Dyskusja indeksu:PL Fiodor Dostojewski - Zbrodnia i kara (1928)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

Tom I[edytuj]

W początku lipca, w dzień nadzwyczaj skwarny, pod wieczór pewien młodzieniec wyszedł ze swej komórki, którą odnajmował od lokatorów w zaułku S., na ulicę, i zwolna, jakby niezdecydowany, skierował się w stronę mostu K.
Szczęśliwie uniknął spotkania ze swą gospodynią na schodach. Jego komórka mieściła się pod samym dachem wysokiego czteropiętrowego domu i podobna była raczej do szafy, niż do mieszkania. Gospodyni zaś jego, od której najmował tę komórkę z obiadem i usługą, mieszkała o jedno piętro niżej w osobnym lokalu, a za każdym razem, przy wychodzeniu z domu, wypadało mu koniecznie przechodzić tuż przy jej kuchni, prawie zawsze otwartej na-oścież od strony schodów. I za każdym razem młodzieniec, mijając ją, dozinawał uczucia jakby słabości czy strachu, co go niepomiernie gniewało i wyruszało: okropnie był zadłużony u gospodyni i lękał się z nią spotykać.
Nie dlatego, żeby był.istotnie tchórzliwym i zahukanym, bynajmniej, a nawet wprost przeciwnie; lecz od pewnego czasu był niezwykle rozdrażniony i znękany; jakgdyby cierpiał na hopochondrję. Tak się zagłębił sam w sobie, że usunął się od wszystkich i lękał się jakiegokolwiek spotkania, nietylko spotkania z gospodynią.
Zgnębiła go bieda; ale nawet ta szczupłość funduszów przestała mu dokuczać ostatni em i czasy. Swemi pows.ze-dniemi sprawami przestał i nie chciał się zajmować wcale. Żadnej gospodyni zgoła się nie lękał, bodajby nawet naj gorsze miała względem niego zamiary. Ale zatrzymać się na schodach, słuchać ’byle gadaniny o tych codziennych, drobiazgach, ’które go nic a nic nie obchodzą, wszystkie te natrętne domagania się zapłaty, groźby, skargi, a przytem samemu kręcić się, przepraszać, wyłgiwać, — nie, lepiej już, jak kot, prześlizgnąć się przez schody i drapnąć, nie widząc się z nikim.
Zresztą tym razem obawa spotkania się z wierzycielką nawet jego samego uderzyła po wyjściu na ulicę.
„Takiego czynu chcę się dopuścić, a lękam się takich głupstw!“ pomyślał z dziwnym uśmiechem. „Hm... tak, człowiek ma wszystko w ręku, i wszystko ucieka mu z przed nosa jedynie przez tchórzostwo to tak... Ciekawym, czego się też ludzie najbardziej lękają? Nowego kroku, nowego własnego słowa lękają się najbardziej... A zresztą, za dużo gadam. Dlatego nic nie robię, że gadam. Lepiej powiem: dlatego gadam, że nic nie robię. W tym to ostatnim miesiącu nauczyłem się gadać, leżąc po całych dniach w kącie i myśląc... o niebieskich migdałach. Ale poco ’idę teraz? Czym zdolny do tego? Czy to na ser jo? Wcale nie na ser jo. Tak, dla fantazji sam sobie płatam figle? Bardzo być może, że figle.
Na ulicy straszna była spiekota, a przytem duszność, tłok, wszędzie wapno, rusztowania, cegła, kurz i ten szczególny letni swąd, tak znany każdemu mieszkańcowi Petersburga, nie mogącemu mieć willi, — wszystko to razem nieprzyjemnie dotknęło bardzo rozdrażnione nerwy młodzieńca.
Nieznośny zaś odór z traktjerni, których w tej części miasta niezwykłe mnóstwo, i pijani, spotykani co krok, pomimo że był dzień powszedni, uzupełniali wstrętny i smutny koloryt dbrazu. Uczucie najgłębszej ohydy błysnęło na chwilę w delikatnych rysach młodzieńca. A był on bardzo przystojny, o ślicznych, ciemnych oczach, szatyn, wzrostu iwięcej niż średniego, szczupły i zgrabny. Ale wkrótce wpadł jakby w głęboką zadumę, a nawet, mówiąc ściślej, jakby w zapomnienie i poszedł już, nie widząc nic dokoła ¡siebie, bo i nie pragnąc nic widzieć. Zrzadka tylko szeptał coś do siebie, z przyzwyczajenia do swych monologów, do którego przyznał się przed chwilą. W tej chwili czuł on zarazem, że myśli mu się niekiedy mącą i że jest bardzo słaby: już drugi dzień jak nic prawie nie jadł.
Ubrany był tak nędznie, że inny człowiek, nawet przyzwyczajony, wstydziłby się w dzień wychodzić w takich łachmanach na ulicę. Zresztą ta część miasta była taka, że ubraniem byłoby tu trudno Ikogoś zadziwić. Bliskość placu Siennego, mnogość pewnych zakładów i ludność przeważnie cechowa i rzemieślnicza, slkupiona w tych środkowych uilicadh i zaułkach Petersburga, pstrzyły niekiedy ogólną panoramę takiemi osobnikami, że dziwnem byłoby się.zdumiewać przy spotkaniu z którą z tych figur. Ale tyle zjadliwej pogardy skupiło się już w.duszy młodzieńca, że, nie bacząc na całą swą, niekiedy arcyimłodą drażliwość, on najmniej się wstydził swych łachmanów na ulicy. Co innego, przy spotkaniu z pewnymi znajomymi lub z byłymi kolegami, z którymi wogóle spotykać się nie lubił... A jednak, gdy jakiś pijak, którego niewiadomo poco i dokąd wieziono naówczas przez ulicę na ogromnym wozie, zaprzężonym w olbrzymiego konia od ciężarów, krzyknął doń nagle, w przejeździe: „Ej ity! szwabski ka-peiuszriik!“ i zaśmiał się na całe gardło, wskazując nań ręką — młodzieniec nagle przystanął i gorączkowo złapał się za kapelusz. Był to wysoki, okrągły, zimmermanowski cylinder, ale już strasznie zniszczony, cały zrudziały, pogięty i poplamiony, bez taśmy i.najbezecniej przyklapnięty z jednego boku. Ale nie wstyd, lecz jakieś zupełnie inne uczucie, podobne nawet do przerażenia, odwładnęło nim wtedy.
— Wiedziałem o tem! — mruknął ponuro — wiedziałem! To właśnie najgorzej! Oto takie głupstwo, taki drobiazg marny i cały plan na nic! Tak. kapelusz zanadto krzyczący... śmieszny, dlatego zwraca uwagę... Do moich łachmanów potrzebuję koniecznie czapki, starego jakiego grata, byle nie to paskudztwo... Nikt takich nie nosi, o wiorstę go spostrzegą... będą pamiętać... to właśnie, że będą pamiętać i wydadzą. W takich razach trzeba dawać jaknajmniej powodów... Drębiazgi, najgłówniej drobiazgi...! Te drobiazgi właśnie gulbią zawsze i wszystko...
Iść miał niedaleko, wiedział nawet ile kroków od bramy jego idornu: dokładnie siedemset trzydzieści. Jakoś razu pewnego zliczył je najmimowolniej w zamyśleniu. Wówczas sam nie wierzył w te swoje mrzonki i tylko drażnił siebie ich okropną, ale ponętną śmiałością. Teraz zaś, po miesiącu, zaczynał już patrzeć inaczej i pomimo wszystkich drażniących monologów o własnej bezsilności i niezdecydowaniu, mimowoli jakoś ową „okropną mrzonkę przyzwyczaił się uważać za przedsięwzięcie do urzeczywistnienia, lubo ciągle jeszcze nie dowierzał samemu sobie. Nawet teraz szedł zrobić próbę swego przedsięwzięcia, a z każdym krokiem wzruszenie jego wzrastało silniej i silniej.
Z zamierającem sercem, drżąc nerwowo, zbliżył się do olbrzymiego domu, wychodzącego z jednej strony na kanał, a z drugiej na ulicę —...ą. Dom ten składał się z maleńkich lokali i był zaludniony przez rozmaitych pracowników — krawców, ślusarzy, kucharki, różnych niem-ców, dziewczęta tolerowane, drobnych urzędników i t. p. Wchodzący i wychodzący tłumnie — co chwila mijali obie bramy i kręcili się na obu podwórzach domu. Nadzór spełniało trzech czy czterech stróżów. Młodzieniec był bardzo kontent, nie spotkawszy się z żadnym z tych ostatnich i niepostrzeżenie prześlizgnął się zaraz z bramy na prawo na schody. Schody były ciemne i wąskie, „kuchenne“, ale on już wiedział o tem, wszystko już zbadał, zmierzył, i całe to otoczenie bardzo mu odpowiadało: w takiej ciemności nawet ciekawy wzrok nie był niebezpieczny. „Jeżeli teraz tak się boją, cóżby to było, gdyby istotnie miało dojść co do czego?“ pomyślał mimowoli, zdążając na trzecie piętro. Tu zagrodzili mu drogę dymisjonowani żołnierze, tragarze, wynoszący meble z jednego z lokali Wiedział on już przedtem, że w tym lokalu mieszkał jakiś familijny niemiec, urzędnik: „zatem ten niemiec przenosi się, więc na trzeciem piętrze i na tym placyku, przez jakiś czas, będzie zajęte tylko mieszkanie starej. To dobrze... na wszelki wypadek...“ pomyślał znowu i zadzwonił do mieszkania starej. Dzwonek brzęknął słabo, jakgdy-by ulany był z blachy nie z miedzi. W małych lokalach takich domów wszędzie prawie są takie dzwonki. Zapomniał już dźwięku tego dzwonka i teraz ten dziwny brzęk jakby mu coś przywiódł na pamięć i jasno przedstawił... Zadrżał, ¡zanadto miał już osłabione nerwy tym razem. Wkrótce potem drzwi otworzyły się na maleńką szparkę: mieszkanka oglądała przybyłego z widocznem niedowierzaniem i widać tylko było jej oczki, połyskujące w ciem ności. Ujrzawszy jednak ina placyku dużo ludzi, nabrała odwagi i otworzyła drzwi naoścież. Młodzieniec wstąpił przez próg do ciemnego przedpokoju, oddzielonego przepierzeniami od maleńkiej kuchenki. Stara stała przed nim w milczeniu i spoglądała nań pytająco. Była to drobna, sucha staruszeczka, lat sześćdzesięciu, o złem i ostrem wejrzeniu, o małym zaostrzonym nosku, z gołą głową. Jej brudno blond włosy, niezbyt siwe, były obficie wyłojone tłuszczem. Na jej cienkiej i długiej szyi, przypominającej kurzą łapę, wisiała jakaś flanelowa szmata, plecy zaś — pomimo upału — ustroiła sobie w wytarty i pożółkły futrzany kaftan. Młodzieniec spojrzał widać na, nią jakimś dziwnym wzrokiem, gdyż w oczach jej nagle błysnęło znowu poprzednie niedowierzanie.
— Raskolnikow, student, miesiąc temu byłem u pani, — spiesznie wycedził przybyły z półukłonem, przypomniawszy sobie, że trzeba być uprzejmiejszym.
— Pamiętam, dobrodzieju, pamiętam bardzo dobrze, że pan byłeś — odparła staruszka — ani na chwilę nie spuszczając zeń swych przenikliwych oczek.
— Otóż... znowu przychodzę po to samo... zaczął Raskolnikow, trochę zmęczony i zadziwiony niedowierzaniem staruszki.
„A może ona zawsze taka, możem wówczas nie uważał na to“, pomyślał z nieprzyjemnym uczuciem.
Stara zamilkła, jakby się namyślając, potem odeszła na stronę i, wskazując na drzwi do pokoju, wyrzekła, puszczając gościa naprzód:
— Wejdź pan.
Nieduża izba, do której wszedł młodzieniec, o żółtem obiciu, z geranją i perikalowemi firankami w oknach była w tej chwili jasno oświetlona promieniami zachodzącego słońca.
„A więc i wtedy będzie także słońce“, najinimowolniej błysnęło w umyśle Raskolnikowa, i bystrym wfrokiem rozejrzał się po całej izbie, ażeby jak najdokładniej wszystko zbadać i zapamiętać. Ale w pokoju nie było niczego nadzwyczajnego. Meble bardzo stare, jesionowe, żółte, składały się z kanapy z ogromnem wygiętem oparciem drewnianem, z okrągłego stołu formy owalnej, tualety ze zwierciadłem pomiędzy oknami, krzeseł przy ścianach, 5 dwóch czy trzech groszowych obrazków w żółtych ram kach, wyobrażających panny niemieckie z ptaszkami w rękach — oto całe umeblowanie. W kącie, przed niewielką kapliczką płonęła ¡lampka. Wszędzie było nadzwyczaj czysto: meble i podłogi aż błyszczały od wycierania. „To praca Elżbiety“ pomyślał młodzieniec. Najmniejszego kurzu nie można było dostrzec w całem mieszkaniu. „Taka czystość bywa itylko u złych i starych wdów“ myślał dalej Rasko’1-nikow i ciekawie zanurzył wzrok poza perkalową portjerę do drugiej maleńkiej izdebki, mieszczącej w sobie pościel staruszki i komodę. Jeszcze nigdy tam nie zaglądał. Całe mieszkanie składało się z tych dwóch pokojów.
— Czego pan chcesz? — srogo zapytała staruszka, ¿wchodząc do izby i, jak poprzednio, stając przed nim, ażeby mu patrzeć prosto w oczy.
— Chciałem zastawić... to! — Wyjął z kieszeni stary płaski srebrny ’zegarek. Na jego tylnej kopercie był wyryty globus. Łańcuszek był stalowy.
— Ale i na tamten zastaw już dawno minął termin. Trzy dni temu upłynął już miesiąc.
— Zapłacę pani procent jeszcze za miesiąc: cierpliwości.
— A to już moja dobra wola: być cierpliwą, albo sprzedać zastaw choćby zaraz.
— Wiele mi pani da za zegarek?
— Z drobiazgami przychodzisz, dobrodzieju; nic prawie nie warte. Na pierścionek dałam wówczas dwa papierki, a u jubilera możnaby taki sam kupić za półtora rubla.
— Daj pani ze cztery ruble, wykupię zegarek po ojcu. Wkrótce przyślą mi pieniądze.
— Półtora rubelka i procent zgóry, jeżeli łaska.
— Półtora rubla! zawołał młodzieniec.
— Wolna wola. — I stara podała.mu zegarek. Młodzieniec wziął go i tak się rozgniewał, że chciał już odejść; ale zaraz opamiętał się, przypomniał bowiem sobie, że nie miał już dokąd iść i że przyszedł jeszcze po coś innego.
— Dawaj pani! — rzekł szorstko.
Stara sięgnęła do kieszeni po klucze i poszła do drugiej izby za portjery. Młodzieniec, zostawszy sam jeden na środku pokoju, ciekawie przysłuchiwał się i rozważał. „Widocznie górna szuflada, myślał, klucze nosi tedy w pra-
— 13 — wej kieszeni... Wszystkie na jednem kółku, w jednym pęku... I tam jeden klucz jest większy od innych, trzy razy, z zębatą główką, oczywiście nie od komody... A więc jest jeszcze jakaś szkatułka lub skrytka... To właśnie grunt. Do skrytek zawsze bywają takie klucze... A zresztą, wszystko to podłe“...
Stara powróciła.
— Tak oto, dobrodzieju; ¡licząc po grzywnie na miesiąc od rubla, to za półtora rubla wypadnie piętnaście kopiejek, na miesiąc zgóry. A za tamte dwa rubelki należy się od pana jeszcze dwadzieścia kopiejek, to razem będzie trzydzieści pięć. A więc za zegarek dostanie pan wszystkiego rubel i kopiejek piętnaście. Oto są.
— Jakto! Więc już teraz tylko rubel piętnaście!
— Tak jest.
Młodzieniec nie sprzeczał się i wziął pieniądze. Patrzał na starą i nie śpieszył się z odejściem, jakgdyfby chciał coś powiedzieć, czy zrobić, ale jakby sam nie wiedział, czego chciał właściwie...
— Może ja pani w tych dniach przyniosę jeszcze jedną rzecz... srebrną... śliczną... papierośnicę... jak wrócę od przyjaciela... — zaciął się i urwał.
— A to wtedy pogadamy, mój dobrodzieju.
— Bądź pani zdrowa... A pani zawsze sama siedzi w domu, siostrzyczki nieima? Zapytał, jak mógł, najprzychylniej, wchodząc do przedpokoju.
— A tobie co do niej, dobrodzieju?
— Nic szczególnego. Tak się pytam... Pani bo zaraz... Bądź pani zdrowa!
Raskolnikow wyszedł zupełnie zgnębiony. Stan ten pogarszał się z każdą chwilą. Schodząc ze schodów, zatrzymał się nawet kilka razy, jakby go coś nagle uderzyło I nareszcie, już na ulicy, zawołał:
— O Boże! Jakie to wszystko wstrętne! I miałżebym ja... inie, nie! To żarty! To szaleństwo! — Dodał stanowczo: I czyż taka okropność mogła mi przyjść do głowy? Ach do jakiej nędzy zdolne jest moje serce!... Przecież to brud, podłość, ohyda, srom!... Ja przez cały ¡miesiąc!... Alle nie mógł ani słowami, ani wykrzyknikami wyrazić swego wzruszenia. Uczucie nieskończonego wstrętu, które zaczęło dręczyć i mącić mu serce jeszcze wówczas, gdy szedł do starej, doszło teraz do takich rozmiarów i sta ło się tak rażące, że nie wiedział, jak uciec od swej troski. Szedł po trotuarze, jak pijany, nie zwracając uwagi na przechodniów i potrącając ich, aż opamiętał się dopiero na następnej ulicy. Obejrzawszy się, zauważył, że stoi tuż przy jakimś szynku, do iktórego wejście było z trotu-aru po schodach na dół, do suteryny. Z drzwi akurat w tej chwili wychodziło dwóch pijanych, którzy, podtrzymując jeden drugiego i wymyślając sobie nawzajem, wdrapywali się na ulicę. Raskolnikow bez namysłu zszedł na dół. Ngdy dotąd tnie bywał w szynkach, ale teraz w głowę rnu się kręciło, a przytem dręczyło go palące pragnienie. Zachciało mu się wypić zimnego piwa, tembardziej, ie nagłe swe osłabienie tłumaczył sobie głodem. Usiadł w ciemnym ii brudnym kącie, przy lepkim stole, zażądał piwa i chciwie wychylił pierwszą szklankę. Zaraz wszystko odeszło i myśli mu się wyjaśniły. „Wszystko głupstwo“, ozwał się z nadzieją „nie było się czem trapić! Poprostu rozstrój fizyczny! Jedna, druga szklanka piwa, kawał suchara — i oto w jednej chwili umysł krzepnie, myśl jaśnieje, zamiary się utrwalają! Tfu! Jakaż to marność!...“ Pomimo jednak tak pogardliwego splunięcia, patrzał już wesoło, jakby pozbywszy się nagle jakiegoś ciężaru, i przyjaźnie ogarnął wzrokiem otoczenie. Ale nawet i w tej chwili przeczuł niejasno, że cała ta otucha była także chorobliwa.
W szynku o tej porze mało już było ludzi. Oprócz owych dwóch pijanych, których spotkał na schodach, tuż za nimi wyszła cała zgraja, coś z pięciu ludzi z jedną dziewką i z harmonją. Po ich wyjściu było cicho i przestronnie. Pozostali tylko: jakiś z pozoru mieszczanin podchmielony, ale inie bardzo, siedzący przy piwie; jego towarzysz, tłusty olbrzym, w sybirce z siw^ą brodą, dobrze cięty, drzemiący na stołku i kiedy ¡niekiedy, znienacka, zaczynający prztyikać palcami, rozrzuciwszy ręce w różne strony, i podrzucać wierzchnią część korpusu, nie wstając ze stołka, przyczem pośpiewywał jakiś nonsens, usiłując przypomnieć sobie wiersze, w rodzaju:
Przez rok cały żoną ściskał,
Przez rok ca-ly żonę ści-skal...
Albo, nagle ocknąwszy się znowu:
Przez Podjacką szedł ulicę,
Tam odnalazł swą dziewicę...
Ale nikt nie współczuł jego rozpromienieniu, milczący towarzysz spoglądał na te wybryki ¡nawet niechętnie i z niedowierzaniem. Był tam jeszcze pewiien człowiek, z pozoru wyglądający na dymisjonowanego urzędnika. Siedział on osobno przed flaszką gorzałki, pijąc co kilka ¡minut i rozglądając się dokoła. I on także zdawał się być bardzo wzruszony.
ROZDZIAŁ II
Raskoilinikow ¡nie był przyzwyczajony do tłumu i, jak się rzekło wyżej, unikał wszelkiego towarzystwa, zwłaszcza ostatniemi czasy. Ale teraz nagle coś go ciągnęło do ludzi. Działo się w ¡nim coś nowego i zarazem rodziło się jakieś pragnienie ludzi. T;ak się.znużył przez ten miesiąc swych zamkniętych w sobie ’Utrapień, że bodaj na jedną chwilę chciało mu się odetchnąć w liinnym świiecie, w jakimkolwiek bądź, to też pomimo całego brudu otoczenia, chętnie i z upodobaniem siedział teraz w szynku.
Gospodarz zaikładu był w drugiej izbie, ale często wchodził do głównej, wpadając skądciś do niej po schodkach, przyczem.najprzód ukazywały się jego eleganckie buty z czerwonemii sztylpamli. Miał on na sobie kolorową koszulę i strasznie zatłuszczoną czarną atłasową kamizelę, bez krawata, cała zaś, 1twarz jego była jakby wylana olejem, niby kłódka rdzewiejąca. Za ladą znajdował się chłopak ¡lat czternastu; był też drugi ¡chłopiec młodszy, który podawał, gdy.czego żądano. Stały kwaszone ogórki, czarne suchary i ryby pokrajane w dzwonka, wszystko to miało fatalny odór. Było duszno, talk że trudno było wytrzymać, a wszystko do takiego stopnia tchnęło spirytusem, że już, zdaje się, od samego tego zapachu można było w pięć minut stać się pijanym.
Bywają pewne spotikania, nawet z.zupełnie nam nieznanymi ludźmi, którymi zaczynamy się interesować od pierwszego wejrzenia, jakoś nagle, raptownie, zanim jeszcze powiemy słowo. Takie wrażenie wywarł właśnie na Raskol-nikowie ów gość, siedzący opodal i wyglądający na dymisjonowanego urzędnika. Młodzieniec kilkakrotnie potem wspominał to pierwsze wrażenie i nawet przypisywał je przeczuciu. Bezustannie spoglądał on na urzędnika, natu ralnie i z tej przyczyny, iż tamten patrzał uparcie na niego li widać było, że chciał był zacząć z nim gawędę. Na pozostałych zaś, będących w szynku, nie wyłączając gospodarza, urzędnik spoglądał obojętnie i nawet wzrokiem znudzonym, a zarazem z odcieniem pewnego poczucia wyższości, pewnej pogardy, jakgdyby na ludzi niżej położonych społecznie, z którymi nie warto było gadać. Był to człowiek lat pięćdziesięciu z górą, średniego wzrostu, silnej budowy, szpakowaty, z dużą łysiną, z nalaną od ciągłego pijaństwa, żółtą, a nawet zielonkawą twarzą i z podpuchniętemi powiekami; z głębi połyskiwały drobniutkie, jak szparki, ale żywe czerwone slipki. Ale było w nim coś bardzo dziwnego; w jego wzroku widniało nawet jakby zachwycenie — może nawet był i rozum i sens — ale zarazem błyszczał także nierozsądek. Ubrany był w stary, zupełnie podarty czarny frak iz obeiwainemi guzami, jeden z nich tylko.trzymał się jakoś ii na niego zapii-nał się, widocznie pragnąc być w zgodzie z przyzwoitością. Z pod narikinowej kamizelki wyglądał gors koszuli, cały zmięty, zbrukany i zlany wódką. Twarz była wygolona po urzędniezemiu, ale już dawno, tak że już gęsto zaczęła występować różnobarwna szczecina. Ale i w ruchach jego było coś solidnie urzędniczego. Był jednak bardzo niespokojny, targał sobie włosy i podpierał niekiedy, w strapieniu, obiema rękoma głowę, stawiając przedarte łokcie na zalanym i lepkim stole. Nakoniec spojrzał wprost na Raskolnikowa ¡i głośno i wyraźnie wyrzekł:
— Czy mogę do pana dobrodzieja izwrócić się z przyzwoitą rozmową? Gdyż lubo nie w.znacznym stanie, atoli doświadczenie moje odróżnia w panu człowieka wykształconego i do napitku nienawykłego. Sam zawsze ceniłem wykształcenie, połączone.z serdecznemi uczuciami, a krom tegp jestem radcą honorowym. Marmeladow — moje nazwisko; radca honorowy. Śmiem spytać, czyś pan służył? — 7 Nlie, uczę się... — odparł izagadnięty — poczęści zdziwiony i niezwykłym biblijnym tonem mowy i tem, że tak wprost, natrętnie, zwrócono się do niego. Pomimo, że tak niedawno pragnął jakiegobądź towarzystwa, lecz zaraz przy pierwszem istotnie do niego zwróconem słowie, dotknęło go nagle zwykłe przykre i drażniące uczucie wstrętu do każdej obcej twarzy, dotykającej się lub chcącej się dotknąć jego osoby.
Zbrodnia i Kara. 2
— Student tedy, lub były student! — zawołał urzędnik — tak sobie ¡właśnie myślałem! Doświadczenie, panie dobrodzieju, niejednokrotnie doświadczenie! — i na znak pochwały przytknął palec r*o czoła. — Był pan studentem, albo przechodził pan szkołę uczoną. Pozwoli pan... — Wstał, zatoczył się, porwał swoją flaszkę, i przysiadł się do młodzieńca, trochę doń ukosem. Był już podchmielony, ale mówił kwieciście i ostro, zrzadka tylko miejscami jąkając się nieco i wałkując gawędę. Z niejaką nawet chciwością narzucił się Raskolnikowi, jakgdyby już z miesiąc z nikim nie mówił.
— Panlie dobrodzieju — zaczął prawie uroczyście — bieda nie grzech, to fakt. Wiem ja, że pijaństwo nie cnota, to też właśnie tem bardziej. Nędza jednak, panie dobrodzieju, nędza — grzech; w biedzie zachowujemy jeszcze szlachetność uczuć przyrodzonych, w nędzy zaś nikt i nigdy. Za nędzę nawet ¡nie kijem wyganiają, ale miotłą wymiatają z kompanji ludzkiej, żeby jaknajdotkliwiej ubliżyć; i sprawiedliwie, gdyż w nędzy ja sam pierwszy gotów jestem ubliżać sam sobie. Stąd pije się! Panie dobrodzieju, miesiąc temu moją małżonkę zbił pan Lebie-ziatnikow, a moja małżonka nie to, co ja! Pojmuje pan? Pozwól się pan jeszcze zapytać, tak tylko, z prostej ciekawości: czyś pan nocował kiedy na Newie na gaibarach z sianem?
— Nie, nie izdarzało mi się — odparł Raskolnikow. — Cóż to jest takiego?
— Otóż to właśnie ja stamtąd, i to po piątej nocy...
Napełnił lampkę, wypił, i zamyślił siię. Istotnie na jego ubraniu ii we włosach gdzieniegdzie widniały źdźbła siana. Bardzo prawdopodobne było, że już przez pięć nocy nie rozbierał się i nie mył. Zwłaszcza ręce były brudne, tłuste, czerwone, z czamemi paznogciami.
Jego rozmowa zwróciła, zdaje się, ogólną lubo leniwą uwagę. Malcy za iladą jęli chichotać. Gospodarz, zdaje się, umyślnie zszedł z górnej izby, żeby posłuchać „zabawnii-ka“ i usiadł opodal, leniwie, ale poważnie ziewając. Oczywiście, Marmeladow był tu znany oddawna. A i skłonność do biblijnego stylu musiał snać zdobyć wskutek przyzwyczajenia do częstych gawęd szynkownianych z różnymi nieznajomymi. Przyzwyczajenie to staje się u niektórych pijaków potrzebą, zwłaszcza zaś u tych, z którymi w domu obchodzą się surowo i którymi pomiatają. Dlatego też w pijącej kompanji starają się oni zawsze jakby o pozyskanie otuchy, a jeżeli się uda, ¡to i szacunku.
— Baj baju* — głośno przemówił gospodarz. — A dlaczego nie pracujesz! Dlaczego nie służysz, kiedyś urzędnik.
— Dlaczego nie służę, panie dobrodzieju, podchwycił Marmeladow, zwracając się wyłącznie do Raskolnikowa, jakgdyby on mu zadał to pytanie — dlaczego nie służę? A czyliż serce moje nie znosi mąk, że pełzam, jak gadzina. Skoro pan Lebieziatnikow, miesiąc temu, małżonkę moją zbił własnoręcznie, ja zaś ¡leżałem pijaniuteńki, to czyżem nie cierpiał. Pozwól, młodzieńcze, czy ci sdę nie zdarzało... hm... oto naprzykład beznadziejnie prosić kogo o pożyczkę.
— Zdarzało się... to jest, jakto beznadziejnie?
— No niby beznadziejnie zupełnie, to jest, wiedząc zawczasu, że nic z tego nie będzie. Więc wiesz pan, dajmy na to, z góry i doskonale, że ten człowiek, ten obywatel najprawomyślniejszy i najpożyteczniejszy, za nic nie da panu pieniędzy, gdyż, pytam, poco miałby dać? Wszak wie, że mu nie oddam. Z litości? Ależ pan Lebieziatnikow, idąc za owym prądem, tłumaczył nie tak dawno, że litość w na-Sizych.czasach zabroniona jest nawet przez naukę i że tak nawet dzieje się w Anglji, gdzie istnieje ekonoimja polityczna. Dlaczegóż, pytam, miałby dać? I oto, wiedząc z góry, że nie da, ruszasz pan w drogę i...
— Dlaczegóż mam ruszać? — spytał Raskolnikow.
— No, bo niema do kogo, bo niema już gdzie iść. A przecie potrzeba, żeby każdy człowiek miał pójść choćby gdziekolwiek. Bywa bowiem taka chwila, że chciałoby się pójść, bądź co bądź, gdziekolwiek, byle tylko pójść! Gdy moja córka jedynaczka poszła za żółtym biletem, i ja wtedy talkże poszedłem... (gdyż córka moja mieszka za żółtym biletem) — dodał nawiasem, z pewnym niepokojem patrząc na młodzieńca. — To nic, panie dobrodzieju, to nic! — pospieszył dodać, uspokojony widocznie, a chłopcy za ladą parsknęli śmiechem ii uśmiechnął się nawet sam gospodarz. — To nic! Tem kiwaniem głów ja się nie zrażam, albowiem wszystkim wiadomo, wszystko i wszystko tajne staje się jawne, i nie z pogardą, lecz z poddaniem raczej stosuję się do tego. Niech tam, niech! „Oto człowiek!“ Pozwól, młodzieńcze; czy możesz, ale nie... wyrażę się jaśniej i dokładniej: nie ozy pan możesz, lecz czy się ośmielisz,.patrząc ma mnie w tej chwili, twierdzić stanowczo, że nie jes/tem świnią?
Młodzieniec niie odpowiedział ani słowa.
— Otóż — ciągnął mówca poważnie i nawet z wymu szoną tym razem godnością, przeczekawszy nowe chichoty w izbie.----Otóż, niechże ja sobie będę świnią, ale ona — dama! Ja jestem stwortzoin na obraz bydlęcia, ale Katarzyna, małżonka moja, osoba wykształcona i urodzona córka sztabs-oficera. Niech tam, niech ja sobie będę podlecem, ale ona — to niewiasta i podniosłego serca i pełna uczuć, wychowaniem uszlachetnionych. A jednak... o gdybyż zlitowała się nade mną. Panie dobrodzieju, panie dobrodzieju, wszak każdy człowiek powinien mieć bodaj jedno miejsce, gdzlieby się nad nim zlitowano! Ale małżonka moja, lubo dama wspaniałomyślna, atoli niesprawiedliwa... A chociaż ja sam pojmuję, że gdy ona targa mnie za włosy, ito targa mniie jeśli tylko z żalu serdecznego (gdyż, powtarzam bez wstydu, ona mi targa włosy, młodzieńcze, potwierdził z pyszną godnością, usłyszawszy nowe śmiechy w izbie) lecz, Boże, cóżby jej szkodziło, choćby raz... Ale nie! Niie! Wszystko to napróżno i nie ma o czem mówić! Napróżno!... nieraz już bowiem było to pożądane i już nie jeden raz litowano się nade mną, ale... taki to już mój los, ja zaś z natury jestem bydlakiem!
— Oj, racja! — mruknął gospodarz.
Marrneladow uderzył pięścią w stół ze stanowczością.
— Taki mój los! Czy pan wiesz, czy pan wiesz, dobrodzieju mój, że ja jej pończochy nawet przepiłem? Nie trzewiki, gdyż toby choć jako tako przypominało zwykły porządek rzeczy, ale pończochy, pończochy jej przepałem!... Kaftanik z koziego puchu także jej przepiłem, jej własny, dawny, nie mój; mieszkamy zaś w zimnym kącie i ona tej zimy przeziębiła się i.zaczęła kaszleć, krwią nawet. A małych dzieci mamy troje i Katarzyna krwawo pracuje od rana do nocy, pierze i dzieci obmywai, do czystości bowiem od dzieciństwa przy zwy czaj ona, a piersi ma słabe i ¡skłonne do suchot. O, ja ito czuję! Mamże nie czuć teg0? I im więcej piję, tam bardziej czuję. Dlatego właśnie piję, że w tem piciu sziuikam współczucia ii czucia... Piję, bo pragnę ciężko cierpieć! — I jakby w lozpaczy spuścił głowę na stół.
Młodzieńcze — ciągnął dalej, unosząc znowu głowę do góry — na pańskiej twarzy Widać jakby troskę. Gdyś pan tu wszedł, wyczytałem ją zaraz i dlatego niezwłocznie zwróciłem stię ido pana. Komunikując panu bowiem dzieje mojego życia, nie na hańbę chcę siebie wystawić przed tymi nierobami, którzy i tak wiedzą o wszystkiem, a raczej szukam człowieka uczuciowego z edukacją. Dowiedzże się pan, iż małżonka moja kształciła się w szlacheckim instytucie gubernj alnym i przy wyjściu tańczyła z szalem wobec gubernatora i wobec innych osób, za co też — złoty medal i list pochwalny miała zaszazyt otrzymać. Medal... no, co do medalu, ¡tośmy go już dawno... sprzedali... hm... ale pochwała do dziś dnia leży u niej w ikufrze i jeszcze niedawno pokazywała ją gospodyni. A lubo z gospodynią kłócą się nieustannie, aile ¡korciło ją pochwalić się bodaj przed kimkolwiek i opowiedzieć o szczęśliwych minionych chwilach. Ja nie potępiam, nie potępiam:, gdyż to ostatnie, to cała pozostałość jej wspomnień, a wszystko tinne poszło w niwecz! Tak, ta dama gorąca, dumna i nieugięta podłogę myje sama i zadawalnia się razowcem, ale nie da sobie w kaszę dmuchać. Dlatego też i panu Lebieziatnikowowi nie chciała darować jego ordynarności, a gdy pan Lebieziatnikow zbił ją za to, to nie tylle z pobicia poszła do łóżka, ile z ambicji. Wziąłem ją już, jako wdowę z trojgiem dzieci, jedno mniejsze od drugiego. Wyszła za pierwszego męża, za oficera piechoty, wyszła z miłościi; i uciekła (z nim z domu rodzicielskiego. Męża kochała nadzwyczaj, ale wziął się do kart, poszedł pod sąd ii tak mu się zmarło. Bijał ją on pod koniec; a ona, lubo mu nie ustępowała, o czem wiadomo mi jest dokładnie i z dokumentów, atoli dotąd wspomina go ze łzami i mnie nim usta wyaiara, i ja kontent jestem, kontent, albowiem chociaż w wyobrażaniu bodaj niech sobie będzie szczęśliwa... I została po nim z trojgiem maleńkich dziatek w powiecie dalekim i zezwierzęconym, gdzie i ja byłem naonczas, i została w takiej nędzy beznadziejnej, że ja choć już dużo widziałem na świecie różnych różności, tego opisać się nie podejmuję... Cała zaś rodzina opuściła ją... A Ibyła dumna, zanadto dumna.... Wtady to, panie do-ibrodzieju, wtedy ja, także wdowiec, i z pierwszej żony cizternastoleitnią córkę mający, rękę jej swoją ofiarowałem, albowiem nie mogłam patrzeć na takie cierpienia. Możesz pan stąd wnosić, do jakiego stopnia nieszczęście jej do chodziło, skoro ona, z edukacją,, ze znanego rodu, z wychowaniem, zgodziła się wyjść za mnie. Ale wyszła! Płacząc i jęcząc i ręcę załamując — wyszła! Albowiem nie miała się gdzie podziać. Czy pan pojmujesz, pojmujesz pan, panie dobrodzieju, co to znaczy, gdy się już nie ma gdzie podziać? Nie! Tego pan jeszcze nie pojmujesz... I przez cały rok ja wypełniałem swoje obowiązki uczciwie i święcie i nie dotykałem się tego (wskazał palcem na flaszkę), albowiem ja mam uczucie. Atoli i tem nie mogłem jej dogodzić, a i posadę straciłem, i nie z własnej winy, ale wskutek zmiany etatów, i wtedy... dotknąłem się!... Będzie już temu z półtora roku, jakeśmy się znaleźli nareszcie, po wędrówkach i niezliczonych troskach, w tej wspaniałej i ozdobionej liczmemi pomnikami stolicy. I tu dostałem posadę... Dostałem i znowu straciłem. Pojmujesz pan? Tym razem straciłem ją z własnej winy, gdyż kres mój już przyszedł... Mieszkamy zaś teraz w kącie u gospodyni Amilji Lippewechsel, a z czego żyjemy i czem płacimy — nie wiem. Toć i inni żyją... Sodoma... najobrzydliwsza... hm... tak... A tymczasem podrosła i córka moja, z pierwszego małżeństwa, a co wycierpiała ta córeczka moja od swej macochy, podrastając, o tem — zamilczę. Albowiem, ilubo pani Katarzyna pełna jest uczuć wspaniałomyślnych, atoli dama to gorąca i prędka, więc i oberwie... bywało... Tak! Ale niema o czem gadać! Edukacji, jak pan możesz sobie wyobrazić, Zosia nie odebrała żadnej. Próbowałem, coprawda, przed czterema laty, przechodzić z nią geografję i historję, ale że sam nie byłem nazbyt pewny siebie w tej mierze, a i podręczników nie było dobrych, albowiem jafcieśmy tylko mieli książki... hm! no ale teraz już ich niema... i tak się skończyła edukacja. Stanęliśmy ma Cyrusie Perskim. Następnie, doszedłszy do wieku dojrzałego, przeczytała kilka książek romansowej treści, a niedawno nawet, z po ręki pana Le-bieziatnikowa pewną książkę, Fizjologję Louis‘a — znasz ją pan? — czytała z wielką ciekawością i nawet niektóre kawałki nam głośno odczytywała: oto jej cała oświata. A teraz zwrócę się do pana dobrodzieja, sam od siebie, z pytaniem prywatnem: wiele może, zdaniem pana, biedna ale uczciwa dziewczyna zarobić uczciwą pracą?... Piętnastu kopiejek na dobę, dobrodzieju, nie zarobi, jeżeli uczciwa i nie ma talentów nadzwyczajnych, i to nb. jeśli pracu je bez wytchnienia. Ale ¡i (tak nawet taki pan Klopstok, radca stanu — nie znasz go pan? — nietylko pieniędzy za uszycie pół tuzina koszul do tego czasu nie oddał, — lecz.nawet z urazą wypędził ją, tupiąc nogami i nazywając bezczelną, pod pozorem iniby, że kołnierzyki miały być uszyte nie według miary i krzywo. A tu dzieciaki głodne... A tu pani Katarzyna, załamując ręce chodzi po izbie, a czerwone plamy występują na jej policzkach — co w owej chorobie zawsze bywa: „Darmozjadko jedna!
Mieszkasz u nas, jesz, pijesz i z ciepła korzystasz“, a co ona tam je i pije, kiedy dzieciaki po trzy dni kromki chle-ba nie widzą! A ja leżałem wtedy... bo i cóż! leżałem pi-janiusieńki, ¡i słyszę, mówi Zosia (milcząca bo ona i głosik ma taki cieniutki... blondyneczka, (twarzyczka blada, szczupła) mówi: „Ach czyż mam się puścić na taką?...“ A już pewna f aktorka, kobieta — zła i w policji tnie jednokrotnie notowana, już ze trzy razy wywiady wała się przez gospodynię. „A cóż, odpowiada moja małżonka na przekór — jest co pielęgnować? Jaki mi skarb!“ Ale nie obwiniaj jej pan, ’.nie, nie, panie dobrodzieju, nie obwiniaj pan! Nie było to powiedziane ze zdrowego rozsądku, ale ze wzburzenia wewnętrznego, więcej dlatego, ażeby dokuczyć, jak pchnąć na złą drogę... Albowiem moja małżonka to już niewiasta takiego charakteru, że, jak rozbeczą się dzieci, to — choćby z głodu — zaraz je bić zaczyna. I widzę raz, tak jakoś o szóstej popołudniu, Zosieczka wstała, włożyła chustkę na głowę, burnusik i wybiegła z mieszkania, zaś o dziewiątej ibyła już z powrotem. Wróciła i idzie prosto do żony i kładzie na stole trzydzieści papierków. I ani słowa przy-tem nie rzekła, choćby spojrzała, wzięła tylko naszą wielką bajową Zieloną chustkę (mamy taką ogólną płachtę bajową), nakryła się nią całkiem z głową i padła na łóżko, twarzą do ściany, tylko plecy i całe ciałko drgało jej co chwila... Ja zaś, jak dawniej, ciągle leżałem w takim stanie... I widziałem wtedy, młodzieńcze, widziałem, jak moja żona, także nie mówiąc ani słowa, zbliżyła się do pościół-ki Zosinej i przez cały wieczór klęczała przy jej nogach, i całowała jej nożynki i wstać nie chciała, a potem obie zasnęły tak razem, w objęciach... obie... obie... tak... a ja... leżałem pijaniusieńki.
Marmeladow zamilkł, jakgdyby mu głos odmówił posłuszeństwa.
Potem nagle i raptownie nalał sobie wódkii, wypił ’i chrząknął.
— Odtąd, mój dobrodzieju — ciągnął po chwili milczenia — odtąd, dzięki pewnemu przypadkowi i doniesieniom złych ludzii, gdyż owa faktorka, jakoby za brak należytego szacunku dla siebie najwięcej intrygowała, — odtąd moja córka Zofja, zmuszoną była wziąć bilet żółty i już wskutek tych samych powodów nie mogła z nami dłużej pozostawać. Albowiem i gospodyni, pani Ama’1 ja, nie chciała na (to pozwolić (a sama przedtem dopomagała faktorce) a i pan Lebieziafcnikow...!hm... Właśnie o Zosię poróżnił om się z moją małżonką. Z początku sam do niej się zabierał, ale potem nabrał ambicji: „Jakto — powiada — ja ’taki oświecony człowiiek mam żyć w jednem mieszkaniu z taką tam?“ A Katarzyna nie wytrzymała, ujęła się... i nastąpił wybuch... I odwliedzia nas Zosia teraz tylko 0 ’zmierzchu i pomaga mojej małżonce i środków do życia dostarcza... Mieszka zaś na stancji u krawca Kapernaumo-wa, a ten Kapernaumow kuleje i sepleni i cała jego liczna rodzina także isepleni. I żonę nawet też ma sepleniącą... (Mieszczą się w jednej izbie, a Zosia ma kąt oddzielny za przepierzeniem.. Hm., tak., ludzie bardzo biedni a miezar d-mi>... Tylkajotoi wstałem womezas zrana, wciągnąłem na się łachmany, podniosłem ręce do nieba i poszedłem do pana generała. Znasz go pan? Nie? O to pan nie znasz najlepszego z ludzi!.. To wosk... wosk... na obraz Boży niby wosk roztapia się!... Pan generał aż łzy miał w oczach, wysłuchawszy wszystkiego. „No — powiada — Marme-iadow, raz już zawiodłeś moje oczekiwania... Biorę cię jeszcze raz na swoją osobistą odpowiedzialność“ — tak mówił — „pamiętaj, pamiętaj!“ Ucałowałem jego stopy, w myślli, albowiem ni gdyby na to nie pozwolił, jako dygnitarz i mąż nowych państwowych ¡i oświeconych zasad; wróciłem do domu, a gdym powiedział, że znowu zaliczono mnie w poczet urzędników, Boże, co to było...
Marnie lad o w zmów się zatrzymał w silmem wzruszeniu. W tej chwili weszła zulicy cała partja pijaków, już i tak pijanych, i dały się słyszeć przy wejściu dźwięki wynajętej katarynki i dziecięcy, piskliwy siedmioletni głosik, śpiewający Chateczkę. Zaczęło być gwarno. Gospodarz 1 służba zajęli się gośćmi. Marmeladow, nie zwracając uwagi na przybyłych, (Ciągnął swoje opowiadanie. Zdawa to się, że już ¡bardzo osłabł, ale im bardziej był podchmielony, tem chętniej.prawił. Wspomnienia o niedawnem powodzeniu na służbie jakgdyby dodały mu życia i nawet odbiły się na jego twarzy pewnym blaskiem. Raskolniikow słuchał ¡z uwagą.
— Było to temu, panie dobrodzieju, z pięć tygodni... Tak... Jak się tedy dowiedziały obydwie, małżonka moja i Zosia, Boże, dostałem się niby do raju. Leżę, bywało jak bydlę, nic, tylko wymysły! A dziś: chodzą na paluszkach, udiszalją dziatwę: „Ojciec zmęczył się w biurze, odpoczywa, tss!“ Przed biurem dają mi (kawę, gotują śmietankę! Prawdziwą śmietankę, kupowały, uważasz pan dobrodziej! A skąd się zdobyły na nowe umundurowanie dla mnie, <zawszeć to jedenaście rubli z połową, nie ’rozumiem? Buty, mankiety perkalowe — przepyszne, wice-mundur, wszystko za jedenaście z połową nabyły w najwytworniejszym stanie. Gdym po raz pierwszy wrócił na obiad.z biura, patrzę, a tu pani Katarzyna stawia przede mną dwie potrawy, zupę, panie, pekeflajsz z chrzanem, panie, pojęcia się o item dawniej nie miało. Sukien nie ma wcale, ale to wcale żadnych, a tu, panie, jakby gdzie szła w gościnę, przybrana i to iniebylejak, mości dobrodzieju; z niczego iumie zrobić coś: to się przy czesze., jakiś tam, panie, czyśaiutki kołnierzyk, narękawlki, i zupełnie inna osoba, odmłodniała, wypiękniała, aż miło! Zosia, moja gołąbka, dostarczała tylko funduszów, sama zaś, powiada, mnie teraz u państwa bywać nie wypada, chybaby p.zmierzchu, żeby nikt inie widział. Uważa pan dobrodziej? Czy pan uważa? Przyszedłem przespać się.po obiedzie, i, co pan powie, małżonka moja nie wytrzymała. Jeszcze przed tygodniem wykłóciły się z panią gospodynią ząb za ząb, a dziś.zaprosiła ją na kawę. Siedziały przez dwie godziny i gaworzyły pocichutku: „Mąż teraz urzęduje i pensję dostaje, chodził sam do generała, a pan generał sam wyszedł, innym czekać kazał, a jego wziął za rękę i przy wszystkich zaprowadził go do swego gabinetu“. Uważa pan dobrodziej? „Ja, powiada, naturalnie pamiętam pańskie zasługi, a chociaż pan postępowałeś sobie trochę lekkomyślnie, ale że pan teraz przyrzeka, no a wreszcie bez pana źle nam tu było, (uważasz pan!) to ufam powiada, teraiz pańskiemu słowu“ — wszystko, powiadam panu memu, wzięła i wymyśliła sobie i to niie przez lekkomyśl ność, nietylko dla pochwalenia się przed tamtą. Gdzie zaś, ona sama w to wierzy, sama siebie pociesza własnemi słowami, dalibóg! I ja jej nie dziwię siię wcale; bynajmniej!... Gdy zaś, przed sześciu dniami, przyniosłem jej pierwszą moją pensję w całości, dwadzieścia trzy ruble czterdzieści kopiejek, nazwała mnie cacuchną. „Ach ty mój cacuchna!“ powiada. I to sam na sam, panie, pojmuje pan dobrodziej? No a przecie ¡nie ma się czem we mnie zachwycać: bo zresztą jaki mąż ze mnie!... A jednak, uszczypnęła mnie w policzek: „Moje ty śliczności!“ powiada.
Marmeladow zatrzymał się, chciał się uśmiechnąć, lecz nagle podbródek mu zaczął skakać. Zapanował jednak nad sobą. Ten szynk, ten obraz rozpusty, pięć nocy na gaba-¡rach z sianem ¡i wódką, a zarazem ta chorobliwa miłość dlla żony i ¡rodziny — wszystko to źle usposabiało słuchacza. To też Raskolnikow słuchał z naprężeniem, doznając jednak arcyprzykrego uczucia. Zły był na siebie, że tu przyszedł.
— Panie dobrodzieju, panie dobrodzieju! — zawołał Marmeladow, wstrząsaj<ąc się znowu — o mój drogi panie, panu się to wszystko śmieszne wydaje, jak i innym, i nudzę pana tylko opowiadaniem o tych wszystkich mizernych szczegółach mojego domowego życia, ale dla mnie to nie śmieszne! Albowiem ja wszystko to mogę odczuwać... I w ciągu tego rajskiego dnia mojego życia i całego owego wieczoru, ja sam roiłem sobie błogo, cudnie: jak to ja wszystko urządzę i dzieciaki przystroję i jej dam odpoczynek, i córkę moją z drogi hańby nawrócę na łono rodziny... Czego bom nie roił!... To mi przecie wolno, parnie mój. Otóż, mości dobrodzieju (Marmeladow nagle jakgdyby ¡zadrżał, podniósł głowę i uważnie spojrzał w oczy słuchacza) otóż, nazajutrz, po tych wszystkich marzeniach (to jest będzie temu akurat pięć dni) na wieczór, ja chytrym podstępem, niby lis podły, zdobyłem klucz od żoninego kufra, wyjąłem wszystko co się z pensji zostało, wiele tam było nie pamiętam, i oto patrzcie na mnie, wszyscy! Piąty dzień z domu, a tam ¡mnie szukają i już po urzędowaniu, i wice-mundur leży przy moście Egipskim, w zamian za który dano mi oto to odzienie — i wszystko przepadło!...
— Marmeladow uderzył się pięścią w czoło, zacisnął zęby, przymknął oczy i silnie oparł się łokciem o stół.
Lecz po chwili twarz mu się nagle zmieniła, spojrzał na Raskolnikowa z jakąś zmyśloną chytrośeią i nienaturalnem ¡natręctwem, roześmiał się i wyrzekł:
— A dziś tbyłem u Zosi, chodziłem ¡prosić na otrzeźwienie... ha, ha, ha!
— Czyżby dała? — zawołał ktoś z przybyłych, zawołał i zaśmiał się na całe gardło.
— A oto właśnie tę samą flaszkę za jej pieniążka kupiłem — wymówił Marmeladow, zwracając się wyłącznie do Raskolnikowa. — Trzydzieści kopiejek wyniosła, własnoręcznie, ostatnie, jakie tylko miała, samem widział... Nic nie rzekła, tylko w milczeniu popatrzała na mnie... Tak nie na ziemi... lecz tam... dbają o ludzi, troszczą się, płaczą, lecz nie winu ją! A to więcej boli, więcej dolega, gdy nie włinują!... Trzydzieści kopiejek... tak... A przecie i ona ich teraz potrzebuje, co? Jak pan myślisz, drogi panie? Wszak teraz ona musi dbać o czystość. A to kosztuje, ta czystość wyszukana, pojmuje pan? To kupić poinad-ki trzeba, to, panie, spódniczki krochmalone, bucik taki figlarny, panie, żeby to nóżkę pokazać, przechodząc przez kałużę w czasie deszczu. Pojmujesz pan, panie dobrodzieju, co to jest ta czystość? I oto ja, rodzony ojciec, ściągnąłem jej owe trzydzieści kopiejek na otrzeźwienie! I piję! Już przepiłem!... No i któż polituje się nad takim, jak ja, któż? Żałujesz mnie pan teraz, czy nie? Mówże pan, czy żałujesz, ha, ha, ha!
Chciał nalać, ale już nic nie było. Flaszka była pusta.
— Za co cię tam żałować? — krzyknął gospodarz, stanąwszy znowu przy mich.
Dał się słyszeć śmiech, a nawet wymysły. Śmieli się i wymyślali słuchający i niesłuchający, tak, patrząc tylko na figu-ę byłego urzędnika.
— Żałować! Za co mnie żałować! — zaskamlał nagle Marmeladow, wstając z wyciągniętą naprzód ręką, w sta-nowczem natchnieniu, jakgdyby tylko czekał na te słowa. — Za co mnie żałować? Mnie ukrzyżować trzeba, przybić do ikrzyża, a nie żałować. Ah przybij, sędzio, przybij, ale, przybiwszy, żałuj. I wtedy sam przyjdę do ciebie na przybicie, albowiem nie wesołości szukam, lecz smutków i łez!... Czy ty sądzisz, kupcze, że ten sznaps twój poszedł mi na zdrowie? Goryczy, smutków szukałem jeno na dnie flaszki, smutków i łez, i znalazłem je; a pożałuje nas Ten, który wszystkich pożałował i który wszystkich i wszystko ogarnął, On Jedyny, On Sędzia! Przyjdzie w on czas i zapyta: „Gdzie córa, co dila złej macochy — suchotnicy i dla dzieci (maleńkich, cudzych dzieci się poświęciła? Gdzie córa, co ojca swego, zbytecznego pijacraicę, nie lękając s.5ę jego zezwierzęcenia, pożałowała?“ I rzeknie: „Przybywaj! Przebaczyłem ci raz... Raz ci przebaczyłem... Odpuszczam ci i teraz twe mnogie winy, albowiem ukochałaś wiele...“ I przebaczy mojej Zosi, przebaczy, o, ja wiem, że przebaczy... Jam to przeczuł dawniej, kiedym był u niej, w mojem sercu! I wszystkich osądzi i przebaczy, i dobrych i złych, i najmędrszych i głupich... A gdy już skończy ze wszystkiem, wtedy zawoła i do nas: „Przybądźcie i wy! Przybądźcie, pijani, słabi, nędzni!“ I my pójdziemy, bez wstydu, i staniemy. A On zawoła: „Świnie jesteście! Na obraz i podobieństwa zwierza; atoli przybądźcie i wy!“ I oburzą się najmędrsi i oburzą się mądrzy. „Panie! Dlaczego ich przyjmujesz?“ A on odrzecze: „Dlatego ich przyjmuję, najmędrsi, dlatego ich przyjmuję, rozumni, że żaden — z nich nie uważał się za godnego tej łaski“... I poda nam swoje dłonie i my upadniem... i zapłaczem... i pojmiemy wszystko! Wtedy wszystko pojmiemy! i wszyscy zrozumieją... I moja małżonka zrozumie... Panie! Bądź Królestwo Twoje!
Opadł na ławkę, wyczerpany i znużony, nie patrząc na, nikogo, jakby zapomniał o otoczeniu, w głębokiej zadumie. Jego słowa zrobiły pewne wrażenie; >na chwilę wszyscy zamilkli, ale wkrótce dały się słyszeć nowe śmiechy i wymysły.
— * Skombinował!
— Załgał się!
— Urzędnik!
I t. d. I it. id.
— Chodźmy stąd, drogi panie — rzekł nagle Marmeladow, podnosząc głowę i zwracając się do Raskolnikowa — odprowadź imnie pan... Dom Kozela w podwórzu... Czas już... do Katarzyny...
Raskoinikow miał już dawno chęć odejść; pomóc zaś jemu, sam nawet zamyślał. Marmeladow, jak się okazało, słabszy był w nogach, niż w języku, i silnie wsparł się na ramieniu ¡młodzieńca. Mieli przed sobą dwieście do trzystu kroków. Strapienie i trwoga coraz bandzie] przejmowały pijaka w miarę zbliżania się do domu.
— Ja nie Katarzyny się lękam — mruczał we wzruszeniu — i nie tego, że mnie rwać zacznie za włosy! Co mi tam włosy! Głupstwo, powiadam! Lepiej nawet, że mi je potarga... nie tego się boję... ja... jej wzroku się boję... tak... wzroku... Czerwonych plam na twarzy także s’ię ’boję... i jeszcze — jej oddechu się boję... Czyś pan widział, jak oddychają tacy chorzy... przy wzruszeniu? I płaczu dziatwy także się boję... Albowiem, jeśli Zosia nie nakarmiła, to nie wiem, za co!... Nie wiem!... A kułaków nie boję się... Dowiedz się, pan dobrodziej, że takie kułaki to mi nawet przyjemność robią... i wcale nie bolą... Albowiem ja nawet nie mógłbym się bez nich obejść... Tem lepiej... — Niech zbije, duszę zbawi... tem lepiej... Otóż i dom... Dom Kozela, ślusarza bogatego niemca... Prowadź pan!
Weszili z podwórza na trzecie piętro. Schody, im dalej, tem były ciemniejsze. Była już prawie jedenasta, a chociaż o tym czasie w Petersburgu niema prawie nocy, ale na szczycie schodów było bardzo ciemno.
Malutkie zakopcone drzwi u szczytu schodów, na samej górze, stały otworem. Ogarek oświetlał nędztną izbę, mającą z dziesięć kroków długości; Widać ją było całą z sieni. Wszystko tam było porozrzucane i w nieładzie, szczególniej zaś rozmaite szmaty dziecinne. Przez tylny kąt izby przyciągnięte było podarte prześcieradło. Za niem widocznie mieściło się łóżko. W samym zaś pokoju były jedynie dwa krzesła i ceratowa kanapa, strasznie poszarpana, przed którą stał stary kuchenny stół sosnowy, niemalowany i ni-czem niekryty. Na brzegu stołu stał dogorywający ogarek łojńwki w żelaznym ¡lichtarzu. Widocznie Marmeladow musiał mieszkać w oddzielnym pokoju, a nie w kącie, ale pokój jego był przechodni. Drzwi do dalszych pokojów, a raczej klatek, na które podzielone było mieszkanie Ama-Iji Lippewechsel, były otwarte. Szumno tam było i gwarno. Śmiano się. Zdaje się, że grano w karty i popijano herbatę. Dolatywały nieraz wyrazy najbezceremonjal-niejsze.
Raskolnikow odrazu poznał panią Katarzynę. Była to strasznie wychudła kobieta, cienka, dość wysoka i zgrabna, z pięknemi dotąd jeszcze ciemnoblond włosami i z twarzą istotnie plamisto-czerwoną. Chodziła ona tam i na powrót po swej niewielkiej izbie, z rękami na piersiach, ze spalonemi ustami i oddychała.nierówno, urywanie. Oczy jej błyszczały, jak w gorączce, ale wzrok był ostry, i nieruchomy, i chorobliwe wrażenie robiła ta twarz wzruszona, suchotnicza, pr.zy dogasającem świetle ogar-Ika, które drgało na jej policzkach. Raskodnikowowi wydała się kobietą lat trzydziestu i w istocie nie była odpowiednią dla Marmoladowa... Wchodzących nie wiidziała i nie spostrzegła; zdawało się, że była w jakiemś zapomnieniu, głucha i martwa. W izbie było duszno, ale okna nie otworzyła; ze schodów szedł zaduch, ale drzwi na schody były niezamknięte; z wewnętrznych pokojów przez otwarte drzwli wpadały kłęby dymu z tytoniu, ona kasiała, ale drzwi nie zamknęła. Najmniejsza dziewczynka, najwyżej sześcioletnia, spała na podłodze, jakoś siedząc, kucnąwszy i wsparłszy główkę o kanapę. Chłopczyk, o rok starszy, drżał w kącie i płakał. Widocznie wybito go przed chwilą. Starsza dziewczynka, dziewięcioletnia, wysoka i cienka, jak szczapa, w jednej lichej podartej Ikoszulinie i w narzuconym na gołe plecy starym bajowym burnusiku, który uszyto dla niej pewnie przed dwoma laty, nie sięgał jej bowiem nawet do kolan, stała w kącie przy braciszku, wziąwszy go za szyję swą długą, wyschłą, jak zapałka, ręką. Chciała go, snąć, utulić, szeptała mu coś, uspakajała najrozmaiciej, ażeby — tylko znowu nie zaczął płakać, i zarazem z trwogą spoglądała na matkę swemi ogromnemi ciemnemi oczyma, które wydawały się jeszcze większe na jej wychudłej i wystraszonej twarzyczce. Marmelaaow, nie wchodząc do pokoju, ukląkł w samych drzwiach, a Ra-.skolnikowa wepchnął naprzód. Kobieta, ujrzawszy obcego, niedbale stanęła przed nim, ocknąwszy się na chwilę, jakgdyby namyślając się: po co on przeszedł? Ale widać pomyślała sobie zaraz, że on idzie do dalszych pokojów, ich bowiem izba była przechodnia. Tak pomyślawszy, sobie i nie zwracając już nań wcale uwagi, poszła ku drzwiom, wiodącym do sieni, ażeby je zamknąć ii nagle krzyknęła, ujrzawszy na progu klęczącego męża.
— A! — wrzasnęła z gniewem — wróciłeś, łotrze! nędzniku! Gdzie pieniądze? Co masz w kieszeni, pokaż! I ubranie inne! Gdzie masz swoje? Gdzie pieniądze! Mówże!...
I zaczęła go rewidować. Marmeladow z całą pokorą i posłuszeństwem rozsunął obydwie ręce, ażeby ułatwić tym sposobem przeszukiwanie kieszeni. Pieniędzy inie było ani grosza.
— Gdzie pieniądze? — wołała — o Boże, miałżeby w istocie wszystko przepić? Wszak w kufrze zostało dwanaście rubli!... I nagle, rozwścieczana, porwała go za^ włosy i wciągnęła do izby. Marmeladow sam ułatwiał jej wysiłki, bez oporu pełzając za nią na klęczkach.
— To mnie cieszy! To mnie cieszy, pa-mie do-bro-dzie-ju, — wołał, targany za włosy, raz nawet uderzając głową o podłogę. Dziecko, śpiące na podłodze, przebudziło się i zaczęło płakać. Chłopczyk w kącie nie wytrzymał, zadrżał, krzyknął i przytulił się do siostry w okropnej trwodze, prawie w omdleniu. Najstarsza dziewczynka trzęsła się, jak listek jesienny.
— Przepił! Wszystko, wszystko pnzepił! — wołała w rozpaczy biedna kobieta — i ubranie inne! Głodne! (i załamując ręce, wskazywała na dzieci). O przeklęte życie! A pan, pan, czy się nie wstydzisz! — wpadła raptem na Raskolnikowa — z szynku! Czy i ty z nim piłeś? I ty! i ty piłeś! Precz stąd!
Młodzieniec wyszedł skwapliwie, nie mówiąc ani słowa. Przytem, drzwi wewnętrzne otwarły się naoścież i wyjrzało z nich’kilku ciekawych. Wyciągały się czelnie śmiejące się głowy w jarmułkach — z papierosami i fajkami. Widać było postacie w szlafrokach lub w zupełnym negliżu, w letnich do ¡nieprzyzwoitości kostjumach, niektórzy z kartami w rękach. Najzabawniej śmieli się wtedy, gdy Marmeladow, targany za włosy, krzyczał, że to go cieszy. Zaczęli nawet wchodzić do izby, nareszcie, dał się słyszeć pisk izłowieszczy: to sama Amalja Lippewechsel przedzierała się naprzód, żeby zarządzić po swojemu i po raz setny nastraszyć biedną kobietę urągliwym rozkazem, ażeby jutro zaraz wyprowadziła się z mieszkania. Wychodząc,, Ra skalników zdążył wsunąć rękę do kieszeni, ujął ile się dało miedziaków, które mu dano przy zmianie rubla w szynku i nieznacznie położył je na oknie. Potem już na schodach namyślił się i chciał powrócić.
„Także! Głupstwo zrobiłem, pomyślał, oni mają Zosię, a mnie samemu potrzeba“. Ale doszedłszy do przekonania, iże cofnąć już niepodobna i że tak, czy owak, jużby ich nie odebrał, machnął ręką i udał się do swego mieszkania.
„Zosia przecie także potrzebuje pomady, mówił dalej, idąc przez ulicę i uśmiechnął się złośliwie: to kosztowna czystość... Hm! A może Zosia sama dziś zbankrutuje, toć to także ryzyko, łowy na grubego zwierza, na Kalifornję... a więc jutro mogliby wszyscy bez moich pieniędzy palce ilizać... Ależ bo i ta Zosia!... To sobie studnię znaleźli! No, no! I czerpią.z miej! Czerpią! Przyzwyczaili się! Popłakali i przywykli! Podły człowiek do wszystkiego przywyknie!“.
Zamyślił się.
— No, a jeślim skłamał — zawołał nagle mimowoli — jeżeli istotnie nie podły człowiek, a cały wogóle, calutecz-ki ród iludzki... więc, to znaczy, że reszta to nic, tylko ^przesądy, nic tylko strachy na lachy, niema żadnych krańców, i tak być właśnie powinno!
ROZDZIAŁ III
Nazajutrz dbudzuł się już ¡późno, po niespokojnej nccy, ale go sein inie pokrzepił. Obudził się zły, zirytowany, rozdrażniony i z nienawiścią spojrzał na swoją komórkę. Była;to malenieczka klatka, około sześciu kroków długości, wyglądająca — jaknajmędzniej ze swemi żółtemi, zakurzonemu ¡i wszędzlie odstającemi od ścian tapetami, i tak.niska, że ibytle mężczyzna większego wzrostu co chwila musiał się ¡lękać, ażelby nie stuknąć głową o sufit... Meble były zastosowane do miejsca: trzy stare krzesła nieco ku-dawe, stół malowany w kącie, a ina nim kilka kajetów i książek; już z samego ich zakurzenia ¡można było wnosić, że dawno nikt się ich nie dotykał; i nareszcie niekształtna duża sofa, zajmująca niemal całą ścianę i połowę szerokości całego pokojiu, ongi obita iperkalem, dziś cała w łachmanach. Było to łóżko Raskolnikowa, często sypiał on na niem tak, jak był, nieiozebrany, bez prześcieradła, przykrywając się starem, zniszczonem paltem studenckiem i z jedną ¡poduszeczką pod głową, pod którą podkładał wszystko, co było, z ¡bielizny, — czystą i brudną, żeby podwyższyć wezgłowie; przed sofą stał mały stoliczek.
Trudno było bardziej się opuścić i zaniedbać, lecz dla Raskolnikowa było to nawet przyjemne w obecnym stanie jego ducha. Zerwał najzupełniej ze wszystkimi, usunął się, jak żółw do swej skorupy, i nawet twarz kobiety, która miała mu usługiwać i od czasu do czasu zaglądała do jego ipokoju, wzbudzała w nim Wstręt i wyibuchy gniewu.
Zdarza się to u pewnego typu manjaków, którzy zanadto przejęli się czemkolwiek. Jego gospodyni już od dwóch tygodni przestała mu wydawać jedzenie, a on nie pomyślał jeszdze do tego czasu o tem, żeby się z nią ugodzić, chociaż siedział ¡bez obiadu. Anastazja, kucharka i jedyna
Zbrodnia i Kara. 3 sługa gospodyni, rada była po części z takiego usposobienia lokatora i izupełnie przestała u iniego sprzątać i zamiatać; i niekiedy tylko raz na tydzień brała miotłę od niechcenia. Właśnie go teraz obudziła.
— Wstawaj pan, czego pan śpisz? — zawołała nad nim — już po dziewiątej, przyniosłam herbatę. Chcesiz pan herbatki? Wygłodziłeś się, niebożę?
Lokator otworzył oczy, wstrząsnął się i poznał Nastkę.
— Co to? herbata? Od gospodyni? — zapytał zwolna, z osłabieniem podnosząc się na sofie.
— — Gdzie tam od gospodyni!
Postawiła przed nim swój własny nadpęknięty czajnik, z zagotowaną już herbatą i położyła dwa żółte kawałki cukru.
— Masz tu, Nastusiu, przynieś mi bułkę — rzekł, poszukawszy w kieszeni (spał bowiem w ubraniu) i wyciągnąwszy garstlkę miedziaków. — A weź także u rzeźnika jakiej kiełbasy, byle nie drogiej.
— — Bułkę przyniosę zaraz, ale czy zamiast kiełbasy nie lepszy byłby kapuśniak? Mam dobry kapuśniak, wczorajszy. Jeszcze wczoraj zostawiłam dla pana, ale pan późno przyszedł. Dobry kapuśniak.
Gdy zupa została przyniesiona i zabrał się do jedzenia, Nastka usiadła przy nim na sofie i jęła gawędzić., Była ito prosta baba ze wsi, okrutnie gadatliwa.
— Pani chce skarżyć pana na policję — rzekła.
On zmarszczył się ponuro.
— W policji, za co?
— Pieniędzy pan nie płaci, a mieszka pan. Wiadomo za co!
— E! tego tylko jeszcze brakowało — wyszeptał, ’.zgrzytnąwszy zębami — nie, Ito mi teraz nie na rękę....Głupia ona — dodał głośno. Zajdę do niej i pogadam.
— i Głupia, może i głupia, taka ona, jak i ja, ale pan (leżysz soibie, jak worek, i nic jakości od pana nie widać. Dawniej ponoć dzieci pan uczył, a dziś bez co pan nic nie robi?
— Ja i dziś robię... niechętnie, i surowo wymówił Ras-.kolnikow.
— Co niby?
— Robotę...
— Jaką robotę?
— Myślę — poważnie odparł po chwili milczenia...
Nastka aż się zatoczyła od śmiechu. Należała do rzędu śmieszek, a gdy ją rozśmieszono, śmiała się po ¡cichu, kołysząc się i trzęsąc całem iciałem dopóty, dopóki mogła.wytrzymać.
— Może ¡pieniędzy paneś dużo wymyślił? — zdołała.wymówić nareszcie.
— Bez butów nie można dzieci uczyć. A zresztą pluję, na to.
— tN-ie pluj w studnię!
— Za dzieci miedzią płacą. Co można zrobić za ’kopiejki? — ciągnął z niechęcią, jakby odpowiadając na własne myśli.
— A panibyś chciał odrazu mieć kapitał?
Dziwnie spojnzał na nią.
— Tak, kapitał — odparł stanowczo, po chwili milczenia.
— Zwolna, zwolna, paniczu, bo się.przestraszę, wysoko — sięgasz! — Po bułkę pójść, czy nie?
— Tak chcesz.
— * Ale, byłabym zapomniała. List przyszedł do pana wczoraj.
— — Lisit? Do mnie? Od kogo?
— Od kogo, nie wiem. Trzy kopiejki dałam pocztyljonowi, swoich własnych — Może mi ipan odda.
— Ależ przynoś, kobieto, przynoś go! — zawołał Ras-kolnikow wlznuszony.
Za chwilę zjawił się llist: od matki, z gubernji R. Aż pobladł, biorąc go do ręki. Dawno już nie odbierał listów; ale teraz coś jeszcze innego ścisnęło mu serce.
— Nastusiu, odejdź, proszę cię; masz swoje trzy kopiejki, tylko ina litość iboską, odejdź!
List drżał mu w rękach, nie chciał go rozpieczętowywać przy niej i chciał zostać z nim sam na sam. Gdy Nastka wyszła, szybko podniósł go do ust i pocałował; potem długo jeszcze wpatrywał się w niego (od ¡tak dawna już nie otrzymał listu!) ale inne względy wstrzymywały go od otwarcia koperty w obecności obcej osoby.
Zaledwie też dziewczyna wyszła, przycisnął list do ust i długą chwilę wpatrywał się w ukochane trochę ukośne pismo matki.
Długi czas nie mógł się odważyć na otwarcie listu, jak-¡gdyby się go obawiał. — Były to tyiłiko dwie gęsto zapisane /stronice.
„Kochany mój synu! — przeczytał wreszcie — już osiem tygodni upłynęło od czasu, kiedy ostatni ‘raz do Ciebie pisałam. Nie gniewaj się jednak, kochany Rodziu, za to na swoją matkę, której jesteś najdroższą nadzieją, bo wierzaj mi, że nie mogłam inaclzej. Wies.z przecież naj-(lepiej, jak ja i Dunia Cię.kochamy, jesteś bowiem dla nas wszysitlkiem, naszą jedyną nadzieją, wyłącznym przedmiotem naszych snów! — Co za męczarnie sprawia mi wiadomość, że musiałeś studja swe przerwać jedynie z te-Igo powodu, że pieniądze, Iktóre otrzymywałeś za lekcje prywatne, zaledwie mogły ci wystarczyć na jakie takie utrzymanie! — alle pomyśl sam, czy ja mogłam Ci coś posłać iz moich biednych 120 rubli pensji? Pnzed czterema (miesiącami posłałam Ci wprawdzie piętnaście rubli, ale to była niestety pożyczka od kupca Waszruszyna, który, ichooiaż serdeczny przyjaciel Twego ś. p. ojca, nie pożyczył mi inaczej, jak pod zastaw mej pensji. — Musiałam /przeto czekać aż do spłacenia tych piętnastu rubli. Teraz jednak spodziewam się, że będę Ci coś mogła posłać.
„U Durni bowiem zmieniło się niejedno od.ostatniego Twego listu do mnie. Na twe pytanie jak się jej powodzi u świdryg.ajłowych, nie mogłam Ci dać odpowiedzi, iZnam Cię bowiem dobrze i wiem, że gdybyś.się dowie.dzaał, (że siostra Twa jest przez obcych poniżona i dręczona, przyszedłbyś do.domu choćby i (pieszo! Sama ibyłam.zrozpaczona, lecz cóż mogłam poradzić? Dunia w;zięła /bowiem przy objęciu posady w poczet swej płacy 100 rubli.zaliczki, które w ratach miesięcznych są jej ściągane, a to właśnie było trudnością nie (do zwalczenia w całej tej sprawie. — Potrzebowałeś przecie wówczas koniecznie sześćdziesięciu rubli, a niestety w żaden inny sposób dostać ich nie mogłyśmy. — Następstwem tego było, ’ że przez cały, rok musiała pozostać u Świdrygajłowych. Pisałyśmy ci wówczas wprawdzie, że Dunia zaoszczędziła sobie tę kwotę, jednak nie było to prawdą, ale jest to najlepszym dowodem, jak Cię Dunia kocha, bo, wierzaj mi, u Świdrygajłowych rozkoszy wcale nie zaznała!! Pocóż jednak mam Cd to wazystko detalicznie opisywać? Toby Cię tylko niepotrzebnie bolało i podniecało, te/mibardziej, że już — 3 7 stosunki szczęśliwie się inaczej ułożyły. Wszystkie te cierpkie przejścia na jakie Dunia u tych ludzi ¡była nara-iżona, puszczamy w niepamięć, bo Dunia jest już teraz, ikochany Rodziu, narzeczoną. A już o ito inie gniewaj się, że bez poradzenia się Ciebie prizyjęła radcę dworu Piotra (Piotrowicza Łużyna, gdyż poprostu nie można było tak długo zwlekać, ażiby Twego zdania można było izasięgnąć. (Łużyin jest Ibowiem krewnym Świ dryga jłowych i to Cii wytłumaczy, jak pani Marta Piotrowna Świdrygajłowa całą sprawę umotała i zaaranżowała. — Łużyn ma bardzo wiele interesów i właśnie teraz ma przed sobą podróż do Petersburga,,to też, — rzecz zupełnie naturalna, — ’każda minuta jest mi droga. Jes’t to człowiek w calem tego słowa (znaczeniu solidny, zajmuje dwa urzędy i ładny kapitalik — sobie uskładał. Ma lat pięćdziesiąt jeden i jest wcale przystojny, wprawdzie nieco rubaszny i szorstki, ale może nam tylko się tak zdaje. Gdy Łużyn — co prawdopodobnie wkrótce nastąpi — — zejdzie się z Tóbą w Petersburgu, nie wyrabiaj sobie o nim za prędkiego albo też złego sądu. /Chcąc sobie wyrobić zdanie o człowieku musi się bardzo uważnie poczynać, bo inaczej następuje albo rozczarowanie, albo nawet krzywdzi się drugiego. Mogę Ci tylko (powiedzieć, że Łużyn wedle mego mniemania zasługuje pod każdym względem na szacunek. Uprzedził nas, że jest nieprzyjacielem wszelkich przesądów, liozy się chętnie, z nowymi kierunkami, jednak niełatwo z raz zajętego stanowiska da się sprowadzić. Mówił wówczas wiele, z czego wnioskuję, że nie jest wolny od próżności i lubi mówić; Dunia sądzi jednak, że chociaż nie posiada gruntownego wykształcenia, to jednak jest człowiekiem rozsądnym i do-Ibrym. Ty, oczywiście, znasz Dunię, wiesz, jaka ona jest (roztropna i jak silny ma charakter. Wiele może iznieść i inawet w inajostateczniejszych razaoh umie znaleźć tyle siły ducha, ¡że się niczem inie da pokonać.
„Mnie nawet nie doniosła o wszystkiem, żeiby mnie nie zaniepokoić, a przecie często korespondowałyśmy ze sobą. Epilog nastąpił niespodziewanie.
„Pani Marta niechcący podsłuchała męża w chwili, gdy ibłagał Duniecźkę w ogrodzie, a, zrozumiawszy wszystko naodwrót, całą winę izwa/liiła na nią, sądząc, że ona właśnie — jes’t przyczyną złego. — Wynikła stąd pomiędzy niemi w ogrodzie okropna scena: pani Marta nawet uderzyła
Dunię, nie chciała o miczem.słyszeć, krzycząc przez całą;godlzinę, aż nareszcie kazała Dunię zaraz odwieść do mnie, do miasta, na zwyczajnej chłopskiej furze, na którą wrzucano wszystkie jej rzeczy, bieliznę, ubranie, słowem wszystko, jak było: niepowiązane i mieułożone. Wtem, za-iczął padać ulewny deszcz, a Dunia, znieważona i zniesławiona musiała jechać ¡z chłopem siedemnaście wiorst drogi, na otwartym wozie. Pomyśl teraz, com mogła do Ciebie pisać, w odpowiedzi na twój ilist, otrzymany dwa miesiące (temu. O czem miałam pisać? — Sama byłam w niepewno-zści; prawdy ci napisać nie śmiałam, gdyż mógłbyś z tego (względu być bardzo nieszczęśliwy, przygnębiony i smutny, nawet nie wiem, co byś uczynić był wr stanie? Jeszczebyś ¡siebie samego zgubił, a przytem i Dunieczka mi wzbroniła; pisać zaś list o nicizem łub o głupstwach, gdy w sercu tak wielki smutek, tego nie mogłam uczynić. Przez cały miesiąc po mieście słychać było plotki o tej historji, a nawet już do tego przyszło, żeśmy do kościoła nie mogły chodzić z Dumią, tak pogardliwie na nas patrzano i szeptano, — a byli nawet tacy, co i na głos przy nas o item’ mówili. Wszyscy znajomi porzucili nas, wszyscy przestali się kłaniać, a ja dowiedziałam się nadto, że subjekci handlowi i niektórzy kanceliści ’zażartowali sobie z nas nikczemnie, ¡wymazali bowiem dziegciem bramę naszego domu, wskutek czego gospodarz zażądał, abyśmy się wyniosły z mieszkania. A wszystkiemu temu winna była pani Marta, która zdążyła oskarżyć i zmieszać z błotem Dunię we wszystkich domach. Nic dziwnego, ma ona, ‘tu bowiem masę znajomych, i w tym miesiącu co chwila przyjeżdżała do miasta, a ponieważ jest bardzo gadatliwa i lubi opowiadać o swych familijnych interesach, a w szczególności skarżyć się na swojego męża wszystkim i każdemu, co jest rzeczą wcale niedobrą, przeto rozniosła całą historję w krótkim czasie inietylko po mieście, ale i po powiecie. — Ja zasłabłam, ale Dunieczka była o wiele silniejsza. Ach, gdybyś widział, jak ona wszystko znosiła, pocieszając i dodając mnie otuchy! — To anioł opiekuńczy! Ale z łaski Bożej męki nasze /zostały ukrócone; pan Świdrygajłow rozmyślił się i pewnie /przez współczucie dla Duni, przedstawił samej pani.zupełne i widoczne dowody kompletnej niewinności Du-mieczki, a mianowicie list, jaki Dunia jeszcze przedtem1, nim sama pani zastała ich w ogrodzie, zmuszona była na (pisać i wręczyć mu, ażeby zapobiec osobistym rozmowom i potajemnym schadzkom, do jakich on ją usilnie ¡nakłamał, a który przy wyjeździe Dunieczki pozostał w rękach pana Świdrygajłowa.
W tym liście, najszczegółowiej, z niewypowiedzianem zgorszeniem wytykała jego nieuczciwy postępek względem żony, przedstawiała mu, że jest ojcem, człowiekiem familijnym i w końcu pisała, że to jest niegodziwe z jego strony męczyć i czynić nieszczęśliwą (bezbronną dziewczynę. Jednetn słowem, drogi Rodziu, list ten tak był Uczciwie napisany, tak wzruszająco, że czytając go zalewałam się gorzkiemi łzami i do dziś trudno mi go czytać /bez płaczu. Na usprawiedliwienie Duni wpłynęło nadto (świadectwo sług, które widziały i wiedziały o wiele więcej, aniżeli przypuszczał sam pan Świdrygajłow. — Pani Marta była, jak sama się przyznawała, rażona tem i „ponownie zabita“, ale za to zupełnie przekonała się o niewinności Duni; zaraz nazajutrz w niedzielę przyjechawszy /wprost do soboru, na kolanach i ze łzami w oczach błagała (Wszechmocnego, by dał jej moc znieść tę nową próbę i wy-ipełnić swój obowiązek. — Następnie wprost z soboru, nie wstępując nigdzie przyjechała do nas, opowiedziała nam wszystko, gorzko płakała i, obejmując Dunię, prosiła ją o przebaczenie. Tego samego dnia, wprost od nas poszła do wszystkich domów po mieście i wszędzie w najlepszych wyrazach dla Duni, wylewając łzy, przedstawiała jej niewinność i szlachetność jej uczuć ’i postępowania. Nie dość tego, wszystkim pokazywała i czytała na głos własnoręczny list Dunieczki do pana Świdrygajłowa, a nawet pozwalała przepisywać go na pamiątkę (co zdaje się było zbyteczne). Tym sposobem musiała kilka dni z rzędu objeżdżać wszystkich w mieście, gdyż pominięci byliby się poobrażali. Urządzone były kolejki, tak, że w każdym do-(mu czekano swojej, a wszyscy wiedzieli, że tego i tego dnia pani Marta będzie tam i tam czytać ten list, a na (każde czytanie zbierali się nawet ci, którzy list już po kilka razy słyszeli zarówno u siebie, jak i u znajomych po ¡porządku.
„Mojem zdaniem, wiele w tem, bardzo wiele było zbytecznego; ale pani Marta ma już taki charakter. — Przynajmniej w zupełności wskrzesiła dobrą sławę Duni, i cała nikczemność tej sprawy spadła hańbą na jej męża, jako ina głównego winowajcę, tak że aż mi go żal: zbyt surowo postąpiono z tym narwańcem. Durnia zaraz otrzymała kilka ofert na dawanie lekcji, ale odmówiła. Wogóle wszyscy naraz zaczęli się zwracać ku niej.ze Szczególnym szacunkiem. Wiszystko to przyczyniło się również najbardziej do niespodzianego wypadku, wobec którego zmienia się obecnie całe nasze położenie. Dowiedz się więc, mój drogi Rodziu, że Dunia ma starającego i że zdążyła już /odpowiedzieć mu przychylnie, o czem też spieszę cię zawiadomić. A lubo stało.się to bez naradzenia z.tobą, to ipewno nie będziesz miał pretensji ani do mnie ani do siostry, ponieważ sam zobaczysz, z tej całej ¡sprawy, że cze-ikać i odkładać aż do otrzymania od ¡ciebie odpisu, było niepodobieństwem. Wreszcie sam nie mógłbyś nic stanowczego o tem powiedzieć zaocznie.
„A ¡było to tak. On już radca dworu, pan Piotr Łużyn, i daleki kuzyn pani Świdrygajłowej, która wiele przyczyniła się do tego. Zaciząl od tego, że przez nią wyraził chęć poznania się z nami, został przyjęty, jak się należy, pił ka-fwę, a zaraz nazajutrz przysłał list, w którym bardzo grzecznie oświadczył się o rękę Duni, prosząc o prędką i stanowczą odpowiedź. Człowiek to ruchliwy, pracowity, jedzie do Petersburga, tak że mu każda chwila jest droga. NaturaJlnie, nie wiedzieliśmy na razie, co począć, wszystko to bowiem stało się nadzwyczaj prędko i niespodzianie. (Rozprawiałyśmy o tem; rozmyślały przez cały ten dzień. (Człowiek to dobrej opinji i zamożny, służy w dwóch miejscach i ma już spory kapitalik. Coprawda, ma już około ¡czterdziestu pięciu lat, ale powierzchowność ma dosyć (przyjemną i może się jeszcze podobać kobietom, zresztą wogóle jest bardzo poważny i przyzwoity., cokolwiek tylko ¡ponury i jakby dumny. Ale to się tak może tylko zdaje na (pierwszy rzut oka. Uprzedzam cię nawet, drogi Rodziu, że ijak się zobaczysz z nim w Petersburgu, co nastąpi niebawem, to nie ibądź zbyt prędki i surowy, jak to masz we zwyczaju, jeżeli ci się co w nim nie spodoba na pierwszy rzut oka. Mówię to na wszelki wypadek, choć przekonana jestem, że, widząc go, doznasz bardzo przyjemnego wrażenia. Zresztą, żeby poznać kogo,.trzeba postępować z nim ¡stopniowo i ostrożnie, ażeby się nie pomylić i nie uprzedzić, co potem ¡bardzo jeśt trudne do naprawienia i wygładzenia. A pan Piotr, sądząc z wielu oznak, jest człowiekiem bardzo szanowa/nym. Zaraz na pierwszej wizycie, oświadczył nam, że jest stanowczy, ale pod wieloma względami, jak sam się wyraził, „podziela poglądy inaszych nowszych pokoleń“ i jest wrogiem wszelkich przesądów. Mówił jeszcze więcej, ma bowiem trochę pod tym względem iakby próżności i bardzo lubi, ażeby go słucha-¡no, ’to trzecie nie wada. Ja tam, oczywiście, nie wiele zrozumiałam, ale rozsądny i, zdaje się, dobry. Ty znasz przecie, Rodziu, charakter swojej siostry. Jest to diziewczyna.z taktem, rozważna, cierpliwa i wspaniałomyślna, chociaż ¿ma serce gwałtowne, com dolskonale w niej poznała. Oczywiście, ani z jej, ani z jego strony niema tu wielkiej miłości, ale Dunia, nie dość, że jest panienką rozsądną, jest ona zarazem istotą szlachetną, jak anioł, i uważać będzie rza swój obowiązek uczynić szczęśliwym ¡męża, któryby ze swej strony dbaił o jej szczęście, a co do tego, to, jak dotąd, nie mamy jeszcze żadnych powodów wątpić, chociaż cała rzecz stała się tak pręciutko. Przytem, jest to człowiek bardzo dobrze wychowany i oczywiście sam zobaczy, że jego szczęście małżeńskie tem będzie trwalsze, im Dunia Ibędzie z nim szczęśliwsza. A co się tyczy jakichś tam nierówności w charakterze, jakichś starych przyzwyczajeń, a nawet pewnych różnic w poglądach (czego niepodobna — uniknąć nawet w najszczęśliwszych stadłach), to co do tego, Dunia sama mi powiedziała, że rachuje na siebie; że niema się czego obawiać i że ona może dużo znieść, pod warunkiem, żeby dalsze stosunki były uczciwe i sprawiedliwe. On i mnie, naprzykład, z początku wydał się trochę szorstki, ale to właśnie może być następstwem jego szczerości, otwartości i bezwątpienia, tak jest. Naprzykład, podczas drugiej wizyty już po przyjęciu go^wyraził się w rozmowie, że już i dawniej, nie zinając Duni, postanowił wziąć panienkę uczciwą, ale bez posagu i bezwarunkowo taką, która już dużo wycierpiała biedy, albowiem, jak objaśnił, tmąż nigdy nie powinien >nic zawdzięczać żonie, a lepiej <jest zawsze, ażeby żona widziała w mężu swego dobroczyńcę. Winnam dodać, że się wyraził oględniej i delikatniej, niż ja napisałem, alem już zapomniała, jak się właściwie wyrażał, a pamiętam samą tylko myśl, a przytem wypowiedział to bez żadnego celu, o, t tak z rozmowy, tak, — że naweit potem starał się ’złagodzić wrażenie i poprawić isię: mnie jednak w każdym razie wydało się to jakoś nie iprzystojnem i powiedziałam o tem Du-ni. Ale Duma z ura-izą nawet odparła mi, że „słowa, <to jeszcze nie uczynek“ — i ma oczywiście słuszność. Przed zdecydowaniem się, Dudeczka nie spała całą noc, a sądząc, że ja już śpię, wstała z łóżka i przez całą noc chodziła tam i z powrotem pg pokoju; inareszcie uklękła i długo i gorąco modliła się przed obrazem-, a nazajutrz oznajmiła mi, że się zdecydowała. Wspomniałam ci już, że pan Piotr wyjeżdża do Petersburga. Ma on tam ogromne sprawy i zamierza otworzyć w Petersburgu publiczne biuro porad prawnych. Oddawna już jest on adwokatem spraw najprzeróżniejszych i w tych dniach wygrał pewien znaczny proces. W Petersburgu ma (podobno przeprowadzić jakąś sprawę w senacie. Tym sposobem, drogi Rodziu, on i tobie nawet — może być bardzo pomocny we wszystkiem; my z Dunią uradziłyśmy, że Ty zaraz z miejsca mógłbyś rozpocząć swoją przyszłą «karjerę i uważać swój los za zupełnie wyjaśniony. O gdy-byż (to mogło nastąpić! Byłoby to tak doskonale, że wszystko możnaby było wziąć za wyraźną łaskę Najwyższego. (Durnia ’myśli tylko o tem. Ju żeśmy.zaryzykowały napom-iknieć coś o Item panu Piotrowi. Wyraził się na to ostro-iżnie i powiedział, że oczywiście, ponieważ trudno mu /obejść się bez sekretarza, to ilepiej przecie płacić pensję kuzynowi, niż obcemu, jeżeli tylko okaże zdolności do pracy (także! Tybyś nie miał okazać się zdolnym!) ale wyraził zaraz wątpliwość, czy Twoje zajęcia uniwersyteckie zostawią ci dość czasu do zajmowania się u — niego. Na teraz ina tem się skończyło, ale Dunia o niczem innem odtąd nie zmyśli. Znajduje się ona poprostu już od paru dni jakby Iw gorączce i zbudowała już nawet cały szereg dalszych projektów, jak to Ty będziesz towarzyszem i nawet wspólnikiem pana Piotra w jego sprawach sądowych, tembar-dziej, że sam jesteś na wydziale prawnym. , Ja, Rodziu, we wszystkiem się z:nią zgadzam i podzie-ilam całkiem jej plany i nadzieje, widząc w nich zupełne prawdopodobieństwo; nie bacząc na teraźniejszą, bardzo wytłumaczoną obojętność pana Piotra (dlatego, że on Cię jeszcze nie zna), Dunia jest jaknajpewniejsza, że osią-<gnie wszystko swoją dobrocią względem przyszłego małżonka. Naturalnie, wystrzegałyśmy się choć w czemkol-wieik zdradzić przed panam Piotrem dalsze nasze zamiary, zwłaszcza zaś co do tego, żebyś był jego przyszłym ¡wspólnikiem. Jest to człowiek stanowczy i gotów byłby to przyjąć baridzo oschle, wszystko ibowiem uważałby tyłko za złudzenie. Prócz tego ani ja, ani Dunia, nawet pół słowa nie.mówiłyśmy z nim o stałej naszej nadziei, że om pomoże nam wspierać Cię pieniędzmi, dopóki nie skończysz uniwersytetu; dlategośmy nic.nie mówiły, gdyż po pierwsze samo przez się da się to zrobić w przyszłości, i on na-pew, no, bez ’niczego, sam zaproponuje (czyż bo takiej dro-ibnostki miałby odmówić Duni?), terribardziej, że Ty możesz ibyć jego prawą ręką w kantorze i będziesz otrzymywał pomoc >nie tytułem dobrodziejstwa, lecz zapracowanej pensji. Tak pragnie urządzić Dunia, a ja zgadzam się z nią w zupełności. Powtóre, dlategośmy nie mówiły o tem, że chciałam przy pierwszem spotkaniu się Twojem z tym człowiekiem, postawić Cię na równem z nim stanowisku. Kiedy Dunia mówiła mu o Tobie z uniesieniem, oin odpowiedział, że każdego człowieka masamprzód trzeba poznać sa-imemu bliżej, zanim się o nim wyda sąd i że on sam pragnie, zaznajomiwszy się z Tobą, wyrobić sobie należytą o Tobie opinję.
„Wiesz co, mój najukochańszy syneczku, mnie się zdaje, z pewnych kombinacyj (które.zresztą wcale nie doty-iczą pana Piotra, ale są jedynie moim, osobistym:, być mo-(że babskim kaprysem staruszki), mnie się zdaję, że może (lepiej zrobię, zamieszkawszy po ich ślubie osobno, tak jak teraz, a nie razem z nimi. Jestem pewina, że on będzie na tyle wdzięczny i delikatny, że sam mnie zaprosi i zaproponuje, ażebyśmy się z córką mie rozłączały, a jeśli dotąd io tem jeszcze nie mówił, to jedynie dlatego, że to samo z siebie wypływa; ale ja odmówię. Zauważyłam już nie-iraz w życiu, że teściowe bywają solą w oku dla zięciów, ja zaś nietylko nie pragnę być jakimkolwiek ciężaiem, ale madto sama chcę mieć swobodę, dopóki mam choć jaki taki własny kawałek chileba i takie dzieci, jak Ty i Dunia. Jeżeli będzie można, osiedlę się w pobliżu was obojga, po-inieważ, Rodziu, najprzyjemniejszą wiadomość zachowałam ma koniec’listu: dowiedz się tedy, mój najdroższy, że imoże już bardzo niedługo znowu wszyscy spotkamy się ze isabą i uściskamy się wszyiscy troje po trzyletniej nieomal ¡rozłące! Już stanowczo zdecydowano, że ja i Dunia wyjeżdżamy do Petersburga, kiedy, jeszcze mapewno nie wiem, ale w każdym razie, bardzo prędko, może już nawet iza tydzień. Wszystko zależy od rozrządzenia pana Piotra, iktóry, jak tylko rozejrzy się ipo Petersburgu, da nam znać niezwłocznie. Pragnie on, dla pewnych wddoków, przyspieszyć jak można.najbardziej ceremonję zaślubin, i, jeżeili ’to będzie możliwe, wyprawić weselisko jeszcze w bieżącym karnawale, gdyby isię zaś to nie udało dla krótkości terminu, to zaraz.po Wielkiejnocy. O, z jakąż radością [przycisnę Cię do serca! D.unia aż skacze z radości, że Cie-fbie zobaczy i raz nawiet żartem ¡powiedziała, że już dla tego samego wyszłaby za mąż za pana Piotra. Aniołek! Nie przypisuje się ona teraz do mego listu, ale kazała Ci napisać, że ma tak wiele z Tobą do pomówienia, tak wiele, że teraz nawet pióro odmówiłoby jej posłuszeństwa, w kilku (bowiem wierszach nic się niie napisze i tylko się człowiek nairytuje; kazała natomiast serdecznie Cię uściskać i załączyć Ci pocałunków ibez liku. Pomimo jednak, że zapewne wkrótce same przyj edziemy, wyślę Ci w tych dniach pie-iniędzy, ile tylko będę mogła. Teraz, gdy się dowiedziano, że Dunia wychodzi za mąż, mój kredyt się powiększył i wiem napewno, że pan Atanazy zaufa mi teraz na książkę emerytalną nawet do siedemdziesięciu pięciu rubli, tak, że Ci może poślę jakie dwadzieścia pięć do trzydziestu ru-fbli. Przysłałabym ¡więcej, ale się lękam o nasze wydatki fw podróży; chociaż pan Piotr był tak grzeczny, że przyjął na siebie powiną część wydatków w czasie.nasizego wy-[jazdu do stolicy, mianowicie sam isię oświadczył, że przewiezie nasze bagaże i duży kufer (jakoś podobno przez znajomych), ale wypada nam zawsze myśleć o tem, że przyj edziemy do Petersburga, gdzie przecie nie można się (pokazać bez grosza, choćby w pierwszych dniach tylko. ¡Zresztą, Obrachowałyśmy wszystko z Dunią co do joty i wypadło, że podróż niewiele pochłonie. Do drogi żela-iznej mamy wszystkiego dziewięćdziesiąt wiorst i zgodziłyśmy na wszelki wypadek jednego z tutejszych wieśniaków; a poteim pojadziemy sobie jaknajlepiej trzecią klasą. Tak, że może dla Ciebie napewno nie dwadzieścia pięć, ia trzydzieści rubelków wyskubię. No, ale dość: dwa arkusze zapisałam do szczętu i brak mi już miejsca; bo też i wszystko, co miałam Ci donieść; ileż bo i wypadków zaszło! A teraz, najdroższy mój Rodziu, całuję Cię serdecznie, zanim Cię sama uściskam i błogosławię, jak matka. Kochaj D.-unię, Twoją siostrę, Rodziu; kochaj ją tak, jak ona Ciebie kocha, a wiedz, że oma Cię kocha bez granic, więcej, jak samą siebie. Ona, to anioł, a Ty, Rodziu, Ty jesteś idla nas wszysitkiem, całą naszą obroną, naszą nadzieją. Jeśli Ty będziesz szczęśliwy, i my szczęśliwe będziemy. Czy Ty się modlisz, Rodziu, jak dawniej, czy wierzysz: w dobroć Stwórcy i Zbawcy naszego? Lękam się, ażeby się do Twe-igo serca nie wkradła ta nowa modna niewiara! Jeśli tak, to ja modlę się za Ciebie. Przypomnij sobie, mój miły, jak jeszcze za czasów Twego dzieciństwa, za życia ojca, powtarzałeś za mną modlitwy, siedząc u mnie na kolanach i jakeśmy wówczas wszyscy byli szczęśliwi. Żegnam Cię, a raczej — do widzenia! Ściskam Cię serdecznie, z całego serca i całuję po tysiąc — razy.
Twoja do grobu Pulcheria Raskolnikowa“.
Prawie przez cały ciąg czytania listu.twarz Rasikalniko-wa mokra była od łez; ale gdy skończył, twarz miał bladą, skrzywioną konwtuiisyjnie i ciężki, żółciowy, zły iiiśmiech.zawitał na jego wargach. Przyłożył głowę do biednej zmęczonej poduszczyny i myślał, długo myślał. Silnie /biło mu serce i silnie wzruszone były jego myśli. Naresz-icie zaczęło mu być duszno i ciasno w ’tej żółtej komórce, (podobnej do szafy czy kufra. Wzrok i myśl domagały się szerszej przestrzeni. Porwał kapelusz i wyszedł, tym razem nie lękając się spotkać kogokolwiekbądź na schodach; zapomniał o tem. Udał.się w kierunku wyspy Wasilewskiej przez prospekt W — j., jakby spiesząc tam w jakiejś «sprawie, lecz według swego zwyczaju, szedł nie wybierając drogi, szepcząc do siebie, a nawet rozmawiając gło-(śno z samym sobą, co bardzo dziwiło przechodniów. Wielu z nich.brało go za pijanego.
ROZDZIAŁ IV
List matki zmęczył go. Ale co do najgłówniejszego, kapitalnego jego punktu, ani na chwilę nie było wątpliwości, lnawet wówczas jeszcze, gdy czytał list. Najważniejsze postanowienie zapadło w jego głowie, zapadło stanowczo: „Nic z tego związku, dopóki ja żyję, ipreoz z panem Łu-iżynem!“
—, Rzecz to bowiem oczywista — mruczał do siebie, [uśmiechając się złośliwie i przesądzając ’zawczasu triumf ¡swojego postanowienia. — Nie, mateńko, nie, Duniu, wy mnie nie oszukacie!... I jeszcze przepraszają, że nie pro-.siły mojej irady, >a całą sprawę ukartowały beze mnie! Ale! ¡Myślą, że teraz klamka zapadła: zobaczymy! A jakie wy-borne tłumaczenie: „ten pan Piotr tak zapracowany, ale tak zapracowany, że się żenić inaczej nie może, jak extra-ipocztą lub koleją żelazną“.
— Nie, Duniu, wszystko widzę i wiem, o czem ty tak wiele masz do pomówienia; wiem, o czem myślałaś, przez noc całą chodząc po izbie, i o co modliłaś się przed Kazańską Matką Bosiką, wiszącą w sypialni mamy. Ciężko wchodzić (na Golgotę. Hm... Tak więc wszystko już zdecydowane: za zapracowanego i racjonalnego człowieka raczy pani wychodzić zamąż, panno Eudoksjo, za mającego swój fundusz (już mającego fundusz, to brzmi bardziej przekonywająco, poważniej), mającego posadę w dwóch miejscach i podzielającego zdania naszych.nowych pokoleń (jak pi* isze mamunia) i zdaje się dobrego, jak podaje sama Du. inia, przez to zdaje się wychodzi za mąż!... Pysznie!... {Wyśmienici e!...
„...Ciekawa rzecz jednak, dlaczego mamusia pisze mi o tych „nowych pokoleniach“? Czy poprostu dla charakterystyki osoby, czy też w widokach dalszych: czy nie chce imnie zjednać dla pana Łużyna? O chytra! Cieką wem by-iłoby także wyjaśnienie jednego punktu: do jakiego stop-inia one obydwie posunęły otwartość względem siebie wzajemnie owego dnia i owej nocy i w ciągu całego następnego czasu? Czy wszystkie wyrazy wymawiały otwarcie, czy iteż obydwie pojęły, że i ta i tamta mają to samo w sercu i w myślach, niema więc poco wypowiadać wszystkiego (głośno i zdradzać się niepotrzebnie. Zapewne, tak było po części; z listu widać: ¡mamie wydał on się cokolwiek sizor-stki, a naiwna mateczka zwróciła się do Durni ze.swemi [uwagami. Ta zaś, oczywiście, rozgniewała się i „zbyła iią oschle“. Zapewine! któż się ’nie rozgniewa, skoro rzecz;jest jaslna bez pytań naiwnych i skoro postanowiono, że ijuż tnie ma o czem mówić! Ale bo co ona mi pisze: „Kochaj Duinię, Rodziu, bo ona kocha cię więcej, niż siebie sarnią“; czy ją aby wyrzuty sumienia nie dręczą samą za to, że córkę postanowiła złożyć na ofiarę dla ’syna. „Tyś nasza nadzieja, tyś wszystkieim dla nas!“ O, mateczko!!!
Złość potęgowała się w nim coraz bardziej i gdyby (Spotkał teraz pana Łużyna, zabiłby go chyba!
„Hm, to prawda — ciągnął dalej — idąc za prądem myśli, krążących mu w głowie — to prawda, że „chcąc pognać człowieka, trzeba go badać zwolna, stopniowo, ostro-(żnie; ale pan Łużym jeslt jasny. Na de wszystko „człowiek czynu i zdaje się dobry“: albo to żarty, bagaże, duży kufer przewozi swoim kosztem! Czyż to nie dobroć! One zaś, narzeczona i matka, godzą się z chłopem, pojadą na wozie krytym rogożą (o! znam ja tę jazdę)! Niczego sobie! Bagatela, wiorst dziewięćdziesiąt „a potem najwygodniej przejedziemy się trzecią klasą, wiorst tysiąc“. Rozsądnie, (ani słowa: tak krawiec kraje, jak mu materji staje; ale tpan, pan, panie Łużyn, cóż pan na to? Toż to pańska narzeczona... Miałżebyś pan nie wiedzieć, że matka zastawia ma drogę swoją emeryturkę? Rozumiem, to wspólny wasz obrót handlowy, przedsiębiorstwo, oparte ma zyskach wzajemnych i równych kosztach, więc też i wydatki po połowie; kochajmy się, jak bracia, rachujmy się, jak żydzi — słusznie mówi przysłowie. Ale i tu człowiek czynu okpił je krzynkę, bo przewóz bagaży jeist tańszy od ich przej’a-izdu, a może nic rnie będzie kosztował. Miałyżby one tego ¡nie widlzieć, a może umyślnie inie widzą? A pir zecie kon-ftemte, zadowolone. I pomyśleć, że to są dopiero kwiatki, iowooe zaś będą później! Ale — co jest wtem najważniejszego: to nie skąpstwo, nie sknerstwo, ¡lecz najważniejszy (jest ton tego wszystkiego. A wszak to przyszły ton po ślu-ibie, proroctwo... Ale ¡bo i matka, czego ona talk buła! (Z czem przyjedzie ’do Petersburga? Z trzema rublami, lub dwoma „papierkami“, jak mówi ta... ta stara... hm! ¡1 z czego spodziewa się żyć potem w Petersburgu? Wszakże już z niektórych względów zdążyła się przekonać, że nie będzie mogła mieszkać z nimi po ślubie, nawet w pierwszych dniach. Zacny człowiek bąknął pewnie coś o tem, dał się poznać, choć mamusia obydwiema rękami odpędza tę myśl od siebie: „ Sama, mówi, odmówię“. Co to jest, na co ona rachuje; na sto dwadzieścia pięć ru-fbl-i emerytury, za odliczeniem długu na rzecz pana Atanazego? Wprawdzie dłulbie ona swoje te chusteczki, haftuje.narękawki, psując stare oczy. Ale przecie chusteczki dodają rocznie ledwie dwadzieścia rubli do owych stu dwu-idziestu pięciu — to wiem z pewnością.
— A więc tak, czy owak, łudzi się szlachetnością uczuć pana Łużyna. „Sam, powiada, zaproponuje, będzie prosił“. „A juści! Tak to zawsze bywa u tych szylierowskich pięknych dusz: do ostatniej chwili stroją człowieka w pawie piórka, do ostatniego momentu łudzą się dobrem, a nie złem; a chociaż przeczuwają odwrotną stronę medalu, za, nic inie wypowiedzą przed sobą z góry ostatniego słowa; kurczą się na samą myśl; obiema rękami odpychają prawdę, do tej samej chwili, dopóki już ceniony jegomość sam im w nos f.irnfy nie puści. Ciekawym też, czy pan Łu-żyn posiada ordery; gotówem się założyć, że ma Annę w dziurce od guzika i że sitroi się w nią na obiady do dostawców i kupców. Może ją weźmie i na wesele! A zresztą, niech igo tam djabli!...
— Przypuśćmy jednak, matka, no, Bóg z nią, taka już jest, ale Dunia?... Luba siostrzyczko, znam cię, kochanie! Wszak już dwudziesty roczek miałaś, jakeśmy się ostatni raz widzieli ze sobą? Poznałem już twój charakter! Mateczka pisze właśnie, że „Durnia dużo strawi“. Wiedziałem o tem. Przed półltrzecia rokiem wiedziałem to dobrze, iż „Dunia może dużo strawić“. Już, jeżeli pana Swidry-gajłowa, ze wszystkiemi następstwami, strawić może, to istotnie strawną ma naturę. A teraz wyobraziły sobie władnie z mamusią, że można strawić i pana Łużyna, wykła dającego teorję o wyższości żon, wziętych z nędzy i obdarzanych dobrodziejstwami przez mężów, i.to głoszącego prawie na pierwszej wi;zycie. Alle przypuśćmy, że mu się to „wymknęło“, choć niby jest (to człowiek racjonalny (tak że może wcale mu się nie wymknęło, llecz chciał z (góry wyłożyć swoje.zasady), lecz Dunia, Dunia? Wszak dla niej ten człowiek jest zrozumiały, i żyć z takim? Wszakże chleb tylko czarny jeść będzie i wodą go popijać, ale duszy iswej nie sprzeda, ale siwej moralnej swobody nie odda za komfort; za całe księstwo Szłezwig — Holsztyńskie nie odda, a cóż dopiero za pana Łużyna. Nie, Dunia nie (była taką, ¡gdy ją znałem, i oczywiście mie jest taką i teraz!... Co tu gadać. Kością stoją Świdrygajłowie. Ciężko za dwieście ru’blli włóczyć się ina guwernerce po guibernjach, ale wiem ja jednakże, iż siostra moja pójdzie raczej za niewolnicę do plantatora, luib za Łotysza do Kurlandczyka, zanim spodli swego ducha i uczucie moralne związkiem.z człowiekiem, którego ¡nie szanuje i z którym nic nie ma wspólnego — na wieki, dla.osobistej wygody! I niechby nawet pan Łużyn był ze szczerego złota ilub — z najdroższego brylantu i wtedy jeszcze nie zgodzi się być prawmą nałożnicą pana Łużyna! Dlaczegóż teraz się zgadza? Na czem sztuka poiłega? Gdzie rozwiązanie? Rzecz jasna: dla siebie, dla swego komfortu, nawet dla ocalenia siebie od śmierci, ona się nie sprzeda, ale właśnie sprzedaje się dla czegoś innego. D/la miłego, d/la ukochanego człowieka! Wszystko sprzeda! 0¡, skorzystamy z okazji i zmiażdżymy nasze uczucie moralne; swobodę, spokój, inawet sumienie, wszystko, wszystko izaniesiemy na targowisko. Przepadnij, życie! Byle tylko te nasze ukochane istoty były szczęśliwe. Nie.dość tego, wymyśflimy naszą własną ka-zuistykę,.nauczymy się od jezuitów, i na czas pewien, może się nam i uda i samych siebie uspokoić, przekonać, że tak trzeba, istotnie trzeba dla dobrej sprawy. Tacy to właśnie jesteśmy, i wszystko jasine, jak dzień. Jasne, że tu nikt inny, jeno Rod jon, syn Romana, Raskolnikow górą, na pierwszym planie. No jakże, można mu dać szczęście, utrzymać na uniwersytecie, zro!bić Wspólnikiem w biurze, cały los mu zabezpieczyć; a maże ¡z czasem, zakończy swój żywot, jako ibogacz, powszechnie czczony i szanowany, a może inawet i sławny! A matka? Aleć tu Rodzio, najukochańsze ¡dziecko, pierworodny synek! Ni jakże dla ta*
Zdrodaia i f£ \ kiego ibenj aminka nie oddać ma ofiarę choćby ’takiej córeczki! O’lube i niesprawiedliwe serca! Ha cóż: zdecydujemy się może i na los Zosi! Zosia, Zosia Marmeladówma, ’odwieczna Zosia, jak świat stary! Lecz czyście obie zmierzyły do ¡gruntu was(zą ofiarę? Czy tak? Czyż to nie przechodzi sił waszych? Czy to korzystne, rozumne? Czy wiesz, Duniu, że ¡los Zosi iriic a nic nie jest gorszy od losu z panem Łużyinam? „Miłości tam być nie może“, pisze mama. A jeżeli prócz miłości, nie może być i szacunku, lecz przeciwnie, jest już wstręt, pogarda, obrzydzenie, cóż wtedy? Wynika wówczas, że znowu wypadłoby „dbać o czystość“. Czyż nie tak? Czy pojmujecie, czy rozumiecie wy, co znaczy ta czystość? Czy pojmujecie, że czystość Łużyny to zupełnie to samo, co czystość Zosi, a może nawet i gorsza, podlejsza, lichsza, u ciebie bowiem, Duniu, wszak ibądż co ¡bądź nie zbytek komfortu stanowi ambicję, lecz poprostu idzie o śmierć ¡głodową! „Drogo, drogo kosztuje, Duniu,!ta czystość!“ No, a jeśli potem sił nie stanie, rozczarujesz się? Ileż ¡smutku, trosk, przekleństw, łez, ukrywanych przed wszystkimi, ileż ich? Wszakżeś ty nie pani Marta? A cóż z matką stanie się wtedy? Wszak ona już teraz niespokojna, trapi się; a wtedy, gdy wszystko jasmo zobaczy? A ze mną?... Ach doprawdy, co też — żeście sobie o mnie pomyślały? Nie chcę ja waszej ofiary, Duniu, mie chcę, ¡mateczko! Nic z tego, dopóki ja żyję, nic z tego, nic z tego! Nie przyjmuję!“
Ocknął się nagle i przystanął.
„Nic z tego? A cóż ty poradziisz na to? Zabronisz? A jakie masz prawo? Cóż ty przyrzec im możesiz ze swej strony, ażeby mieć jakieś prawo! Cały los twój, całą przyszłość im poświęcisz, skończywszy kurs i otrzymawszy posadą? Słyszeliśmy o tem, ale to kiedyś, a dziś? A wszak to trzeba zaraz coś zrobić, czy ty to rozumiesz? A ty co teraz robisz? Obdzierasz ije same. Wszak pieniądze dostają im się za fant sturublowej emerytury lub rekomendację pp. Śwklrygajłowych? Od świdrygajłowych takich, ’od takich pp. Atanazych czem ich obronisz? ty przyszły ¡miljonerze, Zeusie, rozporządzający ich losem? Za lat dziesięć? Ależ za dziesięć (lat matka zdąży oślepnąć od haftów, a może i od łez, posty wysuszą; a siostra? No, pomyśl, co może być z siostrą za lat dziesięć, lub w ciągu tych lat dziesięciu? Domyśliłeś się?“
Tak dręczył siebie i drażnił pytaniami, jakby z upodobaniem. Wreszcie, wiszystkie.te pytania, były nienowe, nienagłe, lecz stare, wylbollałe, dawne. Oddawna go już dręczyły one, i udręczyły mu serce. Oddawna już wylęgała.się w nim cała ta* jego troska, wzrastała., olbrzymiała i w ostatnich.czasach dojrzała i koncentrowała się, przy-jąwszy kształt strasznego, dzikiego i fantastycznego pytania, które zamęczyło mu serce i rozum., domagając się uparcie odpowiedzi. Teraz zaś llist matki udeizył weń, jak gromem. Jasna rzeczi, iż teraz lnie należało gryźć się, nie cierpieć biernie, jednemi tylko rozprawianiami o tem, że pytania nie dają się rozwiązać, a raczej zrobić coś bądź co bądź i to zaraz, jaknaj spieszniej. Niech, co chce, będzie, potrzeba się.zdecydować, choćby na cokolwiek, albo... . „Albo wyprzeć się życia — < zawołał nagle rozwścieczony — posłusznie przyjąć los taki, jaki jest, raz na zawsze i zdusić w sobie wszystko, wyparłszy się wszelkiego prawa działania, życia i miłości’!“
„Czy pan rozumie, czy rozumiesz pan, panie dobrodzieju, co znaczy, gdy się już nie ma gdzie iść?“ przyiszło mu ¡nagle na myśl wczorajsze pytanie Marmeladowa: „każdy bowiem człowiek potrzebuje pójść choćby gdziekolwiek...“ i Nagle zadrżał: pewno także Wczorajsza myśl znowu przebiegła mu po głowie. Ale zadrżał nie wskutek tej myśli. Wszak wiedział, przeczuwał, że ta myśl przyjdzie mu do ¡głowy i czekał już na nią, chociaż myśl ta nie była zgoła wczorajszą. Różnica była w tem, że przed miesiącem, a nawet jeszcze wczoraj, była ona tylko marzeniem, a teraz... teraz zjawiła się nagle, nie jako marzenie, ale w formie jakiejś nowej, groźnej <i obcej mu zupełnie, i nagle sam to przyznał... Stuknęło mu coś w głowie i ściemniało w oczach.
Obejrzał się pośpiesznie, szukał czegoś. Chciał usiąść i szukał ławki; przechodził właśnie przez bulwar K. Ławkę widać było nieopodal, o sto kroków. Poszedł, jak mógł, najspieszniej; ale po drodze spotkał go mały wypadek, który na kilka minut zwrócił całą jego uwagę.
Upatrując ławkę, spostrzegł przed sobą, o dwadzieścia kroków idącą kobietę, ale z początku nie zwrócił na nią żadnej uwagi, jak i na wszelkie inne przedmioty,.spotykane po drodze. Nieraz mu się już zdarzyło powracać, naprzy-kład, do domu i wcale nie pamiętać drogi, po której szedł, i przyzwyczaił się już talk chodzić. A!le w idącej kobiecie było coś tak (dziwnego i od pierwszego wejrzenia coś tak rzucającego ¡się w oczy, że powoli jego uwaga zaczęła się do niej przykuwać — z początku niechcący i jakby z niechęcią, poteim zaś coraz bardziej i bardziej. Nagle zapragnął odgadnąć, co w tej kobiecie jesit tak niezwykłego? P r zed ew s z y sftk i era ona, zapewne dziewczyna bardzo młodziutka, szła w taki upał z golłą, głową, bez parasolki i bez rękawiczek, jakoś uciesznie machając rękoma. Miała na sobie jedwabną, z lekkiej mater/ji („z marseliny“) sukienkę, ale także jakoś dziwacznie ułożoną, ¡nad spódnicą, rozdartą; cały kawał materji odstawał i wisiał, chwiejąc się. Mała chusteczka była narzucona na gołą szyję, ale zawiązana jakoś krzywo i na boku. Nad om i ar wszystkiego, dziewczyna szła krokiem niepewnym, potykając się i nawet zataczając się na wszystkie strony. To spotkanie przykuło nareszcie całą uwagę Raskołnikowa, Zetknął się z dziewczyną przy samej ławce, ale ona, doszedłszy do ławki, runęła na nią, w kąt, odrzuciła w tył głowę i zamknęła oczy — widocznie ze strasznego zmęczenia. Wpatrzywszy się w nią, Raskolnikow odraziu poznał, że była zupełnie pijana. Miał przed ’sobą bardzo młodziutką twarzyczkę lat szesnastu, może nawet i piętnastu, ale całą w ogniu i jakby mapuchniętą nieco. Dziewczynka, napozór, mało już iniała świadomości; jedną nogę założyła na drugą, przy-czem wystawiła je daleko więcej, niż wypadało, i według wszelkiego prawdopodobieństwa, wcale prawie nie czuła, że się znajduje na ullicy.
Raskolnikow nie siadł i nie chciał odejść, lecz stał przed nią w zdumieniu. Ten bulwar zawsze bywał pusty, teraz zaś o godzinie drugiej i w taki upał, nie było prawie nikogo. A jednak z boku, o jakie piętnaście kroków, na brzegu bulwaru, przystanął jakiś jegomość, któremu, jak widać było ze wszystkiego, chciało się bardzo podejść do dziewczyny z jakiemiś zamiarami. On także, widać, spostrzegł ją zdaleka i doganiał, ale przeszkodził mu Raskolnikow. Rzucał nań gniewne spojrzenia, starając się zresztą, żeby ten ich nie doistrzegł, i niecierpliwie czekał na swoją kolej, gdy nieznośny oberwus odejdzie. Rzecz była łatwa do zrozumienia. Jegomość ten miał do trzydziestu lat, pełny, pulchny, krew z mlekiem, z różowemi ustami i wąsikami, odziany bardzo wykwintnie. Raskolnikow strasznie się roz gniewał; zachciało mu się nagle w jakikolwiek sposób zelżyć tego tłusitego franlta. Opuścił na chwilę dziewczynę i zbliżył się do jegomościa.
— Ej, mości Świdrygajłow! A panu czego tu potrzeba? — krzyknął, zaciskając pięści i śmiejąc się swemi spienione-mi ze złości ustami.
— Co to ma znaczyć? — ¡surowo zapytał jegomość, zmarszczywszy brwi i dumnie dziwiąc się.
— ’ Ruszaj pan, ot co!
— Jak śmiesz, łotrze?...
I izamlerzył się laską. Raskolnikow rzucił się nań z pięściami, nie bacząc na to, że.tęgi jegomość mógł poradzić dwu takim, jak on. Ale w tej chwili ktoś silnie chwycił go z ’tyłu; pomiędzy nimi stał stójkowy, t — Painowie — rzekł — proszę się nie bić w miejscu publicznem. Czego pan chcesz? Co za jeden? — surowo o zwał się do Raskolnikowa, oglądając jego łachmany.
Raskolnikow spojrzał >nań z uwagą. Była.to zacna twarz żołnierska, o siwych wąsach i bokobrodach i z rozumnem wejrzeniem. — Pana, pana chcę właśnie — zawiał — chwytając go za rękę.
— Jestem były student, Raskolnikow... To i pan możes.z wiedzieć,.zwrócił się do jegomościa: — a wy, mój bracie, chodźcie, coś wam pokażę...
I, wziąwszy stójkowego za rękę, pociągnął go ku ławce.
— Oto, patrzcie — zupełnie pijana — szła tylko co przez bulwar! kto ją tam wie z jakich, ale jakoś nie wygląda, żeby z rzemiosła. Najpewniej gdzie napoili i puścili na iulicę. Zobaczcie ¡tylko, jak ma suknię podartą, spójrzcie jak włożona ta suknia: widocznie ją ubierano, a nie sama s-ię ubierała, i to ubierały ją nieumiejętne ręce mężczyzny. To widoczne. A ¡teraz spójrzcie tu: ten franit, z którym o małom się nie pobił, jest mi obcym, pierwszy raz go widzę: ale on ją także spostrzegana drodze, pijaną, nieświadomą tego, co robi, i strasznie chce mu się teraz podejść do niej i porwać ją — — ponieważ ona w tym stanie — zawlec gdzie... Niezawodnie tak; wierzcie mi, że się nie mylę. Sam widziałem, jak śledził za nią, tylko ja mu przeszkodziłem, a teraz czeka, dopóki ja nie odejdę. Patrzcie, patrzcie — odrzekł — niby kręci sobie papierosa... Żeby też miu jej nie dać? Możebyśmy ją odstawili do domu — pomyślcie tylko!
Strażnik wszystko zrozumiał ¡i szybko ogarnął. Intencje tłustego jegomościa były rzeczywiście łatwe do zrozumienia; pozostawała dziewczyna. Służaka »chylił się ku niej, aby się (bliżej jej przyjrzeć, i sizczere współczucie wyraziło się w rysach jego twarzy.
— Ach, jaka szkoda! — — ozwał się, kiwając głową — toż to jeszcze prawie dziecko. Oszukano ją, to pewne. Panienko, panieneczko — zaczął ją wołać — gdzie panienka mieszka?
Dziewczyna otworzyła zmęczone i osowiałe oczy, błędnie spojrzała na pytających i machnęła ręką.
— Posłuchaj pan — rzekł RaskOlnikow — oto (poszukał w kieszeni i wyjął dwadzieścia kopiejek; znalazły się) oto weź pan dorożkę \ każ ją odwieźć do domu. Żeby się tylko o jej adres dowiedzieć!
— Panienko, panieneczko? — zaczął znowu strażnik, przyjąwszy pieniądze — wezmę.zaraz dorożkę dla panny i sam odwiozę. Gdzie panienka każe. A? Gdzie panna mieszka?
— Precz!... Nie zawracaj... — wyszeptała dziewczyna — i znowu machnęła ręką.
— A, pfe, to nieładnie! Ach wstyd, wstyd, panienko! — znowu pokręcił głową, wstydząc, żałując lub gniewając się. — A to zadanie! — Zwrócił się do Raskolnikowa i zarazem, niby (niechcący, obejrzał go od stóp (do głowy. Znać i on wydał mu się bardzo podejrzany: w takich łachmanach, a (sam pieniądze wydaje!
— Czyś pan ją stąd daleko spotkał? — zapytał go.
— Toż mówię panu: szła naprzeciwko mnie, chwiejąc się, tu po bulwarze. Doszła do ławki i odrazu runęła na nią.
— Ach! Cóż to za wstyd teraz na świecie, Boże Wielki! Taka smarkata i już pijana! Oszukano ją, to pewna! O, i sukienka podarta... Ach, jaka to dzisiaj rozpusta!... A może to z jakiej szlachty, zbiedniałej... Oho, dzisiaj takioh wiele... Napozór dość delikatna — istna szlachcia-neczka — i znowu schylił się ku niej.
Może i on miał także.córki — „szlachcianki i z delikatnych“, edukowanych z zacięciem i z ową przejętą modną koki eter ją...
— 55 —
— Główna rzecz — zabiegał Raskoilnikow — żeby temu łajdakowi jej ’nie dać! Taki to ją jeszcze obedrze! Odraziu widać, że ma chrapkę; a łotr;, nie odchodzi!
Raskolnikow mówił głośno i wprost wskazywał.nań ręką. Tamten «słyszał i chciał był znowu się rozgniewać, ale dał spokój i ograniczył się jedynie do pogardliwego spojrzenia. Poczem zwolna odszedł o jakie dziesięć kroków i znowu stanął. (
— — Nie dać mu jej, (to można — odparł podoficer w za-myśleniu. — Żeby tylko chciała powiedzieć, gdzie mieszka... Panienko, paniusiu!, — schylił teię.znowu.
Dziewczyna ¡nagle.całkiem otworzyła oczy, spojrzała uważnie, jakgdyby coś zrozumiała, wstała iz ławki i poszła napowrót w tę stronę, skąd przyszła. — Pfu, bezwstydni! Zaczepiają! — wyrzekła i znowu machnęła ręką. Poszła prędko, ale, jak poprzednio, zataczając się silnie. Frant poszedł za nią, ale drugą stroną bulwaru, nie spuszczając jej z oczu.
— Nie bój się pan, nie dam jej — stanowczo rzekł wą-isacz i udał się za nimi.
— Ech, jaka dzisiaj rozpusta! — powtórzył głośno, wzdychając. W tej chwili jakgdyby coś ukłuło Raskolni-kowa; zatrząsł się gorączkowo i zawołał za strażnikiem:
— Czekaj pan, hej!
Ten odwrócił się.
— Daj mi pan pokój!, Rzuć pan! Niech się zabawi (wskazał na franta). Co się panu w to wtrącać?
Strażnik:nie rozumiał i wytrzeszczył oczy. Raskolnikow roześmiał (się.
— E-ech! — wyszeptał służaka — machnąwszy ręką i poszedł za frantem i za dziewczyną, przyjąwszy zapewne Raskolnikowa albo za warjata, albo za co gorszego jeszcze.
„Moje dwadzieścia kopiejek porwał“ — gniewnie wyszeptał Raskolnikow, zostawszy sam. — Niechże i od tamtego także co weźmie, potem puści z nim dziewczynę i na tem się skończy... Pocom ja się w to wtrącił!... Ja mam pomagać? Czyż mam prawo pomagać? A niech się połykają wzajemnie żywcem — co mnie do tego? I jak śmiałem oddać te dwadzieścia kopiejek. Czy one imoje?“
Pomimo tych dziwnych słów, ciężar go opanował. Siadł na opuszczonej ławce. Chaotycznie myślał o tych sprawach. Zresztą, w tej chwili o niczem nie mógłby myśleć spokojnie. ’Chciałby pogrążyć się w niebyt, zapomnieć 0 wszystkiem a pojtem, obudziwszy się wszystko zacząć od.nowa. Biedna dziewczynka — szepnął, spojrzawszy na opustoszałe miejsce. — Ocknie isię, popłacze, potem matka się dowie... Z początku izfoije pięścią, potem rózgą, dotkliwie, iboląco, a może i wygna ¡ją... A nie wygna, to przewą-chają takie faktorzyce i dopieroż to zacznie włóczyć się moja dziecinka, to tudy to siudy... Potem zaraz szpital (i tto zawsze spotyka te, które mieszkają u najuczciwszych matek i pocichiutku przed niemi figlują), a potem... potem znowu szpital... wódka... szynkownia... i znowu szpital... za jakie dwa, trzy lata kalectwo, razem życia iat dziewiętnaście albo osiemnaście wszystkiego... Czyż nie widziałem takich? A jiak się kształtowały. W taki właśnie sposób, rych/tyk... Tfu! Niech tam! To ponoć tak trzeba.
Toć mówią, że taki procent musi odpaść gdzieś, pewnie do djabła, ażeby pozostałych umacniać i nie przeszkadzać im. Procent! Pyszne, doprawdy, są te ich frazesy: takie uspokajające, pouczające. Powiedziano, procent, więc 1 niema się czego trwożyć. A gdyby ’tak inny wyraz — wówczas może (byłoby cokolwiek niespokojniej... A nuż i Dunia stanie isię kiedy procentem!... Nie tym, to innym!
„Ale gdzie to ja idę? — pomyślał nagle. — Dziwna rzecz. Wszak po coś szedłem. Przeczytałem list i poszedłem... Na wyspę Wasiljewską do Razumichina szedłem, tak, tak, teraz... pamiętam. Ale poco właściwie? I jakim sposobem myśl pójścia do Razumichina strzeliła mi teraz właśnie ido — głowy?, To szczególne!“
Dziwił się solbie. Raznimichin był jednym z jego dawnych kolegów uniwersyteckich. Ciekawe, że Raskolnikow, będąc w uniwersytecie, nie miał prawie kolegów, stronił od wszystkich, nie chodził do nikogo i u siebie niechętnie przyjmował. Ani w ogólnych zebraniach, ani w rozmowach, lani w zabawach, ani w niczem nie brał udziału. Pracował gorliwie, nie szczędząc siebie i szanowano go za to, ale nikt go„nie lubił. Był on bardzo biedny i jakoś pysznie dumny i nietowarzyski; jakby coś ukrywał przed ludźmi. Niektórym z kolegów zdawało się, że on patrzy na nich wszystkich, jak na dzieci, — z góry, jakgdyby ich wszystkich wyprzedził rozwojem i wiedzą i przekonaniami, i że na ich przekonania i sprawy patrzy, jak na coś niższego.
— 57 —
Z Razumichinem jednak zbliży} się jakoś, to jest metyle’ zbliżył ¡się, iile żył iz nim jakoś chętniej, dtwarciej. Zresztą z Razumichinem ’nie można było żyć inaczej. Był to chłopiec niezwykle wesoły i towarzyski, dobry aż do naiwności. Zresztą, pod tą prostotą kryło się uczucie głębsze, godność. Lepsi z jego kolegów rozumieli to, wszyscy go lubili. Był on wcale, niegłupi, chociaż istotnie niekiedy był prostakiem. Powierzchowność miał wyrazistą — wysoki, chudy, zawsze źle wygolony, brunet, niekiedy huliał i słynął, jako siłacz. Pewnej nocy, w kompanji, jednym zamachem strącił z nóg jakiegoś stróża, sążniowego draba. Pić mógł do nieskończoności, ale mógł i wcale nie pić. Ra-zumiichiin tem się jdszcze odznaczał, że żadne.niepowodzenia nigdy go nie martwiły i żadne ’.niepomyślne okoliczności, jak się zdawało, nie były w stanie go zgnębić. Mógł mieszkać bodaj na dachu, znosić głód piekielny i niezwykłe zimno. Był bardzo biedny i zupełnie sam jeden, a utrzymywał się z przeróżnych przypadkowych robót. Znał całą nnasę źródeł, z których mógł czerpać, oczywiście,., dirogą zarobku. Zdarzyło się raz, że przez całą zimę nie opalał swej izdebki i twierdził, że ’to nawet przyjemniej, bo w zimnie lepiej się śpi. Obecnie zmuszony był także opuścić uniwersytet, a„le nie na długo i wszelkieimi siłami ©ta-rał się poprawić warunki swego życia, ażeby móc dalej uczęszczać na wykłady. Rasikolnikow nie był u niego ze cztery miesiącee, a Razumichin nie wiedział nawet, gdzie on mieszka. Raz — jakoś przed dwoma miesiącami spotkali się wprawdzie ze sobą ina ulicy, ale Rasikolnikow odwrócił się nawet i przeszedł na drugą stronę, ażeby tamten go nie spostrzegł. A Razuimichin choć go i spostrzegł, ale minął go, nie.chcąc zabierać czasu przyjacielozvi.
ROZDZIAŁ V
„Istotnie,;nie itak dawno jeszcze chciałem prosić Razu-michina o dostarczenie mi jakiej noboty, jakich ilekcyj, lub czegoś podobnego...“ domyślał się Raskolnikow... „ale czem on teraz może mi dopomóc? Dajmy na to, że lekcje dostanie, przypuśćmy nawet, że się podzieli ostatnim groszem, tak że się uda nawe/t buty kupić i ubranie poprawić, żeby *chodzić na lekcje... hm... No, a dalej? Co można zrobić za dyski? Czy mnie teraz tego trzeba? Doprawdy zabawne, żem postzedł do Razumichina...“
Pytanie, dlaczego szedł do Razumichina, niepokoiło go więcej, niż mógł inawe|t przypuszczać; z itr w agą dopatrywał się jakiejś złej wróżby w tym, napozór,, najzwyczajniejszym postępku.
„Jakto? Czyliż istotnie.chciałem naprawić wszystko przez jednego iRazumichina? Miałże Razumichin być jedynym moim zbawcą?“ zapytywał siebie ze zdziwieniem.
Myślał i pocierał sobie czoła, gdy nagle, ni stąd ni zowąd, tak sama z siebie przyszła mu do głowy myśl ar-cydziwna.
— Hm „do Razumichina“ — wyszeptał nagle całkiem spokojnie, jakby w sitanowczem zdecydowaniu — do Razumichina pójdę, to fakt... a’le — nie teraz... Pójdę do niego nazajutrz po tamtem, gdy /się już tamto ukończy i gdy iwszysitko pójdzie.nową drogą.
I nagle zatrząsł się.
