiem, że nikogo nie powinienem kochać prócz ciebie, a Agatona tylko ty masz prawo kochać.
Ale nie wyprowadziłeś nas w pole: przejrzeliśmy jasno ten twój dramat satyryczno-syleniczny. Ale, prawda, kochany Agatonie? — to mu nic nie pomoże, przedsiębierz tylko środki, aby mnie z tobą nikt nie mógł poróżnić.
Na to odpowiedział Agaton:
Rzeczywiście, prawdę mówisz, Sokratesie, domyślam się, że tylko w tym celu zajął miejsce między mną i tobą, żeby nas rozdzielić, ale nic na tem nie zyska, bo zaraz położę się obok ciebie.
Na to Sokrates: Wybornie! Zajmij miejsce obok mnie.
Wówczas zawołał Alcybjades:
Jowiszu! Co ja muszę cierpieć od tego człowieka. Myśli, że wszędzie musi mieć pierwszeństwo przedemną, ale przynajmniej pozwól, przedziwny Sokratesie, aby Agaton spoczął między nami. —
Na to Sokrates: To niemożliwe. Ty mnie chwaliłeś, a teraz na mnie przypada kolej chwalić mojego sąsiada z prawej strony, jeżeli zaś Agaton zajmie miejsce obok ciebie, to będzie musiał znowu.mnie chwalić zamiast, żebym ja go chwalił.

Nie nalegaj więc, mój drogi, i nie zazdrość młodzieńcowi tej pochwały, którą mam wielką ochotę wygłosić.

  1. Psykter, naczynie do ochłodzenia wina, zawierające w sobie więcej niż dwa litry wina.
  2. II. XI, 514.
  3. U rzeźbiarzy znaleźć można pudła o kształtach sylenów, w których ukryte są posągi bogów. Do tych sylenów z powierzchowności podobny jest Sokrates. Myśl więc przewodnia tego porównania Alcybjadesa zawiera się w tem, że Sokrates pod niepozorną, a nawet brzydką, powierzchownością ukrywa szlachetną duszę.
  4. Sylenowie byli starszymi, a satyrowie młodszymi towarzyszami Dionyza. Według podania, flet wynalazła Atena, ale rzuciła go, ponieważ gra na tym istrumencie nadawała brzydki pozór jej twarzy. Znalazł go satyr Marsjasz, nauczył się. gry na nim i wyzwał do walki Apollina, który go jednak zwyciężył i za karę obdarł ze skóry.
  5. Wyraz „tjpiotYjc, “ którego tu używa Platon znaczy: zuchwały, wyuzdany, nieukrócony i słusznie może się odnosić do Marsjasza, ale Sokrates nie zasługuje na takie miano, jak to dobrze zauważył Schmelzer (Symposion, Berlin 1882), który radzi, żeby go przetłumaczyć w znaczeniu więcej żartobliwem, coś jak „stary grzesznik.“ Ja złagodziłem tu „zuchwalcę“ na „szydercę,“ tem bardziej, że dalej Alcybjades (w g.83) tak właśnie tłumaczy swoje porównanie.
  6. Mówiąc o fleciście, przypomina sobie podchmielony Alcybjades flecistkę, która mu towarzyszyła.
  7. V Tańce szalone Korybantów, kapłanów bogini fryg-ijskiej, Cybeli, oznaczały najwyższy stopień entuzjazmu. Por.: Pawlicki.’ T. II. Cz. I. Str. 349. O Korybantach tych, wspomina także Platon w zakończeniu „Krytona.“
  8. 2) Odysseja XII, w. 47.
    Ty ich mijaj i zalep uszy towarzyszy
    Woskiem miodnego plastru; niech żaden nie słyszy
    Głosu ich... Przekł. L. Siemieńskiego.
  9. Inni tłumaczą to przysłowie: „czy przy dzieciach, czy bez nich.“ Hcttosę zarówno może oznaczać dzieci, jak i chłopców (młodych służących). Tu prawdopodobnie odnosi się do służących, których w tym djalogu kilka razy tak Platon nazywa.
  10. Por. Iljada VI, 236, gdzie Diomedes i Glaukus zaluieniają się na zbroje.
  11. Ajas syn Telamona, stał się, według podania pohomerycznego, nietykalnym przez to, że Herakles, zarzuciwszy nań lwią skórę, wstawił się za nim do Jowisza. Por. Pindar. Istm. 5.
  12. M Potideja, kolonia koryncka, leżała na przesmyku, łączącym półwysep Pallene z Macedonią. Musiała się poddać Ateńczykom podczas wojny peloponeskiej (Thue. L 56. II. 58, 70).
  13. Odysseja IV, 242.
  14. 424 r. przed Chr.