Dyskusja indeksu:PL Dumas - Sprawa Clemenceau T1-3.djvu

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

SPRAWA CLEMENCEAU.
Pamiątnik obwinionego.
Do p. RoJlinetfa
Nadwornego obrońcy.
„Ponieważ na pierwszą wieść o mojem aresztowaniu, nie wchodząc w to co prawdą, a co fałszem było, w różnych pogłoskach krążących na mój rachunek, raczyłeś pan wspomnieć na nasze przyjazne stosunki i skłoniłeś mię do stararf o możliwie najdłuższe zachowanie mego życia, w imieniu dziecka i czci mej splamionej, rozpoczynam dziś nie już proste wyszczególnienie faktów, dokładna znajomość których nieodzowną jest obrońcy, raczącemu się podjąć trudnej mojej sprawy, lecz nadto poufne, ścisłe, bezstronne wyznanie okoliczności, wypadków, pojęć wreszcie, które spowodowały smutną katastrofę minionego miesiąca.
„Sprawa będzie razstrząsaną za pięć lub sześć tygodni zaledwie; mam więc czas zebrać wspomnienia. Opowiem panu prawdę całą tak, Jakbym ją wy znał przed Bogiem, gdyby On, co wie wszystko, badał mię. Co rok swój czyniąc zawisłym od mniejszej lub wiekszej szczerości mojego wyznania. Pamiętnik ten spożytkujesz pan o tyle, o ile to uznasz za potrzebne do mej obrony. Postaram się prowadzić go tak jasno i porządnie, jak tylko to się^ mo-żliwem okaże w obecnym stanie mojego umysłu, Swobodniejszego zresztą niżem się spodziewał, Zdolność i przyjaźń pańska dokonają reszty.
„Jakimkolwiek będzie wyrok przysięgłych, nigdy nie zapomnę widoku dwojga twoich ramion, wyciągniętych ku mnie, gdy drzwi mego więzienia otwarto przed tobą i ostatnia myśl moja, czy zostanę skazany lub nie, będzie dla syna mego i dla ciebie.
„Piotr Clemenceau*’.
„8, Maja 18.“
Pochodzę z mniej niż nieznanej rodziny. Słowo rodaina wymaga niejakiego objaśnienia. Moją rodzinę stanowiła matka. Mam wszystko od niej: yrodzenie, wychowanie, nazwisko, dotąd bowiem nie znam jeszcze mego ojca. Jeżeli żyje, dowie się z dzienników, jak wszyscy, o mojem aresztowaniu, i ucieszy się zapewne, że nie dał swego nazwiska dziecku, któreby go kiedyś zmusiło zasiąść na ławach sądu kryminalnego, przypuściwszy naturalnie że los mój nie byłby odmiennym, gdyby on się zajmować nim raczył.
Aż do dziesiątego roku życia chodziłem dość przykładnie do szkółki, utrzymywanej przez niejakiego starowinę, a mieszczącej się w domu przytyka* jącym do naszego, na dole. Tam się nauczyłem czytania, pisania, nieco arytmetyki historji świętej i katechizmu,
Z nadejściem dziesiątego roku matka postanowiła oddać mię na pensję ze mzysłkiem. wyżej ceniąc przyszłą korzyść moją nad swoje szczęście obecne; boć rozłąka ze mną musiała być straszną dla kobiety, co mnie jednego miała kochać na świecie.
— Nie masz ojca, — rzekła do mnie w owym czasie; — nie znaczy to przecież by twój ojciec umarł; to znaczy tylko, że nie jeden pogardzać tobą będzie, lżyć cię za nieszczęście któreby raczę budzić współczucie i wywoływać opiekę powinno to znaczy jeszcze, że możesz liczyć jedynie na siebie i na mnie, która, nieszczęściem, nie będę mogła zawsze pracować; to znaczy, nareszcie, że jakie-kolwiekbyś mi kiedy sprawił zmartwienie przebaczyć ci je muszę. Nie korzystajże z tego zbytecznie.
Oto już przeszło lat dwadzieścia jakem usłyszał słowa, a stają dziś przedemną tak jasno i wyraźnie, jak gdyby wczoraj były wyrzeczone. Jakże straszną jest władza pamięci! Za jakąż winę Bdg chciał ukarać człowieka, obdarzając go złowrogim takim darem? Są błogie wspomnienia, powiecie. Tak, dopóki szczęście jest z nami; lecz za pierwszą żałobą lub pierwszą zgryzotą wszystkie owe wspomnienia pierzchają, i jeżeli je gonić zapragniemy, zwracają się przeciwko nam, godząc w serce samo
Nie podobna mi było, dziesięcioletniemuldziec-ku wniknąć we [ właściwe znaczenie słów matki instynktownie wszakże dojrzałem w nich boleść dla niej i obowiązek dla siebie.
Uścisnąłem ją, to pierwsza odpowiedź dzieci, skoro są wzruszone; potem z oddźwiękiem nagłego postanowienia i ze stałością nad wiek.
— Bądi spokojna mamo, — powiedziałem, — będę pracował pilnie,, a gdy dOFO&nę, ©baczysz jat cię uczynię szczęśliwą.
Matka otworzyła było malorfki skład bielizny i haftów na rogu ulicy tle la GtaHgś-Botek&rt na drugiem piętrze, wprost merostwa, Pierwsza robotnica sławnej Karoliny, t ^koleji zdobyła się na własną pracownię, a jej gust, punktualność, obejście uj-nujące, ściągnęły do niej nieliczną, lecz wyborową klientelę.
Jeszcze zda się widzę skromne nasze a tak czyste mieszkanko, starą służącą, od świtu zajętą czyszczeniem i z którą, pod pozorem pomocy w tem zajęciu rannem, biegłem swawolić, ledwie ze snu otworzywszy oczy; nasze niewykwintne obiady, podczas których matka wiodła rozmowę z tąż sługą staruszką, zwyczaj powszechny w małomiesz-czańskiej sferze; sąsiadów, spotykanych na schodach gdy szedłem do szkoły, a których mój szczebiot zajmował i bawił, wreszcie długie wieczory i dwie czy trzy robotnice, młode, wesołe śmieszki którym matka rozdzielała robotę, przygotowawszy ją uprzednio sama.
Dziewczęta owe psuły mię jak mogły. Moje położenie jako nieprawego dziecka było zapewne jedną więcej przyczyną, że mię tak kochały. Kobiety z tej klasy zbyt często są narażane na podobne wypadki i podobne cierpienia by nie szanować ich w drugich i wespół z niemi czuć nie miały. Podczas ostatnich wieczorów, poprzedzających oddanie mię na pensyę, wysilały się by mię zabawić i dać mi zapomnieć o blizkiem wygnaniu; pomimo bowiem silne postanowienie odwagi, wiek odzyskiwał swe prawa, i nie bez strachu myślałem o owej chwili.
T
Wreszcie w wigilję dnia pamiętnego; — 1-go października 18! — po obiedzie, matkę rzekła do mniei
— Idfmy pokortczyć sprawunki.
Poprowadziła mię najprzód do jednego z małych sklepików na bulwarze S-go Marcina, i tam, biedna droga istotal kupiła mi nakrycie i kubeczek srebrny, z całą dobrocią, pozwalając mi nawet wybierać samemu. Wybrałem najskromniejsze, myśląc, że najmniej kosztować będą. Uściskała mię z wylaniem; serce tak łatwo domyśla się wszystkiego!
Wracaliśmy następnie przez bulwary, a że lubiłem bardzo rysować kolorami (była to moja naj-ulubierisza rozrywka, podczas gdy ona szyła w długie zimowe wieczory) matka kupiła *mi pudełko farb, następnie czyżyka, sznurek do skakania, i czego tam nie było! różne drobne zabawki dziecięce mające się przyczynić do złagodzenia ’ jutrzejszej boleści, zajmując młodociany mój umysł ulubione’ mi rozrywkami.
Skorośmy wrócili do domu, było już późno, robotnice odeszły. Lampa o przyćmionym płomyku, oczekiwała nas na dużym krawieckim stole. Cała moja drobna wyprawka, zupełnie już gotowa, leżała starannie złożona. Każdy z tych przedmiotów przedstawiał pewną kwotę pieniężną zdobytą z niezmiernym trudem, długie czuwanie w noc późną, niekie* dy do rana. Mężczyzna, który sprawia, że uboga dziewczyna zostaje matką, i który skazuje tę kobie tę na utrzymywanie dziecka własną pracą, czyli* wie, zaprawdę* co on czyni?
Matka usiadła, wzięła mię w ramiona, ja złożyłem głowę na jej giersi, I z godzinę tak może przesiedzieliśmy w milczeniu, ona zadunana 0 przeszłości baz wątpienia, ja nie myślący o nł-czem, oddany jedynie poczuciu błogości obecnej.
— Chcesz być grzeczną, mateczko? — zapytałem, gdy przyszła pora udania.się na spoczyneki pozwól mi dzisiaj spać z tobą..
Byłem niezmiernie wątły w niemowlęctwie mojem. Matka, która karmiła mię sama, kładła mię zawsze przy sobie. Zwyczaj ten przeciągnął się dla mnie aż do lat sześciu. Następnie stawało się to rodzajem nagrody, jeślim bywał wyjątkowo grzeczny, lub wynagrodzenia, skoro mi rozrywkę jaką obiecano, a której następnie dla braku pieniędzy lub czasu odmówić mi było potrzeba. Wtedy wyprasza-szałem u matki pozwolenie spania z nią razem, 1 za nadejściem wieczoru biegłem do pokoju sypialnego, i tam dostawszy się do jej łóżka, przewracałem się po niem, trzepocąc się jak ryba, co dopadnie wody, aż wreszcie zasypiałem tym snem głębokim, spokojnym, co niestetyl dziecięctwa jest tylko udziałem. Po skończonej pracy matka ostrożnie kładła się koło mnie, I nazajutrz budziłem się w tem samem położeniu, z ustami na jej ręce, którą trzymałem w obu rękach moich. Ta to nade-wszystko chwila przebudzenia była dla mnie uciechą prawdziwą; swawoliłem z nią, rozplatałem jej włosy. Śmieliśmy się oboje; ona, cisnąc mię silnie w ramionach, mówiłat
— Jak ja ciebie kocham, moje drogie dziecko!
Otóż niemało szczegółów niepotrzebnych bynaj* mniej do sprawy, nieprawdaż? Ale, powtarzam piszą nie tylko dla mego obrońcy, piszę to również dla siebie, byłoby mi niepodobnem przejść od razu do drugiej części mego istnienia nie zaczerpnąwszy tchu w pierwszej. Trzeba mi odwagi, A gdzież ją znaleźć, jeżeli nie we wspomnieniu łych lat dziecinnych, pełnych słodyczy i pogody cichej?
Nazajutrz o siódmej rano, byłem w gabinecie zawiadowcy zakładu, którego opiece matka polecała mię poraź setny może; „Nie odstępowała mię nigdy; potrzebowałem największej względności; łagodnością wszystko ze mną zrobić było można; gdybym zachorował, w tejże chwili należało posłać po nią; zresztą, nie mieszkała daleko, będzie więc przychodzić z początku codziennie, w godzinach rekreacyi, i t. d, i t, d.“ Dzwonek się ozwał, uściskała mię poraź ostatni i zostałem sam.
Jak prawie każdy mężczyzna, i pan również musiałeś mieć taką chwilę w dzieciństwie swojem. Wiesz co ona mieści
P. Fremin rzekł do mnie [tonem pełnym ojcowskiej czułości, nawykły łagodzić to pierwsze cierpienie, którego tak często był świadkiem.
— Pójdź mój przyjacielu. 1 zaprowadził mię do grona nowych towarzyszy.
Oddając mię na pensyę nie zaś do szkoły, co byłoby nie równie łatwiejszem i mniej kosztownem matka użyła tu jednego z tych półśrodków, do których się serce pomyślne ucieka by złagodzić cios którego uniknąć nie podobna. Zresztą zakład ten położony w najzdrowszej części miasta, w sąsiedztwie ogrodów Tiwoll) przedstawiał wszelkie możliwe korzyści, pod względem wychowawczym i higienicznym Był to w samej rzeczy aczkolwiek niesłusznie, jeden z najbardziej renomowanych zakładów Paryża Mieścił też około trzystu wychowariców, należących przeważnie do najwyższych sfer finansowych, handlowych, albo arystokracyi świeżo kreowanej.
Matka moja jak wszyscy doznający sami braku wykształcenia pragnęła bym ja je posiadł w całej rozciągłości możliwej. Sądziła więc że dobrze postąpi udając się do jednej z najbogatszych swych klientek, mającej syna w równym ze mną wieku, i zapytała ją, tłómacząc się dla czego to czyni, w jakim zakładzie ta umieściła swojego syna. Ta prosta na pozór okoliczność miała sprowadzić pierwsze bolesne ciosy mego życia. Wielka pani uczuła się dotkniętą tem, że jedna z jej liwerentek śmiała chcieć uczynić swego syna, a do tego dziecko nieprawe, towarzyszem i kolegą jej syna, hra-biątka z czasów Restauracyi.
Matka nie domyślała się niczego, Wyłuszczając swe zamiary pani d’AngIepierre, z całą naiwnością dodała:
— Byłabym niezmiernie szczęśliwą, gdyby mój syn kolegował z synem pani. Byłaś pani zawsze tak dla mnie życzliwą, iż nie wątpia ia p. Far-dynend równlef się dobrjm dla Piotra okale. Biadne drogie dziecko; nie oddalało aię nigdy odemnie, potrzebuje więc bardzo życzliwości i przyjaźni.
Matka moja nie miała w sobie ani zbytniej dumy, ani też uniżoności. Powyższe słowa wypowiedziała poprostu do swojej kundmanki, pokazując jej hafty żądane i tuląc mą głowę do swych kolana.
Zresztą każda matka rozmawiająca o dzieciach, z drugą matką uważa się za równą jej zupełnie, Miłość macierzyńska powinna zdaje się, chwilowo przynajmniej równać wszystkie kobiece stany, gdy nie ma przecież, odpowiednio do różnych stopni społecznych, różnych rodzajów poczęcia i ukochania dziecka. Tu to przedewszystkiem niezbłagane prawa przyrody wyraźnie obalają hierarchie społeczne/ czyniąc wszystkie rodzicielki podległemi tym samym przyczynom, tym samym obawom, i bowiązkom tym samym.
Pani owa wszakże inaczej myślała. Wróciwszy do domu, opowiedziała zapewne w obecności syna wszystko czego się przed chwilą dowiedziała, z dodaniem własnych wniosków i uwag, które niebawem ciężko na mnie odbić się miały.
Zakład był ogromny, taki, jakiego wymagało pomieszczenie prawie dwustu pięćdziesięciu pen-syonarzy. Dzielił się na dwie części: na szkołę niższą i wyższą. Pierwsza obejmowała uczniów od klas najniższych aż do piątej włącznie; druga od klasy czwartej aż do retoryki, filozofii, matematyki specyalnej, wreszcie nauki wyzwolone. Obie szkoły mieściły się każda w oddzielnym budynku, które przedzielone gęstą balustradą nie miały z sobą ża dnej styczności pozornej. Miały nawet d.va wyjścia na dwie równolegle ulice,
W wyższym oddziale, kilku najzdolniejszych uczniów skupionych przy boku p, Fremin. tworzyło punkt zbiorny pilnej działalności, szlachetnej emu* lacyl ł świetnych rezultatów, utrzymujących zakład na zaszczytnem stanowisku dawnych dobrych czasów. P. Fremin oddawał się całkowicie temu wybranemu kółku, na podwładnych profesorów zdając tę resztę, którą zdaniem jego zajmować się nie było warto; a która w rękach jego wspólnika, aferzysty wyłącznie, przedstawiała zyskowną stronę interesu.
To, co się działo pomiędzy tymi drugimi, przechodzi wszelkie pojęcie. Złe książki, popisywanie się z bezbożnością i występkiem, wywołane może zbytniemi wymaganiami nowoczesnego klerykalizmu, bezczynność i zniewieściałość, przedwczesna rozpusta, wszystkie te występki były na porządku dziennym w owej anarchicznej rzeczypospolitej. W go* dżinach rekreacyjnych malcy zaglądali ciekawie po przez balustradę dzielącą ich od młodzieńców, na tych bochaterów skandalu, powtarzającego się niemal codziennie, odgłos którego aż do ich uszu dobiegał niekiedy. 1 malcy pokazywali ich sobie prawie z uwielbieniem.
Panicze owi, pyszni taką sławą, występowali pełni zasłużonej dumy przed olśnionemi oczyma dziecięcego tłumu, mizdrząc się, skubiąc cienkie wąsiki, przybierając pozy zdolne najzgubniej podziałać na wyobraźnie tak młode i słabe.
Tak więc zło rozszerzało się stopniowo i zbiegiem czasu najniewinniejsi nawet mieli paść jego ofiarą, Że mnie nie dosięgło, zawdzięczam to jedynie wyjątkowemu położeniu, którego nie błogosławić nie mogę, ono to bowiem uchroniło mię od zepsucia, które stokroć gorszem nieszczęściem stałoby się dla mnie.
P. Fremin zaprowadził mię, jak to {już powiedziałem, do grona nowych moich towarzyszy, i tam mię zostawił, poleciwszy wprzód wyłącznej opiece profesora, którego zapytałem zaraz, czy syn pani d’Anglepierre już przybył do zakładu, odpowiedział mi że nie, i że prawdopodobnie jutro dopiero przybędzie. Usiadłem więc z boku na ławce i czekałem.
Łatwo zgadnąć jakim wzrokiem patrzyłem na wielkie podwoje zawarte tak nagle pomiędzy mną a matką moją. Biedna droga mateczka! ścigałem ją myślą jak szła przez ulicę; widziałem jak chustką zakrywając oczy, by przechodnie łez jej nie widzieli, wbiegała do mieszkania; gdzie oddawszy się na chwilę gwałtownemu wzruszeniu, niebawem, z męztwem którego tylekrotnie dawała dowody, ocierała oczy, i wracając do codziennej pracy, odpowiadała przyjaźnie na liczne pytania od których dziewczęta podręczne wstrzymać się zapewne nie umiała. Wszystkie tak dobrze znane przedmioty przesuwały mi się przed oczami, niby starzy przy-jeciele, uczułem się blizkim płaczu; ale łez mych pokazać nie chciałem.
Wtedy począłem rozglądać się dokoła, by się nałożyć do nowego trybu życia. Malcy jedni wrócili, drudzy obeznali się już byli ze zwyczajami przyjętemi w szkrle. Przechadzali się po kilku razem, grali w piłkę, skakali przez sznurek, pokazywali sobie wzajemnie podarki otrzymane w domu, opowiadali o zajęciach sześciu ubiegłych tygodni, śmiali się, darzyli wzajem łakociami.
I ja również miałem w koszyku mój szczupły zapas zabawek i łakoci. Chciałbym był wydobyć jedne i podzielić się drugie mi. Nie śmiałem! Do kogo tu się zwrócić w takiej wrzawie? Nikttna mnie nie zwracał uwagi. Gdyby drzwi były otwarte, byłbym uciekł niechybnie,
Bo i po co tu być miałem? Czułem się tak szczęśliwym godzinę jeszcze temu! Czegóż się tu nauczę, co by o matce zapomnieć mi dało?
Boleść byłaby mię już zmogła niewątpliwie, gdy jeden z chłopców, który wszystkich kolegów zaczepiał po kolei, stanął przedemną przyglądając mi się w milczeniu.
Z zawadyacko rozstawionemi nogami, z rękami w kieszeniach, częstym I pełnym wdzięku ruchem odrzucał w tył długie, gęste, jedwabiste włosy jasnego blond koloru, opadające mu wciąż na czoło. Wpatrywałem się w niego jak on we mnie, a zresztą twarz tego dziecka wydała mi się dość zajmującą. Bardzo blady, bladością kredową, oczy miał jasno-niebieskie, koloru chińskiej porcelany, 0 brwiach i rzęsach kasztanowatych. Te oczy ruchliwe, zdające się wiecznie gonić za jakąś nową myślą podkrążone były obwódką perłową, którą każde poruszenie oka wprawiało w leciuchne drżenie, na-kształt owych błysków bez huku i gromu co to na chwilę rozdzierają obłoki wśród lata. Usta ładnie wykrojone, jakkolwiek wargi miały barwę chorobliwą, choć je nieustannie aż do krwi przygryzał, 1 zęby drobne jak u kota, nos prosty, o nozdrzach podniesionych nieco, składały się na tę iście kobiecą twarzyczkę.
Od czasu do czasu wyjmował rękę z kieszeni i gryzł paznokcie. A szkoda, gdyż ręce miał białe, j
Sprawa Clemenceau 2 N s 17
I miękkie, jakby bez kości, i nigdy nie zdarzyło mi się widzieć rąk równie pięknych u takiego dziecka — chłopczyka.
— Co ty tam robisz? rzekł do mnie głosem lekko przytłumionym przerywanym nerwowem chrzą-koniem.
— Nic.
— Jesteś nowicyusz?
— Tak, a ty?
— Ja jestem dawny. Zkąd jesteś?
— Z Paryża. A ty?
— Ja, jestem z Charleston’u.
— Gdzie to jest?
— W Ameryce. Jak się nazywasz?
— Piotr Clemenceau. A ty?
— Andrzej Minati. Co twój ojciec robił?
— Nie mam ojca.
— Umarł?
Nic nie odpowiedziałem; milczenie musiał wziąć za odpowiedź twierdzącą.
— A twoja matka co robi?
— Jest szwaczką,
— Szwaczką? Szyje koszule?
— I różne inne rzeczy, — odrzekłem z całą naiwnością. — A twoja?
— Moja nic nie robi. Moja jest bogata, i mój ojciec także Podróżuje sobie.
— Ile masz lat*
— Dwanaście. A ty?
— Dziesięć.
— W której jesteś klasie?
— ’ W klasie tego pana, co tam chodzi I ja także,
— F\ przecież jesteś starszy odemnie. = — Ale mi trudniej, bom cudzoziemiec. Co ty tam masz w koszyku?
— Ciastka. Chcesz spróbować?
— Sprobójmy tych ciastek.
Otworzyłem kosiyk trzymając go na kolanach; Andrzej zanurzył rękę, wydobył ją następnie pełną ciastek, które począł zajadać łapczywie.
— A to dobre, te twoje ciastka; czemuż nie jesz?
— Nie jestem głodny.
— To i cóż?
I ponowiwszy szturm do koszyka, wypróżnił prędko cały mój zapasik.
— Nic więcej nie masz?
— Nic.
— Bywaj zdrów. Wydajesz mi się trochę głupi.
I wykręcając się na piętach, zostawił mię odurzonego takim wstępem, następnie rozpędziwszy się pobiegł do innego dziecko, które stało odwrócone od niego plecami, wpadł na nie bez poprzedniego ostrzeżenia, i w jednej chwili obaj leżeli na piasku; Andrzej tylko nie poniósł najmniejszego szwanku. Co chwila rozpoczynał nowy żart tego lodaaju, starannie wybierając dzieci młodsze j słabsze od siebie.
Dozorujący nauczyciel nie widział nic, a przynajmniej zdawał się nie widzieć. Przechadzał on się wzdłuż i; wszerz krokiem mierzonym, z rękami w tył, i rozmyślał. Nad czemu Zapewne nad swym ciężkim losem, któremu wakacye ulżyły na chwilę, a który znowu zamykał na nim żelazne okowy
Ponieważ jednak ze wszystkich tych dzieci jeden Andrzej rozmawiał był za mną, bezwiednie ścigałem go oczami. Najprzód zjedzone ciastka leżały mi na sercu, a potem wydał mi się dziwnym. Widziałem więc, jak nieznacznie oddalał się od towarzyszy, a obróciwszy się razy parę, w celu zapewnienia się że nie zważano na niego, skierował się ku balustradzie, dzielącej nas od wyższej szkoły, i ostrożnie zajrzał na drugie podwórze, zapewne musiał znaleźć czego szukał, dał bowiem znak, a oparłszy się plecami o baryerę, wysunął rękę za siebie, i odebrał od dużego, ośmnastolet-niego chłopaka małą karteczkę, którą szybko schował do kieszeni; poczem znów zmieszał się z tłumem dzieci,
W kilka chwil potem udaliśmy się na mszę do Ducha Świętego, którą ksiądz miejscowy odprawiał w szkolnej kaplicy, z tamtąd poszliśmy do klasy. Nasza klasa mieściła się w bardzo obszernej sali. W głębi stała katedr*, środek zaś zajmowały ławki z pulpitami, każda na dziesięciu uczniów ustawione jedna za drugą.
Na skutek zlecenia p. Fremin, siedziałem z ~ brzegu, po lewej stronie profesora, w pierwszej łowcę, a mój emeryktnin siedział luż przy mnie Wolałbym był inne sąsiedztwo, gdyż po tem co m matka powiedziała, 1 przyrzeczeniach jekiem je uczynił, postanowiłem nie stracić nawet pierwszej chwili, zdecydowany wciągać wszystkiemi porami tę wiedzę tak bardzo’szacowną, ie w imię jej rozłączono mię ze wszystkiem co mi drogiem było. Otwierałem więc oczy, uszy, usta’nawet na słowa nauczyciela, głoszącego nam jej zasady.
Nie takiem wszakże było zadanie mego sąsiada. Ten przedewszystkiem zajął się odczytaniem karteczki napisanej ołówkiem, udając że czyta coś w książce, następnie pożuł ją i połknął, potem trącił mię kolanem dla pokazania niewiem już czego w swoim pulpicie;, ale widząc zupełną obojętność moją, zwrócił się do drugiego sąsiada, potem znów do mnie powrócił, szepcząc mi do ucha, zarzucając pytaniami, których nie rozumiałem, ani nie odpowiedziałem na nie, co go wreszcie skłoniło do obryzgania atramentem mojej kurtki.
Oh! kiedym zobaczył go tak niszczącego moją nową kurtkę, która przecież pieniądze kosztowała moją matkę, nakazałem mu dość głośno by dał pokój. Koniec końców wiedziałem tak dobrze jak i on jak to się daje kułaka; 1 odbierałem je 1 dawałem, czasu bytności mej w szkółce, i zaprawdę nie czułem się bynaimnlej usposobionym dać się tak krzywdzić, Jak dzieci,. na które poprzednio napadał
Ten krok energiczny zdawał się wprawiać go w podziw nie mały. Szepnął mi na ucho, te po lekcji będę z nim miał do czynienie.
Zaledwieśmy się znaleźli na podwórzu gdy otoczony kliku kolegami zbliżył się do mnie.i grożąc mi pięścią pod samym nosem, nazwał mię kramarzem koszul, zapytał, co chciałem rozumieć przez poprzednie! słowa i wreszcie zakazał mi odzywać się do siebie. Odwróciłem się milcząc pogardliwie. Przypisał to bojaźni i wymierzył mi tak potężnego szturchańca, że ornatom nie padł na ziemię. Wtedy zakipiałem cały i wprzód nim zdążył stanąć do f walki, uderzyłem go w bladą twarz tak silnie, że krew się polała.
Przestraszony własnym postępkiem, podbiegłem mu na pomoc, gdy z całej siły nowy cios w brzuch ml wymierzył, Wtedy z bólu straciłem przytomność, i bez pamięci rzuciłem się na nieszczęśliwego. Pokonałem go wprędce, a cisnąc mu piersi kolanem, byłbym go udusił niewątpliwie, gdyby mi go z rąk nie wyrwąno.
Przez kilka minut stałem zdyszany, żądny nowej walki, drżąc na całem ciele. Rozpoczęło się badanie, Opowiedziałem prawdę całą, j od epizodu z ciastkami, aż do ostatecznego wyzwania. Byłem mocniejszy; większość tych, którzy mieli powody skargi na Andrzeja, lubo nigdy stawić mu czoła nie śmieli, odważnie przeszli na moją stronę, zwalając na niego t^le win ile się dało; dru* dzy usunęli się, bojąc się narażać na wypadek odwetu; inni otaczali go, ubolewając głośno, wyśmiewając się po cichu.
Tak więc, od pierwszej chwili bezpośredniego zetknięcia się z ludfmi, miałem sposobność poznania nikczemności jednostkowej i nikczem-noścl ogółu. Nie tu wszakże, niestetyl miał być koniec doświadczenia mego.
Potłuczonego Andrzeja zaprowadzono do studni, obmyto mu twarz zimną wodą. Nie mówił ani słowa: łatwo było wszakże poznać, po zwiększonej bladości i z pod oka rzucanych spojrzeniach że mi tego nigdy nie przebaczy.
Syn pani d’Anglepierre^ przybył do zakładu wieczorem dopiero, gdyśmy już spali, Nie myślę tu wyliczać nawału czarnych myśli, które poprzedziły sen mój owej nocy. Nazajutrz poznałem się z młodym wicehrabią. Od pierwszego wejrzenia stał mi się równie wstrętnym, wstrętniejszym może nawet niż Minoti.
Przedstawcie sobie dziecioletniego panicza od istóp do głów pełnego urzędowej powagi. Ufryzowany starannie, d 1’oiseau imperial; o dwóch płaskich kosmykach przylegających do skroni, przybierał poważne pozy, przejęte widocznie od szanownego papy, którego najkomiczniejszem był odbiciem w miniaturze. Małe to paniątko pachniało, zda się swem świeżem szlachectwem. Szlachectwo jego błyszczało, lśniło się dosłownie. Nader wyszukany w ubiorze, obciśnięty kołnierzykami jak prefekt na paradzie* sztywny jakby kij połknął powagę posuwał do wygłaszania sentencyj, a pychę do pomiatania drugimi. Patrząc nart, bez trudności odgadywało się rodzinę; czuło się z jak głupiej osobistości miał zaszczyt być poczętym, i widziało jak na dłoni, że zawodem jego będzie wysokie urzędowanie.
Była to jedna z tych tysiąca nicości w powiciu, na które Restauracya tak bardzo“ liczyła. Spotkałem Bię z nim później w życiu. Służył pod rządem Lipcowym, do którego przeszedł za przykładem pana hrabiego ojca: była to ta sama twarz, taż mowa i obejście, które w nim znałem, gdy był dziesięcioletnim malcem.
Głowy takie, osadzone na jednym krawacie, nigdy się nie ruszają. Krawat jest niezmiennie biały’albo czarny, głowa niezmiennie ta sama. Włosy ułożyły się do jednego uczesania, oko do jednego spojrzenia, usta do jednego wyrazu. 1 tak już będzie lat ośmdziesiąt. Brodę golą tak gładko i tak często, że ta w końcu nie odważa się rosnąć. Ludziom tym wprędce udaje się przekonać ludzkość, że 3ię bez ntch obejść nie potrafi. Są uczciwe matki, chowająće córki świątobliwie dla zaszczytu ich loża. Zwykle miewają dwoje dzieci ślubnych, syna i córkę. Zostają ojcami nie zapominając o decorum, nie zrzucając krzyża Legii honorowej, co około dwudziestego piątego albo trzydziestego roku życia zawisa im w dziurce od guzika, nie zmieniając wstążki aż do zmiany stopnia. Zwykle przechodzą trzy pierwsze stopnie i umierają komandorami. Wówczas sławią ich cnoty i tałenta, zasługi u grobu familijnego, aż wreszcie nikną, zawadziwszy wprzód o wszystko, nie zostawiając po sobie nic, ani czynu, ani myśli, ani nawet słowa. Przychodzi zapytać siebie, jakim sposobem zdołali zajmować tyle miejsca i tak długo w społeczeństwie, po trzebującem przedewszystkiem ruchu, postępu i i ni cyatywyi aż oto, w chwili gdy się najbardziej dziwi my, występują nam przed oczy ich synowie, uposta clowujący wskrzeszenie i uwiecznienie panów ojców
Osobistości powyższe stanowią tę siłę prze ważną, przeciw której od pierwszego związku spo łeczeństwa, geniusze walczą na próżno, a którą gć rującą i czczoną, napotykamy we wszystkich klas sach, wśród szlachty, mieszczaństwa, pomiędz adeptami wiedzy, sztuk pięknych, w wojsku: stówa rzyszenie nierozerwalne, kfóre bez różnicv stopn i rodów, braci swoich wszędy sławi i wyznaje; spój nię potężną, przechodzącą z rodu w ród i z poko lenia w pokolenie, niby wieczyste karty pobytu mię dzy ludzką głupotą, szeregi zdań i myśli gotowych dających się zastosować do każdego przedmiotu czuwającą pysznie a niewzruszenie nad świętym przybytkiem rutyny; którą wreszcie zowią: miernotą.
Nowy mój kolega, mający przyczynkiem do tej rasy, nie mały już wpływ wywierał na współucz-niów równego wieku, a nawet starszych od siebie* tak dobre o sobie rozumienie może zaimponować drugim, skoro jest nieograniczone, a przedewszystkiem — niezasłużone.
Dość mi było spojrzeć na młodego wicehrabiego, by utracić wszelką chęć do wszczęcia z nim iozmowy; ale że matka chciała bym się z nim zapoznał, i, że od wczorajszej utarczki byłem w jak najlepszych stosunkach z większością kolegów, pod szedłem do niego i przedstawiłem mu się, powołując »lę po prostu na znajomość naszych matek.
— Ja mam swoich przyjaciół, — odpowiedział oschłe, nłe patrząc prawie na mnie, ”** I Innych nie potrzebuję. Przyjaciół miewa się tylko mlędgy równymi.
Widocznie to mała oślę, powtarzało frazea zasłyszany. Dałem mu pokój, nie mniej wszakże nie umiałem sobie wytłómaczyć tego, com widział i słyszał wciągu tych dwudziestu czterech godzin.
Tymczasem matka nadeszła. Opowiedziałem jej wrażenia. By jej wszakże nie trwożyć zbytecznie, nic nie wspomniałem o bitwie wczorajszej, Domyśliła się od razu postępowania pani d’Angle-plerre i zaleciła mi naturalnie nie zważać więcej na jej syna: wreszcie dodała:
— Jeżelibyś miał tu jakąkolwiek przykrość, moje drogie dziecko, powiedz, przeniosę cię na inną pensyę.
Ściśle biorąc, nie przytrafiło mi się jeszcze nic takiego, co by się każdemu innemu przytrafić nie mogło.
Co mnie wyłącznie przytrafić się miało, zaraz zobaczymy.
Dla oszczędzenia mi nowych z Andrzejem utarczek, kazano mu zmienić miejsce w klasie, Otrzymałem innego sąsiada, słodziutkiego, pilnego, metodycznego, pełnego najgłębszej uwagi. Wypowiadał lekcye bez zająknienia, i głośno, rano i wie” czór, żegnając się całem ramieniem, recytował mo-dlitewkę, którą reszta klasy ledwie wymróczała. Jeśli wypadkiem przemówił do mnie, czjfnił to tylko w razach koniecznych i w rzeczach dotyczących nauki jedynie.
Mały Barnaba wprędce zyskał moje zaufanie opowiadaniem o niezamożnych rodzicach, którzy będąc ziomkami wspólnika p. Fremin, za pośrednictwem jego otrzymali znaczną obniżkę w opłacie za syna, pod warunkiem wszakże wyjątkowej pilności ze strony tego ostatniego. Następnie opisywał mi pierwsze lata dzieciństwa, spędzone na wsi, przy boku ojca; mówił o matce, którą już utracił.
Wypytywany z kolei, wylałem się zupełnem zaufaniem. 1 czegóż miałbym się obawiać? Wtajemniczyłem go we wszystko, com wiedzał o sobie i o drogiej mateczce, aż do słów jej dotyczących mego urodzenia.
Ponieważ jego ojciec zajmujący stanowisko rządcy w swojej okolicy, zaledwie na wakacye mógł go brać do siebie, zaproponowałem mu, czyby nie* zechciał wychodzić czasem ze mną w niedziele Poszlibyśmy czasem na spacer, a potem na obiad do nas Mieszkanko nasze było bardzo skromne, zawsze jednak weselej w niem było niż w opustoszałym zakładzie, we święto.
Tak więc zostaliśmy przyjaciółmi, większą część chwil wolnych pędząc na wspólnej zabawie, rozmowie, lub na czytaniu.
W następną niedzielę, skoro matka przyszła po mnie, na moją prośbę zabrała nas obu. Zawiozła nasado Saint-Cloud, wsadziwszy do jednego z tych małych omnibusów, kursujących w tamtą stronę, Tam, w skromniutkiej restauracyi, pod otwar-tem niebem jedliśmy śniadanie, i wszystko troje wróciliśmy pieszo do Paryża, na obiadek, czekający nas na ulicy de la Grange-Bateliere.
Nowy mój przyjaciel wydawał się zachwycony ( ja zaś obiecywałem sobie często powtarzać tę niewinną uciechę, Za pierwszy tydzień dostałem był wcale nie złą cenzurkę. Przy codziennych odwiedzinach mateczki, takich wycieczkach w każdą niedzielę, zadowoleniu z nabywanej wiedzy i przyjacielu jak Barnaba, nie było nie podobnem, w moim wieku, zaklimatyzowanie się na zrazu nielubianej pensyi. Nazajutrz wróciłem więc pełen odwagi i prawie wesoło, ’
Andrzej nie zaczepiał mnie więcej; Ferdynand nie zaczepiał mnie wcale. Prócz nich, byłem jak najlepiej ze wszystkimi kolegami. Pewnego poniedziałku, gdym podszedł do jednego z tych, z którymi się zwykle bawiłem, ten, wprzód, nim zdołałem przemówić słowo, uciekł wołając:
— Kwarantanna!
Wziąłem to za żart i podszedłem do drugiego To samo. To samo z trzecim i ze wszystkimi, którzy zdała zoczyli mnie podchodzącego; jeden Barnaba nie uciekł na mój widok. Śmiejąc się zapytałem go o wyjaśnienie tej’dziwnej strategji. Wówczas przybrał minę poważną, zapowiadając mi, że to wcale śmiesznem nie było; zostałem skazany.
Skazany! Kwarantanna. Jakie znaczenie miały te wyrazy? Barnaba objaśnił mię o zwyczaju istniejącym w marynarce, a przyswojonym przez uczniów, *na mocy którego ten, co zasłużył na karę, bywał wykluczony z towarzystwa przez dni czterdzieści, i żaden z kolegów ani w pośrednim, ani w bezpośrednim nie miał z nim zostawać stosunku. W zasadzie kwarantanna mogła mieć zastopowanie tylko w razie-znacznego przestępstwa, jak: zdrada oszustw d^lub kradzież; z biegiem Czasu wszakże, stała się bardziej narzędziem kaprysu i osobistej zemsty mocniejszego. Kilku chłopców zmawiało się i skazywało na kwarantannę którego z towarzyszy; resztę szkoły uwiadamiano o zapadłym wyroku i wyrok miał siłę prawa.
Mój to amerykanin uknuł taką zemstę, prze wąchnwszy wspólnika w Ferdynandzie, którego ze mną obejście nie uszło jego uwagi. Pociął go zręcznie badać o przyczynę. Ten powtórzył wszystko czego się dowiedział o mnie z ust rodziców; wyłączono mię wtedy z towarzystwa, ponieważ nie znalem ojca i że w oczach tych nieletnich sędziów równało się to co najmniej zarażeniu powietrzem lub trądem. Tak więc przepowiednia matki mojej spełniać się poczynała; nie wiedziała tylko biedna, że się spełni tak rychło, wyrokiem takich serc młodocianych.
Nie zdając sobie zrazu sprawy z tego dziwnego skazania, powiedziałem przyjacielowi, że nie chcę różnić go z kolegami, i że wolno mu nie mówić do mnie. Wtedy zdawał się wahać przez chwilę, spuścił oczy, kręcił chustkę w palcach, w kortéu wszakże lepsze uczucie przemogło. Odpowiedział, że mu to wszystko jedno, że zresztą użyje swego wpływu by mi karę zmniejszono, jak to często miało miej“ sce, skoro skazany prosił o przebaczenie.
Na te słowa, krew we mnie zawrzała. Nie popełniwszy nic na wzgardę zasługującego, nie uczynienie dla odzyskania dobrego imienia. Towarzysze nie chcą mówić do mnie pjzez dni czterdzieści: niech i tak będzie. Obejdziemy się jakoś bez siebie w ciągu tego czasu.
— Alt muszę cię uprzedzić, — ostrzegł mit Barnaba. — te skoro skazany walczyć się ośmiela* mogę podwoić, potroić mu czas kary, i to mota się przeciągnąć rok cały.
— Niech będzie i rok.
— Ale wtedy nie ograniczają się już tylko’ na usunięciu się od skazanego
— A cóż mu robią?
Różne rodzaje przykrości.
— Jakie?
— Zobaczysz, bo zdaje mi się, że tobie właśnie zemierzają je wyrządzać.
— A więc zobaczę.
Jednej rzeczy wszakże nie powiedział mi mały Barnaba, to że sam dostarczył wszelkich o mnie szczegółów; że dobra wiara jego została wyzyskaną ze współudziałem jego może, że opowiedział wszystko z czem mu się zwierzyłem, zatruwając tym spcsobem pociski, kt<5re ci mali nędznicy gotowali dla mnie, by przerwać na chwilę jednostajność codziennych swych rozrywek.
I otóż jeden sądził się w prawie wyrzucać mi moje ubóstwo, dla tego że sam był bogaty; drugi, pracę mojej matki, bo jego próżniaczką była; ten moje stanowisko syna wyrobnicy, bo sam był synem magnata; ów. że nie miałem ojca, bo sam miał dwóch może. I ani jednemu z pomiędzy tych dzieci rodzice nie nakazali miłości bliźniego. Przeciwnie, 1 któremuś z młodszych matka jego wskazała mię jako istotę szkodliwą, Tak więc przesądy, które w świecie mają może jakąś racyę bytu a przynajmniej usprawiedliwienie w przeciwieństwie interesów, lub starciu namiętności, przejawiały się bez racyi i bez usprawiedliwienia, bezkształtne i
Sprawa Ci«m*nce*\i 111. 35 nagie* pomiędzy dziećmi, 2 których najstarsze nie miało jeszcze iat czternastu, i pierwsze uczucia, z któremi miałem spotkać się u ludzi, w wieku tak zwanym niewinności i pieszczoty, były okrucieństwo i niesprawiedliwość. Dobrze. Przyrzekłem sobie w duszy dać się raczej rozszarpać, niż przyjąć wszyst* kie następne napaści inaczej jak pierwszą przyjąłem. Mimo to wszakże, ciężką jest rzeczą potrzebować się bronić od napaści już w dziesiątym roku życia!
Wziąłem się usilnie do nauki. Chwile wolne spędzałem przy nauczycielu, który mię polubił, nie mając odwagi bronić mię czynnie, pomimo że dobrze wiedział jakiego spisku byłem ofiarą. Biedny ten człowiek za jedyne utrzymanie miał ową skromną posadę, a wiedział, że jeśliby uczniowie zechcieli z miejsca go wysadzić, niechybnie dopięliby tego z nim. jak już dopięli z tylu innymi. Ztąd niema pablażliwość milcząca zachęta do wielu wybryków.
Nie mógł tedy w niczem mi poradzić, chyba tylko kochać mię więcej niż drugich, boleć nade-mną i czuwać wyłącznie nad moją nauką.
Tak też uczynił; odpłaciłem mu za to wdzięcznością na jaką zasługiwał. W późniejszym czasie popadł w niezmierną nędzę. By się zagłuszyć pił. Wspomogłem go nieco i pięć czy sześć lat temu pochowałem własnym kosztem.
Podwórze nasze było bardzo obszerne. Zakładając szkołę p. Fremin zostawił był czwartą część tego podwórza na małe ogródki, które wychowańcy sami uprawiaćby mogli i atudyować przyrodę na gruncie, zamiast patrzeć na nią przez martwotę książek przepisanych. >
Pożyteczny ten zwyczaj ustąpił wszelako, jak tyle innych tego rodzaju, a wrzawliwe swawole.opanowały miejsce owych spokojnych rozrywek W e lako pozostał mały kącik, obojętności kilku stóp kwadratowych, gdz.e z trochę dobro) woli moiam było założyć ogródek. Ziemia była jeatozo dobrą. Nauczyciel doradził mi prosić o P°*„olen e upro^ wiania tego kącika. P. Fremin udzielił mi je bez trudności, pragnąc bardzo wskrzesić «™llowan*“ dawnych prostych a pouczającychrozrywet Kazał m ^ więc dać grab.e, rydel, łopatkę trochę flanców jesie nych i wprędce rozpocząłem moją nową pracę, we g wskazówek odźwiernego, który niegdyś był ogrodn kiem u założycieli szkoły..
Łatwo sobie wystawić jak takie postawienie się w obec kwarantanny musiało rozjątrzyć moi nieprzyjaciół. Nie tego im się chciało od obo, ę ności więc i wzgardliwego milczenia przeszli do działań zaczepnych..,.
Byliby się moie zresztą znużyli prędzei odemnie gdyby amerykanin nie podnieci tej ich nienawiści.
Sdzie odczerpat odwagę do przeSledow.nl. m.«
W taki sposób? W upokorzeniu pierwsze] poratlfl, w poczuciu własnej winy, w naturze spaczone) jut pewnie, w kr*i amerykańskiej, moie we wsPom„le
„iu katuszy, zadawanych, kto wie, przez o, ca, ego ludziom odmiennej niż oni cery?
Postanowiono tedy najprzód nie dać ml spa spokojnie. W nocy ciskano mi na głowę co da o, zrywając mię *e *nu, to znowu nabierając się do
M spoczynku znajdowałem całą pościel zmoczoną. I komuż przypisać winę. Czułem cios lecz nie widziałem reki, Skarżyć się? Duma nie pozwalała m* na to. Milczałam,
W jadalni, pod rozmaitemi pozorami, usunięto mię na szary koniec. Zwyczaj był, że uczniowie nakładali sobie sami na talerze. Półmiski więc do* stawały się do mnie próżne, albo prawie próżne. Upominałem się u służącego, gdyi byłem głodny; najczęściej wszakże wstano od stołu nim ten wypełnił moje żądanie; a zresztą i jego za pomocą małych datków, spiskowi przeciągnęli na swoją stronę. Śnią* danie więc moje, a i obiad często, składały się z kawałka chleba i szklanki wody. Rozumie się, że gdym pracował w ogródku kamienie latały koło mnie, i że w poniedziałek wracając od matki znajdowałem pracę moją zniszczoną \j)rzez tych, co zostaiąc w niedzielę mieli poruczone sobie od kolegów dalsze prowadzenie wojny, nawet w czasie niebytności mojej.
Mógłbym był opuścić pensję; ale zdawało m się, że wszędzie znajdę f to samo, a przytem nie chciałem narażać na stratę matki, która za mnie zapłaciła za kwartał z góry. Walka nie ustawała ani na chwilę niepokojąc mię od świtu, a i w nocy nie dając wytchnienia. 1 zasypiałem i budziłem się. ż trwogą w duszy. Ustawiczni# muslafem się mieć r«a baczności. Charakter mój i zdrowia p«uły się. Stawałem się podejrzliwy, niespokojny, zły. Czuleni potrzebę zemsty, która, pomijając wszystko właści-
». wością jest uśCianionych i słabych, zemsty podstęp nej i nlzklej. Mianołby ze mnie zrobić nikczemnika? Bądź co bądź, dość już wycierpiałem, by z ko* lei zapragnąć dokuczyć wszystkim tym dzieciakom; al« jak? BIĆ się z nimi otwarcie niepodobna, a zresztą, nie taką oni walczyli ze mną bronią. Choćbym wyzwał jednego lub dwóch, wszyscy inni przyszliby im z pomocą. Jefeli wypadkiem noc przeszła spokojnie, krzepiłem się nieco, gotów wszystko puścić w zapomnienie: przerwa tą przecież nie trwało długo, wywoływało ją raczej znużę* nie lub chwilowe czem innem zajęcie mych wrogów, nie zaś żal lub przebaczenie. Przebaczenie czego? chciałbym wiedzieć.
Doszło do tego, żem żył życiem przestępcy Doznawałem drżenia serca, które mi dech zabijało-Gdy miara się przepełniała, szedłem się wypłakać gdzie w kąciku, byłeby sprawcy łez moich widzieć ni cieszyć się niemi nie mogli.
Nie wszyscy przecież byli tak na mnie zawzięci. Niektórzy zdawali się nie wiedzieć wcale jakiego prześladowania byłem celem; większość jednak, lubo bez czynnego współudziału, zezwala biernie, jak to zwykle na tym świecie, przez obojętność albo opieszałość. Skoro swawola znużyła, a gry się wyczerpały, dość by komu kolwlek przyszło do głowy powiedzieć* SA Cłćmenseaul czemu się już w niego nie bawimy?15 by wnat napaści zdwojono, prześcigali się wtedy kto coś UfisMęo wynajdzie
Wreszcie, pewnego wieczora, nie wiedząc co już wymyślić, gdym sam pozostał’ na chwilę w klasie okładając książki i zamykając szufladkę, w*której.. niemal codziennie zamek mi kręcono, spiskowym udało się zagasić łampę na schodach i zagrodzić przejście sznurem. Wskutek tego spadłemjgłową na dół, z wysokości kilku stopni.! Omałom się nie zabił. Tą razą nie mogłem się ^wstrzymać od krzyku, tak ból był gwałtowny i nauczyciel widząc jaki obrót brały rzeczy, postanowił; zawiadomić o wszyst-kiem p. Fremin. Nazajutrz rano zaraz po pacierzu, przełożony wszedł do i sali i wygłosił nader ostre napomnienie, grożąc ukaraniem wszystkich, a wydaleniem niektórych. Zapytał mię głośno^o nazwiska tych, którzy mi najwięcej dokuczali, i.pozwolił samemu oznaczyć wymierzenie im kary.;[Nie. chciałem wymienić nikogo. jTo posłużyło mu za temat do podniesienia szlachetności mojej. Upoważnił mię wreszcie wymierzenia sobie samemu sprawiedliwości, ilekroć coś podobnego się trafi, jeślibym nie chciał odwoływać się do niego.
Zacny ten człowiek zdawał się „prawdziwie wzruszonym. Ja płakałem rzewnie, w głębi wszakże czułem sit szczęśliwym, myśląc^e cierpienia moje się skończyły. Istotnie odetchnąłem nieco. Dawano ml jeść, spać, uczyć się, uprawiać ogródek w spo* koju. Nie żądałem nie więcej.
Pewnego rana, kopałem w najlepsze w-ogródku, gdy dobrze znane i drogie ml kl krotnie odbiło mi się o uszy. Pracując dalej i me zwracając niby na to uwagi, przysłuchiwałem si * rozmowie dwóch moich kolegów, z których jeden był Andrzej Minati. Opowiadano sobie jakąś zabawną historyjkę, bohaterka której zwala Felicyt Otóż Felicya było imię mojej matki, opowiadający usi łował wymawiać je jaknajdobitniej, ilekroć przechadzając się zawsze w jednym kierunku, równali się ze mną, dodając do niego za kążdym razem ja kiś dziwaczny epitet, którego znaczenia nie pojmowałem; znaczenie to wszakże musiało być szyder-skie albo obelżywe, słuchający bowiem głośnemi okrzykami objawiał swe zdumienie, lub wybuchał śmiechem niepomiarkowanym. Treść tego opowiadania, o ile zrozumieć mogłem, była wielco romansowa. Kończąc, zawyrokowali, te możnaby ją naz wté, S»c*<s»a w mtłości. Zresztą moje imię ani razu wspomnlanem nie było, nie mogłem tet pochwycić ładnej wyraźnej alluzyt, ukradkowego daj spojrzenia, zwróconego w mo}« stronę. Vt\ec te zwawały się naprawdę rozmawiać tylko ze ą i dla siebie. Wróciłem do klasy, żywiąc jeszcze nadzieję, te tożsamość imion była tylko wypadkową.
Upłynęło moia z pół godziny spokojnie przy lekcyi, gdy jeden z uczniów zażądał od profesora wyjaśnienia. Zapytania takie bywały bardzo częste najczęściej zadawins przez swawolę.
— Proszę pana, jaki był przydomek Filipa Orleańskiego?
— Filip Nieprawy.
— Co to jest nieprawy?
— Jest to..
Profesor zawahał się z objaśnieniem, jakby w obawie by to go nie zaprowadziło za daleko.
— Jest to dziecko, które nie ma ojca, wtrącił drugi, pragnąc się pokazać nie mniej śmla-ym od pierwszego,
Na te słowa podniosłem głowę; poczułem zno* wu nieprzyjaciela. Zreszią, wszystkie oczy były na mnie zwrócone, jak gdyby wszelką wątpliwość ode-gnać ode mnie chciano. Wszelako nie rozumiałem jeszcze.
Nie mam ojca, wiedziałem o tem bardzo dobrze i nie kryłem wcale, tem bardziej że nikt mi tego ukrywać nie kazał. Matka wystarczała dotąd zupełnie mojemu sercu, braku więc tego ojca jeszcze nie uczułem. Dziecko w mojem położeniu zwano „nieprawem“; dobrze, więc byłem nieprawem dzieckiem, toć nazwa jak kaida inna. Każda rzecz ma swoją nazwę, w tej zaś nie widziałem nic nadzwyczajnego. Zresztą, nie do mnie jednego ona się stosowała, ponieważ ‘bohater Orleański nosił ją dumnie i śmiało. Gdyby rzecz cała na tem się skończyła, byłbym po prostu odpowiadał każdemu, ktoby mię pytał o rodzinę:.Jestem dzieckiem nie-prawem.“ Ale tego nie chcieli moi koledzy, postanowili oni wtajemniczyć mię w całe obszerne znaczenie tego wyrazu.
— Jakże to można nie mieć ojca? — ponowił pierwszy śmiałek,
— Milczże, ty bydlę! — krzyknął nań trzeci, nazwiskiem Konstanty Ritz, tonem niesmaku l groźby
To była pierwsza oznaka życzliwości, jaką mi okazano w tym domu. Zamilkli
Żałowałem tego prawie bo i w rzeczy samej jakże się to działo? Zapytywałem już teraz sam siebie. I wtedy, o święta niewinności dziecięca! otworzyłem słownik i szukałem: nieprawy-. —, urodzony z nieślubnych rodziców“. Co to znaczy? Poszukałem — ślubny, ślub:.związek łączący męż* czyznę z kobietą prawym węzłem małżeńskim.“ Przez całą lekcyę rozbierałem w myśli dwa te określenia. Napróżno wszakże obracałem je na wszystkie strony, nic z nich wycisnąć się nie dało, Pozostawały wciąż zagadkowemi.
Co to jest rodzić się? Jak się dzieci rodzą? Czyż oni wszyscy inaczej niż ja się rodzili? Musiało tak być kiedy mi wyrzucają inne, niż ich urodzenie, A jednak byliśmy ukształtowani zupełnie tak samo. Jam był nawet silniejszy, roztropniejszy, lepszy niż wielu mych kolegów, tylko że oni mieli ojców, co Ich odwiedzać; przychodzili, o który eh rozmawiali ze sobą, których wreszcie wspominali, jeśli ich Jut niestało; ja zaś ojca nie miałem. W tem Cała różnica, ależ ta 2 różnica była raczej nieszczęściem niż zbrodnią!
Od tego dnia przezwano mnie’Filipem Orleańskim i nazwa ta zestawiona z imieniem Felicyi posłużyła za przedmiot do najobelżywszych żartów
Teraz, gdy przypominam sobie wyrażenia, znaczenie których było wówczas niezrozumiałem dla mnie, a których dziecięce owe wyobraźnie splamione przedwcześnie pożądliwą ciekawością, używały odnośnie do mnie, wyrażenia, których mężczyźni w pewnym wieku nie użyją nigdy między sobą, choćby w uniesieniu, gniewie, a nawet i po pijanemu; plugastwa językowe, zrzadka chyba spotykane na rogatkowych przedmurzach; ^zapytuję siebie jaki to tajemniczy a potężny ’wróg Stwórcy śmie tak kalać usta, serce l umysł; młodziutkich istot, zaledwie wyszłych z rąk Jego, nieodłącznych jeszcze v od dziewiczego przyrody łona.
Dziwi nas demoralizacya, zepsucie sceptycyzm dzisiejszych czasów! Wejdźmy do pierwszej lepszej szkoły, dotknijmy tej pozornej młodzi, do-bądfmy na wierzch brudny osad jej wnętrza, zbadajmy te męty, a przestaniemy’ się dziwić. Źródło jest oddawna zatrute, a wszakże nie będąc dzieckiem, człowiekiem się nie zostaje.
Dzięki temu przezwisku i temu imieniowh mogłem być najohydniej policzkowany w każdej
ISHl §M
Wt “>:im m tw;. chwili, nie mając prawa się skarżyć. Jeden i malców przyjąwszy pseudonim Fellcyi, grat ciągłą ko-medyę dle uciechy całej hordy tych dzieciaków-Wołano go głośno imieniem Felicyij ze! śmiechem odpowiadał na wezwanie, i rozpoczynała się jedna z tych scen obrzydliwych, od których ze wstrętem odwracałem oczy; chroniłam się do klasy, tam w książkach i kajetach swoich znajdowałem rysunki plugawe, pod któremi stało wypisane imię mojej matki?... i
P; i**: mi $
Dość tego, prawda? to ohydne, i jużeś pan znużony tylu szęzegółami. Może „W nie nawet uwierzyć nie zechcesz, i pomyślisz, że ja zbrodniarz przesadzam, by podnieść swą wartość moralną kosztem ludzi wolno chodzących po mięście gdy ja za kratą piszę to smutne wyznanie? Nie przesadzam w ni-czem, setki świadków potwierdzić to mogą. Jedno tylko, co mógłbym uczynić, to nie zatrzymywać się na tych wspomnieniach niepotrzebnych do sprawy, a drobnych w porównaniu z wypadkami, które opowiedzieć muszęj a zresztą od iluż to lat już winien-bym był przebaczyć wszystkim owym dzieciom!
Otóż nie, nie przebaczyłem żadnemu. Dusza moja nigdy się całkowicie otrząsnąć nie mogła z tego pierwszego piętna, kfdrem mię społeczność obdarzyła a nie chcę uchodzić za lepszego niźli jestem; nie przebaczyłem ja tym pierwszym wrogom moim. Nienawiść moja nie budzi się nagie pod wpływem ciężkich wspomnień w więziennej samotni; nie była ona nigdy zupełnie uśpioną, w najświętszych nawet chwilach mego życia. Później przypadek zetknął mnie niejednokrotnie z dawniejszym! kolegami. Nie pamiętali o niczem, jak przystoi tym, po stronie których była wina i chętnie pragnęli od nowić znajomość, by uczcić, jak mówili, talent mój i imięl Jeżeli nie mogłem uniknąć tego zetknięcia, przynajmniej żadnemu nigdy nie podałem ręki, choć wyciągali mi swoje. Czy przypomnieli sobie wtedy? Wątpię Wzięli pewnie za pychę powodzenia to, co było tylko pamięcią przeszłości.
Wszelako, lubo serce przebaczyć nie może, rozum ich tłómaczy. — Społeczeństwo jest stowarzyszeniem na wzór wszystkich innych, w grucie posiada wszystkie cechy prostego handlu. Wymaga ono ze strony wspólników i interesentów równych wkładów i odpowiednich gwarancyi. Gdy jeden do je bogactwo lub zdolności, drugi przyniesie urodzenie i stosunki; ten korzyść, tamten uciechę; same nawet podłość i obłuda wejść maję w rachunek w tym handlu olbrzymim, i w zręcznych rękach zastąpić brak istotnego kapitały.
Gdybym, zamiast niewinnie wypowiedzieć prawdę kolegom że nie miałem ojca, skłamał im był raczej że mój ojciec umarł, albo gdybym ich przeprosił za tę mimowolną winę byłbym przywrócił kłamstwem lub upokorzeniem, równowagę między nami, i wtedy, mająć odpowiadać już tylko za własne przywary, prawdopodobnie żyłbym w najlepszym z nimi stosunku i po niejakim czasie byłbym nimi zawładnął z kolei. Przeciwnie, wyznając bez zapłonienia istotnie położenie moje, stawiłem ich w prawie nieuważania mię już za równego, gdyż nie przynosiłem ogółowi żądań go rodowodu, ani nie chciałem go zastąpić wnioskiem korzystnym dla jego interesu lub próżności. Stawałam się więc dla nich istotną chromą, członkiem innej rasy i odtrącony od ich łona, igraszką ich zostać musiałem.
Byliż winnymi, w wieku szczególnie) gdzie zło i dobro instynktu są dziełem i gdzie żądia panowania stać musi w parze z posłuszeństwem przy-musowem? 1 w rzeczy samej byłżem im równym tym dzieciom urodzonym, a przynajmniej uważającym się za urodzonych na właściwym stopniu? Nie, przyznać trzeba że nie. Kwestya dzieci nieprawych długo jeszcze będzie poruszaną, i na zaszczyt ludzkości, przesądy dotąd ciątące na nich, w najbliższej przyszłości tak sprawa jak i opinji publicznej wygnane zostaną; ale te aame przesądy aczkolwiek byście Je wszędzie obalili, odnajdziecie jeszcze u samegoż nieprawego dziecka, u tego, komu najbardziej zależeć powinno na ich obaleniu. Błędu tego, które* mu żadną miarą nie jest winne, choćby mu go cały świat przebaczył, nie przebaczy ono samo sobie. Bo też znajdą się zawsze inne dzieci prawe, do których się porówna przy każdej sposobności. Czyż się zdobędtie na taką wielkość duszy, by nie wyrzucać nic temu; co dawszy mu życie fizyczne o moralnem nie pomyślał wcale, od którego nic nie dostał* ani imienia, ani pieszczoty, ani kierownictwa? A mstka? będzieli ją kochało jak dziecko prawe kocha swoją matkę? Może; rozsądek każe mu ją ko chać wyżej jeszcze, lecz czy i równie szanować?Nig-dy, jakkolwiek by chciało.
Z chwilą, gdy jakiś zuchwalec zarzuci mu jego urodzenie i znieu a*y tę matkę, pierwszem uczuciem tego syna będzie rzucić się na niego i poszarpać w sztuki; ale gdy mu przyjdzie w najprostszym wypadku, stanąć przed najniższym bodaj urzędnikiem i zamianować się dzieckiem nieprawem, synem panny i niewiadonego ojca, czyż to uczyni głosem równie spokojnym i z tą pewnością siebie, jakąby miał niewątpliwie, gdyby mógł przedstawić rodowód bez zarzutu czy «»ie uczuje się zakłopotany, że nie powiem zawstydzony, choćby na chwilę, tem wyjaw-nieniem n’ewstydliwości matczynej? A taż sama matka jahkolwiek rozsądną, żałującą, uczciwą znówby została, czy potrafi w organizowanem społeczeństwie zająć miejsca przyzwoite, usunąć się bez poniżenia albo wejść w nie bez czelności? Czyf wdzięczność którą ona sama uczuje za przyjęcie doznane, nie objaśni tego dziecka że przyjęcie było (czysto do* wolne, i że na dnie tej sympatyi tkwi upokarzający pierwiastek — litości?
Nakoniec skoro syn nieprawy dojdzie do wieku poznania i doświadczenia życiowego, i wtedy jeszcze nie wynajdzie żadnej podnioślejszej przyczyny, usprawiedliwienie urodzenia swego, nad miłość, BędzieM dostateczną? będzieli dlań pocieszającą ta przyczyna, szczególniej gdy już własnem doświadczeniem pozna porywv, ustępstwa, formy, w których się miłość objawia? Czy obraz matki powinien się mieszać do tych ukrywanych zmysłowych upojeń, do owych wstrętnych niekiedy tajemnic cielesnej rozkoszy? Wmiesza się jednak, bo wszakże jedneje z takich tajemnic on własne zawdzięcza istnienie
Jakże inaczej jest z prawem dziecięcem, jak środek tworzenia przyjęty w przyrodzie, okrywa się majestatem małżeństwa, jak syn taki matkę swoją ponad wszystkie wyróżnia kobiety? Odzywając się o kobietach nie odzywa się o matce swojej, On w niej nic z niemi wspólnego nie widzi. Chwila urodzenia wywołuje w sercu i umvśle jego jedynie obraz podniosłej boleści, powinności świętej, radości bez skazy Budzi jedynie uczucia wdzięczności i poszanowania. O! takie dzieci własnego szczęścia nie rozumieją! Nie, dopóki małżeństwo będzie jedną * podstaw społecznych dopóty, mimo wszelkie usiłowania moralistów, chrześcijaństwa sprawiedliwości nieprawe urodzenie pozostanie niezmazaną plamę, nieszczęściem niepowetowanem powiedzmy wprost: fatalnością.
Mimo to jednak, sam nieraz ’spotykałem osobistości, które będąc nieprawego pochodzenia, szczyciły się, słysząc jak je nazywano owocem — błędu, pyszniły tem, że jakieś oświecone Cudzołództwo zabarwiło ich żyły krwią niepoślednią, książęcą, kró-ewską. Tłumy patrzały na nich cieką wie, z zawiś. cią często, z uszanowaniem niekiedy. I pr*ez jakież to sofizmaty czyn przestaje być czynem, ze zmianą otoczenia zmienia nazwę i skutki, i godny pogardy u dołu, wyżej jest szanowanym? Tu hańba matki ukrywana na kształt trądu, tam taż sama hańba poszukiwana jak dostojeństwo, jak godło, wywieszone na pokazt Dziwne zaiste wspólnictwo wstydu 1 dumy. A jednak, lepiej jest molem zdaniem, cierpieć niż szczycić się z takiego pochodienia, i jeśli koniecznie usprawiedliwienia dlań szukamy, wiedzieć-je raczej w nieświadomości i nędzy, niżli w próżności lub wyrachowaniu.
Ach! co do mnie nie żądałbym tyle. Niechby ojciec mój był sobie prostym wyrobnikiem ubogim i bylebym znał go tylko, to by mi wystarczyło! Jakie* bym go był kochał, jakżebym się czuł szczęśliwym! Może miał jakiś powód niezaślubienia mojej matki, nie przyznania mię za syna. Byłby mi go powierzył, byłbym go zrozumiał, Czemuż nie uczy. nił tego? Czemu matka nigdy ml o nim nie wspomniała? Nie miałżem prawa ^do jakiegoś zwierzenia, wyjaśnienia, — usprawiedliwienia? Czemu przypisać jej skrytość? Zgryzocie czy godności własnej? By-łaż nadto występną, albo nadto dumną? A on, dlaczego milczał jeszcze uporniej? Czyliż sądził się wolnym od wszelkich względem mnie obowiązków?
— Czyż matka nie miała prawa nic żądać od niego? Czy nie był pewnym swego ojcostwa? Czy nie wiedział nawet o mojem istnieniu? — Być może!
Tak to z przypuszczenia w przypuszczenie, dochodziłem wreszcie do wniosków najobelżywiej krzywdzących tę, co mię zrodziła, aż wreszcie przerażony tem, co mi się przypuszczalnie moili-wem wydało, zdążyłem zaledwie przyzwać serce na pomoc obłąkanemu umysłu, i zawołać do siebie:
„NieażCżśśnyi toż matka twoja, winieucś popriesiać na tem. A cóżbyś powiedział, gdyby i ona clę była rzuciła? Któżby jej zabronił? A ona cię wychowała « ona cię kocha, s ona kocha ciebie jedynie, * ona dzień i noc pracuje na twoje utrzymanie a onaby umarła śmiercią twoją! Gdzież znaleźć dziel-nlejszę kobietę? Jest piękną! mogłaby jeszcze kochać i być kochaną, gdyby chciała; a jednak ty jej wystarczasz, i nikt nigdy nie wedrze się do tej duszy, ’której jesteś samowładnym panem, iw ca-łem’ jej życiu ani jednego dwuznacznego postępku dostrzedz?nie zdołałeś! Ileż to prawnych dzieci sierot chciałoby być na‘ twojem’miejscu! Ile dzieci ślubnie urodzonych z ochotą oddałoby swoje matki za matkę twoją! Spiesz, nieszczęśliwy, rzuć się w jej ramiona i zapłacz z głębi duszy. Bodajbyś znalazł dość łez na obmycie zaślepienia twego!*, Prawda, po tysiąckroć prawda; lecz Jakże wstrzymać bieg myśli człowieka, któryś w swej ciekawości niepohamowanej kołacze aż do niebieskich podwoi i Boga samego poddaje badaniu, i przyczyn jego istnienia docieka, i porównywa, wątpi i narzeka, i własnych cierpień drugim przypisuje winę.
Nie mogłem również dowiedzieć się prawdy od nikogo z naszej rodziny; nigdy bowiem nie znałem ładnego krewnego; ani dziadka, ani babki, ani wuja, ani ciotki, ani powinowatych. Czyżby matka moja była również dzieckiem porzuconem? Czy uciekła od rodziców? Czy wypędzona została Jak skoro jej błąd odkryto? Nie wiem nic, nic zupełnie i nie sądzę t>y ti!u istoty myślącej mogło istnieć przykrzejsze uczucie nad to, w jakiem młodość moja upływała i nad zupełną nieświadomość po-ehodzenia, jakkolwiek skromnam, jakkolwiek niz-kiem byłoby ono, w ktdrej aż dotąd zostaję. Człowiek rad się w przeszłości zagłębia, wywołując imiona przodków ’swoich, rad czuje się wkorzenio-nym w wielką rodzinę społeczną; „Tak mawiał mój dziadek; babka moja miała taki zwyczaj; przypominam sobie że wujostwo moi...“ Te proste łatwe frazesy, które ludzie powtarzają między sobą wspominając przeszłość, dla mnie były zupełnie obcemi, brakło mi ich więcej, zaprawdę, niż się zdawać może.
Dziś, otóiem znowu zupełnie samotny, po krótkiem istnieniu, wypełnionem walką, pracą, namiętnością i zbrodnią. Życie poznałem do głębi Gdybym, ^wypadkiem, żył sto lat jeszcze, nie dowiedziałbym się nicfnowego. Sam więc siebie sądzę surowo, zanim mię ludzie osądzą. A jednak prawdziwą, jedyną moją zbrodnią, zbrodnią, za ktd-rą sprawiedliwość ludzka ścigać mię nie będzie, a której niemniej nie przebaczę nigdy ani sobie, ani tym co mię do nie} przywiedli/ chcecie li wiedzieć co^było? To, tem chwilami wątpił, chwilami się wstydził za matkę.
Ale jeieli niezasłużona nawet niedola jednos tek potrzebną jest, wyrokiem opatrzności, do szczęścia ogółu; jeżelr nie jest w mocy Boga utycie innego środka, do stopniowego doskonalenia ludzkości, nad poświęcenie jej kilku nieszczęśliwych; jeśli jestem jednym z tych smutnych wybrańców, ha, to więc przyjmijmy gorzkie posłannictwo i postarajmy się obrócić na potytek ogólny krzywdę wyrządzoną przezemnie, i krzywdy wyrządzone mi przez drugich.
Jesteś pan człowiekiem zdolnym, fzacny mój obrońco, kratki sądowe nie wystarczą ci I kiedyś ze szczytu trybuny podniesiesz głos, nie już tylko w obronie jednostek, ale dla rozprzestrzenienie idei, dla społeczeństwa całego, dla cywilizacji, Podejmij k^estję dzieci nieprawych, Przedmiot to ważny, naglący tak z punktu widzenia moralnego jako fet cywilizacji. Stanowisko wyznaczone im przez prawo, jest poprostu krzyczącą niesprawiedliwością. narzucając im bowiem całość obowiązków, w’zamian do cząstki ledwie praw ich przypuszcza. Nie jest że to rzeczą niesłychaną, niedorzecznością, barbarzyństwem? Czemuż, naprzy* kład, żądają od nich przelania krwi za ojczyznę, skoro krew ta nie uważa się za równie czystą jak krew dzieci prawych? Zkąd pochodzi, że nie są przypuszczone do całkowitego dziedzictwa„po ojcu, nawet, ’ — mianowicie skoro ten pragnie im je pozostawić, przyznawszy te dzieci za swoje? Dlaczego ojciec musi się uciekać do podstępów, przebiegłości obłudy?
Może wprawdzie zaradzić wszystkiemu, zaślubiając.matkę i tym sposobem przez małżeństwo uprawniając dziecko. Ale jeżeli matka umiera, albo jeśli jest niegodną nosić nazwisko uczciwego człowieka, boć trzeba wszystko przewidzieć, — zadosyć uczynienie nie będzie więc jut możlijwem? — Oj* ciec może usynowić dziecko! W jakim wieku? Skoro ma pięćdziesiąt lat skończonych. Przypuśćmy że miał syna w lat dwadzieścia, w takim razie ayn trzydzieści lat czekać musi na ^uprawnienie, A jeśli* ojciec umiera nagle, nie dożywszy prawnego za kresu? Do dzegóż służą te odroczenia, te obwarowania prawne? Są to, powiecie, zapory, umiejętnie pne* prawodawcę wzniesione dla pohamowania rozuzdanej namiętności człowiecze]. Prawodawcy owi mniema!!, ie fałszywe położenie zgotowane dziecku, powstrzyma rodzicleli w dzieła nieprawego rodzenia Co za błąd!
