Dyskusja indeksu:PL Bronte - Villette.djvu

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

Świetnie zapoczątkowany przez Walter-Scotta w pierwszej ćwierci XIX stulecia rozkwit powieści angielskiej osiągnął swć j punkt szczytowy w piątym i szóstym dziesiątku tego wieku, zaznaczając się w dziejach literatury twórczością Dickensa, Thackeray‘a oraz całego szeregu pierwszorzędnych autorów i autorek. Utwory ich sprawiły, że piśmiennictwo angielskie, niezależnie od poważnych osiągnięć swoich w tym czasokresie w dziedzinie poezji, historji i krytyki literackiej, zwłaszcza t. zw. essay‘ów, nosi miano „wieku powieści
Do najwybitniejszych spośród współczesnych Dickensowi i Thackeray‘owi powieściopisarek angielskich należą trzy siostry Bronte: Charlotta, Emilia i Anna, znane pod pseudonimami, jakich używały: Currer, Ellis i Acton Bell (imiona przybrane od pierwszych liter ich imion rzeczywistych). Urodzone, jako córki duchownego anglikańskiego pochodzenia irlandzkiego, Patryka Bronte, (Charlotta
— w 1816, Emilia — w 1818 i Anna — w 1820) wystąpiły na widownię literacką po raz pierwszy w 1846, wydając łącznie własnym nakładem niewielki tomik poezji, podpisany wszystkimi trzema pseudonimami. Dziełko to, stanowiące obecnie raczej ciekawostkę literacką, pozbawione jest większej wartości poetyckiej, nie zyskało też w swoim czasie poważniejszego uznania. Rychło, a raczej równocześnie, przerzuciły się wszystkie trzy siostry na niwę powieściową. Emilia wystąpiła z utworem „Wuthering Heights“ (Wichrowe wyżyny)*) Anna z powieścią * ) Powieść ta wydana została przed kilku laty po polsku pod tytułem „Szatańska miłość“ w przekładzie Janiny Sujkowskiej (Wydawń. „Biblioteki Groszowej“).
„Agnes Grey“, zaś pierwociną Charlottv była powieść „The Professor‘. Emilia i Anna umarły wkrótce potem, pierwsza w 1848, druga — w 1849, nie pozostawiwszy więcp: godnych zaznaczenia utworów.
Charlotta Bronte — Currer Bell — ustaliła swoją sławę powieściopisarki dwoma utworami nade wszystko: „Jane Eyre“ i „Villette“, wyróżniającymi się wielką na owe czasy śmiałościa ooglądów, stworzeniem szeregu mocnych postaci osób działajacych, a nade wszystko niezwykle wnikliwą znajomością duszy kobiecej. W obu tych powieściach, podobnie jak w utworach Dickensa, przeważa element autobiograficzny oraz to, co stanowi na jbardziej znamienną cechę utworów powieściowych Charoltty Bronte: wprowadzony przez nią, po raz pierwszy bodaj do beletrystyki angielskiej, tak modny obecnie pierwiastek reportażowy. Przy właściwym danej epoce nastawieniu romantycznym znajdują w jej powieściach wierne odtworzenie ówczesne stosunki społeczne, uwydatnione w osobibiście zaobserwowanych przez autorkę przejawach. Ze względu na te walory przełożone zostały jej powieści na wszystkie nieomal języki europejskie. Podana tutaj w przekładzie powieść jej „Villette“ słusznie uważana jest przez krytykę wszechświatową za najudatniejszy i najbardziej interesujący ze wszystkich utworów powieściowych Charlotty Bronte. Zawiera on żywe zobrazowanie pensji żeńskiej w Brukselli, oparte na icłasnych przeżyciach autorki, która była zrazu uczennicą a potem nauczycielką języka angielskiego w tym zakładzie wychowawczym. Materiał autobiograficzno-reportażowy użyty tu został jedynie za tło nowieści, w której osnowę artystycznie wpleciony został pełen wdzięku romans, czyniący z „Villet.te“ charakterem swoim utwór prawdziwie klasyczny. Słynne wydawnictwo „Oxford University Press“ pomieściło też „Villette“ w rzędzie t. zw. „The World‘s Classics“ (Utworów klasycznych literatury wszechświatowej). Podany poniżej przekład nołski tej powieści dokonany został z tego właśnie wydania oxfordskiego.
Wymownym świadectwem ducha epoki ówczesnej w
Anglii i na kontynencie jest opisana w „Villette“ scysja na tle religijno-wyznaniowym, jaka miała rzeczywiście miejsce na owej pensji żeńskiej, powodując nawet decydujące poróżnienie sie autorki z przełożoną.
Przedwczesna w 1855 śmierć Charlotty Bronte w rok niespełna po jej zamążpójściu za pana Nichollsa, długoletniego wikarego jej ojca, ułożyła kres jej tak pięknie zapowiadającej się twórczości. Ostatnim utworem była powieść „Shirlev“, która nie miała jednak tak wielkiego powodzenia, jak „Jane Eyre“ i „Villette“.
Obszerny, wydany w formie książkowej w r. 1857, życiorys Charlotty Bronte zawdzięczamy współczesnej jej pisarce, Elżbiecie Gaskell, ogłaszającej swoje utwory pod nazwiskiem panieńskim: Sterenson. Ciekawe również studium o życiu i pracach Charlotty Bronte ogłosił Thackeray w miesięczniku „Cornhill Magazine“ w 1860.
R. CENTNERSZWEROWA.
ROZDZIAŁ I
BRETTON
Moja chrzestna matka mieszkała w ładnym domu starożytnego, schludnego miasta Bretton. Rodzina jej męża osiadła tutaj od szeregu pokoleń, nosząc nawet nazwisko jednobrzmiące z nazwą kolebki jej rodu: Brettonowie z Bretton. Czy stało się to jedynie dzięki osobliwemu zbiegowi okoliczności, czy też daleki jakiś przodek ich był osobistością odpowiednio wybitną i dostatecznie doniosłego znaczenia, aby przekazać nazwisko swoje zamieszkiwanej przez niego okolicy? — nic mi o tym nie wiadomo.
Kiedy byłam małą dziewczynką, jeździłam do Bretton dwa razy do roku mniej więcej, zawsze rada bardzo tym odwiedzinom. Dom i jego mieszkańcy szczególnie przypadali mi do gustu. Obszerne, ciche pokoje, starannie dobrane umeblowanie, wielkie, jasne okna, balkon zewnętrzny, wychodzący na piękną, starą ulicę, na której zdawał się stale panować nastrój niedzielnie odświętny
— taka cicha i spokojna była jej atmosfera, takie czyste jej chodniki i jezdnia. Wszystko to podobało mi się niezmiernie. W domu, zajmowanym przez samych ludzi dorosłych, bywa zazwyczaj jedyne znajdujące się wśród nich dziecko przedmiotem ogólnego zainteresowania. I mną również wielce interesowała się — w sposób zrównoważony — pani Bretton, owdowiała, zanim jeszcze poznałam ją i mająca jedynego syna tylko. Jej mąż, lekarz, umarł, kiedy była jeszcze młodą i przystojną kobietą.
Nie pamiętam jej młodą, była jednak w czasie, kiedy ją poznałam, wciąż jeszcze przystojna, wysoka, dobrze zbudowana, i, mimo że miała ciemną cerę, jak na Angielkę, jaśniały zawsze smagłe policzki jei rumieńcem zdrowia, tryskającego również z jej pieknvch, pogodnie patrzących na świat, czarnych oczu. Uważano powszechnie za godny pożałowania fakt, że nie przekazała cery swoiej synów, którego oczv bvłv niebieskie — jakkolwiek już nawet w jego ’wieku chłopięcym nader przenikliwe — a także koloru długich jego włosów, których barwy nie odważali się iego przviaeiele określać ściślej, nazywając je złotymi, ilekroć padał na nie blask słońca. Odziedziczył, natomiast, po matce, rysy twarzy, jak również białe jei zeby, jei wzrost (a raczej zapowiedź wzrostu, nie był jeszcze bowiem rozwinięty w pełni), a nade wszystko, co znacznie lepsze, jej nieskazitelne zdrowe oraz jej usposobienie równe i pogodne, warte więcej, aniżeli posiadanie naiwiększej fortuny.
Na jesieni roku... bawiłam w Bretton, dokąd zabrała mnie moja matka chrzestna, przyjechawszy po mnie do krewnych moich, u których stale mieszkałam w owym czasie. Przypuszczam, że wówczas już przewidywać musiała przyszły bieg wypadków, których ja osobiście nie podejrzewałam nawet, jakkolwiek nieokreślone, mętne przeczuwanie ich wystarczało do omroczenia cieniem smutku ówczesnego mojego życia; zadowolona też byłam z tej zmiany środowiska i otaczających mnie w nim osób.
Czas upływał dla mnie zawsze mile przy boku mojej matki chrzestnej, nie z zawrotna szybkością wprawdzie, ale łagodnie, niby wezbrana rzeka, przepływaiąca przez równinę. Moje odwiedziny u niej podobne były do pobytu Christiana i Hopeful nad pewnym miłym strumykiem, obsadzonym po obu brzegach zielonymi drzewami i łąkami, pięknie pstrzącymi się przez cały rok liliami i innym kwieciem. Nie było tu uroku urozmaicenia, ani podniety nieprzewidzianych wydarzeń; tak jednak lubiłam spokój i tak mało żądna byłam podniet, że kiedy przyszły WTeszcie, odczułam je raczej jako niepożądane zakłócenie spokoju, żałując, że nie pozostały z dala ode mnie.
Pewnego dnia nadszedł list, którego treść była dla pani Bretton niespodzianką, a zarazem niemile ją zaskoczyła. Myślałam w pierwszej chwili, że to wiadomość od moich krewnych, donoszących o Bóg wie jakiej katastrofie; nie było jednak w liście żadnej wzmianki o.mnie. Chmura zdawała się rozpraszać.
Nazajutrz, kiedy, po powrocie z długiej przechadzki, weszłam do zajmowanej przeze mnie sypialni, zastałam w niej niespodziewaną zmianę. Oprócz mojego francuskiego łóżka, któremu charakter mile ocienionego ustronia nadawały osłaniające je kotary, stało w rogu udrapowane na biało łóżeczko, a oprócz mojej komody — mała komódka z różanego drzewa.
Wpatrzyłam się zdumiona.
— Co oznaczają te sprzęty? — zapytałam.
Odpowiedź była wyraźna i jasna.
— Przybywa nowy gość. Pani Bretton oczekuje jeszcze kogoś.
Przy obiedzie, na który zeszłam niebawem, wyjaśniło się wszystko. Otrzymam niebawem towarzyszkę, małą dziewczynkę, córeczkę przyjaciela i dalekiego krewnego nieboszczyka doktora Brettona. Dziewczynka ta — objaśniono mnie — straciła niedawno matkę, jakkolwiek — dodała pani Bretton — strata nie była tak wielka, jak mogłoby zrazu zdawać się. Pani Home (tak brzmiało nazwisko rodziców spodziewanego małego gościa) była kobietą bardzo przystojną, ale płochą, zaniedbującą swoję dziecko i sprawiającą mężowi swoiemu wiele rozczarowań i zawodów. Związek ich okazał się tak bardzo daleki od małżeńskiej harmonii, że doszło wreszcie do separacji, za zgodą obopólną, bez przeprowadzenia tej sprawy przez sądy. Rychło po tym, pani Home, przemęczywszy się zbytnio na balu, zaziębiła się, zapadła na gorączkową jakąś chorobę i wkrótce umarła. Mąż jej, człowiek wielce uczuciowy i wrażliwy z natury, wstrząśnięty pazbyt nagłym zakomunikowaniem mu tej wiadomości, wmówił sobie — i nie podobna było przekonać go, aby mogło być inaczej — że nadmierna jego surowość względem żony, brak cierpliwości i wyrozumiałości dla niej, przyczyniły się do przyśpieszenia tragicznego jej końca. Tak bardzo trapił się tą myślą, że oddziałało to w końcu nader ujemnie na jego psychikę. Lekarze zalecili mu odbycie dłuższej podróży, licząc na skuteczny wpływ zupełnej zmiany warunków i otoczenia. Pani Bretton zaofiarowała się zaopiekować na ten czas jego małą córeczką.
— Mam nadzieję — rzekła moja chrzestna — że dziecko nie wda się w matkę i nie będzie taką płochą, trzpiotowatą, o ptasim móżdżku zalotnicą, z jaką prawdziwe rozsądnemu człowiekowi nie wpadłoby na myśl żenić się. Pan Home może być, co prawda, uważany za człowieka rozsądnego — po swojemu — jakkolwiek niezbyt praktycznego. Bozmiłowany w nauce, spędza pół życia w laboratorium na robieniu doświadczeń — czego motylkowata jego żona nie była nigdy w stanie zrozumieć, ani znieść. — Muszę przyznać — dodała szczerze moja chrzestna matka — że i mnie samej nie bardzo podobałoby się to.
Na zadane jej przeze mnie w tej sprawę zapytanie wyjaśniła mi w dalszym ciągu, że, jak utrzymywał nieboszczyk jej mąż, odziedziczył pan Home naukowTe swoje upodobania po WTiju z linii macierzystej, znanym francuskim uczonym. Albowiem pan Home był pochodzenia mieszanego: francuskiego i szkockiego, i miał zamieszkałych we Francji krewnych, z których niejedni pisali woje nazwisko z poprzedzającym je arystokratycznym „d e“ i uważali ród swój za szlachecki.
Tego samego wieczora wysłany został służący na spotkanie kolasy pocztowej, którą miał przybyć nasz mały gość. Pani Bretton i ja siedziałyśmy w salonie w oczekiwaniu na przyjazd dziecka, same ze względu na nieobecność Johna Grahama, który pojechał w odwiedziny do jednego ze swoich kolegów szkolnych, mieszkającego na wsi. Moja matka chrzestna skracała sobie czas oczekiwania czy taniem gazety wieczornej, a ja szyłam. Noc była burzliwa i słotna, deszcz siekł o szyby, wiatr dął nieustannie, zawodząc żałośnie.
„Biedne dziecko!’1 — wzdychała pani Bretton od czasu do czasu. Jaka okropna pogoda do podróżowania! Chciałabym, aby znalazła się już bezpiecznie tutaj.4Ł
Na krótko przed dziesiątą jęknął dzwonek przy drzwiach wejściowych oznajmiając powrót Warrena (tak nazywał się wysłany po małą służący). Jak tylko zdążono otworzyć drzwi na dole, zbiegłam do hallu, gdzie stał już kufer oraz kilka pudeł tekturowych, przy nich młoda piastunka, zaś u podnóża schodów Warren, niosący na rękach i tulący do siebie jakiś poowijany w szale tłomoczek.
— Czy to jest przywiezione dziecko? — zapytałam.
— Tak, proszę panienki.
Chciałam odwinąć szale, aby zobaczyć twarz małej, pośpiesznie jednak odwróciła ją ona i ukryła na ramieniu Warrena.
— Proszę mnie spuścić na podłogę — szepnęło dziecko cichutkim głosikiem w chwili, kiedy Warren otwierał drzwi salonu — i zdjąć ze mnie ten szal — dodało, usiłując równocześnie wyciągnąć maleńką rączką szpilkę, przytrzymującą szal, aby z rodzajem kapryśnego pośpiechu, zrzucić z siebie niezdarne opatulenie. Istotka, która wyłoniła się z pod niego, zrobiła umiejętną próbę złożenia szala, okazał się on jednak zbyt ciężki i wielki, aby mogła mu sprostać siła drobniuchnych rączek i ramion.
— Proszę to dać Harriet — rozkazała maleńka — już ona złoży go jak trzeba.
Po wydaniu tego rozporządzenia zwróciła się ku pani Bretton, w której twarzy utkwiła badawcze spojrzenie.
— Chodź, kochanie — zachęciła pani Bretton. — Muszę zobaczyć czy nie przemokłaś i nie przeziębłaś. Chodź, ogrzejesz się przy kominku.
Dziecko pośpieszyło na to wezwanie. Uwolniona z opatulenia figurka jej okazała się niepomiernie drobna, zarazem zgrabniuchna, lekka jak piórko, przedziwnie kształtna i pociągająca. Siedząc na kolanach mojej matki chrzestnej sprawiała wrażenie lalki raczej, niż dziecka. Podobieństwo do lalki potęgowała w moich oczach jej szyjka, cieniuchna i delikatna jak utoczona z wosku, a także główka okryta gąszczem jedwabistych loków.
Pani Bretton, rozcierając rączki, nóżki i ramiona małej, przemawiała do niej krótkimi, pieszczotliwymi zdaniami. Dziecko zrazu odpowiadało na nie wpatrywaniem się w starszą kobietę z wnikliwą ciekawością, rychło jednak opromienił jej twarzyczkę uśmiech pełen ujmującego wdzięku. Pani Bretton nie należała na ogół do osób nazbyt łatwo i hojnie darzących pieszczotami; nawet w stosunku do wielbionego przez nią jedynego syna rzadko dawała powodować się sentymentem, często wręcz przeciwnie nawet, była, czy udawała, oschłą. Kiedy jednak ta drobna dziecina uśmiechnęła się do niej, pocałowała ją i zapytała:
— Jak cię zwą, ptaszyno?
— Panienką.
— A jak jeszcze, prócz panienki?
— Polly — nazywa ją ojczulek.
— A czy Polly chętnie zamieszka u mnie?
— Nie na zawsze; tylko dopóki nie powróci ojczulek. Odjechał — dodała, potrząsając wymownie główką.
— Ojczulek powróci do swojej Polly, albo przyśle po nią.
— Na pewno powróci, proszę pani? Czy pani wie o tym?
— Myślę, że tak.
— A Harriet myśb, że nie; przynajmniej, że nie tak prędko. Jest chory.
Oczy jej zaszkliły się łzami. Wysunęła rączkę z ręki pani Bretton i spróbowała zsunąć się z jej kolan, napotkawszy wszakże na opór, rzekła:
— Chciałabym zejść już, proszę pani. Mogę siedzieć na stołeczku.
Pani Bretton pozwoliła jej ześlizgnąć się, a wówczas mała wzięła stołeczek i przeniosła go do kącika, pogrążo nego w najgłębszym cieniu i tutaj usiadła pośpiesznie. Pani Bretton, jakkolwiek natura władcza, a w rzeczach poważnych nieubłaganie stanowcza nawet, bywała często bierna i ustępliwa w drobiazgach: nie sprzeciwiała się też dziecku, pozostawiając małej wolną wolę.
— Nie zwracaj na nią uwagi na razie — ostrzegła mnie.
Ja jednak wróciłam na małą uwagę, a raczej nie odwracałam ani na chwilę uwagi od niej, obserwując ją, opierającą drobny łokietek na drobniuchnym kolanku, a główkę na rączce. Dostrzegłam, że wyjęła z lalczynej kieszonki lalczynej spódniczki swojej czworokątna cieniuchną szmateczkę batystu, która miała służyć jej za chustkę do nosa. Po chwili do wyjątkowo wrażliwych uszu moich doleciał cichutki odgłos łkania. Inne dzieci zwykły, kiedy je coś boli czy smuci, płakać głośno, hałaśliwie, nie wstydząc się, ani powstrzymując łez. Ta maleńka istotka, natomiast, łkała prawie niedosłyszalnie, od czasu do czasu tylko zdradzając swoje wzruszenie leciuchnym pociąganiem powietrza noskiem. Pani Bretton nie słyszała tego, na szczęście. Niebawem głosik, dochodzący z ciemnego kąta, zapytał:
— Czy można zadzwonić na Harriet?
Zadzwoniłam. Wezwana piastunka przyszła niebawem.
— Trzeba mnie położyć do łóżka — rozkazała jej malutka pani. — Musisz zapytać się, gdzie będę spała.
Harriet wyjaśniła, że zdążyła już dowiedzieć się o tym.
— Zapytaj, czy wolno ci będzie spać ze mną — powtórzyła mała.
— Nie, panienko — odparła Harriet. — Ma panieneczka spać w jednym pokoju z tą panią — wskazała głową na mnie.
„Panieneczka44 nie wyszła z ciemnego swojego kąta, zauważyłam jednak, że jej oczy szukają mnie. Po paru chwilach niemego takiego badania wyłoniła się ze swojego kącika.
— Życzę pani dobrej nocy — rzekła, zwracając się do pani Bretton, mnie wszelako ominęła w milczeniu.
— Dobranoc ci, Polly — powiedziałam.
— Nie ma potrzeby mówić mi dobranoc; mamy przecież spać w tym samym pokoju — odpowiedziała, po czym znikła poza drzwiami salonu. Usłyszałyśmy jeszcze tylko propozycję Harriet zaniesienia jej na górę.
— Nie ma potrzeby — brzmiała powtórnie ta sama odpowiedź. — Nie ma potrzeby! Nie ma potrzeby! — wołała, wspinając się mozolnie po schodach, jak nas objaśnił o tym odgłos wleczenia za sobą wyraźnie znużonych drobnych stopek.
Kiedy w godzinę później przyszłam do sypialni położyć się spać, zastałam małą wciąż jeszcze czuwającą. Ułożyła poduszki w ten sposób, aby mogły podtrzymać ją w pozycji siedzącej: obie rączki jej spoczywały na kołdrze, splecione gestem osobliwie nie dziecięcej cichej rezygnacji. Przez jakiś czas nie odzywałam się do niej, przed samym wszakże zgaszeniem świecy poradziłam jej, aby położyła się lepiej.
— I to przyjdzie — brzmiała odpowiedź.
— Ale zaziębisz się w ten sposób, mała panienko.
Wzięła z krzesła, stojącego przy jej łóżeczku drobną jakąś sztukę ubrania i narzuciła ją sobie na ramionka. Pozwoliłam jej robić co chciała. Wsłuchując się przez chwilę poprzez ciemności, zdałam sobie sprawę, że maleńka wciąż jeszcze płacze, usiłuje jednak czynić to możliwie najciszej i najpowściągliwiej.
Obudziwszy się o świcie, usłyszałam kapanie wody, ściekającej jak gdyby cienką strużką. Spojrzałam w stronę, skąd dochodził ten odgłos i ujrzałam małą Polly, która wstała już i, wdrapawszy się na krzesło przy umywalni, z wysiłkiem przechylała dzbanek (którego nie była w stanie udźwignąć i podnieść), aby przelać jego zawartość do miski. Ciekawy był widok jej myjącej się i ubierającej. Drobna jej figurka uwijała się przy tych czynnościach tak żywo, a zarazem tak bezszelestnie! Widoczne było, że nie przywykła obywać się przy ubieraniu bez cudzej pomocy: guziki, haftki, wstążeczki, tasiemki i dziurki do przewlekania ich przez nie nastręczały jej wiele trudności, które usiłowała pokonywać z wzruszającą wytrwałością. Złożyła porządnie swoją koszulkę nocną, wygładziła jak tylko umiała najlepiej fałdy swojego posłania, po czym, cofnąwszy się do kącika, w którym ukrywały ją zwoje drapujących łóżeczko białych muślinowych firanek, zachowywała się cichutko. Uniosłam się na łóżku i wyciągnęłam głowę, aby zobaczyć co robi. Klęczała, oparłszy czoło na dłoniach. Widocznie było, że odmawia pacierze.
Piastunka jej zastukała do drzwi. Mała zerwała się.
— Jestem ubrana, Harriet — rzekła. — Sama się ubrałam, na pewno jednak nie jestem pozapinana porządnie. Popraw na mnie wszystko.
— Dlaczego panieneczka ubrała się sama?
— Cicho, Harriett! Nie mów tak głośno, żeby nie obudzić tej dziewczyny (oczywiste było, że mówi o mnie, przypuszczając, że śpię, ponownie bowiem położyłam się i zamknęłam oczy) — Ubrałam się umyślnie sama, żeby umieć, jak odjedziesz ode mnie.
— Czy panieneczka chce, żebym odjechała?
— Kiedy byłaś zła, nieraz chciałam, żebyś odeszła od nas, ale teraz nie. Zawiąż mi porządnie szarfę w pasie i przygładź mi włosy, jak się należy, proszę cię.
— Szarfa panieneczki leży jak ulana. Jaka z panieneczki porządnicka.
— Nie, nie, trzeba zawiązać ją jeszcze raz. Proszę cię, zrób to.
— Dobrze już, dobrze. Ale jak pojadę, musi panieneczka prosić tę młodą panią, żeby dopomogła przy ubieraniu się.
— Za nic w świecie.
— Dlaczego? Jest bardzo miła. Spodziewam się, że panieneczka będzie grzeczna dla niej i nie będzie zadzierała na nią nosa po swojemu.
— Nie chcę, żeby mnie ubierała! Nie chcę, słyszysz? Za żadne skarby!
— Śmieszne z panieneczki stworzenie.
ViUette 2 ]J
— Nie robisz mi równego przedziału, Harriet. Będzie znów pokręcony.
Kto by tam kiedy dogodził panience. No, a teraz dobrze?
Tak sobie. Dokąd mam iść teraz, kiedy jestem ubrana?
— Zaprowadzę panieneczkę do pokoju śniadaniowego.
— Dobrze. Chodźmy.
Skierowały się ku drzwiom. Nagle mała zatrzymała eię.
— O, Harriet, dlaczego to nie jest dom ojczulka! Nie znam tych wszystkich ludzi!
— Niech panieneczka będzie grzeczna. Nie kaprysi.
— Jestem grzeczna, ale boli mnie tutaj — dotknęła ręką okolicy serca i, pojękując z cicha, wyszła z pokoju.
Ojczulku! Ojczulku! — zawodziła płaczliwie.
Podniosłam się, aby położyć kres tej scenie, dopóki jeszcze można było zapobiec gwałtownemu wybuchowi.
— Niech panienka powie dzień dobry młodej pani — nakazała Harriet.
Rzuciła pośpiesznie „dzień dobry“, po czym wyszła za piastunką z pokoju.
Harriett wyjechała tego samego dnia, udając się do znajomych swoich, mieszkających w sąsiedztwie.
Zeszedłszy na dół, zastałam Paulinę (dziecko mówiło o sobie, jako o Polly, pełne jej wszakże, nie zdrobniałe imię brzmiało: Paulina Maria), siedzącą tuż przy stole śniadaniowym obok pani Bretton. Stał przed nią kubek mleka, a mała kromka chleba wypełniała jej rączkę, leżącą bezczynnie na obrusie. Mała nie jadła.
Nie mam pojęcia jak damy sobie radę z tym stworzonkiem — zwróciła się do mnie moja matka chrzestna po śniadaniu i odejściu Polly. — Nic nie bierze do ust, a po jej oczach i po jej całej twarzy poznać wyraźnie, że nie spała.
Uspokoiłam panią Bretton, wyrażając ufność we wpływ czasu i serdecznego obchodzenia się z dzieckiem.
— Gdyby polubiła kogoś w naszym domu, przyzwyczaiłaby się wkrótce, nie wcześniej jednak — odparła Dani Bretton.
ROZDZIAŁ n
PAULINA
Upłynęło kilka dni i, jak się zdawało, trudno było liczyć, aby dziecko miało polubić kogoś szczególniej w domu nowej swojej opiekunki. Nie była właściwie niegrzeczna, ani kapryśna: nie podobna byłoby nawet nazwać jej nieposłuszną, trudno wszakże znaleźć istotę, która mniej niż ona nadawałaby się do ukojenia jej, do kierowania nią, a chociażby do przystosowania jej do nowych warunków. Była zgnębiona, tak wyraźnie zgnębiona, że żadna osoba dorosła nie mogłaby równie bezsprzecznie wyrażać smutku swego układem twarzy i całej postaci. Żadne pożłobione zmarszczkami oblicze dorosłego wygnańca, tęskniącego za Europą i przebywającego na antypodach lądu europejskiego, nie mogłoby zdradzać wyraźniejszych oznak tęsknoty za domem rodzinnym, aniżeli twarzyczka tego dziecka. Zdawała się starzeć, szczupleć i mizernieć w oczach. Ja osobiście, nie obdarzona udręką nazbyt bujnej i przeczulonej wyobraźni, dziwnego zawsze doznawałam uczucia, ilekroć, otworzywszy drzwi, zastawałam małą samą jedną, przykucniętą w kącie i opierającą główkę na drobniuchnej rączce. Pokój, w którym przebywała, wydawał mi się nie zamieszkały, ale nawiedzony przez zjafrę upiorną.
A kiedy znów, budząc się w noc księżycową, dostrzegałam jej maleńką, białą figurkę, wyraźnie odcinającą się w nocnęj swojej koszulce, klęczącą na łóżku i modlącą się żarliwie, ni to gorąca katoliczka czy metodystka — sprawiała na mnie wrażenie świętej w ekstazie zachwycenia. Nie wiedziałam wówczas co mam o tym my śleć, czułam jednak, że fantazjuję tak samo niezdrowo i nielogicznie, jak ta, trawiona niedziecięcą tęsknotą, mała dziewczynka.
Rzadko podchwytywało ucho moje pojedyńcze słowa jej modlitwy, tak cichuteńko ją szeptała; czasem nawet była jej modlitwa zupełnie niema, nie wypowiadana artykułowanymi dźwiękami. O ile jednak, w rzadkich chwilach udawało mi się rozróżnić jakieś słowa, było nimi niezmienne wezwanie: „Ojczulku, drogi mój ojczulku!“
Zrozumiałam, że mam przed sobą jednotorową organizację duchową, zdradzającą skłonności maniakalne, które uważałam zawsze za największą klęskę, jaką może być dotknięta natura ludzka, bez różnicy mężczyzn, czy kobiet, nimi obciążonych.
Trudno przewidzieć, do czego mogłoby w końcu doprowadzić małą jej samoudręczanie się, gdyby trwało w dalszym ciągu, nie udaremnione przez nikogo. Na szczęście wszakże, uległ nastrój dziecka nagłemu niespodziewanemu zwrotowi.
Pewnego dnia pani Bretton, chcąc wydostać małą z kąta, w który stałe zaszywrała się, i zająć czymś jej umysł, posadziła ją na ławeczce pod oknem i poleciła jej policzyć ile pań i ilu panów przejdzie ulicą w ciągu określonego czasu. Ale dziecko siedziało tępo, obojętnie, nie patrząc prawie, a już na pewno nie Ucząc, kiedy nagle — nie spuszczałam z niej przez cały czas oczu — dostrzegłam na jej twarzy zmianę błyskawiczną. Takie niebezpiecznie przewrażliwione (jak to się zwie) natury, nastręczają wiele ciekawych spostrzeżeń obserwującym je osobom, szczęśliwie chronionym — dzięki chłodniejszemu ich temperamentowi — i przed podleganiem nierównym takim nastrojom i czczemu fantazjowaniu. Wpatrzone w jeden punkt oczy dziewczynki rozpaliły się, drobne, stale nachmurzone czołko rozjaśniło eię promiennie, wyraz smutku i zgnębienia znikł jak gdyby zdmuchnięty czarem z jej twarzyczki, ustępując miejeca nagłemu ożywieniu i podnieceniu.
— Tak! To on! — zerwało się z jej ust.
I, z szybkością ptaka, czy wyrzuconej z cięciwy strzały, pomknęła z pokoju. W jaki sposób udało jej się otworzyć ciężkie drzwi wejściowe na dole, nie mam pojęcia, chyba że szczęśliwym dla niej trafem były uchylone. A może zetknęła się z Warrenem, który nie mógł oprzeć się jej żądaniu — wyobrażam sobie, jak dalece natarczywemu i gwałtownemu! Faktem jest w każdym razie, że wypatrując z zaciekawieniem przez okno, ujrzałam maleńką figurkę w czarnej sukience i w zgrabnym, drobno zaplisowanym fartuszku (nie podobna było skłonić Polly do noszenia ochraniających całą sukienkę fartuchów, tak wielki żywiła do nich wstręt) biegnącą pędem przez połowę długości jezdni i w chwrili, kiedy zamierzałam zwrócić się do pani Bretton, aby ostrzec ją, że mała wybiegła jak oszalała na ulicę i że należałoby natychmiast pośpieszyć po nią, ujrzałam dziecko, pochwycone przez kogoś i ukryte na czyjejś piersi zarówno przed moim okiem, jak przed zdumionymi spojrzeniami przechodniów. Porwania tego dokonał jakiś pan, który teraz, osłoniwszy maleńką swoim płaszczem, skierował 6ię wraz z nią ku domowi, skąd wybiegła.
Przypuszczałam, że odda dziecko służącemu, a sam odejdzie, wbrew mojemu przewidywaniu jednak, wszedł i on także i, po zatrzymaniu się przez chwilę na dole, towarzyszył małej na górne piętro.
Sposób przyjęcia go prrez panią Bretton ujawnił mi od razu, że osoba jego była jej dobrze znana. Powitała go serdecznie, wydając się jednak spłoszona, zdziwiona i nieco niemile zaskoczona. Niemy wyrzut, jaki przybyły wyczytał znać w jej spojrzeniu, skłonił go do wyjaśnienia:
— Nie byłem w stanie oprzeć się, droga pani; nie mogłem opuścić kraju, nie przekonawszy się osobiście, czy moja maleńka przyzwyczaiła się do nowego otoczenia.
— Pańskie przybycie znów ją od niego odzwyczai.
— Mam nadzieję, że nie. I cóż, jak się ma i co pora^ bia najsłodsza kruszynka ojczusiowa?
Z pytaniem tym zwrócił się do Pauliny, siadając na krześle i stawiając ją na posadzce przed sobą.
— Jak się ma i co porabia kruszynka ojczusiowa? — powtórzyła zapytanie, przytulona do kolan ojca i wpatrzona w zachwyceniu w twarz jego.
Była to cicha i poza tymi kilkoma słowami niema scena, tak głęboka wszakże wzruszająca dzięki modlitewnemu nieledwie skupieniu, w jakim się odbyła, że tym bardziej gnębiące sprawiła na mnie wrażenie. Przy wszelkich, niepowściąganych siłą woli, nieopanowanych wybuchach sprawia widzowi ulgę poczucie pewnej ich śmieszności, i stąd wzgardy dla nich; za najbardziej przytłaczającą, natomiast, uważałałam zawsze tego rodzaju wrażliwość, która gnębi siłą własnej potęgi — olbrzym niewolnik uginający się pod panowaniem trzeźwego rozsądku.
Pan Home był mężczyzną o surowych — może nawet powiedzieć należałoby o twardych — rysach; czoło miał pobrużdżone, kości policzkowe wystające. Była to twarz typowo szkocka, w oczach jego wszakże malowała się niezwykła u Szkotów głębia uczucia, w tej chwili ujawnionego wyraźnie w podnieceniu, jakiego niezdolny był pokonać. Jego północny akcent w mowie harmonizował z całokształtem jego fizjonomii. Wyglądem 6woim sprawiał zarazem wrażenie człowieka dumnego i prostolinijnego.
Położył dłoń swoją na podniesionej ku niemu główce dziecka, które szepnęło:
— Pocałuj swoją Polly, ojczulku!
Pocałował ją. Pragnęłam usłyszeć z ust dziecka jakiś okrzyk spazmatyczny, który przyniósłby mi ulgę i przywróciłby mi spokój. Mała zachowywała się wszakże zadziwiająco cicho: jak gdyby spełniło się wszystko czego pragnęła i dlatego była upojona szczęściem i radością.
Nie przypominając rodzica swojego ani rysami ani wyrazem twarzy, była przecież nieodrodną jego córką: usposobienie jej kształtowało się pod jego wpływem, umysł jej zapełniony był treścią jego umysłu, niczym filiżanka — płynem wlanym do niej z flakonu.
Pan Home umiał niewątpliwie po męsku panować nad sobą, niezależnie od uczuć jakie miotały nim w ukryciu w stosunku do pewnych spraw.
— Polly — rzekł, wpatrzony w małą swoją córeczkę — zejdź do hallu; leży tam na krześle moje palto; przeszukaj jego kieszenie, znajdziesz w jednej z nich chustkę do nosa, którą przyniesiesz mi tutaj.
Usłuchała od razu, poszła i powróciła szybko, czekając posłusznie z chustką w rączce. Wyglądała prawdziwie jak obrazek z tą swoją zgrabną, drobniutką figurką, opartą o kolana Home‘a. W idząc jednak, że ojciec nie przestaje rozmawiać, jak gdyby nieświadomy jej powrotu, ujęła jego rękę, otworzyła nie opierające się temu gestowi palce, wsunęła pomiędzy nie chustkę i zamknęła je ponownie na niej. Przez chwilę zdawał się w dalszym ciągu nie widzieć małej i nie czuć jej obecności, rychło jednak pochylił się ku niej i posadził ją na swoich kolanach, a ona przytuliła się do niego i, mimo że żadne z nich ani nie patrzyło na drugie, ani też nie zamieniło słowa w ciągu godziny z rzędu, byli, jak przypuszczam, oboje zadowoleni w pełni.
Podczas herbaty popołudniowej ruchy i zachowanie się małej istotki sprawiały, jak zazwyczaj, prawdziwą rozkosz oczom obecnych. Zaczęła od pokierowania Warrenem jak ma ustawić krzesła.
— Proszę postawić krzesło mojego ojczulka tutaj, a moje tuż obok, pomiędzy ojczulkiem a panią Bretton: muszę podać mu jego herbatę.
Usiadła i wskazała obok siebie miejsce ojcu.
— Usiądź obok mnie, jak gdybyśmy byli u nas w domu.
A potem, kiedy wzięła dla niego filiżankę napełnioną herbatą, którą własnoręcznie osłodziła i do której wlała śmietankę, dodała:
— Zawsze w domu robiłam to dla ciebie; nikt nie umiał ci tak dogodzić, jak ja, nawet ty sam, ojczulku, nie umiałeś.
Przez cały czas posiłku uwijała się w dalszym ciągu, usługując ojcu, w sposób zabawnie niedorzeczny chwilami. Szczypce do cukru były za wielkie na jedną z rączek, musiała też użyć obu przy posługiwaniu się tym instrumentem. Podźwignięcie srebrnego dzbanuszka do śmietanki, półmiska z kromkami chleba z masłem, a nawet filiżanki i spodeczka było zadaniem przerastającym siły jej i możność; odważnie jednak usiłowała sprostać mu, manewrując każdym z tych przedmiotów z kolei, szczęśliwie też podołała wszystkiemu, nie przelawszy nic, ani nie uszkodziwszy. Prawdę mówiąc, uważałam ją za małą kręcicką, ojciec jej wszakże, zaślepiony, jak wszyscy rodzice, zdawał się z wielkim zadowoleniem przyjmować jej usługi, cudownie nawet ukojony jej krzątaniem się dokoła niego.
— To jedyna moja pociecha w życiu — nie mógł powstrzymać się od uczynienia wyznania pani Bretton. Moja matka chrzestna miała taką samą własną „pociechę44, niezrównanie tylko większych rozmiarów, wr danym momencie nieobecną w domu, w zupełności też potrafiła zrozumieć i odczuć słabą stronę swojego gościa.
Ta druga „pociecha44 ukazała się na widowni tego samego jeszcze wieczora. Wiedziałam, że na ten dzień oznaczony był jego powrót, zdawałam też sobie sprawę, że pani Bretton pozostawała od rana już wT transie oczekiwania. Siedzieliśmy wszyscy po herbacie dokoła kominka, kiedy przyłączył się i Graham także do naszego koła. Należałoby raczej powiedzieć: przerwał je i wprowadził zamieszanie do niego; zjawienie się młodego chłopca wywołało oczywiście nagły rozgwar, wTobec tego zaś, że świeżo przybyły pościł przez cały dzień, jak utrzymywał, trzeba było zakrzątnąć się dokoła solidngo nakarmienia go. On i pan Home przywitali się jako dawni dobrzy znajomi; na małą dziewTczynkę nie zwTrócił Graham na razie wcale uwagi.
Po ukończeniuposiłku i odpowiedzeniu na niezliczone pytania matki, wstał chłopiec od stołu i usiadł przy kominku. Naprzeciwko niego siedział pan Home i tuż przy nim dziecko. Mówiąc o niej jako o dziecku, używam niewłaściwego, bynajmniej nie określającego jej wyrażenia. Pojęcie „dziecko“ nasuwa wszystko inne raczej, aniżeli wizję poważnej, skupionej małej osóbki w żałobnej sukience i białym fartuszku, mogącymi nadawać sie równie dobrze na ubranie większych rozmiarów lalki. Osóbka ta umieszczona była na wysokim krzesełku obok stolika z jej białą, z politurowanego drzewa szkatułką do ręcznych robót i trzymała w rączce kawałek batystu, który pilnie obrębiała, przekłuwając go raz w raz igłą, podobną w jej paluszkach do rożna kuchennego nieledwie. Manewrując nią nieporadnie, kłuła się wciąż i pozostawiała na białym batyście szereg maleńkich czerwonych plamek; od czasu do czasu wzdrygała się, ilekroć przekorne narzędzie wymykało się spod jej władzy nad nim i wpijało się głębiej niż zazwyczaj w maleńki paluszek. Nie ustawała jednak w pracy, cicha wciąż, pilna, przejęta dokonywanym zadaniem, prawdziwa mała kobietka.
Graham był w owym czasie przystojnym szesnastoletnim wyrostkiem, którego wygląd nie wzbudzał jednak nazbyt wielkiego zaufania do jego solidności. Zaznaczam ten rys nie dlatego, aby chłopiec miał być w istocie szczególnie przewrotny z natury, ale dlatego, że określenie to wydaje mi się odpowiednie do opisania jasnej, celtyckiej (nie saksońskiej) jego urody, jego falujących jasno-kasztanowatych włosów, jego smukłej, kształtnej postaci oraz często goszczącego na jego twarzy uśmiechu, nie pozbawionego ani pociągającego uroku, ani przebiegłości (nie w ujemnym sensie jednak). Psutym, samowolnym chłopcem był w owym okresie.
Przez dłuższy czas przyglądał się w milczeniu drobnej figurynce, siedzącej naprzeciw niego z poważną skupioną minką, a kiedy chwilowa nieobecność w pokoju pana Home^ przestała zmuszać go do nieśmiałego półuśmiechu — jedynego u niego objawu onieśmielenia — zwrócił się do pani Bretton.
— Mamo — rzekł — widzę w naszym towarzystwie młodą damę, której nie miałem dotychczas zaszczytu być p rzedstawionym.
— Masz pewno na myśli małą córeczkę pana Home‘a
— odparła matka.
— Tak, w samej rzeczy, łaskawa pani — skłonił się syn. — Uważam jednak sposób wyrażania się łaskawej pani za nazbyt mało ceremonialny; mówiąc o młodej damie, którą mam na myśli, nazwałbym ją panną Home.
— Słuchaj, Grahamie, nie pozwolę ci droczyć się z dzieckiem. Nie wyobrażaj sobie, że zgodzę się abyś zrobił z niej twoją ofiarę.
— Łaskawa pani — zwrócił się do małej, nie stropiony bynajmniej naganą z ust matki — czy mogę mieć zaszczyt przedstawienia się pani, skoro nikt inny nie zdradza chęci wyświadczenia pani ani mnie tej uprzejmości? Powolny sługa łaskawej pani, John Graham Bretton.
Spojrzała na niego wstającego z krzesła i składającego przed nią głęboki ukłon. Odłożyła rozważnie naparstek, nożyczki i robotę, zeszła ostrożnie z wysokiego krzesła i dygając przed nim nisko z niewypowiedzianą powagą, przywitała go uprzejmym: — „Jak się pan ma?“
— Cieszę się pozostawaniem w dobrym zdrowiu, nieco tylko znużony jestem pośpieszną podróżą. Mam nadzieję, łaskawa pani, że i panią także widzę dobrze się mającą. ^
— Wcale znoń...śnie — brzmiała ambitna odpowiedź małej kobietki, która, po wypowiedzeniu jej, usiłowała zająć uprzednie wysokie swoje stanowisko; czując jednak, że nie będzie mogła tego dokonać bez pewnego wysiłku i niezgrabnego wspinania się pod górę — a nie mogła przecież narazić w ten sposób na szwank swojej godności — z drugiej zaś strony nie decydując się za nic na świecie na szukanie cudzej pomocy w obecności tego młodego panicza, zrzekła się wysokiego krzesła na korzyść niskiego stołeczka. Ku stołeczkowi temu przysunął Graham swoje krzesło.
— Mam nadzieję, łaskawa pani, że jej obecna rezyden cja, dom mojej matki, wydaje się pani odpowiednią siedzibą?
— Nie nade — z wy — czaj — nie; chciałabym wrócić do domu.
— Zupełnie naturalne i godne pochwały dążenie, łaskawa pani; będę jednak czynił co tylko będzie w mojej mocy, aby przeciwstawić mu się. Liczę na to, że uda mi się uzyskać dzięki pani odrobinę cennego pierwiastka, zwanego zabawą, której matka moja i tu obecna panna Snowe nie były zdolne zapewnić mi.
— Wyjadę z moim ojczulkiem i nie będę długo pozostawała u matki łaskawego pana.
— Tak, tak, pozostanie pani u nas, ze mną, jestem pewien. Mam kucyka, na którym będzie pani jeździła i mnóstwo książek z obrazkami, które będę pani pokazywał.
— Czy i pan będzie mieszkał teraz tutaj?
— Mieszkam tutaj. Jest pani z tego zadowolona? Podobam się pani?
— Nie —.
— Dlaczego?
— Wydaje mi się pan jakiś dziwny.
— Moja twarz, ła«kawa pani?
— Twarz pana i wszystko w panu. Ma pan długie czerwone włosy.
— Kasztanowate, jeśli łaska: mama nazywa je kasztanowatymi, czy złotymi. Tego samego zdania są o nich wszystkie jej przyjaciółki. Ale nawet z moimi „długimi czerwonymi włosami44 (potrząsnął z rodzajem triumfu bujną swoją czupryną, o której on sam dobrze wiedział, że ma płowy odcień, i dumny był z tej lwiej jejbarwy)
— nie mógłbym być dziwniejszy niż wasza łaskawrość, szanowna pani.
— Nazywa mnie pan dziwną?...
— Oczywiście. (Po chwili milczenia).
— Myślę, że powinnam już iść spać.
— Takie małe stworzonko powinnoby od wielu godzin już być w łóżeczku, ale czekała pani na pewno na mnie, aby przyjrzeć mi się jak wyglądam, prawda?
— Nie. Wcale nie.
— Jestem pewien, że powodem tego opóźnionego pójścia spać była chęć korzystania z przyjemności, jaką darzy moje towarzystwo. Wiedziała pani, że przyjadę dzisiaj i stąd to czekanie na możność zobaczenia mnie?
— Nie poszłam spać dlatego, że jest tutaj mój ojczulek, a wcale nie kto inny. ^
— Ślicznie, łaskawa pani. Stanę się na pewno ulubieńcem pani: polubi pani wkrótce moje towarzystwo bardziej jeszcze, niż towarzystwo swego ojczulka, ośmielę się wyrazić przypuszczenie.
Powiedziała dobranoc pani Bretton i mnie; zawahała się, niepewna czy Graham zasługuje na te same względy, ale on w tej samej chwili pochwycił ją i uniósł w górę jedną ręką i tą jedną ręką trzymał ją wysoko ponad swoją głową. Odbicie własne w tej pozycji ujrzała w lustrze, zamieszczonym nad kominkiem. Nagłość, i łobuzowska bezceremonialność tego gestu, a nade. wszystko okazany przez Grahama brak szacunku dla jej osoby, były nie do zniesienia. Mógłby się pan wstydzić, panie Grahamie! — krzyknęła„z oburzeniem — proszę mnie spuścić! — A kiedystanęła ponownie na własnych nogach na podłodze, dodała z powaga: — Ciekawa jestem, co pomyślałby pan o mnie, gdybym chciała zrobić to samo z panem i podniosła pana jedną ręką (pogroziła mu imponującą górną swoją kończyną) jak służący Warren podnosi małą kotkę. Powiedziawszy to, wyszła z godnością z pokoju.
ROZDZIAŁ III
TOWARZYSZE ZABAWY
Pan Home pozostał dwa dni. Przez cały czas pobytu nie podobna było skłonić go do wyjścia z domu: siedział przez cały czas przy ogniu kominkowym, chwilami w milczeniu, czasem znów słuchając uprzejmie uwag i zapytań pani Bretton i odpowiadając na nie. Gawędy pani Bretton były odpowiednio dostrojone do chorobliwie zgnębionego nastroju jej gościa. — Umiała być nie nazbyt litującą się, zarazem jednak współczującą i rozsądną; zdobywała się nawet na ton macierzyński. Była o tyle starsza od niego, że mogła sobie pozwolić na podobną rolę.
Co się tyczy małej Polly, była ona równocześnie uszczęśliwiona i milcząca, pochłonięta i czujna. Ojciec często sadzał ją sobie na kolana; siedziała wówczas cichutko, przytulona do niego, dopóki nie poczuła, czy też nie wyobraziła sobie, że zaczyna on kręcić się niespokojnie. Zwracała się wówczas do niego, mówiąc:
— Spuść mnie, ojczulku, na podłogę, zanadto ci ciążę.
Z tymi słowami zsuwał się potężny ciężar z ojcowskich kolan na dywan, na którym przykucał przy samych nogach „ojczulka“, wydostawszy z białej swojej skrzynki do robót ręcznych poplamiony kx-wią batystowy kwadracik. Miała to być, jak się zdawało, chusteczka, przeznaczona na upominek dla „ojczulka“, musiała więc być obrębiona przed jego wyjazdem; stąd pilność małej szwaczki, nie zdolnej odrobić więcej niż kilkanaście ściegów w ciągu pół godziny.
Wieczór, sprowadzający Grahama pod dacii macierzyński (cały dzień spędzał chłopiec w szkole), był dla nas równocześnie hasłem wzmożonego ożywienia — nie osłabionego bynajmniej scenami, jakie rozgrywały się nieodmiennie pomiędzy nim a „panną Pauliną Home“.
Wynikiem jej oburzenia za jego zachowanie się pierwszego wieczora był pełen wyniosłej obcości, sposób traktowania przez nią zuchwalca: stałą jej odpowiedzią, ilekroć zwracał się do niej, było:
— Nie mogę dotrzymać panu towarzystwa: mam o tylu innych rzeczach do myślenia.
Na błagania, aby wyjawiła o jakich rzeczach, odpowiadała:
— O ’ważnych interesach.
Graham próbował skusić ją otwieraniem swojego biurka i opróżnianiem go z niezmiernie różnorodnej jego zawartości: wyjmował śliczne pieczątki, barwne pałeczki wosku, scyzoryki z rozmaitymi napisami, niektóre nawret wesoło kolorowane, i skrzętnie przez niego gromadzone. Nie można było nawet utrzymywać, aby kuszenie to miało być zupełnie daremne: spojrzenia małej, rzucane ukradkiem sponad roboty, zerkały z zaciekawieniem w stronę biurka, usianego pociągającymi obrazkami. Rycina z wizerunkiem dziecka bawiącego się z wiernym swoim towarzyszem, potulnym wyżłem, upadła na podłogę, jak gdyby przypadkiem.
— Ładny piesek! — zaw’ołała zachwycona.
Graham przezornie udawał, że nie słyszał jej słów. Po chwili, wysunąwszy się ze swojego kącika, podeszła bliżej, aby móc lepiej obejrzeć śliczny obrazek. Nie była w stanie oprzeć się czarowi wielkich oczu psa i długich jego uszu, a także kapelusza i strojnej sukienki dziecka.
— Ładny obrazek! — przyznała łaskawie.
— Proszę go sobie wTziąć, jeśli się jaśnie panience podoba — rzekł Graham.
Zdawała się wahać. Chęć posiadania ślicznego obrazka była przemożna, przyjęcie byłoby jednak ustępstwem z krzywdą własnej godności. Nie. Odłożyła rycinę i odeszła.
— Nie chcesz więc jej wziąć, Polly? — zapytał, prze chodząc w zwracaniu się do niej na ton naturalnie poufały, koleżeński.
— Nie. Wolę nie. Dziękuję.
— Chcesz wiedzieć co zrobię z tą ryciną, jeśli jej nie weźmiesz?
Zawróciła w połowie drogi, aby wysłuchać.
Potnę ją na fidibusy do zapalania świecy.
— Nie!
— Właśnie, że tak zrobię.
— Proszę, nie!
Graham pozostał jednak nieugięty pomimo jej błagalnego tonu i wyjął nożyczki z koszyka do robót swojej matki.
Uwaga, tnę! — rzekł, robiąc groźny gest. — Widzisz, tędy, przez sam środek głowy Fida, i przy tym odetnę połowę nosa małemu Harry.
— Nie! Nie! Nie!
— To chodź do mnie! Ale pręciutko, bo inaczej zrobię co mówię.
Zawahała się, ociągała się chwilkę, i wreszcie uległa.
— A teraz, chcesz ją mieć?
— Proszę.
— Ale będę żądał zapłaty.
— Ile?
— Całusa.
— Proszę naprzód dać mi obrazek do ręki.
Teraz Polly z kolei sprawiała wrażenie podstępnej. Graham dał jej rycinę. W tej samej chwili wymknęła 6ię swojemu wierzycielowi i uciekła do ojca, znajdując bezpieczne schronienie na jego kolanach. Graham udał wielce zagniewanego i poskoczył za nią. W strachu przed nim ukryła twarz w fałdach ojcowej kamizelki.
— Ojczulku!... Ojczulku!... Każ mu odejść!
— Nie odejdę! — zagroził Graham.
Z odwróconą twarzą wyciągnęła rączkę gestem odpychającym, aby nie dopuścić go do siebie.
— W takim razie pocałuję cię w rękę — rzekł — w tej samej chwili jednak rączka zacisnęła się w miniaturową piąstkę, która wymierzyła mu zapłatę w drobnej monecie, nie podobnej bynajmniej do pocałunku.
Graham — na swój sposób nie ustępując przebiegłością małej towarzyszce zabaw — odskoczył mocno skonfundowany na pozór, i rzucił się na kanapę, tuląc głowę do poduszki, jak gdyby w przystępie gwałtownego bólu. Polly, zdumiona jego milczeniem, zerknęła na niego ukradkiem. Twarz chłopca i ręce ukryte były w dłoniach. Zaniepokojona, odwróciła się w jego stronę, nie schodząc jednak z kolan ojca, i wpatrywała się z niepokojem w swojego przeciwnika. Graham jęknął.
— Ojczulku, co mu się stało? — szepnęła.
— Sama go lepiej zapytaj, Polly. ^ Czy uderzyłam go tak mocno? (Powtórny jęk).
— Sądząc z jego jęków, należałoby przypuścić, że bardzo mocno — odparł pan Home. Mamo — jęknął Graham słabym głosem — myślę, że należy chyba posłać po doktora. O! Moje oko! (ponowna cisza, zakłócona tylko jękami Grahama).
— Co będzie jeżeli oślepnę?! — zawołał.
Krzywdzicielka jego nie była w stanie znieść podobnej myśli.,.
— Proszę mi pokazać oko; nie chciałam trafić w nie, tylko w usta. Nie przypuszczałam, że uderzyłam tak bardzo mocno.
Odpowiedzią było milczenie. Twarzyczka jej zaczęła drgać.
— Tak mi przykro! Tak mi przykro!...
Wzruszenie znalazło ujście w łkaniu.
— Dość już dręczenia dziecka! — oburzyła eię pani Bretton.
— To tylko żarty, moja pieszczotko — zawołał pan Home.
W tej chwili Graham podniósł się nagłym skokiem, raz jeszcze porw ał ją wysoko w górę, a ona powtórnie ukarała go i, targając go za lwią czuprynę, obsypywała go gradem wyzwisk:.....
— Ty najniegodziwszy, najgorszy, niejniegrzeczniej szy człowieku! Ty najstraszniejszy kłamczuchu, jaki tylko może być na całym świecie!
Z rana w dniu wyjazdu pana Home‘a on i jego córka odbyli rozmowę sam na sam, ukryci na ławeczce za firankami okiennymi. . ~ Czy uie mogłabym zapakować mojej skrzynki i pojechać razem z tobą, ojczulku/ — szepnęła zupełnie poważnie.
Potrząsnął przecząco głową.
— Sprawiłabym ci kłopot?
— Tak, Polly.
— Dlatego, że jestem mała?
Dlatego, że jesteś mala i wątła. Podróżowrać mogą tylko dorośli, sihii ludzie. Nie miej jednak takiej smutnej minki, małe moje kochanie; łamiesz mi tym serce. Ojczulek powróci wkrótce do swojej Polly.
— Nie jestem wcale smutna, wcale nie jestem smutna, ojczulku. ^ Przykro byłoby mojej Polly, gdyby miała sprawić ból swojemu ojczulkowi, prawda?
— Jeszcze przykrzej niż przykro.
W takim razie moja Polly musi być wesoła: nie płakać przy pożegnaniu i nie smucić się po moim wyjeździe. Musi myśleć o tym, że będziemy znów rychło razem i starać się być wesołą do tego czasu. Czy mogę liczyć na to, że moja ptaszyna będzie się starała być wesołą?
— Będzie się starała.
— Wierzę, że tak będzie. Żegnaj więc, kochanie. Czas już na mnie.
— Teraz?! Już teraz?!...
Podała ojcu drgające usteczka. Ojciec jej załkał, ale ona — zauważyłam to — nie płakała. Zsunąwszy ją ze swoich kolan, uścisnął na pożegnanie ręce wszystkich obecnych i odjechał.
Kiedy drzwi wejściowe do hallu zaniknęły się za nim,
Yillette 3 oq opadła na kolana przy krześle z okrzykiem: — „Ojczulku!“
Okrzyk był przyciszony, ale przeciągły. Brzmiało w nim bolesne pytanie: — „Dlaczego opuściłeś mnie?.. Widziałam że przez pierwszych kilka minut dziecko cierpi męki. W tym krótkim ułamku swojego dziecięctwa doznała wzruszeń, jakich nie przeżywają niektórzy nigdy. Leżało to w jej naturze, zapowiadając, że czeka ją więcej takich chwil, o ile będzie żyła. Nikt nie przemówił ani słowa. Pani Bretton, jako matka, uroniła kilka łez. Graham, zajęty pisaniem, podniósł głowę i utkwił wzrok w Polly. Ja, Lucy Snowe, nie zatraciłam równowagi.
Mała istotka, pozostawiona w ten sposób w spokoju i nie nagabywana przez nikogo, dokonała dla samej siebie tego, czego nikt inny nie mógłby dla niej uczynić — pogodziła się z bólem nie do zniesienia, jak się zdawało, i niebawem opanowała go nawet. Ani tego dnia, ani następnego nie byłaby zdolna przyjąć pocieszania jej przez nikogo. Stopniowo, z czasem, stała się bardziej bierna.
Trzeciego wieczora, kiedy, cicha i zgnębiona, siedziała na podłodze, Graham, który wszedł do pokoju, podniósł ją łagodnie, nie mówiąc ani słowa. Nie opierała mu się, przytuliła się nawet do niego, jak gdyby wyczerpana. Kiedy usiadł, złożyła główkę na jego ramieniu i po chwili zasnęła; uśpioną zaniósł na górę do jej łóżeczka. Nie byłam wcale zdziwiona, kiedy, nazajutrz z rana pierwszym jej pytaniem było:
— Gdzie jest pan Graham?
Traf chciał, że Graham nie zeszedł tego dnia na śniadanie. Miał do napisania wypracowanie jakieś, które zmuszony był wręczyTć tego rana jeszcze nauczycielowi w klasie, poprosił więc matkę, aby przysłała mu filiżankę herbaty do jego pokoju. Polly sama zaofiarowała się, że zaniesie ją: musi przecież zająć się czymś, dbać o kogoś. Filiżanka, nalana po brzegi, została jej powierzona; mimo że była małą kręcicką, odznaczała się wielką starannością i ostrożnością. Pokój, w którym Graham odrabiał lekcje, położony był naprzeciwko pokoju śniadaniowego, a że oba pokoje miały drzwi jedne naprzeciwko drugich po obu stronach przedzielającego je kurytarza, mogłam łatwo śledzić małą okiem.
Co pan robi.’1 — zapytała, wchodząc do pokoju Grahama.
— Piszę. ’ )’ | ’ “Tj
— Dlaczego nie przychodzi pan na śniadanie, żeby zjeść je razem ze swoją mamą?
— Jestem zanadto zajęty.
— Chce pan dostać śniadanie?
— Naturalnie.
— Proszę, przyniosłam je.
Rzekłszy to, postawiła filiżankę na dywanie, niby dozorca więzienny, przynoszący więźniowi kubek wody do drzwi jego celi, i cofnęła się. Po chwili powróciła.
— Co pan chciałby dostać do jedzenia... oprócz lierba ty? —,
— Coś dobrego. Przynieś mi coś szczególnie dobrego, jak prawdziwa dobra mała kobietka.
Polly powróciła do pani Bretton.
— Proszę, niech pani pośle swojemu synowi coś bardzo dobrego.
— Sama wybierz dla niego, Polly. J ak myślisz, co mamy posłać mu?
Mała wzięła po porcji ze wszystkiego co było najlepsze na stole, ale niebawem powróciła, prosząc szeptem o osobliwą jakąś marmeladę, której tu nie było. Otrzymała żądany przysmak (pani Bretton nie odmawiała nigdy niczego swojemu spadkobiercy) i wnet potem usłyszeliśmy Grahama, wychwalającego pod niebiosa małą swoją opiekunkę i przyrzekającego jej, że jak będzie miał własny dom, przyjmie ją za gospodynię, a może nawet — o ile okaże prawdziwy talent kulinarny — za kucharkę. Kiedy, po zaniesieniu Grahamowi owej żądanej marmelady, nie powróciła do jadalni, poszłam po nią i zastałam oboje, ją i Grahama, śniadających tete a tete. Stała obok niego i dzieliła jego porcję, z wyjątkiem marmelady, której z wielkim taktem nie chciała tknąć w obawie, aby, jak przypuszczam, nie wydawało się, że postarała się o nią zarówno ze względu na samą siebie, jak na niego. Stale ujawniała podobnie miłe porywy, świadczące o niezwykłej delikatności uczuć.
Związek przyjaźni, zadzierzgnięty w ten sposób, nie rozwiał się już pośpiesznie. Okazało się wprost przeciwnie, że czas i okoliczności przyczyniły się raczej do umocnienia niż do osłabienia go. Mimo że oboje byli jak można najbardziej niedobrani wiekiem, płcią, dążeniami i wszystkim w ogóle, w niewytłumaczony wszelako sposób mieli sobie wzajem bardzo wiele do powiedzenia. Co się tyczy Polly, zauważyłam, że jej właściwa natura ujawniała się w pełni jedynie w towarzystwie młodego Brettona. Kiedy na dobre już oswoiła się i przywykła do domu pani Bretton, okazała się dzieckiem łatwym do prowadzenia. Moja matka chrzestna zupełnie dobrze dawała sobie z nią radę. Całymi dniami siadywała dziewczynka na stołeczku u stóp pani Bretton, ucząc się zadanych lekcyj, albo też szyjąc, czy pisząc cyfry szyferkiem na tabliczce, nigdy jednak nie odzywając się z niczym oryginalnym, ani też nie zdradzając żadnego przebłysku osobliwej swojej natury. Przestałam też obserwować ją w tych warunkach, ile że nie mogła budzić w takich chwilach większego zainteresowania. Kiedy wszakże wieczorem rozlegało się pukanie do drzwi powracającego do domu Grahama, dokonywało się w małej przeistoczenie momentalne. W jednej sekundzie była na górnym podeście klatki schodowej. Jej powitanie bywało stale wymówką, albo groźbą.
— Nie wytarłeś (tykała go już) jak się należy nóg o słomiankę. Powiem twojej mamie!
— Już jesteś, mała wiercipięto?!
— Tak, ale nie możesz mnie dosięgnąć. Stoję wyżej niż ty — chwaliła się, wysuwając główkę przez pręty balustrady (nawet podnosząc się na czubki palców, nie mogła przechylić się ponad nią).
— Polly!
— Co, drogi chłopcze? (tak nazywała go często, prze jąwszy od jego matki ten sposób zwracania się do niego).
— Umieram ze zmęczenia — oświadczał Graham, opierając się o ścianę pasażu i udając zupełne wyczerpanie. — Dr Digby, nasz dyrektor, dokonał mnie do reszty, zbijając mnie całkiem z nóg dodatkowymi zadaniami. Zejdź na dół i dopomóż mi zanieść na górę książki i zeszyty. |,
— O, wiem! wiem! Chcesz mnie złapać!
— Wcale nie. Mówię najprawdziwszą prawdę. Jestem słaby jak trzcinka. Zejdź dopomóc mi.
— Oczy twoje są spokojne, jak u burej kotki, ale boję się, że skoczysz na mnie.
— Ja?! Skoczyć?! Nic podobnego! Nie mam sił do skakania. Zejdź, a przekonasz się.
— Może nawet zeszłabym, jeżeli mi przyrzekniesz, że nie tkniesz mnie; że nie porwiesz mnie w górę i nie będziesz kręcił mną jak wiatrakiem.
— 0! Nie byłbym w stanie tego zrobić! — jęczał, osuwaiac sie bezsilnie na krzesło.
— No, dobrze; połóż książki na pierwszym schodku, a sam odejdź o trzy kroki w tył.
Kiedy stawało się wedle jej życzenia, zbiegała na dół, nie spuszczając oka z osłabionego Grahama. Oczywiście, że jej zbliżenie się galwanizowało go od razu, budząc w nim nagły, gwałtowny przypływ sił: zabawa musiała udać się w tych warunkach. Czasem wpadała w prawdziwy gniew, czasem jednak odbywało się wszystko względnie gładko; słyszeliśmy ją w takich razach mówiącą przy prowadzeniu go po schodach.
— A teraz, drogi chłopcze, chodź i napij się herbaty. Jestem pewna, że potrzeba ci tego.
Zabawnie było obserwować ją siedzącą przy Grahamie podczas jego posilania się. W jego nieobecności była cichą, milczącą osóbką; przy nim ożywiała się od razu, zaaferowana, nadskakująca mu, ruchliwa jak żywe srebro. Przychodziło mi nieraz na myśl, że lepiej byłoby, gdyby myślała więcej o sobie i była spokojniejsza. Nic 33 z tego jednak: jej własna osoba schodziła zupełnie na drugi plan; cała jej uwaga zaprzatnięta była nim wyłącznie. W jej pojęciu nie mógł hvć ani dostatecznie, ani dość starannie obsłużony; wielki Mogoł był w jej oczach niczym w porównaniu z nim. Gromadziła dokoła niego jeden po drugim wszystkie półmiseczki i koszyki z pieczywem i ciastem, a kiedy należało już przypuścić, że miał pod ręką wszystko, czego mógł zapragnąć, wpadała na nowy jeszcze pomysł.
Proszę pani — przybiegała, szepcąc na ucho pani Bretton; — „Może syn pani chciałby zjeść ciastko — wiem, że iest tutaj* — wskazywała paluszkiem na kredens. Pani Bretton była z zasady przeciwna jedzeniu ciastek do herbaty, prośba Polly bywała jednak szczególnie natarczywa. — Jedno maleńkie ciasteczko, proszę pani tylko dla niego — musi przecież jeszcze raz iść do szkoły — dziewczętom takim jak ja i jak panna Snowe, nie jest potrzebne dogadzanie, ale jemu — tak. Lubi tak bardzo ciastka...
Graham w istocie bardzo lubił ciastka i prawie stale dostawał je. Należy oddać mu sprawiedliwość, że miał zawsze najszczersze intencje dzielenia się nimi z tą, której je zawdzięczał. Nigdy jednak nie zgadzała się na to. Naleganie na nią w tej mierze było niezawodnym sposobem zepsucia jej humoru na cały wieczór. Jedyną nagrodą, jakiej pragnęła za swoje starania, była możność krzątania się przy nim, stania przy jego kolanach i zagarniania podczas tych posiłków na wyłączną swoią własność całej jesro uwagi i jego towarzystwa, nie zaś dzielenia się z nim słodyczami.
Ze zdumiewającą gotowością przystosowywała się do tematów, które mogły go interesować. Można było pomyśleć, że dziecko to nie ma własnego życia, ani własnych zainteresowań, musi więc z konieczności żvć, poruszać się i istnieć cudzymi. Teraz, kiedy ojciec jej był daleko, przylgnęła do Grahama, zdając się być zdolną do odczuwania jego wrażliwością jedynie, istnieć jego istnieniem wyłącznie. Umiała wyliczać z pamięci nie tylko wszystkie nazwiska, ale i wszystkie przezwiska jego kolegów szkolnych; przejęła od Grahama jego sposób określania każdego z nich z osobna; jedno jego słówko wystarczało jej, aby domyśleć się o kim mówi. Nigdy nie zapominała ani nie zamieniała charakterystycznych cech żadnego z nich, nie myląc się nigdy co do tego; zdarzało jej się nieraz całymi wieczorami mówić z Grahamem o jego kolegach i nauczycielach, których nie widziała ani razu w swoim życiu, zdając się najzupełniej świadomą ich wyglądu, gestów, sposobu zachowywania się i upodobań. Potrafiła nawet naśladować ich: jeden z młodszych nauczycieli, do którego młody Bretton czuł osobliwą odrazę, wyróżniał się jakimiś słabostkami, które w mig podchwyciła z opowiadań Grahama i nauczyła się przedrzeźniać ku wielkiej uciesze swojego towarzysza. Pani Bretton zganiła jej to jednak surowo i zakazała podobnej zabawy..
Młoda parka rzadko sprzeczała się. Raz wszakże wynikła pomiędzy obojgiem scysja, która zadała dotkliwy cios jej uczuciom.
Pewnego dnia miał Graham z racii swoich urodzin przyjąć u siebie kilku przyjaciół — chłopców w jego wieku.
— Pani Bretton zaprosiła ich na obiad. Polly żywo zainteresowała się tą wizytą; tak często mówiła z Grahamem o spodziewanych jego gościach; należeli oni do tych, o których opowiadał jej najczęściej. Po obiedzie pozostawiono młodych chłopców samych w jadalni, gdzie zrobiło się niebawem bardzo wesoło, jak świadczyły dolatujące stamtad hałasv. Przechodząc przypadkiem przez hall zobaczyłam małą Pollą, siedzącą samotnie na najniższym stopniu schodów, wpatrzoną w połyskujące kolorowe szyby oszklonych drzwi stołowego pokoju, w których odbiiało się światło lampy z hallu. Drobne czołko dziewczynki zasępione było ponurym rozmyślaniem.
— O czym tak myślisz, Polly?
— 0 niczym nadzwyczajnym; chciałabym tylko, żeby ta szyba w drzwiach była przezroczysta: mogłabym zajrzeć przez nią. Chłopcy są tacy weseli. Chciałabym moc wejść do nich, chciałabym być z Grahamem i przyjrzeć się learo kolesrom.
— Cóż ci przeszkadza wejść?
— — Boję się. Ale, jak pani myśli, czy mogłabym? Czy mogłabym zapukać do drzwi i poprosić, żeby mnie wpu-
Przypuszczałam, że chłopcy nie będą mieli nic przeciwko dopuszczeniu jej do swojego towarzystwa i dlatego zachęciłam ją do zapukania.
Zapukała, zbyt słabo zrazu, aby można było usłyszeć przez zamknięte drzwi, po ponowionej wszakże przez nią próbie drzwi zostały uchylone i w ich otworze ukazała * ę głowa Grahama, rozbawionego, zarazem jednak zniecernhwionego.
Czego chcesz, mała małnko?
— Wejść do was. , Tvlko tyle? Bardzo potrzebna nam tu jesteś’ Ciekaw jestem co robilibyśmy z tobą. Zmykaj do mamy i do panny bnowe, i powiedz im, żeby położyły cię spać
Kasztanowata grzywa i zaczerwieniona twarz Grahama znikły; drzwi zatrzasnęły się za nim z hałasem. Polly staia oszołomiona, oniemiała.
— Dlaczego mówił do mnie tak ostro? — szepnęła po chwili. Nigdy me mówi do mnie w taki sposób.Co mu zrobiłam złego?
— — Nie Polly, nie zrobiłaś mu nic złego, tylko, widzisz, Graham zajęty jest swoimi kolegami.
— — Tak. I lubi ich więcej niż mnie! Odpędza mnie teraz, bo ma ich u siebie!
Chciałam pocieszyć ją, a zarazem skorzystać ze sposobności wpojenia w nią paru podstawowych maksym filozoficznych, których pokaźny zasób miałam zawsze w pogotowiu. Powstrzymała mnie jednak przy pierwszym wypowiedzianym przeze mnie słowie, zatkawszy sobie uszy pa uszkami, i rzuciła się na słomiankę twarzą do fliz kamiennej posadzki. Ani Warrenowi, ani kucharce, nie udało się podnieść jej, pozostawiliśmy ją więc w sjkj koju i pozwoliliśmy jej leżeć dopóki sama z własnej woli nie uważała za właściwe wstać i odejść.
Graham tego samego jeszcze wieczora zapomniał o swoim zniecierpliwieniu i, po odejściu kolegów, zwrócił się jak zwykle do małej swojej towarzyszki zahaw, wyrwała mu się wszakże z ręki, oczy jej rozbłysły gniewem; nie chciała powiedzieć mu dobranoc; nie chciała patrzeć na niego. Nazajutrz zachował się wobec niej obojętnie, a ona była sztywna i zimna jak marmur. Kiedy, po przeminięciu w ten sposób jeszcze jednego dnia, zaczął drażnić ją dopytywaniem się jaki jest właściwie powód jej dąsania się, nie otworzyła ust. Nie mógł oczywiście gniewać się na nią prawdziwie: zbyt niedobraną stanowili pod każdym względem parę; zrazu też próbował ułagodzić ią, a potem zadręczać dopytywaniem się:
— Dlaczego jesteś taka zagniewana na mnie? Co ci zrobiłem złego?
Za całą odpowiedź rozpłakała się, a ’wtedy ukoił ją pieszczotami, które przywróciły dawną ich przyjaźń. Należała jednak do istot, po których podobne wydarzenia nie prześlizgują się bez śladu. Zauważyłam, że po tym odtrąceniu jej przez niego, nigdy już więcej nie szukała go, nie wpraszała się do jego towarzystwa, ani też nie narzucała mu się w żaden inny sposób. Poleciłam jej pewnego razu, aby zaniosła mu jakąś książkę, kiedy siedział zamknięty w swoim pokoiu do nauki.
— Poczekam, aż wyjdzie — odparła dumnie. — Nie chce. żeby przeze mnie wstawał od biurka i otwierał mi drzwi.
Młodv Bretton miał uluhionearo kucyka, na którym wyjeżdżał często na spacer; Pollv śledziła zawsze przez okno jego odiazd i przviazd. Ambicją jej było móc objechać na kucyku raz ieden chociażby podwórze dokoła, nigdy jednak nie prosiła o dostąpienie tego zaszczytu. Pewnego dnia zeszła na podwórze, aby być obecną przy zsiadaniu Grahama z konia. Kiedy stała tak, oparta o furtkę, pragnienie przejechania się na kucyku płonęło ogniem tęsknoty w jej oczach.
— Cóż, Polly, masz ochotę przejechać się? — zapytał Graham nieco niedbale. Przypuszczam, że ton jego wydał jej się zbyt obojętny i lekceważący.
— Nie, dziękuję ci — odparła, odwracając się z doskonale udawaną oziębłością.
— Radzę ci, przejedź się — powtórzył. — Wiem, że sprawi ci to przyjemność.
— Nie wyobrażaj sobie, że dbam chociaż trochę o to
— odparła wyniośle.
— Nieprawda. Powiedziałaś Lucy Snowe, że bardzo pragniesz móc przejechać się.
— Lucy Snowe jest ploktarka — brzmiała jej odpowiedź (lekkie seplenienie i przekręcanie liter w niektórych wyrazach było jedyną jej cechą prawdziwie dziecięeą, najmniej przedwczesną). Powiedziawszy to, weszła do domu. Graham, który powrócił wkrótce po niej, odezwał się do matki:
— Mamo, myślę, że to stworzenie musi być chyba pomylone; istny gabinet osobliwości. Nudno jednak byłoby mi bez niej. Bawi mnie daleko więcej, aniżeli ty i Lucy Snowe.
— Panno Lucy — zwróciła się do mnie Polly (powoli przywykła wdawać się ze mną w pogawędkę, kiedy byłyśmy same w’ naszym pokoju wieczorem), wie pani jakiego dnia w tygodniu najbardziej lubię Grahama?
— Skądże mogłabym wiedzieć coś podobnie dziwnego? Czy możliwe, aby’ istniał taki dzień spośro-i siedmiu, w którym Graham jest inny niż w pozostałe sześć?
— Rozumie się, że jest! Jakto?! Czy pani tego nic rozumie? Nie wie pani takiej prostej rzeczy? Jest najdoskonalszy w niedzielę, bo mamy go w niedzielę cały dzień, i jest wtenczas taki spokojny, a wieczorem jest taki dobry.
Uwaga nie była bynajmniej bezpodstawna: chodzenie do kościoła i inne tego rodzaju obowiązki nastrajały Grahama w niedzielę na nutę spokoju; wieczory niedzielne poświęcał przewrażnie niewinnym, może tylko nieco gnuśnym rodzajom zabawy przy ogniu kominkowym.
Najczęściej brał w posiadanie kanapkę i wzywał do siebie Polly.
Graham był chłopcem nie zupełnie podobnym do innych jego rówieśników; nie szukał wyłącznej rozkoszy w czynie; był skłonny do wpadania od czasu do czasu w momenty zadumy; znajdował także przyjemność w czytaniu, a jego lektura nie była dobierana dorywczo, byle jak, na oślep. Miał wyraźne, charakterystyczne upodobania, a nawet przebłyski intuicyjnego gustu w wyborze. Rzadko, co prawda, robił uwagi o tym, co czytał, niejednokrotnie jednak widywałam go siedzącego i rozmyślającego o przeczytanym dziele.
Polly klęczała przy nim na małej poduszeczce, umieszczonej na dywanie. Rozmowa, jaka zawiązywała się pomiędzy obojgiem, rozpoczynała się zazwyczaj szeptem, przyciszonym, ale dosłyszalnym. Tu i owdzie podchwytywałam jej urywki, w istocie też przyznać musiałam, że jakiś lepszy i podnioślejszy nastrój, aniżeli zwykły, z dni powszednich, zdawał się usposabiać Grahama osobliwie łagodnie..
— Nauczyłaś się nowych hymnów w tym tygodniu, Polly?
— Nauczyłam się bardzo ładnego. Ma cztery wersety. Chcesz, abym je wypowiedziała?
— Dobrze, ale mów ładnie. Nie śpiesz się.
Po wypowiedzeniu, a raczej po na wpół śpiewnym wyrecytowaniu przez nią hymnu półgłosem, przystępował do wykazania błędów jej recytacji, udzielając wsłuchanej w jego słowa dziewczynce formalnego wykładu na ten temat. Uczyła się łatwo, i z równą łatwością naśladowała podany wzór, nade wszystko zaś przyjemność, jaką sprawiało jej poczucie, że zadowolniła Grahama, czyniła z niej doskonały materiał na uczennicę. Po hymnie następowało czytanie głośne — czasem rozdziału z Biblii: tutaj rzadko potrzebne było poprawianie; dziecko czytało płynnie i wnikliwe wszelkie ustępy opisowe, a kiedy natrafiła na temat, który była w stanie zrozumieć, a zwłaszcza, jeśli mógł ją zainteresować, stawała się wy razistość i głębia uczucia jej recytacji wręcz zdumiewająca. Józef wrzucony do studni, Daniel w jaskini lwów — były najulubieńszymi jej opowieściami: szczerze wyruszała ją pierwsza zwłaszcza.
— Biedny Jakób! — wołała często drżącymi usteczkami. — Jak bardzo kochał swojego syna, Józefa! Tak bardzo — dodała pewnego razu — tak bardzo, Grahamie, jak ja kocham ciebie; gdybyś miał umrzeć (otworzyła ponownie księgę, odszukała werset i odczytała go ) „Odmawiałabym wszelkich słów pociechy i zestąpiłabym do twojego grobu w żałobie“.
Przy wypowiedzeniu tych słów objęła Grahama drobnymi ramionkami, przyciągając ku sobie głowę jego okrytą gęstą grzywą włosów. Gest ten uderzył mnie wówczas — dobrze to pamiętam — jako nieopanowanie porywczy; sprawiało to wrażenie, jakiego możnaby doznać na widok zwierzęcia, groźnego z natury, sztucznie wszakże na wpół oswojonego i nazbyt nieostrożnie darzonego pieszczotami. Nie dlatego, abym miała obawiać się że Graham wyrządzić jej może istotną krzywdę, albo też nazbyt szorstko odtrącić ją, przychodziło mi jednak na myśl, że mała naraża się na niecierpliwe, czy obojętne potraktowanie jej, co byłoby gorsze dla niej nieomal aniżeli faktyczny cios.
Na ogół wszakże przyjmował Graham takie wybuchy miłości z jej strony biernie raczej: czasem nawet wyraz zadowolonego zdumienia wobec jej poważnych oświadczyn rozpalał wesołe błyski w jego oczach. Pewnego dnia powiedział:
— Lubisz mnie prawie tak samo, jak gdybyś była małą moją siostrzyczką, prawda, Polly?
— O, tak, lubię cię — odrzekła — lubię cię bardzo!
Nie było mi dane zabawiać się długo studiowaniem ciekawego charakteru dziewczynki. Zaledwie od dwóch miesięcy przebywała w Bretton, kiedy nadszedł list od pana Home‘a, donoszącego, że osiedlił się obecnie na kontynencie w pobliżu rodziny swojej z linii macierzystej. Wobec tego zaś, że nic go nie ciągnie do Anglii, kto ra stała mu się zdecydowanie niemiła, nie myśli powrócić tutaj w ciągu długich lat może, życzy sobie też niezwłocznego powrotu małej swojej córeczki.
— Ciekawa jestem jak mała przyjmie tę wiadomość? — rzekła pani Bretton po przeczytaniu listu. I ja także ciekawa tego byłam, podjęłam się też zakomunikowania Polly ważkiej dla niej nowiny.
Udawszy się do salonu, — gdzie, ze względu na jego ciszę i ozdobność, lubiia przebywać sama, i gdzie można było śmiało ją pozostawić, nie dotykała bowiem niczego, a w każdym razie nie brudziła niczego dotknięciem swoich paluszków — zastałam ją siedzącą w pozie odaliski na kanapce, na wpół ocienionej opadającymi fałdami kotar sąsiedniego okna. Wydawała się szczęśliwa; wszystkie jej narzędzia pracy umieszczone były dokoła niej: biała drewniana skrzyneczka do robót, parę kawałków batystu, trochę wstążeczek — słowem wszystko, co mogło jej być potrzebne do sfabrykowania kapelusza dla lalki. Lalka w nocnym stroju spoczywała w swoim łóżeczku; jej opiekunka usypiała ją nuceniem kołysanki, zdając się najgłębiej przeświadczoną o usypiającym wpływie własnego śpiewu. Równocześnie zajęte były jej oczy książką obrazkową, spoczywającą na jej kolanach. O, panno Lucy — szepnęła — to cudowna książka! Kandusia (lalka, ochrzczona tym imieniem przez. Grahama) usnęła teraz, mogę więc opowiedzieć pani o książce, ale musimy obie mówić cichutko, żeby jej nie obudzić. D-ał mi tę książkę Graham; opisuje ona dalekie kraje, do których trzeba bardzo długo jechać z Anglii; żaden podróżnik nie może dostać się tam nie przepływając tysięcy mil po morzach. W krajach tych mieszkają dzicy ludzie, wie pani? Ubierają się zupełnie inaczej niż my, niektórzy z nich nie noszą prawie żadnego ubrania, bo chcą żeby im było chłodno. Tam u nich, widzi pani, jest strasznie gorąco. Niech pani przyjrzy się — tutaj, na tym obrazku, są tysiące ich na pustynnym miejscu — nic tylko piaski i piaski. Wszyscy oni zebrali się dokoła jakiegoś pana w czarnym ubraniu — dobrego, dobrego
Anglika-misjonarza, który ma dla nich kazanie pod drzewem palmowym (wskazała paluszkiem na kolorowaną rycinę) A tutaj dodała są obrazki jeszcze zadzuciajątsze (w zapale opowiadania zapomniała o prawidłach gramatycznych). O, tutaj, widzi pani, jest ten cudowny Wielki Mur Chiński; a tutaj chińska pani; ma nozki jeszcze mniejsze niż moje. A tutaj dziki koń tatarski.. O, a tutaj coś jeszcze dziwniejszego niż wszyst-
— kraj samych śniegów i lodów, bez zielonych pól, ogrodow i lasów. W tym kraju znaleziono — mówi Graham — kości jakiegoś mamuta: teraz nie ma tam już mamutów. Jestem pewna, że pani nie wie, panno Lucy, jak taki mamut wyglądał, ale ja wiem, mogę go pani opisac, bo Graham opowiedział mi o nim. Strasznie wiel, „, ^y80, 1^ J’ak ten Pokój, i taki długi, jak nasz ’ ale “*® drapieżny i nie mięsożerny — tak myśli Graham. Mowi, że gdybym spotkała takiego mamuta w lesie, me pożarłby mnie, chyba że podeszłabym do niego bardzo, ale to bardziutko blisko. Wtedy mógłby roztratować mnie wielkimi swoimi łapami pośród krzewów, tak samo jak ja mogłabym roztratować konika pohiego wsrod łąki i nic nie wiedziałabym o tym.
Gwarzyłaby tak bez końca, gdybym nie przerwała iei zapytaniem: J — Chciałabyś podróżować, Polly?
— — Nie teraz jeszcze — odparła przezornie. — Może za jakie dwadzieścia lat, kiedy będę dorosłą kobietą, taką uzą jak pani Bretton, będę mogła podróżować z Grahamem. Chcemy pojechać do Szwajcarii i dostać się tam na Mount Blanek — tak się nazywa ich największa góra — — A kiedyś może nawet popłyniemy do Południowej Ameryki i wdrapiemy się na Kim... kim... borazo. ^ n*e chciałabyś podróżować teraz z twoim ojczulkiem?
Odpowiedź, której udzieliła mi nie od razu, ale po dłuzszej pauzie dopiero, wykazała skłonność małej do niespodziewanych wybuchów rozdrażnienia.
Na co się zdało mówienie o takich niemożliwych głupstwach? — zawołała — Dlaczego wspomniała pani o ojczulku? Co panią może obchodzić mój ojczulek? Zaczęłam już właśnie uspokajać się i nie myśleć o nim tak dużo — i znów wszystko zacznie się na nowo.
Usteczka jej drgały. Pospieszyłam zakomunikować jej wiadomość o liście otrzymanym od jej ojca, który pisze, że ona i Harriet mają niezwłocznie pojechać tam gdzie zamieszkał teraz.
— I cóż, Polly, jesteś zadowolona? — dodałam.
Nie odpowiedziała nic. Upuściła książkę na podłogę i przestała kołysać swoją lalkę, wlepiwszy we mnie oczy z niezwykłą nawet u niej powagą.
— Czyżbyś nie miała ochoty jechać do twojego ojczulka?
— Rozumie się, że mam ochotę — odcięła się zwykłym ostrym, stanowczym tonem przemawiania do mnie, zupełnie odmiennym od jej sposobu mówienia z panią Bretton i zasadniczo znów różniącym się od brzmienia jej głosu, kiedy zwracała się do Grahama.
Pragnęłam pognać bliżej bieg jej myśli, nie chciała jednak rozmawiać ze mną więcej na ten temat i pobiegła od razu do pani Bretton, aby zapytać, czy wiadomość, jakiej udzieliłam jej, jest prawdziwa. Usłyszała, oczywiście z ust mojej matki chrzestnej najzupehiiejsze potwierdzenie ścisłości mojej informacji. Doniosłe znaczenie dla niej tej nowiny utrzymało ją przez cały dzień w poważnym nastroju. Wieczorem, w chwili otwierania przez Grahama drzwi wejściowych do hallu podbiegła do mnie i zaczęła niespodzianie poprawiać zluźnioną wstążkę, jaką miałam dokoła szyi, wyjmować i przekładać grzebyki, podtrzymujące moją fryzurę. Była zajęta tym, kiedy wszedł do pokoju Graham.
— Niech go pani przygotuje powoli do tego, że odjeżdżam — szepnęła mi do ucha. Zakomunikowałam mu najświeższą nowinę w trakcie picia przez nas wszystkich popołudniowej herbaty. Głowa chłopca była w danej chwili zaprzątnięta pewnym, rozpisanym przez szkołę zadaniem konkursowym do nagrody, o którą i Graham tak że zamierzał ubiegać się. Tak był zamyślony, że musiałam powtorzyc mu dwa razy wiadomość zanim dotarła ona wreszcie w sposób właściwy do jego świadomości, a nawet i wówczas przemknęła przez nią przelotnie tylko. n ~ tKkieg°, V P, olIy ma odjechać?! Jaka szkoda! Droga, kochana Myszka. Szkoda mi będzie utracić ją!... Ale musi przyjechać do nas znów, mamo!
I, przełknąwszy pośpiesznie herbatę, wziął świecę, którą postawił wraz ze swoimi książkami na małym stoliku, i po chwili pogrążył się niepodzielnie w pracy.
„Kochana Myszka“ przysunęła się do niego i przykucnęła na dywanie u jego nóg, opuściwszy główkę tak nisko, ze nieomal dotykała nią dywana. Niema i nieporuszona, utrzymała tę pozycję aż do chwili pójścia spać. W pewnym momencie dostrzegłam, że Graham — prawdopodobnie zupełnie nieświadomy jej obecności tak blisko
— popchnął ją końcem będącej w meustannym ruchu nogi. W następnej chwili jedna rączka, wysunięta spod ukrywającej się pod nią twarzyczki dziecka, czule pogłaskała nieuważną stopę. Na zwróconą jej uwagę, że czas J“ż iść spać, podniosła się i wyszła posłusznie z pokoju, złożywszy wszystkim obecnym bardzo przyciszonym głosem życzenia dobrej nocy. . powiem, abym obawiała się pójścia w godzinę później na górę do naszej wspólnej sypialni, poszłam jednak z wyraźnym uczuciem niepokoju, przeczuwając, że nie zastanę małej uśpioną, jak należałoby. Przeczucia nie omyliły mnie. Polly, zziębnięta i czuwająca, siedziała jak skulony mały ptaszek na krawędzi łóżeczka. Nie wiedziałam, jak się do niej zbliżyć, nie podobna było przecież postąpić z nią, jak należałoby postąpić w takim razie z każdym innym dzieckiem. Ona sama jednak zwróciła się do mnie pierwsza. W chwili, kiedy, zamknąwszy za sobą drzwi, postawiłam na toalecie zapaloną świecę, jęknęła:. mogę... nie mogę spać... I tak samo nie mogę... nie mogę żyć!
Zapytałam co jej dolega.
— Steraszne zmart...wienie — wysepleniła, jak zwykle w momentach wielkiego wzruszenia.
— Czy mam poprosić tutaj panią Bretton?
— To byłoby zupełnie głupie — brzmiała zniecierpliwiona odpowiedź małej. Ja sama, co prawda, wiedziałam, że na odgłos kroków pani Bretton wsunęłaby się pod kołdrę cichutko, jak myszka. Nie krępując się wcale z ujawnianiem swoich dziwactw wobec mnie — dla której nie siliła się udawać nawet szacunku ani serdeczniejszych uczuć — nie zdradzała nigdy wobec mojej matki chrzestnej ani cienia właściwej swojej istoty, zachowując się zawsze, jak grzeczne, posłuszne, może nieco tylko niezwykłe dziewczątko. Spojrzałam na nią: policzki jej były szkarłatne, oczy o rozszerzonych źrenicach płonęły, dręcząco rozbiegane. Zdałem sobie sprawę, że nie można pozostawić dziecka w tym stanie przez całą noc. Domyśliłam się co tak straszliwie jej doskwierało. Może chciałabyś powiedzieć raz jeszcze dobranoc
Grahamowi? — zapytałam — Nie poszedł jeszcze do swojego pokoju.
Wyciągnęła do mnie od razu oba drobne ramionka, aby ją podnieść. Otuliwszy małą ciepłym szalem, zaniosłam ją z powrotem do salonu. Graham wychodził właśnie stamtąd.
— Nie może zasnąć, zanim nie zobaczy się i nie pomówi z panem raz jeszcze — rzekłam Martwi się na myśl, że będzie musiała rozstać się z panem.
— Spieściłem ją — odparł, — biorąc małą z moich rąk i całując jej rozgorączkowaną twarzyczkę i płonące usteczka.
— Czy naprawdę miałabyś kochać mnie więcej niż twojego ojczulka?
— Tak, kocham cię, ale ty wcale mnie nie kochasz — szepnęła w odpowiedzi.
Zapewnił ją, że jest w błędzie, pocałował raz jeszcze, a potem oddał mi dziecko ponownie, abym odniosła je z powrotem do łóżeczka, niestety, wcale nie ukojone.
Yillette 4 45 powSiaTam;’0 ” “ 2d°lM *“* “^ad, koZ, *®f,!T‘ar, f *™art„iać »ę Polly, ic Graham nie kocha cię tak bardzo, jak ty jego. Tak być musi.
Jej podniesione badawczo oczy wyraźnie pytały dlaczego tak być musi. J 3 3 ~DIa^Ve JCSt cI, łoPcem> a ty dziewczynką; on a szesnascie lat, a ty sześć dopiero; on jest silny i we — V 2 ”atUry’ a 7 masz usposobienie zupełnie odmienne.
— Ale ja kocham go tak bardzo; powinien kochać mnie choc troszeczkę. bicnicąV0Cha ^ K°C, la cię Pra’v’dziwie. Jesteś jego ulu-
Naprawdę jestem ulubienicą Grahama?
— lak. Bardziej niż którekolwiek z dzieci, jakie znam. 9 J
Zapewnienie to uspokoiło ją nieco. Uśmiechnęła się na-
— Nie żądaj jednak od niego zbyt wiele — dodałam wszystkim*111 ““ Uprzykrzyć’ bo wtedy będzie po
— Po wszystkim — jęknęła słabym echem. — 0, w takim razie będę dobra i spokojna. Będę starała się być dobrą i spokojną, panno Lucy.
Położyłam ją do łóżka.
— — Czy tylko wybaczy mi ten jeden raz? — usłyszaain Jej pytanie, kiedy zaczęłam już rozbierać się. Zapewniłam, że jej wybaczy, że, jak dotychczas, kocha ja po dawnemu i że musi być tylko ostrożna na przyszłość.
Wle będzie żadnej przyszłości — rzekła Od z Anglii?CZy kiedyŚ’“ ieszcze — zobaczę go, jak wyjadę
Uspokoiłam ją zapewnieniem, że niewątpliwie zobaczy go kiedyś ponownie. Zgasiłam świecę. Upłynęło jeszcze poł godziny. Przypuszczałam, że Polly usnęła, kiedy nagle maleńka biała postać uniosła się na łóżeczku i cichy głosik zapytał:
Lubi pani Grahama, panno Lucy?
— Tak. Dość go lubię.
— Tylko dość? Czy lubi pani go tak samo jak ja go lubię?
— Myślę, że nie. Nie,, nie tak, jak ty.
— A czy lubi go pani bardzo?
— Powiedziałam ci przecież, że lubię go tylko dość. Tak sobie. Dlaczego miałabym kochać go tak bardzo? Ma tak wiele wad.
— Naprawdę?
— Wszyscy chłopcy mają wiele wad.
— Więcej jeszcze niż dziewczynki?
— Tak mi się wydaje. Mądrzy ludzie mówią, że nierozsądkiem jest uważać jakiegokolwiek człowieka za doskonałość, a co się tyczy lubienia i nie lubienia, powinniśmy być życzliwie i przyjacielsko usposobieni dla wszystkich, nie ubóstwiać jednak nikogo.
— Czy pani, panno Lucy, jest mądrą osobą?
— Chciałabym być nią. Ale teraz, śpij.
— Nie mogę usnąć. Czy panią nie boli tutaj? — zapytała, kładąc maleńką, ni to lalczyną, rączkę swoją na równie miniaturowej piersi. — Nie czuje pani bólu tutaj na myśl, że będzie pani musiała opuścić Grahama? Bo przecież to nie jest pani dom?
— Doprawdy, Polly, nie powinno cię to tak bardzo boleć; masz przecież jechać do twojego ojczulka, z którym będziesz wkrótce razem. Czy nie pragniesz już być jego małą towarzyszką?
Martwa cisza zapadła po tym pytaniu, na które nie otrzymałam odpowiedzi.
— Połóż się, maleńka, i uśnij — prosiłam.
— Tak wyziębło moje łóżko — jęknęła. — Nie mogę się ogrzać.
Widziałam, że mała istotnie drży z zimna.
— Chodź do mnie — rzekłam, pragnąc, zarazem jednak nie mając nadziei, aby przyjęła moje zaproszenie. Była takim niesłychanie dziwnym, kapryśnym małym stworzonkiem, kapryśnym zwłaszcza i nierównym w stosunku do mojej osoby. Natychmiast wszakże przyszła do mnie, prześlizgnąwszy się bezszelestnie po dywanie, niby drobny, biały duszek. Przytuliłam ją do siebie. Była skostniała. Ogrzałam ją w moich ramionach. Drżała nerwowo. Udało mi się uspokoić ją powoli. Ukojona wreszcie i upieszczona przeze mnie, zasnęła. 7 Wyjątkowe dziecko — pomyślałam, przyglądając 6i§ Jejj uśpionej, w mdłym świetle księżyca i ostrożnie osuszając cienką batystową chusteczką jej mokre z płaczu powieki i policzki.
— W jaki sposób zdoła przejść przez życie i zwalczać jego przeciwności.’* Jak znosić potrafi ciosy jego i rozczarowania, upokoizenia i klęski, które, jak pouczają mnie książki i jak podszeptuje mi mój własny rozum, przeznaczone są każdej żyjącej istocie?
Odjechała nazajutrz, drżąc jak listek w momencie pożegnania, usiłując wszakże opanować się, i względnie panując nad sobą.
ROZDZIAŁ IV
PANNA MARCHMONT
Opusciwszy Bretton w parę tygodni po wyjeździe małej Polly — nie przewidywałam wówczas, że nigdy już więcej nie odwiedzę miłej tej siedziby i nigdy stąpać nie będę ponownie po cichych uliczkach starodawnego miasteczka powróciłam do domu po półrocznej w nim nieobecności. Należałoby przypuścić, że byłam zadowolona z powrotu na łono mojej rodziny. W naturalnym takim przypuszczeniu nie może w żadnym razie być nic uwłaczającego, ani krzywdzącego, nie starajmy się więc zadawać temu kłamu. Nie myśląc też bynajmniej czynić teg°> pozwalam, aby czytelnik wyobraził mnie sobie drzemiącą w ciągu najbliższych ośmiu lat, niby łódź w pogodę bezwietrzną, na nieporuszonych jak szkło wodach przystani, gdy sternik leży wyciągnięty na deskach pokładu z twarzą zwróconą ku niebu i zamkniętymi oczami, pogrążony, możnaby przypuścić w długiej modlitwie. Panuje powszechne mniemanie, że wielki zastęp kobiet i dziewcząt spędza życie swoje w taki właśnie sposób, dlaczegożbym więc i ja nie miała iść ich śladem?
Wyobraź mnie więc sobie, czytelniku, pulchną i zadowoloną, pławiącą się bezczynnie w słońcu, na wysłanym miękko pokładzie, stale ogrzewaną słonecznymi promieniami i, kołysaną na fali, łagodnie poruszanej powiewem lekkiego wietrzyka. Nie da się jednak zataić, że gdyby tak być miało, należałoby wyobrazić sobie, że uległam znać w jakiś sposób katastrofie, że zostałam wyrzucona poza burtę, albo też że łódź moja uległa rozbiciu. I ja sama tak-że pamiętam czas — długi okres — chłodu, nie bezpieczeństw, zwad. Do dnia dzisiejszego, ilekroć dławi mnie zmora nocna, doznaję ponownie w krtani owego uczucia słoności napływającej mi do przełyku wody i jej mroźnego ucisku na moje płuca. Wiem nawet, że rozpętała się burza, i to burza, która trwała nie godzinę, czy jeden dzień tylko. W ciągu wielu dni i nocy nie zajaśniało słońce, ani też nie wybłysnęły na niebie gwiazdy; własnymi rękami wyrzucaliśmy takelunek z naszego statku; nad naszymi głowami srożył się sztorm, straciliśmy wszelką nadzieję, że uda nam się uratować. W końcu statek uległ rozbiciu, a cała załoga poszła na dno.
O ile mogę sięgnąć pamięcią, nie uskarżałam się nigdy przed nikim na ciężkie te przejścia. Przed kim właściwie miałabym uskarżać się? Panią Bretton oddawna straciłam z oczu. Przeszkody, wzniesione przez osoby trzecie, przed laty już stanęły pomiędzy nami, unie możliwiając nasze porozumienie się wzajemne. Nailto przyniósł czas zmiany i w jej życiu także: pokaźna i or tuna na której straży stała, aby utrzymać ją i przekazać nietkniętą synowi, umieszczona w pewnym przedsiębiorstwie, jako jego kapitał zakładowy, skurczyła się, jak utrzymywano, do drobnej cząstki pierwotnej swojej ’wartości. Graham, o czym słyszałam ze źródeł postronnych, obrał zawód lekarza, i wraz z matką opuścił Bretton. aby, o ile było mi wiadomo, osiedlić się w Londynie.
Nie istniała dla mnie w ten sposób możliwość liczenia na czyjąkolwiek pomoc, musiałam sama myśleć o sobie. Nie wydaje mi się, abym należała do natur samodzielnych, czy przedsiębiorczych; zarówno jednak samodzielność jak przedsiębiorczość zostały mi narzucone przez warunki, w jakich się znalazłam, na równi zresztą z tysiącami innych ludzi, oprócz mnie. Kiedy Więc przysłała po mnie panna Marchmont, starsza niezamężna dama, zamieszkała w naszej okolicy, posłuszna byłam z całą gotowością jej wezwaniu w nadziei, że poruczy mi do pełnienia jakąś misję, której potrafię podołać. ^
Panna Marchmont była osobą zamożną, zamieszkiwa piękną rezydencję, była wszelako zreumatyzowaną, zniedolężniałą kaleką, pozbawioną od dwudziestu lat już władzy w rękach i w nogach. Przebywała stale na górnym piętrze swojej siedziby, nie schodząc nigdy na dół. Salon jej przytykał do jej sypialni. Słyszałam wiele o niej i o jej dziwactwach, (miała opinię wielce ekscentrycznej) “gdy jednak jeszcze do owego czasu nie miałam okazji widzenia jej ani mówienia z nią. Wprowadzona d° jej pokoju, znalazłam się wobec pomarszczonej, siwowłosej kobiety o poważnym, surowym wyglądzie, który mógł być wynikiem zarówno jej długotrwałego osamotnienia, jak jej dolegliwości fizycznych. Temu może również należało przypisać jej draźliwość i kapryśność. Jak się^ okazało, jej panna służąca, a właściwie towarzyszka, Łióra pielęgnowała ją przez szereg lat, miała wyjść za mąż, słysząc więc o osamotnieniu moim i o trudnych warunkach, w jakich znalazłam się, posiała panna Marchmont po mnie w nadziei, że potrafię może zastąpić przy niej tamtą. Kiedy więc po wypiciu po społu popołudniowej herbaty, siedziałyśmy obie przy kominku, zrobiła mi odpowiednią propozycję.
— Nie będzie to łatwe życie — uprzedziła mnie lojal —. nie — wymagam wiele obsługi, będzie też pani przez większą część dnia zamknięta tutaj ze mną; może jednak, w przeciwstawieniu do życia, jakie wiodła pani dotychczas, wyda się pani zajęcie u mnie dość znośne.
Rozważyłam w myśli uczynioną mi propozycję; ofiarowane mi stanowisko powinno byłoby oczywiście wydać mi się znośne — usiłowałam przekonać sama siebie — okazało się jednak, że wskutek szczególnego jakiegoś ciążącego na mnie fatalizmu, przewidywania te nie ziściły się. Nie mogły, co prawda, uśmiechać mi się osobliwie widoki stałego przebywania tutaj, w tym szczelnie zamkniętym pokoju, będąc świadkiem nieustannych cierpień — czasem może ofiarą złego humoru — i spędzenia w ten sposób reszty mojej młodości, wiedząc, że wszystko co było, minęło, wyrażając się najoględniej, nie nazbyt szczęśliwie! Zbrakło mi na chwilę odwagi, wnet jednak odzyskałam ją, jakkolwiek bowiem zmuszałam się do uprzytomnienia sobie złych stron, byłam jednak zbyt przyziemna, aby idealizować je, a tym samym wyolbrzymiać nadmiernie.
— Nie jestem pewna, czy starczy mi sił potrzebnych do pełnienia tych zadań — rzekłam. ^
— I ja także mam ten skrupuł — zgodziła się. Sprawia pani wrażenie zinizerowanej, wyczerpanej.
Byłam zmizerowana i wyczerpana. Zajrzałam do lustra i zobaczyłam w nim siebie samą w mojej sukni żałobnej, dziwnie wyblakłą, z głęboko wpadniętymi, podkrążonymi oczami. Tak. Nie był to widok obiecujący. Te oznaki przywiędnięcia były jednak zewnętrzne tylko, tak wydawało mi się przynajmniej: czułam wciąż jeszcze w sobie życie, tętniące, niezamarłe w jego źródle.
— Czy ma pani coś innego na widoku?
— Jak dotychczas nic wyraźnego, mogłabym jednak znaleźć, przypuszczam.,. Tak sobie pani wyobraża, może nie. bez słusznosci.
Dobrze. Niech więc pani próbuje w dalszym ciągu poszukiwań na własną rękę. 0 ile jednak zawiodą one panią, proszę powrócić do mojej oferty. Pozostawiam pani otwartą możność przyjęcia jej w ciągu trzech miesięcy...
Było to wielce uprzejme z jej strony postawienie sprawy. Powiedziałam, co o tym myślę i wyraziłam moją wdzięczność. W tej samej chwili schwycił ją ostry atak bólu, Zajęłam się cierpiącą, zastosowałam wskazane mi przez nią środki i, zanim jeszcze zdążyły one przynieść jej ulgę, zawiązał się pomiędzy nami obiema rodzaj poufniejszego stosunku. Co się mnie tyczy, przekonałam się ze sposobu, w jaki zniosła ten ostry napad, że mam prze1 sobą dzielną, cierpliwą kobietę (cierpliwą wobec dolegliwości fizycznych, czasem tylko może podrażnioną pod wpływem toczącego ją moralnego raka), ona zas, widząc moją dobrą wolę, przekonała się, że może wzbudzić we mnie współczujący odzew na swoję cierpienia. Przys a a po mnie zaraz nazajutrz, powtarzając te wezwania pięc czy sześć dni z rzędu. Bliższe poznanie jej, mimo że ujawniło mi niektóre cechujące ją dziwactwa i wady, przekonało mnie zarazem, że mam do czynienia z charakterem, zdolnym wzbudzić szczery szacunek. Bywała, co prawda, surowa czasem, a nawet ponura, nie przeszkadzało mi to jednak pielęgnować jej i siedzieć przy niej ze spokojem, jaki dany jest nam zawsze zachowac, ilekroć czujemy, że nasza obecność, nasze bezpośrednie zetknięcie, nasz sposób zachowania się podobają się i sprawiają ulgę osobom, którym oddajemy usługi. Nawet kiedy łajała mnie i to dość cierpko — co zdarzało się od czasu do czasu — czyniła to w sposób który nie upokarzał mnie i nie pozostawiał dokuczliwego żądła. Przypominała raczej rozgniewaną matkę, karcącą swoją córkę, aniżeli surową chlebodawczynię, czyniącą ostre wyrzuty opłacanej przez nią pracownicy. Nie umiała zrzędzie, czasem tylko wpadała w gwałtowny gniew. Co najważniejsze jednak, umiała opamiętać się w chwilach największej pasji: logika nie zawodziła jej w roznamiętniemu nawet. Rychło też wzrastające uczucie szczerego przywiązania pozwoliło mi w nowym zupełnie świetle rozważać myśl pozostania przy niej w charakterze towarzyszki: po tygodniu zgodziłam się na objęcie tego stanowi-
W ten sposób światem moim stały się dwa rozprazone, szczelnie pozamykane pokoje, a zmedołęzmała, schorowana stara kobieta moją panią, moją przyjaciółką, wszystkim dla mnie. Pełnienie służby przy mej — było moim obowiązkiem; jej ból — moim cierpieniem; mysi o uldze jaką mogłam jej przynieść — jedynym moim zadaniem jej niezadowolenie — moją karą; jej uśmiech moja nagrodą. Zapomniałam o istnieniu pól, lasów, rzek, jezior, mórz i wciąż zmieniającego się nieba poza oślepłymi, zachodzącymi wciąż od nowa parą szybami okiennymi pokoju chorej. Rada byłam prawie temu zapomnieniu. Całe moje nastawienie zacieśniło się, wtłoczone w ramy obecnej mojej misji. Cicha i łagodna z natury, zahartowana przez los, nie tęskniłam za spacerami na otwartym powietrzu; mój głód nasycały w zupełności skromne, mikroskopijne posiłki, podawane mi w zastosowaniu do apetytu i wymagań pacjentki; co najważniejsze wszakże, dawała mi ona sama możnoć studiowania niezwykłości jej charakteru; podziwiania niewzruszonej stałości jej cnót, potęgi jej pasji, ufania szczerości jej uczuć. Posiadała wszystkie te cechy i dla tych jej cech właśnie przywiązałam się do niej.
Dla tych jej cech gotowa byłabym pozostać przy niej przez dwadzieścia lat jeszcze, gdyby udręka jej życia miała trwać jeszcze dwadzieścia lat. Inny los wszakże przeznaczony był nam obu. Co się mnie tyczy, zdawać się mogło, że przeznaczenie moje pcha mnie nieustannie do wysiłku płodnego. Że z umysłu podnieca, pobudza, zacina biczem utajoną drzemiącą we mnie energię czynu. Drobnej kruszynie przywiązania ludzkiego, jaka przypadła mi w udziele i jaką ceniłam niby perłę wartościową, przeznaczone były tajeć w moich rękach i przeciekać przez moje palce, jak gdyby byda skroplony^m w cieple sopelkiem gradowym. Skromne obowiązki, jakie przyjmowałam na siebie, wyrywane musiały być przemocą z mojego, zadowolniającego się tak małym, sumienia. Chciałam wchodzić w układy z Losem: celem uniknięcia mogących spaść na mnie wielkich klęsk gotowa byłam przyjąć z poddaniem życie całe, na które składałyby się same wyrzeczenia i drobne dokuczliwości. Ale Los nie dał się ułagodzić przeze mnie w ten sposób, ani też nie zgodziła się Opatrzność na usankcjonowanie gnuśnego, tchórzliwego takiego unikania czynu.
Pewnej nocy lutowej — pamiętam dobrze ten moment — rozległ się w pobliżu siedziby“ panny Marchmont glos słyszany przez wszystkich mieszkańców domu, zrozumiany wszakże przez jedną tylko osobę. Po względnie zacisznej zimie przyszły burze wiosenne. Ułożyłam pannę Marchmont do łóżka, a sama usiadłam z robótką ręczną przy ogniu kominkowym. Wiatr wyd i zawodził pod oknami: przez cały dzień wyprawiał swoje harce, w nocyr wszakże wycie jego przybrało głębszy, surowszy ton — dziwnie przejmujący, wpadający do ucha nieomal wyraźnie artykułowanymi dźwiękami ni to skargi jękliwej, boleśnie szarpiącej nerwy, drgającej w każdym nowym poświście.
— O! Ucisz się! Ucisz się! — powtarzałam w duchu zgnębiona, upuszczając na kolana moją robotę i daremnie usiłując zatkać uszy, aby nie docierał do nich błagalny ten, jak gdyby wzywający pomocy, jękliwy szloch. Już dawniej słyszałam ten sam głos złowieszczy; przygodna obserwacja narzuciła mi teorię związanych z nim przepowiedni. Trzykrotnie w przebiegu mojego życia pouczył mnie bieg wypadków, że dziwne owe odgłosy burzy — ów nieustannie powtarzany jęk beznadziejny zapowiada stan atmosfery nie sprzyjający życiu. Doświadczenie wszczepiło mi wiarę w to, że wybuchy epidemii zapowiadane bywają często przez taki boleśnie jękliwy, łkający, zawTodzący w7iatr wschodni. Stąd może, jak wywnioskowałam, powitała legenda o Banshee*). Stwierdziłam nadto — tak sobie wyobrażałam, nie posiadałam wszelako dostatecznej wiedzy, aby uchwycić związek, jaki mógłby zacjiodzić pomiędzy tymi okolicznościami — docierające do nas równocześnie ze grożeniem się takiego wichru wieści o wstrząsach wulkanicznych w dalekich częściach świata; o rzekach, które nagle wzbierały gwałtownie, wychodząc z brzegów7 i zalew ając całą okolicę, a także o niezwykle wysoko spiętrzonych falach, w7ściekle zatapiających nizinne wybrzeża morskie.
— Kula ziemska — mówiłam sobie wówczas — wydaje się w takich okresach szarpana i rozdzierana na części; słabsi spośród nas giną w podmuchach rozsrożonego jej oddechu, który wyrzuca na powierzchnię ognistą lawę jej dymiących kraterów!
Wsłuchiwałam się z zamieraniem serca w wycie wichru.

  • ) Celtycka legenda o nadnaturalnej istocie, której zada* niem jest uprzedzać rodzinę o mającej nastąpić śmierci jednego z jej członków. (Przyp. tł.)

