Dyskusja indeksu:PL Milton - Raj utracony.djvu

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

PRZEDMOWA.
Literatura nasza posiada tłómaczenia prawie wszystkich arcydzieł epickich literatury powszechnej; niektóre tłómaczone były wielokrotnie. Nie pominięty też został i „Raj utracony“ Miltona; — mimo to można o nim powiedzieć, iż nie istnieje wcale dla polskiego czytelnika. Wyczerpany dawno w handlu księgarskim, napotyka się tylko w wielkich bibliotekach. Ogół czytelników wie o jego treści, a raczej domyśla się jej tylko z tytułu; a choćby kto ciekawszy wyszukał egzemplarz tłómaczenia Przybylskiego lub Dmochowskiego, nie zadowoliłby swoich pragnień estetycznych, nie poznałby wielkiego poety i myśliciela angielskiego z XVI I-go wieku. Tłómaczenie Przybylskiego nastroszone jest nowo ukutemi wyrazami, które się prawie wszystkie nie utar ły i nie przyjęły w naszym języku; rymy można-by darować Rejowi, ale nie pisarzowi współczesnemu z Krasickim, Naruszewiczem, Niemcewiczem, Trembeckim. Dmochowski pisze i rymuje gładziej, ale próżny sobie wysiłek zadaje, bo Milton nie rymuje wcale, i najmocniej się przeciw rymowanej poezyi zastrzega. Przyjęty przez obu tych tłómaczów wiersz trzynastozgłoskowy zadaleko oddala się od dziesięciozgłoskowego oryginału, inny ton, patetyczny, nadaje, i zmusza tłómaczów do amplifikacyi, — w których ginie zwięzłość i prostota, cechujące Miltona.
Milton nie lubił rymów, i w przedmowie tłómaczy swoim czytelnikom, że piękność mowy wiązanej polega głównie na rytmie, którym się posługiwali starożytni poeci, podczas gdy rym jest naleciałością wieków barbarzyńskich. Jest to oczywiście przesada: języki nowoczesne nie mają bogactwa iloczasu, cechującego języki starożytne, a rym w poezyi utwierdził swoje panowanie — jako ozdoba; ale rytm pozostał zawsze główną cechą mowy wiązanej, kością pacierzową wiersza.
Mimo, że język polski, pod względem urozmaicenia akcentu, należy do najuboż szych, uważałem za konieczne iść pod tym względem za wyraźną wskazówką poety, i tłó-maczyć jego utwór wierszem nierymowym. Odstępstwa od obranej przezeń formy poetyckiej i tak były nieodzowne: jamby oryginału są w naszym języku niemożliwe, przynajmniej w poematach szerszego zakresu; wiersz dziesięć i ozgł osko wy, zbyt jednostajny pod względem akcentu, zamieniłem na najpowszechniej u nas w opowiadaniach używany — jede-nastozgłoskowy.
Mimo te folgi nie zdołałem utrzymać się w ramach pierwowzoru: każda pieśń wypadła mi średnio przeszło sto wierszy dłuższą od oryginału. Pochodzi to nietylko z nadzwyczajnej jego zwięzłości, ale i z charakteru obu języków; — angielski jest przeważnie je-dnozgłoskowy. Zwięzłość wyrażenia starałem się zachować bez zatracenia ścisłości i jasności. »Raj utracony“ w języku angielskim ma ogółem wierszy dziesięciozgłoskowych 10.565; w mojem tłómaczeniu wierszy jedenastozgło-skowych lł.792; u Przybylskiego wierszy trzynastozgłoskowych 13.132; Dmochowski tłómaczył tylko „co wyborniejsze miejsca.“
Nie mając zamiaru dowodzić tu wyso kiej wartości utworu Miltona, co byłoby wybijaniem drzwi otwartych, ani aktualności i żywotności tego poematu, mimo trochę przestarzałej formy i niektórych poglądów naukowych, w kilku tylko słowach odpowiem na pytanie, czy w ogóle naszej literaturze potrzebne nowe tłómaczenie „Raju utraconego,“ bo pytanie takie mógłby stawić ktoś gustujący tylko w poezyi ostatniej doby.
Mimo usterek powyżej przytoczonych, „Raj utracony,“ jako kompozycya, stoi w rzędzie Iliady, Odyssei, Boskiej Komedyi, i zachwyca każdy umysł wrażliwy na piękno. Odczytanie powtórne w tych czasach jeszcze większą sprawiło mi rozkosz, niż kiedym go czytał po raz pierwszy w młodym wieku, i sądzę, że wielu czytelnikom niemniejsze sprawi zadowolenie, byle tylko moje tłómaczenie choć w części zbliżało się do piękności oryginału. Zresztą zmieniają się z biegiem wieków gusta i upodobania, ale wielkie dzieła, jak słupy granitowe, sterczą i wskazują pochód geniuszu ludzkiego.
„Raj utracony“ jest poematem prawie współczesnym: nie przenosi on nas w świat innych religii, filozofii, obyczajów i zwycza jów, jak Iliada, Odyssea, Etieida. „Miltonowi przyznano miejsce po prawicy Szekspira, gdzie zasiadać on będzie aż do dnia zmartwychwstania umarłych“ — powiada D. G. Rosetti. Inny krytyk mówi: „Raj utracony“ — jestto Iliada Starego Testamentu, — epos o upadłej naturze człowieka.“ Nie jest też kunsztownym układem podań narodowych i annektowanych na cześć zwycięzców, jak Eneida; w mojem rozumieniu „Raj utracony“ jest poetyczną ekspozycyą Chrystyanizmu przez człowieka szczerej i gorącej wiary. Wprawdzie był to purytanin, ale same wymagania logiki i poezyi zmusiły go do użycia za oś główną kompozycyi dogmatu katolickiego — Łaski; dziś, gdy Chrystyanizm napastowany jest w podstawach swoich, miło jest słuchać poetę, mocno przejętego wiarą w Objawienie Boskie. Drobne, w kilku miejscach, wycieczki przeciw Kościołowi usunąłem lub zatarłem, co tem łatwiej mi przyszło, że owe napaści, pisane pod wpływem namiętności stronniczych, religijnych i politycznych, jakie wówczas miotały Anglią, nie łączą się organicznie z całością utworu.
Milton, jak wszyscy poeci owego czasu, a i o wiele późniejsi, często czerpie swoje po równania z mitologii; prawie zawsze służą mu one do większego pogłębienia obrazu, czasem są tylko czczym i zbytecznym ornamentem; prócz tego sam przedmiot wymagał częstych powolywań się na Stary Testament; sądziłem więc, że dla czytelników mniej oczytanych w tych zakresach, przydadzą się krótkie przypisy na końcu każdej pieśni umieszczone.
Tlómacz.


Pierwszą człowieka winę i ów zgubny,

Z zakazanego drzewa owoc zdjęty,

Który sprowadził na świat śmierć, a za nią Z utratą Raju wszystkie nasze klęski,

Aż nas Bóg-człowiek przyszedłszy odnowił I wieczną szczęścia odzyskał dziedzinę, Śpiewaj niebiańska Muzo, co na skrytych Szczytach Horebu, Synaju, natchnęłaś Pasterza, aby pierwszy uwiadomił Wybrane plemię, jak w początku świata Niebo i Ziemia powstały z chaosu;

Lub jeśli większe masz upodobanie W wzgórzach Syonu, strumieniu Siloe, Płynącym tam, gdzie Bóg wyrocznie wieścił, O, przybądź, wspomóż me zuchwałe pienia, Co pogardzając lotem pospolitym,

Nie chcą się wznosić nad Aońską górą, (') Lecz dążą drogą, na którą się dotąd Nie odważyły ni proza, ni rymy.

A nadewszystko, Duchu Święty, który Ponad świątynie cenisz serce szczere I czyste, natchnij mnie, wszystkowiedzący,

1 od początku czasów wszechobecny!

Ty, rozpostarłszy skrzydła przepotężne,

Jak gołębica tuląc otchłań wielką,

Płodnąś uczynił; oświeć ciemność moje Podnieś poziomość, bym na wysokości Przedmiotu stając, mógł objaśnić ludziom Drogi, jakiemi Bóg szedł do człowieka,

I sprawiedliwość wiecznej Opatrzności. Powiedz, gdy Niebo, ni głębiny Piekła Skrytości żadnej nie mają dla Ciebie,

Czem się to stało, że pierwsi rodzice Nasi, tak szczęsnym stanem obdarzeni, Wkrótce odpadli od Stwórcy swojego,

Jego jedyny zakaz przekroczyli,

Chociaż panami byli reszty świata?

Kto pierwszy skusił ich do takiej winy? Wąż, wyszły z piekła, złudził matkę rodu . Ludzkiego, wiedzion zemstą i zazdrością, Kiedy go pycha z Nieba wytrąciła I zbuntowane z nim tłumy aniołów.

Za ich pomocą pragnąc wzrosnąć w blasku Nad równych sobie, stać się równym Bogu, Opór mu stawiać i dążąc do władzy, f Wojnę rozpoczął przeciw Najwyższemu. Próżne zamachy: wszechmocnością Bożą Rażony, wypadł z eterycznych Niebios,

W płomieniach, głową na dół, do bezdennej

Otchłani, straszna, zgorzała ruina;

W dyamentowej twardości kajdanach,

Na karę ognia wiecznego skazany,

Za to, że wyzwał zuchwale do boju Wszechmogącego. Dziewięć dni i nocy, Według śmiertelnych miary, ze swą hordą Tarzał się w toni ognistej, zdrętwiały,

Choć nieśmiertelny! Lecz wyrok zapadły Do jeszcze większej zachował go kary: Dręczy go pamięć szczęścia straconego I widok przyszłej bez końca katuszy;

Toczy wzrok błędny, smutkiem przepełniony, Rozpaczą, pychą niepohamowaną I nienawiścią, bo oczami ducha Widzi, że niema dla niego nadziei;

Straszne więzienie ze wszystkich stron pała Jak piec ognisty, a chociaż płomienie Nie dają światła, noc czynią widoczną,

A w niej obrazy niedoli, cierpienia,

I potępieńców żałobliwych tłumy;

Kędy nie mieszka pokój ni spoczynek,

I nie pojawia się nigdy nadzieja,

Ta, która wszystkim błyska; ale męka Dręczy bez końca, i potop ognisty,

Sycony siarką, ciągle gorejącą,

A nie mogącą nigdy się wytrawić.

Takie odwieczny Sędzia przygotował Dla buntowników miejsce, tę ciemnicę,

Tak oddaloną od Boga, od Nieba I jego światła, jak trzykrotnie wzięta

- 13 —

—————

Odległość środka od krańca bieguna.

O, jak to miejsce, gdzie są, niepodobne Temu, skąd spadli! Leża. towarzysze Jego pogromu, przemożeni, zbici Szalejącego ognia potokami I rwącym wirem; tuż obok się tarza Najbliższy mocą, najbliższy mu w zbrodni,

Znany daleko później w Palestynie Jako Belzebub. Do niego zły Anioł (Odtąd Szatanem nazywany w Niebie)

Zwraca zuchwałe słowa, przerywając Straszne milczenie: »Tyżeś? O, jak nisko!

Jakże odmienny od tego, co w szczęsnem Królestwie światła, w jasność przyodziany, Doskonałością błyszczał nad miryady!

Tyżeś, co ze mną sojuszem tak ścisłym, Jednością myśli i celu związany,

Równy nadzieją, odwagą, hazardem W świetnym zamachu, a teraz już równy Wsw świetnym zamachu, a teraz już równy

Przepaść, i z szczytu jakiego! On zatem Znacznie silniejszy ze swoim piorunem!

Ale, kto wiedział o sile tej broni?!

Ni piorun przecie, ni jakiebądź męki Zada Zwycięzca potężny a srogi,

Mnie nie przymuszą do żalu, nie zmienią (Choć zmienionego w powierzchownym blasku) Mej starej woli, zawziętego gniewu W poczuciu siły znieważonej, takiej,

Co z Wszechpotężnym do walki stanąwszy,

— 14 —

Do uporczywej bitwy wprowadziła . Nieprzeliczone hufce zbrojnych duchów, Gardzących śmiało Jego panowaniem, Wolących moje; Jego wszechpotędze Przeciwstawiając inną, i w tak długo Wątpliwych losów bitwie w polach Nieba Wstrząsły tron Jego. Cóż znaczy przegrana? Nie wszystko znikło: trwa niezwyciężona Wola, pragnienie zemsty i nienawiść Nigdy niezgasła; trwa męstwo, co nigdy Ani się podda, ani nie ustąpi,

I wszystko, czego pokonać niemożna.

Tej chwały nigdy Jego złość, ni siła Ze mnie nie wydrze: schylać się, o łaskę, Prosić na klęczkach, wielbić władzę tego, Którego państwo, tą ręką wstrząśnięte, Drżało w posadach, to byłoby hańbą Nikczemną, wstydem, gorszym od upadku! Kiedy wyrokiem losu nie możemy .Stracić natury naszej, siły boskiej,

A doświadczeniem świeżem nauczeni,

W walce nie gorsi, przezornością więksi,

I Możemy z lepszą nadzieją zwycięstwa,

Jawnie, podstępem, a nieprzejednanie Wojnę prowadzić z naszym wielkim wrogiem, Co tryumfuje teraz, i w nadmiarze Radości, rządząc sam, ciemięży Niebo.«

Tak się odezwał Anioł przeniewierczy,

Głośno chełpiący się, choć bólem zdjęty I bezgraniczną rozpaczą miotany.

Jego zuchwały towarzysz mu na to:

» Książę! Zwierzchniku tylu panujących Potęg, co pod twem dowództwem do boju Poprowadzili tłumy Serafinów Nieustraszonych, w najcięższych przewagach Wiecznego Króla Niebios tron zachwiali, Szukając podstaw, na których oparta Jego najwyższa władza, skąd pochodzi?

Z siły, z przygody, czy też z przeznaczenia?

Widzę zbyt jasno, i boleję srodze

Nad tym wypadkiem, co pogrom sprowadził,

Nieba pozbawił nas i te potężne

Tłumy, poległe w haniebnem rozbiciu,

0 ile mogą niebiańskie i boskie Natury poledz: myśl i duch albowiem Niepokonane, siła wkrótce wraca,

Choć chwała nasza i stan błogi zgasły,

Tu pochłonięte nędzą bezgraniczną!

Lecz gdy Zwycięzca (bo teraz już z musu Wierzę w wszechmocność Jego, kiedy przemógł Taką, jak nasza, siłę) na to tylko

Nam pozostawił całość ducha, życie,

Byśmy cierpienia nasze mocniej czuli,

Kary znosili, i pozostawali Na pastwę jego mściwości i gniewu,

Lub mu służyli z prawa wojennego,

Jak niewolnicy, w samem wnętrzu piekła,

W czarnej czeluści w ogniu pracowali

1 wszelkie jego spełniali zlecenia;

To ęóż za korzyść nam z sił niezmniejszonych,

Z nieśmiertelności, jeśli nieśmiertelnej Bodziemy tylko podlegali karze?«

Na to porywczo Arcywróg odpowie: Spadły Cherubie, być słabym, to nędza Zarówno w czynie, jak w znoszeniu doli,

A.le bądź pewny, czynić coś dobrego Nigdy już naszem nie będzie zadaniem; Jedyną naszą uciechą źle czynić,

B\ się sprzeciwić woli przeciwnika. Opatrzność Jego z naszych złych uczynków Stara się dobro wywodzić, nam zatem Należy cel ten niweczyć, a dobro >;. złe obracać—co się może udać,

Może go martwić, jeśli się nie łudzę,

Może krzyżować jego przedsięwzięcia.

Oto Zwycięzca okrutny odwołał

Już swe odwetu i pogoni sługi

Wstecz do bram Nieba; ustał grad siarczysty,

% i -siony wichrem; pozostały fale

Płomieni, w które wpadliśmy ż Niebiosów.

Może grom szparki z czerwonemi błyski,

Z wściekłością pędu niepohamowaną, Wyczerpał już swe ostrza, bo przestaje Iłuczyć przez otchłań pustą, bezgraniczną; Nie traćmy pory, czy ją daje wzgarda,

Czy zasycony gniew Nieprzyjaciela.

Widzisz posępną tę równinę pustą,

Ci mną siedzibę spustoszenia, tylko Pł myki blade migocą złowrogo; am się uchrońmy z wrzącej ogniem fali

I odpocznijmy, jeśli odpoczynek Można tu znaleść. Potem, zgromadziwszy Nasze rozbite wojsko, uradzimy,

Jakby na przyszłość najmocniej obrażać Nieprzyjaciela, jak wyrównać nasze Straty, jak ciężką pokonać niedolę,

Jakie nam wsparcie może nieść nadzieja,

Lub rozpacz jakie dać postanowienie.«

Te słowa Szatan rzekł do najbliższego Współbrata, wznosząc ponad fale głowę Z iskrzącym wzrokiem, inne jego członki Na morzu ognia wzdłuż i wszerz leżały, Zajmując kilka stajan; wzrostem równy Owym z legendy olbrzymom, Tytanom, (2) Zrodzonym z Ziemi, walczącym z Jowiszem, Bryareowi, albo Tyfonowi,

Pod starożytnym Tarsem w grocie skalnej Mieszkającemu, lub Lewiatanowi,

Co go ze wszystkich swych tworów Bóg nadał Największym wzrostem pośród pływających Na oceanie. O nim to żeglarze Opowiadają, iż gdy zaśnie czasem W spienionych wodach u Norwegów brzegu^ Bywa, że sternik łodzi zapóźnionej Ma go za wyspę w wieczornym pomroku, Wbija kotwicę w grubą łuskę skóry,

Przy jego boku od wiatru się chroniąc,

Czeka bezpieczny, aż zasłony nocy Z nad wód podejmie bladawy poranek.

Tak rozciągnięty na ognistej fali I .i żal okuty Szatan; jużby nigdy Odtąd nie podniósł się, ni ruszył głową,

Lecz wola Tego, co wszystkiem rozrządza,

Dała mu spełniać nowe czarne planj%

Aby zbrodniami wciąż powtarzanemi Gromadził na się potępienia góry,

[ obmyślając złe dla innych istot,

W idział z wściekłością, jak wszystka złość jego Posłuży tylko za pobudkę łaski I nieskończonej dobroci dla człeka,

Którego skusił, lecz jego samego Zgniecie potrójna hańba, gniew i zemsta.

Teraz z topieli wznosi groźne członki:

Z obu stron fale ognia odepchnięte Zygzakowatym płomieniem się toczą, Pozostawiając w środku straszne pole.

Z rozpostartemi skrzydły lot kieruje

Szatan, w pomrocznem wznosząc się powietrzu,

Króre uczuwa ciężar nadzwyczajny;

\ Zdąża do lądu, jeśli nazwać lądem To, co gorzało niezgasłem zarzewiem,

Gdy morze ogniem roztopionym wrzało.

A barwa lądu taka, jakby siły Podziemnych wiatrów przeniosły zrąb skały Od gór Peloru, (3) lub poszarpanego Boku wciąż grzmiącej piorunami Etny;

Je; trzewia pełne żywiołów zapalnych Gdy ogień zajmie, w górę strzela lawą I pozostawia zgorzelisko, pełne

Kopcia i dymu: taki odpoczynek Znalazła stopa przeklęta. Szedł za nim Najbliższy spółbrat, oba chlubni wielce,

Że się z styksowej wydobyli fali,

.Sądząc, że własną, jako bogów, siłą,

Nie z dopuszczenia Najwyższej Potęgi.

»Więc to siedlisko, to ląd, to powietrze?« Rzekł potępiony Archanioł: »to miejsce,

Które musimy zająć zamiast Nieba?

Smętna ciemnica za blask eteryczn)'?

Więc niech tak będzie! Gdy On, teraz władca, Narzucić może to, co zowie prawem,

Im dalej odeń jesteśmy, tem lepiej;

Równy rozumem, siłą^stał się większym I zapanował nad równymi sobie.

Żegnam was pola szczęśliwe, gdzie mieszka Nieustająca radość i wesele!

Witaj, piekielny świecie, witaj zgrozo!

Głębio bezdenna, przyjm nowego pana!

, Ducha nie zmienia zmiana miejsca, czasu,

1 Duch sam jest sobie miejscem, może sobie Z Nieba utworzyć Piekło—Piekło z Nieba.

Gdzie? O to mniejsza, dość, że ten sam zawsze.

A czem? Czemkolwiek—byłem nie był mniejszym Od tego, co go wielkim piorun zrobił.

Tu zresztą wolni będziemy: Wszechmocny Te czarne lochy nie na to zbudował,

By ich zazdrościł; stąd nas nie wypędzi. .

Można panować tu, a panowania Warto pożądać, choćby nawet w Piekle.

— 20 —

Raczej pan w Piekle, niźli sługa w Niebie!

Lecz czemuż naszych towarzyszów losu Wiernych spółbraci, druhów, zostawiamy Półmartwych w owem bagnie zapomnienia.-'

Czemu nie wezwiem ich, aby wraz z nami Tę nieszczęśliwą siedzibę dzielili,

Albo raz jeszcze stanąwszy pod bronią, Wypróbowali swą siłą, co można Odebrać w Niebie, albo stracić w Piekle?«

Tak mówił Szatan, a Belzebub na to:

»Wodzu zastępów świetnych, które przemódz Jeden Wszechmocny zdołał, gdy usłyszą Twój głos, najżywszą rękojmię nadziei W niebezpieczeństwie, w najcięższej potrzebie,

To najpewniejsze hasło w wrzawie bitwy,

I w i.ylu szturmach — nowem niewątpliwie Przejmą się męstwem, nowem zbudzą życiem, Mimo, że teraz na morzu ognistem Obezwładnieni, rozciągnięci leżą; —

Nie dziw, po spadku z takiej wysokości!«

Zaledwie skończył, a już Czart zwierzchniczy Ruszył ku brzegom; na barki zarzucił Empirejskiego hartu tarczę ciężką.

Zwieszał się z ramion jej obwód szeroki Nakształt księżyca, którego orbitę Przez szkło optyczne artysta toskański Ogląda wieczór ze szczytu Fiesole Albo Valdarno, odkrywając nowy Kraj, rzeki, góry w plamach księżycowych.

W ręku ma dzidę, obok której sosna

Ścięta w norweskich górach na maszt statku Admiralskiego, byłaby pręcikiem;

Wspiera się na niej, stawiać z trudem kroki Po rozpalonej ziemi: nie tak kroczył Po lazurowem Niebie, — a powietrze,

Ziejące żarem, rani go dotkliwie.

Wytrzymał jednak i stanął u morza Płomienistego; woła na swe hufce:

Anielskie kształty powikłane leżą Gęsto, jak liście jesienne w strumieniach Valombrozyjskich, gdzie lasy etruskie Wysokie łuki wznoszą; lub jak trzcina Porozrzucana, i w wodzie płynąca,

Kiedy Oryon (4) w srogie wichry zbrojny, Napadł na brzegi morza Czerwonego, Którego tale niegdyś pochłonęły Wraz z Buzyrysem (5) memfickie rycerstwo, Gdy nienawiścią przejęte goniło Wychodźców z Gosen: ci, stojąc na brzegu Bezpieczni, trupy płynące widzieli I połamane wozów zbrojnych koła.

Tak rozproszeni podli zatraceńcy Leżeli, gęsto pokrywając fale,

Zdrętwiali po tak ohydnej przemianie.

Czart na nich krzyknął, a piekielne głębie Echem rozbrzmiały: »Książęta, Potęgi,

I wojownicy, kwiecie górnych Niebios, Waszych przed chwilą, a teraz straconych, Gdy taki strach zdjąć może Duchy wieczne. Możeście miejsce to wybrali sobie

Na wypoczynek po trudach wojennych.-1 Może tu drzymać równie wam wygodnie Jak na równinach Nieba; albo plackiem W podłej postawie leżąc, przysięgliście Wielbić Zwycięzcę, co teraz spogląda Na Cherubinów swych i Serafinów,

Jak się tarzają w morzu ognia, obok Porozrzucanej broni i chorągwi,

Aż szybcy szczwacze z bram niebieskich ujrzą Sposobność, znijdą i zdepczą omdlałych,

Lub łańcuchami piorunów przybiją Do dna samego tej czarnej przepaści:

Zbudźcie się, wstańcie, lub zgińcie na wieki!«

Słyszą, i wstydni wnet rwą się do lotu. Tak ludzie śpiący, których obowiązkiem Czuwać, gdy naraz słyszą głos zwierzchnika. Powstają, chociaż na wpół przebudzeni. Wprawdzie świadomi byli strasznej doli,

W jaką popadli, doznawali cierpień Straszliwych, jednak głosu swego wodza Wnet posłuchały tłumy niezliczone.

Jak dzielna laska potomka Amrama, (r,j W dniu nieszczęśliwym egipskiej krainy W górę wzniesiona, wywołała chmurę Czarną szarańczy, wiatrami wschodniemi Gnaną na państwo króla Faraona,

Co jak noc czarna przysłoniła cały Kraj nadnilowy: tak też niezliczone Były gromady złych duchów na skrzydłach, Ulatujące pod kopułą Piekła

Wśród ogni, co ich zewsząd otaczały.

Aż kiedy skinął podniesioną dzidą Ich sułtan wielki, wskazując kierunek,

Wnet się spuścili w równoważnym locie,

Całe, siarczyste zapełniając pole.

Takiego tłumu Północ przeludniona

Nigdy z swych mroźnych nie pchnęła obszarów,

Gdy barbarzyńskie jej dzieci, jak potop,

Szukały przepraw przez Ren albo Dunaj,

Ku Południowi się rozpościerając Od Gibraltaru do Libijskich piasków.

Zaraz z gromady każdej przełożeni I dowodzący dążą ku tej stronie,

Gdzie stał wódz główny: nadludzkie postaci, Bogom podobne, godności książęce,

Potęgi, które niegdyś zasiadały Trony niebieskie; teraz ich nazwiska Tam zapisywać przestano; z ksiąg życia Są wykreślone, jako buntownicze.

Ani też nowych nazwisk używają,

Jakie im Ewy synowie nadali,

Odkąd po ziemi chodzą z dopuszczenia Bożego, aby doświadczać człowieka.

Większą częśc ludzi obłudą i kłamstwem Tak obłąkali, iż o Bogu Stwórcy Swym zapomnieli, Jego niewidzialną Chwałę na obraz zwierza zamienili,

Cześć mu oddając w wesołym obrządku,

Pełnym przepychu, złota; nawet czartom Pokłony bili, biorąc ich za bóstwa.

- 24 -



Pod różną wtedy nazwą ludziom znanych W różnych bałwanach wielbił świat pogański. Muzo, kto pierwszy powiedz, kto ostatni Powstał z ognistej fali przebudzony Głosem wielkiego Mocarza! jak każdy Według swej rangi stawał na wybrzeżu,

A za nim zbierał się tłum pospolity!

Główni ci byli, co z głębi otchłani Szli, poszukując zdobyczy na ziemi,

I ośmielili się w późniejszym czasie Stawiać swe trony obok tronu Boga,

Swoje ołtarze przy Jego ołtarzu.

Bożki, wielbione przez rozliczne ludy,

Śmiały się zbliżyć nawet do Jehowy,

Który wśród gromów, w orszaku Cherubów, Miał na Syonie świętym swą stolicę.

W Jego świątyni stawiali posągi,

I przeklętemi rzeczami brzydzili Święte obrzędy i uroczystości,

Ciemnością swoją urągając światłu.

Pierwszy straszliwy Moloch, (7) król, zmazany Krwią ofiar ludzkich i łzami rodziców,

Choć niesłyszących okrzyku rozpaczy, Zagłuszanego hukiem trąb i kotłów,

Kiedy ich dzieci szły w ogień bałwana. Ammonitowie cześć mu oddawali,

Rabba z bogatą w wodę okolicą,

Argob i Basan, aż do dalekiego Potoku Amon. Nie przestając na tem Wyzywającem sąsiedztwie, podstępem

Nawet tak mądre serce Salomona Obłąkał, że mu wystawił świątynię Wprost przed świątynią Boga prawdziwego, Na wzgórzu hańby, gajem jego zrobił Dolinę Ennon, odtąd Tofat zwaną,

Albo Gehenną, czarną jak wzór Piekła.

Szedł dalej Chomos, (8) obrzydłe straszydło Synów Moaba, od Aroer, Nebo,

I na południe pustyni Abarim,

W Horonaimie, w Hesebonie, dalej W państwie Seona, za kwitnącą Doliną Sibma, winogradem strojną,

I w Eleale, do bagien smolistych.

Zwan też Peorem, gdy Izraelitów W drodze od Nilu, w Sittim, do obrzędów Wszetecznyeh wabił — za co ukarani. (a) Stąd swe rozpustne orgie posuwał Aż do owego wzgórza pohańbienia Przy gaju kata Molocha; rozpusta Przy okrucieństwie; aż wreszcie go strącił Dobry Jozyasz na samo dno piekła. (10)

Dalej szli owi od wód Eufratu Starego, aż do strumienia, co dzieli Od ziem syryjskich Egipt, (u) a nosili Nazwy Baala, albo Astaroty, (12)

Męskie lub żeńskie, duchy bowiem mogą Dowolnie przybrać płeć jedne lub drugą,

Tak giętka i tak prosta ich istota, Nieskrępowana członkami, stawami,

Jak ciało ludzkie, — i w jakim chcą kształcie,

Większym lub mniejszym, jasnym albo ciemny Mogą wypełniać swoje eteryczne Cele i czyny miłości lub zemsty.

Dla nich to plemię Izraela często Zapominało swojej żywej siły,

Opustoszałe mijając ołtarze

Święte, schylając głowy przed bożkami,

Wziętemi z bydląt; więc też te ich głowy

Równie się nisko w bitwach pochylały

I upadały, rażone włóczniami

Marnych zwycięzców. Była w tej gromadzie

Astarte, której rogi jak półksiężyc;

Fenicyanie zwali ją królową Niebios, a do jej jasnego obrazu W noc księżycową sydońskie dziewice Wznosiły modły i śpiewy; w Syonie Również ją czczono, i tam jej świątynia Stała na wzgórzu hańby; ją zbudował Ów król rozpustny, chociaż wielkiej duszy,

Co się pogankom pięknym dał tumanić,

I prędko popadł w sprośne bałwochwalstwo. Dalej szedł Tammuz, (3) z każdoroczną raną, Która na Liban w dni letnie ściągała Panny syryjskie, by w pieśniach miłosnych Opłakiwały jego smutną dolę,

Podczas, gdy potok, Adonis, ze skały Toczył do morza wody purpurowe,

Niby płynące z każdorocznej rany Tammuza. Ta baśń miłosna wzniecała W córach Syonu podobne płomienie;

Widział wybuchy ich w przedsionku Świętym Ezechiel, wzniesion nadziemskicm widzeniem, Gdy obłąkanych Żydów bałwochwalstwo Czarne potępiał. Dalej postępował Ten, co się żalić śmiał, kiedy po bitwie Arka Przymierza, jako łup zabrana,

Jego zwierzęcy posąg pokruszyła:

W jego świątyni własnej głowa, rece Odpadły, cały wraz runął na ziemię Ku zawstydzeniu swoich wielbicieli;

Po Dagon, (M) potwór morski, pół człowieka,

Pół ryby; jednak wysoką świątynię Miał zbudowaną w Azocie, postrachem Będąc wybrzeży Palestyny, Gadu I Askalonu, również w Akkaronie,

Aż do granicy Gazy. Za nim Remmon, (15) Który najchętniej przebywał w Damaszku,

Na urodzajnych wybrzeżach Abbamy,

U przezroczystych wód Farfaru rzeki.

I ten zuchwale lżył świątynię bożą,

Trędowatego stroił, zyskał króla,

Achaza, swego zdobywcę głupiego, (I6)

Którego skłonił, by ołtarzem Pańskim Wzgardził, a inny na modłę syryjska Zbudował, na nim zapalał ofiary Obrzydłe, wielbiąc bożkow zwyciężonych.

Szła też gromada nazwisk niegdyś słynnych Oziris, Izis, Orus i ich orszak. (17)

Potwornym kształtem i czarodziejstwami Tak zwiedli Egipt i jego kapłanów,

Że fanatyczny lud swych błędnych bogów Szukał w zwierzęcej raczej, niźli ludzkiej Postaci. — I tej nie uszedł zarazy Izrael, kiedy ulał na Horebie Z po. czanego złota cielca: zdwoił (irzech zbuntowany król w Bethel i w Danie, (18)

Na podobieństwo wołu czyniąc Stwórcę,

Jehowę, który w ciągu jednej nocy Przechodząc Egipt, zabił pierworodnych Wszystkich, i z nimi ich ryczące bogi.

Bclial (19) w końcu: odeń wszeteczniejszy Duch nie spadł z Nieba, ni bardziej lubiący Występność dla niej samej. Ni ołtarzy Ofiarnych nie miał nigdzie, ani świątyń,

Lecz któż w nich częściej od niego przebywał, Wtedy gdy kapłan sam stał się bezbożnym,

Jak złej pamięci synowie Heli’ego,

Co napełnili dom Boży gwałtami l wyuzdaniem? Belial panuje W pałacach, dworach i w miastach rozpustnych, Gdzie wrzask hulaszczy, a wraz z nim zniewagi, Krzywdy się wznoszą nad najwyższe wieże,

A gdy cień nocy przysłoni ulice,

Snują się po nich Beliala syny,

Zuchwali, pełni wina i bezwstydu.

Świadkiem Sodomy rynki i noc owa W Gabaa, kiedy gościnnie matrony Cześć poświęcono, by gorszych ujść gwałtów. (20) Ci byli pierwsi stopniem i potęgą;

Innych wymieniać byłoby zadługo; .

Bogowie jońścy, których szczep Jawana (21) Wielbił jak bogów, lecz późniejszej doby Niż Niebo z Ziemią ich sławni rodzice.

Szedł pierworodny Nieba, Tytan, za nim Syny olbrzymy. Przez młodszego brata, Saturna, tronu pozbawiony, jemu Jowisz, syn jego i Rei, odpłacił Podobną miarą; tak panował Jowisz!

Tych naprzód znała Kreta, góra Ida,

Potem z wierzchołka zimnego Olimpu Rządzili średnią powietrza dziedziną, Swojem najwyższem Niebem; lub na skale Delfickiej, albo w Dodonie, wzdłuż granic Całego kraju doryckiego; inni Z starym Saturnem aż do Hesperyi (22) Uciekli; nawet na najodleglejszych Celtyckich wyspach szukali czcicieli.

Szli tłumnie wszyscy ci i innych wielu Z wzrokiem spuszczonym, chmurami osnuty] Jednakże nie bez iskierki radości,

Widząc, że wodza nie ogarnia rozpacz,

Że nawet w zgubie jeszcze nie zgubieni. Spostrzegł to, zmienił się Szatan na twarzy, Lecz wkrótce pycha zwyczajna wróciła. Więc w mowie szumnej, mającej pozory Godności, chociaż bez jej treści, wzbudził Ich słabiej ącą odwagę. Dał rozkaz,

By na bojowy odgłos trąb i surmy Wzniesiono jego potężną chorągiew.

Tego zaszczytu, jako prawa swego,

Żądał Azazel, Cherubin sążnisty,

I zaraz z drążka gładkiego rozwinął Chorągiew państwa; wzniesiona wysoko, Wiatrem szarpana, jak meteor błysła,

W drogie kamienie i w złoto przybrana,

Na niej trofea i godła Serafów.

A jednocześnie wrzaskliwe mosiądze Brzmiały bojowym dźwiękiem; tuż się rozległ Okrzyk całego wojska, aż zadrżały Nietylko Piekła sklepienia: strach wstrząsnął Państwem Chaosu i Nocy Prastarej. (23)

I tejże chwili w pomroku piekielnym Wzniesiono dziesięć tysięcy sztandarów Powiewających barwami świetnemi,

A z niemi razem zabłysnął las cały Dzid przeogromnych; w ściśniętych kolumnach Nieprzemierzenie długich i głębokich Hełmy i tarcze gęsto połyskały.

Szli doskonałą falangą doryjską,

Przy dźwięku słodkich fletów i piszczałek, Które przed bitwą wysoko wznosiły Uczucia dawnych świata bohaterów,

Nie zapalczywość wściekłą, lecz odwagę, Rozważną, stałą, niedopuszczającą Obawy śmierci, lub myśli odwrotu.

Urocze dźwięki fletów łagodziły Myśli wzburzone, wyganiały troskę,

Bojaźń, zwątpienie, smutek i niepokój Z duszy śmiertelnych, jak i nieśmiertelnych. Tak zjednoczeni, z myślą ustaloną,

W milczeniu szli przy miłym fletni głosie,

Co im łagodził stąpanie po ziemi Ogniem dyszącej; zbliżywszy się, stają Straszliwie długim, wyciągniętym frontem,

Z błyszczącą bronią, jak starzy żołnierze,

Do dzid lub tarczy noszenia przywykli, Komendy wodza możnego czekając.

Ten doświadczonem okiem mierzy długie Szeregi zbrojne, ich szyk i postawę Bogom właściwą; liczbę ich rozważa;

Serce mu rośnie pychą, chełpliwością,

Z tak wielkiej siły: nigdy bowiem Jeszcze, od czasu jak człowiek stworzony,

Nie było wojska, coby z tem mierzone Zasługiwało na inne nazwanie,

Jak małoludków, których zwyciężyły Żórawie. (24) Choćby z pól flegrejskich (25) Plemię olbrzymów złączyło się w jedno Z bohaterami, co wiedli bój w Tebach I pod Pergamem z bogami zmieszani,

Obudwu stronom pomagającymi;

Chociażby dodać rycerstwo Bretonów I Armoryki pod wodzą Artusa,

Których waleczność sławią pieśni stare,

I wszystkich chrzczonych i niewiernych z bitew Pod Aspramontem, czy pod Montalbanem Pod Trebizondą, Damaszkiem, w Marokko,

I tych z Bizerty, z afrykańskich brzegów,

Gdy Karol Wielki wraz z palatynami Swymi padł w boju pod Fontarabią. (26)

Chociaż tak bardzo wojska tego dzielność Ponad śmiertelnych była, jednak posłuch Groźnego wodza był zupełny; wyższy Nad wszystkich wzrostem, dumny, okazały, Sterczał jak wieża; kształt jego nie stracił Jeszcze całego pierwotnego blasku, Wyglądał jako Archanioł strącony,

Tylko się przyćmił w nim nadmiar jasności, Jak słońca, kiedy o wschodzie spogląda Przez mgłą przetkane ziemi horyzonty. Tracąc promienie, albo gdy się skryje Za księżyc podczas zaćmienia: złowrogim Zmrokiem okrywa ziemię, i obawą Zmiany przeraża królów; tak ciemniejąc, Archanioł świecił jeszcze nad innymi. Głęboką blizną grom zorał mu czoło A na policzkach zwiędłych siadła troska; Ale brwi kryły niezłomną odwagę I pychę, chłodno szukającą zemsty,

Srogość miał w oczach, a czasami ślady Żalu i bólu na widok wspólników,

A raczej swojej zbrodni zwolenników.

O, jak inaczej wyglądali w Niebie!

Teraz skazani każdy na swój udział W wiecznie mającej trwać piekielnej kaźni! Za jego winę miliony duchów Wygnane z Nieba, i z wiecznej jasności Za jego rokosz wyrzucone; jednak Wierne został)’ mu nawet po stracie Wieczystej chwały. Tak, gdy ogień z nieba

Raj utracony.

— 83 —

3

UderżyYdęby puszcz, lubi górską sosnę,

Z spalonym szczytem, pozbawione liści, Wznoszą się dumnie na pogorzelisku.

Teraz chce mówić: więc zdwojone szyki Z dwu stron zachodzą, otaczają wodza Wraz z jego sztabem; słuchają ciekawie. Trzy razy zaczął, i mimo hardości Trzy razy łzami wybuchnął takiemi,

Jakiemi płaczą Anioły; nareszcie Rzekł te zmieszane z westchnieniami słowa: »0, miryady Duchów nieśmiertelnych! Potęgi, równe tylko Wszechmocnemu,

Z nim tylko walka była nie bez chwały, Chociaż jej wynik straszliwy, jak świadczy To miejsce i ta okropna przemiana:

Język się wzdryga, gdy ją wspomnieć musi. Lecz jakaż dzielność ducha proroczego,

Jaka z zasobów wiedzy przeszłych czasów, Lub z teraźniejszych, mogła wywnioskować, Że takie siły bogów zjednoczone,

Jak te tu stoją, doznają porażki?

Bo kto uwierzy teraz, choć po klęsce,

Że te potężne wszystkie legiony,

Których wygnanie opróżniło Niebo,

Raz się nie porwą jeszcze samodzielnie I nie zdobędą gniazda swego rodu? Świadkiem mi całe to wojsko niebieskie,

Czy przez wahanie moje lub zlęknięcie Upadły nasze nadzieje. Monarcha W Niebie rządzący bezpiecznie zasiadał

— 34 —

Dotąd na tronie swym, podtrzymywali)'

Sławą odwieczną, układem, zwyczajem. Rozwijał przepych królewski nad miarę,

A siły taił; to nas pokusiło By zrobić zamach, stąd nasza zaguba.

Dziś znamy jego moc, znamy i nasze,

Ani wyzywać zatem nie będziemy Do nowej walki, ani się jej lękać.

Wyzwanym lepiej nam działać podstępem, Kiedy zawiodła siła; niechaj kiedyś Od nas wie o tem, że kto siłą gromi,

Osiąga tylko połowę zwycięstwa.

Przestrzeń wyłoni może nowe światy;

Już dawniej w Niebie chodziła pogłoska,

Że On niebawem stworzy świat, a na nim Osadzi nowe plemię, i w swej łasce I Na równi stawi je z synami Nieba.

Trzeba to zbadać, może pierwsza nasza Wycieczka będzie tam, może gdzieindziej;

Bo w tej piekielnej jaskini nie mogą W ciągłej niewoli żyć niebiańskie Duchy,

Ni się okrywać pomrokiem otchłani.

Lecz te zamiary rozważyć wszechstronnie Powinna Rada. Pokój znikł, bo ktoby Radził poddanie? Wojnę zatem, wojnę Jawną lub skrytą trzeba postanowić.*

Rzekł, a na słów tych jego zatwierdzenie Wnet miliony mieczów płomienistych . Dobyły straszne Cheruby; blask nagły Rozświecił Piekło; wściekle się miotali

Przeciwko Bogu, groźno uderzając Dobytą bronią w tarcze na znak wojny, Rycząc wyzwanie ku Niebios sklepieniom.

Stało w pobliżu wzgórze, a szczyt jego Ogniem i dymem buchał, boki kryła Gładka skorupa, znak to nieomylny,

Że wzgórze w łonie swem, działaniem siarki Skrywało rudę metaliczną. Duchem I am oddział liczny, jakoby saperów,

Poleciał, rydle i oskardy w ręku.

Ci to przed wojskiem krolewskiem biegają, j By wytknąć oboz lub okop usypać. j Dowodził nimi Mammon, (2r) najpochylszy Z duchów strąconych z Nieba, bo tam nawet, Wzrok i myśl na dół zwracając, podziwiał Więcej posadzkę niebieską ze złota,

Niż wszystko święte i boskie w wizyach Błogosławionych. Z jego to podszeptu 1 Ludzie bezbożną ręką jęli szarpać Wnętrzności matki ziemi, by ukryte Skarby znajdować. Teraz jego rzesza Szeroką raną otwarła brzeg wzgórza I kłęby złota wydzierała. Nie dziw, j Ze skarby rosną w Piekle: to najlepszy Grunt tej truciznie cennej. Ci, co wielbią Rzeczy znikome i z podziwem mówią

O babilońskich i memfickich gmachach, Niechaj to wiedzą, że największy pomnik Siły i sztuki, owoc wielu wieków,

Rąk niezliczonych, pracy nieustannej,

Nie zrówna temu, co w jednej godzinie Wybudowały duchy potępione.

Tuż przy równinie, w przelicznych komorach, Którym z pod spodu dopływały strugi Płynnego ognia z ognistego morza,

Druga gromada sztucznie wytapiała .

Kruszec, natychmiast oddzielając złoto ^~©d"śzlaku: trzecia, z niemniejszą szybkością Rozliczne formy wytwarzała w gruncie;

A z owych komor dziwnemi przewody Płynął szmelc, puste wypełniając jamy,

Jako w organach, za jednym podmuchem Wydaje dźwięki cały rząd piszczałek.

Teraz od ziemi budynek olbrzymi

Jak mgła się wznosi, z jednoczesnem brzmieniem

Śpiewów łagodnych, słodkich symfonii.

Gmach jak świątynia, doryckie kolumny,

Wkoło pilastry z złotym architrawem;

Nic brakowało gzymsu, ani fryzu,

Ni rzeźb wypukłych; dach z kutego złota.

Ani Babilon, ani wielki Kair Nie wyrównały takiej wspaniałości,

Gdy blaskiem lśniące wznosiły świątynie Dla Serapisa lub Belusa, (28) bożków,

Albo stolice swym królom, gdy Egipt Współzawodniczył w bogactwach i zbytkach Z państwem Assura. Wysokie kolumny Tworzyły rzędy, a za podwojami Bronzowej bramy otwartej był widok

Xa wielką lialę z posadzką kamienną,

Równą i gładką; z sklepionego dachu Sztuką magiczną zwieszały się liczne Rzędy gwiaździstych lamp, świeczników jasnych, Te, odżywiane naftą i asfaltem,

Dawały światło słonecznemu równe.

Skwapliwe rzesze biegły, podziwiały:

Ten chwalił utwór, tamten architekta,

Znanego w Niebie z niejednej budowy Wysokiej, zdobnej w wieże! Aniołowie Dzierżący berła tam mieli swe trony,

Jako książęta. Nadał ich potęgą Najwyższy Władca i zakreślił władzę.

Nazwisko tego architekta znane I czczone było w Grecyi; u ludów Zaś Auzonii zwan był Mulcyberem. (S9) Opowiadano tam, że Jowisz, gniewny,

Zrzucił go z blanków kryształowych Nieba:

Spadał Mulcyber od wczesnego rana Do południowej pory dnia letniego,

• I od południa do wieczornej rosy;

Wtedy z zenitu spadł jak gwiazda błędna Na Lemnos, wyspę Egejskiego morza.

Lecz to opowieść mylna: dawno przedtem Spadł on ze swoją zbuntowaną zgrają;

1 nie pomogło mu, że w Niebie wznosił Wysokie wieże: nic mu nie nadały Jego machiny sztuczne: spadł na głowę Wraz z swrą czeladzią, i buduje w piekle.

Teraz skrzydlate heroldy, z rozkazu

Panującego, bardzo pompatycznie,

Przy hucznym dźwięku trąb głoszą tłumowi,

Że się odbędzie rada uroczysta W Pandemonium, wysokiej stolicy Szatana z jego sztabem; że mandaty Z każdego pułku i z każdej gromady Wzywają, według rangi i wyboru,

Co najgodniejszych. Przyszli wnet z setkami,

Inni arbitrów tysiące przywiedli,

Zapchały tłumy przysionki i bramy,

Najbardziej wielką halę (podobniejszą Do krytej dachem równiny, na której Zbrojni rycerze przed tronem sułtana Do walki na śmierć, albo do skruszenia Lancy wzywali najdzielniejszych pogan);

Na ziemi, w górze, gęste roje pędzą I brzęczą ruchem skrzydeł, jak na wiosnę Pszczoły, gdy słońce wstępuje w znak Byka.

Rojno i gwarno opuszczają ule,

Dążą w zarośla, krzątają się żwawo Wśród rosy świeżej, wśród kwiatów w rozkwicie; Lub na deszczułce gładkiej, tem przedmieściu Swej cytadeli, zbudowanej z słomy,

Nowym balsamem obciążywszy członki,

Radzą nad państwa swojego sprawami.

Podobna ciżba zaległa powietrze,

Aż na znak dany: cud oto! —ci sami,

Co wzrostem zdali się olbrzymów ziemskich Przenosić, naraz małemi karłami W ciasnej przestrzeni tłoczą się bez liczby,

Jak Pigmejczycy z po za gór Indyi,

Albo jak elfy, zgrabne, pląsające W północ na brzegu lasu, lub u źródła.

Widzi je wieśniak zapóźniony, może Śni mu się tylko, że widzi, gdy księżyc Z nieba rozstrzyga wątpliwość, i coraz Niżej ku ziemi krąg blady zatacza;

One wesołe tańczą bez wytchnienia,

Rzeźwą muzyką czarują słuch chłopa,

Ale z weselem strach w serce mu wnika.

Tak niecielesne duchy kształty swoje Olbrzymie do tej szczupłości przywiodły,

Że się mieściły przestrono, choć wesszły W niezmiernej liczbie do sklepionej hali Pałacu w Piekle; lecz głębiej daleko,

Przy drzwiach zamkniętych, i w zwykłym swym Serafinowie i Cherubinowie [wzroście

Znaczniejsi siedli na krzesłach złocistych:

Tysiąc półbogów. Po krótkiem milczeniu I odczytaniu odezwy, otwarto Wielkie piekielnej Rady posiedzenie.

(*) Góry Aońskie w dawnej Beocyi, ulubione siedlisko Muz. Poeta, obierając sobie przedmiot święty, przeciwstawia Aońskim górom miejsca objawień Boskich: Horeb, Synaj, Syon.

(2) Tytan, syn Nieba i Ziemi, czyli Westy, był starszym bratem Saturna, któremu odstąpił pierworodztwa, pod warunkiem, że będzie zabijał wszystkich swoich potomków męskich, ażeby pa-

nowanie na Niebie przeszło do linii starszej. Podstęp Rhei, żony Saturna, uratował trzech synów, o czem dowiedziawszy się Tytan, wydał mu wojnę, zwyciężył go i uwięził. Jowisz, jeden z trzech synów' wspomnianych, doszedłszy lat męskich, oswobodził ojca, matkę i braci, wydał wojnę Tytanom i zapędził ich do Tartani.

Bryareus, jeden z synów Tytana, miał sto rąk, a w każdej miecz i tarczę, 50 głów i tyleż paszcz ognistych; siłę tak wielką, że nawet bogom był groźny.

Tyfon, olbrzymi potwór o stu głowach, ziejących ogniem; głowami temi dotykał nieba, walczył także z Jowiszem i pokaleczył go. Zwyciężonego —Jowisz przydusił Etną, z pod której olbrzym wciąż bucha płomieniami.

(3) »Od gór Peloru*. Góry w Tessalii, które, według legendy, rozerwane zostały wskutek trzęsienia ziemi. W następstwie wyschły też zamknięte niemi bagniska i wytworzyły piękną dolinę Tempe.

(4) Oryon, syn Neptuna i Euryali, zabity przypadkowo czy przez zemstę, przez Dyanę, przeniesiony został do nieba i tam tworzy konstellacyę tego nazwiska. Wyrażenie »Kiedy Oryon w srogie wichry zbrojny« odnosi się do pory roku burzliwej.

(5) »Wraz z Buzirisem rycerstwo memfickie* Buziris— Faraon tego nazwiska; Memfis—miasto w Egipcie.

(6) Potomek Amrama — Mojżesz.

(7) Moloch, bożek Ammonitów, na cześć którego palono dzieci, albo przynajmniej przeprowadzano je przez ogień. Izraelici wciąż popadali w to bałwochwalstwo, nawet surowe prawa nie zdołały pod tym względem ich powstrzymać. »To powiesz synom Izraelowym: Człowiek z synów Izraelowych i z przychodniów', którzy mieszkają w Izraelu; jeśliby który dał z nasienia swego bałwanowi Moloch, śmiercią niech umrze: lud ziemie ukamionuje go.«

Levitic. XX, 2.

(*) Niektórzy sądzą, że Chomos był to Bachus, od Greków nazwany Komos; inni uważają go za jedno z Jowiszem-Ammonem, który miał główną świątynię w Libii. Salomon wzniósł mu świątynię na górze Obrażenia, która ma być górą Oliwną.

(*) »...Za co ukarani« — patrz Numeri Roz. XXV.

(I0) Po pięćdziesiędo-pięcioletniem panowaniu Manasśesa i dwuletniem Ammona w królestwie Judzkicin, obu oddanych bałwochwalstwu, nastąpił Jozyasz, zniszczył bałwany, pozabijał kapłanów bałwochwalskich i wieszczków, i przywrócił cześć prawdziwego Boga. / V Król. Roz. 22 1 23.

(") »Aż do strumienia co dzieli Egipt.« Strumień ten wychodzi z puszczy, przy Rynokolurze wpada do morza Śródziemnego, rozgraniczając posiadłości pokoleń Judy i Symeona od pustyni do drogi egipskiej. W Piśmie s. ten potok często się kładzie jako południowa granica Ziemi Obiecanej.

(,2) Baal jest ogólną nazwą boga pogan chananejskictr. Baal-Phegor, Baal-Berit i t. d. Astarte, Astarot, ogólna nazwa bogini. Jak wiele innych bóstw starożytnych, tak i Astarte różnie była wyobrażana w różnych narodowościach; — inna była u Sydończyków —inna u Askalonitów—inna u mieszkańców Tyru. Pod tą też nazwą czczono albo Wenus, albo Dyanę, albo Księżyc, lub inne jeszcze bóstwa.

(I3) Tammuz, bożek assyryjski, o którym pisze Ezechiel, jest prawdopodobnie to samo, co Adonis. Jego przygody w różny sposób opowiadają poeci starożytni. Gdy został raniony przez dzika, ranę jego obmywano w rzece Adonis, pod Byblos, w Fe-nicyi. Wody tej rzeki raz do roku przybierały barwę czerwoną, może od piasku, wiatrami z gór miecionego; to dało powód do corocznych uroczystości na cześć ranionego Tammusa-Adonisa.

(M) Nazwę tę niektórzy wyprowadzają od wyrazu dagoti— zboże, i czynią Dagona bożkiem rolnictwa; inni słuszniej wywodzą ją od wyrazu dag— ryba, gdyż w kształcie ryby był przedstawiany. Czczony był osobliwie przez Filistynów.

(1S) Remmon, bożek syryjski, czczony w Damaszku. IV Król. Roz. 5 i 16.

('6) IV Król. 16.

(Ir) »Oziris, Jzis, Orus i ich orszak* -- bogowie egipscy.

(18)' ’» Zdwoił grzech zbuntowany król w Bethel i W Da-nie.«—Król Jeroboam. III Król. XII.

(19) Nazwę Belial tłómaczą: sincjugo, bez jarzma, a zna-

— 42 -

czy dyabła, który pierwszy zrzucił jarzmo. Synowie Bcliala są ci, którzy nie chcą chodzić w jarzmie przykazania Bożego.

(j°) »\y Gabaa.« Księga Sądziow. Roz. XIX.

(21) Bogowie jońscy, czyli greccy. Grecy nazywają się synami Jawana, czyli Jona.

(22J Hesperya, nazwa Włoch i Hiszpanii. Buziris kiól egipski, zakochał się ze słyszenia w Hesperydach (Atlantydach)— dziewicach strzegących cudownych jabłek na wyspach Hesperydz-kich, i posłał piratów, którzy te dziewice porwali. Według innej, powszechniejszej wersyi, dokonał tego Herkules, na żądanie Eury-steusza, króla Myceny.

(23) Według poetow greckich Chaos była to materya pierwotna, istniejąca wiecznie pod jedną formą, w której zmieszane były pierwiastki wszystkich bytów szczegółowych. Według He-zyoda—Chaos spłodził Ereb i Noc.

(24j Pigmejczycy, lud bajeczny, jakoby w Tracyi niegdyś istniejący, wydali wojnę żórawiom, corocznie do nich ze Scytyi przybywającym. Homer często o nich wzmiankuje. Iliad. 2. Ovid. Fast. 1.

f25) Pola flegrejskie w Macedonii, na których, według podań greckich, odbyła się bitwa olbrzymów z bogami.

(w) »Gdy Karol Wielki«—Poetyczne zmyślenie w Orlandzie szalonym.

Mammon, bożek syryjski, rozrządzający bogactwem— równoznaczny z Plutusem.

(2S) Serapis. bóg słońca w Egipcie, miał świątynię i w Babilonie. Belus, główne bóstwo w Babilonie.

I22) Mulcyber, jedna z nazw Wulkana.

roi

w

v

O-

pieśń ii.

Na tronie, w godła królewskie ozdobnym, Bogatszym wiele od skarbów indyjskich,

Lub wyspy Ormus, lub pysznego Wschodu,

Co szczodrą ręką sypie perły, złoto Na barbarzyńskich swoich panujących,

Siadł Szatan, tego dostojeństwa godny.

Ledwie się otrząsł z bezdennej rozpaczy,

Już tak wysoko, a ponad nadzieję Wzniesiony, sięga wyżej: wojny z Niebem Pragnie daremnej, a nienauczony Tem, czego doznał, takie plan}’ kreśli:

»Potęgi, Państwa i Bóstwa niebieskie!

(Bo jeśli żadna głębia w swojem łonie Nie może zamknąć siły nieśmiertelnej,

To choć najmocniej zgnębieni, upadli, Jeszcześmy wcale Nieba się nie zrzekli;

Siły niebieskie z tak niska się wznosząc, Jeszcze sławniejsze okażą się w czynie,

Jeszcze straszniejsze, niźli przed upadkiem,

Od nowej klęski jeszcze bezpieczniejsze).

Zarówno prawo i Nieba ustawy Naprzód mnie wodzem waszym uczyniły,

A potem wolny wybór i zasługi.

Którem położył i w radzie i w boju.

Nawet ta klęska w części złagodzona Tem, że tron wzmacnia: nikt go nie zazdrości. Szczęśliwszy w Niebie byt, w ślad za godnością Idący, może zazdrość innych budzić,

Tu któż zapragnie najwyższego miejsca,

By stać naprzeciw Gromowładcy, celem Jego pocisków, a waszym być szańcem,

I większy kar}' wiecznej dział otrzymać?

Gdy zatem niema ubiegać się o co,

Żadna się walka stronnictw nie wytworzy^ Pewno nikt w piekle nie pragnie pierwszeństwa, Bo komu mniejsze męki wyznaczono

O większe chyba nie będzie się prosił.

Mając więc jedność i ufność i zgodę Większe, niż mogą być w Niebie, żądamy Ponownie zwrotu dziedzictwa starego Z większą nadzieją pomyślnego skutku,

Niż go nam sama pomyślność dać mogła.

A jaką drogą, czy jawnem wyzwaniem,

Czy skrytą sztuką? O tem mamy radzić.

Kto może dobry dać pomysł, niech mówi.«

Umilkł, a po nim król dzierżący berło Wstał, najsilniejszy i najsroższy z duchów,

Które walczyły w Niebie: zwał się Moloch. Teraz z rozpaczy jeszcze sroższy, sądzi,

Że równi w siłach są z Przedwiecznym, ale Chociażby słabsi, lepiej przestać istnieć:

0 byt nie troszczy się: z utratą bytu Zniknie i bojaźń, czy Boga, ćzy Piekła,

Czy gorszych rzeczy—nic go nie obchodzi.

1 tak rzecz kończy: »^ojnęjąwną radzę, Podstępów nie znam, nie szczyc^SięlTremi, Niech je stosuje ten, komu potrzebne

I gdy potrzebne, lecz wcale nie teraz.

Siedzieć, obmyślać, a tu miliony Wciąż będą stały pod bronią, czekając, Tęskniąc za hasłem boju, zbiegi z Nieba, Zmuszone mieszkać w tej czarnej, haniebnej Jamie, więzieniu, gdzie nas zepchnął tyran, Rządzący w Niebie tylko z naszej zwłoki.

Nie! Uzbrajajmy się raczej w płomienie I w wściekłość; naraz na wysokie Nieba Uderzmy łącznie, nieprzezwyciężenie, Zdobądźmy wejście, obróćmy tortury Nasze w broń straszną na Udręczyciela;

Na łoskot jego wszechpotężnych gromów Niech grom piekielny odpowie, niech w oczach Błyśnie mu ogień czarny, na Aniołów,

I na tron jego z wściekłością miotany;

Niech pali siarka i ten osobliwy Płomień na nasze męki wymyślony.

Może za trudnem wydawać się komu Z rozpostartemi skrzydłami szturmować Nieprzyjaciela w górnem stanowisku?

Ten niech pomyśli, gdy go już nie mroczy

Haust z niepamięci jeziora, że w górę Ruch nam właściwy, jako do ojczyzny: Spadanie naszej naturze przeciwne.

Kiedy przed chwilą nieprzyjaciel srogi Gromił złamane nasze tylne straże,

Któż nie czuł z jakim przymusem i pracą Opadaliśmy? A zatem wzlot w górę Jest łatwy, tylko nas straszą następstwa. Czy mamy znowu drażnić mocniejszego?

A gdy gniew jego znajdzie gorsze środki I nas zniweczy? Czyliż zniweczenia Można obawiać się w Piekle? Cóż może Stać się gorszego, niż pobyt w tem miejscu Gdzie odepchnięci od szczęścia niebianów, W bezdennej głębi na jęki skazani, Niegasnącego ognia cierpiąc żary,

Końca nie widząc nigdy; Jego gniewu Wasale, kiedy bicz nieubłagany I czas tortury zawezwą do kaźni?

Jeśli większemu ulegniem niszczeniu, Spotkać nas może tylko zgon, nicestwo; Mamyż się lękać, ażeby gniew jego Nie doszedł szczytu, by nas nie zniweczył? W proch nie obrócił? Daleko szczęśliwszy Los byłby, niż ten byt nędzny a wieczny! A jeśli istność nasza, jako boska,

Nie może przestać istnieć, nic gorszego Nam nie zagraża; z doświadczenia wiemy, Żeśmy dość silni do wichrzenia w Niebie,

I najazdami ciągłemi wstrząsania

Tym niedostępnym, groźnym jego tronem,

Choć nie zwycięstwo, ale zemsta będzie.«

Umilkł, brwi marszcząc, a w oczach znać było Postanowienie desperackie, wojnę,

Zbyt niebezpieczną dla mniejszych niż bogi.

Z przeciwnej strony wstał Belial, w ruchach Zgrabny, uprzejmy; piękniejszej postaci Niebyło między strąconymi z Nieba.

Pełen godności, i do wielkich czynów Zdał się gotowym, lecz wszystko w nim było Fałszywe, choć mu z ust płynęła manna,

I mógł złą sprawę w lepszem stawić świetle, Kręcąc, gmatwając rady najdojrzalsze.

Niski miał umysł, do złego pochopny,

A do szlachetnych czynów gnuśny, trwoźny,

Lecz umiał głaskać ucho, a więc tonem Perswadującym w te przemówił słowa:

»Wojnę otwartą głosićbym powinien,

Kiedy nienawiść moja nie jest mniejszą Od waszej, tylko, że właśnie powody Natychmiastowej wojny przytaczane Najmocniej nam ją odradzają, wróżąc Niepowodzenie, gdy ten, co najlepiej Zna sprawy wojny, nie ufa swej sztuce,

I chce gruntować męstwo na rozpaczy,

Na znicestwieniu, które ma być celem I całym skutkiem jakiejś strasznej zemsty. Naprzód gdzie zemsta? Niebieskie wieżyce Pełne są straży zbrojnej, niemożliwy Przystęp, bo często na krańcach otchłani

— 48 — *4—V

Stoją obozem legiony, albo W różnych kierunkach, ciemnemi skrzydłami Lecą na zwiady po królestwie Nocy,

Gardząc zasadzką wszelką z naszej strony. Choćbyśmy siłą mogli zdobyć drogę,

I całe Piekło pociągnąć za sobą,

By najczarniejszem powstaniem zaciemnić Przeczyste światło Nieba, nawet wtedy Nasz Nieprzyjaciel Wielki, nietykalny Siedziałby na swym nieskalanym tronie,

Typ eteryczny, nieuległy zmazie,

Prędkoby odparł najazd, i zwycięsko Otrząsnął ogień poziomego rzędu.

Tak odepchniętym ostatnia nadzieja Zostaje podła rozpacz. Wszechmocnego Zwycięzcę mam}'- w taki gniew wprowadzić, Że nas do szczętu zgładzi: znicestwienie Ma uzdrowieniem być naszem — straszliwem! Kto bowiem zechce, choć w najcięższej kaini, Utracić byt swój duchowy, te myśli,

Pędzące poprzez wieczność, naraz wpadłe W szerokie łono Nocy niestworzonej,

Ruchu i czucia pozbawione? Choćby To było dobrem, nie wiem, czy nasz gniewny Wróg dać je może, albo czy dać zechce?

Czy może?—wątpię; że nie zechce—pewnym. Bo czyżby chciał, On, tak mądrością szczytny, Zrzec się swojego gniewu, bądź z niemocy, Bądź z niebaczności; spełnić nieprzyjaciół Życzenie, byt ich ze złości zniweczyć,

Gdy im złość jego wieczną kaźń naznacza?

»Czegóż czekamy,« mówią ci, co radzą Wojnę,« skazani na wieczne katusze, |Cobądź uczynim, jakież większe męki Mogą spaść na nas?« Czyż to już najgorsza Tak siedzieć, radzić i broń trzymać w ręku? W nagłej ucieczce, kiedy gnani, bici Gromami Nieba, błagaliśmy głębi,

By nas ukryła, Piekło się zdawało Wtedy uchroną dla ran naszych; albo Gdyśmy leżeli w ognistem jeziorze Skuci w łańcuchy? Chyba gorzej było.

Cóż jeśli tchnienie, które zapaliło Te straszne ognie, obudzi się znowu,

I rozszalałe, z siedmiokrotną siłą Pchnie nas w płomienie? Lub jeżeli zemsta, Wstrzymana z góry, znów na męki nasze Uzbroi swoję czerwoną prawicę,

Jeżeli wszystkie upusty otworzy,

A to sklepienie Piekła zewsząd zionie Kataraktami ognia? Gdy te zgrozy,

Ponad głowami naszemi zwieszone, Przerażą groźbą zapadnięcia na nas?

W chwili, gdy głosić będziem lub planować Wojnę zaszczytną, rozniesie nas burza; Przybity każdy na osobnej skale,

Będziem igraszką i łupem wirowych Orkanów, albo rzuceni na wieki W głębię wrzącego oceanu, skuci,

Tylko jękami będziemy przemawiać,

s

Bez przerw, bez ulgi, bez politowania I bez nadziei. To byłoby gorsze!

Wojny wie.c jawnej, czy skrytej nie radzę.

Bo co mu zrobi siła albo podstęp?

Kto złudzi umysł tego, czyje oczy Jednem wejrzeniem wszystko przenikają?

On z wyżyn Nieba wszystkie nasze ruchy Powstańcze widzi i czczość ich wyśmiewa. Obali nasze siły, bo Wszechmocny,

Rozwieje nasze spiski, bo Przemądry.

Mamyż więc żyć tak podle, plemię z Nieba, Znosić wygnanie, tortury, zniewagi,

Z obawy przed czemś, co gorsze? — Tak radzę. 1 ak postanowił los nieunikniony,

Wyrok wszechwładny i wola Zwycięzcy. Cierpienia takie nam nie ponad siły,

I słuszne prawo, które je naznacza.

Gdybyśmy mieli rozum, tak byłoby Postanowione wtedy, gdyśmy z wojną Ruszyli przeciw Nieprzyjacielowi Tak potężnemu — zguba była pewna.

To mnie rozśmiesza, że drżą ci, co w mieczu Ufając, byli dzielni, przedsiębierczy,

Ale gdy chybił miecz, kurczą się, trwożą Następstw, o których wiedzieć należało,

Że nieochybne; że wypadnie znosić Wygnanie, hańbę, więzy albo męki Z woli Zwycięzcy. Taki nasz los teraz.

Jeśli cierpliwie przyjmiemy go, może Z czasem Najwyższy Wróg gniew pohamuje

W tern oddaleniu; jeśli go obrażać Zaprzestaniemy, on się zadowoli Już wymierzoną karą; jego tchnieniem Nie podsycane płomienie przygasną; Czystsza natura nasza weźmie górę Nad szkodliwemi waporami, albo Przyzwyczajeni, mniej będziem wrażliwi; Albo zmieniwszy się działaniem czasu, Przystosowawszy do miejsca naturę,

Gdy się z tym srogim żarem oswoimy, Pozbędziem męki: wtedy przerażenie Stanie się miłem, ciemności jasnością. Nieustający potok dni płynących,

Trochę nadziei zresztą dawać może Jakiejś przemiany, której warto czekać. Wprawdzie obecny los nasz nie jest błogi, Jest zły, lecz złe to jeszcze nie najgorsze, Jeżeli sami siebie nie skrzywdzimy.«

Tak przystroiwszy Belial swe słowa W szaty rozsądku, radził podły spokój, .Spasłe lenistwo, lecz nie pokój prawy.

Po nim głos zabrał Mamninn, i tak mówił: »Albo tą wojną, jeśli wojna lepszą, Zdetronizować chcemy Króla Niebios,

Albo odzyskać prawa utracone. Zdetronizować możemy go wtedy,

Gdy Przeznaczeniem wieczystem zarządzi Zmienny Przypadek, a Chaos zostanie Sędzią- Pierwszego próżno się spodziewać, A i drugiego nie lepsza nadzieja.

/Bo jakież miejsce możem zająć w Niebie,

/ Nie pokonawszy wprzódy Niebios Patia? Choćby złagodniał, choćby przebaczenie Wszystkim ogłosił, byłe obiecali Poddać się znowu, z jakiemiż oczami Stanęlibyśmy prźed nim, aby przyjąć Surowe prawa, jakieby nałożył?

By znów przed jego tronem ćwierkać hymny I wymuszone śpiewać Alleluja?

Podczas gdy on, nasz Panujący, mocarz Na zazdroszczonym zasiadałby tronie,

My niewolniczo na jego ołtarzu Składalibyśmy wonie ambrozyjskie

I ambrozyjskie kwiaty? Zatrudnienie Takie, i taki byłby obowiązek,

Taka zabawa nasza. O, jak nudno Nąwieki wielbić znienawidzonego!

Nie dążmy zatem do dawnego stanu,

Chociaż świetnego, do wasalstwa w Niebie:

\ Siła nie wskóra, a łaski przyjmować ' Nam nie podobna; starajmy się raczej Z sił swych pożytek ciągnąć; żyjmy z siebie Dla siebie; tutaj, choć w dzikiej pustyni, Wolni, przed nikim nieodpowiedzialni, Przenosząc twardą wolność nad wygodne Jarzmo służalczej pompy. Nasza wielkość Wyda się wtedy znaczniejszą, gdy rzeczy Potężne z małych, dobre ze szkodliwych, Pomyślne z trudnych wytworzyć zdołamy. Tak w jakiemkolwiek miejscu wytrwałością

I pracą męki na rozkosz zmienimy.

Czy strach tych czarnych, głębokich przestrzeni? Jak często chmurą gęstą, nieprzejrzystą Otoczon Władca wszystkiego, Pan Nieba! . To nie umniejsza blasku jego chwały,

Jeśli tron jego otoczy majestat Ciemności, z której grzmią straszne pioruny,

A Niebo wtedy podobne do Piekła.

Jak on ciemności nasze, tak my światło Jego przejmiemy, gdy nam się spodoba.

I ten grunt martwy ma swe skryte wdzięki, Drogie kamienie i złoto; nam nie brak Zręczności ani sztuki, aby wznosić Wspaniałe dzieła, cóż więcej ma Niebo?

Zatem męczarnie nasze z biegiem czasu Mogą żywiołem naszym stać się; żrące Ognie miłemi; cały temperament Nasz się urobi według nich i straci Poczucie bólu. Wszystko to nas skłania Do pokojowych uchwał, do zważenia Jak się urządzić najlepiej w tej nędzy, Mając~wźgIąĆfna to,czem i gdzie jesteśmy. Wyrzec się wojny: oto moja rada.«

Zaledwie skończył, już szmer powstał taki, Jakby w pieczarach nadmorskich odgłosy Wichrów ryczących, co wodnym odmętem Miotały przez noc, nad ranem ustając, Ochrzypłym głosem do snu utulają Żeglarza, gdy ten po długich zapasach Z burzą, dopłynie zatoki, i z barki

Spuści kotwicę na dno kamieniste.

Takie oklaski dano Mammonowi

I jego zdaniom nader pokojowym;

Bo wielu było, co się drugiej bitwy Bardziej niż Piekła bali, tak dalece Jeszcze przejmował ich strachem głos gromu

I miecz Anioła Michała, a nęcił Projekt mocarstwa piekielnego, które,

Z postępem czasu, mądremi sztukami Politycznemi, mogłoby przebiegle Współzawodniczyć z Niebem. Ten zwrot chęci Spostrzegł Belzebub, (*) pierwszy po Szatanie W godności, powstał, a robił wrażenie Filaru państwa. Na czole troskliwość

O dobro kraju, królewska stanowczość W majestatycznej twarzy, choć w ruinie;

Stał mędrzec, gotów na barkach Atlasa Dźwigać potężnych mocarstw przeznaczenie, Wzrokiem nakazał uwagę i ciszę:

Nastała taka, jak wietrzyk południa,

Lub nocy letniej, a on rzekł w te słowa:

»Trony, Cesarskie Moce, Potomkowie Nieba i Siły Eteryczne! Czyliż Tytułów takich zbyć się trzeba? zwać się W zmienionym stylu Książętami Piekła?

Bo głos powszechny ku temu się kłoni,

Żeby tu zostać i założyć państwo,

Któreby z czasem mogło wzrosnąć w siły.

’ Sni nam się? Tak jest. Wiedzmy, że to miejsce Nam na więzienie wyznaczył Król Niebios;

To nie zacisze bezpieczne przed jego Wojskiem potężnem. Jeśli w nową ligę Przeciw tronowi jego się zwiążemy,

Nie zwolni nas to z pod jurysdykcyi Wysokiej Nieba; tutaj w najsurowszej Niewoli mamy spędzać wieki wieków,

Choć odepchnięci na taką odległość,

Pod nieuchronnem jarzmem pozostawać;

Bo on, to pewna, czy na wysokościach,

Czy w głębi, zawsze pierwszy i ostatni Będzie panował. Przez nasze powstanie Nie stracił żadnej części swego państwa, Które i Piekło także obejmuje.

Żelaznem berłem będzie nami rządził,

Jak w Niebie rządzi złotem. Cóż więc warte Nasze rozprawy, czy pokój, czy wojna?

0 naszym losie wojna już orzekła:

Nas obaliła niepowetowanie.

Pokoju nikt nam nie zaofiarował,

Ani też nikt z nas o pokój nie prosił.

Bo kto zawiera pokój z niewolnikiem?

Dla niego więzy, bicze, katowanie Według kaprysu. A jakiż my pokój Możemy w zamian ofiarować, mając Tylko nieprzyjaźń, nienawiść, zacięty Upór i zemstę, powolną lecz stałą

W ciągłych knowaniach, ażeby Zwycięzca Jak najmniej zebrał korzyści z zwycięstwa

1 najmniej cieszyć się mógł z cierpień ciężkich, Jakie nam zada? Znajdzie się sposobność

Bez niebezpiecznej wyprawy do Nieba,

Które wałami wysokiemi zbrojne,

Ni oblężenia ni szturmu się boi,

Ani zasadzki z Otchłani piekielnej.

A gdyby projekt wymyśleć łatwiejszy?