„Po tamtem“ — zawołał, zrywając się z ławki — „a czyż tamto będzie? Miałożby być istotnie?“ t Opuścił ławkę i poszedł, prawie pobiegł; chciał zrazu zawrócić w stronę domu, aile myśl o powrocie do domu pirzejęła go wstrętem: tam właśnie, w kącie, w owej fatal nej szafie dojrzewało to wszystko jiuż przeszło od miesiąca, i poszedł na oślep.
Jego drżenie nerwówie zamieniło się niebawem w gorączkę; czuł nawet omdlenie; na takim skwarze robiło mu się zimno. Jakby z wysiłkiem, jął się, prawie nieprzytomnie, dla jakiejś.wewnętrznej potrzeby, wpatrywać we wszystkie napotykane przedmioty, jakgdyby szukając wymuszonej rozrywki, ale źle mu się to udawało i co chwila wpadał w zadumę. Gdy zaś zlnowu, drgając, podnosił głowę i oglądał się dokoła, to zaraz zapominał, o czem myślał przed (Chwilą, a nawet którędy przechodził. W ten ’sposób przeszedł całą wyspę Wasiljawską, wyszedł na Małą Newę, przebył most i skręcił na Wyspy. Zieloność i chłodek spodobały się zrazu jego znużonym oczom, przyzwyczajonym do pyłu ¡miejskiego, do gliny i do olbrzymich, ścieśnionych i gniotących się wzajemnie domów. Tu nie było ani swędu, ani duszności, ani szynków. Ale wkrótce i te nowe, przyjemne uczucia przeszły w chorobliwe i rozdrażniające. Niekiedy stawał przed jaką umajoną willą, spoglądał za ogrodzenie, widział z oddali, na balkonach i tarasach, wystrojone damy i dziatwę, biegającą po ogrodzie. Szczególnie zajmowały go kwiaty; patrzał na nie najdłużej. Spotykał także wspaniałe powozy, jeźdźców i amazonki; odprowadzał ich wzrokiem ciekawie i zapominał o inich pierw,.zanim znikli mu z oczu. Raz zatrzymał się i przeliczył swoje pieniądze: miał około trzydziestu kopiejek. „Dwadzieścia strażnikowi, trzy Natce za list, a więc Mar-meladowom dałem wczoraj coś czterdzieści siedem kopiejek, czy pięćdziesiąt“, pomyślał, rozliczając, ale zapomniał wkrótce, poco pieniądze wyjął z kieszeni. Dopiero, gdy przechodził koło jakiejś traktjerni, przypomniało mu się, że jest głodny. Wszedł, wypił kieliszek wódki i.zjadł nadziewany czemś pierożek. Dojadał go jeszcze po drodze. DaWno już nie pił wódki, to też, chociaż wypił jeden tylko kieliszek, podziałało to nań odrazu. Nogi mu nagle ociężały i poczuł niepomierną chęć snu. Zawrócił do domu, ale doszedłszy już do wyspy Piotrowskiej, sitanął w zupełnem wyczerpaniu, zeszedł z drogi, upadł na trawę i natychmiast zasnął.
W stanie chorqibliwyfti sny odznaczają się często niezwykłą jaskrawością, plastycznością i nadzwyczaj nem podobieństwem do prawdy. Składa się niekiedy obraz dzi waczny, ale otoczenie i całe przedstawienie procesu noszą przy tem tyle cech prawdopodobieństwa i odznaczają się ta-!kiemi ’subtelnemi, niespodzianemi, ale odpowiedniemi do całości obrazu szczegółami, że sam śpiący nie wymyśli ich na jawie, choćby był takim artystą, jak Puszkin albo Turgienjew. Takie sny, sny chorobliwe, zwykle pamiętne bywają na długo i wywierają silny wpływ na znękany i pobudzony już organizm człowieka.
Raskoilnikow miał sen straszny. Przyśniło mu się jego dzieciństwo w rodzinnem miasteczku. Ma łat siedem i (przechadza się w iletini dzień z o-jeern swoim iza miastem. Czas szarawy, dzień duszny, miejscowość zupełnie taka sama, jak ta, która ocalała w jego pamięci; nawet w jego pamięci zatarła się ona daleko więcej, aniżeli ta, którą widział teraz we śnie. Miasteczko stoi odkryte, jak na dłoni, dookoła ani krzaku; gdzieś daleko, ma samym skraju nieba, czerni się ilasek: o kilka kroków od ostatniego ogrodu miejskiego sltoi karczma, duża karczma, zawsze wywołująca w nim, na j przykrzejsze wrażenie, a nawet trwogę, gdy mijał ją, spacerując z ojcem. Bylł tam zawsze taki tłum iludzi, tak ‘tam krzyczano, śmiano się, wymyślano, tak obrzydliwie i ochryple śpiewano i tak często się bito; dookoła karczmy kręciły się zawsze takie pijane i straszne ’twarze... Spotykając się.z iniemi, przyciskał się do ojca i drżał na całem cieile. Przed karczmą droga, gościniec wiejski, zawszie pełen pyłu, a kurz zawsze gęsty, czarny. Gościniec ciągnie się kręto i o jakie trzysta kroków na prawo okrąża cmentarz miejski. Na cmentarzu cerkiew murowana z zieloną wieżyczką, gdzie raz czy (dwa razy do rolcu bywał z ojcem i z matką na mszy za duszę babki, która już datw.no umarła, a której on nigdy nie widział. Wówczas brali ze sobą „kutję“ na białym półmisku, w serwecie, a „kutja“’ była słodka z ryżu i rodzynków, wtłoczonych w ryżu na krzyż. Lubił tę cerkiewkę i stare w niej obrazy, po większej części bez ram, i starego popa z trzęsącą się głową. Obok grobu ibabki, na którym leżał kamień, była mała mogiłka jego braciszka, który zmarł mając sześć miesięcy, a którego również wcale nie znał i nie mógł pamiętać: ale powiedziano mu, że miał braciszka, więc ’też za każdym raziem, odwiedzając cmentarz, ’przykładnie i bogobojnie żegnał się nad mogiłką, kłania! się jej i całował ziemię. I oto śni mu się: idą z ojcem po gościńcu ku cmentarzowi i ¡mijają karczmę; on trzyma ojca za rękę i z trwogą ogląda się na karczmę. Niezwykła okoliczność zwraca jego ¡uwagę: tym razeim odbywa się tu jakby jakaś zabawa, tłum wystrojonych mieszczanek, bab, ich mężów i wszellikieij gawiedzi. Wszyscy pijani, wszyscy śpiewają pieśni), a przed gankiem karczmy stoi wóz, ale wóz dziwny. Jest to jeden z tych wielkich wozów, do których wprzega się wielkie szkapy i przewozi się niemi towary i beczki z winem. Zawsze lubił patrzeć na ’te ogromne konie pociągowe z długiem i grzywami, mu-skularnemi.nogami, gdy szły równym stępem i ciągnęły za sobą istną górę towarów — ibez żadnego wysiłku, jak gdyby, nawet z temi wozami było im lżej iść, niż bez nich.
Ale teraz, rzecz dziwna, ¡do — takiego wielkiego wozu zaprzężono maleńką chudą, zbiedzoną, chłopską szkapę, jedną z tych, które widywał nieraz, jak mordują się z byle wysokim wozem drzewa lub siana zwłaszcza, gdy wóz — ugrzęźnie w błocie lub bruździe, i prżytem tak je okrutnie, tak ¡boleśnie ¡biją chłopy batami, niekiedy nawet po samym pysku i po ślepiach, a jemu.tak ich żal, tak przykro patrzeć na to, że omal nie płacze, a matka zawsze, ¡bywało, odprowadza go od okna. Aż oto nagle zaczyna być gwarno: z karczmy wychodzą takie wielkie draby z krzykami, ze śpiewami, z harmonjami, pijani, jak ’bele, w krasnych lub niebieskich mbaszfcach, z narzuć o-’nemi — na plecy armiakami.
— Siadajcie, wszyscy siadajcie! — wola jeden, jeszcze imłody, z (taką grulbą szyją i z mięsistą twarzą, jak marchew — ¡Wszystkich odwiozę, siadajcie!
Ale zaraz daje się słyszeć śmiech i wykrzykniki.
— Taki kuc ma nas zawieźć!
— Czyś przy ¡zdrowych zmysłach, Mikołaju: taką kobyłkę zaprząc do takiego wozu?
— Alei chudzi zna ¡muisi już mieć chyba ze dwadzieścia latek, moi drodzy!
— Siadajcie! Wszystkich dowiozę — woła znów Mikołajek i, pierwszy siadając ¡na wóz, chwyta za lejce i sta-.je, jak długi na froncie. — Gniady dawniej poszedł z Mateuszem — woła z wozu — a ta kobyłka, moi drodzy, tylko mi serce podrywa: takbym ją, zda się, i zabił, darmo chleb żre, bestja. Mówię siadajcie! Cwałem popędzę! 1 bierze do iręki biczysko, z lubością gotując się do oćwiczenia szkapy.
— Ta i siadajmy! Co tam! — śmieją się w — tłumie. — Słyszycie, cwałem pojedzie!
— Ona ’cwałem już z dziesięć Iłat nie skakała.
— Poleci!
— ’Nie żaiujicie, moi drodzy, bierz każdy bat i jazda!
— Dobra! Wal ją!
Wszyscy pakują się na wóz Mikołajka ze śmiechem i koncdptami. Wpakowało się coś ze sześcioro i jeszcze można posadzić. Biorą sobie jakąś babę, tłustą i czerwoną. Świeci się ona od paciorków ma piersiach, gryzie orzeszki i chichocze. Dokoła w tłumie także się.śmieją, bo, oczywiście, dlaczegóżby się nie śmiać: taka oto licha klaczynka, a taki ciężar ma powieźć cwałem? Dwóch p>a-Tobczaków ina wozie bierze po bacie, ażeby pomagać Mikołajkowi. Daje się słyszeć: „ a nu!“ szkapa szarpie z całej siły, ale mietyllko cwałem, lecz nawet stępa zaledwie może podołać, grzebie tylko magami, kurczy się i przysiar da pod ciosami ’trzech batów, spadających na nią, jak grad. Śmiech na wozie i w tłumie podwaja się, ale Mikołajek zły i coraz wścieklej obdarza ciosami konia, jakgdy-vby istotnie wierzyli w to, iże popędzi cwałem.
— — Puśćcie i mnie — woła z tłumu jakiś znęcony pa-robczak.
— Siadaj! Siadajcie wszyscy! — drze się Mikołajek — wszystkich wytrzyma. Zaćwiozę!
I łoi ją, łoi i nie wie już czcm i jak bić w rozjuszeniu.
— Tatusiu! Tatusiu! — woła malec do ojca — tatusiu, co oni rąbią? Tatusiu, biednego komika biją!
— Chodźmy, chodźmy — odpowiada ojciec — to pijani, dokazują głupcy! Chodźmy, nie patrz!
I chce go odprowadzić, ale on mu się z rąk wyrywa i bezwiednie biegnie do komika. Alle źle już z biedaczką. Ledwie dysze, staje, zmów rusza, o mało nie padnie.
— Wał ją na śmierć! — woła Mikołajek — niech się, co chce, dzieje. Zaćwiczę!
— A czy krzyża ¿nie nosisz, człowieku! — wyrywa się głos jakiegoś stanca z tłumu.
— Widziane to rzeczy, żeby taka szkapa taki ciężar wiozła — dodaje drugi.
— Zamordujesz! — odzywa się trzeci.
— Co wam do tego! Moje dobro! Co chcę, to i robię. Siadajcie jeszcze! Wszyscy siadajcie! Chcę, żeby koniecznie cwałem poszła!...
Nagłe wybucha śmiech ogólny i pokrywa wszystko: ’szkapa nie wytrzymała coraz częstszych ciosów i w niemocy zaczęła wierzgać. Nawet stary nie wytrzymał i uśmiechnął się. Bo i w istocie; taka ‘licha szkapa, a jeszcze wierzga.
Dwaj parobcy z tłumu zdobywają jeszcze po bacie i pędzą do szkapy ćwiczyć ją z boków. Każdy biegnie;na swoją stronę.
— Po pysku ją, po ślipiach ćwiczcie, po Ślipiach! — wrzeszczy Mikołajek.
— Śpiewajmy, dalej! — woła ktoś z wozu i wszyscy ma wozie podchwytują. Daje się słyszeć wesoła pieśń, brzęczy bęben, w przyśpiewkach świst. Babinka gryzie orzeszki i chichocze. ...On biegnie obok konia, zabiega naprzód, widzi, jak go biją po oczach! Serce mu faluje, łzy ciekną. Jeden z bijących uderza go po twarzyczce; o>n nie czuje, załamuje rączyny, krzyczy, rzuca się do starca z siwą brodą, który kiwa głową i potępia to wszystko. Jakaś baba bierze go za rękę i chce porwać: ale on się wyrywa i znowu biegnie do konika. Szkapa już ostatnich sił dobywa, ale znowu zaczyna wierzgać.
— A żeby cię djabili! — woła wściekły Mikołajek.
Rzuca bat, nachyla się i wyciąga z dna wozu długą i grujbą hołoblę, bierze ją za koniec obiema rękoma i z całej siły zamierza się nad nieszczęsną.
— A ito jej zada! — wołają dokoła.
— Zabije.
— Moje dobro! — drze się Mikołajek i z rozmachem opuszcza hołoblę. Daje <się słyszeć ciężki cios.
— Wal ją, wal! Cóżeśta stanęli! — krzyczą głosy z tłumu. A Mikołajek rozmachuje ’się powtórnie i drugi cios z całej siły spada na grzbiet nieszczęsnej klaczy. Oina osiada całym Ityłem, ale podskakuje i szarpie, szanpie ze wszystkich sił w różne strony, ażeby wywieźć; ale ze wszystkich istiron przyjęta jest przez sześć batów, a hoło-bia znowu się wznosi i spada po raz tirzeci, potom czwarty, miarowo, z rozmachu. Mikołajek wściekły jest, że nie może zabić od jednego razu.
— Wytrzymała! — wołają dokoła.
— Zaraz napew.no padnie, moi ’drodzy, to jej koniec! — woła z ’tłumu jakiś amator.
— Toporem ją,.co taim! Od razu skończyć — woła trzeci.
— Ech! Zjesz:licha! Rozstąp się! — dziko wykrzykuje Mikołajek, rzuca hołoblę, znowu schyla się do wozu i wy-włóczy żelazny drąg. — Na Ibok! — woła — i co sił razi z rozmachem /biedną szkapinę. Cios spadł; kobyła zatrzęsła się, kucnęła, chciała szarpnąć, ale dirąg ponownie z rozmachem spada jej na grzbiet i naraz koń, jakby mu od razu podcięto Wszystkie cztery nogi, runął na. ziemię.
— Dobijaj! — woła Mikołajek — i zeskakuje jak szalony z wozu. Kilku parobków, także czerwonych i pijanych, chwyta co pod ręką, baty, kije, hołoblę, i biegnie do zdychającej kobyły.
Mikołajek staje z boku i zaczyna ją walić drągiem wprost po łbie. Klacz wyciąga mordę, wydaje ciężkie westchnienie i zdycha.
— Dobił swego! — krzyczą w tłumie.
— A czemu nie szła cwałem!
— Moje dobro! — woła Mikołajek, z drągiem w rękach i z zalanemi krwią oczyma. Stoi, jakby żałując, że już nie ma kogo bić.
— Oho! Znać, że nie masz krzyża na sobie! — krzyczą z tłumu liczne już głosy.
Ale ¡biedny malec jest już w rozpaczy. Z krzykiem przebija się przez Itłum do szkapy, obejmuje jej martwą, skrwawioną mordę i całuje w ślipia, w nozdrza... Potem zrywa się nagle i z wściekłością rzuca się z piąstkami na Mikołajka. W tej chwili, ojciec, który go już dawno gonił, chwyta go nareszcie i wynosi z ’tłumu.
— Chodźmy! Chodźmy — mówi doń — pójdźmy do domu!
— Tatusiu! Za co oni... biednego konika... zabili... wybucha łzami, które tamują mu oddech, a słowa wyrywają mu się w krzyk ze stłumionej piersi.
— Pijani... dokazują... ito nie nasz interes... chodźmy — mówi ojciec. — On Obejmuje ojca rączkami, ale w piersiach paili mu, pali. Chce odetchnąć, krzyknąć i budzi się.
Obudził się cały spocony, z włosami mokremi od potu, ciężko oddychając, i podniósł się z przestrachem.
— Dzięki Bogu, to tylko sen! — rzekł, siadając pod (jdy stanął przed olbrzymią kamienicą, serce zamarło mu jtrawie zupełnie i ciałem jego wstrząsnął nerwowy dreszcz. drzewem z głębokiem westchnieniem. — Ale ca to jest? Miałażby mnie zinowu opanować gorączka: taki okropny sen!
Całe jego ciało było, jak rozbite; w duszy smutno i ponuro. Opaiił łokcie o kolana i podparł głowę obiema rękami.
— Boże! — zaiwolai — miałżeibym w istocie, w istocie wziąć topór, miałżeibym ją uderzyć w głowę, zmiażdżyć jej ¡czaszkę... stąpać w lepkiej, ciepłej krwi, wyłamywać zamek, kraść i drżeć; chować się, cały krwią zalany... z topoiem!... Boże czyż byłbym zdolny do tego?... — to mówiąc, drżał, jak ¡lis.tek.
— Co też mi przychodzi do głowy? — mówił dalej, cofając się znowu i jakby w głębokiem zdziwieniu — wszak wiedziałem, że tego nie ’zniosę, dlaczegóż więc męczyłem siebie dotąd? Wszak jeszcze wczoraj, gdy poszedłem zrobić tę... próbą ¡wszak wczoraj dokładnie zrozumiałem, że nie wytrzymam... Dlaczegóż teraz, ’dlaczegóż dotąd jeszcze wątpiłem? Wszak wczoraj schodząc ze schodów, sam mówiłem, że to żle, podle, nędznie, nędznie... wszak mnie na samą myśl na jawie dreszcz przeszedł i trwoga.
— Nie, nie wytrzymam, nie wytrzymam! Dajmy nawet na to, że niema żadnych wątpliwości we wszystkich tych ’rachunkach, niech sobie nawet będzie to wszystko, co postanowiłem owego miesiąca, jasne, jak dzień, sprawiedliwe, jak arytmetyka. Boże! Wszak bądź co bądź nie zdecyduję się! Ach inie wytrzymam, nie wytrzymam!... Czegóż się więc dręczę... dotąd —
Wstał na równe nogi, w zdumieniu rozejrzał się dokoła, jakby dziwiąc się i temu, że się tu znalazł i poszedł na most T. Był Mady, oczy mu pałały, znużenie przejmowało wszystkie jego członki, ale oddech zrobił mu się nagle jakby lżejszy. Poczuł, że zrzucił już z ’siebie to straszne brzemię, które go gnębiło tak długo i w duszy zrobiło mu się nagle błogo i lekko. „Panie, modllił się, — wskaż mi moją drogę, a wyrzeknę się, tej przeklętej.... myśli mojej!“
Mijając most, z całym spokojem patrzał na Newę, na jaskrawy zachód świetnego słońca. Tak jakby wrzód zbierający mu się oddawna na serou,;pękł nagle. Wolność, wolność! Wolny jest teraz od tych czarów, od podszeptów, od złych duchów, od guseł i zamawiań.
Później, gdy pnypomniał sobie ten czas i wszystko, co
Zbrodnia i Kara. 5 się z mim stało w te eh:i, chwilę za chwilą, punkt po punkcie, linję za linją, uderzała go aż ido zabobonu jedna okoliczność, choć w istocie nawet.niebardzo nadzwyczajna, ale która zawsze wydawała mu się jakby przeznaczeniem losu.
Mianowicie: nie mógł żadną.miarą zrozumieć i wytłó-maczyć sobie, dlaczego on, zmęczony, znużony, dla.którego najdogodniej było powrócić do domiu (najkrótszą i prostą drogą, wrócił przez plac Sienny, przez który wcale nie powinien był przechodzić. Koło niewielkie, ale.najwyraźniejsze i zupełnie zbytecznie. Prawda, że mu się dziesiątki razy zdarzało w.racać do domu, nie pamiętając ulic, przez które.przechodził. Ale dlaczego, zapytywał zawsze, dlaczego właśnie tak ważne, tak dilań stanowcze i tak zarazom w ¡najwyższym stopniu wypadkowe spotkanie ma placu Siennym (gdzie nie miał najmniejszego interesu), zdarzyło isię właśnie iteraz w takiej godzinie, w takiej minucie jego życia, w takim nastroju jego ducha i przy takich okolicznościach,,przy których jedynie właśnie mogło wywrzeć ’stanowczy i najostrzejszy wrpływ na cały los jego? jakgdyby go umyślnie tam czekało!
Było około dziewiątej wieczorem, gdy przechodził przez plac Sienny. Wszyscy handlarze po kramach, stołach, w sklepach i w sklepikach, zamykali swoje zakłady, luib zdejmowali i układali towary i rozchodzili się do domów,, zarówno jak i ich kupujący. Obok trakt jerni w niższych piętrach, na brudnych, cuchnących podwórzach domów placu Siennego, a najwięcej przed bawarjami, tłoczyło się wielu różnych przekupniów i wszelkiego rodzaju spekulantów. Raskollnikow nadewszystko lubił te miejsca, zarówno jak i wszystkie [pobliskie uliczki, gdy wychodził tbez ceJlu na ulicę. Tiu jego łachmany nie zwracały niczyjej dumnej uwagi i można było chodzić w jakimkolwiek stanie, nie gorsząc nikogo. Przy samej uliczce K., na rogu, mieszczanin i baba, jego żona, handlowali na dwóch stołach towarem: nićmi, tasiemkami, chustkami i!t. p. Zabierali się już także do domu, ale wstrzymała ich rozmowa ze znajomą. Tą znajomą była panna Elżibietka, jak ją nazywano, młodsza sioistra tej samej ¡starej Aliny, registratorowej kołegjalnej i lichw i ark i, u której wczoraj był Raskolnikow,, w celu zastawienia zegarka i zrobienia owej próby... On już oddawna wiedział wszystko o tej Elżbiecie, a nawet i ona znała go trochę. Była to wysoka, niekształtna,.nieśmiała i potulna dziewczyna, prawie id jatka, Hat trzydziestu pięciu, ¡będąca w zupełnej niewoli u siostry, pracująca na nią dzień i noc, drżąca przed nią i znosząca nawet jej sztunchańce. Stała w zamyśleniu z węzełkiem przed mieszczaninem i babą i słuchała ich z uwagą. Ci coś do niej ’gadadi z niezwykłem ożywieniem. Gdy ją Raskoinikow ujrzał.znienacka, ogarnęło go jakieś dziwne wczucie, podobne do najgłębszego zdumienia, chociaż w tem spotkaniu nie było nic nadzwyczajnego.
— Mogłaby panna Elżbieta ¡postanowić sama — głośno mówił mieszczanin. — Przychodź panna jutro o siódmej godzinie. I tamci przybędą.
— jutro? — przeciągle i w zamyśleniu odparła Elżbiet-ka, jakby niezdecydowana.
— A to pan/nie siostra strachu zadała! — zaśmiała się żona handlarza, dzielna babinka. — Patrzeć na pannę, to, jak na dzieciaka. I żeby to jeszcze siostra rodzona, ale przyrodnia, no...
— Alle tym r.azem, niech panna nic nie powiada siostrze — przerwał mąż — oto ¡moja rada, a zachodź panna do ¡nas, nie pytając się o pozwolenie. To interes korzystny. Potem i sioistra sama przystanie.
— Może i zajdę.
— * Juitro, o siódmej; i od itamtych przyjdą; osobiście panna postanowi.
— Padamy i samowarek — dodała żona.
— Dobrze, przyjdę — odparła Elżbieta, ciągle zadumana, i zwolna jęła się ruszać z miejsca.
Raskólnikow już ich właśnie minął i nie słyszał nic więcej. Przechodził spokojnie, nieznacznie, starając się nie uronić ani jednego wyrazu. Jego pierwotne zdumienie zamieniało się powoli w trwogę, jakby mu mróz przeszedł po plecach. Dowiedział się nagle znienacka i całkiem niespodzianie, dowiedział się, że jiutro, punkt o siódmej wieczorem, Elżbiety, siostry staruszki i jedynej jej współlokatorki, nie będzie w domu i że tedy stara punkt o siódmej zostanie w domu sama jedna.
Do domu miał już tylko kilka kroków. Wszedł do siebie, jakby skazany na śmierć. O niczem nie myślał, jakgdyby nie mógł myśleć o niczem; ale całą swoją istotą poczuł nagle, że niema już ani swobody rozsądku, ani woli 1 że wszystko skończyło się ostatecznie.
Oczywiście, ’gdyby mu nawet całe lata wypadało czekać na llepszą sposobność, (to i wtedy, mając plan, nie można.byłoby rachować na okazję lepszą, niż ta, co mu się teraz nadarzała. W każdym razie trudno byłoby dowiedzieć się w przeddzień i napew.no, z większą ścisłością i z najmniej-szem ryzykiem, bez Avsze<lkich niebezpiecznych badań i poszukiwań, że jutro, o takiej a takiej godzinie, taka a taka staruszka, na której całość się czycha, będzie w domu sama i edna.
Z czasem, Raskolnikow dowiedział się wypadkiem, poco właściwie mieszczanin i baba zapraszali do siebie Elżbietę. Sprawa była bardzo zwyczajna i nie miała w sobie nic szczególniejszego. Przyjezdna i podupadła rodzima sprzedawała rzeczy, ¡ubranie i t. p., wszystko kobiece. Ponieważ na rynku sprzedawać niema interesu, szukano więc handlarki, a Elżbieta item się zajmowała: brała komisy, chodziła za interesami i miała znaczną praktykę, ponieważ była bardzo uczciwa i zawsze żądała ceny stałej: jaką cenę powie, od tej za nic nie odstąpi. Mówiła zaś wogóle mało, i jak już powiedziano, była nadzwyczaj nieśmiała i potulna...
Ale Raskolnikow ostatniemi czasy zaczął być zabobonny. ślady przesądów zostały w nim i później jeszcze na długo, prawie na zawsze. I w całej tej ’sprawie skłonny był zawsze dopatrywać się jakiejś nadzwyczajności, tajemniczości, jakby wszystko stać się miało przy współdziałaniu nadzwyczajnych wpływów i zbiegów okoliczności. Jeszcze zimą pewien znajomy student, niejaki Poko-rew, wyjeżdżając do Charkowa, dał mu w rozmowie adres starej Aliny, na wypadek, gdyby chciał co kiedy zastawić. — Przez długi czas nie chodził do niej, miał bowiem lekcje, i jakoś;się żyło. Ale przed półtora miesiącem przypomniał sobie jej adres; miał on dwie rze:z)r, nadające ’się do zastawu: stary srebrny zegarek po ojcu i mały złoty kolczyk z trzema jakiemiś czerwonemi kamyczkami, który mu siostra przy pożegnaniu ofiarowała na pamiątkę. Postanowił zanieść kolczyk; odszukawszy starą, od pierwszego wejrzenia, nic jeszcze o niej nie wiedząc szczególnego, poczuł do niej wstręt niepohamowany, wziął dwa „papierki“ i po drodze zaszedł do jakiejś nędznej bawaryjki. Zażądał herbaty, siadł i głęboko się zamyślił. Dziwna myśl kłuła mu się z głowy, jak z jajka kurczę, i bardzo, bardzo go zajmowała.
Prawie obok niego na drugiem krześle siedział student, którego wcale ¡nie znał i nie przypominał sobie, w towarzystwie młodego oficera. Pograli w bilard i zaczęli pić herbatę. Nagile usłyszał, że student opowiada oficerowi o lichwiaree Alinie, sekretarzowej kolii egjalnej, i daje mu jej adres. Już to samo wydało się Raskolnikowi.nieco dzi-wneim, idzie akurat stamtąd, a tu właśnie mówią o niej. Oczywiście, wypadek, ale odtąd nie może on się już pozbyć osobliwego urojenia, a okoliczności jakby na złość pod-szczuwają go ciągle: student nagle zaczyna opowiadać towarzyszowi różne szczegóły o starej Alinie. — — Pyszna baba — mówi — tam zawsze można dcstać pieniędzy. Bogata, jak żyd, może odrazu wydać pięć tysięcy, a nie pogardza nawet fantem rublowym. Naszych wielu już było u niej, tylko ibestja twarda...
I jął opowiadać, jaka ona ’zła, kapryśna, że dość jeden dzień uchybić terminu, a zastaw przepadnie. Daje zaledwie czwartą część wartości przedmiotu, a procent bierze po pięć a nawet po siedem od sta na miesiąc i t. d. Student rozgadał się i dodał nadto, że stara ma siostrę Elżbietę, którą tamta, taka mała i nędzna, co chwilę bije i trzyma w bezwarunkowej niewoli, jak małe dziecko, podczas gdy Elżbieta ma conajmniej osiem werszków wzrostu...
— To mi okaz! — zawołał student i zaśmiał się. Zaczęli mówić o Elżbiecie. Student opowiadał o niej ze szczegól-nem upodobaniem i śmiał się ciągle, a oficer z wielką ciekawością słuchał i prosił studenta, aby mu przysłał tę Elżbietę pod pozorem reperacji bielizny. Raskolnikow nie stracił ani słowa i odrazu dowiedział się wszystkiego; Elżbieta ’była młodszą, przyrodnią (z innej matki) siostrą starej i miała już do trzydziestu pięciu lat. Pracowała za siostrę dzień i noc, była w domu zamiast kucharki i praczki i nadto szyła na sprzedaż, wynajmowała się nawet do mycia podłóg i wszystko oddawała siostrze. Żadnego obsta-luniku i żadnej roboty nie śmiała przyjąć, bez zezwolenia starej. A stara zrobiła już testament, o czem Elżbieta już była powiadomiona, mocą którego miała ona dostać jedynie ruchomości, krzesła i t. p., pieniędzy zaś ani grosza, te bowiem wszystkie były przeznaczone na rzecz pewnego kia sztoru w ignibennji N. na wieczną pamiątkę duszy zmarłej. Była Elżbieta i mieszczanką, a nie urzędniczką, panną, strasznie niezgrabną, wzrostu.nadmiernie wysokiego, z długiemi, jakby wywróconemi, pedałami, zawsze w wydeptanych kosztlawych trzewikach, ale ubrana czyściutko. Co najwięcej jednak dziwiło i bawiło studenta, to to, że Elżbieta ico chwila bywała brzemienną...
— Jakto? Wszak mówiłeś, że to monstrum? — zauważył oficer.
— * Tak, sztywna, niby żołnierz iprzebrany, ale wcale nie monstrum. Ma taki dobry wyraz twarzy i oczu. Nawet bardzo. Dowodem, ¿e się niejednemu podoba. Taka cicha, łagodna, milcząca, zgodna, na wszystko — zgodna. A uśmiech ma nawet bardzo miły.
— Widzę, że i tobie się podobała! — zaśmiał się oficer.
— Dla oryginalności. Nie, wiesz, co ci powiem. Jabym, tę starą kwokę zabił i zrabował, i wierzaj mi, bez najmniejszego wyrzutu sumienia — dodał z zapałem student.
Oficer znowu się roześmiał, a Raskdlnikow zadrżał. Jakie to szczególne!
— Pozwól, [pragnę ci zadać pytanie poważne — z zapałem mówił student. — Przed chwilą żartowałem sobie, to prawda, ale uważaj tylko: z jednej strony głupia, bezsensowna,.nędzna, zła, chora.staruszka, całkiem zbyteczna dla świata, przeciwnie /nawet, całkiem szkodliwa, sama.nie wiedząca poco żyje i która jutro bądź co bądź umrze. Rozumiesz ty to?
— No, no, rozumiem — odparł oficer, z uwagą wpatrując się w irozgorączko-wanego towarzysza.
— Słuchaj dalej. Z drugiej strony, młode, świeże siły, marnujące się, bez pomocy, i to tysiącami, i to wszędzie! Sto, tysiące dobrych czynów i spraw, które można urządzić liuib naprawić za pieniądze starej, przeznaczone na klasztor! Setki, tysiące być może istot,.skierowanych, na dobrą drogę; dziesiątki rodzin, wybawionych od nędzy, od gnicia, od zguby, od ¡rozpusty, od szpitaiów wenerycznych — i wszystko to za jej pieniądze. Zabij ją i weź jej pieniądze, z warunkiem, abyś za ich pomocą p.święcał potem siebie na usługę całej ludzkości i dobra społecznego: jak sądzisz, iczy jednej martwej zbrodni nie zatrze tysiące dobrych iczynów? Za jedno życie — tysiące istnień, zbawionych od gnicia i rozkładu? Jedna śmierć i Sto istnień wzamian — toć to arytmetyka! Bo i cóż warte na wagach.społecznych życie tej suchotniczej, złej i głupiej staiu-.szeczki? Nie więcej od życia pchły, karalucha, a nawet.nie warte i tego, bo stara jest szkodliwa. Ona morduje cudze życie! ona onegdaj Elżbietce palec ugryzła ze złości; o mało jej go nie odjęli!
— W istocie, nie warta, że żyje — odparł oficer — ale wszak to natura.
— Ech, mój bracie, wszak naturę ulepszają, doskonalą, a gdyby nie, to, wypadałoby utonąć w przesądach. Bez tego, nie byłaby ani jednej wielkości na świecie. Powiadają: „obowiązek, sumienie“ — nie mam zamiaru powstawać przeciwko sumieniu i obowiązkowi — ale czyż my je należycie pojmujemy? Czekaj, zadam ci jeszcze jedno pytanie, słuchaj!
— Nie, ty czekaj; ja ci zadam pytanie. Słuchaj!
— No?
— — Oto mówisz, rozprawiasz, dowodzisz, a czy sam zabiłbyś tę lichwiarkę?
— Oczywiście, nie! Gło, suję tylko za sprawiedliwością... Ale cóż tam, ja...
— A mojem zdaniem, skoro się sam nie decydujesz, to niema tu żadnej sprawiedliwości! Zagrajmy jeszcze part ję!
Ra&kołlnikow był w nadzwyczajnem wzburzeniu. Oczywiście, były to najzwyczajniejsze i najczęstsze, nieraz już przezeń słyszane, tylko w innych formach i na inny temat, młode rozmowy i myśli. Ale dlaczego właśnie teraz wypadło mu wysłuchać takiej rozmowy i takich myśli, gdy w jego wiłasnej głowie rodziły się akurat... takie same myśli? I dlaczego właśnie zaraz, jak tylko wyniósł zarodek swojej myśli od lichwiarki, akurat trafia na rozmowę o niej?... Ten zbieg okoliczności wydawał mu się zawsze dziwny. Ta rozmowa nic mieznacząca, knajpiana, wywarła nań wpływ nadzwyczajny przy dalszym rozwoju sprawy; jakgdyby istotnie tkwiło w niej jakieś przeznaczenie, wskazówka...
Wróciwszy z placu Siennego, rzucił się na sofę i całą godzinę przesiedział nieruchomo. Tymczasem ściemniło się; świecy nie miał, lecz nawet na myśl mu nie przyszło zapalać światło. Nie mógł nigdy sobie potem ’przypomnieć, iczy myślał o czem wówczas? Wreszcie, uczuł dawną gorączlkę, osłabienie i z rozkoszą domyślił się, że na sofie można się także położyć. Wkrótce twardy, ołowiany sen spadł nań, przygniótł go niejako.
Spał.niezwykle długo i bez snów. Anastazja, wszedłszy do niego nazajutrz o dziesiątej zirana, ledwie że się go do-budziła. Przyniosła mu herbaty i Chleba. Herbata znowu była wystała i znowu w jej własnym imibryku.
— A to śpi! — zawołała ze zgorszeniem — i to śpi bez przestanku!
Podniósł się z wysiłkiem. Głowa go bolała; zerwał się na nogi, pokręcił się po swojej komórce i znowu upadł na sofę.
— Znowu spać! — zawołała Anastazja — ale czyś nie chory?
Nic nie odpowiedział.
— Herbaty chcesz?
— Później — wymówił z wysiłkiem, ’zamykając znowu oczy i odwracając się do ściany. Anastazja postała nad nim.
— Może i doprawdy chory — rzekła, zawróciła s ę i wyszła.
Po dwóch godzinach, weszła znowu z zupą. Leżał, jak przedtem. Herbaty ani dotknął Anastazja aż się obraziła i zaczęła go gniewnie poruszać.
— Coś pan taki ospały? — zawołała, patrząc nań ze wstrętem.
Podniósł się i usiadł, ale nic nie powiedział i patrzał w ziemię.
— Chory, czy co? — zapytała Anastazja i znowu nie otrzymała odpowiedzi.
— Wyszedłby pan ¡choćby na ulicę — rzekła po chwili milczenia — choćby wiatru trochę zaczerpnąć. A jeść się chce?
— Później — słabo wyszeptał — idź sobie! — i machnął ręką.
Postała jeszcze trochę, spojrzała nań z współczuciem i wyszła.
Po upływie kilku minut, podniósł oczy i długo patrzał na herbatę i na zupę. Potem wziął dhleb, wziął łyżkę i zaczął jeść.
Zjadł trochę ’bez apetytu, trzy czy cztery łyżki, prawie machinalnie. Głowa.mniej go bolała. Nasyciwszy się, wyciągnął się znowu na sofie, ale zasnąć już nie mógł, leżał.nieruchomo na brzuchu, z twarzą, ukrytą w poduszkę. Roiło mu się ciągle, a straszne były to mary: coraz częściej zdawało mu się, że jest gdzieś w Afryce, w Egipcie, na jakiejś oazie. Karawana odpoczywa, wielbłądy leżą spokojnie; dokoła rosną palmy i wszyscy obiadują. On zaś, ciągle pije wodę, prosto ze strumienia, który tuż obok płynie i szemrze. I tak chłód panuje, i cudna, taka cudna niebieska woda zimna, biegnie po różnobarwnych kamyczkach i po tak czystym ze złotami odblaskami piasku... Wtem wyraźnie usłyszał, że zegar bije. Zadrżał, ocknął się, podniósł głowę, spojrzał w okno, zorjentował się co do czasu i nagle zerwał się zupełnie przytomnie, jakby go ktoś ściągnął z sofy. Na palcach zbliżył się do drzwi, uchylił je nieoo i jął nasłuchiwać na dół po schodach. Serce strasznie mu biło. Ale na schodach było zupełnie spokojnie, jakby wszyscy spali... Dziwne i zagadkowe mu się zdało, że mógł przespać w takiem zapomnieniu od wczoraj i nic jeszcze nie robił, nic nie przygotował... A tymczasem może to była już szósta... I zamiast snu i martwoty, opanował go niezwykły gorączkowy, nieprzytomny pośpiech. Przygotowań zresztą było iniewielle. Wytężał wszystkie myśli, żeby ogarnąć wszystko i niczego nie pominąć; a serce ciągle biło, waliło tak, że aż ciężko było oddychać. Przedewszystkiem, trzeba było zrobić pętlę i przyszyć ją do palta — rzecz jednej chwili. Zapuścił rękę pod poduszkę i odszukał w napchanej pod nią bieliźnie, starą, całkiem podartą, niepraną koszulę. Z jej łachmanów, wyrwał taśmę szeroką na kilka cali i długą na kilkanaście. Tę taśmę złożył we dwoje, zdjął z siebie szerokie, mocne z jakiegoś grubego wełnianego materjału palto letnie (swoją jedyną zwierzchnią odzież) i zaczął przyszywać obydwa końce taśmy pod lewą pachą z wewnątrz. Ręce mu się trzęsły przy szyciu, ale wykonał robotę tak, że z zewnątrz nic znać nie było, gdy palto włczył napowrót. Igłę i nici miał już przygotowane oddawna w stoliku, zawinięte w papierek. Co się zaś tyczy pętli, to był to jego własny zręczny wynalazek: pętla była przeznaczona dla siekiery. Wszakże nie można było mieć w ręku, idąc przez ulicę. A gdyby ją schować pod palto, to i tak trzebaby było podtrzymywać ręką, co zwiracałoby przecie uwagę. Ale teraz mając pętlę, dość jeslt tylko włożyć w inią rękojeść siekiery i będzie sobie wisiała spokojnie, wewnątrz pod pachą, przez całą drogę. Włożywszy zaś rękę do bacznej ¡kieszeni palta, mógł nawet koniec rękojeści podtrzymywać, żeby się nie ruszała, a pon;eważ palto było dość szerokie, istny worek, to zzewnątrz nie można było wcale spostrzec, że się podtrzymuje coś ręką, ’przez kieszeń. Tę pętlę wymyślił już także przed dwoma tygodniami.
Skończywszy to jedno, wsunął palce w maleńką szparkę pomiędzy swoją sofą „turecką“ a podłogą, poszperał około lewego kąta i wyciągnął przygotowany już oddawna i schowany tam fant. Fant ten, nie ibył, zresztą, wcale fantem, lecz poproś tu, drewnianą, gładko obstruganą desz-czułką, wielkości i grubości nie większej od zwykłej srebrnej papierośnicy. Tę deszczułkę znalazł on wypadkowo, w czasie jednej ze swych przechadzek, na pewnam podwórzu, gdzie w oficynie mieścił się jakiś warsztat. Już następnie dodał do deszezułki gładką i cienką ¡blaszkę — pewno jakiś odłamek od czegoś — którą także znalazł tego samego dnia na ¡ulicy. Złożywszy obydwie deszezułki, z których ¡blaszana była mniejsza od drewnianej, związał je razem silnie, krzyż na krzyż, nitką; potem starannie i elegancko zawiązał je w czystty biały papier i zawiązał tak, żeby jaknajtrudniej było rozwiązać. To dlatego, żeby na chwilę odwrócić uwagę starej, gdy zacznie dłubać węzełek i tym ¡sposobem przygotować wybuch. Blaszka była dodana, ażeby stara choćby w pierwszej chwrili nie domyśliła się, że ten „przedmiot“ jest drewniany. Wszystko to przechowywał do czasu pod kanapą. Zaledwie wydobył fant, gdy wtem dał się słyszeć na podwórzu jakiś głos:
— ’Już dawno po szóstej!
— Dawne! O Boże!
Rzucił się do drzwi, posłuchał, porwał czapkę i jął schodzić na dół przez swoje trzynaście stopni, ostrożnie, niedosłyszalnie, jak kot. Miał przed sobą rzecz najważniejszą — ukraść siekierę z kuchni. To, że sprawę należy załatwić siekierą, postanowił już oddawna. Miał jeszcze przy sobie nóż ogrodniczy składany: ale nożowi, a szczególniej swoim siłom nie ufał i dlatego też wybrał ostatecznie topór. Dodajemy przy sposobności jeden szczegół z powodu wszystkich ostatecznych postanowień, już powziętych przezeń w tej sprawie. Miały one jedną dziwną cechę: im były ostateczniejsze, tem głupsze, bezsensowniejsze stawały się w jego własnych oczach. Pomimo całej męczącej, wewnętrznej walki swojej nigdy ani na chwilę, w ciągu tego całego czasu nie mógł uwierzyć w możliwość spełnienia się swych planów.
I gdyby nawet zdarzyło się kiedykolwiek tak, że wszystko, aż do ostatniej godziny byłoby przezeń zbadane i postanowione ostatecznie, i nawet wątpliwości nie byłoby już żadnych — to w tej chwili, zdaje się, wyparłby się wszystkiego, jako niedorzeczności, głupoty i fantazji. Ale punktów nierozwiązanych i zwątpień zostawało jeszcze mnóstwo! Co się zaś tyczy tego, skąd wziąć siekierę, to ten drobiazg wcale go nie niepokoił, nie było bowiem nic łatwiejszego. Wszak Anastazji, szczególniej wieczorami, co chwila nie było w domu; to pobiegnie do sąsiadów, to do sklepiku, a drzwi zostawiała zawsze naoścież. Gospodyni tylko właśnie za to miewała z nią sprzeczki. I tak, należało tylko wejść po cichutku, we właściwym czasie, do kuchni i wziąć siekierę, a za godzinę (gdy się już wszystko skończy) wejść i położyć napowrót. Ale były także wątpliwości. Przyjdzie, dajmy na to, za godzinę, żeby położyć napowrót, a Anastazja akurat wróci do kuchni. Oczywiście, wypadnie minąć kuchnię i wyczekać dopóki nie wyjdzie. A jeżeli właśnie zacznie szukać siekiery, krzycząc — otóż i podejrzenie, albo przynajmniej okazja do podejrzenia.
Ale były to jeszcze drobiazgi, o których nie zaczynał myśleć, zresztą nie było i kiedy. Myślał o głównej rzeczy, a drobiazgi odkładał dotąd, aż się sam przekona o wszysłkiem.
Ale to ostatnie wydawało się nie do urzeczywistnienia. Tak przynajmniej jemu samemu się zdawało. Żadną miarą, naprzykład, nie mógł sobie wyobrazić, że kiedyś przestanie myśleć, zerwie się — — i pójdzie wprost tam... Nawet niedawno swoją próbą (to jest wizytę z zamiarem ostatecznego obejrzenia wszystkiego) usiłował tylko zrobić, lecz wcale nie na ser jo, a tak: „co tam, pójdę spróbuję, dość „marzeń“! — i zaraz nie wytrzymał, splunął i uciekł, wyciekły na samego siebie. A tymczasem, zdawałoby się, cała analiza, w znaczeniu moralnego rozwiązania kwestji, była już przezeń dokonana: jego kazuistyka zaostrzyła się, jak brzytwa, i sam w sdbie nie znajdował już przekonywujących zaprzeczeń. Ale ostatecznie poprostu nie ufał sobie, ¡lecz uparcie, niewolniczo, szukał zaprzeczeń na stronie i poomacku, jakgdyby go kto przymuszał i pociągał Iku temu. Dzień zaś ostatni, który tak niespodzianie nastąpił i zadecydował wszystko odrazu, oddziałał nań zupełnie mechanicznie: jakgdyby go kto wziął za rękę i pociągnął za sobą, bez oporu, ślepo, z nadludzką siłą, machinalnie. Zupełnie tak, jakby mu koło maszyny porwało połę surduta i zaczęło ją wciągać w siebie. Z początku: — wreszcie już daleko dawniej — zajmowało go jedno pytanie: dlaczego z taką łatwością daje się odnaleźć i zdemaskować prawie każda zbrodnia i dlaczego tak jasno ujawniają się ślady wszystkich prawie przestępców? Doszedł stopniowo do licznych i ciekawych wniosków, i zdaniem jego, najgłówniejsza przyczyna zawiera się nie tyle w mater jakiej niemożliwości ukrycia przestępstwa, ile w samym przestępcy; sam bowiem przestępca, i to prawie każdy, w chwili zbrodni poddaje się jakiemuś upadkowi woli i rozsądku, które natomiast ustępują jakiejś dziecinnie fenomenalnej lekkomyślności, i to właśnie w tej chwili, gdy najbardziej potrzeba rozsądku i ostrożności. Według jego przekonania, wypadało, że to zaćmienie rozsądku i upadek woli opętują człowieka, jak choroba, rozwijają się stopniowo i dochodzą do swego najwyższego punktu niebawem przed samym aktem zbrodni; trwają w tym samym stanie w trakcie spełnienia zbrodni i jeszcze przez kilka chwil po spełnieniu, zależnie od osoby przestępcy; poczem przemijają tak, jak przemija każda choroba. Kwestji zaś: czy choroba wytwarza samo przestępstwo, czy też samo przestępstwo jakoś dla swej szczególnej natury zawsze ma za towarzyszkę coś w rodzaju choroby — tej kwestji nie umiał rozwiązać.
Doszedłszy do takich wniosków, uznał, że z nim osobiście, w jego sprawie, nie mogą isitnieć podobne chorobliwe przewroty, że rozsądek i wola zostaną przy nim, bezwarunkowo, przez cały czas trwania tego, co zamierzył, jedynie dla tej przyczyny, że to co zamierzył — „nie jest zbrodnią...“ Opuszczamy cały ten proces, dzięki któremu doszedł do takiej konkluzji, jużeśmy i tak zaszli za daleko... Dodamy ityflko, że faktyczne, czysto mater jalne przeszkody w całej tej sprawie, grały w jego umyśle rolę drugorzędną. Dość tylko opanować je całą siłą woli i rozsądku, a wszystkie, w swoim czasie, zastaną pokonane, gdy wypadnie pozinać, się do najmniejszej drobnostki ze wszyst-kiemi szczegółami sprawy... Alle sprawa nie zaczynała się. Swym ostatecznym postanowieniom w dalszym ciągu coraz mniej ufał — i, gdy wybiła godzina, wszystko stało się zgoła inaczej, jakoś znienacka, mawet prawie niespodziewanie.
Pewien nic nieznaozący wypadek zmieszał go okrutnie, zanim jeszcze zeszedł ze schodów. Zrównawszy się z kuchnią gospodyni, otwartą, jak zwykle, naoścież, ostrożnie skierował na nią oczy, ażeby iprzedewszystkiem skonstatować: czy.niema tam, w nieobecności Anastazji, samej gospodyni, a jeżeli niema, to czy dobrze są zamknięte drzwi od pokoju, żeby ona także w jaki sposób stamtąd nie wyjrzała, w chwili gdy on wejdzie po siekierę? Jakież jednak było jego zdziwienie, gdy nagle spostrzegł, że Anastazja nietyllko jest na ten raz iw domu, u siebie, w kuchni, ale jeszcze zajęta jest robotą: wyjmuje z kosza bieliznę i wiesza ją na sznurach! Ujrzawszy go, sługa przestała rozwieszać, odwróciła się doń i patrzała na niego przez cały czas, dopóki nie przeszedł. On spuścił oczy i minął kuchnię, niby nie zwracając na nią uwagi. Ale fakt «nastąpił: siekiery niema! To go strasznie zmieszało. ,,I skąd mogłem przypuszczać“, myślał, zbliżając się do ¡bramy — — skąd mogłem wnosić, że jej bezwarunkowo o tej porze nie ’będzie w domu? Dlaczego, dlaczego tak stanowczo w to wierzyłem?“
Był znękany i nawet niejako poniżony. Chciał sam ze siebie śmiać się ze złości... Dziki, zwierzęcy gniew go opanował.
Zatrzymał, się w zamyśleniu przy bramie. Iść na ulicę, tak, bez celu, było dlań wstrętnem, do domu — tembar-dziej. I jaką sposobność straciłem na zawsze! szepnął bezmyślnie, stojąc przed bramą, akurat mawprost ciemnej komórki stróża, także otwartej. Nagle, drgnął. Z komórki stróża będącej o dwa kroki od niego z pod ławki na pr*wo coś ¡błysnęło mu w oczy... Obejrzał się dokoła — nikogo. Na palcach zlMiżył się do komórki, zszedł po dwóch schód kach i słabym głosem zawołał stróża. — „Zgadłem, niema go! Jestt gdzie, blisko zapewnie, bo i drzwi otwarte na-oścież“. Rzucił się bez namysłu na topór (bo to był topór) i wyciągnął go zipod ławki, gdzie leżał pomiędzy dwoma polanami; zaraz go nie wychodząc, przyczepił do pętli, obie ręce wsunął do kieszeni i wyszedł z mieszkania stróża; nikt go inie widział! „Nie rozum, to djabeł!“ pomyślał z dziwnym uśmiechem. Ten wypadek dodał mu wiele ducha.
Szedł drogą powoli i ociężale, nie spiesząc się, żeby nie wzbudzić żadnych podejrzeń. Mało spoglądał na ’przechodniów, starał się nawet wcale nie ipatrzeć im w oczy i być, jak tylko można, niedostrzegalny. Wtem przyszedł mu na myśl jego kapedusz.
„Ach mój Boże! I pieniądze były trzy dni temu i nie mogłem zamienić ’na czapkę!“ Przekleństwo wyrwało mu się z duszy.
Zajrzawszy wypadkiem, jednem okiem, do sklepiku, zobaczył, że tam, na zegarze ściennym, już jest dziesięć minut na ósimą. Należało się spieszyć i zarazem zrobić krąg: wejść do domu od tyłu...
Dawniej, gdy mu się zdarzyło wyobrażać sobie to wszystko, myślał, że się będzie (bał strasznie. Ale nie bardzo się bał teraz, a nawet wcale się nie bał. Zajmowały go w tej chwili nawet jakieś inne myśli, tylko zawsze nie na długo. Przechodząc obok ogrodu Jusupowa, zajął się nawet bardzo myślą o urządzeniu wysokich wodotrysków i o tem, jakby to one dobrze odświeżyły powietrze na wszystkich placach. Stopniowo, doszedł do przekonania, że gdyby rozszerzyć ogród Le^ni na całe pole Marsowe i nawet połączyć je z zamkowym ogrodem Michajłowskim, to byłaby ¡to rzecz cudowna i olbrzymiego pożytku dla miasita. To zainteresowało go nagle: dlaczego właśnie, we wszystkich wieilkich miastach, człowiek metyle z potrze-by, ile dla jakiejś szczególnej właściwości musi mieszkać i osiedlać się w takich właśnie częściach miasta, gdzie niema ani ogrodów, ani wodotrysków, gdzie błoto i wyziewy i wszelka nieczystość. Tu przyszły mu na myśl jego własne spacery po pilacu Siennym i ocknął się na chwilę. „A do llicha, szeptał, już (lepiej o niczem nie myśleć“.
„Tak zapewne ci, których prowadzą na śmierć, przylepiają się myślami do wszystkich przedmiotów, napotyka nych, po drodze“ ¡błysnęło mu w głowie, ale tylko błysnęło na sekundę; sam jaknajspieszniej myśl tę przytłumił. Gdzieś nagle zegar uderzył raz. „Co to, miałożby to już być iw pół do ósmej? To być nie może, zegar kłamie!“
Na jego szczęście, w bramie udało mu się pomyślnie. Nie dość tego, nawet jakby z umysłu, w tej samej chwili — tuż przed nim, wjechał w bramę ogromny wóz z sianem, który go zasłonił na cały czas przejścia przez bramę, i zaledwie wóz zdążył wyjechać z bramy na podwórze, on szybko prześliznął się na prawo. Tam z tamtej strony wozu, słychać było kilka ¡głosów krzyczących i spierających się, ale jego nikt nie spostrzegł i nikt nie szedł naprzeciw niemu. Wiele okien, wychodzących na to ogromne kwadratowe podwórze, było maówczas otwrartych, ale nie podniósł głowy — nie miał siły. Schody do starej były blisko, zaraz z bramy na prawo. Był już na schodach...
Tamując oddech i przycisnąwszy ręką bijące serce, namacawszy zarazem i umocowawszy jeszcze raz topór, jął ostrożnie i spokojnie wchodzić na górę, nasłuchując co chwila. Lecz i schody o tej porze całkiem były puste; wszystkie drzwi były zamknięte; nie spotkał ani żywej duszy. Na pierwszem piętrze jedno puste mieszkanie, co prawda, było otwarte naoścież: pracowali w nim malarze, ale i ci nawet go nie spostrzegli. Postał, pomyślał i poszedł dalej. — „Naturalnie, byłoby llepiej, gdyby ich tu wcale nie było, ale... nad nimi jeszcze dwa piętra“.
Otóż i trzecie piętro, otóż i drzwi, otóż i mieszkanie naprzeciwko; to pustei Na drugiem piętrze, według wszelkich oznak, mieszkanie, co akurat pod mieszkaniem starej także puste: bilet wizytowy, przybity do drzwi gwoździkami, zdjęty — wyjechali. Przez ichwilę przyszło mu na myśl: „czy nie uciec?“ AHe nie dał sobie odpowiedzi i zaczął nasłuchiwać w stronę pokoju starej: martwa cisza. Potem jeszcze raz, nasłuchiwTał w dół po schodach, słuchał długo, uważnie... Następnie obejrzał się po raz ostatni, poprawił się, wstrząsnął całem ciałem, i jeszcze raz popróbował topór w pętli. „Czym nie blady... zanadto? — myślał — czym nie bardzo wzruszony? Ona podejrzliwa... Możeiby jeszcze poczekać... dopóki serce przestanie?...“
Ale serce nie przestawało. Przeciwnie, jakby umyślnie, biło coraz silniej, silniej, silniej... Nie wytrzymał, powoli wyciągnął ¡rękę do dzwonka i zadzwonił. Po chwili zadzwonił jeszcze raz, ¡głośniej.
Milczenie. Dzwonić ciągle niema potrzeby, zresztą i nie wypada. Stara, rozumie się, jest w domu, aile podejrzliwa i sarna jedna. Poniekąd znał jej przyzwyczajenia... i jeszcze raz ściśle przyłożył ucho do drzwi. Czy słuch miał już tak zaostrzony (co wogóle trudno przypuścić) czy też w istocie było lepiej słychać, dość, że nagle rozróżnił jakby ostrożny szelest iręki przy klamce i jakby szmer sukni, dotykającej drzwi. Ktoś pocichutku stał przy samej klamce i tak samo, jalk on nazewnątrz, nasłuchiwał przytajony zwewnątrz i, zdaje się, także przyłożywszy ucho ido drzwi...
Poruszył się umyślnie i icoś głośniej mruknął, ażeby nawet pozoru nie dać, że ma złe zamiary; potem zadzwonił po raz trzeci, ale powoli, poważnie i zupełnie bez jakiegokolwiek zniecierpliwienia. Gdy przypomniał sobie o tem później, trzeźwo, chwila ta została w nim na wieki; nie mógł pojąć, skąd się w nim wzięło tyle przebiegłości, zwłaszcza, że umysł zaćmiewał mu się niekiedy, a ciała swego prawie że nie czuł na sobie...
Po chwili ¡dało się słyszeć otwieranie zamku.
Zbrodnia i Kara. 6
Drzwi, jak i wówczas, uchyliły się na madenieczką szparkę, i znowu dwa ositre i niedowierzające spojrzenia utkwiły weń z ciemności. Tu Raskoilinikow zmieszał się i popełnił ważny błąd.
W obawie, iż stara zlęknie się tego, że są sami, i nie spodziewając ¡się, że jego widok wzbudzi w niej zaufanie, ujął za drzwi i pociągnął je ku sobie, ażeby starej nie przyszło na ¡myśl znowu je zamknąć. Ujrzawszy to, ona nie ¡porwała drzwi ku sobie napowrót, ale ¡też nie wypuściła z rąk klamki, tak, że o mało nie wyciągnął jej, razem z drzwiami, na schody. Widząc zaś, że stoi wpoprzek drzwi i tnie puszcza go do środka, poszedł wprosi na nią. Ta odskoczyła w przestrachu, chciała coś powiedzieć, ale jakby nie mogła i tylko wytrzeszczyła oczy.
— Dobry wieczór pani — zaczął jak najuprzejmiej, ale głos go nie słuchał, urwał się i zadrżał — przyniosłem pani... fancik... ale lepiej chodźmy dalej, do światła... I opuściwszy ją nieproszony, wszedł do pokoju. Stara podreptała za ’nim; język jej się rozwiązał.
— Na Boga! Czego pan chcesz? Co pan sobie życzy?
— Ależ, droga pani, znajomy... Raskolnikow... przyniosłem fancik, o którym pani wspominałem onegdaj... I wyciągnął do.niej fant.
Stara spojrzała na przedmiot, ale zarazem zmierzyła bystrym wzrokiem nieproszonego gościa. Patrzyła uważnie, gniewnie i podejrzliwie. Minęła chwila; wydało mu się nawet w jej oczach coś w rodzaju drwiny, jakgdyby domyśliła się już wszystkiego. Czuł, że się miesza, że mu prawie straszno, tak straszno, że, zdaje się, niech jeszcze popatrzy nań, niech ’tak pomilczy jeszcze z pół minuty, to uciekłby od miej.
— Cóż się parni tak patrzy, jakbyś mnie pani nie pognała? — wymówił nareszcie także z gniewam. — Chcesz pani, to pani bierz, a nie, to pójdę do kogo innego, nie mam czasu.
Nie myślał.nawet mówić tego, a tak, samo się powiedziało znienacka.
Staia odzyskała zimną krew, a stanowczy ton gościa widocznie dodał jej odwagi.
— Alle co pana tak przypiliło... ¡co /to jest? — zapytała patrząc na fant.
— Srebrna papierośnica: przecież mówiłem zeszłym razem.
Wyciągnęła rękę.
— Lecz coś pan ¡taki blady? O! i ręce drżą panu! kąpałeś, się pan, czy co?
— Gorączka — odparł krótko. — M knował i mcżna zblednąć, gdy niema co jeść — dodał, ledwie wymawiając wyrazy. Siły znów go opuszczały. Ale odpowiedź wydała się prawdopodobną; stara wzięła fant.
— — Co to takiego? — zapytała, jeszcze raz uważnie mierząc Raskolnikowa i ważąc fant w ręku.
— Przedmiot... papierośnica... srebrna... niech pani obejrzy.
— Jakoś mi się nie zdaje, może i nie srebrna?... A to zawinął.
Starając się rozwinąć sznurek i odwróciwszy isię do okna, do światła (wszystkie okna były zamknięte, pomimo zaduchu), na kilka sekund opuściła go i stanęła doń tyłem. Gn rozpiął palto i uwolnił topór z pętli, ale jeszcze nie wyjął zupełnie, ¡lecz podtrzymał go tylko ręką pod ubraniem. Ręce miał bardzo słabe; sam czuł, jak mu co chwila drętwiały i cierpły.
Bał, się, żeby nie upuścić topom... gdy wtem, jakgdyby zakręciło mu się w głowie.
— Ale kto tu poradzi! — z gniewem zawołała stara i usiłowała się doń odwrócić.
Nie ’było ani chwili do stracenia. Wyjął topór zupełnie, chwycił go w obie ręce, ledwie czując siebie, i prawie bez wysiłku, prawie machinalnie, podniósł go do góry i spuścił z impetem na głowę lichwiarki. Dotąd sił prawie nie miał, ale gdy raz uiderzył toporem, już go siły nie odstąpiły.
Stara, jak zawsze, była z gołą głową. Jej jasne z s:wi zną, rzadziutkie włosy, zazwyczaj obficie wyłojone tłuszczem, splecione były w „mysi ogonek“ i podebrane rogowym grzebieniem, sterczącym ztyłu. Cios spadł na samo ciemię, czemu dopomógł jej wzrost niewielki. Krzyknęła, ale bardzo słabo, i magle przysiadła ¡na podłogę, chociaż zdążyła jeszcze podnieść obydwie ręce do głowy, W jednym ręku ’trzymała jeszcze „fant“. Wtedy on znowu z całej siły uderzył raz i drugi zawsze z impetem i zawsze po ciemieniu. Krew bryznęła, jak z przewróconej szklanki; ciało runęło nawznak. On odstąpił, pozwolił upaść i niezwłocznie nachylił się ku jej twarzy: już nie żyła. Oczy stały słupem, jakby chciały wyskoczyć, a czoło i cała twarz były zmarszczone i wykrzywione konwulsyjnie.
Położył topór na podłogę, przy umarłej, i zaraz dobrał się do jej kieszeni, starając się nie zawalać płynącą krwią — do tej samej prawie kieszeni, z której tamtym razem wyjmowała klucze. Działał z całą świadomością, żadnych zaćmień ani nieprzytomności nie doznawał, chociaż ręce ciągle mu jeszcze drżały. Przypomniał sobie później, że był nawet bardzo ostrożny, uważny i że ciągle starał się rąk nie zawalać... Klucze niebawem wyjął; wszystkie, jak i wówczas, były w jednym pęku na kółku stal o w eon. Niezwłocznie udał się z niemi do sypialni.
Była to bardzo niewielka izdebka, z mnóstwem obrazów świętych. Przy ścianie stało łóżko, zasłane bardzo czysto i pokryte jedwabną, skleconą z kawałków, kołdrą watową. Pod drugą ścianą stała komoda. Rzecz dziwna, zaledwie zaczął dobierać kluczy do szuflady, zaledwie usłyszał ich szczęk w zamku, przebiegł go jakby dreszcz. Zachciało mu się nagle rzucić wszystko i uciec. Ale był to tylko moment; uciekać było już za późno. Uśmiechnął się nawet sam nad sobą, gdy nagle inna przerażająca myśl przyszła mu do głowy. Wydało mu się nagle, że stara może jeszcze żyje i ocknie się. Porzuciwszy klucze i komodę, pobiegł napowrót do tiupa, porwał topór i zamierzył się znowu na starą, ale go nie opuścił. Nie było wątpliwości, że umarła. Zgiąwszy się i przypatrując się jej znowu bliżej, ujrzał dokładnie, że czaszka była strzaskana i nawet nieco skręcona na bok. Chciał dotknąć się palcem, ale cofnął rękę; wszak i bez tego było widać. Krwi tymczasem napłynęła spora kałuża. Wtem spostrzegł na jej szyi sznurek, targnął nim, ale sznurek był mocny i nie dał się zerwać, a przytem nasiąknął krwią. Spróbował wyciągnąć go tak z zapazuchy, ale coś przeszkadzało, tkwiło. Zniecierpliwiony, zamierzył już toporem, ażeby rąbnąć po sznurku, po ciele, z góry, ale ¡nie ¡miał odwagi, i z trudnością, zawalawszy ręce i topór, po dwuminutowej pracy, przeciął sznurek, ¡nie dotknąwszy toporem ciała i zdjął; nie pomylił się — woreczek. Na sznurku były dwa krzyże, cyprysowy i miedziany i nadto medalik błyszczący: ale tuż przy nich. wisiał niewielki, zamszowy, wytłuszczony woreczek, ze stalową obwódką i (kółkiem. Woreczek był dobrze wypchany; kaskolnikow w, sunął do kieszeni nie oglądając, krzyże rzucił starej na piersi i zabrawszy tym razem topór ze sobą, wpadł napowrót do sypialni.
Spieszył się strasznie, przypadł do kluczy i znowu jął je dobierać. Alle jakoś mu się nie udało: nie pasowały do zamków. Nie dlatego, żeby mu ręce drżały, ale pop, rostu mylił się: widzi, naprzykład, że klucz zły, a jednak pcha go gwałtem. Nagle przypomniał sobie i zorjentował się, że ten duży zębaty klucz, który wisiał wraz z innemi mniejszemi, najwyraźniej nie jest od komody (tak jak to mu i poprzednio przychodziło na myśl), ale od jakiejś skrzyni, i w tej skrzyni właśnie musi być wszystko schowane. Porzucił komodę i sięgnął pod łóżko, wiedząc, że skrzynie bywają zwykle u starych pod łóżkami. W istocie: była tam spora skrzynka, mająca około arszyna długości, z wypukłem wiekiem, obita czerwonym safjanern, ozdobionym stalowemi gwoździkami. Klucz zębaty przydał się wybornie i otworzył zamek. Z wierzchu pod białem prześcieradłem,, leżała szubka zajęcza, pokryta czerwoną ma-terją, pod nią była suknia;edwahna, potem szal, a dalej, w giębi, leżały napozór same rupiecie. Przedewszystkiem zaczął wycierać o czerwone pokrycie szubki swoje ręce umaczane we krwi.
„Czerwona, więc na czerwonem znać nie będzie“, pomyślał i nagle drgnął; „Boże! Zwarjowałem! czy co?“ — szepnął w przerażeniu.
Ale zaledwie dotknął się owych rupieci, gdy nagle, z pod sukni, wysunął się złoty zegarek. Jął więc skwapliwie przewracać wszystko. Istotnie — pomiędzy rzeczami leżało mnóstwo złotych przedmiotów, najwyraźniej same fanty, wykupione i niewykupione — uransoletki, łańcuszki, kolczyki, szpilki i t. p. Niektóre były w futera łach, inne poproś tu zawinięte w papier gazetowy, ale starannie i dokładnie, w podwójnych arkuszach i obwiązane wkoło tasiemeczkami. Nie tracąc ani chwillki, jął napełniać niemi kieszenie spodni, palta, nie rozwiązując paczek, ani nie otwierając pudełek: alle nie zdążył nabrać wiele...
Nagle usłyszał, że po pokoju, w (którym leżała stara, /ktoś chodził! Zatrzymał się i ucichł, jak grób. Alle wszystko było ’spokojnie, wTięc tylko mu się zdawało. Wtem wyraźnie usłyszał lekki krzyk, ¡czy też jakgdyby ktoś cicho i nagle jęknął i zamilkł. Potem znowiu grobowa cisza w ciągu jednej czy (dwóch minut. Siedział na palcach przy kufrze i czekał, lledwie dysząc, ale nagle zerwał się, porwał topór i wybiegł z sypialni.
Na środku pokoju;stała Elżbietika, z dużym węzełkiem w rękach i spoglądała w przerażeniu ma zabitą siostrę, blada, jak płótno, i jakby sił jej brakło do wołania o pomoc. Spostrzegłszy go, gdy wybiegł zadrżał, jak ’listek, drobnem drżeniem, a po całej jej twarzy przebiegły konwulsje. Podniosła rękę, otworzyła usta, ale jednak nie krzyknęła i powoli tyłem zaczęła odsuwać się od niego w kąt, prosto, uporczywie patrząc na niego, ale wcale nie krzycząc, tak jakby jej tchu brakło do krzyku. On rzucił się na nią z toporem: usta jej wykrzywiły się tak żałośnie, jak u bardzo małych dzieci, gdy się zaczynają czego lękać, uważnie patrzą na przerażający je przedmiot i gotowią się do krzyku.
I do tego stopnia ta biedna Elżbietika była zahukana, trwożliwa i nieśmiała raz na zawsze, że nawet ręki nie podniosła dla zakrycia sobie twarzy, chociaż byłby to ruch najpospolitszy, zwłaszcza w takiej chwili, gdy topór wiisiał nad jej głową. Ledwkie ledwie, ¡tylko podniosła nieco lewą rękę,, daleko jednak od twarzy, i zwolna wyciągnęła ją ku.niemu, jakby chciała go odsunąć. Cios trafił ją prosto w czaszkę ostrzem i odrazu przerąbał cały wierzch czoła, prawie do ciemienia. Ciało runęło na ziemię. Raskolnikow’ stracił zupełnie przytomność, porwał jej węzeł, rzucił go znowu i pobiegł do przedpokoju.
Trwoga przejmowała go coraz bardziej i bardziej, zwłaszcza zaś po »tej drugiej, wcale niespodziewanej zbrodni. Pragnął jak najprędzej uciec stamtą/dj. 1 gdyby w owej chwili zdolny był prawidłowiej widzieć i myśleć, gdyby był mógł ogarnąć całą trudność położenia, całą jego ohydę i bezecność, zrozumieć pr żytem, ile jeszcze przeszkód, a ¡może i zbrodni ima do zwalczenia i popełnienia, ażeb}’ isię wyrwać stąd i dostać się do domu, to bardzo być może, że ’byłby rzucił wszystko i natychmiast udałby się z denuncjacją sam na siebie, i to nie z obawy o siebie, lecz jedynie wskutek grozy i wstrętu do popełnionego czynu. Wstręt zwłaszcza podnosił się i wzrastał w nim co chwila. Za nic w świecie nie poszedłby teraz do kufra, a nawet do pokojów.
Ale jakieś roztargnienie, jakgdyby zaduma, jęła go powoli ogarniać: chwilami jakby zapominał się, albo raczej, zapominał o inajważniejszem, a przyczepiał się d( drobiazgów. Atoili, zajrzawszy do kuchni i spostrzegłszy na ławce wiadro, do połowy napełnione wodą, rzucił się, by wymyć oibie ręce i topór. Ręce (były pokrwawione i lepkie. Topór zanurzył zelazem w wodę, porwał leżący na oknie, na stłuczonym spodku, kawałek mydła i jął, prosto w wiadrze, myć sobie ręce. Umywszy je, wyjął z wody topór, wymył żelazo i długo, ze trzy minuty, odmywał drzewo, gdzie ¡się pokrwawiło, próbując nawet mydłem. Następnie otarł Wszystko bielizną, która tuż obok schła na sznurze, przeciągniętym przez kuchnię, i potem długo, z uwagą, oglądał topór przy oknie. Śladów się nie zostało, tylko drzewo było nieco wilgotne. Starannie włożył topór w pę-tilę pod paltot, następnie, o ile pozwalało światło w ciemnej kuchni, obejrzał palto, spodnie i buty. Zzewmątrz, na pierwszy rzut oka, jakby nic nie było; tylko na butach były plamy. Umoczył gałganek i otarł buty. Wiedział, zresztą, że niedobrze ogląda, że może jest coś rzucającego się w oczy, czego nie widzi. W zamyśleniu stanął na środku pokoju. Męcząca, ponura myśli trapiła go — myśl, że traci zmysły i że w tej chwili nie jest w stanie ani zastanowić się, ani się obronić, że może wypada robić teraz co innego, aniżeli to, co on robi... Boże! Trzeba uciekać!“ wyszeptał i wpadł do przedpokoju. Ale tu przejęła go taka zgroza, jakiej jeszcze nigdy w życiu nie zaznał.
Stał, patrzał i nie wierzył własnym swoim oczom: drzwi zewnętrzne, z przedpokoju na schody, te same, do których tak dzwonił, wchodząc, stały otworem, uchylone nieomall na szerokość dłoni; ani zaimku, ani haczyka przez cały czas, przez cały ten straszny czas! Stara nie zam knęła za nim, może powodowana ostrożnością. Ale Boże! Wszak widział potem Elżbietkę! I jak mógł, jak mógł się nie domyśleć, że przecie weszła którędyś! Wszak nie przez ścianę!
Dopadł do drzwi i założył haczyk.
— Ale nie, znowu nie to! Trzeba iść, iść...
Zdjął haczyk, otworzył drzwi i jął słuchać na schody.
Wsłuchiwał się długo. Gdzieś daleko, na dole, widać w bramie, głośno i piskliwie krzyczały /czyjeś dwa głosy, kłóciły się i wymyślały sofcie. „A do licha!...“ Czekał niecierpliwie. Nareszcie, wszystko odraziu ucichło, jak nożem uciął, odeszli. Chciał już wyjść, gdy wtem o piętro niżej z trzaskiem otworzono drzwi na schody i ktoś jął schodzić na dół, przyśpiewując jakąś melodię. „A to hałasują!“ — błysnęło mu w głowie. Przymknął znowu drzwi za sobą i przetrzymał. Nareszcie, wszystko umilkło, ani żywej duszy. Dał już krok na schody, lecz inagle znowu dały się słyszeć czyjeś kroki.
Te kroki dały się słyszeć z bardzo daleka, jeszcze na samym początku schodów, ale pamiętał bardzo dobrze i wyraźnie, że od pierwszego stąpnięcia, zaraz jął przypuszczać nie wiadomo dlaczego, że to koniecznie tutaj, na ’trzecie piętro, do starej. Dlaczego? Czy dźwięki były tak szczególne, niezwykłe? kroki były ciężkie, równe, powolne. Oto tamten przeszedł pierwsze piętro, oto wstępuje dalej i coraz głośniej, (głośniej! Dał się ’słyszeć ciężki oddech wchodzącego. Otóż i trzecie piętro. Tutaj! I nagle zdało mu się, jakgdyby skostniał, jakby to było we śnie, kiedy to śni się, że dopędzają, blisko, chcą zabić, a sam jakby przyrósł do miejsca, ani ręką ani nogą!
I wkońou, gdy gość zaczął już wchodzić na trzecie piętro, dopiero wtedy wstrząsnął się cały i zdążył jednak bystro i zręcznie wślizgnąć się napowrót z sieni do mieszkania i zamknąć drzwi za sobą. Potem, schwycił za haczyk i cichutko zatknął go na skobel. Instynkt pomagał. Skończywszy wszystko, stłumił oddech i przyczaił się tuż przy drzwiach. Nieznajomy zbliżył się także do drzwi. Stali teraz inawprost siebie, jak on wtedy ze starą, gdy drzwi ich rozdzielały i nasłuchiwali.
Gość kilkakrotnie ciężko sapnął. „Widać gruby i tłusty“, pomyślał Raskolnikow, ściskając topór w ręku
W istocie, wszystko jakby snem było. Gość ujął za dzwonek i targnął nim silnie.
Zaledwie rozległ się głuchy brzęk dzwonka, wydało mu się, że coś się rusza w pokoju. Przez kilka sekund przysłuchiwał się nawet z całą uwagą. Nieznajomy zadzwonił jeszcze raz, jeszcze poczekał, i nagle z niecierpliwością jął targać za klamkę. Z trwogą patrzył Raskolnikow na skaczący w skoblu haczyk i z przerażeniem czekał, że oto lada chwila koniec haczyka wyskoczy. I istotnie, było to bardzo możliwe: tak silnie szarpano. Chciał przytrzymać haczyk ręką, ale tamten mógł się domyśleć. W głowie zaczęło się znowu mącić „Ach upadnę!“ pomyślał, aile nieznajomy zaczął mówić i to go otrzeźwiło.
— Co im się stało, czy je kto podusił? Przeklęte! — zarycza 1, jak z beczki. — Ej, stara wiedźmo! Elżbietko, ślicznotko! Otwierajcie! Uf, przeklęte, śpią czy co?
I znowu, rozwścieczony, z dziesięć razy targnął za dzwonek. Oho! Musiał to być człowiek despotyczny i stanowczy.
W tej samej chwili, dały się słyszeć niedaleko na schodach drobne kroczki. Zbliżył się ktoś jeszcze. Raskolnikow z początku nie dosłyszał.
— Jakto? Niema nikogo? — dźwięcznie i wesoło zawołał przybyły, zwracając się wprost do pierwszego gościa, który wciąż jeszcze.szarpał za dzwonek. — Jak się pan ma, panie Koch!
„Sądząc po głosie, musi być bardzo młody,“ pomyślał nagle Raskolnikow.
— A licho tam wie, o małom drzwi nie wywalił — odparł Koch. — A pan skąd mnie zna?
— Jakto? A toż trzy dni temu, w Gambrynusiee trzy partyjki wygrałem od pana na bilardzie!
— — Aa a...
— ’ Więc ich niema? To dziwne. A i djablo nieprzyjemne! Gdzieżby się stara podziała? Mam do niej interes.
— A i ja mam także interes.
— Ha! Cóż począć? Trza rejterować. E-ech! A ja myślałem, że dostanę groszy! — zawołał młodzieniec.
— * Naturalnie, idźmy, aile poco było fatygować. Sama mnie wiedźma naznaczyła godzinę. A mam kawał drogi.
Ade gdzie się to ona włóczy — nie rozumiem. Jak rok okrągły, siedzi, wiedźma, kwasi się,,nogi ją bolą, a dziś, jak na złość, spaceru jej się zachciało!
— Może się spytać stróża?
— — O co?
— Dokąd [poszła i kiedy wróci?
— Hm... do czarta... spytać isię... Ale wszak ona nigdzie nie chodzi... I znowu szarpnął za klamkę. — Dja-bli nadali, niema co, idźmy!
— * Czekaj-no pan! — zawołał magle młodzieniec — patrz pan: widzisz pan jak drzwi odstają, jeśli szarpać?
— No?
— A więc nie są zamknięte na zamek, lecz na haczyk! słyszysz pan, jak haczyk skacze?
— ’No?
— Jeszcze pan nie rozumiesz? Więc ktoś jest w domu. Gdyby wszyscy wyszli, toby zzewnątrz zamknęli na klucz, a nie na haczyk zwewnątrz. A tu — słyszysz pan, jak haczyk skacze? Ażeby się zamknąć na haczyk zwewnątrz, trzeba być w domu, rozumiesz pan? A więc są w domu i *nie otwierają!
— A prawda! — zawołał zdumiony Koch. — Cóż więc do licha! I zaczął wściekle targać drzwiami.
— Czekaj pan! — zawołał znowu młodzieniec — nie szarp pan! Tu się coś święci... wszak pan dzwoniłeś, szarpałeś — inie otwierają; a więc albo obie pomdlały, albo...
— Co?
— Wiesz pan co: chodźmy po — stróża: niech je sam obudzi.
— Dobrze!
Obaj ruszyli na dół.
— Czekaj pan! Zostań pan tutaj, a ja pobiegnę po stróża.
— ’ Pocóż mam zostać?
— Bywają wypadki.
— Ha, no...
— Ja ¡bo kształcę się na śiledczego! Tu wyraźnie, wyraźnie coś jest! — gorąco zawołał młody i pędem zbiegł ze schodów.
Koch został, ruszył jeszcze raz po cichutku dzwonkiem i ten brzęknął raz: potem, jakby rozmyślając i oglądając, jął ruszać klamką, przyciągając ją, dla przekonania się, że w istocie drzwi są zamknięte ’tylko na haczyk. Potem, sapiąc, nachylił się i zaczął patrzeć przez dziurkę od klu-cza; ale w żarniku z wewnątrz tkwił klucz, to też nic nie mógł zobaczyć.
Raskółnikow stał i ściskał topór. Był, jak w febrze. Gotów był nawet bić się z nimi, gdy wejdą. Gdy stukali i ¡umawiali się, kilka razy przychodziło mu do głowy ’skończyć wszystko odrazu i krzyknąć do nich z za drzwi. Niekiedy chciał ich zwymyślać, podrażnić, zanim otworzą. „Żeby już prędzej!“ błysnęło mu w głowie.
— A to siedzi!...
Czas mijał, minuta, ¡druga — nikt nie szedł. Koch zaczął się ruszać.
— A niech go licho!... — zawołał nareszcie i, zniecierpliwiony, opuścił swoje stanowisko, ruszył po schodach, śpiesząc się i tupiąc butami.
Kroki ucichły.
— Boże, co począć!
Raskolnikow zdjął haczyk, uchylił drzwi — nic nie słychać, i nagle, wcale nie myśląc, wyszedł, zamknął drzwi za sobą, jak mógł najlepiej, i zbiegł na dół.
— Ej, djaible rogaty! Trzymaj! Łapaj!
Z krzykiem wyrwał isię ktoś na dole z jakiegoś mieszkania i nie pobiegł, ale jakgdyby spadł na dół, po schodach, drąc się na całe gardło:
— Michał! Michał! Michał! Zjedzże djabła!
Krzyk skończył się świstem: ostatnie dźwięki dały się słyszeć już ze dworu; wszystko ucichło. Ale w tej samej chwili kilku ludzi, rozmawiając żywo i głośno, zaczęło wchodzić na schody. Było ich trzedh czy czterech. Poznał dźwięczny głos młodego. Oni!
W zupełnej rozpaczy pobiegł na ich spotkanie; niech co chce będzie! zatrzymają, wszystko przepadło, przepuszczą, także wszystko przepadło: poznają!
Już się schodzili; oddzielało ich ledwie jedno piętro, gdy wtem zbawienie! O kilka stopni od niego, na prawo, mieszkanie puste i otwarte naoścież, to samo mieszkanie drugiego piętra, w którem malowali robotnicy, a teraz wyszli, jakby umyślnie. Oni to widocznie wybiegli przed chwilą z takim wrzaskiem1. Podłogi tyilko co pomalowane, w ¡pośród pokoju stoi szkopek i garnek z farbą i pędzlem. Jednym susem skoczył do pokoju i stanął za drzwia imi, a był czas wielki po temu: oni byli już na piętrze..Następnie skręcili do góry i przeszli obok niego na trzecie piętro, głośno rozmawiając. On przeczekał, wyszedł na palcach i zbiegł na dół.
Nikogo ra schodach! W bramie także nikogo. Szybko minął bramę i skręcił w ulicę na lewo.
Wiedział dobrze, wiedział doskonale, że oni, w tej samej chwili, są już w mieszkaniu, że się bardzo zdziwili, że jest otwarte, podczas gdv niedawno było zamknięte, że już patrzą na trupy, i że lada sekunda domyślą się i pojmą dokładnie, że tu tylko ¡co był morderca i zdążył gdzieś się ukryć, prześlizgnął się obok nich, uciekł, domyślą się może i tego, że był nawet w pustem mieszkaniu, gdy oni wchodzili na górę. Atoli pod żadnym pozorem nie mógł przyspieszyć kroku, chociaż do pierwszego zakrętu zostawało jeszcze z jakie sto kroków.
— Czyby nie wpaść do jakiej bramy i przeczekać gdziekolwiek na obcej uilicy? Nie! Okropność! A możeby gdzie rzucić topór? Może wsiąść w dorożkę? Okropność! Okropność!
Nareszcie uliczka! skręcił w nią ledwo żywy; tu był już w połowie uratowany i wiedział o tem; mniej podejrzeń, wreszcie ruch ludzi był tu znaczny, a on znikł w tłumie, jak ziarnko. Ale wszystkie te męczarnie tak go zmordowały, że ledwie stąpał. Pot spływał mu z czoła, całą szyję miał mokrą.
— A to się schlał! — krzyknął mu ktoś, gdy wyszedł nad kanał.
Czuł się bardzo niedobrze; im dalej, tem gorzej. Pamiętał jednak, że, gdy wszedł na nadbrzeżną kanału i spostrzegł, że tam mało ludzi, przeraził się bardzo i chciał wrócić napowrót w uliczkę. Pomimo że siły mu nie dopisywały, nałożył olbrzymi kawał drogi i przyszedł do domu z wprost przeciwnej strony. i Niezupełnie przytomny wszedł w bramę swego domu, przeszedł bowiem już na schody, gdy Wtedy dopiero przypomniał sobie o siekierze.
A przecie miał przed ¡sobą ważne zadanie: i trzeba było położyć ją napowrót i to jak można najzręczniej. Oczywiście, nie był już w etanie wyrozumować sobie, że może byłoby daleko lepiej wcale nie kłaść toporu na dawne tmiejsce, lecz ’podrzucić go, choćby później, gdziekolwiek na cudze podwórze.
Aile wszystko wypadło pomyślnie. Drzwi do izby stróża były zamknięte, ale nie na ¡klucz, widocznie więc stróż był w domu. Ale on już do tego.stopnia stracił świadomość swoich postępków, że prosto poszedł kii drzwiom i otworzył je. Gdyby go ’Stróż zapytał: „kto tam?“ byłby mu może poprostu oddał sidkierę. Lecz stróża znowu nie było w domu, zdążył więc położyć siekierę na poprzednie miejsce pod ławkę; nawet polanem za.krył ją po dawnemu. Nikogo, ani żywej duszy, nie spotikał potem aż do samego mieszkania, nawet drzwi do gospodyni były zamknięte. Wszedłszy do siebie, rzucił — się na sofę tak, jak był. Nie spał, ale był bez czucia. Gdyby — ktokolwiek wszedł był do jego mieszkania, byłby się zerwał i »krzyknął, majaczył, i szczątki jakichś myśli kręciły mu się po głowie; ale nic z nich inie mógł pochwycić, przy żadnej nie mógł się zatrzymać, nawet pomimo wysiłków...
CZĘŚĆ DRUGA
ROZDZIAŁ I
W tym stanie przeleżał bardzo długo. Niekiedy jakby się budził i wówczas dostrzegał, że to już noc oddawana, ale o wstaniu wcale nie myślał. Nareszcie, spostrzegł, że już dobrze świta. Leżał na sofie nawzmak, jeszcze sztywny po niedawne/m omdleniu. Dochodziły go dość wyraźnie straszne, rozpaczliwe jęki z ulicy, których, zresztą, co noc wysłuchiwał ze swego clkna, około godziny trzeciej. One to zibudziły go i teraz.
— „A! Już i pijani wychodzą z bawaryj“, pomyślał — „już po drugiej“ — i nagle zerwał się, jakby go kto ściągnął z sofy. — „Jakto, już po drugiej!“ siadł na sofie — i wszystko sobie przypomniał!... Odrazu, nagle, wszystko stanęło mu w oczach.
W pierwszej chwili, sądził, że zwarjuje. Straszne zimno go objęło; ale zimno było także następstwem gorączki, którą już oddawna ¡miał we śnie. Teraz nagle tak go zatrzęsła febra, że o mało zęby miu nie powyskakiwały, i wszystko się w nim trzęsło. Otworzył drzwi i zaczął słuchać; w domu wszystko — mocno spało. Ze zdumieniem oglądał siebie i wszystko dokoła w pokoju. Zrozumiał: jak mógł wczoraj, wszedłszy, nie zaniknąć drzwi za sobą, rzucić się ina sofę, nietylko nie rozbierając — się, ale nawet w kapeluszu: ten ostatni istoczył się na podłogę; leżał tam tuż obok poduszki. — „Gdyby kto wszedł, coby pomyślał? Źe jestem pijany, lecz“... Rzucił się do okna. Światła było dosyć, jął więc co żywo oglądać siebie, całego od stóp do głowy, całe swoje ubranie: drżąc więc z febry, jął zdejmować z siebie wszystko i znowu oglądać dokoła. Przewrócił wszystko, do statniej nitki i kawałka i nie dowierzając sobie, powtórzył oględziny ze trzy razy. Ale nic nie było, zdiaje się żadnych śladów; tylko na tein miejscu, gdzie panitaJLony wrystrzępiły się u doły, wisiały frendzile, na tych frendzdach zostały gęste ślady krwi zastygłej. Porwał duży scyzoryk i obciął frendzle. Więcej, zdaje się, nic nie było. Wtem przypomniały sobie, że woreczek i przedmioty, które wyciągnął z.kufra starej, wszystikie dotąd ileżą w jogo kieszeniach! — Nie pomyślał dotąd, aby je wyjąć i schować! — Nie przyszło mu to nawet teraz na myśl, gdy oglądał ubranie! Cóż to jest? Natychmiast jął je wyciągać i wyrzucać na stół. Wybrawszy wszystko, wywróciwszy nawet kieszenie dla przekonania się, że już nic nie zostało — całą tę masę zaniósł [ w kąt. Tam, w samym kącie na dole, w jednam miejscu było oddarte od ściany obicie, zaraz więc jął wszystko i pchać w ten otwór, pod papier: „weszło! wszystko z oczu, nawet woreczek!“ — z radością szepnął, wstawszy i błędnie spoglądając na jeszcze bardziej widoczny otwór. Nagle aż zadrżał z przerażenia:
— — „Boże mój“-------szeptał w rozpaczy — „co się ze unną dzieje? Czyż to schowane? Czyż tak się chowa?...“
Praw’da, nie ¡liczył on na przedmioty; myślał, że będą: tylko same pieniądze, dlatego też nie przygotował zawczasu miejsca — „ale teraz, teraz z czego się cieszę“? — myślał. — „Czyż tak się chowa? Doprawdy, rozum mnie opuszczał“ W znużeniu usiadł na sofie i znowu opanowała go straszna febra. Machinalnie przyciągnął ku sobie swoje stare studenckie palto zimowe, leżące na krześle, całe prawie w łachmanach, nakrył się niem i sen z maligną objęły go prawie jednocześnie. Zemdlał.
W pięć minut potem zerwał się znowu i znowu gwałtownie rzucił się do swego palta. „Jak mogłem zasnąć, sikoro nic nie zrobione! Akurat, a jakże, dotąd pętli nie zdjąłem! Zapomnieć, o takiej ważnej rzeczy zapomnieć! Taki dowód!“ Zerwał pętlę i co żywo jął ją drzeć ma kawałki, zapychając pod poduszkę w bieliznę. „Kawałki podartego płótna nigdy nie obudzą podejrzeń; tak się zdaje, >tak się zdaje!“ powtarzał, stojąc pośród izby i wpatrując się z naprężoną aż do bólu uwagą, w podłogę, wszędzie,, czy jeszcze czego nie zapomniał, świadomość, że nawet pamięć, nawet najprostsze pojęcia go opuszczają, zaczynała go męczyć niewymownie. „Co to, czyżby już się zaczęło, czy to już się kara zaczyna? A tak, a tak, nic innego!“ Istotnie, kawałki frendzli, które odciął od spodni, leżały na samym widoku!,,Co się ze mną robi?“ zawołał znowu, jak nieprzytomny.
Wtem przyszła mu do głowy dziwna myśl: że może i całe jego ubranie jest we krwi, że może jest dużo plam, których tylko nie widzi, nie idostrzega, bo mu się wzrok zaćmił, bo... stracił rozum!... Nagle przypomniał sobie, że i na woreczku była krew.
— Ba! A więc i w kieszeni jest także, bom przecie ma-kry jeszcze wareczek wsunął wtedy ’uo kieszeni! Natychmiast wywrócił kieszeń i — w istocie, na podszewce kieszeni są ślady, plamy.
„A więc nie całkiem go jeszcze opuścił rozum, a więc ma jeszcze pojęcie i pamięć, skoro sam spostrzegł się i domyślił!“ Szepnął z triumfem, głęboko, radośnie westchnąwszy pełną piersią: „poprostu, chwilowe osłabienie, febra, gorączka;“ i wyrwał całą lewą kieszeń ze spodni.
W tej chwili promień słońca oświetlił mu but lewy: na skarpetce, wyglądającej z buta, pokazały się jakby znaki. Zdjął but: — w istocie znak! Cały koniec skarpetki przesiąknięty krwią; widać w tamtą kałużę stąpnął nieostrożnie... „Ale co z tem począć teraz! Gdzie podziać skarpetkę, frendzle, kieszeń!“
Ścisnął wszystko to w ręku i stał pośród izdebki, „W piec? Ależ w piecu przedewszystkiem zaczną szukać. Spalić? Ale czern spalić? Nie ma nawet zapałek. Nie lepiej wyjść gdziekolwiek i wszystko wyrzucić. Tak, najlepiej wyrzucić!“ — ’ powtórzył, znowu siadając na sofie — — „i to zaraz, natychmiast, bez zwłoki!...“ Ale zamiast tego, głowa mu znowu opadła na poduszkę i znowu skostniał pod wpływem strasznej febry: znowu przykrył się szynelem. I długo, przez kilka godzin ciągle mu się marzyło, że „trzebaby zaraz, nie odkładając, pójść gdziekolwiek i wszystko wyrzucić, żeby już oddalić z oczu co-prędzej, ooprędzej!“ Zrywał się z kanapy kilka razy, chciał wstać, ale już nie mógł. Ostatecznie zbudziło go silne stukanie do drzwi.
— Otworzyć! Umarł, czy co? Ciągle śpi-------wołała Ana stazja, stukając we drzwi pięścią: — całe boże dnie wyleguje się, jak pies! Boć to i pies! Otworzyć! Dziesiąta godzina. trTrf?«gieggEgggggg?»
— — A może go nieima w domu — ozwał się glos męski.
„Ba! to głos stróża... Czego ten chce?“
Zerwał się i siadł na sofie. Serce tak mu skakało, że aż ból uczuł.
— A na haczyk ¡kto się zamknął? — spytała Nastka — widzicie go! Zamyka się! Chyba go samego ukradną! — Otworzyć, hej, otworzyć!
— Czego oni chcą? Poco istróż Wiedzą o wszystkiem. Bronić się czy otworzyć. A, niech tam...
Nachylił się ku drzwiom, i zdjął haczyk.
Cały pokój był tak mały, że można było zdjąć haczył, nie wstając z łóżka.
Rzeczywiście: stróż i Anastazja.
Anastazja dziwnie jakoś spojrzała na lokatora. On rozpaczliwym i wyzywającym wzrokiem zmierzył stróża. Tein w milczeniu podał mu szary, złożony we dwoje papier, zapieczętowany butelkowym lakiem.
— < Awizacja, z biura — wymówił, podając papier.
— < Z jakiego ¡biura?
— Do policji pana żądają. Do biura. Wiadomo, jakie biuro!
— Do policji!... Po co?...
— A mnie tam co do tego. Żądają, to pan idź. I uważnie spojrzał na niego, irozejrzał się dokoła i zaczął odchodzić.
— Ej, coś mi pan choruje! — Zauważyła Anastazja, nie spuszczając zeń oczu. Stróż także na chwilę odwrócił głowę.
— Od wczoraj w gorączce — r dodała.
On nic nie odpowiedział i trzymał w ręku paipier, nie łamiąc pieczęci.
— * Nie wstawaj pan,, nie wstawaj — iciągnęła Anastazja ze współczuciem, widząc że lokator spuszcza nogi z kanapy. Choryś pan, to pan nie chodź: toć się nie pali. A co to pan ma w ręku?
Spojrzał: w prawej ręce trzymał szczątki frendzli, skarpetka i kieszeń wyrwana ze spodni. Tak iwięc spał z niemi. Później już, rozmyślając o tem, przypomniał sobie, że i budząc się w gorączce, silnie bardzo silnie wszystko to ściskał w ręku i znowu zasypiał.
— Patrzcie, jakich gałganów nazbierał i śpi z ndemii, jak ze skarbem jakim...
Zbrodnia i Kara. 7
IP itk
— oF,
I Anastazja wybuchnęła swoim chorobliwie nerwowym śmiechem.
Szbylko wsunął wszystko pod palto i wlepił w nią oczy. Chociaż się bardzo mało mógł naówczas orjentować, czuł jednak, że nie tak się z nim będą obchodzić, gdy go przyjdą brać. — „Ale... policja?“
— A może herbaty? Chcesz pan — przyniosę? Jest trochę...
— Nie... wychodzę; zaraz wychodzę, — odburknął,
— Zda się i ze schodów pan się nie zwlecze.
— Pójdę...
— Jak się panu podoba.
Wyszła za stróżem. On natychmiast rzucił się do światła dla obejrzenia skarpetki i frendzłi. — „Plamy są, ale nie bardzo znaczne; wszystko się zabrudziło, zatarło i wybladło. Kto o niczem nie wie, ten się niczego nie domyśli. A więc Anastazja nie, nie mogła spostrzec zdaleka, dzięki Bogu!“ Wtedy ze drżeniem rozpieczętował awiza-cje i zaczął ¡czytać; długo czytał aż nareszcie zrozumiał. Była to zwyczajna awizacja z ’cyrkułu, wzywająca go na dzisiaj, na pół do dziesiątej do biuia cyrkułowego nadzorcy.
„Co to może być? Wszak ja żadnych interesów nie mam z policją? I dlaczego właśnie dziś“ — myślał w męczącem zakłopotaniu. — „Boże, żeby to się już raz skończyło“! Upadł na kolana, z zamiarem modlitwy, ale aż sam się roześmiał, nie z modlitwy, ilecz z siebie samego. Zaczął się śpiesznie ubierać. — „Przepadnę to przepadnę, wszystko mi jedno! — Włożyć skarpetkę! pomyślał.nagle — jeszcze się więcej zatrze w kurzai i ślady przepadną“. Ale ledwie włożył, gdy natychmiast ściągnął ją ze zgrozą i wstętem. Ściągał, ale zorjentowawszy się, że innej nie ma, wziął i włożył j.ą, i znowu się roześmiał. — „Wszystko to względne, warunkowe, ¡same tylko formy“, pomyślał nawiasem, samym tylko brzeżlkiem myśli, ale drżąc na ca-łem eieile, „wszak przecie włożyłem ją! Wszak skończyło się na tem, żem włożył!“ Atoli śmiech zastąpiła niebawem rozpacz.
— „Nie, to nad moje siły“... pomyślał. Nogi mu drżały. — „Ze strachu“, szepnął ido siebie. W głowie mu się kręciło — paliło go żarem. — „To podstęp! Chcą mnie przynęcić podstępem i potem stropić ze wszystkiem“, cią gnął do siebie, wychodząc, na schody. — „Źle, że jestem prawie w gorączce... mogę palnąć jakie głupstwo“...
Na schodach przypomniał sobie, że zostawił wszystkie rzeczy na łasce opatrzności, w otworze ściennym, „a może — właśnie umyślnie w czasie jego nieobecności.. rewizja...“ przypomniał sobie i stanął. Ale taka rozpa;z i taki, rzec można, cynizm zguby owładnęły nim nagle, że machnął ręką i poszedł dale i.
— — „Ach, żeby prędzej!“
Na ulicy znowu panował skwar nieznośny;, żeby choć kropelka deszczu w ciągu tych wszystkich dni. Znowu kurz, cegła i wapno, znowu swąd ze sklepików i bawaryj, znów co chwila pijani, czuchny — roznosi ciele i rozbite dorożki. Słońce jaskrawo biło go w oczy, tak że aż /bolało od patrzenia i w głowiie zupełnie mu się zakręciło — zwykłe uczucie człowieka w gorączce, wychodzącego nagle w jasny dzień słoneczny na ulicę.
Doszedłszy do skrętu na wczorajszą ulicę, z męczącą trwogą spojrzał na nią, na ów dom... i zaraz odwrócił oczy.
„Jeżeli spytają, może i powiem“, pomyślał, zbliżając się do biura.
Do biura miał jeszcze z ćwierć wiorsty. Przenieśli je niedawno na nowe mejsce, do nowego domu, na trzecie piętro; w dawnym lokalu był kiedyś wypadkiem, ale to już bardzo dawno. Wszedłszy do bramy, ujrzał na prawo schody, po których schodził jakiś prosty człowiek z ¡książką w ręku: „widocznie, stróż, a więc to tu biuro“, i zaczął wchodzić na schody. Pytać się nikogo o nic nie chciał.
„Wejdę, uklęknę i wszystko opowiem“ — pomyślał, wchodząc na trzecie piętro.
Schody były wąskie, spadziste i całe oblane pomyjami. Wszystkie kuchnie wszystkich pięter otwierały się na te schody i były otwarte prawie przez cały dzień. Wskutek tego swąd był straszny. Z góry na dół i z dołu na górę schodzili i wchodzili stróże z książkami pod pachą, strażnicy i różni ludzie płci obojej — interesanci. Drzwi do samego biura były także otwarte naoścież. Wszedł i stanął w przedpokoju. Czekało tam mnóstwo różnych ludzi. Tu także był skwar straszny i nadto aż do mdłości biło w nos świeżą, jeszcze niewywietrzoną farbą;na starym oleju, ze śweżo zaciąganych podłóg. Wyczekawszy chwilkę, postanowił ruszyć naprzód, do sąsiedniego pokoju. Pokoje wszystkie ¡były maleńkie i niziutkie. Straszna niecierpliwość pchała go ¡coraz dalej i dalej. Nikt ani spojrzał na niego. W drugim pokoju siedzieli jacyś pisarze, ubrani niby staranniej, ale dziwni jacyś ludzie. Zwrócił się do jednego z nich.
— * Czego tam?
Pokazał wezwanie.
— Pan jesteś student? — Spytał tamten, rzuciwszy okiem na awizację.
— Tak, były student.
Pisarz obejrzał go, zresztą, (bez żadnej ciekawości. Był to jakiś napuszony człowiek, z twarzą ¡bez wyrazu.
„Od tego nic się nie dowiem, bo jemu wszystko jedno“ — pomyślał Raslkdlnikow.
— i Idź pan tam, do referenta — rzekł pisarz, i wskazał palcem na ostatni pokój.
Wszedł do tego pokoju (czwartego z rzędu), ciasnego i przepełnionego interesantami, ludźmi, odzianymi nieco czyściej, niż w poprzednich izbach. Pomiędzy nimi był) dwie damy. Jedna w żałobie, biednie ubrana, siedziała przy biurku naprzeciwko referenta i pisała coś. Druga zaś dama, bardzo otyła i fioletowo-czerwona, z plamami, okazała kobieta, i coś za bogato ubrana, z broszką wielkości spodka do szklanki na piersiach, stała na uboczu i czekała na coś. Raskolnikow podał referentowi swoją awizację. Ten ledwie spojrzał na nią, rzekł — „proszę zaczeka“ — ii zajął się znowu żałobną damą.
Odetchnął swobodniej. — „Napewno nie tamto!“ Zwolna zaczynał nabierać otuchy, i z całych sił wmawiał w siebie spokój i odwagę.
„Jakieś głupstwo, jakaś najmniejsza nieostrożność i sam się mogę wydać!... Hm... szkoda, że tu niema powietrza“ — dodał — „duszno... W głowie jeszcze się bardziej kręci... i w umyśle także...“
Czuł w całym sobie straszny nieład. Bał się stracić panowanie nad sobą.
Starał się przylgnąć do czegoś i myśleć o czemkolwiek zupełnie obojętnem, ale wcale mu się to nie udawało. Referent zresztą bardzo go zajmowrał: strasznie mu się chciało odgadnąć coś z jego twarzy, rozgryźć. Był to bardzo młody człowiek, lat dwudziestu dwóch, z pociągłą.i ruchliwą twarzą, wydającą się starszą, niż była w isto cie, Ubrany modnie i z pretensją, z rodziałkiem na tylle głowy, <uilizany i wypomadowany, z mnóstwem pierścieni i obrączek na białych starannie utrzymanych palcach i zlotami łańcuszikami na kamizelce. Z jednym z obecnych tam cudzoziemców rozmawiał.nawet po francusku i to dość poprawnie,
— Niech pani spocznie — rzekł, zwracając się do otyłej fioletowo-czerwonej damy, która wciąż stała, jakby ¡nie śmiała usiąść, chociaż krzesło stało tuż obok.
— Ich danke — odparła — i powoli, z szelestem jedwabiu opuściła się na krzesło. Jej jasno niebieska, ubrana białą koronką suknia, niby balon rozpostarła się naokoło krzesła i zajęła prawie pół pokoju. Rozszedł się zapach perfum. Ale damę krępowało widocznie, że zajmuje pół pokoju i że ją tak czuć pachnidłami, to też uśmiechała isię bojaźliwie i natrętnie zarazem, ale z widocznym niepokojem.
Nareszcie, żałobna dama skończyła i zaczęła wstawać. Wtem, z pewnym szumem, z wielką brawurą i jakoś szczególnie poruszając na każdym kroku plecami, wszedł oficer, rzucił czapkę z gwiazdką na biurko i siadł na fotelu. Pyszna dama aż podskoczyła z miejsca, ujrzawszy go, i z jakimś niezwykłym zachwytem zaczęła przysiadać; ¡ale oficer nie zwrócił na inią najmniejszej uwagi, ona zaś nie śmiała już usiąść w jego obecności. Był to pomocnik nadzorcy cyrkułu, z poziomo sterczącemi w obie strony ryżawemi wąsami i bardzo drobnami rysami twarzy, o tyle tylko wymownej, o ile czellnej. Niechętnie i nawet nieco gniewnie ’Spojrzał on na Raskolnikowa; nazbyt bo miał już nędzne ubranie, a pomimo całej biedy i poniżenia, wygląd miał wcale nieodpowiedni do kostjumu; Raskolnikow, przez nieostrożność zbyt prosto i długo popatrzał na niego, tak że się aż tamten obraził.
— — Czego chcesz? — krzyknął, zdziwiony zapewne, że ’taki oberwus nie myśli lękać się jego błyskawicznego wzroku.
— Miałem wezwanie... — wykrztusił Raskolnikow.
— To w sprawie ściągnięcia od tego pana pieniędzy, od studenta — pospieszył referent, odrywając się od papierów. — Oto jest! — i pokazał Raskolnikowrow’i książkę, wskazując na niej miejsce: — czytaj pan!
„Pieniądze? Jakie pieniądze? — myślał Raskolnikow —
„ale... więc najwyraźniej ani mowy o tamtem!“ i zadrżał z radości. Zrobiło mu się nagle strasznie, niewymownie błogo. Ciężar spadł mu z piersi.
— A o której to panu kazano się zjawić? — krzyknął porucznik, coraz bardziej obrażając się niewiadomo za co: — napisano o dziewiątej, a teraz już po jedenastej!
— < Otrzymałem wezwanie ikwadrans temu — głośno i niedbale odparł Raskolnikow, także ni stąd ni zowąd naj-mimowolniej rozgniewany i nawet znajdujący w tem pewne upodobanie. — I tak dobrze, że ohory na febrę przyszedłem jednak.
— Proszę nie krzyczeć.
— Ja też nie krzyczę, mówię spokojnie, to pan na imnie krzyczy; jestem student i krzyczeć na siebie nie pozwolę.
Pomocnik rozgorączkował się do tego stopnia, że w pierwszej chwiili nie mógł nawet wymówić ani słowa i tylko bryzgał śliną. Nareszcie zerwał się z miejsca.
— Proszę m-m-miilczeć! Pan jesteś w biurze. Proszę nie być grubijaninem.
— To i pan jesteś w biurze — zawołał Raslkolnikow — a oprócz tego, że pan krzyczysz, to pan jeszcze palisz, a więc pan wszystkim nam ubliżasz.
Co powiedziawszy, Raskolnikow uczuł niewymowne zadowolenie.
Referent z uśmiecham spoglądał na nich. Gorący porucznik był widocznie zmieszany.
— To do pana nie należy! — zawołał nareszcie jakoś nienaturalnie głośno: — oto lepiej zechciej pan dać zobowiązanie, którego od pana żądają. Pokaż mu pan, panie Aleksandrze! Skargi na pana! Dłużków się nie płaci! Widzicie go, jaki mi mędrzec!
Ale Raskolnikow już nie słuchał i chciwie wczytał się w podany mu papier, szuikając co żywo rozwiązania. Przeczytał raz, drugi i nie zrozumiał.
— O icóż to idzie? — zapytał referenta.
— O pieniądze, które pan jesteś winien. Masz pan, albo dług uiścić ze wszystkiemi kosztami, karami itp., albo dać zobowiązanie na piśmie, kiedy pan zapłacisz, a zarazem zapewnienie, że dopóki dług uiszczony nie będzie, ani pan ze stolicy nie wyjedziesz, ani nie będziesz ukrywał swego mienia. A wierzycieli ma prawo sprzedania pańskich ruchomości i postąpienia z panam według prawa.
— Alleż ja... nikomu nie jestem winien.
— To już do nas należy. Do nas przysłano ty lik o dla wyegzekwowania kwit pański nieopłacony w terminie na sumę piętnastu rubli, któryś pan wydał wdowie aseso-rowej kalegjalnej Zarnicynowej przed dziewięcioma miesiącami, a który od niej przeszedł na ¡własność radcy dworu Czebarowa —, na tej więc zasadzie my wezwaliśmy pana do siebie.
— Ależ to moja gospodyni!
— Cóż stąd, że gospodyni?
Referent patrzał nań z pobłażliwym uśmiechem współczucia, a zarazem i niejakiego triumfu, jak na nowicjusza, którego zaczyna się zaledwie ostrzeliwać: „A co? Jakże się teraz czujesz?“ Ale co go teraz, co go mógł obchodzić jakiś tam kwit, dług, zobowiązania? Czy warte było to jakiegoś niepokoju, albo nawet jakiejkolwiek uwagi? Stał, czytał, słuchał, sam zadawał nawet pytania, ale to wszystko machinalnie. Triumf samoobrony, wybawienie z grożącego.niebezpieczeństwa — oto, co przepełniało owej chwili całą jego istotę, bez przewidywania, bez analizy, bez przyszłych, dalszych domysłów i dociekań, bez wątpień i pytań. Była to chwilla zupełnej bezpośredniej, czysto zrwierzęcej radości. Ale w tej samej chwili w biurze stało się coś w.rodzaju gromu i błyskawicy. Porucznik, jeszcze przejęty mieuszanowaniem, cały gniewny i widocznie pragnący podtrzymać swój honor i ambicję wpadł wszystkiemi piorunami na nieszczęsną „pyszną damę“, patrzącą nań od czasu, jak się tylko pokazał, z najgłupszym w świecie uśmiechem.
— A ty, taka — siaka, owaka, ¡krzyknął nagle na całe gardło, (dama żałobna już wyszła) co się tam znów u ciebie w nocy porobiło? A? Znowu niepokój awantura na całą ulicę. Znowu bójka i pijaństwo. Koza ci pachnie! Wszak ci już mówiłem, wszak cię już z dziesięć razy uprzedzałem, że na jedenasty nie daruję! A ty znowu, ty taka, siaka, owaka!
Aż papier wypadł z rąk Raskolnikowa, który patrzał dziko na pyszną damę, z którą postępowano tak bez cere-monji, ale wkrótce zrozumiał, o co chodzi, i cała ta historja zaczynała mu się nawret bardzo podobać. Słuchał z zadowoleniem tak, że aż mu się chciało śmiać, śmiać się... Wszystikie nerwy dziwne wyprawiały w nim harce.
— Poruczniku! — zaczął referent z zakłopotaniem, a:le wolał przeczekać wybuch, gniewnego bowiem porucznika można było powstrzymać ledwie za ręce, o czem już wiedział z własnego doświadczenia.
Co się zaś tyczy pysznej damy, to z (początku aż zadrżała od gromu i błyskawicy; ale rzecz dziwna: im liczniejsze i dosadniejsze stawały się wymysły, — tem twarz jej przybierała wyraz uprzejmiejszy, tem milszy stawał się jej uśmiech, zwrócony do groźnego porucznika. Prze-stępowała z nogi na nogę i przysiadała, z niecierpliwością wyczekując, rychło li jej pozwolą wtrącić swoje słówko, i doczekała się.
— Żaden awantor ani bitwa u mnie nie był, pan kapitan — zapiszczała nagle, jakby kto grochu rozsypał, akcentując mocno z niemiecka, chociaż wcale biegle po rosyjsku — i żadna, żadna szkandal, i oni przyszła pijan, i to ja wszystko powiedzieć, pan kapitan, ja niewinna... u mnie dom porządna, pan kapitan i porządne goście, a ja, pan kapitan, ja sama zawsze nie chciał żadna skandal. A oni całkiem przyszła pijan i potem znowu trzy flaszki żądał, a potem jeden podniósł nogi i zaczynał nogą na fortepian gral i to wcale niedobrze w porządny dom, i on cały fortepian slamal i to całkiem, całkiem nie dobre maniery. Ja to powiedział, a on flaszkę wziął i zaczynał wszystkich flaszką z tylu popychał. I tu, jak ja prędko zaczynał stróża wołać i Kani przyślą, on wziął Karl i oko wybiła i Henrietta także oko wybiła a mnie pięć razy po twarzy bila. A on na kanał okno otwierał i zaczynał głośno krzyczał, jak maleńka świnika? Pfuj, pfuj, pfuj! i Karl z tyłu go za frak od okna ciągnęła i tu, to prawda, pan kapitan, jemu sein rock zerwała. I wtedy ona krzyczała, co jemu man mus piętnaście rubli płacić za jego frak. I ja sama, pan kapitan, pięć rubli jemu sein rock płaciła. I to nie porządny gość, pan ¡kapitan, i taki skandal robiła. Ja, mówił, na was dużo satyry gedrukt będzie, bo ja we wszystkich gazetach mogę wszystko o was pisał.
— To on redaktor?
— Tak, pan kapitan, i to bardzo nieporządny gość, pan kapitan, kiedy w porządny dom...
— No, no, no! Dosyć! Ja ci już mówiłem, nieraz mówiłem...
— Poruczniku! — znowu znacząco ozwał się referent.
Porucznik bystro spojrzał nań, referent z.Iekka kiwnął głową
—...Otóż raz jeszcze i to po raz ostatni, ostatni, rozumiesz — ciągnął ’porucznik: — niech mi jeszcze w twoim porządnym domu choć jeden jedyny ¡raz zdarzy się coś podobnego, to pójdziesz na icugunder, jak się ¡mówi górnym stylem. Rozumiesz? Więc literat, redaktor, pięć rubli w „porządnym domu“ za połę wziął? Otóż to, panowie redaktorzy! — i pogardliwym wzrokiem zmierzył Raskol-nilkowa. — Przed trzema dniami w restauracji także awantura: zjadł obiad i płacić nie >chce: „ja, powiada, w satyrze was wszystkich opiszę za to“. Na statku także inny, w zeszłym tygodniu, szanowną rodzinę radcy stanu zobeilżył w najpodlej szych wyrazach. Z cukierni onegdaj pięściami wypędzono jednego. Tacy to są redaktorzy, literaci, studenci, heroldowie... tfu. A ty ruszaj! Ja kiedy sam zajdę do ciebie. Wtedy strzeż się! Rozumiesz?
Tłusta niemka z przyspieszoną uprzejmością jęła przysiadać na wszystkie strony i przysiadając cofała się ku drzwiom; ale we drzwiach natknęła się na pokaźnego oficera, z pogodną świeżą twarzą i pysznemi gęstemi jasno-Mond faworytami. Był to sam naczellnik cyrkułu.
Niemka przysiadła ¡skwapliwie nieomal do samej podłogi i po chwili drobnym ikroczkiem, podskakując, wybiegła z biura policji.
— Znowu gwałt, znowu pioruny, błyskawice, gromy, huragany! — uprzejmie i życzliwie zwrócił się przybyły do porucznika — znowu draśnięte serce, znowu wybuch. Już na schodach słyszałem!
— — E, kiedy bo... — z szlachetną niedbałością odparł zagadnięty, przechodząc z jakiemiś papierami do drugiego stołu i charakterystycznie poruszając ramionami za każdym (krokiem — « gdzie krok, tam i ramię: — oto patrz pan: pan redaktor, to jest niby student, były wprawdzie, długów nie płaci, weksle wystawia, z mieszkania się nie wyprowadza, ciągłe skargi, a raczył wystąpić z pretensją, żem papierosa przy nim zapalił! Sami głu... głupstwa robią, a oto proszę spojrzeć: to ich najponętniejszy wygląd.
— Bieda nie hańbi, kochanie, ale co tam q tem! Wiadomo, proch, nie mógł znieść obrazy. Musiałeś się pan sam pewnie na niego obrazić!za. co i nie wytrzymałeś pan — ciągnął naczelnik, uprzejmie zwracając się do Raskolni kowa — ale szkoda, żeś się pan, nie powistrzymał: człowiek, powiadam panu, najszlachetniejszy, ale proch,, proch! — Wybuchnął, zakipiał, spłonął — i basta! I po wszystkiem czegoś bardzo przyjemnego, i w pułku przezwano „porucznikiem ’prochem“...
— A jaki to był p-pułk! — zawołał porucznilk, bardzo zadowolony, że imu tak przyjemnie pochlebiono, ale wciąż jeszcze z gniewem.
Raskolnikow powziął raptem ochotę powiedzenia im wszystkim czegoś bardzo przyjemnego.
— Ależ na miłość boską, kapitanie — zaczął bardzo swobodnie, zwracając się do naczellnika — wzejdźcież panowie i w moje położenie... Gotów jestem iprosić tego pana o przebaczenie, jeżalim mu w czemkolwiak uchybił, jestem biedny i chory student, udręczony (tak się wyraził: „udręczony“) przez biedę. Jestem były student, ponieważ obecnie nie mogę s’ię utrzymać, ale ja dostanę pieniądze..., Mam matkę i siostrę w gubernji... Przyślą mi i... zapłacę. Moja gospodyni dobra kobieta, ale do tego stopnia rozgniewała się, żem stracił ’lekcje i nie płacę już czwarty miesiąc, że imi nawet obiadu nie przysyła... I nie pojmuję nawet, jaki to kwit! A teraz domaga się ode mnie na zasadzie kwitu, cóż ja jej zapłacę, osądźcie sami panowie...
— Ale to nas nic niie obchodzi... — znowu wtrącił referent.
— Dobrze, pozwól pan, zgadzam się z panem w zupełności, ale niechże i ja powiem swoje — podchwycił znowu Raskolnikow, zwracając się nie do referenta, lecz ciągle do naczelnika, starając się jednak wszelkiemi siłami zwracać się także i do porucznika, chociaż ten uparcie udawał, że przegląda jakieś papiery i pogardliwie nie zwracał nań uwagi — pozwról pan i mnie wyjaśnić z kclei, że ja mieszkam u niej blisko trzy lata, od samego przyjazdu z prowincji i kiedyś... kiedyś... zresztą, dlaczego mam się nie przyznać — z samego początJku obiecałem ożenić się z jej córką; przyrzeczenie słowne, zupełnie swobodne... Była to panienka... zresztą podobała mi się nawret... chociaż nie byłem zakochany... jednem słowem, młodość, t. j., chcę przez to powiedzieć, że u gospodyni miałem wówczas duży kredyt i prowadziłem po części takie życie... byłem bardzo lekkomyślny...
— My wcale nie żądamy od pana takich zwierzeń, wreszcie i czasu niema na to — oschle i z wyższością przerwał porucznik, ale Raskolnikow powstrzymał go z zapałem, chociaż zaczęło mu nagle być bardzo przykro.
— Ale pozwól pan, pozwól mi pan choć w części opowiedzieć wszystko, jak było i... w kolei rzeczy... chociaż, zgadzam się z panem, że te szczegóły zupełnie są zbyteczne — ale przed rokieim ta panna umarła na tyfus, ja zaś zostałem nadal ¡lokatorem, jak byłam, i gospodyni, gdy się przeniosła na teraźniejsze mieszkanie, powiedziała mi... i powiedziała po przyjaciellslku... że ufa mi zupełnie, ale czy jej nie zachcę dać tego oto ¡kwitu na sto piętnaście rubli, to jest tyle naliczyła długu mego. Pozwóil <pan: powiedziała mianowicie, że skoro tylko dam jej ten kwitek, to znowu mi będzie kredytować, ile zażądam, i że nigdy, nigdy, ze swej strony — < to są własne jej słowa — nie skorzysta z tego kwitu dopóki ja sam nie zapłacę... I oto teraz, gdym stracił leikcje, gdy nie mam co jeść, ona skarży mnie... Cóż panowie na to?
— Wszystko to są bardzo czułe szczegóły, ale nas one nic nie obchodzą — ostro odciął porucznik — powinieneś pan dać zobowiązanie, a żeś pan tam raczył być zakochany i wszystkie te tajemnicze szczegóły — to nam nic do tego.
— No, no, jesteś bez litości... — szepnął naczelnik, siadając za stołem i także zaczynając podpisywać papiery. Jakgdyiby się zawstydził.
— Pisz pan — rzekł referent do Rasikolniikowa.
— Co pisać? — zapytał jakoś niezwykle szorstko.
— Podyktuję panu.
Rasikoilnikowi wydało się, że referent postępował z nim jakby niedbałej po jego spowiedzi — ale, rzecz dziwna — zrobiło mu się nagle samemu wszystko jedno, jakiego kto jest o nim zdania, a ta przemiana nastąpiła w nim jakoś w jeden moment, w jednej chwili. Gdyby się chciał nieco zastanowić, to oczywiście byłby zdziwiony, jak mógł w ten sposób rozmawiać z nimi, a nawet narzucać się ze swojami uczuciami? I skąd się wzięły te uczucia? Przeciwnie, teraz, gdyby pokój zapełnił się nie policjantami, ale jego najszczerszymi przyjaciółmi, to i wtedy nawet, zdaje się, nie znalazłby w sobie dla nich ani jednego ludzkiego słowa, do tego stopnia opróżniło mu się serce. Ponure uczucia męczącego, nieskończonego osamotnienia i obcości ujawniły się nagle jasno w jego duszy. Nie pod-dańczość jego wynurzeń sercowych przed porucznikiem, nawet nie lichota triumfu porucznika nad nim, wywróciły w nim serce tak nagle! O, co mu ’teraz do własnej podłości, do tych wszystkich ambicyj poruczników, niemek, odpowiedzialności, biur i t. p. i t. p.! Gdyby nawet został w tej chwili skazany ’na osiedlenie, to i wtedy jeszcze nie ruszyłby się, a nawet kto wie, czyby uważnie wysłuchał wyroku. Działo się w nim coś całkiem mu nieznanego, nowego, nagłego i nigdy niebywałego. Nietyle rozumiał, ile wyraźnie czuł, całą siłą czucia, że nietylko z czułostkowa-temi zwierzeniami, jak dawniej, ale nawet z czemkolwiek innem, inie może już zwracać się do tych ludzi, w biurze policyjnem, i choćby to tbyili sami jego rodzeni bracia lub siostry, nie zaś porucznicy cyrkułowi, to i wówczas nie miałby potrzeby zwracać się do nich i inawet za nic na świecie; nigdy jeszcze do tej chwili nie doznawał równie dziwnego i strasznego uczucia. Co najgorsze, że było to raczej uczucie, niż świiadomość, niż pojęcie; uczucie bezpośrednie, uczucie najbardziej męczące ze wszystkich, jakich kiedykolwiek doznawał w życiu.
Referent zaczął mu dyktować formę zwyczajnego w takich razach skryptu, t. j. „zapłacić nie mogę, obowiązuję się wtedy (’kiedykolwiek) z miasta się nie wydalę, rzeczy nie sprzedam ani nie podaruję“ i t. p.
— Ależ pan nie możesz pisać, pióro panu z rąk wypada — zauważył referent, ciekawie wpatrując się w Ras-kolnikowa. — Czyś pan chory?
— Tak... w głowie mi się kręci... dyktuj pan dalej.
— Już wszystko; podpisz się pain.
Referent odebrał papier i zajął się innymi.
Raskolnikow oddał pióro, ale zamiast wstać i wyjść, oparł oba łokcie o stół i ścisnął głowTę rękoma. Jakby mu gwóźdź wbijano w ciemię. Dziwna myśl przyszła mu nagle: wstać natychmiast, zbliżyć się do naczelnika cyrkułu i opowiedzieć mu o wszystkiem wczorajszem, i o wszyst-kiem do najdrobniejszego szczegółu, następnie udać się z nim do mieszkania i pokazać przedmioty, leżące w kącie pod tapetą.
Pokusa była tak silna, że wstał już z miejsca, aby myśl tę wykonać.
— „Czyby jednak nie zastanowić się chwilkę?“ błysnę ło mu w głowie. — „Nie, najlepiej bez namysłu, i z głowy! Ale nagle stanął, jak wryty: naczelnik rozmawiał żywo z poruczinikiem i do jego uszu doleciały te słowa:
— To być nie może, obydwóch uwolnią. Najprzód, wszystko zaprzecza temu; pomyśl pan tylko: poco mieliby wołać stróża, jeśli to ich sprawka? Denuncjować siebie, czy co? Czy dia podstępu? Nie, toby już było za podstępnie! I nareszcie, studenta Piestrajkowa widzieli przy samej bramie obaj stróżowie i ¡mieszczanka, w tej chwili, kiedy wchodził: szedł z trzema ¡kolegami i rozstał się z niemi przed samą bramą, a o mieszkanie dopytywał się stróża jeszcze przy kolegach. Miałżeby się dopytywać o mieszkanie, idąc z takim zamiarem? A Koch, to nawet zanim się udał do starej, odsiedział całe półgodziny u juibilera na dole i punkt o trzy kwadranse na ósmą poszedł dopiero od.niego do starej. Stąd, jasny masz pan wniosek, że...
— Za pozwoleniem, skądże się wzięła taka niedokładność w ich zeznaniach? Sami dowodzą, że stukali i że drzwi były zamknięte, a w trzy minuty potem, gdy powrócili ze stróżem, drzwi stały już otworem?
— Właśnie na tem cała sztuka: morderca musiał tam być i zamknął się na haczyk, i złapanoby go tam bezwarunkowo, gdyby nie pośpiech Kocha, który sam udał się po stróża. A on właśnie w tej chwili zdążył zejść po schodach i jakoś prześlizgnąć się ¡koło nich. Koch żegna się obiema rękoma: „Gdybym tam był — powiada — został, on byłby wtedy wyskoczył i zabiłby mnie toporem“. Chcę dać na ¡mszę ha, ha!...
— Mordercy nikt nie widział?
— Ale gdzie tam! Dom — istna Arka Noego — zauważył referent, przysłuchujący się ze swego miejsca.
— Rzecz jasna, jasna! — gorąco wymówił naczelnik.
— Nie, wcale nie jasna — dodał porucznik.
Raskolmkow ujął za kapelusz i skierował się ku drzwiom, ale do drzwi nie doszedł...
Gdy się ocknął, ujrzał, że siedzi na krześle, że go podtrzymuje z prawej jakiś człowiek, że z ¡drugiej strony stoi drugi człowiek, z żółtą «szklanką, pełną żółtej wody, i że naczelnik stoi przed nim i uporczywie nań patrzy; wstał z krzesła.
— Co to panu? Paneś chory? — dość szorstko zapytał naczelnik.
— T. przy podpisywaniu ledwie pióro mógł utrzymać — zauważył referent, siadając na swoje miejsce i zabierając się znowu do swych papierów.
— A dawno pan jesteś chory? — krzyknął porucznik ze swego miejsca i także przerzucając papiery. — On, oczywiście, także przyglądał się choremu wówTczas’, gdy ten był nieprzytomny, aile zaraz odszedł, gdy odzyskał (przytomność.
— Od wczoraj... — wyszeptał w odpowiedzi Raskolnikow.
— A wczoraj wychodziłeś pan na miasto?
— Wychodzliłem.
— Chory?
— Chory,
— O której godzinie?
— O ósmej w wieczór.
— A dokąd, pozwól się pan zapytać?
— Na ulicę.
— Krótko i węzłowato.
Raskolnikow odpowiadał prędko, urywanie, cały blady, jak chusta, ¡i nie spuszczając czarnych zaognionych oczu pod wzrokiem porucznika.
— On ledwie stoi na nogach, a ty... — wtrącił naczelnik.
— Nic nie szlkodzi! — dziwnie jakoś wymówił porucznik. Naczelnik chciał coś jeszcze dodać, ale spojrzawszy na referenta, który także bardzo dwuznacznie patrzył na niego, zamilkł, Wszyscy nagle zamilkli. Dziwnie było.
— No, dobrze — zakończył porucznik — nie zatrzymujemy pana.
Raskolnikow wyszedł. Mógł jeszcze słyszeć, jak po jego wyjściu zaczęła się nagle ożywiona rozmowa, wr której najgłośniej rozlegał się «pytający głos naczelnika... Na ulicy ocknął się zupełnie.
„Rewizja, rewizja, zaraz rewrizja!“ powtarzał do siebie, przyspieszając kroku — „złodzieje! podejrzewają!“ — Dawny strach znowu go przejął od stóp do głowy. ,,A jeżeli już Ibyła rewizja? A jeżeli ich akurat zastanę u siebie?“
Ale otóż jego pokój. Nic i nikogo; nikt <nie zaglądał..Nawet Anastazja nie dotykała się. Lecz, Boże! jak mógł zostawić wszystkie te rzeczy pod tapetą?
Rzucił się do kąta zapuścił rękę w otwór i jął wyciągać przedmioty i napełniać niemi kieszenie. Wszystkiego okazało się osiemnaście sztuk: dwa małe pudełeczka z kolczykami, albo z czerni w tym.rodzaju — nie rozróżniał dobrze; następnie cztery niewielkie futerały.safjanowe. Jeden łańcuszek był zawinięty w gazetę, jeszcze coś w gazecie, zdaje się order...
Pokładł wszystko do rozmaitych kieszeni palta i w jedną ocalałą kieszeń spodni, starając się, ażeby było jak — najnieznaczuiej. Wziął również woreczek. Poczem, wyszedł z.pokoju, zostawiając go tym razem całkiem na-oścież.
Szedł prędko i krokiem pewnym; choć czuł, że jest zgnębiony, ale (był całkiem przytomny. Lękał się pogoni, lękał się, że za pół godziny, za kwadrans nawet wydany zostanie rozkaz śledzenia go, a więc bądź co bądź trzeba było póki czas zrobić, co się da. Trzeba było coś postanowić dopóki jeszcze zostawało choć trochę sił i choć jaki taki sens w głowie... Gdzież pójść tedy?
To już było zdecydowane oddawna: „rzucić wszystko w kanał i basta“. Tak postanowił jeszcze w nocy, w febrze, w owej chwili, kiedy to — pamięta wybonnie — zrywał’się i chciał iść: „prędzej, prędzej, i wszystko wyrzucić“. Ale wyrzucić okazało się wcale niełatwo.
Chodził nad brzegiem kanału Katarzyny już od pół go-’ dżiny, a może i dłużej, i kilka razy spoglądał na schody do kanału, jak tylko je napotykał. Ale nawet pomyśleć nie było ¡można o wykonaniu zamiaru: albo ławki stały nad samą wodą i na nich ipraczki płukały bieliznę, albo łódki tuż przy brzegu, i wszędzie taki tłok ludzi, zewsząd, z obu brzegów, wszystko widać, jak na dłoni, może kto spostrzec, boć to i podejrzanie wygląda, że człowiek schodzi do kanału i coś w wodę rzuca. A jeśli1 futerały nie zatoną i popłyną? A naturalnie — każdy zobaczy. Już i bez tego ludzie tak mu się przyglądają, jakby on ich tylko zajmował.
— „Co oni się tak patrzą, a może mi się tylko tylko tak zdaje?“ — pomyślał.
Nareszcie, przyszło mu do głowy, czy nie lepiej będzie pójść gdziekolwiek nad Newę? Tam i ¡ludzi mniej i nie tak zwraca się uwagę i w każdym razie wygodniej, a co najważniejsze — od tych miejsc dalleko. I nagle zdziwił się: jak to się stało, że przez całe pół godziny włóczył się w strapieniu i trwodze,,po tak niebezpiecznych miejscach, a tego nie mógł wcześniej wymyśleć! I dlatego tylko całe pół godziny zmarnował, że to już raz we śnie zostało postanowione! Stawał się strasznie roztargniony, zapominał, się, i wiedział o tem. Stanowczo trzeba się było spieszyć!
Poszedł ku Newie przez prospekt W — j; ale w drodze przyszła mu nagle myśl: „Poco nad Newę? Poco w wodę? Czyż nie lepiej pójść gdzieś bardzo daleko, znowu bodaj na wyspy i tam gdziekolwiek w ustroniu w lesie pod krzakiem zakopać to wszystko i, dajmy na to, zapamiętać drzewo?“ A chociaż poczuł, że nie jest w stanie ogarnąć tego wszystkiego w tej chwili, ale myśl wydała mu się nieomylna.
Ale i na wyspy nie było mu sądzone dobrnąć; wypadło co innego: wychodząc z prospektu W. na plac, spostrzegł nagle na lewo wejście na podwórze, obstawione ślepym mu rem. Z prawej, zaraz po wejściu w bramę, głęboko w podwórze ciągnęła, się ślepa mietynkowana ściana sąsiedniego trzypiętrowego domu. Z lewej, równolegle do ślepej ściany i także zaraz do bramy, szedł parkan drewniany, na jakie dwadzieścia kroków w głąb podwórza i potem już łamał się na (lewo. Było to głuche odgrodzone miejsce, gdzie leżały jakieś materjały. Dalej, w zagłębieniu podwórza, wyglądał z za parkanu kąt niskiego, okopconego, murowanego zabudowania, widocznie części jakiegoś warsztatu. Był tam widać jakiś zakład powoźniczy czy ślusarski, czy coś w tym rodzaju; wszędzie, prawie od samej tbramy widniało dużo pyłu węglowego.,,0 tu podrzucić i drapnąć!“ pomyślał nagle. Nie widząc nikogo na dworze, przeszedł bramę i zaraz na wstępie, tuż przy bramie spostrzegł żłób (jakie często bywają urządzane w takich domach, gdzie jest wielu fabrycznych robotników, wyrobników, dorożkarzy i t. ip.), a nad żłobem, tuż obok na płocie, napisany, był kredą następujący zwykły koncept: „Tu stać wzbroniono“. A więc, już to samo uchyla podejrzenie, że zaszedł i stanął. „Rzucić tu wszystko tak razem i uciec“.