Należało zagrozić ojcu natychmiastową szkodą, dla niego samego, a nie jakąś daleką przykrością, w skutkach niewiadomych, których to skutków rozwiązłość doświadczonych w sprawach miłości uniknąć potrafi, wbrew wszelkim prawom natury; chyba że, z większym jeszcze samolubstwem, zaniedba tych nawet dziwnych ostrożności, i całą odpowiedzialność za własne rozkosze zrzuca na barki słabej swojej współwinowajczyni. Jakiż wtedy ratunek matce pozostaje? Prawo opiekujące się dotąd mężczyzną, jakiejże teraz opieki kobiecie udzieli? jaką da jej radę? jaką obronę? Żadnej. Ma tylko do wyboru, stosownie do położenia towarzyskiego, samobójstwo, dom podrzutków, pracę nędzę, haribę, dzieciobójstwo i prostytucję tolerowaną, gdzie znowu odnajduje też prawa opiekujące się zawsze mężczyzną, który już wtedy przyjść może> obcy tak matce jak dziecku, przyczynić za pośrednictwem drobnej kwoty pieniężnej, tyle dzieci nieprawych, ile tylko zdoła. Przypatrzcież się* proszę, raz chociaż dobrze podobnym ustawom i zadrzyjcie z przerażenia.
A terazs owe dzieci, cóż się z niemi dzieje?
Przejrzyjcie więzienia złoczyńców, domy publiczne wszystkie gniazda występku, a na tysiąc tyeh pariasów ludzkości snejdziam dzlewięciuset przynajmniej, których wymówką będzie upadek matki, ojciec niewiadomy, nieistniejąca rodzina. Tu przeważnie leży źródło złego; ztąd je wykorzeniać należy.
Osłonięte prawem, które dobre w skutkach być miało, tłumy mężczyzn bez serca rzucają na bruk uliczny gromady Istot niemających rodziny, które znowu przeciągają w nieskończoność tradycyą złego; i czemuż mieliby być lepszymi od oj* ców swoich? Patrzcież co za dziedzictwo skryte bezimienne, zamiast prawego dziedzictwa, którego im odmówiono, i jak, plama pierwotna przechodzi olbrzymiejąc z pokolenia w pokolenie, błąd z razu, występek nakoniec!,.. Co za potworne stopniowanie z poddasza do szpitala, ze szpitala do lupanaru, z lupanaru do więzienia, z więzienia na szubienicę!
Jakto! społeczeństwo nosi wasobie ten wrzód rakowaty, i postępuje naprzód nie dbając o niego, aczkolwiek dziwi się i skarży chwilami na jakąś niemoc nieznaną, na nienormalne rozprzężenie, na skrzywienie moralności, na skarłowacienie rasy, na ta wszystkie objawy, odkryć przyczynę których tak bardao alę strzeże?
Przyczyna ta l«iy w demoralizacji kobiety, ta-go zawiązku człowleczeńatwai tajraijclei się więc kobietą! Zasłońcie ją nareszcie od mężczyzny! Nlechła to prawo przezorna, doahodząee aż do n«i0SaiUo odpowiedzialności no właściciela *a szkody wyrządzone przez jego rynnę, psa lub siu-iącego, uczyni mężczyznę przynajmniej odpowiedzialnym m własna dziecko, w jakichkolwiekby warunkach dałfmu życie; niech ogłosi najprzód że-rodzić nowe istoty, jedynla dla zaspokojenia żądzy swej i rozkoszy, nie dając im imienia, stanowiska, rodziny, ojcowizny, pracy, przykładu, nie przyjmu jąc wreszcie żadną miarą solidarności cielesnej j duchowej z istotą, którą się wydało z najgłębszych tajni własnej istoty, jest zamachem na bezpieczeństwo ogółu, występkiem przewidzianym przez artykuł — taki to za który każe tem to...; a liczba ojców lekkomyślnych lub niedbałych, owych miłych don Juanów opiewanych w wodewilach, zmniejszyłaby się raptownie.
Tak jest, współudział praw naszych wytworzył zepsucie naszych obyczajów. Niech prawo upoważni kobietę do zaskarżenia i wydania ojca jej dziecka a owe namiętności nieprzezwyciężone, natchnione przez kobiety, którym ^mężczyźni oprzeć się nie są w stanie, stracą swoją siłę i ci potrafią się im opierać z wytrwałością, doN jakiej nlgdyby się nie sądzili być zdolnymi, jak opierają się żądzy przywłaszczenia sobie miseczki ze złotem wekslarzy, ponieważ istnieje prawo, które zaspokojenie takiej żądzy kradzieżą nazywa, 1 które karze złodzieja. Cześć kobiet i pomyślność dzieci mata’ zdai« się przecież wartość sztuki złotal
Dokądie wtedy pójdziemy? rzekną filozofowie
Kobiety skorzystają prędko z młodości i łatwowierności mężczyzn, a nadewszystko młodzieńców niedoświadczonych. — Nie, bć gdy rodzina lepiej będzie zorganizowaną, inne kobiety, matki, ustrzegą synów od|, tamtych zalotnic. IfPotem doświadczenie nie zdobywa się bez walki. Nareszcie, dobro rychło tryumf odniesie, już dla tej samej przyczyny że jest dobrem, że ludzkość nie co innego winna mieć na celu, że po to istnieje by ten cel osiągnęła.
Zostaje więc dochodzenie ojcostwa? Naturalnie. — Rzecz nie łatwa. — Dla czego? Z chwilą gdy społeczeństwo miesza się do spraw natury, nie powinno dawać człowiekowi prawa tworzyć źle, tak samo jak nie daje mu prawa zabijać, a kto wie nawet, czy pierwsze przestępstwo nie jest większem od drugiego. Podejmij pan powtarzam panie adwokacie, tę ważną kwestję, godną jest ona talentu pańskiego. Unieśmiertelni ona pamięć tego, kto ją rozwiąże.
Wszelako na tyle wstrząśniert, na tyle walk, na tyle dociekali nsd wiek poważnych, zdrowia moje zachwiało się mocr.o i w koilcu rozum słabnąć poczynał. Zapragnąłem znaleźć doświadczonego powiernika. Najodpowiedniejszym zdał mi się ksiądz który uczył nas katechizmu i był zarazem naszym spowiednikiem Postanowiłem zwierzyć się ze wszystkiem księdzu Olette. Opowiedziałem mu więc troski moje, prosiłem o wyjaśnienia, błagałem o opiekę. Nie wiem, czy to z przyzwyczajenia, czy że uważał mój umysł rozwinięty przedwczesną boleścią, by znaczenie słów jego zrozumieć, ksiądz mówił o cierpieniach Chrystusa, wobec których moje były bardzo małe, zaś poznanie których miało wlać we mnie rezygnacyę i odwagę.
Dotąd jeśli wzrok kiedy podnosiłem ku niebu, to chyba dla przypatrzenia się przepływającym po niem obłoczkom i chmurom, albo dla obserwowania pogody w dniach zamiejskich wycieczek. Matka mówiła mi jednak, że za tem niebem jest Bóg, ten Bóg co dobrych nagradza a złych karze* że syn jego umarł dla naszego sfeswieniai że matka Jesu^ sowa była Kobiety ubogą,. co jest źródłem wiee*ys-tej pociechy i wieczystej chwały dla ubogich i prostaczków. Przyzwyczaiła mię dawać jałmużnę 1 klękać w kościele Niejednokrotnie, towarzysząc matce do kościoła, widziałem ją tam płaczącą. Mawiała mi wtenczas, że to tu należało azuka.ć schro* njenia, gdy się chciało wypłakać do woli i łzemt ulżyć ściśnionemu sercu. Żegnałem się gdybły*kało, odkrywałem głowę przed orszakiem pogrłabowym, w palmową niedzielę niosłem do domu gałązkę święconą i pościłem w wielki piątek; nie wiedzla }em wszakże l nie pytałem o więcej. Ta religja powszednia, stawająca się przesądem na wsi a przyzwyczajeniem w mieście, dla mnie była jedynie przeczuciem rzeczy wzniosłych, nieokreślonem i błogiem, wolnem od lęku i od wnioskowania.
Na pierwsze słowa księdza Olette o Chrystusie, którego świetlane dzieje rozwinął przedemną, na pierwsze porównanie pomiędzy męką Zbawcy i mojem cierpieniem wyobraźnia moja i tak już skłonna do egzaltacyi, wynalazła dogodne dia się rozwiązanie własnych męczarni; niebawem wmówiłem w siebie, żem na wzór syna Maryi był przeznaczony do wielkich ofiar i ^do wysokiego pos łannictwa.
— Tak, tak, — mówiłem sobie, kopiąc i sadząc w ogródku, — jestem jak Je^us, nie mam oj ca; jestem synem bożym; wiem teraz dla czego ludzie nierozumiejący tej tajemnicy, prześladują mię, jak jego prześladowali. Zamęczą mię później tak samo. ale wejde do krdlewstwa nieblaski-ago ^ vyolę tych, co mię dziś zapoznają. Biedna, droga mateczka będrie sławioną między ludem. O słodki bracie mój, Jezu, jakże ciebie kocham!
I wypytywałem księdza, 1 rwałem się do objaśnień, 1 pożądałem natchnienia. Księżyna, uszczęśliwiony t, przykład*, gorliwością, zachęcał mię jak umiał. Opowiadał mi o Świętych pańskich, apostołach. 1 męczennikach. Jakie maluczkim czułem «ie był?o:?.7a„IUW — im1, Chwil8mi Pragnąłbym lk ukamiemowanym jak ś-ty Stefan
» o jat ś-ty Sebastyan, przeszyty strzałami. Na zniewagi towarzyszy odpowiadałem teraz twarzą uśmiechniętą i ekstatycznem spojrzeniem, mieniąc je dobroczynnemi chwilami doświadczeń i błogosławieństwem niebios. Nie spałem już nfe jadłem myślałem jedynie o Raju i środkach dostania się do niego. W niedzielę nie wychodziłem z kościoła świętych“^ *”***“* PrZed wize™nkami
Co?chwila rozpoczynałem rachunek sumienia. i nie uznając się nigdy za będącego » słanie łaski, skazywałem si? na niepomierne posty. Odmawiałem pacierze i śpiewałem hymny od do nocy. Łatwo przedstawić sobie śmiechy i żarty mych kolegów.
Wszystko kończyły nerwowe ataki, „trwające dwie lub trzy godziny.
Nagle uczułem silny ból głowy i dreszcze. To ciało wypowiadało posłuszeństwo. Zaprowadzono mię do infirmeryl, posłano po matkę. Zanim nadeszła, jui było za późno na przeniesienie mię do domu Pozostawało jej tylko umieścić się prJty m tanie, co też uczyniła w ob«c zupełne} uiepraty tomności mojej. Gorączka nie opuszczała mię przez pięć dni i pięć nocy, Bóg wie jakie obrazy majaczyły w umyśle. Jeden nadewszystko uparcie mi tkwił przed oczyma
Widniałem, jak na łóżku równoległem s mojem złożono chorego, jednego ze mną wzrostu, twarzy którego rozpoznać nie mogłem z powodu krwi oblewającej ją obficie i w dużych plamach broczącej okrywającą go bieliznę. Chory leżał bez ruchu. Zasłaniały go ustawicznie jakieś osoby, między któremi odróżniałem moją matkę. Osoby te kręciły się koło jego łóżka bez najmniejszego szelestu; jak widma. Co zaś najbardziej mię dziwiło, że cały ten obraz ukazywał mi się niby we mgle i że składające go osoby > zmieniały głowy co chwila.
Na jednej widziałem oblicze p. Frćminj oblicze to wszakże przenosiło się niezwłocznie na inne ramiona, te zaś otrzymywały głowę dozorczyn^ która z koleji przemieniała się natychmiast i stawa, ła się księdzem Olette. Zresztą \nic, ani słowa; istne przedstawienie czarnoksięskie, oświetlone jedną tylko lampką nocną, przy której drżącem świetle cienie tych cieni zdawały się tańczyć i skakać na tle dużych białych firanek, o fałdach równych i krągłych, niby piszczałki organu — Potem matka pochylała się nademną i nie widziałem jui nic Chciałem do niej zagadać, niepodobna. Spróbowałem krzyczeć, wnet dziwne osoby opuszczały tom — to łóżko i biegły kręcić karki u mojego — Uczuwałam niby uderzenie młota w głowę, i wszystko nik* ło na ezas, długości którego niepodobna mi było określić; mimo to seena z 5, łóżkiem ustawicznie wracała.
Najczęściej chory leżał nieruchomy, uśpiony czy martwy. Chorym tym był Andrzej. Nie miał teraz krwi na twarzy. Przeciwnie twarz ta! świecąca jak kość słoniowa, białą plamą znaczyła się na dużej białej poduszne; ręka zaś, ta ręka przejrzystość której tyle mię niegdyś dziwiła, spoczywała bezwładnie wzdłuż wychudzonego ciała, niknąć w te) niczem niezmąconej bieli.
Przedstawcież sobie obraz obramowany wiosennym promieniem księżyca, a będziecie mieli pojęcie o bladości kolorytu w jakim go widziałem, Niekiedy czarna sylwetka przesuwała się pomiędzy tamtem a mojem łóżkiem: była to postać dużego chłopaka, od którego Andrzej otrzymał karteczkę, w dniu przybycia mego do zakładu. Przechadzał on się nadmiernie wielkiemi krokami, po miękkim chodniku, przeciągniętym od drzwi do oszklonej alkowy, gdzie sypiała dozorczyni Od czasu do czasu zatrzymywał się i pochylał nad chorym przysłuchując się chwilę, potem znów wracał do miarowej przechadzki, szepcąc po cichu z dozorczynlą, achy’ loną nad kominkiem. Zdawało mi się również widzieć go płaczącym, z twarzą w dłoniach ukrytą.
Cóż robił ten młodzieniec? Jakim sposobem znajdował się tutaj?
Tc włiyetkie wary ani y jednego motywu t. skiego itopnia prześladowały mię w chwilach gorączki, że pierwszera poruszeniem mojem po przyjściu do przytomności było spojrzeć na łóżko, służąca za widownię owym scenom, fcóiko stało nieza-jęte, zawieszone białemi firankami i z pozoru wyglądające jak najniewlnniej. W infirmeryl nikogo, prócz dozorczyni, matki i mnie. Prawdopodobnie więc były to widziadła gorączkowe. Teraz z owej gwałtownej maligny pozostało mi jedynie niejasne poczucie przebytej choroby i zupełnego minięcia takowej. Pozostawałem teraz w tak zupełnem a tak błogiem osłabieniu, że radbym by w nieskończoność trwało. Czułem się niezdolnym do* najmniejszego bodaj wysiłku ciała czy myśli. Matka trzymała moją rękę w swoich, uśmiechała się do mnie mając łez pełne oczy, znakiem nakazując mi mil* czenie, skinieniem prosząc bym się nie męczył żadną miarą. Odpowiadałem jej wejrzeniem pełnem wdzięczności i patrzyłem na jasne słońce kwietniowe, które śmiało się do mnie wesołemi promieniami, rysując zygzakowato na białych firankach odbicie okiennej ramy. Nigdy, zdaje mi się, nie doświadczyłem uczucia takiej błogości jak w owej chwili.
Przeszłość zatarła się zupełnie^w mej pamięci. Zdało mi «ię, żem się narodził dopiero, nie ze wspomnieniami i newyknienlaml do poprzedniego istnienia, ale z nagłem i doskonałem pojęciem żywotności w ogóle, dotąd mi zupełnie niewiadomej.
Moje /fi narwało się dosłownie w tej błogiej omdlałości, tek dobrze znanej rekonwalescentom. Gdyby dla wytlómaczenia takowej przyszło mi ją analitycznie definiować, rzekłbym że się słyszy, że się widzi, że się czuje jak wszystkie cząsteczki żywotne, rozproszone przez chorobę, wracają jedna po drugiej, posłuszne tajemniczemu wezwaniu, odbudowywać zwolna w ciele, niby pszczoły w ulu, tę całość nieodgadnioną, co się zowie życiem.
Jeżeli w razie gdy rozwiązanie choroby jest inne, tym samym sposobem wet odzi się w drugie tycie obiecane, słodką być musi śmierć, która wtedy to wrażenie w nieskończoność pociąga, zresztą z ewych sfer zawieszonych między niebem a ziemią, gdzie maligna bujała mię przez ciąg stu dwudziestu godzin, wynosiłem taki spokój i taką po Jodę, że odtąd śmierć nigdy mię już nie straszyła. Obecnie nawet, gdy poraź drugi staje przedemną, zniesławiająca i rozjątrzona, patrzę na nią śmiało bez zadr-gnienia Istnieje we mnie niewątpliwie coś, nad czem ona niema żadnej mocy, co je>iynie wyzwolić ma, w sposób mniej lub więcej gwałtowny, o co zresztą mniejsza, z cielesnej, utrzymującej je ob-łony i do innego przeprowadzić bytu. Oczywiście nic nie ma niepotrzebnego w przyrodzie. Wszystko wszysikiemu służy. Otóż śmierć jest rzeczą przyrodzoną, a zatem potrzebną Do czego? Nie wiem wchodzić w to brak mi już czasu; wiem tylko te i śmierć nie może się wyłączyć z pod ogólnego prawa progresyi, będącego oczywistem prawem tego świata. To mi wystarcza.
A jednak orzyimuj? dziś system obrony, dla wydarcia kilku nędznych chwil tej samej śmierci, ktdrftj rve boję się niby, i dla morliwie naidalszego odroczenia owej nieuniknionej przem any na lepsze. Nie. W całem tem opow admiu bronię tylko, powtarzam, pamięci mojej przed przyszłym sądem mojego syna. i jeśli pragnę dożyć dni mvch do końca, to jfd/nia dh możliwego wynagrodzenia mu wyrządzonej krzywdy. G iyby dziś umarł, jutro rzucam w ogień te stosy papierów, i w milczeniu zostawiam sprawiedliwości ludzkiej prawo orzekania o mnić, co się podoba.
Rekonwalescencya moja odbywała się w Marły, gdzie wraz z matką przepędziłem cały miesiąc. Wynajęła ona na wzgórzu, w pobliżu lasu, dwa pokoiki, okna których, jedno na wschód, drugie na południe obrócone, wychodziły na obszerne owocowe sady. Nie pragnęliśmy nic więcej, nic więcej zresztą matka mi dać nie mogła. Właściciel tego ubogiego domku był garncarzem i do pokoików naszych wchodziło się przez jego sklep.
Garncarz pozwoli! mi swej gliny do lepienia bałwanów. Niebawem upodobałem sobie bardzo tę zabawkę, on zaś znajdował bałwany moje tak udat-nemi, że powziął myśl szczęśliwą zachęcić mię do wykonania statuetki, na wzór małej figurki Najświętszej Panny, umieszczonej nad drzwiami kościołka, Tam tedy spędzałem dnie cate, otoczony gromadą wioskowej gawiedzi, przyglądającej mi się z uwielbieniem. Uwielbienie wprawdzie małej wagi, nie mniej wszakże zdwajało ono moją gorliwość. Szcze“ re pochwały garncarza zdumionego takiem zamiłowaniem, uszczęśliwiały mię nad wyraz.
Skoro figurka byłs skończoną, pokazał ją pro-boszezowi ł poiaoeaiisowi msf&j którzy równie* zachęcali mię obadwaj, nadto obiecał mijją wypalić, bym mógł ją sshować sobie na pamiątkę, zapewnia’ jąc, że gdy zostanę sławnym rzeźbiarzem, z przyjemnością spojrzą na tę pierwszą próbkę. Rzuciłem na matkę zwycięzkie spojrzenie; ale, jakkolwiek przepowiednia powyższą zdawała się ją uszczęśliwiać, nie okazywała wielkiego zaufani«tw zdanie owych panów.
Wróciłem do przerwanych nauk, dawne rozrywki w wolnych chwilach urozmaicając tem;nowem zajęciem, w którem bardzo upodobałem sobie Któż wie, co przyszłość przyniesie.
Pomiędzy mymi kolegami nie było Już teraz Andrzeja. Wszystko, co widziałem w malignie, prawdą się okazało. Andrzej żyć przestał ŁTajono to przede mną z obawy, bym w stanie w jakim się sam znajdowałem, nie doznał zbyt wielkiego wstrząśnienia. Nieszczęśliwe dziecko rażone zosta-io nagłym krwotokiem; krew kilkekrotnie fi jednocześnie wszystkiemi porami wypływać poczęła z tego nadwątlonego ciała, jak gdyby ukryty motor, wprawiający ją w krążenie, pękł nagle zerwany. Ztąd ów sen i wyczerpanie w Jakiem go widziałem wśród obrazów gorączkowych. Nic już działać nie mogło na ten organizm wyczerpany, trawiony ustawicznie rozpalającem podniecaniem, śmiertelnem w wieku, w którym dziecko rozwijające się zaledwie musi gromadzić w sobie nowe soki wydzielane nu prse* naturę, których ona sama *ns pr*«»ns c-ssnie 1 rozporządza użyciem
W ciągu dwóeh dni skortcKył na rękach t ego przyjaciela, który tak usilnie prosił o pozwolenie czuwania nad nim, że w końcu mu je udzielono. Jeżeli szkoła przedstawia nam przykłady dzikich nienawiści, w rodzaju tej, jakiej byłem ofiarą, przedstawia również wzory owych nieokrellonych uczuć przywiązania, dla których trudno wynaleźć Jakąi nazwę techniczną, a które w tym wieku pośrednim, gdy człowiek uczuwa jufc potrzebę kochania po za obrębem rodziny wachają się, bezpłciowe że tak powiem, między miłością i przyjaźnią Takie przywiązanie łączyło tak ściśle to dziecko z tym młodzieńcem, że gdy pierwsze umarło, drugi opuścił zakład, i zaledwie powietrze rodzinnego kraju zdołało go wyleczyć z tęsknoty i żalu. Co do mnie> dowiadując się o wszystkiem doznałem prawdziwych wyrzutów sumienia Czyż gnie uderzyłem kiedyś w twarz Andrzeja? Czyżem go przez to nie narazi} na utratę krwi? A może właśnie owej krwi tylko brakło do ocalenia mu życia, ponieważ zmarł z braku krwil Obawy moje zwierzyłem księdzu Olette.
Ten mię uspokoił; wszelako w modlitwach, które słałem w niebiosy gotując się do przyjęcia komunii, nie jedna uleciała za mego pierwszego wroga, z duchem którego miałem się spotkać w przyszłości; bo zaprawdę jego to duch odnalazłem później w przeciwniku, albo raczej w przeciwniczce nierównie groźniejszej od niego.
Komunię przyjąłem z wiarą, a raczej z »&-chwytem głębokim, wiara bowiem jest owocem doj rzałego wieku. W dziecku spoczywa ona iedwie w kwiecie. Ogólne pojednanie poprzedziło akt święty. Rozgrzeszenie otrzymywało się pod tym warunkiem, a ponieważ, radzi nie radzi musieliśmy kcmmunikować się, uściskaliśmy się więc wzajemnie. Jednocześnie z nami kommunikowało się kilka pensyi panien z tej samej dzielnicy. Kilku moich towarzyszy, mijając panny, szeptali z niemi: drudzy rzucali im kartki na krzesła; dwóch czy trzech po przyjęciu świętej Hostyi splunęło na ziemię.
Matka moja znajdowała się w kościele, w tłumie innych matek. Powiedziała mi przedtem gdzie stać będzie: na stopniu ołtarza bym chcąc ją zobaczyć nie potrzebował odwracać głowy. Podręczne jej dziewczęta chciały być z nią razem, by podzielić jej radość i wzruszenie. Co do mnie, łzy kropliste zalewały mi oczy i napróżno byłbym usiłował je powstrzymać. Pojęcia moje o religji, jeśli nie o Bogu, mogły się zmienić od owego czasu, a jednak nie chciałbym nie mieć w życiu tych wspomnień o uroczystych chwilach kommunii, i żałuję zaprawdę ludzi, którzy ich w swej przeszłości nie mają. Wywołując je dziś mam łzy w oczach. Nieś-tetyl nie takiemi wówczas płakałem ja łzami! Lecz mniejsza gdzie ich iródło, niech będą błogosławionej i to łzy, a od tak dawna łez w moich oczach «ł« było!
A teraz, oto jakim sposobem nieznaczący wypadek postanowił o mojej karyerze, Jeden z uczniów stracił szczygła, którego był sobie przyswoił i którego cała szkoła lubiła bardzo za jego pojętność a nawet, rzec można, roztropność nieledwie. Biedne ptaszę zmarło nagle po dniu prześpiewanym wesoło, Bóg wie z jakiej przyczyny, mołe na wzór Ana-kreonta, z winnej jagódki połkniętej na opak. Był to żal ogólny [gdy znaleziono ptaszka martwego, uchwalono też wznieść mu pomnik, wykonanie którego mnie powierzonem zostało.
Pudełko od domina przedstawiało trumnę dla nieboszczyka, w ogródku zaś moim miała wznieść się dla niego mogiła. Wzięłem się do dzieła. Wykonałem kilka projektów nagrobka, z których wszakże żaden mię nie zadowolnił. Jeden nareszcie pozyskał poklask ogólny. Czas tei był jui wielki. Poczynała się bowiem reakcya na niekorzyść nieboszczyka; pochwalne mowy nabierały aatyrycznych odcieni, z domieazką karykatury. Prosty wróbel o* głoszony za dowcipniejszego od swego poprzednika, zajął miejsce jego, i wid*lałem nadchodzącą chwilę, w kiórttj szlachetny ofiarodawca pud*łk« odbierze takowe, by w niem napowrdt chować swoje pióra, i w której nieszczęsny szczygieł zostanie wyrzucony kotowi na pożarcie, Zaiste, zmarli maji słuszność kazać się grzebać jak najrychlej i jak najdalej. Pomnik ożywił na chwilę wspomnienie cnót bohatera, ’ następnie poczęto myśleć o czem innem.
Pomnik ów miał wysokości około ośmiu Cali, i przedstawiał w okrąg idącą kolumnadę w stylu doryckim. W pośrodku kolumnady wznosił się rodzaj ołtarza, a na tym urna z powiewną draperyą Na szczycie kolumnady mieścił się wiersz łaciński którego na nieszczęście nie przypominam dziś sobie, Otóż, zdarzyło się, że właścicielem szczygła był Konstanty Ritz, ten sam, który mię kiedyś obronił w obec całej klasy. Ten, wypadek cały opo wiedział ojcu, renomowanemu naówczas rzeźbiarzowi. który zapragnął poznać znakomite moje arcydzieło. Mistrz znalazł w niem duto instynktowego poczucia piękna i wznowił przepowiednię garncarza, ale tą razą z całą powagą wytrawnego artysty.
Kazawszy przywołać mię do siebie, winszował pięknego talentu, wypytując zarazem o skłonności moje i o zawód, jaki dla mnie wybrała rodzina
Dotąd, matka nie miała jeszcze żadnego stałego względem mnie zamiaru; zresztą byliśmy ubodzy i wiedziałem ia będę musiał pracować na życie. Ale słowo pracować nie miało zbyt jasnego określenia w moim dziecięcym umyśle. Jakiemu ro dzajowi pracy się poświęcę? Jak wszystkie dzieci w ogóle, i ja też sądziłem, że dosyć jest chcieć pracować, by znaleźć zarobek, — Takby być powinno, — powiedział pan Rit*, lecz tak nie jest. Uproś wszakże matkę, by cl pozwoliła przepędtać u mnie, razem z Konstantym, niedziele i święta. Odprowadzę clę zawsze sam wieczorem wraz z moim synem.
Następnej niedzieli, o dziewiątej z rana, byliśmy u p. Ritz’a; był on wdowcem od lat wielu. Po żonie został mu syn, Konstanty, z którym kolegowałem, i córka, prawie już szesnastoletnia, bardzo ładna osoba, która zarządzała domem jak prawdziwa gosposia, dla mnie zaś okazywała grze* czność pełną uprzejmości. Była ona z natury nadzwyczaj wesołą, a ile razy się śmiała, nie mogłem oczu oderwać od jej zębów mlecznej białości, o dziąsłach świeżych, czerwonych nęcącą czerwonością wiśni Co wszakże najbardziej w niej uderzato, to włosy, ozdobione rzędem złotych blaszek, jak u kobiet Algierskich, których typ zresztą przebijał nieco w pannie Ritz. Ten strój gtowy zbyt wyzywa* jący jak na pannę światową, właściwym był u córki artysty, w otoczeniu dzieł sztuki, z różnych stron świata nagromadzonych i tworzących w tym domu istotne muzeum,
Wszystko to było tak bardzo różnem od naszego mieszkanka na ulicy de la Grange-Batelióre! Otwierałem wielkie oczy, nie mogąc się dość napatrzeć, a p, Ritz I jego dzieci, oddawna za swym zbytkiem oswojeni, śmiali się z mego podziwu. Na-koniec przeszliśmy do pracowni, nowe cuda. Skoro ujrzałem gipsy, bronzy, marmury, cały las posągów w różnorodnych pozach, uroczystych, przesadnych, dramatycznych, stanąłem, dech w piersiach wstrzymując. Zwolna wszelako wzrok się mój oswoił, przechodziłem od jednego do drugiego przedmiotu. Poczynałem wyszczególniać I oglądać; uśmiechałem się do tych szlachetnych, nieporuszonych postaci, ustawionych w umiejętnem świetle, uwydatniającem ich modelowanie. P. Ritz traktował mnie jak dojrzałego młodzieńca; parę popiersi obrócił przede* mną na podstawach, tak jakby to uczynił dla jakiego wspólkolegi, Zrazu sądziłem że żartuje sobie ze mniej ale nie, studyował mnie poprostu.
— Cóż ci się tu najbardziej podoba? — zapytał nareszcie.
— To — odrzekłem bez wahania. 1 zaczerwieniwszy się do uszy ze stanowczości zdania, co mi się wymknęło mimowch, wskazałem mu statuę z bronzu.
— I czemuż ci się najwięcej podoba — to?
— Bo ten człowiek wydaje mi się pięknym, i bo dobrze rozumiem co robi.,
— A cóż on robi?
— Bije się.
— Z kim się bije?
— Z drugim człowiekiem. . — * Ale przecież nie widzisz tego drugiego Człowieka.

  • ~ — Ale odgaduję go z postawy.

— Zrobiłeś dobry wybór, moje dziecko — Ste u« jest kopią Zafiaśnika, jednego [z najpiękniejszych dzieł sztukf starożytnej. I masz racyą, — dorzucił z uśmiechem, — warta ona więcej od tych wszystkich... które są mojem dziełem.
Zawstydziłem się mocno Popełniłem może niezręczność niepowetowaną? Lecz nie, szczera i trafna odpowiedź zjednała mi ostatecznie życzli wość artysty.
Tymczasam Konstanty z siostrą dokazywali swobodnie jak dwoje dzieciaków w tej olbrzymiej pracowni, ^gdzie jeździec wraz z koniem mógłby się pomieścić i przejeżdżać z łatwością, Brat gonił siostrę, chowając się za grupy, a gdy ją chwytał jak chłopca zapewne, wówczas słyszałem jak go strofowała tonem nawpół zagniewanym:
— Jesteś nahto szorstki. Nie będę więcej swawoliła z tobą.
I poprawiała sobie włosy przed zwierciadłem, one to bowiem zwykle ucierpiały.
Dano mi książki, rysunki do przeglądania; powoli wszakże dzień dłużyć mi się poczynał, i u-czuwałam próżnię do koła. Posmutniałem. Naprzeciw tego dobrobytu, tego przepychu, tej szczęśliwej rodziny co nie była moją, po przez te wytworne ściany, widziałem matkę samotną, ze skromnym obiadkiem, którego z nią dzielić nie miałem. Snadi P — Ritz posiadać musiał głęboką znajomość serca luiUkiega, rzekł bowiem do mnle:
— Teraz, mój mały przyjacielu, wypadałoby DdjŚĆ ueałować mateczkę Służący cię 1 oprowadzi i przyjdzie po ciebie o godzinie, ktdri} mu nazna ezysz...
Nie mógłem się powstrzymać od uściskania
P,.
— Masz poczciwe serce, — szepnął całując mię po ojcowsku; — dobra to rzecz, nawet w artyzmie
— I z pewnym smutkiem spojrzał na [syna, mocno zajętego w tej chwili uczeniem sztuk wielkiego psa gończego, nie opierająćego mu się wcale
Znalazłem matkę samotną, jakem to byt prze* widział, nie spodziewającą się już moich odwiedzin i zajętą porządkowaniem papierów, rachunków, a nadewszystko listów. Największą część ich niszczyła. Skorzystała z chwili samotności, by się wypłakać do woli na widok tych pamiątek dni ubiegłych, co rozbudzone wydają krzyk z głębi kopert pożółkłych 1 cóż, zapytała, — byłeś dobrze przyjęty?
Tak, mamo: odpowiedziałem.
Wówczas, poczęła mię o wszystko wypytywaéj opowiedziałem jej cuda widziane, wydając się mi-mowoli z tajemnem przeczuciem przyszłego powołania.
— Wiesz że ci się w niczem sprzeciwiać nie będę. Jesteś rozsądny, widzisz nasze położenie. Możemy liczyć jedynie na siebie. Z chwilą gdy mi powiesz:.Takiem jest moje postanowienie“, będę cię wspierała. Radź się tedy własnych skłonności i postanawiaj, ja radzić ci nie. potrafię, bom nie-oświecona.
Tak rozmawiając z matką, machinalnie spoglądałem w koło po pokoju* i zdało mi się jakgdyby tg brakło czegoS z dobrze ml znanych przedmiotów w naszym saloniku.
— Gdzie nasz zegar, mamo, — spytałem nagle.
Zegar ten był jednym zbytkownym przedmiotem sztuki, w posiadaniu matki mojej. Jak tylko zapamiętam, widziałem go zawsze na tem samem miejscu, i brak jego uderzył mię odrazu, dziś tem-bardziej, bom właśnie przed chwilą zauważył zupełnie podobny u p. Ritz’a: zegar to był w stylu Ludwika XIV, o bronzach delikatnie cyzelowanych, przedstawiający?h u podstawy trzy parki, na szczy’ cie zaś czas z tradycyjną kO’ą
Był zepsuty, — odpowiedziała matka: — oddałam go do naprawy.
Sam nie wiem czemu nie uwierzyłem w szczerość tei oj)ovijdii, ja orzal którym nrntka nigdy nie skłamała, i wróciłem do p. Ritza mocno zafrasowany zniknięciem zegara. Było właśnie lata Pora zwana powszechnie złym sezonem Nadchodził nowy kwartał, a z nim termin opłaty za mnie w zakładzie; czyżby matka widzitła się zmuszoną sprzedać ów zegar, zabytek szczęśliwszych czasów, dla zaspokojenia p. Fremin? Trudno odgadnąć? boć ona mi tego nie powie. Byłem więc dla niej ciężarem nad siły. Oparte na domysłach jedynie, przypuszczenie to stało się dla mnie ciężką i gorzką pewnością; dziś jeszcze postanovite n coś ob-myśleć.
Toż w końcu miałem już trzynaście lat, Czu* |ąc się doić mocnym w historji, łacinie, greeczyi-nie, mjtenłtyca, mijtand san pnyidilć niedokończone atuiya, wstępując przytem na nową dre — gę, w której widziałem przyszłą karyerę, a gdzie matka nie będzie potrzebowała płacie za mnie, tylko mię żywić i przyodziewać do czasu, gdy sam pocznę zarabiać na życie a miałem nadzieję, le lo niezadługo nastąpi. Skoro po tem niespodziewanem postanowieniu stanąłem znów w pracowni p. Ritz’a i.uważnie przyjrzałem się jego dziełom, zdało mi się że wprędfie dorównać mu potrafię. Było to wszystko, czego mogłem pożądać natenczas, dzieła te bowiem przynosiły ich twórcy trzydzieści do czterdziestu tysięcy franków rocznego do* chodu.
W rzeczy samej nie było to zbyt trudnem P. Ritz czuł głęboko i gorąco kochał sztukę; pojmo* wał piękno, szukał go, pożądał, brakło mu wszakże te) świętej iskry, co zstępuje tajemnicza, niewiadoma, ogniem natchnienia rozpłomieniając wybrańców duszę. Os sam wiedział o tem dobrze, cierpiał nad tem i w późniejszym czasie zwierzył mi się nawet ze smutkiem i zniechęceniem, które tłumił w sobie. Niema, sądzę, dla artysty bezmierniejszej boleści, jak przeczuwać, chcieć i nie módz tworzyć wielkich rzeczy
Obdarzony nadzwyczajną łatwością rylca, p. Ritz zdobył sławę w tym świecie arystokratycznym, który powierzchownie tylko i szybko ocenie.
Wykonywał on, podług modeli kobiet z przedmieścia świętego Ciarmana i ChaussĆe d’Antin, popiersia o wdzięcznym układzie, podobieństwie es* zadziwiającem a pochlebnem, całoiel nader wdzię* cznej, lecz modelowania tak słabego że nie wytrzymywało krytyki poważnych artystów. W oczach pro-profanów było to dziełem talentu, lecz w oczach znawców, a co gorsza w oczach samego twórcy, było tylko miernotę.
W początkach, Tomasz Ritz zapowiadał najpiękniejsze nadzieje. Znajduje się w Luksemburgu jego posąg istotnie pięknego rysunku, wykonany śmiało, pomyślany szczęśliwie; potem używając technicznego wyrażenia, zużył się tem, wyszafo-wawszy od razu cały zasób siły twórczej. Pomy-mysłowość zastąpiły w nim sztukę, zręczność zajęła miejsce oryginalności, Wówczas, moda uczepiła go się natarczywie. W braku lepszego, dał się porwać temu łatwemu powodzeniu; cierpiał wszakże tem bardziej że tworzył bez chęci, że arcydzieła, nawet współczesnych,, entuzyazmowały go, i że ujrzawszy takowe wracał do siebie rozpłomieniony i zniechęcony,
Młoda, bogata panna oddała mu swe serce w początkach artystycznego zawodu; ożenił się z nią. Czyżby zbytek wchodząc w profli artysty, miał z nich wystraszyć natchnienie? Być może Sztuka potrzebuje albo samotni, albo nędzny, albo namiętności. W atmoiferach eigplarnianyeh więdnie
Sprawa Clemenceau 8! i usycha Skalne tc kwiecie; potrzebuje oatrych wiatrów i gruntu twardego,
Marzeniem Tomasza Ritz‘a było, te syn jego nabierze zamiłowania do rzeźbiarstwa, czuł si$ bowiem zdolnym pokierować nim właściwie, wtajemniczyć we wszystkie zasady sztuki, zrobić zeń prawdziwego artystę, i jak tylu innych mistrzów, wlać w ucznia to, czego sam nie posiadał. Nie* szczęściem, Konstanty nie miał najmniejszej ocho* ty do żadnej ze sztuk pięknych ani do rzeźby, ani do muzyki, ani do malarstwa; jedną tylko miał namiętność broń. Daleko więc było do urzeczywistnienia pragnień ojca, ktdry zresztą, nie sprzeciwiał się synowi i dał mu się sposobić do szkoły St. Cyr.
Pojmiecie teraz nagłą sympatyę, jaką p. Ritz powziął dla mnie. Czy znalazł ucznia, blask sławy którego aż o niego się odbije? Czy odkrył tylko bogato uposażoną naturę co powiernicą siostrzaną jemu staćby się mogła? Odpowiedź moja w przedmiocie Zapaśnika, dała mu nadzieję, a gdym wieczorem wrócił z powziętem postanowieniem, i on był gotów, ze swej strony, ważyć się na próbę.
Po obiedzie, wziął mię na stronę i zapytał, czy istotnie czułem w sobie powołanie do rzeźbiarstwa. dodając, że w tym właśnie wieku studya rozpoczynać należało, i że szczęśliwym będde, jeśli pierwsze lekcye zechcę brać od niego. Na moją pełną zapału odpowiedź przyrzekł pójść nazajutrz do matki moje] t * nię aię w tym przedmiocie porozumieć. W parę dni później postanowionem rosiało, 2e jtDnieważ to był czerniec i ten kwartał opłacony, opuszczę więc pensyą z początkiem wa-kecyj, że tymczasem będę pracował gorliwie w Sierpniu zaś wstąpię do p. Ritz’a, który chciał koniecznie przynieść mię do siebie i za własne niemal dziecko uważać.
Matka przystała na wszystko, mając, jak zawsze, dobro moje jedynie na względzie..
Robiłem postępy zdumiewające. Zamiłowanie w pracy było mi wrodzonem; uwidoczniło się ono z chwilą wejścia mego do zakładu; doszło wszakże do szczytu dopiero gdymwstąpił na drogę, do której się czułem stworzonym. Byłem niezmordowany. Wstawałem o świcie; opuszczałem dopiero, gdy słońce za widnokrąg się schowało, a niekiedy i to nierzadko, rysowałem przy świetłe lampy, wieczorami. Jeśl-wychodziłem, to tylko dla zwiedzania galery! i muzeów. Pożądaniem mojem było módz również zaludnić własnemi tworami ten wieczysty, niepokalany świat sztuki, w obec którego świat żyjących tak maluczkim się wydaje. Przekazać potomności myśl właśną, w brąz albo marmur wcieloną, przed którą kiedyś Inn! artyści staną w zadumie, takiemi było moje marzenie. Łatwo sobie przedstawić szczęśli-wienie mojej matki, ile razy p. Ritz rozwodził się przed nią o nadzwyczajnych mych zdolnościach> przepowiadając mi przyszłość wielką bogatą. Od“ wiedzała mię niekiedy ’w chwilach pracy; utworów mych wprawdzie ocenić nie mogła, lecz wszystko co tylko mojej ręki było dziełem, wprawiało ją w zaehwycenie.
Jak tyiko byłem w stanie sam juź modelować jako tako wykonałem biust matki. Chciałem, by pierwsze było moje dzieło, aczkolwiek niedoskonałe, z nią miało związek. Przesąd, naturalny w dziecku wychowanem jak ja byłem. Zresztą cały czas mój dzieliłem pomiędzy matkę i pracę. Niekiedy matka zosiawała z nami na obiedzie, czyniła to wszakże z oględnością największą. Dlatego, ja to najczęściej biegłem do niej wieczorami, by odetchnąć rozkosznie atmosferą błogiego dziecięctwa. Odnajdywałem znowu tę samą lampę, tenże stół krawiecki, tci robotnice. Tylko nie były już wesoło, jak kilka lat temu. Proza życia dawała im się uczuć, Każda z nich miała już dziś swoją troskę, wspomnienie, tęsknotę, żałobę! Nie obchodziły się już ze mną jak z dzieckiem, jakkolwiek nie uważały mię jeszcze za mężczyznę. Przyniosłem z sobą kredki albo trochę wosku i robiłem portret lub medalion której, zpożytkowując tym sposobem nawet chwile wypoczynku w rodzinnem gronie, boć doprawdy poczciwe dziewczęta zdawały mi się niama, należeć do rodziny. Przesiadywaliśmy do pófna, jedliśmy kasztany, a w zimie pili jabłecznik. W le-cie sprowadzałem im lody i ciastka, za pieniądze, które poczynałem zarabiać za odlewy albo kopje dla p. Ritza. Koło dziesiątej albo jedenastej rozchodziliśmy się każde do siebie Odprowadzałem je kawałek drogi i wracałem do domu patrząc na gwiazdy i wdychając życie pełnemi płucami. Szedłem zwykle bardzo prędko, a jeśli, wypadkiem lub wmyeiftt« idftfzyło się, ie kobieta zastępowała mj drogę, mówiłem z całą delikatnościąi „Przepraszam paniąl” i usunąwszy się na prawo, czy na lewo, szedłem dalej myśląc o jutrzejszej pracy. Musiały brać mię za wielke niewiniątko; w piętnastym bowiem roku na ośmnaście wyglądałem.
Z nadejściem nocy, szczęśliwy z dnia ubiegłego, zwolniony od pracy, zasypiałem marząc o glinach, nazwach, proporcyach i t. d, i t. d.
Nafura wszelako nie zachwiana jest w swem prawie. Ma ona swoje zadanie, zadanie nie małe, a każdy twór żyjący musi jej być podległym. Przeczucie miłości nawiedzało więc mój umysł od czasu do czasu. Panna Ritz, codzień piękniejsza, zdawała się jej wcieleniem, jakby umyślnie dla mnie tu zesłanem.
Otóż, nie, A naprzód, była starszą odemnle o trzy lata, różnica ogromna w naszym wieku, potem, potem, ojciec, oddać mi jej ani myślał, pomimo całej dla mnie życzliwości; nakoniec, nie czułem dla niej nic więcej nad przyjaźń, i przyjemność jaką znajdowałem w towarzystwie nie różniła się niczem od uczucia, jakiegobym doznawał w towarzystwie siostry. Nie mogę się nawet pochwalić abym w nie} uszanował gościnność doznaną. Boć nie potrzebowałem walczyć z żadnem innem uczuciem. Zresztą niewyczerpana jej wosołość było dostateczną ochroną przeciw wszelkim miłosnym roszczeniem,
Wesołość w miłości jest karmią serc bardziej zużytych. Młodość elegijniej wygląda.
Widywałem też niemało innych kobiet w pra* cowni p Ritz’a, i z najarystokratyczniejszych.l z naj głośniejszych piękności, lecz obok tych wszystkich Wenus z bronzu i marmuru, któremi pasłem oczy, panie owa, ze swemi błyskotkami, koronkami i wstąi-kam!, sprawiały na mnie wrażanie dużych kręcą* eych się lalek; gdy nadto słyszałem jak p. Ritz mawiał przy obiedzie, po kaidem posiedzeniu:
— Mój Boże! jakże pani taka a taka źle jest zbudowaną! — jakie nędzne ramiona! jakie stawy niezgrabne! — jakie chude plecy!
Przytem, o otaczającym je zbytku mogę powiedzieć to samo, co o wesołości panny Ritz: podług mnie, nie chodził w parze z uczuciem. Pokochać się w owych eleganckich sferach zdawałoby mi się zniewagą w obec matki mojej, która by mię żywić i wychować, trawiła noce nad haftowaniem kołnierzyków i spódniczek, o które panie te dbały tak mało.
Sądzę, że wszyscy istotni artyści są tacy, ja przynajmniej pragnienie sławy łączyłem z potrzebą ustronnego istnienia. Chciałbym był tworzyć arcydzieła, i zarazem żyć nieznany pomiędzy matką i żoną moją; bo gdyby mój ideał zstąpił na ziemię, miałem z niego uczynić towarzyszkę życia.
Zresztą tego też pragnęła moja matka.
— Pracuj, moje dziecko, — mawiała do mnie,
— a przyjdzie czas, że spotkasz młodą, ładną dziewczynę, dobrą, wykształconą, która clę ukocha. Ożenisz się z nią. Zamieszkamy wszyscy razem. Ja będę chowała twoje dzieci. Będzie to pociechą mojej starości t nagrody la to; eo dla ciebie uczy niłtm, jeżeli te, cfem uczynił* dla ciebie za«łufuj« na nagrodę.
W taki to sposób odwracała jak mogła mój umysł od grożących niebezpieczeństw. Zgadzałem się z jej poglądami, widziała to dobrze, bała się jednak jeszcze. Najdrobniejsza okoliczność mogła mię zgubić.
Okoliczność taka przedstawiała się zawsze ile razy Konstanty wychodził z zakładu. Starszy odem-nie blizko o dwa lata, nie miał, wyznać muszę, te-oryi zgodnych z mojemi we względzie miłości. Je-dynem zaprzątnieniem Ijego było przejść na praktykę jak można najrychlej, i skorośmy byli razem. 0 niczem innem nie mówił. Nie poetyzował bynaj’ mniej, i myślał mniej daleko o miłości niż o kobiecie, mniej o założeniu, więcej o akcyi samej. Ponieważ nie byłem już w szkole, i zajmowałem się rzeźbą( miał mię za wtajemniczonego oddawna, gdy ja tymczasem mniej nierównie wiedziałem 1 miej od niego byłem ciekawy. Wypytywał mię o szczegóły, o których z zapytań jego dowiadywałem się dopiero.
Nie;mógł zrozumieć jakim sposobem, gdy tyle modeli kobiet przychodziło do jego ojca, nie miałem dotąd kochanki. Mieć kochankę! było to jego idfte fixe Mniejszą jaką, byle coś podobnego do kobiety. Napróżno powtarzałem mu, żem nie mógł widywać modeli, które do p. Ritz’a wchodziły osob* neml schodami, nie chciał mi wierzyć; Rareszcie skoro zdołałem go przekonać o prawdzie słów ’ ruuitłi, wtwwi iyl wielkie 6City i m fiuUe wyśmiewać niesłychanie, Porzucił wszystkie moje i ojca kartony wyszukując studyów nagich.
Jak tylko byliśmy sam! w pracowni, oświadczał się posągom stylem nie zbyt zachęcającym nawet dia marmurów, i w żaden sposób nie mo* głem zachować powagi wobec błazeństw tego szaleńca, oświadczającego się nieruchomym boginiom, słuchającym go bez zmiany pozy ani giestu,
Wyjawiając w ten sposób skłonności Konstantego, zdaje się, jak gdybym chciał się chwalić jego kosztem. Nie mam tego zamiaru. Pomiędzy nim a mną zachodziła tylko ta różnica: on chował się bez matki, ja zaś nie odstępowałem swojej; nie potrzebował zastanawiać się nad życiem, które dla niego było już przyprawione, że tak powiem, ja zaś musiałem wykuwać swoje z ogólnej masy: usposo* bienie jego ciągnęło go do wojennej wrzawy, gdy mnie nęciło ciche marzycielstwo sztuki; on na-koniec z natury swojej miał lubić kobiety, ja miałem jednę ukochać. Zachowywałem się tedy dla tej jednej, którą byłem pe#ny ze napotkam kiedyś, tymczasem natchnienia i rozkosze pracy w zupełności mi wystarczały.
— P. Ritz był już dumny ze mnie. Studya i utwory moje pokazywał stfoim współkolegom. Zachęcano mię, radzono, winszowano szczerze, co czyniło mi pracę łatwą 1 przyjemną. Dotąd wszakże kopiowałam jedynie antyki, albo szedłem za ble gietn fantazyi. Z natury nie misiem jesseze do czynienia.
Pewnego wieczora, gdy panna Rlti zajęta była grą na fortepianie, ojciec jej rzekł do mni* nagle:
— Jutro zaczniesz szkicować z natury. Cle’ kawy jestem, jak się wywiążesz z tego zadania. Przygotuj glinę zawczasu; model zamówiony na ranną godzinę.
— Jaki model? — zapytałem z biciem serca, spowodowanem tą ’wielką nowiną; — model męi-czyżny czy kobiety?
— Kobiety. — Stojącej czy leżącej?
— Stojącej.
Serce dosłownie tłukło mi się w piersi.
Tej nocy nie spałem wcale.
Nazajutrz już o siódmej rano przygotowałem glinę. P. Ritz wszedł.
— Czy jesteś w usposobieniu? zapytał,
— Tak, odrzekłem głosem pewnym.
— To chodźmyi zjeść prędko śniadanie.
Dziewiąta biła, gdy ostrożnie zapukano do drzwi pracowni. Był to model.
Weszła kobieta od dwudziestu do dwudziestu dwóch lat mieć mogąca, ubrana w suknię z niebieskiego merynosu, trochę przykrdtką, 1 w kapelusz słomkowy z iioletowemi wstążkemi. Kołnierzyk dość czysty, chustka jak szal złożona, popielata w duże czarne kraty, trzewiki sznurowane, i jedwabne rękawiczki z wyszarzanemi mocno palcami, dopełniały? jej stroju, który nie dziwił mię wcale, boć przecież nie mogłem przypuszczać, by model pozujący po sześć franków posiedzenie, stroił się w aksamity i koron — ki, a z resztą, od dzieciństwa nawykłem patrzeć na równie skromny ubiór robotnic moje] matki, a i matki samej, f Zamiast się z niego wyśmiewać lub dziwić szanowałem go raczej; ale wszystko wisiało tak sztywnie na figurze panny Marietty, żem mimo-woli zapytywał siebie, jakim cudem Wenus z niej wytworzę.
Głowa nie pfiedśtawiftła nie osobliwego Qe*f miały wyra* dość łagodny, włosy kssstanewa tfe, eefa zbyt eierwona, zęby zwyczajne, nos *pl* słeiony, profil pospolity, głos zresztą miły,
Nie potrzebuję mdwić, że p, Rit* z modelami swemi obchodził się z największą łagodnością i grzecznością wyszukaną.
— Zakatarzyłaś się, kochane dziecię? — przemówił do młodej kobiety, która zlekka pokaszllwałs
— Nic nie szkodzi, Dostałam kataru, u p. P. Jemu zawsze za gorąco i nie z wata, te ogień ns kominku wygasa. Nie daje mu się to uczuć, boć przecież on jest ubrany!
— Cóż ma rozpoczętego teraz?
— Nie wiem.
— Nie byłaś ciekawą zobaczyć?
— Nie; nie lubi żeby patrzeć na jego obrazy; wiem tylko tyle, że pozuję na klęczkach, z rękami do góry, z miną przerażoną. Musi to być znowu jakiś Lew Florencki.
Nie mogłem się wstrzymać od śmiechu.
— Bądf spokojna, — rzecze p. Ritz; — dziś już nie będziesz miała rąk do góry.
— O! wszystko mi jedno, tutaj ciepło.
— Więc, zaczynajmy.
Panna Marietta odstąpiła od pieca przy którym grzała się była, Usiłowałem przybrać postawę spokojną, mieszałem jednak glinę trochę gorączkowo, Zrzuciwszy szal i kapelusz młoda kobieta umieściła się na estradzie, i zapytała, zwracając »ię do p. Ritz“a;
— W eałcieiY
— ’Tak. i W
Wówezas najprościej w święcie, i jak gdyby wykonywała rzecz bardzo zwyczajną, dziewczyna odpięła stanik, porozpinała ’mankiety, i gdy sukn>a opa Ua na ziemię, podniosła ją i położyła na krześle, Potem, zdjąwszy kołnierzyk, rozpostarła go na niej starannie, i rozwiązawszy sznurek od spódnicy, stanęła w koszuli tvlko, boć naturalnie nie miała na sobie gorseta. Teraz usiadła, a założywszy pra~ wą nogę na lewą, poczęła rozsznurowy.vać trzewik, w pozie, którą Prudier nadał jednej z najpiękniejszych swoich statuetek; następnie podciągała pończochy, i spuściwszy koszulę na ziemię, przestąpiła Ją i bosą nogą odrzuciła po za siebie. Nakoniecl wyprosi owana, z głową nieco w tył przechyloną, i odgarniając obu rękami włosy, opadające jej na ramionat
— Jak mam się upozować? — zapytała.
Zwróciłem się do p, Ritz’a, tak dla nabrania kontenansu, jak również dla zasięgnięcia jego zdania. Wyciągnięty na kanapie, od kilku minut nie spuszczał mnie z oczu.
— Wybierz sobie pozę — rzekł 5do mnie.
— Tę, którą panienka przed chwilą przybrała,
— odpowiedziałem głosem niezbyt pewnym.
— Zgoda — rzekła krótko.
Ale Marietta opuściła już była ramiona.
— Chciej pani odgarnąć jeczcze włosy Jak przed chwilą, — zwróciłem się do niej..
Spróbowała oddać ruch poprzedni, mniej jednak szczęśliwie^, — CKowa trochę wlęc«j w tył; nie tak, wt tak. ł bezwiednie prawie poskoczyłem na estradę, a ujmując obiedwie jej dłonie, nadałem jej pozę, która mi się najodpowiedniejszą do odtworzenia być wydała.
No — powiedziała śmiejąc się, — zdaja się, że będę zawsze z rękami do góry,
Wówczas zrzuciłem zwierzchnią suknię, odwinąłem rękawy, wspiąłem się na stołek by się dorównać do wysokości mojej głowy, \ wziąłem się śmiało go dzieła,
— I ja pójdę do roboty, — rzekł pan Ritz przechodząc do swojej pracowni; — uważajcie by ogień nie wygasł.
Ciekawem zaiste zjawiskiem, umysł mój otrząsnął się ze wszelkich ubocznych myśli, zaprząt< niony jedynie oddaniem tego, com, miał przed oczyma.
W jednej chwili, wszystko co tu zaszło zdało mi się zupełnie normalnem. Usiłowałem kopjować ż>wy model tak samo jak dotąd kopjowałem modele nieżywe; a nadto, czułem w sobie bodziec niecierpliwej żądzy pochwycenia tego tętniącego życia, oblekając co rychlej w kształt widomy niepochwyt-ne wrażenie, mogące się rozwiać lada chwila — Tak więc, gorączka pracy wzmagała się tu jeszcze zapalczywą gonitwą za pierzchającym cieniem prawdy. A nadto, łąc/ył się zachwyt na widok tego nagiego ciała, które po raz pierwszy miałem przed oczyma, zachwyt wolny od wszelkiego cienia zmysłowości
Ah! jakie najpiękniejsze nawet dzieła sztuki iifdżną są rzeesą wobee Jednego stwOF*enia! Teras, pojąłem słowa, tak często słyszane w ustach mego nauczyciela l jego przyjaciół: „Natura jest zabijająca!“. I jak dobrze rozumiałem teraz te roje artystów, którzy wolą trzymać się tradycyi, i prze-kcpiowywać zawsze tylko dzieła ludzkiej ręki, zamiast wziąć się do odtworzenia dzieł Boga/ Niewątpliwie, biorąc rzecz ze stanowiska proporcyi, niema chyba na świecie kobiety równającej się doskonałością niektórym posagom, i gdyby Bóg, zgadzając się z pośrednio podaną sobie radą od człowieka, zechciał ożywić jeden ze słynnych posągów, byłoby to, sądzę, coś piękniejszego od najbardziej olśniewających piękności, jako wytwór wszystkiego, co geniusz artysty połączyć może z darami stworzyciela, ale Bóg nie potrzebuje pogart’ skiego tego cudu, i najniedoskonalsze z dzieł jego są l będą zawsze wieczystem wyzwaniem urągają* cem najświetniejszym naszym arcydziełom; mają bowiem to. czego żaden twór człowieczej ręki nigdy mieć nie będzie: wejrzenie, uśmiech, gorące pulsacye życia.
Dwie pierwsze godziny posiedzenia przemknęły jak jedna chwila. Byłem skąpany potem, Nie czułem tego, ani nie widziałem strudzenia Marietty, które] ledwie parę razy pozwoliłem opuścić ramiona na «hwilę, powtarzając Je} wciążt, >Proszę alę nie ruszać“. Oddech, w równych odstępach wd»ięesnle jaj piersią kołysiący.lecluchne organie naskórka za nftjmntejszem wrażeniem chłodu, krew bujna i młoda, bieg której czuło się, widziało nie ledwie pod tą matową skórą o lśniących odbły# kach atłasu, oto co chciałbym był pochwycić i odtworzyć. Byłem jak pijany i mało myślałem o obecnym utworze, W moim mózgu krzyżowały się tysiączne linje, pozy, kształty, ruchy. Miałem pełną głowę, posągów.
— Możebyśmy odpoczęli? ~ usłyszałem nagle za sobą głos p. Ritz’a. —
— Wyborna myśl — rzekła Marietta — tymczasem rozniecę ogień.
Wdziała spódniczkę, szal zarzuciła na nagie ramiona, i usiadłszy przed kominkiem dokładała węgla. Je ocierałem twarz z potu I pytająco spoglądałem na p. Rttz’a.
— To dziwne — powtarzał tenże, przenosząc wzrok kolejno z mojej roboty na mnie. To zdumiewające! No, widzą żem się na tobie nie omylił.
— Czy doprawdy?
— Tak. Teraz, — mówił dalej, — pozwolę sobie skrytykować cię potroszę, jakkolwiek od dziś, powiadam ci to szczerze, nie potrzebujesz jut nikogo. Możesz iść dalej o własnej sile, a zajdziesz daleko, bo ukochałeś naturę; to tylko zapamiętaj sobie, celem sztuki nie ma być sama natura. Wieszii czem feat sztuka? Pięknem w połączeniu z prawdą; I stosownie do tej zasady, tztuka ma wytknięte *o-
Sprtwt Clemenceau 7. bie bezwzględne prawidła, zastosowania których napróżno szukałbyś w samej naturze. Gdyby natura sama odpowiedzieć im mogła, dość-by było odlać piękny mcdel od stóp do głowy, by zupełne arcydzieło otrzymać, fl przecież wprowodzając myśl taką w wykonanie, wytworzyłbyś śmieszność jedynie. Rzeczą talentu-jest uzupełnić naturę, zgromadzić ztąd i z owąd Jej wskazówki doskonałe, lecz cząstkowe, zespolić je w jednolitą całość i natchnąć tę całość myślą lub uczuciem, ponieważ duszy tchnąć w nią nie możemy. Słowem, ten. kto pozostając w ścisłych granicach piękna, najbardziej do prawdy się zbliża, jest artystą prawdziwym. To Fi-dyasz, to Michał-Anioł, to Rafael. Dziś, poddałem cię stanowczej próbie, z której wyszedłeś bardziej zwycięsko niżem się spodziewał Chwiejności ani śladu! Wzruszenie, zapał Brawo! Rozdąwszy nozdrza szeroko, odetchnąłeś wo nią prawdy, jak młody lew wiatrem pustyni. Doskonale; już ją masz! ale teraz należy pokiero* wać tym zapałem, nie gasząc go wcale. — Podnieś się. Marietto, wróć proszę do pozy w której byłaś przed chwilą. Debrze. Ten układ naturalny, pociągnął cię od razu, moje dziecko; podpatrzyłeś naturę w jednem z jej nieuczonych poruszeć, i zatrzymałeś się w przelocie, Oko artysfy; ale tu poza, dob-a na studyum, nie wystarcza dla posągu. Kobieta odgarniająca włosy, to dobre na sześciocalową statuetkę, do ozdoby kaminko lub zegaru, eie nie jest to przedmiot godny ^ szerszego traktowania. A przytem ruch ten dojrzałeś tylko jednostronnie. Obróć się Ma-riefto. ale zawsze w tej samej pozie — Spójrz tylko! zbliżenie łopatek jest niekształtna, głowa wsuwa się w ramiona, szyja się fałduje, plecy wgłębiaję, biodra wydłużaj, się. Posąg powinien się obracać na podstawie, albo też powinniśmy módz okrąiyć go do koła; linje więc jego musz, być czyste i śmiałe, z którejkolwiek przedstawi się strony. Otóż, to, co ci natura tu podaje jest niedokładnem, brzydkiem nawet w niektórych miejscach. Cóż więc sztuka z tych wskazówek wyciągnąć ma dla siebie? 1 zwracając się znów do Mariettys
— Opuść nieco ręce, spód których nigdy dobrze się nie rysuje, ani w sztuce, ani w naturze; łokcie zaokrąglone nieco pochyl ku przodowi* głowa prosto, oczy w górę. — Ileż rzeczy w tej małej odmianie! Głowa się uwydatnia, widzimy ją w całości, nie zsś, jak w przódy, podbródek tylko { nozdrza od spodu. Ręce wychylają się naprzód miękkim i kształtnym ruchem, gdy w przódy nikły w części pod włosami, a łokcie odstawione z kaidej strony, tworzyły coś niby ucha. W miejscu kobiety odgarniającej włosy, masz, jeśli zechcesz, młodą męczennicę, czystą lub nagą, skazaną na śmierć, a która wznosząc ręce i oczy do nieba, ofiaruje śmierć swą Bogu i jednocześnie cudne kształty przed okiem śmiertelnych rozwija,
„Spójrzmy z drugiej strony. Łopatki teraz 34 ne miejscu, szyja Jest równa, plecy gładkie, biodra wyraziste. Teraz, kiedyśmy przedmiot wy* naleźli, zobaczmy, czy nam wystarczy natura? W części tak, w części nie. Tu. mówił ^ dalej p, Ritz, dotykając palcem Marietty. jakby jakiego manekina, lecz zarazem uśmiechając się do niej, dla pokazania, że nie o niej wyłącznie, lecz ^ o sztuce wogóle czynił spostrzeżenia, tu ramio na są za szczupłe, odpowiednio do popiersia, ręce za grube stosunkowo do ramion, osada szyi za ciężka. Sześć stóp, sześć i pół najwyżej w tem ciele, które ^było stworzone na siedem Łydki cienkie, nadstopki znów za grube, ale reszta dziwnie harmonijnie utworzona. Widzisz teraz, co moż* na użyć, Ja co zostawić należy — Czy już wszystko? Nie, Z jakiego kraju będzie twoja męczennica? Czy to młoda greczynka, co ze ś-tym Kawłem zdążyła do Rzymu? Czy może dziecię północy, przybyłe z Atylłą do Galji Meroweusza, i tam nawrócone przez pierwszych biskupów chrześcijaństwa? Ileż typów odmiennych! Jaki tu wybrać? a raz wybrawszy, gdzie znaleźć taki typ żyjący za dni naszych i odpowiadający ideałowi naszej wyobraźni? Wszystko to nie łatwe, — — zakończył p. Rit*, przesuwając ręką po czole, i mówiąc raczej do tajemnych myśli swoich, niźli do mnie, i ci co idą przez życie nie szukając nic po za niem i nie miewając się do naszych mozołów, zaiste, są bardzo szczęśliwi!
Marietta ubrała się równie wolno jak się rozebrała była, jedną po drugiej kryła w swą odzież prosfeczą piękności swojego ciała,. Jak handlarz izraelita kładzie jeden po drugim w zatłuszezony worek skórzany drogie kamienie, które był rozłożył przed wami, i wszystko uniosła z sobą, nie zrozumiawszy prawdopodobnie nic a nic z tego co się tu mówiło.
Nie potrefię okreśiić uczucia, jekie mną owłsdnęło, gdy drzwi się za nią zamknęły. Wszystko, co widziałem i słyszałem, bardzo różnorodnie podzielało na mnie. Poczynałem pojmować bezmiar »ztuki i trudność zadania. Ileż złudzeń pożegnać wypadało! iluż nauczyć się rzeczy! Stanież mi odwagi? Starczyż mi już nawet czasu?
A potem ta biedna dziewczyna dla kawałka chleba z pracowni do pracowni roznosząca tajemnicze skarby wdzięków swoich, a która gdyby umarła w szpitalu, bo i gdzież ma umrzeć? posłużyłaby do doświadczeń anafomicznych w amfiteatrze3 gdzie nauka porozkrawa te członki, w harmonii których sztuka czerpała natchnienie, — — dziewczyna ta po zostawiała mi po sobie niepokonane wrażenie smut* ku. Poraź pierwszy począłem się zastanawiać nad losem takiego mnóstwa nieszęśliwych istot, z kté remi jednak żadna mię węzły nie łączyły. Pragnąłbym był stać użyteczny tej Maryeeie, które] zawdzięczałem pierwszs podniosła uczucie artyzmu. Nie była już dla mnie niczem, O tej dziewczynie, ad której Konstanty naprzykład byłby zażądał tylko chwilowej rozkoszy, Ja chowałem już wdzięczne wspomnienie, może dla tego właśnie, żem czuł się uy»tyni po taniej próbie. Dziwaczne usposobienie duszy! byłbym chciał Już by nikt inny nie ogląda! ego cmła, które mojem się stawało w skutek nie-materyelnego posiadania, Pierwsze przeczucie zazdrości, właściwej męskiej naturze, pragnącej zamienić w wieczystą własność co do niej należało prze* chwilę. Następnie mówiłem sobie z POśród tych wszystkich spostrzeżeń:
A więc to to jest kobieta! *
P. Ritz widział dobrze że coś niezwykłego o SiS we mnie. Bezmyślnie wpatrywałem się w ścianę i nic nie mówiłem. ’ Zapytał mię więc do ojcowsku o czem myślę; opowiedziałem mu wszystko po prostu. ~ To bobrze, — odrzekł mi na to, — — to nróhTri, r-af jeStem C°raZ bardz5ei 2 uczynionej rnnrS C, ałem IStotnie uka2^ tu coś więcej niż?e°lirr77artysty’chchłem p°kazać k°b — nie mZ f, °, męŻczyzny> ^ry niewątpliwie e może me myśleć czasem o kobiatach. Mówiłem t°. THh trj\mat?ą Niepokoiła się niezmiernie tą próbą Ryzykowaliśmy wszystko dla wszystkiego. Kto zwycięży, mężczyzna czy artysta? Artysta zwy-“vy* ~, nle w5fpiłem o tem. Mężczyzna uczuł me Al*,!; *, “ 5 f na tCn Widok n’esP°dziany.a kochan« Kł“* myŚ i ^ szcz«śli™ uposażony, chłopcze, 1 rad Jestem niezmiernie że clę widzę pod takiem wrażeniem. -A jednak zdaniem jest powszechnie przyjęte*“, U obyczaje artystów muszą być i s, wolniej sze, niż obyczaje każdej innej klasy ludzi, i że namiętności, występek i rozpusta rozpościerają się w nleh samowładnie, jako na rodzimym gruncie;
W istocie, zdawałoby £się dość prawdopodobnym, że ludzie, oddani przeważnie rzeczom wyobraźni, zwolna uchylają się z pod przesądów, a nawet z pod praw przyjętych pospolicie, i że organizacya tych wyjątkowych ludzi, podniesiona nastrojem umysłowym o całą skalę od zwykłej skali, potrzebuje w przerwach od pracy nadmiernego podniecenia i zadowolić się może tylko nadmiernem użyciem. Jest to nawet, zdaniem niektórych, jeden z nieodzownych warunków geniuszu. Istne salamandry wielcy artyści żyć mogą w czynie jedynie i umierają wchodząc w zwykłą atmosferę, Artyści, ci szczególniej którzy, jak malarze i rzeźbiarze, dla wykonania swej myśli potrzebują bezpośredniego zetknięcia z ciałem, z samej natury prac swoich łatwiej od innych mężczyzn podlegają wpływom tych rozpalających obrazów. A jednak po sobie już widzieć możesz, jak mylnem jest to twierdzenie. Tam, gdzie sztuka, to jest poczucie piękna w samej rzeczy istnieje, potrafi ono zawładnąć tak dobrze sercem, jak wyobraźnią, umysłem jak zmysłami. Harmonia moralna równa się harmonii fizycznej człowieka. Możeż istnieć trwały sojusz występku z geniuszem? Jeżeli dwa te przeciwne żywioły zejdą alę wypadkiem w tej samej osobie, jeden walczy i pokonywa niechybnie drugi. .Zajrzyjmy w prywatne życie tych, co zaBlu gują istotnie na miano artystów, wszysey są ludami zacnymi, wszyscy religijni, niektórzy czystość do świętości posuwają. Prawdziwy geniusz czysty jest, i dzieło jego, w jakąkolwiek formę obleczone, czystem jak on pozostaje. Niemorainość w dziełach sztuki wypływa z podrzędności ich twórcy, który nie mogąc zadowolnić smaku wytrawnych sędziów, odwołuje się do ciekawości i ’zmysłowej żądzy tłumu.
„Artyści jednak, jakkolwiek wielcy, niemniej są ludźmi, i zdoławszy nawet uniknąć występku, namiętności i rozpusty, miłości uniknąć nie zdołają.’ Nauka może dać zapomnieć swym adeptom, — dowodem czego Newton. — nawet o istnieniu kobiet; nie tak wszakże się ma ze sztuką. ’Wyobraźnia w sercu żywi swe korzenie. Gdyby można geniusz artystów poddać chemicznej analizie, znaleziono^.-że się składa z jednej czwartej naiwności i wa-ryactwa obok trzech czwartych miłości. Tylko że ta miłość nabłąkawszy się w przestworzach, na-zwiedzawszy sfer siła, nazaklinawszy bez miary skupia się w końcu na jednym przedmiocie, który w oczach kochanka zdaje się uosabiać wszystkie marzenia. .Nie myślę ci więę zalacać, moje dziecko, byś kochał marmur jedynie, byłoby to daremne Wszystko wskazuje, że będziesz kochał głęboko; jednak staraj się zachować jak można najdłużej dla tej miłości, co, obok pracy, stanie życiem twojem. Dozwól, niech natura rozwija w tobie spokojnie siłę. które] potrzebować będziesz do przyjęcia nieuniknionego przybysza, i może do walki z cierpieniem. Zapewne, zdarzy ci się omylić niekiedy, jak tylu innym i otworzyć serce pasożytom, biorąc je za przyjaciela; ale będziesz kochał, Kogo? to mniejsza
Kochać rzecz gówna,
„Widzisz że cię ^traktuję jak dorosłego młodzieńca. Teraz, jeżeli z priedmiotu twej miłości zdołasz uczynić towarzyszkę życia, jeżeli ta, ktdrą ukochasz, godną będzie zostać żoną twoją, i jeśli potrafisz tworzyć arcydzieła pod opieką upragnionego ogniska rodzinnego, wówczas zaiste rozwiążesz zadanie, wielkości w połączeniu z czystością, piękna z dobrem. Życzę ci tego, bo cię kocham calem sercem. Skorzystałem ze sposobności, by dać ci poznać przedsmak życia, wiedząc że zdolny jesteś pojąć i skorzystać z niego. A teraz, bądź ze mną jak z ojcem i wszystko, czego nie będziesz mógł powierzyć matce, mnie powierzaj śmiało. Mojem doświadczeniem, przyjaźnią i radą gotów jestem służyć ci w każdej chwili, a co do reszty, zajdziesz dalej odemnie, co nie będzie zbyt trudnem, dodał ze smutnym uśmiechem.
Tak przemawiał do mnie p. Ritz. Łatwo osą* dzić, jak dzień ten głęboko wyrył się w pamięci mojej. Opisałem go szczegółowo, odtąd bowiem datuje się osiateczne moje wstąpienie na drogę ar-tyzmy. Zakończyłem go u matki, zupełnie o mnie uspokojonej.