Jeżeli stare prorocze pogłoski,

Jakie krążyły w Niebie, nie są mylne,

Jest jakiś nowy świat, szczęsna siedziba Istot stworzonych teraz, Ludźmi zwanych, Podobnych do nas, choć nie tak wspaniałych, Nie tak potężnych, za to w większej łasce Tego, co rządzi w górze. Taką wolę Swoję oświadczył bogom i zatwierdził Przysięgą, która wstrząsła całem Niebem.

| Usiłowania nasze tam skierujmy,

By się dowiedzieć, jakie zamieszkują Świat ten stworzenia, z jakiej substancyi, Jaka ich postać, zdolności, potęga,

Słabość, czem zdobyć, fortelem czy siłą? Kiedy zamknięte Niebo, i bezpieczny W swej sile siedzi Wieczny Sędzia w Niebie, Świat nowy może leży na granicy Jego królestwa, a obrona samym Mieszkańcom jego tylko zostawiona;

Nagłym napadem można odnieść korzyść, Albo piekielnym ogniem zniszczyć wszystko, Co on tam stworzył, lub na własność zająć,

A niedołężnych mieszkańców tak wygnać, Jak nas wygnano; albo też namówić Na nasze stronę: niech ich Bóg się dowie,

Że są wrogami jego, niechaj zniszczy Swe własne dzieło, rozżalony. Zemsta Niepospolita zamąci mu radość Z naszej porażki, ale nas ucieszy Złość jego, kiedy drogie jego dzieci Tu spadną głową na dół los nasz dzielić; Kiedy przeklinać będą błąd rodzica Pierwszego, swoje szczęście prędko zwiędłe! Zważcie, czy warto spróbować zamachu,

Czy w tej ciemnicy siedzieć i myśl durzyć Rojeniem czczego państwa?« Tak Belzebub Wykładał swoję radę dyabelską,

Już przez Szatana pierwej wymyśloną

I w części przezeń zaproponowaną.

Bo tak złośliwy projekt mógł wypłynąć Tylko od sprawcy zła wszelkiego w świecie, Aby ród ludzki skaziwszy w korzeniu, Pomieszać Ziemię z Piekłem, i w ten sposób Obrazić Stwórcę; ale ta obraza Na większą chwałę Stwórcy posłużyła.

Plan śmiały bardzo podobał się Radzie Piekielnej: oczy wszystkich zabłyszczały Radością, kiedy zapadła uchwała / Jednomyślnością: Belzebub rzekł dalej:

»Dobrą uchwałą dobrze zakończone Wasze rozprawy, i postanowienia Godne są Rady bogów; tak działając Z ostatniej toni raz jeszcze wybrniemy

I wbrew losowi zbliżym się do naszej Dawnej siedziby, może do tych granic

Przejasnych, z których przy pomocy broni Sąsiedzkiej można się będzie odważyć Na szturmowanie powrotu do Nieba,

Lub zamieszkanie w jakiej łagodniejszej Strefie, gdzie błyska jasne światło Nieba,

Promienie wschodu spędzają ciemności,

Gdzie wietrzyk słodkiem balsamicznem tchnieniem Zagoi rany, żrących ogni skutki.

Lecz naprzód kogo wyprawić należy Na wyszukanie nowej okolicy?

Kogo uznamy zdolnym? Kto się skusi Stopą wędrowca przemknąć przez przepaści Ciemne, bezedna, bez brzegów, bez końca?

Kto wśród najgrubszych ciemności odszuka Nietkniętej żadną stopą drogi, albo Powietrznym szlakiem na niezmordowanych Skrzydłach przeleci otchłań niezmierzoną,

Zanim przybędzie do tej szczęsnej wyspy?

Jaka mu sztuka starczy, jak wyminie Surowe warty, liczne posterunki Czujnych Aniołów? Jemu ostrożności Wielkiej potrzeba, nam wielkiej rozwagi,

Bo na tym, kogo w tę drogę poślemy Zawiśnie nasza ostatnia nadzieja.«

Skończył i usiadł, wzrokiem mierząc wkoło, Czy go kto poprze, czy projekt nagani,

Czy się podejmie niebezpiecznej drogi?

. Lecz cisza była; wszyscy zatopieni W głębokich myślach ważyli trudności,

A z przerażeniem każdy w drugich twarzach

Własną obawę czytał. Nawet z owych, Wybranych, którzy szturmowali Niebo,

Nikt nie śmiał podjąć się tej strasznej drogi. Nareszcie Szatan, niezwykłym zaszczytem Nad towarzyszów swoich wywyższony,

W poczuciu swojej przewagi nad rzeszą,

Z dumą monarchy rzekł nieporuszony:

»Plemię niebiańskie, empirejskie Trony! Słusznie milczenie nas opanowało I powściągliwość, ale nie zwątpienie.

Droga daleka i ciężka, co wiedzie Z Piekła do światła; turmą nasza mocna; Ogrom sklepisty a pełen płomieni,

W którym zostawać byłoby nam hańbą, Dziewięciokrotnym murem nas otacza, Bramy z żarzących dyamentów wyjścia Wszelkiego bronią. Za temi bramami Ktoby je zdołał minąć, ten napotka Głęboką pustkę bezistotnej Nocy,

Która mu grozi zatraceniem bytu,

Jeżeli rzuci się w jej nurt jałowy.

Jeżeli zdoła wymknąć się z niej w inny Świat jakikolwiek, lub w sfery nieznane, Niebezpieczeństwa nieznane mu grożą,

Do uniknięcia trudne. Atoli, Książęta!

Nie byłbym godnym tego tronu, władzy Królewskiej, pełnej świetności i siły,

Gdyby trudności i niebezpieczeństwa Mogły odstraszyć mnie od wykonania Czegoś, co dobro publiczne obchodzi.

Jeżeli godność królewską objąłem

I panowanie, to mi się należy

Nietylko udział największy w zaszczytach,

Lecz i w trudnościach i w niebezpieczeństwach. Panującemu, wzniesionemu wyżej W zaszczytach, większy też udział przystoi W hazardzie. Zatem, o, wielce potężni,

Straszni dla Nieba, choć upadli, idźcie I zważcie w domu, gdyż tu nasz dom będzie, Jakby zaradzić teraźniejszej nędzy Naszej, znośniejszym zrobić pobyt w Piekle, Znaleść lekarstwo lub czar, by ominąć Albo złagodzić męki. Nie przestańcie Też pilnie baczyć na czujnego wroga;

A ja tymczasem przejrzę wszystkie krańce Czarnej zaguby, szukając dla wszystkich Oswobodzenia. Nikogo nie biorę Za towarzysza wyprawy.« Tak rzekłszy Powstał monarcha, uprzedzając wszelką Odpowiedź, aby inni, podnieceni Jego przykładem, nie ofiarowali (Pewni odmowy) usług, przed któremi Niedawno drżeli; a choć odrzuceni, Uchodziliby za jego rywali,

Zyskując tanim kosztem rozgłos duży,

Który on strasznym hazardem miał zdobyć. Lecz, jak wyprawa zuchwała, głos jego Rozkazujący równy w nich strach budził, Więc wszyscy zaraz z miejsc swoich powstali Z łoskotem jakby dalekiego gromu,

61 —

Zwracając się ku niemu, chyląc czoła,

Cześć nadzwyczajną, jak Bogu, składali, Czyniąc go równym Najwyższemu w Niebie. Nie omieszkali też i uwielbienia Wyrazić dla tej jego gotowości Oddania siebie dla dobra ogółu,

Bo potępione duchy nie straciły Całej swej cnoty, ażeby źli ludzie Nie wychwalali się z dobrych uczynków. Których pobudką próżność i ukryta Pod gorliwości maską ambicya.

Tak się skończyły ich czarne obrady Wesołą chwalbą wodza bez zarzutu:

Jak gdy od szczytów skał piętrzą się chmury Posępne, kiedy wiatr północny drzemie I zakrywają nieba twarz wesołą,

Ponury żywioł śniegiem albo deszczem Mroczy krajobraz, aż naraz, ostatnie Promienie słońce śle na pożegnanie:

Pole tchnie życiem, ptaki ponawiają Śpiewy, a trzoda ryczeniem wesołem Napełnia w koło doliny i wzgórza.

O hańba ludziom! Przeklęte demony Mogą być między sobą w stałej zgodzie Tylko z pomiędzy istot obdarzonych Rozumem ludzi piętnuje niezgoda,

Choć pod nadzieją łaski Niebios żyją;

Choć Bóg ogłosił pokój, ich nienawiść Dręczy, nieprzyjaźń, swary z sobą toczą, Wszczynają wojny, okrutnie pustoszą

Ziemię, by jeden mógł zniszczyć drugiego,

Jak gdyby mało człek miał wrogów w Piekle, Co jego zguby dzień i noc szukają,

I co powinno zgodę w ludziach szczepić.

Gdy tak stygijska Rada rozwiązana, Przeszli w ordynku piekielni książęta,

Wodza wielkiego prowadząc w pośrodku.

Idąc wydawał się jedynym Niebios Antagonistą, groźny władca Piekła.

Z wielką paradą i okazałością Jakoby Boga otaczał go orszak Srogich Serafów, błyszczących herbami I straszną bronią. K azano ogłosić Przy dźwiękach trąby stanowczą uchwałę:

Na cztery strony cztery Cherubiny Najszybsze, z brzmiącym przy ustach metalem, Głosem heroldów spełniły rozkaz}-:

W pustej Otchłani daleko, szeroko, Rozbrzmiały echa, okrzyki radosne Wszyscy mieszkańcy Erebu wydali.

Rzeźwiejsi nieco, pokrzepiwszy myśli Zarozumiałą a błędną nadzieja^,

Porozchodzili się mocarze Piekła,

Każdy osobną obierając drogę:

Tych skłonność, tych zły wybór pokierował W szukaniu folgi myślom niespokojnym Zajęcia godzin długich i dręczących,

Aż do powrotu Wodza. Tu wyścigi Na polu, inni na skrzydłach się wznoszą, Współzawodnicząc szybkością obrotów

IBM

Jak w Olimpijskich lub Pityjskich polach; (2)

Inni rumaków ognistych dosiedli,

Lub na rydwanach szparkiemi kołami Do koła metę objeżdżają; tworzą Brygady, fronty. Jak ta mara wojny,

Co na przestrogę stolicom wspaniałym

Zjawia się naraz w powietrzu zamglonem:

Naprzeciw siebie armie do bitwy

Suną się w chmurach, a przed każdem skrzydłem

Pędzą rycerze powietrzni z lancami.

A gdy się wreszcie zewrą legiony Cały widnokrąg od brzegu do brzegu Zapełnią walką, płoną nieba stropy.

Tam okrutniejsi z furyą Tyfonów Rwą skały, wzgórza, na wichrach się gonią; Szalony rozruch taki ledwo zdoła Wytrzymać Piekło. Tak Alcyd zwycięzca (3)

Gdy z Oechalii wracał przyodziany W suknię zatrutą, ból czując straszliwy,

Sosny tesalskie zrywał z korzeniami,

Ze szczytu Oety wiernego Lychasa Do morza wrzucił Egejskiego. — Inni,

Nie tak gwałtowni, do cichej doliny Szli, opiewając anielskiemi tony Przy dźwięku arfy swoje bohaterskie Czyny i smutny upadek po bitwie Przegranej, skarżąc los niesprawiedliwy,

Co tryumfować dał sile lub szczęściu Nad wolną cnotą. Śpiew był samochwalczy,

Lecz dźwięki jego, jako pochodzące

Od nieśmiertelnych, zarzekły na chwilę Okropność Piekła, i w zachwyt wprawiły Tłumy słuchaczów. Ponieważ wymowa Czaruje umysł, jak śpiew zmysły, inni W miłej rozmowie, na wzgórzu samotnem, Wypowiadali myśli bardzo wzniosłe O wiedzy przyszłych rzeczy, opatrzności,

0 woli, wolnej woli, przeznaczeniu, Bezwzględnej wiedzy przyszłości i losie.

1 tak bez końca plącząc się w swych zdaniach, Jak w labiryncie, argumentowali

O złem i dobrem, o szczęściu i nędzy,

O namiętności i obojętności,

Chwale i hańbie: wszystko to czcza mądrość,

I' i lozofia błędna! lecz na chwilę Czarując, daje zapomnienie cierpień,

Lub niepokojów, lśni nadzieją złudną.

Albo w uporną cierpliwość, jak stalą Potrójną, zbroi serca zatwardziałe.

Inni zebrawszy się w wielkie gromady, Poszukiwania śmiałe przedsięwzięli,

Chcąc odkryć, czy w tym świecie przeraźliwym Łagodniejszego nie znajdą klimatu.

Szli więc brzegami czterech rzek piekielnych. Co smętne swoje wody do jeziora Płomienistego toczą. Tu Styx wstrętny,

Rzeka śmiertelnej nienawiści; smutny Acheron, zgryzot toń czarna, głęboka;

Kocytus, zwany tak od głośnych żalów,

Co się na falach jego rozlegają;

Knj utracony. ___

Dziki Flegeton, którego ogniste Wody wściekłością zapalają serca.

Daleko od nich, cicha a powolna,

W licznych zakrętach toczy swoje wody Posępna Lete, rzeka zapomnienia;

Kto się napije jej wody, zapomni

0 swoim bycie poprzednim, zapomni Radości, zmartwień, wesela i bólu.

Po za tą rzeką leży ląd zamarzły,

Ciemny i dziki, dziedzina orkanów",

Burz nieustannych, strasznych gradów, nigdy Nie topniejących na lądzie, lecz zbitych W góry, podobne do budowli starych W ruinach; dalej już tylko przestrzenie Niezmierne śniegu i lodu wiecznego,

Głębia przepastna nakształt trzęsawiska Serbony, między Damiettą a górą Kasius, w lctórem całe wojska znikły.

Żrące powietrze tam pali jak mrozem,

A zimna skutek taki sam jak ognia.

Tam potępieńcy wszyscy, przez Furye Harpionogie przyciągnięci, srogim Ostateczności zmianom podlegają:

Z łóż płomienistych zrzucani do lodu,

Tracą tam swoje eteryczne ciepło

1 tkwią bez ruchu, zamarzli dokoła,

By w danym czasie znów lecieć w płomienie, A ku większemu swemu utrapieniu Po przez letejskie wody przepędzane To w tę, to w drugą stronę, pragną ciągle

I usiłują schwytać choć kropelkę Wody, coby im dała w jednej chwili Słodką niepamięć kary i cierpienia.

A prąd tak bliski! Ale Przeznaczenie Zabrania: prądu pilnuje Meduza Z wzrokiem Gorgony, a i sama z siebie Woda usuwa się od ust stworzonych,

Jak unikała niegdyś ust Tantala.

Tak po wertepach błądząc zatraconych, Zuchwałe bandy, pobladłe od strachu,

Poznały teraz swój los opłakany: -

Nigdzie spoczynku! Przebyły rozliczne Ciemne i smutne doliny, siedliska Bólu, to mroźne, to palące góry,

Jaskinie, skały, jeziora, mokradła,

Pieczary, cienie śmierci — i świat śmierci,

Który w przekleństwie swojem Bóg złym stworzył, Dobry ku złemu tylko; w nim zamiera •

Życie, tylko śmierć żyje, a natura Rodzi naopak same potworności,

Rzeczy obrzydłe, niewypowiedziane,

Gorsze niż larwy, które baśń zmyśliła Lub strach: Gorgony, Hydry i Chimery. (4)

Tymczasem spornik Boga i człowieka,

Szatan, projektem wielkim zapalony,

Na chyżych skrzydłach swój polot samotny JZu bramom Piekła kieruje; czasami Zbacza na prawo, zwraca znów na lewo,

Lub płaskim rzutem skrzydeł wgłąb zapada, Nareszcie, wznosząc się wysoko, pędzi

— 07 —

Pod płomieniste piekielne sklepienia.

Jako na pełnem morzu widać zdała Flotę, wiszącą w chmurach, żeglującą Z wiatrami podczas zrównania dnia z nocą,

Z Bengalu, albo z Ternatu, Tidoru,

Skąd kupcy drogie przywożą korzenie,

Przez Etyopskie morze do Przylądka Płynąc, zwalczają prądy, a nocami Według Północnej gwiazdy się kierują:

Tak Czart wyglądał w pełnym locie skrzydeł. Nareszcie widać już granice Piekła,

W górze łączące się z okropnym dachem,

I dziewięciorne bramy: trzy spiżowe,

Po nich żelazne trzy i trzy ze skały Dyamentowej, niedostępne, ogniem Obwarowane, który ich nie trawi.

Przed wierzejami, po każdej ich stronie, Siedziały jakieś dwie straszne Postaci.

Jedna do pasa zdała się kobietą,

I piękną, ale jej drugą połową W licznych, potwornych, łuskowatych zwojach, Był wąż, śmiertelnem żądłem zbrojny; przy niej Wkoło, piekielnych psów sfora bez przerwy Cerberowemi paszczami szczekała,

Czyniąc okropny hałas; każdej chwili,

Z ochoty, albo gdy co przeszkadzało Im hałasować, kryły się, jak w psiarni,

W łonie postaci owej; tam szczekały I wyły, chociaż ukryte. Mniej wstrętne Od nich dręczyły Scyllę, co się kąpie

W morzu dzielącem Kalabryjskie strony Od Sycylii urwistych wybrzeży;

Ni ohydniejsze te, co wiedźmę nocną Ścigają, kiedy, tajemnie wezwana,

Jedzie w powietrzu, znęcona krwią dziecka,

By z lapońskiemi jędzami tańcować,

Czarami tłumiąc światło księżycowe. Naprzeciw druga Postać, jeśli można Postacią nazwać to, co nie posiada Wy raźnych kształtów w członkach i w całości, Albo istotą to, co się wydaje Cieniem istności, i jednem i drugiem;

Czarna jak Noc, zła jak dziesięć Furyi,

Straszna jak Piekło, potrząsała włócznią Przerażającą, a to, co się zdało,

Jej głową, miało coś nakształt korony.

Zbliżył się Szatan; wnet Widmo ku niemu Rusza krokami strasznemi, aż Piekło Zadrżało; ale Czart nieustraszony Dziwił się tylko takiemu zjawisku,

Wcale nie trwoźny; on lękał się tylko Boga i jego Syna, ale stworzeń Wszelkich nie cenił, miał je sobie za nic;

Więc pogardliwie patrząc, tak zaczyna:

»Skąd i czem jesteś, obrzydła Postaci,

Że się ośmielasz tak wściekle i groźnie Potwornem czołem zastawiać mi drogę Do tych wierzei? Przejdę je, bądź pewna Bez pozwolenia twojego. Ustępuj!

Albo doświadczysz skutków swego szału,

Bo płód piekielny nie wytrzyma walki Z Duchem Niebieskim.« Na to mu odpowie Wściekłe Straszydło: »Tyżeś to, ów Zdrajca Anioł, coś pierwszy zerwał pokój w Niebie I wierność, dotąd nigdy nie łamaną?

Co potem, wznosząc zuchwałą broń buntu, Trzecią część Synów Nieba przeciągnąłeś Do spisku przeciw Najwyższemu Panu?

Teraz od Boga odrzuceni wszyscy

Macie tu pędzić dni wieczne w męczarniach.

I śmiesz się liczyć do Duchów Niebieskich, Skazańcze Piekieł? rzucasz mi wyzwanie I wzgardę, tu, gdzie, ku twej większej złości,

Ja jestem twoim królem, twoim panem!

Wracaj do kaźni, odstępco kłamliwy,

Spiesznie rozwijaj skrzydła, bym wahania ^

Nie skarał biczem z niedźwiadków, lub włócznią Tą, której jedno pchnięcie ból ci sprawi I przestrach, jakich nie zaznałeś jeszcze.«

Gdy tak mówiło Widmo, wygrażając,

Stała się postać jego dziesięć razy Groźniejszą, coraz potworniejszych kształtów;

A przed nim Szatan, gniewem zapalony,

Stał nieulękły: tak płonie kometa Nad Wężownika wielkim gwiazdozbiorem, (5) Rozświeca niebo północne, i z włosow Okropnych strąca zarazę i wojnę.

Każdy z nich mierzy do drugiego głowy Ciosem śmiertelnym, aby już cios drugi Nie był potrzebny; a spojrzenia takie

Rzucają sobie, jak dwie czarne chmury Artyleryą niebieską ładowne,

Gdy nad Kaspijskiem morzem z trzaskiem staną Naprzeciw siebie, zwlekając przez chwilę,

Aż wiatr sygnały zadmie do groźnego Starcia w przestworach środkowych powietrza. Tak spoglądali straszni przeciwnicy,

A Piekło od ich wzroku pociemniało;

Stali złożeni, wiedząc, że raz drugi Żaden nie spotka się z tak wielkim wrogiem.

I straszna bitwa byłaby wybuchła,

Na całe Piekło głośna, gdyby Wiedźma

Wężowa, z drugiej strony pilnująca

Wrót Piekła, z kluczem fatalnym, nie wstała,

I pędząc między nich nie zawołała Ohydnym głosem: »Ojcze, co zamierzasz?

To twój jedyny syn! Jakie szaleństwo

Owładło tobą, synu, że śmiertelny

Cios w głowę ojca mierzysz? Wiesz dla kogo?

Oto dla tego, co w górze na tronie

Śmieje się z ciebie w tej chwili. On żąda

Byś jak kat spełnił, co każe gniew jego,

Który nazywa on sprawiedliwością.

Kiedyś gniew jego zniweczy was obu!«

Cofnął się na te słowa Mór piekielny A Szatan rzecze: »Twój tak dziwny okrzyk I dziwne słowa wstrzymały mą rękę Od opowiedzi swych zamiarów czynem;

Więc zwlekam, póki nie dasz objaśnienia,

Coś za istota, w tym podwójnym kształcie?

I czemu ojcem swoim mnie nazywasz,

A to mamidło moim synem, kiedy Po pierwszy raz się spotykamy w Piekle?

Nie znam cię, nigdy jeszcze nie widziałem Istot wstrętniejszych od niego i ciebie.«

Odźwierna Piekła na to mu odpowie:

»Toś mnie zapomniał? Tom teraz tak brzydka W twych oczach? Kiedyś wydałam się piękną,

Gdy się zebrali w Niebie Serafowie Wszyscy, zuchwale sprzysiężeni z tobą Przeciw Królowi Niebios, nagle ciężki Ból cię pochwycił, zaćmiły się oczy W omdleniu, z głowy twej gęste płomienie Tryskały, wreszcie lewą stronę głowy Otwarłam nagle, i zbrojna bogini,

Podobna tobie z postaci i twarzy,

Błyszcząc pięknością nieba, wyskoczyłam Z twej głowy: rzesza niebieska zdziwiona I przestraszona, z początku odbiegła,

Zowiąc mnie Grzechemi złowróżbnym znakiem; Lecz wkrótce, gdyśmy weszli w poufałość, Upodobanie wzbudziłam, zdobyłam Najuporniejszych, przedewszystkiem ciebie.

Tyś mnie pokochał, widząc doskonały Swój obraz we mnie: rozkosze miłości Tajemnej wkrótce obciążyły moje Łono. Tymczasem wszczęto wojnę w Niebie, Stoczono bitwę, zupełne zwycięstwo Odniósł Wszechwładny (mogłoż być inaczej?),

A nam przypadła klęska i ucieczka.

Po przez Niebiosa empirejskie całe,

Aż do tej głębi oni głową na dół Spadli, ja z nimi; wtedy mi wręczono Ten klucz potężny z takiem rozkazaniem:

Zawsze zamkniętą trzymać bramę Piekła,

By nikt nie przeszedł, gdy ja nie otworzę. Siedziałam sama, w myślach pogrążona;

Niedługo sama: wkrótce łono moje Któreś zapłodnił, wzrosło nadzwyczajnie,

Coraz to większe bóle mnie dręczyły,

Aż ten ohydny pomiot, co go widzisz,

Twój płód, wyłamał sobie gwałtem drogę,

Rwąc mi wnętrzności; wśród strachu i bólu Kształt mej postaci dolnej tak się zmienił;

A nieprzyjaciel, którego zrodziłam,

Skoczył, wstrząsając pociskiem złowrogim, Narzędziem zguby. Krzycząc: Śmierć, uciekłam. Piekło zadrżało na to straszne imię,

Jękło ze wszystkich pieczar echem: Ś m i e r ćL. Gdy uciekałam, gonił, raczej z żądzy Niż złości, wkrótce dognał przerażoną;

Mnie, matce swojej, gwałt haniebny zadał,

I te potwory spłodził; nieskończone męki Ponoszę; w ciąży będąc co godzina,

I co godzina rodząc, bo gdy zechcą,

Wracają w łono, które je zrodziło,

Wyjąc i gryząc me wnętrze, swą strawę;

I znów wyrwawszy się z moich wnętrzności,

Ze wszech stron na mnie miotają się, dręczą Przerażeniami umyślnemi; chwili

Spokojnej, przerwy, odpoczynku nie mam,

A ciągle stoi przed oczami sroga Śmierć, nieprzyjaciel i syn, co je szczujc.

I mnie, swą matkę, dawnoby już pożai ł Z braku zdobyczy, lecz wie, że byt skończy Wraz ze mną, i wie, że będę mu kiedyś Gorzkim pokarmem, jadem: tak los orzekł.

Lecz ty, mój ojcze, ostrzegam, unikaj Jego śmiertelnej strzały, nie dowierzaj Tej zbroi lśniącej, hartowanej w niebie;

Nikt jego ciosom oprzeć się nie zdoła,

Oprócz jednego, co panuje w górze.«

Skończyła; chytry dyabeł odrazu Pojął naukę, i uprzejmie rzecze:

»Córko najdroższa, gdy mi ojca miano Dajesz, i syna lubego przedstawiasz, ^

Ten drogi zakład pieszczot z tobą w Niebie, Słodkich radości, których przypomnienie Teraz bolesne po tak strasznej zmianie, Nieprzewidzianej i nieprzy puszczan ej,

Oto chcę zwolnić z tego domu kary I męki, ciebie, syna, i te tłumy Duchów niebieskich, które, popierając Tak słuszną sprawę nasze, pochwyciły Za broń, i spadły wraz z nami z wysoka.

Od nich to idę z tak ciężkiem zadaniem,

Jeden za wszystkich narażam się srodze,

Idę samotny w głębię niezmierzoną,

W pustość bez końca, by odszukać, zbadać Przepowiedziane dawno, wnosząc z pewnych

pznak, stworzone już, rozległe miejsce,

Pełne rozkoszy, w okolicy Niebios, na niem plemię jakichś istot nowych, oże mających nas zastąpić kiedyś,

Teraz opodal trzymanych, by w Niebie Zbyt ludnem, nowe nie zaszły rozruchy.

tak jest, czy coś innego, tajnego,

Prędko chcę zbadać, wrócić z wiadomością,

I tam was przenieść; tam tobie i Śmierci Wygodnie będzie mieszkać: niewidzialne, Milczące, bujać będziecie w powietrzu Łagodnem, wonnem, karmione bez miary,

Bo tam już wszystko będzie waszym łupem.«

Umilkł, spostrzegłszy jak uradowani Byli oboje: Śmierć strasznym uśmiechem I warz wykrzywiła, słysząc, że raz przecie (jłód zaspokoi; sławiła swą gardziel, Przygotowaną na te dobre czasy,

Niemniej cieszyła się jej brzydka macierz,

I tak do ojca swego przemówiła:

»Klucz od piekielnej głębi, z obowiązku I z rozkazania Najpotężniejszego Króla, ja trzymam, ale mi wzbroniono Otwierać bramę tę dyamentową;

A Śmierć ma wszelki gwałt odeprzeć włócznią Od której legnie każda siła żywa.

Lecz cóż mi znaczą te rozkazy z góry,

Dane od Tego, co mnie nienawidzi,

Co w tę ciemnicę głęboką mnie wrzucił I nienawistną służbę pełnić kazał

Niebios mieszkance, zrodzonej w Niebiosach, Tu konającej wiecznie i męczonej Groźbą i wyciem własnego pomiotu,

Co jelitami mojemi się karmi?

Tyś moim ojcem, ty mi dałeś życie,

Komuż posłuszną mam być, jak nie tobie?

Za kim pójść? Ty mnie niebawem przeniesiesz Do tego świata blasku i błogości,

Między te bogi, co żyją rozkosznie;

Tam chcę panować po twojej prawicy,

Bujno, jak córce twojej się należy,

I nieskończenie.« To rzekłszy od boku Wzięła fatalny klucz, smutne narzędzie Niedoli naszej, podeszła ku bramie,

Wlokąc za sobą ogon bestyalski,

Z łatwością bronę podniosła olbrzymią, Którejby wszystkie piekielne potęgi Ruszyć nie mogły; klucz w zamku obraca, Wnet wszystkie czopjr i rygle potężne Z żelaza, z twardej skały, lekko spadły,

Z trzaskiem na rozcież odskoczyły wrota Piekielne, z zawias grzmot się rozległ srogi,

I wstrząsł najgłębsze posady Erebu:

Otwarła, zamknąć nie było w jej mocy.

Stała na rozcież brama tak szeroko,

Że rozwiniętym frontem, z chorągwiami,

Z końmi, z wozami mogło przez nią wojsko Przemaszerować. Obszerną czeluścią , Obficie buchnął dym i płomień skrzący;

Przed ich oczami nagle się zjawiła

Tajnia śniadawej głębi, morze ciemne,

Bez granic, w ktorem pochłoniona długość, Szerokość, oraz wysokość, czas, miejsce;

Gdzie Noc prastara i Chaos, przodkowie Natury, wpośrod ciągłych wojen wrzawy I anarchii, na nieładzie wsparci;

Gdzie Ciepło, Zimno, Wilgoć, Suchość walczą

O panowanie, cztery zapaśniki,

Wiodąc do boju zarodki atomów.

Każda gromada otacza chorągiew Swoję, te lekko, tamte ciężko zbrojne,

Ostre i gładkie, szybkie lub powolne,

Rojne bez liku, jak piaski Cyreny Lub Barki pustej, wichrami niesione,

Lżejsze swe skrzydła wkrótce obciążają;

Do których większy przylgnie pył, te rządzą Na chwilę. Chaos zasiada na sądzie,

Ale wyrokiem jeszcze bardziej gmatwa Walkę, podstawę swego panowania;

Przy nim zasiada Trafi rządzi wszystkiem.

Nad tą przepaścią, kolebką przyrody I grobem może, gdzie ni wod, ni brzeg-u,

( Ani powietrza, ognia, lecz zarody Wszystkiego tego, zmieszane bez ładu.

I Muszą bez końca walczyć między sobą,

Dopóki Sprawca Najwyższy nie zechce \ Z tego odmętu nowe światy tworzyć; j Nad tą przepaścią, na krawędzi Piekła,

/ Stał Czart ostrożny, spoglądał przez chwilę,

) Ważąc swą podroż, bo nie lada morze

Miał do przebycia. Huczała mu w uszach Wrzawa rozgłośna. Jeżeli się godzi Wielkie z małemi porównywać rzeczy:

Jakby Bellona ze wszystkich swych machin Wojennych wielkie miasto szturmem brała,

Lub jakby niebios stropy zapadały,

A zbuntowane żywioły wyparty Ziemię z jej starej utwierdzonej osi.

Wreszcie rozwinął skrzydła, jak okrętu Żagle, i pchnąwszy się nogą od brzegu,

Wpadł w buchającą parę, i w jej chmurze, Jakby na tronie, przejechał zuchwale Mil wiele, wkrótce jednak ta podstawa Runęła, a on wpada w wielką próżnię:

Darmo skrzydłami macha, spada na dół Dziesięć tysięcy sążni, i spadałby Do tej godziny, lecz zdarzył los smutny,

Że wybuch chmury jakiejś pchnął go znowu Tyleż mil w górę; ten rozpęd go rzucił W jakąś bagnistą puszczę, ni to morze,

Ni ziemia, ledwie nie zagrzązł w tej drodze, Idąc lub lecąc przez bezkształtną massę, Wiosła lub żagla czasem zażywając.

Jak gryf w pośpiesznym locie po nad wzgórza I bagna ściga Arymaspa, (6) który Skradł złoto, pieczy jego powierzone,

Tak Czart zawzięcie, przez bagna, przepaści,

Góry, przesmyki, gąszcze i rzedzizny, Głową, rękami, skrzydłami, nogami, Brodzi, zapada, czołga się, lub płynie,

Aź naraz słyszy hałas pomieszanych Dźwięków i głosów niesfornych, płynących Po przez czczą ciemność. Tam nieustraszony Dąży, by zbadać, jaki wśród tej wrzawy Duch, lub Potęga najniższej Otchłani Przebywa; prosić o wskazanie drogi Najkrótszej, w stronę, gdzie z ciemnością walczy Światło; gdy nagle ujrzał tron Chaosa.

Nad pustą głębią rozpostarty jego Ponury namiot; tron z nim podzielała Wspólniczka rządów, Noc w czarnej osłonie, Najstarsza z wszelkich rzeczy; dalej stali Orkus i Hades, strasznego imienia,

Tuż Demogorgon, (7) Pogłoska, Traf ślepy, Rozruch i Zamęt z sobą poplątani,

Tysiącogębna Niezgoda za nimi.

Do nich zwrócony rzekł Szatan zuchwale:

»Potęgi, Duchy najniższej Otchłani,

Chaosie, Nocy prastara, przychodzę Nie na prześpiegi, nie po tajemnice Waszego państwa,, ni po zysk z nich jaki,

Lecz z konieczności, podróżny przez puszcze Ciemne waszego rozległego państwa,

Do światła, w górę, sam, bez przewodnika, Zbłąkany, szukam najprostszej przeprawy Do granic waszych z Niebem, albo z inną Dziedziną, którą król niebieski posiadł Niedawno, wasze uszczupliwszy państwo. Wskażcie mi drogę, a za to niemało I wy zyskacie: gdy odbiorę kraje

Stracone, wrócę im pierwotną ciemność I wasze rządy; to cel mej podróży:

Znów tam swój sztandar zatknie Noc prastara: Wam wszystka korzyść, mnie zemsta jedynie! * Tak Szatan: jęmu na to Anarch (8) stary,

Z twarzą skrzywioną, jąkając się, rzecze: »Znam, cudzoziemcze, ciebie, wiem, że jesteś Anioł potężny, obalony, sprawca Rokoszu przeciw Królowi w Niebiesiech. Widziałem wtedy i słyszałem: mnogie Tłumy nie w ciszy leciały przez Głębię; Straszna ruina za ruiną, tłuszcza Za tłuszczą, zamęt zwiększony zamętem;

Z bramy niebieskiej biegły miliony Zwycięskich szyków w pościgu za wami.

Tu na granicy mam swoję stolicę,

By bronić trochy, jaka mi została,

Wciąż pomniejszana przez niesnaski nasze Wewnętrzne: słabnie berło starej Nocy. Naprzód więzienie wasze, Piekło w dole,

Zajęło przestrzeń długą i szeroką,

Teraz znów Niebo i Ziemia, świat nowy, Zwieszony nad mem państwem na łańcuchu Złotym, od strony Nieba tej, skąd wasze Legie spadły. Jeżeli tam dążysz,

Masz niedaleko, lecz niebezpieczeństwo Tem bliższe. Spiesz się! Rabunek, ruinę,

I spustoszenie za zysk sobie liczę.«

Skończył, a Szatan, nie odpowiedziawszy, Uradowany, że już brzeg ma blisko,

Do piramidy ognistej podobny,

Poskoczył w przestrzeń, i lot swój skierował f Po przez walczące z sobą elementa,

Bardziej ścieśniony i w niebezpieczeństwie Większem, niż Argo (9) przez Bosfor płynący Między sterczące skały, lub Ulisses,

Gdy na okręcie stroniąc od Charybdy,

Około wiru Scylli lawirował.

Tak Czart z trudnością i pracą niemałą Podążał naprzód. Ale wkrótce potem Dziwna przemiana! Upadek człowieka Ułatwił drogę: Grzech i Śmierć, śladami Czarta stąpając (z dopuszczenia Nieba), Utorowały wielką, bitą drogę Przez ciemną przepaść, a jej toń kipiąca Cierpliwie zniosła, że pobudowano Cudownie długi most od granic Piekła,

Aż do krawędzi ułomnego świata.

Przez ten most duchy upadłe z łatwością W jednę i drugą stronę przechodziły,

I Kusząc lub karząc śmiertelnych, z wyjątkiem , Tych, których Pan Bóg i dobre Anioły | Szczególną łaską swoją otaczają.

Lecz teraz wreszcie już Szatan spostrzega Święty prąd światła, co z murów niebieskich Rzuca świtanie w łono martwej Nocy.


1 Tu ledwo pierwsze ślady panowania Natury; Chaos tu, jak wróg pobity,

Od wysuniętych szańców odstępuje.


Gdy mniejsza wrzawa i mniej napastnicza

Z mniejszym też trudem Szatan i wygodniej Na cichszych falach waży się w pomroku; Jak skołatany burzą okre.t, szczęsny Że port ogląda, choć żagle i liny Utracił. W czczości, podobnej powietrzu,

Na rozpostartych skrzydłach się kołysze,

By choć zdaleka przyjrzeć się dowoli Promienistemu Niebu, co szeroko Ciągnie swój obwód tak, iż trudno poznać Kształt, czy okrągły, czy też kwadratowy. Wieże z opalu sterczą, gmachy zdobne/

W żywe szafiry; tam jego pielesze.

A niedaleko, na złotym łańcuchu,

Wielkości gwiazdy najmniejszej, świat wisi, Tuż przy nim księżyc. Tam z żądzą odwetu Zmierza przeklęty w przeklętej godzinie.

(1) Belzebub, czyli Baalzebub, pan muchy, przekłada się: I bożek, oddalający mucliy Śmierć zadające, które napastowały! mieszkańców pola akkarońskiego. Inni nazwę Baalzebuba wy-1 prowadzają od obfitości much, które mnożyły się z mezmierr-". ilości krwi zabijanych ofiar. Akkaron, miasto filistyńskie. ^ I

(2) Olimpijskie i Pityjskie Pola sławne peryodycznie odj prawianemi igrzyskami Greków w Olimpie i Delfach.

(SJ Alcyd, czyli Herkules, stracił życie wskutek zemsty] Nissusa, centaura, i zazdrości Dejaniry, żony Herkulesa, która, zlu-S dzona przez Nissusa, przesłała swemu małżonkowi tunikę, mając* go chronić od zakochania się w innej kobiecie, a rzeczywiście -zatrutą krwią centaura. Napróżno Herkules usiłował zedrzeć z 1

— 82 —

bie c? tanifeę. przyrastającą mu do ciała i sprawiającą ból straszny. W tych męczarniach porwał i wrzucił do morza sługę swego, Ly-chasa, który mu przyniósł ów dar Dejaniry.

(4) Gorgony, trzy siostry, córki Forkusa, bożka morskiego, spojrzeniem śmierć zadawały. Jednę z nich, Meduzę, zabił Per-seusz, przy pomocy Minerwy, i odciętą głowę umieścił w swojej tarczy. Z kropli krwi, spadających z tej uciętej głowy, urodziła się niezmierna moc wężów.

(5) Wężownik konstellacya, zwana Ophiuchus.

(6) Arymaspy, lud, według baśni, jednooki, i często prześladowany przez gryfów za kradzież złota, ich pieczy poruczonego.

( ) Orkus, Hades, to samo, co Pluton. Demogorgon, geniusz Ziemi, w jej wnętrzu mieszkający; inni autorowie greccy robią z niego towarzysza Chaosu i Wieczności.

(8) Anarch—Chaos.

(9) Argo, okręt, na którym młodzież grecka, Argonauci, popłynęła do Kolchidy, pod dowództwem Jazona, po złote runo.'

Witaj, o światło święte, pierworodne Dziecię Niebiosów, lub jeśli bezkarnie Tak rzec się godzi, promieniu współwieczny Wiecznemu Bogu. On, światło odwieczne, Zamieszkał w świetle niedostępnem, czyli W tobie, przejasny wypływie przejasnej,

A niestworzonej istoty; lub może Nazwać cię czystym prądem eterycznym, Którego źródła nikt odkryć nie zdoła?

Nim słońce byłoś, nim Niebo; na rozkaz Boga, jak płaszczem świat ten owinęłoś Wyrastający z wód ciemnych, odjęty Nieskończoności bezkształtnej i pustej.

Szczęsny do ciebie powracam polotem Śmiałym, umknąwszy z stygijskiej kałuży,

Gdym w swej wędrówce przez ciemności głębie, Ostatnią, średnią, innym niż Orfeusz Tonem opiewał Chaos i Noc wieczną,

Mając niebiańskiej Muzy polecenie

Trudne i rzadkie, zstąpienia w ciemności I powrotnego wzniesienia się w górę.

Tyś nieskażone; czuję wpływ żywiący Twego ogniska, lecz już nie nawiedzasz Oczu, co próżno szukają promienia Twego jasnego: dla nich nie ma świtu,

Tak grube bielmo, czy też wypływ mętny Śćmił me źrenice. Jednak nie zaniecham Nawiedzać źródła jasnego, gdzie Muzy Bywają, albo cienistych bugajów I wzgórz słonecznych, zakochany w śpiewie Świętym, lecz głównie nawiedzam ja w nocy Ciebie, Syonie, i te źródła kwietne,

Co obmywają twoje święte stopy 1 szemrzą słodko; wspominam też często Dwóch owych, równy ze mną los dzielących, Maeonidesa i Tan^ra, ślepych,

Pyrezyasza i Phinea, (x) wieszczków Starych. Żywię się tak myślami, które Chętnie się w wiersze harmonijne łożą,

Jak owo ptaszę w gęstwinie ukryte,

Co w noc bezsenną melodyjne tony Leje dokoła. Wciąż jedne po drugich Wracają pory roku, dzień nie wraca Dla mnie; nie zbliża się wieczór, ni ranek,

Nie widzę kwiatów wiosny, ni róż lata.

Ni trzód gromadnych, ani ludzkiej twarzy Z piętnem boskiego swego pochodzenia; Natomiast chmura wiecznotrwałej nocy Odcina mnie od wesołości ludzi,

Dzieła przyrody kryje pusta karta,

Więc księga wiedzy starta, zamazana,

A mądrość jedno wejście ma zamknięte.

Tem mocniej świeć mi w duszy, ty, niebieskie Światło, rozjaśnij umysłu potęgę;

W nim osadź oczy; oczyść je z powłoki, Rozprosz mgły, abym widział i opiewał,

Co niewidzialne dla śmiertelnych wzroku.

Wszechmocny Ojciec z wysokości Nieba Czystego, z tronu po nad wszystkie szczyty Wyniesionego, spojrzał na swe dzieła I na ich dzieła zarazem. Dokoła Wszystkie Świętości Niebiańskie, jak gwiazdy Stały gromadnie i z Jego widoku Czerpały błogość niewypowiedzianą;

Jedyny Jego Syn siadł po prawicy, Promieniejący obraz Jego chwały.

I Na ziemi naprzód ujrzał pierwszych naszych Rodziców parę, samych dwoje, ludzkość Przedstawiających; w szczęśliwym ogrodzie W błogiej samotni zbierali owoce Wiecznej radości i wiecznej miłości, Nieprzerywanej radości, miłości i Nieporównanej. I spojrzał Bóg w Piekło I w przepaść: ujrzał okrążającego Granice Nieba od tej strony Nocy Szatana, który w powietrzu się ważąc,

Dla mdłej już nogi i strudzonych skrzyde Szukał spocznienia na pustej obsłonie Świata, co zdała się być lądem stałym

Bez firmamentu, ni to w oceanie,

Ni to w powietrzu. Tego Bóg ujrzawszy, rŁ swej wysokości widzący co było,

Co jest, co będzie, tak do swego Syna Mówi proroczo: »0 Jednorodzony,

Czy widzisz, jaka wściekłość Przeciwnika Naszego niesie? Ani przepisane Granice, ani wrzeciądze piekielne,

Ani łańcuchów ciężkich skrępowanie,

Ani olbrzymiej przepaści przestwory Nie powstrzymały go: takiem pragnieniem Zemsty rozpacznej dyszy, która spadnie Na buntowmiczą jego głowę. Teraz Wyłamał wszelkie zapory, i dąży Opodal Nieba w zakresy świetlane Prosto ku światu nowostworzonemu,

Ku Człowiekowi, którego chce siłą ■ Zniweczyć, albo, co gorsza, podstępem,

Obłudą zepsuć. I zepsuje; Człowiek Usłucha jego kłamstw pochlebczych liku,

Łatwo przekroczy ów zakaz jedyny,

Jedyny zakład swego posłuszeństwa;

I on i cały ród jego upadnie Przeniewierzony. Czyja wina? Jego. Niewdzięczny! Dostał wszystko, co mógł dostać Odemnie: dałem mu prawdę i prawość,

Aby mógł wytrwać, lecz i wolną wolę Upadku. Wszystkie Potęgi Niebieskie I wszystkie Duchy tak samo stworzyłem,

Te> co wytrwały, i te,-co stracone.

Kto wytrwał w dobrem, z własnej woli wytrwał; Upadł też z woli własnej ten, kto upadł.

Gdyby nie byli wolni, jakiż dowód Mogliby złożyć poddaństwa, wierności,

Albo miłości, gdyby to, co muszą Tylko czynili, a nie co wybiorą?

Jakąż pochwałę mogliby otrzymać?

Jakążbym radość miał z ich posłuszeństwa, Jeśliby wola i rozum (i wybór Z rozumu) były bez pożytku, próżne,

Jako z wolności obrane; oboje

Bierne, w usłudze konieczności, nie mnie?

Tak więc stworzeni są w słuszności prawa,

Ani się mogą uskarżać na Stwórcę,

Ni na to, żem ich stworzył, ni na losy,

Jak g'dyby z góry przeznaczenie wolą Ich kierowało, niezmiennym wyrokiem,

Albo widzenie przyszłych rzeczy: sami, Postanowili rokosz, nie ja; przewidziałem,

Lecz przewidzenie nie pchnęło do winy;

Byłaby pewną i bez przewidzenia.

Tak więc nie wpłynął ni los, ni cień losu,

Ani niezmienne moje przewidzenie,

Grzeszą z własnego sądu i wyboru,

Bom ich wolnymi stworzył, i wolnymi Mają pozostać, póki sami sobie Jarzma nie włożą; inaczej musiałbym Zmienić naturę ich, cofnąć wyroki Niezmienne, wieczne, ustanawiające Ich wolność; oni sami swój upadek

Ustanowili. Z własnego popędu Tamci upadli, skusili się sami,

Sami zepsuli: przez nich pierwszy Człowiek Padnie zwiedziony; człowiek zatem znajdzie Łaskę, nie znajdą jej tamci. Na Niebie 1 Ziemi chwała moja świecić będzie Sprawiedliwością i Łaską, lecz Łaska Nad wszystko światło jaśniej świecić będzic.«

Gdy tak Bóg mówił, Niebo napełniła Woń ambrozyi, nową rozkosz niosąc Błogosławionym a wybranym Duchom.

Syn Boży błyszczał po nad wszystkich w chwale; Współistnością z Ojcem jaśniejący;

Niebiańska litość lśniła w jego twarzy,

Miłość bez granic i łaska bez miary;

Te wynurzając, tak mówił do Ojca:

»Są miłościwe, Ojcze, twoje słowa,

Wyrok najwyższy łaskę Człowiekowi Dający; Niebo i Ziemia Twą chwałą Rozbrzmieją w hymnach niezliczonych, w śpiewach Świętych, a tron Twój będą otaczały j Błogosławieństwa ze wszech stron płynące, l Bo czyżby Człowiek miał zginąć na zawsze? Ostatnie z stworzeń Twoich, ukochane,

Najmłodsze dziecię, obłąkane zdradą I własnem głupstwem? Tego nie chcesz wcale,

Nie chcesz, o Ojcze, Sędzio wszystkich rzeczy Stworzonych, Sędzio zawsze sprawiedliwy.

Lub czyż Przeciwnik miałby w taki sposób Cel swój osiągnąć, cel twój udaremnić?

Swą złość wykonać, Twą dobroć zniweczyć?

I.pyszny wrócić, wprawdzie do cięższego Więzienia, ale z dokonaną zemstą,

Ciągnąc za sobą w czeluści piekielne Całe ludzkości plemię, które zepsuł?

Albo chciałżebyś znosić własne dzieło,

I przez nie zniszczyć to, co dla swej chwały Stworzyłeś? W dobroć zwątpionoby Twoje,

I w wielkość, próżno szukając odporu Bluźnierstwom.« Na to Stwórca tak odrzecze: »0 Synu, duszy mej upodobanie,

Synu mojego łona, Synu Słowo Jedyne moje, mądrość ma i siła,

Wszystko, coś mówił, jest jak myśli moje,

Jak wiecznych moich zamiarów dekrety;

Nie będzie Człowiek stracony zupełnie;

Kto zechce zbawion będzie, już nie swoją Wolą, lecz łaską moją, z której może Czerpać do woli. Raz jeszcze odnowię Jego upadłe siły, chociaż postradane W niewoli grzechu, skalane chuciami Rozpasanemi; we mnie mając wsparcie,

Raz jeszcze nioże odeprzeć napaści Nieprzyjaciela swego śmiertelnego;

Przy mojem wsparciu, iżby czuł jak wątłe Jest położenie jego po upadku,

Że wybawienie tylko mnie zawdzięcza. Niektórych łaską mą szczególną nadam, Wybranych moich; taka moja wola;

Inni usłyszą często me wołanie

I ostrzeżenie, że są w stanie grzechu,

By przebłagali Boskość obrażoną,

Póki czas mają, łaskę odzyskali;

Chcę dostatecznie rozjaśnić ich umysł, Kamienne serca wzruszyć, do modlitwy, Pokuty skłonić i do posłuszeństwa;

Bo dla modlitwy, pokuty, posłuchu,

Byleby z szczerym zamiarem spełnianych, Zawsze otwarte będzie moje ucho,

I nie zamkniętouDko, a za stróża Umieszczę w duszy ich mego Sędziego, Sumienie; tego jeśli słuchać będą,

Osiągną coraz wyższy stopień światła,

I gdy wytrwają, znajdą ocalenie.

Ale kto wzgardzi moją cierpliwością I dniami łaski, ten nigdy nie dozna Jej wpływu: twardy coraz twardszym będzie, Ślepy oślepnie jeszcze bardziej, aby Potykający się grzęźli wciąż głębiej.

Ci tylko z mojej łaski wymazani.

Ale nie wszystko rozstrzygnięte: człowiek Nieposłuszeństwem swojem łamie wierność, Grzeszy przeciwko panowaniu Nieba,

Robi się Bóstwem, i tak tracąc wszystko,

Nie ma czem spłacić winy wiarołomstwa. Jako skazany, oddany na zgubę,

! Z całem potomstwem swojem umrzeć musi; Musi umierać on, lub Sprawiedliwość;

Chyba kto inny i zdolny i chętny ■Spłaci surowe zadośćuczynienie:

Śmierć za śmierć. Rzeczcie, Niebieskie Potęgi Gdzie znaleźć taką miłość? Kto z was gotów Zostać śmiertelnym, by odkupić zbrodnię Śmiertelną Człeka? Kto ze sprawiedliwych Zechce ocalić niesprawiedliwego?

Czyż taka miłość nie znajdzie się w Niebie?«

Pytał Bóg, ale cały chór niebieski Stał niemy: żaden opiekun Człowieka,

Ani pośrednik nie stanął; na głowę j Swoję nikt nie chciał wziąć śmiertelnej winy I odkupienia, bez którego całe Plemię Człowieka, z ciężkiego wyroku,

Musiało zginąć, Śmierci przysądzone I Piekłu: Zbawił je Syn Boży,

Który, miłością boską przepełniony,

Tak pośrednictwo swe łaskawe wznowił:

»Ojcze, wyrzekłeś, Człowiek znajdzie łaskę.

A łaska czyżby nie znalazła drogi?

Ona, najszybsza z Twych gońców skrzydlatych. Ona Twe wszystkie stworzenia odwiedza Niespodziewana, nieoczekiwana,

I nieproszona, nie myślana zgoła!

Szczęście Człowieka to, że przyjdzie sama,

)On jej pomocy nie szukałby nigdy,

Będąc umarły przez grzech i stracony:

Tak zadłużony, upadły, nigdy by j Dostatecznego zadośćuczynienia

Złożyć nie zdołał: ale spojrzyj na mnie;

Siebie za niego dam, życie za życie;

'Na mnie zwróć gniew Twój, mnie policz za Człeka;

By jego zbawić opuszczę Twe łono,

Zrzeknę się chwały Twojej dobrowolnie, /Vi :

I chętnie umrę za niego, niech na mnie Zwróci się cała wściekła zemsta śmierci.

Nie będę długo leżał zwyciężony Jej czarną władzą; dałeś mi na wieki Moc życia w sobie samym; żyję '1 obą,

A choć ulegnę śmierci, oddam wszystko,

Co we mnie umrzeć może, com jej winien; Gdy dług ten spłacę, Ty mnie nie zostawisz W ohydnym grobie jej łupem; nie ścierpisz, By nieskalana, czysta moja dusza Tam zamieszkała w skażeniu na zawsze.

Ale zwycięski wstanę i pokonam Mego zwycięzcę, odbierając zdobycz Którą się chełpi. Wtedy śmierć otrzyma Ranę śmiertelną, padnie pozbawiona Żądła swojego. Ja tryumfujący Po przez powietrzne sfery poprowadzę Pojmane Piekło, wbrew Piekłu, pokażę W ciężkich okowach Potęgi Ciemności.

, Ty z wyżyn Nieba spojrzysz uśmiechnięty, i A ja widokiem Twoim pokrzepiony,

I Zniweczę wszystkich nieprzyjaciół moich,

Z nich Śmierć ostatnią; jej trupem zasycę Wielki grób; wtedy, z wybawionym tłumem Wejdę do Nieba, po długiej rozłące, ^

By patrzeć, Ojcze, w twoje lica, w których Nie pozostanie żadna chmura gniewu,

• Lecz pojednanie i pokój; nie będzie Już odtąd gniewu: radość cię otoczy.«

Ucichły słowa, łagodne spojrzenie Mówiło jeszcze nieśmiertelną mową Umiłowanie człeka śmiertelnego,

A nad tę miłość jeszcze wyższym blaskiem Gorzało tylko posłuszeństwo Syna:

Jako ofiara chętna i gotowa,

Czekał rozkazu Ojca potężnego.

W podziwie stało Niebo, w niepewności Co się stać może i na czem się skończy.

Lecz Wszechmogący tak odrzekł niebawem: »Ty, co na Niebie i Ziemi jedyny Znalazłeś pokój dla ludzkiego rodu Pod moim gniewem pozostającego!

Ty coś jedynem mem upodobaniem,

Wiesz jak mi drogie wszystkie moje twory, Szczególniej Człowiek, chociaż na ostatku Stworzon. Dla niego i-zucisz moje łono I mą prawicę: na chwilę Cię stracę,

By uratować cały ród stracony, ly jeden tylko możesz go odkupić,

Zatem naturę jego złącz ze swoją I bądź człowiekiem wśród ludzi na ziemi;

Gdy czas nadejdzie, z poczęcia dziewicy I Cudownie zrodzon, przyobleczesz ciało.

Choć syn Adama, ty zamiast Adama Głową ludzkiego rodu się zostaniesz;

Jak w nim zginęli wszyscy, tak niech w tobie

'•mę

Jak z pnia nowego, ocali się tylu,

Ilu z nich może: lecz nikt mimo ciebie; Przestępstwo jego wszystkie jego dzieci Winnemi czyni, lecz twoja zasługa,

Im przyliczona, rozgrzeszy tych wszystkich,

\ Co zaufają w miłosierdziu twojem,

I przeszczepieni w tobie, nowe życie Przyjmą od ciebie. Tak, jako rzecz słuszna, Człowiek zapłaci za winę Człowieka.

Osądzon będzie i umrze, lecz z śmierci Powstanie, a z nim zmartwychwstaną bracia,

Za cenę jego najdroższego życia Kupieni. Miłość niebiańska naprawi W ten sposób dzieło piekielnej zawiści,

Na śmierć wydając, przez śmierć i przez miłość Zbawiając to, co nienawiść piekielna Łatwo zburzyła i wciąż burzyć będzie ^

W tych, co choć mogą, nie przyjmują łaski.

/ I choć się zniżysz do przyjęcia ludzkiej / Natury, własnej nie umniejszysz przeto:

Bo gdy w najwyższej błogości, na tronie Równy mnie, ze mną równo używając Boskości, wszystko to porzucasz, ab)

Od ostatecznej zguby świat ocalić,

| Bardziej z zasługi jeszcze, mźli z rodu,

Jesteś za Syna Bożego uznany; ^

Bo więcej dobroć Twoja, niźli wielkos ,

Albo wysokość wskazuje, czem jestes; Obfitowała miłość w Tobie więcej, _

Niż chwała; wzniesie Cię upokorzenie

Do tego tronu, i z Tobą ród ludzki.

Tutaj zasiądziesz wcielony, tu będziesz Krolować w chwale, jako Bóg i Człowiek,

Jako Syn Boży i Człowieczy, jako

Król namaszczony wszystkich światów: władzę

Wszelką ci daję; panuj po przez wieki,

Oblecz się w swoje zasługi; pod Tobą,

Jako pod Wodzem najwyższym, niech będą Trony, Potęgi, Panowania, Księstwa,

Przed tobą niechaj pada na kolana Wszystko, co żyje w Niebie i na Ziemi,

I co pod Ziemią w Piekle. A. gdy w całym Blasku swej chwały zjawisz się w obłokach, Archaniołowie przez Ciebie posłani Sąd ostateczny ogłoszą: natychmiast Głos przeraźliwej trąby ze snu zbudzi Żywych i martwych od najdalszych wieków,

By wysłuchali wyroku wiecznego,

Przy Tobie wtedy staną wszyscy święci,

A złych aniołów i ludzi osądzisz.

Wszyscy się schylą pod Twoim wyrokiem.

Odtąd się zamknie Piekło zapełnione,

Ogniem świat spłonie, a z jego popiołów Powstanie nowe Niebo, nowa Ziemia;

W nich mieszkać będą wszyscy sprawiedliwi;

Po utrapieniach przyjdą im dni złote,

Owoce złotych czynów: radość, miłość I prawda będą ich tryumfem. Wtedy Odłożysz berło królewskie na stronę,

Lo już nie będzie potrzebne: Bóg^wszystkiem

Będzie we wszystkiem. A wy, Aniołowie, Wielbijcie Tego, który dla spełnienia Tych rzeczy, umrze. U wielbijcie Syna,

I cześć mu złóżcie, tak jak mnie składacie!«

Zaledwie umilkł Wszechmocny, wnet tłumy Nieprzeliczone Duchów jednozgodnym Okrzykiem radość swoję objawiły.

Niebo weselem brzmiało, słodkie hymny,

Głośne hosanna naraz napełniły Kraje wieczności; ze czcią i z miłością Przed każdym tronem się chyląc, w oznakę Adoracyi swojej uroczystej,

Rzucali złotem przetkane korony I amarantem, nieśmiertelnym kwiatem,

Co zakwitł w Raju, tuż przy drzewie życia,

Raz, ale wkrótce dla grzechu Człowieka Znowu do Nieba został przeniesiony,

Gdzie rosnął przedtem, i teraz tam rośnie, Kwiatami swemi wieńcząc źródło życia;

Gdzie rzeka szczęścia samym środkiem Nieba Toczy po kwiatach fale bursztynowe.

Temi kwiatami, niewiędniejącemi,

Duchy wybrane wiążą swe kędziory jasne, splatając je z promieni wieńcem.

Teraz pawiment niebieski zajaśniał Luźnemi kwiatów zwojami, jak morze Jaspisu w róże purpurowe zdobne.

Potem, na nowo uwieńczywszy głowy,

Duchy za harfy wzięły, wiecznie strojne, Błyszczące przy ich boku, jak kołczany,

I*nj utracony,

I po przygrywce słodkiej świętym śpiewem Wzbudziły zachwyt, bo śpiewali wszyscy,

A żaden głos nie zmącił melodyi:

Taka we wszystkiem zgodność jest w Niebiosach.

Pierwszy śpiew Tobie, Ojcze Wszechmogący, Niezmienny, królu wieczny, nieśmiertelny,

I nieskończony, Stwórco wszechstworzenia,

Źródło światłości, a sam niewidzialny W jasności chwały, wśród której zasiadasz Na niedostępnym tronie; a choć blaski Twoich promieni przysłonisz obłokiem,

Jakby kaplicą, rażą one Niebo Tak, iż przejasne nawet Serafiny Przed tron twój idąc, zasłaniają oczy Obu skrzydłami. (3) Potem opiewali Ciebie, coś wszelkie poprzedził stworzenie, Jednorodzony Boskości Obrazie,

W którego licu Ojca Wszechmocnego Blask się przejawia bez żadnej osłony,

Taki, iż żadne z stworzeń go nie zniesie;

Na Tobie jego odbija się chwała,

W Tobie się jawi pełność jego Ducha,

Twą ręką stworzył on Nieba Niebiosów I wszystkie, jakie w nich żyją, Potęgi;

A buntownicze obalił przez Ciebie!

Nie oszczędzałeś w dniu tym strasznych gromów Twojego Ojca, ani się zatrzymał Twój wóz płomienny, co wstrząsnął posady Wieczyste Nieba, kiedyś go prowadził Po karkach wrogich Aniołów w rozbiciu.

Wracającego z pogoni Niebieskie Zastępy Ciebie tylko uwielbiały,

Synu ojcowskiej mocy, coś straszliwym Pogromem skruszył Jego nieprzyjaciół.

Nie tak surowo ukarany Człowiek Przez nich skuszony. Ojcze miłosierdzia,

Tyś ku litości więcej się przychylił;

Jak tylko Syn Twój kochany, jedyny,

Spostrzegł, że nie chcesz zbyt surowo karać Słabego człeka, że Twą litość budzi,

Zaraz, by gniew Twój uśmierzyć, zakończyć W obliczu Twojem dostrzeżoną walkę Sprawiedliwości z litością, nie bacząc Na stan szczęśliwy, jakiego zażywa Po Twej prawicy, ofiarował życie Za grzech Człowieka. Miłość bezprzykładna! Miłość zaiste boska! Sława Tobie,

0 Synu Boży, Zbawicielu ludzi!

Twe imię odtąd przepełni me pienia,

1 harfa moja nigdy nie przestanie Wielbić Cię, wielbić wespół z Ojcem Twoim!

Tak w Niebie, ponad gwiazd sferami szczęsne Godziny mknęły wśród hymnów radości; Tymczasem stanął Szatan na sklepieniu Nieprzezroczystem okrągłego świata,

Które oddziela Chaos i Noc starą,

A pod niem słabsze światła bieg swój toczą.

Zdała kuliste, teraz się wydało Jakoby stałym i obszernym lądem,

Ciemnym, bezpłodnym, dzikim, a okrytym

Martwą, bezgwiezdną nocą, wystawionym Na wciąż grożące Chaosu zawieje;

Tylko od strony Empirejskich Niebios,

Choć oddalonych, słabe światło wnika W powietrze, w którem mniej już huczą burze.

Tu Szatan wyszedł na obszerne pole,

Jak sęp z Imaus, przy którego szczycie Śnieżnym koczują Tatarzy, opuszcza Kraj, gdzie spotyka rzadki łup, na wzgórza Pełne trzód tłustych dąży, by się objeść Mięsem jagniątek, albo koźląt młodych,

Potem do źródeł rzek indyjskich leci,

Gangesu albo Hydaspu, a w drodze Na Serikany goły step zapada,

Gdzie Chińczyk w lekkich swych wózkach ze trzciny Pędzi, na wiatry wystawiwszy żagle: (3)

Tak na tem wzdętem morzu piasku Szatan Kroczył samotny, upatrując łupu.

Samotny, bo tam innego stworzenia Żywego ani martwego nie było. —

Jeszcze nie było, lecz gdy dzieła ludzi Grzech wskroś próżnością przejął, naleciało Tu z ziemi, jakby wyziewy powietrzne,

Wszystko, co marne, i ci, co w marnościach Nadzieje chwały swojej zasadzali,

Lub szczęścia w życiu ziemskiem lub niebieskiem; Co otrzymali nagrodę na ziemi,

Za zabobonność i ślepą żarliwość;

Lub co szukali tylko ludzkiej chwały,

Tutaj swych czynów znajdują zapłatę,

— 100 —

Tak marną jak ich czyny; tu Przyrody Niedokończone, poronione płody,

Albo potworne, cudackie, gdy skończą Byt ziemski, lecą tu, tu się błąkają Do ostatniego swego znicestwienia;

Nie na księżycu, jak było mniemanie:

Jego srebrzyste pola zapełniają Lepsi mieszkańcy, duchy szlachetniejsze, Pośrednie między naturą anielską A ludzką. Niegdyś stąd na ziemię przyszły Z nieprawych związków zrodzone Olbrzymy, Syny i córki, i świat napełniły Wielu czynami próżnemi, natenczas Jednak sławnemi. Naprzód budownicy Owi Babelu na dolinie Sennar,

I ci, co teraz gotowiby wznosić Nowe Babele, brak im tylko środków.

Szli inni luzem: ten, co chętnie skoczył W płomienie Etny, byle mógł uchodzić Za boga, znany Empedokles, drugi,

Kleombrot, co się rzucił w morze, aby Mógł się napawać bytem elizejskim Platona; innych wielu pomijamy.

Tu się gromadzą, odludki, szalbierze, Gimnosofiści, augurzy, bonzowie, Wieszczkowie z całem oszukaństwem swojem; Tu pełno owych pielgrzymów szalonych,

Co karawaną długą przez pustynie Chcą zdobyć niebo rozkoszy zmysłowych;

I tych, co licząc na apoteozę

W godzinie śmierci, pochlebiali sobie,

Że wkrótce w rzędzie bogów siedzieć będą: Mijają siedem planet, gwiazdy stałe,

I ową sferę kryształową (która Wahaniem swojem tworzy drganie planet,

Co było rozpraw rozlicznych przedmiotem),

W próżnem mniemaniu, że poza tem Niebem Ostatniem, ruch swój nadającem innym,

Czeka ich jakieś bóstwo, aby Olimp Otworzyć dla nich; stawią śmiałą nogę Na próg niebieski, tymczasem gwałtowny Wirowy wicher zmiata ich w przestwory Dziesięć tysięcy mil opodal; z nimi Lecą niesione wiatrem, roztrącone Zaczarowane pierścienie, bożyszcza,

Tłum talizmanów różnych, amuletów, Bałwanów i ich wielbicieli roje:

Wiatr ich unosi po za świat, daleko,

W otchłań, nazwaną Rajem głupców, niegdyś Znanym powszechnie, teraz wyludnionym.

Gdy ten posępny śwTiat napotkał Szatan, Szedł przezeń długo, aż widząc brzask lekki, Ku niemu zwrócił utrudzone kroki, ^postrzega w dali wysoką budowę,

Co szła piętrami aż do murów Nieba;

Na jej wierzchołku coś jak królewskiego Pałacu brama, tylko że bogatsza:

Fasada złotem i dyamentami Zdobna; drogiemi kamieniami Wschodu Iskrzył się portyk: podobny na ziemi

Wznieśćby się nie dał, ani namalować.

Schody, jak owe w Jakóba widzeniu,

Z wstępującemi i zstępującemi Anioły, kiedy do Padan-Aramu Uciekał trwoźny przed bratem Ezawem,

I pod odkrytem niebem spał na polu W Luzie; tam, ze snu powstawszy, zawołał:

»To jest do Niebios brama!« Każdy stopień Miał tajemnicze znaczenie, czasami Niknęły schody, wciągnięte do Nieba.

U dołu jasne morze jaspisowe,

Albo jak z pereł płynnych falowało; ,

Tych, co pod żaglem na niem przybywali Z ziemi, wznosili w górę Aniołowie,

Albo na drugi brzeg morza przeprawiał Wóz zaprzężony w ogniste rumaki.

Schody w tej chwili były opuszczone,

Może, by wejścia łatwego spróbował ■Szatan, i mocniej odczuł wykluczenie Swoje od bramy szczęśliwości wiecznej.

Prosto naprzeciw schodów z dołu droga

Szła ponad błogą Raju okolicą

Ku Ziemi, droga szeroka, o wiele

Szersza, niż w czasach późniejszych przez gorę

Syonu, albo Ziemię Obiecaną,

Tak miłą Bogu, droga, którą z woli

I rozkazania Bożego Anioły

Szły, nawiedzając szczęsne pokolenia;

Które też Boskie oko nawiedzało Chętnie, od źródła Jordanu, Panei,

Aż do Bersabe, granic Ziemi Świętej,

Aż do Egiptu i Arabii brzegów: laki był otwor .światłu, takie krańce Ciemności, jakby brzegi oceanu. ' vStąd Szatan, stojąc na najniższym stopniu Schodów złocistych, wiodących do Nieba, Naraz spojrzeniem jednem świat ten cały'

Objął zdziwiony. Tak po całonocnej Wśród niebezpieczeństw drodze, przez pustynie, Szpieg, gdy nareszcie o świcie dnia stanic "

Na jakiem wzgórzu wyniosłem i zoczy Niespodziewanie kraj obcy a piękny,

Nieznany dotąd, lub sławnej stolicy Błyszczące wieże i blanki, złocone Promieńmi słońca o wschodzie, równego Dozna zdziwienia; chociaż Czart złośliwy,

Co znał już Niebo, raczej zawiść uczuł Na widok świata w całym blasku piękna.

Patrzy dokoła (a łatwo to czynić

Mógł, stojąc ponad kulistą zasłoną

Nocy), od wschodu, gdzie gwiazdozbiór Wagi,

Aż do Barana, co poza widnokrąg

I przez ocean Atlantycki poniósł

Córkę Cefea; (*) tak świat rozpatrzywszy

Wszerz od bieguna do bieguna, leci

Prosto przed siebie w pierwsze sfery świata-

Powietrzem czystem, pomiędzy gwiazdami ’

Aiezliczonemi, żegluje swobodnie.

Gwiazdami były zdała, ale bliżej Światami, albo wyspami błogiemi,

Jak Hesperydy, sławione przed wieki. Szczęśliwe pola i gaje i błonia Kwieciste, wyspy po trzykroć szczęśliwe,

Lecz kto szczęśliwym mieszkańcem? Dochodzić Nie chciał Dyabeł. Nad temi światami Nęciło jego oczy słońce złote,

Najpodobniejsze blaskiem swoim Niebu.

Tam bieg swój zwraca (lecz w górę czy na doł, Do środka, albo odśrodkowym pędem,

Trudno powiedzieć, lub wskazać na stopień Geograficzny długości), gdzie wielka Błyszcząca kula ponad gromadami Gwiazd mniejszych, które w należytej dali Od jej władczego oka blask przyjmują,

Dni określają, miesiące i lata,

Tańcem miarowym pędząc naokoło Tego ogniska życia, lub pędzone Magnetycznemi jego promieniami, Niewidzialnemi, chociaż grzeją światy,

I tajne siły ślą nawet w ich głębią:

Takie cudowne słońca stanowisko.

Tam wylądował Czart, była to plama Na świetnej tarczy słońca, jakiej może Żaden astronom przez optyczną tubę Nie widział nigdy. Miejsce mu się zdało Nad wszelki wyraz widne, niedające Równać się z niczem na ziemi, ni z kruszcem. Ni też z kamieniem; nie we wszystkich działach Jednakie, ale wszędzie napełnione Promieniejącem światłem, do żelaza

Rozpalonego podobnem; jeżeli

Kruszec, to w części zdał się złotem, w części

Srebrem, jeżeli kamień, to karbunkuł,

Albo chryzolit, rubin, albo topaz,

Nakształt dwunastu owych, co świeciły W racyonale Arona, (5) a może Ten w wyobraźni jedynie widziany Lub mu podobny, którego na ziemi Filozofowie szukali daremnie;

Daremnie, chociaż siłą swojej sztuki Mogli lotnego Merkurego związać,

Nawet morskiego Proteusza, kształty Najrozmaitsze przybierającego,

Gdy przepędzili przez alembik, mogli Zmusić, by stanął w kształcie przyrodzonym. Cóż więc dziwnego, że tu pola, niwy Czysty eliksir zioną, w rzekach płynie Złoto do picia zdatne, kiedy wielki Ow chemik, słońce, choć od nas daleki,

Z wilgocią ziemi, łącząc;swoję siłę,

W jej ciemnej głębi wytwarza przedmioty Blaskiem i barwą tak niepospolite?

Nowe widoki nie olśniły Czarta,

Daleko sięga wzrokiem, który przeszkód,

Ni cienia tutaj nie spotyka wcale,

Lecz czyste światło, takie, jakie rzuca Słońce w południe na samym równiku, lu prostopadle idzie zawsze w górę,

Żaden więc przedmiot, choć nieprzezroczysty, Nie może rzucać cienia; a strzeń czysta

Wzrok zaostrzała na wielką odległość.

! Dostrzegł też Szatan w tym blasku Anioła, Tego, którego już w późniejszej dobie,

Apostoł święty widział także w słońcu. Chociaż plecami zwrócon, jaśniał cały;

Na jego głowie świeciła tyara Z promieni słońca, jasnych włosów fale Na uskrzydlone barki mu spływały;

Zdawał się ważną czynnością zajęty,

Albo w głębokich myślach pogrążony. Spotkaniu rad był Szatan w tej nadziei,

Że znalazł kogoś, co mu wskaże drogę Do Raju, błogiej siedziby Człowieka,

Celu podróży jego, a początku Naszej niedoli. Lecz wprzód swoje kształty Przemienia, by mu nie przyniosły szkody Lub zwłoki: naraz jako młody Cherub, Niepierwszorzędny, idzie do Anioła.

Uśmiech młodości niebiańskiej na twarzy,

| Wdziękiem właściwym cechują się członki;

| Tak umiał Szatan udawać; na głowie Z pod wieńca fale kędziorów spływały Z obu stron twarzy, skrzydła różnobarwne Miał nakrapiane złotem, odzież lekką Podkasał, jako podróżny, pręt srebrny Trzymając w ręku, szedł śpieszno i skromnie. I Usłyszał jego kroki Anioł jasny , I twarz promienną zwrócił, poznał Szatan,

I Że to Archanioł Uryel, z tych siedmiu \ Stojących wobec Boga, tuż przed Jego

— ]07 —

Tronem, gotowych na każcie skinienie;

Oczami Jego będąc, przez Niebiosa Biegną i na dół do Ziemi, zlecenia Roznoszą szparko przez lądy i wody.

Śzatan do niego zbliżył się i rzecze:

»Tyś jest Uryel,« jeden 7. siedmiu Duchów,

Co przed wysokim tronem Najwyższego W światłości stoją, i pierwszym w Niebiosach Jego rozkazów jesteś głosicielem.

Tam wszystkie jego syny oczekują Twego poselstwa; i tutaj zapewne Z jego rozkazu, będąc Najwyższego Okiem, oglądasz nowe Jego dzieło;

I ja też, pragnąc niewypowiedzianie Widzieć cudowne Jego twory, głównie Człowieka, Jego rozkosz i cel łaski,

Któremu w darze cały świat ten nowy Dany od Boga, opuściłem chóry Cherubów, w drogę wyszedłem samotny.

Jasny Serafie, powiedz mi, na której Z tych kul świecących siedlisko Człowieka?

Lub może zmienia pobyt, do wyboru Mając je wszystkie? Chciałbym go odnaleść, Obejrzeć skrycie, lub jawnie podziwiać Tego, któremu Stwórca podarował Światy, na kogo wylał wszelkie łaski;

Chciałbym w nim samym i w tem, co tam spotkam. Uwielbiać Sprawcę i Rządcę wszechświata,

Co sprawiedliwie wygnał zbuntowanych Swych nieprzyjaciół do głębiny Piekła,

I, by nagrodzić ten ubytek, stworzył Lepiej mający mu służyć ród nowy, Człowieka. Mądre wszystkie Jego drogi.« Tak rzekł obłudnik chytry, niepoznany,

Bo nie odróżni Człowiek, czy też Anioł Obłudy, która ze wszystkich złych rzeczy Jedyna krąży w świecie niewidzialna;

Widzi ją tylko Bóg, i ją dopuszcza.

A bywa tak, iż chociaż Mądrość czuwa,

Śpi Podejrzenie u bramy Mądrości, Zdawszy swój urząd w opiekę Prostocie;

Bo Dobroć nic tam złego nie dopatrzy, Gdzie się nic złego samo nie wydaje.

Tak i w tym razie oszukany został Uryel, choć był rządcą słońca, chociaż Pośród niebieskich Duchów z przezorności Największej znany: prośbie obłudnika W szczerości serca w ten sposób wygodził.

»Miły Aniele, chęć twoja poznania Dzieł Bożych w celu uwielbienia Stwórcy Nie jest nagany godnem przekroczeniem, A im się większem zdaje przekroczeniem, Tembardziej chwalić ją należy; ona Poprowadziła cię samego w drogę,

Abyś to widział, o czem w Niebie wielu Słyszało tylko i na tem przestało;

Cudowne bowiem wszystkie Jego dzieła, Zadziwiające, — wielką jest rozkoszą Ich poznawanie i ich wspominanie.