Obejrzawszy się jeszcze raz, wsunął już rękę do kieszeni, gdy nagle przy samym zewnętrznym murze, pomiędzy bramą a żłobem, gdzie cała przestrzeń miała łokieć szerokości, spostrzegł olbrzymi, nieociosany kamień, z półtora puda wagi, przylegający tuż do muru ulicznego1. Za tym murern była ulica, chodnik, słychać było, jak biegali przechodnie, których zazwyczaj bywa tu bardzo wiellu; ale za bramą nikt go nie mógł widzieć, chybaby kto zaszedł z ulicy, co zresztą bardzo łatwo mogło nastąpić,, a więc należało się spieszyć.
Schylił się do kamienia, schwycił go obiema rękoma z całej siły i odwalił. Pod kamieniem uformował się niewielki otwór, zaraz też jął w ten otwór wrzucać wszystkie przedmioty z kieszeni. Woreczek wypadł ma sam wierzch, a pomimo to w zagłębieniu było jeszcze imiej&ce. Następnie, znowu objął kamień, jednym obrotem zawrócił go ina dawne miejsce, i akurat trafił na zagłębienie, tylko kamień wydawał się nieco wyższy. Podgrzeibał ziemi i przy-tłukł ją z boków kamienia nogą. Nić znać nie było.
Wtedy wyszedł i.skierował się w stronę placu. Znowu niesłychana, ¡olbrzymia radość, jak niedawno w biurze, ogarnęła go na chwilę. „Ani śladu! I komuż, komu może przyjść do głowy szukać pod tym głazem? On może leży tam od czasu postawienia tego domu i jeszcze długo może leżeć! Niema poszlak!“ I roześmiał się. Tak, przypomniał sobie później, że się roześmiał nerwowym, drobnym, niedosłyszalnym, długim śmiechem i śmiał isię ciągle przez cały czas, gdy przez plac przechodził. Ale gdy wstąpił na bulwar K., >gdzie to spotkał był ową dziewczynę, śmiech opuścił go nagle. Inne myśli przyszły mu do głowy. Wydało mu się naraz, że mu jest strasznie przykro mijać wła-
Zbrodnia i Kara, 8 śnie tę ławkę, na której wówczas, po odejściu dziewczyny, siedział i przemyśliwał, i strasznie przykro mu będzie spotkać się z tym wąsalem, któremu wówczas dał 20 kopiejek: „Niech go licho!“
Szedł, patrząc dokoła wzrokiem gniewnym i roztargnionym. Wszystkie myśli jego krążyły teraz wokół jednego jakiegoś głównego punktu — i sam czuł, że to istotnie jest taki główny punkt, i teraz, właśnie teraz został sam na sam z tym głównym punktem — i to w dodatku po raz pierwszy w ciągu tych dwóch miesięcy.
„A ’niech djabli wezmą to wrszystko!“ pomyślał nagle w napadzie niewypowiedzianej złości. „No, zaczęło się, to się zaczęło, pal djabli ją i nowe życie“. Boże, jakie to głupstwo!... A iłem to ja małgał i nakrzywdził dzisiaj! Jak nędzniem paplał i drażnił się z tym djabłem porucznikiem! A zresztą — i to głupstwo! Pluję na nich wszystkich, a i na to, com napaplał i nadrażnił się. Zupełnie co innego, co innego!“
Nagle stanął: nowe, całkiem niespodziane i nadzwyczaj proste pytanie stropiło go odrazu i gorzko go zastanowiło: „Jeżeli istotnie wszystko to było zrobione rozumnie, a nie głupio, jeżeli miałeś istotnie cel stały, ściśle określony, to dlaczegoś dotąd nie zajrzał do woreczka i nie wiesz nawet, co ci się dostało, za jakie trzy grosze przyjąłeś na siebie te ¡wszystkie męki i świadomie szedłeś na tak podłą lichą, nędzną sprawę? Wszakżeś go przed chwilą chciał rzucić w wodę razem z innemi rzeczami, którychżeś także nie oglądał... Jakże to?“
A tak, tak jest. On zresztą wiedział o tem i dawniej, i wcale nie było to dlań nowe pytanie; wówczas jeszcze wiedział, kiedy to w nocy obmyślał i decydował tak, jakby już inaczej być nie mogło, nie powinno było być... Tak, on to wszystko wiedział; kto wie nawet, czy to już nie było postanowione jeszcze wczoraj, gdy siedział nad skrzynką i wyjmował z niej futerały... Tak było, tak!...
— To przez to, że jestem bardzo.chory — ponuro wyszeptał nareszcie — sam zmęczyłem, zagryzłem siebie, i sarn nie wiem, co robię... I wczoraj, i onegdaj, i przez cały ten czas mordowałem siebie... Wyzdrowieję i... nie będę się już męczył... A jeśli wcale nie wyzdrowieję? Boże! Tak mi to wszystko zbrzydło!...“
Szedł, nie zatrzymując się. Strasznie pragnął rozerwać
— n5 — się, ale nie wiedział, co zrobić, co przedsięwziąć. Pewne nowe niezwalczone uczucie opanowywało go coraz bardziej i bardziej, prawie za Ikażdą minutą: ¡był to jakiś nieskończony, prawie fizyczny wstręt do wszystkiego, co napotykał na drodze, co go otaczało, uporczywy, zły, nienawistny. Wstrętni dllań byli wszyscy przechodnie — wstrętne były ich twrarze, chód, ruchy. Poprostu plunąłby na kogobądź, ugryzłby, zdaje się, gdyby go kto zaczepił.
Stanął nagle, ¡gdy wyszedł nad brzeg Małej Newy na wyspie Wasilewskiej, przy moście. „Tu on mieszka, w tym domu“ — pomyślał. „Co to, a toć sam przyszedłem do Razumichina! Znowu ta isama historja, co wówczas... A jednak, to bardzo ciekawe: sam przyszedłem, czy poprostu szedłem... i jestem? Wszystko jedno, powiedziałem onegdaj..., że nazajutrz po tem pójdę do niego, i pójdę! Niby to już teraz zajść nie mogę...“
Wszedł do Razumichina na czwarte piętro.
Ten był w domu, w swojej izdebce, i w tej chwili pracował, pisał, i sam mu otworzył. Nie widzieli się ze sobą ze cztery miesiące.
Razumichin siedział u siebie w połachmanionym szlafroku, w pantoflach na bosych nogach, potargany, nieogolony, nieumyty. Na twarzy jego malowało się zdziwienie.
— Cóż to? — zawołał, oglądając od stóp do głowy przybyłego kolegę; poczem zamilkł i zagwizdał.
— To już tak źle? Oho, bratku, przeszedłeś elegancją nas biedaków — dodał, patrząc na łachmany Raskolniko-wa. — Siadajże, pewnieś się zmęczył! I gdy ten rzucił się na ceratowy szeziląg, gorszy jeszcze od jego sofy, Razumichin spostrzegł nagle, że jego gość jest chory.
— Ależ tyś na serjo chory, czy wiesz o tem? — Wziął go za pulls; Raskolnikow wyrwał rękę.
— Puść — rzekł — przyszedłem... widzisz: nie mam lekcyj żadnych... chciałem... wreszcie wcale nie chcę lekcy j...
— A wiesz ty co? tyś w gorączce — zauważył Razumichin, tnie spuszczając zeń oczu.
— Nie, nie, w gorączce... Raskolnikow wstał z kanapy. Podnosząc się do Razumichina, nie pomyślał o tem, że musi stanąć mu oko w oko. Teraz zaś, w jednej chwili, domyślił się, już przez doświadczenie, że jest teraz właśnie jaknajmniej usposobiony stawać z kimkolwiek oko w oko.
Cała żółć wzburzyła się w nim. O mało się nie zaksztusił ze złości na samego siebie, zaledwie przestąpił próg Ra-zumichina.
— Bądź zdrów! — rzekł nagle i poszedł ku drzwiom.
— Ależ stój, czekaj, dziwaku!
— Daj mi spokój!... — powtórzył znowu, wyrywając T$k$’
— A więc po jakiego licha przylazłeś? Zwarjowałeś czy co? Ależ to nareszcie... obraza, ja cię tak nie puszczę.
— Niechaj więc: przyszedłem do ciebie dlatego, że oprócz ciebie nie znam nikogo, ktoby pomógł... zacząć... bo tyś najlepszy z nich wszystkich, t. j. najmądrzejszy i możesz osądzić... A teraz widzę, że mi nic nie potrzeba, słyszysz, zupełnie nic... niczyich usług i udziału! ja, sam... jeden. No i dosyć!... Zostawcie mnie w spokoju!...
— Ależ poczekaj chwilkę, narwańcze! Zupełnie warjat!
Ze mną rób, jak chcesz. Lekcyj, uważasz, niema, ale, pal je licho, za to na Tołkuczce jest księgarz Heruwimow, to już sam lekcja wT swoim rodzaju. Ja go teraz nie zamienię na pięć kondycyj kupieckich. On się bawi w tanie wy-danka i wypuszcza książeczki popularno naukowe — jak się rozchodzą! tytuły iile warte! O widzisz, tyś zawsze dowodził, żem ja głupi, dalibóg, są głupsi ode mnie! Ten na-przykład ma już kierunek! Sam, oczywiście, o niczem pojęcia nie ma, a ja, naturalnie, basuję mu. Masz oto zgórą dwa arkusze niemieckiego tekstu, szarlatanizm najlichszy, jednem słowem rozstrząsa się kwestję, czy kobieta jest człowiekiem, czy nie? No i oczywiście, triumfująco się dowodzi, żee jest człowiekiem. Heruwimow przygotowuje to do kwestji kobiecej; ja tłómaczę, on rozwałkuje te dwa z połową arkuszy na sześć, obmyślimy przepyszny tytuł na pół strony i puścimy po półrubelku. Ujdzie! Za tłoma-czenie dostanę po sześć rubli za arkusz: za całość więc piętnaście rubli, z których sześć wziąłem zgóry. Skończymy to, zaczniemy tłumaczyć o wielorybach, potem z drugiej części Confensions, jakieś najnudniejsze bajdurzenia także są w planie, będziemy tłumaczyć! Heruwimowi ktoś powiedział, że Rousseau to w swoim rodzaju Radiszczew. Ja, naturalnie, ¡nie zaprzeczam, pal go ¡licho! No chcesz drugi arkusz: Czy kobieta jest człowiekiem? — do tłomacze-nia? Jeśli chcesz, to bierz zaraz tekst, pióro, papier — — wszystko to rządowe — i bierz trzy ruble: ponieważ ja za całe tłomaczenie wziąłem zgóry za pierwszy i za drugi arkusz, to te trzy rUble akurat przypadną tobie. Ale jeszcze słówko, proszę cię, nie uważaj tego za jakąś przysługę z mojej strony. Przeciwnie, lledwie wszedłeś, już zaraz pomyślałem, czem byś mógł mi pomóc. Przede-wszystkiem, ja na punkcie ortografji szwankuję, a powtó-re w niemieckim bywam niekiedy szwach, tak że więcej komponuję od siebie i tylko tem się pocieszam, że dziełko na tej ¡kompozycji zyskuje nawret. Ale kto go tam wie, może i nie zyskuje... Bierzesz, czy nie?
Raskolnikow milcząc, wziął arkusze niemieckie, wziął trzy, ruble i nie mówiąc ani słowa,, wyszedł. Razumichin dziwnie jakoś spoglądał za nim. Doszedłszy do pierwszej przecznicy, Raskolnikow nagle zawrócił, wszedł znowu do Razumichina i, położywszy na stole i arkusze niemieckie i trzy ruble, znowu nic nie mówiąc, wyszedł.
— Ale ty oszalałeś! — ryknął zniecierpliwiony Razumichin. — Co za komedje odgrywasz? Nawet mnie zbił z pantałyku... Pocóżeś więc przychodził, djable jeden?
— Nie chcę... tłumaczeń... — mruknął Raskolnikow, spuszczając się ijuż ze schodów.
— Czego więc chcesz? krzyknął z góry Razumichin.
Ten milcząc, schodził ’dalej.
— Ej, ty! Gdzie mieszkasz?
Odpowiedzi nie było.
— Zjedzże djabła!...
Ale Raskolnikow wychodził już na ulicę. Na moście Mikołajewskim Raskolnikow nagle ocknął się zupełnie, wskutek pewrnego arcy dlań przykrego zdarzenia. Zdzielił go tęgo po plecach batem stangret jakiegoś ekwipażu za to, że o mało co nie dostał się pod konie, pomimo, że stangret ostrzegał go ze trzy, czy cztery razy. Cios bata tak go rozgniewał, że odskoczył do bar jery (niewiadomo dlaczego szedł środkiem mostu, gdzie jeżdżą, a nie tędy, gdzie chodzą) i zgrzytnął ze złości zębami. Dokoła, naturalnie, śmiano się.
— Słusznie!
— Hultaj jakiś!
— * Wiadomo, udaje pijanego i umyślnie lezie pod konie, a ty za niego odpowiadaj.
— To ich ¡zawód, dobrodzieju, zawód...
Ale w chwili, gdy stanął przy bar jerze i ciągle jeszcze bezmyślnie i gniewanie patrzył za ¡niknącym w oddali powozem, pocierając pllecy, uczuł nagle, że ktoś mu wtyka w rękę pieniądze. Spojrzał, starsza kupcowa w kapturze i trzewikach kozłowych, a z inią dziewczynka w kapelusiku z zieloną parasolką, widocznie córeczka. „Przyjm, biedny człowieku, w imię Chrystusa“. Wziął, a one poszły dallej. Dwadzieścia kopiejek! Z ubrania i z wyglądu łatwo mogły go wziąć za zawodowego żebraka ulicznego, ofiarowanie całej monety dwudziestokopiejkowej zawdzięczał napewno uderzeniu bata, które obudziło w nich takie współczucie.
Ścisnął monetę w ręku, przeszedł z dziesięć kroków i zwrócił się twarzą ku Newie, w kierunku pałacu cesarskiego. Nidbo było bez najmniejszej chmurki, a woda prawie niebieska, co na Newie bywa bardzo rzadko. Kopuła soboru, który najlepiej zarysowuje się ze strony mostu, nie dochodząc dwudziestu kroków do kaplicy, aż płonęła światłem, a przez czyste powietrze można było wyraźnie rozejrzeć nawet każdą jej ozdobę. Ból od bata zmniejszył się i Raskolnikow zapomniał już o uderzeniu; jedna niespokojna i niezupełnie jasna myśl zajmowrała go teraz wyłącznie. Stał i patrzył wr dal długo i uważnie, to miejsce było mu szczególnie znane. Gdy chodził do uniwersytetu, to zazwyczaj — najczęściej, wracając do domu — zdarzało mu się, że może z jakie sto razy, wpatrywać się w tę istotnie wspaniałą panoramę i zawsze dziwić się pewnemu niejasnemu i nie dającemu się uchwycić wrrażeniu. Jakiś chłód niewytłómaczany wiał ¡nań zwykle z tej wspaniałej panoramy; duchem niemym i głuchym ibył dla niego ten pyszny obraz... Dziwił się za każdym razem swemu ponuremu i zagadkowemu wrażeniu i odkładał jego wyjaśnienie, nie dowierzając sobie, na przyszłość. Teraz nagle żywo przypomniał sobie te swoje dawne pytania i wątpliwości i zdało mu się, że nie mimowoli przypomniał sobie teraz o nich. Już to jedno wydało mu się dzikiem i cudownem, że się zatrzymał na tem samem miejscu, co dawmiej, jak-gdyby itsotnie przypuszczał, że może myśleć teraz o tem samem, o czem myślał dawniej i zajmować się takiemi sa~ niemi tematami i obrazami, jakie zajmowały go... jeszcze tak niedawno!
O imało nawet nie parsknął śmiechem, ale zaraz piersi (ścisnęły mu się z bólu. W jakiejś głębi, na dole, gdzieś het, pod nogami, pokazała mu się teraz cała ta odległa przeszłość i dawne myśli, i dawrne zadania, i dawne tematy, i dawne wrażenia, i cała ta panorama, i on sam, i wszystko, wszystko... Zdawało mu się, że wzlatał gdzieś do góry, a wszystko inikło mu w oczach... Uczyniwszy mim o wolny ruch dłonią, uczuł nagle w garści zaciśniętą czterdziestkę. Roztworzył rękę, uważnie spojrzał na pieniądz, zamierzył się i rzucił go w wodę; poczem odwrócił się i poszedł do domu. Wydało mu się w tej chwili, że odciął sam siebie nożyczkami od wszystkiego i wszystkich nazawsze.
Przyszedł do domu już wieczorem, stracił więc razem około sześciu godzin. Jak i którędy szedł z powrotem, wca-ile tego nie pamiętał. Rozebrawszy się, i cały drżący, jak zmachany koń, położył się na sofie, przykrył się szynelem i zaraz stracił przytomność...
Ocknął się o dobrym zmroku, wskutek strasznego krzyku. Boże! co to za krzyk! Takich nienaturalnych dźwię-ków, takiego wycia, łkania, jęków, łez, razów i przekleństw nigdy jeszcze nie słyszał i nie widział. Nie mógł nawet wyobrazić sobie takiego zezwierzęcenia, takiej wściekłości. Ze zgrozą podniósł się i siadł na pościeli, cały drżący. Ale kłótnie, bicia i wymysły stawały się coraz silniejsze. I oto, ku wielkiemu zdumieniu, usłyszał nagle głos swojej gospodyni. Ona to wyła, piszczała i wybuchała w pośpiechu takim potokiem słów, że ani jej zrozumieć nie było można. Błagała o coś — oczywiście 0 to, ażeby ją przestano bić, bito ją, bowiem, straszliwie 1 męczońo bez ‘litości na schodach. Głos bijącego stał się tak straszny ze złości i gniewu, że już ochrypł, ale pomimo to i bijący także coś mówił, i także prędko, niewyraźnie, spiesząc się i ledwie dysząc. Nagle Raskolnikow zadrżał, jak ¡liść: poznał ten głos, to (był głos porucznika. Porucznik jest tutaj i ¡bije gospodynię! Kopie ją nogami, tłucze głową o schody — to jasne, to słychać po dźwiękach, po płaczu, po uderzeniach! Co to jest, czy śwriat się przewrócił? Słychać było, jak na wszystkich piętrach, po całych schodach gromadził się tłum, słychać było głosy, wykrzykniki, schodzono, stukano, trzaskano drzwiami, zbierano się. „Ale za co, za co, i jak można w ten spo sób?“ powtarzał, na serjo myśląc, że całkiem zwarjował. Ale nie, zanadto wyraźnie słyszy!... A więc i do niego przyjdą zaraz, jeżeli tak... „bo to... napewmo wskutek tamtego... wczorajszego... Boże!“ Chciał zamknąć się na haczyk, ale ręka się nie podniosła..., a wreszcie byłoby to i zbyteczne! Strach, jak lód obłożył jego duszę, zamęczył go...
Lecz oto„ nareszcie, cały ten hałas, trwający pewmo z dziesięć minut, jął powoli ucichać. Gospodyni jęczała i stękała, porucznik wciąż jeszcze groził i wymyślał... Alle oto nakoniec i on, zdaje się, uciekł: już go wcale nie słychać; miałżeby odejść? Boże! Tak, oto i gospodyni odchodzi, ciągle jeszcze z jękiem i płaczem..., oto już i drzwi jej się zatrzasnęły... Oto tłum rozchodzi się po mieszkaniach — spierają się, dziwią się, wołają, to podnoszą mowę — krzyczą, to zniżają do szeptu. Musiało ich być dużo; o mało cały dom się nie zleciał. „Ale, Boże, czy to wszystko możliwe? I poco, poco on tu przychodził?“
Raskoilnikow wr niemocy upadł na sofę, ale już nie mógł zamknąć oczu; przeleżał z pół godziny, w takiej męce, z takiem nieznośnem uczuciem bezgranicznej trwogi, jakiego jeszcze nigdy nie doznawał. Nagle jasne światło oblało izdebkę. Weszła Anastasja ze świecą i z talerzem zupy. Spojrzawszy nań z uwagą, i przekonawszy się, że nie śpi, postawiła świecę na stole i zaczęła rozkładać to co przyniosła: chleb, sól, talerz, łyżkę...
— Pewnie od wczoraj pan nie jadł. Cały dzień pan przespacerował, febra pana trzęsie.
— Anastasjo... za co bili gospodynię?
Ona spojrzała nań z uwagą.
— Kto bił gospodynię?
— Niedawno... z pół godziny temu. Porucznik, pomocnik naczelnika cyrfkułu, na schodach... Za co on ją tak zbił? i... poco przychodził?
Anastazja, milcząc i chmurząc brwi, przyglądała mu się i długo tak patrzyła. Zrobiło mu się bardzo nieprzyjemnie od tych oględzin, nawet strasznie.
— Nastusiu, dlaczego nic nie mówisz? — szepnął nieśmiało, słabym głosem.
— To krew — odpowiedziała nareszcie, cicho i jakbv, mówiąc do siebie.
— Krew!... Jaka ¡krew?... — zawołał, iMednąc i usuwając się do ściany.
Anastasja nie przestawała wpatrywać się w niego.
— Nikt nie bił gospodyni — wyrzekła znowu surowym i stanowczym głosem.
On patrzył na nią, ledwie dysząc.
— Sam słyszałem... ja nie spałem... siedziałem — jeszcze bojaźliwiej zaprzeczył Raskolniikow. — Długom słuchał... Przychodził porucznik naczellnika... Wszyscy zbiegli się na, schodach, ze wszystkich mieszkań...
— Nikt nie przychodził. To krew krzyczy w panu. To zawsze, jak krew niema którędy wyjść i aż się zapiekać zacznie, to się roją cuda... Będziesz pan jadł?
On nie odpowiedział. Anastazja wciąż stała przed nim, uważnie spoglądała nań i nie odchodziła.
— Daj mi pić... Nastusiu.
Zeszła na dół i po upływie paru minut wróciła z wodą w małym glinianym garnuszku; alle on już nie pamiętał oo było dalej. Pamiętał tylko, jak łyknął nieco zimnej wody i wrypluł ją na piersi. Potem padł nieprzytomny.
Aile nie był całkowicie nieprzytomny w ciągu całej choroby: był to stan gorączkowy, z maligną i półświadomo-ścią. Wiele sobie potem przypomniał. To zdawało mu się, że się zbiera przy nim tłum ludzi, że go chcą wziąć i gdzieś wynieść, że się bardzo o niego spierają i kłócą. To nagle sam jest w pokoju, wszyscy wyszli i boją go się, śmieją się i drażnią go. Anastazję często pamiętał przy sobie; przypominał sobie jeszcze jednego człowieka, dobrze mu znanego, ale kogo mianowicie — żadną miarą nie mógł odgadnąć i smucił się tem, aż nawet płakał. Raz zdawało mu się, że już z miesiąc leży, innym razem — że to ciągle jeiden i ¡ten sam dzień. Ale o tamtem — o tam-tem zupełnie zapomniał; za to co chwila przypominał sobie, że o czemś zapomniał, o czem nie należało zapominać — dręczył się, męczył, przypominając, jęczał, wpadał w wściekłość, albo w okropną trwogę nie do zniesienia. Wtedy zrywał się z miejsca, chciał ucielkać; aile zawsze ktoś go zatrzymywał siłą a znowu zapadał w ¡niemoc i nieprzytomność. Nareszcie całkiem przyszedł do siebie.
Było to zrana, o dziesiątej. O tej godzinie, w dnie jasne, słońce zawsze długą smugą przechodziło po jego prawrej ścianie i oświetlało róg przy drzwiach. Przy jego posłaniu stała Nastka i jeszcze jeden, jakiś obcy człowiek, przyglądający mu się bardzo ciekawie. Był to młody chłopiec w kurtce z bródką i wyglądał na robotnika. Z na-wpół uchylonych drzwi zaglądała gospodyni. Raskolnikowr podniósł się. — Kto to, Nastusiu? — zapytał, wskazując na niezna-j omego.
— Nareszcie, ocknął się! — * rzekła.
— Ocklnął się — odezwał się robotnik. Usłyszawszy, że przyszedł do przytomności, ¡gospodyni zaglądająca przez drzwi, natychmiast je zamknęła i skryła się. Była ona zawsze wstydliwa i z trudnością znosiła rozmowy i wyjaśnienia; miała lat czterdzieści, była gruba i otyła, czar-nobrewa i czarnooka, idobra z otyłości i lenistwa; nawet niebrzydka była. Wstydliwa zaś, aż do przesady.
— Czego to? — pytał — daliej, zwracając się do nieznajomego. Alle w tejże chwili drzwi otworzyły się naoścież i nachylając się nieco, bo był wysoki, wszedł Razumichin.
— A to kajuta morska — zawołał wchodząc — zawsze głową uderzę; i to ma być mieszkanie! A, toś się ocknął, bracie? Mówiła mi właśnie gosposia.
— Ocknął się przed chwilą — rzekła Nastka.
— Przed chwilą — potaknął robotnik z uśmieszkiem.
— A pan co za jeden? — zapytał, zwracając się doń nagle Razumichin. — Ja bo, chciej pan wiedzieć, jestem Wrazumichin, nie Razumichin jak mnie zowią, ilecz Wra-zumichin, student, syn szlachecki, a on mój przyjaciel. No, a pan coś za jeden?
— — A ja w naszem biurze jestem robotnikiem, od kupca Szełopajewa i tu z interesem.
— Siadaj no pan na tem krzesełku — sam Razumichin usiadł na drugim, z drugiej strony stołu.
— Dobrześ bracie zrobił, żeś się ocknął — ciągnął da-łej, zwracając się do Raskolnikowa. — Od czterech dni prawie, że nie jesz i nie pijesz. Doprawdy, herbatę łyżeczką musieliśmy mu dawać. Przyprowadzałem do ciebie dwa razy Zosimowa. Pamiętasz Zosimowa? Obejrzał cię uważnie i odrazu orzekł, że wszystko fraszki, że to niby jakieś udezrenie do głowy. Głupstw« jakieś nerwowe, żywność była kiepska, piwa i chrzanu nnało się jadło, z tego i choroba, ale że nic, przejdzie i śladu nie będzie. Dzielny ten Zosimow! Pysznie zaczął leczyć. No, to ja pana nie zatrzymuję — zwrócił się znowu do robotnika — może pan raczysz wyłuszczyć cel przybycia. Wyobraź sobie, Rodziu, z ich kantoru już drugi raz przychodzą; tylko poprzednio inny jakiś był tutaj; myśmy tu z nim rozmawiali. Kto tu przed panem przychodził?
— A to pewno trzy dni temu? Tak, to był pan Aleksy, także pracujący w naszym kantorze.
— On mi się jakoś lepiej zaprezentował od pana.
— Tak, poważniejszy, oczywiście.
— To chwalebnie; no, mów pan dalej.
— A eto, od pana Atanazego Wachruszyna, o którym zapewne słyszał pan nieraz, na prośbę pańskiej mamy, na nasz kantor nadszedł przekaz dla pana — zaczął kupczyk, zwracając się wprost do Raskolnikowa. — W razie więc, gdyby pan już był przytomny, mamy panu wyręczyć ’trzydzieści pięć rubli, bo o tem już dawniej, na prośbę Ipańskiej mamy, pan nasz otrzymał wiadomość od pana Wachruszyna. Czy pan zrozumiał o co chodzi?
— Pamiętam... pamiętam... Wachruszyn... — wyszeptał Raskolnikow w zamyśleniu.
— Słyszysz pan: kupca Wachruszyna zna! — zawołał Razumichin. — Więc przytomny. A zresztą widzę, że i pan mi się nieźle przedstawiasz. Jak k, to do rzeczy mówi, to przyjemnie posłuchać.
— Ten sam właśnie, Wachruszyn, pan Atanazy, na skutek prośby pańskiej mamy, która już przez niego kiedyś w taki sam sposób przysyłała pieniądze, nie odmówił i tym razem i prosił mojego pana, aby panu wypłacił trzydzieści pięć ruihliil, zanim nie będzie więcej.
— O i to „zanim inie będzie więcej“ wybornieś pan powiedział, i ta „pańska mama“ niczego sobie. No, jakże pan myślisz, czy on odzyskał przytomność, czy też nie? Co?
— Dla mnie, to cóż tam! Tylko żebym karteczkę dostał, kwtdk.
— Napiszę. Co pan tam masz, książkę?
— — Książka, oto jest.
— Dawaj pan ją tutaj. No, Rodziu, podnieś się. Ja cię przytrzymam; podpiszże mu Raskolnikowa, bierz pióro, bo, bracie, pieniądz teraz dla nas to zbawienie.
— — Nie trzeba — rzekł Raskolnikow, odpychając pióro.
— Czego nie trzeba?
— ’Nie będę podpisywał.
— < Pfuj, do djabła, jakże to bez podpisu?
— — Nie trzeba... pieniędzy...
— * Pieniędzy nie trzeba? Furda, braciszku, łżesz, ja świadek!... Cierpliwości, mój panie, on tylko tak... znowru wojażuje. To się z nim zresztą zdarza i na jawie... Pan jesteś człowiek rozsądny, my nim pokierujemy, tak jest, poprowadzimy jego ręką, a on podpisze. Bierz no się pan...
— E, to już lepiej przyjdę drugim razem.
— Nie, nie; ipoco się pan ma fatygowrać. Pan jesteś człowiek rozsądny... No, Rodzin, nie zatrzymuj gościa... widzisz czeka — i zaczął na serjo prowadzić rękę Ras-kolnikowa.
— Czekaj, ja sam... wymówił ten.
Wziął pióro i podpisał się w książce.
Kupczyk odliczył pieniądze i wyszedł.
— Brawo! A teraz ’bratku, chcesz jeść?
— Chcę — odparł Raskolnikow.
— Macie zupę?
— Wczorajsza — odparła Anastazja, która przez cały ten czas stała opodal.
— Z kartoflami i kaszą perłową?
— Z kartoflami i, kaszą.
— Wiem na pamięć. Nieś ją tutaj i herbaty dawaj.
— Przyniosę.
Raskolnikow patrzył na wszystko z głębokiem zdzi wieniem i z niemą bezmyślną trwogą. Postanowił milczeć i czekać: co będzie dalej?
— Zdaje się, nie jestem w gorączce — myślał — zdaje się, że się to wszystko istotnie odbywa...
W parę minut, Nasfcka wrróciła z zupą i oznajmiła, że zaraz będzie i herbata. Do zupy dodane były dwie łyżki, dwa talerze i cały przyrząd: solniczka, pieprzniczka, musztarda do mięsa i t. p., czego przedtem już dawno nie było. Obrus był czysty.
— Nieźle byłoby, Nastusiu, żeby pani dała ci na dwie buteleczki piwa. Wypijemy.
— * O, jaki to skory! — mruknęła Nastka i poszła spełnić rozkaz.
Dziko i z naprężeniem przyglądał się nadal wszystkiemu ¡Raskolnikow. Tymczasem Razumichin przysiadł się do niego na sofę, niezgrabnie, jak niedźwiedź, objął lewą ręką jego głowę, pomimo, że Raskolnikow i sam mógłby się podnieść, a prawą podał mu do ust łyżkę zupy, dmuchnąwszy uprzednio, ażeby się Raskolnikow nie sparzył. Ale zupa ledwie że była ciepła. Raskolnikow chciwie połknął jedną łyżkę, potem drugą, trzecią. Ale podawszy kilka łyżek, Razumichin zatrzymał się nagle i oznajmił, że o dal-szem trzeba się naradzić z Zosimowem.
Weszła Anastazja, niosąc dwie butelki piwa.
— Chcesz herbaty?
— Chcę.
— — Dawajże prędzej herbatę, Nastusiu, bo co do herbaty, to zdaje się ’można bez porady. Ale oto i piwo!
Przesiadł się na swoje krzesło, przysunął do siebie zupę, mięso i zaczął jeść z takim apetytem, jakgdyby ze trzy dini nie jadł.
— Ja tu u was, Rodziu, teraz tak codzień jadam — wymówił, na ile mu pozwoliły usta, zapchane jedzeniem — i to wszystko twoja gosposia tak rządzi, tak mnie częstuje. Ja naturalnie nie nalegam, ale też i nie protestuję. A otóż, i Nasfcka z herbatą. Prędko, ani słowa; Nastusiu, chcesz piwa?
— I, co się pana tam figle trzymają?
— A herbatki?
— Herbatki, to i owszem.
— Nalewaj. Albo nie, czekaj, sam ci naleję; siadaj przy stole.
Co mówiąc, zaczął się krzątać. Nalał jedną, potem drugą filiżankę, rzucił swoje śniadanie i przesiadł się znowu na sofę. Objął, jak przedtem, lewą ręką głowę chorego, podniósł go i zaczął go poić herbatą po łyżeczce, znowu nieustannie i nader sumiennie dmuchając na łyżkę, jakgdyby od tego dmuchania zależało wyzdrowienie chorego.
Raskolnikow milczał i nie sprzeciwiał się, pomimo, że czuł w sobie tyle sił, iż mógł nietylko podnieść się, usiąść na kanapie bez żadnej obcej pomocy, utrzymać w ręku łyżeczkę, lub filiżankę, ale nawet może i chodzić. Ale wrskutek jakiejś dziwmej, prawie zwierzęcej chytrości, przyszło mu nagle do głowy ukryć do czasu swoje siły, przyczaić się, udawać, że jest jeszcze nie zupełnie przytomny, a tymczasem wysłuchać i dowiedzieć się, co się tu dzieje. Zresztą, nie mógł panować nad swroim wstrętem: wypiwszy około dziesięciu łyżeczek herbaty, nagle uwolnił swoją głowę z ręki przyjaciela, kapryśnie odepchnął łyżkę i powralił się znowui na poduszkę.
Pod głowrą miał teraz, rzeczywiście, prawdziwe poduszki puchowe i w czystych powłoczkach; spostrzegł to i wziął to pod uwagę.
— * Trzeba, żeby pani przysłała nam dziś konfitur malinowych, trzeba mu napój przygotować — rzekł Razumichin, siadając na swoje miejsce i znowu biorąc się za zupę i za piwo.
— A skądże ona weźmie ci malin? — spytała Nastka, trzymając spodek i pijąc herbatę.
— Malin, kochanku, weźmie ze sklepu. Widzisz, Ror dziu, tu przez ciebie zaszła cała historja. Kiedyś tak niecnie umknął ode mnie, nie (powiedziawszy gdzie mieszkasz, taka mnie złość wzięła nagle, żem postanowi! cię odszukać i Ukarać. Przystąpiłem ¡natychmiast. Chodziłem, chodziłem, pytałem, rozpytywałem! To teraźniejsze twoje miesżkanie wyszło mi z pamięci; zresztą, nigdym go nie pamiętał, bom tu nigdy nie był. No, a dawne mieszkanie — pamiętam tylko, że przy Pięciu Węgłach, dom Charła-mowa. Szukałem, szukałem tego domu Charłamowa, a jednak wyszło potem, że to wcale nie dom Charłamowa, lecz Bucha — jak to się niekiedy człowiek przesłyszy! No, i rozgniewałem się. Rozgniewałem i poszedłem, niech co chce będzie, nazajutrz do biura adresowego i wyobraź sobie: w ciągu dwóch — minut znaleźli mi tam ciebie. Jesteś tam zapisany.
— * Zapisany!
— * A naturalnie; zato generała Kobietlewa żadną miarą nie mogli tam przy mnie odszukać. Więc tedy, co długo opowiadać. Ledwiem tu wpadł, wnet się dowiedziałem o wszystkich twoich sprawkach; o wszystkich, bratku, 0 wszystkich, wszystko wiem; a i ona wiedziała: poznałem się i z naczelnikiem cyrkułu i porucznika mi pokazywano, i, ze stróżem, i z panem Zamietowem, panem Aleksandrem, referentem tutejszego cyrkułu, a nareszcie 1 z Pasiunią, twoją gospodynią, to korona, o i ona wie...
— Słodki przydomek — wyszeptała Nastusia, uśmiechając się filuternie.
— — Dlaczego to pani cukierka do szklaneczki sobie nie włoży, panno Anastazjo, córko Nicefora?
— Oj, figlarz, figlarz! — ’krzyknęła. Anastazja i parsknęła śmiechem. — A toć ja córka Piotra inie Nicefora — dodała nagle, przestawszy się śmiać.
— Przyjmujemy do wiadomości. Więc tedy, bracie, żeby nie gadać po próżnicy, chciałem tu z początku ipuścić prąd elektryczny, tak, ażeby wszelkie «przesądy w tej miejscowości wykorzenić odrazu, ale Pasiunia zwyciężyła. Wiesz bracie, iż wcale nie przypuszczałem, żeby ona była taka... przyjemniutka... co? Jak myślisz?
Raskoilnikaw milczał, choć ani na chwilę, nie spuszczał z niego swego strwożonego wzroku i teraz uporczywie wciąż się weń wpatrywał.
— I bardzo nawet — ciągnął Razumichin, ¡nic sobie nie robiąc z milczenia i jakby, potakując otrzymanej odpowiedzi.
— Paskudnik! — zawołała znowu Nastusia, której rozmowa ta sprawiała, widać, niewysłowioną radość.
— Źle jest to, żeś ty, bracie, odra-zu nie umiał się wziąć do rzeczy. Z nią trzeba było inaczej. Boć to, że tak powiem, najniespodziewańszy charakter. No, ale mniejsza 0 jej charakter... Ale jednak, doprowadzić do tego, żeby ona ci śmiała nie przysłać obiadu. Albo naprzykład ten weksel? Oszalałeś, czy co, podpisywać weksle? Lub ten, naprzykład, ślub zamierzony, kiedy to jeszcze żyła nieboszczka jej córka, Natalka. — Wiem o wszystkiem! Zresztą, widzę, że to drażliwa strona i żem osioł: przebacz mi. Ale a propos głupoty: jak sądzisz, wszak pani Praskowja wcale nie taka głupia, jakby się na pierwszy rzut oka mogło zdawać, co?
— Tak... — wycedził Raskolnikow, patrząc się na bok, 1 rozumiejąc, że lepiej jest podtrzymywać rozmowę.
— — Nieprawdaż? — zawołał Razumichin — widocznie ucieszony, że ¡mu odpowiedziano, ale wszak i nie mądra, co? Wcale, wcale niespodziewany charakter!... Ja bo, bracie, trochem zgłupiał, doprawdy... Ze czterdziestkę będzie miała z pewnością. Ona powiada trzydzieści sześć i ma do tego zupełne prawo. Zresztą, przysięgam ci, że wnioskuję o niej raczej intelektualnie, zapomocą metafizyki; bo to u nas, bracie, zawiązał się taki emblemat, kiep, twoja algebra! Nic nie rozumiem! Ale to wszystko fraszki, a tylko ona, widząc, żeś ty już nie student, że nie masz ani (lekcji, ani ubrania i, że po śmierci panny niema co marzyć o powinowactwie z tobą, nagle zlękła się; a ponieważ ty, ze swej strony, cofnąłeś się, i nie podtrzymywałeś dawnego, przyszło jej na myśl, wykurzyć cię z mieszkania. Oddawna już nosiła się z tym zamiarem, ale jej weksla szkoda było. Zresztą, sam zapewniałeś, że marna zapłaci...
— Mówiłem to przez swoją podłość... Matka moja sa ma o mało nie żebrze... a ja łgałem, ażeby mnie trzymano na mieszkaniu i... karmiono — wymówił głośno i wyraźnie Raskolnikow.
— « Tak, to bardzo rozsądnie z twojej strony. Sztuka tylko w tem, że się tu nawinął pan Czebarow, radca dworu i człowiek obrotny. Pasiunia nicby nie wymyśliła bez niego, nazbyt bo już wstydliwa; no a obrotny człeczek nie wstydliwy, i ¡przedewszystkiem, naturalnie, zadał pytanie: czy jest nadzieja zrealizowania kwitku? Odpowiedź! jest, bo taka mama żyje, co ze stu dwudziestu pięciu rubli emerytury, choć sama jeść nie będzie, ale za swego Ro-dzię duszę odda, żyje i siostra, co w piekło pójdzie za braciszka. Tego mu było dość... Czego się ruszasz? Ja teraz, bracie, wszystko wiem o tobie, co do joty, nie darmoś z Pa-siunią bawił się w otwartość, kiedy jeszcze mowa była o powinowactwie waszem, a teraz, lubiąc cię, mówią... Tak się to zwykle dzieje: zacny i czuły człowiek wyw?nę-trza się, a obrotny słucha i je, a potem, zje. Zcedowała wtedy weksel, pod pozorem jakiejś zapłaty, temu Czeba-rewowi, a ten formalnie pozwał cię, ani się zmieszał. Chciałem mu, gdym się o tem wszystkiem dowiedział, puścić także finfę, już dla samego spokoju sumienia, ale właśnie wówczas zapa, nowrała pomiędzy mną i Pasią harmo-nja, żem się ograniczył zaleceniem ażeby ¡niezwłocznie sprawę umorzyć, to jest w samym zarodku, ręcząc, że zapłacisz. Ja poręczyłem bracie za ciebie, słyszysz? Wezwaliśmy Czebarewa, dziesięć papierków dostał w zęby, a do-kumencik z powrotem i oto mam go panu zaszczyt przedstawić, wierzą panu teraz na słowo, bierz pan, przedarty przeze mnie jak się należy.
Razumichin położył weksel na stole; Raskolnikow spojrzał nań i nie rzekłszy ani słowa, odwrócił się do ściany. Nawet Razumichin zmieszał się.
— Widzę, bratku — wrymówił po chwili — żem znowu palnął głupstwo. Sądziłem, że cię rozerwę i zabawię rozmową, a zdaje się, żółć ci tylko poruszyłem.
— Czy to ciebie nie poznawałem w gorączce? — spytał Raskolnikow, także po chwilowem milczeniu i nie odwracając się od ściany.
— Mnie, i nawet do wściekłości cię to doprowadzało, zwłaszcza, gdym przyprowadził Zamietowa.
Zbrodnia I Kara. 9 — — Zamietowa?... Referenta?... Poco? Raskolnikow szybko się odwrócił i wlepił oczy w Razumichina.
— < Co ci jest... Czegoś się zerwał? Chciał cię poznać; sam chciał, bośmy dużo o tobie z nim rozmawiali... Inaczej, od ¡kogóżbym tyle się o tobie dowiedział. Dzielny chłop, bratku, wyśmienity... w swoim rodzaju, ma się rozumieć. Jesteśmy teraz przyjaciółmi; prawie codzień się widujemy. Wszak ja się przeniosłem do tego cyrkułu. Nie wiedziałeś o tem? Niedawno. U niemki Lawizy byliśmy z nim ze dwa razy. Pamiętasz niemkę?
— Gadałem co w malignie?
— O, i jak jeszcze! Całkiem od rzeczy.
— Cóżem gadał?
— Także! Cóżeś miał gadać? Wiadomo, o czem się gada w malignie... No bratku, teraz, żeby czasu nie tracić, do rzeczy.
— Com gadał?
— A to uparty! Może się lękasz o jaki sekret! Nie bój się, o hrabinie nie było ani słowa. Raczej o jakimś buldogu, o ¡kolczykach, a jakichś łańcuszkach, o wyspie Kre-stowskiej, o jakimś stróżu, o komisarzu, poruczniku, dużo było mowy. A przytem, raczyłeś się mocno zajmować własną skarpetką, mocno! Źałośliwie mówiłeś: dajcie mi j>ą, dajcie. Zamietow sam we wszystkich kątach szukał twej skarpetki i wdasnemi naperfumowanemi rączkami, w pierścionkach, ¡podawał ci to paskudztwo. Wtedyś się dopiero raczył uspokoić i przez całą dobę trzymałeś ją w ręku i niepodobna było jej wyrwać. Pewnie dotąd jeszcze leży gdzie pod kołdrą. A przytem prawie ze łzami prosiłeś o jakieś frendzle od spodni. Wpadaliśmy ma różne domysły, jakie to mają być frendzile? Ale nic nie można było się dowiedzieć... No więc do rzeczy! Otóż jest trzydzieści pięć rubli; z nich dziesięć biorę, a za jakie dwie godzinki przedstawię rachunek. Tymczasem dam znać i Zosimowi, chociaż i tak już dawno powinienby być tutaj, bo już dwunasta. A ty, Nastusiu, dowiaduj się tu jak najczęściej, jak mnie nie będzie, może mu się pić zechce, albo co innego... A Pasiuni powiem zaraz co potrzeba. Do widzenia!
— Pasiunią nazywa! Ach urwis, urwis! — rzekła w ślad za nim Nastusia: poczem, otworzyła drzwi i zaczęła podsłuchiwać, ale nie wytrzymała i sama zbiegła na dół. Ciekawa była strasznie, co też on;powie gospodyni; wogóle widać było, że Razumichin ją oczarował.
Ledwie się drzwi za nią zamknęły, gdy chory zrzucił z siebie kołdrę i jak ¡półwarjat wyskoczył z pościeli. Z palącą konwulsyjną niecierpliwością czekał on, żeby poszii jaknajprędzej, żeby zaraz bez nich przystąpić do rzeczy. Ale do jakiej, do jakiej rzeczy! — jakby naumyślnie, zapomniał teraz. — Boże! Powiedz mi tylko jedno: czy oni wiedzą już o wszystkiem, czy jeszcze nie wiedzą i tylko udają, drażnią, dopóki ja leżę, a potem nagle wejdą i powiedzą, że wszystko wiadome jest oddawna i że oni tylko tak... Co teraz począć? Otóż i zapomniałem, jakby naumyślnie; zapomniałem nagle, przed chwilą jeszcze wiedziałem!
Stał na środku pokoju i w męczącej iiiiewiadomości rozglądał się dokoła; poszedł ku drzwiom, otworzył posłuchał; ale to nie to. Nagle, jakby przypomniał, przypadł do ’kąta, gdzie pod obiciem była dziura, zaczął wszystko oglądać, zapuścił rękę wr otwór, poszperał, nie, i to nie to. Poszedł do pieca, otworzył go i jął rozgarniać popiół, i kawałki frendzli od spodni i szczątki podartej kieszeni leżały tak samo, jak je wówczas rzucił, a więc inikt nie zaglądał! Wtem przyszła mu na myśl skarpetka, 0 której Razumichin opowiadał przed chwilą. Prawda, toć ona leży na sofie, pod kołdrą, ale już zatarła się i zabrudziła do tego stopnia, że oczywiście Zamietow nic nie mógł dostrzec. ., Ba, Zamietow... cyrkuł!... A poco mnie wołał do cyrkułu?... Gdzie awizacja? Ba!... Poplątałem: to wtedy mnie wołano! Wtedy także oglądałem skarpetkę, a teraz... teraz byłem chory. A poco Zamietow przychodził? poco go przyprowadził Razumichin?...“ szeptał w niemocy, siadając na sofie. — Co to jest? Czy gorączka ciągle mnie jeszcze trapii, czy doprawdy? Zdaje się, że doprawdy... A, ¡pamiętam: uciekać! Tak... ale gdzie? A gdzie moje ubranie? Butów niema! Zabrali! Schowali! Rozumiem! A, oto ipalto — przetrząsnęli! Oto i pieniądze na stole, dzięki Bogu! Oto i weksel... Wezmę pieniądze i ucieknę, 1 najmę inne mieszkanie, nie odnajdą mnie!... Tak, a biuro adresowe? Znajdą! Razumichin znajdzie. Lepiej uciec... daleko... do Ameryki i wtedy pal ich djabli! I weksd wziąć... on tam się przyda... C6ż wziąć jeszcze? Oni my ślą, żem chory? Nie wiedzą, że mogę chodzić, ha, ha, ha!... Po oczach ich poznałem, że wszystko wiedzą! Gdyby tylko zejść ze schodów. A jeśli tam stoją stróże, policjanci! Co to, herbata? A, oto i piwa się zostało, pół flaszki, zimne!“
Porwał butelkę, w której zostało jeszcze piwa na całą szklankę, i z upodobaniem wypił duszkiem, jak gdyby gasząc ogień w piersiach. Ale mie przeszła minuta, jak piwo uderzyło mu do głowy, a po plecach przebiegły lekkie, lecz przyjemne dreszcze. Położył się i zakrył się kołdrą. Myśli jego, już i tak chore i bez związku, zaczęły się mącić coraz bardziej i bardziej, i wkrótce sen, lekki i przyjemny, zamknął mu oczy. Z rozkoszą wyszukał sobie głową miejsce na poduszce, dokładniej okręcił się miękką watową kołdrą, ’która zastępowała teraz miejsce dawnego podartego palta, cicho wrestchnął, i usnął snem głębokim, twardym, pokrzepiającym.
Obudził się, usłyszawszy, że ktoś wszedł do niego, otworzył oczy i ujrzał Razumichina, otwierającego drzwi na-oścież i stojącego na progu, nie wiedząc, wejść czy nie? Raskolnikow szybko powstał i patrzał nań, jakby usiłując coś sobie przypomnieć.
— A, nie śpisz, no otóż i ja! Nastusiu, daj mi pakunek! — krzyknął na dół Razumichin. — Zaraz zdam ci sprawę...
— Która godzina — zapytał Raskolnikow, rozglądając się bojaźliwie.
— Pysznieś spał, bratku, już wieczór na dworze, będzie pewno szósta. Przeszło sześć godzin spałeś...
— Boże! Co się ze mną stało?...
— A cóż? Na zdrowie! Gdzie ci pilno? Schadzka, czy co? Czas do nas należy. Czekam tu już ze trzy godziny; zaglądałem ze dwa razy, ale spałeś. Dowiadywałem się dwa razy do Zosimowa: niema w domu i tyle! Ale to nic, przyjdzie!... Za swojemi interesami także chodziłem. Bom się dziś przeprowadził, zupełnie się przeprowadziem, z wu-jaszkiem. Mam teraz wujaszka... Aile co tam, do rzeczy!... Dawaj pakunek, Nastusiu. Zaraz go rozwiążemy. Jakże się czujesz, bracie, co?
— Zdrów jestem; nie jestem chory... Razumichin, czyś ty tu już dawno?
— Mówię, że od trzech godzin czekam.
— 133 —
— Nie, ale przedtem.
— Co, przedtem?
— i Od jak dawna przychodzisz ¡tutaj?
— * Wszakżem ci już opowiadał: czy nie pamiętasz? Raskolnikow zamyślił się. Jak we śnie roiła ¡mu się przeszłość.
Sam nie mógł sobie przypomnieć i pytającym wzrokiem patrzał na Razumichina.
— Hm! — rzekł ten ostatni: — zapomniałem. Mnie się też i wtedy zdawało, żeś jeszcze nie zupełnie oprzytomniał... Teraz po śnie zrobiło ci się lepiej... Doprawdy, aż lepiej ci z oczu patrzy. Zuch jesteś! No, ale do rzeczy. Zaraz sobie przypomniesz. Spojrzyj no tutaj, kochanku.
Zaczął rozwiązywać pakunek, którym interesował się snać nadzwyczaj.
— ’ To bracie, inie uwierzysz jak mi leżało na sercu. Bo przecie trzebać zrobić z ciebie człowieka. Przystąpmyż: zacznijmy od góry. Widzisz ten kaszkiecik? — zaczął, wyjmując z paczki dość zgrabną ale zarazem bardzo zwyczajną i tanią czapkę: — pozwól, ¡to ci go przymierzę.
— Potem, później — odparł Raskolnikow, odmachując się szorstko.
— Nie, mój drogi Rodziu, nie sprzeciwiaj się, potem będzie późno, odbierzesz mi sen na całą noc, bom kupował na chybił trafił, bez miary! Ubranie głowry to bratku najważniejsza rzecz w kostjumie, jest to w swoim rodzaju rekomendacja. Tołstjakow, mój przyjaciel, musi za każdym razem zdejmować czapkę, wchodząc do jakiego publicznego miejsca, gdzie inni chodzą w kapeluszach i czapkach. Wszyscy myślą, że on to robi przez nieśmiałość, a to poprostu dlatego, że się wstydzi swego ptasiego gniazda; taki wstydliwy młodzian! No, Nastusiu, oto s, ą dwa wspaniałe nakrycia głowy, porównaj ten palmerston (dobył z kąta pomięty okrągły kapelusz Raskolnikowa, który niewiadomo dlaczego nazwał palmerstonem), czy też lo cacko? Jak myślisz, Rodziu, com dał za to? A ty, Nastusiu? — zwrócił się do niej, widząc, że Raskolnikow milczy.
— Ze dwie grzywny dałeś nieboże — odparła Nastka:
— Dwie grzywny, patrzcie ją! — zawołał zgorszony, — dziś za dwie grzywny i ciebie nie kupię — osiem grzywien. I to tylko dlatego, że noszona. Prawda, że to z wymówieniem; ta się zniszczy, to na drugi rok nową dadzą, dalibóg! No, przystąpmy teraz do Amerykańskich „Sztanów“ Zjednoczonych, jak to u nas nazywrano w gimnazjum. Uprzedzam, że się tem.kupnem szczycę! I rozdwoił przed Raskolnikowem szare spodnie z lekkiego wełnianego materjału: — ani dziurki, ani plamki, a jednak wcale znośne, chociaż j.uiż noszone, taka sama kamizelka, jednej barwy, jak każe moda. A że noszone, to nawet, prawdę mówiąc, lepiej: bo miększe, delikatniejsze... Widzisz, Rodziu, ażeby zrobić na świecie karjerę, dosyć jest stosować się do sezonu; jeżeli nie zachcę ci się szparagów w styczniu, to ocalisz kilka rubli w kieszeni; to samo stosuje się i do tego sprawunku. Obecnie mamy sezon letni, wiecem też kupił rzecz letnią, bo sezon jesienny i tak i tak będzie wymagał cieplejszego ubrania... tembardziej, że to rozlezie się do tego czasu, jeśli już nie przez powiększenie się wykwintności wyglądu, to z powodu wewnętrznych nieporządków. No, oceń! Ile dałem? — Dwa ruble i dwadzieścia pięć kopiejek! I pamiętaj, że także z takim samym warunkiem: te się zedrą, na drugi rok inne darmo dostajesz! W sklepie Fiedjajewa inaczej nie handlują: raz zapłaciłeś i masz na całe życie, bo drugi raz sam nie pójdziesz. No, a teraz przystąpmy do butów — a co? Odrazu widać, że noszone; a przecie na dwa miesiące wystarczą, bo to robota zagraniczna i towar zagraniczny; sekretarz poselstwa angielskiego wr zeszłym tygodniu spuścił na rynku; całego kramu nosił je przez sześć dni, gdy mu raptem zabrakło pieniędzy. Cena jeden rubel kopiejek pięćdziesiąt. Nieźle? Hę?
— A może nie w porę? zauważyła Nastusia.
— I Nie w porę? A to co? — i to mówiąc, wyciągnął z kieszeni stary, koszlawy, oblepiony dokoła zaschłem błotem, dziurawy but Raskolnikow^a; ja chodziłem i właśnie na miarę tego dziwoląga dostałem to oto obuwie. Jak się do czego wezmę, to już z całego serca. A co się tyczy bielizny, tośmy się porozumieli z gospodynią. Oto przedewszystkiem trzy koszule per-kalowe, ale z modnym gorsem... Tak tedy: osiem grzywien kaszkiet, dwa ruble dwadzieścia pięć kopiejek re^ szta ubrania, razem trzy ruble pięć kopiejek; rubel pięćdziesiąt buty — o bo są bardzo dobre — rezam cztery.ruble pięćdziesiąt kopiejek, a pięć rubli cała bielizna — kupiona hurtem — suma rowno dziewięć rub*li pięćdziesiąt pięć kopiejek. Czterdzieści pięć kopiejek reszty, miedzia-nemi dziesiątkami, oto racz pan przyjąć — i w ten sposób, Rodziu, masz teraz kompletny kostjum, bo według mego zdania, twoje palto nietylko może jeszcze służyć, ale ma nawet pozór szczególnej dystynkcji: co to jednak znaczy obstalowywać u Szarmera! Co się tyczy skarpetek i reszty rzeczy, to już zostawiam do twojej woli; pieniędzy zostało się nam rubli srebrem dwadzieścia pięć, a o Pasiunię i zapłacenie za komorne nie turbuj się; jak mówiłem: kredyt nieograniczony. A teraz, bracie, pozwól, że ci zmienię bieliznę, bo może choroba właśnie siedzi teraz w koszuli...
— Daj spokój! Nie chcę! Opędzał się Raskolnikow, ze wstrętem słuchający naciąganie figlarną relację Razumi-china o sprawunkach...
— — Nic nie pomoże, bratku! pocóżbym darł buty! — nalegał Razumichin. — Nastusiu, nie wstydź się i pomóż — o tak! i pomimo oporu Rasko.lnikowa, zdołał jednak zmienić mu bieliznę. Ten powalił się na wezgłowie i przez parę minut nie mówił ani słowa.
„Kiedyż się odczepią nareszcie!“ myślał. — Za jakie to pieniądze wszystko kupione? — zapytał nakoniec, patrząc w ścianę.
— Pieniądze? otóż masz! Ależ za twoje własne. Był przecie kupczyk, od Wochruszyna, mama przysłała; czyś i o tem zapomniał?
— Teraz pamiętam... — wymówił Raskolnikow po długiem i ponurem milczeniu. Razumichin spoważniał i z niepokojem wpatrywał się w niego.
Drzwi otworzono, i wszedł wysoki i tęgi mężczyzna, jakby także znany trochę z widzenia Raskolnikowi.
— i Zosimow! Nareszcie! — zawołał ucieszony Razumichin.
Zosimow był to wysoki i otyły mężczyzna, z nalaną i bezbarwnie bladą, gładko wygoloną twarzą, o jasno blond gładkich włosach, w okularach, i dużym złotym sygnetem na nabrzękłym od tłuszczu palcu. Miał lat dwadzieścia siedem. Ubrany był w szerokie, wykwintne, lekkie sakpalto, w jasne letnie spodnie, i wogóle wszystko co miał na sobie było eleganckie, wygodne i prosto z igły: bielizna bez zarzutu, łańcuch u zegarka massiw. Ruchy miał powolne, jakby leniwe, ale zarazem jakby wyuczone; zresztą, pretensjonalność, usilnie ukrywana, zdradzała się w nim co chwila. Wszyscy znający go, mówili o nim, że jest ciężki, ale że fach swój zna.
— A ja do ciebie zachodziłem dwa razy... Patrz, odzyskał przytomność! — zawołał Razumichin.
— Widzę, widzę; no jakże się mamy teraz, co? — zwrócił się Zosimow do Raskolnikowa, uważnie wpatrując się w chorego i siadając u nóg jego na sofie, gdzie zaraz rozwalił się, jak mógł najwygodniej.
— Ciągle nudzi — ozwał się Razumichin — przed chwilą zmienialiśmy mu bieliznę, to o mało się nie rozpłakał.
— Bardzo słusznie; z bielizną można się było wstrzymać, skoro sam nie chce... Puls w^yborny. A głowa ciągle jeszcze boli, co?
— Zdrów jestem, zdrów zupełnie! z uporem i rozdrażnieniem wymówił Raskolnikow, podnosząc się nagle na sofie i błysnąwszy wzrokiem, ale zaraz znowu spadł na wezgłowie i odwrócił się do ściany. Zosimow bacznie go śledził.
— Bardzo jest dobrze... wszystko w porządku, — niedbale wymówił. — Jadł co?
Odpowiedziano mu i zapytano co można dawać.
— Ależ wszystko można... Zupę, herbatę... Grzybów i ogórków, oczywiście, nie dawać, no i mięsa także nie trzeba, i... no ale co tu gadać... Spojrzał na Razumichina. Lekarstwo precz i wszystko precz! Jutro zobaczę... Można-by było i dzisiaj, lecz...
— Jutro wieczorem prowadzę go na spacer! Zadecydował Razumichin: — do ogrodu Jasupowa, a potem zajdziemy do „Palais de Cristal“.
— * Jutrobym go jeszcze nie ruszał, zresztą... nie na długo... no, to się jeszcze zobaczy.
— Ach, jak mi przykro, bo dziś właśnie wyprawiam przesiedlmy, o dwa kroki stąd; i on byłby... Niechby ohoć na sofie podeżał między nami! A ty będziesz? — zwrócił się nagle Razumichin do Zosimowa — proszęż cię, nie zapomnij, wszak przyrzekłeś.
— Może, ale — chyba późno. Cóżeś tam przygotował?
— A nic, herbata, wódka, śledź. Pierog podadzą: wszyscy będą swoi.
— Któż mianowicie?
— A wszyscy tutejsi i wszyscy prawie nowi, doprawdy — oprócz chyba jednego starego wujka, chociaż i ten nowy: wczoraj dopiero przyjechał do Petersburga za ja-kiemiś interesami; raz na pięć lat się widujemy.
— Co on za jeden?
— Ha, przebałaganił całe życie na poczmajsterce powiatowej... emeryturkę pobiera, lat sześćdziesiąt pięć, niema co i gadać... Ja go zresztą lubię. Przyjdzie i pan Porfirjusz, tutetjszy komisarz do spraw śledczych... wy-chowaniec akademji prawniczej. Ale ty go znasz...
— Czy ta także twój krewny?
— Jakiś bardzo daleki; czegóż się marszczysz? Żeście się tam raz posprzeczali, to może już dlatego nie przyjdziesz?
— A co mi to przeszkadza...
— Tem lepiej. No, a dalej — studenci, nauczyciel, je —, den — urzędnik, jeden muzyk, oficer, Zamietow...
— Powiedz też mi, co może być wspólnego pomiędzy tobą, albo nim — Zosimow wskazał na Raskolnikowa — a tym jakimś tam Zamietowem?
— Ach, wy wybrednisie!? Zasady!... tak siedzisz cały na tych zasadach, jak na sprężynach i odwrócić się nie śmiesz z własnej woli; a mojem zdaniem, człowiek dobry — oto zasada, ja więcej nie potrzebuję. Zamietow jest człowiekiem najwyborniejszym.
— Łapy grzeje.
— No więc cóż z tego, no lubi wziąć! Więc cóż że lubi! — zawołał nagle Razumichin, niecierpliwiąc się jakoś nienaturalnie — czyż ja to chwalę? Mówiłem tylko, że człowiek dobry w swoim rodazju! O gdyby tak przenicować wszystkich ludzi pod każdym względem, to czyż wielu zostanie się dobrych? Jestem przekonany, że za mnie całego razem ze wszystkiemi mojemi cnotami, nie dadzą nawet jednej cebuli pieczonej, a i to jeszcze z tobą w dodatku.
— To mało; ja za ciebie jedną tylko! Podowcipkuj no jeszcze! Zosimow jeszcze młokos, ja mu jeszcze włosków naderwę, bo jego trzeba przyciągać, a nie odpychać. Z młokosem trzeba postępować dwa razy ostrożniej. Tem, że odepchniesz człowieka — nie naprawiasz go, tembardziej młokosa. Oj wy mędrcy postępowi, nic wy nie rozumiecie! Człowieka nie szanujecie, siebie krzywdzicie... A jeśli chcesz wiedzieć, to ja z nim zawiązaliśmy spółkę.
— — No, no, jaką?
— Ciągle w sprawie tego malarza, to jest malarza pokojowego... Musimy go w7yratować! Zresztą, teraz nie ma już wiele kłopotów. Sprawa jasna, zupełnie już teraz jasna! Dodamy tylko pary!
— Jaki tam znowu malarz?
— Jakto, czyżem.ci nie opowiadał? A może i nie? Prawda, opowiedziałem ci tylko początek... o tej zbrodni, o tem zamordowaniu starej fanciarki, urzędniczki no, więc teraz właśnie zamieszał się tam malarz...
— O tej zbrodni słyszałem ja jeszcze przed tobą i nawet obchodzi mnie ona... po części... dla pewrnego powodu... i w gazetach czytałam! Ale...
— Elżbietę także zabili! — pisknęła nagle Nastka, zwracając się do RaskoLnikowa. Stała ona ciągle w pokoju, oparta o drzwi, i słuchała.
— * Elżbietę? — wyszeptał Raskolnikow tak cicho, że go ledwie słychać było.
— — A Elżbietę, handlarkę, czy ją to pan nie zna? Chodziła tu na dół. Jeszcze panu koszulę poprawiała.
Raskolnikow odwrócił się do ściany, gdzie na brudnem żółtem obiciu z ¡białemi kwiatkami, wybrał jeden niezgrabny, biały kwiatek z jakiemiś brązowemi kreskami, i zaczął badać ile w nim listków, jakie są ząbki na listkach i iie kresek? Czuł, że mai znieruchomiały ręce i nogi, jakby mu to odjęto, ale nie usiłował nawret ruszyć niemi i uporczywie patrzył na kwiatek.
— No więc cóż ten malarz? — z jakiemś.szczególnem niezadowoleniem przerwał Zosimow pisk Nastki. Ta westchnęła i zamilkła.
— A tak, że zrobili go zabójcą! — gorąco ciągnął Razu-michin.
— Były jakie dowody, czy co?
— Jakie tam dowody? A zresztą, właśnie wskutek dowodu, ale ten dowód nie jest dowrodem i właśnie tego trzeba dowieść! Zupełnie tak samo, jak z początku zabrali i mieli w podejrzeniu tych jak tam... tego Kocha i Piestrjakowa. Ptfu! Jak się to wszystko głupio robi, aż się obcemu człowiekowi na płacz zbiera! Pietrjaków może do mnie dziś zajdzie... No, a ty Rodziu, ty wiesz już o tem? to się jeszcze stało przed chorobą, akurat w wilję tego dnia, ja-keś zemdlał w cyrkule, gdy tam o tem opowiadano...
Zosimow ciekawie spojrzał na Raskolnikow’a; ten ani się ruszył.
— ł A wiesz co, Razumichin? Patrzę na ciebie, jak ty jednak przejąłeś się tem wszystkiem — zauważył Zosimow.
— Niech tam, ale bo widzisz muszę go wybawić! — zawołał Razumichin, stuknąwszy pięścią w stół. — Bo tu co najwięcej gniewa? Nie to, że oni się mylą: pomyłki są zawsze do przebaczenia: pomyłki rzecz nawet pożądana, bo naprowadza na drogę prawdy. Mnie to gniewa, że się mylą a jednak obstają przy swojem. Ja Porfirjusza szanuję, lecz... Bo co ich najprzód zbiło z tropu? Drzwi były zamknięte, a gdy wrócili ze stróżem — otwarte; no, więc znaczy się, Koch i Piestrjakow zabili! Taka to ich logika!
— — Nie gorączkuj no się; ich poprostu zatrzymano; to ¡ przecie konieczne... A wiesz, ja tego Kocha spotykałem; on, jak się okazało, skupował ¡nieprolongowane fanty u starej?... Prawda?
— — A tak, łotr jeden! On i weksle także skupuje. Spekulant. Ale pal go licho! Mnie co do pasji przyprowadza, rozumiesz ty? Oto ich rutyna, stara, podła, bezsensowna... A tu w tej jednej sprawie można odnaleźć cały nowy kierunek. Na podstawie samych danych psychologicznych można pokazać, jak należy trafiać na ślad prawdziwy. „My, powiadają mamy fakty!“ Ależ fakty to jeszcze nie wszystko; przynajmniej połowa rzeczy na tem polega, jak umiesz obchodzić się z faktami!
— A ty umiesz obchodzić się z faktami?
— Toć nie można przecie milczeć, kiedy się czuje, kiedy się wie namacalnie, że dałoby się pomóc sprawie, gdyby... Ech!... Znasz.szczegóły sprawy?
— — Właśnie czekam... o tym malarzu.
— Widzisz więc, posłuchaj opowieści: akurat w trzeci dzień po zabójstwie, zrana, kiedy to jeszcze cackano się z Kochem i Piestrjakowem — chociaż tamci dowiedli swTego każdego kroku — oczywistość krzyczy! — okazuje się nagle fakt wcale niespodziany. Niejaki Duszkin, chłop, utrzymujący bawarję naprzeciwko tego samego domu, zgłasza się do cyrkułu, przynosi pudełko jubilerskie z kolczykami złotemi i opowiada co następuje: „Przy-begł do mnie wieczorem, onegdaj, mniej wrięcej zaraz po ósmej“ — dzień i godzina! uważasz? — „robotnik malarz, który i przedtem w ciągu dnia zabiegał do mnie. Mikołaj, i przyniósł mi to pudełko ze złotemi kolczykami i kamykami, i prosił, żeby mu dać na zastaw za nie dwa ruble, a kiedym go zapytał, skąd wziął? — oznajmił że znalazł na chodniku. Więcej go nie rozpytywałem się“, to mówi Duszkin, „a wyniosłem mu papierek“ — to jest niby rubla — „bo myślałem, że jeżeli nie, u mnie to u drugiego zastawi, wszystko jedno — przepije, to już niech lepiej u mnie ta rzecz będzie: dalej położysz, jak to powiadają, bliżej weźmiesz, a okaże się co, pójdą pogłoski jakie, to ja przedstawię.“ — No, naturalnie zawraca on tam gitarę, łże jak koń, bo ja tego Duszkina znam, sam fanciarz i przechowuje kradzione, a trzydzie-storublowej rzeczy nie brałby dlatego od Mikołaja, żeby ją miał „przedstawić“. Poprostu zląkł się. No, ale pal go licho — słuchaj; mówił dalej Razumichin: — A chłopa tego, Mikołaja, znam ja od dziecka, bo on z naszej guberni i powiatu Zarajskiego, bo my oba razańscy. A Mikołaj choć i nie pijak, ale pić lubi, i wiadomo nam było, że on w tym samym domu pracuje, maluje niby, razem z Michałem, a z Michałem oni z jednych miejsc.
I otrzymawszy papierek, on zmienił go zaraz, wypił od jednego razu dwie lampki, wziął resztę i poszedł, a Michała to ja z nim wtenczas nie widziałem. A;na drugi dzień usłyszeliśmy, że starą Alinę i jej siostrę Elżbietkę toporem zamordowano, a my ich uznawaliśmy i zaraz też wzięło mnie zwątpienie co do onych kolczyków, bo wiadomo nam było, że nieboszczka dawała pieniądze na zastaw. Poszedłem ja do onego domu i zacząłem powoli, po swojemu, wy-badywać, przepatrywać co i jak, a zaraz najsamprzód spytałem, czy jest Mikołaj? I mówił mi Michał, że Mikołaj zahulał się, przyszedł do domu o świcie, pijany, w domu przebył nie dłużej, jak dziesięć minut i znowu wyszedł, a Michał go już potem nie widział i robotę sam wykończa. A robotę mają oni na jednych schodach z zabitemi, na pierwszem piętrze. Dowiedziawszy się tego wszystkiego, nicem nikomu nie mówił — to mówi Duszkin — „a o zabójstwie wszystko dowiedziałem się co mogłem i wróciłem do domu, coraz to większe mając zwątpienie. A dziś zrana o godzinie ósmej“ — to jest niby na trzeci dzień; uważasz? — „widzę, wchodził do mnie Mikołaj, nie trzeźwy, ale też i nie bardzo pijany, gadać z nim można. Siadł na ławce i milczy. A. oprócz ne-go w sklepie był tylko jeden obcy — ’złowiek, ale jeszcze spał na ław7ce, po znajomości, a i dwóch naszych malców. — Widziałeś, pytam, Michała? — Nie, powiada, nie widziałem. — I tu nie byłeś? — Nie byłem, mówi, od onegdaj. — A dziś gdzieżeś, nocował? — A na Piaskach, powiada przy Kołomeńskich. — A gdzie ty, mówię, wziąłeś wtenczas kolczyki? — A znalazłem na ulicy — i mówi to tak, jakby niepodobna, i nie patrząc. — A słyszałeś, mówię, że tak i tak, stało się tego samego wieczoru i na tych samych schodach? — Nie, powiada nie słyszałem — a sam słucha wytrzeszczywszy oczy i zbielał nagle, jak kreda. Ja tu mu opowiadam, patrzę, a on za czapkę i zaczął wstawać. Wtedy chciałem go przytrzymać: czekaj, Mikołaju, może wypijesz? A sam mignąłem na chłopaka, żeby drzwi przytrzymał i wychodzę z za lady; jak wtedy ode mnie nie pryśnie i na ulicę, galop, za węgiel — i tyłem go widział. Tom się i zwątpienia mojego pozbył, bo on ma grzech, tak jest“...
— Naturalnie!... — wymówił Zosimow.
— Czekaj! Słuchaj do końca! Zaczęli, naturalnie, szukać na wszystkie strony, Mkołaja i Duszkina, zatrzymali i zrobili rewizję, Michała także; poturbowali i Kołomeń-skich — aż oto na trzeci dzień przyprowadzają samego Mikołaja: zatrzymano go przy rogatkach X., w szynku. Przyszedł tam, zdjął z siebie krzyż srebrny, i poprosił za krzyż wódki. Dano mu. W kilka minut potem, baba poszła do chlewka i Widzi przez szparę; on w sąsiedniej komórce pas przywiązał do belki i zrobił pętlę; stanął na pniaku i chce sobie pętlę założyć na szyję; baba w krzyk, ludzie się zbiegli:,,Takiś ty!“ — „A pro wadźcie mnie, powiada, do takiego to cyrkułu to się do wszystkiego przyznam!“ Więc go też z należnemi honorami przyprowadzono do naszego właśnie cyrkułu. No, jak. skąd, co, ile lat — dwadzieścia dwa“ — i t. p., i t. p. Pytanie: — „czy robiąc z Michałem, nie widzieliście kogo na schodach, w tej a w tej’godzinie?“ Odpowiedź: — „Wiadomo, przechodzili może jacy ludzie, ale co nam do nich“ — „A czyście ne słyszeli jakiego hałasu, stuku“. — „Nie, niceśmy takiego nie słyszeli“. — „A czyś ty, Mikołaj, wiedział tego samego dnia, że taką to wdowę w takim to dniu i godzinie, wraz z jej siostrą zamordowano?“ — „Nic nie słyszałem, o niczem nie wiem. Dopiero pan Atanazy na trzeci dzień w szynku mi powiedział pierwszy raz“. — „A skądeś wziął kolczyki?“ — „Znalazłem na ulicy.“ — „Dlaczegoś na drugi dzień.nie przyszedł z Michałem do roboty?“ — „A bom isię trochę zahulał.“ — „A gdzie hulał?“ — „A tam i tam“. — Dlaczegoś uciekał od Duszkina?“ — „Bom się zląkł wtedy strasznie.“ — „Czegoś się zląkł?“ —,,A że zasadzą.“ — „Jakieś się mógł zlęknąć tego, kiedy czujesz, że jesteś niewinny?...“ No, wierz nie wierz, Zosimow, to pytanie było zadane, i dosłownie w takich samych wyrażeniach! wiem dokładnie, bo mi powtórzono z całą wiernością. No co? No cóż ty na to?
— Tak, ale przecie (poszlaki istnieją.
— Ale co mi tam poszlaki, mnie idzie o to, o to, jak oni pojmują istotę rzeczy! Ale niech ich tam!... Parli go tedy, do muru, ¡przyciskali, trapili, no i przyznał się: — „nie na chodniku, powiada, znalazłem, a w meszkaniu znalazłem, w tem mieszkaniu, gdzieśmy malowali z Michałem.“ — „A to jakim sposobem?“ — „A takim wła śnie sposobem, że malowaliśmy z Michałem przez cały dzień, od ósmej rano, i jużeśmy mieli wychodzić( gdy Michał wziął pendzel i mnie po twarzy maznął farbą, ma-znął mnie po twarzy farbą i uciekł, a ja za nim. I lecę duchem za nim, a sam drę się na całe gardło; a jak się wychodzi ze schodów do bramy — wpadłem z rozpędu na stróża i na panów, a wielu z nim było panów nie pamiętam, stróż mnie za to nawymyślał, a drugi s-tróż także wymyślał, i stróżka wyszła i także nas skrzyczała, i pan jakiś z damą wchodził w bramę i także nas skrzyczał, bośmy z Michałem upadli w poprzek bramy: ja Michała złapałem za łeb i jąłem go walić, ale nie ze złości, tylko tak z miłości, dla żartów. A’ potem Michał uwolnił się i wybiegł na ulicę, a ja za nim, alem go nie dogonił i wróciłem do mieszkania sam jeden — bo już i czas.było do domu powracać. Zacząłem się ubierać i czekam na Michała, może nadejdzie. I wtedy przy drzwiach w sieni, za ścianą, w kącie, nastąpiłem na pudełko. Patrzę, leży w papier obwinięte. Ja papier zdjąłem, patrzę haczyczki takie maluśkie, haczyczki, otworzyłem w pudełku kolczyki...“
— > Za drzwiami? Za drzwiami leżało? Za drzwiami? — zawołał nagle Raskolnikow, błędnym, przerażonym wzrokiem patrząc na Razumichina i powoli podniósł się, opierając się ręką o sofę.
— — Tak... a co? Co tobie? Coś się tak zerwał? — Ra-zumichin także wstał z miejsca.
— — Nic, nic!... — wyszeptał Raskolnikow, opuszczając się znowu na poduszkę i zinowu odwracająąc się do ściany. Wszyscy milczeli przez chwilę.
— Zdrzemał się widać, to ze snu — wymówił nareszcie Razumichin, pytająco patrząc na Zosimowa; ten zrobił lekki, przeczący ruch głową.
— No, mów dalej — — rzekł Zosimow — cóż dalej?
— A cóż ma być dalej? Ledwie zobaczył kolczyki, gdy zaraz, zapomniawszy i o mieszkaniu, i o koledze, złapał za czapkę i pobiegł do Duszkina,, jak wiadomo, dostał od niego rubla, a skłamał mu, że znalazł na trotuarze, i zaraz jął hulać. A co się tyczy zbrodni, potwierdza to co dawniej: — „nic nie słyszałem, o niczern nie wiem, do-pierom się.na trzeci dzień dowiedział.“ — „A dlaczegożeś dotąd się nie zjawił?“ — „Ze strachu.“ — „A dlaczegożeś chciał się wieszać?“ — „Z myśli“. — „Z jakich myśli?“ — „A że zasadzą.“ — Oto i wszystko. Teraz jak myślisz, jakie stąd wnioski wyprowadzono?
— A cóż tu myśleć, ślad jest, choć jaki taki, zawsze jest. Fakt. Nie mogą przecież wypuścić na wolę takiego malarza?
— Ależ oni go poprostu mają za zbrodniarza! Nie wątpią ani odrobiny...
— Ech, nieprawda, przesadzasz. No, a kolczyki? Zgodź-że się sam, że skoro tego samego dnia i o tej samej godzinie kolczyki z kufra starej dostają się do rąk Mikołaja — zgódź się sam, że przecie musiały którędy! dojść do niego? To nie drobiazg’przy talkiem śledztwie.
— Jak doszły, jak się dostały? — zawołał Razumichin, i miałżebyś ty, który przedew^zystkem winieneś studjo-wać człowieka, i masz sposobność, prędzej niż kto inny, poznać naturę ludzką — miałżebyś nie zrozumieć, tych wszystkich danych, co to za natura ten Mkołaj? Czyż nie widzisz, od pierwszego rzutu oka, że całe jego zeznanie jest najświętszą prawdą? Co do joty tak wpadły mu w ręce. jak zeznał. Nastąpił na pudełko i podniósł je!
— Święta prawda! Jednakże przyznał się, że perwszym razem zełgał?
— Słuchaj mnie, słuchaj uważnie: i stróż, i Koch, i Pies.trjaków, i drugi stróż, i żona pierwszego stróża, i mieszczanka, co o tej porze siedziała u niej w izbie, i radca dworu Kriukow, który w tej chwili wstał z dorożki i wchodził w bramę pod rękę z damą, wszyscy, to jest ośmiu czy dziesięciu świadków jednozgodnie zeznają, że Mikołaj przycisnął Michała do ziemi, leżał na nim i walił go, a tamten wpił mu się we włosy i także go walił. Leżą oni w poprzek drogi i tamują przejście; wymyślają m ze wszystkich stron, a oni „jak małe dzeci“ (dosłowne wyrażenie świadków), (leżą jeden na drugim, piszczą, biją się, chichoczą, obaj drą się w niebogłosy z naj-pocieszniejszemi minami i jeden drugiego dopędza, jak dzieci, aż wybiegli na ulicę. Uważasz? Teraz więc rozważ sobie: ciała na górze jeszcze nie zastygłe, uważasz, jeszcze ciepłe, tak je znaleziono! Jeżelić oni zabili, albo sam tylko Mikołaj, a przytem zrabowTali kufer z włamaniem, albo tylko przyjmowali jakikolwiek udział w rabunku, to pozwól że sobie zadać pytanie: czy godzi się takie usposobienie ducha, to jest.krzyki, hałas, śmiech, bójka dziecinna w bramie — z toporami, z krwią, z zbrodniczym podstępem, ostrożnością rabunkiem? Zaledwie dokonali morderstwa, wszystkiego jakich pięć lub dziesięć minut temu — bo tak wypada, ciało jeszcze ciepłe, i nagle, pofzu-ciwszy trupy w mieszkaniu otwartem, i wiedząc, że ludzie właśnie tam poszli, i, rzuciwszy zdobycz, oni, jak małe dzieci, tarzają się po ziemi chichoczą, zwracają na siebie powszechną uwagę i jest na to aż dziesięciu jedno-zgodnych świadków!
— Naturalnie, że to dziwne! Oczywiście niemożliwe, ale...
— Nie bracie, tu nie ma ale, a jeśli kolczyki, które w tym samym dniu i o tej samej godzinie znalazły się w rękach Mikołaja, stanowią rzeczywiście ważny dowód przeciwko niemu — dowód jednak, dający się obalić jego zeznaniem, a więc sporny dowód, to przecie należy wziąć na uwagę fakty łagodzące, zwłaszcza, że są to fakty jak-najpewniejsse. A jak sądzisz, według zasad naszej ju-risprudencji, czy przyjmą, czy są zdolni przyjąć taki fakt — oparty jedynie tylko na prawdopodobieństwie psy-chologicznem, na samym tylko nastroju duchowTym — fakt pewmy i obalający wszystkie fakty oskarżające jakiekolwiekby one były? Nie, nie przyjmą za nic, nie przyjmą, bo pudełko znaleziono i człowiek chciał się powiesić „co nie mogłoby nastąpić, gdyby nie uważał się za winego“. Oto pytanie kapitalne, oto dlaczego ja się zapalam! Uważasz!
— Tak, widzę, że się zapalasz. Czekaj, zapomniałem się zapytać: jak dowiedziono, że pudełko istotnie pochodzi z kufra starej?
— To dowiedzione — odparł Raziumichin, marszcząc brwi i jakby niechętnie. — Koch poznał przedmiot i wskazał na tego, kto zastawił, a tamten niezbicie dowiódł, że przedmiot był jego własnością.
— * Źle. Teraz jeszcze: czy kto nie widział Mikołaja wówczas, gdy Koch i Piestrjaków przeszli na górę i czy-by tego nie można byłoby dowieść.
— Właśnie, że go nikt nie widział — odparł Razumi-chin z niezadowoleniem — to źle właśnie; nawet Koch z Piestrjakowem nie spostrzegli ich, wchodząc na górę, chociaż ich świadectwo niewieleby teraz znaczyło. „Wi Zbrodnia i Kara. 10 dzieliśmy, mówią, że mieszkanie otwarte, że tedy musiano w niem prowadzić jakąś robotę, ale, przechodząc, nie zwróciliśmy uwagi i.nie pamiętamy, czy byli tam wówczas robotnicy, czy nie“.
— Hm. Tyle więc tylko jest na uniewinnienie, że billi się ze sobą i śmieli się. Przypuśćmy, że jest to dowód silny, lecz... Pozwól — że teraz: jakże ty sam objaśniasz ten fakt? Czem tłumaczysz znalezienie kolczyków, skoro istotnie on je tak znalazł, jak zeznaje?
— * Jaik ja tłumaczę? Ale co tu tłumaczyć: rzecz jasna! Przynajmniej droga, po której trzeba prowadzić sprawę, jest jasna i dowiedziona, i właśnie dowiodło jej pudełko. Rzeczywisty morderca upuścił te kolczyki. Morderca był na górze wtedy, gdy Koch z Piestrjakowem stukali, i siedział zamknięty. Koch pośpieszył się i zeszedł na dół; wtedy morderca wyskoczył i pobiegł także na dół, bo już nie miał innego punktu wryjścia. Na schodach schował się przed Kochem, Piestrjakowem i stróżem do pustego mieszkania w tej właśnie chwili, kiedy Michał i Mikołaj wybiegli stamtąd, przeczekał za drzwiami, podczas gdy stróż i tamci przechodzili na górę, przeczekał aż kroki ucichły i zeszedł na dół jak najspokojniej akurat w tej samej chwili, gdy Michał z Mikołajem wybiegli na ulicę, wszyscy się rozeszli i nikogo nie było w bramie. Może go i widziano, ale nie zwrócono nań uwagi; alboż to mało ludzi przechodzi? A pudełko upuścił z kieszeni, gdy stał za drzwiami i nie spostrzegł tego, bo nie miał na to czasu. Pudełko jasno dowodzi, że on tam stał właśnie. Oto wszystko!
— Zręcznie! Nie, bracie, to za zręcznie! Za zręcznie!
— * Ale dlaczego, dlaczego?
— — Dlatego, że wszystko się złożyło za pomyślnie... i związało się, jak w teatrze.
— 4 E-ech — zawołał Razumichin, ale w tej samej chwili drzwi się otworzyły i weszła osobistość nowa, nikomu z obecnych nieznana.
ROZDZIAŁ V
Był to niemłody już mężczyzna, czupurny, okazały, z fizjognomją ostrożną i wyrazistą, który zaczął od tego, że się zatrzymał we drzwiach, oglądając się dokoła, z nie-ukrywanem wcale zgorszeniem wzroku, jakgdyby zadając sobie pytanie: „gdziem to ja się dostał?“ Z niedowierzaniem i nawret z przesadną jakąś obawą, prawie nawet odrazą, oglądał on ciasną i niską „kajutę morską“ Raskol-nikowa. Z takiem samem zdziwieniem skierował i zatrzymał wzrok na samym Raskalnikowie, nieubranym, rozczochranym, nieumy.tym, leżącym na swojej nędznej brudnej sofie i także spoglądającym nań nieruchomie. Następnie z takąż samą powolnością, jął rozglądać roztrzepaną, nieogoloną i nieuczesaną figurę Razumichina, który ze swej stro*ny, śmiało i badawczo patrzył mu prosto w oczy, nie ruszając się z miejsca. Naprężone milczenie trwało przez chwilę, aż nareszcie, jak się należało spodziewać, nastąpiła maleńka zmiana dekoracji. Zrozumiawszy, widocznie, z niektórych bardzo zresztą jaskrawych przejawów,, że przesadnie surową postawą tu, w tej „morskiej kajucie“ nic a nic nie wskóra, przybyły jegomość zmiękł nieco i grzecznie, lubo nie bez szorstkości, wymówił, zwracając się do Zosimowa i wybijając każdą sylabę swrego pytania:
— Czy tu pan Rodjon Raskolnikow, pan student, łub były student? — Zosimow poruszył się zwolna i możeby i odpowiedział, gdyby go nie był uprzedził Razumichin, który wcale nie pytany, zawołał:
— To on właśnie leży na sofie! Jaki pan ma interes? To poufałe „jaki pan ma interes?“ aż podniosło czu-purnego gościa; chciał już nawet zwrócić się do Razu michina, zdążyl^ednak zapanować nad sobą i co żywo zwrócił się do Zosimowa.
— To jest Raskolnikow! — wymówił Zosimow, kiwnąwszy na chorego, poczerń ziewnął, niezwykle jakoś rozdziawiwszy usta i niezwykle długo trzymając je w tym stanie. Następnie sięgnął do kieszeni kamizelki, wyjął olbrzymi wypukły kryty złoty zegarek, otworzył, spojrzał i równie powoli i leniwie jął go znowu chować do kieszeni.
Sam Raskolnikow przez cały ten czas leżał na wznak milcząc i uporczywie, lubo bez żadnej myśli, patrzał na przybyłego. Twarz, którą odwrócił teraz od ciekawego kwiatka na obiciu, miał nadzwyczaj bladą, wyrażała ona niezwykłe cierpienie, jakgdyby przed chwilą dokonano] mu bolesnej operacji, albo wypuszczono go z tortur. Ale przybyły jegomość stopniowo zaczynał obudzać w nim coraz więcej i więcej zajęcia, potem zdziwienia, potem podejrzenia, a następnie, jakby obawy. Kiedy zaś Zośi-mow, wskazując nań, wymówił: „To jest Raskolnikow4’, on nagle, bystro podniósł się, jakby podskoczył, siadł na posłaniu i prawie wyzywającym, ale urywfanym i słabym głosem wymówił:
— Tak! Ja jestem Raskolnikow! Czego pan chcesz?
Gość uważnie spojrzał i przekonywająco wymówił:
— Jestem Piotr Łużyn. Mam miepłonną nadzieję, że moje nazwisko nie jest panu obce.
Ale Raskolnikow, spodziewając się czegoś innego, błędnie i w zamyśleniu spojrzał nań i nic nie odpowiedział, jakgdyby nazwisko Piotra Łużyna słyszał stanowczo po raz pierwszy.
— Jakto? Miałżebyś pan dotąd nie otrzymać żadnych wiadomości? — zapytał pan Piotr, nieco zmieszany.
W odpowiedzi na to, Raskolnikow opadł znowu na poduszkę, zarzucił ręce pod głowę i zaczął patrzyć w sufit. Przygnębienie wyraziło się na twarzy Łużyna, Zosimow i Razumichin z większą jeszcze ciekowością zaczęli mu się przyglądać, aż się biedak ostatecznie zbił z tropu.
— Sądziłem, mniemałem — zaczął, że list wysłany już dziewięć dni temu, już nawet dwa tygodnie...
— Zaczekaj no pan, co pan masz stać przy drzwiach! — — przerwał mu nagle Razumichin — jeżeli pan masz co do powiedzenia, to siadaj ¡pan, bo tak to wam tam obojgu z Nastusią za ciasno. Nastusiu, u^Sfl się, daj przejść! Chodźże pan, masz pan krzesło, no siądźże pan!
Odsunął krzesło od stołu, zrobił trochę miejsca pomiędzy stołem i swemi kolanami i czekał chwilkę w naprężonym stanie, ażeby gość wślizgnął się w tę szparkę. Chwila była tak wybraną, że nie można było odmówić, i gość wlazł w ciasną przestrzeń, spiesząc się i potykając. Doszedłszy do stołu siadł i z pewnością spojrzał na Razu-michina.
— Niech się pan nie krępuje — mruknął ten ostatni — Rodzio już piąty dzień choruje, a przez trzy dni miał malignę, teraz zaś przyszedł do przytomności i nawet jadł z apetytem. To właśnie jego doktór, dopiero go co obejrzał, ja zaś jestem jego kolegą, także były student, i teraz niańczę go; więc nie krępuj się pan nami i mów pan, czego pan żądasz.
— Dziękuję panu. Czy tylko nie zaszkodzę choremu swoją obecnością i rozmowTą? — zwrócił się pan Piotr do Zosimowa.
— N-nie — mruknął Zosimow — może go pan nawet rozerwać — i znowu ziewnął.
— O, on już dawno przytomny, od rana! — ciągnął Razumichin, którego poufałość miała pozór takiej niekłamanej prostoty, że pan Piotr namyślił się i zaczął być śmielszym, może po części i dlatego, że ten oberwaniec i natręt zdążył przecie zarekomendować się jako student.
— Mama pańska... — zaczął Łużyn.
— — Hm! — głośno chrząknął Razumichin. Łużyn spojrzał nań pytająco.
— Nic, ja tylko tak; mów pan...
Łużyn wzruszył ramionami.
—...Mama pańska, jeszcze podczas bytności mojej u nich, zaczęła list do pana. Przybywszy tutaj, umyślnie przeczekałem kilka dni i nie przychodziłem do pana, ażeby ostatecznie już nabrać pewności, że pana uwiadomiono o wszystkiem; ale teraz, ku wielkiemu zdziwieniu...
— Wiem, wiem! — wymówił nagle Raskolnikow z naj-większem zniecierpliwieniem. — To pan? Konkurent? No, wiem... i dosyć!...
Pan Piotr stanowczo się obraził, ale zamilkł. Usilnie starał się pojąć, co to wszystko znaczy? Milczenie trwało przez chwilę.
Tymczasem Raskolnilkow, który ¡był się nieco obrócił doń ¡przy odpowiedzi, jął go znowu uważnie oglądać i z jakąś niezwykłą ciekawością, jakby go przedtem nie zdążył jeszcze obejrzeć całkowicie, lub też jagdyby go w nim uderzyło coś nowego: nawet podniósł się w tym celu na poduszce. Istotnie, w zewmętrznym wyglądzie pana Piotra uderzało, jakby coś szczególnego, a mianowicie coś, co niejako usprawiedliwiało nazwę „konkurenta“, daną mu przed chwilą tak bez ceremonji. Przedewszyst-kiem, znać było, i nawet bardzo znać było, że pan Łużyn nie omieszkał skorzystać z kilkodniowego pobytu w stolicy i zdążył wystroić i przyozdobić się w oczekiwaniu narzeczonej, co zresztą było całkiem niewinne i dające się przebaczyć.
Nawet własna może i zbyt kokieteryjna, świadomość swej przyjemnej zmiany na lepsze, mogłaby być mu przebaczoną, skoro pan Piotr grał rolę konkurenta. Całe jego ubranie było prosto od krawrca, bardzo eleganckie, i raziło tem. tylko chyba, że było zbyt nowe i zanadto ujawniało cel wiadomy. Nawet wykwintny okrągły nowiutki kapelusz świadczył o tym celu: pan Piotr jakoś nazbyt już starannie się z nim obchodził i z, a ostrożnie trzymał go w ręku. Nawet para przepysznych prawdziwych jelonkowych, od Jovina, rękawiczek świadczyła o tem samem, choćby tylko dlatego, że ich nie wkładano, lecz noszono w ręku od parady.
W ubrania pana Piotra przeważały barwy jasne i młodzieńcze. Miał on na sobie zgrabny letni żakiet jasno kawowego koloru, jasne lekkie spodnie, takąż kamizelkę, cieniutką bieliznę dopiero co kupioną, batystowy leciutki krawacik w różowe centki, a co najważniejsze, że w tem wszystkiem było nawret do twarzy panu Piotrowi. Twarz jego bardzo świeża i nawet ¡piękna, już i bez tego wydawała się młodszą od czterdziestu pięciu lat, jakie miał w istocie. Ciemne faworyty mile zdobiły ją po obu stronach w formie dwTóch kotletów i bardzo się pięknie zgęszczały przy gładko wygolonym błyszczącym podbródku. Nawet włosy ledwie siwawe, uczesane i zafryzowane u fryzjera nie wyglądały śmiesznie, ani nawet nie nadawały mu głupiego wyglądu, jak zwykle bywra przy ufryzowanych włosach, które nadają twarzy nieuniknione podobieństwo do żeniącego się niemca. Jeżeli zaś co — było ’nieprzyjemnego i odpychającego w tej dość pięknej i poważnej fizjognomji, to wynikało już z innych przy-
Obejrzawszy bez ceremonji pana Łużyna, Raskolnikow ’uśmiechnął się złośliwie, opadł znowu na poduszkę i zapatrzył się w sufit.
Ale pan Łużyn zobojętniał i zdaje się postanowił do czasu nie zwracać uwagi na te wszystkie dziwactwa...
— Bardzo, ale to bardzo żałuję, żem znalazł pana w takim stanie — zaczął znowu z wysiłkiem, przerywając milczenie. — ’ Gdybym wiedział o pańskiej niedyspozycji, odwiedziłbym pana wcześniej. Ale, pan wie, kłopoty... Mam przytem bardzo ważną sprawę w senacie, jako adwokat. Pomijam już te zabiegi, których się pan domyśla. Pańskiej mamy i siostrzyczki wyglądam ilada chwila...
Raskolnikow poruszył się i chciał coś powiedzieć; tw^arz jego wyrażała wzruszenie. Pan Piotr zatrzymał się, przeczekał, ale, że nic nie usłyszał, mówił więc dalej:
—...Lada chwila. Wynalazłem im nawet mieszkanko...
— Gdzie? — słabo wyszeptał Raskolnikow.
— Bardzo niedaleko stąd, w domu Bakalejewa...
— To na Wozniesieńskim — przerwał Razuimichin, — tam całe dwa piętra są zajęte przez lokatorów: utrzymuje to kupiec Juszyn. Bywałem tam.
Dziury szkaradne: błoto, smród, a i miejsce podej rzane; zdarzały się tam awrantury, ale bo i kto tam nie mieszka!... Ja nawet sam tam zachodziłem dla awanturki... Wprawdzie, nie drogo.
— Co do mnie, to oczywiście jako człowiek nowy, nie mogłem zebrać tylu wiadomości — odparł pan Piotr nieco urażony, ale zresztą, dwa bardzo czyste pokoiki, a ponieważ to nie na długo.... Wyszukałem już prawdziwe, to jest przyszłe nasze mieszkanie... — zwrócił się do Raskol-nikowa — i teraz właśnie je odnawiają: a tymczasem sam gnieżdżę się w numerach o dwa kroki stąd, u pani
— Tak, lokatorzy....
— Tak, Andrzej Lebieziatnikow, urzędnik z minister-jum. Czy pan go zna?
— Tak... Nie.... — odparł Raskolnikow.
— Przepraszam, wnioskowałem to z pańskiej odpowiedzi. Byłem kiedyś jego opiekunem... Bardzo miły młodzian... i inteligentny... Ja bardzo lubię spotykać się z młodzieżą: od nich można się dowiedzieć, co jest nowTego na świecie. — Pan Piotr z nadzieją obejrzał wszystkich obecnych.
— Pod jakim niby względem nowego? — zapytał Razu-imichin.
— Pod względem rzeczy najpoważniejszych; od panów można się dowiedzieć o istocie życia — odparł pan Piotr, jakgdyby ucieszony był pytaniem. — Ja bo od lat dziesięciu nie odwiedzałem Petersburga. Wszystkie te nasze nowe sprawy, reformy, ideje, wszystko to obiło się trochę i o prowincję, ale żeby wiedzieć wszystko, trzeba być wr Petersburgu... A ja właśnie jestem zdania, że najwięcej można zobaczyć i nauczyć się, śledząc za naszemi młode-mi pokoleniami. I przyznam panom, żem się ucieszył...
— Z czego?
— Pytanie pańskie jest bardzo obszerne. Mogę się mylić, ale zdaje mi się, że znajduje bardzo jasny pogląd, więcej, że tak powiem, krytyki; więcej czynów...
— To prawda — wycedził Zosimow.
— Kłamiesz, czynów niema — wmieszał się Razumi-chin. — O czyny trudno, a z nieba darmo nie spadną. My zaś na jakie dwieście dat oduczeni jesteśmy od czynów--Ideje, te może się i kręcą — zwrócił się do pana Piotra — i dobre chęci są, ale dziecinne, i uczciwość się znajdzie, pomimo, że łotrów mamy moc nieprzejrzaną, ale czynów niema! Czyny w butach chodzą.
— Nie zgodziłbym się z panem — zaprzeczył pan Piotr — z widocznem zadowoleniem. — Oczywiście jest gorączka, błędy, ale trezba też być pobłażliwym; gorączka świadczy o rzetelnem przejęciu się sprawą i o tem hłę-dnem kole, w którem znajduje się sprawa. Jeżeli zaś mało zrobiono, to wszakże i czasu było niewiele. O środkach nie mówię nawet. Według mego osobistego poglądu, jeśli pan chcesz, nawet coś zrobiono: rozpowszechniono nowe, pożyteczne myśli, rozpowszechniono nowe, pożyteczne dzieła, zamiast dawnych marzycielskich i romantycznych; literatura przyjmuje odcień bardziej dojrzały; wykorzeniono i ośmieszono wiele szkodliwych przesądów’... Jednern słowem, jesteśmy bezpowrotnie odcięci od przeszłości, a to, mojem zdaniem, już coś warte...
— Wyrecytował!... Rekomenduje się — wymówił nagle Raskolnikow.
— ’ Co? — zapytał pan Piotr, nie dosłyszawszy, ale odpowiedzi nie otrzymał.
— To wszystko racja — — pospieszył wstawić Zosimow.
— Nieprawdaż? — ciągnął pan Piotr, mile spojrzawszy na Zosimowa. — Zgódź się pan sam * — mówił dalej — zwracając się do Razumichina, ale już z odcieniem pewnego triumfu i wyższości, i o mało nie dodał: „młodzieńcze“ — — — -że istnieje dobrobyt, czyli, jak dziś mówią, postęp, choćby w imię nauki i prawdy ekonomicznej.
— Ogólnik!
— Nie, nie ogólnik! Jeśli mnie, naprzykład, mówiono dotąd: „kochaji pokochałem, to co stąd wynikło? — ciągnął pan Piotr może ze zbytnim pośpiechem — wynikło to, że darłem szatę na wpół, dzieliłem się nią z bliźnim, i obaj zostawaliśmy do połowy goli, czyli, jak mówi przysłowie: „przy jednym ogniu dwóch pieczeni się nie upiecze“. Nauka zaś twierdzi: kochaj przedewszystkiem samego siebie, bo wszystko na świecie opiera się na interesie osobistym. Ukochasz samego siebie, to i wygodę mieć będziesz i szaty całe. Zaś prawda ekonomiczna dodaje, że im więcej jest w społeczeństwie interesów prywatnych i, że tak powiem, szat całych, tem więcej ma ono twardych podstaw i tem prędzej dają się w niem przeprowadzić sprawy ogólne. Tak więc, pracując wyłącznie i jedynie dla siebie, już tem samem właśnie pracuję jakby dla wszystkich, i zmierzam do tego, ażeby mój ¡bliźni otrzymał trochę więcej, niż ipodartą szatę, i to już nie z ofiar prywatnych, lecz wskutek dobrobytu powszechnego. Myśl prosta, ale na nieszczęście, nazbyt długo nie dająca się przeprowadzić, przesłonięta zachwytami i marzy-cielstwem, a przecie, niewiele zdaje się, potrzeba dowcipu, ażeby się domyślić...
— Daruj pan, ja także nie mam zbyt wiele dowcipu — ostro przerwał Razumichin — i dlatego dajmy temu pokój. Ja bo nawet umyślnie zacząłem o tem mówić, całe bowiem to gadulstwo, pocieszanie siebie, wszystkie te nieskończone, nieustanne ogólniki, i ciągle jedno wkoło, do tego stopnia mi zbrzydły, że dalibóg rozumie się, gdy i inni, nietylko ja sam, rozprawiają jeszcze o tem. Pan, oczywiście, ’chciałeś naim wykazać swój sposób myślenia, i to chętnie panu się przebacza, ja tego nie potępiam. Chciałbym tylko się teraz dowiedzieć, kto pan jesteś, bo widzi pan, do sprawcy ogólnej ostatniemi czasy przyczepiło się tylu różnych przemysłowców, i do tego stopnia zbrzydzili oni wszystko, czego się tylko nie tknęli, dla zysków osobistych, że stanowczo cała sprawa jest spaskudzona. No, dosyć!.
— O proszę pana — zaczął pan Łużyn, prostując się z nadzwyczajną godnością — czy pan tylko nie masz ochoty zaznaczyć również bez ceremonji, że i ja...
— Ade, gdzież znowu... Czyżbym śmiał... No dosyć o tem! — odciął Razumichin i zwrócił się nagle do Zosi-rnowia dla prowadzenia przerwanej rozmowy.
Pan Piotr był o tyile mądry, że nie zaraz uwierzył temu wyjaśnieniu. Zresztą, postanowił za parę minut odejść.
— Mam nadzieję, że nasza znajomość — zwrócił się do Raskolnikowa — po pańskiem wyzdrowieniu, i ze względu na wiadome panu okoliczności, stanie się niebawem ściślejszą... Życzę więc panu nadewszystiko zdrowia...
Raskdlnikow nie odwrócił się nawet od ściany. Pan Piotr zaczął wstawiać z krzesła.
— Zabójcą jest bezwarunkowa ktoś z zastawiających rzeczy! — stanowczym głosem mówił Zosimow.
— Bezwarunkowa zastawiający! — potaknął Razumichin. — Porfirjusz swoich planów nie zdradza, ale pomimo to bada ich...
— Zastawiających bada? — głośno zapytał Raskol-nikow.
— Tak, albo co?
— Nic...
— Skąd on ich bierze? — spytał Zosimow.
— Niektórych wskazał Koch; nazwiska innych były napisane na opakowaniach rzeczy, a inni sami przyszli, jak usłyszeli...
— Sprytny i wytrawny musiał być łotr! Co za śmiałość! Co za odwaga!
— Właśnie, że nie! — przerwał Razumichin. — To was wszystkich zbija z tropu. A ja powiadam: niezręczny, nie-wytrawny, musiał to być napewno pierwszy krok! Do puśćmy przebiegłego i zręcznego łotra, wyjdzie nieprawdopodobieństwo. Wystawmy zaś sobie niewytrawnego nowicjusza, a przekonamy się, że zbawił go tylko wypadek, czegóż (bo wypadek nie zrobi? Zlituj się. toii on przeszkód nawet może nie przewidział! a ¿ak prowadzi rzecz całą? bierze przedmioty dziesięcio, dwudziesto rublowe, napycha niemi kieszenie, szpera w babskim kufrze, w gal-ganach — a w Ikomodzie, w górnej szufladzie, w szkatułce, znaleziono samej gotówki około półtora tysiąca, oprócz listów! To wykazuje niezlbicie, że morderca nie umiał rabować! Jak mówiłem morderstwo to ¡było jego pierwszym występkiem i nie uchroniła go przed odkryciem przebiegłość, tylko zwykły przypadek.
— A pan mówi o zabiciu starej wdowy po urzędniku? — wmieszał się Łużyn do rozmowy, zwracając się jednak iznowu do Zosimowa, przystanął we drzwiach z kapeluszem i rękawiczkami w rę’kach, widocznie w celu pozostawienia po sobie znośnego wrażenia.
— Czy pan już także słyszał o tem? — zapytał go Zo-simow.
— — Wszyscy przecież tylko o tem mówią, to chcąc nie chcąc, słyszeć się o tem musi.
— Czy zna też pan i szczegóły bliższe?
— Tych w’prawdzie nie znam, ale interesuje mnie inna okoliczność, a właściwie całe zagadnienie. Nie mówię już 0 tem, że przestępstwa w niższych sferach w przeciągu ostatnich lat pięciu coraz częściej się zdarzają. Nie wspominam o grabieży i podpaleniach, zdarzających się ciągle 1 wszędzie, najdziwniejszem dla mnie to, że przestępstwa i w wyższych sferach zdarzają się coraz częściej i popro-stu, że tak powiem, równolegle. Słyszy się, że gdzieś ex-student urządził napad na szosie, tam znów ludzie wybitni w społeczeństwie podrabiają ibanlknoty, to znów w Moskwie zatrzymano całą szajkę fałszerzy dowodów ostatniej pożyczki premjowej i jednym z prowodyrów okazuje się, jest lektor historji (powszechnej na uniwersytecie, to znów (morderstwo naszego sekretarza za granicą, z przyczyn materjalnych, tajemniczych zresztą. I jeżeli teraz ta fanciarka zamordowana została przez inteligenta, boć chłopi nie zastawiają drogocenności, to czem wyjaśnić ten upadek obyczajów wśród naszego społeczeństwa?
— Możliwe, że przyczyną tego jest zmiana stosunków ekonomicznych — odparł Zosimow.
— Czerń wyjaśnić — wmieszał się Razumichin — a przecież właśnie zbyt zakorzenionem pasożytnictwem.
— Niby ijakto?
— A pamięta pan, co odpowiedział ten lektor na pytanie, poco fałszował papiery? „Wszyscy bogacą się na różne sposoby, i ja też chciałem jaknajprędzej wzbogacić się“. Dokładnie słów nie pamiętam, ale sens ten sam: jaknajprędzej zostać rent jerem. Przyzwyczaili się zdobywać bez pracy, przyjmować pomoc innych, oczekiwać, aż im pieczone gołąbki same wlecą do gąbki. I przyszła godzina, że każdy z nich ukazał się w całej swej nagości.
— A jednak moralność, przepisy etyczne...
— A pan się o co martwi — niespodziewanie wtrącił się Raskolnikow — ten fakt potwierdza pańską teorję.
— Niby jak potwierdza?
— Niech pan konsekwentnie przeprowadza swroje rozumowanie do ¡końca, to okaże się, że każdy ma prawo mordować, o ile mu to jest na rękę!
— Co pan mówi? — krzyknął Łużyn.
— To mi coś nie tak wygląda — odezwał się Zosimow.
Raskolnikow leżał Wady, wargi mu drżały, oddychał z trudnością.
— Wszystko ma swoje granice — wyniośle ciągnął Łużyn — teorje ekonomiczne nie uprawniają morderstw, jeśli tylko przypuścić...
— A propos!-----przerwał szorstko Raskolnikow. — Pan zdaje się z pewnych względów doszedłeś do przekonania, że lepiej ożenić się z biedną dziewczyną, ponieważ ta da się łatwiej tyranizować, niż posażna.
— Tego za dużo, mój panie — zawołał wrzburzony Łużyn — pan przekręcasz sens mych słów w złym zamiarze. Zapewne słyszałeś pan o mnie rzeczy nie mające cienia prawdy, i jak mi się zdaje, znam źródło tych bajek... Pańska matka... muszę przyznać, że zapatrywania jej są zanadto romantyczne.
— A wiesz pan? — zawołał Raskolnikow, podnosząc się z poduszki i patrząc nań uporczywie badawczym, błyszczącym wzrokiem — wiesz pan?
— Co? — Łużyn zatrzymał się i czekał obrażony i wyzywający. Przez kilka chwil trwało milczenie.
— A to, że jeżeli pan jeszcze raz... ośmielisz się wspomnieć bodaj jedno słówko... o mojej matce... to pana, na łeb strącę ze schodów.
— Co ty mówisz! — zawołał Razumichin.
— To tak! — Łużyn zbladł i zagryzł wargi. — Słuchajże pan — zaczął dobitnie, powstrzymując się wszelkiemi siłami, ale zapalając się jednak — już dawniej, przy pierwszym kroku domyśliłem się pańskiej nieżyczliwości, alem się umyślnie tu zatrzymał, ażeby się więcej trochę dowiedzieć. Wiele mógłbym przebaczyć choremu i krewniakowi, ale teraz... panu... nigdy...
— Ja nie jestem chory! — zawołał Raskolnikow.
— Tembardziej....
— Wynoś się pan do djabła!
Ale Łużyn już sam wychodził, nie kończąc rozmowy, przełażąc znowu pomiędzy stołem a krzesłem; Razumichin tym razem wstał, ażeby go przepuścić. Nie patrząc na nikogo i nawet nie kiwnąwszy głową Zosimowowi, który już od dawna mrugał nań, ażeby dał spokój choremu. Łużyn wyszedł, podniósłszy przez ostrożność wraz z ramieniem swój kapelusz, kiedy, schylając się, przechodził przez drzwi. Nawet w zgięciu pilec czuło się wyraźnie, że unosił z sobą straszną obrazę.
— Czy się godzi, czy się tak godziło? — mówił zgorszony Razumichin, kręcąc głową.
— Daj mi spokój, dajcie mi wszyscy spokój! — wściekle zawołał Raskolnikow. — Ach, czyż pozbędę się was, dręczyciele! Ja się was nie boję! Nikogo, nikogo, nie boję się teraz! Precz ode mnie! Chcę być sam! Sam chcę być; sam jeden, sam jeden!
— Chodźmy! — rzekł Zosimow, skinąwszy na Razu-michina.
— Zlituj się, czyż go można tak zostawić?
— Chodźmyż! — nalegająco powtórzył Zosimow i wyszedł. Razumichin pomyślał i pobiegł za nim.
— Mogło być gorzej, gdybyśmy go nie usłuchali — rzekł Zosimow, już na schodach. — Drażnić nie można...
— Cóż mu jest?
— Jedno jakie licho i dałby on nam... To silny chłop... Wiesz, on ma coś na wnętrzu! Coś co mu ciąży, gniecie... Ja się tego bardzo boję: doprawdy!
— No, ale ten jegomość, może to ten pan Piotr wła śnie!... Z rozmowy widać, że on ma się żenić z jego siostrą ii że Rodzio dostał właśnie list o tem przed samą chorobą...
— A tak; djablli go tu przynieśli teraz; może wszystko zepsuł. A czyś zauważył, że on obojętnym jest >na wszystko, nic go nie zajmuje, oprócz jednego punktu, który go wścieka poprostu: właśnie to morderstwo...
— Tak, tak! — zawołał Razumichin — i bardzo zauważyłem! Ono go zajmuje, przestrasza. To go tak w pierwszym dniu choroby przerażono w cyrkule, aż zemdilał.
— Opowiedz mi to wieczorem szczegółowo, a ja ci potem coś powiem. Interes-uje mnie on bardzo! Za pół godziny przyjdę się dowiedzieć... Zapalenia, zresztą, nie będzie.
— Dziękuję ci! A ja tymczasem przeczekam u Pasiuni i będę śledził przez Anastazję.
RaskoLnikow zostawszy sam niecierpliwie i ze zdenerwowaniem patrzył na Anastazję, ale ta zwłóczyła z odejściem.
— Herbatki pozwoli pan teraz? — spytała.
— Później! Spać mi się chce! Odejdź...
Konwulsyjnie odwrócił się do ściany; Anastazja wyszła.
ROZDZIAŁ VI.
Ale zaledwie tylko wyszła, on wrstał, zamknął drzwi na haczyk, rozwiązał przyniesiony przez Razumichina i znowu przezeń związany pakunek z ubraniem, i zaczął się ubierać. Rzecz dziwna: zdawało się, że nagle uspokoił się zupełnie: nie miał ani półszalonej maligny, jak dawniej, ani strachu panicznego, jak przez cały czas ostatni. Była to pierwsza chwila jakiegoś dziwnego, nagłego spokoju. Ruchy miał pewne i jasne, imalował się w nich stały zamiar. „Dziś jeszcze, dziś!...“ szeptał do siebie. Pojmował atoli, że jeszcze jest słaby, ale silniejsze duchowe naprężenie, które doszło aż do spokoju, do idei nieruchomej dodawało mu sił i pewności siebie; miał wrreszcie nadzieję, że nie upadnie na ulicy. Ubrawszy się we wszystko świeże, spojrzał na pieniądze, ¡leżące na stole, pomyślał i włożył je do kieszeni. Było tam dwadzieścia pęć rubli. Wziął także i wszystkie miedziane monety, resztę z dziesięciu rubli wrydanyoh przez Razumichina na ubranie. Następnie cicho zdjął haczyk, wyszedł z pokoju, zszedł ze schodów i zajrzał do otworzonej naoścież kuchni: Anastazja stała tyłem do niego i zgiąwszy się rozdmuchiwała samowar gospodyni. Nic nie słyszała. Bo i kto mógł przypuścić, że on wyjdzie? Za chwilę był już na ulicy.
Była godzina ósma; słońce zachodziło. Duszność panowała jak dawniej; ale z chciwością zaczerpnął w siebie ¡tego woniejącego, dymnego, zakażonego powietrza. Gło-iwa zaczęła mu się zlekka kręcić i jakaś dzika energja błysnęła nagle w jego rozognionych oczach i na jego wyschłej blado — żółtej twarzy. Nie wiedział i nie myślał o tem, gdzie iść; wiedział o jednem tylko: „że wszystko to trzeba skończyć dziś jeszcze, za jednym razem, natychmiast; że do domu inaczej nie wróci, bo on tak nie chce żyć. Jak zakończyć? Czem zakończyć? O tem nie miał nawet pojęcia i nie chciał nawret myśleć. Odpędzał myśl: myśl dręczyła go. Czuł tylko i wiedział, że trzeba, ażeby wszystko się zmieniło, tak albo owak „bodaj jak-j kolwiek“, powtarzał z rozpaczliwą, nieruchomą pewnością siebie i stanowczością.
Starym zwyczajem, skierował się wyprost na plac Sienny zwykłą drogą swych dawnych przechadzek. Nie dochodząc do placu, na bruku, przed sklepikiem wiktuałów stał młody śniady kataryniarz i kręcił jakiś arcyczuły romans. Akompanjował on stojącej przed nim na trotuarze dziewczynce, llat piętnastu, ubranej jak panienka, w krynolinie, w mantylce, w rękawiczkach i słomianym kapelusiku z ogniowej barwy piórem; wszystko to było stare i zniszczone. Ulicznym, piskliw’ym, ale dość miłym i silnym głoj sem wyśpiewywała ona romans, w oczekiwaniu na cztero-groszniak ze sklepiku. Raskolnikow przystanął z dwoma, czy trzema słuchaczami, posłuchał, wyjął pięć kopiejeM i położył na ręku dziewczynki. Ta nagle urwała śpiew na najczulszej i najwyższej nucie, jakby ucięła, ostro krzyknęła do kataryniarza: „dosyć“ i oboje powędrowali dalej, do następnego sklepiku.
— Czy pan lubi śpiew? — zwrócił siię nagle Raskolnikow do pewnego, już niemłodego przechodnia, stojącegc
»obok niego przy katarynce i mającego pozór gapia. Tei dziko spojrzał nań i zdziwił się. — Ja lubię, — ciągną Raskolnikow, ale takim tonem, jakby wcale nie mówił 0 śpiewie ulicznym — ja lubię, gdy śpiewają przy kata rynce w chłodny, ciemny i wilgotny dzień jesienny, koniecznie wilgotny, kiedy to wszyscy przechodnie mają blaf do zielone i słabowite twarze: albo jeszcze lepiej, gdi śnieg mokry pada, zupełnie prosto, bez wiatru, wie pan] a przez niego latarnie gazowe błyszczą...
— Nie wiem... Daruje pan... — odparł zagadnięty przerażony i pytaniem i dziwnym wyglądem Raskolniko* wa, i przeszedł na drugą stronę ulicy.
Raskolnikow poszedł prosto i przybył do tego rogu n: placu Siennym, gdzie prowadzili handel ów — mieszczanii 1 baba, którzy to wówczas rozmawiali z Elżbietką; ale i cl teraz nie było. Poznawszy miejsce, stanął, obejrzał sii i zwrócił się do młodego chłopca, w krasnej rubaszce, ziej wającego na progu sklepu z mąką.
— Wszak to tu mają kr arnik mieszczanin i baba, jego żona, co?
— Różni tu mają kramy — odparł chłopak, z góry mie-rząc Raslkotlnikowa.
— Jak oni się nazywają?
— Jak ich ochrzczono, tak się i nazywają.
— Czy i ty aby nie jesteś zarajski? Z której gubernji pochodzisz? — chłopak znowu spojrzał.na Raskolnikowa.
— U nas, wielmożny panie, nie ma gubernjii tylko po-wiat, ale jeździł mój brat, a jam w domu siedział, więc i nie wiem... Daruj mi, pan wielmożny, wspaniałomyślnie...
— Co tam na górze, garkuchnia?
— Restauracja, i bilard jest; i panienki się znajdą... owa!
Raskolnikow przeszedł przez plac. Tam na rogu stał tłum ludzi, samych chłopów. Wszedł w sam środek tego tłumu, zaglądając w oczy każdemu. Ale chłopi nie zwracali nań wcale uwagi i wrszyscy przekomarzali się tylko pomiędzy sobą, zbierając się w grupy. On postał, pomyślał, i poszedł na prawo po trotuarze, w kierunku prospektu W. Minąwszy plac, trafił w zaułek...
Dawniej też często przechodził tą króciutką uliczką, tworzącą łuk i wiodącą z placu na ulicę Sadową. Ostatnie-mi czasy coś go nawet ciągnęło w te strony, bo jak mówił, kiedy wstrętnie człowiekowi, „niech-że mu jeszcze wstrętnie j będzie“. Teraz zaś wszedł, nie myśląc o niczem Jest tam duży dom, cały zajęty przez piwiarnie i różne zakłady trunkowo — jadłodajne; z nich co chwila wybiegały kobiety, ubrane „po sąsiedzku“ — bez kapeluszy i w samych tylko sukniach. W dwóch, trzech miejscach gromadziły sę one na chodniku grupami, najwięcej przy schodkach do suteryn, gdzie po dwóch stopniach, można było zejść do różnych bardzo wesołych zakładzików. W jednym z tych ostatnich, w tej chwili, dawał się słyszeć hałas i gwar na całą ulicę, brzęczała gitara, śpewano peśni, i było tam bardzo wesoło.
Spora grupa kobiet tłoczyła się przy wejściu; jedne siedziały na stopniach, inne znowu stały i rozmawiały. Na ulicy, wlókł się, głośno wymyślając, żołnierz pijany z papierosem i zdawało się, że chce gdzieś wejść, ale jakby zapomniał gdzie. Jakiś oberwus wrymyślał jakiemuś ulicznkowi, a jakiś na śmierć pijany leżał w poprzek uli-
Zbrodnia i Kara. ^ ^ cy. Raskoilnikow stanął przy dużej grupie kobiet. Rozmawiały ochrypłemi głosami; wszystkie były w perkalowych sukniach, w trzewikach kozłowych i z gołemi głowami. Niektóre miały już z górą po lat czterdzieści, ale były także siedemnastoletnie; wszystkie prawie z podbitemi oczami.
Niewiadomo dlaczego, zajmował go śpiew i wr ogóle ten cały hałas, gwar i szum na dole... Słychać było stamtąd, j-ak wśród wybuchów śmiechu i wrzasków, przy akompan-jamencie piskliwego falsetu jakiejś arcyochoczej meilodji, ktoś zamaszyście tańczył, wybijając takt obcasami. On uważnie, ponuro ii w zamyśleniu słuchał, schyliwszy się ku wejściu i ciekawie zaglądając z trotuaru do sieni.
Z głębi dolatywał cienki głos śpiewaka. Raskołnikow pragnął bądź co bądź dowiedzieć >się co śpiewają; jakgdy-by mu właśnie tylko na tem zależało.
„Czy by nie zajść?“ — pomyślał. — „Śmieją się! Pijani. A gdyby tak upić się?“
— Może kawaler zajdzie? — spytała jedna z kobiet dość dźwięcznym i nie całkiem jeszcze zmęczonym głosem. Była młoda i nawet nie odstręczająca — jedyna z całej grupy.
— A jaka ładniutka! — odparł, podniósłszy się i spojrzawszy na nią.
Roześmiała stię; komplement bardzo jej przypadł do gustu.
— Pan sam także ładniutki — rzekła.
— Jaki chudy! — wtrąciła basem inna — czyś się pan ze szpitala wypisał?
— Niby to wszystko córki genralskie, a nosy same kurnose! — przerwał nagle jakiś chłop, zbliżając się w armjaku rozpiętym i z chytrze śmiiejącą sdę twarzą — Oj, jak tu wesoło!
— Idź no swoją drogą!
— Pójdę, cukiereczku!
I zbiegł na dół.
Raskolnikow ruszył dalej.
— Za pozwoleniiem pana! — zawołała dziewica.
— — Co takiego?
Zmieszała się.
— Z panem zawsze rada będę spędzić chwilkę cza su, a teraz doprawdy czegoś aż się wstydzę. Niech-no mi kawaler podaruje ze sześć ’kopiejek na wódkę.
Raskolnikow’ wyjął ile się wyjęło: trzy pięcio kopiej-kówki.
— — Ach, jaki dobry pan!
— Jak ty siię nazywasz?
— Duklidę pan spytaj.
— A jak to tak można — wtrąciła nagle jedna z grupy, kręcąc głową na Duklidę. — Już doprawdy nie wriem, jak to można prosić! Jabym chyba z samego wstydu pod ziemię się zapadła...
Raskolnikow ciekawie spojrzał na mówiącą. Była to piegowata dziewka, cała w sińcach, z przypuchmiętą wierzchnią wargą. Mówiła i rezonowała spokojnie i z powagą.
„Gdzliemto“, — pomyślał Raskolnikow, idąc dalej, — „gdziemto ja czytał, że jakiś skazany na śmierć, — na godzinę przed śmiercią, mówi czy też myśli, iż gdyby mu wypadło żyć gdzieś na wysokości, na skale ii na tak wąskim placyku, że siię tylko dwie nogi mogłyby na nim pomieścić — a dokoła będą przepaście, głębie oceanu, mrok Wieczny, wieczne osamotnienie i burza wieczna, i tak stać na tej łokciowej przestrzeni w ciągu całego życia, tysiące lat, wieczność, to lepiej tak żyć, aniżeli zaraz umierać! Byleby żyć, żyć i żyć! Wszystko jedno jak żyć, byle żyć!... Co to za prawda! Boże, jakaż to prawda. Podły człowiek!...
I podłym jest ten, kto go podłym nazywa“, — dodał po chwili.
Wyszedł na inną ullicę: „Ba! Pałac kryształowy!“ Niedawno Razumiichiiin wspomniał o „pałacu kryształowym!“ Ale, czegom to ja chciał? A, przeczytać!... Zosimow mó-wfił, że czytał w gazetach...
— Są gazety? — zapytał wchodząc do rozległej i schludnej restauracji o kilku izbach, dość zresztą pustych. Dwóch czy trzech gości piło herbatę, zaś w jednym z dalszych pokojów siedziała grupa z czterech mężczyzn, którzy pili szampana. Raskolnikowowi wydało się, że poznaje wśród nich Zamietowa. Zresztą, zdaleka trudno było poznać.
„Niech tam!“ — pomyślał.
— Mam służyć wódeczką? — zapytał garson.
— Herbaty! A przynieś mi też gazet: starych, tak z przed pięciu dni, dostaniesz na wódkę.
— Słucham. Oto i dzisiejsze. Czy i wódki pan każe?
Stare gazety i herbata zjawiły się, Raskolnikow usiadł i zaczął szukać: „Polityka, Wiadomości urzędowe. Polityka, Mędrkowanie, Urzędowe, Polityka... tam do licha, a otóż i wypadki’: spadnięcie ze schodów, śmierć z pijaństwa, pożar na Piaskach, pożar na Petersburskiej, Polityka, Polityka, Polityka... A, otóż jest“...
Znalazł nareszcie to, czego pragnął i zaczął czytać; Wiersze skakały mu w oczach, ale doczytał całą wiadomość i chciwie jął odszukiwać w następnych numerach późniejszych doniesień. Ręce mu drżały, gdy przewracał arkusze w lconwulsyjnej niecierpliwości. Nagle, ktoś siadł przy nim, przy jego stole. Spojrzał, Zamietow, ten sam Zamie-tow i tak samo wyglądający, z pierścieniami, łańcuszkami, z przedziałem w czarnych, kręcących się i wypomadowanych włosach, w wykwintnej kamizelce i w ’nieco wytartym surducie ii nieświeżej bieliźnie. Był wesół; a przynajmniej uśmiechał się bardzo wesoło i dobrodusznie. Jego blada twarz rozgrzała się nieco szampanem.
— Jakto? Pan tutaj? — zaczął ze zdziwieniem i takim tonem, jakby się znali od wieków — a mnie jeszcze wczoraj mówił Razumichin, że pan leżysz w gorączce. To dziwna! Byłem nawet u pana...
Raskolnikowr wiedział, że on się zbliży. Odłożył gazety i zwrócił się do Zamietowa. Na jego ustach był uśmiech, i jakieś nowe rozdrażnienie wyglądało z tego uśmiechu.
— Wiem, żeś pan był — odparł — słyszałem o tem. Szukałeś pan mojej skarpetki... A wiesz pan, że Razumichin szaleje za panem, mówi, żeś pan z nim chodził do niemki. I mrugałeś pan wtedy do porucznika Procha, a on pana nie rozumiał, pamiętasz pan? A przecie, co to trudnego było do zrozumienia, rzecz jasna... co?
— A jaki to krzykacz!
— Kto, Proch?
— Nie, pański przyjaciel, Razumichin...
— A dobrze.się panu żyje, panie Zamietow; do miej-steczek przyjemnych wchód bezpłatny! Kto to poił pana szampańskiem przed chwilą?
— A tośmy... wypilli... Zaraz poił?
— — Honorarjum! Ze wszystkiego korzystacie! — Raskolnikow roześmiał się. — Niezły sobie człowiek z pana, niezły! — dodał, klapnąwszy Zamietowa po plecach, nie mówię tego w złości, a tylko „z miłości, dla zabawy“, tak jak to ten wasz robotnik mówił, gdy walił Michała, w tej sprawie fanciarki.
— A pan skąd o tem wie?
— O ja może i więcej wiem od pana.
— Jakoś mi pan dziwny się wydaje... Widać pan jeszcze bardzo chory. Nlepotrzebnieś pan wyszedł.
— ’A! ja się panu dziwny wydaję?
— Tak. Co to, pan czyta, gazety?
— Gazety.
— Dużo piszą o pożarach.
— Nie, ja nie o pożarach. — Tu zagadkowo popatrzał na Zamietowa. — A przyznaj się piękny, młodzieńcze, że bardzo się panu chciało dowiedzieć o czem czytałem?
— Wcale nie pragnę; tak się spytałem. Nie wolno się zapytać? Co to pan ciągle...
— Posłuchaj pan, pan jesteś człowiek inteligentny, wykształcony, prawda?
— Wyszedłem z szóstej klasy gimnazjum — odparł Zamietow z pewną dumą.
— Z szóstej! Ach ty mój wróbelku! Z przedziałkiem, w pierścionkach — bogaty człowiek! Ach, co za rozkoszny chłopuś! — Tu Raskolnikow wybuchnął nerwowym śmiechem prosto w twarz Zamietowowi. Ten odskoczył, i nie-tyle się obraził, ile zdziwił niepomiernie.
A to dziwadło! — powtórzył Zamietow bardzo poważnie. — Mnie się widzi, że pan jesteś jeszcze w malignie.
— W malignie? Kłamiesz, wróbelku!... Dziwadło ze mnie? No. a czy ja też pana zaciekawiam? Co? Zaciekawiam?
— Baidzo.
— Więc powiedzieć o czem czytałem, czegom szukał? Patrz pan, wielem to numerów kazał przynieść! Podejrzane, co?
— — No, powiedz pan.
— Uszy zabolą!
— Z czego?
— Potem powiem z czego, a teraz, mój najmilszy objawiam panu... nie, lepiej: „przyznaję się“... Nie, jeszcze nie tak: „zeznaję, a pan przyjmuj zeznanie“ — o tak! Zeznaję tedy, żem czytał, żem się iwteiesował, szukał... przeszuikiwał — Raskolnikow zmrużył oczy i wyczekał — i dlategom tu przyszedł — o zabójstwie starej fanciarki, — wymówił nareszcie, prawie szeptem, przysunąwszy nader swoją twarz do twarzy Zamietowa. Zamietow patrzył mu prosto w oczy, ani drgnąwszy, i nie odsuwając swojej twarzy od jego twarzy. Najdzie wniejsze zdało slię potem Zamietowowi, że akurat przez całą minutę trwało ich milczenie i akurat przez całą minutę patrzyli tak sobie nawzajem oko w oko.
— * No i cóż stąd, żeś pan to czytał? — zawołał nagle z niecierpliwością i zdziwieniem. — A mnie co do tego? Cóż stąd?
— To ta sama fanoiarka — ciągnął Raskolnikow tym samym szeptem i nie ruszając się pomimo wykrzyknięcia Zamietowa — ta sama, o której pamiętasz pan, jak zaczęli opowiadać w cyrkule, a ja zemdlałem. Co, rozumiesz pan teraz?
— Ale co? Co... czy rozumiesz? — wymówił Zamietow prawie ze strachem.
Nieruchoma i poważna twarz Raskolnikowa zmieniła się w jednej chwili, i nagle wybuchnął znowu tym samym nerwowym śmiechem, jak poprzednio, jakgdyby sam nie miał sił wstrzymać się. I w jednej chwili przypomniał mu się z nadzwyczajną wyrazistością pewien moment, kiedy to stał pode drzwiami, z toporem, haczyk skakał, onii za drzwiami wymyślali i debatowali, a jemu nagle zachciało się krzyknąć do nich, zwymyślać ich, pokazać im język, podrażnić ich i śmiać się, śmiać się, śmiać się.
— Alb oś pan warjat, albo... — wymówił Zamietow — i zatrzymał się, jakgdyby nagle uderzony myślą, która znienacka przyszła mu do głowy.
— Albo? Co „albo?“ No, co? No, powiiedz-że pan!
— Nic? — z dreszczem odparł Zamietow — głupstwo!
Obaj zamilkli. Po nagłym, konwulsyjnym wybuchu śmiechu, Raskolnikow stał się znowu zamyślony i smutny. Oparł się o stół i podparł ręką głowę.
Zdawało się, że zapomniał zupełnie o Zamietowie. Milczenie trwało dość długo.
— Dlaczego pan nie pijesz herbaty? — Ostygnie, rzekł Zamietow.
— Co? Herbata... a dobrze... — Raskolnikow popił ze szklanki, włożył do ust kawałek chleba i nagle, spojrzawszy na Zamietowa, zdawało mu się, że wszystko sobie przypomniał ii jakby się, wstrząsł: znowu twarz jegu przybrała dawny drwiący wyraz. Pił dalej herbatę.
— Dziś dużo takich łotrostw się zdarza — rzekł Za-imietow. — Niedawno czytałem w „Moskiewskich Wie-domostliach“, że wMoskwiie złapano całą szajkę fałszerzy pieniędzy. Stanowili oni stowarzyszenie. Podrabiali banknoty.
— O, to już dawno! Czytałem ito jeszcze przed miesiącem — odparł spokojnie Raskolnikow. — Więc to łotry, zdaniem pana! — dodał, uśmiechając siię.
— * Naturalnie, że łotry.