Około północy burza w ciągu pół godziny przycichła stopniowo, ustępując wreszcie miejsca imponującej ciszy. Ogień na kominku dotychczas słabo zaledwie tlejący, buchnął żywszym płomieniem. Wyczułam od razu zmianę powietrza i wraz z nią powróciła mi otucha. Rozsunąwszy nieco firanki, wyjrzałam na zewnątrz i dostrzegłam migotanie gwiazd występujące zazwyczaj podczas ostrego mrozu.
W momencie odwrócenia się od okna padło spojrzenie moje na pannę Marchmont, zbudzoną, unoszącą głowę sponad poduszki i wpatrzoną we mnie z niezwykłą uwagą-
— Piękna dzisiaj noc? — zagadnęła mnie.
Na zapytanie to dałam potakującą odpowiedź.
— Przypuszczałam, że tak być musi. Czuję się wyjątkowo silna i zdrowa. Niech mi pani dopomoże podnieść się. Wydaje mi się — dodała — że jestem dziwnie odmłodzona. Tak, jestem po dawnemu młoda i tak niezwykle lekko mi na sercu; czuję się szczęśliwa. A może naprawdę nastąpił zwrot w stanie mojego zdrowia i przeznaczono mi jeszcze cieszyć się pełnią sił? Byłby to cud!
— Nie, nie, to nie są dni cudów — przemknęło mi przez myśl. Zdziwiły mnie jej słowra. W dalszym ciągu skierowała rozmowę ku przeszłości, szczególnie żywo odtwarzając w pamięci wszelkie wydarzenia, sceny i osoby.
— Przyjemność sprawia mi dzisiaj wspominanie o tym wszystkim — rzekła. — Cenię pamięć, uważam ją za najlepszą moją przyjaciółkę. Dostarcza mi ona w tej chwili głębokiej rozkoszy; od nowa wyczarowuje w sercu moim tętniącą minionym pięknym życiem rzeczywistość, wszystko to, co, jak sądziłam, zmurszałe, zamarłe od dawna, wrsiąkło w glinę i piasek mogiły. Odzyskałam ponownie godziny, myrśli i nadzieję mojej młodości. Wskrzesła w sercu moim jedyna miłość — jedyne nieomal uczucie tkliwre — jedyne przywiązanie w moim ży ciu... Bo widzisz, dziecko, nie jestem kobietą szczególnie dobrą, nie należę do istot, które dają się kochać. — A przecież i ja także kochałam uczuciem silnym, zogniskowanym na jedynej osobie, równie drogiej mojemu sercu w bezwzględnej swojej wyłączności, jak drogie są dla większości ludzi, mężczyzn i kobiet, wszystkie te niezliczone istoty i rzeczy, którym poświęcają oni rozproszone swoje względy. Wówczas, kiedy kochałam i byłam kochana, jakże cudowne wiodłam życie, jak upojnie cieszyłam się nim! Jaki wspaniały rok przypominani sobie — jak promiennie jaśnieje on teraz w moim wspomnieniu. Jaka urocza %viosna, jakie ciepłe, radosne lato, jakie srebrzyste noce księżycowe, jakie nieziemsko owiane mgłą wieczory jesienne, jaka potęga nadziei pod wodami, skutymi lodowym pancerzem i pod skibami niw zwarzonych zamrozem zimowym! Przez cały ten rok serce moje biło dla Franka, po społu z jego sercem. O, mój szlachetny Franku — mój wierny Franku — mój dobry Franku! 0 tyle lepszy niż ja! Mający zapatrywania na wTszystko o tyle wznioślejsze niż moje. leraz dopiero rozumiem to i mówię o tym: jeśli nawet niewiele kobiet cierpiało tak straszliwie, jak bolałam ja nad jego utratą, nie wiciu danym było zaznać tyle rozkoszy, ile ja zaznałam w jego miłości. Była to miłość niezrównanie wyższa i czyściejsza od pospolitej. Nie żywiłam żadnych wątpliwości co do niego i co do naszych uczuć wzajemnych: łączyła na« miłość nieskalana, opiekuńcza i szlachetna, uszczęśliwiająca tę, której stała się darem. Pragnęłabym rozważyć teraz, kiedy umysł mój odzyskał tak niezwykłą jasność — pragnęłabym zrozumieć dlaczego została mi ona odebrana? Za jaką zbrodnię zostałam potępiona i skazana po jednym roku błogosławionego szczęścia na trzydzieści lat smutku i udręki?
— Nie wiem — odpowiedziała samej sobie po dłuższym milczeniu. — Nie mogę, nie mogę dopatrzeć się powodu. A jednak w tej godzinie mogę powiedzieć szczerze to, czego nie probowałam mówić nigdy dawniej: Boże, Ty, którego wyroki się niezbadane, niech się dzieje wo la Twoja! W tej chwili wierzę, że śmierć zwróci mnie Frankowi, zwróci mi miłość jego. Nigdy dotychczas nie wierzyłam w to.
— Nie żyje więc? — zapytałam przyciszonym głosem.
— Słuchaj, drogie dziecko — zaczęła. — W pewną radosną Wigilię Bożego Narodzenia ubierałam się i stroiłam w oczekiwaniu na przybycie mojego ukochanego, który niebawem zostać miał moim mężem. Usiadłam, czekając. Widzę przed sobą ponownie tę chwilę. Widzę ośnieżony zmierzch, przesączający się przez okno, którego firanki nie były opuszczone, chciałam bowiem dostrzec go z daleka, nadjeżdżającego konno białą ścieżką. Widzę i czuję przyćmione światło kominka, tak mile rozgrzewające innie, rzucające tak wesołe iskierki na moją suknię jedwabną i ukazujące mi w zwierciadle odbicie mojej własnej młodej, promiennej postaci. Widzę księżyc, płynący po niebie w cichą noc zimową, jaśniejący zimnym światłem ponad atramentowo czarnym gąszczem krzewów i nad ośnieżonym, osrebrzonym jego blaskiem piaszczystym gruntem mojej posiadłości. Czekałam z przyspieszającym nieco mój puls zniecierpliwieniem, nie budziły się jednak w sercu moim żadne obawy ani wątpliwości. Ogień przygasł na palenisku kominka, wciąż jednak żarzyły się zwęglone szczapy; księżyc był już wysoko na niebie, widziany jednak jeszcze przez obramowanie okna. Była już blisko dziesiąta. Rzadko dawał czekać na siebie dłużej, a właściwie raz tylko czy dwa zatrzymany był aż do tej godziny.
— Czyżby miał zrobić mi zawód?! Nie, nie mogłoby to zdarzyć się! Ani razu! 0, oto przybywa!... Nadjeżdża pędem, aby wynagrodzić mi stracony czas.
— Franku! Szalony jeźdźcze! — wołałam w myśli, wsłuchując się z radością i niepokojem zarazem w coraz bliższy tętent galopu — wyłaję cię za to. Powiem ci, że to mój kark narażasz na niebezpieczeństwo, bo przecież wszystko, co twoje, jest w stokrotnie droższym i tkliwszym znaczeniu moje własne. Nadjeżdżał już: widziałam go pędzącego ku mnie, były jednak widocznie w oczach moich łzy, zaćmił się bowiem mój wzrok. Ujrzałam konia, słyszałam tętent jego kopyt... spostrzegłam jakąś masę., uszy moje ogłuszył niesamowity hałas... Czy był to koń?! Cóż to za ciężkie, dziwne ciemne ciało wlokło się po ośnieżonej murawie?!... Czy mogłam rozpoznać je w świetle księżyca? Czy podobieństwem było dla mnie dać wyraz uczuciu, jakie zrodziło się nagle w mojej piersi?
— Jedyne co mogłam uczynić, to wybiec koniowi na spotkanie. Wielkie zwierzę, czarny wierzchowiec Franka, stał przede mną, dygocąc całym ciałem, ciężko, chrapliwie dysząc. Trzymał go mężczyzna — Frank, jak wydało mi się.
— Co się stało?! — zawołałam.
Zamiast niego jednak odpowiedział mi urywanym głosem mój służący, Tomasz:
— Niech pani wejdzie do domu!
A potem, zawezwawszy jedną ze służących, która wybiegła pędem z kuchni, jak gdyby gnana instynktownym strachem, rozkazał jej:
— Ruth, zabierz panią natychmiast do domu!
Nie pozwoliłam jednak tknąć się, i padłam na kolana w śniegu obok czegoś leżącego przede mną, czegoś, co przed chwilą widziałam ciągnione po ziemi, czegoś ciężko oddychającego i jęczącego na mojej piersi, kiedy uniosłam tę nieruchomą, bezwładną masę i przytuliłam ją do siebie. Żył jeszcze; zachował nawet resztkę przytomności. Kazałam wnieść go do domu, nie dając się odciągnąć od niego ani na chwilę. Moje otoczenie probowało traktować mnie jak dziecko, jak to zazwyczaj robi się w stosunku do ludzi, na których spadła karząca dłoń Boża. Nie ustąpiłam jednak miejsca przy nim nikomu poza chirurgiem, a kiedy zrobił on wszystko co było do zrobienia, zajęłam się umierającym Frankiem ja sama wyłącznie. Miał jeszcze dość sił, aby objąć mnie ramieniem, zdobył się jeszcze na wymówienie mojego imienia, słyszał mnie modlącą się szeptem przy nim, czuł pieszczotliwe ruchy i gesty, jakimi usiłowałam przynieść mu ulgę.
— Mario — szepnął drętwiejącymi ustami — umieram z rajskim uczuciem...
— Ostatnie tchnienie oddał ze słowami wiernej miłości dla mnie. 0 świtaniu dnia Bożego Narodzenia był już mój Frank u wrót bożych.
— Stało się to — dodała — trzydzieści lat temu. Od tego czasu cierpiałam męki. Nie sądzę, abym umiała jak należy wykorzystać cios, który mnie spotkał. Natury miękkie i tkliwe wzniosłyby się pod wpływem podobnego nieszczęścia do wyżyn świętości, z umysłów silnych, ale opornych, zrobiłoby ono demony, co się zaś mnie tyczy, stałam się zgnębioną bólem i wyłącznie nim pochłoniętą, samolubną kobietą.
— Robiła pani wiele dobrego — rzekłam, znana była bowiem panna Marchmont z hojności z jaką udzielała wsparć i zapomóg.
— Chce pani powiedzieć, że nie skąpiłam pieniędzy tam, gdzie mogły one przynieść ulgę? I cóż z tego? Nie kosztowało mnie to żadnego wysiłku, ani przezwyciężania się. Mam jednak nadzieję, że od dzisiaj rozpocznę lepsze życie, aby przygotować się godnie do spotkania z moim Frankiem. Bo widzi pani, wciąż jeszcze myślę o Franku więcej niż o Bogu, o ile też to oddanie się jednemu człowiekowi tak bezmierne, tak wyłączne^ i przez tak długie lata będzie mi poczytane za bluźnienie Bogu, słabe będą moje szanse zbawienia. A co sądzi pani o tych rzeczach, kochana panno Lucy? Niech pani weźmie na siebie rolę mojego spowiednika i powie mi szczerze swoje zdanie.
Nie byłam w stanie odpowiedzieć jej: brakło mi słów. Okazało się to wszakże zbędne. Mówiła w dalszym ciągu, jak gdyby otrzymała ode mnie odpowiedź.^ ^ ^
— Bardzo słusznie, moje dziecko. Powinnibyśmy uznać Boga za miłosiernego, mimo że wyroki Jego nie zawsze są zrozumiałe dla nas. Musimy przyjmować z poddaniem los, jaki nam zsyła, jakikolwiek byłby on i starać się, o ile to jest w naszej mocy, ulżyć losowi innych. Prawda? Otóż, od jutra zacznę od pani, moje dziecko, i uczynię co będę mogła, aby uszczęśliwić panią. A przynajmniej, postaram się zrobić coś dla pani, coś takiego, z czego będzie pani mogła korzystać, kiedy nie stanie mnie już na tym świecie. Głowa mnie rozbolała z nadmiernego mówienia, jestem jednak zadowolona i szczęśliwa. Niech już pani położy się spać. Bije druga. O, do jak późnej godziny przesiaduje pani przy mnie, a raczej do jak późnej godziny przetrzymuję panią przy sobie w moim samolubstwie! Ale teraz niech już pani idzie spać. Może pani być zupełnie spokojna o mnie; czuję, że będę spała doskonale.
Ułożyła się do snu. I ja także położyłam się spać w pokoiku, sąsiadującym z jej sypialnią. Noc przeszła spokojnie. Bardzo spokojny być musiał jej koniec: spokojny i bezbolesny. Z rana znaleźliśmy ją w łóżku nieżywą; trup jej był zimny już prawie. Na twarzy jej zastygł wyraz niezmąconego spokoju. Niezwykłe podniecenie i zmiana nastroju, jakie ujawniła poprzedniego wieczora, były widocznie zapowiedzią napadu tak silnego, że wystarczył do ostatecznego zerwania wątłej nici, na jakiej trzymało się przez tak długi czas jej życie, podkopywane nieustannie głębokim cierpieniem moralnym.
ROZDZIAŁ V
ODWRÓCENIE NOWEJ KARTY
Pozostawszy zupełnie sama na świecie po śmierci ostatniej mojej chlebodawczy ni, zmuszona byłam poszukać nowego miejsca. Nerwy moje niewątpliwie nadszarpnięte były doznanymi przeżyciami. Musiało to oczywiście odbić się ujemnie na moim wyglądzie również. Byłam w istocie wychudzona, blada, z wpadniętymi głęboko oczami, sprawiając typowe wrażenie osoby zmuszonej czuwać wiele po nocach, przepracowywać się, czy zamartwiać niemożnością wyplątania się ze swoich zobowiązań i długów. Czuwałam w rzeczywistości po nocach, bywałam nieraz przepracowana, długów nie miałam jednak. Nie byłam też zupełnie pozbawiona środków, jakkolwiek bowiem panna Marchmont nie zdążyła zrobić zamierzonego zapisu na moją korzyść, wypłacił mi daleki kuzyn, który został jej spadkobiercą, całą zaległą pensję. Już wówczas zdradzał jego krogulczo zaostrzony nos i osobliwie zwężona przy skroniach czaszka naturę skąpca, jakim okazał się w następstwie. Stanowił pod tym względem biegunowe przeciwieństwo szczodrej, wspaniałomyślnej swojej krewnej i tym samym przyczynił się do błogosławienia po dzień dzisiejszy jej pamięci przez wszystkich korzystających z jej pomocy biedaków. jako posiadaczka piętnastu funtów, zdrowia nadszarpniętego wprawdzie, nie załamanego jednak w zupełności oraz podobnego mniej więcej stanu ducha, mogłam, w porównaniu z wieloma innymi ludźmi, być uważana za osobę będącą w położeniu godnym zazdrości. Zarazem jednak było to położenie dość kłopotliwa. W przededniu opuszczenia mojego dotychczasowego miejsca schronienia nie miałam jeszcze zapewnionego żadnego innego dachu nad głową.
W tych warunkach nie pozostawało mi inne wyjście poza zasięgnięciem porady jedynej bliskiej mi obecnie istoty, dawnej naszej służącej, mojej piastunki niegdyś, a obecnie gospodyni u właściciela jednego z większych majątków w bliskim sąsiedztwie siedziby zmarłej panny Marchmont. Spędziłam u poczciwej mojej byłej piastunki kilka godzin, upieszczona przez nią i ukojona, i ona jednak także nie miała pojęcia, jaką mogłaby dać m: i~i<Ję. O zmierzchu, mając uczucie pustki i mroku dokoła siebie i w sobie, opuściłam ją, czekał mnie bowiem jeszcze dwumilowy spacer do odbycia, a noc zapowiadała się mroźna, chociaż jasna. Pomimo osamotnienia, braku widoków na najbliższą przyszłość i naturalnego, zdawałoby się, zgnębienia tym wszystkim, serce moje, podtrzymywane ufnością i energią młodości — liczyłam wówczas dwadzieścia trzy lata niespełna — biło równomiernie i wcale nie słabo. Że nie biło słabo, poznawałam po odwadze, z jaką bez drżenia puściłam się w samotną tę drogę, prowadzącą przez pustynne pola, na których obszarze nie widać było nigdzie wiosek, domów mieszkalnych, ani?abudowań folwarcznych. Gwiazdy jedynie, w braku księżyca, wskazywały mi słabo majaczącą w ich świetle ścieżkę. Odwaga moja, i hart mojej duszy tym bardziej godne były podziwu, że znajdowałam się w niezwykłej obecności jaśniejącej w stronie północnej ruchomej, tajemnicy
— w obecności Aurory Borealis. Zamiast budzenia we mnie lęku, ujawniła ona w inny sposób wpływ swój na mnie — natchnęła mnie nową siłą, jak się zdawało. Wraz z surowym, mroźnym tchnieniem wciągałam w płuca ożywczy przypływ nowej energii, aż wreszcie, opanowana nią, odważyłam się dać wyraz mojej śmiałej myśli zrodzonej w dziwnie okrzepłym moim intelekcie.
— Opuść tę pustkę — podszepnął mi głos wewnętrzny
— i udaj się tam!
— Dokąd? — zagadnęłam samą siebie.
Nie miałam potrzeby szukać odpowiedzi daleko; skierowując oko mojej duszy z pustynnej okolicy ku bogatej płaszczyźnie środkowTej Anglii, ujrzałam przed sobą wizję tego, czego nigdy nie oglądałam w rzeczywistości — wizję Londynu.
Nazajutrz powróciłam do mojej dawnej piastunki, aby wyjawić jej powzięty plan.
Pani Barret — tak brzmiało jej nazwisko — była poważną, rozsądną kobietą, znającą jednak świat równie mało jak ja. Mimo całego swojego rozsądku wszelako i powagi nie zburczała mnie i nie zaprotestowała z obuTzeniem, że musiałam chyba postradać zmysły, aby ważyć się na podobny projekt. Było widocznie w postępowaniu moim dużo stateczności, która służyła mi zawsze za najbezpieczniejszą ostoję i przewodniczkę, skoro umożliwiła mi ona bezkarne, a bodaj nawet popierane przez nią, urzeczywistnienie zamierzeń, mogących, o ile przystąpiłabym z mniejszą równowagą i spokojem do ich wykonania, ściągnąć na mnie zarzut, że jestem marzycielką-fantastką.
Pani Barnett zajęta przygotowywaniem skórek pomarańczowych na marmeladę, próbowała zwrócić moją uwagę na trudności, związane z wprowadzeniem w czyn mojego pomysłu, kiedy nagle do pokoju wpadł w podskokach mały chłopczyna. Śliczne to stworzonko, które nie było dla mnie obce, znałam bowiem matkę jego, młodą zamężną córkę chlebodawców byłej mojej piastunki, podbiegło ku mnie z czarownym uśmiechem, pośpieszyłam też wziąć je na kolana. Mimo wielkiej różnicy naszych pozycji towarzyskich matka chłopczyka i ja kształciłyśmy się na tej samej pensji. Miałam wówczas dziesięć lat, a ona szesnaście, mimo to uczęszczała do klasy niższej niż moja. Pamiętam, że była bardzo przystojna, wyglądała pospolicie wrszakże i mało interesująco.
Wpatrywałam się z podziwem w przepiękne ciemne oczy malca, kiedy do pokoju weszła matka jego, pani Leigh. W jak dorodną, imponującą, a zarazem pańsko uprzejmą młodą kobietę przeistoczyła się poczciwa i do broduszna za czasów szkolnych, ale mało rozgarnięta, tępa dziewczyna! Tak dodatnio i korzystnie wpłynęło na nią zamęźcie i macierzyństwo. Miałam niejednokrotnie okazję stwierdzić w następstwie dobroczynny wpływ obu tych czynników na mniej jeszcze niż ona zapowiadające osobniki. Pani Leigh nie przypomniała mnie sobie zupełnie. T ja także zmieniłam się, obawiam się jednak, że nie na korzyść, niestety. Nie próbowałam wcale narzucić mojej osoby jej pamięci. W jakim celu miałabym to uczynić? Przyszła po małego swojego synka, aby zabrać go na przechadzkę, a tuż za nią szła p’astunka, niosąca na ręku niemowlę. Wspominam o tym dlatego jedynie, że pani Leigh, zwracając się do piastunki, mówiła po francusku, bardzo lichą francusczyzną zresztą, fatalnym akcentem, który żywo przypomniał mi nasze szkolne czasy). Mały chłopczyk natomiast, paplał biegle po francusku. Kiedy cała kompania wyszła z pokoju, opowiedziała mi pani Barrett, że córka jej chlebodawców przywiozła z sobą przed dwoma laty z podróży, jaką odbyła po kontynencie, cudzoziemską tę piastunkę, którą traktowrano w domu jak guwernantkę prawie, nie każąc jej nic robić poza wynoszeniem niemowlęcia na spacer i paplaniem po francusku z małym Karolkiem.
— Pani Leigh utrzymuje — dodała zacna pani Barrett — że spotkała zagranicą wiele Angielek, które zajmują takie same posady w zamożnych domach cudzoziemskich na kontynencie i są tak samo dobrze traktowane iak ta Francuska.
Zapisałam sobie w pamięci tę przypadkową informację, ni to zapobiegliwa gospodyni zwykła skrzętnie notować wiadomości, które, jak trafnie przewiduje, mogłyby przydać jej się kiedyś. Zanim rozstałam się z zacną moją przyjaciółką, dała mi ona adres godnego zaufania, przyzwoitego zajazdu w Londynie, w którym, jak zapamiętała, zwykli zatrzymywać się niegdyś moi stryjowie.
Udanie się moje do Londynu było mniej awanturniczym przedsięwzięciem i narażało mnie na mniejsze ry aryko, aniżeli mógłby czytelnik sądzić. Cała odległość wynosiła nie więcej niż pięćdziesiąt mil. Środki moje, jak obliczyłam, wystarczą na podróż do stolicy, na pokrycie wydatków związanych z moim utrzymaniem w ciągu kilku dni oraz na ewentualną drogę powrotną, o ile nie znalazłabym możności pozostania w Londynie, to znaczy o ile nie udałoby mi się znaleźć tam żadnego zajęcia. Uważałam wycieczkę tę za rodzaj krótkich wakacyj raczej, na jakie postanowiłam pozwolić sobie, celem rozejrzenia się, aniżeli za szukanie ostatniej deski ratunku. Nie ma nic lepszego nad skromne poczynanie sobie w życiu i krojenie na umiarkowaną skalę. Jest to najniezawodniejszy sposób utrzymania równowagi cielesnej i duchowej, gdy, przeciwnie, rzucanie się nieopatrzne na szerokie wody wielkich, zawrotnych pomysłów naraża na zbyt rychłe spalanie się ciała i ducha w nadmiernej gorączce.
Przebycie pięćdziesięciu mil wymagało w owym czasie całodziennej podróży (mówię o dawno minionych czasach: włosy moje, które do niedawna jeszcze opierały się zwycięsko mrożącemu wpływowi lat, są już teraz zupełnie białe pod białym czepeczkiem, niby śnieg pod śniegiem). Około dziewiątej w słotny wieczór lutowy stanęłam w Londynie.
Wiem, że czytelnik mój nie będzie mi wdzięczny za poskąpienie mu szczegółowego, kunsztownego zdania sprawy z pierwszych moich ’wrażeń artystycznych. Sądzę jednak, że słusznie postępuję z tego względu chociażby, iż nie miałam czasu, ani też nie byłam odpowiednio usposobiona do notowania ich i przejmowania się nimi. Nie mogło w istocie natchnąć mnie szczególną wrażliwością w tym kierunku przybycie o późnej godzinie w chłodny, słotny, ciemny wrieczór, do Babilonu, którego obcość i przerażająca rozległość wystawiły na najcięższą próbę jasność i trzeźwość sądu, jak również zdolność panowania nad sobą, jakimi, w braku świetniejszych talentów, mogło podobać się Naturze obdarzyć mnie. £ chwilą kiedy wysiadłam z dyliżansu, uderzył mnie osobliwy sposób mówienia dorożkarzy londyńskich i innych osób zgromadzonych w oczekiwaniu przybycia karetki pocztowej. Mowa ich wydała mi się w pierwszym momencie obcą jakąś, jak gdyby cudzoziemską. Nigdy do owego czasu nie słyszałam języka angielskiego siekanego w ten sposób. Udało mi się jednak zrozumieć zdania, z jakimi zwracano się do mnie i być wzajem zrozumianą przez moich rozmówców, o tyle przynajmniej, aby zostać bezpiecznie przewiezioną wraz z moim bagażem do wskazanego mi przez dawną naszą piastunkę zajazdu. O, jak nieskończenie trudna, gnębiąca i zastraszająca wydała mi się moja eskapada! Znalazłam się po raz pierwszy w życiu w Londynie po raz pierwszy w zajeździe; zmęczona podróżą, spłoszona ciemnością, zdrętwiała chłodem; pozbawiona wszelkich wskazówek, a tym bardziej doświadczenia, jak zabrać się do rzeczy, co przedsięwziąć, a przecież zmuszona działać samoistnie.
Postanowiłam kierować się własnym zdrowym rozsądkiem nade wszystko. Mój zdrowy rozsądek był wszelako równie zmrożony i oszołomiony, jak wszystkie inne moje cechy duchowe, jedynie też pod presją nieubłaganej konieczności dał się on pobudzić do pierwszych nerwowych podrygów jakiego takiego działania. Zacięta w ten sposób biczem surowych wymagań, podyktowała mi ta właściwość mojego ducha obowiązek zapłacenia tragarzowi, przy czym trudno było wziąć jej za złe, że w krytycznym takim momencie dała się grubo oszukać; kazała mi następnie zapytać portiera zajazdu o pokój, z kolei trwożliwie zawezwać pokojówkę, i co więcej, znieść z godnością wyniosłe traktowanie mnie przez młodą tę damę, kiedy raczyła wreszcie zjawić się. 0 ile sobie przypominam, była pokojówka ta wzorem miejskiego szyku i elegancji. Taką zręczną, szczupłą miała figurkę, taki zgrabny, wytworny był jej czepeczek, tak umiejętnie skrojona i uszyta jej sukienka, że przyglądałam się jej z szczerym zdziwieniem i zaciekawieniem. Mowę jej cechował osobliwy akcent, który, wraz z łatwością i płynnością przesadnego wysławiania się, wzgardliwie niejako urągały mojemu sposobowi mówienia, tak samo jak sztuczna nieco, wymuszona wytwomość jej stroju zdawała się z szyderstwem podkreślać wiejską prostotę mojego ubrania.
Trudno, nie ma na to rady — pomyślałam A zresztą i środowisko i okoliczności są nowe. Jakoś to będzie.
Zachowaniem zupełnego spokoju i godności osobistej wobec aroganckiej tej dziewczyny, a potem wobec wyglądającego jak ksiądz, ubranego na czarno z białvm halsztukiem kelnera, wymogłam rychło na obojgu grzeczniejszy sposob traktowania mnie. Przypuszczam, iż pierwotnie wzięli mnie oboje za służącę, wnet jednak zmienili zdanie, niezdecydowani, czy mają odzywać nię do mnie w sposób wyniosłe protekcjonalny czy służalczo uprzejmy. Trzymałam się wcale godnie, dopóki, pokłoniona n;eco jedzeniem i ogrzana przy ogniu, nie zamknęłam się bezpiecznie w moim własnym pokoju. Kiedy jednak usiadłam na krawędzi łóżka, oparłszy głowę na poduszce, doznałam uczucia straszliwego zgnębienia. Od razu stanęła przede mną cała upiomość mojej sytuacji. Uświadomiłam sobie jej nienormalność, rozpaczliwe osamotnienie, beznadzieiność nieledwie. Co robię tu sama w tyrm wielkim Londynie? Co mam przedsięwziąć następnego dnia? Co czeka mnie w życiu? Jakich mam przyjaciół na świecie? Skąd przybywam? Dokąd dążę? Co mam czynić?
Łzami, iakie trvsnełv mi z oczu, zros;łam poduszkę, własne ramiona i włosy. Po wvbuchu tym nastąpił ponury moment naihardziej gorzkich myśli, mimo wszystko jednak nie żałowałam podjętego kroku, ani też nie pragnęłam cofnąć się wpół drogi. Ponad wszystkimi innymi uczuciami górowało silne, jakkolwiek mętne przeświadczenie, że lepiej jest iść naprzód, aniżeli cofać się i że mogę iść naprzód, że droga jakaś — najciaśniejsza bodaj i najtrudniejsza — otworzy się przede mną. Pod wpływem tej myśli uspokoiłam się o tyle, że zdolna by łam odmówić pacierze wieczorne i przygotować się do snu. Zgasiłam właśnie świecę i położyłam się, kiedy nagle wśród nocnej ciszy zawibrował głęboki, niski, potężny dźwięk. Zrazu nie wiedziaałm co mogłoby to być, gdy jednak dźwięk ten powtórzył się dwanaście razy, zrozumiałam jego znaczenie i, po przebrzmieniu długim, drżącym echem ostatniego uderzenia dzwonu, powiedziałam sobie: — „Leżę w cieniu Katedry Ś-go Pawła“.
ROZDZIAŁ VI
LONDYN
Nazajutrz przypadł pierwszy dzień marca i kiedy, po obudzeniu się, wstałam i rozsunęłam zasłony okienne, ujrzałam przedzierające się poprzez mgłę promienie wschodzącego słońca. Ponad moją głową, ponad szczytami domów, ujrzałam sięgający obłoków nieledwie, potężny, kopulasty masyw, ciemno niebieszczący się i niewyraźny — KATEDRĘ. W momencie ujrzenia jej poruszyło się coś we mnie: duchowa moja istota wstrząsnęła, na wpół rozwijając je, spętane zawsze swoje skrzydła; i równocze. śnie olśniło mnie nagłe poczucie jakobym ja, która nigdy dotychczas nie żyłam naprawdę, miała wreszcie zakosztować życia. Tego rana dusza moja rozrastała się i pęczniała tak szybko, jak bania, która wyrosła nad Jonaszem.
— Dobrze uczyniłam, przybywając tutaj — powiedziałam sobie, i przystąpiłam do pośpiesznego starannego ubrania się.
— Podoba mi się nastrój tego wielkiego Londynu, który czuję dokoła siebie. Kto, prócz zdecydowanych tchórzów jedynie, poprzestałby na spędzeniu całego życia w nędznej chacie, wyrzekając się na zawsze rozwinięcia swoich zdolności, pozostawionych na łup przeżerającej je rdzy mroku?
Ubrawszy się, zeszłam na dół, nie wyczerpana i zdrożona, jak poprzedniego wieczora, ale świeża, ochędożona i wypoczęta. Kiedy kelner przyniósł mi śniadanie, zdołałam zwrócić się do niego stanowczo, ale pogodnie; dziesięciominutowa rozmowa, jaką odbyliśmy, zbliżyła nas z fobą wzajem i zapoznała w sposób wystarczający,
Kelner był starszym, siwym mężczyzną, który, jak się okazało, pozostawał na obecnej służbie od dwudziestu lat. Stwierdziwszy to, pewna byłam, że przypomni sobie obu moich stryjów: Karola i Wilmota, którzy przed piętnastu laty bywali tutaj częstymi gośćmi. Wymieniłam ich imiona i nazwisko, które przypomniał sobie w istocie od razu, powtarzając je z szacunkiem. Z chwilą ujawnienia w ten sposób moich stosunków rodzinnych zyskałem dla siebie w oczach kelnera należne, zupełnie wyraźne stanowisko. Uważał, że jestem podobna do stryja Karola: myślę nawet, że mówił prawdę, bowiem i pani Barrett także zwykła utrzymywać to samo. Uprzejma usłużność zastąpiła teraz niedawTny, wyraźnie lekceważący sposób jego zachowania się wobec mnie, nie miałam też już odtąd wątpliwości, że otrzymam grzeczną odpowiedź na każde rozsądne moje zapytanie.
Ulica, na którą wychodziło okno mojego pokoiku, była wąska, bardzo cicha i niezbyt brudna: nieliczni przechodnie przypominali wyglądem swoim tych, jakich widuje się w miastach prowincjonalnych; nie było tu nic potężnego, ani olśniewającego — czułam, że mogę odważyć się wyjść sama.
Po śniadaniu wyszłam istotnie. W sercu moim zagościło mile podniosłe uczucie: przechadzka samodzielna po ulicach Londynu wydała mi się sama przez się już nie byle przygodą. Niebawem znalazłam się na klasycznym gruncie — w alei, noszącej nazwę Paternoster Row. Weszłam tu do księgami, prowadzonej przez niejakiego Jones^ i nabyłam książeczkę — marnotrawstwo, na które nie mogłam właściwie pozwolić sobie, przyszło mi wszelako na myśl, że będę mogła ofiarować ją — czy posłać — pani Barrett. Pan Jones, zasuszony stary kupiec, stał za ladą: wydał mi się jedną z najwspanialszych, a ja sama jedną z najszczęśliwszych, istot na świecie.
Zdumiewająca była żywotność, jaka kipiała we mnie tego rana. Znalazłszy się przed katedrą Ś-go Piotra, weszłam do środka i wdrapałam się aż pod szczyt jej kopuły, skąd roztoczył się przede mną Londyn ze wszyst kimi jego kościołami, z rzeką i mostami na niej; ujrzałam odwieczny Westminster i zielone ogrody — Tempie Gardens — oświetlone słońcem, które radośnie jaśniało na gładkim niebieskim niebie wczesnej wiosny, zasnutym tu i owdzie niezbyt gęstym obłoczkiem mgły.
Zeszedłszy ponownie na dół, puściłam się w dalszą wędrówkę na los trafu, zachwycona, rozradowana poczuciem Swobody, jakiej zaznałam w pełni. Po dłuższym wędrowaniu dotarłam — sama nie wiem w jaki sposób do serca miasta z tętniącym jego życiem. Ujrzałam nareszcie i poczułam prawdziwy Londyn. Znalazłam się na pobrzeżu Tamizy — na Strandzie — przeszłam przez Cornhill, wsiąknąwszy tutaj w ruch i gwar uliczny, odważając się nawet na niebezpieczeństwo przechodzenia na przełaj przez jezdnię. Świadomość, że zdobyłam się na odwagę uczynienia tego, w dodatku uczynienia tego bez niczyjej pomocy, ani opieki, dała mi, niewspółmierne może do wyczynu, ale prawdziwe uczucie zadowolenia. Po owym dniu oglądałam West End, parki, piękne place, nieporównanie bardziej wszakże podoba mi się serce miasta: City. Wydaje mi się ono o wiele bardziej tchnące powagą: jego ruch, panujący tu zgiełk, wszystkie te skłócone dźwięki i odgłosy, są tak pełne rzeczywistego, doniosłego znaczenia. City pracuje na utrzymanie własne i całej stolicy, West-End korzysta jedynie z uciech życia. West-End dostarcza rozrywek tylko, City, natomiast, podnieca i porusza do głębi.
Omdlewaiąca ze zmęczenia i płodna (od lat już nie doświadczałam równie zdrowego głodu) powróciłam około drugiej po południu do cichego, ciemnego, staroświeckiego mojego zajazdu. Obiad, jaki mi podano, składał się z dwóch potraw’ — ze sporego plastra pieczeni i z jarzyn. Obie wydały mi się wyborne; o ileż smaczniejsze od maleńkich, wyszukanych porcyjek posiłków, jakie przysyłała stara kucharka panny Marchmont dla drogiej mojej zmarłej chlebodawczym i dla mnie i na jakich samoistne zadysponowanie nie starczyło obu nam chęci i apetytu. Rozkosznie zmęczona, urządziłam sobie posłanie z trzech krzesełek (pokój nie posiadał kanapki) i wnet usnęłam, a po zbudzeniu się rozmyślałam przez dwie godziny.
Mój stan ducha wraz ze wszystkimi towarzyszącymi mu okolicznościami sprzyjał, jak nie można bardziej zdecydowaniu się na nową, śmiałą może i ryzykowną — bodaj rozpaczliwą nawet — linię postępowania. Nie miałam nic do stracenia. Niewypowiedziana pogarda dla bezradosnej dotychczasowej mojej egzystencji nie dopuszczała możliwości cofnięcia się i powrotu do niej. 0 ile nie powiedzie mi się plan, jaki zamierzałam urzeczvwistnić, któż, poza mną samą jedynie, ucierpi na tym? Gdybym umarła — z dala od domu, chciałam powiedzieć, nie miałam jednak domu — z dala od Anglii, kto płakałby po mnie?
Możliwe, że czekają mnie cierpienia, przywykłam wszelako do cierpień, śmierć nawet, przyszło mi na myśl, nie jest dla mnie tak straszna, jak dla większości ludzi bardziej niż ja szczędzonych przez los. Dotychczas myślałam o śmierci ze spokojem i bez lęku. Uzbrojona w ten sposób przeciwko wszelkim przeciwnościom i ujemnym wynikom, obmyśliłam mój projekt.
Tegoż jeszcze wieczora zdobyłam od przyjaciela mojego — starego kelnera — potrzebne informacje, dotyczące terminu odpłynięcia statku do upatrzonego portu na kontynencie — zwanego JBoue Marinę. Uważałam, że nie mogę tracić czasu: tej nocy jeszcze muszę zająć kabinę. Mogłam, oczywiście, zaczekać z tym do rana, nie chciałam jednak narazić się na spóźnienie.
— Radzę pani lepiej zająć kabinę od razu — ostrzegł mnie kelner. Uznając słuszność tej rady, pośpieszyłam uuiścić rachunek, wynagrodziwszy przy tym usługi, okazane mi przez mojego przyjaciela w sposób, który, jak obliczam teraz, był królewski nieledwie, a który w jego oczach wydał się na pewno niedorzecznym. Wsuwając do kieszeni wręczone mu przeze mnie monety, uśmiechnął się z lekka, jak gdyby chcąc dać wyraz swojej opinii o znajomości życia, jaką wykazała hojna ofiarodawczyni, po czym wyszedł, aby sprowadzić mi wehikuł. Nie poprzestał jednak na tym i polecił mnie woźnicy, nakazawszy mu, aby dojechał ze mną do samej przystani, nie pozostawiając mnie na łup przewoźników. Woźnica przyobiecał wywiązać się uczciwie z danego mu polecenia, oczywiście jednak nie dotrzymał przyrzeczenia traktując mnie, wprost przeciwnie, jak ofiarę, ciągnioną na rzeź, każąc mi wysiąść wpośrodku gromady przewoźników, i zdając mnie na ich łaskę i niełaskę.
Naraziło mnie to na przejście fatalne. Noc była ciemna, woźnica odjechał czym prędzej z chwilą, gdy wręczyłam mu zapłatę za przejazd i od razu rozpoczęła się zażarta walka przewoźników o moją osobę i o mój hagaż. Jeszcze teraz brzmią mi w uszach przekleństwa rzucane przez nich w przebiegu tej walki: podziałały one na filozoficzny mój spokój bardziej wstrząsająco niż ciemna noc, osamotnienie i niezwykłość sytuacji, w jakiej znalazłam się. Pochwycono mój bagaż; przyglądałam się temu z bezradną biernością, kiedy jednak inny z przewoźników chciał w taki sam sposób pochwycić mnie samą, obruszyłam się, odepchnęłam go, i wsiadłam od razu do jednej z łodzi, nakazawfszy władczym tonem, aby umieszczono w niej kufer mój obok mnie, co zastało natychmiast uskutecznione, jako że właściciel łodzi stał się z tą chwilą moim sojusznikiem. Odpłynęłam.
Rzeka była czarna niczym atrament; tu i owdzie tylko ślizgały się po niej światła, rzucane z okien gmachów nadbrzeżnych; na jej powierzchni kołysało się mnóstwo statków. Załoga łodzi podwoziła mnie kolejno do szeregu okrętów, których nazwy, wypisane wielkimi białymi literami na ciemnym tle, odczytać mogłam przy świetle latami. „Ocean“, Feniks„Książę Małżonek„Delfin“ — Nie, nie to nie ten! „Iskra“ brzmiała nazwa mojego statku, który jednak, jak się zdawało, stał na kotwicy znacznie dalej.
Płynięcie nasze w dalszym ciągu po płytkiej fali nasunęło mi porównanie ze Styksem i z Charonem, przewożącym samotną duszę do Krainy Cieniów. W dziwnej tej sytuacji, wobec wichru dmącego mi prosto w twarz i bryzgów deszczu, strącanych przez ciężkie chmury ponad moją głową, mając za towarzyszy dwóch brutalnych przewoźników, dręczących uszy moje dzikimi, ciskanymi przez nich przekleństwami, zapytywałam samą siebie, czy jestem bardziej wystraszona, czy zgnębiona. Nie byłam jednak w rzeczywistości ani wystraszona, ani zgnębiona. Wielokrotnie w moim życiu doznawałam obu tych uczuć w znacznie wyższym stopniu, w warunkach o wiele korzystniejszych w porównaniu.
— Jak to możliwe? — zadałam sobie pytanie. — Wydaje mi się, że jestem raczej podniecona i czujna, zamiast być wystraszoną i zgnębioną?
Nie umiałam sobie tego wyjaśnić.
Wreszcie zarysował się w oddali kadłub „Iskry“, bielejący wyraźnie na tle czarnej nocy.
— Jesteśmy! — oznajmił przewoźnik, zażądawszy równocześnie zapłacenia mu sześciu szylingów.
— Żąda pan za wiele — rzekłam, w odpowiedzi jednak na ten mój protest odepchnął energicznie łódź od statku, oświadczając, że nie wysadzi mnie na pokład dopóki nie otrzyma żądanej zapłaty. Na pokładzie, oparty o balustradę, stał młody mężczyzna — jak dowiedziałam się w następstwie — jeden ze stewardów okrętowych. W* przewidywaniu walki, jaka zapowiadała się pomiędzy mną a przewoźnikiem, wyszczerzył już zęby w złośliwym uśmiechu, aby więc rozczarować go, pośpieszyłam zapłacić. Trzykrotnie w ciągu tego po południa dawałam korony tam, gdzie należało dawać szylingi, pocieszyła mnie jednak myśl, że za tę drogą cenę zdobywam tak niezbędne w moich warunkach doświadczenie.
— Oszukał panią! — zatriumfował steward, kiedy dostałam się wreszcie na pokład.
— Wiem o tym — odpowiedziałam z flegmą i zeszłam na dół do kajuty.
Zastałam tam korpulentną, przystojną, dobrze prezentującą się niewiastę, którą zapytałam o moją kajutę. Spojrzała na mnie ostro, mruknąwszy coś o niezwykłości przybywania pasażerów na statek o tej godzinie, skłonna, jak zdawało się, do potraktowania mnie niezbyt uprzejmie. Dziwną miała twarz — taką przystojną, a zarazem taką zuchwałą i samolubną!
— Trudno; teraz, kiedy jestem już na pokładzie, pozostanę tu, oczywiście — odpowiedziałam. — Poproszę panią o łaskawe wskazanie mi mojej kabiny.
Zastosowała się, acz z wyraźną niechęcią, do mojej prośby. Zdjęłam kapelusz ustawiłam moje rzeczy i położyłam fcię. Miałam już za sobą szereg trudności, przy których pokonaniu odniosłam do pewnego stopnia zwycięstwo. Moja bezdomność i brak bezpiecznej ostoi w życiu mogły znów na krótki przeciąg czasu przestać mnie dręczyć. Dopóki „hkra“ nie zarzuci kotwicy w przystani, nie będę izmuszona zdobywać się na żaden dalszy krok. Potem jednak... O, nie byłam w stanie myśleć co nastąpi potem. Wyczerpana, oszołomiona, leżałam w półśnie, czy w półodrętwięniu.
Stewardka gadała przez całą noc; nie ze mną, ale z młodym stewardem, który, jak się okazało, był jej synem, łudząco do niej podobnym. Wchodził do kabiny i wychodził nieustannie: dy&putowali, kłócili się i znów godzili się, powtarzając to niezliczone razy w ciągu nocy. Powiedziała mu, że pisze list do domu — do ojca swojego — i odczytywała głośno synowi ustępy tego listu, nie zwracając najmniejszej uwagi na mnie, jak gdybym była martwą kłodą: przypuszczała prawdopodobnie, że śpię. Niektóre z tych odczytywanych głośno ustępów zawierały tajemnice rodzinne, dotyczące zwłaszcza niejakiej „Charlotty44, młodszej siostry, która, sądząc z brzmienia listu, była w przede dniu zawarcia romantycznego, nierozważnego związku: starsza niewiasta protestowała z głośnym oburzeniem przeciwko ohydnemu postępkowi młodszej. Syn wyśmiewał szyderczo ton korespondencji matki, ona zaś wściekle broniła zajętego przez siebie stanowiska. Osobliwą tworzyli parę. Matka mogła mieć co najwyżej trzydzieści dziewięć lub czterdzieści lat i musiała być kwitnącą, urodziwą dziewoją, mając lat dwa dzieścia. Krzykliwa, próżna, despotyczna i ambitna, zdawała się niezmożona zarówno cieleśnie jak duchowo. Przypuszczam, że od najmłodszych lat przywykła żyć i obracać się w miejscach publicznych; za młodu była prawdopodobnie kelnerką w barze.
Nad ranem przeszła w rozmowie swojej na inny temat:
— „Watsonów“ — spodziewanej rodziny pasażerów, których znała już, jak się zdawało, i wielce ceniła ze względu na poważne napiwki, jakie jej zawsze pozostawiali. Wyraziła się, że liczyć może na wcale pokaźną sumkę, ilekroć rodzina ta odbywa podróż na ich statku.
O świcie zapanował na pokładzie wielki ruch, bowiem wraz z wrschodem słońca przybywać zaczęli pasażerowie. Powitanie „Watsonów“ przez stewardkę było niezmiernie hałaśliwe i wylewne; cała załoga kręciła się i uwijała dokoła nich tylko. Towarzystwo „Watsonów“ składało 6ię z czterech osób: z dwóch mężczyzn i z dwóch kobiet. Oprócz nich była jedna tylko jeszcze, młoda pasażerka, którą odprowadzał na pokład wytworny, ale nieco chorowicie wyglądający pan. Obie te grupy różniły się wzajem zasadniczo, stanowiąc wybitny kontrast. Watsonowie byli niewątpliwie ludźmi bogatymi; zdradzała to pewność siebie i świadomość potęgi posiadanego majątku, cechująca cały ich sposób bycia. Kobiety ich — obie wyglądające młodo, przy czym jedna była skończoną pięknością — w sensie urody fizycznej — ubrane były szykownie i bogato, może tylko zbyt jaskrawo i niedorzecznie nieodpowiednio do okoliczności. Ich kapelusze przybrane suto kwiatami, ich aksamitne narzutki i jedwabne suknie nadawałyby się raczej do przechadzki po alejach parkowych, aniżeli do krążenia w nich po mokrych deskach pokładu okrętowego. Mężczyźni byli otyli, przysadziści, brzydcy i pospolici.
Najstarszy, najbrzydszy, najbardziej otyły i krępy, był, jak rychło zmiarkowałam, mężem, a raczej narzeczonym chyba, pięknej dziewczyny, zbyt młodziutkiej aby mogła być mężatką już. Zdumienie moje z tego powodu było niezmierne, zwłaszcza, kiedy stwierdziłam, że zamiast yillettc 6 77 czuć się bezgranicznie nieszczęśliwą z racji tak nieodpowiedniego związku zdawała się nieomal upojona wesołością.
— Jej śmiech — przyszło mi zrazu na myśl — musi być zapamiętaniem jeno, podyktowanym rozpaczą.
W tej samej chwili wszakże, kiedy olśniła mnie ta myśl
— stałam wówczas, milcząca i samotna, oparta o balustradę okrętu — podbiegła do mnie ta śliczna dziewczyna, mimo że zupełnie mi obca, z krzesełkiem składanym w ręku i, uśmiechnięta beztrosko w sposób iście zagadkowy dla mnie, odsłaniający wszakże dwa rzędy nieskazitelnych ząbków, zaofiarowała mi skorzystanie ze stołeczka. Odmówiłam oczywiście przyjęcia go z największą grzecznością, na jaką potrafiłam zdobyć się, a ona oddaliła się tanecznym krokiem, wesoła i lekka jak ptaszek. Przypuszczałam, że musi być dobra z natury; co jednak mogło ją skłonić do poślubienia tego osobnika, podobniejszego co najmniej do beczki tłuszczu, aniżeli do mężczyzny?
Owa inne pasażerka, którą przywiózł na statek wytwornie wyglądający pan, była zupełnie młoda jeszcze, jasnowłosa i przystojna. Jej skromna gładka suknia, niczym nie przybrany słomkowy kapelusz i duży, zręcznie zarzucony na ramiona szal, przypominały strój kwakierski nieomal w prostocie swojej, było jej w nim jednak bardzo do twarzy.
Zauważyłam, że zanim towarzyszący jej mężczyzna opuścił ją, rozejrzał się badawczo po wszystkich pozostałych podróżnych, jak gdyby chciał przekonać się w jakim towarzystwie ją pozostawia. Oko jego odwróciło się z nieukrywanym niesmakiem od obu pań w jasnych kwieci’ stych strojach, poczem spoczęło na mnie. Równocześnie powiedział coś swojej córce, siostrzenicy, czy kimkolwiek była ona w stosunku do niego, ona zaś wyraźnie zerknęła w moją stronę i z lekka odęła ładne małe usteczka. Nie wiem czy moja osoba, czy też niewybrednie w domu uszyic żałobne moje ubranie wywołały ten grymas pogardy: przypuszczam, że jedno i drugie po społu. Rozległ się dźwięk gongu okrętowego, ojciec jej (dowiedziałam się potem, że był to jej ojciec) uściskał ją i powrócił na ląd. Statek rozwinął żagle i odpłynął.
Cudzoziemcy są zdania, że jedynie angielskie młode dziewczęta można puścić bez opieki w podróż. Tych samych cudzoziemców niezmiernie dziwi jednak lekkomyślna ufność angielskich rodziców i opiekunów. Co się tyczy samych młodych,,Miss“ są one za nieustraszoność swoją uważane przez niektórych za nazbyt męskie i „nieprzyzwoite j inni znów widzą w nich bierne ofiary systemu wychowawczego i religijnego, uznającego wszelką „surveillance“ — wszelkie nadzorowanie — za zbędne. Nie wiem, a raczej nie wiedziałam wówczas, czy owa mło(da dama należała do rzędu tych, które mogą być pozostawione bezpiecznie bez opieki, rychło wszakże miało okazać się, że dostojeństwo samotności nie przypadało jej szczególnie do gustu. Zaczęła spacerować tam i z powrotem po pokładzie, spoglądając z lekkim odcieniem pogardy na szeleszczące jedwabie i aksamity, a także na nadskakujące im niezdarne niedźwiedziowate postacie opasłych mężczyzn, wreszcie zbliżyła się do mnie, pytają:
— Jest pani amatorką morskich podróży?
Wyjaśniłam jej, że moje amatorstwo w tym kierunku musi zostać wystawione dopiero na próbę pierwszego doświadczenia, bowiem dotychczas nie miałam pod tym względem żadnego.
— O, jakie to ciekawe! — zawołała. — Zazdroszczę pani nowości wrażenia: pierwsze przeżycia tego rodzaju są zawsze bardzo miłe. Co się mnie tyczy, mam ich tyle już za sobą, że zdołałam zapomnieć zupełnie o pierwszym. Jestem całkowicie zblazowana na punkcie morza i wielu innych tym podobnych doznań.
Nie mogłam powstrzymać mimowolnego uśmiechu.
— Dlaczego śmieje się pani ze mnie? — zapytała ze szczerością, która bardziej podobała mi się, niż poprzednie jej odezwania się.
— Dlatego, że jest pani zbyt młoda, aby być zblazowaną na jakimkolwiek punkcie.
— Mam siedemnaście lat — oznajmiła tonem z lekka urażonym.
— Wygląda pani co najwyżej na szesnaście. Chętnie podróżuje pani sama?
— O, jest mi to najzupełniej obojętne! Przepłynęłam już Kanał jakie dziesięć razy bez niczyjej asysty i opieki; staram się jednak być możliwie najkrócej sama; udaje mi się zwykle zawierać miłe znajomości.
— Wątpię, czy uda się pani zawrzeć je tym razem — zauważyłam, zerknąwszy na grupę Watsonów, głośno śmiejących się teraz i czyniących niesłychany zamęt i hałas na pokładzie.
— Oczywiście z nikim spośród wstrętnych tych mężczyzn i kobiet — rzekła. — Tego rodzaju ludzie powinni byliby właściwie być pasażerami najniższej klasy. Jedzie pani na pensję?
— Nie.! f j 3
— Dokąd więc w takim razie?
— Nie mam o tym najlżejszego pojęcia poza tym, że najbliższym celem mojej podróży obecnej jest port BoueMarine.
Spojrzała na mnie ze zdumieniem, nie przestając jednak w dalszym ciągu paplać beztrosko.
— Jadę na pensję. O, na ilu już pensjach cudzoziemskich byłam w moim życiu! Mimo to jestem zupełną ignorantką. Nie umiem nic, ale to absolutnie nic — zapewniam panią — poza tym, że pięknie gram i tańczę, umiem także naturalnie szwargotać po francusku i po niemiecku, chociaż nieosobliwie czytam i piszę tymi językami. Paię dni temu kazano mi przetłumaczyć stroniczkę łatwej niemieckiej książki na angielski, nie potrafiłam tego zrobić. Ojciec mój był bardzo zmartwiony i powiedział, że pan de Bassompierre — mój ojciec chrzestny, który płaci wszystkie rachunki za moją pensję — wyrzuca pieniądze w błoto. Bo muszę przyznać się pani, że co do historii, geografii, arytmetyki i innych podobnie nudnych przedmiotów jestem zupełnie nierozwiniętym dzieckiem jeszcze, a po angielsku piszę bardzo źle — robię pełno błędów gramatycznych i ortograficznych. W dodatku zdążyłam zapomnieć już wszystko, czego nauczono mnie z religii. Nazywają mnie protestantką, wie pani? Ale tak Bogiem a prawdą, nie mam pewności, czy jestem nią czy nie. Niezupełnie zdaję sobie sprawę z różnicy pomiędzy katolicyzmem a protestantyzmem. Jest mi to zresztą najdoskonalej obojętne. Kiedyś w Bonn — kochane, czarujące Bonn — gdzie tylu jest przystojnych młodych studentów! — byłam luteranką. Każda ładna dziewczyna na naszej pensji w Bonn miała wielbiciela. Każdy z takich panów wiedział w jakich godzinach wychodzimy na spacer, urządzał się też tak, aby spotkać się ze swoją bogdanką i przejść tuż obok niej.
„Schones Mddchen! — mówił każdy damie swojego serca, a mówił to tak głośno, że wyraźnie mogłyśmy słyszeć jego słowa. Byłam rajsko szczęśliwa w Bonn!
— A gdzie jest pani teraz? — zapytałam.
— 0, w... w chose*) — rzekła.
Panna Ginevra Fanshave (tak brzmiało imię i nazwitko młodej osoby) zastąpiła oczywiście wyrazem „chose“ wyszłą jej chwilowo z pamięci istotną nazwę miejscowości. Używanie co chwilę wyrazu chose stało się utartym jej zwyczajem, powtarzane przy każdej okazji, jako bardzo wygodne słówko zastępcze zamiast brakującego właściwego słowa w każdym języku, jakim mówiła przypadkowo w danym momencie. Dziewczęta francuskie dopomagaj? sobie często w ten sposób i od nich właśnie przejęła panna Ginevra Fanshave to nawyknienie. W danym wypadku, jak dowiedziałam się w następstwie, miało owo „chose“ zastąpić Villette — wielką stolicę wielkiego królestwa Labassecour.
— Podoba się pani Villette? — zapytałam.
— Wcale niezgorzej. Mieszkańcy tubylczy są potwornie głupi i pospolici; zamieszkuje tam jednak kilka miłych rodzin angielskich.
— Jest pani na pensji? * ) chose — rzecz.
— Tak.
— Czy to dobra pensja?
— 0, nie, ohydna! Ale wychodzę co niedzielę, nic 6obie też nie robię ze wszystkich naszych maitrcsses i z naszych professeurs — z naszych nauczycielek i profesorów — także ze wszystkich eleves — uczennic — wszystkie lekcje posyłani au diable (nie śmiałaby powiedzieć „do diabła44 po angielsku, ale po francusku brzmi to wcale dobrze) i w ten sposób daję sobie świetnie radę... I znów śmieje się pani ze mnie?
— Nie, uśmiecham się tylko do własnych moich myśli.
— A jakie są te pani myśli? — zainteresowała się, nie czekając jednak na moją odpowiedź, dodała. — Niech mi pani powie naprawdę dokąd pani jedzie?
— Dokąd poprowadzi mnie czuwająca nade mną Opatrzność. Jestem zmuszona szukać sposobu zarobkowania gdziekolwiek go znajdę.
— Sposobu zarobkowania? — zawołała stropiona. — Jest więc pani biedna w takim razie!
— Biedna jak Hiob.
Po chwilowej pauzie, westchnąwszy z lekka, dodała,
— 0, jakie to przykre, ale i ja także wiem co znaczy być biedną: moi w domu, ojciec i mama i oni wszyscy są aż nadto biedni. Mój ojciec nazwa się kapitan Fanshave; jest emerytowany i dostaje pół pensji oficerskiej, na szczęście pochodzi z dobrej rodziny, mamy też nie byle jakie stosunki i wielu bogatych krewnych, ale z nich wszystkich jest pan de Bassompierre, mój wuj i ojciec chrzestny zarazem, mieszkający we Francji, jedynym, który dopomaga nam: kształci nas, dziewczęta. Mam pięć sióstr i trzech braci. Jedna po drugiej powychodzimy za mąż — prawdopodobnie za starszych panów, posiadających gotówkę: ojciec i mama postarają się już o to. Moja najstarsza siostra, Augusta, wyszła już za mąż za człowieka, który wygląda starzej niż nasz ojciec. Augusta jest bardzo piękna — nie w moim stylu, smagła — jej mąż, pan Dayies, przechodził żółtą febrę w Indiach i wciąż jeszcze ma twarz koloru złotej monety. Ale jest bogaty i Augusta ma własny powóz i pałac. Uważamy wszyscy, że doskonale Zr-» \ leps.ze to przecież niż „zarabianie na utrzymanie“ jak pani nazywa. Ale, ule, czv pani jest utalentowana?
— Nie — wcale nie.
Umie pani grać na fortepianie, śpiewać i mówić trzema czy czterema językami?
— Ani mowy o tym.
— A jednak myślę, że pani jest utalentowana! — zamilkła na chwilę i ziewnęła.
Będzie pani chorowała na morzu?
— A pani?. 0, strasznie, jak tylko zobaczymy morze z daleka: już teraz zaczynam coś odczuwać, zejdę na dół i puszczę w ruch tę grubą, wstrętną stewardesse usługującą na okięcie — Heureusement je sais faire alłer mon monde*)
Zeszła na dół.
Nie trwało długo, a pozostali pasażerowie poszli w jej ślady: w ciągu popołudnia ja jedna tylko pozostałam na pokładzie. Kiedy przypominam sobie spokojny, a nawet szczęśliwy nastrój, w jakim spędziłam te godziny, i uświadamiam sobie równocześnie położenie, w jakim znalazłam się wówczas, jego niepewność — niektórzy powiedziehby nawet — beznadziejność — czuję, że jak:
„Mury kamienne nie czynią więzienia,
Ani też klatki — pręty z żelaza“ — tak samo ryzykowność sytuacji, osamotnienie i niepewność jutra nie są czynnikami gnębiącymi, dopóki ciało jest zdrowe i zdolność rozumowania nie uszczuplona; dopóki zwłaszcza Wolność użycza nam swoich skrzydeł, a gwiazda Nadziei nie przestaje przyświecać nam i kierować nami.
Zachorowałam wówczas dopiero, kiedy byliśmy daleko ) Na szczęście umiem dawać sobie radę z ludźmi, dyrygować nimi. już poza Margate, z prawdziwą też rozkoszą wchłonęłam pierwszy powiew morza. Uczuciem boskiego upojenia przejęły mnie piętrzące się fale Kanału, widok ptactwra morskiego, przysiadającego na ich grzbietach, białych żagli na ciemniejącej dali morza i spokojnego, choć zasnutego chmurami nieba, rozpiętego ponad tym wszystkim.
W rozmarzeniu widziałam z dala już oczami duszy ląd europejski, niby wyśnioną krainę z bajki. Opromieniało ją śwTiatło słoneczne, czyniąc z długiego jej wybrzeża jedną nieprzerwaną smugę złota. Tu i owdzie urozmaicały linię architektoniczną drobne osiedla miejskie z ośnieżonymi, błyszczącymi w słońcu wieżami, ciemne zwarte gąszcze lasów i gładkie szmaragdowe powierzchnie pastwisk, poprzerzynanych mile pstrzącymi widok taflami strumyków. Wszystko to zarysowywało się wdzięcznie na tle nieba, uroczyście ciemno-granatowego, na którym, jako zapowiedź niezawodnego szczęścia, połyskiwrała czarownymi barwami przerzucona ręką Boga od północy ku południowi, niby łuk nadziei, lśniąca wstęga tęczy.
Wykreśl, proszę cię, miły czytelniku, to wszystko, a raczej pozwól temu wszystkiemu pozostać i wyciągnij z tego morał, wypisywany we wzorach tekstów:
„Marzenia na jawie są ułudnymi podszeptami złych duchów“.
Kiedy wreszcie nad miarę zmogła mnie choroba morska, powlokłam się na dół do kajuty.
Przypadek zrządził, że kajuta panny Fanshave sąsiadowała z moją, z przykrością zmuszona też jestem stwierdzić, że dręczyła mnie ona z bezwzględnym samolubstwem przez cały czas zaznawanych przez nas po społu dokuczliwości. Niecierpliwość jej i zdenerwowanie przechodziły wszelkie możliwe granice, Watsonow’ie, którzy chorowali tak samo jak my i których stewardka obsługiwała z bezwstydnie stronniczym wyróżnianiem, zachowywali się po stoicku w porównaniu z najbliższą moją sąsiadką. Niejednokrotnie od tego czasu stwierdzałam u osób takich, jak Ginevra Fanshave, o lekkomyślnej, nie liczą cej się z nikim i z niczym naturze i o jasnej, subtelnej urodzie, najzupełniejszą niezdolność znoszenia cierpień zawodów. Charaktery podobne zdają się gorzknieć i kwaśnieć pod wpływem niepowodzeń, ni to piwo podczas burzy. Mężczyzna, poślubiający kobietę podobnego typu, powinien być przygotowany z góry już, że będzie musiał zapewnić jej egzystencję, opromienioną bez przerwy blaskiem słonecznym.
Oburzona w końcu na jej zrzędną natrętność cierpko zażądałam, aby „zamknęła usta“. Szorstka ta odprawa dobrze na nią wpłynęła, muszę też zaznaczyć, że nie odbiła się ujemnie na jej stosunku do mojej osoby.
Wraz z zapadnięciem mroku nocnego stawało się morze coraz bardziej wzburzone: coraz wyżej piętrzące się fale uderzały gwałtownie o boki statku. Dziwnego uczucia doznawałam na myśl, że mam dokoła siebie czarną ciemność i rozhukane fale, roztrącane przez statek, torujący sobie drogę, niepomny ciemności, przez jaką zmuszony był przedzierać się, ani ogłuszającego łoskotu, jaki towarzyszy! pruciu przezeń fal. Pakunki zaczęły spadać z półek, tak że trzeba było umocować wszystko na zajmowanych miejscach. Pasażerowie cierpieli bardziej niż kiedykolwiek; panna Fanshave zapewniała jękhwie, że czuje nieuchronną śmierć.
— O, nie tak prędko jeszcze — pocieszyła ją stewardka — Wpływamy właśnie do portu.
Po kwadransie uciszyło się w istocie wszystko; około północy dobiegła podróż nasza kresu.
Żal mi było rozstawać się ze statkiem; tak, żal mi było. Skończyły się moje ferie; trudności i obawy o przyszłość stanęły znów przede mną w całej swojej grozie. Kiedy wyszłam na pokład, doznałam uczucia, że lodowate tchnienie nocy i zalegające dokoła ciemności zdają 6ię natrząsać z mojego spokoju i z pewności siebie, z jaką puściłam się w tę drogę. Światełka, migocące ze wszystkich stron w oknach domów portowego miasta dokoła obcej tej przystani, skierowały ku mnie niezliczone, groźnie ostrzegające oczy. Na pokładzie zaroiło się od przyjaciół, któizy przybyli na powitanie Watsonów; zaprzyjaźniona z pannę Fanshave liczna rodzina okrążyła ją i zabrała z sobą, gdy ja... nie miałam odwagi zestawiać porównawczo mojego własnego i jej położenia. Dokąd miałam udać się? Musiałam przecież znaleźć jakieś schronienie. Konieczność nie zwykła narzucać się ludziom w sposób miły. Przy wręczaniu napiwku dozorczyni okrętowej, która zdawała się zdziwiona otrzymaniem monety o wartości wyższej, niż ta, na jaką mogła liczyć ze strony osoby w mojej sytuacji — poprosiłam k
J W 11 *e chciałaby pani być tak uprzejma i wskazać mi jakiś cichy, niedrogi, ale przyzwoity zajazd, gdzie mogłabym przenocować?
Ujęta widocznie wysokością napiwka, nie tylko udzieliła mi żądanej wskazówki, ale zawołała tragarza i poleciła jego opiece nie tyle mój kufer, odesłany już na komorę celną, ile mnie samą.
Poszłam za moim chwilowym opiekunem wyboistą uliczką, oświetloną jedynie kapryśnie rozbłyskującą i ponownie niknącą jasnością księżyca, aż wreszcie stanęłam przed zajazdom. Dałam tragarzowi sześciopensową monetę, której nie przyjął jednak. Przypuszczając, że uważa ofiarowany napiwek za niewystarczający, wręczyłam mu szylinga, którego przyjęcia odmówił również, rzucając równocześnie kilka ostrych słów w języku niezrozumiałym dla mnie. Kelner, który w tej samej chwili wyszedł mi naprzeciw do oświetlonego lampą przedsionka, zwrócił mi łamaną angielszczyzną uwagę, że moje pieniądze są cudzoziemskie, nie mające tutaj wartości obiegowej. Zrozumiawszy dlaczego tragarz odmówił przyjęcia napiwka, poprosiłam kelnera, aby zmienił mi suwerena. Dopiero po dokonaniu tej operacji zażądałam wskazania mi wolnego pokoju. Resztki morskiej choroby, zdenerwowanie i ogólne roztrzęsienie nie pozwoliły mi myśleć o spożyciu wieczerzy. 0, jak niewypowiedzianie rada byłam, mogąc wreszcie zamknąć i odgrodzić od świata samą siebie i krańco we moje wyczerpanie w maleńkim oddanym mi na tę noc pokoiku! I znów mogłam wypocząć, wiedząc jednak, że nazajutrz nie rozstąpią się ani na jotę zawisłe nad moją głową ciężkie chmury wątpliwości, że konieczność usilnych starań narzuci mi się z większą niż dotychczas surowością, a niebezpeczeństwo zagłady będzie jeszcze bliższe, walka o byt jeszcze surowsza.
ROZDZIAŁ VII
V I L L E T T E
Obudziłam się nazajutrz z rana z odrodzoną odwagą, skrzepiona na duchu: wyczerpanie fizyczne nie zaćmiewało już trzeźwości mojego sądu; gotowa byłam do posunięć stanowczych i niezwłocznych.
W momencie, kiedy kończyłam ubierać się, zapukano do moich drzwi.
— Proszę wejść — rzekłam, spodziewając się pokojówki. Zamiast niej ukazał się rosły, silny chłop, który zwrócił się do mnie z żądaniem:
— Niech mi pani da swoje klucze.
— W jakim celu? — zdziwiłam się.
— Proszę dać! — powtórzył tonem nakazu i, wyrwawszy je nieomal z moich rąk, dodał:
— W porządku. Kufer będzie zaraz.
Na szczęście, okazało się wszystko istotnie w porządku: rzekomy intruz był funkcjonariuszem komory celnej. Nie miałam pojęcia, dokąd mam się udać, aby dostać śniadanie. Zeszłam jednak na dół, nie bez pewnego wahania, co prawda.
Teraz dopiero zorientowałam się, że zajazd ten — czego nie dostrzegłam poprzedniego wieczora, będąc zbyrt wyczerpana, aby zdawać sobie dokładnie sprawę z czegokolwiek — był w rzeczywistości dużym hotelem; kiedy też schodziłam zwolna po stopniach szerokiej klatki schodowej, zatrzymywałam się na każdym stopniu (wrcale nie spieszyło mi się stanąć na dole) i zadzierałam głowę do góry, aby przyjrzeć się wysokiemu sufitowi nad moją głową, potem z kolei oglądałam pięknie malowane ściany dokoła, wielkie okna, dające swobodny dostęp rozjaśniającym cały dom potokom światła i bogato żyłkowane marmurowe schody, po których stąpałam, nie nazbyt czyste zresztą i nie wysłane dywanem. Zestawiając wszystkie te wspaniałości z rozmiarami norki, wskalanej mi jako pokój do przespania się i z krańcowym ubóstwem jej umeblowania, wpadłam w nastrój filozoficzny.
Zdumienie zwłaszcza budziła wTe mnie szczególna domyślność, okazana przez pokojówki, portiera i kelnerów, zdolnych tak trafnie dostosowywać do wyglądu gościa rozmiary i urządzenie wskazywanych pokojów. W jaki sposób mogła służba w zajazdach, a także stewardzi i stewardki na okrętach, zawsze i wszędzie odgadnąć na pierwszy — rzut oka że ja, na przykład, jestem osobnikiem bez żadnego znaczenia towarzyskiego, a, co gorsze, słabo uposażonym w gotówkę? Wyraźne było, że musieli wiedzieć o tym: widziałam, że wszyscy oni w jednym mgnieniu oka oceniali mnie jednako minimalną, ułamkową cyfrą wartości. Fakt ten wydawał mi się ciekawy zarazem i brzemienny w doniosłe dla mnie wskazania. Nie łudziłam się co do jego znaczenia, nie poddając się jednak gnębiącemu jego wpływowi.
Znalazłszy się wreszcie w wielkim hallu, zalanym światłem padającym przez okna w suficie, skierowałam się w stronę pokoju, który szczęśliwie okazał się hotelową kawiarnią. Nie mogę zaprzeczyć, że wchodząc do kawiarini, dygotałam z lekka, czując się niepewną, osamotnioną, nieszczęśliwą i pragnąc z głębi duszy, aby Niebo natchnęło mnie świadomością, czy postępuję źle czy dobrze. Byłam przekonana, że raczej to pierwsze, nie mogłam jednak mc na to poradzić. Ze spokojem fatalistki, poddającej się nieuniknionej konieczności, usiadłam przy jednym ze stolików, zastawionym u«łużnie przez kelnera śniadaniem, spożyłam je wszakże w nastroju, nieszczególnie sprzyjającym trawieniu. Było jeszcze wiele innych osób, spożywających śniadanie w tym samym pokoju przy małych stolikach. Czułabym się spokojniejszą, gdybym pośród nich wszystkich mogła dostrzec i kobiety także. Nie było, niestety, ani jednej. Sami mężczyźni tylko. Jak eię zdawało jednak, nie przychodziło nikomu na myśl, abym robiła coś złego. Ten czy ów z panów obrzucił mnie przelotnym spojrzeniem, nikt jednak nie przyglądał mi się zbyt natarczywie. Przy puszczam, że jeżeli nawet obecność moja tutaj mogła wydać się pewTnego rodzaju ekscentrycznością, przypisywali ją mojemu pochodzeniu angielskiemu. L‘Anglaise! — było wystarczającym dla nich wyjaśnieniem.
Po wypiciu rannej kawy musiałam wyruszyć wreszcie. Ale dokąd? W jakim kierunku?
— Udaj się do Yillette! — podszepnął mi głos wewnętrzny, pod wpływem, jak przypuszczam, zapamiętanego zdania, rzuconego przypadkowo, bez żadnej specjalnej intencji, przez pannę Fanshave w chwili naszego rozstania się:
— Chciałabym, żeby pani mogła dostać się do Madame Beck; ma ona kilkoro drobiazgu, którego mogłaby pani doglądać; potrzebna jej jest angielska guwernantka, a przynajmniej potrzebna jej była przed dwoma miesiącami.
Kim była Madame Beck i gdzie mieszkała, nie miałam pojęcia Zapytałam o to wprawdzie, nie otrzymałam jednak odpowiedzi, w tym samym momencie bowiem panna Fanshave, przynaglona przez swoich przyjaciół, rozstała się ze mną na dobre, nie dosłyszawszy może nawet mojego zapytania, a może tylko nie odpowiedziawszy na nie. Przypuszczałam jednak, że miejscem zamieszkania Madame Beck było Villette, dokąd też postanowiłam udać się. Miejscowość ta odległa była o czterdzieści mil, wiedziałam też, że chwytam się słomki, w przepastnej tej głębi wszakże, w jakiej znalazłam się, gotowa byłam uchwycić się pajęczyny bodaj. Wywiedziawszy się o sposób dotarcia do Villette, zamówiłam miejsce w dyliżansie, którym ruszyłam w poszukiwaniu słabego tego cienia możliwości. Zanim jednak potępisz mnie, czytelniku, za mój nagły, nierozważny krok, zechciej cofnąć się myślą ku mojemu punktowi wyjścia; weź pod uwagę pustkę, jaką pozostawiłam za sobą, a zrozumiesz jak mało ryzykowałam: w grze, w jaką się wdałam, nie może grający mc stracić, nie jest jednak wykluczone, że mógłby wygrać.
Zaznaczam z naciskiem, że nie należę do osób obdarzonych temperamentem artystycznym, posiadam jednak widocznie ową właściwą artystom zdolność należytego wykorzystywania każdej chwili przyjemnej, to znaczy takiej, która odpowiada moim upodobaniom. Cieszyłam się tym dniem, mimo, że podróż moja odbywała się w tempie nader powolnym, mimo że byłozimno i padał deszcz. Okolica, którą przejeżdżaliśmy, była nizinna, naga i pozbawiona drzew: wzdłuż drogi snuł się zamulony kanał, niby na wpół odrętwiałe cielsko zielonego węża; rosochate wierzby obrzeżały równinne pola, zaorane i uprawione, jak grządki ogrodu warzywnego. I niebo także było jednostajnie szare; powietrze zatęchłe i wilgotne. Bez względu wszakże na tę martwotę okolicy, roiła fantazja moja tęczowe obrazy, a serce moje pławiło się w blaskach słonecznych. Nieodłączna jednak, jakkolwiek tajona w głębi duszy świadomość czającego się niepokoju, niby tygrys przyczajony w dżungli i gotów w każdej chwili do skoku, trzymała uczucia te na uwięzi, nie pozwalając im zagościć swobodnie. Miałam nieustannie w uszach ciężki oddech drapieżnej bestii; jej okrutne, krwiożercze serce tętniło w takt z moim; nie poruszała się w swoim legowisku, czułam jednak wciąż jej obecność: wiedziałam, że czeka tylko na zachód słońca, aby z wściekłością wyskoczyć z zasadzki.
Miałam nadzieję, że uda nam się dostać do Villette przed zapadnięciem nocy jeszcze i że dzięki temu zdołam może uniknąć poważniejszych powikłań i utrudnień, jakimi ciemność potęguje i pogłębia przykre uczucie przybycia po raz pierwszy do miejscowości obcej i nieznanej. Wobec wolnego wszakże naszego posuwania się naprzód, przy częstych i długich postojach, a nadto wobec coraz gęściej zapadającej mgły i rzęsistego deszczu, nie spełniły się moje nadzieje i nieprzenikniony mrok zaległ już ulice miasta, kiedy dotarliśmy wreszcie do jego rogatek.. i — i « Wiem, że przejechaliśmy przez wrota jakieś, w których stali na straży żołnierze — tyle dostrzec mogłam przy świetle latami, poczem dyliżans nasz, pozostawiwszy poza sobą błotnisty gościniec, z głośnym turkotem potoczył się po twardym i wyboistym bruku miejskim. Kiedy wreszcie stanął przed jakimś biurem, wysiedli wszyscy pasażerowie, jeden po drugim. Pierwszą moją robotą było odebranie mojego kufra, co innym mogło wydawać się drobiazgiem bez znaczenia, dla mnie wszelako było kwestią wagi pierwszorzędnej. Zdając sobie sprawę, ze najlepiej zrobię, nie domagając sę zbyt natarczywie wydania mi bagażu, czekałam cierpliwie i obserwowałam czujnie wyładowywanie innych sztuk, dopóki nie ujrzę mojego własneao kufra, aby wtedy szybko zakrzątnąc się dokoła otrzymania go. Stałam tedy skromnie na uboczu, wpatrzona uporczywie w tę część wehikułu, w której w moich oczach umieszczono bezpiecznie w Boue Marinę mój kuferek, ukryty pod stosem spiętrzonych na nim wszelakieg rodzaju i rozmiaru worków, skrzyń, kutrów i pudeł. Widziałam, jak zdejmowano je, jedną sztukę po drugiej, wyładowywano na chodnik przed biurem i zabierano. Byłam pewna, że mój kuferek wyłoni się la.la chwila, nie wyłonił się jednak. Umocowałam przy nim zieloną wstążeczkę, kartę z wypisanym na niej moim nazwiskiem i miejscem przeznaczenia bagażu, abym mogła rozpoznać go niezawodnie na pierwszy rzut oka nie dostrzegłam jednak ani ż.lźbła niczego zielonego. Wreszcie wyładowano wszystkie pakunki do ostatniego; każdą skrzynkę blaszaną, każdy kosz i każde ciemne pudło tekturowe, zwinięto okrywającą bagaż ceratę, i mc już nie pozostało ani na dachu ani wewnątrz dyliżansu widziałam to wyraźnie — ani jeden parasol, ani jedna laska, kapelusz, okrycie, ani jedno pudełko., A mój kuferek’ z całym moim dobytkiem w postaci ubrań i bielizny, a także pugilaresu, mieszczącego w swo im wnętrzu pozostałość moich piętnastu funtów — gdzie podziało się wszystko?
Zadaję pytanie to w chwili obecnej, w owym momencie jednak nie byłam w stanie zadać go. Nie mogłam w ogóle nic powiedzieć. Nie władałam językiem francuskim w mowie, a wszyscy dokoła paplali po francusku tylko. Cały świat zdawał się znać ten język jedynie. Co zrobić? Podbiegłam do woźnicy, położyłam rękę na jego ramieniu, drugą ręką wskazałam na stojące na chodniku kufry, potem na dach dyliżansu, usiłując przy tym wyjaśnić mu sytuację błagalnym wyrazem oczu. Woźnica fałszywie jednak zrozumiał mnie, schwycił bowiem pierwszy z brzega kufer, w którego kierunku wyciągnęłam rękę i był już gotów załadować go dla mnie na jakiś wehikuł, kiedy nagle rozległ się gniewny okrzyk, rzucony najlepszą angielszczyzną:
— Nie ruszać tego!... — A potem wyjaśnienie już po francusku:
„Qu‘est ce que vous \a\tes donc? Cette maile est a moi!“*)
Usłyszałam jednak dźwięki mowy rodzinnej. Napełniły one radością moje serce.
— Szanowny panie — zawołałam do właściciela kufra tonom prośby błagalnej, nie zwracając nawet uwagi jak wygląda ten, którego pomocy i opieki wezwałam: — Nie umiem mówić po francusku. Czy mogłabym prosić pana o zapytanie woźnicy co zrobił z moim kuferkiem?
Nie rozróżniając w danej chwili z kim mam do czynienia, zdałam sobie jednak sprawę, że moje zwrócenie się wywołało na twmzy obcego wyraz na poły zdumienia i na poły wątpliwości, czy wtrącenie się jego odniesie pożądany skutek.
— 0, błagam pana, niech pan zapyta się go — zawołałam. — Zapewniam pana, że zrobiłabym to samo dla pana.
Nie wiem czy przyjął mój wybuch uśmiechem, odpo * ) Co pan robi u licha? Ten kufer należy do mnie. wiedział jednak tonem obycia towarzyskiego, to znaczy ani surowym, ani onieśmielającym:
— Jak wyglądał kuferek pani?
Opisałam go, nie pominąwszy w moim opisie zielonej wstążeczki. Bezpośrednio po otrzymaniu ode mnie tego wyjaśnienia natarł energicznie na woźnicę, czułam też poprzez burzę francuskch wymysłów, jakimi go obrzucił, że przyparł winowajcę ostro do inuru, ostrzeliwując go ze wszystkich stron. Po chwili zwrócił się ponownie do mnie. . — Ten łotr zapewnia, że był przeciążony ładunkiem, przyznaje też, że usunął w istocie kuferek pani już po jak go pani widziała na dachu dyliżansu, i pozostawił w Boue Marinę wraz z innym jeszcze bagażem. Przyrzeka jednak solennie, że wyekspediuje go jutro, za dwa dni znajdzie pani swój kufer czekający na panią tutaj W biurze.
Dziękuję panu — rzekłam, nie czując się jednak bynajmniej uspokojona.
Co robić tymczasem? Rodak mój dostrzegł może z wyrazu mojej twarzy, że opuściła mnie od razu cała moja odwaga, zapytał bowiem uprzejmie:
— Ma pani kogoś bliskiego w tym mieście?
— Nikogo. Nie wiem też dokąd mam udać się — odpowiedziałam szczerze.
Nastąpiła krótka chwila milczenia. Dzięki temu, że zwrócił on głowę w moją stronę, owietlony wyraźniej światłem padającym na mego z zawieszonej ponad biurem latarni, dostrzegłam, że jest młodym, przystojnym, dystyngowanie wyglądającym mężczyzną. Mógł być lordem, a kto wie, godnym nawet mitry książęcej, jak mi się wydało. Twarz miał bardzo pociągającą, patrzył na ludzi nieco wyniośle, ale nie arogancko, męsko, ale nie władczo. świadoma zupełnego mojego braku wszelkiego dalszego jeszcze prawa do żądania i spodziewania się pomocy z jego strony, zamierzałam cofnąć się, kiedy nagle zapytał, zatrzymując mnie:
Czy iniała pani w swoim kuferku całą posiadana gotówkę? ‘
O, jak prawdziwie rada byłam, mogąc odpowiedzieć zgodnie z prawdą:
— Nie. Mam dość w sakiewce (miałam w niej około dwudziestu franków), aby utrzymać się za to do pojutrza w jakimś tanim zajeździe, Villette jest jednak dla mnie miastem zupełnie obcym, nie znam jego ulic, ani zajazdów.
Dam pani chętnie adres zajazdu jakiego pani potrzeba rzekł — znajduje się on w pobliżu; pod moim przewodem łatwo odnajdzie go pani.
Wydarł z notatnika kartkę, napisał na niej kilka słów i wręczył mi ją. Podziękowałam mu jak potrafiłam najuprzejmiej. laki był przecież dobry dla mnie! Nie wpadłoby mi ani na chwilę na myśl nie ufać mu, mieć jakiekolwiek wątpliwości co do rady jego i udzielonego mi przez niego adresu. Tak święcie wierzyłam mu, równie daleka nieomal od wszelkiego braku ulności w szczerość jego intencji, jak braku wiary i ufności w Biblię. Twarz jego i całe zachowanie tchnęły nazbyt wyraźnie dobrocią, w oczach jego czytać można było zacność i uczciwość.
— Najbliższa droga do zajazdu, jaki wskazałem pani, prowadzi przez bulwar i park — dodał — jest jednak zbyt póżao i zbyt ciemno, aby młoda dama mogła ważyć się przejść o tej porze przez park sama. Pozwolę sobie odprowadzić panią kawałek.
Poszedł naprzód, a ja za nim poprzez ciemność i nie przestający mżyć deszcz. Bulwar — Boulcvard po miejscowemu — był zupełnie opustoszały, aleja jego błotnista, wiatr strącał nieustannie krople wody z drzew. W podwójnym mroku, spowodowanym zarówno mgłą, jak cieniem zarośli, nie mogłam widnieć mojego przewodnika; jedyne, co mogłam uczynić, to iść śladem jego kroków. Nie doświadczałam najmniejszego lęku. Wydaje mi się, że bez cienia obawy czy niepokoju poszłabym za męskim, silnym tym krokiem poprzez mrok nieustanny na sam koniec świata.
— A teraz — rzekł, kiedy mieliśmy już park poza sobą — pójdzie pani tą szeroką ulicą, aż do schodów. Dwie latarnie wskażą pani z daleka ich miejsce. Schodami tymi zejdzie pani na dół, na węższą ulicę, na której końcu mieści się ów zajazd. Mówią tam po angielsku, dzięki czemu skończą się niebawem wszystkie trudności pani. Dobranoc.
— Dobranoc szanownemu panu. I proszę przyjąć moje najserdeczniejsze dzięki. Dobranoc.
Rozstaliśmy się.
Wspomnienie o jego zachowaniu się, nacechowanym taką życzliwością dla istoty bezbronnej, pozbawionej wszelkiej opieki, pobrzmiewający wrciąż jeszcze w uszach moich dźwięk jego głosu, zdradzającego naturę rycerską w stosunku do słabych i potrzebujących jego pomocy, zarówno jak młodzieńcza jego uroda, były dla mnie przez długi czas potem jeszcze rodzajem krzepiącego balsamu. Uosabiał w moich oczach prawdziwy typ szlachetnie urodzonego młodego Anglika.
Poszłam spiesznie naprzód wspaniałą ulicą i placem, okolonym okazałymi domami, ponad którymi górowały dumnie zarysy niezmiernie imponującego gmachu, pałacu, czy kościoła, nie umiałabym powiedzieć. W tej samej chwili, kiedy mijałam jego bramę, wyłonili się z niej nagle dwraj wąsaci waszmoście palący cygara i ubrani z wyraźną intencją uchodzenia za gentlemenów. Nie na wiele zdało się to jednak biedakom 1 Zdradzali zbyt jawnie dusze plchejuszowskie, Przemówili do mnie tonem zuchwałym i mimo że starałam się iść jak mogłam najszybciej, dotrzymywali mi kroku, duży kawał drogi. W końcu wreszcie natrafiłam na rodzaj patrolu policyjnego, co uniemożliwiło moiin prześladowcom dalszą pogoń za mną. Tak oszołomiła mnie wszelako doznana przygoda, że kiedy wrreszcie odzyskałam pełną przytomność umysłu, nie wiedziałam gdzie się znajduję. Musiałam minąć od dawna już owe zapowiedziane schody. Stropiona, ledwie dysząca z przerażenia, z dzikim tętnieniem krwi w żyłach, nie miałam pojęcia w którą zwrócić się stronę. Drętwia łam na mysi powtórnego natknięcia się na obu wąsatych i brodatych gburów, byłam jednak zmuszona powtórnie odbyć drogę, jaka mnie tutaj przywiodła, aby odnaleźć wreszcie owe schody.
Szczęśliwie dotarłam w końcu do starych, zbutwiałych, wiodących w dół stopni, pewna też, że muszą to być wskazane mi przez obcego pana, zeszłam po nich śmiało. Ulica, na którą prowadziły, była istotnie wąska, nie było na niej wszakże żadnego zajazdu. Na chodniku przy bardzo cichej, względnie czystej i dobrze wybrukowanej jezdni dostrzegłam światło palące się nad drzwiami dość okazałego domu, wyższego o jedno piętro od innych, jakie otaczały go z obu stron. Może to on właśnie będzie zajazdem, którego szukałam? Pośpieszyłam w tę stronę. Kolana dygotały pode mną; bliska byłam zupełnego wyczerpania.
Nie był to zajazd. Mosiężna tabliczka, zdobiąca wielkie drzwi wejściowe, nosiła napis: „Pensionnat de Demoiselles“, a pod napisem widniało nazwisko „Madame Beck“.
Wzdrygnęłam się. W jednej chwili zawirowały w mojej głowie setki myśli. Nie 2rodził się w niej jednak żaden plan, nie powstała żadna decyzja. Nie było czasu na to. Głos Opatrzności wyraźnie podszepnął mi; „Nie idź dalej! Zatrzymaj się tutaj. To jest twój zajazd!“ Los uchwycił mnie mocno w swoje dłonie, pokierował moją wolą i moimi czynami: Pociągnęłam za dzwonek.
W oczekiwaniu na otworzenie mi nie zastanowiłam się, ani też nie rozmyślałam nad niczym. Wpatrzyłam się w kamienie bruku ulicznego, na które padało śmatło latami, liczyłam je, przyglądałam się ich odcieniom i połyskowi wilgoci na ich krawędziach. Po chwili pociągnęłam za dzwonek powtórnie. Otworzono mi wreszcie. Stanęła przede mną pokojówka w eleganckim czepeczku.
— Czy mogę widzieć się z Madame Beck? — zapytałam.
Przypuszczam, że gdybym zapytała o to po francusku, nie zostałabym wpuszczona, że jednak mówiłam po an gielsku, wyobraziła sobie widocznie, iż muszę być jakąś nauczycielką cudzoziemską, przybyłą w sprawach związanych z szkołą, i dlatego bez chwili wahania i bez słowa oporu wpuściła mnie pomimo tak nieodpowiednio późnej pory. 1
Wprowadzona do mieszkania, usiadłam w błyszczącym, zimnym salonie, w którego białym, porcelanowym piecu napalono tego dnia. Pstrzyło się tutaj od złotych ozdób, a posadzka była wywoskowana jak lustro. Zegar, stojący na kominku, wybił dziewiątą godzinę.
Minął kwadrans. 0, jakim gorączkowa przyspieszonym tętnem b.ła krew w moich żyłach! Robiło mi się zimno i gorąco na przemian. Siedziałam, utkwiwszy oczy we drzwiach — w wielkich białych, złożonych z dwóch części drzwiach ze złoconymi ozdobami: czekałam na otworzenie się jednej z dwóch połów. Wszystko jednak pozostawało nieporuszone; martwej ciszy nie zakłócał żaden odgłos. Białe drzwi były zawarte, niedostępne.
— Czy pani miss angielska? — rozległ się nagle głos tuz przy mnie. Omal nie podskoczyłam, tak bardzo spłoszy! mnie nieoczekiwany dźwięk wypowiedzianych słów; byłam niewzruszenie pewna, że jestem w pokoju zupełnie
ScOTia,: i“|
Przede mną nie stał jednak duch żaden, ani też żadna zjawa bezcielesna, ale pulchniutka, drobna kobietka w wielkim szalu, zarzuconym na szlafrok i w śnieżnie białym, ozdobnym nocnym czepeczku.
Odpowiedziałam, że jestem Angielką i bezpośrednio po tym moim oświadczeniu zawiązała się pomiędzy nami rozmowa najniezwyklejsza jaka być może. Madame Beck (była to bowiem ona we własnej osobie) weszła tylnymi drzwiami do których zwrócona byłam plecami, że zaś obuta była w cichostępy na miękkich filcowych podeszwach, nie słyszałam ani jej wejścia, ani zbliżenia się do mnie. Okazało się jednak, że Madame Beck, zwróceniem się do mnie z wygłoszonym zabawną angielszczyzną zapytaniem czy jestem Angielką, wyczerpała całą swoją znajomość języka wyspiarskiego, od razu też przeszła na swój język rodowity, którym posługiwała się z niesłychaną, zawrotną wręcz wielosłownością i płynnością. Odpowiadałam jej po angielsku. Zdaje się, że częściowo rozumiała mnie, że jednak zupełnie nie rozumiałam jej mowy, mimo że obie razem robiłyśmy przeraźliwie dużo wrzawy (nie tylko nie słyszałam do owego dnia, ale wprost wyobrazić sobie nie mogłam podobnego daru wymowy, jaki cechował Madame Beck)) — nie bardzo mogłyśmy dogadać się. Po pewnej chwili wreszcie zadzwoniła o pomoc, która nadeszła też w postaci jednej z „maitresses“, wychowywanej przez jakiś czas w irlandzkim klasztorze i dlatego uważanej za biegle władającą angielskim. Była to bardzo pewna siebie niewiasta, typowa, od stóp do głowy, Labassecourienne — rodowita mieszkanka Labassecour, straszliwie kalecząca język Albionu, jako tako wszakże udało jej się przetłumaczyć na użytek Madame Beck opowiedziane przeze mnie treściwie i zupełnie bez upiększania prawdy dzieje moje. Opowiedziałam jej w jaki sposób stało się, że opuściłam moją ojczyznę w zamiarze zarazem rozszerzenia skromnego zakresu mojej wiedzy i zarabiania na własne utrzymanie. Zapewniłam, że jestem golowa pełnić wszelkiego rodzaju posługi, byleby powierzane mi zajęcie nie było nieuczciwe, ani poniżające. Mogłabym na przykład być piastunką mały oh dzieci, czy panną służącą, nie odmówiłabym też wykonywania wszelkich robót domowych dostosowanych do moich sił fizycznych. Madame wysłuchała tego wszystkiego, ja zaś obserwując wnikliwie jej sposób reagowania na usłyszaną spowiedź, doznałam wrażenia, że trafiła ona jej do przekonania.
„II n‘y a que des Anglaises pour ces sortes d‘enłreprises“ — stwierdziła — sont elles intrepides ces femmesla!“
Wypytała mnie o imię, nazwisko, o mój wiek; siedziała, przypatrując mi się nie z politowaniem jednak, ani * ) Jedynie Angielki zdolne są do tego rodzaju przedsięwzięć; jakież nieustraszone są te kobiety! nawet z zainteresowaniem: nie zdołałam podczas całej tej rozmowy podchwycić ani jednego błysku sympatii, ani cienia współczucia w zachowaniu się jej i w wyrazie je. twarzy Czułam, że nie należy ona do rodzaju osób, którp w najdrobniejszej bodaj mierze powodowałyby sie w swoim postępowaniu względami uczuciowymi; poważna i skupiona, wpatrywała się wc mnie i słuchała przetłomaczonego jej przez wychowaną w Irlandii „maitresse“, mojego opowiadania, trzeźwo rozważając jego szczegóły. Nagle rozbrzmiał dźwięk dzwonu.
— Voila poiir la priere du soir!*) — oznajmiła, wstając z krzesła. Przez pośredniczkę naszą w rozmowie poleczą nu, abym zjawiła się nazajutrz z rana, co nie odpowiadało mi jednak. Nie byłam w stanie znieść myśli narażenia się raz jeszcze na niebezpieczeństwa związane? samotnym wędrowaniem nocą po mrocznych ulicach, zdobywszy się tedy na niezwykłą u mnie energię, w.posob spokojny wszakże i opanowany, zwróciłam się do niej osob soe, a nie za pośrednictwem ma\tresse:. Mo?ę zapewnić łaskawą panię, że zaangażowanie mnie bezzwłoczne będzie tylko z korzyścią, a nie ze szlo. ’ nlaV,: znajdzie pani we n.nie osobę, której dążeniem będzie dać pracą swoją pełną równowartość otrzymywanei nłacy. jeśli zaś zdecyduje się pani przyjąć mnie, lenie, byłoby, abym pozostała już tutaj od razu na noc. n, a™ jadnrch znajomych w Yillette, w dodatku nic znam języka kraiowego, w jaki więc sposób mogłabym znale/c gdzieś pomieszczenie?
T° p.raW(Ja — przyznała--Mogłaby jednak pani przynaunniei nowołać się na kogoś?
— — Nie mogłabym. Na nikogo.
Zapytała mnie o mói ba^aż. Powie działom kiedv mo<rę liczyć na jego przybycie. Zamyśliła się. Chwilową cisze przerwał nade odgłos kroków męski eh, zbliżających się pospiesznie ku drzwiom przedpokoju. Będę zdawała w a szym ciągu sprawę z tego odcinka moich przeżyć, jak ) To na modlitwę wieczorną. gdybym rozumiała wówczas wszystko ci mówiono w związku z moją osobą, jakkolwiek bowiem w owym czasie sens prowadzonej rozmowy nader mgliście docierał do mojej świadomości, powtórzono mi te szczegóły w następstwie w przekładzie na angielski.
— Monsieur Paul — oznajmiła nauczycielka. — Był dzisiaj wieczorem na wykładzie w najwyższej klasie.
— O, jego właśnie pragnęłabym najbardziej poradzić się w tej chwili. Proszę, niech pani zechce zawołać go.
Nauczycielka pobiegła ku drzwiom salonowym, aby wezwać Mr. Paul‘a. Po chwili wszedł drobny, smagły, szczupły mężczyzna w okularach.
— Mon cousin — zwróciła się Madame do niego (był widocznie jej kuzynem) — chciałabym zasięgnąć twojej rady. Wiem, jak dobrze znasz się na fizjonomiach; chciałabym wykorzystać teraz tę zdolność twoją. Odczytaj tę oto.
Drobny człowieczek wpatrzył się we mnie poprzez szkła swoich okularów. Stanowcze zacięcie warg i zmarszczenie brwi zdawało się zapowiadać, że zamierza przejrzeć mnie na wskroś i że żadne zasłony nie będą nimi dla niego.
— Odczytuję — oznajmił.
— Et qu‘en dites — vous?*)
— Mais — bien des choses**) — brzmiała odpowiedź tonem wyroczni.
— Złych czy dobrych?
— I jednych i drugich, niewątpliwie — odparł odgadywacz.
— Czy można zaufać temu co mówi?
— Umawiasz się z nią o rzeczy ważne?
— Chce, abym przyjęła ją jako bonę czy guwernantkę; opowiedziała historię swojego życia, brzmiącą dość prawdopodobnie, nie może jednak przedstawić mi żadnych referencji.

  • ) I cóż ty na to? *) O, bardzo wiele.

— Angielka, jak łatwo poznać.
— Mówi po francusku?
— Ani słowa.
— Rozumie przynajmniej?
— Nie. ^
— Można więc nlpwić swobodnie w jej obecności?
— Niewątpliwie. Potrzebne ci są jej usługi? — zapytał, nie odrywając ode mnie oczu. \
— Mogłaby mi się przydać. Mam już najzupełniej dość Madame Svini. ^
Badał mnie wnikliwie wciąż jeszcze. Ostateczna opinia je go, kiedy nareszcie orzekł ją, była równie mglista i niezdecydowana jak wszystko co wypowiedział uprzednio.
— Można ją przyjąć. 0 ile w tej naturze dobro góruje nad złym, postępek twój siłą rzeczy da w wyniku swoją nagrodę, o ile zaś zło — eh bien, ma cousine, ce sera toujours une bonne oeuvre***).
Ukłon, rzucone krótko,,bon soir“ — i sędzia wyrokujący o moim losie znikł za drzwiami.
W wyniku narady przyjęła mnie Madame tegoż wieczora. Zaoszczędzona mi została w ten sposób dzięki łasce Opatrzności konieczność ponownego znalezienia się wśród przytłaczająco ponurej, złowrogiej pustki ulicznej.

      • ) I cóż, kuzynko, będzie to zawsze dobry uczynek’,

ROZDZIAŁ VIII
MADAME BECK
Zdana na opiekę owej nauczycielki — „maitressejak nazwała ją Madame Beck — przeszłam pod jej przewodem przez długi wąski pasaż do kuchni, bardzo czystej, zarazem jednak wyglądającej dość niezwykle. Nie mogłam dostrzec w niej żadnego urządzenia do gotowania — ani komina, ani pieca: nie rozumiałam, że wielka czarna płyta na wysokiej podstawie, wypełniająca jeden róg pomieszczenia, sprawnie zastępowała wszelkie inne urządzenia kuchenne. Duma na pewno nie zdążyła jeszcze zakiełkować w moim sercu, mimo to doznałam uczucia ulgi, kiedy, wbrew przewidywaniu, zamiast być pozostawioną w kuchni, zostałam wprowadzona do niewielkiego pokoju, określonego jako „cabinet“. Kuchcik w białej płóciennej kurtce, krótkim spódniczkowatym fartuchu i sabotach przyniósł dla mnie wieczerzę, na którą składało się mięso, podane w kwaśnym jakimś, dziwnym, ale smacznym sosie, tłuczone kartofle, okraszone sama nie wiem czym — o ile mi się zdaje oliwą — i przyprawione octem i cukrem — oraz kromkę chleba, nasmarowaną masłem, czyli t. zw. tutaj tartine i osmażoną gruszkę. Byłam wygłodzona, zjadłam więc wszystko, szczerze wdzięczna za posiłek.
Po modlitwie wieczornej „Pricre du soir“ przyszła sama Madame, aby przyjrzeć mi się raz jeszcze. Zażądała, abym poszła z nią na górę. Minąwszy długi szereg maleńkich zabawnych sypialek — które, jak dowiedziałam się w następstwie, były celami mniszek, jako że ta część domu pochodziła z bardzo dawnych czasów — potem kaplicę; długą, niską, ponurą salę, w której, bielejąc ną ścianie, wisiał krucyfiks i stale płonęły dwie wielkie świece zaprowadziła mnie do obszernej sypialni, gdzie w trzech łóżeczkach spało troje dzieci. Mocno rozgrzany piec czynił atmosferę tego pokoju osobliwie ciężką; w dodatku, zalatywało tu czymś raczej mocnym niż subtelnym: zapach zdumiewający istotnie i zgoła nieoczekiwany w pokoju sypialnym o podobnym przeznaczeniu: mieszanina dymu papierosowego i jakiegoś napoju spirytusowego krótko mówiąc — zapach whisky.
Przy stole, na którym dopalała się świeca, topniejąca i kapiąca na podstawę, siedziała głęboko uśpiona kobieta o grubych, prostaczych rysach, dziwTacznie ustrojona w fałdzistą, pasiastą, jaskrawą jedwabną szatę i wełniany fartuch. Dla dopełnienia obrazu, nie pozostawiającego żadnych wątpliwości co do właściwego stanu rzeczy, zaznaczyć należy butelkę i pusty kieliszek, stojące na stole przy uśpionej piękności.
Madame patrzyła na zdumiewający obraz z przedziwnym spokojem: nie uśmiechnęła się, ani nachmurzyła; żaden wyraźny ślad gniewu, odrazy czy zdumienia nie zmącił równowagi jej dostojnego zachowania; nie obudziła nawet śpiącej. Wskazując ruchem obojętnym czwarte łozko, dała mi do zrozumienia, że będzie ono moim. Zaraz po tym, zgasiwszy świecę, zamiast której zapaliła lampkę nocną, wysunęła się z pokoju drzwiami w głębi, które pozostawiła uchylone. Było to wejście do jej własnej sypialni, obszernego, dostatnio umeblowanego pokoju, jak mogłam zauważyć przez pozostawione uchylenie. Moje modlitwy tego wieczora były wyłącznie dziękczyniemami. Opatrzność niepojęcie cudownie kierowrała moimi krokami od tego rana, ustalając los mój w sposób iście nieoczekiwany. Trudno było mi uwierzyć, że zaledwie czterdzieści osiem godzin upłynęło od chwili opuszczenia przeze mnie Londynu. Nie czuwała nade mną żadna inna opieka poza tą, jaka strzeże ptaki przelotne. Puszczając się w drogę, nie miałam żadnych innych w’idokow na przyszłość prócz ułudnych majaków nadziei.
Sypiałam zawTsze lekko; wśród nocy zbudziłam się na gle. W pokoju panowała zupełna cisza. Nic w nim nie poruszało się poza białą postacią — Madame w nocnej bieliźnie — snującą się bezszelestnie, przechodzącą od jednego łóżeczka dziecięcego do drugiego, potem do trzeciego i z kolei zbliżającą się do mojej pościeli. Udałam głęboko uśpioną, aby jej nie spłoszyć. Przyglądała mi się przez dłuższą chwilę. Rozpoczęła się dziwna, ciekawa pantomina. Około kwadransa siedziała na krawędzi mojego łóżka, wpatrzona w moją twarz. Potem przysunęła się jeszcze bliżej, pochylona tuż nade mną, leciuchno uniosła brzeg mojego czepeczka nocnego tak, aby móc widzieć ukryte pod nim włosy i przyjrzała się mojej ręce, leżącej na kołdrze. Napatrzywszy mi się znać dostatecznie, skierowała z kolei ciekawość swoją ku stojącemu przy łóżku krzesłu, na którym złożone było moje ubranie. Słysząc, że je obmacuje i podnosi, rozchyliłam ostrożnie powieki, ciekawa jak daleko zaprowadzi ją dziwny jej instynkt śledczy. Doprowadził ją bardzo daleko: do pilnego przejrzenia i zbadania każdej sztuki oddzielnie. Domyśliłam się kierującego nią motywu. Była nim chęć utworzenia sobie na podstawie stanu bielizny i ubrania — wyraźnej szego sądu o ich właścicielce, o jej pozycji towarzyskiej, o jej środkach, o umiłowaniu czy braku porządku i t. p. Cel nie był w zasadzie naganny, środki wszakże użyte do osiągnięcia go, niezbyt godne, ani możliwe do usprawiedliwienia. * 1 ’ HjT Spódnica moja zaopatrzona była w kieszeń, którą Madame bez namysłu wywróciła podszewką na wierzch, przeliczyła pieniądze w mojej sakiewce, otworzyła mały notatnik, którego treść przejrzała z najzupełniejszym spokojem, przy czym wyjęła spomiędzy kartek mały lok siwych włosów nieboszczki panny M archmont. Szczególną uwagę zwróciła na pęczek kluczyków, na który składały się trzy klucze: jeden otwierający mój kuferek, drugi pulpit i trzeci — pudełko do robót. Z trzema kluczykami tymi przeszła na chwilę do swojej własnej sypialni. Uniosłam się z lekka na łóżku, aby móc śledzić ją oczami. Otóż klucze te, łaskawy czytelniku, nie zostały przyniesione z powrotem, zanim nie pozostawiły na toalecie przyległego pokoju odcisku swojego na wosku Po dokonaniu tego wszystkiego systematycznie i w porządku powróciła cała moja własność na uprzednio zajmowane przez nią miejsce, poukładana zupełnie tak, jak zwykłam to czynić ja sama. J J
Jakie wnioski dotyczące mojej osoby, nasunęło Madame przeprowadzone przez nią tak skrupulatnie śledztwo. Czy były one korzystne dla mnie, czy odwrotnie? Daremne pytanie. Kamienne oblicze Madame nie zdradzało niczym jej nastroju. Nieporuszone jak kamień było ono w istocie tej nocy, gdy, przeciwnie, w salonie igrał na nim uśmiech macierzyńsko życzliwy.
Po spełnieniu swojego obowiązku — czułam, przeprowadzenie badania za święty swój obowiązek — wstała i bezszelestnie, niby cień, skierowała się ku wła snej sypialni. Stanąwszy już przy drzwiach, odwróciła się wpatrzona przez chwilę w bohaterkę butelki, uśpioną przez cały czas nieprzerwanie i głośno pochrapującą. Los pani Svini (łatwo było domyślić się że musiała to yc °uaj był wyraźnie przypieczętowany, sądząc z wyrazu oczu Madame Beck. Nie mogła zachodzić co do tego żadna wątpliwość. Reakcja Madame na wykroczenia i zaniedbania mogła dać dłużej czy krócej czekać na siebie,, musiała wszakże nastąpić nieuchronnie. Wszystko to było bardzo nie angielskie. Prawda jednak... znajdowałam się przecież w obcym kraju.
Dzień następny zetknął mnie bliżej z panią Svini (po angielsku Sveeny). 0 ile mogłam wywnioskować, przedstawiła się ona swojej chlebodawczym jako angielska dama, znajdująca się chwilowo w trudnościach materialny c i i pochodząca jakoby z Middleessex, a zatem mówiącą po angielsku, jak zapewniała, najczystszym akcentem stołecznym. Madame, ufna we własne, nie zawodzące jej nigdy metody wykrywania w porę istotnego stanu rzeczy okazywała zdumiewającą odwagę przyjmowania personelu bez dłuzszego namysłu. Wystarczający dała te^o dowód w stosunku do mojej osoby).
Otóż Madame przyjęła panią Svini czy Sveeny na guwernantkę trojga swoich dzieci. Zbędne byłoby chyba moje wyjaśnienie czytelnikom, że dama owa była rodowitą Irlandką; trudno mi określić jej sytuację towarzyską, mimo że ona sama oświadczała z niezachwianym tupetem, jakoby „wychowywana była tak, jak zazwyczaj wychowywane bywają córki i synowie markizów14. Skłonna jestem jednak przypuszczać raczej, że była służącą, niańką, karmicielką czy pomywaczką w jakiejś rodzinie irlandskiej: mówiła nieco złagodzonym akcentem irlandskim; język jej nie był wolny jednak od wyrażeń londyńskiego gminu. Nie wiadomo jakimi drogami doszła do posiadania garderoby dość wątpliwej wspaniałości — sukien ze sztywnego, dość kosztownego jedwabiu, nie skrojonych przeważnie na jej figurę i dlatego wiszących na niej; czepeczków, przybranych prawdziwymi koronkami i — głównej pozycji jej ubraniowego inwentarza, użyczającej jej osobie osobliwego nimbu, jaki otaczał ją w oczach domowników, zwykłych wzgardliwie traktować bony i guwernantki — prawdziwego szala indyjskiego — „un veritable cachemire“, jak określała go ze czcią i podziwem sama Madame, niezdolna równie jak inni oprzeć się czarowi majestatycznych draperii, opływających szerokie plecy właścicielki. Jestem przekonana, że gdyby nie ten „cachemire“ nie utrzymałaby pani Svini dłużej niż dwa dni swojego stanowiska w pensjonacie. Jedynie dzięki niemu pozostała w nim cały miesiąc.
Z chwilą wszakże kiedy dowiedziała się, że przyjęta zostałam na jej miejsce, ujawniła w pełni kim jest, wyładowując w odpowiedni sposób gniew swój i oburzenie, na osobie Madame i oczywiście na mnie także. Madame zniosła jej wybuch z takim stoicyzmem, że i ja, przez samą ambicję musiałam również zachować się ze spokojem... i godnością. Na jedną krótką chwilę oddaliła się Madame z pokoju i w dziesięć minut potem stanął przed nami rosły policjant. Pani Svini wraz z całym jej dobytkiem została usunięta z placu boju. Na czole Madame nie zarysowała się przez cały ten czas ani jedna zmarszczka gniewu, z ust jej nie wyszło ani jedno ostrzejsze słowo.
Cała krótka procedura wydalenia załatwiona została ostatecznie przed śniadaniem jeszcze: wymówienie posadv Pa111 Svini, wezwanie policjanta, wyrzucenie buntującej się, wywietrzenie i uprzątnięcie „chambre d‘enfants“ pokoju dziecinnego — otworzenie w nim okien na oścież i zatarcie wszelkich śladów pozostawania pani Svini przez cały miesiąc w pensjonacie przy Rue Fossette, aż do zapachu tytoniu i spirytualii, który w sposób tak niezbity ujawnił winę wydalonej.
Wszystko to dokonane zostało, zaznaczam, w: ciągu krótkiego czasu pomiędzy chwilą wyłonienia się Madame Beck, niby Aurory, z konchy jej sypialni a momentem, kiedy, zupełnie opanowana już i chłodna, usiadła przy stole śniadaniowym, aby nalać pierwszą filiżankę kawy. *
Około południa zostałam wezwana, aby dopomóc Ma< ame przy jej ubieraniu się (jak się okazało, moja posada miała mieć podwójny charakter: guwernantki dzieci i garderobiany pani domu). Do południa krążyła Madame po wszystkich pokojach w szlafroku porannym, w zarzuconym na nim szalu i bezszelestnych filcowych cichostępach. Ciekawa jestem jak zapatrywałaby się’na Podobay obyczaj kierowniczka angielskiej pensji żeń-
Uczesanie jej głowy stanowiło dla mnie poważne zagadnienie; miała bardzo obfite włosy jasno kasztanowate bez domieszki siwizny, mimo że dobiegała czterdziestki. Zauważywszy moje zakłopotanie, rzekła tonem dobrotliwym:
— Nie była pani nigdy garderobianą we własnym kraju? — i, wziąwszy z moich rąk szczotkę do włosów i, usunąwszy mnie łagodnie, bez gniewu, na bok, uczesała się sama. Przy dokonywaniu czynności toaletowych na wpół kierowała mną i na wpół dopomagała mi, nie zdradzając żadnych oznak zniecierpliwienia, czy niezadowolenia. Po raz pierwszy wszakże, i po raz ostatni zara zern, wezwana zostałam tego dnia do ubierania jej. Odtąd spadł obowiązek ten na odźwierną Rozynę.
W pełnej gali prezentowała się Madame Beck, jako osoba o figurze nieco krępej i korpulentnej, mimo to pełnej swoistego wdzięku, będącego wynikiem ogólnej kształtności i dobrze utrzymanej proporcji poszczególnych części korpusu. Miała cerę świeżą i zaróżowioną, nie nazbyt rumianą jednak; oczy — niebieskie o pogodnym wyrazie; jej ciemna jedwabna suknia leżała na niej jak ulana, jak tylko francuskie modniarki potrafią skroić i uszyć suknię. Wyglądała w swoim stroju dobrze, jakkolwiek nieco po mieszczańsku zażywnie; była też w rzeczywistości typową mieszczką. Nie umiałabym powiedzieć na czym polegała harmonijność całej jej postaci, twarz jej jedynie stanowiła pewien kontrast w zestawieniu z całością. Rysy jej różniły się od tych, jakie widujemy zazwyczaj przy cerze tak świeżej i wypoczętej; były poważne, nieomal surowe, czoło wysokie, ale wąskie, zdradzające wyższe uzdolnienie, zarazem pewną dobrotliwość, nie ujawniało wszakże na zewnątrz mających poza nim siedlisko odczuwań i nastrojów. Podobnie też nie znały jej spokojne, ale czujne oczy ognia zapału, mającego źródło w dobroci serca i w prawdziwej tkliwości, która ujawnia się w spojrzeniu. Usta jej były twTarde, chwilami nawet ponuro zacięte; wargi miała wąskie. Pomimo całej pozornej jej wrażliwości i wysubtelnienia czułam, że Madame umiałaby być prawdziwym Minosem w spódnicy.
Wieloletnie obcowanie z nią pouczyło mnie, że potrafiłaby być także czymś innym jeszcze w spódnicy. Pełne jej imię i nazwisko brzmiało: Modesta Maria Beck, z domu ICint-nee Kint — powinno było być: Ignacja. Była miłosierna i pełniła wiele dobrych uczynków. Nie istniała nigdy przełożona, rządząca w sposób łagodniejszy drobnym swoim państewkiem. Opowiadano mi, że nigdy nie robiła wymówek trudnej do zniesienia pani Svini, nawet bez względu na jej stały stan podchmielenia, na zupełny jej brak poczucia porządku i na ogólne niedbalstwo. A jednak pani Svini usunięta została, zmuszona do
Yillette 8 109 odejścia z chwilą kiedy odejście jej stało się pożądane. Doszło również do mojej wiadomośei, że nigdy nikomu sposrod personelu nauczycielskiego tego pensjonatu nie czyniono żadnych zarzutów. Skład jego zmieniał się’jednak bardzo często; poszczególni członkowie nikli z widowni i na ich miejsce zjawiali się inni, przy czym nikt
Sęsuło P°Wledzieć W J‘aki sP°sób i dlaczego tak
Zakład wychowawczy był zarazem internatem i szkołą d a uczennm przychodzących z miasta. Liczba tych ostat ch, wynosiła setkę, przewyższając pięciokrotnie liczbę pensjonarek stałych, których było zaledwie około dwuziestu. Madame posiadała, jak się zdawało, wybitne zdolności administracyjne; kierowała wszystkim, nie wyłączając czterech nauczycielek, ośmiu wychowawczyń, sześciorga służby i trojga własnych dzieci, dając sobie poza tym świetnie radę z rodzicami uczennic i pensjonarek opiekunami ich i przyjaciółmi. Przychodziło je to łatwo na pozor, bez wysiłku; robiła wszystko spokojnie, bez hałasu i zamętu, znużenia i rozgorączkowania, bez śladu zbędnego zgoła podniecenia. Była stale zajęta, rzadko wszakze zapracowana. Prawda, że posiadała własny system wprowadzania w ruch i regulowania całej maszynerii, bardzo sympatyczny zresztą system, z którego próbka zapoznał się czytelnik, asystując — w opisie — przy akcie wywracania mojej kieszeni podszewką na wierzch i przeglądania prywatnych moich notatek.
„Siorveillance“ — ścisły nadzór — i „espionage“ — „szpiegostwo — było jej hasłem.
Nie należy jednak przypuszczać, aby Madame miała yc pozbawiona poczucia uczciwości: wiedziała co to jest prawość i ceniła ją — to znaczy, o ile nie narzucała niezdarnych swoich skrupułów jej woli ani jej interesom. Żywiła szacunek dla „Angleterrejako kraju, co sie tyczy ni>ielek „les Ang!aises“, postanowiła, że nie powieiz\ pielęgnowania wrłasnych swoich dzieci kobietom żadnej mnej narodowości, o ile to będzie tylko zależało cd niej.
Często, wieczorami, po wysłuchaniu plotek i sprawozdań z knutych intryg, a potem pokierowaniu kontrofensywą, aby pokrzyżować zamiary ich autorów, po szpiegowaniu osobistym i odebraniu raportów od swoich konfidentek, przychodziła do mojego pokoju na górę z wypisanymi wyraźnie na czole oznakami zmęczenia, siadała na fotelu i przysłuchiwała się pacierzom, odmawianym po angielsku przez małą jej trójkę: tym trojgu katolickim dzieciom wolno było śpiewać pod moim kierunkiem hymn „Słodki Jezusie1 i odmawiać angielskie modlitwy. Po ułożeniu przeze mnie dziatwy do ich łóżeczek pozostawała jeszcze, gawędząc ze mną (wkrólce zrobiłam takie postępy we francuskim, że nie tylko rozumiałam ją, ale potrafiłam nawet jej odpowiadać). Tematem naszych rozmów była Anglia i kobiety angielskie, a także powody, które skłaniały Madame do uznawania ich wyższości intelektualnej, a nade wszystko ich wyższej i bardziej godnej zaufania moralności.
Często w pogawędkach takich ujawniała wiele rozsądku i zdrowych poglądów. Zdawała sobie na przykład dokładnie sprawę, że zamykanie dziewczętom oczu na prawdy życiowe i stałe okazywanie im uwłaczającej nieufności przez nieustanne czuwanie nad nimi i nie pozostawianie im ani chwilki swobody, ani jednego kącika, gdzie mogłyby uniknąć owej tak ciążącej im „surveillance“ — nie jest najwłaściwszą drogą wychowywania ich na uczciwe, skromne kobiety. Zarazem jednak zapewniała mnie, że stosowanie innych metod przy wychowywaniu dziewcząt na kontynencie doprowadziłoby nieuchronnie do wyników katastrofalnych wręcz: tak przywykły one do stałego nadzorowania ich i ograniczania ich swobody, że najlżejsze odstępstwo od tego systemu byłoby fałszywie rozumiane i fatalnie nadużywane. Oświadczała, że jej samej obmierzły sposoby, jakie zmuszona jest stosować, nie ma jednak możności wyrzeczenia się ich. Często po takich oświadczeniach, zazwyczaj wypowiadanych w rozmowie ze mną z wielką godnością i subtelnością, odchodziła aby przekradać się jak duch po całym domu na swo ich cichostępach — „souliers de silencc“, jak je nazywała, podglądając i wyszpiegowując wszystko, zaglądając przez każdą dziurkę od klucza, podsłuchując pod każdymi drzwiami.
Należy jednak oddać Madame sprawiedliwość, że system jej nie był zły. Trudno było o lepsze zarządzenia, aniżeli te, jakie wprowadziła, mając na względzie zdrowie fizyczne swoich wychowanek. W szkole jej nie przeciążano młodocianych umysłów; lekcje były umiejętnie rozłożone i dostosowane do poziomu intelektów, aby możliwie ułatwiać uczącym się przyswajanie sobie przez nie podawanego im materiału naukowego. Dbano w dostatecznej mierze o rozrywki dla uczennic i o ćwiczenia cielesne, niezbędne dla wyrobienia sprawności ich mięśni; odżywianie było obfite i smaczne i może dzięki wszystkim tym warunkom nie widziało się w instytucie wychowawczym przy Rue Fossette twarzy bladych ani nalanych. Madame nigdy nie skąpiła dziewczętom ferii, wyznaczała im dość czasu na sen, na ubieranie się, mycie i jedzenie. W tych sprawach rządziła się zawsze względami tolerancji i rozsądku, a nade wszystko dbałością o zdrowie pupilek. Niejedna surowa przełożona internatu i szkoły angielskiej dobrze zrobiłaby, gdyby chciała naśladować ją na tym punkcie. Przypuszczam naw’et, że niejedna zrobiłaby to chętnie, gdyby pozwolili na to wymagający rodzice angielscy.
Posługując się niezawodną w jej pojęciu metodą „espionage“t musiała Madame oczywiście utrzymywać dokoła siebie cały sztab szpiegów: nie miała jednak bynajmniej złudzeń co do wartości tych narzędzi swojej pracy. Nie żywiła żadnych skrupułów, o ile chodziło o użycie najbrudniejszych spośród nich do osobliwie brudnych 6praw, odrzucając w następstwie swoje pomocnice, jak odrzucamy łupiny, obierzyny i skórki po należytym wyciśnięciu soku z owocu. Bywała, natomiast, wyjątkowo wybredna w doborze szlachetnego kruszcu do czystego użytku. A kiedy udało jej się znaleźć nieskazitelne, nierdzewne na rzędzie, umiała należycie ocenić jego wartość, i starannie owijała je w jedwab i watę.
Biada wszelako temu — zarówno mężczyźnie jak kobiecie — kto liczyłby na nię, przekraczając o jeden cal chociażby punkt, w którego granicach leżało w jej własnym interesie być godną tego zaufania do niej. Interes był podstawowym kluczem jej natury, główną sprężyną jej czynów, alfą i omegą jej życia. Bywałam świadkiem odwoływania się ludzi do jej uczuć; naiwność odwołujących się budziła we mnie jedynie uśmiech politowania i szyderstwa na poły.
Tą drogą nie trafiał do niej nigdy nikt, ani też nie zdołał nikt odwieść jej nigdy od jej zamierzeń. Próba poruszenia jej serca była, wręcz przeciwnie, najpewniejszą drogą wzbudzenia jej antypatii i zrobienia sobie z niej ukrytego wroga. Starczyła jej za dowód że nie posiada serca, które można byłoby wzruszyć: przypominała jej własną niemoc i martwotę na tym punkcie. Różnica, zachodząca pomiędzy dobroczynnością a miłosierdziem nieuwydatniała się nigdy wymowniej, aniżeli na jej przykładzie. Wyzbyta współczucia, posiadała jednak dostateczny zasób wyrozumowanej dobroczynności, obdarzała chętnie ludzi, których nie oglądała nigdy na oczy — chętniej wszelako grupy społeczne, aniżeli poszczególne osobniki. „Pour les pauvres“ — dla biednych — otwierała szeroko swoją sakiewkę; wobec biedaka trzymała ją zazwyczaj szczelnie zamkniętą. W organizacjach filantropijnych, mających na względzie ogół społeczeństwa, brała udział z szczerą gotowością; nie wzruszała jej, natomiast, niczyja troska osobista; żadna potęga, ani głębia cierpienia, ześrodkowanego w jednym sercu, nie była zdolna przejąć jej szczerym współczuciem. Niczyja Kalwaria, żadna męka w Gethsemane, nie wycisnęłyby jednej łzy z jej oczu.
Powtarzam raz jeszcze, że Madame była wielce wybitną i bardzo uzdolnioną kobietą. Szkoła była dla jej uzdolnień nazbyt ograniczonym polem działania; powinna była rządzić całym narodem, przewodniczyć rozna miętnionemu, hałaśliwemu zgromadzeniu prawodawczemu. Nikomu nie udałoby się pokonać jej, stropić jej swoim zuchwalstwem, wyprowadzić z równowagi stalowych jej nerwów, wyczerpać jej cierpliwości, ani okazać się przebieglejszym i sprytniejszym od niej. W jednej swojej osobie potrafiłaby połączyć — i umiejętnie im sprostać — obowiązki prezesa ministrów i głównego naczelnika policji. Mądra, stanowcza, nie cofająca się przed popełnieniem zdrady; skryta, podstępna, wyzbyta namiętności; przenikliwa i nieczuła — a przy tym umiejąca z najwyższą perfekcją zachować należyte pozory — czegóż jeszcze można było żądać?
Rozsądny czytelnik nie przypuści chyba, że zdobyłam wszystkie powyżej streszczone na jego użytek wiadomości w ciągu jednego miesiąca, czy jednego półrocza nawet. Nie! Tym, co uderzyło mnie na pierwszy rzut oka, była kwitnąca strona zewnętrzna wielkiego i cieszącego się świetnym powodzeniem zakładu wychowawczego. Obszerny dom, pełen zdrowych, wesołych, ochoczych dziewcząt, jedna w drugą starannie ubranych i przeważnie przystojnych, zdobywających wiedzę, podawaną im cudownie ułatwioną metodą, bez udręki nadmiernego wysiłku i zbędnego przeciążania mózgu; nie wykazujących może zdumiewająco błyskawicznych postępów w niczym, może nawet prześlizgujących się po powierzchni wielu działów wiedzy, zawsze jednak zajętych pracą, nie znających znużenia ani przygnębienia. Personelowi nauczycielskiemu i wychowawczemu tego zakładu stawiano nader surowe wymagania: cała faktyczna ciężka praca obarczała go właśnie, byleby oszczędzić wychowanice i uczennice. Obowiązki ciała pedagogicznego były wszakże tak przewidująco i z taką ścisłością obmyślane, że wszyscy razem dopomagali sobie, zastępowali i dopełniali się wzajem gdziekolwiek zbyt trudno było jednej osobie podołać szczególnie zawiłemu zadaniu.
Była tu słowem szkoła cudzoziemska, obca dla mnie i tym ciekawsza. Jej ustrój, odmienność, pomysłowość i różnorodność jej urządzeń czyniła z niej zupełny, osobliwie pociągający kontrast w zestawieniu z większością angielskich instytucji tego rodzaju.
Na tyłach domu mieścił się duży ogród, dzięki czemu w iecie wychowanki przebywały stale nieomal na świeżym powietrzu pośród gąszczów krzewów różanych i drzew owocowych. W obszernej, oplecionej dzikim winem altanie — nazywanej zabawnie kołyską — berceau — spędzała Madame w lecie popołudniowe godziny, wzywając do siebie uczennice kolejno, klasami, jedną po drugiej, aby, zgrupowane dokoła niej, szyły pod jej kierunkiem, słuchając głośnego czytania. Do ogrodu również przychodzili poszczególni profesorowie i nauczycielki, wygłaszający krótkie, ale bardzo ciekawe pogadanka i odczyty, umiejętnie zastępujące stereotypowe lekcje; uczennice robiły notatki wedle ich wskazówek, albo też me robiły ich — zależnie od własnej woli i nastroju pewne, że, w razie zaniedbania tego obowiązku, będą mogły przepisać notatki pilniejszych koleżanek. Niezależnie od stałych comiesięcznych „jours de sortie“ — dni wychodnich — nastręczały święta według obrządku katolickiego, liczny szereg feryj w przebiegu roku szkolnego. Czasem też, w pogodne popołudnia letnie, zabierano pensjonarki na długie przechadzki w okolice. Zaopatrywano się wówczas w gaufres — suche ciasteczka — przegryzane do wina — vin blanc, albo też raczono się świeżo udojonym mlekiem i kromkami razowego chleba pain bis lub pistolets au beurre — podłużnego kształtu białym pieczywem — z masłem, albo też popijano kawę. Wszystko to wydawało się bardzo przyjemne, Madame — wcieloną dobrocią; nauczycielki wcale nie tak złe mogłyby być przecież gorsze — a uczennice może nieco hałaśliwe i rozbrykane, ale zdrowe i zadowolone.
Takim ukazał mi się zrazu zakład wychowawczy Madame Beck, oglądany w promiennej glorii dystansu. Rychło wszakże nadejść miał czas, kiedy dystans ten rozwiał się dla mnie, to znaczy, kiedy wezwano mnie do zejścia na dół z samotnej wieży, jaką był dla mnie pokój dziecinny, z którego do tego czasu robiłam moje obser wacje. Odtąd wejść miałam w bliższe, bezpośrednie zetknięcie z małym światkiem z Rue Fossette.
Pewnego dnia siedziałam na górze, jak zwykle, zajęta odrabianiem z trójką dzieci ich lekcji angielskiej i równocześnie nicowaniem jedwabnej sukni Madame, kiedy nagle zjawiła się ona sama w pokoju dzieci, poważnie zamyślona, jak gdyby zatroskana, co wydarzało jej się od czasu do czasu, nadając jej wyraz pewnej wyższości i oderwania. Osunąwszy się na krzesło, stojące naprzeciw mnie, siedziała kilka minut, przysłuchując się w milczeniu. Desiree, najstarsza dziewczynka, czytała na głos łatwy szkic pani Barbaud, tłomacząc go dość płynnie z angielskiego na francuski, co świadczyło jak dobrze rozumie co czyta: Madame słuchała z zainteresowaniem.
Nagle, bez żadnych wstępów, ani przygotowań, powiedziała tonem stwierdzania faktu raczej, aniżeli pytania:
— Była pani w Anglii nauczycielką.
— Nie, myli się pani.
— Jest to więc pierwsza pani próba nauczania? Na moich dzieciach?
Zapewniła’m ją, że tak jest. Zamilkła ponownie, kiedy jednak podniosłam głowę, aby wyjąć szpilkę z leżącej przede mną poduszeczki, przekonałam się, że byłam przedmiotem wnikliwej obserwacji ze strony Madame: zdawała się, studiując mnie pilnie i rozmyślając równocześnie nad czymś związanym z moją osobą, oceniać czy i o ile nadam się do, jej samej tylko wiadomych, zamierzeń i celów. Do owego czasu zdążyła pilnie przetrząsnąć już wszystko, co było w moim posiadaniu, powinna więc była chyba uważać, że dostatecznie poznała mnie na tej podstawie. Począwszy wszakże od tego dnia poddała mnie nowym próbom, których trwanie przeciągnęło się około dwóch tygodni. Podsłuchiwała pod drzwiami dziecinnego pokoju, kiedy byłam zamknięta w nim z dziećmi; śledziła mnie — z odpowiednio przezornej odległości — kiedy wychodziłam z nimi na przechadzkę; przekradała się poza osłaniającymi ją drzewami parku czy alei space rowej bulwaru, tak blisko jednak, aby móc słyszeć wszystko co mówię.
Po przeprowadzeniu sumiennych wstępnych tych przygotowań wywiadowczych, dokonała kroku decydującego.
Pewnego dnia, podszedłszy do mnie nagle, jak gdyby w pośpiechu, zakomunikowała mi, że znalazła się wobec pewnej trudności. Pan Wilson, nauczyciel języka angielskiego, nie przyszedł o właściwej godzinie; zachodzi obawa, czy nie jest chory, uczennice czekają na niego w klasie; nie ma na razie nikogo, mogącego zastąpić go. Czy nie miałabym w tym jedynym wypadku nic przeciwko urządzeniu dla klasy małego dyktanda, aby nie nazywało się, że godzina lekcji angielskiego została stracona?
— W klasie, proszę pani? — zapytałam.
— Tak, w klasie. W drugim oddziale. W którym jest sześćdziesiąt uczennic rzekłam.
Wiedziałam o tym i ze zwykłym haniebnym moim tchórzostwem usiłowałam zamknąć się w mojej gnuśności, jak ślimak w swojej skorupie, pod pretekstem nieudolności i braku wprawy, byleby uniknąć zdobycia się na odważny czyn. Gdyby pozostawiono mi wolność wyboni, pozwoliłabym niewątpliwie, ze zwykłą moją biernością, aby ominęła mnie wyjątkowa ta okazja. Moj brak odwagi i ambitnych podniecających do czynu pobudek praktycznych sprawiał, że gotowa byłam przesiedzieć dwadzieścia lat, ucząc dzieci z elementarza, nicując suknie Madame i szyjąc dla małych ubranka. Nie dlatego by najmniej, aby prawdziwe zadowolenie z mojego losu miało usprawiedliwiać tę dobrowolną rezygnację. Rodzaj moje-o zajęcia nie odpowiadał moim upodobaniom, ani też nie budził osobliwego mojego zainteresowania, już to samo jednak wydawało mi się wielka wygraną, ze wolna byłam od ciężkich trosk i niepokojow: brak poważni Jszych strapień był najbardziej zbliżony do szczęscia, j kiego miałam nadzieję zaznać kiedykolwiek, Poza ty wypełniona była moja egzystencja dwojakim życiem życiem myśli i życiem realnego czynu, o ile tezpier^ze czerpało wystarczające do podtrzymania go soki w dziw nie upiornych rojeniach fantazji, poprzestawało ci rude na zi o ywaniu chleba powszedniego i zapewnieniu 60>ie dachu nad głowę oddawaniem się całodziennej pracy zarobkowej. ’
— Niech pani zejdzie ze mną — przynagliła mnie Madame, mimo że pochyliłam się ze zdwojoną gorliwością nad przykrawaniem fartuszka dziecięcego. Od * ożv pani tę robotę na kiedy indziej.
— Ale Fifince potrzebny jest ten fartuszek — próbowałam protestować. . Fifinka będzie musiała obejść się bez niego, bo ja nie mogę obejść się bez pani.
A ponieważ byłam rzeczywiście potrzebna Madame, która tego dnia nie mogła naprawdę obejść się beze mnie, postanowiła zabrać mnie — tym bardziej, że od dawna już była niezadowolona z nauczyciela angielskiego języka, z jego wykroczeń przeciwko bezwzględnie obowiązującej w jej szkole zasadzie punktualności, a także z jego niedbałej metody nauczania. Że zaś nie brakło jej stanowczości i umiejętności praktycznego rozwiązywania zagadnień, niezależnie od tego, czy ja sama posiadałam je czy nie, wyjęła mi bez ceremonii z rąk nożyczki, ujęła mnie za rękę i sprowadziła na dół. Kiedy znalazłyśmy7 się obie w „carre“, jak zwano czworoboczny hall na dole, oddzielający dom mieszkalny od pomieszczeń szkolnych, zatrzymała się, puściła moją rękę i ogarnęła mnie wnikliwie badawczym spojrzeniem, stwierdziwszy, że jestem czerwona jak rak i dygocę wyraźnie od stóp do głowy. Myślę nawet — choć wstyd mi przyznać się do tego — że miałam łzy w oczach.
Trudności, wobec jakich stanęłam, nie były w istocie wyimaginowane tylko, niektóre z nich były nawet aż nadto realne. Me najmniej istotne spośród nich polegały na ówczesnym moim braku należytego opanowTania śródka pomocniczego, jakim zmuszona byłabym posługiwać się przy nauczaniu. Uczyłam się wprawdzie pilnie języka francuskiego od mojego przybycia do Yilletle, poznając jego arkana praktycznie w’ ciągu dnia, zaś teorję jego w każdej wolnej chwili wieczornej aż do najpóźniejszej godziny, do której przepisy domowe pozwalały na palenie lampy, mimo to daleka byłam jeszcze od ufania swojej zdolności poprawnego wysławiania się w tym języku.
— Dites donc — odezwała się Madame surowo — vous seniez — vous reellement trop faible?*)
Mogłam powiedzieć,,tak“ i powrócić do społecznego mroku pokoju dziecinnego i tam pleśnieć może przez całą resztę mojego życia. Spojrzawszy wszakże na Madame, podchwyciłam w wyrazie jej oczu coś takiego, co kazało mi dobrze namyśleć się przed powzięciem decyzji. W tej chwili nie sprawiała wrażenia łagodnej, tkliwej kobiety, ale stanowczego, despotycznie władczego mężczyzny. Niezwykła siła woli, jakiej ja sama nie posiadałam nigdy, napięta była w każdym rysie jej twarzy, nie budząc jednak we mnie ani wtóru, ani sympatii, ani także chęci podporządkowania się jej. Stałam, nie czując się ani pociągnięta nią, ani ujarzmiona. Zdawać się mogło, jak gdyby dwie przeciwstawne natury rzuciły sobie wzajem wyzwanie; uświadomiłam sobie też nagle, jaką hańbą jest ta moja nieufność we własne siły, moja małoduszność i bierność, moja opieszałość dążenia ku lepszemu.
— Czy chce pani cofnąć się czy iść naprzód? — zapytała, wskazując ręką nasamprzód na małe pojedyńcze drzwi, prowadzące do domu mieszkalnego, a potem na wielkie, monumentalne podwoje sal klasowych.
— En avant! — naprzód — rzekłam.
— Czy ma pani jednak odwagę stanąć wobec klasy, czy może jest pani nadmiernie podniecona { — dodała, wyraźnie chłodnic w miarę mojego ożywiania się, nie przestając wszakże wpatrywać si<j we mnie twardo i budząc tym tak wielką moją odrazę, że to samo wystarczyło już, aby natchnąć mnie siłą i stanowczością.
Powiedziała to tonem z lekka szyderczym: podniece * ) Niech pani powie, czy naprawdę nie czuje się pani na siłach?
« nie nerwowe nie należało do przejawów będących w guście Madame.
— Nie jestem bardziej podniecona niż ten kamień — odparłam, uderzając nogą we flizę kamiennej posadzki — ani też aniżeli pani sama — dodałam, patrząc jej prosto w oczy.
— Bon! — dobrze! — Muszę jednak uprzedzić panią, że nie są to spokojne, dobrze ułożone dziewczęta angielskie, z którymi będzie pani miała do czynienia. Ce sont des Labassecouriennes, rondes, franches, bruscjues, et lanc soit peu rebelles“*)
— Wiem — odparłam — i wiem również, że, pomimo pilnego uczenia się języka francuskiego od czasu mojego przybycia tutaj, zbyt opornie wciąż jeszcze idzie mi swobodne władanie nim, zbyt mało poprawnie mówię po francusku, aby móc wzbudzić w dziewczętach tutejszych szacunek dla mnie. Wiem, że będę robiła błędy, które narażą mnie na szyderstwo największych ignorantek. Mimo to postanowiłam podjąć się odbycia tej lekcji.
— Nie mają one nigdy uznania dla nieśmiałych nauczycieli — rzekła.
— I o tym wiem także, proszę pani; słyszałam o ich buntowaniu się przeciwko pannie Turnet i o sposobie w jaki ją prześladowały. — Panna Turnet była biedną, nie mającą tutaj żadnych przyjaciół nauczycielką języka angielskiego, którą Madame zaangażowała, a potem oddaliła bez pardonu. Jej żałosne dzieje nie były mi obce.
— C‘est vrai — to prawda — rzekła ozięble — Panna Turnet nie umiała nadać sobie wobec nich więcej powagi, niż gdyby była zwyczajną pomocnicą kuchenną. Była osobą słabej woli, niezdecydowaną, nie posiadała taktu, ani inteligencji, ani stanowczości, ani także poczucia godności własnej. Panna Turnet nie nadawałaby się zupełnie dla tych dziewcząt.