Lecz czyż stworzony umysł objąć może

A

Ich liczbę, albo mądrość nieskończoną,

Co je wydała, i głęboko skryła Pierwsze przyczyny? Widziałem, jak massa Bezkształtna, pierwsza materya świata,

Na Jego słowo stanęła do ładu;

Zamęt usłuchał Jego głosu, rozruch Dziki poddał się rządom; nieskończoność Przyjęła szranki; drugie Jego słowo Spędziło ciemność, i stało się światło;

Powstał porządek z nieporządku, skoro W swoich granicach osiadły żywioły:

Ziemia, powietrze, ogień, woda; ale Najsubtelniejsze siły, w różne formy Ukształtowane, wzniosły się do góry. Zaokrągliły się w nieprzeliczone Gwiazdy, co w ciągłym, jak widzisz, są ruchu, Każda w swem miejscu, każda w swoim biegu: Spokój dokoła śwTiat ten opasuje.

Spójrz na dół, kula, co z tej strony świeci Blaskiem odbitym, to Ziemia, siedlisko Człowieka, światło nasze dzień tam stwarza, Bez niego nocby tam była, tak samo Jak jest na drugiej półkuli; sąsiedni Księżyc (tak zwie się gwiazda przeciwległa) Zaradza temu: co miesiąc swój obieg Kończy i znow go w środku nieba wznawia,

1 rojkształtną twarz swą pożyczanem światłem Napełnia, aby opróżnić niebawTem.

Tak świecąc Ziemi, bladym swym połyskiem Na wodzy trzyma Noc. Tam, gdzie wskazuję,

Jest Raj, mieszkanie Adama, wysokie Te drzewa jego schronisku cien dają;

Drogi nie chybisz, a mnie wzywa moja.«

To rzekłszy, zwrócił kroki w inną stronę, A Szatan nisko skłonił się, żegnając,

Jak jest zwyczajem w Niebie, że należnej Czci wyższym Duchom nikt nie zaniedbuje; Potem nadziei pełen, z ekliptylci Puścił się w dół ku ziemi stromym pędem, liczne w powietrzu zataczając kola,

Aż wreszcie stanął na szczycie Nifaty. (c)

(') Meonides, przydomek Homera; Thamyris, poeta i muzyk, urodził się w Odrysie, w Tracyi. Odniósłszy zwycięstwo na igrzyskach Pityjskich, zuchwale wyzwał Muzy do współzawodnictwa; pokonany, stracił wzrok, głos, a nawet i talent grania na lii zc, i z rozpaczy rzucił się dó rzeki.

Tyrezyasz, wieszczek, do którego mądrości Tebańczycy mieli wielkie zaufanie. Twierdzą, iż Jowisz użyczył mu życia siedm razy dłuższego, niż innym śmiertelnikom, septem aetałes. Był ślepy; przyczyny ślepoty różnie podają poeci gieccy.

Phineasz, król w Salmidessie w Tracyi, podburzony przez drugą swoję żonę, kazał wyłupić oczy dwom swoim synom z pierwszej żony, za co bogowie ukarali go ślepotą.

(») Cherubinowie dwoma skrzydłami zakrywali oblicze swoje, gdy stali przed tronem Boga. Izai. 6, 2.

' (3) Tak opisuje Jan de Plano-Carpini w podróży do Tar-

taryi r. 1251 i 1252 odbytej.

(*) Baran, jeden z dwunastu znaków zodyaku. Według podań greckich był to baran o złotem runie, zabity w ofierze Jowi-

szowi, który pomieścił go między gwiazdy. Córka Cefea, Andromeda.

( ) Racyonał byl to napierśnik, część uroczystego ubioru arcykapłana u Izraelitów. Napierśnik przypinano do naramiennika. Było na nim dwanaście kamieni drogich i napis złotemi literami: Urirn i Thuminhn, co znaczy: Naiiia i Prawda.

Inni twierdzą, iż na racyonale było napisane imię Boże Jehowa — Ten, który był, jest i będzie. Ze stopnia światła, pojawiającego się w tym napisie, arcykapłan poznawał, co ma odpowiedzieć tym, którzy przychodzili radzić się Boga.

(6) Góry Nifaty—dzisiejszy Kaukaz.

3CxsŁ.isó^xr, Bracka

A. GUMPLOWICZA

Wypożyczalnia ksiaźak

PI ESN IV.

0 gdyby pierwsi rodzice słyszeli ■

Ów wyszły z Nieba głos ostrzegający:

» Biada wam synom ziemi!« który słyszał W Apokalipsie Jan Apostoł, kiedy Smok wyrzucony wrócił po raz drugi, Wściekły, szukając na ludziach odwetu;

< Tilyby go pierwsi rodżice słyszeli. Wcześnie o przyjściu wroga ostrzeżeni,

V niknęliby jego sideł zgubnych;

J >o teraz przyszedł Szatan pełen złości, 'Kusiciel naprzód, potem oskarżyciel Rodu ludzkiego, aby na niewinnym, Słabym człowieku mścić się za przegraną Bitwę i swroję ucieczkę do Piekła.

Jednak nie cieszy się swem powodzeniem, Choć tak zuchwały był dopóki zdała;

Teraz nie chełpi się strasznym zamachem, Co się gotuje w piersi skotłowanej,

1 jak machina piekielna się cofa

Kuj utracony.

— 113 —

Przed wybuchnięciem: strach i wątpliwości Dręczą zmącone myśli; wre w nim Piekło Aż do dna duszy, bo je przyniósł z sobą;

Ono otacza go: choć zmienia miejsce,

Nie wyjdzie z Piekła, tak, jak i od siebie Uciec nie może. Sumienie drzemiące Aż dotąd, teraz budzi rozpacz, budzi Gorzką myśl o tem, czem był, a czem został,

I czem ma zostać—gorszym, a po gorszych Czynach nastąpić muszą gorsze męki.

Czasami zwraca oczy zasmucone Na Eden, przed nim rozkosznie błyszczący, T^fznów ku Niebu, gdzie słońce u szczytu Południowego stało w całej mocy,

I ważąc myśli, tak mówi z westchnieniem:

»Ty, co tak wielkim blaskiem uwieńczone, Na swoje państwo niepodzielne patrzysz,

Jak Bóg nowego świata; wszystkie gwiazd}'

Gdy spojrzysz, kryją umniejszone głowy;

Do ciebie zwracam głos mój nieprzyjazny,

Słońce, powiadam ci, że nienawidzę

Twoich promieni, bo przypominają

W jaki stan wpadłem, a jak niegdyś świetny

Po nad twą sferą byłem, póki duma

I gorsza od niej pycha nie strąciły

Mnie w dno przepaści. Walka w Niebie przeciw

Niezrównanemu Królowi Niebiosów!

O co? Nie taka wdzięczność należała Odemnie, bo mnie stworzył tem, czem byłem U szczytu chwały, a łask swoich nigdy

Mi nie wymawiał; służba była lekka,

Bo cóż lżejszego, jak wznosić mu dzięki I uwielbienia należne? Lecz wszystkie Te łaski w zło się obracały we mnie

I złość budziły; wzniesion tak wysoko, Niepodległości chciałem; krokiem wyżej, Sądziłem, będę najwyższym, i w jednej Chwili uwolnię się z wdzięczności długu Bezgranicznego, ciężkiego, bo ciągle Spłacając, ciągle w długu pozostaję:

Niepomny tego, żem ciągle dostawał,

Nie rozumiejąc, że kto wdzięczność czuje,

Dłużny bez długu, ale spłaca ciągle,

I zadłużony i zwTolniony razem.

Jakiż więc ciężar? O, gdyby był raczej W potędze swojej uczynił mnie jakim Niższego rzędu Aniołem! Szczęśliwy Byłbym: nadzieje, nieznające miary,

Nie budziłyby pragnienia zaszczytów...

Czy tak byłoby? A inna Potęga,

Równa mi w mocy mogłaby bunt wzniecić,

I mnie, jakkolwiek małoznaczącego,

Na swoję stronę wciągnąć; lecz Potęgi Inne, choć wielkie, nie upadły, stoją Nieporuszone, przeciw pokuszeniom Wszelkim wewnętrznym i zewnętrznym zbrojne. Ty czyś miał wolną wolę; czyś miał siłę Do trwania? Miałeś. Kogóż zatem winisz Lub co oskarżasz? Chyba miłość wolną,

Którą zarówno wszystkim Niebo daje?

Więc miłość jego niech będzie przeklęta! Miłość, nienawiść, zarówno mi niosą Wieczne cierpienia. Nie, ty sam przeklęty Bądź, bo naprzekór jego woli twoja Wybrała to, co potępiasz tak słusznie.

Biada mi! W którą stronę zwrócę kroki,

Gniew bezgraniczny i rozpacz bez granic; Wszędzie jest Piekło; ja sam jestem piekłem;

W największej głębi jeszcze większa głębia Grozi pożarciem rozwarta szeroko:

Wobec niej piekło, którem cierpiał dotąd, Niebem się zdaje. Och, sfolguj nareszcie!

Czyż nic nie nada żal, ni przebaczenie?

Nic bez poddania się, a słowo wzgarda Broni mi tego, i obawa wstydu Wobec wspólników w otchłani, skuszonych Obietnicami memi, samochwalstwem,

Że zawojować zdołam Wszechmocnego.

Biada mi! Oni nie wiedzą, jak ciężko Za tę chełpliwość próżną pokutuję,

Jakie cierpienia dręczą moje łono.

Gdy hołd przyjmuję na tronie piekielnym,

Im wyżej wznosi mnie dyadem, berło,

Tem niżej spadam, tylko nędzą wielki.

Takie rozkosze pychy! Ale choćbym Mógł wzbudzić skruchę, choćbym aktem łaski Mógł do dawnego wrócić stanu; rychło Z potęgą dawną wróciłyby myśli Wysokolotne: rychłobym odwołał To, com w udanej zaprzysiągł pokorze!

Pomyślność za nic miałaby te śluby,

Jako czynione w bólu, wymuszone.

Nigdy nie wróci szczere pojednanie Tam, gdzie śmiertelna nienawiść tak wielkie Rany zadała; tylko do gorszego Złamania wiary toby mnie zawiodło I do niższego upadku; drogobym Zdwojonym bólem kupił ulgę krótką.

Wie to Pogromca mój, nie daje miru,

1 ja też wcale o pokój nie żebrzę.

Niema nadziei! Zamiast odrzuconych Nas i wygnanych, stworzył ulubieńców Nowych, ród ludzi, i świat dla nich nowy.

Zatem nadziejo żegnaj, i obawo,

I skrucho żegnaj! Niema was już dla mnie.

Złe, ty bądź moim Bogiem, niech przynajmniej Przez ciebie władzę z królem Niebios dzielę, Przez ciebie może więcej niż połowę Królestwa zyskam; o czem niezadługo Dowie się człowiek i cały świat nowy.«

Mówił, a każda namiętność kolejno,

Gniew, zawiść, rozpacz, twarz mu wykrzywiały Wydając kłamstwo, jeśli jakie oko Nań spoglądało, bo serca niebiańskie Nie podlegają takim zaburzeniom;

Stłumił je. wkrótce wielki mistrz obłudy,

I przybrał pozór spokojny: on pierwszy Zaczął ubierać fałsz w barwę świętości,

By nią pokrywać złość i żądzę zemsty.

Niedość był zręczny jednak, by Uryela

Oszukać, gdy już baczność jego zbudził:

On patrzał za nim, widział, jak osiadłszy Na assyryjskiej górze, twarz odmienił W sposób u duchów błogich niebywały,

Jak dziko miotał się, srożył szalenie,

W pewności, że nikt nie patrzy na niego.

I znów się puścił w drogę, na Edenu Granicy stanął, gdzie wdzięcznego Raju Zielone szańce wieńczyły szczyt góry Stromej, jej boki obrastał gąszcz dziki Nie do przebycia, a nad niem cień niosły Drzewa niezmiernej wysokości: cedry,

Jodły i sosny, palmy rozłożyste;

Szły ich szeregi ponad szeregami Cień ponad cieniem dając, i tworzyły Widoki leśne niezrównanej krasy.

Lecz wyżej nad ich szczyty się wznosiło Zielone wzgórze Raju; z niego mieli Rozległy widok nasi prarodzice Na swoje państwo położone niżej.

Ponad tem wzgórzem jeszcze biegły kołem Rzędy najlepszych drzew, pełnych owoców Najsmakowitszych; owoców i kwiatów 1 uż obok siebie, w różne barwy zlanych: Słońce w nich piękniej tkało swe promienie, Niżli w wieczornej chmurze, albo w tęczy,

Gdy dzdżem ożywczym Pan Bóg ziemię rosi... lak wdzięczny był ten krajobraz; powietrze Przedziwnie czyste spotyka przychodnia Budzi w nim rozkosz i wesele wiosny,

— 11S —

Wypędza z duszy wszelkie smutki, żale,

Oprócz rozpaczy. Łagodne wietrzyki Na wonnych skrzydłach roznoszą zapachy, Szepcąc, skąd wzięły zdobycz balsamiczną.

Jak żeglujący dokoła Przylądka Dobrej Nadziei, gdy miną Mozambik,

Jeśli poniesie wiatr północno-wschodni Wonie sabejskie z brzegów Arabii (1) Szczęśliwej, radzi takiemu spotkaniu,

Zwalniają biegu, a przez długie mile Śle im rozkoszną woń Ocean stary.

Raczył się nią i Szatan, choć przychodził Jako zatruwacz jej, raczył się lepiej Niż Asmodeusz, (2) gdy palonej ryby Dym mu dokuczył: chociaż zakochany.

Uciekł od Sary, żony Tobiasza,

Z Medyi zbiegłszy ukrył się w Egipcie

I tam zakowan. Na stromą i dziką Górę wstępował Szatan zamyślony

I wolnym krokiem: gąszcz przeciął mu drogę. Krzaki cierniste, paprocią podszyte,

W nierozerwaną całość się splątały,

Człeka ni zwierza nie puszczając dalej.

Jedna tam była brama ku wschodowi Z drugiego boku; gdy ją ujrzał Szatan,

Wejść nią nie raczył, ale wznak pogardy Pr, eskoczył lekkim susem wszystkie szranki Wału i wzgórza, i stanął w pośrodku.

Tak wilk drapieżny, gdy mu głód doskwiera, W nowe obszary idzie, szuka łupu,

Czyha w zasadzce, aż owczarz wieczorem Zapędzi trzodę do hurty wśród pola,

Wnet przez zakole skacze między owce;

Albo jak złodziej, łakomy na skarby Obywatela z bogactw słynącego,

Widząc drzwi grube, sztabami okute, Mocnym wrzeciądzem zaparte, próbuje Oknem się wdrapać, lub spuścić kominem: lak wpadł ten wilk i złodziej do owczarni Bożej, tak odtąd podłe najemniki Pną się do Jego świętego Kościoła.

Podleciał z ziemi, i w postaci kruka Osiadł na drzewie Życia, w samym środku Raju stojącem, ze wszystkich najwyższem, Lecz nie pozyskał prawdziwego życia,

Śmierć układając dla żywych, nie myślał

O drzewa tego mocy życiodawczej:

Wziął za czatownią, co dobrze użyte Nieśmiertelności rękojmię dawało.

Prócz Boga, mało kto zna cenę dobra,

Jakie spotyka, i najlepszych rzeczy Na złe używa, lub z nich nie korzysta.

Teraz pod sobą z podziwem ogląda Jakie rozkosze zebrane dla człeka.

Wszystkie bogactwa przyrody tu były,

A nawet więcej, bo Niebo na ziemi!

/ RaJ to był ogród, który Bóg założył : Na wschód Edenu, a ten swe granice Miał od Auranu aż do Seleucyi Wieżyc, przez greckich królów zbudowanych.

Dawno przed nimi tu Edenu dzieci Zamieszkiwały w kraju Telassara. (3)

Na tej rozkosznej ziemi Bóg utworzył Jeszcze piękniejszy ogród. W żyznej glebie Najszlachetniejsze gatunki drzew rosły, Nęcące oczy, smak i powonienie.

W pośród nich stało wielkie Drzewo Życia, Pełne owoców z roślinnego złota, Ambrozyjskiego smaku; obok życia Śmierć nasza, rosło drzewo Wiadomości: Wiadomość dobra drogo okupiona,

Bo wiadomością złego. W południowym Edenie rzeka płynęła szeroka I nie zmieniając kierunku, pod górą Lesistą nikła: Bóg rzucił tę górę Jako podstawę swojego ogrodu Ponad prądami wód, by nasycały Grunt równomiernie wilgocią, a w górze Wytryskiwały, jako świeże źródła,

I ponikami licznemi zraszały Ogród, a potem złączone, z urwiska Spadały z drugiej strony góry w rzekę, Opuszczającą podziemie, tworzącą Odtąd ogromne cztery rzeki, w różne Strony płynące, przez różne królestwa •

I okolice, których tu wymieniać Nie ma potrzeby; wolę opowiedzieć,

Jeżeli sztuka wyrazić to zdoła, —

Jak szafirowe to źródło ruczaje Lało po perłach i po piasku złotym,

Te w dal w tysiącznych zwrotach i zakrętach, W cieniu schylonych drzew niosły nektary, Żywiąc roślinę każdą, wszystkie kwiaty Godne ozdabiać Raj, a nie sadziła Ich ogrodnicza sztuka w osobliwych Grzędach, lecz hojna Przyroda płodziła . Na wzgórkach, błoniach, niwach i dolinach, Gdzie słońce ranne promieńmi pierwszemi Ogrzewa pola otwarte, a gąszcze Nieprzeniknione żar południa spieka. Szczęśliwa ustroń sielska, rozmaitych Widoków pełna: w gajach jedne drzewa Sączą żywice balsamicznej woni,

Na innych świecą złocistą łupiną Owoce smaku wytwornego. Baśni Tu Hesperyjskie w prawdę się zmieniają. Owdzie trawniki, równiny, odłogi Pełne trzód, miękką szczypiących murawę, Indziej palmowe wzgórza; tam dolinę Przerzyna strumień, kryje go moc kwiatów Rozlicznej barwy; tam róże bez ciernia. Gdzieindziej grotty, dające chłód miły,

Na nich winorośl rozciąga swe wici Bujne a zdobne w grona purpurowe.

Z pagórków szemrząc spływają potoki,

I rozpraszają wody, albo toną W jeziorze, które za zwierciadło służy Wieńczonym w mirty brzegom kędzierzawym. Brzmią ptasząt chóry; wiosenne podmuchy Woń pól i gajów niosą, szmerem liści

Wtórują, a Pan pląsając z Horami I Gracyami, wieczną wiedzie Wiosnę. (4)

Ani powabne Enny okolice, (5)

Gdzie Prozerpinę, zbierającą kwiaty,

Nad kwiat piękniejszą zerwał Pluton smutny, Matce Cererze zadając trud ciężki Szukania w całym świecie córki drogiej;

Ani gaj miły Dafny przy Oroncie, (6)

Ani lcastalskie Źródło poetyckie Z Rajem Edenu nie da się porównać;

Ani Nizejslca wyspa, którą rzeka Tryton oblewa, kędy Cham, Ammonem Zwany, a także Jowiszem Libijskim t'),

Przed laty ukrył Amalteę wespół Z młodym Bachusem, jej kwitnącym synem, Przed złością Rei, macochą okrutną.

Ani się równać mogą z tym ogrodem Wzgórza Amary, skąd ród wiodą króle Abisynii, miane przez niektórych Za Raj prawdziwy, pod Etyopskiem słońcem, U źródeł Nilu, objęte skałami Na liczne doby drogi wysokiemi.

W tym assyryjskim raju Szatan chmurny Patrzał na wielką wesołość dlań nowych I dziwnych stworzeń żywych; z których dwoje Szlachetniejszemi kształty wyrożnione,

Prostej postawy, jak bogi podniosłe,

W majestatycznej nagości, panować

Tu się zdawały nad wszystkiem stworzeniem;

I godne tego snadź były, albowiem

W ich boskim wzroku odbijał się obraz Ich Stworzyciela, prawda, mądrość, świętość Czysta, surowa, lecz w dziecka swobodzie Objawiająca się; w ludziach znamieniem Jest dostojności, prawdziwej powagi.

Nierówni byli jednak, i w zewnętrznym Kształcie odmienni i w usposobieniu:

Jedno obrazem rozwagi i męstwa,

Drugie słodyczy, łagodności, wdzięku,

On sam przed Bogiem, ona przezeń tylko.

Jego wysokie czoło i wzrok górny Znaczyły siłę panowania; płowe Z rozdzielonego ciemienia kędzior}^,

Bujno na barki szerokie spadały,

Męski mu wygląd nadając. Jej włosy Złocistą falą po za smukłą kibić,

Jakby zasłona spływały swobodnie W swawolnych zgięciach, podobnych wypustkom Winnej macicy wijącym się, znacząc Poddanie, ale łagodnemu władcy;

Uległość, gdy jest wdzięcznie przyjmowana; Chętność z nieśmiałem a dumnem poddaniem,

Z słodkiem, miłości pełnem, ociąganiem.

Nieosłonięci niczem byli wtedy,

Wstyd nie czuł winy; bezwstydem byłoby Wstydźcie tego, co natura dała.

O, nieszlachetny wstydzie, płodzie grzechu,

Jakżeś zamącił wszystko człowieczeństwo Płonnym pozorem czystości, gdyś wygnał Z życia człowieka najszczęśliwsze dary,

Prostotę, wespół z niewinnością świętą!

Szli nago dalej, nie bojąc się wzroku Boga, Aniołów, bo nic złego w myślach Ich nie postało, szli tak ręka w rękę, Najpowabniejsza para, jaką kiedy Uścisk miłosny połączył na świecie.

Adam nad wszystkie późniejsze swe syny Większej urody; piękniejsza od wszystkich

Cór swoich Ewa. . .

Na miękkiej darninie

W cieniu drzew mile szemrzących, nad żiodłem

Po ogrodniczej pracy w takiej mierze

Utrudzającej, że im pożądany

Bvł chłód wieczorny, napój i posiłe k, ^

Siedli do smacznych jak nektar owoców,

Które im same gałęzie chyliły.

Wsparci o ławę darniny puszystej Różnobarwnemi kwiaty przetykanej,

Jedli soczystą miazgę, a łupina^

Czerpali wodę z pieniącego źródła.

Dużo tam było żartów i usrmec o w Młodzieńczych pieszczot, jak przystało parz Nadobnej, węzłem małżeńskim związanej, Szczęsnej, samotnej. Dokoła igrały Wesoło wszystkie zwierzęta, co tei az Kryia sie w lasach, pustyniach i norach Podziemnych. Skakał lew z koflęc.em w pa, z. Niedźwiedzie, rysie, tygrysy, lamparty,

W susach pociesznych; aby rozweselić

Swych władców

ciężki słoń zwijał swą trąbę

Giętką, waz wsuwał się gładko, pochlebnie wiążąc ogon swój w gordyjskie sploty Niebacznie składał im dowody rzadkie] ’

A niebezpiecznej chytrości. Zwierzęta r/ezuwające leżały na trawie Syte, spokojnie patrząc przed się; słońce _ pieszme dążyło do wysp Oceanu-1 o drugiej stronie nieba wstępowały

odźwierny Wieczór Je-w**

Ł,T ; WC‘ąZ "m samem nJejsou

Stal zapatrzony, odzyskawszy wreszcie Mowę, wykrzyknął: »0 Piekło, co widzę u utl apieniu? W siedzibie błogości Naszej stworzenia innego pierwiastku W takiej godności! Może dzieci Ziemi Nie duchy, ale mało pośledniejsze Od jasnych duchów w Niebie; myśli moje Z podziwem ku nim dążą, by ich kochać Tak żywo boskość blyszezy w ich postad, lakim je wdziękiem przyodziała ręka Co je stworzyła. Ach, nadobna par'o ’

Am przeczuwasz, jak nagła odmiana -agraza tobie, jak cała ta błogość i .ebawem zniknie, w żałość się obróci, -W żałość tem większą, im „iększa dziś radość S^jbw,. Ale nie na długo szczęście

To Z°"e’t0 b,"?ic blisko,

To wasze mebo, słabo, jak na niebo

r bJ~ Pmd n'ePrzyjac>alem Jak. tu wkroczył teraz; lecz nie jestem

Zdeklarowanym wrogiem waszym, mógłbym Litość czuć dla was, biednych, chociaż dla mnie Niema litości; przymierza waszego Szukam, przyjaźni wzajemnej, tak ścisłej,

Że odtąd z wami ja, albo wy ze mną Mieszkać będziecie; może ma siedziba Nie tak spodoba się wam, jak Raj piękny,

Ale przyjmijcie to dzieło rąk Stwórcy Waszego, jak ja chętnie je wam daję.

By podejmować was, Piekło otworzy Najszersze swoje wrota, chętnie wyśle Na powitanie wasze wszystkich swoich Książąt, a miejsca będzie u nas dosyć,

Nie tak, jak w ciasnym tym kącie, by przyjąć Przeliczne wasze potomstwo. Kraj lichy? Dziękujcie temu, co mnie zmusił do tej Odpłaty na was, niewinnych, za tego Który mnie skrzywdził. I chociaż mnie wzrusza Wasza bezbronna prostota, lecz ważne Racye stanu, honor, dobro państwa,

I przez zdobycie tu nowego świata Spełnienie zemsty, zmuszają mnie czynić To, czem się brzydzę, chociaż potępieniec.«

Tak mówił Szatan, wymówką tyrana,

Swe dyabelskie czyny, koniecznością, Tłómacząc. Potem z wysokiego drzewa Spuścił się między hasające stada Zwierząt rozlicznych, raz taki, raz inny Kształt przybierając, coraz się podsuwał,

By zamierzony łup obejrzeć zbliska,

I bez zwrócenia uwagi rozpoznać Z mowy i czynów, jakiej jest natury.

Raz jak lew kroczy z płomiennem wejrzeniem 1 o znow jak tygrys, co przypadkiem zoczył ’ Dwie młode sarny, igrające w kniei To się na brzuchu czółga, to powstaje,

I zmienia miejsce, poszukując skądby Najpewniej można niespodzianym skokiem Chwycić obiedwie w swe łapy; w tem Adam ^ajpierwszy człowiek, do Ewy, najpierwszej' ewiasty, zaczął mówić: Szatan chciwie Słuchał tych nowych dlań wyrażeń myśli »0 towarzyszko jedyna, co dzielisz Ze nmą te wszystkie rozkosze, a droższa Aiz one wszystkie mi jesteś, Potęga Co nas stworzyła i dla nas świat cały Musi być dobrą bez granic, i szczodrą lak mezmierzenie, jak jest niezmierzoną.

^ prochu nas wzniósłszy, umieściła tutaj’ tej pełni szczęścia, choć niezasłużonych hociaz mc dla niej uczynić nie zdolnych- ’

Jeden nam tylko dała nakaz, łatwy ’

Do wypełmenJa; »ze wszystkich drzew Raiu ak rozmaite, wytworne owoce Wolno wam jeść, prócz z drzewa Wiadomości ore wyrasta tuż przy drzewie Życia.« ak blisko śmierć przy życiu, niewątpliwie > mierć musi być czemś strasznem, bo, wiesz dobrze Bog wyrzekł: śmiercią umrze, kto sp^yje ’

Owocu z tego drzewa. Taki tylko

Znak posłuszeństwa naszego nałożył,

Wśród tylu znaków nadanych potęgi I panowania nad wszelkiem stworzeniem I Na ziemi, w morzu i w powietrznych sferach.

Niech więc ten mały zakaz nam nie będzie . Trudnym, gdy mamy wolność używania i Wszystkich tych innych rzeczy, i rozkoszy \ Rozlicznych wybór nieograniczony, i Czcijmy Go, zawsze chwalmy dobroć Jego,

\ Spełniajmy nasze łatwe zatrudnienie . Czysżczenia roślin, hodowania kwiatów,


[ Co choćby było mozolne, przy tobie 1 Słodkiem się wyda.« A Ewa mu na to:

■ »Ty dla którego i z którego jestem Stworzona, ciało z twego ciała, nie mam [ Celu bez ciebie, przewodniku, panie,

| Coś rzekł jest słuszne, mądre, sprawiedliwe.

| Zaprawdę, Jemu należy się chwała,

I dzięlc codzienny, odemnie szczególniej, i Co większy nadział mam szczęścia, mam ciebie, Górującego tylu przymiotami,

‘ Gdy ty istoty równej sobie nigdzie I Nie znajdziesz. Często pamięć mi przywodzi f Me przebudzenie pierwsze. W cieniu kwiatów [ Leżałam, dziwiąc się mocno, gdzie jestem,,

| Czem jestem, skąd i jak tu zaniesiona.-*

. Z pobliskiej groty słyszałem szmer wody, Która spływała dalej na płaszczyznę,

I nieruchoma tam stała, jak niebo Jasna i czysta; nieświadoma siebie,

Erij utracony.

Tam się zwróciłam i ległam na brzegu Zielonym, patrzeć chcąc w wTody przejrzyste Co mi się drugiem niebem wydawały;

Gdy się schyliłam, tuż naprzeciw siebie Ujrzałam postać, kłoniącą wzrok ku mnie Z przezrocza wody; cofnęłam sie nagle Tak samo postać owa uczyniła;

Zadowolona, schyliłam się znowu,

I znowu postać spojrzenia uprzejme I kochające podobnie płaciła.

Byłabym dotąd tam wzrok natężała I udręczała się próżnem życzeniem,

Lecz w tem głos jakiś ostrzegł mnie w ten sposób: »To, co tam widzisz, rozkoszna istoto,

Jest tobą, z tobą zbliża się i z tobą Odchodzi, lecz pójdź, a ja cię powiodę Tam, gdzie twojego przyjścia i uścisków Nie cień znikomy czeka, lecz ten, czyimś Obrazem; twoim będzie nierozdzielnie,

Mnóstwem podobnych sobie go obdarzysz,

\ Matką ludzkiego rodu zwana będziesz.*

Coz miałam czynić, jak nie iść natychmiast,

1 ak niewidzialnie wiedziona? Aż ciebie Spostrzegłam w cieniu jaworów, pięknego I wysokiego, lecz, zdawało mi się,

Mniej powabnego i mniej łagodnego,

Niźli ów obraz w wodzie. Uciekałam,

Tyś gonił krzycząc: »Powróć, piękna Ewo, rzed kim uciekasz? Czy przed tym, coś z jego Ciała stworzona? Na twoje istnienie

Oddałem z mego boku, tuż od serca Pierwiastek życia, bym odtąd, przy sobie Miał zawsze drogą pociechę, jedyną I nierozdzielną cząstkę mojej duszy;

Szukam cię, żądam, druga ma połowo!«

Tu rękę moje ująłeś łagodnie;

Przystałam, i od tego czasu widzę,

Że ponad piękność wyższy jest wdzięk męski I mądrość; ta jest prawdziwą pięknością.«

Tak rzekła matka rodzaju ludzkiego,

A wzrok jej czystej miłości małżeńskiej

I uległego poddania tchnął żarem;

Więc się przytula, nawpół obejmując Pierwszego ojca naszego; jej naga Wpół rozwinięta pierś, okryta złotą Kaskadą włosów, spotkała pierś jego. Pięknością jej i wdziękiem zachwycony, Uśmiechnął się z miłością i przewagą,

Jak się uśmiecha Jowisz do Junony,

Kiedy zapładnia chmury, by sypały ' Na ziemię kwiaty wiosny,—i wyciskał Na ustach żony czyste pocałunki.

Opodal Szatan, zazdrością przejęty,

Odwrócił głowę, lecz zyzem złośliwym Spogladał, takie w sobie budząc żale:

»Przeklęty widok, dręczący! Ci dwoje Objęci rajem, w objęciach wzajemnych _

(Raj jeszcze większy!), ze wszystkich b ogosci [ Największą mają, podczas gdy ja w Piekło \ Pchnięty, gdzie niema rozkoszy miłości,

Tylko pragnienie wściekłe, niezgaszone,

Męka tęsknoty płonnej, pośród innych Licznych udręczeń naszych nie najmniejsza.

Ale zachowac w pamięci należy,

Com z ich ust własnych zdobył; toż nie wszystko

11 ic^ należy: jest drzewo złowrogie,

Co Wiadomości drzewem.się nazywa,

Z niego owocu niewolno spożywać.

Wiedza wzbroniona? To jest podejrzane I bezzasadne. Czemu nie dozwolił Ich Pan im tego? Czy wiedza jest grzechem? Możeż być śmiercią? Mająż oni istnieć Nieświadomością? Toż tojest ich szczęście?

Ich posłuszeństwa, wiary dowód taki?

Piękne warunki! Na nich wybuduję Ich zgubę! Zatem podniecę ich myśli Pragnieniem wiedzy, pogardą zakazu,

Co jest zazdrości płodem, wymyślonym Na to, by w niskim stanie ich utrzymać,

Gdy wiedza wznieśćby ich do stanu bogów Mogła: zapragną być nimi i umrą;

Bo cóż inszego stąd wyniknąć może?

Lecz wprzódy ogród obejdę dokoła,

Przetrząsnę ściśle każdy jego kątek;

Może się zdarzyć, że napotkam, kogo Z podróżujących mieszkańców niebieskich,

U źródła, albo w cieniu gęstych drzewin,

Może od niego zdołam się wywiedzieć

O tem, co jeszcze wiedzieć mi potrzeba. Tymczasem, szczęsna paro, bywaj zdrowa!

Zanim powrócę, używaj rozkoszy Krótkich, bo długie po nich przyjdą smutki.« Rzekł i z pogardą zwrócił kroki dumne Ale powolne, patrząc bacznie w koło,

Szedł tak przez gaje, pustki, wzgórza, pola. Wtedy na krańcach najdalszych, gdzie niebo Spotyka ziemię i morze, powoli Schodziło słońce, promienie poziome Śląc naprzeciwko wrot zachodnich Raju. Alabastrowe tworzyły je skały,

Piętrzące się aż w chmury, widne zdała;

Od ziemi jeden przystęp wił się ścieżką,

I jedno od. niej wejście było w górze,

Reszta opoką stromą się zwieszała,

Wdrapać się przez nią było niepodobna. Wśród tych filarów skalistych, przed nocą, Siedział Gabryel, wódz anielskiej straży. Dokoła niego rycerskie igrzyska Sprawiała młodzież anielska, bez broni;

Ale opodal wisiały oręże,

Hełmy, oszczepy, tarcze, połyskując Dyamentami i złotem. Tu przybył Uryel, sunąc na promieniu słońca Szybko, jak gwiazda spadająca w nocy Jesiennej, kiedy wyziewy powietrzne Obejmie ogień, wnet komp^> majtkowi Wskaże, z którego punktu przyjdą wichry.

Z pośpiechem wielkim Uryel tak rzecze: »Tobie w udziale padło, Gabryelu, Ściśle pilnować tej szczęsnej siedziby,

Aby nic złego nie weszło w jej kresy.

Dzisiaj w południe do mojej wszedł sfery Duch wielce żądny jakoby poznania Dzieł Wszechmocnego, a z nich nadewszystko Człowieka, nowy Boga wizerunek.

Wskazałem drogę śpieszącemu, wkrótce Widziałem jego lot przez niebios szlaki,

Ale na górze, na północ Edenu,

Gdzie naprzód osiadł, dostrzegłem niebawem Ze spojrzeń jego namiętnych a podłych,

Że obcy Niebu. Dotąd go śledziłem,

Aż mi nareszcie zniknął w cieniu drzewa. Zapewne który z wypędzonej tłuszczy Zdołał się wyrwać z otchłani i krąży,

By nowe jakie czynić zamieszania:

Twą sprawą będzie wyszukać go rychlej.«

Na to odpowie rycerz uskrzydlony:

»Nie dziw, że bystry twój wzrok, Uryelu, Z samego środka słońca, w jego blasku,

Widzi daleko. Przez bramę straż czujna Przepuszcza tylko dobrze znanych Niebu,

A od południa nikt się tu nie zjawił.

Może jednakże Duch innej natury Umyślnie ziemne granice przeskoczył,

Bo jak wiesz dobrze, fizyczne przeszkody Nie powstrzymają istoty duchowej;

Ale jeżeli w obrębie tych wałów

Ten, o kim mówisz, w jakimkolwiek kształcie

Czai się, jutro gdy świt będę wiedział.«

Tak przyobiecał, a Uryel wrócił Do obowiązku na jasnym promyku,

Którego koniec teraz podniesiony Poniósł go skośnie na dół aż do słońca,

Już za Azorskie wyspy zapadłego.

Albo niebieska tarcza z niesłychaną Szybkością dzienną tam się zatoczyła, ^

Albo, mniej szybka w krótszym na wschód zwrocie,

| Swą odwróciła ziemia, a w odbiciu Lśnią się purpurą i złotem obłoki,

Które zachodni jej tron otaczają.

Nadszedł spokojny wieczór, już zmierzch szary ; Wszystko dokoła skromną odział szatą;

( Cisza nastała: zwierz do legowiska ' \ ptak do gniazda pomknął; tylko słowik ; Całą noc trele miłosne rozwodził.

Słodka ta cisza była; strop niebieski Pałał żywemi szafirami: Hesper,

Wiodący orszak gwiazd, najjaśniej svviecił,

• Aż księżyc, skryty w majestat obłokow,

Jak król się zjawił, swe nieporównane Światło odsłonił i na cienie nocy . Srebrny płaszcz rzucił.

Rzekł Adam do Ewy:

i » Droga małżonko, ta nocy godzina _

Gdy wszystko do snu słodkiego się kłom,

1 1 nam zaleca wytchnienie, ponieważ \ Bóg ustanowił pracę i spoczynek ^ _

\ Ludziom na zmianę, jak dzień noc zamienia.

Już sen swą rosę zsyła, miękko tłoczy

_ 135 —

Nasze powieki. Gdy inne stworzenia Pędzą bez troski próżniaczo dzień cały, Odpoczywają bez potrzeby, człowiek Swą dzienną pracę ciała i umysłu Ma wyznaczoną; dowodzi to jego Godności, że Bóg jego kroki waży;

Inne stworzenia bujają bezczynnie,

A Bóg ich czynów nie bierze w rachubę.

Jutro, nim pierwszy brzask światła na wschodzie Zrumieni chłodne opony poranku,

Trzeba nam podjąć miłą nasze pracę,

I poprzycinać te kwitnące drzewa;

Gąszczem zieleni przerosły chodniki,

Miejsce przechadzki naszej południowej;

Bujne gałęzie szydzą z usiłowań Naszych: rąk więcej tamby się przydało,

By ograniczyć ich rozrost nadmierny.

A i to kwiecie opadłe, żywice Ociekłe, brzydko zaległy nam ścieżki I niewygodnie; uprzątnąć potrzeba.

Tymczasem, zgodnie z prawami Natury,

Noc spocząć każe.« Na to mu odpowie W pełni piękności Ewa: »Ojcze, władco!

Spełnię bez zwłoki każdą twoje wolę;

Tak Bóg stanowi; On jest twojem prawem,

Ty mojem: nad to nic więcej nie wiedzieć Największe szczęście i chwała niewiasty.

W rozmowie z tobą nie pomnę o niczem;

Czas niknie, pory dnia wszystkie mi słodkie,

Miły mi powiew ranka, i jutrzenka

Budząca czujne ptactwo; miłe słońce,

Gdy rzuca pierwsze promienie na ziemię;

Zioła i kwiaty, drzewa i owoce,

Błyszczące rosą; pachnie żyzna ziemia Po deszczu; miłe zbliżanie wieczoru I noc z jej wdzięcznym śpiewakiem, i księżyc Piękny, i niebo gwiazdami sadzone;

Ale i tchnienie poranku i zorza Z czujnego ptactwa gromadą; i słońca Promienie nad tą rozkoszną ziemicą;

I zioła, kwiaty, owoce błyszczące Poranną rosą; i zapach po deszczu;

I wypoczynek wieczoru i nocy Ze swoim wdzięcznym piewcą; i przechadzka W blasku księżyca; i gwiazdy błyszczące Nie są mi słodkie, gdy ciebie brakuje.

Lecz po co gwiazdy co noc niebo zdobią?

Dla kogo wńdok ten świetny, gdy wszystkie Oczy sen sklei? «■ Na to odpowiedział Pierwszy nasz ojciec: »0, nadobna Ewo, Boga i człeka córo, gwiazdy biegną Dokoła ziemi i rano i wieczór,

Z kraju do kraju, aby niezrodzone Jeszcze narody obdzielać gotowem Światłem; wciąż one zachodzą i wschodzą, By podczas nocy ciemność całkowita Nie przywróciła swego panowania,

1 nie zniszczyła wszystkiego, co żyje;

Aby nietylko świeciły, lecz także Łagodnem ciepłem rożnorakie wpływy

Rozpościerając, podniecały życie,

Lub miarkowały, albo część swej mocy Gwiaździstej słały na każdy twór ziemi, Zdolniejszym czyniąc go do korzystania Z potężniejszego słonecznego wpływu.

Tak, chociaż nikt nie patrzy na nie w nocy,

Nie próżno świecą. Ani mniemaj sobie,

Iż gdyby ludzi brakło, nie miałyby Niebiosa widzów, Bóg nie miałby chwały: Duchowych stworzeń miliony krążą Na ziemi, czy to czuwamy, czy śpimy,

Nam niewidzialne; wszystkie nieustannie I w dzień i w nocy, widząc dzieła Boga,

Wielbią moc Jego. Jak często z skał stromych,

Ze wzgórz niosących echo, z gęstwin leśnych Głosy niebiańskie słyszeliśmy w nocy,

Same lub sobie odpowiadające I śpiewające chwałę Stworzyciela.

Często gromadą, gdy na straży stoją,

Lub nocny obchód czynią, ze śpiewami Dźwięki nadziemskich łączą instrumentów:

Noc czynią krótszą, myśl nam w Niebo wznoszą.«

Tak rozmawiając, dłoń w dłoni, dążyli Wprost do szczęsnego swojego schroniska.

To miejsce wybrał Wszechmocny Ogrodnik, Kiedy zakładał siedzibę człowieka.

Z mirtu, z wawrzynu dach gęsto uwity,

Nad nim wznosiły się cieniste drzewa

O liściu twardym, rozkosznie pachnącym;

Po każdej stronie akant, różne wonne

Krzewy zielone stanowiły ściany.

Z pośród nich jasne wytykały główki,

Tworząc mozajke, najpiękniejsze kwiaty.

Róże, jaśminy, kosaćce barw wszelkich;

Niżej fiołki, hyacynt i krokosz,

Świetniejszym haftem okrywały ziemię,

Niżby najdroższe kamienie. Tu inne Stworzenia, ptaki, zwierzęta, owady,

Nie śmiały wchodzić, taką uczuwały

Cześć dla człowieka. W cienistszem schronisku,

Ni świętszym niż to, ni bardziej zacisznym,

Nie sypiał nigdy, opiewany w Bajce,

Pan, ani Sylwan, Nimfy albo Fauny.

W takiem ustroniu Ewa, młoda żona,

Pierwszy raz łoże małżeńskie przybrała W kwiaty, girlandy i zioła pachnące,

A chór niebiański śpiewał pieśń weselną, ^

Gdy Anioł, małżeństw opiekun, ją przywiódł Ojcu naszemu, nagą, lecz zdobniejszą I powabniejszą od Pandory, którą Bogowie w wszelkie opatrzyli dary,

Niestety, z równie jak tej złem następstwem, Kiedy ją Hermes do nierozważnego

Jafetowego syna przypr

owadził.

Otumaniła oczami pięknenu Ród ludzki, by go skarcić za skradziony^ Ogień pierwotny, własność Jowiszową. (8) ’ Do cienistego przybyli mieszkania, Stanęli przed niem, i zwrot uczyniwszy, Podnieśli w górę oczy, i wielbili

Boga, co stworzył ziemię i obłoki,

I niebo, w które patrzyli, powietrze,

I krąg księżyca i biegun gwiaździsty:

»Ty uczyniłeś noc, Stwórco Wszechmocny, I dzień ten, w pracy zadanej spędzony, Szczęśliwi naszą pomocą wzajemną,

Naszą miłością wzajemną, koroną Błogosławieństwa Twojego; Tyś stworzył Miejsce rozkoszne to, za wielkie dla nas, Szczodrobliwości Twej tu leżą dary,

Bez żniw opadłe zaścielają ziemie.

Lecz Tyś obiecał, że z nas dwojga wyjdzie Plemię, zapełni ziemię, i wraz z nami Twą nieskończoną dobroć wielbić będzie, Czy to czuwając, czy, Twojego daru,

Snu oczekując, jako my tej chwili.«

To jednogłośnie rzekłszy, bez obrzędów Innych, prócz czystej czci złożonej Bogu, Jemu najmilszej, weszli w głąb schroniska. Szat uciążliwych, jakie my nosimy,

Zrzucać nie mieli potrzeby; tak legli Przy sobie; mniemam, że się nie odwrócił Adam od pięknej swojej żony, ani Nie odmówiła Ewa obyczaju 1 ajnego pieszczot małżeńskiej miłości.

Niech obłudnicy surowo gadają O niewinności, czystości i miejsca Poszanowaniu, lżąc jako nieczystość To, co Bóg uznał czystem, co niektórym Nakazał, wszystkim zostawił do woli

! »

W wyborze stanu. Bóg kazał się mnożyć;

Kto powściągliwość zaleca? Zagubca,

Ów nieprzyjaciel Boga i człowieka. Błogosławiona miłości małżeńska!

Ustawo pełna tajemnicy, źródło Pokoleń ludzkich, jedyna własności W Raju, gdzie wspólność powszechna panuje! Tyś od człowieka żądzę cudzołożną Zepchnęła między zwierząt stada; związku Drogi, oparty na rozumie, prawie,

Czystości zmysłów; przez ciebie dopiero Znamy uczucia ojca, syna, brata;

Nigdy nie nazwę ciebie grzechem, nigdy Uwłaczającym miejscu, choć świętemu! Nieustające domowych słodyczy Źródło, twe łoże, niezmazanem, czystem Uznane teraz i niegdyś przez świętych I patryarchów. Tu Miłość śle strzały Złote, tu lampę swą stale zapala,

1 rozpostarłszy skrzydła purpurowe Tryumf swój głosi; nie w płatnym uśmiechu Nierządnic, które w doraźnym stosunku Ani kochane, ani miłość czują;

I nie w miłostkach dworackich z tańcami W swawolnych maskach, balach, serenadach, Które kochanek czuły wyśpiewuje Swej dumnej pani, pogardą płacony.

Ukołysani słowików śpiewaniem Spali w objęciach; na ich członki nagie Spadał}' róże z kwiecistego dachu,

Które nowemi zastępował ranek.

Szczęśliwa paro, śpij; oh! najszczęśliwsza, Gdybyś większego szczęścia nie szukała I wiedzy większej od tej, co ci dana.

Już noc cienistym stożkiem odmierzyła Połowę drogi pod sklepieniem niebios,

Już w bramie z kości słoniowej Cheruby Stały pod bronią, by o zwykłej porze W bojowym szyku nocne odbyć straże,

Kiedy Gabryel najbliższemu sobie Stopniem i władzą Aniołowi rzecze:

»Uzzyelu, weź z tych połowę i obejdź Bardzo uważnie stronę południowca,

Druga połowa niech okrąż}' północ,

W zachodniej stronie się spotkamy^ Naraz, Jakby płomienie na prawo i lewo Ruszyły straże. Dwóch z nich najsilniejszych I najbystrzejszych, którzy przy nim stali, Przyzwał i takie dał im polecenie:

»Ithuryelu i Zephonie, szybko Na skrzydłach ogród przetrząśnijcie cały.

Nie opuszczając żadnego zakątka,

A głównie tam, gdzie piękne dwie istoty Mieszkają, może śpią teraz bez troski.

Dziś przed zachodem słońca przybył Cherub Z wieścią, że w stronę tę bieg pokierował Jakiś piekielny Duch, zdoławszy umknąć Niespodziewanie z miejsca wiecznej kaźni,

I tuła się tu pewno w złych zamiarach:

Gdzie go znajdziecie, schwyćcie i sprowadźcie, c

To rzekłszy, swoje promienne szeregi Ćmiące księżyca blask, powiódł w przestworza; (Ci dwaj zwrócili kroki ku schronisku,

Iw poszukiwaniu zbiega, i niebawem I Znaleźli, że kształt przybrawszy ropuchy, j Przy uchu Ewy przykucnął, próbując Czartowską sztuką na jej wyobraźnię Podziałać, tworzyć według swojej woli Sny i mamidła; lub tchnąwszy truciznę,

Skalać jej zmysły, by z czystej krwi wstały . Opary, niby 3;agodne rzek tchnienie,

W końcu drażniące, niespokojne myśli.

Próżne nadzieje, cele i pragnienia Zdrożne, natchnione górnemi myślami,

Z których się rodzi pycha. Ithuryel i Dotknął go lekko włócznią; przed dotknięciem 1 Niebiańskiem żaden fałsz się nie ostoi,

I musi wrócić do prawdziwej formy:

Więc Czart się zerwał, odkryty, poznany.

Jak kiedy iskra padnie na stos prochu ' Saletrzanego, co wsypany w beczki Do magazynu miał być przeniesiony Na zapas, gdy o wojnie krążą wieści,

W nagłym wybuchu niknie czarne ziarno , I rozpłomienia powietrze dokoła;

^ Tak stanął Szatan we własnej postaci.

Oba Anioły cofnęły się nieco,

Ujrzawszy nagle ohydnego króla; Nieustraszone jednak wnet pytają:

»Ktoś jest z pomiędzy duchów buntowniczych,


W Piekło strąconych, coś uszedł z ciemnicy,

I tu, zmieniwszy postać, jak wróg czyhasz U głów tych dwojga śpiących?« Szatan na to Pełen szyderstwa: »Czyliż mnie nie znacie? Znaliście niegdyś, nie śmiąc równać ze mną,

Ani się wznosić tam. gdzie ja siedziałem;

Jeśli nie znacie, to tylko dowodzi,

Ze do najmniejszych w ciżbie należycie;

A jeśli znacie, zbyteczne pytanie,

Zbyteczne także pełnienie missyi,

Gdy próżny będzie jej wynik.« Któremu Zephon, szyderstwem płacąc za szyderstwo, Odrzecze: »Nie myśl, duchu buntowniczy,

Że kształt twój ten sam i jasność nie mniejsza, Niż gdyś stał w Niebie podniosły i czysty;

Znikła twa dobroć, opadły i blaski;

Teraz podobnyś do grzechu twojego I do ciemnego miejsca twojej kaźni.

Pójdź i zdaj sprawę przed tym, kto nas posłał, Kto ma zlecenie bronić od napaści To uświęcone miejsce i tych dwoje.»

Tak mówił Cherub, słów jego powaga Niezwyciężonym wdziękiem otoczyła Jego młodzieńczą piękność. Pomieszany Stał Szatan i czuł, jak dobroć szanowna,

Widział, jak miła postać cnoty; widział,

I bolał nad swą stratą, a najbardziej Nad swrego blasku widocznym upadkiem;

Lecz stał niezłomny w dumie. »Mam się spierać, lo z najgodniejszym,« rzekł, »z wysyłającym,

Baj utracony. _ ] 45 — 10

A nie z wysłanym, lub z wszystkimi naraz;

Tak więcej zyskam chwały, lub mniej straeę.« Na to mu Zephon śmiało: »Twa obawa Zbyteczny czyni dowód z naszej strony,

Ile najmniejszy z nas uczynić zdoła Przeciwko tobie, coś zły, a więc słaby.«

Nie odpowiedział Czart pełen wściekłości, Lecz szedł jak pyszny rumak okiełznany,

Żując żelazne wędzidło; uciekać,

Lub opór stawiać sądził za rzecz próżną;

W zetknięciu z Niebem utracił odwagę, Niegdyś tak pewną. Teraz się zbliżali Do stron zachodnich, w których spotkać mieli Drugą połowę straży, właśnie stała W szyku, czekając komendy. Gabryel,

Ich wódz, przed frontem, tak przemówił głośno: »Bracia, stąpanie śpiesznych krokówr słyszę,

I rozpoznaję w zmierzchu dwie postaci, Ithuryela i Zephona, z nimi Trzeci, królewskich ruchów, lecz przyćmionych Blasków, z pysznego chodu wyda mi się Król Piekieł; pewno, że stąd nie ustąpi Bez walki; baczność, bo wzrok jego groźny.« Zaledwie skończył, wraz i dwaj anieli Ze sprawozdaniem przyszli, kogo wiodą,

Gdzie go znaleźli i czem zajętego,

Jaki kształt przybrał, postawę. Któremu, Gabryel, patrząc surowo, tak rzecze:

»Szatanie, czemu przekroczyłeś szranki Twoim przestępstwom wyznaczone; czemu

I

ŁCy‘

I

I

Stawiłeś opór tym, co obowiązek Spełniali, co się do grzechn nie kłonią Za twym przykładem, lecz z prawa i władzy Pytają po coś tu wkroczył zuchwale?

Może zakłócić sen usiłowałeś,

Tym, którym Bóg dał to błogie mieszkanie?':

A Szatan na to z pogardliwym gestem:

Ty Gabryelu, w Niebie miałeś miano Mędrca, i ja cię za takiego miałem,

Lecz wątpić muszę, słysząc twe pytanie.

Czy jest na świecie taki, coby lubił Swoję męczarnię? Któż znalazłszy drogę,

Nie wyrwałby się z Piekieł, choćby wyrok Tam go osadzał? Ty sambyś tak zrobił 1 szedłbyś śmiało, gdzie oczy poniosą,

Byle od miejsca kaźni jak najdalej,

Byle nadzieja była, że cierpienia

Zmienią się w spokój, że czemprędzej rozkosz

Za ból nagrodzi: tego tu szukałem.

Ty mi słuszności nie przyznasz, bo tylko Dobro znasz, złegoś nigdy nie próbował;

I powołujesz się na wolę Tego

Co nas uwięził! Niech mocniej zapiera

Swoje żelazne bramy, jeśli pragnie

Trzymać nas wiecznie w tem czarnem więzieniu,

To na pytanie odpowiedź; a zresztą

Prawda, żem był tam, gdzie ci powiadają, .

Lecz to nie znaczy, iżbym miał na celu

Gwałt, albo krzywdę.« Tak mówił szyderczo.

Na to mu Anioł wódz wojska z wzgardliwym

m

Uśmiechem rzecze: »Jakąż stratę Niebo Ma w ocenieniu mądrości prawdziwej, Odkąd padł Szatan, własną obalony Głupotą; teraz znów przez nią skuszony Do opuszczenia kaźni wyznaczonej,

Na seryo wątpi, czy mądrym być może Ten, kto go pyta, czemu przekroczywszy Granice Piekła, tu przyjść się ośmielił Bez pozwolenia. Więc mądrością mniemasz Uciec od bólu i od swojej kary! Zarozumialcze, trwaj w takiem mniemaniu, Aż siedmiokrotna dogoni cię kara Za twą ucieczkę, i do Piekieł wpędzi Tę mądrość, która cię nie nauczyła Prawdy, że żadna męka niedorówna Gniewowi wiecznie wywoływanemu. Czemu sam idziesz? Czemu cale Piekło Nie wyłamało się z tobą? Czy mniejsza Jest ich męczarnia, czy twa wytrzymałość? Odważny wodzu! Pierwszy do ucieczki Od męki. Gdybyś opuszczonej tłuszczy Objaśnił powód twej ucieczki, pewno Tubyś nie przyszedł, jako zbieg, sam jeden. A Czart mu na to, marszcząc brwi ponuro: »Ni wytrwałości w męce, ni odwagi,

? ie brak mi, lżący Aniele, wiesz o tem, Bom natarczywie walczył w bitwie z tobą, Kiedy za ciebie wszystkiemu zaradzał Grom trzaskający, biegnący na pomoc Twej włóczni, nigdy nie strasznej nikomu.

Lecz i te twoje, jak poprzednie, słowa Płoche dowodzą, żeś niedoświadczony:

Po ciężkich próbach, po niepowodzeniach, Nigdy wódz wierny wszystkich sił nie stawia Na łaskę losu, wprzód sam drogę bada.

I ja dla tego zamierzyłem naprzód Sam się przeprawić przez puste otchłanie, Przepatrzyć, zbadać świat nowrostworzony,

0 którym już się wieść rozeszła w Piekle, Wynaleść lepsze mieszkanie, osiedlić Moje rozbite wojsko tu na ziemi,

Albo w powietrznej sferze; choćby przyszło Raz jeszcze siłą spróbować odwagi Twojej i twoich jasnych legionów,

Którym łatwiejszy urząd służyć Panu,

Śpiewać pochwalne hymny w koło tronu

1 w odległości bić czołem, niż walczyć.«

Anioł wojownik wraz na to odpowie:

»Rzec, odwoływać, i znowu dowodzić,

Że mądrość każe uciekać, wraz potem Jawnie się przyznać do szpiegostwa, znamię Nie wodza, ale łgarza pojmanego.

Szatanie, mógłżeś zwać się wodzem »wiernym?« O, święte słowo, jakżeś splugawione!

Wiernym! A komu? Buntowniczej tłuszczy, Gromadzie czartów? Wojsko godne wodza!

Czyż wasza wierność i karność wojskowa Kazały zerwać węzły posłuszeństwa, Poddaństwa względem Najwyższej Potęgi? Teraz, podstępny obłudniku, chciałbyś

— 148 —

i Odegrać rolę obrońcy wolności;

Któż niżej niż ty niegdyś padał w Niebie,

5 Płaszczył się i bił służalcze pokłony Przed Panem Nieba? Czemu? Już w nadziei I Wyzucia z władzy i objęcia rządów Samemu. Teraz zważ moje słowa: Precz!

Tam, skąd uciekłeś, natychmiast uciekaj.

Jeżeli kiedy w tych granicach świętych Zjawisz się jeszcze, skutego powlokę [ W łańcuchach do twej nory, i przyłożę ^ Takie pieczęci, iż nie będziesz nadal P Szydził z piekielnych bram, że źle zamknięte.«

Tak groził Anioł, ale na te groźby I Nie zważał Szatan coraz bardziej wściekły,

I rzekł
»Gdy będę jeńcem twoim, wtedy I Mów o łańcuchach, zuchwały Cherubie,


I Stróżu graniczny, lecz nim to nastąpi,

I Wprzód możesz poczuć ciężar mojej ręki,

| Chociaż Król Niebios na twych skrzydłach jeździ; f A ty i twoja brać nawykłszy jarzma,

9 Po drodze Nieba, gwiazdami sypanej,

Ciągniecie jego rydwan tryumfalny.«

Zarumieniły się lica Aniołów | Na takie słowa: oddział na dwie strony Rozwinął boki, jak rogi księżyca,

I oszczepami gęstemi otoczył ( Szatana, jakby na polu Cerery Wiatrem smagany chylił się las kłosów.

Gotów do żniwa rolnik frasobliwy Lęka się, aby snopki okazałe


-Si.) . i

mĘm

Nie sarnę plewę dały na klepisku;

Czart z drugiej strony stał gotów do boju Jak Teneryffa, lub Atlas sterczący;

Głową obłoków sięgał; jak pioropusz Na hełmie siadło blade Przerażenie;

W rękach coś niby oszczep, niby tarcza: Straszliwe rzeczy stać się mogły teraz.

I Raj i całe gwiaździste sklepienie Niebios, lub wszystkie przynajmniej żywioły Mogły się rozbić, pomieszać, poszarpać Wśród takiej walki, jeśliby Przedwieczny,

By jej zapobiedz, nie zawiesił Wagi Złotej na Niebie, widzialnej i teraz Między Astrei i Niedźwiadka znakiem,

Na której wszystko stworzone wprzód ważył:

, Wiszący okrąg ziemi i powietrze,

Utrzymujące ziemię w równowadze;

Teraz zdarzenia wszelkie waży, bitwy,

I panowania. Na ich szale rzucił Ciężary dwa; z tych jeden rozłączenie,

A drugi znaczył walkę, i ten właśnie Poleciał w górę i uderzył drążek;

Kiedy to spostrzegł Gabryel, rzekł Czartu:

»Szatanie, znam twe siły i ty moje,

Nie własne nasze, lecz nam dane, zatem Co za szaleństwo chlubić się przewagą Oręża? I twój tyle tylko może,

Ile pozwolą Nieba, i mój; teraz

Będąc zdwojony, mógłby cię w proch skrusz.)'ć,

Bo spojrzyj w górę i w niebieskim znaku

Swój los przeczytaj, zważony tam jesteś,

I znaleziony jak lekkim, jak słabym,

Jeśli chcesz opór stawić!« Szatan spojrzał, I uciekł szemrząc, gdy ujrzał swą szalę W górze; uciekły z nim i nocy cienic.

(') Wonie sabejskie—z Arabji płynące. Sabejczykowie ludy arabskie.

(2) Asmodeusz, czart (patrz księgę Tobiasza), prześladował Sarę, córkę Raguela, i dusił każdego jej małżonka w uoc ślubną. Tobiasz, ósmy z kolei nowożeniec, za poradą archanioła Rafaela, odpędził czarta modlitwą, wstrzemięźliwością i spaleniem wątroby rybiej, danej mu przez archanioła.

(3) Kraj Telassara — miejscowość w Syryi, wspomniana

w IV księdze Król. XIX, 12.

(4) Pan, bożek grecki jest tu wzięty jako symbol natury; Hory, odźwierne niebios, lub też pory roku i pory dnia. Czczono je, jako bóstwa, w Atenach. Gracye, czyli Chary ty, w liczbie

trzech, boginie wdzięku.

(5) Enna, miasto położone na wyżynie w środkowej by-cylii, uważane było za ulubione miejsce pobytu Cerery. Otaczały je łąki, przerznięte strumykami, pełne kwiatów, nieustannie pachnących, i cienistemi gajami. W tej pięknej okolicy porwana zo stała Libera, czyli Prozerpina. W starożytności pokazywano w pobliżu tego miasta wejście podziemne, przez które Pluton ze swoją

zdobyczą miał wrócić do piekieł.

(6) Oront, rzeka w Syryi; na jego wybrzezach, przy mieście Antyochii, był gaj, w którym odbywały się uroczystości na cześć nimfy Dafny, ściganej przez Apollina i zamienionej w drzewo

laurowe. # .

(7) Ludy libijskie wystawiły Jowiszowi wspaniałą świątynię. Niektórzy autorowie uważają go za Boga słońca. O ulcrywa-

mu młodego Bachusa, syna Jowisza, przed prześladowaniem Juno-ny, czy tez Rhei, jak w tekście, i karmieniu go przez kozę Amal-teę, zbyt długie i rozmaite są podania mitologiczne i zbyteczne by-loby tutaj ich przytaczanie.

(8) Jowisz, rozgniewany na Prometeusza za to, że śmiał utworzyć człowieka i dla ożywienia go ukraść ogień z nieba, polecił Wulkanowi, aby utworzył kobietę z mułu ziemi i przywiódł ja na zgromadzenie bogów. Wszyscy bogowie uwielbiali nowa istotę, Pandorę, i obdarzali ją. Minerwa nauczyła ją kunsztów jej płci właściwych,-Wenus otoczyła ją wdziękiem i powabem,-Merkury

darem słowa i t. d. W końcu Jowisz dał jej puszkę dobrze żarn miętą, z poleceniem doręczenia jej Prometeuszowi. Ten, podejrzewając zasadzkę, odmówił przyjęcia i Pandory i puszki; połakomił się na jedne i drugą Epimeteusz, brat Prometeusza, ożenił sie z Panorą, otworzył puszkę i wypuścił z niej wszystkie nieszczęścia i zbrodnie, które odtąd świat napełniły. Nie zdążyła ulecić z puszki jedna tylko Nadzieja. Jest w tej Pandorze pewne podobieństwo do Ewy; napomykając o niej w tem miejscu, gdy opisuje szczęśliwość naszych pierwszych rodziców, Milton, do błogiej sielanki'poetycznie wprowadza złowróżbny motyw bliskiej katastrofy. Prawie wszystkie jego powoływania się na baśni mitologiczne lub nadzieje wybranego ludu mają widoczny cel poetyczny

Już różowemi stopy kroczył ranek i Od wschodniej strony, zasiewając ziemię [ Uryańskiemi perłami, gdy Adam,

| Zwykły tej pory, obudził się ze snu [ Lekkiego, jakim darzy pokarm czysty,

I A z niego lekkie humory do głowy;

I Prędko je spędził szmer liści, chłód ranny Strumyka, wiany wachlarzem Aurory,

I szczebiotliwy poranny śpiew ptaków, Odzywających się z każdej gałęzi.

Dziwił się Adam, że Ewa śpi jeszcze;

Włosy w nieładzie, pałające lica j Świadczyły o śnie niespokojnym. Adam, W pół się podniósłszy, wzrok pełen miłości | Utkwił w nią, piękność wielką rozważając, I wdzięk szczególny, nietylko na jawie,

| Ale i we śnie. Więc głosem łagodnym,

I- Jak kiedy Zefir Florę tchnieniem pieści, Lekko jej ręki dotykając, mówi:

»Obudź się, piękna moja, moja żono,

Ostatni darze Nieba, i najlepszy,

Moja rozkoszy wiecznie nowa! Zbudź się! Poranek świeci, woła świeża niwa;

Upływa pora, a my nie patrzymy,

Jak rosną nasze krzewy, jak zakwita Gaj cytrynowy, jak mirra łzy roni I balsamiczna trzcina, jak Przyroda Nakłada swoje barwy, jak na kwiatach Siadają pszczoły, by zbierać płyn słodki.«

Tak szepcąc budzi ją Adam, lecz ona Patrzy nań błędnym wzrokiem, i tak rzecze: »Jedyny, w tobie myśl moja ma spokój,

Tyś moją chwiała i doskonałością.

Cieszę się, że cię widzę, że już ranek.

Taka noc jeszcze mi się nie zdarzyła,

Bez końca śniło mi się, jeśli śniło,

Lecz nie o tobie, jak zwykle, ni pracach Dnia ubiegłego, ani o jutrzejszych Zamiarach, lecz coś o krzywdzie, o troskach, Jakich nie znałam aż do tej złej nocy.

Wydało mi się, że ktoś przy mem uchu Łagodnie wzywał, bym szła z nim, z początku Myślałam, że to twój głos, a tak mówił: »»Czemu śpisz Ewo? Teraz czas przyjemny, Chłód, cisza, którą przerywają tylko Czuwającego śpiewaka nocnego Tryle, najsłodszą przejęte miłością;

Panuje teraz księżyc pełną tarczą I na wydatne kształty wszystkich rzeczy Blask tajemniczy leje, lecz napróżno,

Gdy nikt nic widzi; wszystkiemi oczami Spogląda niebo — kogóż widzieć pragnie? Ciebie, tęsknoto Przyrody, twój widok Wszystkim uciechą; wszystko zachwycone Twoją pięknością: tylko patrzeć pragnie.«« Jakby na twoje wezwanie powstałam,

Ale nie było ciebie; więc szukałam,

I, zdało mi się, że sama szłam drogą,

Aż się ujrzałam przed drzewem wzbronionej Wiedzy: pięknem się wydało, piękniejszem W sennem marzeniu, niźli w dziennym jawie. Gdym tak patrzała z podziwem, stał obok Ktoś uskrzydlony, postacią podobny Do tych aniołów, jakich widzim często, Włosy wilgotne ambrozyą tchnęły,

Spoglądał także na drzewo, i rzecze: i »»Piękna roślino, jakześ obciążona Owocem! Niktże, czy to bóg, czy człowiek, Nie raczy ulżyć ci, i zakosztować Twojej słodyczy? W takiejże pogardzie Wiedza? Czy zazdrość; czy też inne względy Cię zakazały? Niech kto chce zabiania,

Nikt nie pozbawi mnie nadal twych claiów, Bo na cóż jesteś tutaj posadzona?««

To powiedziawszy, ściągnął bez wahania Zuchwałą ręką, zerwał i pożywał.

Dreszcz zimny przejął mnie na tak bezczelne Słowa, złączone z uczynkiem bezczelnym, Lecz ten, radości pełen, woła: »»Boski Owocu, słodki sam z siebie, a słodszy

Tem, żem cię zerwał tu, zakazanego;

Może.ś dla bogów tylko, aleś zdolny Ludzi bogami robić. Dla czegóżby Ludzie nie mieli być bogami? Dobro,

Gdy się udziela, wyrasta obficiej,

Dawcy nie ujmę, ale zaszczyt czyni.

Zbliż się, szczęśliwa istoto, anielska Ewo, bierz udział; choć jesteś szczęśliwą, Możesz szczęsliwszą być, choć nie cenniejszą. Spożyj i odtąd wejdź pomiędzy bogi,

Sama bogini, z ziemią nie związana,

Wzlataj w powietrze czasem, naszym wzorem, Czasem do Nieba, już własną zaletą;

Patrz, jakie życie wiodą tam bogowie I tak żyj sama.«f To mówiąc, przybliżył I przy mych ustach trzymał zerwanego Owocu cząstkę: zapach tak ponętny Budził oskomę, i zdawało mi się,

Ze zakosztować musiałam, Natychmiast Z nim odleciałam w chmury, a pod sobą Widziałam ziemię rozległą, szeroką,

I rozmaitą; dziwiąc się wzlotowi Do tej wyżyny, i własnej przemianie.

Nagle przewodnik zniknął, sama byłam.

Jak mi się zdało, spadłam i zasnęłam.

Ach, jakżem rada, gdy po obudzeniu Widzę, że sen był tylko!* Tak noc swoję Opowiedziała Ewa.—Adam na to:

»W tobie ja siebie samego oglądam Droga małżonko, i mnie martwi mocno

Twych myśli we śnie nocnym zamieszanie, Dziwny ten sen twój: nie podoba mi się,

Może od złego pochodzi, lecz skąd złe?

W tobie nie może przebywać, boś czystą Stwrorzona; jednak wiedz, że w duszy ludzkiej Są różne niższe siły, które służą,

Jako naczelnej władzy, Rozumowi.

Z nich Wyobraźnia pierwsza służbę niesie,

Ona ze wszystkich przedmiotów zewnętrznych, Które jej zmysły czujne przedstawiają, Wyobrażenia tworzy, kształty nikłe,

Które gdy Rozum łączy lub rozdziela,

Buduje wszystko, co twierdzimy, albo

Czemu przeczymy, i to się nazywa

Bądź wiadomością naszą, bądź mniemaniem;

To do komórki swej byt ogranicza,

Gdy wypoczywa Natura; lecz często Pod nieobecność Rozumu się budzi Naśladująca go Imaginacya I błędnie łącząc różne kształty, snuje Dzikie wytwory, podczas snu najczęściej,

Ze słów bez związku i z dawno minionych Lub świeżych czynów'. Pewne podobieństwo Znajduję między snem twoim a naszą W poprzedzającym wieczorze rozmową,

Tylko z dodatkiem dziwnym, lecz się nie smuć; Czy do ludzkiego, czy do nadludzkiego Umysłu może złe wstąpić: gdy mija Niezatwierdzone, nie zostawia plamy Ni winy; to mię utwierdza w nadziei,

Że na czyn, który przerażał cię we śnie,

Na jawie nigdy nie mogłabyś przystać.

Nie trać więc serca, nie zasępiaj wzroku,

Co zwykłe bywa milszy, pogodniejszy,

Niźli pięknego poranku do świata Pierwsze uśmiechy; wstawajmy do naszych Nowych zatrudnień, wśród gajów, przy źródłach, Przy kwiatach, które teraz wyziewają Najwytworniejsze wonie, gromadzone Przez noc dla ciebie.«

Tak małżonkę swoję Pocieszał, ale, choć weselsza, roni Kilka łez cichych, obciera włosami;

Dwie inne, zanim spadły z kryształowych Źrenic, całusem otarł Adam, jako Znak życzliwego współczucia i łaski,

I świętej trwogi na samę myśl grzechu.

Uspokojeni śpieszą do swej niwy,

Lecz wprzód, gdy jeszcze pod sklepieniem liści, — Ujrzeli niebo i rydwan słoneczny Swemi kołami tykający krańców Wielkiego morza, wilgotne promienie Śląc równolegle z ziemią, na szeroki Krajobraz w wschodniej stronie Raju I na Edenu szczęśliwe równiny,—

Kornie schyleni zaczęli modlitwę,

Każdego ranka odmawianą, zawsze W różnym układzie; bo nigdy nie brakło Im formy, ani zachwytu świętego Ku czci swojego Stwórcy; z ust im płynął

Potok natchnienia, prędki, bez namysłu,

Mówiony albo śpiewany, bez rytmu,

Lub też rytmami tak melodyjnemi,

Że im słodycz}'- nicby nie dodała Lutnia, ni arfa. W ten sposob zaczęli:

»To są rąk twoich dzieła, o Wszechmocny!

Ojcze dobroci! Twój cały gmach świata Cudownie piękny, jakże więc cudowny Ty sam być musisz! Niewypowiedziany,

Który nad temi niebiosami siedzisz Nam niewidzialny, lub jak przez mgłę tylko W tych Twych najmniejszych dziełach ujawniony; I one świadczą o Twej niepojętej Dobroci, boskiej potędze wszechmocy.

Mówcie, Synowie Światła, wy Anieli,

Którzy najlepiej możecie Go chwalić,

Bo oglądacie Go, i otaczacie

Tron Jego śpiewem przez dni nieskonczone

I symfonii chórami dźwięcznemi,

Pełni radości, — tak w Niebie; na ziemi Wszystkie stworzenia w chór jeden złączone, Wciąż uwielbiają Tego, kto początkiem,

Środkiem i końcem zawsze nieskończonym. Gwiazdo wspaniała, ostatnia z orszaku Nocy, lub może świtu towarzyszko,

Pewna rękojmio dnia, co rzeźki ranek Wieńczysz koroną jasną, złóż Mu hołd}

■ W swoim zakresie, w tej słodkiej godzinie Gdy dzień się rodzi. O słońce, coś okiem Tego wielkiego świata, jego duszą,

Uznaj, że Bóg jest większy, jego chwałą Rozbrzmiewaj w twoim nieskończonym biegu, Czy w górę idziesz, czy na południowym Szczycie, czy kłonisz się ku zachodowi; Księżycu, co raz spotykasz wschodzące Słońce, a drugi raz przed niem uciekasz, Wespół z gwiazdami w ich kręgu ruchomym Utwierdzonemi, i wy pięć wędrownych Innych Płomieni, (‘) w tańcu tajemniczym I dźwięcznym, chwałę ogłaszajcie Tego Kto z wiecznych cieni światło wyprowadził. Powietrze i wy, Żywioły, co pierwsze Wyszłyście z łona Przyrody i wiecznie Krążycie w czworo, kształt różny bierzecie,

A wszystkie rzeczy mieszacie, żywicie,

Niech nieustanne wasze zmiany tworzą Wciąż nową chwałę Stwórcy Najwyższego. Mgły i wyziewy, co teraz wstajecie Ze wzgórz lub jezior, zasłoniętych parą,

Zanim ozłoci słońce wasze rąbki Runiaste, wstańcie ku czci Twórcy świata, Aby lub chmurą osnuć szare niebo,

Albo spragnioną ziemię deszczem zrosić; Wstając, spadając, zawsze chwalcie Jego. Chwalcie Go wiatry, z czterech stron wiejące Cichym oddechem lub hukiem; wy, sosny, Chylcie wierzchołki wasze, kołyszcie się,

Wy i roślina każda na cześć Jego;

Źródła szemrzące mile w wartkim biegu, Szemraniem waszem głoście J ego chwałę;

— 100 —

Wszystkie żyjące Dusze łączcie głosy:

Ptaki wzlatajcie pod bramy niebieskie Śpiewając, niosąc na skrz3'dłach i w śpiewie l Chwałę Wszechojca. Wy, płynące w wodzie

■ I co po ziemi kroczycie wspaniale,

I Albo pełzacie nisko, świadczcie wszyscy,

■ Choćbym ja milczał; rano lub wieczorem, Przed dolinami, wzgórzami, źródłami,

■ 1 przed gajami, które rozbrzmiewają I Czcią Boga, moim głosem pobudzone.