— To? To dzieci, smarkacze, a nie łotry! Aż pół setki ludzii zbiera się w tym celu! Czyż to podobieństwo? Tu i trzech za wiele, i wówczas trzeba żeby jeden drugiemu ufał więcej,.niż samemu sobie! Dość niech siię jeden tyllko wygada i wszystko w niwecz pójdziie! Smarkacze! Najmują ludzii niepewnych do wymiany banknotów w kantorach: taki interes powierzać pierwszemu lepieniu! Ale dajmy na to, że się udało smarkaczom, — tajmy na to, że każdy nawymiieniał papierów za mil jon, /*o a potem? Przez całe życie? Przez całe życie jeden od drugiego zależy! Ach, lepiej się powiesić! A oni nawet wymienić nie potrafili: zaczął zmieniać w kantorze, otrzy-imai pięć tysięcy ii ręce zadrżały. Cztery przeliczył, a piąty przyjął nie licząc, na wiarę, żeby tylko w kieszeń i w nogi jaknajprędzej. No i wzbudził podejrzenie. I pękło wszystko przez jednego durnia! Czyż to możliwe?
— * Że ręce zadrżały? — podchwycił Zamietow — nie, to bardzo możliwe! Nie, zupełnie jestem przekonany, że to możliwe. Można nieraz nie wytrzymać.
— Tego niby?
— — A pan to niiiby wytrzymasz? Nie, jabym nie wytrzymał! Za sto rubli nagrody iść na taką okropność! Iść z banknotem fałszywym — i dokąd? — do kantoru weksli, gdzie zęby na tem zjedli — nie, jabym się zmieszał. A pan się nie zmjieszasz?
Raskolnilkowi znowu strasznie zachciało się „pokazać język“. Dreszcze co chwila przebiegały po plecach.
— Jabym niie tak zrobiił — zawołał zdaleka. — Jabym. tak zaczął zmieniać, że przeliczyłbym pierwszy tysiąc, tak ze cztery razy ze wszystkich końców, wpatrując się w każdy papierek, i wziąłbym się za drugi tysiąc; zacząłbym go liczyć, doliczyłbym do środka, potem wyjąłbym jaki pięćdziesięciorublowy banknot i do światła, obróciłbym go i znowu do światła — czy nie fałszywy? „Boję się, mówiłbym, moja kuzynka niedawno w ten sam sposób straciła dwadzieścia pięć rubli“, i opowiedziałbym całą historję. A jakbym zaczął trzeci tysiąc liczyć — nie, pozwól pan: zdaje się, że w tamtym drugim tysiącu źle przeliczyłem siódmą setkę, mam wątpliwość, rzucam więc trzeci, chwytam znowu drugi — i tak wszystkie pięć. A jakbym skończył, z piątego i z drugiego wyjąłbym po banknocie i znowu do światła i znowu z wahaniem, „zmień pan, bądź pan łaskaw“, — do siódemgo potu doprowadziłbym wekslarza, tak, że nie wiedziałby jak się mnie pozbyć! Skończyłbym wszystko, nareszcie, poszedłbym, drzwi bym otworzył — a, nie, przepraszam, znowu bym się wrócił spytać się o co, zażądać jakiego objaśnienia — oto, tak-bym zrobił!
— Ach, jakie też pan straszne rzeczy mówi! — rzekł, śmiejąc się, Zamietow — tylko, że to wszystko dobre w rozmowie, ale gdyby przyszło co do czego, tobyś się pan tnapewno potknął. Tu, podług mnie, nie tylko ja z panem, ale najbardziej wytrawny człowiek nie mógłby ręczyć za siebie. Ale poco sięgać daleko, oto przykład: w naszym cyrkule zamordowano fanciarkę. Wszak już zdaje się, straszna bestja! pośród białego dnia na wszystko zaryzykował, cud go tylko ocalił — a jednak ręce mu drgnęły; okraść nie potrafił, nie wytrzymał; ze sprawy widać...
Raskolnikow jakby się obraził.
— Widać! A to złapcież go teraz, aha! — zawołał drwiąco, drażniąc Zamietowa.
— I cóż, złapią.
— Kto? Wy? Wy złapiecie? Nalatacie się! Wszak u was najważniejsza kwest ja, czy człowiek traci pieniądze czy nie? Pieniędzy nie było, a tu nagle zaczyna hulać — a więc to on! Takie oto dziecko zmyli was z tropu, jeżeli zechce..
— — Właśnie, że tak oni wszyscy robią — odparł Zamietow — zabije zręcznie, życie naraża, a potem zaraz do szynku, i wpadnie. Właśnie na hulance ich się łapie.
Nie wszyscyż tacy przebiegli, jak pan. Pan byś naturalnie nie poszedł do szynku?
Raskolnikow zmarszczył brwi i bacznie spojrzał na Zamietowa.
— A toś pan, widzę, rozsmakował i chciałbyś się dowiedzieć, jakbym ja postąpił w tym wypadku? — zapytał z niechęcią.
— Chciałbym — poważnie i ser jo odparł zagadnięty. Jakoś już za poważnie zaczął mówić i patrzeć.
— Bardzo?
— Bardzo. — Dobrze. Otóż tak bym postąpił — zaczął Raskolnikow, znowu nagle przybliżając swoją twarz do twarzy Zamietowa, znowu patrząc mu oko w oko i znowu mówiąc szeptem, tak że tamten aż drgnął tym razem. — Oto tak bym zrobił: wziąłbym pieniądze ii rzeczy i zaraz, jakbym tylko stamtąd wyszedł, udałbym się, nie wstępując nigdzie, wjakie głuche miejsce, gdzie same tylko płoty i gdzie niema prawie nikogo — gdzie jaki ogród, lub coś w tym rodzaju. Upatrzyłbym sobie jeszcze przedtem na owym placu jaki kamień, tak z pud Hub półtora puda wagi, gdzie w kącie, pod płotem, leżący może od postawienia domu; uniósłbym ten kamień, pod nim zrobiłoby się zagłębienie — w to właśnie zagłębienie złożyłbym rzeczy i pieniądze. Złożyłbym, i przywaliłbym kamieniem tak, jak leżał poprzednio, przydeptałbym nogą i poszedłbym sobie. Przez rokbym nie brał, dwa lata, trzy lata — no, i szukajcie! Był, ale drapnął!
— Szalony pan jesteś — mówił niewiadomo dlaczego Zamietow także szeptem prawie i usuwając się nagle od Raskolnikowa. Temu zabłysły nagle oczy, zbladł strasznie; górna warga skrzywiła się i zaczęła drgać. Przechylił się do Zamietowa jak mógł najbliżej i zaczął ruszać ustami, nie mówiąc ani słowa; tak trwało przez pół minuty; wiedział co robił, ale nie mógł się powstrzymać. Straszne słowo, jak ów haczyk we drzwiach, Skakało mu na ustach; chwilka, a zerwie się, już już tylko go spuścić, tylko wymówić!
— A co, jeślim to ja zabił starą fanciarkę i Ełżbiet-kę? — wymówił nagle i — oprzytomniał.
Zamietow dziko spojrzał nań i zbladł, jak płótno. Twarz wykrzywiła mu się uśmiechem.
— Czy to możliwe? — wymówił zcicha.
Raskolnikow gniewnie zmierzył go wzrokiem.
— Przyznaj się pan, żeś pan uwierzył? Co? Wszak ’tak?
— Wcale nie! Teraz bardziej, niż kiedykolwiek nie wierzę! — skwapliwie wyrzekł Zamietow.
— Złapał się, nareszcie! Złapano ptaszynkę. A więc wierzyłeś pan dawniej, skoro teraz,,niie wierzysz pan bardziej, niż kiedykolwiek?“
— Ależ bynajmniej! — oponował Zamietow, widocznie zmieszany. — Więc to pan dlatego mnie tak straszył, żeby mnie zmusić do (przyznania?
— Więc pan nie Wierzysz? A o czem to mówiliście wtedy kiedym wychodził z cyrkułu? A dlaczego mnie porucznik Proch badał po zemdleniu. — Ej, garson, zawołał, wstając — ile się należy?
— Razem trzydzieści kopiejek — odparł ten, przybiegając.
— Masz tu jeszcze dwadzieścia kopiejek na wódkę. Widzisz pan, ¡iile pieniędzy — wyciągnął do Zamietowa swoją drżącą rękę z banknotami — czerwone, niebieskie, ¡dwadzieścia pięć rubli. Skąd? A skąd sę wzięło nowe lUbranie? Wszak pan wiesz, że nie było ani kopiejki! Gospodynię, pewnieście, już badali, co?... No, ale dosyć! Assez cause! Do widzenia... do miłego!...
Wyszedł cały drżący wskutek jakiegoś dzikiego uczucia histerji, w którem zarazem tkwiła część niewypowie-idziialnej rozkoszy, zresztą ponury, strasznie znużony. Twarz miał wykrzywioną, jakby po jakim napadzie chorobliwym. Zmęczenie szybko w nim wzrastało. Siły przychodziły teraz nagle, odradzały się, przy pierwszem podrażnieniu, i równie szybko znikały, w miarę jak słabło owe podrażnienie.
A Zamietow, zostawszy sam, długo jeszcze siedział na tem samem miejscu, w zamyśleniu, Raskolnikow znienacka ipokiełbasił mu wszystkie myśli, na pewnym punkoie i ostatecznie zniweczył jego zdanie.
„Porucznik — bałwan!“ zdecydował nareszcie.
Zaledwie Raskolnikow otworzył drzwi od ulicy, gdy »nagle na ganku zetknął się z wchodzącym Razumichinem. Obaj o krok jeszcze nie spostrzegli siebie wzajemnie, nie widzieli jeden drugiego, tak, że się nieomal uderzyli gło wami o siebie, przez jakiś czas mierzyli się wzrokiem. /Razumichin ¡był w najwyższem zdumieniu, lecz nagle gniew, prawdziwy gniew groźnie błysnął w jego oczach.
— A więc to tutaj jesteś! — zawołał na całe gardło — Z łóżka uciekłeś! A jam go tam szukał, aż pod sofą! Na strych chodziliśmy przecie! Nastfki o małom nie zbił za ciebie... A on tutaj! Rodziu! Co to ma znaczyć? Mów całą prawdę! Przyznawaj siię! Słyszysz?
— A to znaczy, żeście mi wszyscy śmiertelnie dokuczyli i chcę być sam — odparł spokojnie Raskolnikow.
— Sam? Kiedy jeszcze chodzić nie możesz, kiedy jeszcze fizys masz bladą, jak płótno, i ledwo oddychasz, durniu jeden? Cóżeśto robił w „Pałacu Kryształowym?“ Przyznawaj się zaraz!
— Puść mnie! — rzekł Raskolnikow i chciał odjeść.
To wyprowadziło Razumichina z cierpliwości i silnie schwycił go za ramię.
— Puść? Ty śmiesz mówić, „puść“? A czy wiesz, co ja z tobą zaraz zrobię? Wezmę cię za bary, zwiążę i odniosę pod pachą do domu i pod klucz!
— Słuchaj, Razumichin — zaczął powoli i napozór całkiem spokojnie Raskolnikow — czyliż nie widzisz, że ja nie pragnę wcale twoich przysług? Co za dziwactwo być dobroczyńcą dla tych, co... plują na to? Dla tych, wreszcie, którzy bezwarunkowo znosić tego nie mogą? Pocoś mnie odszukał w początkach mojej choroby? A może śmierć byłaby mi bardzo na rękę? I czyż nie dosyć nagadałem ci dzisiaj, że mnie dręczysz, żeś mi... zbrzydł! Dziwna chęć — męczyć ludzi! Zapewniam chę, że to wszystko poważnie przeszkadza mojemu wyzdrowieniu, bo nieustannie rozdrażnia mnie. Wszak Zosimow wyszedł wtedy, żeby mnie nie drażnić! Odczep się więc i ty, na litość Boską! Jakie masz wreszcie prawo zatrzymywać mnie gwałtem? Czem, czem, naucz mnie, czem cię mam ubłagać, nareszcie, ażebyś dał mi spokój i uwolnił mnie od swoich dobrodziejstw? Niech ja sobie będę niewdzięczny, niech będę podły, ale odczepcie się, na Boga, odczepcie się wszyscy ode mnie: Odczepcie się! odczepcie!
Zaczął był spokojnie, zawczasu ciesząc się z jadu, który miał wysączyć z siebie, a skończył zniecierpliwiony 1 tracąc oddech, jak wtedy z Łużynem.
Razumichin powstał, pomyślał i wypuścił jego rękę.
— Ruszaj więc do djabła! — rzekł zcicha i prawie w zamyśleniu. — Stój! — ryknął nagle, gdy Raskolnikow ruszył z miejsca — posłuchaj mnie. Oświadczam ci, żeście wszyscy co do jednego — frazesowicze, fanfarony! Byle słabostka — nosicie się z nią, jak kura z jajkiem! Nawet tu rabujecie obcych autorów. Ani śladu w was życia samodzielnego! Z pianki jesteście ulepieni, a zamiast krwi macie serwatkę! Żadnemu z was nie wierzę. Na pierwszym planie macie — ażeby tylko nie być podobnym do człowieka! Stó-ój — krzyknął z podwójną wściekłością, widząc, że Raskolnikow znowu zabiera się do odejścia — słuchaj do końca! Wiesz, że dziś u mnie zbierają się na przesiedliny, może już są w tej chwili, alem zostawił tam wujka — bo byłem tam przed chwilą — żeby przyjmował gości. Otóż gdybyś nie był durniem, ostatnim z durniów, skończonym durniem, nie przekładam z obcego... uważasz, Rodziu, przyznaję, żeś chłopczyk rozumny, aleś dureń! — otóż, gdybyś nie był durniem, tobyś oto lepiej przyszedł do mnie spędzić wieczorek, zamiast po próżnicy drzeć buty. Wyszedłeś, to już trudna rada! Jabym tam o fotelik miękki postarał się dla siebie, jest u gospodarzy... Herbatka, kompan ja... Albo wiesz — ułożę cię na kozetce — zawsze poleżysz sobie między nami... I Zosimow będzie. — No cóż, przyjdziesz?
— Nie.
— Łż-żesz — niecierpliwie krzyknął Razumichin — kiedy ty sam nie wiesz! Ty nie możesz za siebie odpowiadać!... Nie masz sensu za grosz... Ja po tysiąc razy w ten sam sposób plułem na ¡ludzi i znowu lgnąłem do nich... wstyd będzie — bo ty ¡także wrócisz do człowieka! Pamiętaj, że dom Poczynkowa, drugie piętro... —
— — Widzę z tego, panie Razumichin, że pan się nawet bić pozwolisz, aby tylko wyjeżdżać ze swemi przysługami.
— Kto? Ja? Za samą chęć nos’urwę! Dom Poczynkowa, Nr. 47, w mieszkaniu urzędnika Babuszkina...
— — Nie przyjdę, Razumichin! — Raskolnikow odwrócił się i odszedł.
— O zakład, że przyjdziesz! — krzyknął mu w ślad Razumichin. — Inaczej... inaczej znać cię nie chcę! Czekaj, hej! Czy jest tam Zamietow?
— Jest.
— Widziałeś go?
— Widziałem.
— I rozmawiałeś?
— Rozmawiałem.
— O czem? Ale pal cię licho, możesz nie mówić. Po-czynkowa 47, Babuszkina, pamiętaj!
Raskolnikow doszedł do Sadowej i skręcił za węgieł. Razumichin śledził go w zamyśleniu. Nareszcie, machnął ręką, wszedł do domu, ale stanął w połowie schodów.
— „Niech licho porwie!“ — ciągnął prawie na głos „mówi do rzeczy, a jednak jakgdyby... Osioł ze mnie! Czyż warjaci mówią do rzeczy? A zdaje mi się, że Zosi-mow tego się właśnie lęka!“ Uderzył palcem w czoło. — „No, a jeżeli tak... jakże go puszczać samego? Jeszcze się utopi... Ech, palnąłem głupstwo! Źle jest:“ i pobiegł na dół, pogonił za Raskolnikowem, ale już ani śladu. Splunął i szybkim krokiem wrócił do „Pałacu Kryształowego“, ażeby coprędzej wybadać Zamietowa.
Raskolnikow udał się prosto na most...ski, stanął na środku, przy barjerze, oparł się o nią łokciami i jął patrzeć w dal.
Pożegnawszy się z R.azumichinem, osłabł on do tego stopnia, że ledwie tu doszedł. Chciał usiąść gdzie, lub się położyć na ulicy. Zgiąwszy się nad wodą, machinalnie spoglądał na ostatni różowy odcień zachodu, na szereg domów, rysujących się w coraz większym mroku, na jakieś odległe okienko, gdzieś w facjatce, na lewem wybrzeżu, błyszczące, jak w ogniu, pod wpływem ostatnich promieni słońca, które spadły na niego i na ciemniejącą wodę. Nareszcie zakręciły mu się w oczach jakieś czerwone koła, domy nikły, przechodnie, wybrzeża, ekwi-paże — wszystko to zakręciło się, zahasało dokoła. Nagle zadrżał, może znowu wyratowany z omdlenia przez jakąś dziką i wstrętną marę. Poczuł, że ktoś stanął tuż przy nim, z prawej strony; spojrzał — i zobaczył kobietę, wysoką, w chustce na głowie, z żółtą, podługowatą, spitą twarzą i z czerwonemi zapadniętemi oczyma. 1 ona nań patrzyła, ale snać nic nie widziała, nie rozróżniała nikogo. Nagle oparła siię prawą ręką o barjerę, podniosła prawą nogę i założyła ją za sztachety, następnie lewą, i rzuciła się w kanał. Brudna woda plusnęła, pochłonęła na chwilę ofiarę, ale po chwili topielica wyjrzała z pod fali, która ją cicho uniosła z prądem, głową i nogami w wodzie, plecami na wierzchu, z wzniesioną i wydętą jak balon spódnicą.
— Utonęła! Utonęła! — wołały dziesiątki głosów; ludzie się zbiegli, oba wybrzeża zapełniły się tłumem widzów, na moście, dokoła Raskolnikowa tłoczył się naród, napierając i przyciskając go z tyłu.
— Ludzie! A toż to nasza Fruzia! — dał się słyszeć nieopodal płaczliwy głos kobiety. — Ludzie, ratujcie! Dobrodzieje, wyciągnijcie ją!
— Łódki! Łódki! — krzyczano w tłumie.
Ale łódki już nie było potrzeba: policjant zbiegi po stopniach do kanału, zrzucił z siebie szynel, buty, i wszedł do wody. Pracy miał niewiele: prąd niósł topielicę o dwa kroki od zejścia, schwycił ją więc prawą ręką za spódnicę, lewą zaś zdążył pochwycić drąg, który wyciągnął doń kolega i po chwili topielica znalazła się na granitowych płytach schodów. Ocknęła się wkrótce, podniosła się, usiadła, zaczęła kichać i pryskać nosem, bezmyślnie ocierając mokrą odzież rękoma. Nic nie mówiiła.
— Djabelsko się spiła, ojcowie, djabelsko — wył ten sam głos żeński, już obok Fruzi — a toć niedawno powiesić się chciała, ze sznuraśmy ją zdjęli. Poszłam tylko co do sklepiku, a przy niej dziewczynkę zostawiłam — a tu i grzech! Mieszczanka, ojcowie, nasza mieszczanka, tuż zaraz mieszka, drugi dom od rogu, o tam...
Gawiedź zaczęła się rozchodzić, policjanci krzątali się jeszcze około topielicy, ktoś bąknął o cyrkule... Raskolnikow spoglądał na wszystko z dziwnem uczuciem zobojętnienia i niedbałości. Wstręt go ogarnął.
— „Nie, brzydko... woda... nie warto“ — szeptał do siebie. — „Nic z tego“ — dodał — „niema co czekać. Co to, cyrkuł... A dlaczego Zamietow nie jest w cyrkule? Cyrkuł do dziesiątej otwarty...“ Odwrócił się tyłem do bar jery i rozejrzał się dokoła.
„No i cóż! Njiech i tak będzie!“ wymówił stanowczo, opuścił most i udał się w stronę cyrkułu. Serce miał puste i głuche. Myśleć nie chciał. Nawet smutek minął, ani ¡śladu poprzedniej energji, kiedy to wyszedł z domu „ażeby wszystko zakończyć!“ Zupełna apatja zastąpiła jej miejsce.
„Cóż, i to punkt wyjścia!“.myślał, zwolna i leniwie idąc nad brzegiem kanału. — „Bądź co bądź, skończę, bo chcę... Czy to jednak ¡punkt wyjścia? A wszystko jedno! ¡Będzie łokieć przestrzeni — he! jakiż to jednak koniec! Czyżby koniec? Powiem im, czy nie powiem? E... do licha! lAle żem siię li zmachał, ach, żeby gdzie położyć się lub usiąść jak najprędzej! Największy wstyd, że wszystko tak głupie! Lecz pluję i na to. Pfu, jakie głupstwa przychodzą do głowy...“
Do cyrkułu trzeba było iść wdiąż prosto i przy drugim rogu skręcić na lewo: stąd był już o dwa kroki. Ale doszedłszy do pierwszego zakrętu, Raskolnikow stanął, pomyślał, zawrócił w uliczkę i poszedł naokoło, przez dwie ulice — może bez żadnego celu, a może dlatego, ażeby choć z minutkę jeszcze przetrzymać ¡i wygrać na czasie. Szedł i patrzył w ziemię. Nagle, jakby mu ktoś szepnął coś do ucha. Podniósł głowę i spostrzegł, że stoi przy owym domu, tuż przy bramie. Od owego wieczoru nie był tutaj i nie przechodził tędy.
Niezwalczona >i niewyjaśniona chęć pociągała go. Wszedł do domu, minął całą sień, potem wszedł w pierwsze drzwi na prawo i zaczął podnosić się po znanych nam schodach, na trzecie piętro. Na wąskich i spadzistych schodach było bardzo ciemno. Zatrzymywał się na każdym placyku i rozglądał się ciekawie. Na placyku pierwszego piętra w oknie rama była całkiem wystawiona: „Tego wówczas nie było“ pomyślał: Otóż i mieszkanie, gdzie pracowali Mikołajek i Michał. „Zamknięte, i drzwi odmalowane świeżo; znaczy się, do wynajęcia“. Otóż i drugie... i trzedie piętro... „Tu!“ Ogarnęło go zdziwienie; drzwi tego mieszkartia były otwarte naoścież, wewnątrz byli ludzie, słychać było głosy; wcale się tego nie spodziewał. Zawahawszy się nieco, przebył ostatnie schody i wszedł do mieszkania.
Odświeżano je także; byli w niem robotnicy; to go jakby uderzyło. Wyobrażał sobie, niewiadomo dlaczego, że zastanie wszystko tak, jak zostawił wówczas, a może nawet trupy na tych samych miejscach na polłodze. A teraz: gołe ściany, żadnych mebli; dziwnie jakoś! Podszedł do okna i siadł na parapecie.
Wszystkiego było dwóch robotników, obaj młode chłopaki, jeden starszy, a drugi daleko młodszy. Oklejali ścia-
— 176 — ny nowemi tapetami, białemi w liljowe kwiatki, zamiast dawniejszych żółtych, podartych i poniszczonych. Nie podobało się to jakoś strasznie Raskolnikowowi; spoglądał nieprzyjaźnie na te nowe obicia, jakby mu żal było, że dawne zmieniono.
Robotnicy snać spóźnili się, i teraz na prędce zawijali rolki i zabierali się do domu. Zjawienie się Raskolniko-wa prawiie wcale nie zwróciło ich uwagi. Rozmawiali o czemś. Raskolnikow skrzyżował ręce i jął się przysłuchiwać.
— Przychodzi ona do mnie, tak raniuśko — mówi starszy do młodszego — raniusieczko, wystrojona, co się zwie.,,I co ty — mówię, tak się mizdrzysz do mnie, tak oczekujesz?“ — Ja chcę — powiada, — do pana Tytusa odtąd wcałości należeć“. — Tak to! A jak wystrojona! Źurnal, poprostu, żurnal!
— A co to takiego żurnal? — spytał młody. Widocznie uczył się od starszego.
— A żurnal, to uważasz bratku, takie obrazki, malowanki, co to przychodzą do tutejszych krawców pocztą co sobota z zagranicy, i pokazują, jak się kto ma ubierać, czy to mężczyźni, czy kobiety. Taki rysunek niby o! Dla mężczyzn to tam jeszcze nic, ale dla kobiet, to przychodzą takie ci,,suflery“, że proszę siadać!
— Czego bo w tym Pitrze niema! — z zachwytem wyrzekł młody — krom ojca — matki wszystko jest!
— Krom tego, bratku, wszystko się znajdzie — potwierdził mentor.
Raskolnikow wstał i poszedł do drugiej izby, gzdie dawniej stała szafka, komoda i łóżko; izba wydała mu się niezmiernie mała bez mebli. Obicie było jeszcze to samo; w kącie na obiciu wyraźnie odznaczały się ślady po kapliczce. Popatrzał i wrócił do okna. Starszy robotnik przyglądał się z ukosa.
— Czego to panu? — zapytał nagle, zwracając się doń.
Zamiast odpowiedzi, Raskolnikow wstał, wyszedł na korytarz, ujął za dzwonek i szarpnął. Ten sam dzwonek, ten sam dźwięk blaszany! Szarpnął drugi raz, trzeci; wsłuchiwał się i przypomniał. Dawne, męczące, straszne, okropne uczucie zaczynało mu się coraz jaśniej i żywiej przypominać, drżał przy każdem uderzeniu, i zaczynało mu się robić coraz przyjemniej i milej.
— Ale czego tam? Ktoś ty taki? — zawołał robotnik, wychodząc do niego. Raskolnikow znowu wszedł do mieszkania.
— Mieszkanie chcę wynająć — rzekł — oglądam.
— Mieszkania po nocy się nie ogląda; a zresztą trzeba było panu przyjść ze stróżem.
— Podłoga wymyta; będą malować? — ciągnął Raskolnikow. — Krwi nie ma?
— Jakiej krwi?
— A toć tu lichwiarkę zabito z siostrą. Tu była cała kałuża.
— Ale coś ty za jeden? — zawołał niespokojnie robotnik. -Ja?
— Aha.
— Chcesz wiedzieć?... Chodź do cyrkułu, tam powiem.
Robotnicy w zdumieniu spojrzeli nań.
— Czas już wychodzić, spóźniliśmy się. Chodźmy, Aleksy. Trzeba zamknąć — rzekł starszy robotnik.
— No to chodźmy! — odparł Raskolnikow obojętnie, i wyszedłszy pierwszy, zwolna spuszczając się ze schodów. — Stróżu! — zawołał, wchodząc do bramy.
Kilku ludzi stało przy samem wejściu od ulicy, gapiąc się na przechodniów; obaj stróże, baba, mieszczanin w chałacie i jeszcze ktoś. Raskolnikow poszedł prosto ku nim.
— Co tam? — odzewał się jeden ze stróży.
— Chodziłeś do cyrkułu?
— Byłem co tylko, abo co?
— — Tam siedzą?
— Siedzą.
— I pomocnik jest?
— Był chwilkę. A co panu po tem?
Raskolnikow nie odpowiedział, stanął obok niego w zamyśleniu.
— Mieszkanie chodził oglądać — rzekł, zbliżając się stary robotnik.
— Jakie mieszkanie?
— A tam, gdzie my robimy. „Pocoście — mówi — krew zmyli? Tu — powiada — zabójstwo się stało, a ja przyszedłem nająć“. I za dzwonek szarpał, omało nie
Zbrodnia i kara 12 urwał. A chodźmy — powiada — do cyrkułu, tam wszystko powiem. Przyczepił się.
Stróż ze zdziwieniem i pochmurnie przyglądał się Ras-kolnikowowi.
— Coś pan za jeden? — krzyknął groźnie.
— Jestem Rodjon Raskolnikow, były student, mieszkam w domu Szyła, tu w zaułku, stąd niedaleko, mieszkania Nr ii. Zapytaj u stróża... zna mnie. — Raskolnikow wymówił to jakoś w zamyślenliu i leniwie, nie odwracając się i uważnie wpatrując się w ściemniającą się ulicę.
— A pocoś pan przychodził do mieszkania?
— Obejrzeć.
— Co tam oglądać?
— Wziąć go i zaprowadzić do cyrkułu! — wtrącił nagle mieszczanin i zamlilkł.
Raskolnikow przez ramię skierował nań oczy, spojrzał uważnie i rzekł równie powoli i leniwie.
— Chodźmy!
— Zaprowadzić! — powtórzył mieszczanin, nabrawszy otuchy. — Co go tamto tak obchodzi? On ma coś na myśli?
— Pijany, nie pijany, Bóg go raczy wiedzieć — ozwał się robotnik.
— Czegóż pan chcesz? — krzyknął znowu stróż, zaczynający się gniewać na ser jo — ty czegoś się przyczepił?
— Zląkłeś się, do cyrkułu? — drwiąco odparł Raskolnikow,
— Co się mam bać? Czegoś się przyczepił?
— Łobuz! — krzyknęła baba.
— Co z nim długo gadać — zawołał drugi stróż, ogromne chłopisko, w rozpiętym armiaku i z kluczami za pasem. — Wynoś się!... Bo i prawda — łobuz!... Wynoś się!
I porwawszy za kark Raskolnikowa, wyrzucił go na ulicę. Ten potknął się, ale nie upadł, wyprostował się, milcząc popatrzał na wszystkich widzów i poszedł dalej.
— Dziwny człowiek — wymówiił robotnik.
— Dziwny się dzisiaj naród zrobił — rzekła baba.
— A warto byłoby jednak do cyrkułu — dodał mieszczanin.
— — Niema co się paskudzić — odparł duży stróż. —
Widać, że łobuz! Sam na to lezie, wiadomo, a wdasz się z nimi, oho, przepadło... Wiemy my!
„Więc iść, czy nie iść“ — myślał Raskolnikow; stanąwszy na środku ulicy i rozglądając się dokoła, jakby oczekując skądciś na ostatnie słowa. Ale nic się znikąd nie odezwało, wszystko było głuche i martwe, dla niego samego... Wtem, daleko, o jakie dwadzieścia kroków, przy końcu ulicy, w zgęszczającym się imroku rozróżnił tłum ludzi, gwar, krzyki... Wśród tłumu stał jakiś ekwipaż... Zabłysnął tuż ponad brukiem płomyk. „Co to takiego?“ Raskolnikow skręcił na prawo i skierował się w tłum. Chwytał się jakby wszystkiego, i chłodno uśmiechnął się, pomyślawszy o tem, bo już napewno postanowił być w cyrkule i wiedział, że zaraz wszystko się skończy.
Na środku ulicy stał powóz, wykwintny, pański, zaprzężony w parę dzielnych siwoszów, w powozie nie było nikogo, a stangret, zlazłszy z kozła, stał opodal; konie trzymano za uzdy. Dookoła tłoczyło się mnóstwo ludzi, a na czele wszystkich policjanci. Jeden z nich trzymał w ręku zapaloną latarkę, którą, schylając się, oświetlał coś na bruku, przy samych kołach. Wszyscy mówili, krzyczeli, dowodzili; stangret zdawał się być zdziwiony i powtarzał niekiedy:
— Nieszczęście! Boże, jakie nieszczęście!
Raskolnikow przecisnął się, jak mógł, i ujrzał nareszcie, przedmiot wszystkich tych zabiegów i ciekawości, Na ziemi leżał tylko co stratowany przez konie człowiek, bez zmysłów, widocznie bardzo nędznie odziany, ale w ubraniu „szlacheckim“, cały we krwi. Z twarzy, z głowy sączyła się krew; twarz miał rozbitą, rozdartą, zmiażdżoną. Widać było, że rozjechano go nie na żarty.
— Ludzie! — narzekał stangret — jak się ustrzec! Gdybym choć pędził, albo nie krzyczał na niego, aleć jechałem powoli, równo. Wszyscy widzieli. Ale co z pijanym! Wiadomo. Widzę go, przechodzi przez ulicę, zatacza się, o mało nie upadnie — krzyknąłem raz, drugi trzeci, i przytrzymałem konie; a on prośdiutko im pod nogi, tak i upadł! Naumyślnie, czy co, a może już był i bardzo nietrzeźwy... Konie młode, lękliwe — szarpnęły, on krzyknął — one jeszcze więcej... ot i nieszczęście.
— Tak, tak było! — dał się słyszeć w ciżbie głos jakiegoś świadka.
— Wołał na niego, to prawda, trzy razy wołał — ozwał Siię inny głos.
— Akurat trzy razy, wszyscy słyszeli — zawołał trzeci.
Zresztą, stangret niebardzo był strwożony i zmartwiony. Widać było, że ekwipaż należał do bogatego i znacznego pana, oczekującego gdzieś na jego przybycie i policjanci naturalnie starali się, ażeby jakoś załagodzić tę ostatnią okoliczność. Stratowanego wypadało zabrać do cyrkułu i do szpitala. Nikt nie wiedział jego nazwiska.
Tymczasem Raskolnikow przecisnął się i nachylił się jeszcze bliżej. Nagłe latarka jasno oświetliła twarz ofiary: poznał go.
— Ja go znam, znam! — zawołał, przedostając się całkiem naprzód — to urzędnik dymisjonowany, radca honorowy, Marmeladow! On tu mieszka, niedaleko, w domu Kozela... Po doktora prędzej! Zapłacę, o! — Wyciągnął z kieszeni pieniądze i pokazał je policjantowi. Był niepomiernie wzruszony.
Policjanci byli kontenci, że się dowiedzieli, kim był przejechany. Raskolnikow podał im swój adres, i wszelkie-mi siłami, jakby mu szło o rodzonego ojca, namawiał, ażeby jak najspieszniej przeniesiono omdlałego Marmelado-wa do jego mieszkania.
— O tu, o trzy domy stąd — mówił — dom Kozela, niemca bogatego... Widać teraz, pijany, wlókł się do domu. Ja go znam... Pijak... Ma rodzinę, żonę, dzieci, i córkę dorosłą. Zanim się go do szpitala odwiezie, może się i doktór znajdzie! Ja zapłacę!... Zawszeć swoi go dojrzą, pomogą zaraz, a tak może umrzeć, zanim się doczeka szpitala...
Zdążył nawet nieznacznie wsunąć w łapę; sprawa, wszakże była jasna i prawna; w każdym razie pomoc była już prędsza. Stratowanego podniesiono i podźwignięto: znaleźli się pomocnicy. Dom Kozela był o trzydzieści kroków. Raskolnikow szedł z tyłu, ostrożnie podtrzymywał głowę i pokazywał drogę.
— Tutaj! Tutaj! Na schody trzeba wnosić głową do góry; zawracajcie, o tak! Ja zapłacę, podziękuję — mówił.
Pani Katarzyna, skoro tylko miała czas wolny, zara2 zaczynała chodzić tam i z powrotem po swej małej izdebce, od okna do pieca i napowrót, skrzyżowawszy ręce na piersiach, mówiąc sama do siebie i kaszląc. Ostatniemi czasy zaczynała coraz częściej 1 dłużej rozmawiać ze swoją starszą córeczkę, dziesięcioletnią Polcią, która lubo jeszcze wielu rzeczy nie rozumiała, ale za to wiedziała doskonale, że jest matce potrzebna i dlatego też śledziła zaw. sze za nią swe roi dużemi rozumnemi oczkami i starała się wszełkiemi siłami pokazać, że wszystko rozumie. Tym razem Połcia rozbierała braciszka, który przez cały dzień niedomagał, chcąc ułożyć go do snu. W oczekiwaniu, zanim mu nie zmienią koszulki, którą trzeba było wyprać jeszcze tej nocy, malec siedzliał na krześle, milcząc z poważną minką, prosto i nieruchomo, z wyciągniętemi naprzód nóżkami, ściśniętemi szczelnie ze sobą. Słuchał, o czem rozmawiały mama z siostrzyczką, wydąwszy usteczka, wytrzeszczywszy oczki i nie ruszając się, właśnie tak, jak powinny siedzieć wszystkie grzeczne dzieci, kiedy je rozbierają na noc do łóżeczka. Jeszcze mniejsza od niego dziewczynka, w łachmanach, stała przy parawanie i czekała na swoją kolej. Drzwi na schody były otwarte, ażeby choć trochę zapobiec napływowi dymu tytoniowego, wpadającego kłębami z innych pokojów i zmuszającego co chwila do coraz częstszego i coraz bardziej męczącego kaszlu biedną suchotnicę. Pani Katarzyna jakgdyby jeszcze bardziej schudła w ciągu tego tygodnia, a czerwone plamy na jej policzkach gorzały jeszcze jaskrawiej, niż poprzednio.
— Nie uwierzysz, nie umiesz ’sobie wyobrazić, Połciu — mówiła, chodząc po pokoju — do jakiego stopnia wesoło i pysznie spędzaliśmy czas w domu u papusia i jak ten pijak mnie zgubił i was wszystkich zgubi! Papuś był radcą stanu, pułkownikiem ii już prawie gubernatorem; byłby nim napewno, już mu bardzo niewiele brakowało, wszyscy doń jeździli i mówili: „My już pana radcę wszyscy uważamy za swego gubernatora“. Kiedym... ¡kche! kiedym... kche, kche, kche... a przeklęte życie! — zawołała, spluwając i chwytając się za piersi — kiedym... ach, kiedy na ostatnim balu... u marszałka... ujrzała mnie księżna Bezziemielna, która mi później dawała błogosławieństwo, kiedym wychodziła za mąż za twego papusia, Połciu, — to się zaraz spytała: „Czy to nie ta sama miła panienka, co to tańczyła z szalem na popisie?“... (Dziurę trzeba zaszyć; o wzięłabyś igłę i zarazbyś scero-wała, jakem cię uczyła, bo jutro... kche! jutro... kche, — kche — kche! jeszcze więcej rozedrze! — krzyknęła z wysiłkiem)... — Wtedy to przybył z Petersburga tylko co kamerjunkier książę Szczegolskij... przetańczył ze mną mazura i zaraz na drugi dzień chciał przyjechać z oświad czynami; ale ja sama podziękowałam w pochlebnych słowach i rzekłam, iż serce moje należy już dawno do innego. Ten inny, to był twój ojciec, Połciu; papuś strasznie się gniewał... A czy woda gotowa? No, dawaj koszulkę; a ¡pończoszki?... Lida, zwróciła się do maleńkiej córeczki, prześpij już tę noc bez koszulki; jakkolwiek... a pończoszki zdejm także... to już razem się wypierze... Co ten gał-gan nie idzie, pijak! Z koszuli ścierkę zrobił, całą podarł... Trzeba zebrać wszystkie razem, żeby hię przez dwie noce z rzędu nie męczyć! Boże! Kche-kche-kche-kche! Znowu Co to? — zawołała, spojrzawszy na tłum w sieni i na ludzi, przeciskających się z jakimś diężarem do jej pokoju. — Co to? Co oni niosą? Boże!
— Gdzież tu położyć — pytał policjant, rozglądając się ’dokoła, gdy już wniesiono do izby pokrwawionego i nieprzytomnego Marmeladowa.
— Na kanapę! Kładźcie prosto na kanapę, o tu głową — pokazywał Raskołnikow.
— Przejechali! Pijanego! — krzyknął ktoś z sieni.
Pani Katarzyna stała blada ledwie dysząc. Dzieci się poprzestraszały. Mała Lidzia ¡krzyknęła, przypadła do Połci, objęła ją i cała się zatrzęsła.
Ułożywszy Marmeladowa, Raskołnikow przypadł do jego żony.
— Na Boga, uspokój się pani, niech się pani nie lęka! — mówił prędko — przechodził przez ulicę, powóz najechał nań, nie trwóż się pani, on przyjdzie do siebie, kazałem tutaj go zanieść... ja tu kiedyś byłem, pani pamięta... On wróci do przytomności; ja zapłacę!
— Ot do czego doszło! — z wściekłością zawołała suchotnica i lzuciła się do męża.
Raskołnikow rychło zauważył, że ta kobieta nie należy do rzędu tych, któree o byle co mdleją. W jednej chwili pod głową nieszczęśliwego znalazła się poduszka, o której nikt dotąd nie pomyślał; pani Katarzyna zaczęła go rozbierać, krzątała się, nie racąc głowy, zapomniawszy o samej sobie, zagryzłszy wargi i tłumiąc krzyki, gotowe wyrwać się z jej piersi.
Raskolniw tymczasem namówił kogoś, ażeby poszedł po.doktora. Doktór, jak się okazało, mieszkał w sąsiednim domu.
— Posłałem po doktora — mówił do Katarzyny — nie kłopocz się pani, ja zapłacę. Czy niema wody?... i daj pani serwetkę, ręcznik, coś byle piędzej, jeszcze niewiadomo, jak jest ranny... Bo on ranny tylko, a nie zabity, wierząj mi pani... Co też powie doktór!
Pani Katarzyna przypadła do okna; tam, na wytłoczo-nem krześle, w kącie, stała duża gliniana miednica z wodą, przygotowaną do wyprania bielizny dziecinnej i mężowskiej tej właśnie nocy. To nocne pranie było dokonywane przez panią Katarzynę własnoręcznie, przynajmniej dwa razy na tydzień, a niekiedy i częściej, doszli bowiem do tego stanu, że bielizny na zmianę prawie już wcale nie mieli, i każdy członek rodziny posiadał tylko po jednej sztuce, a pani Katarzyna nie mogła znosić brudu i wolała raczej męczyć się nad siły po nocach, gdy wszyscy spali, ażeby wydążyć do rana z przesuszeniem mokrej bielizny na wyciągniętym sznurze i podać czystą, aniżeli widzieć brud w domu. Porwała miednicę, chąc ją zanieść według żądania Raskolnikowa, ale o mało nie upadła z ciężarem. Ten jednak zdołał już znaleźć ręcznik, zmoczył go w wodzie i jął obmywać zalaną krwią twarz Marmeladowa. Żona stała obok, z bólem oddychając i trzymając się rękami za piersi. Sama potrzebowała pomocy. Raskolni-kow zaczynał pojmować, że może źle zrobił, kazawszy przynieść tu ofiarę. Strażnik stał także w niepewności.
— Połciu! — krzyknęła matka — leć do Zosi, prędzej. Jeżeli jej nie zastaniesz w domu, to nic, powiedz, że ojca konie stratowały i żeby zaraz tu przychodziła... jak wrró-ci. Prędzej, Połciu! Masz, okryj się chustką!
— Biegnij co maś sil! — zawołał nagle chłopczyk z krzesła i powiedziawszy to, pogrążył się znowu w poprzednie milczące siedzenie na krześle, wytrzeszczywszy oczki i wysunąwszy ściśnięte ze sobą nóżki.
Tymczasem izba napełniła się tak, że jabłkoby się nie zmieściło. Policjanci wyszli, oprócz jednego, który został na chwilę i usiłował wypędzić widzów, zgromadzonych ze schodów, napowrót na schody. Natomiast, z zewnętrznych pokojów sypnęli się niemal wszyscy lokatorzy pani Lippewechsel, i z początku tłoczyli się tylko we drzwiach, ale potem hurmem wdarli się do izby. To do-prowazdiło panią Katarzynę do wściekłości.
— Żebyście choć umrzeć dali spokojnie! — wrzasnęła do tłumu — czy tu teatr, czy co? Z papierosami! Kche kche-kche! Może w czapkach wejdziecie!... Jest jeden w czapce... Won! Choć dla trupa miejcie szacunek!
Kaszel zadusił ją, ale ¡krzyk zrohił swoje. Obawiano się trochę pani Katarzyny; lokatorowiie, jeden za drugim, przecisnęli się z powrotem do drzwi z tem szczególnem we-wnętrznem uczuciem zadowolenia, które daje się zawsze dostrzegać, nawet u najbliższych krewnych, przy nagłem nieszczęściu bliźniego, uczuciem, od którego nie jest wolny żaden człowiek, bez wyjątku, pomimo nawet najszczerszego popędu do litości i współczucia.
Za drzwiami dały się zresztą słyszeć głosy o szpitalu i że tu nie miejsce na to, aby zbytecznie niepokoić ludzi.
— Nie miejsce umierać? — krzyknęła pani Katarzyna i już chciała otworzyć drzwi, ażeby wybuchnąć na nich całym gromem, ale zetknęła się we drzwiach z samą panią Lippewechsel, która tylko co dowiedziała się o nieszczęściu i biegła zarządzić po swojemu. Była to arcyniemiła i rubaszna niemka.
— Ach, Boże! — klasnęła w ręce — pani mąż pijan koń zdeptał. Do szpital jego! Ja gospodyni!
— Co? Dobrze! Niechże sobie pani zapamięta, co pani mówi — zaczęła żona ofiary (z gospodynią rozmawiała ona zawsze podniesionym głosem, ażeby tamta pamiętała, z kim ma do czynienia, i nawet teraz nie mogła odmówić sobie tej przyjemności) — niech pani pamięta...
— Ja wam mówił, raz na potem, co by mi pani nie mówił ten ton...
— Co mi tam do tego, ja nie należę do rzędu takich lizusów, jak pan Lebieziatnikow, który śmieje się teraz za drzwiami (za drzwiam istotnie dał się słyszeć śmiech i krzyk: „starły się!“), to i będę używać tonu, jak mi się podoba. Sama pani widzisz, co się stało z Szymonem; on umiera. Proszę więc panią natychmiast zamknąć te drzwi i nie wpuszczać tu nikogo. Dajcie choć umrzeć spokojnie! Inaczej, upewniam panią, postępek pani będzie jutro zaraz wiadomy samemu generał-gubernatorowi. Książę znał mnie jeszcze, jak byłam panną i doskonale pamięta Szymona, któremu nieraz świadczył różne przysługi. Wszyscy wiedzą, że Szymon miał wielu przyjaciół i protektorów, których sam porzucił, powodowany szlachetną dumą, czując swą nieszczęsną słabość, ale teraz (wskazała na Ra-skołnikówa) doznajemy pomocy ze strony pewnego wspa niałomyślnego młodzieńca, który ma środki po temu i sto-.sunki, a którego Szymon znał jeszcze będąc dzieckiem, i wierzaj mi pani...
Wszystko to było wymówione nadzwyczaj szybko, i im dalej, tem prędzej, ale kaszel przerwał elokwencję pani ¿Katarzyny. W tej chwili, umierający odzyskał przytomność i jęknął; żona pobiegła ku niemu. Chory otworzył oczy i jeszcze nie poznając i nie rozumiejąc, jął przyglądać się patrzącemu nań Raskolnikowowi. Oddychał ciężko, głęboko i rzadko; z kątów ust sączyła się kiew i pot wystąpił na czoło.. Katarzyna spoglądała nań smutnym, ale surowym wrzrokiem, a z oczu jej płynęły łzy.
— Boże! Całe piersi ma stratowane! A krwi, krwi ile! — wymówła w rozpaczy. — Trzeba zdjąć z niego całe ubranie! Odwróć się trochę, Szymonie, jeżeli możesz — zawołała do chrego.
Marmeladow poznał ją.
— Księdza! — wyszeptał ochrypłym głosem.
Katarzyna odeszła do okna, przycisnęła czoło do ramy okiennej i westchnęła w rozpaczy.
— O przeklęte życie!
— Księdza! — wymówił konający po chwili milczenia.
— Poszli-u-i! — krzyknęła nań żona; on posłuchał i zamilkł. Nieśmiałym smutnym wzrokiem szukał jej: ona znowu wróciła doń i stanęła przy wezgłowiu. Trochę się uspokoił, ale nie na długo. Wkrótce oczy jego zatrzymały się na małej Lidzie (jego faworytce), drżącej w kącie, jak w febrze, i patrzącej nań swym zdziwionym, dziecinnie przejmującym wzrokiem.
— A... a... — wskazywał na nią z niepokojem. Chciał coś powiedzieć!
— Co ci tam znowu? — krzyknęła Katarzyna.
— Bosa! Ona bosa! — szeptał, błędnemi oczyma pokazując na bose nóżki dziewczynki.
— Milcz! — z rozdrażnieniem krzyknęła Katarzyna — sam wiesz, dlaczego ona bosa!
— Dzięki Bogu, doktór! — zawołał ucieszony Raskol-nikow.
Wszedł doktór, skrupulanty staruszek, niemiec, rozglądający się z niedowierzaniem; zbliżył się do chorego, wziął za puls, uważnie obejrzał głowę i przy pomocy Katarzyny odpiął całą zbroczoną we krwi koszulę i obnażył piersi chorego. Całe piersi były poszarpane, zmięte, zmiażdżone; kilka żeber z prawej strony złamanych. Z lewej, na samem sercu, była złowroga, duża, żółto-czarna plama, straszny cios kopyta. Doktór zachmurzył czoło. Policjant opowiedział mu, że chorego porwało koło powozu i ciągnęło kręcąc nim, z jakie trzydzieści kroków po ¡bruku.
— Dziwne, że przyszedł do przytomności — szepnął po-oichu doktór do Raskolnikowa.
— Cóż pan na to? — zapytał ten ostatni.
— Zaraz umrze.
— Miałożby nie być żadnej nadziei?
— Najmniejszej! Ostatnie chwile... Przytem głowa zraniona jest bardzo niebezpiecznie... Hm. Możnaby wprawdzie krew puścić... ale... to będzie bez skutku. Za pięć lub dziesięć minut umrze niezawodnie.
— To już niech pan lepiej puści krew.
— Ha, dobrze... Ale uprzedzam pana, że to zupełnie zbyteczne.
W tej chwili dały się słyszeć nowe kroki, tłum w sieni rozsunął się, na progu ukazał się ksiądz z olejami święte-mi, siwy staruszek. Chodził po niego policjant, jeszcze z ulicy. Doktór ustąpił mu zaraz miejsca i zamienił z nim znacziące spojrzenie. Raskołnikow uprosił lekarza, ażeby się zatrzymał choć chwilkę. Ten wzruszył ramionami i został.
Wszyscy odstąpili. Spowiedź trwała niedługo. Wątpliwe, czy konający co rozumiał; wymawiać zaś mógł tylko urywane, niejasne dźwięki. Katarzyna wzięła Lidzię, zdjęła z krzesła chłopca, i odszedłszy w kąt do pieca, uklęknęła, a dzieciom kazała klęknąć przed sobą. Dziewczynka tylko drżała; chłopczyk zaś, klęcząc na gołych kolankach, skwapliwie podnosił rączkę, żegnał się pełnym krzyżem i kłaniał się do ziemi, uderzając czołem, co widocznie sprawiało mu ’szczególne zadowolenie. Pani Katarzyna zagryzała wargi i powstrzymywała łzy; i ona także się modliła, od czasu do czasu poprawiając koszulkę na dziecku, i zdążywszy narzucić na zbyt obnażone ramiona dziewczynki chusteczkę, którą wyjęła z komody, nie wstając i modląc się. Tymczasem drzwi od wewnętrznych pokojów zaczęli znowu otwierać ciekawi. W sieni zaś coraz więcej przybywało widzów; byli to lokatorzy ze wszyst kich schodów, którzy nie przestępowali zresztą progu izby. Jeden tylko ogarek oświetlał całą scenę.
W tej chwili z sieni, przez tłum, szybko przedarła się Połcia, która chodziła po siostrę. Weszła, ledwie dysząc z prędkiego biegu, zdjęła z siebie chustkę, odszukała oczami matkę, podeszła do niej i rzekła: „idzie! spotkałam ją na ulicy!“ Matka kazała jej uklęknąć przy sobie. Przez tłum powoli i nieśmiało przecisnęła się dziewczyna, i dziwnem było jej nagłe pojawienie się w tej izbie, pośród łachmanów, śmierci i rozpaczy. Ona była także w łachmanach; ubiór miała na sobie groszowy, ale ozdobiony po ulicznemu, jak kazał gust i prawidła, urobione w jej światku, w celu olśnienia i hańby. Zosia stanęła w sieni, na samym progu, ale nie przechodziła za próg i patrzyła jakby pomieszana, nie pojmując, zda się, niczego, zapomniawszy i o swej kupionej z czwartych rąk, jedwabnej, nieprzyzwoitej tutaj, jasnej sukni z olbrzymim i śmiesznym ogonem, i o ogromnej krynolinie, zagradzającej całe drzwi i o jasnych trzewikach, i o parasolce, zbytecznej w nocy, ale którą wzięła ze sobą, i o śmiesznym słomianym okrągłym kapelusiku z jaskrawem ognistej barwy piórem. Z pod tego łobuzersko włożonego na bakier kapelusza, wyglądała blada i przerażona twarzyczka, z otwartemi ustami i nieruchomemi ze zgrozy oczyma. Zosia była niskiego wzrostu, lat osiemnastu, szczuplutka, ale dość przystojna blondynka, z niezwykle pięknemi niebieskiemu oczyma. Uważnie patrzała ona na pościel, na księdza: i ona ledwie oddychała z prędkiego chodu. Nareszcie szmer jakiś i słowa w tłumie widocznie doleciały do niej. Zlękła się, przestąpiła o krok za próg i stanęła w izbie, ale znowu przy samych drzwiach.
Spowiedź i komun ja skończyły się. Pani Katarzyna znowu podeszła do łoża śmierci. Ksiądz odstąpił i, odchodząc, zwrócił się ze słowami pociechy do żony konającego.
— A gdzie ja to podzieję? — oschle i z rozdrażnieniem przerwała ’suchotnica, wskazując na dzieci.
— Bóg jest miłosierny; ufaj w łaskę Najwyższego — zaczął kisądz.
— E-ech! Miłosierny, ale nie dla nas.
— To grzech, grzech, moja pani — zauważył ksiądz, kręcąc głową.
— A to nie grzech? — zawołała kobieta, wskazując na konającego.
— Może ci, którzy stali się mimowolną przyczyną, zechcą wynagrodzić pani<ą, choćby na punkcie straty dochodów...
— Nie rozumiesz mnie pan! — niecierpliwie zawołała pani Katarzyna, machnąwszy ręką. — Bo i za co tu wynagradzać? Wszak on sam pijany podlazł pod konie! Jakich dochodów, on nietylko nie miał dochodów, ale męczył nas. Wszak ten pijanica wszystko przepijał! Nas okradał i do szynku nosił, ich i moje życie zwichnął w szynku! I dzięki Bogu, że umiera! Mniej zachodów!
— Należałoby przebaczyć w ostatniej godzinie, bo to grzech, wielki grzech, moja pani, takie uczucia...
Katarzyna krzątała się przy chorym, podawała mu pić. obcierała pot i krew z głowy, poprawiała poduszki i rozmawiała z księdzem, czasami tylko, w trakcie roboty zwracając się doń. Ale nagle wpadła nań prawie z wściekłością.
— Ech księżulku! Frazesy, same frazesy! Przebaczyć! 0 przyszedłby dziś pijany, gdyby go nie rozjechano, koszula na nim jedna, cała znoszona, w łachmanach, runąłby chrapać, a jabym do świtu pluskała się w wodzie, prałabym szmaty jego i dzieci, a potem wysuszyłabym je za oknem, a skoro świt, wzięłabym — się do cerowania, taka to moja noc!... Więc, co tu mówić o przebaczeniu! I tak już przebaczyłam!
Głęboki, straszny kaszel przerwał jej słowa. Plunęła w chustkę i pokazała ją księdzy, z bólem przytrzymując drugą ręką piersi. Chustka była cała we krwi...
Ksiądz spuścił głowę i nic nie odrzekł.
Marmeladow był w ostatniej agonji; nie spuszczał on oczu z twarzy żony, ktróa znowu pochyliła się nad nim. Ciągle chciał coś mówić; zaczął już nawet, z wysiłkiem mieląc językiem i niewyraźnie szpcząc jakieś wyrazy, ale żona, zrozumiawszy, że chce ją prosić o przebaczenie, krzyknęła nań rozkazująco:
— Milcz! Nie trzeba!... Wiem, co chcesz powiedzieć!... 1 chory zamilkł, ale w tejże chwili jego błędny wzrok spoczął na drzwiach, i zobaczył Zosię.
Do tej chwili nie spostrzegł jej: stała w kącie i w cie-niu.
— — Kto to? Kto to? — wymówił nagle ochrypłym urywanym głosem, pełen przerażenia, z trwogą wskazując na drzwi, gdzie stała córka i usiłując podnieść się.
— Leż! Leż! — krzyknęła Katarzyna.
Ale on z nadludzkim wysiłkiem zdołał wesprzeć się na łokciu. Dziko i nieruchomie wpatrywał się przez jakiś czas w córkę, jakby jej nie poznawał. Bo też nigdy jeszcze nie widział jej w takim kostjumie. Nagle poznał ją, poniżoną, wzgardzoną, wystrojoną i zawstydzoną, bo-jaźliwie oczekującą swojej kolei, dla pożegnania się z kona j^cym ojcem. Okropna boleść wyryła się na jego twarzy.
— Zosiu! Córko! Przebacz! — krzyknął i chciał wyciągnąć ku niej rękę, ale, straciwszy równowagę, obsunął się i runął z kanapy, prosto twarzą na ziemię; rzucono się, aby go podnieść, położono go, ale już konał. Zosia słabo krzyknęła, podbiegła, objęła go i tak zamarła w tem objęciu. Skonał w jej rękach.
— Skończyło się! — zawołała suchotnica, spostrzegłszy trupa męża — no, cóż teraz będzie! Za co go pochowam! A czem ich jutro nakarmię?
Raskolnikow zibliżył się do pani Katarzyny.
— * Proszę pani — zaczął — w zeszłym tygodniu nieboszczyk mąż pani opowiedział mi całe swoje życie i wszystkie towarzyszące mu okoliczności... Wierzaj pani, że o pani mówił z nieskończonem uwielbieniem. Od owego wieczoru, gdym się dowiedział, jak on do was wszystkich był przywiązany i jak osobliwie panią szanował i kochał, pomimo swej nieszczęsnej słabości, od owego wieczoru staliśmy się przyjaciółmi... Pozwól mi więc pani teraz... pomóc... do oddania długu memu zmarłemu przyjacielowi. Oto jest... dwadzieścia rubli... zdaje się — jeżeli to może być dila pani pomocą, to... ja jednem słowem, ja przyjdę — bezwarunkowo przyjdę... może jeszcze jutro przyjdę... Do widzenia!
I szybko wyszedł z pokoju, co żywo przeciskając się przez tłum na schody; ale w tłumie nagle zetknął się z komisarzem cyrkułu, który, dowiedziawszy się o wypadku, postanowił zarządzić osobiście. 0’d czasu sceny w biurze nie widzieli się oni, ale naczelnik odrazu go poznał.
— A to pan? — zapytał.
— Umarł — odparł Raskolnikow. — Był doktór, był ksiądz, wszystko w porządku. Niech pan będzie względny dla biednej kobiety, ona już i tak ma suchoty. Dodaj jej pan otuchy, jeżeli pan czemkolwiek zdołasz... Wszak pan jesteś dobry człowiek, ja wiem... — dod^ł z ¿śmiechem, patrząc mu prosto w oczy
— Ale jakeś się pan krwią powalał — zauważył naczelnik, spostrzegłszy przy blasku latarni kilka świeżych plam na kamizelce Raskolnikowa.
— Tak, powalałem się... cały jestem we krwi! — wymówił jakimś szczególnym głosem Raskolnikow, poczem uśmiechnął się, kiwnął głową i zszedł ze schodów.
Schodził wolno, nie spiesząc się, cały w gorączce, chociaż nie czuł tego, przepełniony jednem, nowem, niepo-jętem uczuciem, zupełnego i potężnego życia. To uczucie mogło być podobne do uczucia skazanego na śmierć, któremu nagle i znienacka dają przebaczenie. W połowie schodów dogonił go wracający do domu ksiądz; Raskolnikow przepuścił go naprzód, zamieniwszy, z nim milczący ukłon. Ale już na ostatnich stopniach schodów usłyszał nagle za sobą szybkie kroki. Ktoś go doganiał. Była to Połcia; biegła za nim i wołała: „Proszę pana! proszę pana!“
Obejrzał się. Ona zbiegła z ostatniego piętra i stanęła przed nim o jeden stopień wyżej. Słabe światełko dochodziło ze dworu. Raskolnikow dostrzegł chudziutką, ale miłą twarzyczkę dziewczynki, która śmiała się doń i patrzyła nań wesoło, po dziecinnemu. Przybiegła z poleceniem, które widocznie jej samej bardzo się podobało.
— Proszę pana, jak się pan nazywa?... a jeszcze: gdzie pan mieszka? — zapytała z pośpiechem, urywanym głosikiem.
On położył jej obie ręce na ramiona i z jakiemś szczęściem wpatrywał się w nią! Było mu tak przyjemnie patrzeć na nią, sam nie wiedział dlaczego.
— A kto cię przysłał?
— A mnie przysłała siostra Zosia — odparła dziewczynka, uśmiechając się jeszcze weselej.
— Wiedziałem o tem.
— — Mnie i mama przysłała. Kiedy Zosia zaczęła mnie posyłać, wtedy i mama się zbliżyła i powiedziała: „Biegnij prędko, Połciu!“
— Czy kochasz siostrę Zosię?
— Ja ją kocham najwięcej ze wszystkich — z jakąś niezwykłą stanowczością wymówiła Połcia, a uśmiech jej spoważniał nagle.
— A mnie będziesz kochała?
Zamiast odpowiedzi, spostrzegł zbliżającą się doń twarzyczkę dziewczynki i pulchniutkie usteczka, naiwnie wyciągnięte do pocałunku. Nagle, jej cieniutkie, jak zapałki, ręce objęły go silnie, mocno, główka przytuliła się do jego ramienia, i dziewczynka zapłakała po cichu, przyciskając się buzią do niego coraz silniej i silniej.
— Tatusia żal mi! — wyszeptała po chwili, podnosząc swą zapłakaną buzię i ocierając rękoma łzy — już to ciągle takie nieszczęścia spadają na nas — dodała znienacka z tą osobliwą powagą, jaką zwykły przybierać dzieci, gdy pragną mówić, jak dorośli.
— A tatuś kochał was?
— Lidzię kochał najbardziej z nas wszystkich — odparła bardzo poważnie i ¡bez uśmiechu, już zupełnie tak, jak mówią dorośli — dlatego ją kochał, że ona malutka i jeszcze dlatego, że chora, i zawsze przynosił jej gościńce, a nas uczył czytać, mnie gramatyki i religji — dodała z dumą — a mama nic nie mówiła, tylkośmy sami wiedzieli, że ona to lubi, i tatuś wiedział, a mama chce mnie uczyć po francusku, bo już czas, abym się zaczęła kształcić.
— A czy umiesz się modlić?
— A jakże, umiem! Już oddawna; ja już, jako duża, to się sama modlę, a Kola i Lidzia mówią pacierz z mamą głośno; najprzód „Bogarodzicę“, potem jeszcze jedną modlitwę: „Boże, przebacz i pobłogosław siostrzyczce Zosi“, a potem jeszcze: „Boże, przebacz i błogosław naszemu drugiemu tatusiowi“, bo nasz starszy tatuś już umarł, a ten to był drugi, a my i za tamtego się także modlimy.
— Połciu, ja mam na imię Rod jon: pomódl się tedy i za mnie, za nieszczęśliwego Rodjona — nic więcej.
— Przez całe moje życie będę się za pana modliła — z zapałem rzekła dziewczynka i nagle znowu się roześmiała, przypadła doń i znowu uścisnęła go silnie.
Raskolnikow powiedział jej swoje nazwisko, dał adres i przyrzekł stanowczo odwiedzić ich nazajutrz. Dziewczynka odeszła zachwycona nim ogromnie. Była już dziesiąta, gdy wyszedł na ulicę. W pięć minut potem, stał na moście, akurat na tem samem miejscu, z którego rzuciła się owa kobieta.
„Dość!“ — wymówił stanowczo i uroczyście — „precz złudzenie, precz fałszywe strachy, precz mary!... Jest życie! Czyliż nie żyłem przed chwilą? Nie umarło jeszcze imoje żyoie wraz ze zgonem starej fanciarki! Wieczny jej odpoczynek i — dość, mateczko, czas się uspookić! Kró-ilestwo rozsądku i światła teraz! i... i woli, i siły... i zobaczymy teraz! Zmierzymy się teraz!“ — dodał gwałtownie, jakby zwracając się do jakiejś ciemnej siły i wyzywając ją. „A jednak decydowałem się już żyć na łokciowej przestrzeni!“
„Jestem ¡bardzo słaby w tej chwili, ale... zdaje się, cała choroba minęła. Wiedziałem, że przejdzie, gdym wyszedł poprzednio. Dobrze więc: dom Ponczykowa, to dwa kro-’ki. Muszę być u Razumichina, choćby i nie dwa kroki... niech sobie wygra zakład!... Niech i on się ucieszy —.niech tam, nic nie szkodzi!... Siły, siły potrzeba: bez sił nic się nie zrobi; a siłę należy zdobywać także siłą, tego właśnie oni nie wiedzą“ — dodał z dumą i zarozumiałością, i odszedł, ledwie powłócząc nogami, z mostu. Duma i zarozumiałość wzrastały w nim z każdą chwilą; za minutę nie był już tym samym człowiekiem, co w poprzedniej minucie. Cóż się jednak takiego stało, co go tak przeobraziło? Sam nie wiedział co; wydało mu się, jak tonącemu brzytwa, wydało mu się, że i on jeszcze „może żyć, jest jeszcze życie, że nie umarło jego życie wraz ze zgonem starej fanciarki“. Może wnioskował zbyt pospiesznie, ale nie myślał o tem.
„Prosiłem jednak, aby się pomodliła za Rodjona“ — (błysnęło mu nagle w głowie — „tak, tak to... na wszelki wypadek!“ — dodał i sam zaraz roześmiał się z tego dzieciństwa. Był w najwyborniejszym usposobieniu.
Z łatwością odszukał Razumichina; w domu Poczyn-kowa znano już nowego lokatora i stróż zaraz wskazał mu drogę. Już z połowy schodów można było rozróżnić gwar i ożywioną rozmowę dużego zebrania. Drzwi na schody były otwarte naoścież; słychać było krzyki i sprzeczki. Pokój Razumichina był dość duży, zebranie zaś składało się z piętnastu osób. Raskolnikow zatrzymał się w przedpokoju. Tu, za przepierzeniem dwie sługi krątały się przy dwóch samowarach, przy butelkach, talerzach i półmiskach z pierogami i przekąskami, przynie-sionemi z kuchni. Raskolnikow posłał po Razumichina.
Zbrodnia i feara 13
Ten przybiegł z zachwytem. Odrazu można było poznać, lże wypił niezwykle dużo, a chociaż Razumichin nigdy nie mógł się upić aż do nieprzytomności, ale tym razem coś bardzo znać było.
— Słuchaj — rzekł z pośpiechem przybyły — przyszedłem ci tylko powiedzieć, żeś wygrał zakład i że istotnie ¡nikt nie wie, co się z nim stać może. Wejść jednak nie mogę: jestem tak słaby, że zaraz upadnę. I dlatego, jak ’się masz i bywaj zdrów! A jutro przyjdź do mnie...
— Wiesz co, ja cię odprowadzę do domu! Już kiedy sam mówisz, żeś słaby, to...
— A goście? kto jest ten kędziarzawy, co wyjrzał przed chwilą?
— Ten? A djabli go wiedzą! znajomy wujka widocznie, a może i sam przyszedł... Ja z nimi zostawię wujka, to cudowny człowiek; szkoda, że się nie możecie poznać. A zresztą, pal ich tam wszystkich licho! Ja ich teraz nie obchodzę, a i sam muszę się trochę odświeżyć; bardzoś w porę przyszedł, mój drogi; jeszcze dwie minuty, i pobiłbym się tam, dalibóg! Prawią ci takie głupstwa... Nie masz pojęcia do jakiego stopnia głupoty może dojść człowiek! Zresztą jak można to strawić? Chociaż coprawda i my sami nieraz... Niech ich tam! Niech sobie łżą, zato!potem łgać nie będą... Posiedź chwileczkę, przyprowadzę Zosimowa.
Zosimow z jakąś chciwością wpadł na Raskolnikowa, widać w nim było niezwykłe jakieś zaciekawienie;.niebawem twarz mu się wyjaśniła.
— Natychmiast spać — zdecydował, obejrzawszy w miarę możności pacjenta — a na noc warto byłoby zażyć jedną sztuczkę. Zażyjesz pan? Jam już dawniej przygotował... taki proszek.
— Choćby dwa — odparł Raskolnikow.
Proszek został zaraz przyjęty.
— To bardzo dobrze, że go sam odprowadzisz — rzekł Zosimow do Razumichina — co będzie jutro, zobaczymy, a dziś jest wcale dobrze: znaczna różnica w stosunku do tego, co było dawniej. Człowiek uczy się całe życie.
— Wiesz, co mi szepnął Zosimow, gdyśmy wychodzili — ’powiedział Razumichin, skoro wyszli na ulicę. — Nie ¡powtórzę ci, bratku, wszystkiego, bo oni są głupcy. Zosimow kazał mi rozmawiać z tobą przez drogę i zmusić cie ibie do gadania, i potem powiedzieć mu, bo jemu się zdaje, tże... żeś ty stracił zmysły, łub niewiele ci do tego brakuje. Uważasz ty? Naprzód, ty jesteś trzy razy mądrzejszy od niego, powtóre, jeżeli jesteś przy zdrowych zmysłach, to pluń na to, że mu się tak bzdurzy po głowie, a po trzecie ten kawał mięsa, i dzięki swej specjalności — chirurg, zwarjował teraz na chorobach mózgowych, a co do ciebie, to ostatecznie go zbałamuciła twoja dzisiejsza rozmowa z Zamietowem.
— Zamietow wszystko ci opowiedział?
— Wszystko, i doskonale zrobił. Teraz dopiero zrozumiałem całą sprawę i Zamietow zrozumiał... Tak, tak, słowem, Rodziu... cała rzecz w tem... Jestem trochę pijany... Ale to ndc... rzecz w tem, że ta myśl... rozumiesz? To jest nikt z nich nie śmiał jej wypowiadać głośno, boć to naj-wierutniejsza głupota, zwłaszcza, że przecie tego malarza wzięli i wszystko pękło i zgasło na wieki. Ale dlaczegóż oni są głupcy? Ja nawet zbiłem wtedy trochę Zamietowa — ito między nami, bracie; proszę cię, nie gadaj aby, że wiesz o tem; spostrzegłem, że on bywa drażliwy; było to u niem-ki — ale dziś, dziś wszystko zrobiło się jasne jak na dłoni. Głównie, ten porucznik! On wtedy skorzystał z twego zemdlenia w cyrkule, aż się sam potem zawstydził; ja bo wiem...
Raskolnikow chciwie słuchał. Razumichin po pijanemu rozgadał się.
— Zemdlałem wtedy dlatego, że było duszno i farba olejna odurza — rzekł Raskolnikow.
— Jeszcze tłómaczy! Ależ i nie sama farba: zapalenie przygotowywało się przez cały miesiąc; Zosimow świad-Ikiem! A jak ten smarkacz jest teraz poniżony, to sobie przedstawić nie możesz! „Paznogoia tego człowieka — powiada — nie wart jestem teraz!“ To jest twojego. Miewa nieraz, bracie takie poczciwe myśli! Ale ta lekcja, dana mu dzisiaj w „Pałacu Kryształowym“, to szczyt doskonałości! Boś go naprzód przestraszył, doprowadziłeś go do konwulsji! Zmusiłeś go zrazu uwierzyć w tę ich wierutnie głupią myśl i potem nagle — pokazałeś mu język: „Masz, coś wziął! Aha!“ Doskonale! Wybornie! Zmiażdżony, zniweczony! Majster z ciebie, im tego właśnie potrzeba! Szkoda, że mnie tam nie było! On czekał teraz z upragnieniem na ciebie. Porfirjusz także chciał poznać się z tobą...
— A... już i ten... Dlaczegóż to mnie zrobili warjatem?
— To jest nie warjatem. Zdaje się, żem się za wiele rozgadał... Widzisz, uderzyło go to, że ciebie ten jeden itylko punkt obchodzi i teraz jasne jest, dlaczego cię obchodzi; znaj.ąc wszystkie okoliczności... i jak to cię rozdrażniło wtedy i splotło się razem z chorobą... Ja, bracie, ¡trochę jestem pijany, tylko djabli go wiedzą on ma jakąś swoją myśl... Mówię ci: zwarjował na punkcie chorób mózgowych. Ale ty pluń...
Na jakie pół minuty obaj zamilkli.
— Słuchaj, Razumichin — zaczął Raskolnikow — chcę ci powiedzieć otwarcie: przed chwilą byłem u nieboszczyka, jeden urzędnik umarł... oddałem tam wszystkie swoje pieniądze... i oprócz tego, całowała mnie przed chwilą pewna istotka, którą gdybym nawet zabił kiedykolwiek, to także... słowem, widziałem tam drugą jeszcze istotę... z piórem ognistem... to jest, nie, zaczynam prawić od rzeczy i jestem bardzo słaby, podtrzymaj mnie... o zaraz schody...
— Co ci jest? Co ci jest? — pytał przerażony Razumichin.
— W głowie mi się trochę kręci, ale to nic, tylko tak mi smutno, tak smutno, jak kobiecie... doprawdy! Patrz, co ¡to jest? Patrz — no, patrz!
— Co takiego?
— Czy nie widzisz? Światło w moim pokoju, widzisz? Przez szparę...
Stali przed ostatniemi schodami, tuż przy mieszkaniu gospodyni, i w istocie, widać było z dołu, że w komórce iRaskolnikowa jest światło.
— To szczególne! A może Anastazja? — zauważył Razumichin.
— Ona nigdy o tej porze u mnie nie bywa, a zresztą iśpi już oddawna, ale... wszystko mi jedno! Bywaj zdrów. — Cóż znowu! Toż odprowadzę cię, razem wyjdziemy!
— Wiem, że wyjdziemy razem, ale chciałbym właśnie tutaj uścisnąć twoją rękę i tutaj pożegnać się z tobą. No dawaj rękę, bądź zdrów!
— Co się z tobą dzieje, Rodziu?
— Nic... chodźmy... będziesz świadkiem...
Zaczęli wchodzić na schody, i Razumichin powziął na chwilę myśl, że może Zosimow ma słuszność. „Ech! Rozdrażniłem go moją paplaniną!“ — szepnął do siebie. Wtem, zbliżając się do drzwi, usłyszeli w pokoju głosy.
— Co się tu stało? — zawołał Razumichin.
Raskolnikow pierwszy ujął za klamkę, otworzył drzwi naoścież i stanął na progu, jak wryty.
Matka i siostra siedziały na jego sofie i czekały nań już przez półtorej godziny. Dlaczegóż najmniej ich oczekiwał i dlaczegóż najmniej myślał o nich, pomimo że dziś otrzymał powtórną wiadomość, że wyjeżdżają, jadą, zaraz przybędą? Przez całe te półtorej godziny one jedna przez drugą badały Nastusię, która i teraz stała przed niemi i zdążyła im już wszystko szczegółowo opowiedzieć. Omal nie zemdlały z przestrachu, że on „dziś uciekł“, chory i, jak widać z opowiadania, najwyraźniej w gorączce! „Boże, co się z nim dzieje!“ Obydwie płakały, obydwie cierpiały męki krzyżowe w ciągu tej półtorej godziny czekania.
Radosny, pełen zachwytu okrzyk przywitał Raskolniko-wa. Rzuciły się ku niemu. Ale on stał, jak martwy; niespodziewana i okropna dlań rzeczywistość uderzyła w niego, jak piorun. A i ręce jego nie podnosiły się, aby je uścisnąć: nie mogły. Matka i siostra tuliły go w objęciach, całowały go, śmiały się, płakały... 0’n postąpił krok, zachwiał się i runął zemdlony na podłogę.
Przerażenie, krzyki przestrachu, jęki... Razumichin, stojący na progu, wpadł do pokoju, ujął silnie chorego, który po chwili spoczął na sofie.
— Nic! Nic! — wołał do matki i siostry — zemdlał, głupstwo! Przed chwilą doktór mówił, że mu daleko lepiej, że już zdrów zupełnie! Wody! No, no, już, już, o przychodzi do siebie, no, oto już po wszystkiem.
I porwawszy Dunię za rękę tak, że o mało jej palców nie skręcił, nagiął do chorego, ażeby ją przekonać, że „już po wszystkiemu“.
I matka i siostra spoglądały na Razumichina, jak na Opatrzność, z zachwytem i wdzięcznością; one już słyszały od Anastazji, czem był dla ich Rodzia, przez cały czas choroby, ten „roztropny młodzieniec“, jak go nazwała tegoż samego wieczoru, w poufnej rozmowie z Du« nią, sama pani Pulcherją Raskolnikowowa.
CZĘŚĆ TRZECIA
ROZDZIAŁ I
Raskolnikow podniósł się i usiadł na sofie.
Słabym ruchem skinął na Razumichina, ażeby zaprzestał całego potoku gorących i pozbawionych związku pocieszeń pod adresem matki i siostry, ujął je obie za ręce i przez parę minut w milczeniu wpatrywał się to w jedną, to w drugą. Matka przelękła się jego wzroku. W tym wzroku zdradzało się uczucie strasznego cierpienia, ale zarazem było w nim coś nieruchomego, prawie nawet szalonego. Pani Pulcherja rozpłakała się.
Dunia była blada; ręka jej drżała w dłoni brata.
— Idźcie do domu... z nim — wymówił urywanym głosem, wskazując na Razumichina — do jutra; jutro wszystko... Czyście dawno przyjechały?
— Wieczorem, Rodziu — odparła matka — pociąg ogromnie się spóźnił. Ale, Rodziu, ja za nic na świecie nie odejdę teraz od ciebie!... Ja tu przenocuję...
— Nie męczcie mnie! — wymówił, machnąwszy ręką z rozdrażnieniem.
— Ja przy nim zostanę! — zawołał Razumichin — nie opuszczę go ani na chwilę, pal licho wszystkich moich gości, niech sobie na ściany włażą! Tam u mnie wujek pre-zyduje.
— Jak, jak panu mam podziękować? — zaczęła pani Pulcherja, znowu ściskając ręce Razumichina, ale Raskolnikow znowu jej przerwał:
— Ja nie mogę, nie mogę — powstał w rozdrażnieniu — nie męczcie! Dosyć, idźcie sobie... Nie mogę!..
— Chodźmy, mamusiu, wyjdźmy choć na chwilę z po koju — szepnęła przestraszona Dunia — my go zabijamy, to widać.
— Ale czyż nawet nie popatrzę na mego, po trzech latach! — zapłakała pani Pulcherja.
— Czekajcie! — — zatrzymał ich znowu — ciągle mi przerywacie, aż mi się w głowie miesza... Widziałyście Łu-żyna?
— Nie, Rodziu, ale on już wie o naszem przybyciu. Słyszałyśmy, Rodziu, że pan Piotr był tak dobry i odwiedził cię dzisiaj — z pewną nieśmiałością dodała matka.
— Tak... był tak dobry... Duniu; a ja powiedziałem Łużynowi, że go strącę ze schodów i wygnałem go do djabła...
— Rodziu, co ty mówisz! Ależ chyba... chyba masz co innego na myśli — zaczęła z przestrachem pani Pulcherja, ale zatrzymała się, patrząc na Dunię.
Panna Eudoksja uważnie wpatrywała się w ’brata i czekała, co dalej powie. Obydwie były już uprzedzone o kłótni przez Nastkę, o ile ta mogła zrozumieć i opowiedzieć, i cierpiały w niepokoju i oczekiwaniu.
— Duniu — z wysiłkiem ciągnął Raskolnikow — ja sohie nie życzę tego związku, i dlatego powinnaś zaraz jutro przy pierwszem słowie odmówić Łużynowi, żeby śladu nawet nie było.
— Boże, mój Boże! — zawołał matka.
— Bracie, pomyśl, co mówisz? — zaczęła Dunia z wybuchem, ale w tej chwili powstrzymała się. — Możeś ty teraz nieusposolbiony, możeś zmęczony, — rzekła łagodnie.
— W gorączce? Nie... Ty wychodzisz za Łużyna dla mnie. A ja ofiary nie przyjmuję. I dlatego, do jutra, przygotuj list... z odmową. Rano daj mi przeczytać i basta!
— Ja tego nie mogę zrobić! — zawołała oburzona dziewczyna. — Na jakiej zasadzie...
— Duńciu, nie bądź gwałtowna, przestań, jutro.... Czyż nie widzisz.... — przestraszyła się matka, rzucając się do Duni. — Ach odejdźmy już lepiej!
— On w malignie! — zawołał podchmielony Razumi-chin — bo inaczej, jakżeby śmiał! Do jutra cała ta głupota drapnie.... A dziś on go oczywiście wypędził. Tak było iw istocie. No, a tamten się rozgniewał... Orację nam tu prawił, swoją wiedzą się szczycił, aż wyszedł z całą pompą...
— Więc to prawda? — zawołała pani Pulcherja.
— Do jutra, bracie — ze współczuciem rzekła Dunia — chodźmy, mateczko... Bądź zdrów, Rodziu!
— Słyszysz, siostro — powtórzył za niemi, z ostatnim wysiłkiem — ja nie jestem w malignie; ten związek to podłość. Niech ja sobie będę podlecem, ale ty nie powinnaś... jedno z dwojga... a ja chociaż podlec, ale takiej siostry nie będę uważał za siostrę. Albo ja, albo Łużyn. Idźcie...
— Oszalałeś! Despoto! — ryknął Razumichin, lecz Ra-skolnikow już nie odpowiedział, a może nie miał sił odpowiedzieć. Opadł na sofę i odwrócił się do ściany w zu-pełnem wyczerpaniu. Panna Eudoksja ciekawie spojrzała na Razumichina; jej czarne oczy błysnęły: Razumichin aż zadrżał pod wpływem tego wzroku. Pani Pulcherja stała, jak wryta.
— Ja za nic stąd nie wyjdę! — szeptała do Razumichina, prawie w rozpaczy — zostanę tu, gdziekolwiek... odprowadź pan Dunię.
— I wszystko pani zepsuje! — odrzekł także szeptem Razumichin, tracąc już cierpliwość — wyjdźmy choć na schody. Nastusiu, poświeć! Przysięgam pani — ciągnął półszep-tem już na schodach — że niedawno, mnie i doktora, o mało nie pobił. Czy pani to pojmuje! Samego doktora! I ten ustąpił, żeby nie drażnić, i odszedł, a ja na dole zostałem na straży, a on ubrał się i umknął. On i teraz drapnie, jeżeli go pani będzie drażnić w nocy, i jeszcze sobie co zrobi...
— — Ach, co pan mówi!
— Ale i panna Eudoksja nie może sama, bez pani, spać w numerze... Niech pani tylko pomyśli, gdzie panie mieszkają! Bo i ten podły pan Piotr, czyż nie mógł wziąć lepszego mieszkania?... A zresztą, wie pani, ja trochę jestem pijany, i dlatego się tak wyrażam; najlepiej nie zwracać uwagi...
— To ja pójdę do tutejszej gospodyni — upierała się pani Pulcherja — ubłagam ją, żeby dała mnie i Duni kąt na noc dzisiejszą. Ja nie mogę go tak zostawić, nie mogę!
Tak rozmawiając, stali na schodach przed same-mi drzwiami gospodyni. Anastazja świeciła im z ostatniego stopnia. Razumichin był niezwykle podniecony. Jeszcze przed półgodziną, odprowadzając Raskolnikowa do domu — chociaż za dużo gadał, co sam przyznawał, — był całkiem rzeźki i prawie przytomny, pomimo strasznej ilości trunków, jakie wypił tego wieczoru. Teraz zaś stan jego podobny był nawet do jakiegoś zachwytu, i zarazem jakby wypite trunki odrazu i ze zdwojoną siłą rzuciły mu się do głowy. Stał z obydwiema paniami, ująwszy je obie za ręce, namawiając je i przedstawiając z niezwykłą otwartością, i, widocznie, ażeby je lepiej przekonać, prawie przy każdem słowie, ściskał, jak mógł najsilniej, aż do bólu ich dłonie, jak szczypcami, i zdawało siię, pożerał wzrokiem pannę Eudoksję, wcale się tem nie krępując. ¡Pod wpływem bólu wyrywały ręce z jego ogromnej, żylastej łapy, lecz on nietylko tego nie spostrzegał, ale owszem, coraz silniej ciągnął je ku sobie. Gdyby mu kazały ’były w tej chwili rzucić się ze schodów głową na dół, to dla oddania im przysługi, wypełniłby ten rozkaz jaknajskwapliwiej. Pani Pulcherja, ciągle przejęta trwogą o swego Rodzia, chociaż czuła, że młodzieniec jest już nazbyt ekscentryczny i już zanadto ściska ją za rękę, ale jeinak. widząc w nim w tej chwili Opatrzność, — nie chciała dostrzegać tych wszystkich charakterystycznych szczegółów. Nie bacząc jednak na taką samą obawę, panna Edoksja, lubo charakteru niebardzo lękliwego, ze zdumieniem i nawet prawie z przestrachem spotykała błyszczące dzikim ogniem spojrzenia przyjaciela swego brata, i tylko nieskończone zaufanie, nabyte dzięki opowiadaniu Anastazji o tym dziwnym młodzieńcu, wstrzymywało ją od ucieczki od niego wraz z matką. Pojmowała także, iż teraz może już nie powinny uciekać od niego. Zresztą, po upływie jakich dziesięciu minut uspokoiła się zupełnie: Razumichin zdradzał cały swój charakter, bez względu na stan, w jakim się znajdował, tak że wszyscy nader szybko poznawali, z kim mają do czynienia.
— Nie można do gospodyni, to najwyższy nierozsądek! — zawołał, przekonywając matkę Raskolnikowa. — Chociaż pani jesteś matką, ale, jeśli pani tu zostaniesz, to go doprowadzisz do szaleństwa i wtedy djabeł wie, co będzie! Słuchajcie, panie, ja tak zrobię: teraz u niego posiedzi Nastusia, a ja panie odprowadzę do domu, bo przecie same panie nie możecie włóczyć się po nocy; u nas w Petersburgu pod tym względem... No, pal licho!... Potem, od pań, zaraz wracam tutaj i za kwadrans, pod najuczciw-* szem słowem, przyniosę paniom wiadomość, jak się ma, czy śpi, czy nie śpi, i wszystko, co będzie do doniesienia. Potem, słuchajcie, panie! Potem od pań pobiegnę do siebie, jak strzała — bo mam gości, wszyscy pijani — biorę Zo~ simowa — to doktór, który go leczy; on siedzi właśnie teraz u mnie, nie pijany; ten nie pijany, nigdy nie bywa pijany! — Ciągnę go do Rodzia i potem natychmiast do pań. tak więc panie będziecie miały dwie wiadomości o nim — i od doktora, pojmujecie, od samego doktora, to już nie to, co ode mnie! Gdyby było źle, przysięgam, że sam panie tu przyprowadzę, ale, jeśli dobrze, no to położycie się panie spać. A ja całą noc tu nocuję, na korytarzu, on nie usłyszy, a Zosimowowi każę nocować u gospodyni, ażeby go mieć pod ręką. Cóż jest lepsze teraz dla niego: panie, czy doktór? Wszak z doktora większy pożytek, daleko większy. No, idźcie tedy do domu! A do gospodyni nie można; ja mogę, ale panie nie możecie: nie puści, bo... bo to głupia baba. Będzie zazdrosna o pannę Eudoksję i o panią... jeśli pani chcesz wiedzieć; durzy się we mnie...
O pannę Eudoksję, to z pewnością. Bo to bardzo, bardzo ciekawy okaz! Zresztą i ze mnie dureń... Pal licho! chodźmy! Czy panie macie do mnie zaufanie? No, macie czy nie?
— Chodźmy, mateczko — rzekła Dunia — on tak zrobi, jak przyrzeka. Wskrzesił już brata, a jeśli prawda, że doktór zgodzi się tu nocować, to cóż lepszego?
— Tak, o, pani... pani mnie rozumie, bo... bo pani jest aniołem! — w zachwyceniu krzyknął Razumichin. — Idziemy tędy! Nastusiu! Jazda na górę i siadaj przy nim ze światłem, ja za kwadransik będę...
Pani Pulcherja chociaż nie została całkiem przekonana, ale już nie oponowała. Razumichin wziął je obydwie poi ręce i pociągnął ze schodów. Zresztą, stara była trochę niespokojna: „chociaż bo i roztropny i dobry, ale czy zdoła wykonać to, co przyrzeka? Wszak jest w takim stanie!...“ — A, rozumiem, pani myśli, że ja w takim stanie! — przerwał jej myśli Razumichin, odgadłszy je i krocząc swemi olbrzymiemi krokami po trotuarze, tak że obie damy ledwie mogły za nim zdążyć, czego zresztą on nie spostrzegł. — Głupstwo! to jest... pijany jestem w sztok. ale nie w tem rzecz; jestem pijany, lecz nie od wina! To jakem panie zobaczył, tak mi uderzyło do głowy... Ale... pal mnie licho! Nie zwracajcie panie uwagi! Ja idę; nie jestem was godzien!... A jak odprowadzę panie, w tej chwili tu w kanale wyleję sobie na głowę dwa wiadra wody, i basta... O gdybyście panie wiedziały, jak ja was obydwie kocham!... Nie śmiejcie się i nie gniewajcie się panie!... Gniewajcie się na wszystkich, ale nie ma mnie!... Jestem jego przyjacielem, a więc i waszym. Ja tak chcę... Ja to przeczuwałem... w zeszłym roku, była taka chwila... Zresztą, wcalem nie przeczuwał, boście panie spadły, jak z nieba. A może i całą noc nie będę spał... Ten Zosimow obawia się, ażeby Rodzio nie dostał pomieszania... Oto dlaczego nie trzeba go drażnić...
— Co pan mówi?! — zawołała matka.
— — Czyżby sam doktór to mówił? — zapytała Dunia w przestrachu.
— Mówił, ale nie o tem, wcale nie o tem. Dał mu nawet takie lekarstwo, proszek, wiedziałem, a panie właśnie przyjechały... Ech!... Szkoda, żeście panie nie przyjechały jutro! Dobrze się stało, żeśmy poszli. A za godzinę o wszyst-kiem zda paniom raport sam Zosimow. O ten to nie pijany! ii ja będę trzeźwy... A dlaczegom się tak strąbił? A bo mnie wciągnęli w jakąś sprzeczkę, przeklęci! Przysięgłem przecie nie wdawać się w spory!... Takie głupstwa gadają! O małom się nie pobił! Zostawiłem tam wujka, niech prezyduje... No, dacie panie wiarę wymagają zupełnego zaparcia się własnego — ja, i cały smak w tem znajdują! Byle tylko nie być samym sobą, byle jaknajmniej podobnym być do samego siebie! To się u nich nazywa największym postępem. Niechby choć już łgali po swojemu, ale...
— Pozwól pan — nieśmiało przerwała pani Pulcherja, ale tylko dodało mu ognia.
— Pani może ¡myśli — krzyczał Razumichin, coraz bardziej podnosząc głos — pani myśli, że mnie to ich łgarstwo gniewa? Gdzie zaś! Ja lubię nawet, gdy łżą! Łgarstwo jest jedynym przywilejem człowieka wobec innych organizmów. Zełżesz — do prawdy dojdziesz! Dlatego jestem człowiekiem, że łżę. Ani do jednej prawdy nie dobrano się, nie zełgawszy poprzednio z jakie czternaście, a może i sto czternaście razy, a to zaszczyt w swoim rodzaju; no, a my, to i zełgać swoim rozumem nie potrafi my! Ty mi łżyj, ale łżyj po swojemu, a wtedy ucałuję cię. Zełgać po swojemu, to prawie jest lepsze, niż prawda po cudzemu, — w pierwszym wypadku jesteś człowiekiem, a w drugim, ledwie ptakiem jesteś! Prawda nie ucieknie, a życie zwichnąć można; bywały przykłady. No; czemżeśmy teraz? Wszyscy jak jesteśmy, wszyscy bez wyjątku, pod względem nauki, rozwoju, myślenia, wynalazków, ideałów, pragnień, liberalizmu, siedzimy jeszcze we wstępnej klasie gimnazjum! Spodobało im się korzystać z cudzego rozumu — wpadli! Czy tak? Czy ja dobrze mówię? — wołał Razumichin, trzęsąc i ściskając ręce obydwóch pań — czy dobrze?
— Ach, mój Boże, ja nie wiem — wymówiła blada matka Raskolnikowa.
— Dobrze, dobrze... chociaż nie zgadzam się z panem pod każdym względem — poważnie dodała Dunia i zaraz syknęła, tak ją mocno ścisnął za rękę.
— — Dobrze? Pani powiadasz dobrze? Ach, jeżeli tak, to... to... — zawołał w zachwycie — to pani jesteś źródłem dobroci, czystości, rozumu i... doskonałości! Daj mi pani swoją rękę, daj ją pani... i pani daj swoją, chcę ucałować wasze ręce tu, zaraz, na kolanach!
I padł na kolana pośrodku trotuaru, na szczęście, pustego naówczas.
— — Co pan roibi, panie? — zawołała przerażona niezmiernie matka.
— Wstańże pan! Wstań pan! — śmiała się i lękała córka.
— Nie, nie wstanę, dopóki mi panie rąk nie dacie!
O tak, i dosyć, i wstałem, i chodźmy!... Jestem nieszczęśliwy kiep, jestem was niegodny, jestem pijany i wstydzę się... Kochać was nie jestem godzien, ale korzyć się przed wami — — to obowiązek każdego, jeśli tylko nie jest skończonym bydlakiem!... Więcem się i ukorzył... Otóż i wrasze pokoje, i już choćby dla tego jednego miał rację Rodjon, iże wygnał waszego pana Piotra! Jak on śmiał was pakować do takich pokojów? To skandal! Wiecie panie, kogo tu wpuszczają? A wszak pani jesteś narzeczoną!... Narzeczoną, prawda? No, to ja pani powiem, że pani narzeczony jest ostatni podlec, jeśli tak!
— Panie Razumichin, pan się zapomina... — zaczęła stara.
— Tak, tak, ma pani rację, zapomniałem się i wstydzę się! — zorjentował się Razumichin — ale... ale... panie nie możecie ’się na mnie obrażać za to! Bo ja mówię szczerze, a nie dlatego, że się w paniach... hm! no, niech tam sobie, nie trzeba, nie powiem dlaczego, nie śmiem!... A myśmy wszyscy odrazu, jak on tylko wszedł, odgadli, że to człowiek nie z naszej sfery. Nie dlatego, że wszedł wy-fryzowany, nie dlatego, że skwapliwie wynurzał się ze swoim rozumem, a dlatego, że to obłudny spekulant; dlatego, że to żyd i figlarz, to widać. Panie myślicie, że on jest mądry! Nie — to dureń, dureń! Czy to para dla pani? O, mój Boże! Widzicie, moje panie — zatrzymał się nagle, wchodząc już na schody do mieszkania — chociaż oni tam u mnie wszyscy pijani, ale zato wszyscy uczciwi, i chociaż my i łżemy, bo i ja także łżę, dogadamy się przecie, nareszcie do prawdy, bo my stoimy na szlachetnej drodze, a pan Piotr... dąży drogą nieszlachetną. Chociażem ich wszystkich klął teraz, chociażem wymyślał, ale ja tam ich wszystkich szanuję; nawet Zamietowa, chociaż i nie szanuję, to lubię, bo to... szczeniak! Nawet tego bydlaka Zo-simowa, bo — uczciwy i zna swój fach... No dosyć, powiedziało się i przepadło. Przepadło? Czy tak aby? No, chodźmy! Znam ja ten korytarz, bywałem; o tu, pod trzecim numerem był skandal... No, gdzież się to panie mieszczą? Który numer? Ósmy? No, to się zamknijcie na noc, nie wpuszczajcie nikogo. Za kwadrans powrócę z wiadomością, a potem za pół godziny z Zosimowem, zobaczycie panie! Do widzenia, uciekam!
— Mój Boże, Duniu, co to będzie? — rzekła pani Pul-cherja, trwożliwie i bojaźliwie zwracając się do córki.
— Niech się mama uspokoi — odparła Dunia, zdejmując z siebie kapelusz i narzutkę — sam Bóg zesłał nam tego pana, chociaż coprawda wprost z jakiejś pijatyki. Można mu zaufać, zapewniam mamę. I wszystko, co on już zrobił dla brata... — Ach, Duniu, Bóg go raczy wiedzieć, czy wróci! I jak mogłam zdecydować się na opuszczenie Rodzia!... I zupełnie inaczej wyobrażałam sobie, że go zastanę! — Jaki był surowy, jakby nie rad nam... — Łzy ukazały się w jej oczach.
— Nie, to nie tak, mateczko. Mama się nie wpatrzyła, bo ciągle płakała. On jest bardzo zmieniony przez trapiącą go chorobę — oto cała przyczyna.
— Ach, ta choroba! Co to będzie, co to będzie! A jak ’to on mówił z tobą, Duniu! — rzekła matka, nieśmiało, zaglądając córce w oczy, pragnąc wyczytać jej całą myśl, i już w połowie pocieszona tem, że i sama Dunia broni Ro-dzia, a więc przebaczyła mu. — Mam przekonanie, że on do jutra się zmieni — dodała, badając do końca.
— A ja jestem przekonana, że on i jutro będzie mówił to samo... o — tem — odcięła panna Eudoksja, i zadała klin, oczywiście, nielada, był to bowiem punkt, o którym pani Pulcherja zanadto bała się mówić teraz. Dunia zbliżyła się i pocałowała matkę. Ta silnie uścisnęła ją w milczeniu. Poczem pogrążyła się w niespokojnem oczekiwaniu, zaczęła chodzić tam i zpowrotem po pokoju, rozmyślając 0 wszystkiem, co zaszło. Takie chodzenie z kąta w kąt, w zamyśleuni, było przyzwyczajeniem panny Eudoksji, a matka zawsze obawiała się wówczas przerywać tę jej zadumę.
Razumichin, oczywiście, śmiesznym był ze swą nagłą, powstałą po pijanemu namiętnością dla Duni; ale spojrzawszy na nią, zwłaszcza teraz, gdy chodziła ze skrzyżo-wanemi rękami po pokoju, smutna i zamyślona, może by mu się wiele przebaczyło, nie mówiąc już o jego ekscentrycznym stanie. Panna Eudoksja była uderzająco ładna, wysoka, dziwnie zgrabna, silna, pewna siebie — co dawało się poznać z każdego jej ruchu i co jednak wcale nie ujmowało jej ruchom delikatności i wdzięku. Z twarzy podobna była do brata, lecz można ją było nazwać nawet piękną. Włosy miała ciemne, nieco jaśniejsze, niż u brata; oczy prawie czarne, błyszczące, dumne i zarazem niekiedy, chwilami, niezwykle łagodne. Była blada, ale nie chorobliwie blada; twarz jej jaśniała świeżością i zdrowiem. Usteczka miała nieco za małe, zaś dolna warga, świeża 1 rumiana, ledwie wyginała się naprzód wraz z podbródkiem — jedyna nieprawidłowość w tej ślicznej buzi, ale nadająca jej szczególną odrębność i między innemi, jakby zarozumiałość. Wyraz jej twarzy był zawsze raczej poważny, niż wesoły, zadumany, ale za to jak śmiech licował z tą twarzą, jak.licował z nią śmiech wesoły, młody, pozbawiony troski! Oczywista więc, że gorący, szczery, prosty, uczciwy, silny, jak atleta i pijany Razumichin, który nigdy nic podobnego nie widział, od pierwszego rzutu oka stracił głowę. Przytem wypadek pokazał mu Dunię, w piękny moment miłości i radości spotkania z bratem. Widział potem, jak zadrżała w niej z oburzenia dolna warga w odpowiedzi na szorstkie i niewdzięcznie surowe rozkazy brata — i nie mógł wytrzymać.
Mówił zresztą prawdę, wyrwawszy się po pijanemu na schodach, że ekscentryczna gospodyni Raskolnikowa, pani Praskowja, będzie zazdrosną o niego nietylko względem Duni, ale bodaj i względem jej matki. Bo choć matka Duni miała już lat czterdzieści trzy, twarz jej nosiła jeszcze na sobie ślady dawnej piękności, a przytem wydawała się daleko młodszą,.niż była w istocie, co prawie zawsze Ibywa u kobiet, które zachowały pogodę umysłu, świeżość wrażeń i szlachetny, czysty ogień serca aż do starości. Powiemy nawiasem, że zachowanie tego wszystkiego jest jedynym środkiem, ażeby nie utracić do grobu swojej piękności. Włosy jej zaczynały już siwieć, maleńkie zmarszczki już dawno ukazały się przy oczach, policzki wpadły i wyschły od trosk i smutków, a jednak twarz ta była piękna. Był to portret twarzyczki Duni, tylko w dwadzieścia lat później, i przytem bez tego wyrazu niższej wargi, która u niej była wysunięta naprzód. Pani Pulcherja była czuła, ale nie czułostkowa, nieśmiała i ustępująca, ale do pewnych granic; mogła przebaczyć wiele, na wiele rzeczy mogła się zgodzić, nawet z zakresu tego co było przeciwne jej przekonaniu, ale zawsze czuła granicę szlachetności, zasad i stanowczych przekonań, poza którą nie przestąpiła nigdy, nawet pod przymusem najcięższych okoliczności.
Akurat w dwadzieścia minut po odejściu Razumichina, dały się słyszeć dwa nie głośne, ale pospieszne uderzenia we drzwi; wrócił.
— Nie wejdę, nie mam czasu! — pospieszył wyrzec, gdy drzwi otworzono — śpi jak król, wybornie, spokojnie, i daj Boże, żeby przespał z dziesięć godzin. Jest tam u niego Anastazja; kazałem jej czekać na siebie. Teraz przytaszczę Zosimowa, on paniom zda raport, a potem i panie możecie zasnąć; zmęczone jesteście, widzę, aż strach...
I wybiegi na korytarz. — Go to za roztropny i... życzliwy młodzieniec! — zawołała nadzwyczaj ucieszona matka Raskolnikowa.
— Zdaje się, porządny człowiek! — z pewnym zapałem odparła Dunia, zaczynając znowu chodzić po pokoju tam i z powrotem.
Prawie w godzinę później dały się słyszeć na korytarzu czyjeś kroki i drugie uderzenie we drzwi. Obydwie kobiety czekały, tym razem zupełnie ufne w obietnicę Razumi-china: i w istocie, zdołał on „przytaszczyć“ Zosimowa. Zosimow zgodził się zostawić ucztę i pójść niezwłocznie do Raskolnikowa, atoli do pań udał się z niechęcią i z niedowierzaniem, nie ufał bowiem pijanemu Razumichinowi. Lecz jego miłość własna zaraz została uspokojona: zrozumiał, że w istocie oczekiwano go, jak wyrocznię. Przesiedział równo dziesięć minut i zdołał całkiem przekonać i uspokoić panią Pulcherję. Mówił z niezwykłą przychylnością, ale umiarkowanie z wielką powagą, izupełnie jak dwudziestosiedmio — letni lekarz na wa-żnem konsyljum, i ani jednein słowem nie odstąpił od przedmiotu, i nie zdradził najmniejszej nawet chęci zawarcia bardziej poufnych bliższych stosunków z obydwiema paniami. Dostrzegłszy jeszcze przy wejściu, jak oślepiająco piękną jest panna Eudoksja, postanowił udawać, że jej wcale nie widzi, w czasie swej wizyty, i zwracał się wyłącznie do matki. Wszystko to sprawiało mu nadzwyczajne wewnętrzne zadośćuczynienie. O chorym wyraził się, że znajduje go obecnie w zupełnie zadawalma-jącym stanie. Według jego badań, choroba pacjenta, krom złych materjalnych warunków w ostatnich miesiącach jego życia, posiada jeszcze pewne moralne przyczyny, „jest, można powiedzieć, produktem wielu różnych, moralnych wpływów, niepokojów, obaw, trosk, pewnych idei i t. p.“ Spostrzegłszy z bolcu, że panna Eudoksja zaczęła słuchać bardzo uważnie, Zosimow, nieco dłużej rozgadał się na ten temat. Ale na trwożliwie i nieśmiałe zapytanie matki, względem „pewnych jakoby podejrzeń o utracie zmysłów“ — odpowiedział ze spokojnym i szczerym uśmiechem, że przesadzano jego słowa, że, naturalnie, znać u chorego jakąś myśl nieruchomą, coś zdradzającego monoman ję — bowiem on, Zosimow, osobliwie śledzi teraz za tym nadzwyczaj interesującym oddziałem medycyny — ale przecie trzeba pamiętać, że prawie do dzisiaj chory był, przyjazd krewnych wzmocni go i podziała nań zbawczo „jeśli tylko można.będzie ominąć nowych silnych wstrząsów“ — dodał on z akcentem. Zosimow wstał, ukłonił się solidnie i uprzejmie, i odprowadzany błogosławieństwami, gorącą wdzięcznością, prośbami i wyciągniętą ku niemu dla uścisku rączką Duni, wyszedł bardzo zadowolony swoją wizytą i jeszcze bardziej samym sobą.
— Mówić będziemy jutro, a teraz natychmiast połóżcie się spać! — powiedział Razumichin, wychodząc z Zosimo-wym. — Jutro, możliwie najwcześniej, przyjdę do was z sprawozdaniem.
— Jednak, jaka czarująca kobieta, ta Dunia — zwrócił uwagę Zosimow, gdy obaj wychodzili na ulicę.
— Czarująca? Tyś powiedział czarująca? — ryknął Razumichin i nagle rzucił się na Zosimowa, złapał go za gardło. — Jeśli ty jeszcze raz odważysz się... Rozumiesz? Rozumiesz? — ryczał on, trzęsąc za kołnierz i przyparłszy go do muru — słyszałeś?
— Puśćże, pijany djable! — wyrywał się Zosimow. Gdy Razumichin go puścił, Zosimow uważnie spojrzał nań i nagle zatrząsł się od śmiechu. Razumichin stał przed nim, opuściwszy ręce, ponury i poważny.
— Ma się rozumieć, żem osioł — powiedział ponury, jak chmura, lecz... ty również.
— Nie, bracie, wcale nie również. Ja o głupstwach nie marzę.
Szli milcząc. Gdy doszli do mieszkania Raskolnikowa, Razumichin, ogromnie stroskany, przerwał milczenie.
— Słuchaj — rzekł do Zosimowa — dzielny z ciebie chłopiec, lecz oprócz wszystkich twoich wad jesteś jeszcze brudnym rozpustnikiem. Jesteś nerwową, sła bą marnotą, jesteś zmysłowy, roztyłeś się, nie możesz sobie niczego odmówić — a to już ja nazywam błotem, bo prostą drogą prowadzi do błota. Rozpieściłeś siebie do takiego stopnia, że przyznam się, iż nie pojmuję, jak możesz być przy tem wszystkiem dobrym i nawet bezinteresownym lekarzem. Na pierzynie sypia (lekarz!) a w nocy wstaje do chorego! Za jakie trzy lata nie będzie już wstawał do chorego... No, ale pal licho, nie o to idzie, idzie o co innego: ty nocujesz dziś w mieszkaniu gospodyni (ledwiem ją zdołał namówić), a ja w kuchni: macie
Zbrodnia i kara. sposobność zawarcia bliższej znajomości!... Nie to, co ty myślisz! Tu bracie, i cienia nawet tego nie ma...
— Ja też wcale nie myślę.
— Tu, bratku, wstydliwość, skromność, nieśmiałość, delikatność okrutna, i przytem wszystkiem westchnienia, i mięknie jak wosk, ach jak mięknie! Wybaw mnie od niej, do wszystkich djabłów świata! Arcyapetyczna!... Zasłużę, głową zasłużę!...
Zosimow roześmiał się jeszcze głośniej niż poprzednio.
— A to ci uderzyło! Nacóż mi ona?
— Zapewniam cię, kłopotów niewiele, mów tylko wszystko co ci ślina do ust przyniesie, bylebyś tylko usiadł przy niej i mówił. Przytem, jesteś lekarzem, zacznij więc leczyć na cokolwiek. Przysięgam, nie pożałujesz. Stoi tam u niej klawikord: ja bo wiesz przecie, brzdąkam trochę; mam jedną piosenkę ruską, prawdziwą: „Łzy gorące z oczu płyną...“ Ona przepada za prawdziwemi — od piosnki się właśnie zaczęło; a wszakże ty na fortepianie grasz jak wirtuoz, jak Rubinsztejn... Zapewniam, że nie pożałujesz!
— Cóż tyś jej może dawał jakie obietnice? Na piśmie, formalnie? Przyrzekłeś się ożenić może...
— I Nie, nie, nic podobnego! Bo i ona wcale nie taka; bywał u niej poprzednio Czebarow...
— No to ją rzuć!
— Nie wypada!
— — Dlaczego?
— Dlatego, że nie wypada.i kwita! Tu bratku jest pierwiastek pociągający.
— Dlaczegóż ją pociągnąłeś?
— Wcalem nie pociągał; sam nawet może zostałem wciągnięty, z głupoty, a jej całkiem będzie obojętne, ty czy ja, byleby ktoś przy niej siedział i wzdychał. Tu bratku... Nie mogę ci tego wyrazić, tu — no dajmy na to, znasz matematykę, zajmujesz się nią i teraz, wiem o tem... więc zacznij przechodzić z nią rachunek różniczkowy, dalibóg, nie żartuję, mówię ser jo, dla niej to będzie obojętne: będzie patrzeć na ciebie i wzdychać, i tak przez cały rok. Ja prawiłem jej, między innemi, bardzo długo, jeszcze dwa dni z rzędu o pruskiej izbie panów (bo o czemże z nią mówić?) — wzdychała tylko i rumieniła się! Tylko o miłości nie zagaduj — wstydliwa, aż do konwulsji — wszakże udawaj, że odejść nie możesz — no i dosyć. Komfort ogromny; zupełnie jak w domu — czytaj, siedź, leż, pisz... Pocałować nawet można, ostrożnie...
— Ale poco mi ona?
— Ech, nie mogę ci żadną miarą wytłumaczyć! Uważasz oboje podobni jesteście do siebie! Jużem i dawniej myślał o tem... Wszak ty na tem skończysz! Więc nie wszystko ci jedno — wcześniej czy później? Tu, bracie tkwi taki pierzynowy pierwiastek — ach! i nie sam tylko pierzynowy! Tu pociąga; tu koniec świata, kotwica, ustronna przystań, pęp ziemi, trzechryibny początek stworzenia, esencja blinów, tłustych kulebiak, samowaru wieczorowego, cichych westchnień i ciepłych kaftaników, rozgrzanych pieców, tak jakbyś umarł, a zarazem żyjesz, obydwie korzyści razem! No, bratku, do licha, zabrnąłem, czas spać! Słuchaj: ja się wT nocy nieraz budzę, pójdę więc i zajdę do niego. Głupstwo, wszystko będzie dobrze. Bądź spokojny, a jeśli chcesz, dowiedz się także razik. Ale cokolwiek bądź dostrzeżesz, malignę, dajmy na to, lub gorączkę, lub coś podobnego, obudź mnie natychmiast. Zresztą, nic nie będzie...
ROZDZIAŁ II
Stroskany i poważny obudził się nazajutrz Razumichin o godzinie ósmej. Wiele nowych i nieprzewiedzianych wątpliwości uczuł w sobie tego poranku. Ani wyobraził sobie przedtem, że się kiedykolwiek tak obudzi. Pamiętał do najdrobniejszych szczegółów wszystko wczorajsze i pojmował, że się z nim stało coś niepowszedniego, że opanowało go pewne, nieznane mu dotąd wrażenie i niepodobne do dawnych. Jednocześnie jednak czuł dobrze, że mrzonka, która się zatłiła w jego głowie, jest w najwyższym stopniu nie do urzeczywistnienia — tak, że się jej zawstydził i im prędzej przeszedł do innych bardziej powszednich zabiegów i kłopotów, odziedziczonych przezeń po tym „przeklętym wczorajszym dniu“.
Najstraszniejszem z jego wspomnień było to, że się wczoraj okazał „nędzny i marny“, nie dlatego samego, że był pijany, ale dlatego, że wymyślał wobec panny, korzystając z jej położenia, dla najgłupszej zazdrości, na jej narzeczonego, nie znając nie tylko ich wzajemnych stosunków i zobowiązań, ale nie znając nawet porządnie człowieka. I jakież miał prawo wydawać sąd, tak pośpieszny i lekkomyślny? Kto go się pytał o to? I czy-liż może taka istota, jak panna Eudoksja oddać siebie niegodnemu człowiekowi za pieniądze? I on więc posiada zalety! Pokoje? A skądże on mógł wiedzieć, że tam takie brudy? Wszak szykuje mieszkanie... tfu, jak to nikczemnie! I co za tłumaczenie, że był pijany? Głupia wymówka, poniżająca go jeszcze bardziej! W winie — prawda, to też wypowiedziała się cała prawda, „to jest całe błoto jego zazdrosnego ordynarnego serca!“
I czyż on, Razumichin, może sobie pozwolić na taką mrzonkę? Kim on jest w porównaniu z taką panną — on, pijany awanturnik i chwalca wczorajszy? „Czyliż możliwe jest tak cyniczne i śmieszne zestawienie? Razumichin strasznie zaczerwienił się na tę myśl i nagle, jakby umyślnie, w tej samej chwili, wyraźnie mu się przypomniało, jak mówił do nich wczoraj, na schodach, że gospodyni będzie o niego zazdrosna względem panny Eu-doksji: to już nie do zniesienia. Z całego zamachu uderzył pięścią o piec kuchenny, uszkodził sobie rękę i wywalił jedną cegłę.
„Naturalnie — szepnął do siebie po chwili z pewnem uczuciem poniżenia samego siebie — naturalnie, że te wszystkie świństwa nie dadzą się załagodzić, nigdy... a więc i myśleć o tem nie ma co, i dlatego zjawić się w milczeniu 1... spełnić swój obowiązek... także w milczeniu i... i nie prosić o przebaczenie, i nic nie mówić, i... i już naturalnie wszystko stracone!“
Atoli, ubierając się, obejrzał swój kostjum staranniej niż zwykle. Innego ubrania nie miał, a gdyby i miał mo-żeby go nawet i nie włożył — „umyślnieby nie włożył“, Ale w każdym razie cynikiem i niechlujem być nie trzeba i nie ma prawa obrażać uczuć innych ludzi, tembar-dziej, że ci inni sami go potrzebują i sami zapraszają do siebie. Ubranie starannie wyczyścił szczotką. Bieliznę zaś miewał zawsze znośną; pod tym względem był szczególnie wybredny.
Wymył się on tego poranku dokumentnie — u Na-stusi znalazło się mydło — umył głowę, szyję, a szczególnie ręce. Gdy zaś doszło do pytania: ogolić swoją szczecinę, czy nie (pani Praskowja miała wyborne brzytwy po nieboszczyku panu Zarnicynie), to pytanie to z oburzeniem nawet zostało rozwiązane przecząco. „Niechaj się tak zostanie! Gotowi by pomyśleć, żem się ogolił dla... napewno by pomyśleli! Za nic na świecie!“
„I... i co najważniejsze, on taki ordynarny, brudny, ma-njery ma knajpowe; i... i przypuśćmy on wie, że i z niego, no choć trochę, jest jednak porządny człowiek... no, więc czemże się tu szczycić, że jest porządnym człowiekiem? Każdy powinien być porządnym, i jeszcze bardziej czystym, 1... i bądź co bądź (pamięta dobrze) i on rna za sobą takie sprawki... nie całkiem niecne, ajle w każdym razie 1...
A jakie bywały zamiary! hm... i wszystko to zestawić z panną Eudoksją! Ale pal licho! Niech tam! umyślnie właśnie będę takim brudnym, zatłuszczonym, pospolitym i pluć na wszystko! Jeszcze więcej będę!...“
Wśród takich monologów zastał go Zosimow, który nocował w salonie pani Praskowji.
Szedł do domu i wychodząc śpieszył spojrzeć na chorego. Razumichin doniósł mu, że tamten śpi, jak zając. Zosimow zalecił nie budzić dopóki się sam nic ocknie. Sam zaś przyrzekł zjawić się o jedenastej.
— * Jeśli tylko on będzie w domu — dodał! — Do li-licha! Nad własnym chorym nie mam władzy! Lecz go jeszcze! Nie wiesz, czy on pójdzie do tamtych, czy tamte przyjdą do niego?
— Sądzę, że tamte — odparł Razumichin, zrozumiawszy cel pytania — będą, naturalnie, rozmawiać o swoich sprawach familijnych. Ja wyjdę. Ty, jako doktór, masz, naturalnie, więcej prawa ode mnie.
— Nie jestem przecie spowiednikiem; przyjdę i pójdę, mam i oprócz nich dużo zajęcia.
— Jedno mnie tylko niepokoi — przerwał, chmurząc się Razumichin — wczoraj po pijanemu, wygadałem mu się o różnych głupstwach... o różnych... między innemi, o twojej obawie, czy on czasem nie ma... bzika.
— Jakto, i do pań wygadałeś się o tem?
— Wiem, że głupio! Choć zabij! A co, możeś to ty naprawdę przypuszczał?
— E, gdzie tam naprawdę! sameś mi go opisał, jak mo-nomana, przyprowadziwszy go do mnie... No, a wczoraj jeszcześmy więcej ognia dodali... to jak ty swemi opowiadaniami... o malarzu; dobra rozmowa, skoro on może sam na tym punkcie zwarjował! Gdybym był wiedział dokładnie, co wtedy zaszło w cyrkule i, że tam go jakiś kanał ja obraził swojem podejrzeniem! Hm... nie dopuściłbym wczoraj do takiej rozmowy. Wszak ci mo-nomani z kropli zrobią ocean, niebywałe rzeczy widzi w twarzach na jawie... O ile zapamiętałem z tego opowiadania Zamietowa, wszystko mi się dokładnie wyjaśniło. Bo i cóż! Znam pewien wypadek, gdy jakiś hipohondryk czterdziestoletni, nie mogąc.znieść przy stole codziennych drwin ośmioletniego chłopca, zarżnął go! A tu, cały w łachmanach, nachlany policjant, zaczynająca się choroba, i takie podejrzenie! I to względem rozwścieczonego hipohondryka! Przy ambicji wściekłej, wyjątkowej! Ale w tem właśnie tkwi może cały rdzeń choroby! Pal licho zresztą!... A wiesz, ten Zamietow, to w istocie miły chłopiec, tylko... hm... zbytecznie wczoraj opowiadał o tem wszystkiem. Papla straszny!
— Komuż opowiadał? Mnie i tobie?
— I Porfirjuszowi.
— Więc cóż, że i Porfirjuszowi?
— Ale, ale czy ty masz wpływ na te, na matkę i siostrę? Trzebaby dziś z nim ostrożniej...
— Nic mu nie będzie! — niedbale odparł Razumichin.
— I dlaczego on tak powstaje na Łużyna? Człowiek zamożny, dla niej, o ile się zdaje, nie wstrętny... a przecie oni nie mają ani grosza? Co?
— A co tobie do tego? — z rozdrażnieniem zawołał Ra-michin — skądże ja mogę wiedzieć, mają czy nie mają? Zapytaj się sam, może się i dowiesz...
— Ach, jaki ty bywasz czasami głupi! Wczorajszy chmiel siedzi... Bywaj zdrów; podziękuj za mnie swojej pani Praskowji za nocleg. Zamknęła się, na moje dzień dobry, przez drzwi odpowiedziała, a sama wstała o siódmej, samowar podano jej przez korytarz z kuchni... Nie miałem zaszczytu widzieć tej damy osobiście...
O ósmej Razumichin zjawił się do hotelu Bakalaje-wo.. Obydwie panie oczekiwały nań od dawien dawna w gorączkowym niepokoju. Wstały zaraz po szóstej, a może i wcześniej. Wszedł pochmurny, jak noc, skłonił ’się niezgrabnie, za co się zaraz rozgniewał, na siebie, oczywiście. Pani Pulcherja rzuciła się na niego, porwała go za obie ręce i o mało ich nie ucałowała. On nieśmiało spojrzał na pannę Eudoksję; ale i w tej dumnej twarzy był w tej chwili taki wyraz wdzięczności i przyjaźni, taki zupełny i niespodziewany dlań szacunek (zamiast ironicznych spojrzeń i mimowolnej źle ukrywanej pogardy!), że doprawdy lżej by mu już było, gdyby go przywitano wymysłami, tak go to zajmowało. Na szczęście był gotów temat do rozmowy, to też uchwycił go się co żywo.
Usłyszawszy, że „jeszcze się nie budził“, że „wszystko wybornie“, pani Pulcherja rzekła, że to bardzo dobrze, gdyż „musi koniecznie, koniecznie rozmówić się z nim poważnie“. Poprosiła go napić się herbaty razem z niemi: one same jeszcze nie piły, czekając na Razumichina. Du-nia zadzwoniła; na wezwanie zjawił się brudny obdar-tu, i kazano mu podać herbatę, którą nareszcie przynieśli, ale taką brudną i nieprzyzwoitą, że aż się panie zawstydziły. Razumichin energicznie przeklął na hotel, ale przypomniawszy sobie o Łużynie, zamilkł, zawstydził się i strasznie się ucieszył, gdy pytania pani Pulcherji posypały się, nareszcie, po porządku bez przerwy.
Odpowiadając na nie, strawił trzy kwadranse czasu i zdążył zakomunikować o wszystkich ważniejszych i niezbędnych faktach, jakie ’tylko wiedział z ostatniego roku życia Rodjona, zakończywszy okolicznościową relacją o jego chorobie. Zresztą, wiele rzeczy opuścił, to mianowicie, co wypadało opuścić, między innemi scenę w cyrkule ze wszystkiemi następstwami. Opowiadania chciwie słuchano; ale gdy sądził, że już skończył i zadowolił słuchaczki, to okazało się, że dla nich, jakgdyby jeszcze nie zaczynał.
— Powiedz że mi pan, jak pan sądzi... ach, przepraszam, dotąd nie wiem jeszcze, jak panu na imię? — rzekła pospiesznie pani Pulcherja.
— Dymitr Prokoficz.
— A no więc, panie Dymitrze, chciałabym bardzo, ale to bardzo chciałabym wiedzieć... jak on wogóle... zapatruje się teraz na rzeczy, to jest, pan rozumie, co chciałam powiedzieć, to jest niby: co on lubi, a czego nie lubi? Czy zawsze jest taki rozdrażniony? Jakie ma pragnienia, i, że tak powiem, marzenia? Co mianowicie wywiera nań teraz wpływ największy? Słowem, pragnęłabym...
— Ach, mamo, jakże można tak odrazu na wszystko odpowiedzieć! — zauważyła Dunia.
— Ach, mój Boże, wszakże wcale, wcale nie takim spodziewałam się go zastać, panie Dymitrze.
— To rzecz bardzo naturalna — odparł pan Dymitr — Matki nie mam, ale wuj przyjeżdża tu co rok i prawie nigdy mnie nie poznaje, nawet z powierzchowności, chociaż i rozumny człowiek; a przez trzy lata waszej rozłąki dużo wody upłynęło. Cóż ja pani powiem? Znam Rodjona od półtora roku: smutny, ponury, hardy i dumny; ostatniemi czasy (a może nawet i daleko wcześniej) podejrzliwy i hipohondryk. Wspaniałomyślny i dobry. Uczuć swoich wypowiadać nie lubi, i raczej dopuści się okrucień stwa, aniżeli słowami zdradzi własne serce. Czasami jednak wcale nie hipohondryk, lecz poprostu zimny i nieczuły, aż do nieludzkości, jakby miał w sobie dwa wprost ¡przeciwne charaktery. Czasami strasznie małomówny! Nigdy nie ma czasu, ciągle mu wszystko przeszkadza, a sam leży i nic nie robi. Nie dubi żartować nie dlatego, iżeby nie miał dowcipu, ale, że niby brak mu czasu na takie głupstwa. Nie dosłuchuje co mówią. Nigdy nie interesuje się tem, co zajmuje wszystkich w danej chwili. Ogromnie ceni siebie i zdaje się nie bez pewnego prawa. No, cóż jeszcze? Sądzę, że przyjazd pań oddziała nań ’bardzo zbawiennie.
— Ach, daj Boże! — zawołała pani Pulcherja, zmęczona opinją Razumichina o jej Rodziu.
A Razumichin spojrzał, nareszcie, śmielej na pannę Eudoksję. Często spoglądał na nią w czasie rozmowy, ale ukradkiem, na jedną chwilkę, i zaraz odwracał od niej oczy. Dunia to siadała przy stole*i wsłuchiwała się z uwagą, to znowu wstawała i zaczynała chodzić swoim zwyczajem, z kąta w kąt, skrzyżowawszy ręce, zacisnąwszy usta, niekiedy zadając pytania, nie przerywając chodzenia, zamyślając się. I ona miała przyzwyczajenie nie dosłuchi-wać co mówią. Ubraną była w jakąś ciemną z lekkiej ma-terji sukienkę, a na szyi miała jakąś białą przezroczystą wstążeczkę. Z wielu szczegółów Razumichin odrazu spostrzegł, że obydwie kobiety.znajdują się w arcy-ciężkiej sytuacji materjalnej. Gdyby panna Eudoksja ubrana była, jak królowa, to, zdaje się, nie obawiałby się jej wcale; teraz zaś, może właśnie dlatego, że ubrana tak biednie, i że spostrzegł tę ich biedę całą, w sercu jego zagościł strach, i zaczął się lękać o każde swoje słowo, o każdy ruch, co oczywiście krępowało człowieka, który już i tak niedowierzał sobie.
— Dużo ciekawego powiedziałeś nam pan o charakterze ’brata i... powiedziałeś pan bezstronnie. To dobrze; sądziłam, że pan drżysz przed nim — zauważyła Dunia z uśmiechem. — Może i to racja, że przy nim powinna się znajdować kobieta — dodała w zamyśleniu.
— Ja tego nie mówiłem, a zresztą, może pani ma i słuszność, tylko...
— Co?
— Wszak on nikogo nie kocha; może i nigdy nie pokocha — odciął Razumichin.
— To jest ma nie być zdolnym do kochania?
— A wie pani, panno Eudoksjo, jak pani jest podobną do swego brata, nawet we wszystkiem! — wyrwało mu się, niespodzianie dla niego samego, ale zaraz, przypomniawszy sobie to, co przed chwilą mówił jej o bracie, zaczerwienił się, jak rak i strasznie się zawstydził. Panna Eudoksja nie mogła się nie roześmiać, patrząc nań.
— Co się tyczy Rodzia, to oboje, moi państwo, możecie być w błędzie — wtrąciła nieco dotknięta matka. — Nie Imówię o tem, co jest dzisiaj, Duniu. To, co pisze pan Piotr w tym liście... i cośmy z tobą przypuszczały, może ¡nie jest prawdą, ale pan nie może sobie przedstawić, panie Dymitize, jaki on jest fantastyczny, i, jakby to powiedzieć, kapryśny. Na jego charakterze nigdym nie mogła ’polegać, nawet gdy miał lat piętnaście. Jestem pewna, że on i teraz może zrobić z sobą coś takiego, czego nie zrobiłby żaden człowiek... Ale poco sięgać daleko; czy panu wiadomo, jak on mnie, półtora loku temu, zadziwił, zgnębił i omało do grobu nie wtrącił, kiedy mu przyszło do głowy ożenić się z tą, jak ją tam — z tą córką Zarnicyno-wej, jego gospodyni?
— Czy pan wie jakie szczegóły o tej historji? — spytała Dunia.
— Sądzi pan może — gorąco ciągnęła pani Pulcherja — że powstrzymałyby go wtedy moje łzy, prośby, moja choroba, śmierć może nawet ze strapienia, nasza nędza? Najspokojniej przekroczyłby wszystkie przeszkody. I miałże-foy on, miałżeby nas nie kochać?
— On sam nic i nigdy ze mną o tej historji nie mówił — ostrożnie odpowiedział Razumichin — ale słyszałem o tem trochę od pani Zarnicynowej, która także nie należy do rzędu osób wymownych, a to com słyszał, jest może nawet nieco dziwnem.
— A co, coś pan słyszał? — spytały razem obydwie kobiety.
— Zresztą, nic znowu tak nadzwyczajnego. Dowiedziałem się tylko, że ten związek, już zupełnie postanowiony i zerwany tylko przez śmierć panny, był samej pani Zar-.nicynowej bardzo nie na rękę... Mówią nadto, że narzeczona była nieładna, to jest nawet szpetna... i taka choro-
Ibliwa, i... i dziwna... chociaż zresztą nie bez pewnych zalet. Bezwarunkowo musiała mieć jakieś zalety; inaczej ’nic tu nie da się wytłómaczyć... Posagu także żadnego, chociaż on nie liczyłby na posag... Wogóle w takiej sprawie trudno sąd wydawać. — Jestem pewna, że to była zacna panienka — krótko wtrąciła Dunia.
— Niech mi Bóg przebaczy, alem się wtedy ucieszyła jej śmiercią, chociaż nie wiem, któreby z nich gorzej na tym związku wyszło, on czy ona? — rzekła pani Pulcher-ja; poczem ostrożnie, z przerywaniami i z ustawicznem spoglądaniem na Dunię, co wyraźnie nieprzyjemnem było dla tej ostatniej, jęła znowu rozpytywać o wczorajszej scenie pomiędzy Rodziem i Łużynem. Zajście to niepokoiło ją widocznie najbardziej, aż do strachu i drżenia. Ra-zumichin opowiedział znowu wszystko, jak było, ale tym razem dodał i swój sąd: wprost oskarżył Raskol nikowa o tendencyjne obrażenie pana Piotra, niewiele go ’tym razem tłómacząc chorobą.
— On to sobie jeszcze ułożył przed chorobą — dodał.
— I ja tak myślę — rzekła pani Pulcherja, zgnębiona. — Ale uderzyło ją bardzo, że o panu Piotrze Razumichin wyraził się tym razem tak ostrożnie i nawet jakby z poszanowaniem. Uderzyło to i Dunię.
— Więc pan takiego jest zdania o panu Piotrze? — nie wytrzymała, ażeby się nie zapytać, pani Pulcherja.
— O przyszłym mężu pani córki nie mogę mieć innego zdania — poważnie i gorąco odparł Razumichin — i nie imówię tego tylko z grzeczności, lecz dlatego... dlatego choćby, że panna Eudoksja sama, dobrowolnie, zaszczyciła tego człowieka swoim wyborem. Jeżelim zaś beształ go tak wczoraj, to dlatego, że wczoraj byłem nielitościwie pijany i... warjat; tak, byłem warjatem, bez głowy, oszalałem najzupełniej... i dziś wstydzę się tego!...
Zaczerwienił się i zamilkł. Dunia rozgniewała się, ale nie przerywała milczenia. Nie wymówiła ani słowa od chwili, jak zaczęto mówić o Łużynie.
A tymczasem matka, bez jej udziału, widocznie nie ‘mogła się zdecydować. Nareszcie, jąkając się i nieustannie spoglądając na córkę, rzekła — iż ją niezmiernie zakłopotała obecnie pewna okoliczność.
— Widzi pan, panie Dymitrze — zaczęła... — Będę zupełnie szczerą z panem Dymitrem, Duniu?
— Oczywiście, mateczko — przekonywająco odparła zagadnięta.
— A no więc tedy — pospieszyła stara, jakby tem zezwoleniem wyspowiadania się, z trapiącej ją troski, zrzucono jej kamień z serca — dziś bardzo rano otrzymałam od pana Piotra list, w odpowiedzi na naszą wczorajszą wiadomość o przybyciu. Widzi pan, on wczoraj miał nas spotkać, jak sam obiecał, na dworcu. Zamiast tego, na dworzec przysłał jakiegoś lokaja z adresem tego zajazdu, ażeby nam pokazać drogę, a pan Piotr kazał nam powiedzieć, że przybędzie do nas tutaj dziś rano. Tymczasem dziś zrana otrzymujemy od niego ten oto list. Najlepiej przeczytaj go pan sam; jest tu punkt, który mnie bardzo niepokoi... Sam pan się zaraz przekona, jaki to punkt, panie Dymitrze! Pan najlepiej zna charakter Rodzia i możesz najlepiej poradzić. Uprzedzam pana, że Dunia już wszystko postanowiła, odrazu, ale ja, ja nie wiem jeszcze, jak postąpić i... czekałam właśnie na pana.
Razumichin otworzył list, datowany wczoraj, i przeczytał co następuje:
„Szanowna Pani! Mam zaszczyt panią zawiadomić, że wskutek niespodziewanych okoliczności, nie mogłem spotkać pań na peronie i posłałem w tym celu służącego, bardzo rozgarniętego. Zarazem, pozbawię się zaszczytu widzenia się z paniami i jutro zrana, a to z powodu nader pilnych spraw w senacie i, ażeby nie przeszkodzić pani w widzeniu się z synem, zaś pannie Eudoksj? z bratem. Będę natomiast, miał zaszczyt odwiedzić i powitać panie w ich mieszkaniu nie prędzej, jak w dniu jutrzejszym, punkt o godzinie ósmej po południu, atoli ośmielam się dołączyć uprzejmą i muszę dodać stanowczą prośbę, (bę, ażeby przy naszem wspólnem spotkaniu nie było pana Rodjona, albowiem podczas wczorajszych odwiedzin moich, obraził mnie bezprzykładnie i foezecnie, a krom tego, muszę osobiście i szczegółowo rozmówić się z paniami co do pewnego punktu, względem którego radbym zasięgnąć od pań ich własne zdanie. Mam zaszczyt przytem uprzedzić panie, że jeżeli, wbrew mojej prośbie, tspotkam pana Rodjona, to zmuszony będę wyjść natychmiast, a wtedy, miejcie panie żal do samych siebie. Piszę zaś w tem przypuszczeniu, że pan Rod jon, który podczas mojej wizyty wydawał się tak słabym, w dwie godziny wyzdrowiał, że przeto, wychodząc na ulicę, może i panie odwiedzić. Upewniają mnie o tem własne moje oczy, któ-remi widziałem go w mieszkaniu pewnego, roztratowanego końmi pijaka, zmarłego wskutek tego wypadku, gdzie jego córce, dziewczynie lekkich obyczajów, wydał wczoraj do dwudziestu pięciu rubli, pod pozorem pogrzebu, co mnie bardzo zdziwiło, wiem bowiem ile trudów kosztowało panią zebranie tej sumy. Przy sposobności, łączę wyrazy imojego poważania, szanownej pannie Eudoksji i proszę przyjąć zapewnienie prawdziwej życzliwości, od pokornego sługi.