Wróciłem do niej wieczorem krokiem pewnym, gftZ ową do góry. Czułem się człowiekiem dojrzałym, gotowym do szlachetnych wysiłków i, rzec mogę śmiało do uczuć szlachetnych. Chciałbym był niezwłocznie przydać się komu na co, Serce miaiem tak pełne! Kochano mię. Przepowiadano mi sławę, bogactwo tstent a ja miałem zdrowie, odwagę, nadzieję. Wszedłszy do małego pokoiku otworzyłem okno i wzrok zapuściłem w jasne pogodne niebo. Przez godzinę może płakałem, sam nie wiedząc o tem, następnie zasnąłem jak dziecko.
Od tego czasu p. Ritz i jego przyjaciele poczęli mię traktować prawie jak równego. Najsławniejsi artyści zajmowali się mną i przypuścili do ścisłych z sobą stosunków. Tym sposobem nie bra, sło mi zachęty. Powoli wtajemniczałem się w życie dziatwy Restauracyi, pełnej zapału, wrzaw-liwej, gorącej, z którą potomność będzie musiała odnowić rachunki wielu z nich bowiem bezimiennie padło w zamieszaniu, zkąd przyszłość dopiero zbierze ich kości i przechowa imiona. Młódź dzielna, zaprawdę, przesadna może, ale szczera w błędach i nadużyciach nawet.
Niebawem mogłem osądzić, ile słuszności rmeściło się w słowach p. Ritz’a Pomiędzy ludźmi mężczyźni owej epoki, których czas przyznał za takich, ani jeden nie potfzebowałby kryć się ze sweiri życiem. Nie szukaj więc pan, panie — adwokacie, dla zmnisjszenia mojej winy, okoliczności łagodzących ani w złych przykładach jakie mieć mog łem przed oczyma, ani w święcie wyjątkowym, do którego należałem. Nie daj pan również przeciw nikowi użyć tejże teoryi jako broni przeciwko mme Nie przyjmuję jej ani na korzyśĆ; ani na niekorzyść moją. Bo też nie dawałem ani nie odbierałem nigdy złych przykładów,
Co się tycze indywiduów zużyfych, zepsutych, rozpróżniaczonych, które podszywają się pod miano artystów, bo to do niczego nie zobowiązuje i wszystko tłómaczy w oczach wielu, im to zawdzięczamy ogólne przekonanie. Takich niejednokrotnie spotykałem, włóczączych się rano po pr* cowniech, wieczorem po fajczarniach, w nocy wszędzie. Są oni zawsze w przededniu stworzenia arcydzieła, i przekrzyczawszy na wyścigi życie przeciwko wszystkiemu, co z łatwością ich przewyższa nikną, nie zostawiwszy na świecie innego przejścia nad dym fajczany. Tacy ludzie nie więcej są artystami, jak bankruci przedstawicielami handlu, lub dezerterzy żołnierzami. Wszystkie klasy społeczne mają swoje szumowiny; oni są naszemi.
Odczytałem właśnie część pierwszą tego pamiętnika, albo raczej tych pamiętników, bo trudno inne dać miano tej obszernej opowieści. Ile tu rozwlekłości! ile zboczeń, ile niepotrzebnych szczegółów! ile wykrętów nakoniec przed przystąpieniem do rzeczy! Oczewiście truchleję! Trzeba się jednak odważyć. Dalej zbierzmy siły, i starajmy się zapomnieć że to o mnie mowa.
XXIII.
P. Ritz przyjmował u siebie raz’ w tydzień. Z ro* dzaju talentu i z licznych stosunków należąc tak do artystów jak również do arystokracji, obutym klasom, otworzył salony, w poniedziałek zaś zapustny wy dawał bal kostiumowy, na który chciwie wyglądano zaproszenia. Właśnie na jednym z tych balów, ostatnim jaki wydawał, panna Ritz spotkawszy hrabiego Niedersfelda, młodego i bogatego szwedzkiego magnata, zajmującego wybitne stanowisko przy poselstwie, w kilka miesięcy później poślubiła go.
Na tym samym balu, Konstanty, wychowaniec szkoły St, Cyr już od roku, wystąpił w ekscentrycznym kostiumie, spopularyzowanym pr^ez Gawarnió-go. Pojawił się tylko na chwilę. Około godziny drugiej znalazł sposób wymknięcia się i zakończenia nocy w tealrze Variete gdzie pod osłoną balów maskowych odbywały się słynne bachanahe owego czasu. Nazajutrz chodził w postawie niedbałej i z miną rozczarowaną, jakby wywołując pytania. Co spostrzegłszy, począłem go też wypytywać.
— Otóż mój kochany, — — rzekł do mnia, — myślałem, że kobieta będiie coś innego 1 opowiedział mi pierwszą swą miłość, zrodzoną o drugiej w nocy, zgasłą o ósmej rano, której strój pamiętał, lecz nie znał Imienia.
Pomiędzy damami jakie miałem zaszczyt pu» znać na tym balu, była jedna, którą jak się zdawało, powzięła ku mnie niezmierną sympatyę. Pani Lesperon, istota liryczna, bas bleu jednem słowem, z pozoru warjatka, dobra w gruncie, i pisząca wiersze niezgorsze, nielepsze od tych, jekie naówcza9 pisano, w romantycznej formie Lamartln’ea, Hugo’ne i Musset’e,
Nowa ta szkoła wydała w ciągu lat kilku poetów, po których nic dziś nie zostało, ba! nawet śmieszności, naturalnego następstwa zagadkowej 4eh sławy. Wszyscy ci poeci byli natchnionymi; każdy miał jakąś boleńć tajemną, miłość niewyznaną. Nie było jednego, któryby pod zieloną darniną w cieniu miejskiego cmentarza, nie miał ukrytego grobu po jakiej nie«nanej Elwirze, gdzie szedł płakać rzucając skargi niebu, złorzeczenia Bogu, lub tworząc hymny na cześć stworzenia. Dzwony, kościoły* gwiazdy, topole, księżyce, cienie, trupy, westchnienia, były na porządku dziennym, rozchodziło się tego bez miary.
Potrzeba było jakiegoś ujścia takiej niewstrze-mięźliwości poetyckiej, to też patos ten, w ktirem było po trosze, Byrona, Voltaira, Goetego, Rosnar-da, Chateaubrianda, a brakło chyba tylko Moliera, dla unieśmiertelnienia jego śmiesznej strony mial również swój hofel Rambouillet z podrzędnemi. Zimą, co wieczór, od dziewiątej do dwunastej, zbierano się w pewnych salonikach literackich, ubożuchnych satelitach świetnej gw^dy Recamier, i tam, poeta już męzki już żeński, wsparty o kominek, z twarzą bladą, przewróconemi oczyma, z włosami w nieładzie, już to łkaniem przesiąkłym, już dźwięcznym, i tętniącym naks/tałt gromu, ciskał do koła, na religijnie skupione i rozczochrane głowy sędziwych Safo i młodocianych Korynn swą potężną i wielką poezyę. Następowały okrzyki, łzy uniesienia. Ściskano sobie dłonie, całowano się; — potem wypija no dużą szklankę ocukrzonej wody i rozchodzono się do domów.
Pani Lespćron była właśnio posiadaczką jednego z tych sławnych salonów. Była mocno przekonaną, że walczy o lepsze ze świątnicą. w które} autor Renźgo, z czołem nachmurzonem, spojrzeniem wieszczem, z laurowym wieńcem na skroni, i Pamiętnikami w ręku. otoczony dymem kadzideł, które u nóg jego paliła jaka niedobrowolna westal-ka, z pewną niecierpliwością oczekiwał, rychło świat się zawali, by w gruzach jego znaleść grób godny siebie.
Pani Lesperon przyjmowana była u p, Ritz a; ten nawzajem bywał u niej raz do roku. Spożywał elegią, połykał szklankę ocukrzonej wody, i wracał do domu, śmiejąc się z tego uczciwego i śmiesznego światka. Jednakże p. Lespćron, głowa wydziału w jakiemś ministeryum, najpoczciwszy człowiek pod słońcem, uprosił żonę aby przynajmniej nie pod własnem nazwiskiem ogłaszała swoje Skargi i Nadzieje. P. Lesperon należał raczej do szkoły Desangiersa niż do szkoły Byrona Lubił dobre jedzenie, i od czasu do czasu zbierał u siebie kolegów z żonami, z córkami, i wyprawiał im małą wieczorynką. Wieczerzano wesoło, a poeci i muzy, porwani ogólnym przykładem, brali udział w ochocie i bawili się jak prości śmiertelnicy.
W ciągu tej zimy, która taki wpływ na tyle!osów wywrzeć miała pani Lesperon wyaala row nleż. w samo środopoście, bal kostiumowy, na który i mnie zaproszono.
O samej jedenastej wieczorem, ujrzeliśmy wchodzącą, w dość dobrze granej roli królowej. którą reprezentowała, darząc królewskim skinieniem zebranych, kobietę od czterdziestu do czterdziestu pięciu lat wieku, przybraną w kostium Maryi Medy* cejskiej, taki jak go Rubens przedstawił na obrazie koronacyjnym. Włosy popielate, ciało pulchne i miękkie królowej, utuczonej na przepiórkach i łakociach, zęby równe, szyja pełna, trochę za krótka, ręce tłuste, białe dłonie delikatne, taką była ta kobieta. Kiedyś musiała to być piękność wyjątkowa, gdy i teraz jeszcze była uderzająco piękną — przy oświetleniu wieczornem, mianowicie dla owych epikurejczyków, którzy nie dają zmarnieć żadnym pomętom natury, i którzy, po lecie minionem, zamiast ubolewać nad jego stratą aż do przyszłej wiosny, wolą się rozkoszować w października za“ późnionym promieniem słońca ślizgającym się wśród pożóklych liści.
— Kobiety takie, mawiał pewien staruszek należący do domowników, — to coś, niby mała Pro-wancya w Tuileryach: zawsze się tam ogrzać można o pewnej godzinie.
Nieszczęściem dla niej, Maryi Medicls iowarzy szył pazik, niosący ogon sukni,
Paziem było dziecko trz^nasto czy czternasto letnie, własna jej córka, ubrana w aksamit i atlas czarny, z włosami z płynnego złotapod czarnym
Sprawa Clemenceau 113 toczkiem. Jeielt matka była pędzla Rubensa, dziecię było pędzla Van Dyck’a. Zkąd wezmę porównania nie aiehy wam odmalować, lacz by dać wam port czuć, dać wam odetchftąć niepochwytnem stwoonkiim
Przypuśćcie, te róla przeradza się w owoc, kolorem, kształtem i smakiem dorównywając barwie zarysom i woni które nas zawsze czarują w kwie-eie, mimo że tak go spospolitowano; dopatrzcie chwili, w któi-sj k*’at się w owoc zmienia, przejrzysty, acz tęieiąsy, gdy woń jeszcze upaja a smak już nęci, a doznacie może w setnej części dziwne go wrażenia, jakie na wszystkich a szczególnie) na mnie wywarło to seraficzne zjawisko.
Dla mnie nie była ona dziewczęciem, nie była kobietą była kobiecością-. Synnbolem, po?młtem* abstrakcyą, zagadką wieczystą, która była, jest i oę* dzie przyczyną chwiejności spotykania się. upadków w wiekach przeszłych, |terażniejszych i przyszłych wszelkich potęg, filozofij, religij ludzkości. Cała dusza poszła mi do oczu. Poraź pierwszy w tyciu jasno zdawałem sobie sprawę z tego, co dotąd nie-pojętnem była dla mnie. Historyczne typy kobiet, wstrząsających państwami w skutek namiętności rozpalonej w sercach mężczyzn; poetyczne postacie kobiece w utworach wielkich wies.zczów, wprawiające w zachwyt całe narody, których epiczne istnienie dotąd podziwiałem, ożywiły się nagle i odziały w ciało. Nic nie zdawało mi się prostszem jak świat przewrócić za szcz^ście n poiiadmia jednej z tych dziwnych istot, i z rąk jej przyjąć równie bohater siwo jak nikczemność, genialność juk upodlenie. Ewa, Pandora. Magdalena, Kleopatra, Frynć, Desde-mona, i ianon, Lescaut, Emma, Lyonna, przesuwały się przedemną szepcząc: „Czy teraz rozumiesz?’1 i odszepnąłem: „ Tak, tera’z rozumiem. “
Królowa ze swym paziem ob;sz!i salon w około; pozdrawiając wszystkich: ta, lekkiem skinieniem głowy, ten, uśmieszkiem karminowym, podniesionym w kącikach ustek. Inni zaproszeni równie uroczyście stosowdi się do tej komedyi, skłaniając się prawie do ziemi, jak podani i lenni wessalle. Udało mi się umieścić w pierwszym rzędzie dworzan, i oczami pożerałem grupę, a raczej to dziecko, gdyż matka nie zajmowała mię już teraz.
Żywiłem już nawet dla niej niewiem jakie iU-czucie urazy. Czułem gniew za to profanowanie publiczne w stroju, nieskromniejszym tysiąc razy od najprzejrzystrzej i najbardziej wydekoltowanej sukienki, nawpół rozwiniętych wdzięków córki Obiedwie musnęły mię lekko, nie wiedząc, ma się rozumieć Nie domyślały się. że od tej chwili wiążę się z ich losem, ani nie przeczuwały z jak dziwnem posłannictwem wchodzą do mojego. Co do mnie wszakże coś ostrzedz mię musiało, wstrząsłem się bowiem jakby za dotknięciem iskry elektrycznej, gdy pazik przelotn.em spojrzeniem dziękował nam za hołd złożony, pamiętam dobrze. Rozsunęły się ściany sslo-nu, doznałem olśnienia i przez jedno mgnienie widziałem przyszłość oko w oko lance znów się rozpoczęły. Paź tańczył z krri-
Iową. Ho skończonym kadrylu, nieprzepartem poru* szeniem zbliżyłem się do dziewczynki i zaprosiłem |ą do następnego kadryla. Potrzebowałem koniecznie by drobne stworzenie należało do mnie bodsj troszeczkę bodaj przez chwilę.
— Ależ, panie, — odpowiedziała śmiejąc się, mężczyźni nie tańczą z sobą.
I odwróciwszy się odemnie poszła z kolei zaprosić jakąś panienkę! Nietylko więc przybrała strrfj młodego chłopca, ale postanowiła nadto w zupełności odgrywać jego rolę. To mię ucieszyło. Nie tańczy wprawdzie ze mną, ale też dotyka samych rąk kobiecych.
Nie spuszczałem już jej z oczu; tak samo jak wszyscy. Dziecko fo stało się urokiem balu. Matka usiadłszy gdzieś ka stronie, rozprawiała, sapała i wachlowała się hałaśliwie. Po długim w patry* waniu się, zdawało mi się dostrzegać jakieś przy* kre rysy, na tej zrazu sympatycznej twarzy. Oko miała suche i zimne, pozbawione błysku, tak poszukiwanego przez malarzy, co jednocześnie pro mieniem i rosą, rozjaśnia i wilgoci spojrzenie. Wargi były wązkie, i tłukły niby młotkiem podwójnym, przepuszczane wyrazy. Głos, dusza wylana na zewnątrz i stężała w dźwięki, to najszczytniejsze i najżywotniejsze upostaciowanie istoty myślącej, można się bowiem pogodzić niekiedy z brakiem wzroku, nigdy przecież z brakiem słuchu, głos dzwięczał metalicznie, naśladując, w ogólnym gwn rze, ostry brżęk blachy kutej pośród wrzawiiwego hałasu wioski.
Czyżby stracone mienie, zawiść, wiek o nie zatartych śladach, mąciły w ten sposób zewnętrzną harmonię tej kobtety? Wszystko potrosze wpływać musiało, i żółć stała się zapewne z biegiem czasu jednym z głównych czynników w tem ciele mięk* kiem, żółtem i rozlanem. W rozmowie jej, a raczej monologu, rozprawiała bowiem bez przerwy, niby maszynka nakręcona na czas pewien, wyrazy „moja córka“ — „moja druga córka“ — „jej ojciec“, — „moja córka“ — „mąź mojej drugiej córki*, powtarzały się kolejno, nakształt ritournelli.
Kilka pań podeszłych, gotowych przepędzić noc fę jako tako, zanim bawiące się dzieci zgodzą się na opuszczenie balu, słuchały jej niby i nie-znacznem skinieniem głowy potwierdzały od czasu do czasu
Tymczasem pazik tańcował, a ów wierszyk z Widm, kursujący naówczas powszechnie:
Zbytnio lubiła taniec i to ją zgubiło, mógłby był posłużyć za przestrogę dla tej matki, tak bardzo pyszniącej się córką. W rzeczy samej, dziecko rzucało się w wir tańca z takiem upojeniem, tak bez pamięci szalało, że chwilami zmuszoną była wybiegać do małego próżnego gabinecl-ku, odetchnąć mniej dusznem powietrzem. Tam przyciskała pierś rączką, główkę w tył przechylała, niby makolągwa wypijająca kropelkę rosy, i zdawała się stukać w górze tchu, którego; jej braknąć po <;zynało. Frrygltjilałem jej ssię niepost rzężony. Każdy ruch jej był wdziękiem, każda poza obrazem. To też t upodobaniem widziała każde swe poruszenie powtórzone przez wszystkie zwierciadła, odbijające ją do koła. Niebawem wszakże usiadła, tak bardzo potrzebowała spoczynku iście dziecięcego; I dobywając z za pesa malutką chusteczkę, zahaftowaną woniejącą, poczęła nią twarz sobie chłodzić, istny Mignon z czasów Henryka 111; potem, poczęła się rozglądać naokoło kiwając główką w takt muzyki, nie mogąc ciałem, myślą tańczyła jeszcze. Kiwała coraz wolniej i wolniej, usteczka pozostały wpól-©twarte, oczy się zamgliły, główka schyiiła się na poduszkęi oddech stał się równy, nóżki się wyciągnęły, ręka upuściła chusteczkę, po.vieki się zawarły, i dziecię usnęło
Stałem we drzwiach gabineciku, zasłaniając wejście, Rozkoszny widok pragnąłbym był zachować dla siebie jednego, tem bardziej, że od kilku minut zdawało mi się jakoby drobniutka twarzyczka była mi juź gdzieś znaną? A jednak niewidziałem jej nigdy byłem pewien, byłaby mię bowiem tak samo zachwyciła wówczas, jak dziś zachwycała; ale niewątpliwie była bardzo podobną do kogoś dobrze mi znajomego! Do kogo? Rzecz dziwna, jak tylko ta postać wyganiała się przed oczyma mej pamięci, widziałem ją również w ubraniu chłopca, ale chłopca prawdziwego, którego imię drżało mi, jak mówią, na końcu języka, a jednak go pochwycić nie mogłem. Zdawała się drwić sobie ze mnie: „Jakto nie poznajesz mię? — szeptała, Znasz mię jak siebie samegoj przypatrz mi się dobrze, patrz jak jesteśmy podobni! Nie można już być podobnie|-3zymi, 1 rozpływała się w przeciwległej ścianie, niby fantastyczne widmo
Byłbym niewątpliwie przeczekał noc całą, ale Iza (takie było imię dziewczęcia, spieszczenie Izabelli), ale Iza nie mogła niespostrzeżenie zniknąć na dłużej z sali tańców Kilka młodych panien pośpieszyło j-jj s:i’; ać( skinien|kaziem ałem im że spała, Postanowiono nie przerywać jej sn.u błogiego, który w końcu wszyscy zbiegli się podziwiać, jak już od dwóch godzin podziwiali wszystko co czyniła. Tańce ustały, muzyka zamilkła.
— Czemu jej nie naszkicujesz? — powiedział mi nagle pan Ritz.
Byłbym go uśćiskał w obec wszystkich, że tak dobrze myśl moją odgadł.
Pośpieszyłem oo atrament, piórka i duży arkusz papieru. Atrament tylko mógł oddać właściwie wypukłe cienie tej prześlicznej massy. Jedna z panienek usiadła do fortepianu i poczęła grać Koły sankę Szopena: do której nuciła półgosem, Jedni przypatrywali się, drudzy słuchali, a wszyscy zachowywali jak najciszej. Oddech dziewczątka począł iść w końcu za rytmem muzyki słumionej, zwolna przenikającej powietrze i owładającej wszystkich wrażeniem podobnem chyba do tego jakie następuje po rzymskiej kąpieli, kiedy zmysły napływają się w ogólnem osłabieniu, kiedy ciało rozkosznie omdlałe jednej tylko rzeczy pożąda — spoczynku, a dusza czując wszystkie więzy swe zwolnione, wzlatują dokąd się tylko podoba lecz zawsze w błękity, w kraj marzeń
Kilkanaście osób skąpionych po za mną dodawało skrzydeł rece mej, szybkiej teraz jak myśl, licz-nemi: „Brawo! tak, dobrze! ależ doskonele!“ na które odpowiadano stłumionem; „Pst! Cicho!*’ by piękna uSpiona nie zbudziła się zawsześnie.
Tymczasem dnieć poczęło na dobrze, i blade światło poranku, kióre aczkolwiek mdlę b»i-dzo, ćmiewa nie mniej wszelkie sztuczne oświetlenie, wkradło się przez szczelinę w firance, kfdrą jeden z gośći, ciekawy jaki efekt sprawi, rozsunął całkowicie, a inny, na znak jego, pogasił świece. Spłoszone w ten sposób kobiety uciekły z pełnemi przerażenia och! i ach! jak gdyby nagle odzież z nich spadła.
Dziewczynka tymczasem rozbudzona <em matem zamieszaniem, otworzyła oczy, spojrzała gdzie jest, zebrała rozpierzchłe myśli, uśmiechnęła się i stanęła równemi nogami, nie dbając o ten dzień hałaśliwy, co wszystkim innym twarzom nadawał barwę grobową, a całował tylko wesoło jej kwitnącą cerę. Objął, owionął ją całą, jak pieszczota, a ona niespostrzegła nawet tego tryumfu delikatnej swej piękności.
Zrozumiała tylko, że we śnie była bohaterką czegoś. Podeszła więc do mnie dla zobaczenie co mogłem tak rysować wśród balu. Poznawszy siebie, zdawała się zachwyconą.
— Czy to dla mnie? — zapytała.
I z dziecinną niecierpliwością wyciągnęła po portrecik rękę.
— Bezwątpienia, to dla pani; ale trzeba wprzód, by ten azklc wysechł. Wyschnie niezadługo. Oprawią go za szkło, i jeśli szanowna mama pani pozwolić raczy, sam go jej odniosę.
— Dziś jeszcze?
— Dziś.
M&tfca i turfea zamieniły i s«bq spojrsteni* t«>-chę niespokojne,
— Uprzedzam pana, że mamy bardzo niecąc-bliwe mieszkanie, — rzekła matka czerwieniąc się pod warstwą różu, który teraz przy dziennem świetle nadawał jaj twarzy pozór istnej maski,
— — Mieszkanie mało dla mnie znaczy. Jeżeli jednak panie wolą bym im odesłał rysunek?
— Nie, przyjdź pan sam, — rzekła mała.
Poczęto się rozchodzić. Ja poszedłem za obiema paniami. Serce mi się ścisnęło, gdym po dniu, na dworze patrzył na ich kostiumy z dobrze wytartego welwetu.
Zanim wsiadły do dorożki, którą dla nich sprowadzono, matka owinęła się tartanem w szare i czerwone krały, gdy tymczasem córka zarzucała na ramiona płaszczyk z czarnego merynosu, z po za fularowej podszewki którego, powydzieranej po szwach, wisiała wata. Na rozkaz matki zdjęła swój toczek, oddała jej, głowę zaś okręciła szalikiem z niebieskiej włóczki, wyciągniętej z kieszeni płaszczyka. Marya Medicis wdziała na nogi kalosze, a podgiąwszy wysoko ogoniastą suknię, ukazała nogi grube, niemniej grube pończochy i trzewiki atłasowe mocno achodzona. Popchnęła ^córkę do powozu* mówiąc*
— Siadajże prędko! A petrt, żebyś się nie przyziębiła.
Sama wsiadła za dzieckiem, przy pomocy aż dwdch osób, m
Pomimo królewskiej dostojności, znać było z jej oczów że radaby była niezmiernie, jeśliby kto zechciał je odprowadzić i zapłacić dorożkę. Umierałem z chęci ofiarowania się z tą przysługą; lecz zabrakło ml odwagi.
Kilku gapiów, którzy zamiast iś<£ do szkoły stali z nosami zaczerwienionemu trzęsąc się z zimna, obdarzyli królową matkę dosadną apostrofą, właściwością tradycyjną karnawału paryzkiego, Woźnica w orzechowym płaszczu o potrójnej pelerynie, z uszami ukrytemi w czapce flanelowe) czekoladowego koloru, w kapeluszu na bakier, z grube mi, niezgrabnemi rękami w zielonych włóczkowych rękawicach z czerwonawym szlakiem, zamierzył się na nich biczem, który jednak spuścił na konie. Dzieci rozbiegły się śmiejąc; pazik wysunął główkę z poza drzwiczek i rzekł;
— Niezapomnij pan mego portretu.
Matka zawołała;
— Szkolna Nr, 78 1 zabawny ekwipaż ruszył, unosząc obydwie kobiety, i aczkolwiek nie domyślałem się teg’o z niemi całe moje życie.
XXV.
Wróciłem z balu tak samo, Jakem byi nart poszedł, z Konstantym. Bez ustanku mówiłem mu tylko o Izie, i dziwiłem się mocno, że nie byj równie jak ja zaślepiony; ale on lekceważył ją sobie widocznie.
— To dzieciak, — powiadał — Czy nie myślisz czasem w tem dzieciątku?
— Nie mogę się zakochać w trzynastoletniej dziewczynce, ale zachwycam się nią prawdziwie. Jest to najśliczniejsza istotka jaką tylko wymarzyć sobie można.
— Wiesz, jakie wrażenie ona na mnie sprawia? — mówił Konstanty, a uwaga jego była nader trafna. — Wrażenie figurki z chińskiej porcelany bałbym się zawsze by się nie stłukła. 1 dorzucił ze śmiechem:
— Nie jest to utwór podniosły jakby powiedział mój ojciec. To zabaweczka. “ Ale, ale, wiesz do kogo ona podobna? — — rzekł nagle.
— A więc i ty snajdujesz* że, podobna do
KogeŚ?
— Tak i to uderzająco.
— Mówże mi prędko do kogo. Od dwóch go dzin przeszło łamię, robie głowę i nie mogę przy pomnieć do kogo podobna.
— Do jednego z naszych kolegów, któregoś poczęstował takim pysznym kułakiem.
— Minatil to prawda! — zawołałem. ~~ Minatt! tak, Minati! i dziwię >ię jak mogłem nie poznać od razu.
— Przyznam ci się, że jeśli i moralnie tak samo podobna do niego Jjak fizycznie, no! — toć to będzie osobliwsza panna. A matka! och! matka! co za figura! To mi ziółko, co musiało mieć sporo awanturek!
Zmieniłem rozmowę. Ta kobieta i to dziecko nie były niczem dla mnie; a jednak nie chciałem już by o nich źle mówiono.
Nie kładłem się wcale i wykończając.’przy dziennem świetle nocny mój rysunek oczekiwałem niecierpliwie chwili pójścia na Szkolną! jCzas zdawał się uparcie stać na miejscu.
Wszelako byłoby mi bardzo trudno określić uczućie jakie mną powodowało, gdym czuł nieprzepartą potrzebę ujrzenia znów tej uwielbianej Izy. Zakochany! Nie byłem nim przecież, niewątpliwie. Nie mogłem być zakochanym w dziewczynce, którą zobaczyć może miałem w krótkiej sukni, w trzewikach smarowanych, w stroju pensyonarskim. Nie, Niedojrzała ta istota mogła wieść mię na drogą mi* łości, ale miłością natchnąć Łmię nie Zmogła, By natchnąć — nią kogoś, trzeba módz ją samemu odczuwać. m
Zresztą, nie umiałem nic czynić w połowie. Albo pozostawałem obojętnym na wszystko, i chwilami świat mógłby się rozpaść koło mnie, a nie odwróciłbym głowy, albo znów bez pamięci oddawałem się wrażeniom, Jakkolwiek mało znaczącym, zdaniem postronnych, £ pogrążałem się w nich całkowicie, Natura we wszystklem krańcowa, i która nigdy nie dała mi brać życia z łatwiejszej str°ny, natura wreszcie wysoce nerwowa, która rządzi, roz-namiętnia, unosi, wyniszcza tego, komu się dostała, a kto nigdy powściągnąć jej nie zdoła. Wypadki, przykrości, dociekania dziecięcych lat moich rozwinęły tylko bardziej to usposobienie wyjątkowe które spowodowało wszystkie błędy, ale i wszystkie radości, i całe szczęście mojego życia.
Doznawałem więc tego iście chorobliwego niepokoju, co to jest niby ostrzeżeniem losu. Czułem się wleczonym na Szkolną przez jedno z owych pokrewieństw trafu, które Goethe odkrył i opisał tak rozwlekle, ale które są„niezaprzeczone. Spieszyłem, spieszyłem niepokonanie; do czego? — do zobaczenia się z dzieckiem, którego nie znałem wczoraj, które odjeżdżało za dni kilka, którego prawdopodobnie nie miałem spotkać nigdy więcej, a z którem jednak nie zobaczyć się zaraz, nie zobaczyć się natychmiast; nie w mojej było mocy.
W pośpiechu ominąłem wszelkie konwe nensfc, i o południu tuż wstępowałem w bramę domu Izy, tak mizernej powierzchowności, iż każdy inny prócz mnie byłby się mocnę
Aleksander Dumas (Syn) m
Sprawa Cleniem
Pamiętnik obwinionego
ROMANS Tom 11.
WARSZAWA 192 7.
NAKŁAD D R W K A R N 1 E. M. K. A. Tłomaekie Mr. 4,
Dom był, a i dotąd Jest zapewne, wązki i długi, o dwóch oknach frontowych na każdem piętrzą, opatrzonych rozchwianemi żaluzyami i maleńkiemi zielonawemi szybkami, ktdre przy bladem słońcu lutowem błyszczały nakształt cynowych blaszek.
Komóreczkę odźwiernego, odznaczoną napisem Stróż, wielkiemi literami namalowanemi na pochyłym murze pod schodami, zaledwie po omacku wynaleźć było można, i to z niebezpieczeństwem rozbicia sobie głowy o wydatne okienko, za ktdrem wegetowała jakaś ludzka istota, mężczyzna czy kobieta, co się dawało poznać tylko po rodzaju ubrania, i która na zapytania o lokatorów odpowiadała głosem głuchym, nie ruszając się z miejsca. — „Na pierwszem, na drugiem, na trzeciem.“
Na trzeciem, — powiedział mi ten głos.
Wszedłem na schody, zmuszony, pomimo całej zręczności dwudziestoletnich nóg moich, trzymać się żelaznej poręczy, kręconej od dołu do góry nakształt korkociągu w butelce Im wyżej tem ciemność stawała się gęstszą. Dom ten, to studnia przewrócona dnem do góry. Światło wpadało w nią od dołu.
Dostawszy się na trzecie piętro zmuszony był wysunąć przed siebie obie ręce, by się jako tako orientować, i dosłownie natknąłem się na drzwi, do których potrzebowałem zadzwonić Odetchnąwszy nieco, acz z trudnośr.ią wynalazłem dzwonek, który kilkakrotnie pociągnąć musiałem, nim się ozwał wreszcie.
— Kto tam? — zapytał z po za drzwi znany głosik pazia, który niby rozbiegł się po schodach. To ja, Piotr Clemenceau, — odpowiedzią* łem, — przynoszę pani rysunek.
— Ah! kiedyż bo ja jestem sama i zaczynam się właśnie ubierać; zresztą, ^niech pan troszkę ^ l usłyszałem suwanie małych pantofelków, klapiących z lekka po podłodze, odedrzwi w głąb pokoju. ‘
Czekałem kilka minut, aż drzwi otworzyły się, dając przejście do ciemnego przedpokoju. Zrazu ujrzałem tylko ciemną postać dziewczęcia, rysującą się na jaśniejszem tle okna pierwszego pokoju. Tym sposobem sylwetka jej ukazywała mi się oko-jona rąbkiem świetlanym; w okół tej małej główki rysy której zacierały się w cieniu, promieniała aue-rola, jak u posągów bizantyjskich, którą tworzyły prześliczne jej włosy rozrzucone w śnie i kędzierzawiące się na przeciw światła, niby puszysty krzak złota:,
— Mama wyszła, — przemówiła Iza; wejdź pan jednak proszę. Nie spodziewaliśmy się go tak wcześnie.
— Można już wychodzić jednak o tej porze — odrzekłem, — kiedy mama pani już wyszła.
— Oh! ale mama wyszła za interesami. Chodź pan do salonu.
Pokój, który uczciła nazwaniem salonu, wychodził na biczownik, na rzekę, Samarytanką, Instytut, na mosty i na cały ten szereg pomników, które w różnych porach dnia tak odmiennemi stroją się barwami. Zrozumiałem, że pogodzono się z tem czarnem, brudnem domostwem dla pysznego widoku, towarzysza cichej pracy już ponurego, już wesołego, lecz poetycznego zawsze, zawsze gotowego powiernika bólów, trosk i mar*eń tych wszystkich których mierność stopy przykuwa do ziemi, a myśl których tem bardziej potrzebuje przestworu. Strop niebieski musiał być chyba mocno w tem miejscu, przetarty przez tyle spojrzeń młodzieńczych wlepią-cych się w niego, żądnem pragnieniem o rozwiązanie przyszłości pytając: te to bowiem okolice Paryża widziały, widzą i widzieć będą powstawanie i rozwój owych pokoleń pełnych wytrwałości praco witej, które krwią swoją czystą, czystą, czerwoną, odżywiają co lat kilkanaście intelektualne siły Francyi,
Wszedłem do salonu, wyklejonego popielatem obiciem w jaśniejsze kwiaty, miejscami podartem, miejscami poplamionem, i którego główną ścianę pokrywał duży portret bez ram. ni zły nT dobry przedstawiający oficera w Cudzoziemskim stroju, z wielkiemi wąsami i mnóstwem krzyżów, zawieszo ny nad fortepianem, zarzucony stosami nut w nieładzie, Stół mahoniowy kanapa żółtym wełnianym adamaszkiem kryta, fotel Volterowski wybity Utrechtem pąsowym, trzy krzesełka, poręcze których moc“ no nadwerężonemi się zdawały, stolik do roboty stojący przy oknie, na którym motki jedwabiu i stalowe perełki rozsypane w dawnem pudełku od cukierków, dywanik, deseń którego z biegiem czasu stał się zagadkowym, porzucony przed kominkiem, zdobnym alabastrowym zegarem i dwoma srebrzo-nem. lichtarzami z epoki Ludwika XVI, przeglądają-cemi się w odrapanem zwierciadle takiem było włączając w to małe firaneczki o fałdach wypłowiałych od słońca i wilgoci, cale umeblowanie tego pokoju. Na każdym niemal z tych sprzętów zwieszały się różne części czarnego kostiumu, zrzuconego na prędce przez dziewczę zmęczone; w pośrodku zaś całej tej starzyzny, bezładu, tego kurzu, Iza, to znaczy młodość, wdzięki, wiosna, życie.
Stała owinięta długim płaszczem z białego kaszmiru, z łąbędzim puszkiem na szyi, który lewą ręką trzymała założony na piersiach, prawą zaś unosiła długie jego poły, by się w nic nie zaplątać nogami. Łatwo było widzieć, że pod tym płaszczem nie miała nic prócz koszuli i spódniczko wysuwającej się chwilami, pomimo starania z jakiem młoda dziewczyną usiłowała ją schować. Sztuka okazałaby się bezsilną, gdyby szło o oddanie delikal* nych i falistych poruszeń tego ciała, gibkość którego odbijała się; że tak powiem, na miękkiej i przylegającej materyi tego dziwacznego ubrania, zrobionego widocznie na większą od niej osobę.
Iza dochodziła właśnie wieki^, w kfćrym wstyd’ liwość walczyć poczyna z dotychczasową niewinnością, chociaż niewinność przemaga jeszcze z przyzwyczajenia. Ciekawość też widzenia własnego portretu oprawionego za szkło, kazała jej chwilami zapominać o ostrożnościach, koniecznych przy takim stroju. Wyjmując tedy rysunek z osłaniającego go papieru, mimowoli prawie dostrzegłem nieeo jej drobniutkich ramion i nierozwiniętej leszcze piersi. Szarpnąwszy się nagle dla podciągnięcia spódniczki, zgubiła pantofelek, w który maleńka jej bosa ndżka wsunęła się czemprędzej jak ptaszek do gniazdka. Znudzona nareszcie całym tym niepotrzebnym kłopotem, schwyciła z krzesełka jakiś, tiulowy szalik opasała się nim, związała na węzeł, i przestała zajmować się sobą.
Pokaż pan! Pokaż pan! — wołała zbliżając się do okna.
I przypatrzywszy się portretowi.
Jakież to śliczne! ale jaka szkoda żem: spała, nie widać moich oczu!
I jednocześnie podniosła na mnie wielkie niebieskie oczy, ocienione długą rzęsą wygiętą. Oczy Andrzeja Minati!
Zrobimy inny, — odpowiedziałem, — dwa inne, dziesięć innych, ile pani zechce.
Ale kiedy?
— Kiedy się pani podoba, choćfoy zaraz.
— O! nie tułaj, tu lak niedobrze pójdziem do pańskiej pracowni.
— W takim.razie, zrobię jeszcze biust pani.
— Doprawdy?
— Doprawdy.
— Ale bo my jadziemy wkrótce, za tydzień.
— To aż nadto dosyć czasu.
— Iz czego pan go zrobisz?
— Z palonej gliny.
— Jak to się robi?
Wytłumaczyłem jej pokrótce.
— I pan mi go przyszlesz?
— Przyszlę.
— Do Polski?
— Do Polski.
— Potłucze się w drodze.
— Nie; albo też mógłbym go zachować do, powrotu pani,
— Ja tu już nigdy nie wrócę.
— Nigdy?
— Nigdy; wyjdę tam za mąż.
— Pani już myśli o zamążpójściu?
— To mama tak mówi; ja nie wiem. Gdybyś pan mógł do biustu dodać moje ręce, zdaje się że są bardzo ładne.
I pokazywała mi naiwnie swoje rączki, które w istocie cudowne były. Pulchne, malutkie, wązkie, 0 różowych paznokciach o paluszkach wyginanych 1 ze stawami wychylającemi się tak dobrze do środka jak na zewnątrz; rączki mięciuchne, białości których najostrzejszy chłód skazić nie zdoła, a których strzedz się należy bardziej niż szponów tygrysa. Może to włalftie w tym rodzaju^rąk natura umieściła najjaśniejszą wskazówkę upodobań, charakteru i namiętności kobiety.
— Jakież bielutkie! — zauważyłem. — To rzadko w pani wieku.
— Sypiam w rękawiczkach. O! mama bardzo dba o moje ręce mówi, że to jedna z najważniejszych ponęt kobiety i noga także,
I nagłym ruchem chciała pokazać mi nogę! zatrzymała się jednak w połowie
Co za mieszanina prostoty, kokieteryi pychy lecz ileż wdzięku równie w przywarach jak i w przymiotach! Po chwili, nagle:
— Nie będziemy mogły zapłacić panu za pański biust, bo nie jesteśmy bogate; ale zrobię panu ładną sakiewkę. Chodźno pan, zobacz jakie śliczne robić umiem.
Wtedy, pokazała mi robótki swoje, które istotnie były tem, czem być powinny wychodząc z podobnych rączek, i właśnie oglądałem je z nie jakiem roztargnieniem, gdy drzwi otworzyły się hałaśliwie, Mąż chćący żonę zejść niespodzianie, nie byłby wszedł inaczej. To była matka. Odskoczyłem mimowoli, Iza odwróciła tylko głowę.
— Ach! to ty, mamo? — powiedziała, — Jakże głośno wchodzisz.
— Stróżka mówiła mi, że tu jest młody czło wiek u ciebie,
— Więc to, że tak nie wypada,
— Dlaczego?
Dlatego, że nie wypada, i nie rozumiem czemu ten pan przyszedł o podobnej porze do kobiet przyzwoitych, których nie zna wcale, i czemu siedzi tu z młodą dziewczyną, w nieobecności jej matki.
Wybąknąłem jakąś wymówkę.
Iza przerwała mi i tłumaczyła coś matce po polsku Hrabina ułagodziła się natychmiast i wzięła portret, mówiąc do córki:
— Idź się ubierać kochanie. — Bo to pan rozumie, ciągnęła dalej odkładając portret na stói nie spojrzawszy nań nawet, nic łatwiejszego jak narazić na gawęd/ m!oi} dziewczyn?,.na to dość chwili czase n, a w naszem położeniu najgłupsza plotka może nam wiele sprawić złego; co się tycze Izy, ma się’rozunieć; bo o mnie tam już teraz nie może być mowy Giybym nie czj.vata zrwsie pilnie nad drugą moją córką, nie zrobiłaby tak świetnej party i, na którą zresztą zasługiwała najzupełniej, gdyż pochodzi z jednej z naistarszych i najznakomitszych rodzin polskich ale nie byliśmy bogaci, a wszędzie, czy to w Polsce czy we Francyi, fortuna to rzecz najważniejsza.
„Mąż mój stracił wszystko w czasie ostatnich zamieszek. Był za niepodległością. Waryat! Cssarz Rosyjski czynił mu najświetniejsze propozycyi odrzucił wszystkie. Brat jego przyjął je i dobrze na tem wyszedł, Zajmuje obecnie nader wybitne stano wisko w Petersburgu. i3ył on młodszym bratem, ale ze śmiercią Jana (Jan to imię mego nieboszczyka męża) został jedynym przedstawicielem ro-dżiny. Dobra nasze zostały skonfiskowane. Ja, co nie mam tych samych co Jan powodów patryetycz-nych (nie jestem Polką tylko Finlandką), odwołałam się do brata, prosząc aby się przyczynił za nami u dworu, i właśnie odebrałam wiadomość pomyślną: dlatego wyjeżdżamy.
„Moja starsza córka wyszła za człowieka bardzo bogatego; ale nie miała posagu, a pan wiesz co to są dzieci, gdy już raz mają byt zapewniony! Nie dba o mnia ani trochę. Przysyła mi tyle listów ile tylko żądać mogę, ale prócz słów nic w nich niema. Nie mogą więc liczyć na nią. Jest bardzo ładna, ale nie tak ładna jak Iza, Jakie powodzenie miała wczoraj! Tak samo wszędzie, gdzie się tylko obrócimy — Ta dziewczyna będzie kiedyś na tronie, ja to panu mówię. Ma ona instynkta królowej, a ja znam moje plany,
„W Rossyi, małżeństwo między ubogą dziewczyną a książęciem krwi nie jest rzadkością, Piotr Wielki przecież poślubił służącą, a i sam był synem kobiety urodzonej zdała od tronu i tylko wybranej przez jego ojca z pomiędzy szlachty. Moja córka tak samo jest szlachetnie urodzoną równą Radziwiłłom i Czartoryskim. Będąc małą bawiła się często z jednym z synów Cesarza, podczas bytności ostatniego w Warszawie. Wprawdzie oboje byli tylkodziećmi, ale on jej niezapomniał, wiem 0 tem z pewnego źródła, a gdy ją znowu zobaczy, pokocha na nowo. Reszta do niej należy a i do mnie trochę. Nie jest on następcą, to prawda, ale za to jako na młodszego syna mniej będą’zważać na niego i prędzej pozwolą mu rządzić się sercem. .Wychowuję Izę odpowiednio do tego celu; jak ją pan widzisz, mówi wybornie czterema języ kami: francuskim angielskim, polskim i ruskim. A propos musimy zrobić ładny jej portrecik; ten dobry, ale to nie dosyć: trzeba mi takiego, któryby księciu pokazać można, Mam ja tam przyjaciela, innego niż zięć mój, który pierwszy gótówby ml popsuć szyki, przez zazdrość, zamiast widzieć własny iftteres w podobnym związku, bo Iza nie byłaby kobietą, zdolną zapomnieć o swoich. Ona jest bardzo dobra, koteczka droga; ma poczciwe serce, pracuje jak anioł, znosi wszelki niedostatek.
„Nie ma się tu czego wstydzić. Mogę otwarcie przyznać się takiemu jak pan młodzieńcowi; co sam pracuje na życie, że od czasu jak jesteśmy w Paryżu, widziałyśmy już nie raz dnie, w których grosza przy duszy nie było, 1 cóż, Iza śpiewała, 1 żyłyśmy często z pracy rąk własnych. Pomyśl pan tylko: Dobranowka zmuszona sprzedawać sakiewki które sama robi! Spytasz się pan, dlaczego w takim razie bywamy na balach trzebaż rozerwać ją trochę, to biedactwo drogie, a potem, zdaje się że ta Pani Lesperau ma wysokie znajomości, Ludzie tacy przydać nam się mogą.
„Niedawno spotkałyśmy u niej pewnego dyre* która teatru, który ofiarował mi cztery tysiące Iran-ków rocznie, jeżeli mu dam córkę. Iza ma śliczny głos. Zobowiązywał się wypłacać mi tę pensyę aż do jej debiutu, a debiutować miała nie wprzód; aż potrzebnych zdolności nabierze. Ręczył za nią, chciał łożyć na wszystko nie licząc nauczycieli. Odmówi-tam, prawda? Teatr dla takiej jak ona dziewczyny! Nie było jednak za co obrażać się na tego pana, który nas nie zna. Chciałam tylko dać ci próbkę wrażenia, jakie Iza wywiera od pierwszego rzutu oka — Mówiąc między nami, wolałabym jeszcze widzieć ją na scenie, i zarabiającą dwakroć sto tysięcy trankdw rocznie, niż wydać za jakiego mieszczucha, któryby jej nie rozumiał; wystawiszże sobie tę dziewczynę żoną urzędnika? Ona jest stworzona do błyszczenia, gdziekolwiek, byle wysoko: tylko, ^nie trzeba żeby o niej wprzód mówiono, dlatego tak czuwam nad nią, To niewinność i śmiało powiedzieć mogę, że nie widziała,.ani słyszała nigdy najmniejszej rzeczy, zdolnej zakłócić jej umysł.
„Najprzód, ja nie miałem nigdy najdrobniejszej awanturki, chociaż byłam bardzo piękna; a nawet teraz, gdybym tylko chciała, mogłabym powtórnie iść za mąż, i to bardzo wysoko, ale nie chcę. Oto dlaczego gdy mi powiedziano przed chwilą, że jest u niej młody człowiek,., nie wiedziałem że to pan; choćbym wiedziała, byłabym spieszyła jednakowo, boć koniec końców nie znam przecież pana, a młodzi ludzie chwytają w lot co się nadarzy.
„Codziennie mężczyźni ścigają nas na ulicy,? BN < bo nie mamy środków płacić dorożkę za każde trzy kroki, Iza wydaje się starszą nad wiek, — czternaście lat bez dwóch miesięcy; ale to już prawie kobieta, zbudowana jest cudownie; taki model jak to, fortuna dla artysty; ale nie znaleźć wam tego w niższych klasach, któremi musicie posiłkować się teraz, Kiedyś, wielkie panie pozowały naguteńkie przed malarzami i rzeźbiarzami. Dziś, wszystkiem się gorszą, jakie czasy! Zresztą są piękności wyłącznie arystokratyczne. Jej ojciec był przepyszny, był to jeden z najpiękniejszych mężczyzn swojego czasu. Tu jest jego portret, który wożę wszędzie z sobą, pomimo że mi przyczynia niemało kłopotu, taki duży; to też sprzedałem ramy, które mi za bardzo zawadzały, a przytem zmuszona byłam sprzedać wiele rzeczy, Ot, naprzykład, wiesz pan zkąd teraz przychodzę? Ach mój Boże! powiem panu otwarcie; powracam z Mont-de pieté. To panu wyjaśni moje wczesne wyjście z domu; chodziłam zastawić spinkę darowaną przez ambasadora Austrya-ckiego mojej Izie. która jego córce ofiarowała jedną z najładniejszych swych robótek. Żeby nie ten klejnocik, nie wiem coby się z nami było stało. Naturalnie, mówi się to tylko między nami; umarłabym ze wstydu, gdyby się kto dowiedział o na-szem położeniu. Zresztą, oczekujemy na pieniądze z banku ale tymczasem trzebaż żyć z czegoś.
— Mój Boże, pani, — rzekłem z niezmiernem wzruszeniem, jak tylko udało mi się wtrącić słówko,
— ja sam nie jestem bogaty, i pojmuję niedostatek lepiej niż kto inny, bo matkę mam niezbyt pod tym względem szczęśliwą; ale zarabiam już trochę pieniędzy i gdybym mógł okazać paniom usługę, proszę wierzyć że uważałbym to za największe szczęście. . — Jesteś poczciwe dziecko, — odpowiedziała hrabina ujmując obie moje ręce; — ale tymczasem nie potrzebujemy niczego. Przy odjeździe, jeśliby nam zbrakło, udałabym się do ciebie młodzieńcze kochany, masz na to moje słowo, Szczęściem nie potrzebujemy płacić komornego; mieszkania tego użyczył nam pewien stary jegomość dawny mój znajomy, który obecnie podróżuje, a tymczasem zajmować nam je pozwolił; jest on wiecz“ nie chory, i zimę przepędza na południu u syna. Nie bardzo tu wspaniale, ale dla nas jest to oszczędność niezmierna.
Weszła Iza, cała otulona w zimowe ubranie.
Matka i córka wyjść właśnie miały, i teraz z kolei matka się poszła ubierać, Pozostałem znowu sam na sam z dziewczęciem, którego ruchliwa twarzyczka przybrała nagle nie wiem już jaki wyraz smutku graniczącego z cierpieniem. Wielkie jej oczy otworzyły się jeszcze szerzej, lica pobladły, a wpółotwarte usteczka zbielały nieco Usiadła naprzeciw okna i patrzyła na szarawe światło dzienne, jakby wysilając się by nie zemdleć.
Wtedy to podobieństwo jej z Minatim uderzyło mię bardziej jeszcze.
Doznałem okropnego ściśnienia serca na myśl że mogłaby umrzeć jak on!
— Czemuż Pan tak patrzysz na mnłe? zapytała mnie nagle.
— Zdajesz mi się pani cierpiącą. — odrzekłem,
— i to mię niepokoi,
— Mam lekki zawrót głowy; doświadczam tego zawsze, ile razy jestem niewyspana,
— Dlaczegóż bywasz pani na balach? To cię męczy.
— Mama chce tego, a zresztą/trzeba przecież.
— Trzeba? dlaczego?
— Ah! to dobre!..
Innej odpowiedzi mi nie dała.
— A przytem, to nie wszystko, — rzekłem znowu pani tak jesteś podobna do jednego z mych kolegów..
— Do chłopca?
— Tak.
— Dziękuję za komplement,
— Ale do chłopca który był śliczny jak dziewczynka.
— I który się nazywał?
— Andrzej Minati,
— Proszę gdzie go pan poznałeś?
— Na pensyi, u p. Fremtn, gdzie i umarł.
Dziecko zawołało;
— Mamo!
— Czego? — odpowiedziała hrabina, z drugiego pokoju.
Wtedy Iza mówiła coś długo po polsku, po-glądając na mnie z pod oka, dla zapewnienia się ie nic nie rozumiałem, Ostrożność zbyteczna, nie pojąłem i jednej sylaby,
Matka odpowiedziała wyrazem jednozgłosko-wym, zdającym się odznaczać nie.
— Otóż, — poczęła znów Iza, wracając do naszej rozmowy, jakgdyby ją była przerwała jedynie dla powiedzenia matce nawiasowo czegoś, co najmniejszego związku z naszą rozmową nie miało, otóż, cieszę się niezmiernie, że przypominam panu przyjaciela. Tym sposobem dłużej będziesz pamiętał o mnie.
Hrabina ukazała się znowu.
— No, idziemy, — powiedziała, — przejdzie* my się trochę. To ci pomoże,
— Widziałeś pan jej ręce? — zwróciła się do mnie.
— Tak,
— Zobacz no pod światło.
Podniosła rękę córki i kazała mi podziwiać jej przezroczystość istotnie zdumiewającą, przyłożywszy ją że tak powiem, do światła; następnie, pochwyciła tę rączkę w obie swoje dłonie i z rodzajem szału ucałowała ją mówiąc;
— Śliczna jesteś, no!
Słowa te podziałały na dziecko jak orzeźwiające sole; lica jej ożywiły się, uśmiech powrócił na usta, odzyskała siły. Wyszliśmy.
— Trzymaj się dobrze poręczy, — mówiła matka, — —
Towarzyszyłem paniom, idącym na Pola-Eii-zejskie. Wszyscy przechodnie, z którymiśmy się mijali, czy to światowcy czy prostacy, musieli chyba być bardzo zajęci, jeżeli nie okazywali hołdu uwielbienia piękności młodziutkiej towarzyszce mojej. Każdy niemal, przeszedłszy koło nas, oglądał się za nią jeszcze. Kilku stanęło przed nami, jak wryci z podziwu, tak żeśmy zmuszeni byli uchylać się na prawo lub na lewo, by módz iść dalej.
Iza zdawała się nie spostrzegać czarującego wpływu jaki wywierała, widocznem tylko, że mogłaby tak pieszo chodzić dzień cały, nie czując zmęczenia.
Ułożyłyśmy się że Iza przyjdzie pozować zaraz od jutra, pożegnałem je tedy na placu Ludwika XV, zauważywszy, że wolałyby może zostać same. Nie mogłem jednakże oprzeć się chęci postępowania za niemi zdaleka, wmieszany w zagapione szeregi, które zostawiały za sobą, niby świetlany ogon za kometą.
Była to właśnie niedziela. Tłum roił się licznie, a one szły zwolna wielką aleją Pól-Elizejskich; przez całą drogę powtarzały się te same oznaki podziwu. Tak doszły do rogatki Gwiazdy, potem zawróciły się, przeszły na przedmieście Roule, na ulicę Zieloną, gdzie wreszcie zniknęły w dużym domu, zkąd nie wyszły więcej. Tam zwykle obiadowały..
Ponieważ nie śledziłem ich z ciekawości, przeto nie czekając dłużej wróciłem do domu, a raczej do matki, której opowiedziałem poprostu o wszyst-kiem, co mię tak żywo zajmowało od wczorajszego wieczora. Iza miała lat czternaście, odjeżdżała za tydzień, matka więc również jak i ja nie podejrzewała niebezpieczeństwa! wyspowiadałem jej się tedy z mego podziwu, boć zaprawdę, to, na co patrzyłem od wczoraj wprawiało mię w podziw niemały,
Oto zjawisko w postaci pazia, to mieszkanie zniszczone, ta nędza, ta kokie‘erya, ta niewinność krańcowa, te świetne marzenia, tron, Mont-de-Piśté, ta mieszanina wszystkiego plątała mój umysł i zaciekawiała tyleż przynajmniej ile zajmowało dziecko, W istocie, mógłbym pojąć jedno z tego wszystkiego i uwzględnić bezpośrednie tegoż wyniki: byłbym pojął nędzę, Mont-de — Piet£; pracę i smutną rezygnacyę w teraźniejszości; nadzieje, choćby nawet płonne, na przyszłość. Ale nędza i bale, ’ale mieszkanie ’starego jegomości i związek z cesarzem, ale Mont-de Piete i strój pazia, ale robótki do życia i rękawiczki do spania, — byłem jak to mówią, zbity z tropu, ponieważ nigdy dotąd nie zdarzyło mi się widzieć świata, gdzie takie sprzeczności bywają na porządku dziennym.
Matka moja pod tym względem nie wiele wię cej wiedziała ode mnie, rzekła więc tylko:
— Pani ta niema, jak się zdaje, ani porządku ani rozumu: smutna to rzecz dla jej córki, kiedy jak mówisz i ładna jest i zdaje się być dobrą.
Co do pana Ritz’a, któremu, także zdałem tak z bytności mej u tych pan, jak z odniesionego wrażenia, ten również odpowiedział mi tylko:
— Życie chyba kiedyś wyjaśni ci te sprzeczności. Wykonaj piękny biust tej dziewczyny, a nawet ładny posąg, jeżeli matka z tem się odezwie, co jest bardzo prawdopodobnem, i nie zaprzątaj sobie niemi głowy. Ani to twoja siostra, ani twoja córka.
Nazajutrz, matka i dziecko przybyły do pracowni o umówionej godzinie. Wziąłem się zaraz do biustu cudne rysy tego biustu odwzorowałem później w mojem Pierzossem przebudzeniu, od którego datuje ustalenie mojej sławy. W ciągu trzech dni biust był skończony potem wykonałem odlewy z rąk uroczego modelu — potem z nóżek. Babusska (przezwisko poufałe, nazbyt poufałe, którem Iza nazywała matkę), pałała takim zachwytem dla wdzięku i wdzięków swej córki, że byłaby mi je sądzę wszystkie odsłoniła, jak to p. Ritz był przewidział, gdybym choć trochę nastawał „na to, tak była szczęśliwą widzieć zachwyt równy swojemu.
Pobyt obu part w Paryżu przeciągnął się nadspodziewanie i nawykliśmy codziennie się widywać.
U mnie Iza uważała się jak w domu. Spędzaliśmy razem trzy, cztery, pięć godzin, które schodziły jej na śmiechu, Igraszkach, robótce, na śpię* waniu, na spaniu; we wszystkiem bowiem kierowała się tylko własną ochotą. Doszło do tego, że wcieliła się w pracę moją, w myśli moje, w życie moje. Nieustanna gadanina jej matki nię zdawała mi się już niemiłą. Zwolna poczynałem nawet w niej smakować, jak w owych wschodnich Melopeach, co to zrazu zdają się rażące i fałszywe, a których rytm monotonny stopniowo ogarnia cię, kołysze, chrapliwą swą harmonią wywołując ci z mózgu same niejasne, oderwane myśli. Nie próbowałem już wyjaśniać sobie uczuć, jakie dziewczę to budziło we mnie; oddałem im się cały, jak dziecko, jak artysta, Tak mi było dobrze przy! niej, jak dobrze może być na słońcu; w piękny dzień kwietniowy Obecność jej wlewała we mnie tę pełnią siły, którą tak rzadko czujemy w sobie, a kiedy to wszystkie własne cielesne i duchowne działają w ustawicznej równowadze. Serce moje i umysł olbrzymiały dosłownie pod tym nowym wpływem. Zostawszy sam uczuwałem gwałtowną potrzebę ruchu, chodzenia godzinami całemi.
Wtedy zachodziłem po matkę i wyciągałem ją na jaki spacer szalony, po j którym wstępowaliśmy do restauracyi. Tam fundowałem dla niej obiad, częstowałem wybornem winem jak dobrego koleżkę, mówiłem o przyszłości, o sztuce, o pięknie; potem odprowadzałem ją do domu, a wyciskąwszy ile się tylko dało, biegłem spać wesoły, me budząc się aż rano. O jedenastej Babusska z córką przychodziły, i uroczy dzień wczorajszy powtarzał się w całości. Parę razy matka opowiadała aneg 21 ciotki o swoim kraju, z humorystyką niekłamaną Bywała dowcipną, kiedy nie myślała o tem. Wtedy Iza i ja chichotaliśmy się i śmieli z całego serca, jak zwyczajnie w naszym wieki!. Byłbym żył w ten sposób całe tysiące lat. Raz, w obecności obu kobiet nie mogłem powstrzymać wykrzyku.1
— Jakżebym chętnie spędził tak życie całe!
— I ja także, — odpowiedziała Iza. Mamo, ażeby tak zostać w Paryżu?
— Wiesz dobrze, że to niepodobna. Cobyś ty tu robiła?
— Dorosłabym i wyszła zamąż za p. Clemenceau. Prawda, że panbyś się chciał ze mną żenić?
— O! zapewne.
— Śliczna para! — powiedziała matka; — nie macie pieniędzy ani jedno, ani drugie.
— Czy to tak dużo trzeba? — rzekła Iza.
— A ja przecież zbiorę coś do tego czasu, — zawołałem gorąco.
— Słuchaj pan, — rzekła do mnie Iza — je’ żeli nie znajdę króla czy księcia, którego mi mama obiecuje, przyrzekam solennie, że wyjdę za pana Czy zgoda?
— Zgoda.
— Jakby to było zabawnie, żeby tak się stało
I zaczęła się śmiać.
Ale tymczasem, — powiedziała matka, — jutro wyjeżdżamy, i prawdopodobnie nie wrócimy nigdy.
Przy końcu posiedzenia, hrabina wziąwszy mnie na stronę rzekła:
Moje kochane dziecko, jestem z tobą otwartą, zdaje mi się jakbyś należał do naszej ro dżiny. Mogłabym od kogo innego ’zażądać usługi o którą ciebie poproszę, ale chcę właśnie tobie ją zawdzięczać raz dlatego, żeś mi już ofiarował, a powtóre, że są położenia, które przyjaciołom tylko się wyjawia... Córka moja potrzebowała niemało różnych drobnostek do podróży; zbrakło nam pieniędzy. Czy możesz mi pożyczyć pięćset franków, które odeszlę ci natychmiast po przybyciu do Warszawy, gdzie mam odebrać znaczną sumę? Ale niech Iza nic nie wie o tem.
Byłbym chętnie uściskał Babusksą za rozkosz, jaką mi sprawiła. Tak więc te kobiety,.którym tyle szczęścia zawdzięczałem w ciągu całego miesiąca, miały unieść z sobą coś, co pochodziło ode-mnie; tak, bo w ’chwili rozłączenia serce moje ogarniając razem matkę i córkę, śmieszność i wdzięk łączyło je w jednem wspomnieniu.
Odpowiedziałem tedy, że wieczorem ostatni raz je odwiedzę i przyniosę żądaną kwotę; a że przygotowania do drogi nie zostawiały im czasu na zajęcia się obiadem, zaprosiłem je na obiad do restauracyi; zgodziły się chętnie.
Mieliśmy się zejść o szóstej w Palais-Royal. Witając się wsunąłem bilet pięćsetfrankowy w rękę Babuszki. Zamówiłem najprzedniejsze dania z karty, z tem smutnem medoświadczeniem ubogiego 23 chłopca, mało obeznanego z rzeczą. Matka rozgadała się bardziej niż zwykle. W tym stanie pół pijanym kto inny na mojem miejscu byłby spostrzegł niemało sprzeczności ze wszystkiem, co mówiła po trzeźwemu; ale ja wówczas jeszcze oddawałem się cały przyjemności przebywania jak najdłużej obok dwóch istot, które nazajutrz miałem utracić na zawsze. Iza była szalenie wesołą. Przy deserze wyśpiewywała jak ptaszek, śpiew przeplatując naj-dzikszemi projektami, które wszystkie brały źródło w jednemi „Jak będę bogata, bądę miała to, zrobię tak”, jak gdyby nie wątpiła, że będzie kiedyś bogata i bardzo bogata.
Odprowadziłem je do domu, pożegnaliśmy się: przyrzekłem im wysłać ’biust, rysunki, medaliony niewykończone jeszcze. Postanowiliśmy pisać do siebie, donosić o sobie wzajem. Hrabina obiecała mi postarać się o zamówienia do Cesarza Rosyjskiego, i nareszcie ucałowała mię czule. Iza także nagle, z całą naiwnością nadstawiła mi oba policzki.
— Dowidzenia, mężusiu! — powiedziała.
— Dowidzenia, żoneczko! 1 ściskając mi rękę, jak gdyby naprawdę uważała się zaręczoną, znikła w alei nadbrzeża Szkolnego 1 czy uwierzysz kochany przyjacielu? słowa: mężusiu, żoneczko, ja uważałem na seryo i powiedziałem sobie: „Dla czegożby nie?“ 1 zdały mi się podobnym do osiągnięcia celen przyszłych dostat ków i pracy mojej. Kochałem, nie było żadnej wątpliwości, miłością zapewne taką, jaką można czuć dlar dziecka, ależ nareszcie kochałem. Dusza moja drżała pod pierwszym promieniem miłości, jak zielone równiny pod pierwszym brzaskiem jutrzenki* Jeszcze to nie słońce, ale już światełko.
Zżyłem się odrazu z myślą tej przyszłości, zaprzysiężonej wśród śmiechu., W usposobieniu przesądnem i tkliwem jak moje, taka miłość dziecięcia musiała się stać z czasem potężnem uczuciem, jak owe ziarnka, które, gdy je w zabawie na pulchną ziemię rzucimy, zrazu małe źdźbło wypuszczają, aż później stają się drzewem.
Zresztą, przyrzeczenie owo wzmacniało tajne me postanowienia, i choćby ten jeden tylko miało skutek, już przez to samo byłbym się był w niem utwierdził. Przypuszczając, myślałem, że nie doprowadzi nas do niczego, będę miał moją Beatryczę w miniaturze która mię od płochych miłostek uchroni. Takie były tajne me postanowienia, mogę je wyznać dziś, kiedy się już na śmieszność narazić nie boję.
Zresztą, oddawna już przysiągłem był sobie pojąc za żonę taką tylko kobietę, którą ukochać, i zachować się dla niej sercem i ciałem niewinnem. Raz, że nie chciałem żadnej kobiecie, jakąbykolwiek była ona, wyrządzać krzywdy takiej, jaką ktoś matce mojej wyrządził, powtóre, nie chciałem również by kochanka, wybrana z takich, które mieć mogłem, spaczyła mi mój zawód i zmąciła życie. Małoż do koła widziałem artystów, wstrzymanych 25 w połowie drogi zabójczemi skutkami łatwych miłostek, ktdre zrazu zdają się bez następstw żad nych, a ktdre jednak wloką za sobą rozpustę, nędzę i jałowość moralną! Platoniczna więc miłość godziła się wybornie z mym programem, i zabrałem się znowu do pracy tak gorliwie, jak gdybym w ciągu dwóch czy trzech lat potrzebował zdobyć sobie sławę i zgromadzić mienie, a to dla otrzymania ręki narzeczonej mojego wyboru. Takież samo marzenie jak wszystkie. Czyż inne być powinny marzenia lat dwudziestu?
Jednakże dziewiczość moja, w której traf ten umacniał mię bardziej jeszcze, była dla moich kolegów, o wiele mniej idealnych, ciągłym przedmiotem żarcików i niedowierzania. Poczęto przypisywać tej powściągliwości, pobudek których nie wy-łuszczałem nikomu; inne jeszcze przyczyny, niezależne od mojej woli Narcyss, Jdzef, i ten syn Merkurego i Wenery, którego nimfa Amalcis uwieść nie zdołała, poczęli iść w porównanie. Nasyłano na mnie najpiękniejsze, najponętniejsze i najprzystępniejsze istoty. Zachwycałem się niemi używałem ich za modele, a gdy zaczepki stawały się zbyt natrętnemi, odpowiadałem im poprostu, że nie mam czasu do stracenia.
Mógłbym zresztą znaleźć tak u starożytnych, jako i współczesnych tłómaczenie, gdybym go potrzebował; przykład^powiem raczej. Wiadomo wszystkim, że wielki malarz francuzki S,.., naśladowca Rafaela, tylko nie w tem co dotyczy miłości, cześć natury posuwał tak daleko, że klękał przed ciałem każdej ładnej dziewczyny, która mu za model służyła. I ostrożnie, jak patenę, całował ledwie dotykając ustami tę część jej ciała, co zdawała mu się najpiękniejszą, traktował dziewczynę, bóstwo, i dziękował Bogu, że ją tak piękną utworzył. Takie wstępne adoracye nazywał ofiarą sztuki Należałem do jego szkoły, wyjąwszy całusa.
Przedmioty do moich utworów instynktownie brałem z legend wolnych od nieskromności. Byłem i byłbym zawsze, gdybym mógł być czemś jeszcze czcicielem nagości; sądzę, że to jest właśnie sztuką w całem ’znaczeniu, najszlachetniejszą i najwznioślejszą, ale niezawodnie nic niema niebezpieczniejszego zarazem. Gdyby nagość objawiała się tylko ludziom wyższego smaku, a przynajmniej mężczyznom dojrzałym, nicby jej zarzucić nie moż na, ale, wystawiona na wszystkie bez wyjątku spojrzenia, w naszych Muzeach i ogrodach, staje się przedmiotem przedwczesnej ciekawości, źródłem niezbyt < dokładnych wyjaśnień ’ dla młodzieńczej wyobraźni, którą rozpala, oświecając przed czasem. Sztuka jest jednym z najwyższych objawów inteligencji człowieczej, wyższą wszakże nad nią jest cnota. Szanujmyż więc dzieci; nie narażajmy młodych dziewcząt ani na spuszczanie oczu przed dziełami naszemi, ani na przyglądanie im się ukradkiem od matek, Zresztą, sama już natura wskazuje sztuce co ma zmienić albo osłonić, a co my osła niamy i zmieniamy, nie jest w istocie ani pięknem, ani zasługuje na widzenie.
W takich pojęciach utwierdzając się coraz mocniej, zająłem się, zaraz po odjeździe Izy modelowałem mojej Klaudji, tej Westalki posądzonej* która zaledwie przapaską swoją przypięła do statku wiozącego statuę Cybeli, aliści statek wpłynął do Tybru, mimo wiatry przeciwne. Tradycyjna potęga dziewictwa! Powtórzyła się ona z Joanną d’Arc przed Orleanem; tylko że „dziewica chrześcijańska nie potrzebowała nawet zdejmować przepaski, dla niej dość było modlitwy, by statki wiozące jej wojsko szły pod wiatr przeciwny po Loarze.
Kladja miała wielkie powodzenie, i przyjaciele moi postanowili je uczcić po swojemu. Wyprawiono dla mnie świetny bankiet. Nie podejrzewałem ani trochę jaki spisek krył się pod temi kwieciste-mi pozorami.
Sami mężczyzni mieli należeć do uczty, którą wydano w wytwornej pracowni Eugeniusza F... Udałem się na zaproszenie, bardziej szczęśliwy niż dumny z powodzenia, które stanowczo otwierało przedemną karjerę artyzmu. Obecność p. Ritz’a oddalała odemnie cień wszelkiej nieufności. P, Ritz nie byłby nigdy należał do jakiegoś nieprzystojnego żarciku; ale p. Ritz wcześnie zwykle opuszczał zebranie, a noc była długa. Upojono mię. Łatwo to przyszło; nie pijałem nigdy nic prócz wody.
Wiadomo panu lepiej, niż mnie dokąd dojść może rozwiązłość w słowach i w czynach, po su tym bankiecie, między młodymi ludźmi, artystami, niezależnymi, niepotrzebującymi przed nikim zdawać sprawy ani ze sł(5w swych, ani ze swych czynów. Opowiedziano mi rozmaite zarzuty i przypuszczenia krążące o mnie, wprawdzie zawsze ze śmiechem, radząc mi wszakże nieżwłocznie położyć koniec tej obojętności w rzeczach miłosnych, która w końcu stawała się kompromitującą dla mnię, a przynajmniej podawała mię w śmieszność.
Wiecież jaka była odpowiedź moja na zaczepne żarciki, szyderstwa, na dziwaczne wyzwania? Oto nagle, owładnięty pijaństwem i szałem, podniosłem się, cisnąłem złotem na stół, i bez namysłu, przy oklaskach całego zgromadzenia, ja Clemenceau, ja czysty, niewinny, wstydliwy, wniosłem najniesłychańszy, najrozbestwieńszy zakład, i uczułem chuć zwierzęcą, ślepą, potworną, rodzicę gwałtu i mordu, bijącą mi do głowy i wściekle dławiącą za gardło.
Jakiegoż to nowego człowieka pijaństwo zbudziło we mnie, w pośród mych najpiękniejszych i najdroższych postanowień? Byłżem tak mało panem siebie, że parę szklanek wina czerwonego czy białego zdołały zmienić mię w dzikiego zwierza, w nikczemnego rozpustnika, równego na chwilę najbas dziej rozbestwionym pijakom z profesyi? Wtedy to zastanawiałem się nad sobą, badałem siebie i pojąłem wszystko.
Powiadają, że Bóg udarował człowieka wolną wolą. Któż to mówi? Ci, co wierzą temu; bo prze cież Bóg nie zwierzał się nikomu ani z celów swoich, ani z części składowych których użył na swe twory. Jeżeli i nadawał wolną wolę, to chyba tylko pierwszemu człowiekowi, temu, który bezpośrednio wyszedł z rąk jego, bez współudziału żadnej człowieczej istoty, a wiadomo nam z tradycji jaki użytek człowiek zrobił z tego daru, za wpływem niewiasty utworzonej z niego. Poczynajęc od Kaina wolna wola istnieć przestaje. Kain nie jest już panem wszystkich swoich czynów; doznaje wpływu rodzina. Ojciec występny, syn zbrodniarz; fizjologiczna przemiana poczyna się, nastaje dziedziczny wpływ fatalności i niezawiesza się ani na chwilę. Jaki ojciec, syn taki.
Lekarze w praktykach swoich spotykają się często z niemocą, dziwną, zabijającą, chroniczną acz niedotkliwą, wypływającą z natury bez poprzed-niczych symptomatów, wchodzącą w skład organizmu, a mimo to niezgodną z temperamentem, z budową, z nawyknieniami cierpiącego. Wtedy badają ściśle chorego albo jego rodzinę, i cofając się o jedno, dwa, trzy, o kilka pokoleń, odnajdują u którego z przodków przyczynę i źródło tych niespodziewanych objawów. Tak samo rzecz się ma z chorobami moralnemi. Przechodzą w dziedzictwo: po mieszanie zmysłów najlepszym jest dowodem. Datując od drugiego człowieka, przestajemy być stworzeniami Boskiemi; każdy z nas jest wytworem dwóch organizacyj, które miłość, npodobanie, interes, traf zetknęły z sobą, i już w jednakowej już w nierównej mierze nosimy w sobie dwojaką indywidualność, którą nam przekazano. Jeżeli dwie siły rodzące są sympatyczne, wspólczynne, że tak powiem, płód ma wszelkie dane do harmonji wewnętrznej, do równowagi, do żywotności, jak powiedzą lekarze i filozofowie; jeżeli przeciwnie jest rozdwojenie sił przyrodzonych, przeciwieństwo dwóch czynników ojca i matki, dziecko doznaje koniecznie dwóch przeciwnych wpływów, aż nim jeden gwałtownie drugiego nie pokona.