L Chwała Ci Panie świata! Bądź nam dobry I zsyłaj tylko dobro, a jeżeli

■ Złe noc przynosi, lub kryje, rozpraszaj,

■ Jak teraz światło rozprasza ciemności.*

Tak się modlili w świętej niewinności,

■ I prędko wrócił pokój do ich duszy.

■ Śpieszyli teraz do zatrudnień sielskich

I Wśród rosy rannej i kwiatów, gdzie rzędy I Drzew owocowych bujnych zadaleko I Rozpościerały gałęzie soczyste;

AVięc należało rychło ograniczyć Pędy splątane, nieowocujace;

Do wiązu winną łozę prowadzili,

Jako małżonkę, w ślubne go ramiona Obejmującą, niosącą w posagu brona, by jego marny liść zdobiły.

Na pracujących tak spojrzał litośnie fWielki Król Niebios, przyzwał Rafaela,

I Towarzyskiego Ducha, co to później,

wędrować z młodym Tobiaszem,

Kuj utracony. _ J(JJ

I opiekować się jego małżeństwem Z niewiastą siedem razy zaślubianą.

Rzeki: »Rafaelu, słyszysz zawichrzenia,

Jakie wyprawia w Raju Szatan zbiegły Z Piekła przez czarną Otchłań; jak udręczał Tej nocy ludzkie stadło, a zamierza Zgubić je, a w niem cały rodzaj ludzki.

Idź zatem dzisiaj, rozmćw się z Adamem Jak z przyjacielem przyjaciel; on teraz W cieniu schroniska, gdzie zwykłe się skrywa Przed żarem słońca w południowej porze,

Aby po trudach dziennych wypoczynkiem I pożywieniem odnowił swe siły.

Wskaż mu w rozmowie jego stan szczęśliwy, Pozostawiony jego wolnej woli;

Która, że wolna, zmianie uledz może;

Przed zabłąkaniem ostrzeż go, zarazem Opowiedz, jakie mu niebezpieczeństwo Grozi od kogo; jaki nieprzyjaciel,

Który niedawno sam odpadł od Nieba,

Knuje upadek innych, w szczęśliwości Pozostających. Czy gwałtem? Nie. To mu Wzbronione, ale oszustwem i kłamstwem,

O tem niech Adam wie, by dobrowolnie Grzesząc, nie składał się niespodziewaniem Fortelu, albo brakiem ostrzeżenia.«

Tak mówił Wieczny Ojciec w całkowitej Sprawiedliwości wymiarze: tej chwili Skrzydlaty Święty, otrzymawszy rozkaz,

Z pośród tysiąca Niebian Pałających,

W których stal gronie, w wielobarwne skrzydła Odziany, mignął pędem błyskawicy,

Leciał przez środek Nieba: na dwie strony Rozstąpiły się wTraz anielskie chóry,

B\ nie tamować empirejskiej drogi.

Do bram niebieskich przybył, te na złotych Zawiasach, dzieło Architekta świata,

Otworzyły się same. Tu już żadna Chmura, ni gwiazda, chociażby najmniejsza,


Nie stała oku na przeszkodzie; widzi Dosyć podobną innym światłym globom Ziemię, i ogród boski, uwieńczony Cedrami, których wierzchołki się wrznoszą Nad wszystkie wzgórza; jak w nocy luneta Galileusza niezbyt pewny obraz Mniemanych krajów księżyca podaje;

•Lub sternik, gdy wśród Cykladów wyróżnia W plamie mgły szarej Delos albo Samos.

Tam w chyżym locie spuszcza się Archanioł Przez eteryczne niezmierne przestrzenie,

Mijając światy i światy, z wiatrami Biegunowemi na skrzydłach się waży,

To znów przychylne prądy żwawym ruchem Przebywa, aż tam, gdzie orły szybują W padłszy, zdziwionym skrzydlakom się wydał Fenixem, który jeden z wszystkich ptaków,

Do Teb egipskich zlata, by pochować W świątyni słońca swoje szczątki. Naraz Osiada Anioł w wschodniej stronie Raju Na skale, i do własnych kształtów wraca.

Skrzydlaty Seraf: sześć skrzydeł osłania Postać niebiańską: jedna para kryła Potężne barki, zachodząc na piersi Zdobne w królewskie godła; średnia para Jak pas gwiaździsty w około kibici Biodra mu złotym puchem lamowała,

I kolorami czerpanemi w niebie Cieniła, trzecia jego stopy obie Zbroją pierzastą barwy lazurowej Od pięt wyrosłą. Tak stał jak syn Mai W baśni głoszony, gdy wstrząsnął piórami Zapach niebiański rozszedł się dokoła.

Zaraz poznały go straże anielskie,

Cześć wielką czynią zarówno godności Jak i missyi, bo się domyślali,

Że pewno przybył z jakiemś poruczeniem. Przeszedłszy mimo ich świetnych namiotów, Skierował kroki do błogosławionych Pól rajskich po przez gaiki mirtowe,

Kassyi, nardu, balsamiczne zioła Wonne pustynie; bo tutaj Przyroda Rozrzutna w pierwszej młodości rozpędzie Puszczała wodze dzikiej fantazyi,

Płodząc bezmierny czar, niepowstrzymana Żadnem prawidłem, sztuką. Idącego Przez gaj żywiczny dostrzegł zdała Adam, Przed swem cienistem schroniskiem siedzący: Bo właśnie słońce stanęło u szczytu I prostopadle palące promienie Rzucało, grzejąc głębsze łono ziemi,

Lecz dla Adama zbytni to był upał.

Wewnątrz schroniska punktualna Ewa Przysposabiała na obiad owoce Wyborne w smaku i pobudzające Prawy apetyt; pragnienie miał gasić Nektar z przeróżnych jagód albo z mleka. Adam się ozwie: »Ewo, co ja widzę!

Od wschodu między drzewami się zbliża Wspaniała postać; jak drugi wschód słońca Zjawia się teraz o samem południu;

Może nam niesie jaki wielki rozkaz Z Nieba, a może zechce zostać naszym Gościem na dzisiaj; spiesznie przynoś wszystko, Co masz w zapasie, aby przyjąć godnie Zwiastuna Niebios: jakże łatwo dawać Możemy naszym dawcom otrzymane Dary z ich ręki; obficie obdarzać Z otrzymanego obficie. Przyroda Wciąż mnoży płody swoje, a gdy zrzuca Ich brzemię, jeszcze płodniejszą się staje,

Nie powinniśmy zatem nic oszczędzać.«

Na to mu Ewa: »Adamie, tyś modłą Świętą z tej ziemi, od Boga natchnioną;

Małe zapasy starczą, tam gdzie zapas Dojrzały w każdej porze do użytku Wisi na drzewie; wyjąwszy nieliczne,

Które gdy uschną smaku nabierają.

Spiesznie więc zerwę owoce z gałęzi,

Obłamię zioła, melony soczyste,

A przytem wybór zrobię tak staranny,

Iż gość nasz Anioł, widząc tę obfitość,

Przyzna, że równie szczodrze Bóg obdarzył Ziemię, jak Niebo.« To rzekłszy pośpiesznie Wybiega, cała przejęta zadaniem Swem gościnności: co wybrać wśród tylu Wytwornych rzeczy, i w jakiej kolei Podawać, by nie zepsuć smaku, ale Z podniecającą apetyt przemianą,

I jak ułożyć ponętnie dla oka?

Krząta się zatem, i z wątłych szypułek Zbiera sowitą dań od wszystkich płodów Wszechrodzicielki Ziemi; z tych, co rosną W Indyach Wschodnich, czy Zachodnich, czy też Na mórz Śródziemnych brzegach, Pontu,

W Alcynousa królestwie: (3) przeróżne Owoce, w szorstkiej lub miękkiej łupinie,

W łusce włochatej, w skórce i skorupie,

Nie oszczędzając ręki, stawia stosy.

Moszcz z winogrona, a z jagód rozlicznych Miody wyciska, nieodurzające,

Z ziarn rozgniecionych ma tłustą śmietankę;

Nie brak też czystych naczyń pod przysmaki.

W końcu różami wonnemi i rożnem Kwieciem, obranem z łodygi i kolców Zaściela ziemię. Tymczasem praojciec Nasz na spotkanie gościa niebiańskiego Idzie, za cały orszak mając tylko Doskonałości swoje, w sobie samym Wszystką dostojność mając, uroczystszą Niż nudna pompa na przyjęcie książąt,

Gdy długi szereg koni prowadzonych W reku, i jeźdźców błyszczących od złota Oślepia tłumy i w zapał je wprawia.

Zbliżył się Adam, choć nie przestraszony,

Ałe z pokorą ukłon złożył niski,

Jako istocie wyższej z przyrodzenia, ^ ^

I rzekł: »Mieszkańcze Niebios! bo prócz Nieba Żaden świat takiej wspaniałej postaci Nie może mieścić; ponieważ, zstępując Od Tronów górnych, raczyłeś na chwilę Opuścić owe szczęsliwe dziedziny,

A te zaszczycić, zechciej z nami dwojgiem Którzy z nadania Najwyższego dzierżym Obszerne owe ziemie, spocząć w cieniu Tego schroniska, a też pokosztować Co najlepszego owocu z ogrodu,

Póki nie przejdzie upał południowy,

A słońce skłoni się w zachodnią stronę.«

Któremu Anioł uprzejmie odpowie »Adamie, taki cel mnie tu prowadzi:

I ty stworzony jesteś w tej przyrodzie,

I miejsce, które zamieszkujesz, takie,

Iż łatwo Anioł może czuć chęć szczerą Do odwiedzenia ciebie; prowadź zatem Do cienistego twojego schroniska;

Aż do wieczora dzisiaj mam czas wolny.« Tak do leśnego przybyli mieszkania, Uśmiechniętego, jak drzewo Pomony,

I okrytego wonnemi kwiatami,

Jedynie Ewa nieokiyta niczem,

Chyba wdziękami właśnemi, piękniejsza Od nimfy leśnej, lub od najpiękniejszej Z trzech owych bogiń, wymyślonych w baśni, Które na górze Ida się spierały,

Stała, by przyjąć gościa niebieskiego.

Nie używała osłony, bo była

Cnotą bez skazy: żadna myśl wątpliwa

Rumieńcem wstydu nie mieniła twarzy.

» Zdrowaś,« powiedział do niej Duch niebiański, Witając słowy, któremi powitał Po wielu wiekach inny poseł Boży Błogosławioną Maryę, Dziewicę,

Powtorną Ewę. »Zdrowaś, matko rodu Ludzkiego, której urodzajne łono Świat liczniejszymi napełni synami,

Niźli te drzewa Boże obciążyły Stół owocami. “ Stół ten był z darniny,

Wokoła krzesła z mchu miękkiego stały,

A na obszernym stole aż po brzegi Nagromadzone leżały bogate Dary Jesieni, bo Wiosna i Jesień Tutaj pląsały pospołu. Czas jakiś Wiedli rozmowę, nie bojąc się, aby Obiadł im ostygł; wreszcie nasz praojciec I ak zaczął: » Gościu niebiański, pokosztuj łych darów, które Opatrzny Karmiciel,

Źródło dobroci doskonałej, kazał Ziemi wydawać nam na pożywienie I na uciechę; może to niesmaczny

Pokarm dla istot duchowych, wiem tylko,

Że jeden Ojciec w Niebie wszystkim daje.«

Na to mu Anioł: »To też czem obdarza -Chwała niech będzie Dawcy nieustanna,— Człowieka, w części istotę duchową.

Może za pokarm służyć czystym duchom.

Bo i te, czysto duchowe istoty,

Muszą mieć pokarm, jak wy, rozumowi,

I one władzą zmysłów obdarzone,

Słyszą i widzą, czują, dotykają,

Jedzą i trawią, przyswrajają sobie

I przemieniają cielesne w duchowe

Bo wiedz, że wszystko, co stworzeniem zwie się

Żywić się musi: żywioły surowsze

Są pożywieniem dla wyższych; tak ziemia

Odżywia morze, a jedna i drugie

Żywią powietrze, które żywi ognie,

Te eteryczne, naprzód z nich najniższy Księżyc; dla tego w pełnej jego twarzy Plamy wyziewów, co nieoczyszczone,

Jeszcze się w jego ciało nie zmieniły.

I księżyc także z swych mokrych obszarów' Wyższego rzędu gwiazdom śle karm lotną; Słońce użycza wszystkim swego światła, Wzajem od wszystkich dostaje w nagrodę Żywność z wyziewów wilgotnych, a kończy, Dzień z oceanu napojem. I w Niebie Ambrozyańskie drzewa życia niosą Owoc, winorośl daje nektar, tak, że Z każdego drzewa gałęzi co rano



fi*

m,

W

śBi

Zbieramy rosę miodową, a w koło Widzimy pola ziarnem pereł kryte.

I tu jednakże Bóg urozmaicił

Swe dary, nowe stwarzając rozkosze,

Mogące równać się z Niebem, i nie myśl,

Bym był w jedzeniu wybredny.« Zasiedli Zatem. Jadł Anioł, lub tak się zdawało,

Że jadł, jak oni. Tymczasem przy stole Gospodaruje Ewa i napełnia Ich kubki słodkim płynem. Niewinności Prawdziwie rajska! Gdyby synów Nieba Można tłómaczyć kiedy, że się w ludzkich Córach kochali, to chyba w tej chwili!

Ale w tych sercach panowała miłość Czysta, nieziemska; nie znały zazdrości,

Która jest piekłem miłości wzgardzonej.

W końcu biesiady naraz Adamowi Przyszła myśl, aby, gdy się tak nadarza, Powziąć wiadomość o rzeczach nadziemskich,

0 tych istotach, co mieszkają w Niebie

1 przewyższają go doskonałością;

Których postaci jasne,—odblask Boży,

Tak przewyższają ludzi swą potęgą.

Wiec do wysłańca Niebios w taki sposob Ostrożną zwraca mowę: »Czuję dobrze,

0 współmieszkańcze Boga, wielkość łaski

1 zaszczyt, jaki czynisz człowiekowi, Schodząc pod jego strzechę i kosztując Owoców Ziemi, pokarm nie Aniołów.

Lecz je przyjąłeś z taką uprzejmością,

— 170 —

—-W.

Jakbyś świąteczną w Niebie miał biesiadę: Chociaż żadnego nie ma porównania.«

Na to mu Anioł skrzydlaty odpowie:

»Adamie, jeden jest Wszechmocny, wszystko Pochodzi z niego i do niego wraca,

Jeśli nie zboczy od dobra ku złemu.

Wszystko stworzone do doskonałości, Wszystkiego jedno tworzywo, co zdolne Różne przybierać kształty, różne stopnie Bytu i życia w dziedzinie żyjących;

Lecz subtelniejsze i bardziej duchowe I czystsze stoją bliżej Jego tronu Lub dążą bliżej, i każde w swej sferze Wypracowywa ducha z ciała w szrankach Według rodzaju proporcyonalnych.

Tak wzrasta lżejsza łodyga z korzenia,

Z niej powietrzniejsze liście, z nich nakoniec Kwiat doskonały tchnie wonią duchową. Kwiaty, owoce ich, pokarm człowieka,

Dążą po stopniach wciąż wyższego życia Do zwierzęcego i umysłowego,

Życie i czucie dają, wyobraźnią I rozumienie; przez nie do rozumu Dusza dochodzi, ten jest jej istotą,

Przez wnioskowanie lub wnętrzne widzenie; Wy używracie częściej wnioskowania A my widzenia; różne są to stopnie Lecz ten sam rodzaj. Niech cię więc nie dziwi, Że tego, co Bóg dla was dobrem uznał,

Nie odmówiłem, lecz jak wy, zużyłem

Na własną istność, może kiedyś ludzie Z aniołmi będą ucztowali, może Anielski pokarm będzie im stosowny,

Nie nazbyt lekki; może przez użycie Jego po pewnym czasie wasze ciała Uduchownione i jak my na skrzydłach Wzniosą się w Niebo; albo do wyboru W ziemskim, w niebieskim mieszkać będą Raju; Jeśli posłuszni będziecie, i całą Niezmienną miłość zachowacie Temu Czyimi dziećmi jesteście. Tymczasem.

Gdy do większego niezdolni, czerpajcie W pełni to szczęście, jakie macie tutaj.« s Duchu przyjazny i gościu łaskawy,«

Odrzecze na to patryarcha rodu Ludzkiego, »jasno nakreśliłeś drogi,

Któremi stąpać mamy w nabywaniu Wiedzy; wskazałeś i stopnie Przyrody Od jej obwodu do ogniska; po nich Przez rozważanie całego stworzenia Mamy wstępować do Boga. Lecz powiedz,

Co znaczy taki dodany warunek:

» »Jeśli będziecie posłuszni««? Czyżbyśmy Nieposłusznymi być mogli? Odmówić Miłości Temu, który nas powołał Z prochu do życia i umieścił tutaj,

Nad wszelką miarę obdarzywszy szczęściem! Jakiegoż człowiek jeszcze pragnąć może I jakie sobie wyobrazić?« Na to Odrzecze Anioł? »Zważ to sobie, Synu

Nieba i Ziemi! Że jesteś szczęśliwy,

Toś winien Bogu; że zawsze nim będziesz, To będziesz winien sobie, posłuszeństwu Swojemu. Tego się trzymaj; przestrogę Masz daną. Bóg cię stworzył doskonałym, Lecz nie niezmiennym; dobrym cię uczynił, Lecz twoja wola wytrwać w tej dobroci; Nadał ci wolę swobodną z natury, Niekierowaną żadnem przeznaczeniem Nieuniknionem, albo koniecznością;

Chce dobrowolnej służby, nie chce z musu: Tejby nie przyjął i nie może przyjąć;

Bo jak niewolne serce złoży dowód,

Że chętnie służy, że chce, gdy zmuszone Jest przeznaczeniem i wyboru nie ma?

I ja i wszystkie zastępy Aniołów,

Przed tronem Boga stojące, szczęśliwość Naszę, zarówno, jak wy, trwałą mamy,

Bo posłuszeństwo nasze trwałe; innej Pewności niema: ochotnie służymy,

Bo miłość nasza ochotna; do woli J Naszej miłować, albo nie miłować;

Na tem oparty nasz byt błogi, na tem Niektórzy padli —przez nieposłuszeństwo:

Z Nieba do Piekieł! Straszliwy upadek:

Z szczytu błogości do głębi niedoli!«

Na to praojciec nasz rzecze: »Słow twoich, Nauczycielu boski, wysłuchałem Z większą uwagą i z większą rozkoszą, Niż gdy z pobliskich wzgorzy nocną porą

Niosło powietrze śpiewy Cherubinów. Wiedziałem wprawdzie, że wolna jest wola I czyny wolne, lecz, że nie przestaniem Kochać naszego Stwórcy, słuchać Tego,

Co nam dał zakaz jedyny, tak słuszny,

Tego myśl moja wraz mi pewność dała I ciągle daje. Ale to, co mówisz

0 Niebie, budzi pewne wątpliwości

W mej duszy; chciałbym słyszeć więcej,

Jeżeli można, zupełną opowieść.

Dziwna być musi, a słuchać jej trzeba W świętem milczeniu. Noc jeszcze daleka, Słońce ubiegło zaledwie pół drogi Swojej codziennej, a drugą połowę Ledwie zaczęło.« Taką prośbę Adam Wniósł, a Rafael, po chwili, przystając,

Zaczął w ten sposób: »Prarodzicu ludzi,

Żądasz odemnie bardzo ważnych rzeczy, Smutnych i trudnych; bo jak opowiedzieć

1 uzmysłowić niewidzialne czyny Walczących Duchów? Jak wspomnieć bez żalu Upadek tylu i tak świetnych niegdyś,

Tak doskonałych, póki trwali? Wreszcie Może nie godzi się tutaj odsłaniać Innego świata tajemnic? —dla dobra Twojego przecież mam to dozwolone;

A co nad miarę ludzkiego pojęcia,

Nakreślę w sposób, byś je mógł zrozumieć Przez porównanie duchowych postaci Z ziemskiemi, bowiem czem jest Ziemia, jeśli

Nie cieniem Nieba? Więcej, niż się zdaje Na Ziemi, sprawy ich sobie podobne.

»Gdy jeszcze świat ten nie został stworzony A Chaos dziki panował, gdzie teraz Toczą się Niebios przestwory, gdzie Ziemia Środkiem się swoim w równowadze trzyma, Pewnego razu (bowiem i w wieczności Czas względem ruchu wszelkie trwałe rzeczy Teraźniejszością, przeszłością, przyszłością Mierzy), jednego z dni wielkiego roku,

Wojsko Aniołów promiennych, skinieniem Pańskiem wezwane, ze wszystkich stron Nieba Niezliczonemi stanęło oddziały.

Pod wodzą książąt w błyszczących szeregach Przed Wszechmocnego Tronem; a nad niemi Dziesięć tysięcy chorągwi, sztandarów,

Proporców w górze płynęło w powietrzu Na odznaczenie straży przedniej, tylnej,

Godności różnych, stopni i urzędów;

Lub też w błyszczących tkaninach dawały Godła, pamiątki święte znakomitych Czynów miłości, szczytów gorliwości.

Tak kiedy stali niezmiernym obwodem,

Koło za kołem, w środku Pan Wszechświata,

Z Synem, siedzącym na łonie błogości, Płomieniejącej górze był podobny, ^

Której szczyt jasność niewidzialnym czyni. ^ _ »Tak rzecze: »»Wszyscy Synowie Światłości Anieli, Trony, Panowania, Księstwa,

Cnoty, Potęgi! Słuchajcie dekretu,

Na wszystkie czasy nieodwołalnego.

Dzisiaj zrodziłem Tego, i ogłaszam Teraz, że moim jest jedynym Synem;

Na tej Go świętej górze namaściłem,

Siadł po prawicy mojej: Głową waszą Naznaczam Jego: a też poprzysiągłem Przez się Samego, że przed nim się skłoni Wszelkie kolano w Niebie, zwąc go Panem.

Pod jego rządem bądźcie zjednoczeni,

Jak jedna dusza, i wiecznie szczęśliwi.

Kto nieposłuszny Jemu, mnie nie słucha,

Ten zrywa związek, i od tejże chwili Z pized obliczności Bożej odrzucony,

Spada w ciemności całkowitej głębię,

Gdzie niema końca kary, ni zbawienia.««

»Rzekł Wszechmogący, zdało się, że wszystkich Uradowały jego słowa, ale Zdało się tylko, lecz inaczej było.

Jako zazwyczaj w uroczyste święta,

I ten dzień przeszedł na śpiewie i tańcu Do koła góry świętej, pląs mistyczny Najpodobniejszy temu, jaki toczą W całym rozpędzie planet}^ z gwiazdami Stałemi: wiry wewnętrzne, zewnętrzne,

.Splątane z sobą, najnieprawidłowsze Na pozór, chociaż w pełni prawidłowe;

A przy tych pląsach symfonia boska Tak czarująca, że samemu Bogu Rozkosz przynosi. Już się wieczór zbliżał (Bo i my mamy wieczory i ranki

Dla przyjemności naszej, nie potrzeby), Żwawo od tańca do miłej biesiady' Przecłiodzą: między wirujące kręgi Stanęły stoły, a na nich obficie Pokarm anielski; nektar rubinowy Z winogron w Niebie wzrosłych wyciśnięty Pienistą falą błyszczał w szczerozłotych, Dyamentowych i perłowych czaszach.

Na kwiatach i kwiatami uwieńczeni,

Jedzą i piją; w Szczytnem zjednoczeniu Poją się szczęściem i nieśmiertelnością;

Od nadużycia bezpieczni zupełnie,

Gdzie pełna miara od nadmiaru broni,

Wobec dobrego Króla, który szczodrze Sypie im dary, ciesząc się ich szczęściem.

Noc ambrozyjska wysnuła obłoki Z wysokiej góry Bożej, gdzie zarówno I cień i światło źródło swoje mają,

Twarz Nieba miłym okryła się zmrokiem (Tam Noc wT zasłonie czarnej nie przychodzi), Różana rosa do snu wszystkich oczy Usposobiła, oprócz Boskich, które Nie zasypiają nigdy. Na równinie Rozległej, większej daleko niż cała Ta ziemska kula, gdyby ją w płaszczyznę Rozwinąć, w wielkim tym dziedzińcu Bożym, Tłumy aniołów w gromadach, szeregach, Stawią swój obóz, jak żyjące rzeki Pośród drzew życia; nagle więc się wznoszą Liczne namioty, anielskie przybytki.

Itaj utracony.

Tam przy powiewie chłodzących zefirów Spali, prócz gromad, co w swojej kolei Dokoła tronu boskiego śpiewali Noc całą hymny cudnie melodyjne.

»Lecz nie spał Szatan, tak obecnie zwany, Gdy pierwsze jego imię starte w Niebie.

On, jeden z pierwszych, chociaż nie najpierwszy, Archanioł wielki potęgą i łaską I stopniem, ale dręczony zawiścią Przeciw Bożemu Synowi—którego W dniu tym uwielbił wielki jego Ojciec

I Messyaszem, Królem namaszczonym Ogłosił—nie mógł znieść tego widoku,

I w dumie swojej czuł się znieważonym.

Knując złośliwe plany, gniewem zdjęty.

Chce b północy mglistej, a przyjaznej Spaniu i ciszy, wraz z legionami Swemi wyruszyć bez oddania hołdu Tronowi, z wzgardą i nieposłuszeństwem W piersi; i budząc najpierwszego swego Podkomendnego, tak doń mówi zcicha:

»»Czy śpisz, kolego drogi? Czyliż może Sen zamknąć twoje powieki, gdy wspomnisz Na tak niesłuszne Wszechmocnego w Niebie Postanowienie wczorajsze? Tyś zwykle Dzielił się ze mną myślami swojemi,

Jak ja mojemi z tobą; gdy w czuwaniu Tak zjednoczeni, czyżby teraz sen twój Miał nas rozdzielić? Nowe prawa, widzisz,

Nam nałożono; od panującego Wydane nowe prawa mogą budzić W nas, którzy służym, nowe myśli,—nowe i Rady i nowe rozważania tego,

Co się wątpliwem wydaje; lecz więcej i W tem miejscu mówić nie można: zbierz wodzow Miryad, które są w naszej komendzie,

Powiedz, że rozkaz jest, abym pośpiesznie,

Wprzód nim Noc ciemna pościąga obłoki,

■ Wraz z tymi, których chorągwie są moje,

I Wyruszył śpiesznym pochodem do kwater Zwyczajnych naszych na Połnocy, aby I Tam przygotować wszystko na przyjęcie I Godne naszego Króla, Messyasza i Wielkiego, jak i wysłuchania jego ' Nowych rozkazów, albowiem zamierza I Tryumfująco wszystkie hierarchie j' Niebieskie przejrzeć i stanowić prawa!««

»Tak rzekł obłudnik i zły wpływ zaszczepił W nieprzezornego towarzysza sercu,

Który bezzwłocznie z osobna zwołuje Każdego z władców, swoich podkomendny ch,

I tak im mówi, jak mu powiedziano, sj Że z Najwyższego rozkazu, nim nocne Osłony z Nieba opadną, chorągiew Hierarchiczna, wielka, podniesiona | Zostanie; powód słyszany powtarza,

Rzucając słówka dwuznaczne, zazdiosne, Nieskazitelność badając, lub plamiąc;

Lecz usłuchali danego sygnału

I przeważnego głosu swego wodza Wszyscy, bo wielkie było jego imię,

Wysoka ranga w Niebie. Jak poranna Gwiazda, wiodąca stada gwiazd, tak jego Wyniosła postać ich skupiła: kłamstwem Powiódł za sobą trzecią część wojsk Nieba. Tymczasem Władca Przedwieczny, widzący Najskrytsze myśli, ze swej świętej góry

I z po za złotych lamp, co nocną porą Przed nim się palą, ujrzał tam, gdzie światło Lamp nie dosięga, bunt wznoszący głowę, Kto go roznieca wśród synów poranku,

I jakie tłumy łączą się, by stawić Opór wyrokom jego, i z uśmiechem Rzecze do Syna swego jedynego:

»»Synu, w którym się cała moja chwiała Odbija w pełni, Dziedzicu mej mocy,

Pilnie potrzebne jest zabezpieczenie Naszej wszechmocy, pomyśl jaką bronią Mamy ocalić nasze stare prawo Boskości, czyli panowania; taki Wróg się podnosi, co tron swój zamierza Stawić na równi naszemu w rozległych Stronach Północy; nie dosyć mu na tem; Chce wypróbować w bitwie naszej mocy, Albo naszego prawa. Trzeba temu Zaradzić, zebrać siły pozostałe,

Użyć ich w naszej obronie, ażeby

Nie stracić nagle tego stam wiska Naszego, naszej świątnicy i góry.««

»Syn na to, z wzrokie m spokojnym i jasnym Lśniącym niezmienną pogo dą boskości,

Rzecze: »»Potężny Ojcze! słusznie w pośmiewisko Obracasz marne twoich nieprzyjaciół Zamysły, śmieszne i czcze ich rozruchy;

One posłużą tylko do mej chwały,

A ich nienawiść mojem uwielbieniem . Będzie, gdy ujrzą potęgę królewską,

Daną mi na to, abym skarcił pychę,

Abym okazał czynem, że potrafię Znieść buntowników.««

»Tak mówił Syn Boży.

Tymczasem Szatan ze swemi Książęty Pędził, pośpiesznie rozwijając skrzydła,

Za nim gromady wojsk nieprzeliczonych,

Jak gwiazdy nocy, lub te drugie gwiazdy Poranku, krople rosy, które słońce Na każdym liściu i na każdym kwiecie W perłę zamienia. Mijali okręgi Potężnych władców na potrojnych tronach, Państwa, do których twe władztwo, Adamie,

Ma się jak ogród ten do całej ziemi

Wraz z morzem, gdyby rozciągnąć na długość

Całą tę kulę. Przybyli nareszcie

Do granic kraju Północy, a Szatan

Do swej królewskiej stolicy, na wzgórzu

Wysokiem, zdała świecącej jak góra

Na górze, zdobnej w piramid)', wieże,

— 181 —

Z dyamentowych bloków i skał złota.

Pałac wielkiego Lucyfera (taką Architektura ta nazwę mieć może,

Na język ludzki wyłożona); wkrótce,

Gdy Czart we wszystkiem udawał równego Bogu, wzór biorąc z owej góry świętej,

Na której w obec Nieba ogłoszony Został Messyasz, on tę swoję nazwał Kongregacyjną górą, gdyż tu zbierał Wszystkich stronników, niby na narad}'’,

Jak godnie przyjąć zapowiedzianego Wielkiego Króla; tak oszczerczą sztuką Zdobywał posłuch pozorami prawdy.

»»Trony, Mocarstwa, Księstwa, Cnoty, Siły!

0 ile takie wspaniałe tytuły

Nie są czczym dźwiękiem teraz, gdy dekretem Boskim kto inny wziął wszelką potęgę

1 zaćmił chwałę nasze nazwą Króla Namaszczonego; z jego to powodu Pochód tak prędki o północnej porze

I to zebranie, mające obmyślić Nowe honory dla nadchodzącego,

Hołdy na klęczkach, nigdy niebywałe, Upokorzenie haniebne! zbyt wielkie Względem jednego, jakże je ponosić Podwójnie, przed nim i przed owym drugim, Którego nazwał swoim wizerunkiem?

A gdyby lepszy nam do głowy pomysł Przyszedł zrzucenia jarzma? Chcecież schylać Pokorne karki, giąć gibkie kolana?

Wiem, że nie chcecie, znam was, i wy sami,

Jeśli pomnicie, że zrodzeni w Niebie Dziećmiście Nieba, którego przed wami Nikt nie posiadał; że chociaż nierówni,

Wszyscyście wolni, wolni jednakowo;

Bo rangi, stopnie, w niczem nie ujmują Wolności, tkwią w niej. Któż wie.c może z prawa I ze słuszności władzę monarchiczną Przywłaszczać sobie nad tymi, co żyją Jak równi jemu z prawa, choć potęgą I blaskiem mniejsi, wolnością jednacy?

Lub czyliż może wTprowadzać ustawy Albo edykta nam, co i bez ustaw Nie błądziliśmy? A tem mniej ustawę,

Która nam króla daje i nakłada Adoracyę z uszczerbkiem tytułów Naszych królewskich: z nich przecie wynika,

Że nam w udziale rządy a nie służba!« «

»Zuchwałej mowy słuchano w milczeniu Aż Abdiel z pośród Serafinów grona,

Do najżarliwszych czcicieli Boskości I najwierniejszych sług jej należący,

Wstał, i gorejąc płomieniami gniewu,

Tak wstrzymał potok wściekłości Szatana:

» »Bluźniercza mowa, fałszywa i pyszna^

Słów takich w Niebie nikt się nie spodziewał Słyszeć, a najmniej z ust twych, niewdzięczniku, Coś tak wysoko wzniesion ponad Książąt.

Czyż możesz mową bezbożną naganiać Boga wielkiego dekret sprawiedliwy,

Kiedy ogłosił i przysięgą stwierdził,

Że przed Jedynym Synem Jego, prawnie Krolewskiem berłem obdarzonym, zginać Kolano będzie wszelka dusza w Niebie,

Jako przed swoim Królem prawowitym? Niesprawiedliwie, powiadasz, krępować Ustawą wolnych, oddawać równemu Rząd nad równymi, stałe panowanie Jednemu z równych nad wszystkimi? Chceszże Bogu dyktować prawa? Spór z nim toczyć? Wolność określać? Z nim, co cie utworzył Takim, jak jesteś, a Potęgi Nieba lak ukształtował i takie granice Im nadał, jakie mu się podobało?

I z doświadczenia znamy, jak jest dobry,

Jaki troskliwy o nas i o nasze Dobro i godność, daleki od myśli Ich uszczuplenia, przychyla się raczej Do podwyższenia stanu szczęśliwości Naszej, gdy jeszcze ściślej nas jednoczy Pod jedną Głową. Choćby nawet przyznać Słuszność twierdzeniu, że krzywda, gdy równy Rządzi równymi królami. Czyż i ty,

C hociaż tak wielki i tak pełen chwały,

Czy nawet cała natura anielska W jedno złączona, może się z Nim równać,

Z Jednorodzonym Synem? Wszak przez Niego, Jako przez swoje Słowo, wszystkie rzeczy Stworzył potężny Ojciec, ciebie także 1 wszystkie duchy Nieba różnych stopni

I blasku - stworzył i uwieńczył chwałą. Zowiąc je: Trony, Panowania, Księstwa, t Cnoty, Potęgi, jako główne siły.

Ni ich zaćmiewa jego królowanie,

Owszem, dodaje blasku, gdy On, Głowa, Tak się zniżając w waszem gronie staje; Jego ustawy są naszemi; wszelki Jemu czyniony zaszczyt na nas spada.

Zatem zaniechaj tego bezbożnego Szaleństwa, i tych nie kuś, lecz najśpieszniej Ojca i Syna zagniewanych błagaj,

Bo przebaczenie możesz jeszcze znaleść,

Jeśli dość wcześnie będziesz o nie prosił.««

»Tak mówił Anioł żarliwy, nikt jednak Nie poparł jego słów, które się zdały Nieobmyślane, dziwne, nierozważne. Ucieszył się więc odstępca, i rzecze Jeszcze wynioślej: »»Jesteśmy stworzeni, Powiadasz, dziełem drugiej ręki, które Ojciec powierzył Synowi! Twierdzenie To osobliwe a nowe. Skąd źródło Takiej teorji chcielibyśmy wiedzieć.-"

Kto widział owo tworzenie? Czy pomnisz Swoje stworzenie, gdy cię lwórca życiem Nadał? Czasu nie znamy, w którymbyśmy Insi niż teraz byli, i nikogo.

Coby przed nami istniał: spłodziliśmy Siebie i własną wznieśliśmy się siłą Ożywiającą, gdy bieg losu zamknął Swój okres i nas, eterycznych synów

Jak płód dojrzały Niebo wyłoniło.

Potęgę sami z siebie posiadamy;

Największych przewag nas własna prawica Nauczy, kiedy próby przekonają,

Kto naszym równym; a wtedy zobaczysz,

Czy z suplikami stanąć zamierzamy?

Czy Tron Wszechmocny otoczym błaganiem, Czy oblężeniem? Takie wiadomości Namaszczonemu poniesiesz Królowi;

A śpiesz, nim zguba nie przetnie ci drogi.««

»Rzekł, i jak szumy morza wzburzonego, Pomruk chrapliwy przywtórzył uznaniem Z nieprzeliczonych szeregów; lecz Seraf, Chociaż sam jeden, chociaż otoczony Nieprzyjaciółmi, śmiało odpowiada:

»»Odstępco Boga i wszelkiego dobra, Duchu przeklęty! A więc twój upadek Spełnia się, i twe roty nieszczęśliwe Do zdradzieckiego czynu zaciągnięte,

Już zarażone twą zbrodnią i karą!

Nie troszcz się odtąd, jak otrząsnąć jarzmo Boskiego Syna, Messyasza; odtąd Nie będzie spływać na cię dobrotliwe To prawo; inne wydano na ciebie Wyroki, nigdy nie cofnione; berło Złote, któregoś nie chciał znosić, teraz Staje się drągiem żelaznym, łamiącym I w pył kruszącym twe nieposłuszeństwo. Wprawdzie ostrzegłeś mnie, abym uciekał, Ale nie dla tej rady, czy też groźby,

Uciekam od tych namiotów bezbożnych,

Na zatracenie skazanych, bo może Pomsta straszliwa, wisząca nad niemi,

Nagłym buchając płomieniem nie zrobi Żadnych wyjątków. Niebawem uczujesz Grom jego na swej głowie, ognia żary;

Wtedy biadając poznasz, że kto stworzył,

Ten i zniweczyć może.«« Tak rzekł Seraf Abdiel, wierny pośród wiarołomnych,

Jeden wśród tłumów zdradzieckich niezmienny, Nieporuszony i nieprzestraszony^/

Nie dał się uwieść, miłość swą zachował,

I swą gorliwość; ni liczba ni przykład Nie potrafiły go odwieść od prawdy,

Ani umysłu stałego poruszyć,

Choć był sam jeden. Z pośród ciżby wrogów Odchodził znosząc śmiało i z godnością Szyderstwa, ani gwałtu się nie bojąc.

Z wzajemną wzgardą zawrócił od wieżyc

(3) Alcynousa królestwo—wyspa Korcyra, dzisiejsza Korfu, Homer w Odyssei, wielbi wspaniałe ogrody tej wyspy.

PIEŚŃ VI.

»Nieustraszouy Anioł, nieścigany,

Noc całą dążył przez rozległe Nieba,

Nareszcie ranek, zbudzony przez lotne Godziny, ręką różaną otworzył Wierzeje światła. Jest u góry Bożej Pieczara, blisko Jego Tronu, w której Światło i ciemność w ciągłym są obrocie: Kolejno wchodzą, znikają, krążeniem Tem pożądaną czyniąc w Niebie zmianę Nakształt dnia z nocą: gdy światło wypływa, To przez drzwi drugie wchodzi ciemność cicha I czeka chwili osłonięcia Nieba;

Ciemność ta raczej zmierzchem tu się zowie. Teraz poranek nadszedł taki jasny,

Jak na wyżynach Nieba tylko bywa,

Cały przybrany w złoto empirejskie;

Jego promieńmi przeszyta noc znikła,

A na równinie błyszczące szwadrony W szyku bojowym, broń promieniejąca,

Wozy wojenne, ogniste rumaki I blask za blaskiem w odbiciach bez końca Naraz olśniły oczy Abdiela.

Pojął, że wojna —wojna wT gotowości;

I że wiadoma już nowina, z którą Pośpieszał; zatem w hufce bratnie Wkroczył wesoło, przyjęty radośnym Hucznym okrzykiem, że powrócił jeden,

Z tylu miryad upadłych on jeden Nieutracony! Głośno wysławiając Do świętej góry wiedli go, stawili Przed Najwyższego Tronem, tam z złocistej Chmury usłyszał taki głos łagodny:

»»Dobrześ postąpił, sługo Boży, chlubnie Stoczyłeś lepszą walkę, sam naprzeciw Wzburzonych tłumów śmiało broniąc prawdy, Silniejszy w słowach, niż oni w orężu.

A za świadectwo prawdzie ponosiłeś Wszystkich obelgi, daleko przykrzejsze Niż rany. Całem twem staraniem było W obliczu Boga przenieść twardą próbę,

Choć takie tłumy przewrotnym cię zwały.

Teraz łatwiejszy bój ci pozostaje:

Wespół z tem wojskiem, tchnącem jednym duchem Wrócisz do wrogów z tym większym zaszczytem, Im z większem od nich szedłeś poniżeniem; Poskromisz siłą tych, którzy nie chcieli Rozumu uznać za swoję ustawę: —

Ani rozumu prostego przepisów Uznać nie chcieli, ani Messyasza

Za Króla, który z prawa swych przymiotów Króluje. Idź więc, Michale, zastępów Niebieskich wodzu, i ty, Gabryelu,

Dzielnością jemu najbliższy; prowadźcie Do boju synów mych niezwyciężonych, Świętych pod bronią tysiące, miliony,

W szeregach, równych liczbą buntownikom Zuchwałym. Śmiało napadnijcie,

Ogniem i bronią walczcie i ścigajcie Do krańców Nieba; odpędźcie od Boga I od błogości, aż do miejsca kary,

W przepaść Tartaru, w płomienie chaosu Zgotowanego do ich pochłonięcia.««

»Głos Najwyższego ucichł i wnet chmury Ściemniały w koło wzgórza, dym zatoczył Czarniawe kłęby z ogniem przemieszane;

Znak to był gniewu bliskiego wybuchu; Niemniejszym strachem przejęły trąb dźwięki Rozgłośne, z wyższych sfer Nieba płynące.

Na tę komendę, wojska zgromadzone W obronie Niebios w potężny czworobok Szyk sformowały; złączone jednością Niepokonaną, ruszyły wT milczeniu Ich legiony przy dźwięku muzyki Instrumentalnej, pełnej harmonii,

Budzącej zapał do dzieł bohaterskich.

Przez wodzów bogom podobnych wiedzione,

Za sprawę Boga i za Messyasza

Jego ruszają w niezłomnych szeregach.

Ni spotykane wzgórza, ni doliny

Wąskie, ni lasy, ni rzeki nie łamią Doskonałego szyku, bo ten pochód Wysoko ponad gruntem się odbywał,

A kroków szybkich uległe powietrze Nie tamowało. Jak kiedy ród ptaków Cały, na skrzydłach, szeregami mknący, Wezwany przybył ponad Eden, aby Otrzymał nazwy z ust twoich, tak oni Przez okolice szli mnogie i kraje Dziesięciokrotnie dłuższe od powierzchni Ziemi. Nakoniec, daleko na północ,

Tam gdzie widnokrąg się skłania, ujrzeli Długim ciągnące się pasem obszary Ogniste, jakby wojskowe kolumny;

Bliżej widziane jeżyły się one,

Jak promieniami, nieprzeliczonemi Lancami; niżej ciżba hełmów,

I różne tarcze, chełpliwemi godły Pomalowane: to nagromadzone Wojska Szatana śpieszyły pochodem Szalonym, sądząc, że jeszcze dnia tego Rozprawą, albo podejściem zdobędą Wyżynę Boga, i na jego tronie 1 Osadzą tego, który mu zazdrości,

Pysznego Ducha, lecz się przekonali Już na pół drogi, że próżne i głupie Były ich myśli. Dziwnem nam się zdało Z początku, wojnę toczyć Aniołowi Z Aniołem, w srogiej z nim walce potykać, Cośmy zwyczajni byli raczej wspólnie

Obchodzić święta miłości, wesela,

Zgodnie, jak dzieci wielkiego Rodzica,

Śpiewając hymny na cześć jego; nagle Rozległ się okrzyk wojenny i wrzawa Bitwy stłumiła czucia łagodniejsze.

»W środku swych hufców, wysoko wzniesiony, W rydwanie słońca blask naśladującym Siedział Odstępca, jak Bóg, majestatu Boskiego pozór, w koło płomieniste Stały Cheruby, dzierżąc tarcze złote.

Wysiadł ze swego wspaniałego tronu,

Bo tylko wąski przedział dzielił szyki Nieprzyjacielskie,—straszliwy to przedział —

W którym naprzeciw stanęły linie Okropnie długie. Nim się rozpoczęło Starcie, w szeregach najbardziej zbliżonych.

Gdzie przednie straże, jak chmury się kłębią, Odstępca pobiegł tam dumnemi kroki,

Podobny wieży, strojny w dyamenty I złoto. Tego widoku znieść nie mógł Abdiel, co stał między potężnymi Wojownikami, wielkich czynów żądny,

I w dzielnem sercu tak sobie rozważał:

»»0 Nieba, mogłoż takie podobieństwo Do Najwyższego pozostać, gdy znikły Wiara i prawda? Dlaczegóż potęga I siła trwa tam, gdzie cnota upadła?

Może też słabszym okaże się pyszny.

Chociaż ma pozór niezwyciężonego.

Ufając w pomoc Najwyższego Pana

Zmierzę się z owym, którego zepsucie I fałsz umysłu niedawno poznałem;

Słusznie też, by ten, kto w ustnej rozprawie Dowiedzie prawdy, poparł ją orężem,

I odniosł w obu rozprawach zwycięstwo.

Dzika to wprawdzie i haniebna taka Walka rozumu z siłą, lecz tem większy Nakaz rozumu, by rozum zwyciężył.««

«Tak ważąc w myśli, i od uzbrojonych Swych towarzyszów naprzód krocząc, spotkał W poł drogi swego zawziętego wroga;

Tą gotowością bardziej zapalony,

Takie mu, pewny siebie, śle wyzwanie:

»»Zuchwalcze! Ciebież spotykam? Sądziłeś, Że bez oporu dotrzesz swego celu,

I niestrzeżony tron Boski napadniesz;

Że go opuszczą wszyscy przerażeni Twoją potęgą ręki, lub języka.

Tak więc, szaleńcze, nie przyszło ci na myśl,

Że próżno walczyć przeciw Wszechmocnemu,

Co z najdrobniejszej rzeczy każdej chwili Może bez końca wyprowadzać wojska Ku poskromieniu zamysłów szalonych;

Albo też własną ręką, która wszędzie Dosięgnie, mógłby jednem uderzeniem Twój byt zakończyć, twoje legiony Powalić. Ale, jak widzisz, nie wszyscy Idą twym torem: dużo wiernych Bogu,

Dużo miłuje Go, choć nie widziałeś Ich liczby wtedy, kiedy ja sam jeden

Raj utracony.

— 193 —

13

W twoim fałszywym świecie stałem wierny. Patrz, jednej myśli ze mną te szeregi;

Choć późno, dowiedz się, że czasem Niewielu prawdę zna, błądzą tysiące.««

»Wzgardliwie patrząc, Arcynieprzyjaciel Tak mu odpowie: »»Na twoje nieszczęście, Lecz w pożądanej dla mnie zemsty porze, Wracasz z ucieczki, Duchu buntowniczy, Któregom szukał, aby mu wymierzyć Tak zasłużoną nagrodę, cios pierwszy Z tej tu prawicy, za to, że językiem Pełnym sprzeczności śmiałeś się opierać Sam jeden trzeciej części bogów, którzy Postanowili stwierdzić boskość swoję.

Gdy bowiem czują siłę boską w sobie,

Nie mogą przyznać nikomu wszechmocy. Lecz dobrze, że wprzód niż twoi wspólnicy Przychodzisz z myślą zdobycia piór kilku Na mnie, i 2 tego powodzenia wróżyć

0 zgubie reszty; abyś się nie chlubił Mojem milczeniem, skorzystam z tej chwili,

1 dam odpowiedź. Myślałem z początku Że dla niebiańskich dusz wolność i Niebo Jest jedną sprawą, ale teraz widzę

Że jest najwięcej leniwych, co wolą Służbę swrą pełnić w festynach i pieśniach, Jak niewolnicy; takich uzbroiłeś Rybałtów Nieba—aby służalczością Wolność porażać, jak to porównanie Czynów obydwóch stron dzisiaj okaże.« «

— 194 —

»Krótko mu na to i ostro odpowie Abdiel: »»Błądzisz ciągle, Apostato,

I końca twego błądzenia nie będzie, i Gdyś zeszedł z drogi prawdy, gdy niesłusznie I Piętnujesz nazwą niewoli służenie,

A służyć każe i Bóg i natura;

Bóg i natura równie zalecają Aby panował ten, kto najgodniejszy,

Kto przymiotami przewyższa rządzonych.

Niewola to jest służba u głupiego,

Lub u takiego, co wzniósł hasło buntu Przeciwko temu, kto godniejszy władzy;

Posłuszni tobie są w takiej niewoli,

I ty nie jesteś wolny, boś poddany Samego siebie, i jeszcze wszetecznie Śmiesz lżyć nas za to, że służymy Bogu!

Rządź w swem królestwie—w Piekle; niech ja służę W Niebie u Boga błogosławionego Wiecznie, niech spełniam jego święte prawa,

Jak najgodniejsże posłuchu. Tymczasem Kajdan oczekuj w Piekle, nie królestwa.

Teraz, gdym wrócił, jak rzekłeś, z ucieczki,

To powitanie przyjm na czub bezbożny.««

»Tak mówiąc, tęgi cios, nagły jak piorun, Spuszcza na pyszną głowę Apostaty,

Taki, iż ani wzrok, ani myśl szybka,

Ani go tarcza nie mogła uprzedzić.

O dziesięć wielkich kroków się zatoczył Czart, przy dziesiątym przyklęknął, oparty Na swoim wielkim oszczepie; jak gdyby

Na ziemi wichry, albo wody, drogą Torując sobie, górę pchnęły z miejsca,

Tak, iż z sosnami swemi wpół zapadła.

Przestrach ogarnął Książąt zbuntowanych,

1 jeszcze większa wściekłość, gdy ujrzeli Ciężki upadek najpotężniejszego Z ich grona; nasi okrzyki radości Wydali, widząc w tem wróżbę zwycięstwTa,

Pałając żądzą spotkania; więc Michał Kazał uderzyć w trąbę archanielską:

Huknęły dźwięki przez Nieba przestrzenie,

W szeregach wiernych rozbrzmiał śpiew Hosanna Lecz i przeciwne wTojska nie czekały Bezczynnie: nagle zwarcie nastąpiło Okropne; wściekła podniosła się wrzawa,

Jakiej aż dotąd Nieba nie słyszały.

Oręż o zbroję szczęk wydaje ostry,

Wozów miedzianych z szalonym rozpędem Toczą się koła; zgiełk walki, złowrogi Świst strzał płomiennych, rojami lecących Nad głową, jakby sklepienie ogniste Ponad wojskami. Pod taką pokrywą Żarzącą, obie niezmierne armie Z zaciętym gniewem runęły na siebie,

Niosąc zagubę; odbił się po Niebie Odgłos natarcia tego: gdyby Ziemia Natenczas była, wstrząsłaby się cała Do środka. Nie dziwT, kiedy miliony Aniołów, strasznym zapalonych gniewem, Walczyły z sobą, a najmniej znaczący

Z ich liczby łatwo żywiołami temi Mógł władać i ich siłą się uzbroić,

0 ileż większą potęgą władały Te niezliczone dwie armie wrogie,

By walkę strasznym otoczyć pożarem,

1 swą szczęśliwą siedzibę rodzinną Zaburzyć, kiedy nie mogli zniweczyć,

Gdyby Wszechmocny, wiecznie królujący,

Ze swego tronu mocnego na Niebie

Nie ograniczył ich mocy i władzy;

Choć liczni byli, tak, że hufiec każdy Mógł się wydawać armią potężną,

A każda zbrojna ręka legionem;

Prosty bojownik, wiedziony do walki Zdawał się każdy doświadczonym wodzem! Kiedy iść, — naprzód wiedział, kiedy stanąć, Kiedy odmienić stanowisko w bitwie,

Kiedy rozsunąć szeregi walczących,

Kiedy je zemknąć. Nikomu do głowy Nie przyszła chętka ucieczki, cofania;

Żaden czyn płochy nie świadczył o strachu; Każdy na siebie tylko liczył, jakby Zwycięstwo tylko od siły ramienia I męstwa jego jednego zawisło.

Spełnionych przewag sławy wiekopomnej Trudno wyliczyć, bo szeroką przestrzeń Obejmowała bitwa, w rożny sposób Toczona: czasem stojących na gruncie,

A czasem w górze, na potężnych skrzydłach, Rozbijających powietrze dokoła,

Które walczącym ogniem się wydało.

Bez rozstrzygnięcia długo walka trwała,

Nakoniec Szatan, co dnia tego siłę Dziwną okazał, i w robieniu bronią Równego sobie nie napotkał jeszcze,

Torując sobie drogę przez tłum zbity Serafów, szturmem idących do boju,

Ujrzał Michała Archanioła, który Gdzie mieczem zmierzył, tam całe szeregi Padały: głownia, oburącz wznoszona I opuszczana z rozmachem potężnym,

Siała zniszczenie. By temu zapobiedz Pośpiesza Szatan z swą tarczą skalistą, a Dziesięciokrotnym dyamentem krytą,

Ogromny obwód. Widząc jego bliskość Michał Archanioł, wstrzymał trud wojenny,

Rad i nadzieję mając, że zakończy Wojnę domową w Niebie, gdy głównego Nieprzyjaciela na miejscu pokona I pojmanego w łańcuchach powiedzie;

Z wzrokiem surowym, z twarzą pałającą Gniewem, takiemi przemawia słowami:

»»Twórco Zła, dotąd nieznanego w Niebie, Niemającego nazwy przed twym buntem,

Teraz, jak widzisz, obficie się jawi Wobmierzłych dziełach wojny, wstrętnej wszystkim, Ale najcięższej, według słusznej miary, lobie i twoim tłumom.—Jakżeś zmącił Błogosławiony pokój Nieba, jak@&

W łono Natury wprowadziłeś nędzę,

Nieznaną przed twym buntem, niestworzoną! Talcżeś zaszczepił złość swoję tysiącom Niegdyś uczciwym i wiernym, a teraz Popadłym w kłamstwo! Lecz nie myśl, że zdołasz Zburzyć tu święty spokój: oto Niebo Ze wszystkich swoich granic cię wyrzuca, Siedlisko szczęścia nie znosi dzieł gwałtu I wojny. Precz stąd! I niech idzie z tobą Twój pomiot, Złe, do miejsca Zła, do Piekła.

Ty i twa niecna horda, tam knujcie powstania, Dopóki ten miecz mściciel nie nakreśli Twego wyroku, lub póki nie spadnie Zemsta od Boga i zwiększy twą karę.««

»Tak mówił Książę Aniołów, któremu Szatan odrzecze: »»Nie myśl, iż czczem słowem Gróźb, na powietrze rzucanych, zastraszysz,

Kiedy czynami nie możesz. Czyś zmusił Uciekać kogo z tych najmniejszych moich,

Co choć padają, niebawem powstają Niezwyciężeni? Czy myślisz, że ze mną Łatwiej traktować, i z góry groźbami Wypędzić? Nie myśl, że w ten sposób może Skończyć się bitwa, którą ty nazywasz Złem, my zaś bitwą sławy, którą wygrać Mamy nadzieję, lub Niebo zamienić W Piekło, o którem prawisz baśni; zresztą Tu chcemy mieszkać, jeśli nie panować. Tymczasem, choćbyś zebrał wszystkie siły Twoje, i wezwał do pomocy tego,

Którego zowiesz Wszechmocnym, nie myślę

Uciekać; wszak cię szukałem daleko I blisko!«« Zmilkli, zaczynając walkę Niewysłowioną, bo któż, choć ustami Anioła, może opowiedzieć, albo Do jakich rzeczy na ziemi porównać,

Albo jak podnieść ludzką wyobraźnię Do wysokości takiej, równej bogom Potęgi? Bo też podobni do bogów Zdali się, czy to stojąc, czy też idąc,

W postawie, ruchu, w świetnym blasku broni, Mając rozstrzygać, kto w Niebios przestworach Panować będzie. Wznieśli broń ognistą,

Kreśląc w powietrzu okropne obwoch^;

Tarcze naprzeciw siebie dwie bfyszczały Jak wielkie słońca dwa, a w koło wszyscy,

W oczekiwaniu drżąc, stali; z stron obu Wnet wycofały się ze zgiełku pułki,

Szerokie, puste zostawiając pole,

Bo niebezpiecznie było stać za blisko Takiego, jak to wstrząśnienia. Jeżeli Można objaśniać wielką rzecz przez małą, Gdyby zerwała się zgoda w Naturze,

Wojnę wydały sobie gwiazdozbiory,

I dwie planety, złością pałające,

Pędziły przeciw sobie, by wśród nieba Bój stoczyć, zmieszać trzaskające koła:

Taki ta walka widok przedstawiała.

Groźne ramiona wznieśli jednocześnie Obadwa, pragnąc jednem uderzeniem Cel swoj osiągnąć, i nie potrzebować

Powtarzać ciosu niedostatecznego.

Równie wydali się silni i żwawi,

Ale Michała miecz z zbrojowni Boga Zahartowany był tak, że nie było Nic tak ostrego i nic tak twrardego,

Coby cios jego wytrzymać zdołało.

Spadając z góry, spotkał miecz Szatana,

I przeciął go na poły; wraz odmachem Drugim bok prawy rozpłatał mu ciężko. Pierwszy raz Szatan poznał, co ból znaczy;

Wił się i tarzał, tak bolesną ranę,

Na wskroś otwartą, zadał mu miecz ostry.

Lecz eteryczny pierwiastek nie znosi Długich rozerwań, zamknął ją, a z blizny Ciecz wypłynęła subtelna, krew Duchów, Plamiąc tak jasną dotąd jego zbroję. Natychmiast ze wszech stron z pomocą biegli Liczni i silni anieli, z nich jedni W jego obronie, inni go ponieśli Na tarczach po za linię bojową I do rydwanu własnego złożyli.

Tam strachem, wstydem i żalem przejęty, Zgrzytał zębami, że nie był jak sądził, Niepokonanym, i że jego duma Upokorzona srodze takim ciosem,

Gdy mniemał, że moc jego równa Boskiej.

Ale wyzdrowiał prędko, bowiem duchy, Żywotną siłą żyjąc w każdym członku,

(Nie tak, jak słaby człowiek, we wnętrznościach, Sercu lub głowie, wątrobie lub nerkach),

ńjd.

w

/' A, i 'j

Nie umierają,—tylko znicestwienie Może je życia pozbawić: ich tkanki Płynne nie mogą otrzymać śmiertelnej Rany, zarówno jak ranić nie można Powietrza: cali są sercem i głową,

Okiem i uchem, rozumem, uczuciem,

I zmysłem; mogą według woli zmienić Barwę, kształt, wielkość swoich członków, albo, Gdy się podoba, gęstnąć, lub też rzednąć.

»Ale i w innych stronach placu boju Działy się godne pamięci przewagi:

Tam wwiódł Gabryel swoje nieprzeparte Chorągwie w środek głębokiej kolumny Molocha, króla złego, co go wyzwał Na rękę, grożąc, że przywiązanego Do kół swojego wozu go powlecze.

Dotknął też swoim bluźnierczym językiem I Najświętszego Pana Niebios Imię;

Wkrótce przecięty z góry aż do pasa,

Z bronią strzaskaną, znosząc ból okrutny, Rycząc uciekał. Na dwóch skrzydłach wojska Rafael z jednej, a ze strony drugiej Uryel pobił chełpliwych olbrzymów,

W dyamentowe skały uzbrojonych, Adramelecha i Asmodeusza,

Króle potężne, co godności boskiej Żądali, lecz się wkrótce nauczyli Skromnie o sobie myśleć, uciekając Pokaleczeni okropnie, pomimo Pancerzy, kolczug. Nie stał też bezczynnie

Abdiel, karat bezbożne zagony Ciężkiemi ciosy: zgromił Aryela I Aryocha, i obu obalił.

Ogniem poskromił butność Ramiela. Mógłbym tysiączne przewagi przytoczyć I tu na ziemi uwiecznić ich dzieje,

Ale wybrani Anieli swą sławą Zadawalają się w Niebie, i ludzkich Pochwał nie pragną; ci znów z drugiej strony, Choć dziwnie byli i silni i dzielni,

Chociaż pragnęli chluby, gdy wyrokiem Są wykreśleni z Niebios i z pamięci Świętej, niech znikną w nocy zapomnienia. Siła w rozwodzie z prawdą i słusznością Godna nie chwały ale potępienia I hańby; sławę chce czczą chełpliwością Zdobywać, szuka czci przez bezeceństwo, Niech więc milczenie wieczne ją pochłonie.

»Gdy poskromiono tak najpotężniejszych I w kilku szturmach rozbito szeregi,

Bitwa zwolniała; wkradł się nieporządek,

W niesfornych kupach uchodzili zdrajcy, Pozostawiając pole pełne zbroi Strzaskanych, a na stosach stosy Poprzewracanych wozów z woźnicami I spienionemi końmi ognistemi.

Co jeszcze mogło trzymać się na nogach Sżło wyczerpane za wojskiem Szatana Osłabłem, ledwie mogącem się bronić;

Lub bladym strachem zdjęci (po raz pierwszy

Wtedy poznali, co strach i ból znaczy)

Zbiegli haniebnie—do tak złego stanu Ich doprowadził grzech nieposłuszeństwa:

Strach, ból, ucieczka aż dotąd nie miały Władzy nad nimi. O, jakże inaczej Święte zastępy szły w gęstych sześciennych Falangach, w zbrojach niedopuszczających Rany! Tak wielką przewagę niewinność Im nadawała nad nieprzyjaciółmi;

Jako bezgrzeszni i posłuszni Bogu Nieutrudzenie stali w ciężkim boju,

Od ran i bólów zupełnie bezpieczni:

Tylko zepchnięci mogli być z miejsc swoich.

»Noc rozpoczęła bieg swój, i nad Niebem Nawodząc cienie, błogi nałożyła Rozejm i ciszę po ohydnej wrzawie Wojennej: pod jej obłoczne pokrycie Odszedł zwycięzca, odszedł zwyciężony;

Tylko pozostał na pobojowisku Michał ze swoich Aniołów orszakiem;

Rozstawia warty dokoła Cherubów, Powiewających płomieniami. Z strony Przeciwnej Szatan z buntowniczą zgrają Umknął daleko w ciemność, niepokojem Dręczony, zebrał w nocy na naradę Swych Potentatów, i wśród nich stanąwszy,

Nie rozpaczając taką miał przemowę:

»»Wypróbowani w tem niebezpieczeństwie, I doświadczywszy, że niezwyciężeni Jesteście w boju, drodzy towarzysze,

Nietylko godni wolności, to mało:

Dla nas zaszczytów trzeba, chluby, sławy, Gdyśmy wytrwali jeden dzień w tej bitwie Nierozstrzygniętej (a jeśli dzień jeden,

Czyżby nie można i przez wieczność całą?). Pan Niebios zesłał całą swą potęgę Na nas, i sądził, że jest dostateczną,

By nas do swojej woli upokorzył:

Tak się nie stało, więc nadal możemy Sądzić, że błędom podlega, choć dotąd Mniemano o nim, że wszystkowiedzący. Niedostatecznie wprawdzie uzbrojeni,

Strat ponieśliśmy dużo, ból cierpieli,

Nieznany dotąd, poznany dopiero Po zapadnięciu na nas potępienia.

Teraz, gdy wiemy, że te nasze kształty Niebiańskie, ciosom śmierci nieuległe,

Nie mogą ginąć, choć od ran dziurawe, Prędko się goją siłą przyrodzoną:

Ból złem niewielkiem, a lekarstwo łatwe.

W przyszłem spotkaniu może bron silniejsza Albo gwałtowniej działająca, lepiej Nam służyć będzie, a gorszą dla wrogów Tak, że wyrówna naszę niższość, której W naturze nie ma. Jeśli może skryte Przyczyny dają im przewagę, łatwo To wskaże ścisłe śledztwo i narada,

Byleśmy tylko zachować umieli

Umysł niezłomny, sąd o rzeczach trzeźwy.««

»Siadł, po nim zaraz powstał w zgromadzeniu Nisroch, największy między książętami,

Wyglądał, jakby tylko wrócił z boju,

Znękany bólem, z ramionami ciężko Posiekanemi, chmurno spoglądając,

I odpowiedział: »»Oswobodzicielu Od nowych panów, ty, co nas prowadzisz Do należnego praw boskich użytku,

Praw naszych; chociaż bogami jesteśmy,

Ciężko nierówną walczyć bronią, cierpieć,

Kiedy przeciwnik nie doznaje bólu.

Stąd zguba: bowiem co wskóra odwaga Lub siła, choćby nie mająca równych,

Kiedy ją zgnębi ból, któremu wszystko Ulegać musi? I najmocniejszemu Muszą opadać ręce. Możebyśmy Mogli się wyrzec uczucia rozkoszy,

Nawet nie czując po niem żalu, żyjąc Zadowroleni, co pewno jest życiem Najspokojniejszem; ale ból jest nędzą Zupełną, jest złem najgorszem; nadmierny Wszelką cierpliwość wyczerpywać może.

Ktoby wymyślił zatem oręż taki,

Którym by można ranić wroga, dotąd Nietykalnego, albo taki, coby Nas od ran bronił, temu będziem dłużni Wdzięczność niemniejszą, jak za wybawienie.««

»Na to mu Szatan spokojnie odpowie:

» »Wynalezione to, co słusznie sądzisz,

Że ma zapewnić nasze powodzenie.

Oto jest. Kto z nas, patrząc na tę jasną Powierzchnię gruntu, na którym stoimy,

Ten eteryczny ląd przestronnych Niebios, Zdobny w rośliny, owoce i kwiaty Ambrozyańskie, złoto i kamienie Drogie—chociażby spoglądał pobieżnie — Nie zwróci myśli, że tych wszystkich rzeczy Rosną pod ziemią głęboko surowe Materyały, duchowe, ogniste;

Aż tknięte Niebios ożywczym promieniem Ukształtowane przezeń, pędzą w górę,

Tak piękne w świetle, które je otacza? Głębia dostarczy nam owych pierwiastków Z ciemności łona, zapłodnionych ogniem Piekielnym, te gdy włożym w rurę Długą, okrągłą, i przybijem mocno, Dotknięte ogniem od drugiego końca, Rozpościerając się gwałtownie, z trzaskiem Gromu wyrzucą na nieprzyjaciela Zgubne pociski, te porozrywają Na sztuki wszystko, co spotkają w drodze. Zlękną się tamci, żeśmy rozbroili Im Gromowładcę ze strasznych strzał jego. Praca niedługa, nim zorza poranna Zabłyśnie, skutek odpowie życzeniu.

Ufajcie zatem i zbądźcie się strachu,

Gdy moc i rozum ściśle się zespolą,

Niema trudności, a tym mniej powodu Do rozpaczania.«« Skończył, słowa jego Dodały ducha pognębionym tłumom

I ożywiły je nową nadzieją.

A wjmalazelt uwielbiali wszyscy;

Każdy się dziwił, że sam nie wynalazł Tak łatwej rzeczy, choć gdyby nie była Wynaleziona, wszystkimbjr się zdała Najniemożliwszą. Może kto z plemienia Twego w dniach przyszłych, jeśli zbyt obficie Złość się rozpleni, w niegodziwym celu,

Albo natchniony radą dyabelską,

Wynajdzie przyrząd podobny do tego Ku udręczeniu grzesznych synów człeka, Skłonnych do wojny i rzezi wzajemnej.

»Z obrad do czynu wnet się obrócili. Były gotowe niezliczone ręce,

Które rozwarły do głębi grunt Nieba I tam znalazły zarody natury W ich pierwiastkowem poczęciu: siarczaną I saletrzaną massę; tę zmieszawszy I podegrzawszy, umiejętnie starłszy,

Czarne ziarenka otrzymali, temi Swe napełnili składy. Inni znowu Żyły ukryte kruszcowe kopali (Takie wnętrzności ziemia też posiada);

Inni broń palną lali i pociski,

Posłańce zguby; inni gromadzili Trzcinę na lonty, łatwo chwytające I przenoszące ogień. Tak, noc mając Za świadka, wprzód nim zabłysła jutrzenka, Tajemną swToję skończyli robotę,

Oględnie, cicho, niepodpatrywani.

Gdy świeży ranek zawitał na wschodzie, Zbudził zastępy zwycięskie Aniołów;

Na głos pobudki stanęli pod bronią W złocistych zbrojach; wnet się sformowały Świetlane szyki; niektórzy na wzgórkach,

Już rannem słońcem rozwidnionych, w koło Badawczem okiem się rozpatrywali,

Lub w lekkiej zbroi biegli w różne strony,

Aby wyśledzić w jakiej odległości Jest nieprzyjaciel, czy ucieka, czyli Zamierza bić się, czy w marszu, czy stoi? Wkrótce ujrzeli go blisko; powoli,

Lecz w gęstych massach, posuwał się naprzód Z rozwiniętemi chorągwiami. Zaraz Najszybszy w locie z Cherubów, Zofiel,

Pędzi i jeszcze w biegu tak ogłasza:

»»Do broni, bracia, do broni, już blisko Ow wróg, o którym było domniemanie,

Że uciekł, widać chce nam dziś oszczędzić Długiej pogoni; teraz nie ucieknie.

Nadchodzą gęstą chmurą, a w ich twarzach Widzę odwagę i pewność zwycięstwa.

Niech każdy dobrze opasze swój pancerz Dyamentowy, i hełm mocno przypnie;

Tarczę okrągłą, wysoko czy płasko Noszoną, chwyćcie mocno, bo, jak sądzę,

Dzień nadchodzący nie drobnym deszczykiem Obdarzy nas, lecz burzą strzał ognistych.««

Tak ich ostrzegał, choć się strzegli sami, Wkrótce stanęli w szyku bez przeszkody,

Raj utracony. — ‘>09 —

I nieprzyjaciel w liczbie niezmierzonej Zbliżał się krokiem ciężkim, wolnym, wlokąc W rurach drążonych przyrząd dyabelski, Poosłaniany z dwu stron oddziałami Gęstemi, które kryły podstęp. Stały Naprzeciw siebie dwa wojska czas jakiś,

Nagle przed frontem pojawił się Szatan,

I tak donośnie zakomenderował:

»»Straż przednia zwiń się na lewo i prawof Niech ujrzą wszysc\r, co nas nienawidzą,

Jak pojednania szukamy i miru,

Jak z odsłoniętą piersią chcemy przyjąć Tych, co nasz projekt zgody oceniają,

Nie odwracając się od nas zawzięcie.

Pewnie odwrócą się, lecz Niebo świadkiem Szczerości naszej, że teraz spełniamy Chętnie, co od nas zależy. Wystąpcie Którym zlecono, i wyłóżcie zwdęźle Nasze ugodę; głośno, by słyszeli.««

»Tak szydził w słowach chytrych i dwuznacz-A ledwie skończył, na prawo i lewo [nych

Rozeszła się straż przednia na dwa flanki,

I naszym oczom przedstawił się nowy,

Szczególny widok: piętrami trzy rzędy Kolumn na kołach (bo nam się wydały Jakby kolumny, albo wydrążone Kłody dębowe, jodłowe, obcięte Z gałęzi, w lasach i górach spuszczone):

Spiżowe, albo żelazne, kamienne,

Stały na prost nas, szerząc rozdziawione

Wielkie otwory, zwiastuny rozejmu Oszukańczego. Za każdą stał Seraf Z trzciną, wiewając końcem zapalonym.

W oczekiwaniu staliśmy czas jakiś Uważni, trochę w myśli rozśmieszeni;

Nagle i naraz wszyscy przyłożyli Leciuclino końce trzcin do szparek w onych Kolumnach. Niebo stanęło w płomieniach,

I zaraz potem oblokło się dymem Rzygniętym z gardzioł tych maszyn głębokich. Ryk ich powietrzem wTstrząsnął, jednocześnie Zionęły straszne dyabelskie gromy,

Łańcuchy spięte i grad kul żelaznych,

W wojsko zwycięskie padających z taką

Szaloną siłą, że kogo trafiły

Nie mógł na nogach ustać, chociaż zwykle

Stał jako skała; tysiącami wtedy

Padli Anieli i Archaniołowie:

Ci w ciężkich zbrojach najpierwsi; łatwiejby Bez broi, jako duchy, szybkim zwrotem,

Albo się kurcząc, uniknęli ciosu.

Teraz porażka nastąpiła ciężka,

Nieunikniona ucieczka. Choćbyśmy Zluźnili swoje ścieśnione szeregi,

Na co się przyda? Ponowi się bitwa,

Z nią nowa klęska, zdwojona: tym większą Ściągnęlibyśmy wzgardę, pośmiewisko Nieprzyjaciela, bo już wprost przed nami Stał drugi szereg Serafów, gotowy Do powtórnego rzucenia piorunu.

Więc zrzekliśmy się nowego ataku.

Szatan, spostrzegłszy nasze położenie, Szyderczo do swych kompanów tak rzecze:

»»Cóż, bracia, czemuż ci dumni zwycięzcy Nie idą do nas? Niedawno szli butnie;

A gdyśmy grzecznie przyjęli ich, czoło I pierś odkryli (czegóż więcej trzeba?),

Podając dobre warunki ugody,

Raptem zmienili zamiar, uciekają Jakby w dziwacznym szale, jakby chcieli Tańcować, ale taniec osobliwy I dziki nieco: może tak się cieszą,

Że proponuję im pokój, lecz sądzę,

Że gdy powtórzym im warunki nasze Prędko gotowi będą do odwrotu.««

»Równe szyderstwo Belial dorzuci: »»Wodzu, warunki posłaliśmy ważne,

I ścisłej treści, silnie przenikliwe,

Jak widzieliśmy, mogły oszołomić I z nóg zbić wielu; kto je dobrze pojął,

Od stóp do głów je pojąć był powinien:

Widać, że naszych wniosków nie pojęto,

Gdy nieprzyjaciel nasz nie chodzi prosto.® «

»Pełni humoru, żarty i koncepta Puszczali, mając za rzecz najpewniejszą Przyszłe zwycięstwo; ze swym wynalazkiem Mieli nadzieję, że narówni staną Z Przedwieczną Mocą, że mogą pogardzać Jej piorunami, jej wojsko wyśmiewać,

Gdy rozproszeniu chwilowo uległo.

Lecz to niedługo trwało: gniew pobudził Do czynu, znalazł sposób na piekielny Ów wynalazek. Taką doskonałość I siłę nadał Bóg swoim Aniołom!

Zrzucili zbroje, i do wzgórzy biegną,

Bo Ziemia na wzór Nieba otrzymała Swą rozmaitość miłą wzgórz i dolin,

Jak błyskawica jednym lekkim migiem Biegną i z posad wyrywają góry Z całym ciężarem skał, lasów i wody,

Za najeżone szczyty je chwytają,

Wznoszą nad siebie. Podziwem, przestrachem Stała przejęta zgraja buntowników,

Widzi, jak idą, niosąc góry w ręku,

Podstawą ku nim zwrocone: ciężarem Tych gór maszyny swe kilkopiętrowe,

Już zasypane widzą—a wraz z niemi Pewność zwycięstwa stracona. W tej chwili Nastąpił atak, niejeden przylądek Spadł na ich*głowy, cień naprzód rzucając,

I przyciskając całe zbrojne pułki.

Zbroja ich klęskę jeszcze powiększyła,

Bo pokruszone odłamy wnikały W ich eteryczną substancyę, czyma.c Ból niesłychany. Jęcząc rozpaczliwie,

Musieli długo szamotać się, zanim Zdołali wyrwać się z tego więzienia,

Chociaż to duchy z światła najczystszego Były stworzone, lecz ich grzech obciążył. Stosując przykład, sami się rzucili

Do równej broni, rwali okoliczne

Gór szczyty, które, potężnym rozmachem

Rzucane, z obu stron się spotykały;

Pod niemi, w głębi, pod ich strasznym cieniem, Walczyło wojsko z wojskiem, huk piekielny! Wobec tej wrzawy każda inna wojna Wydałaby się igraszką, rosł zamęt Przerażający, zamęt na zamęcie.