P. Łużyna“.
— Cóż mama począć teraz, panie Dymitrze! — wyrzekła pani Pulcherja, omal nie płacząc. — Jakże mogę powiedzieć Rodziowi, żeby tu nie przychodził? On tak stanowczo domagał się wczoraj dania odmowy panu Piotrowi, a tu jego samego każą nie przyjąć! Ależ on umyślnie przyjdzie, gdy się dowie, i... co wtedy będzie?
— Niech pani zrobi tak, jak postanowiła panna Eu-doksja — spokojnie i niezwłocznie odparł Razumichin.
— Ach, mój Boże! Ona mówi... ona Bóg wie co mówi i nie wyjaśniła mi swego celu! Ona powiada, że będzie ¡lepiej, to jest nie tyle lepiej, ile niby dla czegoś jest nie-zbędnem, ażeby Rodzio także naumyślnie przyszedł dziś o ósmej wieczorem, i ażeby się oni koniecznie spotkali... A ja, nawet listu nie chciałam mu pokazywać i tak jakoś podstępem zrobić, ażeby on tutaj nie przychodził, tak przez pana... bo widzi pan, on taki podrażniony... A przytem nic nie rozumiem, co to tam za pijak umarł i jaka tam córka, i jakiem prawem mógł on oddać córce wszystkie ostatnie pieniądze, które...
— Które tyle trudów mamę kosztowały — dodała Du-nia.
— On był wczoraj trochę nie w humorze — odparł w zamyśleniu Razumichin. — Gdybyście panie wiedziały, ^ co on wczoraj nagadał w restauracji, chociaż i rozsądnie... hm! O jakimś nieboszczyku i o jakiejś dziewczynie^ coś mi istotnie mówił wczoraj wieczorem, kiedyśmy szli do domu, alem nie zrozumiał ani słowa... A zresztą, ja sam wczoraj...
— Najlepiej, mateczko, chodźmy do niego same i tam, zapewniam mamę, odrazu zobaczymy, co mamy robić. A przytem czas już — Boże! Dziesiąta godzina! — zawołała, spojrzawszy na swój wspaniały złoty zegarek, który wisiał na jej szyi na cienkim weneckim łańcuszku, i strasznie dysharmonizował z resztą ubrania. „Prezent narzeczonego“ — pomyślał Razumichin.
— Ach, czas! Czas, Duniu, czas! — gorączkowo za-krzątnęła się matka. — Gotów pomyśleć, że się za wczorajsze gniewamy, że nas tak długo nie ma. Ach, mój Boże.
To mówiąc, szybko narzucała na siebie mantylkę i włożyła kapelusz; Dunia także się ubrała. Rękawiczki miała nietylko stare, ale i podarte, co zauważył Razumichin, a jednak ta krzycząca niezamożność ubrania nadawała obydwom paniom pozój: jakby szczególnej jakiejś godności, co zawsze bywa u osób, które umieją nosić biedny ubiór. Razumichin ze czcią spoglądał na Dunię i dumny ibył z tego, że ją odprowadzi. „Owa krć^wa, myślał, co to reperowała w więzieniu swoje pończochy, więcej oczy-iwiście była prawdziwą królową, aniżeli nawet podczas najwspanialszych uroczystości i recepcyj“.
— Mój Boże! — krzyknęła pani Pulcherja: — czyż mogłam myśleć, że się będę bała spotkania z synem, z moim miłym, kochanym Rodziem, tak jak się teraz boję!... Ja boję się, panie Dymitrze! — dodała, nieśmiało nań spojrzawszy.
— Niech się mama nie boi — rzekła Dunia, całując ją — lepiej niech mama w niego uwierzy. Ja wderzę.
— Ach mój Boże! Ja także wierzę, a całą noc nie spałam! — zawołała biedna kobieeta.
Wyszli na ulicę.
— Wiesz, Duniu, ledwie nad ranem zasnęłam trochę, wnet mi się przyśniła nieboszczka pani Marta... i cała w bieli... zbliżyła się do mnie, ujęła mnie za rękę, a sama kiwa na mnie głową i tak srogo, srogo, jakby potępiała... Czy to na dobre? Ach, mój Boże, panie Dymitrze, pan jeszcze nie wie, że pani Marta umarła.
— Nie, nie wiem; kto to był taki?
— Umarła nagle! I wyobraź pan sobie...
— Później, mateczko — wmieszała się Dunia, wszak pan jeszcze nie wie, kto to była ta pani Marta.
— Ach, pan nie wie? A ja myślałam, że pan już wie o wszystkiem. Przebacz mi pan, ale doprawdy od paru dni zmysły mi się mieszają. Doprawdy, ja pana uważam, jakby za naszą Opatrzność, i dlatego właśnie sądziłam, że panu już wszystko jest wiadome. Uważam pana jakby za krewnego... Nie gniewaj się pan, że tak mówię. Ach ¡mój Boże! Co to panu się stało na prawej ręce! Stłukłeś się pan?
— Tak, stłukłem się — wyszeptał uszczęśliwiony Ra-zumichin.
— Niekiedy, mówię zanadto z całego serca, tak że mnie aż Dunia mityguje... Ale, mój Boże, w jakiej on komórce mieszka! Czy też się jednak obudził? I ta kobieta, jego gospodyni, uważa to za pokój? Posłuchaj pan, pan twierdzisz, że on nie lubi wynurzać swoich uczuć, tak że ja mu może uprzykrzę się przez swoje... słabostki?... Może mnie pan poinformuje, panie Dymitrze?... Jak mam z nim postępować? Bo doprawdy chodzę, jak ¡bez głowy.
— ’Nie badaj go pani zbytnio o czemkolwiek, wówczas, kiedy się chmurzy; szczególniej nie wypytuj go pani zbytnio o zdrowie; nie lubi.
— Ach, mój panie Dymitrze, jak trudno jest być matką!
— Otóż i schody... Co za okropne schody!
— Mamuniu, mama jest zbyt bladą, niech się mama uspokoi, moja droga mateczko — rzekła Dunia z przymi-leniem — on przecie powinien być szczęśliwym, że mamę widzi, a mama tak się męczy — dodała, błysnąwszy wzrokiem.
— Poczekajcie panie, zobaczę naprzód, czy się obudził?
Damy wolniutko poszły za Razumichinem, który pobiegł naprzód po schodach, i gdy się już na trzeciem piętrze zrównały ze drzwiami gospodyni, to ¡spostrzegły, że te drzwi otwarte były na maleńką szparkę i, że dwa bystre czarne wejrzenia oglądają je z ciemności. Gdy się zaś promienie oczu skrzyżowały ze sobą, drzwi zatrzaśnięto z takim hałasem, że pani Pulcherja omal nie krzyknęła z przestrachu.
— Zdrów, zdrów! — wesoło zawołał do wchodzących Zosimow. — Przyszedł on przed dziesięcioma minutami i siedział we wczorajszym kącie na sofie. Raskolnikow siedział w przeciwległym kącie, zupełnie ubrany, i nawet starannie umyty i uczesany, co się mu już dawno nie zdarzyło. Pokój zapełnił się odrazu, ale Nastusia zdołała jednak wsunąć się za gośćmi i jęła słuchać.
Istotnie, Raskolnikow był prawie zdrów, zwłaszcza w porównaniu z wczorajszem, ibył tylko bardzo blady, roztargniony i ponury. Zewnętrznie wyglądał na człowieka ranionego, albo znoszącego jakiś dotkliwy ¡ból fizyczny: brwi miał ściągnięte, usta zacisnął, wzrok miał rozogniony. Mówił mało i niechętnie, jakby nad siły lub z obowiązku, i jakiś niepokój zdradzał się niekiedy w jego ruchach.
Brakowało tylko jakiegoś bandaża na ręku, lub gałgan-ka na palcu, żeby być podobnym do człowieka, któremu puchnie z wielkiego bólu palec, albo który ma skaleczoną rękę, lub coś w tym rodzaju.
Zresztą i ta blada i ponura twarz błysnęła na chwilę jakby blaskiem, gdy weszła matka i siostra, ale dodało to tylko do jego wyglądu, zamiast poprzedniego stroskanego roztargnienia, więcej jeszcze skupionej męki. Blask zmierzchł niebawem, ale męka została i Zosimow, śledzący i badający swego pacjenta, ze zdiwieniem spostrzegł w nim, z przyjściem krewnych, zamiast radości, jakby ciężkie ukryte postanowienie zniesienia godziny nowych tortur, których już niepodobna było uniknąć. Widział on potem, jak prawie każde słowo rozmowy, jakgdyby dotykało jakiejś rany pacjenta i drażniło ją; ale zarazem podziwiał dzisiejszą umiejętność panowania nad sobą i ukrywania uczuć wczorajszego monomana, który przy najmmejszem słówku wpadał wczoraj omal nie we wściekłość.
— Tak, sam teraz widzę, że prawie zdrów jestem — rzekł Raskolnikow, życzliwie całując matkę i siostrę, dzięki czemu pani Pulcherja odrazu się rozchmurzyła — i już nie mówię tego po wczorajszemu — dodał, zwracając się do Razumichina i przyjaźnie ściskając jego rękę.
— A mnie to aż zadziwił dzisiaj — zaczął Zosimow, nader zadowolony z przybycia gości, przez dziesięć minut bowiem zdążył już zgubić wątek rozmowy ze swoim chorym. — Za jakie trzy, cztery dni, jeżeli tak pójdzie, będzie zupełnie jak dawniej, tak jak było przed miesiącem, lub przed dwoma, albo nawet może przed trzema? Bo to się oddawna wlekło i przygotowywało... nieprawdaż? Przyznaj się pan, że możeś pan sam się do tego przyczynił? — dodał z ostrożnym ’Uśmiechem, jakby wciąż jeszcze lękając się, ażeby go czem nie rozdrażnić.
— Bardzo ’być może — chłodno odparł Raskolnikow.
— Ja właśnie do tego mówię — ciągnął zachęcony Zosimow — że pańskie wyzdrowienie, przedewszystkiem i wyłącznie zależy od pana samego. Teraz, gdy już z panem można rozmawiać, chciałbym pana przekonać, że koniecznie trzeba usunąć pierwsze, że tak powiem pierwiastkowe przyczyny, które wpływały na powstanie pańskiej choroby, wtedy się pan wyleczy, w przeciwnym razie stan zdrowia pańskiego może się nawet pogorszyć. Tych przyczyn pierwiastkowych ja nie znam, ale pan powinieneś wiedzieć o nich. Jesteś pan rozsądny i pewnoś pan obserwował samego siebie. Zdaje mi się, że rozstrój pański datuje się od chwili wystąpienia pańskiego z uniwersytetu. Nie powinieneś pan nadal żyć bez zajęcia, i dlatego praca i jasno wytknięty cel życia mogłyby panu przynieść znakomitą ulgę.
— Tak, tak, masz pan zupełną słuszność. Właśnie jak najprędzej wstąpię na uniwersytet, i wtedy wszystko pójdzie jak... po maśle...
Zosimow, który zaczął był swoje rozumne rady, po części dla efektu wobec dam, zmieszał się nieco, wyraźnie dostrzegłszy, po skończeniu przemowy, na twarzy swego słuchacza uśmiech ironiczny. Zresztą, trwało to ledwie chwilkę. Pani Pulcherja jęła zaraz dziękować Zosimowo-
Zbrodnia i kara. * wi, szczególniej za wczorajsze odwiedzenie ich w hotelu.
— Jakto, to on był u was nawet w nocy? — zapytał Raskolnikow, jakby zaniepokojony. — A więc i wy nie spałyście po podróży?
— Ach, Rodziu, wszak to było tylko do drugiej godziny. Myśmy się z Dunią nigdy wcześniej nie kładły, nawet w domu.
— Ja także nie wiem, jak mu dziękować — ciągnął Raskolnikow, chmurząc się nagle i marszcząc brwi. — Pominąwszy kwestję pieniężną, daruj mi pan, że o tem wspominam (zwrócił się do Zosimowa) — ja nie wiem, czem mogłem sobie zasłużyć u pana na takie szczególne względy? Poprostu nie pojmuję... i... i przykro mi nawet, że nie pojmuję: mówię to otwarcie.
— Ale nie rozdrażniaj się pan — zaśmiał się z przymusem Zosimow — przypuśćmy, że pan jesteś moim pierwszym pacjentem, a każdy z nas przecie, rozpoczynając praktykę, lubi swoich pierwszych pacjentów, jak dzieci, a niektórzy to nawet kochają się w nich. A przecie ja ¡mam niewielu chorych.
— Bo już nie mówię o nim — doadł Raskolnikow, wskazując na Razumichina — a i on, oprócz obrazy i kłopotów, niczego nie doznał ode mnie.
— A to się załgał! Jakiś ty czuły dzisiaj! — zawołał Razumichin.
Byłby spostrzegł, gdyby był przenikliwy, że czułości nie było tu bynajmniej, a raczej było wprost przeciwnie. Ale Dunia spostrzegła to. Uważnie i z niepokojem obserwowała brata.
— A o mamie, to nawTet mówić nie śmiem — ciągnął, jakby wyuczoną od rana lekcję; — dziś dopiero mogłem jako tako się ogarnąć, jak się to mateczka musiała wczoraj zmęczyć, w oczekiwaniu na moje przybycie. — Co powiedziawszy, nagle, milcząc i z uśmiechem, wyciągnął rękę do siostry. Ale w uśmiechu tym błysnęło tym razem pra — * wdziwe niekłamane uczucie. Dunia natychmiast ujęła i ścisnęła serdecznie wyciągniętą rękę, ucieszona i wdzięczna. Po raz pierwszy zwracał się do niej po wczorajszej sprzeczce. Twarz matki zabłysła triumfem i szczęściem na widok tej ostatecznej i milczącej zgody brata z siostrą.
— O, za to właśnie ja go lubię! — wyszeptał przecenia jąc wszystko Razumichin, energicznie zakręciwszy się na krześle — ma on swoje ruchy!...
„I jak to u niego wszystko pięknie wychodzi — myślała matka; — co to za szlchetne porywy, jk to on popro-stu, delikatnie zakończył tę wczorajszą sprzeczkę z siostrą — tem tylko, że rękę wyciągnął w takiej chwili i spojrzał mile... A jakie ma piękne oczy, i jak całą twarz ma piękną!... Ładniejszy jest nawet od Duni... Ale, mój Boże, jakie on ma ubranie, jak okropnie jest odziany! U pana Atanazego w sklepie Wasia, posługacz, lepiej ubrany... Ach, zdaje mi się, żebym tak przypadła do niego, takbym go Objęła, uścisnęła i... zapłakała, a boję się, boję... on taki jakiś. Boże! Niby rozmawia łagodnie, a jednak... boję się! Czegóż ja się ¡boję?...“
— Ach, Rodziu, nie dasz wiary — zaczęła nagle, spiesząc się z odpowiedzią na jego uwagę — jakeśmy z Du-iną były wczoraj... nieszczęśliwe! Teraz, gdy już wszystko minęło i skończyło się, i wszyscyśmy znowu szczęśliwi, można opowiedzieć. Wyobraź sobie, biegniemy tutaj, ażeby ciebie uścisnąć, prawie prosto z wagonu, a ta kobieta, a, otóż i ona! jak się masz, Nastusiu!... Powiada ona nam odrazu, że leżysz w gorączce i że dopieroś co uciekł pocichutku przed doktorem, w malignie, na ulicę, i że poszli cię szukać. Nie masz wyobrażenia, co się z nami działo! Przypomniałam sobie właśnie, jak nieszczęśliwie zginął porucznik Potanczykow, nasz znajomy, przyjaciel twojego ojca — pamiętasz go, Rodziu — także w gorączce i tak samo uciekł i na dworze wpadł w studnię, aż go dopiero nazajutrz wydobyto. A nam się, naturalnie, jeszcze gorzej wyobrażało. Chciałyśmy zrazu wyszukać pana Piotra, ażeby chociaż przy jego pomocy... bośmy przecie były same jedne, samiuteńkie — dodała żałosnym głosem i nagle całkiem urwała, spostrzegłszy, że mówić o panu Piotrze jest jeszcze trochę niebezpiecznie, pomimo nawet — że „wszyscy są już znowu całkiem szczęśliwi“.
— Tak, tak; wszystko to... naturalnie... jest przykre... — wycedził Raskolnikow, ale z takiem roztargnieniem i nieuwagą, że Dunia spojrzała nań zdziwiona.
— Com to jeszcze chciał powiedzieć — ciągnął, z trudem coś sobie przypominając — aha: proszę was, mateczko i ty Duniu, nie sądźcie, żem nie chciał do was dzisiaj przyjść pierwszy i że czekałem, ażebyście wy pierwsze do mnie przyszły.
— Cóż znowu, Rodziu! — zawołała matka, także zdziwiona.
„Co to jest, czy on odpowiada nam z obowiązku, czy co?“ — pomyślała Dunia — i godzi się, i prosi o przebaczenie, jakby jaką służbę wypełniał.
— Niedawnom się obudził i chciałem właśnie iść. ale mnie ubranie wstrzymało; zapomniałem wczoraj powiedzieć jej... Nastusi... żeby tę krew wyprała... Dopiero teraz zdążyłem się ubrać.
— Krew! Jaką krew? — przestraszyła się matka.
— To tak... nie lękajcie się. Krew stąd, że wczoraj, kiedym się włóczył trochę w gorączce, natknąłem się na pewnego roztratowanego człowieka, pewnego urzędnika...
— W gorączce? Ależ ty wszystko pamiętasz — przerwał Razumichin.
— ’To prawda — jakoś szczególnie zakłopotany odparł Raskolnikow — pamiętam wszystko, do najdrobniejszych szczegółów, a jednak, patrzaj: dlaczegom to robił, pocom tam chodził i gadał? tego już wcale nie mogę sobie wy-tłómaczyć.
— ’To bardzo znany fenomen — wtrącił Zosimow — wykonanie niekiedy artystyczne, przemądre, a kierowanie postępkami, początek czynów w nieładzie i zależny od różnych wrażeń chorobliwych. Podobny do snu.
„A może to i dobre, iż on mnie ma prawie za warja-ta“ — pomyślał Raskolnikow.
— Ale w takim razie, to zdaje się, że i zdrowi postępują tak samo — zauważyła Dunia, niespokojnie patrząc na Zosimowa.
— Uwaga dość słuszna — odparł tenże: — pod tym względem, istotnie wszyscyśmy, i bardzo często, prawie jak warjaci, z maleńką tylko różnicą, że „chorzy“ pozbawieni są zmysłów trochę więcej od nas, i dlatego trzeba tu mieć na względzie granicę. A człowiek harmonijny, to prawda, wcale prawie nie istnieje: na dziesiątki, a nawet na całe setki tysięcy spotyka się jeden, i to w dosyć slabem wydaniu.
Przy wyrazie „warjaci“, który nieostrożnie wymknął się rozgadanemu na ulubiony temat Zosimowowi, wszyscy skwaśnieli. Raskolnikow siedział, jakby nie zwracając uwagi, w zamyśleniu i z dziwnym uśmiechem na bladych ustach. Coś mu się roiło po głowie.
— No więc cóż ten stratowany? Przerwałem ci! — zawołał żywo Razumichin.
— Co? — jakby ze snu odparł zagadnięty: — aha... no więc powalałem się krwią, kiedym pomagał przenieść go do mieszkania... Ach, mamo, popełniłem wczoraj rzecz nie do darowania; istotnie jakgdybym był nieprzytomny. Oddałem wczoraj wszystkie pieniądze, które mi mama przysłała... jego żonie... na pogrzeb. Ona teraz jest wdową... suchotnica, godna politowania... troje maleńkich sierot, głodne... w domu pustki... i jeszcze jedna córka... Może-byście i same oddały, gdybyście widziały... Nie miałem zresztą najmniejszego prawa, przyznaję, zwłaszcza, wiedząc, jak mamie trudno było wydostać te pieniądze. Ażeby pomagać, należy przedewszystkiem mieć do tego prawo, w przeciwnym razie:,.Crevez chiens, si vous n’êtes pas contents“. — Roześmiał się. — Prawda, Duniu?
— Nie, nie prawda — stanowczo odparła Dunia.
— Ba! To i ty... miewasz porywy!... — wyszeptał, spojrzawszy na nią nieomal z nienawiścią i uśmiechając się złośliwie. — Szkoda, żem tego nie wiedział... Ha, i cóż, to chwalebnie; tobie przecie lepiej... i dojdziesz do takiej linji, że jej nie przekroczysz, będziesz nieszczęśliwą, a jeśli przekroczysz, może będziesz jeszcze nieszczęśliwszą... A zresztą, co tam o tem! — dodał z rozdrażnieniem, gniewając się na swój mimowolny wybuch. — Chciałem tylko powiedzieć, że proszę cię, mateczko, o przebaczenie — dodał ostro i urwanie.
— Ależ, mój Rodziu, jestem przekonaną, że wszystko, co ty robisz, to robisz dobrze! — rzekła ucieszona matka.
— Niech mama nie będzie przekonaną — odparł, krzywiąc usta do śmiechu. Nastąpiło milczenie. Coś było naciągniętego w tej całej rozmowie, i w milczeniu, i w godzeniu się, i w przebaczeniu, i wszyscy to czuli.
„A toć one najwyraźniej mnie się boją“ — myślał Raskolnikow, z pod. oka patrząc na matkę i siostrę. Pani Pulcherja istotnie im bardziej milczała, tem bardziej stawała się nieśmiałą.
„Zaocznie, zdaje się, kochałem je przecie’ błysnęło mu w głowie.
— Wiesz, Rodziu, pani Marta umarła! — wyrwała się nagle matka.
— Jaka to Marta?
— Ach, mój Boże, toć przecie Marta Świdrygajłowa! Takiem ci przecie o niej dużo pisała.
— A-a-a, pamiętam... więc umarła? Ach, istotnie? — wstrząsnął się nagle, jakby ze snu. — Doprawdy, umarła? Na co?
— Wyobraź sobie — nagle! — pospieszyła matka, zachęcona jego zaciekawieniem — i akurat w tym samym czasie, kiedym ten list odsyłała do ciebie, w tym samym ’dniu! Wyobraź sobie, ten straszny człowiek był właśnie przyczyną jej zgonu. Mówią, że ją zbił okrutnie!
— Czyżby tak źle żyli ze sobą? — zapytał, zwracając się do siostry.
— Nie, nawet przeciwnie. Był dla niej zawsze bardzo cierpliwy, nawet grzeczny. W wielu wypadkach był nawet za pobłażliwy, przez całe siedem lat... Gdy nagle stracił cierpliwość.
— A więc wcale nie jest tak straszny, skoro mógł wytrzymać przez siedem lat? Ty, Duniu, uniewinniasz go, zdaje się?
— Nie, nie, to straszny człowiek! Nic straszniejszego wyobrazić sobie nie mogę — omal że nie z dreszczem odparła Dunia, zmarszczyła brwi i zamyśliła się.
— Było to zrana — ciągnęła spiesznie pani Pulcherja. — Potem, ona kazała zaprząc, chcąc zaraz po obiedzie odjechać do miasta, bo ona zawsze w takich razach jeździła do miasta; jadła obiad, jak mówią, z wielkim apetytem...
— Jakto, zbita?
—...Miała takie... przyzwyczajenie; otóż, po obiedzie, ażeby nie zwlekać, zaraz poszła do łazienki. Bo widzisz, leczyła się jakąś kąpielą; mają oni tam zimne źródło, i ona regularnie kąpała się tam codzień, i jak tylko weszła do wody, zaraz dostała apopleksji.
— Naturalnie — rzekł Zosimow.
— Czy on ją bardzo zbił?
— Toć to wszystko jedno — odezwała się Dunia. — Hm! A zresztą, poco mi mama o takich głupstwach opowiada? — z rozdrażnieniem i jakby niechcący wymówił nagle Raskolnikow.
— Ach, mój drogi, ależ ja nie wiedziałam, o czem już mam mówić, wyrwało się pani Pulcherji.
— Cóż to, czy się mnie boicie wszyscy? — rzekł z nienaturalnym uśmiechem.
— To rzeczywiście prawda — rzekła Duma, prosto i surowo patrząc na brata. — Mama, wchodząc na schody, aż się żegnała ze strachu.
Twarz mu się skrzywiła, jakby w konwulsjach.
— Ach, co ty mówisz, Duni! Nie gniewaj się, Rodziu, proszę cię... Poco, Duniu, ach... — wyrzekła w zakłopotaniu matka — prawda, że jadąc, przez całą drogę w wagonie, marzyłam o tem, jak to my ’się zobaczymy, jak sobie opowiemy nawzajem wszystko... i tak byłam szczęśliwa, żem nawet drogi nie widziała! Ale co ja mówię! jam i teraz szczęśliwa... Niepotrzebnieś mówiła, Duniu... Już przez to samo jestem szczęśliwa, że ciebie widzę, Rodziu...
— No, no, mateczko — z zakłopotaniem wyszeptał, nie patrząc na nią i ścisnąwszy jej rękę — jeszcze się nagadamy!
Powiedziawszy to, posmutniał zaraz i pobladł: znowu pewne niedawne uczucie martwym chłodem przebiegło po jego duszy; znowu zrozumiał, jak najwyraźniej, że przed chwilą strasznie skłamał, że nietylko nigdy nie wypadnie im się nagadać, ale że już o niczem, nigdy i z nikim, nie powinien już mówić. Wrażenie tej męczącej myśli było tak ’silne, że na chwilę prawie całkiem zapomniał się, wstał z miejsca, i na nikogo nie patrząc, wyszedł z pokoju.
— — Co się z tobą dzieje? — zawołał Razumichin, chwytając go za rękę.
Usiadł znowu i jął rozglądać się w milczeniu; wszyscy patrzyli nań ze zdziwieniem.
— Cóżeście tak zamilkli! — zawołał nagle i całkiem niespodziewanie; — mówcież cokolwiek! Poco siedzieć napróżno! No, mówcież! Zacznijmy rozmawiać... Zebraliśmy się i milczymy... No, choć cokolwiek!
— Dzięki Bogu! A ja myślałam, że się z nim zaczyna coś jak wczoraj — rzekła, żegnając się matka.
— Co tobie, Rodziu? — z niedowierzeniem spytała Dunia.
— Nic, przyszła mi na myśl jedna rzecz — odparł i nagle roześmiał się.
— A no, jeśli rzecz, to i dobrze! Bo ja już doprawdy sam myślałem... — wyszeptał Zosimow, wstając z kanapy. — Czas już jednak na mnie; ja jeszcze przyjdę, może... jeżeli zastanę...
Pożegnał się i wyszedł.
— Co to za miły człowiek! — rzekła pani Pulcherja.
— Tak, miły, wykształcony, rozumny... — dodał gorączkowo Raskolnikow, z jakimś niezwykłym ożywieniem... — Zdaje się, żem go gdzieś spotykał... jeszcze przed chorobą. O i ten, także niezły człowiek! — wskazał na Razumichina: — czy on podoba ci się, Duniu? — zapytał nagle i niewiadomo dlaczego, roześmiał się.
— Bardzo — odpowiedziała Dunia.
— Pfu, jakiś ty... świntuch! — wymówił okrutnie zażenowany i zaczerwieniony Razumichin i wstał z krzesła. Pani Pulcherja uśmiechnęła się zlekka, a Raskolnikow głośno się roześmiał.
— Dokąd to?
— — ja także... mam interes.
— Żadnego nie masz interesu, zostań! Zosimow wyszedł, więc i ciebie korci. Nie chodź... A która godzina? Jest dwunasta? jaki ty masz śliczny zegareczek, Duniu! Cóżeście znowu zamilkli? Ciągle tylko ja sam mówię!...
— To prezent od pani Marty — odparła Dunia.
— Bardzo drogi — dodała matka.
— A-a-a! Jaki duży, prawie nie damski.
— Ja także lubię — rzekła Dunia.
„Więc to nie dar od narzeczonego“ — pomyślał Razumichin i ucieszył się sam nie wiedząc czemu.
— A ja myślałem, że to prezent od Łużyna? — rzekł Raskolnikow.
— Nie, on nic jeszcze nie dał Duni w prezencie.
— A-a-a! A pamięta mama, jakem to ja się zakochał i chciałem się ożenić — rzekł nagle, patrząc na matkę, uderzoną niezwykłym zwrotem i tonem, jakim zaczął o tem mówić.
— Ach, mój drogi, tak! — Pani Pulcherja spojrzała znacząco na Dunię i Razumichina.
— Hm! Tak! Cóż więcej? Nie mam wam nic do opowiedzenia. Była to taka chorowita dziewczyna — ciągnął, jakby znowu zamyślając się i zastanawiając — całkiem słaba; lubiła biednych wspierać i o klasztorze marzyła, i zaraz zalała się łzami, kiedy mi o tem zaczęła mówić; tak, tak — pamiętam... dobrze pamiętam. Brzydactwo to było takie... Doprawdy nie wiem, co mnie tak do niej przywiązało, zdaje się, że zawsze była chorowita... Gdyby była kulawa lub garbata, jeszcze bym chyba bardziej przywiązał się do niej... (Uśmiechnął się smętnie). Tak... była to jakaś wiosenna gorączka...
— Nie, tu nie sama gorączka wiosenna — z ożywieniem rzekła Dunia.
Uważnie i z naprężeniem spojrzał na siostrę, ale nie usłyszał, czy nawet nie zrozumiał jej słów. Potem, w głę-bokiem zamyśleuni, wstał, zbliżył się do matki, pocałował ją, wrócił na miejsce i usiadł.
— Ty ją dotychczas kochasz! — rzekła wzruszona matka.
— Ją niby? Teraz? Ach, tak... mateczko, o niej! Nie. To wszystko już teraz jakby z tamtego świata i tak dawno. A i wszystko, co się dokoła dzieje, jakgdyby działo się gdzieindziej...
Spojrzał z uwagę na obecnych.
— Oto, choćby i wy... patrzę na was jakby z odległości tysiąca wiorst... Ale bo i licho wie, poco my o tem gadamy! Poco badać, wypytywać? — dodał z niechęcią i urwał, gryząc paznogcie i zamyślając się znowu.
— Jakie ty masz nędzne mieszkanie, Rodziu, jak grób — rzekła nagle pani Pulcherja, przerywając męczące milczenie — jestem przekonana, że na twoją melan-cholję głównie wpłynęło mieszkanie.
— Mieszkanie... — odparł z roztargnieniem. — Tak, mieszkanie wpłynęło znacznie... i ja tak myślałem... A gdyby mama wiedziała, jaką dziwną myśl zdradziłaś w tej chwili — dodał nagie, szczególnie uśmiechając się.
Jeszcze chwilkę, a całe towarzystwo, ci krewni, po trzyletniej rozłące, ten rodzinny ton rozmowy przy zupełnem niepodobieństwie mówienia o czemkolwiek, wszystko to stałoby się dlań nie do zniesienia. Była jednak pewna sprawa nie cierpiąca zwłoki, którą tak czy owak, należało stanowczo dziś zadecydować — tak postanowił jeszcze poprzednio, kiedy się obudził. Teraz ucieszył się tą sprawą, jakgdyby znalazł punkt wyjścia.
— Widzisz więc, Duniu — zaczął poważnie i sucho — ja, oczywiście, proszę cię o przebaczenie za wczorajsze, ale poczytuję sobie za obowiązek przypomnieć ci, że od swojego za nic nie odstąpię. Albo ja, albo Łużyn. Niech ja sobie będę podły, ty być nie powinnaś. Jedno z dwojga. Jeżeli zaś wyjdziesz za Łużyna, natychmiast przestanę cię uważać za siostrę.
— Rodziu, Rodziu! Ależ to ciągle to samo, co wczoraj — z goryczą zawołała matka — dlaczego ty ciągle nazywasz siebie podłym, ja tego nie mogę znieść. I wczoraj to samo...
— Bracie — twardo i także sucho odparła Dunia — w tem wszystkiem jest także pomyłka z twojej strony. Obmyśliłam to i odnalazłam pomyłkę. Wszystko polega na tem, że ty, zdaje się, przypuszczasz jakobym ja robiła z siebie komuś i dla kogoś ofiarę. Bynajmniej tak nie jest. Wychodzę poprostu dla siebie, bo mi samej za-c.iężko; a potem, naturalnie, będę rada, jeśli się uda przyjść z pomocą rodzinie, ale nie jest to wcale główny powód, wpływający na moje postanowienie...
„Łże! — pomyślał, gryząc paznogcie ze złości. — Dumna! Przyznać się nie chce, że jej się zachciało być dobrodziejką! O niskie charaktery! Kochają nawet, jakgdyby nienawidziły...O, jakże ja ich wszystkich... nienawidzę!“
— Słowem, wychodzę za pana Piotra — ciągnęła Dunia — ponieważ z dwojga złego wybieram mniejsze. Mam zamiar wypełnić uczciwie wszystko, czegokolwiek on ode-mnie zażąda, a więc nie oszukuję go... Dlaczego się tak uśmiechasz?
Podniosła głowę, w oczach jej zabłysnął gniew.
— Wszystko wypełnisz? — Zapytał z jadowitym uśmiechem.
— Do pewnych granic.I rodzaj i forma starania się o mnie pana Piotra, pokazały mi odrazu, kogo mu potrzeba. Bardzo być może, iż on ceni siebie zanadto wysoko, spodziewam się jednak, że on i mnie ceni... Znowu się śmiejesz?
— A ty znowu się rumienisz? Łżesz, siostro, umyślnie łżesz, jedynie wskutek uporu kobiecego, ażeby tylko wobec mnie postawić na ’Swojem... Ty nie możesz szanować Łużyna: ja go widziałem i mówiłem z nim. Sprzedajesz się tedy za pieniądze i w każdym razie postępujesz nędznie, i rad jestem, że przynajmniej rumienić się możesz!
— Nieprawda, nie łżę!... — zawołała Dunia tracąc zimną krew — nie wyjdę za niego, nie będąc przekonaną, że on mnie ceni i dba o mnie; nie wyjdę za niego, dopóki się nie upewnię, że sama go mogę szanować. Na szczęście, mogę się przekonać o tem dziś jeszcze. A taki związek nie jest podłością, jak ty to nazywasz. A choćbyś nawet miał słuszność, choćbym istotnie zdecydowana była na podłość, to czyż godzi się tobie tak nielitości-wie mówić ze mną? Dlaczego żądasz odemnie bohaterstwa, którego, być może, sam nie posiadasz? To despotyzm, to gwałt! Jeżeli ja skrzywdzę kogo, to tylko siebie samą... Przecieżem jeszcze nikogo nie zarżnęła!... ’Co tak patrzysz na mnie? Coś tak zbladł? Rodziu, co tobie? Rodziu, mój drogi!
— — Wielki Boże! Zemdlał! — Zawołała matka.
— Nie, nic... głupstwo... nic!... W głowie mi się trochę zakręciło. To wcale nie zemdlenie... Ciągle tylko myślicie o zemdleniu!... Hm! Tak... com to chciał powiedzieć? Aha: jakim to sposobem przekonasz się dzisiaj, że możesz go szanować i że on... ceni ciebie, jak mówisz. Mówiłaś, zdaje się, że dzisiaj? A możem się przesłyszał?
— Niech mama pokaże bratu list pana Piotra — rzekła Dunia.
Pani Pulcherja drżącemi rękami podała list. On z wielką ciekawością wziął go. Ale zanim go otworzył, spojrzał nagle, jakby ze zdziwieniem na Dunię.
— Dziwne — wymówił zwolna, jakby uderzony no-Wcj myślą — ależ o co mi idzie? Poco ten cały gwałt? Wychodź sobie za kogo chcesz!
Mówił, jakby do siebie, ale wymówił głośno i przez jakiś czas patrzył na siostrę, jakby zdziwiony.
Nareszcie, otworzył list, wciąż jeszcze zachowując pozór jakiegoś szczególniejszego zdumienia; potem zwolna i uważnie zaczął czytać i przeczytał dwa razy. Pani Pulcherja była nadzwyczaj zaniepokojona; a i wszyscy czekali na coś niezwykłego.
— To mnie dziwi — zaczął po chwili namysłu i oddając list matce, ale nie zwracając się do nikogo w szczególności. — Wszak on chodzi za sprawami, adwokat i nawet wyraża się tak... efektownie, a jednak jak nie-ortograficznie bazgra.
Wszyscy poruszyli się; oczekiwano czegoś zupełnie innego.
— Ba, oni ’tak wszyscy piszą — zauważył Razumichin.
— — Czytałeś?
— Czytałem.
— Pokazywałyśmy, Rodziu... radziłyśmy się — zaczęła z zażenowaniem pani Pulcherja.
— To właściwie styl urzędowy — przerwał Razumichin — papiery sądowe tak się pisze.
— Sądowy? Istotnie, urzędowy, aktowy... nietyle bo już nieortograficznie, ale i niebardzo po literacku; właśnie styl urzędowy!
— Pan Piotr też nie zapiera się bynajmniej, że jest samoukiem, a nawet chwalił się tem, że sam sobą pokierował — wtrąciła Dunia, nieco urażona nowym tonem ibrata.
— Ha. jeśli się chwali, ma widać czem, ja nie oponuję. Obraziłaś się, siostruniu, jak widzę, że z całego listu wyprowadziłem taki drobny wniosek, i sądzisz, że umyślnie wszcząłem rozmowę o takich drobnostkach, ażeby pobawić się twoim kosztem. Otóż, mylisz się, z powodu bowiem tego stylu, przyszła mi do głowy pewna, nie zbyteczna w danym razie uwaga. Jest tam jedno wyrażenie: „miejcie żal do samych siebie“, zaakcentowane jasno i dobitnie, i oprócz tego jest groźba, że on zaraz odejdzie, jeżeli ja przyjdę. Ta groźba, równa się groźbie porzucenia was, jeżeli będziecie nieposłuszne i porzucenia was teraz właśnie, kiedyście na jego żądanie przybyły do Petersburga. No, jak sądzisz: czy można takiem wyrażeniem Łużyna obrazić się ta’k samo, jak-gdyby to napisał naprzykład on (wskazał na Razumi-china), albo Zosimow, aibo ktokolwiek z nas?
— No, nie — odparła Dunia z ożywieniem — aż nadto wiem, że to napisane jest nazbyt naiwnie i że on, być może, niedość zręcznie się wyraża... To słuszna uwaga z twej strony. iSiie przypuszczałam nawet.
— Tak, to styil sądowy, a po sądowemu inaczej pisać nie można, i wyszło bardziej szorstko, niż sam może chciał napisać. Zresztą, winienem cię trochę rozczarować: w tym liście jest jeszcze jedno zdanie, pewna plotka, skarga na mnie i, przyznam się, dość podła. Pieniądze oddałem wczoraj wdowie, suchotnicy i nieszczęśliwej, i nie „pod pozorem pogrzebu“, lecz poprostu na pogrzeb, i nie do rąk córki, dziewczyny, jak piszę „lekkich obyczajów“ (i którą wczoraj widziałem po raz pierwszy w życiu), lecz do rąk samej wdowy. W tem wszystkiern widzę zbyt skwapliwe usiłowanie oszkalowania mnie i poróżnienia z wami. I znowu napisane po sądowemu, to jest ze zbyt jawnem wynurzeniem celu i arcynaiwną skwapliwością. Człowiek to rozumny, ale żeby postępować rozumnie, ire-dość samego tylko rozumu. Wszystko to maluje człowieka i... nie sądzę, ażeby on zbytnio szanował ciebie. Mówię ci to jednak jedynie dla zwrócenia twojej uwagi, albowiem szczerze pragnę twojego dobra...
Dunia nic nie odpowiedziała; postanowienie powzięła jeszcze wczoraj, i czekała tylko na wieczór.
— Jakże więc decydujesz, Rodziu? — spytała matka, jeszcze bardziej niż poprzednio zaniepokojona jego nagłym, nowym, poważnym tonem mowy.
— Jakto: „decydujesz?“
— Przecie pan Piotr pisze, żeby ciebie nie było u nas wieczorem i że odejdzie, jeżeli... ty przyjdziesz. Więc jakże... będziesz?
— < To me ode mnie zależy, ale raczej od was, skoro takie życzenie pana Piotra was nie obraża, a powtóre od Duni, jeśli ona także się nie obraża. Ja zaś zastosuję się do was — dodał oschle.
— Dunia już się zdecydowała i ja się zupełnie z nią zgadzam — zawołała skwapliwie matka.
— < Postanowiłam cię prosić, Rtadziu, usilnie prosić, ażebyś koniecznie był u nas dzisiaj przy tem spotkaniu — rzekła Dunia — — przyjdziesz?
— — Przyjdę.
— Proszę i pana, ażebyś był łaskaw być u nas także o ósmej — dodała — zwracając się do Razumichina. — Mateczko, ja i pana proszę.
— Ależ bardzo słusznie, Duniu. No, jakeście tam postanowili, niechże tak będzie — dodała pani Pulcherja. Aż mi lżej; nie lubię udawać i kłamać; lepiej kierujmy się wszyscy prawdą... Gniewaj się teraz, panie Piotrze!
W tej chwili drzwi otworzyły się cichutko i do pokoju, nieśmiało rozglądając się dokoła, weszła dziewczyna. Wszyscy zwrócili się do niej ze zdziwieniem i ciekawością. Raskolnikow nie poznał jej zrazu. Była to Zofja Marmeladówna. Wczoraj widział on ją po raz pierwszy, ale w takiej chwili, w takiem otoczeniu, i w takim stroju, że w pamięci miał obraz zupełnie inny. Teraz była to skromnie i nawet ubogo odziana dziewczyna, bardzo jeszcze młodziutka, prawie dziecko, o ruchach skromnych i przyzwoitych, z pogodną, ale jakby nieco przestraszoną twarzyczką. Miała na sobie skromną codzienną sukienkę, na głowie zaś stary, starego fasonu kapelusik; tylko w rękach jej tkwiła, jak wczoraj parasolka. Spostrzegłszy niespodziewanie pełno osób w izbie, nietylko się zażenowała, ale poprostu nie wiedz’ała co począć, zdetonowała się, jak małe dziecko, i nawet zrobiła ruch do odejścia.
— Ach... to pani?... — rzekł Raskolnikow z nadzwyczaj-nem zdziwieniem i nagle sam się zmieszał.
Wydało mu się naraz, że matka i siostra wiedzą już trochę z listu Łużyna o pewnej dziewczynie „lekkich obyczajów“*. Przed chwilą właśnie protestował z powodu tej plotki Łużyna i wspomniał, że widział tę dziewczynę po raz pierwszy, a tu ona sama wchodzi. Przypomniał sofcie także, iż wcale nie oponował przeciwko wyrażeniu „lekkich obyczajów“. Wszystko to niejasno i w jednej chwili przeleciało mu przez głowę. Ale spojrzawszy uważniej, spostrzegł nagle, że ta spodlona istota, jest już poniżona do tego stopnia, że żal mu się zrobiło. Kiedy zaś zrobiła ruch, ażeby uciec ze strachu — w nim jakby się coś przewróciło.
’ — — A to niespodzianka — pośpieszył, zatrzymując ją wzrokiem. — Proszę, siądź pani. Pani zapewne w interesie matki... Proszę, o tu będzie pani najlepiej...
Przy wejściu Zosi, Razumichin, który siedział na je-dnem z trzech krzeseł Raskolnikowa, tuż przy drzwiach, wstał, ażeby ją przepuścić. Z początku Raskolnikow wskazał jej miejsce w kącie kanapy, tam gdzie siedział Zosi-mow, ale przypomniawszy sobie, że ta kanapa była miejscem zanadto poufałem i służyła mu za pościel, skwapliwie wskazał jej na krzesło Razumichina.
A ty siadaj tu — rzekł do Razumichina, sadzając go w kącie, gdzie siedział Zosimow.
Zosia usiadła, drżąc prawie ze strachu i nieśmiało spojrzała na obie damy. Widać było, że jej samej nie mogło się w głowie pomieścić, jak miała siąść przy nich. Na tę myśl, przeraziła się do tego stopnia, że nagle znowu wstała i w zupełnem pomieszaniu zwróciła się do Raskolnikowa.
— Ja... ja... przyszłam na chwileczkę... przepraszam, żem państwu przeszkodziła — zaczęła tłumaczyć się nie śmiało. — Idę do matki, nie miała kogo posłać... Prosi, żeby pan był łaskaw przyjść jutro na nabożeństwo żałobne do Ś-go Mitrofona... a potem do nas... na przekąskę.. Prosi o ten zaszczyt... Bardzo pana prosi...
Zacięła się i umilkła.
— Będę, bezwarunkowo... bezwarunkowo — odparł Raskolnikow, podniósłszy się także i także zacinając się i nie domawiając wyrazów. — Niech pani będzie łaskawa siadać — rzekł nagle — mam z panią do pomówienia. Proszę bardzo, może się pani spieszy, bądź pani łaskawa poświęcić mi dwie minutki...
I podsunął jej krzesło. Zosia znowu nieśmiało, z zakłopotaniem i ukradkiem spojrzała na obie panie, poczem spuściła głowę.
Blada twarz Raskolnikowa zapałała ogniem; czuł się dziwnie wzruszony: oczy mu zabłysły.
— Mamo — t — ozwał się donośnie i natarczywie — to panna Zofja Marmeladówna, córka tego samego nieszczęśliwego pana Marmeladowa, którego wczoraj w moich oczach roztratowały konie i o którym już wam opowiadałem...
Pani Pulcherja spojrzała na Zosię i zlekka przymru żyła oczy. Pomimo całego zmieszania przed natarczywym wzrokiem Rodzia, żadną miarą nie mogła sobie odmówić tej przyjemności. Dunia serjo i uważnie wpatrzyła się prosto w twarz biednej dziewczyny i oglądała ją w zdumieniu. Zosia, usłyszawszy rekomendację, podniosła oczy, ale zmieszała się jeszcze bardziej niż przedtem.
— Chciałem się panią zapytać — zwrócił się do niej spiesznie Raskolnikow — co tam u państwa dzisiaj słuchać? Czy kto was nie nachodził? naprzykład z policji...
— ’ Nie, wszystko przeszło spokojnie... Przecież aż zanadto widocznie było z czego śmierć nastąpiła; tylko lokatorzy gniewają się.
— Na co?
— Bo ciało długo stoi... bo to teraz gorąco, duszno... tak, że dziś przeniosą je do kaplicy, do jutra, a potem na cmentarz. Matka najprzód nie chciała, a teraz sama widzi, że inaczej nie można..
— Więc dzisiaj?
— Prosi pana zrobić jej ten zaszczyt, ażebyś pan był łaskaw przyjść do cerkwi jutro, a potern już do niej, na pominki.
— — To ona urządza stypę?
— Tak, przekąskę? kazała panu bari,:o podziękować, żeś pan nam wczoraj dopomógł... bez pana wcale n’e byłoby za co pochować. — I usta i podbródek zaczęły jej nagle drgać, ale powstrzymała się i znowu jak najspieszniej utkwiła wzrok w ziemię.
W czasie rozmowy Raskolnikow uważnie przypatrywał się jej. Była to szczuplutka, bladziutka twarzyczka, o rysach dość nieregularnych, jakaś taka ostra, z ostrym noskiem i podbródkiem. Nie można jej było nawet nazwać ładną, ale za to jej niebieskie oczy takie były jasne, a gdy się ożywiały, wyraz jej twarzy nabierał tyle dobroci i prostoty, że mimowoli coś ciągnęło do niej. W twarzy jej i w całej postaci, był nadto jeden rys szczególnie charakterystyczny; pomimo swoich lat osiemnastu, wyglądała jak dziewczynka, daleko młodsza od swegc wieku, prawie jak dziecko, i to niekiedy, śmiesznie zdradzało się w jej ruchach.
— Ach czyżby pani Katarzynie mogła wystarczyć tak mała kwota i... przytem jeszcze zakąska?... — zapytał Raskolnikow uparcie przeciągając rozmowę.
— Widzi pan, trumna będzie zwyczajna... i wszystko zwyczajne, więc nie drogie... obliczyłyśmy wspólnie... tak że i na pominki zostanie... a matka koniecznie chce, żeby tak było. Cóż robić... to jej pociecha, ona już taka... jak pan wie...
— Rozumiem, rozumiem... Naturalnie... Co się pani tak przypatruje mojej izdebce? Właśnie i mama powiada, że podobna do trumny.
— Pan nam wszystko wczoraj oddał! — odparła nagle w odpowiedzi Zosia, jakimś silnym i prędkim szeptem, znowu opuszczając wzrok ku ziemi. Wargi i podbródek znowu zaczęły drgać. Już dawno uderzyło ją biedne otoczenie Raskolnikowa, i teraz słowa jej wyrwały się same z siebie. Nastąpiło milczenie. Oczy Duni rozjaśniły się, a pani Pulcherja nawet życzliwie spojrzała na Zosię.
— Rodziu — rzekła, wstając — przecież obiad będziemy jedli razem. Chodźmyż, Duniu... A ty, Rodziu powinieneś się przejść, a potem odpocząć, poleżeć, przychodź jak najprędzej... Bośmy cię pewno zmęczyły, lękam się o to...
— > Tak, tak, przyjdę — odparł, wstając i śpiesząc się... Aczkolwiek mam interes...
— Miałżebyś nie jest z paniami obiadu? — zawołał Razumichin, ze zdziwieniem patrząc na Raskolnikowa — — co tobie znowu?
— Ależ przyjdę, przyjdę, naturalnie... A ty zostań na chwilkę. Wszak on wam teraz nie jest potrzebny, mateczko? A może ja go wam zabieram?
— Och, nie, nie! A pan, panie Dymitrze, przyjdziesz pan na obiad, bądź pan tak dobry!
— Bardzo pana prosimy — dodała Dunia.
Razumichin skłonił się i zajaśniał szczęściem. Na chwilę wszyscy zmieszali się jakoś szczególnie.
— Żegnaj, Rodziu, to jest, do widzenia; nie lubię mówić „żegnaj“. Żegnaj, /Nastusiu... ach, znowu powiedziałam „żegnaj“!...
Pani Pulcherja chciała także pożegnać się z ^ Zosią, ale jakoś się nie udało i coprędzej wyszła z pokoju.
Ale Dunia, jakby czekała na swoją kolej, przechodząc
Zbrodnia i^kara. ^ ^ bowiem za matką obok Zosi, skłoniła jej się życzliwym, grzecznym i pełnym ukłonem.
Zosia zmieszana, skłoniła się jakoś pośpiesznie, z obawą, i jakieś nawet chorobliwe uczucie odbiło się na jej twarzy, jakgdyby uprzejmość i życzliwość Duni były dla niej męczące i trudne do zniesienia.
— Do widzenia, Duniu! — zawołał Raskolniko^ już na korytarzu — dajże mi rękę!
— Przecież ci podawałam, zapomniałeś? — odparła Dunia, łaskawie i niezgrabnie zwracając się ku niemu
— No cóż, daj jeszcez raz! — zaczerwieniła się, prędko wyrwała swoją rękę i odeszła za matką, także nie wiadomo dlaczego bardzo (szczęśliwa.
Silnie ścisnął jej paluszki. Dunia uśmiechnęła się doń.
— No, to wybornie! — rzekł do Zosi, wracając i pogodnie patrząc na nią. — Panie Boże, daj spoczynek umarłym i pokrzep żywych! Czy tak? Czy tak? Wszak tak?
Zosia aż ze zdziwieniem spojrzała, na tak nagle ożywioną twarz Raskolnikowa. On przez kilka chwil w milczeniu i z uwagą wpatrywał się w nią, a całe opowiadanie 0 niej nieboszczyka ojca stanęło mu nagle w pamięci...
— Boże, Duniu! — zaczęła zaraz po wyjściu na ulicę pani Pulcherja — doprawdy kontenta jestem., żeśmy wyszły; lżej jakoś. No czyżem mogła myśleć wczoraj w wagonie, że nawet z tego będę się cieszyć!
— * Powtarzam mamie, że on jest jeszcze bardzo chory. Czyż mama tego nie widzi? Bardzo być może, że cierpiąc za nas, tak się zirytował. Trzeba być pobłażliwą 1 wiele, wiele można przebaczyć.
— A przecie ty nie byłaś pobłażliwą! — gorąco i zazdrośnie przerwała pani Pulcherja. — Wiesz, Duniu, patrzyłam na w^as oboje, jesteś jego żywym portretem i nietyle twarzą ile duszą; oboje melancholijni, ponurzy, i zapaleni, oboje dumni i wspaniałomyślni... Wszak on nie może być egoistą, Duniu? Co,... A jak pomyślę, co się dzisiaj będzie działo u nas wieczorem, to aż... aż mi serce ściska.
— Niech się mateczka uspokoi, będzie to, co być powinno.
— Duniu! Pomyśl tylko w jakiem położeniu jesteśmy teraz! No, a jeżeli pan Piotr cofnie się? — nieostrożnie wyrwała się biedna matka.
— — Cóż on wart będzie po tem? — ostro i pogardliwie odparła córka.
— Dobr żeśmy zrobiły, żeśmy teraz wyszły — pospieszyła przerwać pani Pulcherja — on się gdzieś wybierał za interesem; niech się trochę przejdzie, odetchnie powietrzem... strasznie duszno u niego... Gdzie tam myśleć 0 świeżem powietrzu? Tu i na ulicach, jak w pokojach bez lufcików. Boże, co za miasto!... Czekaj, usuń się, zaduszą, niosą coś! Toć to fortepian... ach jak się pchają... 1 tej dziewczyny także się boję...
— Jakiej dziewczyny, marno?
— A no tej, Zofji, cośmy ją zostawiły...
— Dlaczego?
— Mam takie przeczucie, Duniu. Wierzaj mi, że jak tylko weszła, w tej chwili pomyślałam sobie, że tu właśnie tkwi cała przyczyna złego.
— Wcale nic tu nie tkwi! — z gniewem zawołała Dunia. — Nasza mama!... Toż on zna ją dopiero od wczoraj, a teraz, ~]ak weszła, nawet jej nie poznał.
— No, zobaczysz!.. Ja się o nią boję, zobaczysz, zobaczysz! I takem się przelękła: tak na mnie patrzy, patrzy, takie ma oczy, a ledwie usiedziała na krześle, pamiętasz, jak zaczął ją przedstawiać? I dziwi mnie: Pan Piotr tak o niej pisze, a on ją nam rekomenduje, i jeszcze tobie! Więc dba o nią!
— Cóż że pisze! A czy o nas mało mówiono i pisano, mama zapomniała? A ja jestem przekonaną, że ona... jest najpoczciwszą i że to wszystko... bajki!
— Daj Boże!
— A pan Piotr to niegodny plotkarz — ostro dodała Dunia.
Pani Pulcherja aż się skuliła. Rozmowa została przerwaną.
— Widzisz, uważasz, taki mam do ciebie interes... — rzekł Raskolnikow, odprowadzając Razumichina do okna.
— — To ja powiem matce... że pan przyjdzie... — wtrąciła Zosia, zabierając się do wyjścia.
— Zaraz, panno Zofio, my nie mamy sekretów, pani nam nie przeszkadza... Chciałbym z panią przecież dwa słowa pomówić... Więc uważasz — zwrócił się znowu do
Razumichina — wszak ty go znasz... Jak go tani!... Tego Porfir jusza?
— Naturalnie! krewniak... Albo co? — dodał z niezwy-kłem zaciekawieniem.
— Wszak to on teraz tę ’sprawę... no o tej zbrodni... wczoraj mówiliście... on prowadzi?
— — On... więc? — Razumichin nagle wytrzeszczył oczy.
— Podobno badał tych, co zastawiali fanty, a ja tam.miałem także fanty, bagatelki, jednak pierścionek siostry, który mi dała na pamiątkę, kiedym odjeżdżał tutaj, i srebrny zegarek po ojcu. Wszystko to warte jakie pięć, sześć rubli, ale widzisz, dla mnie pamiątka, droga Otóż, nie wiem, co mam robić? Nie chciałbym, żeby mi rzeczy przepadły, zwłaszcza zegarek. Drżałem przed chwilą, że matka zapyta się o niego, kiedyśmy zaczęli mówić o zegarku Duni. Jedyna rzecz, która ocalała po ojcu. Matka zachoruje, jeśli przepadnie! Kobiety! Więc radź, jak zrobić! Wiem, że trzeba by dać znać do cyrkułu. A czy nie lepiej do samego Porfirjusza, co? Jak sądzisz? Prędzej był by skutek. Zobaczysz, że jeszcze przed obiadem matka mnie się zapyta!
— Wcale nie do cyrkułu, koniecznie do Porfirjusza! — zawołał z jakiemś niezwykłem wzruszeniem Razumichin. — To mi bardzo na rękę! Niema co zwlekać, chodźmy, to dwa kroki stąd, zastaniemy go napewno!
— A no to chodźmy...
— A on... bardzo, bardzo, bardzo będzie kontent, że. się z tobą pozna! Dużo mówiłem mu o tobie, różnemi czasy... I wczoraj mówiłem... Chodźmy!... Więc ty znałeś fanciar-kę? Aha! To się przepysznie złożyło!... Ach prawda... panna Mar ja....
— — Panna Zofja — poprawił Raskolnikow. — Panno Zofjo, to mój przyjaciel, Razumichin, człowiek dobry...
— Jeżeli panowie musicie teraz iść... — zaczęła Zosia, ani nawet spojrzawszy na Razumichina i zmieszawszy się tein jeszcze bardziej.
— To i pójdziemy! — postanowił Raskolnikow: — ja jeszcze dziś odwiedzę panią, panno Zofjo, powiedz mi pani tylko, gdzie pani mieszkasz?
Nie mieszał się, aile jakby się spieszył i unikał jej wzroku. Zosia dała swój adres i przytem zarumieniła się. Wszyscy wyszli razem. 1 Nie zamykasz? — — zapytał Razumichin, schodząc ze schodów za niemi.
— Nigdy!... Zresztą, już od dwóch lat chcę sofcie kupić kłódkę — dodał niedbale. — Szczęśliwi ludzie, którzy nie mają nic do zamykania, nieprawdaż? — zwrócił się z uśmiechem do Zosi.
Na ulicy stanęli przed bramą.
— Pani na prawo, panno Zofjo? Ale, ale: jakże mnie pani znalazła? — zapytał, jakby pragnąc powiedzieć jej coś innego. Ciągle pragnął patrzeć w jej łagodne, jasne oczy, i jakoś mu się to ciągle nie udawało...
— A przecież pan dał wczoraj swój adres Połci.
— Połcia? Ach... Połcia! To ta... malutka... to siostra pani? Więc ja jej dałem adres?
— Czy pan zapomniał?
— Nie... pamiętam...
— Ja o panu słyszałam także od ojca... Tylko nie wiedziałam jeszcze wtedy, jak się pan nazywa, bo on sam nie wiedział... A teraz przyszłam... i dowiedziawszy się wczoraj o pańskieim nazwisku... zapytałam dzisiaj: gdzie tu mieszka pan Raskolnikow?... 1 nie wiedziałam, że i pan jest tylko sublokatorem... Do widzenia... Powiem, że pan...
Była nadzwyczaj kontenta, że odeszła nakoniec; odeszła ze spuszczoną głową, spiesząc się, ażeby jak najprędzej zniknąć im z oczu, ażeby przejść jakie dwadzieścia kroków do skrętu na prawo w ulicę, i zostać nareszcie samą, i tak, idąc, spiesząc się, na nikogo nie patrząc, na nic nie zwracając uwagi, myśleć, wspominać, kombinować każde powiedziane słowo, każdy szczegół. Nigdy, nigdy, nie doznawała niczego podobnego. Cały nowy świat bezwiednie i smutnie wszedł do jej duszy. Przypomniała sobie nagle, że Raskolnikow sam chciał zajść do niej dzisiaj, może jeszcze zrana, może zarazi
— Tylko już, nie dzisiaj, bardzo proszę nie dzisiaj! — — szeptała z zamierającem sercem, jakby prosząc kogoś, jak dziecko przestraszone. — Boże! Do mnie... do tej izby... on zobaczy... o Boże!
Oczywiście, nie mogła spostrzec w takiej chwili pewnego obcego jej jegomościa, który uważnie ją śledził, idąc za nią krok w krok. Odprowazdał on ją od samego wyjścia z bramy. W chwili, gdy wszyscy troje, Razumichin, Raskolnikow i ona zatrzymali się przed bramą, przecho dzeń ten, mijając ich, drgnął nagle, mimowoli dosłyszawszy słowa Zosi: „i zapytałam gdzie tu mieszka pan Raskolnikow?“ Szybko ale uważnie obejrzał wszystkich trojga, a szczególniej Raskolnikowa, do którego mówiła Zosia; potem spojrzał na dom i zapamiętał go sobie. Wszystko to było zrobione w jednej chwili, w przelocie, i przechodzień, starając się nie zwrócić na siebie najmniejszej uwagi, poszedł dalej, zwolniwszy kroku; jakgdyby czekał na kogo. A czekał na Zosię; widział, że się żegnali i że Zosia zaraz odejdzie, pewnie do siebie.
— „Ale gdzie do siebie? Widziałem gdzieś tę twarz“ — myślał, przypominając sobie twarz Zosi... — trzeba się dowiedzieć“.
Doszedłszy do zakrętu, przeszedł na przeciwległą stronę ulicy, odwrócił się i zobaczył, że Zosia już idzie tuż za nim, w tym samym kierunku, nic nie widząc. Doszedłszy do rogu, i ona akurat skręciła w tę samą ulicę. On poszedł za nią, nie spuszczając jej z oczu z przeciwległego tro-tuaru; uszedłszy z pięćdziesiąt kroków, przeszedł znowu na tę stronę, po której szła Zosia, dogonił ją i poszedł za nią, w odległości pięciu kroków.
Był to mężczyzna lat pięćdziesięciu, wzrostu więcej niż średniego, dorodny, o szerokich barczystych plecach, co mu nadawało pozór otyłości. Był ubrany wykwintnie i elegancko i wyglądał na dostatniego pana. W ręku miał piękną laseczkę, którą postukiwał za każdym krokiem po chodniku, a ręce miał w świeżych rękawiczkach. Jego szeroka pełna twarz była dość przyjemną, i nawet cera twarzy świeża, nie petersburska. Włosy jego, bardzo jeszcze gęste, były zupełnie jasno blond, gdzie niegdzie tylko siwe, a szeroka, gęsta broda, spadająca jak łopata, była jeszcze jaśniejszą od włosów, na głowie. Oczy miał niebieskie z wyrazem zimnym, przenikliwym i przeszywającym; wargi różowe. Wogóle, był to wybornie zakonserwowany człowiek i wydawał się daleko młodszym, niż był w istocie.
Gdy Zosia weszła na kanał, znaleźli się oboje na tro-tuarze. Śledząc ją, zdołał on zauważyć jej zamyślenie i roztargnienie. Doszedłszy do swego domu, Zosia skręciła do bramy, on za nią, jakgdyby nieco zdziwiony. Na podwórzu ona poszła na prawo, gdzie w samym kącie były schody do jej mieszkania.
„Ba!“ wyszeptał nieznajomy i zaczął wchodzić za nią po stopniach. Wtedy dopiero Zosia spostrzegła go. Doszedłszy do drugiego piętra, skręciła w korytarz i zadzwoniła pod Nr. 9, gdzie na drzwiach hyło ’napisane kredą: Kapernamnow, krawiec. „Iia!“ powtórzył znowu nieznajomy, zdziwiony szczególnem zbiegiem okoliczności, i zadzwonił do sąsiedniego mieszkania pod Nr. 8. Jedne drzwi od drugich były o jakie sześć kroków.
— Panienka mieszka u Kapernaumowa! — rzekł, patrząc na Zosię i śmiejąc się. — On mi wczoraj reperował kamizelkę. A ja tu mieszkam, w sąsiedztwie, u madam Gertrudy Reslich! Jak to się dziwnie złożyło!
Zosia spojrzała nań z uwagą.
— Sąsiadujemy ze ’sobą — ciągnął jakoś dziwnie wesoło. — Dopiero od trzech dni jestem w mieście. No, do widzenia, tymczasem.
Zosia nic.nie odpowiedziała; drzwi otworzono i wślizgnęła się do pokoju. Wstydziła się czegoś i wogóle było jej czegoś ’bardzo przykro...
Razumichin w drodze do Porfirjusza znajdował się w wielkiem rozdrażnieniu.
— To doskonale, mój bracie — powtórzył kilka razy — jestem kontent! Bardzo kontent!
„Z czego jesteś kontent?“ — myślał Raskolnikow.
— A toć ja wcale nie wiedziałem, żeś zastawiał u starej. A... a czy to dawno było? To jest czy, dawno, jak byłeś u niej?
„Jakiż to.naiwny dureń“.
— Kiedy byłem?... — zatrzymał się Raskolnikow, przypominając: — tak na trzy dni przed jej śmiercią, tak mi się zdaje. Zresztą, nie idę teraz ażeby wykupić rzeczy podchwycił z jakąś gorączkową skwapliwością — wszak mam ledwie jednego rubla w kieszeni... wskutek tej mojej wczorajszej przeklętej maligny...
Tę malignę podkreślił ze szczególnym naciskiem.
— A tak, tak, tak — skwapliwie i niewiadomo dlaczego potakiwał Razumichin — więc to dlatego tak cię... wówczas... uderzyło... a wiesz, toś ty i w malignie rozprawiał coś o jakichś pierścionkach, kolczykach... A tak, tak... teraz jasno, wszystko teraz jasno.... ,,Patrzcie! Jak to ’się u nich rozwinęła ta myśl! Wszak
I ten człowiek do piekła pójdzie za mną, a jednak bardzo jest kontent, że się wyjaśniło, dlaczego mówiłem w malignie o kolczykach! A to się ich jednak uczepiła ta myśl!“
— — Czy go tylko zastaniemy? — zapytał głośno.
— Zastaniemy, zastaniemy — spieszył się Razumi-chin. — To, tracie, wyborny chłopiec, zobaczysz! Trochę niezgrabny, to jest, właściwie mówiąc, człowiek światowy, ale niezgrabny pod innym względem. Człowiek to rozsądny, rozumny, nawet bardzo niegłupi, tylko ma jakiś szczególny skład myśli... Niedowierzający, sceptyk, cynik... lubi okpić, to jest nie tyle okpić, ile podrażnić kogoś... No, a prżytem stara metoda materjalistyczna... Ale fach swój zna... zna... W zeszłym roku wyśledził taką zawiłą sprawę o pewnym morderstwie, w której prawie wszystkie ślady były zatarte! Bardzo, bardzo pragnie poznać się z tobą!
— Z jakiej racji tak bardzo?
— To jest uważasz... ostatniemi czasy, jakeś zachorował, często bardzo zdarzało mi się wspominać o tobie... On słuchał... a gdy się dowiedział, żeś ty na prawie i nie możesz ukończyć studjów, dla braku środków, rzekł: jaka szkoda! Stąd ja też wyprowadziłem wniosek... to jest wszystko to razem, nie samo tylko tamto; wczoraj Zamie-tow... Uważasz, Rodziu, mówiłem ci wczoraj po pijanemu, jakieśmy szli do domu... więc się boję, żebyś nie przesadził, uważasz...
— Niby czego? Źe mnie mają za war jata? A może to i prawda...
Uśmiechnął się z pi^musem.
— Tak, tak... to jak tfu, nie!... Ech, wszystko to com mówił... (i o innych rzeczach) wszystko to głupstwo ’ po pijanemu.
— * Dlaczego się tłumaczysz! Ach, jak mi to wszystko zbrzydło! — zawołał Raskolnikow z przesadną niecierpliwością. Choć zresztą, udawał trochę.
— Wiem, wiem, rozumiem. Bądź pewny, że rozumiem. Wstyd nawet mówić...
— A kiedy wstyd, to i nie mów!
Obaj zamilkli. Razumichin był więcej niż w zachwycie i Raskolnikow czuł to ze wstrętem. Niepokoiło go i to, co Razumichin przed chwilą mówił o Porfirjuszu,,„Przed tym trzeba będzie także udawać — myślał, blednąc i z biciem serca — i to udawać jak najnaturalniej. Najlepiej byłoby wcale nic nie mówić. Zmuszać się do milczenia... Nie, zmuszanie się byłoby także nienaturalne... No, zobaczymy jeszcze... jak to będzie... dobrze czy źle, że ja tam idę? Ćma sama leci na światło. Serce wali, to niedobrze!...“
— W tym szarym domu — rzekł Razumichin.
„Co najważniejsza, czy też Porfirjusz wie, czy nie wie, że wczoraj byłem w mieszkaniu tej wiedźmy... i że się o krew pytałem? W jednej chwili trzebaby się o tem dowiedzieć, od pierwszego kroku, jak wejdę, z twarzy poznać; w prze-ciw-nym razie... choć zginę, ale się dowiem!
— A wiesz? — zwrócił się nagle do Razumichina z filuternym uśmiechem: — dziś, bracie, zauważyłem, żeś od samego rana dziwnie wzruszony? Prawda?
— Gdzie tam wzruszony? Wcale nie jestem wzruszony — zaperzył się Razumichin.
— Nie, bratku, znać to, znać! Na krześle siedziałeś tak, jak nigdy nie siedzisz, jakoś na brzeżku i ciągle cię dreszcze przejmo wały. Zrywałeś się ni stąd ni zowąd. To gniewny, to znów twarz ci przybiera wyraz najsłodszego karmelka. Rumieniłeś się nawet; zwłaszca, gdy cię poproszono na obiad, straszniesz się zaczerwienił.
— Ale gdzież znowu, nieprawda!... Co ci strzeliło?..
— Znamy się!... O, ty i teraz rumienisz się...
— Zawracasz mi głowę.
— Ale dlaczego się wstydzisz? Romeo! Czekaj, ja dziś w pewnem miejscu opowiem o tem, ha, ha, ha! To się mama będzie śmiała... i jeszcze ktoś...
— Posłuchaj, posłuchaj, posłuchaj, wszak to rzecz po ważna, wszak to... Cóż to znowu, u djabła! — strapił się ostatecznie Razumichin, drżąc z przestrachu. — Co ty im opowiesz?,.. Ech bratku... Och, jakiś ty... św..!
— Doprawdy, wyglądasz jak różyczka! A jak ci z tem do twarzy, gdybyś wiedział. Romeo dziewięć werszków wzrostu! A jakeś się dziś wymył, jakeś paznogcie oczyścił, co? Od kiedyż to? Ale dalibóg, wypomadowałeś się nawet Nachyl no się!
— Świntuch!...
Raskolnikow śmiał się tak, iż zdawało się, że się nie może utrzymać, i tak ze śmiechem weszli do mieszkania Porfirjusza. Tego właśnie pragnął Raskolnikow: z pokojów można ’było usłyszeć, że weszli śmiejąc się i, że ciągle jeszcze śmieją się w przedpokoju.

  • — Ani słowa tutaj, albo cię... zmiażdżę! — wyszeptał wściekły Razumichin, chwytając Raskolnikowa za rękę.

Ten już wchodził do pokojów. Wszedł tak, jakby się z całej siły powstrzymywał, ażeby nie wybuchnąć śmiechem. Za nim ze zirytowaną i groźną fizjognomją, czerwony, jak burak, niechętnie i niezgrabnie wszedł, wstydzący się Razumichin. Twarz jego i cała postać istotnie ibyły w tej chwili śmieszne i usprawiedliwiały śmiech Ras-kolnikowa. Raskolnikow, jeszcze nie przedstawiony, skłonił się stojącemu na środku pokoju i pytająco patrzącemu na nich gospodarzowi, wyciągnął i uścisnął mu rękę, ciągle jeszcze z widocznym nadzwyczajnym wysiłkiem stłumienia swej wesołości i powiedzenia, choć paru słów, dla zarekomendowania siebie. Ledwie jednak zdołał przybrać poważny wyraz twarzy i coś wyszeptać — nagle jakby pomimowoli znowu spojrzał na Razumichhina i tu już nie mógł wytrzymać: stłumiony śmiech wyrwał się tem głośniej, im bardziej był dotąd powstrzymywany. Niezwykły gniew z jakim Razumichin przyjmował ten „serdeczny“ śmiech kolegi, dodawał tej scenie widok jak najszczerszej wesołości, a co większa, naturalności. Razumichin, jakby umyślnie, dopomógł wszystkiemu:
— Ach, do licha! — zaryczał, machnąwszy ręką, i trafił nią właśnie w mały okrągły stolik, na którym stała szklanka po herbacie. Wszystko spadło i zabrzękło.
— Poco łamać stoły, panowie, toć to uszczerbek dla skarbu — wesoło zawołał Porfirjusz.
Scena przedstawiała się w ten sposób: Raskolnikow śmiał się coraz ciszej, zapomniawszy o swojej ręce w dłoni gospodarza, ale znając umiarkowanie, wyczekiwał na sposobność, żeby coprędzej i naturalniej skończyć. Razumichin, zawstydzony ostatecznie przewróceniem stołu i roz biciem szklanki, ponuro spojrzał na kawałki szkła, splunął i szybko zbliżył się do okna, gdzie stanął tyłem do wszystkich, ze strasznie nachmurzoną twarzą, patrząc w okno i nic nie widząc. Pan Porfirjusz śmiał się i chciał śmiać się, ale widocznem było, że potrzebował wyjaśnienia. W kącie na krześle siedział Zamietow, który na widok gości wstał i czekał, skrzywiwszy usta do uśmiechu, ale ze zdziwieniem i nawet jakby z niedowierzaniem patrząc na całą scenę, a na Raskolnikowa z pewnem nawet pomieszaniem. Niespodziewana obecność Zamietowa niewiele oddziałała na Raskolnikowa.
„Trzeba i to jeszcze wziąć pod uwagę!“’ — pomyślał.
— Bardzo przepraszani — zaczął niby z zażenowaniem — jestem Raskolnikow...
— Ależ, bardzo mi przyjemnie, a i panowie takeście sobie przyjemnie weszli... Cóż to? On się już nawet i nie wita — kiwnął Porfirjusz na Razumichina.
— Dalibóg, nie wiem, za co on się tak na mnie obraził. Powiedziałem mu tylko przez drogę, że wygląda jak Romeo, i... i dowiodłem mu tego, więcej zdaje się nic między nami nie zaszło.
— Świntuch! — mruknął, nie odwracając się, Razu-michin.
— Miusiał mieć bardzo poważne przyczyny, skoro się obraził za jedno słówko — roześmiał się Porfirjusz.
— No, ty! Sędzia!... No, ale pal was wszystkich licho! — odciął Razumichin i nagle, roześmiawszy się sam., z rozweseloną twarzą, jakgdyby nigdy nic, zbliżył się do Por-firjusza.
— Basta! Wszyscy durnie; do rzeczy: oto kolega Ro-djon Raskolnikow; przedewszystkiem ponieważ słyszał wiele o tobie, chce się zapoznać, a powtóre, ma też do ciebie maleńki interesik. A! Zamietow! A ty tu co robisz? To wy się znacie? Oddawna5
„A to co znowu?“ — bojaźliwie pomyślał Raskolnikow. Zamietow, jakby się zmieszał, ale niebardzo.
— Wczoraj przecie poznaliśmy się u ciebie — odparł wesoło.
— A więc, Bóg strzegł od zguby; w zeszłym tygodniu strasznie domagał się ode mnie, ażeby przedstawić ci go, Porfirjuszu, aż oto zwęszyliście się i beze mnie... Daj no mi tytoniu.
Pan Porfirjusz był po domowemu, w szlafroku, w białej czystej bieliźnie i w wydeptanych pantoflach. Był to człowiek lat trzydziestu pięciu, wzrostu mniej niż średniego, pełny i nawet z brzuszkiem, wygolony, bez wąsów i bez bakenbardów, z krótko ostrzyżonemi włosami na dużej okrągłej głowie, jakoś niezwykle zaokrąglonej na czubku. Nabrzękła, okrągła i nieco kurnosa jego twarz miała cerę słabowitą, ciemno — żółtą, ale wyraz dość żywy i nawet ironiczny. Twarz ta byłaby może nawet dobroduszną, gdyby jej nie przeszkadzał wyraz oczu, z jakimś łzawym odcieniem, pokrytych prawie białemi, mrugającemi, jakby kiwały na kogo, rzęsami. Wejrzenie-tych oczu dziwnie jakoś harmonizowało z całą postawą, mającą w sobie nawet coś kobiecego i nadawało jej coś daleko poważniejszego, aniżeli na pierwszy rzut oka możnaby się było po niej spodziewać.
Pan Porfirjusz, zaledwie usłyszał, że gość ma do niego „interesik“, zaraz poprosił go usiąść na kanapie, a sam zasiadł na drugim końcu i utkwił oczy w gościa, w oczekiwaniu na niezwłoczne wyłuszczenie sprawy, z tą wymuszoną i nawet za poważną uwagą, która aż dokucza i miesza za pierwszym razem, zwłaszcza, gdy się ’ludzie nie znają ze sobą i jeśli to, o czem zamierzamy mówić, wcale nie odpowiada tej niezwykłej grzeczności, jaką narn okazuje strona przeciwna. Ale Raskolnikow w krótkich i węzłowatych słowach, jasno i wyraźnie wyłożył swój interes i tak był kontent z siebie, że zdołał nawet dość dobrze obejrzeć Porfirjusza. Pan Porfirjusz także ani razu nie spuścił zeń oczu. Razumichin, ulokowawszy się naprzeciwko, przy tym samym stole, gorąco i niecierpliwie śledził za wyłuszczeniem sprawy, co chwila przerzucając wzrok z jednego na drugiego, co już trochę przebierało miarkę.
„Dureń!“ — szepnął do siebie Raskolnikow.
— Powinieneś pan podać prośbę do policji — poważnie odparł Porfirjusz — jako, dowiedziawszy się o takim to wypadku, to jest o tej zbrodni, prosisz pan, ze swej strony, ażeby zawiadomiono sędziego śledczego, który prowadzi ’sprawę, że takie to przedmioty należą do pana i że pan chcesz je wykupić... chociaż... zresztą, napiszą to panu sami...
— Właśnie też, w obecnej chwili — Raskolnikow usiło wał się zażenować jak mógł najbardziej — nie bardzo jestem przy pieniądzach... i nawet nie mogę takiej drobnostki... i widzi pan, chciałbym teraz oznajmić tylko, że to są moje rzeczy, ale, że jak będę miał pieniądze...
— To wszystko jedno — odparł Porfirjusz, obojętnie przyjmując wyjaśnienie o stanie finansowym interesanta; a zresztą, możesz pan i bezpośrednio napisać do mnie, jeśli pan chcesz, tak samo, że dowiedziawszy się o tem i oznajmiając o takich to moich rzeczach, proszę...
— Wszak to na zwykłym papierze? — pospieszył przerwać Raskolnikow — znowu interesując się formalną stroną sprawy.
— Ależ na najzwyklejszym! — i nagle Por.firjusz jakoś z otwartą iron ją spojrzał nań, zmrużywszy oczy i jakby mu podmigując. — Zresztą, może się to tylko tak wydało Raskolnikowowi, trwało bowiem zaledwie chwilkę. W każdym razie, było coś w tym guście. Raskolnikow przysiągłby, że on nań mrugał, djabli wiedzą dlaczego.
„Wie“, przebiegło w nim jak błyskawica.
— Przepraszam, żem pana trudził taką drobnostką — ciągnął nieco zmieszany — moje rzeczy warte są zaledwie pięć rubli, ale są one dla mnie szczególnie drogie, jako pamiątka po tych, od których je otrzymałem i przyznaję, że gdym się dowiedział bardzom się przeląkł... i — To też dlatego takeś się zaperzył wczoraj, kiedym powiedział Zosimowowi, że Porfirjusz bada dłużników fanciarki! — wtrącił Razumichin — widocznie mając coś na celu.
To już było nie do zniesienia. Raskolnikow nie wytrzymał i gniewnie błysnął nań zapalonemi gniewem swemi czarnemi o;zyma. Ale zaraz opamiętał się.
— Kpisz sobie ze mnie, bratku? — zwrócił się doń ze zręcznie udanem rozdrażnieniem. — Bardzo być może, że zanadto w twojem przekonaniu dbam o takie drobiazgi; ale przecież nie można mnie nazywać za to egoistą ani chciwym, bo w moich oczach te dwie bagatelki mogą nie być wcale bagatelkami. Mówiłem ci przed chwilą, że ten zegarek srebrny, prawie bez wartości, to jedyna spuścizna po moim ojcu. Śmiej się ze mnie, ale wiesz przecie, że matka przyjechała do mnie — zwrócił się nagle do Por-firjusza — i gdyby się dowiedziała — zwrócił się znowu coprędzej do Razumichina, starając się, ażeby mu głos zadrżał — że ten zegarek przepadł, to przysięgam, byłaby w rozpaczy! Kobiety!
— Ależ to ja bynajmniej, wcale nie w tem znaczeniu! — wołał zasmucony Razumichin.
„Czy dobrze? Czy naturalnie? Czym nie przesadził?“ — drżał Raskolnikow. — Pocom powiedział: — „Kobiety?“
— A; więc to matka pana przybyła? — zapytał niewiadomo dlaczego Porfirjusz.
— ’Tak jest.
— Kiedyż to?
— Wczoraj wieczorem.
Porfirjusz milczał, jakby coś kombinując.
— — Pańskie rzeczy w żadnym razie nie mogły przepaść — spokojnie i obojętnie mówił dalej. — Wszak ja już tu od-dawna czekam na pana. 1 jakby nigdy nic, zaczął starannie podstawiać popielniczkę Razumichinowi, który bez litości walał dywan popiołem. Raskolnikow drgnął, ale Porfirjusz, jakby nie patrzał wcale, zajęty ciągle papierosem Razumichina.
— Co-o? Czekałeś! A czyś wiedział, że on tam zastawiał? — krzyknął Razumichin.
Porfirjusz zwrócił się wprost do Raskolnikowa.
— Pańskie obie rzeczy, zegarek i pierścionek, były u niej zawinięte w jeden papierek, a na wierzchu wyraźnie odznaczono ołówkiem pańskie nazwisko, a także datę otrzymania zastawu...
— Jaką pan jednak ma pamięć?... — niezręcznie uśmiechnął się Raskolnikow, usiłując uporczywie patrzyć mu w oczy, ale nie mógł wytrzymać i dodał nagle:
— Mówię to dlatego, że musiało być pewnie bardzo wielu dłużników... tak, że trudno byłoby ich panu wszystkich spamiętać... A jednak, przeciwnie, pan ich tak doskonale pamięta, i... i...
„Głupio! Słabo! Pocom to dodał!“
— A prawie wszyscy dłużnicy są narn już znani i tylko pan jeden nie raczyłeś zgłosić się dotąd — odparł Porfirjusz z ledwie dającym się dostrzec odcieniem ironji.
— Byłem niezdrów.
— Słyszałem i o tem. Słyszałem nawet, żeś pan bardzo był czemś rozzdenerwowany. Pan nawet i teraz jesteś jakby blady?
— — Wcale nie blady., przeciwnie jestem zdrów zupek nie! — gniewnie i dobitnie odciął Raskolnikow, zmieniając nagle ton mowy. Gniew zaczął się w nim jątrzyć i nie mógł go powstrzymać. „A w złości wygadam się!“ błysnęło mu w głowie. — „A poco mnie dręczą!“
— Niezupełnie zdrów! — wtrącił Razumichin. — Także palnął! Toć do wczoraj leżał prawie bez przytomności... No czy dasz wiarę, Porfirjuszu, ledwie się trzymał na nogach, a ledwieśmy tylko, ja i Zosimow, odeszli wczoraj — ubrał się i drapnął pocichutku i bałamucił gdzieś prawie do północy, i to powiadam ci w najkompletniejszej gorączce, wyobraź sobie! Szczególny wypadek!
— Czyżby w najkompletniejszej gorączcet Proszę! proszę! — z jakimś kobiecym ruchem pokręcił głową Porfirjusz.
— Gdzie tam! Nie wierz pan! A zresztą, pan i tak temu nie wierzy! — ze zbytniej złości wyrwało się Raskol-nikowowi. Ale pan Porfirjusz jakgdyby wcale tych słów nie słyszał.
— Jakżebyś mógł wyjść, gdybyś nie był w gorączce? — zagorączkował się nagle Razumichin. — Pccoś wyszedł? Na co?... I dlaczego właśnie ukradkiem? No pomyśl sam, czy mogłeś być przy zdrowych zmysłach? Teraz, kiedy całe niebezpieczeństwo minęło, mówię ci to prosto w oczy!
— Sprzykrzyli mi się wczoraj — zwrócił się nagle Raskolnikow do Porfirjusza z natrętnie wyzywającym uśmiechem — więc też uciekłem od nich, chcąc wynająć mieszkanie, ażeby mnie nie mogli odnaleźć, i paczkę pieniędzy zabrałem ze sobą. O, pan Zamietow widział pieniądze. Jakże, panie Zamietow, czy mądry byłem wczoraj, czy w gorączce, niech pan sam powie?
Byłby z ochotą zadusił w tej chwili Zamietowa. Zanadto mu się już nie podobał jego wzrok, jego milczenie.
— Mojem zdaniem, rozmawiałeś pan wczoraj bardzo rozsądnie i nawet dowcipnie, tylko zanadto byłeś pan drażliwy — sucho odparł Zamietow.
— A dziś mówił mi pan Nikodem — wtrącił sędzia — że spotkał pana wczoraj już bardzo późno w mieszkaniu urzędnika, którego konie stratowały...
— Albo i ten urzędnik! — podchwycił Razumichin: — no czyż nie był warjatem u tego urzędnika? Ostatni. grosz oddać na cudzy pogrzeb! No chciałeś dopomóc — daj pię tnaście, dwadzieścia, ale choć trzy ruble zostaw sobie, a tyś wywalił całe dwadzieścia pięć.
— A może ja gdzie skarb znalazłem, a ty nie wiesz? /Może właśnie dlatego byłem wczoraj tak szczodry... O, pan.Zamietow to wie, że ja skarb znalazłem!... Przebacz pan, z łaski swojej — zwrócił się z drżącemi wargami do sędziego — że pana trapimy taką czczą gadaniną. Musieliśmy się panu dobrze naprzykrzyć, co?
— Ale gdzie tam, przeciwnie! O, gdybyś pan wiedział, jak mnie pan interesuje! Patrzę i słucham z całą ciekawością... i przyznam się, jestem nadzwyczaj kontent, że pan nareszcie raczyłeś się pofatygować...
— Dajże choć herbaty! W gardle zaschło! — zawołał Razumichin.
— Śliczny pomysł! Może się wszyscy napijemy. A może;ty chcesz coś mocniejszego, przed herbatą?
— Idź do licha!
Sędzia wyszedł po herbatę.
Myśli kręciły się, jak wiatr po głowie Raskolnikowa. Strasznie był rozdrażniony.
„Nawet się nie ukrywają i nie chcą się ceremonjować. A z jakiej racji, skoro mnie wcale nie znasz, mówiłeś 0 mnie z komisarzem? Więc już nie chcą wcale taić, że śledzą za mną, jak sfory psów! Tak otwarcie w twarz plują! — drżał z wściekłości. — No, bijcie prosto, ale nie bawcie się, jak kot z myszą. Wszak to niegrzecznie, panie sędzio, wszak ja jeszcze może nie pozwolę!.. Wstanę 1 plunę im całą prawdę w ślepie; i zobaczycie, jak wami pogardzam!...“ Z trudnością odetchnął. — „A jeśli mi się tylko zdaje? Jeśli to pozór, a ja mylę się, gniewam się przez niepraktyczność, nie umiem wytrzymać swojej podłej roli? Może to zupełnie bez celu? Słowa ich są jakby zwyczajne, ale coś w nich jest... Wszystko to zawsze można powiedzieć, ale coś jest. Dlaczego on powiedział po-prostu: „u niej?“ Dlaczego Zamietow dodał, żem ja ioz-mawiał dowcipnie? Dlaczego oni mówią takim tonem? Tak... tak... Razumichin jednak siedział razem ze mną, dlaczegóż jemu się nic nie zdaje!... Czy mrugał na mnie Porfirjusz, czy nie? chyba nie? i pocóż miałby mrugać? Albo wszystko fantazja, albo wiedzą! Nawet Zamietow jakiś szorstki... Czy szorstki aby Zamietow? Zamietow zmienił zdanie przez noc. Przeczuwałem, że zmieni zda-
Zbrodnia i kara. ^7 nie! On tu jest jak u siebie, a przecież pierwszy raz. Z wąchali się! Bezwarunkowo zwąchali się przeze mnie. Pewno nimeśmy przyszli, mówili o mnie!... Czy aby wiedzą o mieszkaniu? Ach, żeby już prędzej!... Kiedym powiedział, że chodziłem mieszkanie najmować, udał, że nie słyszy... Ale zręcznie wtrąciłem o mieszkaniu: to się przyda!... I to w gorączce!... tła, ha, ha! Wie on o całym wczorajszym wieczorze! O przybyciu matki nie wiedział!... A wiedźma nawet datę zapisała ołówkiem!... Bajki, nie dam się. Wszak to nie są jeszcze fakty, to fantazja! Nie, dostarczcie mi faktów. I mieszkanie to nie fakt, lecz gorączka: wiem ja co im mam mówić... Czy tylko wiedzą 0 mieszkaniu? Nie odejdę, nie dowiedziawszy się! Poco, przyszedłem? A że się złoszczę teraz, to może jest faktem! Ach, jak jestem drażliwy! A może to i dobrze; rola chrobliwa... On mnie maca. Będzie usiłował stropić. Poco przyszedłem?“
Wszystko to jak błyskawica przebiegło mu po głowie.
Sędzia właśnie powrócił. Nagle jakby się rozweselił.
— Wiesz bracie, głowa mnie tak boli, po twojej wczorajszej... Nawet cały jestem, jakiś zdenerwowany — zaczął wcale innym tonem, śmiejąc się do Razumichina.
— A cóż, bawiliście się dobrze? Toć ja was opuściłem wczoraj w najciekawszem miejscu. Któż zwyciężył?
— A nikt, naturalnie. Zjechaliśmy.na kwestje odwieczne, bujaliśmy pod niebiosami.
— Wyobraź sobie, Rodziu, jakie kwestje były wczoraj na stole, istnieje przestępstwo czy nie? Przeczuwałem, że tak będzie!
— Cóż to dziwnego? Zwyczajna kwest ja społeczna — odparł Raskolnikow niedbale.
— Kwest ja była nie tak postawiona — zauważył Por-firjusz.
— Niezupełnie tak, to prawda — zgodził się zaraz Ra-zumichin, spiesząc się i gorączkując po swojemu. — Uważasz, Rodjonie: posłuchaj, powiedz swoje zdanie. Chcę tego, tnałom ze skóry nie wyskoczył wczoraj z niemi i czekałem na ciebie; mówiłem im, że przyjdziesz... Zaczęło się od poglądu socjalistów. Pogląd wiadomy: przestępstwo to protest przeciw normalności urządzeń społecznych, 1 tyle, nic więcej, i żadnych innych przyczyn się nie dopuszcza — tyle tylko!...
— A właśnie, że nie! — zawołał sęizia. Widocznie się ożywiał, i co chwila śmiał się, patrząc na Razumichina, czem go jeszcze więcej podniecał.
— Niczego się nie dopuszcza! — gorąco przerwał Ras-kolnikow — tak właśnie! Ja ci ich książki pokażę; wszystko u.nich dlatego, że „sfera zgubiła“ i nic więcej! Ulubiony frazes! Stąd prosty wynik, że gdyby społeczeństwo urządzić normalnie, odrazu znikną wszystkie przestępstwa, nie będzie, bowiem, przeciwko czemu protestować i wszyscy staną się w jednej chwili uczciwymi ludźmi. Natury nie bierze się w rachubę, naturę się wyklucza, niema natury! Ich zdaniem, nie ludzkość, rozwinąwszy się historyczną żyzuą drogą do końca, sama przez się stanie się nareszcie społeczeństwem normalnem, lecz przeciwnie, system socjalny, wyszedłszy z jakiej matematycznej mózgowicy, natychmiast urządzi całą ludzkość i w jednej chwili uczyni ją sprawiedliwą i bezgrzeszną, bez jakiejkolwiek ewolucji, z pominięciem historycznej i życiowej drogi rozwoju! Dlatego też oni instynktownie nie lubią historji! „Same w niej potworności i głupstwa“. I wszystko to tłumaczy się tylko głupotą! Dlatego też nie znoszą naturalnego procesu życia! Nie trzeba żywych dusz! Dusza żywa — życia zażąda, dusza żywa nie podda się zmechanizowaniu, żywa dusza jest podejrzliwa, nieufna! A tak wprawdzie trupem cuchnie ale i z kauczuku można zrobić! Nie — żywą, nie samodzielną, niewolniczą — nie zbuntuje się! I okazuje się, że wreszcie całe zagadnienie sprowadza się do cegieł rozplanowania korytarzy i pokojów w folienste-rze, folienster już gotów, ale natura jeszcze do foliensteru nie przygotowana. Życia chce, procesu życiowego jeszcze nie zakończyła; za wcześnie jej na mentarz. Logiką nie można pokonać natury! Logika przewidzi trzy wypadki — a ich — miljon! Pominąć ten miljon wypadków. Wszystko sprowadzić do sprawy komfortu! Najłatwiejszy sposób załatwienia sprawy! Pociągająco jasne — myśleć nie trze*-ba! Najważniejsze — myśleć nie trzeba! Cały cel życia w dwóch stroniczkach druku umieścić można!
— Teraz dopiero zacznie Razumichin dysputować, bo to woda na jego młyn, ale teraz właśnie można mu utrzeć nosa — rzekł Porfirjusz śmiejąc się. — Proszę sobie wyobrazić — zwrócił się do Raskolnlkowa — przedwczoraj wieczorem było to samo! To był dopiero hałas, sześć po tężnych głosów, usiłujących się wzajemnie przekrzyczeć w małym pokoju przy ponczu i winie!... Nie, bracie, kłamiesz: „środowisko“ ma bardzo wielki wpływ na przestępstwo; mogę ci to dowieść.
— Chętnie przyznaję, żę wiele współdziała w zbrodniach — odparł Raskolnikow — ale czy i to jest wpływem środowiska, gdy przypuśćmy mężczyzna czterdziestoletni zgwałci dziewczynkę dziesięcioletnią?
— Właśnie-----odrzekł Porfirjusz, uderzając się w pier si, — że przyczyny, która go popchnęła do zgwałcenia nieletniej, szukać należy właśnie we wpływie otoczenia.
Razumichin stracił prawie panowanie nad sobą.
—...Załóż się — zwrócił się z patosem do swego kuzyna — że twoje białe rzęsy dlatego tylko tak daleko sięgają, że Iwan Wielki był tyle a tyle łokci długi? Chcesz, udowodnię ci to matematycznie.
— Ależ daj mi spokój! — zawołał wzruszając ramionami Razumichin — z tobą nie opłaci się przecież mówić 0 czemś poważnem... Ty przecież, Rodziu, nie znasz dotychczas zupełnie tego człowieka! Wszystko to jest u niego jedynie podstępem! Przecież i wczoraj wieczorem ogłosił się za jedną partją, aby potem obydwie wyśmiać, i to z reguły tak długo, dopóki inni wspólnie z nim śmiać się zaczną... czasami nawet i przez osiem tygodni, jak naprzykład tamtego roku, gdy wmawiał w nas, że zostanie mnichem, ażeśmy mu uwierzyli. A jakżeż było z jego małżeństwem? Opowiadał wtedy, że wszystko już do ślubu przygotowane, a myśmy już zamówili fraki na ślub, aż wreszcie okazało się, że wszystko to było głupim żartem i nędznem kłamstwem... ten blagier nie miał nawet narzeczonej!
— No, no, wstrzymaj się trochę — zawołał ze śmiechem Porfirjusz — nie było to tak, jak opowiadasz; bo garderobę zamówiłem sobie wcześniej i dopiero później przyszło mi na myśl spłatać wam figla. 1 — Czy lubisz pan rzeczywiście takie żarty? — wmieszał się Raskolnikow niedbale do rozmowy.
— Czemużby nie, ale żart na bok, chciałbym panu rzeczywiście wypowiedzieć moje zdanie, bo ja muszę najpierw przez pewien czas nad czemś popracować, zanim wyrobie sobie ostateczny sąd. Naprzykład, od dłuższego czasu interesuje mię pańska rzecz pod tytułem „Zbrodniarz“, którą, o ile pomnę, czytałem w którymś z dzień ników, a która przyszła mi na mysi podczas wczorajszej dysputy o zbrodni.
— Co też pan mówi! czy też rzeczywiście rzecz ta wyszła? — zawołał Raskolnikow. — Napisałem ją w czasie, kiedy opuściłem uniwersytet pod wpływem pewnej książki, ale dotychczas nie miałem pojęcia, że została wydrukowana.
— Jak panu powiedziałem — rzekł Porfirjusz — czytałem ją w którymś z dzienników. Ale że też pan o tem nic nie wie! za taką rzecz należy się przecież honorarjum. Nie mogę pana zrozumieć, przecież o rzeczach tak blisko osobiście obchodzących nikt nie zapomina.
— Bądź cobądź jesteś gałgan, Roaziu! — zawołał Ra-zumichin — musisz to sam przyznać. Ja o tem nic nie słyszałem, jeszcze teraz pobiegnę do czytelni i przyniosę ten zeszyt... Czy znasz Porfirjuszu dokładnie datę wydania tego zeszytu. Zresztą na co, i bez tego dam sobie radę. To przecież nie do uwierzenia, nie wspomnieć słówkiem o takiej rzeczy!
— Ale skądże Pan wie, że jest to moja praca — zwrócił się Raskolnikow do Porfirjusza — bo o ile sobie przypominam nie podpisałem jej?
— Słusznie — odrzekł Porfirjusz — dowiedziałem się 0 nazwisku autora od redaktora dziennika, tak bowiem ustęp ten mię interesował.
— O ile pamiętam — rzekł Raskolnikow — roztrząsałem stan duszy zbrodniarza w czasie spełnienia zbrodni!
— Tak. I twierdził pan, że każdej zbrodni towarzyszy zawsze stan chorobliwy. To bardzo, bardzo oryginalne... Ale właściwie nie ta część artykułu mnie zainteresowała, a raczej pewna myśl, wtrącona przy końcu, której, niestety, pan nie rozwinął szczegółowiej. Jednem słowem, może pan sobie przypomina, pan rzuca mimochodem twierdzenie, że istnieją pewne typy, które mogą... a raczej nic „mogą“, tylko mają prawo popełniać wszelkie zbrodnie 1 występki, osobniki nie podlegające prawu.
Raskolnikow musiał się uśmiechnąć, usłyszawszy myśl swoją tak przekręconą.
— Co? — krzyknął z oburzeniem, Razumichin — ci ludzie mogą być zbrodniarzami przez prawo chronionymi? Czy to także na podstawie osławionego Milicusa?
— Nie, nie — odparł Porfirjusz — Raskolnikow dzieli ludzi na zwyczajnych i nadzwyczajnych. Według niego ma człowiek zwyczajny przeklęty obowiązek i powinność słuchać, dlatego tylko, że urodził się zwyczajnym człowiekiem; nadzwyczajny zaś człowiek nie potrzebuje się krępować żadnem prawem, lecz może żyć wraz z równymi sobie jak mu się żywnie podoba, z tego jedynie powodu, że jest człowiekiem niezwykłym... Czyż tak, panie Raskol-nikow?
— Jakże to? Przecież to niemożliwe! — w zdumieniu mamrotał Razumichin.
Raskolnikow uśmiechnął się znowu... Widział już jasno, że zastawiano nań pułapkę... ale ponieważ dokładnie pamiętał, jak się wyraził w swem dziefle, uznał za stosowne walkę przyjąć...
— ’Nie zupełnie tak myślałem — rzekł skromnie — z drugiej zaś strony muszę przyznać, że pan pojąłeś myśl moją nie całkiem fałszywie... — wielką szczególnie przyjemność sprawiało mu wymówić te trzy wyrazy „nie całkiem fałszywie“ — sądziłem tylko, że człowiek nadzwyczajny ma prawo, rozumie się, nie jest to jakieś urzędowe prawo, lecz prawo wobec sumienia — uwolnić swe sumienie od powszechnie obowiązujących prawideł i skrupułów, ale tylko w tym wy padku, gdy wprowadzenie w czyn myślil, która go opanowała, a która ma może na celu oswobodzenie całej ludzkości, zmusza koniecznie do takiego przestąpienia prawa... Pan twierdzi, że artykuł mój;nie jest jasny, tedy chętnie wyjaśnię go w miarę możności. O ile się nie mylę, to pan sobie tego życzy, zatem służę. Gdyby więc naprzykład odkrycia i wynalazki Kepplera lub Newtona wymagały, na skutek pewnych kombinacyj, życia dziesięciu lub stu ludzi, ponieważ właśnie tych dziesięć lub setka ludzi stanęło na przeszkodzie Kepplerowi lub Newtonowi, to nietylko miałby Keppler lub Newton prawo, lecz nawet — byłby obowiązany... usunąć tych, dziesięciu czy stu ¡ludzi, ażeby dać rozgłos swoim wynalazkom wśród całej ludzkości. Z tego jednak wcale nie wynika, ażeiby Newton miał prawo mordować każdego, kogo mu się spodoba zamordować, lub też kraść codzień na targu. Dalej pamiętam,, rozwijałem w moim artykule myśl, że wszyscy... no dajmy na to prawodawcy i pro-wodyrowie ludzkości, zaczynając od najstarożytniejszych, poprzez Likurgów, Salonow, Mahometów, Napoleonów i t. p., wszyscy co do jednego (byli przestępcami, ponieważ, tworząc nowe prawo, tem samem obalali dawne, święcie czczone przez społeczeństwo i nabyte od ojców, i ani na chwilę nie cofali się nawet przed krwią, jeśli tylko krew (niekiedy całkiem niewinna i mężnie przelana za dawne prawo) mogła im dopomóc. Szczególniejsze nawet, że większa część tych dobrodziejów i prawodawców ludzkości strasznie była krwiożercza. Jednem słowem, wnioskuję, że wszyscy, nuietylko wielcy, lecz nawet odrobinę wybitniej jsi ludzie, to jest, będący w stanie powiedzieć choć odrobineczkę nowego, muszą, z natury swej, być bezwarunkowo przestępcami — mniej więcej, oczywiście. Inaczej trudno im wznieść się ponad poziom, a stać na poziomie znowu ze swej strony wcale nie pragną, a mojem zdaniem nawet nie powinni pragnąć. Jednem słowem, widzisz pan, że niema tu jak dotąd nic szczególnie nowego. To drukowano już i odczytano setki tysięcy razy. Co się zaś tyczy podziału ludzi na zwyczajnych i nadzwyczajnych, to zgadzam się, że jest on nieco dowodny, ależ nie upieram się przy ścisłych cyfrach. Ja wierzę tylko w główną moją myśl. Polega ona właściwie na tem, że ludzie, z natury rzeczy, dzielą się wogóle, na dwa gatunki: na niższy (zwyczajnych), to jest, że tak powiem, na materjał, służący jedynie do płodzenia sobie podobnych, i na istotnych ludzi, to jest posiadających dar albo talent do powiedzenia swojemu środowisku nowego słowa. Poddziały są tu, rzeczywiście, nieskończone, ale różnice są dość wybitne: gatunek pierwszy, to materjał, mówiąc wogć le, to ludzie z natury swojej konserwatywni, spokojni, ‘żyją w posłuszeństwie, bo to ich posłannictwo, i niema w tem dla nich wcale nic poniżającego. Gatunek drugi, wszyscy naruszają kodeks, burzyciele, albo skłonni do tego, zależnie od zdolności. Przestępstwa tych ludzi bywają oczywiście względne i nader rozmaite; po większej części domagają się oni w najróżnorodniejszych formach obalenia teraźniejszości w imię ¡lepszej doli. Ale jeśli potrzebuje, dla jego idei, przestąpić choćby nawet przez trupa, przez krew, to on w głębi siebie, w sumieniu, może, mojem zdaniem, może pozwolić sobie.na przekroczenie krwi — zależnie oczywiście od idei i od jej rozmachu — to sobie zastrzegam. W takiem tylko znaczeniu mówię też w moim artykule o ich prawie do zbrodni. (Pamię taj pan, żeśmy zaczęli od kwestji prawnej). Zresztą lękać się zbytnio niema potrzeby: masa nigdy prawie nie przyznaje im tego prawa, karze ich i wiesza (mniej więcej), przez co, zupełnie słusznie, spełnia swoje konserwatywne posłannictwo, z tem jednak, że w następnych pokoleniach, ta sama masa stawia ukaranych na piedestale i kłania im się (mniej więcej). Gatunek pierwszy jest zawsze panem drugiego, gatunek drugi — jest panem przyszłości. Pierwsi konserwują świat i zasilają liczebnie; drudzy ruszają z posad bryłę świata i kierują do celu. I ci i tamci mają zupełnie jednakowe prawo istnienia. Jednem słowem, według mnie, wszyscy mają prawa równoważne i — vive la guerre éternelle — oczywiście aż do Nowe; Jerozolimy!
— Więc pan jednak wierzysz w Jerozolimę?
— Wierzę — z pewnością siebie odparł Raskolnikow; mówiąc to i podczas całej swojej tyrady patrzał w ziemię, wybrawszy sobie punkt na dywanie.
— I... i... i... w Boga pan wierzysz? Daruj pan moją ciekawość!
— Wierzę — powtórzył Raskolnikow, podnosząc oczy.na sędziego.
— Iw zmartwychwstanie Łazarza pan wierzysz?
— Wie... wierzę. A panu to na co?
— Święcie pan wierzy?
— Święcie.
— No proszę... tak się zapytałem. Przepraszam. Ale pozwól pan — wracam do dawnego — wszak ich nie zawsze skazują na śmierć; niektórzy przeciwnie...
— Triumfują za życia? O, tak, niektórzy dochodzą za
— Sami zaczynają skazywać na śmierć.
— Jeżeli potrzeba, i wiesz pan, nawet najczęściej. Wogóle uwaga pańska jest dowcipna.
— Dziękuję. Powiedzże mi pan, czem odróżnić tych niezwyczajnych od zwyczajnych? Czy mają jakie znaki przy urodzeniu? Mówię w tem znaczeniu, że tu potrzeba więcej ścisłości, że tak powiem, więcej zewnętrznego zaokrąglenia: daruj pan, ale mam w sobie naturalny niepokój człowieka praktycznego i prawomyślnego, czy nie powinni byliby włożyć jakiś odrębny ubiór, nosić jakieś znaki szczególne, czy coś w tym ro’zaju?... Bo zgódź się pan, jeśli zaczną się mylić i osobnik jednego ga tunku wyobrazi sobie, że należy do drugiego, i zacznie „usuwać przeszkody“, jak się pan trafnie wyraziłeś, to mogą z tego...
— O, to się często zdarza! Uwaga pańska jest jeszcze dowcipniejsza od poprzedniej.
— Dziękuję...
— > Niema za co, ale miej pan na względzie, że pomyłka możliwą jest tylko ze strony pierwszego gatunku to jest „zwyczajnych“ ludzi (jak ich nazwałem nietrafnie, być może). Pomimo ich wrodzonej skłonności do posłuszeństwa, dzięki pewnemu rozigraniu się natury, czego nawet nie odmówiono krowie, bardzo wielu z nich lubi wyobrażać sobie, że są ludźmi wybitnymi, „burzycielami“ i to zupełnie szczerze. Istotnie zaś nowych łudzi bardzo często nie spostrzegają a nawet pogardzają, jako ludźmi zacofanemi i źle myślącymi. Ale mojem zdaniem nie może tu być wielkiego niebezpieczeństwa i nie masz się pan o co obawiać, doprawdy, nigdy bowiem nie zajdą za daleko. Za zapał, oczywiście możnaby ich niekiedy skarcić rózeczką, ażeby przypomnieć im właściwe miejsce, ale nic więcej, tu nawet nie potrzeba wykonawcy; oni sami siebie obiją, bo są już bardzo cnotliwi: niektórzy świadczą tę przysługę jeden drugiemu, a inni sami sobie własnoręcznie... Pokuty różne publiczne zadają sobie przytem — wychodzi to pięknie i przykładnie, nie masz się pan o co obawiać... Takie już prawo, i — No, przynajmniej pod tym względem uspokoiłeś mnie pan trochę: ale otóż nowa wątpliwość: powiedz mi pan, czy wielu jest takich ludzi, co to mają prawo zarzynać drugich, tych niby „niezwyczajnych“? Naturalnie go-tówem się ukorzyć, ale zgódź się pan, że przykroby było, gdyby ich miało być za dużo, co?
— O, bądź pan i o to spokojny — tym samym tonem ciągnął Raskolnikow. — Wogóle, ludzie z nową myślą, nawet ledwie zdolnych do powiedzenia choć czegokolwiek nowego, rodzi się niezwykle mało, wprost zadziwiająco mało. Jasnem jest tylko to jedno, że porządek tworzenia się ludzi, wszystkich tych gatunków, musi być ściśle i subtelnie przewidziany przez jakieś prawo natury. Prawo to, oczywiście, jest teraz nieznane, ale ja wierzę, iż ono istnieje, a w przyszłości może nawet będzie znanem. Olbrzymia masa ludzi, materjał, istnieje tylko dlatego na świecie, ażeby nakoniec, przez jakiś wysiłek, przez jakiś tajemniczy proces, przez jakieś krzyżowanie ras i gatunków, wytężyć się i wydać na świat, choćby z tysiąca jednego, jako tako samodzielnego człowieka. Jeszcze z większą samodzielnością rodzi się być może, z dziesięciu tysięcy jeden (mówię przypuszczalnie, na oko). Jednem słowem, do retorty, w której to się dzieje, ja nie zaglądam. Ale pewne prawo musi istnieć i być powinno; tu nie może być przypadku.
— * Cóż to kpicie obaj, czy co? — zawołał nareszcie Razumichin. — Oszukujecie chyba jeden drugiego? Siedzą i jeden podkpiwa sobie z drugiego! Czy to na ser jo mówisz, Rodziu?
Raskolnikow w miilczeniu podniósł nań swą bladą i prawie smutną twarz i nie odpowiedział. I dziwną zdała się Razumichinowi, tuż obok tej spokojnej i smutnej twarzy, nieukrywana, natrętna, drażliwa i niegrzeczna iron ja Por-firjusza.
— No bracie, jeśli w istocie mówisz serjo, to... Masz naturalnie słuszność, twierdząc, że to nie nowe i podobne do tego wszystkiego, o czem już wiele razy słyszano i drukowano? ale co mianowicie jest w tem oryginalnego — i istotnie jest twoją wyłączną własnością, ku ogromnej mojej zgrozie, to to, że przecie ty z przekonania pozwalasz na krew, i daruj mi, z takim nawet fanatyzmem... Na tem więc polega główna myśl twojego artykułu. Wszak to pozwolenie na krew z przekonania, jest... jest według mnie straszniejsze, niż pozwolenie oficjalne, prawne... — Zupełnie słusznie... Straszniejsze — ozwał się Por-firjusz. — Nie, musiałeś trochę zabrnąć! Tu jest pomyłka. Przeczytam... Zabrnąłeś! Ty nie możesz tak myśleć... Przeczytam.
— < W artykule niema tego wszystkiego, tam są tylko wzmianki — odparł Raskolnikow.
— Tak, tak — nie mógł usiedzieć Porfirjusz — teraz prawie zupełnie poznałem pański pogląd na zbrodnię, ale... już przebacz mi pan moje natrętctwo (trudzę pana, aż mi wstyd doprawdy!) — widzi pan: uspokoiłeś mnie pan przed chwilą co do błędnych wypadków zmieszania się obu gatunków, ale... niepokoją mnie ciągle różne zdarzenia w praktyce! Przypuśćmy naprzykład, że jaki mąż, albo młodzieniec wyobrazi sobie, że jest Likurgiem lub Mahometem... naturalnie przyszłym... Ma więc przed sobą da-lleką drogę, potrzeba pieniędzy... no i zacznie zdobywać je sobie... wie pan jak?
Zamietow nagle chrząknął ze swego kąta. Raskolnikow ani nie spojrzał na niego.
— * Muszę się zgodzić — — odparł spokojnie — że takie wypadki być mogą. Głupcy i próżni najczęściej łapią się na wędkę, osobliwie młodzież.
— A widzisz pan. Więc jakże?
— * A tak właśnie — uśmiechnął się Raskolnikow — jam temu nie winien. Tak jest i zawsze będzie. O, ten na-przykład (rzekł wskazując na Razumichina) mówił przed chwilą, że ja krew toleruję. Więc cóż stąd? Społeczeństwo aż nadto jest zabezpieczone dla ochrony swych praw; winni karani są więzieniem, ciężkiemi robotami — czegóż się więc lękać. Szukajcie tylko złodzieja!...
— No, a jeśli go znajdziemy?
— Tam mu i droga.
— Jakżeś pan logiczny. No, a co. się tyczy jego sumienia?
— Co pana sumienie obchodzi?
— No widzisz pan, przez filantropję? — — « Ha, kto ma sumienie, niech cierpi, jeśli przyznaje się do winy. To dla niego kara, oprócz, katorgi.
— — No, a ci niby istotnie genjalni — chmurząc brwi spytał Razumichin — ci, którzy to mają prawo zarzynać, ci już nie powinni cierpieć wcale, nawet za krew przelaną?
— Poco tu słowo powinni? Tu niema ani pozwolenia, ani zakazu. Niech cierpi, jeśli żałuje ofiary... Cierpienie i ból zawsze są niezbędne dla szerokiego umysłu i głębokiego serca. Prawdziwie wielcy ludzie, zdaje mi się, doznawać muszą na świecie wielkiego smutku — dodał nagle w zamyśleniu, zmieniając ton rozmowy.
Podniósł oczy, błędnie spojrzał na wszystkich, uśmiechnął się i wziął czapkę. Był daleko spokojniejszy aniżeli wtedy, kiedy tu wchodził, czuł to. Wszyscy wstali.
— Oburzaj się pan, gniewaj się pan lub nie, a ja nie mogę się oprzeć pokusie — ozwał się znowu Porfir-jusz — ażeby panu nie zadać jeszcze jednego pytan;a (trudzę pana zanadto!) pewną tylko maleńką idejkę tad-bym wyrazić, jedynie ażeby nie zapomnieć...
— Dobrze, wyraź pan swoją idejkę. — poważny i blady stał przed nim, czekając Raskolnikow.
— Bo widzi pan... doprawdy nie wiem jakby się lepiej wyrazić... idejka to taka zabawna... Wszak pisząc swój artykulik — chyba niepodobna ażebyś pan, he, he! ażebyś pan sam siebie nie miał — choć w cząsteczce, za człowieka „niezwyczajnego“ i głoszącego nowe słowo — naturalnie w pańskiem pojęciu... Wszak tak?
— Bardzo być może — pogardliwie odparł Raskolnikow. Razumichin poruszył się.
— A skoro tak jest, to czyżbyś pan sam odważył się — no, dajmy na to dla jakich niepowodzeń i trosk życiowych, czy też dla dobra całej ludzkości — przestąpić przeszkodę? No, naprzykład, zabić i zrobiwać?...
I nagle, jakgdyby znowu mrugnął nań lewem okiem i roześmiał się niedosłyszalnie — — zupełnie tak jak poprzednio.
— Gdybym przestąpił, to w każdym razie panu bym o tem nie powiedział — z wyzywającą, dumną pogardą odparł Raskolnikow.
— Nie, ja tylko tak byłem ciekawy, li tylko dla lepszego zrozumienia pańskiej pracy, to jest pod względem literackim...
„Tfu, jakże to jawnie i natrętnie.“ ze wstrętem pomyślał Raskolnikow. — — Pozwól pan zwrócić sobie uwagę — dodał oschle, — że nie mam siebie ani za Mahometa, ani za Napoleona... ani za żadną z podobnych wielkości, a zatem nie mogę panu dać pewnej odpowiedzi, jakbym w danym wypadku postąpił.
— Co też pan mówi, a któż u nas,, w Rosji, nie uważa się dziś za Napoleona? — ze straszną poufałością wymówił nagle Porfirjusz. Nawet w jego głosie było teraz coś szczególnie jasnego.
— Czy czasem nie jaki przyszły Napoleon ciachnął naszą urzędniczkę toporem w zeszłym tygodniu? — wymówił nagle z kąta Zamietow.
Raskolnikow milczał i uważnie, śmiało patrzył w oczy Porfirjuszowi. Razumichin nachmurzył się ponuro. Już poprzednio, jakby mu się coś zaczęło zdawać. Gniewnie spojrzał dokoła. Przeszła chwila ponurego milczenia. Ra-skoinikow skierował się do wyjścia.
— Pan już odchodzisz! — łagodnie wymówił sędzia nadzwyczaj uprzejmie podając mu rękę. — Bardzo, bardzo jestem kontent z poznania pana. A co się tyczy pańskiej prośby, to nie miej pan wątpliwości. Tak pan napisz, jak panu mówiłem. A najlepiej przyjdź pan tam do mnie... tak w tych dniach... choćby jutro. Będę tani tak o jedenastej, z pewnością. Wszystko się ułoży... pogadamy sobie... Pan zaś, jako jeden z tych, co ostatni tam był, możebyś pan mógł nam co opowiedzieć... — dodał jak najdobroduszniej.
— Chcesz pan mnie badać oficjalnie, z całą pompą? — ostro zapytał Roskolnikow.
— Poco? Narazie, niema potrzeby. Źle mnie pan zrozumiałeś. Widzisz pan, ja nie tracę sposobności i... rozmawiałem już ze wszystkimi dłużnikami... od niektórych otrzymałem relacje piśmienne... a pan jako ostatni.... Ale, ale — zawołał ucieszony czemś nagle. — Dobrze, żem sobie przypomniał... Ach jakiż ze mnie! — zwrócił się do Razumichina — wszakżeś ty mnie trapił wczoraj tym Mikołajkiem... toć przecież ja sam wiem, sam wiem, — zwrócił się do Raskolnikowa — że chłopak czysty, ale cóż zrobić! no i tego Michałka takżeśmy pociągali... to też to właśnie... bo widzi pan: idąc przez schody... przepraszam: wszak pan tam byłeś o godzinie ósmej?
— O ósmej — odparł Raskolnikow, niemile dotknięty tem, że to powiedział.
— Więc przechodząc o ósmej, po schodach, czy nie widziałeś pan, na pierwszem piętrze, w tem otworzonem mieszkaniu — pamięta pan? dwóch robotników, lub choćby jednego z nich? Oni tam malowali, widziałeś ich panf To ważne, to bardzo dla nich ważne....
— Malarzy? nie, nie widziałem... — zwolna i jakby szukając w pamięci odparł Raskolnikow, wysilając się jednocześnie całą swoją istotą i zamierając z męczarni, ażeby jak najprędzej odgadnąć, na czem właściwie po-ilega pułapka i ażeby nie palnąć bąka. — nie, nie widziałem, a nawet zdaje mi się, żem takiego mieszkania, otwartego wcale nie widział... za to na trzeciem piętrze (odgadł już podstęp i panował nad sobą) — to pamiętam, że jakiś urzędnik przenosił się z mieszkania... naprzeciwko fan ciarki... pamiętam... to dobrze pamiętam... żołnierze wynosili jakąś kanapę i mnie przycisnęli do muru... ale malarzy, nie, nie pamiętam, żeby malarze tam byli... a i otwartego mieszkania nigdzie, zdaje się, nie było. Tak, nie było...
— < Czego ty się czepiasz? — zawołał nagle Razumi-chin, jakby uderzony nagle jakąś myślą: — toć malarze robili w sam dzień zbrodni, a on był tam trzy dni przed ¡tem? Cóż się więc pytasz?
— Prawda! Pomieszało mi się! — Uderzył się w czoło Porfirjusz. — Do licha, przy tej sprawie człowiek zmysły traci! —.zwrócił się, jakby przepraszając, do Raskolni-kowa; — bo takbyśmy chcieli się dowiedzieć, ziy ich kto nie widział, o ósmej w mieszkaniu, więc przyszło mi właśnie do głowy, żeś pan mógł to widzieć... całkiem mi się pomieszało.
— Trzebaby lepiej uważać — ponuro odezwał się Razu-michin.
Ostatnie słowa były powiedziane w przedpokoju. Sędzia odprowadził ich z wielką uprzejmością aż do samych drzwi. Obaj wyszli zachmurzeni na ulicę i przez kilka kroków nie mówili ani słowa. Raskolnikow głęboko odetchnął... ...Nie wierzę! Nie mogę wierzyć! — powtarzał do głębi przejęty Razumichin, starając się wszelkiemi siłami obalić dowodzenia Roskodnikowa. Zbliżali się już do pokojów Bakalejewa, gdzie oczekiwały na nich pani Pulcherja i Dunia. Razumichin w zapale rozmowy stawał co chwila, zmartwiony i wzburzony już choćby tem, że po raz pierwszy mówiono o tem wyraźnie.
— Nie wierz sobie! — odparł Raskolnikow z zimnym, i niedbałym uśmiechem — ty swoim zwyczajem nic nie spostrzegłeś, a ja ważyłem każde słowo.
— Jesteś podejrzliwy i dlatego ważyłeś... Hm... istotnie... zgadzam się, ton Porfirjusza był dość dziwny, a szczególniej ten podlec Zamietow... Masz słuszność... Miał on coś na wnętrzu... ale skąd? Dlaczego?
— Namyślił się przez noc.
— Ale przeciwnie, przeciwnie! Gdyby mieli tę idjotycz-ną myśl, to wszelkiemi siłami starali by się ją przytłumić i zamknąć swoje karty, ażeby potem złapać... A teraz — to za śmiałe i nieostrożne!
— Gdyby mielli fakty, to jest fakty prawdziwe, albo choć jako tako umotywowane podejrzenia, wtedy istotnie staraliby się zataić grę, w nadziei jeszcze większej wygranej (a przedewszystkiem, oddawna już zrobiliby re^ wizję!) Ale że nie mają faktu, wszystko fantazja, wszystko o dwóch końcach, nic tylko dowolna ideja — starają się więc stropić niespodzianie. A może się i sam rozgniewał, że faktów nie ima, może mu się ze złości wyrwało... A może ma i cel jaki... Jest to, jak się zdaje, człowiek rozsądny... Może mnie chciał nastraszyć tem, że wie... lu bracie, psychologja... A zresztą obrzydliwość bierze wyjaśniać to wszystko... Daj mi pokój!. — To obraża, obraża! Rozumiem ciebie! Ale... ponie waż zaczęliśmy już o tem mówić wyraźnie (a to doskonale, żeśmy nareszcie zaczęli mówić wyraźnie, bardzom kon-tent) — to ci się już przyznam otwarcie, że już oddawna spostrzegałem u nich tę myśl, wprawdzie, przez cały ten czas ledwie że zaakcentowaną... ale zawsze... Jak oni śmią! W czem, w czem leży źródło tego podejrzenia? Ach, żebyś wiedział, jakiem się na nich wściekał! Jakto: więc dlatego, że biedny student, zmaltretowany przez nędzę i hipo-chondrję, w przeddzień ciężkiej choroby z gorączką, rozwijającej się w nim (uważaj tylko!) podjerziliwy, samolub, znający swą wartość, i który przez pół roku nikogo nie widział u siebie; w siermiędze i butach bez podeszew, stoi przed jakiemiś tam łapaczami i znosi ich drwinki; a tu niespodziewany dług przed nosem, chybiony w temr‘nie weksel z radcą dworu Czebarewym, śmierdząca farbba, trzydzieści stopni Reamura, ciężkie powietrze, tłum ludzi, opowiadanie o zabójstwie osoby, u której był w wilję tego dnia, i wszystko to — na głodny żołądek! Jakże nie miał izemdleć! I oto na tem wszystko oprzeć! Do licha! Pojmuję, że to może gniewać, ale na twojem miejscu, Rodziu, roześmiałbym się wszystkim w oczy; albo lepiej naplułbym wszystkim w pyski, i to jak najgęściej i rozdałbym na wszystkie strony ze dwa dziesiątki policzków, dokumentnie, tak je zawsze rozdawać należy, i na tem bym skończył. Pluń! Otrząśnij się! Wstyd!,,On to jednak nieźle wyłożył“, — pomyślał Raskol-nikow.
— Pluń? A jutro znowu badanie! — wymówił z goryczą — miałżebym istotnie pozwolić na to? I tak żałuję, żem się wczoraj tak poniżył w restauracji wobec Zamie-towa...
— Do licha! Pójdę sam do Porfirjusza! I już go przycisnę jeneralnie; niech mi wyłoży wszystko co do joty! A Zamietowa... ,.Domyślił się nareszcie!.. — szepnął do siebie Ras-kolnikow.
— Czekaj! — wrzasnął Razumichin, chwytając go nagle za ramię — czekaj! Nałgałeś! Wiem, że nałgałeś! Toć gdyibyś ty to zrobił, to czyś mógłbyś się zdradzić, żeś wizdiał jak malowano podłogę... i robotników? Przeci wnie: niceś nie widział, gdybyś nawet wiedział! Któż mówi na samego siebie?
— Gdybym ja popełnił to, to bezwarunkowo powiedziałbym, żem widział i robotników i mieszkanie — z niechęcią i z widocznym wstrętem odparł Raskolnikow.
— Ależ poco mówić przeciwko sobie?
— Poto, że tylko chamy, albo bardzo niedoświadczeni nowicjusze, zapierają się wszystkiego. Ale człowiek choć cokolwiek rozwinięty i obyty, bezwarunkowo i w miarę możności, stara się przyznać do wszystkich zewnętrznych i pewnych faktów; tylko wynajduje dla nich inne przyczyny, nada im taką cechę własną, szczególną i niespodzianą, która nadaje im wcale inne znaczenie i przedstawia je w innem świetle. Porfirjusz mógł właśnie przypuszczać, że ja bezwarunkowo będę tak odpowiadał i bezwarunkowo powiem, żem widział, dla prawdopodobieństwa, i przytem wtrącę coś dla wyjaśnienia...
— Toć on by ci zaraz powiedział, że na dwa dni przed ¡zbrodnią robotnicy tam być nie mogli i żeś ty był sam właśnie w dzień zabójstwa. Zbiłby cię na takiej drobnostce!
— Właśnie liczył na to, że ja się nie zdążę zorjentcwać i właśnie zechcę odpowiedzieć ’prawdopodobniej i że zapomnę, że przed dwoma dniami nie mogło być tam robotników.
— Jak to można zapomnieć?
— A to dobre! Takiemi drobiazgami właśnie najłatwiej zdradzają się najprzebieglejsi ludzie. Im człowiek przebieglej szy, tem mniej przypusizcza, że go złapią na drobnostce. Porfirjusz nie jest wcale tak głupi jak myślisz...
— Niech że go za to djabli wezmą!
Raskolnikow nie mógł się nie roześmiać — Ale w tej chwili dziwnem mu się zdało jego własne ożywienie i zadowolenie, z jakiem wymówił ostatnie zdanie, podczas, gdy całą poprzednią rozmowę prowadził z pewnym wstrętem, widocznie z przymusu, z konieczności.
„Smakują mi niektóre punkty!“ — pomyślał.
Ale prawie w tej samej chwil zaczął być jakoś niespokojny, jakby go uderzyła jakaś myśl niespodziewana i przykra. Niepokój zwiększał się. Doszli do bramy domu Bakalejewa.
— Idi sam — rzekł nagle Raskolnikow — ja zaraz wrócę.
Zbrodnia i kara.
— Dokąd idziesz? Wszakżeśmy już przyszli! — — Muszę, muszę, mam interes... przyjdę za pół godziny... Powiedz tam.
— Jak chcesz, pójdę z tobą! — Jakto, więc i ty chcesz mnie zamęczyć! — zawołał z takiem gorzkiem rozdrażnieniem, z taką rozpaczą w oczach, że aż Razumichinowi ręce opadły. Przez jakiś czas stał przede drzwiami i ponuro patrzył, jak ten szybko dążył w kierunku swojej ulicy. Nareszcie zacisnąwszy zęby i pięście, przysiągłszy zarazem, że dziś jeszcze wyciśnie całego Porfirjusza jak cytrynę, udał się na górę, ażeby pocieszyć zaniepokojoną ich długą nieobecnością panią Pulcherję.
Kiedy Raskollnikow wrócił do domu — czoło miał całe zlane potem i ciężko oddychał. Szybko wbiegł na schody do swego zamkniętego miestzkania i zaraz zamknął je na haczyk. Następnie z przerażeniem i szaleństwem przypadł do kąta, do tej samej dziury w obiciu, w której leżały niedawno fanty, wsunął w nią rękę.i przez niejaki czas starannie szukał w niej, nie pomijając najmniejszego kącika, najdrobniejszego zagięcia obicia. Nie znalazłszy nic, wstał i głęboko odetchnął. Jeszcze gdy się.zbliżał do domu Bakalejewa, przyszło mu nagle do głowy, że jakikolwiek przedmiot, jakiś łańcuszek, spinka, a nawet papierek, w którym były fanty zawinięte z napisem zrobionym ręką — starej, mógł wówczas wyślizgnąć się i utkwić w jakiej ¡szparce, a potem nagle wystąpić w postaci jasnego i nie dającego się odeprzeć dowodu.
Stał jakby w zadumie, i dziwny, spodlony, nawpół bezmyślny uśmiech kręcił mu się na ustach. Wziął nareszcie czapkę i zwolna wyszedł z pokoju. Myśli mu się mieszały. W zamyśleniu zeszedł w bramę.
— A oto właśnie sam pan! — zawołSno głośno; podniósł głowę.
Stróż stał przy drzwiach swojej komórki i wskazywał prosto na niego jakiemuś niskiemu człowiekowi, z pozoru wyglądającemu — na mieszczanina, odzianemu w coś w rodzaju chałata, w kamizelce, i zdaleka bardzo przyponrna-jącemu kobietę. Jego głowa, w zatłuszczonej czapce, zwieszała się ku ziemi, a i cały był zgarbiony. Jego sterana, pomarszczona twarz zdradzała pięćdziesiątkę z górą; ma leńkie zaropione oczki patrzyły ponuro, surowo i z niezadowoleniem.
— Co tam takiego? — spytał Raskolnikow, zlbliżając się do stróża.
Mieszczanin spojrzał nań ¡z pod oka i obejrzał go uważnie, ostrożnie i ibez pośpiechu; poczem zwolna odwrócił się i nie powiedziawszy ani słowa, wyszedł z bramy na ulicę.
— A co to takiego? — zawołał Raskolnikow.
— A to pytał się, czy tu student mieszka, powiedział pańskie nazwisko i u kogo pan kwateruje. Pan tu zszedł ja pokazałem, a on odszedł. Także jakiści!
Stróż był również izdziwiony, zresztą niebardzo, i pomyślawszy jeszcze trochę, zawrócił się i znikł niebawem w swej komórce.
Raskolnikow pobiegł za mieszczaninem; spostrzegł go na drugiej stronie ulicy. Szedł tym samym wolnym krokiem, wpatrując się w ziemię i jakby myśląc nad czemś. Dogonił go wkrótce, ale przez jakiś czas szedł z tyłu: nareszcie zrównał się z nim i zajrzał mu z boku. Ten spostrzegł go zaraz, szybko się obejrzał, ale znowu spuścił oczy, i tak szli przez chwilę jeden przy drugim, nie mówiąc ani słowa.
— Czy to pan się o mnie pytał... stróża? — wymówił.nareszcie Raskolnikow, ale jakby półgłosem.
Mieszczanin nic nie odpowiedział i nawet nie spojrzał.
Znowu.zamilkli.
— Jakto można... przychodzisz się pan pytać... i nic pan nie mówisz... cóż to ma znaczyć? — Głos Raskolnikowa drżał i wyrazy nie chciały się jakoś wymawiać.
Mieszczanin tym razem podniósł oczy i złowrogim ponurym wzrokiem zmierzył Raskoilnikowa.
— Zabójca! — wymówił nagle cichym, ale jasnym i wyraźnym głosem...
Raskolnikow szedł przy nim. Nogi mu nagle strasznie — osłabły, mróz przeszedł po kościach i serce jakby na chwilę zamarło; potem zabiło znowu, jakby się zerwało z haczyka. Tak minęli z jakie sto kroków, rzędem i znowu w zupełnem milczeniu. Mieszczanin nie patrzył nań...
— Co pan mówi... co... kto zabójca? — — wyszeptał Raskolnikow.
— Tyś zabójca — odparł tamten, jeszcze dobitniej i wyraźniej i jakby z uśmiechem jakiegoś nienawistnego triumfu, i znowu prosto spojrzał w bladą twarz Raskol-nikowa i w jego znieruchomiałe oczy. Doszli do rogu..Mieszczanin skręcił w ulicę na lewo i poszedł, nie oglądając się. Raskolnikow został na miejscu i długo patrz) 1 za mim. Widział, jak przeszedłszy z jakie pięćdziesiąt kroków, tamten odwrócił się i spojrzał nań, podczas gdy on stał ciągle nieruchomie na jednem miejscu. Trudno było dojrzeć, ale wydało się Raskolnikowowi,, że się on i tym razem uśmiechnął swym chłodno nienawistnym i triumfującym śmiechem.
Wolnym, osłabionym krokiem, z drżącemi ’kolanami i jakby strasznie zziębnięty, zawrócił Raskolnikow do domu i wszedł do swojej komórki. Zdjął i położył czapkę na stół i z dziesięć minut stał nieruchomie.. Poczem wyczer-panu położył się na kanapie, wyciągnął się i chorobliwie jęknął; oczy miał zamknięte. Tak przeleżał z pół godziny.
Nie myślał o niczem. Tak, były jakieś myśli czy ułamki myśli, jakieś wyobrażenia bez porządku i bez związku, twarze łudzi, które widział jeszcze w dzieciństwie, albo spotykał gdzieś raz tylko i które by mu nigdy na myśl nie przyszły; dzwonnica cerkwi; bilard w pewnej restauracji i jakiś oficer przy bilardzie, zapach cygar w jakimś sklepiku w suterynie, szynk, tylne schody, zupełnie ciemne, całe zalane pomyjami i zasypane skorupkami od jajek, a skądciś dochodził świąteczny dźwięk dzwonów... Przedmioty zmieniały się i kręciły, jak wichher. Niektóre podobały mu się nawet i czepiał się ich, ale nikły i wogóle coś go męczyło wewnątrz, ale nie bardzo. Niekiedy nawet było mu błogo... Lekka febra go trzęsła, ale było to uczucie nawet dość dlań przyjemne.