Otóż, aż dotąd wciąż doznawałem łagodnego matczynego wpływu, wyjąwszy chwili, kiedy rzuciwszy się na Andrzeja, omałom go nie udusił. W nieopisanym, potwornym postępku, jaki popełniłem wczoraj, ojciec objawił się znowu, i pokonał i zawładnął nawyknieniami i teoryami mojemi z większą jeszcze gwałtownością. Ten ojciec, który nigdy nie dał się poznać ze swem ojcowstwem, którego zataiłem w sobie aż do stanu nieistnienia, obwieszczał się w przestępstwie, podstawie urodzenia mego, i odzyskiwał publicznie, z nagłością piorunu, tajne prawa dzieczicznego przelewu. Zaiste, był dla mnie tem niebezpieczniejszy, iż wcale nieznany, a nieznane jakże zwalczać było? Szczęściem, gwałtowność sama go zdradziła, i odtąd, ile razy dostrzegłem w sobie złego popędu, mówiłem napewno;, Aha! to Niewiadomy”. Niestety! w tej walce miałem zostać pokonanym i nie zawsze miało mi się dać zdemaskować go dość wcześnie.
Ocknąwszy się w domu po owym wygranym zakładzie, z całą pamięcią ohydy, r wytrzeźwiony i ostudzony, łez wstrzymać nie mogłem i ukląkłem przed obrazem Izy, wzywając jej przebaczenią, ponawiając przed nią przysięgę tak źle dotrzymaną, i zaklinając się, że ją jedną kochać i dla niej jednej nietknięty żyć będę. f, Wstyd ze sromotnego mego postąpienia zaślubił mą duszę ostatecznie z tem dziewczęciem, ktdre być może nie pamiętało już o mnie wcale. Uczyniłem ją moją patronką, mym aniołem stróżem, dziewiczą opiekunką moją: przyrzekłem zdawać jej codzienną sprawę z mego życia, a życie to wolnem mieć od wszystkiego, cze-goby się ona rumienić musiała.
Występek, u tych ^którzy nie są r występnymi nałogowo, dla których żal nie jest obcym, wywołuje dziwne skutki, stanowiące jedną z kar występnego: zmienia on istotną postać Dobra i ‘nadaje pozory uczciwości bezwzględnej temu, co jest tylko względnie do niego uczciwem. I tak, w porównaniu z bardzo znaczną liczbą kobiet, Iza i jej matka zdałyby mi się tem, czem się wydawały w oczach wszystkich, i czem, logicznie rzeczy biorąc, niezawodnie być musiały; dwiema awanturnicami, z których jedna schodziła z pola, a druga wstępowała na nie. W porównaniu z poniżonemi spodlonemi istotami, u których noc przepędziłem, zdały mi się jak dwa anioły czystości, i pozostałem już w tem przekonaniu. Widziałem samą świetlaną ich stronę, wspominałem li tylko poczciwą uprzejmość matki, uroczą niewinność i piękność cóki, wspólne dnie pracy i miłej gawędki, będące ak uderzającem przeciwieństwem tego, co wczoraj miałem przed oczami. Zaiste, jakkolwiek wyglądać będzie niebo w chwili, gdyśmy się z ciemnego i zgniłego wyrwali podziemia, czy zaśnieżone, czy dżdżyste, wyda nam się błękitniejszem niż kiedy. Rzecz skończona; Iza była dla mnie częścią nieba. Jednakże, mimo całą stanowczość mojej woli, mimo całą pogardę złą tej pierwsżej kobiety, mimo odrażające wspomnienie, jakie owa scena budziła we mnie, ta pierwsza kobieta nie wyszła z mego życia tak łatwo jak się spodziewałem. Nowe wrażenie, które poznać mi dała, sprawiło na mnie taki sam skutek, jaki dźwięk gwałtownie dobyty z instrumentów rżniętych w powietrzu sprawia. Długi czas czułem w każdym moim nerwie drganie krzykliwej tej nuty.
Owa istota była piękna, brunetka z bujnemi włosami atramentowego koloru, o metalicznych od-błyskach, z nizkiem czołem, z gęstemi brwiami, Oczy jej błyszczały z poza długich rzęs, nakształt tych prześłicznych rybek, półsrebrzystych pół szma* ragdowych, co świecą się w wodzie po przez sze-rokolistne nadbrzeżne rośliny,
Moi przyjaciele zawstydzili się swego „żarciku, widząc jego rozwiązanie, Pośpieszyli też niezwłocznie przepraszać mnie z całą powagą, możliwą w takim przedmiocie. Jeden z nich opowiedział mi, że Klaudya (dziewczynę tę przezwano imieniem Wes-talki) szalała za mną poprostu! Tryumf niemały, zważywszy że niewięcej miała serca od piękna) Imperyi, automatu z powieści Hoffmana.
Nie wiem jakie wrażenie z mojej strony sprawiłem na tej kurtyzance, ale spotykałem ją później w ciągu lat pięciu czy sześciu, i za każdym razem czułem żem drżał cały, a ona bladła. Między nami istniał jakiś węzeł niepojęty zaprawdę, ale isniał. Zmysły mają snać również swoją pamięć.
Wziąłem się do pracy zapamiętałej niż kiedy, bez żadnej innej rozrywki prócz listów Izy.
Otóż one; przechowałem je w całości i tak je tu załączam:
Mój kochany przyjacielu,
„Nie będziesz mi miał za złe, żem aż dotąd nie napisała do ciebie. A najprzód byłyśmy bardzo zmęczone, bo podróż jest bardzo długa i drogi złe o tej porze. Mimo największą chęć naszą podróżowania prędko i oszczędnie, zmuszonemi byłyśmy nocować jedną noc w Kolonii i jedną noc w Wrocławiu, a hotele tam takie drogie! Oddawna już jesteśmy w Warszawie. Jestem niewdzięcznica, powiesz pan pewnie. Codziennie zabierałam się pisać, ale mama była chora i miałyśmy duto roboty.
„Ach! mój dobry przyjacielu, jakże żałuję Paryża i owych dni przyjemnych, spędzonych w twojej pracowni. Myślałam o panu dużo i często. Nie zapomnij, że jesteś moim mężusiem. Nie żartuję bynajmniej, mój panie. Powrócę i pobierzemy się. Mama zabrania mi mówić o tem, bo mówi że nie wypada, ale ja nie mogę powstrzymać się od powiedzenia panu że cię kocham z całego serca, i że chciałabym żebyś był przy mnie, albo ja przy tobie.
„Czy mój biust skończony? Kiedyż?mi go przy* szlesz? Sądzę że warto lepiej odrzucić kwiaty które są we włosach.
„Mama mówi że włosy moje są dosyć piękne, i długie, nie potrzebują żadnych ozdób. To mama tak mówi. Co prawda to miałam uczesanie greckie z którem nie było bardzo do twarzy, któregoś dnia na balu u szambelana Cesarskiego, gdzie miałam ogromne powodzenie — Bawiłam się bardzo dobrze. Ale to nie tak wesoło jak u pani Lesperon. Do widzenia, mój kochany przyjacielu Pisz do mnie często i nie zapominaj mnie. Mama mi każe powiedzieć panu mnóstwo rzeczy. Napiszę do pana osobno. Ja zasyłam memu przyjacielowi najpiękniejszy ukłon Twoja żoneczka,
„Iza Dobronowska.
„P. — S. — Jak biust będzie gotów, [możesz gć pan przesłać przez ambasadę, udając się do sekretarza. To jeden z naszych przyjaciół. Tym sposobem nic nie będzie kosztować.
W cztery miesiące potem;
„Musisz być sie pomału zdziwiony, mój kochany przyjacielu, nie otrzymując od nas wiadomości od bardzo dawna, j&k ’również tem żeśmy ci nie podziękowali za biust, który już odebrałyśmy.
Jeden pan, wielki amator, widział go i mówił że to śliczna rzecz, Mówił także mamie że jeśli zechce go sprzedać da jej za niego dwa tysiące franków. Mama nie * chciała. Dopiero od wczoraj jesteśmy w Warszawie. Jeździłyśmy dla interesów do Petersburga. Mama spodziewała się otrzymać audjencję u Cesarza, ale Cesarz wyjechał do Odessy, bo jak się zdaje rozeszły się wieści o wojnie, Cesarz udał się na zwiedzenie miast południowych. Podobno z wami Francuzami mieliśmy się bić. Toby’ dopiero było ślicznie. W Petersburgu mówiono tylko o ostatecznej zagładzie Francyi i sądzę że wy zostalibyście pokonani. Nasi żołnierze są daleko piękniejsi, i daleko roślejsi od waszych. Ja myślałam fjuż tylko o moim mężusiu, tembardziej że nie mówiłeś jako stajesz do popisu tego roku. Wynalazłam już sposób zobaczenia cię, mój panie. Jeżelibyś był żołnierzem, prędziutko dałbyś się wziąść do niewoli, dostawionoby pana tutaj i widywalibyśmy się swobodnie, Będąc w Petersburgu widziałyśmy się z moją siostrą. Gdybyś wiedział jaka ona ładna; mój szwagier, który jest jenerał-adjutantem przy Cesarzu towarzyszył mu w podróży. Moja siostra wyjednała dla nas audjencją u Wielkiego Księcia Następcy Tronu. Byłam bardzo dobrze ubrana; ale nie zdawał się uważać na mnie. Zdaje się zresztą, jak mi mama mówiła, że to człowiek poważny, który nie lubi kobiet, Nie rozumiem dobrze co to znaczy. To przecież tak ślicznie widzieć piękną kobietę. Wielki Książę powiedział mamie że będzie pamiętał o nas. Moja siostra data mi prześliczną bransoletkę.
„Proszę pisać do nas często i mówić co się dzieje w Paryżu. Nudzimy się niekiedy potężnie. Dowidzenia kochany mężusiu. — Przyjmij ucałowanie swej ioneczki,
„Izy.
„Sierpień 18...”
„Jakże to ślicznie z pańskiej strony pamiętać o moich urodzinach i przysłać mi kwiatek w liście odebrałam go z rana, w dniu w którym właśnie skończyłam rok czternasty. Otrzymałam różne upominki, ale żaden nie był mi tak miłym jak ten dowód pańskiej pamięci, Mama już teraz weselsza bo nasze interesa lepiej idą.
„Mama znalazła tu pewnego oficera, syna jakiegoś naszego krewnego, którego nie znałam wcale, a który jest ważną jakąś figurą przy Namiestniku, Bardzo dowcipny, ma przepyszne konie, przyrzekł że dobra nasze wróeone nam zostaną. Mama mi opowiadała, że mówił z nią o mnie, tak jakgdy* by chciał się ze mną żenić; ale mama nie znajduje go dość bogatym, jednak ma najmniej dwa-kroć sto tysięcy liwrów dochodu Śliczna rzecz cóż kiedy moja biedna matka wiecznie marzy o tro* nie dla mnie. Ofiarował mi pierścionek. Prześliczny turkus, najbłękitniejszy jak tylko *można, z bry-ancikami po obu stronach, Wart z pięćset franków bardzo mi w nim dobrze. Mama łączy panu prze zemnie ukłony. Dowidzenia, mój kochany przyjacielu,
„Iza.
„Listopad 18...”
„I znowu długo nie pisałam do pana, bo mama była chora i przytsm interesa nasza idą coraz gorzej. Szczęściem podczas przychodzenia do zdrowia mamy byłyśmy na wsi u ciotki tego młodego człowieka, o którym mówiłam ci w ostatnim liście, wyjechała ona na cały rok i pozwoliła mu na ten czas swego pałacu. Obszerne to i piękne bardzo, mnóstwo drzew stuletnich i pełno kwiatów. Pustka tu ogromna, zupełna wieś. Nie widać nigdy żywej duszy, z wyjątkiem tego młodego człowieka, który kilka razy przyjeżdżał nas odwiedzać, jakgdyby nie był u siebie. Nauczył mię jeździć konno. Ruch bardzo dobrze działa na mnie, kaszlałam troszkę, teraz nie kaszlę i wyrosłam przynajmniej na dwa cale. Jeżeli interesa nasze się nie poprawią, zostaniemy na zimę pomimo mrozów; ale są tu ogromne piece we wszystkich sieniach, tak samo jak w mieście, a zresztą trudno, trzeba się oszczędzać, Dowidzenia, mój kochany przyjacieiu, nie zapominaj o mnie.
„Twoja Iza.
„Drogi panie,
„Winnam po tysiąckroć przeprosić (pana żem dotąd nie odesłała mu bagatelki, którą tak uprzejmie pożyczyć mi raczyłeś. Iza mówiła ci zapewne w swej korespondencji, do której ją upoważniłam, a która stanowi jedną z nielicznych rozrywek tego kochanego dziecka, żeśmy miały bardzo wiele nie-1 przyjemności z przyczyny sekwestru.
„Ani się domyśla, biedactwo, ile trudów zadaję sobie, byle ona była kiedyś bogatą i szczęśliwą jak siostra, która mówiąc nawiasem mogłaby się okazać nieco wdzięczniejszą. Nigdy nie byłyśmy w takiej biedzie jak teraz po powrocie z Francyi. Nie wstydzę się tęgo; są imiona, które niedola uświetnia bardziej tylko, i my nosimy właśnie jedno z takich imion. Nareszcie widnokrąg zaczyna się wyjaśniać, i sądzę że w niedługim czasie ujrzymy koniec trosk i zmartwień naszych.
„Tymczasem odeszlę ci, kochany panie, z naj-pierwszych pieniędzy jakie otrzymam, i z najczul-szem podziękowaniem, owe pożyczone ’mi pięćset franków, które bardzo nam się przydały. Nie zapomnij mię, proszę, polecić pamięci zacnej twojej matki, i chciej wierzyć w uczucia życzliwości i wdzięczności mojej.
„Hrabina Dobronowska.
„Dowiedzieliśmy się z Francuzkich dzienników o nowym pańskim posągu, który zyskał ogólne uznanie, co zresztą i nie mogło być inaczej. Przyjmijże szczere powinszowanie od kobiety, która, jak bądź mieszkanka. Północy, nie jest mimo (o całkowicie dziką, i która wie z pewnością równie dobrze jak kto inny co sądzić o pięknym twym talencie. Pisuj pan do nas odtąd do Warszawy, Plac Zamkowy Nr. 17. Tam to bowiem ostatecznieśmy się zainstalowały
Rok cały żadnego listu, następnie:
„Mój kochany przyjacielu, zechciej wyświadczyć mi grzeczność; odpowiedz odwrotną pocztą. Zapytaj twej matki ileby żądała za całkowitą wyprawę kobiecą, jak można najwykwintniejszą, z cyframi i koronami, ale samą tylko bieliznę. Potrzebna także męzka i szlafrok. Zwyczaj tu taki że panna młoda wnosi te dwie rzeczy. Zapłata gotówką a nawet, jeżeli trzeba, połowę z góry. Proszę mi odpowiedzieć jaknajśpieszniej, Stara przyjaciółka,
„Iza Dobronowska”.
„Niespodziewałam się, łaskawy panie, więcej niż niegrzecznej odpowiedzi, którąś mi pan przysłał. Usługa, jakiej żądałam od niego była.’ bardzo prostą, ponieważ pańska matka zajmowała się szyciem jeszcze gdyśmy wyjeżdżały z Paryża, dwa lata temu. Nie wiedziałam że nie trudni się niem więcej, a w okolicznościach w jakich się znajduję niema nic nadzwyczajnego żem się zwróciła do pana. Praca na życie nie krzywdzi nikogo, ponieważ ja i matka moja żyłyśmy często z pracy rąk włas nych. Nie mniej wszakże ucieszyła mię wiadomość że matka „pańska tego już nie potrzebuje, a teraz łączę panu najpiękniejszy ukłon.
„Iza Dobronowska’ 1 znowu rok bez wiadomości żadnej. Wreszcie piszet
Mam dużo zmartwienia. Dlaczegóż jesteś pan pierwszą osobą, której powierzyć je pragnę? Czy pamiętasz jeszcze o mnie? Czy zawsze mię nienawidzisz? Nie pytam się czy żyjesz: ponieważ jesteś znakomitością, wiedziałabym gdybyś umarł; powiedz mi pan tylko czyś.szczęśliwy, jak z duszy pragnę tego, i czy chowasz jeszcze na dnie serca życzliwe wspomnienia dla swojej szkaradnej i nieszczęśliwej Izieczki, która bardzo potrzebuje rad i przyjaźni swego kochanego przyjaciela.
„Nie pisz pan do mnie na Plac Zamkowy; wyprowadziłyśmy się żtamtąd. List adresować proszę na ulicę Piwną, dom Herthmana, pod nazwiskiem panny Wandy. Później powiem panu czemu mama nie powinna wiedzieć żem do ciebie pisała. Moja biedna mama zreszłą jest bardzo smutna i bardzo niezdrowa
„Jakże jesteś dobry i jak ja kocham ciebie, najdroższy mdj przyjacielu, Miałam słuszność nie wątpić o twem zacnem sercu. Czytając list twdj zostałam do łez wzruszoną. Pytasz mię co się stało. Stało się to, że mama powzięła była nadzieje, ktdre nie ziściły się ani dla niej, ani dla mni®, i żeśmy nigdy nie były w tak smutnem jak dziś położeniu. Znasz pan mamę: łudzi się łatwo i święcie wierzy we wszystkie swoje nadzieje. Rzecz szła 0 moje zamążpdjście, ktdre nie byłoby wprawdzie ani królewską, ani książęcą partją, zawsze jednak przewyższałoby najśmielsze moje marzenia Poświęciłam się dla niej, gdyż nie kochałam tego młodego człowieka, choć był szlachetnie urodzony 1 bogaty, ależ koniec końcdw nie kochałam go. Oświadczył się o mnie, wszystko było ułożone. Nie wiem co tam nagadano jego rodzinie, dość, że był zmuszony cofnąć swoje słowo. Mama zawróciła mi była głowę tak samo jak sobie; robiłyśmy tedy wydatki szalone, mające się opłacić mojem zamążpójściem Zresztą, Sergjusz, takie jego imię, zachęcał nas do tego, i mama spodziewała się związać go silniej jeszcze tym sposobem ponieważ znał nasz stan majątkowy i tak stawał się moralnie odpowiedzialnym za spowodowane przez się wydatki. Gdy familja jego dowiedziała się o tych zamiarach i zobowiązaniach, uderzyła na alarm, a ponieważ był nieletni i nie mdgł się żenić bez zgodzenia się ojca i matki, którzy grozili mu całkowitem wydziedziczeniem, chciał mię tedy wywieźć za granicę i w Anglji zaślubić; ale cóżbyśmy oboje robili bez majątku? Jego ojciec który jest bardzo wpływowy, posunął się aż do starania o uwięzienie nas, mamy i mnie. Syn \ musiał mu pewnie grozić wyjazdem. Walka była niemożliwą. Mama ustąpiła pod warunkiem że wszystkie koszta jakieśmy poniosły napróżno, będą jej zwrócone. Było to zupełnie słuszne; ale i na tem straciłyśmy dużo, bo moja biedna mama w niczem niema porządku i zapomniała bardzo wielu rzeczy. Wyprawiono Sergiusza za gronicę. Pisze do mnie ciągle że mię kocha i żebym czekała na niego, i że się ze mną ożeni po przyjściu do pełnoletnoś-ci, ale mu nie odpisuję. Sprawa ta narobiła wiele hałasu. Mama omało nie umarła ze wszystkich tych zmartwień tymbardziej, że otośmy się poróżniły, wskutek tej historji, z moją siostrą i szwagrem, którzy tego tylko pragnęli by się nas pozbyć jaknajprędzej. Środki nasze z każdym dniem się wyczerpują. Powoli sprzedajemy wszystkie biżu-terye, które Sergiusz mi podawał i których nie chciał przyjąć napowrót. Bez tego nie wiem jakbyśmy żyły. i dużo na tem tracimy. Teraz radź mi> mój kochany przyjacielu! Ach! jakżeś szczęśliwy żeś mężczyzną, że masz talent, i że mieszkasz w kraju wolnym. We Francyi nie spotkałoby mię to, co tutaj. Szczęściem mam prześliczny głos fi co-dzień piękniejszą się staję; mogłabym dawać lekcje śpiewu. Ciężka to rzecz, ależ żyć trzeba. Chciano mię zaangażować dla Petersburskiego teatru; ofia rują mi pięć tysięcy rui>li srebrem, około dwu* dziestu tysięcy franków, ale mama nie chce żebym wstępowała na scenę. Nie wyrzeka się ona nadziei wydania mię za mąź, czy za Sergjusza czy za kogo innego; ale ja nie chcę się więcej narażać na podobne próby, Radź mi! co mi każesz zrobić, zrobię. Sergjusz teraz w Wiedniu; pisze, że poje-dzie do Paryża. Będąc tam odwiedzi pana z pewnością. Mówiłam mu.o panu bardzo często że aż nie chciał bym do ciebie pisywała. Był zazdrosny, miał rację, Kochałam cię, i kocham więcej niż jego Byłeś tylko był w Paryżu i byle list mój cię zastał! Będę wyczekiwać listonosza bardzo niecierpliwie.
„Dowidzenia, mój najlepszy przyjacielu, nie zapomnij o dawnej twej żoneczce,
„lzie“.
„Cóż chcesz bym miała sobie do wyrzucenia? Nie starałam się ani trochę o rozkochanie w sobie Sergjusza! To tak samo przyszło, Zresztą, mama nie zostawiała nas nigdy samych we dwoje. Przy niej mówił, że będzie moim mężem, tak samo jak i pan mi mówiłeś. Tylko że, pan, żartowałeś, on nie żartował wcale, ponieważ jestem starszą o dwa lata niż byłam w Paryżu, jestem słuszna i rozwinięta nad wiek, i rzeezą jest prostą by mię kochano, jakkolwiek nie myślę o tem. Mama spokojnie dawała wzrastać tej miłości u Sergjusza, i dopiero wtedy powiedziała mi o niej kiedy prosił ją o moją rękę. Cóż chciałbyś żebym zrobiła? Nie mam majątku, nie mam nawet żyć z czego. G y y ta v mama umarła, cóżby się ze mną stało? Nie mam prawa myśleć wyłącznie o sobie; powinnam pomyśleć o niej co mię wychowała, i złożyła we mme wszystkie swe — nadzieje szczęścia i dostatków, ą u niej jedno bez drugiego nie istnieje.
„Czy sądzisz że życie jakie tu wiodłam od lat kilku tak mi się bardzo podoba? Wiecznie pokazywać się tłumom, być oglądaną niby jaki okaz ciekawy, słyszeć powtarzanie sobie w oczy ze się jest piękną, i czuć ie to do niczego nie prowadzi, „ie bardzo to zabawne w korfc. Mam, che, eta teao Ileż to razy poszłyśmy na bal bez obiadu. Ileż’razy zastawiałyśmy najpotrzebniejsze rzeczy dla sprawienia mi stroju! He długów, przykrości, ile scen z wierzycielami, na których owa piękność, co migała sprowadzić miljony, nie wywierała najmniejszej władzy! Sergjusz posiadał bogactwa niezmierzone, wychodząc za niego widziała* koniec naszych udręczeń. Nie kochałam go miłością. ale był to dobry chłopiec i byłam dla mego z prawdziwą przyjaźnią. Słysząc ciągle ma^kę ow dzącą, że świetnie’ wychodzę za mąż, zdawało mi się rzeczą naturalną wyjść w końcu. A ]ednak me jestem chciwą dla siebie, Gdybym mog a is własnem przekonaniem, chciałabym poślubić skromnie i prosto człowieka kochanego, i cały czas przy nim spędzać. Widzą dobrze fe piękność to nie wszystko, Są panny równie piękne, piękniejsze odemnie i przytem bogate. 2 takiemi to bogaci mężczyźni się żenią, i mają’wielką rację. Nie trze-baż więc robić mi wymówek, gdy proszę pana o radę.
„W oczekiwaniu pańskiej odpowiedzi, zgodziłam się była śpiewać na koncercie, który dawał mój profesor śpiewu; otrzymałam rzęsiste oklaski. Obiecywał podzielić się ze mną, dał tylko pięćset franków: zawsze to coś. Gdybym była pewną zarobić tyle, ile razy śpiewać będę, śpiewałabym codziennie, to mię nie męczy ani trochę.
„Jaka szkoda żeś mnie pan nie słyszał, powiedziałbyś mi otwarcie swoje zdanie. Nie chcesz żebym wstępowała do teatru. Za wiele tam mć wisz pokus dla mnie. Jakie pokusy? W takim razie znajdźże mi męża, człowieka któryby zechciał mieć poczciwą żoneczkę i któryby nie dbał o posag Oto rzecz główna. Powiedz mu że go kocham z cełej duszy i będę śpiewać jedynie dla niego; ale niechaj się pospieszy, bo oto nadchodzi zima, a i w Polsce mrówki nie hojniejsze jak we Francyi. Gdybyś pan był co dobrego, przysłałbyś mi swój portret. Musisz być także bardzo zmieniony; ja przyszlę ci swój. Kazałam go robić wprawdzie nie dla pana, ale jestem pewna, że nie mam lepszego nad cię przyjaciela, więc darowuje go panu. Postaram się o sposób przesłania ci go niezwłocznie. , Do widzenia, łaskawy panie, nie kocham cię już ani trochę; brzydki jesteś i zanadto skory do posądzanie ludzi o złe sprawy.
„Iza Dobronowska“.
„Nie czekam nawet twojej odpowiedzi, najdroższy mój przyjacielu, by ci zawołać ze wszystkich sił moich: Ocal mię, błagam, nie zostawiaj mię w położeniu w jakiem jestem. To cobym mog-ta ci opowiedzieć, gdybyś był tutaj, nie, nie, napisać ci tego nie mogę: to zbyt okropne i nie należy obwiniać własnej matki iakkolwiekby postąpiła; ale na miłość boską, ratuj mnie. Trzeba byś koniecznie, i to jak można najśpieszniej, wynalazł środek sprowadzenia mię do Francyi, ale chciałabym wyjechać sama. Mieszkać przy matce niepo-dobnaby mi było. Gdybyś wiedział co zaszło między nami i to wskutek czego! Nie wymagaj żebym ci opowiadała takie rzeczy. Pomyśl ilebyś cierpiał gdyby ci przyszło mówić co nn matkę; ale pan. pan jesteś mężczyzną. Na wszystko co masz najświętszego zaklinam pana, szukaj i znajdź jaki środek wyrwania mię ztąd. Czy nie mogłabym zamieszkać przy twej matce? Dawałabym lekcye śpiewu, byłabym nauczycielką; mówię po angielsku jeszcze lepiej niż po francusku, w czem nie jestem bardzo mocna, ale się nauczę. Pragnę jedynie za rabiać na życie. Powiedzą tu o mnie co zechcą, żem uciekła z kochankiem, że jestem dziawczyną zgubioną, co mię to obchodzi? Będę miała świadectwo własnego su.nienia i pański szacunek. Gdy bym miała pieniądze, wyjechałabym dziś jeszcza w 47 nocy, jestem jak warjatka, Jedna z przyjaciółek pożycza mi swego paszportu, ale nic nad to pożyczyć mi nie może, nie bogatsza ona odemnie; o jedno tylko proszę pana, jeżeli nie możesz mi do-pomódz w tem zdarzeniu, to żebyś nigdy o tym liście nie wspominał matce mojej, sani nawet swojej1 któraby mię potępiła, wystawiając sobie że wszystkie matki takie jak ona, Bodajby tak było! Myślae łam już o wstąpieniu do klasztoru, ale boję się czy starczy mi odwagi w nim pozostać. Czuję w sobie siłę i wolę pozostania kobieta uczciwą, ale na swobodzie, wśród ludzi. Jeżeli mama pańska mnie nie zechce, możeby córka p. Ritza chciała? Wszak ona ma już trzyletnie dziecko, niechże mnie weźmie za guwernantkę! Alboż też pani Lesperon, u której poznałam pana (ach! gdziei dziś ów wieczór szczęśliwy?), czyby nie mogła, ona co zna tyle osób, znaleźć mi jakie miejsce albo wydać mnie za imż? Pieniądz nie powinienby być jednak wszystkiem. i młoda dziewczyna ładna, skromna, pracowita, boć przepracowałam już nie mało godzin, nie mówiąc nic nikomu, i na życie dzienne zarabiałam nieraz nocą, nareszcie dziewczyna uczciwa, dowodzę tego przecież w tej chwili, kiedy odemnie tylko zależałoby być bogatą poświęcają tę uczciwość (pojmujesz pan? to okropność, mój Boże!), dziewczyna taka jak ja czyż nie zastąp} pósegu dla człowieka z sercem? Nareszcie zrobisz z Izą co zechcesz. Jestem przekonana że nie mam epśzego nad cię przyjaciela, a pan możesz być pewien że nikt cię tak nie kocha jak twoja nieszczęśliwa żoneczka
„Iza Dobronowska“.
„Jesteś dobry jak Bóg sam Płaczę z wdzięczności i szczęścia pisząc do ciebie ten list ostatni. Doprawdy, kochałeś mnie od pierwszego wejrzenia? Ja także kochałam ciebie, więc to widać dlatego tak zawsze myślałam o tobie. Przeznacze nie istnieje rzeczywiście, widzę to teraz. Uściskaj odemnie swoją matkę, Wyjadę jutro, dziś wieczór jeszcze, jeśli będę mogła. Jakże mi śpieszno cię widzieć! Dowiesz się o wszystkiem. Przysyłam ci najdłuższy promień moich włosów. Przynajmniej jeśli umrę w drodze zostanie ci cząstecika mego życia, i przekonanie, żem umarła z myślą o tobie;
Z chwilą ’otrzymania tego listu nie wychodź już z pracowni i drzwi na klucz nie zamykaj, Obaczysz je otwierające się nagle, to będę ja! — Jakie szczęście! kocham cię! kocham cię! kocham! Jak mi błogo że mogę ci to powiedzieć nareszcie. Twoja tą razą prawdziwa żoneczka,
„Iza’1. ^ *. Była szczerą kiedy tak pisała. W tej godzinie gdy tyle mam przeciwko niej zarzutów, gdy tak bardzo wszystkich jej win potrzebuje dla zmniejszenia ciężaru mojej winy, przysięgam, ona nie kłamała, kochała mię wtedy. Nie wątp pan o tem drogi przyjacielu, nie staraj się w wątpliwość wprowadzać nikogo. Szanuj owe chwile! Nie obmyślała ona nic zawczasu. Jak i ja podlegała fatal-ności dziedzicznej. Podlegała jej nawet podwójnie będąc zrodzona z dwóch istot zepsutych do głębi.
Nazajutrz po otrzymaniu ostatniego listu, odebrałem następny:
„Zabierasz mi pai moje dziecko, moje dziecko jedyne, dla którego tyloletnie zniosłam poświęcenie, a które tak źle mi się za nie wypłaca! Życzę i pragnę szczęścia dla was obojga, ale w nie nie wierzę. Ta co jest niewdzięczną dla własnej matki, będzie i dla męża nie wdzięczną. Ma ona wszystkie papiery potrzebne do aktu ślubnego, któremu się opierać nie chcę, ponieważ nie mam nic jej dać w zamianę. Bądźcie spokojni, nie usłyszycie o mnie nigdy więcej. Obowiązek mój spełniłam aż do końca, przekonasz się pan sam kiedyś że miałam słuszność, i pożałujesz złego, któreś mi wyrządził.
„Mam zaszczyt pożegnać pana.
„Hrabina Dobronowska“.
Nie myślałem naturalnie poddawać tego listu, ani pod sąd matki, ani p. Ritz’a a zresztą, dotąd ani jednemu ani drugiemu nie mówiłem na serjo o Izie, a przynajmniej o moich względem niej zamiarach.
W owym czasie położenie moje finansoWe było wyjątkowo świetnem, jak na artystę mojego wieku. Nie mogłem podołać zamówieniom. Zarabiałem na czysto trzydzieści do czterdziestu tysięcy franków rocznie. Dwie trzecie z tego umieszczałem na procencie, a i tak jeszcze oboje z matką żyliśmy bardzo wygodnie, nawykli oddawna do pracy, oszczędności i prostoty. Zresztą dążyłem do tej niezależności materjalnej, któraby pozwoliła mi rozrządzać sercem według własnej woli. Byłem silny wesół, niezmordowany; nie znałem granic żywotności własnej. Nie bałem się zarówno przyszłości jak obecnej chwili, i śpieszno mi nawet było dźwignąć jeden ciężar więcej na swe ramiona. Chciałem nie tylko wszystko samemu sobie zawdzięczać, ale pragnąłem nadto by drudzy a przedewszystkiem kochana pzzezemnie kobieta, pomyślność swą, dostatki i szczęście mnie jednemu winną była. Ponieważ los dawał mi talent, zdrowie, dostatki, uważałem się odnośnie (do ludzkości za dłużnika, i pragnąłem dzielić się z mniej szczęśliwymi od siebie. Słyszałem często mówiących:,,Dla czego się nie żenisz? W twojem położeniu mógłbyś zrobić świetną partję, z takiem prowadzę niem, z taką opinją, możesz, powinieneś wszystko osiągnąć. Wejdź w jaką porządną rodzinę. Chcesz ożenię cię, i t. d., i t. d.“ Odmawiałem, Naprzód dlatego, żem nie chciał w położeniu już zdobytem przeszłość matki mojej poddawać pod rozbiór jakiej „prawej,, rodziny, w skład której wejśćbym zapragną); następnie, żem upodobał sobie w wyż wymienionej idei.
Uboga dziewczyna, matka moja, została zdradzoną, porzuconą przez mężczyznę; trzeba więc by inna uboga dziewczyna, moja żona, mogła powiedzieć, że znalazł się mężczyzna co ją wziął jak stała bez pieniędzy, bez opieki i uczynił swą towarzyszką szczęśliwą i poważaną. To mi się zdawało koniecznem zrównoważeniem w świecie wszechrzeczy, na korzyść tej uczciwości, co się stała zasadą i podstawą mego życia. Nareszcie miłość artysty, miłość szalona, fatalna miłość, zwijcie to uczucie jak zechcecie, ja kochałem I zę. Opanawała mię ona przez to pierwsze pojawienie, co mię tak olśniło, przez piękno którego była najdoskonalszym wyrazem, przez bojażrt utracenia jej na zawsze, przez zazdrość, żal, przez nagłe odwołanie się biednej dziewczyny do mego przywiązania, gdy mię błagała o wyrwanie jej z grożących niebezpieczeństw, przez konieczną potrzebę mej opieki, przez nędzę nakoniec, co dla ludzi zwyczajnych stało by się raczej przyczyną zerwania. Dodajcie do tego czystość moich obyczajów, gwałtowną potrzebę miłości, wypowiedzenia jej, dowiedzenia jej, nieuniknioną w moim wieku, napastującą mię, drażniącą. A potem, jeszcze jeden urok: kochać istotę, dziecięce ledwie rysy której pamiętamy, kobieca twarz której jest nam nieznaną jeszcze; którą się przedstawia, którą się
Wyobraża, którą się marzy, ale której określić ani uwydatnić sobie niepodobna, na którą oczekujemy każdej chwili, z całym niecierpliwym niepokojem duszy, rwącej się Jo niej Jak ona do nas, którą czujemy zbliżającą się zwolna do powietrza naszego oddechu, której nadejście słyszymy całem sercem, w ramiona której mamy się rzucić na całe życie. Oh! nie byłoż to; zaprawdę czystą atrakcją dusz,, przyczyną miłości prawdziwej? li.
Opowiedziałem o wszystkiem matce, nie tyle z zamiarem poradzenia się jak raczej zawiadomienia jej po prostu. Oddawna juS postanowiła ona była nie wpływać na mnie w żadnym razie, znajdując mię tysiąc razy mędrszym i rozsądniejszym we wszystkich sprawach niżby się kiedykolwiek spodziewać mogła. Wszystko com czynił, czyniłem dobrze. Była mi wdzięczną żem się nigdy w jej przeszłość nie wdzierał, i sądziła się obowiązaną w zam/an do mojej nie wglądać. Szczęście moje było jej dewizą. Zdawało jej się rzeczą naturalną, by wszystkie kobiety szalały za mną. Zdawało jej się rzeczą prostą, bym się ożenił z ubogą dziewczyną.
Z drugiej znów strony, żyła w sferze takiej mierności, że mnóstwo możliwości okazało się nie-doSfępnemi jej przewidywaniom. Znosiła skutki złego, ale nie wyrządziła go nigdy; nie mogła go więc przewidywać. A może też widząc mię rosnącym w sławę, bała się by duma nie opanowała mię z czasem, a świetny jaki związek nie oderwał od niej. Ożenienie więc takie przy którem czułaby się potrzebną, przyjętą, zrozumianą, uśmiechało się jej z góry.
Urządziła tedy pokoik dla córki, jak już zwala Izę. i oczekiwała na nią z niecierpliwością równą niemal mojej.
Przyjaźń i wdzięczność woja dla Pitz’a zawsze były te same co dawniej. Stosunki z konieczności stały się rzadszemi. Na pozór nic się między nami nie zmieniło: było to wszakże jego raczej niż moją zasługą. W istocie, za każdem nowem mojem powodzeniem, niektórzy z zapalczywszych mych wielbicieli, z tych co to nie umieją podnieść jednego bez poniżenia drugiego, chwycili się sposobności by napaść na jego dzieła. Niejednokrotnie drukowano w sprawozdaniach, że zdobycie się na takiego ucznia było nie małem szczęściem dla niego, bez tego bowiem na nicby się nie zdobył. Było to nieszla-chetnem, było to niesprawiedliwem; on wszakże nie dawał poznać po sobie ile niesprawiedliwość taka go bolała. Im więcej okazywałem mu serdeczności, tem więcej zdawało się jakobym chciał zadosyć mu uczynić za tę nagłą sławę; im więcej starałem się zacierać niknąć w obec niego, tem bardziej go poniżałem. Położenie moje względem niego stawało się przez to niezmiernie drażliwem niekiedy. Zawdzięczałem mu wszystko, nie byłem zdolny zapomnieć o lem, a nie wolno ml było nawet podać mu najprostszą radę, albo wyrazić pochwałę, pod karą dotknięcia go boleśnie pozorem wyższości. Przychodził do mnie; przypatrywać się gdy pracowałem; pokazywałem mu studya; pomysły swoje od dawałem pod sąd jego: zasięgałem jego rady co do dzieł moich. Kilkakrotnie zdarzyło mi się odwołać się do niego. Udawałem jakobym nie mógł poradzić i prosiłem go o pomoc. Była (o największa rozkosz jaką mu sprawić mogłem, to też po skończeniu dzieła, skoro podziwiano szczęśliwy ruch, wyraz, linię, do których on się przyczynił, starałem się powtarzać w obec niego:
— To pomysł mego dobrego misirza; jemu to należą się pochwały.
Ściskał mię wtedy gorąco; ale z samego uścisku odgadywałem, że mię rozumiał, i że posiadał tyle wielkości duszy by mi przebaczyć chęci poczciwe:
Mieszkał razem z córką, zięciem i dwojgiem ich dzieci. Co się tyczy rodziny, ta nie pozostaj wiała mu nie do życzenia. Konstanty ukończył St. Cyr jako jeden z pierwszych uczni, i był już tem, co przyrodzenie zawsze w nim przepowiadało, jednym z najlepszych dowódzców w Afryce. Pisywaliśmy do siebie i jak tylko przybywał do Paryża za urlopem, drugie z kolei jego odwiedziny mnie się dostawały.
W okolicznościach, w jakich się znajdowałem, należało mi wyjawić zamiary moje tak p. Ritz jak i matce. Poszedłem do niego. Opowiedziałem mu niedługie dzieje mej miłości i przyszłe zamierzone jej rozwiązanie,
Czy stanowczą wiadomość mi przynosisz, — spytał, — czy przychodzisz żądać mej rady?
— Jest to wiadomość stanowcza. A zatem, drogie dziecko, — powiedział biorąc mię w objęcia i ściskając czułe, przyjm szczere życzenia, i pamiętaj że dom mój, jest zawsze twoim, czy będziesz żonaty lub nie.
— Czy zechcesz pan łaskawie być moim świadkiem?
— Z całego serca. 1 czemuż nie zwierzył mi wtedy wszystkich obaw swoich? Ale czyż byłbym go słuchał?
Działo się to 2 marca, było południe, gdy Iza weszła cichym, stłumionym krokiem do mojej pracowni, nie skrzypnąwszy nigdzie drzwiami, ktdre wszystkie stały nie zamknięte, stosownie do jej polecenia.
Z twarzą ukrytą pod czarnym koronkowym woalem, trzy razy okręconym w około głowy i który uparcie osłaniał jej rysy przed najciekawszem spojrzeniem, stała milcząca, nieruchoma, nieprzek-niona jak obraz przeznaczenia, przytrzymując obiema skrzyżowanemi na piersiach rękami, powiewne końce tej dziwacznej zasłony. Wpatrywałem się w nią przez chwilę, nie zdolny ruszyć się z miejsca, tak bardzo serce mi biło. Wtedy odwinęła woalkę, zerwała z głowy kapelusz i ciskając wszystko na los szczęścia, ukazała promienną twarzyczkę, którą jasne światło dzienne rozjaśniła jeszcze trochę-Dlaczego nie padano na twarz przed tą boską istotą? Jakie tej dano dostać się aż do mnie? Ach! czyż istotnie ku mnie tak dążyła? Ten wdzięk, ten przepych, ta młodość, te spojrzenia, te uśmiechy^ ten rozum, ta dusza, wszystko to byloż więc dla mnie! To wszystko to tworzyło się, rozwijało, ożywiało o pięćset mil odemnie, dla mego szczęścia i dla mojej sławy! Jaka nagroda! i jak słusznie szanowałem miłość, zachowując się nietkniętym na pierwsze zachwyty! Doskonale znała swą potęgę, i widząc mnie zatopionego w uwielbieniu, przemówiła dziecięcym swym głosem, którego lata nie zmieniły wcale:
— Znajdujesz mię ładną?
Pobiegłem do niej, pochwyciłem ją w ramiona, podniosłem z ziemi, i okryłem pocałunkami ręce jej i włosy,
— Już cały tydzień chodzę z tym murem na twarzy, — mówiła dalej wskazując rzuconą woalkę
— nie chciałam by ktokolwiek patrzył na mnie zdawałoby mi się że cię zdradzam pokazując się drugim. 1 ty; ty także jesteś piękny, — oh! Ależ śliczny jesteś. Jakże my będziemy się kochać! Jak tu wesoło! Zostaniemy tutaj zawsze. Jaki ty dobry że się ze mną żenisz! Gdyby nie ty coby się ze mną stało? A matka twoja, gdzie twoja matka niechże ją ucałuję? Czy mój pokoik gotowy? Teraz jestem zupełnie sama na świecie. Ale to daleko wygodniej dla naszej miłości. Pobierzemy się jaknaj-prędzej prawda? Mam wszystkie papiery w porządku; patrz, oto są. Były przygotowane dla tamtego, dla Sergiusza, wiesz? Nie miał odwagi oprzeć się rodzinie. Doprawdy, doskonale zrobił! W ostatniej chwili byłabym mu odmówiła. Cóżby się ze mną stało, kiedy ciebie kochałam! Prędko, prędko, mój pokój; upadam ze zmęczenia.
Przyzwałem matkę. Iza rzuciła jej się na szyję z dziecięcem wylaniem, Malka pokochała ją od razu. Zaprowadziła do przeznaczonego dla niej pokoiku, położonego obok jej pokoju, tuż nad moją pracownią.
— Jak tylko się, obudzę, — powiedziała Iza zastukam nogą w podłogę. Racz pan pracować aż ’ do tej pory.
Pocałowała mię w czoło i spała do samego wieczora.
Jakież błogie życie wiodłem przez ciąg dwóch miesięcy! dwa miesiące bowiem czasu zabrało uregulowanie wszystkich formalności. Iza chodziła i biegała po całym domu, jak gdyby tutaj wzrosła i jak gdyby nigdy nie wydała się z niego. Oddychałem jej życiem Miewała nagle porywy ptaszka. Niespodzianie rzucała mi się na szyję z okrzykiem;
— Już tylko tyle dni zostało czekać!
Albo znowu, zbudziwszy się w nocy, brała, pantofelek i stukała nim w podłogę wołając:
— Dobranoc, mój kochanku!
Dostawała zawsze odpowiedź, gdyż sypiałem bardzo mało. Myślałem o niej bez ustanku. Rzecz skończona, miłość stała się wszechwładcą moim.
Opowiedziała mi dokładnie dzieje swe od * czasu naszego rozstania i jak wspomnienie o mnie górowało ustawicznie po nad przygodami i burzą jej życia. Matka zawiozła ją była do Petersburga w nadziei rozkochania w niej którego z książąt. Nie została nawet ani razu przyjętą w pałacu; wtedy> prowadzała ją wszędzie, gdziekolwiek mogła być widzianą aż do znużenia. Następnie, powróciwszy do Warszawy, próbowała, bez wiedzy córki, złapać w sidła Sergiusza. Ledwie nie doszło do procesu. Była mowa i o teatrze. Doprowadzona do ostateczności nędzą, chciała w końcu oddać córkę, powiedzmy wprost, sprzedać ją jakiemuś niezmiernie bogatemu starcowi, który w zamian zapewniał je dostatnie życie, i ośmieliła się oświadczyć ćórce to dzikie postanowienie.
Po tem wyznaniu, Iza nic już nie chciała uk rywać przedemną. Opowiedziała mi jeszcze rzecz jedną, która ostatecznie utwierdziła mię w przekonaniu żeśmy byli od wieków przeznaczeni dla siebie i że istniał już pomiędzy nami jakiś opiekuńczy, tajemniczy węzeł. — ^
— Czy pamiętasz, — rzekła mi, dzień, kiedy to przyszedłeś do nas pierwszy raz, na Szkolną? Wpatrywałeś się we mnie z uwagą. Spytałam cię o przyczynę, gdyż w tem wpatrywaniu się było coś więcej nad prostą sympatję i przyjaźń. Odpowiedziałeś, że znalazłeś we mnie uderzające podobieństwo do jednego z twych kolegów, nazwiskiem Mi-nati, zmarłego przed kilku laty. Przemówiłam wtedy kilka słów po polsku do matki; zapytałam jej czy można cl powiedzieć żeśmy — znały ojca Minatfego Odpowiedziała mi że1’, Nie“, Nic ci więc nie wspominałem o tem Jestem siostrą Andrzeja Minati. Ojciec trzy lata mieszkał w Warszawie Był ślicznym mężczyzną, jak się zdaje. Odwiedzał bardzo często mego ojca przed mojem urodzeniem. Widzisz, że nie mam przed tobą tajemnic. Cóż cię to zresztą obchodzić może! tylko że fo ciekawe, prawda? lak, Jakim sposobem dowiedziałaś sie tych szczegółów.
Kiedyśmy popadły w nędzę. mama odwoływała się o pomoc do p. Minati, Ja to zwykle pisywałam listy. Nie odpowiedział mi razu. Kiedyś, w przystępie gniewu, w obec mnie zdradziła się z tajemnicą, a w końcu opowiedziała mi o wszystkiem. Później, dowiedziałyśmy się że teu jegomość już nie żyje.
Nieszczęsne fatum grało teraz w odkryte karty; do mnie należało się cofnąć ani pomyślałem o tem.
Otrzymywałem po parę listów bezimiennych na tydzień. Mieściły się w nich najdziwniejsze oskarżenia, nie tylko hrabiny ale nawet Izy dotyczące. Pokazywałem jej wszystkie te listy, z wyjątkiem tych, których grubijańsko-technicznych wyrażeń pojąć by nie mogła.
— Ten musi pochodzić od pani takiej to, — tamten od panny takiej, — mówiła Iza z największym spokojem. Nie mam do nich żalu, jam szczęśliwa: ale jeżeli ty im wierzysz (mówiła mi zawsze ty, a z jakim pieszczotliwym wdziękiem; jeżeli wierzysz im, nie żeń, się ze mną, — jeszcze czas. Ja i tak zostanę u twojej matki. Dobrze mi tutaj. Nie będę wam przeszkadzać, a i utrzymanie moje dużo was kosztować nie będzie.
Może chcesz żebym została twoją kochan. ką, dla dowiedzenia, że kocham ciebie?
— Nie mów tak, — przerywałam kładąc jej rękę na ustach, — nietak powinna się odzywać ta co będzie moją żoną.
— Cóż chcesz! — odpowiedziała, — wiem że młoda dziewczyna może żyć z mężczyzną nie będąc żoną jego, i że jest przez to shańbioną; ale zapewniam cię że nie wiem nić nadto, i nie rozumiem nawet dobrze co ten wyraz znaczy. By.ebyś mię kochał i miał mię przy sobie, reszta nie wiele mię obchodzi.
Po ogłoszeniu zapowiedzi, poczęto mówić 0 tym związku jak to się mówi o wszystkiem, i tak 1 owak, przeważnie w naszym światku artystów. Niespodziana wiadomość dawała pole do najsprzeczniejszych komentarzy. Zdaniem jednych zaślubiałem bogatą dziedziczkę, wykradzioną od rodziców; zdaniem drugich jakąś awaturniCę, która skorzystała sobie ze mnie, jako z dobrze znanego niewiniątka. Dla tych, Iza była zagraniczną księżniczką, pałającą ku mnie miłością szaloną która zaślubiała mię wbrew woli rodziców; dla tamtych, była modelem, oddawna kursującym po pracowniach, i którego cały szereg poprzednich kochanków na palcach wyliczyć było można.
W Paryżu, skoro się posiada imię wydające się czemkolwiek po nad tłumy, jest się na łasce pierwszego lepszego płotkaiza. Szczęściem, Paryżowi zawsze pilno i nic, nawet potwarz nie zatrzy ma go na dłuższą chwilę. Dla tego już samego Iza pozostała nieznaną, niewidzialną nawet, przed ślubem bowiem nie pokazywałem ją dosłownie nikomu. Na nic by się nie przydało czćić ją tak wysokim jak moj był szacunkiem, by odkryć światu spoinę życie nasze, Nie zostawaliśmy nigdy we dwoje, a skoro bywała obecną przy mych pracach, matka moja zawsze była z nami. Nadto byłem rozkochany i nazbyt uczciwy bym mógł wyzyskiwać własne szczęście. A jednak ciężko walczyłem z sobą z chwilą bowiem gdy miłość ogarniała tak gorącą i tak długo powściąganą naturę jak moja, musiała ją palić żądzą i niepohamowaną ciekawością swoją.
Wejście nasze do kościoła przywitał szmer uwielbienia, który, gdyby nie świętość miejsca, niewątpliwie byłby się zmienił w porywający oklask ogólny. Zresztą, musisz pan pamiętać to wrażenie, ponieważ byłeś na naszym ślubie. Awanturnica czy księżniczka, wielka pani czy gryzetka. Iza była dla wszystkich bez wyjątku najpiękniejszą pod słońcem istotą, uczczono też w niej najwyższą przewagę piękności, w połączeniu z młodością i tym skromnym wdziękiem, który nie mógł być udanym i nie był nim w istocie. Dumny się czułem, powtarzam, nie tylko tem oddaniem mi się tak doskonałej piękności, ale nadto dumny z własnego swego postąpienia, Ziszczałem najpiękniejsze swe marzenia; dotrzymałem sobie słowa. Przedstawiałem rzadki i podniosły przykład człowieka uczciwego, praco witego, słownego, zawdzięczającego wszystko własnym silom, poślubiającego dowolnie, bez wyrachowania, bez interesu, bez umów poprzednich, kobietę własnego wyboru, która znowu z kolei wszystko mu zawdzięczać miała, i dla której przesadnie niemal zachował się nietknięty umysłem i sercem.
Oto w jakich warunkach nastąpiło moje ożenienie. Był to niewątpliwie czyn szalony, ale otwarty i prawy. na
Miodowy miesiąc przepędziliśmy samotnie, wsi, w niewielkim pawilonie, który książę R... zo stawił do mego rozporządzenia. Pawilon ten wznosił się nad brzegiem Sekwany, nieco bliżej od Me-Iun, u stóp lasku Sainte-Assise. W zimie strzeżony był przez ogrodnika, jego żonę i córkę, którzy nas nie znali i do których należało zaopatrywanie potrzeb materjalnych naszego istnienia przez cały czas pobytu w pawiionie. Ludzie nieznajomi, cóż za szczęście!,. Dla tych dobrych ludzisków byliśmy po prostu przyjaciółmi księcia, potrzebującemi nieco świeżego powietrza i spoczynku, po długiej podróży. Tym sposobem uniknęliśmy badawczej cieKawości, przedmiotem której staje się zawsze dwoje nowożeńców, w każdem miejscu i stanie. Posiadaliśmy przestwór, swobodę, bezimienność szczęścia. Tam, obok wykwintnego pysznego mieszkania, znaleźlibyśmy całą uroczą prostotę życia wiejskiego. Ugalonowany służący w liberji i krawacie, który latem pojawił się z państwem, teraz nie wkracznł jeszcze w progi zacisza, wybitego koszmirem, ma-terją perską i jedwabiami, Natomiast, ledwo dosłyszalnie zastępowały go ciche ostrożne kroki córki ogrodnika, równo ze świtem pełniącej obowiązki 66 pokojowej, stąpającej na palcach, by nie zbudzić czasem trafunkowych gości swoich, bogatych zapewne, i chętnych jej odpłacić wspaniałą książęcą gościnę. Matka jej przyrządzała nam ową wyborną, smakowitą kuchnię, sztukę której posiadają zazwyczaj żony ogrodników.
Serce i żołądek żyją w takiem dobrem z sobą porozumieniu w czasie zdrowych wrażeń i uciech niewinnych! a potem młodość rozwesela ćo miłość uszlachetniła.
Byliśmy w pierwszych dniach Maja, O wiosno I gdzież jest człowiek, na tyle wypadły z łaski Bożej, że choć raz w życiu nie wsłuchał się w ciebie, wyłaniającą się z głąbi wszechrzeczy? Kto z nas nie uczuł się szczęśliwym na widok poruszającego się w łonie matki-ziem pełnego nadziei niemowlęcia, co ma się nazywać lato? Nie doznawaliżeście* w tym czasie nieokreślonym, nadewszystko jeśliście byli zakochani, rodzaju przyrodniczych zawrotów, a skutek których zdawało wam się jakoby kulay ziemska poczynała się szybcej obracać by dobiedz co rychlej do palących pocałunków promienistego swego oblubieńca? A skoro, lekkie obłoczki, ostatnie cienie niknącej zimy, rozszarpią się nagle, jak tkanka muślinowa, i ukażą błękit, iskrzący jak szafiry, łagodny jak przebaczenie, czyż nie dostrzegaliście wtedy wyraźnie bożego uśmiechu i czy nie czuliście się lepszymi? Jakiż cudny przewrót w całej natur*e! Jeden promień słońca zmienia wszystko w harmonji świata: co płakało śmieje się, co jęczało śpiewa. Deszcz pada wesoło; nie boimy się już deszczu. Padając tworzy kwitnienie.’ Jeżeli płatki śniegu polatują jeszcze, podobne do puchu gołębi, gonimy je wzrokiem szyderczym, jak maski po karnawale. Palimy ogień i otwieramy okna. Wszystko ma się do życia, i czujemy jak pierś wzbiera nam czułością dla tworów i rzeczy. Zdawałoby się że ludzkość ma zawrzeć nakoniec wieczyste przymierze z całą resztą stworzenia, że otóż zło, nieufność, wojny, boleści znikną z łona ^ziemi, i że już ukazać się ma anioł, zwiastując powszechne ukojenie i zgodę.
Tę wiosnę, kto mi ją dziś wróci? Cały dzień, chodziliśmy po owych cudownych gaikach, nie-zwiedzanych prawie, i których krzyżujące się ścieżki wiodły nas niewiedzieć dokąd, zawsze jednak gdzieś, gdzie nam było dobrze, i gdzie całowaliśmy się dowoli, nie płosząc nawet ptaszków leśnych, wiedzących że jak dla nich tak i dla nas nadeszła szczęśliwa pora.
Ol te drzewa z Sainte Assise, znam je wszystkie i kocham wszystkie dziś jeszcze. Nie ich to wina jeżelim był nieszczęśliwy: nie one to mię zdradziły; jak umiały, przyczyniały się do mego szczęścia, użyczając mi wesoło zieleni » cienia na pierwsze gniazdeczko moje.
Oh, przyrodo, przyrodo! dopóki bodaj jeden człowiek, a w tym człowieku dusza istnieć będzie na ziemi, ten jeden zapyta cię, jak ja dzisiaj, coś zrobiła z obietnicami twojemi i ze złudzeniami je go. Czemu lak błogo uśmiechałaś mi się wtedy? Dlaczego zdawałaś się nam błogosławić wszystkie-mi twojemi głosami, a o tej chwili, niezmienna z pozoru, ani się przyznać do mnie, ni mnie cie~ szyć nie chcesz? Czemu, gdy rozszalały zrozpaczony, nędzny, z całą szczerotą szedłem do ciebie; matko wszechstworzenla, wzywając u ciebie rady, zachęty, uśmiechu, dlaczegoś pozostała milczącą, ty które} znałem hojność i wymowę? I jednak działo się to o tej samej porze, w tych samych niemal dniach miesiąca. 1 w tobie, i dokoła ciebie wszystko było po dawnemu. 1 obłoczki jak dawniej pływały po niebie, i ptaszki, przelatywały z gałęzi na gałęź.i muszki tak samo błyszczały wśród trawy; ale nie te to już obłoczki, 1 ptaszki, i muszki już nie te; och, i ja nie ten już byłem. Widziałeś ty już nieraz tysiące istnień i tysiące skonów, a nigdy nie drgnęło ani się nie zmieniło nieruchome twe obli* cze; a czemże dla ciebie jedna boleść więcej albo mniej!
Tu i owdzie siekiera kilka drzew obaliła, stopy ludzkie wydeptały nowe ścieżki: trawa zarosła drożyny na których lekkie> szybkie kroki nasze nie zo stawiły widocznych śladów, a ty, milcząca, obojęt” tta, wiodłaś dalej wieczyste dzieło nie pamiętająć* nie dbając. Bo i wieszcie nie twoja to wina. żeśmy sialeni. fe wrażenia, niebezpieczeństwo i żale zni-komości przenosimy nad wieczyste przepychy — Błogosławiona bądź, święta przyrodo; szczególniej ma-
Iuczki kątku ziemi, gdzie się czułem tak zupełnie szczęśliwym!.. Zupełnie szczęśliwym/ Gdzież człowiek co by zdołał stwierdzić dwa te słowa o własnej mówiąc przeszłości? Najlepszą, najpiękniejszą cząstkę mego życia zostawiłem w owym małym lasku. Obyż kto inny mógł ją tam odnaleźć!
Kiedyś, gdy będziesz miał czas wolny, drogi przyjacielu i uczujesz potrzebę samotności i skupienia, wyjdź pięknym rankiem majowym, na drogę do Fontainebleau. Zatrzymasz się w Cesson; ztam-tąd wziąwszy się na prawo, będziesz szedł małe pdł milki aż do wielkiej kasztanowatej alei. Przekroczysz drewnianą barjerę kidra drogę powozom zagradza. Nikt ci nic nie powie: właściciel to wielki, pan gościnny dla każdego. Tą aleją dochodzi się do miejsca gdzie się grunt obniża. Czy widzisz, tam na prawo, tę ścieżynkę wpół zakrytą rosnące-mi nad nią hebanami? Przecina ją nizka krata, zawsze uchylona, ponieważ dzieciom wioskowym wolno się bawić w parku, pod wielkiemi, siejącemi do koła aromat jodłami. Minąwszy kratę, ścieżka ta doprowadzi cię do progu domu, kryjącego się w gęstej zieleni kasztanów. Rzuć okiem na dom ten i powiedz sobie. „Jest ktoś, co tu był zupełnie szczęśliwym!* Kobieta, pilnująca teraz tego domu, w którym nikt już nie mieszka, nie wiem czemu, to żona ogrodnika. Mąż jej, obecnie, pracuje w sąsiednim pałacu. Córka za mąż poszła. Zaślubiła rolnika z Beaulieu, wioski leżącej na wzgórzu, o parę kilometrów z tamtąd; Pomów o mnie z ogrodniczką; uśmiechnie się i powie ci; „Było (o śliczne małżeństwo! A jak się kochali! Jak wyglądali szczęśliwi! Co się z nimi stało?“ Odpowiesz jej że kochamy się zawsze i że szczęście nasze dotąd trwa. Nie należy zniechęcać nikogo. Czyż powinno się przestawać być szczęśliwym! F\ potem, pocóż się narażać ną litość tych, którzy, nam zazdrościli?
Przejdź się po ogrodzie; znajdziesz dotąd rozległy trawnik zielony. Za naszych czasdw żyła tam parka kuropatw, nierozłączne, jak myśmy nieroz-czni byli, i ktdre zwykle biegły przed nami >, raczej z domysłu niż z bojaźni. Czy zostały tam, czy powróciły? Odwróciwszy się od domu udaj się wzdłuż gęstych zarośli bzu i 1 jaśminu, słoniących rzekę. Przedrzyj się przez nie. Rosną tam, prawda, chylące s!ę nad wodą i odbite w niej, wierzby rozrosłe, sękate, z najeżoną grzywą, nakształt rozzłoszczonych ludzi. Stoją, ’„na pięć czy sześć metrów jedna od drugiej odległe. Zatrzymaj się przy trzeciej, licząc ob strony pawilonu. Raz, w piękny dzień majowy, około dziesiątej z rana, byliśmy tam *oboje, ja i ona: ona wsparta, leżąca raczej na pochyłem drzewie, założywszy ręce splecione nad głową, ja wyciągnięty na ziemi, całując bose jej nóżki, ktdre, jedną po drugiej wysuwała z karmazynowych aksamitnych pantofelków kunami bramowanych, i głaskała mięfniemi po twarzy. Długie jej i ciężkie złote włosy zebrane były niedbale, bez porządku. Długie promienie wymykały się z pomiędzy zębów szerokiego, przytrzymującego je grzebienia, niby drobne kaskady sączące się z pomiędzy dylów nieszczelnej tamy, i roztaczały się po sukni jej i po chro-powej korze, drzewa. Za cały strój, miała na sobie ramy szlafroczek z błękitnego kaszmiru, który kazałem był zrobić na podobieństwo jej płaszcza ze Szkolnej, by o ile można mieć przed oczami i teraźniejszość i przeszłość.
W tej wdzięcznej pozie jaką przybrała, szerokie greckie rękawy, opadając w tył, odkrywały białe jej ramiona, zaokrąglone w koło głowy, niby polerowane amfory ucha. Po bezchmurnem błękitnem niebie błądziła błękitnemi jak niebo oczami; boć piękność jej, prawda? z najczystszych, pierwotnych składała się tonów. Dawno zużyte porównania, których mało kto dziś używać się ośmiela, same tylko do niej zastosować się dawały. Złoto kłosistych anów, dziewiczy śnieg lodowców, błękit bławatków, lilie, róże, granaty i perły: oto czam były włosy jej, cera, oczy, lica, usteczka, ząbki. Co poradzić na to? Tak już było; a wszystko zlewało się w harmonii młodości, rozkoszy i zdrowia. Napróżno, z wyjątkiem marmuru, alabastru i niepokalanego wosku, szukalibyście do czego by przyrównać to ciało jędrne, kształtne i gibkie, mnie jednemu naonczas wiadome, a którego cudnych zarysów nienasycone oczy moje dopatrywały mimo osłaniającej j<i tkaniny. Ani jedne] żywej duszy w promie niu paru mil do koła! Nikogo prócz nas dwojga i miękkiej, głębokiej wody, cicho biegnącej w dal Ranek przepyszny! czerwcowy ranek zabłąkany w maju. Po wewnętrznem drżeniu przebiegającem ciszę, czuło się, że przyroda dąży zazielenieć Spiesznie, jak młode dziewczę, co zaspało nieco; spieszy się przystroić w najpiękniejsze swe ozdoby, by złączyć się z towarzyszkami odbiegłemi na zabawę.
Kwiaty, nie zupełnie jeszcze rozwinięte, wyda wały już wonie, niby owe wyznania duszy, co to się zdradzają wprzód nim je słowo wypowie. Przejrzysta mgła. o barwach opalu, ostatnia zasłona, którą słońce miało podnieść z ziemi, zawsfydzonej tak wczesnem odkryciem, unosiła się jeszcze słoniąc dal, falisto rysującą się po za nią.
Cały ten przepych życia do nas się odnosił.
— O czem myślisz? — szepnąłem jej cicho.
— Czy ty mię bardzo kochasz? — odpowiedziała.
— Pytasz o to?
— Ale bardzo — bardzo!
— Oh! tak, bardzo, bardzo!
— To idź, wyszukaj duże prześcieradło, nabierz ciepłego mleka w srebrną czarkę z ’herbem księcia i przynieś mi to.
Byłem posłuszny W 7 dzieśięć minut potem wracałem z prześcieradłem na ramieniu i z czarką pełną dymiącego mleka, które przy sobie wydoić kazałem Izy nie było już na dawnem miejscu. Ubranie jej wisiało na gałęziach wierzby. Zimny dreszcz przebiegł mię od stóp do głowy, Stanąłem nie śmiejąc postąpić kroku: nie mo^ąc głosu wy dobyć z gardła. Głośny wybuch śmiechu był odpcH wiedzią na ten mój objaw przerażenia.
— Możesz się nie spieszyć, — wołała. — Dobrze mi tu jest,
Głos wychodził z rzeki. Iza, zupełnie naga, pływała w tej lodowo zimnej wodzie, wyprawiając tysiące podskoków, trzepocząc nóżkami, nurzając się, odgarniała włosy, jak prawdziwa.najada, które uosabiała wdzięk. J
— Czyś szalona! — zawołałem gorąco; — czy chcesz się zabić?
— Nie; jestem przyzwyczajona do tego.
— Gdyby tak kto cię zobaczył?
— Nie straciłby na tem wiele! file, bądź spokojny, nikt mię nie zobaczy; a zresztą, od czegóż moje włosy i tradycja?
— Wyjdź ztamtąd, jeżeli mnie kochasz.
Jeszcze chwilkę.
Zanurzyła się znowu; potem płynąc równo wprost do brzegu, chwyciła się za wystający korzeń i jednym skokiem stanęła na ziemi, z głową i ramionami ubranemi w długie trawy, których narwala sobie przy wyjściu z wody, i któremi przystroiła się z tym instynktownym wdziękiem, cechującym w niej najprostsze zalotności objawy. Rozpostarłem prześcieradło, by ją niem owinąć.
— Nie; — najprzód mleko, — powiedziała. 1, ujmując czarkę, poczęła, cała mokra i cała różowa, wypijać pomalutku, potrosze, cała tę mi seczkę mleka, głowę mając naprzód podaną, biodra wygięte z lekka, i mówiąc:
— Widzisz, ot i przedmiot do posągu. Patrz tylko czy to nie ładne?
Wypróżniła czarkę’ aż do kropli; następnie cisnęła ją z całej siły na murawę, nie bacząc, że mogła ją pognieść całą.
— Gdybyś tak była zepsuła to srebrne naczynie? — rzekłem tonem lekkiej nagany.
— To i co? przecież to nie moje.
Było to pierwsze słowo co mię w niej drasnęło. Z tego jednego |baczny spostrzegacz byłby o całym wywnioskował charakterze. Nieraz też wspominałem je sobie, — zapdźno.
Skoro wreszcie uwolniłem z traw włosy f ramiona Izy i chciałem okryć ją prześcieradłem, nie miała już na sobie ani jednej kropelki „wody; żar krwi wszystką wilgoć z niej osuszył.
— Patrz, jak mi gorąco, — powiedziała,
W istocie, z płonącego jej ciała, dobywała się leciuchna para, aromat widzialny.
— Nie powtórzysz więcej nigdy podobnego szaleństwa, — mówiłem ubierając ją oglądając się czy nikt nas nie widzi.
Poczęła znowu:
— Gdybyś wiedział jaka to rozkosz, zimna woda! Więcej niż od godziny chciało mi się tych trzech rzeczy: rozebrać się, zanurzyć się i napić się mleka ze srebrnej czarki. Gdybym c, ę był-> pr*ed tem zapytała, byłbyś miz pewnością nie pozwolił, wolałam więc nie pytając, pozwolić sobie 1, skoczywszy mi na “szyję, objęła ramionami cisnąc z całej siły, i wysunęła do pocałunku pąsowe usteczka swoje mlekiem zabarwione.
Małe to zajście opowiadam panu z najdrob mejszymi szczegółami dlatego, że w niem już przejawiają się w zarodzie trzy główne występki, mające najprzód zgubić tę kobietę, potem mnie z nią razem; bezwstyd, niewdzięczność, zmysłowość. A jednak, z wyjątkiem niemiłego zdziwienia wywołanego odpowiedzią w przedmiocie srebrnej czarki cała ta scena zostawiła na długo w moim umyśle samo wspomnienie miłości, — i niewinnej pustoty. Iza kilkakrotnie ponawiała podobne wybryki, a raczej uczestniczyliśmy w nich oboje, pragnąłem bowiem dzielić wszystkie bez wyjątku jej wrażenia. —, zwała mi? Daphnis, ja ją zwałem Chloe aż w końcu mitologiczne te kąpiele, oddawna wykluczone z obyczajów świata cywilizowanego, zdały mi się całkiem naturalną rzeczą.
Zresztą, takie ćwiczenia i zapasy z przemożnym żywiołem odpowiadały w zupełności moim upodobaniom, i nie byłoby nic tak bardzo zdrożnego w tej całkowicie odosobnionej rozrywce, gdybyśmy byli na tem poprzestali; ale miłość, ale miłość którą odczuwała dla mnie Iza była fizyczną wyłącznie; dusza nie brała w niej najmniejszego udziału, wierząc niemniej, że całkowicie ją podziela. Naów czas Iza, równie jak ja, nie domyślała się jeszcze tego, że łączący nas sakrament stawił ją w Pr«wl® poznania i wyjawienia mi wszystkich małżeńskich wrażeń, nie kryła się więc bynajmniej z uczuciem cielesnej rozkoszy, którego tu doznawała.
Tu zachodzi.konieczność nader drażliwego wyznania. W akcie oskarżenia nie będzie zapewne pominiętem to, co Iza tylokrotnie, po rozstaniu już naszem, powtarzała wszędzie na swoję usprawiedliwienie: że używałem własnej żony jako modelu. Będą mi zarzucać rozmyślne, z upodobania, demoralizowanie młodej dziewczyny, którą prawo wydało mi na własność, a której niewinność i skromność dziewiczą powinieniem był szanować.
Pierwszy punkt jest prawdziwy, drugi mylny
Niestety! demoralizacja była instynktowną, występek przyrodzony był u tej dziewicy; i jeżeli jedno z nas zostało przez drugie zdemoralizowanej*, to niewątpliwie demoralizacja nie mężczyzny ale dziecka y ła dziełem. Tak, w naturze mojej leżała hezAe’ zycznych żarów miłości; im więcej pr*e^ niem, zaparłem ich się dla p * małteń idealnej, tem, gdy raz już ideał wcielęmy, stwo zawartem zostało, myślałem o, żonie ściąganiu tych zapałów, cóż dopiero, ^ znalazłem równe mojemu pra nie byliś. i użycia. Wówczas, am jednej a 4da sześć my jeszcze winnymi. Ja miale pięknością, lat, Iza osiemnaście zaledwie; ona y ja byłem siłą, i kochaliśmy się do szału.
Wyznam ci wszakże, panie adwokacie, — kiedy ci już przyszło zostać spowiednikiem moim, — że pierwsze moje wrażenie, skoro mi już było wolno obnażyć z osłon tę boską istotę, mieściło więcej uwielbienia połączonego z szacunkiem, aniżeli żądzy, Taki jest przywilej najwyższej piękności, Podnosi oia umysł, uszlachetnia dusze, wprzód nim na zmysły podziała. Prud’hon w cudnym swym obrazie Adonisa t Wenery, pierwsze te wrażenia wyraził z delikatnością prawdziwego poety i prawdziwego kochanka. Najpiękniejsza z bogiń Olimpu, bezwarunkowo naga i bezwarunkowo kobieta, oddaje się pocałunkom i pieszczotom najpiękniejszego z śmiertelnych. Ten wpatruje się w nią pełen zachwytu, nie śmie wszelako ani ustami, ani końcem choćby palców dotknąć anielskiego ciała, którego sam oddech zda się skazić musi. Naturalnego tego wzruszenia, które odczuwałem z artystą, doświadczyłem z Adonisem. Jednakże, stopniowo, tak d 1 a syna Cinyry jak dla mnie, przyszła kolej na bardziej ludzkie uczucie; długo wszakże jeszcze w samem nawet posiadaniu, pozostałem skromnym i byłbym nim do dziś niewątpliwie, gdybym słuchał własnych skłonności jedynie. Nieszczęściem, poważna i powściągliwa do zbytku przy obcych, Iza wobec mnie była bez żadnego wstydu, Dumna swą pięknością, co chwila, pod pierwszym lepszym pozorem stawiła mi ją przed oczy, i scena z kąpielą ysiączną jest 1 edwie cząstką tego łańcucha zmys-owych obrazów, któremi lubiła mię wabić.