Zapadłoby się Niebo, ruinami Napełniłoby wkrótce, ale Wszechmogący, Zasiadający bezpiecznie w przybytku Swoim niebieskim, zważył ściśle sprawę, Przewidział zgiełk ten; zezwolił na wszystko, Aby się spełnił jego wielki zamiar, Namaszczonego Syna uwielbienie,

Przez jego ręce ukaranie wrogów,

I ogłoszenie, jako wszelka władza I moc na niego przelana została.

»Zatem do Syna, co obok na tronie Zasiadał, rzecze: »»Synu ukochany!

Wypływie chwały mej, w którego twarzy Co niewidzialne widocznem się staje,

Czem, jako Boskość, ja jestem; którego Ręką wypełniam to, co postanowię, iy> Wszechmocności druga, upłynęły Dwa dni—tak jak się liczą dni w Niebiesiech,— Odkąd wyruszył Michał z wojskiem swojem Dla uśmierzenia nieposłusznych; bitwa Uparta była, to rzecz naturalna,

Gdy się dwa takie wojska potykają,

Bo zostawiłem ich własnym ich siłom.

Jak wiesz, równymim ich stworzył, tę równość Zniweczył grzech, lecz dotąd niewyraźną Sprawił różnicę, bom odwlokł ich zgubę,

Musi wiec ciągła walka trwać bez końca,

Bez rozwiązania. Wojna uciążliwa Zrobiła to, co wojna może zrobić,

Puściła cugle wściekłemu gniewowi,

Góry za oręż do rąk dała; Niebo Pustoszy dziko, zagraża całości;

Dwa dni minęło, niech trzeci Twój będzie;

Tobiem zostawił go. Czekałem dotąd,

Abyś miał chwałę zakończenia wielkiej Tej wojny: Ty ją tylko skończyć możesz.

Moc taką wielką, nieograniczoną,

W Ciebie przelałem, by wiedzieli wszyscy W Niebie i w Piekle, że jest niezrównaną.

Okropną walkę tę pokierowałem W ten sposób, iżby jawnie okazała Żeś najgodniejszy być Panem i Królem Wszystkiego, jako Dziedzic, Król i Władca,

I z namaszczenia i z słusznego prawa.

Idź, Przepotężny, z Twego Ojca mocą,

Wsiądź do rydwanu mego, szparkie koła Kieruj, aż zadrżą Niebios fundamenta,

Przypasz wszelaką broń moje, łuk, piorun,

Tę broń Wszechmocy, i miecz do biodr krzepkich; Poskrom tych synów ciemności i wypędź Po za granice Nieba do. otchłani,

Tam niech się uczą, ile chcą, lżyć Boga I Messyasza, Jego Pomazańca.««

»Rzekł i do Syna zwrócił się w promieniach Przejasnych: Syna twarz odblaskiem lśniła Najzupełniejszym, niewypowiedzianym;

Na słowa Ojca Bóg Syn tak odrzecze:

»»Ojcze, Najwyższy na Niebiosach Panie! Pierwszy, Najświętszy, Największy w Dobroci I Najwznioślejszy! Zawsze na pamięci Masz Syna swego chwałę; ja mam Twoje,

Jako rzecz słuszna, w niej jest moja chwała, Najwyższa rozkosz i zamiłowanie.

Oświadczasz, jako spełnia się Twa wola We mnie, a spełniać ją to moje szczęście Jedyne. Berło, władzę obejmuję,

Aby je kiedyś jeszcze chętniej zwrócić,

Gdy ostatecznie Ty wszystko we wszystkiem Będziesz, ja w Tobie na zawsze, a we mnie Wszyscy ci, których kochasz. Lecz tych, których Ty nienawidzisz i ja nienawidzę.

Mogę przyoblec na się Twoje grozę,

Jak Twą łaskawość przyoblekłem wprzódy,

Twój obraz w każdej sprawie, uzbrojony Twoją potęgą, wkrótce oswobodzę Od buntowników Niebo, zapędzając W przygotowane dla nich miejsce kaźni,

W więzy ciemności wiećznej, do robaka Co nie umiera; za to, że się mog-li Zbuntować przeciw słusznej władzy Tego,

Którego słuchać jest szczęściem zupełnem.

— 216 —

Wtedy wybrani wszyscy Twoi Święci Twą świętą górę otoczą śpiewami Niekłamanego hymnu aleluja,

A pośród nich ja będę przewodnikiem.««

»Tak rzekł, nad berłem swojem pochylony, Wstał od prawicy Chwały, gdzie zasiadał:

A trzeci ranek święty począł świtać Po całem Niebie. Z trzaskiem huraganu Pomknął się rydwan Bóstwa ojcowskiego, Błyskając gęstym płomieniem, a koła Przejęte siłą ducha, jedno w drugie,

Szły same z siebie, tylko w otoczeniu Czterech postaci, jakby Cherubinów.

A każdy z nich miał dziwne cztery twarze,

Całe ich ciało i skrzydła oczami Zasiane były, jak niebo gwiazdami.

I koła berylowe miały oczy,

Między któremi ognie przeświecały,

Gdy wóz był w biegu. Po nad ich głowami Był kryształowy firmament, a na nim Tron szafirowy, cały wykładany Ambrą najczystszą i barwami tęczy.

W zbroi niebieskiej, w promienistem Urim, Dziełem rąk boskich, On stanął w rydwanie; Tuż po prawicy z orlemi skrzydłami Siadło Zwycięstwo, zwieszał się u boku Łuk wraz z kołczanem, opatrzonym w piorun Trójdzielny, w koło wńł się dym obtity,

Połyskał płomień i żarzące iskry.

Szły do okoła tysiące tysięcy

Świętych; na przedzie On, świecąc z daleka, Za nim dwadzieścia tysięcy rydwanów Bożych pędziło,—słyszałam tę liczbę,—

Na każdą stronę równo podzielonych;

On na Cheruba skrzydłach leciał, górnie Na tirmamencie kryształowym płynął,

W dal i wszerz świecąc,—ale na początku Tylko przez swoich widziany. Radością Niespodziewaną przejął ich olbrzymi, Błyszczący w górze, sztandar Messyasza,

Jego na Niebie znamię—przez Aniołów Niesione. Pod nim natychmiast zgromadził Michał swe wojsko, z dwóch dalekich flanków W jednę kolumnę, pod jednego wodza.

Potęga Boska torowała drogi,

Na jego rozkaz zrywały się wzgórza I usuwały, każde w swoję stronę;

Głos jego słysząc, wypełniały wolę.

Niebo przybrało zwykłą swoję postać, Kwiatami błysły wzgórza i doliny.

Widziały zmianę wrogi zatracone,

Ale szaleńcy zacięci w uporze Do walki z Bogiem sprawiali swe siły, Czerpiąc nadzieję w rozpaczy! Jak mogła Taka przewrotność zamieszkać w Aniołach? Lecz czyż zdołają jakie znaki Nieba Przekonać pysznych? jakie cuda skruszyć Zakamieniałych? Coby ich najprędzej Powinno było nawrócić, to jeszcze Uporniejszymi czyniło: ich martwił

Blask Jego chwały, zazdrość ich przejęła,

Do wysokości równej wznieść się chcieli.

A więc się w nowe sformowali szyki,

Sądząc, że siłą lub zdradą przemogą Potęgę Boga-Syna, Messyasza,

Lub wreszcie padną w powszechnej ruinie; .

Gardząc ucieczką, lub podłym odwrotem,

Szli do ostatniej walki, wtedy wielki

Syn Boży, do swych wojsk, nagromadzonych

Po obu stronach, przemówił w te słowa:

»»Stójcie, wy Święci, w szyku promienistym, Stójcie tu, zbrojni Anieli! po walkach Dzień odpoczynku. Wasze wierne boje Bóg przyjął mile. W Jego słusznej sprawie Beztrwoźni, wszystko, co wam polecono, Niezwyciężeni, spełniliście. Ale Kara przeklętych do innej należy Ręki; zemsta jest Jego, albo Tego,

Komu ją zleci. Do dzisiejszej sprawy Nie trzeba tłumów: pozostańcie w szyku,

I oglądajcie, jak gniew Wszechmocnego Na tych bezbożnych spadnie z mojej reki.

Mnie znieważyli, nie was, mnie zazdroszczą,

Na mnie ich wściekłość się zwraca, bo Ojciec, Którego w Niebie królestwo najwyższe I moc i chwała, według swojej woli Mnie uczcił, mnie też sąd zlecił nad nimi.

Niech otrzymają, co chcą, niech doświadczą,

Kto z nas silniejszy w bitwie: oni wszyscy,

Czy ja sam przeciw; bo gdy wszystko mierzą

Siłą, o inne nie dbając zalety,

Ani o tego, który w nich góruje;

Niegodni, bym im inną wydał walkę.««

»Tak mówił Syn, i twarz mu się zmieniła Straszliwie; patrzeć w nią nie można było:

Tak pełen gniewu zwrócił się do wrogów. Cztery Cheruby naraz rozwinęły Gwiaździste skrzydła, a te się stykając, Przerażający cień rozpościerały;

Koła rydwanu wartko się toczyły Z hukiem potoku górskiego, lub wojska W pochodzie. Leciał on na nieprzyjaciół Bezbożnych, jak noc posępny: pod jego Płomienistemi kołami posady Całego Nieba drżały, oprócz tronu Samego Boga. W jedno mgnienie wkroczył Między nich, dzierżąc w prawicy piorunów Dziesięć tysięcy, rzucając na zdrajców,

Tak, by ich dusze przeszywały męki.

Więc osłupiali, wszelkiego oporu Niechając, chęć już i męstwo stracili; Niepożyteczną swą broń porzucali.

Po tarczach, hełmach, i po głowach w hełmach Książąt potężnych, Serafów upadłych Jechał, a oni żałośnie pragnęli,

Aby znów góry na nich porzucono,

Jako osłonę przed straszliwym gniewem.

Na obie strony padały pociski,

Z natarczywością słane przez Cherubów Czterotwarzowych z licznemi oczami,

I przez żyjące koła, oczu pełne.

Jeden duch niemi rządził; każde oko Przenikającym wzrokiem ogień słało Między przeklętych, od którego więdły Ich siły zwykłe: zeschli, wyczerpani, Bezdusznie, marnie padali znękani.

Lecz on zaledwie część użył swej siły, Zatrzymał piorun w połowie rozpędu,

Bo nie chciał niszczyć ich, tylko wyrzucić Z Nieba. Podnosił leżących i spędzał W gromadę, niby stado kóz trwożliwych;

Gnał je strzałami gromu, trwogą bladą I przerażeniem, aż do kryształowych Murów granicznych Nieba: te szeroko Rozwarły szranki i wnątrz usunęły, Pozostawiając przepaść czczą, bezdenną. Zgrozą przejęci cofają się, ale Tem natarczywsza zgroza gna ich z tyłu. Spadają głową na dół, z zrębu Nieba;

Wieczny gniew płonie za nimi głęboko,

Aż do otchłani nie mającej brzegu.

»Piekło słyszało huk nieznośny w Niebie, Widziało Niebo spadające z Nieba,

I przerażone byłoby uciekło,

Lecz przeznaczenie niezmienne zbyt mocno I zbyt głęboko osadziło jego Czarne posady. Dziewięć dni padali.

Ryczał struchlały Chaos, zamieszanie Dziesięciokrotne mając w ich upadku Po przez bezładne jego państwo, teraz

Pełne ruiny. Nakoniec, rozwarłszy Paszczęki, wszystkich pochłonęło Piekło,

I zwarło się nad nimi im należne Odtąd mieszkanie, zapełnione ogniem Nieugaszonym, dom smutku i męki.

Niebo zwolnione zabrzmiało radością,

Wnet zagładzając wyłom w murze, który Wrócił na miejsce. Jedyny zwycięzca, Messyasz, swoich wypędziwszy wrogów,

Woz tryumfalny skierował z powrotem Ku swoim Świętym, którzy milczącymi Byli świadkami jego wszechmocności.

Teraz szli naprzód, radością przejęci,

Niosąc nad sobą gałązki palmowe,

A każdy szereg jaśniejący śpiewał Pieśń tryumfalną na cześć zwycięskiego Króla, Dziedzica, i Syna, i Pana,

Któremu dano panowanie, jako Najgodniejszemu. Jechał uwielbiony, Tryumfujący przez Niebo do dworów I do świątyni, gdzie Wszechmocny Ojciec Na wysokości tronował. Przyjęty Przezeń do chwały, siedzi na prawicy Wiecznego szczęścia.

» Tak sprawy niebieskie Miarą spraw ziemskich masz opowiedziane, Jako żądałeś, i aby ci przeszłość Była nauką, czego masz unikać, Opowiedziałem ci to, co inaczej Pewno na zawsze byłoby ukryte

Przed wiadomością plemienia ludzkiego: Niezgodę zaszłą w Niebie, potem wojnę Między wojskami Aniołów, głęboki Upadek pysznych, co się zbuntowali Z Szatanem—jego teraźniejszą zazdrość Twojego stanu i knowanie środków, Jakiemi mógłby skusić także ciebie Do grzechu, abyś, szczęścia pozbawiony,

Z nim dzielił karę, niedolę wieczystą.

To ma być jego jedyną pociechą I zemstą, kiedy sprzeciwi się Bogu, J I z ciebie z czasem zyska towarzysza Swej męki. Ale nie słuchaj pokusy,

I słabszej woli swoję towarzyszkę Ostrzegaj. Niech ci na pożytek idzie Okropny przykład, zysk nieposłuszeństwa: Mogli stać mocno, a jednak upadli. Pamiętaj o tem! Bój się przekroczenia!«

Zstąp do mnie z Nieba, Uranio, (J) jeśli Takie istotnie twe imię; za głosem Twym boskim idąc, wzniosłem się nad szczyty Olimpu, wyżej niż skrzydła Pegaza Unoszą. Wzywam istoty, nie nazwy.

Boś nie z dziewięciu Muz, nie zamieszkujesz Olimpu: w Niebie urodzona, wprzódy Nim się zjawiły góry, nim spłynęły Źródła, tyś Wiecznej Mądrości słuchała. Mądrość twą siostrą, z nią razem śpiewałaś Pieśni przed Ojcem Przedwiecznym, którego Upodobanie zyskały. Przez ciebie,

Gość ziemski do sfer niebieskich wzniesiony, Empiryjskiemi powiewami śmiałem Oddychać; tyś je dla mnie łagodziła.

Sprowadź mnie teraz z równem bezpieczeństwa Do przyrodzonych mi ziemskich żywiołów, Abym, jak niegdyś Bellerofon (2) śmiały, (Chociaż on z niższych sfer Nieba) nie zleciał

Ze skrzydlatego dzikiego rumaka Na Alejańskie pola, by się błąkać Tam opuszczony. Tylko mi połowa Niedośpiewana została, lecz w węższych Granicach dziennej i widomej sfery;

Stojąc na ziemi, nie ponad bieguny

Uniesion, pewniej głosem śmiertelnika

Będę opiewał, nie niemiejąc, ani

Nie chrzypnąc, choć mi tu śpiewać przychodzi

W złych czasach i wśród języków złośliwych.

Gdym ociemniały, zewsząd otoczony

Niebezpieczeństwem, samotnością, jednak

Nie sam, bo ty mnie w nocnych snach nawiedzasz,

Lub gdy poranek barwi wschód purpurą.

Kieruj mym śpiewem nadal, Uranio!

I daj słuchaczów godnych, choć niewielu;

Ale odemnie oddal barbarzyńską Wrzawę Bachusa i jego czcicieli,

Potomstwo owej zgrai, co rozdarła Piewcę trackiego w Rodopie: (3) tam lasy I skały, zdjęte zachwytem, słuchały,

Dopóki hałas dziki nie zagłuszył Harfy i śpiewu; nawet nie zdołała Muza obronić swego syna. Ty więc Nie opuść tego, co cię czci i wzywa,

Boś ty niebiańska, a tamta czczą marą.

Opowiedz, boska, dalszy przebieg rzeczy, Kiedy Rafael, uprzejmy Archanioł, i Ostrzegł Adama, by go straszny przykład I Nauczył, jak się chronić przeniewierstwa,

Raj utracony.

Aby, co w Niebie odstępców spotkało,

Nie spadło w Raju na Adama, albo Na jego plemię, gdyby przekroczyli Jedyny nakaz: nietykanie drzewa Wyłączonego. A to posłuszeństwo Tak łatwe pośród tylu rozmaitych Owoców smacznych, które mogą nawet Najwybredniejsze gusta zadowolić!

Adam i jego towarzj^szka Ewa Z wielką uwagą, podziwem, zadumą Opowiadania słuchali o rzeczach Tak osobliwych a tak wzniosłych, które Ich wyobrSini siłę przechodziło:

Nienawiść w Niebie i wojna toczona Tak blisko miru Bożego i wiecznej Błogości! Lecz złe niebawem wyparte,

Jak potop spadło na tych, z których wyszło,

Nie mogąc mieszać się ze szczęściem wiecznem. Wkrótce więc stłumił Adam niepokoje,

Jakie mu wzrosły w duszy, i bezgrzeszny Zapragnął poznać to, co bliżej mogło Jego dotyczyć: jaki tego świata,

Nieba i ziemi początek? dla czego,

Kiedy i z czego stworzony? co było W Edenie, co za granicami jego Wprzód nim zasięga swą pamięcią Adam?

Jak ten, co ledwo ugasił pragnienie,

Już na bieżący strumień zwraca oczy,

Szmer jego nowe w nim pragnienia budzi —. Tak Adam znowu gościa zaczął pytać:

»Wielkie i w naszych uszach pełne cudów Opowiedziałeś sprawy, bardzo różne Od spraw naszego świata, z Nieba dany Nauczycielu, byś nas ostrzegł wcześnie Przed tem, co mogło stać się zgubą naszą Przez niewiadomość, bo umysł człowieka Nigdyby tego osiągnąć nie zdołał. Bezgranicznemu Dobru wielkie dzięki Winniśmy za to; Jego ostrzeżenie Wdzięcznie przyjmujem z uroczystym ślubem Niezmiennie pełnić Jego świętą wolę,

Jako cel życia. Lecz gdy już raczyłeś Nam ku nauce łaskawie udzielić Tych wiadomości o rzeczach nadziemskich, Które choć w części wiedzieć powinniśmy,

Gdy się tak Boskiej Mądrości wydało,

Zechciej na teraz zstąpić nieco niżej,

I opowiedzieć rzeczy, których wiedza,

Być może, równą korzyść nam przyniesie.

Jaki początek Nieba wysokiego,

Ozdobionego temi ruchomemi Niezliczonemi ogniami, i tego Powietrza, które, lekkie, wszędzie wnika, Kwitnącą ziemię zewsząd obejmuje?

Co Stworzyciela w jego świętym bycie,

W spokoju poprzez wieczność nieskończoną, Skłoniło do tak późnego stwarzania W Chaosie? A gdy zaczął budowanie,

W jakim dokonał go czasie? Jeżeli Wolno to wiedzieć, racz nam wytłomaczyć.

J

... i i

Pytamy nie dla śledzenia tajemnic Jego wiecznego państwa, ale raczej Dla tem większego wielbienia dzieł boskich, Gdy je dokładniej poznamy. A wielkie Światło na niebie ma jeszcze przed sobą Znaczny tor, chociaż już się na dół chyli; Wstrzymaj je swoim dzielnym głosem, może Usłyszy, zwolni bieg swój, by z ust twoich Dowiedzieć się o swojem pochodzeniu,

I o Natury całej narodzinach Z niewidzialnego Chaosu. Lub jeśli Gwiazda wieczorna i księżyc pośpieszą,

Noc przyprowadzi Ciszę, by cię słyszeć,

Sen się czuwaniem stanie, lub wygnany Będzie, dopóki nie ukończysz pieśni,

Lub póki cię świt ranny nie odwoła.«

Tak Adam błagał dostojnego gościa,

A Anioł boski odrzekł mu łagodnie:

«I tej twej prośbie, tak skromnie stawionej, Zadość uczynię; choć, by opowiedzieć Dzieła Wszechmocnej ręki, czy wystarczy Mowa Serafa, czy ją umysł ludzki Ogarnąć zdoła? Ale ci udzielę Takich objaśnień, jakie pojąć zdołasz,

A ja słowami określić potrafię Na chwałę Stwórcy i na powiększenie Szczęścia twojego; takie polecenie Dano mi z góry, bym w pewnych granicach Czynił zadosyć twojemu pragnieniu Wiedzy; poza tem, co powiem, nie pytaj

I nie przypuszczaj, ażebyś własnemi Mógł pomysłami odkryć tajemnice,

Które Pan świata Wszechwiedny, Wszechmocny, Osłonił nocą, jakiej nikt na ziemi,

Ni w Niebie, nigdy przeniknąć nie zdoła.

Ale i tak wam dość się pozostaje Do poznawania. Wiedza jest jak pokarm:

Z umiarkowaniem jeść trzeba, a wiedzy Zasięgać tyle, ile umysł zniesie:

Przeładowanie natychmiast zamienia Mądrość na głupstwo, jak pokarm w zgniliznę.

«Wiedz zatem, że gdy spadł z Nieba Lucyfer (Tak zwany niegdyś, że wśród wojsk Aniołów Jaśniejszem światłem błyszczał, niźli gwiazda,

Co nosi jego imię wśród gwiazd grona),

Z płomieniącemi legiami swemi Runął przez otchłań do Piekła, a wielki Syn Boży wrócił zwycięski, na czele Aniołów, Ojciec Wszechmocny Przedwieczny Ze swego tronu, ujrzawszy ich tłumy,

Takiemi słowy przemówił do Syna:

« «Nakoniec zwiódł się wróg zazdrością zdjęty; Sądząc, że wszyscy jak on buntownicy,

Chciał z ich pomocą nas pozbawić tronu, Pochlebiał sobie, że siłą zdobędzie Tę niedostępną, wysoką warownię,

Stolicę Bóstwa Najwyższego: wielu Oszukał; dla nich już tu miejsca niema,

Ale daleko większa część, jak widzę,

Została wierną. Niebo, jeszcze ludne,

Może zapełnić swe obszerne państwa,

A tej świątyni wysokiej należną Zapewnić służbę i święte obrzędy.

By nieprzyjaciel jednak się nie cieszył Ujmą spełnioną, i głupio nie mniemał Że mi zaszkodził i wyludnił Niebo,

Mogę nagrodzić stratę poniesioną,

Jeśli jest stratą ten, co się sam stracił,

W tej chwili stworzę świat inny, z jednego Człowieka całe plemię niezliczone,

Tam będą mieszkać, nie tu, aż stopniami Zasługi sami sobie do sfer Nieba Otworzą drogę, długiem posłuszeństwem Wypróbowani; i stanie się Ziemia Niebem, a Niebo Ziemią, naszem państwem Jednem, radością i zgodą bez końca.

Teraz, Potęgi niebiańskie, użyjcie Swobody, wczasu, a Ty, moje Słowo, Jednorodzony Synu, przez którego Wszystko to sprawię, rzeknij, wraz się stanie! Z tobą posyłam moc swoję i Ducha,

Co wszystko garnie pod cień swej opieki.

Idź! rozkaż głębi; niech będą granice Ustanowione dla nieba i ziemi;

Głębia bez granic, bo ja jestem, który Sam nieskończoność zapełniam; a przestrzeń Nie pusta, chociaż nieograniczony,

Jam się usunął bez aktu dobroci,

Która dowoli stwarza, lub nie stwarza.

Traf i konieczność nie maja. przystępu Do mnie: co ja chcę, to jest przeznaczeniem.* »

«Tak rzekł Wszechmocny, i wraz Jego Słowo, Synowska Boskość czynem zamieniła.

Bo czyny boskie są natychmiastowe,

Prędsze niżeli czas, ruch, lecz dla człeka Potrzebna czynność mówienia z tą miarą,

By je pojęcie ziemskie mogło schwytać.

«Wielki był tryumf i wesele w Niebie,

Gdy usłyszano taki dekret boski,

Śpiewano głośno chwałę Najwyższemu,

A ludziom przyszłym pokój, dobrą wolę.

««Chwała niech będzie Temu, co karzącą Prawicą słusznie wypędził bezbożnych Z przed swoich oczu i z mieszkania świętych. Chwała niech będzie i cześć Temu, który W mądrości swojej zarządził, by dobro Ze zła wzrastało, a gdy na wygnanie Skazał szkodliwe duchy, lepszym rodem Zapełni pustą przestrzeń, aby stamtąd Rozpostrzeć dobroć swoję na bezmiary Światów bez końca i wieków bez konca!>>»

«Tak chór Aniołów. Tymczasem Syn Boski Do swego dzieła wielkiego przystąpił,

W wszechmoc odziany, w promiennej koronie Nieskończonego majestatu Boga, ^

Świecąc mądrością, miłością niezmierną,

I pełnym Ojca swojego obrazem.

Dokoła jego rydwanu stanęły

Tłumy Cherubów, Serafów, Niebieskich

Potęg i Książąt, Cnót, Duchów skrzydlatych, Wozów skrzydlatych ze zbrojowni Boga.

Tam ich od wieków stoją miryady Między górami dwiema śpiżowemi,

Pojazdy zdobne, w zaprzęgu, gotowe Na uroczysty dzień w Niebie, a teraz Przybyły same z siebie, w nich był żywy Duch na usługi Panu swemu. Niebo Szeroko bramę wieczną otworzyło,

Złote zawiasy harmonijnym dźwiękiem Rozbrzmiały w koło, czyniąc wolne przejście Krolowi Chwały, co szedł w swem potężnem Słowie i Duchu nowe stwarzać światy.

Stali na krańcu Nieba, i widzieli Niezmierną, pustą i głęboką przepaść.

Wrzącą jak morze, ciemną, czczą i dziką; Szalone wichry wznosiły bałwany Wielkie jak góry, szturmujące Niebo,

Jak gdyby biegun z środkiem zmieszać chciały.

««Wy, zapienione fale! ucichnijcie,

I ty, Otchłani, zamilcz!»» rzekło Słowo Wszechtwórcze, ««koniec tej rozterce!»»

I uniesiony na Cherubów skrzydłach W blasku Ojcowskim zstąpił do Chaosu.

Do świata, który postanowił stworzyć.

Chaos usłuchał rozkazu: za Słowem' Postępowali Anieli w świetlanym Pochodzie, pragnąc oglądać tworzenie I cuda jego potęgi. Stanęły Wartkie rydwanu koła; On wziął w rękę

Cyrkiel złocisty, w skarbcu bożym wiecznym Przygotowany do mierzenia świata I wszystkich rzeczy stworzonych na świecie, Postawił jedne nogę cyrkla w środku,

Drugą obrócił wkoło czarnej głębi Ogromnej, i rzekł: « «Dotąd, nowy świecie, Rozciągaj szranki, to są twe granice.

Twój obwód!«« Tak Bóg tworzył Niebo,

Tak ziemię, puste, niekształtne tworzywo.

Gęste ciemności okrywały przepaść,

Lecz nad wodami rozpostarł Duch Boży Zapładniające skrzydła, tchnął ożywczą Siłę i ciepło życia w płynną massę,

Osadził na dno piekielne zaczyny,

Czarne i zimne, nieprzyjazne życiu;

Tworzył i łączył jednorodne ciała,

Inne rozdzielił w rozmaite miejsca,

A między niemi rozciągnął powietrze,

I ziemię na jej środku w równowadze Stałej zawiesił. ««Niech się stanie światło!««

Rzekł Bóg, i zaraz światło eteryczne,

Najpierwsze z rzeczy, ich treść jasna, czysta, Wynikło z głębi, z rodzinnego wschodu,

Przez mgłę powietrzną przenikać zaczęło Z promieniącego obłoku, bo słońca Nie było jeszcze; przebywało wtedy W namiocie chmury. I ujrzał Bog światłość,

Że była dobra. I światłość przedzielił Według półkuli od ciemności: światło Dniem nazwał, ciemność Nocą. Stał się wieczór

Stał się zaranek, dzień jeden. Nie minął Bez uroczystych obchodów i śpiewów Chórów anielskich, gdy od wschodu pierwsze Światło ujrzeli, mrok rozpraszające:

Nieba i Ziemi urodziny. Okrzyk Radości wzniósł się w próżnym kręgu świata, Rozbrżmiały harfy złote, z niemi hymny, Wielbiące Boga w jego dziełach. Stwórcy Chwałę śpiewali w ten wieczór i ranek.

«1 rzekł Bóg: ««Niech się stanie utwierdzenie Między wodami, i niechaj przedzieli Wody od wód!«« I Bóg uczynił przedział, Przestwór płynnego, czystego eteru Rozpostartego w koło aż do sklepień Kręgu wszechświata — przedział stały, pewny, Wód w głębi od tych, co są w górnych sferach;

Bo jako ziemię zbudował, tak cały Świat: wodą cichą, płynącą otoczył,

Ogromnem morzem kryształowem, jasnem, Odpierającem burzliwe napaści Chaosu, aby wciąż spotykanemi Przeciwnościami rozżarty, nie zniszczył Całej budowy: i to utwierdzenie Bóg nazwał Niebem. Tak wieczór i ranek,

Dzień wtóry witał śpiewem chór Aniołów.

« Ziemia stworzona była, ale jeszcze W łonie wód, jako owoc niedojrzały,

U kryta; nad jej powierzchnią ogromny Ocean toczył fale; nie napróżno,

Bo płodotworną, ciepłą wilgocią rozmiękczał

Krąg ziemi, wielką matkę nasycając Zapładniającym rozczynem. I rzekł Bóg:

« «Niechaj się zbiorą teraz wody wszystkie, Które pod niebem są, na jedno miejsce,

A niech się sucha ukaże!«« Natychmiast Wyrosły z ziemi góry, jak olbrzymy,

Karki szerokie i nagie wznoszące W chmury, szczytami sięgające nieba.

A jak wysoko wzdęły się gór grzbiety,

Tak nisko dno wód szerokie, głębokie,

Opadło, tworząc łożysko dla morza.

Tam wody biegły z wesołym pośpiechem, Wijąc się w kule, nakształt kropli wodnych, Kiedy się toczą po spylonej ziemi;

A inne rosły w kryształowe mury,

Z pośpiechu, albo w filary, bo szparkim Falom pośpieszać zlecił rozkaz Boży.

Jak na głos trąby wojska (bo o wojskach Słyszałeś) biegną pod znane sztandary.

Tak wód gromady, bałwan za bałwanem, Szukały drogi, spadając szalenie Z opok, łagodnie spływając w równinach.

Ni im się skała, ni góra oparła:

Wody pod ziemią znajdowały drogę,

Lub wężowato obchodząc dokoła,

Lub w mokrym szlamie żłobiąc łatwo nowe Łożyska, nim Bóg kazał oschnąć ziemi Wszystkiej, prócz owej, która wybrzeżami Dotyka rzek, z nich czerpiąc wilgoć stałą. Nazwał Bóg suchą Ziemią, a zebranie

Wód nazwał Morzem. I widział, że było Dobre. I rzekł Bóg: ««Niechaj zrodzi Ziemia Ziele zielone, dające nasienie,

I drzewo owoc czyniące, a według Rodzaju swego mające nasienie Na ziemi w sobie samem.»» Ledwie wyrzekł, Ziemia, aż dotąd pusta, nieozdobna,

Puściła miękką trawę i zielenią Miłą okryła swą powierzchnię; wkrótce Wyrosły zioła z rozmaitym liściem,

I wraz zakwitły, zdobiąc ziemi łono W przeróżne barwy, i roniąc woń słodką. Ledwie przekwitły, już krzew winny dźwiga Gron brzemię, wonny zatacza się melon, Źdźbła zboża stoją natłoczone w polu;

Krzaki plątają kędzierzawe włosy,

Wreszcie, jak w tańcu, drzewa okazałe Powstały, szerząc dokoła gałęzie Pełne owoców, albo nasadzane Pączkami kwiatów, jakby klejnotami. Wysokie drzewa uwieńczyły wzgórza, Krzewy pokryły zaciszne doliny,

Obręby źródeł i długie rzek brzegi.

Ziemia podobną się stała do Nieba,

Mogły w niej mieszkać bogi, lub ją zwiedzać, Chętnie przebywać w poświęconych gajach. Choć Bóg nie spuścił dotąd jeszcze deszczu Na Ziemię, ani do uprawy człeka Nie było, jednak mgła wilgotna stale Z gruntu wznosiła się i napawała

Ziemię i każdą na polu roślinę,

Które Bóg stworzył wprzód nim były w ziemi,

I każde ziele wprzód nim na łodydze Wyrosło. Widział Bóg, że było dobre.

Wieczór i ranek wielbiły Dzień trzeci.

I rzekł Wszechmocny: « «Niech się staną światła Na rozpostarciu Nieba, niech przedzielą Od nocy dzienną porę, niechaj będą Na znak pór roku, zmiany dni i lata;

Aby jaśniały, jako przykazałem,

Na utwierdzeniu Nieba, oświecając Ziemię!»» Stało się tak, i Bóg uczynił ^

Dwa wielkie światła (wielkie swym pożytkiem Dla ludzi), światło większe, by rządziło Dzień, a mniejsze noc, na przemiany; stworzył Gwiazdy, umieścił je na utwierdzeniu Nieba, ażeby świeciły nad ziemią,

Żeby rządziły dzień i noc, ciemności ^ Odgraniczały od światła. Widział Bog,

Gdy rozpatrywał swoje wielkie dzieło, ^

Że było dobre. Z ciał bowiem niebieskich Pierwsze utworzył słońce, wielką kulę,

Ciemną z początku, choć z eterycznego Pierwiastku, potem ukształtował księżyc Kulisty, gwiazdy rozlicznej wielkości I niemi obsiał niebo, jakby ziarnem po e. Światła część większą przeniósł ze skarbnicy Swojej obłocznej, i umieścił w tarczy Słonecznej, którą zrobił porowatą.

Ta nasiąknęła owem płynnem światłem,

Massę promieni zebrawszy, stała się Wielkim pałacem światła. Jak do źródła Tu wszystkie inne gwiazdy wciąż przychodzą,

I w złote swoje urn)? biorą światło;

Tu złoci ranna planeta swe rogi;

A ubarwianiem lub odbiciem wszystkie Zwiększają szczupły zasób swej jasności,

Co jeszcze mniejszym przez to wam się zdaje,

Że nań patrzycie z dalekiej przestrzeni.

Naprzód na wschodzie zjawił się krąg świetny, Władca dnia, zaraz horyzont dokoła Ubrał w promienie jasne, i ochoczo Rozpoczął drogę przez niebios sklepienie;

0 szarym świcie zatańczyły przed nim Plejady, roniąc wpływ słodki. Naprzeciw,

Z zachodu, z mniejszym blaskiem wpłynął księżyc

Zwierciadło słońca, pełną tarczą czerpał

Od niego światło, w takiem położeniu

Nie potrzebując innego, i zawsze

Tak pozostając do nocy, z kolei

Świeci od wschodu, zwraca się na osi

Wielkiej niebieskiej, i wespół z tysiącem

Tysięcy innych mniejszych gwiazd, króluje

Na połokręgu nieba. Gdy raz pierwszy

Ich jasne światła wzeszły na sklep nieba

1 po raz pierwszy zaszły, uroczyście Wieczór i ranek wieńczyły Dzień czwarty.

Rzekł też Bóg: ««Niechaj płaz wywiodą wody Obficie płodny, żyjące stworzenie;

Ptactwo nad ziemią niech rozwija skrzydła

Pod wolnem, jasnem nieba utwierdzeniem,

I stworzył też Bóg wieloryba, wszystkie Stworzenia, co się czołgają, pływają,

Co woda rodzi według ich rodzaju I wszelkie ptactwo, w przeróżnych rodzajach. Widział, że było dobre. Błogosławił Mówiąc im: ««Rośćcie i rozmnażajcie si& Mórz, rzek i jezior wody napełniajcie,

I ptactwo niechaj się mnoży na ziemi!»»^ Natychmiast morza, cieśniny, zatoki ^ Nieprzeliczonym zarybkiem się roją, |Jj Z płetwami, w łusce błyszczącej pływają W falach zielonych tak gromadnie czas*

Że tworzą ławy i tamy wśród morza. p Czasem samotne, znów inne parami Pasą się trawą morską, mknąc przez la; Korali. Inne w wesołej igraszce Zabłysną w słońcu ubiorem złocistym,

A jeszcze inne w perłowej pokrywie Czekają na karm mokrą, lub pod skałą W pancerzu z łuski na swój łup czyhają.

Na brzegu morskim igrają delfiny Zwinne i foki. Znów inne, budowy Potężnej, ciężko się toczą przy brzegu,

Albo ocean wzburzają swym ruchem.

Tam lewiatan, (4) największe z żyjących Stworzeń, na falach leży rozciągnięty,

Niby przylądek, a gdy płynie, zda się Ruchomym lądem, skrzelami pochłania 1 paszczą zionie całe morze wody.

Ciepłe jaskinie, mokradła, wybrzeża Liczne stworzenia wylęgają z jajek,

Które pęknięciem lekkiem uwalniają Nieopierzone pisklęta; te wkrótce Porosłszy w pierze i zdobywszy skrzydła, Wzgardzają ziemią, i z śpiewem radośnym Wzlatują śmiało w podobłoczne szlaki.

Orzeł i bocian zakładają gniazda Na skałach, albo na cedrów wierzchołkach;

Ów rodzaj błąka się po okolicy,

Inne, zmyślniejsze, formują się w kliny, Świadome pory roku, drogę górną Torują sobie ponad morza, lądy;

Miejsce zmęczonych zastępują inne,

Mocniejsze w skrzydłach. Tak żóraw roztropny Co rok w podróży, wiatrami niesiony.

Tam gdzie ich klucze kierują lot chyży,

Od ruchu licznych skrzydeł wiatr się zrywa. Drobniejsze ptaki skaczą po gałęziach,

Radują lasy rozkosznem śpiewaniem,

Migając barwnem skrzydłem aż do zmroku. Cichną natenczas: jeden tylko słowik Urocze pienia szerzy przez noc całą.

Inne na rzekach i jeziorach srebrnych Kąpią puszyste piersi; dumny łabądź Zgiąwszy w łuk szyję, skrzydłami białemi Wpół otulony jak płaszczem, z godnością Płynie po falach wiosłowatą nogą.

Czasem porzuca wody i w przestrzenie Średnie powietrza mknie silnemi skrzydły.

Inne po ziemi chodzą: grzebieniasty Kogut, którego pianie, jak głos trąbki, Przerywa nocną ciszę, ówdzie drugi,

Z gwiaździstem okiem, ma ogon wzorzysty Z barwami tęczy. Tak wody rybami, Powietrze ptactwem, gdy się napełniły, Wieczór i ranek wielbiły Dzień piąty.

«Szósty, ostatni nastał Dzień Stworzenia, Witany dźwiękiem harf rano i wieczór:

Rzekł Bóg: ««Niech zrodzi ziemia duszę żywą, Bydło, zwierzęta nieme i pełzacze Według rodzaju swego.»» I natychmiast Posłuszna Ziemia płodorodne łono Otwarła i świat cały napełniła Niezliczonemi żywemi tworami W kształcie i członkach już doskonałemi, Wzrostu pełnego. Wyszedł z niej zwierz dziki Jak z legowiska swego; jedne z boru,

Inne z zarośli, krzaków, jaskiń, stepu,

Jak ich obyczaj; parami szło dalej Bydło na pola i łąki zielone,

Lub pojedynkiem, lub pasło się w stadach. Obfitowały w strawę płodne niwy.

Nawpół wysunął się z ziemi lew płowy: Drapie przedniemi łapami, by tylną Część oswobodzić: jednym rzutem skacze, Jakby się urwał z więzów, pełza,

Pstrą potrząsając grzywą. Lampart, tygrys,

I ryś, jak krety, kopiąc się, z wzruszonej Ziemi sypały wzgórki, jeleń szybki

Raj utracony.

— 241 —

IG

Wysuwał z ziemi gałęziste czoło;

Największy z zwierząt lądowych, behemot, (4) Z trudem dobywał na wierzch ciężkie członki; Becząc wełniaste trzody wyrastały Jak zielsko; wespół ląd i wodę Zamieszkujące: koń morski, krokodyl,

Łuską okryty; nareszcie wypełzły Z ziemi owady i robaki wszystkie.

Te szybko trzęsą wachlarzy ko wate Skrzydełka, a ich drobne członki strojne Przepychem lata, suknią nakrapianą Złotem, purpurą, błękitem,-zielenią;

Te jak linie, wyciągnięte, pełznąc,

Siad zostawiają falisty na piasku.

Nie wszystkie małe; z wężowatych rodu Niektóre dziwnie długie i rozrosłe,

Zaopatrzone w pierścienie do chodu,

W skrzydła do lotu. Tam oszczędna mrówka Lezie, o przyszłość zabiegliwra, w szczupłem Ciele ukrywa wielkie serce, może Za wzór równości sprawiedliwej służyć,

Gdy jej plemiona w gminy się połączą.

Tu się pojawia pszczoła wyrojona,

Co leniwego swego męża żywi,

Z wosku buduje komory i miodem Zapełnia. Reszta niezliczone tłumy;

Znasz ich naturę, dałeś im nazwiska,

Nie potrzebuję ich teraz przytaczać;

Znany ci także wąż, najprzebieglejszy Ze wszystkich zwierząt w polu, bywa czasem

Wielki rozmiarem, z wejrzeniem spiżowerrl I grzywą straszną, ale nieszkodliwy Tobie, przeciwnie, rozkazu usłucha.

«Teraz jaśniało niebo w pełnym blasku, Tocząc się trybem pierwotnie nadanym Ręką wielkiego Stwórcy. Ziemia strojna,

Lśniła weselem; powietrze i wody

1 lądy pełne ptactwa, ryb i zwierząt,

A wszystko lata, pływa, kroczy. Jednak Coś brakowało jeszcze na dzień szósty:

Celu wszystkiego brakło, arcydzieła;

Istoty, coby niezgięta ku ziemi

I nie zwierzęca, jak inne stworzenia,

Lecz uświęcona rożumem, postawy Podniosłej, prostej, z czołem rozjaśnionem, Rządziła resztą z samowiedzą, godna Przez swą szlachetność obcowania z Niebem, Ale i wdzięcznie uznająca źródło Obdarowania swego, tam zwrócona Głosem, oczami, czcią i pobożnością,

Wielbiąca Boga Najwyższego, który Zrobił ją panem wszystkich tworów swoich. Zatem Wszechmocny Wieczny Ojciec, wszędzie Obecny, tak rzekł w głos do Syna swego:

««Uczyńmy człeka na wyobrażenie

I podobieństwo nasze, przełożony Niech będzie rybom, ptactwu i zwierzętom,

W morzu, w powietrzu i na wszystkiej ziemi, Nad wszelkim płazem, który na niej pełza. >>» To rzekłszy stworzył ciebie, o Człowieku!

Ciebie Adamie, z mułu ziemi, tchnąwszy W oblicze twoje dech żywota, ciebie Na podobieństwo własne stworzył, to jest,

Na podobieństwo Boga, i zostałeś Duszą żyjącą. Stworzył cię mężczyzną,

Za towarzyszkę dał niewiastę, aby Ród wasz się krzewił. I pobłogosławił Bóg rodzajowi ludzkiemu, i mówił:

««Rośćcie, mnóżcie się, napełniajcie ziemię, Czyńcie ją sobie poddaną, panujcie

I nad rybami morza, i nad ptactwem Powietrznem, i nad wszystkiemi zwierzęty,

Co się ruszają naziemi!»» Gdziekolwiek Bóg cię tak stworzył (nazwa nie oznacz)? Miejsca), przeniósł cię stamtąd, jak wiesz dobrze, Do rozkosznego tego gaju, tego Ogrodu, w którym rosną posadzone Przez Boga drzewa, wzrok i smak nęcące. Wszystek ten piękny owoc oddał szczodrze Na żywność tobie; są wszelkie gatunki,

Jakie wydaje ziemia, rozmaitość Bez końca; tylko nie macie jeść z drzewa Którego owoc spożyty podaje Wiedzę dobrego i złego; w dniu, w którym Będziesz jadł z niego, umrzesz: kara śmierci Jest oznaczona. Strzeż się więc, i panuj Nad twoją żądzą, niech cię nie podejdzie Grzech i śmierć, jego czarna służebnica.

«Na tem ukończył Bóg dzieło stworzenia,

A obejrzawszy, widział, że jest dobre;

Wieczór i ranek spełniły Dzień szósty.

Teraz przestawszy tworzyć, choć bynajmniej Nie doznający zmęczenia, powrócił Do Nieba Niebios, swej górnej stolicy,

Aby spoglądać z wysokości tronu Na świat, dodatek do swego mocarstwa,

Czy dobry, piękny, odpowiadający Wielkości jego pomysłu. W wyżyny Wchodził, a wszędzie mu towarzyszyły Okrzyki szczęścia, dźwięki jednozgodne Harf stutysięcznych, i śpiewów anielskich. Ziemia, powietrze ich odgłos rozniosły (Pamiętasz, boś je słyszał sam); niebiosa I wszystkie gwiazdy chórem odbrzmiewały; Stały planety w miejscu zasłuchane,

Gdy tryumfalny ten zastęp szedł w górę.

««Otwórzcie się, wy, wrota wiekuiste,»» Śpiewano: ««I wy, niebiosa, otwórzcie Żyjące bramy, wpuśćcie Stworzyciela, Wracającego od wielkiego czynu Stworzenia świata w sześć dni! Otwórzcie się I często nadal otwierajcie, często Bóg chce nawiedzać mieszkania swych miłych, Swych sprawiedliwych ludzi, równie licznie Posyłać będzie skrzydlatych swych gońców, Zwiastunów łaski niebieskiej.»'» Tak śpiewał Wznosząc się w górę orszak promienisty.

Niebo otwarło świetlane wierzeje,

Do dworu Boga wiecznego wiodące Szeroką drogą, której pył ze złota,

&

Bruk z gwiazd, jak gwiazdy drogi mlecznej lśnią-Którą dostrzegasz w nocy, nakształt pasa, [cych. Obsypanego gwiazdami. Na ziemi,

Teraz w Edenie, nastał wieczór siódmy,

Bo słońce zaszło, mrok, poprzednik nocy,

Szedł z wschodniej strony, gdy na świętą górę Na szczyt wysoki Nieba, gdzie tron wieczny Królującego Boga niewzruszony,

Przybył Wszechmocny Syn, i z Wielkim Ojcem Zasiadł, bo chociaż Ten mu niewidzialnym Był towarzyszem, był jednak na tronie (Taki przywilej jest Wszechobecności);

Dziełem stworzenia kierował, bo On jest Wszystkiego w świecie początek i koniec.

Teraz wypoczął od dzieła tworzenia I błogosławiąc poświęcił Dzień siódmy.

Lecz nie milczeniem dzień ten obchodzono:

Bez przerwy brzmiały harfy, flet poważny,

Lutnie, organów melodyjne tony,

Lub z strun, lub z złotych drutów dobywane, Złączone z śpiewem uroczystym chórów.

Z złotych kadzielnic szły wonne obłoki I osłaniały całą Górę. Chóry Tworzenia sześć dni opiewały:

««Jehowo! wielkie Twe dzieła, potęga Twa nieskończona! Czy myśl jaka może Objąć Cię, język jaki wypowiedzieć?

Twój powrót teraz większy, niż po starciu Wrogich Aniołów: wtedy Twe pioruny Głosiły wielkość Twoję, ale stwarzać

Większem jest dziełem niż niszczyć stworzone.

Kto zrówna Tobie, o Królu potężny?

Kto ograniczy Twe państwo? Z łatwością Odparłeś pychą natchnione zamachy Duchów odstępców i ich próżne rady,

Kiedy bezbożnie Twej ujmy pragnęli I odciągnięcia wielu od czci Twojej.

Kto chce Cię zmniejszyć, wbrew swoim zamiarom, .Służy do większej Twej mocy objawu:

Ich zła użyłeś na to, by wytworzyć Z niego zwiększone dobro. Świadkiem Nowostworzony świat, to drugie Niebo,

Blisko niebieskiej bramy założone Na szklistem morzu czystego kryształu,

Wielkości prawie bez miary, z licznemi Gwiazdami, z których może każda światem Do zamieszkania przeznaczonym, ale Ty wiesz każdego świata czas i porę.

Pomiędzy niemi siedlisko człowieka,

Ziemia, dokoła morzem opasana,

Jego rozkoszne mieszkanie. Po trzykroć

Szczęśliwi ludzie i synowie ludzi

Których Bóg wybrał, na swój obraz stworzył,

By tu mieszkali, by go czcili; aby W nagrodę za to mieli panowanie Nad jego dziełmi na ziemi, w powietrzu,

Na morzu; aby mnożyli na ziemi

Ród sprawiedliwych i świętych czcicieli:

Trzykroć szczęśliwi, jeżeli poznają,

Jak są szczęśliwi, i wytrwają w dobrem.» »

«Tak Aniołowie śpiewali, a Niebo Odbrzmiało głośnem Aleluja. Sabat Tak obchodzono. Spełniłem twą prośbę,

Gdy chciałeś wiedzieć, jak ten świat stworzono, Jaki początek rzeczy, co się działo Wprzód nim twa pamięć sięga, by potomność Mogła to z twoich ust słyszeć. Jeżeli Jeszcze co wiedzieć chcesz, o ile miary Pojęć to ludzkich nie przekracza, pytaj.*

1) Urania, czyli Wenus niebiańska, córka Nieba i Światła, przejmowała ludzi tylko czystą, niezmysłową miłością; tę nazwę nosi także Muza astronomii. Milton ma tu na myśli także poezyę, natchnienie wieszcze.

2) Bellerofon, syn Glauka, króla Koryntu, otrzymawszy od Minerwy Pegaza, zwyciężył Chimerę, potwór latający w powietrzu. Nadęty powodzeniem, chciał wznieść się do niebios, ale gdy paw, wysłany przez Jowisza, ukłuł jego rumaka, Bellerofon spadł na ziemię i stracił życie. Według innych, Bellerofon nie zabił się, tylko opanowany melancholią, błąkał się po polach Ale-jańskich w Syryi.

3) Orfeusz pochodził z Tracyi;—tam i góra Rodope.

4) Lewiatan, bajeczna ryba, największa z żyjących w morzu; Behemot, wół olbrzymi. Oba zwierzęta opisywane w Talmudzie.

PIEŚŃ VIII.

Skończył rzecz swoję Anioł, a głos jego^ Tak czarująco brzmiał w uszach Adama, Że przez czas jakiś sądził, iż go jeszcze Słyszy, i słuchał w skupieniu, aż wreszcie, Jak obudzony ze snu, odpowiada:

«Jakie wystarczą dzięki, i nagrodę Jakąbym mógł ci złożyć wzamian, boski Opowiadaczu, coś moje pragnienie Wiedzy tak szczodrze raczył zaspokoić,

Po przyjacielsku objaśniając rzeczy, Których istoty nigdy w inny sposób Dojśćbym nie zdołał, a teraz słuchałem Pełen podziwu, zachwytu, zdumienia, Składając Stwórcy winną cześć i chwałę. Jeszcze mi pewna wątpliwość została, Którą mi tylko twa łaska rozwiąże.

Gdy się przyglądam tej pięknej budowie Świata, co z nieba i ziemi się składa,

I porównywam wielkość ich obojga,

- 249 —

Wydaje mi się ziemia grudką, ziarnkiem,

Pyłkiem, atomem w porównaniu z niebem Pełnem gwiazd, co się zdają toczyć w przestrzeń Nie do pojęcia wielką (bo tak można Z ich odległości wnosić i z dziennego Powrotu), na to, aby do okoła Tej Ziemi ciemnej, i małej jak kropka,

Rozsiewać światło to dzienne, to nocne. Bezużyteczne zresztą w całym biegu,

Takim dalekim. Często rozmyślając Dziwię się czemu Przyroda tak mądra,

I tak oszczędna w całem swem działaniu Nierównomierność taką spełniać może:

Rozrzutną ręką tyle szlachetniejszych I w różnym stopniu większych ciał stworzyła Tylko na taki użytek, by codzień Powtarzający się obieg spełniały,

Podczas gdy Ziemia (coby łatwiej mogła Po znacznie mniejszym toczyć się obwodzie), Lepsze od siebie mając na posługi,

Cel swój osiąga, pozostając w miejscu;

W dań otrzymuje podróże codzienne Z pośpiechem ducha niosące jej światło I ciepło; z taką służące szybkością,

Na określenie której liczby niema.«

Tak nasz praojciec rzekł, a twarz świadczyła Że pragnie zgłębiać ciemne i zakryte Przed wzrokiem ludzkim rzeczy. To spostrzegłszy Ewa, siedząca opodal, powstała Z majestatyczną pokorą i wdziękiem,

Który w patrzących mógł budzić życzenie Żeby została. Poszła, by owoce I kwiaty swoje obejrzeć w ogrodku,

Pąki i kwiecie, czy rosną szczęśliwie?

Za jej zbliżeniem otwierały kwiaty Wonne kielichy i weselej rosły Pod jej troskliwej reki hodowaniem; Odeszła jednak nie dla tego, iżby Taka rozmowa jej nie zajmowała,

Albo jej umysł treści tak wysokiej Nie zdołał pojąć: wolała zachować Sobie na później przyjemność, gdy Adam Jej opowiadać będzie, a jedyną Słuchaczką ona. Opowieści męża Wolała słuchać raczej niż Anioła Samego, jego więc postanowiła Pytać; wiedziała, że w naukę wplecie Słowa miłości, a zakończ)? wykład Słodką pieszczotą małżeńską; z ust jego Nie same słowa jej się podobały.

Gdzie teraz szukać par takich, złączonych Poszanowaniem i wspólną miłością.-' — Odeszła z ruchem bogini, z orszakiem,

Bo jak królowe otaczał ją przepych Obsługujących gracyi, co w koło Do oczu wszystkich posyłały groty Pragnienia, by ją módz oglądać jeszcze. Na wątpliwości, jakie Adam stawił,

Anioł Rafael uprzejmie, łagodnie Odrzekł w te słowa: «Nie ganię, ze pytasz

I badasz. Niebo jest jak rozłożona Przed tobą księga Boga, abyś czytał Cudowne Jego dzieła, byś poznawał W niej pory roku, godziny, miesiące,

Lub lata. Byłeś dokładnie rachował, Wszystko ci jedno, czy niebo, czy ziemia Jest w ruchu. Wielki Budowniczy świata Resztę skrył mądrze przed okiem człowieka, Albo Anioła; i tajemnic swoich .

Nie chciał objawić, aby nie szperali • Ludzie, lecz raczej, by je uwielbiali.

Gdy więc z wysiłkiem tworzą przypuszczenia, Bóg o swych dziełach rozpraw im nie broni, Może, by śmiać się z dziwacznych poglądów, Gdy układają plan nieba, i biegi Gwiazd naznaczają; jak wtedy pochopni Do kierowania potężnym wszechświatem! Przebudowują go wciąż i planują Na nowo, aby pozory ratować.

Na nieba planie kreślą dośrodkowe I odśrodkowe linie, okręgi,

Koła, a na ich obwodzie okręgi I koła w kołach. (’) Jak z rozumowania Twojego widzę, kierowniku rodu, Przypuszczasz, jako ciała te jaśniejsze I większe służyć nie powinny mniejszym,

Ani ciemniejszym, ni też gwiazdy nieba Takich wędrówek odprawiać, gdy ziemia Spoczywa i z ich zabiegów korzysta.

Rozważ to naprzód, że wielkość lub jasność

Doskonałości jeszcze nie stanowią;

|: Choć w porównaniu z innemi g wiazdami | Ziemia jest mała, nie połyska, jednak ; Może zawierać więcej istotnego Dobra, niż słońce, które samo puste Nie użytkuje ze światła swojego,

Lecz urodzajna ziemia, bo promienie Jego, aż dotąd bezczynne, dopiero \ Tu zatrzymane odzyskują siłę.

I Lecz nie dla ziemi są te świetelniki,

Tylko dla ciebie, coś jest jej mieszkańcem, f A co do nieba niezmiernych przestrzeni,

Niech rozpowiada wysoka wspaniałość Ich Stworzyciela, który je tak wielkie | Zbudował, swoje granice zakreślił f Aż tak daleko, aby wiedział człowiek,

|f Że nie w swym własnym gmachu ma mieszkanie, ; Zawielkim, aby zdołał go zapełnić;

Szczupłą w nim cząstkę zamieszkuje, reszta Służy do celów Bogu tylko znanych.

[' Tych ciał niebieskich szybkość bezgraniczną Jego wszechmocy przypisz, która nawet Bryłom nadała pęd prawie duchowy.

Za powolnego mnie nie weźmiesz, jeśli W rannej godzinie z Nieba, gdzie Bóg mieszka Zeszedłszy, jeszcze przed południem byłem W Edenie; liczbą nie da się wyrazić Taka odległość. Przytaczam to tylko,

E By, przypuściwszy ruchy ciał niebieskich,

Wnet ci okazać, jak słabe pobudki

Twych wątpliwości. Nie twierdzę, że tak jest,

Choć tobie, co tu mieszkasz, tak się zdaje.

Bóg, aby dróg swych pod zmysły człowieka Nie poddać, niebo umieścił od ziemi W tej odległości, iż łudzi wzrok ziemski,

Który sięgając rzeczy za wysokich,

I zabłąkany w marnych domniemaniach,

Napróżno niemi się dręczy. Cóż jeśli Słońce jest środkiem świata, jeśli inne Ciała niebieskie, pobudzone jego Przyciągającą siłą i swą własną,

Tańczą dokoła niego w różne kręgi?

W sześciu planetach widzisz obrót zmienny Wysoko, to znów nisko, naprzód idą,

To się cofają, to stają, to kryją;

A jeśli siódma w ich gronie, ta Ziemia,

Która tak stałą wydaje się tobie,

Nieznacznie ruchem trojakim się toczy?

Jużbyś natenczas nieregularności

Nie potrzebował odnosić do różnych

Sfer w ruch wprawionych w przeciwnych kierun-

I krzyżujących się skośnie; co właśnie [kach

Musisz przypuszczać, jeśli według ciebie

Słońce jest w ruchu, a poruszająca

Wszystko sprężyna wielka, niewidzialna,

Po za gwiazdami, koło, co sprowadza Dzień i w kolei noc swoim obrotem.

Nie potrzebujesz tego przypuszczenia,

Jeżeli ziemia skrzętna sama z siebie Tocząc się na wschód, bierze dzień, a stroną

\'; .^oświeconą promieniami słońca Wtedy spotyka noc, gdy pierwsza strona Błyszczy słonecznem światłem. Cóż jeżeli Ziemia, co światło śle w strzeń przezroczystą Towarzyszowi swemu, księżycowi,

Wyda się gwiazdą, co mu w dzień tak świeci,

Jak on jej w nocy? Jeśli tam są kraje,

Pola, mieszkańcy? Plamy na nim widzisz,

Jak chmury, z chmur deszcz pada, z miękkiej ziemi [Deszcz wywołuje owoce i życie.

Może odkryjesz kiedy inne słońca Z ich księżycami, wciąż rozsiewające Męski i żeńskie światło (bo te wielkie Dwa działy płciowe dają życie światu);

Może na każdem z owych ciał niebieskich Mieszczą się jakie żyjące istoty?

By takich wielkich w przyrodzie przestrzeni Nie zamieszkała żadna żywa dusza,

By puste były, przeznaczone tylko Na to, by świecić, aby każda gwiazda Ledwie światełko słabe posyłała Dalekiej ziemi, zamieszkałej, która Innym je zwraca — o tem wątpić można.

Lecz czy te sprawy są takie, czy inne,

Czy panujące na niebiosach słońce Dokoła ziemi się toczy, czy ona Dokoła słońca; czy ono od wschodu W drogę ognistą wstępuje, czy ona Z zachodu cichy bieg posuwa, krokiem Łagodnym, sennym, na wirowej osi

Niesie cię miękko wraz z lekkiem powietrze; n, Nie dręcz umysłu tem, co jest zakryte,

Zostaw to Bogu i służ mu z bojaźnią.

Inne istoty niech według swej woli Umieszcza tam, gdzie uzna za stosowne:

Ty ciesz się tem, co tobie i twej Ewie Daje — tym Rajem; Niebo zawysoko Byś mógł przeniknąć to, co się tam dzieje. Pokorną mądrość obierz, o tem tylko Myśl, co się tyczy ciebie, twego bytu;

Nie marz o innych światach, ani o tem,

Jakie stworzenia tam mieszkają, jaki Ich stan, warunki życia, albo stopień;

Tem się kontentuj, co ci objawiono Nietylko ze spraw ziemi, lecz i nieba.»

Na to mu Adam, zbywszy wątpliwości, Odrzeknie: «W pełni mnie zaspokoiłeś,

Duchu niebieski, Aniele przejasny.

Zwolniłeś od czczych błąkań, nauczyłeś Najprostszej drogi życia, bez szperania Bałamutnego, które całą słodycz Życia odbiera. A Bóg je osłonił Od trosk wszelakich, bylebyśmy sami Nie sprowadzali ich próżnem myśleniem I dociekaniem. Wprawdzie umysł ludzki Lub wyobraźnia do urojeń skore,

Mogłyby roić bez końca, bez granic,

Ale przestroga, albo doświadczenie Uczą, że mądrość najwyższa polega Nie na tem, żeby dokładnie znać x-zeczy

Zastosowania niemające, skryte,

Subtelne, ale znać to, co nam życie Dzienne przynosi; reszta próżnym dymem, Lub uroszczeniem niedorzecznem, które Do snraw potrzebnych niezdolnymi czyni, Niep raktycznymi i niegotowymi,

Tylko w szperaniu wciąż zatopionymi. Zstąpmy więc z tego wysokiego szczytu I niższym lotem, o rzeczach najbliższych A pożytecznych mówmy: tu niejedno Będę mógł zadać pytanie stosowne,

Gdy mi twa dobroć i łaska dozwoli.

Z ust twych słyszałem o tem, co się działo Wprzód nim pamięcią zasięgam; wysłuchaj Nawzajem mojej historyi, może Jej nie znasz, dzień zaś jeszcze nie tak prędko Skończy się. Widzisz, jakie wynajduję Sposoby, pragnąc cię zatrzymać; dzieje Swoje opowiem, aby tylko słyszeć Odpowiedź twoje. Gdy tu siedzę z tobą,

Zda mi się, żem jest w Niebie, twoja mowa Jest dla mnie słodsza, niżeli owoce Palmy wysmukłej, które uśmierzają Głód i pragnienie, gdy się posilamy Po pracy dziennej: przesycają skoro,

Chociaż przyjemne; ale twoje słowa Tchną łaską boską, nigdy nie nasycą.»

Rafael na to z anielską dobrocią Tak mu odpowie: «Wdzięczne twoje wargi,

I język biegły, o praojcze ludzi;

Ilaj utracony.

Bo Bóg na ciebie obfite wewnętrzne Jak i zewnętrzne spuścił dary, jako Na podobieństwo swoje; czy więc mówisz, Czy milczysz, zawsze cię otacza powab,

Przy każdem słowie i przy każdym ruchu.

W Niebie też mamy cię za towarzysza Ziemskiego w służbie bożej, i z radością Badamy drogi Boga względem ciebie;

Bo, jak widzimy, Bóg czcią cię ozdobił I równą objął miłością. Mów zatem,

Bo nieobecny byłem dnia owego; Obowiązany do podróży ciężkiej A nadzwyczajnej, bo aż do bram Piekła. Uformowani w legion, mieliśmy Rozkaz nie puszczać z Piekła szpiega, ani Zbrojnego wroga, podczas gdy Bóg stwarzał, By rozgniewany taką zuchwałością,

Do dzieł twórczości nie wmieszał zniszczenia. Wprawdzie bez jego dopuszczenia nigdy Na czyn podobny nie ważyliby się,

Ale wysyła nas w ważniejszych sprawach Jak panujący, by nas przyzwyczaić Do posłuszeństwa. Straszna brama była Mocno zamknięta, zatarasowana,

Ale już zdała, nim się zbliżyliśmy,

Z poza niej szum szedł wcale nie taneczny, Nie śpiewy, ale biadania rozgłośne I krzyki wściekłe. Radzi wróciliśmy Ku okolicom światła w Sabbat wieczór,

Jak polecone było. Ale teraz

Ty opowiadaj, bo mi twoje słowa Równie są miłe, jako moje tobie.»

Tak mówił Anioł, na to nasz prarodzic:

«Życia swojego skreślić pierwociny Trudno dla człeka. Kto zna swój początek? Tylko mnie nęci do opowiadania Żądza rozmowy z tobą. Gdym się ocknął Z snu głębokiego, spostrzegłem, że leżę Na trawie kwietnej, w balsamicznych potach, Które niebawem osuszyło słońce Promienne, chłonąc wilgoć parującą. Zwróciłem w niebo zadziwione oczy I przez czas jakiś patrzałem na jego Przestrzeń rozległą; nagłym pobudzony Instynktem, dążąc ku górze, skoczyłem, Stając na nogi. Ujrzałem dokoła Wzgórza, doliny i cieniste lasy,

Słoneczne pola, przezroczyste wody Rzeki, toczące z miłym szumem fale, Stworzeń żyjących kręcące się tłumy, Biegną, latają, śpiewają w zieleni,

Wszystko się do mnie uśmiecha; powietrze Pełne zapachu; serce przepełnione Radością. Siebie samego oglądam Członek po członku, to idę, to biegnę Rączemi kroki, niesion siłą życia.

Lecz kto ja? gdzie ja? i z jakiej przyczyny? Nic nie wiedziałem. Spróbowałem mówić,

I przemówiłem natychmiast: posłuszny Język nazywał wszystko, na com spojrzał.

««Ty słońce, rzekłem, piękne światło, i ty, Ziemio, tak świeża, hoża, w blasku światła,

Wy wzgórza, pola, rzeki, lasy, niwy,

Wy, co żyjecie, krążycie swobodnie,

Mówcie, gdy wiecie, jak się stałem taki?

Jak tu przybyłem? Nie sam z siebie; zatem Jakiś potężny Twórca z swej dobroci I z bezgranicznej potęgi mnie zrobił.

Powiedzcie, jakbym mógł go poznać, jakbym Mógł cześć mu oddać za ten ruch i życie,

Za szczęście większe, niż sam wiedzieć mogę?»» Gdy tak wołałem, błąkając się z miejsca,

Gdzie odetchnąłem pierwszy raz i pierwsze Ujrzałem światło błogie, a nie dawał Nikt odpowiedzi, na darniowej ławie,

Kwiatami tkanej, siadłem zamyślony.

Tu po raz pierwszy objął mnie sen słodki, Miękkim naciskiem przytłumił me zmysły, Niezamącony, choć, zdało się, wracam Do poprzedniego stanu nieczułości I do niebytu, gdy naraz u głowy Mojej stanęło zjawisko; w mej duszy Wewnętrzny pojaw jego wzniecił czucie Bytu i życia. Ktoś, jak mi się zdało,

Postaci boskiej nadszedł i powiedział:

««Czeka cię twoja dziedzina, Adamie, Pierwszy człowieku, na pierwszego ojca Niezmiernej liczby ludzi przeznaczony,

Wstań, otom przyszedł, bym cię poprowadził Do rozkosznego ogrodu, siedziby

Przygotowanej dla ciebie.* » To mówiąc Wziął mnie za rękę i wiódł nad polami I nad wodami, lekko, przez powietrze Jakbym się ślizgał, nie stąpając, w końcu Na szczycie góry lesistej mnie stawił,

Której wierzchołek stanowił obszerną I ogrodzoną płaszczyznę, drzewami Najpiękniejszemi zasadzoną, pełną Dróżek i altan; com widział poprzednio Na ziemi, teraz się zdało już prawie Nieładne; każde tu drzewo wspaniałym Obładowane owocem: wisiały,

Wzrok kusząc, nagłą wzbudzając oskomę. Wtem się ocknąłem, i w rzeczywistości Wzrok mój napotkał wszystko, co tak żywo Sen mi przedstawiał. Tu znów byłbym począł Krążyć bez celu, gdyby pod drzewami Ten się nie zjawił, co mię tu sprowadził. Obecność Boska! Z radością i trwogą,

Z czcią i pokorą padłem do stóp jego,

A On podniósłszy mnie, rzekł słodko: ««Jestem Ten, kogo szukasz, Stworzyciel wszystkiego,

Co widzisz w koło, w górze i na dole.

Raj ten ci daję: miej go na swą własność,

Dzierż i uprawiaj, i z wesołem sercem Jedz owoc z wszelkich drzew, które tu rosną, Nigdy się nie bój tu nieurodzaju,

Lecz z drzewa, które świadomość dobrego I złego daje, które zasadziłem,

Jako rękojmię twego posłuszeństwa

- 201 —

I twojej wiary, w pośrodku ogrodu

Przy Drzewie Życia, ostrzegam, byś nie jadł.

Miej ostrzeżenie moje na pamięci,

Lękaj się gorzkich następstw, bo wiedz o tem W dniu, w którym jeść zeń będziesz, w którym zła-Zakaz jedyny mój, niechybnie umrzesz; [miesz Będziesz od tego dnia śmiertelnym, stracisz Swój stan szczęśliwy, będziesz wypędzony Stąd w świat boleści i smutku.»» Surowo Wyrzekł tę groźną zapowiedź, brzmi ona Dotąd straszliwie w mem uchu, choć nigdy Jej nie podpadnę. Ale wkrótce przybrał Łagodny wyraz twarzy i łaskawie Cel swój objaśnił: ««Nietylko ten Eden,

Lecz całą ziemię tobie i twojemu Plemieniu daję; wy bądźcie panami Jej i wszystkiego, co żyje na ziemi,

W wodzie, w powietrzu — zwierząt, ryb i ptaków. W znak czego obejrz wszystkie ich rodzaje,

Gdy je sprowadzę, nadaj im nazwiska,

A one z hołdem przystępować będą,

Jako poddane. To się też rozumie

0 rybach w wodnej ich siedzibie, które Tu nie przyzwane, bo swego żywiołu

Nie mogą zmienić, ni rzadszem powietrzem Oddychać.»» Mówił tak, a każde zwierzę

1 ptak parami zbliżały się do mnie,

Pierwsze schylone łasiły się mile,

Ptaki na skrzydłach zlatały przedemnie,

Gdy mnie mijały, nazwy im dawałem

Według natury ich, bo Bóg mnie nagle Przenikliwości zaopatrz)'! siłą.

Ale to wszystko nie stłumiło we mnie Poczucia braku pewnego, więc śmiało Do niebiańskiego Zjawiska tak rzekę:

««Jakiem imieniem — bo Ty nad to wszystko, Ponad ród ludzki i nad to, co wyższe Niż rodzaj ludzki, podniesiony jesteś,

Przechodząc wszelkie moje mianowanie,

— Jak mam Cię nazwać, jak czcić, Stwórco świata, I tego dobra wszelkiego dla człeka?

Dla jego szczęścia wszystko tak obficie Zaopatrzyłeś szczodrobliwą ręką,

Ale nie widzę z kimbym mógł to dzielić,

A co za szczęście czeka w samotności?

Kto sam używać może? Lub kto w takiem Użyciu znajdzie ukontentowanie?* »

«Tak ja zuchwale, a jasne Zjawisko Z uśmiechem jeszcze bardziej jaśniejącym Tak odpowiada: ««Cóż to za samotność?

Pełna jest ziemia żywego stworzenia,

Pełne powietrze, a wszystko na twoje Przyjdzie rozkazy, by igrać przed tobą.

Czyż nie znasz mowy ich i obyczajów?

I u nich rozum nie do pogardzenia.

Z nimi czas spędzaj, rządź nimi, wszak twoje Królestwo wielkie.»» Tak mówił Pan świata,

Taki wydawał rozkaz, jakem sądził.

Prosiłem kornie, by mi wolno było Rzec jeszcze słowo, i tak powiedziałem:

««Niech moja śmiałość nie obraża Ciebie, Mocy Niebiańska, mój Stwórco, łaskawie Słów mych wysłuchaj. Wszakże uczyniłeś Mnie tu zastępcą swoim, resztę stworzeń,

Ze pośledniejsze, pod mą władzę dałeś?

Jaka społeczność między nierównymi?

I harmonia i rozkosz prawdziwa?

Ta być wzajemną musi, stosunkowo Braną, dawaną; lecz przy nierówności Gdzie silne z wątłem, tam niechęć wzajemna Wyniknie wkrótce. Pragnę towarzystwa, Któreby mogło brać udział we wszystkich Upodobaniach rozumnych, a zwierzę Takiej rozkoszy nie może podzielać;

One weselą się z swymi równymi,

Lew z lwicą; mądrość Twa ich połączyła W pary: nie igra ptak ni z czworonogiem,

Ni z rybą; ani też byk z małpą, tym mniej Stosunek taki może łączyć człeka.»»

«Na to Wszechmocny bez niechęci rzecze: ««Wytworne szczęście obmyślasz, Adamie, Takim wyborem swego towarzystwa:

Nawet rozkoszą otoczony nie chcesz Rozkoszy zażyć dopókiś samotny.

Coż zatem mniemasz o mnie i mym stanie?

Czy dostatecznie szczęśliwym się zdaję?

J a sam przez całą wieczność, bo nikogo Nie mam drugiego, ani podobnego,

Tem mniej równego sobie. Z kimże zatem Mam mieć zażyłość, oprócz tych com stworzył,

Co nieskończenie niżsi są odemnie,

Niżeli inne stworzenia od ciebie?»»

«Zamilkł, ja na to odrzekłem pokornie:

««Dróg Twoich wiecznych wysokości, głębi, Nigdy myśl ludzka ogarnąć nie zdoła,

Królu stworzenia! w sobie doskonały,

I nigdy braku nie czujący w sobie;

Lecz nie tak człowiek, czujący granice W naturze swojej, i dlatego dąży Do obcowania z podobnymi sobie,

Pomocy w trudach lub pociechy żądny.

Nie masz potrzeby rozmnażania siebie,

Gdyś nieskończony, i choć Jeden tylko, Nieprzeliczony, jako liczba; człowiek Przeciwnie, musi liczbą zastępować Niedoskonałość jednostki, i płodzić Podobne sobie istoty z podobnych,

Mnożyć swój obraz, w jednostce wadliwy,

Trzeba mu zatem miłości wzajemnej,

Przyjaźni czułej. Ty, choć w samotności,

Masz doskonałe towarzystwo w sobie,

Nie potrzebujesz społecznego życia,

Chociaż, gdy zechcesz, możesz swe stworzenie Do zamierzonej wysokości w7znosić,

Do towarzystwa swego, do boskości;

Ja tych schylonych nie mogę prostować,

Ani podobać sobie w ich z wyczaj ach.» »

Tak korzystając z danej mi wolności,

Śmiało mówiłem, słuchany łaskawie,

A w odpowiedzi taki był Głos Boski:

««Dotąd, Adamie, doświadczałem ciebie, 1 widzę, że znasz nietylko zwierzęta,

Któreś właściwie nazwał, lecz i siebie, Wolnego swego wyrażając ducha.

Mój wizerunek—żadnemu zwierzęciu Nieudzielony: nie mogą być zatem Towarzyszami twymi. Bardzo słusznie,

Że nie znalazłeś w nich upodobania,

I tak sądź zawsze. Nim rzekłeś, wiedziałem, Że człowiekowi niedobrze samemu.

Nie takiem wybrał tobie towarzystwo,

Któreś tu widział zwołane na próbę,

Byś sąd objawił o tem, co się godzi.

Bądź pewien, że to, co wkrótce przywiodę, Spodoba ci się—twoje podobieństwo,

Twoja najlepsza pomoc, ty sam drugi, Zupełnie według pragnień serca twego.»»

«Umilkł, a może nie słyszałem więcej, Bo już ma ziemska istność przemożona Jego niebiańską, pod jej długim wpływem, Na szczytach takiej nadziemskiej rozmowy, Jak oślepiona, wyczerpana rzeczą Przewyższającą jej zmysły, opadła,

We śnie szukając przywrócenia siły.