Usłyszał szybkie kroki Razumichina i i ego głos, zamknął oczy i udał śpiącego. Razumichin otworzył drzwi i przez jakiś czas stał na progu, jakby się namyślając. Potem po-cichu wszedł do pokoju i ostrożnie zbliżył się do kanapy. Dał się słyszeć szept Anastazji:
— Daj mu pan spokój, niech się wyśpi; potem zje.
— Masz rację — odparł Razumichin.
Oboje wyszli ostrożnie i przymknęli drzwi. Minęło jeszcze z pół godziny. Raskolnikow otworzył oczy i ułożył się znowu na wznak, zarzuciwszy ręce pod głowę... ,,Co to za jeden? Co to za człowiek, który się zjawił, jak z pod ziemi? Gdzie on był i co widział? Widział wszystko, nie ulega kwestji. Gdzie on stał wówczas i skąd patrzył? Dlaczego dopiero teraz występuje z pod ziemi? i jak on mógł widzieć, czy to podobieństwo?... Hm... — ciągnął Raskolnikow, drżąc i uczuwając zimno — a fute-;rał, znaleziony za drzwiami przez Mikołaja, czy to było podobnem? Doprawdy? Setną, tysiączną drobnostkę przeoczysz, i oto dowód, jak piramida egipska! Mucha (latała, ona spostrzegła? Czy podobna!“
I z obrzydzeniem poczuł nagle, że osłabł, że osłabł fizycznie:
„Powinienem był o tem wiedzieć, myślał z gorzkim uśmiechem; jak śmiałem, znając siebie, przeczuwając siebie, ibrać topór i krwawić się. Obowiązany byłem wiedzieć zawczasu... Ech! Toćem wiedział zawczasu — wyszeptał w rozpaczy“.
Niekiedy.zatrzymywał się nieruchomie przed jakąś myślą:
„Nie, tamci ludzie nie są tak zrobieni; prawdziwy władca, któremu się na wszystko pozwala gromi Tulon, wywołuje rzeź w Paryżu, zapomina o armji w Egipcie, traci pół miljona ludzi w pochodzie moskiewskim i usprawiedliwia się jednym kalamburem w Wilnie; i po śmierci stawiają mu pomniki, a więc wszystko możliwe, nie, tacy ludzie widocznie nie muszą być z ciała, lecz z bronzu!“ Jedna niespodziewana postronna myśl prawie go rozśmieszyła.
Napoleon, piramidy, Watenloo, i chuda, szpetna regi-stratcrowa, staruszeczka, lichwiarka, iz czerwonym kufrem pod łóżkiem, no, jak to zestawi ze sobą choćby taki pan Porfirjusz!... Nie potrafią!... Estetyka wejdzie im w drogę: czyż taki Napoleon wlazłby pod łóżko fanciarki! Ech, obrzydliwość!“
Niekiedy czuł, że bredzi: wpadał w jakiś natchniony stan gorączkowy:
„Staruszka głupstwo! — myślał z zapałem. — Staruszka może to i błąd, ale nie o nią idzie. Stara była tylko chorobą... chciałem przestąpić jak najprędzej... nie człowieka zabiłem, zabiłem zasadę! Zasadę zabiłem, a przestąpić nie przestąpiłem, zostałem po tej samej stronie... Potrafiłem tylko zabić. A i tegom nie potrafił, jak się okazuje... Za sada? Za co niedawno głuptasek Razumichin wymyślał na socjalistów. Ludzie pracowici i przemysłowi; ich „szczęście ogółu“ zajmuje. Nie, raz mi tylko dają życie i nigdy go więcej nie będzie; nie chcę czekać na „szczęście powszechne“. Ja sam także chcę żyć, a może lepiej wcale nie żyć. Cóż? Nie chciałem tylko ominąć głodnej unatki, zaciskając swego rubla w kieszeni, w oczekiwaniu na „szczęście powszechne“. Dokładam — mówią — cegiełkę do powszechnego szczęścia i dlatego loznaję spokoju serca! Ha, ha! Dlaczegożeście mnie pominęli? Ja wszak tylko raz żyję, ja wszak także pragnę... Ech, jestem estetyczną wszą, niczem więcej — dodał roześmiawszy się nagle, jak war jat. — Tak, tylko wszą — ciągnął złośliwie, uczepiwszy się myśli, szperając w niej, bawiąc się i pocieszając się nią — i to choćby już dla tego, że po pierwsze, teraz rozprawiam o tem, że jestem wsza; dlatego, powtóre, że przez cały miesiąc niepokoiłem przemądrą Opatrzność, przywołując ją na świadka, że chciałem zabić nie dla własnej zachcianki, leoz dla celu wspaniałego i znakomitego — ha, ha! Dlatego, po trzecie, że możliwą sprawiedliwość postanowiłem odnaleźć w wykonaniu, miarę i wagę, i arytmetykę; ze wszystkich wszy wybrałem najbezużyteczniejszą wesz i zabiwszy ją, postanowiłem zabrać jej akurat tyle, ile mi potrzeba dla zrobienia pierwszego kroku, i ani mniej ani więcej (a reszta tym sposobem, poszłaby na klasztor, z testamentu, ha, ha!...) Dlatego, dlatego jestem wszą, nareszcie-----dodał, zgrzytając zę bami — dlatego, że sam jestem może gorszym i nędzniejszym, aniżeli wesz zabita i że zawczasu przeczuwałem, iż powiem sobie to już potem, jak zabiję! Ach, czyż co dorówna takiej zgrozie!... O, nędzo! o podłości!... O, jakże rozumiem „proroka“, z szablą, na koniu: Allah każe, a ty słuchaj „drżąca“ istoto! Rację, rację ma „prorok“, gdy stawia gdzie wpoprzek ulicy porządną baterję i pali w winnego i niewinnego, nie dając się nawet usprawiedliwić! Bądź posłuszny, drżący trutniu i — nie pragnij, bo to nie twój interes!... O za nic, za nic nie daruję fan-ciarce!“
Włosy miał mokre od potu, drgające usta spiekły mu się, wzrok nieruchomy utkwił w suficie:
„Matka, siostra, jak ja je kochałem! Dlaczego ich teraz nienawidzę? Tak, ja ich nienawidzę, nienawidzę fizycz nie, nie mogę znieść ich przy sobie... kiedy tu przyszły, zbliżyłem się i pocałowałem matkę, pamiętam... Ściskać i myśleć, że gdyby się dowiedziała, to... chyba powiedzieć jej wówczas? Może się to ze mną stanie... Hm... ona powinna być taką, jak ja — dodał, myśląc z wysiłkiem, jakby walcząc z ogarniającą go gorączką. — O, jak ja teraz nienawidzę tej starej! Zdaje się, że drugi raz bym ją zabił, gdyby się ocknęła! Biedna Elżbietka! Poco się ona nawinęła? Dziwna rzecz jednak, dlaczego ja o niej nie myślę wcale, jakbym jej nie zabijał!... Elżbietka! Zosia! Biedne, łagodne, o łagodnych spojrzeniach... Miłe!... Dlaczego one nie płaczą! Dlaczego one nie jęczą?... One oddają wszystko... patrzą spokojnie i łagodnie... Zosia! Zosia! Dobra Zosia!...“
Stracił przytomność; dziwnem mu się wydało, że nie pamięta, jak mógł znaleźć się na ulicy. Był już późny wieczór. Mrok coraz większy zapadał, księżyc w pełni świecił coraz jaśniej i jaśniej; ale jakoś niezwykle duszno było w powietrzu. Ludzie tłumnie chodzili po ulicach; rzemieślnicy i ludzie pracy rozchodzili się do domów, inni używali przechadzki, pachniało wapnem, kurzem, stojącą wodą. Raskolnikow szedł smutny i skłopotany: bardzo dobrze pomiętał, że wyszedł z domu z jakimś zamiarem, że coś trzeba było i zrobić i pospieszyć, ale co mianowicie — zapomniał. Zatrzymał się nagle i zobaczył, że po drugiej stronie ulicy, na trotuarze, stoi człowiek i kiwa nań ręką. Poszedł doń przez ulicę, ale nagle ten człowiek zawrócił się i odszedł jakby nigdy nic, spuściwszy głowę, nie odwracając się i nie dając znaku, że go zna. „Może on mnie nie wołał?“ — pomyślał Raskolnikow, jednakże zaczął go doganiać. Nie dochodząc dziesięciu kroków, poznał go nagle i — przestraszył się; był to ten sam mieszczanin, w takim samym chałacie i tak samo zgarbiony. Raskolnikow szedł zdaleka; serce mu biło; skręcili w zaułek — tamten ani razu się nie odwrócił. „Czy on wie, że idę za nim?“ myślał — Raskolnikow. Mieszczanin wszedł do bramy pewnego dużego domu. Raskolnikow co żywo zbliżył się do bramy i zaczął patrzeć: czy się on nie obejrzy i czy go nie zawoła? W istocie, minąwszy całą bramę i już wchodząc na podwórze, tamten nagle odwrócił się i jakby kiwnął nań. Raskolnikow natychmiast wbiegł do bramy, lecz na podwórzu mieszczanino już nie było. Mu siał więc wejść zaraz na pierwsze schody. Raskolnikow pobiegł za nim. W istocie o dwa piętra wyżej, słychać było jeszcze miarowe, wolne kroki. Rzecz dziwna, schody nie były mu obce! Okno na parterze; smutnie i tajemniczo przedzierał się przez szyby promień księżyca: otóż i pierwsze piętro. Ba! Toż to samo mieszkanie, w którem robili malarze... Że też odrazu nie poznał? Kroki człowieka idącego naprzód ucichły: „musiał się więc zatrzymać, albo schował się gdzieś“. Otóż i drugie piętro; czy iść dalej?
I jaka tam cisza, aż strach... Ale poszedł. Odgłos własnych kroków trwożył go i przerażał. Boże, jak ciemno! Mieszczanin z pewnością gdzieś się zaczaił w kącie. A! mieszkanie otworzone naoścież na schody; pomyślał i wszedł. W przedpokoju było ciemno i pusto, ani żywej duszy, jakby wymarli: pocichutku, na palcach wszedł do salki; cały pokój jasno był oświetlony blaskiem księżyca; wszystko tu podawnemu: krzesła, lustro, żółta kanapa i obrazki w ramkach. Ogromny, okrągły, miedziano czerwony miesiąc patrzył prosto w okno. „To z księżyca taka cisza, pomyślał Raskolnikow — pewno teraz odgaduje zagadkę“. Stał i czekał, długo czekał, i im spokojniejszym był księżyc, tem silniej biło mu serce, aż go bolało. I ciągle cisza. Nagle dał się słyszeć suchy trzask, jakby złamano drzazgę i znowu wszystko zamarło. Zbudzona mucha, nagle z rozpędu uderzyła się o szkło i zabrzęczała żałośnie. W tej samej chwili, w kącie, pomiędzy małą szafką i oknem, spostrzegł jakby wiszącą na ścianie salopę. „Skąd tu ta salopa? — pomyślał: — wszak jej poprzednio nie było...“ Zbliżył się pocichutku, i domyślił się, że za salopą jakby się ktoś chował. Ostrożnie odsunął ręką salopę i ujrzał, że stoi tam krzesło, a na krześle w kącie siedzi staruszka, skulona i ze spuszczoną głową, tak że żadną miarą nie mógł zobaczyć jej twarzy, ale to była ona. Postał przed nią: „boi się?“ pomyślał, pocichutku wyjął z pętli topór i uderzył starą po ciemieniu raz i diugi. Ale rzecz dziwna: ani się poruszyła od uderzeń, jak drewniana. Przeląkł się, nachylił się bliżej i zaczął się jej przyglądać; ale ona jeszcze niżej spuściła głowę. Wtedy pochylił się aż do samej podłogi i zajrzał jej w twarz od dołu, zajrzał i obumarł: staruszka siedziała i śmiała się — aż się zanosiła cichym, niedosłyszalnym śmiechem, z całych sił starając się, ażeby on jej nie usłyszał. Nagle, zda ło mu się, że drzwi od sypialni otworzyły się ledwie — ledwie i że tam także jakby się roześmiano i zaczęto szeptać. Wściekłość go ogarnęła: z całej siły jął bić staruszkę po głowie, ale za każdem uderzeniem topora śmiech i szept z sypialni stawały się coraz głośniejsze, a staruszeczka aż się cała trzęsła od śmiechu. Chciał uciekać, ale cała izba pełna była ludzi, drzwi na schody otworzone naoścież ii na klatce schodowej na schodach, aż do samego dołu — inic tylko ludzie, głowa w głowę, wszyscy patrzą, ale wszyscy się przyczaili i czekają, milczą!... Serce mu się ścisnęło, nogi nieruchome jakby wrosły w ziemię... Chciał krzyknąć i — obudził się.
Ciężko odetchnął; ale rzecz dziwna, sen jakgdyby trwał nadal; jego drzwi otworzone były naoścież, a na progu ’Stał zupełnie obcy mu człowiek i przypatrywał mu się z uwagą.
Raskolnikow nie zdążył jeszcze zupełnie otworzyć oczu >i natychmiast przymknął je znowu. Leżał na wznak i nie iruszał się. „Czy to sen jeszcze, czy nie“, myślał i zlekka, (niedostrzegalnie, znowu podniósł rzęsy, ażeby spojrzeć: nieznajomy stał na tem samem miejscu i ciągle się weń wpatrywał. Nagle przestąpił ostrożnie przez próg, starannie zamknął drzwi za sobą, izbliżył się do krzesła, wyczekał chwilkę, przez cały ten czas nie spuszczając zeń wzroku — i cicho, bez hałasu, siadł na krześle przy kanapie; kapelusz położył, z boku, na podłodze, a obiema rękoma oparł się o laskę, oparłszy na ręce podbródek. Widać było, że zamierza czekać długo. O ile można było lozejrzeć zmrużonemi oczyma, był to człowiek już niemłody, tęgi, z gęstą, jasną, prawie białą brodą...
Minęło z dziesięć minut. Było jeszcze widno, ale już wieczór nadchodził. W pokoju panowała cisza zupełna. Nawet ze schodów nie słychać było żadnego dźwięku. Tylko brzęczała i biła się jakaś duża mucha, uderzając się z rozpędu o szyb^. Nakoniec stało się to nie do zniesienia: Raskolnikow podniósł się nagle i usiadł na kanapie.
— No, mów pan, czego pan chcesz?
— A, wiedziałem ja dobrze, że pan nie śpisz, że pan tylko udajesz — dziwnie jakoś odparł nieznajomy, roześmiawszy się spokojnie. — Mam zaszczyt się przedstawić: — jestem Arkadjusz Świdrygajłow.

Tom II[edytuj]

Czy to sen jeszcze?“ — pomyślał Raskolnikow, ostrożnie i z niedowierzaniem wpatrując się w niespodziewanego gościa. — Swidrygajłow? Absurd. Nieprawdopodobne! — wymówił nareszcie głośno, ze zdumieniem.
Wykrzyknik ten, na pozór, wcale nie zdziwił gościa.
— — Przybyłem do pana dla dwóch powodów, najprzód, pragnąłem poznać pana osobiście, ponieważ dawno już słyszałem o panu z bardzo pochlebnej strony; a powtóre, mam nadzieję, że mi pan raczysz dopomóc w pewnym interesie, bezpośrednio dotyczącym siostry pańskiej panny Eudoksji. Mnie samego, bez rekomendacji, bardzo być może, nie dopuści mnie teraz do siebie, atoli z pańską pomocą spodziewam się...
— O, mylisz się pan — przerwał Raskolnikow.
— Wszak one dopiero wczoraj przyjechały, pozwól pan.zapytać?
Raskolnikow nie odpowiedział.
— Wczoraj, wiem. Ja sam przybyłem także ledwo przed trzema dniami. Otóż posłuchaj pan, co panu powiem w tej sprawie, panie Rodjonie; tłumaczyć się uważam za zbyteczne, pozwól mi pan jednak zaznaczyć, iż w gruncie rzeczy, w całej tej sprawie niema znowu nic tak występnego z mojej strony, mówiąc bez przesądów, biorąc rzeczy na trzeźwo?
Raskolnikow przypatrywał mu się ciągle w milczeniu.
— Czy to, że w swoim domu prześladowałem bezbron ną dziewczynę i „obrażałem ją nędznemi propozycjami“ — czy tak? (Sam uprzedzam!--------Ależ, weź pan pod uwagę, że i ja jestem człowiekiem et nihiil humanum... słowem, że mogę ulec pokusie i zakochać się (co oczywiście nie od nas zależy), wtedy wszystko wytłumaczy się w sposób bardzo naturalny. Cała kwest ja polega na tem: czy jestem wyrodkiem, czy sam ofiarą? No, a jeśli ofiarą? Wszak proponując jej ucieczkę do Ameryki lub do Szwajcarji miałem może zamiary najszlachetniejsze, może pragnąłem stworzyć szczęście wzajemne!... Wszak rozsądek jest sługą namiętności; może ja sam więcej bym stracił na tem, możebym się sam zgubił?
— Ależ tu wcale o to nie chodzi — ze wstrętem przerwał Raskolnikow — poprostu jesteś pan obrzydliwy, czy pan masz, czy nie masz racji, i dlatego nie chcą pana znać, wypędzają pana, odczep się pan!...
Świdrygajłow roześmiał się nagle.
— Jednakże pan... jednakże pana nie łatwo stropić! — wymówił, śmiejąc się jak najserdeczniej — chciałem pana podejść, ale gdzie tam, trafiłeś pan w najprawdziwszy punkt.
— Ależ pan i teraz usiłuje mnie podejść.
— Więc cóż? Więc cóż! — powtórzył Swidrygaj-łow, śmiejąc się na całe gardło — wszak to bonne guerre, co się nazywa, i podstęp najniewinniejszy w świecie!... Ale bądź co bądź, przerwałeś mi pan: tak, czy owak, stwierdzam.znowu, że nie byłoby żadnych nieprzyjemności, gdyby nie wypadek w ogrodzie. Żona moja, Marta...
— Mówią, że pan także i ją zamęczył? — Brutalnie przerwał Raskolnikow.
— A więc pan i o tem słyszałeś? Prawda, jakżeby o tem nie słyszeć... Co do tego pańskiego pytania, do prawdy nie wiem, co mam panu odpowiedzieć, chociaż moje własne sumienie jest całkiem pod tym względem spokojne. To jest, nie myśl pan, żebym się czegoś obawiał... wszystko to odbyło się w zupełnym porządku i z całą ścisłością: śledztwo lekarskie stwierdziło apopleksję, która była następstwem kąpieli po spożyciu sutego obiadu, zakropionego niemal całą butelką wina, zresztą nie mogło stwierdzić nic innego... Nie, jeżeli myślałem o sobie w tej sprawie, a myślałem szczególniej w wagonie, kiedym tu jechał, to tylko, czy nie przyczyniłem się do tego... nieszczęścia, jakiem podrażnieniem, moralnie, albo czemś w tym rodzaju? Ale doszedłem do wniosku, że i tego stanowczo być nie mogło.
Raskolnikow roześmiał się.
— Czegóż się więc pan tak tem niepokoisz?
— Niema się z czego śmiać. Rozważ pan tylko: ude-1 żyłem wszystkiego dwa razy szpicrutą, nawet śladów nie było... Nie miej pan mnie za cynika; wiem bardzo dobrze, jak to nieszlachetnie z mojej strony i tak dalej... ale wiem także napewno, że Marta rada była nawet mojej, że tak powiem, miłostce. Historja z pańską siostrą wyczerpała ją do szczętu. Marta zmuszona była już od trzech dni siedzieć w domu. Nie miała w czem wyjść na miasto. Zresztą znudziła się wszystkim owym listem (słyszałeś pan zapewne o nim?) I nagle te dw:e rózgi sipadają, jak z nieba! Przedewszystkiem kazała zaprząc powóz!... Pomijam to, że bywają kobiety, które niekiedy bardzo a bardzo rade są obeldze, pomimo widocznego oburzenia. Wszystkie są takie; człowiek wogóle bardzo a bardzo lubi być obrażonym: czyś pan to zauważył? Ale zwłaszcza kobiety. Możnaby nawet powiedzieć, że to stanowi ich główną rozrywkę.
Przez chwilę, Raskolnikow chciał wstać i wyjść, tem zakończyć odwiedźmy. Atoli pewna ciekawość i jakby wyrachowanie powstrzymały go od tego kroku.
— Czy pan lubisz bić się? — zapytał z roztargnieniem.
— Nie, niebardzo — spokojnie odparł Świdrygajłow. — A z Martą nigdyśmy się prawie nie bili. Żyliśmy bardzo zgodnie i ona była zawsze ze mnie zadowolona. Szpicrutą posiłkowałem się w ciągu siedmiu lat naszego pożycia ledwie dwa razy (jeżeli nie brać w rachubę jeszcze jednego wypadku, bardzo jednak dwuznacznego): pierwszy raz — w dwa miesiące po naszym ślubie, zaraz po przybyciu na wieś i oto teraz. — < Pan może myślałeś, żem taki wyrodek, zacofaniec? ha, ha... A propos — czy nie przypomina pan sobie, panie Rordjonie, jak kilka lat temu opisała i oszkalowała pewnego szlachcica cała prasa — nazwiska — już nie pamiętam! A głośna była sprawa, ot, niemkę jakąś obił w wagonie, pamięta pan? I wtedy, bodaj że w tym samym rokuz darzył się i „potworny postępek Wieku“ (no „Noce Egipskie“, wykład publiczny, przypomina pan sobie? Hej, czarne oczy! O gdzie wy, złote lata młodości?
No — a jeśli chodzi o moje zdanie: obywatelowi, który wytłukł niemkę, nie współczuję zbytnio, boć, w gruncie rzeczy... czemu niby współczuć! Ale przy tej okazji uważam za stosowne oświadczyć, że spotyka się nieraz tak denerwujące niemki, że zdaje mi się, iż żaden postępowiec nie mógłby ręczyć za siebie. — Nikt nie patrzył na to zagadnienie z tego punktu widzenia, a jednak ten punkt nietylko istnieje, ale jest właściwie najbardziej humanitarny! doprawdy, że tak!...
Powiedziawszy to, Świdrygajłow nagle znów się roześmiał, Raskolnikow rozumiał doskonale, że ten człowiek powziął jakąś stanowczą decyzję.
— Pan widocznie od kilku dni z nikim nie rozmawiał? — spytał.
— Bezmała. A co: dziwi się pan, żem taki składny w mowie?
— Nie dziwi mnie to, że pan jesteś z byt składny.
— Dlatego, że nie Obrażam się z powodu brutalności pań skich pytań? O to chyba idzie! Ależ — o co tu się obrażać? Pytają, więc odpowiadam, — dodał ze zdumiewającą prostotą — przecież właściwie mnie prawie nic nie interesuje, jak mi Bóg miły, — ciągnął w zadumie. — Zwłaszcza teraz, nic mnie nie interesuje... Zresztą pan może przypuszczać, że ja tak ze względu na swoje zamiary, lawiruję, tembardziej, że mam interes do pańskiej siostry, jak mówiłem. Ale powiem panu otwarcie: okrutnie nudna!
Szczególnie przez te trzy dni, do tego stopnia, żem aż ucieszył się widząc pana! Niech pan się nie gniewa, panie Rod jonie, ale pan wydaje mi się, sam nie wiem czemu, bardzo dziwnym człowiekiem. Jak pan sobie chce, a jednak w panu coś jest, i właśnie teraz, to jest nie specjalnie w tej chwili, a wogóle — teraz... No, no, już nic, nic, niech pan się nie chmurzy! Przecież nie jestem takim niedźwiedziem, za jakiego pan mnie uważa.
Raskolnikow ponuro popatrzył na niego.
— Być może, że pan wcale nie jest niedźwiedziem — odpowiedział. — Zdaje mi się nawet, że pan należy do ludzi kulturalnych, a przynajmniej, przy sposobności, potrafi pan być przyzwoitym człowiekiem.
— Ale przecież ja niczyjem zdaniem nie interesuję się specjalnie — sucho i jakby wyniośle odpowiedział Świdrygajłow — i dlatego, czemużby nie być czasem mierno tą, skoro ta szata jest tak wygodna w naszym klimacie i... i jeżeli jeszcze ma się wrodzoną skłonność w tym kierunku — dodał, śmiejąc się znowu.
— Słyszałem jednak, że pan ma tutaj dużo znajomych. Pan przecie należy do ludzi „mających stosunki“ A wobec tego, pocóż panu znajomość ze mną, chyba tylko ze względu na pańskie cele?
— Co do tego — ma pan rację, znajomych mam — podchwycił Świdrygajłow, nie odpowiadając na najważniejszy punkt — spotykałem już: przecież włóczę się już trzeci dzień; poznaję, i mnie poznają, o ile mi się zdaje. Zrozumiałe: jestem przyzwoicie ubrany, zaliczam się do ludzi nie — biednych, nas przecie i reforma chłopska ominęła, lasy i łąki żyzne, dochodu się nie traci; ale — nie pójdę tam, i przedtem jeszcze znudziło mi się; łażę trzeci dzień i udaję, że nikogo nie znam. A tu jeszcze miasto! To — jest, jak ono się sformowało, niech mi pan powie, z łaski swojej! Miasto kancelistów i najróżnorodniejszych seminarzystów! Doprawdy, dawniej tom wielu rzeczy tutaj uie zauważył, tak osiem lat temu, gdym się tu pętał... Teraz to — jak mi Bóg miły, całą nadzieję pokładam w anatomji!
— W jakiej anatomji?
— A co dotyczy tych klubów, Dussotów, albo choćby postępu, no, to niech sobie będzie poza nami — ciągnął, znów nie zauważywszy pytania. — Zresztą co za przyjemność być szulerem?
— A pan był i szulerem?
— Czyż bez tego się obejdzie? Stanowiliśmy osiem lat temu towarzystwo jak najprzyzwoitsze; ot żyło się, i wie pan sami ludzie dobrze wychowani, poeci, no i kapitaliści zdarzali się. Zresztą wogóle — czy pan nie zauważył — u nas, w rosyjskiem społeczeństwie najwięcej kultury towarzyskiej mają ludzie, którzy nieraz dostawali w kark? Przecież ja dopiero w ostatnich latach, na wsi siedząc, tak się zaniedbałem. A jednak wtedy wsadzili mnie do więzienia, ot dług miałem u Nieżyna marnego greka. Dowiedziała się o tem pani Marta, potargowała się i wykupiła mnie za trzydzieści tysięcy srebrników (a winien byłem siedemdziesiąt tysięcy). Pobraliśmy się i zabrała mnie natychmiast do siebie na wieś, niby skarb jaki. — Przecież ona była o pięć lat starsza ode mnie! Kochała, bardzo ko chała! No i siedem lat bez przerwy przesiedziałem na wsi. I niech pan zauważy, przez całe życie przechowywała ten dokument na trzydzieści tysięcy na cudze imię, jako broń przeciwko mnie, więc niechbym się tylko spróbował zbuntować, przytrzymaliby mnie zaraz! Doprowadziłaby do tego! Kobiety potrafią jakoś tak godzić w sobie sprzeczne uczucia?
— No, a, gdyby nie ten dokument, zwiałbyś pan?
— Sam nie wiem, jak panu odpowiedzieć. Mnie ten dokument prawie nie krępował. Nigdzie mnie nic nie ciągnęło, a wyjazd.zagranicę to mi Marta sama dwa razy proponowała, widząc, że się nudzę. Ba! Zagranicę jeździłem dawniej, ale zawsze źle się tam czułem! Właściwie patrzę na wschód słońca; zatoka Neapolitańska, morze, patrzy się i smutno się robi. Najobrzydliwsze, że naprawdę niewiadomo, czemu smutno się robi... Nie, już — to lepiej w ojczyźnie; tutaj przynajmniej, wszystkie grzechy zrzucasz na innych, a siebie uniewinniasz! Możebym nawet przyłączył się teraz do ekspedycji, która wyrusza do bieguna,,północnego, bo j‘ai le vin, mauvais“, brzydzę się piciem, a pijaństwo jest jedyną rzeczą, którą mógłbym się teraz zająć. Próbowałem. Ale, podobno Berg ma zamiar w niedzielę w ogrodzie Jussupowa, urządzić próbę wzniesienia się balonem i za odpowiednią opłatą przyjmuje pasażerów, czy to prawda?
— Cóż z tego, czy pan poleciałby?
— Ja? Nie... tak... — mruknął Świdrygajłow, rzeczywiście zamyślony. ,,Czy on doprawdy ma bzika, czy co?“ — pomyślał Ras-oklnikow.
— Nie, dowód wcale mnie nie krępował — ciągnął Świdrygajłow w zamyśleniu — sam, z własnej woli, nie wyjeżdżałem ze wsi. Zresztą, będzie już z rok temu, jak Marta w dniu imienin zwróciła mi ten dokument, i w dodatku dała w prezencie sporą sumkę. Bo miała gotówkę. „Widzisz, Arkadjuszu, jakie mam do ciebie.zaufanie“ — rzekła, doprawdy wyraziła się w te słowa. Pan nie wierzysz, że się tak Wyraziła? A wie pan, toż ja stałem się wcale porządnym gospodarzem na wsi; zna mnie cała okolica. I książki nawet kupowałem. Marta zrazu dodawała mi otuchy, ale potem lękała się coraz bardziej, że zamęczę się nauką.
— Widzę jednak, że pan bardzo tęskni za żoną?
— Ja? Może. Doprawdy, bardzo być może. A czy pan wierzy w widma?
— W jakie widma?
— W zwyczajne widma!
— A pan wierzy?
— Może i nie, pour vous plaire... To jest nietyle nie...
— Czyś pan je widział?
Świdrygajłow jakoś dziwnie spojrzał nań.
— Marta raczy mnie odwiedzać — wmówił, ’ wykrzywiwszy twarz jakimś dziwnym uśmiechem.
— Niby jakto raczy odwiedzać?
— A już ze trzy razy przychodziła. Najprzód zobaczyłem ją w sam dzień pogrzebu, w godzinę po powrocie z cmentarza. Było to w wigilję mojego wyjazdu do Petersburga. Drugi raz trzy dni temu, w drodze, o świcie na stacji Małej Wiszerze; a trzecim razem, przed dwiema godzinami, w mieszkaniu, tam gdzie stanąłem, w pokoju; byłem sam jeden.
— ’Na jawie?
— Zupełnie. Wszystkie trzy razy na jawie. Przyjdzie, pomówi przez.chwilkę i wyjdzie drzwiami; zawsze drzwia mi. Nawet, jakby słychać było.
— To dlatego tak mi się ciągle zdawało, że panu coś jest w tym rodzaju — wymówił nagle Raskolnikow, i w tej samej chwili zdziwił się, że to powiedział. Był silnie wzruszony.
— Ta-ak? Takeś pan myślał? — ze zdziwieniem zapytał Świdrygajłow: — czyżby? A no więc nie mówiłem, że pomiędzy nami jest coś wspólnego?
— Wcaleś pan tego nie mówił! — szorstko i z oburzeniem odparł Raskolnikow.
— Nie mówiłem?
— Nie!
— Zdawało mi się, żem mówił. Kiedy wszedłem i zobaczyłem, że pan leżysz z zamkniętemi oczyma, i że pan udajesz, zaraz powiedziałem sobie:,,to ten sam!“
— Cóż to miało znaczyć: ten sam? Co pan masz na myśli? — zawołał Raskolnikow.
— Co mam na myśli? Albo ja wiem... — otwarcie i jakby z pomieszaniem wyszeptał Świdrygajłow. co U N <
— Wszystko to głupstwo! — z gniewem krzyknął Ras-kolnikow. — I cóż ona do pana mówi, gdy przychodzi?
— Ona? Wyobraź pan sobie, mówi o samych bagatelkach, i niech pana to nie dziwi, ale mnie to najwięcej właśnie irytuje. Pierwszym razem weszła, byłem, widzisz pan, zmęczony: pogrzeb, księża, cmentarz, potem zakąska — nareszcie sam zostałem w gabinecie, zapaliłem cygaro, zamyśliłem się, weszła przez drzwi: „Tak zajęty jesteś, Arkad juszu, żeś zapomniał o nakręceniu zegara w jadalnym pokoju“. A ten zegar, w istocie, przez całe siedem lat, sam nakręcałem zawsze co tydzień, a jeżelim zapomniał — to mi zawsze przypominała. Nazajutrz, jadę już tutaj. Wszedłem, o świcie na stację, w nocy zdrzemnąłem się, zmęczony, oczy zaspane — kazałem sobie podać kawy; patrzę, Marta nagle siada przy mnie, w rękach trzyma talję kart: „Może ci postawić karty, na drogę, Arkadjuszu?“ Świetnie stawiała karty. Nie mogę sobie darować, żem się nie zgodził na to. Uciekłem, przerażony, wprawdzie dał się słyszeć dzwonek. Dziś siedzę po najlichszym w świecie obiedzie z garkuchni, z ciężkim żołądkiem — siedzę, palę — wtem znowu Marta wchodzi wystrojona, w nowej jedwabnej zielonej sukni z olbrzymim (trenem, i mówi: „Jak się masz, Arkadjuszu! Jakże ci się moja suknia podoba? Aniśka tak nie uszyje“. (Aniśka — to szwaczka u nas we wsi, zdawnych poddanek, była na nauce w Moskwie — ładna dziewczyna). Stoi, kręci się przede mną. Obejrzałem suknię, potem z uwagą spojrzałem jej w oczy: „Że też masz ochotę, moja Marto, fatygować się do mnie z takiemi drobnostkami“. „Ach mój Boże, czyż cię już nawet na chwilkę odwiedzić nie można!“ Mówię do niej, żeby ją podrażnić: „Widzisz, Marto, ja się chce żenić“. — „Tego się można po tobie spodziewać, Arkadjuszu; niewiele bo jednak zaszczytu pochować żonę i zaraz myśleć o żeniaczce. I choćbyś zrobił wybór jak się należy, to wiem, że ani jej, ani tobie, tylko śmiech ludzki“. To powiedziawszy wyszła, i tylko ogon zaszeleściał. A to głupstwa, co?
— Ao może pan kłamie — odezwał się Raskolnikow.
— Ja rzadko kłamię — odparł Świdrygajłow, w zamyśleniu i jakby wcale nie spostrzegając brutalności pytania.
— A dawniej, przedtem, nigdy pan nie miewałeś widzeń?
— Nie, raz tylko w życiu, sześć lat temu, miałem słu żącego, imieniem Filka. Ledwie go pochowano, wołam w zapomnieniu: „Filka, podaj mi fajkę!“ — wszedł i skierował się prosto do fajczarni. „Oho“, myślę sobie, „zemści się teraz na mnie!“ bośmy się przed samą jego śmiercią, bardzo posprzeczali ze sobą. „Jak śmiesz, mówię, wchodzić do mnie z podartemi łokciami, precz stąd!“ Zawrócił się, wyszedł i więcej go nie widziałem. Marcie nie opowiadałem tego. Chciałem dać na mszę, ale mi wstyd było.
— Idź pan po doktora.
— Wiem ja i bez pana, że jestem chory, chociaż nie wiem na co: pewno zdrowszy jestem pięć razy od pana! Nie pytałem się pana o to: czy pan wierzysz, czy nie, że widma przychodzą, ale czy pan wierzysz, że istnieją widma?
— Nie, nigdy w to nie uwierzę! — z pewnym gniewem zawołał Raskolnikow.
— Wszak powiadają zazwyczaj: — szeptał Świdrygaj-łow, jakby do siebie, patrząc na sitronę i pochylając nieco głowę. — Powiadają: „jesteś chory, a więc to ci się majaczy, jest tylko halucynacją“. Brak w tem ścisłej logiki. Zgadzam się, że przywidzenia miewają tylko chorzy; dowodzi to jednak, że widma mogą się ukazywać tylko chorym, ale nie że ich wcale niema.
— Ależ niema! — z rozdrażnieniem nalegał Raskolnikow.
— Niema? Tak pan sądzi? — ciągnął Swidrygajłow, spojrzawszy nań zwolna. — No, a gdyby tak rozważyć (pomóż mi pan): Widma — to niejako kawałki, strzępki innych światów, ich początek. Człowiek zdrowy, oczywiście, nie ma potrzeby ich widzieć, zdrowy bowiem człowiek jest najwięcej ziemskim człowiekiem, a.więc powinien żyć samem tylko jutrzejszem życiem, dla zupełności i porządku. Gdy jednak zachoruje, gdy się zakłóci w czemkolwiek porządek ziemski w organizmie, natychmiast zdradza się możliwość innego świata, i im bardziej jest chory, tem ma więcej stosunków z innym światem, tak, że gdy człowiek umrze zupełnie, to poprostu przejdzie do innego świata. Rozważałem ja to oddawna. Jeżeli pan wierzysz w przyszłe życie, to uwierzysz pan i w to dowodzenie.
— Ja nie wierzę w życie przyszłe — rzekł Raskolni-kow. Świdrygajłow siedział w zamyśleniu.
— A może tam same tylko pająki lub coś w tym rodzaju — rzekł nagle.
„To war jat“ — pomyślał Raskolnikow.
— Wieczność przedstawia nam się zawsze jako idea, której nie można zrozumieć, coś wielkiego, ogromnego! Dlaczegóż koniecznie ogromnego? I nagle, zamiast tegc wszystkiego, wyobraź pan sobie, będzie tam jedna izdebka, tak w rodzaju wiejskiej bani; zakopcona, a we wszystkich kątach pająki, i oto cała wieczność. Wie pan, że mi się to tak nieraz przedstawia.
— W istocie, w istocie, nie przedstawia się panu nic ani sprawiedliwszego, ani bardziej pocieszającego! — z cho-robliwem uczuciem zawołał Raskolnikow.
— Sprawiedliwszego? Ha, skąd ja mogę wiedzieć, może to i jest sprawiedliwe i wiesz pan, jabym to właśnie w ten sposób urządził — odparł Świdrygajłow, z nieokreślonym uśmiechem.
Jakiś chłód przejął nagle Raskolnikowa wobec tej dziwacznej odpowiedzi. Świdrygajłow podniósł głowę, uważnie spojrzał ’nań i nagle roześmiał się.
— Nie, zważ pan tylko — zawołał — pół godziny temu nie znaliśmy się jeszcze ze sobą, mamy się za wrogów, mamy niezałatwioną sprawę; i oto sprawę porzucamy i brniemy w itaką dysertację! No czyż nieprawda, że jesteśmy podobni do siebie?
— Racz więc pan — odparł z rozdrażnieniem Raskolnikow — racz pan się wytłumaczyć jak najprędzej i powiedzieć, czemu zawdzięczam zaszczyt odwiedzin pańskich... bo... bo... spieszę się, nie mam czasu, muszę wyjść...
— Z rozkoszą, z rozkoszą. Siostra pańska, panna Eu-doksja, wychodzi za pana Łużyna?
— Czy nie możnaby było pominąć mojej siostry. Nie pojmuję nawet, jak pan śmiesz wymawiać przy mnie jej imię, jeżeli tylko istotnie nazywas, z się pan Świdrygajłow.
— Ależ przyszedłem właśnie pomówić o niej, jakże więc będzie!
— Dobrze więc; mów pan, prędzej!
— Jestem pewny, że o tym Łużynie, moim powinowatym przez żonę, wyrobiłeś pan sobie zdanie, jeżeliś go pan widział choć przez pół godziny, lub jeśliś pan słyszał 0 nim cokolwiek pewnego. Dla panny Eudoksji wcale nie jest on odpowiedni. Mojem zdaniem, panna Eudoksja poświęca się w tej sprawie arcywspaniałomyślnie, ale też 1 ibez wyrachowania, na rzecz... na rzecz swojej rodziny. Zdawało mi się, ’na zasadzie tego, co słyszałem o panu, że pan ze swej strony byłbyś bardzo kontent, gdyby ten związek nie doszedł do skutku. Teraz zaś, poznawszy pana osobiście, jestem tego pewien.
— Wie pan, że wszystko to, co pan mówi, daje dowól wielkiej pańskiej naiwności... to jest przepraszam... natręctwa — rzekł Raskolnikow.
— To jest, chcesz pan przez to powiedzieć, że mi chodzi o siebie. Nie lękaj się pan, panie Rodjonie, gdyby mi szło o własną korzyść, to nie mówiłbym tak otwarcie, takim głupcem nie jestem. Pod tym względem przytoczę panu pewną psychologiczną osobliwość. Tłumacząc się ze swej miłości dla panny Eudoksji, wyraziłem się, że sam byłem ofiarą. Dowiedz się pan tedy, że najmniejszej miłości dla niej teraz nie czuję, najmniejszej, tak, że aż mi samemu dziwnem się to zdaje, bo dawniej czułem...
— Z próżności i rozpusty — przerwał Raskolnikow.
— W istocie, jestem rozpustnym i próżnym. Wreszcie, siostra pańska ma tyle zalet, że nie mogłem nie ulec pewnemu wpływowi. Wszystko to jednak głupstwo, sam widzę teraz.
— Dawnoś pan to zobaczył?
— Dostrzegłem to jeszcze na wsi, ale ostatecznie przekonałem się trzy dni temu, w sam dzień mego przyjazdu do Petersburga. Zdawało mi się jeszcze nawet w Moskwie, że jadę zdobywać rękę panny Eudoksji i rywalizować z panem Łużynem.
— Przepraszam, że panu przerwę: czy nie mógłbyś streścić się i przejść prosto do celu swojej wizyty. Spieszę się i muszę wyjść...
— Z największą przyjemnością. Przybywszy tutaj i postanowiwszy udać się w wojaż, pragnąłem uczynić pewne rozporządzenie. Moje dzieci zostały u ciotki; one są bogate; ja dla nich osobiście jestem zbyteczny. Zresztą, jaki ze mnie ojciec! Dla siebie zaś wziąłem tylko to, co otrzymałem w podarku rok temu od Marty. Dla mnie to wystarczy. Daruj pan, zaraz przystąpię do celu. Przed wyjazdem, który zapewne dojdzie do skutku, pragnę skoń ^,. 2 Zbrodnia i kara t. II. czyć z panem Łużynem. Nie dlatego, żebym go bardzo nie-cierpiał, ale przez niego właśnie wynikł ów spór mój z Martą, gdym się dowiedział, że to ona przyczyniła się do tego. Chcę właśnie zobaczyć się teraz z panną Eudoksją, za pańskiem pośrednictwem, a nawet w pańskiej obecności, i wyperswadować jej, że ze stosunku z panem Łużynem nie będzie miała żadnych korzyści, a nawet bodaj czy nie dozna krzywdy. Następnie, przeprosiwszy ją za doznane ode mnie przykrości, poprosiłbym ją o przyjęcie dziesięciu tysięcy rubli srebrem, bo tą drogą chciałbym jej zostawić możność zerwania z panem Łużynem, zerwania, którego, jestem pewien, ona sama pragnęłaby, gdyby miała tylko możność.
— Ale doprawdy, doprawdy pan jesteś warjat! — zawołał Raskolnikow, nietyle rozdrażniony, ile zdziwiony. — Jak pan śmiesz tak mówić!
— Wiedziałem o tem, że się pan rozgniewa; ale, po pierwsze, choć nie jestem bogaty, te dziesięć tysięcy nie grają dla mnie żadnej roli, to jest, wcale, wcale mi nie są potrzebne. Jeżeli panna Eudoksją nie przyjmie ich, to mówże je zużytkuję daleko niedorzeczniej. — To raz. Powté re: sumienie mam zupełnie spokojne: ofiarowuję bez żadnych celów. Wierz pan, nie wierz pan sobie, lecz prędzej czy później dowiecie się, zarówno pan, jak i panna Eu-doksja. Cała rzecz w tem, że sprawiłem nieco przykrości i kłopotów pańskiej siostrze, czując tedy potrzebę szczerej skruchy, pragnę serdecznie — nie odkupić się, nie zapłacić za przykrości, lecz poprostu zrobić coś, coby było dla niej z korzyścią, na tej zasadzie, że nie mam przecie przywileju do wyłącznie złego postępowania. Gdyby w mojej ofercie tkwiła choć mil jonowa cząstka wyrachowania, to nie występowałbym z propozycją przyjęcia dziesięciu tysięcy, wówczas, gdy przed pięcioma tygodniami ofiarowywałem jej więcej. Nadto, bardzo być może, iż w bardzo a bardzo niedługim czasie ożenię się z pewną osobą, a tem samem znikną wszelkie podejrzenia jakichś moich zamiarów co do panny Eudoksji. W końcu dodam, że wychodząc za pana Łużyna, panna Eudoksją bierze te same pieniądze, tylko z innego źródła... Ale nie gniewaj się pan, panie Rod jonie, rozważ pan spokojnie i z zimną krwią.
Mówiąc to, Świdr)’, gajłow sam był nadzwyczaj spokojny i zimny.
— i9, —
— Proszę pana, skończ pan — rzekł Raskolnikow. — W każdym razie to czelność nie do darowania.
— Bynajmniej. Gdyby tak było, to człowiek człowiekowi wyrządzałby na tym świecie same krzywdy, i przeciwnie, nie miałby prawa robić ani kruszynki dobrego z powodu jakichś pustych przyjętych formalności. To niema sensu. Więc gdybym ja naprzykład umarł i zapisał tę sumę siostrze pańskiej w testamencie, to i wtedy miałaby jej nie przyjąć?
— Bardzo być może.
— O nie. A zresztą, nie, to nie, niechże i tak będzie, a jednak dziesięć tysięcy — mogłoby się kiedy przydać. W każdym razie proszę o oświadczenie tego pannie Eu-doksji.
— Nie, nie oświadczę.
— W takim razie, panie Rod jonie, zmuszony będę sam starać się o zobaczenie z pańską siostrą, a więc niepokoić ją...
— A jeśli jej powiem, to pan nie będziesz się starał 0 zobaczenie z nią?
— Doprawdy, nie wiem, jak panu powiedzieć. Zobaczyć się z nią raz jeden, pragnąłbym bardzo.
— ’Nie licz pan na ito.
— Szkoda. Zresztą, pan mnie nie zna. Może się poznamy bliżej.
— Pan sądzisz, że my się.zbliżymy ze sobą?
— Dlaczegóżby nie? — rzekł z uśmiechem Świdrygaj-łow, wstając i biorąc kapelusz — bo widzi pan, nic mi tak wiele nie zależało na tem, ażeby panu zakłócić spokój, ale fizjognomja pańska uderzyła mnie dziś rano...
— A pan gdzie mnie dziś rano widział? — niespokojnie zapytał Raskolnikow.
— Przypadkowo... Ciągle mi się zdaje, że w panu jest coś podobnego do mnie. Ale nie lękaj się pan, nie będę wobec pana natrętnym; żyłem w zgodzie i z szulerami, 1 księciu Swirbejowi, mojemu dalekiemu krewnemu, magnatowi, nie naprzykrzyłem się, i o Madonnie Rafaela umiałem napisać do albumu pani Pryłukowej, i z Martą siedem lat żyłem, nie rozłączając się, i w domu Wiaziem-skiego na placu Siennym nocowałem kiedyś, i balonem może z Bergiem pojadę.
— No, dobrze. Kiedyż się pan wybiera w podróż?
— W jaką podróż?
— A no, na ów „wojaż“... Sam pan mówiłeś.
— No wojaż? Ach, prawda, mówiłem panu o wojażu.. No, ale to kwestja bardzo obszerna... Gdybyś pan jednak wiedział, o co się pan pytasz! — dodał i nagle głośno i krótko roześmiał się. — Może, zamiast wojażu, ożenię się; swatają mnie właśnie.
— Tutaj?
— Tak.
— Kiedyżeś pan zdążył?...
— Ale z panną Eudoksją raz jeden bardzo pragnę zobaczyć się. Proszę o to ser jo. No, do widzenia, ach... prawda! Zapomniałem! Oświadcz pan, panie Rodjonie, swojej siostrze, że w testamencie Marty zapisane zostały jej trzy tysiące rubli. Serjo. Marta zrobiła testament, na tydzień przed śmiercią, w mojej obecności. Za jakie dwa, trzy tygodnie panna Eudoksją może pieniądze swoje odebrać.
— Pan mówisz prawdę?
— Prawdę. Powiedz jej pan. No, sługa pański. Mieszkam tu od pana bardzo niedaleko.
Wychodząc, Świdrygajłow natknął się we dizwiach na Razumichina.
Była już prawie godzina ósma; obaj spieszyli do Ba-kajewa, ażeby wyprzedzić Łużyna.
— Co to za jeden? — spytał Razumichin, zaledwie wyszli na ulicę.
— To Świdrygajłow, ten sam obywatel, który obraził moją siostrę, gdy była w jego domu guwernantką. Dzięki jego miłosnym prześladowaniom, musiała wyjechać od nich, wypędzona przez jego żonę. To żona prosiła Dunię o przebaczenie, a teraz zmarła nagle. Jest to owa pani Marta, o której opowiadano u mnie dzisiaj. Nie wiem dlaczego, ale boję się tego człowieka. Przyjechał zaraz po pogrzebie żony. Jest bardzo dziwny i na coś zdecydowany... Niby coś wie... Trzeba strzec przed nim Dunię... chciałem ci to właśnie powiedzieć, uważasz?
— Strzec? Cóż on może.zrobić pannie Eudoksji? Dziękuję ci jednak, Rodziu, żeś mi to powiedział... Będziemy strzegli, będziemy!... Gdzie on mieszka?
— Nie wiem.
— Dlaczegożeś się nie zapytał? Szkoda! Zresztą, dowiem się!
— Widziałeś go? — zapytał Raskolnikow po chwili milczenia.
— Naturalnie, pamiętam go, dobrze pamiętam.
— Dobrześ go widział? Wyraźnie? — nalegał Raskolnikow.
— Wybornie; wśród tysiąca go poznam, jużto mam pamięć doskonałą.
Zamilkli znowu.
— Hm... więc też... — mruknął Raskolnikow. — Bo wiesz... zdawało mi się... zdaje mi się nawet dotąd... że to może fantazja....
— Niby co? Nie rozumiem, o czem mówisz.
— A no wszyscy mówicie — ciągnął Raskolnikow, krzywiąc usta do śmiechu — że postradałem zmysły; więc też wydało mi się, że może istotnie zwarjowałem i że to było tylko widzenie!
— Co ci przychodzi do głowy?
— A kto wie! Możem ja i war jat, i wszystko, co tylko zaszło w ciągu tych kilku dni, może to tylko tak... w wyobraźni...
— Ech, Rodziu! Znowu cię zdenerwowali... Cóż on ci mówił, poco przychodził?
Raskolnikow nie odpowiedział, Razumichin pomyślał chwilkę.
— No, posłuchajże mego raportu — zaczął. — Byłem u ciebie, spałeś! Potem jedliśmy obiad, a potem poszedłem do Porfirjusza. Zamietow ciągle siedzi u niego. Chciałem zacząć, ale nic z tego. Ani rusz, nie mogłem mówić otwarcie. Oni ciągle jakby nie rozumieli i zrozumieć nie mogą, ale wcale się nie mieszają. Odprowadziłem Porfirjusza do okna i zacząłem mówić, ale znowu nie wiem dlaczego nic me powiedziałem. Nareszcie, zbliżyłem pięść do jego twarzy i rzekłem, że ją rozmiażdżę po ojcowsku. Spojrzał tylko na mnie. Splunąłem i wyszedłem — no i wszystko. Bardzo głupio. Z Zamietowem ani słówka. Ale wiesz co: sądziłem, żem zepsuł wszystko, gdy na schodach przyszła mi myśl uderzająca: o co my zabiegamy z tobą? Wszak gdyby ci groziło niebezpieczeństwo, lub coś takiego, no, to naturalnie! Aleć przecie nic! Nic ci nie grozi, więc pał ich djabli; naśmiejemy się z nich potem, a ja na twojem miejscu mistyfikowałbym ich jeszcze więcej. Ach jakże im wstyd będzie potem! Pluń; potem i przetarzepać ich będzie można, a teraz pośmiejmy się!
— Naturalnie! — odparł Raskolnikow. —,,Co też ty jutro powiesz?“ — pomyślał. — Dziwna rzecz, dotąd ani razu nie przychodziło mi do głowy: „co pomyśli Razumichin, kiedy się dowie?“ Wobec tej myśli, Raskolnikow spojrzał nań z uwagą. Opowiadanie jego o nowej wizycie u Porfirjusza zajęło go bardzo niewiele: tak wiele ubyło od tego czasu i pr, zbyło!...
Na korytarzu zetknęli się z Łużynem: zjawił się punkt o ósmej i szukał numeru, tak, że wszyscy trzej weszli razem, ale nie patrząc na siebie i nie kłaniając się. Młodzi ludzie przeszli naprzód, a pan Piotr, dla przyzwoitości, zatrzymał się nieco w przedpokoju, zdejmuj, ąc palto. Pani Pulcherja wyszła natychmiast, ażeby go spotkać na progu. Dunia witała się z bratem.
Pan Piotr wszedł i dosyć uprzejmie, chociaż ze zdwojoną powagą, przywitał damy. Zresztą wyglądał nieco zmieszany i jeszcze nie panował nad sobą. Pani Pulcherja, także jakby nieco zmieszana, zaraz pospieszyła posadzie wszystkich przy okrągłym stole, na którym syczał samowar. Dunia i Łużyn ulokowali się naprzeciwko siebie na przeciwległych brzegach stołu. Razumichin i Raskolnikow siedli naprost pani Pulcherji; Razumichin bliżej Łużyna, Raskolnikow zaś przy siostrze.
Nastąpiła chwilka milczenia. Pan Piotr zwolna wyjął batystową chustkę, z której dał się czuć zapach perfum, i wytarł nos z wyrazem lubo cnotliwego, ale zawsze nieco draśniętego w swej godności człowieka i pr. żytem zdecydowanego zażądać wyjaśnienia. Przyszła mu myśl jeszcze w przedpokoju nie zdejmować palta i odjechać, i tem surowo i dotkliwie ukarać obie damy, tak, ażeby odczuły to za jednym zamachem. Ale wolał postąpić inaczej. Przytem, człowiek ten nie lubił tajemnic, a tu należało rzecz wyjaśnić: skoro tak wyraźnie przekroczono jego rozkaz, musi więc być coś, lepiej tedy będzie, gdy się dowie; na ukaranie zawsze będzie dość czasu, jest to zresztą w jego mocy.
— Spodziewam się, że podróż odbyły panie szczęśliwie? — ceremonjalnie zwrócił się do pani Pulcherji.
— Dzięki Bogu.
— Bardzo mi przyjemnie. Nie czuje się pani zmęczoną, panno Eudoksjo?
— Jestem młoda i silna, nie męczę się tak łatwo, ale mama bardzo odczuła podróż — odparła Dunia.
— Cóż robić; nasze drogi państwowe są bardzo długie. Wielką jest, „matuszka Rosja“... Ja zaś, pomimo chęci, żadną miarą.nie mogłem zdążyć na spotkanie. Sądzę jednak, iż wszystko odbyło się bez wielkich kłopotów.
— Ach nie, byłyśmy w wielkim ambarasie — ze szczególnym naciskiem pospieszyła oznajmić pani Pulcherja, — i gdyby nam sam Pan Bóg nie był zesłał pana Dymitra, to zginęłybyśmy poprostu. To właśnie pan Dymitr Razumichin — dodała, przedstawiając go Łużynowi.
— Przecie miałem zaszczyt... wczoraj — wycedził Łu-żyn, nieprzyjaźnie spojrzawszy na Razumichina, poczem nachmurzył się i zamilkł. Bo i wogóle, pan Piotr należał do rzędu ludzi, napozór bardzo uprzejmych w towarzystwie i mających wiele ¡pretensyj do uprzejmości, ale niech tylko cokolwiek będzie im nie do smaku, natychmiast tracą wszystkie swoje właściwości i stają się podobnymi raczej do worków z mąką, aniżeli do towarzyskich i rozmownych kawalerów. Wszyscy znowu zamilkli: Raskolnikow milc.zał uporczywie. Dunia do czasu nie chciała przerywać milczenia. Razumichin nie miał nic do mówienia, tak, że pani Pulcherja znowu zaczęła się niepokoić.
— Pani Świdrygajłowa umarła — zaczęła, uciekając się do swego ulubionego środka.
— A tak, słyszałem, zaraz mi o tem doniesiono, a nawet mogę paniom zakomunikować, że pan Arkadjusz Świdry-gajłow, niezwłocznie po pogrzebie małżonki, wyjechał do Petersburga. Taką przynajmniej wiadomość otrzymałem z najpewniejszych źródeł.
— Do Petersburga? Tutaj? — zaniepokojona zapytała Dunia i spojrzała na matkę.
— ’Tak jest, i naturalnie, pewno nie bez celu, wziąwszy na uwagę pośpiech wyjazdu i wogóle poprzednie okoliczności.
— Boże! Miałżeby i tutaj nie dać spokoju Duni? — zawołała pani Pulcherja.
— E, nie powinny się panie lękać, naturalnie, jeżeli same panie nie zechcecie wchodzić z nim w jakiekolwiek stosunki. Co do mnie, to ja go nawet śledzę, i szukam właśnie, gdzie się też zatrzymał...
— Ach panie Piotrze! Nie uwierzy pan, jakeś mnie pan tą wiadomością przeraził. Widziałam go wszystkiego dwa razy, ale wydał mi się okropny, okropny! Jestem przekonana, że on był przyczyną śmierci nieboszczki żony.
— — No, nie można twierdzić tak stanowczo. Mam pewne wiadomości. Nie przeczę, że może on przyspieszył katastrofę moralnym, że tak powiem, wpływem obelgi; ale co się tyczy postępowania i wogóle moralnej charakterystyki postaci, to zgadzam się z panią. Nie wiem, czy jest teraz bogaty, i ile zostawiła mu Marta; o tem dowiem się w najbliższym czasie; ale tu w Petersburgu zwłaszcza mając pewne środki, bezwarunkowo rozpocznie po dawnemu. Jest to najrozpustniejszy i najbardziej zgubiony człowiek ze wszystkich ludzi tego rodzaju! Mam dużo powodów, ażeby mniemać, iż Marta, która miała nieszczęście pokochać go i wykupić z długów, przyczyniła się do pewnej sprawy; mianowicie jej staraniom należy za-wdzięczyć umorzenie, przed ośmiu laty, pewnego procesu kryminalnego, z przymieszką zwierzęcej i, że tak powiem, fantastycznej lekkomyślności, za którą mógł on — bardzo a bardzo łatwo powędrować na Syberję. Taki to człowiek!
— Ach Boże! — zawołała pani Pulcherja. Raskolnikow słuchał z uwagą.
— I to prawda, że pan ma pewne o tem wiadomości? — zapytała Dunia, surowym i prawie rozkazującym głosem.
— Powtarzam to tylko, co słyszałem sam, w sekrecie, od nieboszczki Marty. Winienem dodać, że z punktu prawnego, sprawa to bardzo zawiła. Mieszkała tu i zdaje się, mieszka nawet dotąd, niejaka Resslich, cudzoziemka i przy-tem lichwiarka, zajmująca się nadto gorszemi jeszcze interesami. Z tą otóż Resslich pan Świdrygajłow znajdował się oddawna w bardzo bliskich i podejrzanych stosunkach. Miała ona daleką krewną, ^daje się, siostrzenicę, głuchoniemą, dziewczynkę lat piętnastu czy też czternastu, której ta Resslich wprost nienawidziła i wymawiała każdy kęs chleba; biła ją nawet bez litości. Pewnego razu znaleziono ją na strychu bez życia. Sąd orzekł, że to samobójstwo. Po załatwieniu zwykłych formalności, skończyło się tylko na tem, ale wkrótce była denuncjacja, że nad dzieckiem... pastwił się okrutnie pan Świdrygajłow. Prawda, było to wszystko niedowiedzione; denuncjacja pochodziła od drugiej niemki, kobiety złej i nie zasługującej na zaufanie; wszystko skończyło się na plotce. Ale plotka ma zawsze jakąś podstawę. Musiała pani słyszeć, panno Eu-doksjo, bawiąc u nich, o historji z lokajem Filipem, który sześć lat temu zmarł z pobicia, jeszcze za czasów pańszczyzny.
— Słyszałam przeciwnie, że się ten Filip sam powiesił.
— Tak było, ale zmusił go, albo raczej znaglił go do gwałtownej śmierci, trwały system prześladowania i kar ze strony Świdrygajłowa.
— Nic o tem nie wiem, — oschle odparła Dunia — słyszałam tylok dziwną historję, że ten Filip ¡był jakimś mełancholikiem, jakimś filozofem domowym, ludzie mówili, że się,,’zaczytał“, 5 że powiesił się raczej wskutek drwin ludzkich, nie zaś od butów pana Świdrygajłowa. Owszem, on przy mnie bardzo się dobrze z ludźmi obchodził, ludzie lubili go nawet, chociaż go w istocie posądzali o przyczynienie się do śmierci Filipa.
— Widzę, że pani, panno Eudoksjo, stałaś się skłonną lo bronienia go — zauważył Łużyn, składając usta d< dwuznacznego uśmiechu. — W istocie, jest to człowiek zręczny i umiejętnie schlebiający damom, czego smutnym przykładem była właśnie jego żona, która tak dziwnie zakończyła życie. Chciałem tylko dać dobrą radę paniom ze względu na jego usiłowania nawiązania stosunków, jakie napewno będzie czynił. Co się zaś mnie tyczy, to jestem przekonany, że ten człowiek powędruje wkrótce do więzienia. Marta nie miała nigdy zamiaru zapisać mu czegokolwiek, a jeżeli mu wreszcie nawet co zostawiła, to chyba coś tylko na konieczne potrzeby, coś bez wartości, jakąś efemerydę, czego nawet na rok nie wystarczy dla człowieka z jego nałogami.
— Panie Piotrze, proszę pana, przestańmy mówić o panu Świdrygajłowie — rzekła Dunia. — Sprawia mi to przykrość.
— Świdrygajłow był tylko co u mnie — ozwał się nagle Raskolnikow, po raz pierwszy przerywając milczenie.
Ze wszystkich stron dały się słyszeć okrzyki, wszyscy się doń zwrócili. Nawet pan Piotr był poruszony.
— Będzie temu z półtorej godziny, spałem, a on wszedł i przedstawił mi się — ciągnął Raskolnikow. — Był bardzo rozmowny i wesoły, i ma wszelką nadzieję, że ja się z nim zaprzyjaźnię. Między innemi prosi bardzo i szuka sposobności widzenia się z tobą. Duniu, mnie zaś prosił: ażebym był pośrednikiem tej schadzki. Ma ci on uczynić jakąś propozycję — jaką mianowicie, mówił mi. Nadto, s zawiadomił mnie z całą stanowczością, że pani Marta, na tydzień przed śmiercią, zdążyła i.apisać ci, Duniu, w testamencie trzy tysiące rubli i że tę sumę możesz odebrać w bardzo niedługim czasie.
— Dzięki Bogu! — zawołała pani Pulcherja i przeżegnała się. — Módl się za nią, Duniu, módl się!
— To najzupełniejsza prawda — wyrwało się Łuży-nowi.
— No, no i cóż więcej? — nagliła Dunia.
— Potem powiedział, że sam jest niebogaty, i że cały majątek dziedziczą jego dzieci, które teraz bawią u ciotki Potem, że stanął gdzieś niedaleko ode mnie, ale gdzie — nie wiem, nie pytałem się go.


Ale co, co on chce zaproponować Duni? — spytała przerażona matka. — Czy ci powiedział?

— Powiedział.
— Cóż takiego?
— Powiem potem — Raskolnikow zamilkł i wziął się do swojej herbaty.
Pan Piotr wyjął zegarek i spojrzał na godzinę.
— Muszę pójść za interesem, nie będę więc państwu przeszkadzał — dodał nieco urażony i zaczął wstawać z krzesła.
— Zostań pan, panie Piotrze — rzekła Dunia — wszak pan miałeś zamiar przepędzić z nami dzisiejszy wieczór. A przytem, sam pan pisałeś, że żądasz pan jakichś wyjaśnień od mamy.
— Tak jest, panno Eudoksjo — poważnie odparł Łu-żyn, przysiadłszy znowu na krześle, ale ciągle jeszcze z kapeluszem w rękach: — w istocie radbym otrzymać wyjaśnienie zarówno od pani, jak i od szanownej mamy pani, względem pewnych bardzo ważnych punktów. Ale tak jak brat pani nie może powtórzyć pewnych propozycji pana Świdrygajłowa, tak i ja nie pragnę i nie mogę mówić... przy obcych... o pewnych bardzo a bardzo ważnych kwestjach. Przy tem najważniejsza i najgłówniejsza moja prośba nie została wykonana...
Łużyn przybrał groźną minę i poważnie zamilkł.
— Pańska prośba, ażeby brata nie było w czasie pańskich odwiedzin, nie została wykonaną jedynie wskutek mojego życzenia, — rzekła Dunia. — Pisałeś pan, że brat mój pana obraził; sądzę, że to należy zaraz załagodzić, i że powinniście się panowie pogodzić. I jeżeli Rodzio rzeczywiście pana obraził, to on musi i będzie prosił pana o przebaczenie.
Pan Piotr zaczął zapewniać:
— bą niektóre obelgi, panno Eudoksjo, o których, pomimo chęci, niepodobna zapomnieć. Wszystko ma granicę, poza którą przekraczać nie należy; gdyż skoro się ją raz przekroczy, cofać się niepodobna.
— Właściwie nie o tem panu mówiłam — trochę niecierpliwie przerwała Dunia — zrozum pan, że cała przyszłość zależy od tego, czy się załagodzi to wszystko jak najprędzej czy nie? Mówię panu poprostu i otwarcie, że obstaję przy swojem, a jeśli pan mnie choć cokolwiek ceni, to, choć to niełatwo, ale cała ta historja musi się dziś zakończyć. Powtarzam panu, jeżeli mój brat jest winien, przeprosi pana.
— Dziwię się, że pani tę kwestję stawia w ten sposób — irytował się coraz bardziej Łużyn — ceniąc i, że tak powiem, uwielbiając panią, mogę przecie zarazem, nie lubić kogoś z rodziny pani. Pretendując o zaszczyt otrzymania rączki pani, nie mogę wszakże przyjąć na siebie zobowiązań nie dających się pogodzić...
— Ach, przestań się pan obrażać, panie Piotrze — z uczuciem przerwała Dunia — i bądź pan tym rozumnym i szlachetnym człowiekiem, za jakiego miałam pana zawsze i chcę pana uważać nadal. Dałam panu wielką obietnicę, jestem pańską narzeczoną; zaufaj mi więc pan w tej sprawie, i wierzaj pan, że potrafię sądzić bezstronnie. To że biorę na siebie rolę sędziego jest zarówno niespodzianką dla pana jak i dla mego brata. Kiedym go zaprosiła dzisiaj, po liście pańskim, ażeby koniecznie przyszedł w czasie pańskich odwiedzin, nic nie mówiłam mu o moich zamiarach. Zrozum pan, że jeżeli się nie pogodzisz, zmuszona będę wybierać pomiędzy wami: on albo pan. Tak stoi kwest ja i z jego i zpańskiej strony. Nie chcę i nie powinnam się pomylić w wyborze. Dla pana muszę zerwać z bratem; dla brata z panem. Chcę i mogę dowiedzieć się teraz napewno: czy on jest dla mnie bratem? A o panu: czy jestem panu drogą, czy mnie pan cenisz, czy możesz pan być moim mężem?
— Panno Eudoksjo — krzywiąc się, wymówił Łużyn — słowa pani nazbyt są dla mnie ważkie, powiem więcej, obrażające, ze względu na stanowisko, jakie mam zaszczyt zajmować wobec pani. Pominąwszy dziwne i obraźliwe zestawienie mnie z tym... gwałtownym młodzieńcem, słowami, swemi dopuszczą pani możność cofnięcia danej mi obiet nicy. Pani powiada: „on albo pan?“ tem samem daje mi pani do zrozumienia, jak mało ja znaczę dla pani... nie mogę na to pozwolić wobec stosunków i... okoliczności, jakie istnieją pomiędzy nami.
— Jakto! — zarumieniła się Dunia — zestawiam pana i to co pana dotyczy z tem wszystkiem, co tylko miałem drogiego, w życiu, co dotąd stanowiło cale moje życie, i pan nagle obrażasz się, że zbyt mało pana cenię!...
Raskolnikow milcząco i.zjadliwie uśmiechnął się. Ra-zumichina aż zatrzęsło; ale pan Piotr nie dał za wygraną; przeciwnie, ża każdem słowem coraz się bardziej przyczepiał i irytował, jakby się rozsmakował.
— Miłość dla przyszłego towarzysza życia, dla męża, powinna przewyższać miłość dla brata — wymówił z mentorską powagą — a w każdym razie, ja nie mogę stać, z nim na równi... Lubo napisałem wprawdzie wczoraj, że w obecności brata pani nie chcę i nie mogę wyłożyć wszystkiego, po co przyszedłem, to jednak mam zamiar niezwłocznie zwrócić się do szanownej matki pani w sprawie głównego i niezmiernie dla mnie ważnego punktu. Syn pani, zwrócił się do pani Pulcherji — wczoraj w obecności pana Raz-sudnika (czy też... zdaje się tak? pan daruje, ale zapomniałem pańskie nazwisko, uprzejmie skłonił się Razumichi-nowi), obraził mnie przeinaczeniem mojej myśli, którą zakomunikowałem pani wtedy w prywatnej rozmowie, przy kawie, mianowicie, że ślub z biedną panienką, która już doznała krzywd życiowych, według mnie, jest korzystniejszy pod względem małżeńskim, aniżeli z panną posaż-ną — szczególniej pod względem moralnym. Syn pani umyślnie przesadził znaczenie słów, aż do absurdu, oskarżywszy mnie o złe zamiary i, mojem zdaniem, opierając się właśnie na liście od pani. Będę się miał za szczęśliwego, jeżeli pani mnie przekona, że tak nie jest i uspokoi mnie pani w tej mierze. Niech więc mi pani powie, w jakich mianowicie wyrażeniach powtórzyła pani moje słowa panu Rodjonowi.
— Nie pamiętam — zmieszała się pani Pulcherja — powtórzyłam jak umiałam. Nie wiem, jak je panu zacytował Rodzio... Może co i przesadził...
— Gdyby nie pani, nie mógłby przesadzić.
— > Panie Piotrze — odparła z godnością matka Raskol nikowa — dowodem tego, żeśmy z Dunią nie miały panu za złe słów pańskich, jest to, że przyjechałyśmy tutaj.
— Dobrze, mamo! — zachęciła matkę Dunia.
— A więc i ja temu jestem winien! — obraził się Łużyn.
— Tak, pan powstaje na Rodzia, panie Piotrze, a sam pan o nim nieprawdę napisałeś we wczorajszym liście — dodała, nabarwszy otuchy pani Pulcherja.
— Nie pamiętam, żebym napisał jaką nieprawdę.
— Napisałeś pan — ostro przerwał Raskolnikow, nie zwracając:>ię do Łużyna — ze ja wczoraj oddałem pieniądze nie wdowie po stratowanym, jak było w istocie, lecz jego córce (której do wczoraj nie widziałem wcale). Napisałeś pan to, ażeby mnie poróżnić z rodziną i dlatego dorzuciłeś pan, w niecnych wyrazach o sprawowaniu się dziewczyny, której pan nie znasz. Wszystko to plotki i podłość.
— Daruje pan, — drżąc ze złości odparł Łużyn — w moim liście pisałem o pańskich zaletach i postępkach jedynie na skutek życzenia pańskiej siostry i matki, które prosiły, ażeby im pana opisać: w jakich warunkach pana znalazłem i jakie wrażenie zrobiłeś pan na mnie? Co się zaś tyczy słów, o których mowa, to znajdź pan choć jeden wiersz niesprawiedliwy, to jest żeś pan nie roztrwoni! pieniędzy i że w owej rodzinie, choćby nawet biednej, nie znajdowały się niegodne osoby?
— A podług mnie, to pan, z wszystkiemi swemi godnościami, nie warteś paznogcia tej nieszczęśliwej dziewczyny, w którą ciskasz kamieniem.
— Więc gotówbyś pan ją nawet wprowadzić do towarzystwa swojej matki i siostry?
— ^ Zrobiłem to już, jeśli pan chcesz wiedzieć. Posadziłem ją dzisiaj obok matki i Duni.
— — Rodziu! — zawołała pani Pulcherja.
Dunia zarumieniła się; Razumichin zmarszczył brwi, Łużyn uśmiechnął się dumnie i pogardliwie.
— Sama pani widzi, panno Eudoksjo — rzekł — czy zgoda jest.tu możliwą? Spodziewam się, że sprawa ta jest już skończoną i wyjaśnioną raz na zawsze. Pójdę więc, ażeby nie przeszkadzać dalszejp rzyjemności rodzinnego spotkania i wymiany sekretów (wstał z krzesła i wziął ka pelusz). Ale wychodząc, ośmielę się dodać, że na przyszłość spodziewam się nie być narażanym na podobne przykrości i że tak powiem, kompromisy. Zwłaszcza panią dobrodziejkę będę o to prosił, tembardziej, że i list mój był do pani adresowany, nie zaś do kogo innego.
Pani Pulcherja obraziła się trochę.
— Coś pan nas już zanadto bierze pod swoją władzę, panie Piotrze. — Dunia powiedziała panu przyczynę, dlaczego prośba pańska nie została wykonaną: ona miała dobre zamiary. A i piszesz pan do mnie, jakbyś mi pan rozkazywał. Miałyżbyśmy istotnie każde życzenie pana uważać za rozkaz? Otóż powiem panu, że przeciwnie, powinieneś pan być dla nas delikatniejszym teraz i bardziej pobłażliwym, bośmy wszystko porzuciły i, zaufawszy panu, przyjechałyśmy tutaj, a więc już i bez tego jesteśmy niejako w pańskiej władzy.
— To niezupełnie sprawiedliwie, pani dobrodziejko, zwłaszcza w obecnej chwili, kiedy stał się już głośnym zapis pani Świdrygajłowej w sumie trzech tysięcy, co, zdaje się, było bardzo na rękę, sądząc z nowego tonu, jakim zaczęłyście panie przemawiać do mnie — dodał złośliwie
— Wnosząc z pańskiej uwagi, możnaby istotnie przypuszczać, żeś pan rachował na naszą bezsilność — z rozdrażnieniem wtrąciła Dunia.
— Ale teraz przynajmniej nie mogę na nią rachować, szczególniej nie pragnę przeszkodzić powtórzeniu sekretnych oświadczyn pana Świdrygajłowa, do których upełnomocnił pani braciszka, a które jak widzę, mają dla pani ważne, a może i nader przyjemne znaczenie.
— Ach mój Boże! — zawołał pani Pulcherja.
Razumichin nie mógł usiedzieć na krześle.
— I nie wstyd ci teraz, siostro? — zapytał Raskol-nikow.
— Wstyd mi Rodziu — rzekła Dunia. — Panie Łużyn, proszę wyjść! — zwróciła się doń, pobladszy z gniewu.
Pan Piotr, zdaje się, wcale nie spodziewał się takiego rozwiązania. Zanadto ufał sobie, swej władzy i bezsilności swoich ofiar. Nie uwierzył i teraz. Pobladł ’1 usta mu się zatrzęsły.
— Panno Eudoksjo, jeżeli wyjdę teraz temi drzwiami, na taki rozkaz, to — pamiętaj pani — już nigdy nie po wrócę. Niech pani to dobrze rozważy! Dotrzymam słowa.
— Co za czelność! — zawołała Dunia, zrywając się z krzesła: — ależ ja nie chcę, żebyś pan powracał.
— Jakbo? Więc ta-a-k! — zawołał Łużyn, ani na chwilę do samego końca nie przypuszczając takiego rozwiązania i tem samem straciwszy teraz wątek: — więc to tak! A czy pani wie, panno Eudoksjo, że mógłbym zaprotestować?
— Jakie pan masz prawo mówić tak do niej! — gorąco ujęła się matka — w jaki sposób możesz pan protestować? I jakie to są pańskie prawa? No, czyż oddam takiemu jak pan moją Dunię? Wyjdź pan i uwolnij nas pan raz na zawsze! Sameśmy winne, żeśmy się wcięły do niesłusznej sprawy, a najbardziej ja...
— Jednakże, proszę pani — gorączkował się wściekły Łużyn — skrępowałyście mnie panie swojem słowem, którego się teraz wyrzekacie... i, nareszcie... nareszcie, podniosłem przez to... mnóstwo, że tak powiem, wydatków, kosztów...
Ta ostatnia pretensja tak licowała z charakterem pana Piotra, że Raskolnikow, który bladł z gniewu i z wysiłków, ażeby go powstrzymać, nie wytrzymał magle i — wybuchnął śmiechem. Ale pani Pulcherja nie umiała już panować nad sobą:
— Wydatki? Co za wydatki? Czy o naszym kufrze mowa? A toć go panu konduktor przewiózł, za darmo. Boże! Więc myśmy pana krępowały! Ależ opamiętaj się pan, panie Piotrze, to raczej pan nam krępowałeś ręce i nogi, a nie my pana!
— Dosyć mamo, dosyć! — prosiła Dunia. — Panie Piotrze, odejdź pan, proszę pana!
— Odejdę, ale jeszcze jedno słówko! — wymówił, cał kiem już prawie nie panując nad sobą: mama pani widocznie zapomniała, że zdecydowałem się w.ziąć panią pomimo pogłosek, jakie rozpuszczono w całej okolicy co do reputacji pani. Wzgardziwszy dla pani opinją publiczną i rehabilitując pani, mógłbym przecie żądać wynagrodzenia i nawet domagać się wdzięczności pani... Teraz dopiero otworzyły mi się oczy! Sam widzę, że może postąpiłem sobie bardzo, ale bardzo lekkomyślnie, nie.zwracając uwagi na głos opinji...
— Ależ jemu chyba się w głowie pomieszało! — wrzasnął Razumichin, zrywając się z krzesła i gotując się już do rozprawy.
— Podły pan jesteś i zły! — rzekła Dunia.
— Ani słowa! Ani kroku! — zawołał Raskolnikow, wstrzymując Razumichina; poczem, zbliżywszy się prawie czołem do czoła Łużyna, rzekł cicho i dobitnie:
— Racz pan wyjść i ani słowa więcej, bo inaczej...
Pan Piotr przez kilka sekund spoglądał nań z bladą i wykrzywioną ze złości twarzą, poczem odwrócił się, wyszedł, i już oczywiście, rzadko kto unosił na kogo w swo-jem sercu tyle gniewnej nienawiści, jak ten człowiek na Raskolnikowa. Jego i tylko jego oskarżał o wszystko. Rzecz godna uwagi, iż gdy schodził ze schodów, ciągle mu się jeszcze zdawało, że sprawa może jeszcze nie zupełnie jest stracona, a co się tyczy samych kobiet, to nawet „bardzo, a bardzo“ możliwa do naprawienia.
Zbrodnia i kara t. II. 3
Co najważniejsza, że Łużyn do ostatniej chwili nie przypuszczał takiego rozwiązania. Opierał się aż do ostat-nichnich granic, nie mogąc zmieścić w swojej głowie, że dwie biedne i bezdomne kobiety mogą wyślizgnąć się z poi jego władzy. Temu przekonaniu pomogła wiele pycha i ten stopień zarozumiałości, którą najlepiej nazwać sobkostwem. Pan Piotr, wydobywszy się na wierzch z nicości, chorobliwie przywykł rozkoszować się samym sobą, wysoko cenił swój rozum i zdolności, a naAvet niekiedy, sam na sam, lubował się swoją twarzą w zwierciadle. Ale najbardziej kochał i cenił zdobyte pracą i wszelkiemi środkami swoje pieniądze: stawiały go one na równi ze wszystkiem, co było wyższem od niego.
Przypominając teraz z goryczą Duni o tem, że zdecydował się wziąć ją, pomimo złej opinji, pan Piotr mówił szczerze i czuł nawet głębokie oburzenie na taką „czarną niewdzięczność“. A jednak, starając się wtedy o rękę Duni, był on już zupełnie i głęboko przeświadczony, że plotki nie miały żadnej podstawy, że całe miasteczko oddawna przestało się niemi zajmować, usprawiedliwiwszy Dunię w zupełności, a i on sam nie zaparłby się tego, że wszystko to było mu wiadomem i wówczas. Bądź co bądź jednak, wysoko cenił swoje postanowienie wywyższenia Duni aż do samego siebie i uważał to za czyn bohaterski. Wymawiając to przed chwilą Duni, wymawiał swoją ukrytą, wypieszczoną myśl, którą się już nieraz rozkoszował, i nie mógł pojąć, że inni ludzie nie uwielbiają jego postępku. Składając pierwszą wizytę Raskolnikowi, wszedł z uczuciem dobroczyńcy, przygotowanego do zerwania owoców i wysłuchania najsłodszych komplementów. £ naturalnie, teraz, schodząc ze schodów, uważał się za obrażonego w najwyższera stopniu i za zapoznanego.
Dunia zaś była dlań poprostu niezbędną; wyrzec się jej — z tą myślą nie mógł się pogodzić. Już oddawna, od lat kilku, słodko marzył o małżeństwie, ale ciągle zbijał pieniądze i czekał. Z upojeniem myślał, w najglłębszem sekrecie, o dziewicy cnotliwej i biednej (bezwarunkowo biednej), bardzo młodziutkiej, bardzo ładniutkiej, z dobrego domu i wykształconej, bardzo nieśmiałej, takiej, któ-raby nadzwyczaj wiele przecierpiała w swojem życiu, któ-raby mu była zupełnie uległą, któraby przez całe życie miała go za swoje zbawienie, czciła go, podziwiała, uwielbiała, i tylko jego samego. Ileż scen, ile słodkich epizodów wytworzył sobie w wyobraźni, na ten ponętny i ucie-szny temat, odpoczywając po pracy! Ii oto marzenie tylu lut urzeczywistniło się już prawie: piękność i wykształcenie panny Eudoksji uderzyły go; jej położenie bez wyjścia podnieciło go ostatecznie. Miał przed sobą nieco więcej nawet, aniżeli marzył — dziewicę dumną, szlachetną, cnotliwą, wykształceniem i rozwojem umysłowym przewyższającą go (przyznawał się do tego), i taka to istota będzie mu niewolniczo wdzięczna przez całe życie za jego dobrodziejstwo i kornie zniży się przed nim, a on będzie rządził, będzie panował samowładnie bez granic.
Jakby naumyślnie, niedawno przedtem, po długich kombinacjach i namysłach, postanowił ostatecznie zmienić kar-jerę i wstąpić w szersze koło działalności, a tem samem, stopniowo, przedostać się do lepszego towarzystwa, o którem już oddawna pożądliwie marzył... Jednem słowem, postanowił zakosztować Petersburga. Wiedział on, że przez kobiety można „bardzo a bardzo“ wiele skorzystać. Uwielbienie pięknej, cnotliwej i wykształconej kobiety mogłoby cudownie ozdobić jego drogę, przyciągnąć doń, otoczyć go aureolą... i oto, wszystko runęło! To obecne nagłe, brzydkie zerwanie, podziałało nań jak uderzenie piorunu. Był to jakiś niesmaczny żart, bez sensu! On ledwie się kruszynkę posprzeczał; nie zdołał nawet wypowiedzieć wszystkiego, poprostu zażartował sobie, zapalił się, a skończyło się tak potwornie! Nareszcie, wszak on już kochał Dunię po swojemu, już panował nad nią w marzeniach — i nagle!.. Nie! Jutro, zaraz jutro, trzeba to wszystko naprawić, wskrzesić, wygoić, a przedewszyst kiem — zniszczyć tego młokosa, smarkacza, który był powodem wszystkiego. Z uczuciem chorobliwem przychodził mu na myśl, także jakoś pomimo woli, Razumichin.. ale,.zresztą, wkrótce się uspokoił pod tym względem: „Jeszcze może i tego zestawić z tamtym!“ Ale kogo się istotnie lękał najbardziej — to Świdrygajłowa... Słowem, miał przed sobą mnóstwo kłopotów.
— Nie, to ja, ja jestem winna najwięcej ze wszystkich! — mówiła Dunia, ściskając i całując matkę: — tak, mnie skusiły jego pieniądze, ale przysięgam, bracie, — ani przypuszczałam, żeby to był tak nędzny człowiek! Gdybym go była poznała dawniej, nicby mnie nie skusiło! Nie oskarżaj mnie, bracie!
— Bóg strzegł! Bóg strzegł! — szeptała matka, ale jakoś bezmyślnie, jakby nie ogarnąwszy jeszcze należycie wszystkiego, co zaszło.
Wszyscy cieszyli się, śmieli się nawet przez pięć minut. Tylko Dunia marszczyła brwi i bladła, na wspomnienie tego, co zaszło. Pani Pulcherja nie mogła wyobrazić sobie, że także będzie kontenta: zerwanie z Łużynem wydawało się jeszcze zrana strasznem nieszczęściem. Aic Razumichin był zachwycony. Nie śmiał jeszcze zupełnie wyrazić swego zachwytu, ale trząsł się cały jak w febrze, jakby pięciopudowy ciężar spadł mu z serca. Teraz ma prawo oddać im całe swoje życie, służyć im... Do czego ¡bo nie ma prawa! A zresztą jeszcze bojaźliwiej odganiał dalsze myśli i lękał się własnej wyobraźni. Jeden tylko Raskolnikow siedział wciąż na tem samem miejscu, prawie ponury i roztargniony. On, który najbardziej nalegał na wypędzenie Łużyna, teraz jakby najmniej ze wszystkich zajmował się tem, co zaszło. Duni mimowoli przyszło na myśl, że on ciągle jeszcze gniewa się na nią, a pan’ Pulcherja przypatrywała mu się bojaźliwie.
— Cóż ci powiedział Świclrygajłow? zbliżyła się doń, Dunia.
— Ach tak, tak! — zawołała matka.
Raskolnikow podniósł głowę.
— Chce ci koniecznie ofiarować dziesięć tysięcy rubli i przy tem pragnie widzieć się z tobą raz jeden w mojej obecności.
— Widzieć! Za nic na świecie! — zawołała pani Pul-cherja — i Jak on śmie ofiarowywać jej pieniądze?
Następnie Raskolnikow powtórzył (dość oschle) swoją rozmowę ze Świdrygajłowem, przepuściwszy o widmach, ażeby nie wdawać się w zbyteczne szczegóły i czując wstręt do jakiejbądź rozmowy, prócz najniezbędniejszej.
— Cóżeś mu odpowiedział? — zapytała Dunia.
— Najprzód powiedziałem mu, że nic ci nie powtórzę. Wtedy powiedział mi, że będzie się sam, wszelkiemi siłami, starał zobaczyć się ztobą. Zapewniał mnie, że jego uczucia względem ciebie były złudzeniem i że teraz nic dla ciebie nie czuje... On nie chce, abyś wyszła za Łużyna... Wogóle plątał się w rozmowie.
— Jakże ci się on wydał? Czy sobie wyrobiłeś jakie zdanie o nim?
— Przyznaję, że nic nie rozumiem. Ofiaruje dziesięć tysięcy, a sam mówi, że jest niebogaty. Oznajmia, że chce gdzieś wyjechać i za dziesięć minut zapomina, że mówił o tem. Nagle powiada, że się chce żenić i że go już swatają... Naturalnie, ma jakieś zamiary, i, najprawdopodobniej — złe. Ale znowu nie podobna przypuścić ażeby tak głupio brał się do rzeczy, gdyby miał co do ciebie złe zamiary... Naturalnie odmówiłem mu w twojem imieniu, przyjęcia tych pieniędzy, raz na zawsze. Wogóle wydał.mi się bardzo dziwnym i... nawet... z oznakami jakby obłędu. Ale mogłem się pomylić: może to poprostu okpiwanie w swoim rodzaju. Śmierć żony, zdaje się, robi na nim wrażenie...
— Wieczny jej odpoczynek! zawołała pani Pulcher-ja: — będę się za nią modliła wiecznie, wiecznie! A cóż by się teraz z nami stało, Duniu, bez tych trzech tysięcy! Boże! A toć jak z nieba nam spadły! Ach, Rodziu, wszak dziś rano miałyśmy wszystkiego trzy ruble i myślałyśmy właśnie, coby zastawić, ażeby tylko nie brać od tego, dopóki się sam nie domyśli.
Dunię jakoś zanadto uderzyła propozycja Świdrygajło-wa. Stała ciągle w zamyśleniu.
— Musi mieć coś okropnego na myśli! — wymówiła prawie szeptem do siebie, drżąc prawie.
Raskolnikow spostrzegł tę niezwykłą trwogę.
— Widzę, że mi wypadnie jeszcze raz się.z nim zobaczyć — rzekł do Duni.
— Będziemy śledzić! Ja go wyśledzę! — energicznie krzyknął Razumichin. — Z oka nie spuszczę! Rodzio mnie — upoważnił. Sam mi powiedział: „Strzeż siostry“. A pani,,czy mnie pani upoważnia, panno Eudoksjo?
Dunia uśmiechnęła się i wyciągnęła doń rękę, ale troska nie schodziła z jej twarzy. Pani Pulcherja spoglądała na nią nieśmiało: zresztą trzy tysiące uspokajały ją widocznie.
Przez kwradrans rozmowa była nader ożywiona. Nawet Raskolnikow, lubo nie rozmawiał, ale słuchał uważnie. Dowodził Razumichin:
— I poco macie panie odjeżdżać! — z przejęciem wysilał się na uroczystą przemowę: — i co panie będziecie robiły w miasteczku? A co najważniejsze, że tu jesteście wszyscy razem i jedno drugiemu jest potrzebne — i jak potrzebne, chciejcie mnie zrozumieć! No, choćby przez jakiś czas. Mnie zaś przyjmijcie za przyjaciela, wspólnika, i upewniam panie, że zrobimy świetny interes. Posłuchajcie tylko, a wyłuszczę paniom cały swój projekt! Już mi to chodziło po głowie, jeszcze dziś rano, kiedy się tu jeszcze nic nie stało... Otóż widzicie panie, mam wu-jaszka (przedstawię go paniom; miły i szanowny staro-winka!); ten wyjaszek ma tysiąc rubli kapitału, sarn zaś żyje z emerytury i niczego mu nie potrzeba. Już oto drugi rok upieia się, ażebym wziął od niego te tysiąc rubli i żebym mu płacił po sześć od sta na rok. Widzę postęp: on chce mi poprostu dopomóc; ale w zeszłym roku nie było mi potrzeba, w tym jednak roku tylko właśnie czekałem na jego przybycie, i postanowiłem wziąć. Panie dacie drugi tysiąc z wa&zych trzech, i oto dosyć na pierwszy.początek, i zawiążemy spółkę. Cóż tedy będziemy robić? o tem, jakOćdiptetaoinunlidorammthcsemhrdluunlidoraoat
Tu Razumichin jął rozwijać swój projekt; dużo prawił o tem, jak prawie wszyscy wydawcy i księgarze mało się znają na swoim towarze, a tem samem są złymi wydawcami, podczas gdy porządne wydawnictwa zawsze’ się opłacą i dadzą procent, niekiedy znaczny. O tej to działalności wydawniczej marzył od dawna Razumichin, który już od dwóch lat pracował na innych i nieźle znał trzy ję-jzyki europejskie, pomimo że przed sześcioma dniami mć wił do Raskolnikowa, że w niemieckim „szwach“, w celu ¡namówienia go do wzięcia na siebie połowy tłumaczenia i trzech rubli zadatku; skamlał wtedy, a Raskolnikow wiedział, że kłamie.
— Dlaczego, dlaczego mamy nie skorzystać, skoro mamy w rękach główną podstawę interesu — własne pieniądze? — gorączkował się Razumichin. — Oczywiście, trzeba dużo pracy, ale będziemy pracować pani, panno Eu-doksjo, ja, Rodjon... niektóre wydawnictwa bardzo procentują! A najgłówniejszą podstawą interesu jest to, że będziemy wiedzieli, co tłumaczyć. Będziemy tłumaczyć i wydawać, uczyć się, wszystko razem. Teraz ja mogę być przydatnym; bo imam doświadczenie. Oto już niemal dwa lata zmieniam wydawców i znam ich na wylot: nie święci garnki lepią, wierząjcie mi! I dlaczego, dlaczego wypu-puszczać z rąk taki pewny kawałek chleba! Ja sam znam, i chowam w sekrecie takie trzy dzieła, że za sam pomysł ¡przekładu i wydania ich, możnaby wziąć po jakie sto rubli za każdą książkę, a.za jedną z nich to nawet i pięciuset nie wziąłbym za sam pomysł. I co panie powiecie, miechbym nawet zdardził przed ktńrym z nich ten sekret, gotów wątpić, takie niezdary! A już co do zabiegów o druk, papier, sprzedaż i t. p., to już wszystko biorę na siebie! Zna wszystkie zakątki! Zaczniemy od małego, dojdziemy do dużego, a przynajmniej wystarczy na życie, a w każdym razie nakład się zwróci.
Oczy Duni błyszczały.
— To oo pan mówi, bardzo mi się podoba — rzekła.
— Ja bo co prawda nie znam się na tem — dodała, matka, — może to i dobre, chociaż, Bóg to raczy wiedzieć. Obce to dla nas, nieznane. Naturalnie, musimy tu pozostać, choćby na czas pewien...
Spojrzała na Rodzia.
— Cóż ty na to, bracie? — rzekła Dunia.
— Sądzę, że to myśl bardzo dobra — odparł. — O firmie, naturalnie, odrazu nie ma co myśleć, ale pięć do sześciu dzieł istotnie można wydać z zupełną gwarancją powodzenia. Ja sam nawet wiem o pewnej książce, która bezwarunkowo znalazłaby pokup. A co się tyczy tego, czy on potrafi poprowadzić interes, to niema żadnej wątpliwości: zna się na tem... Zresztą, macie jeszcze dość czasu do pogadania o tem...
— Hurai — zawołał Razumichin — teraz, czekajcie, jest tu, w tym samym domu wolne mieszkanie, u tych samych gospodarzy. Nie łączy się ono z tymi numerami, jest umeblowane, cena przystępna, trzy pokoiczki. Nie początek niech panie je wynajmą. Zegarek zastawię paniom jutro i przyniosę pieniędzy, a potem wszystko się ułoży. A co najgłówniejsze, możecie wszyscy razem mieszkać,,i Rodzio z paniami. Gdzież to się wybierasz, Rodziu?
— Jakto, Rodziu, już.odchodzisz! — prawie z przestrachem zapytała matka.
— W takiej chwili! — zawołał Razumichin.
Dunia patrzała na brata z niedowierzającem zdumieniem. W ręku miał czapkę; zabierał się do wyjścia.
— Doprawdy, jakbyście mnie grzebali, albo żegnali na wieki — wymówił dziwnie jakoś.
Uśmiechnął się, ale jakgdyby to nie był uśmiech.
— A kto wie, może się po raz ostatni widzimy ze sobą — dodał niechcący.
Pomyślał tak do siebie, ale wymówiło mu się głośno.
— Co ci do głowy przychodzi! — zawołała matka.
— Dokąd idziesz, Rodziu? — Dziwnie jakoś spytała Dunia.
— Tak, mam pilny interes — odparł ze smutkiem, jakby wahając się, co ma powiedzieć. Ale na bladej jego twarzy widać było silne postanowienie.
— Chciałem powiedzieć... idąc tutaj... chciałem powiedzieć wam, mateczko i tobie, Duniu, że lepiej będzie, gdy się rozstaniemy na czas pewien. Ja się czuję niedobrze, jestem niespokojny... potem przyjdę, sam przyjdę, gdy., będzie można. Pamiętam o was i kocham was... Zostawcie mnie! zostawcie mnie samego! Postanowiłem to już dawniej... silnie postanowiłem... Coby się ze mną nie stało,,zginę czy nie, chcę być sam jeden. Zapomnijcie o mnie zupełnie. To lepiej... Nie dowiadujcie się o mnie. Jeżeli będzie potrzeba, sam przyjdę, albr... was zawezwę. Może ¡wszystko zmartwychwstanie! A teraz, jeżeli mnie kocha-.cie, wyprzyjcie się mnie... W przeciwnym razie znienawidzę was, czuję to... Bywajcie zdrowe!
— Boże! — zawołała pani Pułcherja.
I matka i siostra strasznie były przerażone; Razumi-chin także.
— Rodziu! Rodziu! Pogódź się z nami, bądźmy jak dawniej! — zawołała biedna matka. On zwolna odwrócił się ku drzwiom i zwolna wyszedł z pokoju. Dunia dogoniła go.
— Bracie! Co ty robisz z matką! — wyszeptała ze spojrzeniem pełnem oburzenia.
Spojrzał na nią ponuro.
— To nic, ja przyjdę, będę przychodził! — wyszeptał półgłosem, jakby sam nie wiedząc, co chciał powiedzieć,,i wyszedł z pokoju.
— Nieczuły, zły egoista! — krzyknęła Dunia.
— ’To war jat, a nie nieczuły! Szalony! Czyż panie jeszcze tego nie widzą? To wy nieczułe jesteście, a nie on!... — gorąco wyszeptał Razumichin nad samem jej uchem, silnie ścisnąwszy ją za rękę.
— Ja zaraz wrócę! — zawołał, zwracając się do obumarłej pani Pulcherji i wybiegł z pokoju.
Raskolnikow oczekiwał go na końcu korytarza.
— Wiedziałem, że wybiegniesz — rzekł. — Wróć do nich i bądź z niemi... Bądź i jutro u nich... i zawsze... Ja... może przyjdę... jeśli będę mógł. Do widzenia!
I nie podając ręki, odszedł.
— Ale dokąd? Co ci jest? Czyż tak można? — mówił zupełnie strapiony Razumichin.
Raskolnikow zatrzymał się jeszcze raz.
— Raz na zawsze, nigdy o nic mnie s> nie pytaj. Nie mam ci co odpowiadać... Nie przychodź do mnie. Może ja tu i przyjdę... Zostaw mnie, ale ich... nie zostawiaj. Rozumiesz?
Na korytarzu było ciemno; stali przy lampie. Przez chwilę patrzyli na siebie w milcezniu. Razumichin przez całe życie pamiętał tę chwiilę. Pałający i przeszywający wzrok Raskolnikowa, jakby wzmacniał się z każdą sekundą, przenikał do jego duszy, do pojęć. Nagle Razu-.michin drgnął. Coś szczególnego przebiegło pomiędzy nimi... Przebiegła jakaś myśl, jakby hasło; coś strasznego, okropnego i nagle dającego się z obu stron ogarnąć... Ra-zumichin zbladł, jak trup.
— Rozumiesz teraz!? — rzekł ter^z Raskolnikow z chorobliwie wykrzywioną twarzą. — Wróć się, idź do nich, — dodał nagle i szybko odwróciwszy się, wyszedł na ulicę.
Nie będziemy opowiadać, co było tego wieczoru u pani Pulcherji, gdy powrócił Razumichin, jak je zaczął uspo.kajać, jak przysięgał, że Rodzio musi odpocząć po chorobie, przysięgał, że Rodzio bezwarunkowo przyjdzie, że nie trzeba go irytować; jak on, Razumichin, będzie go śledził, da mu dobrego, najlepszego doktora, całe konsyl-jum; jednem słowem, od tego wieczoru, Razumichin stał się u nich synem i bratem.
A Raskolnikow poszedł prosto do domu, gdzie mieszkała Zosia. Dom był dwupiętrowy, stary, zielonej barwy. Odszukał stróża i otrzymał niewyraźne wskazówki, gdzie mieszka krawiec Kapernaumow. Odnalazłszy w kącie na podwórzu wejście na wąskie i ciemne schody, wszedł ¡nareszcie na pierwsze piętro i wyszedł na balkon, okalający je od podwórza. Podczas gdy tak.chodził w ciemności, nie widząc, gdzieby mogło być wejście do Kapernau-mowa, nagle, koło niego ©tworzono jakieś drzwi; machinalnie przystąpił do nich.
— Kto tu? — bojaźliwie zapytał głos kobiecy.
— To ja... do pani — odpaił Raskolnikow, i wszedł do maleńkiego przedpokoju. Tu, na wytłoczonem krześle, w wykrzywionym mosiężnym lichtarzu stała świeca.
— To pan! Boże! — słabo krzyknęła Zosia i stanęła jak wryta.
— Którędy do pani? Tutaj?
I Raskolnikow, starając się na nią nie patrzeć, coprę-dzej przeszedł do pokoju.
Po chwili, weszła ze świecą; Zosia, postawiła świecę i stanęła sama przed nim, całkiem pomieszana, niepomiernie wzruszona i widocznie przerażona jego niespodziewaną wizytą. Nagły rumieniec wystąpił na jej bladą twarzyczkę i nawet łzy ukazały się w oczach... Było jej i niedobrze, i słodko, i wstyd jej było... Raskolnikow szybko odwrócił się i siadł na krześle przy stole. Rzutem oka zdołał ogarnąć mieszkanie.
Była to izba duża, ale nadzwyczaj niska, jedyna, którą Kapernaumowie odnajmowali. Zamknięte drzwi prowadziły do nich. Z przeciwnej prawej strony, były jeszcze drugie drzwi, zawsze zamknięte ¡na głucho. Drzwi te pro wadziły już do innego mieszkania. Izba Zosi podobna była do stodoły, miała kształt bardzo nieforemnego czworoboku i to nadawało jej obrzydliwy pozór. Ściana o trzech oknach, wychodzących na kanał, przecinała pokój jakoś na ukos, wskutek czego jeden kąt, nadzwyczaj ostry, uciekał gdzieś w głąb, tak, że go przy słabem świetle, trudno było nawet dojrzeć; drugi kąt.za to był znowu zanadto rozwarty. W tej olbrzymiej izbie mebli prawie nie było. W kącie, na prawo znajdowało się łóżko; przy niem, bliżej drzwi, krzesło. Przy tej samej ścianie, gdzie było w pokoju. Żółtawe, obdarte i zabrudzone tapety poczerniały we wszystkich kątach; w zimie musiało tu być i dymno i wilgotno. Bieda wyglądała zewsząd: nawet nad łóżkiem nie było firanek.
Zosia w milczeniu patrzyła na swojego gościa, tak uważnie i bez ceremonji oglądającego jej pokój i nawet zaczęła nareszcie drżeć ze strachu, jakgdyby stała przed sędzią i panem swojej doli.
— Już późno... Już jest jedenasta? — zapytał, dotąd jeszcze nie podnosząc na nią oczu.
— Już... — wyszeptała Zosia. — O jest już, jest! — dodała nagie, jakby w tem znalazła punkt wyjścia: — właśnie wybiła u gospodarza... sama słyszałam... Jest.
— Przyszedłem do pani po raz ostatni — ciągnął ponuro Raskolnikow, chociaż i teraz był ledwie po raz pierwszy — może już pani nigdy nie zobaczę...
— Pan... wyjeżdża?
— ’Nie wiem... wszystko od jutra...
— Więc pan jutro nie będzie u pani Katarzyny? — zadrżał głos Zosi.
— Nie wiem. Wszystko zależy od jutra... Ale nie mówmy o tem: przyszedłem powiedzieć słówko...
Podniósł na nią zamyślone oczy i nagle spostrzegł, że sam siedzi, a ona ciągle jeszcze stoi przed nim.
— Czegóż pani stoi? Siadaj pani — wymówił nagle zmienionym, cichym i łagodnym głosem.
Li siadła. On życzliwie i prawie ze współczuciem popatrzył na nią przez chwilę.
— Jaka pani szczuplutka! Jaka to ręka! Zupełnie przezroczysta. Palce jak u nieboszczki.
Wziął jej rękę. Zosia uśmiechnęła się słabo.
— ’Ja zawsze taka byłam.
— I póki pani mieszkała w domu?
— Tak.
— Ha, nic dziwnego! — wymówił urywanie, a wyraz twarzy i dźwięk jego głosu znowu się nagle zmieniły. Obejrzał się raz jeszcze dokoła.
— Pani to wynajmuje od Kapernaumowa?
— Tak.
— Oni są tam, za drzwiami?
— Tak... Mają także taki pokój.
— Wszyscy w jednym?
— — W jednym.
— Jabym się tu bał w nocy, w pani pokoju — zauważył ponuro.
— Gospodarze bardzo są dobrzy, bardzo łaskawi — odparła Zosia, wciąż jeszcze jakby niepewna siebie i nieśmiała. — I wszystkie meble, i wszystko tu, ich. Ale oni bardzo dobrzy, i dzieci często do mnie przychodzą.
— Te jąkały?
— Tak... on się jąka i kuleje. I żona także... Nie powiem żeby się jąkała, ale jakby nie wymawia wszystkiego. To bardzo dobra kobieta. A dzieci mają siedmioro... i tylko najstarszy się jąka, a reszta poprostu chora... ale się nie jąkają... A skąd pan ich zna? — dodała z pewnem zdziwieniem.
— Pani ojciec wszystko mi wtedy opowiedział. I o pani opowiedział mi wszystko. I o tem, jak pani o godzinie szóstej poszłaś, a o dziewiątej wróciłaś, i o tem, że Katarzyna całą noc przeklęczała przy pani łóżku.
Zosia posmutniała.
— Zdawało mi się dzisiaj, żem go widziała — szepnęła z niepewnością.
— Kogo?
— Ojca. Szłam przez ulicę, tu niedaleko, na rogu, o dziesiątej, a on jakby szedł przede mną. Zupełnie jakby on. Chciałam już zajść do matki...
— Przechadzałaś się pani?
— Tak — szepnęła Zosia, znowu zmieszana i zawstydzona.
— Pani Katarzyna źle się z panią obchodziła w domu, u ojca, co? Biła panią?
— Ach nie, co też pan, nie; — Z pewnym przestrachem spojrzała nań Zosia.
— Więc pani ją kocha?
— Ja? A ja-a-akże! — wyciągnęła żałośnie Zosia i z cierpieniem załamała nagle ręce. — Ach! pan jej... Gdybyś pan ją znał. Toć ona całkiem jak dziecko... jakby niespełna rozumu z rozpaczy. A jaka była rozumna... jak wspaniałomyślna... jaka — dobra! Pan nic; nic nie wie... och!
Zosia wymówiła to jakby w rozpaczy, wzburzona, cierpiąc i załamując ręce. Blade jej policzki zarumieniły się znowu, w jej oczach wyraziła się męczarnia. Widać było, że ją dotknięto do żywego, że strasznie pragnęła coś powiedzieć, ująć się, zastąpić. Jakieś nienasycone współczucie, jeśli się tak można wyrazić, wyryło się nag^e we wszystkich rysach jej twarzy.
— Biła! Co też pan mówi! Boże, biła! A chociażby i biła, więc i cóż! Więc cóż? Pan nic nie wie... Ona taka nieszczęśliwa! I chora... Ona szuka sprawiedliwości... Ona jest święta. Ona tak wierzy, że wszystko musi znaleźć sprawiedliwość i żąda... I żeby ją nawet zamęczyć, to nie dopuści się niesprawiedliwości. Sama nie widzi, że to niepodobna, ażeby wszystko było u ludzi sprawiedliwe, i irytuje się... Jak dziecko, jak dziecko! Ona sprawiedliwa, sprawiedliwa!
— A cóż będzie z panią?
Zosia spojrzała nań pytająco.
— ^Wszak oni.zostali na pani głowie. Prawda, że i dawniej wszystko było na pani głowie, i nieboszczyk na otrzeźwienie także pożyczał od pani. No, a teraz co będzie?
— Nie wiem — smutnie odparła Zosia.
— Oni tam zostaną?
— Nie wiem, tam się za mieszkanie należy; gospodyni podobno mówiła dzisiaj, że wymówi mieszkanie,, a pani Katarzyna powiada, że i sama się nie zostanie.
— Cóż się tak zawzięła? Czy na panią liczy?
— Ach, nie, nie mów pan tak! My żyjemy jak jedna — znowu wzburzyła i irytowała się Zosia, jak rozgniewany kanarek, lub inny mały ptaszek. — Bo i jak ma zostać? No jak ma zostać? — pytała gorączkując się i zapalając. — Ale ile się ona dziś napłakała! Zmysły się jej mieszają, pan tego nie dostrzegł? Mieszają się; to się lęka, jak malutka o to, czy aby jutro będzie przyzwoicie, czy będą zakąski i wszystko... to załamuje ręce, krwią plu je, płacze, nagle zaczyna bić głową o ścianę, jak w rozpaczy. A potem znowu się cieszy, na pana ciągle liczy: mówi, ze pan jest teraz jej pomocnikiem i że ona gdzie pożyczy trochę pieniędzy i pojedzie do swego miasta, ze-mną, i założy pensję dla szlachcianek, a mnie zrobi dozor-czynią i że zaczniemy nowe, piękne życie, i całuje mnie, ściska, pociesza, i wierzy w to wszystko! Wierzy w fantazje! Czyż można jej zaprzeczać? A sama przez cały dzień dzisiejszy pierze, czyści, reperuje; balję sama, taka słabiutka, wtoczyła do pokoju, ledwie dysząc, aż upadła na łóżko; chodziłyśmy z nią dziś rano po sklepach, po trze wiczki dla Połci i Lidzi, bo się im już zupełnie podarły, tylko że nam pieniędzy nie starczyło, bardzo nie starczyło, a ona takie malutkie trzewiczki wybrała, bo ona ma gust, pan nie wie... I aż się w sklepie przy kupcach rozpłakała, że zabrakło pieniędzy... Ach, aż litość brała patrzeć.
— To też dlatego pani tak mieszkasz? — rzekł z gorzkim uśmiechem Raskolnikow.
— A pan nie masz litości? Nie żałujesz jej pan.^ — zaczęła znowu Zosia: — wszak paneś, ia wiem, paneś ostatnie oddał, nic jeszcze nie widząc. A gdybyś pan był wszystko widział, o Boże! A ile, ile razy ja ją do łez doprowadziłam! O nawet zeszłego tygodnia! Och, ja! Wszystkiego na tydzień przed śmiercią. Postąpiłam sobie okrutnie! I ile razy ja to robiłam. Ach, jak teraz, przez cały dzień wspominać było boleśnie.
Zosia aż ręce załamywała mówiąc, z bólu wspomnień.
— To pani masz być tak okrutną?
— Tak, ja ja! Przyszłam wtedy — ciągnęła z płaczem — a nieboszczyk mówi: „Przeczytaj mi Zosiu, coś mnie głowa boli, przeczytaj mi... oto książka“, jakaś tam książka, pożyczył ją od pana Lebieziatnikowa, tam mieszka, ciągle pożyczał takie śmieszne książki. A ja mówię: „muszę już iść“, więc nie chciałam czytać, a zaszłam do nich głównie żeby pokazać kołnierzyki pani Katarzynie; bo mi Elżbieta handlarka, przyniosła tanio kołnierzyki i man-kietki, ładne nowiutkie i z wyszyciem. A matce bardzo się spodobały, przymierzyła je i spojrzała w lustro, i bardzo, bardzo jej się spodobały: „podaruj mi je Zosiu — — mówi, moja droga“. Moja droga, poprosiła, tak chciała ie mieć. A poco jej to? Stare, dobre czasy przyszły na myślj Patrzy w zwierciadło, kontenta, a żadnych, żadnych nie ma sukien, żadnych rzeczy, i od wielu to lat! I o nic nikogo nigdy nie poprosi: — dumna, raczej sama odda ostatnie, a tu naraz poprosiła — tak się jej spodobały! A ja pożałowałam, co matce po tem — powiadam! Powiedziałam tak. A tego przecie nie tr.zeba było mówić. Spojrzała tak na mnie i tak jej się przykro zrobiło, żem jej odmówiła, że aż żal było patrzeć... I to nie o kołnierzyk, ale żem ja odmówiła, widziałam to. Ach, zdaje mi się, że takbym wszystko teraz cofnęła, przerobiła, wszystkie te dawne słowa... Ach, ja... ale cóż!... Panu to wszystko jedno!...
— Znałaś pani tę Elżbietę, handlorkę?
— Tak... A pan znałeś ją? — z pewnem ’zdziwieniem spytała Zosia.
— Pani Katarzyna ma suchoty, źle z nią, wkrótce umr.ze — rzekł Raskolnikow, zmieniając przedmiot rozmowy.
— O nie, nie, nie! — I Zosia, mimowolnym ruchem schwyciła go za obie ręce — żeby tylko — nie...
Ależ to lepiej, gdy umrze.
— Nie, nie lepiej, nie lepiej, wszak nie lepiej! — z trwogą powtarzała Zosia.
— A dzieci? Chyba je panie weźmiesz do siebie?
— Och, już nie wiem! — zawołała Zosia — prawie w rozpaczy uchwyciła się za głowę. Widać było, że ta myśl już często jej samej przychodziła do głowy, i że on tylko poruszył ją znowu.
— No a jeśli pani sama przy niej zachorujesz, jeśli panią zawiozą do szpitala, no co wtedy będzie? — bez litości.nalegał.
— Ach, co pan mówi. Tego być nie może — i twarz Zosi wykrzywiła się straszną trwogą.
— Jakto, nie może być? — ciągnął Raskolnikow z ostrym uśmiechem: — wszak pani nie jesteś asekurowana? Cóż się wtedy stanie? Pójdą na ulicę, ona będzie ka-słać i prosić i o ścianę tłuc gdzie głową, jak dzisiaj, a dzieci płakać będą... A potem upadnie, odwiozą do cyrkułu, do szpitala, umrze, a dzieci...
— Och, nie!... Bóg tego nie dopuści! — wyrwało się nareszcie^ ze ściśniętej piersi Zosi. Słuchała błagalnie patrząc nań i załamując w niemej prośbie ręce, jakby od niego wszystko zależało.
Raskolnikow wstał i zaczął chodzić po izbie. Minęła chwila. Zosia stała, opuściwszy ręce i głowę, w strasznem strapieniu.
— A zbierać nie można? Odkładać na czarną godzinę? — zapytał, zatrzymując się nagle przed nią.
— Nie — wyszeptała Zosia.
— Rozumie się, że nie! A próbowałaś pani? — * dodał prawie z iron ją.
— Próbowałam.
— I urwało się! No, naturalnie! O co się nawet i pytać!
I znowu przeszedł się po izbie. Minęła jeszcze chwila.
— — Nie codzień miewa pani dochody?
Zosia zmieszała się jeszcze bardziej, niż poprzednio i krew znowu wystąpiła jej na policzki.
— Nie — wyszeptała z męczącym wysiłkiem.
— Z Polcią napewno będzie to samo — rzekł nagle.
— < Nie, nie! Nie może być, nie! — zawołała Zosia z rozpaczą, jakby ją nagle nożem raniono. — Bóg, Bóg nie dopuści do takiej ostateczności!
— A innych dopuszcza.
— Nie, nie! Bóg ją obroni, Bóg!... — powtarzała, niepomna siebie.
— A może Boga niema wcale — z pewnem szyderstwem odparł Raskolnikow, roześmiał się i spojrzał na nią.
Twarz Zosi strasznie się zmieniła; dreszcz przebiegł po jej ciele. Z nieopisaną wymówką spojrzała na niego, chciała coś powiedzieć, ale nie mogła wymówić i tylko nagle gorzko, zaczęła płakać, zakrywszy twarz rękami.
— Pani mówisz, że Katarzyna traci zmysły; pani sama tracisz zmysły — wymówił po chwili milczenia.
Minęło pięć minut. On ciągle chodził tam i napowrót milcząc i nie patrząc na nią. Nareszcie zbliżył się do niej, oczy mu błyszczały. Wziął ją obiema rękami za ramiona i prosto poparzył w jej twarz zapłakaną. Wzrok m:ał suchy, rozpalony, ostry, usta mu silnie drgały... Nagle pochylił się i przypadłszy do podłogi pocałowa.’ ją w nogę. Zosia z przerażeniem cofnęła się, jak przed warja-tem. I w istocie wyglądał zupełnie jak war jat.
— Co pan, co pan robi? Przede mną! — wymówiła zbladszy i w sercu uczuła ¡ból dotkliwy.
On powstał zaraz.
— Oddałem hołd nie tobie, lecz wszystkim cierpieniom ludzkim — wymówił jakoś dziko i odszedł do okna.
Zbrodnia i kara. ^
— so —
— Słuchaj — dodał, wróciwszy do niej po chwili — niedawno powiedziałem pewnemu szkalownikowi, że on nie wart twojego palca... i że zrobiłem dzisiaj zaszczyt mojej siostrze, sadzając ciebie przy niej.
— Ach, co też pan powiedziałeś! I przy niej? — z przestrachem zawołała Zosia: — siedzieć ze mną? zaszczyt. Ależ ja jestem nieuczciwa... Ach, cóż pan powiedział!
— Nie za nieuczciwość i występek powiedziałem tak 0 tobie, lecz za ogrom twojego cierpienia. A żeś wielka grzesznica, to prawda — dodał prawie uroczyście — przedewszystkiem dlatego jesteś grzesznicą, że niepotrzebnie zabiłaś i zaprzedałaś siebie. O, to zgroza! To zgroza, że ty żyjesz w tem błocie, którego tak nienawidzisz i, że zarazem wiesz sama (tylko trzeba ci oczy otworzyć), że nikomu przez to nie przychodzisz z pomocą i nikogo od niczego nie zbawisz! Powiedz mi, nareszcie — dodał prawie z wściekłością — jak taka hańba i taka podłość mieszczą się w tobie tuż obok tylu wprost przeciwnych 1 świętych uczuć? Wszak słuszniej i tysiąc razy rozumniej byłoby prosto rzucić się głową w wodę i skończyć odrazu!
— Az nimi co będzie? — słabo zapytała Zosia, patrząc nań z boleścią, ale zarazem — jakby się wcale nie dziwiąc jego propozycji. Easkolnikow dziwnie spojrzał na nią
Wyczytał wszystko w jednem jej spojrzeniu. A więc istotnie i ona miała już tę myśl. Może już nieraz na serjo przemyśiiwała w rozpaczy jakby skończyć odrazu, i to aż tak serjo, że się teraz prawie nie zadziwiła jego zdaniem. Nawet nie spostrzegła okrucieństwa jego wyrazów (znaczenia jego wymówek i szczególnego poglądu na jej hańbę, oczywiście sama nie spostrzegła, i to było dlań widoczne). Ale zrozumiał dokładnie do jakiego okropnego bólu umęczyła ją, i już dawno, myśl o jej haniebnem i po-dłem położeniu. Cóż, cóżby mogło, myślał, dotąd powstrzymywać ją od postanowienia, ażeby wszystko zakończyć odrazu? I tu dopiero zrozumiał zupełnie, co dla niej >zna-czyły te biedne małe sierotki i to godna litości, nawpół szalona macocha, ze swemi suchotami i biciem głową 0 ścianę.
Ale zrozumiał zarazem, że Zosia ze swym charakterem 1 tym bądź, co bądź rozwojem nabytym, żadną miarą nie mogła tak żyć dłużej. Pomimo to, kwest ją było dla niego: dlaczego ona tak już długo mogła pozostawać w takiem położeniu i nie oszalała, jeśli już zabrakło jej sił do rzucenia się w wodę? Pojmował, oczywiście, że położenie Zosi jest zjawiskiem wypadkowem w społeczeństwie, chociaż, na nieszczeście, nie pojedyńczem i nie wyjątkowem. Ale ta właśnie wypadkowość, ten pewien rozwój i całe poprzednie jej życie, mogłyby, zdaje się odrazu ją zabić przy pierwszym kroku po tej wstrętnej drodze. Cóż ją podtrzymywało? Wszak nie rozpusta? Cała ta hańba widocznie dotknęła ją mechanicznie; prawdziwa rozpusta jeszcze nie dotarła ani jedną kropelką do jej serca; on to widział; ona stała przed nim na jawie...
„Ma przed sobą trzy drogi myślał: — rzucić się do kanału, stać się obłąkaną, albo... albo, nareszcie, zanurzyć się w rozpuście, ogłupiającej rozsądek i skamieniającej serce“. Ostatnia myśl była dlań najwstrętniejszą; ale był on już sceptykiem, był młody, abstrakcyjny, a więc okrutny, i dlatego nie mógł nie wierzyć, że ostatnia droga, to jest rozpusta, była najprawdopodobniejszą.
„A czyliżby to była prawda------zawołał do siebie — czy liżby i ta istota, posiadająca dotąd czystość duszy, świadomie wciągnęła się nakoniec, do tej obrzydłej, cuchnącej jamy? Czyżby już ten pociąg się rozpoczął i czyliż dlatego tylko mogła wytrzymać dotąd, że występek nie wydaje się jej już tak wstrętnym? Nie, nie, to być nie może! — wołał tak, jak przedtem Zosia — od kanału powstzymywała ją dotąd myśl o grzechu i oni, tamci... Jeśli zaś nie zwarjowa-ła... Ale kto powiedział, że ona nie jest obłąkaną? Czyż ona przy zdrowych ’zmysłach? Czyż można tak mówić jak ona? Czyż przy zdrowych zmysłach można tak rozprawiać, jak ona? Czyż można tak siedzieć nad przepaścią nad cuchnącą jamą, do której już ją ciągnie, i machnąć rękami, i uszy zatykać, kiedy jej mówią o niebezpieczeństwie? Cóż to, czy spodziewa się cudu? Pewno tak. Czyż to wszystko nie są oznaki obłąkania?“
Uporczywie uczepił się tej myśli. Podobała mu się ona nawet więcej, niż wszelka inna. Zaczął bacznie się jej przypatrywać.
— Więc ty się często modlisz do Boga, Zosiu? — zapytał.
Zosia milczała, on stał przed nią i czekał na odpowiedź
— A cóżbym ja znaczyła bez Boga? — bystro energicznie wyszeptała, zerknąwszy nań nagle błyszczącemi ocza — 2 mi, i silnie ścisnąwszy go za rękę.
„No, więc tak jest“, — pomyślał.
— A cóż ci Bóg za to daje? — zapytał, badając dalej. t
Zosia długo milczała, jakby nie mogła odpowiedzieć.
Słabiutkie jej piersi falowały ze wzruszenia.
— Milcz pan! Nie pytaj się pan! Pan nie jesteś go — i dzień — zawołała nagle, surowo i gniewnie patrząc na niego.
— Tak jest! Tak jest! — powtarzał uparcie do siebie. ł
— Wszystko daje! — bystro wymówiła, znowu spuszczając głowę. ]
„Otóż punkt wyjścia! Otóż i wyjaśnienie! — zadecydował ostatecznie, z chciwą ciekawością przyglądając się Zosi.
Z nowem, dziwnem, prawie chorobliwem uczuciem, wpatrywał się w tę bladą, szczupłą i nieforemnie zaostrzo-iną twarzyczkę, w te łagodne, niebieskie oczy, mogące połyskiwać takiem surowem energicznem uczuciem, w te maleńkie ciałko, drżące jeszcze z oburzenia i gniewu, c i wszystko to wydało mu się coraz więcej dziwnem, prawie niepodobnem. „Opętana! Opętana!“ — twierdził do i siebie.
Na komodzie leżała jakaś książka. Chodząc tam i z powrotem po izbie, ciągle zwracał na nią uwagę; teraz zaś wziął ją i otworzył. Był to Nowy Testament, książka była 1 stara, zniszczona, w skórzanej oprawie.
— A to skąd? — zapytał.
Stała ciągle na tem samem miejscu, o trzy kroki od j stołu.
— Dostałam — odparła, jakby niechętnie i patrząc na niego.
— Od kogo? 1
— Od Elżbiety, prosiłam ją o to.
„Elżbieta! To dziwne!“ — pomyślał.
Wszystko u Zosi stawało się dlań coraz dziwniejsze i — coraz osobliwsze, z każdą chwilą. Zbliżył książkę do świecy i zaczął przewracać stronice. i
— Gdzie tu o Łazarzu? — zapytał nagle.
Zosia uparcie patrzyła w ziemię i nie odpowiadała. Stała nieco bokiem do stołu. 1
— Gdzie tu o wskrzeszeniu Łazarza? Poszukaj mi, Zosiu.
Spojrzała nań z ukosa.
— Nie tam pan szukaj... w czwartej ewangełji... — surowo wyszeptała, nie ruszając się z miejsca.
— Znajdź i przeczytaj mi — rzekł.
Siadł, oparł się o stół łokciami, podparł głowę ręką i ponuro utkwił wzrok w bok, przygotowany do słuchania.
Zosia niechętnie podeszła do stołu, z niedowierzaniem wysłuchawszy prośby Raskolnikowa. Wreszcie, wzięła książkę.
— Czy pan nie czytałeś? — zapytała, spojrzawszy nań przez stół, z pod oka.
Głos jej stawał się coraz surowszy i surowszy.
— Dawno... kiedym się uczył. Czytaj.
— A w cerkwi nie słyszałeś pan?
— Nie chodziłem... A ty szęsto bywasz?
— N-nie — szepnęła Zosia.
Raskolnikow uśmiechnął się.
— Rozumiem... Więc i na pogrzeb ojca jutro nie pójdziesz?
— Pójdę. Byłam i w zeszłym tygodniu... dawałam na mszę.
— Po kim?
— Po Elżbiecie. Zabili ją toporem.
Nerwy rozdrażniały się w nim coraz bardziej i bardziej. W głowie zaczynało mu się kręcić.
— Przyjaźniłaś się z Elżbietą?
— Tak... Ona była sprawiedliwa... przychodziła rzadko... trzeba było... Czytałyśmy z nią i... rozmawiały. Ona ujrzy Boga.
Dziwnie brzamiały dlań te książkowe słowa, i znowu nowość: jakieś tajemnicze schadzki z Elżbietą i obie — opętane.
„Tu człowiek i sam się opęta! To zaraża“, pomyślał.
— Czytaj! — zawołał nagle uparcie i z rozdrażnieniem.
Zosia wahała się ciągle. Serce jej biło. Nie śmiała mu jakoś czytać. Prawie z męczarnią patrzył na „nieszczęśliwą war jatkę“.
— Na co to panu? Wszak pan nie wierzy? — wyszeptała cicho i jakby z zatamowanym oddechem.
— Czytaj! Ja tak chcę! — upierał się — wszak czytałaś dla Elżbiety.
Zosia otworzyła książkę i odszukała miejsce. Ręce jej drżały, głosu brakło. Dwa razy zaczynała i wciąż nie mogła wymówić pierwszej sylaby.
„Y był niektóry Łazarz z Bethaniiey*) — wymówiła nareszcie z wysiłkiem, ale nagle przy trzeciem słowie, głos jej zabrzęczał i urwał się, jak zbyt naciągnięta struna. Oddech się jej zatamował i w piersiach się ścisnęło.
Raskolnikow rozumiał po części, dlaczego Zosia nie mogła czytać, i im lepiej to pojmował, tem jakby bardziej szorstko i gniewnie domagał się czytania. Zbyt dobrze pojmował, jak ciężko jej było zdradzać i wydawać wszystko szvoje. Zrozumiał, że te uczucia istotnie jakgdyby stanowiły prawdziwą i już dawną, być może, jej tajemnicę może jeszcze od samego dzieciństwa, jeszcze w rodzinie: przy nieszczęśliwym ojcu i.obłąkanej z niedoli macochy, pośród głodnych dzieci, wstrętnych krzyków i wymysłów. Ale zarazem dowiedział się teraz, dowiedział napew.no, że lubo tęskniła za iczemś i bała się czegoś strasznie, zabierając się teraz do czytania, zarazem jednak sama z upragnieniem chciała przeczytać, pomimo całego smutku i wszystkich obaw, i właśnie dla niego, ażeby on słyszał i koniecznie teraz, „niech się co chce potem dzieje!...“ Wyczytał to z jej oczu, zrozumiał, po jej uroczystem wzruszeniu!... Przemogła siebie, stłumiła spazmy gardla-ne, które ucięły w początku wiersza jej głos i czytała dalej jedenasty rozdział Ewangelii Ś-go Jana. Tak doczytała do 19-go wiersza: £
„A przyszło było wiele żydów do Marthy y Marjiey. aby je cieszyli po bracie ich. Martha tedy skoro usłyszała, że Jezus idzie, zabieżała mu: a Marja domu siedziała. Rzekła tedy Martha do Jezusa: Panie, byś tu był, nie umarłby brat móy: lecz y teraz wiem, że o cokolwiek będziesz Boga prosił, dać Bóg“.
Tu zatrzymała się znowu, ze wstyiem przeczuwając, że głos jej zadrży i zerwie się znowu...
„Powiedział jej Jezus: Zmartwychwstanie brat twóy.
Rzekła mu Martha: Wiem iż zmartwychwstanie w zmartwychwstaniu, w ostatni dzień. Rzekł iey Jezus: Jam jest r) Porównaj Biblję w przekładzie ks. Jakóba Wujka, zmartwychwstanie y żywot; kto w mię wierzy, choćby y umarł, żyw będzie. A wszelki, który żywię a wierzy w mię, nie umrze na wieki. Wierzysz temu? Powiedziała mu:
I oddychając z bólem, Zosia dobitnie i z mocą przeczytała, jakby sama spowiadała się na cały głos:
„Iście Panie, iam wierzyła żeś ty jest Christus Syn Boży, któryś na ten świat przyszedł“.
Zatrzymała się, bystro podniosła na niego oczy, ale co-prędzej przemogła się i zaczęła czytać dalej. Raskolnikow siedział i słuchał nieruchomie, nie odwracając się, oparty o stół i patrząc na stronę. Doczytała do 32-go wiersza.
„Marja tedy, gdy przyszła kędy był Jezus, uyźrzawszy go, przypadła do nóg Jego, y rzekła mu: Panie, byś tu był. nie umarłby brat móy. Jezus tedy, gdy ją uyźrzał płaczącą, y Żydy, którzy z nią przyszli, płaczące: rozrzewnił się w duchu, y wzruszył sam siebie, y rzekł: Gdzieście go położyli? Powiedzieli mu: Panie, pójdź a ogląday. Y zapła-; kał Jezus. Mówili tedy Żydowie: Oto jako go miłował.
A niektórzy z nich mówili: Nie mógł ten, który otworzył oczy ślepo narodzonego, uczynić, żeby był ten nie umarł?“ Raskolnikow zwrócił się do niej, i patrzył na nią ze wzruszeniem: A tak! Drżała już w istotnej, prawdziwej febrze. Czekał na to. Zbliżała się do słowa o najWyższem a i niesłychanem cudzie, i uczucie wielkiego triumfu objęło
’ ją. Głos jej stał się dźwięcznym jak metal; triumf i ra-
J dość dźwięczały w nim i krezpiły go. Wiersze nrgały a jej przed oczyma, w uszach szumiało, ale ona umiała na pamięć to, co czytała. Przy ostatnim wierszu: „nie mógł V ten, który otworzył oczy ślepo narodzonego“... ona, zni żywszy głos, gorąco i namiętnie wyraziła zwątpienie, wy-1. mówki i potępienie dla tych, co.nie wierzą, ślepych ży e dów, którzy zaraz, za chwilę, jak gromem rażeni, upadną, zapłaczą i uwierzą... „I on, on — także ślepy i niedowiarek, on także zaraz usłyszy, on także uwierzy, tak, tak! Zaraz, natychmiast!“ roiło jej się i drżała w radosnem oczekiwaniu. h „Jezus tedy rozrzewniwszy się sam w sobie, przyszedł r* do grobu. A była jaskinia: a kamień na niej był położony. ?/ Rzekł Jezus: Odeymicie kamień. Rzekła mu Martha, się stra tego, który był umarł: Panie, iuż ci cuchnie, bo mu a. iuż czwarty dzień“.
Energicznie.zrobiła nacisk na wyrazie czwarty.
„Powiedział iey Jezus: Zażem ci nie rzekł, iż jeśli uwierzysz, oglądasz chwałę Bożą? Odjęli tedy kamień. A Jezus podniósłszy oczy swe wzgórę, rzekł: Oycze, dziękuję Tobie, żeś mnie wysłuchał. A iamci wiedział, że mnie zawżdy wy słuchy was z, alem rzekł do ludu, który około stoi, aby wierzyli iżeś ty mnie posłał. To rzekłszy, zawołał głosemw ielkim: Łazarzu, wynijdź ź grobu. Y wyszedł który był umarły“.
Głośno i uroczyście przeczytała, drżąc i kostniejąc, jakby sama widziała na własne oczy.
„Mając ręce y nogi związane chustkami; a twarz jego była chustką obwiązana. Rzekł im Jezus: Rozwiążcie go: y puście aby szedł“.
„Wiele tedy z Żydów, którzy byli przyszli do Maryiey a widzieli co uczynił Jezus, uwierzyli weń“.
Dalej nie czytała i nie mogła czytać, zamknęła książkę i szybko wstała z krzesła.
— To wszystko o wskrzeszeniu Łazarza — surowe i urywanie wyszeptała i stanęła nieruchoma, odwróciwszy się, nie śmi, ąc i jakby wstydząc się podnieść nań oczy. Drżenie febryczne wstrząsało nią dotąd. Ogarek dawno już gasł w krzywym lichtarzu, słabo oświetlając w tej żebraczej izbie zabójcę i ladacznicę, dziwnie zestawionych ze sobą nad tą księgą wieczystą.
Minęło pięć minut lub więcej.
— Przyszedłem pomówić z tobą — głośno i chmurząc się wymówił nagle Raskolnikow.
Wstał i zbliżył się do Zosi. Ona w milczeniu podniosła nań oczy. Wejrzenie jego było niezwykle surowe i wyrażało jakieś dziwne postanowienie.
— Rzuciłem dziś rodzinę — rzekł — matkę i siostrę Nie pójdę już do nich. Zerwałem z niemi.
— Dlaczego? — jak oszołomiona, zapytała Zosia.
Niedawne spotkanie z jego matką i siostrą zostawiło w niej niezwykłe, lubo i dla niej samej niejasne wrażenie. Wiadomości o zerwaniu wysłuchała (prawie ze zgrozą.