Nie na tem koniec, Mówiąc mi w chwili picia mleka’. „Czy nie jestem ślicznym pomysłem do posągu?“ wracała, poraź iuż — dwudziesty może, do raz powziętej myśli, chętki widzenia odwzorowanych, wykutych, uwiecznionych w marmurze tych uroczych kształtów, wytworna czystość który ch za-chwyćała mlęjjako małżonka i jako rzeźbiarza. Nie potrzebowała nalegać zb/t długo. Silniejsi odemnie byliby ulegli,. Miłować sztukę nadewszystko, w uwielbianej nad wyraz kobiecie mieć najdoskonalsze jej uplastycznienie, i nie połączyć w jedno obu tych ukochań, byłoby zadaniem trudnem, prze-chodzącem może nawet siłę ludzką, mianowicie gdy nie o namowę lecz o zgodzenie się szło jedynie. Odwołuję się w tym razie do szczerości kobiet jeśli istotnie szczere kobiety istnieją. Gdzież jest taka, coby znajdując się w tych co Iza warunkach piękności i szczęścia, nie uległa takiemuż uczuciu rniłości własnej i dumy?
— Ponieważ kocham ciebie, ponieważ jestem zazdrosną o każdą inną kobietę, a ty znajdujesz mię najpiękniejszą ze wszystkich — mawiała do mniei — ponieważ, szczęściem, uprawiasz sztukę dla której piękność moja przydać ci się może. rozrządzaj że nią dla sławy i pożytku swego. Tym sposobem wcielę się w każdą chwilę twego życia, i odnajdziesz mię wplecioną we wszystkie myśli swoje. Jestem zazdrosną: nie chcę lebyś się zamykał sam na sam z innemi kobietami; nie chcę, byś mógł znaleźć szczęście, ani nie chcę byś mógł znaleźć natchnienie po za mną. Zestarzeję się. Trzebaż ci wtedy będzie jakiegoś dowodu żem była piękną. A gdybym tak umarła jutro, cóżby ci zostało z twojej Izy? Pamięć przechodzi, marmur zostaje. Zresztą, czy kto będzić o tym wiedział teraz? A później, choć się. i dowiedzą, unieśmiertelnisz mię tylko i koniec. Czy nie chcesz byśmy razem w potomności żyłi, jak teraz żyjemy obok siebie? To nie traf prosty, zawierz mi, dał piękną dziewczynę za żonę i towarzyszkę wielkiemu artys cie, to przeznaczenie. Nareszcie sprawi mi to przyjemność, oto najlepsza racja,
I co odpowiedzieć na podobne argumenty?
Pierwszem dziełem, które podług niej wykonywałem, było jpragmona, myśl do której poddała mi sama w Saint-Assise, i której reprodukcja jedynie znaną była publiczności. Przypominasz pan może jakie utwór ten miał powodzenie. Nie tylko nie chciałem sprzedać za żadną cenę, ale nawet nie pokazywałem nikomu, z wyjątkiem matki i p Ritz’a, posągu naturalnej wielkości, z marmuru; który, na wieczystą pamiątkę dni szczęśliwych, umieściłem pomiędzy dwoma oknami małżeńskiej naszej sypialni, Jest ona wiernem odwzorowaniem Izy, której odlew całkowity wykonałem, przy drzwiach zamkniętych, w ciągu jednej nocy. Następnie, dla odwrócenia podejrzeń sprowadziłem model, wielkiej na-ówczas używający wziętości, sławną Aurelię; w istocie wszakże pracowałem tylko podług odlewu, formę którego i jedyną zdjętą z niej próbę zniszczyłem. Dziś żałuję tego. Był to dowód, a kto wie czy znajdzie się już kiedy drugi, że natura sama przez się może stworzyć doskonałość; i sztuka przynajmniej byłaby skorzystała z tej piękności, która z czasem tyle złego spowodować miała.
Odtąd nie miałem już innego modelu prócz Izy. Spełniło się marzenie Pygmaliona. Ta którą kochałem przetwarzała się kolejno w kobietę i posąg, Jednakże, z obawy by nie odkryto naszej tajemnicy, zmieniłem rozmiary dzieł moich.
Powodzenie moje wzmogło się może, wartość zmniejszyła się niezaprzeczenie. Coraz bardziej oddalałem się od ideału, od czystej podniosłej sztuki, Zawarłem ją w ciasnych granicach pie-szczotliwości i wdzięku. Owładnięty miłością i opanowany zmysłami, mimo woli wkraczałem do szkoły sensualistycznej Berninów i Clodionów. Nie mogłem nastarczyć zamówieniom. W pracowni drzwi się jak to mówią, nie zamykały. Niemniej jednak miarkowałem się w twórczości mimo rad Izy, żądnej nadmiernych dostatków i zbytku. Matka moja podjęła się zarządu domem, którego Iza ustąpiła jej z całego serca. Być piękną, słyszeć to ciągle z ust moich, kochać mię i dostarczać plastycznych pomysłów, na pomysłowości jej bowiem nie zby^ wało. oto wszystko czem się zająć umiała i chcia. ła. Połowa mego talentu w niej spoczywała teraz, Gdybym ją był stracił naówćzas, byłbym umarł z żału, jak twórca Adonisa i Venery po samobójstwie kochanki; nie rzadką jest bowiem rzeczą, w naszym artystycznym świecie, że giniemy przez.ko-biety. Niewierna, zabija Giorgione.a; kochająca zabija Rafaela; zabija Proudhon’a.
Najwidoczniej, mimo przyjętych ostrożności, podejrzewano prawdę, i w iiczbie zgłaszających się amatorów, nie jeden, gdy się ani domyślałem tego, kupował jedynie wizerunek ładnej kobiety, z nie żrdttmaftym wdziękiem robiącej niekiedy honory pracowni. Tak bezwiednie wyciągałem zyski z ciekawości stanowiącej mą niesławę, i wyzuwałem się ze czci z całą dobrą wiarą.
Czego wszakże nie podejrzewałem jeszcze bardziej, to przyjemności jaką sprawiało Izie takie publikowanie swej osoby. Ona to bowiem żądała bym dla handlu wykonał zmniejszone odbicie Spragnionej, i od tej chwili, doświadczała prawdziwe rozkoszy, widząc się tym sposobem wystawioną, incognito, no podziw publiczności, Skoro śmy wychodzili razem, wieczorami, zatrzymywała się naprzeciw magazynów gdzie w wystawach figurowały reprodukcje Spragnionej i Daphnisy, i mówiła mi cichutko, stojąc między przyglądającemi się grupami:
— Ani się domyślają że to ja jestem.
Zdawała się uszczęśliwiona temi tysiącami żądz które budziła, tym zuchwałym hołdem który oddawano bronzom i marmurom wystawiającym ją samą. Było to wprawdzie tylko cudzołóztwo myśli, ale zawsze cudzołóstwo, Jednakże nie odstępowała mię ani na chwilę, a nawet w obecności obcych, zaledwie że miarkowała nieco objawy czułości swej dla mnie. Chełpliwie usiłowała okazać się niewolnicą moją, rzeczą moją; dbała o to niesłychanie by wszyscy widzieli, że szalała za mną i że była niedostępną. W rzeczy samej, trudno wystawić sobie coś powściągliwiej ‘czystego niż Iza w zwykłej’ odzieży; widząc ją tak przesuwającą się w długich sukniach białych, nie ujętych w pasie, z których jedynie twarz, jej nogi i ręce przeglądały, rzekłbyś że to posąg Perugina czy statua Donatella. To przybieranie zewnętrznych pozorów skromności, mylących podejrzenia wzbudzone niedyskrecyą sztuki; niemożliwość sprawdzenia istotnego podobieństwa, w jakiej się znajdowali ciekawi, sprawiły niewymowną uciechę tej dziwnej naturze, goniącej już wtedy za niezwykłościami.
A że to dla mnie, dla mnie jednego pragnęła być kochaną i wielbioną, i ja więc przyjmowałem na siebie wspólnictwo w tej niepospolitej rozwiązłości. Otóż, w jaki zamęt kobieta występna z natury wprawić może, niewinnie, drażliwe uczucia mężczyzny, gdy go opanuje! Mówię niewinnie, boć i występek ma swoją bezwiedność niewinną. Są istoty zrodzone do złego, istoty, które instynkt potrzebę występku, na świat z sobą niosą, i które pełnią go bez rozmysłu. i bez samo-wiedzy. Wąż śmierć zadaje, szalej szał przynosi. 1 stworzenie i kwiat czyliż wiedzą co czynią? Nie. Przyroda tak postanowiła; zadaniem ich niweczyć, więc niweczą. — Dlaczego? Bóg wie. Sq dusze tak samo obdarowane fatalnym tym przywilejem. Iza należała do ich liczby; nie widziała jeszcze sama w owym czasie, to jest w pierwszym roku naszego pożycia, jak daleko zaprowadzi ją rozrost tych strasznych skłonności w związku.
Tym czasem, czułem się szczęśliwym, to pew* na, przy żonie, przy pracy, przy matce; czegóż więcej pragnąć mogłem? Może dziecka? Dziecka nie było; jakgdyby sama natura wachała się jeszcze, czy to z obawy zburzenia jednego z najpiękniejszych dzieł swoich, jeśliby dla dania przejścia nowemu życia rozerwać przyszło cudną harmonię linij uroczego tego ciała, czy też że dla podobnych stot macierzyństwo zachowuje karę.
Iza, w istocie, jak ognia lękała się możliwego tego wypadku, przerażała się myślą o niebezpieczeństwach i uszkodzeniach jakie może pociągnąć za sobą. Co do mnie, tyle ucierpiałem już w dzieciństwie mojem, że jakkolwiek los podobny naszego dziecka nie miał być udziałem, nie domagałem się go koniecznie. Wiedziałem, że dzieci mogą cierpieć dla tych lub innych powodów, i dość mi tego było. A zresztą, dotąd nie czułem jeszcze braku tej małej, nieobecnej istotki. Z nas trojga, jedna chyba matka moja pragnęła jej najgoręcej. Czy szczęście mego syna, szczęście pewne, gotowe już z góry, uważała jako zadość uczynienie za byłą niedolę swojego? Czy głębiej odemnie w przyszłości czytając, rachowała na to nowe życie dla poskromienia niebezpiecznych usposobień synowej, skłonności której nie mogły ujść przed jej okiem?
— Mamy czas jeszcze, — odpowiadałem jej, gdy wspominała mi o swem pragnieniu. — Iza taka młoda! Dajże jej samej pozostać dzieckiem jeszcze kilka latek. Zresztą, to rzecz natury.
Odnośnie do tego uczynię tu uwagę, spostrzeżenie raczej, niepojęte dla ogółu, a przecież zupełnie prawdziwie. — Ludzie żyjący umysłowo; uczeni, muzycy, pisarze, rzeźbiarze, malarze, nader rzadko na ojców są stworzeni. Tym, których Bóg udarował władzą twórczości duchowej, do rodzicielstwa fizycznego dał pociąg względny jedynie. Tacy ludzie bardziej często kochają dzieci drugich, niż własne, gdyby je mieli; boć to ich do niczego nie zobowiązuje. Dj własnych żywią niekiedy odrazę. Rousseau potwornym jest typem tych ojców i wynatu. rzonych.
Otóż, uczucie takie, aczkolwiek przeciwne naturze, jest najzupełniej zrozumiałem; mogę dowieść tego. podległem mu bowiem jak drudiy. Dziś, po kutując za tę słabość, uwzględniam ją jeszcze. Wyznajmy bez ogródek: właściwością talentu jest egoizm, niepodzielność. Jeżeli się wychyla poza twórczość swoją, to rządząc się własnym kaprysem jedynie. W obrzydzeniu ma to wszystko co go więzi, co go podobnym do ogółu czyni, co pęta jego rozrost i polot tamują. Rodzina, taka jak ią społeczeństwo zorganizowało, jest jednym z pęt pomienio-nych, To też wszyscy niemal wielcy ludzie albo jej uniknęli, albo umęczyli i kobiety, które zdołały wyżyć w związku prawnym, aż do końca, u boku małżonków będących ludźmi istotnie sławnymi, niemało złudzeń najsłodszych poświęcić musiały w ofierze cichym penatom rodziny Czyż lwy w obcowaniu łagodne bywają? nie, zaiste, i kto chce żyć z nimi, co chwila musi być narażony na pożarcie.
Na usprawiedliwienie ludzi genialnych, jeśli tacy potrzebują usprawiedliwienia, geniusz bowiem ród swój wywodząc wprost z nieba, nie potrzebuje się legitymować w obec praw, rządzących zwykłą śmiertelników rzeszą, — powiemy co następuje:
Tuorzyć jest niewątpliwie dla człowieka kulminacyjnym punktem potęgi; przez to najbardziej staje się podobnym Bóstwu; Miłość ojca dla dziecka składa się z przeważnej części dumy. „Ja to dałem życie temu drobiazgowi!” Tak mówi ojciec, patrząc i podziwiając małe stworzonko zrodzone z niego. Ale to życie, nie sam je dał przecież; potrzebował współudziału kobiety, współudziału takiego, że ona bardziej jest matką dziecięcia, niż on jego ojcem. Jakże to często oboje rodzice zazdrośni są o to, co wzajemnie zawdzięczają sobie we wspólnej akcyi rodzenia, i każde ze swojej ’strony, zamiast mówić:,,Nasz syn”, „nasza córka”, przekłada wyrażenie:,,Mój syn”, „moja córka”, jakby pragnąc przyswoić na wyłączną własność to,;conie-rozerwalnem obojga jest dziełem. Co więcej, dzieło to, ten pł<5 d cielesny, poddany jest znicestwie niu, podległy wszelkim fizycznym utratom, nieodwołalnie przeznaczony na zagładę, ponieważ jedyną uwidocznioną tu rzeczą jest śmierć. Uciecha więc, jaką przynosi, może co chwila zmienić się } w żałość, w napróżną a wieczną żałobę. Jakże o wiele różną i o wiele potężniejszą musi być duma, którą daje człowiekowi twór duchowy, twór, co już tylko jego wyłącznem jest dziełem, i ma w sobie podstawę trwałości wieczystej. Wsławia on na, nieskończoność całą swego tworzyciela, przez cały ciąg stuleci nosi jego imię, wchodzi w skład tego świata wyższego nad zniszczenie, acz złożonego z ułudy, który myśl człowieka wytworzyła u boku rzeczywistości, jako pocieszające przeciwstawienie tej ostatniej. W..rodzicielstwie umysłowem, poczęcie jest dziełem wyłącznie człowieka, nie zaś trafu; tu płód, powstały nie z mętów wydzielających się ze krwi jego, ale z tego co dusza najczystszego mieści, z rozmyślania, woli, wytrwałości, cierpienia niekiedy, zostanie towarzyszem, przyjacielem tysiąców jednostek, ludzkości nawet całej, gdy ta przejrzy nakoniec i zrozumie wszystko, co powołaną jest zrozumieć.
Patrzcie na szereg boskich tworzycieli, których zowią Mojżeszem, Mahometem, Homerem, Wirgiliuszem. Dantem, Szekspearem, Rafaelem, Kolumbem, ^Galileuszem, Michałem-Aniołem, Paska lem, Montaigne’m, Woltairem, Newtonem! Jakąż rozkosz, w porównaniu z rozkoszą poczęcia duchowego, może sprawić takim ludziom wydanie na świat drobnej, kwilącej istotki, śmiertelnej w każdym razie, którą ostatni z tragarzy tak^ dobrze jak i om zrodzić potrafi? Ma-li się ograniczyć do ciasnego rodzinnego kota ten badacz, któremu widomego świata jest zamało? Maż zmaleć aż do skupienia się w części dla drobniuchnego atomu, ten olbrzym co się w niebo wedrzeć usiłuje, porzucić bezgraniczne państwo myśli dla ciasnej miedzy uczucia? Nie. Sam Chrystus wybierać musiał, i dla dowiedzenia że był Bogiem, nie być ani synem, ani mężem, ani kochankiem, ani ojcem. Za to też zrodził największą pod słońcem ideę.
Jakżeśmy daleko odbiegli od założenial dowodzenie to bowiem, odnoszące się do ludzi genju-szu, w niczem się mnie dotyczeć nie może, Nigdy mię oni jednym ze swoich nie nazwą, mnie, biedny talent, zgruchotany przez namiętność. A jednak, długo miałem się za należącego do ich grona; cóż, gdy przenosząc namiętność nad sztukę, dobrowol-niem się od nich oddzielił. Moją to już było rzeczą nie kochać, albo nie żądać od miłości nic prócz natchnienia lub chwili rozkoszy. Dla lotnych, podniosłych umysłów namiętność winna stać się ’moto rem jedynie, tem, czem jest wicher dla morza podnosi je, rozsroża i rozwielmożnia je Pzarazem; wreszcie przechodzi, a ono zostaje. Ja, na wszystko patrzyłem już oczyma Izy. Bała się dziecka, nie życzyłem go więc także. To też uczułem się niemal równie jak ona przerażonym, skoro dnia jednego przyszła oznajmić mi z rodzajem gniewu, że ma zostać matką. Wszystkie nierozsądne szalefr stwa, ktdre mogły były stan ten usunąć, zostały już spełnione już bez mojej wiedzy. Nie było żadnej rady: musiała być matką. Nie ośmieliła się mówić mi o zbrodni; myślała o niej, jestem pewien.
Dni i noce całe we łzach trawiła. Uspokajałem ją jak mogłem wmawiając, ze mimo wszystkiego pozostanie piękną po dawnemu i że od łez i bezsenności więcejby niewątpliwie zeszpetniała, niż od^ego tak naturalnego przejścia. Lepiej pogodzić się z przeznaczeniem, i zachować ostrożności, przy których mogłaby dając życie nic nie stracić sama. Zresztą Iza była z liczby tych istot uprzywilejowanych, tak wyłącznie utworzonych dla miłości, gibkich, podatnych na tyle, że macierzyństwo przechodzi po nich nie zostawiając żadnego śladu.
Nie dawałem jej ruszać się, chodzić; nosiłem ją jak dziecko, patrzyłem jak w obraz cudowny. Fasowałem i modelowałem wizerunki dzieciątek, aniołków, amorków o ciałkach tłuściutkich, pyzatych twarzyczkach, krągłych pleckach, wydatnych brzuszkach, i niby jaki starożytny Grecyi artysta, otaczałem niemi młodą matkę, by ta poczęła wedle wzorów klasycznego piękna. Ona tymczasem mówiła mi o prawdopodobnej śmierci swojej; wracała do niej ustawicznie; bała się nad wyraz. Drżenie przebiegało ją całą na myśl o wilgotnej ziemi. Wymagała wówczas odemnie przysięgi, że się nie ożenię pora* drugi, i że codziennie na grób jej ^chodzić będę Chciała być pogrzebioną w pajęczej przezroczy koronek, i zarzuconą kwiatami. Powinienem, był wykonywać posąg jej, naturalnej wielkości, z marmuru, i umieścić na mogile, by tym sposobem piękność jej trwalsza nad śmierć i zniszczenie owładała na chwilę żalem tych, co obok szczątków jej przechodzić będą. Okazywała nakoniec całą iście kobiecą tchórzliwość, i w tej tchórzliwości cały wdzięk kobiecy.
Od czasu naszego ślubu, pisywała do matki nader rzadko; teraz, korespondencja ta stała się częstszą nierównie. Nie potrzebuję dodawać, że ja jeden zaopatrywałem potrzeby Hrabiny, którą „okrucieństwo i niewdzięczność Cesarzan wciąż pozostawiały w niedostatku.
Iza nakoniec powiedziała mi, że matka pragnie być obecną przy jej rozwiązaniu; że, pomimo wszystkiego zawsze to jej matka, i że umarłaby z ciężkiem sumieniem, jeśliby bez uścisku matczynego umrzeć jej przyszło.
Przebaczcie, a będzie wam przebaczono! Posłałem Hrabinie pieniądze na drogę. Przyjechała Rozpłakała się, rzuciła mi się na szyję, całowała po rękach, tłómaczyła, łagodziła jaskrawsze ^fakta. na zakończenie napomknęła o nieporozumieniu między nią a moją żoną, nazwała mię synem, i ulokowała się w naszem mieszkaniu. Cały czas nie odstępowała córki, przy matce mojej mówiąc z nią tylko po polsku, i kilkakrotnie t zeszedłem Izę przysłuchującą się opowiadaniom matczynym z uwagą, wcale u niej niezwyczajną. Zapytałem ją wówczas o przedmiot tej tak zajmującej rozmowy opowiedziała mi co chciała.
Mężczyzna, który zaślubia cudzoziemkę, i który nie zna rodzinnego jej języka, powinien przede-
Wszyslkiem uczynić jedno, (o jest, jak najspieszniej, i koniecznie w tajemnicy przed żoną, nauczyć się tego języka.
W dniu 30*ym kwietnia, cztery lata temu o północy, Iza wydała na świat tego syna,.dla którego dziś probóję jeszcze bronić się i żyć.
Dziecię powierzone zostało staraniom mamki mojej, gdyż Iza sama karmić nie chciała. Od chwili rozwiązania jedną już tylko miała troskę: usiłowanie by stan poprzedni najmniejszych na niej nie zostawił śladów. Syna widywała mniej więcej około pół godziny dziennie, resztę czasu nie zaprzątając nim sobie głowy. Matka moja ofiarowała się wyjechać na wieś z mamką i dzieckiem. Świeże powietrze niewątpliwie posłuży małemu, — mówiła, — a z drugiej strony dziecię to jeszcze teraz nie mogło być tak bardzo zajmującem dla nas.
Widocznie biedna kobieta nie umiała się zgodzić z Hrabiną, i wolała się usunąć, niż dom mć uczynić widownią rozterki. Nie domyślałem się wówczas niczego. Hrabina wydawała mi się równie śmieszną, lecz cóż mię to obchodzić mogło? byłem kochany, a ona była matką ukochanej mojej. Zawiniła niedobremi zamiarami: miłość wszakże dokaza-ła że spełzły na niczem. Teraz widziałem w niej jedynie potrzebującą nas kobietę. Czułem się tak szczęśliwym, że nie takie rzeczy wybaczyćbym jej był zdolny!
Rozmówiłem się z Izą w przedmiocie propozycyi matki mojej. Nie przystała na nią, dodając, jak gdyby ze swej strony zrozumiała doskonale istotną pobudkę tego oddalenia:
To niepotrzebne, mama wyjeżdża.
W samej rzeczy, hrabina, uspokojona o córkę, pożegnała nas niebawem; interesa jej, owe wieczne interesa, w które już wierzyć przestałem, powoływały ją znowu do Polski. ^
W miesiąć po rozwiązaniu, Iza była znów na nogach, piękniejsza niż kiedykolwiek.
’ Teraz żyłejp już tylko w rodzinnem kółku, Stosunki nasze nie były zbyt rozległe. W zimie miewałem dwa czy trzy większe zebrania w mojem atelier. * Co tydzień przyjmowałem obiadem kilka wybitniejszych osobistości Paryża. W owym czasie i pan, acz zbyt rzadko, wyfwiadczełrś mi zaszczy podobnych odwiedzin. Przypominasz zapewne czem były te zebrania, z pozoru przynajmniej, gdyz Bóg wie jeden co się tam pod niemi kryło.k
Latem wynajmowałem w Auteuil mały domek, z obszernym ogrodem i dużą szopą, przerobioną na pracownię. Do tego to letniego mieszkanka przenosiliśmy się wraz z nastaniem wiosny, opuszcza łem je zaś chyba tylko w razie, jeśli rodzaj pracy wymagał koniecznie bytności mojej w Paryżu, Iza zdawała się oswajać coraz bardziej z rolą matki. Choć i nie szalała jeszcze za małym Feliksem, w każdym razie bawił ją przynajmniej; z czasem zacząłby zapewne więcej ją zajmować.
Tymczasem macierzyństwo wracając mi ją równie piękną, piękniejszą może niż wprzódy, z a walo się w niej budzić niebywałą dotąd skromność i wstydliwość, nawet w chwilach najtajemniej poufałych. Nowe uczucie dawało jej świadomość obo-wiązkdw nowych; przynajmniej tak się odzywała by/° )uż mowy 0 spożytkowaniu jej piękności’ 1 mógłem przyjmować wszystkie modele, nie budząc najlżejszej zazdrości z jej strony. Wstydziła się nawet swoich poprzednich artystycznych zachcianek rumieniła Się sama za siebie. Wszystko poprzednie należało brać na rachunek zboczeń namiętności młodzieńczej. Kochałem ją tysiąc razy więcej, ody ak przemawiała. Stała się nadto czulszą niż kiedy dla matki mojej. Ah! jakże mistrzowsko grała swoją rolę! Ktdiby mógł przewidzieć przyszłość, widząc ją tarzającą się na wonnych pokosach, w piękne czerwcowe wieczory, z dzieckiem w ramionach, samą wesołą i pustą jak dziecko, gdy ja tymczasem leząc na murawie, czułem jak serce taje mi w piersi wraz z całą naturą, zdolną zaledwie przestworem swoim ogarnąć ogrom mojego szczęścia,
Jekcś ku końcowi jesieni odebrałem list od hrabiny, zapowiadający rychły jej powrót do Paryża, i postanowienie osiedlenia się tu na zawsze. Dzię* kowała serdecznie za moją gościnność, i zwracała mi pożyczone niegdyś pieniądze. Interesa pokoń czyła szczęśliwie. Otrzymała nakoniec bardzo znaczną sumę, i korzystając z tego postanowiła nie rozłączać się więcej z córką pewną, że już teraz zacnie potrzebuje mi być ciężarem. W żadnym razie nie zgodziłaby się mieszkać przy nas, nie chcąc krępować w niczem; ale przynajmniej oddychać będzie tem samem powietrzem co jej drogie dzieci A nadto, z jakąż radością będzie pomagać matce mojtj w wychowaniu małego!
Przybyła tedy, i wynajęła mały domeczek w alei Marboeuff; my zaś, mieszkaliśmy w dużym domu. oznaczonym numerem 71, Berry. Sąsiadowaliśmy więc z sobą — Iza prawie codziennie odwiedzała matkę, z niafiką i z dzieckiem. Niekiedy towarzyszyłem jej, albo przychodziłem po nią Hrabina, ile razy chciała, bez żadnej ceremonii przychodziła do nas na obiad. W takich razach przynosiła z sobą jakąś robótkę, albo też szyła co dla wnuka. Wyglądało to patryarchalnie. Wyrzekła się teraz wszelkich pretensyj; wiek sędziwy przyjmowała bez oporu; jak najodważniej nosiła siwe włosy Miała z czego żyd i żyd dobrze, była spokojna o jutro, mogła kochać nas nie będąc posądzaną o wyrachowanie, nie żądała nic więcej od Boga. Najrozkoszniejsze wieczory spędzaliśmy w taki sposób: ja modelując lub rysując matka usupiając ma* łego, hrabina haftyjąc j odpowiadając, Iza grając, śpiewając, śmiejąc się, chrupiąc cukierki.
Jednakże matka moja nagle poczęła smutnieć coraz bardziej. Kilkakrotnie spostrzegłem, że miała oczy czerwone. Spytałem ją o powód tej nagłej troski; wyparła się jej żywo. „Wiek, — powiadała, — życia nieużyteczne nikomu; byłam może nazbyt już szczęśliwą. Cały wiek pracowałam; teraz nie pracuję. Pewnie to dla tego.“
Stosunki moje z p Ritz’em stawały się coraz rzadszemi. Dotknięty chorobą żółciową, zmieniającą go w hypokondryka, zmuszony do życia siedzącego, przemieszkiwał stale przy córce i zięciu. Nie oochodził się już ze mną jak z własnem dzieckiem. Iza zmianę tę kładła na karb zazdrości: uczeń zanadto zaómiewał mistrza Nie było to niemożliwem. A potem córka jego niezbyt chętnie przyjmowała Izę. Iza b/ła ładniejsza wytworniejszą więcej uwielbiana, więcej poszukiwana niż pani NieJerfald. Rywliazacją kobieca! Czemużby nie? Ograniczano się tedy do ścisłej grzeczności. Oddawano sobie wzajem doroczne wizyty w dniach właściwych, wizyty ceremonialne, nie dłuższe nad dwadzieścia minut. 1 nic więcej. Takie postanowienie się względem nas p. Rit za i jego córki powinno mnie było oświecić Pozostałem ślepym. Wnioski nasuwane mi przez żonę wybór — nemi mi się wydawały
Z Konstantym, to znowu ca innego. Odbywszy kilka kannpanij w Afryce, odznaczony ranami i orderami, powrócił do Francji i pozostawał w Pa ryżu, jako adjutant Marszałka ministra wojny Prowadził życie hulaszcze, Jednakże, po powrocie z wyprawy, dom mój uważał prawie za własny, i przychodził bardzo często; potem odwiedziny jego stawały się coraz rzadszemi, aż w końcu ustały zupełnie Jeżeli spotykając go wypadkiem skarżyłem się i dziwiłem temu zobojętnieniu jego dla nas, ściskał mię tylko gorąco za rękę, i tłómaczył się pierwszą lepszą wymówką biz znaczenia. Gdym widział go raz ostatni, przed nastąpić mającymi wypadkami; rzekł mi, jakby w przewidywaniu całej Ich doniosłości:
— Jesteś niewątpliwie człowiekiem, któego szacuję i kocham z całego serca, ale wiesz dobrze nie zawsze robi się coby się chciało. Jeżeli jednak kiedykolwiek będziesz potrzebował prawdziwego przyjaciela, śmiało licz na mnie. Należę do tych> których nigdy się nie widzi ale zawsze się znajduje.
Rozmowę tę machinalnie prawie i bez żadnej ukrytej myśli powtórzyłem Izie. Uśmiechnęła się jednym z tych poufnych półuśmieszków, co to ozna czają:,,Wiem ja dobrze całą prawdę. Mnie spytaj co to znaczy“.
Począłem ją wypytywać.
— Przyrzecz mi, — rzekła, — na honor, że nie powtórzysz nikomu, nawet matce, a tem bardziej Konstantemu, tego co ci powiem
— Przyrzekam.
— I że to w nicsem nie wpłynie na tw<Jj do niego stosunek?
— W niczem,
— Słowo honoru?
— Słowo honoru.
— Otóż, Konstanty zalecał się do mnie bardzo natarczywie, i, jeżeli przestał bywać u nas, to dla tego żem go o to wyraźnie prosiła. Nie wspominałam ci o niczem, bo uważam za zbyteczne zaprzątać męża podobnerni rzeczami. Kobieta, co się sama szanuje, potrafi drugich we właściwych granicach szacunku utrzymać. Dziś, fakt jest małozna-czący, mogę ci więc wyznać prawdę całą. Masz go za przyjaciela, masz go za uczciwego człowieka. Nie jestem tego zdania, i koniec, a nawet sądzę go zdolnym do nizkiej zemsty. Czy ci nigdy źle o mnie nie mówił?
— Nigdy,
— To dziwne, ale przyjdzie i do tego. Oh! mężczyźni obrażeni w miłości własnej, już my ko ’ blety wiemy co to znaczy. Pamiętaj, że mam twoje słowo!
— Bądź spokojna, nie wspomnę o niczem.
Uczułem przecież dla dawnego kolegi naglą, natychmiastową nienawiść, i gdybym się był z nim spotkał dnia tego, wyzwałbym go niewąpliwie. ^
Była to pierwsza z owych poprzedniczych wskazówek, ktdre przypuściłem bez najmniejszego na nie baczenia, które później stanęły przedemną i objawiły mi się we właściwym świetle, zowiąc mię głupcem. W istocie, do mnie należało otworzyć oczy.
Inną razą, Iza rzekła do mnie:
— Mam ci coś wyznać i przeprosić za coś.
— O cóż to idzie?
— Biust mój kiedyś wykonał gdym miała lat czternaście, i kiedyś mi posłał do Polski...
— Tak, — więc cóż?...
— Został się tam, zastawiony wraz z innem naszemi rzeczami.
— A które tyłe przecież razy proponowałem wam wykupić.
— Mama nie chciała, i tak już zawdzięczała tobie. W czasie ostatniej bytności w Polsce, nie mogła się widzieć z człowiekiem, u którego znajdowały się t« zastawy. Był gdzie w drodze. Jest to żyd handlujący kaszmirami. Należne pieniądze mama zostawiła u jednego z naszych przyjaciół, i tym sposobem, choć z daleka, odebrałyśmy biust. Otóż, zamiast go tu sprowadzić, posłałam siostrze; czym źle zrobiła?
— Zrobiłaś doskonale, drogie dziecko.
Mimo wszystkiego, zawsze fo moja siostra, i była dla nas uczynną ile tylko mogła. Wszak nie gniewasz się na mnie?
— Ja? na ciebie? *
W dwa miesiące później, w dzień swoich imienin:
— Wiesz, że anim się spodziewała, jak dos~ konały zrobiłam interes, posyłając biust siostrze. Patrz tylko.
Otworzyła kasetkę, w której znajdował się przepyszny nas2yjnik, dysmentami i szmaragdami sadzony, wartości od trzech do czterechkroć tysięcy franków.
— To więc siostra przysłała ci te klejnoty?
Któżby inny? Oto jej list. Dziwne uprzejmy i grzeczny.
— Cacko to jak na prezent za kosztowne, stawia mię w kłopotliwym położeniu.
Nie bądź, że tak drażliwy, moja siostra jest bogata i próżna. Póki byłam sobie zwyczajnem biedactwem, rzucała mi jałmużnę, teraz jestem żoną wielkiego człowieka, uważa to za zaszczyt dla sie bie, Zdaje mi się, że w Rosji sławniejszy jeszcze jesteś niż we Francji. Zresztą wiedziała co robiła. Naszyjnik ten pochodzi z magazynu angielskiego na Newskim Prospekcie, — 5 pokazywała mi firmę i adres złotemi literami na białym atłasie kasetki.
Następnie przeczytała mi list siostry, pisany po francusku, pełny wynurzeń i oświadczeń wdzięczności dla mnie.
— Otóż, ode mnie dostaniesz takie same kcy C2yki odezwała się hrabina, obecna całej tej roz* mowie.
— Ąleż, moja mamo, kolczyki ze szmaragdami i brylantami tej samej wody toć to jakie dziesięć czy dwanaście tysięcy franków, całoroczny prawie twój dochód.
A dobra Starckan, które mi wrócono!
— Doprawdy?
— I na które mam już nawet nabywcę. Cały ten kapitał będzie dla ciebie moja droga, dla was, moje dzieci; a czy go wam oddam w klejnotach, czy w złocie, na jedno wychodzi.
Nie chciałem być dłużnym siostrze Izy, ofiarowałem jej marmur wysokiej wartości, który Iza podjęła się przesłać siostrze.
W miesiąc potem, Iza miała kolczyki.
W sześć tygodni później, wracając ze spaceru z matką, niańką i dzieckiem, Iza rzekła do mnie jak najswobodniejszym tonem:
— Zgadnij, kogośmy dzisiaj spotkały.
— Nie wiem.
— Odgadnij.
— Czy kogo z moich znajomych?
— Z nazwiska tylko; ale tego nazwiska zapom-ni«ć nie mogłeś.
Wymieniłem roznuite osoby.
— Nigdy nie zgadniesz.
Ociągała się umyślnie czas niejaki, chcąc się doskonale upewnić, że może igrać bezkarnie z zaś* lepieniem mojem, i że z mojej strony nie jej nie zagraża; następnie z minką dzieciaka uszczęśliwione — go tem, że zagadki jego rozwiązać nie zdołano, rzuciła mi imię:
— Sergiusz.
Pobladłem, bez najmniejszego podejrzenia, bez najlżejszego nawet przeczucia; ale bo ten Sergiusz jedynym był człowiekiem co niekiedy mącił mi pogodę myśli, imię jego spadło teraz na mnie naksz-tałt ciężkiego razu.
— Czy mówił co z tobą?
— Tak. Gdybyś widział jego minę, ubawiłbyś się doskonale. Człowiek co nia był w stanie żyć bez ciebie, co własną ręką miał przeciąć pasmo, dni swoich w razie jeśliby się z tobą nie ożenił, i kté’ rego spotykasz, nagle, w jak najlepszem zdrowiu Nie byłam w stanie nie parsknąć mu śmiechem w same oczy. Doprawdy, tem gorzej, Zresztą okazał dosyć taktu nie wspominając ani słówkiem o przeszłości,
— Spodziewam się, żeś go do siebie nie prosiła?
— Nie; ale może sobie bywać, czy nie bywać, na jedno to wychodzi. Czym źle może zrobiła nadmieniając ci o tem spotkaniu? Czyżbyś wolał bym miała przed tobą tajemnicę? Jeżeli tak, to powiedz,
— Przeciwnie, zrobiłaś bardzo dobrze, Pocałuj mię droga!
W miesiąc niespełna po tej rozmowie, niespo j dziewanie jakoś wszedłem do Auteuil. W chwil gdym już dotykał kłamki od drzwi salonu, usłyszałem głos Izy; był podniesiony tak niezmiernie, jak mi się jeszcze a niej nigdy słyszeć nie zdarzyło.
— Ach! ona mię do pasyi doprowadza! — wołała
Wszedłem.
— O kim to mówisz w ten sposób? — zapytałam
— MóWiłyśmy o służącej, — ozwała hrabina.
— Ale nie w taki sposób mówisz o niej, drogie dziecko, w jaki kobieta twego stanowiska odzywać się powinna, choćby o powładnych; cóż jej masz do zarzucenia? ~ Nic, bardzo ważnego; ale jestem dzisiaj źle usposobioną. — Twoja matka chora.
— Moja matka! Czy leży?
— Nie, skarży się bardzo na głowę.
— Dla Czegóż nie jesteś przy niej?
— Chciała być samą.
Pobiegłem do pokoju matki, którą znalazłem bladą i niesłychanie rozdrażnioną.
Widocznem było, że płakała, a i tera* była blizko płaczu, od chwili szczególnie gdym wszedł do pokoju. Potrzebowała ogromnej siły woli, talsiej właśnie jaką była obdarzona, by się pohamować.
— Iza mi powiedziała, żeś ty słaba matko.
— Nic to, dziecko moje, zwykłe bóle głowy.
Płakałaś.
— Tak, przez chwilę ból był nie do zniesienia
— Czemu chcesz być samą?
— Bo najmniejszy hałas mię denerwuje.
— Czy ci tu może kto jaką przykrość wyrządził?
— Nikt.
Nie była w stanie powściągnąć się dłużej i rzuciła mi się na szyję wybuchając płaczem. Poczynałem się trwożyć.
— Coś tu zaszło, powiedz mi proszę.
— Nic,
— Jaki wypadek z dzieckiem?
Dziecko zdrowe; upewniam cię, ja tylko je° stem rozdrażniona. Czuję się cierpiącą od niejakiego czasu ale teraz gdy jesteś przy mnie, lepiej mi trochę. Przejdźmy do salonu.
Uspokoiła się i pozostała z nami do wieczora. Przez cały tydzień nie oddalałem się z Auteuil, i przez cały ten czas żona moja, metka i hrabina były z sobą jak najlepiej.
Mimo to matka mieniła się w oczach; z każdym dniem słabła i słabła. Wezwałem rady jednego z mych przyjaciół, lekarza, i zażądałem ca* łej prawdy.
Miała rozszerzenie serca: chorobę tych co za
Wiele kochali, za wiele pracowali, elbo za wiele cierpieli, Słabość była zadawniona; nie czas ją było pokonywać, czuwać tyłko jak najpilniej należało. Nadewszystko, żadnych żywszych wzruszeń, tak brzmiało wyraźne zalecanie doktora. fcatwo sobie wystawić w jakim słanie przyjąłem podobną wiadomość, Odtąd nie odstępowałem już matki, przed ktdrą prawda ukryć się nie mogła. Gdyby szło o śmierć samą, oczekiwałaby jej mę£ nem sercem. Umrzeć niczem jest dla tych, których życie ciągłym było walk szeregiem: tylko ostatnia walka. Ale ona świadomą była sieci intryg w które mię wikłano, których nie podejrzewałem ani trochę, o których mi nic powiedzieć nie chciała, drżąc by takie odkrycie nie zabiło mię odrazu. Póki była ze mną, mogła w każdej chwili rzucić się pomiędzy mnie a straszną katastrofę; być moją ucieczką, wzmacniać mię, pocieszać, gdyby prawda na wierzcH wyjść miała. Ale gdy ona umrze, a nieszczęście spadnie, cóż będzie wtedy?
Nic tak nie skraca życia jak tajemnica, której wyznać nie wolno, która tysiąc razy na dzień od mózgu na usta przypływa, i znów całym ciężarem na serce opada, Szczęściem matka moja miała powiernika, Konstantego, któremu mię polecała, i który mi następnie powtórzył jej słowa — Póki mogła wychodzić, chodziła do niego: ale tu zrzadka tylko mógł ją nawiedzać, skoro została skazaną na zamknięcie się w swoim pokoju. Byłem mu wdzięczny za te odwiedziny, powód których łagodził nieco moją ku niemu urażę; niemniej wszakże zwierzenie Izy stało między nami, «
— Nie masz lepszego przyjaciela nad Konstantego, — mdwiła mi matka. — Przyrzecz mi, że gdyby cię dotknęło jakie nieszczęście, jedna z tych burz których spodziewać się trzeba w dniach pogody, jego siostrze powierzyłbyś dziecko swoje. Nie zapominaj nigdy, że tym ludziom winieneś wszystko czem dziś jesteś. Całe dobro nasze od nich pochodzi. Niech cię Bóg strzeże od niewdzięczności, do jakiej skłonni jesteśmy w powodzeniu,
Iza z całem na pozor poświęceniem pielęgnowała matkę moją; ale dom odtąd począł się stawać dla niej smutnym bardzo. Nudziła się widocznie. Dostarczałem jej wszelkich możliwych rozrywek; matka sama żądała tego; lecz z jakimże niepokojem w sercu wiodłem ją czy to do teatru, czy na zabawę! Najczęściej wyprawiałem ją samą z hrabiną, i, ku niemałemu mojemu zdziwieniu, nie dawała się długo prosić. Sądziłem, że ją usprawiedliwiałem, powinnaby podzielać smutki i obawy moje, Była jeszcze tak młodą.
Porę razy matka czując zbliżający się koniec, odbywała z moją żoną istne konlerencye na cztery oczy Iza wychodziła z nich nad wyraz zmieszaną i wzburzoną.
— Oszczędź mi tego wszystkiego. — rzekła raz do mnie prawie błagalnie; — me masz pojęcia ile mię to kosztuje
— Teraz chora nie podnosiła się już z łóżka; ostatnie symptomate nie zostawiały żadnej nadziei. Ze wszystkich chorób, choroba sercowa tak dla umierającego, jak i dla tych co na śmierć jego patrzą okropnym jest widokiem.
— Żadnych już środków ocalenia nie ma? — pytałem lekarza.
— Bywają cuda, — odrzekł raz z tym smutnym uśmiechem bezsilnej i stanowczej jak wyrok nauki.
Tego dnia poszedłem do kościoła, gdzie pozostawałem ze dwie godziny. Nie wiem jaką była moja modlitwa, ile zdrowia, sławy, szczęścia własnego ofiarowałem Niebu w zamian za życie matki, to pewna że nigdy ludzka istota gorętszej, pokorniejsze; prośby nie słała do tronu Przedwiecznego. Przedwieczny milczał.
— Kochany mój synu, — rzekła mi droga, cierpliwa istota, w przededniu zgonu, prócz tego żem ci dała życie w nieodpowiednich warunkach nie mam sobie nic do wyrzucenia odnośnie do ciebie. Od chwili gdyś przyszedł na świat, o twojem szczęściu myślałam jedynie, umieram też bez zgryzot i bez trwogi. Jeżeli błogosławieństwo istoty, która cię najbardziej na świecie kochała, śmiele to rzec mogę, zdoła być ci tarczą na resztę życia błogosławię cię z całej głębi mojego serca. Wywalczyłam prawa błogosławieństwa, na tę ostatnią godzinę, Czyż nie prawda? Błędy jakie kiedykolwiek popełniłam, odkupiłam. Dowodem tego jest miłość i szacunek mego syna, i szczęście jakiem mię obda rzył; zaprawdę nie było w świecie matki szczęśliwszej nade mnie, pamiętaj o tem i niech to wspomnienie będzie pociechą dla ciebie gdy mię już zabraknie. Ileż to razy zapytywałam się ciebie, czy przed śmiercią mam ci odkryć tajemnicę, która tak długo ciążyła na twojem istnieniu. Przebacz mi moje dziecko. Wszyscyśmy ułomni; nikt ręczyć za siebie nie może; a gdy się zbliża godzina ostatnia życia, czujemy się silniejszymi. Zostawiam cię w pełni zdrowia, talentu i sławy, przy boku żony i dziecka, drogich istot dla ciebie, ktdre zwolna obejmą to miejsce, jakie po mnie pozostanie.; Rzecz to naturalna! nie uchylaj się od zamiany nie zapominaj mię tylko zbyt rychło, o tem o co Cię proszę, ja szłam przez życie nieoświecona, maluczka duchem, zapewniam cię jednak że istnieje świat inny, świat lepszy, i że się na nim spotkamy. Ucałuj mię drogi synu; nie odstępuj do końca niech czuję cię przy sobie, gdy już nie będę w stanie ani cię słyszeć ani widzieć.
Nigdy nie zapomnę melodyi, jaką kataryniarz wygrywał pod naszemi oknami, gdy właśnie doma-wiała słdw ostatnich. Chciałem go odpędzić,
— Nie; — rzekła. — Pozwól temu człowiekowi zarabiać na życie, i daj mu odemnie kilka groszy. Lubię muzykę biedaków: która tak często towarzyszyła mi przy praCy,
Zażądała księdza.
Umarła nazajutrz o piątej wieczorem, po długiem męczącem konaniu, wypełnionem widmami straszną halucynacją gorączkową; ale droga męczennica ani jednem słowem jue~wydała tajemnicy która ją wpędziła do grobu.
Kiedym ją wreszcie ujrzał nieruchomą i zastygłą, tę matkę co tak długo była calem sercem mojem, całą myślą moją, zdawało mi się że padnę bez łzy i bez jęku, jak masa bezwładna i nieużyteczna już nikomu. Tak więc wszystko skończone; Te uciechy, te całunki, te pieszczoty, te ofiary niezliczone, te ustawiczne poświęcenie, nasze błogie wesele, nasze wspólne cierpienia, serdeczne dawne śmiechy i serdeczne łkania, przeszłość i obecność, nadzieje, wszystko uleciało z ostatniem tchnieniem mojej matki.
Obce stworzenia żyją, a moja matka umarła! Ależ to chyba nie ja!
Nadwczas byłem mocno przekonany, żem pojmał boleść najwyższą, jaka tylko być może udziałem człowieka. Niestety! czemuż Bóg nie zostawił mię w tej wierze?
Iza płakała bardzo: wzruszenie czysto fizyczne, ktdremu wszystkie podlegają kobiety. Co czarne przestrasza je. Nazajutrz ani pamiętają o tem. Niemniej wszakże byłem jej gfęboko wdzięczny, i doznałem wielkiej ulgi od tych łez pozornych.
Jednakże, przeszło sześć miesięcy nie byłem w stanie dobyć z siebie uśmiechu nawet dla n ej, nawet dla naszego dziecka. Znagła widok jakiś uderzał moje oczy, obraz, słowo jedno z przeszłości w myśli się budziło; i ze łkaniem tuliłem usta do rąk łzy, godzinami całemi przesiadując pogrążony w niemym bólu.
Pracowałem zapamiętale, Pieniądze odkłada łem dla syna, dziedzictwo ktdrego byłoby niewątpliwie szc^upłem bardzo, gdybym był zmarł w owym czasie. Dotąd wydawaliśmy cały moj zarobek co do grosza. Śmierć odkryła mi życie z poważniejszej strony i obowiązki jego aż po za świat sięgające. Rozgłośne imię, talent, miłość sama, wydały mi się nagle tem, czem są w istocie; małą chwilką znikomej rozkoszy. Umysł mój począł się zaprzątać poważnemi, religijnemi przedmiotami. — Gdybym ze śmiercią matki został sam na świecie, sztuka nie wystarczyłaby do ukojenia mego bólu, ’ prawdopodobnie byłbym się zamknął w klasztorze, o co naturalnie nie mogło mieć miejsca w obec żony i syna. Zagłębiłem się całkowicie w mistycyzmie. Przez ciąg jednego roku byłem prawdziwym średniowiecznym artystą. Wtedy to wykonałem statuę świętej Felicyty, którą stosownie do podania, przedstawiłem idącą na męczeństwo z dziećkiem u piersi, i nadałem jej rysy matki mojej, której była patronką.
Z prawdziwą gorączką artysty, w marmur oblekałem boleść moją, i ta martwiała stopniowo, Z czasem poczęła się rozwiewać, i widziałem ją, jeżeli rzec tak możnas unosząc się już tylko na-kształt mgły białawej po mojem, znów po dawnemu, błękitnem niebie. Że była jednym z owych bólów przewidzianych, zapowiedzianych, przyrodzonych, rozsądek posiłkowany pracą; obecność żony, młodość, organiczna wreszcie potrzeba zapominania i liczenia wiecznie na coś, będąca nieuniknionym egoizmem wszechczłowieczym, pogodziły mię i oswoiły z nią nieznacznie. Niebawem, uczuwałem ją tylko w postaci wspomnienia, nieco posępnie tłumiącego wrzawę i ruchliwość towarzyskiego życia, Nareszcie, kiedyś, ze zdumieniem pochwyciłem się na wesołym głośnym śmiechu, jakgdyby matka była z nami.
Biedna ludzkości!
Iza chciała rosić żałobę równocześnie ze mną oparłem się temu, i po upływie półrocza wróciłem ją jasnym strojom i rozrywkom ożywionym — Nie zgodziła się jednakże zupełnie do nich powróci ć
— Nie zmuszaj mię, proszę. — mówiła, — to przynajmniej winnam pamięci matki twojej.
Pewnego rana, otrzymałem list bezimienny następnej treści:
„Jesteś mężem jakich mało; ani się domyślasz, że żona twoja co rano wykrada się z domu, i biega po ulicach, gdy ty myślisz, że jeszcze śpi w najlepsze. Sprobujże ją śledzić, a dowiesz się pięknych rzeczy; ale nie pokazuj tego listu, inaczej nic nie odkryjesz,
„Przyjaciel.
Cokolwiek świat mówi przeciw bezimiennym listom, nigdy one nie chybiają Celu. Broń to potworna, nikczemna, podła, ale broń pewna.
Ukrywałem, jak mogłem, przez resztę dni, pożerający niepokój. Dwadzieścia razy byłem gotów pokazać list Izie, żądając wyjaśnień,
Powstrzymałem się.
Nazajutrz, równo ze dniem byłem ubrany, i ukrywszy się za firanką w pokoju, czatowałem na zapowiedzianą wycieczkę.
Około godziny ósmej, łza, ubrana czarno z twarzą osłoniętą, wysunęła się z domu, oglądając się naokclo; czy kto jej nie widzi. Łaiwo pojąć jak gwałtownie, na (en widok, serce mi zabiło. Wsiad ła do przejeżdżającego mimo powozu. Jednym skokiem znalazłem się na ulicy. Ten powóz, poznałbym go między tysiącami; dogoniłem go niebawem, a raczej śledziłem w pewnem oddaleniu. Zwrócił się na zamiejskie bulwary i dotarł do cmentarza Mon-martre. Iza wysiadła, weszła na cmentarz; ogrodnik cmentarza pozdrowił ją jak zwykłą znajomą, i poniósł za nią kwiaty na grób matki mojej, o którym zapomniałem od dni kilku. Iza uklękła na grobie, kazawszy kwiaty rozłożyć przed sobą, a przystroiwszy nimi mogiłę, tą samą drogą, z zachowaniem tych samych ostrożności, wróciła do domu.
Zaledwie na próg wstąpiła, pochwyciłem ją w ramiona, a oddając jej list bezimienny, przepra. szałem za chwilowe podejrzenie.
— Otóż od czego zależy ufność i wiara kochającego nas człowieka! — wyrzekła z westchnieniem. —
Odtąd, ile razy wychodziła z domu Czarno ubrana, całowałem ją gorąco i żegnałem czule, nie pytając dokąd idzie.
P. de Merfi, jeden z amatorów znanych, właściciel rozległych posiadłości w okolicy Chartres, wielokrotnie zapraszał mię do siebie, na uroczystość otwarcia łowów. W zeszłym roku przyjąłem zaproszenie, przyrzekając wybrać się w drogę 30 sierpnia o godzinie szóstej rano.
Przyjąłem tak jak się zazwyczaj przyjmuje podobne w Paryżu zaproszenia, przez prostą grzecz. ność, myśląc w duszy: „Kiedy to tam będzie, Bóg wie kiedy!” Tymczasem oznaczony dzień się zbliża, i na raz widzimy się zagrożonymi uczestniczeniem w hałaśliwej zabawie, mającej wykoleić nas w sposób raptowny ze zwykłego trybu cichego* pracowitego, rodzinnego życia, z którem nam tak dobrzej w zabawie należącej do innego świata i przenoszącej nas w arcy niepożądane grono ciekawych, komplemencistów i gadułów. Czas, którego ma się stracić tyle, wydaje się właśnie tym, które-goby jaknajlepiej użyć można, gdyby się udało zostać w donu. Dawno nie czuło się w sobie tyle twórczego usposobienial A tu trzeba siadać do powozu, porzucać rozkosze dla bardzo wątpliwej za bawy, i rozstawać, się z kochanymi, którym tymczasem wypadek jakiś ^.przytrafić się może, o czem nawet przeczucie wyraźnie nas ostrzega. Ale się przyrzekło. Czyi jaki traf szczęśliwy nie przyjdzie z pomocą? Co tu począć? Nie dotrzymać słowa, wykręcić się jakoś, skłamać! Niezręczne to i nie ak pewne, Chciałoby się zasłabnąć na prawią, doznać jakiego choćby lekkiego stłuczenia, mogącego posłużyć za powód do wycofania się z honorem Ach, czemuż się nie przewidziało teraźniejszego usposobienia? Dziś dałoby się chętnie znaczną kwotę, byle nie być wprowadzonym w taki kłopot. Na domiar złego, w wyobraźni staje jasno postać iczącego na nas gospjdirza, rozporządzającego zawczasu naszą osobą, twierdzącego: „Będziemy mieli pana takiego a takiego, tęgiego chłopca”, lub mówiącego: „Gdybym nie zaprosił był tego, mógłbym tamtego zaprosić, co byłoby nierównie wesel-szem. Czas upływa. Im dłużej ociągamy się z wycofaniem danego słowa, tem niegrzeczniej się znajdziemy; ale za to, im późniejsze, tem prawdopodob* niejsze będzie tłómaczenie, i rzecz już odmienić się nie da. Nakoniec, w ostatniej chwili, w wigilię dnia prawie ze wstydem i niekłamaną zgryzotą, chwyta się za pióro do ręki i pisze bilecik, że z żalem największym jest się zmuszonym odmówić przyjemności uczestniczenia w zabawie, obiecującej tyle chwil wesołych, ale niezależne okoliczności, i t. d. i t. d. Niezawadziłoby dodać, że ktoś nagle zasłabł w domu, żona albo dziecko, Amfitryon mógłby wprawdzie przekonać się, że go oszukano i słusz* nię się obrazić. Przytem, to nie żarty, Choroba, uchowaj Boże, gotowa się jeszcze przyplątać.
Tak samo i ja rozmyślałem, w dniu 29 sierpnia, od ósmej do dziesiątej wieczorem, stojąc przed tłómoczkiem podróżnym, który Iza upakować kazała, z przezornością dobrej gospodyni. Spoglądałem na strzelbę w skórzanym futerale, na myśliwskie przybory, i na psa, którego umyślnie na kilka dni przedtem nabyłem, dla przyzwyczajenia do siebie, wpuszczałem do pokoju.
— Stanowczo nie pojadę, — ozwałem się nagle; — zaraz napiszę do p. de Merfi,
— Już zapóźno — — zaoponowała Iza.
— Dopiero dziesiąta, a on nigdy przed dwunastą nie wraca.
— Będzie niegrzecznie.
— Tem gorzej.
— Zabawiłbyś się.
— Ani trochę.
— To cię rozerwie. Jedźże leniuchu! Gdy się raz wybierzesz, sam będziesz kontent.
— Daj mi papiery i pióra.
— Służący śpi. Powiedziałam mu, że już niepotrzebny.
— Zadzwoń.
Mówiłem zaś do siebie:
— Jeżeli służący śpi, Pojadę na polowanie.
Gdyby len człowiek był się już ’ położył, wszystko co się stało, nie stałoby się niezawodnie..
Nie spał,
Oddałem mu list do p. de Merfi, i odetchnąłem swobodniej, jak więzień wypuszczony na wolność — Odmowa brzmiała: że muszę w ciągu czterdziestu ośmiu godzin, wykończyć bardzo pilną robotę. Glina mogłaby przeschnąć i popękać, gdybym ją na ćałe trzy dni w takie upały zostawił. Odebrawszy list, p. de Merfi przez grzeczność mógłby osobiście przybyć z zaproszeniem. Postanowiłem więc pracować pilnie jeszcze dwie godziny, by słowom swoim nadać rzetelne znaczenie. Tym sposobem wykręt mój nie okaże się bezwarunkowem kłamstwem.
To i dobrze, — rzekła Iza wesoło: — dalej do pracy, ale jeżeli p de Merfi przyjdzie dzi§ kłócić się z tob}, jak mię kochasz, pojedziesz z nim na polowanie, Będziesz musiał to zrobić dla tego biedaka.
— W takim razie pojadę. 1 ostatecznie uspokoiwszy sumienie, przystąpiłem do rysowania szkicu, który zamierzałem modelować jutro rano. Praca szła w milczeniu; od czasu do czasu pokazywałem rysunek Izie, która całowała mię w usta, ilekroć pochylała się ned nim,
P. de Merfi nie przyszedł.
O dwunastej udałem się do swego pokoju. Iza odeszła do swego. Spałem niedobrze, jakgdy-bym rzeczywiście potrzebował o piątej wybierać się w drogę. Obudziłem się bardzo wcześnie i wstawszy natychmiast, po cichu zabrałem się do praGy
Była prawie szósta godzina, gdy Iza uchyliła ostrożnie drzwi swego pokoju.
Nadmieniłem już wyżej, że pokdj jej bezpośrednio styka się z pracownią. W zajmowanej obecnie pozycyi Iza mię dostrzec nie mogła, z powodu, że olbrzymia grupa bronzowa kryła mię przed nią całkowicie Ja przeciwnie, widziałem ją doskonale, w niewielkim weneckim zwierciadle, ktdre nieco pochyło zawieszone, najdokładniej odbijało wszystkie szczegóły pracowni, Z włosami rozpuszczonymi nie mając na sobie nic prócz koszuli, spadającej ze śnieżnych ramion, i spódniczki, Iza wstrzymując oddech, stąpała cichutko na palcach, jedną ręką unosząc nieco spódniczki, w drugiej ukrywając coś białego.
Szła ze wzrokiem wlepionym w drzwi mego pokoju, w obawie bym się w nich nagle nie zjawił Był to najlepszy sposób nie dostrzeżenia mię, patrzyła bowiem wprost w przeciwną stronę od miejsca, gdzie się znajdowałem.
Wyobraziłem sobie natychmiast, że wiódł ją do mnie jeden z tych rannych porywów, tak radosnych dla młodego małżonka, a do których. pobudzają, wtórząc im wesoło pierwsze świegoty, piew sze blaski, i pierwsze tchnienia dnia letniego. Inaczej, pocóżby tak wcześnie i w podobnym stroju miała wychodzić do swego pokoju Wstrzymałem oddech, czyniąc się nieruchomy na wzór otaczających mię posągów, Iza minęła drz vi mojej sypialni odwracając się raz ostatni by nie zostać pochwyconą znienacka, i postąpiła kilka kroków w stronę przedpokoju.
— Dokąd idziesz? — zawołałem.
Z dziwnym krzykiem, z krzykiem duszy co się znajdowała o sto mil od miejsca do którego ją zwrócono w jednym mgnieniu, s‘anęła jak wryta; i obróciwszy się, niby sprężyna ruszona, by nie upaść wsparła się o ścinnę podnosząc rękę do serca, i biała jak batyst jej bielizny.
Pobiegłem do niej. Przez ten czas opamiętała się trochę..
— Ah! jakieś ty mię przestrasiył! powiedziała ocierając pot, co wystąpił jej na czoło. — Wiesz, ie mógłbyś mię kiedy zabić takim żartem? 1 spróbowała odetchnąć z głębi piersi, uśmiechając się do mnie, rękę moją cisnąc, jakby szukając oparcia, i chcąc okazać mi razem, że się na mnie nie gniewa.
Ale bo też, dokąd miałaś iść tamtędy? zapytałem.
— Szłam do Nanuny (miły Feliks tak nazywał swoją niańkę, — szłam do Nanuny zobaczyć małego. Od dwóch godzin spać nie mogę, i sama nie-wiem dlaczego byłam niesp okojną o dziecko.
W istocie, pokój dziecinny z tajdował się po drugiej stronie mieszkania
A listy co masz w ręku, — — cóż to jest?
Popatrzyła na nie, jakby dla przypomnienia sobie jakiegoś małoważnego szczegółu!
— To dwa listy które napisałam, nie mogąc spać długo: jeden do mamy, odwołujący zaproszenie na dzisiejszy obiad, który miała jeść ze mną, jeśliby ciebie nie było, a który teraz zjemy we dwoje co wiem że ci się więcej podobaj drugi... znowu odczytując adres, jak gdyby dobrze sobie nie przypominała, ah! tak, — drugi do nowej modystki, którą mi zachwalono. Chciałam prosić Nanuny, żeby je odniosła, idąc dziś rano z dzieckiem na spacer. Ot wiesz co, weż oba listy sam je każesz odnieść. Drzę tak strasznie, patrz tylko jak drżę cała, że wypadłyby mi z ręki Oh! nie trzeba nigdy straszyć mię w ten sposób
I cała drżąca w istocie, oparła główkę na mojem ramieniu. i
Wziąłem listy, i rzuciwszy je na stolik, począłem się usprawiedliwiać.
— 2a karsj, mój panie, — powiedziała Iza, — musisz mię zanieść do mego pokoju, dokąd nie doszłabym o własnej sile, i tam mię uśpić na nowo zamierzałam bowiem uspokoiwszy się o dziecko i rozporządziwszy listy, położyć się powtórnie i spać do południa; do czego teraz trzeba mi dopomódz troszeczkę, inaczej bym już nie usnęła.
Wziąłem ją za ręce jak dziecko, i poniosłem do sypialnego pokoju, przytuliwszy się twarzą do twarzy.
— Czyś ty wart tego? — mówiła wieszając mi się. na szyi, i wabiąc ustami i wzrokiem; ale, cóż mam robić z tobą: dobrze żeś nie pojechał przynajmniej. W takie pyszne, gorące dni letnie szkoda być daleko od kochanych swoich, a ja cię kocham jak w pierwszych naszych miodowych chwilach. Wiesz, dąsałabym się na ciebie, gdybyś mię był samą na trzy dni porzucił, A ty, czy mnie kochasz?
Położyłem’ ją do łóżka, na miękkiej białej pościeli; a gdym od niej odchodził, by wrócić do przerwanej pracy
— Nie zapomnij o listach, — szepnęła za mną mdlejącym głosem; nie chcę by nam dziś kto przeszkadzał, choćby nawet mama! Jeżeli Nanuna wyszła oddaj pokojowej. %
Powiedzże mi przyjacielu, czyż kto inny nie dałby się złapać w taki sam sposób, i gdyby nie traf, nie przeznaczenie, do dziś bym jeszcze nie wiedział, że jeden z tych listów mieścił najpotworniejszą, najzuchwalszą zdradę.
Jak ta kobieta znała mię doskonale! jak ona była pewną wiary, zaślepienia, głupoty mojej!
Udałem się do dziecinnego pokoju, by popieś-cić synka, jak to codzień miałem we zwyczaju, i oddać niańce dwa powierzone mi listy.
Na usypianiu Izy zeszło mi dość czasu. Było po dziesiątej. Nanuna już wyszła. Zawołałem na pokojową. Służący, zajęty uprzątaniem salonu, z którego powynosił wszystkie meble, powiedział mi że wyszła przed minutą, że nie musi być dalej jak w podwórzu. Otworzyłem okno. Nikogo. Tylko we dzwiach od stajni zobaczyłem mego charta. Patrzył na mnie ruszając ogonem. Czas był prześliczny; Iza spała; nie czułem już takiej ochoty do pracy, jak z rana; wziąłem myśliwską czapeczkę, szpicrózgę; wyszedłem, gwizdnąłem na psa; i w letniej marynarce uśmiechnięty, z czołem podniesionem, jak człowiek pewny że jest kochanym, skierowałem się w stronę alei Marboeuf. Nie uszedłem dziesięciu kroków, gdy spotkałem powracającą pokojówkę,
— Pani dała dwa zlecenia dla ciebie, Naneto ale cię nie było. Jeżeli się obudzi przed moim pow~ wrotem, powiedź żem wyszedł sam je załatwić, dla zrobienia przyjemności temu oto panu, — dodałem wskazując na charta.
Żartowałem sobie!
Zostawiwszy jeden list u hrabinej, udałem się na ulicę Marche d’Aguesseau, pod Nr. 12: taki adres wypisany na drugim liście, noszącym nadto nazwisko pani Henri, modystki, Doskonale, — pomyślałem sobie, przy tej zręCzności’sem wstąpię do pani Henri, i zamówię dla Izy jaki ładny stroik podług mego gustu.
Gdzie tu mieszka pani Henri? — zapytałem stróża, który, w odświętnych sukniach, stał wyprostowany na środku swojej celki, jak gdyby sam u siebie w gościnie.
Człowiek ten cały tydzień musiał być zajęty e2yszczenierrt rzeczy: w niedzielę za to nie wiedział co ma zrobić ze swoją osobą, Zapomniałem dodać że była to właśnie niedziela.
— Pani Henri? — odpowiedział, To nie tutaj
— Jakto, nie tutaj? A przecież to Nr. 12y
— Tak.
— Ulica Narche-dAguesseau?
— Tak: ale niema tu żadnej pani Henri.
— Modystka, — nastawałem jeszcze,
— Niema u nas żadnych modystek, — odparł pogardliwym tonem zacny cerber, stworzony widocznie na urzędnika w ministeryum,
— Ależ nie, ależ nie, — ozwał się krzykliwy głos odźwiernej, która zajęta jakiemś rannem uprzątaniem w tylnej swej izdebce, nie rzuciła nawet wzrokiem na osobę mówiącą z jej mężem; gdzież tam, jest w tym domu pani Henri; nie wiesz otem; bo jest teraz na wsi, Jeżeli to list do niej, można zostawić.
KONIEC TOMU DRUGIEGO
Aleksander Dumas (Syn)
Pamiętnik obwinionego.
ROMANS
Tom 111.
WARSZAWA 192 7.
NAKŁAD DRUKARNI E. M. K. A. Tłomackie Nr. 4,
Dopytywałem się o tę panią Henri tonem tak zwyczajnym, i tak zgodnym z miną człowieka, wyko-nywającego jakieś banalne zlecenie, że odźwierna nie zadała sobie wcale trudu spojrzenia na mnie.
Rzekła więc tylko;
— List zostanie doręczony; bądź pan spokojnym.
Jednocześnie, zwracając się do męża, szeroko otwierającego zadziwione oczy, uczyniła prawie niedostrzegalny lecz wyrazisty ruch ramionami, mogący niewątpliwie oznaczać: „Już ja wiem co to takie-8®*
Oczywiście, zacna połowica nie zaszczycała swojego małżonka otwartością bezwzględną, odnośnie do wszystkich zysków swojej posady.
Na widok tego znaczącego ruchu, błyskawica przemknęła mi nie myśli ale w mózgu; doznałem wewnętrznego olśnienia, jednego z tych, co to^by^ bywają zwiastunami apoplektycznych napadów. Nie widziałem nic przejrzałem wszystko. Pierwszy list bezimienny, prawdziwy tą razą, zamigotał mi przed oczyma płomiennemi głoski.
Już odźwierna wyciągała rękę dla wzięcia listu który instyktownym ruchem schowałem do kieszeni.
Wolę przyjść jutro. — rzekłem, gdy ta pani będzie w domu.
To zupełnie niepotrzebne; nie kazano panu pewnie oddawać listy do rąk własnych adresantki, prawda? Zostawże go pan przecie.
— Nie.
— Ah! jak się panu podoba,
Wyszedłem, trzęsąc się na całem ciele, z głową jak w kleszczach, z nogami jak z lodu, z sercem co nagle zastygło mi w piersi, Dostawszy się na ulicę, wsparłem się o ścianę sąsiedniego domu. W nagłej modlitwie, trwąjącej ćwierć sekundy zakląłem Boga by się ulitował nademną; chociaż nawet sam Bóg nie mógł już cofnąć przeszłości. Rozerwałem pieczątkę i przeczytałem:
„ Niepodobna nam się widzieć; nie jedzie na polowanie. Myśl o mnie. Całuję twoje ukochane usta
Podpisu żadnego. Czyliż był potrzebnym? Wszedłem napowrót do mieszkania stróżki, Wróciła już była do przerwanej przed chwilą roboty: wycierała filiżankę.
Widzę ją jeszcze, tę obmierzłą istotę, która dla kilku nędznych sztuk złota dopomagała haniebnemu bezprawiu. Oh! w podobnych chwilach, wi“ dzieć konającą w najokropniejszych męczarniach istotę, co się przyczyniła do zgruchotania waszego szczęścia, nie znając was nawet, nie pragnąc nawet tego; wydrzeć jej wnętrzności, członki jej złamać jeden po drugim, słyszeć jej wycia, złorzeczenia, modły; i nie czuć zmiłowania ani dla niej ani dla najmłodszego i najniewinniejszego z jej dzieciątek byłaby to rozkosz Nerona. Tak wszelkie okrucień stwo, wszelkie zdrady, wszelkie słowem nadużycia: są wynikiem praw przyrodzonych i niezaprzeczonej logiki człowieczej, skoro skierowane są przeciw istocie, która czci mojej, miłości mojej, duszy mojej nareszcie — niepowetoweny cios zadaje. Częstokroć czyni to niewiedząc nawet o całej doniosłości krzywdy wyrządzonej; ale czyż mię to obchodzi? Tem gorzej dla niej, niech wie.
Wróciłem do celki odźwiernych zapytując sam siebie co się tu teraz stanie. Na wszelki wypadek zamknąłem drzwi.
— Macie mi prawdę powiedzieć! — było pierwsze moje słowo, a tak groźne, i tak straszne zapewne, że kobieta od razu odgadła katastrofę.
— Jaką prawdę,
— Do kogo ten list pisany?
— Przecież pan widzisz.
— Nie drwij ze mnie, potworze, albo cię uduszę:
Straciłem wszelką władzę nad sobą. Odźwierny zrobił poruszenie.
— Jesteśmy uczciwi ludzie, — rzekł, — i masz pan wyjść ztąd natychmiast. — Jesteście łotry, jesteście wspólnikami zbrodni; i jeżeli mi zaraz całej prawdy nie powiecie, każę aresztować was oboje
Spojrzeli na siebie.
— Ja tam nie wiele więcej wiem od pana, — odezwała się kobieta, ale co wiem to powiem; azresz tą co ja tutaj winna? Pierwsze piętro wynajęte jest jednemu panu.
— Nazwiskiem? ~~ P. Henri. Nie podał mi żadnego innego nazwiska, a że opłaca z góry komorne, i umeblowanie ma odpowiedzialne, nie mam co wglądać w to bliżej.
— Ciy on mieszka tutaj?
— Nie przYjeżdża tylko od czasu do czasu.
— Sam jeden?
— Sam jeden.
— flle poto by tu przyjmować kobietę?
Albo ja wiem kogo przyjmuje, przyjmuje sobie kogo chce, co to do mnie należy.
— I to już trwa dawno?
— Może rok, może dwa; czyż ja wiem
— Pokażcie mi to mieszkanie,
— Nie mamy klucza.
— Nie wiecie prawdziwego adresu tego człowieka?
— Nie.
To więc ten list był do niego?
— Zapewne. Oh! ja bo tam wcale takich his-toryj nie lubię. Mam lokatora, który przyjmuje sobie kogo chce, który się nazywa p, Henri. i któremu oddaję listy przychodzące pod adresem pani Henri. A jeżeli panu tego nie dosyć, możesz pan iść do komisarza cyrkułu, pierwsza ulica na lewo Jestem w swojem prawie i drwię sobie z reszty.
— Tak było istotnie; ja jeden stanąłem w fał-szywem i śmiesznem położeniu. Wybąknąłem;
— Macie słuszność.