Na głos natury przybiegł sen niebawem, Zamknął mi oczy, zamknął, lecz otworem Zostawił celę wewnętrznego wzroku Imaginacyi, za jej pośrednictwem,

Jak w zachwyceniu, śpiącemu, gdziem leżał, Tak się wydało, że widzę przejasną

Postać, przed którą stałem wprzód na jawie:

Ta, przystąpiwszy, otwarła mój lewy Bok, i wyjęła stamtąd żebro, życiem Serca ogrzane, krwią świeżą ociekłe.

Szeroka była rana, ale prędko Zapełniła się ciałem i zgoiła.

A postać w rękach urabiała żebro,

Pod ich działaniem urosła istota Taka, jak człowiek, tylko płci odrębnej,

Tak piękna, że co tylko dotąd w świecie Pięknem się zdało, teraz pospolitą Przybrało cechę, lub się jednoczyło W niej, w jej spojrzeniach, które odtąd lały Do mego serca słodycz wprzód nieznaną.

I wszystko w koło przy jej pojawieniu Tchnęło miłością, rozkoszą kochania.

Nagle zniknęła, ciemności zostały,

Ze snum się zerwał, aby ją odnaleść,

Albo jej stratę gfiecznie opłakiwać,

Do wszystkich innych rozkoszy wstręt czując,

Gdy wbrew nadziei spostrzegłem w pobliżu Taką, jak we śnie widziałem, ozdobną Wszystkiem, co tylko i ziemia i Niebo Mogły dostarczyć godnego kochania.

Szła, wiódł ją Stwórca, chociaż niewidziany,

Głosu słuchała, świętości małżeństwa I obowiązków stanu już wiadoma.

Wdzięk w każdym kroku był, niebo w spojrzeniu, Godność i miłość w każdym ruchu ciała.

Radością zdjęty w cały głos krzyknąłem:

— 267 —

««Ten dar za wszystko stanie; obietnicę Spełniłeś, Stwórco dobry i łaskawy,

Dawco wszelkiego piękna! A ze wszystkich Ten najpiękniejszy dar twej szczodrej ręki! Kość z kości mojej, ciało z mego ciała Oglądam teraz, siebie mam przed sobą;

Zwie się Niewiastą, wzięta jest z Mężczyzny, Który opuści i ojca i matkę,

By się przyłączył do żony, i będą Oboje jednem ciałem, sercem, duszą.»»

«Słyszała mnie, i chociaż moc nadziemska Wiodła ją, jednak niewinność i skromność Dziewicza, cnota, poczucie wartości Własnej, o którą zabiegać należy,

Która nie czyni sama pierwszych kroków,

Ni się narzuca, lecz cofając właśnie 1 em pożądanszą się czyni, więc, słowem,

Choć czysta była i bez grzesznej myśli,

Samej natury podszeptu słuchając,

Gdy mnie ujrzała, zawróciła z drogi.

Pobiegłem za nią; hołd przyjęła mile,

Z majestatyczną uległością słuszność Słów mych uznając. Do weselnej chaty Poprowadziłem ją zarumienioną Nakształt Jutrzenki. Niebo i przychylne Gwiazdy wylały swe błogosławieństwo;

Ziemia i wszystkie pagórki znakami Różnemi szczęścia życzyły; ptaszęta Okazywały radość; świeże, miłe Powiewy szepcąc drzewom, rozigrane

nmRM

Sypały róże, i z aromatycznych Krzewów zapachy roznosiły, wreszcie Kochanek nocy, słowik, pieśń hymenu Zaśpiewał, gwiazdę wieczorną znaglając, *

By prędzej biegła do swego zenitu I zapaliła pochodnię weselną.

«Opowiedziałem ci tu moje dzieje Aż do tej chwili, w której największego Doznałem szczęścia ziemskiego, a którem Dotąd się cieszę; wyznać przytem muszę,

Choć miłe są mi wszystkie inne rzeczy,

Czy ich używam jednak, czy też niecham,

To na mój umysł nie wpływa, nie budzi Pragnień gwałtownych — mówię o rozkoszach Smaku, zapachu, wzroku, o owocach, '

Ziołach i kwiatach, przechadzkach przy słodkiem Śpiewaniu ptaków; — ale tu inaczej:

W zachwycie patrzę, dotknięcie zachwyca;

Tu po raz pierwszy namiętność poczułem,

Dziwne wstrząśnienie; przy innych uciechach Jestem spokojny, panuję nad sobą,

Tu słabnę wobec uroku piękności.

Może Natura chybiła, i we mnie Pozostawiła pod tym względem stronę Nie dość odporną, lub też odejmując,

Może zabrała zawiele; przynajmniej Ją opatrzyła w nadmierne ozdoby Zewnętrzne, pozór wyrzeźbiła, ale Wewnętrzne dary nie tak. Bo rozumiem Dobrze, iż w planie Natury leżała

Jej umysłowa nizszość, niższe siły Duchowe, które nad wszystkiem panują. Powierzchownością także mniej podobna Do wizerunku Tego, Kto nas stworzył,

I mniej wybitna u niej cecha władzy Nad stworzeniami innemi nam danej,

Lecz gdy rozważam jej nadobność, zda się Tak doskonałą i skończoną w sobie,

Tak dobrze siebie znającą, iż wszystko,

Co czyni, mówi, wyda się najmędrszem, Najroztropniejszem, doskonałej cnoty,

Wreszcie najlepszem; wszelka wyższa wiedza W jej obecności traci swe znaczenie;

Mądrość w rozmowie z nią miesza się, plącze, Staje się głupstwem; powaga i rozum Na jej usług-ach; jakby w zamierzeniach Twórczych na pierwszym planie była ona,

Nie zaś stworzona okolicznościowo.

Streszczając wszystko: podniosłość umysłu, Szlachetność ducha w najwdzięczniejszy sposób W niej zamieszkały, i ją otoczyły Uszanowaniem, jak strażą anielską.»

Na to mu Anioł rzecze, brwi ściągając: «Nie skarż Natury, ona wypełniła Swoje zadanie, ty wypełnij swoje.

Nie podejrzywaj Mądrości, trwać będzie Przy tobie, póki jej sam nie odepchniesz,

Gdy jej najbardziej będziesz potrzebował,

Za dużą wagę wkładając na rzeczy Mniej doskonałe, jak to sam spostrzegłeś.

Bo cóż podziwiasz? co cię tak unosi? Zewnętrzność — piękna, niewątpliwie godna Kochania twego, twej czci—nie poddaństwa. Zważ ją i siebie, i oszacuj. Czasem Bardzo się przyda nam poszanowanie Dla siebie samych, jeśli się opiera Na słusznej mierze; im lepiej posiądziesz Tę umiejętność, tem więcej cię ona Uzna swą głową, wyżej cenić będzie Tę rzeczywistość, niż swoje zalety.

Pięknością błyszczy ku twojej rozkoszy, Godnością, abyś szanował i kochał Swą towarzyszkę, która wnet spostrzeże. Gdy się mniej mądrym okażesz. Lecz jeśli Tak ci się drogą wydaje ta rozkosz,

Ku rozkrzewieniu ludzkości służąca,

Gdy ją nad wszystko przenosisz, pamiętaj,

Że i zwierzętom zmysł taki nadany:

Pewnoby nie był tak rozpowszechniony I pospolity, gdyby coś w nim było Godnego duszę człowieka podbijać,

I żar w nim niecić. Co w jej towarzystwie Znajdziesz wyższego, pociągającego,

Bardziej ludzkiego, rozumnego,—kochaj. Miłość przystoi tobie, nie namiętność,

W której kochania prawdziwego niema. Miłość oczyszcza myśl, serce rozszerza, 'Miłość w rozumie ma swoje siedlisko I jest rozsądną drabiną, po której Masz do miłości niebieskiej się wznosić,

A nie pogrążać się w rozkoszy ciała,

Bo towarzyszkę masz nie z grona zwierząt.*

Na to mu Adam, nieco zawstydzony:

«Ani jej kształty tak piękne, ni wspólny Ze zwierzętami wszystkiemi zmysł ciała (Chociaż w godności mam łoże małżeńskie I tajemnicze dlań poszanowanie)

Takiej rozkoszy nie wzbudzają we mnie,

Jak wdzięk i skromność w tysiącznych drobiazgach Codzień płynące z jej ust i uczynków.

Złączona z niemi uprzejmość i miłość Świadczą, że łączy zgodność niekłamana Nasze umysły, jedna mieszka dusza;

Ta harmonia w zaślubionej parze Milsza niż dźwięki harmonijne uszom.

To nie podbija jednak: Wynurzyłem Wszystkie uczucia me, lecz opanować Mnie nie zdołają, bo spotykam wiele Różnych przedmiotów, różny wpływ na umysł Wywierających; zawsze jednak wolny,

Obieram lepsze, i za tem, com obrał,

Kroczę wytrwale. Miłości nie ganisz,

Bo miłość, mówisz, do Nieba prowadzi,

Jest przewodnikiem i drogą zarazem;

Wybacz mi zatem, że pytać się ważę,

Czy i niebieskie Duchy się kochają?

I w jaki sposób objawiają miłość?

Czy wzrokiem tylko? Czy też swe promienie Bezpośredniemi tknięciami mieszają?*

Na to mu Anioł odrzecze z uśmiechem.

A twarz mu różą Nieba pokraśniała,

Barwą miłości: «Niech ci to wystarczy,

Żeśmy szczęśliwi, i że niema szczęścia Tam gdzie miłości niema. Rozkosz czystą Którą ty, ciałem obdarzony, czujesz (A czystym stworzon byłeś), my czujemy Także, lecz w wyższym stopniu, bo bez przeszkód Takich, jak skóra, stawy, mięśnie, członki.

Łatwiej niż wichry mieszają się Duchy,

Czyste z czystymi jednością pragnienia, Niekrępowane żadnem pośrednictwem,

Nie tak jak ciało z ciałem, dusza z duszą.

Lecz teraz dłużej nie mogę już bawić;

Słońce zachodzi za ziemski Przylądek Zielony i za Wyspy Hesperyjskie;

To dla mnie hasło odejścia. Bądź silny,

Żyj szczęsny, kochaj! Ale przedewszystkiem Tego, któremu miłość posłuszeństwem I zachowaniem przykazania okaż.

Patrz, by namiętność nie wstrząsła twym sądem,

I nie skłoniła do czynu, którego Nigdybyś wolną wolą nie zatwierdził.

Twoje i wszystkich twych potomków szczęście Lub biada w twoich rękach leży. Strzeż się!

Twoja wytrwałość we mnie i we wszystkich Błogosławionych wielką radość wzbudzi.

Stój zatem mocno, od twego wyboru Tylko zależy stać, albo też upaść.

Bądź doskonałym w sobie i nie szukaj Pomocy z zewnątrz, pokusę odpychaj.»

To rzekłszy powstał. Adam, błogosławiąc, I dzięki czyniąc, szedł za nim: «Ponieważ Czas odejść, idź więc, gościu, posłanniku Boga, któremu ciągłą cześć oddaję.

Łaskawem dla mnie i wyrozumiałem Było zniżenie twoje, i w pamięci Wdzięcznej na zawsze zostanie, bądź dobry I przyjacielski zawsze dla rodzaju Ludzkiego, często wracając na ziemię.*

Tak się rozeszli, Anioł ku Niebiosom Z śród drzew cienistych, Adam do schroniska.

’) Milton tu powołuje się na dawną astronomię Appolo-niusza, Hipparcha i Ptolomeusza. Epicykl—jest to koło, po okręgu którego porusza się słońce, księżyc, lub planeta, podczas kiedy środek tego koła znów się porusza po okręgu innego koła. Ostatnie to koło zowie się circulus deferens. Nieraz, dla wytłómaczenia ruchu planety nie wystarczał jeden deferent i trzeba się było uciec do drugiego, po okręgu którego posuwał się środek pierwszego de-ferenta. Jakkolwiek teorya ta była zawiła, tłómaczyła geometrycznie ruchy ciał niebieskich i utrzymywała się, dopóki ziemię uważano za nieruchomą i za środek świata. Milton ustami archanioła Rafaela, wyszydza tę zawiłą teoryę i przechyla się do systemu Kopernika, nic jednak o budowie świata nie twierdząc stanowczo.

PIEŚŃ IX.

Już mi nie śpiewać o tych czasach błogich,

Gdy Bóg lub anioł gościł u człowieka,

Po przyjacielsku z nim i poufale Obcował, siedząc przy skromnym posiłku,

I pobłażliwie dozwalając czasem Rozmowy wolnej, ale nie nagannej.

Teraz tragiczne muszę wzbudzić tony:

Ze strony człeka nieufność haniebną, Nieposłuszeństwo, bunt, złamanie wiary;

Ze strony Nieba już obrażonego,

Zerwanie związku, słuszny gniew, wyrzuty,

Za niemi wyrok, co na świat zgromadził

Cały świat nieszczęść: Grzech i Śmierć, cień jeg-o,

I jej zwiastunkę, Nędzę. Obowiązek

Mój smutny, ale bardziej bohaterska

Treść taka, niż gniew srogiego Achilla,

Który trzykrotnie w koło mury Troi Objechał, goniąc uciekającego Nieprzyjaciela; lub wściekłość Turnusa,

Gdy Lawinie kochaną mu wzięto;

Lub gniew Neptuna, lub Junony, który Tak dręczył Greków i Cytery syna. (*)

Pieśń moja będzie bohaterską, jeśli Tej miary stylem obdarzyć mnie raczy Moja patronka niebieska, co często I niewzywana schodzi do mnie w nocy, Sennemu szepce, lub czuwającemu Poddaje łatwo wiersz niewyszukany,

Odkąd ten przedmiot pieśni bohaterskiej Znęcił mnie, odkąd po długim wyborze Późnom rozpoczął. Nieskłonnym z natury Do opiewania wojny, co jedyną Treść bohaterską dotąd stanowiła;

Najwyższą sztuką liczyło się w długich I nudnych bitwach posiekać rycerzy Zmyślonych, ale nikt nie wielbił w pieśni Bohaterskiego znoszenia męczeństwa,

Nikt cierpliwości wytrwałej: wołano Śpiewać turnieje, igrzyska, rynsztunki,

Tarcze, herbami i godłami zdobne,

Dziwne znamiona, rumaki, dywdyki Ze złotogłowu, rycerzy wspaniałych W szrankach kruszących kopie, a potem Uczty z orszakiem marszałków, strukczaszych. Choć śpiew kunsztowny, ale przedmiot błahy! Ni rycerzowi takiemu, ni pieśni Bohaterskości nazwa nie przystoi.

Nie takie moje są upodobania I kunszt, zostaje mi przedmiot wznioślejszy,

Który sam z siebie tę nazwę zdobędzie,

Jeśli wiek późny, lub klimat surowy Wzbitych do lotu skrzydeł nie przygniecie;

Co byćby mogło, gdyby wszystko moje,

A nie tej było, która w nocnej porze Zstępuje z Nieba i do ucha szepce.

Słońce zapadło, a za niem i gwiazda Wieczorna, której obowiązek każe Rozjaśniać pomrok na ziemi, na krótką Porę, pośrednią między dniem i nocą.

Nocna półkula zasnuła widnokrąg Z końca do końca, gdy Szatan, któremu Niedawno przyszło z Edenu uciekać Przed Gabryela groźbą, wzmógłszy siły,

I obmyśliwszy złośliwe fortele —

Do zguby człeka dążące, niebaczny Niebezpieczeństwa, jakie mu groziło,

Wrócił beztrwoźny. Noc była, gdy uciekł, Północ gdy wrócił, okrążywszy ziemię:

Dnia się wystrzegał, odkąd rządca słońca, Uryel odkrył jego pojawienie 1 prędko ostrzegł straże Cherubinów.

Wtedy ze strachu przez siedm nocy z rzędu Brodził w ciemności, trzy razy linię Równika obiegł, cztery razy przeciął Zbiór gwiazd, nazwany Wielką Niedźwiedzicą, Po przez zwrotniki oba, od bieguna Biegł do bieguna; ósmej nocy wrócił,

I na wybrzeżu przeciwległem straży Cherubów znalazł dróżkę niestrzeżoną.

- 277 -

m -:'~

I' -

I . ■

I •*

I

‘ ■■

m

i

Tam było miejsce, które nie czas zmienił,

Lecz grzech, gdzie Tygrys u stóp Raju wpadał W przepaść podziemną, potem rozdzielony, Wytryskał źródłem przy drzewie Żywota. Puścił się Szatan z prądem i wypłynął Wraz z nim, a potem w mgłę się otuliwszy Nadwodną, myślał w czem się ukryć. Przejrzał Lądy i morza; z Edenu przez Pontus,

Bagno Maeotis, w górę za Ob rzekę;

A stamtąd na dół do Południowego Bieguna, znów wzdłuż na zachód od rzeki Orontu, aż do międzymorza Daryi,

Stamtąd do kraju, gdzie Ganges i Indus Toczą swe wody. Tak świat obiegając,

Szukał starannie i głęboko badał,

Które z pomiędzy wszystkich stworzeń zdoła Najlepiej jego knowaniom posłużyć?

I znalazł, że wąż najchytrzejsze zwierzę Ze wszystkich polnych. Po długiej rozwadze, Ważeniu myśli niezdecydowanych,

Stanowczo wybrał go na swe narzędzie Najsposobniejsze do oszukiwania,

W które gdy wejdzie, czarne swe zamysły Przed najbystrzejszym wzrokiem ukryć zdoła; Bo w czembykolwiek wąż chytrość okazał,

W nikim nie wzbudzi jeszcze podejrzenia,

Jako z natury przemyślny i chytry;

W innych zwierzętach zwróciłaby baczność Zbytnia przebiegłość, wzbudziłaby domysł Wpływów piekielnych na zmysły zwierzęcia.

Tak postanowił, lecz wprzód ból wewnętrzny Co mu pierś wstrząsał, w takiej wylał skardze:

«0 Ziemio, jakżeś podobna do Nieba,

Lub może raczej większe twe zalety,

Godniejszaś Bogów siedziba, boś według Drugiego planu budowana; stare Tu poprawiono błędy; Bógby przecie Gorszych po lepszych nie budował rzeczy!

0 ziemskie Niebo, do okoła ciebie Tańczą służebne inne Nieba: świecą,

Ale przejasne te swoje płomienie Światło za światłem, niosą tylko tobie;

W tobie, podobno, gromadzą się wszystkie Cenne promienie ich świętego wpływu!

Jak Bóg na Niebie jako punkt środkowy Ogarnia wszystko, tak i ty, środkowa, Przyjmujesz owych ciał niebieskich służbę.

Cała ich siła nie w nich, ale w tobie,

Jawi się czynna w roślinach, w murawie,

1 w szlachetniejszych tworach, ożywionych Stopniowym wzrostem zmysłu i rozumu.

A ich ostatniem uwieńczeniem człowiek.

Z jakiem weselem stąpałbym po tobie,

Gdyby mnie jeszcze mogło coś weselić! Rozmaitości luba wzgórz i dolin,

Rzek, lasów, równin: to lądy, to morza,

A. brzeg wieńczony gajem, a jaskinie,

Skały, pieczary; lecz w nich wszystkich dla mnie Niema schronienia, przytułku: im więcej Widzę wesela dokoła, tem większych

- 279 -

■n

Cierpień doznaję, bo w tej nienawistnej Mojej siedzibie wszystko jest przeciwnie. Trucizną wszelkie dobro mi się staje,

I nawet w Niebie byłoby mi gorzej.

Lecz nie chcę mieszkać ni tu, ni też w Niebie, Chybabym Pana Niebios opanował;

Nie mam nadziei też, bym mojej nędzy Ulżył w czemkolwiek, gdy swój cel osiągnę; Więc niechaj inni tacy jak ja będą!

Choć wtedy jeszcze gorszy los mi grozi,

Bo moim myślom, ciągle niespokojnym, Tylko niszczenie może przynieść ulgę.

Jeżeli zniszczę tego, dla którego Wszystko stworzono tutaj, lub go skłonię Do czynu zgubę mu przynoszącego,

JTo nieodzownie i wszystko stworzenie Przepadnie, jako na dolę, niedolę Z człekiem złączone. A więc na niedolę! Panuj zniszczenie! Mnie z piekielnych Potęg Samemu chwała, żem w jeden dzień zepsuł,

Co Wszechmogący, jak go zowią, stwarzał Z niemałym trudem sześć dni i sześć nocy,

A może jeszcze długo naprzód plany Obmyślał? Może tylko od tej chwili,

W której przez jednę noc haniebne jarzmo Z nazwy anielskiej prawie że strząsnąłem I przerzedziłem tłum jego czcicieli.

On, mszcząc się, i chcąc powetować straty (Czy w braku dawnej siły nie mógł więcej Stwarzać aniołow, jeśli kiedy stwarzał,

Czy nam na wzgardę), dość, że postanowił Na nasze miejsce wznieść istotę z ziemi Stworzoną, którą, chociaż tak niskiego Rodu, opatrzył duchowemi dary Z nas zdobytemi. Postanowił, żrobił:

Stworzył człowieka, dla niego zbudował Ten świat wspaniały, z Ziemią na mieszkanie; Panem mianował i, hańbo bez miary!

Dał na usługi anioły skrzydlate I płomieniste, by go pilnowały.

Ich to czujności się lękam, dla tego W mgłę osłonięty czołgam się po nocy, Przetrząsam krzaki i chrósty, szukając Węża śpiącego, by w jego skłębionem Cielsku skryć siebie i swoje zamiary.

Straszny upadek! Ja, który niedawno Z Bogami wiodłem spory o pierwszeństwo, Teraz do zwierza poniżam się, z jego Zwierzęcym śluzem, z jego cielskiem łączę Tę istność, która do szczytów boskości Rościła prawo; lecz do jakiej głębi Ten się nie zniży, kto pragnie panować I mścić się! Musi tym niżej się zsunąć, lm wyżej dążył lotem; prędzej później Poddać się musi najpodlejszym rzeczom. Zemsta, z początku słodka, gorzknie z czasem, I odskakuje zwrotnie; o to mniejsza,

Niech tylko dobrze trafi. Gdy nie mogę Dosięgnąć wyżej, niech dosięgnę tego Co wzniecił moję zazdrość—ulubieńca

Nieba, człowieka z gliny, dziecię gniewu,

Które nam na złość Stwórca podniósł z pyłu: Zatem najlepiej złość złością zapłacić.®

Tak mówiąc, jak mgła czarna wlókł się nisko, W każdej gęstwinie, wilgotnej lub suchej,

W północnej dobie poszukując węża.

Wkrótce go znalazł uśpionego mocno,

W kłąb zwiniętego, z łbem w środek wsuniętym, Pełnym rozlicznych subtelnych przebiegów;

Nie w ciemnym kącie, nie w smętnej pieczarze,

Nic nieszkodliwy, leżał na darninie Bez trwogi sam, i nie budzący trwogi.

Przez gębę wszedł weń Czart i opanował Zmysły zwierzęce i serce i głowę,

Tchnąc w nią rozumu siłę; lecz nie przerwał Snu jego, czekał nadejścia poranku.

Gdy więc w Edenie brżask światła błogiego Padł na wilgotne kwiaty, które wonie Poranne niosły, gdy wszystko z wielkiego Ołtarza Ziemi słało Stwórcy w górę Ciche wielbienie w zapachach dziękczynnych, Wyszła i para pierwszych ludzi łączyć Swój głos do chóru tych, którym brak głosu. Skończywszy modły napawali zmysły Powietrzem ranka, świeżem, pełnem woni.

Potem zaczęli radzić, w jaki sposób Najlepiej pracę swą wykonać dzienną,

Która w tak wielkim ogrodzie zbyt szybko Dwóch par rąk siły zaczęła przechodzić.

Najpierwsza Ewa rzecze do małżonka: «Adamie, chociaż tak pielęgnujemy Ten ogród, zioła i kwiaty i drzewa, Hodując, jak nam to było zlecone,

Dopóki więcej rąk nam nie pomoże, Usiłowania nasze wprost przeciwny Wytwarzać będą skutek: co w dnia ciągu Jako przerosłe obetniem, podeprzem, Zwiążem, to przez noc, najwyżej dwie nocy Bujnie wyrośnie, jakby z nas żartując I tworząc dziczki. Wymyśl jaki środek, Lub słuchaj mojej rady: lepiej pójdzie Praca osobno; wybierz gdzie iść wolisz, Lub gdzie pilniejsza robota; powoje Obwijaj w koło drzewa; bluszcz pokieruj Tam, gdzie mu łatwiej przyczepić swe łęty; Ja zaś w wiosennej róż i mirtów gęstwi Znajdę zajęcia dosyć do południa.

Bo gdy tak codzień wespół pracujemy,

Nie dziw, że nasze zbiegają się oczy,

Płyną uśmiechy, jaki przedmiot nowy Do miłych rozmów wciąga nas powoli, Dzienna robota, choć wcześnie zaczęta, Małe postępy czyni, aź nadchodzi Pora wieczerzy niezapracowanej.»

Adam jej na to łagodnie odrzecze: «Ewo, jedyna moja towarzyszko,

Bez porównania droższa ponad wszystko, Co żyje w świecie. Dobrze, iż obmyślasz Sposób najlepszy wykonania pracy,

Którą nam zlecił Bóg; godnaś wielbienia,

Bo nic milszego w niewieście, jak pilne

0 gospodarstwo staranie, o sprawy Dobre, mężowi pożytek niosące.

Lecz nie tak ściśle pracę nam nałożył Pan Bóg, iżbyśmy pozbawiać się mieli Wytchnienia, albo pokarmu, lub rozmów — Które dla ducha też pokarm stanowią —

Tych miłych rozmów, spojrzeń i uśmiechów; Bo uśmiech płynie z rozumu; zwierzętom On odmówiony: uśmiech żywi miłość —

A miłość celem życia nienajniższym.

Gdyż nie do ciężkiej pracy — do rozkoszy Stworzył nas Pan Bóg, a rozkosz z rozumem Złączył. Bądź pewna, te dróżki, altany,

Ile na nasze przechadzki potrzeba

1 na schronisko, wspólną naszą pracą Łatwo obronim od zdziczenia, póki

Nie przyjdą młodsze ręce nam z pomocą.

Lecz jeśli nadmiar rozmowy cię nuży,

Mogę zezwolić na krótkie rozstanie;

Czasem samotność najlepszym jest druhem,

A oddalenie słodkim powrót czyni.

Tylko wątpliwość przejmuje mnie inna:

By cię co złego nie spotkało zdała Odemnie; wszak wiesz, wszak nas ostrzeżono: Zły nieprzyjaciel jakiś, zrozpaczony

O własnem szczęściu, nam szczęścia zazdrości, Chytrością, zdradą, chce na nasze głowę Zwalić nieszczęście i hańbę; zapewne

Gdzieś tu w pobliżu czyha, upatrując Chciwie łatwiejszej sposobności, kiedy Osobno będziem, bo nie ma nadziei,

By połączonych zdołał otumanić;

Jedno drugiemu z pomocą w potrzebie Prędko podąży. Może chce nas skłonić,

Byśmy złamali wierność Bogu, albo Miłość małżeńską naszę chce zakłócić,

Która w nim pewno większą zazdrość budzi, Niż wszystkie inne zlane na nas dary.

Tak czy inaczej, nie porzucaj boku Wiernego, który dał ci życie, który Nieustającą daje ci opiekę,

Wszakże, gdy zguba albo hańba grozi,

Miejsce dla żony jest przy boku męża,

Który ją broni, lub z nią dolę znosi. *

Na to mu Ewa z godnością dziewicy, .

Gdy kochającą przykre dotknie słowo,

Z wielką powagą, lecz łagodnie, rzecze: «Potomku Nieba i Ziemi, i Panie Tej Ziemi całej! Że mamy takiego Nieprzyjaciela, co chce naszej zguby,

Wiem to od ciebie, a słyszałam także,

Co mówił Anioł odchodzący, stałam Za wami w cieniu, właśnie powrociwszy Od kwiatów, które zamknęły kielichy Na noc. Lecz tego wcale się nie spodziewałam, Byś powątpiewać mógł chociaż na chwilę

O mej stałości dla Boga i ciebie,

Dla tego, że jest wróg mogący kusić.

Gwałt cię nie straszy; niepodlegli śmierci,

Ani bólowi, doznać go nie możem,

Albo możemy odeprzeć, a zatem Lękasz się jego chytrości, w czem widzę Równą obawę twą, że moję wierność I miłość może jego chytrość wstrząsnąć,

Lub uwieść. Mogłyż w twej piersi, Adamie, Powstać złe myśli o tej, którą kochasz?»

Adam jej na to, łagodząc, tak rzecze:

«0 córo Boga i człowieka, Ewo,

0 nieśmiertelna, taką bowiem jesteś,

Wolna zupełnie od grzechu i skazy;

Nie z nieufności do ciebie odradzam Rozłączną pracę, lecz dla uniknienia Nawet zamachu nieprzyjacielskiego.

Chociaż kusiciel nie osiąganie celu,

Zawsze splugawia honor kuszonego,

Gdy w nim przypuszcza niezbyt silną wierność, Brak odporności dla pokus. I ciebie Gniewem i wzgardą przejąłby sam projekt Haniebny, chociaż nieuskuteczniony.

Nie bierz więc za złe, że pragnę odwrócić Paką obelgę od ciebie samotnej,

Bo nieprzyjaciel, jakkolwiek zuchwały,

Na nas złączonych zaniecha napaści,

Lub na mnie naprzód zamachy swe zwróci.

Nie ceń zbyt lekko jego złośliwości

1 przewrotności—chytry ten być musi Kto zdołał uwieść Aniołów— i nie gardź Moją pomocą. Mnie spojrzenie twoje

Ukrzepia w każdej cnocie, ja przy tobie Czuję się mędrszym, baczniejszym, silniejszym. Gdyby cielesnej siły trzeba było,

Wstyd, bym w twych oczach nie był pokonany, Lub oszukany, podniósłby me siły;

Dla czegóż równych uczuć nie doznajesz W mej obecności? dla czego na walkę Chcesz się narażać nie przy mnie, przy świadku Najlepszym twojej cnoty doświadczonej?«

Tak mówił Adam, troskliwy małżonek, Miłości pełen, lecz Ewa, mniemając,

Że niedowierza jeszcze jej wierności,

Z wielką słodyczą odpowiedź ponawia:

«Jeżeli taki los nasz, jeśli mamy W ciasnym obrębie mieszkać, przez chytrego Czy gwałtownego wroga oblężeni,

Nieuzbrojeni dostatecznie, w razie Gdy kto osobno spotka go w swej drodze, Jakież to będzie szczęście wciąż w obawie Nieszczęścia, które przecie nie uprzedza Grzechu? Ubliżyć mógłby wróg kuszący Lekceważeniem nieskazitelności Naszej; ale nie na naszem czole Myśl podła piętno zniewagi wyciśnie,

To hańba jego. Czego zatem bać się,

Czego unikać mamy? Wszak podwojny Zaszczyt zyskamy, jeśli się okaże Zarozumiałość jego błędną w skutku?

Wróci wewnętrzny pokój, łaska Niebios,

Które świadkami będą naszej siły.

Czemże jest wiara, miłość, cnota, jeśli Nie przeszły próby, jeśli nie walczyły Bez jakiej z zewnątrz pomocy? Nie sądźmy, Iżby Wszechmądry Stwórca szczęście nasze Źle obwarował, tak, że czy to razem,

Czy pojedyńczo, zawsze bylibyśmy Niepewni siebie. Jeśli tak, to wątłe Jest nasze szczęście, Eden nie Edenem,

Gdy w nim zagraża wciąż niebezpieczeństwo.* Na to jej Adam z zapałem odpowie: «Niewiasto! Wszystko na świecie najlepiej Jak Bóg urządził: jego twórcza ręka Nie zostawiła niedoskonałego Ni wadliwego nic, tem mniej człowieka,

Lub czegoś, co mu jego szczęście może Zapewnić, albo je z zewnątrz ochronić. Niebezpieczeństwo tkwi w nim samym, ale Jest w jego mocy, bo bez jego woli Żadna nie dotknie go krzywda. Od Boga Ma wolną wolę; Rozum wolność daje;

Rozum uczynił Bóg prostym i prawym,

Lecz mu nakazał ostrożność i czujność,

By się nie uwiódł czczemi pozorami,

By nie wnioskował fałszywie, nie skłaniał Woli do czynów, których Bóg zabronił.

Nie zaufania brak, lecz miłość czuła Każe mi często cię ostrzegać; wzajem 1 ty ostrzegaj mnie; tak trwać będziemy Niezłomnie w dobrem; lecz błąd jest możliwy, Bo może stać się, że Rozum napotka

Jakąś zasadzkę upozorowaną

Przez wroga, popaść w nią niespodziewanie,

Jeśli nie będzie bacznie trzymał straży Już ostrzeżony. Nie szukaj pokusy,

Lepiej i pewniej jej unikniesz, jeśli Będziemy razem; przyjdzie nieszukana.

Pragniesz stałości swojej dać dowody,

Wprzód posłuszeństwo stwierdź swoje; o pierwszej Kto może wiedzieć, jeśli nie był świadkiem Jak cię kuszono? Ale jeśli mniemasz,

Iż nieszukana pokusa nas dwoje Pewniej napotkać może, niż cię samą,

Gdyś ostrzeżona, idź, bo poniewolnie Zostając, bardziej będziesz nieobecną;

Idź w niewinności wrodzonej, polegaj Na swojej cnocie, spotęguj swe siły:

Bóg spełnił wszystko, co był winien tobie,

Spełń względem Boga wszystko, coś mu winna.»

Tak patryarcha ludzi rzekł, a Ewa Trwała w swej chęci, i chociaż pokornie,

Lecz nie z poddaniem, tak odpowiedziała:

«Więc z pozwoleniem twojem i przestrogą Tem chętniej pójdę; sam to powiedziałeś,

Że wtedy właśnie, gdy najmniej szukana,

Pokusa może się zjawić i znaleść Nas dwoje właśnie nieprzygotowanych;

Nie sądzę także, iżby nieprzyjaciel,

Tak pyszny, pierwszą swą napaść skierował Ku stronie słabszej, a jeśli tak zrobi,

Odparty, dozna tem większego wstydu.*

Tak mówiąc z ręki małżonka swą rękę Zwolna cofnęła, i jak nimfa leśna,

Jak Oreada, Dryada, lub z pocztu Dyany, lekko szła do gaju, w chodzie,

W postawie bardziej boska niż bogini,

Choć w łuk i kołczan nie zbrojna, jak ona, Lecz w ogrodowe narzędzia, zrobione Kunsztem prostaczym, bez pomocy ognia, . Lub przyniesione przez aniołów. W takim Stroju podobna była do Palei,

Bóstwa pasterzy, albo do Pomony,

Gdy uciekała przed zmiennym Wertumnem, Lub do Cerery, nim ta sprawą Zeusa Została matką Prozerpiny. Długo Spoglądał za nią Adam zachwycony,

Pragnąc ją wzrokiem wstrzymać, powtarzając Wciąż, aby rychło powracała. Ona Odpowiadała, że w samo południe,

Jak zwykle, wróci do schroniska, wtedy Wszystko gotowe będzie do obiadu I do spoczynku w godzinach upału.

Jakżeś łudziła się, nieszczęsna Ewo!

Jak inny miał być twój powrót! Zła dola!

Już od tej chwili nigdy dla cię w Raju Nie będzie słodkiej uczty ni spoczynku;

Bo już zasadzka skryta w cieniu kwiatów Oczekiwała cię z piekielną złością.

Aby ci przeciąć drogę, lub zawrócić Obdartą z wiary, niewinności, szczęścia!

Bo teraz, i już od pierwszego świtu

Czołgał się Szatan, zwykły wąż z pozoru,

1 przepatrywał, gdzie najpewniej może Napotkać łup swój zamierzony: ludzką Parę, jedyną, lecz zawierającą Cały ród ludzki. W schronisku i w polu Szukał, gdzie tylko drzew kępa, lub ogród Był powabniejszy, uprawny ich ręką;

Przy źródle, w cieniu nad strumykiem szukał Obojga, ale nadewszystko pragnął Spotkać osobno Ewę, pragnął, chociaż Nie liczył na tak rzadkie powodzenie. Niespodziewanie, tak jak życzył sobie,

Ujrzał samotną Ewę, otoczoną Obłokiem wonnym, tylko do połowy Widzialną, pośród krzaków róży Czerwonych; często schylała się, aby Podpierać kwiaty na wątłych łodygach;

Ich główki, żywo barwione purpurą,

Lazurem, złotem, pstro skropione, często Zwisały na dół; tym przywiązywała Podpory z mirtu, nie myśląc o sobie,

Że najpiękniejszym jest kwiatem, niewspartym, Dalekim od swej najlepszej podpory,

A burza blisko! Szatan się przysuwał Przez różne ścieżki w cieniu cedrów, sosen,

I palm wyniosłych; wijąc się zuchwale,

To się pojawiał, to niknął w gęstwinie, Splątanych krzaków i kwiatów, któremi Dwie strony ścieżki obsadziła Ewa:

Miejsce piękniejsze, niż te wymarzone

Ogrody, w których powrócił do życia Adonis, albo te Alkinousa,

Co podejmował Ulissesa, albo Ów niezmyślony, w którym król Salomon Z oblubienicą, piękną Egipcyanką,

Spędzał swobodne chwile. Wielbił Szatan Miejsce urocze, lecz więcej osobę.

Jak ten, co długo w ludnem przebył mieście, Gdzie domy liczne i kanały psują Powietrze, jeśli w świeży letni ranek Wyjdzie odetchnąć wśród wiosek i dworków, Cieszy się wszystkiem, co spotkać się zdarzy: Zapachem zboża, skoszonego siana,

Krową, oborą, każdym wsi widokiem I każdym dźwiękiem wiejskim; a gdy spotka Piękną dziewczynę, lekkim nimfy krokiem Idącą, wszystko, co dotąd uwielbiał Jeszcze piękniejszem zda mu się, a ona W oczach swych wszystkie piękności jednoczy. Taką czuł radość wąż, patrząc na kwietnik, Ustronie Ewy; tak sama, tak wcześnie!

Postać niebieskich Aniołów, lecz słodsza, kecz łagodniejsza — niewieścia. Prostota, Luba niewinność, wdzięczny wyraz twarzy I ruchów zmogły złośliwość Szatana,

Zwolna stłumiły dzikość strasznych planów, Które go tutaj przywiodły. Przez chwilę Stał Zły, jakoby swego zła pozbywszy,

Był głupio dobry, rozbrojony z złości,

Podstępu, zemsty, zazdrości, odwetu;

Lecz piekło, co w nim nieustannie gore,

Choćby i w Niebie, skończyło niebawem Jego zachwyty; i tem większe teraz Uczuł tortury, im większe rozkosze,

A nie dla siebie, ujrzał zgotowane.

Pali go dzika nienawiść; witając Wspomnienie wszystkich klęsk swoich, tak duma: «Myśli me, dokąd mnie wiedziecie? jaką Podnietą słodką, aż do zapomnienia Po com tu przyszedł? Nienawiść nie miłość!

Ani w nadziei Raju zamiast Piekła,

Ani w nadziei zażycia rozkoszy,

Przyszedłem burzyć w świecie rozkosz wszelką: Oprócz jedynej rozkoszy burzenia,

Już każda inna nie dla mnie. Nie stracę Dogodnej pory, jaka się nastręcza:

Kobieta sama, pokusić ją łatwo,

Mąż jej daleko, bom patrzał dokoła;

Bystrości jego rozumu się lękam,

Siły, odwagi dumnej, i potężnej Budowy członków, choć na ziemską miarę. Nieprzyjaciela tego lekceważyć Trudno; nie można go ranić, mnie można;

Tak mnie głęboko poniżyło Piekło!

Tak siły dawne odjęła mi męka!

Piękna, niebiańsko piękna, godna bogów,

Ale nie budzi strachu, chociaż miłość I piękność zwykle z strachem idą w parze,

Póki nie przyjdzie silniejsza nienawiść,

Gdy ustrojona w pozory miłości:

— 293 —

Tą drogą dążyć będę do jej zguby.» Tak nieprzyjaciel rodzaju ludzkiego, Schowany w wężu, zły jego domownik, Rzekł i ku Ewie pokierował drogę,

Nie w zwykły sposób, czołganiem po ziemi, Ale ku górze zatoczył swe kłęby Jedne nad drugie, zwijając pierścienie Labiryntowe; na łbie wielki grzebień,

Oczy świeciły mu jak karbunkuły;

Z pośród falistych zwojów na murawie Sterczała szyja zielonawo-złota.

Kształt miał przyjemny, miły, nigdy potem Żaden wąż nie był tak powabny; ani Te illyryjskie, w które Hermiona

I Kadrnus byli przedzierzgnięci, (2) ni te W które się zmienił bożek Epidauru, (3) Jowisz Ammoński lub Kapitoliński,

Pierwszy z powodu Olimpii, drugi Dla bohaterskiej macierzy Scypiona,

Ozdoby Rzymu. (4) Naprzód mknął ukosem Jakby się zbliżał, lecz nie śmiał przeszkadzać,

I niby sunął dalej swoją drogą,

Jak okręt, ręką zręcznego sternika Wiedziony, gdy wiatr często się wykręca,

Do ujścia rzeki, albo do przylądka,

Zawraca, znowu zmienia siłę żagli;

Tak i wąż zmieniał swoję krętą drogę, Zwijając ogon w rozmaite węzły,

Aby uwagę Ewy zwrócić na się.

Zajęta, długo nie wznosiła oczu,

Słysząc szmer liści, bo zwyczajna była Igraszek zwierząt, gdy ją spotykały,

A posłuszniejsze były jej skinieniu,

Niźli Cyrcei stado przedzierzgnięte.

Śmielszy już teraz, niewołany stanął Przed nią, podziwu pełen, zapatrzony,

Często schylając grzebień wieżowaty I kark błyszcząco emaliowany,

Łasząc się, liżąc ziemię, jej stóp ślady.

Nareszcie jego nieme uwielbienie I zręczne ruchy zwróciły uwagę Ewy, a Szatan, językiem śpiczastym Głos urabiając, tak zaczął pokusę:

«Niechaj się pani wszechwładna nie dziwi,

Jeśli co dziwić cię może, coś sama Jedynym dziwem! Tem mniej nie uzbrajaj Wżgardą twych oczu, w których całe niebo Dobroci, jeśliś o to obrażona,

Żem się tak zbliżył i nienasycenie Patrzę. Sam jeden, jednak się nie zląkłem Twojego czoła majestatu, który W takiej samotni jest jeszcze wznioślejszy. Stwórcy pięknego piękny wizerunku!

Tyś podziwieniem wszelkiemu stworzeniu,

I wszystkie twory, dane tobie w darze,

Wielbią twą piękność niebiańską z zachwytem, A tam najwięcej przyciągasz spojrzenia Gdzie podziwienie szersze kręgi chwyta;

Nie tu w samotni dzikiej, pośród zwierząt, Brutalnych widzów, zbyt ograniczonych,

- 295 -

By choć w połowie zdołali ocenić Twoje powaby. Prócz jednego męża.

Kto widzi ciebie? A cóż znaczy jeden?

Ciebie, coś godna, aby cię widziano Boginią pośród Bogów, aby hołdy I służbę dzienną nieśli ci Anieli.»

Tak jej pochlebiał Kusiciel, tym wstępem Torując sobie do jej serca drogę,

A głosem jego zadziwiona Ewa Zdumienie swoje w ten sposób wyraża:

«Co się to znaczy? Ludzką mową włada Język zwierzęcia, ludzkie myśli głosi?

Sądziłam dotąd, że mowa zwierzętom Nie dana, że je Stwórca w dniu stworzenia Utworzył nieme, nieznające mowy;

Czy bezrozumne, nie miałam pewności,

Bo w ich spojrzeniach i czynach tak często Rozum widoczny. I o tobie, wężu,

Wiedziałam, żeś z nich wszystkich najchytrzejszr. Lecz mowy ludzkiej nie posiadasz; teraz Ponownym cudem objaśnij mnie, powiedz,

Jak będąc niemym, doszedłeś do głosu?

1 skąd ci taka przyjaźń dla mnie wzrosła Większa, niż zwierząt codzień spotykanych?

Cud ten objaśnij, bo godny uwagi.»

Na to podstępny Kusiciel odpowie:

«Królowo tego rozkosznego świata,

Przejasna Ewo, łatwo cię posłuchać I opowiedzieć wszystko, co rozkażesz!

Jak wszystkich tworow, co się żywią zielem

I moich myśli bieg był bardzo niski

I podły, równy mojej nędznej strawie: Oprócz pokarmu lub płci, nie zdołałem Więcej niczego odróżniać, niczego Wyższego nad to pojęcia nie miałem.

Aż dnia pewnego, włócząc się po polach, Spostrzegłem w dali drzewo rozłożyste, Pełne owoców najpiękniejszej barwy, Złotych, czerwonych; aby się przypatrzeć Podpełzłem bliżej, aż tu powiał na mnie Zapach owoców, budzący oskomę,

Dla powonienia mego rozkoszniejszy Niż kmin, lub wymię owcy, albo kozy, Sączące krople mleka, gdy wieczorem Jagnię lub koźlę nie ssie rozigrane;

Tak silną czułem żądzę skosztowania Tych pięknych jabłek, że postanowiłem Nie zwlekać próby; głód też i pragnienie Miały wymowę, drażnił zapach miły: Więc owinąłem w koło pień omszony Bowiem gałęzie daleko od ziemi,

Mogłaby dostać do nich tylko twoja Albo Adama ręka. Stały w koło Różne zwierzęta, patrząc z upragnieniem, Z zazdrością, ale nie mogły dosięgnąć. Gdy się dostałem pomiędzy gałęzie, Między owoce wiszące obficie,

Rwałem i jadłem, nie żałując sobie,

Bo nigdy przedtem podobnej uciechy Nie doświadczyłem w jedzeniu lub piciu.

— 297 —

Gdym się nasycił, wkrótce czuć zacząłem Najosobliwszą zmianę w sobie: rozum Stopniami we mnie rosł, i zdolność mowy Pojawiła się wkrótce, chociaż postać Moja zewnętrzna nie uległa zmianie.

Odtąd zwróciłem umysł do głębokich I szczytnych badań, jąłem bystrą myślą Rozważać wszelkie zjawiska niebieskie, Ziemskie, powietrzne, wszystkie rzeczy piękne I dobre; ale to piękno i dobro Widzę złączone w wizerunku bóstwa,

Jakim ty jesteś w blasku swej piękności Niebiańskiej; nic ci nie dorówna wdziękiem, Równać się nie da nawet w przybliżeniu. Chociaż to może natręctwo, nie mogłem Oprzeć się chęci, przyjść tu i spoglądać,

I wielbić ciebie, słusznie ogłoszoną Królową stworzeń i panią wszechświata!*

Wąż zły, przebiegły, tak mówił, a Ewa Bardziej zdziwiona, rzekła nieroztropnie:

«0 wężu, twoje przesadne pochwały Każą mi wątpić o skutkach owocu,

Które się w tobie pierwszym okazały.

Lecz powiedz, gdzie to drzewo? jak daleko? Dużo jest w Raju rosnących drzew Bożych, Których nie znamy, i z ich obfitości Wybór czynimy; większa część owoców Nietknięta wisi na gałęziach, czeka,

Nie ulegając zepsuciu, aż ludzie

Urosną do tych .zapasów, i więcej Rąk oswobodzi przyrodę z ciężaru. >

Na to wąż chytry wesoło odrzecze:

«Królowo, droga łatwa i niedługa:

Po za szeregiem mirtów stoi drzewo Przy samem źródle, na i'ówninie, pośród Kwitnących krzaków mirtu i balsamin.

Jeśli pozwolisz, wnet cię doprowadzę.*

«Prowadź więc,» rzekła Ewa. Ten natychmiast To w kłąb się zwija, to na prost wydłuża,

Spiesząc do zbrodni. Nadzieja i radość Wzdyma mu grzebień. Jako ognik błędny, Powstały z tłustych wyziewów, zgęszczony Wpływami nocy, w zimnej atmosferze,

Ruchem przeciągłym rozdmuchany w płomień, Któremu, mówią, zły duch towarzyszy,

Błąka się, błyszczy światełkiem zwodniczem,

I podróżnika nocnego sprowadza Z drogi, w kałuże, bagna i topiele,

By tam zatonął, nie mając ratunku:

Tak wąż straszliwy błyskał, i oszustwem Wiódł Ewę, naszę matkę łatwowierną,

Do wzbronionego drzewa, wkrótce źródła Niedoli naszej —które, gdy ujrzała,

Do przewodnika swego Ewa rzecze:

«Mogliśmy sobie oszczędzić tej drogi, Niepożytecznej dla mnie; wprawdzie mnostwo Owoców, ale czy ich wpływ cudowny,

O tem ty możesz świadczyć, wężu, dla nas To zakazany owoc z Boskiej woli.

Takie jedyne dał nam przykazanie;

Po za tem sami sobie prawa dajem.

Rozum nam prawem.» A kusiciel na to Podstępnie pyta: «Tak Bóg zapowiedział W istocie.-1 Byście nie z wszystkich drzew Raju Owoce jedli, a przecież wyraźnie Oświadczył, żeście panami wszystkiego,

Co daje ziemia i sfery powietrzne.*

Jeszcze bezgrzeszna Ewa na to rzecze:

«Z każdego drzewa owoc w tym ogrodzie Spożywać możem, prócz owocu z tego Pięknego drzewa, co w środku ogrodu.

Bog tak powiedział: ««Nie jedzcie go, ani Nie dotykajcie, byście nie pomarli.»»

Ledwie wyrzekła, kusiciel, już teraz Zuchwalszy, ale z pozorem miłości I żarliwości dla człowieka, niby Tą wyrządzoną krzywdą oburzony,

W nowy przemawia sposób: gniewem zdjęty, Zakłopotany, waha się, nareszcie Wznosi łeb z miną poufną, przychylną,

Jak ten, co ważne ma objawić rzeczy.

L ak mówca sławny w starożytnych czasach,

W Atenach, albo w wolnym Rzymie, kiedy Kwitła wymowa—oniemiała później—

Gdy chciał o jakiej wielkiej mówić sprawie,

Stał zatopiony w myślach, lecz postawą I gestem każdym, nim jeszcze przemówił, Skłaniał słuchaczów serca: nagle górnem Słowem wybuchał, jakby jego zapał

— 300 —

Dla słusznej sprawy nie wymagał wstępu. Tak stojąc, w górę wznosząc się i kręcąc, Kusiciel zaczął mówić z uniesieniem:

«0 święta, mądra i dająca mądrość Roślino! matko wiedzy, teraz jasno Czuję potęgę twoje w sobie, dajesz Nietylko możność poznawania przyczyn Wszelakich rzeczy, ale i kreślenia Drogi najwyższych działaczy, chociażby Za najmądrzejszych uważani byli!

Królowo świata! Nie bierz tak dosłownie Owych gróźb śmierci; nie umrzecie. Przez co? Czy przez ten owoc? Lecz on daje życie I wiedzę. Może przez tego, co grozi?

Spójrz na mnie, którym się dotknął owocu I który jadłem, przecież nie umarłem,

Lecz doskonalsze osiągnąłem życie,

Niż w zamierzeniu mego losu było,

Bom był odważny. Czyżby dla człowieka Zamknięte było to, co dla zwierzęcia Stoi otworem? Albo czyżby zaraz Gniewem zapałał Bóg za przekroczenie Tak małe? Raczej możeby pochwalił Cnotę odwagi, której nie odstrasza Nawet pogróżka śmierci (czembykolwiek Owa śmierć była) od spełnienia tego,

Co może życie szczęśliwszem uczynić,

Co daje wiedzę Dobrego i Złego?

Dobrego, bardzo słusznie; złego—jeśli Złe rzeczywiście istnieje—dla czego

— 301 —

Nie poznać? Łatwiej uniknąć go można.

Więc Bóg nie może karać nas, jeżeli Jest sprawiedliwy — jeśli nie jest taki,

To nie Bóg; wtedy ni się go obawiać,

Ni słuchać jego rozkazów nie trzeba.

Sam strach przed śmiercią usuwa strach wszelki. Na cóż ten zakaz? Czy nie na to tylko By was w bojaźni trzymać, w poniżeniu,

W nieświadomości, jako swych czcicieli?

Wie on, że w owym dniu, gdy owoc zjecie,

Tak czyste oczy wasze, a w mgle jednak,

Wnet się rozjaśnią, otworzą zupełnie,

Będziecie jako bogowie, jak oni Znający dobro i zło. Jak bogowie Będziecie, gdy ja jestem jako człowiek,

Człowiek wewnętrzny; biorąc stosunkowo:

Ja z zwierza człowiek, a wy z ludzi bogi. Choćbyście wtedy umarli: zwlec z siebie Co ludzkie, przywdziać boskie, czyż śmierć taka Nie pożądana? Cóż nad to gorszego Ta groźba sprawić może? Czemże bogi,

Iżby człek nie mógł być takim, jak oni,

Spożywszy pokarm boski? Oni pierwsi

Na świecie byli, i korzystać z tego

Chcą, w nas wmawiając, że wszystko pochodzi

Od nich. Ja wątpię: widzę, że tę ziemię

Piękną ogrzewa słońce i wytwarza

Przeiożne rzeczy — słońce, lecz nie oni.

Jeżeli oni twórcami wszystkiego,

Kto w tem tu drzewie wiedzę zła i dobra Zawarł, ażeby spożywca owocu Zdobywał mądrość bez ich pozwolenia?

W czem leży wina, gdy człowiek w ten sposób Osiągnie wiedzę? Czyż ta wasza wiedza Może go krzywdzić? Lub czyż drzewo wiedzy Wbrew jego woli udziela, gdy wszystko Jego? Jestże to zazdrość? Lecz, czy może Zazdrość w niebiańskiej piersi przemieszkiwać? Takie i inne rozliczne przyczyny Czynią ten owoc dla was nieodzownym.

Bogini w ludzkim kształcie, sięgaj śmiało, Sięgaj, spożywaj do woli, do smaku!»

Skończył, a słowa te, pełne obłudy,

Wstęp do jej serca zbyt łatwy znalazłby.

Wlepiła oczy w owoc, już sam widok Mógł skusić, w uszach jej brzmiał jeszcze odgłos Jego namowy, w jej mniemaniu, pełnej Rozumu, tchnącej prawdą niekłamaną.

A już się także przybliżała pora Południa, głód się wzmagał wciąż ostrzejszy, Zwiększał go zapach wyborny owocu.

Coraz to z większem pożądaniem Ewa Patrzała, pragnąc dotknąć lub skosztować,

Lecz się wstrzymując jeszcze, tak dumała: «Wielka potęga twoja, niewątpliwie,

Ze wszech owoców najlepszy; jakkolwiek Ludziom wzbroniony, godzien uwielbienia. Pokosztowany, od pierwszego razu

Nieme stworzenie obdarzyłeś mową,

Tak, iż pochwały twoje głosi język Nieutworzony przedtem do mówienia!

I ten, co wzbronił nam pożywać ciebie Nie taił wcale twej wielkiej zalety,

Dając ci nazwę Drzewa wiadomości Tego, co dobre i co złe. Zabronił Pożywać ciebie, lecz sam zakaz taki Jest zaleceniem, bo świadczy o dobru,

Które udzielasz, którego nie mamy;

Nie mamy dobra, jeśli go nie znamy,

A chociaż mamy, jeśli nam nieznane,

To tak, jakbyśmy wcale go nie mieli.

Słowem, jeżeli wzbrania wiadomości,

Wzbrania nam dobra, wzbrania być mądrymi. Zakaz podobny nie obowiązuje.

Jeśli w następstwie śmierć, to na co zda się Wolność wewnętrzna? W dniu, w którym spożyjem Ten owoc piękny, śmiercią umrzeć mamy.

Wąż czy umiera? Przecie jadł i żyje,

Ma wiedzę, mówi, rozumuje jasno,

Rozróżnia, on, wprzód nierozumne zwierzę!

Dla nas jedynie śmierć wynaleziono.-'

Czyżby nam tylko zakazano wiedzę,

A zachowano dla zwierząt? Podobno.

Że jednak pierwsze zwierzę, skosztowawszy Owocu, zalet jego nie ukryło Zawistnie, owszem, radośnie odkryciem Swojem się dzieli, dowód, że jest szczere, Niepodejrzane, przychylne dla człeka,

Dalekie kłamstwa i wszelkiej obłudy.

Czegóż się lękam? Raczej czyż wiem czego Lękać się trzeba w tej nieznajomości Dobra, zła, Boga, śmierci, prawa, kary?

Oto na wszystko lekarstwo tu rośnie,

Owoc niebiański, rozkoszny dla oka,

Nęci do jadła, mądrością obdarza;

Cóż mnie wstrzymuje, dla czegóż nie sięgnąć? Nakarmić ciało i umysł zarazem?»

Tak mówiąc, w chwili złej, rękę zuchwałą Ściągnęła; owoc zerwała i jadła!

Ziemia uczuła ranę, a przyroda Przez wszelkie swoje twory śląc westchnienia, Bólem świadczyła, że wszystko stracone. Spełniwszy zbrodnię, wąż wsunął się chyłkiem W gęste zarośla, co mu łatwo przyszło,

Gdyż Ewa całkiem zajęta jedzeniem,

O niczem innem nie myślała wtedy.

Zdawało jej się, że tak rozkosznego Smaku w owocu żadnym nie doznała Do tego czasu. Czyli tak istotnie?

Czy w wyobraźni było, pobudzonej Oczekiwaniem nadzwyczajnej wiedzy?

Bliską boskości już się w myślach czuła.

Chciwie łykała owoc smakowity,

Że śmierć połyka nie wiedząc, aż syta,

Jakoby winem podniecona, rześka,

Rozweselona, tak mowi do siebie:

«0 drzewo szczytne, ze wszystkich drzew Raju Najwyborniejsze! błogie, dzielne w skutkach!

Raj utracony. — 305

Dające mądrość, twój owoc, tak piękny, Wzgardzony dotąd, zwieszał się nietknięty, Jakby bez celu stworzony; lecz odtąd Ja cię otoczę opieką, co rano Przyjdę, by śpiewać należną ci chwałę,

I pielęgnując cię zdejmować brzemię Z twoich gałęzi, szczodrych dla każdego; Karmić się póty, aż na twym pokarmie Dojrzeję wiedzą, wzorem bogów, którzy Wszystkie na świecie rzeczy znają, chociaż Zazdroszczą innym, czego dać nie mogą:

Bo gdyby to był ich dar, tuby nie rosł.

A naprzód tobie winnam doświadczenie, Które najlepiej wiedzie; gdyby nie ty, Jeszczebym dotąd nieświadomą była. Otwierasz drogi mądrości, ty dajesz Przystęp do tajni, gdzie ona się skrywa. Może i ja już tutaj utajona?

Niebo wysoko i bardzo daleko, i\ie można stamtąd wszystkiego na ziemi Widzieć dokładnie; może swą troskliwość Gdzieindziej zwrócił wielki Prawodawca? Wraz z całą rzeszą swoich wywiadowców Przestał nad nami czuwać ustawicznie?

Lecz w jaki sposób stanąć przed Adamem? Czy zawiadomić go o mej przemianie,

Aby wziął udział w pełnej szczęśliwości? Czy też przewagę wiedzy mam zachować Dla siebie samej bez współuczestnika?

Tak uzupełnić płci niedostateczność,

By zwiękczyć jego miłość, by się zbliżyć Z nim do równości, a może i czasem Trochę przewagi mieć—rzecz pożądana!

Kto niższy nigdy nie zazna wolności.

Jakby to dobrze było! Lecz cóż będzie,

Jeśli Bóg widział? jeśli śmierć nastąpi? Przestanę istnieć, Adam inną Ewę Weźmie za żonę, żyć będzie szczęśliwie Z nią wtedy, gdy ja w niwecz się obrócę — Sama ta myśl jest śmiercią! Więc stanowczo Adam niech ze mną złe i dobre dzieli:

Tak go serdecznie kocham, że z nim chętnie Wszelką śmierć zniosę, bez niego żyć nie chcęb

Tak mówiąc kroki zwróciła od drzewa, Wprzód mu głęboki ukłon czyniąc, jako Mieszkaniu Siły, która tę roślinę Obdarowała sokiem wiadomości,

Nektarem z bogów napoju czerpanym.

Tymczasem Adam, czekając stęskniony Powrotu Ewy, wił girlandę z kwiatów Najwyszukańszych, aby nią ozdobić Kędziory Ewy i uwieńczyć sielskie Jej prace, jak to ze swą przodownicą Przy końcu żniwa zwykli żeńcy czynić.

Z pomysłu tego wielką miał mieć radość I za spóźniony powrót pocieszenie.

Jednak chwilami serce mu ściskały Przeczucia czegoś złego; niespokojny,

Na jej spotkanie szedł w kierunku, który Obrała rano, gdy się rozstawali,

Musiał iść mimo Drzewa Wiadomości:

Tam ją napotkał, zwracającą kroki,

Z gałązką w ręku, tylko co urwaną,

Pełną owoców przepysznych, soczystych,

I ambrozyjski zapach wydających.

Biegła naprzeciw; już sam wyraz twarzy Był przeproszenia wstępem, które samo W słowach pochlebstwa pełnych wyraziła.

«Bardzoś się dziwił, Adamie, tak długiej Nieobecności mojej? I mnie tęskno Było bez ciebie; nigdy jeszcze takich Nie uczuwałam udręczeń miłości.

Już się ta nigdy nie powtórzy próba,

Którą zbyt nagle podjęłam, nieznając Ciężaru, co jest, być zdała od ciebie;

Lecz osobliwa i cudownie brzmiąca Była przyczyna mego opóźnienia.

To drzewo nie jest, jak nam powiadano, Groźnem dla tych, co owoc jego jedzą,

Złu nieznanemu nie otwiera drogi,

Owoc ma boski wpływ, otwiera oczy,

Bogami czyni tych, co go spożyją.

Rzecz doświadczona. Wąż mądry, albo też Nieskrępowany, tak jak my, zakazem,

Lub nieposłuszny, jadł owoc, a jednak Nie popadł śmierci, jak nam zagrożono,

Lecz odtąd ludźkim głosem i rozumem Obdarowany, zadziwił mnie swojem Rozumowaniem, skłonił swą wymową,

Ze jadłam także, skutek odpowiedni

» — 308 —

Na sobie czując: dotąd zaciemnione,

Lepiej się moje otworzyły oczy.

Rozszerzył umysł i serce podniosło Dążeniem stałem do wyżyn boskości,

Której z powodu ciebie głównie pragnę;

Bez ciebie łatwo mogłabym nią wzgardzić. Szczęście dzielone z tobą szczęściem mojem, Niepodzielane z tobą dla mnie wstrętne,

Więc i ty spożyj, aby los jednaki,

Jednakie szczęście, jednakowa miłość Nas jednoczyły; gdybyś nie skosztował, Różnica stanu rozdziałby sprawiła,

A mnie zapóźno już przez wzgląd na ciebie Zrzec się boskości, los już nie pozwoli.»

Tak Ewa rzecz swą wesoło wygłasza, Lecz jej policzki chorobliwie płoną.

Z swej strony Adam, jak tylko usłyszał

0 tak złowrogiem przekroczeniu Ewy,

, Stał osłupiały, blady, a strach zimny

Obiegał jego żyły, słabił członki.

Z obwisłej ręki wypadła girlanda Zwita dla Ewy, powiędłe już róże Zasnuły ziemię. Stał niemy i blady,

Aż w końcu przemógł wewnętrzną niemotę,

1 tak rozmyślał: «Najpiękniejsze z stworzeń,

Z dzieł Bożych wszystkich ostatnie, najlepsze, Istoto, w której wszystko się jednoczy,

Co i dla wzroku i dla myśli święte,

Co boskie, dobre, lube i powabne,

Jakżeś zgubiona, jak nagle zgubiona!

Skażona, hańby pastwą, jeńcem śmierci!

O, jakżeś mogła złamać zakaz ścisły, Zbezcześcić owoc święty, zabroniony?

Jakąż przeklętą zdradą nieprzyjaciel Nieznany zwiódł cię i pogrążył w zgubę? Ciebie i mnie też, bo postanowiłem Umrzeć wraz z tobą. Mogęż żyć bez ciebie? Mogęż zapomnieć twej słodkiej rozmowy, Twojej miłości serdecznej, by znowu Sam pędzić życie w tych lasach zapadłych? Choćby Bóg stworzył inną Ewę, choćbym Drugiego żebra udzielił, twej straty Nigdy by serce moje nie przeniosło!

Nie, nigdy, czuję, że związek natury Ciągnie mnie; tyś jest ciało z mego ciała, Kością z mej kości, i od twego losu Nigdy mojego nie odłączę, z tobą Chętnie podzielę dobrą i złą dolę!»

To rzekłszy sobie, jak ten, co się budząc Z ciężkiej rozpaczy, po myślach zbłąkanych Podda się temu, co nieuniknione,

W spokojnym tonie tak rzecze do Ewy:

«ZuchwTały czyn twój, lekkomyślna Ewo, Niebezpieczeństwem wielkiem grozi, śmiałaś Nietylko oczy pożądliwe zwrócić Na owoc święty, dla nas nietykalny,

Pod zagrożeniem przekleństwa, lecz nawet Jadłaś go. Ale, co przeszło, nie wróci,

Nikt nie odrobi tego, co się stało,

Ni Pizeznaczenie, ni też Bóg Wszechmocny.

Może nie umrzesz jednak, twój czyn może Nie tak straszliwy; gdy owoc był wprzódy Już pozbawiony świętości przez Węża, Powszednim stał się, nim ust naszych doszedł. Dla niego nie był śmiertelnym, on żyje, Powiadasz, wyższem życiem, jakby człowiek; Możemy wnosić, że owocu dzielność I nas na wyższy stopień stosunkowo Podniesie: w bogów, w aniołów przemieni. Trudno mi także pojąć, iżby Pan Bóg, Stwórca najmędrszy, choć groził, naprawdę Zniszczył istoty, pierwsze tak wysoko Obdarowane, które ponad wszystkie Swe dzieła wyniósł; te, dla nas stworzone,

Z nami w łączności, padłyby wraz z nami; Tak Bógby tworzył na to, żeby niszczył,

I znów odrabiał, próżne mając trudy.

Nie można Boga pojmować w ten sposób,

Bo On, choć mocen powtórzyć stworzenie, Niechętnieby nas niweczył, by nie rzekł Tryumfujący nieprzyjaciel: Zmienny Los tego, komu Bóg najbardziej sprzyja!

Któż może długo przetrwać w jego łasce? Wprzód mnie obalił, teraz ludzkie plemię.

Na kogo kolej? Takiego powodu Do szyderstw nie da nieprzyjacielowi. Cokolwiek będzie, los mój wspólny z twoim, Gdy umrę z tobą, śmierć mi będzie życiem. Tak silnie czuję w sercu tę potęgę,

Którą przyroda związała mnie z tobą,

Jak z sobą drugim, bo to eźem ty jesteś, Jest mojem: nasza istność nierozdzielna; Jednem jesteśmy ciałem: stracę ciebie.

To będzie także i moją zatratą.»

I ak mówił Adam, Ewa na to rzecze: «0, świetna próbo miłości bez miary! Wzniosłe świadectwo, potężny przykładzie, Z którym ja także chcę stanąć w zawody. Ale czy zdołam, gdy doskonałości Twej nie posiadam, Adamie? Pochodzę Z twojego boku, i to moją chlubą.

Z rozkoszą słucham, kiedy o jedności Naszej wspominasz: jedno serce, jedna Dusza w obojgu, o czem dzień dzisiejszy Najlepiej świadczy, twe postanowienie Raczej podzielić moje winę, zbrodnię,

Jeżeli zbrodnią jest spożycie tego Owocu, niżby nas, tak zjednoczonych Wielką miłością, miała śmierć rozłączyć, Lub coś od śmierci samej straszliwszego.

Wszakże od dobra tylko dobro płynie; Dzielność owocu już się pokazała,

Gdj? wyjawiła moc twojej miłości. Którejbym może nigdy taką wzniosłą Nie zobaczyła. Gdybym przypuszczała,

Że przekroczenie moje śmierć pociąga Chętniebym zniosła wszystko, co najgorsze, Zmarła samotnie, a nie namawiała Ciebie do czynu, któryby zakłócił Twój spokoj, sama o tak niezrównanej

Miłości szczerej, wiernej, upewniona;

Ale zupełnie inne wpływy czuję.

Nie śmierć, lecz życie wzmożone: wzrok jasny, Nowe nadzieje i radości nowe,

A smak tak boski, że wszystko, co dotąd Słodkiem dla zmysłów moich się wydało,

Stało się teraz niesmacznem i szorstkiem.

Oprzyj sie na mem doświadczeniu, skosztuj, Adamie, śmierci próżno się nie lękaj!»

Do słów tych uścisk dołączyła słodki, Płacząc z radości i cała w zachwycie,

Że uszlachetnił tak wielce swą miłość,

Dla niej się ważąc na śmierć i gniew boski.

W nagrodę (taka szkaradna uległość Takiej też godna nagrody) z gałązki Owoc ponętny dała szczodrą dłonią.

Jadł bez skrupułu, wbrew głosowi duszy;

Nie w omamieniu, ale przemożony Wdziękiem kochanej kobiety. Zadrżały Głębiny ziemi, jakby w nowych bólach,

Jękła Przyroda po raz drugi, Niebo ^asnute chmurą, groźnym mrukło grzmotem, Roniąc deszcz, smutny jak łzy, nad spełnieniem Pierwszego grzechu śmiertelnego; Adam Nie zwracał na nic uwagi, jadł chciwie,

I Ewa obok bez strachu ponawia Przestępstwo, aby swojem towarzystwem Mężowi sprawić przyjemność. Wraz, jakby Nadmiarem wina pijani oboje,

Rozweseleni, już im się wydaje,

- 313 -

Ze im boskości wyrastają skrzydła,

Że mogą gardzić ziemią. Ale inne Zdradliwy owoc w nich wytwarzał skutki, Chucią cielesną, dziką, zapalając.

Lubieżnym wzrokiem on patrzy na Ewę, Ona mu równem odpłaca spojrzeniem.

Żądza ich pali; aż nareszcie Adam Tak ją do pieszczot pociągać zaczyna:

» Widzę ja teraz, Ewo, jak wykwintnym Gustem, powabem jakim i mądrością lyś obdarzona, bo do każdej myśli Gust przynależy; podniebienie także Ma swój rozsądek. Tobie cześć oddaję Boś dzień dzisiejszy dobrze opatrzyła.

Dużo rozkoszy straciliśmy na tem Tak wybornego owocu nie jedząc, Prawdziwej w smaku nie znając uciechy.

Jeśli tak miłe rzeczy zakazane,

Możnaby pragnąć, by zamiast jednego Dziesięć drzew było dla nas zakazanych.

Tak pokrzepieni pójdźmy na pieszczoty,

Jako się godzi po uczcie tak świetnej. ”

Od chwili, gdym cię ujrzał po raz pierwszy, Tdym cię poślubił, nigdy piękność twoja. Doskonałością wszelką ozdobiona,

Nie zapaliła mnie takim płomieniem I pożądaniem, gdyś jeszcze piękniej sza, zięki przymiotom cudnym tego drzewa!«

Z słowami łączył namiętne spojrzenia pieszczoty, bardzo zrozumiałe

Dla Ewy, której oczy takim samym Żarem płone.ły. Uchwycił jej rękę,

Do cienistego wzgórka poprowadził,

Pod dach zieleni gęstej; a wiódł chętną.

Kwiaty im łożem: fijołki i bratki I hiacynty i zawojki złote.—

Zakątek chłodny, najmilszy na świecie.

Tam dali folgę miłości bezmiernej I uniesieniom miłosnej rozkoszy:

Pieczęć ich winy, pociecha po grzechu; Wreszcie znużonyćh objął sen głęboki.

Ale niebawem wywietrzała siła Zdradna owocu, rozweselająca I tumaniąca oparem rozkoszy.

A gdy sen ciężki, złośliwej mgły skutek, Sprawca mar grzesznych, opuścił ich w końcu, Powstali z łoża jak niewypoczęci.

Kiedy po sobie spojrzeli, spostrzegli,

Że otworzone mieli oczy, ale

Umysł ściemniony. Zginęła niewinność^

Co jak zasłona kryła przed ich wzrokiem Wiadomość złego; słuszna ufność w sobie, Wrodzona prawość i godność zniknęła,

Nagich oddając winnemu wstydowi,

Co się osłania, lecz go ta osłona Odkrywa jeszcze bardziej. Tak Danita, Olbrzymiej siły Samson, z wszetecznego Łona Dalili filistyńskiej ze snu Powstał z obciętą siłą; równie oni,

Ogołoceni i wyzuci z cnoty,

Siedzieli długo milczący i smutni,

Jakby niemotą dotknięci, aż Adam,

Choć niemniej od swej żony zawstydzony,

Z wysiłkiem w takie odezwał się słowa:

»0 Ewo, dałaś posłuch w złej godzinie Temu płazowi fałszywemu, nie wiem Kto go głos ludzki udawać nauczył,

Ale upadek nasz jest niewątpliwy,

A obietnica wyższości zawiodła,

Bo oczy nasze otwarte zaiste,

I znamy dobro i zło, ale dobro

Dla nas stracone, zło w nabytku mamy.

Zły wiadomości owoc, jeśli ona Nas pozostawia nagimi, bezeczci,

Bez niewinności, wierności, czystości.

Co b}do naszą zwyczajną ozdobą,

Teraz skalane, a i w twarzach naszych Widoczne ślady wyuzdanych chuci,

Z których pochodzi zło, a i wstyd także Idący za niem, jako jego świadek.

Jakże mam teraz spoglądać w twarz Boga, Albo Aniołów, w które spoglądałem Dotąd z radością taką i z zachwytem?

Teraz postaci te niebiańskie, boskie,

Razić nas będą jasnością, dla ziemian Nie do zniesienia. O, wolałbym raczej Zyc tu samotnie, dziko, w leśnej ciszy,

Gdzieby wysokie drzewa, nie puszczały

§"wiazd ani słońca, zmierzch wieczorny ciąz utrzymując. O, wy jodły, cedry,

Niezliczonemi swemi gałęziami Okryjcie mnie, i tak ukryjcie, abym Nigdy nie widział światła!... Ale teraz Trzeba obmyślić, w tym złym będąc stanie,

Jak skryć przed sobą wzajem owe członki, Które wstyd każe skrywać? Jakieś drzewo Da nam szerokich, miękkich liści, które Złączywszy z sobą, opaszemy biodra I okryjemy środkową część ciała Aby nie siedział tam wstyd, przybysz nowy I nie wyrzucał nam, żeśmy nieczyści!«

Tak radził. Szli więc oboje w gąszcz leśną, Wkrótce wybrali tam drzewo figowe;

Nie ten gatunek sławiony z owocu,

Lecz owo znane i dziś Indyanom Dekanu albo Malabaru, które Szeroko długie rozciąga konary,

Aż opuszczone do ziemi gałązki Wydają nowe korzenie, i wkoło Rosną, jak córki przy drzewie macierzy; Kolumny, w górze złączone sklepieniem, Tworzą podsienie, w których błądzi echo.

Tam często pasterz indyjski się chroni Przed spieką słońca w chłodzie, a dogląda Trzody przez okna wycięte w zieleni.

Te sobie liście obrali szerokie,

Jak Amazonek tarcze, a niemałej Musieli użyć zręczności, by złożyć Do swoich bioder opaski. Napróżno:

Grzechu i wstydu nic już nie osłoni!

— 317 —

Jakże dalecy od dawnego blasku Swojej nagości! Takich niegdyś Kolumb Amerykanów znalazł, opasanych Pierzastym pasem, zresztą nagich, dzikich, Między drzewami wysp i na wybrzeżach.

Tak przysłonięci i, jak im się zdało,

Z okrytym w części sromem, niespokojni,

Bez ulgi w sercu, siedli i płakali.

Nie tylko łzy im cieką, gorsze fale W ich sercu huczą: wichry namiętności, Gniew i nienawiść, nieufność, niezgoda,

Teraz wstrząsają boleśnie ich umysł,

W którym wprzód taka panowała cisza I pokój, teraz burzy zawierucha.