— Ciębie tylko jednę mam teraz — dodał. — Pójdźmy razem... Przyszedłem do ciebie. Razem przeklęci, więc pójdźmy razem!
Oczy mu błyszczały.
„Chyba zwarjował!“ pomyślała zkolei Zosia.
— Dokąd iść? — ze strachem zapytała i mimowoli cofnęła się w tył.
— Albo ja wiem? Wiem tylko, że po jednej drodze, na-pewno wiem, i tyle. Jeden cel!
Ona ¡spójrżała nań i nic nie rozumiała. Pojmowała tylko, że go dręczy okropne, nieskończone nieszczęście.
— Nikt z nich ciebie nie rozumie, gdy do nich się zwrócisz — ciągnął — a ja zrozumiałem. — Jesteś mi potrzebna i dlatego przyszedłem do ciebie.
— Nie rozumiem — szepnęła Zosia.
— Później.zrozumiesz. Czyż nie zrobiłaś tego samego. Tyś także przekroczyła... umiałaś przekroczyć. Własnemi rękoma targnęłaś się na życie... własne (to wszystko jedno!) Mogłabyś żyć duszą i rozumem, a skończysz na Siennym1. Ale ty nie możesz podołać i jeżeli zostaniesz sama, zwarjujesz jak ja. Ty i teraz jesteś jak obłąkana; a więc musimy dążyć razem, po jednej drodze! Pójdźmy!
— Poco? Poco pan to mówi! — wymówiła Zosia, dziwnie i buntowniczo poruszona jego słowami.
— Poco? Poto, że tak dłużej być nie może, to poto. Trze-bać nareszcie rozważyć wszystko poważnie i otwarcie, a nie płakać, jak dziecko i wołać, że Bóg nie dopuści! No, co będzie, jeśli istotnie wezmą cię jutro do szpitala? Tamta przygłupia i suchotnica, umrze wkrótce, a dzieci! Czyż Połcia nie zginie? Czy nie widziałaś dzieci, skulonych w kątach, dzieci, których matki wysyłają po jałmużnę? Dowiadywałem się, gdzie mieszkają te matki i w jakiem otoczeniu. Tam dzieci nie mogą być dziećmi. Tam siedmioletni jest rozpustnikiem i złodziejem. A przecież dzieci, to obraz Boga: „Ich jest królestwo niebieskie“. On je kazał czcić i kochać, one — to przyszła ludzkość...
— I cóż, cóż począć?; — konwulsyjnie płacząc i załamując ręce, powtarzała Zosia.
Co ¡począć? Zmiażdżyć raz na zawsze, co trzeba zmiażdżyć i ’basta: i cierpienie przyjąć na siebie! Co? nie rozumiesz? Potem zrozumiesz... Wolność i władzę, nade-wszystko władzę! Nad wszelkiem drżącem stworzeniem i nad całem mrowiskiem!... To cel! Zapamiętaj to sobie. To moja rada dla ciebie. Może ja z tobą mówię po raz ostatni. Jeżeli jutro nie przyjdą, usłyszysz sama o wszyst-kiem i wtedy wspomnij sobie obecną rozmowę. I kiedyś. kiedyś, po latach wielu, w końcu życia może i zrozumiesz, co znaczyły te słowa. Jeżeli zaś przyjdę jutro, to powiem ci, kto zabił Elżbietę. Bądź zdrowa!
Zosia zadrżała z przestrachu.
— A czy pan wie, kto zabił? — spytała, kostniejąc z przerażenia i dziko nań spoglądając.
— Wiem i powiem... Tobie, tylko tobie! Ciebie wybrałem. Nie przyjdę prosić cię o przebaczenie, poprostu powiem. Wybrałem cię oddawna, ażeby ci to powiedzieć, jeszcze wówczas, gdy mi twój ojciec mówił o tobie i kiedy Elżbieta żyła, myślałem o tem. Bądź zdrowa! Ręki mi nie podawaj. Jutro!
Wyszedł. Zosia patrzyła nań jak na war jata; ale i sama była jak obłąkana i czuła to. W głowie jej się kręciło. ’«
— Boże! Skąd on wie kto zabił Elżbietę? Co znaczyły te słowa? To straszne!
Ale pomimo to, myśl nie przychodziła jej do głowy. Wcale, ani razu!...
— O, on musi być bardzo nieszczęśliwy!... Porzucił matkę i siostrę. Dlaczego? Co zaszło? I jakie może mieć zamiary? Co on jej mówił? Pocałował ją w nogę i... mówił (tak, powiedział wyraźnie), że bez niej już żyć nie może... O Panie!
W gorączce i w malignie spędziła całą noc Zosia. Zrywała się niekiedy, płakała, załamywała ręce, to znowu zapadała w sen gorączkowy, i śniła jej się zaraz Połcia, pa-ni Katarzyna, Elżbieta, czytanie Ewangelji i on... on, z jego bladą twarzą, z pałającemi oczyma... On całuje jej nogi, płacze... O Boże!
Za drzwiami z prawej, za temi samemi drzwiami, które oddzielały mieszkanie Zosi od mieszkania Gertrudy Res-slich, był pokój pośredni, oddawna pusty, należący do lokalu pani Resslich i przeznaczony przez nią do wynajęcia, o czem głosiły karty nad bramą domu i, na szybach okien, wychodzących na kanał. Zosia oddawna przyzwyczajona była do uważania tego pokoju za niezajęty. A tymczasem, w ciągu całej rozmowy, pode drzwiami sąsiedniego pokoju stał pan Świdrygajłow i podsłuchiwał, tamując oddech.
Po wyjściu Raskolnikowa postał, pomyślał, udał się na palcach, do swego pokoju, sąsiadującego z pustym poko jem, wziął krzesło i pocichu zaniósł je pod same drzwi, wiodące do pokoju Zosi. Rozmowa wydała mu się nader zajmującą i nader niepowszednią i bardzo, bardzo przypadła mu do gustu, do tego stopnia, że aż przyniósł krzesło, żeby na przyszłość, choćby naprzykład jutro, nie mieć przyjemności stania całej godziny, a raczej żeby odsiedzieć ją sobie i wogóle urządzić się pod każdym względem jak najwygodniej.
Kiedy nazajutrz, punkt o jedenastej przed południem.. Raskolnikow wszedł do kancelarji komisarza do spraw śledczych i poprosił, ażeby oznajmiono o nim panu Por-firjuszowi, to aż się zadziwił, iż go tak długo nie przyjmowano: minęło co najmniej dziesięć minut, zanim go poproszono. A podług jego przypuszczeń, powinni byli go przyjąć z wybuchem, rzucić się nań niemal. Tymczasem stał w poczekalni, a obok niego chodzili i przechodzili ludzie, których, napozór, nic a nic nie obchodził. W następnym pokoju, podobnym do kancelarji, siedziało i pisało kilku kancelistów, i widoczne było, że żaden z nich nie miał nawet pojęcia o tem, kto i co za jeden ten Raskolnikow? Niespokojnym i podjerzliwym wzrokiem patrzył dokoła, upatrując, czy niema gdzie przy nim jakiego konwoju, jakiego tajemniczego spojrzenia, które go strzegło, ażeby gdzie nie uciekł? Ale nic podobnego nie było: widział tylko same biurowe, przejęte małemi troskami twarze, następnie jeszcze jakichś ludzi, ale nikt się nim nie zajmował: śmiało mógł był wyjść sobie na cztery wiatry. Coraz bardziej i bardziej utrwalała się w nim myśl, że gdyby istotnie ten zagadkowy wczorajszy człowiek, to widmo: wyrosłe jak z pod ziemi, wszystko wiedział i widział, to czyżby pozwolono jemu, Raskolnikowowi, tak stać teraz i spokojnie czekać? I czyżby czekano aż do godziny jedenastej, dopóki mu się samemu nie spodoba przyjść tutaj? Widać więc, że albo ten człowiek jeszcze nie doniósł o.ni-czem, albo... albo poprostu także nic — nie wie i sam, na własne oczy nic nie widział (zresztą, jakże mógł widzieć?), a więc wszystko to, >co się wczoraj stało z nim, Raskolni-kowem, znowu było tylko widmem, przesadzonem rozdrażnioną i chorą jego wyobraźnią. Ten domysł, jeszcze na wet wczoraj, w czasie.największych obaw i rozpaczy, zaczął się w nim utrwalać. Obmyśliwszy to wszystko teraz i gotując się do nowej walki, poczuł nagle, że drży, i aż oburzenie przejęło go na myśl, że drży ’ze strachu przed nienawistnym Porfirjuszem. Najokropniejszem było spotkać się z nowu z tym człowiekiem; nienawidził go bez miary, bez końca, i nawet lękał się, ażeby się nie zdradzić z tą swoją nienawiścią. I tak wielkiem było jego oburzenie, że natychmiast stłumiło dreszcze; przygotował się, ażeby wejść z twarzą zimną i śmiałą i przyrzekł sobie milczeć jak najwięcej, wpatrywać się i wsłuchiwać i chociaż tym razem przynajmniej, bądź co bądź, przemóc swą chorobliwie rozdrażnioną naturę. Właśnie zawezwano go do pana Porfirjusza.
Okazało się, że pan Porfirjusz był sam w swoim gabinecie. Był to pokój nami duży ani mały; stały tam duż} przed kanapą ceratową, b iurko, szafa w kącie i kilka krzeseł, wszystko meble rządowe, z żółtego polerowanego drzewa. W kącie, w tylnej ścianie, albo lepiej mówiąc, w przepierzeniu, były drzwi zamknięte; tam dalej za przepierzeniem, widocznie musiały być jeszcze jakieś pokoje. Przy wejściu Raskolnikowa, pan Porfirjusz zaraz zamknął drzwi, przez które ten wszedł i zostali sam na sam. Spotkał swego gościa na pozór bardzo wesoło i uprzejmie, i dopiero w chwilę potem, Raskolnikow, z niektórych danych, spostrzegł w nm pewne zamieszanie, jakgdyby go nagle złapano na jakim tajemniczym uczynku.
— A, szanowanie!... Otóż i pan... w naszych stronach zaczął Porfirjusz, wyciągając doń obie ręce. — Siadajże, — ojczulku! A imoże pan nie lubi, żeby pana nazywać szanownym i... ojczulkiem, tak tout court? Nie miej pan tego za poufałość... O tu, na kanapce...
Raskolnikow siadł, nie spuszczając go z oczu.
„W.naszych stronach“, przepraszanie za poufałość, francuskie wyrażenie „tout court“ i t. p. wszystko to były szczegóły charakterystyczne.
— Przecie wyciągnął do mnie obie ręce, ale nie podał żadnej, cofnął w porę — pomyślał podejrzliwie.
Obaj śledzili siebie nawzajem, lecz gdy się tylko spotykały ich spojrzenia, obaj, z szybkością błyskawicy cofali je skwapliwie.
— Przyniosłem panu tę notatkę... o zegarku... oto jest. Czy dobrze napisane, czy trzeba przepisać?
— Co? Notatka? Dobrze... dobize... nie turbuj się pan. zupełnię dobrze — wymówił, jakby się gdzieś śpiesząc, pan Porfirjusz, i dopiero powiedziawszy to, wziął papier i przejrzał go. — Tak, zupełnie dobrze. Więcej nic nie trzeba — potwierdził również prędkim głosem i położył papier na stół. Potem, po chwili, mówiąc już o czem innem, wziął go znów ze stołu i położył na swojem biurku.
— Mówiłeś pan wczoraj, zdaje się, że chciałbyś mnie pan wybadać... formalnie... co do mojej znajomości z tą... zabitą? — zaczął znowu Raskolnikow.
„Poco wstawiłem to zdaje się?“ — przebiegło w nim jak błyskawica. — „Poco mnie to tak obchodzi, że aż wstawiłem to zdaje się?“‘ — przebiegła w nim zaraz druga myśl jak błyskawica.
I nagle uczuł, że jego zwątpienie, z samego tylko zetknięcia się z Porfirjuszem zaledwie po dwóch słowach, po dwóch spojrzeniach, w jednej chwili urosło do olbrzymich rozmiarów... i że to strasznie niebezpiecznie: nerwy się drażnią, wzruszenie się powiększa.
„Źle!... Źle!... Znowu się zdradzę“.
— Tak, tak, tak! Niech się pan nie obawia! Czas traci, czas płaci — mruczał Porfirjusz, chodząc tam i z powrotem, bez żadnego celu, jakby rzucając się to do okna, to do biurka, to znowu do stołu, to unikając podejrzliwego wzroku Raskolnikowa, to znowu nagle stając na miejscu i patrząc mu prosto woczy. Nadzwyczaj dziwną wydawała się przy tem jego maleńka, pulchniutka i okrągła figurka, niby piłka, rzucana w różne strony i zaraz odskakująca od ścian i kątów.
— Zdążymy jeszcze, zdążymy!... Palisz pan? Służę papierosikiem — ciągnął, podając gościowi papierosa. — Wie pan, ja pana tu przyjmuję, a moje mieszkanie tam za przepierzeniem... rządowe, chociaż mieszkam jeszcze w prywatnem, tymczasowo. Tu wypadło zrobić pewne poprawki. Teraz prawie już gotowe... mieszkanie rządowe to pyszna rzecz, nieprawdaż? Co?
— A tak, pyszna rzecz — odparł Raskolnikow, patrząc nań prawie z ironją.
— Pyszna, pyszna rzecz — powtórzył.sędzia, jakby zamyślając si nagle o czemś zupełnie innem — tak! py szna rzecz! — omal nie krzyknął nareszcie, rzuciwszy nagle okiem na Raskolnikowa i stając o dwa kroki przed nim.
To wielokrotne głupiuchne powtórzenie, że mieszkanie rządowe jest pyszną rzeczą, zanadto, dla swej błahcści, nie licowało z poważnem, myślącem i zagadkowem spojrzeniem, jakie skierował teraz na swojego gościa.
Ale to jeszcze bardziej podnieciło złość Raskolnikowa, i już żadną miarą nie mógł się on powstrzymać od drwiącego i dość nieostrożnego wyzwania.
— A wie pan —.zapytał nagle, z pewną czelnością patrząc mu w oczy i jakby znajdując upodobanie w tej czelności — wszak zdaje się istnieje takie prawidło, taka zasada prawna, obowiązująca wszystkich śledczych, ażeby zaczynali naprzód zdaleka, od drobiażdżków, lub nawet od rzeczy poważnych, ale zupełnie obojętnych, dla, że tak powiem, zachęcenia albo ilepiej rozerwania badanego, uśpienia jego ostrożności, ażeby potem nagle, naj-niespodziewaniej, ogłuszyć go po samem ciemieniu jakiemś zdaniem decydującem i niebezpiecznem, czy tak? O tem, zdaje się we wszystkich prawidłach i radach święcie się wspomina?
— Tak, tak... cóż więc pan myślisz, że to ja pana tem mieszkaniem rządowem... tego... co? — Mówiąc to, pan Porfirjusz, zmrużył oczy i mrugnął nań: coś wesołego, podstępnego przebiegło mu po twarzy, zmarszczki na czole znikły, rysy twarzy wyciągnęły się, i nagłe wybuchnął nerwowym, długim śmiechem, kręcąc się całem ciałem i patrząc prosto w oczy Raskolnikowowi.
Ten zrazu roześmiał się także, z pewnym przymusem; gdy jednak Porfirjusz, widząc, że i on się śmieje zaczął się śmiać takim głosem, że aż sponsowiał, to wstręt Raskolnikowa nagle wziął górę nad wszelką ostrożnością: przestał się śmiać, nachmurzył się, i długo i nienawistnie spoglądał na sędziego, nie spuszcając zeń oczu, przez cały przeciąg jego długiego i jakby umyślnie coraz głośniejszego śmiechu. Nieostrożność była zresztą wyraźna ze stron obu: wyglądało tak, jak by Porfirjusz wyśmiewał się ze swego gościa, przyjmującego ten śmiech z nienawiścią, i bardzo mało był nim skrępowany, To ostatnie zwróciło uwagę Raskolnikowa, może się już dał złapać; tu wyraźnie istnieje coś, cezgo on nie wie, jakiś cel; może wszystko już jest przygotowane i zaraz, natychmiast wyjdzie na jaw i runie nań...
Przystąpił zaraz do rzeczy, wstał z miejsca i wziął czapkę:
— Panie sędzio — zaczął stanowczo ale z dość silnem rozdrażnieniem — wyraziłeś pan wczoraj życzenie, ażebym się zgłosił dla jakichś badań. (Zrobił szczególny nacisk na wyrazie: badań). Przyszedłem i jeśli panu co potrzeba, to się pan pytaj, a nie, to pozwól mi się pan oddalić. Nie mam czasu, mam interes do załatwienia... Muszę być na pogrzebie tego samego roztratowanego urzędnika, o którym pan... także wie... — dodał i rozgniewał się zaraz na siebie za ten dodatek, co go jeszcze bardziej rozdrażniło: — i wszystko to mi się sprzykrzyło, uważasz pan, i dawno już... nawet po części skutkiem tego byłem chory... jednem słowem — krzyknął prawie, spostrzegłszy, że zdanie o chorobie jest jeszcze więcej nie na miejscu — jednem słowem: racz mnie albo badać, albo uwolnić, i to zaraz, a jeśli badać, to nie inaczej jak formalnie! Inaczej nie pozwolę; i dlatego tymczasem żegnam pana, bo jak na teraz nie mamy z sobą nic do czynienia.
— Boże! Co też bo pan!... Ale poco mam pana badać — pokwąpił się pan Porfirjusz, zmieniając zaraz ton i postawę i przestając się śmiać nagle — nie gniewaj się pan — zabiegał, to rzucając się we wszystkie strony, to znowu starając się usadowić Raskolnikowa — czas traci, czas płaci, i wszystko to fraszki!... Ja bo przeciwnie, jestem bardzo kontent, żeś pan się nareszcie zgłosił do nas... Przyjmuję ¡pana jak gościa... A za ten śmiech przeklęty, kochany panie Rodjonie, nie gniewaj się pan. Panie Rodjonie, bo takie pańskie imię, nieprawdaż?... Nerwowy, z pana człowiek, rozśmieszyłeś mnie pan swoją dowcipną uwagą; niekiedy doprawdy, będę się panu trząsł jak elastyka, na jakie pół godziny... Śmieszka ze mnie taki. Z powodu kompleksji boję się nawet o paraliż. Ależ siadaj pan... bądź pan łaskaw, bo inaczej będę myślał, żeś się pan rozgniewał...
Raskolnikow milczał, słuchał i uważał, wciąż jeszcze gniewnie nachmurzony, siadł jednak, ale nie wypuszczając z rąk czapki.
— * Muszę też panu opowiedzieć trochę o sobie, kochany panie Rodjonie, dla uzupełnienia, że tak powiem charak terystyki — ciągnął Porfirjusz, szwędając się po pokoju i, jak poprzednio, unikając spotkania się ze wzrokiem swego gościa. — Ja ibo, widzi pan, jestem sobie kawaler, człowiek ani światowy, ani znany, a przytem naturę mam taką pierwiastkową, z której;nic się nie da zrobić, a... a... czyś pan zauważył, panie Rod jonie, że u nas to jest w Rosji, a szczególniej w naszych kółkach petersburskich, jeżeli dwaj ludzie rozumni, nie ‘bardzo znajomi ze sobą, ale, że tak powiem szanujący siebie nawzajem,, o’tyle jak my teraz z panem, zejdą się razem, to przez całe pół godziny nie mogą znaleźć tematu do rozmowy, kostnieją jeden przed drugim, siedzą i żenują się wzajemnie. Wszyscy mają temat do rozmowy, chcćby takie damy, naprzykład, światowe, ludzie na przy kład wyższego tonu, znajdą sobie przedmiot do rozmowy, c‘est de rigueur, a ludzie średni, jak my, wszyscy bywają wstydliwi i nie-rozmowni... to jest myślący. Z czego to wynika, proszę pana? Czy brak nam zajmujących kwestyj społecznych, czy też jesteśmy już bardzo uczciwi i nie chcemy się wzajemnie okpiwać, nie wiem! Jak pan myśli? Ale odłóż pan czapeczkę, tak, jakbyś pan chciał odchodzić, doprawdy to krępuje... Ja bo tak jestem kontent...
Raskolnikow położył czapkę, ale nie przestawał milczeć i poważnie i chmurnie wsłuchiwać.się w pustą i czczą gadaninę Porfirjusza.
„Widać rzeczywiście chce odwrócić moją uwagę swoją głupią gadaniną?“
— Kawą pana nie częstuję, nie miejsce, ale dlaczego nie poświęcić przyjacielowi pięciu minut czasu dla rozrywki — nie przestawał sypać Porfirjusz — i wie pan. wszystkie te obowiązki służbowe... ale pan się nie gniewaj, że ja tak ciągle chodzę, tam i napowrót; przepraszam pana, doprawdy że boję się, żebyś się pan nie obraził, ruch mi to na rękę, gdy sobie mogę pięć minut pospacerować... mi jest koniecznie potrzebny. Siedzę ciągle, więc bardzo hemoroidy... wybieram się ciągle poddać się kuracji gimnastyką-: mówią, że tam nawet radcy stanu, rzeczywiści radcy i tajni radcy bardzo chtne skaczą przez sznurek; patrz pan, do czego to doszło w naszym wieku... nauka... tak... A co się tyczy tych tutejszych obowiązków, badań i tej całej formalistyki, jak pan to właśnie raczyłeś wspomnieć przed chwilą o badaniach... wie pan tedy, panie Rodjo-
Zbroduia i kara, 5 nie, te badania to niekiedy samego badającego więcej strapią, niż badanego... O tem wyborną i nader dowcipną uwagę raczyłeś pan zwrócić przed chwilką. — (Raskolni-kow nic podobnego nie mówił). Pomiesza się człowiekowi. Popląta, doprawdy! I ciągle jedno w kółko, jedno w kółko jak bęben! — Czekamy reformy, przynajmniej tytuł nam zmienią, ha, ha, ha!... A co do naszych zasad prawnych, jak się pan wyraziłeś, to zupełnie zgadzam się z panem. Ktoż bo, powiedz pan, ze wszystkich podsądnych, nawet z najordynarniejszego chłopstwa, kto nie wTie, że go najprzód zaczną obojetnemi. kwestjami usypiać (według trafnego wyrażenia pańskiego), a potem nagle ogłuszą w samo ciemię, jak obuchem, ha, ha, ha! po samem ciemieniu, wybornieś pan to określił! ha! ha! więc pan na ser jo myślałeś, że ja niby tem mieszkaniem, chciałem pana... ha! ha! Jaki też pan złośliwy. Nie, nie będę! Ach prawda! jedno słówko pociąga drugie, jedna myśl wywołuje inną oto raczyłeś pan wspomnieć o formie w sprawie tego... wie pan... badania. I cóż z tej formy! Forma, wie pan, w wielu razach głupstwo. Niekiedy rozmówisz się tak sobie po przyjacielsku i daleko skuteczniej. Forma nigdy nie ucieknie, pozwól pan siebie uspokoić w tej mierze; czem jest jednak w istocie forma, pytam pana? Formą nie można na każdym kroku krępować śledczego. Zajęcie śledczego jest to, że tak powiem, sztuka wolna, w swoim rodzaju, lub coś wtym guście... ha, ha, ha!
Porfirjusz odpoczął chwilkę. Sypał, nie przestając, to bezsensowne czcze zdania, to nagle puszczał jakieś zagai-lcowe słówka, i znowu wracał do żarcików. Po pokoju już prawie biegał, coraz prędzej przebierając swemi pulch-nemi nóżkami, ciągle patrząc w ziemię, założywszy prawą rękę, na plecy, a lewrą machając nieustannie i wyrabiając rozmaite ruchy, zawsze dziwnie nie licujące z jego słowami. Raskolnikow spostrzegł nagle, że ze dwa razy, biegając po pokoju, jakby stawał przy drzwiach,,na chwilkę., i jakby się przysłuchiwał...
„Może czeka na kogo?“
— A co do tego, to pan ma zupełną słuszność — podchwycił znowu Porfirjusz, wesoło, z niezwykłą prosto-dusznością patrząc na Raskolnikowa (wskutek czego ten aż drgnął i przygotował się na wszystko) — zupełną ma pan słuszność, przedstawiając tak dowcipnie nasze formy prawne, ha, ha! Już te (.niektóre oczywiście) głęboko psychologiczne nasze zasady są niewypowiedzianie zabawne, a może nawet i zbyteczne w razie jeśli są zanadto skrępowane formą. Tak... znowu wracam do formy: przypuśćmy, że mam tego za... to jest, że podejrzewam kogo., dajmy na to, tego, owego, trzeciego, za przestępcę, w jakiejkolwiek sprawie, jaką mam sobie powierzoną... Wszak pan kierujesz się na prawnika, panie Rodjonie?...
— Tak, kierowałem się...
— I Otóż więc dam panu przykładzik, że tak powiem, na przyszłość, to jest, nie myśl pan, ażebym śmiał pana uczyć: toć pan przecie takie artykuły pisuje o przestępstwach, że gdzie tam mnie! Nie, o tak, w rodzaju faktu, ośmielę się panu dać przykład, otóż, przypuśćmy że tego, owego trzeciego, uważam iza przestępcę, no pytam, poco ja go mam przedwcześnie niepokoić, choćbym nawet miał dowody przeciwko niemu? Jednego zmuszony jestem niekiedy zaaresztować coprędzej, ale inny miewa znowu inne usposobienie, doprawrdy: więc dlaczegóżbym mu nie miał pozwolić pospacerować po mieście, ha, ha! N, ie, widzę, że pan nie całkowicie rozumie, wytłumaczę więc panu jaśniej: wsadzę go, dajmy nato, wcześniej, toć mu w tem samem mogę dać, że tak powiem, pewien opór moralny, ha, ha, pan się śmieje.
Raskolnikow ani myślał śmiać się: siedział, z zaciśnię-temi ustami, nie spuszczając zaognionego wzroku z oczu Porfirjusza.
— A jednak, widzi pan, tak bywa z niejednym subjek-tem, bo ludzie są różni, to się pr?ktyką do tego dochodzi. Pan oto raczyłeś mówić: dowody; zgoda, przypuśćmy, dowody, ale, widzi pan, dowody są o dwóch końcach, wszak ja jestem sędzią śledczym, a więc człowiekiem słabym, przyznaję: chciałoby się śledztwo, że tak powiem, przedstawić matematycznie jasno. Chciałoby się mieć w ręku taki dowód, ażeby był jak dwa razy dwa cztery! Ażeby był wyraźny i nie ulegający zaprzeczeniu! Niechże go więc wsadzę zawcześnie, choćbym był przekonany, że to on, toć wtedy imożebym sam siebie pozbawił możności zebrania jeszcze lepszych dowodów, a dlaczego? Dlatego, że dam mu, że tak powiem, pewną pozycję określoną, określę go, że tak powiem, i uspokoję psychologicznie, otóż i schowa się przedmną w swojej skorupie: zrozumie na reszcie, że jest ’aresztańtem. Powiadają, że w Sewastopolu, zaraz po Almie, ludzie rozsądni strasznie się lękali, że tylko, tylko... i nieprzyjaciel nagłym atakiem odrazu weźmie Sewastopol; a gdy spostrzegli, że nieprzyjaciel rozpoczął oblężenie prawidłowe i otwiera pierwszą paralelę, to się tak podobno ucieszyli, tak się uspokoili ci rozsądni ludzie, bo, myślą sobie, zanim prawidła wszelkie przejdą, to i z jakie dwa miesiące upłynie... Pan s, ię znowu śmieje, znowu pan nie dowierza? a to wypadki pojedyncze. zgoda; zacytowany ¡przykład jest wyjątkiem! Ale widzi pan. panie Rod jonie, trzeba wziąć pod uwagę, że takich ogólnych wypadków, do których stosują się właśnie wszystkie formy i zasady prawne,,na których są one oparte i zaciągnięte do ksiąg, nie ma wcale, bowiem każda sprawa, każdy, dajmy na to, występek, ledwie zostanie rzeczywiście dokonany, natychmiast staje się wyjątkiem; a jeszcze iakim:nieraz: ani na odrobinę niepodobnym do dawnego. Zdarzają się niekiedy arcykomiczne wypadki tego rodzaju. Niechże zato zostawię pewnego z takich jego-mościów samego: niech go nie biorę, nie niepokoję, ale niech on wie lub przynajmniej niech każdej godziny, każdej chwili podejrzewa, że cała jego tajemnica jest mi wiadoma i że ja go śledzę w dzień i w nocy, i niech będzie świadomie w nieustannem podejrzeniu i obawie, to dalibóg nie wytrwa, sam przyjdzie, a może nawet narobi — takich cudów, że to samo już będzie wyglądało na dwa razy dwa, że tak powiem, będzie miało wygląd matematyczny, czego mi właśnie potrzeba. Stać się to może i z;przebiegłym chłopem, a już z naszym bratem, współcześnie inteligentnym, i rozwiniętym w pewnym kierunku, tem ci bardziej. Bo, widzi kochany pan, to bardzo ważna rzecz zrozumieć w jakim kierunku jest człowiek rozwinięty. A nerwy, nerwy, pan o nich zupełnie zapomniałeś! Toć to wszystko dziś chore, chude, rozdrażnione!.. A ile to żółci w nich, żółci! Cała kopalnia, w swoim rodzaju! I pocóż mam się obawiać, że on nieskrępowany chodzi po mieście? Niech tam, niech sobie pospaceruje, niech tam, do czasu! Ja i tak wiem, że to moja ofiara i że nigdzie mi nie umknieJ Bo i gdzie ma umykać, ha, ha! Za granicę może? Za granicę Polak umknie, ale nie on, tem-hardziej, że ja śledzę i przedsięwziąłem środki. W głąb ojczyzny może ucieknie? Ależ tam chłopi mieszkają, pra wdziwi, ruscy, proszę pana, niejeden będzie wolał więzienie, aniżeli życie z takimi cudzoziemcami, jak nasi chłopi, ha, ha! Ale wszystko to fraszki powierzchowne. Co to takiego: ucieknie! To głos urzędowy, forma, ale główna rzecz jest inna; on inie dlatego nie ucieknie ode mnie, że nie ma gdzie uciec! on psychologicznie nie ucieknie ode mnie ha, ha! Jak się panu to wyrażenie podoba? On mi z prawa natury »nie umknie, choćby nawet miał gdzie umykać. Widziałeś pan ćmę nad świecą? Otóż i on będzie tak ciągle kręcił się koło mnie, jak koło świecy; wolność mu zbrzydnie, zacznie się zamyślać, mieszać, sam się zapłacze dookoła, jak w sieci, zaniepokoi samego siebie na śmierć!... Niedość tego: sam mi jaki matematyczny kawałek urządzi w rodzaju dwa razy dwa, trza mu ‘tylko dać jak najdłuższy antrakt... I ciągle będzie zakreślał koła przy mnie, coraz węższe, węższe, aż... klap!... Prosto w gębę mi wpadnie, a ja go połknę z całą rozkoszą, ha ha, ha! Pan nie wierzy?
Raskolnikow nie odpowiadał, siedział blady i nieruchomy, skamieniałym wzrokiem wpatrując się w twarz Por-firjusza.
— Lekcja dobra! — myślał, stygnąc. — To nawet już nie kot z myszką, jak było wczoraj. I nie siłę swoją mi wykazuje i... podszeptuje napróżno! on na to za mądry... Tu inny cel, jakiż? ej, furda, braciszku, trwożysz mnie chytrzysz! Nie masz dowodów i wczorajszy człowiek nie istnieje! Poprostu chcesz mnie przytłuc, ale, bajki, przerachujesz się! Lecz poco, poco mi podpowiadać aż do takiego stopnia? Liczy na moje chore nerwy, czy co?... Nie, bratku, bajki, nie uda >ci się, chociażeś coś przygotował... Zobaczymy, co też przygotowałeś?
I zapanował nad sobą z całych sił, gotując się do strasznej i nieznanej katastrofy. Niekiedy chciał się rzucić i zadusić Porfirjusza. Zanim tu wszedł jeszcze, lękał się tego gniewu. Czuł, że usta mu zeschły, serce bije, piana zapiekła mu się na wargach. Ale jednak postanowił milczeć: do czasu nie wymówić ani jednego słowa. Zrozumiał, że to najlepsza taktyka w jego położeniu, nietylko bowiem nie zdradzi się, ale przeciwnie, rozdrażni wroga milczeniem, i może jeszcze sam zdradzi się przed nim. Łudził się przynajmniej tą nadzieją.
— Nie, widzę, że pan nie wierzysz, myślisz pan, że to żarciki tylko — podchwycił Porfirjusz, stając się coraz weselszym i nieustannie chichocząc z zadowolenia, ’i znowu zaczynając krążyć po pokoju — oczywiście ma pan słuszność; sama postać imoja już tak zbudowana została przez Pana Boga, że tylko śmiech wzbudza w patrzących na mnie; jestem sobie bufon; ale co ja panu powiem, i znowu powtórzę, kochany panie Rod jonie, przebacz pan staremu, pan człowiek jeszcze młody, że tak powiem pierwszej młodości, a więc już tem samem, za przykładem całej młodzieży, cenisz pan nadewszystko rozum ludzki. Błyskotliwy dowcip i abstrakcyjne dowodzenia rozumu przypadają panu do gustu. I to zupełnie tak jak ów austriacki hofkriegsrath naprzykład, to iest o ile ja mogę sądzić o wypadkach wojenych: na ipapierze oni i Napoleona rozbili i do niewoli wzięli, i już oni tam u siebie, w gabinecie, wszystko wyrachowali i urządzili w najdowcipniejszy sposób, a tymczasem, generał Mack poddaje się ze swoją armją, ha, ha, ha! Widzę, widzę, szanowny panie Rod jonie pan się śmiejesz ze mnie, że ja, taki cywilny człowiek, ciągle cytuję przykłady z dziejów wojskowych. Cóż zrobić, strasznie się kocham w wojsku, i pasjami lubię czytać te sprawozdania wojenne. Stanowczo minąłem się z powołaniem. Powinienem służyć w wojsku, doprawdy. Napoleonem możebym się i nie zrobił, ale majorem byłbym, ha, ha, ha! Otóż, powiem teraz panu caluteczką prawdę o tym wyjątkozvy’m wypadku: rzeczywistość i natura, kochany panie, to rzecz ważna, i niekiedy, ach jak one podetną najprzebieglejsze wyrachowania! Wierząj pan staremu, mówię ser jo, panie Rod jonie (co mówiąc, ledwie trzydziesto-pięcio letni Porfirjusz jakby istotnie postarzał się ¡nagle; nawet głos mu się zmienił i jakoś skurczył się cały), a przytem jestem człowiek otwarty... Jestem otwarty, czy nie? Jak pan myślisz? Zdaje się, że zupełnie: takie rzeczy komunikuję painu darmo i wcale wynagrodzenia nie żądam, ha, ha, ha! Więc tedy, mówię dalej: dowcip, według mnie, to rzecz wyborna; jest to, że tak powiem, piękno natury i pociecha życia, i jakie kawały, napozór, może on wyrządzać, tak, że gdzie tam jakiś biedny sędzia śledczy zdoła co odgadnąć, zwłaszcza gdy go porywa własna fantazja, jak to się zawsze zdarza, boć to człowiek przecie! Ale właśnie natura przychodzi w pomoc biednemu sędziul-kowi, to grunt! A o tem ani pomyśli nawet goniąca za dow cipem młodzież, „przekraczająca wszelkie przegrody“ (jak się pa, 11 raczyłeś wyrazić arcydowcipnie). On może i kłamie, to jest człowiek, — wyjątkowy wypadek, ten incognito, i skłamie wybornie; najzręczniej w świecie; i już triumfuje napozór, już korzysta, z ow-oców swojego dowcipu, wtem klap! w na j cieką wszem, w najbardziej kompromitu-jącem miejscu, mdleje. Może ito i choroba, nieraz i zaduch bywa w pokojach, ale jednak! Jednak podał myśl! Zełgał najwyśmieniciej, ale nie potrafił zwalczyć natury! Tu właśnie tkwi obłuda! Niekiedy, party błyskawicą swego dowcipu, zacznie manić podejrzewającego go człowieka, zblednie jakby umyślnie: zanadto podobne to do prawdy, i znowu poddał myśl! Chociaż oszuka pierwszym razem, ale przez noc tamtemu co inego przyjdzie na myśl, jeśli sam nie głupi! Toć tak się zdarza na każdym kroku! Ba i cóż: sam zacznie zabiegać, leźć, gdzie go nie proszą zagadywać (nieustannie o tem, o czem by, przeciwnie, należało milczeć, przeróżne alegorje zacznie cytować, ha, ha! sam przyjdzie i będzie się pytał: dlaczego mnie tak długo nie biorą? ha, ha, ha! i to się przecie może zdarzyć z naj-przebieglejszym człowiekiem, z psychologiem i literatem! Natura to zwierciadło, najdoskonalsze zwierciadło! Patrz i podziwiaj, tak! Cóżeś.pan tak pobladł, panie Rodjonie, może tu zaduch, może okno otworzyć?
— O, nie, niech się pan nie fatyguje — zawołał Raskoi-nikow i nagle roześmiał się: — nie fatyguj się pan, proszę pana.
Porfirjusz stanął przed nim, poczekał, i nagle sam się roześmiał się z kolei. Raskolnikow wstał z kanapy, urywając swój uśmiech, zupełnie nerwowy.
— Panie sędzio! — wymówił głośno i dobitnie, choć nogi pod nim drżały — widzę więc wyraźnie, że pan stanowczo podejrzewa mnie o zamordowanie tej starej i jej siostry Elżbiety. Winienem tedy panu oznajmić, że mi się to już sprzykrzyło. Jeżeli panu się zdaje, że możesz innie prześladować ¡prawnie, że możesz mnie pan zaaresztować, to zaaresztuj pan... Ale śnnać mi się w oczy i dręczyć mnie, na to nie ipozwolę...
Usta mu nagle zadrżały, oczy krwią zabiegły i hamowany dotąd głos nabrał siły.
— Nie pozwolę! — krzyknął nagle, uderzając z całej siły pięścią w — stół. — Słyszysz pan? Nie pozwolg!
— Ach Boże, cóż to znowu! — zawołał niby przerażony Porfirjusz — panie Rodjonie! Ojezuleczku drogi! Co panu jest?
— * Nie pozwolę! — krzyknął powtórnie Raskolnikow.
— Ojczuleczku, ciszej! Wszak usłyszą, przyjdą! Cóż im powiemy, pomyśl pan! — wyszeptał w przerażeniu Porfirjusz, zbliżając swoją twarz do twarzy Raskolnikowa.
— Nie pozwolę, nie pozwolę! — machinalnie powtarzał Raskolnikow, ale nagle zupełnym szeptem.
Porfirjusz odwrócił się szybko i pobiegł otworzyć okno.
— * Powietrza świeżego! A może wody panu... toć to atak!... i,
I pobiegł do drzwi, ażeby kazać przynieść wody, ale w kącie trafił na karafkę z wodą.
— Napij się pan — szeptał, wracając z karafką... — może przejdzie...
Przestrach i życzliwość Porfirjusza były tak naturalne, że Raskolnikow zamilkł i z dzikiem zaciekawienie jął go rozglądać. Wody jednak nie przyjął.
— Panie Rodjonie! Drogi panie Rodjonie! Ależ pan tak może zmysły stracić, zapewniam pana, e ech! A-ch! Wypij pan! Napijże się pan choć odrobinkę.
Zmusił go przecie iwziąść do rąk szklankę z wodą. Raskolnikow machinalnie podniósł ją io ust, ale opamiętał się i ze wstrętem postawił ją na stole.
— Tak, mieliśmy mały ataczek! w ten sposób możesz pan wywołać recydywę — zakwakał z przyjazną życzliwością Porfirjusz, ale ciągle jeszcze z pewnem pomieszaniem. — Boże! jakże można się tak nie oszczędzać? Bo i ten Razumichin był tu u mnie wrczoraj, zgoda, zgoda, mam charakter zły, złośliwy a oni zaraz z tego... Boże! Przyszedł wczoraj po panu, w czasie obiadu, mówił, a ja tylko ręce rozłożyłem, no, myślę sobie... ach co się dzieje, Boże! Czy on z polecenia pana był u mnie? Ale siądź pan. siadaj że pan, na Boga!
— Nie, nie z mego polecenia! Ale wiedziałem, że on poszedł do pana, i poco poszedł — oschle odparł Raskolnikow.
— Wiedziałeś pan?
— Wiedziałem. Więc i cóż?
— A to, kochany panie Rodjonie, że nietylko takie pańskie sprawki są mi wiadome; wiem wszystko. Wiem, żeś pan chodzi? najmować lokal, w nocy prawie, gdy się niż zmierzchło, żeś pan dzwonił, żeś się pan o krew pytał i żeś pan zawrócił głowy stróżom i robotnikom. P.oimuję ówczesny stan pańskiej duszy... aleć w ten sposób stracisz pan zmysły zupełnie, dalibóg! Zakręci się panu w głowie! Oburzenie tak się w panu gotuje, szlachetna oburzenie, z powodu krzywd doznanych, najprzód od losu. a potem w cyrkule, więc się też pan rzucasz tu i tam, żeby zmusić niejako w ten sposób wszystkich do gadania i ’skończyć odrazu, bo się panu uprzykrzyły te wszystkie głupstwa i wszystkie te podejrzenia. Wszak tak? Odgadłem stan duszy, co?... Ale w — ten sposób to nietylko samego siebie ale i Razumichina mi pan skołowacisz, bo sam pan wiesz, jaki to dobry chłopak; w panu odzywa się choroba a w nim dobroć. I on zaraził się od pana tą manią. Ot proszę pana, gdy pan się uspokoi zaraz panu opowiem. ...Niech pan siada! Okropnie pan wygląda! No, niech pam usiądzie.
Raskolnikow usiadł. Dreszcze minęły, opanowywała go gorączka. W głębokiem zdumieniu z natężeniem słuchał mowy wystraszonego i po przyjacielsku pielęgnującego go Porfirjusza. Ale nie wierzył jego słowom, chociaż miał dziwną chęć uwierzyć. Nieoczekiwana wzmianka Porfirjusza o omieszkaniu zupełnie go oszołomiła.
— Także? Więc on wie wszystko o mieszkaniu? I sam mi to opowiada!
— Tak był prawie identyczny wypadek, psychologiczny w naszej praktyce sądowej, taki chorobliwy wypadek — szybko mówił Porfirjusz — też naklepał jeden na siebie 0 morderstwie i jeszcze jak naklepał! Cała halucynacja! Fakty zakomunikował! fakty! podał wszystkie okoliczności poplątał! Wszystkim głowę zawrócił. I dlaczegóż to? On sam, zupełnie nienaumyślnie, częściowo był przyczyną morderstwa, ale tylko częściowo! A dowiedziawszy się. że dzięki niemu popełniono morderstwo, zaczął się denerwować zaczęły się halucynacje, zwarjował zupełnie, no 1 sam wreszcie nabrał przekonania, że jest mordercą! Nareszcie senat rozpatrując sprawę uniewinnił nieszczęśliwca i oddał go pod dozór! A gdyby nie senat! Ale jakżeż to tak można, panie, w ten sposób można się do obłędu doprowadzić, nie panując nad nerwami. W nocy chodzić, dzwonić, rozpytywać o krew! Ja się tej psychologji nau czyłem w praktyce! Pan którego dnia przez okno albo z dzwonnicy skoczy! To będzie dla pana pociągające — przcież takie dzwoneczki! Choroba, panie Rodjonie. choroba! Zbyt pan zaniedbuje zdrowie. Ot, poradziłby się pan jakiegoś doświadczonego lekarza, nie tego tam grubaska! Przecież to maligna, pan to wszystko w malignie robi!
„Jakto? Czyżby on i teraz kłamał? Niemożliwe, niemożliwe — — — odsuwał od siebie tę myśl — przeczuwając do ja kiego stopnia wściekłości może go ona doprowadzić, czując, że od tej wściekłości zwarjuje.
— To nie w malignie! To było na jawie! — krzyknął.natężając umysł, aby przemknąć grę Porfirjusza — na jawie! na jawie! Słyszy pan?
— Ależ słyszę i rozumiem. Pan i wczoraj mówił, że nie w malignie i inawet ¡specjalnie pan to podkreślił. Wszystko co pan może powiedzieć, wszystko rozumiem. E, ale niech-żeż pan wysłucha, panie Rodjonie, chociaż to jedno. Przecież gdyby pan rzeczywiście był mordercą, albo gdyby pan był zamieszany w tę przeklętą sprawę, czyżby pan sam twierdził, że pan to robił przytomnie, nie w malignie i jeszcze tak specjalnie podkreślił z takim nadzwyczajnym uporem? No, niechżeż pan się sam tylko zastanowi. Według mnie, zupełnie odwrotnie, gdy pan się do czegokolwiek poczuwa musi albo pan twierdzić, że pan to w malignie robił, nieprawdaż?
Raskolnikow poczuł w tem pytaniu coś podstępnego. Odsunął się od nachylonego ku niemu Porfirjusza i milcząc wpatrywał się weń ze zdumieniem-
— Albo naprzykład co do tego pana Raz-umlebina. Czy z własnej chęci przyszedł on tutaj wczoraj, czy z pańskiej inicjatywy? Przecież pan powinienby mówić, że on z własnej woli przyszedł, a pan twierdzi przeciwnie! i jeszcze pan to podkreśla!
Raskolnikow wogóle tego nie podkreślał. Mróz przebiegł mu po plecach.
— Kłamiesz pan — mówił wolno i cicho, z twarzą wykrzywioną nienaturalnym uśmiechem — chcesz mi znów pokazać, że znasz pan moją grę, wszystkie odpowiedzi znasz naprzód — mówił, czując, że nie liczy się należycie ze słowami — chce mnie pan nastraszyć... i wyśmiać poprostu...
Raskolnikow, nie spuszczał oka z Porfirjusza, i nagle znowu.nieograniczony gniew błysnął mu w oczach.
— Kłamiesz pan, wszystko kłamstwo! — zawołał. — Sam pan wiesz wybornie, że najlepszym wykrętem dla prezstępcy jest, w miarę możności, nie ukrywanie tego czego można nie ukryć. Nie wierzę panu!
— Jaki pan zabawny! — zachichotał Porfirjusz — trudno z panem dojść do ładu; jakaś monomanja opanowała pana. Więc pan mi inie wierzysz? A ja panu powiadam, że pan już wierzysz, żeś już na pół łokcia uwierzył a ja zrobię, że pan i na cały łokieć uwierzysz, bo szczerze pana polubiłem i serdecznie jestem życzliwy dla pana.
Usta Raskolnikowa drgnęły.
— Tak, jestem życzliwy, powtarzam to panu — ciągnął łagodnie, po przyjacielsku, ujmując za rękę Raskolnikowa, nieco powyżej łokcia — szanuj się pan. Wszak teraz rodzima pańska zjechała, powinieneś pan ich uspakajać, pieścić, a pan ich tylko przerażasz...
— Co panu do tego? skąd pan wie o tem? Dlaczego to pana tak zajmuje? Więc pan śledzisz za mną i chcesz mi pan to pokazać?
— Alez kocnany panie, toć od pana samego dowiedziałem się o tem wszystkiem! Pan nie zwracasz uwagi, co we wzburzeniu mówisz i do mnie i do innych. Od pana Dymitra Razumichina, także dużo się dowiedziałem wczoraj ciekawych szczegółów. Nie, przerwałeś mi pan ale powiem panu, że przez swoją podejrzliwość, pomimo całego dowcipu, jaki pan posiadasz, straciłeś pan nawet zdrowy sąd o rzeczach. No choć weźmy naprzykład jeszcze raz ten sam temat, to samo dzwonienie... ależ taki skarb, taki fakt (fakt wyraźny przecie!) ja sam, jak śledczy, zdradziłem przed panem! I pan nic w tem nie dostrzegasz? A toć gdybym choć odrobinkę podejrzewał pana. czyż tak należałoby mi postąpić? Przeciwnie, należałoby mi najprzód odwrócić pańskile podejrzenia, i nie zdradzić się niczem, że fakt jest mi wiadomy; odciągnąć pana, że tak powiem, na przeciwległą stronę, i nagle, jak obuchem, po ciemieniu (jak się pan wyraziłeś) ogłuszyć:,,A coś jegomość robił w mieszkaniu zabitej o godzinie dziesiątej wieczorem, a może nawet i o jedenastej? A pocoś dzwonił. A pocoś pytał o krew? A pocoś bałamucił Stróży i wołałeś ich do urzędu, do komisarza cyrkułowego?“ Takby mi na leżało postąpić, gdybym miał pana choć trochę w podejrzeniu. Należałoby podług formy przyjętej ściągnąć od pana zeznanie, zrobić rewizję, a może nawet i zaaresztować pana... Skoro więc tego nie zrobiłem, żadnych przeto podejrzeń względem pana nie mam! Straciłeś pa.n zdrowy pogląd na rzeczy i nic pan nie widzisz, powtarzam!
Raskolnikow zadrżał na całem ciele, tak, że sędzia spostrzegł to aż nadto wyraźnie.
— Kłamstwo wszystko! — — zawołał — a choć nie wiem, jaki pan masz cel, dość, że pan kłamiesz... Poprzednio mówiłeś pan w innem znaczeniu, i nie mylę się już teraz... kłamiesz pan!
— Kłamię? — podchwycił Porfirjusz, gorączkując się napozór, ale zachowując zarazem pozór wesoły i złośliwy i zdaje się bynajmniej go nie obchodziło, jakiego zdania był Raskolnikow. — Kłamię?... No, a jakże postąpiłem sobie z panem poprzednio (ja, sędzia śledczy), sam podszeptując panu wszelkie środki obrony, sam panu cytując tę całą psychologję: „Choroba, mówiłem, gorączka, nieprzytomność, melancholja i urzędnicy policyjni“ i t. p.? Co? Ha, ha, ha! Chociaż co prawda, wszystkie te psychologiczne środki obrony, wykręty, — zapieranie się, bardzo są dwuznaczne: „Choroba, gorączka, majaczenie, nie pamiętam, nie wiem“, wszystko to pięknie, ale dlaczego właśnie w chorobie i w gorączce roją się takie rzeczy, a nie inne? Prawda? Ha, ha, ha!
Raskolnikow spojrzał nań dumnie i z pogardą.
— Jednem słowem — stanowczo i głośno powiedział, wstając i nieco odpychając przytem sędziego — słowem, chcę wiedzieć: czy pan mnie uznaje ostatecznie za podejrzanego w tej sprawie, czy nie? Powiedz pan, panie sędzio, powiedz pan stanowczo i ostatecznie, i prędzej, natychmiast!
— A to komedja! A to mam z panem ambaras — zawołał Porfirjusz, całkiem wesoło, życzliwie i bynajmniej nie zmieszany. — Ale poco, na co pan masz tak wiele wiedzieć, kiedy nikt jeszcze nie zaczynał pana badać. Jesteś pan zupełnie jak dziecko i, żeby nie wiem co, rączki w ogień! I poco się pan niepokoisz? Poco się pan wpra-szasz, z jakich powodów? Co? Ha, ha, ha!
— Powtarzam panu — zawołał z wściekłością Raskolnikow — że nie mogę dłużej strawić...
— Czego? Niewiadomości? — przerwał sędzia.
— Nie dręcz mnie pan! Nie chcę!... Mówię panu, że nie chcę!... Nie mogę i nie chcę!... Słyszysz pan, — słyszysz pan! — krzyknął, uderzając pięścią, w stół.
— Ależ ciszej, ciszej! Mogą usłyszeć! poważnie pana ostrzegam: szanuj się pan. Ja nie żartuję! — wymówił szeptem Porfirjusz, ale tym razem w jego twarzy nie było już poprzedniej kobiecej dobroduszności i trwogi; teraz wprost rozkazywał, surowo, marszcząc brwi i jakby odra-zu niwecząc wszystkie tajemnice i dwuznaczniki. Ale było to tylko na chwilę.
Zdziwiony nieco Raskolnikow wpadł nagle znowu w wściekłość; ale rzecz dziwna: znowu usłuchał rozkazu mówienia ciszej, chociaż był w najsilniejszym paroksyzmie rozdrażnienia.
— Ja się nie dam męczyć! — zaszeptał nagle po dawnemu, z bólem i nienawiścią nagle przyznając w duchu, że nie może nie ulec rozkazowi, i wpadając wskutek tej myśli w jeszcze większą wściekłość — aresztuj mnie pan, rób pan rewizję, ale postępuj pan podług prawa i nie baw się pan moim kosztem! Zabraniam panu.
— Nie troszcz się pan o prawo — przerwał Porfirjusz z dawnym złośliwym uśmiechem i jakby nawet z upodobaniem patrząc na Raskolnikowa — uważam pana za gościa i przyjaciela.
— Nie chcę pańskiej przyjaźni i pluję na nią! Słyszysz pan? Na dowód czego: biorę czapkę i odchodzę. No, co teraz powiesz, kiedy masz zamiar aresztować?
Porwał czapkę i skierował się ku drzwiom.
— Aa, niespodzianki, nie chcesz pan zobaczyć, co! — zachichotał Porfirjusz, chwytając go znowu nieco powyżej łokcia i zatrzymując przy drzwiach. Stawał się coraz weselszym i rezolutniejszym, co ostatecznie zniecierpliwiło Raskolnikowa.
— Co za niespodzianka? Co takiego? — zapytał, stając nagle i z przestrachem patrząc na sędziego.
— Niespodzianka, a tu za drzwiami siedzi u mnie, — ha, ha, ha!
Wskazał palcem na zamknięte drzwi w przepierzeniu, prowadzącem do rządowego lokalu.
— Zamknąłem na klucz, żeby nie uciekła. — — Co takiego? Gdzie? Co?...
Raskolnikow zbliżył się szybko do drzwi i chciał je otworzyć, ale były zamknięte.
— Zamknięte; oto klucz!
Istotnie, pokazał klucz, wyjęty z kieszeni.
— Kłamstwo! — jęknął Raskolnikow, nie hamując się już wcale — łżesz, poliszynelu przeklęty! — i rzucił się na cofającego się ku drzwiom, ale bynajmniej nie przelęknionego Porfirjusza.
— Wszystko, wszystko rozumiem! — podskoczył ku niemu. — Łżesz i drażnisz mnie, ażebym się zdradził...
— Ale, kochany mój panie, już się więcej zdradzać nie ’trzeba. Doszedłeś pan do wściekłości. Nie krzycz pan, bo ludzi zawołam.
— Łżesz, »nic mi nie będzie! Wołaj ludzi! Wiedziałeś, że jestem chory i chciałeś mnie r oz irytować do szaleństwa, ażebym siębie wydał, oto twój cel! Nie, nie, dawaj fakty. Wszystko rozumiem! Faktów nie masz, masz tylko liche, inic warte domysły, od Zamietowa!... Znałeś pan mój charakter, więceś chciał mnie doprowadzić do wściekłości, a potem ogłuszyć nagle przez popów i deputatów... Czekasz na nich? Ale poco czekasz? Gdzie? Niech wejdą!
— Ale co tu za deputaty, kochany panie! Także panu pomysły przychodzą! Aleć w ten sposób według prawa postępować nie można, nie znasz się pan na rzeczy, kochany panie... Prawo nie ucieknie, sam pan zobaczysz! — mruczał Porfirjusz, przysłuchując się przy drzwiach.
Istotnie, w tej chwili przy samych drzwiach w drugim pokoju dał się słyszeć jakby hałas.
— A, idą! — zawołał Raskolnikow — posłałeś po nich!... Czekałeś na, nich!... To było twoje wyrachowanie!... No, dawaj ich tu wszystkich! deputatów, świadków, kogo chcesz... dawaj! Jestem gotów, gotów!
Lecz nagle stał się dziwny wypadek, coś tak niespodziewanego w prawidłowym biegu rzeczy, że ani Raskolnikow. ani sędzia nie mogli spodziewać się takiego rozwiązania.
Potem, kiedy Raskolmikow przypomniał sobie tę chwilę przedstawiło mu się wszystko w ten sposób: hałas, który było słychać za drzwiami, powiększył się nagle i drzwi uchyliły się nieco.
— Co tam takiego? — krzyknął z gniewem sędzia. — Wszak uprzedzałem...
Przez chwilkę nie było odpowiedzi, ale widać było, że za drzwiami znajdowało się kilku ludzi i jakby kogoś odpychali.
— Ależ co takiego? — niespokojnie powtórzył Porfir-jusz.
— Przyprowadzono aresztanta, Mikołaja — dał się słyszeć czyjś głos.
— Nie potrzeba! Precz! Poco on tu przylazł? Co to za nieporządek? — zawołał Porfirjusz, rzucając się do drzwi.
— Ale poproszę wielmożnego sędziego... — zaczął znów ten sam głos i urwał.
Przez dwie sekundy nie więcej trwała prawdziwa bójka; potem nagle jakby ktoś kogoś gwałtem odepchnął i niezwłocznie potem jakiś blady człowiek wtargnął do gabinetu sędziego.
Człowiek ten dziwnie wyglądał. Z początku patrzy! przed siebie, ale jakby nikogo nie widząc. W oczach jego błyszczała stanowczość, ale zarazem śmiertelna bladość pokrywała jego twarz, jakby go przyprowadzono na stracenie. Całkiem zbielałe jego usta zlekka drgały.
Był on jeszcze młody, ubrany z chłopska, średniego wzrostu, z włosami ’ostrzyżonemi w kółko, — o delikatnych, jakby suchych rysach twarzy. Odepchnięty przezeń znienacka człowiek, pierwszy wpadł za nim do pokoju i zdołał uchwycić go za ramię: był to żołnierz z konwoju; ale Mikołaj szarpnął ręką i wyrwał mu się raz jeszcze. —
We drzwiach stanęło kilku ciekawych. Niektórzy z nich usiłowali wejść do gabinetu.
Cała ta scena trwała najwyżej minutę czasu.
— Precz, jeszcze zawcześnie! Poczekaj aż zawołają!.. Poco go tak wcześnie przyprowadzono? — krzyczał w strasznym gniewie, jakby pomieszany, sędzia.
Ale Mikołaj nagle padł* na kolana.
— Czego chcesz? — zawołał sędzia zdumiony.
— Wiinowaty! Moja wina! Tam zbójca! — wymówił nagle Mikołaj, z trudnością chwytając oddech, ale dość silnym głosem.
Przez jakie dziesięć sekund trwało milczenie, wszyscy jakby zesztywnieli; nawet żołnierz z konwoju cofnął się i już się nie zbliżał do Mikołaja, ale zrejterował machinalnie do drzwi i stanął nieruchomie.
— Co takiego? — krzyknął Porfirjusz. opryztomniaw-szy po chwili.
— Ja... zbójca... — powtórzył Mikołaj.
— Jakto... ty... ty?... kogoś zab‘ł?
Sędzia widocznie się zmieszał.
Mikołaj przez chwilę milczał.
— Stara fanciarkę i jej siostrę Elżbietę... ja... zabiłem... toporem. Pomieszało mi się w głowie... — dodał /nagle i znowu zamilkł. Ciągle klęczał.
Pan Porfirjusz przez jakiś czas stał, jakby się namyślając, ale nagle znowu się wstrząsnął i zamachał rękoma na nieproszonych świadków. Ci w jednej chwili znikli i drzwi się zamknęły. Następnie popatrzył na stojącego w kącie Raskołnikow, a, potem zrnowu przypadł do Mikołaja.

— Co ty mi będziesz wyjeżdżał zawczasu ze swojem pomieszaniem? — krzyknął nań prawie ze złością. — Nie pytałem się jeszcze o to... A teraz mów
tyś zabił?

— Ta zbójca... zeznaję... — wymówił Mikołaj.
— F-ech! Czem zabiłeś?
— Toporem. Dostałem go sobie.
— A to się śpieszy! Sam?
Mikołaj nie zrozumiał pytania.
— Czy sam zabiłeś?
— Sam. A Mic‘hał nie winien i o niczem nie wie.
— Ale nie śpiesz się z Michałem! E-ech!...
— — No jakże, jakżeśto wtedy zleciał ze schodów? Wszak was obaj Stróże widzieli?
— To tak żeby odwrócić uwagę... wtedy... nibym się śpieszył... z Michałem, bom sobie tak ułożył zawczasu — odparł Mikołaj.
— Najwyraźniej! — gniewnie zawołał sędzia: — to nie jego słowa! — mruczał jakby do siebie i nagle znowu spostrzegł Raskolnikowa.
Widocznie, do takiego stopnia zajął się Mikołajem, że na chwilę zapomniał o Raskolnikowie. Teraz nagle obejrzał się, aż się nawet zmieszał...
— Kochany panie, szanowny!... Przepraszam — przypadł do niego — tak nie moiżna... racz pan... tu nie dla pana... ja bo sam... widzisz pan jakie niespodzianki!... Racz pan...
I wziąwszy go za rękę, wskazał na drzwi.
— Pewnoś się pan tego nie spodziewał — wymówił Ras-kolnikow, który naturalnie nic jeszcze nierozumiał wyraźnie, ale zdołał już nabrać otuchy.
— A i paneś się nie spodziewał... A co, jak rączka drży panu? Ple, he!
— Ale i pan drży, panie sędzio.
— I ja drżę; nie spodziewałem się!...
Stali już we drzwiach. Porfirjusz czekał niecierpliwi na wyjście Raskolnikowa.
— A niespodzianki nie pokażesz mi pan? — wymówił nagle ten ostatni. — — Mówi, a ząb o ząb nie trafia, he, he! Złośliwy z pana człowiek! No, do widzenia.
— A mnie się zdaie, że do nie zobaczenia!
— Jak Bóg da, jak Bóg da! — wymówił Porfirjusz z dziwnie wykrzywionym uśmiechem.
Mijając kancelarję, Raskolnikow spostrzegł, że wiele osób spoglądało nań z uwagą. W przedpokoju, w tłum;e, zdołał spostrzec obydwóch stróży z ozvego domu, tych samych, których w nocy zapraszał do cyrkułu. Stali i czekali
Zbrodnia i kara, ® na coś. Zaledwie jednak wyszedł na ischody, usłyszał nagle za sobą znowu głos sędziego. Obejrzawszy się zobaczył, że ten go dogania z wielkim pośpiechem.
— Słóweczko, kochany panie; co do tego wszystkiego, to tam. jak Bóg da, ale zawsze wypadnie mi pewnie zapytać się pana formalnie o tem i owetn... więc się jeszcze zobaczymy, tak...
I Porfirjusz stanął przed nim z uśmiechem.
— Tak — dodał jeszcze raz.
Można było sądzić, że mu się chciało jeszcze coś powiedzieć, ale jakoś się nie wymawiało.
— A za to, cośmy mówili, niech się pan sędzia na mnie nie gniewa, bo ze mnie gorączka — zaczął całkiemjuż przytomnie Raskolnikow, nie nogąc się oprzeć pokusie do kpinek.
— O bynajmniej, wcale sic nie gniewam — z radością prawie odparł sędzia. — Ja bo i sam... tego... Przyznaję, mam charakter docinkowy, p Wyznaję! Ale.się jeszcze zobaczymy. Jeśli Bóg da, to się i bardzo zobaczymy!
— I ostatecznie poznamy jeden drugiego? — podchwycił Raskolnikow.
— I ostatecznie poznamy siebie nawzajem — potaknął Porfirjusz i zmrużywszy oczy, poważnie spojrzał nań. — Teraz pan na imieniny?
— Na pogrzeb.
— Ach, prawda, na pogrzeb! Zdrowie swoje pan szanuj, zdrowie!...
— A ja nie wiem sam, czego mam panu życzyć od siebie! — odparł Raskolnikow, zaczynając już schodzić na dół. nagle jednak znowu się odwrócił do sędziego i dodał: — życzyłbym panu większych sukcesów, cóż kiedy pan sam widzisz, jak komiczne jest pańskie stanowisko’
— Dlaczego komiczne? — odwrócił się ciekawie Porfirjusz, zabierając się także do odejścia.
— No jakże, wszak choćby tego biednego Mikołaja, toście musieli dopiero dręczyć, męczyć, psychologicznie, na swój sposób, zanim się nie pryznał; dzień i noc dowodziliście mu:,,tvś zabił, tyś zabójca...“ no a teraz, kiedy się już przyznał, zaczniecie go trapić wprost przeciwnie:
Łżesz, kochanku, nie ty zabiłeś!,.. Tyś nie mógł zabić!
To nie twoje słowa?“ Więc jakże, czyż to nie komiczne?
— He, he, he! A więc pan zauważyłeś, żem powiedziai do Mikołaja, że on mówi „nie swoje słowa?“
— Naturalnie, zauważyłem?
— He, he! Dowcip! dowcip! Na wszystko pan uważa!... Umysł nielada! I dotykasz pan właśnie najkomiczniejszej struny... he, he! Mówią, że Gogol miał właśnie ten dar rozwinięty do najwyższego stopnia.
— Tak, Gogol.
— * Tak, Gogol... do miłego widzenia.
— Do miłego widzenia.
Raskołnikow udał się prosto do domu. Był tak zbity i znękany, że już przyszedłszy do domu i rzuciwszy się na kanapę, przez cały kwadrans siedział odpoczywając tylko i usiłując choć jako tako zebrać myśli. O Mikołaju nawet nie rezonował, czuł, że jest przejęty do żywego; że w zeznaniu Mikołaja jest coś niewytłumaczonego, szczególnego, cezgo w tym stanie za nic nie pojmie. Ale przyznanie się Mikołaja było faktem rzeczywistym. Następstwa tego faktu były dlań zupełnie jasne: kłamstwo nie może się nie wydać, a wtedy, znowu wezmą się do niego. Ale przynajmniej do tego czasu jest wolny i powinien coś zrobić dla siebie, niebezpieczeństwo bowiem jest nieuniknione.
Lecz do jakiego stopnia? Położenie zaczynało się wyjaśniać. Przypominając sobie, na brudno, w ogólnych zarysach, całą swoją scenę z Porfirjuszem, nie mógł raz jeszcze nie wstrząsnąć się ze zgrozy. Oczywiście obce mu były wszystkie cele Porfirjusza, nie mógł zrozumieć wszystkich jego zamiarów. Ale część gry została ujawnioną, i oczywiście nikt lepiej odeń nie mógł zrozumieć, jak strasznym był ten „chód“ w grze Porfirjusza. Jeszcze chwilka, a mógł zdradzić się zupełnie faktycznie. Znając słabość jego charakteru i od pierwszego rzutu oka dokładnie zdoławszy go nawskroś przeniknąć. Porfirjusz działał lubo zanadto stanowczo, ale prawie napewno. Nie ulega kwest ji, że RaskoLnikow skompromitował się już poprzednio, ale do faktów było jeszcze daleko. Wszystko jeszcze było bardzo względne. Ale czy tak jednak, czy tylko dobrze on teraz rozumuje? Czy się nie myli? Do jakiego rezultatu zmierzał dzisiaj Porfirjusz? Czy istotnie miał coś przygotowanego na dzisiaj? I co mianowicie? Czy istotnie cze kał na coś, czy nie? Jakby się byli rozstali dziś, gdyby Mikołaj nie był wywołał niespodziewanej katastrofy?
Porfirjusz ujawnił prawie całą swoją grę; oczywiście, ryzykował, ale ujawnił i (Raskolnikow był tego pewien) gdyby Porfirjusz miał był coś więcej, zdradziłby się był ze wszystkiem. Co to za „niespodzianka?“ Czy to żarty? Czy to miało jakie znaczenie, czy nie? Czy mogło się kryć pod tem coś podobnego do faktu, do stanowczegc. oskarżenia? Człowiek wczorajszy? Gdzież on przepadł? Gdzie był dzisiaj? Wszak jeżeli tylko Porfirjusz ma coś stanowczego, to oczywiście, musi to być w związku z wczoraj sz, ą marą.
Siedział na kanapie opuściwszy głowę na piersi, oparłszy się łokciami o kolana i kryjąc twarz w dłoniach. Nerwowy dreszcz wstrząsał całem jego ciałem. Wreszcie wstał, wziął czapkę, pomyślał i skierował się ku drzwiom.
Czuł jakoś, że przynajmniej na dzisiejszy wieczór może się uważać za zabezpieczonego. Nagle doznał w sercu jakby radości: zachciało mu się być jak najprędzej u wdowy po Marmeladowie. Na pogrzeb, oczywiście, spóźnił się, ale na stypę zdąży i tam, zaraz, zobaczy Zosie.
Zatrzymał się, pomyślał i chorobliwy uśmiech ukazał mu się na ustach.
— * Dziś! Dziś! — szepnął do siebie — tak, dziś przecie! Tak być powinno...
Zaledwie chciał drzwi otworzyć, gdy wtem zaczęły się one otwierać same. Zadrżał i cofnął się. Drzwi otworzyły się zwolna i cicho, i nagle pokazała się postać wczorajszego człowieka z pod ziemi.
Człowiek stanął na progu, spojrzał w milczeniu na Ras-kolnikowa i wszedł do pokoju. Był akurat taki sam jak wczoraj, ta sama postać, ten sam strój, tylko w twarzy i w ¡spojrzeniu nastąpiła gruntowna zmiana: patrzył teraz jakoś nieśmiało i postawszy chwilkę, westchnął głęboko. Brakowało tylko, żeby dłoń przytknął do twarzy, a głowę przechylił na bok, ażeby zupełnie być podobnym do baby.
— ’ Czego to? — zapytał Raskolnikow.
Człowiek milczał, lecz nagle głęboko, prawcie do ziemi, skłonił mu się. Przynajmniej palcem prawnej ręki dotknął ziemi.
— Co to takiego? — zawołał Raskolnikow.w.
— Wino waty — cicho wymówił człowiek.
— Jakto? Co?
— Miałem złe myśli.
Spojrzeli na siebie.
— — Przykro bo ’człowiekowi. Kiedy to pan przychodził może trochę podchmielony, i kiedy pan Stróży zapraszał do cyrkułu i o krew się pytał, to mnie aż podniosło, że pana tak puścili i wzięli za pijanego. I tak mi przykro było. żem niedosypiał. A zapamiętawszy adres, przychodziłem tu wczoraj i pytałem...
— Kto przychodził? — przerwał Raskolnikow, zaczynając pojmować.
— ja, to jest, obraziłem pana.
— Toście wy z tamtego domu?
— A dyć ja stałem z iniemi we wrotach, czy to pan zapomniał? My bo tam mamy swój warsztat, oddawna. Jestem wyrobnik... do domu biorę robotę... a najbardziej przykro mi było...
I nagle Raskolnikow żywo przypomniał sobie ową scenę w bramie z przedonegdaj, tych mężczyzn i te kobiety co stali w niej oprócz stróżów. Przypomniał sobie jeden głos, radzący, ażeby go wzięto do cyrkułu. Twarzy mówiącego nie mógł zapamiętać i nawet teraz nie poznawał, ale przypominał sobie, że odpowiedział coś nawet wtedy, odwrócił się doń...
Więc to tak się rozwiązała cała owa wczorajsza zgroza. Najokropniejszą była myśl, że istotnie o mało nie zginął, o mało nie zgubił siebie dla tak błahego powodu. A więc, oprócz najmu mieszkania i rozmowy o krwi, ten człowiek nic nie mógł opowiedzieć. A więc i Porfirjusz nic nie ma, nic oprócz maiigny, żadnych faktów, oprócz psychologii która ma dwa końce, nic stanowczego. A więc, jeżeli nie będzie inych faktów (a już ich być nie powinno, nie powinno) to... to cóż mogą mu zrobić? Czem mu udowodnią, choćby go nawet zaaresztowali? A więc Parfirjusz zaledwie teraz, przed chwilą dowiedział się o mieszkaniu, a dotąd nic nie wiedział.
— ’ To wyście powiedzieli dzisiaj Porfirjuszowi... że ja tam przychodziłem? — < zawołał, uderzony nagłą myślą.
— — Jakiemu Porfirjuszowi?
— Komisarzowi do spraw śledczych.
— Ja powiedziałem. Stróże nie poszli wtedy, to ja sam poszedłem.
— — Dzisiaj?
— ’Na chwilkę przed panem. I wszystko słyszałem, wszystko, jak on pana dręczył.
— Gdzie? Co? Kiedy?
— A no tam, za przepierzeniem, siedziałem przez cały czas.
— Jakto? Więc to wyście byli tą niespodzianką? Jakże się to stało?
— Ano widząc — zaczął mieszczanin — że stróże na moje słowa iść nie chcą, bo, mówią, późno już, jeszcze się pogniewają na nich, że nie przyszli w swoją porę, przykro mi się zrobiło, nie spałem, jenom jął badać. A przewiedziawszy się wczoraj, dziś poszedłem. Raz przyszedłem, jego nie było, za godzinę przyszedłem, nie przyjął, dopiero przyszedłem trzeci raz, wpuścili mnie. Jąłem mu opowiadać jak i co, i tak ci zaczął po pokoju szmygać i bić się pięścią w piersi.,,Co wy rozbójnicy, powiada, robicie ze mną? Gdybym ja był wiedział o tem, tobym go tu z konwojem zapotrzebował!“. Potem wybiegł, zawołał kogoś i zaczął z nim mówić w kącie, a potem znowu przypadł do mnie i zaczął się pytać i kląć. Wymyślał strasznie; a ja mu to wszystko powiedziałem, i mówiłem, że na moje wczorajsze słowa paneś mi nic nie odpowiedział i żeś mnie pan nie poznał. I znowu zaczął latać i bić się w piersi i gniewał się i rzucał, a kiedy mu pana zameldo-li, no, powiada, właź no tu za przepierzenie, siedź i nie ruszaj się, cobyś nie usłyszał, i sam mi podał krzesło i zamknął mnie; może, powiada, ja cię wywołam. A gdy przyprowadzono Mikołaja, wyprowadził mnie zaraz po panu: ja cię, mówi, jeszcze zawołam i będę badał...
— A Mikołaja wybadywał przy tobie?
— * Jak pana wyprowadził i mnie, dopiero się zabrał do Mikołaja.
Mieszczanin zatrzymał się i znowu zrobił pokłon aż do samej ziemi.
— Za obmowę i złość moją daruj mi pan.
— Niech ci Bóg przebaczy — odparł Raskolmikow.
I zaledwie to powiedział, mieszczanin skłonił mu się tym razem po pas, nie do samej ziemi, zwolna się zawrócił i wyszedł z pokoju.
— Wszystko ma dwa końce, teraz wszystko ma dwa końce — twierdził Raskolnikow i żwawiej niż kiedykolwiek wyszedł z pokoju.
Teraz pobawimy się jeszcze ze sobą — z gniewnym uśmiechem wymówił, schodząc ze schodów.
Gniew dotyczył jego samego; z pogardą i ze wstydem wspominał o słabości swojego charakteru.
CZĘŚĆ PIĄTA
I
Ranek, jaki nastąpił po stanowczej dla pana Piotra rozmowie z Dunią i jej matką, otrzeźwi! go zupełnie. Ku wielkiemu niezaldowoleniu, musiał rad nie rad uznać za fakt spełniony i niezawodny to, co jeszcze wczoraj uważał za wypadek fantastyczny i lubo spełniony, ale pomimo to. jakby nieprawdopodobny. Czarny wąż draśniętej miłości własnej przez całą noc ssał mu serce. Wstawszy z łóżka, pan Piotr niezwłocznie przejrzał się w lustrze. Obawiał się, czy się w nim żółć nie rozlała w ciągu nocy. Atoli, pod tym względem, wszystko było jak na teraz w początku, i spojrzawszy na ¡szlachetne białe i nieco obrzękłe w ostatnich czasach oblicze, pan Piotr pocieszył się nawet na chwilę, że zdoła jeszcze znaleźć sobie narzeczoną w innem miejscu, a może nawet lepszą; ale zaraz poprawił się i energicznie splunął, przez co wywołał milczący, ale ironiczny uśmiech na ustach swego młodego przyjaciela i współlokatora, pana Andrzeja Lebieziatniko-wa. Pan Piotr spostrzegł ten uśmiech i zapisał go sobie w pamięci na rachunek swego przyjaciela. Miał się już z nim na pieńku z wielu powodów. Gniew jego powięlcszyl się, gdy przyszło mu nagle na myśl, że całkiem niepotrzebnie opowiadał wczoraj o wszystkiem panu Andrzejowi. Był to już powtórny błąd z jego strony, popełniony wczoraj na gorąco, przez zbytnią chęć wynurzenia się w irytacji... Następnie, prze zcały ten ranek jedna nieprzyjemność następowała po drugiej. Nawet w senacie miało go spotkać niepowodzenie w sprawie, której tam bronił. Najbardziej zaś zirytował go właściciel lokalu, najętego przezeń w widokach rychłego ożenku i odświe żonego własnym kosztem, ten właściciel, jakiś zbogacony niemiecki rzemieślnik, który za nic nie chciał przystać na zerwanie kontraktu i domagał się wynagrodzenia, przewidzianego w kontrakcie za zawód, pomimo, że pan Pioti zwracał mu lokal prawie z gruntu odnowiony. Również i w magazynie mebli ani chciano słyszeć o zwróceniu zadatku za kupione ale jeszcze nie odstawione do mieszkania meble.
— Wszakże dla mebli nie ożenię się! — zgrzytał zębami Łużyn i zarazem znowu błysnęła mu nadzieja. — Czyliż w istocie wszystko tak bezpowrotnie przepadło i skończyło się? Czyliż nie można jeszcze raz sprobować?
Myśl o Duni ponętnie połechtała go po sercu. Z męczarnią zniósł tę chwilę i gdyby można było samą tylko chęcią zamordować Raskolmikowa, Łużyn nie zawahałby się ani trochę.
— Błąd polegał jeszcze i na tem, że im wcale pieniędzy nie dawałem — myślał, ze smutkiem wracając do izdebki Lebieziatnikowa — i z czegom ja tak zżydział do licha? Nie było nawet żadnego wyrachowania! Zachciało mi się w nich mieć niewolników, chciałem, żeby patrzyli we mnie jak na Opatrzność, a oni... o! Pfu! Gdybym był im wydał w ciągu tego czasu z jakie półtora tysiąca na posag albo na prezenty, na pudełeczka różne, nessesery. błyskotki, materje i na wszystkie te fraszki, od Knopa lub z magazynu angielskiego, to zaraz wszystko byłoby inaczej, a zwłaszcza... pewniej! Nie tak łatwo by mi teraz odmówili! To ludzie tego rodzaju, że bezwarunkowo uważaliby sobie za obowiązek zwrócić, w razie odmowy, i prezenty i pieniądze. A zwracać byłoby trudno i żal! A i sumienie by wymawiało: jakto, tak odrazu wypędzić człowieka, który do tego czasu był tak szczodrobliwy i nawet dość delikatny?... Hm! Palnęło się głupstwo!
I zgrzytnąwszy jeszcze raz, pan Piotr w duchu nazwał siebie durniem skończonym.
Doszedłszy do takiego wniosku, powrócił do domu dwa razy gorszy i więcej rozdrażniony, niż wyszedł. Przygotowania do stypy w pokoju pani Katarzyny zaciekawiły go nieco. Słyszał soś nawet wczoraj o tej stypie; ale wobec własnych kłopotów, uszło to jego uwagi. Dopiero rozmówiwszy s.ię z panią Lippewechsel, zajętą w nieobecności pani Katarzyny (znajdującej się na cmentarzu) nakry waniem do stołu, dowiedział się, że stypa będzie uroczysta, że zaproszeni są prawie wszyscy lokatorowie, nawet nieznajomi, że zaproszono także pana Lebieziatnikowa, pomimo jego kłótni z panią Katarzyną, i nareszcie on sam, pan Piotr, nietylko jest także zaproszony, ale nawet oczekiwany jest gorąco, uważają go bowiem za najdostojniejszego ze wszystkich zaproszonych gości. Sama pani Lip-pewechsel została zaproszoną również z wielkiemi honorami, pomimo dawnych nieprzyjemności, i dlatego zajęta była właśnie urządzaniem wszystkiego i krzątała się z wielkiem zadowoleniem, a przyiem ubrana była, lubo w żałobie, ale w kompletnie nowej sukni jedwabnej i dumna była z tego.
Wszystkie te fakty i wiadomości zrodziły w umyśle Łu-żyna pewien plan, tak, że wrócił do siebie, to jest do pokoju Lebieziatnikowa, nieco zamyślony. Dowiedział się właśnie, że w liczbie zaproszonych znajduje się także Ras-kolnikow!
Pan Lebieziatnikow siedział jakoś cały ranek w domu, Z tym człowiekiem wytworzyły się u pana Piotra pewne dziwne, chociaż poczęści i naturalne stosunki!... Łużyn pogardzał nim i nienawidził go nawet niezmiernie, prawie od tej samej chwili, jak zamieszkał u niego, ale jakgdyby go się lękał. Stanął u niego po przybyciu do Petersburga nietylko z samego skąpstwa, chociaż było ono najważniejszą przyczyną, ale był także i inny powód. Jeszcze na prowincji słyszał o panu Andrzeju, swoim byłym wychowanku, jako o jednym z najwybitniejszych postępowców, a nawet jako o grającym znaczną rolę w pewnych ciekawych i tajemniczych kółkach. To udzerzyło pana Piotra, Wszystkie te potężne kółka, wsezchwiedzące, i pogardzające wszystkimi i każdym, już oddawna przejmowały pana Piotra jakimś dziwnym strachem, wcale zresztą nieokreślonym. Oczywiście sam, na prowincji, nie mógł on wyrobić sobie dokładnego, choćby przybliżonego pojęcia o czemś takiem. Słyszał, jak i wszyscy, że istnieją, zwłaszcza w Petersburgu, jacyś postępowcy, nihiliści, wywrotowcy i t. p. i t. p., ale, na wzór wielu, przesadzał i przeceniał znaczenie tych nazw aż do bezsensu. Najbardziej lękał się, już od lat kilku skompromitowania i to było najgłówniejszą podstawą jego nieustannego, przesadnego swej niepokoju, zwłaszcza przy zamiarze przeniesienia swej działalności do Petersburga. Pod tym względem był on jak to mówią, zalękniony, jak zalęknione bywają małe dzieci. Kilka lat przedtem na prowincji, zaledwie jeszcze rozpoczynając swoją karjerę, spotkał się z dwoma wypadkami szpetnego skompromitowania dwóch dość znacznych osobistości, których pilnował się dotąd i które go protegowały. Jeden wypadek zakończył się dla skompromitowanej osobistości jakoś niezwykle skandalicznie, a drugi zakończył się nawet bardzo wielkiemi kłopotami. Otóż dlatego pan Piotr postanowił, po przybyciu do Petersburga, niezwłocznie przewiedzieć się jak rzeczy stoją, i jeśli będzie potrzeba, to, na wszelki wypadek, uprzedzić i pozyskać względy „młodych naszych pokoleń“. Pod tym względem liczył na pana Andrzeja i już odwiedzając, na-przykład, Raskolnikowa, umiał zaokrąglać niektóre frazesy cudzym głosem...
Naturalnie, prędko.zdołał poznać w swoim ex wychowanku nadzwyczaj płytkiego i prostego człowieka. Ale to bynajmniej nie pozbawiło go obaw i nie dodało mu ducha. Gdyby się był nawet upewnił, że i wszyscy postępowcy są takimi samymi głuptaskami, to i wtedy nie uspokoiłby się jeszcze. Właściwie wszystkie te kazania, myśli, systematy (z któremi nie omieszkał wyjechać doń pan Andrzej) wcale go nie obchodziły. Mliał on swoje własne widoki. Potrzebował tylko jak najprędzej dowiedzieć się: co i jak się tu stało? Czy ci ludzie mają siłę, czy nie? Czy on osobiście ma się czego lękać, czy też nie? Czy go skompromitują, gdy co przedsięweźmie, czy nie skompromitują? A jeśli tak, to za co właściwie i czego właściwie czepiają się oni? Nie dość na tem: czy nie możnaby było jakim sposobem niby zaciągnąć się do ich obozów i podejść ich, jeśli istotnie maią jakie znaczenie? Potrzebne to czy nie potrzebne? Czy nie dałoby się coś skorzystać w swojej karjerze właśnie za ich pośrednictwem? Słowem, roiły mu się setki pytań.
Ten pan Andrzej był to suchy i chorowity, małego wzrostu, jakiś ex-urzędniczek, dziwnie jasny blondyn, z bokobrodami w kształcie kotletów, z których był bardzo dumny. Przytem prawie ciągle chorował na oczy. Serce miał dość miękkie, ale mowę nazbyt.zarozumiałą, a niekiedy nawet bardzo gwałtowną, co w zestawieniu z jego figurką prawie zawsze było śmieszne. U pani Lippewechsel, używał jednak opinii dość dobrego lokatora, to jest, że nie pil i za mieszkanie płacił regularnie. Pomimo tych wszystkich przymiotów, pan Andrzej istotnie był głupkowaty. Przystąpił zaś do postępu i do „młodych naszych pokoleń“ z namiętności. Był to jeden z tego niezliczonego legionu marności, zdechJlaczków i niedouczków, którzy bądź co badź w jednej chwili przylepiają się do najmodniejsze! idei, ażeby ią niezwłocznie splugawić i skarykaturować do czego przyczyniają się niekiedy w sposób jak najszczerszy.
Zresztą, Lebieziatnikow, pomimo nawet, że był tak dobry, także zaczynał po części niecierpieć swego współlo-katora i byłego opiekuna pana Piotra.
Stało się ze stron obu jakoś znienacka i nawzajem. Bo pomimo całej swej prostoty pan Andrzej zaczął powolutku noznawać, że Łużyn go okpiwa i w duszy pogardza nim, i że „to wcale nie taki człowiek“. Spróbował mu wykładać system Foueriera i teorję Darwina, ale Łużyn zwłaszcza ostatniemi czasy, zaczął słuchać jakoś już za ironicznie, a w najostatniejszych czasach, zaczął nawet pokpiwać. Rzecz w tem, że wiedziony instynktem, zaczynał pojmować, że Lebieziatnikow nietyłko jest lichym i głupkowatym człowiekiem, ale może nawet kłamcą i że nie ma wcale żadnych znaczniejszych stosunków nawet w swojem kółku, lecz tylko słyszał coś z trzeciej ręki; nie-dość na tem: nie zna on się nawet na swoim fachu, na Propagandzie, bo się już zanadto potyka i gdzie mu tam być wywrotowcem, mogącym skompromitować! Dodajmy nawiasem, że pain Piotr przez te półtora tygodnia chętnie przyjmował (zwłaszcza z pocżtąku) od pana Andrzeja nawet bardzo dziwne pochwały, to jest nie zaprzeczał, na-przykład. i nie ooonował. gdy pan Andrzej przypisywał mu gotowość działania dla przyszłości i przyśpieszema nowej „komuny“, gdzieś na jakiejś Mieszczańskiej ulicy; albo, naprzykład, nie przeszkadzania Duni, gdy jej zaraz w pierwszym miesiącu po ślubie przyjdzie na imyśl sproku-rowac sobie kochanka; allbo nie chrzcić swoich przyszłych dzieci i t. p. i t. p., wszystko w tym rodzaju. Pan Piotr, swoim zwyczajem nie oponował wobec przypisywania sobie takich zalet i pozwalał nawet chwalić się w ten sposób, tak mu miłą była wszelka pochwała.
Łużyn, który zmienił był dla jakichś powodów tego poranku kilka pięcioprocentowych biletów bankowych, siedział przy stole i liczył paczki banknotów i seryj. Lebie-ziatnikow, który nigdy nie miał pieniędzy, chodził po pokoju i wmawiał w siebie, że spogląda na wszystkie te paczki obojętnie i nawet z pogardą. Łużyn za nic by, naprzy-kład, nie uwierzył, że w istocie Andrzej może patrzyć na takie pieniądze obojętnie; ten zaś, z kolei myślał z goryczą, że na serjo pan Piotr może sobie o nim tak myśleć, a może nawet jest kontent z okazji dokuczenia i podrażnienia swego młodego przyjaciela rozłożonemi paczkami banknotów, przypominając mu jego nicość i całą istniejącą jakoby pomiędzy nimi różnicę.
Znajdował go tym razem niesłychanie zirytowanym i nieuważnym, pomimo, że on, Lebieziatnikow, jął właśnie rozwijać przed nim swój uluibiony temat o utworzeniu nowej „komuny“. Krótkie przeczenia i uwagi, jakie się wyrywały panu Piotrowi w przestankach pomiędzy uderzaniem gałek na liczydłach, tchnęły najwyraźniejszą i tendencyjnie niegrzeczną złośliwością. Ale poczciwy An-drulek przypisywał humor pana Piotra wrażeniu wczorajszego zerwania z Dunią i pałał żądzą jak najprędszego pogadania na ten temat: miał do powiedzenia w tej kwest ji coś bardzo postępowego, coś, co tchnęło propagandą co mogłoby pocieszyć jego szanownego przyjaciela i „bez wątpienia“ przynieść mu pożytek.
— Co tam za jakąś fetę urządza ta... ta wdowa? — zapytał nagle Łużyn, przerywając mówcy w najbardziej zajmującem miejscu.
— Niby to pan nie wie; wszak wczoraj jeszcze rozmawiałem z panem na ten temat i rozwijałem myśl o wszystkich tych obrzędach... Toć ona nas zaprosiła, słyszałem. Sameś pan z nią wczoraj rozmawiał.
— Nigdy nie mogłem przypuścić, że ta głupia nę-dzarka wsadzi w stypę wszystkie pieniądze, jakie otrzymała od tego drugiego głupca... Raskolnikowa. Ażem się zadziwił, przechodząc teraz: takie tam przygotowania, wina!... Zaproszono kilkanaście osób, licho wie na co! — ciągnął Łużyn, pytając i kierując rozmowę na ten temat, jakby miał cel jakiś. — Co? Mówisz pan, że i mnie proszono? — dodał nagle, podnosząc głowę.
— Kiedyż to? Nie pamiętam. Zresztą ja nie pójdę. Na co mi to? Wczoraj rozmawiałem z nią tylko o tem, że jako wdowa po urzędniku, mogłaby może dostać roczną pensję, tytułem jednorazowego wsparcia. Czy aby tylko nie za to zostałem.zaproszony? He-he.
— ’ Ja także nie mam zamiaru iść — rzekł Lebieziatnikow.
— Jeszcze czego! Toć żeś ją pan ogrzmocił własnoręcz-nie. Wstyd naturalnie, he, he, be!
— Kto ogrzmocił? Kogo? — nagle wybuchnął i aż poczerwieniał Lebieziatnikow.
— A no pan, wdowę, będzie temu z miesiąc czasu! — Słyszałem o tem wczoraj... Takie to.zasady!... A i kwest ja kobieca pohulała sobie. He, he, he!
I pan Piotr, jakby zadowolony, zaczął znów liczyć na liczydłach.
— To wszystko bajki i plotki! — wybuchnął Lebieziatnikow, który zawsze lękał się wspomnienia o tej scenie — to wcale nie tak było!... To było co innego... Źle pana poinformowano: plotki! Broniłem się tylko poprostu. Ona sama pierwsza rzuciła się na mnie z pazurami... Ona mi cały jeden faworyt wydarła... Zdaje mi się, że każdy ’ człowiek ma prawo bronić swojej osoby. Zresztą, nikomu nie pozwolę zadawać sobie gwałtu, z zasady. Bo to już prawie despotyzm. Cóż, więc miałem, stać tak przed nią? Odepchnąłem ją tylko...
— Lle, he, he! — złośliwie uśmiechnął się Łużyn.
— Pan dlatego zaczynasz, żeś pan sam zły i zirytowany... A to głupstwo i woale, wcale inie dotyczy kwestji kobiecej! Źleś pan zrozumiał: sądziłem nawet, że jeżeli już zostało przyjęte, że kobieta jest równą mężczyźnie we wszystkiem, nawet w sile co już twierdzą), więc i pod tym względem powinna być równość. Naturalnie zorjentowałem się dopiero później, że taka kwest ja nawet istnieć nie powinna, bo nie powinno przyjść do bójki i że wypadki bójki w przyszłem społeczeństwie będą niemożliwe... i że dzi-wnem jest, istotnie, szukać równości w bójce. Nie jestem ja taki płupi... chociaż bójki faktycznie istnieją... to jest | potem ich nie będzie, ale teraz zdarzają się jeszcze... tfu!
Do licha! Z panem, to zawsze człowiekowi się pomiesza!
Nie dlatego nie pójdę na stypę, że była ta nieprzyjemność. Poprostu, z zasady nie pójdę, ażeby nie przyjmować udziału w głupim zwyczaju urządzania stypy... oto dlaczego! Zresztą, można byłoby i pójść, tak tylko, żeby się pośmiać... Szkoda, że popów nie będzie. Bezwarunkowo poszedłbym.
— — To jest, niby siąść do proszonego stołu i oplwać zarówno stół jak i tych, którzy pana.zaprosili. Tak niby?
— Wcale nie oplwać, lecz protestować. Mam projekt na celu. Mogę współdziałać kształceniu i propagandzie. Każdy człowiek powinien kształcić i propagować, i im śmielej tem lepiej. Mogę rzucić myśl, ziarno. Z tego ziarna wyrośnie fakt. Czem ja ich obrażę? Z początku obrażą się, a potem sami zobaczą, że byłem dla nich pożyteczny. Oskarżono u nas Terebjewową (tę, co teraz jest w komunie), że gdy zbiegła od rodziny i... oddała się, to napisała do matki i ojca, że nie chce żyć pośród przesądów i zawiera ślub cywilny, i że niby to miało być za brutalne względem rodziców, że można było ich oszczędzić, napisać delikatniej. Według mnie, wszystko to bajki, i wcale nie trzeba było delikatniej, przeciwnie, tu właśnie trzeba prostować, laka Warenz naprzykład, siedem lat z mężem przeżyła, dwoje dzieci rzuciła i od jednego zamachu wycięła mężowi: „Doszłam do przekonania, że me mogę być z panem szczęśliwą. Nigdy panu nie przebaczę, żeś mnie pan oszukiwał, ukrywał przede mną, że istnieje inny ustrój społeczny, komuna. Niedawno dowiedziałam się o tem od pewnego podniosłego człowieka, któremu się też oddałam, i wraz z nim zaprowadzam komunę. Mówię otwarcie, bowiem oszukiwanie pana, uważam za rzecz nieszlachetną. Zostań pan jak się panu spodoba. Nie spodziewaj się, ażebym wróciła, zanadto jesteś zacoiany. Życzę panu szczęścia.“ Oto jak się pisze tego rodzaju listy.
— A ta Terebjewową, wszak to ta sama, o której to pan niedawno mówiłeś, że zawarła trzeci ślub cywilny i
— Właściwie mówiąc, dopiero drugi! Ale chodźby nawet czwarty, chodźby piętnasty, to nic do tego! I jeślim, kiedy żałował, że mię odumarli ojciec i matka, to oczywiście tylko teraz. Kilkakrotnie marzyłem o tem, że gdyby oni żyli, jakżebym ich ogrzał protestem! Umyślnie bym do tego doprowadził... Co tam jakieś liche grubjaństwo tfu! Jabym im pokazał! Jabym ich zadziwił! Doprawdy, szkoda, że nie mam nikogo!
— Żeby zadziwić! He, ’ hel No, to niech sobie tam będzie zresztą, jak się panu podoba — przerwał Łużyn ale powiedz mi pan też: wszak pan znasz tę córkę nieboszczyka, szczuplutka taka! Wszak to zupełna prawda, co o niej mówią?
— Cóż takiego? Podług mnie, to jest podług mojego osobistego przekonania, jest to właśnie najnormalniejszy stan kobiety. Dlaczegóżby nie? To jest, distinguons. W dzisiejszem społeczeństwie, jest to, oczywiście, nienormalne, bo swobodne. Ale i teraz ona miała prawo: cierpiała, a był to jej fundusz, kapitał, że tak powiem, którym miała zupełne prawo rozporządzać. Oczywiście, w przyszłem społeczeństwie takich ostateczności nie będzie, ale jej rola będzie miała inne znaczenie, będzie uwarunkowaną jasno i racjonalnie. Co się zaś tyczy panny Zofji osobiście, to obecnie zapatruję się na jej postępki, jako na energiczny i uosobiony protest przeciwko ustrojowi społeczeństwa i głęboko szanuję ją za to; cieszę się nawet, patrząc na nią.
— — A mnie opowiadano, żeś to pan ją właśnie wygryzł z tych numerów!
Lebieziatnikow rzucił się jak wśdiekły.
— To nowa plotka: — zawołał. — Wcale, wcale nie tak było! O, co nie, to nie! To wszystko stara Marme-ladowa nałgała, bo nie mogła nic zrozumieć. I wcalem się nie zabierał do Zosi. Poprostu kształciłem ją, zupełnie bezinteresownie, starając siię obudzić w niej protest... Potrzebowałem tylko protestu, zresztą Zosia sama przez się nie mogła tu mieszkać dłużej!
— Namawiałeś ją pan do komuny, co?
— Pan sobie żartujesz, ale te żarty są bardzo nie na miejscu, pozwól pan sobie powiedzieć. Pan nic nie rozumiesz! W komunie ról takich nie ma. Komunę urządza sdę właśnie dlatego, żeby takich ról nie było. W komunie ta rola zmieni całą istotę, i to, co tu jest głupiem, tam stanie się mądrem, co tu, przy dzisiejszych okolicznościach, jest menaturalnem, tam stanie się zupełnie natu-ralnem. Wszystko zależy od tego, w jakiem otoczeniu i w jakiej sferze znajduje &’ę człowiek. Wszystko zależy od sfery, a sam człowiek jest niczem. A z Zosią jesteśmy dotąd w zgodzie, co właśnie może panu służyć za dowód, ¿e ona nigdy nie miała mnie za wroga. Tak! Nęcę ją teraz do komuny, ale na innych na wcale innych podstawach! Czegóż się pan śmieje? Chcemy urządzić własną komunę odrębną i na znacznie szerszych podstawach, aniżeli dawne. Poszliiśmy dalej w naszych przekonaniach. Więcej przeczymy! Gdyby wstał z grobu Dobrolubow, podyskutowałbym z nim! A Bielińskiego zasypałbym ma amen! Tymczasem kształcę dalej pannę Zofję. Jaka to piękna arcypiękna natura!
— I korzystasz pan z tej arcypięknej natury, co? He! he!
— Nie, nie! O nie! Przeciwnie!
— Czyżby przeciwnie! He, he, he! Gadaj mu tam..
— Ale wierzaj mi pan! Bo i z jakich powodów miałbym przed panem robić z tego tajemnicę! Przeciwnie mnie to samego nawet dziwi: przy mnie jest ona jakoś usilnie, jakoś bojaźliwie skromna i wstydliwa!
— I pan, oczywiście, kształcisz... he, he! dowodzisz jej pan, że wszystkie te wstydliwości, to głupstwo!...
— Bynajmniej! Bynajmniej! O jakże pan brutalnie a nawet, za przeproszeniem, głupio pojmujesz pan słowo: „kształcenie!“ Nic a nic pan nie rozumiesz! O Boże, jakiżeś pan jeszcze... nie przygotowany! My szukamy wolności kobiety, a pan masz tylko jedno na myśli... Pomijając kwestję skromności, wstydu kobiecego, jako rzeczy zbytecznych samych przez się i będących następstwem przesądów, ja zupełnie, zupełnie usprawiedliwiam jej skromność wobec mnie, bo w tem tkwi cała jej wola jej całe prawo. Oczywiście, gdyby mi powiedziała: „Chcę mieć ciebie“, byłby to triumf dla mnie nie lada, bo mi się to dziewczę bardzo podoba; ale dotąd, dotąd przynajmniej, nikt i nigdy chyba nie postępował z nią grzeczniej i z większym szacunkiem, jak ja, z większem poszanowaniem jej godności... czekam i mam nadzieję, oto wszystko!
— — Daj je pan lepiej jaki prezent. Założę się, że o tem wcale pan nie pomyślałeś.
— Znowu pan jesteś w błędzie, powtarzam panu! Ona. oczywiście, jest w takiem położeniu, ale to już inna kwe-stja! Wcale inna! Pan nią poprostu pagrdzasz. Widząc fakt, który, będąc w błędzie, uważasz pan za godny po-gardy, pan już na istotę ludzką spoglądasz nieludzkiem okiem. Pan jeszcze nie wiesz co to za natura! Gniewa mnie tylko, że ostatniemi czasy, jakoś przestała zupełnie czytać i nie bierze już ode mnie książek. A poprzednio brała.
Zbrodnia i kara t. II. 7 Szkoda, że przy całej swej energji i zdecydowaniu na protest, czego już raz dała dowody, ciągle jeszcze brak jej jakby samodzielności, niezależności, że tak powiem, mało siły, ażeby zupełnie odczepić się od niektórych przesądów i... głupstw. Pomimo to jednak, ona wybornie pojmuje niektóre kwest je. Doskonale naprzykład zrozumiała kwest ję całowania rąk, to jest, że mężczyzna obraża kobietę nierównością, jeżeli całuje ją w rękę. O stowarzyszeniach robotniczych we Francji słuchała także z uwagą. Teraz wykładam jej kwest ję wolnego wstępu do pokojów w przy-szłem społeczeństwie.
— Cóż to znowu?
— * Omawiano ostatniemi czasy pytanie: czy ma prawo członek komuny wchodzić do pokoju drugiego członka, mężczyzny czy kobiety, o każdej porze... i zadecydowano, że ma prawo...
— No a jeśli on lub ona zajęci są w danej chwili nie-zbędnemi potrzebami, ha, ha!
Pan Andrzej aż się rozgniewał.
— > Pan bo zawsze o tem, o tych przeklętych „potrzebach!“ — zawołał z nienawiścią — tfu, jakże zły jestem na siebie, że wykładając systemat, wspomniałem panu przedwcześnie o tych przeklętych potrzebach! Do licha! To kamień do potknięcia się dla wszystkich podobnych do pana, a zwłaszcza tych, co biorą na ząbki, nie dowiedziawszy się jeszcze na czern polega cała sprawa! I niby mają słuszność! Niby są dumni z czegoś! Pfu! Przekonałem się kilka razy, że cała kwest ja daje się wykładać profanom nie niaczej jak przy samym końcu, gdy już poznają cały systemat, gdy staną się już ludźmi rozwiniętymi odpowiednio pokierowanymi. Bo i co, proszę mi powiedzieć, co pan znajdujesz tak hańbiącego i pogardliwego choćby w dołach kloacznych? Ja pierwszy, gotów jestem oczyścić wszystkie takie doły, jakie pan zechcesz! W tem niema nawet żadnej ofiary! Jest to poprostu praca, robota szlachetna, pożyteczna dla społeczeństwa, odpowiadająca każdej innej i stojąca daleko wyżej od roboty jakiegoś tam Rafaela albo Puszkina, bo pożyteczniejsza.
— I szlachetniejsza, szlachetniejsza, ha, ha, ha!
— Co tam szlachetniejsza? Nie dopuszczam takich wyrażeń dla określenia działalności człowieka. „Szlachetniejsza“, „wspaniałomyślniejsza“, wszystko to głupstwa, niedorzeczności, stare przesądne słowa, które dla mnie nie istnieją! Wszystko co jest pożyteczne dla społeczeństwa, jest szlachetnem. Rozumiem jeden tylko wyraz: pożytek! Śmiej się pan, jak się panu spodoba, ale tak jest!
Pan Piotr śmiał się głośno, kończył już swoje rachunki i schował pieniądze. Część ich jednak nie wiadomo dlaczego leżała dotąd na stole. Ta „kwestia dołów kloacz-nych“ służyła już kilkakrotnie, pomimo całej swej lichoty, za powód zerwania i niezgody pomiędzy panem Piotrem i jego ¡młodym pryzjacielem. Ńajgorszem było to, że Lebieziatnikow gniewał się, Łużynowi przypadało to bardzo do smaku, i teraz więc rad był, że może zirytować młodzieńca.
— Pan jesteś taki zły, wskutek swego wczorajszego niepowodzenia i przyczepiasz się pan — wybuchnął nareszcie Lebieziatnikow, który wogóle, pomimo całej swej „niezależności“ i wszystkich, protestów“, nie śmiał jakoś oponować panu Piotrowi i przeważnie dotąd jeszcze uczu-wał dla niego szacunek, jaki ocalał w nim jeszcze z czasów dzieciństwa.
— Co tam o tem, powiedz mi pan raczej — dumnie i wyniośle przerwał Łużyn — czy pan możesz, albo... lepiej powiem, czy istotnie jesteś!pan w tak bliskich stosunkach ze wspomnianą młodą osobą, ażebv ją poprosić tutaj, zaraz, natychmiast do tego pokoju? Zdaje się, że już oni wszyscy powrócili z cmentarza... Słyszę ruch... Chciałbym się z nią widzieć, z tą osóbką.
— A panu to na co? — ze zdumieniem zapytał Lebieziatnikow.
— A tak, potrzeba. Dziś, jutro wyjeżdżam, i dlatego chciałbym jej zakomunikować... Zresztą, bądź pan świadkiem naszej rozmowy. To nawet będzie lepiej. Bo jeszcze Bóg wie, co sobie pan możesz pomyśleć.
— Wcale nic nie pomyślę... Tak się tylko spytałem, a jeżeli masz pan interes, to niema nic łatwiejszego, jak ją wywołać. Pójdę zaraz. A sam, zapewniam pana, przeszkadzać panu nie będę.
Istotnie za pięć minut Lebieziatnikow powrócił z Zosią. Weszła niezmiernie zdziwiona i jak zwykle zażenowana. Stawała się zawsze nieśmiałą w takich razach i lękała się bardzo nowych twarzy i nowych znajomości, lękała się i dawniej, jeszcze będąc dzieckiem, ale teraz tembardziej... Pan Piotr przywitał ją „grzecznie i uprzejmie“, zresztą z pewnym odcieniem jakiejś wesołej poufałości, wprawdzie, zdaniem jego, bardzo właściwej dla tak poważnego i dostatniego człowieka, jak on. w stosunku do tej młodej i do pewnego stopnia interesującej istoty. Nie omieszkał „dodać jej otuchy“i posadził ją przy stole naprzeciw siebie. Zosia usiadła, spojrzała dokoła, na Lebieziatnikowa, na pieniądze leżące na stoie i potem nagle znowu na pana Piotra i już nie odrywała od niego oczu, jakby je doń przykuła. Lebieziatnikow skierował się ku drzwiom. Pan Piotr wstał, dał znak Zosi, ażeby siedziała i zatrzymał Lebieziatnikowa we drzwiach.
— Czy ten Ra skalników jest tam? Czy przyszedł? — zapytał go szeptem.
— Raskolnikow? Jest. Bo co? Jest, jest... Dopiero co,.’ przyszedł, widziałem go... A cóż? v
— A no, to tembardziej poproszę pana, ażebyś nie wychodził i nie zostawiał mnie sam na sam z tą... panną. ’ Interes błahy, a powiedzą Bóg wie co. Nie chcę, ażeby Raskolnikow tam powtórzył o tem... Rozumiesz mnie pan?
— A, rozumiem, rozumiem! — domyślił się nagle Lebieziatnikow. — Ależ, pan masz prawo... Naturalnie, podług mnie osobiście, pański niepokój sięga za daleko, ale... w każdym razie pan masz prawo! Dobrze więc nie wyjdę stanę sobie przy oknie i nie będę panu przeszkadzał... Podług mnie, pan.masz prawo...
Łużyn powrócił do kanapy, usiadł naprzeciwko Zosi. uważnie spojrzał na nią i nagle przybrał nadzwyczaj poważną, nawet nieco surową minę: „Tylko aby ty sama nie pomyśl sobie czego takiego, dobrodziejko“. Zosia zmieszała się ostatecznie.
— < Przedewszystkiem, racz mnie pani wytłumaczyć przed swoją szanowną mateczką. Wszak tak? Pani Mar-meladowa, zastępuje pani miejsce matki? — zaczął pan Piotr, z całą powagą, ale zresztą dość łagodnie. Widać było, że ma najprzyjaźniejsze zamiary.
— ’Tak jćst, w istocie, tak; zastępuje mi matkę — śpie-sznie i lękliwie odparła Zosia.
— Otóż, wytłumacz mnie pani przed nią, że z powodów niezależnych ode mnie, jestem zmuszony odmówić uprzejmemu zaproszeniu, i na blinach... to jest na stypie... u państwa nie będę.
— Dobrze; powiem; zaraz — i Zosia slcwapliwie zerwała się z krzesła.
— Jeszcze nie wszystko — zatrzymał ją Łużyn, uśmiechnąwszy się na jej prostotę i nieznajomość form — mało mnie pani zna, skoro pani mogła przypuszczać, że dla tak błahej przyczyny ośmieliłbym się panią fatygować. Mam cel inny.
Zosia skwapliwie usiadła. Szare i tęczowe banknoty, nie sprzątnięte ze stołu, znowu błysnęły jej w oczach, ale szybko odwróciła od nich wzrok i podniosła go na pana Piotra; wydało jej się nagle arcynieprzyzwoitem zwłaszcza dla niej, patrzeć na cudze pieniądze. Wpiła się wzrokiem w złote binokle Łużyna, które trzymał w lewym ręku, a zarazem w duży, solidny, nader piękny pierścień z żółtym kamieniem, połyskujący na średnim palcu tej ręki, ale nagle odwróciła wzrok i od niego i, nie wiedząc, co ma zrobić ze sobą, skończyła na tem, że skierowała oczy znowu na pana Piotra. Po chwili milczenia, ten ostatni ciągnął dalej:
— Zdarzyło mi się wczoraj, niechcący, zamienić parę słów z nieszczęśliwą matką pani. Dość było tych paru| słów, ażeby się przekonać, że ona znajduje się w stanie nienaturalnym, jeżeli tylko można się tak wyrazić...
— Tak... nienaturalnym — skwapliwie potakiwała Zosia.
— Albo też, że powiem prościej i wyraźniej, wstanie chorobliwym.
— Właśnie. Otóż więc, powodowany uczuciem ludzkości, i... i... i, że tak powiem, współczucia, radbym ze swej strony przyjść jej pod jakimkolwiek względem z pomocą, przewiduję bowiem jej opłakany koniec. Zdaje się, że cała ta biedna rodzina zależy teraz od pani.
— Przepraszam pana — wstając nagle odrzekła Zosia — — co pan mówił wczoraj o jakiejś emeiyturze? Bo ona mi jeszcze wczoraj mówiła, że pan się podjął wyrobić jej emeryturę. Czy to prawda?
— Bynajmniej, a nawet jest to poprostu, przesada. Wspomniałem tylko o chwilowem wsparciu wdowy po urzędniku, jeżeli przy tem będzie protekcja, ale zdaje się, nieboszczyk ojciec.nietylko nie wysłużył lat, ale nawet nie służył w ostatnich czasach. Słowem, nadzieja chociaż by być mogła, ale bardzo niepewna, nie ma bo wiem w gruncie rzeczy, żadnych praw do wspaicia, w tym wypadku, a nawet przeciwnie... A jej już się roi 0 emeryturze, he, he, he! To mi fantazja!
— Tak, o emeryturze. Bo ona jest łatwowierna i dobra 1 przez dobroć wierzy wszystkiemu i... i... i... taką ma już manię... Tak... przepraszam — rzekła Zosia, i znowu wstała, zabierając się do wyjścia
— Pozwól pani, jeszcze pani nie dosłuchała.
— Prawda, nie dosłuchałam — szepnęła Zosia.
— Niechże pani siada.
Zosia zmieszała się okropnie i znowu usiadła, poraź trzeci.
— Widząc takie jej położenie, z nieszczęsnemi dziećmi, pragnąłbym, jak rzekłem, czemkolwiek, w miarę możności, przyjść jej z pomocą, to jest ściśle tylko w miarę możności. Możnaby naprzykład urządzić składkę na jej korzyść, albo coś w rodzaju łcterji, albo coś podobnego, jak to zwykle w takich razach urządzają bliscy ludzie. O tem to właśnie chciałem pomówić z panią. Toby się dało zrobić.
— Tak, dobrze... Bóg panu:a to... — szeptała Zosia, nie spuszczając wzroku z Łużyna.
— Można, lecz... to się zrobi potem... chociaż możnaby zacząć i założymy, że tak powiem, fundament. Przyjdź pani do mnie tak o siódmej. Mam nadzieję, że i pan Andrzej dotrzyma nam towarzystwa... Ale... jest tu jeden szczegół, który należy przedewszystkiem i detalicznie obgadać. Właśnie dlatego fatygowałem panią tutaj. Otóż.mojem zdaniem, nie można, a nawet jest niebezpiecz-nem dawać pieniądze w ręce samej pani Marmeladowej; najlepszym tego dowodem jest choćby ta stypa dzisiejsza. Nie mając, że tak powiem, ani kromki powszedniego chleba na dzień jutrzejszy, ani... no, ani obuwia, ani nic zgoła, kupuje się dzisiaj arak, a nawet maderę i... i... kawę. Widziałem przechodząc. Jutro zaś znowu zwali na panią, aż do ostatniego kęska chleba; to już niema sensu. Tak więc i składka, podług mnie, osobiście, powinna być tak urządzoną, ażeby nieszczęśliwa wdowa nic a nic nie wiedziała o pieniądzach, ale żeby tylko, dajmy na to pani o tem wiedziała. Cóż pani na to?
— Ja nie wiem. Toć ona tak tylko dzisiaj... raz w życiu... chciała oddać ostatnią posługę, uczcić zwłoki, pa mięć... ale ona jest bardzo rozumna. A zresztą, jak pan sobie życzy i ja bardzo, bardzo bardzo będę... oni wszyscy będą panu... i Bóg pana... i sieroty...
Zosia urwała i rozpłakała się.
— Tak. Otóż, niechże pani pamięta; a teraz racz pani przyjąć, w imieniu swej kuzynki, na pierwsze potrzeby pewną kwotę ode mnie samego. Bardzo a bardzo proszę nie zdradzać prżytem mojego nazwiska. Oto jest; mając, że tak powiem, sam dużo wydatków, więcej ofiarować nie mogę...
I Łużyn podał Zosi banknot dziesięciorublowy, starannie go rozłożywszy. Zosia wzięła, zarumieniła się, zerwała się, coś wyszeptała i coprędzej zaczęła odchodzić. Pan Piotr uroczyście odprowadził ją do drzwi. Wybiegła nareszcie z pokoju, wzruszona i znużona, i powróciła do macochy w okrutnem przygnębieniu.
W czasie tej całej sceny, Lebieziatnikow to stał przy oknie, to chodził po pokoju, <nie chcąc przerywać rozmowy; kiedy zaś Zosia wyszła, zbliżył się nagle do pana Piotra i uroczyście wyciągnął doń rękę:
— Wszystko słyszałem i widziałem wszystko — rzekł, kładąc szczególny nacisk na ostatniem słowie. — To szlachetnie, to jest chciałem powiedzieć, to po ludzku Pragnąłeś pan uniknąć podziękowań, widziałem. A chociaż, przyznaję, że nie mogę, z zasady, być zwolennikiem ofiarności prywatnej, ona bowiem nietylko nie wykorzenia złego radykalnie, ale przeciwnie rozwija go jeszcze więcej, atoli nie mogę nie przyznać, że patrzyłem na pański postępek z zadowoleniem. Tak, tak to mi się podoba.
— E, wszystko to fraszki! — odparł Łużyn, nieco zmieszany i przyglądając się jakoś swemu chwalcy.
— Nie, nie fraszki! Człowiek, obrażony i zirytowTany: jak pan, zajściem wczorajszem, i zarazem będący w stanie myśleć o cudzem nieszczęściu, taki człowiek... lubo swemi postępkami popełnia błąd socjalny, wszakże... godzien jest szacunku! Nie spodziewałem się nawet tego po panu. zwłaszcza, że według pańskich pojęć, o! jakże przeszkadzają panu jeszcze pańskie pojęcia: Jak obchodzi pana. naprzykład, to wczorajsze zajście — wołał poczciwy An-drulek, znowu uczuwszy dziwną sympatję dla pana Piotra — i naco, poco panu koniecznie to prawne małżeństwo zacny, szanowny mój panie. Naco panu koniecznie ta prawność w małżeństwie? Bij mnie pan, jeśli pan chcesz, ale rad jestem, bardzo rad jestem, że to nie doszło do skutku, żeś pan wolny, żeś pan jeszcze nie zupełnie stracony dla ludzkości, rad jestem... Widzisz pan: powiedziałem co myślę.
— Na to i po to, że w waszych ślubach cywilnych ja nie chcę dźwigać rogów i pielęgnować cudzych dzieci, po to mi potrzeba prawnego związku — rzekł Łużyn, ażeby coś odpowiedzieć.
Był czemś szczególnie zajęty i zamyślony.
— Dzieci? Powiadasz pan, dzieci? — drgnął Lehieziat-nikow, jak koń bojowy na głos trąby wojennej — dzieci, kwest ja socjalna i kwest ja pierwszej wagi, zgoda; ale kwest ja dzieci zostanie rozwiązana inaczej. Niektórzy zupełnie nawet odrzucają dzieci, jak i wszelki pozór rodziny. Pomówimy o dzieciach później, a teraz zajmiemy się rogami! Przyznaję panu, ’to moja słaba strona. To nędzne żołnierskie, Puszkinowskie wyrażenie, ani nawet jest możliwe w słowniku przyszłości! Bo i cóż to znaczy i rogi? Jakaż to pomyłka! Jakie rogi? Pocóż rogi? Co za głupstwo! Właśnie w małżeństwie cywilnem ich nie będzie! Rogi to tylko naturalne następstwo związku prawnego, jego, że tak powiem, poprawka, protest tak, że w tem znaczeniu wcale są poniżającemi... I jeżeli ja kiedykolwiek, dopuszczając bezsens, zawrę związek prawny, to nawet kontent będę z tych waszych przeklinanych rogów; powiem wtedy do żony; „droga, dotąd kochałem cię tylko, teraz szanuję, cię, umiałaś bowiem zaprotestować!“ Pan śmieje się? To dlatego, że pan nie może zerwać z przesądami. Wszak ja pojmuję, na czem właściwie polega nieprzyjemność, skoro zdradzą w prawnem małżeństwie: ale wszak to tylko podły skutek podłego faktu, gdzie poniżeni są i on i ona. Gdy zaś rogi stawiają się otwarcie, jak w małżeństwie cywilnem, wtedy już nie istnieją, śladu ich niema i tracą nazwę rogów. Przeciwnie, żona pańska dowiedzie panu tylko, jak ona pana szanuje, uważając pana za niezdolnego do sprzeciwienia się jej szczęściu i o tyle rozwiniętego, żeby się nie mścić za nowego męża. Do licha! Myślę niekiedy, że gdyby mnie wydano za mąż, — tfu! gdybym ja się ożenił (prawnie czy cywilnie, wszystko jedno) sam bym zdaje się, przyprowadził żonie kochanka, gdyby ona go sobie sa ma nie wynalazła: „Moja droga, rzekłbym do.niej, kocham cię, ale pragnę nadto, ażebyś mnie szanowała, to właśnie!“ Co, cóż pan na to?
Łużyn śmiał się słuchając, ale bez szczególnego zajęcia. Słuchał nawet mało. W gruncie rzeczy obmyślał ¡coś nowego i aż Lebieziatnikow spostrzegł to.nareszcie. Pan Piotr był nawet wzruszony, zacierał ręce, zamyślał się. Wszystko to pan Andrzej przypomniał sobie później.
Trudnoby było wyrazić ściśle powody, dla których w roztargnionej głowie wdowy po Marmeladowie powstała myśl urządzenia tej bezsensowej stypy. Istotnie, pochłonęło to niemal dziesięć rubli z przeszło dwudziestu, jakie otrzymała od Raskolnikowa na pogrzeb męża. Może pani Katarzyna poczuła się do obowiązku uczczenia pamięci nieboszczyka, ażeby wiedzieli wszyscy lokatorzy, a zwłaszcza gospodyni, że był on „nietylko wcale nie gorszym od nich, ale może i daleko lepszym“, i że nikt z nich nie ma prawa przed nim „zadzierać swego nosa“; może najwięcej wpłynęła na to ta osobliwa duma ludzi biednych, wskutek której przy pewnych obrzędach społecznych, obowiązujących w naszym bycie wszystkich i każdego, wielu biedaków wyciąga wszystkie swoje siły i traci ostatnie zaoszczędzone grosze, ażeby tylko nie być „gorszymi od innych“ i żeby ich ci inni „nie obmówili“. Bardzo jest i to prawdopodobnem, że pani Katarzyna zapragnęła, właśnie w tym wypadku, właśnie w tej chwili, gdy ją niejako wszyscy opuścili, pokazać wszystkim tym „nędznym i podłym lokatorom“, że ona nietylko „umie żyć i umie przyjąć“, ale, że wcale nie chowano jej dla takiego losuj że przeciwnie chowała się w „szlachetnym, można nawet powiedzieć w arystokratycznym, pułkownikowskim domu‘\ i wcale nie była przygotowaną do zamiatania samej podłóg i prania po całych nocach dziecinnych szmat. Te paroksy-zmy dumy i próżności napadają nieraz najbiedniejszych i najwięcej zgnębionych ludzi, a niekiedy przechodzą u nich w konieczną, niepohamowaną potrzebę. A pani Marmeladowa nie należała przytem do rzędu zgnębionych; można ją było zabić okolicznościami, ale obezwładnić ją moralnie, to jest zahukać i podbić sobie jej wolę nie było można. Na domiar tego Zosia bardzo słusznie mówiła 0 niej, że się jej zmysły mieszają. Stanowczo i ostatecznie twierdzić tego jeszcze nie można było, to prawda, ale istotnie ostatniemi czasy, w ciągu całego ostatniego roku jej biedna głowa zanadto się już zmęczyła, ażeby się mogła choć w części nie uszkodzić. Silny rozwój suchot, jak mówią medycy, także przyczynia się do pomieszania zmysłów.
Wina w wielkiej ilości i najrozmaitszych gatunków nie było, madery także; było to przesadą, ale wino było. Była wódka, rum i lizbońskie, wszystko w najgorszym gatunku, ale w dostatecznej ilości. Z potraw, oprócz kutji było trzy do czterech dań (między innemi i biiny), wszystko w kuchni niemki gospodyni, a nadto nastawiono odrazu dwa samowary do mającej być podaną po obiedzie herbaty 1 ponczu. Zakupyr robiła sama wdowa z pomocą jakiegoś marnego polaczka, który Bóg wie dlaczego mieszkał u pani Lippewechsel i sam się wprosił do posyłek u pani Katarzyny i biegał przez cały dzień wczorajszy i przez cały ranek, na złamanie karku, z wyciągniętym językiem, jak-gdyby starając się usilnie, ażeby zauważono tę ostatnią okoliczność. Z najmniejszą bagatelą przylatywał on do wdowy, biegał nawet szukać jej w Gościnnym Dworze, nazywał ją nieustannie: „pani chorążyna’*, i uprzykrzył się jej nareszcie jak mól, lubo z początku mówiła, że bez tego „usłużnego i wspaniałych uczuć“ młodzieńca, byłaby całkiem przepadła. Właściwością charakteru pani Katarzyny było corychlej ubrać pierwszego lepszego w najpiękniejsze i najjaskrawsze barwy, zachwalić go tak, że aż inni czuli się skrępowani, wymyśleć na jego pochwałę różne okoliczności, które wcaie nie istniały, zupełnie szczerze i serdecznie uwierzyć samej w ich rzeczywistość, a potem nagle, odrazu, rozczarować się, zerwać, oplwać i wypędzić człowieka, którego przed kilkoma jeszcze godzinami literalnie uwielbiała. Z natury miała ona charakter złośliwy, wesoły i zgodny, ale wskutek ciągłych nieszczęść i niepowodzeń, zaczęła żądać i pragnąc tak chciwie, ażeby wszyscy żyli w zgodzie i w szczęściu i ażeby nie śmieli żyć inaczej, że najlżejszy dyssonans w życiu, najmniejsze niepowodzenie, doprowadzały ją omal me do wściekłości, i w jednej chwili, po najwspanialszych nadziejach i fantazjach, zaczynała kląć losy, rwać i szarpać wszystko co miała pod ręką i bić się głową o ścianę. Pani Lippewechsel także niewiadomo dlaczego zyskała nagle w oczach biednej kobiety wiele szacunku, chyba dlatego, że wypadła ta stypa i że gospodyni całem sercem przyjęła udział we wszystkich kłopotach: podjęła się nakrycia stołu, dostarczenia bielizny, naczyń i t. p. i przygotowania potraw w swojej kuchni. Wdowa dała jej zupełne pełnomocnictwo w tym względzie i opuściwszy ją, sama udała s.ię na cmentarz. Istotnie, wszystko zostało przygotowane, jak można najlepiej: stół był nakryty nawet dość czysto, naczynia noże, widelce, kieliszki, filiżanki, wszystko to, naturalnie było zbieraniną, różnego kształtu i kalibru, od lokatorów ale wszystko było na miejscu we właściwym czasie, i pani Lippewechsel, czując, że wybornie dokonała dzieła, spotkała wracających z pewną nawet dumą, wystrojona, w czepcu z no we mi żałobnemi wstęgami i w czarnej sukni. Ta duma, lubo zasłużona, nie podobała się jakoś pani Katarzynie: „myślałby kto, że bez niej nie umiano by tu nakryć do stołu!“ Nie podobał jej się także czepiec z nowemi wstęgami: „czy się aby nie pyszni ta głupia niemka, że jest gospodynią i że z łaski dopomogła biednym lokatorom? — Z łaski! Bardzo proszę! U tatusia pani Katarzyny, który był pułkownikiem i prawie gubernatorem, do stołu nakrywano niekiedy na czterdzieści osób, tak, że jakiejś ta.111 niemki do kuchni by nawet n.ie wpuszczono...“ Zresztą, pani Katarzyna postanowiła do czasu nie wypowiadać swoich uczuć, lubo ułożyła sobie w duchu, że kochaną gospodynię trzeba będzie dziś jeszcze urządzić i odpowiednio poskromić, ibo inaczej, to Bóg wie, co jeszcze gotowa myśleć o sobie; tymczasem jednak obeszła się z nią chłodno Druga nieprzyjemność także przyczyniła się po części do rozdrażnienia pani Katarzyny: na pogrzebie, z lokatorów, zaproszonych na pogrzeb, oprócz polaczka, który zdążył jednak wpaść i na cmentarz, nie było prawie nikogo; na stypę zaś zjawili się z nich sanii najbiedniejsi i nic nie znaczący, wielu z nich nawet podochoconych, taka to hołota. Którzy zaś byli starsi, jakby umówieni pomiędzy sobą, nie przyszli. Pan Łużyn naprzykład, najważniejszy, można powiedzieć, ze wszystkich lokatorów, nie zjawił się, a przecie wczoraj jeszcze wieczorem, pani Katarzyna zdążyła opowiedzieć całemu światu, to jest gospodyni, Połci, Zosi i polaczkowi, że to najszlachetniejszy, najwspa niałomyślniejszy człowiek, z oibrzymiemi stosunkami i z majątkiem, były przyjaciel jej pierwszego męża, przyjmowany w domu jej ojca i który przyrzekł użyć wszystkich środków, ażeby wyrobić jej znaczną emeryturę. Dodajmy, że jeśli pani Katarzyna chwailła się cudzemi stosunkami i majątkiem, to robiła to bez najmniejszego wyrachowania, bez widoków osobistych, tak tylko z wezbranego serca, z samej tylko przyjemności wychwalania i przeceniania wielkości chwalonego. Za Łużynem i widocznie „biorąc z niego przykład“, nie zjawił się i ten przebiegły łotr Lebieziatnikow. Co ten już sobie myśli! Zaproszono go tylko z łaski i to dlatego, że mieszka w jednym pokoju z panem Łużynem i zna się z nim, więc nie wypadało jakoś nie zaprosić“. Nie zjawiła się także i pewna otyła jejmość ze swą „przejrzałą córą“, które chociaż mieszkały zaledwie od trzech tygodni w numerach pani Lippewechsel. ale już kilka razy skarżyły się na hałas i krzyki w pokoju.Marmoladowych, zwłaszcza, kiedy nieboszczyk powracał do domu pijany, o czern, naturalnie, dowiedziała się już pani Katarzyna właśnie przez panią Lippewechsel, kiedy ta, kłócąc się z nią, i grożąc, że wypędzi całą rodzinę, darła się na całe gardło, że oni zakłócają spokój „porządnym lokatorom, których pięty nie warci“. Pani Katarzyna umyślnie postanowiła zaprosić tę damę i jej córkę, których jakoby „pięty nie była warta“, zwłaszcza, że dotychczas przy wypadkach spotkania, tamta odwracała się z durną, więc niech się dowie, że tu „szlachetniej myślą i czują, i zapraszają, nie pomnąc krzywdy“ i żeby widziały, iż ona nie w takiej doli żyła wiecznie. O tem koniecznie było po-stanowionem oznajmić im przy stole, zarówno jak i o gubernatorstwie nieboszczyka tatusia, a zarazem ubocznie wtrącić, że nie było potrzeby odwracać się przy spotkaniach i że było to nadzwyczaj głupio. Nie przyszedł także tłusty podpułkownik (w istocie dymisjonowany sztabs kapitan), ale okazało się, że jest „bez tylnych nóg“ jeszcze od wczorajszego rana. Jednem słowem, zjawili się tylko: polaczek, potem jakiś marny kanceliścina, milczący, w zatłuszczonym fraku, cały w krostach i obrzydliwie śmierdzący; następnie jakiś głuchy i prawie ślepy staruszek, który ongiś służył gdzieś na poczcie i którego ktoś od niepamiętnych czasów i niewiadomo dlaczego utrzymywał u pani Lippewechsel. Zjawił s:ę także pewien dymisjo nowany porucznik, w rzeczywistości pisarz z najnieprzy-zwortszemi głośnemi wybuchami śmiechu i „wyobraźcie sobie państwo“, bez kamizelki! Jakiś ktoś siadł prosto dc stołu, nie ukłoniwszy się nawet pani Katarzynie; nakoniec zaś pewien jegomość, w braku ubrania przybył w szlafroku, ale to już było do tego stopnia nieprzyzwoicie, że za staraniem gospodyni i polaczka zdołano go jednak wyprosić. Polaczek wreszcie przyprowadził ze sobą jeszcze jakichś dwóch polaczków, którzy wogóle nigdy nie mieszkali u pani Lippewechsel i których nikt dotąd nie widywał w numerach.
Wszystko to nader nieprzyjemnie podziałoło na panią Katarzynę. „Dla kogóż więc robione były te wszystkie przygotowania?“ Nawet dzieci, ażeby było więcej miejsca, posadzono nie przy stole, który i tak zajął cały pokój, ale nokryto dla nich w kącie na kufrze, zaś oboje maleństwo posadzono na ławeczce, a Połcia, jako najstarsza, miała ich doglądać, karmić i ucierać noski, jak „pańskim dzieciom“. Słowem, pani Katarzyna mimowoli musiała spotkać wszystkich ze zdwojoną powagą i nawet z góry. Szczególnie surowo zmierzyła niektórych i lekceważąco poprosiła ich do stołu. Uważając niewiadomo dlaczego, że za wszystkich, którzy się nie zjawili, powinna odpowiadać Amalja iwanowna, zaczęła do niej ciągle zwracać się arcyniegrze-cznie, co ta zaraz spostrzegła i strasznie była tem dotknięta. Taki początek nie rokował dobrego końca. Nareszcie zasiedli. Kaskoinikow wszedł prawie w tej samej chwili, gdy powrócono z cmentarza. Pani aKtarzyna bardzo się nim ucieszyła, najprzód dlatego, że był to jedyny „inteligentny gość“ ze wszystkich gości i „jak wiadomo, za dwa lata miał objąć w tutejszym uniwersytecie katedrę profesorską“, a powtóre dlatego, że niezwłocznie i z całym szacunkiem przeprosił ją, iż pomimo całej chęci nie mógł być na pogrzebie. Uczepiła go się z zapałem, posadziła go przy sobie po lewej ręce (po prawej usiadła pani Lippewechsel) i pomimo ciągłej krzątaniny i zabiegów, ażeby porządnie roznoszono jadło i żeby wszyscy dostali, pomimo męczącego kaszlu, który co chwila przerywał jej mowę i dusił ją, i jakby szczególnie spotęgował się w ciągu dwóch dni ostatnich, nieustannie zwracała się do Raskoinikowa i pół-szeptem spieszyła wylać przed nim wszystkie nurtujące ją uczucia i całe swoje sprawiedliwe oburzenie na to, że stypa się nie udała, przyczem oburzenie zastępował niekiedy areywesoły, nie dający się powstrzymać śmiech z zebranych gości, a zwłaszcza z samej gospodyni.
— Wszystkiemu jest winna ta kukawka. Pan rozumie 0 kim ja mówię? o niej! — i pani Katarzyna wskazała na gospodynię. — Spójrz no pan tylko: wytrzeszczyła oczy, czuje, że my o niej mówimy, ale nie może zrozumieć i wywaliła ślepie. Tfu, sowa! Ha, ha, ha!... Kchi, kchi, kchi! 1 co to ona chce pokazać swoim czepkiem! Kchi, kchi, kchi! Uważałeś pan, chciałaby ciągle, żeby wszyscy myśleli, że ona robi ofiarę i zaszczyt, że jest obecną. Prosiłam ją, jak porządną jaką, ażeby zaprosiła ludzi przyzwoitych właśnie znajomych nieboszczyka, a spójrz pan, kogo sprowadziła: jakichś błaznów! Hołota! Spójrz pan na tego z oszpeconą twarzą; to jakiś mops na dwóch nogach! A ci, Polaczkowie... ha, ha, ha! Kchi. kchi, kchi! Nikt, nikt ich nigdy tu nie widywał, i ja ich nigdy nie widziałam; no. poco oni przyszli, pytam pana? Siedzą sobie rzędem, jak jeden.,,Panie“, hej! — zawołała nagle do jednego z nich — a może pan jeszcze blinów? Weź pan! Piwa napijcie się, piwa! A wódki nie chcecie? Patrz pan; zerwał się, kłania się, patrz pan, widocznie bardzo głodni, biedni! Niech tam niech sobie podjedzą. Przynajmniej nie hałasują, tylko... tylko... doprawdy, obawiam się o srebrne łyżki gospodyni!.. Proszę pani — zwróciła się do tej ostatniej, prawie głośno — na wypadek, gdyby pani co zginęło, to zgóry uprzedzam, że nie odpowiadam za nic! Ha, ha, ha! — zaśmiała się, znowu zwracając się do Raskolnikowa, znowu ukazując mu gospodynię i ciesząc się ze swego konceptu. — Nie zrozumiała! siedzi jak gapa, patrz oan: sowa, zupełnie sowa, indyczka w — nowych wstęgach, ha, ha, ha!