— I wyszedłem chwiejąc się, jak pijany. Zdawało mi się, żebym nie stał się idjotą: lękałem się śmiać i śpiewać na środku ulicy; myślałem o przedmiotach nie mających najmniejszego związku z przedchwilowem zajściem. Fakta historyczne, zawiła terminologja jakiegoś traktatu chemicznego, który niedawno czytałem, targały mi myśl jak w malignie Nie! tylko dźwięczały mi w uszach, przesuwały mi się nadto najwyraźniej przed oczyma. Dla czegóż to? Jeszczfe chwila, a upadłbym twarzą na ziemię, ogłuszony, sparaliżowany. Obawiałem się umrzeć nie dokonawszy zemsty; szarpnąłem się z wysiłkiem i pobiegłem szybko ku domowi. Byle tylko tymczasem świat się nie skończył. Jak przez sen widziałem jednego z naszych liwerantów który przechodząc ukłonił mi się. Machinalnie oddałem mu ukłon. Mój pies, widząc że biegnę, towarzyszył w podskokach.
— ’ Kto to jest? kto to jest“ taki? mówiłem do siebie zgorączkowany.
I kolejno, różne nazwiska przyjaciół moich przesuwały mi się w myśli.
W chwili wejścia na podwórko, zatrzymałem się. Pewność była nazbyt blizko; zbrakło mi oddechu. Przybiegłem tak prędko. Należałoby może zajść przedtem do hrabiny. List który zaniosłem na ulicę Marboeuf niewątpliwie musiał mieścić szczegóły. A gdyby pójść? Nie! Alboż mi tu szczegółów potrzeba? Czy te dwa wiersze co mi ręce parzą, nie mówią wszystkiego? Wszedłem. Przybrałem pozór największego możliwie spokoju. Postałem nawet chwileczkę w podwórzu, jakby dla przekonania się czy chart mój gdzie nie został, t Pogłaskałem go gdy podbiegł do mnie, i prostując się rzuciłem ukradkowe spojrzenie na firanki u jej okna. Jedna znich poruszyła się lekko. Pokojowa wypełniła snać dane zlecenie. Iza pilnowała zapewne mego powrotu, by wnieść z powierzchowności mojej, czy ma się czego obawiać lub nie-Pierwsze pozory ją zawiodły. Zupełnie już ubrana wyszła spokojnie na przeciw mnie; dość jej wszakże było spojrzeć fna twarz moją, by zrozumieć wszystko. Zatrzymała się i pobladła lekko. Miała dość jeszcze siły i zuchwalstwa zapytać mi się:
— Co ci jest?
— Nazwisko tego człowieka?
I pokazałem jej list.
— Uspokój się wyznam ci wszystko. Obaczysz że nie jestem jeszcze tak winną jak sądzisz.
A więc nie było wątpliwości żadnej. Przyznawała się odrazu, że *list był pisany do mężczyzny! Zanim się odezwała, miałam jeszcze nadzieję, pojmujesz to, przyjacielu! Nie wątpiłem, nie mogłem już wątpić; ale w najtajniejszych głębiach mojej duszy dostrzegłem coś, niby możliwość, że pewnik ten zupełnie pewnym nie jest.
Z uśmiechem szczęścia oddałbym był.życie moje, byle usłyszeć Izę cofającą się przed takiem oskarżeniem, i mimowolnym okrzykiem niewinności spotwarzonej. Niestety! wszystko stracone! Przyrzekała wyjaśnienia.
Zachować się nietkniętym aż do lat dwudziestu pięciu dla jednej, jedynej miłości, oddać się wtedy z całą wiarą i z całą swobodą siedemnastoletniemu dziewczęciu; pierwszy nauczyć ją miłości, którą się przez nią jedynie poznało; zlać się w jedno z tem ciałem i z tą duszą, aż do nieświadomości, które z dwojga jest tem, które drugiem; uczynić z tej istoty zarazem cel i okrąg wszystkiego co się czuło, myślało, tworzyło; wmówić w siebie, że ona się stanie niezawodnem pocieszeniem wszystkich rozczarowań, zawodów, boleści; dla niej przenieść śmierć matczyną; przy niej za-zapomnieć niemal o jej śmierci; uwierzyć święcie w każde słowo tej istoty; uczynić ją powiernicą złudzeń, dążeń i~słabości: dozwolić łzom płynąć swobodnie, nie kryjąc się ani wstydząc; spędzić noce całe zwiniętym wokoło maleńkich jej stopek, omdlewać z miłości w jej ramionach, ze wszelkie-mi szałami, dziwactwami śmiesznościami namiętności podzielanej, a przynajmniej którą się ma za taką-tegoż jeszcze rana posiadać tę istotę piękniejszą, namiętniejszą, bardziej niż kiedy oddaną, i nagle przeczytać list w rodzaju tego, który od pół godzi i ny miałem w ręku, i dojrzeć prawdę pojawiającą się i gotową spaść na was z ubóstwianych ust tejże kobiety! Gdzież klęska, gdzie niedola równa podobnej klęsce i niedoli?
Tak więc kto inny poznał te powaby, które u fSŚ sn ważałem za moją własność wyląc zną; kto, inny korzystał zuchwale z tego ciała, które uwielbiałem ak szaleniec, i na którem usta moje suszyły świeże ślady pocałunków drugiego; te święte tajemnicze zwierzenia miłości, te półsłowa, których rozkosz domówić nie daje. te westchnienia, te wahania, przyczyny, szały miłosne, wszystko to było słyszane, wzbudzone, pochłaniane przez innego, co sycił nią dowoli rozlochane oczy. 1 ona znosiła na sobie palące pocałunki drugiego. I ona czuła w łonie swojeiji całą namiętn.ość drugiego, i ona zapomniała o mnie, i wyśmiewała się ze mnie z tym drugim! Sprawiedliwe niebo! Cóż ja zrobię im teraz, tej kobiecie i temu człowiekowi?
Przyznajmy to, na hańbę natury człowieczej,. że zazdrość jest fizyczną wyłącznie. Gotowiśmy wybaczyć kobiecie kochanej tysiące żądz cudzołoż-nych byleby tylko nie nastąpiło ich spełnienie; gotowiśmy jej wybaczyć ubóstwianie mężczyzny, aczkolwiek nie my nim jesteśmy, jeżeli faktycznie nie dodała mu się; gotowiśmy nareszcie wytłemaczyć i usprawiedliwić duszę, jeżeli ciało nie miało udziału w przeniewierzeniu się. To też kobiety zapierają się fizycznych faktów nie z obawy hańby, nie ze zgryzoty, nie ze wstydu, ’ale po prostu dlatego, że wiedzą dobrze iż dopóty mogą nas odzyskiwać i przykuwać znów do siebie, dopóki wierzymy we względną niepokalaność ich ciała, i że tu jest kres ostatni wspaniałomyślności naszej.tak jak 10 lu się mieści ostatni naszej miłości własnej przy — “ wilej.
Gdyby, pomimo niezbitego dowodu, który miałem w ręku, mogło się udać Izie wmówienie we mnie, że fizycznie (oh! hańbo miłości!) nie należała nigdy do tego, którego na papierze całowała ukochane usta, byłbym jej przebaczył, i kto wie? całą winę złożył na siebie samego. Czuła to dob’ rze, i zbierała w myśli argumenty dla przekonywania mię, jakkolwiek trudnem, niemożliwem miało być zadanie. Psycholog, któryby niedostrzeżony mógł być przytomnym tej walce zaciętej, co się zawiązała między nami dwojgiem, zyskałby jeden więcej zdumiewający dowód zuchwalstwa kobiecego umysłu, przeraziłby się może beziitosnem okrucieństwem kobiety, skoro ta niema już nic do stracenia, a chce się pomścić za upokorzenie i porażkę swoją,
Powiedziała mi przed chwilą. „Nie jestem tak winną jak sądzisz*.
Jak tonąćy słomki, tak ja uczepiłem się jesz cze tych sześciu wyrazów,
— Przedewszystkiem — powtórzyłem — nazwisko tego człowieka?
— Sergjusz.
— Jest kochankiem pani?
— Nie.
— Był?.
— Posłuchaj...
— Nic słyszeć nie chcę. Tak czy nie? * — Nie,
— Kłamiesz jak ostatnia nędznica! 2a kogo mię masz? Ja miałbym się nie poznać na wyrażeniach tego oto listu?
— Dajże mi mówić. Czy mi dasz przyjść do słowa?
Usiadłem, ’padłem raczej na najbliższe krzesło, i patrzyłem jej prosto w oczy.
— Wiesz dobrze żem mi^ła zaślubić Sergju —. sza. Nie znałam cię jeszcze wtedy, a przynajmniej nie wiedziałam że cię kocham, i że zostanę kiedyś twoją żoną. Napisałam ci o wszystkiem w owym Czasie. Któż mię zmuszał do tego? Nikt. Be-zemnie aż dotąd nie byłbyś wiedział o niczem. Matka moja marzyła ciągle o tej partji, jako o bardzo świetnej; chciała tak uwikłać Sergjusza, by zaszła konieczność zaślubienia mię wbiew całej jego rodzinie. Okazała się^niedość przezorną. Byliśmy wtedy oboje tacy młodzi!
— Byłaś pani jego kochanką, nim zostałaś moją żoną?
— Wiesz dobrze że nie. Czy możesz mieć jakiekolwiek wątpliwości pod^tym względem? Podejrzewaj mię od czasu jak jestem mężatką, masz po temu prawo, a pozory upoważniają cię poniekąd’ ale nie znieważaj czystego zaczątku naszej miłości Później, byłam może lekkomyślną nieco; ale naów-cz^s jeszcze nie miałam sobie nic do wyrzucenia.
Wykręt dokonany..Lekkomyślna!“ nic więcej
Wyraz elastyczny, wypowiadający wszystko i nic razem, jeden z tych co to kobiety miewają zawsze pod ręką! Nieszczęściem, bywają chwile w * których uczucie przebieglejsze jest od przebiegłości samej.
— Dajmy pokój przeszłości — rzekłem — o teraźniejszości odpowiadać proszę.
Zmieniła taktykę..
— Nie powiem ani słowa, ozwała się czelnie; tak samo nie wierzysz w teraźniejszość jak i w przeszłość.
— Dobrze. Uprzedzam panią zawczasu, że zabiję go zawczasu.
— A co mię to obchodzi! Alboż ja kocham tego, którego nazywasz moim’kochankiem? Zabijaj go sobie, jeżeli chcesz: biedny chłopak, Bogu duszę winien. Zgryzoty przyjdą po czasie,
Odpowiedź ta była.prawdziwie mistrzowską.
— W takim razie, dla czegóż ta poufałość? czemu te znaczące wyrażenia? co znaczy ten pocałunek namiętny?
—. Nic nie znaczy, W naszym kraju wszyscy całują się w usta.
Słyszałem to, przyjacielu, słyszałem to na moje własne uszy!
Rozpaczna bezsilność, paraliżująca mi i myśl i władzę, dopóki byłem zdała od winowajczyni, znikła teraz bez śladu, Uczułem bijącą mi z serca do mózgu ustawicznie, hałaśliwie, nakształt groźnego przypływu, wolę silną dowiedzenia się wszystkiego, i moc potrzebną do doprowadzenia tej woli do ostatecznych choćby granic. Teraz wykręty Izy nie zamydlą mi już oczu.
Na co to rozprawiać jeszcze? Zemścić się i koniec. Lecz jakaż zemsta wielkości zbrodni wyrówna? W tej chwili przyszła/mi na myśl ostatnia rada konającej matki: „Jeżeli kiedy, w jakiem nieszczęściu, będziesz potrzebował prawdziwego przyjaciela, przyzwij Konstantego. Lepszego nadeń przyjaciela nie masz pewnie“.
Uspokoiłem się nagle tak zupełnie, że Iza się zlękła, zlękła się w najściślejszem znaczeniu tego wyrazu Zaczynała przeczuwać teraz, czem się! stać może gniew mężczyzny. Niespokojnym wzrokiem szukała którędyby uciec, albo kogoby przyzwać na pomoc.
Zadzwoniłem.
— Co chcesz uczynić? — zapytała przestraszona.
Służący wszedł.
— Biegnij do pana Konstantego Ritza, i proś go żeby zechciał przyjść nie tracąc chwili; koniecznie potrzebuje się z nim widzieć.
Zaledwie zostaliśmy sami;
— Pocóż tu znowu Konstanty potrzebny? — Wnet się pani dowiesz,
— Nie chcę tu zostawać z wami dwoma. Go-towiście mnie zamordować.
I rzuciła się do drzwi*
Samo imię Konstantego przejęło ją większą trwogą, niż wszystkie moje uniesienia gniewu,
Ująłem ją silnie za ramię, usta zatkałem jej dłonią, mówiąc dobitnie i zimno:
— Jeżeli spróbujesz wymknąć się albo zawołać zgniotę cię jak żmiję. Mam dowody. Jestem w swojem prawie. Siadaj tu i czekaj.
Jednocześnie popchnąłem ją na otomanę’ na którą padła wpół żywa.
— Chcę widzieć się z matką — wyrzekła słaba.
— Proś Boga by fu nie przyszła.
— Podniosłeś na mnie rękę, wyjąkała; na kobietę która bronić się nie może. Jesteś nikczemnikiem.
Prawdziwa jej natura poczynała objawiać się nakoniec.
Nie odpowiedziałem’ani słowa. Byłem zdecydowany nie odzywać się już więcej.
Rzecz dziwna! Cały ten tłum uczuć różnorodnych, szarpiących mną od godziny, ustępował teraz miejsca takiemu uczuciu pogardy, że chwilami zdawało mi się jakoby tu nie o mnie chodziło, i jakobym nigdy nic nie miał wspólnego z tą istotą, co nagle, jakby w czarodziejskiej bajce, zdała mi sie zmienioną w jakieś wstrętne zwierzę.
Wziąłem się do obrabiania gipsu, jakby nic nie zaszło.
Znalazłszy się w podobnem położeniu, na leżało zabić czas czemkolwiek aż do przybycia Konstantego, a to pod groźbą popadnięcia w śmieszność. Ręce pracowały bezwiednie. Nagle, potworna prawda uderzyła mi do głowy jak wyziew czadzący, zaczynało szumieć w uszach, i dokładnie słyszałem wyrazy: „Ale zabijże ją“. To znowu mówiłem sobie: „Co ja zrobię temu człowiekowi?“ I wyszukiwałem jakiej poniżającej, wstrętnej, zniesławiającej katuszy. Nie chciałem jego śmierci. O nie, tegoby było za mało; pragnąłem^owszem by żył, lecz żył zrozpaczony przezemnie, złorzeczący mi codziennie, co godzina, udręczony na honorze i na ciele, przedmiotem szyderstwa dla mężczyzn, wzgardy dla kobiet, obrzydzenia dla samego siebie.
— Chcesz koniecznie skandalu? poczęła znów Iza po krótkiem milczeniu.
Nie odpowiedziałem ani słowa.
— Czas jeszcze zapobiedz niepowetowanemu nieszczęściu, — mówiła dalej — ja nie do Sergjusza pisałam. Wymieniłam go tylko po prostu dla odwrócenia twoich podejrzeń; nie jestem na tyle głupią, żeby się wydać od razu.
Milczenie. Poczęła znowu.
— Rozłączymy się teraz, wszak prawda. Po tem co zaszło nie możemy już żyć razem. Po-szlij po moją matkę; daj nam się rozejść spokojnie, a przysięgam ci że ci wyznam nazwisko mego kochanka.
— „Mego kochanka“! Z jej to ust wychodziły takie^słowa? Do mnież to byty’zwrócone? Nie wymówiłem ani jednej syllaby, tylko zdało mi się, że serce rozpęknie mi się w piersi na drobne kawałki.
— Otóż, tak, wiedz że mam kochanka i że go kocham nad wszystko w świecie i że nigdy nikogo nie kochałam*prócz niego. Gdybyś wiedział kto to taki!
„Ale zabijże ją przecie!“
Drzwi się otworzyły. Czas już był wielki. Konstanty wszedł. Na jego widok zbladła jeszcze bardziej. Cóż tam więc zaszło między nimi dwojgiem?
— Niema mnie w domu dla nikogo bez wyjątku, zapowiedziałem służącemu.
I jak tylko zostaliśmy sami, zamknąłem na za-mek’.’drzwi od pracowni, gdzie działa się cała ta scena, i klucze schowałem do kieszeni.
— Co się stało? zapytał Konstanty.
— Pani ma kochanka; czyś ty wiedział o tym?
Konstanty milczał, Podałem mu list Izy.
— Wiedziałem, odrzekł przeczytawszy.
— I znałeś jego nazwisko? t — Tak.
— Więc to dla tego nie chciałeś tutaj przychodzić?
Skinął głową twierdząco.
— Przepraszam Cię, miałem ciebie w podejrzeniu. Pani utrzymywała żeś się do niej zalecał,
— Pani była w błędzie.
— Ola czego nie uwiadomiłeś mię o wszyst-kiem?
— Bo matka błagała mię o to, i nie miałem odwagi zniszczyć twego szczęścia, choćby tylko urojonego. Natomiast pani wypowiedziałem wszystko, co wypowiedzieć jej pod tym względem uważałem za swdj obowiązek.
— Cóż mi radzisz teraz?
— Radzę ci rozłączyć się z panią jak tylko można najprędzej,
— A kochanek?
— To już mnie zostaw.
— Tobie?
— Mnie. Iza. milcząca i nieruchoma, najspokojniej odbywała przegląd swych paznokci, jakby tu nie o niej była mowa,
— W takim razie nie jestem tu już potrzebna — odezwała się wstając i udając nagle jak największą obojętność; — mogę ’ opuścić mieszkanie?
— Choćby zaraz.
— Weszła do swego pokoju i zamknęła się na rygiel.
Konstanty ujął mię za ręce i uścisnęliśmy się serdecznie. . — Niech nie odchodzi ztąd, zanim powrócę, rzekł do mnie; nie zabawię długo, a muszę jeszcze z tobą pomówić, Idę do Sergjusza Gdzie on mieszka.
—.Bardzo blizko ztąd: na ulicy Penthievre.
— Z twojej zaś strony, żadnej słabości, żadnego przebaczenia, masz do czynienia z potworem, uprzedzam cię o tem. Do widzenia.
Zostałem sam. Wszystkie te wypadki były tak nieprzewidziane, tak gwałtownie następujące po sobie, tak wprost przeciwne dotychczasowemu memu życiu i dotychczasowym mym marzeniom, cios był do tyla ciężki, że czułem się nim ogłuszonym, w do-słownem znaczeniu wyrazu. Nie mniej pojmowałem, że niema dla mnie innego wyjścia nad bezwarunko-wejLUsłuchanie rady, wypowiedzianej przez Konstantego takim stanowczym i męskim tonem.
Jakże wielką pomocą bywa nam w takich ra» zach obecność i stanowczość wiernego przyjaciela! Uczuwamy nagle smutną jakąś dumę, bolesną chęć dorównania mu i górowania duchem nad urągowiskiem losu; wtedy to idziemy na spotkanie przeciwności, nibyfmłodzi, niedoświadczeni rycerze, których w przededniu sama myśl wojny przejmowała strachem, a których nazajutrz odgłos bębna i dźwięk trąbki wojennej ^rozpłomienia aż do heroizmu. Nagle stałem się dumny koniecznością walki. Za długo spoczywałem w miękkich rozkoszach sławy i miłości, Byłem gotów. Nie mogąc wyrwać po cisku z rany, obracałem go w niej z dziką rozkoszą, pyszniłem się własną męczarnią, upajałem nadmiarem niedoli. Pojąłem teraz zachwyty cierpienia, ekstazy męczeństwa, urągiwanie katom rzucane, Rozłączyć się z Izą, wzgardzić, zapomnieć, oddać się pracy i dziecku, w moich oczach — były to teraz rzeczy najłatwiejsze w świecie-
Wszedł Konstanty.
— Nic nowego? — spytał.
— Nic.
Niezawodnie Iza ze swego okna widziała go wracającym, w chwilę potem bowiem ukazała się i ona, Nigdy jeszcze nie była tak ładną. Ubrana w suknię z niewarowego fularu, w białą koronkową pelerynkę, w kapelusik słomkowy przybrany wiązką bławatków w eleganckie buciki ze skórki złoconej, w rączce opiętej zgrabną rękawiczką trzymając małą aksamitną torebkę, mieszczącą zapewne wszystkie jej klejnoty, miała pozór uroczego dziewczęcia, wybierającego się na spacer. Ileż to razy ja ją tak stroić lubiłem, skoro wychodziła sama, i dobierać suknie, w których jej było najlepiej do twarzy, by świat cały piękną ją znajdował!
Przyszlę tu dziś po moje rzeczy, — ’ powiedziała — wszystko zebrane tam, w moim pokoju. 1 postąpiła ku drzwiom, które otworzyła, a następnie zamknęła za sobą, jakby wykonywając rzecz najprostszą w’świecie.
Nie, to niepodobna, to sen chyba! Ależ to moja żona, moja miłość, imię moje, honor mój tak mię rzucają! Jakto! więc to dla niej taką łatwą rzeczą opuścić dom nasz, mnie i dziecko swoje, i nigdy nas więcej nie widzieć! Jedne drzwi zamknięcie, i koniec przysięgom, i obowiązkom, rodzinie przywiązaniu, przeszłości i przyszłości koniec Wszystko, cośmy tylokrotnie sobie powtórzyli, odtąd jest niczem. Oddała mi się była, dziś się odbiera! Jest wolną. Ludzie ją będą widzieć na ulicy, będą ją wielbić, uganiąć się za nią, kochać!
— Gdzie ona idzie? — zakrzyczałem nagle zaledwie straciwszy ją z oczu.
— Słuchaj, począł Konstanty, utkwiwszy we mnie badawcze spojrzenie; dotąd niema jeszcze publicznego skandalu. ’Jeżeli nie czujesz się na siłach żyć zdała od tej kobiety, to powiedz, wrócę ją, jeszcze nie jest daleko, a tajemnica cała zostanie między nami trojgiem. Nie pierwszym będziesz człowiekiem, nie pierwszym mężem, u którego miłość nad honor przeważy. Tylkoż, żadnych już nigdy wymówek! żadnych porywów do zemsty! nigdy skargi! nigdy żalu! A dla tego trzeba, żebyś poznał prawdę całą, Żona twoja miała pięciu ko 21 ćtianków, o których wiem! Może ich daleko więcej było..
— Co ty mówisz?
Mówię, że to osoba tak zepsuta jak mi się jeszcze inigdy nie zdarzyło widzieć, co mówię przypuścić nawet, mnie, co jednakże mam za naj-bardzo wszystkie pod słońcem kobiety, od czasu mianowicie jak tę ladaco poznałem.
Obu rękami pochwyciłem się za głowę, by przytrzymać uciekające zmysły. “ Pięciu kochanków, powtarzałem, pięciu kochanków, co też ty mówisz! Nazwiska tych ludzi?
— Nie myślisz przecież bić się ze wszystkimi, prawda? Naraziłbyś się na śmieszność, nic wiecej Wszyscy dokoła ciebie najdokładniej znali postępowanie twojej żony. Ty jeden nie domyślałeś się niczego. Dwadzieścia razy byłem gotów otworzyć ci oczy; ale takich rzeczy łatwo się nie mówi, przynajmniej nim wypadki zmuszą nas do tego. W tym samym oto pokoju, traktowałem twoją żonę jak ostatnią ulicznicę. Groziłem z dowodami w ręku. Przyjaźń dla ciebie nakazywała mi tak postąpić Wieszże, co mi odpowiedziała z niesłychanym cynizmem? „Choćby widział na własne oczy, i takby nłe uwierzył. Ale dla czegóż go pani zwodzisz? Jest przecież młody, przystojny, sławny, czyni cię bogatą i szczęśliwą. Czy zawiodłam go z panem? Nie, a więc daj mi pan pokój,, albo mnie oskarż jeśli wolisz, oddasz mi może przez to usługę, h
— I od kiedy to wszystko?
— Od czasu powrotu Sergiusza, ten był pierwszym, i przetrzymał wszystkich; bo Sergiusz, to już nie uczucie, ani nie kaprys, ani nie rozpusta nawet, to poprostu interes.
— — Dalej, kończ, dobij mnie nareszcie,
— Tak, dobiję cię, jakbym pragnął by mnie samego dobito gdybym był wystawiony na podobną torturę; boć przecież, pomimo wszystkiego, jest się mężczyzną, człowiekiem honoru, a honor nasz nie może wiecznie zależeć od łaski pierwszych lepszych zachcianek takiej tam ladaco, czy ona naszą kochanką, czy żoną; boć >zebaż by uczciwy człowiek mógł powiedzieć śmiało, bez łzy i bez rumieńca wstydu:.Wypędziłem moją żonę, która była rozpustnicą, pozwalam zaś jej hańbić moje nazwisko dla tego, że prawo na tyle jest nieprze-zornem, na „tyle niesprawiedliwem i głupiem, że nosić go jej nie zabrania. Przyzwijmy dzikiego mieszkańca Afryki środkowej, postawmy w pośrodku nas jakiego Tuarego, i rzeczmy mu: „Otośmy naj-ucywilizowańszym narodem na świecie; wyznajemy religię objawioną przez samego Boga; ’dokonaliśmy rewolucyi w imieniu sprawiedliwości, swobody i cnoty; parą dodaliśmy skrzydeł, ciałom, elektrycznością wypadkom: znieśliśmy czas i zniweczyli przestrzeń; „najlepszemu z monarchów, najcnotliwszemu z ludzi, jego żonie i siostrze ucięliśmy głowy bo postęp nie dość szybko się rozwijał. Rzeczy to piękne, nieprawdaż? Te raz, jeżeliśmy dali 23 nasze nazwisko kobiecie, jeżeli ta kobieta nas zwo dzi, jeżeli się addaje, jeżeli się sprzedaje na publicznym rynku, zawsze jednakowo będzie ’ naszą żoną, flni ja, ani ona nie możemy wejść napowrót w posiadanie praw naszych i czci naszej zobopólnej dzieci, które ona ma z innym, jeżeli nie mogą Oceanem się od niej odgrodzić, będą memi dziećmi; dzieci, które ja mam z inną, nie będą memi dziećmi. Skazany jestem na rozpacz, osamotnienie, bez-potomność, dopóki życie tej kobiety ciążyć nadem-ną będzie, chyba że znajdę dość sprytu chwytać ją na gorącym uczynku i zmienić się w kata. 1 cóżby na to dziki? Powie niewątpliwie. — „Miejcie sobie swoją naukę, swój postęp, swoją gilotyną, i swojego Boga; ja wolę wrócić tam gdzie mężczyzna gnie jest sprzętem kobiety* “ Tak to jest! Nie możemy już tego odmienić,
Dość, że hrabina Dobronowska zaślubiła była istotnie jakiś rodzaj głupca, szlachetnie urodzonego i wcale bogatego, którego zrujnowała w mgnieniu oka, porzuciła następnie, i który doprowadzony do nędzy, skończył gdzieś w domu waryatów. Po hrabim nastąpił ruski jenerał. Ten, pewnego dni?, wyrzucił jejmość za bramę, obdarzywszy ją poprzed-dnio sporą dozą kijów, gdy zeszedł ją raz w objęciach własnego furmana. Oto twoja godzina teściowa. Ach! kobiety, gdy już raz upadać poczną, nie zatrzymają się pewnie w połowie, i muszą nareście zamaskować w kale, w którym się nurzają. Zięć hrabiny, ten, o którym to tak często opowiada, mąż jej córki, tamtej drugiej córki, jest w istocie bardzo porządnym człowiekiem, co zakochawszy się w starszej córce, ożenił się z nią nie zwarzając na nic zrywając wszakże wszelkie stosunki ze starą, po wypłaceniu jej summy... którą połknęła jak i wszystko’ Chciał on wziąść Izę do siebie, pragnąc ją ocalić jakkolwiek wiedział, że była córką Minati’ego, który znowu pod tem wszystkiem widnieje, i który, jak widzisz dawał początek małym zachwycającym istotkom. Otóż szwagier chciał?uwyposażyć Izę i wydać ją zamąż w swojem kółku. Matka sprzeciwiała się temu. Liczyła na córkę dla poprawienia Losu. Udając się do Petersburga po wyjeździe z Paryża uczyniła to w nądziei sprzedania jej Wielkiemu Księciu Następcy tronu, który wszakże kazał ją za drzwi wyrzucić. Dopóki mogły znosiły nędzę w Warszawie, gdzie wreszcie złapały Sergjusza, naiwne jak ty niewiniątko, i który byłby się z Izą ożenił, gdyby rodzina nie użyła energicznych środków, które w rossyi wcale są nie dwuznacznie. Niech żyje samowładztwo w takich razach! Czy Iza należała do wspńlnictwa z matką? Nie wiem, sądzę, że tak Co.tam zaszło między dwojgiem młodych? Powiedzieć trudno Tybyś o tem wiedzieć powinien, pomimo całej niewinności twojej, jeżeli tylko nie zamydlili ci oczu tak dobrze na to jak i na wszystko. Naiwny niedorostek dostarczał tyle pieniędzy ile tylko miał we własnem posiadaniu; wyprzedał konie, powozy, klejnoty sprzęty kosztowniejsze, byle módz dostarczyć jaknajwięcej; ostatnią krew z siebie wytoczył przyrzekł, przysiągł powrócić, ale niewiem co tam z nim zrobiono, dość że nie wrócił i nie przysłał nic więcej. Reszta ci wiadoma.
„Słałeś list za listem, Byłeś zakochany. Czy dziewczyna uczuła w sercu szlachetniejszy. popęd? Czy znurzona, upokorzona awanturniczem istnieniem które do niczego nie doprowadzało, zrobiła na >az postanowienia zostania zamężną i uczciwą kobietą na podobieństwo siostry, zdała od szkodliwego matczynego wpływu? To możliwe; widzisz że itbiorą rzecz z najlepszej strony. Tak może i była szczerą wzywając twojej pomocy, kobiety do wszystkiego są zdolne, nawet do dobrego; i gdybyś, zamiast umiłować ją z całą ufnością i wiar|, kochał ją tak jak się powinno kochać podobnie młodą, podobnie piękną, i podobnie źle wychowaną dziewczynę, to jest nie odstępując jej ne krok, zdołałbyś może w końcu pokonać jej złe instynkta, mając wszystko czem młodą dziewszynę zadowolnić można. Niemniej jednak rzecz ta wątpliwa; zachodzi tu tradycja ras-sy. Z nią jedną może jeszcze poradziłbyś sobie, ale ona i matka, tego już zanadto, jak na człowieka z sercem.
„Zostawszy pełnoletnim, bezspornym panem mienia i postępków swoich, Sergiusz. wrócił do Warszawy, zgłosił się po byłą narzeczoną dowiedział się jej zamążpójściu, zarzucił hrabinie brak cierpliwośći i zaufania, i wyznał, że jej córkę równie kocha. Hrabina jednym rzutem oka oceniła całą wielkość straty, umyśliła powetować ją choć w części, i z cudzołoztwa odebrać to, czego po małżeństwie spodziewać się już nie mogła. Hrabina. Dobronowska nie była kobietą, zdolną w obec tak ślicznie nadarzającej się sposobności, poprzestawać długo na tem co dostawała od ciebie. Wtedy to częściej poczęła pisywać po polsku do Izy listy których nie otwierałeś, i których zresztą nie byłbyś zrozumiał. W taki sposób, tuż na oczach twoich i pod twoim nosem zawiązała się ta ohydna intryga, którą biedna matka twoja dojrzała w najdrobniejszych szczegółach, o której sto razy może mówiła zemną, i która zabijała ją powoli. Hrabina osiadła w Paryży, dom jej posłużył do schadzek córki z Sergjuszem, póki ten ostatni, wstydząc się sam potwornego takiego faktorstwa, nie wynajął własnego mieszkania przy ulicy Marche-d’Aguesseau, urządzając je z niesłychanym przepychem. Odzyskanie dóbr hrabiego, pięniądze Sergiusza; brylanty i szmaragdy przysłane przez siostrę, — Padarki Sergiusza; list bezimienny, ’ o którym mi kiedyś mówiłeś, a w którym radzono ci śledzić Izę — pomysł hrabiny, która zapuściwszy taką sondę, upewniła się ostatecznie o dobrej wierze zaślepieniu twojem. Mogiła pośredniczką! niezły pomysł.
„ Jak doszły do mnie te ostatnie szczegóły? Przez Sergiusza, od którego znalazłem sposób wydobycia wszystkiego przed chwilą; co do innych, o tych wiem od mego szwagra, który znowu dowiedział się o nich od kolegów swoich z ruskiej ambasady. 27
„To ci wyjaśni oziębłość mego ojca i siostry dla twojej żony. We wszystkiem co cię spotkało nie mało jest twojej winy, mój biedny świątobliw-cze. Powściągliwość i czystość mają swoje strony; ale dla pokoju i talentu twego lepiejby było gdybyś jak japoznał się trochę z podejrzanemi miejscami. To sale anotomiczne miłości. Tam się dokonywają doświadczenia in anima vili; tambyś się opancerzył przeciwko złotym włosom, szafirowym oczom marmurowym łonom, i wszelkim fizycznym doskona-łościom kobiet, Tambyś się dowiedział, że jeżeli się popełnia jedno głupstwo żeniąc się, nie powinno popełniać drugiego głupstwa żeniąc się z kobietą wyjątkowo piękną.
„Kobiety tego rodzaju nie są stworzone do spokojnych rozkoszy małżeńskiego życia. Można o* piewać je, malować je, modelować, kochać i pieścić. Zaślubiać nigdy, godność, wstyd, sumienie, zmiłowanie dobra, uczucie rodzinne, pojęcia obowiązku, świętość macierzyństwa sama nawet miłość, dla nich martwą literą; to udział zwyczajnych kobiet; każdy ma swą cząstkę. Zdradzone dla rozkoszy, panie takie nie znają innych praw nad własne swe zechcenia; żyją one dla wzniecania nie dla odczuwania, i nie godzą się niczem ćo ich piękność ujarzmić czy uszkodzić może. Małżeństwo uważają za akrobatyczną podstawę do skoku; z niego to śmiało rzucają się na pole zalotów. Mało zresztą mąż je obchodzi, byleby stanowiskiem czy majątkiem swoim mógł uwydatnić ich piękność; kocha nek jeszcze mniej dla nich znaczy, Zwykle, a przynajmniej bardzo często, nie dbają ani ’o stopień, ani o wykształcenie, ani wykształcenie, ani o wiek wielbiciela. Błyszczeć i królować, oto ich zadanie. Podobne są do panujących, dla których każdy hołd równie dobry, bez względu na to z jakich ust pochodzi. Im z niższej sfery bije do nich dym kadzideł, tem częstokroć milszym dla nich bywa. Gdyby nie miały pod ręką nikogo więcej prócz lokaja albo mularza, trzebaby im uwielbienia tego mularza czy tego lokaja. Niejeden przykład przytoczyćby można aż tak nizko upadłych kobiet. .Baśń o Dyanie i pasterzu wybranym przez nią n^d wszystkich bogów Olimpu, nie co innego oznacza. Ztąd owa bezczelna rozpusta, iskandalicz-ne miłostki większej części głośnych piękności: miłostki którym potomność niesłusznie się dziwi. Takie anomalie są logiczne. Piękność, jak każdy majestat, znosi li tylko niższość obok siebie; otóż. dla wyjątkowo pięknej kobiety, mężczyzna wyjątkowo piękny nie jest właściwie ani wielbicielem, ani też kochankiem; to równy, to więc wróg. Oddając się takiemu nie obdarza już, tylko wymienia. Człowiek sławny nie jest również Ltem, czego im trzeba bledną bowiem w obec jego wiekopomnej sławy; wolę też zawsze pierwszego lepszego głupca, w pełni olśnionego w pełni opanowanego w zupełności spętanego. Nie pragną dzielić z nikim wzniecanego uwielbienia tak samo jak nie podzie-ilają sprawianej przez się rozkoszy.
„Dokąd dąży ta oto czarująca istota, strojna w aksamity i jedwabie w karecie atłasem, wysłanej? Każdy, od miljonera aż do żebraka, obraca się by raz jeszcze spojrzeć za przejeżdżającą. Zatrzymuje się przed kościołem; wstępuje pysznie na schody krużganku, w chwili gdy wierni rozchodzą się już do domdw przechodzi w boczną, najmniej uczęszczaną nawę, i zniknie pod arkadami, Przesunąwszy się powoli wzdłuż kościoła, u wejścia do presby-teryum macza palce w święconej wodzie, żegna się z namaszeniem, ogląda się ostrożnie po za siebie i znika w bocznych drzwiach, które uchylają się i zamykają bez szelestu, dająć przejście na schody o nielicznych stopniach, u stóp których ślepy żebrak drzemiąco mruczy pacierze. Ona mija żebraka nie spojrzawszy nart nawet, upewnia się, że nikt z przechodzących nie zna jej i nie uważa, szybko wskakuje do dorożki, co zatrzymała się tu przed paru minutami. Ta kobieta mieszka w przepysznym pałacu; ma męża szanowanego, sławnego niekiedy; świat ją wynosi, otacza ją dymem pochlebstwa i zaledwie od czasu do czasu zostawia jej jaką swobodną godzinę. Tę godzinę spędza ona w hotelowym numerze, w izdebce ledwie że nie cuchnącej, gdzie czeka nafnią mężczyzna prosty, brzydki, stary może, ale którego ona zaszczyca i olśniewa, który klęka przed nią z uwielbieniem dochodzącem do osłupienia, do ekstazy, do szaleństwa. Dla swoich jest ona piękną, najpiękniejszą z kobiet, jeżeli chcesz, dla niego, ona boginią! To wszystko czego jej trzeba.
„W obmyślanej, wyuczonej, uwydatniającej każdy wdzięk jej pozie, uśmiechnięta, bez osłon, oddaje się zachwyconemu szczęśliwcowi, i obserwuje ciekawem okiem jak też on kocha, porówny-wając wyraz tego z charakterystyką tamtego: o, bo to kobieta jest wybredną; bo dla jej zmysłów jak dla umysłu potrzebna rozwaga, porównania i kon“ trasty dziwne. Wieczorem takież same widowisko będzie miała z mężem, jutro znów z drugim kochankiem. Pewnego pięknego dnia, ’ nie mówiąc im nawet dla czego, ot tak, z niechcenia, przestanie ich widywać, nie pozna przy spotkaniu, a choćby ucierpieli, choćby 1 umarli i wskutek tego, to i cóż, tem lepiej! Zobaczy jak się to cierpi, zoba czywszy jak się kocha. Tak blade i nieme bóztwa Indyjskie, wymagające krwawej ofiary, nieporuszone patrzą spokojnie przed siebie oczami wykutemi z chłodnych dyamentów, gdy tymczasem wierni rzucają im pod stopy strzępy drgającego jeszcze ciała.
„Taką jest kobieta, którą wziąłeś za żonę, biedny przyjacielu. Ty sam rozwinąłeś bezwiednie jej wrodzoną zmysłowość; sam najnaiwniej wydałeś na pożądliwe spojrzenia, które nigdy znać ich nie powinny, skarby jej wdzięków tajemnych; sam ją uwieczniłeś i zgubiłeś wcześniej nieco. Uwielbienie twoje zadowolnić jej nie mogło. Przeszedłszy z rąk do rąk pod postacią bronzu i marmuru, za pragnęła objawić się osobiście niedowiarkom i wierzącym. Przedajna Galatea, ożywiała się dla pierwszego lepszego, i nie poprzestając na ofiarach kwiecia, miłości, łez i krwi, zażądała brylantów i złota. Cały świat wiedział o jej postępowaniu, Ci, co nie czynili cię wspólnikiem, mieli ciebie za winnego. Nikt nie przypuszcza, by człowiek twojego stanowiska i zalet — — mógł być tak oszukiwanym nie wiedząc, lub nie korzystając z tego. Zobaczywszy boleść twoją, powiedzą, że dobrze odegrywasz rolę Następnie życie twoje dowiedzie żeś był nieszczęśliwym jedynie!
„Co do nazwisk tamtych ludzi, pocóż ci je dziś wymieniać? Nie byli obowiązani względem Ciebie do niczego, a dla żony twojej żywią takąż pogardę, jaką ty sam masz dziś dla niej..’Jesteś ofiarą przypadku, i Czemże tu jednostki? Teraz, wiesz dlaczego Iza z takim spokojem wyszła ztąd przed chwilą? Oto dlatego, że bardzo prędko oceniła korzyści, jakie się wyciągnąć dadzą z takiego po łożenia. Zrazu musiała ci wyświadczyć grzeczność usprawiedliwiania się choć trochę. Pierwszym popędem, instynktownym kobiety winnej est zapieranie się, teraz już wszakże ręczę, żeby( jnie chciała twego przebaczenia. Wypędzasz ją dla Sergiusza, do Sergiusza się przyczepi, a Sergiusz jest milionerem. Rozumiesz teraz! Hańba tam, pro-stytucya, ale i zbytek; a ten dobrobyt, którymeś ją otaczał, który biedaku złociłeś jak mogłeś, nie był odpowiednim tłem dla jej piękności, W tej chwili marzy ona o sławie Aspazyi, Marion Dełorme, lub Ninon’y. Ale na tym właśnie punkcie będzie ukaraną! A kara ta mojem jest dziełem,
„Zamiast w twojem imieniu wzywać Sergiusza i stawiać na kartę jego i twoje życie, opowiedziałem mu o wszystkiem co zaszło, i objaśniłem tak samo jak obecnie ciebie jakiego to gatunku kobieta. Dałem mu słowo honoru, że rzecz cała na tem się skończy, jeżeli zobowiąże się przysięgą nigdy więcej nie widywać Izy, i żadnych jej zasiłków nie dawać, wykazując mu, co zresztą nie było trudnem, jaką śmiesznością z jego strony narażać życie f dla podobnej istoty, i jak bardzo obciążyłby własne sumienie, gdyby nieszęście chciało byś miał poledz z jego ręki. Poprzysiągł. Dotrzyma słowa. Szlachcic to w całem ’ znaczeniu. Uczciwość ludzka ma swoje odcienia. Można uwieść, skraść podstępnie żonę człowiekowi znajomemu czy nieznajomamu, doprowadzić go do rozpaczy, samobójstwa lub zbrodni, a mimo to niezdolnym być do przywłaszczenia sobie cudzego grosza, albo chybienia raz danemu słowu. Nie my tworzyliśmy ludzkość, i nie od dziś ona taką. Twoja tedy zachwycająca żoneczka będzie zmuszona żyć ze swą mamunią, której Sergiusz, jednocześnie, cofnie dawne zasiłki, a tak wyprzedawszy te kilka klejnotów, które od niego dostały, co nie na długo wystarczy, popadną w poprzednią nędzę, która jest hańbą, rozpaczą, i naj istotniejszą karą kurtyzanek. Amen\. — A ja!
— Ty, powierzysz dziecko mojej siostrze, która wychowa je ze swojemi, aż do wieku, w którym będzie mogło stać się dla ciebie pociechą, i wyjedziesz do Florencyi lub do Rzymu, i będziesz tworzył arcydzieła, jak przystało wielkim [artystom dotkniętym wielką boleścią. Będę ci towarzyszył, byś nie palnął sobie w łeb gdzie w kącie; a kiedy ci będzie potrzeba kobiety, zrobisz jak ja, zapłacisz za nią co warta, a to cię nie zrujnuje. Uleczywszy się, bo wyleczysz się z pewnością, powrócisz do grona tych, co cię prawdziwie kochają i cenią. No, rzecz skończona? t
— Jak zechcesz,
— Przenocujesz u mnie. Pierwsza noc będzie najcięższa, ale będę przy tobie. Jutro po południu wyruszymy w podróż..Rzym, Florencya i Wenecya, czyż może być co piękniejszego w Sierpniu! A zresztą starajmy się nie myśleć o tem wszystkiem. Składajmy rzeczy.
Każdy z nas ma dosyć siły, powiedział pewien moralista, do zniesienia cierpień drugiego. Tej właśnie sile, a może i tajemnej przyjemności jaką się znajduje w pocieszaniu, Konstanty zawdzięczał werwę i humor, cechujące jego satyrę piękności i dosadny wizerunek Izy. Prawda najściślejsza od końca do końca, ale prawda gryząca mi ranę jak rozpalonem żelazem. Kauteryzacya taka była oczywiście najskuteczniejszym środkiem na moją chorobę, i gdybym się znajdował na miejscu mego dawnego kolegi, byłbym zapewne użył jej taksamo; niemniej wszakże wystawić łatwo ile taka operacyą musiała być bolesna. Nie krzyczałem wprawdzie, ale to jedynie dzięki wysiłkom woli, na ktdre się zdobywałem z tajemną nadzieją, że w takiem pasowaniu się pęknie ukryta we mnie sprężyna, co dźwiga nadmierne to brzemię, że padnę spioruno-wany. Nie mamy nawet pojęcia jak wiele mózg człowieczy przenieść zdoła!
W intercyzie ślubnej miałem zawarowaną wła-ność majątkową. Na wszystko baczny mój notaryusz uparł się przy tym warunku, Wyniknie ztąd, dowodził korzyść oczywista dla swojej żony, której się zapewnia dowolne rozporządzenie owem bajecznem mieniem, mającem zawsze jeszcze spaść na nią Zresztą, mogę przecież, jeśli zechcę, ustanowić Izę całkowitą spadkobierczynią W rzeczy zaś nie chciał bym prawem spćlności miał się kiedy znaleźć na łasce tej niewiadomej dziewczyny, nie mającej ani kąta ani dachu, która w nim, doświadczonym, wytrawnym człowieku, nie budziła zbytecznego zaufania. Nie miałem więc z Izą żadnych rachunków do załatwienia, ponieważ nic mi nie wniosła. Kazałem oszacować wszystkie sprzęty, znajdujące się w jej pokoju, a które nie powinny się były splatać z nowem jej życiem. Sumę, oznaczoną przez biegłego, doręczyłem Konstantemu dla przesłania Izie z rzeczami które zabrać jes/cze miała. Każda z tych rzeczy stanowiła dla mnie drogie, bolesne wspomnienie. Spragniona stała z niezmąconym uśmiechem w pośrodku świeżych tych ruin, obojętna, niewzruszona, jak wszystko co się wiecznem czuje.
Opłaciłem i odprawiłem służących, którzy wszyscy, od owej Nununy do pokojowej, mieli udział w zdradzie mojej żony. Zgubna, nieunikniona solidarność między nizkoscią uczuć a nizkością pochodzenia. Nie uczyniłem najmniejszej wzmianki 0 ich współwinie. Obdzieliłem ich nawet drobnemi podarkami, za powód odprawy podając konieczność natychmiastowego wyjazdu. O iluż to rzeczach po* myśleć, do czego zniewolić się trzeba, byle honor 1 godność własną zachować bodaj na pięć minut dłużej! Dziecko, wraz z najpotrzebniejszemi rzeczami i ulubionemi zabawkami jego, wyprawiłem do pani Niederfeld; i straszna pustka szerzej „’jeszcze zaległa koło mnie. Dzień miał się ku schyłkowi; cienie rozścielały się zwolna po ścianach tych samych pokoi, gdzie parę godzin jeszcze temu byłem tak bardzo szczęśliwy.
Konstanty z cygarem w ustach, układał papiery i gospodarował jak u siebie, zapytując mię od czasu do czasu: „Czy spalić to? Czy to zostawić?“ i zabierając klucze do kieszeni, w miarę jak skończył z jakiem biurkiem lub szufladą.
Nagle szarpnięto za dzwonek. Iza wraca! Chce mi coś powiedzieć! Pośpieszyłem do drzwi. To posłańcy przychodzili po rzeczy młodej damy, czekającej na nich w domku przy ulicy Marboeuf. Wydałem im czego żądali, i patrzyłem na wynoszone kufry i paki, jak się patrzy na wynoszoną trumnę ze zwłokami przyjaciela.
Gdy już raz ostatni drzwi się za nimi zamknęły, a zegar ósmą wydzwonił; Teraz i my ruszajmy, — ozwał się Konstanty, — nie mamy już tu co robić; przyszlę po w oje tłómoki.
W milczeniu poszedłem za nim. Zstępując ze wschodów byłem zmuszony trzymąć się poręczy; mąciło mi się w głowie, nogi były zimne i sztywne; nie widziałem w którą stronę się obrócić, gdzie stawić stopy zdrętwiałe.
Weszliśmy do restauracyi. Jadłem wszystko co chciał mój towarzysz, a zniewolił mnie jeść dużo, dla zatamowania myśli i przyćmienia wspomnień; pić wszakże nie chciałem. Pamiętałem dotąd, jeszcze do czego byłem zdolny p° pijanemu. 37
Zresztą, nietrzeźwość nie jest ulgą; to jedynie odroczenie bólu, który następnie powraca, natarczyw-szy i bardziej niż przedtem dojmujący.
Po skończonym obiedzie, Konstanty wiódł mię do siebie przez ożywione bulwary. Patrzyłem na rojących się dokoła ludzi, jakgdybym sam już nic nie miał spólnego z resztą śmiertelników, Zdawało mi się żem cieniem, w krainie cieni. Od czasu do czasu imię “matki przychodziło mi, że tak powiem, do serca zapukać. Skinieniem odpowiadałem mu, że nie czas jeszcze. — Przychodziło niosąc mi łzy ulgi, a nie chciałem płakać wobec tego tłumu obojętnych. Należało wyglądać po męzku, aż do no wego rozkazu.
Konstanty ustąpił mi własnego łóżka, sam poprzestając na niewielkiej kanapce swego saloniku; i zajął się przygotowaniem do podróży. Naturalnie, nie myślałem o spaniu. Z pokoju do pokoju przechadzałem się mierzonemi, wielkiemi krokami. Biedny chłopiec widział że niema podobieństwa, bym zasnął tak rychło.
— A gdybyśmy poszli do ojca? zapytał.
— O nie, nie teraz; jutro.
Zabrał się do pisania.
Wrzawa uliczna przycichła powoli; tylko miarowy chód zegara, znaczący każdą sekundę upłynio-nego czasu, wyraźnie słyszeć się dawał. Wsłuchiwałem się w tę monotonną rachubę własnego życia, z którem nie wiedziałem sam co począć teraz. Nie mogę powiedzieć bym cierpiał. Ciało i nawyk-nienie usiłowały pokonać ducha. Mózg, po wytężę niu dziennem pokrzepiający się codzietf o tej samej perze, począł się wyraźnie domagać: „Nabierzmy sił przedewszystkiem. Jutro będziemy radzili!“
Rzuciłem się na sofę; zapaliłem cygaro, zmuszając się patrzeć ciągle w jeden punkt na przeciwległej ścianie. Oczy mi się zamgliły, myśl obezwładniała; zapadłem w jakiś stan odrętwienia, który nie był snem wprawdzie, ale był bezczuciem.
Tak przeleżałem aż do piątej rano. O piątej otworzyłem oczy bez obawy, jak to zwyczajnie budząc się ze snu; spróbowalem*nawet zasnąć znowu. Nagle poznałem rzeczywistość wychylającą się z kąta pokoju! Olbrzymiała, zbliżała się do mnie, i usiadła u mego wezgłowia, z mocnem postanowieniem nie odstąpienia mię więcej. Serce szarpnęło mi się w piersi! Przypomniałem wszystko. Znalazłem się na nogach sam nie wiedząc kiedy.
W jednej chwili, przerażające wczorajsze wypadki z ogłuszającym wrzaskiem poczęły krążyć i skakać koło mnie, jak dzicy dokoła więźnia na śmierć skazanego. Przyzwałem na pomoc słuszne rozumowania Konstantego, i postanowienia chwaleb ne, któremi mię natchnął. Gdzie tam! wszystko by ło niczem dxziś dla rozszalałych, których wrzaski stawały się coraz groźniejszemi.
„Jakto! — krzyczały mi nad samym uchem; jakto! istnieje człowiek co cię odarł z honoru, ze szczęścia, co zabrał ci przyszłość twoją, a ty tego człowieka zostawiasz w spokoju, i poprzestajesz na jego słowie, którego może nawet nie dotrzyma?
Kara, którąś wyznaczył wiarołomnej twojej żonie, jakkolwiek doradzona przez najuczciwszego i najodważniejszego pod słońcem człowieka, niemniej jest podlem tchórzostwem. A tobie lo wystarcza! Czyż Konstanty, > on, co jest żołnierzem, takby postąpił w podobnym razie? Czynnie traktuje cię za bardzo jak dziecko, i czy odwrotnie do twego honoru nie zadowalnia się fortelem, którego nigdyby nie użył dla siebie samego? t Gdybyś ty mu zabrał siostrę, czyby cię nie zabił? Krwi, krwi przedewszystkiem! Co Sergiusz musi myśleć o tobie? Rzecz cała uszła mu sucho. Chyba się boisz?“
— Ach do licha! czym zwaryował wczoraj! 1 nie wiele się troszcząc o godzinę, pobiegłem na ulicę Penthievre. Bez trudności wskazano mi mieszkanie bogatego Rossyanina, znanego z ele-gancyi i zbytku.
O samej ósmej stanąłem u drzwi Sergiusza. Lokaj nie chciał odrazu budzić swego pana; nalegałem, tłómacząc, że szło o ważne sprawy familijne, nie cierpiące zwłoki. Umyślnie po to przyjechałem z zagranicy. Lokaj wprowadził mię do buduaru wybitego niebieskim atłasem, wonnego od mnóstwa kwiatów, niby buduar kobiecy.
Pierwszym przedmiotem, co na wstępie uderzył moje oczy, był biust Izy, umieszczony między dwoma oknami, który wykonałem z palonej gliny, gdy miała lal czternaście, a który, jak mi.mówiła, odesłała siostrze. Na ten widok, pochwyciłem z ko minka żelazny pogrzebacz i zdruzgotałem nim biust na drobne kawałeczki.
Sergiusz tymczasem ukazał się we drzwiach i patrzył na to osobliwsze widowisko. Znał mię zapewne z widzenia, domyślił się więc wszystkiego i czekał stojąc milczący w progu. Bal się też może bym go nie zamordował jednem uderzeniem tego pogrzebacza, który miałem w ręku, a który szczęściem położyłem napowrót na kominku.
Sergiusz był młodzieńcem słusznego „wzrostu, o fizyognomii otwartej i szczerej, nie piękny i nie brzydki, wielki pan od stóp do głowy.
Głuchym głosem wymieniłem moje nazwisko.
— To więc, na cośmy się zgodzili z pańskim przyjacielem, nie zadowalnia już pana? jodpowie dział mi tonem człowieka, który również z kolei gotów jest stracić cierpliwość.
— W istocie, panie; dziś inaczej sądzę.
— Nie daje to panu prawa rozbijać rzeczy nie należących do niego.
— Ten biust? — zawołałem.
— Ten biust jest moją własnością; zapłaciłem za niego?™ warto, i jestem tu w moim domu. Racz pan mi oznajmić cel swoich odwiedzin i odejść ztąd.
— Potrzebuję zabić pana,
— Należało tak mówić od razu, to nierównie prościej. Jeieli panu równie pilno jak mnie, zechciej słę udać ze swymi świadkami, o godzinie 41 jedenastej, do lasku Saint Germain, u kraty koło wału. Broń wasza będzie moją.
Zadzwonił. Wszedł lokaj gdy brałem kapelusz.
— Pozbieraj kawałki tego biustu, rozkazał mu. Sergiusz, — i wyrzuć.
Następnie, skłoniwszy mi się z Ie’cka, wyszedł
Stanąłem teraz w fałszywej i śmiesznej pozycji; ale przynajmniej znalazłem właściwą karmię dla tysiąca furyj, dręczących mię wściekle od wczoraj. Wiedziałem teraz czem ten pierwszy dzień zapełnić, końca którego inaczej doczekać nie byłbym w sta. nie.
Wróciwszy, znalazłem Konstantego już na nogach, z niepokojem szukającego mię po całym domu. Opowiedziałem mu wszystko.
— To szaleństwo; — odrzekł wysłuchawSZy — ale i ja bym postąpił tak sa™0’ Idźże uścisnąć rękę memu ojcu i popiescic synka, a ja tymczasem pobiegnę wyszukać drugiego sekundanta.

  • W godzinie oznaczonej byliśmy na placu Wybrałem szpady. Szpadą władałem nieźle; ale Sergjusz był wprawniejszy odemnie i widocznie mię oszczędzał. Gdym się spostrzegł, krew uderzyła mi do twarzy, i zastawiając się lewem! ramieniem, prawą ręką trzymając szpadę nakształt.lancy, w całym pędzie puściłem się na przeciwnika, który nie mogąc przewidzieć podobnego ciosu, nie mógł go odeprzeć. Za chwiał się i padł. Przeszyłem mu bok prd-wy.

— Pchnięcie nie było bardzo prawidłowe
— rzekł do mnie głosem zupełnie spokojnym
— ale liczy się tak samo Jeśli umrę, wiedz pan i chciej wierzyć, że nigdybym nie pragnął stać się dla niego powodem cierpienia jeśli wyzdrowieje, przyjm raz.jeszcze moje słowo, że między mną i wiadomą, ) panu osobą nigdy żadnych nie będzie stosunków. O czem zresztą została już powiadomioną.
Zemdlał. Przeniesiono rannego do pobliz-kiego zamku du Val, — właściciele którego byli mu znajomi, następnie wróciliśmy do Paryża.
— Otóż najważniejsze załatwione — rzecze Konstanty ściskając mię, jak skoro zostaliśmy sami, Ulżyło ci to trochę?
— Tak.
— To i dobrze. Miejmy nadzieję że tamten wyliże się z tego. To uczciwy człowiek Ty byłeś oszukanym, on zdradzonym. Nie macie sobie nic do wyrzucenia i pomysł mój zostaje w całej sile. To najważniejsza. Jaką minę będzie miała Iza, gdy ten ją o postanowieniu swojem zawiadomi. Mówiąc prawdę mogła była poprzestać na takim mężu jak ty i na takim kochanku jak on. Trudno jeszcze lepszego wymagać.
Wchodząc do mieszkania Konstantego za staliśmy posłańca, który czekał na mnie z listem treści następującej.
„ Wobec tego na jakiej dziś jesteśmy z sobą stopie. Nie warto się już z niczem ukrywać. Feliks niepotrzebnie będzie dla ciebie ciężarem. To dziecko nie twoje. Wydaj mi upoważnienie do zabrania go z miejsca jego obecnego pobytu, a nie usłyszysz nigdy więcej ani o nim ani o jego matce,
„Izabella z Dobronowskich Clemenceau.“
Podałem list Konstantemu,
— i — Ona kłamie — zawołał — ty wiesz najlepiej że kłamie. Zawiodła się w maleńkich rachubach i za to chce się zemścić na tobie. To z „Dobronowskich“ jest prawdziwem arcydziełem. W dwóch słowach odzwierciedliła się cała kobieta. Naśmiać się tylko z tego wypada..
Zwrócił ’się do posłańca; i dając mu pięcio“ frankówkę:,
— Powiecie tej pani że bardzo dobrze, ze dziecko, zostaje przy nas, że dziś wyjeżdżamy, i że wasz kurs zapłacony. A ty — dodał zwracając się do mnie — bądź spokojny, Feliks nie wyjdzie od mojej siostry, a twoja żona nie wejdzie tam pewnie. W drogę!
Wyrażenie, którego użył Konstanty odnośnie do mnie, było dosadnie prawdziwem. To rzucenie się namiętne, ten gniew, ta walka, ta krew przelana ulżyły mi. Byłbym doznał zapewne takiej samej ulgi na widok płynącej krwi własnej. Potrzebowałem koniecznie postąpić — po męsku, potrzebowałem wylać na zewnątrz wszyst’ ko co we mnie kipiało. Gdybym nie był wyzwał Sergjusza, wyzwałbym sam nie wiem kopo przy pierwszej nadarzonej zręczności. Natura w takich razach mędrszą jest nad wszelkie filozoficzne rozumowania. Każe nam ona bez pamięci rzucać się na * wroga; zadajemy śmierć lub odbieramy, ale bądź ’ co bądź, jest ulga.
Nareszcie byłem z siebie zadowolony. Śmielej mogłem się zbliżyć do p. i?itza, jego córki i zięcia, na co nie zdołałbym się odważyć wczoraj. Otwartą, prostą drogą, pośpie“ szyłem na ratunek zagrożonego honoru. O nikczemność obwinić mię przynajmniej nie podobna. Można się jeszcze litować nademną, podejrzewać nigdy. Mogłem budzić współczucie> ale nigdy śmiech. Do Sergiusza nie czułem Już żalu, a postępowanie jego podczas walk nakazywało szacunek. Nie potrzebuję tlomaczyć 46 panu wszystkich tych odcieni męzkiego uczucia, Ja’;o mężczyzna, zrozumiesz je łatwo. Dość, że zdawało mi się jakoby Iza gwałtownie i raz na zawsze wyrzuconą została z mego życia. Wyobraziłem sobie nawet że powinienem zostać w Paryżu, że zamierzona podróż niepotrzebną, że mógłbym bezkarnie spotykać się z tą kobietą, że anibym o niej pomyślał.
Spotkało mię to co niejednokrotnie spotykało innych i to znakomitszych odemnie. Ukochałem kobietę i. nie zostałem od niej zrozumiany. Czyżem ja to pierwszy albo ostatni w takiem położeniu?
Pozostawało mi zdrowie, praca, sława, spokojne sumienie, szacunek i przyjaźń ludzka, wszystkie te rzeczy, z których jedna zdałaby mi się niegdyś zupełnie wystarczającą do szczęścia całego życia. Dzięki Bogu, jednej kobiecie upadłej, nie jest danem przewrócić porządku wszechświata. 1 słońce, i wiosna, i kwiaty, i sztuka, i młodość, i piękność, i miłość żyją po dawnemu. A gdyby ta kobieta nie istniała wcale, musiałbym przecież bez niej się obejść! Może właśnie mój talent potrzebował takiego gwałtownego wstrząśnienia, by stać się geniuszem. Cóż Michał Anioł zrobiłby na mojem miejscu? Byłby wzruszył ramionami i stworzył arcydzieło. Nie szukając tak daleko, jakże naj prostsi śmiertelnicy radzą sobię w takim razie? Oto pracują i zapominają.
— Poco tu napróżno trudzić Konstantego? — mówiłem do p. Sitz’a — na co go odrywać od jego nawyknień? Czuję się zupełnie silnym, upewniam pana; czuję się nawet twórczo silnym. Zbudziłem się ze snu, nic więcej. Byłem rozkochany w ładnej dziewczynie, prędzej czy później musiało mi się to przytrafić; posiadałem, ją, a teraz umarła’tak, że nie żałuję jej wcale. Jestże to nieszczęściem? Wrócę do dawnego trybu życia, jak gdyby nic nie zaszło. będę więcej z wami przestawał. Czyż już nie należę do waszej rodziny? Pańska córka wychowa moje dziecko ze swojemi. Będę mógł nawet pracować więcej; mając więcej swobody i’czasu.
Zacny człowiek słuchał mię z całą uwagą; z Czułością wpatrywał się we mnie, jak doświadczony lekarz, któremu ciężko chory pacjent chce wmówić że już wyzdrowiał, i który udaje jakoby wierzył temu, byle uspokoić ’ biedaka aż do nowego napadu,
— Wszystko to* prawda — powiedział — nie mniej wszakże zmiana miejsca zamieszkania konieczną mi się wydaje. Po każdym upadku należy pochodzić nieco, bodajby tylko dla przekonania się, że się nic złamanego w sobie niema. Jedź w każdym razie do Rzymu. Podróż ta pierwsza w twem życiu, może ci być użyteczną pod niejednym względem. Gdybym nie był tak stary i scho-
Zwiedziliśmy Szwajcaryę, Lombardyę, Toskanię; poznaliśmy Milan, Wenecyę, Ferrarę, Bolonię, Pizę, Florencyę.
Konstanty był mną zachwycony: Nigdy jeszcze nie podróżował z taką dla siebie korzyścią. Objaśniałem go o epokach, architekturach, stylach pomników, gmachów i osobliwości, jak je nazywał. Nie mógł się dość wydziwić jasności a niekiedy wesołej swobodzie mojego umysłu, JWtedy wtajemniczałem go we właściwości mojej natury, odkrywałem się przed nim do gruntu; rozbierałem własne uczucia; psychologicznie badałem sam siebie. Tak łatwo wierzymy pozorom samopoznania! Konstanty zgadzał się zupełnie na mój pogląd, gdyż i on w podobnym wypadku postąpiłby tak samo, nie zadając sobie tylko trudu studyowania swego wnętrza.
Jeżeli czasem rozmawialiśmy o Izie (lubo bardzo rzadko), mówiłem o niej jak o kimś obcym mi zupełnie. Doszło do tego, żem go wypytał, w sposobie zwykłej rozmowie, a czyniłem to istotnie w dobrej wierze, o rozmaite miłostki mojej żony i nazwiska jej kochanków. Opowiedział mi o wszystkiem bez najmniejszej ostrożności, tak był przekonany o zupelnem mojem uleczeniu. Nie mógł odpowiadać za porządek chronologiczny, ale ręczył za wiarogodność faktów. W części wiedział o niej z ust samychże bohaterów, którzy nie czuli się w obowiązku dochowania tajemnicy, gdy rzecz szła o osobę tego rodzaju. W istocie nie ma powodu szanować kobiety więcej niż one same się szanują.
Rousseau powiedział:.Wyobraźnia u istot ograniczonych namiętności w występki zamienia.1’ Tak miłość u Izy zniżyła się wkrótce do poziomu prostej ciekawości i zwykłej rozpusty. Pierwszy krok na tej drodze postawiwszy za namową matki, nie poprzestała już na tem. Dla kobiet dwie są tylko kraricowości.* dobro i złe. Raz wystąpiwszy z granic cnoty nie mogą być występnemi w części, w połowie; w trzech czwartych są niemi bezpowrotnie, bezwzględnie. Liczba błędów nic tu nie stanowi. Liczy się pierwszy jedynie, dalsze są nie uchronnem, logicznem następstwem. Najtrudniej zerwać ze skromnością. Rozbrat ten raz dokonany reszta sama z siebie już wypływa. U Izy rzeczy szły z całą możliwą szybkością, występny pierwiastek przyrodzonym był jej duszy, wszczepionym w cały organizm. Z tych pięciu mężczyzn, do których kolejno należała, jeden tylko, najmłodszy, starał się o jej względy. Innym narzuciła się sama nigdyby im bowiem nie przyszło do głowy, by ml oda, dwudziestoletnia kobieta, mając męża dwu d2iesto ośmioletniego mogła powziąść dla nich najmniejsze choćby zachcenie,
Bo też w istocie, najmłodszy z pomiędzy owych szczęśliwych wybrańców miał lat czterdzieści sześć najstarszy sześćdziesiąt. Dla tej już przyczyny, każdy sądził się jedynym posiadaczem tych niezwykłych faworów, a wszyscy byli mniej lub więcej zakochani. Zresztą każdy z owych ludzi posiadał jakąś wartość oso. bistą, gdyż wskutek zasług jedynie było się przyjmowanym do tej żywej gal eryi Kurcyusza Iza gromadziła same znakomitości. Rozkosz dziwna zaiste, ale zawsze rozkosz dla kobiety o wyobraźni rozpasanej, słyszeć mówiących dokoła z uwielbieniem o jakim niezwykłym człowieku, a tymczasem módz powiedzieć sobie: „Już ja wiem jaki on, ten wielki człowiek. Widziałam go u nóg moich skromniut-kiego, pokorniutkiego, bardzo mało pewnego siebie.“ Nie dość na tem. Iza sprawiała sobie niekiedy uciechę zgromadzenia nas wszystkich razem, w całym komplecie, u jednego stołu, u mnie, Wystawiasz pan sobie to wysoce dla niej interesujące widowisko? Wyobrażasz sobie mnie ufnego, promieniującego szczęściem* swo-jem, prezydującego temu poufnemu kółku, gdy tymczasem Sergiusz, którego nie śmiała Łwpro-wadzić do mego domu, uwielbiał ją bardziej z daleka, przeklinając na zbyt szczęśliwego męża!
Ofo nazwiska f^ć’i ludzi. jeżeli zajdzie potrzeba wezwania ich dć procesu, nie wahaj się pan ani chwili. Tem gorzej dla nich, jeśli mają żony albo córki!
Nie trzeba przecież by ta kobieta miała wyrządzić krzywdę mnie tylko jednemu.
Byli to: lord Affenbury, mówca angielski, sławny rozumem, wymową i purytanizmem Gantelot, uczony hellenista, krzywosz, jak go pospolicie nazywają z przyczyny, że ma jedną, łopatkę wyższą od drugiej. Pamiętaj pan, że idzie tu o moją cześć, o moją duszę, o życie moje, o istotę którą ukochałem nad wszystko na świecie. dla której byłem nieskalanymz nieustraszonym, uczciwym, sławnym i zbrodniarzem. Że zatem nie tworzę sztucznych opisów, ani nie bawię się w dowcipkowania, opowiadam rzeczy jak są. Dalej następują: Katter-mann kompozytor, Tardin malarz, wreszcie kolega pański Jan Dax; słowem, próbki wszelkich specyalności. Stawała się ofiarnicą każdej po kolei Muzy, i przywabiała najnie przystępniejszych. A jaka niepowściągliwość, jaka skromność przy obcych, jaki wstydliwy, czysty rumieniec, skoro wypadkiem dosadniejsze wyrażenie wymknęło się w zapale sporu albo w żarcie, któremu z moich kolegów! Tę kobietę, widziałeś ją pan ledwie parę razy, boś rzadko zachodził do nas, ale niemniej widziałeś ją, i wiesz czem była z pozoru.
Gantelot, podejrzawszy od innych, począł ją raz śledzić, i zeszedł ją wchodzącą do Tardina. Rozżalony taką niewiernością, zwierzył się ze wszystkiem Janowi Dax, ani się domyślając jak interesowanego wybrał powiernika. Ten, biorąc rzecz jak przystało na człowieka rozsądnego, i domyślając się, że piękna pani nie musiała poprzestać na tych dwóch intrygach, począł ją śledzić ze swojej strony, i ujrzał ją wchodzącą do [mieszkania Hattermanna. Było by to koniecznem, nieprawdaż, gdyby nie było potwornem? Hatterrmann pierwszy opowiedział całą tę historję Konstantemu, pytając — czy i on także?... Konstanty począł go naówczas zaklinać, by ze względu na mnie nie rozgłaszał, awantury; ale już było za późno. Byłem już dla połowy Paryża przedmiotem szyderstwa, litości, lub wzgardy, a nawet niejednokrotnie u mnie, w poobied-nej gawędce, mężczyźni wyszedłszy na cygara do sąsiedniego pokoju, szeptali sobie w zaufanem kółku o rozwiązłości mojej żony, rozwiązłości, z powodu której doktór Truchon, którego kolej miała zapewne nadejść wkrótce, nie zaniedbywał. obdarzyć słuchaczy pouczającym wykładem o fizyologji zwierzęcej.
— Gdybyś słyszał jak twoja żona była traktowaną przez tych, którzy jej najwięcej zawdzięczali! — dodawał Konstanty. Dla nich nie byłeś nigdy przedmiotem szyderstwa. Wartość twoja wzmagała się jeszcze w ich oczach zupełną o niej nieświadomością tej istoty. Z ubolewaniem widzieli, że taki jak ty człowisk złączony jest z taką jak ona dziewczyną, oddając przez to hołd dobrowolny twoim zdolnościom, zaufaniu i nieskażonej godności twojej. Dziwna zaiste sprzeczność człowieczego serca! Ani jeden z tych ludzi w najwyższem nawet studyum swych „zapałówi nie byłby odmówił oddania ći z całą gotowością najtrudniejszej usługi, i to nie w roj dzaju zadość uczynienia za tajną krzywdę wy. rządzoną tobie, ani nawet w celu stłumienia podobnym układem wyrzutów własnego sumienia; ale po prostu dla tejo, ’że’} człowiak dopók nie jest zupełnie zezwierzęconym, dopóty w najgwałtowniejszych nawet porywach namiętności, bezwiednie częstokroć pozostaje sprawiedliwym, w chwili właściwej odnajduje w głębi duszy uczu cia szacunku, życzliwości, obowiązku dla tego, kogo uważał za swego rywala, za ’nieprzyjaciela swego, którym nareszcie walczył jakąkolwiek bronią.
W miłości, po za obrębem małżeństwa, istnieje fakt ciekawy i niezaprzeczony, którego kobiety nie domyślają się wcale. Ludzie dobrej woli, wierzący w możliwość udoskonalenia się kobiety, powinniby go im wykazać bezwzłocznie. Byłby to może jedyny argument zdolny je powstrzymać w drodze do upadku. Powinniby je oświecić, że w tej samej chwili, gdy ’się oddają mężczyźnie, miłość u tego ostatniego zawiera, a poczyna się pogarda nieujęta, niewidzialna golem okiem, w stanie kiełkowania, jak wszystkie zarodki które czas zwolna rozwija, ale ’wyraźna i niepowstrzymana. Gdyby uczucia ludzkie mogły być równie jak ciała badane przez mikroskop, ujrzelibyśmy żyjątko powstające w jednem mgnieniu z całym zasobem niszczących organnów, i w tejże chwili rozpoczynające straszne dzieło rozkładu.
»Ah! jakie to kobiety głupie! — dodawał Konstanty, zwykłym swoim, swobodnym sposobem mówienia. Gdyby raz przecie zechciały zrozumieć, że mężczyzna może kochać prawdziwie tę tylko którą szanuje, i że najbardziej nawet ubóstwianej kochanki żaden z nas nie chciałby ani za siostrę, ani za matkę, ani za córkę, ani za żonę, jakby się z nich każda w oczy nam rozśmiała, gdy im prawimy o miłości, nie wspominając o ślubie! Jeden jest środek dowiedzenia kobiecie, że się ją istotnie kocha: oto zrobić tak jak ty; dać jej swoje nazwisko i pracować na nią. Reszta wszystko jest postępem, egoizmem i rozpustką.