Rozsądek przestał rządzić, nie słuchała Swych obowiązków Wola, już oboje Pod jarzmem Żądzy zmysłowej, co zniska Opanowała nawet władczy Rozum.

Z tak rozstrojonej piersi, z błędnym wzrokiem, Głosem zmienionym, urywaną mową,

Adam do Ewy gorzkie śle wyrzuty:

»Obyś słów moich była posłuchała,

I błagań, obyś pozostała przy mnie,

Kiedy owego nieszczęsnego rana Nie wiem skąd przyszła ci dziwaczna chętka Wędrówki! Dotąd pozostalibyśmy Szczęśliwi, nie tak jak teraz, wyzuci Z wszystkiego, nadzy, nędzni, pełni wstydu. Niech odtąd prożno nikt swojej wierności

Próby nie szuka; jeśli kto naprawdę Chce jej dowodzić, widać że się chwieje.»

Ewa dotknięta wymówką, odpowie: «Mogłżeś to wyrzec, Adamie surowy?

Mnie przypisujesz wszystko, co się stało,

Czy też mej chętce wędrówek, jak mówisz; Czyżby to samo nie mogło się zdarzyć Nam dwojgu razem, lub samemu tobie?

O, gdybyś był tam, lub słyszał pokusę,

Nie byłbyś dostrzegł oszukaństwa węża,

Tak był wymowny, a do nieprzyjaźni Dla nas żadnego nie mógł mieć powodu. Czemużby miał być złym on, chcieć mi szkodzić? Miałamże zawsze tkwić przy twoim boku?

To wszystko jedno, co pozostać żebrem Nieożywionem. Gdym jest tem, czem jestem, Czemuś mi, jako głowa, nie zabronił Stanowczo iść na takie, jak powiadasz, Niebezpieczeństwo? Zbyt pobłażający,

Czyś się opierał długo? pozwoliłeś,

Słusznem uznałeś, puściłeś uprzejmie;

Gdybyś był stale trwał w swojej odmowie,

Ni jabym grzeszną była, ni ty ze mną.»

Pierwszy raz gniewnjr, na to Adam rzecze: «Takaż to miłość, takaż to nagroda, Niewdzięczna, mojej ku tobie miłości,

Którą wyznałem niezmienną i wtedy,

Kiedyś zgubioną już była, lecz nie ja?

Mogłem żyć, szczęścia wiecznego używać,

, A dobrowolnie śmierć obrałem z tobą;

— 319 —

Teraz mi zarzut czynisz, żem jest winien Twojego grzechu, że niedość stanowczy Byłem w odmowie. Com więcej miał czynić? Napominałem, ostrzegałem, groźne Niebezpieczeństwo ci przepowiadałem, Czyhającego wroga. Cóż ponad to Pozostawało? Przymus. Lecz przymuszać Twej wolnej woli—to się nie godziło.

Gnała cię w drogę ufność w samej sobie, Pewność, że albo nie spotkasz przygody,

Albo w niej znajdziesz łatwość chlubnej próby. A może ja też błądziłem niebaczny?

Tak wszystko w tobie widząc doskonałem,

Nie przypuszczałem, aby kiedy mogło Złe znaleść przystęp do ciebie, a teraz Żałuję błędu, w którego następstwie Jestem zbrodniarzem, ty oskarżycielką.

Tak będzie z każdym, który przeceniając Wartość kobiety, dozwoli jej rządzić;

Ta żadnych nie chce znosić ograniczeń,

A gdy czynnością swoją złe następstwa Sprowadzi, męża przedewszystkiem wini

0 pobłażanie.* Tak na oskarżeniach Wzajemnych szły im bezpłodne godziny;

Na siebie żadne z nich winy nie brało,

1 puste spory toczyli bez końca.

,JW,

  • ) Achill, patrz Iliada;—Turnus Eueida.


2) Kadmus w poszukiwaniu Europy, porwanej przez Jowisza, przybył do Grecyi i założy! Teby. Następnie, porzuciwszy dobrowolnie to miasto, czy też wygnany przez swych poddanych, udał się, ze swą żoną Hermioną, do Illiryi; tam, z rozkazu Jowisza, oboje przemienieni zostali w węże.

3) W Epidaurze czczono Eskulapa pod postacią węża; twierdzono, że się nawet pojawiał w tym kształcie.

4) Jowiszów różnych, według Varrona, było około 300— z tych najdawniejszy Jowisz Ammoński w Libii, a Kapitoliński w Rzymie należał do n^jąjawniejszych.

Ursusów, Sracik*.

. A. GUMPLOWICZA

Wypożyczalnia książek

PIEŚŃ X.

Tymczasem w Niebie wnet się stał wiadomy Szatana w Raju czyn chytry i niecny,

Jak kształt przybrawszy węża, skusił Ewę,

Ona Adama, aby jedli owoc Zgubny. Cóż bowiem ujść może przed okiem Tego, kto wszystko widzi? cóż zwieść serce Wszystko wiedzące? Bóg, Najwyższa Mądrość I Sprawiedliwość, dopuścił, by Szatan Kusił Człowieka, a temu dał siłę Wystarczającą, przytem wolną wolę,

Do odsłonięcia i odparcia matactw Wroga jawnego lub w szatach przyjaźni. Wiedzieli ludzie i powinni byli Ciągle pamiętać o wielkim nakazie:

Nie jeść owocu, ktobykolwiek kusił.

Nie posłuchawszy, podpadli pod karę Nieuniknioną, a grzech mnożąc jeszcze, Doprowadzili siebie do upadku.

W górę, do Nieba, spiesznie straż anielska Wzniosła się w smutnem milczeniu, już wiedząc

0 nowym stanie Człowieka; zdziwiona Jakim sposobem chytry Nieprzyjaciel Niepostrzeżenie wemknął się do Raju.

Jak tylko doszła zła wieść do bram Nieba Wielką w Aniołach obudziła żałość;

Smutek zaciemnił niebiańskie oblicza,

Lecz, że się łączył z litością, nie skaził Szczęścia Aniołów. Naprzeciw przybyłych Wyszły gromady Niebian i pytały,

Jak się to stało? Ci przed Najwyższego Tron pośpieszali, aby dowodami Słusznemi swoję czujność wykazali.

Łatwo dowiedli jej, a Wszechmogący Odwieczny Ojciec, ukryty w obłoku,

Tak się odezwał piorunowym głosem:

«Wy, Aniołowie zgromadzeni tutaj,

Potęgi, coście wróciły z wyprawy Bez powodzenia, niechaj was nie smucą

1 nie mieszają te nowiny z Ziemi.

Najszczersze wasze starania nie mogły Zapobiedz temu, co przepowiedziałem.

Jak tylko wyszedł z piekielnej przestrzeni Kusiciel, rzekłem, że mu się powiedzie,

Że pochlebstwami nakłoni człowieka,

By wierzył kłamstwom, nawet przeciw Stwórcy Rzucanym. Dekret mój był tu zbyteczny:

Sam swój upadek sprowadził, bynajmniej Na jego wolną wolę nie wpływałem,

— 323 —

Pozostawiłem mu ją w równowadze:

Upadł, a teraz, cóż mi pozostaje,

Jak wydać na grzech jego wyrok śmierci Zapowiedziany. Taką groźbę śmierci Za czczą i błahą ma teraz, gdy widzi,

Że nie nastąpił cios natychmiastowy,

Jak się obawiał; wkrótce się przekona,

Nim dzień się skończy, że zwłoka nie znaczy Uniewinnienia, i że sprawiedliwość Nie wraca śladem dobroci wzgardzonej.

Lecz kogóż posłać, by ich sądził, kogóż Jeśli nie Ciebie, Synu, co masz zdaną Władzę Sędziego na Niebie i Ziemi I w Piekle. Niechaj to będzie widoczne,

Że sprawiedliwość ma iść z łaską w parze, Kiedy posyłam Ciebie, przyjaciela Człowieka, jego Pośrednika, okup,

I Zbawcę z własnej chęci, a w przyszłości Człowieka, na sąd grzesznego Człowieka.*

Tak mówił Ojciec, i rozpościerając Ku swej prawicy swą chwałę na Syna,

Objął go Bóstwa blaskiem bezobłocznym; Odźwierciadlając Syn w pełni blask Ojca, Bosko łagodnie tak mu odpowiada:

«Ojcze mój wieczny, Twoja rzecz stanowić, Moja wypełniać na Niebie i Ziemi Najwyższą Twoje wolę, abyś we mnie,

Twym ukochanym Synu, odpoczywał Z upodobaniem. Idę sądzić owych Na ziemi prawa Twojego przestępców;

Ale wiesz dobrze, choć oni podlegną Sądowi, na mnie najgorsza część spadnie,

Gdy czas nadejdzie; bo gdy w obec Ciebie Na siebie wziąłem, i, czego mi nie żal,

Zyskałem prawo, by na nich zapadły Wyrok, swe ostrze, kiedyś na mnie zwrócił,

Tak chcę połączyć sprawiedliwość z łaską,

Aby zupełnie i jednej i drugiej Zadość uczynić i przejednać Ciebie.

Nie potrzebuję orszaku, bo tylko Dwoje sądzonych ma słuchać wyroku; Trzeciego sama ucieczka potępia,

Zbiegostwo i bunt świadczą przeciw niemu,

Na Węża świadectw żadnych nie potrzeba.*

Z promienistego tronu od prawicy Równego blasku Boga Ojca powstał;

Trony, Potęgi, Księstwa, Panowania Towarzyszyły mu do bram niebieskich,

Z których widoczny Eden i kraj bliski.

Zstąpił niebawem. Szybkości tej boskiej Nie zdoła zmierzyć czas, choćby na skrzydłach Najszybszych minut. Już się przechylało Ku zachodowi słońce, powstawały Wietrzyki lekkie, by obdarzyć ziemię Wieczornym chłodem, gdy jeszcze chłodniejszy, Bo gniewny, przyszedł On, łagodny Sędzia I Pojednawca, by sądził Człowieka.

Głos usłyszeli Boga, chodzącego,

Lekkie powiewy głos ten do nich niosły,

A dzień się chylił; słysząc, ukryli się

Pomiędzy drzewa rajskie, mąż wraz z żona.

Gdy się Bóg zbliżył, zawołał: «Adamie,

Gdzie jesteś? Zwykle na moje spotkanie Szedłeś z radością, widząc mnie zdaleka.

Brak mi tu ciebie! Źle, że mnie unikasz,

Kiedy niedawno jeszcze niewołany Służby swe niosłeś. Może z mniejszym blaskiem Dziś się pojawiam? Jakaż nagła zmiana .Trzyma cię zdała, lub przypadek? Pójdźże!»

W yszedł, z nim Ewa, zwlekając, choć pierwsza Była do grzechu; oboje zmieszani I zawstydzeni. Nie było w ich wzroku Miłości Boga, ani też wzajemnej,

Ale widoczna wina, wstyd i trwoga,

Gniew i zawziętość, nienawiść i zdrada.

Adam, po długiem jąkaniu, tak rzecze:

«Głos Twój w ogrodzie słyszałem, i zlękły Skryłem się, przeto, żem jest nagi.» Na to Sędzia łagodny, nie łając, odpowie:

«Często słyszałeś moj głos bez obawy,

Owszem, z radością, dla czegóż ci teraz Stał się tak strasznym? Kto ci rzekł, żeś nagi?

Czy jadłeś z drzewa, z którego owocu Jeść ci wzbroniłem?* Adam na to rzecze Smutkiem przejęty: «0 Nieba, w jak trudnem Dziś położeniu jestem przed mym Sędzią!

Albo na siebie przyjmę całą winę,

Albo oskarżę mą drugą połowę,

Mojego życia towarzyszkę, której,

Wierność na względzie mając, powinienem

Błąd ukryć, skargą moją nie wystawiać Jej na naganę; lecz zmusza konieczność,

By grzech i kara, jakkolwiek straszliwa,

Nie cała na mą stoczyła się głowę.

A choćbym milczał, Ty odkryłbyś łatwo Cobym zataił. Ta, którą mi dałeś Za towarzyszkę niewiasta, ta pomoc,

Dar doskonały, tak dobra, stosowna,

Tak pożądana, boska, że z jej ręki Niczego złego przypuszczać nie mogłem,

Ze każdą czynność, czembykolwiek była, Już przez to samo, że ona ją spełnia,

Miałem za dobrą, dała mi z owego Drzewa, i jadłem.» Sędzia boski rzecze:

«Czyż była twoim Bogiem, że jej głosu Więcej słuchałeś, niźli głosu Boga?

Czy przewodnikiem twoim i zwierzchnikiem Ją uczyniono? Czy choć równą była,

Ześ dla niej zrzekł się męskości, i miejsca, Na którem Bóg cię ponad nią umieścił? Stworzoną z ciebie i dla ciebie, któryś Doskonałością, godnością prawdziwą Tak ją przewyższał? Była pełną krasy I miłą, aby mogła zyskać miłość,

Lecz nie poddanie twoje; jej przymioty Tego rodzaju były, że pod rządem Błyszczały świetnie, lecz się nie nadały Do prowadzenia rządów, które tylko Twojej osoby miały być udziałem,

Gdybyś był dobrze znał samego siebie.»

Po tej naganie rzekł krótko do Ewy:

«Powiedz, Niewiasto, cóżeś uczyniła?*

Na to mu Ewa smutna, z wstydu prawie

Upadająca, wyznając ódrazu

Wobec Sędziego trwoźna, niewymowna,

Tak odpowiada: «Wąż mnie zwiódł i jadłam.»

To usłyszawszy, Pan Bóg bez odwłoki Oskarżonego Węża sądził sprawę,

Chociaż to było zwierzę, i nie mogło Na tego zrzucić swego przewinienia,

Kto za narzędzie swej zbrodni je użył,

I oplugawił przy samym początku Stworzenia; słusznie był jednak przeklęty, Jako uległy skażeniu. Po nad to Nie należało więcej człowiekowi Wiedzieć, ponieważ jego przenikliwość Już nie sięgała dalej, coby niczem Też nie wpłynęło na zmniejszenie winy. Jeszcze Bóg wydał wyrok na Szatana, Pierwszego w grzechu, ale w tajemniczych Wyrazach—widać uznał je za lepsze—

I takie rzucił przekleństwo na Węża:

«Żeś to uczynił, przeklętyś jest teraz Między wszystkiemi zwierzętami ziemi,

Na brzuchu czołgać się będziesz, jeść będziesz Ziemię po wszystkie dni twego żywota; Nieprzyjaźń między Niewiastą a tobą Położę, jak i między jej nasieniem . I twojem: Ona zetrze twoje głowę,

Ty na jej piętę skrycie czyhać będziesz.»

Tak brzmi wyrocznia, spełniona w przyszłości, Gdy Syn Maryi, drugiej Ewy, Jezus Widział Szatana, nakształt błyskawicy Spadającego z Nieba; potem, z grobu Powstawszy, zniszczył potęgę szatańską,

Okrył się blaskiem tryumfu, i w Niebo Wstępując, powiódł pojmaną Niewolę Po przez powietrze, które swem królestwem Tak długo zwać śmiał Szatan przywłaszczyciel. Jego On kiedyś nam pod stopy wdepcze,

On, który teraz w Raju przyszłość głosi,

I taki wyrok Niewieście stanowi:

«Rozmnożę nędze twoje przez poczęcia Twoje: z boleścią rodzić będziesz dziatki,

Pod władzą będziesz mężową, on będzie Panował tobie.» W końcu na Adama Syn Boży taki wyrok postanowił:

«Iżeś usłuchał głosu żony twojej I jadłeś z drzewa, z któregom ci wzbronił,

Mówiąc, byś nie jadł z niego, będzie ziemia Przeklęta z twojej winy; w pracy będziesz Z niej jadł po wszystkie dni żywota twego:

Ciernie i osty będzie ci rodziła,

A ziele będziesz jadł polne, i w pocie Oblicza twego jadł chleb, aż się wrócisz Do ziemi, z którejś wzięty, z którejś rodem,

Bo prochem jesteś i w proch się obrócisz.»

Taki sąd wydał na człowieka, jako Sędzia zarazem i Zbawca zesłany.

Cios śmierci, na ten dzień zapowiedziany,

Na czas odroczył dalszy; i litośnie,

Widząc przed sobą nagich, wystawionych Na wpływ powietrza, odtąd podległego Zmianom, nie wzgardził zatrudnieniem sługi; Jak później sług swych umył nogi, teraz Ojcowską ręką okrył nagość dzieci Skórami zwierząt, zabitych, lub takich,

Co nakształt węża skórę swą zrzucają:

Tak nieprzyjaciół swoich sam ubierał. Nietylko ciało ich odział skórami,

Lecz i wewnętrzną nagość, haniebniejszą, Odział w prawości suknię przed obliczem Ojca Swojego, do którego teraz 1 owrocił szybkim lotem, by, jak dawniej Na jego błogiem łonie spocząć w chwale; Przebłaganemu, wiedzącemu wszystko,

Co się z człowiekiem stało, opowiedział, Łącząc do tego swoje wstawiennictwo.

I ymczasem, zanim na ziemi zgrzeszono, Nim się sąd odbył, Grzech i Śmierć siedziały Naprzeciw siebie przy wrotach piekielnych, Teraz otwartych i ziejących strasznym Żarem daleko w głąb Chaosu, odkąd Czart niemi wyszedł, gdy je Grzech otworzył. A Grzech do Śmierci w te słowa poczyna:

«Synu, coż mamy tutaj próżno siedzieć, Patrząc na siebie, gdy nasz rodzic wielki, Szatan, na innych światach szczęścia szuka, Lepszych miejsc dla nas, swoich latorośli?

Z pewnością doznał powodzenia, jużby

W przeciwnym razie wrócił, g-nany gniewem Swych nieprzyjaciół, bo innego miejsca Na wymiar jego kary, lub ich zemsty, Odpowiedniego niema. Zdaje mi się,

Że czuję siły wstępujące we mnie,

Że skrzydła rosną mi. że po za głębią Będzie mi dane rozległe królestwo;

Coś mnie tam ciągnie, czy współczucie, czy też Jakiś wrodzony popęd, z odległości,

Choćby najdalszej, tajemnemi ścieżki Łączący w przyjaźń rzeczy jednorodne.

Ty, nierozdzielny mój cieniu, pójdź ze mną:

Bo nic na świecie oddzielić nie może v Śmierci od Grzechu. By go jednak trudność Powrotu przez te niedostępne głębie,

Przez te bezdroża nie zatrzymywała,

Spróbujmy rzeczy zuchwałej, lecz siłom Twoim i moim wcale odpowiedniej:

Zbudujmy drogę z Piekła nad przepaścią Do nowych światów, tam gdzie rządzi Szatan. Będzie to pomnik niemałej zasługi,

Ułatwi tłumom piekielnym podróże W jednę i drugą stronę, albo nawet I przesiedlenie, jeśli tak los zdarzy.

Drogi nie chybię, tak silnie przyciąga Mnie jakiś popęd, jakieś czucie nowe.«

Na to jej chudy Cień żwawo odpowie:

«Idź, gdzie cię twoja skłonność, czy los, wiedzie; Ja się nie będę ociągał, ni błąkał,

Jeśli ty będziesz prowadzić. Już wietrzę

Woii mięsa, łupy niezliczone, przedsmak Śmierci wszystkiego, co tylko tam żyje.

Przy twej robocie mnie też brak nie będzie, Owszem, nieść pomoc tobie zawszem gotów.»

Z rozkoszą wciągał w siebie przy tych słowach Odór śmiertelnej zmiany w bycie ziemi.

Jak stado ptaków drapieżnych, choć zdała Leci do pola bitwy o mil wiele,

Do wojsk obozem rozłożonych, czując Woń ciał żyjących, które w dniu następnym W krwawem spotkaniu śmierci uledz mają:

Tak straszne Widmo, rozwierając nozdrza Szeroko w mętne przestworza, zdaleka Wietrzyło łupy, jalde posiąść miało.

Więc od bram Piekła osobno lecieli W rozległy, mglisty i zaćmiony Bezrząd Chaosu, silnie (byli bardzo silni),

Ponad wodami się unosząc, stałe Albo szlamiste rzeczy, przemieszane I natłoczone, jak w wściekłej topieli,

Z obu stron pchali do paszczęki Piekła:

Jako dwa wiatry z pod bieguna dmące

Z dwu stron przeciwnych na Chronijskiem morzu

Pędzą lodowe góry, zamykając

Po za Pieczorą przypuszczalną drogę

Na Wschód do brzegów bogatych Kathaju. (')

Zgęstniałe błoto ubiła do sucha

Śmierć skamieniałą ciężką swą maczugą

Jakby trójzębem, wyspę pływającą

i worząc, jak Delos niegdyś: (2) resztę wzmacnia

Smołą ziemistą, i unieruchomią Wzrokiem groźniejszym od wejrzeń Gorgony. Na wrot szerokość, głęboko do posad Piekielnych brzegi umocnili, groblę Sklepioną, wielką, wznieśli ponad głębią,

Jak most potwornej wielkości, złączony Z potężnym murem świata bezbronnego,

Już teraz na łup śmierci wydanego.

Już z niego teraz szeroka, wygodna,

Gładka i równa jest droga do Piekła.

Tak, jeśli wielkie z małem równać można; Xerxes, chcąc wolność grecką uciemiężyć,

Z Suzy, z pałacu swego memnońskiego, Przybył nad morze, i nad Hellespontem Most przerzuciwszy, Azyę z Europą Złączył, a fale rozdąsane skarcił Licznemi plagi. Teraz wznieśli dzieło Zadziwiającym kunsztem budowniczym; Skalisty, długi pomost zawieszony Nad udręczoną głębią: idąc ciągle Śladem Szatana, aż do tego miejsca,

W którem opuścił po raz pierwszy skrzydła I wylądował bezpieczny z Chaosu.

Oparli drugi koniec o pustynną Powierzchnię kręgu świata. Łańcuchami Tu i czopami dyamentowemi Umocowali: zbyt mocno, zbyt trwale!

Teraz już byli blisko granic Nieba Empirejskiego, blisko tego świata Granic: na lewo pozostało Piekło

Bardzo odległe. Trzy drogi stąd wiodły Do trzech tak różnych miejsc! Odkryli teraz Drogę do Ziemi, i dążyli naprzód Do Raju, a w tem ujrzeli Szatana.

Przybrał pozory jasnego Anioła,

Między Centaurem a Niedźwiadkiem dążj'ł Już do zenitu, podczas kiedy Słońce W znak wstępowało Barana. Przebrany Był, lecz poznały drogie dzieci ojca Swojego. Szatan, oszukawszy Ewę, Niepostrzeżony wymknął się w las bliski; Tam kształt zmieniwszy, baczył, co nastąpi; Widział, jak Ewa, chociaż nieświadomie,

W jego zasadzkę męża swego wwiodła, Widział, jak wstydem przejęci, szukali Marnej osłony, ale kiedy spostrzegł Syna Bożego, że na sąd zstępuje,

Uciekł przeklęty, choć się nie spodziewał Uniknąć kary, lecz przed gniewem Bożym Natychmiastowym pragnął się uchronić:

Gdy się sąd skończył, powrócił wieczorem I podsłuchiwał, jak nieszczęsna para Smutki i żale swoje rozwodziła,

Wtedy dowiedział się o swym wyroku,

Jako nie zaraz będzie wykonany,

Lecz kiedyś później; więc rozradowany Wracał do Piekła, niosąc wiadomości,

Aż na pobrzeżu Chaosu, u samych Stóp cudownego mostu, spotkał drogie Dzieci, idące na jego spotkanie.

Z wielką radością witał, większą jeszcze Sprawił mu widok arcydzieła—mostu;

Stał w podziwieniu długo, aż Grzech—córka Czarownie piękna, tak przerwie milczenie: «Rodzicu, twoje to wspaniałe czyny, Twoje trofea, choć na nie spoglądasz Jakby na cudze; tyś jest ich autorem,

Tyś budowniczym głównym: gdy me serce,

Co zawsze z twojem w łączności tajemnej, Odgadło, że ci się wiedzie na ziemi,

Jak wzrok twój stwierdza, w tejże samej chwili, Chociaż nas światów dzieliły przestrzenie, Uczułam pociąg nieprzeparty, wespół Z twym synem dążę w ślad twój; tak nas troje Łączy konieczność niezłomna. Nie mogło Nas dłużej trzymać Piekło w swych granicach, Ni ta bezdrożna, ciemna przepaść odwieść Od pójścia twoim, pełnym sławy, torem.

Nas, których dotąd strzegły bramy Piekła,

Ty obdarzyłeś wolnością i mocą Tak dalekiego się obwarowania I przerzucenia potężnego mostu Po nad otchłanią czarną. Świat ten cały Twój. teraz, twoja to dzielność zdobyła,

To czego ręce twe nie zbudowały.

Twój dowcip z zyskiem powetował straty,

Jakie nam wojna zadała, i pomścił Zupełnie klęskę poniesioną w Niebie.

Będziesz panował tutaj jak monarcha,

Tam nim nie byłeś. Tam niech On panuje,

— 335 —

Jako zwycięzca, lecz z nowego świata Niechaj ustąpi, gdy własnym wyrokiem Już się go wyrzekł; odtąd z tobą dzieli Władzę nad wszystkiem; granicami Nieba Empirejskiego oddziela przestwory Wyższe od niższych, swój świat kwadratowy Od kulistego, który ma być twoim:

Albo mu wydaj walkę, teraż jeszcze Niebezpieczniejszą dla jego stolicy.»

Książę Ciemności rad na to odpowie: «Piękna ma córo i ty, synu - wnuku, Najlepszy dowód daliście mi teraz,

Że pochodzicie odemnie, Szatana,

(Bo tem imieniem szczycę się i jestem Nieprzyjacielem Wszechmocnego Króla Na Niebie); wielkie są wasze zasługi Mnie i całemu państwu piekielnemu,

Żeście tak blisko bram niebieskich tryumf Wasz do mojego tryumfu dodali,

I sprawiliście, że Piekło z tym światem Stanowią jedno królestwo, ląd jeden Z łatwym przejazdem. Zatem, gdy ja zstąpię Wygodnie drogą waszą przez ten pomrok Do sprzymierzeńców moich, by ogłosić Skutek wyprawy i z nimi się cieszyć,

Wy tą tu drogą, przez te liczne kręgi, Wszystkie już wasze, dążcie wprost do Raju; Tam zamieszkajcie i rządźcie szczęśliwie. Stamtąd rozszerzcie swą władzę na ziemię I na powietrze, a głównie na Człeka,

Co mianowany jest jedynym panem AVszystkiego; naprzód sobie zapewnijcie Jego niewolę, w końcu go zniweczcie.

Jako zastępców swoich was posyłam, Pełnomocnictwo daję wam na ziemi,

Z nieporównanej mej idące mocy.

Teraz od waszych wspólnych sił zależy,

Bym się utrzymał w tem nowem królestwie,

L Którem uczynił przez Grzech łupem Śmierci.

_ Gdy tam przemogą rządy wasze, Piekło Strat nie poniesie. Idźcie, bądźcie silni!»

Rzekł i odprawił ich; z pośpiechem biegli Przez gwiazd gromady, zionąc jadem wkoło; Pobladły gwiazdy, planety zdrętwiałe Rzeczywistemu zaćmieniu uległy.

Szatan się puścił inną drogą, bitą,

Do wrót piekielnych; przedzielony mostem Chaos wył strasznie, i wciąż odtrącane Miotał bałwany na skalistą tamę,

Drwiącą z wściekłości jego. Przez otwartą Na oścież bramę niestrzeżoną Szatan Przeszedł i znalazł pustkę do okoła.

Bo ci, co tutaj na straży być mieli,

Swój obowiązek opuścili, zbiegli Do wyższych światów; reszta się cofnęła Do wnętrza kraju pod Pandemonium,

Miasto i pyszny zamek Lucypera,

Nazwę tej świetnej gw'azdy noszącego,

Którą do niego ongi porównano.

Tam legiony straż utrzymywały,

Raj utracony.

Podczas, gdy starsi, zebrani na radę,

Zastanawiali się, jaki przypadek

Mógł wstrzymać powrót władcy: tak polecił,

Gdy się oddalał, i tak też czynili.

Tłuszcza, niedawno z Nieba wypędzona, Pozostawiła pustką krańce Piekła.

A zgromadziła się wkoło stolicy,

Z każdą godziną czekając powrotu Awanturnika, który poszedł obce Przeglądać światy. On niepostrzenie,

Na pozór Anioł pośledniego rzędu,

Wojskowy, przeszedł wśród nich, i od bramy Owej Plutońskiej sali, niewidzialny Wstąpił na tron swój, z królewskim przepychem, Pod baldachimem z tkani drogocennej.

Patrząc dokoła, tam siedział czas jakiś,

Wreszcie, jak z chmury, swą błyszczącą głowę Zjawił, i postać gwiaździstą, lub bardziej Od gwiazd świecącą, bo mu po upadku Pozostawiono jeszcze resztki blasku Dawnego, — może tylko błyskotliwość.

Duchów stygijskich zadziwione rzesze Wzrok swój zwróciły ku nagłemu światłu,

I powrót swego wodza potężnego Głośnym okrzykiem przyjęły; pośpiesznie Z miejsc swych powstali członkowie Dywanu I szli radośnie ku niemu, witając I pozdrawiając: on skinieniem ręki Sprowadził ciszę, a słowy uwagę:

«Trony, Mocarstwa, Księstwa, i Potęgi,

Nietylko z prawa, lecz i z posiadania!

Was zawiadamiam teraz, żem powrócił Z nadspodziewanem powodzeniem, aby Tryumfująco wywieść was z tej nory Piekielnej, wstrętnej, z mieszkania boleści,

Z turmy naszego tyrana; już teraz

Jak władcy bierzcie świat nowy, obszerny,

Od rodzinnego Nieba mało mniejszy.

Z niebezpieczeństwem wielkiem go zdobyłem. Długo byłoby opowiadać o tem,

Czegom dokonał, com ucierpiał, z jakim Trudem przebyłem głębię chaotyczną, Straszną, bez granic, czczą, a teraz nad nią Grzech i Śmierć drogę bitą i szeroką | Wybrukowały, by wasz pochód chlubny Przyśpieszyć. Nie tak ja, co z wielką pracą Utorowałem sobie ciężkie przejście Przez niedostępne przepaści, przez łono Odwiecznej Nocy, dzikiego Chaosu,

Który, w obawie o swe tajemnice,

Srogo się mojej podróży opierał,

I z wielką wrzawą powołał się nawet Na Przeznaczenie. Ujrzałem nareszcie Nowostworzony świat, o którym w Niebie Długo już naprzód chodziły pogłoski;

Budowa dziwna, doskonała, w której Człowiek umieszczon w Raju, przez wygnanie Nasze szczęśliwy. Namową podstępną Zdołałem odwieść go od jego Stwórcy,

I ku większemu waszemu zdziwieniu

Jabłkiem. A Jego tak to rozgniewało,

(Rzecz godna śmiechu), że wydał Człowieka Ukochanego i świat ten swój cały Na pastwę Grzechu i Śmierci, — nam zatem.

Bez narażenia się więc i bez pracy Tam mieszkać będziem i gospodarować,

A nad Człowiekiem panować w tej mierze,

Tak on nad wszystkiem w świecie miał mieć wła-Co prawda, na mnie także wyrok wydał, [dzę Raczuj nie na mnie, J.ęcz na zwierzę węża,

W k-Srego kształcie uwiodłem Człowieka:

Klar ie nienawiść między mną a ludzkim Rod. .jem; ja mam godzić w piętę Człeka,

Jego riasienie — ma zetrzeć mą głowę,

Lecz niewiadomo kiedy. Ale któżby Nie kupił świata za starcie, lub jaką Choć boleśniejszą ranę? Macie zdaną Sprawę z działania mego, o bogowie,

Cóż pozostaje, jak iść i użvwać?»

To powiedziawszy, stał chwilę, czekając Wrzawy radosnej, oklasków powszechnych,

Aż w tem, przeciwnie, ze wszech stron do uszu Jego dochodzą od kroci języków Szkaradne syki, dźwięk ogólnej wzgardy.

Dziwi się, ale niewiele mu czasu Na to zostało, bo samemu sobie Musiał się dziwić: twarz mu się wydłuża I zwęża, ręce zrastają z żebrami,

Nogi się z sobą w jeden kłąb splatają,

Aż upadł plackiem, jako wąż potworny,

Próżno stawiając opór; większa teraz Nim rozrządziła potęga karząca,

Według wyroku, w takim kształcie, w jakim Zgrzeszył. Chciał mówić, lecz język widlasty Sykiem za syki językom widlastym Śle odpowiedzi, bo takiej przemianie Wszyscy ulegli, jako uczestnicy Jego rokoszu zuchwałego. Straszny Świst się rozlegał w sali zarojonej Poplątanemi z sobą potworami,

Tu łeb, tu ogon: niedźwiadki i żmije,

Ohydne węże dwugłowe, rogate,

Hydry, padalce, żinijki jadowite.

Nie tak się gęsto niegdyś zaroiła Płazami ziemia zlana krwią Gorgony,

Lub Ophiusa wyspa; a w pośrodku Największy urósł do rozmiarów smoka.

Aniby zrównał się z nim ów, którego Z bagna spłodziło słońce na pytyjskiem Błoniu, olbrzymi Pyton. (3) Niemniej zdał się Przewagę swoję zachowywać: wszystkie Szły za nim węże na otwarte pole,

Gdzie zbuntowanych duchów, spadłych z Nieba, Reszta pod bronią stała w słusznym szyku Dumnie czekając, rychło wyjdzie do nich Tryumfujący wódz. Lecz widok inny | Nastąpił: sunie wstrętnych wężów kupa.

Zgrozą przejęci i strasznem współczuciem,

Bo czują w sobie tę samę przemianę:

Broń im wypada z rąk, dzidy i tarcze,

I oni sami nagle upadają,

Syczą straszliwie, chwyta ich zaraza Okropnych kształtów: mają udział w karze, Jak mieli w zbrodni. Tak okrzyk pochwalny Stał się szyderczym świstem, tryumf hańbą. Którą im własny ich język ogłosił.

Wpodle stał gaik, podczas ich przemiany Wyrosły nagle, według woli Bożej.

A na ich większą karę, obciążony Owocem pięknym, podobnym do owych Rajskich, któremi Szatan skusił Ewę.

Ten dziwny widok ściągnął wszystkich oczy, Wyobrazili sobie, że za jedno Wzbronione drzewo rośnie teraz mnóstwo Ku ich boleści większej, lub wstydowi;

Lecz schnąc z pragnienia, głodem udrępeni, Chociaż na złudę był owoc przysłany,

Szli go próbować. Więc wiją się w kupy, Lezą na drzewa i wiszą tam gęściej,

Niżeli sploty wężowe Megery;

Chciwie rwą owoc, piękny na spojrzenie, Podobny do tych, co nad morzem Martwem Blisko Sodomy gorejącej rosły;

Tamte łudziły dotyk, te smak zwiodły. Głupio mniemali, że głód zaspokoją,

Bo miast owocu jedli popiół gorzki,

Wraz go zwracając z obrzydłym hałasem. Gnębieni głodem i pragnieniem, często Wznawiali próby, ale równie często Skręcały się ich paszczęki ze wstrętem

I obrzydzeniem, zionąc pył i sadze,

Ciągle w to samo wpadali złudzenie,

Nie tak, jak Człowiek, raz jeden upadły, Przedmiot ich szyderstw. Tak byli dręczeni Głodem i świstem, aż im przywrócona Została postać dawna; lecz corocznie,

Według podania, muszą przez dni kilka Ponosić takie powściągnięcie pychy I wesołości z upadku Człowieka.

Mimo, że byli tak upokorzeni,

O swem zwycięstwie baśni rozpuszczali Między pogany, jakoby wąż Ophion Wraz z Eurynomą (podobieństwem Ewy), Pierwszy Olimpem rządził, nim go wygnał Saturn z małżonką, (4) i nim się narodził Jowisz Kreteński. (5).

Tymczasem do Raju Szybko, niestety, wpadły dwie poczwary Piekielne; Grzech, co dotąd wpływał zdała. Teraz mieszkaniec stały! I Śmierć za nim Postępowała krok za krokiem, jeszcze Nie na swym śniadym koniu. Grzech jej rzecze: «0 Śmierci, wtóry potomku Szatana,

Ty wszechzwycięska, co myślisz o nowem Królestwie naszem? choć zdobyte z trudem, Czyż nie o wiele nam w' niem teraz lepiej,

Niżli siedzącym bezczynnie u proga Czarnego Piekła na straży, nieznani,

Niegroźni — a ty prawie zagłodzony?*

Żwawo odpowie na to dziecię Grzechu:

«Dla mnie com wiecznym udręczony głodem, Wszystko to jedno, Piekło, Raj, czy Niebo. Mnie lepiej tam, gdzie większy łup, a tutaj Chociaż obfity, zbyt małym się zdaje Do zapełnienia wciąż głodnej gardzieli,

I obszernego a pustego brzucha.»

Na to mu znowu macierz kazirodna: «Tymczasem paś się na tych ziołach, kwiatach, Owocach; potem na zwierzętach, rybach I ptactwie — kąski to niezłe; pochłaniaj Wszystko, cokolwiek zetnie kosa Czasu;

A ja tymczasem, mieszkając w człowieku, Zarażę w całych pokoleniach myśli,

Spojrzenia, słowa, czyny, i nakoniec Z niego ci zrobię najsmaczniejszą strawę.»

Po tej rozmowie każde inną drogą Poszło wszelakie istoty niweczyć Lub nieśmiertelność im odbierać, zgubę Sposobiąc na czas bliższy albo dalszy.

Wszechmocny, widząc to z górnego tronu, Tak do swych jasnych zastępów przemawia:

« Patrzcie, jak śpieszą chciwie psy piekielne Niszczyć i łupić ów świat, którym stworzył Pięknym i dobrym, i takim go dotąd Byłbym zachował, lecz szaleństwo ludzkie Wpuściło owe potwory zniszczenia,

Które mi teraz Zarzucają czyny Szalone (mniema tak piekielny książę I jego zgraja), dla tego, że znoszę Cierpliwie najście ich i zawładnięcie

Miejscem tak pięknem, niebiańskiem, jakobym Pobłażał hardym mym nieprzyjaciołom; Szydzą, iż niby gniewem uniesiony,

Wszystko oddałem na ich rząd i nierząd;

Ale nie wiedzą, że ja sam przyzwałem Me psy piekielne, aby pochłonęły Błoto i brudy, przez winę człowieka R ozlane na tem, com utworzył czystem;

Gdy się przejedzą prawie do pęknięcia Pochłanianemi odpadkami, wtedy Za jednem cięciem twej, synu jedyny, Zwycięskiej ręki, Grzech, Śmierć, a za niemi \ Grób rozwarty wyrzucisz przez Chaos, Zamkniesz na zawsze piekielne czeluście, Zapieczętujesz Piekła chciwą paszczę;

Niebo i Ziemia odnowione, czyste,

Będą bez skazy aż do uświęcenia;

Lecz nim to przyjdzie, na jednem i drugiem Wyrok przekleństwa ciążyć nie przestanie.»

Umilkł, Aniołów rzesze wielkim głosem, Jako szum morza wzniosły Alleluja:

«Słuszne są Twoje drogi, sprawiedliwe Wyroki wszystkie. Któżby cię śmiał ganić?» Potem wielbili Syna, Zbawcę ludzi,

Którego sprawą Niebiosa i Ziemia Wzniosą się nowe, albo zstąpią z Nieba.

Takie wznosili śpiewy; Stwórca wtedy Wzywał przed siebie Aniołow Mocarzy Imiennie, dając każdemu zlecenie,

Jakiego nowy porządek wymagał.

Najpierwej słońce rozkaz otrzymało Jakie odbywać ruchy i jak świecić,

By ziemię darzyć trudnem do zniesienia Zimnem i ciepłem; jak z północy przyzwać Zgrzybiałą zimę, a z południa upał Długich dni lata. Bladego księżyca Urząd otrzymał ścisłe określenie,

Równie jak ruchy pięciu innych planet,

Ich połączenia i wpływy na ludzi,

Czy w szóstej, czwartej, trzeciej części koła,

Czy przeciwległe szkodliwie, i kiedy Schodzić się mają w konjunkcyę groźną.

Stałe też gwiazdy nauczono, kiedy

Zły wpływ wywierać: czy przy wschodzie słońca,

Czy przy zachodzie burzę zapowiadać.

Wiatrom wytknięto miejsca, skąd z łoskotem Wypadać mają, w zamieszanie wprawiać Morza, powietrze, i brzegi i lądy;

Kiedy ma piorun groźnie się potoczyć Przez zaciemnione powietrzne przestwory.

Mówią, że wtedy rozkazał Aniołom Stwórca, by ziemi bieguny zwrócili Od osi słońca pochyło o stopni Dwukrotnie dziesięć i z nadmiarem nawet; (s) Mozolnie pchali na skos kulę ziemską,

Dotąd centralną. Inni znów mniemają,

Że rozkazano słońcu zwTrócić z drogi Swej rownonocnej, jednako odległej Od Byka, z siedmiu nadatlantyckiemi Siostrami (7) i od Bliźniąt z Sparty rodem,

Aż do zwrotnika Raka, stamtąd na doł, Zniżając się przez Lwa, Pannę i Wagi,

Do Koziorożca, by wprowadzić zmianę Pór roku, każdej strefie odopowiednią.

Inaczej, wieczna wiosna, strojna w kwiaty, Trwałaby, równe mając dni i noce,

Oprócz stron poza kołem biegunowem Jednem i drugiem; dla nich dzieńby świecił Bez nocy,, wzamian za większą odległość Wynagradzając ciągłem nieschodzeniem Z ich widnokręgu, wschodu i zachodu Nie znając. Toby chroniło od śniegów Zimny kraj Estów, jak i południowe Ziemie poniżej cieśnin Magellana.

Ale od czasu gdy owoc spożyto,

Słońce, jak później kiedyś od Tyesta ( ) Uczty, ze zwykłej swej zeszło kolei:

Inaczej czyżby mógł świat zaludniony, Chociaż bezgrzeszny, łatwiej niźli teraz Znosić mróz ostry i znojne upały?

Takie na niebie zmiany, choć powolne, Spowodowały podobne na morzu Jak i na ziemi, i gwiazd wpływ szkodliwy; Mgły i wyziewy zepsute, zjadliwe.

Teraz z północy, z swych więzień spiżowych, Od Norumbegi, z kraju Samojedów,

Zbrojny w lód, śnieg, grad, zawieje, orkany, Wypadł Boreasz, Cecyasz, Argestes, Trascyasz, łamiąc lasy, burząc morza;

Od Serraliona z południa, naprzeciw

Notus i Afer dmą niepowstrzymanie,

Spowici w czarne, piorunowe chmury; Wpoprzek im z wschodu i zachodu wichry Okrutne, Eurus i Zefir, a z boku Huczą szalenie Sirokko, Libekkio.

Tak wszczęły walkę istoty bez życia Niezgoda bowiem, jako córka Grzechu,

Już wprowadziła śmierć wśród bezrozumnvch Tworów, nienawiść budząc między niemi. Zwierzę z zwierzęciem rozpoczęło wojnę, Wpadał na ptaka ptak, ryba na rybę;

Już zaniechały trawy, między soba Się pożerają; przestają czcić Człeka,

I uciekają przed nim, albo srogo Patrzą zdaleka na przechodzącego.

Tak się mnożyła zewnętrzna niedola,

Widział ją w części Adam, choć w zakątku Ciemnym ukryty, pogrążony w smutku, Gorszą czuł w sobie. Na wzburzonem morzu Swych namiętności szukał ulgi w skargach Pełnych boleści: «W jakąż wpadłem nędzę Z takiego szczęścia! Na takiż to koniec Przyszło nowemu światu i mnie, który Jeszcze niedawno chwałąm był tej chwały? Teraz przeklęty z błogosławionego,

Staram się ukryć przed Boskiem obliczem, Które oglądać było dla mnie szczytem Błogości! Teraz byłoby już dobrze,

Gdyby się nędza moja tem kończyła.

Jak zasłużyłem znosiłbym swe winy;

Ale to próżno: wszystko, co spożyję,

Wszystko, co spłodzę, rozkrzewi przekleństwo!

0 głosie, niegdyś z zachwytem słuchany: «Mnóżcie się, Rośćcie!* brzmisz mi jak śmierć te-W co mogę wzrastać, co pomnażać, oprócz [raz! Przekleństw na swoję głowę? w przyszłych wie-Każdy z poczucia zła, którem na niego [kach Ściągnął, z przekleństwem wspominać mnie bę-«Źle zrobił Adam, nasz przodek skażony, [dzie. Jemu za wszystko podziękować trzeba.®

A takie dzięki to nowe przekleństwa,

Więc oprócz tego, które na mnie spadło, Wszystkie się zbierać będą na mą głowię,

Odbiciem wracać do swrego ogniska,

1 choć należne, przytłoczą ciężarem.

O zbiegłe Raju rozkosze! jak drogo Nieustającym bólem okupione!

0 Stwórco, czym Cię prosił, byś mnie czynił Człowiekiem z prochu ziemi? Czym Cię błagał,

Byś mnie wynosił z ciemności wieczystych,

1 w tym rozkosznym ogrodzie sadowił?

A że mam byt nie z własnej swojej woli,

Byłoby słusznem znów w proch mnie obrocić,

Gdy pragnę zrzec się i zwrócić, com dostał,

Nie mogąc spełnić zbyt twTardych warunków,.

Na jakich miałem posiadać te dary,

O które nigdy nie czyniłem starań.

Już ich utrata dostateczną karą,

Czemuż ją zwiększasz uczuciem cierpienia Nieskończonego? Nie mogę zrozumieć

Sprawiedliwości Twojej, lecz zapóźno Teraz spór o nią toczyć, należało Wtedy nie przyjąć warunków, gdy były Stawiane: mamże teraz, gdym je przyjął, Używać daru a ganić warunki?

Gdy Bóg mnie stwarzał, nie pytał mej woli; Tak samo syn mój kiedyś nieposłuszny I ukarany, mógłby odpowiedzieć:

«Czemuś mnie spłodził? Nie prosiłem o to!» Czyżbym dopuścił, by mi odpowiadał Z taką pogardą? Życiem go obdarzył Nie wybór mój, lecz popęd przyrodzony. Jedynie z własnej woli Bóg mię stworzył Z samego siebie na to, bym mu służył. Obdarowanie było jego łaską,

A karząc prawo swoje wykonywa;

Więc się poddaję, wyrok sprawiedliwy,

Że prochem jestem i w proch się obrócę.

O błoga Chwilo, zawsze pożądana, Przychodź! Dla czego ręka Jego zwleka,

Z tem, co na dzisiaj wyrok postanowił?

Po co ja żyję? Czemu śmierć szydercza Przedłuża męki, które skończyć winna?

Z jakąż rozkoszą spotkam nakaz śmierci, Bym został prochem bez czucia! Jak chętnie Legnę na ziemi, jak na matki łonie!

Tam odpoczywać będę, spać bezpiecznie. Już głos straszliwy Jego w moich uszach Nie zagrzmi; już mnie nie udręczą troski,

Że się pogorszy los mój, lub mych dzieci.

Tylko mnie ściga jedno podejrzenie:

Może nie umrę wszystek? może owo Najczystsze tchnienie życia, Duch Cżłowieka,

Od Boga Aa.ny, nie ulega śmierci Wespół z cielesną powłoką? a wtedy W grobie, lub w jakiem innem strasznem miejscu, Możebym jeszcze konał żywą śmiercią? i Okropne myśli, jeśli tak! Lecz za co?

Zgrzeszyło tylko tchnienie życia; kona To tylko, co ma życie i co grzeszy:

Ciało właściwie ni żyje, ni grzeszy,

Umrę więc wszystek, milczcie wątpliwości!

Dalej już wiedza ludzka nie dosięga.

Pan Nieba wieczny, czyż gniew Jego także Trwać będzie wiecznie? Chociażby tak było,

■ Człowiek śmiertelny jest, na śmierć skazany; Możeż Bóg gniew swój wywierać bez końca Na człeka, który śmierci uledz musi?

Czy może śmierci nadać nieśmiertelność?

Dziwna byłaby sprzeczność, dowodząca Raczej słabości niż siły; o Bogu Tego przypuszczać się nie da. A może Zechce skończoność do nieskończoności Przedłużać w gniewie, aby zaspokoić Surowość, nigdy nie zaspokojoną?

Lecz taki Jego wyrok przekraczałby Właściwość prochu i prawo Natury,

Według którego wszelakie czynniki Mają na względzie nie swoje zakresy,

Ale przedmiotu, na który działają.

Cóż jednak, jeśli, wbrew memu mniemaniu, Śmierć nie jest ciosem, co pozbawia czucia, Ale początkiem cierpień nieskończonych, Które uczuwam w sobie i spostrzegam Wkoło? Biada mi! Obawa wieczności Wciąż grzmiąco wraca na bezbronną głowę! Śmierć i ja wieczni i wiecznie złączeni!

Nie sam ja jeden, we mnie i potomność Stoi w przekleństwie. Ładną ojcowiznę Muszę zostawić wam, synowie moi!

O, gdybym mógł ją sam roztrwonić, aby Nic nie zostało wam! Wydziedziczeni Błogosławionym mniebyście nazwali,

Teraz przeklętym! Ach, czemuż za winę Jednego cały rodzaj ludzki podpadł Karze bez winy? Czy tylko bez winy? Wszystko zepsute, co ze mnie pochodzi: Umysł i dusza, nietylko nakłonne Do czynów, ale i do woli takiej Jak moja. Jakże przed obliczem Boga Mogą bez winy stanąć? Ostatecznie Muszę odwxołać zarzuty czynione Jemu, bo wszystko to marne wykręty,

I chęć z manowców przeciwko mnie świadczą. Tak czy inaczej, na mnie, tylko na mnie,

Com jest wszystkiego zepsucia początkiem,

I źródłem, spada cały ciężar winy.

Niech więc i cały gniew na mnie się zwróci! Głupie życzenie! Czyż mógłbym udźwignąć Brzemię niż ziemia cięższe, niż świat cały,

Choćby dzielone z współwinną niewiastą?

Tak czego pragniesz i czego się boisz Zarowno twoje rozwiewa nadzieje,

1 takie nędzy twej stawia świadectwo,

Jakiej ni przeszłość, ni przyszłość nie jawi; Podobnyś tylko do Szatana zbrodnią I karą. W jakież, o sumienie, wiedziesz Odmęty strachów i grozy? nie zdołam Z nich się wydostać: tonę coraz głębiej!*

Tak Adam w głośnych rozwodził się żalach jj? Wśród nocy cichej, nie takiej jak wprzódy, xOrzeźwiającej, świeżej i łagodnej:

? Teraz czarnemi mgłami osłonięta,

  • Posępna, straszna, w jego złem sumieniu n Jeszcze straszniejszem wszystko przedstawiała.


{ Leżał na zimnej ziemi rozciągnięty,

Klnąc swe stworzenie i wciąż śmierci łając,

Ze się opóźnia, gdy zapowiedziana W dniu jego grzechu. «Czemu nie przychodzisz* Rzecze, «by ciosem trzykroć pożądanym [ Byt mój zakończyć? Czy nie może Prawda Dotrzymać słowa? Czy sprawiedliwości Boskiej nie pilno zostać sprawiedliwą?

Ale nie przyjdzie Śmierć na zawołanie I Sprawiedliwość nie przyśpieszy kroku Dla próśb i żalów. O lasy, o wody,

_ Wzgórza, doliny, jakże inne echa " Jeszcze niedawno z was wy w7oły wałem,

  • Jak inną pieśnią uczyłem rozbrzmiewać!*


Tak znękanego widząc smutna Ewa,

Raj utracony.

W odosobnieniu siedząca, powstała,

I przystąpiwszy, łagodnemi słowy Chciała powściągnąć jego uniesienia,

Lecz on odegnał ją srogiem spojrzeniem:

«Precz z moich oczu, wężu! Taka nazwa Przystoi tobie, coś z nim w lidze była,

Równie fałszywa, równie nienawistna.

Brakuje tylko, aby kształt i barwa Świadczyły o twej wężowej naturze Ku bezpieczeństwu wszelkiego stworzenia;

By nie łudziła ich ta boska postać,

Pokrywająca piekielną obłudę!

Szczęśliwym zawsze byłbym, gdyby nie ty, Gdyby nie twoja pycha, pewność siebie,

Za nic mająca moje ostrzeżenia,

Kiedy groziło nam niebezpieczeństwo.

Gniewał cię wtedy mój brak zaufania,

Chciałaś, by widział cię ktoś inny przecie — Choćby sam Szatan — myślałaś chytrością Wziąć nad nim górę, lecz w pierwszem spotkaniu Wąż cię oszukał; on ciebie a ty mnie.

Gdym w zaufaniu odejść ci pozwolił,

Sądziłem, żeś jest roztropną, niezłomną,

Że każdą napaść odeprzeć potrafisz;

Nie przypuszczałem, że to wszystko pozór,

Nie rzeczywista cnota, że to tylko Zebro, z natury krzywe, ze mnie wzięte,

A jak się teraz jasno okazuje Więcej ku lewej stronie się kłoniące;

Lepiej je było, jako nadliczbowe,

Zaraz wyrzucić. O, czemuż Bóg Stwórca,

Co w swej mądrości Duchami męskimi Zaludnił Niebo, obdarował Ziemię Taką nowością, tą piękną przywarą Natury? czemu nie zapełnił świata Odrazu męskim rodem, jak Aniołów?

Albo innego nie obrał sposobu Krzewienia rodu ludzkiego? Wtedyby ’ Nie wydarzyło się takie nieszczęście,

I większe jeszcze, które czas przyniesie,

| Nieprzeliczone na ziemi rozterki Wskutek fortelów żeńskich i miłości.

Albo mężczyzna godnej towarzyszki Nie znajdzie, tylko tę, co mu zła dola Albo omyłka podsunie, albo też Tej, której pragnie, nie pozyska nigdy,

I ujrzy zmienną w objęciach innego

0 wiele mniejszej wartości; lub jeśli I Zyska jej miłość, nie dadzą rodzice,

Albo zapóźno napotka wybraną,

Już ślubnym węzłem związany z złą jędzą,

|Co mu nienawiść i hańbę przynosi.

To w życiu ludzkiem nędzę niezmierzoną Sprawi i pokój domowy zakłóci.»

Zamilkł i od niej odwrócił się; Ewa,

Tem niezrażona, płacząc nieustannie,

Z rozwianym włosem, do nóg mu upadła

1 przepraszała, tak zawodząc żale:

«0, nie odtrącaj mnie, mężu. Bóg świadkiem, Że miłość szczerą i cześć żywię w sercu

Dla ciebie, i że tylko nieświadomie Skrzywdziłam ciebie, oszukana sama W nieszczęsnej chwili! Z pokorą, u nog twych Błagam, abyś mnie nie pozbawiał tego,

Co moje życie stanowi, twych spojrzeń Łagodnych, twojej pomocy i rady,

Jedynej mojej siły i oparcia W tej ostatecznej niedoli. Gdzie pójdę,

Gdy mnie odpychasz? Gdzie mam pozostawać? Póki żyjemy jeszcze — może tylko Godzinę krótką — niech pokój zupełny Nastąpi między nami. Jak nieszczęście Wspólne nam było, tak niech nas połączy Wspólna nienawiść do nieprzyjaciela,

Którego jasno nam wyrok wskazuje, Strasznego Węża. Na mnie, już straconą,

Nie zwracaj gniewu za to, co się stało,

Bom nieszczęśliwsza od ciebie: oboje Grzeszni jesteśmy, lecz ty przeciw Bogu,

Ja przeciw Bogu i tobie. O, wrócę Do miejsca sądu, tam szlochaniem głośnem Dopóty będę naprzj^krzać się Niebu,

Aż zdejmie wyrok z twej głowy i włoży Na moje, bom jest źródłem twej niedoli,

Na moję, słuszny przedmiot Jego gniewu!»

Płacz stłumił słowa; jej postawa korna

I nieruchoma, jej oczekiwanie By jej przebaczył winę już wyznaną,

Wzbudziły litość i żałość Adama.

Ta, co niedawno życiem jego była,

Jego rozkoszą jedyną, pokornie Leżała u stóp jego, bolejąca; lak piękna, teraz błaga pojednania,

Rady, pomocy od obrażonego.

Więc rozbrojony, pozbywszy się gniewu,

W te słowa do niej przemówił łagodnie:

«0, nierozsądna, jak przedtem tak teraz, Pożądająca tego, czego nie znasz!

Chcesz, aby na cię spadła cała kara:

A przedewszystkiem znoś swą własną: oto Jego pełnego gniewu małej cząstki

I mej niechęci udźwignąć nie możesz!

Gdyby gorące modły wyrok Nieba Odmienić mogły, uprzedziłbym ciebie Do miejsca sądu, i głośniejbym błagał,

By na mą głowę cała wina spadła;

A przebaczono twej płci, kruchszej, słabszej. Mnieś powierzona, przezemnie na zgubę Zbyt nieostrożnie wystawiona. Teraz Wstań, rzućmy waśni, nagany wzajemne, Dosyć ganieni gdzieindziej; wymianą Usług życzliwych niech jedno drugiemu Pomaga dźwigać ciężar nałożony,

i Bo śmierć, na dzień ten naznaczona, pono

1 Nie spadnie nagle, ale wolnym krokiem . Zbliżać się będzie, jakoby konanie Długiego dnia, by zwiększyć nasze mękę,

I nieszczesnego naszego plemienia.*

Ewa nabrawszy ducha, rzecze na to: «Adamie, po tak smutnem doświadczeniu,

Gdy takie błe.dne były moje słowa,

Wiem, że mieć muszą teraz małą wagę U ciebie, niemniej, gdym już w twojej łasce, Chociaż niegodna, spodziewam się twoje Odzyskać miłość, mej duszy pociechę.

Czy żyć, czy umrzeć mamy, odkryć muszę, Co mi się w sercu niespokojnem roi,

A co ma nasze nieszczęścia złagodzić,

Albo zakończyć: środek twardy, smutny, Lecz w nędzy znośny, do wyboru łatwy. Największą naszą troską los potomków, Którzy przychodzić będą na świat po to,

By cierpieć, póki śmierć ich nie pochłonie. — Bolesne to być sprawcą czyjej nędzy;

I swemi dziećmi, własnych lędźwi płodem Zapełniać świat ten przeklęty, ażeby Po życiu pełnem nędzy szły na pastwę Złego potworu; — ale w twojej mocy Gdy nie poczęte zapobiedz poczęciu Nieszczęsnych istot: nie masz teraz dzieci, Nie miej ich nigdy. Śmierć dozna zawodu, Żarłoczna paszcza jej poprzestać musi Na nas obojgu. Lub, gdy ci się zdaje Przykrą i trudną rzeczą, by rozmawiać, Spoglądać, kochać, a odmawiać sobie Praw przynależnych miłości, uścisków Słodkich, małżeńskich; bez nadziei pragnąć Wobec przedmiotu miłości, jednakiem Gorejącego pragnieniem; że męka Byłaby niemniej ciężka, niźli owe,

Co strach w nas budzą: by więc nas oboje

I nasze plemię za jednym zamachem Od groźnych dla nas następstw oswobodzić, Szukajmy śmierci, lub, gdy nie znajdziemy, Własnemi dłońmi spełnijmy jej urząd Na sobie samych. Czegóż dłużej mamy Drżyć pośród strachów, które śmierć ma skończyć? Mamy najkrótszej do niej wybór drogi: Zniszczeniem można zniweczyć zniszczenie.* Przestała mówić, bo wybuch rozpaczy Stłumił jej słowa; zbladłe miała lica Od ciągłej myśli o śmierci. Lecz Adam, Bynajmniej takiej rady nie przyjmując,

Bystrzejszy umysł do lepszych nadziei Kłonił, i taką dał Ewie odpowiedź:

«Twoja pogarda życia i rozkoszy Zda się czemś wzniosłem, doskonalszem niźli Uciechy życia, ale tej mniemanej Wzniosłości przeczy zamysł samobójczy,

Bo nie o wzgardzie świadczy, lecz o strachu

I żalu życia z rozkoszami jego,

Zbyt cenionemi. Gdy chcesz śmierci, jako Ostatecznego końca cierpień ciężkich,

Sposobu ujścia kary naznaczonej,

Bądź pewna, że Bóg przemądrze uzbroił Swą dłoń karzącą, i wymknąć się nie da.

Raczej tak mniemam, że śmierć samowolna Nie wyswobodzi nas od kary, którą Wyrok naznacza: może upór taki Pobudzić Boga, by rozkazał śmierci

Żyć nieustannie w nas; więc upatrujmy Pewniejszej drogi, i, jak mi się zdaje,

Już ją spostrzegam: przypominam sobie Takie w wyroku naszym wyrażenie:

«Twoje nasienie zetrze głowę węża.»

Odwet to lichy, chyba że tu idzie,

Jak ja przypuszczam, o nieprzyjaciela Takiej wielkości jak Szatan, co węża Kształty przejąwszy, oszukać nas zdołał. Zaiste, gdyby jego zdeptać głowę,

Byłby nielada odwet, lecz stracony Będzie, jeżeli sami sobie życie Odbierzem, albo według twego wniosku, Bezdzietnie dni swych dokonamy; wtedy Wróg nasz uniknie kary nałożonej,

A my zdwoimy ją na nasze głowy.

Niech już nie będzie mowy między nami

0 srogiem sobie odebraniu życia,

Lub bezpłodności umyślnej; jużbyśmy Ostatnią sobie odjęli nadzieję,

1 tchnęłoby to zawziętością, pychą, Niecierpliwością, wzgardą i oporem Bogu i jarzmu, jakie sprawiedliwie

Na nasze karki włożył. Wspomnij sobie,

Jak nas łagodnie, łaskawie, bez gniewu

Słuchał i sądził. Oczekiwaliśmy

Natychmiastowej zagłady, mniemając,

Że śmierć za chwilę przyjdzie, gdy tymczasem

Tobie objawił jedynie, że w bólu

Będziesz rodziła dzieci, lecz niebawem i

Doznasz radości, skoro ujrzysz owoc Żywota twego; a przekleństwo moje Spadło na ziemię prosto: w pocie czoła Chleb mam pożywać! Cóż tak bardzo złego? Gorsze byłoby próżnowanie; praca Da utrzymanie. By zimno lub upał Nam nie szkodziły, już Sędzia litośny Okrył niegodnych nas, choć nie proszony; Jeśli będziemy prosili, tymbardziej Wysłucha, serce do litości skłoni,

Nauczy, jak się mamy zabezpieczać Od nieprzyjaznych pór roku, od deszczu, Lodu i śniegu. Już się pokazuje Zmiana na niebie, już od gór dmą wiatry Wilgotne, ostre, zrywają powabne Kędziory drzew, tak pięknie rozłożystych. To napomnienie, abyśmy szukali Lepszej ochrony, jeśli chcemy rozgrzać Skrzepnięte członki, nim ta gwiazda dzienna Odchodząc, zimną noc zostawi; może Udałoby się odbite promienie Zgromadzić i czemś suchem żywić snadnie? Lub dwóch ciał tarciem ściśnięte powietrze W ogień zamienić, jak niedawno chmury Pędzone wiatrem, gdy się ostro starły, Błysły ukośnie zygzakiem płomiennym, Spadł ogień, jodły czy też sosny korę Żywiczną zażegł, i zdaleka szerzył Przyjemne ciepło, mogące zastąpić Promienie słońca. Jak takiego ognia

Używać, i jak wielu innych rzeczy,

Mogących przynieść ulgę tej niedoli,

Którą złe czyny nasze sprowadziły,

On nas nauczy, gdy prosić będziemy

O przebaczenie; nie trwóżmy się zatem Niewygód życia, On nas nie zostawi Bez licznych pociech, aż się obrócimy W proch, nasz spoczynek wieczny, dom rodzinny; Najlepiej pójdźmy tam, gdzie On nas sądził, Padnijmy na twarz, wyznajmy pokornie Swe win}?, prośmy, aby nam przebaczył,

Łzami oblejmy ziemię, westchnieniami Ze skruszonego serca napełniajmy Powietrze na znak żalu i pokory;

Z pewnością da się wzruszyć, gniew porzuci.

W jego pogodnym wzroku, nawet wtedy,

Gdy się najbardziej zdawał zagniewany,

Jaśniała przecież łaska, miłosierdzie.*

Tak mówił ojciec nasz, pokutujący, Niemniejszą Ewa uczuwała skruchę,

Wrócili prędko tam, gdzie Bóg ich sądził;

Upadli na twarz, wyznali pokornie Swe winy, prosząc, aby im przebaczył,

Łzami obleli ziemię, westchnieniami Ze skruszonego serca napełnili Powietrze na znak żalu i pokory.

’) Kathay — Chiny.

2) Neptun jednem uderzeniem trójzęba wywiódł z głębin morza Egiejskiego wyspę Delos, przeznaczając ją dla Latony, prze-

śladowanej przez Junonę. Na tej wyspie urodził się Apollo wraz z Dyaną i, wywdzięczając się rodzinnej wyspie, z pływającej, jaką dotąd była, zrobił ją stałą,

3) Po potopie Denkałiona, słońce wytworzyło z bagna na błoniu olbrzymiego węża-smoka, zwanego Pytonem; Apollo zabił go swoją strzałą i stąd poszedł przydomek Apollina Pytyjskiego i igrzyska Pytyjskie, na pamiątkę tego zdarzenia ustanowione.

Megera — jedna z trzech Furyi.

4) Przed Saturnem, synem Uranusa i Westy, tojest Nieba i Ziemi, podobno rządził Olimpem wąż Ophion, wraz z małżonką Eurynomą, której niższa połowa ciała także była w kształcie węża.

5) Jowisza urodziła Rea na wyspie Krecie.

6) Według filccyi poetycznej, przed upadkiem człowieka Ziemia nie była nachylona ku ekliptyce i klimat jej całej był łagodny. Po tym kataklizmie nsstąpiła zmiana w jej położeniu; zmieniły się też i ruchy planet, których rozmaite «polączenia», według wyobrażeń astrologicznych, szkodliwie wpływają na ludzi.

J) Siedm cór Atlasa i Pleiony porwał Buzyrys, król Egipski, Herkules je oswobodził i zwrócił ojcu, który przez wdzięczność nauczył go astronomii. W nagrodę za wychowanie Bachusa po śmierci umieszczone zostały w niebie pod nazwą Pleiad.

8) Tyest, syn Pelopsa i Hipodamii, po spełnieniu licznych zbrodni względem swojego brata, Atreusza, uciekł, pozostawiając u niego swoje dzieci. Z obawy o ich los wszedł w układy z bratem, który, dla pełniejszej zemsty, pozornie się pogodziwszy, wyprawił ucztę uroczystą na przyjęcie Tyesta. Zamordowawszy jego dzieci, kazał mu podać między innemi potrawami i drobno porąbane ich ciallca. Gdy, przy końcu uczty, uczyniono bogom zwyczajne libacye, przy których dwaj bracia przyrzekli sobie wzajemne zapomnienie krzywd spełnionych, Tyest zażądał, aby mu przyprowadzono dzieci. Wtedy Atreusz kazał przynieść miskę, w której były ich głowy, ręce i nogi. Według podań greckich, słońce zeszło z swej drogi dziennej, aby nie przyświecać tak potwornemu czynowi.

PIEŚŃ XI.

Tak żałujący, w pokornej postawie Wznosili modły, bo już promień łaski Uprzedzającej z tronu miłosierdzia Padł i usunął z ich serc skamieniałość,

W tem miejscu ciało wytwarzając nowe. Słali westchnienia w Niebo nieustanne, Duchem modlitwy natchnione, te szybszym Lotem szły w górę, niż najgłośniej brzmiące Dzieła wymowy. Znać było z postawy Że niepośledni suplikanci: równej Wagi ich prośba, jak tej starej pary,

Niegdyś lecz później, według dawnej baśni, Deukaliona i Pyrry cnotliwej (’),

Którzy, gdy potop zniszczył rodzaj ludzki, Jego odnowy pobożnie błagali U stóp Temidy. Prarodziców modły Płynęły w Niebo, niezwiane wiatrami Nieprzychylnemi, ni spędzane z drogi;

Przez Niebios bramy przeszły bezcielesne Przed ołtarz złoty, i z dymem kadzideł Przenikły aż do tronu Przedwiecznego.

Tam je radośnie Syn Boży przedstawił,

I tak rozpoczął swoje wstawiennictwo:

«Patrz, Ojcze, Ziemia podaje owoce Pierwsze Twej łaski, zaszczepionej w Człeku, Modły, westchnienia, które w kadzielnicy Złotej, z kadzidłem przynoszę przed Ciebie,

Jako twój Kapłan: owoc Twego siewu Wraz z skruchą w jego sercu, milszej woni,

Niż wszystkie drzewa, któreby rękami Własnemi kiedyś wyhodował w Raju Przed utraceniem niewinności. Teraz Do jego modlitw skłoń łaskawe ucho,

Usłysz westchnienia bez słów, bo on nie wie,

Jak swoję prośbę złożyć, niech ja będę Jego tłómaczem, adwokatem sprawy I przejednawcą. Wszystkie jego czyny,

Dobre, niedobre, złóż na moję głowę:

Co dobre moja podwyższy zasługa,

Co złe śmierć moja w przyszłości okupi;

Przyjm mnie, a we mnie od nich woń przymierza Z ludzkim rodzajem. Teraz przejednany,

Zostaw im życie przed Twojem obliczem,

Albo przynajmniej dni im naznaczone,

Choć smutne, póki śmierć, według wyroku (Który złagodzić pragnę, nie obalić)

Nie wwiedzie ich do szczęśliwszego życia.

Gdzie ze mną mieszkać będą odkupieni

— 365 —

Wszyscy w weselu i błogości, ze mną Jedność stanowiąc, jak ja z Tobą jedno.»

Na to mu Ojciec pogodnie odpowie:

«Prośbę Twą spełnię, Synu ukochany,

Zgodna z wyrokiem moim; ale nadal Nie mogą mieszkać w Raju; to byłoby Wbrew prawom, jakie przyrodzie nadałem. Żywioły Raju czyste, nieśmiertelne,

Nie znoszą grubych i nieharmonijnych Domieszań: wygnaj teraz splamionego,

Odłącz go, jako skazę; pospolitszy Niech w pospolitszem powietrzu zamieszka,

I grubszą strawą się żywi, to będzie Przysposobieniem najlepszem do śmierci,

Którą mu wszczepił grzech, psujący wszystko. Stwarzając, dwoma go uposażyłem Darami: szczęściem i nieśmiertelnością,

Gdy nieroztropnie pierwsze z nich utracił, Drugaby tylko wiecznemi czyniła Jego cierpienia, więc śmierć powołałem,

Ona lekarstwem jego ostatecznem:

Gdy przejdzie życie w ciężkich doświadczeniach, Oczyszczonego wiarą, uczynkami Dobremi, śmierć go do drugiego życia Przeniesie, w którem wszyscy sprawiedliwi Zbudzą się, aby, wraz z odnowionemi Ziemią i Niebem, pełnić wolę Bożą.

Ale tu wszystkich niebian powołajmy,

Aż od najdalszych krańców empiryjskich;

Nie chcę przed nimi taić swych wyroków:

Jak osądziłem upadłych Aniołów Widzieli, teraz mój sąd na Człowieka Niech widzą, aby, choć są niezachwiani,

I nadal równie niezachwiani byli.»

Umilkł, Syn skinął, a wnet promienisty Anioł, pełniący służbę, zadął w trąbę,

Słyszaną może później na Horebie,

Kiedy zstępował Bóg, i może jeszcze Zagrzmi raz na sąd ostateczny. Dźwięk ten Zapełnił całe niebieskie przestwory:

Z niewiędniejących cienistych ustroni,

Od źródeł wody życia, gdzie anielsko Biesiadowali, Synowie Światłości,

Słysząc wezwanie do swych miejsc śpieszyli,

Az wysokiego tronu Wszechmogący Taką ogłosił światowładną wolę:

«Synowie, Człowiek stał się nam podobnym, Znającym dobre i złe od tej chwili,

Gdy zakazany owoc spożył; ale Próżno się szczyci z wiadomości dobra,

Które utracił, i zła, które nabył:

Szczęśliwszy, gdyby się był ograniczył Na znaniu dobra, jak jest samo w sobie,

A złaby lepiej nie był poznał wcale.

Teraz się smuci, modli się skruszony Za pobudzeniem mojem. Ale zdawna Znam jego serce, jak zmienne i próżne,

Gdy zostawione sobie: by więc teraz Zuchwalszą ręką nie zerwał owocu Z Drzewa Żywota i nie zdobył życia

— 367

Wiecznego, wreszcie, by o niem nie marzył, Postanowiłem wygnać go z Edenu.

Niechaj uprawia ziemię, z której wzięty,

Która dla niego najodpowiedniejsza.

Michale, oto rozkaz masz wykonać:

Wybierz z pomiędzy Cherubinów orszak Płomiennych wojów, aby Nieprzyjaciel Nie wszczął ponownych zamieszek, jakoby Broniąc Człowieka, lub w chęci wkroczenia Do niezajętej posiadłości. Śpiesz się,

I bez wahania wygnaj grzeszną parę Z Bożego Raju, z uświęconej ziemi Wydal nieświętych; im i ich potomstwu Zapowiedz odtąd wygnanie wieczyste,

Lecz, by surowe spełnienie wyroku Niezbyt zgnębiło strapionych, jak widzę, Opłakujących winę, nie strasz zbytnio.

Jeśli z poddaniem przyjmą twe rozkazy,

Nie pozostawiaj ich bez słów pociechy: Przyszłych dni losy odkryj Adamowi;

Ja ci natchnienie ześlę. Przytocz nowe Przymierze moje z plemieniem niewiasty.

Niech idą wprawdzie smutni, lecz w pokoju.

A wschodniej strony Edenu, gdzie dostęp Jest najłatwiejszy, niech strzeże Cherubin, Niech strach rozsiewa mieczem płomienistym,

I broni przejścia do Drzewa Żywota,

By Raj nie stał się przytułkiem złych duchów, Ich łupem wszystkie me drzewa, a owoc Skradziony nowem Człowieka mamidłem».

Rzekł, a Archanioł spiesznie się kieruje Do nizin ziemskich, z nim zastęp Cherubów Czujnych: a każdy miał cztery oblicza,

Jakby podwójny Janus, postać cała Pełna błyszczących ócz, liczniejszych niili Były Argusa: ni flet arkadyjski Nie uśpiłby ich, ni różdżka Hermesa. Tymczasem, aby na nowo powitać Świat błogiem światłem, wstała Leukotea I świeżej rosy balsamiczną wonią Rzeźwiła ziemię. Prarodzice nasi, Skończywszy modły, czuli nowe siły,

Zesłane z góry, i nową nadzieję W miejsce rozpaczy; radość połączoną Z bojaźnią. Adam przyjaznemi słowy Stan swojej duszy tak wyraził Ewie:

«Łatwo uwierzyć, że wszystko, co dobre, Z Nieba nam schodzi, lecz trudniej dać wiarę, Iż od nas może coś wznieść się do Nieba,

I tak przeważnie wpłynąć na myśl Boga,

Iż wolę Jego nakłania, a jednak To czynią modły, albo jedno krótkie Westchnienie z ludzkiej piersi podniesione Do tronu Jego; bo odkąd modlitwą Pragnę przebłagać Bóstwo obrażone,

Na klęczkach przed niem serce upokarzam, Wraz mi się zdaje, widzę Go przed sobą Przejednanego, pełnego dobroci;

Mam przekonanie, że On mnie łaskawie Wysłuchał, pokój wrócił do mej duszy,

Raj utracony.

A do pamięci swoję obietnicę,

Że twe nasienie zetrze głowę wroga.

Wtedy w przestrachu nie myślałem o tem,

Lecz teraz daje mi to upewnienie,

Że gorycz śmierci przeszła: żyć będziemy.

Więc cię pozdrawiam, Ewo, słusznie zwana Matką rodzaju ludzkiego, wszystkiego Co żyje matką, bo tylko przez ciebie Człowiek ma życie, a wszystko dokoła,

Co żyje, żyje z powodu Człowieka.»