Tu śmiech znowu ustąpił miejsca nieznośnemu kaszlowi, który trwał z pięć minut. Na chustce zostało trochę krwi, na czoło wystąpiły krople uotu. Pokazała w milczeniu krew Raskolnikowowi i zaledwie odpoczęła, jęła mu szeptać z niezwykłem ożywieniem i z czerwonemi plamami na twarzy:
— Spójrz pan, poleciłam jej jak najdelikatniej, ażeby zaprosiła tę damę i jej córkę, wie pan o kim ja mówię? Tu trzeba postępować jak najzręczniej, a ona zrobiła tak, że ta przyjezdna idjotka, ta gwałtowna bestja, ta nędzna pro-wincjonalistka, dlatego tylko, że jest wdową po jakimś majorze i przyjechała ¿tairać się o emeryturę i szwędać się po różnych biurach i urzędach, że w pięćdziesiątym roku życia kryguje się, używa blanszu i różu (to fakt)... i taka bestja nietylko uważała za stosowne nie przybyć, ale nawet nie przysłała przeprosić, skoro przyjść nie mogła, jak tego w takich razach sama grzeczność wymaga. Pojąć nie mogę dlaczego także nie przyszedł pan Łużyn. Ale gdzież Zosia? Gdzie ona? A otóż jest nareszcie! Gdzie byłaś, Zosiu? Dziwna, że nawet na pogrzebie ojca tak się nie pilnujesz. Puść ją pan koło siebie, panie Raskolnikow. Tu twoje miejsce, Zosiu... Bierz, co chcesz. Galarety weź, to najlepiej. Zaraz przyniosę bliny. A czy dzieci mają? Połcia, macie wszystko? Kchi, kchi, kchi! No, dobrze. Bądź grzeczną, Leniu, a ty, Kola, siedź spokojnie, nie ruszaj nóżkami, siedź jak pańskie dziecko powinno siedzieć. Cc ty mówisz, Zosiu?
Zosia nie omieszkała jej przeprosić za zawód ze strony pana Piotra, starając się mówić głośno, ażeby wszyscy mogli słyszeć i używając wyrażeń pełnych wyszukanego szacunku, które umyślnie sobie skomponawała w imieniu pana Piotra. Dodała, że pan Łużyn kazał jej powiedzieć że jeśli mu tylko czas pozwoli, to natychmiast przybędzie ażeby porozmawiać o interesach na osobności, i umówić się, co można zrobić i przedsięwziąć na przyszłość i t. d.
Zosia wiedziała, że to ułagodzi i uspokoi panią Katarzynę, pochlebi jej, a najgłówniejsze, że dumie jej stanie się zadość. Usiadła przy Raskolnikowie, któremu ukłoniła się naprędce i ukradkiem spojrzała nań ciekawie. Jednak przez cały czas następny unikała z nim rozmowy i spojrzenia. Była nawet jakby roztargniona i patrzyła w oczy pani Katarzynie, ażeby trafić jej do gustu. Ani ona, ani Katarzyna nie były w żałobie dla braku odpowiednich sukien; Zosia miała jakąś ciemną bronzową sukienkę, a pani Katarzyna jedyną suknię perkalikową w ciemne paseczki Wiadomość o panu Piotrze poszła, jak po maśle. Wysłuchawszy Zosi, pani Katarzyna z tą samą powagą zapytała: jak zdrowie pana Łużyna? Poczem, natychmiast i prawie głośno szepnęła do Raskolnikowa, że w istocie dziwnem by było, ażeby taki poważny i szanowny człowiek, jak pan Łużyn, dostał się do tak „niezwykłej kompanji“, pomimo nawet całej jego życzliwości dla jej rodziny i przyjaźni z jej ojcem.
— Dlatego to właśnie jestem tak panu wdzięczną, że pan nie pogardziłeś moim chlebem i solą, nawet w takich warunkach — dodała prawie głośno — zresztą, jestem przekonana że tylko szczególna przyjaźń, jaka łączyła pana z nieboszczykiem była powodem, żeś pan dotrzymał słowa.
Poczem jeszcze raz dumnie i wyniośle rzuciła okiem po swoich gościach i nagle ze szczególną skwapliwością zapytała głośno przez stół głuchego staruszka: „Czy nie życzy sobie pieczeni i czyby się nie napił wina?“ Staruszek nie odpowiedział i długo nie mógł zrozumieć o co się go-pytają, chociaż sąsiedzi dla żartu zaczęli go trącać. Rozglądał się tylko dokoła z otwartemi ustami, czem jeszcze bardziej podniecił ogólną wesołość.
— A to gamajda! Patrzcie państwo! I poco go przyprowadzono? Co się zaś tyczy pana Łużyna, to zawsze mogłam mu ufać — ciągnęła pani Katarzyna do Raskolnikowa — o, bo on wcale nie jest podobny... — ostro i głośno z nadzwyczaj surowym wyrazem twarzy zwróciła się do pani Lippenwechsel, aż się ta zmieszała — nie podobny do tych wystrojonych lafirynd, których u mego ojca nawet do kuchni by nie wpuszczono, a nieboszczyk mąż zrobiłby im wielki zaszczyt, gdyby je chciał kiedy przyjąć u siebie, i to chyba wskutek swojej wielkiej dobroci.
— Tak, lubił się napić; o lubił, pił! — zawołał nagle pseudo porucznik, wychylający dwunasty kieliszek wódki
— Nieboszczyk mąż, w istocie miał tę słabość, i to wszystkim wiadomo — wpiła się zaraz w mówiącego pani Katarzyna — ale był to człowiek zacny i poczciwy, kochał i szanował swoją rodzinę; źle tylko robił, że, wiedziony dobrocią, przyjaźnił się z wszelkiemi rozpustnikami i, już sam Bóg wie, z kim nie pił, z tymi, którzy nawet jego podeszwy nie byli warci! Wyobraź pan sobie: w jego kieszeni znaleziono kogutka z piernika: wraca nawpół umarły; a o dzieciach pamięta.
— Kogutka? Pani powiada: kogutka? — zawołał — porucznik.
Wdowa nie zaszczyciła go odpowiedzią. Zamyśliła się o czemś i westchnęła.
— Pan bo zapewne sądzi, jak wszyscy, że ja byłam za surowa względem niego — ciągnęła zwracając się do Raskolnikowa. — Bynajmniej! On mnie szanował, on mnie
Zbrodnia i kara t. II. 8 bardzo, bardzo szanował! Poczciwy był to człowiek! I tak mi go żal było nieraz! sdedzi, bywało, patrzy na mnie z kąta, tak mi się żal robi, chciałoby się popieścić, ale zaraz przychodzi na myśl:,,popieścisz go, a on się znowu upije“; tylko surowością można go było jako tako powstrzymać.
— Tak, bywały włosy w robocie, bywały, bywały nie jeden raz — ryknął porucznik i wlał w siebie jeszcze jeden kieliszek wódki.
— Nietylko darciem za włosy i uszy, ale i pomiotłem wartoby nieraz było uczęstować niektórych durniów. Nie mówię teraz o nieboszczyku! — odcięła wdowa wesołemu gościowi.
Czerwone plamy na jej policzkach pałały coraz moćniej i mocniej, piersi jej falowały. Jeszcze chwilka, a już gotowa była zacząć scenę. Wielu śmiało się, wielu sprawiało to widoczną przyjemność. Porucznika zaczęto trącać i. coś mu szeptać. Chciano ich widocznie podjudzić.
— Za po-zwo-le-niem, o czem to pani — zaczął porucznik — to jest niby... kogo to pani ma na myśli... A zresztą... nie potrzeba! Głupstwo! Wdowa! Wdówka! Przebaczam... Pas! — i znowu kropnął kieliszek.
Raskolnikow siedział i słuchał w milczeniu i ze wstrętem. Jadł zaś dla przyzwoitości tylko dotykając się do porcji, jakie mu ciągle nakładała rezolutna sąsiadka i to jedynie, ażeby jej nie obrazić! Uważnie przypatrywał się Zosi. Ale Zosia z każdą chwilą stawała się smutniejszą i bardziej nieśmiałą; i ona czuła także, że uczta nie skończy się, zgodnie i ze strachem śledziła wzrastające rozdrażnienie macochy. Wiedziała, między innemi, że najważniejszą przyczyną, dla której przyjezdne damy odmówiły przyjęcia udziału w uczcie, była właśnie ona. Zosia. Słyszała od samej pani Lippewechsel, że matka obraziła się nawet zaprosinami i zadała pytanie: „Jakżeby mogła posadzić przy takiej tam dziewczynie swoją córkę?“ Zosia przeczuwała, że pani Katarzyna wie o tem, a obraza wyrządzona jej, Zosi, była dla jej macochy jakby obrazą jej samej, jej dzieci, jej tatusia, była, słowem, obrazą śmiertelną, i Zo-isia wiedziała, że macocha póty się nie uspokoi, póki nie dowiedzie „tym lafiryndom, że one obie...“ i t. d. i t. d. Jakby naumyślnie, ktoś z drugiego końca stołu przesłał Zosi talerz, na którym były z chleba nalepione dwa serca przeszyte strzałą. Pani Katarzyna sponsowiała i zaraz krzyknęła głośno, że ten, który przesłał talerz jest „pijanym osłem“. Pani Lippenwechsel, która także przeczuwała coś niedobrego, a przytem była obrażona do głębi serca pychą pani Katarzyny, dla odwrócenia uwagi towarzystwa i ażeby zarazem podnieść siebie w opinji obecnych, zaczęła ni stąd ni zowąd, opowiadać, że jakiś znajomy „Karol z apteki“, jeździł w nocy dorożką i że „dorożkarz chciał go zabić, i płakał, i ręce załamał, i nastraszył, i ze strachu aż mu serce przeszyło“. Pani Katarzyna, chociaż się uśmiechnęła, ozwała się jednak, że pani Lippewchsel nie powinna opowiadać anegdotek po rosyjsku. Ta obraziła się jesczze bardziej i odparła, że „jej Vater aus Berlin, był bardzo, bardzo ważny szlofik i zawsze rękami po kieszeniach chodził“. Skłonna do śmiechu, pani Katarzyna nie mogła wytrzymać i wybuchnęła strasznym śmiechem tak, że pani Lippewechsel zaczęła tracić resztą cierpliwości i ledwie się trzymała.
— A to kwoka! — szepnęła pani Katarzyna do Raskol-nikowa, rozweseliwszy się prawie — chciała powiedzieć: nosił ręce w kieszeniach, a wyszło, że kradł, kchi, kchi! Czy też pan zauważył, że wszyscy cudzoziemcy petersburscy, to jest przeważnie niemcy, którzy Bóg wie skąd do nas przybywają, wszyscy głupsi są od nas. No, zgódź się pan, no czyż można opowiadać, że „Karol z apteki ze strachu serce sobie przeszył“, i że on (gapa!) zamiast, żeby związać dorożkarza „ręce załamał, i płakał, i bardzo plosił“. Ach oślica! I myśli, że to jest bardzo wzruszające i nie podejrzewa, jak jest głupią! Mojem zdaniem ten pijany pisarz jest daleko rozsądniejszy; przynajmniej widać, że łotr wierutny, resztę zmysłów przepił, a oni wszyscy tacy przyzwoici, poważni... Patrzcie ją, jak to siedzi z wytrzeszczonemi oczami. Gniewa się! gniewa się! Ha ha, ha! Kchi, kchi, kchi!
Nabrawszy humoru, pani Katarzyna jęła zaraz wyłusz-czać przeróżne szczegóły, jak to ona, z pomocą wyrobionej emerytury, bezwarunkowo założy w swojem rodzinnem mieście T... pensję dla dziewcząt zamożnych rodziców. Raskolnikow nie wiedział jeszcze o tem od samej pani Katarzyny, to też zaczęła mu wykładać najpiękniejsze plany na przyszłość. Niewiadomo skąd znalazł się nagle w jej rękach ten sam „list pochwalny“, o którym mówił Raskol-nikowowi jeszcze nieboszczyk Marmeladow, tłumacząc mu w szynku, że pani Katarzyna, jego żona, przy wyjściu z instytutu tańczyła z szaleni „przy gubernatorze i innych osobach“. Ten list pochwalny oczywiście powinien był służyć dla jego właścicielki świadectwem na prawo otwarcia pensji; ale głównie miał na celu ostateczne „zerżnięcie obydwóch postrojonych lafirynd“, w razie gdyby przyszły były na stypę, i dowiedzenia im wyraźnie, że pani Katarzyna pochodzi z najzacniejszego, możnaby nawet powiedzieć arystokratycznego domu, że jest córką pułkownika i napewno lepszą od jakichś tam awanturnic, których tak wiele rozpleniło się ostatniemi czasy“. List pochwalny zaczął zaraz przechodzić z rąk do rąk pijanych gości, czego pani Katarzyna nie wzbraniała, bo w istocie stało w nim wyraźnie en toutes lettres, żej est ona córką radcy dworu i kawalera, a więc istotnie prawie córką pułkownika. W zapale, pani Katarzyna niezwłocznie jęła rozpowiadać na temat przyszłego pięknego/i spokojnego życia w T...; o nauczycielach gimnazjum, których zaprosi do dawania lekcji na pensji; o pewnym zacnym staruszku, francuzie Main-geau, który ją samą jeszcze uczył po francusku w instytucie i który jeszcze dotąd mieszka w T... i zapewne zgodzi się do niej na bardzo przystępnych warunkach. Nareszcie zaczęła być mowa i o Zosi, „która pojedzie do T... razem z panią Katarzyną i będzie jej tam pomagała we wszystkiem“. Ale przy tych słowach ktoś nagle parsknął na końcu stołu. Pani Katarzyna, chociaż udała, że nie słyszy tego śmiechu, podniosła głos i jęła rozpowiadać z zapałem, jak bezwarunkowo wierzy w zdolności panny Zofji do pomagania sobie, „jest bowiem łagodną, i cierpliwą, pełną poświęcenia, zacną i wykształconą“, przyczem pogłaskała Zosię po twarzy i, podniosłszy się, pocałowała ją dwa razy. Zosia zarumieniła się, a pani Katarzyna nagle zaczęła płakać, powiedziawszy zaraz o samej sobie, że „jest nerwową i już zanadto rozdrażnioną, że czas już skończyć, a ponieważ obiad już skończony, niechże więc podają herbatę“. W.tej samej chwili, pani Lippewechsel ostatecznie obrażona, że w całej rozmowie nie przyjmowała najmniejszego udziału i nikt jej wcale nie słucha nagle zdobyła się na ostatni wysiłeK i z hamowanym gniewem ośmieliła się zwrócić uwagę pani Katarzyny, że w owej przyszłej pensji należy zwracać szczególną baczność na czystą bieliznę panienek (die Wesche) i że „ko niecznie powinien ’był taki jeden dobra dam (die Dame), żeby dobra patrzył za Węszę“ i powtóre „żeby wszystki młoda panienka cichutko w lioca romanse żadne nie czytał“. Pani Katarzyna, która w istocie bardzo była zdenerwowana i zmęczona i którą już zupełnie znudziła ta stypa, zaraz odcięła gospodyni, że ta „paple od rzeczy“ i nic nie rozumie; że starania o die Wesche to rzecz gospodyni, nie zaś przełożonej szanującej się pensji; a co się tyczy romansów, to jest poprostu nieprzyzwoitość, i że prosi ją, ażeby zamilkła.
Pani Lippewechsel poczerwieniała i odparła z gniewem że tylko „dobra żyszy!“ i że „bardzo wiele dobra żyszył“, a że jej za „mieszkanie dawno już geld nie płacił“. Pani Katarzyna nie omieszkała jej „osadzić *, rzekłszy, iż łże, twierdząc, że „dobra żyszył“, bo jeszcze wczoraj, kiedy nieboszczyk leżał na stole, męczyła ją za mieszkanie. Na to pani Lippewechsel bardzo dobitnie odparła, że ona „tamtych dam zapraszał, ale że tamte dam nie przyszła, bo tamte dam, to porządne dam i nie mogą przychodził do nieporządny dom“. Pani Katarzyna zaraz „podkreśliła1 jej, że poniewraż jest chamką, to nie może właściwie sądzić o tem, co jest porządne, a co nieporządne. Pani Lippewechsel nie wytrzymała i zaraz oznajmiła, że „jej va-ter aus Berlin był bardzo, bardzo ważny szlofik i obie ręce po kieszeniach chozil i ciągle robiła tak: „puf“ „puf“! I żeby dosadniej przedstawić swojego fatra, niemka zerwała się z krzesła, wsunęła obie ręce do kieszeni, wydęła policzki i zaczęła wydawać jakieś nieokreślone dźwięki ustami, czemu towarzyszył głośny śmiech wszystkich lokatorów, którzy umyślnie podniecali niemkę, ’ przeczuwając starcie. Ale tego nie mogła już ścierpieć pani Katarzyna i niezwłocznie na cały głos „wypaliła“, że pani Lippewechsel może nawet nigdy vatra nie miała, lecz że jest poprostu petersburską pijaną czuchonką i pewno służyła gdzie dawniej za kucharkę, a może jeszcze gorzej. Pani Lippewechsel zaczerwieniła się jak rak i syknęła, że to może u pani Katarzyny wcale „vater nie bul; ale że u niej bul vater aus Berlin, i taka długa surdut nosił i ciągle robił: puf, puf, puf!“ Pani Katarzyna z pogardą zauważyła, że jej pochodzenie, jest wszystkich wiadome, i że na tym samym liście pochwalnym wydrukowane stoi czarne na białem, że jej ojciec był pułkownikiem; a że ojciec pani Lippewechsel (jeżeli tylko miała jakiego ojca) na-pewno był jakimś petersburskim czuchną i sprzedawał mleko, a najpewniej, wcale nie miała ojca, gdyż dotąd jeszcze nie wiadomo, jak nazywać panią Lippewechsel: Amelją Iwanówną czy Ludwikówną? Tu niemka, rozwścieczona ostatecznie, uderzając pięścią w stół, zaczęła piszczeć, że jest Amalja Iwan, a nie Ludwikowa, że jej vater, nazywał Johann i bul burmieister“, a że vater pani Marmeladowej, wcale nigdy bul burmeister“. Pani Katarzyna wstała z krzesła i surowo, napozór spokojnym głosem (chociaż cała blada i z głęboko falującą piersią)., zagroziła, że jeżeli jeszcze raz poważy się „zestawić swego nędznego vaterczynę z jej ojcem, to ona, Marmeladowa.. zerwie jej ten czepiec i podepcze go nogami“. Usłyszawszy to, niemka zaczęła biegać po pokoju, krzycząc z całych sił. że ona tu panią, i żeby „pani Marmeladow natychmiast czyścił kwatera“; poczem jęła skwapliwie zbierać srebrne łyżki ze stołu. Zrobił się hałas i zamieszanie; dzieci zaczęły płakać. Zosia usiłowała mitygować macochę; ale gdy niemka zaczęła coś krzyczeć o żółtym bilecie, pani Katarzyna nagle odepchnęła Zosię i przypadła do gospodyni ażeby niezwłocznie wykonać groźbę swoją co do czepka. W tej chwili drzwi się otworzyły i na progu pokoju zjawił — się nagle pan Piotr Łużyn. Stanął i surowym, uważnym wzrokiem oglądał całe towarzystwo. Pani Katarzyna pobiegła ku niemu.
— Panie! — zawołała — niech pan chociaż wstawi się za nami! Przedstaw pan tej głupiej małpie, że nie ma prawa traktować w ten sposób porządnej kobiety w nieszczęściu, że na to jest sąd... ja trafię do samego generał gubernatora... Ona odpowie... Na pamięć gościnności mojego ojca, wstaw się pan za sieroty.
— Za pozwoleniem pani... Przepraszam, przepraszam panią — odpychał ją Łużyn — ojczulka pani, jak pani wiadomo, nie miałem wcale zaszczytu znać... za pozwoleniem pani! (ktoś się głośno roześmiał), a w ciągłych kłótniach pani z gospodynią, nie mam wcale ochoty przyjmować udziału... Mam osobisty interes i pragnę rozmówić się natychmiast z pani pasierbicą, panną Zofją... zdaje się. Czy tak? Pozwól mi pani przejść...
I pan Piotr, obszedłszy boczkiem panią Katarzynę, skierował się do przeciwległego kąta, gdzie była Zosia.
Pani Katarzyna, jak stała na miejscu tak i utkwiła, jakby porażona gromem. Nie mogła ona zrozumieć, jak Łużyn mógł się zaprzeć znajomości z jej ojcem. Wymyśliwszy raz tę gościnność ojcowską, sama już w nią święcie wierzyła. Uderzył ją i urzędowy, suchy, pełen jakby pogardliwej groźby ton pana Piotra. A i wszyscy jakoś uciszyli się, powoli, z jego przybyciem. Oprócz tego, że ten,,urzędowy i poważny“ mężczyzna zanadto jaskrawię nie harmonizował z całą kompan ją, oprócz tego, widać było ze przyszedł po coś ważnego, że widocznie jakaś niezwykła przyczyna mogła go zmusić do obcowania z takiem towarzystwem, i że przeto niebawem coś się zdarzy, coś nastąpi. Raskolnikow, który stał przy Zosi, usunął się, ażeby go przepuścić. Pan Piotr, zdawało się, wcale go nie spostrzegał. Po chwili na progu pokazał się i Lebieziatni kow, do pokoju nie wszedł, ale stanął także z jakąś’szczególną ciekawością, prawie ze zdziwieniem; słuchał, ale zdawało się, że długo nie mógł czegoś zrozumieć.
— Przepraszam, może państwu przeszkodziłem, ale sprawa jest dosyć ważna — wyrzekł Łużyn jakoś ogólnie i nie zwracając się do nikogo w szczególności — rad jestem nawet, że to nastąpi przy świadkach. Pani Lippewechsel. upraszam panią, jako gospodynię, ażebyś raczyła zwrócić uwagę na moją rozmowę z panną Zofją. Panno Zofjo — zwracając się wprost do niezmiernie zdziwionej i już zawczasu przerażonej Zosi — z mojego biurka, w pokoju mego przyjaciela, pana Lebieziatnikowa, zaraz po odejściu pani, zginął, mi banknot storublowy. Jeśli pani jakim sposobem wie co o nim i wskaże nam, gdzie się znajduje to zaręczam pani słowem honoru i biorę wszystkich na świadków, że cała sprawa na tem się tylko skończy. W przeciwnym razie, zmuszony będę przedsięwziąć środki bardzo poważne, a wtedy... a wtedy miej pani urazę do samej siebie.
Zupełne milczenie zapanowało w pokoju. Nawet płaczące dzieci zamilkły. Zosia stała śmiertelnie blada, patrzyła na Łużyna i nie mogła nic odpwiedzieć. Tak jakby jeszcze nie rozumiała o co chodzi. Minęło kilka sekund.
— No więc jakże? — zapytał Łużyn, uważnie patrząc na nn.
— Ja nie wriem... O niczem nie wiem... — słabym głosem wymówiła nareszcie.
— I Niie? Nie wie panna? — przedrzeźniał Łużyn i jeszcze spauzował kilka sekund. — Niech panna pomyśli — zaczął surowo, ale ciągle jeszcze jakby namawiając — zastanowi się, gotów jestem pannie dać nawet czas do namysłu. Bo proszę rozważyć: gdybym tak nie był pewien, to naturalnie, choćby ze względu na swoje doświadczenie nie ośmieliłbym się oskarżać panny tak otwarcie; za takie bowiem fałszywce oskarżenie, jawne i głośne, sam po części byłbym odpowiedzialnym. Wiem o tem. Dziś rano zmieniłem pięcioprocentowych walorów, na sumę nominalną trzy tysiące rubli. Rachunek mam zapisany w notesie. Wróciwszy do domu, zacząłem, co może poświadczyć pan Lebieziatnikow, liczyć pieniądze, i odliczywszy dwa tysiące trzysta rubli, schowałem je do pugilaresu, a pugilares do bocznej kieszeni surduta. Na stole zostawało oko ło pięciuset rubli w banknotach kredytowych, a między niemi trzy banknoty po sto rubli każdy. W tej chwili (na moje wezwanie) pani przybyłaś, i przez cały czas potem byłaś pani u mnie bardzo pomieszaną, tak, że nawet trzy razy w ciągu rozmowy wstawałaś, chcąc odejść, chociaż rozmowa nasza nie była skończoną. Pan Lebieziat-nikow może to wszystko poświadczyć. Niewątpię, że panna sama zechcesz to potwierdzić i przynać, żem ją wezwał przez Lebieziatnikowa jedynie, ażeby rozmówić się z nią o sierocem i nieszczęśliwem położeniu jej macochy( do której nie mogłem przyjść na stypę) i o tem, jak pożądanem byłoby urządzić na jej korzyść coś w rodzaju składki, lo-terji lub czegoś podobnego.
Samaś mi dziękowała i rozpłakałaś się nawet (opowiadam wszystko tak jak było, ażeby, naprzód przypomnieć pannie, a, powtóre, przekonać ją, że z mojej pamięci nie uszedł najdrobniejszy nawet szczegół). Następnie wziąłem ze stołu dziesięciorublówkę i podałem pani, od siebie, na rzecz kuzynki panny, na jej pierwsze potrzeby. Wszystko to widział pan Lebieziatnikow. Poczem odprowadziłem pannę do drzwi, ciągle pomieszaną, a następnie, zostawszy sam z panem Lebieziatnikowem i porozmawiawszy z nim około dziesięciu minut, gdy pan Lebieziatnikow wyszedł, zwróciłem znowu się do stołu, na którym leżały pieniądze, chcąc je po przeliczeniu, odłożyć osobno, jak zamierzałem poprzednio. Jakież było moje zdziwienie, gdy nie doliczyłem się jednej storublówki. Proszę więc teraz rozważyć: podejrzewać pana Lebieziatnikowa żadną miarą nie mogę; wstydzę się nawet samego podejrzenia. Omylić się w rachunkach również nie mogłem, gdyż na chwilę przed przyjściem panny uzgodniłem je właśnie i nie wykazały żadnych różnic. Zgódź się więc pani, że pomny na jej pomieszanie i przyczyny jakie mu towarzyszyły, ja, że tak powiem, ze zgrozą, i nawet wbrew mojej woli, byłem zmuszony rzucić podejrzenie, oczywiśccie ciężkie, ale słuszne! Dodaję jeszcze i powtarzam, że pomimo całej mojej widocznej pewności siebie, wiem, że ryzykuję niejako, oskarżając pannę. Ale nierobiłbym tego nigdy, gdyby nie najczarniejsza niewdzięczność ze strony panny. Jedynie, jedynie niewdzięczność! Jakto? Więc ja pannę zapraszam dla omówienia środków pomocy dla jej macochy, więc ja ofiaruję od siebie dziesięć rubli, i panna, prawie w mo ich oczach, odpłacasz mi takim postępkiem! Nie, to już brzydko! Trzeba nauczki! Pomyśl panna; jako szczerze jej życzliwy (bo ¡lepszego przyjaciela nie masz panna w tej chwili nade mnie), proszę, opamiętaj się! W przeciwnym razie, będę nieubłagany. Więc jakże?
— Ja nic nie brałam u pana — wyszeptała Zosia w przerażeniu — dałeś mi pan dziesięć rubli, zabierz je pan sobie.
Zosia wyjęła z kieszeni chustkę, odnalazła węzełek, rozwiązała go, wyjęła dziesięciorublówkę i wyciągnęła rękę do Łużyna.
— A do wzięcia stu rubli nie przyznajesz się panna? — Z wymówką i uporem wymówił, nie przyjmując biletu.
Zosia spojrzała dokoła. Wszyscy patrzyli na nią strasznym wzrokiem surowTym, złośliwym, nienawistnym. Spojrzała na Raskolnikowa... ten stał przy ścianie, ze skrzyżowanemi rękami i przeszywał ją ognistym spojrzeniem. — O, mój Boże! — jęknęła Zosia.
— Pani gospodyni, trzeba będzie zawiadomić policję: a tymczasem, poślij pani, proszę, po stróża — zwolna i nawet łagodnie wymówił Łużyn.
— Gott der barmherzige! — Ja wiedział, co ona kradł! — klasnęła w dłonie pani Lippewechsel.
— Pani wiedziałaś? — podchwycił Łużyn — a więc i poprzednio miałaś pani już pewne podstawy, ażeby tak mniemać. Proszę panią, niech szanowna pani zapamięta te słowa, wypowiedziane zresztą przy świadkach.
Ze wszystkich stron dały się słyszeć głośne szepty. Wszyscy zostali poruszeni.
— Jakto? — zawołała nagle, opamiętawszy się, pani Katarzyna i, jakby się urwała, wpadła na Łużyna — jakto! Pan ją oskarżasz o kradzież? Zosię? O podli, podli!
I przypadłszy do Zosi, ona jak w kleszcze objęła ją wy-schłemi rękami.
— > Zosiu! Jak śmiałaś brać od niego dziesięć rubli!
O głupia! Dawaj je tutaj! Dawaj mi zaraz te dziesięć rubli, o!
I wyrwawszy banknot z rąk Zosi, pani Katarzyna zgniotła go i rzuciła z zamachem prosto w twarz Łuży na. Kulka trafiła w oko i odskoczyła na podłogę. Niemka podniosła ją skwapliwie. Pan Piotr rozgniewał się.
— Wstrzymajcie tę warjatkę! — zawołał.
We drzwiach w tej chwili, oprócz Lebieziatnikowa, pokazało się jeszcze kilka osób, pomiędzy któremi zaglądały i obie przyjezdne damy.
— Co? War jatka! Ja mam być warjatką? Dureń! — wrzasła pani Katarzyna. — Tyś sam dureń, kruczek sądowy! uędzny człowiek! Zosia. Zosia miałaby brać jego pieniądze! Zosia miałaby być złodziejką! Toć ona jeszcze tobie da, łotrze! — I pani Katarzyna roześmiała się kon-wulsyjnie. — Widzieliście durnia? — rzucała się na wszystkie strony, pokazując na Łużyna. — Co, i ty także? — dostrzegła gospodynię i — ty potwierdzasz, kiełbaśnica że ona „kradł“, ty podła pruska kurza łapo w krynolinie! O, wy! Ach, wy! Ależ ona z pokoju nie wychodziła i jak przyszła od ciebie, łotrze, to zaraz siadła obok pana Ro-djona... Zróbcie rewizję! Skoro nigdzie nie wychodziła, to musi mieć pieniądze przy sobie! Szukajże, szukaj, szukaj! Tylko jeżeli nie znajdziesz, to daruj, chłoptasiu, ale odpowiesz! Do Najjaśniejszego Pana; do samego Cara pobiegnę, do miłosiernego, do nóg Mu się rzucę, zaraz, dziś jeszcze! Ja, sierota! Minie puszczą! Myślisz, że nie puszczą? Łżesz, dojdę! Dojde-ę! Toć tyś rachował, że ona taka nieśmiała? Na toś rachował? Ale ja za to, bracie jestem energiczna! Nie daruję! Szukajże! Szukaj, szukaj no, szukaj!
I pani Katarzyna wściekle zaczęła szarpać Łużyna, ciągnąc go ku Zosi.
— I owszem, i odpowiadam za wszystko... ale uspokój się pani, uspokój się. Aż zana Ito widzę, żeś pani energiczna!... jakże... jakże więc?... — — mruczał Łużyn^ — to trzebaby przy policji... chociaż, zresztą i teraz świadków jest dosyć... I owszem... Ale w każdym razie mężczyźnie jakoś nie wypada... różnica płci. Gdyby oto pani gospodyni chciała dopomóc... chociaż co prawda tak się nie robi... Jakże więc?
— Kogo pan chcesz? Niech sobie kto chce szuka! — krzyczała pani Katarzyna — Zosiu, wywróć im kieszenie! O, o! Patrz, łotrze, o, pusta tu była chusteczka, kieszeń pusta, widzisz! O druga kieszeń, o, o! Widzisz! Widzisz!
I pani Katarzyna nie wywróciła, ale poprostu wyrwała obydwie kieszenie, jedną za drugą. Ale z drugiej, prawej kieszeni wyskoczył nagle banknot i opisawszy w powietrzu parabolę, spadł przy nogach Łużyma. Wszyscy to widzieli wielu krzyknęło. Pan Piotr schylił się, podniósł papier dwoma palcami z ziemi, podniósł tak, ażeby go wszyscy widzieli; i rozwinął. Była to storublówka, złożona w ósemkę. Pan Piotr oprowradził swoją rękę dokoła, pokazując wszystkim banknot.
— * Złodziejka! Woń z kwatyr! Polis! Polis! — jękła niemka — potrzeba ich w Sybir zeslal! Won!
Ze wszystkich stron dały się słyszeć wykrzykniki. Ras-koilnikow milczał, nie spuszczając wzroku z Zosi, z rzadka, ale bystro przerzucając go na Łużyma. Zosia stała na tem samem miejscu, jak bez pamięci: nie była prawie nawet zdziwioną. Nagle oblała się rumieńcem, krzyknęła i zakryła twarz rękoma.
— Nie, to nie ja! Ja nie brałam! Ja nie wiem! — zawołała rozdzierającym głosem i rzuciła sdę do macochy.
Ta schwyciła ją, silnie przycisnęła do siebie, jak-gdyby chciała ją piersią zasłonić przed wszystkiemi.
— Zosiu! Zosiu! Ja nie wierzę! Widzisz, ia nie wierzę! — krzyczała pani Katarzyna (pomimo całej oczywistości), wstrząsając nią w swoich rękach, jak dziecko, całując ją niezliczoną ilość razy, chwytając jej ręce i wpijając się i całując je. — Tybyś wziąść miała? Co to za głupcy! O Boże! Głupcy jesteście, głupcy — wołała, zwracając się do wszystkich — wy jeszcze nie wiecie, nie wiecie, co to za serce, co to za dziewczyna. Ona weźmie, ona! Ależ ona ostatnią kieckę zdejmie ze siebie, sprzeda, boso pójdzie, i odda, gdy wam będzie potrzeba, taką jest! Dlatego tylko ma i ten żółty bilet, że moje dzieci ginęły z głodu, siebie dla nas sprzedała!... O nieboszczyku! Nieboszczyku! Czy ty widzisz? Widzisz? Oto twoja stypa! Boże! Wstawcież się za nią, czego stoicie? Panie Raskol-nikow! Dlaczego się pan nie ujmie za nią? Czy i pan uwierzyłeś? Małego jej palca nie warci jesteście, wszyscy, wszyscy, wszyscy! Boże! Pomóż nareszcie!
Płacz biednej i osierocanej suchotnicy wywarł widocznie wielkie wrażenie na obecnych. Tyle było rozpaczy, tyle cierpienia w tej wykrzywionej boleścią, wyschłej suchotniczej twarzy, w tych zaschłych, spieczonych krwią ustach, w tym ochryple krzyczącym głosie, w tem łkaniu.. podobnem do płaczu dziecka, w tej ufającej, dziecinnej i zarazem rozpaczliwej prośbie o pomoc, że zdawało się. iż wszyscy ulitowali się nad nieszczęsną. Przynajmniej pan Piotr zaraz się ulitował:
— Pani! pani! — wołał przekonywającym głosem — to się pani przecie nie tyczy! Nikt się nie poważy pani oskarżać o zmowę, o udział, tembardziej, żeś pani sama wykryła prawdę, przez wywrócenie kieszeni:? w’ęc nioeś pani nie podejrzewała. Bardzo a bardzo gotów jestem??łować, jeśli to nędza popchnęła pannę Zofje do tego czynu, ale dlaczegóż panna nie chciałaś się p-zyznać? Lękasz się wstydu? Pierwszy krok? Możeś się panna zmieszała? To jasne, jasne... Ale dlaczegóż było puszczać się na takie ryzyko! Panowie! — zwrócił się do obecnych — panowie! Żałując i, że tak powiem, litując się, gotów jestem przebaczyć, pomimo obelg jakie mnie spotkały. Niech ten wstyd będzie dla panny nauczką na przyszłość — zwrócił się do Zosi — a ja dochodzić więcej nie będę i sprawę umarzam. Dosyć!
Łużyn z ukosa spojrzał na Raskolnikowa. Spojrzenia ich spotykały się. Gorący wzrok Raskolnikowa gotów był go spalić.
Tymczasem pani Katarzyna, jakby już nic nie słyszała: ściskała i całowała Zosię, jak obłąkana. Dzieci także objęły ze wszystkicn stron Zosię swojemi rączkami, a Połcia, która niezupełnie zresztą rozumiała o co chodzi, zdawała się tonąć w łzach,.nadrywając się od łkania i ukrywszy nabrzękłą ładną buzię na ramieniu Zosi.
— Ach, jak to podle! — dał się słyszeć nagłe dobitny głos we drzwiach.
Łużyn obejrzał się szybko.
— Co to za nikczemność! — powtórzył Lebieziatnikow śmiało patrząc mu w oczy.
Pan Piotr jakgdyby zadrżał. Wszyscy to spostrzegli. (Później wspomniano o tem). Lebieziatnikow wszedł do pokoju.
— I pan śmiałeś mnie brać na świadka? — rzekł, zbliżając się do Łużyna.
— Co to ma znaczyć, panie Andrzeju? O czem pan mówi? — wyszeptał Łużyn.
— To ma znaczyć, żeś pan.. łotr, to znaczą moje sło wa! — gorąco wymówił Lebieziatnikow, surowo patrząc nań swemi ślepowaterni oczkami. Strasznie był oburzony.
Raskolnikow wpił się weń oczyma, jakby podchwytu-iąc i ważąc każde słowo. Znowu zapanowało milczenie. Pan Piotr prawie się zmieszał, zwdaszcza z początku.
— Czy pan to do mnie mówisz?... — zaczął, jąkając się — co się z panem stało? Czyś pan przy zdrowych zmysłach?
— O, ja mam zdrowe zmysły, ale pan... pan jesteś.. nędznikiem. Ach, jak to podle! Słyszałem wszystko i czekałem umyślnie, ażeby wszystko zrozumieć, bo przyznaję, że dotąd nawet jakoś się jedno drugiego nie trzyma... Ale nacoś pan wszystko zrobił — nie rozumiem.
— Cóżem ja takiego zrobił? Czy przestaniesz mówić swemi głupiemi zagadkami? Albo możeś pan nietrzeźwy!
— To chyba ty sam, nikczemniku, pijesz, ale ¡nie ja! Ja wcale wódki nie pijam, bo jest to wbrew moim zasadom! Wyobraźcie sobie państwo, on, on sam, swemi wła-snemi rękami, oddał ten banknot storublowy pannie Zofji ja widziałem, ja byłem świadkiem, ja przysięgnę! On. on sam! — powtarzał Lebieziatnikow, zwracając się do wszystkich i każdego.
— Oszalałeś, młokosie jeden, czy nie? — piskliwie krzyknął Łużym — toć ona sama w oczy, tu, przy wszystkich potwierdziła, że oprócz dziesięciu rubli, nic więcej nie dostała ode mnie. Jakimże więc sposobem mogłem jej dać te pieniądze?
— Widziałem! Widziałem! — krzyczał i potwierdzał Lebieziatnikow — i choć to wbrew moim zasadom, ale gotów jestem złożyć przysięgę jaką zechcą, bo widziałem, jakeś jej pan ukradkiem podsunął. Tylko ja, osioł, sądziłem, żeś pan podsunął z dobrego serca! We drzwiach, żegnając się z nią, kiedy się odwróciła i kiedyś pan jedną ręką ściskał jej rękę, wsunąłeś pan pocichutku papierek. Widziałem! Widziałem!
Łużyn zbladł.
— Kłamiesz pan! — zawołał z czelnością — i jak pan mogłeś, stojąc przy oknie, poznać co to był za papier! Nie dopisały panu... półślepe oczy. Bredzisz pan.
— Oho, dopisały! 1 choć stałem zdaleka, ale wszystkom widział, wszystko, a chociaż od okna dość trudno rozpoznać papier, to prawda, ale właśnie, szczególnym wypad kiem wiedziałem napewno, że była to storublówka, bo kiedyś pan zaczął dawać pannie Zofji dziesięć rubli, to widziałem, jakeś pan.ze stołu wziął storublówkę (widziałem, bo wtedy stałem blisko, i tu mi właśnie przyszła wtedy pewna myśl, dlategom aie zapomniał że pan miałeś w ręku ten banknot). Złożyłeś ją pan i przez cały czas trzymałeś, zacisnąwszy rękę. Potem wyszło mi to znowu z pamięci, ale kiedyś pan zaczął wstawać, to z prawej przełożyłeś pan do lewej i o mało panu z rąk nie wypadła; i znowu przypomniałem sobie, bo znowu mi przyszła ta sama myśl, mianowicie, że pan chcesz jej przyjść z pomocą, w sekrecie przede mną. Możesz pan sobie wyobrazić, jak zacząłem śledzić, no i zobaczyłem, że się panu udało wsunąć jej do kieszeni. Widziałem, widziałem, przysięgam!
Lebieziatnikow ledwie oddychał. Ze wszystkich stron dały się słyszeć różne wykrzykniki, po większej części wyrażające zdziwienie; ale dały się słyszeć głosy, przyjmujące wyraz groźby. Wszyscy stłoczyli się przy panu Piotrze. Pani Katarzyna podbiegła do Lebieziatmikowa.
— Panie Lebieziatnikow! Nie poznałam się na panu! Broń jej pan! Pan jeden wstawiłeś się za nią! To sierota, Bóg nam pana zesłał! Panie Andrzeju! Zbawco nasz!
I nieszczęśliwa, jak obłąkana, upadła przed nim na klęczki.
— Od rzeczy! — jęknął rozwścieczony Łużyn — od rzeczy pan pleciesz..., Zapomniałem, przypomniałem sobie, pamiętam“, — co takiego! Więc ja umyślnie podłożyłem! Dlaczego? W jakim celu? Co mnie wiąże z tą...
— — Dlaczego? Tego ja właśnie sam nie rozumiem, a że to co opowiadam, jest istotnym faktem, to pewne! Tak dalece nie mylę się, nędzny, występny człowieku, że właśnie pamiętam, jak mi z tego powodu zaraz wtedy przyszło do głowy pytanie, właśnie wtedy, kiedym panu dziękował i ściskałem dłoń pańską. Dlaczego właściwie ukradkiem wsunąłeś jej pan do kieszeni? Czyż tylko dlatego, żeś pan chciał zrobić sekret przede mną, wiedząc, że jestem zasad przeciwnych i nie dopuszczam dobroczynności prywatnej, która nic nie leczy radykalnie? I doszedłem do przekonania, że właśnie przede mną wstyd panu ofiarowywać takie sumy i oprócz tego, pomyślałem sobie, chce jej zrobić niespodziankę, zadziwić ją, gdy znajdzie u siebie w kieszeni okrągłe sto rubli. (Niektórzy bowiem dobroczyńcy lubią w te nsposób rozmazywać swoje datki: wiem o tem). Potem przyszło mi także na myśl, że chcesz ją pan wypróbować, to jest, czy przyjdzie podziękować, znalazłszy! Potem, że chciałeś pan uniknąć podziękowań i żeby, no, jak tam się mówi: żeby prawa ręka nie wiedziała... słowem, jakoś to niby tak... Ale czy mało mi myśli przyszło wtedy do głowy, tak, że postanowiłem wszystko to obmyślić później, ale w każdym razie uważałem za niedelikatne powiedzieć panu, że sekret jest mi znany. Atoli przyszła mi zaraz do głowy jeszcze jedna kwestja, że panna Zofja, zanim spostrzeże, gotowa jeszcze zgubić pieniądze; oto dlaczego postanowiłem przyjść tutaj, wywołać ją i ostrzec, że włożono do jej kieszeni sto rubli. Ale po drodze zaszedłem na chwilę do pań Kobylatników, żeby zanieść im: „Ogólny zarys zasad podstawowych“, specjalnie polecić artykuł Picleryta, a zresztą także Wagnera. Potem przychodzę tutaj i trafiam na taką scenę. No czyż mogłem mieć te wszystkie myśli, gdybym rzeczywiście nie widział, żeś pan jej wsunął te sto rubli do kieszeni?
Kiedy pan Andrzej skończył swe gadatliwe dowody, zmęczył się strasznie, tak, że aż mu się pot kroplami staczał po twarzy. Niestety, nie umiał on mówić nawet po rosyjsku (żadnego innego języka zresztą nie znał), tak, że jakoś odrazu zupełnie został wyczerpany tym adwokackim występem, atoli, mowa jego wywarła nadzwyczajny efekt. Mówił z taką swadą, z takiem przekonaniem, że widocznie wszyscy mu uwierzyli. Pan Piotr zrozumiał, że jest źle.
— Co mi tam do pańskich głupich kwestyj i myśli — zawołał. — To nie dowód! Może się to panu śniło! A ja powiadam panu, że pan kłamiesz i kwita! Kłamiesz pan i obgadujesz mnie dla jakiejś osobistej urazy, dlatego właśnie, żem się nie zgadzał z pańskiemi wolnomyślnemi bez-bożnemi zasadami!
Ale ten wykręt nie pomógł panu Piotrowi. Przeciwnie, ze wszystkich stron dało się słyszeć szemranie.
— A, aż tutaj sięgnąłeś, bratku! — krzyknął Lebieziatnikow. > — Bajki! Wołajcie policji, a ja przysięgnę!
Jednego tylko zrozumieć ¡nie mogę: co go popchnęło do tak nędznego czynu! O, nikczemny, podły człowiek!
— i Ja mogę wytłumaczyć, co go popchnęło do tego czynu i jeżeli zajdzie potrzeba, sam mogę przysiąc! — poważnym głosem wymówił nareszcie Raskolnikow i wystąpił naprzód.
Napozór był cn spokojny. Wszyscy nabrali przekonania, z samego tylko rzutu oka, że on istotnie wie coś stanowczego i że wkrótce nastąpi rozwiązanie tej gmatwaniny.
— * Teraz wszystko zrozumiałem — ciągnął Raskolnikow, zwracając się wprost do Lebieziatnikowa. — Od samego początku tej sprawy podejrzewałem, że musi to być jakieś niecne podejście; podejrzewałem, wskutek pewnych szczególnych okoliczności, mnie tylko samemu wiadomych, które zaraz wszystkim tu obecnym wyłuszczę: one to są właśnie przyczyną wszystkiego! Pan zaś, panie Lebie-ziatnikow, przez swoje cenne zeznanie, ostatecznie przekonałeś mnie pan, że nie byłem w błędzie. Proszę, niech wszyscy, wszyscy słuchają: ten jegomość (wskazał na Łużynia) starał się niedawno o rękę pewnej panny, a mianowicie mojej siostry, Eu^oksji Raskolnikównej. Ale przyjechawszy do Petersbuiga, on, przed dwoma dniami, za pierwszem widzeniem się, poróżnił się ze mną i ja wypędziłem go od siebie, na co mam dwóch świadków. Jest to człowiek bardzo zły... Przed dwoma dniami nie wiedziałem jeszcze, że on tu mieszka u pana, panie Łebie-ziatnikow, i że tedy tego samego dnia, kiedy poróżniliśmy się ze sobą, to jest właśnie dwa dni temu, był świadkiem tego, jak wręczyłem w charakterze przyjaciela nieboszczyka Marmeladowa, jego żonie nieco pieniędzy na pogrzeb. Niezwłocznie napisał do mojej matki list i zawiadomił ją, że oddałem wszystkie pieniądze nie pani Marme-ladowej, lecz pannie Zofji i przytein jak najpodlej wyraził się o... o charakterze panny Zofji, to jest zrobił aluzję co do charakteru stosunków moich względem panny Zofji. Wszystko to, jak łatwo pojąć, w celu poróżnienia mnie 2 moją matką i siostrą, wmawiając w nie, że ja szastam nieuczciwie pieniędzmi, które one mi, odejmując sobie od-ust, przysłały. Wczoraj wieczorem przy matce i siostrze, 1 w jego obecności, wyznałem istotną prawdę i dowiodłem, że pieniądze doręczyłem pani Marmeladowej na pogrzeb, nie zaś pannie Zofji i że panny Zofji, przed dwo-
Zbrodnia i kara t.. II. 9 ma dniami nie znałem nawet i nigdym jej nie widział, Dodałem przytem, że on, pan Piotr Lużyn, ze wszyst — * kiemi godnościami,, me godzien jest małego palca panny Zofji, o której tak się źle odzywa. Na jego zaś pytanie: czybym posadził pannę Zofję przy mojej siostrze? odparłem, żem już to uczynił tego samego dnia właśnie. Zły, — że ani matka, ani siostra, pomimo jego namowy nie chcą poróżnić się ze mną, on od słowa do słowa, jął im prawić impertynencje nie dodarowania. Nastąpiło ostateczne zerwanie i wypędzono go z domu. Wszystko to miało miejsce wczoraj wieczorem. e
Teraz proszę o szczególną uwagę: wyobraźcie sobie państwo, że gdyby mu się udało dowieść, że panna Zofja < jest złodziejką, to najprzód, dowiódłby mojej matce i się — * strze, że miał prawo ją szkalować przed niemi i słusznie oburzył się, żem zestawił pannę Zofję z moją siostrą; że powstając na mnie, bronił tem samem honoru mojej siostry, a swojej narzeczonej. Jednem słowem przez to wszyst — j ko, mógł znowu poróżnić mnie z moją rodziną i naturalnie pozyskać znowu ich względy. Nie mówię już o tem, że się mścił osobiście na mnie, ma bowiem zasadę przypuszczać, że honor i szczęście panny Zofji są mi bardzo drogie. Takie to jego wyrachowanie! Tak ja rozumiem całą tę spra — i wę. Oto cała przyczyna, innej być nie może!
Tak, albo prawie tak, zakończył Raskolnikow swoją { mowę, często przerywaną wykrzyknikami obecnych, którzy słuchali ze szczególną uwagą. Pomimo jednak wielu przerw, wypowiedział swoje śmiało, spokojnie, wyraźnie i stanowczo. Jego głos pewny, pełen przekonania i twarz surowa, wywarły na wszystkich niepospolite wrażenie, i
— Tak, tak, więc to tak! — potwierdzał z triumfem Lebieziatnikow. — Musiało to być tak, bo nawet on się mnie pytał, jak tylko weszła do naszego pokoju panna i
Zofja, czy pan jesteś, czy nie widziałem pana w liczbie | gości pani Katarzyny? Odprowadził mnie w tym celu ^ do okna i tam wypytywał mnie pocichu. Więcc mu ko — i niecznie potrzebną była pańska obecność! Tak, tak, to ja — i sne jak słońce!
Łużyn milczał i uśmiechał się z pogardą. Zresztą, był bardzo blady. Zdawało się, że się namyślał, jak się ma j wykręcić. Może z przyjemnością rzuciłby wszystko i uciekł; L ale w danej chwili było to prawie niepodobieństwem, zna — ^ czyłoby to przyznać słuszność czynionym sobie zarzutom i przyznać zwłaszcza, że istotnie obmówił Zosię. Przy-tem obecni, podnieceni już i bez tego, zaczęli szemrać nie na żarty. Porucznik, lubo niebardzo pojmował o co chodzi, darł się więcej od innych i proponował użyć na Łużyna środków arcy dlań niemiłych. Byli jednak i nie pijani; zeszli się i zebrali ze wszystkich pokojów. Wszyscy trzej polaczkowie srodze byli oburzeni i wołali co chwila: „panie łajdak!“ popierając te słowa jeszcze inne-mi polskiemi wymysłami, Zosia słuchała z naprężeniem, ale jakgdyby tylko co zbudziła się ze snu. Nie spuszczała tylko oczu z Raskolnikowa, czując, że w nim jej obrona. Katarzyna oddychała z trudnością i ochryple i była widocznie strasznie znużona. Najgłupszą minę miała niemka, która stała z otwartą gębą i nic a nic nie rozumiała, co się dzieje. Widziała tylko, że z Łużynem kiepsko. Raskolni-kow poprosił znowu o głos, ale nie dano mu już dokończyć, wszyscy krzyczeli i cisnęli się wkoło niego z klątwami i złorzeczeniami. Ale pan Piotr nie zląkł się. Widząc, że sprawa dotycząca oskarżenia Zosi przegrana z kretesem, uciekł się do bezczelności:
— Za pozwoleniem panów, za pozwoleniem, dajcie mi przejść — mówił, przeciskając się przez tłum — zapewniam panów, że nic nie będzie, nic nie będzie, nic nie zrobicie, nie macie do czynienia z tchórzem, a przeciwnie wy, panowie, wy sami odpowiecie za to, żeście gwałtem ukryli sprawę kryminalną. W sądzie nie są tak ślepi., i... nie pijani, i nie uwierzą dwóm bezbożnikom bez czci i wiary, wichrzycielom, wolnomyślnym, oskarżającym mnie dla widoków osobistych, i przyznających się do tego z głupoty... Ależ za pozwoleniem panów...
— Żeby po panu śladu nie było w moim pokoju; wynoś się pan i wszystko między nami skończone! I jak pomyślę, żem ze skóry o mało nie wyskoczył, żem mu wykładał... przez całe dwa tygodnie!...
— Toć ja sam panu mówiłem, panie Andrzeju, że się wyprowadzam, a paneś mnie jeszcze zatrzymał; teraz zaś dodam tylko, żeś pan dureń. Życzę panu, ażebyś wyleczył swój mózg i nawpół oślepłe oczy. Ależ za pozwoleniem panów!
Przedostał się; ale porucznik nie chciał go tak łatwo wypuścić, z samerni tylko wymysłami: porwał ze stołu szklankę, zamierzył się i puścił ją w pana Piotra; ale szklanka trafiła prosto w niemkę. Ta wrzasnęła, zaś porucznik, straciwszy z zamachu równowagę, całym ciężarem runął na stół. Łużyn wybiegł do swego pokoju, a w pół godziny potem już go nie było w domu. Zosia, nieśmiała z natury, wiedziała i poprzednio, że łatwiej ją zgubić, niż kogokolwiek, a obrazić mógł ją każdy bezkarnie. Atoli aż do tej chwili zdawało jej się, że można jakoś uniknąć nieszczęścia przez ostrożność, łagodność, pokorę przed wszystkimi i każdym. Rozczarowanie jej było zbyt ciężkie. Ona, oczywiście, mogła znieść to wszystko bez szemrania i cierpliwie. Ale zaraz w pierwszej chwili zrobiło się jej bardzo ciężko. Pomimo swego triumfu i uniewinnienia z zarzutu, gdy już minął pierwszy przestrach i pierwsze starcie, gdy już zrozumiała i zorientowała się we wszyst-kiem jasno, uczucie niemocy 1 zalu ścisnęło boleśnie jej serce. Zaczęła drżeć konwulsyjnie. Nareszcie, nie wytrzymała i wybiegłszy z pokoju, udała się szybko do domu. Było to prawie zaraz po odejściu Łużyna. Niemka, gdy przy głośnym śmiechu obecnych trafiła w nią szklanka, także nie wytrzymała obelgi. Z wrzaskiem, jak wściekła, rzuciła się do pani Katarzyny, uważając że ona jedna jest winną wszystkiemu:
— Precz z kwatyr! Zaraz! Marsz!
I z temi słowy zaczęła chwytać wszystko, co jej tylko trafiło do rąk z rzeczy pani Katarzyny, i rozrzucać po podłodze. Już ii bez tego prawie nieomal w malignie, kaszląca, blada, wdowa zerwała się z łóżka ( na które upadła przed chwilą w zupełnem wyczerpaniu) i rzuciła się na niemkę. Ale walka zbyt była nierówna: niemka odepchnęła ją jak piórko.
— Jakto! Niedość, że nas najbezbożniej oszkalowano, ta żmija rzuca się jeszcze na mnie. Jakto! W dzień pogrzebu mojego męża wypędzać mnie z mieszkania, po mojem przyjęciu, na ulicę, z sierotami! Ależ gdzież pójdę! — jęczała, płacząc i ledwie dysząc biedna kobieta. — Boże — krzyknęła nagle, błysnąwszy wzrokiem — czyż niema sprawiedliwości! — — Kogóż będziesz bronił, jeżeli nie nas, sieroty? Dobrze więc, zobaczymy! Jest na świecie sąd i prawda, jest, ja znajdę je! Zaraz, poczekaj, bezbożna nędznico! Połciu, zostań tu z dziećmi, ja zaraz wrócę. Czekaj cie na mnie bodaj na ulicy! Zobaczymy, czy jest prawda na świecie?
I zarzuciwszy na gło^vę tę samą zieloną bajową chustkę, o której wspomniał w swojem opowiadaniu nieboszczyk Marmeladow, Katarzyna przecisnęła się przez stojący w nieładzie i pijany tłum lokatorów, wciąż jeszcze kręcących się po izbie, i ze łzami wybiegła na ulicę, mając nieokreślony cel znalezienia gdzieś zaraz, bądź co bądź, sprawiedliwości.
Połcia, w przerażeniu ukryła się z dziećmi w kąciku za kufrem, gdzie przytuliwszy maleństwa cała drżąca postanowiła czekać na powrót matki. Niemka rzucała się po izbie, wrzeszczała, klękała, rzucała wszystko co było pod ręką na podłogę i rozbijała się strasznie. Lokatorzy bajali niw pięć mi w dziewięć; jedni domawiali, co wiedzieli o zaszłem zdarzeniu, inni kłócili się i klęli, inni znowu zaciągali pieśni. — A teraz kolej na mnie! — pomyślał Raskolnikow. — No pano Zofjo, zobaczymy teraz co nam zaśpiewasz!
I udał się do mieszkania Zosi.
Raskoinikow był dzielnym i energicznym adwokatem Zosi przeciwko Łużynowi, pomimo, że sam dźwigał w swej duszy tyle własnej grozy i cierpienia. Ale wycierpiawszy tyle zrana, on jakgdyby był kontent ze zmiany wrażeń, które stawały się dlań nieznośne, już to, ile było serdecznego i osobistego w jego dążeniu do obrony Zosi. Oprócz tego miał na myśli i strasznie dręczył się niekiedy tem spotkaniem z Zosią: powinien był powiedzieć jej kto zabił Elżbietę i przeczuwał straszną mękę, i jakby odtrącał ją od siebie rękoma. To też, gdy wychodząc od pani Katarzyny, zawołał: „No panno Zofji, zobaczymy teraz co tnam zaśpiewasz!“ to widocznie znajdował się jeszcze w jakimś z zewnątrz pobudzonym stanie otuchy, wyzwania i świeżego zwycięstwa nad Łużynem. Ale rzecz dziwna stała się z nim. Gdy doszedł do mieszkania Kapernaumowa, poczuł w sobie nagłe odrętwienie i przestrach. W zamyśleniu stanął przed drzwiami z pytaniem:
— Czy trzeba powiedzieć, kto zabił Elżbietę?
Pytanie było dziwne, poczuł bowiem nagle i wyraźnie że nietylko nie można nie powiedzieć, ale nawet oddalić tej chwili, choćby na jakiś czas, niepodobna. Nie wiedział jeszcze dlaczego niepodobna, on tylko poczuł to i ta męcząca świadomość własnej niemocy wobec konieczności zgnębiła go prawie. Ażeby już nie rezonować i nie męczyć się, szybko otworzył drwi i z progu spojrzał na Zosię.
Siedziała oparta o stół, z twarzą ukrytą w dłonich, ale ujrzawszy Raskolnikowa, wstała żywo i poszła na jego spotkanie, jakgdyby czekała nań.
— Coby się ze mną stało bez pana! — wymówiła szyb ko, zeszedłszy się z nim na środku izby. Widocznie chciała mu to tylko powiedzieć i na to czekała.
Raskolnikow zbliżył się do stołu, siadł na krześle, z którego ona tylko co wstała. Ona stanęła przed nim o dwa kroki, zupełnie tak jak wczoraj.
— Cóż, Zosiu? — rzekł i nagle poczuł, że głos mu drży. — W^szak cała rzecz polegała na „pozycji społecznej i nieodłącznych od niej przyzwyczajeń“. — Czyś to zrozumiała przedtem?
Cierpienie wyryło się na jej twarzy.
— Tylko nie mów pan ze mną tak jak wczoraj! — przerwała mu. — Proszę pana, nie zaczynaj pan po swojemu. I tak dosyć męczarni...
Uśmiechnęła się coprędzej, zlękłszy się, czy aby go nie obrazi ta wymówka.
— Wyszłam stamtąd jak warjatka. Co się tam dzieje? Chciałam właśnie tam pójść, ale myślałam ciągle że... że pan przyjdzie.
Opowiedział jej, że niemka wypędza ich z mieszkania i że macocha pobiegła gdzieś „szukać prawdy“.
— Ach mój Boże! — zawołała Zosia — idźmy prędzej. I porwała swoją mantylkę.
— Wiecznie jedno i to samo! — zawołał z rozdrażnieniem Raskolnikow. — Ciągle masz tylko ich na myśli! Poświęć i mnie także chwileczkę czasu.
— A... matka?
— — A matka nie pominie cię, bądź spokojna, sama cię odwiedzi, skoro już wybiegłaś z domu — dodał opryskliwie. — Jeżeli cię nie zastanie, sama będziesz temu winna...
Zosia, w męczącem niezdecydowaniu, siadła na krześle. Raskolnikow milczał, patrząc w ziemię i zastanawiając się nad czemś.
— Dobrze, że Łużyn stracił rezon, — zaczął, nie patrząc na Zosię. — No, a gdyby był chciał, gdyby miał w tem jakieś wyrachowanie, wszak wsadziłby cię do więzienia. Dobrze, żem ja był i Lebieziatnikow, co?
— A tak — rzekła słabym głosem — tak! — powtórzyła z roztargnieniem i trwogą.
— A przecież ja mogłem nie być, a i Lebieziatnikow nawinął się całkiem przypadkowo.
Zosia milczała.
— No, a gdybyś się dostała do więzienia, cóż wtedy? Pamiętasz, com mówił wczoraj?
Ona znowu nie odpowiedziała, Raskolmikow ciągnął dalej.
— Myślałem, że znowu zowałosz. „Ach, nie mów, prze stań pan“! — roześmiał się z pewnym przymusem. — Cóż, znowu milczenie? — zapytał po chwili. — Wszak trzeba o czemś ¡mówić? Chciałbym się właśnie dowiedzieć jakbyś rozstrzygnęła pewną „kwestję“, jak mówi Le--bieziatnikow (zaczynał się trochę mieszać). Nie, doprawdy, ja na ser jo. Wyobraź sobie, Zosiu, żeś wiedziała o wszystkich zamiarach Łużyna, wiedziałaś (to jest nape-wno), że przez nie mogłaby zginąć całkiem twoja macocha i jej dzieci; ty sama, w dodatku (ponieważ sama uważasz się za nic, więc w dodatku). Połcia także... bo i ją czeka ta sama droga. Otóż więc: gdyby nagle wszystko to oddano do twojej decyzji... czy on, czy oni mają żyć na świecie, to jest czy Łużyn ma żyć i robić podłości, czy też macocha ma umrzeć? To jakbyś zdecydowała: kto z nich ma umrzeć? Pytam się o to!
Zosia z niepokojem spojrzała na mówiącego: coś szczególnego dało się jej słyszeć w tych niejasnych i kryjących jakieś znaczenie słowach.
— Ja już przeczuwam, że się pan o coś takiego zapyta — rzekła, badawczo patrząc mu w oczy.
— Dobrze; przypuśćmy, ale jednak, jakżebyś postanowiła?
— Poco pan pytasz o to, co jest niepodobieństwem? — odparła Zosia z niesmakiem.
— A więc lepiej, żeby Łużyn żył i robił łajdactwa. W^ięc nie ośmieliłabyś się i o tem nawet wydać swego sądu?
— Ależ ja nie znam wyroków Opatrzności... I poco pan pytasz się o to, o co się pytać nie trzeba? Na co takie puste pytanie? Jakże to może być, żeby to kiedy ode mnie mogło zależeć? I któż mnie takim sędzią zrobi, kto ma żyć a kto umierać?
— Już jak się wyroki Opatrzności wmieszają, wszystko przepadło! — ponuro mruknął Raskolnikow.
— Mów pan lepiej otwarcie, czego pan chcesz! — zawołała Zosia z bólem — znowu pan do czegoś zmie rzasz. Czyż dlatego tylko przyszedłeś pan, ażeby mnie męczyć?
Nie mogła wytrzymać i zaczęła gorzko płakać. Ze szczerym smutkiem patrzył na nią. Minęło pięć minut.
— — A jednak masz słuszność, Zosiu — wymówił nareszcie. Zmienił się nagle; stucznie opryskliwy i bezsilnie wymywający ton jego znikł. Nawet głos osłabł nagle. — Wszak sam mówiłem ci wczoraj, że nie przyjdę prosić cię o przebaczenie, a tymczasem praw’ie od tegom zaczął, że proszę 0 przebaczenie. To dla siebie mówiłem o Łużynie i Opatrzności. Prosiłem o przebaczenie, Zosiu...
Chciał się uśmiechnąć, niespodzianie uczucie jakiejś złośliwej nienawiści do Zosi przeszło po jego sercu. Jakby zdziwiony i przerażony tem uczuciem, podniósł nagle głowę i spojrzał na nią z uwagą; ale spotkał się ze wzrokiem niespokojnym i rozpaczliwie życzliwym, to była miłość: nienawiść jego znikła i jak widmo. Widocznie wziął jedno uczucie za drugie. Miało to tylko znaczyć, że oczekiwana chwila nadeszła.
Znowu zakrył twarz rękoma i spuścił głowę. Nagle zbladł, wstał z krzesła, spojrzał na Zosię i, nic nie powiedziawszy, przesiadł się machinalnie na jej łóżko.
Chwila ta była bardzo podobna, w jego uczuciu, do tej, kiedy to stał za starą fanciarką, już wydostawszy topór z pętli i poczuł, że już „ani chwili nie było do stracenia“.
— Co panu jest? — zapytała Zosia, niezmiernie przestraszona.
Nie mógł wymówić ani słowa. Wcale nie tak zamierzał wyznać i sam nie rozumiał tego, co się z nim teraz stało. Ona zwolna zbliżała się do niego, siadła tuż przy nim na łóżku i czekała, nie spuszczając zeń wzroku. Serce jej biło 1 cała była drżąca. Było to dla niej nie do zniesienia; on odwrócił od niej swą — martwo bladą twarz; usta mu się wykrzywiały bezwładnie, usiłując coś wymówić. Zgroza przejęła serce Zosi.
— Co panu jest? — powtórzyła, zlekka odsuwająę się od niego.
— Nic, Zosiu. Nie lękaj się... Głupstwo! Doprawdy jeśli dobrze rozważyć, to głupstwo — powtarzał, jak człowiek nieprzytomny, w gorączce. — Poco tylko przyszedłem dręczyć ciebie? — dodał nagle, patrząc na nią. —
Doprawdy. Poco? Ciągle zadaję sobie to pytanie, Zosiu...
Może i zadawał sobie to pytanie przed kwadransem, ale teraz wymówił je w zupełnej niemocy, ledwie przytomny i uczuwając nieustanne dreszcze po calem ciele.
— Och, jak się pan męczy! — wymówiła z litością, wpatrując się w niego.
— Wszystko głupstwo!... Uważasz, Zosiu (uśmiechnął się czegoś nagle, jakoś blado i bezwładnie, na dwie sekundy): czy pamiętasz, com ci chciał wczoraj powiedzieć?
Zosia czekała z niepokojem.
— Powiedziałem ci, odchodząc, że może żegnam się z tobą na zawsze; ale, że jeśli przyjdę dzisiaj, to^powiern ci... kto zabił Elżbietę.
Ona nagle zadrżała na całem ciele.
— No, więc przyszedłem powiedzieć.
— W^ięc to pan na serjo wczoraj... — z trudnością szepnęła Zosia — skądże pan wie o tem? — spytała szybko, jakby ogarniając wszystko.
Zaczęła oddychać ciężko. Twarz jej stawała się coraz bledszą i bledszą.
— Wiem.
Ona przez chwilę milczała.
— Czy wykryto... tego? — spytała nieśmiało.
— < Nie, nie wykryto.
— Więc skądże pan wie o tem? — znów zapytała ledwie dającym się dosłyszeć głosem i znowu prawie po minucie milczenia.
On odwrócił się do niej i bacznie, bacznie przeszył ją wzrokiem.
— Zgadnij — wymówił z poprzednim wykrzywionym bezwładnym uśmiechem.
Po jej ciele przebiegły zupełnie konwulsje.
— < Ależ pan... mnie... dlaczego mnie pan tak przeraża? — wymówiła, uśmiechając się jak dziecko.
— Dlatego, że ja z nim jesteśmy serdecznymi przyjaciółmi... i stąd wiem — ciągnął Raskolnikow, nieustannie patrząc jej w oczy, jakgdyby nie miał sił odwrócić wzroku — on tej Elżbiety zabić nie chciał... On ją... zabił niechcący... On starą chciał zabić... gdy była samą i przyszedł. Wtem weszła Elżbieta... No.../no i zabił ją.
Minęła jeszcze straszna chwila. Oboje wciąż patrzyli na siebie.
— Więc nie możesz zgadnąć? — zapytał nagle, z takiem uczuciem, jakby rzucał się z wieży.
— N...ie! — cicho odparła Zosia.
— < Spójrz no dobrze.
I ledwie to wyrzekł, znowu poprzednie, znane mu uczucie ochłodziło nagle jego duszę: patrzył się na nią i nagle, jakgdyby spostrzegł twarz Elżbiety. Wyraz twarzy Elżbiety stał mu żywo przed oczyma, od chwili, gdy zbliżał się do niej wtedy z toporem, a ona cofała się ku ścianie, wyciągnąwszy przed siebie rękę, z zupełnie dziecinnym przestrachem w twarzy, jak maleńkie dzieci, kiedy się nagle zaczynają czego lękać i patrzą nieruchomie i niespokojnie na przerażający je przedmiot, cofają się i wyciągają rączkę przed siebie, gotowe wybuchnąć płaczem. Prawie to samo stało się teraz z Zosią: równie bezwładnie z tym samym przestrachem spoglądała nań przez jakiś czas, i nagle, ledwie, ledwie dotknęła palcami jego piersi i zwolna jęła podnosić się z łóżka, coraz bardziej i bardziej odsuwając się odeń, i coraz bardziej nieruchomy stawał się jej wzrok utkwiony w niego. Jej zgroza udzieliła się jemu: zupełnie taki sam przestrach ukazał się na jego twarzy, zupełnie tak samo i on jął spoglądać na nią, i prawie nawet z takim samym dziecinnym uśmiechem.
— Zgadłaś? — wyszeptał.
— < Boże! — jęknęła z głębi piersi.
Bezwładnie upadła na łóżko, twarzą na poduszki. Ale po chwili, szybko się podniosła, szybko przysunęła się do niego, porwała go za obie ręce i ściskając je silnie jak w kleszczach, swemi cienkiemi palcami, jęła znów nieruchomie, niby przylepiona, wpatrywać się w twarz jego. Tym ostatnim rozpaczliwym wzrokiem chciała wypatrzeć i pochwycić jaką ostatnią iskierkę nadziei dla siebie. Ale nadziei nie było: niema o czem wątpić: wszystko było tak! Nawet później, w przyszłości, gdy sobie przypominała tę chwilę, robiło jej się i dziwnie i cudownie; dlaczego właśnie tak odrasu spostrzegła wówczas, że nie było żadnych wątpliwości? W/Tszak nie mogła powiedzieć, że przeczuwała coś takiego? A tymczasem teraz, ledwie jej napomknął o tem, wydało jej się nagle, że istotnie jakby przeczuwała właśnie to samo.
— Dosyć, dosyć Zosiu! Nie dręcz mnie! — poprosił.z boleścią.
Wcale, wcale inaczej zamierzał jej to wyznać, ale wyszło tak.
Jakby nie pomnąc siebie, zerwała się i załamując ręce doszła do środka pokoju; ale szybko wróciła i usiadła znowu przy nim, prawie dotykając się ramieniem do ramienia. Nagle, niby ukłuta, drgnęła, krzyknęła i upadła przed nim, sama nie wiedząc po co, na kolana.
— Cóżeś pan, cóżeś pan uczynił! — wymówiła z rozpaczą, i zerwawszy się z kolan, rzuciła mu się na szyję, objęła go i silnie uścisnęła go rękoma.
Raskolnikow odsunął się i ze smutnym uśmiechem popatrzył na nią:
— < Dziwna jesteś, Zosiu — ściskasz i całujesz, kiedym ci o tem powiedział. Straciłaś zmysły.
— Nie, niema nieszczęśliwszego od ciebie na całym świecie! — zawołała, prawie nieprzytomna, nie słysząc jego uwag i nagle zadała się konwulsyjnym płaczem.
Oddawna już nieznane mu uczucie, jak fala wpłynęło do jego duszy i odrazu rozmiękczyło ją. Nie sprzeciwiał mu się: dwie łzy spłynęły mu z oczu i zawisły na rzęsach.
— Więc ty mnie nie opuścisz, Zosiu? — mówił, prawie, że z nadzieją, patrząc na nią.
— Nie, nie; nigdy i nigdzie! — zawołała Zosia — za tobą pójdę, wszędzie pójdę! O Boże!... Och, ja nieszczęśliwa!... I dlaczego, dlaczego wcześniej ciebie nie znałam? Dlaczegoś wcześniej nie przychodził! O mój Boże!
— Toć przyszedłem.
— Teraz! O, co teraz począć!... Razem, razem! — powtarzała jak w malignie i znowu objęła go za szyję — na katorgi pójdę z tobą razem i
Znowu jakby się uraził, dawny, nienawistny i prawie dumny uśmiech napiętnował jego usta.
— ♦ Ja, Zosiu, może jeszcze na katorgi nie chcę iść — rzekł.
Ona zmierzyła go bystro wzrokiem.
Po pierwszem, namiętnem i dręczącem wspłóczuciu dla nieszczęśliwego, znowu straszna idea zbrodni uderzyła ją. W zmienionym tonie jego słów dał jej się nagle słyszeć morderca. Patrzyła nań ze zdumieniem. Nie wiedziała jeszcze nic, ani poco, ani jak, ani dlaczego to było zrobione. Teraz wszystkie te pytania odrazu stanęły jej w myśli. I znowu nie uwierzyła: „On, on morderca! Ależ, czy to możliwe?“
— Lecz cóż to! Gdzież jestem! — wymówiła z głębo-kiem oszołomieniem, jakby jeszcze nieprzytomnie — lecz jak to, pan, pan taki... mógłbyś się zdecydować na... na...
— Tak, na rabunek. Przestań, Zosiu! — z pewnem zmęczeniem i jakby ze złością odparł Raskolnikow.
Zosia stała jak wryta, ale magle znów zawołała:
— Byłeś głodny! Chciałeś matce dopomóc? Prawda?
— — Nie, Zosiu, nie — szeptał, odwróciwszy się i opuściwszy głowę — ja nie byłem głodny... chciałem istotnie dopomóc matce, alf1... i to nie zupełnie... nie męcz mnie. Zosiu.
Zosia klasnęła w ręce.
— A!... czyż to, czyż to podobieństwo! Boże! Boże! Któż temu uwierzy?... I jakże to pogodzić? Sam pan wszystko, co masz oddajesz, a zabiłeś dla rabunku! AhL. — jęknęła nagle — te pieniądze coś pan dał mojej macosze... te pieniądze... Boże, czyż i te pieniądze...
— Nie, Zosiu — przerwał skwapliwie — uspokój się. to były inne pieniądze! Te pieniądze to mi matka przysłała przez pewnego kupca i dostałem je w chorobie, tego samego dnia, kiedy jc oddałem... Razumichin widział... on je za mnie odbierał... to moje pieniądze, własne, rzeczywiście moje.
Zosia słuchała go ze zdumieniem i z całych sił starała się coś ogarnąć zmysłami.
— — A tamte pieniądze... nie wiem zresztą czy były tam jakie pieniądze... — dodał zcicha i jakby z namysłem — zdjąłem wprawdzie woreczek z szyi, zamszowy, pełny, dobrze nawet wypchany... ale do środka nie zaglądałem; nie zdążyłem widocznie... No a rzeczy, same jakieś tam łańcuszki, spinki, wszystkie te rzeczy i woreczek schowałem zaraz na drugi dzień na cudzem podwórzu pod kamień, na W-skim prospekcie... Wszystko to leży tam do tego czasu.
Zosia słuchała z całych sił.
No więc dlaczegóż, mówiłeś pan przecie, że to dla rabunku, a sameś pan nic nie wziął? — zapytaia jednym tchem, chwytając się słomki.
— Nie wiem... jeszcze nie postanowiłem, czy wezmę czy niewezmę tych pieniędzy — wymówił znowu, jakby się namyślając — nagle ocknąwszy się, szybko i krótko uśmiechnął się. — A tom głupstwo palnął przed chwilą, co?
Po główce Zosi przebiegła myśl: czy inie zwarjował? Ale zaraz porzuciła ją: nie, to co innego. Nic, a nic nie rozumiała.
— Wiesz, Zosiu — rzekł nagle jakby w natchnieniu — wiesz co ci powiem: gdybym był zamordował tylko z głodu — ciągnął dalej, akcentując dobitnie i znacząco każde słowo, lecz szczerze wpatrując się w nią — to byłbym teraz... szczęśliwy! Wiedz o tem! I co ci potem, co ci potem — zawołał po chwili z jakąś rozpaczą — co ci z tego przyjdzie, gdybym się przyznał nawet, że źle zrobiłem! No i co ci z tego głupiego triumfu nade mną? Ach Zosiu, czy po to przyszedłem teraz do ciebie?...
Zosia znów chciała coś powiedzieć, ale zamilkła.
— Dlatego zapraszałem cię z sobą wczoraj, żeś ty mi tylko jedna została na świecie!
— Dokąd zapraszałeś?
— Juści nie kraść, ani zabijać, nie lękaj się, nie po to — uśmiechnął się złośliwie. — Jesteśmy ludzie różni... I wiem, że dopiero teraz, przed chwilą odgadłem: dokąd zapraszałem cię wczoraj! A wczoraj kiedym cię zapraszał, miałem tylko jedno na myśli: żebyś mnie nie opuszczała. Czy nie opuścisz mnie, Zosiu?...
Ona uśicsnęła go za rękę.
— I poco, na com jej powiedział, pocóż ją wtajemniczałem — zawołał po chwili z rozpaczą, z nieskończoną boleścią, patrząc na nią — czekasz moich objaśnień, Zosiu, siedzisz i czekasz, widzę to; i cóż ci powiem? Wszak ty nic z tego nie zrozumiesz i tyli ko umęczysz się... przeże innie! Właśnie też, zaczynasz płakać i znowu mnie ściskasz, no, a za co mnie ściskasz? Za to, że sam nie wytrzymałem i przyszedłem zwalić na innego: „cierp i ty, lżej mi będzie!“ I czyż możesz kochać takiego potwora?
— A ty, czyż się nie męczysz? — zawołała Zosia.
Znowu to samo uczucie falą wpłynęło do jego duszy i znowu na chwilę zmiękczyło ją.
— Zosiu! ja mam złe serce, pamiętaj o tem: tem się dużo daje wytłumaczyć, dlatego przyszedłem, że jestem zły Są tacy, którzyby nie przyszli. A ja jestem tchórz i... podły! Lecz... niech tam! Wszystko to nie to... Mówić teraz trzeba, a ja zacząć nie umiem..;
Urwał i zamyślił się.
— E...ech, jesteśmy ludzie obcy sobie! — zawołał znowu — zła z nas para. I poco, poco tu przyszedłem! Nigdy sobie tego nie daruję!
— Nie, nie, dobrze żeś przyszedł! — zawołała Zosia, to lepiej, że ja wiem! Daleko lepiej!
On z boleścią popatrzał na nią.
— A może i w istocie! — rzekł, jakby zdecydowany — wszak to tak było! Otóż chciałem zrobić się Napoleonem, dlatego zabiłem... No, rozumiesz teraz?
— N...nie — naiwnie i nieśmiało szepnęła Zosia — tylko... mów, mów. Ja zrozumiem, ja po swojemu wszystko zrozumiem — prosiła go usilnie.
— Zrozumiesz? No dobrze, zobaczymy!
Zamilkł i długo się zastanawiał.
— Uważasz tedy: zadałem sobie pewnego razu pytanie: coby to było, gdyby na mojem miejscu znalazł się Napoleon i gdyby nie miał dla rozpoczęcia karjery am Tulonu, ani Egiptu, ani przejścia przez Mont-Blanc, lecz zamiast tych wszystkich pięknych pomników i rzeczy, po-prostu jakaś pocieszna staruszka, registratorowa, którą jeszcze w dodatku trzeba zabić, ażeby z jej kufra wydostać pieniądze (dla zrobienia karjery, rozumiesz?), no więc czyby się zdecydował na to, gdyby nie miał^ innego punktu wyjścia? Czy nie cofnąłby się dlatego, że już nieco zanadto niemonumentalnie i... i nieuczciwie? Powiadam ci tedy, że to „pytanie“ męczyło mię niezmiernie długo, tak, że ażem się okropnie zawstydził, domyśliwszy się nareszcie (jakoś tak nagle), że nietylko nie cofnąłby się, ale nawet nie przyszłoby mu do głowy, że to nie jest czyn pomnikowy... i nawet nie pojmowałby, dlaczego miałby się cofać? I już gdyby tylko nie miał innego wyjścia, to zadusiłby tak, że aniby nie pisnęła, bez żadnego namysłu! Otóż i ja... bez namysłu... zadusiłem... wzorem autorytetu. I to było ściśle tak jak mówię! Czy ^ciebie to śmieszy? Tak, Zosiu, może najśmieszniejszem jest tu to, że właśnie tak było...
Zosi wcal, e było nie do śmiechu.
— Mów mi pan lepiej poprostu... be? przykładów — nieśmiałej i jeszcze ciszej szepnęła.
Odwrócił się ku niej, spojrzał ze smutkiem i wziął ją za ręce.
— * Znowu masz słuszność, Zosiu. Wszak to wszystko głupstwo, prawie, że czcza gadanina. Widzisz: wszak wiesz o tem, że moja matka nie ma prawie żadnych funduszów. Siostra otrzymała edukację wypadkowo i skazana jest na włóczenie się po guwernerce. Wszystkie ich nadzieje polegały we mnie. Uczyłem się, ale utrzymać się na uniwersytecie nie mogłem i na jakiś czas zmuszony byłem go opuścić. Gdyby to nawet miało trwać długo, to za jakie lat dziesięć, dwanaście (przy szczęściu) mógłbym pomimo to objąć posadę jakiego nauczyciela lub urzędnika z pensją tysiąca rubli... (Mówił, jakby się tego uczył na pamięć). A do tego czasu matka wyschłaby ze zmartwienia i kłopotów i nie byłbym w stanie utulić jej: a siostra... no, z siostrą mogłoby się stać jeszcze gorzej!.. Bo i cóż za ochota prze czałe życie ocierać się o wszystko i od wszystkiego się odwracać, zapomnieć o matce, kizy-wdę siostrzaną znieść z pokorą? Dlaczego? Czy dlatego ażeby pochowawszy je, związać się z n^wemi... wziąść żonę i mieć dzieci i potem także zostawić je bez grosza i kęsa chleba? Otóż... otóż postanowiłem, zagarnąwszy pieniądze fanciarki, zużytkować je na swoje pierwsze lata, nie męcząc matki, na zabezpieczenie siebie w uniwersytecie, na pierwsze kroki po wyjściu z uniwersytetu, i wszystko to zrobić na wielką skalę, radykalnie, tak, ażeby już wcale nową stworzyć sobie karjerę i stanąć na drodze nowej, niezależnej... No... otóż i wszystko... Oczywiście, zabiłem fanciarkę, żlem zrobił... no i dosyć!
W jakiejś niemocy dowlókł się do końca opowiadania i spuścił głowę.
— < Och, to nie to, nie to — z boleścią wołała Zosia — i czyż tak można... nie, to źle, źle!
— Sama widzisz, że źle! A jednak opowiedziałem ci szczerą prawdę!
— Ale jakaż to prawda! Boże!
— Wszak ja tylko zabiłem wesz, Zosiu, bezużyteczną złą szkodliwą.
— A czy człowiek to wesz — Toć wiem, że nie — odparł, dziwnie patrząc na nią. — A zresztą, kłamię, Zosiu — dodał — oddawna już kłamię... Wszystko to nie to, słusznie mówisz. Zosiu, tu są wcale, wcale inne przyczyny!... Dawno już z nikim nie rozmawiałem, Zosiu... Głowa mnie teraz bardzo boli.
Oczy pałały mu gorączkowym ogniem. Zaczynał prawie bredzić; niespokojny uśmiech krążył na jego wargach. Przez pobudzony stan duszy przeglądała już straszna niemoc. Zosia pojęła, jak on się męczy. I w jej głowie zaczęło się mącić. Bo on tak dziwnie jakoś mówił: niby coś się rozumie, a jednak... „ale jakże! Jakże! O Boże!“ I załamywała ręce w rozpaczy.
— Nie, Zosiu, to nie to! — zaczął znowu, podnosząc nagle głowę, jakgdyby niespodziany zwrot myślil uderzył i pobudził go znowu — to nie to! Lepiej... pomyśl (bak, to istotnie lepiej!) pomyś1, że jestem samolubem, zazdrosnym, złym, podłym, mściwym, no... i jeszcze dajmy na to skłonnym do warjacji. (Niech będzie wszystko od razu! A o warjacji mówiono nieraz, zauważyłem to!). Otóż, powiedziałem ci poprzednio, że nie mogłem się utrzymać na uniwersytecie. A wiesz ty, może i mogłem? Matka przysłałaby, żeby wnieść co potrzeba, a na buty. ubranie i Chleb samby m zapracował; z pewnością! Lekcje się skończyły: dawano po pół rubla. Wszak Razumichin pracuje! Alem ja się rozgniewał i nie chciałem. Tak rozgniewałem się dobrze mówię! Wrtedy jak pająk zakopałem się w swojej norze. Wrszak byłaś u mnie, widziałaś.. A czy wiesz Zosiu, że niskie sufity i ciasne pokoje tłumią blaski duszy i rozumu! O jakżem znienawidził tę norę! A jednak, wychodzić z niej nie chciałem. Umyślnie nie chciałem. Przez całe doby nie wychodziłem i nie chciałem pracować, i nawet jeść nie chciałem, leżałem ciągle. Przyniesie Nasika, to i zjem, nie przyniesie, to i cały dzień tak przejdzie; umyślnie ze złości nie prosiłem o nic! W nocy niema ognia, leżę pociemku, a na światło nie chcę zaprarcować. Trzeba się było — uczyć, sprzedałem książki, a na moim stole, na notatkach i kajetach, dotąd na palec kurzu można znaleźć. Najlepiej lubiłem leżeć i myśleć! 1 ciągiem myślał... I ciągle miewałem takie dziwne sny, różne, niema co nawet powtarzać, jakie! Ale dopiero wtedy zaczęło mi się roić, że... Nie, to nie tak! Znowu źle opowiadam. Wadzisz: zapytałem siebie wówczas nieu-
Zbrodnia i kara t. II. 10 stannie; dlaczego jestem tak głupi, że jeśli inni są głupi i skoro ja wiem napewno, że są głupi, czemu ja nie chcę być mądrzejszym? Potem doszedłem do przekonania, Zosiu, że gdyby czekać, zanim wszyscy zmądrzeją, to byłoby zanadto długo... Potem poznałem, że ludzie się nie zmienią i że nikt nie przerobi, nie warto nawet sobie trudu, zadawać! Tak, to fakt! To ich prawo... Prawo. Zosiu! Tak i teraz wiem, Zosiu, że kto ma siłę i energję ducha i rozumu, ten panuje nad nami! Kto ma dużo śmiałości, ten ma u nich słuszność. Kto na większość umie splunąć, ten jest u nich prawodawcą, a kto najwięcej może się ośmielić., ten jest z nich najsprawiedliwszy! Tak było dotąd, tak będzie ząwsze! Ślepy chyba tego nie dojrzy!
Raskolnikow, mówiąc to, choć i patrzył na Zosię, lecz nie dbał już oto, czy ona zrozumie, czy nie. Gorączka opanowała go w zupełności. Był w jakiemś natchnieniu. (Istotnie, za długo już z nikim nie rozmawiał!). Zosia zrozumiała, że ten ponury katechizm stał się jego wiarą i prawem.
— Domyśliłem się wtedy, Zosiu — ciągnął w natchnieniu — że władza daną jest tylko temu, kto się ośmieli sięgnąć po nią odważnie. Jednej rzeczy potrzeba tylko: śmiałości! Wtedy wymyśliłem sobie jednę taką myśl, jakiej dotąd nikt nigdy nie wymyślił! Nikt! Przedstawiało mi się nagle jasnem jak słońce, że skoro nikt dotąd nie ośmielił się i nie śmie, mijając te wszystkie okropności, wziąć poprostu za ogon i zmiażdżyć, do djabła, więc ja... muszę się ośmielić i... i zabiłem, ośmieliłem się, Zosiu, nic więcej.
— O, przestań pan, przestań! — zawołała Zosia, załamując ręce. — Zerwrałeś z Bogiem i Bóg cię ukarał, dją-beł cię opętał!...
— W istocie, Zosiu, kiedym tak leżał w ciemności, ciągle mi się zdawało, że to mnie tak djabeł kusił.
— Przestań pan! Nie drwij, sobie, bluźnierco, ty nic nie rozumiesz! O mój Boże! on nic nie rozumie!
— Nie, Zosiu, ja bynajmniej nie drwię, i wriem aż nadto dobrze, że mnie djabeł kusił. O tak, tak, Zosiu! — powtórzył stanowczo i ponuro. — Wiem wszystko. Wszystko to już przetrawiłem myślą “ przeszeptałem sobie, leżąc pociemku... Wszystko to sam z sobą przewertowałem do ostatniej linji i wiem wszystko,, wszystko! I tak mnie zmęczyła, tak mnie zmęczyła cała ta paplanina! I czy ty sądzisz doprawdy, że jak dureń poszedłem naoślep. Mylisz się, poszedłem z rozwagą i to mnie właśnie zgubiło! I czy myślisz, żem nie wiedział, naprzykład, choćby tego, że jeżeli się już tak dopytuję, tak badam; czy mam prawo do posiadania władzy? to tem samem nie mam prawa do władzy. Lub też jeżeli zadaje sobie pytanie: czy człowiek jest wszą? to tem samem nie jest on wszą dla mnie, lecz dla tego, komu to nawet namyśl nie przyjdzie i kto idzie prosto bez pytań... Skorom się już tyle dni przemęczył nad kwestją, czy to samo zrobiłby Napoleon, czy nie? to przecie wyraźnie czułem, że nie jestem Napoleonem... Całą, całą męczarnię tego nicowania własnych myśli wytrzymałem, Zosiu, i zapragnąłem zwalić ją z bark swoich: zapragnąłem, Zosiu, zabić bez rezonowania, zabić dla siebie samego! Nie chciałem się tego zapierać, nawet przed isobą samym! Nie dlatego zabiłem, ażeby matce dopomóc, gdzie zaś! Nie dlatego zabiłem, ażeby po otrzymaniu pieniędzy ii władzy stać się dobroczyńcą ludzkości. Bynajmniej! Zabiłem poprostu dla siebie, dla siebie samego; a czybym się stał dobroczyńcą czyim, czy też przez całe życie miałbym chwytać jak pająk wszystkich w pajęczynę i wysysać z wszystkich żywe soki, to mi musiało być w danej chwili zupełni? oboiętnem!... I co największe, że nie pieniądze były mi potrzebne. Zosiu, w chwili kiedym zabijał; nietyle pieniądze, ile coś inego... Wiem teraz wszystko... Zrozum mnie: może idąc tą drogą, już-bym nigdy nie powtórzył zbrodni. Pragnąłem dowiedzieć się dowiedzieć i dowiedzieć się jak najprędzej, czy jestem wszą jak wszyscy, czy też człowiekiem? Czy będę mógł przestąpić czy też me? Czy zdołam schylić się i wziąć czy nie? Czy jestem drżącem bydlęciem, czy też mam prawo.
— Mordować? Czy masz prawo mordować? — Klasnęła w ręce Zosia.
— E...ech, Zosiu! — zawołał z rozdrażnieniem, chciał jej coś odpowiedzieć, lecz urwał z pogardą. — Nie przerywaj mi, Zosiu! Chciałem ci tylko dowieść jednej rzeczy: że djabeł mnie popchnął wtedy, i dopiero potem dał mi poznać, że nie miałem prawa tam chodzić, jestem akurat taką samą wszą, jak i wszyscy! Zadrwił sobie ze mnie, otóż i przybyłem teraz do ciebie! Przyjmij gościa! Gdy bym nie był wszą, to czyz przyszedłbym do ciebie? Słuchaj: kiedym szedł wtedy do starej, szedłem tylko spróbować... Wiedz o tem!
— * I zabiłeś! Zabiłeś!
— Czyż ja zabiłem? Czyż tak zabijają? Czyż tak idą zabijać, jak ja wtedy szedłem! Ja ci kiedykolwiek opowiem, jak ja szedłem... Czyż ja zabiłem, starą? Ja siebie zabiłem, nie starą! Za jednym zaamchem zmiażdżyłem siebie na wieki! A staruszkę djabeł zabił, nie ja... Dosyć, dosyć, Zosiu, dosyć! Daj mi spokój — zawołał nareszcie w konwulsyjnem zniecierpliwieniu — daj mi spokój!
Wsparł łokcie o kolana i jak w kleszczach ścisnął sobie czoło rękoma.
— Jakże on cierpi! — jęknęła Zosia z rozpaczą.
— No i co począć, mów! — zapytał, nagle podnosząc głowę i strasznie zmienionym wzrokiem patrząc na nią.
— Co począć! — zawołał, zrywając się nagle z miejsca, a oczy jej, dotąd pełne łez, błysnęły nagle. — Wstań.
Porwała go za ramię; podniósł się, patrząc na nią prawie ze zdumieniem.
— Idź zaraz, natychmiast, stań na rozdrożu, pokłoń się: pocałuj najprzód ziemię, którąś splugawił, a potem pokłoń się całemu światu, na wszystkie cztery strony i powiedz wszystkim głośnu: „jestem mordercą!“ Wtedy Bóg natchnie cię nowem życiem. Pójdziesz? Pójdziesz? — pytała go, cała drżąca, jak w febrze, porwawszy go za obie ręce, ściskając je silnie w swToich dłoniach i patrząc nań płomiennym wzrokiem.
Zdumiony był i nawet uderzony jej niespodzianym zapałem.
— Czy masz na myśli katorgę, Zosiu? Miałżebym sam siebie zadenuncjować? — zapytał.
— Powinieneś cierpieć i w cierpieniu znaleźć odkupienie.
— Nie! Ja do nich nie pójdę, Zosiu!
— A żyć, jakże żyć będziesz? Z czem żyć będziesz? wołała Zosia. — Czy takie życie możliwe? Jakże będziesz teraz mówił z matką? (O, z niemi, z niemi co teraz będzie!). Ale co mówię! Wszak porzuciłeś już matkę i siostrę! Porzuciłeś je, porzuciłeś. O Boże! — zawołała — toć on i sam wie o tem! No jakże, jakie tak żyć bez ludzi! Cóż teraz będzie z tobą?
— — Nie bądź ’dzieckiem, Zosiu — wymówił zcicha. — Cóżem wobec nich zawinił! Poco pójdę? Co im powiem? Wszystko to tylko widmo... Oni sami gubią mil jony ludzi i jeszcze poczytują to sobie za cnotę. To łotry i nędznicy, Zosiu! Nie pójdę!... I cóż im powiem: żem zabił i nie śmiałem wziąć pieniędzy, żem je ukrył pod kamieniem? — dodał z gorzkim uśmiechem. — A toć oni sami mnie wyśmieją, powiedzą: głupi, że nie wziął. Tchórz i głupiec! Nic, nic nie zrozumieją, Zos, iu, i nie są godni zrozumieć Poco ja pójdę? Nie pójdę! Nie bądź dzieckiem, Zosiu..
— Zamęczysz się, zamęczysz się — powtarzała w roz-paczliwem błaganiu, wyciągając doń ręce.
— A może ja się jeszcze obmawiam — zauważył ponuro, jakby w zamyśleniu — może jestem jeszcze człowiekiem, a nie wszą, może zbyt śpiesznie potępiłem siebie.. Zmierzę się jeszcze.
Dumny uśmiech wybijał się na jego twarzy.
— > I taką męczarnię znosić! I to przez całe życie, przez całe życie!...
— — Przywyknę — wymówił ponuro i z zadumą. — Słuchaj — zaczął po chwili — dość płaczu, przystąpmy do faktów: przyszedłem ci oznajmić, że mnie teraz szukają, łapią...
— Ach! — zawołała Zosia z przestrachem.
— ’No cóżeś tak krzyknęła! Sama chcesz, ażebym poszedł do ciężkich robót, a takeś się zlękła? Tylko ja im się nie dam. Podrażnię się jeszcze z nimi i nic mi nie zrobią. Nie mają oni faktycznych dowodów. Wczoraj groziło mi wielkie niebezpieczeństw^ sądziłem, żem już zginął; ale dziś sprawa się poprawiła. Wszystkie dowody mają dwa końce, to jest ich oskarżenia ja mogę obrócić także na swoją korzyść, uważasz? i obrócę; o, bom się już teraz nauczył... Lecz do więzienia wsadzą mnie z pewnością. Gdy-by nie jeszcze wypadek, to mcżeby mnie byli i dziś wsadzili, z pewmością, a nawet może i wsadzą jeszcze... Tylko to nic, Zosiu: posiedzę i uwolnią... bo nie mają ani jednego rzeczywistego dowodu i nie będą mieli, daję ci słowo. A z tem co mają, nie można upiec człowieka. No, dosyć... To tylko tak dla twojej wiadomości... Z siostrą i z matką postaram się jakoś tak zrobić, ażeby ich nie przestraszać i rozwiać ich podejrzenia... Siostra teraz, zresztą, może już jest dość uposażona... a więc i matka... Otóż i wszystko. Bądź zresztą ostrożna. Czy odwiedzisz mnie w więzieniu, gdy mnie tam wpakują
— Odwiedzę, odwiedzę!
Siedzieli obok siebie, smutni i zgnębieni, jakby ich burza wyrzuciła na brzeg odiudny. On spoglądał na Zosię i czuł jak wiele miał na sobie jej miłości, i rzecz dziwna, zrobiło mu się nagle ciężko i boleśnie, że go tak pokochano. Tak, było to uczucie dziwne i straszne! Idąc do Zosi, on czuł, że ma w niej całą nadzieję i całe wyjście; sądził, że się pozbędzie choć części własnych męczarni i nagle teraz, gdy całe jej serce zwróciło się ku niemu, poczuł i poznał, że stał się nieskończenie nieszczęśliwszym, niż był poprzednio.
— Zosiu — rzekł — lepiej już nie odwiedzaj mnie, gdy będę siedział w więzieniu.
Zosia nie odpowiedziała; płakała. Minęło kilka minut.
— Czy masz na sobie krzyż? — zapytała nagle i niespodzianie, jakby sobie coś przypomniała.
On zrazu nie zrozumiał pytania.
— Nie, prawda, że nie masz, Masz, weź ten, cyprysowy. Ja zostawię sobie inny, miedziany, od Elżbietki. Bośmy się zamieniły krzyżami z Elżbietką: ona mi dała swój krzyż, a jej dałam swój obrazek. Więc ja teraz będę nosiła krzyż Elżbietki, a ten będzie dla ciebie. Weź... wszak to mój! To mój — domagała się błagalnie. — Wszak pójdziemy razem cierpieć, więc i krzyż nośmy razem.
— i Daj! — rzekł Raskolnikow.
Nie chciał jej zmartwić, ale zaraz odsunął wyciągniętą rękę:
— Nie teraz, Zosiu. Lepiej później — dodał, ażeby ją uspokoić.
— Tak, tak, lepiej, lepiej — ozwała się z zapałem — gdy pójdziesz na mękę, wtedy go włożysz. Przyjdziesz do mnie, ja ci go włożę, pomodlimy się i pójdziemy.
W tej chwili ktoś trzykrotnie zastukał do drzwi.
— Panno Zofjo, czy można? — dał się słyszeć czyjś głos znajomy i grzeczny.
Zosia przypadła do drzwi z przestachem. Bladowłosa fizjognomja pana Lebieziatnikowa zajrzała do pokoju.
V
Lebieziatnikow był bardzo zmieszany.
— Przychodzę do pani, panno Zofjo... Przepraszam... Właśnie byłem pewny, że pana tu zastanę — zwrócił się nagle do Raskolnikowa — to jest nietyle byłem pewny, ile... tak coś w tym guście... Bo tam macocha pani zwar-jowała — wyciął nagle do Zosi, odwracając się od Ras-kolnikowa.
Zosia drgnęła.
— To jest przynajmniej tak się zdaje. Zresztą... My bo nie wiemy, jak sobie radzić! Wróciła, zdaje się, że skądciś wypędzono, może nawet i wybito... przynajmniej tak wygląda... Była podobno u naczelnika pana Marmela-dowa, ale go w domu nie zastała: był na obiedzie także u jakiegoś generała... Wyobraźcie sobie państwo, pobiegła i tam... do tego drugiego generała i co większa, postawił.a na swojem, wywołała naczelnika męża, i to jeszcze zdaje się od stołu. Naturalnie, wypędzono ją, a ona opowiada, że sama go zwymyślała i puściła coś w niego. To bardzo prawdopodobne... nie pojmuję tylko, że dopuszczono do tego! Teraz opowiada wszystkim, nawet niem-ce, trudno jednak zrozumieć o co jej idzie, krzyczy, rzuca się... Ach prawda: mówi i krzyczy, że ponieważ ją wszyscy opuścili, to weźmie dzieci i pójdzie z katarynką, a dzieci będą śpiewać i tańczyć i ona także, i pieniądze zbierać i codzień będą chodziły pod okna do generała... Niech świat się dowie, powiada, że pańskie dzieci, dzieci urzędnika, zbierają jałmużnę, jak żebracy! Dzieci wciąż bije, one płaczą; Lenię uczy śpiewać „Chateczkę“, chłopczyka tańczyć, Polcię także, drze wszystkie ubrania; robi im jakieś czapeczki, jak aktorom, sama chce chodzić z miednicą, w którą ma uderzać zamiast muzyki... Nikogo nie słu cha, wyobraźcie sobie państwo, co się tam za sceny odbywają... Wprost nie do wiary.
Lebieziatnikow byłby prawił dalej, lecz Zosia, która słuchała z okropnem niepokojem, schwyciła nagle okrycie, kapelusz i wybiegła z pokoju, ubierając się w biegu. Raskolnikow wryszedł w ślad za nią, Lebieziatnikow za nim.
— Zwarjowała, niezawodnie! — mówił do Raskolniko-wa, wychodząc z nim na ulicę — nie chciałem tylko przerażać panny Zofji i powiedziałem „zdaje się“, ale to nie! ulega wątpliwości. Mówią, że to takie krosteczki w suchotach wyskakując na mózgu; szkoda, żem się nie uczył medycyny. Próbowałem ją uspokoić, ale nie chciała słuchać.
— Mówiłeś jej pan o krosteczkach
— To jest niezupełnie, o krosteczkach. Zresztą, nic by nie zrozumiała. Ale ja mówię do tego, że gdy się przemówi do człowieka logicznie, że nie ma o co płakać. To jasne. A pan sądzi, że nie przestanie
— — Łątwem byłoby życie, gdyby tak być miało — odparł Raskolnikow.
— Za pozwoleniem pana; oczywiście, dość trudno pojąć to takiej pani Marmeladowej; ale czy panu wiadomo że w Paryżu robiono już poważne doświadczenia nad możnością wykurowania warjatów jedynie drogą logicznych perswazyj? Jakiś bardzo poważny profesor, zmarły niedawno, doszedł do przekonania, że można tak leczyć. Za podstawę swoich dowodzeń przyjął to, że w organizmie warjatów niema jakiegoś nadzwyczajnego rozstroju, lecz że obłąkanie jest, że tak powiem, błędem logicznym, pomyłką w sądzeniu, nieścisłym poglądem na rzeczy. Stopniowo więc przekonywał chorego i co pan powie, doszedł podobno do rezultatów! Ponieważ jednak przytem używał i duszy, to rezultaty tej kuracji są rzeczywiście wątpliwe... Przynajmniej tak się zdaje...
Raskolnikow nie słuchał oddawna. Zrównawszy się ze swoim domem, kiwnął głową Lebieziatnikowi i skręcił w bramę. Lebieziatnikow ocknął się, obejrzał się i pobiegł dalej.
Raskolnikow wszedł do swojej komórki i stanął na środku. „Poco tu wrócił?“ Obejrzał te żółtawe, odrapane obicia, ten kurz, tę kanapę... Z podwórza dolatywał jakiś ostry, nieustanny stuk; jakby coś gdzieś wbijano, może gwóźdź jaki... Zbliżył się do okna, uniósł się na palcach i długo,,z całą uwagą wpatrywał się w podwórze. Ale podwórze było puste i nie było widać stukających. Na lewo w oficynie widać było gdzie niegdzie pootwierane okna. w których stały również gdzie niegdzie doniczki z liche-mi kwiatkami geranji. Za oknami wisiała bielizna... Wszystko to znał on na pamięć. Odwrócił się i usiadł na kanapie. Nigdy, nigdy jeszcze nie czuł się tak strasznie osamotnionym.
Tak! Uczuł jeszcze raz, że może istotnie znienawidzi Zosię i to właśnie teraz, kiedy ją zrobił stokroć nieszczęśliwszą. „Poco chodził do niej prosić ją o łzy? Co mu zależy na udręczeniu jej życia? O, podłości!“
— Zostanę sam! — wymówił nagle stanowczo — ona nie będzie mnie odwiedzać w więzieniu!
Po upływie pięciu minut podniósł głowę i dziwnie się uśmiechnął. Przemknęła mu przez głowę myśl: „Może w katordze byłoby lepiej“, pomyślał nagle.
Nie pamiętał jak długo przesiedział u siebie z tłoczą-cemi mu się do głowy nieokreślonemi myślami. Nagle drzwi się otworzyły i weszła panna Eudoksja. Zrazu stanęła i spojrzała nań z progu, jak przedtem on na Zosię; następnie dopiero weszła i siadła wprost na krześle, na swojem wczorajszem miejscu. On milcząc i jakoś bezmyślnie spojrzał na nią.
— * Nieg niewaj się, Rodziu, ja tylko na chwilkę — rzekła Dunia. Wyraz twarzy miała zamyślony, ale nie surowy. Wzrok był jasny i spokojny. Widział że i ta przybyła doń z miłością...
— Bracie, wiem już teraz wszystko. Pan Razumichin wszystko mi wytłumaczył i opowiedział. Prześladują cię i męczą z powodu głupiego i nikczemnego podejrzenia... Pan Dymitr mówił mi, że niema wcale niebezpieczeństwa i że zbytecznie przejmujesz się tem wszystkiem. Co do mnie, jestem innego zdania, i doskonale pojmują jak to ciebie dręczy, i że to oburzenie może zostawić ślady na całe życie. Tego się właśnie lękam. Za to, żeś nas porzucił, nie potępiam cię wcale i nie śmiem cię potępiać i przebacz mi, żem ci poprzednio robiła za to wymówki. Sama po sobie czuję, że gdyby mnie dotknęło tak okropne nieszczęście, to także uciekłabym od wszystkich. Matce 0 lem nic nie powiem, ale będę mówiła o tobie nieeustannie 1 powiem w twojem imieniu, że już niezadługo przybę-dziesz do nas. Nie martw się o nią, ja ją uspokoję: ale staraj się jej nie męczyć, przyjdź choć raz jeden; pamiętaj, że to matka! A teraz przyszłam ci tylko powiedzieć (Dunia zaczęła podnosić się zmiejsca), że jeżeli na wypadek mogę ci się przydać na co... to zwróć się do mnie przyjdę niezwłocznie. Bądź zdrów!
Odwróciła się szybko i poszła ku drzwiom.
— Duniu! — zatrzymał ją Raskolnikow, wstał i zbli — ’ żył się do niej. — Ten Razuinichin, to bardzo poczciwy człowiek.
Dunia zarumieniła się chwilę.
— > Jest to człowiek czynny, pracoiwty, uczciwy i może trwale kochać... Bądź zdrowa, Duniu.
Dunia wzruszyła ramionami, ale potem przebiegi ją dreszcz niepokoju:
— Jakto, Rodziu, czy istotnie rozstajemy się na wieki że dajesz mi takie napomnienia?
— — Wszystko jedno... bywaj zdrowa...
Odwrócił się i poszedł do okna. Ona postała, popatrzała nań niespokojnie i wyszła silnie wzruszona.
Nie, on nie był z nią zimny. Była jedna chwila (naj — > ostateczniejsza, gdy mu się strasznie chciało uścisnąć ją jak najserdeczniej i pożegnać się z nią i powieizieć nawet, ale nie poważył się nawet podać jej ręki.
— I Gotowa jeszcze potem wzdrygnąć się, gdy sobie przypomni, że ją ściskałem teraz, powie, że skradłem iej pocałunek! A czy ta wytrzyma, czy nie wytrzyma? — dodał za kilka minut do siebie. — Nie nie wytrzyma; takie nie wytrzymują! Nigdy nie wytrzymują...
— I pomyślał o Zosi.
Z okna wionął świeży wiaterek. Na dworze światło było już jaskrawe. Wziął nagle czapkę i wyszedł.
Oczywiście, nie mógł ani nie chciał zajmować s’ę swoim stanem chorobliwym. Lecz cała ta nieustanna trwoga i cała zgroza, jaką był nawskroś przejęty, nie mogły pi zejść bez następstw. I jeżeli nie leżał jeszcze w prawdziwej gorączce, to może właśnie dlatego, że ciągły ten wewnętrzny niepokój podtrzymywał go na nogach, ale tylko jakoś sztucznie, do czasu.
Włóczył się bez celu. Słońce zachodziło. Jakiś dziwny smutek jął go dręczyć w ostatnich czasach. Smutek ten nie miał w sobie nic szczególnie dotkliwego, palącego, ale tchnął czemś stałem, wiecznem, dawał przedsmak tego zimnego, zabójczego smutku, dawał uczuć jakąś wieczność na „łokciowej przestrzeni“. W godzinach wieczornych uczucie to zazwyczaj dręczyło go jeszcze silniej.
— No i wstrzymaj że się tu od zrobienia głupstwa przy takich bagatelnych, czysto fizycznych niemocach, zależnych o dbyle zachodu słońca! Nietylko pójdziesz do Zosi, ale i do Duni nawet! — wyszeptał z nienawiścią.
Ktoś go zawołał. Obejrzał się ispostrzegł Lebieziatni-kowa.
— Wyobraź pan sobie, byłem u pana, szukam pana. Wyobraź pan sobie, ona dotrzymała swej groźby i uciekła z dziećmi. Ledwośmy ją zanieźli z panną Zofją. Sama uderza w patelnię i dzieci zmusza do tańca. Dzieci zatrzymują się na rogach ulic i przed sklepami. Gawiedź biegnie za niemi. Chodźmy.
— A Zosia? — niespokojnie zapytał Raskolnikow, śpiesząc za Lebieziatnikowem.
— Poprostu szalona. To jest nie panna Zofja szalona, lecz stara Marmeladowa; zresztą i panna Zofja szalona,, tylko że ta druga zupełnie szalona. Mówię panu, ostatecznie straciła zmysły. W^ezmą ich na policję. Może pan sobie wyobrazić jak to oddziała... Są teraz na kanale przy...skirn moście, bardzo niedaleko od panny Zofji. Bbsko.
Na kanale, niezbyt daleko od mostu i nie dochodząc dwóch domów od domu, gdzie mieszkała Zosia, zgromadził się tłum ludzi. Szczególnie zbiegały się dzieciaki. Ochrypły, naderwany głos pani Katarzyny słychać było jeszcze z mostu. I rzeczywiście, był to widok niezwykły, mogący zająć gawiedź uliczną. Pani Katarzyna w swojej starej spódnicy, w bajowym szalu i w pomiętym słomianym kapeluszu, przyklapniętym bez litości z jednego boku, była istotnie pozbawioną zmysłów. Zmęczyła się i oddychała z trudnością. Jej znużona suchotnicza twarz wyglądała daleko boleśniej, niż kiedykolwiek (przytem na słońcu i na ulicy, suchotnik zwykle wygląda daleko gorzej i wydaje się bardziej chorym, aniżeli w domu), jednakże była ciągle wzburzona i rozdrażnienie jej wzrastało z każdą chwilą. Przypadała do dzieci, krzyczała na nie, namawiała je, pokazywała im na miejscu przy ludziach jak tańczyć i co śpiewać, tłumaczyła im na co się to ma przydać, była w rozpaczy, gdy jej nie rozumiały, biła je.. Potem, nie dokończywszy, rzucała się do gawiedzi; jeżeli spostrzegła choćby jako tako znośnie ubranego człowieka, który przystanął popatrzeć, tu w tej chwili biegła doń: tłumacząc, że oto do czego doprowadzono dzieci „porządnego, można powiedzieć nawet arystokratycznego do mu“. Jeżeli słyszała w tłumie śmiech albo wyraz złośliwy to natychmiast rzucała się na świadków i wymyślała im, wymyślała nawzajem. Jedni istotnie śmieli się, inni kręcili głowami; wszyscy wogóle ciekawie przyglądali się war jatce z przerażonemi dziećmi. Patelni, o której wspomniał Lebieziatnikow, nie było; przynajmniej Raskolnikow jej nie widział; ale zamiast bicia w pateflnię, pani Katarzyna zaczynała klaskać do taktu w swoje suche dłonie, gdy zmuszała Polcię do śpiewu, a Lenię i Kolę do tańca; przy-czem nawet i sama usiłowała pośpiewywać, lecz zaraz urywała przy drugiej nucie wskutek męczącego kaszlu, co ją znowu doprowadzało do rozpaczy, przeklinała swój kaszel i płakała nawet. Najwięcej irytowały ją płacz i przestrach Leni i Koli. Wyraźnie znać było chęć przebrania dzieci w kostjumy, jak przebierają się uliczni śpiewacy i śpiewaczki. Chołpczyk miał na głowie turban, zrobiony z czegoś czerwonego z białem, ażeby wyobrażał Turka. Dla Leni zabrakło kostjumów; włożono jej tylko na głowę czerwoną, wTyszywaną paciorkami czapeczkę nieboszczyka Marmeladowa, a w czapeczce zatknięty odłamek białego strusiego pióra, będącego jeszcze własnością babki pani Katarzyny i ocalałego dotąd w kufrze, jako rodzinna pamiątka. Połcia była w codziennej sukience. Spoglądała ona na matkę nieśmiało i z pomieszaniem, nie odstępowała jej ani kroku, połykała łzy, domyślając się obłąkania matki i niespokojnie rozglądała się dokoła Ulica i tłum przejęły ją straszną trwogą. Zosia nieodstępnie chodziła za macochą, płacząc i błagając ją co chwila: 1 ażeby wróciła do domu. Ale pani Katarzyna była nieubłaganą.
— < Przestań, Zosiu, przestań! — wołała prędkim głosem, śpiesząc się i kaszląc. — Sama nie wiesz o co, prosisz, jak dziecko! Mówiłam ci przecie, że nie wrócę już do tej pijanej niemki. Niech cały Petersburg zobaczy, jak żebrzą dzieci szlachetnego ojca, który całe życie słu żył wiarą i prawdą i, rzec można, umarł na stanowisku.
Pani Katarzyna zdążyła wytworzyć subie tę fantazję, uwierzyć w nią ślepo.
— Niechaj tam, niechaj sobie ten niegodny generał zobaczy. Bo i jakaś ty głupia, Zosiu, co teraz jeść, powiedz? Dosyć nadręczyliśmy ciebie, nie chcę więcej! Ach panie Raskolnikow, to pan! — zawołała, spostrzegłszy Raskolnikowa i rzucając się do niego — wytłumaczże pan tej biedaczce, że nic lepszego zrobić nie można. Wszak nawet kataryniarze dostają datki, cóż dopiero gdy się ludzie dowiedzą, żeśmy biedne, szlachetne sieroty, doprowadzone do nędzy, a ten marny generał straci miejsce, zobaczycie! My codzień będziemy chodzić pod jego okno, a jak cesarz będzie przejeżdżał, upadnę na kolana, dzieciaki wystawię naprzód i wskazując na nie, zawołam! „Litości, ojcze nasz“. On jest ojcem sierot, on miłosierny, obroni nas, zobaczycie, a tego marnego generaliszkę... Lenia! Tenez vous droite! Tv, Kola, zaraz będziesz znowu tańczył. Czego się mażesz? Znowu maże się! No czego, czego się boisz głuptasie! Boże! Co ja mam z niemi począć, panie Raskolnikow: Gdybyś pan wiedział, jakie to nie pojętne dzieci! I co z takiemi zmbisz...
I sama, o mało nie płacząc (co nie przeszkadzało jej nieustannej i ciągłej paplaninie) pokazywała mu na płaczące dzieci. Raskolnikow próbował ją skłonić do powrotu i nawet powiedział, sądząc, że wpłynie na jej miłość własną, że jej nie przystoi chodzić po ulicy jak kataryniarce, boć przecie ona zamierza zostać przełożoną pensji panien...
— Pensji, ha! ha! ha! Gadaj mu tam! — zawołała Marmeladowa, zaraz po śmiechu wybuchając kaszlem — nie, panie Rod jonie, przeszła mrzonka! — wszyscy nas porzucili! A ten generaliszka... Wie pan, rzuciłam w niego kałamarzem, był właśnie w przedpokoju na stole przy arkuszu papieiu, na którym się podpisałam, rzuciłam kałamarz i uciekłam. O, podli, podli! Ale co tam, teraz ja dziatwę sama wykarmię, nikomu się nie będę kłaniać. Dosyć męczyliśmy Zosię’ Połciu, wiele zebrałaś, pokaż. Jakto? Wszystkiego dwie kopiejki. O, nędzni! Nic nie dają, tylko latają za nami z wywalonym językiem! No, z czego się ten bałwan śmieje? (wskazała na kogoś z tłumu). To wszystko dlatego, że ten Kola taki niepojęt ny, bieda z nim! Czego chcesz, Połciu? Mów ze mną po francusku, parlez moi français. Przecież cię uczyłam, przecież umiesz kilka zdań!... Inaczej, jakże odróżnią ludzie, że jesteście z porządnej rodziny, dzieci dobrze wychowane i wcale nie tacy, jak wszyscy kataryniarze; wszak nie jakiegoś tam „kozaczka“ przedstawiamy na ulicach, lecz zaśpiewamy porządny romans... Ach prawda! I cóż będziemy śpiewać? Ciągle mi przeszkadzacie, a my... uważasz pan, panie Raskolnikow, myśmy się tu zatrzymali, ażeby wybrać coś do śpiewu, coś takiego, żeby i Kola mógł zatańczyć... bo, widzisz pan, wszystko to u nas idzie bez przygotowania; trzebaby się umówić pomiędzy sobą przepowiedzieć wszystko, a potem pójdziemy na Newski gdzie daleko więcej ludzi lepszego towarzystwa i zaraz zwrócą na nas uwagę. Lenia umie „Chateczkę...“ Cóż kiedy tylko tę jedną „Chateczkę“ i „Chateczkę“, ją tylko ciągle śpiewają! A musimy zaśpiewać coś daleko więcej pańskiego. No, coś sobie przypomniała, Połciu, żebyś ty chociaż matce pomogła! Pamięci, pamięci brak mi bobym sobie przypomniała! Ach zaśpiewajmy po francusku: „Cinq sous!“ Przecież was uczyłam! Co większa że ponieważ to po francusku, to zaraz ludzie się dowiedzą, żeście szlacheckie dzieci i to ich wzruszy daleko prędzej... Możnaby nawet: „Malborough s‘en va-t-en guerre!“ bo to piosnka zupełnie dziecinna i śpiewaną bywa we wszystkich domach arystokratycznych, kiedy się dziec: kołysze:
Malborough s‘en va-t-en guerre
Ne saint, quand reviendra... zaczęła śpiewać... — Ale nie, lepiej już te „Cinq sous!“ No Kola, rączki pod boki, prędzej, ty, Leniu, także wykręć się w przeciwną stronę, my zaś z Polcią będziemy klaskać i przytupywać!
Cinq sous, cinq sous
Pour monter noire ménage...
Kchi-kchi-kchi! (I aż się zatoczyła z kaszlu). Popraw sobie sukienkę, Połciu, ramionka się opuściły — wyrzekła prze zkaszel, oddychając. — Powinniście się teraz trzymać z całą przyzwoitością, żeby koniecznie widziano., żeście dzieci z dobrego rodu. A mówiłam, że plecy trzeba dłuższe skroić i przytem w dwa bryty. To takie twoje rady, Zosiu: „krócej i krócej“, ot i masz, całkiem zeszpeciłaś dzieciaka... No cóż to, znowu wszyscy płaczecie! Ale, co wam jest głupie! No, Kola, zaczynaj prędzej, prędzej, och, jakiż to nieznośny smarkacz!...
Cinq sous, cinq sous —
Znowu żołnierz! Czego chcesz?
W istocie przez tłum przedzierał się policjant. Lecz jednocześnie jakiś jegomość w mundurze i w płaszczu, poważny urzędnik lat pięćdziesięciu, z orderem na szyi (ten ostatni szczegół bardzo pochlebił pani Katarzynie i wpłynął na policjanta) zbliżył się w milczeniu, podał wdowie papierek zielony, trzyrublowy. Twarz jego wyrażała szczere współczucie. Pani Katarzyna przyjęła i grzecznie, nawet ceremonjalnie skłoniła się.
— Dziękuję panu — zaczęła z godnością — przyczyny jakie nas zniewoliły... weź pieniądze, Połciu. Widzisz, są jednak ludzie zacni i wspaniałomyślni, gotowi zawsze przyjść z pomocą biednej szlachciance w nieszczęściu. Widzi pan te nieszczęśliwe sieroty, można powiedzieć nawet spokrewnione z najarystokratyczniejszemi rodzinami... A ten generaliszka siedział i jarząbki jadł... jął tupać nogami, żem go fatygowała... „Jaśnie wielmożny, mówię, zlituj się nad sierotami, ponieważ dobrze znałeś nieboszczyka mojego męża, i ponieważ jego rodzoną córkę oczernił w dzień jego śmierci najpodlejszy z podleców...“ Znowu ten żołnierz! Zlituj się pan nad nami! — zawołała do urzędnika — poco ten żołnierz idzie do mnie? Jużeśmy od jednego uciekli tutaj z Mieszczańskiego... no i czego chcesz, durniu!
— Tego, że na ulicach nie wołno. Proszę nie robić głupstw.
— Ty sam głupstwa robisz! Ja sobie tak chodzę jak z katarynką, a tobie nic do tego.
— ’Na katarynkę trzeba mieć pozwolenie, a pani sama sobą i takim hałasem ściąga pani ludzi. Gdzie pani mieszka?
— Co, pozwolenie — ryknęła zagadnięta. — Ja dziś męża pochowałam, jakie tam pozwolenie!
— Pani, pani, niech się pani uspokoi — zaczął urzęd nik — chodźmy, ja panią doprowadzę... To w tłumie nie wypada... pani chora...
— Panie szanowny, panie szanowny, pan nic nie wie! — wołała Marmeladowa — my pójdziemy na Newski. Zosiu, Zosiu! Gdzież ona? Także płacze! Ale co się z wami dzieje!... Kola, Lenia, dokąd idziecie? — zawołała nagle z przestrachem — o głupie dzieci! Kola, Lenia, gdzież wy jesteście...
Kola i Lenia, przerażone do najwyższego stopnia przez gawiedź uliczną i wybryki obłąkanej matki, zobaczywszy wreszcie policjanta, który chciał je zabrać i gdzieś prowadzić, nagle, jakby namówione, wzięły się za rączki i zaczęły uciekać. Z jękiem i płaczem biedna matka zaczęła biec za nimi. Przykro i wstrętnie było patrzeć na nią, biegnącą płaczącą i kaszlącą. Zosia i Połcia pobiegły za nią.
— Zawróć ich, zawróć ich, Zosiu! O głupie, niewdzięczne dzieci!... Połciu, łap ich... Toć ja dla was...
Potknęła się w biegu i upadła.
— * Rozbiła się aż do krwi! O Boże! — zawołała Zosia; schylając się ku niej.
Wszyscy się zbiegi’, koło się zacisnęło. Raskolnikow i Lebieziatnikow przybiegli jedni z pierwszych; urzędnik także pośpieszył, a za nim policjant, mruknąwszy:
— Ech-ma!
I machnął ręką, czując, że się nie obejdzie bez kłopotów.
— Proszę się rozejść! — rozgarniał cisnących się dokoła ludzi.
— — Kona! — krzyknął ktoś. — Zwarjowała! — mruknął drugi.
— Boże zlituj się! — wymówiła jakaś kobieta, żegnając się. — A dzieciaki złapali? O, prowadzą, strasza złapała... Patrzcie, jakie bałamuty!
Gdy jednak przyjrzano się pani Katarzynie, to spostrzeżono, że wcale nie rozbiła się na kamieniach, jak myślała Zosia, lecz że krew, która zalała bruk, buchnęła strugą z jej gardła.
— Znam się na tem — szepnął urzędnik do Raskolni-kowa i Lebieziatnikowa — to suchoty: buchnie krew i zadusi. Niedawno jeszcze byłem świadkiem... jedna z moich kuzynek... i tak z półtorej szklanki... nagle... Niema na to rady, zaraz umrze...
— Do mnie, do mnie! — błagała Zosia — ja tu zaraz mieszkam!... O ten dom, drugi stąd... Do mnie, prędzej!... — rzucała się do wszystkich. — Posłać po doktora... O Boże!
Dzięki zabiegom urzędnika, rzecz się dała zrobić. Nawet policjant pomagał przenosić suchotnicę. Wniesiono ją do Zosi nawpół żywą i ułożono na łóżku. Krwotok jeszcze nie ustawał, ale jakgdyby zaczęła przychodzić do siebie. Do pokoju weszli oprócz Zosi, Raskołnikow i Lebieziatnikow, urzędnik i policjant, który zdołał rozpędzić gawiedź, z której kilka osób odprowadziło kondukt aż do samych drzwi. Połcia wprowadziła, trzymając za ręce Kolę i Lenię, drżących i płaczących. Zeszli się i od Kapernaumowych: on sam, kulawy i krzywy, dziwnej powierzchowności człowiek z szczeciniastemi, ostro postawionemi włosami i bokobrodami; żona jego z twarzą jakoś raz na zawsze przerażoną, i kilkoro ich dzieci z głupkowatemi wskutek ciągłego zadziwienia twarzami i z otworzonemi ustami. Wśród tego całego zgromadzenia zjawił się nagle i Świdrygajłow. Raskołnikow spojrzał nań ze zdziwieniem, nie pojmując skąd się zjawił i nie przy pominając sobie, czy był w tłumie.
Była mowa o doktorze i popie. Urzędnik lubo szepta! do Raskolnikowa, że, zdaje się, doktór jest już teraz zbyteczny, zarządził jednak, ażeby zawezwano doktora. Pobiegł sam Kapernaumow.
Tymczasem pani Katarzyna odetchnęła, krew na chwilę przestała cieknąć. Chora spoglądała chorobliwym,, ale pojmującym nawskroś wzrokiem na bladą i drżącą Zosię, ocierającą jej chustką krople potu z czoła; nareszcie poprosiła, ażeby ją podniesiono. Posadzono ją na łóżku, przytrzymując z obydwóch stron.
— Gdzie dzieci? — spytała słabym głosem. — Przyprowadziłaś ich, Połciu? O głupie! Dlaczegożeście uciekały?... Och!
Krew jeszcze zabarwiała jej spieczone usta. Błędnym wzrokiem spojrzała dokoła, badając otoczenie.
— Więc to jest twoje mieszkanie, Zosiu! Ani razu nie byłam u ciebie... aż przyszła kreska...
Spojrzała na nią z boleścią.
— Wyssaliśmy ciebie. Zosiu... Połciu, Leniu, Kola, zbliżcie się... No, Zosiu, weź ich sobie, z rąk do rąk, ja
Zbrodnia i kara t. II. 11 mam ich dosyć. Basta! Kha!... Połóżcie mnie... Dajcie choć umrzeć spokojnie.
Położono ją na poduszce.
— Co, popa?... Nie potrzeba... Chyba macie ruble do wyrzucenia... Ja nie mam grzechów!... Bóg mi i bez tego musi przebaczyć... Sam wie, jak cierpiałam!... A jeśli nie przebaczy, to się obejdzie!...
Niespokojna gorączka opanowywała ją coraz bardziej. Niekiedy drgała, błąkała się wzrokiem dokoła, poznawała wszystkich na chwilę; ale zaraz przytomność ustępowała miejsca gorączce. Oddychała ciężko i ochryple; coś jakby bulgotało w jej gardle.
—.Ja mu mówię „jaśnie wielmożny panie!“ — wykrzykiwała, oddychając za każdem słowem — ta niemka... ach! Leniu, Kola! Bierzcie się pod boki, prędzej, prędzej, glissez, glissez pas de basque! Tup nóżkami... Bądź grzecznem dzieckiem...
Du hast Diamanten und Perlen...
Jak to idzie dalej? To zaśpiewajmy...
Du hast die schönsten Augen.
Mädchen, was willst du mehr?...
Aha! Akurat! was willst du mehr, także bałwan wymyślił!... Ale prawda, oto naprzykład:
Wśród skwaru dnia...
Ach! Jak ja lubiłam tę piosenkę.... Przepadałam za nią, Połciu!...
Wśród skwaru dnia, w dolinie Dagestanu... wiesz, twój ojciec... śpiewał to jeszcze będąc kawalerem... O, lube dzieci!... To, to żebyśmy zaśpiewali! No jakto tam, jakto... ach zapomniałam... no przypomnijcież mi, jakto idzie?
Była nadzwyczaj wzburzona i usiłowała podnieść się. Nareszcie strasznym, ochrypłym, urywanym głosem za« częła, pokrzykując i dusząc się przy każdem słowie, z wyrazem coraz bardziej wzrastającej trwogi...
Wśród skwaru dnia!... w dolinie!.... Dagestanu!...
Z ołowiem w piersi!...
— Jaśnie wielmożny! — ryknęła nagle rozdzierającym jękiem i zalewając się łzami — pomocy dla sierot! Przez wzgląd na nieboszczyka ich ojca!.. Możnaby nawet powiedzieć arystokratycznych!... Kha! — drgnęła nagle z opamiętaniem i z jakiemś przerażeniem, (rozglądając się do‘-koła, ale zaraz poznała Zosię. — Zosiu, Zosiu! — wymówiła łagodnie, jakgdyby zdziwiona, że ją widzi przed sobą. — — Zosiu, droga moja, tyś tutaj?
Uniosła się nieco na łóżku.
— Dosyć!... Czas już!... Bądź zdrowa, nędzo!... Zajeździli szkapę!... Urwało-o-o się! — krzyknęła rozpacz-liewie i nienawistnie i runęła głową na poduszkę.
Znowu straciła przytomność, ale ten stan nie trwał długo. Blado-żółta, wyschła twarz znieruchomiała, usta się otworzyły, nogi wyciągnęły się konwulsyjnie. Westchnęła głęboko, głęboko i... umarła!
Zosia rzuciła się na jej zwłoki, objęła ją rękoma i tak zamarła, przylgnąwszy głową do wyschniętej piersi nieboszczki.
Połcia przypadła do nóg matki i całowała je, łkając. Koła i Lenia, jeszcze nie pojmując, co się stało, lecz przeczuwając coś bardzo strasznego, schwycili się nawzajem za ręce i, patrząc sobie, wzajemnie w oczy, jęli nagle razem, otworzywszy usta, drzeć się w niebogłosy. Oboje byli jeszcze w kostjumach, on w zawoju, ona w jarmuł-ce z piórem strusiem.
I w jaki sposób ów „list pochwalny“ znalazł się nagle na łóżku, tuż obok pani Katarzyny? Leżał przy samej poduszce; Raskolnikow widział go.
Odszedł od okna. Za — nim przyskoczył Lebieziatnikow.
— Umarła! — rzekł Lebieziatnikow’.
— * Panie Raskolnikow! na dwa słówka — odezwał się Świdrygajłow.
Lebieziatnikow ustąpił mu miejsca i delikatnie cofnął się. Świdrygajtow odprowadzi zdziwionego Raskolni-kowa jeszcze dalej w kąt.
— Wszystkie te zachody, to jest pogrzeb i tak delj, biorę na siebie. Wszak mówiłem panu, że mam zbywające pieniądze. Tych dwoje małych i tę Polcię umieszczę w jakich zakładach dla sierot, i zapiszę na każde, do dojścia do pełnoletności, po tysiącu pięciuset rb., ażeby panna Zo-fja mogła być już nadal zupełnie spokojną. A i ją wyciągnę z matini, bo to dobra dziewczyna, neiprawdaż? Otóż powiedz pan swojej siostrze, że jej dziesięć tysięcy zostały rozdzielone w ten sposób
— W jakimże celu stałeś się pan takim dobroczyńcą? — zapytał Raskolnikow.
— E-ech! Podejrzliwy człowieku! — roześmiał się Świdrygajłow. Wszak powiedziałem, że te pieniądze są mi zbyteczne. No a poprostu z uczucia ludzkości, tego pan nie