  • ) Są to rodowite Labassekuryjki, śmiałe, szczere, szorstkie buntownicze poniekąd.

Nie odpowiedziałam. Skierowałam się bez słowa ku zamkniętym drzwiom, prowadzącym do klasy.
— Nie może pani liczyć na moją pomoc, ani na niczyją inną — ostrzegła Madame. — Napiętnowałoby to panią od razu jako nieudolną do pełnienia poruczonego jej zadania.
Otworzyłam drzwi, przez grzeczność pozwalając jej wejść pierwszej, a potem weszłam zaraz za nią. Były trzy pokoje klasowre, wszystkie obszerne. Klasa wyznaczana dla drugiego oddziału, w której miałam właśnie wystąpić w roli wykładowczyni, była znacznie większych rozmiarów niż dwie pozostałe, dzięki czemu nadawała się do pomieszczenia gromady o wiele liczniejszej, hałaśliwszej i nieskończenie trudniejszej do opanowania, aniżeli tamte dwie. W następstwie, kiedy lepiej zapoznałam się z warunkami miejscowymi, przychodziło mi czasem na myśl ( o ile wolno przeprowadzić podobne porównanie), że spokojny, utemperowany, ogładzony pierwszy oddział pozostawał w takim samym stosunku do buńczucznego, zachłannie atakującego oddziału drugiego, w jakim angielska Izba Lordów pozostaje do angielskiej Izby Gmin.
Na pierwszy rzut oka dostrzegłam, że dość liczne jednostki spośród uczennic były już czymś więcej niż młodymi dziewczątkami — były dojrzałymi bez mała młodymi kobietami. Wiedziałam, że niektóre z nich pochodziły z rodzin arystokratycznych — specyficznego typu arystokracji Labassecour — byłam też przeświadczona, że ani jedna nie pozostaje w nieświadomości stanowiska, jakie zajmowałam w domu Madame Beck. Wstąpiwszy na podniesioną o jeden stopień tylko ponad poziom podłogi, katedrę, na której stało krzesło nauczyciela oraz jego pulpit, ujrzałam naprzeciwko siebie szereg utkwionych we mnie groźnie oczu i skupionych surowo, zdradzających burzliwy nastrój, twarzy — oczu, w których czaiły się złowrogie błyski i twarzy nieporuszonych, twardych, jak marmur..
„Płeć żeńska41 na kontynencie, uosobiona jest przez istoty odmienne od „wyspiarek“, należących do tej sa mej warstwy społecznej i do tego samego wieku: nie widywałam nigdy w Anglii takich oczu i twarzy o takim wyrazie. Madame Beck przedstawiła mnie jednym obojętnym, wypowiedzianym chłodno krótkim zdaniem, wyszła dostojnym krokiem z pokoju i pozostawiła mnie samą w nowym moim dostojeństwie.
Nie zapomnę nigdy tej pierwszej lekcji, ani też nieprzeczuwanego podziemnego nurtu życia i charakterów, jakie odsłoniła ona przede mną. Po raz pierwszy zaczęłam wówczas trzeźwo zdawać sobie sprawę z przepastnej różnicy, jaka zachodzi pomiędzy idealną,,jeune fille“ — młodym dziewczęciem — w opisach poetów i powieściopisarzy, a tą samą „jeune filie \ jaką jest ona w rzeczywistości.
Jak się zdaje, trzy utytułowane młode panie z pierwszego rzędu zajęły swoje miejsca, z góry już powziąwszy postanowienie, że „une bonne d‘enfant“ — służąca do dzieci, bona czy niańka — nie będzie udzielała im lekcji języka angielskiego. Wiedziały, że udało im się dotychczas już usunąć trzy nauczycielki, które im nie odpowiadały; nie było też dla pewnych siebie młodych dziewcząt tajemnicą, że Madame nie zawaha się w każdej chwili wyrzucić nauczyciela czy „maUresse“, którzy nie będą umieli zyskać uznania uczennic, że nigdy nie stanie ona po stronie niezdolnych obronić się i nie dopomoże im do utrzymania miejsca, o ile też oni sami nie okażą dość siły do walki, czy dość taktu, niezbędnego do zdobycia powagi, los ich będzie przesądzony. Dlatego też wpatrzone złowrogo w,,Miss Snowe“, obiecywały sobie łatwe nad nią zwycięstwo.
Panny: Blanche, Virginie i Angelique rozpoczęły kampanię serią tłumionych szeptów i chichotów, które rychło wzmogły się do głośniejszych śmiechów i pomruków, podchwyconych przez dalsze rzędy i powtórzonych przez nie jeszcze głośniej. Ten wzmagający się bunt sześćdziesięciu przeciwko jednej stał się niebawem upiornie dręczący, zwłaszcza wobec słabego mojego władania francuszczyzną, którą zniewolona byłam posłużyć się w tak okrutnych warunkach.
Gdybym mogła przemówić rodowitym moim językiem, czułam, że zdołałabym zyskać posłuch, nade wszystko ^ bowiem, mimo że, jak dobrze o tym wiedziałam, sprawiajam wrażenie istoty słabej i pod wieloma względami byłam nią w rzeczywistości, szczęśliwie jednak uposażyła mnie natura w głos dostatecznie donośny, o ile siłę jego potęgowało podniecenie, czy pogłębiało wzruszenie. Nadto, jakkolwiek w normalnych warunkach mowa moja nie wyróżniała się potoczystością, ani swadą, kapiąc cienkim, urywanym strumykiem, jednakże pod wpływem szczególnej podniety — jaką była dla mnie teraz w najwyższym stopniu ta zbuntowana przeciwko mnie gromada — potrafiłabym od razu znaleźć gotowe angielskie frazesy, tak silnje. piętnujące ich zachowanie, jak zasługiwało ono na to. Sarkazm, zaprawiony goryczą wzgardy dla zapaśniczej złagodzony łatwą drwiną ze słabszych, zarazem mniej nikczemnych naśladowczyń dopomógłby mi prawdopodobnie do opanowania rozwydrzonej, dzikiej hałastry i ujęcia jej w cugle opamiętania. W obecnych wszakże warunkach jedynym, co mi pozostało do zrobienia, było podejść do Blanche — panny de Melcy, młodej baronówny — najstarszej, najwyższej, najprzystojniejszej i najbardziej znarowionej i krnąbrnej ze wszystkich trzech przywódczyń — stanąć przed jej pulpitem, wyrwać jej z ręki zeszyt z ćwiczeniami, powrócić na katedrę i rozmyślnie głośno przeczytać jej wypracowanie niesłychanie głupie i nieudolne, i równie rozmyślnie wobec całej klasy przedrzeć na dwoje poprzekreślaną i pozamazywaną stronicę.
Akt ten ściągnął na siebie uwagę wszystkich i zahamował dalsze wyczynianie hałasów. Jedna już tylko uczennica, siedząca daleko w tyle, nie przestawała awanturować się z niezmożoną energią. Spojrzałam na nią badawczo. Miała bladą tw^rz, włosy kruczo czarne, szerokie, gęste brwi, rysy wyraziste oraz ciemne, o buntowniczym, ponurym błysku oczy. Zauważyłam, że siedziała tuż przy małych drzwiczkach, które, jak wiedziałam, łączyły pokój klasowy z małym schowkiem, służącym za składnicę książek. Oporna dziewczyna wstała ze swojego miejsca, aby móc z większą energią i swobodą hałasować i podniecać koleżanki do czynienia zamętu. Zmierzyłam wzrokiem jej wzrost, aby ocenić jej siłę, wydawała się wysoka i sprawna, przyszło mi jednak na myśl, że o ile atak spadnie, na nią nieoczekiwanie i zderzenie się nasze będzie błyskawiczne, potrafię może poradzić sobie z nią.
Przeszedłszy całą szerokość klasy krokiem tak spokojnym i tak obojętnym, na jaki tylko stać mnie było w danych warunkach, nie dając nic poznać po sobie, wyglądając na niewiniątko — nayant l‘air de rien — jak wyrażano się tutaj — pchnęłam lekko drzwTi, które okazały się uchylone. Równocześnie nagłym zwrotem przyskoczyłam do dziewczyny, która po chwili znalazła się poza drzwiami, zamkniętymi przeze mnie na klucz, który spoczął na dnie mojej kieszeni.
Dziewczyna ta — na imię jej było Dolores — pochodziła z Katalonii. Nienawidzona przez wszystkie koleżanki ze względu na swoją obcość, budziła w nieb zarazem lęk przed swoją osobą. Dzięki temu prawdopodobnie doraźne wymierzenie jej przeze mnie sprawiedliwości zyskało poklask całej klasy, nie było ani jednej spośród wszystkich obecnych, która w głębi duszy nie pochwalałaby mojego sposobu zareagowania i nie byłaby mu rada. Na chwilę uciszyło się wszystko, potem uśmiech — nie śmiech, ale uśmiech tylko — zarysował się na ustach wszystkich — od pulpitu do pulpitu, i kiedy poważnie i spokojnie powróciłam na katedrę i tonem stanowczym, niedopuszczającym sprzeciwu, nakazałam ciszę, przystąpiwszy od razu do dyktowania, jak gdyby nic w ogóle me zaszło, zaskrzypiały pióra, posuwając się posłusznie po papierze i cała lekcja odbyła się spokojnie, w porządku i bez żadnych przeszkód. C‘est bien — wyraziła Madame swoje uznanie, kie dy, z wypiekami na twarzy i nieco wyczerpana, wyszłam z klasy — fa ira*).
Podsłuchiwała i podpatrywała przez cały czas przez maleńkie okienko judaszowe.
Począwszy od tego dnia przestałam być piastunką małej trójki Madame Beck i zaawansowałam na nauczycielkę języka angielskiego. Madame podniosła mi pensję, kazała mi jednak pracować trzy razy więcej, niż pracował pan Yilson, płacąc mi połowę tego co jemu.

  • ) Dobrze... Pójdzie.

Yillette 9 125
ROZDZIAŁ IX
IZYDOR
Czas mój był teraz wypełniony całkowicie i owocnie. Nauczając innych i ucząc się sama, nie miałam wolnego momentu nieomal. Było to przyjemne. Czułam, że posuwam się naprzód, że umysł mój nie pleśnieje i nie rdzewieje w gnuśnej bezczynności, ale rozwija swoje władze i wyostrza je nieustannym ich ćwiczeniem. Miałam nie małe pole gromadzenia różnorodnych doświadczeń. Villette jest miastem o charakterze kosmopolitycznym i w szkole Madame Beck nie brakło przedstawicielek wszystkich nieomal narodowości Europy, zarazem najrozmaitszych warstw społecznych. W Labassecour panuje równość, jakkolwież też nie ma tu republikańskiej formy rządów, góruje nastawienie demokratyczne. W szkole Madame Beck młoda hrabianka zajmowała miejsce na tej samej ławce obok młodej mieszczanki. Nie zawsze też można było, sądząc z zewnętrznego wyglądu, odróżnić patrycjuszkę od plebejuszki: ta ostatnia miewała często maniery bardziej opanowane i układne, gdy pierwszą cechowrało wykrętne dopełniające się wzajem połączenie zuchwalstwa i podstępnego zakłamania. Gorąca krew francuska, miewała tu często domieszkę flegmatyczności kraju nizinnego, z przykrością wszakże zaznaczyć muszę, że ów żar krwi galijskiej ujawniał się przeważnie w potoczystej obrotności, z jaką płynęło z ust dziewcząt rasy łacińskiej pochlebstwo i kłamstwo, a także w swobodniejszym i żywszym ich zachowaniu się, często zdradzającym nieszczerość i brak serca.
Chcąc oddać sprawiedliwość wszystkim, zaznaczyć należy, że i rodowitym Labassecouriennes również nie brakło swoistej obłudy, była ona jednak tak bardzo oczywista i tak bardzo szyta grubymi nićmi, że nie mogła wprowadzić w błąd nikogo. Ilekroć kłamstwo potrzebne im było dla celów osobistych, zdobywały się na nie z łatwością i spokojem, niezmąconym najlżejszymi wyrzutami sumienia. Ani jedna żywa dusza w całym zakładzie wychowawczym Madame Beck, począwszy od pomywaczki kuchennej i kończąc na samej przełożonej, nie wstydziła się kłamać; kłamstwo nie było w ich oczach występkiem: nie uważały blagowania za cnotę może, ale za grzech najbardziej wybaczalny. „J‘ai menti plusieurs fois“ — skłamałam kilka razy — stanowiło nieodmiennie powtarzającą się pozycję w cotygodniowej spowiedzi każdej z tych dziewcząt i kobiet. Ksiądz wysłuchiwał tego wyznania nieporuszony nim i bez sprzeciwu dawał rozgrzeszenie. 0 ile, natomiast, zaniedbały raz chociażby pójścia na mszę, albo też przeczytały rozdział zakazanej powieści, stawała się sytuacja nieporównanie poważniejsza; były to przestępstwa, za które nieuchronnie spotykały winowajczynie ostre wyrzuty i surowe kary.
Częściowo tylko zdając sobie wówczas sprawę z tego stanu rzeczy i nie doświadczywszy na sobie samej jego wyniku, czułam się w nowym moim otoczeniu zupełnie dobrze. Po kilku pierwszych trudnych lekcjach, odbytych w burzliwej atmosferze nieustannie zagrażającego mi niebezpieczeństwa, na skraju moralnego wulkanu, huczącego pod moimi stopami, rozpalającego iskry w oczach i zalewającego falą krwi gorącej pohczki, uciszył się nastrój wybuchowy, w stosunku do mojej osoby przynajmniej.
Postanowiłam, że muszę zwyciężyć: nie mogłam znieść myśli, aby w tej pierwszej próbie zrobienia kroku naprzód na drodze życia pokonać mnie miała wroga krnąbrność i pospolita nieustępliwość. Godzinami leżałam w nocy nie śpiąc i rozmyślając jaki mam stosować system, aby trwale opanować buntownicze te umysły, ugiąć sztywne te karki i podporządkować oporne ełuchaczki mojej woli i mojemu wpływowi.
Nie miałam najmniejszych wątpliwości co do tego, że nie mogę liczyć na pomoc Madame w żadnej formie. Zrozumiałym dążeniem jej było utrzymanie niezmącenie dobrych stosunków z wychowankami, chociażby nawet kosztem sprawiedliwości i ulżenia ciężkiemu losowi wykładowców. Szukanie przez któregokolwiek z członków personelu nauczycielskiego pomocy jej przy jakiejkolwiek okazji nieposłuszeństwa ze strony uczennic równało się nieuchronnemu, własnowolnemu przyczynieniu eię do otrzymania dymisji. W stosunkach z uczennicami zachowywała Madame stale i niezmiennie stanowisko życzbwie przyjacielskie i pochwalające, surowo zalecała też członkom ciała pedagogicznego samoistne dawanie sobie rady we wszelkich niemiłych scysjach, do których nie chciała wtrącać się osobiście z należytą surowością w obawie, że mogłoby narazić ją to na utratę sympatii wychowanek. W tym stanie rzeczy nie pozostawało mi nic innego, jeno liczyć wyłącznie na własne siły.
Przede wszystkim jasne było dla mnie, jak dzień, że na nic się nie zdało użycie siły wobec opornej, niegodziwej gromady. Należało znosić cierpliwie wybryki buntowniczych dziewcząt, patrząc na nie jeno przez palce. Najpewniej działał na nie grzeczny, choć surowy, sposób obchodzenia się z nimi; dobrze także robiło rzucenie od czasu do czasu, z rzadka jednak tylko, złośliwej drwiny. Nie były w stanie, (a może nie chciały tylko), znieść stałego poważnego wysiłku umysłowego — odrzucały też bezwzględnie wszelkie próby obciążania ich pamięci, ich zdolności rozumowania, skupiania ich uwagi. Tam, gdzie obdarzona przeciętnymi zdolnościami i przeciętnie pilna młoda dziewczyna angielska zgodziłaby się posłusznie na odrobienie zadania, starając się wykonać je z możliwie największym zrozumieniem i umiejętnością, roześmiałaby się młoda Labassecourienne nauczycielowi prosto w twarz i odrzuciłaby opornie jego żądanie, mć więc: —,,Dieu que c‘est difficile! Je n‘en veux pas. Cela rnenmiie trop!“*)
Nauczyciel (czy nauczycielka) zdający sobie sprawę na czym polega ich rola, cofnęliby się od razu, bez wahania, protestu, czy oporu, zabierając się natychmiast, z przesadną może nawet gorliwością, do usunięcia wszelkich trudności, do uprzystępnienia podawanego słuchaczkom materiału, do obniżenia wykładu do poziomu umysłowego uczennic i podania im ułatwionej w ten sposób strawy duchowej, nie szczędząc przy tym bicza sarkazmu. Poczułyby jego podcięcie, może nawet poczułyby się nim urażone, nie miałyby jednak za złe zastosowania go, pod warunkiem jedynie, aby sarkazm nie był zbyt kąśliwy i okrutny. Gotowe są awanturować się głośno z powodu trzech wierszy, zadanych dodatkowo na następną lekcję, nigdy jednak nie widziałam, aby buntowały się przeciwko zadaniu rany ich miłości własnej. Niewielki posiadany przez nie zasób tej zalety z łatwością poddawał się miażdżeniu go, jak się zdaje też wolał znosić deptanie go energicznym obcasem, aniżeli szczędzenie go.
Stopniowo, wraz ze zdobywaniem przeze mnie umiejętności płynnego, swobodnego władania językiem francuskim, umożliwiającego mi stosowanie — odpowiednio do okoliczności — jędrnych, soczystych wyrażeń, zaczęły starsze i inteligentniejsze dziewczęta traktować mnie bardziej przychylnie, oczywiście na swój sposób. Zauważyłam, że ilekroć udawało mi się pobudzić szlachetną ambicję w sercu uczennicy, albo też poruszyć drzemiące na dnie jej duszy poczucie wstydu, pozyskiwałam ją już tym samym dla siebie. Jeśli tylko raz jeden chociażby udawało mi się sprawić aby (wielkie zazwyczaj) uszy uczennic rozgorzały zawstydzeniem pod gęstymi; zwojami ich włosów, wszystko szło względnie dobrze. Z czasem zaczęły zjawiać się na mojej katedrze składane tam dla mnie z rana wiązanki kwiatów. Aby wywdzięczyć * ) Boże! Jakie to trudne! Nie chcę tego. To mnie zanadto nudzi! m leię za ten dowód miłej uwagi, wprowadziłam zwyczaj przechadzania się podczas rekreacji z kilkoma wybranymi. W trakcie rozmowy zdarzało mi się dokonać nieobmyślonej naprzód próby prostowania osobliwie spaczonych ich zasad i pojęć moralnych: ze szczególnym naciskiem wyrażałam zwłaszcza moją opinię o hańbiącej mkczemnosci kłamstwa. Kiedyś nawet, bez zastanowienia, dość nieopatrznie wyraziłam się, że z dwojga złego uważam grzeszenie przeciwko prawdzie za gorsze, aniżeli zaniedbanie czasem pójścia do kościoła.
Otóż obowiązkiem specjalnie przyuczanych do tego biednych dziewcząt było powtarzanie katolickiemu ich spowiednikowi wszystkiego, co słyszały z ust protestanckiej nauczycielki. Nakaz ten wydał budujące wyniki. Pomiędzy mnie a tych kilka najlepszych uczennic wślizgnął się jakiś żywioł niedostrzegalny, nieokreślony, nie dający nazwać się wyraźnie; wiązanki kwiatów składane były wprawdzie w dalszym ciągu na moim pulpicie, rozmowy nasze jednak były odtąd uniemożliwione. Nie zdarzało się od tej chwili nigdy, ilekroć siedziałam w berceau, czy przechadzałam się po alejach i która z uczennic, czy ich grupka, przyłączała się do mnie, aby nie wyrastała niezwłocznie jak spod ziemi jedna z nauczycielek i nie powiększała naszego grona. Dziwne też było, jak niesłychanie często bezszelestne cichostępy samej Madame sprowadzały ją pozą moje plecy niespodziewanie i niedosłyszalnie, ni to zefirek przelotny.
Pogląd katolickiego mojego otoczenia na to, co czeka mnie po śmierci, został pewnego razu ujawniony wobec mnie dość naiwne. Jedna z pensjonarek, której zdarzyło mi się oddać drobną przysługę, zawołała pewnego dnia, siedząc ze mną;
O Mademoiselle, jaka straszna szkoda, że pani jest protestantką!
— Dlaczego, moja Izabello?
— Parceąue, quand vous serez morte-vous brulerez tout de suitę dans l‘Enfer.
— Croyez-vous?*)
— Certainement que j‘y crois: tout le monde le sait; et d‘ailleurs le pretre me l‘a dit.**)
Izabella była zabawną tępą istotą. Po chwili dodała:
— Pour assurer votre salut la-haut, on ferait bien de vous briiler toute vive ici-bas.*** )
Roześmiałam się. Trudno było w istocie przyjąć naiwne jej uwagi inaczej niż śmiechem.
Czy zapomniał już czytelnik o pannie Fanshave? 0 ile miałoby tak być, byłabym zmuszona przedstawić mu powtórnie tę młodą damę, jako kwitnącą zdrowiem i urodą wychowankę pensji Madame Beck. Była nią w rzeczywistości. Po przybyciu swoim na Rue Fossette, w dwa czy trzy dni po nagłym moim zainstalowaniu się tutaj, zetknęła się ze mną bez wielkiego zdziwienia. Musiała w jej żyłach płynąć dobra krew, nigdy bowiem nie była żadna księżna doskonalej, bezwzględniej i otwarciej nonszalancka niż ona; nie istniało dla niej uczucie zdziwienia, co najwyżej w postaci słabego, przelotnego spłoszenia. Większość innych właściwości i przejawów jej serca i umysłu zdawała się pozostawać w stanie takiej samej powierzchowne“ płytkości: jej upodobania i niechę ci, jej miłość i nienawiść były nikłe jak pajęczyna, czy babie lato. Jedyną jej cechą prawdziwie mocną, wyraźną i trwałą było jej... samolubstwo.
Nie była dumna i mimo że zajmowałam wówczas skromne stanowisko bonne d‘enjant$, a więc służącej, gotowa była zrobić ze mnie od razu rodzaj powiernicy i * ) Bo jak pani umrze, będzie pani od razu smażyła się w pie* kle. Sądzi pani? ** ) Naturalnie, że wierzę w to; wszyscy wiedzą o tym; a zre« sztą, ksiądz powiedział irri to.

      • ) Aby zapewnić pani zbawienie w niebie, dobrze zrobiono* hy. gdyby spalono panią żywcem tutaj na ziemi.

przyjaciółki. Naprzykrzała mi się wlewaniem w moje uszy tysięcy czczych, bezpodstawnych skarg na oszczędności, zaprowadzane jakoby w gospodarstwie domowym Madame Beck, także na drobne intrygi pensyjne; kuchnia nie odpowiadała jej gustowi; cały otaczający nas mały światek: nauczyciele, nauczycielki, uczennice, domownicy, zasługiwali według niej za pogardę jeno, jako że składali się wyłącznie z cudzoziemców. Godziłam się jeszcze jako tako, dopóki tylko mogłam, z jej wyrzekaniem na nadmierne używanie w piątki solonych ryb i jajek na twardo, usiłowałam znosić cierpliwie przez czas jakiś jej sarkanie na zupy, pieczywo i kawę — w końcu wszakże znużona powtarzaniem wiecznie jednego i tego samego w kółko, obruszyłam się na dobre i surowo zgromiłam ją. Powinna byłam właściwie zrobić to zaraz z samego początku, zwłaszcza że zdrowe przetrzepanie moralne dobrze na nią zawsze wpływało.
Znacznie dłużej zmuszona byłam znosić jej narzucanie mi roboty do wykonywania za nią. Jej garderoba, o ile dotyczyła przedmiotów użytku na pokaz, była wytworna i w nienagannie dobrym stanie; inne, natomiast, części jej ubrania, nie eksponowane na widok publiczny, wymagały częstej naprawy. Nienawidziła sama porania z i„ł;}» często też znosiła mi stosy swoich pończoch i bielizny do cerowania i łatania. Podporządkowywanie się w ciągu kilku tygodni żądaniom jej na tym punkcie groziło przeistoczeniem się dokuczliwości tej w stały, nużący obowiązek, zniewolona też byłam w końcu oświadczyć jej zupełnie otwarcie, że musi zdecydować się naprawiać swoję ubrania sama, bez mojej pomocy. Rozpłakała się, usłyszawszy to oznajmienie i obrzuciła mnie wymówkami, że sprzeniewierzyłam się jej i przestałam być jej przyjaciółką; okazałam się wszelako nieugięta i obojętnie przyjęłam jej histeryczny wybuch.
Bez względu jednak na te słabostki i inne, o których nie warto wspominać, zwłaszcza że nie należały do rzędu znamionujących wyższość jej kultury duchowej — zaznaczyć muszę nieprzeciętną jej urodę. Jak czarująco wy* glądała, zszedłszy pewnego słonecznego poranka letniego, ślicznie ubrana i doskonale usposobiona, strojna w blado-liliowy jedwab, z długimi jasnymi lokami opadającymi na białe jej ramiona i plecy. Niedziela była świętem, stale spędzanym przez nią u zamieszkałych w tym mieście przyjaciół jej* przy czym dała mi od razu do zrozumienia, że w ich gronie znajduje się ten, który pragnie zostać kimś bliższym dla niej. Rzucone przez nią tu i owdzie słówko, jakiś jej gest nagły, a także ogólne ożywienie jej twarzy i całej postaci ujawniły mi niebawem, że potrafiła wzbudzać gorące uwielbienie, a bodaj nawet prawdziwą miłość. Nazywała swojego wielbiciela „Izydorem44, zaznaczając zarazem, że nie jest to jego rzeczywiste imię, ale jedynie specjalnie nadane mu przez nią; jego własne, jak pozwoliła mi domyśleć się, jego prawdziwe imię jest „bardzo ładne44. Pewnego dnia, słuchając jej przechwalania się na temat żaru miłości, jakiego „Izydor44 dawał jej dowody, zapytałam, czy i ona wzajem kocha go.
— Comme cela — tak sobie — odparła — jest bardzo przystojny, i adoracia jego jest dla niej miłą rozrywką. — Ca suffit — to wystarczy.
Przekonawszy się, że znajomość jej z „Izydorem44 trwa dłużej, aniżeli mogłam przypuścić, sądząc z jej bardzo kapryśnych, zmiennych gustów, pozwoliłam sobie pewnego razu zapytać ją zupełnie poważnie, czy młody człowiek, o którym mowa, odpowiada wymaganiom, jakie stawiać mogą od przyszłego zięcia jej rodzice, a nade wszystko jej wuj i ojciec chrzestny zarazem, od którego tak bardzo jest uzależniona. Wyznała mi, że uważa to za mocno wątpliwe, nie przypuszcza bowiem, aby „Izydor44 miał posiadać wiele pieniędzy.
— Zachęca go pani? — zapytałam.
— Szalenie. Czasem — odparła.
— Nie będąc pewną, czy pozwolą pani wyjść za niego za mąż?
— 0, jaka z pani skrupulatka! Wcale nie mam ocho-> ty wyjść za mąż. Jestem za młoda jeszcze,
— Ale, jeśli kocha on panią tak bardzo, jak pani mówi, a w końcu okaże się, że nic z tego nie będzie, unieszczęśliwi go pani przecież.
— Rozumie się, że złamie mu to serce. Byłabym urażona i rozczarowana, gdyby inu nie złamało.
Wie pani, myślę, że ten pani Izydor musi być głupi.
’ 1 ak, jest głupi, na punkcie miłości swojej dla mnie. Ale pod każdym innym względem jest mądry, a ce qu‘on dif ). Pani Cholmondeley uważa go za nadzwyczaj mądrego; mówi, że dzięki uzdolnieniom swoim na pewno wybije się rychło i pójdzie w górę; co się mnie tyczy, wiem to jedynie, że w mojej obecności nie robi nic innego, tylko wzdycha wciąż i wzdycha i przewraca oczami. Mogę owinąć go sobie dokoła mojego małego palca.
Pragnąc zyskać jakieś bardziej określone pojęcie o tym szalejącym z miłości panu „Izydorze“, którego stanowisko wydawało mi się mocno niepewne, prosiłam pannę Fanshave, aby opisała mi bliżej jego osobę. Nie potrafiła wszelako dać mi wyraźnego jego obrazu: brakło jej odpowiednich słów i określeń, jak również zdolności logicznego wiązania ich, aby złożyć się mogły na plastyczną całość. Opis jej sprawiał nawet takie wrażenie, jak gdyby nie zdołała należycie przyjrzeć się swojemu wielbicielowi: nic w jego wyglądzie, żaden z jego rysów, nic z gry wyrazu jego twarzy nie dotarło trwale do jej serca, nie pozostawiło na stałe śladu w jej pamięci. Wszystko, co potrafiła o nim powiedzieć, streszczało się w zapewnieniu, że jest,,beau, mais plutót bel homme, que joli garęon“‘:). Cierpliwość moja mogłaby rychło wyczerpać się i zainteresowanie moje osłabłoby przy słuchaniu jej) gdyby nie jeden wzgląd tylko. Wszelkie rzuca * ) O ile mówią.

  • ) Piękny, ale jest raczej pięknym mężczyzną, niż ładnym chłopcem.

ne przez nię aluzje, wszelkie podawane przez nię szczegóły, nieświadomie może dla niej samej, zdawały się wskazywać mi, że hołdy, składane jej przez owego pana Izydora, wyrażane były z wielkim szacunkiem i delikatnością. Powiedziałam jej to wręcz, że uważam go za zbyt dobrego dla niej i równie szczerze oświadczyłam, że uważam ją za pustą zalotnicę jedynie. Roześmiała się, potrząsnęła głową, aby odrzucić opadające jej na oczy złote loki i oddaliła się w pląsach, jak gdybym powiedziała jej największy komplement.
Studia szkolne panny Ginevry Fanshave były nominalne właściwie. Trzem tylko działom oddawała się poważnie: muzyce, śpiewowi i tańcom, a także haftowaniu cieniutkich batystowych chusteczek, na jakich kupno nie mogła sobie pozwolić. O drobiazgi takie, jak lekcje historii, geografii, gramatyki i arytmetyki, nie troszczyła się wcale, co najwyżej pozwalając innym odrabiać je za nią. Bardzo wiele czasu poświęcała na składanie wizyt. Madame, która zdawała sobie jasno sprawę, że jej pobyt na pensji nie potrwra już długo, niezależnie od tego, czy wykaże dostateczne posJępy wr naukach, czy nie, była dla niej szczególnie wyrozumiała. Młoda dziewczyna korzystała z możliwie największej swobody odwiedzania znajomych i przyjaciół jak często sama tylko chciała. Pani Cholmondeley, jej chaperori — przyzwoitka — wesoła, wytworna, światowa dama, zapraszała ją, ilekroć spodziewała się gości we własnym domu i często również zabierała ją na zabawy do osób, z którymi była zaprzyjaźniona. Ginevra pochwalała wielce ten system, który miał dla niej jedyną tylko ujemną stronę: zmuszał ją do bardzo wykwintnego strojenia się, na co zupełnie nie miała pieniędzy. Nic więc dziwnego, że cała jej myśl wytężona była w tym kierunku, że mózg jej wTypełniały rozważania do jakich sposobów ma uciec się, aby pokonać te trudności. Najwyższy podziw budziła żywość i przedsiębiorczość jej gnuśnego w innych sprawcach intelektu, niezwykła śmiałość i nieustraszoność, z jaką ważyła się na czyny najbardziej ryzykowne, o ile pobudzała ją do te go konieczność zdobywania środków na kupno toalety, chęć popisywania się nimi i błyszczenia, i Zuchwale zwracała się z natarczywymi prośbami do pani Cholmondeley — zuchwale, zaznaczam, nie czyniła tego bowiem z uczuciem zażenowania, ale narzucając się bez ceremonii.
— Droga pani! Nie mam nic, ale to nic literalnie, do włożenia na przyjęcie u pani w przyszłym tygodniu: musi mi pani sprawić muślinową suknię i pasek bleu celesłe — jasno błękitny — do tego. Zrobi to pani, prawda? Jest pani przecież taka anielska!... ,,Anielska“ pani Cholmondeley ustępowała zrazu, przekonawszy się jednak, że wymagania panny Ginevry wzrastafy równocześnie z uleganiem jej prośbom, zmuszona była, podobnie jak wszyscy przyjaciele panny Fansliave, coraz częściej przeciwstawiać się jej zachłannej natarczywości. Po pewnym czasie nie słyszałam już nic o prezentach, otrzymywanych przez Ginevrę od pani Cholmondeley, mimo to nie ustało bywanie panny Fanshave na balach i zebraniach i tak samo nie ustało zdobywanie sobie przez nią niezbędnych w jej mniemaniu coraz nowych toalet, jak również kosztownych dodatków do nich: rękawiczek, pantofelków, a nawet biżuterii. Wszystkie te rzeczy — wbrew jej zwyczajowi, a nawet naturze, nie należała bowiem do istot skrytych — były jak najskrzętniej ukrywane przez czas jakiś przed oczami ludzkimi, pewnego wieczora wszakże, kiedy wybierała się na wielkie przyjęcie, na które należało ustroić się ze szczególną starannością i elegancją, nie zdolna była oprzeć się chęci popisania się przede mną, zjawiła się też przed samym wyjazdem, aby zaprezentować mi się w pełnej gali.
Wyglądała pięknie: krasiła ją młodość, świeżość, delikatność cery i zwiewna giętkość całej postaci, cechy typowe angielskie, jakim równych nie podobna byłoby znaleźć pośród wdzięków, wyróżniających kobiety na kontynencie. Suknia jej była nowa, kosztowna i odrobiona nieskazitelnie. Dostrzegłam na pierwszy rzut oka, że nie brakło w gtroju Ginevry ani jednego z owych uzupełnia m jących szykowną toaletę szczegółów, które kosztują /wprawdzie bardzo drogo, nadają wszelako całości urok rzeczy skończenie pięknej i doskonałej.
Obejrzałam Ginevrę i jej strój od stóp do głowy, ona zaś lekko obracała się dokoła, abym mogła podziwiać ją ze wszystkich stron. Świadoma czaru, jaki ją opromieniał, była w świetnym humorze; jej nieco zbyt małe oczy skrzyły się zadowoleniem. Rzuciła mi się na szyję, aby obdarzyć mnie pocałunkiem, mającym po pensjonarsku naiwnie wyrazić jej zachwyt, nie dopuściłam jednak do tego.
— Spokojnie! — ofuknęłam ją tonem surowym. — Chciałabym wiedzieć co oznacza ten wspaniały strój? — Spłoszona nieco moim pytaniem, odsunęła się ode mnie na odległość, pozwalającą mi trzeźwiej i spokojniej przyjrzeć się jej.
— I cóż? Jak się pani zdaje? Wywrę odpowiednie wrażenie? — zagadnęła mnie zamiast dania mi odpowiedzi.
— Wrażenie? — powtórzyłam. — Są różne sposoby wywierania wrażenia, przyznać jednak muszę, że nie rozumiem tych, jakich pani używa.
— Mniejsza o to. Ale jak wyglądam?
— Wygląda pani na osobę dobrze ubraną.
Uważała widocznie pochwałę moją za nie dość entuzjastyczną, zaczęła bowiem sama zwracać mi uwagę na rozmaite szczegóły, podnoszące efekt jej stroju.
— Niech pani się przyjrzy tej parure — rzekła — tym wszystkim klejnotom: broszce, kolczykom, bransoletkom — nikt w całej szkole nie posiada takiego garnituru — nawet sama Madame.
— Widzę to wszystko — odparłam. — Czy klejnotami tymi obdarzył panią pan de Bassompierre? — dodałam po chwili milczenia.
— Mój wuj nie wie nic o nich.
— A może są to prezenty, otrzymane przez panią od pani Cholmondeley? — — Nie. Pani Cholmondeley — to obrzydliwe stare skąpiradło: nie dała mi nic od dawna już.
Wolałam nie zadawać dalszych pytań; szorstko odwróciłam się od niej.
— O, kochany mój zaskorupiały żółwiu, mój poczciwy, mądry Diogenesie (chrzciła mnie zazwyczaj tymi ookreśleniami, ilekroć nie zgadzałam się z nią w czymkolwiek). Cóż tam znów takiego ma mi pani do zarzucenia?
— Proszę wyjść stąd! Zabrać się razem ze ówoją parure! Nie sprawia mi przyjemności przyglądanie się pani i jej klejnotom.
Na chwilę zdawała się zaskoczona.
— Ależ dlaczego? Skąd ten gniew, wcielona Mądrości? Nie zadłużyłam się przecież na kupno tej parure ani także rękawiczek i wiązanki. Za suknię nie zapłaciłam naturalnie, ale wuj de Bassompierre pokryje te rachunki razem z innymi: nie zwraca nigdy uwagi na oddzielne pozycje, patrzy tylko na ogólną sumę. Jest tak bogaty, że nie mam potrzeby martwić się, czy płaci o pięć gwinei więcej czy mniej.
— Prosiłam panią, żeby pani wyszła. Chcę zamknąć drzwi... Ludzie będą może uważali, że jest pani bardzo ładna w tym stroju balowym, dla mnie jednak nie będzie pani w niczym wyglądała tak ładnie, jak w perkalikowej sukience i w skromnej, bez żadnego przybrania, słomkowej pasterce, w jakiej poznałam panią po raz pierwszy.
— 0, inni ludzie nie mają purytaóskich gustów pani
— odparła zirytowana. A zresztą, nie widzę, co panią upoważnia do prawienia mi kazań moralnych.
— Oczywiście, że nic nie upoważnia mnie do tego, ale pani tym bardziej nie upoważnia nic do wpadania do mojego pokoju, wystrojona, niczym sroka, w pożyczane piórka. Nie mam najmniejszego szacunku dla piórek pani, panno Fanshave, a zwłaszcza dla tych pawich piórek, które podoba się pani nazywać swoją parure. Byłyby to ładne szkiełka, gdyby kupiła je pani za własne pienią dze, niepotrzebne pani na nic innego, nie są jednak wcale ładne w obecnych pani warunkach.
— Orl est Pour Mademoiselle Fanshave!*) — oznajmiła odźwierna i Ginevra wybiegła pędem z pokoju.
Tajemnica nieszczęsnej paiure została mi ujawniona w dwa czy trzy dni później, kiedy G-inevra przyszła dobrowolnie wyspowiadać się przede mną.
— Nie widzę powodu gniewania się pani na mnie, panno Lucy zaczęła. — Wyobraża sobie pani, że wciągam mojego papę w długi, czy też naciągam pana de Bassompierre na wydatki. Zapewniam panią, że wszystko jest zapłacone, z wyjątkiem pani ostatnich sukien.
— Na tym właśnie polega tajemnica — pomyślałam.
Nie zostało to wszystko ofiarowane ci w prezencie przez panią Cholmondeley, a własne twoje środki są zbyt ograniczone; rozporządzasz kilkoma szylingami zaledwie, z których wydawaniem jesteś niezmiernie przezorna, jak mi wiadomo.
— Ecoutez! — Proszę mnie wysłuchać! — dodała, podchodząc tuż do mnie i zniżając głos do poufnego, przypodchlebnego szeptu. Moje „dąsanie się“ na nią, jak to nazywała, było jej nie na rękę: wolała, abym mówiła z nią i słuchała jej, chociażbym nawet mówiła z nią po to tylko, aby ją strofować i słuchała, aby ją wyszydzać.
Lcoutez, chore grngneuse — niech pani posłucha, kochana zrzędo. — Wyznam pani wszystko, jak i co było, a przekona się pani nie tylko, jak dalece nie ma w tym nic złego, ale jak mądrze była cała rzecz urządzona. Zaczyna się od tego, że muszę bywać w towarzystwie. Sam papa mój powiedział, że chce, abym widziała trochę świata; zwrócił specjalnie uwagę pani Cholmondeley, że jakkolwiek jestem słodkim stworzonkiem, sprawiam jednak zanadto wrażenie skromnej pensjonarki, pragnąłby też bardzo, abym pozbyła się tego wyglądu, co da się osiągnąć przez wprowadzenie mnie do tutejszego eleganckiego towarzystwa przed właściwym moim * ) Przyjechano po pannę Fanshave. debiutem w Anglii. Jednakże, o ile mam bywać, muszę ubierać się elegancko. Pani Cholmondeley stała się Strasznym skąpiradłem i nie chce mi już nic dawać. Nadużywaniem dobroci wmja byłoby kazać mu płacić za wszystko, czego mi potrzeba — temu chyba nie może pani zaprzeczyć, zgadza się to z własnymi pani teoriami. Otóż znalazł się KTOŚ, kto usłyszał (zupełnie przypadkowo, zapewniam panią) moje wyrzekania wobec pani Cholmondeley na fatalne moje warunki, na to jakich wysiłków muszę użyć, aby sprokurować sobie ten czy ów z niezbędnych dodatków toaletowych — otóż ten KTOŚ nie tylko daleki jest od skąpienia mi prezentu, ale zachwycony możnością ofiarowania mi tego czy owego drobiazgu. Szkoda, że pani nie mogła widzieć jak wyglądał, mówiąc o tym po raz pierwszy: jąkał *ię, czerwienił, był stropiony jak młokos, jak prawdziwy gołowąs — blanchec — trząsł się faktycznie z obawy usłyszenia ostrej odprawy z moich ust.
— Dobrze więc. Jak się zdaje, należy zrozumieć słowa pani w tym sensie, że dobroczyńcą tym jest pan Izydor, że od niego otrzymała pani i przyjęła kosztowną swoją parure, że on jest tym, który stale dostarcza pani wiązanek i rękawiczek?
— Wyraża się pani w sposób tak przykry — rzekła
— że sama nie wiem jak mam pani odpowiedzieć. Tak, od czasu do czasu użyczam Izydorowi tej przyjemności i pozwalam mu na zaszczyt złożenia mi swojego hołdu w postaci ofiarowania jakiegoś drobiazgu.
— To na jedno wychodzi... A zresztą, mówiąc prawdę, panno Ginevro, nie bardzo dobrze rozumiem się na podobnych rzeczach, wydaje mi się wszelako, że postępuje pani źle, zupełnie źle. Może jednak rozmyśliła się pani i gotowa jest pani naprawrdę wyjść za mąż za pana Izydora? Może rodzice pani i wuj dali swoje przyzwolenie, a pani kocha Izydora?
— Mais pas du tout!*) (posiłkowała się zawsze francu * ) Ależ wcale niel
»kim, ilekroć miała powiedzieć coś osobliwie przewrotnego i świadczącego o zupełnym jej braku serca). Je suis sa reine, mais il n‘est pas mon roi.*)
— Daruje pani, nie mogę wszelako uwierzyć, aby słowa pani nie były niedorzeczną kokieterią jedynie. Nie widzę w pani żadnej wzniosłości, myślę jednak, że jest pani w gruncie rzeczy wyższa ponad pospolite wyzyskiwanie dobroci i kieszeni człowieka, dla którego nic pani nie czuje. Kocha pani pana Izydora o wiele bardziej, niż sama pani przypuszcza, czy chce przyznać się do tego.,
— Nie. Tańczyłam wczoraj na wieczorze z młodym ładnym oficerem, który tysiąc razy więcej podoba mi eię niż Izydor. Nieraz myślę o tym dlaczego Izydor jest mi taki obojętny, bo przecież wszyscy utrzymują, że jest bardzo przystojny; inne panie zachwycają się nim, a mnie nudzi on po prostu: chciałabym zdać sobie sprawę dlaczego tak jest...
Zdawała się natężać myśl swoją, usiłując zrozumieć. Z mojej strony mogła znaleźć tylko zachętę do tego.
— Tak — rzekłam — niech pani postara się utworzyć sobie jasne pojęcie o stanie własnego serca i umysłu, w których panować się zdaje straszliwy zamęt, niczym w worku z rupieciami.
— Cała rzecz polega na tym, jak przypuszczam — wykrzyknęła niebawem — że Izydor jest zbyt romantycznie nastrojony i zanadto zakochany we mnie, spodziewa się też po mnie czegoś więcej, aniżeli uważam za właściwe dać mu ze siebie. Widzi we mnie doskonałość, jest przekonany, że posiadam wszelkie nieskazitelne zalety i cnoty, jakich w rzeczywistości nigdy nie posiadałam, ani też nie mam wcale zamiaru posiadać kiedykolwiek. Otóż w jego obecności jestem zmuszona starać się usprawiedliwić to jego dobre mniemanie o mnie, a to jest takie męczące udawać cnotliwą i wysilać się na mądre zdania
— bo trzeba pani wiedzieć, że uważa mnie naprawdę za * ) Jestem jego królową, ale on nie jest moim królem. yillette 10 141 mądrą. Czuję się daleko swobodniejsza z panią nawet, poważna moja staruszko, z panią, kochana, stara zrzędo
— która dopatruje się we mnie najgorszych wrad, pomawiając mnie o zalotność, przypisując mi nieuctwo, flirciarstwo, głupotę, samolubstwo i wszelkie inne wady, stanowiące zdaniem pani — a i moim własny^m także — składową część właściwTej mojej natury.
— Wszystko to bardzo pięknie — odrzekłam, usiłując zachować sztywność i surowość, poważnie zagrożone nagłą tą potulnością. — Nie zmienia to jednak w niczym fatalnej sprawy prezentów. Niech pani będzie rozsądną, uczciwą dziewczyną, panno Ginevro, zapakuje to wszystko ładnie i odeśle z powrotem.
— 0, ani mi się śni! — burknęła.
— Oszukuje więc pani swojego Izydora. Oczywistą jest rzeczą, że, przyjmując od niego prezenty, daje mu pani tym samym nadzieję, że kiedyś, w przyszłości, zostanie wynagrodzony za nie wzajemnością ze strony pani...
— Nie ma wcale potrzeby czekać dopiero na to — przerwała mi — aż nadto wystarczającą dla niego nagrodą jest już teraz przyjemność, jaką sprawia mu oglądanie tych swoich prezentów na mojej szyi, w moich uszach, na moich rękach... Musi mu to w zupełności wystarczyć: jest tylko przecież zwykłym mieszczaninem, nie żadnym arystokratą.
To bezdusznie aroganckie, bezsensowne zdanie wyleczyło mnie od razu ze słabości, jakiej uległam chwilowo i jaka wpłynęła na złagodzenie surowości mego tonu i wyrazu mojej twarzy.
— Chcę teraz — paplała w dalszym ciągu — cieszyć się moją młodością, a nie wiązać się przyrzeczeniami czy ślubami z tym czy owym mężczyzną. Kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z nim, myślałam, że dopomoże mi wykorzystać w pełni życie. Przypuszczałam, że wystarczy mu to, iż jestem ładną dziewczyną, że będziemy spotykali się, potem rozstawali się, fruwając wesoło i swobodnie, jak dwa motylki i... będziemy szczęśliwi. A tym czasem?! Bywa często poważny i surowy jak sędzia, głę boko przejęty, zamyślony, zatroskany. Bah! Les penseurs, les hommes profonds et passionnes ne sont pas a mon gout!*) Pułkownik Alfred de Hamal podoba mi się i odpowiada mi daleko bardziej. Va pour les beaux fats et les jolis fripons! Vive les joies et les plaisirs! A bas les grandes passions et les severes vertus!**)
Czekała wyraźnie na odpowiedź moją na tę tyradę. Milczałam jednak.
— J‘aime mon beau Colonel — dodała — je n‘aimerai jamais son rival. Je ne serai jamais femme de bourgeois, moi!***)
Oświadczyłam jej, że mój pokój musi być bezwzględnie uwolniony od zaszczytu jej obecności. Wyszła ze śmiechem.

  • ) O, myśliciele, ludzie głębocy i namiętni nie są w moim guście! ** ) Zgoda na pięknych pustaków i ładnych łotrzyków! Niech żyją zabawy i rozrywki! Precz z wielkimi miłościami i surowy* mi cnotami! *** ) Kocham pięknego mojego pułkownika i nie będę nigdy kochała jego rywala. Nie będę nigdy żoną pospolitego mieszczą* nina!

ROZDZIAŁ X
DR. JOHN
Madame Beck była osobę niezmiernie konsekwentną: uprzejmą i ustępliwą wobec każdego, nie żywiącą atoli tkliwszych uczuć dla nikogo. Własne jej dzieci nawet nie były zdolne zachwiać stoickiej równowagi jej i spokoju. Dbała o swoich najbliższych, troszczyła się o ich sprawy, czuwała nad ich zdrowiem fizycznym, zdawała się jednak nie zaznawać nigdy chęci utulenia dzieci swoich na własnym łonie, przyciśnięcia różanych ich usteczek do własnych ust, objęcia ich czułym uściskiem, obdarzenia ich tkliwą pieszczotą, serdeczniejszym słowem.
Obserwowałam ją wielokrotnie siedzącą w ogrodzie, i spoglądającą z dala na swoją trójkę, która przechadzała się z nową piastunką, Trinette. Twarz Madame zdradzała w tych momentach dbałość i przezorność. Wiedziałam że niejednokrotnie rozmyślała poważnie nad tym co je czeka w przyszłości, „dans leur avenir“, jak się wyrażała, ilekroć jednak, najmłodsze z nich, wątłe, miłe i pociągające maleństwo, wykrywszy przypadkowo obecność matki, umykało od piastunki i, chwiejąc się na nieco jeszcze niepewnych nóżkach, podbiegało zadyszane i roześmiane, aby objąć matczyne kolana, wyciągała Madame spokojnym ruchem rękę, aby nie dopuścić do niepożądanego wstrząsu, spowodowanego nagłym wybuchem czułości dziecka, i, ostrzegając je obojętnym tonem: „Prends gardę, mon enfant“. — Ostrożnie, moje dziecko! — cierpliwie pozwalała maleństwu stać parę chwil, a potem z uśmiechem, pocałunkiem, czy miłym słówkiem, podnosiła się i odprowadzała je z powrotem do Trinette.
Jej zachowanie w stosunku do najstarszej dziewczynki było równie charakterystyczne, pod innym względem. Było to dziecko znarowione, czy o wrodzonych złych instynktach.
„Quelle peste que cette Desiree! Quel poison que cet enfant — la!“*)
Tak brzmiały wyrażenia, jakimi określano ją wT kuchni i w klasie. W rzędzie innych cech swoich posiadała w najwyższym stopniu dar podstępu i prowokowania, zdolna nieraz doprowadzić do szału nieledwie piastunkę swoją i inne służące. Przekradała się do ich izdebek na poddaszu, otwierała ich szuflady i skrzynki, umyślnie darła ich najładniejsze czepeczki, brukała i plamiła ich najlepsze muślinowe napierśniczki, wykorzystywała każdą okazję dostania się do kredensu w jadalni, z którego wyciągała talerze czy kieliszki, albo też do szafy w śpiżarni, gdzie myszkowała do woli pośród słoików z konfiturami, wypijała słodkie wino, tłukła butelki i słoiki, urządzając się w ten sposób, aby podejrzenie padło na kucharkę lub dziewkę kuchenną. O ile te jej sprawki dostrzegane były przez Madame lub dochodziły do jej wiadomości, bywała jedyną reakcją z jej strony wypowiadana z całym spokojem uwaga:
„Desiree a besoin d‘une surveillance toute particuliere“.** )
Nie wydaje mi się, aby kiedykolwiek, raz jeden chociażby, wykazała dziewczynce szczerze i otwarcie jej wady, wyjaśniła jej niegodziwość podobnego postępowania czy usiłowała otworzyć jej oczy na nieuniknione tego wyniki. Surveillance“ — miało być jedynym sposobem wyleczenia jej i oczywiście sposób ten zawiódł całkowicie. Służba strzegła się Desiree jak ognia i trzymała dziewczynkę z dala od siebie, zamiast niej więc stała się matka celem i ofiarą przewrotnych spaczonych instynktów * ) Co za nieznośny, niegodziwy bęben z tej Desiree! Jaka zatruta jędza z tego dziecka.

    • ) Desiree wymaga szczególnie czujnego strzeżenia jej! małej. Desiree kradła i ukrywała wszystko co dostało się jej w ręce z rzeczy należących do matczynego stolika z robotami. Madame widziała to wszystko, udawała jednak dopóki mogła, że nie widzi: nie było w niej samej dość szczerości i prostolinijności na otwarte ujawnianie wobec dziecka jego występków. Ilekroć ginął przedmiot jakiś, którego wartość czy pożytek czyniły go nieodzownym, wyrażała przypuszczenie, że Desiree zabrała go do zabawy, prosiła ją więc o oddanie go. Mała nie pozwalała jednak oszukiwać się w ten sposób. Nauczyło ją to jedynie uzupełniania kradzieży wykrętami i kłamstwem, wypierała się też w żywe oczy jakoby miała tknąć matczyną broszkę, nożyczki czy pierścionek, matka zaś, nie odstępując od swojego systemu obłudy, udawała, że wierzy zapewnieniom dziewczynki, a potem śledziła ją tak ustawicznie, i nieodstępnie czujnie, że musiała wreszcie wytropić jej kryjówkę: dziurę w murze ogrodowym, czy szczelinę na strychu lub w altanie. Po dokonaniu tego wysyłała Desiree z piastunka na przechadzkę, i, korzystając z jej nieobecności, okradała złodzieja. Desiree okazywała się w podobnych wyrpadkach nieodrodną córką przebiegłej swojej matki, nigdy bowiem nie zdradzała swoim zachowaniem najmniejszych śladów zgnębienia czy zawstydzenia z powTodu wykrycia bezprawnie zabranego przedmiotu.

Drugie z rzędu dziecko, Fifinka, miała, jak utrzymywano, wrodzić się w swego ojca. Nie ulegało wątpliwości, że, jakkolwiek odziedziczyła po matce jej zdrowy Wygląd, jej błękitne oczy i rumiane policzki, nie jej zawdzięczała cechy moralne swojej istoty. Była to prawa, pogodna dziewczynka, tkliwa, o żywym, pobudliwym usposobieniu, wskutek tej jednak żywości swojej i pobudliwości narażana na rozmaitego rodzaju niebezpieczeństwa i kłopotliwTe sytuacje. Pewnego dnia zdarzyło jej 6ię spaść na sam dół z kilkunastu stromych stopni kamiennych, a kiedy Madame, usłyszawszy huk spadającego ciała (zawsze słyszała każdy niezwykły odgłos), wyszła z jadalni i podniosła małą, stwierdziła spokojnie:
„Cet enfant a un os de casse“.1)
Zrazu mieliśmy wszyscy nadzieję, że nie jest tak źle. Niestety, okazało się, że Madame miała najzupełniejszą słuszność: jedna pulchniutka rączka zwisała bezwładnie.
— Niech Miss (mowa była o mnie) zabierze ją — rzekła Madame — et qu‘on aille tout de suitę chercher un fiacre.“2)
Zamiast posłać kogoś sama pojechała po doktora sprowadzoną niezwłocznie dorożką.
Nie znalazłszy stałego lekarza pensjonatowego w domu, nie stropiła sie tym bynajmniej; zaczęła szukać i nie spoczęła dopóki nie udało jej się natrafić na zastępcę, który wydał się jej odpowiednim i którego przywiozła od razu z sobą. Ja tymczasem rozcięłam rękaw ubranka dziecka, ab’ — uwolnić złamaną rączkę, rozebrałam małą i położyłam ją do łóżeczka.
Żadna z nas (używając liczby mnogiej, mam na myśli: kucharkę, odźwierną i siebie samą) stłoczonych w małym, przegrzanym pokoju nie przyglądała się szczególnie wnikliwie nowemu doktorowi, kiedv wszedł do sypialni dziecka. Ja w każdym razie byłam pochłonięta uspokajaniem Fifinki, której krzyków (miała zdrowe płuca) nie podobna było słuchać. Krzyki te wzmogły się niesłychanie na sile, kiedy obcy pan zbliżył się do jej łóżeczka, a kiedy podniósł ją, wrzasnęła łamaną swoją angielszczyzną (cała trójka dzieci mówiła po angielsku): „Puścić! Nie chcę tego pana! Chcę doktora Pillule — doktora Pigułkę!
— Dr. Pillule jest moim przyjacielem — brzmiała odpowiedź wypowiedziana nieskazitelną angielszczyzną
— ale dr. Pillule wyjechał. Jest u chorego o trzy mile stąd, i dlatego ja przyszedłem zamiast niego. Jak tylko więc uspokoimy się, mała panienko, zajmę się twoją biedną rączką, zabandażuję ją i doprowadzę do porządku.

  • ) To dziecko ma złamaną kość! ** ) Niech pójdą sprowadzić natychmiast dorożkę.

Kazał przynieść szklankę wody ocukrzonej, dał małej wypić kilka łyków słodkiego napoju, który wlewał jej do ust małą łyżeczką (Fifinka była małym łakomczuchem i dlatego droga do jej serduszka prowadziła najpewniej przez podniebienie) przyobiecał, że po opatrunku da jej jeszcze trochę napić się i, nie zwlekając, przystąpił do dzieła. Wobec tego, że potrzebna mu była pomoc, zażądał jej od kucharki, zdrowej silnej kobiety, uciekła ona jednak natychmiast wraz z odźwierną i piastunką. Co się mnie tyczy, bałam się wprawdzie najlżejszym dotknięciem urazić małe, dręczone ramionko, wiedząc wszelako, że nie ma innej rady, wyciągnęłam z gotowością rękę, aby czynić czego lekarz będzie ode mnie żądał. Wyprzedziła mnie jednak Madame, wyciągając własną rękę, która ani drgnęła, gdy moja trzęsła się jak galareta. >>(« vaudra mieux“1) — oświadczył doktór odwracając się ode mnie i zwracając się do niej.
Wybór jego okazał się trafnie przewidujący. Ja sama zdobyłabym się co najwyżej na udawany stoicyzm, na sztucznie wymuszoną odwagę. Jej odwaga nie była ani wymuszona, ani udawana.
„Merci, Madame, tres bien, fort bien! — pochwalił ją chirurg po nałożeniu opatrunku. Voila un sang-froid bien opportun et qui raut mille elans de sensibilite deplacee.“2)
Doktorowi podobała się jej nieugięta stanowczość, jej zaś podobał się jego komplement. Prawdopodobnie korzystnie usposobił ją dla niego już sam jego wygląd, jego głos, wy raz twarzy i jego maniery. Istotnie też, kiedy przyjrzałam mu się bliżej przy świetle wniesionej lampy — zapadł już zmierzch wieczorny — przekonałam się, że Madame nie musiałaby być kobietą, gdyby doznała innego wrrażenia. Młody ten doktór (był rzeczy * ) Tak będzie lepiej.

    • ) Dziękuję pani. Dobrze bardzo dobrze 1 Oto zimna krew, nader pożądana, warta więcej niż tysiące porywów nie na miej wiście młody) nie miał powierzchowności pospolitej.

Wzrostu imponująco wysokiego — co szczególnie uderzało w tym małym pokoju, pośród gromady kobiet o typowych kształtach krępych Ilolenderek — miał piękny, wyrazisty, ostro odcinający się profil. Oczy jego zbyt bystro może, zbyt wnikliwie i zbyt często prześlizgiwały się z jednej twarzy na drugą, były wszelako bardzo pociągające, tak samo jak jego usta. Podbródek miał zaokrąglony, miękki i przedzielony pośrodku, skończenie grecki. Co się tyczv jego uśmiechu, trudno było od razu znaleźć odpowiednio obrazujące go określenie: było w nim coś dziwnie ujmującego, zarazem jednak coś takiego, co budziło w patrzących na ten uśmiech uświadomienie sobie własnych słabostek i stron ujemnych: jak gdyby ironia tego uśmiechu ich właśnie dotyczyła. Fifince zdecydowanie podobał się jednak doktór i jak widać natchnął ją ufnością, albowiem, pomimo bólu, jaki sprawił jej opatrunek, wyciągnęła do doktora zdrową rączkę, aby uścisnąć ją przyjacielsko na dobranoc. Ujęty tym, poklepał ją serdecznie po zdrowej łapce, a potem zeszedł na dół z Madame, doskonale usposobioną i żywo opowiadającą, on zaś słuchał jej opowiadań z wyrrazem pogodnie uprzejmym, niewolnym jednak od nieświadomie złośliwej żartobliwości trudnej prawdziwie do opisania.
Zauważyłam, że jakkolwiek mówił po francusku płynnie i zupełnie poprawnie, lepiej jednak władał językiem angielskim. Miał też cerę, oczy i budowę Anglika. I jeszcze coś więcej zauważyłam. W chwili, kiedy, mijając mnie, zwrócił się twarzą w moją stronę, — nie po to zresztą, aby odezwać się do mnie, ale do Madame stanął w ten sposób, że byłam zmuszona nieledwie do patrzenia na niego — zaczęło kształtować się w moim umyśle coraz wyrraźniej pewne wspomnienie, które zaświtało w nim po raz pierwszy w momencie usłyszenia jego głosu. Tak, był to ten sam pan, z którym mówiłam w biurze po przyjeździe dyliżansem, ten sam, który dopomógł mi do wywiedzenia się o mój bagaż i który prze prowadził mnie przez ciemny, zadeszczony park. Poznałam nawet sposób jego chodzenia, nadsłuchując kiedy mijał długi przedsionek, aby wyjść na ulicę. Tak, był to ten sam równy i silny krok, za którego śladem podążałam pod ociekającymi deszczem drzewami.
Należało przypuścić, że pierwsza ta wizyta młodego chirurga w pensjonacie przy Rue Fossette będzie ostatnią zarazem. Wobec tego, że powszechnie szanowany i uznawany doktór Pillule (doktór Pigułka) miał powrócić nazajutrz, nie było racji, aby młody jego zastępca miał w dalszym ciągu pełnić tę rolę. Okazało się jednak, że Los zrządził inaczej.
Dr. Pillule został wezwany do bogatego hipochondryka, mieszkającego w starożytnym mieście uniwersyteckim Bouquin-Moisi (Zapleśniały Foliał), a kiedy zalecił choremu, jako najodpowiedniejszy środek, zmianę powietrza i podróżowanie, zażądano od niego, aby towarzyszył lękliwemu pacjentowi w kilkutygodniowej wycieczce. Ponieważ dr. Pillule przyjął tę propozycję, nie pozostało nowemu lekarzowi nic innego, jak tylko zastępować go w dalszym ciągu na Rue Fossette, przynajmniej na czas leczenia złamanej rączki małej Fifinki.
Widywałam go często. Madame nie chciała powierzyć chorego dziecka opiece Trinette, życząc sobie, abym spędzała w pokoju dziecinnym możliwie jak najwięcej czasu. Dzięki temu miałam okazję przekonać się jak zręcznym i umiejętnym był dr. John chirurgiem. Fifinka szybko odzyskała pod jego opieką dawną sprawność rączki, jednakże nawet wejście jej w okres rekonwalescencji nie spowodowało uwolnienia doktora od wizyt składanych w pensjonacie Madame Beck. Zdawać się mogło, że Przeznaczenie i Madame działały we wzajemnym porozumieniu, prowadzącym do bliższego zapoznania się doktora Johna zarówno z przedsionkiem, jak z klatką schodową, wiodącą do prywatnego mieszkania oraz do górnych pokojów zakładu wychowawczego przy Bue Fossette.
Zaledwie zdążył uwolnić się od leczenia Fifinki, kiedy
Desiree oświadczyła, że jest chora. Uprzykrzone to dziecko miało osobliwy talent do symulowania. Pociągnięta względami pobłażliwości, okazywanej chorej siostrzyczce, doszła Desiree do wniosku, że choroba odpowie najzupełniej jej upodobaniom, udała więc cierpiącą i położyła się do łóżka. Udawała dobrze, a jej matka jeszcze lepiej. Mimo że gra dziewczynki była dla mnie jasna jak dzień, traktowała całą sprawę ze zdumiewającą głębią przekonania, z odpowiednią powagą i dobrą wiarą.
Najbardziej wszakże zdumiewało mnie, że dr. John (tym imieniem nauczyła się mała Fi finka nazywać angielskiego doktora. Weszło to w stały zwyczaj i odtąd znany był przez wszystkich przy Rue Fossette tylko jako dr. John i nic więcej). — Otóż zdumiewało mnie, że dr. John milcząco przejął taktykę Madame Beck, jak gdyby działał w cichym porozumieniu z nią. Zdradzał zrazu, co prawda, chwilę zabawnego powątpiewania, rzucił parę razy pośpiesznie okiem na matkę i na dziecko, potem zamyślił się na krótko, jak gdyby rozważał coś w duchu, w końcu wszakże zrezygnował, jak widać było, z wszelkiej opozycji, godząc się bez sprzeciwu odegrać przypadającą na niego rolę w tej farsie. Desiree jadła jak zgłodniały wilczek, doskonale bawiła się przez cały dzień w łóżku, urządzała namiot z prześcieradła, poduszek i kołdry, wylegiwała się gnuśnie jak Turek na miękkiej swojej pościeli, znajdowała osobliwą przyjemność w ciskaniu pantofli swoich w piastunkę, w strojeniu min do swoich sióstr — słowem tryskała wesołością, zdrowiem i upodobaniem do złośliwych psot, i tylko z chwilą kiedy wchodziła do niej matka i lekarz, odwiedzający pacjentkę codziennie, przybierała wyraz chorobliwie bolejący. Madame Beck, rada była, jak dobrze wiedziałam, trzymaniu przekornej dziewczynki w łóżku z dala od możliwości popełniania przez nią grubszych przewinień, podziw mój budziła więc jedynie cierpliwość dra Johna, któremu nie przykrzyła się ta komedia.
Codziennie, udając zainteresowanie stanem chorej, przychodził badać ją; Madame przyjmowała go z jednaką za wsze skwapliwością, z tym samym zawsze słonecznym uśmiechem, skierowanym ku doktorowi, z tym samym cudownie odegranym zaniepokojeniem o stan dziecka. Dr. John zapisywał niewinne lekarstwa dla pacjentki i przyglądał się przy tym matce ze złośliwym błyskiem w oku. Madame podchwytywała drwiące z lekka jego spojrzenia, nie biorąc mu ich za złe — zbyt rozumna była na to. Mimo że młody doktór mógł słusznie wydać się nazbyt giętki i ustępliwy, trudno było pogardzać nim za to. Ustępliwrość jego nie mogła tłumaczyć się chęcią przypodobania się pani domu: wyraźne było wprawdzie, że chętnie przychodzi na Rue Fossette w charakterze lekarza, zachowywał się tu jednak jak człowiek niezależny od nikogo, nieledwie nie dbający o niczyje uznanie; zarazem bywał często zamyślony i zatroskany.
Nie powrinna byłam może zajmować się obserwowaniem zagadkowego jego zachowania, a tym bardziej doszukiwać się utajonych przyczyn i źródła jego troski, trudno mi jednak było, w sytuacji, w jakiej znajdowałam się, nie czynić tego. Nie przychodziło mu wcale na myśl ukrywać się, czy udawać wrobec mnie, o tyle też tylko brał pod uwagę obecność moją w pokoju, o ile osoba, tak niepozorna jak ja, mogła ściągać na siebie czyjąkolwiek uwagę, to znaczy nie większą niż byle 6przęt, nie rzucający się w oczy, nie wyróżniający się niczym szczególnym: krzesło zwykłej stolarskiej roboty, czy dywan o przeciętnym fabrycznym deseniu. Częstokroć, czekając na przyjęcie Madame, uśmiechał się, zamyślał, czy nadsłuchiwał, jak człowiek, który wyobraża sobie, że jest sam jeden w pokoju. Dawało mi to możność zastanawiania się nad jego zachowaniem, obserwowania jego gestów i ruchów i dziwienia się jakie może mieć znaczenie jego branie na pozór żywego udziału w całej komedii, jego zainteresowanie, zaprawione posmakiem nieufności,, i dziwny, niewyjaśniony czar, pociągający go ku temu na wpół klasztornemu zamknięciu zakładu wychowawczego, ukrytego w samym sercu stolicy. On jednak, zdawał się nie pamiętać wcale, że mam oczy, zdolne pa trzeć, a tym mniej mózg, zdolny rozważać i kombinować.
Może też nie uświadomiłby sobie tego nigdy, gdyby nie drobny pewien fakt. Otóż pewnego dnia, kiedy siedział w pełnym słońcu, przyglądałam się bacznie barwie jego włosów, zarostu na twarzy i jego cerze, uwydatnionym w tej chwili tak uderzająco, jak tylko pełnia światła może je uwydatnić (przypominam sobie nawet, że w myśli porównywałam głowę jego do „złotego obrazu“, jaki tworzyła głowa króla Nebuchadonozora). Nagłe, nowe przerażające odkrycie przykuło moją uwagę z siłą miażdżącą wręcz. Nie wiem i dzisiaj jeszcze w jak dalece wnikliwy sposób wpatrywałam się w niego: moje zdumienie — a równocześnie przeświadczenie było tak wielkie, że zapomniałam o wszystkim i odzyskałam świadomość tego co.robię wówczas dopiero gdy spostrzegłam, że doktór John śledzi z zainteresowaniem każdy mój ruch w małym lusterku umieszczonym w kąciku okna. Zdradliwy ten judasz dopomagał zazwyczaj Madame do tajemnego śledzenia osób, przechadzających się na dole w ogrodzie. Pomimo żywego i pogodnie sangwinicznego temperamentu doktora, cechowała go pewna nerwowa wrażliwość na bezpośrednie wpatrywanie się w niego, które miało zawsze dar niecierpliwienia go i wyprowadzania z równowagi. Przyłapawszy mnie więc na tym, odwrócił ku mnie głowę i rzucił tonem, w zasadzie grzecznym może, ale tak suchym, że zdradzał najwyraźniej cień zniecierpliwienia, i przez to samo już brzmiał poniekąd jak wymówka.
— Mademoiselle raczy, jak widzę, poświęcać mi wnikliwą swoją uwagę; nie jestem dość próżny, abym miał wyobrażać sobie, że zawdzięczam ją osobliwym jakimś moim zaletom, muszą więc to być raczej braki jakieś, czy defekty mojej powierzchowności.
— Czy wolno mi zapytać co właściwie zastanawia panią tak dalece we mnie?
Jak łatwo domyśleć się może czytelnik, byłam spło szona. Spłoszenie moje jednak nie miało charakteru beznadziejnego zgnębienia. Zdawałam sobie przecież doskonale sprawę, że, słusznego zresztą, zarzutu tego nie ściągnęłam na siebie zdradzeniem wzruszenia, nieostrożnego zachwytu, ani także mewdaściwej, nie dającej usprawiedliwić się ciekawości. Mogłam oczyścić się od razu z wszelkiej winy, nie chciałam jednak. Nie odpowiedziałam doktorowi ani słowem. Nie zwykłam prowadzić z nim rozmów. Pozwalając mu w ten sposób myśleć o mnie co tylko chciał i zarzucać mi co mu się tylko podobało, zabrałam się ponownie do mojej roboty ręcznej, chwilowo wypuszczonej z rąk i przez cały już pozostały czas pozostawania doktora wr pokoju nie podnosiłam pochylonej nad nią głowy. Dziwna, niewytłumaczona jakaś przekorność umysłu sprawia, że opaczne rozumienie nas przez kogoś wpływa na nas raczej kojąco niż drażniąco i że tam, gdzie nie możemy dać się poznać jak należy, wolimy raczej być całkowicie ignorowani. Czy znajdzie się uczciwy człowiek, który, będąc wzięty przypadkowo za włamywacza, nie czułby się podniecony tym raczej, aniżeli zirytowany tą pomyłką?
ROZDZIAŁ XI
LOŻA ODŹWIERNEJ
Lato tego roku było wyjątkowo upalne. Georgette, najmłodsza córeczka Madame Beck zapadła na gorączkową jakąś chorobę. Desiree, uleczona nagle ze swoich dolegliwości, odesłana została razem z Fifinką do bonnemaman — do babci — na wieś celem uniknięcia możliwości zarażenia się. Opieka lekarska była teraz rzeczywiście potrzebna. Madame, udając, że nie wie nic o powrocie doktora Pillule‘a do Villette od tygodnia już, wezwała do leczenia dziecka angielskiego jego kolegę i współzawodnika. Zdarzyło się w tym czasie, że dwie spośród pensjonarek również uskarżać się zaczęły na ból głowy, budząc obawę, czy nie zaraziły się od małej Georgette.
— Teraz wreszcie — pomyślałam — będzie musiał zostać wezwany dr. Pillule: przezorna przełożona nie narazi się przecież rodzicom i opiekunom swoich pensjonarek powierzeniem tak młodemu lekarzowi opieki nad ich zdrowiem.
Madame była istotnie bardzo przezorną przełożoną, umiała jednak zdobyć się na nieustraszoną odwagę. Dała tego dowód i tym razem, śmiało wprowadzając doktora Johna do oddziału szkolnego i powierzając mu opiekę nad zdrowiem dumnej, przystojnej Blanche de Meley, a także próżnej, zarozumiałej flirciarki, Angelique, przyjaciółki Blanche. Młodemu lekarzowi wyraźnie pochlebił, jak mi się wydało, ten dowód zaufania, o ile też oględność i powściągliwość zachowania mogły usprawiedliwić podobny krok przełożonej, miałoby to w danym wypadku najzupełniejsze zastosowanie.
W Labassecour wszelako, w tej krainie klasztorów i konfesjonałów, nie mogła być bezkarnie tolerowana w „Pensionnat des demoiselles“ — na pensji dla panien — obecność młodego i przystojnego mężczyzny, jakim był doktór John. W pokojach szkolnych zaczęto plotkować, w kuchni szeptać, wieści o tym przedostały się na miasto, wylęknieni rodzice nadsyłali listy, lub też przychodzili z wyrzutami. Gdyby Madame okazała słabość charakteru, byłaby stracona: szereg współzawodniczących z jej pensjonatem żeńskich zakładów wychowawczych skwapliwie gotów był podchwycić i wyolbrzymić fałszywe to posunięcie — o ile można je było uważać za fałszywe — i rozpętać tym nad jej głową burzę rujnującą dobre imię zakładu przy Rue Fossette. Ale Madame nie była istotą słabą, mimo też, że w gruncie rzeczy uważałam ją za jezuitkę, przyklaskiwałam jednak z całego serca jej odwadze, podziwiając umiejętność jej zachowania, zręczność jej dawania sobie rady, jej spokój, niezachwianą stanowczość i nieustępliwość w tym wypadku.
Zaniepokojonych rodziców przyjęła ze zwykłym sobie, niezmącenie pogodnym, pełnym wdzięku uśmiechem. Nikt nie potrafił dorównać jej — nie wiem czy w posiadaniu z natury, czy też w przyswojeniu sobie, a może tylko w łudzącym udawaniu, dobrotliwej szczerości i naturalności obejścia — rondeur et franchise de bonne femme — czym w najróżnorodniejszych wypadkach trafiała do zamierzonego celu z natychmiastowym i zupełnym powodzeniem tam, gdzie surowa powaga zawiodłaby najprawdopodobniej.
— Ce pauvre docteur John! — zawołała, chichocąc i wesoło zacierając małe, pulchne, białe swoję rączki — ce cher jeune homme, la meilleure creature du monde!1)
— i zaczęła rozwodzić się nad tym w jaki sposób natrafiła na niego, kiedy szło o ratowanie jej własnych dzieci, które tak polubiły go, że zapłakałyby się chyba na * ) Ten biedny doktór John! Ten kochany młody człowiek, najlepsze stworzenie na świeciel śmierć na samą myśl wezwania do nich innego lekarza. Czy mogła więc postąpić inaczej? Czy mogła człowiekowi, któremu bez zastrzeżeń powierzyła pieczę nad zdrowiem własnych dzieci, nie zaufać równie bezwzględnie, kiedy szło o cudze? A zresztą, to jednak zupełnie przypadkowe tylko, chwilowe zastępstwo: Blanche i Angelique miały migrenę, zapisał im więc niewinny jakiś środek — roiła, tout! — oto wszystko.
Zamknęła tym usta rodzicom. Blanche i Angeliąue zaoszczędziły jej dalszych wyjaśnień prześciganiem się w głoszeniu hymnów pochwalnych na cześć ich lekarza; pozostałe wychowanki przytakiwały im jednogłośnie, oświadczając, że o ile one same miałyby zachorować, nie dopuszczą do siebie żadnego innego doktora poza doktorem Johnem. Madame roześmiała się, roześmieli się także rodzice. Znaną je3t rzeczą, że Labassecouriens posiadają w wysokim stopniu dar wielbienia własnej progenitury, a w każdym razie pobłażliwość ich dla niej nie zna granic nieomal. Wola dzieci jest prawem, czynnikiem decydującym u większości rodzin tuziemczych. Skończyło się też na tym, że Madame zyskała pełne uznanie rodziców za potraktowanie całej sprawy w duchu zabiegliwości prawdziwie macierzyńskiej, wyszła też z sali konferencyjnej z rozpromienioną twarzą, świadoma, że opinia jej w oczach ogółu, jako przełożonej zakładu wychowawczego dla młodych panienek, nie tylko nie ucierpiała, ale znacznie podniosła się jeszcze.
Do dnia dzisiejszego nie zdolna byłam nigdy zrozumieć jakim motywem kierowała się, narażając na bardzo możliwy szwank własne interesy dla dobra doktora Johna. Co o tym mówiono nie było dla mnie tajemnicą oczywiście; wszyscy w całym domu: wychowanki, personel nauczycielski, nie wyłączając służby nawet — twierdzili z całą pewnością, że Madame zamierza wydać się za mąż za doktora. Do takiego wniosku bezsprzecznego doszli; różnica lat nie zdawała się być w ich pojęciu żadną przeszkodą: będzie tak, nie ulegało to dla nich wątpliwości. nrSnl Zy> 26 P°ZOry nie zdawał>’ przeczyć podobnemu ujęciu sprawy: Madame tak bardzo ubiegała »ie o utrzymanie go na stałe jako lekarza w domu swoim i szkole, zapominając zupełnie o dawnym swoim protegowanym doktorze Pillule. Co ważniejsze starTła7e zawsze osobiscie przyjmować go, ilekroć przychodził w stroin y W 8tosunku do niego tak radośnie na strojona, taka rozpromieniona, traktowała go z tak przyjacielską dobrotliwością, że trudno było w istocie nie wyprowadzać podobnego wniosku. I jeden znamienny punkt jeszcze: w tym czasie zaczęła zwracać szczególną uwagę na zoikly dezabile ezepeezki? paoto! tle i «zale. Wczesne wizyty lekarskie doktora Jolmo zastawały ją niezmiennie jak najkunsztowniej ufryzowaną,
JAJ>8nrkaSftan°Wfte warkocze uplecione bez zarzutu dokoła kształtnej głowy; postać jej opływały świetnie skrojone i uszyte jedwabne suknie, nóżki obute w sznurowane zgrabne pantofelki, zamiast zwykłych porannych, nieco rozchlapanych, miękkich filcowych brodeanins: słowem ustrojoną jak z pudełka, świecą jak kwiat. ie przypuszczani jednak, aby zamierzenia jej w tym wszystkim sięgały czegoś więcej, aniżeli wykazania młodemu przystojnemu mężczyźnie, że nie jest stara ani brzydka. I w istocie, nie była brzydka. Nie posiadając osobliwie klasycznych rysów, ani wrodzonej wytworności ogólnej sylwetki, mogła podobać się i podobała się na ogol. Nie będąc już pierwszej młodości, nie mogąc czarować promiennym jej wdziękiem, umiała jednak siać i o oła siebie radość iycia. Obcowanie z nią nie mogło nigdy uprzykrzyć się: nie nużyła jednostajnością, głupotą, bezbarwnością, ani płytkością. Jej nieprzyblakłe wciąż jeszcze włosy, jej oczy, lśniące ciepłym światełkiem błę. JeJ policzki, ożywione rumieńcem zdrowia i nęcące puszkiem dojrzałego owocu — podobały się stale i niejedynie16’ 6 budzić wszelako umiarkowany zachwyt
Czyżby istotnie snuć miała wizje uczynienia z doktora Johna swojego męża, przyjęcia go do swojego dobrze za opatrzonego domu, dzielenia się z nim swoimi oszczędnościami, o których utrzymywano, że sięgały dość pokaźnej wysokości, i w ten sposób zabezpieczenia mu egzystencji na całą resztę jego życia? A doktór John czy podejrzewał ją o podobne rojenia? Widywałam go wychodzącego od niej ze złośliwym pół uśmieszkiem, igrającym dokoła jego warg, gdy w oczach jego skrzył się błysk zadowolonej próżności męskiej. Przy całej wielkiej urodzie swojej i wrodzonej uprzejmości nie był bez wad, musiał posiadać je w dużym stopniu nawet, jeśli obłudnie popierał dążenie do celów, których urzeczywistnienie i osiągnięcie nie leżało bynajmniej na linii jego zamierzeń. Czy jednak nie miał takiego zamiaru? Mówiono, że nie posiada majątku i że tym samym czerpie środki utrzymania jedynie z dochodów jakie daje mu uprawianie jego zawodu. Madame, starsza od niego o jakie lat czternaście, należała do typu kobiet, które nigdy nie.starzeją się, nigdy nie więdną i nigdy nie załamują się całkowicie. Nie ulega wątpliwości, że stosunek ich wzajemny był jak najprzyjaźniejszy, a bodaj nawet i coś więcej jeszcze. On nie był może zakochany, iluż jednak znajdzie się na świecie takich, którzy kochają naprawdę, a przynajmniej takich, którzy żenią się z miłości? Czekaliśmy więc cierpliwie końca.
Na co czekał on — nie wiem, ani też co wypatrywał, faktem jest wszelako, że ani na chwilę nie ulegała zmianie dziwaczność jego zachowania się, nie przygasała czujność i bystrość jego spojrzenia. Raczej rzec można, wzmagały się one. Nigdy nie mogłam przeniknąć go dokładnie, jak gdyby pozostawał poza zasięgiem mojej możności przenikania go; mam też wrażenie, że odsuwał się coraz dalej ode mnie poza ten krąg.
Pewnego rana wzmogła się gorączka małej Georgette. Dziecina marudziła bardziej niż zwykle; płakała i kaprysiła i niczym nie można było jej uspokoić. Przypuszczałam, że mógł źle na nią podziałać zalecony ostatnio przez lekarza nowy środek, nie wydawało mi się też wskazane dalsze stosowanie go. Nic dziwnego więc, że cze kałam niecierpliwie na przybycie doktora Johna, aby móc zasięgnąć jego porady w tym względzie.
Dzwonek przy drzwiach wejściowych jęknął. Otworzono doktorowi. Byłam pewna, że to on, usłyszałam bowiem jego głos, jakim zwrócił się do odźwiernej. Zwyczajem jego było przychodzić od razu na górę do dziecinnego pokoju, przy czym biegł szybko po schodach, biorąc po trzy schody naraz. W padaniem swoim do nas robił nam zawsze miłą niespodziankę. Tym razem wszakże upłynęło pięć minut, potem dziesięć, a wciąż jeszcze nie było go ani śladu. Co mógł robić na dole? Może czekał na korytarzu? Mała Georgette popłakiwała i pojękiwała wciąż żałośnie, zwracając się do mnie jak zwykle:
— Minnie, Minnie, boli, boli...
Jękliwe zawodzenie dziecka odezwało się bolesnym echem w moim sercu. Wreszcie, nie zdolna dłużej już znieść tego, zeszłam pośpiesznie na dół, aby przekonać się dlaczego doktór nie przychodzi do małej pacjentki. Korytarz był pusty. Gdzież więc podział się doktór John? Czy był z Madame w salle a manger — w jadalni? Niemożliwe. Pozostawiłam ją przed chwilą, ubierającą się w jej własnym pokoju. Dochodziły jakieś głosy. Trzy uczennice ćwiczyły się w grze fortepianowej w trzech najbliższych pokojach: w jadalni oraz w większym i mniejszym salonie, pomiędzy którymi a korytarzem mieściła się jedynie loża odźwiernej, sąsiadująca bezpośrednio z obu salonami i przeznaczona pierwotnie na buduar. Nieco dalej, przy czwartym instrumencie, fisharmonii, znajdującej się w kaplicy, odbywało kilkanaście uczennic lekcję śpiewu chóralnego. Śpiewały jakąś barkarolę, w której, jak pamiętam teraz jeszcze, rymowały się słowa: „fraiche brise“ — świeży powiew — i „Venise
Wenecja. Trudno było mi zorientować się w tych warunkach. A jednak usłyszałam coś, co w7ielce mnie zastanowiło.
Tak, do uszu moich doleciał trzpiotowaty, płochy chi ot, powtórzony trzykrotnie w wymienionej powyżej lo ży, przy której drzwiach stałam. Drzwi były z lekka uchylone; głęboki, czuły, brzmiący błagalnie głos męski wypowiedział kilka wyrazów, w odpowiedzi na które usłyszałam tylko groźne ostrzeżenie: „Na miłość boską!“ W parę sekund potem drzwi loży odźwiernej otworzyły się szerzej. Wyszedł z nich dr. John. Żywszy niż zwykle błysk w jego oku nie był wszelako błyskiem radości ani triumfu. Policzki jego o jasnym angielskim kolorycie zalała fala mocnego rumieńca; na zmarszczonym czole osiadł wyraz niepokoju, bodaj udręki nawet, zarazem dziwnej tkliwości.
Ukryłam się poza otwartymi drzwiami, czyniąc z nich rodzaj parawanu dla siebie, przypuszczam jednak, że gdybym znalazła się wprost na jego drodze, minąłby mnie, nie dostrzegłszy wcale mojej obecności. Pochłonięty był najwidoczniej głęboką jakąś troską, czy podrażnieniem, a bodaj może, o ile mam oddać wiernie wrażenie, jakie sprawił na mnie wówczas, omraczającym duszę jego smutkiem. Wydawało mi się jednak, że cios bolesny zadany został nie tyle jego dumie, ile jego uczuciu, zranionemu w sposób okrutny, jak przypuszczałam. Kto był jednak okrutnym tym dręczycielem? Kto z mieszkańców tego domu posiadł nad nim taką władzę? Byłam przekonana, że Madame jest w swoim pokoju; loża, z której wyszedł, przeznaczona była wyłącznie na użytek odźwiernej, Rozyny Matout, przystojnej, fertycznej francuskiej gryzetki, wyzbytej zasad moralnych, próżnej, płochej, lubiącej się stroić, zarazem chciwej grosza. Nie ulegało dla mnie wątpliwości, że nie z jej ręki padł cios, jaki, sądząc z wyglądu doktora, ugodził w niego celnie.
W chwili, kiedy rozmyślałam nad tym, rozległ sTę poprzez uchylone drzwi głos jej, dźwięczny, może tylko nieco ostry, nucący francuską lekką piosenkę. Nie dowierzając mojemu słuchowi, rzuciłam okiem do wnętrza loży. Przy stole siedziała Rozyna w szykownej sukience z „jaconas rose“, z różowego muślinu; prócz niej nie było w pokoiku żywej istoty, z wyjątkiem paru złotych ry bek, pływających w wypełnionej wodą kuli szklanej, paru roślin w wazonach i szerokiej smugi lipcowego słońca. , ju — x niemoźliwei dla mnie do rozwikłania zagadki. Nie mogłam jednak na razie zająć się rozwiązywaniem jej; musiałam pobiec na górę zapytać doktora czy należy dac małej w dalszym ciągu owo zalecone jej przez niego lekarstwo.
Dr. John siedział na krześle przy łóżeczku pacjentki. Madame stała przed mm, Georgetka, zbadana już i ukojona, leżała spokojnie w swojej pościeli. Madame Beck w chwili mego wejścia mówiła z doktorem o własnym jego zdrowiu, dostrzegła bowiem, czy wyimaginowała sonę, ze jest zmieniony, zarzucała mu więc, że nie dba dostatecznie o siebie i niepotrzebnie przepracowuje się, nalegała tez, aby wypoczął i zmienił warunki. Wysłucha! jej bez sprzeciwu, ale z na wpół drwiącą obojętnością, mówiąc, że jest „trop bonne“ — zbyt dobra — i zapewniając ją, że czuje się zupełnie zdrów. Nic a nic mu me jest. Wówczas zwróciła się Madame do mnie, a>ym osądziła sprawę. Usłyszawszy wymienienie przez nią mojego imienia, żywo odwrócił dr. John głow^, obrzucając mnie wzrokiem, zdającym się wyrażać zdumienie — dlatego prawdopodobnie, że tą, od której żądano rozstrzygnięcia sporu, była istota tak zupełnie bez znaczenia.
— Jak sądzi pani, miss Lucy — zapytała Madame — prawda, ze pan doktór mocno przybladł i zeszczuplał?
Z. ust moich rzadko wychodziło w obecności doktora Johna cos więcej niż iednosylabowe „tak“ lub „nie“: należał on do rzędu tych, dla których miałam prawdopodobnie pozostać na zawsze bezosobową, bierną istotą, za jaką mnie uważał. Teraz wszelako pozwoliłam sobie odpowiedzieć pełnym zdaniem i to zdaniem, któremu rozmyślnie nadałam znaczenie zupełnie wyraźne. .J~, \pa.n doktór wygląda źle w tej chwili, może dnak zachodzi szczególny tego powód: jakaś chwilowa TST* rOSC’ CZ^ nierniłe rozczarowanie.
Nie mogę powiedzieć w jaki sposób przyjął moje o świadczenie, nie spojrzałam bowiem na niego, aby poszukać odpowiedzi w wyrazie jego twarzy. Georgetka zażądała ode mnie w tej chwili łamaną swoją angielszczyzną szklanki eau sucree — ocukrzonej wody — na co odpowiedziałam jej również po angielsku. Po raz pierwszy wówczas, jak mi się zdaje, zwrócił uwagę, że mówię je>go rodowitym językiem. Dotychczas brał mnie za cudzoziemkę nieokreślonej narodowości, nazywając mnie stale „Mademoiselle“ i udzielając mi po francusku wskazówek w sprawie pielęgnowania małych jego pacjentek. W pierwszej chwili zdawał się bliski zrobienia jakiejś uwagi, namyślił się jednak widocznie, i powstrzymał gotowe już do zerwania mu się z ust słowa.
Madame ponownie zaczęła upominać go i dawać mu radv, on jednak potrząsnął głową ze śmiechem, wciąż w dalszym ciągu z obojętną miną człowieka psutego i z lekka znudzonego nadmiernym troszczeniem się o niego.
Po jego odejściu osunęła się Madame na opróżnione przez niego krzesło, oparła podbródek na dłoni; całe jej ożywienie i uśmiech, jakie przed chwilą jeszcze opromieniały jej twarz, znikły niby zdmuchnięte. Rysy jej stężały, kamienne, sztywne, zaklęte w ponurą zadumę. Westchnęła ciężko. Rozległ się pierwszy głośny dzwonek, obwieszczający rozpoczęcie lekcji. Wstała z krzesła i, przechodząc obok lustra, rzuciła w nie okiem na swoję odbicie. Jeden wyraźny siwy włos srebrzył się wśród jasnokasztanowatych jej włosów; wyrwała go z dreszczem zgrozy. W pełnym świetle letniego dnia widoczne było, że twarz jej, jakkolwiek świeża i rumiana, zatraciła puszek młodości. A co stało się z młodocianym owalem jej twarzy? 0, Madame, przy całym nieugiętym swoim rozumie nawet i pani także zaznała chwili słabosci! Nigdy dotychczas nie litowałam się nad Madame, serce moje zmiękło jednak dla niej, kiedy, sposępniała nagle, odwróciła się od lustra. Dotknęła ją klęska. Zły czarownik — Rozczarowanie — rzucił jej złowróżbny swój okrzyk powi talny, na którego odgłos wzdrygnęła się, zatykając z przerażeniam uszy na groźny jego podszept.
Czyżby naprawdę Rozyna? Moje oszołomienie urąga ’wszelkiemu opisowi. Wyzyskałam pięć okazji przejścia przez jej lożę tego dnia, aby móc bliżej przyjrzeć się jej wdziękom i zbadać tajemnicę ich wpływu. Była młoda, przystojna i miała na sobie zręcznie zrobioną sukienkę. Wszystko to przemawiało niewątpliwie na jej korzyść, mogłoby też, jak sądzę, w zupełności usprawiedliwić w oczach każdego logicznie rozumującego człowieka spustoszenie i zgnębienie, jakie osoba jej wywołała w sercu i umyśle młodego człowieka w rodzaju dra Johna. Nie byłam zdolna jednak oprzeć się cieniowi żalu, że dr. John nie jest moim bratem, a przynajmniej, że nie ma siostry, ani matki, które miałyby prawo tkliwie go zburczyć. Zaznaczam wszelako, że był to z mojej strony tylko cień żalu, który zdławiłam wr sobie, zanim jeszcze mógł stać się prawdziwym, wyraźnym żalem. Zorientowałam się w porę jak niemożliwe do zrealizowania byłoby podobne życzenie.
Mógłby ktoś równie dobrze — powiedziałam sobie — wypalić solidne kazanie Madame za jej młodego doktora; iaki byłby tego skutek wszakże?
Myślę, że Madame sama znać wypaliła sobie odpowiednie kazanie. Nie uległa słabości, ani też nie okryła sie śmiesznością. Co prawda, nie miała do czynienia z silnym uczuciem, które zmuszona byłaby pokonać, ani także z głęboko wrośniętym w jej serce przywiązaniem, którego wydarcie zadałoby sercu jej ból dotkliwy. Prawda również, że znajdowała doniosłą przeciwwagę w poważnej pracy zawodowej, która wypełniała cały jej czas, odciągała jej myśli i przepoławiała jej zainteresowania. Nade wszystko jednak posiadała dużą dozę trzeźwego rozsądku, będącego rzadko udziałem kobiet, a także i mężczyzn. Wszystkie te zespolone czynniki sprawiły, że zdołała wyjsc zwycięsko z przeżywanego przełomu, zachowac się godnie i mądrze. Brawo! Raz jeszcze brawo, czcigodna Madame Beck! Widziałam panią, staczającą dzielną walkę z Apollyonem*) — wrogiem, któremu musiała pani przeciwstawić własną siłę — i wychodzącą z walki tej zwycięsko! * ) Apollyon — anioł bezdennej przepaści. W utworze „Pilgrims Progress“ mistyka angielskiego z XVIII w., Bunyan‘a, jest on nieprzyjacielem, zwyciężonym przez Christiana. (przyp. tłum.)
ROZDZIAŁ XII
SZKATUŁKA
Na tyłach domu przy Rue Fossette znajdował sie ogrod, rozległy, biorąc pod uwagę, że położony był w samym centrum miasta. W mojej pamięci przynajmniej zapisał on się, pozostając takim po dzień dzisiejszy jako szczególnie pociągający. Czas, zarówno jak odległość, uzycza pewnym miejscowościom i sceneriom wpływu osobliwie miękko zacierającego ostrość ich zarysów. Tam zresztą, gdzie wszystko dokoła jest kamieniem, gładkim morem i rozprażonym brukiem, jak bezmiernie cennym wydaje się krzew każdy, jak przedziwnie miłą zamknięta przestrzeń porosłego zielenią gruntu
Wedle tradycji miał być niegdyś dom Madame Beck klasztorem. W czasach minionych — jak dawno minionych trudno mi powiedzieć, sądzę wszelako, że przed kilku wiekami, zanim miasto rozrosło *ię, zagarniając i tę dzielnicę również, która była wówczas uprawnym gruntem i zazielenionym gąszczem, w jakiego obrębie powinien kryc się klasztor — otóż w owych minionych czasach mogły niewątpliwie wydarzać się w tych okolicach zajścia, budzące grozę, siejące postrach i omraczające miejsca przywarłą do nich na stałe, przekazaną wiekami legendą o nawiedzających dom i ogród duchach. Krążyła tedy mętna opowieść o odzianej w czarno-biały strój mniszce, którą od czasu do czasu, noca, czy nocami, widywać miano snującą się tutaj. Legenda o tej zjawie powstać musiała przed paroma wiekami już, obecnie bowiem wznosiły się wszędzie dokoła kamienice czynszowne i tylko w ogrodzie przy domu Madame Beck pozostały jeszcze pewne, uświęcające to miejsce zabytki kla sztome w postaci starych, potężnie rozrosłych drzew owocowych. U stóp jednego z nich — liczącej metuzalowe lata gruszy — zamarłej już poza kilkoma konarami, wciąż jeszcze odradzającymi się wiernie na wiosnę aromatyczną bielą swoich kwiatów i płodną złocistością swoich owoców jesienią — widzieć można było, po odskrobaniu porosłej mchem ziemi połyskującą pomiędzy na wpół obnażonymi korzeniami twardą, gładką, czarną płytę kamienną. Jak chciała, nie stwierdzona i nie uwierzytelniona, wciąż jednak szerzona legenda, było to wejście do sklepienia, uwięzionego głęboko pod ziemią, na której obficie rosła obecnie trawa i wykwitały kwiaty i kryjącego w swoim wnętrzu kości młodej dziewczyny, którą zgromadzenie mnichów ponurego średniowiecza pogrzebało tutaj żywcem za złamanie przez nią ślubów zakonnych. Jej to cień właśnie straszyć miał poprzez szeregi pokoleń już po obróceniu się w proch doczesnej jej powłoki. Jej czarna szata i biały welon, wyczarowane przed strwożonymi oczami światłem księżyca i cieniem, falowały na nocnym wietrze w gąszczu drzew i zarośli ogrodowych.
Niezależnie wszakże od romantycznych tych gadek posiadał stary ogród czar niewątpliwy. W letnie poranki zwykłam zrywać się wcześnie, aby móc rozkoszować się nim sama jedna; w letnie wTieczory, samotna również, pozostawałam tu w oczekiwaniu na wschód księżyca, na zaznanie rozkoszy pocałunku wietrzyka wieczornego i na wyobrażanie sobie raczej, aniżeli istotne odczuwanie, słodyczy i świeżości opadającej mgły. Murawa zieleniła się, wysypane piaskiem ścieżki żółciły się wyraźnie, złociste nasturcje wykwitały jaskrawymi bukietami pośród wystających korzeni na wpół uschniętych, ale wciąż jeszcze rodzących owoce olbrzymów. Była tu altana, ocieniona rozłożystymi konarami akacji i druga, o wiele mniejsza i bardziej ukryta altanka, utulona w gąszczu szlachetnego wina, obrastającego od strony południowej szary mur ogrodowy. Długie łozy wiły się, wdzięcznie oplecione dokoła zwisających obficie gronowych kiści, splątane z won nym jaśminem i połyskującym ciemniejszą zielenią blu szczeni
W biały dzień oczywiście, w południe, czy w pospolitych godzinach popołudniowych, kiedy licznie uczęszczana pensja Madame Beck napełniała ogród ruchem i wrzawą kiedy pensjonarki i przychodnie uczennice współzawodniczyły z wychowańcami mieszczącego się w pobliżu olegium dla chłopców zdolnością hałaśliwego wprawiania w ruch kończyn swoich i płuc, o tej porze były niewątpliwie trawniki, zarośla i ścieżki ogrodowe pospolitym, wydeptanym tysiąckrotnie miejscem. Ale o zmierzchu, w godzinie salut, kiedy dzwoniono na Anioł Pański, to znaczy kiedy przychodnie uczennice powracały już do swoich domów, a pensjonarki siedziały pilnie przy odrabianiu swoich lekcyj, miło było błąkać się samotnie po owych alejach, pod rytm rozkołysanych dzwonów koscio a S go Jana Baptysty, których pieściwy dźwięk dziwme słodko i podniośle zarazem nastrajał duszę.
Przechadzałam się tu pewnego wieczora, zatrzymana dfuzej niż zwykle już po zupełnym zapadnięciu zmierzchu urokiem coraz głębszej ciszy, rzeźwiącego chłodu i upajających zapachów, jakich nie promieniują nigdy wiaty we dnie, przy słońcu, a jakie wyczarować jest z nich zdolna jedynie rosa wieczorna. Światło w oknie KapJicy zdradzało, że katoliccy domownicy zgromadzili tu na modły wieczorne, rytuał, od którego ja, jako protestantka, uwalniałam się od czasu do czasu. , ~ Pozoftań jeszcze chwilę kusiła samotność i sierp e niego księżyca — teraz dopiero panuje tu prawdziwa cisza; mozesz darować sobie kwadransik jeszcze; nie jesteś tam nikomu potrzebna: żar i zamęt całego dnia znuzy y cię, skorzystaj z tych chwil bezcennych.
I ozbawione okien, wychodzące na ogród ściany przyległych domow, a zwłaszcza cała nieprzerwana jedna ich s rona kryła poza sobą długi szereg pomieszczeń, w których lokowano pensjonarzy sąsiadującego z nami kolegium. Kamiennej, gładkiej jednostajności murów nie przery wało nic, z wyjątkiem niewielkich otworów, umie czczonych wysoko na poddaszu i stanowiących okienka sypialnych izb służby oraz jednego okna na niższym piętrze, gdzie jak mówiono, miał znajdować się pokój mieszkalny, czy gabinet jednego z wychowawców. Mimo jednak, że zabezpieczona w ten sposób, była aleja, biegnąca wzdłuż wysokiego muru w tej stronie ogrodu, niedostępna dla uczennic, którym nie pozwolono spacerować tutaj. Nosiła ona nawet nazwę „l allee defendue“ zakazanej alei. — Uczennica, która odważyłaby się przekroczyć ten zakaz, narażona byłaby na tak surową karę, na jaką tylko pozwalały łagodne przepisy zakładu wychowawczego przy Rue Fossette. Nauczycielki i wychowawczynie mogły oczywiście uczęszczać tam do woli, że jednak ścieżka ta, szumnie nazwana aleją, była wąska, a nieprzetrzebiane zarośla zagęściły się nadmiernie po obu jej stronach, tworząc nieprzenikniony dla promieni słonecznych dach zieleni, rzadko uczęszczana bywała aleja ta za dnia, a po zapadnięciu zmierzchu trwożliwie omijana. ^
Ta stała zasada unikania allee defendue kusiła mnie od samego początku do przełamania jej. Pociągał mnie ku niej urok zupełnego odcięcia od świata i panującego tu stale mroku. Przez długi czas wszakże powstrzymywała mnie obawa wydania się dziwaczką; stopniowo jednak w miarę przyzwyczajania się otoczenia clo mnie, do mojego zachowania oraz do drobnych, właściwych mojej naturze dziwactw, nie dość rażących zresztą, aby uczynic mnie interesującą i może nie dość wybitnych, aby miały wykraczać przeciwko dobrym obyczajom — słowem, dziwactw moich z którymi zżyto się, jako z moją cechą nieodłączną — zaczęłam coraz częściej kierować kroki moje w stronę tej wąskiej, gęsto po obu stronach zarośniętej ścieżki. Podjęłam się tu dobrowolnie pełnienia obowiązków ogrodniczki, pielęgnując wykryte przeze mnie, nieznane mi z nazwy kwiaty, zabłąkane pośród gąszczu; usunęłam spiętrzone grubą warstwą pozostałości minionej, czy minionych, jesieni, odsłoniwszy w ten sposób ukrytą pod nimi na końcu alejki ławkę, którą, dzięki użyczonemu mi łaskawie przez kucharkę, poczciwą Go ton, kubłowi wody i szczotce do szorowania, doprowadziłam do 6tanu używalności. Madame, zaskoczywszy mnie przy tej pracy, uśmiechnęła się, jak gdyby z uznaniem. Czy uśmiech ten i to uznanie były szczere, trudno mi osądzić, wydawały się jednak szczere.
— Voyez-vous — zawołała — comme elle est propre cette demoiselle Lucie? Vous aimez donc cette allee Miss?*)
— lak — odparłam — taka jest cicha i cienista.
— C est juste — rzekła tonem dobrotliwym, uprzejmie zachęciwszy mnie, abym korzystała z tego ukrycia ile tylko zechcę. Zaznaczyła przy tym, niby mimochodem, że nie ciąży przecież na mnie obowiązek surveillance, nie mam więc potrzeby zabierania tam z sobą uczennic; nie miałaby jednak nic przeciwko temu, abym pozwalała jej własnym dzieciom odbywać tu z nią godziny angielskiej konwersacji.
Otóż owego wieczora, o którym mowa, siedziałam na ukrytej przed okiem wszystkich ławeczce, oczyszczonej przeze mnie z mchu i pleśni, i wsłuchiwałam się w to, co wydawało mi się dalekimi odgłosami miasta. W rzeczywistości nie były one tak dalekie: szkoła nasza położona była w samym centrum Villette, tym samym więc od parku miejskiego oddzielało nas nie więcej niż pięć minut drogi, a zaledwie dziewięć od pałacowo wspaniałych gmachów stołecznych. Tuż w pobliżu ciągnęły się jarząco oświetlone ulice, tętniące w tej chwili życiem: toczyły się po nich szeregi świetnych pojazdów, uwożących strojną publiczność do teatrów, na koncerty, na bale. Ta sama godzina, która nakazywała gaszenie świateł w naszym klasztorze, gdzie opadały zasłony dokoła wszystkich łóżek i otulała gmach cały skrzydłami swoimi niezmącona cisza nocy, wydzwaniała w rozbawionym mieście hasło do wszelkiego rodzaju rozrywek odświęt * ) Patrzcie, jaka to czyściocha z tej miss Lucy. Lubi pan zatem tę aleję, miss? ** ) Słusznie 1 nych. Nie myślałam jednak o tym kontraście; instynkt zabawy i wesołości nie leżał w mojej nautrze; nie byłam nigdy na balu, ani na operze, mimo też częstego słyszenia o nich, a nawet chęci oglądania ich, nie było to z mojej strony pragnieniem brania bezpośredniego udziału w podobnych rozrywkach. Czułam, że nie nadaję się do błyszczenia na świetnych zebraniach, nie dążyłam też bynajmniej do zakosztowania ich, ale jedynie do naocznego przekonania się jak one wyglądają w rzeczywistości.
Księżyc świecił jasno. Nie była to wprawdzie jego pełnia, sierp tylko, widzialny poprzez gałęzie. On i jaśniejące dokoła niego gwiazdy nie były dla mnie zjawiskiem obcym pośród rzeczy i istot dalekich mi i obcych. Znałam je od dzieciństwa. Widziałam złocisty ten znak, płynący po ciemnym błękicie ponad kępą starych cierni, które rosły pośród tak dobrze znanego pola w kochanej mojej Anglii za dawnych i dawno minionych dni, zupełnie tak samo jak płynął teraz ponad jedną z dumnych, strzelających w niebo wieżyc tej okolicy na kontynencie.
O, moje dziecięctwo! Nie byłam wyzbyta gorących uczuć. Przy całej mojej bierności i małomówności, przy całym pozornym moim chłodzie, na myśl o dniach minionych czułam, że w piersi mojej bije serce, zdolne do głębokiego odczuwania. W stosunku do teraźniejszości lepiej było zachować surowy stoicyzm, zaś do przyszłości przyszłości takiej jak moja — nieczułość i martwotę głazu. Odrętwienie to skutecznie powściągało właściwą mojej naturze żywość uczuć. z
Pamiętam, że w owym czasie lęk we mnie budziły pewne zjawiska, które mogłyby mnie podniecać: poszczególne stany pogody, na przykład, budzące we mnie uczucia, które stale usiłowałam zagłuszać i zrywające mi z ust okrzyk pożądania, któremu nie mogłam uczynić zadość. Pewnej nocy rozsrożyła się burza gradowa. Huragan wstrząsał nami w naszych łóżkach; ogarnięte paniką dziewczęta katolickie poklękły na posłaniach, modląc się do swoich świętych. I mnie także chwyciła burza w szpony swoje, tyrańsko roztaczając nade mną władczą swoją potęgę, zrywając mnie z łóżka i zmuszając do należytego wykorzystania jej widoku. Wstałam i ubrałam się, poczym przekradłszy się ku oknu, otworzyłam je, usiadłam na jego parapecie i oparłam nogi na dachu sąsiadującego niższego budynku. Smugi gradu i deszczu, chłostane dzikimi podmuchami wichru, padały pośród atramentowej ciemności. W sypialni klęczały przerażone dziewczątka dokoła nocnej lampki, modląc się głośno. Ja jedna tylko nie mogłam zdecydować się wejść do pokoju: nie mogłam oprzeć się rozkoszy bezpośredniego zaznawania o tej niezwykłej godzinie dziko rozpętanego żywiołu, wsłuchiwania się w niesamowite jego, budzące najwyższą grozę wycia, wpatrywania się w rwące szaleńczym pędem chmury, rozdzierane raz w raz oślepiającymi wstęgami błyskawic.
Siedziałam długo, nie mogąc ani w danej chwili, ani w ciągu dwudziestu czterech godzin potem, uśmierzyć mojej tęsknoty za czymś, co wyrwałoby mnie z obecnego mojego istnienia, porwałoby mnie naprzód i uniosłoby mnie na wyżyny. Rozumiałam, że muszę wybić sobie z głowy podobnego rodzaju tęsknoty, co uczyniłam też symbolicznie, przebijając wzorem Jaeli*) gwoździem ich skronie. W przeciwieństwie wszakże do Sysery**), nie zgładziło ich to, co najwyżej tylko ogłuszyło je i oszołomiło chwilowo, co pewien czas też obluźniało gwóźdź, skronie krwawiły wówczas, a mózg poruszony był do samych podstaw.
Owego zmierzchu wieczornego wszakże, nie byłam nastrojona tak buntowniczo, ani też nie czułam się tak zgnębiona. Mój Sysera leżał śpiąc spokojnie w swoim namiocie, a jeśli nawet pojękiwał z bólu przez sen, coś, ni to anioł — ideał — klęczał przy jego węzgłowiu, lejąc balsam na ukojone nim jego skronie, trzymając przed zasklepionymi powiekami szkiełko czarodziejskie, którego * ) Jaela — żona Habera Cynejczyka.