VI. . * lm bardziej zbliżaliśmy się do Rzymu tem śpieszniej mi było, tem więcej czułem zapału do pracy. Dotąd występowałem do walki ze współczesnymi jedynie, przewaga nad którymi nie’ była zbyt trudną, mianowicie w sztuce tak mało znanej i uprawianej jak rzeźba we Francji. Z wzorów sztuki starożytnej znałem i podziwiałem to tylko, co danem mi było widzieć w naszych ’ muzeach, albo z reprodukcyj i odbitek. Z epoki odrodzenia widziałem i przejąłem o ile się zdarzyło’ to, co ją u nas charakteryzuje; to ’też w niektórych utworach;moich widnieją wyraźne wpływy Jana Goujona, Germa-na pilou, i całej tej francuskiej szkoły obejmującej Pugefa, obu.Coustouw i której oryginalność miejscowa zatraca się ostatecznie, podług mnie przynajmniej, wraz z Clodionem. ° Byłem szczęśliwie uposażony. Wytrwałość i praca zespoliły się jeszcze we mnie z darami natury. Miałem tyle powodzenia, ile tylko można go pragnąc w Paryżu. Wolno mi było uważać się za pierwszorzędnego z współczesnych, a może nawet z przeszłych artystów, mianowicie zdała od owego punktu porównania jakim są Włochy. 57 a w obec którego znelazłem się teraz. Jok daleko, niestety! odemnie do cwych olbrzymów sztuki, do których przyjaciele moi, ’ wielbiciele lub pochlebcy przyrównywali mię zowiąc ich pracowitym następcę, a skromność moja nie okazała się na to bynajmniej drażliwą! Ileż mi jeszcze pozostawało wytrwania i trudu, zanim bez zarozumiałości będę mógł sam się przyrównać do tych artystów, których imiona nas nie doszły, a liczne i zdumiewające dzieła których spotykałem wszędzie po drodze. Wyrastały taro one jak na przyrodzonym, właściwym sobie gruncie, a za dni naszych każde z nich zjednałoby, i słusznie, wiekopoaną sławę swojemu twórcy. Umysł mój wykolejony gwałtownemi wzruszeniami, nie mógłby odzyskać równowagi, gdyby nie zachwyty artysty, będące dlań karmią, w niczem nie ustępujaćą miłosnym upojeniom i mękom za zdrości. Jeśli“ bym mógł. na podobieństwo innych męczenników serca, cierpienie własne oddać na użytek własnego talentu i sławy, byłbym ocalony i niewątpliwie wstąpiłbym w szeregi pierwszorzędnych mistrzów. Żelazo by zostało twardszem i gięt-szem zarazem, musi być do czerwoności rozpalo“ nem, i wtedy wrzucone raptem w zimną wodę; je’ żeli wytrzyma tę próbę, nie będzie już żelazem, będzie stalą. Tak samo dusza przed ogniową próbę bólu jest ludzką, po próbie jest boską.
Spieszno mi więc było przybyć do Rzymu i kipiątek rozburzonej mojej duszy zanurzyć w łago dzących wodach kontemplacyi i skupienia. Poczy nałem również uczuwać pragnienie samotności. Jest chwila w pewnych cierpieniach, gdy obecność najszczerszego nawet przyjaciela, staje nam się nieużytecznym ciężarem, skoro ten przyjaciel nie jest zupełnie z tej samej sfery, albo jednakowego z nami wykształcenia. 1 żałuje się i wstydzi, że się potrzebowało opieki kogoś, kogo się pod jakimkolwiek względem ma za niższego od siebie. Wydaje on się nam teraz niezręcznym i szorstkim, lubo nic się wiVnim istotnie nie zmieniło; a wszystko dla tego, że.sądzimy nagle.jakobyśmy bez jego pomocy obejść potrafili; dla tego, że chcielibyśmy własnych sił spróbować, na wzór rekonwalescenta usiłującego, o własnej postępować sile, i odpychającego ramię co go dźwigało w chorobie, z gniew-nem rozdrażnieniem, właściwem przychodzącym do zdrowia.
Stanęliśmy w Rzymie około połowy października Nie znasz wiecznego grodu, przyjacielu. Kto go nie zna, temu odmalować go nie sposób. A przytem, dzień ma się ku schyłkowi, przedłużone cienie zaścielają drogę, wiatr dmie, drzewa się zginają, chmury gwałtownie toczą się po niebie( tumany kurzu wirują, grom huczy, błyskawice ponurem światłem widnokrąg rozdziera. To burza-Zmuszony przyśpieszyć kroku, nie mogę bacżyć na piękności położenia, ani uważnie studyować gruntu, co za chwilę zadrzy pod mojemi stopy.
Mimo to, powiedzieć mogę, iż /?zym przedstawił mi się odrazu jako pówinne schronienie przyrodzona ucieczka cierpiących, jeżeli tylko pamiątki i dowody najwybitniejszych katastrof dziejowych mogą pocieszyć albo uzbroić nieszczęśliwego przeciwko znikomościom ludzkich rzeczy. W każdym razie, zaledwie się wstępuje w bramy“ Rzymu, aliści jest się porwanym, owładniętym, po-chłonionym tą potężną nauką myślenia, jaką ruiny dają każdemu, co przed niemi staje.
Widziałeś Wersal. Niewygasłej pamięci stulecie konając, rzuciło na rezydencję królewską, na jej opustoszałe ogrody, na jej. pałac opuszczony, na jej szeroko-brzmiące ulice, na jej bóstwo milczące, na nieruchome jej wały i na samych nawet przyszłych jej mieszkańców jakiś półcień nieokreślony, którego słońce nigdy nie przebije. Stąpa się tam na palcach, ze tak powiem, jakby w obawie zbudzenia kogo. Otóż, przyjaciele, ten Wersal to Roma, w stosunku jednego stulecia do dwudziestu stuleci, wielkości do ogromu, tronu do krzyż3 człowieka do Boga, Wersal jest mumią epoki, Rzym kościotrupem świata. Jedynie dwa te miasta można porównać z sobą, i to w takiej właśnie różnicy.
Po czterdziestu ośmiu godzinach pobytu w starożytnym grodzie, sądziłem“ się ocalonym. Artysta zagłusza człowieka. W samej rzeczy, było czem ukoić serce, było czem ukoić je nawet przez cały ciąg egzystencyi cztery razy tak długiej jak moja. Własne cierpienie zdało mi się nagle lichem i małem w obec takich wspaniałości. Olśnione oczy dopatrzeć go nawet nie mogły wśród tych nieobjętych ogromów, po przez te imponujące szeregi. Malało, nikło. Jakieroże niesłychanem zuchwalstwem, jaką pychą bezprzykładną byłoby śmieć cierpieć w cieniu owego Kolizeum, gdzie tysiące ludzi, mężczyzn^kobiet, dzieci, wydanych na najstraszliwsze męczarnie, konało z uśmiechem na ustach i pieśnią wesela.
Napisałem do p. Ritz’a, dziękując mu za dobrą radę i donosząc o szczęśliwych ze wszech miar usposobieniu, w jakiem się czułem obecnie. Zapraszałem go by przybywał osiąść»przy.’mnie. Tworzy łem plany“, jak dwudziestoletni zapaleniec; nakoniec otwarcie i szczerze gotowałem się rozpocząć nowe życie.
Od rana do wieczora ja i Konstanty przebiegaliśmy miasto. Szedł ze mną wszędzie, żywo zaj mował się wszystkiem, bylebym z mojej strony nie opierał się przechadzkom od piątej do szóstej codziennie po Pincio i w willi Borghese, gdzie o tej porze zbiera się śmietanka rzymskich piękności i dystyngowane’chore, zjeżdżające się tu zewsząd na zimę, i by w łagodnym tutejszym klimacie nabrać sił do kilkoletniej jeszcze wegetacji. Konstanty był również zdania, że ojciec jego mógłby osiąść tu przy mnie wraz z córką i zięciem. P. de Niederfeld potrzebował by tylko zmienić poselstwo na posel--sstwo, co z łatwością dałoby się uskutecznić. Kon ttanty załatwiłby to wszystko po przybyciu do Pa ryża, następnie zaś wraz z całą rodziną powróciłby tutaj.
Przywiać też potrzeba, że od czasu przybycia naszego do /?zymu podniosłem się o wiele w przekonaniu Konstantego. W Paryżu, jak to mówią, nie brał mię na serjo. Byłem jego dawnym kolegą, którego pamiętał zawsze na podrzędnem stanowisku, byłem uczniem i wychowaócem jego ojCa; wykuwałem z marmuru niebrzydkie figury, na których zresztą niewiele się rozumiał, zbywałem je korzystnie, tem lepiej dla mnie, ’; ale w jego oczach rzemiosło moje stało o wiele niżej od jego rzemiosła pełnego blasku i sławy, boć gdyby było.inaczej i on niewątpliwie byłby obrał tamto, mając wszelką swobodę wyboru. Dotąd więc przyjaźń Konstantego dla mnie była zawsze nieco protekcjonalną, łaskawą, lekceważącą..
Pomoc, jakiej w ostatnich wypadkach doznałem od niego, a bez której był przekonany, że sam na mojem miejscu mógłby się obejść wybór-nie, jako żołnierz, a zatem ze wszech miar waleczny człowiek, utrwaliła w nim jeszcze poczucie własnej wyższości. Byłem z liczby tych, którymi się opiekować potrzeba. Nie umiałem występować do walki na ostre! Tymczasem, nagle ukazałem mu się w zupełnie innem świetle. Dla artystów, obcy kraj to potomność współczesna. Tam to oceniają ich podług istotnej wartości, po za obrębem, rywaliza-cyi, względów osobistych i koteryjnych wskazówek.
Okazało się, że we Włoszech dzieła dłuta mego były więcej znane, naśladowane i cenione niż we Francyi. Wraz po przybyciu do Rzymu ujrzałem się otoczonym z oznakami najszczerszego podziwu i sympatyi najgorętszej przez wszystkich tych młodych wychowańców szkoły; dla których byłem już mistrzem, jakkolwiek nie znałem kursów officjalnych, które oni właśnie przechodzili/ a bez których, jeśli wierzyć rutynicznym piastunom tra* dycyi, nie byłoby chyba zbawienia, od których niemniej zapalczywa młodzież wyzwolić się co najrychlej pragnęła. Wnieść się samouctwem! oto marzenie młodzieńczego wieku. Ja właśnie urzeczywistniłem to marzenie! Nie byłem niczyim następcą. Naśladowałem jedynie przyrodę: byłem oryginalnym nareszcie, rzecz nie mała w sztuce.
Przyjmowano mnie istnemi owacyami Czy to szedłem zwiedzać dzieła sztuki, czy urządzałem wycieczki artystyczne, zawsze towarzyszyła mi liczna eskorta dobrowolnych uczniów, szczęśliwych że mają mię pomiędzy sobą. Oni sami zajęli się czynnie installacyą moją, sami wyszukali mi pracownię o warunkach hygienicznych, w punkcie najodpowiedniejszym, na placu del Popolo, w przekonaniu, że dom mój od razu ’stanie się zogniskowaniem studyów, postępu i intelligentnych rozrywek Zaklinali mię bym osiadł w Pzymie, zapewniając, że sam jeden mógłbym całą Akademię co ich tchu pozbawiała, do której w istocie rok rocznie tyle szlemy nadziei, a która nam w zamian tyle zawodów oddaje. Nie tworząc właściwie przeciwnego obozu, mogłem słać się przykładem, zachętą, wszyscy w rezultacie mogli skorzystać z mojej podróży.
Konstanty czuł się niezmiernie zdziwionym widząc się przyjacielem tak niepospolitego człowieka. Pośpieszyłem go przedstawić młodym mym kolegom jako syna Tomasza Ritz’a, któremu zawdzięczam całą moją wiedzę, o tem wszakze zna-nem nazwisku, pominąwszy parę zwykłych w podobnym razie komplementów, odzywali się półgębkiem zaledwie Gdyby nie obecność syna, te zapalone, samowolne głowy prawdopodobnie nie najlepiejby się o ojcu wyraziły. Konstanty więc był uderzony różnicą, jaka zdawała się istnieć pomię-, dzy mną i Tomaszem Ritz’em, Nie uczuł wszakże najmniejszej urazy, przeciwnie począł | się obchodzić ze mną z niejakiem; poszanowaniem. Poczynał pojmować teraz ciche szczęście i spokojną naszą sławę, i jeśli nie pożałował, że sam wybrał inne rzemiosło, ubolewał otwarcie, bez cienia wsżakże zawiści, że rozgłos podobny mojemu nie skupiał dokoła niego, za prostem wymienieniem nazwiska owych objawów natychmiastowej a tak wzruszającej sympatyi, której refleks jedynie dostawał się jemu.
Łatwo pojąć, jak wielce posiłkowemi były dla mnie zrazu takie tryumfy miłości własnej, rozumni, biegli ludzie oceniali mię sprawiedliwie, i sława teraz miała mię pomścić za miłość. Tem gorzej dla owej kobiety, co nie widziała, ani nie słyszała nic z tego. wszystkiego, co mogła mię ona wychylała kieliszki wina i śmiała się z jego zdziwienia i swego tupetu.
Panie Wit, jestem, jestem od pewnego czasu ogromnie zdenerwowana. Ale to nic, to przejdzie. To szaleństwo! Jakieś dziwne szaleństwo ogarnia mnie czasami, a myśl zasnuwa się mgłami me-lancholji.
Wstała od stołu i przeszła do gabinetu. Wyprężyła się cała i przeciągnęła i zaśmiała sie całą gamą.
— I cóż panie Wit?
Rzuciła się na otomanę. .. Panie Wit, cóż mi pan więcej powie, swej Księżniczce?
Patrzyła na niego wyzywająco. Wiśniak, wina szumiały jej w głowie, szur.iidły lekko i podniecały. Nerwy grały, tete a tete ze Strzemboszem drażniło. W nim budziła coraz bardziej instynkt pożądania, odurzała wprost pięknością, jej podniecenie nerwowe udzielało się jemu.
Usiadł koło niej i rzekł półgłosem: 0° mam powiedzieć? Że kocham cię, kocham cię bez pamięci. Jesteś dla mnie przedziwnym urokiem, niewysłowionym czarem.
Słuchała z przymkniętemi oczyma. Usta rozchylał cudowny uśmiech, wołały o pocałunek, a pierś falowała szybko, policzki pałały rumieńcem.
Kocham cię, kocham nad życie, nad wszystko...
Objął ją ramieniem i wpił się w usta, wpił gwałtownie.
Oddawała mu pocałunki bezpamiętna na wszystko.
Porwał ją w ramiona i jął całować, całować gorąco, ramiona, piersi, usta.
Oczy miała przymknięte, usta rozchylone pół-
Oszołomiona, upojona, zbudzona do pieszczot, płomieniała, że ani jedno słowo, ani okrzyk Prze’ strachu, obrony nie wybiegł na jej karminy, tylko dreszcz pożądania nieznanej a spragnionej rozkoszy wstrząsał nią, przenikając w niego, onieprzy-tomniając w paroksyzmie wzajemnego znarkotyzo-wania się szałem, który płynął z ich jestestw i ogarniał oboje potężniej, że omdlała ona, słabła zarzucając mu ramiona i garnąc do siebie, jakby chciała powiedzieć — jestem twoją.
Jeszcze sekundy...
Jeszcze minuty....
Hamowana namiętność wzajemnego posiadania się wybuchnęła mocarnie i rzuciła oboje w bezmierną rozkosz, kojąc zmysły, to znów rzucając w nowe paroksyzmy objęć bezwzględnych wprost brutalnych. „,.,,
W niej rozpętała się cała zmysłowosc, jakby lawą wulkaniczną buchnął temperament, upajając rozkoszą, wobec której wszystko stało się niczem, bezwartościowem, nikłem.
A potem przyszły milczące chwile pieszczot i uścisków już tylko upojenia.
I pocałunki długie, łagodne, muskliwe...
A uściski delikatne, subtelne...
I spojrzenia — zapatrzenia źrenic...
A potem — znów peroksyzmy szału, dochodzące do brutalności...
A potem — cisza, spadająca wraz ze znużeniem i tęsknotą za nowym szałem...
A potem — świadomość faktu, zachwyt jego, jej zażenowanie..
— Ach Wit, Wit.,.
— Cicho maleńka.
Patrzył na nią oczyma bezmiernej miłości.
Chodź, chodź — powiedziała pieszczotliwie i przygarnęła go do białych pąków piersi, które ucałował.
Kocham cię Wit — szepnęła. Jesteś mój.
— Na wieki.
— Przysięgasz?
— Przysięgam. ‘
— Porwałeś mnie Wit.
— A ty mnie.
Bawiła się jego kiędziorkami, co moment przyciągała do siebie i całowała, poddając mu całą siebie do pocałunków. pragnęłam ciebie — szepnęła — stawałeś przędą memi oczyma po nocach jak wizja. Przychodziłeś do mnie i pieściłeś mnie, Wit.
Tuliłem cię nieraz Oleńko w swych ramionach, marząc o chwili, kiedy zostaniesz moją.
— Sama przyszła...
I skuła nas na wieki ze sobą cudna moia...
— Na wieki Wit? ^ ~ ®ez ciebie niema dla mnie życia, niema nic na świecie, ty jesteś wszystkiem!
Objęła go rękoma i długo, długo całowała oczy, usta i wpatrywała się w niego anielsko i brała w posiadanie niepodzielnie na zawsze. ^
Ty albo — śmierć — wyszeptała gorąco, gwałtownie.
Zamknął jej usta pocałunkiem, porwał znów w chjęcia i znów sycili zmysły na chwilę uciszone, sycili z całą świadomością rozkoszy; splecionych wzajemnym uściskiem zastały zmroki.
Kładły się cicho wokoło — świadkowie miłosnych wyznań.
AleKsandra wpółleżąc wpółsiedząc przywracała ład w swojem ubraniu, poprawiła włosy, zapinała bluzkę^ ^ ^ daj mi wina — dużo wina.
Pobiegł spełnić jej życzenie. ^
Czuła się osłabioną, zmęczoną^ czuła pożądanie, miłosne pragnienia tlały gdzieś w duszy, sercu zcichłe na chwilę.
Czuła, że jej pożądaniu niema końca. Wibrowało z lekka tętniąc we krwi, w każdej żyle, żyłce, w każdym nerwie, w niej całej i sprawiało rozkosz podobną do tej, jaką daje wiosenne słonce kwiatom.
Wypiła wino haustami.
— Dobrze mi Wit z tobą, chodź tu, o tu siądź przy ]^gpotrzebowajawoia<5 g0 pieszczotliwie. Byłby sam to uczynił. Objął ją ramieniem.
I znów spoili usta w długim pocałunku. 1 rozrzewniali się słowami miłosnemi...
Pieścili jakgdyby nie doznali pieszczot.... Fale namiętności wzbierały w nich, parły ku
SO, >, Cpłcmienie zapalały płomienie nowych szałów...
I znów porwał ją gwałtownie w swoję objęcia, a ona przytuliła go do siebie, ruchem miłosnym, ruchem oddania się.
Obsypywał ją pocałunkami..
I zdawało się obojgu, że końca pieszczot me będzie.
Cicha letnia noc, miarowe uderzanie zegara., zwiastującego godzinę dziewiątą oprzytommły Aleksandrę....
— Czas na mnie, już czas Wit.
— Będziesz jutro? Będziesz nieprawdaż.
— Będę.
Odwiózł ją do domu.
— A teraz co? Cóż za pytanie! To jasne — musi być moją, moją cudną żoneczką! Nie było najmniejszej wątpliwości dla niego. Był pod wrażeniem Oli, pod wrażeniem przebytych rozkoszy. Wracał do domu oczarowany jej urodą. Ale zaraz przyszła mu na myśl jego matka i otoczenie Aleksandry. Jakże daleką była sfera sklepikarzy od jego matki, tej surowej, bezwzględnej ary-stokratki, kobiety’ zgoła nitnowoczesnyeh pojęć. A przecież jako człowiek uczciwy nie miał innego wyjścia. Brutalnie jej nie brał. Ta chwila, która zaważyła na jego życiu, przyszła sama. Jeżeli byli nieoględni — to oboje. Lecz on był mężczyzną, on odpowiadał za to co się stało. Ani płakafa, ani rozpaczała, ani zastanawiała się ntd tem, co uczyniła. Nie było jednego słowa pomiędzy nimi 0 konsekwencjach jakichkolwiek. 1 Strzembosz widział w tem wielkie, głębokie zaufanie do niego. Tak. Jeżeli mu się oddała, to nie wątpiła że się z nią ożeni, że postąpi tak, jak wszyscy uczciwi mężczyźni. Ani jej napewno przez myśl nie przeszło, by ją miał rzucić! Co za temperament i co za namiętność, rozkoszował się minioną chwilą, przeczuwając wiele innych podobnych, Lubicki nazywa ją dzieckiem. Ładne dziecko! Że umysłowo nie stoi na właściwym poziomie, że nie posiada tego wykształcenia, jakie mogłaby mieć, że jeszcze chaotyczne wszystko to jest u niej, że nie ma wyrachowania — cóż w tem dziwnego! Jak młoda. 1 właśnie dlatego widzi życie pięknem i ciekąwem. Wpływ kochającego człowieka może wiele. Może rozwinąć jej zamiłowanie do piękna, pokazać co warte jest widzenia, zaspokoić ciekawość życia!
Czyż nie stać go na to? Czy nie mogą oboje stu-djować dalej? Matka? Matka musi pogodzie sie z tą ewentualnością. Zresztą mawiała nieraz: Jeśli chciałbyś się kiedy żenić, a powinieneś bos feden, to chciałabym mieć wnuka, widzieć c.ę ustalonym, żeń się z kobietą nawet biedną, ale ze Sw>o-jej sfery, z kobietą posiadającą tradycję, miłującą dom, życie rodzinne, pojmującą godność swoją, mającą‘ambicję*1. Czy Aleksandra odpowiadała tym wymaganiom? Dla matki fakt, że, się^d^ałf’ ł>yj’ by wystarczającym, aby ją potępić. Mozę łagodniejszą byłaby w sądach o miłostce cichej jakiejś nieszczęśliwiej mężatki, ale panna i tak s^ zaP ’ mnieć! Odmówiłaby jej godności i ambicji, charakteru A właśnie on w tem dopatrywał się przede wszystkiem charakteru, charakteru nowoczesnej kobiety. Pokochała całern jestestwem, rwała się ku niemu temperamentem miłości i poszła za głosem serca, za głosem krwi, przejęta i zachwycona cudowną godziną upojenia. Wybrała jego, a me Lu-bickiego, który też zabiegał po swojemu o jej względy dla flirtu czy nie — inna rzecz — a jednak on był tym szczęśliwcem, jego wyróżniała z tylu innych. Co to jest miłość! Jakaż to potęga! Jakaż to straszna potęga! „We
Tak. On ją poprowadzi nadal, on jej ukaże piękne horyzonty, ideały wyższe, pogłębi jej świa; topogląd, uczyni człowieka myślącego. A zagadki w niej śą, kiedy rwie się do studjów, do muzyki. Tylko kierunku, tylko dobrej ręKi, umiejętnej. 1 będą szczęśliwi. Czy ma obowiązek jaki zyc bliżej z rodzimą Oli? Nie ma. Może się prawie wcale z mmi nie widywać, traktować chłodno, być uprzejmym, ale zdaleka. Sami zorjentują się w sytuacji, me będą się narzucać. Ona sama zresztą jest z mmi na stopie bardzo obojętnej. Mezaljans co do po chodzenia? Odświeżenie rodu, starego rodu Strzemboszów, tak jej odpowie.
Widział wszystko w różowych kolorach. Myślał o niej, marzył. Kiedy wrócił do siebie, czuł ją na każdym kroku, na każdem miejscu, widział, nieomal dotykał. Tu siała, tu siedziała, lym kieliszkiem piła, tu całowali się i pieścili. Oszalał, oszalał nieomal, całkowicie myślami w niej pogrążony. Układał plany na przyszłość, zmieniał je w szczegółach i fak mu zeszedł cały wieczór. Ciekawy był spotkania w dniu następnym, pragnął go, żałował bezmiernie, że jej nie miał przy sobie, że musiała pójść.
I kiedy sprawę^ małżeństwa z Aleksandrą Strzembosz przesądzał, ona przyjechawszy do domu podniecona, roztrojona, rozgorączkowana poszła do swego pokoju, rzucając tylko spojrzeniem na matkę, siedzącą znów nad kabałą. Marysi jeszcze nie było ani ojca, widocznie znajdowali się w sklepie. Wszystko to zresztą dla niej zupełnie obojętne wobec tego, co zaszło pomiędzy nią a Wiktorem.
Rzuciła kapelusz, rękawiczki, parasolkę, żakiet i opadła na szezlong. Po doznanych rozkoszach teraz dopiero kiedy się znalazła samą, zaczęły ją opadać refleksje.
Dlaczego nie przedtem? Ach czyż mogła spodziewać się, że nastąpi ta chwila?... Na wspomnienie o niej przeciągnęła się rozkosznie, z zachwytem, ze słodkiem zadowoleniem.
Ach ona by chciała w tej chwili mieć go przy sobie, w swoich objęciach i całować się, całować, całować pieścić...
Cała jej wyobraźnia, cała jej fantazja skierowana była ku Wiktorowi. Czuła jak płonęła, jak pożądała go, jak niespokojnie wibrowała w niej krew, jak paliły skronie.
Lecz zwolna uspokajała się, uspokajała powoli. Nerwy cichły, całe gwałtowne napięcie, które przeżyła opadało. Myśli zaczęły się porządkować. Więc to było ową tajemnicą, owem czemś niezna-nem, czego tak domagał się w niej zew krwi, że szalała w noce bezsenne, rzucające wizje o mm, ślące przesłodkie marzenia!,,
Więc to był szczyt kochania? Związek dusz
I | scrc?
Przymknęła oczy, czarujący uśmiech rozchylił jej usta, pierś falowała pod wpływem wspomnień przeżytej chwili.
Ach — nie, nie żałowała, że oddała mu się! Gdyby była sama jedna, pozostałaby u niego i szalała dalej, szalała bez pamięci! Ach będzie jeszcze szaleć nieraz! Nieraz jeszcze znajdzie się w jego objęciach! Ach w pierwszej chwili mało^ nie ze-mdlałal Co za przedziwne uczucie! Jakieś skupie nie natury i ducha, oszołomienie i ta rozkosz!
Ale — co teraz z nimi będzie? Jak s?ę przyszłość ułoży? Co on postanowi? Co ona ma czynić? Ona — cóż jej pozostanie? Czy me pragnęła, nie chciała tego? Czy nie rwała się ku memu/ Nie przewidywała jednak, aby wszystko nastąpiło tak prędko, tak niespodziewanie, nieoczekiwanie dla obojga. Nie wiedziała jakie ma zamiary względem niej, ale nie wątpiła, że się z nią ożeni, nie będzie mógł obejść się bez jej pieszczoty. Zmysły go przykuły do niej, uczyniły go jej niewolnikiem. Nie odejdzie, nie odejdzie od niej nigdy! ^
I poraź pierwszy jęła się zastanawiać poważnie nad zupełną możliwością ślubu, współżycia z nim. Oddała mu się bez jakichkolwiek rachub, posłuszna instynktowi, który ją parł w jego ramiona.
Teraz pod wpływem świadomości wielkiego majątku jald posiadał i tego wszystkiego, co jej ten mają tek mógł dać, zapragnęła i z tego względu zostać jego żoną. Zycie jest piękne i ciekawe, cały świat! Ona doprowadzi do związku z nim i będą razem czerpać^ hojnie ze skarbnicy tego cudnego życia. Odtrącić^ s:ę nie da. Los tak widocznie już chciał, aby to, o czem nieraz myślała, mogła posiadać — majątek! Sam wpadł w jej ręce. Nie przerażała ią obca sfera, inne warunki nie przyszły jeJ myśl nawet. Szybowała lotnie po możliwościach, które się same przez się narzucały i cieszyła jak dziecko zmianami mającemi nadejść. Uspokojona zupełnie, pewna siebie, jakgdyby nic nie zaszło w jej życiu zeszła na wspólną kolację. Była milcząca, obecna, ale myślami, uczuciami znajdowała się przy nim, przy kochanku.
Radość Aleksandry nie uszła uwagi pani Matyldy. . ~ Widzę jesteś w doskonałym humorze, cho’-ciaż nic się nie odzywasz — zwróciła się do córki.
— Ach tak wesoło zeszło nam na wykładach. Profesor mówił o stosunkach obyczajowych w XVI wieku we Włoszech.
Waiski pokiwał tylko głową.
— Potrzebne wam to koniecznie wiedzieć — odął się, wziął dziennik do ręki i zaczął przeglądać cedułę giełdową, ciekawy cen na produkty wiejskie.
Zato Marysię zaciekawił ów wykład.
— I cóż wam mówił? W historji mało uczyli nas o tem?
— Co mówił? Każda prawie wielka dama w dobie renesansu miała kochanka.
— Draństwo — szepnął Walski.
— Naprawdę? Jakto — każda? — podchwy ciła Marysia.
— Boga w sercu nie miały — oburzyła się pani Matylda, ale zainteresowała się potępianą nie-obyczajnością.
— Jakto i mężatki?
— I panny i mężatki.
— A mężowie co na to?
— Mieli także kochanki.
— Słyszysz ty Aleksander? — Spojrzała na męża.
— Draństwo — powtórzył zagadnięty. 1 o takich świństwach mówią w uniwersytetach. I książki 0 tem czytacie?
— Czytamy, różne się czyta. I o miłości 1 o rozwodach i o braku religji — poto jest uniwersytet, żeby wszystko wiedzieć.
— Więc mieli kochanki?
— I niejedną! I niejednego kochanka! W tedy to nie było czemś takiem strasznem — drażniła się z rodzicami — jak dziś! Dziś to się uważa za straszne, ale też jest.
— Szanująca się uczciwa kobieta nie będzie miała gachów — burknął Walski.
— A jednak te szanujące się i uważane za uczciwe mają niejedne. Mało to awantur po gazetach?.
— Bo im się we łbach przewraca! — irytowai się Walski, bo głupieją, warjują z nudów, czort wie z czcgo!
— Obraza boska i narodu — rzekła pani Matylda. Aleksandra nie próbowała wcale oponować. Przecież ów wykład zmyśliła ot tak sobie, aby coś powiedzieć! Ona była u swego., kochanka, u swego własnego kochanka! Cieszyła się złośliwie, że w domu ani nawet nie przypuszczali, aby ona, Ola ich córka, mogła mieć kochanka! Cóżby to był za skandal, za awantura! Ojciec wygnałby ją napewno z domu, wyklął, znać nie chciał.
Kiedy znalazła się w swoim pokoju, wróciła myślami do Strzembosza.
Rozebrała się i położyła do łóżka.
Uczuła znużenie wskutek silnych, przeżytych wrażeń, uczuła pewne wyczerpanie, senność.
Leżała spokojnie z założonemi pod gfowę rękoma i, — słodko uśmiechając się, szeptała do siebie: mam kochanka, mam cudnego mojego kochanka, jestem jego kochanką, najdroższą, najmilszą...
I kołysana urokiem miłości zasypiała tęskniąc za nim, za jego pocałunkiem i uściskiem, za jego szeptem miłosnym, przysięgami o miłości na wieczność. Przez okno otwarte wlewała się jaśń księżycowa, dobiegał daleki gwar wielkomiejski, Aleksandra zasypiała żałosna, z głębokiem poczuciem osamotnienia, które koiła pewność, że jutro znów się z nim zobaczy i będzie — szaleć.
X.
— To są szaleństwa, jakieś porywy młodości, temperamentu twojego! Gdzie rozum? Z pierwszą lepszą dziewczynąl Córka kupca, ale kto to jest? Kupcy są różni! Co za sfera ludzi! Ty, człowiek mający wszystkie dane, aby żenić się właściwie, naraz — Strzemboszowa nie. mogła się uspokoić, posłyszawszy o małżeństwie syna z „jakąś“ panną Walską!
Wysoka, szczupła, siwawa, pomarszczona, z błyskami gniewu w siwych oczach, chodziła szybko po gabinecie, czasem tylko rzucając spojrzenie na syna.
— I wszystko tak raptem! Ani słowa nie mówiłeś, ani pisałeś!... Przyjechałeś niespodziewanie no i z niespodzianką dla mnie, to wszystko co mi mówiłeś o tej pannie Walskiej może jest prawdą, może ona istotnie tyle posiada zalet, ale pocóż się masz śpieszyć? Poznaj ją lepiej, masz
CZdS.
— A pocóż zwlekać? Przecież moglibyśmy się pobrać i studja-bym skończył. Mieszkanie w Warszawie mam wprawdzie małe, ale na razie wystarczy. Mama wie, że po skończeniu medycyny, chciałbym jeszcze pójść na agronomję.
— Po co? Nie mówiłam, żebyś poszedł od-razu? Czy będziesz gospodarował?
— Będę. Wrócę tu. Medycynę traktowałem ako przedmiot z zamiłowania.
Twarz pełna dobroci, łagodności ale i stanowczości, chwilami o wyrazie ostrym starej Strzem-boszowej rozjaśniła się. Wiktor z początku nie chciał nawet słyszeć o gospodarstwie, teraz zmienił zdanie. Ona w głębi duszy pragnęła tego, chciała go widzieć tu, w wielkich dobrach, ale nie lekarzem, któryby zupełnie zobojętniał z czasem dla wsi, będąc okradanym przez niesumiennych rządców, jak to często się zdarzało, zmuszonym zostałby do sprzedania dóbr od wieków znajdujących się w jednych rękach.
— Doprawdy? Chcesz osiąść na wsi? Odkąd że to?
— Odkąd ją poznałem. Ona nie chce mieszkać w mieście, ona zupełnie tego samego jest zdania, co mama: wieś.
— Czego ja dokonać nie mogłam, widzę to ona dokonała — uśmiechnęła się. A no miłość wiele potrafi. I wpływy kobiety są czasem dobre. Zbytnie uleganie nie jest wskazane. Mężczyzna musi mieć swoją wolę, swój rozum, bądź co bądź cn jest więcej odpowiedzialny w życiu, niż kobieta.
— Trafiła mi do przekonania — mówił w zamyśleniu Wiktor, przypominając sobie jedną z ostatnich rozmów z Walską. Kiedy wyłuszezał jej swoje projekty na przyszłość, chciał pozbyć się majątku po najdłuższem życiu matki, która nigdyby wsi nie opuściła, Aleksandra sprzeciwiła się temu.
Elektryzowały ją słowa „dziedziczka“ „jaśnie pani“ widziała się w pałacu, w parku, jeździła konno, polowała...
Przedstawiła w tak ponętnych barwach życie ich na wsi, że Strzembosz cofnął projekt sprzedaży kiedykolwiek majątku. Odraza usposobiło to panią Ewelinę lepiej dla domniemanej synowej.
— Kochana mama zatem będzie pobłażliwą i zgodzi się z mojemi zamiarami? — pocałował matkę w rękę.
— No mój kochany, cóż ja mam robić? Powiadasz, że ją do szaleństwa kochasz, że bez niej * żyć nie możesz. Jest to mezaljans, ale ludzie me-zaljansy popełniają i — bywają szczęśliwi Musisz wiedzieć czy aby ona nie ma przewrócone w głowie i czy nie zagrała ci na nerwach, na zmysłach, czy znajdziesz w pożyciu z nią harmonję, bez której nie masz szczęścia. Wolałabym abyś inaczej się ożenił.
— Nie uwierzysz mamo, jaki jestem zadowolony, że porozumieliśmy się. Wiedziałem — mama nie zechciałaby mego nieszczęścia.
— A którażby chciała mój kochany.
Wiktor zaczął szeroko omawiać kwestję śluby, urządzenie dla obojga pokoi w pałacu, gdyż chciał ze ślubem nie zwlekać i po skończonych zajęciach wziąć ślub, aby letnie miesiące spędzić z młodą żoną na wsi.,
— Ślub chcę wziąć cichy, znajomych tylko powiadomić o tem, że odbył się. Po co mają być komentarze, plotki, gadaniny, a kto to, a co to, a dlaczego. Żenię się dla siebie nie dla znajomych.
— I to się praktykuje, ale ja zawsze inaczej sobie wyobrażałam ten dzień uroczysty. W tym jednak wypadku — podkreśliła — ty masz słuszność. Wobec tego — cóż — pojadę z tobą, niechże ją przynajmniej zobaczę, niechże ujrzę ową doskonałą piękność.
— Cudownie — zachwycił się wprost Strzem bosz. Pojedziemy razem. Zobaczy mama, jak ona się mamie spodoba. Ułożyli wszystkie kwestje związane ze ślubem, choć pani Ewelina nie rozumiała całego pośpiechu. Gdyby wiedziała że jej synowa jest kochanką syna, nigdyby się na takie małżeństwo nie zgodziła, obierając Aleksandrę ze czci, godności, ambicji i posądzając ją o wyrachowanie, 0 łapanie męża na wdzięki, o spryt sklepikarski, kupiecki. Ale nie wiedziała nic.
Dzień następny poświęcił Wiktor interesom majątkowym, w które wtajemniczała go ogólnie matka. Interesa zresztą szły świetnie. Pani Ewelina nie mogła się nachwalić młodego, energicznego Zygmunta Dembowskiego, dzielnie gospodarującego 1 zawiadującego majątkami. Wiktor znał go mało. Nici wszystkie interesów dzierżyła w swoich rękach matka, niewiele go zaciekawiały. Wiktor nie miał zamiłowania do roli i nie znał się zupełnie na gospodarstwie. Wszystkiem czy to w Strzemboszowie, czy w Dobrej Woli, lub na innych folwarkach była matka i Dembowski, polecony przez jednego z ordynatów jako człowiek prawy, nieposzlakowanej uczciwości i świetny gospodarz. A ponieważ poprzedni plenipotent skutkiem choroby musiał zajmowane stanowisko opuścić, powierzono stanowisko odpowiedzialne, wymagające ogromnej sprężystości zaprotegowanemu Dembowskiemu.
Umówił się z nim Wiktor, że obaj popołudniu objadą konno majątki, ponieważ Dembowskiemu akurat wypadała lustracja ogólna.
Jakoż koło trzeciej wyjechali. Odrazu było poznać, który z dwu jeźdźców umie się doskonale obchodzić z wierzchowcem. Dembowski średniego wzrostu szatyn, oczu piwnych, smukły, nadzwyczaj muskularny, sprężysty, siedział na koniu, jakby się zrósł z nim. Strzembosz chwilami garbił się i czuł się w siodle niepewnym.
Ani jeden, ani drugi nie zwracali na to zupełnie uwagi. Jechali przez żyzne pola o znakomitych urodzajach. Dembowski mówił o projektach na przyszłość co do gospodarstwa leśnego i rybołówstwa. Rybołówstwa prawie wcale nie było, chociaż znajdowało się pięć wielkich stawów i to nieopodal siebie położonych. Wystarczyło połączyć je kanałami, pogłębić wyszlamc #anie i zarybić.
— U nas zupełnie się nie dba o rybołówstwo — mówił Dembowski — nawet tam gdzie można je prowadzić na szeroką skalę, jak tu. Znałem gospodarstwa drobne, mające morgową wodę, a przecież ciągniono z tego poważne zyski.
— Nawet poważne? — zdziwił się Strzembosz.
— Tak. Tysiące kilo ryb rocznie sprzedawano. Cóż dopiero tutaj, gdy stawy mają conajmniej po dwa morgi.
— A jakie pan chce ulepszenia wprowadzić w lasach?
— Oszczędniej prowadzić. Nadmiernie eksploatuje sie, za mało sadziło się młódek. W niektórych terenach trzeba będzie porozsadzać szczególniej młodą dębinę. — — Matka moja zachwycona jest panem jako świetnym gospodarzem, co zresztą potwierdzają te świetnie zapowiadające się zbiory.
Dembowski uśmiechnął się.
— A ja zachwycony jestem szanowną matką pana. Zna się wybornie na interesach, na roli i wogóle na potrzebach gospodarstwa. Wyjątkowa kobieta, bo przecież dobra państwa są wielkie i uprzemysłowione. Co do mnie muszę przyznać, że zasługi właściwie należą się matce pana i memu poprzednikowi. Był to człowiek z wiedzą i kulturą.
— Ale pan tu już jest parę lat i nie sądzę, abyśmy się kiedykolwiek mieli rozstać. Ja nie znam się na gospodarstwie, a będę jednak pomimo studjów medycznych mieszkał na wsi.
— Doprawdy? Ależ doskonale. Medycyna też się tu przyda. Do miasta kilka mil, wioski bez opieki, ludek nasz choruje, miejscowości ma-laryczne.
— Sądzi pan — będę miał więc praktykę? — ucieszył się Strzerrlbosz.
— I poważną. A z gospodarstwem obznajmi się pan na tyle, ile potrzebne to panu będzie. Szanowna mama pana nie kończyła żadnej szkoły rolniczej Co to jednak doświadczenie wieloletnie i przebywanie na wsi!, jechali wciąż, polami bogatemi w pszenicę, żyto, buraki, kartofle, koniczyny, pyszne sianokosy
Zdała widać było kominy gorzelni i krochmalni’ znajdujących się na jednym z folwarków, bliżej oko zatrzymywało się na stadzie źrebiąt półkrwi węgierskiej.
Podjechali do nich.
— Śliczne konie!
— Węgry. Będziemy mieli i półkrwi araby — do wyjazdu i pod wierzch, a może sprowadzi się i inne jeszcze rasy. Przyznam się panu ogromnym jestem koniarzem — śmiał się Dembowski, lustrując pasące stado. Bliższe zarżały, spostrzegłszy wierzchowców.
— A teraz może przejedziemy w stronę lasów. Chciałbym panu pokazać ile mamy zbyt gęstej dębiny.
Ruszyli w stronę ciemnoszarego pasa drzew, ciągnącego się szeroko.
Słoneczny dzień letni, cisza pól... Raptem w myślach Wiktora zamajaczyła Aleksandra. Wyobrażał sobie teraz, jak będą oboje jeździć po tych drogach sadzonych owocowerni drzewami lub morwą, topolami smukłemi lub wi-rzbą. I porwała go nagle tęsknota za nią i powstało pytanie — co ona tam robi bez niego? Nie słuchał co mówi plenipotent.
A Dembowski prawił o racjonalnem leśnictwie, o konjunkturach drzewnych, pewny, że ma uważnego kompana.
Wjechali w gęsty dębowy bór, mroczny, głęboki. Po jakimś czasie już oglądał Strzembosz ogromne rozłogi młodej dębiny, mającej być rozsadzoną,
— Mam dalej kawał słabego gruntu piaszczystego, niewidzącego pługa, założy się tam dalej las — rzekł Dembowski. — Czy pojedziemy do tartaków — chce pan?
Strzembosza nieprzyzwyczajonego do konnej jazdy znużyła spora droga, delikatnie odmówił, tłó-maćząc się zmęczeniem.
Więc powrócili do domu.
Już szarzało. Słońce padło na lasy, ściągając resztki swoich promieni i ustępując mrokom. 2 dalekich łąk i stawów odzywał się rechot żab, porykiwanie bydła, wracającego do obór, rżenie koni, wesołe śmiechy parobczaków i dziewcząt.
Strzembosz czuł się dobrze. Oczyma gonił rozpościerające się cienie po łanach zbóż, a myślą przebywał przy Aleksandrze.
Ileż takich wieczorów spędzą we dwoje, ile cudownych letnich wieczorów!
— Doktór lubi wieś — nieprawdaż?
— Lubię. Ten nadchodzący wieczór jest prześliczny.
— Wieś ma swój urok, o ma. Niestety nieustanny ruch, nieustanna praca od świtu do wieczora nie pozwala na oddawanie się pięknu. Radują tylko wtedy owoce pracy — słowem stajemy się i tu materjalistami, jak mieszczuchy w mieście, interes mamy głównie na względzie. Ale jednak czasem przychodzi ni stąd ni zowąd zaduma jakaś, zaczynają się jakieś myśli filozoficzne i podziw dla natury.
— W urokach wsi kochają się kobiety — zauważył Strzembosz, mając na myśli swoją narzeczoną. T.,.
— Ale to zależy od natur. Jeżeli mają duze poczucie piękna — zapewne. ^
— Znam takie, przepadają za wsią, chociaż są stałemi mieszkankami miasta. Kochają się w naturze i jej bezpośredniości.
— Lubię także kobiety, o ile są naturalne, inteligentne i umieją rzeczywiście przyrodę odczuwać.
XI.
Strzembosz przeprowadził wszystko tak jak chciał. Dłub z Walską odbył się bardzo uroczyście. Aleksandra podobała się pani Ewelinie. W Walskich poznała wprawdzie ludzi prostych, ale uczciwych i szczerych.
Pani Matylda wogóle była zachwycona Aleksandrą, oszołomiona jej zamążpójściem. Ileż to było kłopotu z wyprawą, na którą do takiego domu nie było pieniędzy. Ale przewidujący Strzembosz i jego matka, domyślili się kłopotów z tego powodu obojga Walskich i uradzili zapobiec temu. Pani Ewelina w formie prezentu dla narzeczonej syna przesłała Aleksandrze kompletną wyprawę.
Szalejący z miłości Wiktor obsypywał narzeczoną kosztownościami, a kiedy się dowiedział od Walskiego, że marzeniem jego jest mieć wielki sklep kolonjalny w Warszawie, kupił mu taki, czem go zdumiał, rozrzewnił i wprawił w wielką dumę. Sklep kosztował dużo, w połowie należał do Olesi, ale też był to sklep co się zowie. Przeszedł wszystkie marzenia pana Aleksandra rozkochanego w tej chwili w zięciu.
— To ludzie, to są ludzie — mawiał rozradowany, szczęśliwy. — Powinnaś ich szanować, kochać tego męża, takiego człowieka z sercem i takiego bogacza! — zwracał się do Aleksandry, traktującej wszystkich w domu z lekką pogardą, ironją i pewnem lekceważeniem.
— On przecież nietylko nas podźwignął, lecz ustalił los i Marysi, akurat na czas kiedy może wyjść zamąż za Marczewskiego. I ze szczęścia z niespodziewanego losu zakupił pan Aleksander siedem mszy. Wpadł w świetny humor, niezwykłe czułości, z nabożeństwem nieomal patrząc się na Olesię.
Marysia tryumfowała razem z matką.
— A co, nie mówiłam tatce, że Olka jest ładna i może zrobić karjerę przy swej inteligencji! Widzi tatko czem to bywa czasem uniwersytet!
Cieszyła się dziewczyna szczęściem swojej siostry. Ani jej w myśli nie powstało zazdrościć jej czegokolwiek. I ona miała nadzieję, że wyjdzie za swojego pana Adama, który złożył wizytę Wal-skim i bywał dosyć często, dając do zrozumienia w jakiej bywa roli, w jakich zamiarach.
— Ha, ha Marysiu — ściskał Walski córkę — życie idzie jak po maśle! Jak Boga kochani — powiedz no ile taki sklep roboty potrzebuje, a co za klijenci, jaki targ! Ha, ha to nie dawny sklepik!
I mieszkali teraz Walscy inaczej i służącą trzymali, no bo jakże wobec takiego małżeństwa — inaczej nie było podobna żyć. A zresztą sklep przynosił dochody, grosz uciułany był w zapasie.
Rodzina Walskich promieniała
Promieniał Wiktor i Aleksandra, szalejąc nieraz w jego mieszkaniu.
Rozbudzone zmysły, gwałtowny temperament ponosił ją i udzielał się jemu.
Prawie zapomniała o wykładach, przejęta rolą narzeczonej, spragniona nieustannie jego pieszczot, których nigdy nie miała dosyć.
A pani Strzemboszowa?
Jakaś troska osiadła na jej czole, jakiś lęk niewytłumaczony z powodu tego bądź co bądź me-zaljansu. Nie umiała sobie zupełnie wytłumaczyć przedziwnych swoich przeczuć.
Walscy wprawdzie ją sobie ujęli szczerością, wprawdzie zdołała się dowiedzieć przez zaufanych, że byli to ludzie nieposzlakowanej uczciwości, za-biegliwi, ale również o ich małomieszczańskiem pochodzeniu z Walskich łyków.
Spostrzegła odrazu brak kultury, wykształcenia, słowem nie była to jej sfera.
Tylko Aleksandra zyskała pełną prawie aprobatę pani Eweliny. Podbiła ją przedewszystkiem urodą. Przyznała Wiktorowi, że tak ślicznej dziewczyny — rzadko.
Ujęła ją również zachowaniem się skromnem, potulnem, inteligencją, możliwemi manierami i wykształceniem. Dostrzegła, że Wiktor był w niej zaślepiony, pod urokiem piękna, rozkochany. Czy znał dobrze charakter przyszłej żony, usposobienie? Czy zasady które wygłaszała o życiu, obowiązkach rodzinnych były szczere?
Sprytna Aleksandra już z opowiadań Wiktora znała jego matkę.
Potrafiła przystosować się do jej zapatrywań surowych wobec moralności, wymagań w rzeczach wiary i co do obowiązków na siebie przyjętych.
Aż podziwiał ją Wiktor, przypisując zmianę w poglądach narzeczeństwu.
Strzemboszowa po kilku dniach wyjechała, śpiesząc na wieś, że to żniwa były za pasem. Miała dopiero być na ślubie. Tak też uczyniła. Małżeństwem Strzembosza niepomiernie zdumiony był Lubicki. On nigdy nie przypuszczałby, aby Strzembosz ten Strzembosz, aż tak daleko posunął się względem tego dziewczęcia, które oceniał sam może za surowo, ale nie widział materjału na kobietę, mając ją za lekkomyślną, nadto lekkomyślną na lat dwadzieścia i paroletnie studja. Jedynie tłomaczył krok Wiktora pięknością dziewczyny, grą zmysłów. Takie rzeczy zdarzały się w życiu nieraz.
Kobieta i jej piękno fizyczne to — potęga. Wiedział o tem i kiedy przez Strzembosza został powiadomiony o jego zamiarach, przyjął je z lekką ironją, ale bez uwag, złożył życzenia „pro forma“, mając poważne wątpliwości co do przyszłego pożycia obojga. Chyba, że Strzembosz pokieruje nią w odpowiedni sposób. A może wogóle mylił się? Kobiety zmieniają się. Zmienia je miłość, zmienia małżeństwo. Ona jeszcze młoda, prawie niewyrobiona. Wątpił, pewny nie był, ale zupełnie znów nie uprzedzał się, otaczając teraz pełnym ga-lanterji szacunkiem koleżankę Aleksandrę, przyszłą żonę swego kolegi i prawie, że przyjaciela.
Swoje refleksje h. propos małżeństwa Wiktora, kończył zawsze uwagą, że życie pełne jest niespodzianek i trudno jest faktycznie cośkolwiek powiedzieć nawet z pewnych danych, nieraz tak oczywistych jak najprostsza formuła matematyczna.
Wizyty jego u Strzembosza stały się bardzo rzadkiemi, gdyż Wiktor wszystkie wolne chwile poświęcał narzeczonej. Był raz na przyjęciu u niego, raz przyjął oboje u siebie. Został zaproszony do Strzembosza w czasie lata lub jesienią na polowanie, stosunki nadal nosiły charakter uprzejmości, nawet serdeczności koleżeńskiej, ale rozluźniły się.
A ponieważ ślub wypadł w czasie egzaminów, które Strzembosz składał, nowożeńcy zatrzymali się w Warszawie, gdy pani Ewelina wyjechała na drugi dzień.
Przez pierwsze tygodnie poślubne Aleksandra zupełnie prawie nie chodziła na wykłady. Upajała się nowem dla niej życiem, swoją przyszłością wielkiej damy. Admirowała męża, ubóstwiała go.
Czasem zaglądał do ich mieszkanka, a dawnego Wiktora, pan Waiski, ale tylko na zaproszenie zięcia, zawsze wobec niego nieśmiały, czasem bywała u rodziców Olesia, lecz bardzo rzadko, nie interesując się nawet przebiegiem konkurów Marczewskiego.
Młodzi Strzemboszowie każdy wieczór prawie mieli zajęty to teatrem, to koncertem to jakąś wykwintną kolacją w pierwszorzędnem cafe.
Wreszcie Wiktor odbył swoje egzamina, mieszkanie, jak to zwykle czynił, oddał pieczy gospodarza i z młodziutką małżonką wyjechał do Strzem-boszyc.
XII.
Cudna złotobarwna jesień roztoczyła powaby swoje, na polach i łąkach tęsknicą się znacząc. Strzemboszycki park w złotocieniach, grał wielością barw jasnych, to ciemniejszych żółtych liści, krwawych, brunatnych to zielonych. Opadłe słały się dywanami w alejach i ścieżkach. Rozbłękitnio-r.e niebo letnie częściej zaściełały szare, gęste chmury, a słońce już nie niosło gorących promieni na coraz większe przestrzenie ugorów, ginące rżyska, oszarzałe pola po okopowiznach. Mgielne poranki osmętnicy pełne, witały łąki, rozścielały białe puchy po dachach półsennych, zmilkłych, gdy ptactwo odlatywało już za morza. Na gęste kępy drzew, u stóp których konały już kwietne gazony, otwarte było okno z pokoju młodej jaśnie pani. Już drugi tydzień leżała Strzemboszowa, przechodząc ostrą chorobę.
Konna jazda, wypadek, a potem ciężkie komplikacje, krwotoki ledwo zatrzymane, bóle, lekka nawet operacja....
I całe szczęście, że Wiktor studjował medycynę. Gdyby nie szybka pomoc, mogło było wdać się zakażenie i śmierć.
Zmizerowana, trupio blada spoczywała Aleksandra na wspaniałem łóżku pod baldachimem wśród koronek i puchów.
Czytała książkę, chwilami odrywając oczy od kart i zawisając wzrokiem na komforcie, który ją otaczał. Przez parę miesięcy już przywykła do niego, lecz z początku dziwnie ią krępował ten pałac o wielu pokojach, urządzonych po staroświecku, a wykwintnie.
Posadzki lśniące, dywany puszyste, meble stylowe, ściany już to kryte makatami, już to lustrami, obrazy cenne, rzeźby mogły niejednego onieśmielić, cóż dopiero ją, nieprzywykłą zgoła do zbytków wielkopańskiego dworu.
Dziś nie robiło wszystko to na nią wrażenia, dziś czuła się jak u siebie. Oswoiła się ze służbą, nawet stary kamerdyner Michał, zawsze milczący, sztywny, obnoszący swą godność niczem wielki dygnitarz, stary z bakenbardami, wygolony, wyfra-czQny Michał, zmuszający ją do zbytniego respektu mimo swej uniżoności służbisty, dzisiaj uśmiech przyjaźni wywoływał.
A sama matka męża?
Z nią poszło najłatwiej.
Podbita urodą, wdziękiem, uprzejmością, taktem, miłością okazywaną synowi, pani Strzembo-szowa zapomniała szybko o „mezaljansie“, z rozkoszą słuchając gry Aleksandry, uprawiającej klasyczny repertuar, to rozmawiając z nią o sprawach gospodarskich.
Polubiła ją i mademoiselle Beret stara, garbata, poczciwa, jedyna bliższa przyjaciółka pani Eweliny, z którą przybyła do Strzemboszyc z jej dóbr dawno sprzedanych Woli Okrzejowskiej.
Uczyła panią Ewelinę, a kiedy ta wyszła za Strzembosza, nie mogąc się rozstać z uczennicą do nowych jej dóbr zjechała.
I panny służące, wogóle służba — wszyscy oczarowani byli urodą i łaskawością młodej pani.
Po zakamarkach starego pałacu nieraz o tem szeptano, że tak ślicznej pani „szukać po całym świecie“.
Jeden tylko Dembowski od pierwszego spotkania się z nią był zawsze chłodny, sztywny, choć ukradkiem spojrzeniami spowijał Aleksandrę, gdy tego nie widziała lub udawała, że nie widzi.
Trzymał się zdaleka, aczkolwiek był przecież człowiekiem towarzyskim.
Odpychające nieomal obejście Dembowskiego, połączone z wytwornością bywalca, salonowca zastanawiało nieraz Wiktorową.
I w tej chwili przerwawszy czytanie myślała o nim..
Dziwny człowiek. Niby zawsze pełen galante-rji, a jakiż mruk, jakaż mumja. Ściśle jednak biorąc Dembowski nie był dla niej mumią. Od pierwszego poznania przy powitalnym obiedzie, kiedy przyjechała z mężem, podobał się jej ten smukły, wytworny, elegancki szatyn, którego oczy piwne przysłaniała jakaś cicha meiancholje. Podobała się jej pracowitość, wytworne obejście, a dostrzeżoną w oczach jego melancholję przypisywała Aleksandra jakimś przejściom sercowym. Dembowski mimo lat, chylących już mężczyznę ku starokawaler-stwu, nie żenił się. Dlaczego? Miał stanowisko, byt, miał wszystkie dane, aby mieć rodzinę a jednak...
Trzeba będzie rozruszać tego mamuta — pomyślała — obiecując sobie to po przyjściu do zdrowia^ Boże, rzecz taka niewinna! Porafiła rozruszać nietakich jak Dembowski.
Nie miała sposobności nawet dotąd zapytać się go o zapatrywania na kobietę.
Wiecznie rozmawiał to z matką Wiktora, to z nim o rzeczach, najmniej ciekawych dla niej — o gospodarstwie. Wieś, wieś jest miła, bajeczna, ale gospodarstwo!
W jej wyobraźni zarysowała się postać Dembowskiego.
— Że też on może tygodnie, miesiące tkwić w tych interesach, siedzieć na wsi, nie wyrwać się chociażby do Warszawy. Czy nie lubi wielkoświato-wego życia? Cóż to za człowiek, co za dziwny człowiek! I raptem w celu zbliżenia się z Dembowskim postanowiła zainteresować się gospodarstwem.
XIII.
Życie u Walskich płynęło zwykłym trybem z kredką w ręku.
Okazało się, że pan Aleksander miał wszelkie dane po temu, aby prowadzić handel w dużym stylu. Jego sklep rozwijał się zupełnie pomyślnie, ale też pochłaniał całkowicie. Trzeba było ciągle mieć na uwadze dostawy, szukać towaru przednich gatunków, aby zadawalniać liczną klijentelę. Pani Walska mająca teraz większe mieszkanie, choć trzymała służącą, z przyzwyczajenia zajmowała się prawie wszystkiem sama, bo i cóż innego miała robić? Kościół, dom i kilka dawnych znajomych, w chwilach wolnych kabała wypełniały jej życie. Marysia zajmowała się razem z ojcem interesami, prowadziła kasę, naradzała się nad ważnemi sprawami, związanemi ze sklepem, a kiedy nadchodził wieczór zapominała o wszystkiem, przeistaczając się w zalotną narzeczoną Biegła do domu, przystrajała się i oczekiwała na pana Adama, aby z nim razem spędzić pod okiem matki wieczór, albo też iść do teatru czy kina, a potem wracać w jego towarzystwie na kolację do domu.
Marczewski należał do młodych iudzi bardzo solidnych. Starym zaimponował wielki sklep Wal-skich, małżeństwo Aleksandry, podobała się Marysia, a że Marczewski znał Walskiego nie było najmniejszych trudności, by młodzi nie mieli się pobrać. Gdy tylko Adam wyjawił ojcu projekty swego małżeństwa, stary Marczewski zaraz przyjechał z Lublina, złożył Walskim wizytę, poznał przyszłą synowę, orjentując się w lot, że wszelkie warunki odpowiadały jego zamierzeniom w kwestji ożenku syna. Należał do tej samej sfery co i Walscy, ani poziomem umysłowym, ani pojęciami nie różnili się oboje z żoną od nich, łatwo więc P?“ rozumienia doszło i pan Adam z Marysią zamienili pierścionki podczas zaręczynowej libacji, na której oczywiście był i Strzembosz, prawie że z uniżeniem przyjmowany przez wdzięczność, którą czuł dla niego pan Aleksander.
Zaledwo sprzątnięto sypialnię, zastawiono stoi do śniadania, zaledwo Marysia ostatni loczek przykręciła, odezwał się dzwonek, pan Aleksander otworzył drzwi, wszedł posłaniec z ogromnemi dwiema donicami kwiatów, za nim drugi niósł olbrzymi bukiet róż czerwonych i wielkie pudło cukrów. Jednocześnie posłaniec od młodego^ Marczewskiego przyniósł karteczkę z wiadomością o przyj eździe jego rodziców i odwiedzinach na godzinę dwunastą.
Maryśka, niezmiernie rada zaraz kwiaty w doniczkach ustawiła na stole w jadalni, aby bardziej odświętnie wyglądało, bukiet z róż powędrował do jej pokoju, a jedna różyczka została przypięta do gorsu, przysłaniając lekko dość głębokie wycięcie sukienki, figlarnie przy pochyleniach uKazujące powaby dziewczęcych uroków.
Ustawianiem kwiatów towarzyszyły co chwila słowa zadowolenia, radości.
Wkrótce przybyli Marczewscy z synem. On niski, dobrej tuszy co chwila podkręcał szumiastego wąsa, ona szczupła, dość żywa szatyna, oboje w doskonałych humorach. Powitaniom nie było końca.
Zaraz też obdarowano prezentami Marysię, której radość doszła do zenitu. Wszyscy zasiedli do śniadania i kiedy Marczewski z Walskim szeroko zaczęli rozpowiadać sobie różne sprawy ze świata kupieckiego i dotyczące handlu, pani Matylda bawiła Marczewską drożyzną i trudnościami w oszczędnem prowadzeniu domu. Młodzi sobą byli zajęci. Czule wpatrując się w siebie, wesoło po-szeptując i częstując się wzajemnie.
— Taka pani dzisiaj śliczna — mówił pan Adam — że ta róża przypięta blednie wobec tego.
— Więc dopiero dzisiaj jestem śliczną? A wczoraj to nie byłam? — Niby to z wymówką odezwała się Marysia.
— Pani codzień jest piękniejsza dla mnie. Dziś śliczna, jutro będzie jeszcze więcej urocza.
— Proszę jeść panie Adamie i nie prawić mi komplementów.
— Prawda nie jest komplementem.
Tak przekomarzali się we dwoje, gdy Marczewski zerknąwszy na Marysię, podniósł nalany kieliszek i wzniósł zdrowie narzeczonych.
— Niech żyją w zdrowiu, nam na pociechę, a na chwałę ojczyźnie — kończył toast. Młodzi musieli dziękować, więc pocałunkom nie było końca. Pan Edward wyściskał i wycałował Marysię co się zowie, panie padły sobie w objęcia, panowie również, pana Adama rzetelnie przycisnął do siebie Wal ski i wzruszony kropnął w ręce Marczewskiego drugi kieliszek.
Śniadanko cośniecoś przeciągnęło się, po-czem udano się do kościoła a następnie na spacer w Aleje i na most Poniatowskiego.
Po powrocie ze spaceru młodzi ulotnili się z salki do pokoju Marysi i tam flirtowali zawzięcie.
Tu pan Adam wyjął pierścionek z brylantami i włożył na paluszek Marysi, ona dobyła cała spłoniona rubin wielki z brylantami i ofiarowała go narzeczonemu. A potem znalazła się w jego ooję-ciach i cała drżąca ze szczęścia po raz pierwszy wstrząśnięta została gorącym pocałunkiem narzeczonego.......,
Marczewski całował ją namiętnie i tulił do siebie, szepcząc najczulsze wyrazy miłosne, których słuchała jak najcudniejszej muzyki na świecie. Oddawała mu pocałunki, łakoma na nowe. i empera-ment graf, oczęta pałały ognikami pożądania i twarzyczka płoniła się z radości.
Tak przytuloną do Adama, w uścisku całowaną zaszedł Marczewski..
— Brawo, brawo chłopcze, ot to mi się podoba! Tak być powinno! Ho, ho i ja takim byłem! Całuj kiedy twoja! kochajcie się dzieciaki? A pierścionek dałeś jej?.
— Dałem i dostałem — pokazywał ojcu rubin z brylancikami.
Marysia zażenowana wysunęła się szybko z objęć narzeczonego i w porywie uczuć rzuciła się na szyję staremu Marczewskiemu, całując go w oba ^ — To ci synową będę miał — ha wołał rozczulony postępkiem dziewczyny. Nie pozostawał dłużny w pocałunkach, gładząc starannie ufryzowaną główkę.
— No, no wszystko widzę w porządku, wszystko w porządku. Całujcie się ściskajcie ile sil wam starczy, kochajcie się zawsze, a Bóg was pobłogosławi i życie lżejszem będzie. Bierzcie przykład z nas starych! Aleś ty ładne stworzenie — przyglądał się Marysi — no i dobre!
— Niema gadania Adasiu baba ci się udała, jak Boga kocham udała!
Adam śmiał się, a Marysia uśmiechała.
— I on też mi się udał — wskazała oczyma na narzeczonego. A nie myślałam — mówiła rezolutnie — że się pobierzemy, że mnie będzie chciał!
— Chciał, chciał i jak jeszcze chciał, — zawołał Adam i znów rad był porwać w ramiona, ale Marysia wybiegła z pokoju, wstydząc się starego Marczewskiego.
— To ze ślubem niema co zwłóczyć hę — jak myślisz?
— Bo i pewno.
— Myśmy już tam obgadywali z Walskim co i jak. Zaczął syna wtajemniczać w plany na jego najbliższą przyszłość, kiedy przyszedł Strzembosz wysmokingowany, wyelegantowany przywitał wszystkich, palnął małą oracyjkę do Marysi, pocałował w rączkę i życzył szczęścia.
Wiktor był w świetnym humorze, odebrawszy właśnie list od matki i od żony, w których donosiły mu o znacznem polepszeniu się zdrowia Aleksandry, zaraz też podzielił się tą nowiną z Wal-skimi, Marysią i Marczewskimi, choć ich po raz pierwszy widział..
— No to może niedługo zawita do Warszawy — pytał WalskL
— Nie będzie pan czuł się tak samotny, panie doktorze — mówił Marczewski.
— Mam nadzieję, nam nadzieję! Ale musi jeszcze posiedzieć jakiś czas na wsi i mieć spokój. Bo to Warszawa, panowie wiecie, zawsze pełna różnych atrakcji, a Olenia lubi się bawić.
— Piękna siostrzyczka mojej ślicznej, kochanej żoneczki — zwrócił się Strzembosz do Marysi — w tym dniu uroczystym swoich zaręczyn przyjmie skromny prezencik od szwagierka, który cię bardzo lubi., —.
Podał Marysi bogatą bransoletę z brylantami.
— Boże! rano kwiaty takie cudne, za które nawet nie podziękowałam jeszcze, a teraz takie zbytki! Doktorze kochany taki kosztowny prezent! Już nie wiem jak mam dziękować.
— Jak? A no chyba pocałować szwagra — śmiał się Wiktor. I nie spostrzegł się nawet jak Marysia obdarzyła go momym pocałunkiem, co zostało przyjęte ogólnym oklaskiem.
Podano obiad wyśmienity, wytworny, z kilku dań. Koniak, śliwowica jeszcze podnieciły humory, zbliżyły wszystkich Adam dużo rozmawiał z Wiktorem o swych projektach poświęceniu się nietylko handlowi, ale interesom ogólnym kupiectwa, obronie tych interesów, potrzebom ich rozwoju.
Strzembosz słuchał uważnie, podzielał zdanie młodego Marczewskiego, którego prawie nie znał, widząc raz czy dwa u Walskich Przekonywał się, że młody porucznik wiele zajmował się kupiectwem, okazało się, brał udział w stowarzyszeniu kupców i handlowców, odkrywając przed Strzemboszem nieznany mu zupełnie świat.
XIV.
Przychodząc stopniowo do zdrowia Aleksandra postanowiła nie darować Dembowskiemu jego chłodu i obojętności wrględem niej. Poznała pierwszego mężczyznę, wtóry nie zwracał na nią prawie uwagi, gdy tyle oczu młodzieży uniwersyteckiej zwracało się ku niej z niemym zachwytem, gdy taki Lubicki zdradzał swoje sympatje, a Strzembosz rozkochał się i poprowadził do ołtarza. ~~ Zabawię się, usidlę, spróbuję przynajmniej — myślała codzień pragnąc spotkać Dembowskiego.
Dembowski mieszkał w małej piętrowej oficynie, znajdującej się w parku. Zajmował tam czte-ropokojowe mieszkanie, doskonale charakteryzujące jego usposobienie i zamiłowanie. — — Ta zbroja różnorodna, rogi jelenie, łby dzików, różne ptactwo wypchane, mnóstwo kwiatów w salce i gabinecie, peino dzieł z rozmaitych dziedzin, kilka obrazów dobrego pędzla, parę rzeźb dużej wartości, wszędzie zamiłowanie porządku mówiło o kulturze i inteligencji pana Zygmunta, który pomimo przekroczenia trzydziestki i dobrobytu nie żenił się, nadto ukochawszy samotność. Pomawiano pe na Zygmunta o tajemny stosuneczek z jego gospodynią, dwudziesto-paroletnią, pełną, rosłą blondyną, bardzo ładną, bezdzietną wdówką po leśniczym, zamordowanym w lasach strzemboszyckich przez kłusowników, ale były to raczej domysły. Nie miano dowodów, że piękna Zofja Węgorkowa jest kochanką pana plenipotenta, kobieta nabożna, co niedziela bywająca w kościele, gospodarna i zapobiegliwa. Zaraz po śmierci męża zgodziła się do Dembowskiego i już od paru lat prowadziła mu dom według życzeń i trybu raz ustanowionego przez starego kawalera. Domysły w istocie były słuszne. Stosunek między Dembowskim a Węgorkową kipiącą życiem, młodością sam się narzucił w jedną z gorących nocy lipcowych i trwał oddawna, kryty głęboko pozorami wzajemnej obojętności.
Niejedne jej zazdrościły tego obowiązku, tej służby, bo Węgorkowa miała się dobrze, ubierała z chłopska ale ładnie, zalotnie nawet, pieniądz składała boć jej na niczem nie zbywało. Dembowski lubił dobrze zjeść, dobrze wypić, że to kawał mężczyzny był przecież, więc i Zośka, jak ją nazywał, wszystkiego miała po uszy, jeszcze oszczędzając z sutej ordynacji, pobieranej ze dworu.
Podobała się Dembowskiemu jako typ prawdziwej wiejskiej, ładnej, kształtnej kobiety. Podobała mu się, i z tego, że nie była ona, ani wymyślna, ani podobnawogóle w czemkolwiek do inteligentnych pań, panien. Typ zdrowy, jędrny, naturalny, prosty, robotny, wesoły, w miarę kochliwy, a w kochaniu gorący. Rozumu, wykształcenia nie szukał, nie potrzebował, miał kobietę jakby jabłoń młodą za-kwitłą w wiośniane miesiące. Tak sobie życie ułożywszy, nie mając wielkich potrzeb, składał pan Zygmunt gotówkę, aby na starość kupić sobie jaki folwark i odpocząć. Rodziny bliższej nie miał, z dalszą nie utrzymywał żadnych stosunków, w Strzem-boszycach orał za dwu, czuł się dobrze, był wesół, zawsze dobrej myśli, niczego nie pragnął ani nie pożądał. Ciesząc się ogromnym szacunkiem^ uznaniem Strzemboszowej, był de facto panem w tych dobrach i wiedział, że sam djabeł, jak mawiał, stąd go nie ruszy. Wiadomość o małżeństwie Wiktora przyjął obojętnie, nie spodziewając się zgoła, że Strzemboszyce ujrzą tak skończenie piękną kobietę.
Poznawszy Aleksandrę po parokrotnej z nią rozmowie, kiedy to z mężem wyjeżdżała konno i spotykali się na folwarkach, lub będąc proszonym na kolację, spostrzegł w niej ogromny temjferament, nieprzeciętną inteligencję, wykształcenie, a potem dość lekkie traktowanie życia, pewną naiwność w poglądach, co podnosiło jeszcze jej urok mło dości. Że wywarła na nim duże wrażenie, zdawał sobie z tego sprawę. Ale to było i wszystko. Trzymał się zdaleka, bo mu tak wypadało, lecz obojętność swoją posunął do granic, które poczęły drażnić Aleksandrę, spragnioną zawsze od mężczyzn hołdów, świadomą swojej urody zwyciężającej. Dembowski jako typ męski, podobał się jej, podobał wyjątkowo.
Postanowiwszy szukać sposobności zbliżenia się i przełamania chłodu, czekała tylko niecierpliwie kiedy nareszcie będzie mogła wychodzić do parku, jeździć na spacery.
— Wtedy panie Dembowski — obiecywała sobie — będziemy się widy wać często, czy będziesz chciał czy nie. Staniesz się łagodny, uprzejmy i przyjdzie jeszcze ta chwila, w której cała twoja oschłość, obojętność pryśnie jak bańka mydlana.
Nareszcie doczekała się możności wychodzenia na taras, a potem do parku. Skończyły się nudy, mo-notonja, wypełniana czytaniem książek, brakiem towarzystwa. Skwapliwie z tego skorzystała i wiedząc z rozmowy z Dembowskim, w których mniej więcej godzinach bywa u siebie powracając od gospodarstwa, znalazła się w alei, wiodącej do jego domu.
Jesienny słoneczny dzień rzucał promienie złote na konary drzew żółto zielonkawych. Przedzierały się one przez gęste liście i znaczyły plamami na zacisznej, szerokiej, lipami wysadzonej ulicy.