Na to mu Ewa ze smutkiem odpowie: «Niegodna jestem takiego nazwiska;

Zgrzeszyłam, ciebie wciągnęłam w zasadzkę,

Ja, która miałam być tobie pomocą.

Słuszniejsze dla mnie wyrzuty, nieufność;

Ale mój Sędzia łaskawy bez granic,

Mnie, która pierwsza przyniosłam śmierć wszyst-Uczynił źródłem życia, i ty, dobry, [kim,

Nazwę zaszczytną dajesz, gdy na inną Zasługiwałam. Ale oczekuje Pole na pracę nasze, pot i trudy,

Chociaż bezsenną noc przepędziliśmy.

Oto poranek z różanym uśmiechem Wstaje, niedbając o to, żeśmy senni.

Pójdźmy, już nigdy od twojego boku Krokiem nie ruszę, gdziekolwiek wypadnie Nam praca dzienna, chociaż ma być odtąd Znojna i długa do wieczornej zorzy.

Ale dopóki tu nasze mieszkanie,

Jakaż być może praca uciążliwą

— 370 —

Na tych rozkosznych błoniach? Tutaj żyjmy Zadowoleni, choć w upadłym stanie.»

Takie życzenia wynurzała Ewa Upokorzona, lecz nie potwierdziło Ich Przeznaczenie. Zjawiały się znaki Naprzód w przyrodzie, w ptakach i zwierzętach. Po krótkim blasku porannym ściemniało;

W jej oczach orzeł spadł z powietrznych szlaków, Pędząc przed sobą dwie ptaszyny krasne;

Z wzgórza król kniei, najpierwszy myśliwy, ścigał rączego jelenia i łanię,

Miluchną parę, ozdobę zarośli,

Uciekającą do wschodnich wrót Raju.

Adam, wpatrzony na to polowanie Nie bez wzruszenia, tak mówił do Ewy:

«0 Ewo, dalsze zmiany nas czekają:

Niebo je w niemych znakach zapowiada,

Przyroda jego zamiarów zwiastunem.

Może ostrzega, że kara nas czeka,

Choć śmierć o kilka dni się opóźniła.

Kto wie, jak długie i jakie wieść życie Aż do tej pory mamy? Albo nawet Nam przypomina, że prochem jesteśmy,

W proch się obrócim i skończym istnienie?

Bo coż innego mogłaby oznaczać Ta w naszych oczach podwójna gonitwa W powietrzu i na ziemi jednocześnie?

Czemu na wschodzie ściemniło się nagle,

Choć jeszcze niema południa? A światło Poranne w owym obłoku z zachodu

Sunie w promieniach białych po błękitnym Przestworze, zniża się zwolna, jak gdyby Coś niebiańskiego w swych osłonach niosło?»

Tak było; orszak niebiański zstępował Z jaspisowego nieba w rajskie sfery,

I zajął wzgórze. Świetne to zjawisko!

Lecz Adamowi zwątpienie i bojaźń Zaćmiły oczy. Nie większym zapewne Blaskiem jaśniało zjawienie Aniołów W Mahanaimie (2), gdzie Jakób zobaczył Zajęte całe pole ich obozem;

Ani gdy sługa Elizego w Dathan (3)

Ujrzał na górze płomiennej obozy Przeciw królowi syryjskiemu, który,

Aby uchwycić jednego człowieka,

Zgromadził wojsko i zbójców przykładem Rozpoczął wojnę bez wypowiedzenia.

Książę Aniołów swemu orszakowi Kazał obsadzić ogród, a sam poszedł Do miejsca, w którem Adam miał schronienie. Ten go niebawem spostrzegł i czekając Jego nadejścia, tak mówił do Ewy:

«Ewo, do ważnych wieści bądź gotowa, Może nam one wkrótce kres położą,

Może zmienione będą nasze prawa;

Oto z jasnego obłoku na wzgórzu

Idzie ktoś ku nam z zastępów niebiańskich;

Jak widać z ruchów i całej postawy,

Nie do niskiego rzędu się zalicza:

Któryś z Mocarzy, tron zasiadających,

— 372 —

Taki otacza go majestat, jednak Nie tak straszliwy, iżby mnie przerażał,

Ni też łagodny tak i towarzyski.

Jak był Rafael, który ufność budził.

Jest uroczysty i wzniosły; pośpieszę Naprzód z pokłonem, by go nie obrazić,

A ty się usuń na bok.» Przestał mówić; Wkrótce się zbliżył Anioł, nie w postaci Niebiańskiej, ale ubrany jak człowiek Spotykający człowieka; na lśniącej Zbroi wojskowa tunika z purpury, Piękniejszej niźli melibejska, niźli Sarrajska, którą dawniej monarchowie I bohaterzy po trudach wojennych Nosili; tęcza barwiła tkaninę.

Z pod gwiaździstego hełmu twarz jaśniała Siłą lat męskich przy końcu młodości;

U boku wisiał na iskrzącym pasie Miecz, postrach czarta, —włócznię trzymał w Skłonił się Adam nisko, Zwiastun Boży W pełni powagi nie uchylił głowy I swego przyjścia cel oznajmił taki:

«Adamie, rozkaz Nieba wysokiego Nie potrzebuje wstępu: dość, że modły Twe wysłuchane. Śmierć, na którą wyrok Za grzech cię skazał, jeszcze na dni wiele Zbędzie swojego łupu. Czas ten Łaska Daje ci, abyś w skruszeniu i żalu Zły czyn wieloma dobremi nagrodził.

(idy czas ten przyjdzie Pan twój przejednany

Może cię zbawić od uroszczeń Śmierci,

Lecz nie pozwala dłużej na mieszkanie W Raju: przychodzę, by cię wyprowadzić Z tego ogrodu, byś uprawiał ziemię,

Z którejś jest wzięty, właściwszą dla ciebie.»

Tu przestał mówić, bo na tę wiadomość Adam rażony w serce, zimnym dreszczem Przejęty, prawie zmysły stracił; Ewa,

Choć niewidziana, wysłuchała wszystko,

I narzekaniem głośnem wyjawiła Niebawem miejsce swojego ukrycia.

«0 niespodziany ciosie, niż śmierć gorszy! Więc tak porzucić mam cię, Raju? ciebie Rodzinne moje miejsce, błogie niwy I gaje, godne pomieszkania bogów?

Miałam nadzieję, że w nich, chociaż smutne, Spokojne spędzę dni nam wyznaczone,

Aż śmierć oboje zabierze. O kwiaty!

Nie zakwitniecie nigdy w innej strefie!

Do was najpierwej biegłam wczesnym rankiem, Do was ostatnie w wieczór moje kroki; Troskliwą ręką was od pierwszych pączków Wychowywałam, dawałam imiona.

Teraz kto wasze główki zwracać będzie Do słońca, według gatunków rozdzielać?

Kto skrapiać wodą z ambrozyjskich źródeł?

I ty, weselna chato, ozdobiona Wszystkiem, co nęci wzrok lub powonienie, Jak mi się rozstać z tobą i gdzie odejść?

W jakiś świat niższy, ciemniejszy' od tego

I dziki? Jak tam oddychać będziemy Powietrzem innem, mniej czystem, zwyczajni Nieśmiertelności pożywać owoce?»

Anioł jej skargi łagodnie przerywa:

«Ewo, nie rozwódź żalów, lecz cierpliwie Wyrzecz się tego, coś straciła słusznie,

I nie przywiązuj się zbytnie do rzeczy,

Które twojemi nie są: stąd odchodzisz Nie sama; z tobą idzie twój małżonek,

Masz obowiązek jemu towarzyszyć:

Gdzie on osiądzie, tam ojczyzna twoja.»

Tu ochłonąwszy z osłupienia Adam, Zebrawszy ducha, pokornemi słowy Do Archanioła Michała tak rzecze: «Mieszkańcze Niebios! Alboś jeden z Władców, Albo najwyżej z pośród nich wzniesiony;

Z postaci sądząc, Książę nad Książęty. Łagodnie pełnisz swoje posłannictwo,

Kiedy surowem słowem mogłeś zranić, Surowym czynem zabić nas. Co tylko Smutku, zgnębienia i rozpaczy może Wytrzymać nasza słabość, to nam niesie Twoja nowina. Porzucić więc mamy To błogie miejsce, rozkoszne ustronie Nasze, jedyną w niedoli pociechę?

Tak do niej oczy nasze już przywykły!

Tak każde inne, niegościnne, puste Wyda się miejsce! I nas nieznające I nam nieznane. Gdyby nieustanne Modlitwy mogły zmienić wolę Tego,

Co wszystko może, anibym na chwilę Nie przestał nużyć Go mojem błaganiem,

Lecz wobec Jego stanowczych wyroków Modlitwa znaczy tyle, co ust tchnienie Przeciw wichrowi, który je wnet zwraca W te same usta: poddaję się zatem Woli Wszechmocnej. Najbardziej mnie martwi, Że gdy stąd wyjdę, będę jak ukryty Przed Boską twarzą; już błogosławionych Lic jego więcej nie ujrzę: tu mógłbym Ze czcią obchodzić miejsca uświęcone Jego bytnością; mógłbym synom moim Kiedyś powiadać: na tej się objawił Górze, pod owem widziałem go drzewem,

Z pośród tych sosen głos mnie doszedł Boski,

A przy tem źródle rozmawiałem z Bogiem! Stawiłbym liczne dziękczynne ołtarze Z darniny, z głazów wybranych z potoku, Odległym wiekom na pamiątkę; dar)7 Składałbym z wonnej żywicy, z owoców I z kwiatów. Ale w owym dolnym świecie Gdzież spotkam Jego zjawienie świetlane?

Gdzie Jego stopy ślad? Bo choć przed gniewnym Uciekłem, teraz znowu powołany Żyć dłużej i być ojcem licznego plemienia, Radbym oglądał choć brzask Jego chwały I czcił zdaleka ślady jego kroków.»

Na to Archanioł z łaskawem spojrzeniem:

«Adamie, wiesz, że Jego są Niebiosa I cała ziemia, nie ta skała tylko.

On wszechobecny, i pełne są Jego Lądy i morza i powietrze: wszystko,

Co żyje, wzbudza jego siła twórcza 1 grzeje. Tobie oddał całą ziemią Na posiadanie i na panowanie.

Dar to wspaniały. Nie przypuszczaj zatem, Że Bóg jest tylko w tych ciasnych granicach Edenu, albo Raju. Tutaj może Byłaby kiedyś twa główna stolica Z niejby płynęły wszystkie pokolenia,

Do niej wracały aż od krańców Ziemi,

Aby ci, jako praojcowi swemu •

Hołd składać, czcić cię; ale ten przywilej Straciłeś, teraz wraz z synami swymi Płaską zamieszkasz ziemię. Ale nie wątp,

Że Bóg jest wszędzie, w dolinach, równinach, Tak, jak i tutaj: jego obecności Liczne oznaki wciąż idą za tobą,

On cię dobrocią, miłością ojcowską Ciągle otacza: twarz swoję objawia,

Zostawia boskich swoich kroków ślady.

Abyś w to wierzył, i nim stąd odejdziesz,

W tej się umocnił wierze, jam przysłany, Bym ci obwieścił, jaka przyszłość czeka Ciebie i twoje potomstwo. Bądź gotow Usłyszeć dobre i złe rzeczy: Łaskę Nadprzyrodzoną walczącą z grzesznością Człowieka; zatem ucz się cierpliwości Prawdziwej, rozkosz powściągaj bojaźnią I pobożnością; znoś z umiarkowaniem

Zarówno szczęście, jak przeciwne losy.

Tak ocalejesz w życiu, i najlepiej Przygotowany będziesz na cios śmierci,

Gdy czas jej przyjdzie. Wejdź na owo wzgórze, Mech Ewa, której oczy obciążyłem,

Śpi tu na dole, jak ty niegdyś spałeś,

Gdy ją stwarzano; ty w jasnowidzeniu Przyszłości czuwaj.* Na to mu z wdzięcznością*^* Odpowie Adam: «Przewódzco bezpieczny, Wstępuj, za tobą pójdę, gdzie powiedziesz. Karzącej ręce Boskiej się poddaję.

Przeciw złej doli pierś swoję wystawię, ^

Zbrojną cierpienia i wytrwania tarczą,

A spokój pracą zdobywając, jeśli r _,

Zdobyć go mogę.» Tak oba wstąpili ;>

W krąg zjawisk Boskich. Była to najwiękilĘ

H

Góra w obrębie Raju, z jej wierzchołka Połowę ziemi jasno można było Rozpatrzyć; jednak ani wyższa była,

Ani widoku rozległość dawała Większą, niż owa, na którą Kusiciel,

Z innych powodów, drugiego Adama Przeniósł z pustyni, aby mu okazać Wszystkie Królestwa Ziemi i ich chwałę. Oko Adama z miejsca w którem stanął Mogło oglądać miasta głośnej sławy W różnych epokach, stolice potężnych Mocarstw, od murów Kambalu, siedliska Chana Kathaju, i od Samarkandy Nad rzeką Oxus, gdzie tron Tamerlana,

Ct>

05

Jse:

O —

O

RS

M

O

>•

Aż do Pekinu, królów chińskich miasta;

A stąd do Agry, Mogoła wielkiego Lahory, dołem aż do Chersonezu Złotego, stąd wdali, gdzie perska stolica, Wprzód Ekbatana, a później Iszpahan; Moskwa, podległa ruskiemu carowi,

I Bizancyum, stolica sułtana,

Pochodzącego z Turkestanu. Dalej Wzrok jego spotkał cesarstwo Negusa Z najodleglejszym jego portem, zwanym Erkoko, dalej inne mniejsze państwa Przymorskie: Monbaz, Quiloa, Melinda, Sofala, miana za Ofir, nareszcie Ku południowi Kongo i Angola.

Stąd zaś, od Nigru rzeki do Atlasu,

Ujrzał królestwa Almanzora, Fez, Sus, Marokko, Algier, Tremizen, stąd ocży Na Rzym obrócił i świat mu podległy,

A może widział także w duchu Meksyk Bogaty, państwo króla Montezumy,

I Kusko w Peru, bogatszą stolicę Atabalipy, i jeszcze nietkniętą Gujanę, którą syny Geryonu Zwą Eldoradem. Lecz do szlachetniejszych Widoków Michał zdjął z oczu Adama Łuskę, owocu zwodniczego wytwór,

Za obiecaną jasność — zaciemnienie. Poczem nerw oczu oczyścił swietliczką (3)

I rutą, a że widzieć miał tak wiele Trzy krople wody życia wpuścił w oczy.

Dzielność tych środków tak mocno wniknęła Aż do siedliska wzroku duchowego,

Że z zamknietemi oczyma padł Adam Jak odrętwiały. Anioł go łagodnie Podniósł za rękę i przytomność wrócił: «Adamie, otwórz oczy i patrz naprzód Na skutki, jakie twój grzech pierworodny W niektórych z twego pokolenia sprawi, Choć wzbronionego nie tknęli owocu,

Z Wężem w umowy nie wchodzili, ani Nie popełnili wcale twego grzechu,

Ale zepsucie z niego pochodzące Do coraz gorszych pobudzi ich czynów.»

Adam otworzył oczy i zobaczył Pole uprawne w części, na niej snopy Świeżo skoszone dojrzałego zboża;

Drugą część pola objęły pastwiska,

W środku, jak kopiec graniczny, stał ołtarz Z darniny. Tutaj rolnik uznojony Niósł na ofiarę pierwociny pracy Dojrzałe snopy i zielone kłosy.

Nie wyborowe, lecz jakie popadły;

Z przeciwnej strony pasterz łagodniejszy Niesie jagnięta piękne pierworodne,

Z trzody wybrane, i czyniąc ofiarę Na porąbane drzewo złożył trzewia I tłuszcz, obsypał kadzidłem, i spełnił Wszelkie obrządki: niebawem spadł z nieba Ogień przychylny, pochłonął ofiarę,

Wydając płomień jasny i dym wonny.

Nie zapłonęła ofiara drugiego,

Jako nieszczera; uczuł zawiść w duszy,

W kłótni z pasterzem rzucił weń kamieniem, Trafił go w piersi i życia pozbawił!

Zbladł uderzony, upadł i z krwi strugą Wyzionął ducha. Adam tym widokiem Do głębi serca wstrząśnięty, wybuchnął Takiemi słowy bólu do Anioła:

«Nauczycielu, straszna to jest krzywda Tak łagodnemu człowiekowi, temu,

Co szczerą składał ofiarę; czyż taka Nagroda cnoty, prawej pobożności?»

Michał, wzruszony sam, na to odpowie: «To są dwaj bracia, Adamie, i z twoich Zrodzą się lędźwi. Tak zabije kiedyś Niesprawiedliwy brat sprawiedliwego, Gnany zazdrością, że ofiarę brata Niebo przyjęło, ale zbrodnia krwawa Będzie pomszczona, a wiara drugiego Znajdzie nagrodę, chociaż tu, jak widzisz Tarza się w prochu i krwi własnej strudze.»

Na to praojciec nasz: «Biada czynowi, Biada pobudce! Ale czyż ja teraz Śmierć oglądałem? Czy w taki sam sposob W proch się obrócę? O straszny widoku, Co myśl przeraża, uczucia oburza!»

Na to mu Michał: «Śmierć tu oglądałeś, Tak, jak się pierwszy raz na człeku zjawi; Ale różnemi drogami prowadzi Do swej ponurej jamy; wszystkie straszne,

Choć okropniejsze u wejścia, niż wewnątrz. Niektórzy umrą od gwałtownych ciosów, Jak to widziałeś, lecz więcej od ognia,

Wody i głodu; najwięcej zagarnie Niewstrzemięźliwość w jadle i napoju.

Ona sprowadzi na ziemię choroby,

Których potworny tłum stanie tu wkrótce, Byś widział, jaką nędzę na ród ludzki Niepowściągliwość Ewy sprowadziła.*

Niebawem wyrósł przed okiem Adama Budynek smutny, wstrętny i ponury;

Był to lazaret, w którym pomieszczono Tłumy, cierpieniem rożnem nawiedzone.

Tu kurcz straszliwry, tu konanie ciężkie, Omdlenia, różne gorączki, ograżki, Epilepsye, choroba na kamień,

Złośliwy katar, wrzody, opętanie; Melancholia tępa i szaleństwo,

Kolki, puchlina, suchoty, zaraza,

Mór, okolice mnogie pustoszący,

Marazm, reumatyzm, podagra i astma.

Wili się w bólach ludzie i jęczeli, Pielęgnowała ich rozpacz, od łoża Do łoża chodząc; w górze śmierć z tryumfem Wstrząsała swoim oszczepem, cios zwłócząc, Choć gorącemi prośbami wzywana;

Jako ich dobro główne i nadzieja Ostatnia! Dłużej takiego widoku Kamienne serce znieśćby suchem okiem Nie mogło: nie mógł i Adam, zapłakał,

Choć nie z niewiasty zrodzon: litość zmogła Najlepszą siłę męskości; nareszcie Potęga myśli łzy ograniczyła,

Wróciła mowę, takie budząc żale:

«0, nieszczęśliwy rodzie ludzki, jakże Nisko upadłeś, do jak okropnego Stanu zostałeś zachowany! Lepiej Nie być na świecie. Czemu dano życie,

By w taki sposób nam je wyrywano?

Lub raczej czemu nam je narzucono?

Każdy z nas wiedząc, co go tutaj czeka, Alboby życia nie przyjął, alboby Już otrzjrmawszy, prosił, by najprędzej Mógł go się pozbyć i odejść w pokoju.

Możeż tak obraz Najwyższego w człeku,

Co niegdyś stworzon pięknym i podniosłym Choć później winą zmazany, być pastwą Tak szpetnych cierpień, tak okrutnej kary? Dlaczegóż człowiek, który jeszcze w części Zdołał zachować boskie podobieństwo,

Nie jest zwolniony od tych potworności — Kiedy jest jeszcze Stwórcy wizerunkiem?

A Michał na to: «Wizerunek Stwórcy Już ich opuścił, gdy się splugawili Rozkiełznanemi żądzami, przybrawszy Obraz nowego pana — zwierzęcego Występku, który przeważnie ich kłonił Do grzechu Ewy. Stąd tak wstrętna kara, Nie podobieństwo boskie kalecząca,

Ale ich własne. Choćby jego obraz,

To go niweczą, odmieniając prawa Czystej Przyrody w straszliwe choroby;

I słusznie cierpią, nie uszanowawszy W sobie obrazu swego Stworzyciela.*

«Że sprawiedliwie, przyznaję, rzekł Adam,

I z uległością się poddaję, ale

Czyż niema teraz innej drogi, oprócz

Tej ciężkiej, aby ze śmiercią się spotkać,

I proch swoj z prochem jednorodnym zmieszać?»

«Jest, odrzekł Michał, jeżeli strzedz będziesz Wstrzemięźliwości przepisu «nic nadto;»

Jeśli jedzenie i picie dla ciebie

Będzie pokarmem słusznym, nie łakomstwem,

Może lat wiele spłynąć nad twą głową,

Możesz żyć, póki, jak owoc dojrzały,

Nie spadniesz na twej matki ziemi łono;

Będziesz zebrany nie zerwany nagle;

Dojrzeć dla śmierci, to się zowie starość.

Ale przeminąć musi młodość, siła I piękność twoja, zmienią się i zwiędną;

Staniesz się słaby, siwy, zmysły twoje Stępieją, muszą zrzekać się rozkoszy,

Choćby nęciły w koło; po młodości Niefrasobliwej i pełnej nadziei Melancholia krwią twoją owładnie,

Zziębi, wysuszy twego ducha, w końcu Pochłonie balsam życia.» Adam na to:

«Odtąd nie będę uciekał przed śmiercią,

Ani obmyślał, jak przedłużyć życie;

Raczej do tego dążyć będę, aby

W najwygodniejszy i najlżejszy sposób Znosić ten ciężar, aż do naznaczonej Pory zwolnienia, i cierpliwie czekać Dnia rozwiązania.* Michał na to rzecze:

«Życia nie kochaj, lecz i nienawiści Nie miej dla niego, i żyj sprawiedliwie;

Długo, czy krótko, to zostaw Niebiosom.

Teraz bądź gotów ujrzeć inny widok.»

Spojrzał, a przed nim rozległa płaszczyzna, Na niej namioty rozmaitej barwy,

Przy jednych stada bydła na pastwisku,

Z drugich dochodził odgłos instrumentów,

Harf i organów, brzmiących melodyjnie.

Widać też było tego, który struny Poruszał, tłumił; dłoń jego biegała Wyżej i niżej, miarę zachowując,

Płynęły w przestwór pełne życia fugi.

Po drugiej stronie pracował przy kuźni Człowiek nad stopem kawałów żelaza I miedzi, które ogień przypadkowy,

Niszczący lasy w górach i dolinach,

Spławił, dosięgłszy żyły metalicznej,

I do jaskini wpędżił płyn ognisty,

Lub ją wypłukał z ziemi potok rwący.

Kowal spław spuścił w formy wprzódy z gliny Przygotowane; z niego tworzył pierwsze Narzędzia swoję, a następnie wszystko Co się z metalu ulać lub rznąć daje.

Po nich, z przeciwka, z sąsiedniego wzgórza, Odmienne plemię zeszło na dolinę.

Zdawali się być ludzie sprawiedliwi,

0 należytą chwałę Boga dbali

1 o poznanie dzieł Jego nieskrytych;

Wreszcie i o to, co wolność i pokój Zapewnia ludziom. Szli niedługo ową Równiną, kiedy spostrzegli z namiotów Występujące grono pięknych niewiast,

W bogate szaty i drogie kamienie Strojnych: przy dźwięku arf śpiewały pieśni I rozpoczęły tańce. Choć poważni,

Mężczyźni chętne rzucali spojrzenia,

Coraz to większą folgę oczom dając,

Aż pochwyceni silnie w sieć miłości,

Poddali jej się: każdy wybrał lubą I o kochaniu gwarzył, aż wieczorna Zabłysła gwiazda, posłanka miłości.

Pochodnię ślubną wnet każdy zapalił, Wzywając Hymen w obrzędach weselnych; Wrzawą świąteczną i wesołem graniem Brzmiały namioty. Taki widok błogi Szczęśliwych dziejów miłości, młodości Niezmarnowanej, śpiewów, wieńców, kwiatów, Czarów muzycznych, tknął serce Adama, Uznającego chętnie, że przyroda Sama nakłania do rozkoszy: rzekł więc:

« Błogosławiony Aniele, co oczy Moje otwierasz ku prawdzie, ten widok Lepszy o wiele i wróży na przyszłość Większą nadzieję dni szczęścia, pokoju,

Niż dwa poprzednie. Tam była nienawiść

I śmierć, lub wiele od niej gorsza męka; Tutaj przyroda zda się wszystkie swoje Osiągać cele.» A Michał mu na to:

«Nie to najlepszem miej, co rozkosz budzi,

, Chociaż naturze zda się odpowiednie;

Do wyższych celów, do czystych i świętych Stworzony jesteś, wizerunku Boski.

Piękne namioty, któreś widział, były | Bezbożnem gniazdem, skrywającem plemię '1 ego, co zabił brata: wielbią niby Wytworną sztukę upiększania życia I wynalazki, nie pomną na Stwórcę;

Że ich nauczył Duch Jego tych darów,

Nie chcą uznawać. Ale będzie piękne Ich pokolenie: widziałeś kobiety,

Zda się boginie, łagodne, wesołe,

Lecz próżne dobra wszelkiego, na którem t Oparty niewiast domowitych honor I główna chwała. Wychowane tylko Do wyuzdanych pożądań, do śpiewu,

Tańca i strojów, do czczego świegotu,

\ I przewracania oczu. A z plemienia Wstrzemięźliwego mężczyźni. Bożymi Synami zwani dla swej pobożności,

Im swoję cnotę i zaszczyt wydadzą,

Za wdzięk i uśmiech bezecnych bezbożnic, Chociaż powabnych: opływają w szczęście, Wkrótce ich fale poniosą; śmieją się!

Za śmiech ten wkrótce świat zapłaci łzami.»

Krótkiej radości Adam pozbawiony,

Odrzecze: «Jakaż to nędza i hańba,

Że ci, co życie dobrze rozpoczęli,

Na boczne ścieżki teraz zawracają,

Lub omdlewają i giną wpół drogi!

Widzę i tutaj, że źródło niedoli

Ludzkiej z niewiasty swój początek bierze.»

«Z niedołężności mężczyzny pochodzi;»

Na to mu Anioł, «mógł swe stanowisko Silniejszą ręką dzierżyć, gdy otrzymał Mądrość i inne wysokie przymioty.

Teraz bądź gotów do innych widoków.»

Spojrzał, a przed nim rozległe przestrzenie: Wioski, uprawną rolą przedzielone,

Miasta, w wysokie wieżyce i bramy Zdobne, w nich tłumy zbrojne, groźne twarze, Olbrzymi wzrostem, umysłem zuchwali;

Ci się ćwiczyli w użyciu oręża,

Ci dosiadali rumaki spienione,

Jazda, piechota, czasu nie tracili;

Z furażowania jeden oddział wracał,

Pędząc przed sobą zdobycz: stado bydła,

Z soczystych pastwisk spędzonego, owce Wełniste, przy nich beczące jagnięta;

Pasterze ledwie ujść zdołali z życiem,

Krzycząc ratunku. Wkrótce nastąpiło

Dwu wojsk przeciwnych starcie, — krwi rozlanie;

W okrutnym boju zmieszały się szyki:

Pole, na którem przed chwilą się pasły Spokojne trzody, trupami i bronią Zasiane, zlane krwią, opustoszałe.

lu inny oddział wojowników szturmem Chce zdobyć twierdzę, stawia baterye, Zakłada miny, pcha się z drabinami; lamci się bronią, miotają pociski,

Groty, kamienie i ogień siarczysty:

Z obu stron czyny męstwa i rzeź krwawa.

Na innem miejscu herold obwołuje i Zebranie rady w miejskiej bramie: wkrótce Starcy sędziwi i poważni wespół Z bojownikami schodzą się i radzą.

Słychać przemowy, wkrótce wzrosły spory. Nareszcie powstał mąż średniego wieku, Roztropny, mówił o sprawiedliwości,

Prawie i prawdzie, pokoju i wierze,

0 sądzie boskim, lecz starzy i młodzi Szydzili z niego, i już go chwytali

W gwałtowne dłonie, wtem obłok spuszczony Skrył go i z tłumu wyprowadził cało.

Tak panowała samowola, ucisk,

1 prawo miecza w całym kraju, nigdzie Schronienia przed niem. Adam, łzami zlany, Pełen żałości, swego przewodnika

Zapyta: «Któż są owi słudzy śmierci?

Nie ludzie, kiedy tak nieludzko sieją Śmierć między ludzi, i tysiącznie mnożą Grzech tego, który zabił swego brata;

Bo ludzie ludzi, więc swych braci tępią.

I któż to był ów cźłowiek sprawiedliwy,

Który za swoję prawość byłby przepadł, Gdyby mu Niebo nie dało ratunku?>

Michał mu na to: «Takie są owoce Tych, coś oglądał, małżeństw źle dobranych, Gdzie dobrzy z złymi łączą się bezmyślnie, Chociaż wzajemny wstręt ku sobie czują; Płodzą potwory ciałem albo duchem.

Takimi byli ci Olbrzymi sławni W czasach, gdy tylko siłę uwielbiano,

Zwąc ją dzielnością, bohaterską cnotą; Zwycięstwo w boju, podbicie narodów, Zdobycie łupów, rzeź ludzi niezmierną,

Jako szczyt ludzkiej chwały uważano, Tryumfem było nazwać się zdobywcą,

Władcą ludzkiego rodu, bóstwem, albo Potomkiem bogów: słuszniej zwać się mogli Niszczycielami, plagami ludzkości.

Tak wzrasta rozgłos i chwała na ziemi,

Cisza ukrywa prawdziwą zasługę.

Ów mąż, coś widział, siódmy z twego rodu, (4) Jedyny prawy wśród tłumów przewrotnych, Znienawidzony i nieprzyjaciółmi Ściśnięty za swą sprawiedliwość, za to,

Że głosił wstrętną dla nich prawdę, przyjście Boga w orszaku świętych na sąd świata,

Z rozkazu Boga, na skrzydlatych koniach,

W chmurze wonności, poniesion ku Niebu,

By tam w błogości i w obliczu Boga Chodził, prawami śmierci nieobjęty.

Byś widział, jaka jest dobrych nagroda,

A jaka innych oczekuje kara,

Zwróć teraz oczy, zobaczysz tę drugą.»

Tu Adam ujrzał zupełną odmianę: Brązowa gardziel wojny grzmieć przestała, Wszędzie wesołość, zabawa, rozkosze, Zbytek, hulanka, biesiady i tańce;

Żenią się, albo w luźne wchodzą związki, Gwałt, cudzołóztwo, jako się przydarzy,

Lub jak pociągnie przelotna ponęta;

A po kielichach rozterki i bitwy.

Wreszcie pojawił się starzec poważny,

Ich wyuzdanie surowo naganił,

Przeciw ich drogom świadcząc; nawiedzając Ich zgromadzenia, skażone rozpustą,

Do nawrócenia skłaniał i pokuty Te ujarzmione dusze, które czekał Nieunikniony sąd; lecz wszystko próżno. Widząc, że próżno, zaniechał upomnień, Daleko swoje odsunął namioty,

I z gór potężne wyrąbując kloce Zaczął budowę olbrzymiego statku. Rozmierzył długość, szerokość, wysokość, Dokoła cały wysmarował smołą,

W drzwi zaopatrzył, i zapasy liczne Zebrał dla ludzi i zwierząt. Niebawem Cud stał się wielki, każdego zwierzęcia, Ptaka, owadu drobnego par siedem Weszło do arki, każde w swoje miejsce; Ostatni wszedł w nią starzec, trzej synowie Jego, ich cztery żony, a drzwi zamknął Sam Bóg za nimi. Wnet wiatr południowy, Na czarnych skrzydłach ważąc się szeroko,

Napędzi! wszystkie chmury, jakie były Pod niebiosami, jednocześnie wzgórza Ślą swą daninę: mgły, pary, wyziewy Ciemne a mokre zasłoniły niebo,

Jak czarny pułap; lunął deszcz gwałtowny I nie poprzestał, aż zatopił ziemię.

A korab płynął, wysoko wzniesiony,

To w tę, to w ową stronę po przez fałe,

Lecz je przecinał ostrym jak dziób przodem. Inne budynki wszystkie skryła woda,

W głębokich nurtach tocząc ich ozdoby; Morze tonęło w morzu, znikły brzegi:

Tam gdzie niedawno przepych się roztaczał, W pałacach morskie legą się potwory;

Cały ród ludzki, tak liczny niedawno,

Na kiłku deskach unosiły wody.

Jakaż cię żałość nękała, Adamie,

Gdy ci oglądać przyszło taki smutny Koniec twojego rodu, zniweczenie!

I ciebie zalał potop łez i smutku,

I tyś w nim tonął, jak twe biedne dzieci,

Aż tknięty ręką łagodną Anioła,

Wstałeś, bez folgi w żalu, jako ojciec,

Gdy w jego oczach giną jego dzieci. Ledwieś wyjąknąć zdołał taką skargę:

«Straszne widzenie! Lepiejby mi było Żyć nieświadomy przyszłości! Mój udział Niedoli sambytn znosił, dość mi dźwigać Dnia utrapienie; teraz wielu wieków Ciężar odrazu spadł mi na ramiona.

Mą świadomością przedwcześnie zrodzone, Wprzód nim nastaną wieki dręczyć będą Tem, że być muszą. Niechaj odtąd nigdy Nikt się nie stara wiedzieć, co się stanie ‘ W przyszłości z jego dziećmi lub z nim samym; Złemu, co przyjść ma, zapobiedz nie zdoła, Choćby wprzód o niem wiedział, więc się trapi Podwójnie, myślą i rzeczywistością.

Teraz już wszystko jedno, niema kogo Ostrzegać, bo tych kilku ocalonych Głód i strach zmorzy na wodnej pustyni.

Gdy gwałt i wojna ustały na ziemi,

Miałem nadzieję na szczęście powszechne Rodu ludzkiego pod tarczą pokoju:

Złudzenie było, bo widzę, że pokój Tak samo psuje, jak wojna pustoszy.

Czem się to dzieje? I czy w taki sposób.

Rodzaj człowieczy ma swój byt zakończyć?*

Na to mu Michał: «.Tych, którzy niedawno Tryumfowali w rozkoszy i zbytku,

Widziałeś przedtem, jako dzielnych w boju I spełniających świetne czyny, ale Próżnych prawdziwej' cnoty. Wytoczyli Strumienie ludzkiej krwi, przeliczne ziemie Opustoszyli, podbili narody;

Zdobyli przytem wysokie tytuły,

, .Sławę po świecie i bogate łupy;

\ Prędko zawrócą do zbytku, rozkoszy,

\ Wygód, rozpusty, pijaństwa, próżniactwa;

\ Wreszcie ich duma i do waśni zbudzi,

- 393

Do krwawych czynów, nawet wśród pokoju. Zawojowani niewolnicy także Z wolnością wszelkiej pozbędą się cnoty,

Zrzekną się Boga, który ich nie wspomógł W stanowczej bitwie przeciw napastnikom,

Bo ich udaną pobożnością wzgardził.

Odtąd ostygnie tych ludzi gorliwość,

Polubią życie bez troski, światowe I wyuzdane, czego im nie wzbronią Władcy, a ziemia swych płodów z nadmiarem Dostarczy, kusząc wstrzemięźliwość człeka.

Tak zwyrodnieje, zepsuje się wszystko,

I sprawiedliwość i umiarkowanie,

Prawda i wierność pójdą w zapomnienie,

A tylko jeden człowiek, syn jedyny Światła w ciemnościach wieku, wytrwa w dobrem Wbrew złym przykładom, pokusom, zwyczajom; Wymówek, wzgardy, gwałtów się nie zlęknie,

I napominać będzie ludzi grzesznych, /•

Im ukazywać ścieżki prawdy, pokój I bezpieczeństwo dające. Zapowie Rychły gniew Boży, jeżeli pokutą Nie zgładzą grzechów: odejdzie wyśmiany,

Ale Bog uzna, że jeden z żyjących On sprawiedliwy. Z Boskiego rozkazu Zbuduje arkę cudowną, coś widział,

I z swą rodziną będzie ocalony Wśród skazanego na zagładę świata.

Jak tylko człek ów, wraz ze zwierzętami Zyc mającemi, umieści się w arce,

Wnet katarakty niebios się otworzą,

Dzień i noc padać będzie deszcz na ziemię:

Źródła wybuchną z głębokich pokładów, Podniosą morza, te zaleją brzegi I ziemię całą i najwyższe góry.

Wtenczas i Górę Rajską bystre fale Podniosą z miejsca, obnażą z zieleni,

Rozniosą drzewa, ona sama prądem Wielkim pognana, osiądzie w zatoce,

Jako przesiąkła solą, pusta wyspa,

Przytułek morskich zwierząt, mew wrzaskliwych, Aby wiedziano, że Bóg nie nadaje Świętości miejscu, jeśli jej nie wnoszą Ludzie, którzy tam wchodzą, lub mieszkają.

A teraz zobacz, co nastąpi dalej.»

Tu ujrzał Adam, że arką bujały Fale opadłe znacznie, chmury spędził Ostry północny wiatr suchy i marszczył Oblicze wody, jakby zestarzałe.

Na jej zwierciadło spoglądało słońce Jasno, gorąco, i jakby spragnione,

Spijało chłodne szczuplejące fale;

Stojące morza, w ruch wprawione, wolno Ściekały w głębią, która swe upusty Teraz zamknęła, jak niebo swe okna.

Arką już fale nie miotają, zda się Na szczycie jakiejś góry mocno wsparta.

I gór wierzchołki jawią się, jak skały,

Z nich wypadają potoki, z łoskotem Pędząc do morza, które wciąż opada.

— 395 —

Z arki n aj pierwszy kruk wyleciał, drugi Pewniejszy poseł, gołąb, wypuszczony,

Aby wyszukał ziemi lub gałązki,

Na której mógłby począć, za powrotem Drugim gałązkę oliwną niósł w dziobie, Jako pokoju godło. Wraz się zjawia Grunt suchy, z arki wyszedł człek sędziwy Z rodziną swoją i wszelakiem zwierzem.

Gdy złożył ręce i wzniósł oczy w góre, Dziękując Niebu, ujrzał nad swą głową Chmurę rosistą, na niej łuk potężny,

Ze trzech kolorów najżywszych pas świetny, Na znak pokoju i przymierza z Bogiem. Serce Adama, dotąd tak nękane.

Uczuło radość, i tak ją wyraził:

«0 ty, co przyszłe życie możesz jawić Jak teraźniejsze, mistrzu mój niebiański, Ostatni widok nowe wlał mi życie:

Widzę, że człowiek i wszystko stworzenie Zyć będą, każde ze swego nasienia.

Mniejszą mam żałość, że zginął świat cały Złych synów, w obec radości niezmiernej,

Że znaleziony taki doskonały I spi awiedliwy chociaż jeden człowiek.

Iż Bóg świat nowy z niego wywieść raczy,

A gniew swój cały porzuci w niepamięć.

Ale co znaczy ta barwista wstęga,

Ow łuk potężny, jak gdyby brew Boga Przejednanego? Albo może to jest Obrącz kwiecista, ściągająca brzegi

Chmury wilgotnej, aby po raz drugi W deszcz rozpłynięta nie zalała ziemi?»

Na to mu Anioł: «Dobrze się domyślasz.

Bo chętnie Bóg swój słuszny gniew porzuca, Chociaż żałował, że stworzył człowieka,

Tak podległego zepsuciu; a w sercu Bolał na widok ziemi pełnej gwałtów 1 porażone grzechem wszelkie ciało.

Złych wytępiwszy, taką on jednemu Sprawiedliwemu okaże łaskawość,

Że nie zniweczy całego rodzaju,

Raczej upewni przymierzem, iż nigdy Nie zniszczy ziemi potopem, ni morzu Pozwoli z brzegów wystąpić, ni deszczom Zatopić ziemię z ludźmi i zwierzęty.

A jeśli chmury pośle ponad ziemię,

Położy na nich swój łuk trójbarwisty.

Aby go widząc, twoje pokolenie Przymierze boskie miało na pamięci.

Dzień, noc, czas siewu lub żniwa, upal}?

I biała zima pójdą zwykłym torem,

Aż ogień niebo i ziemię odnowi,

Przyszłe mieszkanie wszystkich sprawiedliwych.))

’) Deukalion, syn Prometeusza, mąż Pyrry, panował w Tessalii, blislco Parnasu. Za jego panowania nastąpił potop. Jowisz, widząc złość ludzką, postanowił wytępić rodzaj ludzki. Wody zalały ziemię, z wyjątkiem jednej góry w Focydzie, Parnasu. Tam zatrzymała się łódka, niosąca Deukaliona, najsprawiedliwszego z mężów, i Pyrrę, najcnotliwszą z kobiet. Po opadnięciu

— 397 —

wód, małżonkowie ocaleni, ale już starzy, udali się do bogini Temidy, udzielającej wyroczni u stóp Parnasu i otrzymali odpowiedź, aby po wyjściu z świątyni, zasłoniwszy twarz, rzucali za siebie kości swej babki, Deukalion domyślił się, że babką ich jest ziemia, a jej kośćmi kamienie. Jakoż, owe rzucane kamienie Deukaliona zamieniały się na mężczyzn, a Pyrry na kobiety.

2) „W Mahanaimie“ Genesis XXXII, Sługa Elizego, Datban, Księga Król. XX.

3) Świetliczka, eutiazya. roślina, uważana jako pomocna na ból oczu.

4) Enoch.

P I ES ń XII.

Jako podróżny, wstrzymujący drogę W porze południa, choć mu spieszno dalej, Tak i Archanioł umilknął na chwilę Między zniszczonym światem i wznowionym, Bacząc, czy Adam nie zapyta o co;

Poczem łagodnym tonem tak tłómaczył.

«Widziałeś świata początek i koniec, Jakby ród drugi człowieka w odnowie,

Wiele masz jeszcze do ujrzenia, ale Wiem, że już osłabł twój wzrok śmiertelnika. Przedmioty boskie muszą z konieczności Umysł człowieka wyczerpywać, nużyć, Dlatego dalsze dzieje zawrę w słowach,

A ty posłuchaj z należną uwagą.

«Wtóre to plemię, dopóki nieliczne,

Póki w pamięci nie zatrze obrazu Strasznego sądu, bać się będzie Boga,

A zachowując w życiu pewną miarę

i Sprawiedliwości, rozmnażać się szybko, Orając rolę, zbierając plon bujny Zboża, oliwy i wina, przynosząc Częste ofiary z trzód swoich wybrane,

Cielce, jagnięta, koźlęta, obficie Skrapiane winem; będą święcić święta,

I dni swe pędzić w niewinnej radości Przez długie lata pokoju, w rodzinach I pokoleniach, pod rządem ojcowskim,

Aż się człek znajdzie żądny panowania, Piękną równością niezadowolony,

Ani braterstwem; panowanie sobie Niezasłużone przywłaszczy nad braćmi, Zgodę i prawo Natury zupełnie Wypędzi z ziemi. Polując podstępnie I jawnie (ludzie mu będą zwierzyną),

Zgnębi tych, co się oprą jego władzy Tyrańskiej. Zwany będzie łowcem wielkim Przed Panem, jakby urągając Niebu,

Lub też żądając z Nieba drugiej władzy,

A od rokoszu swą władzę wywiedzie,

Choć innym rokosz zarzuci. Gromada,

Z nim albo pod nim pragnących panować, Pójdzie wędrówką na zachód Edenu, Znajdzie równinę, gdzie jak gardziel Piekła, Wre z głębi ziemi topiel czarnej smół)-:

Z niej i z palonej cegły zacznie wznosić Miasto i wieżę, coby sięgła nieba Wierzchołkiem swoim, a im rozgłos dała,

By nie zginęła o nich pamięć, sława,

Zła albo dobra, to im wszystko jedno.

Lecz ich spostrzeże Bóg, co często schodzi Nawiedzać ludzi i ich pomieszkania,

Sam niewidzialny: zbliży się do miasta Wprzód nim ich wieża wzrośnie i dosięgnie Wieżyc niebieskich, i na pośmiewisko Duchem niezgody dotknie ich języki,

Tak, iż rodzinnej zapomniawszy mowy,

Słowa nieznane skrzeczeć będą; wkrótce Powstanie dziki skrzekot budowników,

Jeden drugiego nie zrozumie, w końcu Ochrypli, wściekli, pójdą w rozproszenie. Wielki śmiech będzie w Niebie, gdy Anioły Na dziwny taki zamęt patrzeć będą,

Zgiełku słuchając. Tak śmiesznej budowie Przylgnie na zawsze nazwa zamieszania. Adam w ojcowskiej markotności rzecze:

«Obmierzły synu, przeczżeś wywyższenia Szukał nad braci, przj^właszczając władzę, Której Bóg nie dał: nieograniczone Dał panowanie tylko nad zwierzęty,

Ryby i ptaki; nam przyznał to prawo,

Ale nad człekiem nie stanowił panem Człowieka, tytuł ten sobie zachował! Człowieka wolnym stworzył pośród ludzi. Gwałcicielowi nie dość było władzy Nad człekiem wziętej, wyzwał nawet Boga, Wieżą wysoką oblegając Niebo!

Nędzny! Jakążby żywność podniósł w górę Na wryżywienie siebie i wojsk swoich?

Gdy rozrzedzone w wyżynach powietrze Wnętrznościby mu zepsuło, umarłby Jeśli nie z braku chleba, to powietrza.*

Na to mu Michał: «Słusznie w obrzydzeniu Masz tego syna, który pokój ludzi Zamiesza w taki sposób, że skrępuje Rozumną wolność, ale wiedz zarazem,

Że po upadku twoim już stracona Wolność prawdziwa, która zawsze żyje W ścisłej z rozumem parze, a bez niego Żadna istota nie może jej zyskać.

Jeżeli rozum człowieka przyćmiony,

Lub straci posłuch, wraz niesforne żądze I namiętności na miejsce rozumu Obejmą rządy, i odtąd wolnego Człowieka zrobią niewolnikiem; wtedy Tę dobrowolną duchową niewolę Bóg w słusznym sądzie karze nadesłaniem Gwałtownych władców, którzy mu niegodnie Zewnętrzną wolność często odbierają.

Jest koniecznością tyrania, choć to Nie uniewinnia bynajmniej tyrana.

Czasem narody upadną tak nisko,

Cnotę i rozum tracąc, że nie krzywda,

Lecz sprawiedliwość i jakieś przekleństwo Losu zewnętrzną wolność im odbiera,

Gdy utracili wewnętrzną; przykładem Nieobyczajny syn człowieka, który Budował arkę: za to, iż lżył ojca,

Przeklęty wraz z swem potomstwem skażonem, By niewolnikiem niewolników został.

Tak świat późniejszy, równie jak poprzedni, Coraz gorszemu ulegnie zepsuciu,

Aż rozgniewany tą niegodziwością,

Bóg pozostawi ludzi na ich drogach Skalanych, od nich oczy swoje święte Odwróci, tylko jeden wybierając Naród, i jemu cześć swoję poruczy.

Naród ten, plemię jednego wiernego,

Co przedtem jeszcze nad brzegiem Eufratu Przebywał, a wzrósł pośród bałwochwalców. Czyż możesz wierzyć, iżby ludzi taka Opanowała głupota, gdy jeszcze Żył patryarcha ich, który ocalał Z potopu, — oni zapomnieli Boga,

I czcić zaczęli swe własne utwory Kamienne, albo drewniane, jak bogi!

Lecz tego męża Bóg najwyższy raczył W sennem widzeniu powołać, by z domu Ojca, rodziny, od fałszywych bogów Do tego kraju szedł, który mu wskaże;

Z niego potężny naród wyhoduje, Błogosławieństwem takiem go napełni,

Iż wszystkie ziemi naród)' w nim będą Błogosławione. Usłuchał natychmiast.

Co za kraj nie wie, ale wierzy mocno.

Ty go nie możesz widzieć, lecz ja widzę,

Z jaką opuszcza wiarą swoje bogi,

Przyjaciół, ziemię rodzinną, Chaldeę;

— 403 -

Jak się przeprawia przez Haranu wody,

Za nim pakowny tabor, stada, trzody I liczne sługi: idzie nie ubogi,

Ale bogactwo wszystko swe oddaje W opiekę Bogu, który go powołał Do nieznanego kraju. Teraz wchodzi Do Chanaanu: rozbite namioty Dokoła Sichem, na płaszczyźnie Moreh,

Tam obietnicę otrzymał, że cały Ow kraj posiędzie jego pokolenie.

Od północnego Hamath do Pustyni \

Ku południowi (zwę je po nazwisku,

Chociaż obecnie żadnego nie mają),

Na wschód Hermonu, do wielkiego morza Ku zachodowi. Góra Hermon, morze,

Uważ te miejsca tam, gdzie je wskazuję.

Nad brzegiem Karmel, góra, z niej wypływa Jordan, z dwóch źródeł, prawdziwa granica Od wschodu: tego męża potomkowie Seniru wzgórza kiedyś zamieszkają.

Pomnij, że wszystkie narody na ziemi Błogosławione będą w jego rodzie,

Z jego nasienia wielki Zbawca zetrze Wężową głowę; o czem objawienie Zaraz otrzymasz szersze... Patryarcha Ów, «Abrahamem wiernym» będzie zwany, Zostawi syna i wnuka; ci w wierze, Mądrości, sławie, godni będą jego.

Prawnuk z dwunastu synami swoimi Opuści ziemię Chanaanu, przejdzie

Do kraju, później zwanego Egiptem,

Rzeką Nil na dwie części przedzielonym. Patrzaj, tu płynie, siedmioma ujściami Wpada do morza. W Egipcie ów prawnuk Osiądzie w latach głodu, na wezwanie Jednego z młodszych synów, który cnotą Swoją dostąpi najpierwszego stopnia Po Faraonie. Tam zakończy życie,

A plemię jego wzrośnie w naród liczny I podejrzane będzie późniejszemu Faraonowi, bo obcy a liczni Będą przybysze; z gości zrobi sługi,

Ich rozmnożeniu stawiać będzie tamy,

Każe zabijać synów pierworodnych Owych przybyszów, aż przyjdą dwaj bracia (Mojżesz i Aaron będą ich imiona)

Posłańcy Boga; z polecenia Jego Naród wybrany wywiodą z niewoli I doprowadzą ze sławą i łupem Do obiecanej ziemi. Ale wprzódy Wiarołomnego tyrana, co twierdził Ze nie zna Boga ich, i rozkazania Jego nie spełni, trzeba będzie skruszyć Przez liczne cuda, plagi nadzwyczajne: Rzeki przemienią swe wody w krwi fale, Żaby, wszy, muchy, do obrzydliwości Napełnią jego pałac i kraj cały;

Przepadnie bydło wszelkie od pomoru;

Jego samego i lud jego wszystek Pokryją wrzody i krosty; pioruny

Zmieszane z gradem, grad zmieszany z ogniem Spadną na Egipt z nieba i kraj zniszczą,

A co zostanie traw, owocu, ziarna,

Zjedzą szarańczy nieprzejrzane chmary Do ostatniego szczątka zieloności.

Ciemność zapadnie od granic do granic,

Trzy dni trwać będzie ciemność namacalna, Wreszcie, o samej północy, śmierć spotka Wszystkich Egiptu pierworodnych synów. Tak poskromiony dziesięciu ranami,

Ten potwór rzeczny poddaje się wreszcie,

I gościom swoim dozwala wyruszyć,

Lecz chociaż mięknie zatwardziałe serce, Znowu twardnieje, jak lód po roztopię: Zapamiętały, zapędzi się w pogoń Za tymi, których tylko co uwolnił,

Utonie w morzu wespół z wojskiem swojem, Gdy lud wybrany przejdzie suchą nogą Pomiędzy dwoma ścianami z kryształu, Którym Mojżesza różczka tak stać każe,

Aż ocaleni wyjdą na brzeg drugi.

«Tak wielkiej władzy swojemu świętemu Udzieli Stwórca, choć za pośrednictwem Swego Anioła, który w dzień przed niemi Jak obłok, w nocy jako słup ognisty Iść będzie, drogę wskazując w pochodzie I od pościgu chroniąc; król ów bowiem Uparty, gonić ich będzie noc całą,

Lecz ciemna chmura zbliżyć mu się nie da Aż do poranka: wtedy Bóg, spojrzawszy

Przez słup ognisty i przez słup obłoczny,

Zmiesza mu szyki, wozy pogruchocze.

Gdy Mojżesz dzielną swą laskę podniesie Nad fale morskie — morze go posłucha,

Zaleje zbrojne tłumy, — z niemi wojnę.

Naród wybrany pójdzie z brzegów morskich Przez dziką puszczę nie najkrótszą drogą Do Chanaanu, bo, niedoświadczony W sztuce wojennej, nie zechce uwagi Chananejczyków obracać na siebie;

Strachby go zagnał znowu do Egiptu,

Do haniebnego żywota w niewoli:

Bo życie miłe i dzielnym i podłym,

Póki nie wprawi ich przyzwyczajenie, Zastępujące odwagę szaloną.

Ów długi pobyt w obszernej pustyni I tę im korzyść przyniesie, że sobie Władzę utworzą i senat wybiorą Z pośród dwunastu pokoleń, by rządził Według ustawy, jaka będzie dana,

Gdy z góry Sinai, której szczyt omglony Wstrząśnie się, Pan Bóg zstąpi wśród błyskawic, Huku piorunów i trąby odgłosów,

I nada prawa. Jedne z nich określą Porządek świecki, inne religijne Składanie ofiar, które figuralnie I symbolicznie będą zapowiedzią Tego, co kiedyś zetrze głowę węża,

I tak dokona zbawienia ludzkości.

Lecz dla śmiertelnych zbyt straszny głos Boga;

Wielki ten urząd Mojżesz teraz spełni, Przygotowując i przepowiadając Przyjście większego odeń. I prorocy Następnych czasów wielbić Messyasza Wielkiego będą. Bóg ustanowiwszy Prawa, obrzędy, tak spodoba sobie Ludzi posłusznych Jego świętej woli,

Że raczy wśród nich swój namiot umieścić, Najświętszy, mieszkać razem z śmiertelnymi.

Z Jego rozkazu wzniesiony Przybytek Z cedru i złota, w nim złożona skrzynia Z świadectwem Jego przymierza z człowiekiem, A nad nim będzie złota Ubłagalnia,

Między skrzydłami jasnych dwóch Cherubów, Przed nim wciąż palić się będzie lamp siedem Jak Zodyaku siedem gwiazd niebieskich.

Nad tym namiotem w dzień obłok się wzniesie, A w nocy smuga ognista wciąż błyskać, Wyjąwszy czasu podróży. Nakoniec,

Tak prowadzeni przez Anioła, dojdą Do ziemi, którą Bóg obiecał nadać Abrahamowi i jego potomstwu.

Długo byłoby opowiadać dalsze Wypadki, ile bitew stoczą, ilu Pobiją krolow, ile królestw wezmą;

Albo jak słonce stanie w środku nieba,

Dzień cały przyjście nocy odwlekając,

Na głos jednego człowieka: «Ty, słońce Przeciw Gabaon nie ruszaj się, a ty,

Księżycu, przeciw dolinie Aialon,

Póki Izrael nie przemoże wroga!»

(Tak się zwie trzeci w rodzie Abrahama Syn Tzaaka, od jego imienia Przejdzie ta nazwa na całe potomstwo Zdobywające ziemię Chanaanu.)»

Tu przerwał Adam: «Wysłanniku Nieba,

Co mnie ciemnego oświecasz, jak błogie Opowiedziałeś mi rzeczy! Szczególnie

0 Abrahamie i jego plemieniu.

Teraz dopiero mam oczy otwarte,

Zaspokojone serce, które przedtem Jeszcze dręczyła troska, co się stanie Ze mną i z całem ludzkiem pokoleniem,

A teraz widzę przyjście Tego, w którym Błogosławione będą wszystkie ludy.

Nie zasłużyłem wcale na tę łaskę,

Zakazanemi środkami sięgałem

Po zakazaną wiedzę. Jednej rzeczy

Nie mogę pojąć, że Bóg tym, wśród których

Raczył na ziemi zamieszkać, tak liczne

1 rozmaite prawa ustanowi;

Czyżby tam grzechy równie liczne były?

Czyż Bóg wśród takich grzesznych mieszkać może?

Michał mu na to: «Grzech wśród nich z pe-Panować będzie, bo są twoim płodem; [wnością Dla tego tylko dane te zakony,

By mieli dowód własnej ułomności,

Bo grzech ich ciągle podnieca do walki Przeciwko prawu: gdy ujrzą, że prawo Wykrywa grzechy, ale ich nie gładzi,

Dając zaledwie słabą, figuryczną,

Expiacyę w krwi wołów i kozłów,

Wtedy spostrzegą, iż drogocenniejszą Krwią trzeba spłacić za winy człowieka,

Że sprawiedliwy niesprawiedliwego Winy ma ponieść, by w sprawiedliwości Takiej przez wiarę i dobre uczynki Znaleźli w Bogu usprawiedliwienie,

W sumieniu pokój. Prawem przepisane Nie zaspokoją sumienia obrzędy;

Człowiek sam z siebie nie mógłby wypełniać Wskazanych prawem przepisów moralnych; Nie wypełniając ich, traciłby życie,

Więc nie wystarcza prawo, ono tylko Na to nadane, by przygotowało Lepsze przymierze, gdy się spełnią czasy;

By od nauki pod postacią danej,

Przyszedł do prawdy, od ciała do ducha,

Od nałożenia prawa surowego Do swobodnego brania szczodrej łaski,

Od niewolniczej do synowskiej trwogi,

Od praw spełniania do uczynków wiary.

I Mojżesz, choć tak od Boga kochany,

Jest tylko sługą prawa, nie on zatem Lud swój wprowadzi do ziemi Chanaan,

Ale Jozue, którego poganie Zowią Jezusem: on imię i urząd Piastuje Tego, który zetrze Węża,

I ludzi, długo po pustym świata Błądzących, wwiedzie do spoczynku Raju.

te

Sgfe

A ci tymczasem w ziemskim Chanaanie Długo zaż)?wać będą pomyślności,

Lecz grzechy ludu rwać będą ten pokój, Pobudzą Boga, że im wznieci wrogów, Pokutujących znów ratować będzie.

Naprzód Sędziowie, potem będą rządy Sprawować Króle, z których drugi, sławny I z pobożności i z przewag potężnych, Otrzyma boską obietnicę taką Nieodwołalną, iż jego królewski Tron wiecznotrwały będzie; tak orzekną Wszystkie proroctwa, — że z plemienia króla Dawida (takie jego imię) kiedyś Syn się narodzi, Nasienie Niewiasty Przepowiedziane tobie, a następnie Abrahamowi, jako Zbawca, w którym Wszystkie narody nadzieje swe złożą, Zapowiedziany królom, z nich ostatni,

Bo wiecznie jego królestwo trwać będzie. Lecz wprzód przeminie długi szereg królów: Zaraz najpierwszy, syn Dawida, sławny Z mądrości, z bogactw, dla arki Przymierza Przechowywanej aż dotąd w namiotach, Wzniesie wspaniałą świątynię. Nastąpią Bądź dobrzy, bądź źli królowie; złych więcej; Ich bałwochwalstwo i inne występki I gromadzące się wciąż grzechy ludu Gniew Boga wzniecą tak, iż ich opuści:

Ich kraj, stolicę i swoję świątynię,

Arkę Przymierza i wszystkie świętości

— 411 —

Na pohańbienie wyda, łupem zrobi Pysznego miasta, którego wieżyce Widziałeś dawniej opuszczone, zwane Babilon, czyli zmieszanie języków.

Tam ich w niewoli siedmdziesięcioletniej Pan pozostawi, potem ich powróci,

Na łaskę pomny swą, na przysiężone Przymierze z królem Dawidem, tak stałe Jak dni na Niebie stale następują. Wróciwszy z więzów Babilonu, naród, Królów, swych panów, mając pozwolenie, (A Bóg ich serca ku temu nachyli),

Z żarliwą wiarą Dom Boży zbuduje,

W swem poniżeniu mierny żywot spędzi, Aż wzrósłszy w liczbę i bogactwa, zacznie Wojnę domową. Między kapłanami Naprzód powstaną rozterki, wśród mężów Co u ołtarza służąc, powinniby Szanować pokój. Zatargi ich nawet Świątynię Pańską zbezczeszczą: nakoniec Za berło chwycą królewskie, nie bacząc Na pozostałe potomstwo Dawida:

W ręce obcego przejdzie panowanie,

By pomazaniec, prawy król, Messyasz, Mógł się narodzić z praw swoich obdarty. Gwiazda na niebie dotąd niewidziana, Zwiastuje światu Jego narodzenie, Powiedzie mędrców Wschodu, szukających Gdzie się narodził, by mu w darze złożyć Mirrę, kadzidło i złoto; to miejsce

Prostym pasterzom, trzód strzegącym w nocy, Ukaże Anioł; pośpieszą weseli I słyszeć będą Aniołów zastępy,

Opiewające Jego chwałę. Panna Jest Jego Matką, Ojciec Siła Boska,

Na tron dziedziczny wstąpi i rozszerzy Swe panowanie aż do krańców ziemi,

A chwałę swoję aż do krańców Nieba.»

Umilkł, spostrzegłszy, że Adam z radości Łez pełne oczy miał, jak w ciężkim żalu; Płakałby, gdyby nie dał sobie folgi W słowach, więc takie z piersi swej wydobył:

«Proroku dobrej nowiny, twe słowa Me najszczytniejsze spełniają nadzieje,

Teraz rozumiem jasno (czego wprzódy Próżno usilnem szukałem myśleniem),

Dla czego wielki nasz Oczekiwany Będzie nazwany Nasieniem Niewiasty.

Bądź pozdrowiona, o Dziewico Matko!

Wielka miłością Nieba, ty z biodr moich,

A z twego łona Syn Boga Wielkiego;

Tak Bóg z człowiekiem połączyć się raczy. Teraz Wąż pewno starcia swojej głowy W śmiertelnym strachu czeka; powiedz Gdzie, kiedy walkę stoczą, co urazi Piętę Zwycięzcy? » Michał na to rzecze:

«Nie wyobrażaj sobie pojedynku,

Ran w głowę albo w piętę. Nie dla tego Syn Człowieczeństwo z Boskością połączył, By z wielką siłą zbić nieprzyjaciela;

Nie w taki sposób ma być pokonany Szatan, któremu straszniejsze skruszenie, Upadek z Nieba, zostawiło siłę Zadania tobie śmiercionośnej rany,

Którą On, Zbawca, przyjść mający, zgoi, Nie niszcząc Czarta, tylko jego dzieło W tobie i w twoim rodzie. To się może Stać nie inaczej, jak spełnieniem tego W czem ty chybiłeś, posłuszeństwem prawu Pod karą śmierci na cię włożonemu,

I poniesieniem śmierci za twą winę I winę tych, co z ciebie się narodzą.

Tak tylko można zadosyć uczynić . Sprawiedliwości. On to prawo boskie Przez posłuszeństwo i miłość wypełni, \,\ |)Choć miłość sama już wypełnia prawo.

) I twoje karę On przyjmię na siebie Obłócząc ciało, by żyć w poniżeniu [ I śmierć przeklętą ponieść, głosząc życie Tym wszystkim, którzy uwierzą, że zbawi, Że posłuszeństwo Jego, przez ich wiarę,

Im przyczytane będzie, wszystkim Którzy uwierzą, jako do udziału W chwale zasługi własne nie wystarczą, Chociażby prawu zadosyć czyniły,

Bez Zbawiciela zasług nieskończonych.

Dla tego będzie On znienawidzony,

W życiu bluźniony, pojmany, sądzony, Skazany na śmierć haniebną, ohydną,

Przez swoich ziomków przybity do krzyża,

Zabity za to, że życie przynosi.

Ale do krzyża on twych nieprzyjaciół Przybije, z nimi prawo przeciw tobie,

Grzechy ludzkości całej ukrzyżuje,

Że odtąd nigdy nie będą szkodziły Tym, co swą ufność w zadośćuczynieniu Jego położą. Tak umrze, by„ząraz

-stać z umarłych. Śmierć tylko na krótko , Nad nim mieć będzie władzę: nim powróci Trzecie świtanie, ujrzą gwiazdy ranne Powstającego z grobu, jak jutrzenka Rzeźkiego; spłaci okup za człowieka,

Wyzwoli z władzy śmierci. Tak ocali Korzystających z tej łaski przez wiarę I połączone z nią dobre uczynki.

To boskie dzieło unieważni wyrok U), ny na ciebie, abyś śmiercią umarł,

[W grzechu na zawsze pozbawiony życia;

(To dzieło zetrze głowę Czarta, skruszy Moc jego, zwalczy Grzech i Śmierć, dwa główne Jego oręże, i głębiej pogrąży Ich żądła w jego głowę, niż czasowa i, Śmierć, czyhająca na piętę Zwycięzcy.

A wybawionych śmierć to jak sen cichy,

I Łagodne przejście do wiecznego życia.

Po zmartwychwstaniu niedługo na ziemi Przebywać będzie, tylko kilka razy i Zjawi się uczniom swym, co mu za życia , Towarzyszyli stale. Im poleci,

1 Aby naukę i zbawienie Jego

- 415 -

Opowiadali wszystkim ludom świata;

Tych, co uwierzą, aby chrzcili w rzekach Najbliższych, na znak obmycia ich z grzechu Pierworodnego i przygotowania Na śmierć podobną śmierci Zbawiciela, Gdyby potrzeba zaszła. Uczyć będą Wszystkie narody, bo już od dnia tego Nietylko dzieciom z lędźwi Abrahama Przepowiadane będzie wybawienie,

Ale i dzieciom wiary Abrahama Na całym świecie: tak wszystkie narody Błogosławione będą w jego rodzie.

Wtedy Pan wstąpi na Niebiosa Niebios, Tryumfujący nad nieprzyjaciółmi Swymi i twymi; pochwyci w przestworzu Księcia powietrza, Węża, i w okowach Przez całe jego królestwo powlecze,

Tam go na pastwę rozpacz}? porzuci.

Wtedy do chwały wejdzie, po prawicy Boga zasiędzie, nad wszystkie imiona Niebieskie wyższy; a gdy świata tego Dojrzeje koniec, przyjdzie w blasku chwały I mocy, sądzić żywych i umarłych. Niewiernych poda śmierci wiekuistej, Wiernych nagrodzi przyjęciem do chwały Na ziemi, albo w Niebie; ziemia cała Będzie też Rajem naówczas, szczęśliwszym Niż Eden, i ze szczęśliwszemi dniami.*

To rzekłszy Michał Archanioł umilknął, Do tak wielkiego doszedłszy okresu

Przeznaczeń świata; nasz wielki praojciec Pełen radości i zachwytu rzecze:

«0 nieskończona, niezmierna Dobroci!

Co tyle dobra ze zła wyprowadza,

Złe nawet w dobre zamienia; cudniejsza,

Niż kiedy światło z nicości wywiodła W stworzeniu świata! Sam już teraz nie wiem, Czy mam żałować grzechu, jakim spełnił I spowodował, czy raczej się cieszyć,

Że więcej dobra z niego się wytworzy Bogu na chwałę, ludziom na pożytek;

Nad gniewem łaska obfitować będzie.

Lecz powiedz, gdy Nasz Zbawiciel do Nieba Powrócić musi, co spotka nielicznych Wierzących w niego od tłumów niewiernych I nieprzyjaciół prawdy? Kto strzedz będzie Lud Jego, kto go bronić? Czy nie zechcą Gorzej ich krzywdzić, niż Jego samego?»

«Z pewnością zechcą, rzekł Anioł, lecz z Nieba Pocieszyciela on przyśle swym wiernym, Obiecanego przez Ojca. Duch Jego Wśród nich zamieszka, i miłości sprawą W sercach ich kreślić będzie prawo wiary, Prowadzić drogą prawdy i okrywać Zbroją duchowną, aby się zdołali Opierać szturmom Szatana i gasić Jego ogniste groty. Tak wspierani,

Będą niezłomni, nie zlękną się śmierci,

Ani najsroższych tortur, nagrodzeni W sercu pociechą tak, iż w podziwienie

Kaj utracony. 41 i — 2i

Wprawią najdzikszych swoich prześladowców. \ Bowiem Duch Święty naprzód się wyleje"

■ Na Apostołów, aby nauczali \ Wszystkie narody, a potem na wszystkich Ochrzczonych spuści przecudowne dary: Wszystkiemi mówić będą językami,

I czynić cuda, jak ich Mistrz przed nimi.

Więc liczne rzesze ze wszystkich narodów Z radością przyjmą ich poselstwo z Nieba,

W^ końcu spełniwszy służbę, dokonawszy Dobrze zawodu, i pozostawiwszy Spisaną swoję naukę i dzieje,

Zakończą żywot, lecz, jak ostrzegali,

Zjawiać się będą czasami w ich miejsce,

Jako pasterze, wilki krwi niesyte,

I wszystkie święte Nieba tajemnice Na swoję korzyść wyzyskiwać będą W celach ambitnych: zabobonem skażą Pozostawioną prawdę w księgach świętych, Sobie przywłaszczać będą dostojeństwa,

Miejsca wysokie, tytuły i władzę,

Wciąż pod pozorem dążności duchownych.

Ale to będą nowości bezbożne,

Na które wielu odważy się; ciężkie Prześladowanie nastąpi tych wszystkich,

Którzy wytrwale będą czcili Boga W duchu i w prawdzie: inni, w większej liczbie, Cześć religijną w zewnętrznych obrzędach I w formalnościach zawrą drobiazgowych; Prawda, strzałami potwarzy przeszyta,

Ścichnie, i rzadkie będą czyny wiary.

Tak świat przeciwny dobrym, złym przychylny, Iść będzie, jęcząc pod własnem brzemieniem,

Aż dzień się zbliży, w którym sprawiedliwy Odetchnie wolno, złego dotknie zemsta; Przyjdzie ów, tobie naprzód obiecany Niejasno, jako Nasienie Niewiasty,

Teraz wyraźniej, twój Pan i twój Zbawca; Przyjdzie w obłokach, w chwale Ojca swego, Skruszy Szatana, jego świat przewrotny;

Z Nieba i Ziemi, oczyszczonych ogniem,

Nowe Niebiosa, nową Ziemię stworzy,

Wieki bez końca, oparte na cnocie,

Pokojem tchnące, miłością, i zawsze Owocujące w radość i zbawienie!»

Umilkł, a Adam tak mu w końcu rzecze:

«Błogosławiony wieszczu, jakże szybko Twoje wieszczenie zmierzyło znikomy Świat i bieg czasu, aż wstrzymany, stanie!

Po za tem przepaść — wieczność, której końca Nigdy wzrok żaden nie dosięgnie. Teraz Odchodzę z miejsc tych bardzo pouczony, Uspokojony w duszy, zbogacony 1 Tą wiedzą, jaką mój umysł obejmie;

Sięgać po więcej było głupstwem mojem;

Teraz naukęm zyskaŁ-że najlepiej Bogajodyn i e'Siu c hać, bacsię, kochać,

'ażdy krok czynić, jakby w obec Niego;

Zawsze Opatrzność Jego mieć w pamięci,

W Nim tylko ufać, bo On miłosierny

Dla dzieł swej ręki; zawsze przezwycięża Dobrem złe; spełnia małemi środkami Wspaniałe rzeczy; tem, co według świata Słabe, obala potężnych na świecie,

A mądrych świata wstydzi maluczkimi,

Wiem, że cierpienie za prawdę jest męstwem Do najwyższego wiodącem zwycięstwa,

I że dla wiernych śmierć jest bramą życia.

Tak mnie naucza przykład mego Pana,

Którego teraz uznaję za Zbawcę Mego, na wieki błogosławionego.*

Anioł mu na to rzecze raz ostatni:

«Jeśliś się tego nauczył, dosiągłeś

r Szczytu mądrości, już się nie spodziewaj Wyżej postąpić, choćbyś wszystkie gwiazdy Znał po nazwisku, wszystkie Niebios siły, Skrytości głębin, Przyrody działanie,

Lub sprawy Boga na niebie, w powietrzu,

V Ziemi i morzu; chociażbyś posiadał Wszystkie bogactwa świata i sam jeden Nad królestwami wszystkiemi panował.

Dołączaj czyny do tej wszystkiej wiedzy,

Ona na ciebie obowiązki wkłada;

! Dołączaj wiarę, cnotę i cierpliwość,

/Umiarkowanie i miłość, co kiedyś Przybrawszy nazwę miłosierdzia, będzie Wszystkich cnót duszą. Przestaniesz się martwić Z utraty Raju, bo wtedy posiędziesz Raj w duszy, większe szczęście przynoszący. Lecz zejdźmy z tego szczytu rozważania,

Bo już się rozstać będziemy musieli,

Już oto straże, które tam na wzgórzum Postawił, hasła swego oczekują,

A na ich czele oręż płomienisty Na znak odejścia groźne ruchy czyni.

Nie możem być tu dłużej; obudź Ewę,

I ją też słodkim snem, wieszczącym dobro, Uspokoiłem, i skłoniłem umysł Do pokornego przyjęcia swej doli.

W stosownej porze powiedz jej to wszystko Coś słyszał, głównie w przedmiocie jej wiary,

Że z jej nasienia (Nasienia Niewiasty)

Przyjdzie Zbawiciel rodzaju ludzkiego.

Jeszcze wam długo żyć w wierze i zgodzie,

Choć zasmuconym winą popełnioną,

Lecz większą jeszcze budząc w sobie radość Szczęsnego końca rozpamiętywaniem.»

Umilkł, obadwa zstąpili ze wzgórza:

Adam pośpieszył naprzód do schroniska,

Gdzie snem zmorzoną pozostawił Ewę,

Lecz obudzoną zastał i usłyszał Takie nie smutne wcale z ust jej słowa:

«Wiem skąd powracasz, i gdzie idziesz teraz,

i Bo Bóg i we śnie wskazówek udziela;

■.Kiedym znękana smutkiem w sen zapadła,

Zesłał widzenie, szczęścia przepowiednie.


Teraz mnie prowadź, zwłoki nie przyczynię.

Dla mnie iść z tobą, jakby zostać w Raju,

i Samej tu zostać prawdziwe wygnanie.

Ty, co z mej winy stąd idziesz wygnany,

, Wszystkiem mi jesteś i za wszystko staniesz, . Tę tylko pewną unoszę pociechę,

Że choć przezemnie wszystko utracone, Niegodna takąm łaskę uzyskała,

Ze Odnowącielprzezemnie świat zbawi.»

Tak rzekła matka nasza, Adam słuchał Uradowany, lecz nie odpowiedział,

Bo już Archanioł zbliżył się, a z wzgórza Przeciwległego hufiec Cherubinów W błyszczącym szyku szedł na stanowisko. Jak meteory sunęli po ziemi,

Jak mgła wieczorna, nad rzeką powstała, Gdy się prześlizga przez bagna i prawie Za piętę chwTyta powracającego .

Z pola rolnika. Przed nimi wysoko \

Jasno migotał miecz ognisty Boga ; Nakształt komety strasznej, co upałeln Suchym, jak tchnienie libijskiej pustyni, Pożogę niesie urodzajnym niwom.

Więc przyśpieszając, Anioł ujął ręce Naszych nieskorych prarodziców, powiódł ' Prosto do bramy wschodniej, tam ze skały, | Poprowadziwszy na płaszczyznę, zniknął; | Spojrzą za siebie, a nad całą wschodnią Granicą Raju, ich jeszcze niedawno Błogą siedzibą, wiewają płomienie;

W bramie postaci groźne, broń ognista.

Nie mogli łez powstrzymać, lecz je prędko

Obtarli; cały świat mieli przed sobą,

Na wypoczynek miejsca do wyboru,

Pod Opatrzności przewodem. Powolnym Krokiem wędrowca, ręka w rękę poszli Po przez Edenu samotne przestrzenie.