    • ) Sysera — hetman wojska Chananajskiego (Patrz: Ks. Sę» dziów, rozdz. IV) (przyp. tłum.) słodkie, upojne wizje odtwarzały się w rojeniach sennych i siejąc świetlne odbicie swoich osrebrzonych księżycowym blaskiem skrzydeł i szaty swojej na przebitego gwoździem śpiącego, na próg namiotu, na cały roztaczający się na zewnątrz pejzaż. Jaela, ponura, surowa niewiasta, siedziała nieco z dala, dziwnie złagodniała w stosunku do swojego jeńca, bardziej skłonna do wiernego czekania na powrót do domu Habera. Przez to porównanie chcę powiedzieć, że cisza, panująca dokoła, rzeźwiący chłód wieczorny i upojność pachnącej rosy owionęły serce moje słodyczą nadziei, nie tyle nadziei na pewnym określonym punkcie, ile ogólnego uczucia ulgi, ukojenia i zachęty. #

Czyżby nastrój podobny, cisza taka i siana przez nią dokoła słodycz nie miały być zwiastunkami pomyślności? Niestety, dla mnie przynajmniej nie wynikło z tego nic osobliwie pomyśhiego ani dobrego. W danym momencie zakłóciła ją brutalna Rzeczywistość w najgorszej, najbardziej odrażającej, najnikczemniejszej swojej postaci.
Skoncentrowaną ciszę, jaką tchnęło nagromadzenie budynków kamiennych, spiętrzonych ponad ulubioną moją alejką, ponad drzewami i wysokim murem ogrodowym, zakłócił nagle zgrzytliwy, skrzypiący odgłos: to skrzypnęły zawiasy okienne. Zanim miałam czas podnieść wę, aby przekonać się kto i na którym piętrze otworzył okno, ugięły się konary drzewa ponad moją głową, jak gdyby trafił w nie pocisk i wprost pod moje nogi upadł jakiś przedmiot.
Zegar wieżowy kościoła Ś-go Jana Baptysty wydzwonił dziewiątą; zmierzchło się już, nie było jednak jeszcze zupełnie ciemno. Sierp księżyca nie dodawał wiele światła; jedynie mocniej rozzłocony punkt na niebie, gdzie słońce promieniowało ostatnio, oraz kryształowa przejrzystość szerokiego pasa ponad tym punktem, podtrzymywały zmrok letni; nawet na tej mojej ciemnej ścieżce, mogłam, zbliżywszy się do szerzej rozchylonych gałęzi, czytać drobny druk. Tym łatwiej więc dostrzec mogłam, że ów rzucony z okna pocisk był małą szkatułką z białej
Yillette 12 173 i kolorowanej słoniowej kości; jej niedomknięta górna połowa otworzyła się w moich rękah, ukazując leżące wewnątrz fijołki, a na nich złożoną ćwiarteczkę różowego papieru, na której napis głosił:,,Pour la robe grise“ — dla szarej sukni. — Traf chciał, że tego dnia miałam na sobie suknię barwy szaro-popielatej.
Ślicznie. Czyżby miał to być czuły bilecik? — „un billet-doux“? Rzecz, o której słyszałam, dotychczas jednak nie dostąpiłam zaszczytu trzymania jej w ręku. Czyżby miało nią być to, co w tej chwili spoczywało pomiędzy wskazującym i wielkim moim palcem?
Trudno było mi uwierzyć w to zrazu. Nie wyobrażałam sobie wcale możliwości posiadania wielbiciela, ani starającego się o moją rękę. Myśli wszystkich nauczycielek zaprzątnięte były rojeniami o tego rodzaju osobnikach; jedna z nich nawet — oczywiście z gatunku osobliwie łatwowiernych — wierzyła święcie w przyszłe swoje zamążpójście. Każda uczennica powyżej czternastu lat roiła o przyszłym narzeczonym; dwie czy trzy zostały już nawet związane narzeczeństwem przez rodziców swoich, kiedy były w kolebce jeszcze. Moje myśli, a tym mniej moje przewidywania, nie znajdowały nigdy podniety do wkraczania w zakres podobnych nadziei i uczuć.
Ilekroć szły inne nauczycielki do miasta, czy odbywały przechadzkę po bulwarach, albo też były obecne w kościele na mszy chociażby, mogły liczyć (sądząc z ich opowiadań) na spotkanie się z osobnikami „płci odmiennej”, których rozkochane, pełne podziwu spojrzenia przekonywały je o potędze ich uroku i o ich sile pociągania mężczyzn. Nie mogłabym powiedzieć, aby moje doświadczenia życiowe pouczać mnie miały o tym samym. Bywałam w kościele, chodziłam na spacery, byłam jednak najzupełniej przekonana, że nikt nie zwrócił na mnie najmniejszej uwagi. W całym zakładzie wychowawczym przy Rue Fossette nie było ani jednej młodej kobiety, czy młodej dziewczyny, która nie zapewniałaby, że tu i ówdzie spoczęło na niej pełne zachwytu spojrzenie błękitnych oczu młodego naszego doktora. Co do mnie, zmu zona jestem, niestety, stwierdzić, chociażby miało to brzmieć bardzo upokarzająco dla mojej osoby, że stanowiłam pod tym względem niewątpliwy wyjątek. W stosunku do mnie nie ponosiły jego błękitne oczy, spokojne jak niebo i zbliżone barwą do nieba, żadnej tego rodzaju winy. Chociaż więc słuchałam rozmów moich koleżanek, dziwiąc się często ich wesołości, ich pewności siebie i zadowoleniu ich z samych siebie, nie pomyślałam jednak nigdy o naśladowaniu ich, o pójściu drogą, po której kroczenia zdawały się tak pewne. Nie był to więc billet-doux; przeświadczona o tym bez skrupułu otworzyłam liścik. Brzmiał on jak następuje:
„Aniele mojego serca! Tysiączne dzięki za dotrzymanie przyrzeczenia, o czym nie śmiałem marzyć prawie. Sądziłem, że jest to tylko coś w rodzaju żartu z Twojej strony; sama uważałaś zresztą krok ten za tak bardzo ryzykowny ze względu na porę tak wielce nieodpowiednią i alejkę tak zupełnie samotną, obieraną na miejsce przechadzek przez tego smoka, nauczycielkę angielskiego — une reritable begueule Britannique a ce que vous ditesespece de monstre, brusque et rude comme un vieux caporał de grenadiers, et reveche comme une religieuse*) — (zechce czytelnik łaskawie wybaczyć skromność, z jaką oddaję ten schlebiający mi wizerunek w jego autentycznym brzmieniu).
—,,Domyślasz się, aniele mój“ — wyczytałam w dalszym ciągu listu, — „że mały Gustaw z powodu jego choroby został przeniesiony do pokoju wychowawcy — do tego uprzywilejowanego pokoju, którego okno wychodzi na ogród waszego więzienia. Otóż ja, wzór troskliwego wujaszka, mam prawo odwiedzać Gustawa. Z jakim drżeniem podszedłem do okna i zajrzałem do Raju — Raju dla mnie, mimo że jest pustynią dla Ciebie! — jakim lękiem przejmowała mnie myśl, że nie dostrzegę w nim * ) Wierutnie fałszywa skromnisia brytyjska, jak mówisz — ro» dzaj potwora, opryskliwego i szorstkiego, jak stary kapral gre* nadierów, cierpka jak zakonnica. . nikogo, albo też ujrzę wspomnianego smoka jedynie. O jak radośnie zatrzepotało serce moje, kiedy poprzez rozchylenie pomiędzy konarami drzew dostrzegłem od razu błysk wielkiej twojej prześlicznej słomianej pasterki i falowanie uroczej twojej popielatej sukni, którą rozpoznałbym pośród tysięcy. Ale dlaczego, aniele mój, nie chcesz podnieść oczu i spojrzeć w moją stronę? Okrutnico, dlaczego nie chcesz użyczyć mi chociażby jednego promiennego błysku twych oczu czarownych? Jak wiele sił i otuchy dodałoby mi jedno takie spojrzenie! Kreślę te słowa w gorączkowym pośpiechu, korzystając z tego, że lekarz bada Gustawa. Ośmielam się włożyć do małej szkatułki liścik niniejszy wraz z bukiecikiem fijołków, najrozkoszniejszych słodkim swoim zapachem — nie tak rozkosznych wszakże jak ty, moja Peri — moja ty najczarowniejsza z istot! Na wieki twój — wiesz dobrze kto!“
— Szkoda, że ja nie wriem kto — brzmiał mój komentarz, dotyczący w wyższym jeszcze bodaj stopniu osoby, do której list był adresowany, aniżeli autora wytwornie czułej epistoły. Może była ona dziełem narzeczonego jednej z zaręczonych uczennic, a w takim razie nie stanowiła ta oryginalna korespondencja tak wielkiego przestępstwa, co najwyżej pewne wykroczenie przeciwko regulaminowi zakładowemu. Niektóre spośród dziewcząt — większość nawet bodaj — miały braci i kuzynów w sąsiadującym z nami kolegium męskim. Ale „la robe grise, le chapeau de paille — suknia popielata, kapelusz słomkowy — w nieb niewątpliwie tkwił klucz zagadki, wyjątkowo trudnej do odgadnięcia. Pastera słomkowa była zwykłym nakryciem głowy, używanym przy wychodzeniu do ogrodu, noszonym poza mną przez dziesiątki nauczycielek i uczennic. Popielata suknia nie mogła również służyć jako bardziej wyraźna wskazówka. Sama Madame nawret zwykła nosić suknie w tym odcieniu; jeszcze jedna nauczycielka i trzy pensjonarki miały popielate suknie z tego samego materiału i tej samej barwy co moja: był to odcień modny w owym czasie na użytek codzienny. 176
W trakcie tych rozmyślań zdałam sobie nagle sprawę, że muszę już powrócić do domu. Światła, rozbłyskujące w sypialniach, świadczyły, że skończyła się wieczorna modlitwa i że pensjonarki udają się na spoczynek. Za nie więcej niż pół godziny będą pozamykane wszystkie drzwi — wszystkie światła pogaszone. Otwarte było na oścież jedynie wejście frontowe, aby wpuścić do rozp rażonego wnętrza domu świeższy powiew nocy letniej. W oknie położonej najbliżej loży odźwiernej połyskiwało światło lampy, oświetlającej przez uchylone drzwi loży podłużny przedsionek z dwojgiem drzwi salonu po jednej stronie i z wielkim wejściem frontowym, zamykającym widok na ogród.
Nagle ostro jęknął przy furtce dzwonek — ostro, ale nie głośno — jak gdyby ostrzegawczy szept metalowy, Rozyna wybiegła ze swojej loży, aby otworzyć. Osoba którą wpuściła, zatrzymała się, rozmawiając z nią jeszcze parę minut; sprawiało to wrażenie wzdragania się, czy zwlekania. Rozyna, zbiegłszy do furtki miała w ręku latarkę. Stała przez chwilę, rozglądając się niepewnie dokoła.
’ — Quel conte? — zawołała z zalotnym uśmiechem. — Personne n‘y a ete.*).
— Niech mnie pani wpuści — prosił jakiś znany mi głos. — Na pięć minut tylko. Znajoma mi sylwetka, wysoka i imponująca (przywykliśmy wszyscy przy Rue Fossette uważać ją za taką) wsunęła się do ogrodu i zaczęła pośpiesznie krążyć pośród grządek kwiatowych i ścieżek. Świętokradztwem było przedostanie się tutaj mężczyzny 0 podobnej porze. Widocznie jednak ten, który wszedł, miał prawo uważać się za uprzywilejowanego, a może też liczył na sprzyjający mu mrok nocy. Krążył po alejkach 1 ścieżkach, zagląda jąc tu i owdzie pomiędzy gąszcze krzewów, depcąc kwiaty na rabatach i łamiąc gałęzie przy skrzętnym, acz pośpiesznym tym poszukiwaniu, aż wresz * ) Co za bajka! Nie było tu niekogo. cie dostał się na „allee defendueskąd wyszłam mu naprzeciw, niby zjawa upiorna.
— To, czego pan szuka, zostało znalezione, panie doktorze Johnie!
Nie zapytał kto znalazł zgubę: bystre jego oko dostrzegło, że trzymam szkatułkę w ręku.
— Niech pani jej nie zdradzi — szepnął, spojrzawszy na mnie tak, jak gdybym była naprawdę smokiem.
— Gdyby nawet w naturze mojej tkwiły skłonności do zdrady, nie mogłabym zdradzić ani tego, kogo nie znam, ani tego, o czym nie wiem — brzmiała moja odpowiedź. — Niech pan przeczyta kartkę, a przekona się pan jak mało wyjawia ona.
Powiedziałam to, nie mogąc jednak uwierzyć, aby dr. John mógł być tym, który ją napisał. Nie podobna, aby miał to być jego styl, a zresztą w głupocie mojej wyobrażałam sobie, że niemożliwym z jego strony zuchwalstwem byłoby użycie w związku z moją osobą tak uwłaczających epitetów. Mogłam też czuć się dostatecznie pomszczona wyraźną konfuzją, jaką zdradziła jego twarz. Przy czytaniu notatki spłonął gorącym rumieńcem wstydu czy oburzenia.
— Tego już doprawdy za wiele!... To okrucieństwo! Znieważające, haniebne okrucieństwo! — zawołał. I ja również zmuszona byłam uznać to za haniebne okrucieństwo, aż nadto wymownie stwierdzone jego własnym przejęciem się. Bez względu jednak na to, czy on sam ponosił winę, czy nie, ktoś musiał być przecież winowajcą.
— Jak pani zamierza postąpić? — zapytał. — Czy powie pani Madame Beck o tym co pani znalazła i wywoła tym skandal — une esclundre?
Uważałam, że powinnam powiedzieć i oznajmiłam mu to szczerze, dodając jednak, że nie przypuszczam, aby zawiadomienie Madame miało doprowadzić do skandalu.
— Madame — rzekłam — jest zbyt przezorna, aby rozgłaszać sprawę tego rodzaju, wydarzoną w jej zakładzie wychowawczym.
Stał, opuściwszy nisko głowię i rozmyrślał. Był zbyt dum ny i zbyt honorowy zarazem, aby prosić mnie o utrzymanie w tajemnicy całej rzeczy, której podanie do wiadomości przełożonej nakazywał mi obowiązek. Chciałam postąpić lojalnie, by|o mi wszakże nad wyraz przykro wyrządzić mu tym jakąś krzywdę. W tej chwili właśnie Rozyna zerknęła przez otwarte drzwi. Nie mogła nas widzieć, ja, natomiast, spoglądając poprzez otwory pomiędzy konarami drzeV, widziałam ją wyraźnie: suknia jej była popielata, w tym samym odcieniu co moja... Okoliczność ta, wzięta pod uwagę w łączności z poprzednimi faktami, nasunęła mi myśl, że, jakkolwiek wydarzenie to jest samo przez się bardzo niemiłe, nie nakłada ono jednak na mnie obowiązku wtrącania się do całej lej sprawy, ani też interesowania się nią. Pod wpływTem tego przypuszczenia powiedziałam:
— O ile pan może zapewnić mnie, że nie wchodzi tu w grę żadna z wychowawczyń ani uczennic Madame Beck, będę bardzo rada, mogąc trzymać się najzupełniej z dała od wszystkiego. Niech pan zabierze szkatułkę, kwiaty i bilecik, a ja ze swojej strony chętnie przyobiecuję puścić całą rzecz w niepamięć.
— Niech pani spojrzy! — szepnął nagle, zaciskając rękę na podanych mu przeze mnie przedmiotach i równocześnie wskazując ruchem głowy punkt jakiś dostrzegalny poprzez gałęzie.
Spojrzałam. Była to Madame schodząca niedosłyszalnymi krokami ze schodków, w szalu, szlafroku i pantofelkach, a potem przekradająca się cicho jak kot ścieżkami ogrodowymi. Nie upłynęłyby dwie minuty a wpadłaby niechybnie na doktora Johna. 0 ile jednak Madame zwinnością swoją przypominała kota, dorównywał dr. John chyżością i lekkością swoich kroków — leopardowi. W chwili też, kiedy skręciła za róg, przeskoczył dwoma bezszelestnymi susami cały ogród. Kiedy Madame wyłoniła się ponownie, nie było już śladu po nim. Rozyna dopomogła mii pośpiesznie, zatrzasnąwszy od razu furtkę za nim i w ten sposób odgrodziwszy go skutecznie od jego prześladowczym. I ja także mogłam uciec, wolałam wszakże zetknąć się z Madame otwarcie.
Mimo że znano powszechnie mój zwyczaj częstego przebywania o zmierzchu w ogrodzie, nigdy jednak jeszcze, aż do owego wieczora, nie pozostawałam tu do tak późnej godziny. Przypuszczając, że byłam potrzebna Madame, która wyszła, aby mnie odszukać, zamierzając przychwycić mnie, jako winowajczynię na gorącym uczynku, przygotowana byłam na surową reprymandę. Wbrew spodziewaniu mojemu jednak była Madame słodka jak ulepek. Nie zrobiła mi cienia wyrzutu, nie okazała nawret zdziwienia. Ze zwykłym sobie niezrównanym taktem, w czym nie potrafił nigdy chyba prześcignąć jej nikt z ludzi żyjących, zapewniła, że wyszła jedynie, aby zaczerpnąć trochę przewiewu wieczornego „la brise du soi>r“.
„Quelle belle nuit!“ — jaka piękna noc! — zawołała, podniósłszy oczy ku rozgwieżdżonemu niebu. Księżyc skrył się już poza kopiastą wieżą kościoła Ś-go Jana Baptysty. —,,Qu‘il fait bon! Que l‘air est frais!“*)
I, zamiast kazać mi pójść do domu, zatrzymała mnie, aby przejść się wraz ze mną kilkakrotnie po głównej alei. Kiedy wreszcie powróciłyśmy obie, oparła się przyjacielsko na moim ramieniu przy wchodzeniu na stopnie schodów wrejściowyrch. Przy rozstaniu podstawiła swój policzek dotknięciu moich warg i rzekła uprzejmie na iobranoc: „Bon soir ma bonne amie; dormez bien!**)
Przyłapałam samą siebie na uśmiechu, kiedy, leżąc w mojej sypialni przed zaśnięciem, pomyślałam o Madame. Wiedziałam, że namaszczony ton i wyjątkowa łaskawość jej zachowania, tyły nieomylną oznaką wylęgnięcia się w mózgu jej wyraźnego podejrzenia. Z jej samej tylko znanego punktu obserwacyjnego, poprzez rozchylenie pomiędzy gałęziami, czy przez któreś z otwartych okien, podchwycić musiała przebłysk, bliższy czy dalszy, zdradzający czy wyjaśniający to, co zaszło tej nocy * ) Jak pięknie i dobrze jest! Jakie świeże powietrze! ** ) Dobranoc, moja dobra przyjaciółko; niech pani śpi dobrze. w ogrodzie. Przy niesłychanie wyostrzonym jej zmyśle surreillance niemożliwością nieledwie było, aby szkatułka mogła zostać rzucona do ogrodu jej zakładu wychowawczego, a także, aby ktoś niepowołany mógł zakraść się poza furtkę celem przeszukania ścieżek, grządek i zarośli i aby nie zdradził go przy tym trzask łamanej gałązki, prześlizgujący się jego cień, niezwykły szelest, czy cichy sz“.pt (jakkolwiek dr. John bardzo przyciszonym głosem wypowiedział tych kilka słów, jakie zamienił ze mną, jednakże brzmienie męskiego jego organu mowy rozległo się, jak mi się wydało, po całym obszarze dawnych gruntów klasztornych). Wszystko to, jak zaznaczyłam, musiało uświadomić ją, że w zasięgu jej władzy dzieje się coś niezwykłego. To zaś, czego żadną miarą nie mogła dostrzec czy wykryć w owym czasie, kusiło ją tym bardziej nieodparcie do rozwikłania knutej intrygi, jaką wyczuwała dokoła siebie i w jakiej ośrodku pomieściła „Miss Lucy“, wplątaną w misterną sieć pajęczą, ni to niezrozważna młoda muszka, jaką byłam wówczas.
ROZDZIAŁ XIII
KICHNIĘCIE NIE W PORĘ
W ciągu dwudziestu czterech godzin po wydarzeniu się drobnego, opisanego w poprzednim rodziale incydentu ponownie miałam okazję uśmiechnąć się na myśl o Madame — nie, nie tylko uśmiechnąć się, ale śmiać się z niej.
Yillette posiada klimat równie zmienny, może tylko nie tak wilgotny jak pierwsze lepsze miasto angielskie. Po cichym, pogodnym tym zachodzie słońca zerwał się w nocy gwałtowny wicher, a cały następny dzień upłynął pod znakiem suchej burzy, był ponury, niebo zasnute ciężkimi chmurami, mimo to nie spadła ani jedna kropla deszczu. Ulice były aż ciemne z powodu kłębiącego się w powietrzu kurzu i lotnego piasku, naniesionego z bulwarów. Nie przypuszczam, aby piękna pogoda nawet mogła skusić mnie do spędzenia wolnej od zajęć godziny zmierzchu tam, gdzie spędziłam ją dnia poprzedniego. Ulubiona moja alejka, podobnie jak wszystkie ścieżki, drzewa i zarośla, przybrała odmienny, nieszczególnie zachęcający wszakże widok; jej zaciszna samotność wydawała się pełna zasadzek; jej spokój złowróżbnie — niebezpieczny. Okno, z którego padały billets-doiuc, spospolitowało dla mnie tak drogi mi niegdyś zakątek, na jaki wychodziło. Skądinąd znów wydawało mi się, że oczy kwiatów widzą, a sęki pni drzewnych podsłuchują niby ukryte uszy. Niektóre rośliny zostały w istocie potratowane pTzez doktora Johna podczas gorączkowego jego obszukiwania tej części ogrodu, pragnęłam też móc podnosić je, podlewać, i przywrócić je w ten sposób do życia. Stopy jego pozostawiły i na zagonach także ślady, które udało mi się jednak, pomimo dmącego wichru, zatrzeć z samego rana, zanim mogłyby wykryć je niepowołane oczy. Zamyślona, zasiadłam późnym popołudniem przy biurku do nauki niemieckiego, mając dokoła siebie zajęte odrabianiem lekcji uczennice i wychowawczynie, tak zwane „damy klasowe44, szyjące czy robiące roboty ręczne.
Te „etudes de soir“ — studia wieczorne — odbywały się zawsze w refektarzu, znacznie mniejszym pomieszczeniu, aniżeli każda z trzech sal wykładowych. Wystarczało ono jednak najzupełniej dla dwudziestu stałych pensjonarek, dla których wyłącznie było przeznaczone. Liczba pensjonarek nie przekraczała nigdy tej cyfry, a przychodnie uczennice nie bywały dopuszczone do korzystania z tego miejsca studiów z tej prostej przyczyny, że nie było ich nigdy tutaj o tej porze. Dwie lampy, zwisające z sufitu, rzucały kręgi świetlne na umieszczone pośrodku refektarza dwa stoły. Zapalano lampy te w porze zapadania zmierzchu, i rozbłyśnięcie ich stawało się sygnałem do odkładania na bok książek szkolnych, nastrajania się na poważną, skupioną nutę ogólnego zamilknięcia, po czym rozpoczynała się „lecture pieuse“ — pobożna lektura. Owa, „lecture pieuse“, była, o czym dowiedziałam się niebawem, zalecana nade wszystko jako umoralniające umartwienie Intelektu, jako nader wskazane upokorzenie Rozumu, w dawce nadającej się do wchłonięcia jej przez Zdrowy Rozsądek, który winien był wyzyskać ją w wolnej od zajęć godzinie z największą dla siebie korzyścią. #.
Książka, którą wyciągano (zawsze ta sama, nie zmieniano jej nigdy, a z chwilą doczytania do końca, rozpoczynano ją na nowo od początku) była pokaźnym, czcigodnym tomem, starym jak wzgórza dokoła \illette, szarym jak Hotel de Ville — Ratusz Miejski.
Ofiarowałabym dwa franki za możność dostania raz bodaj książki tej w moje ręce, odwracania uświęconych pożókłych jej kart, dokładnego poznania jej tytułu i przebiegnięcia własnymi oczami olbrzymich ustępów, które, jako niegodnej heretyczce, wolno mi było jedynie wchło m nąć oszołomionymi uszami. Na treść książki składały się legendy o świętych. Boże wielki! — wymawiam te słowa z szacunkiem — jakież to były legendy! Jacy pyszałkowato przechwalający się junacy musieli być ci święci, jeśli mogli chełpić się wszystkimi tymi wyczynami, czy wymyślać opowiadania o wszystkich tych cudach. Legendy te nie były jednak niczym innym, jak tylko opisem popełnianych przez mnichów dziwactw i ekstrawaganacyj, z których można było co najwyżej śmiać się w głębi duszy. Poza tymi legendami mieściła książka nadto omawianie spraw księży, opisywana tu wszakże księża polityka była o wiele gorsza, aniżeli opisy czynów, zaczerpnięte z życia zakonników. Uszy paliły mnie przy słuchaniu opowieści o moralnym męczeństwie, narzucanym przez Rzym, o siejących postrach niedyskrecjach spowiedni ków, którzy niecnie nadużywali przywilejów konfesjonału, aby w straszliwy sposób gnębić damy wysokiego rodu. czyniąc z hrabin i księżniczek najbardziej udręczone pod słońcem niewolnice. Opowiadania wr rodzaju takich, jak o Konradzie Węgierskim i Elżbiecie, powtarzały się nieustannie z całą grozą przeraźliwej swojej przestępczości, ohydnej tyranii i potwornej bezbożności: opowieści, które były dla mnie przytłaczającą zmorą ciemiężenia, udręk i nędzy.
Asystowałam przy tej „lecture pieuse“ w ciągu kilku wieczorów’, usiłując zachować możliwy spokój. Raz jeden tylko złamałam końce moich nożyczek, bezwiednie wraziwszy je zbyt głęboko w zmurszałą, stoczoną przez robaki krawędź stojącego przede mną stołu. W końcu wTszakże do tego stopnia nie byłam w stanie opanować mojego wyburzenia, czułam w skroniach tak gwałtowny napływ krwi, tętniącej wzmożoną falą we wszystkich moich żyłach i odżywiającej się bólem fizycznym wręcz w moim sercu, tak fatalnie zakłócony był mój sen, że zmuszona byłam wyrzec się dalszego słuchania. Przezorność nakazywała jak najszybsze usunięcie mojej osoby z tego miejsca z chwilą, gdy w:yjmowTano czcigodną księgę, winowajczynię zamącenia spokoju mojego ciała i ducha.
Żadna Mause Headrigg nie czuła silniejszego porywu świadczenia przeciwko sierżantowi Bothwellowi, aniżeli ja — wyjawienia istotnego zdania mojego o tej „lecture pieuse“. Potrafiłam jednak powściągnąć się i opanować, z chwilą też, kiedy Rozyna przychodziła zapalić lampę, wysuwałam się pośpiesznie z refektarza, czyniąc to jednak z odpowiednim spokojem. Korzystałam zawsze z momentu ogólnego zamieszania przed zalegnięciem uroczystej ciszy, aby zniknąć, zanim pensjonarki zdążyły poodkładać szkolne swoje zeszyty i książki.
Zniknąwszy, zaszywałam się w ciemność. Nie wolno nam było przenosić świec i dlatego, nauczycielka, która wychodziła z refektarza, mogła znaleźć schronienie bądź w nieoświetlonym przedsionku, bądź w jednym z równie ciemnych pokojów klasowych, lub też w sypialni, w której oczywiście nie było także żadnego światła. W zimie udawałam się do jednej z południowych sal klasowych, przemierzając ją nieustannie, ażeby nie zziębnąć na kość. W lecie nie zapadała nigdy zupełna ciemność, a wówczas szłam na górę do mojego własnego kąta w długiej sali sypialnej, otwierałam moje okno (pokój ten oświetlało pięć okien wielkich jak drzwi) i, wychylona przez nie, słałam wzrok ku położonemu poza ogrodem miastu, przysłuchiwałam się muzyce, dolatującej z parku, czy ze skweru przed pałacem, pogrążona we własnych myślach, rozważająca bieg własnego życia, zamknięta w moim własnym cichym, mrocznym światku.
Tego wieczora, umknąwszy, jak zwykle przędą „lecture pieuse“, poszłam na górę do sypialni i spokojnie otworzyłam drzwi, starannie zawsze zamknięte i, jak wszystkie inne drzwi w tym domu, obracające się bezszelestnie na dobrze naoliwionych zawiasach. Zanim jeszcze przekonałam się o tym naocznie, poczułam obecność w obszernym, zazwyczaj pustym zupełnie, pokoju żywej jakiejś istoty: nie zdradziło jej wprawdzie żadne poruszenie, ani nawet oddech głośniejszy, brak tu było wszakże zwykłej Pustki i Samotności. Wszystkie białe anielskie łóżeczka, „lits d‘ange‘% jak nazywano je poetycznie, były nietknięte, niezajęte przez żadną z ich właścicielek. Do uszu moich doleciał przyciszony zgrzyt wysuwanej szuflady; cofnąwszy się szyhko w cień, mogłam bez przeszkód ogarnąć bystrym spojrzeniem cały pokój, a nade wszystko moje własne łóżko i własną moją toaletkę, na której stała zamknięta skrzynka do robót. Szuflady toaletki przezornie zamykałam zawsze na klucz.
Niewielka, pulchniutka, skromnie otulona szalem postać, której włosy ukryte były pod najbardziej śnieżnie białym czepeczkiem, stała przed toaletką, pilnie zajęta, jak się zdawało, usłużnym sprzątaniem za mnie nieładu, panującego w moim „meuble“ — sprzęciku. — Skrzynka do robót otwarta, wyciągnięta górna szuflada, potem kolejno wyciągana i sumiennie opróżniana każda z pozostałych szuflad; nic z ich zawartości, ani jeden przedmiot, nie został pominięty przy dokładnym tym przeglądzie, ani jeden papierek nie był odłożony bez uważnego odczytania go czy przejrzenia, żadne pudełeczko nie pozostało zamknięte, a wszystko to dokonane zadziwiająco skrupulatnie, niezrównanie szybko i sprawnie. Madame pracowała z „nieustającą a jednak nieśpieszną“ gorliwością sunącej po niebie gwiazdy. Nie mogę zaprzeczyć, że przyglądałam się jej robocie z tajonym rozbawieniem. Gdybym była mężczyzną, znalazłaby Madame najwyższe uznanie w moich oczach, tak zręczna, dokładna i porządna była we wszystkim co robiła.Są ludzie, których poruszenia budzą mimowolną odrazę niezdarnością i niecelewością swoich chwytów, jej poruszenia natomiast, pociągały precyzyjnością swoją i świadomością swoich celów. Krótko mówiąc, stałam oczarowana, czułam jednak, że należy w jakiś sposób wyzwolić się spod tego czaru, należy umknąć z tego miejsca co najrychlej. Obszukająca tak skwapliwie moją toaletkę mogła odwrócić głowę i dostrzec mnie; awantura byłaby wówczas nieunikniona, przy czym obie od razu, za jednym zamachem, musiałybyśmy odsłonić wzajem przed sobą swoje karty;skończyłoby się raz na zawsze z wszelkimi konwenansami, z wzajemnym przed sobą ukrywaniem swoich przekonań, sądów i myśli — musiałybyśmy też obie równocześnie dojść do przekonania, że drogi nasze muszą rozejść się niezwłocznie, że praca po społu stała się odtąd dla’ nas obu niepodobieństwem.
Jaki byłby cel narażania się na podobną katastrofę? Nie byłam wcale rozgniewana i nie miałam najmniejszej ochoty opuszczenia zakładu wychowawczego Madame Beck. Trudno byłoby mi wyobrazić sobie chlebodawczynię, której jarzmo byłoby równie łatwe do dźwigania. Prawdziwie zresztą lubiłam ją za jej trzeźwy rozum bez względu na sąd mój o jej zasadach. Co się tyczy jej systemu szpiegowania, nie wyrządzał mi on żadnej krzywdy: mogła stosować go do mojej osoby ile tylko chciała: byłam tak samo zabezpieczona przed szpiegami w beznadziejnym ubóstwie mojego serca, jak puste sakwy żebraka chronią go przed złodziejem.
Zdecydowana w jednej chwili, zawróciłam i zbiegłam ze schodów szybko i bezszelestnie, jak pająk, który w tej samej chwili prześlizgnął się po krawędzi balustrady schodowej.
O, jak szczerze śmiałam się, znalazłszy się szczęśliwie w sali klasowej. Wiedziałam teraz na pewno, że Madame rozpoznała doktora Johna w ogrodzie; wiedziałam również co o tym myśli. Ubawił mnie widok podejrzliwej tej istoty, tak śmiesznie sprowadzonej na manowce zrodzonymi w jej własnej wyobraźni domysłami. Kiedy jednak uśmiech zamarł na moich ustach, ogarnął mnie rodzaj gniewnego rozgoryczenia. Jak gdyby uderzono w skałę, z której trysnęły wody Meriby. Nigdy jeszcze nie byłam wydana na łup tak dziwnych i tak sprzecznych uczuć, stwarzających w duszy mojej tak wielki chaos jak w ciągu jednej godziny tego wieczora: serce moje targane było bólem zarazem i podniecane do śmiechu, opanowane głębokim smutkiem i ogniem zapału. Płakałam gorącymi łzami, nie dlatego, że Madame podejrzewała mnie — nie dbałam ani trochę o skierowanie w moją stronę jej podejrzenia — ale z innych powodów. Cały mój spokój wewnętrzny załamał się, wstrząśnięty skomplikowanymi niepokojącymi myślami. Ten stan chaotycznego rozdwojenia ustąpił niebawem: nazajutrz byłam już znów dawną Lucy Snowe.
Po otworzeniu moich szuflad, pozamykanych ponownie jak najskrupulatniej, i po dokładnym zhadaniu ich zawartości, nie mogłam pomimo jak najbardziej drobiazgowych poszukiwań, dostrzec śladu zmiany, czy najdrobniejszego przestawienia przedmiotów. I w szafce także znalazłam nieliczne sukienki moje, zawieszone zupełnie tak samo, jak je pozostawiłam; bukiecik zosuszonych białych fiołków (otrzymanych niegdyś przeze mnie od obcego mi człowieka, który nie powiedział przy tym ani słowa i pozostał obcy dla mnie na zawsze) ukryty w fałdach odświętnej mojej sukni, był tu nietknięty; moja czarna szarfa, koronkowe napierśniczki i kołnierzyki ułożone gładziutko, bez żadnej fałdki. Gdyby zgniotła jedną bodaj z należących do mnie rzeczy, hyłoby mi daleko trudniej wybaczyć jej; znalazłszy wszakże wszystko w nieskazitelnym porządku, pomyślałam: ^
„Połóżmy krzyż na tym co się stało. Nie wyrządziła mi żadnej krzywdy: z jakiej racji miałabym żywić żal do niej?“
Jedna rzecz wszelako była zagadką dla mnie, szukałam też we własnym mózgu klucza do jej rozwiązania prawie tak samo uporczywie, jak Madame szukała w szufladach mojej toalety i w mojej szafce nitki, wiodącej do kłębka upragnionego poznania. W jaki sposób miało się to stać, że doktór John, o ile nie on był winowajcą rzucenia do ogrodu skrzynki z fiołkami i z bilecikiem, mógł dowiedzieć się tak od razu, że skrzynka została rzucona i tak szybko znalazł się na miejscu, aby ją odszukać, lak natrętnie narzucała mi się chęć uporania się z tym zagadnieniem, że zaczęłam rozwrażać śmiały zamiar.
— Dlaczego nie miałabym, o ile tylko nastręczyłaby się okazja po temu, zapytać o to wprost samego doktora Johna i zażądać od niego wyjaśnienia?
Dopóki też doktór John był nieobecny, byłam napraw dę przekonana, że nie zbraknie mi odwagi zwrócenia się do niego bezpośrednio z podobnym pytaniem.
Mała Georgetka była teraz rekonwalescentkg, i dlatego lekarz jej odwiedzał ją bardzo rzadko; może nawet zaniechałby całkowicie swoich wizyt, gdyby Madame nie zażądała od niego wpadania od czasu do czasu dopóki dziecko nie będzie zupełnie zdrowe.
Pewnego wieczora, wnet potem, kiedy wysłuchałam wyszczebiotanych łamaną angielszczyzną modlitw małej i położyłam ją do łóżeczka, weszła Madame do pokoju dziecinnego. Ująwszy Georgetkę za rączkę, rzekła:
„Cette en fant a toujours un peu de fievre — i, ogarnąwszy mnie bystrzejszym spojrzeniem, aniżeli było to jej zwyczajem, dodała: — „Le Docteur John l‘a-t-il vue dernierement? Non, n‘est-ce pas*).
Wiedziała o tym oczywiście lepiej niż ktokolwiek inny w domu.
— Wychodzę teraz — dodała — pour faire quelques courses en fiacre — pojadę dorożką, aby załatwić kilk — ’ spraw. — Wstąpię do doktora Johna i przyślę go do małej. Chciałabym, aby zbadał ją dzisiaj wieczorem jeszcze: dziecko ma mocno zaczerwienione policzki i zbyt przyśpieszony puls. Pani, miss Lucy, będzie musiała przyjąć go zamiast mnie. Nie będzie mnie w domu.
Ani się śniło. Dziecko było zdrowe, a zarumienione policzki miało z powodu upału lipcowego. Zupełnie tak samo nie zachodziła potrzeba posłania po księdza, aby namaścił ją przed śmiercią olejami, jak po doktora, aby zapisał jej jakieś lekarstwo. Z drugiej zaś strony Madame bardzo rzadko robiła,,courses“ — załatwiała sprawy
— wieczorem, a co wiącej, po raz pierwszy tego dnia zdecydowała się być nieobecną podczas wizyty doktora Johna. Wszystko to razem wskazywało na jakiś ukryty plan, jak zrozumiałam od razu. Nie budziło jednak we mnie żadnego niepokoju.

  • ) Dziecko ma wciąż jeszcze trochę gorączki. Czy doktór John widział ją ostatnio? Nie, prawda, że nie.

— i „Iia! ha! Madame! — śmiał się w duszy mojej żebrak Lekkoduch — przebiegłość i spryt łaskawej pani są na fałszywym tropie.
Odjechała, ustrojona bardzo elegancko, otulona kosztownym szalem, w kapeluszu koloru blado-zielonegovert tendre — dość ryzykownej barwy, dla wszelkiej innej cery mniej świeżej niż jej. Madame wszakże było w kapeluszu tym wcale dobrze do twarzy. Ciekawa byłam, jakie właściwie knuje zamiary: czy naprawdę przyśle doktora Johna czy nie; czy doktór przyjdzie rzeczywiście
— możliwe wszak, że będzie zajęty.
Madame poleciła mi, abym nie dała małej zasnąć przed wizytą doktora. Miałam wskutek tego dość zajęcia z opowiadaniem jej bajek i prowadzeniem z nią odpowiednich rozmów. Lubiłam Georgetkę; była wrażliwym, tkliwym dzieckiem; przyjemnością było dla mnie tulenie jej na moich kolanach czy noszenie jej na rękach. Tego wieczora żądała, abym położyła głowę na poduszce jej łóżeczka, zarzuciła mi nawet ramionka na szyję. Uścisk jej ciepłych, miękkich rączek i pieszczotliwe przytulenie się świeżego jej policzka do mojego, wzruszały mnie do łez nieledwie. Dom ten nie sprzyjał rozwijaniu się, ani okazywaniu, żadnych uczuć cieplejszych, tym słodsza była też dla mnie ta drobna czysta kropelka z nieskazitelnie kryształowej krynicy dziecięcego serduszka; docierała ona do głębi mojej duszy i wilżyła rosą wzruszenia moje oczy.
Minęło w ten sposób półgodziny czy godzina. Georgetka wyszeptała miękko seplenioną swoją angielszczyzną, że zaczyna być śpiąca:
— I powinnaś usncić — pomyślałam — malgre votre maman et le medecin — bez względu na twoją matkę i lekarza — o ile nie będą tutaj za dziesięć minut co najwyżej.
Trr!... Dzwonek... Po chwili zadudni* — kroki, ogłuszające klatkę schodową szybkością, z jaką przebiegały stopnie. Rozyna wprowadziła doktora Johna i ze swobodą, właściwą nie tyle jej samej poszczególnie, ile cechu jącą w ogóle służbę w Villette, stanęła na progu, aby Usłyszeć co doktór ma do powiedzenia. Obecność Madame zmusiłaby ją do wycofania 6ię do swojej loży, czy do przedsionka; mną, tak samo jak każdą inną z nauczycielek, nie krępowała się ani trochę. Szykowna, zręczna i zuchwała stanęła, wsunąwszy ręce w kieszonki eleganckiego fartuszka, oczkując na doktora Johna z tak samo niewzruszoną swobodą, jak gdyby był namalowanym obrazkiem, a nie żywym człowiekiem z krwi i kości.
— Le marmot n‘a rien, n‘est ce pas? — zapytała, wskazując ruchem głowy małą Georgetkę.
— Pas beaucoup — nic wielkiego — odparł doktór, gryzmoląc pośpiesznie na wyrwanej z receptariusza kartce niewinny jakiś przepis.
— Eh bien? — I cóż — zagadnęła go Rozyna, podchodząc tuż blisko do niego w chwili, kiedy odkładał swój ołówek. — A szkatułka? Znalazł ją pan doktór? Uciekł pan wtedy jak zmieciony; nie miałam czasu zapytać się.
— Znalazłem. Tak.
— Kto rzucił ją więc? — badała w dalszym ciągu Rozyna, wypowiadając z niezrównaną swobodą pytania, które ja sama tak bardzo pragnęłam zadać, nie miałam jednak ani zręczności, ani śmiałości zwrócenia się z nimi do niego. Jak krótką drogą, która innym wydaje się nieosiągalnie daleka, umieją niektórzy docierać do zamierzonego celu!
— Może jest to moja tajemnica — odparł doktór John krótko, bez cienia wyniosłości jednak. Zdawał się najzupełniej rozumieć cechy typowej gryzetki, jaką była fertyczna nasza odźwierna.
— Mais enfin — ostatecznie jednak — dodała niezrażona — pan doktór wiedział, że została rzucona, skoro przyszedł pan do nas szukać jej?! Skąd mógłby pan wiedzieć?
— Odwiedziłem właśnie małego pacjenta w męskim ko * ) Nic nie jest brzdącowi, prawda?
Iegium tuż obok i widziałem, jak wypadła z okna. Dlatego przyszedłem podn»eść ją.
— Jakie proste i naturalne wyjaśnienie całej sprawy! W liściku była w istocie wzmianka o „lekarzu który badał w danym momencie Gustawa“.
— Ah ęa! — bąknęła Rozyna z wyrazem rozczarowania — il ny a donc irien la — dessous: pas de rnystere, pas d‘amourette, par example?*)
— Pas plus que sur ma main**) — zapewnił lekarz, wskazując na swoją dłoń.
— Quel dommage! — westchnęła gryzetka — et moi, a qui tout cela commenęait a donner des idees.***)
— Vraiment? Vous en etes pour vos frais****) — zbył ją doktór ozięble.
Odęła wargi grymasem dąsu. Doktór uśmiechnął się z lekka na widok jej „moue“ — grymasu. — Opromieniona uśmiechem twarz jego przybrała dziwnie dobrotliwy wyraz. Dostrzegłam, że sięgnął ręką do kieszeni:
— Ile razy otwierała panienka drzwi dla mnie w tym miesiącu? — zapytał ją.
— Powinien był pan doktór zapisywać za każdym razem — odcięła się Rozyna.
— Naturalnie, nie miałbym nic imiego do roboty! — odpowiedział tym samym tonem, widziałam jednak, że wręczył jej złotą monetę, którą przyjęła bez skrupułów, a potem wybiegła tanecznym swoim krokiem, aby otworzyć komuś dzwoniącemu. Dzwonek wejściowy rozlegał się teraz co pięć minut. To służące przychodziły po swoje panienki — pół pensjonarki zakładowe.
Czytelnik nie powinien mieć zbyt złego wyobrażenia * ) O, nie ma więc nic w tym wszystkim?! 2adnej tajemnicy, żadnej miłostki, prawda? ** ) Nie więcej niż na mojej dłoni.

      • ) Jaka szkoda! A ja zaczęłam już roić na ten temat różne domysły.
      • ♦) Naprawdę! Nadaremnie więc się pani trudziła.

0 Rozynie; na ogół nie była typem ujemnym, nie miała tylko pojęcia, że może być coś uwłaczającego w wyciąganiu z gotowością ręki po wszystko, co w nią wpadało, ani też żadnego zuchwalstwa w paplaniu bezmyślnie jak sroka wobec najlepszego człowieka w całym Chrześcijaństwie.
Scena powyższa pouczyła mnie o jednym jeszcze poza sprawą samej skrzynki z kości słoniowej, o tym mianowicie, że nie właścicielka muślinowej sukienki, różowej czy popielatej, ani także eleganckiego fartuszka z falbankami i kieszonkami, bvła sprawczynią złamania sercc doktora Johna: ta stroina gryzetka ponosiła w równie małym stopniu winę, jak leżąca w łóżeczku w swoim bladoniebieskim szlafroczku mała Georgetka. Tym lepiej. Kogo iednak obciażała ta wina? Jaka była podstawTa, jakie źródło, jakie ostateczne wyjaśnienie całej tej sprawyr? Niektóre jej punkty zostały wyjaśnione, ileż jednak pozostaje w dalszym ciągu ciemnych jak noc?
— Bądź co bądź — powiedziałam sobie — nie może 1 nie powinno cię to nic obchodzić. To nie twoia sprawa. Odwróciwszy wzrok od twarzy, w którą nieświadomie wpatrzona byłam badawczo, spojrzałam przez okno, wychodzące na nołożony pod nim o „ród. Doktór, który stał przy łóżeczku małei, zaczął powoli wciągać rękawiczki, przysiadając sie dziecku przymykającemu już sennie oczki i rozchylającemu w regularnym oddechu różane usteczka. Czekałam na jego odejście po pośpiesznym, jak zazwvczai. skinięciu mi głową na pożegnanie i, co najwyżej, bąknięciu „dobranoc**. W chwili właśnie, kiedv uimował za kanelusz. oczy moie. utkwione w wysokich domach przytykających do ogródka, dostrzegły jedno wspomniane już okratowanie okienne uchylone ostrożnie; przez otwór wysunęła się czyjaś ręka i biała rękawiczka — obie dawałv wyraźnie znaki. Nie wiem, czv odpowiedź na to hasło została dana z jakiegoś niewidzialnego punktu własnego naszego gmachu mieszkalnego, bezpośrednio wszakże potem zawirował w powietrzu i upadł na ziemię wyrzucony przez owo uchylone okno drob ny lekki biały przedmiot — bilecik, tym razem drugi już z rzędu.
— Tam! — zerwało mi się mimo woli z ust.
— Gdzie? — żywo zapytał doktór Jobn, przyskoczywszy jednym susem do okna. — Co to bvło?
— Drugi raz to samo — odpowiedziałam — ręka zatrzepotała dając znak rękawiczką i coś upadło — dodałam, wskazując na okratowanie okna zamkniętego teraz na głucho i wyglądającego niewinnie ponad możność jakiegokolwiek zarzutu.
— Niech pani pobiegnie natychmiast, podniesie bilecik i przyniesie go tutaj — rozkazał, dodając: „na panią nie zwróci nikt uwagi, mnie zauważonoby od razu.”
Pośpieszyłam zbiec na dół bez oporu. Po krótkim szukaniu znalazłam złożoną ćwiarteczkę papieru, która utkwiła pomiędzy dolnvmi gałęziami jednego z krzewów; wzięłam bilecik i przyniosłam go bezpośrednio doktorowi Johnowi. Tym razem Rozyna nawet, jak sądzę, nie dostrzegła mnie.
Doktór podarł bilecik od razu na drobne kawałki, nie przeczytawszy go nawet.
— Proszę zapamiętać, że nie ma w tym ani trochę jej winy — rzekł, patrząc na mnie surowo.
— Czyjej winy? — zapyrtałam — O kim mowa?
— Nie wie pani więc nic jeszcze?
— Nie mam pojęcia.
— Nie domyśla się pani?
— Nie. Ani trochę.
— Gdvbym znał panią lepiej, niósłbym zaryzykować zwierzenie się pani i zapewnienie sobie tym sposobem jej opieki nad najniewinniejszą w gruncie rzeczy i nieposzlakowaną, ale nieco niedoświadczoną istotą.
— W roli duenny? — zapytałam.
— Tak — odpowiedział z roztargnieniem. — Jakież sidła zastawione są na nią! — dodał w zadumie. — W tej chwili, po raz pierwszy na pewrno, przyjrzał się uważnie, z niewątpliwym niepokojem mojej twarzy, aby przekonać się, czy życzliwszy jakiś błysk na niej będzie mu rękojmię trafnego polecenia mojej opiece i pobłażliwości owej uduchowionej eterycznej istoty, na której zgubę czyhać miały ciemne jakoweś moce. Nie czułam w sobie osobliwego powołania do podjęcia się tego rodzaju,,surveillance“ nad eterycznymi istotami, przypomniawszy sobie wszakże scenę w biurze dyliżansów, poczułam, że teraz ją z kolei winna jestem ówczesnemu mojemu opiekunowi wyświadczenie przysługi. 0 ile więc mogłabym oddać mu ją, gotowa jestem, nie ode mnie wszakże zależy sposób w jaki byłoby w mo jej mocy uczynić to. Możliwie mało wzdragając się, dałam mu więc do zrozumienia, że „gotowa jestem zrobić co bedzie ode mnie zależało, aby roztoczyć opiekę nad wszelką istotą, jaką mógłby interesować się.“
— Jestem zainteresowany jedynie jako obserwator — odparł ze skromnością, która wydała mi się czarująca. — Znam przypadkowo — dodał — niegodny charakter człowieka, który % przeciwległego domu dwukrotnie już zbezcześcić usiłował świętość tego miejsca; miałem również sposobność spotykania w towarzystwie ofiary niewczesnych jego zanedów. Je1’ niezrównana wyższość i wrodzona subtelność powinny — należałoby mniemać — odstraszyć impertynenta i pozbawić go od razu odwagi niegodziwego czynu. Nie jest tak jednak; pragnąłbym też z całej duszy, gdybym tylko mógł, ochronić tę niewinną, nie podejrzewającą nic istotę przed wszelkim złem. Osobiście wszakże nie jestem w mocy nic uczynić: nie mogę zbliżyć się do niej — dodał po chwili.
— Dobrze więc, gotowa jestem dopomóc panu, — panie doktorze — rzekłam — proszę jednak, niech mi pan wskaże w jaki sposób.
Szybko przebiegłam w myśli listę stałych mieszkanek zakładu, szukając pośród nich owego wzoru wszelkich cnót, owej perły bezcennej, owego klejnotu nieskalanego. Nie może to być nikt inny poza Madame — doszłam do wniosku — ona jedynie pośród nas wszystkich posiada sztukę wydawania się istotą wyższą; co się tyczy wszak że jej niedoświadczenia i jej łatwowierności... nie powinienby doktór John zbytnio trapić się tym. Skoro jednak taki jest jego kaprys, nie mam bynajmniej zamiaru przeczyć mu; niech się stanie jak chce — jego anioł pozostanie w jego mniemaniu aniołem.
— Proszę, niech pan zechce wskazać mi stronę, w którą skierować mam moją czujność — dodałam poważnie, z trudnością wszakże tając śmiech, jaki mnie ogarnął na myśl stania na straży cnoty samej Madame czy którejkolwiek z jej wychowanek.
Doktór John posiadał widocznie subtelne wyczucie nastrojów, od razu bowiem zrozumiał instynktownie to, czego nie wykryłby osobnik o grubszych nerwach — mianowicie, że bawi mnie z lekka on sam i cała sytuacja. Zarumienił się nagle, z pół uśmiechem odwrócił się i wziął kapelusz, zamierzając widocznie odejść. Serce zabiło we mnie żywiej.
— Dopomogę panu, tak, chcę panu dopomóc — pospieszyłam zapewnić go. — Zrobię wszystko czego tylko będzie pan życzył sobie. Będę czuwała nad pańskim aniołem, roztoczę opiekę nad ową ofiarą złych mocy, proszę mi tylko powiedzieć kto to taki.
— Ależ pani musi przecież wiedzieć — szepnął bardzo cicho, ale zupełnie poważnie. — Taka nieskalana! Taka idealnie dobra! Taka niewypowiedzianie piękna! — Nie podobna przecież, aby pod tym dachem przebywać miały dwie takie istoty. Mam oczywiście na myśli...
W tej samej chwili szczęknęła nagle klamka u drzwi pokoju Madame (sąsiadującego z pokojem dziecinnym), jak gdyby ręka, ujmująca za klamkę, wzdrygnęła się niespodzianie, i, równocześnie, rozległo się głośne, niemożliwe widocznie do powstrzymania kichnięcie. Drobne wypadki podobne wydarzają się każdemu z nas. Madame — niezrównana istota, była więc na posterunku! Powróciła do domu cichaczem, przekradła się na palcach do siebie na górę i była od dłuższego czasu już w swoim pokoju. Gdyby nie kichnęła, usłyszałaby wszystko. Tak samo usłyszałabym i ja. Nieszczęśliwa to kichnięcie nie w porę spłoszyło doktora Johna. Stał jeszcze oszołomiony, kiedy weszła, spokojna, opanowana, w najlepszym usposobieniu: ten tylko kto nie znałby jeszcze jej zwyczajów, mógłby uwierzyć, że powróciła do domu przed chwilą dopiero, ani przypuszczając, że ucho jej przyklejone było przez dziesięć minut co najmniej, do dziurki od klucza. Udała ponowne kichnięcie, oświadczając, że jest „enrhumee“ — zakatarzona — a potem zaczęła żywo wyliczać ile zdążyła załatwić, posługując się dorożką, t, par ses courses en fiacre“.
Rozbrzmiał dzwon, wzywający na modlitwę. Wyszłam, pozostawiając ją sam na sam z doktorem.
ROZDZIAŁ XIV
UROCZYSTOŚĆ
Gdy tylko Georgetka wyzdrowiała, wysłała ją Madame Beck na wieś. Przykro mi było; przywiązałam eię szczerze do dzieciny i rozstanie 6ię z nią uczy niło mnie uboższą, aniżeli czułam się przed jej odjazdem. Nie mogłam też mieć tyle towarzystwa ile sama chciałam. Wolałam jednak samotnosć. Każda z nauczycielek z kolei ofiarowała mi się na swój sposób z propozycją przyjaźni: badałam je jedną po drugiej. Jedna była kobietą zacną, ale poglądy jej były nazbyt ciasne, strona jej uczuciowa zbyt surowa, nazbyt samolubnie myślała wyłącznie 0 sobie. Następna z kolei była Paryżanką, zewnętrznie dość ogładzoną, zepsutą wszakże, wyzbytą wiary, zasad 1 uczuć serdeczniejszych; po zdrapaniu lekkiego zewnętrznego poloru towarzyskiego, ukazała się brudna, zabagniona, odstręczająca treść. Cechowała ją zwłaszcza pasja napraszania się na otrzymywanie podarunków. Pod tym względem bardzo podobna była do niej trzecia nauczycielka, osoba nieciekawa, bez charakteru, a przynajmniej bez wybitniejszych jego cech. Wyróżniał ją jedyny rys wybitny — posunięte do granic ostatecznych sknerstwo. Kochała pieniądze dla samych pieniędzy. Widok złotej monety rozpalał zielone, ciekawe do obserwowania błyski ogniste w jej oczach. Pewnego razu, chcąc okazać mi tym szczególne względy, zabrała mnie z sobą na górę do swojego pokoju, gdzie, otworzywszy tajemny schowek, pokazała mi skarb, na który składała się górka pięciofrankówek ogólnej wartości około piętnastu gwinei. Kochała ten skarb miłością ptaka do wyklutych przez siebie jajek. Były to jej oszczędności. Lubiła przychodzić do mnie, aby móc mówić o nich z upojnym, nie słabnącym ani na chwilę uwielbieniem, niezrozumiałym wręcz u osoby, nie mającej jeszcze ukończonych dwudziestu pięciu lat.
Paryżanka, wprost przeciwnie, była marnotrawna, rozrzutna i nierzetelna — — z natury przynajmniej — czy i w czynach także, nie miałam sposobności przekonać się o tym. Nierzetelność jej dała mi znać o sobie, wyzuwając bardzo ostrożnie na jaw swój łeb żmii. Dziwny wydał mi się płaz ten na pierwszy rzut oka; nowość jego widoku zaostrzyła moją ciekawość: gdyby wystąpił śmiało na widownię, potrafiłabym może filozoficznie pogodzić się z nim i obojętnie przyjrzałabym się mu w całej jego okazałości, od rozwidlonego języka do koniuszka łuszczastego ogona. Prześlizgnął się tylko jednak pośpiesznie pomiędzy kartkami lichej powieści i, przy pierwszym zetknięciu się z nieostrożnym przedwczesnym ujawnieniem gniewu na niego, tchórzliwie zwinął się w kłębek i umknął sycząc zjadliwie.
Paryżanka znienawidziła mnie od tego dnia.
Tkwiła zawsze po uszy w długach: wybierała stale naprzód swoją pensję nauczycielską, trwoniąc ją riie tylko na sprawianie wciąż nowych szmatek, ałe także na kupowanie perfum, kosmetyków, słodyczy i różnych łakoci. Jak zimną, nieczułą epikurejką była we wszystkich tych rzeczach! Widzę ją teraz wyraźnie przed sobą: szczupłą, o chudej, zapadniętej twarzy, o cerze bladej, niezdrowej, o regularnych rysach i nieskazitelnych zębach, o cienkiej jak nitka linii ust, szerokim, wystającym podbródku i zimnym, lodowatym wyrazie jasnych oczu. Śmiertelnie nienawidziła pracy, miłując jedynie to, co nazywała przyjemnościami i rozrywkami, a co w rzeczywistości było głupim, bezsensownym, bezcelowym marnowaniem czasu.
Madame Beck nie miała najmniejszych złudzeń co do wartości moralnej tej kobiety. Mówiła pewnego razu ze mną o niej z dziwnym połączeniem obojętności, surowej, potępiającej krytyki i nienawiści. Zapytałem wobec tego dlaczego trzyma ją w swoim zakładzie wychowawczym. dpowiedziała mi otwarcie, nie krępując się bynajmniej, że dogadza to jej interesom jako przełożonej. Mademoiselle St. Pierre posiada w niezrównanym wprost stopniu dar utrzymywania w karności najbardziej rozwydrzonych jednostek spośród uczennic. Wywiera na nie wpływ kamionujący nieledwie, i to w sposób niesłychanie spokojny, nie posługując się żadnymi środkami gwałtu. Nie podnosząc głosu, trzyma je w ryzach i skutecznie hamuje ich zapędy, podobnie jak mroźne powietrze skuwa i unieruchamia wezbrane gwałtownie wody potoku.
„Je sais bien ąuelle n‘a pas de principes, ni peut-etre de moeurs ) — przyznała Madame szczerze wyjaśniając filozoficznie: — „son maintien en classe est toujours conrenable et rempli nieme d‘une certaine dignite; c’est tout ce qu il faut. l\i les eleves ni les parents ne regardent plus loin, ni, par consequent, moi non plus.**)
Zabawny, hałaśliwy, pełen pustoty światek zaludniał szkołę Madame Beck: uczynione tu wszystko, aby kwiatami zamaskować ogniwa łańcuchów niewoli, krępującej swobodę wychowanek; subtelny duch papizmu przenikał wszystkie urządzenia: jako przeciwwagę nakładanych na dziewczątka silnych hamulców, zgadzano się stosować większą pobłażliwość na punkcie zadowolenia ich potrzeb zmysłowych (o ile można tak wyrazić się). Umysł każdej z młodych dziewcząt był zaprawiany do ulegania pętom niewoli, aby jednak nie dopuścić do zbędnego rozmyślania nad tym faktem, korzystano z każdego pretekstu zaprzątania ich uwagi cielesnymi rozrywkami, których miały też pod dostatkiem. I tutaj, tak samo jak na innych punktach, dążył Kościół do urabiania swoich wy * ) Wiem dobrze, że nie ma ona żadnych zasad, ani może nawet obyczajności.
’*) Jej zachowanie się w klasie jest zawsze przyzwoite, a na* wet pełne godności poniekąd; to wszystko czego potrzeba. Ani rodzice, ani uczennice nie patrzą dalej, ani też, tym samym, i ja również. chowanek na silne fizycznie, acz słabe duchowo jednostki, krzepkie, tęgie, wesołe, jak najmniej myślące i wiedzące, nie interesujące się niczym. „Jedzcie, pijcie i żyjcie!“ — oto jego hasło w stosunku do nich — „hartujcie i umacniajcie wasze ciała, a troskę o dusze wasze pozostawcie mnie. Sprawuję nad nimi pieczę, kieruję nimi, odpowiadam za ich los.“ Układ taki uważa każdy wierzący katolik za korzystny dla siebie. Lucyper ofiaruje takie same warunki:,,Dam ci maximum władzy tutaj na ziemi, zapewnię ci sławę jaką tylko posiąść możiia i jaka może być czyimkolwiek udziałem. 0 ile więc zgodzisz się wielbić mnie, wszystko to będzie twoje“.
W tym czasie — wśród pełnego rozkwitu lata — dom Madame Beck stawał się miejscem tak wesołym, jakim szkoła zasadniczo być powinna. Przez cały dzień wielkie paradne drzwi wejściowe stały szeroko otworem, słońce było tutaj towarzyszem nieodstępnym, chmury rozstąpiły się i jak gdyby znikły z widnokręgu, ginąc poza linią morza i sadowiąc się najprawdopodobniej ponad wyspami takimi jak Anglia — droga nasza kraina mgieł. Ponad suchym lądem stałym nie było ich ani śladu. Mieszkaliśmy wszyscy bardziej w ogrodzie niż pod dachem; w grand berceau odbywały się nie tylko lekcje i wykłady, ale spożywano tu również posiłki. Przygotowywanie się do wielkich ferii letnich zaznaczało się przeistoczeniem swobody w rozkiełznanie nieledwie. Jesienne długie ferie rozpoczynały się już za dwa miesiące, przed tym wszakże miało odbyć się wielkie doroczne święto — fete de Madame — obchodzone obyczajem katolickim imieniny przełożonej.
Główną aranżerką całego obchodu była Mademoiselle St. Pierre. Madame, jako solenizantka, trzymała się z dala, udając nawet nieświadomą będących w pełnym toku przygotowań, jak gdyby nie interesując się wcale nimi. Nade wszystko zaś nie wiedziała, ani nawet nie podejrzewała jakoby, że w całp — szkole zbierano składki pieniężne na zakupienie odpowiednio wspaniałego corocznego podarunku. Wrodzony takt łaskawego czytelnika pozwoli mu wykreślić z pamięci krótką, tajemną naradę, odbytą w tej materii we własnej sypialni Madame.
— Co chciałaby pani dostać w tym roku? — zagadnęła ją paryska jej adiutantka.
— O, to nie ważne! Dajmy temu spokój! Pozwólmy biednej dziatwie zatrzymać swoje grosze — rzekła Madame ze skromnie dobrotliwym uśmiechem.
Mademoiselle St. Pierre, znająca Madame na wylot, wysunęła dolną szczękę; dla takiego skromnie dobrotliwego wyrazu przełożonej — „son air de bonte“ miała jedną tylko pogardliwą nazwę „des grimaces“ — udawanie. — Jej samej nie przychodziło na myśl udawać przez chwilę bodaj, że wierzy w szczerość Madame.
— Vite! — prędko — wołała oschle. — Niech pani wymieni ten przedmiot. Czy ma to być coś z biżuterii, czy z porcelany, srebra, towarów łokciowych lub szmuklerszczyzny?
— Eh bien! Deux ou trois cuillers et autant de fourchettes en argent.*)
Wynikiem tej rozmowy była ładna kasetka, zawierająca nakrycia srebrne za trzysta franków.
Program uroczystości tego dnia obejmował; Ofiarowanie prezentu, spożycie drugiego śniadania w ogrodzie, przedstawienie teatralne, w którym nauczycielki i uczennice występowały jako wykonawczynie ról, tańce i odświętną wieczerzę. Program ten wydał mi się prawdziwie imponujący — pamiętam dobrze wrażenie jakie na mnie wywarł. Zelie St. Pierre znała się na urządzaniu tych obchodów i aranżowała je po mistrzowsku.
Punktem kulminacyjnym było przedstawienie, wymagające całego miesiąca uprzednich przygotowań. Wybór aktorów musiał być dokonany ze szczególną starannością, po czym dopiero następowały lekcje dykcji, ruchów i wreszcie praca przy nieskończonych próbach. Jak łatwo domyśleć się, nie wystarczyłaby na podołanie temu wTszy * ) A więc: dwie czy trzy łyżki srebrne i tyleż srebrnych wi» delców. stkiemu sama tylko Zelie St. Pierre: niezbędne było innego jeszcze rodzaju znawstwo, inne talenty niż te, jakimi rozporządzała wszechstronna Paryżanka. Posiadał je, na szczęście, jeden z wykładowców, Mr. Paul Emmanuel, profesor literatury. Nie udało mi się nigdy być obecną na prowadzonych przez niego wykładach sztuki aktorskiej, często jednak widywałam go, przechodzącego przez tarre (jak już zaznaczyłam, zwano tak czworoboczny przedsionek, oddzielający dom mieszkalny od pomieszczeń szkolnych). Czasem też, w ciepłe wieczory, słyszałam przez otwarte drzwi wykłady Mr. Paula. Ze wszystkich stron także wpadało mi w uszy odmieniane przez wszystkie przypadki imię jego oraz opowiadane o nim anegdoty. Panna Ginevra Fanshave zwłaszcza, powołana do odegrania głównei roli w sztuce, zwykła, spędzając ze mną znaczną część wolnych godzin, szpikować swoje rozmowy i opowiadania częstymi wzmiankami o jego sposobie wyrażania się.
Uważała go za potwornie brzydkiego, zapewniając, że sam dźwięk jego głosu i echo jego kroków, są zdolne doprowadzić ją do histerycznego wstrząsu. W rzeczywistości był drobnym, smagłym człowiekiem, uszczypliwym i ponurym. I mnie również wydawało się wszystko w nim niemile szorstkie: jego ostrzyżone przy samej skórze czarne włosy, jego szerokie, blade czoło, zapadnięte, chude policzki, szerokie, nerwowo drgające nozdrza, gorączkowo pośpieszne ruchy i ostre, świdrujące spojrzenie. Był niesłychanie drażliwy: można to było wyczuć z burkliwej gwałtowności, z jaką rzucał krytyczne uwagi o grze pozostających pod jego rozkazami nieudolnych artystekamatorek. Nie rzadko też doprowadzały go one do wybuchów zniecierpliwienia fałszywym ujmowaniem myśli autora, oschłością interpretacji, brakiem uzdolnienia artystycznego.
„Ecoutez! — grzmiał w najwyższej irytacji. — Vous n‘avez pas de passiona vous autres? Vous ne sentez donc rien? Votre chaire est de neige, votre sang de glace?
Moi, je veux que tout cela s‘allume, qu‘il ait une vie, une amo!“*)
Daremne usiłowania! A kiedy wreszcie przekonał się, że są daremne, dał nagle wszystkiemu za wygranę. Próbował pierwotnie wyuczyć je wielkiego utworu tragicznego; doprowadzony do ostateczności, podarł egzemplarz tragedii na strzępy i nazajutrz zjawił się ze scenariuszem jakiejś farsy. Przypadła im ona bardziej do smaku, łatwiej mu też było wdębić ją w okrągłe, gładkie ale jakże twarde ich łepki.
Mademoiselle St. Pierre bywała stale obecna na lokcjach pana Paula Emmanuela, dochodziły też mnie wieści, że zjednywały go jej wielce dystyngowane maniery, jej wsłuchiwanie się w jego wykład z pozornym przejęciem, jej takt i wdzięk, jak mu się zdawało, wrodzony. Posiadała w istocie dar podobania się zrazu każdemu, komu chciała podobać się; nie trwało to jednak długo: zachwyt dla niej wysychał jak rosa, rozwiewał się i uiatywał jak babie lato.
Wigilia dnia imienin Madame była prawie tak samo świętem, jak dzień właściwej uroczystości. Poświęcano ją na uprzątanie, urządzanie i dekorowanie trzech sal szkolnych. Panowało w nich niezwykle gwarne, wesołe ożywienie: ani na górze, ani na dole niepodobieństwem było dla osoby szukającej samotności znaleźć jeden chociażby odpowiedni dla siebie zaciszny kącik. Ja, na przykład, zmuszona byłam szukać schronienia w ogrodzie. Przez cały dzień przechadzałam się tam, lub przesiadywałam samotnie, grzejąc się w blaskach słońca, znajdując miły cień pośród drzew. Za jedyne towarzystwo miałam własne myśli, które wystarczały mi jednak. Dobrze pamiętam, że dnia tego nie zamieniłam dwóch zdań nawet z * ) Słuchajcie! Czy nie jesteście zdolne do żadnych uczuć go* rętszych? Nie czujecie nic? Wasze ciało jest ze śniegu, krew wa» sza zlodowaciała! Chcę aby wszystko to rozpaliło się, aby miało życie, duszę! żadną żywą duszą, samotność nie ciążyła mi jednak. Byłam rada spokojowi, jaki mnie otaczał. Dla postronnego widza wystarczało raz lub dwa przejść przez pokoje szkolne, aby przekonać się jakie zmiany zostały w nich dokonane, jak przeistoczono jedną z sal w pięknie zielenią udekorowaną widownię, tuż obok której zarezerwowano miejsce na szatnię; w głębi widowni była specjalnie zbudowana na podobne okazje scenka z odpowiednimi kulisami. Mr. Paul Emmanuel oraz Mademoiselle St. Pierre objęli naczelne kierownictwo, a doborowy zespół uczennic pracował gorliwie pod ich przewodem.
Nadszedł wreszcie wielki dzień. Słońce wstało gorące, niebo było bez jednej chmurki i takie pozostało aż do wieczora. Wszystkie drzwi i wszystkie okna były otwarte na oścież, co nadawało wnętrzu miły charakter letniej swobody; najzupełniejsza dowolność zdawała się w istocie głównym hasłem dnia. Nauczycielki i uczennice zjawiły się na śniadanie w szlafroczkach i zakręconych papilotach: myśląc „avec dćlices“ — z rozkoszą — o swoich toaletach wieczorowych, zdawały się lubować rzadko udzielanym im prawem zaniedbania w stroju w ciągu całego przedpołudnia, ni to radni miejscy, poszczący przez cały dzień, aby godnie przygotować się do czekającego ich wieczorem bankietu. Około dziewiątej z rana dano nam znać o przybyciu osobistości, sprawującej funkcję osobliwie doniosłą — „du coiffeur“ — fryzjera. Było to może świętokradztwem, stwierdzić wszakże należy gwoli prawdzie, że główną swoją kwaterę rozbił on w kaplicy, aby tutaj, w obecności,,benitier“ — kropielnicy świec i krucyfiksu, odprawiać misteria swojej sztuki. Każda z dziewcząt wzywana była kolejno, aby przejść przez jego ręce, z których wyłaniała się z główką gładką jak z pudełeczka, przedzieloną nieskazitelnie geometryczną linią przedziału i oplecioną dokoła greckimi warkoczami, lśniącymi, jak gdyby były świeżo polakierowane. I ja z kolei wraz z innymi poddałam głowę moją zabiegom czarodzieja, który okazał się nim w istocie, kiedy bowiem, wydostawszy się z jego rąk, spojrzałam do lustra, nie mogłam wręcz uwierzyć w metamorfozę, jaką mi ono odzwierciadliło: tak dalece zdumiewające było bogactwo loków, uwitych z ciemnych moich włosów, że budziło obawę czy wszystkie one wyrosły naprawdę na mojej głowie, nie uspokoiłam się też dopóki mocne kilkakrotne pociągnięcie za nie w rozmaitych miejscach i kierunkach nie przekonało mnie, że obawy te są płonne. Musiałam wobec tego przyznać, że fryzjer jest pierwszorzędnym artystą, zdolnym wyczarować cuda z najmniej wdzięcznego nawet materiału.
Po zamknięciu kaplicy stały się sypialnie miejscem dokonywania podstawowych obrządków stroju, zaczynając oczywiście od obfitych, gruntownych ablucji. Było i będzie dla mnie zawsze zagadką, w jaki dzieje się to sposób, że kobiety poświęcają tak wiele czasu na zabiegi toaletowe, osiągając w zamian tak nikłe stosunkowo rezultaty? Praca ich na tym punkcie wydawała mi się tego dnia zwłaszcza tak bardzo skomplikowana, długotrwała, a wynik tak bardzo skromny! Świeżo oddana z prania — albo nowa — biała muślinowa sukienka, błękitna szarfa (kolory Matki Boskiej), para białych, czy koloru słomkowego skórkowych rękawiczek — taki był strój galowy, którego wdzianie kosztowało każdą z naszych nauczycielek i wychowanek trzy bite godziny.
Przyznać jednak należy, że, jakkolwiek skromny, był strój ten niezrównany pod względem zręczności i dokładności odrobienia, świeżości i wdzięku, jaki nadawał każdej postaci. Że zaś każda główka była uczesana w sposób idealnie twarzowy, odpowiadający zaokrąglonym zarysom ogólnej sylwetki tych rodowitych z krwi i kości Labassecouriennes — może nieco ciężkawych dla lubujących się w bardziej zwiewnym uroku — był efekt ogólny wcale pociągający.
Patrząc na jasnowłosą, przeważnie biało ubraną gromadkę, poczułam — dobrze to pamiętam — że muszę, w zestawieniu z nią, sprawiać wrażenie ciemnej plamy na nieskalanie śnieżnym tle, brakło mi jednak odwagi pójścia w ich ślady i ustrojenia się w przejrzystą białą sza tę. Z konieczności oczywiście musiałam wdziać na siebie coś lekkiego, cienkiego: zbyt gorąco było na wszelkie grubsze materiały — przeszukałam też starannie tuzin sklepów co najmniej, aby wreszcie natrafić na rodzaj cienkiej krepy w popielato-różowawym odcieniu, przypominającym barwę a raczej bezbarwność mgły, spowijającej wrzosowisko w pełnym rozkwicie.
Moja tailleuse — krawcowa — życzliwie nie pożałowała trudu, aby zrobić z tego materiału co tylko się dało, jak słusznie bowiem zauważyła, był on „si triste, si peu voyant“ — taki smutny, tak mało jaskrawy — że należało podwójny nacisk położyć na staranność kroju i odrobienia. Dobrze się stało, że była ona tego zdania, ja sama bowiem nie posiadałam nic: ani kwiatka, ani klejnotu, aby ożywić tę przytłumioną, nikłą całość. Nade wszystko jednak nie posiadała cera moja naturalnego zabarwienia różowego, stanowiącego najkorzystniejsze tło ogólne każdego stroju.
Braki takie nie rzucają się nam tak bardzo w oczy i nie dają znać o sobie w codziennej rutynie obowiązków, narzucają się jednak naszej świadomości w sposób nader niemiły, ilekroć szczególna jakaś okazja domaga się osobliwego uświetnienia ogólnej naszej aparycji.
Muszę przyznać wszelako, że ja, osobiście, czułam się w tej ciemnej — w zestawieniu z ogólną białością — sukni dziwnie swobodnie i swojsko, jak na pewno nie czułabym się w żadnym stroju jaśniejszym, ani barwniejszym. Dotrzymywała mi pod tym WTzględem towarzystwa sama Madame, której suknia była prawie w takim samym spokojnym odcieniu jak moja, poza tym, że zdobiła ją bransoleta oraz wielka, złota, wysadzana pięknymi drogimi kamieniami brosza. Spotkałyśmy się przypadkowo na schodach. Skinęła przyjaźnie głową na mój widok i uśmiechnęła się z uznaniem. Nie dlatego, aby miała uważać, że jest mi w moim stroju szczególnie do twarzy — trudno przypuścić, aby mogło ją to tak bardzo interesować — uważała wszelako, że jestem ubrana,,convenablement“ i „decemmetit“ — odpowiednio i przyzwoicie — a Odpowiedniość i Przyzwoitość były głównymi bożyszczami, jakim hołdow-ała nade wszystko. Zatrzymała się nawet, położyła mi na ramieniu urękawiczkowaną rękę, w której trzymała haftowaną, uperfumowaną chusteczkę i szepnęła mi do ucha sarkastyczną uwagę o innych nauczycielkach (którym przed chwilą prawiła komplementy z racji korzystnego ich wyglądu). — Nie istnieje nic równie niedorzecznego — rzekła
— jak sposób ubierania się „des femmes mures — kobiet dojrzałych — tak samo, jak ubierają się piętnastoletnie podlotki. „Quant a la St. Pierre, elle a l‘air d‘une vieille coąuette, qui fait l‘ingenue“.*)
Będąc zupełnie gotową o parę godzin wcześniej od wszystkich innych, udałam się z przyjemnością — nie do ogrodu, gdzie służba zajęta była ustawianiem długich stołów na kozłach, przynoszeniem krzeseł i ławek i nakrywaniem do kolacji — ale do pokojów szkolnych, w tej chwili pustych zupełnie, cichych, przewiewnych i czystych; ściany ich były świeżo wymalowane, posadzki zaciągnięte, wry froterowane i pachnące woskiem; w każdym kącie pełno kwitnących roślin w wielkich donicach; założone wczoraj dopiero czyste firanki pięknie udrapowane były przy wielkich oknach.
Cofnąwszy się do pierwszej klasy, mniejszego i jeszcze milszego pokoju, niż oba pozostałe i, wydostawszy z oszklonej szafki, od której klucz był stale w moim posiadaniu, książkę o ciekawie zapowiadającym się tytule, usiadłam, aby móc czytać ją w spokoju. Oszklone drzwi tej sali szkolnej prowadziły wprost do wielkiego berceau; gałęzie akacji zwisały na szyby, sięgając aż do krzewu różanego, kwitnącego przy balustradzie przeciwległego okna. Wśród gałęzi tego krzewu uwijały się z radosnym brzękiem znęcone miodnym zapachem pszczoły. Zaczęłam czytać. W tej chwili właśnie, kiedy ciche pobrzęki * ) Co się tyczy panny St. Pierre, wygląda ona jak stara zalot* nica, udająca niewiniątko. wanie pracowitych owadów, miły cień, utworzony przez splecione gałęzie, ciepły, samotny spokój mojego schronienia zaczęły mącić dla mnie znaczenie przebieganych oczami kart i odrywać od nich moia uwagę, skierowując ją po manowcach marzeń ku dalekiej krainie wyśnionej
— w tej samej chwili przywrócił mnie do przytomności najostrzejszy dźwięk dzwonka przy drzwiach wejściowych, jakim rozbrzmiewał kiedykolwiek ten stale nad miarę tarmoszony instrument.
Dzwonienie nie przestawało alarmować przez cały ranek: robotnicy, służba, coiffeur, tailleuses, raz w raz przychodzili i wychodzili. Nie było nadto powodu przypuszczać, aby to alarmowanie miało ustać i w godzinach popołudniowych także, spodziewano się bowiem przybycia powozami, karetami i dorożkami setki jeszcze uczennic pozamiejscowych. Nie można było również liczyć na zamilknięcie dzwonka i w ciągu wieczora nawet, kiedy licznie gromadzić się będą rodzice uczennic i znajomi ich, zaproszeni na przedstawienie. W tych warunkach był najostrzejszy nawet dźwięk dzwonka rzeczą najzupełniej naturalną, a jednak poszczególny odgłos ten miał wyjątkowy charakter, który od razu stargał i rozproszył przędziwo moich rojeń, każąc mi wzdrygnąć się lękliwie, przy czym książka stoczyła się z moich kolan na podłogę.
Nachyliłam się, aby ją podnieść, kiedy rozległ się — silny, szybki, stanowczy krok męski, zdążający w moją stronę wprost przez przedsionek, kurytarz, carre, przez pierwszy, potem przez drugi oddział i przez wielką salę. Zamknięte drzwi pierwszej klasy, w której znalazłam schronienie, nie stanowiły przeszkody dla przybywającego, rozwarły się bowiem mocno znać szarpnięte, w ich otworze ukazało się palto i „bonnet grec“ — rodzaj wydłużonego beretu — a para błyszczących oczu rozejrzała się w pierwszej chwili niepewnie, wnet wszakże wpiła się żądnie w moją twarz. . „C‘est cela! — zawołał szorstki głos. — Je la connais; VAnglaise. Tant pis. Toute Anglaise, et par conseąuent, toute begueule qu‘elle soit — elle fera mon affaire, et je saurai pourąuoi.*).
I wnet potem, z poważną uprzejmością (wyobrażał sobie widocznie, że nie doszły moich uszu jego niezbyt uprzejme pomruki) zwrócił się do mnie i najpotworniej zniekształconą angielszczyzną bąknął: Miss... musi pani grać! Nie ruszę się stąd!
— Czym mogę służyć panu, Mr. Paul? — zapytałam. Był to Mr. Paul we własnej osobie, w stanie większego podniecenia niż kiedykolwiek.
— Musi pani grać. Nie może pani wTykręcać się, ani grymasić, ani udawać skromnisi. Przejrzałem panią na wylot zaraz pierwszego wieczora, kiedy pani zjawiła się tutaj. Widzę pani moyens — środki —; potrafi pani grać, musi pani grać.
— O czym pan mówi, Mr. Paul?! Nie rozumiem pana.
— Nie ma czasu do stracenia — mówił, a raczej trzepał dalej po francusku — musimy rzucić do licha wszelkie wahania, wykręty, wszelką minoderię. Musi pani przejąć rolę.
— W wodewilu?!
— W wodewilu. Nareszcie zrozumiała pani.
Zaparło mi oddech z przerażenia. 0 czym ten człowiek mówi?
— Niech pani posłucha! — rzekł. — Wyjaśnię pani, o co idzie, a pani odpowrie „Tak!“ albo „Nie!“ — i, zależnie od odpowiedzi pani, będę wiedział co mam o pani myśleć.
Policzki jego płonęły opanowanym z trudnością podnieceniem, najwyższym, do jakiego zdolna była jego niesłychanie pobudliwa, zapalna natura; oczy jego rzucały ostre błyski. Nie mogło ulegać wątpliwości, że wszelka, nie odpowiadająca jego zamierzeniom, niemiła mu decyzja, wszelkie opieranie się, wahanie, a nade wszystko * ) Tak. Ona właśnie. Znam ją: to Angielka. Tym gorzej. Cho* ciaż jest Angielką, a tym samym skromnisią — nada mi się i bę* dę wiedział dlaczego. odmawianie i nie uleganie mu, możedoprowadzić g^do wybuchu niepohamowanej gwałtowności. Jedynym, co mogło jako tako ukoić jego wyburzenie, było zachowanie milczenia: nie przerywając mu też ani jednym słowem, słuchałam.
— Wszystko wali się, grozi przegraną na całej linii — zaczął. — Luiza Vanderkelkov rozchorowała się — tak przynajmniej utrzymuje jej śmieszna, niedorzeczna matka; ja osobiście pewien jestem, że mogłaby grać, gdyby chciała; brak jej dobrej woli jedynie. Miała odegrać główną rolę, jak pani wiadomo, albo może nie wiadomo
— mniejsza o to zresztą: bez tej roli cała sztuka jest nie do pomyślenia. Pozostało już teraz parę godzin tylko do wyuczenia się jej; nie podobna byłoby przekonać ani jednej z dziewcząt w całej szkole, nie podobna byłoby przemówić żadnej do rozsądku, aby zgodziła się podjąć tego zadania. Prawdą a Bogiem nie jest to rola ani interesująca, ani przyjemna; ich nędzny amour propre — miłość własna — ta marna właściwość, która w tak wysokim stopniu cechuje kobiety, wzdrygnęłaby się przed podobną decyzją. Kobiety angielskie bywają bądź najgorsze, bądź najlepsze spośród przedstawicielek swojej płci. Dieu sait que je les deteste comme la peste ordinairement*) — mruknął przez zęby. — Zwracam się więc po ratunek do kobiety angielskiej. Co mi ona odpowie? Tak? czy — Nie?
Tysiące najsłuszniejszych sprzeciwów wołało głośno „nie!‘ w moim mózgu. Obcy język, krótki czas na wyuczenie się, wystąpienie publiczne... Wrodzone usposobienie moje wzdrygało się, poczucie własnych możliwości kazało mi cofnąć się, szacunek dla siebie samej, czy miłość własna (ta nędzna właściwość) powstrzymywały mnie całą siłą. „Non, non, non!“ — Nie, nie, nie! — burzyło się to wszystko, kiedy wszakże spojrzałam na Mr. Paul‘a i z jego rozpłomienionych, badawczo utkwionych we mnie * ) Bogu jedynie wiadomo, że nienawidzę ich zazwyczaj jak zarazy. oczu wyczytałam, poza groźbami, jakie ciskały, prośbę błagalną, zerwała się z warg moich odpowiedź: „tak!“ — „Oui!“..,.
Na chwilę sztywność i napięcie jego rysów złagodniały, ustępując miejsca wyrazowi zadowolenia, rozpromienienia nawet. Wnet jednak opamiętał się i przybrał ponownie ton władczy.
— Vite a l‘ouvrage! — szybko do roboty! — Oto książka pani, proszę czytać.
Zaczęłam czytać. Nie robił żadnych uwag, przy niektórych tylko ustępach pomrukiwał gniewnie i niecierpliwie uderzał obcasem o podłogę. Potem on sam odczytał mi całość. Usiłowałam pilnie naśladować go. Była to bardzo niesympatyczna rola — mężczyzny — pustogłowego fanfarona. Nie podobna było włożyć serca ani duszy w odtworzenie tej postaci: znienawidziłam ją od pierwszego razu. Cała sztuka — krotochwila raczej — obracała się dokoła zabiegów, czynionych przez dwóch rywali o zdobycie ręki pięknej zalotnicy. Jeden z nich przezwany był „Niedźwiedziem*4! Był to zacny i dzielny, ale nieogładzony prostak, coś w rodzaju nieoszlifowanego brylantu; drugi — płochy wietrznik, pyszałek i przeniewierca: tym wietrznikiem, pyszałkiem i przeniewiercą miałam być ja właśnie.
Robiłam co było w mojej mocy — wiedziałam, że było to niewiele — mój sposób odtwarzania wywołał jednak niezadowolenie Mr. Paula, który zaczął wyraźnie pienić się. Zdwoiłam wysiłki, dzięki czemu udało mi się przewyższyć własne możliwości. Przypuszczam, że moja dobra wola zdołała przejednać surowego krytyka. Oświadczył, że jest nawet zadowolony po części. — „ęa ira! ‘ — pójdzie! — zawołał, że zaś z ogrodu zaczęły dolatywać liczne głosy, a białe suknie migały raz w raz pośród drzew, dodał: „Musi pani wycofać się; musi pani być zupełnie sama, aby nauczyć się swojej roli. Proszę iść za mną!
Nie pozostawiwszy’ mi ani możności ani czasu do namysłu, porwał mnie w tej samej chwili z gwałtownością wichru za sobą na górę po dwóch — nie, po trzech pię trach schodów (zapaleniec ten zdawał się, wiedziony instynktem, odnajdywać drogę wszędzie, aż wreszcie zataszczył mnie na samotne, wysokie poddasze, wepchnął do wTnętrza i zamknął mnie w nim na klucz, który wsunął do swojej kieszeni, poczem znikł momentalnie.
Poddasze nie było miłym miejscem: przypuszczam, że on sam nie wiedział jak bardzo niemiłym, nie zamknąłby mnie w nim bowiem tak bez wszelkich ceremonii. W ten upalny letni dzień panował tam żar afrykański; w zimie, przeciwnie, była tu istna Grenlandia. Całe poddasze wypełnione było mnóstwem skrzyń i wszelkiego rodzaju rupieci; stare, wyszłe z użycia suknie zawieszone były na niemalowanych ścianach, pajęczyny zasnuły nieomiataną nigdy powałę. Wiadomo było, że zagnieździły się tam szczury, czarne karaluchy i chrząszcze, a nawet, wedle podawanej z ust do ust legendy miano spotkać tu raz upiorną zjawę mniszki, zwykłej krążyć po ścieżkach ogrodu jedynie. Ciemność zaległa jedną część tego poddasza, oddzieloną, jak gdyby dla spotęgowania jej tajemniczości, grubą zgrzebną kotarą, która służyć miała za rodzaj osłony dla zimowych okryć, zwisających każde ze swojego gwoździa, niby złoczyńca z baka szubienicy. Utrzymywano, jakoby mniszka ukazywać się miała spośród tych okryć, spoza kotary. Nie wierzyłam temu, nie budziła też we mnie lęku myśl o podobnej możliwości, wystraszył mnie, natomiast, widok bardzo ciemnego, opasłego szczura z długim ogonem, wysuwającego się chyłkiem z mrocznej alkowy; a bardziej jeszcze przeraziło mnie dostrzeżenie czarnych karaluchów pstrzących ruchomymi ciemnymi plamami podłogę. Te akcesoria mojego zamknięcia wyprowadziły mnie bardziej z równowagi, aniżeli rozsądek pozwoliłby mi przyznać się do tego. Nie mniej gnębiąco podziałał na mnie kurz, zaśmiecenie, zaduch i spiekota, jakie panowały tu wszechwładnie. Te ostatnie warunki zaciążyłyby mi rychło w sposób nie do zniesienia, gdyby nie udało mi się szczęśliwie odemknąć i podeprzeć otworu w powale, a tym samym umożliwić częściowy przynajmniej dopływ świeżego powietrza. Pod ten otwór podsunęłam sporych rozmiarów pustą skrzynię, na niej umieściłam mniejszą skrzynkę, jako tako starłam z obu pokrywające je pokłady kurzu, zebrałam ostrożnie dokoła siebie fałdy mojej sukni (mojej najlepszej sukni, zapamiętać winieneś, łaskawy czytelniku i dlatego przedmiotu usprawiedliwionej mojej troski o nią) i wdrapałam się na ten chwilowy nie nazbyt pewny tron. Usadowiona na nim wreszcie, zabrałam się do przyswojenia sobie tekstu roli. Ucząc się, nie zapominałam równocześnie o konieczności zwracania bacznej uwagi na zagrażające mi zewsząd czarne karaluchy, których bałam się bardziej jeszcze śmiertelnie niż szczurów.
Pierwrszym moim wrażeniem było, że to, czego podjęłam się, okaże się dla mnie niemożliwym do wykonania, z tym większą też stanowczością i energią postanowiłam zrobić co będzie w mojej mocy, z góry zrezygnowana, że wynik moich usiłowań może być żałosny. Rychło wszakże przekonałam się, że jedna część tej bardzo krótkiej zresztą sztuki nie będzie zbyt trudna do pamięciowego opanowania w ciągu paru pozostających mi godzin, zaczęłam też uczyć się jej z początku szeptem, potem głośno. Zupełnie zabezpieczona przed ludzkimi uszami i oczami, śmiało odgrywałam moją rolę wobec zaludniającego poddasze robactwa. Przejąwszy się pustotą, płochością i zakłamaniem postaci, którą miałam odtworzyć i którą w gruncie rzeczy pogardzałam, zemściłam się na tym fanfaronie, obłudniku i zarozumialcze możliwym podkreśleniem, uwydatnianiem i spotęgowaniem jego zarozumialstwa, fanfaronady i obłudy.
Na tych usiłowaniach upłynęło mi całe popołudnie: zmierzchało się już, że zaś nie jadłam nic od rana, zaczął coraz mocniej doskwierać mi głód. Przyszła mi na myśl wieczerza, którą niewątpliwie raczono się już na dole wt ogrodzie. (Widziałam, przechodząc przez przedsionek, koszyk pełen „Pates a la creme“ — ciastek z kremem — ponad które nie istniał w moim pojęciu żaden bardziej ponętny przysmak). Byłby on w tej chwili bardzo a propos
— pożądany — powiedziałam sobie, w miarę też wzma gania się mojej tęsknoty za owymi pates, uświadamiałam sobie z coraz większą goryczą jaką niesprawiedliwością jest głodzenie mnie i zamvkanie w więzieniu w dniu tak uroczystym. Mimo że poddasze było znacznie oddalone od furtki wejściowej, zamykającej ogród od ulicy i równie oddalone od drzw’i prowadzących do hallu, dochodził do mnie, wprawdzie nieco przytłumiony, ale wyraźny, nie ustający ani na chwdlę nieledwie odgłos dzwonka, i tak samo nie ustające toczenie się kół po wyboistym bruku. Wiedziałam, że ogród i dom są natłoczone i że wszędzie panuje wesoły, radosna nastrój. A tutaj, na górze, zaczęło ściemniać się na dobre. Przestałam już nawet dostrzegać karaluchy; drżałam, że mógłby który z nich wleźć na mój tron i, niezauważony przeze mnie, dostać się we fałdy mojego ubrania. Zniecierpliwiona i wylękniona, zaczęłam głośno wypowiadać moją rolę, byle zabić czymś czas. Doszłam już prawie do końca, kiedy skrzypnął klucz obrócony w zamku. O, jakże upragniony dla moich uszu odgłos! Mr. Paul (mogłam nawet w tym zgęszczającym się z każdą chwilą mroku rozpoznać, że był to Mr. Paul, tyle bowiem jeszcze pozostało światła, aby uwydatnić aksamitną czarność jego krótko ostrzyżonych wrłosów i bladość jego czoła) zajrzał do wnętrza.
— Brawo! — zawołał, otwierając drzwi szerzej i pozostając na progu. J‘ai tout entendu. C‘est assez bien. Encore.*).
Zawahałam się na chwilę.
— Ertcore! — powtórzył surowo. — Et point de grimaces! A bas la timidite**) t Wyrecytowałam raz jeszcze całą rolę, od początku do końca, bez porównania gorzej jednak, aniżeli kiedy byłam sama.
— Enfin elle sait — umie przynajmniej — mruknął niezupełnie zadowolony. Sam jednak rozumiał, że nie należało wszak być zbyt wymagającym w tych warun * ) Słyszałem wszystko. Wcale dobrze. Jeszcze raz! ** ) Jeszcze raz! I żadnych grymasów! Precz z nieśmiałością! kach, dodał więc: — Może pani poświęcić jeszcze dwadzieścia minut na przygotowanie: au <revoir! — do widzenie — i zamierzał wyjść.
— Proszę pana — zawołałam, zdobywając się na odwagę.
— Eh bien, qu‘est ce que c‘est, mademoiselle?*)
— J‘ai bien faim.
— Comment, vous avez faim? Et la collation?**)
— Nic mi o niej nie wiadomo. Zamknięta tutaj nie widziałam jej nawet.
— Ah, ciest vrai — zawołał.***)
W jednej chwili zrzekłam się tronu, opuściłam poddasze i powtórny, w odwrotnym kierunku, impet, który sprowadził mnie tutaj na górę, ściągnął mnie na dół do kuchni. Byłam pewna, że zatrzymam się w piwnicy dopiero. Ale nie! Szczęśliwie wylądowaliśmy w kuchni, gdzie kucharz otrzymał władczy nakaz dostarczenia mi jadła, a ja nie mniej władczy nakaz zjedzenia wszystkiego co mi podano. Ku wielkiej mojej radości ograniczyło się to jedynie na kawie, bułkach z masłem i ciastkach. Obawiałam się wina i deseru, czego nie lubiłam. W jaki sposób zdołał kucharz odgadnąć, że najbardziej pożądane były dla mnie Pates a la creme — nie umiałabym powiedzieć; fakt jednak, że poszedł dokądś i przyniósł mi jedno kremowe ciastko. Bardzo potulnie i ochoczo zarazem zjadłam wszystko inne i wypiłam kawę, pozostawiając sobie ulubioną kremówkę na deser — pour bonne bouche. Mr. Paul czuwał nade mną przy moim posilaniu się, zmuszając mnie nieledwie do przełknięcia większych ilości, aniżeli mogłam im podołać.
— A la bonne heure! — w dobrą chwilę! — na zdrowie! — rzekł, kiedy dałam mu do poznania, że naprawdę nie jestem w stanie zjeść nic więcej i, podniósłszy ręce do góry, wyraziłam tym gestem błagalną prośbę, aby * ) No i cóż tam takiego, proszę pani? Jestem bardzo głodna.

    • ) Jak to jest pani głodna? A wieczerza? *** ) O, to prawda.

Uwolnił mnie od zjedzenia jeszcze jednej bułki, którą smarował właśnie dla mnie masłem.
— Zaliczy mnie pani do rodzaju tyranów, Sinobrodych, morzących kobiety głodem i zamykających je na poddaszu, a przecież nie jestem takim okrutnikiem. No, a teraz, mademoiselle, czy ma pani odwagę i czy czuje się pani na siłach wystąpić?
Wyraziłam przypuszczenie, że będę mogła wystąpić, jakkolwiek w rzeczywistości czułam się fatalnie stropiona. Trudno byłoby mi nawet powiedzieć co właściwie nękało mnie najbardziej. Na szczęście jednak, mały człowieczek należał do tych, którym nie podobna opierać się, o ile przeciwnik nie posiadał siły ujarzmiania, wystarczającej do przeciwstawienia się jego woli.
— Chodźmy w takim razie — rzekł, podając mi ramię.
Wsunęłam pod nie rękę i pospieszyłam za nim, zmuszona, chcąc dorównać jego krokom, do biegu nieledwie. W oświetlonym wielkimi lampami carre zatrzymał się na chwilę. Paradne, prowadzące do sal szkolnych podwoje były szeroko otwarte, tak samo jak drzwi ogrodowe, wychodzące na taras pięknie udekorowany drzewami pomarańczowymi w wielkich kubłach drewnianych oraz wysokimi kwitnącymi roślinami w doniczkach. Pośród kwiatów snuły się po tarasie grupy pań i panów w balowych strojach. Wnętrze wszystkich trzech klas widoczne w jednej nieprzerwanej perspektywie, wypełnione było hałaśliwą, żywo poruszającą się gromadą w powiewnych strojach różowych, błękitnych i śnieżnie białych. Zwisające z sufitu kryształowe żyrandole rzucały na ten barwny tłum jasne błyski; na końcu sali wznosiła się scena, ukryta za opuszczoną odświętną zieloną kurtyną, którą oświetlał od dołu szereg świateł rampy.
— N‘est — ce pas que c‘est beau?*) — zagadnął mnie mój towarzysz.
Powinna byłam dać twierdzącą odpowiedź, tak gwał * ) Prawda, że to piękne? townie wszakże biło mi serce, że czułam je w krtani nieledwie, nie będąc w stanie wypowiedzieć ani słowa. Mr. Pauj dostrzegł to, spojrzał na mnie z ukosa, usiłując podnieść mnie na duchu.
— Zrobię wszystko co będzie w mojej mocy, chciałabym jednak, ażeby było już po wszystkim — rzekłam — poczem zapytałam: — Czy będziemy musieli przedostać się przez całą tę ciżbę?
— Ani się śni: umiem lepiej radzić sobie — przejdziemy tędy, przez ogród.
W jednej chwili byliśmy na otwartym powietrzu, gdzie od razu odświeżyła mnie chłodna, cicha noc. Nie było księżyca, ale odblask wielu jarząco iluminowanych okien rzucał jasny krąg świetlny na ogród, a nawet, słabszy nieco, na aleje i ścieżki. Chmury nie przysłaniały ciemnego szafiru nieba, wspaniale rozedrganego żywymi, migotliwymi ognikami gwiazd. Jakie łagodne są noce na kontynencie! Jakie ciche, balsamiczne i bezwietrzne! Nie ma tu mgieł morskich; nie ma mrożącej do szpiku kości wilgoci: bezmgliste jak południe, świeże jak poranek.
Przebiegłszy na przełaj przez ogród, dostaliśmy się szklanymi drzwiami do pierwszej klasy. Drzwi były otwarte, podobnie jak wszystkie inne drzwi tej nocy, z łatwością też przeprowadził mnie mój towarzysz do małego gabineciku, oddzielającego dzięki przepierzeniu pierwszą klasę od wielkiej sali, przeznaczonej na uroczysty obchód. I tutaj także, w małym gabineciku, olśniła mnie mnogość świateł, ogłuszył skłócony zgiełk licznych głosów, chwyciła za gardło duszna atmosfera natłoczonego wnętrza.
— De Vordre! Du silence! — Porządek! Cisza! — nakazał Mr. Paul. — Co to za hałas?! — krzyknął gniewnie i od razu wszystko uciszyło się. Wystarczyło kilkanaście wypowiedzianych przez niego słów i tyleż uczynionych gestów, aby wyprosić za drzwi połowę obecnych i zmusić pozostałe osoby do zachowania porządku i spokoju. Potem dopiero wprowadził mnie i przedstawił. Otworzono szeroko oczy; tu i ówdzie rozległy się tłumione chichoty. Było to dla wszystkich niespodzianką: ani im przez myśl przeszło, aby „Angielka44 mogła wystąpić w wodewilu. Ginevra Fanshave wspaniale ustrojona, jak wymagała tego jej rola, i wyglądająca prześlicznie, wpatrzyła się we mnie ze zdumieniem. Moje zjawienie się było dla niej zgrzytem, niemile zakłócającym radosne jej upojenie na myśl o wystąpieniu publicznym wobec setek olśnionych jej aparycją widzów. Ona sama nie doznawała ani tremy, ani zawstydzenia. Na pewno wykrzyknęłaby głośno na mój widok, gdyby Mr. Paul nie trzymał jej krótko, tak samo jak wszystkich innych.
Rozejrzawszy się krytycznym wzrokiem po obecnych, zwrócił się do mnie:
— I pani także musi przebrać się odpowiednio do swojej roli.
— Tak! Musi przebrać się za mężczyznę! — zawołała Zelie St. Pierre i, wyskakując naprzód i narzucając się natrętnie, dodała: — Ja sama przebiorę ją!
Nie uśmiechała mi się bynajmniej myśl wystąpienia w przebraniu męskim. Nie byłoby ono odpowiednie dla mnie. Zgodziłam się odegrać rolę mężczyzny, co się tyczyło wszakże włożenia na siebie męskiego stroju: halte — la — hola! basta! — Nie. Zatrzymam własny mój ubiór. Niech się dzieje co chce. Może Mr. Paul awanturować się i złościć do woli: zatrzymam własny mój strój. Oświadczyłam to w sposób stanowczy, głosem nieprzejednanym, mimo że cichym i bodaj nawet nieco niepewnym i drżącym.
Nie zareagował na moje oświadczenie natychmiastowym wybuchem, jak byłam na to przygotowana: stał milczący, jak gdyby oszołomiony. Ale Mademoiselle Zelie wtrąciła się ponownie:
— Będzie z niej wspaniały elegancik — petit-maitre. Mam tu właśnie całkowity garnitur męski... wszystko, wszystko, w komplecie... Może trochę za szerokie, ale zaraz temu zaradzę. Chodźmy, chere amie, belle Anglaise!*)
Roześmiała się szyderczo, daleko było mi bowiem do * ) droga przyjaciółko, piękna Angielko! belle — pięknej. Opierałam się jednak całą mocą. — Narazi pani na szwank całą pikanterię sztuki, zepsuje pani publiczności całą zabawę, poświęcając w ten sposób wszystko dla swojego amour-propre — dla swojej miłości własnej. Byłoby to zbyt niegodziwe. Monsieur nie pozwoli nigdy na nic podobnego, prawda?
Spojrzała mu w oczy. I ja także przez jedną sekundę czekałam na jego spojrzenie. Rzucił okiem na nią, a potem na mnie.
— Hola! — rzekł wreszcie, powstrzymując zapędy panny St. Pierre, usiłującej przemocą pociągnąć mnie za sobą. Wszyscy skamienieli w oczekiwaniu na jego decyzję, pewni gwałtownego jego wybuchu. Okazało się jednak, że nie był ani zły, ani zirytowany. Zauważyłam to i odzyskałam nieco odwagi.
— Nie ma pani ochoty na to ubranie? — zapytał — na męski 6trój?
— Nie miałabym nic przeciwko niektórym jego częściom, ale nie chcę całości.
— Jakże więc ma to być? Jak wyobraża sobie pani zgodzenie się na objęcie roli mężczyzny i wystąpienie na scenie w ubraniu kobiecym? Prawda, że to przedstawienie amatorskie — ivn vaudeville de pensionnat — wodewil na pensji żeńskiej —; muszę wobec tego zgodzić się na pewne modyfikacje, ale i pani również musi zaznaczyć czymś przynależność swoją do płci męskiej.
— Zaznaczę ją, oczywiście, musi jednak być mi wolno ubrać się wedle własnego pomysłu;nikt nie będzie miał prawa wtrącać się do tego, ani też narzucać mi w niczym swojej woli. Niech mi pan pozwoli ubrać się samej.
Mr. Paul, nie dodając ani słowa więcej, wziął strój męski z rąk St. Pierre i dał mi go, pozwalając, abym przeszła do ubieralni. Pozostawszy sama, uspokoiłam się i zabrałam się od razu do dzieła. Zatrzymawszy całkowicie moje ubranie kobiece, bez najmniejszej zmiany, włożyłam na nie jedynie męską kamizelkę, kołnierzyk i krawat, a na to krótki żakiecik (wszystkie te sztuki ubrania stanowiły własność brata jednej z naszych uczennic). Roz puściwszy włosy moje, splecione w warkocze, zaczesałam pod górę opadające długimi pasmami na plecy i zgarnęłam resztę na bok, podsunąwszy wszystkie pod męski kapelusz, wzięłam rękawiczki do ręki i w’ tym przebraniu wyszłam. Mir. Paul czekał niecierpliwie, tak samo jak wszyscy inni. Spojrzał na mnie.
— Może to ostatecznie ujść na pensji żeńskiej — mruknął, poczem dodał bez gniewu:
— Courage, mon ami! Un peu de sang froid — un peu d^plomb, Mr. Lucien, et tout ira bienl*)
St. Pierre roześmiała się z szyderczą zjadbwością żmii.
Podrażniona wskutek podniecenia i tremy, nie byłam w stanie przemóc się, aby nie rzucić jej uwagi, że gdyby nie była damą, a ja gentlemanem, gotowa byłabym wyzwać ją na pojedynek.
— Po odegraniu sztuki! Po odegraniu sztuki! — uspokoił Mr. Paul. — Podzielę wtedy pomiędzy was obie moje dwa pistolety i załatwimy całą sprawę ściśle według przepisów kodeksu honorowego: będzie to tylko dalszym ciągiem zadawnionego sporu pomiędzy Anglią a i? ran cj$. Ą
Zbliżała się chwila rozpoczęcia przedstawienia. Mr. Paul, ustawiwszy nas przed sobą, wygłosił do nas krótką przemowę, niczym generał do żołnierzy przed bitwą. IMie pamiętam co powiedział poza tym, że zalecił każdej z nas, aby przejęła się poczuciem osobistej swojej małoważności. Bogu jedynie wiadomo, jak dalece rada ta była zbędną dla niektórych spośród nas. Rozległ się dzwonek. Ja i jeszcze dwie osoby grające zostałyśmy wprowadzone na scenę. Powtórnie zadźwięczał dzwonek. Miałam wypowiedzieć pierwsze słowa.
— Niech pani nie patrzy na tłum, ani nie myśli o nim — szepnął mi Mr. Paul do ucha. — Proszę wyobrazić.sobie, że jest pani na poddaszu, grając wobec audytorium,. złożonego ze szczurów.

  • ) Odwagi, przyjacielu! Trochę zimnej krwi — trochę pew.

ności siebie, panie Lucjanie, a wszystko pójdzie dobrze I
Znikł. Kurtyna pociągnięta została w górę i zawisła, skurczona pod samym sufitem. Oczy moje oślepiło jarzące oświetlenie długiej, wypełnionej rozbawionym tłumem sali. Przypomniałam sobie czarne karaluchy, stare skrzynie, spróchniałe, wyrzucone do lamusa sprzęty. Wykrztusiłam pierwsze zdanie źle, ale wykrztusiłam je. Prawdziwą trudność sprawiło mi jedynie wypowiedzenie pierwszych tych słów; ujawniło mi ono fakt, że nie tyle obawiałam się tłumu, ile własnego głosu. Wszyscy ci obcy ludzie, nieznajomi, nie byli niczym dla mnie. Nie myślałam o nich wrcale. Z chwilą, gdy język mój odzyskał sprawność, a głos mój — naturalny ton i właściwe brzmienie, nie myślałem już o niczym, jak tylko o osobistości, jaką odtwarzałam, i jeszcze tylko o Mr. Paulu, który mnie słuchał, śledził czujnie moją grę i w myśli podpowiadał mi, stojąc przez cały czas pomiędzy bocznymi kulisami.
Stopniowo, czując, że zaczynam zyskiwać właściwą siłę ekspresji — źródło jej musiało przede wszystkim wytrysnąć z głębi mojej duszy — zdobyłam się na tyle spokoju, że mogłam zdać sobie sprawę z obecności i gry moich współtowarzyszek. Niektóre z nich grały bardzo dobrze, zwłaszcza Ginevra Fanshave, której przypadło kokietować równocześnie dwóch ubiegających się o jej względy. Nic dziwnego, że doskonale sobie z tym radziła: była przecież w sw’oim żywiole. Zauważyłam, że parokrotnie zaznaczyła pewien wyraźniejszy odcień sprzyjania mojej osobie, fanfaronowi, fircykowi, jakim byłam na scenie Z takim ożywieniem podkreślała wyróżnianie mnie, takie porozumiewawcze spojrzenia rzucała w stronę wsłuchanego w nią, oklaskującego ją tłumu, że dla mnie, znającej ją dobrze, jasnym było granie jej dla kogoś. Oko moje poszło w kierunku jej spojrzeń, jej uśmiechów, jej gestów, aby przekonać się niebawem, że miały one na względzie jeden pociągający, dystyngowanie wyglądający cel, ku któremu słały zabójcze swoje pociski. Na ich linii, górując wzrostem nad resztą publiczności, tym pewniej więc wystawiony na przyjęcie ich, stał, spokojny na pozór, faktycznie jednak wpatrzony i wsłuchany z napięciem — doktór John.
Odgrywana scena zdawała się przenikać w głąb jego duszy. Oczy jego przemawiały najwyraźniej, nie umiałam jednak rozróżnić co właściwie mówiły. Podnieciło mnie to, wysnułam też z tej wymiany spojrzeń całą opowieść, której treścią zabarwiłam odgrywaną przeze mnie rolę, mój sposób ubiegania się o Gineyrę. W „Niedźwiedziu“, czyli szczerym kochanku, dopatrzyłam się doktora Jolina. Czy wzbudził on litość w moim sercu? Nie. Skrzepiłam bardziej jeszcze całą moją moc uwodzicielską, aby skutecznie z nim współzawodniczyć i wyjść z tych zawodów zwycięsko. Wiedziałam, że jestem fanfaronem tylko i fircykiem, tej wszakże, która zdobią była odrzucić jego — ja mogłam i powinna byłam właśnie podobać się w tej odgrywanej przeze mnie postaci. Wiem teraz, że grałam, jak ten, kto pragnie i zdecydowany jest wygrać kampanię, dokonać zwycięskiego podboju. Ginevra dopomagała mi skutecznie: łączne nasze usiłowania wpłynęły na wydatne przeistoczenie mojej roli: wyzłociły fanfarona i fircyka od stóp do głowy.
Mr. Paul powiedział nam pomiędzy jednym aktem a drugim, że nie ma pojęcia co nas opętało i zaznaczył na wpół z wyrzutem:
„C‘est peut-etre plus beau que votre modele, mais ce n‘est pas juste.“*)
Ja sama także nie zdawałam sobie sprawy co właściwie mnie opętało, w niewytłumaczony wszakże dla siebie sposób dążyłam do zaćmienia,,Niedźwiedzia“, to znaczy
— doktora Johna. Gineyra była czuła i tkliwa; jakże więc nie miałam zdobywać się na rycerskość? Trzymając 6ię z dosłowną wiernością tekstu roli, zmieniłam zasadniczo jej ducha. Gdybym nie włożyła w jej odtworzenie całego serca i szczerego zainteresowania, nie mogłabym odegrać jej wcale. A przecież musiałam ją odegrać — zabarwi * ) Może jest to piękniejsze niż pierwowzór pani, ale nie jest wierne. łam ją więc w sposób przypadający mi do gustu i tak zmienioną odegrałam z upodobaniem.
Co czułam tego wieczora i czego dokonałam, było dla mnie samej równie nieprzewidzianą, niemożliwą, zdało się, do ziszczenia niespodzianką, jak nadzieja dostania się w transie upojenia do siódmego nieba. Obojętnie, z niechęcią i obawą podjęłam się odegrania tej roli, aby wygodzie człowiekowi, który prosił mnie o to; rychło wszakże, zapalona, zainteresowana, zdobywająca się na odwagę, grałam, aby dogodzić samej sobie. Nazajutrz wszakże, kiedy rozważyłam całą rzecz na chłodno, potępiłam w myśli tego rodzaju przedstawienia amatorskie. Jakkolwiek też rada byłam, że udało mi się wyświadczyć przysługę Mr. Paulowi i wypróbować raz jeden bodaj własne siły w danym kierunku, postanowiłam nieodwołalnie, że nigdy już więcej nie dam wciągnąć się do czegoś podobnego. Żywa skłonność do szukania dramatycznego wyrazu okazała się czymś wrodzonym mi, związanym z właściwą moją naturą: pielęgnowanie i rozwijanie tej świeżo odnalezionej zdolności mogło darzyć mnie nieskończoną rozkoszą, nie odpowiadałoby jednak mojemu charakterowi widza jedynie, postronnego obserwatora scenerii życia. Zdolność ta i tęsknota za jej rozwinięciem i zastosowaniem musiały zostać złożone ad acta. Złożyłam je i zamknęłam na klucz decyzji, której ani Czas, ani Pokusa nie były nigdy już odtąd zdolne podważyć.
Z chwilą ukończenia, szczęśliwego ukończenia przedstawienia, uległ porywczy i despotyczny Mr. Paul kompletnej metamorfozie. Wraz z zrzuceniem z siebie odpowiedzialności kierownika wyzbył się od razu zwierzchniczej swrojej surowości i nieprzystępności i w następnej zaraz chwili stanął pomiędzy nami, radośnie ożywiony, towarzyski, uprzejmy, ściskał serdecznie ręce wszystkich, dziękował każdej z wykonawczyń z osobna, oświadczając, że każda musi być kolejno jego tancerką na balu, jaki ma się odbyć. Kiedy zwrócił się z tym do mnie, odpowiedziałam mu, że nie tańczę.
— Ten jedyny raz musi pani zatańczyć — odpowie dział i gdybym nie wyniknęła mu się i przez cały wieczór nie usuwała się przezornie z jego drogi, zmusiłby mnie niewątpliwie do ustąpienia mu i w tym także. Miałam już jednak dość wysuwania się do przednich szeregów; czas był dla mnie najwyższy wycofać się i zamknąć ponownie w ramach zwykłego mojego życia. Moja suknia barwy zgęszczonej mgły doskonale nadała się do noszenia pod męskim żakietem na scenie; w walcu, czy kontredansie, byłaby nie na miejscu. Zaszywszy się w cichy kącik skąd, niezauważona przez nikogo, mogłam przyglądać się i obserwować do woli, widziałam rozgrywający się przed moimi oczami cały przebieg balu z jego wspaniałością i radosnvm ożywieniem, niby odgrywane dla mnie specjalnie widowisko.
I znów królowała Ginevra Fanshave urodą, wdziękiem i wesołością. Wyglądała prześlicznie, tańczyła z niezrównaną gracją, uśmiechała się czarownie. Występy podobne były triumfami — prawdziwego tego dziecka zabawy. Praca i cierpienia nie istniały dla niej, uginała się bezsilnie pod ich przemocą, broniła się też przed nimi i odrzucała je nie dając im do siebie przystępu. Wesołość jedynie rozwiiała w pełni motyle jej skrzydła, iskrzyła się złotym pyłem wśród aureoli jasnych jej włosów, rozpalała ogniste błyski w jej oczach, barwiła różanym rumieńcem jej policzki, nadawała jej olśniewającą świetność klejnotu i niezrównany czar kwiatu zarazem.
Zwykłe jadło kłuło ią w zęby; codzienne napoje kurczyły iej gardło niesmakiem; odymała na nie pogardliwie usta; kremami i lodami raczyła się iak koliber wysysanymi z kwiatów sokami miodnymi. Słodkie wina były jej żywiołem, a ciastka — jej chlebem powszednim. Żyła pełnią życia na sali balowej jedynie, poza jej obrębem zwijała skrzydła i opadała znudzona.
Nie wyobrażai sobie, czytelniku, że kwitła tak i iskrzyła sie ze względu na Mr. Paula, swojego tancerza, albo też aby miała roztaczać szczodrze najczarowniejsze swoję wdzięki ku uciesze i zbudowaniu własnych towarzyszek tylko, czy rodziców i dziadków, zapełniających carre i obsiadających kanapy pod ścianami sali balowej. W ramach tak skromnego i tak pozbawionego większego znaczenia audytorium, powodowana względami tak nikłymi i znikomymi, raczyłaby Ginevra co najwyżej przetańczyć, albo raczej przespacerować, jednego kontredansa, przy czym znużenie i skwaszenie zastąpiłyby niechybnie jej ożywienie i dobry humor tego wieczora. Musiała wszelako istnieć dla niej osobliwa jakaś podnieta, działająca jak zaczyn na tę ciężką skądinąd, uroczystą masę i zaczyn ten nadawał w jej oczach całej atmosferze ruch i życie; jakaś szczególna zaprawa, dzięki której nabierała dla niej smaku wyjątkowego ta naiwna, zdałoby się, uroczystość; musiały istnieć niezwykłe jakieś powody, w pełni usprawiedliwiające roztaczanie przez Gineyrę najbardziej kuszących jej uroków.
W całej sali balowej nie podobna byłoby w istocie znaleźć widza płci męskiej, który nie byłby człowiekiem żonatym i mocno już podtatusiałym. Wyjątek stanowił Mr. Paul, jedyny mężczyzna, któremu wolno było poprowadzić tę czy owę z uczennic do tańca. Wyjątkowy ten przywilej przysługiwał mu po części z racji ustalonego od dawna zwyczaju (był krewnym Madame Beck, ulegającej mu bezwzględnie), po części zaś dlatego, że zawsze i wewszystkim przeprowadzał Mr. Paul własną wolę i robił co chciał i wreszcie dlatego również, że przy całej nerwowej zmienności swoich nastrojów i humorów, gwałtowności swojego usposobienia i swojej stronniczości — był człowiekiem nieposzlakowanego honoru, któremu śmiało można było powierzyć zastępy najpiękniejszych i najniewinniejszych dziewcząt, bez cienia obawy, aby mogło im W jego towarzystwie stać się coś złego.
Nie jedna spośród dziewcząt — pozwolę sobie zaznaczyć to w nawiasie — nie była wcale taka niewinna i taka czysta myślą; raczej było wręcz przeciwnie, żadna z nich jednak nie ośmieliłaby się zdradzić wobec Mr. Paula skalania swojego intelektu, tak samo jak nie miałaby odwagi rozmyślnie nastąpić surowemu profesorowi na jego nagniotek, śmiać mu się prosto W twarz podczas burz liwego rzucania przez niego na słuchaczki gromów, czy odezwać się głośniejszym słówkiem w chwili osobliwego jego podrażnienia, które przeistaczało ludzkie jego oblicze w maskę inteligentnego tygrysa. Otóż. Mr Paul miał prawo tańczyć z kim tylko chciał, biada też temu, kto odważyłby się przeszkodzić mu i zmącić rytm jego pas — kroków — tanecznych.
Wszyscy inni mężczyźni dopuszczani byli na fetę de Madame jedynie w roli widzów — i to z (udawaną) niechęcią, pod naciskiem próśb i zaklęć, dzięki szczególnym względom i dobroci pani przełożonej. Nad wszystkimi tymi łaskawie dopuszczanymi do sanktuarium sprawowała ona przez cały wieczór czujną osobistą surveillance, trzymając ich w najdalszym, najsamotniejszym, najciemniejszym kącie carre, w który wtłaczała całą tę nieliczną osamotnioną gromadkę „de jeunes gens“ — młodych ludzi — pochodzących z. najlepszych rodzin, dorosłych synów obecnych tu matek i braci panienek, kształcących się na tej pensji. Przez cały wieczór stała Madame na straży tych „jeunes gens“, opiekując się nimi czujnie i troskliwie jak matka, nieubłaganie wszakże jak smok. Odgrodziła ich jak gdyby kordonem, daremne były też ich błagania i zaklęcia, abv pozwoliła im przedostać się poza nieprzebytą tę zaporę i raz jeden chociażby zatańczyć z tą,,belłe blonde“ — piękną blondynką, czy z ową „jolie brune“--przystojną brunetką — czy wreszcie z tą „jeu ne filie magnifique aux cheveux noirs comme le jais“ — z tą wspaniałą młodą dziewczyną, z włosami czarnymi jak węgiel.
— Taisez-vous! — odpowiadała Madame nieubłagana i bohaterska. — „Vous ne passerez pas a moins que ce ne soit sur mon cadavre, et vous ne danserez qu‘avec la nonnette du jardin“*) (powołując się na legendę). Po takiej odprawie majestatycznie, niby mały Bonaparte, przechadzała się w dalszym ciągu wzdłuż smutnego, zgnębionego * ) Zamilcz pan. Przejdzie pan po moim trupie chyba i będzie pan tańczył jedynie s mniszką z ogrodu. ich szeregu, tam i z powrotem, w swojej szacie jedwabnej koloru mysiego.
Madame wiedziała coś niecoś o świecie; Madame znała naturę ludzką na wskroś. Nie sądzę, aby jakakolwiek inna przełożona pensji żeńskiej w Villette odważyła się otworzyć jej podwoje któremukolwiek „jeune homme“, Madame wszakże wiedziała, że, udzielając podobnego pozwolenia z racji tak wyjątkowej okazji, jak ta obecna, waży sie wprawdzie na śmiały krok, może jednak wiele nim zyskać.
Przede wszystkim rodzice panienek byli współwmowajcami tego wykroczenia, bowiem pozwolenie udzielane bywało jedynie na ich prośby i za ich pośrednictwem. Po wtóre wpuszczenie upragnionych, a tak niebezpiecznych grzechotników przyczyniało się do tym wydatniejszego uwypuklenia pierwszorzędnego talentu Madame jako surreillante — dozorującej. Po trzecie obecność ich zaprawiała zabawę posmakiem osobliwej pikanterii: uczennice wiedziały o tym. widziały to, a widok takich złotych jabłek. lśniącvch z dala choć niedosięgalnych, ożywiał je w snosób, w iaki nie zdołałaby tego uczynić żadna inna okoliczność. Przyjemność, jaką miały dzieci, rozgrzewała serca rodzicielskie, dzięki czemu owiewała salę balową atmosfera zadowolenia i radości. Sami nawet jeunes Ęens“l mimo że trzymani z dala, byli rozbawieni — Madame nie pozwalała im ani na chwile nudzić się — i w ten sposób doroczne święto —,,la fete de Madame“ — dz’eń imienin Madame — miało zapewniony sukces, jakiego nie osiągały nigdy imieniny żadnej innej z przełożonych.
Zauważyłam, że z początku korzystał doktór John tego dnia z prawa swobodnego krążenia po salach szkolnych: biła od niego powaga prawdziwie męska, która okupywała nawet jego młodość i nawet na wpół okupywała ieeo urodę. Z chwilą wszakże rozpoczęcia się balu podbiegła ku niemu Madame.
Chodź pan, panie wilku — zawołała, śmiejąc się — przybrał pan wprawdzie pozór skromnego baranka, mu si pan jednak opuścić owczarnię. Chodź pan: mam tutaj piękną menażerię, złożoną z dwudziestu wybranych egzemplarzy, które umieściłam w carre, pozwoli pan, że umieszczę pana również w doborowym ich rzędzie.
— Zgoda, ale przede wszystkim pozwoli pani, że przetańczę raz jeden z obraną przeze mnie jedną z pani pupilek.
— Ośmiela się pan występować z podobnym żądaniem? Ależ to szaleństwo! To bluźnierstwo! Sortez, sortez, au plus vite!*)
Pociągnęła go za sobą i przemocą wtłoczyła go poza kordon, wewnątrz którego został wnet uwięziony.
Ginevra, zmęczona tańcem, jak sądziłam, odszukała mnie w mojej kryjówce, osunęła się na ławkę obok mnie i zarzuciła mi ramiona na szyję (wybuch czułości, bez którego mogłabym najzupełniej obejść się). — Lucy Snowe! Lucy Snowe! — zawołała histerycznie, łkając nieomal.
— Co się stało?! — zagadnęłam ją sucho.
— Jak wyglądam dzisiaj? jak wyglądam? — zapytała zamiast odpowiedzieć mi.
— Jak zwykle — odparłam — jak niedorzecznie próżna istota.
— Zjadliwe stworzenie! Nie ma pani nigdy miłego słowa dla mnie. A właśnie, na złość pani i wszystkim innym zazdrosnym oszczercom, wiem, że jestem piękna; czuję to, widzę to. Zawieszono przecież wielkie lustro w ubieralni, gdzie mogę przejrzeć się od stóp do głowy. Chodźmy tam i stańmy obie przed nim.
— Zgoda. Stanie się, jak pani sobie życzy, panno Fanshave. Będziemy mogły przejrzeć się w całej okazałości.
Ubieralnia była bardzo blisko, weszłyśmy więc do niej. Ująwszy moje ramię, zaciągnęła mnie przed lustro. Nie opierając się, nie oponując ani jednym słowem, nie czyniąc żadnych uwag, stanęłam obok niej, pozwalając jej miłości własnej napawać się triumfem swoim do syta.

  • ) Wyjdź pan, wyjdź pan jak najprędzej!