Aleksandra czekała na Dembowskiego jakgdy-by nieumyślnie. Znajdowała się w klombie pełnym aster i zrywała co piękniejsze, układając bukiet.
Biado-lila szlafroczek bramowany złotą lamą, w pasie ściągnięty złotym sznurem, podnosił jej urodę. Twarz po chorobie blada, zmizerowana jeszcze wyrazistszemi czyniła marzące ciemne oczy, które latały wzdłuż alei, szukając Dembowskiego.
Dojrzała go nareszcie i powoli wyszła naprzeciw z kolorowego kręgu kwiatów, niosąc najpiękniejsze.
Dembowski ujrzał ją zdaleka i pragnąc powitać po długiem niewidzeniu, przyśpieszył kroku.
Szła na wprost niego powoli, uśmiechając się zalotnie. » ».. j i i
— Co za niespodzianka — wołał już zdaleka, zdejmując czapkę — Pani tu, zatem ze zdrowiem już lepiej?
— Jak pan widzi. Pogoda piękna, więc troszkę wyszłam pierwszy raz,.
— Bajeczne kwiaty padły zaraz ofiarą tej wizyty w parku — pocałował ją w rękę, oglądając kwiaty.
— I chociaż pan nie grzeszy zbytnią uprzejmością względem kobiet — powiedziała z dąsem — — kilka panu ofiaruję — podała mu parę ponsowych cist CI*
— Czy mogłem panią czemkolwiek i kiedykolwiek urazić?
— A choćby tem, że nie raczył pan ani razu nawet pytać się o mnie podczas tej ciężkiej mej choroby...,. » j
— O stanie zdrowia pani wiedziałem od szanownej mamy.... o
— Więc samemu już było zbyteczne pytać sięr I to się nazywa życzliwość, ale mniejsza o to. Pan się poprawi, a ja obiecuję zgodę.
— Ja panią najmocniej przepraszam rzeczywiście powinienem był sam...
— Nie gniewam się, ale mi było przykro.
— Obiecuję stanowczo poprawę — zachwycał się jej pięknością, rad ze spotkania i z wymówek, które dowodziły, że tej ślicznej kobiecie zależało choć trochę na nim. Tego nie przypuszczał, teraz był pewny. I naraz gdzieś zapodziała się sztywność i chłodna uprzejmość z jaką się zwykle zwracał do Aleksandry.
— Nie uwierzy pan jak się śmiertelnie wynudziłam podczas mej choroby!
— Bardzo wierzę. Niewątpliwie marzy pani 0 Warszawie, o mężu.
— Ale cóż z tego kiedy skazana jestem na pozostawanie długo jeszcze tutaj. Postanowiłam też wtajemniczyć się nieco w sprawy gospodarskie 1 mam nadzieję, że matka męża i pan — uderzyła go kokieteryjnem spojrzeniem — będziecie moimi kierownikami.
— Jakto, więc nie ma pani zamiaru istotnie wrócić do uniwersytetu? Wspominała mi o pani zamiarach pani Strzemboszowa, ale sądziłem, że to jest tylko taka chęć przelotna, zachcianka młodej osoby.
— Czyż to młode osoby mają tylko zachcianki?
— To zależy. Często jednak zachcianki i za-chcianeczki, przelotne pragnienia, które pragną urzeczywistnić i czynią to jakiś czas póki im się nie znudzi.
— Słowem — odmawia pan kobietom wytrwałości? t
— Młodym kobietom współczesnym odmawiam wielu rzeczy — roześmiał się Dembowski.
— Skądże ten sceptycyzm na punkcie kobiet? Ach to dlatego pan się nie żeni? I może nie ma zamiaru?.
— Nie mam zamiaru. Uważam to dla siebie za zbyteczne. Kobieta potrafi tak dokuczyć.
— Ale nie każda.
— Każda. Jedna mniej, druga więcej, ale prawie każda Wyjątki są, lecz jakże rzadkie.
— Boże! Co za wyobrażenie o kobietach. L ta kiemi pojęciami niepodobna kochać. ^
— Dawno przestałem wierzyć w miłosc.^ Kto dzisiaj kocha? Gdzie są tacy? Namiętność to jeszcze nie miłość.
— Otóż myli się pan. Mój mąż kocha mnie.
— A pani męża?
— No... tak — powiedziała z nieporównanym wdziękiem. Ale miłość dla mnie jest co innego, a namiętności co innego. Namiętności można miec kilka — miłość powinna być jedna.
— Zadziwiające poglądy.
— Dlaczego zadziwiające? Na miłosc składa się wiele różnorodnych uczuć, na namiętności zaspokojenie zmysłów, dosyt zmysłów. Jest on konieczny w miłości, ale może być i bez niej. 1 o nawet jest ciekawe.,
Dembowski spoglądał na Aleksandrę z du żem zajęciem....
— Zatem podług tych teorji zdrada me wyklucza jeszcze miłości do poprzedniego mężczyzny.^ Mężatka może kochać męża, ale mimo to może go zdradzić dla zaspokojenia zmysłów niespokojnych.
Nadzwyczajne! ’.
— A jednak — może. Czy wy, panowie, tego nie czynicie? — zmierzyła go zalotnie. Czy mając żony, nie zdradzacie, choć kochacie nas i dzieci. Miłostka to nie miłość. To, podobno należy do wielkich przyjemności życiowych, jak kielich dobrego szampana — śmiała się.
— Ciekawy jestem czy też pani zdolną bylaby teorje swoje poprzeć czynem — powiedział śmiało patrząc na nią.
— Ja? Czy byłabym zdolną?
— Tak, pani. Miłość do męża miłością, a zdra’ da, a zdrada — zdradą.
— Uważacie nas panowie za istoty słabe, wrażliwe, tak łatwo ulegające chwili, owym zachciankom... Co do mnie — na tyle nie wypróbowało mnie życie, a znać samego siebie tak trudno!
Podeszli pod taras dworku, zajmowanego przez Dembowskiego. Na tarasie stała strojna Węgorkowa, niecierpliwie czekając pana ze śniadaniem.
Od gorsetu, korali, kolorowej spódnicy aż łuna biła.
Nie zdążyła Aleksandra dobrze się jej przyjrzeć, bo ujrzawszy Dembowskiego w towarzystwie młodej Strzemboszowej, Węgorkowa natychmiast wbiegła wgłąb dworku. Była zdziwiona, że zobaczyła ich oboje.
— A no wyzdrowiała to się przypadkowo spotkali — pomyślała, obserwując przez okno, jak Dembowski zawrócił z młodą panią w stronę pałacu, żywo rozmawiając.
— Ależ ona śliczna bo śliczna — patrzyła Węgorkowa na Strzemboszową zachwycając się jej urodą.
XV.
Niewinne spotykania się Aleksandry z Dembowskim bywały coraz częstsze. Pozorowane chęcią zaznajamiania się z gospodarstwem w ogólnych przynajmniej zarysach miały charakter właściwie coraz mocniejszego flirtu, zręcznie prowadzonego przez Strzemboszową.
Zdradzić męża — ta myśl nie przybierała jakiejś wyraźnej formy początkowo u Aleksandry.
Igrała z ogniem, pisując jednocześnie czułe listy do męża, ciesząc się w nich rychłym przyjazdem do Warszawy, zaznaczając pewne znużenie wskutek zapoznania się z tokiem interesów i spraw wielkiego majątku. Wiktora te listy były jedyną radością. Marzył tylko o niej, o jej powrocie i dal-szem współżyciu wśród napięć miłosnych, rozrywek i zabaw. Śnił po nocach o ślicznej swej Olesi i aby wypełnić sobie pustkę, odczuwaną bez niej, uspokoić tęsknoty, z jakąś zaciekłością rzucił się w wir pracy po całych dniach przesiadując bądź na wykładach, bądź w prosektorjach. Chęć nagłego zainteresowania się przez Aleksandrę gospodarstwem uważał za kaprys zrodzony w atmosferze nudy wiejskiego życia. Nawet cień przypuszczenia o ja — ^ kimś flircie nie przyszedł mu do głowy. I jakże mógł przyjść? Tek się przecież kochali gwałtownie, namiętnie! Ta miłość, paromiesięczne zaledwie pożycie, tragicznie przerwane fatalnym wypadkiem na jakiś czas były dla Aleksandry dostatecznym puklerzem wobec pani Eweliny na wszelki wypadek, wobec panny Beret zawsze wszystko wiedzącej, a nawet samego Dembowskiego, który początkowo całe zachowanie się względem niego Aleksandry brał za pustotę młodzieńczego wieku, choć nieraz gorące błyski jej spojrzeń, przejrzyste aluzje do miłości i zdrady czasami zastanawiały go. Podziwiał w Strzemboszowej swobodę obejścia, podziwiał swobodę w wyrażeniach i trzymał się z ogromną rezerwą, co jeszcze więcej drażniło Aleksandrę, wywołując zręczne, dosadne ataki zalotności. Tygodnie rozłąki z mężem, monotonja wiejska, świetny byt, dużo czasu, z którym niewiadomo co było właściwie robić, zupełne przyjście do zdrowia, do czego nie przyznawała się przed matką męża z racji Dembowskiego, temperament rozbudzonej zmysłowo kobiety żądnej wrażeń, niezaspakajanej w wibracjach namiętności, jakieś ochłodzenie w stosunku do męża, nakoniec sam Dembowski, typ zdrowego, mocnego, ładnego mężczyzny — wszystko to silnie oddziaływało na Aleksandrę, która stopniowo zaczęła konkretyzować cel swego flirtu i. mając chwile porywów zmysłowych, chwile jakiegoś oszołomienia, ciekawości co też jej przyniósłby romans z Dembowskim, zdecydowana była zdradzić
Wiktora..
Powróciwszy z przejażdżki do lasu, gdzie wiedziała, że zastanie Dembowskiego, w jeden z najpiękniejszych dni złotolistnej jesieni, kiedy znalazła się w swoich apartamentach, patrząc wgłąb parku, myślami była przy Dembowskim, którego pozostawiła koło szkółek leśnych, nie mogąc przeciągać tete a tete, aby nie budzić najlżejszych podejrzeń. Widziała go w całej okazałości urody męskiej, smukłego, muskularnego, eleganckiego, siedzącego na koniu, jakby się zrósł z nim. Wesołe piwne oczy biegały po robotnikach, to zwracały się do niej. Przyjechała w gigu zaprzężonym na sposób angielski w piękne półkrwi araby z groomem, wytwornie z kokieterją ubrana i puściła wodze flirtowi, prowadząc jak zwykle przy służbie rozmowę po francusku, aby nie rozumiano o co chodzi.
O czem mówili? Ach — o uściskach, pocałunkach, przedziwnej mocy namiętności miłosnej w kobietach i mężczyznach, sankcjonującej zdradę — w pojęciu Aleksandry. Dała mu tym razem dosyć chyba do zrozumienia, że czasami niemożliwości stają się możliwościami, mając na względzie siebie i jego. Odpowiadał zręcznie, dowcipnie i gdyby nie ta lekka ironja w tonie słów, nie ta nieustanna rezerwa, tak ją wciąż irytująca! Była ^chwila, przecież, że poszli oboje wgłąb lasu przejść się. Inny na jego miejscu skorzystałby z tego, porwał ją w ramiona, — on szedł obok, prowadząc tylko rozmowę, parując grzecznie jej ataki wyraźne, nadto wyraźne...
Muszą się znaleźć sam na sam, musi go mieć za wszelką cenę, ale gdzie, gdzie tę schadzkę urządzić i kiedy?
Ach już wie! w zacisznej oranżerji, w powodzi podzwrotnikowych roślin i kwiatów, w oranżerji dużej o charakterze ogrodu zimowego. Zwabi go tam, zwabi i ostatecznie usidli, zwabi rano w nie dzielę, kiedy starsze panie wyjadą jak zazwyczaj do kościoła. Namówi go, aby tym razem nie jechał, pod jakimkolwiek pozorem zatrzyma.
Myśląc o tej schadzce cieszyła się jak dziecko. Nie wyczuwała najmniejszych drgnień sumienia, nie obchodził ją zgoła związek z Wiktorem, on sam, przejęta była jednem: oto czekała ją upragniona rozkosz, piekło szału w pożądanych objęciach Zygmunta!
Strzembosz — teraz Dembowski, a potem...
Mgły przyszłość osłaniały, choć czuła jakiś tragizm w swym usposobieniu, jakiś fatalizm przeznaczenia, którego celu ani znała, ani mogła sro-zumieć.
Te nastroje, przejmujące ją do głębi, trzymała na wodzy w obecności pani Eweliny lub starej francuzki, nawet w obecności Dembowskiego, kiedy znajdowali się razem w towarzystwie pań. Tylko czasami słała mu wymowne spojrzenie oczu, słała ukradkiem wiele obiecujący uśmiech prawie niewidzialny. Chwytał te uśmiechy i spojrzenia Dembowski i udawał, że ich nie dostrzega, nie rozumie, prowadząc spokojnie rozmowę z panią Eweliną o wydarzeniach dnia, o projektach i zamiarach w zwiększaniu kultury rolnej i zysków. Cza sem tylko zamieniali ze sobą obojętne uwagi, czasem on odpowiedział jej na jakieś pytanie, dowcipne rzucał porównania, wywołując dyskretny śmiech pań.
Dnie płynęły w udręce, zbliżała się chwila tyle oczekiwana przez nią. Zachłanność Aleksandry w stosunku do Dembowskiego, jej niedwuznaczne zachowanie się, kazały mu nieraz o niej myśleć. Czy kiedy wracał z pola samotny, czy spędzał wieczory u siebie przychodziła mu na myśl młoda Strzemboszowa.
Dopiero kilka miesięcy po ślubie i już, już ledwo mąż wyjechał, ledwo wróciło jej zdrowie — cóż za typ kobiety! Co za ekspansywność, jakaż zaborczość tej natury, co za niepokój temperamentu, szukanie wrażeń! Bo przecież doskonale rozumiał, że nie była to miłość, ale pociąg zmysłowy, że nie chodziło jej o idealną spójnię między nią a nim. Zdawał sobie doskonale sprawę do czego zmierzała, rozumiał, że mógłby ją mieć, tę prześliczną, cudowną kobietę oddającą się mu już dziś w spojrzeniach, słowem, całem obejściem i czuł jak drażniła go ta piękność, jak grała mu na nerwach, przecież nie tracił głowy, po chwilach oszołomienia, doznawanych w jej towarzystwie, pragnieniach posiadania, która budziła — stawał się znów zupełnie panującym nad sobą. Ten flirt zapalny taką wibrujący namiętnością z jej strony kosztował go dużo. Żałował Dembowski nieraz, że dopuścił wogóle do niego, lecz tłómaczył się sam przed sobą pięknością Aleksandry, niewysłowionym jej urokiem, wyjątkową urodą, która nietylko jego, ale każdego mężczyznę zdołałaby jeśli nie porwać, to zająć. A serca kamiennego nie miał. Tak. Mógł ją mieć, mogłaby być jego kochanką, gdyby chciał — ale mimo cały czar, który spływał na niego z jej piękna — postanowił ten jeden z wielu flirtów jego życia zakończyć tylko na flircie, sam flirt zakończyć co rychlej.
Dlaczego?
Czyż jedną miał kochankę, czyż liczył się z ja-kiemiś skrupułami, gdy nadarzała się sposobność? Nie — ale było to dawniej i nie w takich okolicznościach... w jakich się znajdują oboje i żadna nie narzucała mu się... Strzemboszowie zresztą darzą go pełnym zaufaniem, widzą w nim człowieka na-wskroś uczciwego według zasad ogólnie przyjętych, a nie tworzonych z punktu zapatrywań takich jednostek jak Aleksandra. A potem żal mu było Wiktora, jako męża, człowieka rozkochanego w niej ca!ą potęgą młodzieńczego serca, a potem... potem względy już nie moralnej natury, lecz materjalnej, egoizmu sybaryty, nie chcącego się wplątywać w miłostkę, mogącą zrujnować mu świetny byt, niezależne stanowisko, które mógł utrzymać póki zechce. Wytrawny życiowo, nie chcąc narazić i jej i siebie na plotki, zdecydowany był odsunąć się powoli od Aleksandry i tęwłaśnie decyzję powziął w tych samych dniach, kiedy ona szalała za nim aż do obłędu nieomal, pewna zwycięstwa.
O młodej Strzemboszowej nie rozmawiał z nikim, ani z proboszczem, ani z którymś z oficjalistów lub kierowników, ani z Węgorkową, cieszącą się zaufaniem swego pana, ani tembardziej z kimkolwiek w pałacu. Postanowił nawet tak pokierować rzecz całą, aby Aleksandra wyjechała do męża, nie odgrywała komedji interesowania się gospodarstwem i nie poszła po linji kompromitacji, na co mogła się zdobyć przy swoim temperamencie i poglądach. Nie chciał jednak mieszać w to pani Eweliny, decydując się na stanowczą rozmowę.
Nie wiedział o jednem — o stopniu namiętno sci szalejącej za nim kobiety o najwyższem oszołomieniu, któremu podlegała. Gdyby wiedział, mo-żeby się na podobną rozmowę nie ważył i nie chcąc romansu, prowadziłby flirt, ochładzając go obojętnością, aż do przerwania.
XVI.
— Niech pani nie przypuszcza na jedną chwilę, by gra, którą pani prowadzi ze mną, nie była dla mnie jasną — powiedział Dembowski, kiedy znalazł się z Aleksandrą w oranżerji, zgodziwszy się na tyle oczekiwane przez nią sam na sam. Minęło kilka dobrych chwil tete a tete, pełnych niezwykłej kokieterji, wysiłków ze strony Strzemboszowej, aby usidlić Dembowskiego, wyprowadzić z równowagi i dopiąć celu. Ale Dembowski uzbroił się wyjątkowo w chłód, dziś więcej właśnie niż kiedykolwiek nie poddawał się urokowi pięknej Oli, patrząc na nią oczyma raczej ironji, niż zachwytu.
— Pan to tak mówi spokojnie — wybuchnęła z całą namiętnością — tak spokojnie jakgdyby, jak-gdyby...
— Mówię spokojnie. Wiedziałem dlaczego pani chciała się tutaj spotkać, dlaczego pani obrała ranek niedzielny... Pani Aleksandro, pani jest wiel-kiem jeszcze dzieckiem, bardzo pięknem dzieckiem, które czasem popełnia rzeczy bez zastanowienia się nad ich konsekwencjami.
— Panie Zygmuncie, pan może w takiej sytuacji...
— Powtarzam jest pani wielkiem dzieckiem, nie chcącem kierować się rozsądkiem. Ponosi panią temperament, ponosi panią burzliwość usposobienia, to ja wiem — może nawet prowadzi do szału, ale nie wszyscy muszą wobec tak pięknej jak pani kobiety, tak uroczej i miłej tracić głowę, muszą koniecznie ulec, nie każdy zechce wykorzystać możliwość narzucającą mu się tak łatwo. Jeżeli pani idąc za swemi teorjami, uważała i uważa, że to co pani czyni może być dobrem, to nie znaczy żebym ja podzielał pani zapatrywania i miał się stać współpartnerem w grze niebezpiecznej dla nas obojga. Zadowolenie egoizmu, egoistycznych pragnień, uspokojenie nerwów... no tak, ale przecież pani mogła spostrzec, że ja...
— Ha, ha — roześmiała się nerwowo ha ha ha — to wszystko jest znakomite! Pan się pominął ze swojem powołaniem, pan powinien był zostać profesorem moralności — śmiała się prawie wciąż histerycznie, rzucając zjadliwe spojrzenia na Dembowskiego, którego poczynało bawić to sam na sam...,,.
— Tak pani sądzi? No, a czy pani istotnie nie rozumie, że bałamucąc mnie w kilka miesięcy zaledwie po ślubie z człowiekiem, który panią kocha, że pani popełnia fakt wyrafinowania!... A cóż w tem jest nadzwyczajnego! — wy-buchnęła rozłoszczona! Każdy za siebie odpowiada! Każdy robi to, co uważa dla siebie za dobre! Była blizka płaczu z pasji, z wściekłości na tego brutala, jak \ jej się wydał ten siedzący naprzeciw niej człowiek, któremu gotowa była paść w ramiona.,....,
— Dla takich kobiet z takiemi pojęciami jak pani to nic nadzwyczajnego i dla wielu zresztą mężczyzn jest to nic nawet zdrożnego popełnić krok haniebny.
— Krok! — haniebny! — aż tak!
— Byłby to z mej strony krok haniebny względem Strzemboszów, darzących mnie bezwzględ nym i daleko idącym zaufaniem. Z postępowania pani nie mogę wnioskować o jej wielkiem uczuciu do męża, natomiast gra pani ze mną, przypuszczam, jest chwilowem zapomnieniem się pani. Nieszczęściem jest wszystkich dzisiaj społeczeństw powojennych, że mają tyle jednostek o zupełnie przewrotnych pojęciach o etyce i moralności właśnie pomiędzy kobietą i mężczyzną, że mają tyle kobiet nadto ulegających swoim żądzom.
— Pan jest zabawny z temi morałami! Pan jest większym oryginałem niż sądziłam — niecierpliwiła się, zdenerwowana, podniecona.
— Być może, że jestem oryginałem dla pani. W każdym razie ja umiem panować nad sobą, a pani nie. Pani miota się jak ten listek wichrem niesiony, nie ma sił jak on nie poddawać się gwałtownym podmuchom i leci pani jak on, dokąd — nie wiedzieć... Tak postępują dzieci, albo...
— Wiem, już wiem, co pan mi powie! Powiedział mi pan dość, a wszystko dlatego tylko, że brał pan za prawdę to, co prawdą nigdy nie było i nie jest — z całą intuicją sprytnej kobiety cofnęła się raptem z zajmowanej pozycji jak dobry strategik, wybierający inną a konieczną.
— Ach — jeżeli tak, jeżeli to były tylko ze strony pani miłe żarty, jeżeli to miał być między nami jedynie flirt niewinny, dla zabicia czasu, a pozorowany interesowaniem się pani gospodarstwem, co ułatwiało rendez-vous — to co innego. Czy ten flircik był pani potrzebny? — niezbędny?
— Od czegóż jest młodość! — patrzyła z wściekłością kobiety upokorzonej, zawiedzionej.
— Może tak pani mówić o sobie. Ale ja już nie jestem pierwszej młodości — cóż począć.
— Pan się nigdy nie kochał! Pan nie wie, co to jest namiętność, co to są zmysły — prawda? Nie wie pan — rzuciła mu ironicznie.
— Ale wiem gdzie są granice dla pewnych faktów, a pani nie wie, a jeśli wie, to fałszywie. I dziwne ma pani pojęcie o miłościl
— Jakie mam to mam! Dość, że są. Nie będę się od pana uczyła. Każdy ma swoje!
— Tak tylko jeden prawdziwe, a drugi mylne. Tak, tak pani Aleksandro, wielki piękny dzieciaku — uśmiechnął się Dembowski pobłażliwie. — Pojedzie pani do męża i przy jego boku odechce się pani flirtowania.
— Jak wy kobiety lubicie zbaczać na mniejsze lub większe manowce! — Nie mówię, każda, ale ile! I jakie jesteście podatne do tego, tak was nietrudno sprowadzić! Same się sprowadzacie, chcecie tego! A potem...
— A potem?
— Powiadacie, że prawda nie jest prawdą, pani Aleksandro... zdrowie wróciło, gospodarzem pani nie będzie, flircik jest zbyteczny — żartował — radzę pani wracać do męża i bardziej liczyć się z opinją, otoczeniem, takich starych jak ja zostawiać w spokoju i unikać manowców.
Wstał, ukłonił się i ze słowami — „do miłego zobaczenia“ — uśmiechnięty wyszedł. ^
— Przeżyty stary głupiec — rzuciła wślad za nim — moralizator sam, sam asceta fałszywy!
Nienawidziła go teraz, pogardzała nim. Była wściekła na samą siebie za swe postępowanie. Dembowski w jej oczach stał się absolutnie niegodnym jej, naturą brutalną, człowiekiem ohydnym. Cieszyła się, że potrafiła sprowadzić istotę rzeczy jedynie na lekki flirt, zamaskować ją, jak się jej zdawało.
Wierzył czy nie wierzył temu było jej obojętne.
— Cóż za nudziarz, mentor — miała też się kim interesować, zajmować! Ach lepiej, że tak się stałol myślała nie czując już najmniejszego pociągu do Dembowskiego.
— Zaśniedziały, wsteczny człowiek!... Z zasadami, a z pewnością taka Węgorkowa jest jego ko-chanicą! Niechże mu wystarcza! Widocznie potrzebuje natur prostych, zwykłych, widocznie ceni tylko prymitywy, — ach mniejsza zresztą.
Podniosła się z fotelu i przeszła do oranżerji. Wodziła obojętnemi oczyma po pysznych palmach, dziwacznych kaktusach, pomarańczowych klombi-kach... Podtrzymywała rączką bogaty strojny szlafroczek, z pod którego wysuwały się dyskretnie koronki i kokardki.
— Oczywiście — szepnęła do siebie — naturalnie wyjadę, wrócę do Wiktora i nawet powiem mu 0 tym... flircie.
Uważała, że tak będzie lepiej, że będzie lepiej, jak się mąż dowie od niej. Bo któż mógł ręczyć, czy czasem pan Dembowski, kierując się przyjaźnią, nie zwróci mu w sposób właściwy uwagi a propos niej. Ma takie uznanie, tak się z nim liczą, a na-pewno niema dobrego wyobrażenia o jej postępowaniu. Z jego pojęciami — wszystko jest możliwe.
Wyjedzie niezwłocznie do Warszawy!
Z tem postanowieniem wyszła z oranżerji 1 udała się do pałacu, aby oczekiwać rychłego już przyjazdu pań z kościoła i nudzić się nad książką.
Dembowski pożegnawszy Strzemboszową wysunął się z oranżerji nieomal chyłkiem. Nie chciał, aby go ktokolwiek widział, pojmując, że czasem drobiazg może wywołać niepotrzebne płotki i bezpodstawne przypuszczenia.
Krętemi uliczkami grabinowemi skierował się do siebie. By! zadowolony z nauczki, jaką dał temu pięknemu dzieciakowi, był zadowolony z siebie, że nie uległ, że uniknął zastawionych na niego sieci, że jest w porządku ze sobą i Strzemboszami. Żałował niezmiernie Wiktora.
— Dokąd ta kobieta zajdzie w życiu — myślał nad Aleksandrą, gdzie ją namiętności poniosą? Cóż znaczyły jej studja, skoro ma takie poglądy, tak jest swobodną, nieobliczalną, nierachującą się z niczem i z nikim, byleby siebie zadowolnić. Ciekawy był, czy też Aleksandra opuści Strzemboszy-ce i postanowił nie mówić nic, ani pani Ewelinie, ani Wiktorowi o nietakcie jego żony.
Powinien sam ją znać, sam wiedzieć z kim się żenił. #
W gabinecie swoim w dalszym ciągu rozmyślał nad Aleksandrą.
I jak że tu się żenić — nasunęła mu się uwaga — jak tu się żenić!
Jak tu wierzyć kobiecie? Gdzie są ^ zasady, religijność, gdzie ta moralność, bez której giną społeczeństwal
Nie było dla niego wątpliwości, że prawie wszystkie kobiety w okresie powojennym są takie właśnie jak Aleksandra. Skądżeby się brało tyle rozwodów? U jednych temperament, pogoń za rozkoszą, za wrażeniem, u drugich i to i chęć zysków, u innych miłe zabicie czasu, odsuwanie nudy, a jeszcze u innych jakaś dziwna nonszalancja w traktowaniu jednego z najpoważniejszych zagadnień wiecznego, nieustannego, tak się coraz więcej komplikującego — stosunku między mężczyzną i kobietą na punkcie współżycia.
Małżeństwo? Więc furtka do dalszej drogi życiowej, ale bez żadnych obowiązków. Dzieci?
Więc ciężar zbyteczny, trudy wyczerpujące kobietę, psujące jej piękność, absorbujące zupełnie czas. Życie rodzinne? Jakaś pustka z chęcią wypełnienia tworzeniem trójkącików, czy trójkąta.
Wszystko to było i dawniej, ale zdawało się Dembowskiemu, że dzisiaj jest gorzej, niż kiedyś.
Naogół człowiek spodlał, wkradło się jakieś zdziczenie w obyczajach, jakiś brutalny egoizm, bestjalstwo, przekraczające wszelkie prawo, wszelką etykę, wszelkie zasady.
Utrwalał się jeszcze w przekonaniach, jak do brze uczynił, nie żeniąc się. Gdyby tak trafił na taką Aleksandrę? Na taki właśnie typ kobiecy, gdyby dał się wziąć urodzie, urokowi jak Wiktor. Pewny był teraz, że młody Strzembosz rozkochał się w niej porwany pięknością, nie wchodził w charakter, w pojęcia. Uległ powodowany pożądaniem jej, przedewszystkiem pożądaniem. A jeżeli kochał idealnie, jak się srodze zawiódł, jakiż błąd popełnił wogóle z tak niepewną istotą.
Hm — powiedział półgłosem — życie jest pełne niespodzianek i natury, usposobienia zmieniają się. Kto wie, może i Aleksandra zmieni się, może zdoła uciszyć się w niej burzliwy temperament, może z biegiem lat przyjdzie rozsądek, znajdzie się siła opanowania samej siebie — może.
Ale w takie możliwości niebardzo wierzył, snując różne przypuszczenia o dalszem współżyciu młodych Strzemboszów.
XVII.
Nudząc się coraz to więcej na wsi słotnej, dżdżystej, spragniona wrażeń po przejściach z Dembowskim, którego ile mogła unikała, Aleksandra poczęła tęsknić za Warszawą. Wielokrotnie zestawiała w samotności Dembowskiego z mężem i Wiktor coraz więcej wracał do utraconych chwilowo łask. O ileż wyższym, lepszym, mądrzejszym teraz się jej wydawał z tą swoją niezmienną, niekłamaną miłością, której tak wymowne dowody posiadała w listach. I on tęsknił i on pragnął, aby nareszcie wróciła, skoro czuje się na siłach. Stopniowo uspokajając się pod wpływem nienawiści do Zygmunta, układała teraz plany urządzenia sobie życia w stolicy. Mieszkanie zajmowane przez nich było szczupłe, ale zmianę wykluczała., mając nadzieję, że, jak tylko Wiktor złoży ostatnie egzamina, namówi go na wyjazd zagranicę. Cóżby tu oboje robili na wsi. Jeżeli Wiktor zechce osiąść na stałe ma czas. Strzemboszyce nie przepadną. Wyjazd należy im się. Pisał o szalonej swej pracy, powinien wypocząć. Uśmiechał się Aleksandrze Paryż, Nicea, Monte-Carlo, uśmiechało się południe, chciała być także w Szwajcarji, a że podróży poślubnej nie odbywali i z tego też powodu należał się teraz wyjazd poza granicę kraju.
Któregoś dnia zwierzyła się pani Ewelinie z zamiaru opuszczenia Strzemboszyc i powrotu do męża.
Pani Ewelina przyjęła tę wiadomość z uśmiechem zadowolenia. Domyślała się, że Aleksandra tęskni za Wiktorem. Wiedziała, że nie może przecież z żadnych względów zatrzymywać jej, zwłaszcza, gdy tych względów nie było, bo przecież nie można za taki uważać dobrych chęci zajęcia się i zaznajamiania gospodarstwem.
Na to był czas. Młodość miała swoje prawa. Trudno było bez racji zamykać ją na wsi. A potem zbędną rozłąkę z mężem uważała Strzembo-szowa za niemoralną, niedobrą dla obojga. Spo strzegła przy tem, że Aleksandra nudziła się, w rozmowach bywała roztargnioną, w domu niczem nie zajmowała się, zupełnie do tego nie zdradzając ochoty. Miała tylko jeden skrupuł, czy była już na tyle zdrową, aby móc długą podróż odbyć.
— Zupełnie czuję się zdrową, a jeszcze lepiej czuć się będę razem z Wiktorem. Niech mi mama wierzy, nie mogę, nie mogę tu jakoś bez niego dłużej zostawać. Mateczka pojmuje — pocałowała ją w rękę — że przecież dla mnie Wiktor jest wszystkiem! Nie widzieć się tyle czasu, zaczyna być dla mnie nadto uciążliwem,
— Nie zatrzymuję cię, nie — odparła łagodnie. — Dobrze, że tak się oboje kochacie. Wiktor wart jest wielkiego serca. Jedź. Dopiero się ucieszy! Tylko tam bardzo nie szalejcie, w Warszawie, a Wit lubi pobawić się, jak każdy młody człowiek.
Mówiąc to z lubością przyglądała się pięknej synowej, Aleksandra tego dnia wyjątkowo ślicznie wyglądała, spędziwszy po wstrząsach uprzednich noc spokojnie.
— Zobaczymy się na święta, nie ręczę, aby wcześniej Wiktor tu przyjechał.
— Pisał, że strasznie jest zajęty. I ja zatęskniłam do uniwersytetu.
Strzemboszowa wzięła ją za rękę, ucałowała i rzekła:
— Co ci tam, moje dziecko, po uniwersytetach, skończysz czy nie skończysz filozofji, to już życia ci nie zmieni. Wykształcenie potrzebne jest — zapewne — myślę jednak,..
— Ja nie wiem, to będzie zależało od Wiktora. Czasu mam dużo, domu nie prowadzimy.
— No tak to prawda. Urządzajcie się jak chcecie, byleby wam było dobrze. — Kiedyż więc chcesz jechać?
— Choćby jutro!
— Wszystko masz gotowe?
— Wszystko — tylko zapakować się — powiedziała wesoło.
Ucałowała Strzemboszom ą i przejęta wyjazdem, zaraz pobiegła pakować się.
Układając w kufry rzeczy z pomocą służby, teraz o niczem już nie myślała, tylko o Warszawie, o Wiktorze, o powitaniu, o tysiącznych pieszczotach, które ją oczekiwały.
— Jednak co Wit, to Wit — mówiła do siebie po dłuższej rozmowie z panią Beret, wychwalającą pod niebiosa Wiktora. — Jego mogę być zawsze pewna, innej kochać nie będzie, innemi się nie zajmie.
Ach Boże — westchnęła, że też ja nie mam takiego usposobienia!
Położywszy się na spoczynek długo nie mogła zasnąć. Odezwały w niej znów tęsknoty miłosne, porywy zmysłów, gwałtowna chęć zaspokojenia namiętności
I już wyobraźni nie wypełniał Dembowski, ale mąż. Całe jego obejście się z nią, cała jego także wybuchliwa, gorąca miłość, całe zapamiętywanie się w jej objęciach, tak jej znane, że chociaż go nie miała przy sobie, nieomal wyczuwała najrealniej, wszystko co z nim przeżyła w szale pierwszych tygodni miłości. Wracała jak powrotna fala burzliwego morza i przyśpieszała tętno serca, niosła słodycz rozkoszy tak długo niedoznawanej.
Aleksandra usnęła późno, prawie o świtaniu. Rano zbudzoną ją dość wcześnie, aby się nie spóźniła na pociąg. A że dzień był wyjątkowo posępny i słotny, dzień szarej smutnej jesieni, wyjechała karetą w rączą czwórkę, serdecznie żegnana przez panie.
Z Dembowskim nie widziała się, przesyłając mu dia formalności etykiety słowa pożegnania przez panią Ewelinę.
Rozparta w karecie cieszyła się jak dziecko z eleganckiego ekwipażu, z tytułowania jej przez służbę „jaśnie panią“, z bogactwa, które osiągnęła wraz z miłością męża dzięki swej urodzie, ze wszystkiego co jej życie dawało i dać mogło.
A jednak chciała zdradzić Wiktora, chciała, aby Dembowski był jej kochankiem, czyniła wszystko aby go oszołomić!
Tak — chciała. I byłaby spełniła, gdyby nie on.
No tak — ale cóż z tego?
Czy chwilowe zaspokojenie fizyczne mogło „w czemkolwiek zmienić ją, czy mogło wpłynąć na jej stosunek do męża? Każdy z tych dwu mężczyzn był w swoim rodzaju. Wiktora znała, Dembowskiego była ciekawa, ciekawa tych wrażeń, które mogli przeżyć.
I nie pojmowała Aleksandra zupełnie, że właśnie to, co uważała za rzecz naturalną, miało wszelkie cechy potworności, nie istniało dla niej łamanie przysięgi, słowa danego Wiktorowi, nie istniało pojęcie stałego pożycia tylko i jedynie we dwoje, wystarczalności dwojga dla siebie, miłość ofiarna, pełna poświecenia i samozaparcia się.
Wiedziała, że ogólnie tak się rozumie wartość prawdziwej miłości, że zasady raz przyjęte w świe-cie stale dążą i wymagają pełnej czystości związku mężczyzny i kobiety, ale nie mogła się pogodzić, aby to miało być koniecznem, nienaruszalnem, bo przecież tyle kobiet i mężczyzn od wieków zdradzało się wzajemnie, zdradzać będzie nadal i mimo dramatów, cierpień, niesnasek.
A gdyby mąż ją zdradził? Mało takich mężów?
Strzemboszową na myśl o tem coś targnęło wewnątrz, doznała uczucia nieprzyjemnego.
A gdyby mąż stale ją zdradzał z jedną, drugą, trzecią?
To znaczy nieomal równolegle z nią postawił inne kobiety może mniej może więcej warte niż ona pod tym czy innym względem?
Pytanie to podrażniło Aleksandrę.
Ambicja, godność, duma odezwały się w niej, egoizm miłosny, wyłączna dążność posiadania tego, co się ukochało, dały znać teraz o sobie.
Myśląc o Wiktorze, o Warszawie, przypomniała sobie Lubickiego. Nigdy o nim nie pisywał Wiktor, co też on może porabiać? Czyżby przyjaźń z Witem uległa zmianie?....,
Lubicki jej się podobał mniej niż Strzembosz, i wiedziała doskonale że czyniła na niego duże wrażenie. Może przyjaźń między nim a Wiktorem ochłodła z powodu niej właśnie, wyjścia zamąż za Wiktora? Może...
Dlaczego Henryk podobał się jej? Dlaczego działał na nią w mniejszym co prawda stopniu niż Strzembosz, ale zawsze?.
Był elegancki i miał takie marzące oczy, takie zmysłowe usta... Nos orli, wysokie czoło myślące, wykwint w obejściu, dobroduszność, jakąś pobłażliwość dla ludzkich słabości, choć w gruncie rzeczy wiele potępiał. Z jego spojrzeń, półsłówek, aluzji wiedziała dobrze jak był nią zajęty, prawie rozkochany. Nie pytała o niego w listach do Wiktora, ale mógł sam przecież napisać choć słówko o koledze. Coś musiało zajść...
Miała nadzieję, że Lubicki będzie u nich bywał, że jeśli stosunki między nim a Wiktorem z tych czy innych względów ochłodły, naprawią się.
Zaczęła teraz zestawiać znów Dembowskiego z Lubickim, dopatrując się kolosalnych różnic na korzyść naturalnie Henryka, natury o wiele subtelniejszej niż tamten, wykwintniejszej, człowieka bardziej wykształconego, mądrego, aniżeli taki sobie pan plenipotent strzemboszycki!
Znużona myślami po jakimś czasie kołysana miarowym ruchem pociągu poszła wślad swoich towarzyszek i zasnęła.
Ekspres pędził całą siłą pary nieomal, mijając stację po stacji i zbliżając się do Warszawy.
XVIII.
Wiktor wydał się jej innym, jeszcze milszym, jeszcze sympatyczniejszym, jeszcze bardziej upragnionym. Cóż za różnica była pomiędzy nim a Dembowskim.
Pierwsze widzenie się po kilku tygodniach było pełne radości, zachwytów z jego strony. Nareszcie nie czuł się sam, nie będzie teraz spędzał chwil bez niej.
Przyjechali do siebie, potem mimo znużenia Aleksandry drogą, poszli na obiad, który się dość długo przeciągnął. On opowiadał jej co porabiał w Warszawie, ile ma pracy. Nie bywał u nikogo, czasem tylko u jej rodziców. Marysia szczęśliwa narzeczona, przygotowywała się do ślubu. Marczewski miał prowadzić sklep w Warszawie razem z nią i starym Walskim. Sklep rozwijał się doskonale, zresztą sama przekonasz się o wszystkiem jak będziesz u nich.
W trakcie rozmowy rzucał na Aleksandrę gorące miłosne spojrzenia, rozradowany, że przyszła do zdrowia.
Ona mówiła mu o Strzemboszycach, o pani Ewelinie podziwiając jej nieustanne absorbowanie się interesami, że po całych dniach w kancelarji siedziała, o pannie Beret, nakoniec o Dembowskim. Oddała mu całkowitą sprawiedliwość jako człowiekowi pracy, rozumu, zabiegliwości i znajomości interesów, na co w zupełności zgadzał się Strzembosz, a potem w sposób dowcipny, wesoły zaczęła opowiadać jak z nudów korzystała z uprzejmego towarzystwa Dembowskiego, jak próbowała interesować się gospodarstwem, ale widzi, że ta dziedzina niestety jest nadzwyczaj ciężka, mozolna, rozległa i choć nadzwyczaj ciekawa, wymaga jednak długiego i wielkiego doświadczenia, zdobywanego latami.,
— I gospodarowałabyś w przyszłoscu
— Najszczersze mam zamiary. Ale, to rzecz przyszłości. Teraz życie jest wyłącznie mną i tobą, tobą i mną wypełnione. O czem innem naprawdę nie jestem w stanie myśleć i serjo czemkolwiek się zająć. Jeżeli zacznę znów chodzić na wykłady to tylko dlatego, że ty jesteś bardzo zajęty, a ja będę miała wiele czasu.
Wiktor odrazu się zgodził, aby nadal korzystała ze studjów. Miała zamiar tegoż dnia jeszcze być u rodziców, ale czuła ogromne zmęczenie.
Po obiedzie powrócili do siebie. Aleksandra przebrała się i zasiadła w gabinecie z Wiktorem. To pierwsze sam na sam z mężem po dłuższem niewidzeniu się zaczęło nabierać dla niej uroku, przywodząc na pamięć dni szału i rozkoszy przeżytych w ramionach Wiktora.
Jego pieszczoty, uściski, pocałunki wydały się jej świeżemi, nowemi, nie straciły nic z fascynujących miłosnych porywów. Podniecały jak tam te pierwsze, doprowadzały do rozkosznych nowych pożądań.
Znużenie podróżą gdzieś zniknęło. Młodość, temperament, pociąg zmysłów rozproszył zmęczenie.
Czuła się szczęśliwą w jego objęciach, zadowoloną w pełni, że są razem, że nareszcie może dać upust dręczącej ją namiętności, która tyle wywołała nocy bezsennych i mogła rzucić ją w inne ramiona.
Na drugi dzień byli u rodziców.
Aleksandra wiedziała z listów, że mieszkanie rodzice zmienili, inaczej urządzili się, nie przypuszczała jednak, aby tak gustownie i ładnie.
Była zachwycona, obejrzawszy wszystkie pokoje po serdecznem powitaniu z matką, niezwykle wylaną dla Wiktora.
Niebawem miał nadejść Walski i Marysia, spodziewano się i pana Adama. Ani słyszeć nie chciała wobec tego pani Matylda, aby mieli nie zostać na kolacji.
To się samo przez się rozumiało.
Kiedy zasiedli w saloniku Walska zaczęła rozpytywać Aleksandrę o przebieg jej choroby, czyniła delikatne uwagi, że niepotrzebnie jeździła konno, co usprawiedliwiał Wiktor chęcią rozrywki. Wypytywała się o €>trzemboszyce, o panią Ewelinę, później zaczęła o szczęściu Marysi, która miała wkrótce już stanąć na ślubnym kobiercu. Oczywiście Wiktor otrzymał szereg pochwał, słów uprzejmości za pamięć o Marysi, za wspaniały prezent, jakim ją obdarzył w dniu zaręczyn.
Wkrótce nadszedł istotnie Walski z córką i Marczewskim. Powitania, pocałunki, ton ogólny niby szczery, ale właściwie pozornie. Jakoś Aleksandra nie mogła być sobą z najbliższymi, cień dawnych chłodnych stosunków nie zniknął. Starała się jednak nie dać tego poznać po sobie i nie mącić ogólnej wesołości, która zapanowała przy wieczerzy,...
— Na zwierzenia, jeśli chcesz — zjawię się do ciebie specjalnie innym razem — powiedziała do Marysi.
Ale dziewczyna nie chciała czekać na ten inny raz i kiedy panowie zaczęli we trzech przy likierze i czarnej kawie omawiać interesa handlowe, wymknęła się z siostrą do swego pokoju.
— Cóż Adam podoba ci się — spytała Maryśka.
— Nawet bardzo. Ogromnie miły. Kocha cię?
— Kochamy się — poprawiła ją Marysia i choć nigdy nie była i siostrą w serdeczniejszych stosunkach, z nadmiaru swego szczęścia rzuciła jej się na szyję i ucałowały się obydwie.
— Podoba ci się narzeczeństwo.
Marysia lekko spłonęła.
— No, myślę, że więcej ci się spodoba małżeństwo — powiedziała filuternie Aleksandra, wyciągając siostrę na intymne zupełnie już zwierzenia
XIX.
W parę tygodni odbył się ślub Marysi z Marczewskim w kaplicy przy ulicy Wilczej. Najbliższe kółko przyjaciół i rodzina obecna była przy cere-monji. Ani Marysia, ani Marczewski nie chcieli żadnych ostentacji. Pojechali do kaplicy w południe, później odbyło się śniadanie u Walskich, a potem młodzi zainstalowali się we własnem dwu po-kojowejri mieszkaniu na jednej z dalszych u‘*c — y“ Walskiego oboje otrzymali na życzenie tygodniowy urlop. Mogli wyjechać, mogli urlopować dłużej,.oddając się wyłącznie własnemu szczęściu ale nie chcieli.
Nawet ich Marczewscy i Walscy namawiali: „Jedźcie do Zakopanego chociaż“.
Nie chcieli.
Tłomaczyli się, że muszą rozpatrzeć się s wojem gospodarstwie, że nie mają poco obwozić własnej radości po ludziach i w domu własnym będzie im najlepiej.
Marczewski wszedł do spółki z Walskim, którego sklep był teraz pełną własnością, gdyż Aleksandra zrzekła się wszelkich swoich pretensji, mając dosyć majątku mężowskiego.
Aleksandra niepomiernie dziwiła się, jak ci ludzie mało wymagali, nie mieli żadnych nadzwyczajnych aspiracji, myśląc jedynie o powiększeniu majątku. Tu zaznaczyła się cała różnica i dążeń życiowych i wymagań obu sióstr, ale też i życie jednej i drugiej poszło innemi torami. Aleksandra została miljonową damą. Marysia skromnie zamożną. Tamta nie umiała nic nie robić, Aleksandra nie chciała robić czegokolwiek, pędząc z Wiktorem życie jego ukochanej żoneczki.
Stopniowo poczynało ją nużyć wyłączne prawie towarzystwo Wiktora, nikogo bowiem nie przyjmowali i nie zawierali znajomości, mając zamiar rychło opuścić Warszawę. Gdyby chociaż był Lu-bicki, myślała nieraz. Ale Lubicki, jak się okazało, po jej ślubie zaraz wyjechał zagranicę, o czem jej Wiktor nadmienił, gdy się o niego dopytywała. Na studja? Mógł je dalej tutaj prowadzić. Dla zabicia czasu? I tu mógł go zabijać.
Tak samo jak nad życiem i szczęściem Marczewskich rozmyślała często w samotności i o Lu-bickim.
Jeżeli żywił dla niej uczucia, to jakie też będzie ich spotkanie teraz? Do czego mógłby się posunąć Henryk względem niej — on przyjaciel w każdym razie jej męża. Czy wywarłby na nią silniejsze wrażenie?
Takie pytania zawsze stawiała sobie Aleksandra, ilekroć na myśl przychodził jej kolega męża.
XX.
Na karnawał zjechał Lubicki z Paryża. Aleksandra uczęszczając dla zabicia czasu na wykłady, spotkała się z nim któregoś dnia przed gmachem Bibljoteki Uniwersyteckiej i nie umiała ukryć ogromnego rozradowania.
— A! Nareszcie pana widzę! Gdzież to pan się podziewał tyle czasu?
Lubicki z całą galanterją ucałował obie rączki Strzemboszowej.
— Pokorny sługa włóczył się troszeczkę po świecie.
— I słówkiem nie raczył odezwać się do przyjaciół. O, panie Henryku, nie jesteś pan w porzą-deczku. Przed moim ślubem tak często widywaliśmy się, a teraz zapomniał pan o mnie i o Wiktorze.
— Bo to było przed ślubem — patrzył się zachwycony jak zawsze urodą ślicznej koleżanki, otulonej w foki.
Szła obok kolegi i szczebiotała.
— Ach tak więc mój ślub...
— Tak niespodziewany...
— Zmienił oblicze przyjaźni?
— „Młodym“ nie należy przeszkadzać — ironicznie powiedział Henryk, a co do przyjaźni, czyż koniecznie trzeba zaraz utrzymywać korespondencję... bywać, aby...
— Ach! No tak! Ale — ślub niespodziewany, a potem zaraz pański wyjazd.
— „Młodym“ powiedziałem nie należy przeszkadzać, niech się cieszą własnem szczęściem i „piją z puharu rozkoszy, piją do dna“ — ironizował..
— Cóż tak ironicznie pan o tem mówi? Pan nie lubi pić z puharu rozkoszy — niewiniątko...
— Lubię owszem, ale nie z puharu małżeńskiego.
Aleksandra roześmiała się.
— Gdzież pan przepadał — spytała po chwili.
— Trochę w Paryżu, trochę we Włoszech.
— A czy też pan wspominał w tej podróży Warszawę? ^
— Nie tyle Warszawę, prawdę mówiąc, ile panią.
— Mnie — co za uprzejmość.
— Tak. O pani pamiętałem i nieraz zastanawiałem się nad tem, czy jesteście zadowoleni oboje z pobrania się.
— A konkluzja?
— No — chyba tak?
Aleksandra nie odpowiedziała.
Szli przez Nowy-Świat nieraz przeciskając się przez tłum uliczny. Dzień był słoneczny, mroźny, południe, ludzi mijało się wiele.
Patrzyła mu wyzywająco w oczy.
— Pan się trochę zmienił. Wy przystojniał — rzekła po chwili.
— W łaskawych oczach doktorowej.
— Słowem, w dalszym ciągu podoba mi się pan.
Pocałował ją w rączkę.
— I myślę, że pan przypomni nas sobie i będzie bywał częstym gościem.
— Boję się.
— Czego?
— Pani, tak boję się pani.
— Niech pan przemoże strach. Przyzwyczai się pan, „silne wrażenia,, przestaną być tak „fascynujące“ podkreślała słowa z emfazą.
— Sądzi pani?
— Jestem pewna. Piękno każde może się opa-trzeć, spowszednieć, zwłaszcza kobiety, a pan mówi, że jestem piękna.
— Skoro pani tak dowodzi, owszem — będę częstym gościem, odrazu doktorowo zapisując się w koło wielbicieli najbliższych.
Podziękowała mu spojrzeniem i uśmiechem.
— A wie pan ciężko chorowałam w Strzem-boszycach — podjęła żywo.
— Cóż pani było — drgnął mu głos serdeczną tkliwością.
— Spadłam z konia, wywiązały się później komplikacje — spuściła na chwileczkę oczy — długo leżałam... operacja... słowem ciężkie przechodziłam chwile, gdy pan pod włoskiem niebem — marzył i pewno bałamucił tam jeką z temperamentem włoszkę?
— O i niejedną! Głęboko współczuję pani. Domyślam się, co pani przecierpiała.
— Mało życiem nie przepłaciłam wszystkiego.
— Jakież z pani jednak dziecko i Wiktorowi miałbym coś do powiedzenia!
— Pan znów z tym „dzieckiem“? Jestem już całkowicie kobietą, a pan...
— Ale i pół dzieckiem. Pół kobietą pół dzieckiem, strasznie miłą zawsze choć rozrzuconą właśnie jak dzieci.
— Wam, kobietom dodaje to uroku, proszę mi wierzyć. I zapatrywania pani zapewne się nie zmieniły.
— Ani na jotę.
— Też miały wiele — uroku — chciał powiedzieć dziecinady — i mają. — Wiktor szczęśliwy jest, kochając panią.
— Podobno.
— Jakże wygląda, cóż porabia?
— Choroba moja ogromne wywarła na nim wrażenie. Schudł, zmizerniał, tak się przejął. I matka jego bardzo miła i dobra.. Teraz już przyszedł do siebie. Pracuje szalenie, chce skończyć stanowczo studja. A wie pan? Siostra moja wyszła zamąż za niejakiego Marczewskiego. Doskonale im się powodzi. Prowadzą wielki sklep.
— Więc panna Marysia cicha, potulna, zapracowana jest już panią Marysią. —
— Od niedawna i bardzo szczęśliwą.
— Kochają się?
— Nadzwyczajnie.
— A rodzice pani? — spytał uprzejmie.
— Papa i mama są w siódmym niebie. Wiktora mają nieomal za bożyszcze!
— Co pani mówi! Tak niechętnie nas przyjmowano.
— Zmienili zdanie. I wie pan już tam nie mieszkają.
Opowiedziała pokrótce o zmianach w stosunkach finansowych rodziców i udziale w tem swego męża.
— Panie Henryku oczekujemy więc wizyty. Uprzedzę Wiktora, żegnała go przed mieszkaniem.
— Dla pani zawsze jestem do usług. Będę wkrótce.
Lubicki dziwnie podziałał na Aleksandrę. Teraz on był en vogue.
Wizyty Lubickiego stawały się coraz częstsze. Aleksandra prawie codzień spotykała się z nim w gmachu uniwersyteckim, co znacznie ułatwiała im ta okoliczność, że bywali na tych samych wykładach.
Wrażliwa, niespokojna, pełna temperamentu Aleksandra, lubująca się w towarzystwie męskiem, korzystając ze swobody, ani chciała, ani myślała trzymać na wodzy pragnienia zakosztowania rozkoszy w innych objęciach, nie mężowskich.
Skrupułów co do możliwości zostania kochankiem Strzemboszowej — Lubicki miał niewiele. Żałował wprawdzie Wiktora, ale jednocześnie uspokajał się, dowodząc sobie, że Strzembosz popełnił głupstwo, żeniąc się z tą czarującą kobietą, że się omylił, przerachował, a za takie rzeczy pokutuje się w życiu.
Co za perfidja jest jednak u tych kobiet — ironizował Lubicki, rozmyślając nieraz o flircie swoim, co za kunszt umieją rozwinąć w usidlaniu mężczyzn dla siebie, w hołdowaniu, w opanowaniu bez zastrzeżeń! Znał to, jakże znał dobrze i musiał oddać sprawiedliwość, że Strzemboszową mimo młodych lat, niedoświadczenia w uwodzeniu, rzecz całą prowadziła finezyjnie.
Zbliżając się bardziej i bardziej do Henryka, podniecając się nim, Aleksandra ciekawa była jak się to stanie, w jakim momencie, kiedy dojdzie między nią a Lubickim do tej chwili, w której on będzie należał do niej nareszcie!
Któregoś dnia otrzymał Strzembosz depeszę od Dembowskiego, aby niezwłocznie przyjeżdżał, gdyż matka jego przeziębiwszy się, poważnie zachorowała i żądała widzenia się z nim.
Zaniepokojony, wystraszony o ukochaną matkę niezwłocznie wyjechał, przejęty ogromem uczuć dla żony, która mu potrafiła okazać tyle współczucia, tak była przestraszona i zrozpaczona tą wiadomością, że go jeszcze mocniej utrwaliła w przekonaniu o swem do niego przywiązaniu szcze-rem i głębokiem.
Ze strony Aleksandry była to świetnie odegrana komedja, bo w rzeczywistości nie przejmowała się chorobą matki męża. Nawet była zadowolona że choroba ta przypadła właśnie teraz i zmusiła Wiktora do wyjazdu. Pozostała sama z Lubickim, na csem jej zależało. Odrazu też powiedziała mężowi, że chętnie pojechałaby z nim, ale obawia się ze względu na swoje zdrowie długiej, uciążliwej podróży i tego, aby w czasie choroby nie była poprostu zawadą w Strzemboszy-cach. Prosiła jednak aby Wiktor niezwłocznie dał jej znać o stanie matki, a jeżeli istotnie byłoby coś groźnego i ona mogła się na co przydać, gotowa była na nic nie zważając do Strzemboszyc przybyć.
Wiktor przyznał jej słuszność i tegoż dnia, w którym otrzymał depeszę — wyjechał.
Na drugi dzień spotkawszy Henryka, powiedziała mu o nagłym wyjeździe Wiktora.
— Jesteśmy sami, ja bez opieki, bezbronna — uśmiechała się czarująco. Musi pan się mną opie-. kować pod nieobecność małżonka.
— Z przyjemnością.
— I skracać czas mojej samotności.
— Towarzystwo pani dla mnie jest rzeczą najmilszą — całował ją po rękach łowiąc ogniste spojrzenia czarnych ocząt.
— Czekam więc dziś na pana, ale wcześniej, gdyż może poszlibyśmy razem na obiad?
— A możebyśmy inaczej zrobili? Zjedli obiad u pani, albo... u mnie.
— U pana? Połączone to będzie z kłopotami. Pan sam...
— Ach drobiazgi! A co swoboda to swoboda! Zobaczy pani co przywiozłem z zagranicy.
— — A cóż takiego?
— Obrazy, książki... zobaczy pani. Niechże się pani da namówić, pani Aleksandro! Dawno powinniście byli być u mnie, skoro ja was ciągle nachodzę.
Strzemboszowa chwilę wahała się. Przeczuwała, że ta wizyta może być dla niej momentem kulminacyjnym całego flirtu. To ją podnieciło „będzie czy nie będzie“ — myślała i ta ciekawość, gwałtowna chęć oddania się Henrykowi przeważyła.
— Zgoda panie Henryku — powiedziała wyzywająco. U pana.
— O godzinie?
— Powiedzmy — trzeciej. Homary obowiązkowe, śmiała się.
— Wszystko, wszystko, czego pani sobie życzy, czego pragnie.
— Czy wszystko — roześmiała się wesoło.
— Absolutnie — wszystko — powiedział z naciskiem.
— A zatem do widzenia.
— Co to będzie, jak to będzie — pytała samej siebie — czy też on się odważy skorzystać z sam na sam, czy jego pocałunki, uściski nie zawiodą jej, jeśli nastąpią. Prawie tego była pewna, a jednak niezupełnie, bo jeśli Lubicki u siebie ze chce odegrać tylko rolę gentlemana, przyjmującego żonę swego przyjaciela?
Niespokojna, zdenerwowana o trzeciej zjawiła się w mieszkaniu Henryka. Lubicki mieszkał wytwornie. Miał o wiele większe mieszkanie, niż Strzemboszowie. W gabinecie mnóstwo książek, aż pod sufit przy ścianach. Kosztowne meble, dywany, rzeźby, obrazy wskazywały że Henryk istotnie należał do ludzi bogatych i pracował umysłowo.
Pokój stołowy, sypialny, raczej kobiecy niż męski, także urządzenie miały komfortowe.
Aż się dziwiła Aleksandra tym zbytkom kawalerskiego mieszkania, ale przedewszystkiem zdziwiła się ujrzawszy kryształową zastawę stołu, tonącą formalnie w kwiatach. Była dziwaczną w swoich różnorodnych kształtach i bawiła oko kolorami, świetnie grającemi w blaskach światła. Stół błyszczał i świecił się. Z boku mroziło się wino burgund i szampan. Na środku stołu ułożona piramida z owoców wraz z kwiatami dodawała ożywienia..
— Ach — zawołała Aleksandra — sama już ta zastawa mimowoli każe delektować się całym obiadem.
— Lecz najsmutniejsze to, że niema służby u mnie o tej godzinie, będziemy musieli sami sobie radzić.
— Jak trzeba to trzeba. Ale mieszkanko pańskie naprawdę jest piękne, a zwłaszcza — sypialnia, rozglądała się dyskretnie po białym pokoju Aleksandra, a potem usiadła przed toaletą, aby poprawić włosy. Tuż pod oknem stały ogromne białe bzy, niosące odurzającą woń.
— I te bzy przemiłe — pieszczotliwie spojrzała na kwiaty.
— Słowem — wszystko się pani, widzę, podoba.
Wymownym gestem poprosił ją do jadalni, ujął pod rękę i posadził obok siebie.
— Och i o śliwowicy pan pamiętał, ach homary są, czego tu niema!
— Taką piliśmy na śniadaniu.
— Najlepiej lubię.
Lubicki nalał kieliszki.
— Cudny mój gościu, w twoje rączki pani.
Zaczęły znikać wyszukane kanapki, tartinki, kieliszki po kieliszkach śliwowicy, rozmowa stawała się coraz bardziej ożywioną, kiedy z restauracji przyniesiono zamówiony obiad.
Henryk krzątał się o koło dań, ona pomagała mu wśród śmiechu.
— Tak gospodarujemy, jakbyśmy byli mło-dziutkiem, świeżo upieczonem małżeństwem! Albo narzeczonymi!
— A jesteśmy tylko przyjaciółmi.
Ustawili dania rzędem w srebrnych naczyniach. Lubicki odesłał chłopca z sutym napiwkiem, poczem znów zasiedli oboje przy stole.
— Czy pan nie uważa, że atmosfera przy tym stole zaczyna się; lekuchno podnosić? — — Śmiała się Strzemboszowa, będąc już po czwartym czy piątym kieliszku śliwowicy.
— To wpływ pani, tych gorących oczu namiętnych — pocałował ją w rękę.
— No i pana. Mam także wrażenie, że pan, panie Henryku, należy do takich cichych wulkanów, co to potrafią długi czas nie wybuchać, a potem tak narazi
Podsuwał jej dania i śmiał się.
— Tylko, że szelma wulkan zawsze wali siłą, a szelma Henryczek niestety takiej siły nie posiada, no bo wszystko w życiu zawsze pochyla się ku zachodowi.
— Ooo! I to pan o tem mówi? Pan w sile męskiego wieku! Ej, coś widzę — miało się tam grzeszków z pięknościami niemało! No — proszę się przyznać!
— I nabrało dużego doświadczenia!
— W miłosnych perypetjach z hasłem brać!
— Jeśli można...
— A jak nie wolno.
— No to mówią — prędko.
— — Hahaha — mówi pan... prędko — śmiała się, wcale już dobrze podchmielona śliwowicą i winem.
Prowadzili błyskotliwy djalog, skrzący się dwu-znacznikami, drażniący, denerwujący, który zbliżał oboje do upragnionego celu.
Lubicki raz po raz całował ją po rękach, coraz więcej przysuwał się, ona coraz częściej pochylała się i kokietowała z całą finezją urodzonej bałamutki, że w końcu Henryk nie mógł wytrzymać, aby jej nie pocałować w karczek
Ani zaprotestowała, ani się obraziła, ani udała obrazę, tylko całą famą śmiechu wybuchła z przed chwilą wypowiedzianego dwuznacznika dość kabaretowej treści.
Jego pocałunek przejął ją dreszczem. Nieco odsunęła się i zawołała!
— Ej panie Henryku!
— Ej cudna pani Oleniu! Zdrowie pani — lał szampan, podawał owoce.
Śmiejąc się Aleksandra wstała od stołu.
— Trochę spoczynku, troszeczkę — chichotała się wciąż i podszedłszy do otomany ułożyła się, prosząc o szklankę szampańskiego, które wypiła duszkiem.*
Lubicki przysiadł ^się i zaczął pieszczotliwie całować rączki, a potem w usteczka, a potem ca łował ją bez pamięci, śmiejącą się, rozognioną i oszołomioną winem i nim.
A potem — wężowemi sploty palących się ramion, szałem pożądania porwał ją i wprowadził w ekstazy miłosne...
Prawie świtało kiedy Aleksandra wróciła do siebie wyczerpana, znużona.
Lubicki odwiózł ją, tuląc jeszcze w samochodzie, jeszcze całując podawane mu usta.
Naznaczyła mu nazajutrz spotkanie u siebie nad wieczorem. Tak oboje szaleli dzień dnia, zwiedzali wszystkie wybitniejsze restauracje, dancingi i kabarety, a potem ona spędzała noce u niego albo on u niej po kilka godzin przebywał.
Depesza od męża, żądanie przyjazdu do Strzem-boszyc przerwało rozkoszne, odurzające chwile.
Czy powrócą? Czy miały wrócić jeszcze i jeszcze zabłysnąć tęczowemi uniesieniami, płomienie pożądań przerzucając z duszy w dusze, z serca w serce.
Czy miały znów ich porwać?
Nie wiedzieli. Mieli żal głęboki do życia, że je przerywało. Lubicki zaklinał Aleksandrę, aby nie jechała, aby oddepeszowala, podając za pozór chorobę swoją.
Nie chciała. Tydzień szaleństw zmęczył ją, znużył i choć żałowała rozstania się z Lubickim, rozumiała przecież, że później czy wcześniej nastąpiłoby, rozumiała zresztą iż wyczerpała cały kielich rozkoszy do dna — Lubicki nie mógł jej już nic dać ponadto co wzięła sama odrazu, gwałtownie, a co teraz powtarzałoby się aż do pogaśnięcia ostatnich drgnień tej mocy, która ją popchnęła w jego ramiona.
— Nie mogę tego robić Wiktorowi — muszę jechać — odpowiedziała stanowczo Lubickiemu na jego prośby. A zresztą, a zresztą niema nic pod słońcem wiecznego — nieprawdaż?
— Ach tak? — rzucił przeciągle, ironicznie.
— I nie jesteśmy dziećmi.
— No tak, tak i nie jesteśmy dziećmi — powtórzył.
— Ludźmi honorowymi.
— I ludźmi honorowymi — powiedział patrząc na nią tak żałośnie, tak błagalnie, że się jej żal zrobiło tego ładnego chłopaka, który nie zawiódł jej nadziei, ani oczekiwania.
— Dałam ci wszystko czegoś pragnął i sama wzięłam od ciebie czego chciałam — a teraz panie Henryku — podkreśliła panie, jadę do męża i spróbuję być przykładną małżonką.
Rozśmieszyła go końcowemi słowy.
— Pan się śmieje?
— Bo w to nie wierzę choć zamiary mogą być najszczersze..
— Nie wierzy pan? — westchnęła niepewna siebie.
Było ostatnie ich widzenie się serdecznie czułe, lecz krótkie. Tejże nocy Aleksandra wyjechała na wieś.
Lubicki powróciwszy z dworca do siebie uczuł niesłychaną pustkę i nudę. Tyle chwil spędził z nią, najcudniejszą ze swoich kochanek, a teraz...
„Ale ona miała słuszność1* — powiedział do siebie półgłosem — przechadzając się po gabinecie „Niema nic stałego pod słońcem“ — wszystko przemija. Wiedziała tak samo jak i on, że namiętność, która ich splotła, rozluźniłaby później. ramiona, złożyła ostatni pocałunek na ich ustach i zniknęła bezsilna. „Przeleciała przez moje życie jak meteor czy jeszcze nawiedzi? — zamyślił się, — kto wie“...
I cały ten stosunek krótki gwałtowny, bez wstrząsów nagle zerwany wydał mu się, jakgdyby pocałunek róży przez motyla w promieniach słońca.
Ogarnęła go tęsknota, za nią otoczyła nicość życia.
Warszawa straciła na uroku.
W parę dni obawiając się, aby za powrotem Strzemboszów nie zdradzić się czemkolwiek przed Wiktorem z tego, co zaszło pomiędzy nim a nią, napisał piękny list pożegnalny do obojga i wyjechał do rodziców na wieś, planując stamtąd dłuższą podróż do Indji.
Romans ze Strzemboszową uważał za najcudowniejszą kartę swego życia.
XXII.
Dwa tygodnie ciężkiej choroby pani Eweliny, dwa tygodnie smutku i przygnębienia w pałacu strzemboszyckim, dwa tygodnie zwolna gasnącej tęsknoty Aleksandry za Henrykiem i nawrotu jej do uczuć do męża wobec którego nie czuła się winną, ale była nieśmiałą teraz, jakby zalęknioną przez popełniony czyn.
Bądź co bądź — mówiła do siebie — zastanawiając się nad sobą, Lubickim i mężem, zawiodłam jego bezgraniczne zaufanie, że będę tylko należała do niego.
I oto chwile rozkoszy przeżyte w ramionach tamtego, poczęły ją nurtować, gnębić, poczęły ją truć.
Przypomniała sobie, że kłamstwa zgubiły narody, fałsz zaprzepaścił niejedno piękno, razem były powodem nieraz zbrodni i nikczemności, a gubiąc narody, gubiły jednostki.
Ilekroć Wiktor całował ją, pieścił, chciało się jej wołać, krzyczeć — „nie całuj, nie pieść, nie łudź się, że tylko do ciebie należałam, ja wprowadziłam w życie nasze fałsz, ja oparłam je na kłamstwie, nie masz szczęścia już dla nas“.
Ale w tej chwili jakiś spazm chwyta! ją za krtań, jakiś strach przed okrutną przyszłością kazał jei milczeć. I milczała.
Smutna, zaduma, rozstrojona siadywała przy chorej pani Ewelinie, lub snuła się po pałacu, albo u siebie w pokoju z głową opartą na dłoniach szukała wyjścia dla swoich zwątpień, dla rehabilitacji postępku.
I Wiktor i jego matka całe to zachowanie się kładli na karb wielkiego jej przywiązania się do nich, próbowali ją uspokajać. Nawet panna Beret wciąż’jej twierdziła, ’> że pani Ewelina wyzdrowieje, bo kryzys minął, więc niema czego się smucić.
Słuchała takich zapewnień, blado uśmiechając się. A kiedy już nie mogła ze względu na istotne polepszanie się stanu zdrowia matki, zasłaniać jej chorobą swego smutku, popełniła nowe kłamstwo, przyznając się któregoś wieczoru przed mężem, gdy znaleźli się we dwoje, że nietylko rozstroiła ją choroba jego matki, ale również rozstraja tęsknota za dzieckiem.
Wiktor sposępniał. Wiedział, że fatalny wypadek, któremu uległa w Strzemboszycach, operacja ciężka na zawsze wykluczała macierzyństwo. Milczał dotąd, nie chciał jej martwić, ukrywał prawdę jako lekarz i mąż, sam zresztą zupełnie pewny nie był, czy przyszłość nie odwróci od nich tej goryczy, o czem myśleć nawet nie chciał, sam pragnąc potomstwa.
Z jego pochmurnych oczu, jakgdyby raptem zgaszonych domyśliła się, że coś ukrywa przed nią. Intuicją kobiecą odgadywała prawdę, ale nie pytała o nic przeczuwając to: co on taił przed nią, uspokajając, że po chorobie, którą przeszła niedaw no, musi jej organizm przyjść do siebie, a to wymaga czasu.
Mówił niepewnie, załamującym się głosem.
A ona wysnuła z tej rozmowy, z domysłów swoich daleko idące myśli.
Byłabyż to kara z góry, kara za przewidziany błąd? Więc miała być pozbawiona dziecka?
Pod upływem takich myśli, świadomości, że nigdy nie zostanie matką odezwał się w niej instynkt macierzyński dotąd cicho drzemiący w głębinach jej duszy, instynkt kochania własnego dziecka, wychowania go jak rośliny cudnej.
Byłażby to kara? — pytała sarna siebie wylękła i nieustannem krążeniem pomiędzy różnemi męczącemi ją zagadnieniami rozstrajała się coraz więcej, uciekając od samotności bo w takich właśnie chwilach najwięcej się dręczyła. Życie jest piękne i ciekawe — ale co to jest szczęście ludzkie, na czem ono polega — pytała raz męża, gdy stali złączeni w uścisku i patrzyli przez werandę w parkową głąb śnieżnym całunem przykrytą, tworzącą bajkową krainę tajemniczego piękna.
— Co to jest szczęście ludzkie, Wiktorze?
— Szczęście? Jakież to Oieńko nieuchwytne! Szczęście — zależy jak dla kogo. Dla mnie szczęściem ty jesteś, wielka szlachetna wzniosła miłość.
Drgnęła.
Nie było to dla niej szczęściem i już nigdy nie mogło być.
Przed wyjazdem ze wsi otrzymali jeszcze list od Lubickiego.
Wyjechał aż do Indji. Uciekł przed nimi, przed nią. I lepiej, lepiej, że się nie zobaczą tak prędko.
Cóżby mu powiedziała, jak z nim postępowała? Jakżeby ją drażnił wobec Wiktora. Boże! Napewno sobie nić z tego wszystkiego nie robi, potęskni, zapomni i zostanie to dlań jako jedna z kart życia wolnego człowieka, nie mogącego opierać się pięknu kobiecemu.
A ona?
Kiedyż się skończy ta jej serdeczna męka? Czem zdoła ją okupić, jakiem poświęceniem uciszyć przeklęty głos wewnętrzny nie dający spokoju?
Niema, wpatrując się w śnieżne głębie parkowe myślała o tem, szukając w świetlanych błękitach, w ciszy rozwieszonej pomiędzy klombami drzew białych odpowiedzi.
Ale przestworza i białe dale milczały, śląc tylko smutek, melancholję wlewając do duszy i serca.
I doszła Aleksandra do przekonania, że pomiędzy nią a mężem będzie istniał wieczysty cień, przysłaniający promienną ich miłość, którą sama zdeptała.
KONIEC.