Ciekawa byłam jedynie, jak wielką jego porcję będzie w stanie przełknąć, a raczej, czy znajdzie się dość wielka, aby mogła ją nasycić; czy jakiś cień względów dla innych zdolny będzie przeniknąć do jej serca i powściągnąć nieco jego chełpliwe upajanie się zachwytem nad własną osobą.
Nic podobnego. Wykręcała się przed lustrem dokoła i wykręcała przed nim i mnie także; obejrzała mnie i siebie ze wszystkich stron, uśmiechała się, potrząsała lokami, zdjęła i przewiązała na nowo opasującą ja szarfę, rozprostowała fałdy swojej sukni i wreszcie, puściwszy moje ramię i złożywszy przede mną dworski dyg, oświadczyła:
— Nie zamieniłabym się z panią za żadne skarby!
Uwaga ta była zbyt naiwna, abv mogła pobudzić mnie do gniewu, odparłam też:
— Bardzo słusznie.
— A co dałaby pani za to, aby być mną? — rzuciła mi wyzwanie.
— Ani dziurawego szeląga, mimo że wydać się to pani może dziwne — zapewniłam ją. — Marne z pani stworzenie. i — Nie myśli pani tak naprawdę. W głębi serca kryje pani inne o mnie pojęcie.
— Nie. W głębi mojego serca i w ogóle w sercu moim nie ma dla pani ani odrobiny miejsca. Czasem tylko, przy jakiejś okazji, zaprzątnięty bywa mózg mój rozważaniem osoby pani.
— Ślicznie — rzekła tonem wyjaśnienia — niech pani wysłucha mnie jednak i weźmie pod uwagę różnicę naszych stanowisk, a wtedy zda pani sobie sprawę, jak szczęśliwy jest mój los, a jak nędzny pani.
— Proszę, słucham.
— Przede wszystkim jestem córką człowieka, należącego do wyższej sfery towarzyskiej, jakkolwiek też ojciec mój nie jest bogaty, mam prawo liczyć na wuja. Po drugie: skończyłam zaledwie osiemnaście lat — jestem więc w najczarowniejszvm rozkwicie wiosny. Po trzecie, otrzymałam wykształceni^ na kontynencie i, chociaż nię m umiem pisać zbyt nonrawnie, posiadam najrozmaitsze talenty. Dalej: jestem ładna, nie może pani chyba zaprzeczyć temu. Mogę mieć tylu wielbicieli ilu ich zapragnę. Nie dalej, niż w ciągu dzisiejszego wieczora złamałam serca dwóch wielbicieli moich i właśnie w tak świetny humor wprawiło mnie rozpaczliwe spojrzenie, jakie jeden z nich zatopił przed chwilą w mojej twarzy. Tak wielką przyjemność sprawia mi obserwowanie ich zalewania się rumieńcem i blednięcia z kolei, obrzucania się ich wzajem rozwścieczonymi spojrzeniami i rzucania błagalnych spojrzeń na mnie. Oto ma pani przed sobą szczęśliwą moją osobę. A teraz kolej na panią, biedna istoto!
— Przypuszczam, że rodzice pani nie pochodzą z żadnej sfery i nie mają żadnych stosunków, ho przecież w przeciwnym razie nie przyjęłaby pani miejsca piastunki do dzieci, kiedy przybyła tu pani z początku; nie ma pani żadnych krewnych, nie może pani, mając dwadzieścia trzy lata, mieć pretensji uchodzenia za młodziutką; nie posiada pani urody, ani olśniewających talentów. Co się tyczy wielbicieli, wątpię nawet czy wie pani, jak taki pan wygląda; nie umie pani wcale prowadzić i podtrzymywać rozmowy na ten temat; siedzi pani jak niema, kiedy inne nauczycielki opowiadają o swoich podbojach. Przypuszczam, że nigd’ — nie była pani, ani nie będzie pani, zakochana, że nie zna pani wcale tego uczucia; tym lepiej zresztą, bowiem, jakkolwiek mogłaby pani sama mieć złamane serce, nie uda się pani nigdy złamać niczyjego.
Niech pani powie, czy nie mam racji?
— Znaczna część te<ro, co r»am dowiedziała, jest prawdą niezłomną; równie niezłomną jak Ewangelia; w dodatku sprytnie, chociaż tak złośliwie obmyślaną prawdą. Musi w pani jednak, aby mówić tak szczerze, tkwić dobre jakieś ziarno, panno Ginevro. Nawet żmija taka, jak Zelie St. Pierre, nie odważyłaby się nigdy na powiedzenie tego, co wyszło z pani ust. Mimo to wszystko, wszakże, mimo że podobało się pani odmalować mnie i mój los w świetle tak bardzo beznadziejnym, powtarzam raz jeszcze, że nie dałabym złamanego szeląga za możność zamienienia się z panią, zyskania wraz z ciałem pani i duszy jej także.
— Tak, dlatego, że nie jestem mądra, jak się pani wydaje. Nikt na świecie poza panią nie dba dzisiaj o rozum.
— Przeciwnie, uważam, że jest pani mądra — we właściwy pani sposób oczywiście... i bardzo sprytna także. Ale wspomniała pani o łamaniu serc — o tej budującej rozrywce, której wartości nie potrafię należycie ocenić.
O kim to pozwala pani próżność jej przypuszczać, że zadała mu pani dzisiejszego wieczora cios śmiertelny?
Przytknąwszy usta swoje do mojego ucha, szepnęła:
— Izydor i Alfred de Hamel są obaj tutaj dzisiejszego wieczora.
— 0, są obaj?! Chciałabym zobaczyć ich.
— No, nareszcie doczekałam się wzbudzenia zaciekawienia pani. Niech pani pójdzie ze mną. Wskażę pani ich obu.
Dumnie poszła naprzód, torując mi drogę.
— Ale nie będzie pani mogła widzieć ich dobrze z pokojów szkolnych — rzekła, odwracając się do mnie. — Madame trzyma ich zanadto z daleka. Przejdźmy przez ogród, a potem wejdziemy do korytarza i w ten sposób, okrążywszy ich od tyłu, znajdziemy się bliżej nich; oberwałybyśmy porządnie, gdyby mógł nas ktoś dostrzec, nie róbmy sobie jednak nic z tego.
Na ten jeden raz ustąpiłam. Przeszłyśmy na przełaj przez ogród i, przedostawszy się stamtąd na korytarz ukrytym, rzadko używanym wejściem, zbliżyłyśmy się do carre, przy czym, ukryte w cieniu korytarza, miałyśmy otwarty widok na grupę „jeunes gens“.
Sadzę, że potrafiłabym sama, nawet gdybv mi go nie wskazano, poznać od razu zwycięskiego de Hamala. Był to typowy mały dandys, o prostym nosie i regularnych rysach twarzy. Mówię „mały dandys“, mimo że był wzrostu nie niższego niż średni, ale budowy drobnej i szczupłej: miał także małe ręce i nogi. Przystojny, o gładkiej jąk kobieta twarzy, ubrany jak z pudełka, z włosami kun f^tównie zawsze utrefionymi, obuty był i urękawiczkowany nieskazitelnie — czarujący w istocie. Nie mogłam oprzeć się chęci zawołania:
— 0, jaki śliczny! — poczem entuzjastycznie pochwaliłam gust Ginevry i zapytałam ją, jak myśli, co też zrobił tle Hamal ze szczątkami złamanego przez nią serca — czy przechował je w puzderku z wonnościami, aby zakon* serwować je w esencji różanej?... Zauważyłam także z prawdziwym podziwem, że ręce pułkownika de Hamala są nie o wiele większe niż ręce samej uanny Fanshave, pozwoliłam sobie też na uwagę, że to bardzo szczęśliwy zbieg okoliczności: będzie mógł w razie potrzeby nosić jej rękawiczki. Powiedziałam jej również, że zachwycam się jego ślicznymi loczkami, co ssię zaś tyczy jego niskiego, prawdziwie greckiego czoła i pięknego kształtu jego głowy, wyznałam, że brak mi słów na należyte ich określenie.
— A gdyby kochał się w pani? — podsunęła mi Ginevra z okrucieństwem triumfatorki.
— O, Boże, jakie byłoby to szczęście! — zawołałam — ale niech pani nie będzie tak bezlitosna, miss Fanshave; podsuwanie mi podobnych myśli jest nie mniejszym okrucieństwem, niż ukazywanie z dala widoków raju biednemu strąconemu z niego Kainowi.
— Podoba się więc pani?
— Tak, zupełnie tak samo, jak podobają mi się słodycze: cukierki, ciastka i konfitury, także kwiaty cieplarniane..
Gineyra podziwiała mój dobry gust; i ona sama także ubóstwiała wszystkie te rzeczy, nie trudno jej więc było przypisać i mnie również uwielbianie ich.
— A teraz, niech mi pani wskaże Izydora — rzekłam. Muszę przyznać, że bardziej jeszcze zaciekawiał mnie on, aniżeli jego rywal, ale Ginevra żywiej przejęta była de
Hamalem..,....
— Alfred otrzymał prawo wstępu tutaj dzisiaj wieczorem za pośrednictwem ciotki swojej, pani baronowej de Dorlodot — rzekła. — I cóż, teraz, kiedy go pani widzia ła, rozumie pani chyba dlaczego byłam taka podniecona cały wieczór, dlaczego grałam tak dobrze, dlaczego tańczyłam z takim ożywieniem i dlaczego jestem teraz szczęśliwa jak królowa? Dieu, Dieu! — Boże, Boże! — co to była za zabawa rzucać okiem nasampierw na jednego, potem na drugiego i doprowadzać obu do szału!...
— Ale ten drugi, któż to taki? Niech mi pani wskaże Izydora.
— Nie mam ochoty.
— Dlaczego?
— Wstyd mi za niego.
— Z jakiego powodu?
— Bo... bo (szeptem) ma takie bokobrody, czerwone... pomarańczowe...
— Wiem już o tym najgorszym jego kalectwie — uspokoiłam ją. — Mniejsza o to. Niech mi go pani pokaże. Chcę zobaczyć go w każdym razie. Przyobiecuję pani, że nie zemdleję.
Rozejrzała się dokoła. W tej samej chwili właśnie ktoś stojący poza nami obiema odezwał się po angielsku;
— Obie panie stoją w przeciągu; muszą panie wyjść z tego korytarza.
— Nie ma tutaj żadnego przeciągu, panie doktorze — rzekłam, odwróciwszy się w stronę, z której dochodził głos. Był to głos doktora Johna.
— Panna Fanshaye łatwo przeziębia się — dodał, patrząc na Ginevrę z niezmierną czułością. — Jest bardzo delikatnego zdrowia. Należy troskliwie strzec jej i czuwać nad nią. Proszę, niech pani zechce przynieść dla niej jakiś szal.
— Pozwob pan, że ja osądzę co jest dla mnie najlepsze — wtrąciła panna Fanshave wyniośle. — Nie potrzeba mi żadnego szala.
— Ma pani na sobie bardzo cienką suknię; tańczyła pani; jest pani zgrzana.
— Zawsze kaznodzieja — odparła. — Nieustanne morały i pouczania.
Doktór John nie dał na to odpowiedzi jaką powinien był dać: z wyrazu jego oczu wyczytać można było wyraźnie, że serce jego jest zranione. Twarz jego pociemniała, zasępiła się; widoczne było, że cierpi. Urażony, odsunął się nieco. Wiedziałem, gdzie znajdę w pobliżu mnóstwo zarzutek i szali do wyboru; pobiegłam i przyniosłam pierwszy z brzega.
— Włoży go, chociażbym musiała użyć przemocy — rzekłam i zarzuciłam ciepły szal na cienką muślinową jej suknię, osłaniając nim starannie jej szyję i ramiona.
— Czy to jest Izydor? — zapytałam ostrym nieco szeptem.
Odęła wargi, uśmiechnęła się i kiwnęła głową.
— Czy to Izydor? — powtórzyłam, potrząsnąwszy ją mocno za ramię — gotowa byłam powtórzyć ten gest tuzin razy.
— C‘est lui-meme — to on sam — rzekła. — Jaki nieogładzony w porównaniu z pułkownikiem-hrabią! ioh, ciel! — o, nieba! — te bokobrody...
Dr. John oddalił się.
— Pułkownik-hrabia! — powtórzyłam. — Ta lalka, len piesek pokojowy — ten karzełek — biedne niedorozwinięte stworzenie! Zdał się co najwyżej na lokaja doktora Johna, na jego lokaja, na jego pucybuta!... Czy to możliwe, aby ten urodziwy, rycerski mężczyzna — zjawiskowo piękny — ofiarował pani swoję zaszczytne nazwisko i szlachetne serce, gotów otoczyć opieką słabą, płytką istotę, jaką pani jest, gotów przeprowadzić panią poprzez burze i walki życiowe, a pani wzdragała się, raniła go, i dręczyła?!... Czy ma pani naprawdę taką władzę nad nim? Kto dał ją pani? Na czym ona polega? Skąd się bierze? Czy jej źródłem jest wyłącznie uroda pani, biało różowa cera i jasne włosy? Czy to właśnie wiąże tak mocno duszę jego i rzuca ją pod stopy pani, zgina kark jego pod jarzmo pani? Czy tvm zdobyła pam jego uczucie, jego oddanie, jego tkliwość? Tym owładnęła pani myślami jego, wypełniła jego nadzieje, krąg jego zainteresowań? Czy tym nade wszystko pozyskała pani jego miłość, jego szlachetną, z głębi serca płynącą mi łość — którą pani odrzuca? Czy gardzi pani nią? To szał chwilowy, to bredzenie chyba; nie może pani tak mówić i myśleć na serio. Kocha go mini i tęskni pani za nim, igra pani jedynie jego sercem, aby tym niezawodnie j uczynić go swoim niewolnikiem?
— 0, jak się pani rozpędziła! Nie rozumiem połowy z tego co pani mówi.
Zdążyłam przez ten czas wyprowadzić Ginevrę do ogrodu, gdzie posadziłam ją na ławce, oświadczając, że nie pozwolę jej ruszyć się stąd, dopóki nie wryzna mi szczerze kogo w końcu zamierza przyjąć: mężczyznę czy małpkę?
— Ten, którego zwie pani mężczyzną, jest zwykłym bourgeois*) ma włosy barwy czerwonego piasku, i na imię mu doktór John. Cela sujfit: je n‘en veux pas’ ). Pułkownik de Hamal jest szlachcicem o pierwszorzędnych stosunkach, ma nieskazitelne maniery, śliczną powierzchowność, bladą, interesującą twarz, a oczy i włosy jak Włoch. Nadto jest jego towarzystwo prawdziwie rozkoszne — oto mężczyzna zupełnie w moim guście; nie taki poważny sensat, jak tamten, ale człowiek, z którym można mówić jak się chce, czując, że jest się z nim na równi i nie ma się potrzeby wysilać na szczególne mądrości; człowiek, który nie dokucza mi i nie zadręcza mnie swoimi wzniosłościami i głębinami, namiętnościami i uzdolnieniami, dla których nie mam żadnego zrozumienia. Ma pani oto szczerą prawdę. Niech mnie pani nie trzyma tak mocno.
Rozluźniłam chwyt, jakim ją trzymałam. Skorzystała z tego, aby umknąć niezwłocznie. Nie starałam się dogonić jej.
Nie mogłam jednak oprzeć się chęci powrócenia do korytarza, aby móc raz jeszcze zobaczyć doktora Johna, spottałam go wszakże na stopniach, wiodących do ogrodu. Stał w miejscu, gdzie wyraźnie padało na niego światło z jednego z okien. Nie podobna było omylić się na widok je * ) mieszczaninem.

    • ) To wystarcza: nie chcę go.

go kształtnej, skończenie doskonałej w liniach i w proporcjach postaci. Wątpię, czy mógłby znaleźć się wśród całego tego zgromadzenia ktoś inny, zdolny dorównać mu. Trzymał kapelusz w ręku; jego odkryta głowa, jego twarz i pięknie zarysowane czoło tchnęły niezwykłą urodą i męskością; jego rysy nie były wydelikacone, drobne i kobiece; ani też nie były zimne( płoche i słabe. Mimo że pięknie wykute, nie były tak drobiazgowo wyrzeźbione i wygładzone, aby miały utracić na sile i wyrazistości to, co zyskałyby na wysubtelnieniu i bezdusznej symetrii. Wyrażały one chwilami głębię uczucia, którego większa jeszcze potęga osiadła milcząco w jego oku. Takim przynajmniej mnie się wydał — taką miarą oceniłam go. Niewypowiedziane, nie dające ująć się w słowa uczucie podziwu przeniknęło mnie, kiedy tak przypatrywałam się temu człowiekowi, zdając sobie sprawę, że niepodobieństwem byłoby, aby mogła znaleźć się istota, zdolna wzgardzić nim, odtrącić go.
Nie było moim zamiarem zbliżyć się do niego, ani do niego przemówić tutaj, w ogrodzie; charakter naszej znajomości nie upoważniałby mnie do podobnie poufałego wystąpienia. Chciałam tylko dostrzec go wśród tłumu, nie będąc widzianą przez niego. Spotkawszy się z nim jednak sam na sam, cofnęłam się. On, natomiast, szukał mnie widocznie, a właściwie tej, która była ze mną, dlatego też zeszedł ze schodków i poszedł w ślad za mną aleją.
— Zna pani pannę Fanshave? Niejednokrotnie pragnąłem dowiedzieć się czy pani ją zna — rzekł.
— Tak, znam ją.
— Blisko?
— Tak blisko, jak mogłabym życzyć sobie tego.
— Gdzie pani podziała ją teraz?
— Czy jestem jej stróżem? — chciałam zapytać; zaniast tego jednak, odpowiedziałam: — Przemówiłam jak należy do jej sumienia i byłabym przemówiła jeszcze dobitniej, ale wyrwała się z moich rąk i uciekła. ^
— Czy zechce pani uczynić mi tę łaskę, aby czuwać nad nią przez ten jeden wieczór i ustrzec ją przed popełnieniem czegoś nierozsądnego — chociażby na przykład przed wybiegnięciem do ogrodu bezpośrednio po rozgrzaniu się tańcem?
— Mogłabym dopilnować jej trochę, skoro pan życzy sobie tego, zbyt jest jednak samowolna, aby chciała poddać się kontroli.
Jest zbyt młoda — prawdziwe ^dziecko natury. Nie ma w niej nic sztucznego — zauważył.
Dla mnie jest ona zagadką — odparłam.
Naprawdę? zdziwił 8ię żywo zainteresowany. — Pod jakim względem?
Trudno byłoby powiedzieć pod jakim względem trudno byłoby zwłaszcza wyjawić to panu.
— Dlaczego mnie zwłaszcza?
— Dziwi mnie, że nie jest bardziej rada okazywanej jej przez pana tak wielkiej przyjaźni.
Ależ nie ma ona najmniejszego pojęcia jak wielkim, jak szczerym jestem jej przyjacielem. To właśnie stanowi punkt, którego nie potrafię dostatecznie wyjaśnić jej. Czy wolno mi zapytać panią o jedno? Pragnąłbym wiedzieć czy panna Ginevra mówiła kiedykolwiek z panią o mnie?
— Mówiła ze mną często o panu, jako o „Izydorze44, muszę wszelako zaznaczyć, że dopiero w przebiegu ostatnich dziesięciu minut wykryłam, iż pan i „Izydor44 jesteście jedną i tą sama osobą. Teraz dopiero, od tak krótkiego czasu, wiem, panie doktorze Johnie, że Ginevra Fanshave jest ową, mieszkającą pod tym dachem osobą, którą interesuje się pan od dawna, że ona to jest magnesem, przyciągającym pana na Rue Fossette, że przez wzgląd na nią wkrada się pan do naszego ogrodu celem odszukania skrzynki, rzuconej przez pańskich współzawodników.
— Wie pani więc o wszystkim?
— \^iem to, co panu wyjawiłam.
— Od roku z górą zwykłem spotykać się z panną Fan ave w towarzystwie. Pani Cholmondeley, jej przyja ciołka, jest moją znajomą; dzięki temu widuję pannę Ginevrę co niedzielę. Zaznaczyła pani jednak, że często mówiła ona o mnie, nadając mi imię „Izydora“: czy mogę nie narażając pani na zdradzenie pokładanego przez pannę Ginevrę zaufania w pani — zapytać, jaki był ton, jaki nastrój tych jej zwierzeń? Bardzo mi zależy na dowiedzeniu się o tym; gnębi mnie niepewność właściwego jej ustosunkowania się do mnie.
— O, jest zmienna: waha się i zmienia kierunek jak wiatr.
— Przypuszczam jednak, że może pani wytworzyć sor:“ jakieś p^Wie o tej sprawie.
— Mogę, nie sądzę jednak, aby było wskazane podzielenie się z panem tym moim ogólnym pojęciem. A zresztą, gdybym nawet powiedziała, że nie kocha ona pana, nie uwierzyłby mi pan. Wiem o tym.
— Jest pani zbyt powściągliwa. Przypuszczam, że nie ma pani dobrych wiadomości do udzielenia mi. Trudno. Jeśli naprawdę czuje ona dla mnie chłód tylko, a nawet jeśli ma odrazę do mnie, starczy to za dowód, że nie jestem jej godzien.
— Wątpi pan o sobie? Uważa się pan za niższego od pułkownika de Hamala?
— Kocham pannę Fanshave nieporównanie głębiej, aniżeli de Hamal zdolny jest kochać jakąkolwiek żywą istotę, dbałbym też o nią i strzegłbym jej nieporównanie bardziej i lepiej niż on. Co się tyczy de Hamala, obawiam się, że ulega ona ułudzie: znam charakter tego człowieka, znane mi są wszystkie jego przeżycia, powikłania, przez jakie przechodził. Nie jest on wart pięknej przyjaciółki pani.
— „Moja piękna przyjaciółka“ powinnaby wiedzieć o tym; powinnaby wyczuwać i wiedzieć, kto jest jej wart — rzekłam. — Jeśli jej piękna dusza, czy jej rozum nie potrafią doprowadzić jej do zrozumienia tego, zasługuje na surową nauczkę, jaką da jej doświadczenie.
— Czy nie jest pani nieco zbyt surowa?
— Jestem niezmiernie surowa, surowsza, aniżeli chcia łabym okazać to panu. Szkoda, że nie może pan słyszeć surowej krytyki, jakiej nie szczędzę mojej „piękniej młodej przyjaciółce44. Byłby pan jednak urażony brakiem uwzględniania przeze mnie delikatnej jej natury.
— Jest taka śliczna; nie można jej traktować inaczej, niż z miłością. Pani — każda kobieta starsza niż ona — musi odczuwać w stosunku do niewinnej takiej dziewczęcej czarodziejki rodzaj macierzyńskiego czv siostrzanego przywiązania. Anioł pełen wdzięku! Czy serce pani nie czuje się pociągnięte ku niej, kiedy czyni ona pani te swoje dziecięco-czyste i dziecięco-naiwne zwierzenia? Jakaż uprzywilejowana z pani istota! — westchnął.
— Jestem zmuszona od czasu do czasu powstrzymywać ją dość szorstko od czynienia mi tych zwierzeń — rzekłam. — Przepraszam pana jednak, panie doktorze, czy pozwoli mi pan zmienić na chwilę temat naszej rozmowy? Jaką boską istotą jest pan de Hamal? Jaki nieskazitelnie piękny ma nos! Gdyby chcieć wymodelować go w glinie czy wT wosku, nie podobna byłoby uczynić kształtu jego doskonalszym, aniżeli uczyniła go natura. A jak klasyczne są linie jego ust i podbródka! Jego ruchy — idealnie harmonijne.
— De Hamal jest nieznośnym szczeniakiem poza tym, że jest bohaterem nader tchórzliwego autoramentu.
— Pan, doktorze Johnie, zarówno jak każdy mniej niż on wysubtelniony mężczyzna musi czuć się pociągnięty ku niemu pełnym podziwu przywiązaniem, takim, jakim przypuścić można, że Mars oraz inni bogowie o naturach bardziej pierwotnych musieli żywić dla młodego, pełnego czaru i wdzięku Apollina.
— Zarozumiały pyszałek, karciarz, wyzbvtv wszelkich zasad moralnych — p-niewnie przerwał mi dr. John — karzeł, którego mógłbym jedną ręką podnieść w górę za pasek, a potem rzucić do rynsztoka, gdybvm chciał.
— Słodkiego takiego serafina?! — zawołałam. — Jaka myśl okrutna! Czy nie jest pan nieco zbyt surowy, panie doktorze?
Przestałam mówić. Po raz drugi tego wieczora byłam bliska zapomnienia się i wyjścia poza granice tego, co uważałam za właściw“ moją naturę; wypowiedzenia nieprzemyślanych, podyktowanych porywem chwili słów, które mnie samą wprawiły w zdumienie, kiedy zastanowiłam się wreszcie nad tyTm co mówię. Czy, obudziwszy się dzisiaj rano, mogłam przypuścić, że tego dnia jeszcze, zanim zapadnie wieczór, odegram w wTodewilu rolę wesołego kochanka, a w godzinę później będę prowadziła z doktorem Johnem zupełnie otwarcie rozmowę na temat jego beznadziejnych zalotów i będę wy drwi wała jego złudzenia? Równie mało mogłam przewidzieć podobny układ wydarzeń, jak niepodobieństwem byłoby dla mnie myśleć o pofrunięciu balonem pod obłoki, czy o wyruszeniu w podróż do Cape Horn.
Doktór i ja powracaliśmy po kilkakrotnym przemierzeniu tam i z powrotem ścieżki; refleks, padający z okna, ponownie oświetlił jego twarz: uśmiechał się, ale w oczach jego przyczaił się nieodstępnie wyraz melancholii. O, jak bardzo pragnęłam móc przynieść mu ulgę! Jak bardzo smuciło mnie jego cierpienie, zwłaszcza cierpienie, spowodowane podobną sprawą! On, posiadający tyle wybitnych, tyle niepospolitych, tyle wielkich zalet, czyżby naprawdę miał kochać bez wzajemności?! Nie wiedziałam wówczas, że rozmyślania, snute na temat zawodów miłosnych, są czynnikiem najbardziej twTórczym dla pewnych umysłów, jak nie przychodziło mi również na myśl, że istnieją pewne trawy, które, pozbawione zapachu w stanie nietkniętym, wydają subtelny aromat, roztarte w ręku.
— Niech pan się nie martwi, niech pan nie będzie taki zatroskany — wybuchłam nagle. — Jeśli tli się w Ginevrze iskierka bodaj zasługiwania na pańską miłość, odpowie ona, musi odpowiedzieć na nią wzajemnością. Niech pan rozchmurzy czoło, niech pan nie traci nadziei, doktorze Johnie. Kto ma żywić nadzieję, jeśli nie pan?
W odpowiedzi na te słowa spotkało mnie to, na co zasłużyłam jak sądzę — spojrzenie pełne zdumienia i, jak mi się wydało, nagany zarazem. Rozstaliśmy się. Powrć ciłam do domu zlodowaciała. Zegary wieżowe zaczęły wydzwaniać północ; goście rozjeżdżali się pośpiesznie, uroczystość była zakończona, gaszono światła jedne po drugich. Nie upłynęła godzina, a wszystkie okna domu mieszkalnego były ciemne, w całym pensjonacie panowała cisza niezmącona. I ja także leżałam w łóżku, ale nie spałam. Nie było dla mnie rzeczą łatwą zasnąć po dniu tak pełnym wrażeń.
ROZDZIAŁ XV
DŁUGIE WAKACJE
Bezpośrednio po dniu fete Madame Beck — poprzedzonym trzema tygodniami zwolnionego tempa pracy szkolnej, aby móc poświęcić jak najwięcej czasu przygotowaniu się do należytego uczczenia uroczystości; po dwunastu godzinach oszołomienia zabawę, i po zupełnym wyczerpaniu z sił — nazajutrz — nastąpiła reakcja; dwa miesięce prawdziwej pilności, wytężonej, poważnej nauki. Te dwa miesięce, ostatnie „de Yannee scolaire“ — roku szkolnego — były w rzeczywistości jedynym okresem rzetelnej pracy w całym roku. Zarówno dla nauczycielek i profesorów, jak i dla uczennic, ześrodkowany był na tym okresie cały ciężar przygotowań do egzaminów dorocznych, po których ukończeniu następowało rozdanie cenzur i nagród. Kandydatki do tych ostatnich musiały pracować bardzo usilnie; nauczycielki i profesorowie musieli poświęcać wiele trudu i czasu na pchanie naprzód całej maszyny, na podcięganie pozostajęcych w tyle i na należyte wyćwiczenie bardziej obiecujęcych. Ambicją wszystkich było, aby uroczysty popis publiczny wypadł jak najwspanialej, wszelkie więc środki, prowadzące do tego celu, uznane były za godiziwe i dobre.
Nie zwracałam większej uwagi na to w jaki sposób radziły sobie inne nauczycielki; miałam dość do roboty 7. pełnieniem własnego mojego zadania, które nie należało bynajmniej do najłatwiejszych. Polegało ono na wtłoczeniu w dziewięćdziesiąt młodych mózgownic podstaw trudnej i skomplikowanej — a przynajmniej uważanej orzez nie za trudną i skomplikowanę — znajomości języ ka angielskiego, wdrożenia dziewięćdziesięciu organów mowy do tego, co było dla nich zadaniem nie do pokonania nieomal — do zdobycia sposobu należytego wymawiania sepleniących i syczących dźwięków mowy wyspiarzy.
Nadszedł dzień egzaminu. Dzień Sądu! Wychowanki zakładu wystąpiły starannie, acz z biciem serc, ubrane w strój nacechowany odpowiadającą chwili powagą — nic przezroczystego, ani powiewnego, żadnej białej gazy, ani błękitnych wstążek. Nakazem dnia były ciemne, pod samą górę zapięte suknie wTełniane.
Wydało mi się, że rola moja była tego rana osobliwie trudna do podołania jej: spośród wszystkich nauczycielek spadł na moje barki największy, główny ciężar! Żadna z koleżanek moich nie miała egzaminować uczennic sama z przedmiotu swTojego nauczania — obowiązek ten brał na siebie Mr. Paul, wykładający literaturę. Ten autokrata szkolny nieugięcie dzierżył skupione w swoim ręku cugle rządów, wszystkie nici kierownicze, stale odrzucając ofiarowywaną mu w tym względzie pomoc kolegów i koleżanek. Nie chciał niczyjego współdziałania. Sama Madame nawet, która wolałaby osobiście kierować egzaminem z geografii, stanowiącej jej specjalnosć, zmuszona była ustąpić i podporządkować się despotycznym rządom swojego kuzyna. Odsunąwszy w ten sposób od pracy egzaminacyjnej cały zespół nauczycielek i nauczycieli stał Mr. Paul na estradzie sam jeden. Gniewało go tylko, że był zmuszony zgodzić się na jedno jedyne odstępstwo od tej reguły. Nie mógł poradzić sobie z egzaminem z języka angielskiego, którego nie znał, chcąc nie chcąc więc zmuszony był, nie ukrywając zresztą swojego niezadowolenia i zawodowej zazdrości, pozostawić ten dział właściwemu nauczycielowi, czy nauczycielce.
Nieustanna walka, toczona przez Mr. Paul z,,amour propre“ każdego człowieka poza nim samym jedynie, stanowiła jedno 7. dziwactw dzielnego, ale gwałtownego, zachłannego tego małego człowieczka. Cechowało go osobliwe upodobania do wszelkich publicznych popisów, na kté rych mógł występować jako główna osoba działająca, zarazem jednak żywiołowo nie znosił czynienia tego samego przez innych. Nie dopuszczał też do podobnych występów nikogo, tłumił bezwzględnie wszelkie cudze usiłowania w tym kierunku, o ile zaś był zmuszony ustąpić, wrzał i pienił się niczym para nagromadzona pod zamknięciem.
W wigilię dnia egzaminu przechadzałam się wieczorem po ogrodzie, tak samo jak inne nauczycielki oraz wszystkie stałe pensjonarki. Mr. Emanuel podszedł do mnie w „allee defendueW ustach miał cygaro, jego okrycie — kroju wielce osobliwego, a raczej pozbawione wszelkiego kroju — wisiało na nim ciemne i groźne, chwast bonnet grec ponuro ocieniał jego lewą skroń; czarne bokobrody skręcały się i kłębiły, niby zjeżony włos rozgniewanego kota; jego niebieskie oczy omraczał cien posępny.
— Ainsi — zaczął, stając nagle przede mną i przystępując bez wstępów do rzeczy — vous allez tróner comme une reine, demain, troner a mes cotes? Sans don to vous savourez d‘avance les delices de l autorite Je crois vous voir je ne sais pourąuoi rayonnante, petite ambitieuse.’)
Otóż faktem było, że pozostawał on co do tego w najzupełniejszym błędzie. Nie spodziewałam się, ani też nie mogłam spodziewać się ze strony jutrzejszej publiczności pochlebnej oceny, a tym bardziej zachwytów nade mną w tej samej mierze, w jakiej mógł on liczyć na nie. Nie wiem jakich uczuć doznawałabym, gdyby publiczność ta składała się z tak wielu osobistych moich przyjaciół i znajomych, jakich liczył pośród niej Mr. Paul Emanuel: mówię więc tylko o faktycznym stanie rzeczy. Na mnie rzucały triumfy szkolne słabe jeno odblaski. Dziwiłam się i dziwię się wciąż jeszcze, jak to być mogło, że * ) A więc będzie pani tronowała jako królowa jutro przy mo* im boku! Delektuje się pani pewno naprzód już, rozkoszą wła* dzy. Wydaje mi się pani sam nie wiem dlaczego promieniejącą ra* dością, ambitne stworzenie! w jego oczach gorzały one tak jarzącym światłem i żarem 6utego ogniska. On dbał o nie zbyt wiele może, ja zaś prawdopodobnie zbyt mało. Bądź co bądź wszakże miałam i ja także moje własne słabostki, tak samo jak on. Przyjemność sprawiało mi na przykład obserwowanie przejawów zazdrości Mr. Paula; podniecała go ona i ożywiała duchowo; rzucała zmienne, szybko sobie wzajem ustępujące cienie i blaski na śniadą jego twarz, rozpalała ognie w jego fijołkowo-błękitnych oczach (zwykł utrzymywać, że jego czarne włosy i błękitne oczy są une de ses beautes — jednym z jego uroków). — Jego gniew miał w sobie coś pociągającego: był naturalny, szczery, wybuchający spontanicznie, poważny w swoich przejawach, zupełnie nieuzasadniony, ale nigdy obłudny, ani sztucznie udawany. Nie wyprowadziłam go ani jednym protestującym słowem z błędu co do przypisywanego mi przez niego upojenia autorytetem i ograniczyłam się jedynie na zapytaniu o jakiej porze przypadnie egzamin z angielskiego; czy z samego początku, czy też ku końcowi jutrzejszego dnia.
— Waham się jeszcze — rzekł — czy wyznaczyć go na sam początek, zanim jeszcze zgromadzi się wiele osób, kiedy tym samym ambitnej naturze pani nie będzie mogło stać się zadość wobec braku licznego audytorium, czy leż ku samemu końcowi dnia, kiedy wszyscy będą zbyt Knużeni, aby móc poświęcić popisom pani coś więcej po o ad skąpą tylko uwagę.
— Que vous etes dur, monsieur!*) — rzekłam, udając zgnębienie.
— Powinnoby się być „dur“ wobec pani. Należy pani do rzędu istot, które muszą być trzymane krótko. Znam panią! O, znam panią! Wszyscy inni w tym domu, widząc panią przechodzącą, wyobrażają sobie, że przeszedł mimo cień bezbarwny. Co się mnie tyczy, zbadałem twarz pani raz jeden i to mi wystarcza.
— Zadowolony pan więc jest, że mnie pan rozumie? * ) Jaki pan jest surowy!
Nie odpowiedziawszy bezpośrednio, dodał:
— Czy nie była pani zadowolona z powodzenia swojego w tym wodewilu? Obserwowałem panią i dostrzegłem w oczach pani i w wyrazie jej twarzy namiętną ządżę triumfu. Jaki ogień krzesały spojrzenia pani! Nie tylko błyski, ale płomienie; je me tins pour averti.*)
— To, co odczuwałam przy tej okazji — proszę mi wybaczyć, jeśli odważę się zarzucić panu nieskończoną przesadę na punkcie oceny moich uczuć, zarówno co do ich rozpiętości, jak jakości — miało charakter czysto abstrakcyjny. Mało obchodził mnie sam wTodewil. Odrazą przejmowała mnie powierzona mi rola. Żadna nić sympatii nie zadzierzgnęła się także pomiędzy mną, a publicznością na widowni. Są to niewątpliwie zacni ludzie, czy znam ich jednak? Czy łączy ich coś ze mną? Czy może mi zależeć na ponownym wystąpieniu wobec nich jutro? Czy egzamin będzie dla mnie czymś innym jak tylko trudnym, uciążliwym zadaniem, które pragnęłabym mieć już jak najprędzej poza sobą?
— Czy mam uwolnić panią od niego?
— Byłabym z całej duszy rada, o ile tylko nie obawia się pan niepowodzenia.
— Spotkałoby mnie ono na pewno. Potrafię powiedzieć po angielsku trzy zdania i parę słów jeszcze co najwyżej. Według mnie lepiej byłoby wyrzec się w ogóle całej rzeczy: nie urządzać żadnego egzaminu ze znajomości języka angielskiego. Co pani na to?
— O ile Madame zgodzi się, zgadzam się najchętniej.
— Szczerze?
— Bardzo szczerze.
Palił w milczeniu swoje cygaro. Nagle odwrócił się do mnie.
— Donncz-moi la main — niech mi pani poda rękę — rzekł, i wypogodzony nagle, bez cienia gniewu, ani zazdrości na opromienionej życzliwym uśmiechem twarzy:
— Nieoh mi pani poda rękę — powtórzył — nie bę * ) Posłużyło mi to za ostrzeżenie. dziemy współzawodnikami, ale przyjaciółmi. — Egzamin odbędzie się; wybiorę odpowiednio korzystny moment i, zamiast dokuczać pani i przeszkadzać, jak zamierzałem nie dalej niż przed dziesięcioma minutami — miewam takie nastroje złośliwej dokuczliwości, miewałem je zawsze, od moich lat dziecięcych — będę pani szczerze pomocny. Jest pani samotna i obca wśród nas, musi pani utorować sobie drogę i zarabiać na chleb; może okazać się przydatnym dla pani, że ludzie poznają panią. Będziemy przyjaciółmi zgoda?
— Z całego serca, monsieur. Cieszę się, że zyskałam przyjaciela; wolę to niż wszelkie triumfy.
— Pauvrette — biedulka — rzekł, odwrócił się i znikł na zakręcie alei.
Egzamin powiódł się dobrze; Mr. Paul dotrzymał słowa; robił co było w jego mocy, aby ułatwić mi moją misję. Nazajutrz odbyło się rozdanie nagród; i to również minęło; rok szkolny dobiegł kresu; uczennice porozjeżdżały się do domów; rozpoczął się okres długich waka cyj —... 0, te wakacje! Czy zapomnę o nich kiedykolwiek? Madame Beck wyjechała pierwszego dnia zaraz po zakończeniu roku szkolnego do dzieci swoich, bawiących nad morzem; wszystkie trzy miejscowe nauczycielki miały krewnych czy przyjaciół, u których znalazły schronienie; wszyscy nauczyciele opuścili miasto: niektórzy udali się do Paryża, inni do Bouemarine; Mr. Paul wyruszył W pielgrzymkę do Rzymu; dom opustoszał zupełnie; nie pozostał w nim nikt prócz mnie, jednej ze służących i biednej, kalekiej, niedorozwiniętej uczennicy, kretynki, której macocha, mieszkająca na dalekiej prowincji, nie zgodziła się zabrać na czas ferii do domu.
Serce zamierało nieledwie w mojej piersi; nieukojona tęsknota boleśnie dawała wciąż znać o sobie. 0, jak nieskończenie długie były dni wrześniowe! Jakie ciche, jakie martwTe! Jak wielki i pusty wydawał mi się cały dom! Jak posępny był opuszczony przez wszystkich ogród, poszarzały teraz z powodu pokładów pyłu, jakie osadziło na nim lato w mieście! Już z samego początku nieszczęsnych tvch ośmu tvffodni nie wyobrażałam sobie w jaki sposób zdołam je przeżyć i doczekać się ich końca. Z chwilą gdy zbrakło mi podniety stałego, obowiązkowego zajęcia, zaczął duszę moją tłoczyć smutek coraz bardziej beznadziejny. Nie zdolna była nawet darzyć mnie pociechą myśl o przyszłości, ani też umożliwić mi zniesienia smutnego stanu obecnego. Z dniem każdym wzraBtało moje zobojętnienie dla życia; rezygnacja rozpaczy podsuwała niejednokrotnie mysi dania ostatecznie za wygranę dalszej walce..
Niestety! Teraz, kiedy miałam pod dostatkiem chwil wolnych do rozważenia własnej egzystencji w sposób, w jaki powinna ona byc rozważana przez istoty takie jak ja, wydało mi się życie moje pustką beznadziejną: gdzie tylko okiem rzucić — piaski jałowe; nigdzie zielonych pól, nigdzie drzew palmowych, ani oazy rzeźwiącej. Nie małam, nie mogłam znać, nadziei, tak drogiej dla młodzieży, którą podtrzymuje ona i prowadzi. Jeśli nawet pukała ona czasem do wrót mojego serca, musiało ono odgradzać się od niej. zasunięciem od wewnątrz niegościnnie niedostępnej zapory. Kiedy, odrzucona w ten sposób, odwracała się ode mnie, płynęły z oczu moich potoki łez gorzkich. Nie było jednak na to rady: nie wolno było sercu mojemu gościć takiej zwiastunki zawodnej. Tak śmiertelnie obawiałam się grzechu i słabości żywienia nadziei zbyt śmiałych.
Gotów jesteś niewątpliwie, czytelniku pobożny, wypalić mi długie kazanie za to co napisałam przed chwilą; i to samo skłonny będziesz uczynić ty, moralisto; i ty także, mędrcze surowy; i ty, stoiku, zmarszczysz gniewnie czoło; ty, cyniku, szydzić ze mnie będziesz; a ty, epikurejczyku, roześmiejesz się. Pozwalam wam, każdemu z osobna, zapatrywać się na to jak wam dyktuje wasze przekonanie. Wysłucham kazania, potulnie przyjmę zmarszczkę gniewu na czole, szyderstwo i śmiech; możliwe, że macie wszyscy słuszność; może jednak, znalazłszy się w takich jak ja warunkach, postępowalibyście rów aie niesłusznie jak ja. Tak, czy owak, dłużył ini się pierwszy miesiąc nieskończenie, czarny i ciężki nie do zniesienia.
Kretynka nie zdawała się cierpieć. Starałam się odżywiać ją jak tylko mogłam najlepiej i zapewnić jej jak najwięcej ciepła i słońca, a jedzenie i słońce, zaś, w braku słońca, ciepło ognia kominkowego, stanowiło wszystko, czego było jej potrzeba do szczęścia. Słabemu jej rozwojowi umysłowemu najbardziej odpowiadał stan zupełnego bezruchu; jej mózg, oczy, uszy, serce, spały, zadowolone z tego, nie zdolne zbudzić się do czynu, i tym samym stan letargu był dla nich rajem.
W ciągu trzech pierwszych tygodni ferii utrzymywała się stale pogoda słoneczna, piękna i sucha, czwarty i piąty tydzień, natomiast, były burzliwe i deszczowre. Nie wiem dlaczego ta zmiana pogody oddziałała na mnie w sposób tak okrutny, dlaczego szalejące burze i ulewne deszcze skuły śmiertelnym bezwładem moją wolę i ciało moje w wyższym jeszcze stopniu, aniżeli miało to miejsce dopóki panowała pogoda słoneczna. Przypuszczam, że mój system nerwowy nie był widocznie dłużej w stanie znieść egzystencji, jaką wiodłam od tylu dni i nocy w tym wielkim, pustym domu. O, jakie modły gorące wznosiłam do Niebios, błagając o ratunek i pomoc! Z jak straszliwą siłą opanowywało mnie przeświadczenie, że Los jest niezmiennym, stałym moim wrrogiem, którego nie uda mi się przebłagać. Nie wzywałam nigdy z głębi duszy zmiłowania bożego, ani boskiej sprawiedliwości, aby dopomogły mi do zwalczenia okrutnego przeciwnika; doszłam do przekonania, że niezbadane, wielkie plany Stwórcy, wymagają, aby niektórzy głęboko cierpieć musieli za życia swrojego tu na ziemi, przejęta też byłam niezłomną pewnością, że ja właśnie należę do ich grona.
Pewrną ulgą dla mnie było, kiedy jedna z ciotek biednej kretynki przybyła wreszcie, aby zabrać zwyrodniałą moją towarzyszkę. Nieszczęśliwa ta istota bywała dla mnie czasem ciężarem nie do zniesienia; nie mogłam zabierać jej dalej niż do ogrodu, i nie mogłam także zosta wiać jej ani na chwilę bez opieki; jej słaby umysł, tak samo jak jej zniekształcone ciało były skażone wrodzoną skłonnością do złego. Bezcelowa złośliwość i nieprzyjazność; niezrozumiała, dziwna potrzeba wyrządzania szkód, powodowały konieczność nieustannej mojej czujności. Że zaś bardzo rzadko odzyrwała się i godzinami siadywała nadąsana, wykrzywiając twarz ohydnymi, trudnymi do opisania grymasami, doznawałam uczucia, że jestem uwięziona z dziwnym jakimś, nie dającym oswoić się zwierzątkiem raczej, aniżeli z istotą ludzką. Zmuszona byłam także oddawać jej osobiste fizyczne usługi, wymagające zahartowania, stępienia na te rzeczy i obycia się z nimi pielęgniarki szpitalnej; odwaga moja narażana bywała na próby, załamujące mnie zupełnie i doprowadzające do stanu chorobliwego wręcz.
Obowiązki te nie powinny były właściwie spaść na mnie; pełniła je dotychczas jedna ze służących, nieobecna podczas ferii; w pośpiechu i zamęcie wyjazdu nie pomyślano o zastąpieniu jej kimś odpowiednim. Ciężary te i przejścia nie były bynajmniej najmniejszą dokuczliwością, jakiej zaznałam w życiu. Mimo jednak, że usługi te były odstręczająco wstrętne, bardziej niż one dręczyły mnie cierpienia duchowe, wyczerpujące mnie i nużące bezgranicznie. Pełnienie posług przy kretynce odbierało mi często chęć i możność spożywania posiłków; omdlewając nieomal z obrzydzenia, szukałam jedynego ratunku na ten stan, jedynej ucieczki przed nim w wybieganiu na świeże powietrze do ogrodu i do studni na podwórze. Nigdy wszelako pełnienie tych obowiązków nie szarpało i nie krwawiło mi 9erca, ani też nie wypełniało moich oczu i nie paliło moich policzków łzami gorącymi niczym rozpalony ołów, mającymi źródło w cierpieniach moralnych.
Po odjeździe kretynki mogłam pozwalać sobie do woli na dalsze przechadzki. Zrazu brak mi było odwagi wychodzenia daleko poza Rue Fossette, stopniowo wszakże zaczęłam zapuszczać się poza wrota miejskie, po czym swobodnie już wędrowałam po gościńcach, przez pola, natrafiając po drodze na cmentarze, katolicki i protestancki, na osady folwarczne, łąki, Taski i zagajniki i sama nie wiem na co jeszcze. Dziwna jakaś gorączka pędziła mnie nieustannie, nie pozwalając mi zaznać spoczynku. Ruch ciągły nie wystarczał mi. jednak; brak i potrzeba towarzystwa podtrzymywały śmiertelny głód mojej duszy. Spędzałam często na takich wędrówkach dni całe, od rozprażonego południa, poprzez spiekłe godziny zachodu, aż do zmierzchu wieczornego, powracając do domu dopiero w porze wypłynięcia księżyca na niebo.
Wędrując tak samotnie, rozmyślałam, co też mogą porabiać teraz wszyscy moi znajomi. Wyobrażałam sobie Madame Beck, zażywającą miłej wilegiatury nad morzem w otoczeniu dzieci swoich, swojej matki i całego mnóstwa przyjaciół, którzy obrali tę samą miejscowość na swój wypoczynek letni. Zelie St. Pierre bawiła w Paryżu u krewnych, inne nauczycielki spędzały ferie w domach swoich rodziców. Ginevrę Fanshave zabrali jacyś znajomi na bardzo przyjemny objazd wspaniałych siedzib rodowych, położonych na południu Francji. Los Ginevry wydawał mi się najszczęśliwszy. Oglądała piękne pejzaże; patrzyła na złocące się we wrześniowym słońcu żyzne równiny, na których zboże i w-ino dojrzewało pod dobroczynnymi jego promieniami. Miałam wyraźną wizję złocistych, opalizujących kryształowo tarcz księżycowych, których blask rozświetlał przed jej oczami ciemny szafir nieba na dalekim widnokręgu, poznaczonym majaczącą niewyraźnie zębatą linią gór. ^ rjj
Wszystko to jednak było niczym dla mnie. I mnie także ogrzewały promienie jesiennego słońca; i ja także oglądałam wypływające na niebo złoto-kryształowe sierpy i tarcze księżyca, a przecież pragnęłam nieomal leżeć już pod ziemią i murawą, zagrzebana głęboko, nie mogąc już ani widzieć, ani odczuwać tych wspaniałości. Nie mogłam żyć w świetle tych promieni, ani przywiązać się do nich i uczynić ich swoimi towarzyszami. Ginevra, w przeciwstawieniu do mnie, obdarzona była ^ przez naturę szczęśliwym usposobieniem, które zbroiło ją w energię, w siły i w radość życia, umożliwiało jej korzystanie z jego rozkoszy, z pełni światła dziennego, z aromatów nocy. Najbardziej przyjazne spośród dobrych, strzegących ludzkość, geniuszów świata wzięły ją pod opiekę, roztoczywszy ze skrzydeł swoich miły dach ochronny nad jej głową. Towarzyszyła jej nieodstępnie miłość wierna, która nie pozwalała jej nigdy czuć się samotną. Czyżby miała ona być nieczuła na jej obecność? Wydawało mi się to niemożliwe: nie byłam zdolna wyobrazić sobie podobnej oschłości, pewna byłam, że kocha jednak, jakkolwiek nieco powściągliwie jeszcze, gotowa wszelako kiedyś, w przyszłości, ujawnić jak bardzo, jak prawdziwie kocha. Jej wierny bohater, na wpół może tylko świadomy był nieśmiało budzącego się jej uczucia, wystarczało to jednak, aby pocieszać go w chwilach zwątpień i koić jego obawy. Domyślałam się magnetycznego prądu sympatii pomiędzy nimi obojgiem, łączącej ich nici wzajemnego zrozumienia, które podtrzymywało związek ich serc i dusz poprzez dzielące ich przestrzenie setek mil, przesyłało — poprzez góry i doliny życzenia, modły i śluby, jakie wymieniali wzajem. Gineyra urastać zaczęła stopniowo w moim połciu do wyżyn bohaterki.
Pewnego dnia, zdając sobie trzeźwiej niż kiedykolwiek sprawę z zyskującego wciąż na sile tego urojenia, powiedziałam sobie:
— Przypuszczam naprawdę, że nerwy moje są nazbyt napięte: zbyt wiele przecierpiałam duchowo; zagraża im stan zupełnego rozprzężenia.. Co mam uczynić? Gdzie szukać ratunku? W czyrm znaleźć uzdrowienie?
Nie było istotnie sposobu znalezienia w podobnych warunkach leku uzdrawiającego. W reszcie, po dniu i nocy szczególnie przytłaczającej depresji, uniemożliwiły mi objawy fizycznej choroby wstawanie z łóżka. Mniej więcej w tym samym czasie zakończyło się upalne lato i rozpoczął się towarzyszący zrównaniu dnia z nocą okrea burz..
Dziewięć ciemnych, ponurych, rozdeszczonych dni, których monotonię zakłócały jedynie szalejące wichry huraganowe, przeleżałam, trawiona dziwną gorączką nerwów i krwi. Sen opuścił mnie zupełnie. Wstawałam w nocy, szukając go wszędzie, błagając niebo o możność odzyskania go. Na rozpaczliwe moje błagania odpowiadał mi jedynie brzęk wstrząsanych wichrem szyb okiennych, świsty szalejącej burzy — sen nie przychodził jednak.
Mylę się. Przyszedł raz jeden, nie był jednak dobroczynny. Zniecierpliwiony natarczywością moją, zemścił 6ię, sprowadzając widziadła upiorne. Sądząc z posunięcia się wskazówek zegara na wrieży kościoła Ś-go Baptysty, trwało moje uśpienie zaledwie piętnaście minut — krótki okres, ale wystarczający, aby zesłać na mnie nową, nieznaną dotychczas udrękę. Jak gdyby dostrzeżony w przelocie błysk wieczności przejął całe moje jestestwo grozą niewypowiedzianą. Pomiędzy północą a godziną pierwszą owej nocy poczułam przytkniętą do ust moich czarę ciemnego jakiegoś napoju, dziwnego, nie zaczerpniętego z żadnej studni. Napełniona była czara ta czymś wrzącym, wlanym w nią z bezdennego, bezkresnego morza. Cierpienie, dotykające chwilowo, odmierzone dającą się obliczyć miarą, doprawione tak, aby mogły wchłonąć je usta śmiertelnika, nie ma takiego smaku, jaki miało to właśnie. Przełknęłam przytknięty’ do warg moich napój, i obudziłam się pewna, że jest już po wszystkim; nadszedł koniec i przeminął. Drżąc z przerażenia — w miarę odzyskiwania świadomości — gotowa krzyknąć, wzywając z prośbą o pomoc jakąś istotę miłosierną, i wiedząc zarazem, że nie ma nigdzie w pobliżu żadnej istoty miłosiernej, która mogłaby usłyszeć to moje rozpaczliwe wezwanie — poczciwa Gotton w odległej swojej izdebce poddasza nie mogła mnie usłyszeć, — uklękłam na łóżku. Upłynęło parę godzin straszliwych. Nie podobna opisać udręki i zgnębienia duchowego, jakie przecierpiałam. Mvśle, że była to nn’„orsza ze wszystkich potworności snu. Miałam przez chwilę wizję uwielbianych moich zmarłych, którzy niegdyś za życia kochali mnie tak tkliwie, a którzy teraz spotkali się ze mną w innyrm jakimś świe cie, dalecy mi już i obcy. Napoiło to goryczą serce moje, przepełniło rozpaczą nieopisaną na myśl o tym, co czekać mnie może odtąd. Nie widziałam powodu, dla którego miałabym pragnąć żyć i wyzdrowieć, mimo to nie do zniesienia dręczący był głos, jakim wzywała mnie Śmierć do wkroczenia w obręb nieznanego, przerażającego jej królestwa. Chciałam modlić się, zaledwie jednak zdolna byłam wypowiedzieć słowa te:
„Od młodości mojej przecierpiałam grozy Twoje z duszą zmąconą44.
Była to prawda najszczersza.
Gotton, przyniósłszy mi herbatę nazajutrz z rana, nalegała, abym wezwała lekarza. Nie chciałam jednak: nie wierzyłam, aby jakikolwiek lekarz zdolny był uzdrowić mnie.
Pewnego wieczora — nie bredziłam, byłam najzupełniej przytomna — wstałam i ubrałam się, drżąca, zaledwie zdolna utrzymać sie na niepewnych nogach. Nie mogłam, nie byłam w stanie znieść dłużej martwej ciszy sypialni: upiornie białe łóżka prześladowały mnie niczym zjawTy; zakończenia ich grzbietów stawały się w wyobraźni mojej trupimi czaszkami, wielkimi i wyblichowanymi przez słońce; w ich szeroko rozwartych oczodołach tkwiły zaklęte marzenia zamarłe o dawniejszym jakimś świecie i potężniejszej rasie ludzkiej. Tego wieczora bardziej niezachwianie niż kiedykolwiek wżarło się w duszę moją przeświadczenie, że Los jest twardym nieubłaganym kamieniem, a Nadzieja — bożkiem fałszywym — ślepym, wyzbytym krwi, twardym jak granit. Czułam, że próby i przeżycia, przeznaczone mi przez Boga, dosięgają punktu kulminacyjnego, muszą też zostać odwrocone własnymi moimi rękami, mimo że tak bardzo rozgorączkowanymi, słabymi i drżącymi.
Deszcz lał wciąż jeszcze, a wicher dął w dalszym ciągu mniej gwałtowny jednak i mniej rozszalały, niż przez cały dzień. Tak wydawało mi się przynajmniej. Zapadał zmierzch: przez szyby okienne widzieć mogłam nisko przepływające obłoki, podobne do zwisających smutnie chorągwi. Doznałam wrażenia, że o tej porze zmierzchu i w niebie także ponad nami panować musi smutek i współczucie z powodu cierpień, doznawanych na ziemskim padole. Przypuszczenie to ujęło ciężaru przeraźliwemu mojemu widzeniu sennemu, uczyniło mniej straszliwą myśl, że nie jestem już kochana przez nikogo, że ani jedna z istot tak bliskich mi niegdyś nie przyznaje się już do mnie. Lęk o to ustąpił miejsca nadziei, że może jednak jest inaczej niż przypuszczam. Nabrałam pewności nieomal, że nadzieja ta ziści się i ujawni wyraźnie, o ile zdołam, wydostawszy się spod tego dachu, który ciążył mi, niby zatrzaśnięte nade mną wieko trumny, wyjść za miasto i wspiąć się na ciche wzgórze, wznoszące się daleko pośród pól. Otulona w białe okrycie (musiałam być zupełnie przytomna, jeśli miałam tyle rozsądku i przezorności, abyr ubrać się ciepło) wyruszyłam z domu. Dzwony jednego z pobliskich kościołów zatrzymały mnie w przejściu; zdawały się wzywać mnie na Anioł Pański, weszłam więc do wnętrza świątyni. Branie udziału w odbywaniu uroczystego nabożeństwa, widok szczerej pobożności, możność bezpośredniego zwrócenia się do Boga były nie mniej pożądane dla mnie i upragnione, aniżeli chleb dla ginącego z głodu. Uklękłam wraz z innymi na kamiennej posadzce. Był to stary, cichy kościołek, w którego wnętrzu panował zmierzch, przepojony purpurową łuną, jaką rzucało światło, przedostające się przez wysokie malowane szyby okienne.
W kościele zgromadzeni byli nieliczni pobożni, których połowa wyszła po przebrzmieniu salut — pozdrowienia anielskiego. — Stwierdziłam niebawem, że ci, którzy pozostali, uczynili to, aby wyspowiadać się. Nie ruszyłam się z miejsca. Służba kościelna pozamykała starannie wszystkie drzwi; zapadła zbożna cisza; wszystkich nas zamkniętych w kościele ogarnął skrzydłami swoimi cień uroczysty. Po krótkiej chwili, spędzonej w skupieniu modlitewnym, podeszła jedna z penitentek do konfesjonału, Obserwowałam ją pilnie. Spowiadała się szeptem; ksiądz udzielił jej, szeptem również, rozgrzeszenia, odeszła bowiem od konfesjonału wyraźnie uspokojona. Po niej podeszła następna, potem jeszcze inna. Blada jakaś dama, klęcząca obok mnie, szepnęła cichyrm, uprzejmym głosem:
— Niech pani idzie teraz; nie jestem jeszcze całkowicie przygotowana do odbycia spowiedzi.
Automatycznie posłuszna, podniosłam się i skierowałam się ku konfesjonałowi. Nie zrobiłam tego bez zastanowienia. Wiedziałam co robię. Z błyskawiczną szybkością obmyśliłam zamiar. Wyspowiadanie się nie mogło bardziej jeszcze zgnębić mnie moralnie, raczej możliwe było, że mnie ukoi.
Ksiądz, zasiadający w konfesjonale ani razu nie odwrócił ku mnie głowy, aby przyjrzeć mi się; spokojnym, nawykowym gestem pochylił ucho ku moim ustom. Mógł to nawet być człowiek zacny, dobry z natury, obowiązek ten wszelako stał się dla niego rodzajem formy jedynie: odbywał obrządek spowiadania penitentów z obojętnością i flegmą przyzwyczajenia. Zawahałam się; nie znałam obowiązującej formuły spowiedzi: zamiast też rozpoczęcia jej od zwykłego wstępu, rzekłam:
— Mon pere, je suis protestante*).
Odwrócił się ku mnie nagle. Nie był tubylcem: księża miejscowi, urodzeni w tym kraju i pochodzący z rdzennych jego warstw, mają prawie nieodmiennie twrarze płaskie, prostacze. Subtelny profil i zarys czoła tego księdza wskazały mi, że musi być on Francuzem; mimo że siwy i posunięty w lata, zachował twarz człowieka myślącego i czującego. Zapytał mnie przede wszystkim, bez gniewu jednak, dlaczego, będąc protestantką, przyszłam do niego-
Powiedziałam, że zginę, jeśli nie otrzymam mądrej rady i życzliwych słów pociechy. Od kilku tygodni jestem zupełnie osamotniona; zachorowałam; czuję się tak przeraźliwie zgnębiona, że nie wydaje mi się, abym była zdol * ) Jestem protestantką, mój ojcze. na znieść dłużej ten ciężar, tłoczący nieustannie moją duszę.
— Czy dolega ci świadomość popełnionego grzechu lub występku, moje dziecko? — zapytał.
Uspokoiłam go co do tego, jak mogłam też najprzystępniej wyjaśniłam na czym właściwie polega moja udręka.
Zdawał się stropiony i zdziwiony.
— Przyznaję — rzekł — że zaskoczyłaś mnie, dziecko moje, znienacka. Nie miałem nigdy jeszcze w całej dotychczasowej mojej praktyce podobnego wypadku: przygotowani jesteśmy na wiele powikłań niezwykłych, należących jednak do stałej rutyny naszego posłannictwa: tym razem wszakże spotykam się z czymś takim, co robi poważny wyłom w zwykłym biegu spowiedzi. Wątpię czy Znajdę dla ciebie w danych warunkach radę odpowiednią.
Nie liczyłam oczywiście, aby mógł znaleźć ją, już jednak ulga, jaką przyniosła mi możność zwierzenia się człowiekowi rozumnemu i ludzkiemu, o uświęconym charakterze kapłana, z części bodaj bólówT, jakie nękały moją duszę, zrobiła mi wiele dobrego. Czułam się nieco pokrzepiona.
— Czy mam odejść, mój ojcze? — zapytałam.
— Tak, moja córko — rzekł z życzliwością w głosie.
— Nie wątpiłam, że był to człowiek życzliwy: dostrzegłam wyraźnie błysk współczucia w jego oku. — Tak, na razie lepiej będzie, abyś odeszła, zapewniam cię jednak, że słowa twoje uderzyły mnie. Spowiedź, podobnie iak wszystko inne, staje się, stać się może łatw’o czczą formalnością jedynie, czymś spospolitowranym, o ile wejdzie W stały zwyczaj. Przyszłaś, córko moja, zrzuciłaś ciężar z własnego serca, podzieliwszy się ze mną tym, co cię trapi — rzadko zdarza mi się wysłuchać czegoś podobnego. Chciałbym mieć czas na obmyślenie twojego zwierzenia w należytym spokoju modlitewnym. Gdybyś należała do naszego kościoła, wiedziałbym co mam ci powiedzieć — dusza tak bardzo udręczona jak twoja, może znaleźć spo kój jedynie w zupełnym odcięciu od ludzi, w stałym, regularnym pełnieniu obowiązków religijnych. Życie wśród świata, jak niewątpliwie dobrze ci wiadomo, nie daje zadowolenia naturom takim jak twoja. Świątobliwi kapłani polecali penitentkom do ciebie podobnym, aby starały się przez pokutę, zaparcie się samych siebie i pełnienie żmudnych dobrych uczynków, utorować sobie drogę ku oczyszczeniu. Tu na ziemi dane im są za strawę codzienną łzy, chleb i woda strapienia. Nagroda czeka je później dopiero, w życiu pozagrobowym.
— Co się mnie tyczy, przeświadczony jestem, że wyobrażenia te, pod których ciężarem uginasz się, córko moja, są wysłańcami bożymi, mającymi misję nawrócenia cię na łono prawdziwego Kościoła. Zrodzona jesteś do przyjęcia naszej wiary: uwierz w nią, ona jedna zdolna jest uzdrowić cię i dopomóc ci. Protestantyzm jest dla ciebie zbyt suchy, zimny i zbyt przyziemny. Im więcej myślę o twojej sprawie, tym wyraźniej widzę, że odchyla się ona najzupełniej od zwykłego biegu rzeczy. Nie chciałbym za żadną cenę stracić cię z oczu. Odejdź teraz w pokoju, córko moja, powróć jednak do mnie.
Podniosłam się z klęczek i podziękowałam mu. Zamierzałam odejść już, kiedy dał mi znak, abym zatrzymała się jeszcze.
— Nie przychodź do kościoła — rzekł — widzę, że jesteś chora, panuje tutaj zbyt wielki chłód. Przyjdź do ttinie do domu: mieszkam (dał mi swój adres). — Bądź U mnie jutro z rana o dziesiątej.
W odpowiedzi na to polecenie pochyliłam w milczeniu głowę i, opuściwszy na twarz zasłonę i opiąwszy szczelnie okrycie na sobie, wysunęłam się z kościoła.
Jak sądzisz czytelniku, czy myślałam o powtórnym dostaniu się do zacnego księdza? Zupełnie tak samo nie przychodził mi zamiar ten do głowy, jak nie wpadłoby mi na myśl leźć dobrowolnie w paszczę smoka. Kapłan ten posiadał broń, którą mógł wpływać na mnie: był z natury miękki i uprzejmy; posiadał ową wrodzoną miękkość i uczuciowość typowo francuską, na którą, jak do brze wiedziałam, byłam osobliwie wrażliwa. Nie budziły We mnie szacunku pewne rodzaje afektacji, nie byłam, natomiast, zdolna oprzeć się przejawom szczerego uczucia, prawdziwej wiary. Gdybym poszła do niego, niechybnie zdołałby przekonać mnie o kojącej sile, o wyniosłości i prawowitości uczciwego dogmatyzmu papieskiego. Usiłowałby też niewątpliwie wzbudzić we mnie i podsycać żarliwość pełnienia dobrych uczynków. Nie mam pojęcia na czym skończyłoby się to wszystko. Uważamy się za silnych na pewnych punktach, znamy słabość naszą na wielu inny-ch: wielce prawdopodobnie też, gdybym udała się w oznaczonyTn dniu i godzinie pod numer 10 Rue des Mages, potoczyłby się zgoła inaczej bieg mojego życia i teraz — zamiast snuć heretycką tę opowieść — przesuwałabym paciorki mojego różańca i odmawiałabym pacierze w celi klasztoru Karmelitek przy Boulevard de Crecy w Yillette. Stary ten, dobrotliwy ksiądz miał w sobie coś z Fenelona, jakakolwiek też miałaby być większość jego braci, cokolwiek miałabym myśleć o jego Kościele i wierze (których nie lubię), zachowam jego samego na zawsze we wTdzięcznej mojej pamięci. Był dla mnie dobry wówczas, kiedy tak bardzo potrzebna mi była dobroć ludzka. Oby niebo wynagrodziło go za to!
Zmierzch przeistoczył się w’ noc, latarnie zapłonęły już na ulicach, kiedy wydostałam się z posępnego kościoła. Możliwy był teraz dla mnie powrót: przestała nękać mnie nieposkromiona, dzika tęsknota za odetchnięciem rzeźwiącym powietrzem tej nocy październikowej, za znalezieniem sie ria małym wzgórzu poza murami miasta. Teraz już tylko doświadczałam pragnień, z jakimi mógł pogodzić się rozsądek: pragnęłam znaleźć się w domu; zawróciłam, jak mi się wydawało, ku Rue Fossette. Znalazłam się jednak w części miasta, której zupełnie nie znałam; była to stara część Yillette, pełna wąskich uliczek, na których stały odwieczne, zmurszałe, ale malownicze w swojej odwieczności budowle. Byłam zbyt słaba, aby zorientować się od razu, zbyt mało zresztą przezorna i zbyt mało świadoma niebezpieczeństwa jakie mogło mi odgrażać, aby dbać dostatecznie o własną osobę i zwracać uwagę na to co robię. Idąc na oślep przed siebie, uwikłałam się w plątaninę zakrętów, z której nie byłam zdolna wydostać się, nie umiałam zaś zdobyć się na decyzję poproszenia kogoś z przechodniów o wskazanie mi drogi.
Burza, która przycichła w porze zachodu, usiłowała odrobić teraz stracony czas. Pionowo prawie dmący gwałtowny wicher huraganowy, który szedł z północo-zachodu, sprowadził deszcz, rozpryskujący się na wszystkie strony: bryzgi jego były lodowate, przemarzłam też wnet do szpiku kości. Pochyliłam głowę, aby uniknąć wichru i deszczu, siekły mnie wszakże nieubłaganie. Nie zrażało mnie to jednak; żałowałam tylko, że nie mam skrzydeł, aby móc ulecieć w górę z wichrem, rozpostrzeć je i, utrzyimijąc się na nich, być porwaną przez pęd powietrza i pomknąć dokąd mnie on uniesie. W momencie kiedy zaznałam tego pragnienia, przejął mnie chłód jeszcze dokuczliwszy, choć i przed tym było mi dość dokuczliwie zimno; dotychczasowa słabość moja ustąpiła miejsca zupełnemu bezwładowi. Usiłowałam dotrzeć do wrót wielkiego gmachu, cały potężny front jego wszakże i olbrzymia kopuła zlały się przed moimi oczami w jedną czarną masę, która rozwiała się przed nimi w następnej chwili. Zamiast osunąć się na stopnie schodów wejściowych, jak zamierzałam, uczułam — tak mi się przynajmniej wydało — że wpadam głową w dół w jakąś ziejącą przepaść. Więcej nie pamiętam już nic.
ROZDZIAŁ XVI
AULD LANG SYNE*)
Dokąd zawędrowała dusza moja podczas długiego tego omdlenia, nie umiałabym powiedzieć. Zachowała ona na zawsze w tajemnicy to, co widziała, jak i to również w jakie dziwne tej nocy zapuściła się okolice. Nie podszepnęła ani słówka o tym pamięci mojej, pogrążywszy wyobraźnię moją w otchłań zapomnienia i nieprzerwanego milczenia. Wzleciała może na wyżyny i ujrzała z dala wiekuiste schronienie swoję, mając nadzieję, że pozwolą jej wreszcie spocząć w spokoju, łudząc się, że jej bolesny związek z materią został zerwany ostatecznie. W chwili, kiedy wyobrażała to sobie, mógł jeden z aniołów bożych ostrzec ją, aby nie przestępowała wrót rajskich i sprowadzić ją z powrotem na ziemię, ponownie wcielając rozedrganą, łkającą, opierającą się, w dawne nędzne jej ramy, wyziębione i zmarnowane, w ramy, z którymi łączność nierozerwalna przykrzyła się jej nad miarę od dawna już.
Wiem, że z uczuciem bólu i niechęci przekroczyła ponownie próg swojego więzienia, przy czym z głębi jej wydarł się jęk potężny, a całą nią wstrząsnął dreszcz przeciągły. Niełatwo było dokonać ponownego sprzężenia Ducha z Materią; ich powitaniu wzajemnemu nie towarzyszyło ciepło serdecznego uścisku, ale rozpoczynająca się ponownie tortura walki.
Najsampierw odzyskałam zmysł widzenia: ujrzałam przed sobą bezmiar czerwony, niby morze krwi; obez * ) Auld Lang Syne — wyrażenie szkockie, oznaczające: daw* ne dobre czasy. władniony chwilowo zmysł słuchu powrócił do mnie ogłuszając uszy moje szumem głośnym, podobnym do huku grzmotu; odzyskanie przytomności zaznaczyło się przede wszystkim gwałtownym wstrząsem lęku. Usiadłam, oszołomiona, zdumiona, niezdolna zdać sobie sprawy w jakie okolice zawędrowałam, wśród jakich istot dziwnych zbudziłam się ponownie do życia. Zrazu nie wiedziałam nic i rozglądałam się z zaciekawieniem dokoła: ściana nie była ścianą, lampa nie wydawała się lampą. Powinna byłam zdawać sobie sprawę z tego co właściwie nazywamy zjawą, jak zdawałam ją sobie z przedmiotów najzwyklejszych. Chcę powiedzieć przez to, że wszystko, na co padły moje oczy, uderzyło mnie upiornością swoją. Rychło wszakże odzyskały zmysły moje uprzednią sprawność, cały proces życia wznowił dla mnie zwykły, regularny swój tryb.
Nie wiedziałam jednak wciąż jeszcze gdzie się znajduję: po chwili dopiero zorientowałam się, że zostałam zabrana i przeniesiona z miejsca, na którym upadłam: Nie leżałam na najniższym stopniu schodów wejściowych do kościoła; mury, sufit i okna oddzielały mnie od nocy i burzy. Wniesiona zostałam do jakiegoś domu, do czyjego domu jednak?
Przychodził mi do głowy pensjonat jedynie — szkoła żeńska z Rue Fossette. Na wpół przytomna jeszcze, usiłowałam zorientować się do którego pokoju w nim zostałam wniesiona: do większej sali sypialnej, czy do jednej z małych sypialek? Byłam zdziwiona, nie mogłam bowiem poznać ani jednego mebla, który pamięć moja mogłaby skojarzyć z którąkolwiek. Brakło tu pustych białych łóżek, nie było także długiego szeregu okien.
„Nie położono mnie w pokoju Madame Beck — to pewne“ — pomyślałam. Nagle wzrok mój padł na fotel, obity błękitnym adamaszkiem. Stopniowo wykrywać zaczęłam obecność innych jeszcze krzeseł i foteli tak samo pokrytych, aż wreszcie złożyła się całość bezpośredniego mojego otoczenia na widok miłego, zacisznego saloniku, z kominkiem, na którym jasnym, wesołym ogniem buzo wały szczapy smolne, rzucając świetlne błyski na płowe tło dywanu z jaskrawo-błękitnymi arabeskami na nim, na blarlo-kremowe ściany, po których, pośrófl splątanego gąszczu złotawych liści i łodyg wiły się lekkie, nie kończące się girlandy lazurowych niezapominajek. Przestrzeń pomiędzy dwoma oknami, suto zadrapowanymi błękitną, zebraną ku górze, kotarą wypełniało zwierciadło w złoconych ramach. W zwierciadle tym ujrzałam siebie samą, leżącą nie na łóżku, ale na kanapie. Wyglądałam widmowo; oczy moje rozwarte bvły szerzej i wpadnięte głębiej, aniżeli zazwyczaj, stanowiąc dziwny kontrast z wychudzoną, szaro-ziemistą twarzą. Teraz już stało się dla mnie oczywiste, że pokój, w którym znajdowałam się był obcym, nieznanym mi pokojem w obcym, nieznanym mi domu.
Równie oczywiste nieomal było dla mnie, że mózg mój nie powrócił jeszcze do normy, im dłużej bowiem wpatrywałam się w obity błękitnym adamaszkiem fotel, tym bardziej wydał mi się on znajomy, tak samo zresztą jak okrągła kanapka. Nieco mniej znajomy, przypominający mi jednak coś znanego wydał mi się okrągły stół pośrodku, nakryty błękitną serwetą obrzeżoną szlakiem z liści w barwach jesiennych. Nade wszystko jednak bliskimi znajomymi wydały mi się dwa małe stołeczki, obite haftowaną ręcznie materią, a także niewielkie, ujęte w hebanowe ramy krzesło, którego grzbiet i siedzenie obite były ręcznie również wyhaftowanymi na ciemnym tle, jaskrawymi kwiatami.
Uderzona widokiem znanych mi dobrze sprzętów, zaczęłam rozglądać się i badać bliżej. Dziwne to, doznawałam wszelako wrażenia, jak gdybym nagle znalazła się wśród dawnych przyjaciół; i szkockie znane powiedzenie — „auld long syne“ — dawne dobre czasy — uśmiechało się do mnie z każdego kąta. Na gzymsie kominka umieszczone były dwie owalne miniatury, których perły nad wysoko spiętrzonymi pudrowanymi koafiurami wraziły mi się od dawna w pamięć, tak samo jak aksamitne obramowanie dokoła smukłych białych szyj, sute fałdy muślinowych chusteczek-krzyżówek, a nawet deseń koronkowych mankietów, zdobiących rękawy. Na tym samym gzemsie kominkowym stały również dwie wazki chińskie, pozostałości dawno wytłuczonego serwisu, gładkie i połyskujące jak emalia, kruche i cienkie jak łupinka jajek. W samym środku gzemsu umieszczona była, mając służyć widocznie za główną ozdobę, — klasyczna grupa z alabastru, przechowywana pod szkłem. Umiałabym wyliczyć na pamięć wszystkie zadraśnięcia, wszystkie najdrobniejsze szczerby na tych zabytkach zupełnie jak gdybym była clairvoyante — jasnowidzącą. Nade wszystko wszakże były tu dwie zasłonki-ekraniki, ozdobione nader starannie i drobiazgowo wykonanymi rysunkami ołówkowymi, utworzonymi z tak cieniuchnych kreseczek, jak najsubtelniejsze rysunki piórkowe. Wpatrując się w nie, przypomniałam sobie godziny, podczas których pochylona była nad nimi głowa dziewczęca, trzymająca ołówek pensjonarki w słabych, cierpliwych, gorliwie pracujących palcach, w tej chwili bardziej podobnych do palców szkieletu.
Gdzie znajdowałam się? Dokąd zostałam przeniesiona? Nie tylko do jakiego zakątka świata, ale do jakiego roku Pańskiego? Wszystkie te przedmioty pochodziły bowiem z dawnych, bardzo dawnych dni i z dalekiego kraju. Pożegnałam się z niimi przed dziesięciu laty; od czternastego roku mojego życia nie zetknęłam się z nimi nigdy więcej już. Słabym, ale dosłyszalnym głosem szepnęłam:
— „Gdzie jestem?44
Sylwetka czyjaś, dotychczas nie zauważona przeze mnie, poruszyła się, wstała i zbliżyła się ku mnie; sylwetka, odcinająca się od otoczenia, a tym samym bardziej jeszcze wikłająca dla mnie zagadkę. Przyjrzawszy jej się bliżej, przekonałam się, że musiała to bvć służąca, sadząc z kolorowej perkalikowej jej sukni i typowego czepeczka na jasnvch włosach. Nie mówiła ani po francusku, ani po angielsku, nie mogłam też porozumieć się z nią, aby dowiedzieć się od niej czegoś, zasięgnąć tak bardzo interesujących mnie informacy’j. Zwilżyła mi tylko czoło i skro nie chłodnym jakimś i mile pachnącym płynem, poprawiła poduszki pod moją głów*, gestem dała mi do zrozumienia, abym nic nie mówiła, po czym usiadła przy nogach kanapy.
Usiadłszy zajęła się ponownie swoją robotą na drutach, mogłam więc przyglądać się jej swobodnie, pochylonej nad migającymi w jej rękach narzędziami pracy. Zdumiona byłam skąd wzięła się ona tutaj i co może mieć wspólnego z środowiskiem, tak bliskim mi z czasów mojego dziecięctwa. Bardziej jednak jeszcze zdumiewało mnie co owo środowisko i owe czasy mogą mieć teraz wspólnego ze mną.
Zbyt wyczerpana abym mogła zbadać intrygującą tę zagadkę, usiłowałam pogodzić się z niemożnością rozwiązania jej, mówiąc sobie, że musi to wszystko być niepojętą jakąś omyłką, snem, czy fantasmagorią rozgorączkowanej, chorej wyobraźni. W głębi duszy wiedziałam jednak, że nie jest to ani omyłką, ani snem, ani fantasmagorią: nie spałam, ani też nie fantazjowałam będąc najzupełniej przytomna i trzeźwa. Wolałabym, aby pokój, w którym znajdowałam się, nie był tak dobrze oświetlony; nie dostrzegłabym może tak dokładnie małych obrazków, ozdób, zasłonek, haftowanego pokrycia krzesła. Wszystkie te przedmioty, tak samo jak meble obite błękitnym adamaszkiem, były w rzeczywistości identycznie takie same, jak te, które tak dobrze pamiętałam i które były tak bardzo mi bliskie, jako że znajdowały się niegdyś w salonie mojej matki chrzestnej w Bretton. Wydawało mi się jedynie, że sam pokój jest zmieniony zarówrno pod względem swojego obszaru, jak rozplanowania.
Przyszedł mi na myśl Bedreddin-Hassan, przeniesiony we śnie z Kairu do wrót Damaszku. Czyżby i mnie także dobry geniusz jakiś, który sfrunął na skrzydłach wichru i zabrał mnie ze stopni schodów wejściowych do kościoła, a potem uniósł „mnie w powietrze”, jak czytamy w baśni wschodniej i przeniósł ponad góry, ponad kraje, ponad morza i oceany, spokojnie złożył przy ognisku domowym w starej kochanej Anglii? Ale nie; wiem, że — owo ognisko domowe zagasło już od dawna, nie mógł więc złożyć mnie przed nim mój duch opiekuńczy, zwłaszcza, że mieszkańcy domu, w którym płonęło to ognisko, przenieśli się daleko, uniósłszy wraz z sobą swoje Penaty i Lary.
Służąca odwróciła w tej chwili głowę w moją stronę i, widząc, że mani oczy otwarte, zdradzające wyrazem swoim — tak jej wydało się przynajmniej — podniecenie i zaniepokojenie, odłożyła robotę, i podeszła do małego stolika, nalała trochę wody z karafki do kieliszka, odmierzyła do niego pewną ilość kropel z buteleczki, z kieliszkiem w ręku zbliżyła się do mnie i podała mi lekarstwo. Jaki to ciemno-zabarwiony napój? Jaki eliksir czarodziejski, czy roztwór zaczarowany?
Nie pora była już jednak pytać się o to — od razu posłusznie przełknęłam podany mi lek. Spokój zapanował w moich, tak wzburzonych przed chwilą myślach; mózg mój zalała fala dobroczynna, coraz milej kojąca, niby balsam zbawczy. Bolesna słabość opuściła moje członki, mięsnie moje obezwładniła senna drętwota. Utraciłam możność poruszania się, że jednak równocześnie utraciłam i chęć także wykonywania jakichkolwiek ruchów, nie było to dla mnie żadną przykrością. Uważna służąca postawiła ekran pomiędzy mną a światłem; widziałam ją podnoszącą się, aby to uczynić, nie przypominam sobie wszakże, abym miała widzieć ją siadającą ponownie na zajmowane przez nią uprzednio miejsce. W przerwie pomiędzy dwoma tymi aktami zasnęłam.
Kiedy przebudziłam się, wszystko uległo ponownej zmianie. Otaczało mnie pełne światło dzienne; nie było to wszakże rozsłonecznione światło dnia letniego, raczej ołowiana posępność słotnej jesieni. Byłam pewna teraz, że jestem w „pensionnat de demoiselles“. Utwierdził mnie w tym mniemaniu siekący o szyby deszcz, świst i wycie wichru wśród drzew, które wskazywały na istnienie ogrodu poza oknami, chłód, białość i osamotnienie, pośród których leżałam. Mówię „białość“, bowiem białe dym kowe zasłony, opuszczone przy francuskim moim łóżku, odcinały mi widok na wszystko inne.
Rozchyliłam je i wyjrzałam. Oko moje, nastawione na ujrzenie długiej, obszernej, malowanej na biało sali, zamrugało zdumione widokiem ograniczonej przestrzeni niewielkiego pokoju o blado-zielonych ścianach barwy wody morskiej. Zamiast pięciu wielkich, niczym nie osłoniętych okien było jedno tylko, wysokie, ocienione kunsztownymi fałdami muślinowych firanek, a zamiast dwóch tuzinów drewnianych meblowych umywalek, na każdej z których stała miska i dzbanek, była tu toaleta, strojnie, niby dama wybierająca się na bal, zadrapowana białymi przejrzystymi zwojami muślinu, upiętymi na różowym spodzie: toaletę wieńczyło ślicznie wypolerowane, spore zwierciadło, pod którym leżała elegancka poduszeczka do szpilek, przybrana dokoła falbanką z koronki. Ten stół toaletowy wraz ze stojącym przed nim niskim fotelikiem obitym biało-zielonym kretonem wr kwiaty i marmurową umywalnią z blado-zielonym porcelanowym garniturem do mycia wystarczały w zupełności jako umeblowanie małego tego pokoju.
Czytelniku! Byłam przerażona! Z jakiego powodu. — gotów jesteś zapytać się. Cóż było takiego w tym skromnym, ale pełnym wdzięku sypialnym pokoju, co mogło przerazić tak dalece najbardziej nawet lękliwą, nieśmiałą osobę? Otóż to jedno tylko: sprzęty te nie mogły być rzeczywistymi, solidnymi fotelami, zwierciadłami i umywalniami — zjawami ich tylko co najwyżej — o ile zaś należałoby odrzucić hipotezę taką, jako nazbyt nieprawdopodobną, — co przyznaję, uczyniłam właeRie nie pozostawrało nic innego, jak tylko dojść do wniosku, że mój własny umysł uległ znać zaćmieniu, innjmi słowy, że muszę być chyba chora i fantazjować. I w tym razie wTszakże zaćmienie to musiało być osobliwTego ro dzaju, niepodobne do żadnego innego, jakiemu zdarzyło się kiedykolwiek dręczyć umysł ludzki.
Znałam — niepodobieństwem było, abym ich nie znała zielony kreton, służący za obicie niskiego tego fo telika; znany mi był kunsztownie powyginany kszałt przytulnego tego krzesła; znałam rzeźbioną, błyszczącą ramę tego zwierciadła; połyskliwą bladą zieloność porcelanowego garnituru na tej umywalni, samą tę umywalnię także z jej szarym marmurowym blatem wierzchnim, z lekka rozłupanym w jednym rogu. Wszystkie te tak pamiętne mi sprzęty musiałam wszak poznać i powitać jako starych znajomych, tak samo, jak poprzedniego wieciora poznałam i powitałam meble z różanego drzewa, draperie i porcelanę w salonie.
Bretton! Bretton! i wydarzenia sprzed dziesięciu lat odbijały się w tym lustrze. Dlaczegożby jednak miało Wskrzesnąć tak żywo w mojej pamięci Bretton i czternasty rok mojego życia? Dlaczego, skoro odżyły one w ogóle, nie odżyły całkowicie? Dlaczego narzuciła się mojemu wzrokowi wizja samych sprzętów tylko, gdy pokoje i całe środowisko były zupełnie inne? Tę, zalotnie przybraną falbankami z nicianych koronek i złotymi perełkami, poduszeczkę do szpilek, zrobioną ze szkarłatnego atłasu, miałam takie same prawo znać, jak miałam prawo znać zasłonki: i pierwsze i drugie były dziełem wTłasnych moich rąk. Usiadłszy na łóżku, sięgnęłam po poduszeczkę, aby przyjrzeć jej się bliżej. Tak.. Oto litery „L. L. B.“, wyhaftowane złotymi perełkami i okolone owalnym wianuszkiem zrobionym atłaskowym białym haftem. Były to początkowe litery imienia i nazwiska mojej matki chrzestnej: „Luiza Lucy Bretton“.
Czy jestem w Anglii? W Bretton? — przyszło mi na myśl; pośpiesznie też rozsunąwszy kotary przy oknie, wyjrzałam na zewnątrz, aby zorientować się gdzie jestem, licząc na to, że zobaczę spokojne, stare, miłe oku budowle i czystą,, ułożoną ze starych fliz kamiennych jezdnię ulicy Ś-tej Anny, na której końcu zarysują się przede mną strzeliste wieże katedry. Gdyby zaś nie miał odsłonić się przede mną ten właśnie widok, liczyłam raczej na ujrzenie którejś z ulic w Yillette, albo też ulicy w jakimś miłym starym mieście angielskim.
A tymczasem zamiast tej wizji, miałam przed sobą ta ras z murawy, wyzierający spoza zagęszczonego dokoła wysokich szyb okiennych obramowania z liści i opadający ku soczystej łące gazon ocieniony drzewami, które wyrastały z gruntu, położonego poniżej — wysokimi drzewami leśnymi, jakich nie widziałam od dawna już. Uginały się one teraz, smagane podmuchami październikowego wichru; pomiędzy ich pniami dostrzegłam aleję, żółcącą się grubą warstwą jesiennych liści, których mnóstwo wirowało w powietrzu, podcinane tym samym wichrem. Nie mogłam widzieć dalszych planów krajobrazu, domyślałam się jednak, że okolica zamknięta poza wysokimi tymi bukami musi być płaska i nizinna. Miejscowość zdawała się jak gdyby odcięta od świata i była zupełnie nieznana, zdecydowanie obca.
Położyłam się ponownie. Łóżko moje umieszczone było w małej wgłębionej alkowie. Wystarczyło odwrócić głowę ku ścianie, aby wykluczyć sprzed oczu cały pokój wraz z tak bardzo oszołamiającymi mnie jego akcesoriami. Wykluczyć? Nie! Układając 6ię odpowiednio na łóżku, celem odcięcia się od reszty pokoju, a tym samym od związanych z nim u arzucających mi się natrętnie wspomnień, ujrzałam na zielonej przestrzeni ściany pomiędzy podniesionymi i upiętymi w górze firankami szeroką pozłacaną ramę, okalającą portret. Była to dobrze namalowana akwarela, jakkolwiek traktowana szkicowo jedynie; głowa chłopca, świeża, młodzieńcza, jak żywa, jak gdyby miał przemówić. Chłopiec wydawał się szesnastolatkiem, jasnej cery ze zdrową, młodą krwią, omal nie wytryskującą mu z policzków, z długimi włosami, kasztanowatymi o słonecznym blasku. Oczy chłopca patrzyły przenikliwie, usta zarysowane miał ładnie wygiętym łukiem, ułożone do wesołego uśmiechu. Na ogół była to twarz niezmiernie pociągająca, dla tych zwłaszcza, którzy mogli rościć prawo do serdeczniejszych uczuć ze strony pierwowzoru — dla rodziców jego, na przykład, czy sióstr. Byle romantyczna pensjonarka mogłaby zakochać eię w samym tym portrecie jego. W oczach chłopca było coś takiego, co pozwalało przypuszczać, że gdy dorośnie i dojrzeje, błyskawicznie zapłonie w nich iskra żywego odzewu na wezwanie miłosne: trudniej byłoby przewidzieć, czy dochowają one wiernie żaru tego uczucia. Kapryśny zarys pięknych jego ust był ostrzeżeniem niejako, że zbyt wyraźnie okazywana mu, zdobyta bez większego wysiłku z jego strony miłość łatwo spotkać się może z jej lekceważeniem przez niego.
Usiłując przyjąć każde nowe odkrycie ze spokojem, na jaki tylko zdolna byłam zdobyć się, szepnęłam sama do siebie: „O, ten portrecik wisiał zazwyczaj w pokoju jadalnym nad kominkiem. Zawsze wydawało mi się, że umieszczono go zbyt wysoko. Pamiętam, że zwykłam włazić na taburet fortepianowy, aby zdjąć ten portret ze ściany, wziąć go do ręki i napatrzeć się tym wesoło iskrzącym się oczom, których błysk spod orzechowych rzęs zdawał się uwięzionym na płótnie uśmiechem. Pamiętam też jak bardzo podobało mi się żywe zabarwienie policzków i wyraz oczu. Trudno było mi także wyobrazić sobie coś bardziej uroczego niż ten wykrój ust, czy zarys podbródka; i ja nawret w ówczesnej nieświadomości swojej czułam jak bardzo są one piękne, rozważałam też zadawane sobie samej pytanie:
— Czy możliwe, aby to, co tak bardzo czaruje, zdolne było zarazem ranić boleśnie?
Pewnego razu, tytułem próby, podniosłam maleńką Miss Home i powiedziałam jej, aby przyjrzała się portretowi.
— Podoba ci się ten portret, Polly? — zapytałam. — Ale mała nie odpowiedziała nic, wpatrywała się tylko długo w malowaną twarz chłopca, wreszcie wrażliwe oczy jej omroczył cień smutku.
— Niech mnie pani spuści na podłogę — rzekła.
Spuściłam ją, pomyślawszy:
— I to dziecko również wyczuwa podświadomie czar niebezpieczny, jakim tchną rysy chłopca.
Wszystko to odżyło nagle w mojej pamięci.
— Tak, miał wady, niewątpliwie, mimo to rzadko spot kać można było naturę subtelniejszą, szlachetniejszą i bardziej rycerską.
Rozważania moje znalazły wyraz ostateczny w głośnym wypowiedzeniu imienia: „Graham! ‘
— Graham! — powtórzył głos jakiś, odzywający się tuż przy moim łóżku. — Chce pani widzieć Grahama?
Podniosłam oczy. Zagadka wikłała się coraz bardziej; zdumienie moje doszło do punktu kulminacyjnego. 0 ile niesłychanie dziwnym wydało mi się dostrzeżenie dobrze zapamiętanego portreciku na ścianie tego pokoju, tym dziwniejszy i bardziej niepojęty czekał mnie widok, kiedy odwróciłam głowę i spotkałam się oko w oko z nie mniej dobrze zapamiętaną postacią kobiecą. Przede mną stała niewiasta, której istotność — bynajmniej nie zjawowa z racji dość pokaźnej jej tuszy — nie mogła ulegać wątpliwości. Niewiasta była dostatnio ubrana we wdowie jedwabie i w czepeczek koronkowy, zręcznie upięty na jej macierzyńsko dostojnych, mocno siwiejących włosach. Twarz jej tchnęła dobrocią: zbyt wyrazista i energiczna, aby mogła być nazwana piękną, świadczyła po dawnemu o rozumie i charakterze. Bardzo niewiele zmieniła się, może nieco tylko spoważniała, trochę też przybladła. Nie podobna było wątpić, że to moja chrzestna matka, a nie wizja jedynie pani Bretton, czy zjawa jej widmowa.
Zachowałam pozorny spokój, byłam jednak niezmiernie podniecona, serce moje tłukło przyśpieszonym gwałtownie tętnem, cała krew spłynęła mi z twarzy, zesztywniałej nagle i zmrożonej.
— Gdzie jestem, proszę pani? — zapytałam.
— W bardzo bezpiecznym schronieniu; dobrze umieszczona na razie; może pani pozostać u nas zupełnie spokojnie dopóki nie powróci pani do zdrowia; tymczasem jeszcze sprawia pani wrażenie osoby chorej.
— Jestem zupełnie oszołomiona; nie wiem czy mam wierzyć świadectwu moich zmysłów, czy może omamiała mnie one i w błąd wprowadzają. Mówi pani po angielsku; nie mylę się wszak? *
— Słyszy pani to chyba? Ja sama byłabym zdumiona, gdybym miała prowadzić dłuższą rozmowę po francusku.
— Pochodzi pani z Anglii?
— Niedawno przybyłam stamtąd. A pani, czy dawno jest w tym kraju? Jak widzę, zna pani mojego syna?
— Czyżby? Możliwe, że znam. Czy to syn pani na tym portrecie?
— Tak, to jego portret kiedy był małym chłopcem. Patrząc właśnie na ten portret, wymieniła pani jego imię.
— Graham Bretton?!
Starsza kobieta skinęła głową.
— Mówię zatem z panią Bretton, pochodzącą z Bretton? — Oczywiście. A pani, jak słyszę, jest nauczycielką języka angielskiego w jednej ze szkół tutejszych: syn mój mówił mi o tym.
— Kto znalazł mnie i gdzie, proszę pani?
— Syn mój opowie pani o tym wszystkim, nie od razu jednak. Jest pani teraz jeszcze zbyt słaba i oszołomiona, aby móc rozmawiać; niech pani postara się zjeść to, co pani przyniosą na śniadanie, a potem zasnąć.
Bez względu na wszystko co przeszłam, pomimo zmęczenia fizycznego, zaburzeń duchowych, i narażenia się na wpływ fatalnej niepogody — stan mój poprawił się wyraźnie. Spadła gorączka, będąca głównym fizycznym objawem chorobowym i podkopująca mój organizm; dzięki temu może, ja, która od dziewięciu dni nie byłam w stanie przełknąć kęsa strawy, cierpiąc tylko nieustannie na męki pragnienia, poczułam nagły głód, rzuciłam się też łapczywie na suszoną grzankę, którą pozwolono mi dodać do przyniesionej na śniadanie filiżanki herbaty. Był to wprawdzie mały kawałek tylko, wystarczył jednak: podtrzymał moje siły aż do czasu, kiedy w dwie godziny później służąca podała mi filiżankę bulionu i sucharek.
Zaczęło zmierzchać się, wicher nie przestał jednak dąć z nieosłabłą gwałtownością, a deszcz lał w dalszym ciągu strumieniami. Leżenie w łóżku uprzykrzyło mi się i zmę czyło mnie. Pokój, jakkolwiek ładny i przytulny, był mały. Miałam wrażenie zamknięcia, tęskno mi też było do wyjścia z niego i zaznania zmianyr. Przygnębiająco oddziaływał na mnie również zgęszczający się zmrok i nieco przenikliwy chłód. Pragnęłam oglądać coś innego widzieć ludzi, ogrzać się przy kominku. Nie przestawałam poza tyrm myśleć o synu dostojnej starszej niewiasty: kiedy zobaczę go? Niewątpliwie nie wcześniej, aż nie wyjdę z tego pokoju.
Służąca przyszła przesłać mi łóżko na noc. Chciała w tym celu otulić mnie kołdrą i posadzić na fotelu, odmówiłam jednak i zaczęłam ubierać się. Po ukończeniu tego procesu usiadłam, aby wytchnąc nieco po bądź co bądź męczącym jeszcze dla mnie zadaniu. ^ tej pozycji zastała mnie pani Bretton, która weszła w tej chwili do pokoju. Ubrana? — uśmiechnęła się w sposób tak dobrze mi znany i pamiętny. Uśmiech jej był miły, jakkolwiek bynajmniej nie łagodny. — — Czujesz się więc lepiej, moje dziecko? Odzyskałaś zupełnie siły?
Przemawiała do mnie w sposób tak dalece przypomiuający jej dawne zwracanie się do mnie, że przyszło mi na myśl, czy nie zaczyrna mnie poznawać. Ten sam ton z lekka protekcjonalny i serdecznile opiekuńczy brzmiał w jej głosie; zachowała przy mówieniu do mnie ten sam wyrozumiale życzliwy wyraz twarzy, z jakim spotykałam się z jej strony, będąc podlotkiem, i jaki tak bardzo lubiłam. Wiedziałam wówczas, że ten ton z lekka protekcjonalny nie jest oparty u niej na poczuciu własnego majątku, czy wyższej jej pozycji socjalnej (pod tym wzg ę dem zresztą nie zachodziła pomiędzy nami nierówność, należałam do tej samej klasy towarzyskiej co ona, a e jedynie na usprawiedliwionych podstawach przewagi wieku. Był to z jej strony naturalny stosunek wyniosłe opiekuńczy, drzewa do trawy. Nie krępując się też, poprosi łam, aby pozwroliła mi zejść na dół.
Zbyt smutno i zimno jest mi w tym pokoju — wytłomaczyłam się. — Jak najchętniej, o ile czujesz się dość silną, moje dziecko, do zniesienia tej zmiany — odparła. — Chodźmy więc — dodała, ujmując mnie pod ramię. Zeszłyśmy w ten sposób o jedno piętro niżej po wysłanych dywanem schodach na podest, na który otwarte były wysokie drzwi, wiodące do znanego mi już błękitnego salonu. Jak wesoło i przytulnie wyglądał w świetle lampy z bursztynu i różowej łunie ognia, płonącego na kominku! Dla dopełnienia pociągającego obrazu przygotowany był stół do herbaty, do której nakryto w sposób typowo angielski. Poznałam od razu tak bardzo pamiętne mi nakrycie; masywny srebrny samowar staroświeckiego kształtu urny, srebrny również spory dzbanek do mleka, cienkie, przezroczyste nieomal jak szkło, porcelanowe filiżanki, i takież spodeczki i talerzyki, ciemno-szkarłatne z bogato złoconymi obwódkami. Pamiętałam nawet rodzaj drożdżowego ciasta, pieczonego w specjalnej formie, którego nie brakło nigdy przy podwieczorku w Bretton. Graham lubił je, i teraz także, jak zawsze, stało ono przy nakryciu jego wraz ze srebrnym nożem i widelcem do krajania ciasta. Spodziewano się zatem przyjścia Grahama na herbatę; może był już w domu i za kilka minut zobaczę go...
— Proszę, usiądź dziecko — uprzejmie zaproponowała mi moja przewodniczka, wyczuwszy znać, że, przekraczając próg pokoju, zachwiałam się zlekka. Doprowadziła mnie do kominka i chciała posadzić mnie na kanapce, ja jednak, w obawie, aby tuż przy ogniu nite było mi za gorąco, minęłam kanapkę i w cieniu jej znalazłam krzesełko, które wydało mi się bardziej odpowiednie dla mnie. Narzucanie swojej woli komukolwiek nie było nigdy zwyczajem pani Bretton, i tym razem także nie zaoponowała i pozwoliła mi usiąść gdzie chciałam. Nie dała mi jednak ruszyć się i sama przyniosła mi filiżankę herbaty, po czym zabrała się do czytania gazety. Lubiłam niegdyś przypatrywać się ruchom mojej matki chrzestnej; były takie młode i takie sprawne. Pani Bretton musiała mieć teraz około pięćdziesięciu lat, a może pięćdziesiąt z ogonkiem, ani duch jej wszakże, ani ciało nawet, nie zdawały się być poważniej draśnięte zębem czasu. Mimo że okazałej tuszy, była zwinna i zręczna, pogodna przeważnie, chwilami jednak potrafiła być gwałtowna. Dobry stan zdrowia i wesołe usposobienie utrzymywały niezmiennie wiosenną jej świeżość.
Zauważyłam, że, czytając, nadsłuchuje — prawdopodobnie na przyjście syna. Nie należała do osób, zwykłych przyznawać się do niepokoju, burza srożyła się jednak w dalszym ciągu, gdy więc Graham był w taką pogodę poza domem, rozumiałam, że macierzyńskie jej serce musi trwożyć się o niego i przeżywać z nim razem swisty wichru i potoki deszczu.
— Spóźnia się już o dziesięć minut — rzekła, rzuciwszy okiem na swój zegarek, w następnej chwili wszakże podniesienie oczu sponad gazety i lekkie ^ pochylenie głowy w kierunku drzwi wskazały mi, że musiał dojść jej uszu upragniony odgłos. Czoło jej rozjaśniło się; równocześnie i moje ucho także podchwyciło szczęknięcie zatrzaśniętej żelaznej furtki, potem skrzypienie kroków na piasku i wreszcie jęknięcie dzwonka wejściowego. Przyszedł... Matka naparzyła świeżą herbatę i przysunęła bliżej do kominka miękko wysłany i obity błękitnym adamaszkiem fotel, jej własny, z prawa przynależny jej fotel, był jednak widocznie w tym domu człowiek, który mógł śmiało i bezkarnie uzurpować sobie to prawo. A kiedy ten człowiek przyszedł na górę — co uczynił niebawem po dokonaniu, jak przypuszczam, pewnych zabiegów toaletowych, niezbędnych w tak huraganowy, ulewny wieczór, wszedł do pokoju bez pukania.
— Czy to ty, Grahamie? — spytała pani Bretton, ukrywając radosny uśmiech przy wypowiedzeniu pytania tego tonem rozmyślnie szorstkim.
— A któż inny, mógłby to być, mamo? — odpowiedział niepunktualny przybysz, bez skrupułu obejmując równocześnie w posiadanie tron, z którego abdykowała matka.
— Zasługiwałbyś właściwie na dostanie zimnej herbaty za spóźnienie się.
— Jestem spokojny, że nie dostanę tego, na co zasłużyłem; samowar buzuje aż miło.
— Przysuń sobie fotel do stołu, leniwcze: nie timiesz siadać na innym fotelu, tylko właśnie na moim; gdybyś miał iskierkę bodaj poczucia przyzwoitości, nie zajmowałbyś nigdy tego fotela, pozostawiając go zawsze twojej Starszej Pani.
— Słusznie. Powinienbym, tylko że Starsza Pani upięta się stale przy podsuwaniu mi go. Jakże się miewa twoja pacjentka, mamo?
— Może wystąpi na widownię i sama odpowie na to pytanie? — rzekła pani Bretton, zwracając się ku mojemu kącikowi, który opuściłam na tę zachętę. Graham dworsko zerwał się, aby mnie przywitać. Stał w całej okazałości przy kominku, najzupełniej usprawiedliwiając wyglądem swoim nietajoną dumę matki.
— Zeszła pani na dół — rzekł — czuje się więc pani lepiej — o wiele lepiej, jak widzę. Muszę przyznać, że nie przypuszczałem, abyśmy mieli spotkać się w ten sposób, tutaj. Byłem przerażony wczoraj wieczorem i gdybym nie był zmuszony udać się śpiesznie do umierającego pacjenta, nie byłbym na pewno opuścił pani. Ale moja matka jest sama kawałkiem doktora, a nasza Marta — doskonałą pielęgniairką. Widziałem, że pani zemdlała tylko, co samo przez się nie jest niczym groźnym. Muszę zbadać dopiero czym omdlenie to było spowodowane, jak również dowiedzieć sip bliższych szczegółów. Na razie chcę wierzyć, że pani naprawdę czuje się lepiej.
— O wiele lepiej — odparłam spokojnie. — Bardzo panu dziękuję, panie doktorze Johnie.
Bowiem, czytelniku mój, tym dorodnym młodym człowiekiem — tym uwielbianym synem pani Bretton a moim łaskawym gospodarzem, był doktór John, on sam we własnej osobie. Co dziwne jednak, stwierdziłam ten fakt bez zdumienia prawie. A co jeszcze bardziej dziwne, kiedy usłyszałam kroki Grahama na schodach, wiedziałam jaką twarz i postać ujrzę przed sobą, na czyj widok mają być przygotowane moje oczy. Odkrycie to nie było dokonane przeze mnie tego dnia dopiero; od dawna już świtać zaczęła myśl ta w mojej świadomości. Doskonale oczywiście pamiętałam młodego Brettona, jakkolwiek też dziesięć lat (od szesnastu do dwudziestu sześciu) musi z konieczności znacznie zmienić chłopca, który dojrzał przez ten czas na mężczyznę, nie mógł jednak czas ten dokonać takiej zmiany, która wystarczyłaby do zupełnego oślepienia moich oczu i zmącenia mojej pamięci.
Doktór John Graham Bretton zachował jeszcze pewną pokrewność z dawnym szesnastolatkiem; miał niezmienione jego oczy i niektóre z jego rysów, nade wszystko wyraziście ukształtowaną dolną połowę twarzy. — Po tym wszystkim poznałam go rychło. Po raz pierwszy poznałam go przy owej zaznaczonej o kilka rozdziałów wstecz okazji, kiedy mój nieostrożnie utkwiony w nim badawczo wzrok wywołał nieco opryskliwe skarcenie mnie przez niego. Dalsze przyglądanie mu się i obserwowanie go potwierdziło na każdym punkcie zasadność owego pierwotnego przypuszczenia mojego. Odnajdowałam w gestach, ruchach, w całej jego postaci i nawykach dojrzałego mężczyzny, ziszczenie wszystkich zapowiedzi, jakie rokował młody chłopiec. W jego głębokim, męskim głosie dosłuchiwałam się brzmienia chłopięcego z dawnych dni. Pewne zwroty i sposoby wyrrażania się, cechujące Grahama przed dziesięciu laty, charakteryzowały doktora Johna i teraz jeszcze, tak samo jak lekkie drgania oczu i warg, uśmiech jego, nagły błysk, roziskrzający się w jego tęczówce spod swoiście zarysowanego jego czoła.
Powiedzieć coś na ten temat, napomknąć o moim odkryciu — byłoby rzeczą niezgodną z moim sposobem myślenia i odczuwania. Wolałam, wprost przeciwnie, zachować to odkrycie dla siebie. Przyjemność sprawiało mi móc zaskoczyć go stojącego z chmurą na czole w osobliwym oświetleniu, którego błyski uwydatniały zarys jego głowy i drgały dokoła jego nóg, pozostawiając całą postać w cieniu.
Wiedziałam, że nie sprawiłoby na nim wielkiego wrażenia, gdybym podeszła do niego i oznajmiła mu: — „Ma pan przed sobą Lucy Snowe!“ Dlatego też trzymałam się w ukryciu, uważana przez niego za nauczycielkę, o której nazwisko nigdy nie pytał, nie widziałam więc potrzeby podawania go. Słyszał, że nazywają mnie „Miss“, albo „Miss Lucy“ nigdy, natomiast nie słyszał wymienianego nazwiska mojego „Snowe“. Co się zaś tyczy nagłego, bezpośredniego rozpoznania mnie — mimo że moja powierzchowność uległa mniejszej może zmianie niż jego — nie zdawało się nigdy zanosić nawet na to — dlaczego więc miałabym narzucać mu się z przypomnieniem mojej 060by?
Podczas obrządku picia herbaty zachowywał się dr. John uprzejmie, jak to było stale w jego zwyczaju a po posileniu się, kiedy zastawra do herbaty została wyniesiona, urządził sobie wygodne siedzenie, spiętrzywszy kilka poduszek, w rogu kanapy i zachęcił mnie, abym zajęła miejsce pośród nich. On i jego matka dorzucili drew na ogień kominka, nie upłynęło też dziesięć minut od chwili naszego zajęcia miejsc dokoła niego, kiedy zauważyłam, że oczy matki Grahama wpatrzone są badawczo we mnie. Kobiety zdradzają w niektórych rzeczach większą spostrzegawczość niż mężczyźni.
— Stanowczo! — wykrzyknęła nagle — rzadko zdarzyło mi się widzieć większe podobieństwo! Czy zauważyłeś to, Grahamie?
— Co miałem zauważyć? Co znów stało się naszej Starszej Pani? Dlaczego wpatrujesz się w panią tak uporczywie, mamo? Nie jesteś wizjonerką, mam nadzieję?
— Powiedz mi, Grahamie, kogo przypomina ci ta młoda osoba? — zapytała syna, wskazując na mnie.
— Ależ, mamo, wyprawiasz naszego gościa w zakłopotanie. Zawsze ci powtarzam, że twoja bezpośredniość jest największą twoją wadą; nie zapominaj, że ta pani me zna ciebie jeszcze i nie zdążyła przywyknąć do twoich Wyskoków.
— O, przypatrz się jej teraz, kiedy spuszcza oczy, kiedy odwraca głowę! do kogo jest podobna?
— Doprawdy, mamo, skoro już upierasz się przy mówieniu zagadkami, może zechciałabyś łaskawie podać nam od razu ich rozwiązanie.
— I powiadasz, że znasz ją od dłuższego czasu już, odkąd zacząłeś bywać jako lekarz na pensji przy Rue Fossette? Nigdy jednak nie wspomniałeś mi ani słowem o uderzającym tym podobieństwie.
— Nie mogłem wspominać ci o czymś, co nigdy nie przychodziło mi na myśl i czego nie widzę i w tej chwili jeszcze. O czym właściwie mówisz, mamo?
— Głupi chłopcze! Spójrz na nią!
Graham skierował posłusznie wrzrok w moją stronę. Nie mogłam znieść tego już dłużej. Wiedziałam czym musi to skończyć się, uważałam więc za właściwe przyspieszyć rozwiązanie.
— Doktór John — rzekłam — miał zawsze, od czasu naszego rozstania się przy ulicy Ś-tej Anny tyle do roboty i tak bardzo zaprzątnięte myśli czym innym, że, mimo iż ja sama poznałam w nim już przed paroma miesiącami Grahama Brettona, nie przychodziło mu nigdy na myśl rozpoznać we mnie Lucy Snowe.
— Lucy SnowTe! Tak, wiedziałam! Odgadłam! — zawołała pani Bretton, i, podbiegłszy ku mnie, objęła mnie serdecznie i ucałowała. Są kobiety, które zaznaczyrłybyr podobne rozpoznanie gwałtownymi wybuchami czułości, chociażby nawet nie stanowiło ono dla nich tak bardzo radosnej niespodzianki. Dawanie upustu uczuciom w gwałtownych wybuchach nie było wszelako zwyczajem mojej matki chrzestnej, która starała się możliwie ograniczyć i przytłumić wzruszenie z powodu radosnego odkrycia, poprzestawszy na kilku słowach tylko i wymieniwszy jeden serdeczny, szczery uścisk. Pozwalam sobie jednak przypuścić, że pani Bretton była zadowolona, co eię zaś mnie tyczy, wiem, że byłam rada nad wyraz. Kie dy my obie odnawiałyśmy w ten sposób dawną naszą znajomość, Graham, siedzący naprzeciwko mnie, w milczeniu przetrawiał swoje zdumienie.
— Mama nazywa mnie głupim chłopakiem — rzekł w końcu — myślę też, że muszę naprawdę chyba być głupi: tak często przecież widywałem panią, a przez chwilę nawet nite przyszło mi na myśl podejrzewać coś podobnego. Ale teraz widzę wszystko jasno jak na dłoni. Lucy Snowe?! Ależ tak, naturalnie! Przypominam ją sobie doskonale! I oto teraz ona sama siedzi przede mną! Nie może to ulegać wątpliwości Ale — dodał — pani chyba nie widziała we mnie przez cały czas dawnego znajomego? Nigdy ani słówkiem nie zająknęła się pani o tym.
— Przeciwnie. Poznałam pana.
Doktór John nie odpowiedział nic na to. Przypuszczam, że moje zachowanie w tej sprawie wydać mu się musiało nadmiernie ekscentryczne, powstrzymał się wszakże od Wszelkich komentarzy na ten temat. Uważałby prawdopodobnie za natrętne zuchwalstwo bliższe dopytywanie się o powody mojej powściągliwości na tym punkcie. Jakkolwiek też był niewątpliwie zaciekawiony, nie chciał zaspokoić swojej ciekawości badaniem śledczym, które w jego pojęciu byłoby dopuszczeniem się karygodnej niedyskrecji.
Ja sama odważyłam się zapytać tylko doktora Johna, czy przypomina sobie fakt uporczywego mojego wpatrywania się w niego pewnego razu. Zniecierpliwienie, jakie odradził wówczas, bezwiednie może, brzmieniem swojego głosu, wciąż jeszcze tkwiło w mojej pamięci ostrzem zasłużonego wyrzutu.
— Tak, przypominam sobie! — zawołał — przypominam sobie nawet, że byłem zły na panią.
— Uważał mnie pan za nazbyt zuchwałą, prawda?
— Nie, bynajmniej. Jednakże wobec zwykłej pani nieśmiałości i powściągliwości dziwiło mnie to nieco i niepokoiło zarazem. Łamałem sobie głowę, jaka potworność we mnie kazała pani przyglądać mi się tak badawczo, nie odwracając ode mnie skromnie spuszczanych zazwyczaj oczu.
— Rozumie mnie pan teraz?
— Najzupełniej.
W tym momencie wdała się w7 rozmowa naszą pani Bretton. Daleka od skrupułów, jakimi kierował się jej <yn, zarzuciła mnie wszelkiego rodzaju pytaniami. Aby zadowolnić jej ciekawrość zmuszona byłam cofnąć się pamięcią do minionych dni, odtwTorzyć wszystkie przeżyte przejścia i troski i wyjaśnić jej powody pozornego mojego trzymania się z daleka koniecznością porania się w pojedynkę z Życiem, ze Śmiercią, z Klęskami, ze złym Losem. Z kolei oni oboje opowiedzieli mi o zmianach, jakie zaszły w ich życiu. Okazało się, że i u nich także nie poszło wszystko gładko: fortuna, niegdyś taka szczodra dla nich, odwróciła się od nich i przestała darzyć ich po dawrnemu swoimi łaskami. Odważna wszelako i energiczna matka, mająca do pomocy tak dzielnie współwalczącego przy jej boku zapaśnika wT osobie syna, była należycie uzbrojona do stoczenia zwycięskiej wTalki ze światem. Doktór John był z rodzaju tych, przy których kołysce czuwać musiały dobroczynne wróżki. Może też urodził się pod pomyślną gwiazdą. Przeciwności mogły najsrożej 6zczerzyć do niego mordercze swoje kły, potrafił zawrsze wszelako rozbroić je i pokonać siłą swojego uśmiechu. Silny, stale dobrej myśli, stanowczy, zarazem rycerski, nie działający nieopatrznie, acz nieustraszenie odważny, był jak stworzony do zwycięskiego przeciwstawienia się wyrokom Losu i zyskania z kamiennie nieubłaganych jego oczu błysku przyjaznego nieomal.
W dziedzinie pracy zawodowej, jaką obrał, było już teraz powodzenie jego najzupełniej ustalone. Przed trzema miesiącami, jak opowiedzieli mi oboje, wynajął ten dom (mały pałacyk, odległy o pół mili angielskiej od Porte de Crecy) ze względu na zdrowie swojej matki, której powietrze miejskie stanowTczo nie służyło. Kiedy sprowadził ją do tego domu, zabrała z sobą, opuszczając Anglię, dawne umeblowanie z ulicy Ś-ej Anny w Bretton, te przy najmniej ze sprzętów których nie chciała, czy nie uważała za właściwe sprzedać. Stąd moje oszołomienie wobec zjaw tak dobrze mi niegdyś znanych sprzętów: foteli, krzeseł, zwierciadeł, a także samowara i zastawy do herbaty.
Kiedy zegar wybił jedenastą, zwrócił się doktór John do matki:
— Miss Snowe musi udać się teraz na spoczynek — rzekł — blednie coraz bardziej. Jutro pozwolę sobie zadać jej kilka zawodowych pytań, dotyczących powodu jej zasłabnięcia. Zmieniła się znacznie od lipca, kiedy widziałem ją, występującą, nie bez talentu, w roli pięknego pożeracza serc. Jestem pewien, że z fatalną przygodą, jaka spotkała ją tej nocy, wiązać się musi osobliwa jakaś przyczyna, na dzisiaj wszakże dość wypytywania się ją o cokolwiek. Dobranoc pani, Miss Lucy.
Powiedziawszy to, uprzejmie doprowadził mnie do drzwi i trzymając zapaloną świecę woskową w ręku, oświetlił mi drogę na pierwsze piętro.
Po odmówieniu modlitwy wieczornej i położeniu się do łóżka, zasnęłam z błogim uczuciem, że mam przyjaciół. Nie narzucali mi się oni wprawdzie z gwałtownym oświadczaniem mi) swojej miłości, nie byli złączeni ze mną węzłami pokrewieństwa, nie byli nawet ludźmi bliskimi, do których mogłabym z tego tytułu rościć poważniejsze prawa, ale wiedziałam, bądź co bądź, że mogę liczyć na szczerą życzliwość, z ich strony, a nawet na pewne przywiązanie. Instynktownie lgnęło do nich moje przepełnione wdzięcznością serce, nauczona wszakże smutnym doświadczeniem, błagałam Rozsądek, aby w porę mnie powstrzymał.
— Nie pozwól mi myśleć o nich zbyt często, ani z nadmierna miłością — zaklinałam — każ mi zadowolnić się niewielkim łykiem, zaczerpniętym z żywego tego źródła; spraw, abym nie biegła spragniona ku zbawczym jego wodom; abym nie wyobrażała sobie, że posiada ono słodszy smak, aniżeli zwykły posiadać źródła na ziemi. 0, Boże, spraw, abym czuła się dostatecznie pokrzepiona wi dywaniem tych przyjaciół moich z rzadka i na krótko nic monopolizując ich na wyłączną wła^nosc ale epokoj nie korzystając z ich towarzystwa: zupełnie spokojnie. Powtarzając jeszcze te słowa, ułożyłam się na poduszce, wciąż od nowa powtarzając je, zrosiłam poduszkę łza-
ROZDZIAŁ XVII
LA TERRASSE
Walki te z własną naturą, z nie dającą się poskromić skłonnością własnego serca mogą wydać się znikome i bezcelowe, w ostatecznym wszelako wyniku wywierają one wpływ dodatni. Przyczyniają się w słabym stopniu może, ale niewątpliwie, do nadania czynom i całemu zachowaniu kierunku, który Rozum pochwala, a któremu Uczucie przeciwstawia się może zbyt często: wpływają bezsprzecznie na zmianę ogólnego nastawienia życiowego, umożliwiając dokładniejsze jego uregulowanie, zapewniając mu większą równowagę i pozorny przynajmniej spokój. Świat widzi przecież pozór tylko, to jedynie, co jest na powierzchni, nie sięgając do głębszych pokładów duszy i pozostawiając Bogu to, co leży pod powierzchnią. Człowiek równy nam, równie słaby jak my, nie powołany do tego, aby był naszym sędzią, może nie być dopuszczony do głębszych tych nurtów podskórnych: Stwórcy naózemu jedynie ukażmy tajniki ducha, jakiego w nas tchnął — do Niego zwróćmy się z prośbą o pouczenie jak znosić winniśmy cierpienia, wyznaczone nam z Jego woli, — klęknijmy przed Nim i módlmy się z pełnią wiary o światło w ciemności, o siłę w żałosnej słabości, o cierpliwość w ostatecznej potrzebie. Nadejdzie niewątpliwie taka godzina, jakkolwiek może nie nasza godzina, w której poruszą się czekające bezczynnie wody, a zwiastun uzdrowienia ukaże się nam w jakiejś postaci, jakkolwiek nie w tej może, w której śniliśmy o nim, w której ukochaliśmy go, i z tęsknoty za którą wykrwawiały się nasze serca. Pod jego przewodem i za jego sprawą kaleka i ślepiec, niemy i opętany, — skierowani zostaną do ożywczej,
Yillettc 19 285 uzdrawiającej kąpieli. O, Zwiastunie, ukaż się jak najprędzej! Tysiące leżą dokoła jeziora, łkając i rozpaczając, że poprzez wolno płynące lata są świadkami pleśnienia jego wód wskutek ich zastania się. Długie są czasokresy Niebios: orbity anielskich wysłańców wydają się bezkresne wzrokowi śmiertelników; mogą obejmować wieki; cykl jednego wyjścia i powrotu obejmować może niezliczone pokolenia, a przez ten czas zanikać może wielokrotnie pamięć pyłka, zrodzonego do krótkiego życia w cierpieniu i poprzez przecierpiany ból obracającego się ponownie w pył, Jak wielu okaleczonym i opłakującym milionom, ukazuje się pierwszy i jedyny anioł, któremu ludy Wschodu nadają imię Azraela!...
Probowałam wstać nazajutrz z rana. Podczas mojego ubierania się i popijania od czasu do czasu z karafki stojącej wraz ze szklaneczką na mojej umywalni po łyku Wody, aby orzeźwić się nieco i pokonać słabość, która tak bardzo utrudniała mi proces ubierania się, weszła do mnie pani Bretton.
— Ależ to niedorzeczność! — brzmiało jej pierwsze powitanie poranne. — Nic z tego! — dodała i, wziąwszy mnie od razu w obroty w swój energiczny, władczy sposób, który tak bardzo podobał mi się, stosowany przez nią uprzednio do syna, przeciwstawiającego mu się z całą stanowczością, w ciągu dwóch minut unieruchomiła mnie ponownie w wielkim francuskim moim łóżku.
— Będziesz tu leżała do popołudnia — oznajmiła mi.
— Mój chłopiec wydał takie rozporządzenie przed wyjściem z domu, a mogę cię zapewnić, że mój syn jest panem, którego rozkazom musisz podporządkować się. Przede wszystkim zjesz śniadanie.
Przyniosła je niebawem, dźwigając własnymi sprawnymi, silnymi rękami suto zastawioną tacę i ani myśląc wyręczać się służbą. Postawiwszy przy mnie śniadanie, usiadła na moim łóżku i nie podniosła się przez cały czas mojego posilania się. Nie każdego, nawet spośród najbardziej cenionych przez nas przyjaciół i darzonych przez nas sympatią znajomych, z którymi chętnie obcujemy, radzi bylibyśmy mieć przy sobie nieustannie, przyjmować oddawane nam przez niego usługi i być traktowanymi przez niego z poufałością pielęgniarki w stosunku do pielęgnowanego przez nią pacjenta. Oko nie każdego przyjaciela, którego obecność koi nas zazwyczaj i pociesza, jest światłem w pokoju chorego, ale oko pani Bretton było nim dla mnie; obecność jej i oddawane mi przez nią posługi pielęgniarki były mi zawsze upragnione. Jadło i uajioje nie smakowały mi nigdy tak bardzo, jak wówczas, kiedy przechodziły przez jej ręce. Nie pamiętam, aby kiedykolwiek wejście jej do pokoju nie czyniło go dla umie od razu milszym i weselszym. Nasze natury mają te same i tak samo dziwne upodobania i antypatie. Są jednostki, przed którymi cofamy się potajemnie, i z którymi pragnęlibyśmy możliwie unikać osobistego zetknięcia, mimo że rozum nasz uznać w nich musi ludzi dobrych; są, natomiast, inni, którzy posiadają bezsprzeczne wady usposobienia, czy nawet charakteru, a z którymi chętnie jednak współżyjemy, jak gdyby otaczająca ich atmosfera miała dar wpływania na nas korzystnie. Żywe czarne oczy mojej matki chrzestnej, jej tryskające zdrowiem smagłe policzki, jej ciepła, sprawna ręka, jej zależne od chwilowych porywów wyskoki, jej dzielność i stanowczość dobroczynnie oddziaływały na mnie, ni to klimat zdrowiodajny. Syn zwykł nazywać ją „Starszą Panią“, a mnie ogarniało zawsze miłe zdumienie na widok żwawości i energii kobiety dwudziestopięcioletniej, cechujących niezmiennie wciąż jeszcze jej osobę i wszystko, co z niej promieniowało.
— Chętnie przyniosłabym tutaj moją robotę — rzekła, odbierając mi opróżnioną filiżankę po herbacie — i siedziałabym tutaj z tobą przez cały dzień, gdyby ten despotyczny John Graham nie postawił stanowczego veta przeciwko podobnym moim zachciankom.
— Zapamiętaj sobie, mamo — powiedział, wychodząc z domu — żebyś nie zamordowywała twojej chrzestnej córki plotkowaniem.
— Zalecił mi wyraźnie, abym siedziała w moim wła snym pokoju i szczędziła ci miłego mojego towarzystwa. Wydaje mu się, jak mówi, że przechodziłaś nerwową gorączkę, moja Lucy. Tak przynajmniej sądzi z twojego wyglądu. Czy było tak naprawdę?
Odpowiedziałam, że nie wiem dokładnie co mi było, bardzo jednak cierpiałam w istocie, zwłaszcza duchowo. Nie uważałam za właściwe udzielać pani Bretton bliższych wyjaśnień w tym względzie, jako że szczegóły bolesnych moich przeżyć dotyczyły tej strony mojej egzystencji, w której trudno byłoby spodziewać się brania udziału przez moją matkę chrzestną. Jakie nowe strefy życia odsłoniłoby moje wyznanie przed tą naturą zasadniczo zdrową i pogodną? Różnica, zachodząca pomiędzy mną a nią, mogła być uosobiona w widomym kształcie okazałego okrętu, żeglującego bezpiecznie po spokojnych, gładkich Wodach wraz z całą swoją załogą i dzielnym, przezornym, wesołym kapitanem na czele, a barką życiową, leżącą przez większą część roku bezczynnie odłogiem w starym, emurszałym, ciemnym doku i wyruszającą na morze wówczas jedynie, kiedy fale groźnie piętrzą się w burzliwą pogodę, kiedy zwały chmur opadają nisko, dotykając nieledwie powierzchni wody; kiedy niebezpieczeństwo i śmierć rządzą po społu tajnikami głębin. Nie. „Luiza Bretton“ nie znajdowała się nigdy w taką noc i wśród podobnej grozy poza przystanią bezpieczną; jej załoga nie mogłaby wyobrazić sobie jej wobec grozy podobnej. Dlatego żeglarz, kierujący na wpół zatopioną swoją barką życiową, nie dzieli się z nikim smutnymi doświadczeniami i doznaniami swoimi, nie pozwala sobie na snucie żadnych o nich opowieści.
Wyszła z mojego pokoju, a ja chętnie pozostałam w łóżku. Jak poczciwie ze strony Grahama, że pamiętał o mnie, wychodząc z domu!
Dzień spędziłam samotnie, nadzieja wieczora wszakże skróciła dla mnie samotne godziny i opromieniła je radością. Czułam się zresztą słaba i dla tego odpoczynek wydawał mi 6ię pożądany. Po przeminięciu godzin porannych, — tych godzin, które darzą nawet ludzi nie ma jących żadnego zajęcia poczuciem pewnych obowiązków, koniecznych do spełnienia, zabiegów, czekających na ich dokonanie — po przeminięciu ruchliwego tego czasu i uciszeniu się, wraz z nastąpieniem popołudnia, odgłosów biegania służby po schodach i uwijania się jej w pokojach, ogarnął mnie miły nastrój rojeń sennych.
Mój cichy mały pokoik wydał mi się ni to pieczara w morzu. Tonął cały w jednolitym białym i blado-zielonym zabarwieniu, przypominającym pianę i głębię wodną; bielony gzems dokoła sufitu był ozdobiony ornamen> tac ją z muszel, w rogach sufitu snuły się postacie delfinów. Jedyna nawet plama barwna, jaką tworzył na tym tle jednostajnym czerwony atłas poduszeczki do szpilek, zbliżona była odcieniem do korala; w ciemnej, połyskującej lustrzanej szybie zwierciadła, przeglądać się mogły najady i syreny wodne. Zamknąwszy oczy, słyszałam przycichający ryk wiatru, którego poświsty uderzały o fasadę domu, niby napływająca fala o ścianę skalną. Słyszałam jak słabły i cichły w dali, niczym fala przypływu, oddalająca się od wybrzeża tam w górze — od świata, wznoszącego się tak wysoko, że przypływ najpotężniejszych fal, pęd najtęższych ich łamaczy mogły docierać do tych głębin podwodnych, jako cichy szept kołysanki jedynie.
Na tych rojeniach sennych upłynęło mi całe popołudnie aż do nadejścia wieczora, do chwili, kiedy Marta przyniosła lampę. Z pomocą jej zręcznych, usłużnych rąk ubrałam się szybko i, silniejsza, aniżeli tego rana, zeszłam ua dół do błękitnego salonu sama, bez niczyjej asysty.
Jak się okazało, zakończył doktór John swój cykl wizyt lekarskich wcześniej niż zazwyczaj; jego sylwetka była pierwszą, z jaką spotkało się moje spojrzenie, gdy przestąpiłam próg salonu. Stał w zagłębieniu okiennym, naprzeciwko drzwi, zajęty odczytywaniem drobnego druku gazety przy resztce światła, jakie dawał mający się ku schyłkowi dzień. Ogień na kominku gorzał jasno, na stole, natomiast, stała niezapalona jeszcze lampa, a zastawa herbatnia nie była jeszcze wniesiona.
Moja matka chrzestna, moja czynna matka chrzestna, która, jak dowiedziałam się w następstwie, spędziła cały dzień poza domem, na wpół leżała na miękko wysłanvm głębokim fotelu, drzemiąc w tej chwili. Syn jej na mój widok pośpiesznie podszedł do mnie. Zauważyłam, że stąpał hardzo ostrożnie, abv nie obudzić śpiącej: jego miękki głos nie miewał nigdy akcentów ostrzejszych: miarkowany, jak w tei chwili, obliczony był raczej na kołysanie do snu, aniżeli na budzenie z niego. iT~ T° — cicłly m‘?ły Pałac>’k — chdteau — zameczek — jak tutaj nazywają, — zaznaczył, zapraszając mnie do zajęcia miejsca przy oknie — nie wiem, czy pani miała możność zauważenia go podczas swoich spacerów; nie jest Widzialny od strony gościńca: uszedłszy około mili angielskiej od Porte de Crecy, skręcić należy i pójść ścieżką, która niebawem staje się ocienioną aleją i prowadzi wzdłuż łąk do samych drzwi naszych. Nie jest to dom nowoczesny. Raczej zbudowany został w dawnym stylu Basse-ViIIe: nie tyle jako chdteau, ile manoir — dwór — Nosi nazwę „La Terrasse“ dlatego, że front jego wznosi się sponad szerokiego porosłego murawą występu, z którego szereg stopni prowadzi wzdłuż zielonego zbocza ku alei. Niech pani spojrzy w tamtą stronę! Wschodzi księżyc, którego światło ślicznie przedziera się poprzez otwory pomiędzy gąszczem liści. ’
Gdzie właściwie księżyc nie wygląda pięknie? Czy istnieje^ pejzaż bardziej zacieśniony lub rozleglejszy, którego^ nie czarowałoby, nie otaczałoby aureolą szczególnej świętości lśnienie jego kuli? Różowy o płomiennym zabarwieniu wypływał on w owej chwili ponad niedalekim wałem. Podczas naszego obserwowania jego wznoszenia się coraz wyżej, przybrał on odcień bardziej złocisty i po krótkiej chwili wynurzył się zupełnie złoty już na rozjaśnione teraz niebo. Czy światło księżyca wpływało na doktora Brettona kojąco, czy gnębiąco? Czy przemawiało do niego swoją romantycznością? Sądzę, że tak. Mimo że nie był z rodzaju wzdychających trubadurów, westchnął, przyglądając mu się: westchnął z cicha, sam do siebie; westchnienie to było znać wtórem do jego myśli. Zbędnym byłoby zastanawiać się bliżej nad przyczyną chwilowego jego smętku. Wiem, że wzbudził go w nim widok piękna; myśl jego ulatywała niewątpliwie ku Ginevrze. Poczułam, że skoro wiem o tym, jest moim obowiązkiem wymienić imię tej, która wypełniała jego myśli. Był, oczywiście, w każdej chwili gotów najchętniej podjąć ten temat: w oczach jego wyczytałam żywe zainteresowanie, z trudnością hamowany pęd do mówienia o ukochanej i chęć dania upustu swoim uczuciom dla niej. Zawahałam się od czego zacząć, aby nie wprawić go w zakłopotanie, którego chciałam zaoszczędzić mu za wszelką cenę. Czułam, że wystarczy wymienić imię jego bogini, a wytryśnie od razu niepowstrzymany potok litanii miłosnej. Obmyśliłam wstępne zdanie:
— Czy wiadomo panu, że panna Fanshave podróżuje z panią Cholmondeley?
Otwierałam już usta, aby zadać mu to pytanie, kiedy nagle przekreślił moje plany poruszeniem innego tematu.
— Pierwszym moim zadaniem dzisiaj rano — rzekł i, wyzbywając się od razu wszelkich sentymentów i powracając na ziemię ze swojej wędrówki podobłocznej, usiadł na najbliższym krześle — było udać się na Rue Fossette, aby uspokoić waszą cuisiniere — kucharkę — że jest pani w bezpiecznym schronieniu, w dobrych rękach. Niech sobie pani wyobrazi, że nie zdążyła ona wcale jeszcze zauważyć nieobecności pani w domu: była przekonana, że śpi pani spokojnie w sali sypialnej. Sądząc z tego, łatwo domyśleć się, jak starannie była pani doglądana i pielęgnowana!
— 0, to zupełnie zrozumiałe — pośpieszyłam uspokoić go. — Gotton nie mogła nic więcej zrobić dla mnie poza przynoszeniem mi od czasu do czasu filiżanki ziółek, sławnej ich tisane, i kawałka chleba, ja zaś tak często w ciągu ostatniego tygodnia odmawiałam przyjęcia jednego i drugiego, że mogło uprzykrzyć się zacnej niewie fecie bezcelowe dreptanie z kuchni zakładowej na górę do sypialni, skończyło się też na tym, że tylko raz dziennie przychodziła przesłać mi łóżko. Proszę mi wierzyć jednak, że jest to istota bardzo dobra z natury, niewątpliwie też z przyjemnością usmażyłaby mi kotlet jagnięcy — ulub;ony ich cotelette de mouton, — gdybym tylko była w stanie zjeść go.
Jak mogła Madame Beck pozostawić panią zupełnie samą?
Madame Beck nie mogła przecież przewidzieć, że rozchoruję się.
Nerwowy system pani był w znacznym stopniu przyczyną jej cierpienia. ]\ie wiem jaka wina obciąża mój system nerwowy, faktem jest wszelako, że czułam się przeraźliwie zgnębiona.
Wobec tego nie ma co karmić pani pigułkami czy kordiałami. Nie potrafią one skrzepić nikogo na duchu. Moja sztuka kończy się na progu hipochondrii, zagląda tylko i widzi izbę tortur, nie może jednak ani powiedzieć wiele, ani zrobić. Najbardziej przydałoby się pani wesołe towarzystwo; powinna pani możliwie mało pozostawać sama, używać dużo rozrywek i ruchu.
Milczałam w odpowiedzi na te uwagi, których słuszność najzupełniej uznawałam. Stale powtarzane, zgodnie z przyjętym w podobnych wypadkach zwyczajem, brzmiały one zupełnie rozsądnie.
Miss Snowe — zaczął doktór John od nowa, wyczerpawszy znać, ku szczerej mojej uldze, dyskusję w sprawie mojego zdrowia, łącznie z moim systemem nerwowym — czy wolno mi zapylać panią o jej wyznanie? Jest pani katoliczką?
Podniosłam na niego oczy ze zdziwieniem. “ Katoliczką? — Nie. Co mogło nasunąć panu podobną myśl?
INasunął mi ją sposób, w jaki oddana pani została w moje ręce onegdaj wieczorem.
— Oddana zostałam w pańskie ręce?! Nie pamiętam nic w istocie. Mogę dowiedzieć się od pana dopiero szczegółów całego wydarzenia.
— Otóż stało się to w okolicznościach, które prawdziwie wprawiły mnie w zdumienie. Przez cały dzień zajęty byłem przy niebezpiecznie chorym na bardzo ciekawą chorobę pacjencie; wobec rzadkiego wydarzenia się cierpienia tego typu nastręczało leczenie szczególne trudności. Udało mi się kiedyś jednak obserwować podobny wypadek w jednym ze szpitali paryskich... Ale prawda! Niewiele może to panią interesować!... Uwolniłem się wreszcie od mojego chorego dzięki zaaplikowaniu mu środków, które ułagodziły najbardziej dokuczliwe i niepokojące objawy, jakie towarzyszą tej chorobie — gwałtowne bóle — udałem się też w drogę powrotną do domu. Najbliższy szlak mój, który obrałem ze względu na wyjątkowo ciemną, słotną i wietrzną noc, prowadził przez dolne miasto — Basse-Ville. Przejeżdżając mimo starego kościoła, należącego do zakonu mniszek — Beguines — dostrzegłem przy świetle palącej się ponad głęboką wnęką wejściową latami — księdza, który dźwignął w górę ze schodków przed kościołem ciężki jakiś przedmiot. Latarnia płonęła dostatecznie jasno, aby wyraźnie uwypuklić rysy księdza, którego poznałem też od razu. Miałem okazję widywania go często u chorych zarówno bogatych, jak biednych, przeważnie jednak u tych ostatnich. Jak mi się wydaje, musi to być zacny starzec, znacznie lepszy niż większość współtowarzyszy jego posłannictwa w tym kraju. Przewyższa on ich w każdym razie walorami intelektualnymi i poczuciem obowiązku. Spojrzenie moje i księdza skrzyżowało się. Zawołał mnie, prosząc abym zatrzymał mój wehikuł. Ciężarem, dźwigniętym przez niego ze stopni kościoła, okazała się kobieta, zemdlona czy umierająca. Wyskoczyłem z wolantu.
— To pańska rodaczka — rzekł ksiądz. — Uratuj ją, doktorze, o ile żyje jeszcze...
— „Moją rodaczką44 — jak stwierdziłem wnet, okazała się nauczycielka języka angielskiego na pensji Madame
Beck. Była nieprzytomna, blada, jak gdyby nie miała ani kropli krwi w żyłach, zmarznięta na kość nieledwie.
— Co to wszystko znaczy? — zapytałem.
— Ksiądz opowiedział mi ciekawą historię. Była pani podobno tego wieczora przy jego konfesjonale; uderzyło go niezwykłe wyczerpanie pani i wyraz cierpienia na jej twarzy, co, wraz z niektórymi wypowiedzianymi przez panią słowami...
— Słowami, wypowiedzanymi przeze mnie?!... Co mogłam powiedzieć?
— Wyznała pani niewątpliwie straszne jakieś swoje zbrodnie; nie zdradził jednak co to było. Pieczęć tajemnicy, obowiązująca spowiednika wr sprawie wyznań, uczynionych mu przy konfesjonale, nałożyła knebel na jego gadatliwość i zarazem na moją ciekawość. Zwierzenia pani nie uczyniły jednak z zacnego tego księdza jej nieprzyjaciela. 0 ile mi się wydaje, tak bardzo było mu żal młodej osoby, która znalazła się poza domem w taką noc, że uważał za swój obowiązek prawego chrześcijanina bacznie obserwować panią po wyjściu pani z kościoła, aby nie utracić pani z oczu, dopóki nie dostanie się pani z powrotem pod wTłasny dach. Możliwe, że godny kapłan, na wpół świadomie nawet, poszedł zarazem za głosem osobliwego swojego powołania i chciał przekonać się gdzie pani mieszka... Czy wyjawiła mu to pani w swojej spowiedzi?
— Nie wyjawiłam. Wprost przeciwnie, starannie unikałam cienia bliższych wskazówek w tym względzie. Co się zaś tyczy samego faktu mojego przystąpienia do spowiedzi, przypuszczam, że pan, panie doktorze, będzie uważał mój postępek za szalony. Proszę mi wierzyć jednak, że nie byłam w stanie oprzeć się chęci szukania ratunku tą drogą bodaj. Kto wie, czy całe moje postępowanie nie było wynikiem tego, co pan nazywa stanem „mojego systemu nerwowTego“. Nie potrafię wypowiedzieć słowami tego co mnie nękało, zapewniam pana jednak, że dni moje i noce stały się nie do zniesienia. Nie przestawało dręczyć mnie nade wszystko poczucie okrutnej pust ki i samotności. Uczucie to musiało wreszcie znaleźć jakieś ujście, o ile nie miało zabić mnie. Porównać je mogę jedynie z prądem (na pewno zrozumie pan mnie, panie doktorze), jaki przepływa przez serce, i jaki, o ile aneuryzmat, czy innego rodzaju 6tan chorobowy, zatyka naturalne jego drogi, szuka ujścia anormalnego. Potrzeba mi było towarzystwa, potrzebna mi była przyjaźń, potrzebna mi była rada. Nie mogąc znaleźć ani jednego z niezbędnych mi tych do życia czynników w całvm pustym domu, poszłam szukać ich w kościele i w konfesjonale. To co mówiłam, nie było ani zwierzaniem się, ani opowiadaniem. Nie popełniłam nic złego: życie moje nie było dość czynne, aby mogło znaleźć się w nim miejsce na jakikolwiek ciemny uczynek ani wyimaginowany, ani rzeczywisty; tym samym więc, wszystko co uzewnętrzniłam z głębin własnej duszy, bvło mętną, rozpaczliwą skarga jeno.
— Lucy, powinnaby pani na pół roku co najmniej udać się w podróż: tak spokojna zazwyczaj natura pani stała się niemożliwie przedraźniona! Niech licho porwie Madame Beck! Czy ta fertyczna wdówka nie ma wcale oleiu w głowie, żeby skazywać najlepszą swoją nauczycielkę na samotne zamknięcie przez całe lato?
— Nie było to wcale mną Madame Beck — rzekłam — nie jest to niczyją na całym świecie winą, nie chcę też, aby obarczano nią kogokolwiek.
— Kto więc zawinił, moja Lucy?
— Ja, doktorze Johnie, ja sama tylko i wielkie niewiadome, na którego szerokie barki składam chętnie góry potępienia; i ja i ono byliśmy tak wykuci, aby móc dźwigać mnie i mój Los.
— W takim razie ta właściwa winowajczyni, to „ja“ musi bardziej dbać o siebie na przyszłość — uśmiechnął się praktyczny, młody doktór, dodając: — moja recepta brzmi: zmiana powietrza, zmiana otoczenia. To nade wszystko. Powróćmy jednak do naszych spraw — do naszych jagniąt — jak mówią tutaj — a nos moutons. Jak dotychczas, pere Silas — ojciec Silas (mówią, że jest Je zuitą) pomimo zręcznej swojej taktyki nie dowiedział się więcej, aniżeli pani chciała, aby wiedział: zamiast skierować dyktowaną gorączkowym majaczeniem wędrówkę swoją ku Rue Fossette — musiała pani istotnie mieć wysoką gorączkę...
— Nie, doktorze, gorączka spadła właśnie tej nocy. Niech pan nie posądza mnie o majaczenie. Wiem, że tak nie było.
— Niech i tak będzie! Była pani tak przytomna, jak ja w tej chwili. Zgadzam się nie wątpić o tym. Fakt jednak, że wędrówka pani skierowana została w stronę odwrotną, nie do pensjonatu. Tuż przy Beguinage, pośród wichru, ulewy i ciemności, i pod ich naporem, zemdlała pani i upadła. Ksiądz pospieszył pani na pomoc, a wnet, jak wiemy, zjawił się i lekarz także. Łącznymi siłami umieściliśmy panią w wehikule i przywieźliśmy tutaj. Pere Silas, mimo że jest stary, sam zaniósł panią na górę i złożył na kanapie. Pozostałby niewątpliwie przy pani, tak samo jak ja, dopóki nie ocknęłaby się pani z omdlenia, gdyby w tej samej chwili nie przybiegł zdyszany Wysłannik od umierającego pacjenta, którego tak niedawno opuściłem, a do którego wzywała nas obu ostatnia pomoc do niesienia: ostatnia wizyta lekarza i ostatnia przedśmiertna posługa kapłana; namaszczenie świętymi olejami, musiało być dokonane niezwłocznie. Pośpieszyliśmy obaj po społu: pere Silas i ja; matka moja spędzała wieczór poza domem, poruczyliśmy więc panią opiece Marty, wydawszy jej polecenia, które spełniła z powodzeniem, jak się zdaje. A teraz, kiedy wie pani już wszystko, niech mi pani powie: jest pani katoliczką?
— Jeszcze nie — odparłam z uśmiechem. — Ale proszę, niech pan nie pozwoli, aby pere Silas dowiedział się gdzie mieszkam; usiłowałby prawdopodobnie nawrócić mnie. Chciałabym tylko, aby wyraził mu pan, gdy go pan zobaczy, najserdeczniejsze moje podziękowania. O ile miałabym zbogacić się kiedykolwiek, nie omieszkam posłać mu trochę pieniędzy na jego jałmużny... Proszę, spójrz pan, panie doktorze: matka pańska obudziła się; powinien pan zadzwonić, aby przyniesiono herbatę.
Uczynił to, a kiedy pani Bretton wyprostowała się na fotelu, oburzona na samą siebie za ulegnięcie karygodnej słabości — jak uważała — zarazem bezwzgędnie zdecydowana przeczyć, aby miała uciąć drzemkę — żartobliwie natarł syn na nią.
— Ts... mamusiu, nie przerywaj sobie snu. Wyglądasz w twoim uśpieniu, jak obraz niewinności.
— W moim uśpieniu, Johnie Grahamie! Co ty pleciesz? Wiesz dobrze, że nigdy nie usypiam we dnie; zdrzemnęłam się tylko na chwilkę.
— Oczywiście! Na jedno mgnienie oka! Sen czarodziejski. Zawsze w takich wypadkach przypominasz mi Tytanię, mamo.
— Pewnie dlatego, że ty sam jesteś taki podobny do Spodka. Słyszała pani kiedykolwiek, miss Snowe, osobę tak dowcipną jak mama? Jest najdowcipniejszą kobietą jej tuszy i wieku. Zatrzymaj swoję komplementy dla siebie, mój paniczu i nie lekceważ własnej tuszy: zdaje się ona znacznie potęgować ostatnio. Powiedz sama, Lucy, czy nie jest on wiernym obrazem Jobna Bulla, i to wcale nie w stadium początkowym jego okazałości? Był dawniej smukły jak węgorz, a teraz widzę zagrażające mu niebezpieczeństwo stania się bawołem. Zdradza skłonności pożeracza wołowiny*) Zapamiętaj sobie, Grahamie: jeśli roztyjesz się, wyprę się ciebie!
— Mogłabyś z równym skutkiem wyprzeć się samej siebie, mamo! Bo widzi pani, miss Lucy, jestem niezbędny do szczęścia naszej Starszej Pani. Uschłaby, zżółkłaby i zzieleniałaby z melancholii, gdyby zbrakło jej moich niegodziwych sześciu stóp do pomstowania na nie. Utrzy * ) beef-eater — zjadacz wołowiny — szlachcic na służbie królewskiej (Przyp. tłum.) muje ją to przy życiu — nie daje zakisnąć zdrowemu zaczynowi jej humoru.
Oboje siedzieli teraz naprzeciwko siebie wzajem, po obu stronach kominka. Żartobliwe utarczki ich nie ujawniały osobbwych skarbów uczuć, ale wyraz twarzy i oczu każdego z nich stokrotnie wynagradzał ten brak. Najcenniejszy, największy skarb całego życia pani Bretton zamykał się w granicach łona jej syna; w jego sercu pulsowało najżywsze jej tętno. Co się jego tyczy, dzielił on swoję uczucia pomiędzy miłość synowską a innego rodzaju miłość; niewątpliwie też była beniaminkiem jego ta inna, jako zrodzona ostatnio. Cinevra! Cinevra! Czy wiadomo już było pani Bretton u czyich stóp złożyło swoje serce jej własne młode bóstwo? Czy pochwaliłaby ten wybór? Trudno byłoby mi odpowiedzieć na to; niewątpliwie jednak, gdyby znała istotny stosunek panny Fanshave do Grahama, jej zmienne nastroje, przechodzące od chłodu do przyinilania mu się, od odpychania go do wabienia; gdyby mogła podejrzewać bodaj jak boleśnie raniła go ta syrena; gdyby mogła być naocznym świadkiem, jakim ja byłam, gnębienia go przez zwodnicę, świadkiem dręczenia go wyróżnianiem w jego obecności człowieka, nie dorównywającego mu pod żadnym względem, człowieka, czynionego przez nią narzędziem upokorzenia Grahama — o, niewątpliwie nazwałaby pani Bretton Ginevrę głupią gęsią, czy też przewrotną kobietą, albo też jednym i drugim zarazem. I ja także byłam najzupełniej tego samego zdania.
Ten drugi wieczór przeszedł równie mile, jak pierwszy — bodaj nawet jeszcze milej; korzystaliśmy z łatwiejszej i głębszej wymiany myśli. Nie powracaliśmy już więcej do dawnych trosk, znajomość nasza była mocniej ugruntowana, czułam się jeszcze szczęśliwsza, swobodniejsza i bardziej zadomowiona tutaj. Tej nocy, zamiast usnąć wśród płaczu, pogrążyłam nię w krainę marzeń sennych, dostawszy się do niej ścieżką, obrzeżoną miłymi jeno myślami.
ROZDZIAŁ XVIII
SPRZECZAMY SIĘ
Przez pierwsze dni mojego pobytu w La Terrasse, nie siadał Graham nigdy obok mnie, ani też, podczas zwykłego swojego przemierzania pokoju tam i z powrotem, nie zbliżał się ku miejscu, gdzie siedziałam; stale sprawiał wrażenie pochłoniętego jakimiś troskami, poważniejszego niż zazwyczaj. Podejrzewałam wówczas, że myśli jego krążyć muszą dokoła panny Fanshave, spodziewałam się co chwilę zerwania się jej imienia z jego ust. Byłam w każdym razie stale w pogotowiu na przyjęcie czułych jego zwierzeń. Nakazałam własnej cierpliwości pozostawanie wciąż pod bronią, a sympatia moja dla niego zniewalała mnie do stałego odnawiania jej zasobu, aby móc darzyć go nią ni to z rogu obfitości. Pewnego dnia wreszcie, po krótkiej walce wewnętrznej, którą dostrzegłam i uszanowałam, poruszył ten temat. Dotknął go delikatnie, anonimowo niejako.
— Przyjaciółka pani spędza swoje wakacje na podróżowaniu, jak słyszę?
— „Przyjaciółka“! — Zaprawdę! — pomyślałam nie bez ironii, nie uważałam jednak za właściwe zaoponować. Niech myśli co i jak mu się podoba: chce uważać ją za moją przyjaciółkę — niech i tak będzie. Zgadzam się na tego rodzaju posądzenie. Nie mogłam jednak, tytułem próby chociażby, powstrzymać się od zapytania kogo właściwie ma na myśli.
Usiadł przy moim stoliku do robót; wyraźnie zdenerwowany wziął do ręki kłębuszek bawełny i zaczął odwijać go bezmyślnie.
— Czy Gineyra — zaczął i wnet poprawił się — czy panna Fanshave udała się wraz z państwem Cholmondeley na objazd południowej Francji?
— Tak.
— Czy panie korespondujecie z sobą?
— Zdziwi się pan, jeśli powiem, że nigdy nie przychodziło mi na myśl starać się o zdobycie tego przywileju.
— Miała pani okazję widywania jej listów?
— Tak. Kilku, do jej wuja.
— Nie brak w nich było prawdopodobnie ani polotu, ani owej przedziwnej „na’ivete“ zarazem; tyle ognia płonie w jej duszy, a równocześnie tak mało w niej sztuczności.
— Pisuje w sposób nader przejrzysty i zrozumiały, o ile przynajmniej dotyczy to jej listów do pana de Bassompierre: tak wyraźnie i jasno tłómaczy się, że nie podobna ich nie rozumieć (listy Ginevry do bogatego jej krewniaka miewrały przeważnie charakter dokumentów liandlowych, niedwuznacznych żądań pieniędzy).
— A jej charakter pisma? Jest na pewno ładny, subtelny, prawdziwy charakter pisma wytwornej damy, prawda?
Był rzeczywiście taki; przyznałam mu, że przypuszczenie jego jest zupełnie słuszne.
— Jestem przekonany, że wrszystko co panna Fanshave robi, jest dobrze zrobione — rzekł — że zaś nie spieszno mi było odezwać się potakująco, i przyznać tym samym rację jego uwradze, dodał:
— Czy mogłaby pani, która zna ją dobrze, wymienić mi jakikolwiek z jej braków?
— Robi wiele rzeczy bardzo dobrze — pomiędzy innymi niezrównanie uprawia „flirt“ — dodałam w myśli.
— Jak sądzi pani, kiedy wróci ona do miasta? — zapytał.
— Pozwoli pan, panie doktorze Johnie, że wyjaśnię panu przede wszystkim pewną okoliczność. Zbytnio zaszczyca mnie pan przypisywaniem mi wyższego stopnia poufałości z panną Fanshave aniżeli ten, z jakiego mam szczęście korzystać. Ginevra nie zwierzała mi się nigdy ani ze swoich tajemnic, ani ze swoich planów. Osobistych najbliższych jej przy jaciół znajdzie pan w innej, aniżeli moja, sferze ludzi: pośród takich Cholmondeley‘ów na przykład.
Był przekonany, że powoduje mną zazdrość podobna do jego własnej. — — Niech jej pani nie bierze za złe — rzekł — niech ją pani sądzi z większą wyrozumiałością; olśniewa ją nadmiernie nieco blask stosunków światowych, rychło wszakże przekona się jak bardzo płytcy są ci ludzie, powróci też do pani ze zdwojonym przywiązaniem i pogłębioną ufnością. Wiem coś niecoś o tych Cholmondeley ach: to ludzie powierzchowni, lubiący popisywać się, samolubni. Może mi pani wietrzyć, że Ginevra w głębi duszy ceni panią nieskończenie wyżej od dziesiątków takich jak oni.
— Bardzo pan łaskaw — odparłam krótko. Chęć wyparcia się przypisywanych Ginevrze uczuć dla mnie paliła mi wargi, opanowałam jednak niewczesny mój zapał. Zgodziłam się uchodzić za poniżoną, wzgardzoną i odtrąconą, tęskniącą za odzyskaniem roli powiernicy dystyngowanej panny Fansliave, wierz mi wszakże, czytelniku, że nie łatwo było mi zdecydować się na to.
— Rozumie pani wszelako — mówił Graham w dalszym ciągu — że, pocieszając panią w ten sposób, nie mogę znajdować podobnej pociechy dla samego siebie; nie mogę żywić nadziei, ahy miała ona w przyszłości ocenić sprawiedliwie i mnie także. De Hamal jest jednostką zupełnie bezwartościową, czuję jednak, że podoba on się jej. Nieszczęsne zaślepienie!
W tym momencie straciłam ostatecznie cierpliwość. Bez żadnych przygotowań i wstępów wybuchłam od razu. Przypuszczam, że przebyta niedawno choroba i pozostała po niej słabość przyczyniły się do tego załamania.
— Panie doktorze — oświadczyłam — jeżeli kto ulega zaślepieniu, to pan właśnie. Na wszelkich punktach poza tym jednym szczególnym, jest pan zdrowo myślącym, odważnym, szczerym, trzeźwym, jasno zapatrującym się na rżecży mężczyzną: na tym jedynym punkcie stał się pan bezwolnym sługą, niewolnikiem. Oświadczam panu wręcz, że o ile sprawy dotyczą panny Fansliave, nie zasługuje pan na szacunek; ja w każdym razie nie mam go dla pana.
Podniosłam się i, wielce wzburzona, wyszłam z pokoju.
Drobna ta scysja odbyła się z rana; zetknęłam się z doktorem Brettonem ponownie tego wieczora. Przekonałam się wówczas, jak bardzo zbłądziłam. Nie był on ulepiony ze zwykłej gliny, ani też nie złożyły się na ukształtowanie go pospolite materiały. Zewnętrznie wydawał się silny i odporny, głębiej wszakże ukryte składniki jego istoty duchowej były koronkową robotą o kobiecej nieledwie subtelności wykonania; delikatniejsze, o wiele delikatniejsze, aniżeli można było spodziewać się, aniżeli można byłoby podejrzewać w nim nawet po latach bliższego z nim obcowania. W istocie też dopóki nad miarę ostre szarpnięcie jego nerwów nie zdradziło skutkami swoimi niezwykłej ich nadwrażliwości i kunsztowności ich budowy, można było nie domyślać się tego wcale. zwłaszcza że nie należał do natur osobliwie pochopnych do roztkliwiania się nad innymi. Zdolność przejmowania się poruszeniami serca i duszy innych ludzi i dar podchwytywania w lot cudzych odczuwań — są dwiema różnymi właściwościami; nieliczni posiadają jedną i drugą w jednakiej mierze; niektórzy nie posiadają żadnej. Doktora Johna cechowała jedna z nich w stopniu najdoskonalszym. Że zaś jak przyznałam, nie był on obdarzony i drugą również w stopniu równie wielkim, zmuszona jestem prosić czytelnika, aby zechciał powstrzymać się od wyciągania z tego stwierdzenia zbyt daleko idących wniosków i uznania go za nieczułego, zimnego. Byłoby to wnioskowaniem zgoła fałszywym, należał on bowiem, wprost przeciwnie, do natur wyjątkowo współczujących i wspaniałomyślnych. Wystarczyło szczerze i otwarcie wyznać mu troski swoje i potrzeby, aby ręka jego otwierała się szczodrze. Nie był nigdy głuchy na wyjawianie przed nim cudzych bolączek.
O ile jednak spodziewalibyśmy się po nim osobliwego jakiegoś wysubtelnienia odczuwań, cudów intuicji, spotkałoby nas na pewno rozczarowanie. Tego wieczora, kiedy doktór John wszedł do salonu jasno oświetlonego już lampę, przejrzałam go od razu na wskroś.
Ustosunkowanie się jego do osoby, która poważyła się nazwać go „niewolnikiem44 i uznała go na jakimkolwiek punkcie niegodnym jej szacunku, musiało być osobliwe. Nie probował nawet przeczyć, aby epitet niewolnika, zarówno jak odmówienie mu szacunku na jakimkolwiek punkcie, nie były zasłużone. Gotów był nawet spokojnie przyznać możliwość podobnych braków u siebie. W zasadności czynionych mu przeze mnie zarzutów upatrywał przyczynę niepowodzenia, które tak mąciło i zatruwało spokój jego ducha i poiło go tak wielką goryczą. To sarn o udręczanie się znajdowało wyraz zewnętrzny w jego zachowaniu, które i mnie i jego matce wydało się dziwnie poważne, może nawet nieco oziębłe. Nie wyczuwało się w nim gniewu, rozgoryczenia, czy żalu, ani też drobiazgowych pretensji do kogokolwiek. Nawet w tym zgnębieniu swoim jaśniał pięknem prawdziwie męskiej szlachetnej dostojności. Kiedy, nie czekając na służącę, przysunęłam jego krzesło do stołu i drżącymi nieco rękami podałam mu filiżankę herbaty, skinął głową i rzekł: — Dziękuję pani, panno Lucy — tak uprzejmym tonem miękkiego zawsze głosu, jakiego nigdy jeszcze nie słyszałam z jego ust.
Co się tyczy mnie samej, miałam przed sobą jedną tylko drogę i jeden powzięłam plan: muszę za wszelką cenę, o ile mam w ogóle zasnąć tej nocy, okupić karygodną gwałtowność mojego wystąpienia. Podobny stosunek nie zda się na nic; nie byłabym w stanie znieść go; nie udawałam ani na chwilę przed samą sobą, abym zdolna była podtrzymywać w tych warunkach stan wojenny pomiędzy mną a nim. Gotowa byłam raczej znieść wszystko: samotność pensjonatu, klasztorną ciszę i zastój bezruchu, aniżeli żyć poróżnioną z doktorem Johnem. Co zaś do Ginevry, pozwolę jej ustroić się w srebrzyste skrzydła go łębicy, czy wszelkiego innego symbolizującego anielską łagodność ptaka i wznieść się na najbardziej niebosiężne szczyty, pośród najbardziej niedostępne gwiazdy, gdzie Wyimaginowany najwyższy lot jej wielbiciela umieścić zechce konstelację jej wdzięków: nigdy więcej nie poważę się krytykować, a tym bardziej rozwiewać tej ułudy.
Przez długi czas usiłowałam skrzyżować z nim spojrzenie. Oko jego wielokrotnie spoczywało na mnie, nie mając wszakże nic do powiedzenia mi, odwracało się, pozostawiając mnie stropioną i zawiedzioną. Po wypiciu herbaty przesiedział czas jakiś spokojny i smutny, czytając książkę. Pragnęłabym móc zdobyć się na odwagę podejścia do niego i zajęcia miejsca przy nim, wydawało mi się jednak, że gdybym odważyła się na podobną śmiałość, ujawniłby niezawodnie wrogi swój do mnie stosunek, a bodaj oburzyłby się nawet. Pragnęłam całą duszą przemówić, a nie zdobywałam się na szepnięcie chociażby. Kiedy matka jego wyszła z pokoju, nie wytrzymałam już dłużej nękającej mnie zgryzoty i jęknęłam zdławionym głosem:
— Panite doktorze!... t
Podniósł oczy sponad książki; oczy te nie były ani zimne, ani nieprzyjazne, ust jego nie skrzywił uśmiech cyniczny. Zdawał się gotów* wysłuchać co mam mu do powiedzenia; jego usposobienie było zbyt łagodne i szlachetne, aby miał zacinać się i gorzknieć w burzliwym nastroju.
— Panie doktorze, niech mi pan wybaczy nieopatrzne moje słowa! Proszę niech mi je pan naprawdę wybaczy!
Uśmiechnął się.
— Były trafne może i usprawiedliwione, panno Lucy. Jeśli nie żywi pani dla mnie szacunku, pewien jestem, że nie zasługuję nań w istocie. Obawiam 6ię, że jestem niezdarnym, niepoprawnym głupcem; nie umiem widocznie postępować jak należy, gdziekolwiek bowiem pragnąłbym podobać się, okazuje się, że nie jestem zdolny zyskać uznania.
— O, nie może pan twierdzić, aby tak być miało. A gdyby nawet było tak, czy nie jest to raczej wynikiem fałszywego ujmowania sprawy przez innych, a nie winą własnego pańskiego charakteru? Nade wszystko wszakże, proszę, niech mi pan pozwoli cofnąć wypowiedziane niebacznie słowa. Głęboko poważam pana pod każdym względem, bez wyjątku. Czymże innym bowiem jeśli nie najwyższą doskonałością pańską wytłomaczyć daje się to pańskie szacowanie siebie samego tak nisko, a innych tak wysoko?
— Czyż mógłbym szacować zbyt wysoko Ginevrę?
— Ja sądzę, że tak, pan zaś jest przeświadczony, że nie. Pozostańmy każde przy swoim mniemaniu. Nade wszystko wszakże, proszę, niech mi pan wybaczy. Na tym mi jedynie zależy.
— Czy naprawdę mogłaby pani posądzać mnie o żywienie urazy z powodu jednego złego słowa?
— Tak, jestem pewna, że nie jest pan zdolny do tego. Proszę jednak, niech mi pan powie wyraźnie:
— „Wybaczam pani, Lucy!“
— Niech pan powie mi to aby serce moje przestało krwawić z żalu.
— Niech pani uspokoi swoje serce, tak samo jak ja uspokoję moje, bo naprawdę zraniła je pani, Lucy. A teraz, kiedy ból już minął, nie tylko wybaczam pani, ale jestem pani wdzięczny, jako osobie szczerze pragnącej mojego dobra.
— Tak, ma pan słuszność, szczerze, z całej duszy, pragnę pańskiego dobra.
Na tym zakończył się nasz spór.
Zechciej wybaczyć mi, czytelniku, jeśli w toku tego opowiadania przekonasz się, że sąd mój o doktorze Johnie jest nazbyt zmienny. Oddaję tutaj moje doznawania w tej postaci, w jakiej odczuwałam je w danym czasie; opisuję charakter doktora Johna takim, jakim wydawał mi się w opisywanej przeze mnie chwili.
Przedziwna subtelność i szlachetność jego natury ujawniła się w tym chociażby, że po owym nieporozumieniu był dla mnie serdeczniejszy, nilż poprzednio. Co więcej, wydarzenie to, które, w moim pojęciu, powinno było w pewnym stopniu oddalić go ode mnie, wpłynęło w istocie na zmianę wzajemnych naszych stosunków’, n:e w’ tym sensie wszakże, jakiego tak bardzo obawiałam się. Do owego czasu dzieliło nas coś niewidzialnego, ale wyczuwalnie chłodnego, jakaś zapora bardzo cieniutka, bardzo przejrzysta, a jednak niewątpliwie mrożąca, jak gdyby przegroda lodowa nie dopuszczała pomiędzy nami obojgiem możności bezpośredniego porozumiewania się. Tych kilka cieplejszych słów, jakkolwiek rozgrzanych gniewem tylko, rozpuściło tchnieniem swoim cienką lodową zaporę, która runęła niebawem pod ich ciepłem Od tego dnia, jak mi się wydaje, przez cały czas trwanid naszej zobopólnej przyjaźni, nie pozostawał ze mną nigdy, ani na chwilę, w rozmowach naszych na stopie ceremonialnej. Zdawał sie wyczuwać, że ilekroć zechce mówić o sobie samym, o tyrm, co najbardziej go interesowało, sprawi mi tym najżywszą satysfakcję, najbardziej odpowie moim najgłębszym pragnieniom. Zrozumiałe jest, oczywiście, że w dalszyTn ciągu słyszałam wypowiadane przez niego nader często imię „Ginevry“.
Ginevra! Widział ją oczami duszy tak dobrą, tak piękną; mówił z tak tkliwą miłością o jej powabach, o jej słodyczy, o jej niewinności, że, wbrew trzeźwej mojej świadomości istotnego stanu rzeczy, odblask tego zachwytu bezwiednie dla mnie samej opromienił i moje nawet pojęcie o jej osobie. Zmuszona wszakże jestem szczerze wyznać ci, czytelniku, że mówił on często niedorzeczności; i to wTszakże nie było zdolne zachwiać i wyprow adzić z równowagi mojego wyrozumienia dla niego.
Wystarczała mi najzupełniej ta jedna lekcja. Przekonała mnie ona, jakim bólem nie do zniesienia byłoby dla mnie sprawienie mu przydtrości, a tym bardziej rozczarowania. W dziwny, dotychczas jeszcze niepojęty dla mnie sposób stałam się największą w świecie egoistką, najzupełniej niezdolną oprzeć się rozkoszy ulegania jego woli i pragnieniom, odpowiadania wtórem zgodnym na jego nastroje. Nie przestawTał wprawdzie wydawać mi się niedo rzecznym, kiedy uparcie wątpił w możliwość, w zdolność swoję pozyskania wzajemności panny Fanshave. Uparciej niż kiedykolwiek utrwalało się we mnie przeświadczenie, że kokietowała go ona jedynie, aby tym silniej go podniecić, ale że w głębi serca chłonęła pożądliwie każde jego słowo, każde jego spojrzenie.
Czasem drażnił mnie doktór John wbrew mojemu postanowieniu cierpliwego wysłuchiwania i znoszenia wszystkiego. Wśród nieopisanej, żółcią zaprawionej rozkoszy słuchania go tak mocny cios trafiał w krzemienny pokład mojej stanowczości, że krzesał zeń dawny znów ogień.
Pewnego dnia wreszcie stwierdziłam, pragnąc zapewnieniami moimi’ ukoić jego zniecierpliwienie, że ja sama, w głębi duszy, zdobyłam pewność nieledwie zgodzenia się panny Faushave prędzej czy późnej.
— Pewność! Łatwo to powiedzieć, czy jednak ma pani jakieś podstawy, aby tak sądzić?
— Najniezawodniejsze podstawy.
— O, Lucy, niech mi je pani wyjawi!
— Zna je pan równie dobrze jak ja; dziwię się też, że, znając je, nie ufa pan niezachwianie wierności Ginevry. Wątpić w tych warunkach, to znieważać ją nieledwie.
— Zapala się pani i zaczyna pani mówić prędko, nie mogąc złapać tchu; może pani mówić jeszcze prędzej i bardziej jeszcze zadyszeć się, ale mu*i pani wyjaśnić mi dokładnie co pani ma na myśli! Musi pani!
— Dam panu to wyjaśnienie. W niektórych wypadkach jest pan, doktorze Johnie, szczodrym, wspaniałomyślnym człowiekiem: wielbicielem, zawsze gotowym do składania ofiar. Gdyby ojcu Silasowi udało się kiedykolwiek nawrócić pana, udzielałby mu pan hojnie jałmużny dla jego ubogich, stroiłby pan jego ołtarze świecami i kwiatami, uczyniłby pan co byłoby w pańskiej mocy, aby zbogacić ołtarz wielbionej przez pana świętej. Ginevra, doktorze Johnie...
— Cicho! — — powstrzymał mnie — niech pani nie mówi dalej.
— Nie uciszę się, nie zamilknę, będę mówiła w dalszym ciągu! Ginevra miała ręce pełne darów pańskich więcej razy, aniżeli zdolny pan jest policzyć. Wyszukiwał pan dla niej najkosztowniejsze cieplarniane kwiaty; łamał pan sobie głowę nad obmyślaniem prezentów dla niej, prezentów ofiarowywanych w możliwie najdelikatniejszy sposób, na jaki kobieta jedynie, zdałoby się, zdolna byłaby zdobyć się. Panna Fanshave posiada także zbiór klejnotów, na których nabycie musiała szczodrość pańska posunąć się do granic szaleństwa nieledwie.
Skromność, jakiej sama Ginerwa nie okazała nigdy w tej sprawie, zalała teraz gorącym rumieńcem twarz jej wielbiciela.
— Ależ skąd znowu! — obruszył się, odcinając w zapale nożyczkami moimi pasemko jedwabiu. — Poważyłem się ofiarować jej te drobiazgi, aby sprawić przyjemność samemu sobie. Czułem, że panna Fanshave wyświadcza mi łaskę, decydując się przyjąć je.
— Wyświadczyła panu więcej niż łaskę. Przyjmując je, zobowiązała się tym samym honorem, że wywdzięczy się panu w jakiś sposób za ten dar, o ile bowiem byłaby świadoma, że nie będzie mogła spłacić tego długu godnym odzewem na pańskie uczucia, byłoby jej obowiązkiem wręczyć panu równowartość handlową w postaci odpowiedniej ilości sztuk złota.
— Ależ nie rozumie jej pani, Lucy! Jest zbyt bezinteresowna, aby miała odpowiednio cenić moje podarunki, których wartości nie zna i nie domyśla się w prostocie swojego ducha.
Roześmiałam się: słyszałam ją, wymieniającą przypuszczalną cenę każdej sztuki z osobna. Dobrze było mi też wiadomo, że sprawy pieniężne, względy materialne, plany zdobycia gotówki czy odpowiednio cennych wartości, i sposoby urzeczywistnienia tych planów stanowiły ulubiony temat jej rozważań w ciągu lat całych.
— Szkoda, że pani nie mogła widzieć jej w momentach ofiarowywania jej przeze mnie tych drobiazgów — mówił w dalszym ciągu. — Była taka obojętna, taka nie poruszona! Nie zdradzała najmniejszego zainteresowania się nimi, nie zdawało się nawet sprawiać jej przyjemności przyglądanie się im. Jedynie przez uprzejmość czy niechęć urażenia mnie, pozwalała, aby bukiet czy inny dar leżał przy niej, a nawet zgadzała się zabierać go. Albo też, o ile udawało mi się zapiąć bransoletkę na jej jak gdyby utoczonym z kości słoniowej ramieniu, chociażby nawet ofiarowany klejnocik był Bóg wie jak piękny (zawsze starannie wybierałem to, co wydawało mi się najpiękniejsze) blask jego nie olśniewał nigdy jej oczu, zaledwie też raczyła rzucić przelotne spojrzenie na mój dar.
— W takim razie, nie przywiązując do niego wartości, powinnaby odpiąć go i zwrócić panu?
— Nie! Zbyt dobra jest, aby wyrządzić mi podobną obelgę. Raczyła zdawać się zapominać o mojej śmiałości i przyjmowała mój dar ze spokojem i obojętnością wielkiej damy łaskawie puszczającej w niepamięć tego rodzaju przewiny. Jakże więc może mężczyzna w tych warunkach dopatrywać się w przyjmowaniu jego darów upragnionego przez siebie objawu. Co się mnie tyczy, gdybym nawet złożył u jej stóp wszystko co posiadam, a ona zechciała przyjąć to w dobroci swojej i niezdolności powodowania się jakimikolwiek niskimi, przyziemnymi względami, nie przyszłoby mi na myśl przypuszczać, aby miało to o krok bodaj posunąć naprzód moją sprawę......
— Doktorze Johnie — zaczęłam. — Miłość jest ślepa. — W tej samej chwili wszakże subtebiy błvsk, jakim zaiskrzył się błękit jego oczu, przypomniał mi dawne czasy, przypomniał mi portret chłopięcy Grahama, każąc mi podejrzewać nieomal, że głoszona przez niego wiara w na’ivete panny Fanshave nie była tak bardzo szczera. Skłonna byłam nawet zaryzykować wniosek, że przy całych jego zachwytach nad jej urodą, usprawiedliwianie przez niego jej słabostek oparte jest na trzeźwiejszym zdawaniu sobie sprawy z istotnego stanu rzeczy, aniżeli możnaby sądzić z jego sposobu wyrażania się o niej. A zresztą, mógłby to być błysk przypadkowy tylko, a może
ROZDZIAŁ XIX
KLEOPATRA
Mój pobyt w La Terrasse został przedłużony o dwa tygodnie poza koniec ferii. Zawdzięczałam dłuższy ten odpoczynek życzliwym staraniom pani Bretton. Kiedy pewnego dnia syn jej oświadczył kategorycznie:
„Lucy nie jest jeszcze wzmocniona dostatecznie na siłach, aby móc bezkarnie powrócić do tej swojej orki w pensjonacie“ —
Pojechała od razu na Rue Fossette i odbyła tam rozmowę z przełożoną, która wyraziła zgodę na przedłużenie mojego wypoczynku, niezbędnego do zupełnego odzyskania przeze mnie sił. Zaszczycona zostałam tym nawet, bez czego mogłabym najdoskonalej obejść się — uprzejmą wizytą Madame Beck.
Pewnego dnia przybyła dama ta wynajętym wehikułem do chateau. Posądzam ją, że chciała naocznie przekonać si, ° jak wygląda siedziba zamieszkiwana przez doktora Johna. Jak się zdawało, ładne położenie i mile urządzone wnętrze przeszły wszelkie jej oczekiwania; unosiła się nad wszystkim co widziała: błękitny salon nazwała: „Une piece magnifique“ — wspaniałą komnatą — wylewnie i wielosłownie winszując mi zyskania przyjaciół tak godnych, symnaW^zTwch i tak bardzo zasługujących na szacunek — tellement dignes, aimables et respectables“ — dodała również zręczny komplement skierowany w moją stronę. Kiedy zjawił się doktór John, podbiegła ku niemu z młodzieńczą żywością, dając równocześnie upust niesłychanej wylewności słów, wyrażających powinszowania i najwyższe zachwyty nad jego., chateau“, nad „madame sa mere, la digne chateleine“ — godną kasztelanką — także nad jego własnym wyglądem w istocie kwitnącym, a w danym momencie podniesionym jeszcze dobrotliwym, rozbawionym uśmiechem, z jakim stale słuchał płynnej, kunsztownej francusczyzny Madame Beck. Słowem była Madame w najświetniejszym usposobieniu tego dnia olśniewała kaskadami pochwał, uniesień i wszelakich komplementów i uprzejmości. Na wpół rozmyślnie, a na wpół powodowana chęcią dowiedzenia się o pewne sprawy szkolne, odprowadziłam ją do jej wehikułu, po czym zajrzałam raz jeszcze do jego wnętrza, kiedy usadowiła się w nim już i drzwiczki jego zostały zatrzaśnięte. W ciągu krótkiego tego ułamka czasu jakaż zmiana dokonała się na jej twarzy! Na chwilę przed tym uśmiechnięta, rozpromieniona, żartująca, nagle, w ciągu jednej sekundy, sposępniała, nachmurzona niczym sędzia, pogrążona w głębszej zadumie, niż mędrzec. Dziwna kobieta!
Powróciwszy do pokoju zaczęłam droczyć się z doktorem Johnem na temat zakochania się w nim Madame. Jak beztrosko roześmiał się! Jaki żartobliwy ognik roziskrzył się w kącikach jego oczu na wspomnienie rzucanych przez nią kunsztownych frazesów, które powtarzał, naśladując potoczystość jej mowy! Posiadał wybitne poczucie humoru, czyniące go najmilszym w świecie towarzyszem — w chwilach, kiedy zdolny był zapomnieć o pannie Fanshave.
Przesiadywanie w ciszy i w słońcu uważane jest za najlepszy lek dla ludzi słabych, których zbroi w siły żywotne. Kiedy małażorżetka Beck była rekonwalescentką po długotrwałej chorobie, zwykłam brać ją na ręce i przechadzać się z nią po ogrodzie wzdłuż obrastających południową ścianę i dojrzewających w słońcu kiści winogronowych. Promienie tego słońca pieściły jej bladą twarzyczkę tak samo skutecznie, jak darzyły słodyczą i pęczniły złociste grona.
Istnieją usposobienia pogodne, promienne i serdeczne, które wpływają równie dobroczynnie na ubogich duchem, jak promienie słoneczne na słabych cieleśnie. Do takich łiatur wybranych należeli niewątpliwie: doktór Brettoil i jego matka. Lubili oboje siać dokoła siebie szczęście, jak inni — cierpienie. CzyniU to instynktownie, bez widocznego wysiłku, jak się zdawało, nieświadomie dla samych siebie: sposoby uszczęśbwiania przychodziły im do głowy spontanicznie.
Codziennie przez cały czas mojego pobytu w ich domu tworzono nowe jakieś projekty, mające na względzie dostarczenie miłej dla mnie rozrywki. Mimo stałego wypełnienia całego dnia wizytami u chorych, usiłował doktór John tak zawsze urządzić się, aby móc towarzyszyć nam na naszych wycieczkach. Nie umiałabym powiedzieć w jaki sposób potrafił pogodzić z tym liczne swoje obowiązki, tak umiejętnie jednak grupował je, że codziennie pozostawało mu parę godzin wolnych. Widywałam go często zapracowanego, a nawet przepracowanego, nigdy jednak nie zatracał spokoju, humoru, ani równowagi. Wszystko co robił, było dokonywane ze sprawnością i wdziękiem niewyczerpanego, zdało się, zasobu sił, z czarującą pogodą nie załamującej się nigdy energii.
Pod jego przewodem poznałam w ciągu radosnych tych dwóch tygodni lepiej i dokładniej Yilletle i jego okolice, zbliżyłam się bardziej do tubylczych mieszkańców, aniżeli w ciągu ośmiu miesięcy mojego przebywania na pensji Madame Beck. Oprowadzał mnie po wszystkich ciekawszych ulicach i gmachach, których nazwy nawet nie obijały się wcale prawie do owego czasu o moje uszy; chętnie i z szczerym ożywieniem udzielał mi wyczerpujących o nich wiadomości, nie uważając nigdy za nazbyt uciążliwe dla siebie wyjaśnianie mi najrozmaitszych szczegółów, ja zaś nigdy nie miałam dość słuchania go. Nie zwykł traktować żadnej sprawy chłodno i powierzchownie, rzadko zadowalniał się uogólnianiem i pobieżnym załatwianiem się z poruszanym tematem. Zdawał się tak samo lubować w podawaniu miłych szczegółów, jak ja to czyniłam; analizował charaktery wnikliwie, zarazem wszakże nie nazbyt, a często nawet nie dość krytycznie. Wszystkie te właściwości nadawały żywą barwność roz mowom z nim, a jego bezpośrednie czerpanie uwag z własnej obserwacji, nie zaś powtarzanie, raczej kradzenie ich z książek — zarówno suchych faktów, jak trafnych poglądów — czyniłv dyskutowanie z nim równie podniecającym swoją świeżością, jak pociągającym rzadkim swoim czarem. Wydawało mi się, że usposobienie jego zmienia się nieustannie na lepsze; co dnia wstawał w podniośle jszym i pogodniejszym nastroju niż był dnia poprzedniego.
Jego matkę cechowała w równie wybitnyrm stopniu wrodzona dobroć i uczynność; dobroć i uczynność Grahama wszakże miały głęhsze podłoże. Przekonałam się, towarzysząc mu do Basse-Yille — dzielnicy gęsto zaludnionej przez biedotę — że jego odwiedziny tutaj były tyleż odwiedzinami filantropa, ile lekarza. Zrozumiałam, że pełniąc z upodobaniem swą dobroczynną misję i nie uważając bynajmniej, aby miał ponosić z tego tytułu osobliwe jakieś zasługi, dokonywał na rzecz wszystkich tych nędzarzy niezliczonych uczynków miłosiernych. Otoczony też był szczerym uwielbieniem; ubodzy pacjenci jego w szpitalach writali w nim z zapałem swojego zbawcę.
Ale dość — nie wolno mi z wiernego sprawozdawcy — opisywacza przeistoczyć się w stronniczego, zapalonego chwalcę. Wiem, oczywiście, wiem aż nadto dobrze, że doktór John nie był doskonałością tak samo zupełnie, jak nie byłam nią ja również. Ujawniał w każdym kierunku ułomności czysto ludzkie: nie było takiego dnia, ani takiej chwili przez cały czas, jaki spędziłam w jego towarzystwie, aby w czynie, w mowie lub spojrzeniu nie zdradził jakiegoś ryrsu, bardzo dalekiego od boskości. Bogowie nie bywają tak przeraźliwie próżni, ani tak lekkomyślni, jak bywał on często. Żaden z nieśmiertelnych nie mógłby przypominać go zdolnością puszczania w niepamięć wszystkiego innego poza tym co działo się w danej chwili, ani jego rychło przemijającym upajaniem się chwilą obecną, ujawnianym samolubnie w umiejętności wyciągania z niej możliwie najwięcej czynników schlebiających jego miłości własnej. Z rozkoszą podsycał za ehłanne to uczucie, nie myśląc o cenie, płaconej za to przez jego ofiary, nie dbając ile je kosztuje podporządkowywanie się tym jego instynktom.
Chciałabym, aby łaskawy czytelnik zauważył pozorną sprzeczność, jaka zachodzi pomiędzy podanymi mu dwoma poglądami na Grahama Brettona — jako na osobę prywatną i publiczną, to znaczy występującą w stosunkach domowych i na zewnątrz. W pierwszej roli przedstawiony on został jako zapominający o samym sobie, równie skromny w ujawnianiu swojej tężyzny życiowej, jak poważny w dokonywaniu swoich czynności. W drugiej swojej postaci, w jakiej występuje przy domowym ognisku, najzupełniej świadom jest tego, co posiada i tego czym jest; znajduje przyjemność w składanych mu hołdach, nieopatrznie podnieca do zachwytów nad swoją osobą, których dowody mile łechcą jego próżność. Obydwa wizerunki wiernie odpowiadają rzeczywistości.
Trudno było sprawić doktorowi Johnowi przyjemną niespodziankę spokojnie i w tajemnicy. Ilekroć było się pewnym, że przygotowanie jakiegoś przeznaczonego na jego użytek drobiazgu dokonane zostało w ukryciu przed nim i że, jak zwykli to czynić mężczyźni, posłuży się nim, 0 ile znajdzie dany przedmiot na podorędziu, nie badając bliżej skąd się wziął, wprawiał dr. John nagle w zakłopotanie rzuconą z uśmiechem uwagą, świadczącą, że doskonale widział całą robotę od początku do końca, że wiedział o całym projekcie, śledził postęp i kolejne etapy roboty aż do ostatniego momentu. Był zadowolony, że otoczenie pamięta o nim i dba o jego wygody; oczy jego 1 usta zdradzały wyraźnie to zadowolenie.
Wszystko to byłoby bardzo piękne, gdyby nie uzupełniał swojej życzliwej i nie narzucającej się czujności chęcią bezpośredniego wywiązania się z tego co nazywał swoim długiem. Ilekroć matka jego wykonywała pracę jakąś dla niego, wynagradzał ją ostrzeniem na niej swojego dowcipu w sposób jeszcze bardziej ożywiony, uszczypliwszy i dowcipniejszy, aniżeli ten, w jaki zwykł wyrażać tkliwe swoje uczucia dla niej. O ile wykrywał, że Lucy zatrudnia ręce swoje taką robotą, obmyślał w nagrodę za to miłe z niej żarciki.
Zdumiona bywałam często świetną jego znajomością Villette; znajomością nie tylko ograniczającą się na jej otwartych ulicach, ale rozciągającą się na wszystkie jej galerie, sale i muzea; do każdych drzwi, poza którymi znajdowało się cośkolwiek godnego widzenia, do każdej sali, poświęconej jakiemukolwiek działowi sztuki czy nauki, zdawał się posiadać uświęcone zaklęcie: „Sezamie, otwórz się!“ Nie miałam nigdy zdolności do oddawania się poważnie sztuce czy nauce, nieświadomy wszakże, ślepy instynkt skłaniał mnie ku sztuce raczej. Lubiłam zwiedzać galerie obrazów, a zwłaszcza być pozostawioną w nich samą. W towarzystwie utrudniała mi nieszczęsna idiozynkrazja zarówno samo oglądanie, jak i odczuwanie piękna oglądanych rzeczy. W obcym otoczeniu, zmuszona do podtrzymyrwania stale rozmowy na aktualne tematy, byłam po pół godzinie już śmiertelnie wyczerpana fizycznie i zupełnie pozbawiona zdolności logicznego wnioskowania. Nie spotkałam nigdy starannie edukowanego dziecka — nie mówiąc już o wykształconej osobie dorosłej — które nie potrafiłoby zawstydzić mnie ujawnianą inteligencją swoją przy gromadnym zwiedzaniu galerii obrazów, zabytków historycznych, gmachów publicznych czy wszelkich w ogóle przedmiotów powszechnego zainteresowania.
Doktór Bretton był przewodnikiem, jakiego było mi właśnie potrzeba; wprowadzał mnie zawczasu, zanim jeszcze galerie zdołały zapełnić się, pozostawiał mnie tam dwie albo trzy godziny i przychodził po mnie po odrobieniu najpilniejszych wizyt lekarskich. Przez te parę godzin czułam się szczęśliwa, nie będąc zmuszaną do zachwytów i uniesień, mogąc oglądać, badać i formułować wnioski i sądy samoistnie. W początku tego zwiedzania wydarzały się często scysje i wynikające stąd walki pomiędzy narzuconą mi obcą wolą, a mocą własnego przekonania. Pierwrsza z nich domagała się zachwytu dla tego, co uwTażane było powszechnie za zasługujące na za chwyt; druga — przeciwstawiała ogólnemu temu pędowi osobistą niezdolność składania czołobitnych hołdów wbrew własnemu poczuciu. — Szydziłam wówczas z samej siebie, zacinałam się biczem samokrytyki, usiłowałam pobudzić się do wysubtelnienia własnego smaku, do zaostrzenia własnej wrażliwości. Im większe wszakże czyniłam samej sobie zarzuty, na tym większy natrafiałam opór. Przekonawszy się stopniowo, że wynikiem uczciwych tych wysiłków było niepojęte uczucie znużenia i zniechęcenia, zaczęłam zastanawiać się, czy nie lepiej dać za wygranę niewdzięcznej tej pracy. A kiedy doszłam do przekonania, że istotnie lepiej byłoby, pozwoliłam sobie na ignorowanie dziewięćdziesięciu dziewięciu ze stu wystawionych płócien.
Wydało mi się, że oryginalny, nie naśladowany, dobry obraz jest taką samą rzadkością, jak oryginalna, nie naśladowana i dobra książka. W końcu też nie wahałam się ani trochę powiedzieć sobie, stając przed którymkolwiek z uznanych chef d‘oeuvres — arcydzieł — podpisanych wielkimi nazwiskami:
— Nie przypomina to ani trochę natury. Naturalne światło dzienne nie miewa nigdy tej barwy. Nie bywa nigdy takie zmącone ani podczas burzy, ani w dzień pochmurny, jak namalowano je tutaj, pod niebem koloru farbki, które nie jest eterem. A to zielsko, nasmarowane na nim, to nie są drzewa.
W niektórych bardzo dobrze wykonanych, przystojnych, zażywnych postaciach niewieścich nie mogłam w żadnym razie dopatrzeć się bogiń, za jakie one same zdawały się uważać. Dziesiątki kunsztownie wykończonych małych obrazków flamandzkich, także szkiców, świetnie nadających się na ilustracje książek poświęconych modom, bowiem prezentujących najrozmaitsze stroje z najprzedniejszych materiałów, świadczyły o chwalebnej pracowitości, której podobało się znajdować ujście w zamalowywaniu tych płócien. Natrafiało się jednak tu i owdzie na przejawy przemawiającej do przekonania prawdy, na rozjaśniające scenerię błyski. Potęga przyrody ujawniała się tutaj w postaci zwałów zawiei śnieżnej, tam znów olśniewała pełnią światła i ciepła w obrazie dnia słonecznego na południu. Głębia wyrazu, jakim tchnął ten czy ów portret, świadczyła o wnikliwym wczuciu się w duszę modela; jedna z twarzy na tym obrazie historycznym w sposób uderzający przypomniała mi żywym synowskim swoim podobieństwem, że zrodził!n „Prruez.
Pokochałam te wyjątki; stały mi się one drogimi przyjaciółmi.
Pewnego dnia o cichej, wczesnej porze znalazłam 6ię sama prawie w galerii, gdzie jeden szczególnie wyróżniony obraz potwornych rozmiarów umieszczony został w możliwie najlepszym świetle, oddzielony przeciągniętym dokoła niego sznurem od pogrążonych w zachwycie przed nim nim znawców. Dla ich to wygody postawiono miękko wysłaną ławkę, aby, znużeni oddawaniem arcydziełu należnego hołdu na stojąco, mogli czynić to w dalszym ciągu, siedząc wygodnie. Obraz ten zdawał się sam uważać i był uważanv za króla całej kolekcji arcydzieł.
Wyobrażał on kobietę, znacznie większych, jak mi się wydało, rozmiarów, niż mogły istnieć w naturze. Obliczyłam, że dama ta, postawiona na odpowiednio potężnej, zastosowanej do olbrzymiej masy jej ciała wadze, wykazałaby niezawodnie ciężar od czternastu do szesnastu kamieni*). Sprawiała w istocie wrażenie doskonale odżywianej górami befsztyków i innego mięsiwa — nie mówiąc już o chlebie, jarzynach i pochłanianych przez nią płynach — aby móc osiągnąć podobną szerokość i wysokość, tę masę świetnie rozwiniętych mięśni, to nagromadzenie ciała i tłuszczu. Spoczywała, na wpół leżąc, na posłaniu — trudno było właściwie powiedzieć dlaczego wobec otaczającej ją pełni światła dziennego. Zdawała się też cieszyć wybornym zdrowiem i zasobem sił, wystarczającym na dokonywanie przez nią pracy dwu zwykłych * ) kamień — jednostka wagi prawnie obowiązująca w Anglii i liczącą 14 funtów. kucharek. Nie mogła użalać się również na słabość krzyża, powinna więc była stać, a przynajmniej siedzieć prosto. Nie wiadomo było właściwie z jakiej racji wylegiwała się na miękkim posłaniu w biały dzień wT samo południe: Powinna była również mieć na sobie przyzwoite jakieś szaty: suknię, która okrywałaby ją dostatecznie, co bynajmniej nie miało miejsca. Z obfitości materiału — dwudziestu siedmiu yardów, jak wydało mi się na oko, użytych na draperie — nie potrafiła wykombinować dla siebie dostatecznie okrywającego ją ubrania. Trudno byłoby też znaleźć usprawiedliwienie fatalnego nieładu, jaki ją otaczał. Garnki i rądle — należałoby może powiedzieć: wazy i puchary — stłoczone były tu i owdzie na przednim planie; łączyło się z nimi całe śmietnisko kwiatów, a olbrzymia, w nieładzie spiętrzona masa materacy i poduszek wyścielała łoże, opadając na podłogę nawet. Zajrzawszy do katalogu, dowiedziałam się, że znakomity ten utwór sztuki plastycznej nosił nazwę „Kleopatra Siedziałam, przyglądając się dziełu temu z podziwem (wobec postawionej tu ławki nie uważałam za właściwe pozbawiać się wygody skorzystania z niej). Im dłużej wpatrywałam się w obraz, tym mniej ulegało dla mnie wątpliwości, że jakkolwiek niektóre ze szczegółów, jak: róże, złote czary, klejnoty i tym podobne, były malowane bardzo ładnie i finezyjnie, stanowiła całość olbrzymie, obliczone na efekt smarowidło. Podczas tych moich rozważań zaczęła zapełniać się sala, pusta w chwili mojego wejścia do niej. Nie zwracając uwagi na tę okoliczność (która zresztą mało mnie obchodziła) siedziałam w dalszym ciągu na kanapce, raczej aby należycie wypocząć, aniżeli aby przyglądać się ogromnej tej, smagłolicej cygańskiej królowej, której widok, prawdę powiedziawszy, uprzykrzył mi się rychło. Dla odświeżenia też oczu i umysłu zaczęłam rozglądać się po ślicznych, drobnych obrazkach przedstawiających martwą naturę: polne kwiaty, owoce, mchy i paprocie leśne, ułożone w koszyku jajka, podobne do pereł, oglądanych poprzez przejrzyście.ieloną wodę morską. Wszystko to skromnie zawieszone było pod rzucającym się natrętnie w oczy olbrzymim płótniskiem.
Nagle uczułam lekkie uderzenie po ramieniu. Wzdrygnęłam się i odwróciłam głowę poza siebie. Stanęłam oko w oko z pochyloną nade mną twarzą, gniewnie zmarszczoną, nieomal przerażoną.
— Que faites-vous ici? — zapytał czyjś głos.
— Mais, monsieur, je m‘amuse*),
— Vous vous amusez, et a quoi, s‘il vous plait? Mais d‘abord, faites moi le plaisir de vous lever; prenez mon bras, et allons de Vautre cote**).
Zrobiłam jak mi kazał. Mr. Paul Emanuel (był to on) powrócił z Rzymu. Człowiek, który tak wiele podróżował, zw iedziwszy taki kaw ał świata, nie zdawrał się jednak sądzić braku karności pobłażliwiej, aniżeli przed dodaniem tego nowego listka do wieńca wawrzynu, zdobiącego jego czoło.
— PozwoH pani, że odprowadzę panią do jej towarzystwa — rzekł w momencie naszego przechodzenia po społu przez salę.
— Nie mam tu żadnego towarzystw a.
— Nie jest pani chyba sama tutaj?
— Tak panie, jestem sama.
— Przyszła tu pani bez niczyjej opieki?
— Nie, proszę pana. Przyprowadził mnie doktór Bretton.
— Dr. Bretton i szanowna matka jego oczywiście?
— Nie. Sam tylko doktór Bretton.
— I to on polecił pani przyjrzeć się temu obrazowi?
— Bynajmniej; odnalazłam <ro ja sama.
Włosy pana Paula były przystrzyżone krótko, tuż przy skórze, ni to puch kruczy; gdyby nie to, stanęłyby niewątpliwie dębem na jego głowie, Zrozumiawszy w reszcie * ) Co robi pani tutaj 1 Ależ panie, bawię sięl ** ) Bawi się pani, a czym to proszę? Ale przede wszystkim, niech pani zechce wstać; niech pani przyjmie moje ramię; przej* dziemy na drugą stronę. do czego zmierza, doznałam szczególnej przyjemności w zachowaniu oziębłego spokoju i doprowadzeniu go tym do pasji.
— Zdumiewające zuchwalstwo wyspiarki! — zawołał profesor — Singulieres femmes que ces Anglaises*)
— 0 czym pan mówi?
— O czym mówię?! Jak śmie pani, młoda osoba, siedzieć spokojnie i z obojętnością młodego mężczyzny patrzeć na taki obraz?!
— Ma pan słuszność. To bardzo brzydki obraz, nie rozumiem jednak dlaczego nie miałabym oglądać go?
— Bon, bon! — dobrze, dobrze! — Nie mówmy o tym więcej. Nie powinna pani znajdować się tutaj sama.
— A jeżeli jednak nie mam żadnego towarzystwa, żadnej opieki, jak pan to nazywa? A zresztą, jaka różnica czy jestem sama, czy w towarzystwie? Nikt nie interesuje się mną.
— Taisez vous et asseyez-vous la!... la!**) — rzekł stawiając wymownym gestem krzesło w najbardziej posępnym kącie przed szeregiem szczególnie nudnych obrazów-cadres — jak je nazywał.
— Mais, monsieur.
— Mais, mademoiselle, asseyez-vous et ne bougez pasentendez-vous? — Jusqu*on vienne vous chercher, ou que je vous donnę permission***).
— Quel triste coin! — zawołałam — et quels laids tableaux!****)
— „Laids“ — beznadziejne smutne były naprawdę. Wszystkie cztery objęte były w katalogu ogólnym tytułem: „La vie d‘une femme“ — Życie kobiety. — Malowane były osobliwą techniką — płaskie, martwe, blade i * ) Dziwne kobiety te Angielki! ** ) Proszę zamilczeć i usiąść tam... tam! *** ) Ależ, panie! Niech pani usiądzie i nie rusza się, słyszy pani? dopóki po panią nie przyjdą, albo dopóki nie dam pani pozwolenia.

        • ) Jaki smutny kąt! i jakie brzydkie obrazy!

’ # bez wyrazu. Pierwsza przedstawiała uhe jeilne filie — młodą dziewczynę — wychodzącą z kościoła z modlitewnikiem w ręku; w bardzo skromnej sukni; oczy miała spuszczone, usta ściągnięte — obraz najnędzniejszej, najbardziej przedwcześnie dojrzałej hipokrytki. Następne 7 kolei malowidło było wizerunkiem „Mariee“ — oblubienicy — w długim białym welonie, klęczącei na klęczniku — prie-Dieu — w swTojej komnacie, z rękami złożonymi do modlitwy’, to znaczy, z przytkniętymi do siebie wzajem końcami palców obu dłoni. Oczy miała podniesione w górę w sposób uwidoczniający całe białka. Trzeci obraz, zatytułowany „Jeune mere“ — młoda matka — wyobrażał niewiastę, pochyloną nad rozdętym, jak gdyby z gliny ulepionym niemowlęciem, którego twarz przypominała blady księżyc w pełni. Czwarty — „Veuve“ — wdowa — czarna kobieta, trzymająca za rękę małą czarną dziewczynkę, obie wpatrzone badawczo w elegancki francuski pomnik, wystawiony w jakimś kącie Pere — la — Chaise. Wszystkie te cztery „Anges“ — anioły — były ponure i szare ni to włamywacze nocni, zimne i mgliste jak duchy. Jakie okropne kobiety. Jakie przeraźliwie nudne musiało być współżycie z nimi! Nieszczere, skwaśniałe, bezkrwiste, bezmózgie zera! Tak samo ohydne w swoim rodzaju, jak rozleniwiona, ciemnoskóra olbrzymka, Kleopatra, w swoim.
Niemożliwością było ześrodkować uwagę przez dłuższy czas na tych arcydziełach, dlatego też po chwili odwróciłam oczy od nich i zaczęłam rozglądać się po całej galerii.
Tłum widzów zdążył już zgromadzić się przed lwicą galerii, z której bliskości zostałam wygnana. Nieomal połowę tego tłumu stanowiły panie, jak jednak wyjaśnił mi w następstwie pan Paul, były to „des dames“ — panie zamężne — którym wolno było przyglądać się temu, na co żadnej „demoisette“ — pannie — nie przystoi rzucić okiem nawet.
Powiedziałam mu otwarcie, że nie mogę zgodzić się z podobną teorią, której znaczenia nie umiem dopatrzeć się, on wszakże ze zwykłym swoim absolutyzmem kazał mi zamilknąć, zarzucając mi ignorancję i nieprzystojną porywczość. Nigdy chyba nie zasiadał na katedrze profesorskiej człowiek bardziej despotyczny niż pan Paul. Zauważyłam przy sposobności, że on sam zupełnie swobodnie przypatrywał się obrazowi, a nawet nie odrywał przez dłuższy czas oczu od rozłożystej piękności; zarazem jednak nie zapominał rzucać od czasu do czasu okiem w moją stronę, aby, jak przypuszczam, upewnić się, czy spełniam jego polecenie i me wyłamuję się spod surowego jego zakazu. Po chwili ponownie zwrócił się do mnie.
Pragnął dowiedzieć się, czy byłam chora, przypuszczając z góry, że odpowiedź moja będzie potakująca.
— Tak, ale teraz mam się już zupełnie dobrze.
— Gdzie spędziła pani ferie?
— Przeważnie na Rue Fossette, część ich wszakże u pani Bretton.
— Czy to prawda, że pozostawiono panią samą jedną na Rue Fossette?
— Niezupełnie samą: była ze mną Marie Broc (kretynka).
Wzruszył ramionami; na twarzy jego odmalowały się różnego rodzaju, szybko ustępujące sobie wzajem uczucia. Znał dobrze Marie Broc; nie minęła ani jedna jego lekcja w trzecim oddziele (w którym zgromadzono najbardziej tępe, robiące najpowolniejsze postępy uczennice), aby nie pobudzała go ona do najostrzejszych konfliktów wzajemnych pomiędzy najbardziej sprzecznymi doznaniami. Jej odrażająca powierzchowność, jej odpychający sposób zachowania się, jej częstokroć nie poddające się żadnym wpływom usposobienie drażniły jego wrażliwość, budząc w nim najgwałtowniejszą antypatię; łatwo wpadał w ten nastrój, ilekroć raniło coś jego smak estetyczny, czy też ilekroć przeciwstawiano się despotycznej jego woli.
Z drugiej wszakże strony nieszczęsny los biednej kretynki przemawiał żywo do jego poczucia litości, której nie zwykł nikomu odmawiać — nie leżało to w jego usposobieniu — stąd ponawiały się codziennie staczane przez niego walki pomiędzy zniecierpliwieniem i wstrętem z jednej strony, a poczuciem litości i sprawiedliwości — z drugiej. Należy wyznać na jego pochwałę, że pierwsze z tych pobudek rzadko brały nad nim górę, kiedy jednak zdarzało się to, ujawniał Monsieur Paul budzącą grozę stronę swojego charakteru. Skłonny był do żvwienia uczuć namiętnych, gwałtownych; jego nienawiść i jego życzliwość wyrażały się jednako silnie: jego zdolność opanowywania zarówno uczuć dodatnich jak ujemnych nie była władna osłabić rzucającej się w oczy gwałtowności jego pasji. Siłą rzeczy niejako narzucało się przypuszczenie, że wobec podobnych skłonności budzić on musiał w umysłach pospolitych niechęć i obawę, błędem wszelako byłoby lękać się go. Nic nie wyprowadzało go bardziej z równowagi, aniżeli okazywana mu lękliwa nieufność; i, odwrotnie, nic nie było zdolne koić go bardziej niż czynione mu łagodnie i szczerze wyznanie. Na to wszelako zdobyć się mógł ten tylko, kto znał go na wskroś i rozumiał, a tacy należeli do rzadkich wyjątków.
— Jak pani dawała sobie radę z Marie Broc? — zapytał po chwili milczenia.
— Robiłam co mogłam; strasznie jednak było pozostawać z nią sam na sam.
— To słabość serca ze strony pani! Brak odwagi? A może nawet litości. Nie posiada pani zalet nieodzownych do wyszkolenia się na Siostrę Miłosierdzia. (Był człowiekiem szczerze religijnym: polegająca na ofiarności i samozaparciu, strona religii katolickiej budziła w nim głęboki szacunek i wywoływała oddźwięk hołdu dla niej w jego duszy).
— Nie wiem doprawdy; usiłowałam opiekować się nią i dbać o nią, jak potrafiłam najlepiej, kiedy jednak przyjechała jej ciotka, aby ją zabrać, było to dla mnie ulgą niewypowiedzianą.
— O, tak, jest pani egoistką! Istnieją kobiety, które poświęcają się pielęgnowaniu podobnie nieszczęśliwych «tworzeń w przepełnionych nimi szpitalach. Ale pani nie imiałaby zdobyć się na to.
— A czy pan sam potrafiłby?
Kobiety, zasługujące prawdziwie na tę nazwę, winnyby nieskończenie przewyższać naszą brutalną, skłonną do błądzenia i dogadzania samej sobie płeć, zdolnością pełnienia tego rodzaju obowiązków.
— Myłam ją, utrzymywałam ją w czystości, kanniłam ją, starałam się ją zabawie; zamiast mówić ze mną wszakże, stroiła do mnie ohydne grymasy.
I wyobraża sobie pani, że dokonała pani wielkiego dzieła?
— Nie. Ale tak wielkiego, na jakie mogłam zdobyć się.
— Najlepszy dowód, że możliwości pani są nader ograniczone, skoro pielęgnowanie jednej idiotki przyprawiło panią o chorobę.
Nie to przyprawiło mnie o chorobę. Przechodziłam nerwową gorączkę — dusza moja była chora.
Vraiment! Vous valez peu de chose. — Naprawdę! Nie wiele jest pani warta. — Nie jest pani idepiona z gliny bohaterskiej; odwaga pani nie wystarcza na podtrzymanie pani w samotności; zbroi ona panią jedynie w zuchwalstwo przyglądania się z zimną krwią wizerunkom Kleopatry.
Łatwo byłoby okazać gniew wobec dokuczliwego, nieprzyjaznego tonu małego człowieczka. Nigdy jednak dotychczas nie byłam rozgniewana na niego, nie miałam też wcale ochoty, ani zamiaru rozpoczynania teraz dąsów.
— Kleopatra! — powtórzyłam spokojnie. — I pan także przyglądał się Kleopatrze. Jakiego zdania jest pan o tym obrazie?
— Cela ne vaut rien — odparł. — Une femme super be, une taille d‘imperatrice, des for mes de Junon, mais une personne, dont je ne voudrais ni pour femme, ni pour filie, ni pour soeur. Aussi vous ne jetterez plus un seulcoup d‘oeil de ce cóte*). — *) To nic nie warte. Przepyszna kobieta, postać cesarzowej, kształty Junony, ale osobistość, której nie chciałbym ani za żonę,
— Właśnie że patrzyłam na nią i patrzę, podczas kiedy pan mówi do mnie. Mogę doskonale widzieć ją z tego kata.
— Niech się pani odwróci do ściany i studiuje te cztery obrazy z życia kobiety.
— Przepraszam pana, monsieur Paul, ale są zbyt ohydne; jeśli jednak podobają się panu, pozwoli pan, że uwolnię to krzesło i pozostawię panu możność zachwycania się nimi bez przeszkód.
— Mademoiselle — rzekł, układając twarz do pół uśmiechu, a właściwie do zamierzonego uśmiechu, który w rzeczywistości był ponurym skrzywieniem się raczej. — Wy, wychowanki protestantyzmu, zdumiewacie mnie wręcz. Wy, obywające się bez czyjejkolwiek opieki młode Angielki spacerujecie spokojnie pośród rozpalonego do czerwoności żelastwa i potraficie uniknąć oparzenia się. Przypuszczam, że gdyby którąkolwiek z was wrzucono do najbardziej rozżarzonego wielkiego paleniska Nebuchadenazara, wyszłaby z niego nietknięta przez ogień.
— Mogę prosić pana o łaskawe posunięcie głowy o cal w tamtą stronę?
— A to w jakim celu? Na co pani znów zagapiła się? A może poznaje pani kogoś ze znajomych w tej grupie jeunes gens?
— Tak. Tak mi się wydaje. Dostrzegam pomiędzy nimi kogoś, kogo znam.
Dostrzegłam w istocie głowę zbyt ładną, aby mogła należeć do kogo innego, niż do groźnego pułkownika de Hamala. Jaka wytworna, wyrafinowana w każdym calu postać. Jaka zręczna, elegancka sylwetka! — Jakie kobieco drobne i kształtne nogi i ręce! Jak pańsko wyniosłym ruchem przytyka do oczu lorgnon! Z jakim zachwytem wpatruje się w obraz Kleopatry, a potem jak ujmująco uśmiecha się i szepce coś do osoby, stojącej poza nim. 0, jaki rozumny człowiek! Jaki przedni posiada gust, jaki ani za córkę, ani za siostrę! Nie rzuci też pani więcej okiem w tę stronę! niezrównany takt! Obserwowałam go od dziesięciu minut może, zauważyłam też, jak niesłychanie porwany jest smagłą urodą okazałej tej Wenus Nilu. Tak bardzo interesowało mnie jego zachowanie, tak pochłonięta byłam możnością studiowania, raczej odgadywania jego charakteru z twarzy jego i ruchów, że zapomniałam chwilowo nawet o panu Paulu. W pewnym momencie grupa jakaś przedzieliła jego i mnie. A może też uraziło go moje wpatrywanie się w innego i rozmyślnie wycofał się z pola mojego widzenia? Faktem było w każdym razie, że kiedy powtórnie rozejrzałam się dokoła, nic dostrzegłam go już.
Wypatrujące go oko moje napotkało nie jego, ale inną, niepodobną zupełnie do niego, postać, bardzo wyraźną i łatwo dostrzegalną wśród stłoczonej ciżby, wyróżniającą się zarówno wzrostem jak ruchami. Zbliżał się w moją stronę doktór John, tak bardzo niepodobny rysami twarzy, całą sylwetką i odcieniem cery do ciemnowłosego, cierpkiego, uszczypliwego małego profesorka, jak niepodobny byłby owoc Hesperydów do tarki wyrosłej wśród dzikiego gąszczu tarniny, albo jak odważny, ale łagodny i posłuszny koń arabski niepodobny jest do dzikiego, upartego,,sheltie“ — kucyka szkockiego. Widoczne było, że doktór John szuka mnie, nie dostrzegł jednak jeszcze kąta, do którego wsadził mnie za karę surowy nauczyciel szkolny. Czekałam spokojnie na mojego przewodnika i opiekuna, po chwili wszakże podnieciło moje zainteresowanie coś zgoła osobliwego.
Doktór John zbliżył się do Hamala i zatrzymał się przed nim. Wydało mi się, że przyjemność sprawia mu spoglądanie ponad głową tamtego. I doktór Bretton także przyjrzał się Kleopatrze. Wątpię czy mogła mu podobać się; nie wdzięczył się i nie uśmiechał zdawkowo, jak mały hrabia; usta jego były odęte pogardliwie, oko obojętne, nie okazujące ani cienia zachwytu, zarazem nie ujawniające uczuć odmiennych. Po chwili odszedł od obrazu, pozostawiając innym miejsce przy nim. Widziałam, że czeka teraz na mnie i dlatego wstałam i poszłam mu naprzeciw.
Obeszliśmy raz jeden galerię dokoła; w towarzystwie Grahama było to prawdziwą przyjemnością. Lubiłam zawsze przysłuchiwać się temu, co miał do powiedzenia o obrazach i książkach. Nie udając znawcy, wypowiadał otwarcie swoje zdanie, nie zapożyczone od nikogo, tchnące świeżością myśli, bardzo często trafne i jędrne. Miło także było opowiadać mu o rzeczach, o którvch nie wiedział: słuchał tak uważnie, pouczając się tak chętnie, nie żywiąc żadnych skrupułów, ani obaw, czy pochyleniem pięknej swojej głowy, aby wysłuchać zająkliwie sformułowanego przez kobietę wyjaśnienia, nie obniży męskiego swojego autorytetu. A kiedy on z kolei miał mi coś do zakomunikowania, czynił to tak jasno, dobitnie i treściwie, że słowa jego pozostawały trwale wyryte wT mojej pamięci. Nie zapomniałam nigdy ani jednego z danych mi przez niego wyjaśnień, żadnego z przytoczonych mi przez niego faktów.
Po wyjściu naszym z galerii zapytałam go co myśli o Kleopatrze. Przed tym jeszcze rozśmieszyłam go opowiedzeniem, jak profesor Paul Emanuel odpędził mnie od niej i kazał oglądać prawdziwe dzieła sztuki, owe cztery naiwne obrazki, które pokazałam i Grahamowi także.
— O! — odął lekceważąco wargi. — Moja matka jest przystojniejsza od niej. Słyszałem unoszących się nad Kleopatrą francuskich chłystków, określających ją jako „le lype du voluptueux“ — symbol lubieżności. — Gdyby tak być miało w istocie, muszę powiedzieć, że typ lubieżnicy nie jest bynajmniej w moim guście. Niech pani porówna tę mulatkę z Ginevrą!
KONCERT
Pewnego dnia pani Bretton, wszedłszy pośpiesznie do mojego pokoju, zażądała, abym otworzyła szafę, powyciągała szuflady i pokazała jej moje toalety, co też uczyniłam bez słowa zapytania o cel i powód dość dziwnego żądania.
— Nic z tego wszystkiego nie nada się — rzekła, obejrzawszy całą moją garderobę. — Musisz mieć nową suknię.
Wyszła i wnet powróciła w towarzystwie krawcowej. Kazała wziąć moją miarę.
— Chcę — oznajmiła — ubrać cię wedle mojego własnego gustu i ująć tę mało ważną zresztą sprawę we własne ręce.
W dwa dni później przyniesiono mi — różową suknię!
— To nieodpowiednie dla mnie — pośpieszyłam zapewnić, czując, że raczej gotowa byłabym przebrać się w kostium chińskiej damy dworu.
— Przekonamy się czy to odpowiednie dla ciebie czy nie — odparła moja chrzestna matka. — Zapamiętaj sobie — dodała tonem stanowczym, wobec którego nie istniała możność sprzeciwu ani oporu — że włożysz na siebie dzisiaj wieczorem tę suknię.
— Postanowiłam w duchu, że nie włożę jej, że żadna siła ludzka nie zmusi mnie do ustrojenia się w podlotkowskic le różowości. Różowa suknia! ]Nie dla mnie! Ani też ja dla niej! Nie przymierzyłam jej nawet.
Po wręczeniu mi sukni oświadczyła moja chrzestna matka, że mam tego wieczora pojechać z nią i z Grahamem na koncert, na wspaniały koncert — wyjaśniła — ja ki ma odbyć się w głównej sali koncertowej miejscowego Towarzystwa Muzycznego. Wystąpią najbardziej wyróżniające się uczennice Konserwatorium. Po koncercie urządzona ma być loteria „au benefice des pauvre$“ — na korzyść biednych — i, co najważniejsze, król, królowra i książę następca tronu — Prince de Labassecour — przyobiecali uświetnić koncert swoją obecnością. Graham, przysyłając bilety, zaznaczył, że ze względu na obecność domu panującego należy wystąpić w galowrych strojach. Zwrócił także uwagę, że musimy być gotowe punktualnie o siódmej.
Około szóstej zaprowadzono mnie na górę. Bezwolna, nie pytana wcale o zdanie, nie zdolna oponować, musiałam podporządkować się cudzym nakazom, cudzemu, objętemu nade mną despotycznie kierownictwu. Różowa suknia została włożona na mnie, przyćmiona tylko nieco udrapowaniem na niej czarnej koronki. Oświadczono mi, że jestem „en grandę tenue“ — w galowym stroju — i kazano mi obejrzeć się wT lustrze. Uczyniłam to nie bez lękliwego drżenia, wnet jednak z jeszcze bardziej lękliwym drżeniem odwróciłam się od zwierciadła. Wybiła siódma. Przybył doktór Bretton. Moja chrzestna matka i ja zeszłyśmy na dół. Pani Bretton ustrojona była w ciemno-brązową aksamitną suknię. Idąc za nią, w jej cieniu, zazdrościłam jej tvoh ciemnych, dostojnie opływających ją majestatycznych fałd. Graham czekał na nas na progu salonu.
— O, Boże, byle tylko nie pomyślał, że ustroiłam się tak, aby ściągnąć na siebie uw agę — modliłam się w duchu.
— Proszę, Lucy, kilka kwiatków dla pani — rzekł, wręczając mi wiązankę. Nie wyraził ani jednym słowrem zdania swojego o mojej sukni, zaznaczywszy aprobatę życzliwym uśmiechem jedynie i kiwnięciem głowyą z zadowoleniem. Uspokoiło mnie to od razu. Pierzchły moje obawy wydania się śmieszną w tym nieodpowiednim dla mnie stroju. Suknia była zresztą odrobiona z wrielką prostotą, bez wszelkich zbędnych falbanek i ozdób. Przera zała mnie jedynie jasna jej barwa i przejrzystość tkaniny, z jakiej była zrobiona. Skoro jednak Graham nie dostrzegł w moim stroju nic niedorzecznego, ani rażącego* pogodziłam się wnet z różową suknią i ja sama również. ^ Przypuszczam, że ludzie, przywykli do bywania co wieczór w miejscach zabaw publicznych, nie są zdolni do odczuwania owego niezwykle podniosłego nastroju odświętnego, w jakim wchodzą do sali koncertowej, czy na widownię teatralną ci, dla których wielką rzadkością jest korzystanie z tego rodzaju rozrywek. INie umiałabym powiedzieć, czy spodziewałam się wielkiej przyjemności z tego koncertu, jako że nie miałam nazbyt jasnego pojęcia 0 jego charakterze, sama już jednak jazda do gmachu Towarzystwa Muzycznego była dla mnie prawdziwą rozkoszą. Przytulność zamkniętej karety w chłodną, ale przepiękną noc, wesołe towarzystwo osób tak bliskich mi i tak życzliwych; widok gwiazd, połyskujących poprzez konary 1 gałęzie drzew podczas toczenia się kół naszego pojazdu wzdłuż szerokiej alei, a potem szersze i swobodniejsze odsłonięcie się rozgwieżdżonego nieba, kiedy wjechaliśmy na otwarty gościniec; przedostanie się nasze przez jasno oświetlone wrota miejskie, których straż poddała nas pobieżnej, wielce dla mnie zabawnej inspekcji — wszystkie te drobiazgi miały dla mnie, nienawykłej do czegoś podobnego, osobliwy urok nowości. Ile z tego przypisać należało otaczającej mnie atmosferze przyjaźni, nie miałam pojęcia: doktór John i jego matka byli oboje w jaknajlepszym nastroju, drocząc się z sobą z zabawnym ożywieniem przez cały czas jazdy, tak szczerze serdeczni oboje dla mnie, jak gdybym była osobą im najbliższą.
Droga nasza prowadziła przez kilka najwspanialszych ulic Villette, jarząco oświetlonych i, mimo tak późnej pory, bardziej tętniących ruchem pieszym i kołowym, aniżeli w samo południe. Jak świetne wydały mi się wystawy sklepowe! Jak radośnie i rozlewnie przepływała fala życia po gładkich chodnikach i szerokiej jezdni. Przyjrlądając się temu wszystkiemu, przypomniałam sobie Rue
Fossette — otoczony wysokim murem ogród, dom pensjonatowy i mieszkalny, i ciemne, — wielkie „classes“ — sale szkolne — po których zwykłam wędrować o takiej samej właśnie godzinie, samotna, wpatrzona w gwiazdy przez wysokie, niczym nieosłonięte okna, wsłuchana bezwiednie w dochodzące z refektarza odgłosy monotonnie odklepywanej „lecture pieuse“. Wkrótce będę znów wpatrywała się tak i wsłuchiwała. Ten cień przyszłości od razu przy tłumił i omroczył dla mnie promienną radosność chwili obecnej.
Wsiąkliśmy wreszcie w szeroki strumień pojazdów, zdążających w jednym i tym samym kierunku, rychło też olśnił oczy nasze wspaniale oświetlony front wielkiego gmachu. 0 tym, co miałam zobaczyć wewnątrz, słabe zaledwie, jak to już zaznaczyłam, miałam pojęcie. Nigdy w życiu do owego dnia nie przestąpiłam wszak progu miejsca, przeznaczonego na zabawy publiczne.
Wysiedliśmy pod portykiem, gdzie panował już ogromny ruch i zgromadzony był liczny tłum, nie pamiętam jednak dokładnie bliższych szczegółów, poprzedzających moje wstępowanie po stopniach majestatycznej klatki schodowej, uderzającej imponującymi swoimi rozmiarami i wygodnymi, łatwymi do wchodzenia po nich stopniami. Wyścielał je puszysty dywan szkarłatny, doprowadzający do wielkich, uroczyście zawartych podwoi, udekorowanych również szkarłatnymi draperiami.
Nie zdołałam zauważyć nawet mocą jakich czarów i zaklęć zniewolone zostały podwoje te do rozsunięcia się, rozsunęły się wszakże, ukazując moim olśnionym oczom ogromną, szeroką i wTysoką salę, której ściany, biegnące zaokrąglonymi, dzięki ścięciu kantów, liniami, a także kopulasty strop sufitu, wydawały mi się zrobione z matowego złota (na taki w istocie odcień były wymalowane z wielkim kunsztem). Ten matowo złoty odcień uwydatniał się bardziej jeszcze dzięki gzemsom, ozdobom i wyżłobieniom górnego szlaku, dzięki, olśniewającym śnieżną jak alabaster bielą, liliom i błyszczącemu złotu liści, z jakich uwite były girlandy. Draperie, natomiast, dy wan i poduszki, wyściełające fotele, były wszystkie jednostajnego, niczym niezmąconego koloru ciemno-szkarłatnego. Ze stropu zwisał olbrzymich rozmiarów, jarzący mnóstwem rzeczywistych i odbitych świateł, pająk z górskiego kryształu, jak mi się wydawało, skrzący się gwiazdami w każdej grani, w każdej kulce, niby w perełce rosy, barwiący się kolorami ni to rozszczepionej w nim tęczy, czy rozpuszczonymi w nim klejnotami. W rzeczywistości był to zwykły kandelabr tylko, moim wszelako nienawykłym do takich wspaniałości oczom wydał on się dziełem czarodziejów Wschodu. Skłonna byłam nieledwie do szukania wielkiej, ciemnej, chmurnej dłoni — Niewolnika Lampy — krążącej pośród świetlanej, wonnej atmosfery kopuły, aby strzec cudownego, zaklętego w niej skarbu. Poszliśmy dalej — nie zdawałam sobie wcale sprawy dokąd — kiedy nagle na jednym z zakrętów, ujrzałam grupę, zbliżającą się ku nam z przeciwległej strony. Widzę teraz jeszcze tę grupę, jaką ukazała mi się w pierwszym momencie. Przystojna dama w średnim wieku, strojna w ciemny aksamit, młody człowiek, który mógł być jej synem — najpiękniejsza, wydało mi się twarz i najkształtniejsza postać, jaką oglądałam kiedykolwiek — i trzecia jeszcze osoba w różowej sukni i zarzuconym na nią czarnym koronkowym okryciu.
Zauważyłam wszystkie te postaci — trzecią równie wyraźnie jak pierwszą i drugą — i, wziąwszy przez ułamek sekundy wszystko troje za osoby obce, mogłam bezstronnie ocenić na pierwszy rzut oka ich wygląd. Nie zdołało jednak ustalić się to pierwsze ułudne wrażenie, a już rozwiała je — świadomość, że znalazłam się przed wielkim zwierciadłem, wypełniającym przestrzeń pomiędzy dwiema kolumnami i że grupą, którą miałam przed sobą, było odbicie w zwierciadle tym nas trojga: pani Bretton, jej syna i moje własne. Po raz pierwszy wówczas i jedyny w moim życiu miałam okazję widzenia się taką, jaką widzą mnie inni. Nie mam potrzeby roztrząsać bliżej wyniku tej, okazji“. Spowodowała ona zgrzyt dysharmonii, który przeszył mnie uczuciem żalu; nie był nazbyt schle biający, ostatecznie jednak należało być wdzięczną poniekąd — mogło być gorzej.
Zajęliśmy wreszcie miejsca, z których dobrze widzieć można było całą tę obszerną i oślepiającą, ale ciepłą i wesołą salę. Była już wypełniona po brzegi świetnym zgromadzeniem. Nie wiem, czy kobiety były naprawdę bardzo piękne, ich stroje wyróżniały się w każdym razie wielką elegancją i nieposzlakowanym gustem. Mieszkanki kontynentu — te nawet spośród nich, których w domowym pożyciu nie cechuje bynajmniej wdzięk osobliwy, posiadają kunszt wydawania się na arenie publicznej pełnymi ujmującego uroku. Bez względu na to, jak nieokrzesane i nieopanowane są u siebie w domu, w szlafroku, papilotach i pantoflach, jest w całej ich postaci, w przezornie zachowanym na odświętne okazje, wdzięcznym pochyleniu głowy i ramion, w wyrazie ich ust i oczu coś czarującego, w co przystrajają się urzędowo wraz z przywdziewaniem na siebie „grandę toilette“ — toalety od wielkiego dzwonu — i klejnotów — „parure“.
Tu i owdzie wyróżniały się postaci wyjątkowo piękne, uosabiające osobliwy rodzaj urody, nigdy, jak mi się wydaje, nie oglądany w Anglii: solidne, osadzone na silnym wiązaniu kostnym, po mistrzowsku wyrzeźbione kształty, zdające się nie posiadać kantów, podobne prężnością swą do wykutych w marmurze kariatyd. Postać bogini dłuta Fidiasza nie może być doskonalsza i bardziej majestatyczna. Rysy tutejszych piękności przypominają te, jakie holenderscy malarze nadają swoim madonnom; klasycznie regularne, nieco nadmiernie może zaokrąglone, nieposzlakowane w Uniach, ale tępe, a ich pozbawiony wyrazu, niezmącony, beznamiętny spokój porównać można jedynie do śnieżnych bezkresów podbiegunowych. Kobietom o takim typie urody nie są potrzebne klejnoty, rzadko te* noszą je; ich gładkie włosy, splecione w grube bicze warkoczy, stanowią wystarczające obramowanie jeszcze gładszych policzków ich i czoła; toalet ich nie może nigdy cechować zbyt wielka prostota; ich krągłe, pięknie toczo ne ramiona i cudownie kształtne szyje nie potrzebują bransoletek, ani naszyjników.
Z jedną z takich piękności miałem kiedyś zaszczyt i rozkosz pozostawać w stosunkach dość zażyłych: niezachwiana siła wrosłej głęboko w jej serce miłości dla własnej osoby była godna najwyższego podziwu; mogła ją przewyższyć jedynie jej wyniosła niezdohiość dbania o jakąkolwiek inną żyjącą istotę. W żyłach jej nie zdawała się płynąć żywa krew: wypełniała je i nieomal zapychała gęsta, spokojnie ociężała limfa.
Taka właśnie Junona siedziała wprost przed nami. Była niejako celem, ku któremu kierowały się oczy wszystkich. Najzupełniej świadoma, że tak jest, zdawała się jednak nieczuła na magnetyczny wpływ utkwionych w niej spojrzeń. Zimna, krągła, jasnowłosa, o cerze olśniewającej) była piękna ni to biała o złoconym kapitelu kolumna, wynosząca się tuż obok niej.
Zauważywszy, że uwaga doktora Johna skierowana jest nieustannie w jej stronę, błagałam go szeptem, aby „na miłość boską opancerzył dobrze swoje serce. Nie wolno panu zakochać się w tego rodzaju niewieście, gdyż, uprzedzam pana, mógłby pan umrzeć u jej stóp, a nie wywzajenrni się panu cieplejszym uczuciem44.
— Ślicznie — odparł — skąd jednak może pani wiedzieć, że widok jej bezwzględnej niewrażliwości nie będzie dla mnie najsilniejszą pobudką do składania jej hołdów? Beznadziejność zdaje się być najpotężniej działającą na moje uczucia podnietą, ale — dodał, wzruszając ramionami — nie wie pani nic o tych rzeczach. Zwrócę się z tym lepiej do mojej matki.
— Mamo, zagraża mi niebezpieczeństwo — oznajmił, zwracając się do pani Bretton.
— Wyobrażasz sobie, że mnie to interesuje tak bardzo? — odcięła się.
— 0, jaki okrutny jest mój los! — wykrzyknął. — Nigdy nie miał żaden syn równie wyzbytej wszelkich uczuć matki, jak ja. Nie przychodzi jej nawet na myśl, aby mogła spaść na nią taka klęska, jak synowa.
— Jeżeli nawet nie przychodzi mi to na myśl, to na pewno nie z powodu braku podobnego miecza damoklesowego, zawisłego nad moją głową: nie przestajesz grozić mi tym od dziesięciu lat. „Mamo, zamierzam ożenić się wkrótce44 — powtarzałeś od chwili, kiedy jako tako dorosłeś.
— Przekonasz się, niewierna, że groźba ta urzeczywistni się lada dzień. Nagle, kiedy wydawać ci się będzie, że jesteś najbardziej zabezpieczona, wyruszę jak Jakób czy Ezaw, czy każdy inny patriarcha, i wezmę sobie żonę: może spośród tych, które są córkami tego kraju.
— Na twoją własną odpowiedzialność uczynisz to, Johnie Grahamie! Tyle tylko mogę ci powiedzieć.
— Widzi pani, panno Lucy, ta moja wyrodna matka chciałaby, abym został starym kawalerem. A to wszystko przez zazdrość! Ale, proszę cię, mamo, spójrz na tę imponującą istotę w blado-niebieskiej atłasowej sukni z włosami bledziej kasztanowatymi, na których lśnią się „reflets satines“ — atłasowe połyski — jak na jej sukni. Przyznaj mamo, czy nie byłabyś dumna, gdybym pewnego pięknego poranku sprowadził ci do domu taką boginię i przedstawił ci ją, jako panią Bretton junior?
— Nie sprowadzisz żadnej bogini do La Terrasse: w tym małym chateau nie ma miejsca na dwie panie, zwłaszcza o ile ta druga będzie odznaczała się takim wzrostem, objętością i masywnością, jak ta ogromna lalka wystrugana i ulepiona z drzewa, z wosku, z atłasu i z glansowanej skórki na rękawiczki.
— Ależ, mamo, pomyśl tylko! Wypełniłaby tak wspaniale twój błękitny fotel!
— Wypełniłaby mój fotel?! Nie zgadzam się na cudzoziemską uzurpatorkę! Byłby on dla niej łożem madejowym... Ale cicho, Johnie Grahamie! Zamknij usta i otwórz oczy!
Przez cały czas słownej tej utarczki pomiędzy doktorem Johnem a jego matką do sali, która wydawała mi się już w chwili naszego wejścia wypełniona po brzegi, napływały coraz nowe fale ludzkie, aż wreszcie półkole przed estradę przeistoczyło się w zwartą masę głów, wtłoczoną we wznoszące się amfiteatralnie rzędy od podłogi aż pod sam sufit prawie. I estrada także, specjalnie wzniesiona na tę uroczystość, obszerniejsza, niż bywają estrady zazwyczaj, pusta jeszcze przed pół godziną, kipiała teraz życiem: dokoła dwóch fortepianów, umieszczonych w pośrodku, stłoczona bvła hałaśliwa gromada biało ubranych młodych dziewic, uczennic Konserwatorium. Zauważyłam ich zlot na estradę podczas zabawnego przekomarzania się doktora Johna z matką na temat jasnowłosej piękności w blado-niebieskich atłasach i obserwowałam z zaciekawieniem proces ustawiania ich i dyrygowania nimi. Gromadzie dziewic towarzyszyli dwaj panowie, z których w każdym poznałam znajomego. Jeden z nich, wyglądający jak artysta, z długimi włosami i brodą, był znanym pianistą, a zarazem najlepszym nauczycielem gry fortepianowej w Villette. Dwa razy w tygodniu przychodził na pensję Madame Beck, gdzie udzielał lekcji muzyki kilku uczennicom, których rodzice byli dość bogaci, aby móc sobie pozwolić na doskonalenie córek swoich w pianistyce pod tak wytrawnym kierunkiem. Nazywał się Mr. Joseph Emanuel i był przyrodnim bratem Mr. Paula, którego rozpoznałam w drugim z obu panów, towarzyszących biało ubranej gromadce.
Mr. Paul bawił mnie; uśmiechnęłam się też do samej siebie, przyglądając się jego zaaferowaniu. Był wyraźnie w swoim żywiole; stał na pierwszym planie wobec olbrzymiego zgromadzenia, dyrygując setką młodych dziewic, pewien, że każda z nich truchleje na jego widok, wpatrzona w niego, jak w tęczę. Brał całą rzecz najzupełniej na serio: nie szczędził energii i usiłowań, a nade wszystko bezwzględnej surowości. Co robił tu właściwie? Co miał wspólnego z muzyką i z Konserwatorium? On, który zaledwie zdolny był odróżnić jedną nutę od drugiej? Wiedziałam, że sprowadziła go tutaj wiecznie podżegająca go chęć popisu i wystawiana się na pokaz — nieszkodliwa dlatego jedynie, że taka naiwna. W tej chwili wyraźne było, że jego przyrodni brat Mr. Joseph, pod porządkowuje mu się w takim samym stopniu, jak wszystkie te młode dziewczęta. Zachłanny i drapieżny, niczym jastrząb, wydał mi się Mr. Paul! Taki zachłanny i dra^ pieżny!
Po chwili ukazało się na estradzie kilku znanych śpię waków i muzyków: zjawienie się tych gwiazd było sygnałem zniknięcia podobnego do komety małego profesorka Niezdolny był znieść obecności istot wybitnych, opromienionych sławę: o ile nie mógł zaćmiewać, wolał wycofywać się.
Wszystko zdawało się już przygotowane: jedyna tylko część sali czekała na zapełnienie jej — część, przystrojo na szkarłatnymi draperiami, takimi samymi, jak parad na klatka schodowa i drzwi, umeblowana miękko wysłanymi i okrytymi mnóstwem barwnych poduszek ławkami, ustawionymi po obu stronach dwóch tronowych foteli, ponad którymi wznosiły się przysługujące majestatowi królewskiemu baldachiny uroczyste.
Dano sygnał, podwoje rozsunęły się, cała zgromadzona publiczność zerwała się z miejsc, orkiestra odegrała hymn i, przy ogłuszających dźwiękach chóralnego powitania entuzjastycznego, wszedł król, a z nim królowa i cały dwór Lahassecour. #
Nigdy jeszcze do owego dnia nie oglądałam prawdziwego żywego króla ani królowej, łatwo więc sobie wyobrazić, jak bardzo naprężałam wzrok, abv wchłonąć w sie’ bie obraz obu głów ukoronowanych. Ktokolwiek po raz pierwszy ma sposobność zetknąć się oko w oko z majestatem królewskim, doznać musi poniekąd zdumienia, graniczącego z rozczarowaniem nawet. Podświadomie wyobrażał sobie króla i królową, siedzących stale na tronie, z koroną na głowie i dzierżących w ręku berło. I ja także, podświadomie spodziewając się ujrzenia wryimaginow7anych w tej postaci króla i królowej, doznałam na widok żołnierza w średnim wieku i dość młodej damy, uczucia zawodu zarazem i wcale miłej niespodzianki.
Dobrze zapamiętałam króla zwłaszcza, pięćdziesięcioletniego mniej więcej, nieco zgarbionego, siwiejącego już: w całym tym zgromadzeniu nie było ani jednej twarzy, przypominającej go rysami. Nie czytałam nigdy nic bliższego o jego charakterze, ani też nie opowiadano mi nigdy nic o nim, mimo to jednak wyraźne znaki hieroglificzne, jak gdyby rylcem żelaznym wyryte na jego czole, dokoła jego oczu i z obu stron jego ust, uderzyły mnie instynktownie, na pierwszy rzut oka, jako coś zagadkowego. Rychło wszakże, jeżeli nawet nie wiedziałam, to wyczułam przynajmniej, co mają oznaczać te nie wypisane niczyją ręką, a tak wyraźne przecież znaki. Miałam przed sobą człowieka, cierpiącego w milczeniu, melancholika. Oczy te oglądały widma. — Od dłuższego już czasu czekały i śledziły przybywanie i odchodzenie najdziwaczniejszego — i najbardziej uprzykrzonego z widm
— widma Hipochondrii. Może i teraz widział je na tej estradzie, wprost naprzeciw siebie, pośród całego świetnego tego tłumu. Hipochondria zwykła w ten sposób zjawiać się nagle pośród najliczniejszych zgromadzeń — ciemna i ponura, jak Los, blada jak Cierpienie i niezmożona jak Śmierć. Jej towarzyszowi i ofierze w jednej osobie, uwolnionemu od niej na chwilę, wydaje się, że jest szczęśliwy. — „0, nie, nie wyobrażaj sobie, że tak jest — mówi mu ona — przychodzę, jestem.“ — Słowa te mrożą krew w jego żyłach i kirem smutku przysłaniają światło w jego oku.
Powiedzieć gotowi niektórzy, że to obca korona, tłocząca czoło królewskie, żłobi na nim osobliwą tę bruzdę; inni znów skłonni są dopatrywać się w tym stygmacie smutku królewskiego pomazańca skutków wczesnego jego osierocenia. Na wyrycie tej oznaki widomej wpłynęło niewątpliwie coś z jednego i drugiego po trosze, najsilniej wszakże i najgłębiej zatruł duszę króla najbardziej ponury, najzawziętszy wróg ludzkości — wrodzona melancholia. Królowa wiedziała o tym: wydało mi się, że odbłysk głębokiej troski o królewskiego małżonka omraczał cieniem przytłaczającym własną jej dobrotliwą twarz. Monairchim ta sprawiała wrażenie łagodnej, rozumnej, pełnej wdzięku kobiety. Nie była pięknością; a w każ dym razie nie przypominała wszystkich tyTch kobiet o solidnie ugruntowanych wdziękach, o sercach zimnych jak marmur, jakie opisałam niedawno. Postać królowej była smukła raczej; rysy jej twarzy, mimo że dystyngowane, zbyt wyraźnie przypominały familijne rysy panujących dynastii, aby mogły same przez się sprawiać miłe wrażenie. W tej chwili wszakże wyraz, okraszający dumny ten profil, był wyjątkowo przyjemny; mimo woli jednak nasuwało się łączenie go w myśli z zapamiętanymi wizerunkami, na których uwiecznione były podobne rysy, znamionujące osobniki o cechach ujemnych: słabe, zmysłowe, czy podstępne, zależnie od tego, jak chciał traf. Jedynym bezsprzecznie własnvm rysem królowej były jej oczy, bosko rozjaśnione światłem miłosierdzia, dobroci i tkliwego współczuwania. Nie sprawiała wrażenia surowej władczyni, ale dobrej, kochającej kobiety, wytwornej damy. Obok niej siedział jej mały synek, następca tronu Labassecour, oparty o kolana matki. Raz w raz w ciągu tego wieczora dostrzegłam wzrok monarchini, skierowany w stronę siedzącego obok niej małżonka, którego posępność nie uchodziła jej zatroskanych oczu, pragnąc też oderwać jego uwagę od tłoczących duszę jego smutnych myśli, usiłowała kierować je na syna. Pochylała często głowę, a y wysłuchać uwag chłopczyny, a potem z miłym uśmiechem powtarzała je mężowi. Pogrążony w zadumie król wzdrygał się, starał się skupić uwagę, słuchał, rozjaśniał twarz na moment, niezmiennie wszakże, z chwilą gdy przebrzmiewały słowa jego opiekuńczego anioła, wpadał w poprzedni posępny nastrój. Żałosny i znamienny był to widok! Nie umniejszał jego tragizmu fakt, że zarówno arystokracja, jak burżuazja Labassecour nie zdawały się dostrzegać smutnych tych cech szczególnie wyróżniających monarchę: nie zdołałam wvkrvć ani na jednej twarzy spośród wszystkich obecnych śladu wzruszenia czy przejęcia 6ię.
Królowi i królowej towarzyszył ich dwór, a także kilku ambasadorów obcych mocarstw, którzy ściągnęli rowmez z sobą przybywającą w owym czasie w Villette elitę cu dzoziemską. Członkowie dworu królewskiego, ambasadorowie i wybitni cudzoziemcy zajęli obite szkarłatem i wymoszczone poduszkami ławy po obu stronach foteli królewskich. Przeważnie jednak usiadły na nich panie, większość panów stała; szereg ich odzianych w czarne fraki i wypełniających tylny plan sprawiał wrażenie ciemnej ozdoby, dodanej dla uwydatnienia wspaniałości tualet i sylwetek siedzących na przodzie dam. Wspaniałość ta podlegała zresztą odmianom i stopniowaniu świateł i cieni: przestrzeń środkową zajmowały matrony strojne w aksamity i atłasy, w pióra i klejnoty; ławki, wysunięte bardziej na plan przedni, na prawo od fotela królowej, zdawały się przeznaczone wyłącznie dla młodvch dziewcząt, dla kwiatu — a raczej dla pączka — arystokracji Villette. Nie widać było tutaj ani klejnotów, ani spiętrzonych piórami fryzur, ani odbłysków aksamitu czy atłasu: prostota, skromność i urok młodości panowały niepodzielnie w tym gronie dziewczęcym. Widziało się tu same młode główki, oplecione skromnie warkoczykami i wdzięczne jasne sylwetki (zamierzałam napisać zwiewne, byłoby to jednak zupełną nieprawdą: niektóre z tych „jeunes filles“, zaledwie szesnasto — czy siedemnastoletnich, odznaczały się formami tak krzepkimi i solidnymi, że nie powstydziłaby się ich okazałej tuszy dwudziestopięcioletnia niewiasta angielska). Ten szereg ujmujących postaci, strojnych w białe, blado-różowe, czy lazurowe sukienki nasuwał wizje nieba i aniołów. Rozpoznałam wśród tych „różowo-białych“ okazów dwie znajome twarze. Były to dwie uczennice pensji Madame Beck — Mesdemoiselles Mathilde et Angeliąue, które w ostatnim swoim roku nauki pensyjnej powinny były przechodzić kurs klasy najwyższej, ale którym ich rozwój umysłowy nie pozwalał przekroczyć granic drugiego oddziału. Lekcji angielskiego udzielałam im ja oczywiście, nielada zadaniem było też dla mnie nauczyć je jako tako wiernie przełożyć stronniczkę „Wikarego z Wakejield“. W ciągu trzech miesięcy była jedna z nich moim vis a vis przy stole, miałam więc możność naocznie stwierdzić nieprawdopodobne ilości do mowego chleba, masła i konfitur, jakie pochłaniała przy „second dejeuner“ — drugim śniadaniu. Potęgował jeszcze le ilości jej zwyczaj chowania do kieszeni kromek, których nie była w stanie skonsumować na razie. Tak wyglądała istotna, nieupiększona idealizowaniem prawda.
Znałam jeszcze jedną z anielskich tych postaci — najładniejszą, a w każdym razie wyglądającą najmniej sztywno i obłudnie z całej gromady. Zajmowała ona miejsce obok córki para angielskiego, zacnej również, ale niemile wyniosłej dziewczyny: obie przybyły w orszaku ambasady brytyjskiej. Owa znajoma moja wyróżniała się drobną, smukłą figurką, zupełnie odmienną od kształtów wszystkich tych cudzoziemek; i włosy jej także nie oplatały ciasno głowy, tworząc, jak u większości, rodzaj oblegającej ją ściśle lśniącej jedwabistej czapeczki; wyglądały naprawdę jak włosy, falując na jej głowie i opadając długimi, puszystymi, wijącymi się lokami. Gawędziła z ożywieniem, należąc, jak się zdawało, do typu istot beztroskich, zadowolonych z samych siebie i ze stanowiska, jakie zajmowały w wielkim świecie. Nie patrzyłam na doktora Brettona, wiedziałam jednak, że i on także dostrzegł Ginevrę Fanshave (ona to była oczywiście). Przycichł nagle, odpowiadając lakonicznie, na uwagi swojej matki; często także wymykało się z piersi jego ciężkie westchnienia. Dlaczego właściwie wzdychał? Powiedział przecież, że lubi zdobywać miłość przemocą, przezwyciężając w tym celu wszelkie trudności; a tutaj znajdował pełną możność uczynienia zadość temu swojemu upodobaniu. Wybrana jego serca wznosiła się wysoko ponad nim, szybując w opromieniającej ją glorii, w sferze dla niego niedostępnej. Nie miał możności zbliżyć się do niej; nie był zresztą pewien, czy obdarzyłaby go przelotnym spojrzeniem bodaj. Obserwowałam ją, aby przekonać się, czy uczyni to. Miejsca nasze były dość bliskie ławek obciągniętych szkarłatną materią; siedzący na nich musieli z konieczności widzieć nas, tyTm bardziej więc dostrzec nas musiało oko tak bystre i rozglądające się tak badawczo dokoła, jak oko panny Fanshave. Rychło istot nie skierowała je w naszą stronę, a przynajmniej na doktora Brettona i jego matkę. Co się mnie tyczy, ukryłam się bardziej w cieniu, poza polem jej widzenia, nie chcąc być przez nią rozpoznana od razu. Patrzyła uporczywie na doktora Brettona, nie odrywając od niego oczu, a potem wyniosłym gestem przyłożyła do nich lorgnon, aby móc lepiej przyjrzeć się jego matce. Po minucie czy dwóch takiego przypatrywania się, szepnęła coś ze śmiechem do ucha najbliższej swojej sąsiadce, w tej samej chwili wszakże rozpoczął się koncert, zniewolona więc była skierować rozstrzeloną swoją uwagę na to, co działo się na estradzie.
Nie widzę potrzeby szczegółowego opisywania samego koncertu; nie przypuszczam, aby miało interesować czytelników wrażenie, jakie wywarły na mnie produkcje, nie byłoby zresztą warto moich impresji, jako że były to impresje zupełnej ignorantki na tym punkcie. Młode adeptki Konserwatorium, nad miarę wystraszone widocznie, zdradzały niezwykłą tremę, która nie mogła oczywiście wyjść na dobre ich grze. Klawisze dwóch wielkich fortepianów dygotały pod zdenerwowanymi palcami. Pan Joseph Emanuel stał przy artystkach podczas ich gry, nie posiadał jednak ani taktu, ani siły wpływania na nie swojego krewniaka, który w podobnych okolicznościach, zmusiłby na pewno swoję pupilki do zapanowania po bohatersku nad ich tremą. Mr. Paul postawiłby shisteryzowane debiutanki pomiędzy dwa ognie: obawy przed widownią i obawy przed nim samym, i natchnąłby je odwagą desperacką, czyniąc tę drugą grozę nieporównanie sroższą od pierwszej. Mr. Joseph nie potrafił dokonać tego.
Po strojnych w białe muśliny pianistkach wystąpiła piękna, mimo że o wyglądzie posępnym dama w wieku zupełnie dojrzałym, ubrana w białą atłasową szatę. Śpiewała. Śpiew jej sprawił na mnie wrażenie zakpnań czarownika. Ciekawa byłam jak ona to robi, w jaki sposób udaje jej się tak nagle obniżać głos i podnosić, urządzając nim przedziwne jakieś łamańce. Faktem było jednak, że zwykła szkocka piosenka, zaśpiewana przez nieuczonego śpiewaka ulicznego, daleko głębiej nieraz przemawiała mi do duszy.
Z kolei wystąpił jakiś pan, który, zginając się wielokrotnie wpół w ukłonach przed parą królewską i przytykając równie często biało urękawiczkowaną dłoń do własnego serca, wydawał pełne goryczy okrzyki, skierowane przeciwko jakiejś „fausse Isabelle“ — fałszywej Izabelli. — Zdawał się specjalnie ubiegać o współczucie królowej, o ile jednak nie miałabym mylić się zasadniczo, skierowana była uwaga monarchini ku estradzie raczej 7. chłodnym spokojem uprzejmości, aniżeli z przejęciem i szczerym zainteresowaniem. Duchowa udręka, jaka nękała śpiewaka, wpływała na mnie tak przytłaczająco, że rada byłam, kiedy wreszcie przestał dawać jej wyraz w estradowych swoich popisach.
Kilka produkcji chóralnych wydało mi się najlepszą częścią koncertu. Występowali przedstawiciele najlepszych zespołów prowincjonalnych, opaśli brzuchacze o sylwetkach baryłek, autentyczni Labassecouriens. Śpiewali pełnymi głosami, nie żałując gardzieli ani płuc: ich uczciwe wyczyny miały jeden przynajmniej niewątpliwie dodatni wynik: uszy słuchaczy doznawały dzięki nim wrażenia potęgi.
Przez cały czas produkcji: nieśmiałych duetów, pewnych siebie solowych występów wokalnych, śpiewów chóralnych, tak ogłuszających, jak gdyby wykonawcy ich mieli płuca mosiężne — jednym okiem tylko patrzyłam na to, co odbywało się na estradzie i tak samo jednym tylko uchem słuchałam; drugie oko i ucho były stale skierowane ku doktorowi Brettonowi: nie mogłam ani zapomnieć o nim, ani przestać zadawać sobie pytania, co czuł, o czyrm myślał, czy bawił go koncert, czy też nudził go przeciwnie. Po długim milczeniu przemówił wreszcie:
— I cóż, jak się pani podoba to wszystko, panno Lucy? Taka jest pani milcząca — rzekł zwykłym swoim pogodnym głosem. — Milczę — odparłam — bo jestem tak bardzo zain teresowana wszystkim: nie tylko samą muzyką, ale wszystkim dokoła mnie.
Zrobił kilka jeszcze uwag z takim spokojem i z takim opanowaniem, że zaczęłam wątpić, aby i on także miał dostrzec to, co ja widziałam, szepnęłam też:
— Jest tutaj panna Fanshave. Zauważył ją pan?
— Tak. I zauważyłem, że i pani dostrzegła ją również.
— Jak pan sądzi, czy przyszła z panią Cholmondeley?
— Pani Cholmondeley jest tutaj w bardzo licznym towarzystwie. Tak. Ginevra była w jej orszaku, a pani Cholmondeley z kolei była w orszaku Lady X..., która znów należy do orszaku Królowej. Gdyby dwór królewski Labassecour nie był jednym z mniejszych dworów europejskich, których ceremoniał pokazowy jest nie o wiele bardziej imponujący od ich życia codziennego, familijnego, i których galowa odświętność jest jedynie tym samym obyczajem domowym w niedzielnym przybraniu jedynie, brzmiałoby’ to wszystko bardzo wspaniale.
— Ginevra musiała widzieć pana, sądzę?
— I ja tak przypuszczam. Niejednokrotnie kierowałem oczy w jej stronę już po tym kiedy pani przestała patrzeć na nią, miałem też zaszczyt być świadkiem pewnego drobnego zajścia, którego widok został pani zaoszczędzony.
Nie zapytałam co to być mogło. Czekałam na dobrowolne udzielenie mi przez niego wyjaśnienia w tym względzie, co też nastąpiło niebawem.
— Panna Fanshave — rzekł — siedziała obok towarzyszki — młodej damy z najwyższej arystokracji. Znam przypadkiem lady Sarę z widzenia; jej dostojna matka wezwała mnie kiedyś jako lekarza. Córka jest dumną młodą dziewczyrną, nie ma w sobie jednak ani cienia wyniosłego zuchwalstwa, wątpię też czy Ginevra wiele zyskała w jej oczach wydrwiwaniem swoich sąsiadów. . — Jakich sąsiadów?
— Nikogo innego, tylko matki mojej i mnie. Co się mnie tyczy, jest to zupełnie naturalne: czy może być ktoś bardziej nadający się jako cel pośmiewiska, niż młody lekarz z burżuazji? Ale moja matka! Nigdy jeszcze dotychczas nie poważył się nikt wyśmiewać z niej! Wie pani, te pogardliwie odęte wargi i sarkastycznie skierowane w naszą stronę lorgnon wzbudziły we mnie ciekawe uczucie.
— Niech pan nie zaprząta sobie tym głowy, panie doktorze. Nie warto. Ginevra, będąc w nastroju tak zawrotnego upojenia, wr jakim wyraźnie jest dzisiaj, nie zawahałaby się i nie miałaby najmniejszego skrupułu wyśmiewania samej tej łagodnej, smutnie zamyślonej królowej, czy nawet melancholijnego jej małżonka. Nie kieruje nią złośliwość, ale jedynie nie licząca się z niczym bezmyślność. Dla takiej, mającej puchy w głowie pensjonarki nie istnieje nic świętego.
— Zapomina pani jednak, że nie przywykłem zapatrywać się na pannę Fanshave jako na, mającą puchy w głowie pensjonarkę44... Była dla mnie bóstwem — aniołem moich marzeń!
— Hm! Na tym właśnie polegał pański błąd.
— Jeśli wolno mi wyznać szczerze, bez czczej gadaniny czy romantycznego upiększania, był taki moment przed sześcioma miesiącami, kiedy uważałem ją za boską istotę. Pamięta pani naszą rozmow’ę o prezentach? Nie byłem zupełnie szczery wobec pani przy dyskutowaniu na ten temat: bawił mnie zapał, z jakim go pani podjęła. Chcąc dokładnie poznać pani pogląd i wykorzystać wiadomości jej w tej sprawie, pozwoliłem, aby pani przypuszczała, że jestem bardziej zaślepiony i mniej świadomy istotnego stanu rzeczy, aniżeli byłem w istocie. Ta właśnie próba prezentów pierwsza otworzyła mi oczy na to, że Ginevra jest zwykłą śmiertelniczką. Uroda jej nie przestała jednak czarować mnie: nie dalej, niż przed trzema dniami — niż przed trzema godzinami nawet — byłem w pełni jej niewolnikiem. Kiedy przeszła obok mnie dzisiaj wieczorem promienna glorią swojej piękności, głębokie wzruszenie, jakiego doznałem na jej widok, było najbardziej godnym jej urody hołdem, jaki mogłem jej złożyć. Gdyby nie to jedno nieszczęsne szyderstwo, był bym w dalszym ciągu najpokorniejszym jej sługą. Gdyby obrała mnie za cel swojego wydrwiwania, zraniłaby mnie tym, nie uczyniłaby mnie jednak tak łatwo obcym sobie; nie stargałaby łączącej mnie z nią więzi uczuciowej; skierowaniem drwiny swojej w moją stronę nie osiągnęłaby w ciągu dziesięciu lat tego, co uczyniła w jednej chwili, poważając się zadrwić z mojej matki.
Umilkł. Nigdy dotychczas nie widziałam tyle ognia i tak mało światła słonecznego w niebieskich oczach doktora Johna, jak w tym momencie.
Lucy — rzekł po chwili — niech pani przyjrzy się dobrze mojej matce i niech pani powie szczerze, bez obawy i stronniczości, jaką wydaje się ona pani w tei chwili?
— Taką jaką wydawała mi się zawsze — godną najwyższego szacunku angielską niewiastą z klasy średniej; dobrze, dostatnio, mimo, że poważnie ubraną, niezdolną nigdy udawać, naturalnie zrównoważoną i pogodną.
— Taką wydaje mi się ta kochana moja i mnie także! Weseli mogą śmiać się wraz z mamą, słabi jednak tylko zdolni są śmiać się z niej. Nie pozwolę, aby ktokolwiek wyśmiewał się z niej; nie stanie się to, z moją wiedzą i aprobatą przynajmniej; ani też bez mojej wzgardy... bez mojej antypatii... bez mojego...
Urwał. Czas był po temu najwyższy, w tak wielkie wpadł podrażnienie, większe niż, jak zdawałoby się, zasługiwała na to rzecz sama. Nie wiedziałam jednak wówczas, że był świadkiem zajścia, powodującego podwójne oburzenie jego na pannę Fanshave. Płomienny rumieniec, jakim rozgorzały jego policzki, drganie rozszerzonych jego nozdrzy, ostre skrzywienie jego pięknie zarysowanej dolnej wargi, jakim wyraził uczucie najwyższej pogardy, ukazały mi go w nowej, prawdziwie pociągającej fazie, mimo że roznamiętnienie, rzadko wydarzające się człowiekowi zazwyczaj łagodnemu i pogodnemu, nie należy do osobliwie miłych widoków. Nie podobało mi się też mściwe podniecenie, jakim rozedrgane było jego młode, krzepkie ciało.
— Przeraziłem panią, Lucy? — zapytał.
— Nie rozumiem dlaczego jest pan tak bardzo rozgniewany.
— Wie pani dlaczego? — szepnął mi do ucha. — Oto dlatego, że Ginevra nie jest ani aniołem, ani kobietą niewinnej, czystej myśli.
— Głupstwa pan gada! A co najmniej przesadza pan. Ginevra nie byłaby zdolna prawdziwie skrzywdzić nikogo.
— W moim pojęciu zdolna byłaby najzupełniej. Aż nadto nawet. Teraz ja widzę tam, gdzie pani jest zaślepiona w dalszym ciągu. Ale dajmy pokój temu tematowi. Mam ochotę podroczyć się z mamą. Wmówię jej, że oklapła, albo że zdrzemnęła się... Mamo, proszę cię, otrząśnij się! Śpisz?
— Ej, Johnie, żebym ja tobą nie potrząsnęła! Zrobię to na pewno, jeżeli nie będziesz sprawował się przyzwoiciej. Może zechcielibyście zamilknąć, ty i Lucy, żeby można było lepiej słyszeć śpiew?
Chór grzmiał w tej chwili właśnie z całej siły potężnych zbiorowych swoich płuc, przygłuszając spiżowymi ich dźwiękami prowadzony przez nas półgłosem dialog.
— Ty słyszysz śpiew, mamo?! Gotów jestem postawie o zakład moje spinki do mankietów, jak ci wiadomo prawdziwe, przeciwko twojej broszce z fałszywych kamieni... ^ #
— Mojej broszce z fałszywych kamieni, Grahamie?! ’Bluźnierco! Świętokradco! Wiesz przecież, że to drogocenny brylant!
— 0, to jeden z twoich przesądów, jedna z legend, w którą wierzysz uparcie: oszukano cię na tym kupnie. Wyprowadzono cię w pole.
— Nie tak łatwo oszukać mnie, ani wyprowadzić w pole, iak sobie wyobrażasz. Skąd do ciebie znajomości pośród dam dworu, Johnie? Zauważyłam, że dwie sposród nich wpatrywały się w ciebie nader bacznie w ciągu ostatniej pół godziny.
— Wolałbym, żebyś nie patrzyła na nie.
— Dlaczego nie? Dlatego, że jedna z nich drwiąco przypatrywała mi się przez swoję szkiełko? Ładna, ale głupia. A może boisz się, że jej chichoty onieśmielą twoją Starszą Panię?
— Mądra, nieporównana, cudowna Starsza Pani! Mamo, wolę jednak ciebie niż dziesięć żon!
— Nie rozczulaj się, Johnie, bo jeszcze zemdleję ze wzruszenia i będziesz musiał wynieść mnie z sali. A gdybyś był naprawdę zmuszony dźwignąć taki ciężar, zmieniłbyś ostatnio wypowiedziane zdanie twoje i zawołałbyś: — „Matko, dziesięć żon nie mogłoby zaciężyć mi gorzej, dokuczyć mi bardziej, niż ty jedna!“
Po skończonym koncercie rozpoczęła się loteria „au benefice des pauvres“: przerwa między pierwszym a drugą umożliwiła wszystkim swobodny wypoczynek, powodując miłe ogólne poruszenie i ożywienie. Białe stadko opuściło estradę, otoczone wnet gorliwie uwijającą się dokoła niego gromadą młodych panów, zajętych przygotowaniami do ciągnięcia fantów. Najbardziej ożywioną z całego grona okazała się ta sama, dobrze mi znana figurka, nie wysoka, ale bardzo ruchliwa, zdolna energią i ruchliwością prześcignąć trzech rosłych mężczyzn. 0, jak żwawo, z jakim zapałem krzątał się i uwijał Mr. Paul! Jak władczo rzucał na wszystkie strony rozkazy! A równocześnie jak ofiarnie nie szczędził własnych rąk przy pracy! Pół tuzina pomocników było na jego rozkazy, aby usunąć fortepian i pełnić tym podobne posługi, uważał jednak za niezbędne podstawić i własne także ramię pod ciężar. Nadmiernie ożywiona jego krzątanina była tyleż drażniąca, ile niezbędna w jego własnym mniemaniu; ja przynajmniej burzyłam się na nią w duszy, szydząc z całego tego czynionego przez niego zamętu. Zarazem jednak, irytując się na niego i krytykując go w myśli, nie mogłam oprzeć się uczuciu, że wszystko co mówi i co robi nacechowane jest pewną dość miłą na’ivete. Zmuszona byłam także — nie mogłam być ślepą na nie — dopatrzeć się pewnych mocno wyrażonych cech charakterystycznych jego twarzy, tym bardziej uderzających teraz, prawem kontrastu, na tle przeważającej większości fizjonomii tępych, płaskich, obojętnych, pozbawionych wyrazu: Nie mogłam nie dostrzec głębokiej, skupionej siły i bystrości jego wzroku, władczego zarysu jego czoła, bladego, szerokiego i wy pukłego, ruchliwości jego zmieniających wciąż swój wyraz ust. Brakło mu imponującego spokoju siły, posiadał wszakże, w stopniu najwyższym, zapał, dzielność i obrotność.
Na widowni panowało niezwykłe podniecenie: większość powstawała z miejsc i nie siadała ponownie, chcąc rozprostować kości; niektórzy przechadzali się nawet, wszyscy rozmawiali, żartowali i śmieli się. Udrapowana na szkarłatno część sali uderzała szczególnym ożywieniem. Chmara wyfraczonych panów była teraz w rozsypce, zmieszana z gromadą tęczowo strojnych pań; dwaj czy trzej panowie w mundurach wojskowych podeszli do króla, który wszczął z nimi rozmowę. Królowa, wstawszy ze swojego fotela, przeszła wzdłuż szeregu młodych dziewrcząt, pochylających przed nią głęboko główki i nisko przysiadających w dworskim ukłonie; do każdej z nich zwróciła się z kolei z uprzejmym słówkiem, życzliwym spojrzeniem i miłym uśmiechem. Z obiema ślicznymi młodymi Angielkami: lady Sarą i Ginevrą Fansliave — zamieniła kilka zdań; kiedy odeszła od nich, obie, a zwłaszcza Ginevra, zdawały się promienieć dumą i radością. Przyskoczył do nich wnet zastęp panów: najbliżej Ginevry znalazł się hrabia de Hamal.
— Można się tu udusić w tej sali z gorąca! — zawołał doktór Bretton, zrywając się z nagłym zniecierpliwieniem — Lucy, mamo, nie miałybyście panie ochoty przejść się trochę na świeżym powietrzu? > — Idź z nim, Lucy — rzekła pani Bretton. — Nie mam ochoty ruszać się z miejsca.
Pozostałabym i ja także chętnie na moim, życzenie Grahama wszelako było dla mnie rozkazem — poszłam z nim.
Po upale panującym w sali było powietrze nocne osob liwie przenikliwe, mnie przynajminej wydało się takim. Graham nie spostrzegał znać tego. Nie było jednak wiatru; ani jedna chmurka nie plamiła rozgwieżdżonego nieba. Otulona byłam narzutką futrzaną. Przeszliśmy się parę razy po jezdni; znalazłszy się w świetlnym kręgu latarni, skrzyżował Graham wzrok swój z moim.
— Wydaje się pani zamyślona, Lucy: czy to przeze mnie?
— Obawiam się tylko, czy nie jest pan zmartwiony.
— Ani trochę; mech pani będzie dobrej myśli i nie robi sobie nic z tego, tak samo, jak nie robię sobie z tego nic i ja także. Kiedykolwiek przyjdzie mi umrzeć, jestem pewien, że nie nastąpi to z powodu złamanego 6erca. Mogę być zraniony, mogę nawet zwiesić bezradnie głowę przez czas jakiś, jak dotychczas jednak żaden ból, ani choroba serca, nie podkopały mojego organizmu. Zawsze chyba widywała mnie pani wesołym w domu, prawda?
— Tak. Na ogół.
— Jestem rad, że panna Ginevra pozwoliła sobie wydrwić moją matkę. Nie oddałbym naszej Starszej Pani za tuziny młodych piękności. Szyderstwem tym wyświadczyła mi panna Fanshave niezrównaną usługę. Dziękuję pani za nie, panno Fanshaye! — zawołał, zrywając kapelusz z falujących swoich loków i składając ironiczny ukłon.
— Tak — powtórzył — jestem jej wdzięczny. Odczułem dzięki niemu, że dziewięć dziesiątych mojego serca było zdrowych jak rydz, a tylko jedna dziesiąta jego krwawiła z powodu lekkiego draśnięcia: ukłócie, które wyleczyło się samo przez się w jednym mgnieniu.
— Na razie jest pan rozgniewany, podniecony i wzburzony. Do jutra zmieni pan zdanie: będzie pan czuł i myślał inaczej.
— Ja — miałbym być podniecony i wzburzony?! Nie zna mnie pani. Wprost przeciwnie; nie ma już we mnie ani śladu podniecenia, ani żaru. Jestem chłodny jak ta noc, która może być jednak zbyt chłodna dla pani. Powróćmy!
— Zbyt nagła to zmiana, panie doktorze Johnie.
— Bynajmniej; a gdyby nawet miała być nagła, istnieją ważkie po temu przyczyny — dwie ważkie przyczyny: jedną z nich wyjawiłem pani. Ale teraz, wracajmy!
Nie łatwo przyszło nam dostać się z powrotem na nasze miejsca. Loteria rozpoczęła się, powodując ogólny zamęt; tłumy zatarasowały korytarz, wzdłuż którego musieliśmy przeciiodzić, co zmusiło nas do zatrzymania się przez dłuższą chwilę. Kiedy rozejrzałam się przypadkiem dokoła, — wydało mi się bowiem, że usłyszałam wymienione głośno moje imię — dostrzegłam zupełnie blisko nieuniknionego, wszechobecnego Mr. Paula. Patrzył na mnie surowo i wnikliwie — nie tyle na mnie właściwie, ile na moją różową suknię, przy czym błysk wyraźnie szyderczy zaiskrzył się w jego oku. Nie był dla mnie nowiną jego surowy krytyczny stosunek do sposobu ubierania się zarówno uczennic, jak nauczycielek na pensji Madame Beck, co te ostatnie miały mu wielce za złe, uważając zbędną taką krytykę za dokuczliwe zuchwalstwo z jego strony. Ja osobiście nie doświadczyłam do owego dnia tej dokuczliw’OŚci: ciemny mój strój codzienny nie mógł razić nikogo, a więc i jego także. Tego wieczora nie byłam w nastroju potulnego znoszenia niczyich krytyk, ani uwag szyderczych, wolałam też udać raczej, że nie dostrzegam ani jego obecności, ani jego milczącej nagany. Wolałam zwrócić głowę w stronę rękawa wieczorowego stroju doktora Johna, uważając rękaw ten za milszy i bardziej krzepiący’, przyjaźniejszy i darzący większą otuchą, aniżeli posępna, jawnie nieprzyjazna twarz małego profesorka. Dr. John zdawał się nieświadomie sankcjonować niejako to moje przekładanie jego ubrania — oczywiście i osoby także — spojrzał bowiem na mnie przyjaźnie i rzekł tonem życzliwej zachęty:
— Niech pani trzyma się mojego boku, Lucy — ci tłoczący się i przepychający łokciami Biirgers — obywatele — nie mają szacunku, ani względów dla nikogo.
Nie mogłam jednak zastosować się do jego polecenia. Ulegając bezwiednie może — jakiemuś wpływowi hypnotycznemu, czy innemu — rzuciłam ponownie okiem dokoła, aby przekonać się, czy Mr. Paul jest jeszcze, czy już poszedł... Tak, stał na tym samym miejscu, wpatrzony w7 dalszym ciągu we mnie, ze zmienionym wszakże wyrazem twarzy. Przeniknął widocznie moją myśl, odgadł mój zamiar uniknięcia spotkania się z nim oko w oko. Szydercze ale nie gniewne pierwotne spojrzenie ustąpiło miejsca ponurej złości, a kiedy, chcąc go przebłagać, ukłoniłam mu się pochyleniem głowy, odwzajemnił mój ukłon najsztywniejszym i najzimniejszym kiwnięciem, na jakie tylko stać go było.
— Kogo rozgniewała tak pani na siebie, Lucy? — zapytał doktór Bretton z uśmiechem.
— Jednego z profesorów na pensji Madame Beck: wielce zacietrzewionego małego człowieczka.
— Tak. Wygląda w tej chwili, jak uosobienie złości: czym ukrzywdziła go tak pani? 0, Lucy, Lucy, niech mi pani wyjaśni co to może znaczyć?
— Zapewniam pana, że nie ma w tym żadnej tajemnicy. Mr. Emanuel jest bardzo wymagający, a ponieważ patrzyłam na rękaw pańskiego ubrania, zamiast dygnąć przed nim i złożyć mu głęboki ukłon, uważa, że nie zachowałam się wobec niego z należytym szacunkiem.
— Ten mały — zaczął doktór John. Nie wiem co dodałby jeszcze, gdybym w tej chwili nie została odepchnięta od niego przez napór ciżby ludzkiej i rzucona nieomal pod nogi tłumu. Mr. Paul gwałtownie przedarł się łokciami przez wszystkich stoiących mu na zawadzie, torując sobie drogę z tak krańcowym lekceważeniem nie tylko wygody, ale wręcz bezpieczeństwa wszystkich obecnych, że wynikiem tego wyładowania jego energii było stłoczenie się wzajemne jednych z drugimi.
— Sądzę, że jest on „un mechant“ — złośnikiem — jak sam nazwałby takiego jak on — — rzekł doktór Bret’ ton, kiedy znów szczęśliwie odnalazłam się przy nim,
I ja także byłam tego samego zdania.
Zwolna i z wysiłkiem przedostawaliśmy się przez pasaż, zanim wreszcie udało nam się powrócić na nasze miejsca. Ciągnienie losów loteryjnych trwało prawie godzinę. Było to zabawne, tętniące życiem i wesołością widowisko, że zaś każdy z nas zaopatrzony był w bilety, braliśmy udział w ogólnym zainteresowaniu wynikiem każdego kolejnego obrotu koła. Przechodziliśmy wraz z wszystkimi innymi od nadziei większej wygranej do rozczarowania z powodu doznanego zawodu. Dwie malutkie dziewczynki, pięcio i sześcioletnia, wyciągały numery, po czym następowało ogłoszenie z estrady przypadaiących wybrańcom fortuny wygranych. Wygrane te były bardzo liczne, przeważnie niezbyt wielkiej wartości. Traf chciał, że i ja i doktór John wygraliśmy po iednym fancie: mnie dostała się papierośnica, a jemu damski stroik na głowę — rodzaj powiewnego biało-srebmeero turbanu, przybranego, niby śnieżnym obłoczkiem, pękiem piórek z jednego boku. Dr. Bretton chciał koniecznie zamienić się ze mną, nie dałam się jednak nakłonić do tego. Do dnia dzisiejszego przechowuję papierośnicę: ilekroć patrzę na nią, przypominają mi się dawne czasy i jeden prawdziwie szczęśliwy wieczór.
Doktór trzymał swój turban w wyciągniętei ręce pomiędzy wskazującym i dużym palcem, patrząc na to cacko z niesłychanie komiczną mieszaniną szacunku i zakłopotania. Po dostatecznym nacieszeniu się swoją wygraną, oboietnie zamierzał złożyć zwiewne cacko na podłodze pomiędzy własnymi nogami, zdaiąc się nie mieć pojęcia co począć z tym fantem (w dosłownym znaczeniu tym razem). Gdvby matka nie przyszła mu z pomocą, wcisnąłby go sobie ostatecznie pod pachę, niby szapoklak. Szczęśliwie wszakże zdążyła jeszcze odebrać mu stroik i włożyć go do pudełka, z którego został w7yjęty.
Graham był wesoły i ożywiony przez cały wieczór i ta jego wesołość i ożywienie wydawały się zupełnie niewymuszone i naturalne. Niełatwo opisać jego zachowanie i wygląd, było w nich wszelako coś osobliwego, coś oryginalnego w swoim rodzaju. Niezwykłość ta p legała w moim pojęciu na zdolności panowania nad sobą, powściągania swoich pasii oraz na ołebokim podłożu zdrowej, samorodnej siły, która umożliwiała mu wychodzenie zwycięsko, bez większych wysiłków, z doznawanych zawodów i rozczarowań i wyrywanie truiacesro ich żądła. Jego zachowanie się teraz przvnomniało mi zalety, jakie zauważyłam w nim w momentach niesienia przez niego pomoC’ — lekarskiej biedakom, więźniom i innym cierpiącym i upośledzonym z Basse-Ville: był tak samo stanowczy, jak wówczas, cierni iwy i łagodny. Któż mógłby nie kochać go? Nie zdradzał nigdy owej słabości, zwykłej nękać chwiejność naszych odczuwań rozważaniami w jaki sposób mamy umocnić je i podtrzymać: nigdy rozdrażnieniem własnym czy nieusposobieniem nie mącił spokoju i nie tłumił wesołości innych; z ust jego nie zrywała się nigdy uszczypliwa, raniąca do głębi uwaga krytyczna; oko jego nie przeszywało nigdy jadowitą swoją strzałą niczyjego serca na wskroś; pozostawanie w promieniu jego osoby zapewniało spokój, darzyło bezpiecznym schronieniem, otaczało atmosferą noQrod, T i słońca.
Nie wybaczył jednak pannie Fashaye, ani też nie zapomniał o jej przewinieniu. Wątpię, czy, rozgniewany i dotknięty prawdziwie, dałby się kiedykolwiek przebłagać
— poczuwszy się raz obcym, czv zbliżyłby się ponownie. Patrzył na nią niejednokrotnie: ani ukradkiem, ani pokornie, ale gestem uporczywie wnikliwego śledzenia jej. De Hamal stale teraz tkwił r>rzv niej; tuż obok siedziała pani Cholmondeley. Wszysc^ troje zaabsorbowani byli wesołą, podn;ecaiącą rozmową, jaka W tym samym stopniu ożywiała siedzących na obciągniętych purpurą ławach, co i plebejuszowską część sali. W przebiegu szczególnie ożywionej dyskusji podniosła Ginevra kilkakrotnie rękę swoją i ramię, na którym iskrzyły się ognie, rzucane przez cenne kamienie, jakimi wysadzona była piękna jej bransoletka. Dostrzegłam, że widok tei ozdoby rozpalił i w oku doktora Johna błyski, ale wyraźne błyski ironii. Roześmiał się:
— Myślę, że najlepiej zrobię, składając mój turban na zwykłym moim ołtarzu ofiarnym; tam przynajmniej może on bvć pewien łaskawego przyjęcia; żadna gryzetka n?e zwykła „zimować darów łatwiej i bardziej ochoczo niż ona. Dziwne to! Bo przecież ostatecznie pochodzi z dobrego gniazda!
Nie wie pan jednak, panie doktorze Johnie, w jaki sposób została wychowana — rzekłam. — Przerzucana przez całe swoję życie z jednei cudzoziemskiej pensji na drugą, mogłaby nieświadomością złego usprawiedliwić większość swoich braków i błędów. A nadto, sądząc z własnych jej opowiadań, musieli i rodzice jej również otrzymać nodobne wvchowanie.
Domyślałem się zawsze, że nie są to ludzie zamożni, przyznam też, że świadomość ta sprawiała mi niegdyś rzetelne zadowolenie — odparł.
Wiem od niej samej, że w domu jej rodziców panuje ubóstwo nieomal: Ginevra nie ukrywa wcale tych rzeczy, mówi o nich zupełnie otwarcie. Ma niewiątpliwie tę wielką zaletę, że nie kłamie jak te wszystkie cudzoziemki. Jej rodzice mają licznych krewnych i bogatych znajomvch, co, w ich pojęciu, wymaga odpowiedniego występowania na zewnątrz, aby dostosować się do tamtych stopą życiową. Konieczności — nieodzowne według nich — w połączeniu z wrodzoną bezmyślnością — złożyły się na jak najdalej idący, nie liczący się z niczym brak skrupułów w zdobywaniu środków nokazowej tej egzystencji. Taki iest prawdziwy stan rzecay, jedyny z jakim stykała się od dziecka aż po dzień dzisiejszy.
I ja tak sądzę. Pragnąłem jednak urobić ją na coś lepszego. Ale widzi pani, Lucv. jeśli mam być zupełnie szczery, doznałem noweso zupełnie uczucia dzisiaj wieczorem, widząc ją i de Hamala. Poczułem to, zanim jeszcze zraziła mnie impertynencja, z jaka pozwoliła sobie przyglądać się mojej matce. Dostrzegłem wymianę spojrzeń pomiędzy Ginevrą a de Hamalem bezpośrednio po jej wejściu do sali koncertowei. Spostrzeżenie to ukazało mi ich oboje w nowym zupełnie, fatalnym świetle.
— Co pan przez to rozumie? Wiedział pan wszak od dawna o ich flirtowaniu z sobą wzajem?
— O, flirt! Mógłby on być niewinną grą dziewczęcą, przynętą obliczoną na podniecenie prawdziwego, wiernego wielbiciela! To wszakże o czym mówię, nie było flirtem; była to wymiana spojrzeń, zdradzaiąca tajemne porozumienie wzaiemnp — “’a ani dziewczęca, ani niewinna. Nie mógłbym nigdy pojąć za żonę kobiety zdolnej do wymieniania podobnych spojrzeń, chociażb — nawet była ona piękna jak Wenus. Raczej gotów byłbym poślubić skromną wieśniaczkę w krótkiej spódniczce i wysokim czepeczku, bylebym tylko mógł mieć pewność, że mam do czynienia z istotą uczciwą.
Nie umiałam powstrzymać uśmiechu. Pewna byłam, że przesadza teraz doniosłość całej sprawy: Gineyra, pomimo istotnej swojej płochości, była jednak uczciwa w zasadzie. Powiedziałam mu to. On jednak potrząsnął przecząco głową, oświadczając, że nie zgodziłby się zaufać jej czci, jaką ma dla swojego nazwiska.
— To jedyna rzecz — odparłam — którą mógłby pan śmiało jej zaufać. Potrafiłaby bez skrupułu narażać na straty sakiewkę i własność swojego męża, niebacznie wystawiać na próby jego cierpliwość i wyprowadzać go z równowagi, nie sądzę wszelako, aby miała pozwolić samej sobie czy komu innemu na najlżejsze skażenie jego honoru.
— Staje się pani jej adwokatką — rzekł. — Czy chciałaby pani, abym wprzągł się od nowa w dawne moje jarzmo?
— Nie; rada jestem, że widzę pana wyzwolonego, wierzę też, że pozostanie pan długo wolny. Niech pan jednak będzie zarazem sprawiedliwy.
— Jestem sprawiedliwy. Sprawiedliwy jak Radamantus.1) Gdy jednak poczuję się zupełnie obcym, nie potra * ) Radamantus — syn Żeusa i Europy, brat Minosa, wraz z jiim i Eakiem uważany za sędziego dusz zmarłych, czczony fię sądzić inaczej, niż surowo... Ale niech pani uważa: Król i Królowa wstają. Podoba mi s’’~ Królowa: Sprawia wrażenie takiej dobrej i łagodnej. I matka moja także jest nadmiernie przemęczona; nie dowieziemy naszej Starszej Pani żywej i całej do domu, jeżeli nie zabierzemy jei zaraz. Bardzo jesteś zmęczona, mamo?
— Ja miałabym być zmęczona, Johnie?! — zawołała pani Bretton, sprawiająca istotnie wrażenie tak samo świeżej i rześkiej, jak jej syn. — Mogłabym podjąć się siedzenia dłużej tutaj od was wszystkich. Pozostańmy oboje, ja i ty, do rana, a przekonamy się kto z nas bęIzie zieleńszy o wschodzie słońca.
— Nie podjąłbym się takiej próby, bo ty, mamo, jesteś napraw’dę najbardziej niewiędnącą z wiecznie zielonych roślin i najświeższą ze wszystkich niewiast. Niech więc słabe zdrowie i wTrażliwre nerwTy twrojego syna starczą ci za usprawiedliwienie mojej prośby o rychły nasz powrót do domu.
— Gnuśny młodzieńcze! Pragnąłbyś niewątpliwie być już w łóżku; ha, trudno, widzę, że będzie trzeba ulec ci.
I Lucy także wygląda jak przywiędły kwiat. Nie wstyd ci, Lucy? Kiedy byłam w twoim wieku, nie czyniło mnie ani o źdźbło bledszą spędzanie przez cały tydzień wieczorów’ poza domem. Chodźcie, chodźcie, oboje. Możecie też śmiać się dowoli z wraszej Starszej Pani, która ani myśli pozostawiać tutaj pudełka z turbanem. Zabiorę je.
Zabrała pudło w istocie. Zaofiarowałam się wyręczyć ją, pronozycja moja została odrzucona wszakże z życzliwą wzgardą: moja matka chrzestna oświadczyła, że zupełnie wystarczy mi pamiętanie o samej sobie, bez brania na moje barki dodatkowych ciężarów.
Nie zmuszona już — wobec odjazdu Króla i Królowej i powstałego wnet potem jeszcze srorszego zamętu — do ceremonialnego zachowania się, wyszła pani Bretton pierwsza, energicznie torując nam obojgu drogę poprzez był przez starożytność całą dla wysokiej swojej sprawiedliwości. (przyp. tłum.) tłum. Graham poszedł za nią, p o d ż art owu j ą c ze swojej matki, że wygląd a jak naizręcznieisza prawdziwa gryzetka, oglądana kiedykolwiek z pudłem od stroików przewieszonym przez ramię, podkpiwał także z jej zakochania się w lazurowym turbanie, który ujrzymy niebawem niewątpliwie na jej „łowię.
Noc była bardzo chłodna i bardzo ciemna teraz już. Nie trwało jednak długo odnalezienie naszego pojazdu, w którym ulokowaliśmy się ciepło i przytulnie, niczym w promieniach ognia kominkowego. Powrót do domu był jeszcze przyjemniejszy bodaj, aniżeli jazda nasza na koncert. Był przyjemny, mimo że woźnica, który spędził u „marchand de vin“ — w winiarni — część czasu swojego oczekiwania na nas, zawiózł nas ciemnym samotnym gościńcem znacznie dalej niż było potrzeba, ominąwszy zakręt drogi, jaki wiódł wprost do La Terrasse. Rozgadani i roześmiani, nie zdawaliśmy sobie sprawy z jego błądzenia, aż wreszcie pani Bretton zwróciła uwagę, że, jakkolwiek chdteau jest w istocie w jej poięciu miejscem nader odległym od wszelkich siedzib ludzkich, nie przypuszczała wszelako nigdy, aby był położony na końcu świata, jak widzi teraz. Jedziemy już jakie półtory godziny — rzekła — a wciąż jeszcze nie skręciliśmy w aleję, prowadzącą do La Terrasse.
Pod WT)łvwem uwagi matki wyjrzał Graham na drogę. Dostrzegłszy jedynie tonące we mgle poza niewidzialnymi zagrodzeniami pola, obrzeżone nieznanymi mu szeregami lip o poprzycinanych konarach, zaczął orientować się co właściwie zaszło. Nie było innei rady, iak tylko kazać woźnicv stanąć, po czym wyskoczył Graham z pojazdu, zajął miejsce na koźle i sam uiął cugle. Dzięki niemu przybyliśmy cało i zdrowo do domu spóźnieni nie więcej niż o półtorej godziny.
Marta nie zapomniała o nas: na kominku wesoło buzował ogień, a na stole w jadalni czekała apetycznie zastawiona wieczerza. Radzi byliśmy pierwszemu i drugiej. Późny brzask zimowego dnia zaczął już szarzeć, kiedy znaleźliśmy się wreszcie w naszych sypialniach. Zdjęłam z siebie różową suknię i czarną koronkową narzutkę w znacznie radośniejszym nastroju, aniżeli ten, w jakim pozwoliłam ustroić się w nie. Nie wszyscy może, olśniewający wspaniałością toalet na koncercie, mogli powiedzieć o sobie to samo, nie wszystkim bowiem przypadło w udziale szczęście przyjaźni, darzącej takim uczuciem spokoju, bezpieczeństwa i, miarkowanych rozsądkiem, skromnych nadziei.
KONIEC TOMU PIERWSZEGO
SPIS ROZDZIAŁÓW: str. 1. Bretton........................5 2. Paulina............15 3. Towarzysze zabawy.........25 4. Panna Marchmont.........49 5. Odwrócenie nowej karty......62 6. Londyn............70 7. Villette.............88 8. Madame Beck..........103 9. Izydor............126 10. Dr John............144 11. Loża odźwiernej.........155 12. Szkatułka............166 13. Kichnięcie nie w porę.......182 14. Uroczystość...........198 15. Długie wakacje..........243 16. Auld Lang Syne.........262 17. La Terrasse...........285 18. Sprzeczamy się..........299 19. Kleopatra...........311 20. Koncert............329
Pearl S. Buck
NAGRODA NOBLA 1938 R. ...Ostatnia nagroda Nobla przypadła pisarce amerykańskiej PEARL S. BUCK, która w tej chwili, dzięki swym egzotycznym powieściom, reprezentuje właściwie w literaturze swą drugą, przybraną ojczyznę — Chiny. Pisze wprawdzie po angielsku, ale cała jej działalność, gorące oddanie pracy kulturalnej w Chinach, zajmowanie czołowych stanowisk w chińskim ruchu kobiecym, wreszcie stworzenie epopei chińskiego chłopa, na którą złożył się cykl „Błogosławionej ziemi“ — wszystko to uczyniło ją
Popularna autorka „Spowiedzi Chinki“, „Wygnania“ i wielu innych powieści, odznaczających się głęboką znajomością duszy Wschodu, przeniosła się w najnowszej swojej książce na inny teren. Spróbowała sił swoich w przedstawieniu niezwykłej duszy kobiecej, która dzięki swemu
CHARLOTTE BRONTE
YILLETTE
CHARLOTTE BRONTfi
YILLETTE
TOM DRUGI
WYDAWCA
TOWARZYSTWO WYDAWNICZE „RÓJ“ Sp. z o.o. BMnnHnHnnHi
Warszawa — Kredytowa i
ROZDZIAŁ XXI
REAKCJA
Jeszcze tylko trzy dni, a potem konieczność powrotu na pensję. Nieomal odliczałam na zegarze poszczególne minuty tych godzin ostatnich. O, jak bardzo pragnęłam móc powstrzymać nieubłagany ich bieg! Przesuwały się jednak podczas mojego czujnego, pełnego niepokoju śledzenia ich i znikały bezpowrotnie w momencie, kiedy wciąż jeszcze myślałam z lękiem o tym, że przeminęły.
— Lucy nie odejdzie od nas dzisiaj — rzekła pani Bretton przy rannym śniadaniu tonem przymilnej prośby. — Wie przecież, że będziemy mogli jeszcze raz uzyskać dla niej zwłokę.
— Nie chciałabym prosić o nię, chociażby miało wystarczyć w tym celu jedno słowo bodaj — odparłam. — Pragnę mieć już poza sobą chwilę rozstania i znaleźć się znów na Rue Fossette. Muszę odjechać dzisiaj z rana, zaraz po śniadaniu. Kosz mój jest zapakowany i zasznurowany.
Okazało się jednak, że mój odjazd uzależniony był od Grahama. Ofiarował się odwieźć mnie, a tak złożyło się, że był zajęty przez cały dzień i powrócił do domu dopiero o zmierzchu. Nastąpiła mała utarczka słowna pomiędzy mną a gościnnymi moimi gospodarzami. Pani Bretton i jej syn nalegali na mnie, abym pozostała w ich domu przez tę jedną noc jeszcze. Omal nie rozpłakałam się, tak pilno było mi odjechać. Pragnęłam już rozstać się z nimi, jak przestępca na miejscu stracenia pragnie, aby topór spadł już jak najprędzej na jego szyję. Chce mieć jak najrychlej ten straszliwy ból poza sobą. Ani domyśleć się mogli, jak bardzo pragnęłam i ja również skończyć z tą chwilą okrutną. Nie byli w stanie zrozumieć mnie na tym punkcie. Nie doświadczyli nigdy niczego podobnego!
Było już zupełnie ciemno, kiedy doktór Jobn dopomógł mi wysiąść ze swego wolanta przed drzwiami Zakładu Wychowawczego Madame Beck. Latarnia przy wejściu była zapalona, mżył typowy deszcz listopadowy, który nie ustawał przez cały dzień: światło latami rzucało drgające błyski na mokry chodnik przed domem. W taki sam wieczór przed rokiem niespełna po raz pierwszy przestąpiłam ten próg pośród takiej samej zupełnie scenerii. Zapamiętałam kształt kamieni bruku, którym przyglądałam się, nie mając nic innego do roboty w chwili czekania na otworzenie się przede mną tych drzwi, przed którymi 6tałam samotna, prosząca. I wówczas również na krótką przelotną chwilę spotkałam tego, który teraz towarzyszył mi tutaj. Czy kiedykolwiek przypomniałam mu to pierwsze nasze spotkanie albo też wyjaśniłam mu je? Nie, nie uczyniłam tego nigdy, ani też nie miałam nigdy ochoty uczynienia tego: była to miła myśl, zazdrośnie tajona przez mnie na dnie mojej pamięci, gdzie spoczywała nieporuszona.
Graham pociągnął za dzwonek. Drzwi otworzyły się natychmiast: była to właśnie pora wieczorna, w której uczennice przychodnie powracały do swoich domów i dlatego Rozyna stała w pogotowiu, aby otwierać przychodzącym po panienki.
— Niech pan nie wchodzi — rzekłam, on jednak, nie usłuchawszy mnie, zatrzymał się na chwilę w jasno oświetlonym przedsionku. Nie chciałam, aby dostrzegł łzy w moich oczach; miał zbyt współczujące serce, którego nie należało ranić bez potrzeby takim przejawem bólu. Dążeniem doktora Johna było zawsze leczyć — a przynajmniej koić, przynosić ulgę, ilekroć uleczenie nie leżało w j«go mocy.
— Niech się pani zdobędzie na odwagę, droga Lucy. Niech pani pamięta zawsze, że moja matka i ja jesteśmy i pozostaniemy zawsze szczerymi, wiernymi przyjaciółmi pani. Nie zapomnimy o pani nigdy.
— Ani też ja nie zapomnę nigdy o pańskiej matce, ani o panu, doktorze Johnie.
Wniesiono mój bagaż, wymieniliśmy ostatni uścisk dłoni; doktór odwrócił się już, aby odejść, zatrzymał się jednak: nie wystarczyło mu znać to, co powiedział, do uczynienia zadość szlachetnym popędom duszy jego i serca.
— Lucy — szepnął, zbliżywszy się raz jeszcze do mnie
— czy będzie pani czuła się bardzo samotna tutaj?
— Z początku — tak.
— Moja matka odwiedzi panią wkrótce, a tym czasem wie pani co zrobię? Będę pisywał do pani, ot, byle głupstwa, jakie przyjdą mi na myśl, aby tylko dodać pani otuchy, rozweselić-panią nieco. Pozwala mi pani?
— 0, szlachetne, rycerskie serce! — pomyślałam, potrząsnęłam jednak głową i rzekłam z uśmiechem: — Niech pan nie myśli wcale o nakładaniu na siebie podobnego obowiązku. Pan miałby pisać do mnie?!... Nie będzie pan nigdy miał na to czasu.
— Znajdę czas! Muszę znaleźć! Do widzenia!
Poszedł. Ciężkie drzwi zatrzasnęły się za nim — topór spadł — ból przeszył mnie swoim ostrzem.
Nie pozostawiając sobie czasu na odczucie go, ani na rozmyślanie o nim, przełknęłam łzy, jak gdyby były winem i weszłam od razu do bawialni Madame, aby przywitać ją i wyrazić jej należny szacunek.
Przyjęła mnie z doskonale odegraną serdecznością — — była nawet wylewna, mimo że udzielona mi przez nią audiencja trwała krótko. Po dziesięciu minutach pożegnała mnie. Z salle a manger — jadalni — przeszłam do refektarza, gdzie uczennice i nauczycielki były już zgromadzone na naukę wieczorną; i znów zostałam powitana, tym razem jednak, jak sądzę, z nie tylko udawaną serdecznością. Kiedy było wreszcie i po t\m przywitaniu także, mogłam udać się do sypialni.
— Czy Graham naprawdę napisze? — zadałam sobie pytanie, gdy, znużona przeżyciami dnia, osunęłam »ię na knawędź łóżka.
Rozum, przekradając się ku mnie poprzez mroki długiego tego, posępnego pokoju, podszeptywał rozważnie:
— Może nawet napisze raz jeden. Jest taki dobry i zacny, że zdobędzie się raz jeden bodaj na ten wysiłek. N i e może to jednak trwać na dłuższą metę — prawdopodobnie nawret nie powtórzy się po raz drugi bodaj. Wielkim szaleństwem byłoby opierać jakieś nadzieje na takim przyrzeczeniu — obłędem byłoby dopatrywać się w chwilowej, utworzonej przez deszcze kałuży, zawierającej co najwyżej jeden łyk wody, stale wytrysku] ącego źródła, dostatecznie zraszającego całą okolicę.
Opuściwszy głowę na pierś, przesiedziałam przez godzinę jeszcze. Rozum nie przestawał podszeptywać mi ostrzeżeń, kładąc na ramieniu moim zwiędłą ze starości dłoń, mrożąc ucho moje lodowatym chłodem sinych swoich warg starczych.
— A gdyby nawet — mówił — gdyby nawet miał napisać, to i cóż z tego? Myślisz o przyjemności, jaką sprawi ci odpisywanie mu? 0, głupia, niedorzeczna dziewczyno! Ostrzegam cię! Odpowiedź twoja musi być lakoniczna. Nie licz na płynącą stąd rozkosz dla serca — ani na przyjemność dla intelektu, jaką obdarzyć cię może ta korespondencja; nie pozwalaj sobie na wylewność uczuć, nie dawaj swobodnego ujścia żadnym popędom duszy i serca, nie ulegaj pokusie beztroskiej wymiany myśli, nie żyw nadziei na związek serc...
Rozmawiałam z Grahamem, a nie karciłeś mnie przecież — próbowałam perswadować bezlitosnemu Rozumowi.

  • Nie — przyznał. — Nie było potrzeby. Rozmową jest doskonałym ćwiczeniem dla twojego intelektu.

Nie potrafisz prowadzić jej z należytą swobodą. Rozmawianie nie jest dla ciebie równoznaczne z zapominaniem o twojej niższości, z podtrzymywaniem w sobie ułud: mowie twojej nadaje osobliwe piętno cierpienie, braki, niedostatek...
— Ale przecież — przerwałam mu — tam, gdzie nie ma obecności cielesnej, a rozmowa grzeszy brakiem wyrobienia, nie podobna błądzić szukaniem w mowie pisanej pełniejszego wyrazu, aniżeli ten, na jaki zdobię są zdobyć się drżące, niepewne usta? ‘ Podtrzymuj w sobie tę wiarę na własną odpowiedzialność — odparł Rozum — i na własną również odpowiedzialność pozwól wierze tej wpływać na charakter twoich listów.
O ile jednak czuję, czyż nie mam nigdy wypowiadać tego?
Nigdy! — oświadczył Rozum z naciskiem.
Jęknęłam pod obuchem jego nieprzejednanej stanowczości. Nigdy! 0, jaki wyraz nieubłagany! Okrutnik ten
Rozum — — nie pozwoli mi podnieść oczu, ani uśmiechnąć się, ani łudzić się nadzieją: nie uspokoi się dopóki nie będę zupełnie zmiażdżona, wyzbyta resztek odwagi, złamana ostatecznie na duchu. W jego mniemaniu zrodzona zostałam na świat po to jedynie, aby zapracować na kawałek chleba, czekać z poddaniem na mękę śmierci i stale, przez całe życ:e, wątpić i rozpaczać. Może ma on słuszność; cóż jednak dziwnego, że skłonni jesteśmy czasem buntować się przeciwko niemu, wymykać się z pod karcącej jego różdżki i pozwalać chwilami wyobraźni naszej — jego jasnej, miłej nieprzyjaciółce — na pobujame swobodne — na snucie słodkich wizji nadziei, cudownej, boskiej, z nieba zesłanej nam pocieszycielki. Musimy zrywać od czasu do czasu pęta, jakie nakłada na nas Rozum bez względu na straszliwą, czekając-’ nas za to karę. Rozum jest diabelsko mściwy; dla mnie, niczym zła macocha, miał on zawsze w zanadrzu żądło trujące. Jeśli byłam mu posłuszna, czyniłam to jedynie pod wpływem lęku, a nie miłości. Gdvby nie owa siła przyjaźniejsza, stale, mimo że tajemnie, dochowująca mi wierności, nie żyłabym od dawna już wskutek jego prześladowania mnie, krępowania surowymi ograniczeniami, mrożenia chłodem, maltretowania twardymi deskami zimnego łoża, zadawania mi nieustannych ciosów bolesnych.
Jakże często wypędzał mnie Rozum nocą, wśród zimy, na zlodowaciały Śnieg, rzucając mi za cate pożywienie poobgryzane kości, których nie chciał tknąć pies nawet i zapewniając, że Los nie przeznacza dla mnie mc innego, nie przyznaje mi prawa domagania się czegoś lepszego...
W tak;ch chwilach podnosiłam oczy w górę i na niebie wpośród krążących gwiazd, z których naiwiększa i najjaśniejsza słała ku mnie łagodnie kojący swoi promień, dostrzegałam głowę. Duch, tkliwszy i bardzie, dobroczynny, niż Rozum ludzki, spływał na bezszelestnych swoich skrzydłach, rozsiewając dokoła atmosferę wiekuistego lata, niosąc balsamiczne wonie nigdy nie więdnących kwiatów i drzew, których owoc darzy życiem, przywiewając tchnienia czyste ze świata, któremu nie jest potrzebne słońce, aby go oświetlić. Dobry ten anioł nasycił głód mói pokarmem słodkim i nieznanym, zebranym pośród pokłosia anielskiego przez duchy opiekuńcze, gromadzące swoie sperlone rosą żniwo o pierwszej, na i wcześniejszej godzinie boskiego poranka. Tkliwe osuszył on nie do zniesienia gorzkie łzy, waz z którymi spływa życie samo, ukoił cichym spoczynkiem znużenie śmiertelne, tchnął nadzieję i nowy impuls do żvcia w bezduszną, paraliżującą rozpacz beznadziejności. Boski, współczujący, pomocny wpływ. Kiedykolwiek zejmę modlitewnie kolana przed kim innym, aniżeli przed Bogiem, będzie to przed twoimi białymi, uskrzydlonymi stopami, Piknie jaśniejącymi na wyżynach i na równinie. Świątynie były wznoszone na cześć Słońca, ołtarze poświęcano Księżycowi. Ale, o glorio tysiąckroć większa! Na twoią chwałę nie wznosiły niczyie ręce świątyń, ni ołtarzy, niczyje usta nie czciły cię modlitwą, serca wszelako wielbiły cię i dochowały ci wierności poprzez wieki. Siedziba twoia z^yt obszerna jest na otoczenie jej inurami, zbyt wysoka, aby wznieść kopułę ponad nią — świątynia, której posadź ką jest przestwór — rytuał, którego tajniki ujawniają się w przedziwnej harmonii światów!
Władczyni najwyższa! abv móc ostać się i przetrwać, miałaś wielką armię męczenników; aby uszczęśliwiać ludzkość — twój wybrany zastęp najgodniejszych. Bóstwo niewątpliwe, istotą twoją niweczysz elementy upadku i rozkładu.
Ta córa Niebios przypomniała sobie o mnie tego wieczora. Widziała łzy moje i dlatego zestąpiła z wyżyn do mojego łoża, niosąc mi słowa pocieszenia. . Śpij! rzekła, — Śpij spokojnie. Ozłocę sny twoje!
Dotrzymała słowa, czuwając nad moim wypoczynkiem nocnym. 0 świtaniu wszakże objął Rozum ponownie straż nade mną. Zbudziłam się z nagłym wzdrygnięciem: deszcz siekł jednostajnie o szyby, a wiatr wył gniewnie w regularnych odstępach. Nocna lampka, ustawiona w pośrodku sypialni na czarnym okrągłym cokole, przygasała powoli; rozpoczął się nowy dzień. 0, jak bardzo współczuję tym, których cierpienia duszy budzą nagłym wzdrygnięciem zamiast podniecić i natchnąć nową energią czynu. Tego rana wzdrygnięcie, z jakim zbudziłam się, było tak silne, że poderwało mnie z łóżka, niby chwyt ręki olbrzyma. Jak szybko ubrałam się o przejmującym chłodzie brzasku dziennego! Jaki głęboki haust lodowato-zimnej wody nalałam sobie z mojej karafki i wypiłam duszkiem! Woda była zawsze moim kordiałem, do którego, jak inni pijacy, uciekałam się żarliwie, ilekroć gnębił mnie smutek.
Niebawem obwieścił dzwonek rereillee — porę budzenia się — całej szkole. Ubrawszy się, zeszłam sama do refektarza, w którym napalono w piecu, dzięki czemu panowało tu miłe ciepło. W całym domu poza refektarzem było zimno, przejmujące typowo surowym chłodem zimy na kontynencie. Mimo że był dopiero początek listopada, wiatr wiejący z północy zmroził lodowatym swoim tchnieniem cały nieomal obszar Europy. Pamiętam, jak bardzo nie podobały mi się czarne piece, kie dy zapoznałam się z nimi po raz pierwszy; z czasem jednak nauczyłam się łączyć z nimi pojęcie przytulnego ciepła, polubiłam je też, jak w Anglii lubimy ogień płonący na kominku.., Usiadłszy przy ciemnym tym pocieszycielu, miałam możność spokojnie pogrążyć się w rozmyślanie nad życiem i jego zmiennymi losami, nad przeznaczeniem i jego wyrokami. Spokojniejsza i bardziej zrównoważona mz nocy poprzedniej, nakreśliłam sobie cały szereg nakazów i re<nił życiowych, nie dozwalających — pod grozą najsurowszych kar — na wszelkie jałowe rozpamiętywanie minionego szczęścia, nakazujących cierpliwe przedzieranie się przez zawiłości i zawody chwili obecnej, czerpanie siły i energii w oparciu o wiarę, tłumienie pędu do bałwochwalczego wielbienia i przekreślanie raz na zawsze wszelkich tęsknot za wyśnioną krainą obiecaną. Wiedziałam, że do jej rzek nie dotrzemy nigdy może, chyba tylko w gorączkowych wizjach konania, a soczyste jej łąki pastewne oglądać moglibyśmy jedynie z pustynnego mogilnego szczytu wyżyny Nebo na krańcu Martwego
Morcfca....,,,
Stopniowo połączone poczucie skrzepionej siły i bolu zarazem opancerzyło moje serce, podtrzymując je, a przynajmniej powściągając jego kołatanie i uzdolniło mnie do pełnienia moich zadań codziennych. Podniosłam głowę..
Jak już zaznaczyłam, siedziałam przy piecu, wmurowanym w ten sposób w ścianę, dzielącą refektarz^ o carrć, aby mógł ogrzewać oba pomieszczenia. W tej samej ścianie, tuż obok pieca, przebite było okno, wychodzące również na carre. Podniósłszy w pewnej chwili a owę, ujrzałam w szybie okna chwast bonnet proc, wysokie czoło i dwoje bystro patrzących, przenikliwych oczu; spojrzenie ich utkwione było we mnie dziwnie badawczo. Nie wiedziałam do owrego momentu, że policzki rr.oje były mokre od łez, nagle jednak poczułam ich słoną wilgoć na mojej twarzy. #
Dziwny był to dom, gdzie nie znalazłbyś kącika wol nego od natrętnej wścibskiej ciekawości ludzkiej, gdzie nie można było uronić łzy, ani zamyśleć się głębiej, aby nie znalazł się pod ręką szpieg, podglądający czujnie i usiłujący odgadnąć co może kryć 6ię pod tymi przejawami. Co wszelako sprowadziło tutaj tego pozadomowego, męskiego szpiega o tak niezwykłej godzinie? Jakie prawo miał wtrącać się w ten sposób do mnie? Żaden inny profesor nie odważyłby się przekroczyć carre przed dzwonkiem szkolnym. Ale Monsieur Emanuel nie liczył się ani Z rozkładem dnia, ani z regulaminem: chciał przejrzeć jakąś księgę, złożoną w bibliotece pierwszej klasy; szukał jej i po drodze mijał właśnie refektarz. Rozglądając się wciąż swoim zwyczajem na wszystkie strony: przed siebie, poza siebie, na lewo i na prawo, dostrzegł mnie przez szybę okienka, otworzył bez ceremonii drzwi i stanął na progu.
— Mademoiselle, vous etes triste?*)
— Monsieur, fen aż bien le droit**)
— Vous etes malade de coeur et d‘humeur***) — dodał. — Smutna jest pani zarazem buntuje się pani przeciw temu. Widzę na policzkach pani dwie łzy, o których wiem, że są gorące jak dwie iskry i słone, jak dwa kryształy morskie. Kiedy mówię, przygląda mi się pani tak dziwnie. Czy mam powiedzieć pani, co mi się przypomina, gdy obserwuję panią?
— Zostanę wezwana wkrótce na modlitwę, proszę pana; niewiele mam czasu na rozmowę o tej porze dnia. Wybaczy pan...
— Wybaczę wszystko — przerwał mi — jestem w tak wyrozumiałym nastroju, że ani szorstka odprawa, am obelga nawet., nie byłaby w stanie zirytować mnie. Otóż przypomina mi pani młodą płochliwą dziką sarenkę leśną, świeżo pochwyconą, nieoswojoną jeszcze, przyjmują * ) Jest pani smutna? ** ) Mam chyba do tego prawo, mój panie.

      • ) Chore jest serce pani i usposobienie.

cą z błyskiem gniewu w oczach i z lękiem zarazem obcego, natrętnego przybysza.
Niczym nieusprawiedliwiona poufałość! Bezzasadnie szorstka, o ile skierowana do uczennicy; w stosunku do nauczycielki nie do przyjęcia. Sądził, że wywoła nią żywe odparcie; niejednokrotnie bywałam świadkiem podniecania przez niego do wybuchu jednostek bardziej gwałtownych, mnie wszakże — powiedziałam sobie — nie uda mu się sprowokować do gniewu. Milczałam.
— Wygląda pani na osobę, gotową sięgnąć chętnie po łyk słodkiej trucizny, otrząsając się, natomiast ze wstrętem na zdrową goryczkę.
— Nigdy istotnie nie lubiłam goryczy, nie uważam jej też za zdrową. A temu co słodkie, czy będzie to trucizna, czy pokarm żywiący, nie może pan odmówić jednej przynajmniej pociągającej zalety — słodyczy. Kto wie, czy nie lepiej umrzeć rychlej przyjemną śmiercią, aniżeli wlec przez długie lata żywot, wyzbyty wszelkiego uroku.
— A jednak — odparł — jest obowiązkiem pani zażywać codziennie przeznaczoną sobie dawkę goryczy; zmusiłbym panią do wchłonięcia jej, o ile byłoby to tylko w mojej mocy. Co zaś dotyczy umiłowanej trucizny, gotów byłbym bodaj roztrzaskać czarę, która ją zawiera.
Ostro odwróciłam głowę od niego, po części dlatego, że jego obecność była dla mnie zdecydowanie przykra, zarazem też dlatego, że pragnęłam uniknąć dalszych pytań: obawiałam się, że w moim obecnym nastroju wysiłek dawania odpowiedzi mógłby wytrącić mnie z równowagi i pozbawić zdolności panowania nad sobą.
— Proszę — dodał łagodniej — niech mi pani powie prawdę, smutek pani jest spowodowany rozstaniem z przyjaciółmi, czy tak?
Przypodchlebna jego łagodność bvła równie nie do zniesienia, jak badawcza jego ciekawość. Monsieur Paul wszedł do pokoju, usiadł na ławce w odległości jakich dwóch yardów ode mnie, usiłując z niezwykłą jak na niego cierpliwością i wytrwałością wciągnąć mnie do rozmo wy. Usiłowania jego były jednak daremne — nie mogłam mówić. Zwróciłam się wreszcie do niego z błagalną prośbą, aby pozostawił mnie w spokoju. W momencie wypowiedzenia tej prośby, głos mój załamał się; głowa moja opadła na oparte na stole ramiona. Rozpłakałam się. Łkałam długo i gorzko. Przesiedział przy mnie jakiś czas jeszcze. Nie mówiłam nic i nie podniosłam oczu dopóki jego oddalające się kroki nie uspokoiły mnie, że odszedł wreszcie. Łzy przyniosły mi ulgę.
Miałam jeszcze chwilę czasu na umycie oczu przed śniadaniem, wydaje mi się też, że zasiadłam do niego równie spokojna i pogodna, jak wszyscy inni, na pewno tylko nie tak wesoła i rozbawiona, jak młoda osóbka, która zajęła przy stole miejsce wprost naprzeciwko mnie, utkwiwszy we mnie parę nieco małych, ale radośnie rozbłysłych oczu i wyciągnąwszy do mnie poprzez szerokość stołu białą rękę na powitanie. Podróże miss Fanshave, miłe rozrywki, jakich używała pod dostatkiem i wreszcie flirty, jakich sobie nie skąpiła, wpłynęły nader dodatnio na jej powierzchowność: twarz jej wypełniła się, policzki jej były krągłe i rumiane jak jabłuszka. Widziałam ją ostatnio w eleganckiej toalecie wieczorowej. Nie ydawało mi się wszakże, aby miała teraz wyglądać mniej roczo w zwykłym ubraniu szkolnym, w gładkiej, skromej sukni z ciemno-granatowej wełny w niewyraźną czari, ą kratkę. Bodaj nawet nadawała ciemna ta sukienka; sobliwy powab jej urodzie, bardziej jeszcze, prawem ontrastu, uwydatniając jasność jej cery, świeżość jej kwitnącej twarzy, i olśniewającą złocistymi połyskami pusz y sto ść jej splotów.
— Rada jestem, że pani powróciła, surowy Tymonie. — Tymon było jednym z tuzina przezwisk, jakie mi nadawała. — Nie ma pani wcale pojęcia jak często brak mi było pani w ponurej tej dziurze.
— 0, naprawdę? W takim razie, skoro byłam pani potrzebna, chciała pani czegoś ode mnie; miała pani może pończochy do zacerowania?
Nie wierzyłam ani na chwilę w bezinteresowność Gi nevry.. Opryskliwa i cierpka, jak zawsze! — oburzyła się. Mogłam się tego spodziewać. Nie byłaby pani sobą, gdyby nie odpowiedziała pani szorstko na serdeczne zwrócenie się do niej. Ale mniejsza o to, staruszko. Mam nadzieję, że tak samo jak zawsze lubi pani kawę i tak samo jak zawsze nie lubi pani tych tutejszych podłużnych bułek — pistoleis. — Ma pani ochotę na urządzenie handlu zamiennego?
— Może pani zrobić, jak się pani podoba.
Podobało jej się zawsze zmuszać mnie do ustępowania jej i do podporządkowywania się, jej woli. Nie lubiła kawy podawanej na pensji z rana: napój ten nie był u Madame Beck ani dość mocny, ani dość słodki jak na jej gust, natomiast, jak wszystkie zdrowe młode dziewczyny, miała tęgi, zdrowy apetyt, nigdy też me można jej było nastarczyć owych pistolets, smacznych w istocie, codziennie z rana świeżo pieczonych, ciepłych jeszcze i przyjemnie chrupiących. Każdemu z domowników podaw ano pewną określoną ich ilość, że zaś porcja ta przekraczała moje zapotrzebowanie pieczywa do kawy rannej, oddawałam stale połowę Ginevrze, nie licząc się z tym nawet, że i wiele innych osób w zamian oddawało mi czasem trochę swojej kawy. Tego dnia rada byłam z dodatkowego tego łyku: nie byłam głodna, tylko straszliwie spragniona. Nie wiem także dlaczego, o ile tak się składało, że dwie osob’ — musiały dzielić jedną filiżankę, czy jeden talerz, jak to bywało na wycieczkach na przykład, kiedv no długiej przechadzce zatrzymywałyśmy się gdzieś na folwarku, aby napić S’~ czegoś, urządzałam się zawsze w ten sposób, aby dzielić kubek czy szklaneczkę do picia z Ginevrą, pozwalając jej przy tym korzystać z lwiej części podanego nam białego piwa, słodkiego wina owocowego, czy świeżo udojonego mleka. Tak bywało stale, wiedziała dobrze o tej mojei ustępliwości względem mej, mimo też wiecznych naszych utarczek nie dochodziło nigdy pomiędzy nami do poróżnienia się na dobre.
Po śniadaniu zwykłam udawać się do pierwszej, to zna’* czy, najwyższej klasy i przesiadywać tam samotnie, czytając lub rozmyślając (częściej lo ostatnie) aż do dziewiątej, kiedy, wraz z wybiciem zegara, otwierały się szeroko podwoje klas przed chmara spieszących do zajęć pensjonarek stałych i przychodnich. Z tą chw’-!“ rozpoczynał się w szkole ożywiony ruch, trwający z krótkimi przerwami do piątej po południu.
Zaledwie zdążyłam usiąść tego rana na zwykłym moim miejscu w pierwszej klasie, kiedv zapukano do drzwi.
— Pardon, mademoisclle — przeprosiła mnie jedna z pensjonarek, wszedłszy do pokoju klasowego, aby zabrać ze swojej kasetki jakąś potrzebną jej książkę czy kajet, po czym wycofała się na palcach, szepcąc w chwili mijania mnie:
— Que mademoiselle est appliąuee! — Jaka pani pilna!
— Appliqu.ee?! W samej rzeczy! Atrybuty pilności rozłożone były przede mną, nie robiłam jednak nic i nie miałam zamiaru nic robić. Często przypisuje nam w ten sposób świat zasługi, którvch w rzeczywistości wcale nie ponosimy. Sama nawet Madame Beck uważała mnie za typ bas-bleu — sawantki — zwykła też powtarzać poważne ostrzeżenia, abym nie oddawała się studiom iak usilnie, „bo krew może uderzyć mi do głowy“. Wszyscy na pensji przy Bue Fossette podtrzymywali legende „uczoności miss Lucy“, z wyjątkiem jedynie, Monsieur Paula, który niezbadaną zupełnie dla jemu samemu tylko znaną dro~“ wcale trafn:e ocenił moje rzeczywiste kwalifikacje umysłowe. Ze zwykłą też złośliwością swoją lubił szeptać mi do ucha satyryczne uwagi o ich skąpym zasobie. Ja sama nie troszczyłam się nigdy o braki moje na tym punkcie. Szczerze lubię snuć własne moje myśli; wiele przyjemności sprawiało mi i sprawia zawsze czytanie nielicznych jednak książek; nigdy, natomiast, nie znosiłam połykania mnóstwa ich. Najchętniej czytuję zawsze te, których styl, czy wypowiadane w nich myśli i uczucia zdradzają właściwą naturę autora, od-
Vill«tte t. n 2 17 rzucam zaś z niechęcią książki, pozbawione wyraźnego charakteru, chociażby były najmędrsze i posiadały najwięcej zalet literackich. Zdaję sobie dokładnie sprawę, że, o ile dotyczy to własnego mojego umysłu, zadowolniła się Opatrzność obdarzeniem mnie ograniczonymi środkami i możliwościami, wdzięczna jej wszelako jestem i za tę odrobinę: nie posiadam wyższych ambicji, ani też nie dążę do zdobycia wyższej kultury umysłowej.
Zaledwie zamknęły się drzwi za ową ugrzecznioną uczennicą, kiedy, tym razem bez żadnej ceremonii, nie uprzedziwszy nawet o swoim najściu zapukaniem dla formy chociażby, wrpadł drugi z kolei natręt. Gdybym nawet oślepła nagle, wiedziałabym kto to taki. Wrodzona moja powściągliwość i stałe trzymanie się z dala dopomogły mi do zapoznania się w1 6posób pożytecznie ostrzegawczy dla mnie z cechami charakteru i obyczajami moich współtowarzyszek i współmieszkanek pensyjnych, rzadko też zdarzało mi się do owego czasu cierpieć z powodu szorstkiego, czy natrętnego traktowania mnie przez kogokolwiek. W początkach zainstalowania się mojego na pensji Madame Beck zdarzało się tu i owdzie, że jakaś bardziej nieokrzesana Niemka pozwalała sobie poklepać mnie poufale po plecach i wezwać do urządzenia wyścigu z nią, albo też która z hałaśliwych Labassecourienncs chwytała mnie za ramię, aby pociągnąć mnie za sobą na plac gier i zabaw. Często również proponowano mi wzięcie udziału w biegu dokoła słupa z unoszeniem się możliwie najwyżej w górę, czyli tak zwanym „Pas de geant
— kroku olbrzyma — albo też w osobliwym rodzaju gry w chowanego, zwanym „Un, deux, trois“ — raz, dwa, trzy. Wszystko to jednak ustało od dość dawna już bez zmuszania mnie do przykrej konieczności opryskliwej odmowy. Nie byłam już teraz narażona na zbyt poufałe traktowranie mnie przez nikogo, z wryjątkiem jednej jedynej istoty. Że jednak była nią Angielka, łatwiej mogłam znieść poufałość z jej strony. Ginevra Fanshave bez żadnych skrupułów chwytała mnie w chwili, kiedy przechodziłam przez carre, porywała i okręcała mnie w dzikim, zawrotnym kołowrocie walca, po łobuzowsku rada, że udawało jej się bezceremonialnością swoją oszołomic mnie i stropie. 1 teraz także wpadła Crinevra Fanshave, nie licząc się z tym, że przerywa mi chwilę „skupienia przy studiach**.
Czas na panią do ćwiczeń fortepianowych — zwróciłam jej uwagę — powinna pani już być w małym salonie.
— Nie pójdę dopóki nie rozmówię się z panią, chere amie. Wiem gdzie pani spędziła swoje wakacje, i w jaki “’„osób zaczęła pani wreszcie hołdować życiu towarzyskiemu, bawić się i korzystać z rozrywek, jak każda inna belle — ślicznotka. — Widziałam panią ostatnio na koncercie, ubraną odpowiednio, tak samo, jak ubieramy się my wszystkie. Kto jest pani tailleuse — krawcową?
Niemądre gadanie! Moja tailleuse? Też pani wymyśliła! — Nic z tego! Proszę wynosić się, panno Ginevro! Nie życzę sobie towarzystwa pani w chwili obecnej. < Co mnie może obchodzić, że pani nie życzy sobie mojego towarzystwa, jeśli ja życzę sobie paninego, petite farouche — mała niedotykalsko. Dieu merci — chwała Bogu — wiemy jak sobie radzić z naszą utalentowaną rodaczką, z uczoną „ourse Britanniqueu — niedźwiedzicą brytyjską. — Tak więc, niedźwiedziątko, zna pani Izydora? ’
— Znam Johna Brettona.
Cicho! — syknęła, zatykając sobie uszy palcami.
— Przedziurawia mi pani bębenki uszne szorstkimi swoimi anglicyzmami! Jakże się miewa ukochany nasz John? Niech mi pani opowie coś o nim. W smutnym nastroju musi być biedaczysko. Co powiedział na moje zachowanie się wobec niego i jego rodzicielki owego wieczora? Prawda, że byłam okrutna?
— Wyobraża sobie pani, że zwróciłam na panią uwagę?! ‘
— O, był to rozkoszny wieczór! Boski de Hamal! A jaką przednią miałam zabawę patrząc na tamtego, giną cego z zazdrości i nie odważającego się podejść bliżej!
A ta stara dama — moja przyszła teściowa! Obawiam s ę tylko, że ja i lady Sara troszkę za śmiało pozwol.łyśmy sobie podkpiwać z n:ej. Lady Sara nie brała wcale udziału w tym „pod kpiwaniu,“ a co się tyczy pani zachowania, może pani być zupełnie spokojna: pani Bretton nie tylko przeżyje pani podkpiwanie z niej, ale łatwo upora się z nim. Możliwe. Stare niewiasty są wytrzymałe. Ale ten jej biedny syn! Niech mi pani powie jak on to przyjął. Widziałam, że był strasznie zgnębiony. Co powiedział?
— Powiedział, że wyglądała pani tak, jak gdyby w duszy czuła się pani już Madame de llamal. Naprawdę? — zawołała rozpromieniona. — Zauważył to? O, jak cudownie! Pewna byłam, że jest doprowadzony do szału z zazdrości. Panno Ginevro! Czy zupełnie na serio zerwała pani z doktorem Brcttonem? Czy naprawdę pragnie pani, aby zrzekł się wszelkich praw do pani?
— 0, dobrze pani wiadomo, że nie mógłby, nie byłby w stanie wvrzec się mnie. Chcę tylko wiedzieć, czy szalał z zazdrości.
— Tak. Szalał, niczym zając w marcu. W jaki sposób udało się wam, matce jego i pani, dostać go do domu? W jaki sposób? Nie lituje się pani wcale nade mną i nad jego matką? Czy może sobie pani wyobrazić jakiego wysiłku musiałyśmy użyć, aby utrzymać go w powozie, gdy biedak miotał się w szale opętańczym, doprowadzając tym wszystkich do obłędu nieomal. W oźnica nawet stracił zupełnie głowę, wskutek czego zabłąkaliśmy się w drodze powrotnej. Co też pani mówi? Coś mi s:ę wydaie, że drwi pani ze mnie. Proszę pan.ą, panno Lucy...
— Zapewniam panią, że to najprawdziwsza prawda, tak samo jak prawdą jest, że nie mogłyśmy utrzymać doktora Brettona w powoź’e. Wyrwał się nam i pojechał 6am konno, aby nie mieć nas przy sobie.
— A co się stało potem?
— Potem, kiedy przyjechałyśmy nareszcie do domu? O, nie da s!ę wcale opisać scena, jaka nastąpiła.
— Niech mi ją pani opisze! To tak:e zabawne!
— Zabawne dla pani, panno Fanshave, ale — dodałam, marszcząc surowo brew — wiadomo pani wszak, że to co dla jednego jest zabawą, może być śmiercią dla innego.
— Dalei, dalej, niech pani opowie co było dalej, droga, najdroższa Timonko!
— N:e, doprawdy nie mogę, chyba że da mi pani dowód posiadania chociażby odrobiny serca.
— Może pani być pewna, że posiadam go nie tylko odrobinę, ale olbrzymią moc! N’e wiedziała pani o tym?
— Dobrze. W takim razre będzie pani w stanie wyobrazić sobie doktora Brettona, odsuwającego przede wszystkim gwałtownym gestem swoią wieczerzę — zimne kurczę, i mleczko cielęce, jego ulubione, specjalnie przygotowane dla niego potrawy pozostały na stole nietknięte. Potem — ale w jak’-m celu miałabym rozwodzić się nad upiornymi tymi szczegółami? Niech pani wystarczy fakt. że nigdy, w najbardziej burzliwych momentach jego dziecięctwa, nie miała matka jego tyle pracy przy ułożenru go do łóżka i utuleniu go do snu, jak tego wieczora.
— Nie mógł uleżeć spokojnie?
— Nie, nie mógł uleżeć spokojnie. Trzeba było przytrzymywać go siłą.
— A co mówił przv tym?
— Domyśla się pani chvba rozpaczliwego jego wzywani boskiej swojej Ginevrv, miotającego najstraszliwsze klątwy na tesro szatana, de Hamala, bredzącego o złotych lokach, o błękitnych oczach, białych ramionach i lśniących bransoletach...
— Naprawdę?! Widział więc bransoletę?!
— Czy ją widział? Miał tak samo wyraźna jej wizję, jak ja widzę ja w tej chwili, i może po raz pierwszy dostrzegł piętno, jakie odcisnęła ona na pani ramieniu, pan no Ginevro... Ale teraz, dość tego — — dodałam surowym, mentorskim tonem, podnosząc się równocześnie. — Proszę iść do swojego fortepianu! — nakazałam, otwierając przed nią drzwi.
— Nie opowiedziała mi pani wszystkiego.
— Radzę nie czekać lepiej na moje opowiedzenie pani wszystkiego. Tego rodzaju zbędna zupełnie szczerość nie mogłaby spraw:ć pani przyjemność’. Proszę iść!
— Zła, niegodziwa istoto! — burknęła, usłuchała mnie jednak. Pierwsza klasa stanowiła terytorium, podlegające mojej bezpośrednie! władza wobec czego była Gineyra zmuszona podporządkować się wydanemu jej nakazowi opuszczenia go.
O ile mam jednak wyznać prawdę, nie byłam nigdy mniej niezadowolona z niei, aniżeli tego dnia. Przyjemnie było myśleć o kontraście, jaki zachodził pomiędzy rzeczywistością, a moim opisem, przypominać sobie pogodny, radosny nieomal nastrój doktora Jobna podczas jazdy powrotnei, wvbomv apetyt, z jakim spożywał swoją wieczerzę i chrześcijańska rezygnację, z jaka udał się na spoczynek. Wówczas jedynie, kiedy widziałam go prawdziwie nieszczęśliwym, odczuwałam żal głęboki do zwiewnej, tak anielsko wyglądającej sprawczyni jego cierpień.
Minęły dwa tv<?odnie Wprzęgłam się ponownie w jarzmo szkolne, dzięki czemu gwałtowny ból zmiany ustąpił miejsca tepemu cierpieniu nawyku. Pewnego popołudnia, przechodząc przez carre po drodze do pierwszej klasy, gdzie miałam być obecna przy wykładzie „literatury i stylistyki“, ujrzałam odźwierną, Rozynę, stojącą przy jednym z wysokich, wielkich okien. Postawa jej była, jak zwykle, niedbała: jedną rękę trzymała w kieszeni fartuszka, drugą podnosiła w tej chwili do oczu list, którego kopertę z wypisanym na niej adresem i odciśniętą pieczątką usiłowała widocznie odcyfrować.
Liót! Wizja listu, podobnego do tego nie odstępowa ła mnie od tygodnia co najmniej. Ostatniej nocy śniła mi się nawet taka sama zupełnie koperta. Niepokonany prąd magnetyczny pociągnął mnie teraz ku trzymanemu przez Rozynę białemu kwadratowi, nie wiem jednak, czy odważyłabym się prosić naszą odźwiemę o prawo rzucenia okiem chociażby na upragniony przedmiot moich rojeń we śnie i na jawie, od którego czerwonej pieczątki woskowej nie byłam w stanie oderwać olśnionego nią wzroku. Myślę jednak, że prześlizgnęłabym się mimo Rozyny i listu, zdjęta śmiertelną trwogą przed możliwym rozczarowaniem; tym bardziej niespokojnie zabiło też moje serce, kiedy wydało mi się, że słyszę kroki jej poza sobą. Nerwy moje spłatały mi figla jednak, wprowadziły mnie w błąd; był to szybki krok profesora literatury, przebiegającego w tej chwili przez kurytarz. Uciekłam przed nim. Gdybym zdążyła przed przybyciem profesora usiąść spokojnie przy moim biurku, zajęta utrzymaniem klasy w karnym pogotowiu oczekiwania na jego wejście, nie zwróciłby na mnie może uwagi. O ile wszakże zatrzymałabym sie w carre, nie uniknęłabym na pewno badawczego wzroku Monsieur Paula i odpowiedniego zagabniecia mnie. Dlatego uciekłam przed nim. Miałam szcześliwie czas usiąść, nakazać i uzyskać ciszę, wyjąć moją robotę i zabrać się do niej wśród ogólnego natychmiastowego posłusznego umilknięcia, kiedy Monsieur Paul wpadł do klasy jak bomba, wnosząc z sobą od razu zapowiedź burzy.
Wejście jego odhvło się z błyskawiczną szybkością, jak zwvkle, zamiast jednak wbiec nędem na katedrę, zatrzymał się przy moim biurku. Zwrócony twarzą w stronę moią i okna, a plecami do uczennic i do pokoju, spojrzał na mnie w sposób, który winien był skłonić mnie do zerwania się na równe nogi i zawitania go o co mu właściwie idzie. Wzrok ten wyrażał gniew, oburzenie i najwyższą nieufność zarazem.
— Voila! Pour vous — Oto! dla pani! — rzekł, wyciągając rękę z kieszeni i rzucając na moje biurko list, który przed chwilą widziałam w ręku Rozyny, list, ktore go śnieżnie biała kwadratowa koperta z jaskrawo-czerwoną plamą woskowej pieczęc’. ziejącej, niby oko Cyklopa, w punkcie środkowym, odcisnęła się tak wyraźną wizją na siatkówce oka mojej duszy. Wiedziałam, czułam, że jest to list, stanowiący ziszczenie moich nadz’ei, spełnienie się moich pragnień, list przynoszący mi wyzwolenie ze wszystkich moich wątpliwości, okup za przecierpiane trwogi i męki. Monsieur Paul ze zwykłym bezceremonialnym swoim wtrącaniem się do wszystkiego, wziął list od Rozvnv, aby wręczyć mi go osobiście.
Powinno było mnie to właściw:e rozgniewać, nie zdobyłam sie jednak ani przez sekunde nawet na uczucie gniewu. M ałam przecież w ręku nie lakoniczną karteczkę. ale cały list, kopertę, która na newrno zawiera jeden arkusik co najmniej. Już na dotvk zapowiadała zawartość pokaźną, zdolną zadowobrć najśmielsze mo>’e pragnienia. Wyraźn‘e wypisany był na n’ei adres: „Miss Lucy Snowe“, męskim, stanowczym, równvin charakterem pisma. Czerwona pieczęć z wosku, przełożona była z precyzyjną dokładnością, newr>a ręka. która nie zadrżała, odcskając na białej kopercie tak dobrze znane mi i tak drogie inicjały: „J. G. B.“
Doznałam uczucia szczęścia — radosnego wzruszenia, które napędziło mi do serca sroraca fale krwi, rozlewając s:e żywym cienłem po mo’ch żyłach. Tvm razem spełńmy się moje nadz:eie; trzymałam w ręku solidny, namacalny dowód 97sv*8cr&: nie złudne marzenie tylko, nie zwewną wizię jedvnie, ani też ieden z owvch wvsmutvch z fantazji obrazów, bez których ludzkość fać n:e mogłaby, mimo że daia one pokarm dla duszy jeno. a nie dla cała — ale boski, często iakże trujący dla śmiertelnych, dar z Niebos zesłany. Bvła to owa ofiara, której stary, umieraiący patriarcha żądał od syna swojego, Ezawa, przyobiecując mu w zamian pobłogosławienie co ostatnim swoim tchnieniem. Z głębi duszy podziękowałam Bogu, który w nieskończonej łaskawość’ Swojej i dobroci, raczył obdarzyć mnie takim szczęściem bezmiernym.
Pomimo głębokiego przejęcia i wzruszenia, zdołałam zachować pozorny spokój, z jakim podziękowałam oddawcy: 1
Dziękuję panu, bardzo panu dz:ękuję, monsieur!
Monsieur odął wargi, spojrzał na mnie gniewnie i zawrócił ku katedrze. Nie był, stanowczo nie był dobrym, kochanym człowieczkiem, jakkolwiek posiadał pewne cechy dodatnie.
Czy zabrałam się z miejsca do odczytania mojego listu? Czy pochłonęłam,,słodką truciznę“ od razu, jednym haustem, jak gdyby boża manna spływała z niebios codziemre?
Zbyt rozważna byłam na to. Koperta z adresem — z woskową pieczątką, na której widm ały wyraźnie odciśnięte trzy litery — była aż do zbytku hojnym darem, opromieniającym chwilę obecną. Wysunęłam się cichaczem z pokoju, zaopatrzyłam sie w klucz od dużej sypialni, zamykanej stale za dnia i poso’eszvłam z drżeniem n:epokoju ku mojemu burku. W obawie, aby Madame Beck nie wyszpiegowała mnie i nie przekradła się w ślad za mną na górę, otworzyłam szufladę, wyciągnęłam szkatułkę i, nasyciwszy raz jeszcze wzrok widokiem adresu i pieczęci na koperce, przytknąwszy z uczuciem uwielbienia, zawstydzenia i rozkoszy zarazem pieczęć do moich ust, owinęłam n:etkn ętv, nienaruszony skarb w srebrny papier i schowałam do szkatułki, po rasym zamkniętą na kluczyk szkatułkę włożyłam do szuflady, i zamknąwszy ją z kolei starannie, powróć łam do klasy, czując, że baśnie czarodziejskie i dary dobrych wróżek n:e są dziec ęcvm marzeniem iedvnie. Nieznany mi dotychczas upojny obłęd! List, to źródło mojego upoienia, pozostawał wciąż jeszcze nieodczytany: liczba wierszy nawet, jakie zawierał, była dla mnie słodką niewiadoma.
Kiedy weszłam ponownie do klasy, zastałam Monsieur Paula w napadzie opętańczego rozwścieczeni. Któraś z uczennic nie odpowiadała dość wyraźnie czy dość dosłyszalnie dla jego uszu, a teraz ona sama i inne także wraz z nią, płakały, gdy Monsieur Paul miotał na nie pioruny swojego gniewu, blady, jak płótno, z wielkiego uniesienia. Zabawne, że kiedy ukazałam »ię, wpadł z furią na mnie. Czy jestem, czy nie jestem wychowawczynią tych dziewcząt? Czy uważam za mój obowiązek uczyć je zachowywać się jak przystoi młodym damom? Czy to ja pozwalam im, a nawet — nie wątpi o tym — zachęcam je do dławienia ich języka macierzystego w swoich krtaniach, do tarcia go i drobienia między zębami, jak by, powodowane niskimi jakimiś pobudkami, wstydziły się wypowiadanych słów?! Czy robią to przez skromność? O, zna się on dobrze na tych rzeczach! To raczę] nędzny zakłamany sentymentalizm — groźna zapowiedz najgorszych instynktów. Zamiast znosić te grymasy i te wykrzywiania się, te rozcierania w zębach, ohydne to zniekształcanie i w^koezlawianie szlachetnego języka macierzystego, tę sztuczną, wstrętną afektację i ten doprowadzający do szału krnąbrny, zacięty upór uczennic najwyższej klasy, woli raczej rzucić je na pastwę szeregu petites maitresses — nauczycielek dla początkujących i poświęcić się nauczaniu abecadła maleństw z klasy trzeciej.
Cóż miałam odpowiedzieć na ten niepoczytalny wybuch? Nic oczywiście. Miałam nadzieję, że pozwoli mi milczeć. Moje milczenie sprawiło wszelako, że burza rozsrożyła się od nowa.
— Nie raczę zatym nawet udzielić odpowiedzi na te pytania? Tutaj, na tym miejscu, w tym buduarze zarozumiałych pierwszoklasistek z jego pretensjonalnymi szafkami na książki, z jego malowanymi na z’elono pulpitami, z jego śmietnikiem kwiatowym, z jego godnymi rupieciami oprawnymi w ramki obrazkami i mapami, z jego cudzoziemską surveillante nade wszystko! — — tutaj, w tym miejscu, zdaje eię panować przekonanie, że profesor literatury nie jest godzien zaszczycenia go odpowiedzią na jego pytania! Tak, tak, panują tu nowe poglądy, przemycane — nie wrątpi o tym — wprost z „la Grandę Bretagne((. — Wielkiej Brytanii. — Czuć je z daleka wyspiarską arogancją i wyspiarskim zuchwalstwem.
Zapanowała martwa cisza. Dziewczęta, z których żadna nie uroniła nigdy łzy z powodu wyrzutów i napaści żadnego innego z wykładowców i żadne’ z wykładowczyń, tonęły teraz w potokach łez, rozpryskując się, niby posągi ze śniegu, pod wpływem niepohamowanego żaru słów Monsieur Emanuela: ja jedna tylko, siedziałam nieporuszona nieomal, odważając się nawet zabrać ponownie do przerwanej chwilowo ręcznej mojej roboty.
Coś szczególnego — bądź w zachowywaniu przeze mnie w dalszym ciągu milczenia, czy może w jednostajnym ruchu mojej ręki przy haftowaniu — wyburzyło znać Monsieur Emanuela ponad wszelką miarę, skoczył bowiem jak tygrys z katedry i, podbiegłszy do pieca, stojącego tuż przy moim biurku, rzucił się z furią na jego małe żelazne drzwiczki. Wyrwawszy je nieomal z zawiasów, rozsypał paliwo po podłodze.
— Est-ce que vous avez l‘iniention de m‘insuller?*) — syknął stłumionym wściekłością szeptem.udając równocześnie, że poprawia ogień w piecu.
Czułam, że czas już najwyższy uśmierzyć nieco — o ile to możliwe — szaleńczy jego wybuch.
— Mais Monsieur — odparłam — ani myślałam znieważać pana. Byłam jak najdalsza od tego. Pamiętam przecież aż nadto dobrze pańskie powiedzenie kiedyś, że mamy być przyjaciółmi.
Nie chciałam pozwolić mojemu głosowi zadrżeć, drgnął jednak: raczej, sądzę, pod wpływem podniecenia dozna* ną tego dnia rozkoszą, aniżeli przerażenia wybuchem Monsieur Paula. Muszę przyznać jednak, że w gniewie jego było coś takiego — osobliwe jakieś roznamiętnienie — które mogło poruszyć do głębi, a nawet pobudzić do łez. Nie czułam się ani trochę zgnębiona i nieszczęśliwa, ani nawet wystraszona, a jednak rozpłakałam się.
— Allotis! allons! — niech się pani uspokoi! — Niech * } Czy pani zamierza znieważać mnie? się panie wszystkie uspokoją — dodał, rozejrzawszy się po całej klasie i spostrzegłszy pot — ogólnv — Tak, tak. Jestem stanowczo brutalem i potworem! Posiadam jedną tylko chustkę do nosa — szepnął zawstydzony — gdybym miał ich dwadzieścia, ofiarowałbym każdej z pan po jednej. Że jednak mam tylko jedną, niech więc wasza surieillante będzie waszą przedstawicielką. Proszę, 1^11cg X <iicy
Rzekłszy to, wyciągnął z kieszeni czystą, jedwabną chustkę. Każdy, kto nie znał Monseur Paula, kto me był przyzwyczajony do jego wybuchów i nagłych P°P? dów, obruszyłby s‘ę na pewno na tę ofertę i odrzuciłby ją oczywiście. Ja jednak czułam zbyt wyraźnie, ze byłoby to posmręciem zgoła fałszywym; najlżeisze wahane się wpłynęłoby fatalnie na zaledwie zapoczątkowane zawarcie traktatu pokojowego. Wstałam, aby wziąć od n ego chusteczkę, którą przyjęłam z należnym ukłonem, otarłam nią oczy, i, usiadłszy ponownie na mo m nrejscu, zatrzymałam sztandar rozeimu, złożony starannie na kolanach, unikajac aż do końca lekcji tknięcia naparstka, nożvczek i muślinu. Dostrzegłam, że Monsieur Paul niejednokrotnie zazdrośnie rzucał okiem na moje szvc e i liaft; wiedz’ałam, że śmiertelnie ich nienawidzi, uważaiac je za źródło roztargn:enia, odcinające mnie od skupiania należytej uwagi na jego osobie i na jego słowach. Wykład jego teiro dnia był wyjątkowy porywający, utrzymany do samego końca w tonie życzliwym i przyjac^elsk;m. Zanim jeszcze dobiesrła lekcja końca, rozproszyły się chmury, zaiaśniało w pełni słońce, a łzy ustąpiły mieisca uśmiechom.
Wychodząc z klasy, zatrzymał się raz jeszcze przy moim biurku.., ą list pani? — zapytał tym razem w sposob n’e tak szorstki. < ]\Tie przeczytałam go jeszcze, monsieur. ^ Tak! Rozumiem! Jest zbyt drogi, aby przeczytać go od razu. Zachowuje eo sobie pani na później, tak samo jak ja, kiedy byłem małym chłopcem, zachowywa łem sobie na później wyjątkowo pięknie dojrzałą brzoskwinię, z liczby tych, jakie zwykłem dostawać!
Domysł jego był tak bliski prawdy, że nie byłam w stanie powstrzymać się od zdradzenia żywym rumieńcem, jak dalece powiedzeniem tym trafił w samo sedno.
— Przyobecuje sobie pani miłą chwilę przy czytaniu teo-o listu, który otworzy pani wówczas dopiero, kiedy będzie pani zupełnie sama — n‘est-ce pas? — prawda? — O, uśmiech pani i jej rumieniec są dostateczną odpowiedzią! Trudno! Nie należy być zbyt surowym. La jeunesse n‘a qu‘un temps!*)
— Monsieur, monsieur! — zawołałam, a raczej szepnęłam, aby go powstrzymać od odejścia. — Niech pan nie odchodzi, zanim n.e zdążę wyprowadzić pana z błędu. To list od przviaciela tylko. Nie przeczytawszy nawet co zawiera, mogę zapewnić pana o tym,
— Je conęois, je conęois; on sait ce que c‘est quun ami. Bon jour, mademoiselle.**).
— Proszę pana, tu pańska chustka.
— Niech ją pani zachowa, dopók’ list nie będzie przeczytany, a potem dopiero odniesie mi ją pani; z oczu pani odczytam charakter listu.
Po jego odejściu i po uprzednim jeszcze wyb egnięciu uczenn c do berceau, a stąd do ogrodu na zwykłą rekreację przed obiadem, podawanym o piątej, stałam przez chwilę, rozmyślając i w roztargnieniu okręcając sobie chustkę Monsieur Paula dokoła ramienia. Nagle, niewiadomo pod jak m wpływem; przebłysku złotych wspomnień wesołego mojego pełnego radości i ożvivienia dz ecięctwa, zadowolenia z odzyskania wolności po całodziennej wytężonej pracy, a nade wszystko rozkosznej świadomości posiadania skarbu ukrytego w skrzyneczce w moim pulpecie — zaczęłam bawić się chustką, podrzucając ją, jak piłkę, w górę, a potem chwytając ją w powietrzu.

  • ) Raz tylko jest się młodym.
    • ) Rozumiem, rozumiem; wiadomo czym jest taki przyjaciel.

Zegnam panią.
Zabawę tę przerwało przytrzymanie mojej ręki przez obcą dłoń, wyłaniającą się z rękawa palta i wyciągniętą ku mojemu ramieniu; dłoń ta pochwyciła chwilową moją zabawkę i zabrała ją z gniewnym pomrukiem: Je vois bien que vous vous moquez de moi et de mes ejfets*).
Ten mały człowieczek był naprawdę straszny: wszędobylski, oszałamiający swymi niespodziewanymi, zgoła nieprzewidzianymi kaprysami tych, którzy mieli z nim do czynienia; nie wiedziało się nigdy z czym, gdzie i kiedy wyskoczy nagle jak z procy.
ROZDZIAŁ XXn
LIST
Kiedy wszystko ucichło w domu; kiedy było już po hałaśliwej godzinie rekreacji, kiedy zapadł zmrok wieczorny i sala refektarzowa przytulnie oświetlona została lampą; kiedy półpensjonarki porozchodziły się do swoich domów i kiedy zamilkł wreszcie nieustanny brzękliwy dzwonek i ustał stuk otwieranych i zamykanych ustawicznie drzwi wejściowych; kiedy Madame bezpiecznie usadowiła się w salle u manger w towarzystwie matki swojej i dzieci oraz kilku przyjaciół; — wówczas dopiero mogłam wyślizgnąć się do kuchni, gdzie wyprosiłam dla siebie pół świecy na szczególną okazję. Moja przyjaciółka, Gotton, bardzo chętnie udzieliła mi jej i życzliwie odpowiedziała:
— Mais certainement, chou-chou, — vous en aurez deux, si vous toulez*).
Z świecą w ręku bezszelestnie pobiegłam do sypialni.
Jak bardzo jednak zmartwiłam się, zastawszy tu jedną z uczennic, leżącą w łóżku z powodu nagłej niedyspozycji. Rozczarowanie moje wzmogło się jeszcze, kiedy wśród muślinów i koronek nocnego czepeczka rozpoznałam „la figurę chiffonnee“**) panny Ginevry Faushave. Mimo że leżała w tej chwili uśpiona, mogłam liczyć na pewno, że obudzi się i ogłuszy mnie swoją gadaniną w momencie, kiedy rozmowa z nią będzie mi najbardziej nie na rękę. W istocie też, kiedy przyjrzałam się jej baczniej, ostrzegło mnie zaledwie dostrzegalne drganie jej powiek, że * ) Ależ oczywiście, dziecinko, dam ci dwie, jeśli zechcesz.

    • ) Figurę chiffonnee — oznacza właściwie twarz zmiętą, o nieregularnych rysach.

iej pozorny spokój jest bodaj podstępem jeno, aby móc tym czujniej podpatrzeć każde „poruszenie Tymonki“. Wiedziałam z doświadczenia, że n:e należ) ufać Ginevrze.
A tak bardzo pragnęłam znaleźć się w sypiakii zupełnie sama, aby móc w spokoju odczytać mój bezcenny list.
Nie było innej rady, musiałam iść do jednej z klas. Odszukawszy skarb mój w szufladzie pulpitu i wyjąwszy go ze szkatułki, zeszłam z nim na dół. Niepowodzenie prześladowało mnie jednak. W klasach odbywało się cotygodniowe generalne sprzątanie i czyszczenie: ławki stały spiętrzone na biurkach i stołach; w powietrzu biało było od tumanów kurzu; wilgotne fusy kawy (używane przez służące w Labasseeour zamiast pozostałych po naparzaniu listków herbaty stosowanych w tym celu w Anglii) leżały grubą warstwą na podłodze; klasy przedstawiały obraz zupełnego chaosu. Zawiedz.ona, ale nie zniechęcona, wycofałam się, zdecydowana za wszelką cenę znaleźć jakiś kącik samotny.
Zabrawszy klucz ze znanego mi schowka, wdrapałam się na trzecie piętro, na którego ciemnym, wąskim podeśce klatki schodowej, otworzyłam stare zmurszałe drzwiczki, weszłam i od razu zanurzyłam się w czeluści głębokiego, ciemnego, zimnego poddasza. Tutaj nikt już chyba za mną nie trafi; nikt mi nie przeszkodzi, nawet i sama Madame. Zamknęłam za sobą drzwi poddasza; umieściłam świecę na starej komodzie, zaledwie trzymającej się na stoczonych przez robaki nóżkach, otul łam się szalem, co było niezbędne wobec panującego tu lodowatego zimna, wzięłam list i, drżąc z przejęcia i słodkiego wzruszenia, złamałam p-.eczęć.
— Czy będzie długi, czy krótki? — było pierwszą moją myślą przy otwieraniu koperty.
Był długi.
— Czy będzie chłodny, czy serdeczny?
Był serdeczny. t
Wobec powściągliwych, trzymanych mocno na uwięzi, więcej niż skromnych moich nadziei, wydał mi się bardzo serdeczny nawet; wobec tęsknot moich i niczym nie sy* eony eh pragnień, wydał mi 6ię może serdeczniejszy jeszcze niż był w istocie.
Na tak n ewiele liczyłam, tak bardzo obawiałam się rozczarowania, że tym pełniejszą rozkoszą napawało mnie ziszczenie najśmielszych moich oczekiwań. Jak wielu ludzi przechodzi przez życie, nie zaznawszy ani razu podobnego uczucia! Biedna nauczycielka angielskiego, kuląca się z zimna na ciemnym, zatęchłym poddaszu, i, przy mdłym świetle kapiącej w lodowatym powietrzu świecy, odczytująca Ust utrzymany w zwykłym tonie przyjaznym, życzliwym — oto było w zasadzie wszystko: a przecież życzliwość ta wydała jej się wówczas boską i dlatego czuła się szczęśliwsza, aniżeli większość królowych w ich pałacach.
Szczęście, płynące z tak płytkiego źródła, musiało z natury rzeczy być krótkotrwałe jeno, dopóki wszakże trwało, było prawdziwe i niezrównane; bańka mydlana, ale jakże słodka, jak tęczowa! — istna rosa miodna. Dr. John napisał do mnie obszern:e; napisał do mnie chętnie, napisał z przyjemnością; napisał w nastroju dobrotliwym, zatrzymując się z promiennym zadowoleń em na epizodach, jakie przesunęły się przed jego i mo;mi oczami — na miejscach zwiedzanych przez nas po społu — na rozmowach przez nas prowadzonych — na wszystkich owych drobnych sprawach kilku ostatnich cichych, szczęśliwych tygodni. Najgłębszą wszakże istotą doznawanej przeze mnie rozkoszy było radosne przeświadczenie, że skierowanych do mn:e tak wspaniałomyślnie słów nie dyktowała wyłącznie chęć sprawienia przyjemności mnie tylko, — ale zarazem sprawienia jej i samemu sobie także. Przyjemności, której sprawienia sob’e nigdy może nie będzie już więcej pragnął, ani szukał powtórnie — przypuszczenie to było pod każdym względem pewnością nieomal — dotyczyło ono przyszłości wszelako. Chwila teraźniejsza nie była zmącona cieniem nawet bólu, braku czy skazy; napo:ła mnie czystym, pełnym, doskonałym uczuciem szczęścia. Jak gdyby musnęły mnie w przelocie skrzydła anielskie, dotknąwszy
VUlettł t. II s 33 * miękką, kojącą pieszczotą mojego 6erca, na którym spoczęły przez chwilę. O, doktorze Johnie, zadał mi pan nie jeden ból w następstwie: wybaczone będzie panu wszakże wszelkie zło — szczerze i chętnie wybaczone — 2a tę jedną zapamiętaną na zawsze drogą mi, dobrą chwilę!
Czy istnieją złe duchy, stwory, pochodzenia nieziemskiego, zdolne zazdrościć ludziom szczęścia? Czy istnieją złe, krążące w powietrzu i zatruwające je dla człowieka tchnienia? Co krążyło dokoła mnie?
Ucho moje uderzył na obszernym, samotnym tym poddaszu osobliwy jakiś szmer. Z niezawodną pewnością usłyszałam przekradające się tutaj po podłodze kroki; jak gdyby wyślizgujące się z głębi ciemnego kąta, zapełnionego wyglądającymi ni to duchy złowieszcze starymi ubraniami. Odwróciłam sie: pełgające światło świecy mdło oświetlało długie poddasze, mimo to, jako żywo, dostrzegłam w pośrodku upiornego tego pomieszczenia postać całą czarno-białą: wąska, oblegająca dolną część postaci spódnica była czarna, głowa, obandażowana, zakwefiona wualem — biała.
Możesz mówić, czytelniku, co chcesz; możesz uważać mnie za shisteryzowaną, czy nawet dotkniętą chwilowym obłędem; utrzymywać, że podniecenie wytrąciło mnie ze zwykłej równowagi; przypuszczać, że śniło mi się to tylko — przysięgam ci wszakże na wszystko co mi święte, że widziałam — widziałam najwyraźniej — owej nocy na poddaszu — postać, podobną do MNISZKI.
Krzyknęłam, zrobiło mi się słabo. Gdyby postać ta zbliżyła się do mnie, zemdlałabym na dobre. Cofnęła się wszakże, a ja rzuciłam się ku drzwiom. W jaki sposób udało mi się zbiec ze wszystkich schodów trzech piętr na dół — nie wiem sama doprawdy. Instynktownie ominęłam refektarz, pobiegłam wprost w kierunku bawialni Madame i, wpadłszy tu, krzyknęłam:
— < Jest ktoś na poddaszu! Byłam tam! Widziałam! Niech wszyscy państwo pobiegną na górę i przekonają * ię
Powiedziałam „wszyscy państwo“, pokój wydał mi się bowiem pełen ludzi, mimo że w rzeczywistości były w nim tylko cztery osoby: Madame Beck, jej matka, Madame Kint, chwilowo niezdrowa i dlatego przebywająca u córki; brat Madame Beck, pan Wiktor Kint i jeszcze jeden pan, rozmawiający z Madame Kint w chwili, kiedy wpadłam do bawialni, i odwrócony plecami do drzwi.
Śmiertelne moje przerażenie i stan bliski omdlenia nadały twarzy mojej trupio blady wygląd. Dygotałam, zlodowaciała z przestrachu. Wszyscy zerwali się stropieni i pobiegli do mnie. Błagałam, aby pośpieszyli na poddasze; obecność mężczyzn skrzepiła mnie i dodała mi otuchy, jak gdyby darząc pewnościa pomocy. Skierowałam się ku drzwiom, dając im znak, aby poszli za mną. Chcieli mnie powstrzymać, powiedziałam im jednak, że muszą pójść dokąd im wskażę, muszą zobaczyć na własne oczy to, co ja widziałam: niesamowitą, upiorną postać, stojącą w pośrodku poddasza.
W tej samej jednak chwili przypomniałam sobie list, który w pośpiechu ucieczki pozostawiłam na komódce obok świecy. Mój bezcenny list! Dla odzyskania tego skarbu gotowa byłam walczyć z duchami i z diabłami bodaj! Popędziłam na górę, tym szybciej, że wszyscy inni pospieszyli za mną. Musieli pośpieszyć za mną — wiedziałam o tym.
Niestety! Kiedy wpadłam na poddasze, panowała tu ciemność nieprzejrzana. Świeca zgasła, czy została zdmuchnięta. Na szczęście jedna z osób — Madame, jak przypuszczam — ze zwykłym swoim spokojem i trzeźwością, pomyślała o zabraniu z sobą lampy z pokoju. Z chwilą, kiedy biegnący za mną znaleźli się na poddaszu, rozproszył krąg światła nieprzejrzane mroki, pozwalając dostrzec zgaszoną świecę na komódce. Gdzie jednak podział się list? Szukałam teraz już listu tylko, a nie mniszki.
— Mój list! Mój list! — krzyczałam i zawodziłam, nieprzytomna nieledwie z rozpaczy i, osunąwszy się na podłogę, załamywałam bezradnie ręce.O, losie okrutny!
Dlaczego sądzona mi była taka męka nadludzka? Dlaczego wyrwany mi został w sposób urągający wszelkim prawom natury ten jedvny mój błysk pociechy, zanim jeszcze zdążyłam zakosztować jego rozkoszy?!
Nie wiem co robili inni: nie mogłam śledzić ich. Zadawali mi pytania, na które nie byłam w’ stanie odpowiadać; zaglądali wszędzie i przetrząsali wszystkie kąty; robili uwagi z powodu dostrzeżonej tej czy owej zmiany w zawieszeniu ubrań, jakiejś rysy na szybie górnego okienka, czy pęknięcia jej nawet — sama nie wiem zresztą, co mówili.
— Coś — czy ktoś — było — czy był — tutaj — przyznano logicznie.
— O, zabrali mi mój list! — jęczałam i zawodziłam, nie przestając z uporem maniaczki czołgać się po podłodze i obszukiwać jej cal za calem.
— Jaki list? Jaki list, droga panno Lucy? — zapytał znany, o jak dobrze znany mi głos. Czy mogłam wierzyć własnym uszom? Nie! Podniosłam oczy. Czy mogłam zaufać własnym oczom? Czy poznałam brzmienie głosu? Czyżbym naprawdę miała przed sobą autora listu? Czy tym człowiekiem, stojącym obok mnie na ponurym, mroźnym poddaszu, miałby być w rzeczywistości John Graham? Dr. Bretton we własnej osobie?!
Tak. To był on. Wezwano go tego samego wieczora jako lekarza do cierpiącej Madame Kent; on właśnie był owym drugim mężczyzną, obecnym w snlle a manger w chwili kiedy wpadłam tam, przerażona upiorną zjawą.
— Czy to był mój list, panno Lucy?
— Tak. Pański własny list. List, który pan do mule napisał. Ukryłam się tutaj na poddaszu, aby móc przeczytać go w spokoju. Nie mogłam znaleźć żadnego innego kąta, gdzie byłabym zupełnie sama, mając list dla samej siebie wyłącznie. Chowałam list przez cały dzień, n’e otworzyłam go nawet aż do wieczora; zaledwie zdążyrłam rzucić nań okiem: nie mogę znieść myśli utracenia go. 0, mój list! mój list! — — Cicho, Łucy! Niech się pani nie martwi i nie płacze tak okratn:e! Czy to warto? Cicho! Niech pani opu* ści mroźne, to poddasze; Madame Beck postanowiła posłać po policję, aby przekazać jej bliższe zbadanie tajemniczej tej sprawy. Uważam, że nie ma dla nas teraz celu pozostawanie tutaj dłużej. Zejdźmy na dół.
Ciepła ręka ujęła zimne moje palce i sprowadziła mnie na dół do ogrzanego pokoju, gdzie oboje, doktór John i ja, usiedliśmy przy piecu. Mówił ze mną i uspokajał mnie z n:ewypowiedzianą dobrocią, przyobiecując dwadzieścia listów za ten jeden utracony. O ile istnieją słowa i krzywdy podobne do noży, których głębokie cięcia i zadane przez n:e rany nie goją się nigdy — dotkliwe krzywdy i obelgi, zadane zazębionym, napojonym trucizną ostrzem — istnieją również słowa pociechy, wypowiadane tonem tak głęboko i nieuchwytnie subtelnym, że ująć je może jedynie tkliwie odczuwające serce, które zachowuje na wieki ich zbawcze echo: kojące serdeczne słowa, zapamiętane na całe życie, wspom’nane z niesłabnącą nigdy czułością i zjawiające się na wezwanie z jednakim zawsze, nigdy nie przygasającym blaskiem, który opromień1 a nawet kruczą, złowieszczą chmurę Śmierci. Przekonywano mnie w następstwie, że doktór Bretton nie był bynajmniej taką doskonałością, jaką wyobrażałam go sobie; że istotnego jego charakteru n:e cechowała wcale taka głębia, ani wzniosłość, stałość i s:ła, w jakie stroiła go moja wyohraźn:a. Nie wiem ile bvło w tym słuszności: mnie wydawał się rówire nieoceniony, jak chłodna orzeźwiająca krynica spragnionemu wędrowcowi — jak słońce drżącemu z zimna więźniowi. Pamiętam bohaterstwo, jakiego dawał niejednokrotnie dowody. Nie przestaję uważać go za bohatera po dzień dzisiejszy.
Zapytał mnie z uśmiechem, dlaczego 1 st ten tak bardzo mi jest drogi, dlaczego zależy mi na nim tak bardzo. Pomyślałam, — nie powiedziałam jednak tego — że iest dla mnie równie cenny, jak krew w mn’ch zyłacn. Odpowiedziałam zamiast tego, że bardizo mało otrzyma łam w moim życiu liótów, o które dbałabym tak bardzo, jak o ten właśnie.
— Pewien jestem, że pani nie czytała go — rzekł — gdyby było odwrotnie, nie przypisywałaby mu pani tak wielkiej wartości.
— Przeczytałam go, ale raz jeden tylko. Pragnęłam móc odczytać go poraź drugi. Martwię się bardzo, że go utraciłam, — Przy tych słowach nie byłam ponownie w stanie powstrzymać się od łez.
— Lucy, Lucy, biedna moja chrzestna siostrzyczka (o ile istnieje takie pokrewieństwo) oto masz twój list! Naprawdę nie jest on wart takich łez i tak czule przesadnego przywiązania do niego.
Ciekawy, charakterystyczny manewr! Jego spostrzegawcze, bystre oko dostrzegło list na podłodze tam, gdzie ja daremnie go szukałam; jego xęka, równie żywa i sprawna w ruchach, pochwyciła go. Ukrył list w kieszeni. Gdyby moje zgnębienie i niepokój były o źdźbło mniej szczere i gwałtowne, wątpię czy przyznałby się w ogóle do znalezienia mojej zguby i czy zwróciłby mi ją. Łzy o temperaturze o jeden stopień niższej, aniżeli te, jakie przelałam, zabawiłyby doktora Johna co najwyżej, nie wzruszyłyby go jednak.
Zadowolenie z odzyskania skarbu, który uważałam już za utracony, kazało mi zapomnieć o obrzuceniu doktora Brettona zasłużonymi wyrzutami za dokuczliwe przekomarzanie się ze mną; radość moja była tak wielka, że nie byłam zdolna jej ukryć, wydaje mi się wszelako, że uzewnętrzniłam ją raczej zachowaniem moim, aniżeli słowami. Niewiele powiedziałam.
— Zadowolona jest pani teraz? — zapytał doktór John.
Odparłam, że jestem nie tylko zadowolona, ale szczęśliwa.
— A jak czuje się pani fizycznie? — dodał. — Uspokoiła się już pani? Nie bardzo, jak widzę, bo wciąż jeszcze dygoce pani, jak liść na wietrze.
Mnie wszelako wydawało »ię, że jestem już zupełnie opanowana; nie czułam w każdym razie żadnego niepokoju, ani zgnębienia. Uważałam, że najzupełniej odzyskałam tak mocno zachwianą równowagę. Mogłaby pani zdać mi dokładnie sprawę z tego co pani widziała? Opowiadanie paru było fatalnie chaotyczne. Była pani blada jak ściana, wspomniała pani tylko o „czymś“, nie określając bliżej co mogłoby to być. Czy był to mężczyzna? Czy było to zwierzę? Co to było takiego. Nie potrafię powiedzieć dokładnie co widziałam odrzekłam. — Chyba, że ktoś innv ieszcze zobaczy to również; będę mogła wówczas uzupełnić cudze świadectwo; w przeciwnym razie byłabym zdyskredytowana, posądzona o bredzenie. Niech pani stara się opisać mi możliwie dokładnie, jako lekarzowi, co pani widziała — rzekł doktor Bret ton. Traktuję panią teraz ze stanowiska zawodowca.
Czytam w niespokojnie roziskrzonych oczach pani wszystko, co chciałaby pani ukryć może: To samo zdradzaja policzki pani, z których uciekła cała krew, ręce panil których drżenia nie jest pani w stanie opanować. Niech mi pani zaufa, panno Lucy, i opowie nu wszystko.
— Wyśmieje mnie pan... Jeśli mi pani nie powie, nie dostanie pani ode mnie ani jednego listu więcej.
— O, teraz już kpi pan wyraźnie ze mnie.^
— Odbiorę pani i len pierwszy, ten jedyny list nawet: napisałem go, mam więc prawo żądać jego zwrotu.
Wyczułam lekka drwinę w jego głosie: przywróciło mi lo od razu spokoj i rownowagę, na wszelki wypadek wszakże złożyłam list i ukryłam go przed oczami doktora Johna.. j Nic pani nie pomoże ukrywanie listu, będę go miał kiedy tylko zechcę. Nie zna pani wcale zręczności mojeao chwytu; śmiało mógłbym pokazywać sztuki magiczne. Mama mówi nawet czasem, że osobliwie zgodnie władać potrafię językiem i oczami, pani jednak nie dostrzegła u mnie nigdy tej właściwości, prawda, panno Lucy?
— Owszem, owszem, dostrzegłam ją, kiedy pan był małym chłopcem jeszcze. Dostrzegałam w panu obie te cecby, które posiadał pan wówczas w znacznie wyższym stopniu, aniżeli obecnie. Teraz bierze pan wszystko siłą, a siła jest wrogiem subtelności. W dalszym ci^-m jednak ma pan, panie doktorze Johnie, to, co tutaj, w Labassecour, nazywają „lin air fin‘‘ — cechę człowieka sprytnego i przenikliwego, nie mogącą wprowadzić nikogo w błąd. Madame Beck dostrzegła to i...
— I podobało jej się to, bo sama posiada tę cechę — dokończył doktór John ze śmiechem. Ale Lucy, niech mi pani da ten list. Nie zależy pani przecież na nim naprawdę.
Nie odpowiedziałam ani słowem na taką prowokację. Kiedy Graham zaczyna wesoło podrwiwać, nie należy zbytnio pozwalać mu na to. W pewnej chwili właśnie nowego rodzaju uśmiech zarysował się dokoła jego ust: uśmiech bardzo miły, uraził mnie jednak — w oczach jego zaiskrzył się nowy błysk — nie był on nieprzyjazny, ale też i nie mógł działać uspokajająco. Wstałam, aby odejść i nieco smutnym głosem życzyłam mu dobrej nocy —...
Ze zwykłą swoją wrażliwością — z tą osobliwą, lękliwie tropiącą swoją właściwością — ’wyczuł od razu nie ujętą w słowa skargę, jak gdyby cień wyrzutu, uczynionego mu przeze mnie w myśli. Z cechującą go prostolinijnością zapytał też, czy jestem urażona. Potrząsnęłam głową na znak przeczenia.
— Pozwoli mi pani w takim razie pomówić z sobą nieco poważniej, zanim pani odejdzie. Znajduje się pani w stanie wielkiego nerwowego podrażnienia. Mimo, że usiłuje pani panować nad sobą, pewien jestem, sądząc z wyrazu oezu pani i z całego pani zachowania, że kiedy była pani dzisiaj wieczorem sama jedna na tym zabójczym, ponurym jak grób poddaszu, w tym cuchnącym etęchlizną siedlisku gruźlicy i wszelkich chorób, w istnym tym więzieniu pod ołowianym dachem*) — w miejscu którego progu nie powinna pani nigdy przestępować — otóż że widziała pani tam, albo też uydaicało s ę pani, że pani widziała jakąś zjawę, szczególnie obliczoną na oddz ałanie na wyobraźnię pani. Wiem, że nie jest pani, ani też n e była pani nigdy skłonna do przesadnego lękania się rozbójników, złodziei i t. p. Nie jestem jednak pewien, czy zjawa, mająca charakter upiorny, nie podziałałaby wstrząsająco na umysł pani. Mogę panią uspokoić. Wszystko to sprawa nerwów, jak widzę.. Niech mi pani jednak określi bliżej tę wizję.
— Nie powie pan nikomu?
— Nikomu — zapewniam panią. Może pani zaufać mi tak bezwzględnie, jak zaufała pani ojcu S:lasowi. Doktór jest w samej rzeczy bezpieczniejszym spowiednik:em, aniżeli ksiądz, chociażby nawet nie miał siwych włosów.
— A nie wyśmieje mnie pan?
— Gdybym nawet m:ał wyśmiać panią, to tylko dla własnego dobra pani. Nie byłby to na pewno śmiech szyderczy. Nieśmiała natura pani nie łatwo zdobywa się na ufność, niech mi pani jednak wierzy, Lucy, że jestem prawdziwym jej przyjacielem.
Wyglądał teraz jak prawdziwy przyjaciel: znikł ów nie dający opisać się uśmiech i błysk oka, znikło zastraszające odęcie warg, drganie nozdrzy, łukowate podniesienie i wygięcie brwi; twarz jego cechował teraz spokój i skupiona uwaga, mile łagodzące jej wyraz. Czując, że mogę mu zaufać, opowiedziałam ściśle co widziałam. Już dawniej, kiedy oboje, on i ja, odbywaliśmy w c:epłe popołudnia paźdz:emikowe przejażdżkę po Bois de I‘Etang, opisałam mu związaną z tymi murami legendę.
Usiadł i zamyśli się. W tej samej chwili usłyszeliśmy kroki reszty towarzystwa schodzącego na dół.

  • ) Więzienie pod ołowianym dachem — Z Piombi — w We* necji, słynne między innymi z Pamiętników Casanoyy, który je odsiadywał i z którego udało mu się zbiec. (Przyp. tł.), Czy gotowi «ą przeszkodzić nam? — rzekł, spoglądając z gniewem na zamknięte drzwi..

Nie przyjdą tutaj — odparłam, znajdowaliśmy się bowiem w małym saloniku, w którym Madame nie zwykła n;gdy przesiadywać — wieczorami. Przypadkiem jedynie, był tutaj piec dość ciepły jeszcze. Przewidywania moje okazały się słuszne: minąwszy drzwi, przeszli wszyscy do salle a manger. Teraz — powrócił do przerwanej naszej rozmowy będą snuli fantastyczne domysły i opowiadali sobie historie o złodziejach, o włamywaczach i tym po dobnych grozach: pozostawmy ich w tym mniemaniu. Ostrzegam panią, aby pani nic im nie mówiła i trzymała się niezachwianie rozumnego swojego „ostanowiema nie opisywania nikomu zjawy mniszki, jaka ukazała się pani. Możliwe, że ukaże się ona pani ponownie — niech to pani nie przeraża jednak...
— Sadzi pan więc — rzekłam, wzdrygnąwszy się mimo woli że była to tylko wizja moja, płód chorej wyobraźni, że wizja ta rozwiała się obecnie, mogłaby jednak niespodzianie stanąć ponownie przed moimi oczami w dniu i w chwili, kiedy najmniej będę spodziewała się
Je] Myślę, że musiał to być rodzaj zjawy ułudnej, która narzuciła się pani, jak się obawiam, w wyniku długotrwałej wewnętrznej walki duchowej.. O, doktorze Johnie, przerażenie ogarnia mnie na myśl, że mogłabym w istocie podlegać podobnym ułudom! Zjawa ta jednak wydawała mi się dziwnie rzeczywista! Czy nie istnieje sposób uleczenia tego stanu, niedopuszczenia do powtórzenia się czegoś podobnego.
— Szczęście jest najlepszym i jedynym lekarstwem wesoły, pogodny nastrój najskuteczniejszą prezerwatywą.
Niech pani stara się o utrzymanie go.
Nie istnieje w moim poieciu szyderstwo bardziej puste i beztreściwe, an:żeli rada utrzymania wesołego, pogodnesro nastroju. Co oznacza ona właściwie, bzczęscie i pogoda umysłu nie są jak kartofle, które można hodować,
Jadzie je w starannie uprawionym nawozem gruncie. Uczucie szczęścia jest glorią, której promienność zsyłają na nas niebiosa. Jest rosą boską, która spada na duszę człowieka w słoneczne poranki letnie z szkarłatnego kwiecia i złocistych owoców raju.
— Starać się być szczęśliwą — powtórzyłam za całą odpowiedź. — A czy pan stara się być szczęśliwym?... Jak to pan robi?
— Jestem pogodny z natury, a przeciwności losu nie potrafiły mnie nigdy zmóc. Wszelkie niepowodzenia wywoływały u matki mojej i u mnie samego gniewny pomruk jedynie; nie dawaliśmy się im jednak, a nawet drwiliśmy z nich, czym stropione, omijały nas i szły dalej.
— Nie widzę w tym jednak żadnego starania się o szczęście, żadnego hodowania go.
— Nie pozwalam sobie ulegać melancholijnym nastrojom.
— Z powodu Ginevry Fanshave, prawda?
— Owszem: widziałam pana ulegającego im.
— Czy nie czuł się pan chwilami nieszczęśliwym z je winy?
— Głupstwo! Nonsens! Widzi pani, że wyleczyłem się już z tego. 0 ile śmiejące się oczy, twarz tchnąca promiennym zadowoleniem i zdrową energią, miały świadczyć o jego uleczeniu, był w istocie uleczony, i to całkowicie.
— Tak, nie wygląda pan na mocno strapionego, ani nawet na wyraźnie nieusposobionego — przyznałam.
— A dlaczegóżby i pani także, Lucy, nie miała wyglądać tak i czuć się tak samo jak ia? — odważną, energiczną, gotową stawić czoło wszystkim mniszkom i wszystkim flirtom w całym chrześcijaństwie? Zapłaciłbym złotem, za możność widzenia pani drwiącej ze wszystkiego. Niech pani spróbuje tej sztuki.
— * A gdybym tak sprowadziła panu teraz pannę Fansliave?
— Zapewniam panią, droga Lucy, że nie poruszyłoby mnie to ani trochę. Mogłoby poruszyć mnie w jedynym tylko wypadku — gdybym widzał z jej strony prawdziwe, głębokie uczuc’e. Jedynie za taką cenę zdolny byłbym wybaczyć jej......... „ Naprawdę?! A przecież uśmiech jej był dla pana szczęściem tak niedawno jeszcze?!
— Jestem przeistoczonv, Lucy, przeistoczony! pominą sobie pani, że nazwała mnie pani niegdyś niewolnikiem? Otóż teraz jestem już wolnym człowiekiem!
Sprężył się: z całej jego postawy, z dumnego podniesienia głowy, z jego świetlistych oczu i rozjaśnionej twarzy promieniała pełnia swobody, która była czymś więcej niż wyzwoleniem — była pogardą dla dawnych niewól niczych jego więzów.
— Panna Fansliave — dodał — zbudziła i podtrzymywała we mnie nastrój uczuc owy, który minął już obecnie: wszedłem teraz w odmienną fazę, zdecydowany żądać miłości w zamian za miłość — namiętności za nam ętność — i to odmierzonej sutą miarą nawet. O, doktorze! doktorze! — przypomniałam mu — pow’edział pan k:edyś, że w naturze pańskiej leży zdobywanie miłości w trudnych warunkach — że prawdziwe uczucie zdolna jest zrodzić w panu dumna nieprzystępność jedynie!
Roześmiał się i odpowiedział:
— Natura moja jest zmienna: nastrój jednej godzi ny bywa czasem przedmiotem szyderstwa dla następnej... 1 cóż, Lucy, — zmienił nagle temat rozmowy, wkładając równocześnie rękawiczki do odejścia:^ ^....
— Jak pani sądzi, czy mniszka zjawi się dzisiaj raz jeszcze?..
— N:e przypuszczam, aby miała zjawić się.. Niech jej się pani pokłoni ode mnie, gdyby jednak zjawiła się — n;ech jej pani odda pozdrowienie od doktora Johna i niech ją pani poprosi, aby zechciała łaskawie oczekiwać jego odwiedzin: Czy była to ładna mniszka? Czy miała przystojną twarz? Nie powiedziała mi pani tego jeszcze, a to właśnie jest punktem prawdziwie doniosłym.
— Twarz jej była osłonięta czymś białym — rzekłam — ale oczy jej błyszczały.
— Niech licho porwie jej diabelskie zasadzki! — zawołał z pogardę — miała jednak przynajmniej ładne oczy, błyszczące i czułe.
— Nie, zimne i przeszywające.
— O, precz z nią. Niech idzie do wszystkich diabłów! Nie chcemy oglądać jej więcej! Nie będzie nawiedzała już pani, kochana Lucy. A gdyby miała przyjść raz jeszcze, niech pani mocno uściśnie jej rękę. Czy zniosłaby podobne potraktowanie, jak pani sądzi?
Uważałam, że jak na niematerialnego ducha, byłoby to potraktowanie zbyt bezceremonialnie przyjacielskie, którego nie mógłby znieść na pewno. Powiedziałam doktorowi „Dobranoc“ z uśmiechem, który był dostosowaną do jego pożegnania odpowiedzią.
Czy było coś w ogóle na poddaszu? Czy wykryto coś czy kogoś? Myślę, że po najstaranniejszym przetrząśnięciu wszystkich kątów i zakamarków ograniczyły się wykrycia na nieznacznych drobiazgach jedynie. Mówiono zrazu o jakimś nieładzie wśród porozwieszanych ubrań, Madame Beck uznała jednak w następstwie, że wisiały w takim samym porządku, w jakim je umieszczono. Co zaś dotyczy pękniętej szyby w górnym okienku poddasza, zapewniała, że rzadko obywało się w nim bez jednej, a nawet bez paru stłuczonych czy trzaśn’ętych szyb. Dodała nadto, że przed paroma dniami spadł wielki grad, któremu można było równie dobrze przypisać wyrządzeni tej szkody. Madame wypytywała mnie bardzo dokładnie o to co widziałam, pamiętna wszakże ostrzeżenia doktora Jobna, zapewniłam ją, że były to mgl ste jedynie zarysy jakiejś czarno odzianej postaci: bardzo przezornie uniknęłam użycia wyrazu „mniszka“. Wiedziałam, że nasunąłby on trzeźwemu jej umysłowi pojęcie czegoś romantycznie nierealnego. Ona sama zobowiązała mnie zresztą, abym nie opowiadała o tym zajściu nikomu: ani służbie, ani uczennicom, ani także nauczycielkom, — zarazem pochwaliła mnie za roztropność, jaką wykazałam, przybiegłszy z tą wiadomością do jej prywatnej salle a manger, a nie do ogólnego refektarza.
Na tym wyczerpałyśmy obie dany temat.
Nie pozostało mi nic innego, jak tylko smutnie rozważać w tajemnicy przed wszystkimi zagadnienie, czy dziwny ten stwór był z tego świata, czy z królestwa pozagrobowego, czy też może był on wytworem chorej wyobraźni, a ja sama jej nieszczęśliwą ofiarą.
ROZDZIAŁ XXm
V A S H T I
Rozważać smutnie — napisałam? — Nie, na cały bieg mojego życia oddziaływać zaczął nowy czynnik, nie dający przystępu — na czas pewien przynajmniej — żadnym smutkom. Wyobraź sobie, czytelniku, ukryty w gąszczu leśnym zakątek; leży on tu w spowiciu mroku i mgły, porosły wilgotną, bladą murawą, do której nie dociera promyk światła i słońca. Nagle czyni burza, czy siekiera, wielki wyłom pośród dębów i innych wielkoludów leśnych; wiatr zyskuje dzięki temu swobodny dostęp, słońce dostaje się już z łatwością; smutny, wilgotny, porośnięty bladymi, wątłymi roślinkami, zakątek leśny nabiera bogatego połysku wskutek obficie krążących wśród roślinności soków życiodajnych; pełnia lata ozłaca go i rozbłękitnia świetnością dobroczynnego nieba, jakiego zamorzony, posępny zakątek nigdy dotychczas nie oglądał.
Życie tchnęło we mnie nową wiarę — wiarę w możliwość szczęścia.
Trzy tygodnie upłynęły od owego wydarzenia na poddaszu. W szkatułce na górze, w szufladzie mojego pulpitu, obok owego pierwszego listu spoczęły cztery inne jeszcze, kreślone męskim, energicznym charakterem pisma, zapieczętowane tą samą, mocno odciśniętą, pełną zapowiedzi cudotwórczych czerwoną woskową pieczęcią. W owym czasie ziszczały listy te dla mnie swoje zapowiedzi cudotwórcze; po upływie lat odczytałam listy ponownie: były to miłe, tchnące życzliwością i pełnią zadowolenia kartki, pisane przez człowieka zadowolonego ze siebie i ze świata; końcowe wiersze ostatnich dwóch były na wpół wesołe i tkli-
We ńa poły, „muśnięte uczuciem, ale nie przepojone nim“. Czas, drogi czytelniku, osłabił je, nadając im charakter mile rzeźwiącego napoju; kiedy wsaakże po raz pierwszy zakosztowałam eliksiru tego, świeżo zaczerpniętego z tak wielbionego źródła, wydawał mi się on nektarem boskiego winobrania: łykiem którym napoić mogła Hebe, a bogowie pochwalić ten dar.
Czy uważny czytelnik, pamiętający co było powiedziane o kilka stronnic wstecz, chciałby dowiedzieć s’ę, jak odpisywałam na te listy? czy ulegając suchemu, powściągliwemu działaniu rozsądku, czy też pozwalając, aby ponosiło mnie niehamowane niczym uczucie?
Jeśli mam wyznać prawdę, podlegałam przy układaniu odpowiedzi obu wpływom równocześnie: służyłam obu panom, klękałam przed jednym i drugim ołtarzem. Pisałam dwie odpowiedzi — jedną dla ulżenia samej sobie, drugą dla odczytania jej przez Grahama.
Nade wszystko jednak uczucie i ja łącznie wyrzuciliśmy rozsądek za drzwi, zawarłszy za nim rygle i zasuwy, po czym oboje po społu rozpostarliśmy przed sobą arkusz papieru, zanurzyliśmy pióro w kałamarzu i z wielkim zadowoleniem przystąpiliśmy do dawania swobodnego, szczerego upustu wylewom serca. Kiedy uporaliśmy się z tym, zapehrliśmy dwa arkusiki językiem najgłębiej sięgającego uczucia, nigdy nie wygasającej, trwale zakorzenionej wdzięczności (raz na zawsze zastrzegam się jak najkategoryczniej przeciwko wszelkiemu, jakie mogłoby wkraść sie, podejrzewaniu mnie o t. zw. „cieplejsze uczucia“. Kobiety nie zwykły żywić ich tam, gdzie od początku znajomości i po przez cały jej bieg nie mogły łudzić się co do tego, że podtrzymywanie podobnych uczuć byłoby niedorzecznością. Nikt nie puszcza się na rwące zmącone wody Miłości, o ile n’e przyświeca mu gwiazda Nadziei. Nie, w listach moich dawałam jedynie wyraz serdecznemu, szczeremu uczuciu szacunku, przywiązania i wdzięczności). Cechą górującą mojego przywiązania była chęć i gotowość dźwignięcia na własne barki wszystkiego, co mogło zaważyć boleśnie na losach przedmiotu tego przywiązania, dążenie do możliwego odsunięcia wszelkich burz i ciosów, mogących zagrażać istnieniu, dokoła którego krążyły najtkliwsze moje myśli, moje najgłębsze troski. Takie momenty jedynie zdolne były rozewrzeć szeroko wrota mojego serca, znosząc wszelkie hamujące jego akcję zapoiry. Wówczas jednak wpadał trzymający ją na uwięzi Rozum, mściwy i potężny, wychwytywał z rąk moich zapisane kartki, odczytywał je, obsypywał szyderstwem, nakazuj ac mi drzeć je i przepisywać na nowo w innej postaci, składać, pieczętować i wysyłać przeistoczone w duchu nieubłaganej trzeźwości, krótkie, jednostronicowe karteluszki.
Miał słuszność Rozum. Dobrze robił:
Nie żyłam samymi listami jedynie: odwiedzano mnie, dbano o mnie, zabierano do La Terrasse, okazywano mi wiele dobroci i starań. Dr. Bretton powtarzał mi przy tym, że roztacza nade mną taką opiekę, aby jak mówił: „trzymać zdała ode mnie mniszkę“. Postanowił wydrzeć z jej rąk upatrzoną przez nią ofiarę. Zapewniał, że czuje do niej odrazę głównie z powodu białej płóciennej opaski na jej twarzy i zimnych, szarych jej oczu. Od chwili, kiedy dowiedział się ode mnie o tych odrażających cechach jej postaci, zniewalał go wstręt niepokonany do przeciwstawienia się jej, do wypróbowania kto okaże się zwycięzcą w tej walce; ona czy on. Pragnął z całej duszy’, aby ukazała mi się raz jeszcze, ale w jego obecności. Do tego jednak nie pokwapiła się. Stosunek Grahama do mnie był stosunkiem lekarza i naukowca do pacjentki; pełniąc obowiązki swojego zawodu, czynił zarazem zadość popędom wrodzonej swojej dobroci, traktując mnie z prawdziwie serdeczną życzliwścią i staranną uwag§ —...,.
Pewnego wieczora grudniowego, pierwszego dnia tego miesiąca, znajdowałam się zupełnie sama w carre. Była godzina szósta po południu; drzwi sal klasowych były pozamykane; zgromadzone w klasach uczennice zażywały swobody rekreacji wieczornej, czyniąc zwykły w takich momentach chaotyczny zgiełk i zamęt. W carre panowa-
Vfflette t. II 4 49 ła zupełna ciemność z wyjątkiem czerwonej łuny dokoła żarzącego się w piecu ognia. Wielkie szyby okienne były zamarznięte; kryształowe iskierki świetlne, skrzące się wśród lodowego skucia, złociły tu i owdzie blade jego wzoiy. Niebo było rozgwieżdżone, noc jasna, choć bezksiężycowa. Fakt mojego odważenia się na pozostawanie samej pośród ciemności świadczył, że nerwy moje odzyskały dawną równowagę zdrowia. Myślałam o mniszce, nie obawiałam się jej jednak, mimo że klatka schodowa, majacząca w mroku poza mną, prowadziła poprzez zwartą, nieprzejrzaną noc czarną z piętra na piętro, wprost na nieszczęsne owo, nawiedzane przez zjawy, poddasze. Przyznaję jednak, że serce zabiło gwałtowniej w mojej piersi i krew krążyć zaczęła żywiej w moich żyłach, kiedy nagle usłyszałam poza sobą ciężki, przyśpieszony oddech i szybkie kroki, a, odwróciwszy się, dostrzegłam w ciemnym cieniu schodów jeszcze ciemniejszy cień — ruchomy zarys postaci schodzącej na dół. Postać ta zatrzymała się na chwilę przy drzwiach klasowych, poczym prześlizgnęła się bezszelestnie mimo mnie. Równocześnie rozległ się dźwięk dalekiego dzwonka przy drzwiach. Normalne odgłosy świata przywracają poczucie normalnego życia codziennego; zarysy były zbyt okrągłe, postać zbyt przysadzista, jak na smukłą mniszkę. Była to tylko Madame Beck, czyniąca zwykły swój obchód wieczorny.
— Mademoiselle Lucy! — zawołała Rozyna, wpadając z korytarza z lampą w ręku. — On est la pour vous au salon*).
Madame widziała mnie, a ja widziałam Madame, Rozyna widziała nas obie; nie było jednak wzajemnego rozpoznania. Skierowałam się wyprost do salonu, gdzie zastałam tego, kogo, przyznaję, spodziewałam się zastać — doktora Brettona. Był w stroju wieczorowym.
— Powóz stoi przed domem. — Matka moja przysłała mnie, abym zabrał panią do teatru. Zamierzała sama * ) Panno Lucy, czekają na panią w salonie. pojechać, przeszkodziła jej wszakże niespodziewana wizyta. Zaproponowała mi od razu: — „Zabierz Lucy zamiast mnie“. Pojedzie pani?
— Teraz? W tej chwili? Nie jestem ubrana — zawołałam, spoglądając z wyrazem rozpaczy na moją ciemną merynosową suknię.
— Ma pani pół godziny na przebranie się. Powinienem był uprzedzić panią, nostanowiłem jednak cale to pójście do teatru dopiero o piątej po południu, z chwilą, gdy dowiedziałem się, że czeka nas prawdziwa uczta dzięki występowi wielkiej artystki.
Mówiąc o wielkiej artystce, wymienił nazwisko, którego brzmienie przejmowało w owym czasie dreszczem zachwytu nie tylko mnie, ale i całą Europę również. Obecnie poszło ono już w zapomnienie; przebrzmiały echa grzmiących oklasków, jakimi ją przyjmowano; ona sama wycofała się ze sceny; mrok niepamięci zgęścił się dokoła rozgłośnego niegdyś a potem przebrzmiałego jej imienia, w owym czasie wszakże sława jej dosięgła szczytu, błyszczała pełnym jasnym blaskiem, rozbrzmiewała donośnie.
— Pojadę! Będę gotowa za dziesięć minut! — zawołałam zachwycona. Wybiegłam lotem strzały, i przyznać muszę, mój czytelniku, że ani na chwilę nie stropiła mn:e myśl, która tobie może przyszła w tym momencie do głowy, że pójście dokądkolwiek z samym tylko Grahamem, bez pani Bretton, mogłoby być źle widziane. Nie mogłabym wcale powziąć, a tym bardziej wypowiedzieć wobec Grahama, podobnego skrupułu, bez obawy narażenia się na szyderczą odpowiedź, i, co ważniejsze, bez rozniecenia wewnętrznego ognia zawstydzenia tak nieugaszonego i tak pochłaniającego, że zdmuchnąłby on niebawem samo życie w moich żyłach. A zresztą, mojej matce chrzestnej, znającej tak dobrze swojego syna i znającej tak dobrze mnie, przyszłoby raczej na myśl danie przyzwoitki siostrze wybierającej się na jakieś zebranie z bratem rodzonym, aniżeli potrzeba trwożnego czuwania nad naszym wspólnym bywaniem gdziekolwiek.
Pójście (lo teatru nie wymagało szczególnie strojnej toalety; moja suknia z jasno popielatej krepy, barwy mgły, nada się jak najlepiej, pośpieszyłam też odszukać ją w szafach garderoby, gdzie wisiało nie mniej niż czterdzieści sukien. Okazało się jednak, że w międzyczasie porobiono w przepełnionych w istocie szafach zimowe porządki, przy czym część sukien, między innymi i moja także, została wyniesiona na poddasze, trzeba było więc znieść ją z niemiłego tego schowka. Wydostałam klucz i popędziłam na górę, nie doznając ani przez chwilę lęku, nie myśląc nieomal o niczym. Otworzyłam drzwi i zanurzyłam się od razu w mroczną głębinę poddasza. Czytelnik może wierzyć, albo nie — jak chce — kiedy jednak wpadłam tak nagle tutaj, nie było na poddaszu tak zupełnie ciemno, jak powinno byłoby być: z jednego kąta jaśniało światło, podobne do światła gwiazdy, jaśniejące jednak na szerszej przestrzeni. Oświetlało tak wyraźnie tę część poddasza, że odsłoniło głęboką alkowę wraz z częścią wypłowiałej, szkarłatnej firanki, jaka ją ochraniała. W tej samej chwili, bezszelestnie, w oczach moich znikło światło, i równocześnie znikła także alkowa wraz z osłaniającą ją firanką: cała ta część poddasza stała się czarna jak noc. Nie myślałam wcale o bliższym zbadaniu tej zagadki; nie miałam na to ani czasu, ani ochoty; porwawszy z kołka moją suknię, szczęśliwie wiszącą blisko wejścia, z konwulsyjnym pośpiechem wybiegłam, zatrzasnęłam drzwi i popędziłam na dół do sypialni.
Ręce moje dygotały jednak tak przeraźliwie, że nie byłam w stanie ubrać się: niepodobieństwem było dla mnie ani porządnie uczesać się, ani nawet pozapinać, jak należało, wszystkie guziki i haftki. Nie było innej rady, musiałam wezwać Rozynę i przekupić ją odpowiednim datkiem, aby mi dopomogła. Rozyna chętnie dawała przekupić się datkami, postarała się też zadowolnić mnie jak umiała najlepiej: rozczesała moje włosy i zaplotła je w warkocze, które ułożyła dokoła głowy lak umiejętnie, jak zrobiłby to zawodowy fryzjer, upięła dokoła wycięcia mojej sukni przy szyi z dokładnością matematyczną nie ledwie koronkowy kołnierzyk, artystycznie zawiązała wstążkę, słowem dokonała swojego dzieła, niczym legendarna Filie, jaką umiała być, o ile tylko chciała. Podawszy mi chusteczkę i.rękawiczki, poświeciła mi przy zejściu moim do parterowego hallu, a kiedy okazało się, że zapomniałam zabrać szal, pobiegła i przyniosła mi ten niezbędny dodatek toaletowy. W hallu zastałam czekającego już na mnie doktora Jobna.
— Co się stało, Lucy? — zapytał, przyjrzawszy mi się uważniej. — Jest pani zów po dawnemu podniecona. Może i tym razem mniszka?
Zaprzeczyłam jednak temu stanowczo: przykro mi było być podejrzewaną po raz drugi o uleganie ułudom. Nie dał się wszakże wprowadzić w błąd.
— Mniszka, jako żywo! — powtórzył. — Zjawa jej pozostawia w oczach pani osobliwy błysk i wyraz, którego nie podobna nie poznać od razu.
— Nie było żadnej mniszki — zapewniłam ’ — mogąc bez popełnienia kłamstwa zaprzeczyć, jakobym miała widzieć ponownie jej zjawę.
— Zjawiły się znów dawne symptomy — twierdził uparcie — jakiś dziwnie blady, wylękniony i, jak nazywają to Szkoci „podniesiony“ wyraz oczu.
Tak bardzo nastawał, że uważałam za właściwe powiedzieć mu co naprawdę widziałam. I tym razem oczywiście przypisał całe to wydarzenie tej samej przyczynie: złudzeniu optycznemu, chorobliwemu stanowi nerwów. Nie odważyłam się zaprzeczyć mu: lekarze sa tak uparci, tak niezłomnie pewni swoich diagnoz, lak niewzruszenie wierzą w słuszność suchego, materialistycznego swojego ujmowania zjawisk, że nie podobna przekonać ich, aby mogli nie mieć racji.
Rozyna przybiegła z szalem, po czym bez przeszkód już usadowiona zostałam w powozie.
Teatr był przepełniony, wszystkie miejsca pozajmowane aż do sufitu; dwór i arystokracja stawiły się wr komplecie: pałace i wielkie hotele opróżniły pokoje swoje z lokatorów, aby zapełnić nimi loże i fotele nabitego ludźmi, mimo to uroczyście przyciszonego przybytku. Czułam się prawdziwie uprzywilejowana, mogąc zająć tego wieczora miejsce na widowni; gorąco pragnęłam zawsze zobaczyć na scenie istotę, o której talencie tyle słyszałam, że spodziewałam <rę z oglądania jej gry Bć* wie jakich wrażeń podniosłych. Ciekawa byłam, czy usprawiedliwi swoją sławę, czekałam też na podniesienie kurtyny z poważnym, skupionym uczuciem głębokiego zainteresowania, i dziwnego zaciekawienia zarazem. Wielka artystka była dla mnie zjawiskiem, jakiego nie oglądał^ ’“? °.weS° fJnia moje oczy, nową, nieznaną planetą. W jakiej wszakże ukaże mi się postaci? Czekałam na jej wyłonienie się na firmamencie.
Ujrzałam ją o dziewiątej tego wieczora grudniowego: o tej godzinie punktualnie ujrzałam zjawienie się jej na widnokręgu. Wciąż jeszcze świeciła gwiazda jej dawnvm potężnym blaskiem, mimo że bliska już swojego dnia zagłady chyląca się już ku zmierzchowi. Oglądana z pobliża, była na wpół zgaszoną lawą, na wpół żarzącym ogniem Jv8Z€ZC> 0 uszy moje obijało się niejednokrotnie nazywanie tej kobiety „brzydką“. Byłam przygotowana na ujrzenie postaci kościstej, czegoś wielkiego, kanciastego, pox?P u®?*; ’, C° u’rzałam — Mo cieniem królewskiej ui1 i i —.golowa, niegdyś piękna jak dzień, teraz przyblakła, jak zmierzch i stopniała niczym wosk w o<*mu. 6. Prz®z chwilę — przez dość długą chwilę — uważałam ją za kobietę tylko, jakkolwiek za kobietę wybraną, jedyną, poruszającą się przed tłumem z powagą majestatu, z niezrównanym wdziękiem zarazem. Stopniowo wszakże zaczęłam coraz bardziej rozumieć, jak dalece byłam * ) Jedna z osób występujących w dramacie Racine‘a:, JEsther“. Jej duma i wyniosłość spowodowały wyrzeczenie się jej przez męża, króla perskiego, Assuerusa, na rzecz Estery. (Przyp. tł.) w błędzie. Widziałam już w niej coś zgoła osobliwego, ani kobiecego, ani męskiego; w każdym z osobna z jej oczu przyczaił się diabeł. Obie te złe moce podtrzymywały słabe jej siły przez cały przebieg tragedii. Była wątłą z natury istotą; w miarę też rozwijania się akcji i potęgowania się wzruszenia audytorium, coraz gwałtowniej wstrząsały nią ogniem swoich namiętności szatańskich. Wyraźnie wypisały „PIEKŁO“ na gładkim, wyniosłym jej czole. Nastrajały głos jej na brzmienie udręki. Krzywiły królewskie jej oblicze, nadając mu piętno maski demonicznej. Stała przed nami niby wcielenie Nienawiści, Zbrodni i Szału.
Był to widok zdumiewający, objawienie potężne.
Widowisko potworne w swojej nikczemności, ohydne, niemoralne.
Rycerze przebijani mieczami na wskroś, umierający w kałuży własnej krwi na piasku areny; byki, dobijające rogami swoimi konie z powypruwanymi wnętrznościami, byliby dla pubbczności łagodniejszym widokiem, strawą przystępniejszą dla podniebień, aniżeli Yashti, dręczona przez siedmiu szatanów, przez szatanów, których ogłuszające wrzaski rozdzierały nawiedzaną przez nie siedzibę, nie dając się jednak odżegnać.
Cierpienie wyryło głębokie ślady na tej władczyni scenicznej. Stała ona przed widownią, nieustępliwa, nie poddająca się, ani także nie odczuwająca w dostatecznej mierze swojej udręki; stała w napięciu walki, nieugięcie oporna. Stała, nie tyle ubrana, ile zadrapowana w antyczne fałdy tkaniny o jasnej, bladej barwie, wysoka i kształtna, ni to rzeźba klasyczna. Tło koloru możliwe najciemniej szkarłatnego uwydatniało alabastrową, srebrzystą jej białość, czyniąc ją podobną do posągu Śmierci.
Gdzie był artysta, gdzie duch twórczy Kleopatry? Niech przyjdzie, niech usiądzie i studiuje odmienną tę wizję. Niech odszuka w tym posągu potężną krzepkosć, napięte muskuły, bujnie płynącą krew, bogato odżywia ne ciało, które wielbił; niech wszyscy materialiści świata zgromadzą się tutaj i przyjrzą się.
Zaznaczyłam, że nie czuje ona żalu za swoje krzywdy. Nie, słabość tego wyrazu zadałaby kłam samemu pojęciu. Dla niej siła, która rani, staje się niezwłocznie wcielona; zapatruje się na nią jako na stwór, na który można od razu natrzeć, zmiażdżyć go, poszarpać na strzępy. Sama, bardziej zbliżona do ducha, niż do materii, skłonna jest walczyć z abstrakcjami. Wobec klęski staje się tygrysicą; poraża swoich nieprzyjaciół, budząc w nich dreszcz zgrozy i wstrętu. Cierpienie dla niej nie przetwarza się w dobro; łzy nie zraszają żniwa poznania; zachowuje postawę buntowniczą wobec choroby, wobec śmierci nawet. Jest zła może, ale silna zarazem, a siła jej zwyciężyła Piękno, pokonała Wdzięk i wprzęgła jedno i drugie w jej jarzmo, jako niewolników niezrównanie urodziwych i równie uległych jak urodziwych. W najwyższym nawet napięciu energii, w każdym ruchu najdrobniejszym, królewska, imperatorska, tchnąca majestatem wrodzonym. Włosy jej luźno rozpuszczone na ucztach czy na wo/nie, są wciąż jeszcze szatą anielską, jaśniejącą rozświetlającym ją nimbem. Pokonana, skazana na ban:cję, wspomina niebo, gdzie burzyła się buntowniczo. Światło niebieskie, idące za nią na wygnanie, przebija jego granice i odsłania zatracone ich dale.
Postawcie teraz przed nią jako zaporę Kleopatrę, czy inną jakąś postać zażywną, i przyjrzyjcie się rozpłataniu jej przez sam środek jej ciała, gdy zakrzywiona szabla Saladyna wbiła s;ę w puchową poduszkę. Niech zmartwychwstanie Paweł Piotr Rubens, niech wskrześnie do życia; sprowadźcie tutaj całą armię jego tłustych kobiet; moc czarodziejska, czy dar proroczy udzielone drobnej tej różdżce mojżeszowej, mogłyby za jednym skinieniem sprawić rozstąpienie się i ponowne zwarcie się fal morskich, przytłaczając ciężki zastęp ciśnięciem nań wałów wodnych.
Vashti nie była dobra, jak mi mówiono; zaznaczyłam też. że nie wyglądała na dobrą: jakkolwiek była ducher była duchem z Tophet rodem*) Jeśli tak wielka nieuświęcona siła może być czerpana z odmętów piekielnych, dlaczegożby podobna emanacja uświęconej treści nie miała spłynąć któregoś dnia z wyżyn niebiańskich?
Jakie było zdanie doktora Grahama o tej istocie?
Co pewien czas zapominałam przez dłuższą chwilę obserwować jego zachowanie, pytać go co o tym myśli. Niepokonana siła magnetyczna geniuszu pociągnęła ku sobie w sposób niezwykły mój umysł i serce. Widywałam dawniej grę sceniczną, nigdy wszakże nie byłam świadkiem niczego podobnego: niczego, wprawiającego w zwątpienie Nadzieję i tłumiącego żądzę: odzierającego z podniet i urągającego wszelkiemu rozumieniu; niczego takiego, co, miast podniecać wyobraźnię myśląc o tym, co mogłoby być dokonane i rozpłomieniać nerwy świadomością, że nie zostało to dokonane, ujawnia równocześnie siłę, podobną do wezbranej w porze zimowej głębi rzecznej, huczącej wodospadami i unoszącej duszę, niby liść, na stromym, napiętym jak stal, spadku swoim.
Panna Fanshave, ze zwykłą swoją ^ochopnością do wydawania niedojrzałych, nieprzemyślanych 6ądów, określiła doktora Brettona, jako człowieka trzeźwego, wyzbytego gorętszych uczuć, zbyt poważnego i zarazem zbyt łatwo podlegającego zmiennvm nastrojom. Wręcz odwrotny był mój sąd o n’m: nie byłam zdolna obarczać go podobnyTtii brakami. Nie był z natury usposobienia medytacyjnego, nie wpadał też łatwo w nastrój sentymentalny; podlegał bodźcom zewnętrznym jak marszcząca się woda, nieomal jednak tak samo niewrażliwy był jak woda: lekki wiaterek, promyk słońca poruszały go; metal nie był zdolny wyryć na nim śladu, ani ogień odcisnąć na nim swojej pieczęci.

  • ) Tophet — wyraz o niepewnym znaczeniu i etymologii, wy* stępujący w Starym Testamencie (w Ks. Królów XXIII. 10).

Nowsi badacze Biblii s? zdania, że było to miejsce w dolinie, gdzie składano Molochowi ofiary z palonych na stosie ludzi, z dzieci zwłaszcza. (Przyp. tł.)
Dr. John umiał myśleć i myśleć dobrze, był jednak raczej człowiekiem czynu niż myśli; um i a ł odczuwać żywo na swój sposób, nie posiadał jednak żyłki entuzjazmowania się: dawał chętnie posłuch łagodnym, świetlanym, miłym wpływom, oczy jego byłv wrażliwe na przejawy piękna, na różane, srebrzyste i perłowe łunv na niebie, na purpurowo-złociste obłoki o zachodzie. Wszystko związane z burzą, wszystko dzikie, napięte, niebezpieczne, nagłe i rozognione, — nie zyskiwało jego sympatii, nie chciał mieć z tym nic wspólnego. Kiedy wreszcie miałam czas i możność przyjrzeć się mu, zabawiło mnie i olśniło nagłym zrozumieniem wykrycie, że przygląda się on posępnej władczyni Vashti, nie ze zdumieniem, ani z zachwytem, ani nawet z trwogą, ale z naprężoną ciekawością jedynie. Jej śmiertelna udręka nie zdawała się przejmować go bólem, jej dzikie jęki gorare od wrzasków — niezbyt go wzruszały; jej wybuchy wściekłości oburzały go chwilami, nie budziły w ^ nim jednak ani grozy, ani wstrętu. Zimny młody Brytyjczyk. Blade kredowe skały jego ojczyzny nie spowiadają z taką obojętnością i z tak;m spokojem na wody Kanału, z iaką przysiadał się Graham tego wieczora natchnionej TPytii.
Obserwując jego twarz, prasrnęłam wiedzieć jaki jest istotny jego sąd o niej, pozwoliłam sob’e też w końcu na zadanie mu odnośnego pytania. Na dźwięk mojego głosu zbudził się jak gdyby ze snu: był głęboko zamyślony, zajęty snuciem własnych rozważań.
— Jak podoba się panu Vashti? — zapytałam. ^ Hm-hm-hm! — bąknął zrazu niewyraźnie, ale aż nadto znamiennie, a potem dziwny uśmiech okolił jeszo usta, uśmiech bezsprzecznie krvtvkui§cv, okrutny nieledwie! Przypuszczam, że potrafił być okrutny dla tego rodzaju natur. W kilku zwięzłych zdaniach wyłożył mi swój pogląd i swój stosunek uczuciowy do tej aktorki: sądził ją surowo jako kobietę, nie jako artystkę: był to sąd nieubłagany...
Wieczór ten zaznaczony był w księdze mojego żywota nie białym, ale grubym, czerwonym krzyżem. Nie skon czył się jednak jeszcze dla mnie: inne momenty miały zostać wpisane na jego karcie zgłoskami niezatartymi.
Około północy, kiedy coraz głębsza tragedia znalazła najposępniejszy swój moment końcowy w scenie śmierci i cała widownia wsłuchana była i wpatrzona z zapartym oddechem — doktór John nawet zagryzł dolną wargę i zmairszczył czoło, siedząc w ponurym, skupionym milczeniu — kiedy teatr cały zaległa cisza n;ezmącona; kiedy oczy wszystkich wpiły się w jeden punkt; kiedy Uózy wszystkich szły w jednym kierunku; kiedy nikt nie widział nic poza białą postacią opadłą na łoże, staczającą ostatnią walkę z najzawziętszym, najbardziej znienawidzonym jej wrogiem; kiedy nikt nie słyszał nic poza jej jękami, jej ciężkim oddechem buntu, jej wyzywającym wciąż jeszcze szamotaniem się; kiedy niepokonana, jak się zdawało, wola, nie pozwalająca ugiąć się wstrząsanemu drgawkami przedśmiertnymi ciału, wciąż jeszcze podtrzymywała walkę z przeznaczeniem i śmiercią, broniąc rozpaczliwie każdego cala ciała, przelewając kroplę po kropli krew do ostatka, z całych sił, aż do końca opierając się traceniu wszystkich władz, wciąż jeszcze z napięciem najwyższym usiłując widzieć, słyszeć, czuć, oddychać, żyć — aż do nieubłaganego momentu, kiedy śmierć kładzie kres wszelkiemu poczuciu i wszelkiemu istnieniu, mówiąc:
— Dotąd i ani kroku dalej!
W tej samej właśnie chwili poruszenie złcwrożbne powstało poza sceną: rozległ się tupot biegnących w różne strony nóg, doleciał szmer skłóconych głosów. — Co się stało? — wołała zaniepokojona widownia. Odpowiedzią były wyraźne języczki płomieni, odór spalenizny i dymu.
— Pali się! — rozbrzmiało z galerii — Pali się! — powtarzało zewsząd, z miejsca na miejsce, groźne, wystraszone echo, i równocześnie nieomal, szybciej, aniżeli zdolne jest opisać to pióro, wybuchła panika, obłędna, tratująca — ślepy, bezmyślny, samolubny, okrutny, wywołany bezmiernym strachem zamęt.
A doktór John? Widzę go jeszcze, czytelniku, zachowującego zwykły miły swój spokój i krzepiącą odwagę.
— i Lucy nie ruszy się z miejsca — wiem o tym rzekł, spoglądając na mnie z tym samym wyrazem pogodnej dobroci, z tą samą uspokajającą stanowczością, jaką widywałam na jego twarzy, kiedy siedziałam obok niego pośród nie zagrażającego niczym bezpieczeństwa domu jego matki. Wezwana w ten sposób, siedziałabym spoko inie w dalszym ciągu pod zawalającą się skałą, przyznać jednak muszę, że i własny mój instynkt także nakazywał mi zachowanie w danych warunkach najzupełniejszego spokoju i nieruszanie się z miejsca. Gdyby jednak nawet nie ostrzegł mnie własny instynkt, nie ruszyłabym się z miejsca za cenę własnego życia, aby nie sprawie Grahamowi kłopotu, nie przeciwstawić się jego woli, nie zmuszać go do zaprzątania sobie w tej chwili głowy moją osobą. Siedzieliśmy na parterze: w ciągu paru minut zapanował dokoła nas straszliwy, nieopisany, obłędny ścisk, zamęt i popłoch.
— Jak łatwo ulegają kobiety panice! — zawołał Graham. Gdyby jednak mężczyźni nie zachowywali się prawie tak samo, możnaby bez trudu utrzymać porządek. Przykra to scena: widzę w tej chwili przed sobą pięćdziesięc:u brutali, z których każdego, gdybym był blisko niego, mógłbym z czystym sumieniem powalić na ziemię. Widzę nawet kilka kobiet, odważniejszych od mężczyzn. Jedna zwłaszcza — o, tam!... Boże wielki!...
W tej samej chwili, kiedy Graham zdołał wypowiedzieć te słowa, młoda dziewczyna, która spokojnie siedziała o kilka rzędów przed nami, przy boku starszego siwowłosego pana, została nagle, przez wielkiego jakiegoś przepychającego się łokciami draba o wyglądzie rzeźnickim, oderwana od ramienia swojego opiekuna i pchnięta pod nogi tłumu. Jej zniknięcie trwało zaledwie dwie sekundy. Graham Tzueił się ku niej, on i siwowłosy pan o imponującej postaci połączyli swoję siły, aby odepchnąć napierającą ze wszystkich stron zwartą ciżbę: głowa młodej dziewczyny i długie jej włosy opadły aa ramię Grahama — zdawała się zemdlona.
— Może pan powierzyć mi ją z zupełnym spokojem: jestem lekarzem — rzekł doktór John.
— O ile pan sam nie jest w towarzystwie kobiecym, bardzo chętnie — brzmiała odpowiedź. — Niech pan trzyma moją córkę, a ja utoruję przemocą przejście: musimy wyprowadzić ją na powietrze.
— Jestem w towarzystwie kobiety — rzekł Graham nie będzie ona nam jednak ani przeszkodą, ani utrudnieniem.
Dał mi znak oczami — nie mógł inaczej, byliśmy rozdzieleni. Zdecydowana wszelako dostać się do niego, przecisnęłam się przez żywą zaporę, przeczołgując się pod nią, o ile nie mogłam przepchnąć się pomiędzy nią czy obok niej.
— Niech pani mocno trzyma się innie, Lucy, i nie przestaje torowTać sobie drogi na przód — rozkazał. By łam mu posłuszna.
Nasz siwowłosy pionier okazał się silny i sprawny; wbił się kl:nem w zwarty tłum, cierpliwym wysiłkiem przepchnął się przez spiętrzoną masę rozgrzanych ciał, tłoczących i duszących się wzajem, i wyprowadził nas na świeże, mroźne powietrze nocy.
— Jest pan Anglikiem? — zwrócił się do doktora Brettona, kiedy nareszcie wydostaliśmy się z teatru na ulicę.
— Tak. Jestem Anglikiem. I mówię z rodakiem? — zapytał Graham z kolei.
— Oczywiście. Proszę, niech pan będzie łaskaw zatrzymać się tutaj parę minut, dopóki nie odszukam mojego powozu.
— Ojczulku, nic mi się nie stało — odezwał 6ię dziewczęcy głosik — jesteś przy mnie, ojczulku?
— Jest przy pani przyjaciel, a ojciec pani jest także tutaj, w pobliżu.
— Niech mu pan powie, że nic mi się nie stało — boli mnie tylko ramię. O, moje ramię! Stratowano je!
— Zwichnięte może — mruknął doktór. — Miejmy nadzieję, że nic gorszego. Niech mi pani dopomoże na chwilę, Lucy.
Dopomogłam mu, jak umiałam, przy nałożeniu za pomocą chustki i odpowiedniego unieruchomienia nią ramienia, rodzaju prowizorycznego opatrunku, który ulżył nieco cierpiącemu ciężarowi Grahama. Młoda dziewczyna powstrzymała jęki, leżąc spokojnie i cierpliwie w jego ramionach.
— Jest bardzo lekka — rzekł — jak dziecko! Czy to dziecko? — zapytał mnie szeptem. Mogłaby pani określić jej wiek, Lucy?
— Nie jestem już dzieckiem. Mam siedemnaście lat — odparła pacjentka spokojnie, ale z godnością. I wnet dodała:
— Niech pan poprosi ojczulka, żeby przyszedł; jestem niespokojna o niego.
Powóz podjechał; ojciec młodej pacjentki uwolnił Grahama od jego ciężaru, przy przenoszeniu jej wszakże z jednych ramion w drugie urażone zostało cierpiące ramię. Jęknęła boleśnie.
— Kochanie moje! — szepnął ojciec czule, po czym zwrócił się do Grahama: — Powiedział pan, że pan jest lekarzem?
— Tak. Pozwoli pan, że przedstawię się: doktór Bretton z La Terrasse.
— Jak to dobrze! Będzie pan łaskaw wsiąść z nami do powozu?
— Mam tutaj mój własn*7 wehikuł, odszukam go i pojadę w ślad za państwem.
— Proszę, bądź pan łaskaw. Hotel Crecy, przy Rue Crecy — wymienił swój adres.
Pojechaliśmy za nimi tak szybko, jak tylko mogliśmy nadążyć. Graham milczał podczas jazdy. Całe to wydarzenie wydawało się raczej przygodą romantyczną.
Straciliśmy trochę czasu przy odszukaniu własnego powozu i dlatego, pomimo możliwego popędzania koni, zajechaliśmy przed hotel Crecy w jakie dziesięć minut ino że po dostaniu się do domu jego właścicieli. Był to hotel w znaczeniu francuskim: pałac, składający się z kilku budynków mieszkalnych, nie za| hotel w znaczeniu domu zajezdnego. Główny gmach był obszerny, wysoki, z wielką łukowato zakończoną bramą od strony ulicy. Z bramy wejściowej prowadziła sklepiona sień do czworokątnego wielkiego hallu.
Wysiedliśmy przed bramą, poszliśmy szerokimi, pięknymi schodami na górę i zatrzymaliśmy się na drugim piętrze przed drzwiami, oznaczonymi Nr. 2. Pierwsze piętro zajmował jakiś „p r i n c e r u s s e“ — książę rosyjski — jak poinformował mnie Graham. Zadzwoniliśmy do imponujących, wielkich drzwi, które natychmiast otworzono i wprowadzono nas do wytwornie urządzonego apartamentu. Zaanonsowani przez liberyjnego służącego, weszliśmy do salonu, na którego kominku płonął typowo angielski ogień, ściany salonu, natomiast, zdobiły cudzoziemskie lustra. Przy kominku ujrzeliśmy grupę: drobna postać dziewczęca, tonąca w głębokim, miękkim fotelu, dwie uwijające się dokoła niej służące i znany nam już siwowłosy pan, wpatrzony z zaniepokojeniem w twarz córki.
— Gdzie Harriet? Chciałabym żeby przyszła Harriet
— odezw’ał się słaby głosik.
— Gdzie jest pani Hurst? — zniecierpliwił się siwowłosy pan, zadając pytanie to gniewnym nieco głosem służącemu wr liberii.
— Bardzo mi przykro, ale pani Hurst nie ma w Villette, Panienka dała jej przecież urlop do jutra.
— Tak. To prawda. Ja sama dałam jej urlop. Pojechała do swojej siostry. Powiedziałam, że może pojechać. Przypominam sobie teraz. Bardzo żałuję jednak, bo Manon i Louison nie rozumieją ani słowa z tego co do nich mówię i urażają moje ramię, na pewno nie chcąc wcale urazić go.
Dr. John przywitał się z siwowłosym panem, a ja podczas ich parominutowego naradzania się podeszłam do fotela i, zorientowawszy się od razu czego życzy sobie osłabiona i na wpół omdlewająca młoda dziewczyna, zrobiłam to dla niej.
Byłam zajęta nią, kiedy zbliżył się Graham. Równie sprawny chirurg, jak umieietny internista, od razu, po bliższym zbadaniu ramienia, przekonał się, że jego znajomość chirurgii wystarczy w zupełności do leczenia danego przypadku. Przede wszystkim kazał przenieść pacjentkę do jej własnego pokoju i szepnął do mnie:
— Droga Lucy, niech pani pójdzie z tymi kobietami.wydają się dość tępe, będzie pani mogła przynajmniej kierować ich poruszeniami, aby zaoszczędzić biednemu dziecku bólu. Należy przenieść ją bardzo ostrożnie.
Własny pokój młodej dziewczyny był sypialnią, nieco przyciemnioną blado-niebieskimi draperiami oraz cienkimi jak mgiełka muślinowymi firankami i zazdrostkanii. Łóżko wyglądało jak utkane z puchów śnieżnych, białych i nieskalanych, miękkich i pajęczo zwiewnych. Odsunąwszy obie służące, rozebrałam ich młodą panią bez ich chętnej, ale niezdarnej pomocy. Nie miałam dość spokoju, aby móc zwrócić dostateczną uwagę na każdy pojedyńczy szczegół ubrania jakie z niej zdejmowałam, doznałam wszelako ogólnego wrażenia wykwintu, wysubtelnienia i wysokiego stopnia dbania o swoją osobę, o swój strój i o całe swoje środowisko. Cechy te ujawniały 6ię zarazem w powierzchowności dziewczątka, jak i we wszystkim co je otaczało. Kiedv w następstie miałam czas i możność zastanowić się nad tym, uderzył mnie kontrast, jaki zachodził pomiędzy intymną toaletą młodej pacjentki, a sposobem ubierania się panny Ginevry Fanshave.
Młodziutka dziewczyna, którą miałam przed sobą, była mała i drobna, ale zbudowana modelowo. Zczesane z czoła pasma jej obfitych, cienkich i lśniących jak jedwab włosów odsłoniły przede mną jej bladą, zmęczoną w tej chwili, ale niezrównanie arystokratyczną twarzyczkę. Czoło gładkie i jasne, brwi zakreślone nieskazitelnym łukiem, gęste i zanikające stpniow’o ku skroniom, oczy wie — kie, głębokie, zdające się wypełniać większą część twarzy, a w każdym razie górować nad poszczególnymi jej rysa mi. Twarz ta musiała być wyjątkowo wyrazista w normalnych warunkach, teraz wszakże była cierpiąca i wyczerpana. Cerę miała delikatną jak płatek kwiatowy; szyja i ręce były alabastrowe o cieniutkich niebieszczących się żyłkach. Pomimo tej dziecięcej nieomal delikatności wyglądu cechował twarzyczkę jej wyraz diuny, ujawniony w sposobie patrzenia, w łukowatym odęciu warg — nie wiem czy wrodzonym i nieświadomym — gdybym jednak widziała go u niej po raz pierwszy w normalnym stanie jej zdrowia, uderzyłby mnie on, jako niczym nieusprawiedliwiony i świadczący o zupełnie fałszywymi jej poglądzie na sprawy tego świata i na jej własny do nich stosunek.
Jej zachowanie się podczas dokonywanych na chorym ramieniu zabiegów, wzbudzało zrazu uśmiech; nie było dziecinne — raczej na ogół dość cierpliwe i stanowcze parę razy wszakże zwróciła się do doktora Johna w sposób szorstki i opryskliwy, zarzucając mu, że sprawił jej ból, i że winien starać się możliwie unikać tego. Widziałam także wielkie jej oczy utkwione w jego twarzy z wyrazem poważnego zdziwienia, z jakim zwykło patrzeć rozsądne, myślące dziecko. Nie wiem, czy Graham świadom był tego badawczego jej przyglądania się mu, a jeśli nawet tak było, strzegł się zdradzenia nieostrożnym jakimś spojrzeniem, że zdaje sobie z tego sprawę.
Uważałam, że zadania swojego dokonywał z niezmierną starannością i niezwykłą łagodnością, usiłując możliwie zaoszczędzić pacjentce cierpienia. Uznała to widocznie, bowiem po ukończonym opatrunku, rzekła tonem pełnym wdzięczności:
— Dziękuję panu, panie doktorze. Życzę panu dobrej nocy.
Mówiąc to, nie przestawała wpatrywać się w niego poważnie i badawczo. Ten poważny, skupiony wzrok wydał mi się dziwny i dziwnie niedostosowany do okoliczności.
Obrażenia, jakich doznała, nie były niebezpieczne. Ojciec pacjentki przyjął zapewnienie doktora Johna o tym z uśmiechem radosnym i tak pełnym szczerej szlachetno-
Villette t. II 5 65 ści serca, że zdolny był zjednać mu każdego. Z tak ujmującą powagą wyra/ił Grahamowi głęboką swoją wdzięczność, jak tylko potrafi uczynić to angielski gentleman w stosunku do człowieka, który wyświadczył mu wielką przysługę, mimo że był mu zupełnie obcy. Poprosił zarazem doktora Johna o złożenie córce jego nazajutrz wizyty lekarskiej.
— Ojczulku — odezwał się głos spoza firanek łóżka — podziękuj i tej pani także. Czy jest jeszcze tutaj?
Odchyliłam z uśmiechem firankę i spojrzałam na leżącą. Znacznie spokojn;ejsza już teraz, wyglądała bardzo ładnie, mimo że wciąż jeszcze była bledziutka; rysy miała wyjątkowo subtelnie wyrzeźbione i o ile na pierwszy rzut oka wydawała się twarz jej wyniosła i dumna, łagodził znacznie ten wyraz niib — uśmiech, jaki przywarł do jej ust.
— Dziękuję tej pani bardzo serdecznie — rzekł ojciec dziewczątka. — Wyobrażam sobie jak bardzo dobra była dla mojej córeczki. Myślę, że nie odważymy się wcale powiedzieć pani Hurst kto ją zastąpił i zrobił za nią to wszystko, co było właściwie jej obowiązkiem. Wiem jak głęboko czułaby się zawstydzona i jak bardzo byłaby zazdrosna.
I tak, w najżyczliwszym nastroju, po wymianie przyjaznych pożegnań, po uprzejmym, ze względu na późną porę, odmówieniu przez nas zaofiarowanego nam gościnnie poczęstunku, opuściliśmy Hotel Crecy.
Na drodze powrotnej przejeżdżalimy raz jeszcze mimo teatru. Ciemno tu już było i pusto; obłędnie cisnący się ku wyjściu, rozhukany tłum rozproszył się od dawna i znikł: światła, zarówno jak drobny, bez znaczenia ogień, pogaszone i zapomniane. Nazajutrz wyjaśniły dzienniki poranne, że jedna z luźno zwisających draperyj, na którą padła iskra — papierosa prawdopodobnie — zajęła się, po czym wnet została zdeptana i ugaszona w ten sposób.
ROZDZIAŁ XXIV
PAN DE B ASSOMPIERRE
Ludzie, żyjący w odosobnieniu, ludzie których istnienie upływa w zaciszu szkół, czy innych zamkniętych zakładów, muszą być przygotowani na to, że przyjaciele ich i znajomi, obywatele szerszego, wolnego świata, łatwro wykreślają ich ze swojej pamięci. W sposón niewytłumaczony przeważnie, bezpośrednio po dłuższym okresie wyjątkowo częstego widywania się sprawia przypadkowy splot drobnych, ale nieco podniecających okoliczności — których naturalnym wynikiem winno byłoby raczej być ożywienie, aniżeli zerwanie stosunków przyjacielskich — że następuje zupełne zawieszenie, absolutna, bezsłowna cisza, długa pustka zapomnienia. Nieprzerwana, niewyjaśniona, nie dająca niczym usprawiedliwić się pustka. Listy, drobne przesyłki, dawniej tak częste, zostają zniesione; odwiedziny, ponawiane dawniej periodycznie, ustają całkowicie; nie nadchodzą już nigdy więcej książki, gazety czy inne dowody pamięci.
Istnieją zawsze tysiączne najsłuszniejsze, zdałoby się, uzasadnienia takiego stanu rzeczy, szkoda tylko, że nie może nic wiedzieć o nich odcięty od świata pustelnik. Ta wypełniona pustką przerwa, która trwa dla niego tak nieskończenie długo, i przebiega tak powoli, że zegary zdają się wtrzymane, a bezskrzydłe godziny wloką się niby kroki piechurów znużonych długotrwałą wędrówką, wypatrujących już tylko kamieni wiorsto wy ch, aby na nich wypocząć, — ta sama przerwa obfituje może w wydarzenia i dyszy pośpiechem dla jego przyjaciół.
Pustelnik — o ile jest rozsądnym pustelnikiem — puści w niepamięć własne swoje myśli i zamknie pod klucz swoję odczuwania podczas tych tygodni pustki i mroźnej zimy swojej duszy. Będzie wiedział, że przeznaczeniem jego jest naśladować w pewnych warunkach susła, dostosuje się też do tego: zwinie się w małą kulkę, wpełznie w jakaś dziurę w murze życiowym i ulegnie pokornie okolicznościom, które będą trzymały go w mej, zakonserwowanego w lodzie w ciągu miesięcy, a bodaj lat całych.
Radzę mu, aby przyznał w takich wypadkach, ze „wszystko jest w porządku, że zupełnie zasłuzył na to, co go spotyka i że tak być powinno widocznie, skoro tak iest“ Może przysypana śniegiem mogiła jego otworzy się pewnego dnia, może powróci miękkie tchnienie wiosny, a słońce i ciepły wiatr południowy swobodnie dotrą do nie»o pączkowanie żywopłotów, śpiewy ptaszęce i szmer wyzwolonych z lodowych pęt strumyków zbudzą go miłośnie do’ zmartwychwstania. Możliwe, ze tak właśnie ułożą się dla niego sprawy, możliwe jednak, ze stanie się inaczej: zamróz przeniknie do głębi jego serca, które w gdy już nie odtaje, a kiedy nadejdzie wiosna, wydłubie z muru sroka czy wrona martwy, surowy jego szkielet jedynie. Ale i w tym wypadku nawet, będzie wszystko w porządku: wiedział wszak od samego początku, ze je.t śmiertelny, że będzie więc musiał kiedyś pojsc tą samą drogą, jaką idą wszystkie istoty z ciała i kości. „Prędzej
CZ Po tym^ełnym wydarzeń i wrażeń dniu bytności w teatrze nastąpiło dla mnie siedem tygodni jałowych i tak pustych, jak siedem niezapisanych arkuszy papieru: ani jedno słowo nie było napisane na żadnym z nich; pustki tych siedmiu tygodni nie ożywiły żadne odwiedziny, żaden widomy znak pamięci.,.
Mniej więcej w połowie tego czasu zaczęłam sobie wyobrażać, że coś musiało stać się z przyjaciółmi moimi z La Terrasse. Ku środkowi długotrwałej pustki takiej zwykły zasnuwać widnokrąg samotnika chmury złowieszcze, nerwy jego boleśnie napięte są wysiłkiem dług, ego — remnego wyczekiwania; wątpliwości, dotychczas odrzuca ne, gromadzą się teraz skłębione pod jego czaszka i tym silniejsze, im bardziej spiętrzone, osaczają go z siłą, gra niczącą z mściwością nieomal. I noc także staje się porą mvśli złowrogich, nie dopuszczających błogosławieństwa snu: n:esamowite wizje i walki zatruwają spo oj jtco łoża; ponura orkiestra dręczących snów z grozą czyhającej klęski i śmiertelnym lękiem zupełnego osamotnienia na jej czele, przyłącza się do nieubłaganego grona jego prześladowców. Biedny nieszczęśnik! Czym co jest w je „o mocv, aby pokonać te udręki, łamią go one wszakże: wbrew najlepszym jego usiłowaniom wysysają krew z jego żył, niszczą go duchowo i cieleśnie.
Ku końcowi długich tych okrutnych siedmiu tygodni pogodziłam się z myślą, której w ciągu poprzednich sześciu zazdrośnie do siebie nie dopuszczałam, ^ z prze świadczeniem, że straszliwa pustka ta była nieunikniona, że była naturalnym wynikiem, ostatnim ogniwem długiego łańcucha okoliczności, spełnieniem się wyroków losu, częścią mojego przeznaczenia życiowego, i, nade ^szystk„;.praw,; której przyczyn i źrć.lla me „al, zy n.gdy ciekać, na któreś bolesne skutki me wolno nigdy ut>ski wać, ani sarkać.....
Nie winiłam oczywiście siebie samej za moje cierpienia — pogadałam, chwała Bogu, zbyt wielkie poczucie sprawiedliwości, aby wpadać w niedorzeczną przesadę samooskarżania się. Co zaś dotyczy potępiania innych za ich milczenie, nie przychodziło nu mc podobnego na myśl wcale: wiedziałam, że nie ciąży na nich żadna wina i z głębi serca uniewinniałam ich najzupełniej. Mimo to jednak droga, jaką zniewolona byłam kroczyc, wydała nu sie ciężka i kamienista ponad możność zniesienia jej, tęskniłam też z całej duszy za nadejściem lepszych dni.
Próbowałam najrozmaitszych środków zapełnienia i podtrzymania mojego istnienia: rozpoczęłam zmu ną robotę kunsztownie wypracowanej koronki, z wielką pilnością uczyłam się języka niemieckiego, zabrałam się do stałego, regularnego czytania całego szeregu branych z miejscowego księgozbioru najgrubszych tomow o najhardziej suchej treści, i we wszystkich tych poczynaniach byłam tak wytrwała i niezłomna, jak to było stale moim zwyczajem. Czy obrałam fałszywą drogę? Nie mam pojęcia, to jedno wiem tylko, że wynik tych moich usiłowań był tak samo żałosny, jak gdybym gryzła stosy papieru, aby nasycić głód, albo piła słoną wodę morską, aby uśmierzyć pragnienie.
Godziną najsroższej mojej udręki była pora przybycia listonosza. Na nieszczęście, znałam ją aż nadto dobrze, usiłując oszukiwać samą siebie równie żarliwie, jak daremnie. Śmiertelnie obawiałam się zarówno katuszy oczekiwania, jak rozczarowania, poprzedzających codziennie tę morderczą dla mnie godzinę i nieodmiennie następujących po niej.
Wyobrażam sobie, że zwierzęta przetrzymywane w klatce i żywione tak skąpo, że stale są okrutnie wygłodzone, oczekują chwili żywienia ich z równie żarłoczną żądnością, z jaką ja oczekiwałam przybycia listonosza i przyniesienia mi przez niego listu. O — jeśli mam wyznać prawdę i porzucić ton fałszywego spokoju, który zamiast podtrzymać, bardziej tylko jeszcze wyczerpuje ludzką zdolność znoszenia udręk — doznawałam przez te siedem tygodni najsroższych obawT i cierpień, dręczącego zmagania się z samą sobą, nędznych zawodów nadziei, nie do zniesienia gorzkich rozczarowań, momentów bezbrzeżnej rozpaczy, której tchnienie przeszywało mnie na wskroś. Ale list, tak gorąco oczekiwany list, nie nadchodził, a był on wszak jedyną osłodą życia, jakiej mogłam spodziewać się.
W chwilach śmiertelnych takich zmagań się szukałam wciąż ponownie pociechy w zawartości małej szkatułeczki, zamkniętej w szufladzie mojego pulpitu — w owych pięciu błogosławionych listach. Jak czarownym wydał mi się ów miesiąc, którego niebiosa widziały narodziny tych pięciu gwiazd! Otwierałam błogosławioną szkatułkę o późnej godzinie zazwyczaj, że zaś nie miałam odwagi prosić co wieczór o świecę w kuchni, kupiłam sobie stoczek woskowy i zapałki do zapalania go i w porze wieczornego odrabiania przez uczennice lekcji na dzień następny przekradałam się do sypialni na górę, gdzie raczyłem się tą ona prawdziwą dla mnie manną bożą. Nie syciła mnie jednak; wychudłam jak szczapa, podobna do cienia raczej niż do żywego człowieka. Nie byłam chora wszelako.
Pewnego dnia, kiedy, jak zwykle, czytałam w sypialni późną porą, czując, że zatracam już możność czytania — listy wskutek nieustannego studiowania ich utraciły dla mnie cały smak i znaczenie — cenny kruszec rozdrabniał się w oczach moich na nikłe kruszynki, potęgujące gorycz mojego rozczarowania — rozległ się nagle na sc 10 ac i stuk pośpiesznych drobnych kroków. Znałam dobrze kroki Ginevry Fanshave; była zaproszona do znajomych w mieście na obiad tego dnia i powróciła już widocznie, przybiegła więc tutaj, aby odłożyć do szafy swoją zarzutkę i inne akcesoria swojego stroju.
Tak. To była ona. Wpadła, strojna w jasną jedwabną suknię, szal opadał z jej ramion, a umiejętnie utrefione loki, na wpół rozpuszczone na wilgoci wieczornej, opadały ciężkimi, niedbałymi pasmami na obnażoną szyję. Wydawała się nie w najlepszym humorze.. O, jaki idiotyczny wieczór: bezgranicznie głupi są ci ludzie! — zawołała na samym wstępie. Kto? Pani Cholmondeley i jej goście? O ile mi wiadomo, uważała pani zawsze jej dom za czarujący.
— Wcale nie byłam u pani Cholmondeley. Naprawdę? Zawarła pani świeże znajomości. i Przyjechał mój wuj de Bassompierre.
— Wuj pani, pan de Bassompierre? Nie jest pani rada temu? Przecież to ukochany krewny pani. Ani się śni: to wstrętny człowiek. Nienawidzę go.
— Dlatego, że jest cudzoziemcem? Czy tez z innych, równie ważkich powodów? ^ jat
— Nie jest wcale cudzoziemcem. Jest aż nadto Ang iki™. Stuprocentowym An„likiem. Nię dale, trzema czy czterema laty nosił angie s e naz, \ ‘ matka jego była cudzoziemką, nazywała się de Bassom pierre i Jo śmierci któregoś z członków i niziny swoje, z linii macierzystej odziedziczył majątek zmarłego wraz z jego tytułem i nazwiskiem: jest teraz wielką osobistością.
— I dla tego właśnie nienawidzi go pani?
— Wiem dobrze co matka moja mówi o nim — nie jest moim rodzonym wujem, poślubił tylko siostrę mojej matki. Mama nie znosi go, utrzymuje, że zabił on 6Woim postępowaniem ciotkę Ginevrę. Sprawia w istocie wrażenie niedźwiedzia. Spędziłam w jego domu wstrętny wieczór! Musi doznawać wyrzutów sumienia, patrząc na mnie; wszyscy u nas w domu utrzymują, że jestem jak dwie krople wody podobna do jego zmarłej żony, a mojej ciotki. Mama mówi nieraz, że podobieństwo między nami jest nie tylko uderzające, ale wręcz śmieszne.
— Była pani jego jedynym gościem?
— Czy byłam jedynym gościem? Tak. Prócz mnie była tylko moja mała kuzynka: nieznośne spieszczone stworzenie.
— Pan de Bassompierre ma córkę?
— Tak. Tak. Niech mnie pani nie zadręcza pytaniami. O, jaka jestem nieludzko zmęczona!
Ziewnęła. Rzucając się bez ceremonii na moje łóżko, dodała:
— Jak się zdaje, Mademoiselle de Bassompierre o mało nie została zgnieciona, stratowana na miazgę przy okazji paniki w teatrze przed kilkoma tygodniami.
— O, naprawdę?! I mieszkają w pałacu przy Rus de Crecy?!
— Justement — właśnie. — Ale skąd pani wie o tym?
— Byłam tam.
— 0, była pani?! Rzeczywiście? Widzę, że bywa pani wszędzie od pewnego czasu. Przypuszczam, że zabrała panią z sobą mama Bretton. Ona i szanowny eskulap mają entree librę — wolny wstęp — do pałacu Bassompierre‘ów: jak się zdaje „mój syn John“ wezwany był jako lekarz do panny de Bassompierre z racji jej accid e 11 t! O, wszystko to udawanie tylko i nic więcej! Nie wydaje mi się, ażeby miała być bardziej poturbowana, aniżeli zasługiwałaby na to za 9Woje nieanośne fumy. A teraz ani mama, ani synek nie wychodzą z „pałacowych komnat“. Słyszałam coś o „dawnej zażyłej ich znajomości, o licho wie jakich dawnych reminiscencjach. Wszyscy oni byli przeraźliwie idiotyczni!
— Wszyscy?! Mówiła pani przecież, że była pani jedynym gościem?
— Mówiłam tak? Naprawdę? Nic w tym zresztą dziwnego. Zapomina się łatwo o obecności starej kobiety i „jej chłopca“.
— Dr. Bretton i jego matka byli dzisiai wieczorem u pana de Bassompierre?
— Tak! tak! W całej swojej okazałości! A panna de Bassompierre bawiła się w gospodynię. Zarozumiała lalka
W rozgoryczeniu swoim i zapamiętaniu bezwiednie zaczęła panna Fanshave ujawniać głębsze przyczyny swojego stanu zgniębienia. Jej dawny żarliwy wielbiciel zaprzestał zupełnie składać jej hołdy, otaczać ją kadzidłem zachwytów i uwielbienia. Nie pomogła nic wypróbowana broń zalotności. Daremne, — <m zabiegi. Cios dotkliwy został zadany próżności zepsutej powodzeniem dziewczyny. Nie była w stanie strawić doznanej porażki. Leżała na moim łóżku, irytując się i złoszcząc niepomiernie.
— Czy panna de Bassompierre jest już zupełnie zdrowa?
— Zdrowiusieóka! Zupełnie tak samo, jak ja i pani. To kaprysy tylko. Umyślnie udaje chorą, aby zwrócić na siebie uwagę młodego doktora i przykuć go do swojej osoby. Wstrętne to. Ale jeszcze wstrętniejszy jest widok starej Brettonowej, zmuszającej mał* gąskę do odpoczywania na kanapie i powołującej się na to, że „mój syn John“ zakazał swojej pacjentce wszelkiego podniecania się, wszelkiego zmęczenia i t. p. Ohydne! Obrzydzenie budziła we mnie cała ta komedia!
— Nie wydawałoby się to pani komedią, gdyby przedmiotem uwagi i starań doktora i jego matki był kto inny: gdyby pani zajęła miejsce panny de Bassompierre. Taka jest pani tego pewna? Otóż oświadczam pani, że nienawidzę „mojego syna Johna!
„Mojego syna Johna“?! Kogo określa pani w ten sposób? Matka doktora Brettona nie nazwa go tak nigdy. Jeżeli nawet nie nazywa, to powinna go tak nazywać. Istny niedźwiedź, uczony błazen! Świadomie mówi pani nieprawdę. Mam już zresztą dość tego tematu. Żądam stanowczo, aby pani zechciała uwolnić moje łóżko i ten pokój od swojej obecności. Niepohamowana istoto! Spąsowiała pani z gniewu jak mak. Ciekawe dlaczego jest pani taka drażliwa a kndroit du gros Jean? — na punkcie grubego Johna „Joe Anderson, Mój Joe! Mói John!‘ Bardzo dystyn gowane imię!
Dygocąc z oburzenia, któremu nie mogłam dać wyrazu słownego — nie podobna było przecież wdawać się w spory z tą pustogłową wietrzmcą, z tą cmą o opalonych już nieco skrzydłach — zgasiłam woskowy stoczek, zamknęłam szufladę mojego pulpitu i wobec niechęci opuszczenia pokoju przez Gmeyrę, wyszłam ja sama. Gme vra bvła zawsze dokuczliwe uszczvnhwa, teraz wszak że stała się niemożliwie, nie do zniesienia skwasniała.
Nazajutrz był czwartek, jak zawsze więc, dzień na wpół rekreacvinv. Po śniadaniu ukryłam się w pierwszej klasie. Zbliżała się najgorsza dla mnie godzina godzina nadejścia listonosza, którei tak panicznie bałam się, oczekując jej zarazem w takim samvm napięciu nerwów, z jakim nawiedzany przez wizje prześladowcze, ocze uje ich ukazania się. Mniej niż kiedvkolwiek wydawało się prawdopodobne, aby mógł nadejść list tego dnia; mimo jednak powtarzania sobie tego nieustannie nie by łam zdolna zapomnieć, że mogłoby to jednak nastąpić. W miarę zbliżania się chwili zwrkłego przychodzenia poczty ogarniał mnie coraz większy niepokoi, Prz«^ «zaiacv nieomal wszvstko cze«o doświadczałam na tym punkcie do owego dnia. Wiał wschodni wiatr o™“* a ja od niedawna nauczyłam się poznawać na kierunku i oddziaływaniu wiatrów, z którymi zbratałem się w *posób niezrozumiały zupełnie dla ludzi normalnych i całkowicie zdrowych. Wichry nółnocne i wschodnie wpływały na mnie fatalnie, potęgując niesłychanie wszelkie moje cierpienia, pogłębiając wszelkie smutki. Wiatr południowy, natomiast, zdolny był uspakajać i koić, zachodni — rozweselać czasem nawet, o ile, oczywiście, nie przynosiły na swoich skrzydłach ciężaru chmur gradowych, który pozbawiał wszelkiej energii i odwagi.
Mimo kąśliwego chłodu i mroku tego dnia styczniowego, wybiegłam z klasy na dół bez kapelusza i popędziłam na sam koniec ogrodu, wśród którego obnażonych z Mści krzewów błąkałam się w ułudnej nadziei, że dzwonek listonosza zadźwięczy podczas mojej nieobecności, zbyt daleki, abym mogła usłyszeć go stąd i że tym samym może zaoszczędzony mi będzie wstrząs, którego nerwy moje, nieledwie stoczone do cna nieustannie wbijającym się w nie ostrzem obłędnie natrętnej myśli, nie były już w stanie wytrzymać. Dlatego pozostałam w ogrodzie tak długo, jak tylko mogłam bez obawy zwrócenia uwagi Madame na moją nieobecność. Owinęłam głowę fartuchem i zatkałam sobie uszy w obawie podchwycenia i z tej odległości nawet dręczącego dźwięku, pewna, że i tym razem nie przyniesie on mi nic takiego, co mogłoby przerwać dla mnie straszliwą jałowość pustki. Zdecydowałam s ę wreszcie powrócić do pierwszej klasy, do której, jako że nie wybiła jeszcze dziewiąta, nie były uczennice wpuszczane. Pierwszą rzeczą, jaka rzuciła mi się tu w oczy, była szeroka płaska biała plama na czarnym tle mojego biurka. Poczta przybyła podczas mojej nieobecności, a ja, będąc daleko nie słyszałam dzwonka pocztyliona. Rozyna była w mojej norce i, niby wróżka dobroczynna, pozostawiła jasny ślad swojej obecności. Ta biała, jaśniejąca plama na czarnym blacie biurka była listem, prawdziwym, najprawdziwszym listem! Dostrzegłam to już z odległości trzech yardów, że zaś mogłam spodziewać się listu od jednego tylko człowieka na świecie, musiał to być list od niego właśnie — od nikogo innego. Pamięta więc o mnie jeszcze! Jak głęboką wdzięczność odczuło moje serce! Oblała je nowa gorąca fala życia.
Podszedłszy do biurka, pochyliłam się nad listem, wpatrzona w wypisane na kopercie litery, przejęta niewzruszoną nieomal nadzieją ujrzenia znanego charakteru pisma/ Jakież było wszakże moje rozczarowanie, kiedy od razu uderzyły mnie znaki, jak mi się wydawało, zupełnie obce, nierówTie bazgroty kobiece zamiast stanowczego, męskiego pisma. Pierwszą moją myślą było, ze los jest zbyt okrutny dla mnie, syknęłam też głośno prawie:
— To okrucieństwo!.
Przezwyciężyłam jednak i ten ból także. Zycie jest zawsze życiem bez w^zgledu na cierpienia, jakie poworuje, na ciosy, jakie zadaje: oczy nasze, uszy i użytek, jaki dano nam robić z nich, domagają się zastosowania ich w’każdej okazji, chociażbyśmy nie mieli spodziewać się żadne] przyjemności z tego, co zobaczymy i usłyszymy.
Otworzyłam list, którego pismo zdołałam po chwili już rozpoznać, jako znane mi od dawna. List pisany był z „La Terrasse“ i brzmiał jak następuje:
„Droga Lucy.
Mnie przypada troska dowiedzenia się co zachodziło z tobą w ciągu ubiegłego miesiąca, a może nawret dwóch miesięcy. Ani przez jedną chwilę nie przychodzi mi na myśl przypuszczać, abyś miała mieć jakiekolwiek trudności w zdaniu sprawy z teso co porabiasz i co porabiałaś przez ten cały czas. Jestem pewna, że byłaś tak samo zajęta i zadowolona, jak my w La Terrasse. Co się tyczy Grahama, zakres jego zajęć i obowiązków zawodowych rozszerza się z każdym dniem: tak bardzo jest poszukiwany, tak zawalony pracą, że obawiam się i mówię mu to — aby nie wzrósł z tego powodu w pychę, me stał się bardzo zarozumiałym. Jako dobra i rozumna matka, którą jestem, robię co mogę, aby me dopuścić do tego; nie słyszy nigdy ode mnie, jak ci zresztą dobrze wiadomo, ani jednego słowa pochlebnego. A przecież, moja ucy, pyszny z niego chłopak: serce jego matki skacze z rado-
Ści na myśl o nim. Po odbyciu mnóstwa pilnych zawsze wizvt lekarskich, po zmaganiu się z najrozmaitszym! prysami i humorami pacjentów, po zwalczeniu setek n dziwaczniejszych przesądów i uprzedzeń, a czasem patrzeniu na okrutne cierpienia — może tu i owdzie jak zarzucam mu, zadawaniu ich-wraca ozorem do domu, do mnie w tak miłym, serdecznym usposobieniu, ze na prawdę mam wrażenie, jakobv życie moje upływało w rodzaiu moralnych antypodów-, i w te wieczory styczni we wschodzi dla mnie dzień wtedy, kiedv dla innych za-
PaMimoZto°musi być chłopak trzymany w ryzach karco„V i powściągany, bynajmniej tez me skąpię mu J przysługi. Taki jest jednak giętki, tak umie wyślizgiwać sie że nie istnieje możność prawdziwie zniecierpliwić go. Ilekroć wydaje mi się, że zmiażdżyłam go do cna spręża sie i odwzajemnia mi się żartami i kpinkami ale ty Lucy, znasz przecież dobrze jego samego i wszystkie jego n e godziwe sztuczki, głupia też ze mnie starucha, ze czynię z niego główny temat tego listu.
Co się tyczy mnie samej, miałam tutaj odwiedziny jccr0 agenta z Bretton, byliśmy też oboje pogrążeni po u szy w rozważaniu spraw handlowych. Tak bardzo prasnęłabym odzyskać dla Grahama cząstkę bodaj tego co pozostawił mu jego ojciec. Chłopak śmieje ^ę z uBiłowan moich w tym kierunku; mówi, ze powinnam jemu same mu pozostawić troskę o utrzymanie własne i moje, ta i dopytuje się czego jego „starszej pani mnze V1, a jeszcze. Wspomina o błękitnych jak niebo toczkach po mawia mnie o ambicje obwieszania się ^1 — utrzymywania służby liberyjnej posiadania; Pj£cu, za dawania szyku i służenia za wzor elegancji dla całego klanu angielskiego w Villette.
Mówiąc o błękitnych jak niebo toczkach, Z“UJ«’ze “ mogłaś być razem z nami ostatniego wieczora. Graham powrócił do domu bardzo zmęczony i, po wyoicm herb ty wyciągnął się ze zwykłym swoim zuchwalstwem na móimf rodzonym fotelu. Ku wielkiemu zachwytowi mo jemu uciął od razu smaczną drzemkę. (Pamiętasz, jak droczył się ze mną zawsze o moje zasypianie: ze mną, która nigdy, w żadnym wypadku, nie potrafię zasnąć za dnia!) Kiedy tak patrzyłam na niego śpiącego, wydał mi się bardzo ładny — głupia jest ta moja duma z niego! — kto jednak mógłby nie być dumny z takiego chłopca? Pokaż mi drugiego takiego jak on! Wypatruję oczy na wszystkie strony, nie mogę jednak znaleźć w całym Villette nikogo, kto mógłby mu dorównać. Otóż, wpadło mi na myśl urządzić mu kawał: przyniosłam mój błękitny jak niebo toczek i jak najostrożniej przystroiłam jego głowę we wspaniałą tę damską ozdobę. Zapewniam cię, że byłoby mu w niej wcale do twarzy; wyglądałby zupełnie jak wschodni basza, gdyby nie miał takiej jasnej cery. Nikt jednak nie mógłby zarzucić mu teraz, że ma rude włosy — są prawdziwie kasztanowate — koloru ciemnego, lśniącego kasztana, a kiedy, w dodatku do toczkaturbana, zarzuciłam na niego mój wielki szal kaszmirowy, wyglądał jak najpiękniejszy, jakiego można wymarzyć, młody zaimprowizowany dej, bej, czy basza.
Była to zabawa przednia; szkoda, że korzystałam z niej sama jedna tylko, że nie było ciebie tutaj ze mną, moja Lucy.
„Po pewnym czasie zbudził się mój wschodni władca: lustro, wiszące nad kominkiem, ujawniło mu od razu metamorfozę, jaka dokonała się w jego wyglądzie, możesz więc łatwo wyobrazić sobie, w jak nieustannym strachu ż — “» odtąd przed zemstą, jaka czeka mnie z jego strony.
„Czas już jednak najwyższy przystąpić do głównego zadania tego listu. Wiem, że czwartek jest dniem na wpół rekreacyjnym w zakładzie wychowawczym przy Rue Fossette: bądź gotowa na piątą po południu, bo o tej godzinie zajedzie po ciebie nasz wehikuł, aby przywieźć cię do La Terrasse. Nie zrób mi tylko zawodu: spotkasz się u nas może z dawnymi znajomymi. Bądź zdrowa, moja rozsądna, droga, poważna mała chrześniaczko. Do widzenia t twoją całym sercem
LUIZĄ BRETTON“.
O, list taki jak ten przywraca człowiekowi chęć do życia! Nie rozweseliłam się może od razu po przeczytaniu go, znacznie jednak uspokoiłam się; jeśli nawet list ten nie rozproszył mojego smutku, przyniósł mi w każdym razie znaczną ulgę. Dowiedziałam się, że moi przyjaciele przynajmniej są zdrowi i zadowoleni: żaden nieszczęśliwy wypadek nie przytrafił się Grahamowi, ani choroba nie dotknęła jego matki — nie spadła na nich zacina z klęsk, których tak straszliwie obawiałam się dla nich. Ich uczucia dla mnie również nie uległy zmianie — — pozostawały w dalszym ciągu takie jakie były uprzednio.
A przecież, jaki kontrast uderzający stanowił sposob spędzenia tych siedmiu tygodni przez panią Bretton w zestawieniu z tymi samymi siedmioma tygodniami, spędzonymi przeze mnie! Jak rozsądnie postępują też ludzie, znajdujący się w wyjątkowym położeniu, jeśli umieją trzymać język za zębami i nie spieszą się ujawniać światu jak bardzo to ich wyjątkowe położenie poi ich żółcią! Świat względnie łatwo rozumie możność ginięcia z głodu z powodu braku pożywienia, nie wielu jednak znajdzie się ludzi, zdolnych pojąć i odczuć przeżycia tych, których osamotnienie i odcięcie od wszystkiego doprowadza do szału prawdziwie. Przyglądają się odgrzebanemu po długim zakopaniu go więźniowi, który zidiociał zupełnie, albo stał się maniakiem, człowiekiem pozbawionym normalnych władz myślowych. Nemy jego, zrazu podniecone, wzburzone, przechodziły niewysłowione katusze, aż wreszcie załamały się całkowicie, dotknięte bezwładem. Wszystko to jest sprawą zbyt powikłaną i trudną, aby można było ją zbadać, zbyt niezwykłą i oderwaną, zbyt mało dostępną dla przeciętnego umysłu, aby szersze koła zdolne były ją zrozumieć i wniknąć w nią Próbujcie mówić o tym! Moglibyście z równym skutkiem stanąć na pierwszym lepszym placu targowym którego z miast europejskich i wygłaszać mętne kazania w nastroju i języku, jakim Nebuchadenazzar, ów cesarski hipochondryk, porozumiewał się z oszołomionymi Chaldejczykami. Długo jeszcze rzadkim zjawiskiem pozostaną umysły owych nielicznych, dla których sprawy podobne są niezbadaną tajemnicą, i które zdolne są wczuć się w przeżycia nieszczęsnych samotników. Długo też długo może jeszcze będzie utrzymywało się przekonanie, że tylko fizyczne klęski i braki zasługują na prawdziwe, czynne współczucie i że wszystko inne jest czczym wymysłem jedynie. Kiedy świat był młodszy i zdrowszy niż jest dzisiaj, były przeżycia moralne jeszcze głębszą tajemnicą: w całym królestwie Izraelskim znajdował się może jeden tylko Saul — na pewno zaś jeden tylko Dawid, zdolny zrozumieć go i ukoić.
Chłodny, ale bezwietrzny, spokojny poranek ustąpił w późniejszej porze dnia miejsca ostrym poświstom wichru, wiejącego z pustynnych równin rosyjskich: zimna strefa wzięła górę nad umiarkowaną, od razu ścinając wszystko mrozem. Ciężkie zwały śnieżne pędziły ze wschodu i z północy, zaścielając położone bardziej na południe. i zachód kraje Europy. W porze popołudniowej rozsrożyła się tak niepomiernie gwałtowna śnieżyca, że zachodziła obawa, czy możliwe będzie przysłanie po mnie powozu. Mogłam jednak zaufać mojej chrzestnej matce. Zaprosiwszy mnie, zrobi co tylko będzie w jej mocy, aby sprowadzić swojego gościa. Istotnie też około szóstej wysiadłam z powozu i stanęłam na pokrytych już grubą warstwą śniegu stopniach wejściowych chateau i wprowadzona zostałam do La Terrasse.
Wbiegłszy przez hall na górne piętro, do salonu, zastałam panią Bretton, promienną niby dzień letni. Gdybym była dwa razy bardziej zziębnięta, niż byłam w istocie, jej serdeczny pocałunek i uścisk wystarczyłyby niewątpliwie do rozgrzania mnie. Przywykłej teraz od dłuższego czasu do pokojów z niczym nieokrytymi podłogami z desek, do ciemnych ławek, czarnych tablic, pulpitów i pieców, wrydał się niebieski salon osobliwie wspaniały. Już sam jego, przypominający Boże’Narodzenie ogień na kominku olśnił mnie jasnym, szkarłatnym swoim płomieniem.
Po przytrzymaniu przez krótką chwilę ręki mojej w swojej dłoni i pogawędzeniu ze mną wyłajała mnie moja matka chrzestna przede wszystkim za wielkie zeszczuplenie od czasu naszego ostatniego wadzenia, a zauważywszy że wicher rozrzucił moje włosy, posłała mnie na drugie piętro, do dawnej mojej sypialni, abym przygładziła je i zdjęła szal.
Znalazłszy się w dawnym, miłym moim pokoju, utrzymanym w zielonkawej barwne wody morskiej, zastałam i tam również suty ogień na kominku i pozapalane światła: dwie wysokie świece woskowe ustawione były po obu stronach wielkiego lustra, przed lustrem wszakże stała, ubierając się, zwiewna istotka, niby z bajki — drobna, szczupła, biała, istny duszek zimowy.
W pierwszym mgnieniu przyszedł mi na myśl Graham i jego teoria ułudnych zjaw wzrokowych. Nieufnym spojrzeniem ogarnęłam szczegóły tej nowej wizji tchnącej trudnym do opisania wdziękiem. Miała na sobie białą, 7, lekka usianą szkarłatnymi kropkami suknię przepasaną pąsow’ą szarfą w pasie; na jej lśniących włosach upięty był zręcznie wianuszek z Hści bluszczowych. Bez względu na to, czy była to zjawa, czy nie, nie miała w sobie nic upiornego, ani przejmującego grozą, śmiało też podeszłam do niej.
Zwróciwszy się nagłym ruchem w moją stronę i, utkwiwszy we mnie szeroko rozwarte zaciekawieniem oczy ocienione równie długimi jak ciemnymi rzęsami, zawołała cichym, łagodnym głosem, uśmiechając się przy tym przyjaźnie:
— 0, przybyła pani nareszcie!
Poznałam ia natychmiast. Kto raz jeden widział tę twarz o wyrzeźbionych najdelikatniejszym dłutem rysach, nie mógł jej nie poznać.
— Panna de Bassompierre! — zawołałam.
— Nie — odparła — dla pani nie panna de Bassompierre.
Nie pytając kim mogłaby być dla mnie, jeśli nie panną de Bassompierre, czekałam cierpliwie na udzielenie mi przez nią odpowiedniej informacji.
Villette t, II 6 81
— Zmieniła się pani, poznaję panią jednak; jest pani zawsze ta sama — rzekła, podchodząc ku mnie bliżej.
— Pamiętam panią dobrze, ruchy pani, kolor włosów, rysy i owal twarzy pani...
Zbliżyłam się do ognia kominkowego, ona zaś stała naprzeciwko mnie, wpatrzona wnikliwie w moją twarz, coraz bardziej zamyślona, ożywiona coraz cieplejszym uczuciem, aż wreszcie mgiełka łez przysłoniła jasność jej wzroku.
— Płakać chce mi się naprawdę na wszystkie te tak dawne wspomnienia. Nie byłyby to jednak łzy smutku, czy sentymentalnego roztkliwienia. Jestem, wręcz przeciwnie, rada, bardzo rada...
Zaciekawiona, niezdolna wszakże połapać się w dziwnej sytuacji, nie wiedziałam co mam odpowiedzieć, po dłuższej wreszcie chwili wyjąkałam:
— Wydaje mi się, że nigdy nie zetknęłam się z panią aż do owego wieczora sprzed kilku tygodni, kiedy to odniosła pani obrażenia...
Uśmiechnęła się.
— Zapomniała więc już pani zupełnie, że siadywałam na jej kolanach, że nosiła mnie pani na rękach, a nawet dzieliła pani ze mną swoją poduszką? Zapomniała już pani o owym wieczorze, kiedy, jako płacząca rozkapryszona mała dziecina, przyszłam do łóżka pani, a pani wzięła mnie do siebie i utuliła serdecznie? Nie zachowała się w pani pamięci ulga i ukojenie, jakie spłynęły z dobroczynnych rąk i ust pani na prawTdziwie głęboko cierpiące dziecko? Niech pani zechce cofnąć się myślą do Bretton i przypomni sobie pana Home‘a.
Przejrzałam wreszcie. Zrozumiałam wszystko.
— Więc to pani jest ową małą Polly?
— Nazywam się Paulina Maria Home de Baesompierre.
Jakie zmiany zasadnicze powoduje czas! W drobnych, acz przedziwnie regularnych rysach małej Polly, w jej ruchliwej, łatwo zmieniającej wyraz twarzyczce tkwiła już zapowiedź przyszłego jej wdzięku; twarz jej obiecy wała być osobliwie interesującą. Ale Paulina Maria de Bassompierre wyrosła na piękną młodą dziewczyrnę, nie uderzającym może od razu oczu wszystkich pięknem róży, pięknem krągłych, pełnych kształtów, ani także białoróżową cerą i złocistością włosów jej kuzynki, Ginevry. Jej siedemnasta wiosna przyozdobiła ją subtelnym czarem, nie polegającym na świetności karnacji, mimo że cera jej była jasna i przejrzysta; ani też na klasycznej regularności i harmonijności kształtów, jakkolwiek miała śliczne rysy i nieskazitelnie kształtne ręce i nogi, ale raczej na promienności jej duszy, jaśniejącej z całej jej powierzchowności i postaci. Nie była to czara nieprzejrzysta z cennego kruszcu, ale lampa prześwietlona od wewnątrz światłem nieskalanym, osłaniająca dziewiczy płomień życia przed zdmuchnięciem go, nie ukrywająca go wszakże przed wielbieniem go i składaniem mu hołdów. Mówiąc o jej powabach, nie widzę potrzeby dobierania przesadnych określeń, faktem jest jednak, że były one w moim pojęciu bardzo istotne i zniewalały dla niej serca. Była zbyt drobna, aby można było mówić o niej jako 0 istocie doskonale pięknej, czarowała wszakże wytwornym wdziękiem białego fiołka, górującym nad pięknem najwspanialszej kamelii, najświetniejszej dalii, jaka zakwitła kiedykolwiek.
— 0, pamięta pani dawne czasy w Bretton?
— Lepiej — odparła — lepiej może niż pani. Pamiętam każdy najdrobniejsza szczegół; nie tylko zapamiętałam cały czas mojego pobytu tam, ale każdy poszczególny dzień, każdą godzinę dnia.
— Musiała pani jednak * — linieć wiele rzeczy.
— Bardzo nie wiele, przypuszczam.
— Była pani wtedy bardzo wrażliwą maleńką istotką, łatwo zmieniającą nastroje i odczuwania; takie to już dawne czasy, że, dorósłszy, musiała pani z natury rzeczy zapomnieć o radościach i smutkach, o przywiązaniach 1 rozczarow aniach, jakie rodziły się w umyśle r>ani przed dziesięciu laty?
— Przypuszcza pani, że zapomniałam o tych, których kochałam, że zapomniałam iak bardzo ich kochałam, będąc dzieckiem?,
— Ostrość odczuwań musiała złagodnieć — zatrzeć się nawet musiała głęboka pieczęć, jaką wyryły one na dziecięcym umyśle. ^. Nie umiem na to odpowiedzieć, wiem tylko, ze zachowałam w żywej pamięci wszystko co dotvczy owyc i dni..,.
Sprawiała takie wrażenie, jak gdyby rzeczywiście zapamiętała wszystko. Oczv jej promieniały wyrazem isto ty, która nie umie zapominać, istoty, dla której wspomnienia dziecięctwa nie rozwiały się jak sen, ani też której młodość przemija bez śladu ni to promień słoneczny. Nie brała na pewno życia powierzchownie i bezmyślnie, nie wiążąc przeżywanych okresów w jedną ścisłe zazębioną wzajem całość; nie pozwalała jednej porze roku, jednemu sezonowi towarzyskiemu zatracać się w niepamięci z chwilą rozpoczynania się dla mej następnych. JNanizywała na sznurek wspomnień wszystkie z kolei, przebiegając często myślą każdy okres od początku i w ten sposób, w miarę rozwoju i dojrzewania, gromadząc trwale i harmonijnie wspomnienia i przeżyte doznania.
Mimo to nie mogłam pogodzić się z myślą, aby wszyst kie obrazy, tłoczące się teraz przed okiem mojej wyobraźni, miały być i dla niej także równie żywe i wyraźne. Jej tkliwe przywiązania, jej gry sportowe i zabawy, walki i spory z ukochanym towarzyszem, cierpliwe, szczere oddanie iei dziecięcego serduszka, jej obawy, je] taktowna powściągliwość i przezorne trzymanie się z dala, jej drobne przeżycia, zawody i smutki, ostatni przejmujący ból rozstania... Cofnęłam sie mvślą do tego wszystkiego i notrząsnęłam nieufnie głową. Ona jednak upierała się przy swoim...
— Dziecko siedmioletnie żvie w dalszym ciągu w siedemnastoletniej dziewczynie — rzekła.
— Niezmiernie lubiła nani panią Bretton zaczęłam, chcąc ją wyprobować. Od razu jednak wyprowadziła mnie z błędu.
— Nie niezmiernie — rzekła — lubiłam ją i szanowałam, tak samo jak lubię i szanuję ją teraz. Wydaje mi się bardzo mało zmieniona.
— Nie zmieniła się w istocie — przyznałam.
Milczałyśmy przez kilka chwil. Rozejrzawszy się po pokoju, dodała:
— Widzę tutaj niektóre sprzęty, przywiezione widocznie z Bretton. Pamiętam, że były tam. Zapamiętałam zwłaszcza tę poduszeczkę do szpilek i to lustro.
Jej ocena własnej pamięci była, jak się okazało, zupełnie usprawiedliwiona, przynajmniej o ile dotyczyła rzeczy materialnych.
— Wydaje się więc pani, że poznałaby pani panią Bretton? — badałam w dalszym ciągu.
— Doskonale ją zapamiętałam: jej rysy, oliwkowy odcień jej cery, czarne włosy, wzrost, chód, ruchy i głos.
— O zapamiętaniu przez panią doktora Brettona — dodałam — nie mogło oczywiście być mowy. Wobec tego, że byłam obecna przy pierwszym ponownym spotkaniu pani z nim, mogę stwierdzić, że wydał on się pani człowiekiem zupełnie obcym.
— Owego pierwszego wieczora byłam oszołomiona, ale i zdumiona zarazem — odparła.
— W jaki sposób nastąpiło ponowne poznanie się jego i ojca pani?
— Wymienili bilety wizytowe. Nazwiska i imiona „Graham Bretton“ i „Home de Bassompierre“, dały powód do wzajemnego zadawania sobie pytań i udzielania wyjaśnień. Było to zaraz nazajutrz po owym wypadku w teatrze. Jeszcze przed tym jednak zaczęłam już wyczuwać coś.
— Jakto — wyczuwać coś?!
— O — odparła — jakie to dziwne, że większość ludzi zdaje się z taką trudnością wyczuwać istotę rzeczy — nie tyle dostrzegać fakty, ile wyczuwać je! Po paru wizytach lekarskich, jakie złożył mi doktór Bretton, który przy tej sposobności siedział przy mnie i rozmawiał ze mną, dzięki czemu miałam możność przyjrzenia się jego sposobowi patrzenia i wyrazowi jego twarzy, układowi jego ust, kształtowi jego podbródka, pochyleniu jego głowy przy mówieniu, słowem wszystkiemu, co uderza nas w osobach, z którymi się stykamy, czy mogłam, drogą narzucającego się samo przez się kojarzenia myśli, nie przypomnieć sobie Grahama Brettona? Graham był szczuplejszy niż doktór Bretton i nie taki wysoki, miał gładszą twarz, dłuższe i jaśniejsze włosy; nie mówił także głosem tak głębokim, ale raczej podobniejszym do głosu dziewczęcego, a jednak jest on Grahamem, zupełnie tak samo, jak ja jestem małą Polly, a pani jest Lucy Snowe.
Byłam zupełnie tego samego zdania, zdziwiła mnie jednak nasza jednomyślność w tym względzie: istnieją sprawy, co do których tak rzadko spotykamy się z sądem identycznie takim samym jak nasz własny, że cudem nieledwie wydaje się, kiedy wydarza nam się coś podobnego, jak w tym wypadku.
— Pani i Graham byliście niegdyś towarzyszami zabaw? t
— I pani również zapamiętała to? — zapytała Paulina z kolei.
— Nie wątpię, że i Graham także zapamiętał — odparłam.
— Nie pytałam go o to: nie wiele istnieje rzeczy, które zdziwiłyby mnie bardziej, aniżeli przekonanie się, że zapamiętał. Przypuszczam, że jest zawsze po dawnemu wesoły i beztroski?
— Czy było tak dawniej? Uderzyło to panią wówczas już? Takim włanie zapamiętała go pani?
Pamięć moja nie umiałaby odtworzyć go sobie innym. Miewał okresy wielkiej pilności; inne znów, kiedy bywał bardzo wesoły; niezależnie jednak od tego, czy był w danej chwili bardziej usposobiony do nauki, czy do zabawy, zajmował go nade wszystko przedmiot jego chwilowego upodobania: książki lub gra. Nie wiele liczył się wówczas z tymi, z którymi po społu zajęty był czytaniem czy zabawrą.
— Panią jednak wyróżniał zawsze.
— Wyróżniał mnie?! O, nie, miał poza mną innych jeszcze towarzyszy zabaw — swoich kolegów szkolnych. Nie miałam dla niego wielkiego znaczenia, z wyjątkiem niedziel: tak, w dni niedzielne bywał szczególnie uprzejmy dla mnie. Pamiętam że chodziliśmy razem, trzymając się za ręce, do kościoła Ś-tej Marii, a on wyszukiwał mi i wskazywał ustępy odpowiednie w mojej książce do nabożeństwa. A jaki dobry i spokojny bywał w niedzielne wieczory! Taki łagodny jak na tak żywego, dumnego chłopca! Taki cierpliwy i wyrozumiały na wszystkie moje błędy w czytaniu. Jak cudownie było móc zawsze liczyć na jego towarzystwo: nigdy nie spędzał niedzielnych wieczorów poza domem. Obawiałam się zawsze, że przyjmie jakieś zaproszenie i opuści nas. Nigdy jednak me robił tego; zdawał się nie mieć nigdy chęci do wyjścia z domu w niedzielę. Teraz, oczywiście, jest na pewno inaczej: przypuszczam, że niedziela jest dla doktora Brettona dniem obiadowania poza domem... Zejdźcie na dół, dzieci — zawołała z dolnego piętra pani Bretton. Paulina ociągałaby się jeszcze z zejściem, nakłoniłam ją jednak do usłuchania wezwania pani Bretton. Zeszłyśmy.
ROZDZIAŁ XXV
MAŁA HRABIANKA
Pomimo wesołego z natury usposobienia mojej matki chrzestnej i jej starania się z całego serca o zabawienie nas, nie był wieczór ten w La Terrasse szczególnie wesoły, dopóki poprzez dzikie poświsty wichru w tę noc zimową nie doszło uszu naszych skrzypienie kół i tętent kopyt końskich. Jak często serca i wyobraźnia kobiet i dziewcząt, siedzących w przytulnym cieple kominka, odrywają się od otaczającego je miłego spokoju, wędrują daleko poprzez ciemność nocy, poprzez szarugi, wichry i śnieżne zawieje, wyczekują u wrót samotnych podczas burzy najsroższej, aby towarzyszyć w myśli przynajmniej ojcu, mężowi, czy synowi, których obowiązki ich zawodu trzymają w noce takie poza domem!
Ojciec i syn powrócili wreszcie do chateau: tego wieczora hrabia de Bassompierre towarzyszył doktorowi Brettonowi. Nie wiem, która z naszej trójki pierwsza dosłyszała tętent kopyt końskich: gwałtowność zawiei śnieżnej była aż nadto wystarczającym usprawiedliwieniem naszego zbiegnięcia pędem na dół do hallu na spotkanie i powitanie obu przybyszy, którzy nie pozwolili nam jednak zbliżyć się do siebie — wyglądali obaj jak chodzące góry śnieżne. Pani Bretton kazała im oczywiście wejść przede wszystkim do kuchni, ostrzegając ich, pod grozą najsurowszych kar, aby nie ważyli się stąpnąć krokiem na wyłożone dywanem posadzki, dopóki nie otrzepią się dokumentnie z puszystego białego nalotu, który ucharakteryzował każdego z nich na zrobionego najdoskonalej ŚwTetego Mikołaja. Towarzyszyłyśmy im naturalnie do kuchni, typowo holenderskiej, jasnej, obszernej i bardzo przyjemnej. Mała biała hrabianeczka tańczyła i uwija ła się dokoła niemniej białego swojego papv, klaszcząc w rączki i wołając:
— Ojczulku, ojczulku, wyglądasz jak ogromny niedźwiedź podbiegunowy!
Niedźwiedź otrząsnął się, obryzgując hrabianeczkę, która uciekła czym prędzej od mroźnego natrysku. Wnet jednak powróciła ze śmiechem, aby dopomóc ojcu do uwolnienia się od podbiegunowego jego przebrania. Hrabia, wyłuskawszy się wreszcie ze swojego spowicia, zagroził córce zrzuceniem na nią całej lawiny.
— Zrzuć, ojczulku — zawołała, nachylając się, niby dla podstawienia głowy pod lawinę, w momencie jednak, kiedy spaść miała na nią, uskoczyła w bok rzutem zręcznym jak młodej sarenki.
Ruchy jej miały giętką miękkość i aksamitny wdzięk poruszeń kotki, śmiech jej dźwięczał bardziej metalicznie, niż odgłos srebrnych dzwoneczków, czyściej, niż brzęk potrąconego kryształu. Kiedy, ująwszy w obie maleńkie swoje dłonie lodowato zimne rece ojca, rzcierała je i stanęła na czubkach palców, aby sięgnąć do jego ust i otrzymać ich pocałunek, zdawała się jaśnieć dokoła niej aureola upojenia miłosnego. Poważny, czcigodny jej rodzic patrzył na nią takim wzrokiem, jakim mężczyźni zwykli patrzeć na istoty, które są oczkiem ich w głowie.
— Niech mnie pani nauczy, droga pani Bretton, co mam robić z tą moją córką, czy raczej z tym moim projekciktem na córkę? Nie przybywa jej ani rozumu, ani wzrostu. Nie uważa pani, że została takim samym prawie dzieckiem jakim była dziesięć lat temu?
— Nie jest bardziej dzieckiem, niż ten mój dryblas — odparła pani Bretton, spierająca się właśnie z synem w kwestii zmiany stroju, uważanej przez nią za wskazaną, odrzucanej wszakże uparcie przez niego. Stał oparty o holenderski kredens, śmiejąc się i nie dopuszczając matki do siebie.
— Zgódź się na kompromis, mamo — rzekł wreszcie — i pozwól nam nasamprzód rozgrzać się, zarazem wewnętrznie i zewnętrznie, napić się tutaj w kuchni cze goś mocnego za pomyślne Boże Narodzenie i wznieść toast na cześć Starej naszej Anglii.
Gdy więc hrabia grzał się przy kominku, a Paulina Maria uwijała się radośnie dokoła niego, tańcząc jak sylfida po obszernej, niby hall, kuchni, dawała pani Bretton osobiście wskazówki Marcie jak odpowiednio zaprawić korzeniami grog, który po przelaniu go do herbowej flachy Brettonów, podany był parujący obu panom po kolei w tym samym srebrnym kielichu, w którym rozpoznałam chrzcinowy kubek Grahama. To na cześć Auld Lang Syne — rzekł hrabia, pod^ nosząc w górę kubek. A potem, zwróciwszy się ku pani Bretton, wypowiedział toast swój starym szkockim narzeczem. Po szkocku, po szkocku! — zawołała Paulina — — ojczulek mówi po szkocku! Sam jest Szkotem po części. Nazywamy się Home i De Bassompierre, jesteśmy K.aledończykami i Szkotami zarazem. ^ A czy to jest szkocki taniec, który tańczysz, mała czarodziejko z Highlands?*) — zapytał ją ojciec. — Tylko patrzeć, Mrs. Bretton, jak w samym środku kuchni pani utworzy się zielony kołowrót. Nie mogę wcale ręczyć za tego skrzata — dziwne z niej stworzonko. Poproś ojczulku Lucy Snowe, żeby zatańczyła ze mną. Wiesz? — to Lucy Snowe!
Pan Home — tyleż w nim było zwykłego, skromnego pana Home‘a, ile dumnego hrabiego de Bassompierre wyciągnął do mnie rękę, zapewniając uprzejmie, że doskonale mnie pamięta. Gdyby nawet własna jego pamięć miała go zawieść, córka jego tak często powtarza moje imię, że musiał je zapamiętać. Tak często imię moje i nazwisko obijało się o jego uszy, tyle słyszał z ust Polly opowiadań o mnie, że muszę z konieczności wydawać mu się dobrą znajomą.
Wszyscy z kolei pokosztowaliśmy gorącego grogu, z wyjątkiem Pauliny, której pas de fee — taniec czarodziej * ) Highlands — górska okolica północnej Szkocji. ki — ou de fantaisie — czy fantastyczny — był zbyt uroczy, aby śmiał ktokolwiek przerwać jej go zaproponowaniem tak pospolitego napoju. Ona sama wszakże upomniała się o należną sobie porcję zwykłej śmiertelniczki.
— Proszę dać mi skosztować — zwróciła się do Grahama, który zamierzał odstawić kubek na półkę kredensu, zbyt wysoko, aby mogła sama sięgnąć po niego.
Pani Bretton i pan Home zajęci byli teraz rozmową. Uwagi dr. Johna nie uszedł czarodziejski taniec: przyglądał mu się, wyraźnie zachwycony nim. Pomijając już wdzięk i piękno ruchów dziewczęcia, pociągających jego wrażliwe na harmonię oko, zachwycało go swobodne zachowanie się Polly w domu jego matki, ułatwiające zarazem sytuację jemu samemu. Ponownie wydała mu się dzieckiem, dawną towarzyszką zabaw nieledwie. Ciekawa bvłam jego sposobu przemawiania do niej: dotychczas nie słyszałam go jeszcze zwracającego się do Pauliny bezpośrednio, już pierwsze jego słowa wszakże świadczyły, że w tej beztroskiej swobodzie ruchów i wesołości, prawdziwie dziecięcej, odnalazł „dawną Polly“ z przed lat dziesięciu.
— Jaśnie hrabianka raczyła zażądać kubka?
— Sądzę, że dałam to wyraźnie do zrozumienia.
— Nie mogę zgodzić się na uwzględnienie tego życzenia. Niewymownie żałuję, ale nie mogę zgodzić się.
— Dlaczego? Jestem już zupełnie zdrowa: nie może to przecież zwichnąć mi ponowTiie ramienia, ani złamać mojego obojczyka. Czy to wino?
— Nie; ani rosa także.
— Niepotrzebna mi rosa. Nie lubię rosy. Ale co to jest naprawdę?
— To grog, robiony na mocnej starce, pędzonej wówczas może, kiedv przyszedłem na świat.
— Ciekawe jak to smakuje? Dobre?
— Aż zanadto dobre.
Rzekłszy to, zdjął butlę z półki i nalał sobie jeszcze jedną porcję potężnie działającego eliksiru, wyraził zło śliwym zmrużeniem oczu niezmierne zadowolenie z przedniego smaku napoju, po czym uroczyście odstawił butlę ponownie.
— Chciałabym napić się troszeczkę — rzekła Paulina, podnosząc oczy ku półce — nigdy jeszcze nie kosztowałam grogu: słodki?
— Niebezpiecznie słodki — zapewnił Graham. ^
Paulina nie odrywała oczu wpatrzonych żądnie w półkę z błagalnym wyrazem twarzy dziecka, tęskniącego do zakazanego przysmaku. Doktór zmuszony był ulec wreszcie. Niezdolny opierać się dłużej, zdjął butlę z półki, ro biąc sobie samemu przyjemność pozwolenia Polly na skosztowanie napoju, któresro odrobinkę nalał dla niej własnoręcznie; jego oczy, zawsze wyraziste przy ujawnianiu miłych wrażeń, świadczyły błyskiem świetlistym i przyczajonym w nich uśmiechem, jak bardzo wielką sprawia mu to przyjemność. Świadomie też i celowo przedłużył ją sobie, pochyliwszy kubek wr ten sposób, aby napój po kropelce tvlko dostawał się do żądnie wyciągniętych ku niemu różanych usteczek.
— Troszeńkę więcej, troszeńkę! — prosiła kapryśnie dotykając wskazującym palcem jego ręki i dając poznać tym gestem, że chce, aby Graham pochyli* bardziej nieco butlę..
— Tak zachęcająco pachnie korzeniami i miodem — dodała — nie mogę jednak skosztować jej: napięstek pana jest taki sztywny, a pan sam taki skąpy.
Ponownie ustąpił, szepnąwszy jej do ucha z miną konspiratora:..
— Niech pani nie mów tylko nic o tym matce mojej ani pannie Lucy. Gniewałyby się. Nie uważałyby tego za odpowiednie.
— I ja także nie uważam tego za odpowiednie rzekła, zmieniwszy od razu ton po wchłonięciu większego łyku napoju, którego smak rozczarował ją, jak się zdawało. — Nie uważam bynajmniej tego grogu za słodki dodała — jest mdlący i gorzki, odjął md możność oddychania. Pańska zaprawiona korzeniami starka była pożą dana wówczas jedynie, kiedy stanowiła owoc zakazany. Dziękuję panu. Nie chcę już więcej.
I z lekkim ukłonem — niedbale wyniosłym, ale równie uroczym jak jej taniec — odsunęła się od niego i posuwiście tanecznym krokiem prześlizgnęła się ku ojcu.
Myślę, że powiedziała prawdę: w siedemnastoletniej młodej dziewczynie tkwiło wciąż jeszcze siedmioletnie dziecko.
Graham śledził ją wzrokiem nieco stropionym i zdziwionym zarazem. Przez całą resztę wieczoru nieomal nie odrywał od niej oczu, ona wszelako nie zdawała się dostrzegać tego.
Przy schodzeniu na dół do jadalni na herbatę ujęła pod rękę ojca swego ruchem, wskazującym, że uważa za jedynie właściwe dla siebie pozostawanie przy jego boku. Oczy jej i uszy zwrócone były wyłącznie w jego stronę. Pan de Bassompierre i pani Bretton głównie podtrzymywali rozmowę w małym na3zym kółku; Paulina była najwierniejszym, najuważniejszym ich słuchaczem, pobudzając ich niejednokrotnie do powtórzenia tego czy owego opowiadania, tej czy owTej anegdoty.
— Gdzie byłeś wtedy, ojczulku? Co powiedziałeś na to? Opowiedz pani Bretton co zdarzyło się w tym czasie?
Wyciągała z niego w ten sposób opowiadania, jedno po drugim.
Poprzednia dziecięca jej wresołość i beztroskie ożywienie zgasły i nie wznowiły się już więcej: była zamyślona i cicha. Miło było przyjrzeć się jej, składającej życzenia dobrej nocy: ukłon, jaki skierowała w stronę Grahama, nacechowany był powagą i godnością; w lekkim pół uśmiechu i spokojnym pochyleniu głowy wyraźna była hrabianka, której powaga zniewoliła Grahama do wywzajemnienia się równie dostojnym skinieniem głowy. Widziałam, że trudno mu byrło pogodzić wizję tańczącej czarodziejki z postacią nieco wyniosłej wytwornej damy.
Nazajutrz, kiedy byliśmy wszyscy zgromadzeni przy stole śniadaniowym, nieco jeszcze drżący z zimna po świeżych ablucjach porannych, owiadczyła pani Bretton, że żadna z osób, której nie zmusza do tego smutna konieczność, nie odważy S’.ę opuścić jej domu tego dnia.
W istocie też zdawało się wyjście na ulicę niemożliwością: zwały śniegu przysłoniły dolną część okien, przez które widać było jedynie zamglone niebo oraz goniące się wzajem, zawzięcie walczące z sobą dzikie podmuchy wichru, któr — — odrywał od ziemi, od dachów i od drzew gęste, ciężkie kłęby śniegu. Nie padał już, wirował tylko w powietrzu wielkimi płatami przy akompaniamencie świstu i ryku wiatru, a potem opadał ponownie, układając się w tysiączne wzory fantastyczne.
Młoda hrabianka energicznie poparła decyzję pani Bretton. Ojczulek nie wyjdzie — rzekła, stawiając krzesełko swoje tuż przy fotelu ojca. — Już ja go dopilnuję. Nie pojedziesz do miasta, ojczulku, prawTda.’> ^ Tak i nie — brzmiała odpowiedź. — 0 ile ty, Polly, i pani Bretton, będziecie dobre dla mnie — uprzejme i usłużne; o ile będziecie obie pieściły mnie i doga dzały mi, mć^1”™ zdecydować się przeczekać godzinkę po śniadaniu, aby przekonać się czy ten tnący jak brzytwa wiatr nie ustał jeszcze. Jak dotychczas jednak, nie dałyście mi wcale śniadania; każecie mi umierać z głodu.
Nie dajecie mi nic.,
— Prędko, prędko, proszę pani — zwróciła się Polly do pani Bretton — niech pani naleje ojczulkowi kawę, a ja tymczasem zajmę się inną częścią śniadania hrabiego de Bassompierre. Od czasu swojego hrabiostwa wymaga tak wiele krzątania się dokoła znakomitej swojej oso-
Starannie przekroiła bułeczkę, nasmarowała ją masłem i obłożyła serem.
— Masz ojczulku, to twój „pistolet“, przygotowany jak lubisz — rzekła. — A tutaj marmelada, zupełnie taki sam rodzaj, jakim tak zachwycaliśmy się w Bretton.
Utrzymywałeś, że jest taka dobra jak gdyby była robiona w Szkocji...
— I o którą mała hrabianeczka prosiła zawsze dla mojego chłopca — pamiętasz to, dziecko — wtrąciła pani Bretton. — Pamiętasz, jak przysuwałaś się do mnie, szepcząc cichutko: „Proszę nani, coś smacznego dla Grahama — trochę marmelady, dżemu czy miodu...“
— Nie, mamo — wtrącił doktór John, śmiejąc się, zarumieniony jednak z zażenowania — na pewno nie było tak. Nie podobna, abym tak bardzo dbał o takie rzeczy.
— Dbał czy nie dbał, jak ci się zdaje, Polly?
— Lubił je — przyznała młoda dziewczyna.
— Nie wstydź się pan tego, panie Johnie — uspokoił go pan Home. — Ja sam bardzo zawsze lubiłem słodycze i lubię je w dalszym ciągu. A Polly okazała dużo rozsądku, dbając o smaczny posiłek dla przyjaciela. To ja właśnie uczyłem ją tej dbałości, robię też co mogę, aby nie zapominała ó tym dobrym przyzwyczajeniu. Proszę cię, Polly, podaj mi cienki kawałek ozora.
— Służę ci, ojczulku, pamiętaj jednak, że obsługuję cię tak sumiennie jedynie pod warunkiem, że będziesz rozsądny i pogodzisz się z La Terrasse na całą resztę dnia.
— Łaskawa pani — zwrócił się hrabia de Bassompierre do pani Bretton — chciałbym pozbyć się mojej córki — posłać ją na pensję. Zna pani dobrą jakąś, odpowiednią?
— Mamy tutaj, w Villette, tę, gdzie jest Lucy. Pensję Madame Beck.
— Panna Snowe jest na pensji?
— Jestem nauczycielką — wtrąciłam, rada, że mogę to powiedzieć. Przez krótką chwilę doznałam uczucia, że znalazłam się w fałszywej pozycji. Pani Bretton i jej syn wiedzieli w jakich warunkach żyję i jakie zajmuję stanowisko, ale hrabia i jego córka nie mieli o tym pojęcia. Dowiedzenie się o tym mogło wpłynąć na pewną zmianę bardzo uprzejmego dotychczas, serdecznego nawet, traktowania mnie przez nich. I dlatego właśnie z taką skwa pliwością poinformowałam ich o rodzaju mojego zajęcia. Równocześnie jednak osaczył mnie rój trzymanych dotychczas z dala mętnych, niezupełnie uświadomionych myśli, pod których wpływem wyrwało się z piersi mojej bezwiedne westchnienie. Pan Home me podmosł przez dwie minuty oczu sponad swojego talerza i me odezwał się ani słowem. Może nie zdał sobie dość wyraźnie sprawy z tego co powiedziałam, a może wydało mu się, że uprzejmość towarzyska nie pozwala na komentowanie tego rodzaju zwierzenia: Szkoci są przysłowiowo dumni i, mimo prostoty, jaką ujawniał, bez względu na cały sposób zadumania się pana Home a, na jego strój i na jego gusty, miałam zawsze uczucie, że i on także posiada sporą dozę narodowej tej cechy. Czy była to z jego strony fałszywa duma, czy też jedynie poczucie godności osobistej. Pozostawiam zagadnienie to nierozstrzygniętym w obszerniejszym jeg znaczeniu. 0 ile dotyczyło ono mnie osobiscie, mogę o^ powiedzieć na nie w tym sensie, ze wówczas, tak samo jak zawsze, okazał się prawdziwym gentlemanem, człowiekiem, posiadającym rozum i serce..
Był z natury jednostką żywo odczuwającą i powazme myślącą; lekki nalot melancholii owiewał jego wzruszenia i rozważania; ta zaledwie uchwytna zazwyczaj mgiełka smutku zgęszczała się w chwilach niepokoju i cierpienia w chmurę posępną. Nie wiele wiedział o Lucy Snowe, a z tego, co było mu znane, nie zdawał sobie dokładnie sprawy: jego opaczne ujmowanie cech mojego charaktem wywoływało nieraz uśmiech na moich ustach. Uświadamiał sobie jednak, że moja droga życiowa wytyczona iest raczej po kryjącej się w cieniu stronie wzgórza; uznał i“ usiłowań nie zbaczania z uczciwej wał szczerosc moicn usiicnsaii n ii linii prostej; chętnie nawet dopomógłby mi, gdyby tylko mógł, jakkolwiek też nie miał okazji udzielenia nu p mocy, był mi zawsze prawdziwie życzliwy. Ilekroć oko jego^spoczęło na mnie, skrzył się w nim błysk dobroci; i ekroć mówił ze mną, przybierał głos jego brzmienie p y jaźne i ciepłe.
— Powołanie pani wymaga uciążliwej pracy — rzekł wreszcie. — Winna pani starać się o zdrowie i siły aby móc podołać podjętemu zadaniu i pełnić je z powodzeniem.
Jego urocza, młodziutka córka nie przyjęła mojego oświadczenia z takim samym spokojem: spojrzała na mnie szeroko rozwartymi oczami, pełnymi zdumienia, spłoszona nieledwie.
— Jest pani nauczycielką? — zawołała, po czym, jak gdyby usiłując uświadomić sobie przez chwilę ten trudny dla niej do przyjęcia fakt, dodała: — N;e wiedziałam nigdy kim pani jest, ani też nie przyszłoby mi nigdy na myśl pytać się o to; dla mnie była pani zawsze Lucy Snowe, i na tym koniec.
— A kim jestem teraz? — nie mogłam powstrzymać się od zapytania.
— Tą samą, oczywiście, kim była pani zawsze. Czy naprawdę jednak udziela pani lekcji tutaj, w Villette?
— Tak.
— I lubi pani swoje zajęcie?
— Nie zawsze.
— Dlaczego w takim razie nie porzuca go pani?
Ojciec jej spojrzał na nią w ten sposób, że obawiałam się, aby nie ofuknął jej surowo, odezwał się jednak tylko:
— Śmiało, Polly, śmiało, pokaż jaka z ciebie mała mądrala. Gdyby panna Snowe zajrumieniła się. czy też wyglądała na zawstydzoną, kazałbym ci zamilknąć; zawstydziłabyś siebie samą i okryłabyś śmiesznością mnie. Na szczęście panna Lucy uśmiecha się tylko, możesz więc śmiało zarzucać ją krzyżowym ogniem twoich pytań. Niech pani jej odpowie, panno Snowe, dlaczego nie porzuca pani swojego zajęcia?
— Głównie ze względu na pieniądze, jakie zarabiam tą drogą.
— Zatem nie ze względów czysto ideowych? Polly i ja skłonni byliśmy przyjąć tę hypotezę, jako moment naj vm*tte t, ii 7 97 nosc. O^nie! Raczef jest to sprawa dachu nad głową i utrzymania, jakie zapewniam sobie w ten sp°sob, oraz spokoju, i zadowolenia, jakie daje m mysi, ze, pracując na siebie, nie jestem nikomu ciężarem. Praca samodzielna zaoszczędza mi przykrego tego uczucia. Mów co chcesz, ojczulku, żal mi jednak Lucy. To litowanie się pani jest zbędne zgoła, panno
Paulino; radzę pani ująć je w obie ręce, jak ujęłaby pani małe, nieporadne gąsiątko, które zabłąkało się, opuściwszy bez pozwolenia macierzyste gniazdo; mech je pani włoży z powrotem do ciepłego gniazdka swojego serduszka, z którego poczciwie wytrysnęło i mech pani zechce przyjąć do wiadomości to, co jej podszepnęłam.
— Gdyby moja Polly miała doświadczyć kiedykolwiek niestałości i niepewności darów fortuny, pragnąłbym, aby postąpiła tak, jak postępuje panna Snowe: aby jęła się pracy samodzielnej, i tą drogą umknęła przykrości stania się ciężarem komukolwiek; rodzinie, czy przyjaciołom., t. Tak, ojczulku — rzekła zamyślona, wciąż jeszcze, zdająca się wnikać jednak w sytuację. — Ale biedna Lucy! Myślałam, że jest osobą zamozną i ze ma bogatyc przyjaciół.. Sądziłaś jak małe głupiątko. Mnie nigdy me przychodziło to na myśl. Ilekroć, co zresztą me często zdarzało się, miałem sposobność przyglądać się zachowaniu panny Lucy, widziałem, że należy do osob, zwykłych opiekować się innymi, nie zaś wymagać opieki nad sobą — działać samodziehiie, a nie być przedmiotem starań, służyć innym, a nie być obsługiwaną; to własme jak sądzę, uzbroiło ją w doświadczenie, za które, o ile będzie żyła dość długo, aby móc w pełni ocenie korzyści, jakie ono zapewnia, winnaby wdzięczną być Opatrzności... Kiedy jednak mowa o tej szkole — dodał, zmieniając ton swojego przemówienia z poważnego na żartobliwy. JaK pani sądzi, czy Madame Beck zgodziłaby aię przyjęć moją Polly?
Odpowiedziałam, że należałoby zwrócić się z tym do Madame, która bardzo lubi pensjonarki-Angielki. O ile też pan de Bassompierre zechce zawieźć pannę de Bassompierre powozem swoim dzisiaj po południu jeszcze, pewna jestem, że Rozyna, nasza odźwierna, nie da państwu czekać długo na otworzenie drzwi wejściowych a sama Madame wciągnie na ręce najlepszą parę rękawiczek, aby godnie powitać państwa w salonie.
— W takim razie — odparł pan Home — nie widzę powodu, ani potrzeby dalszej zwłoki. Pani Hurst zapakuje i prześle to, co nazywa „rzeczami“ swojej młodej pani, a moja Polly będzie mogła jeszcze dzisiaj wieczorem zasiąść do elementarza. Mam nadzieję, że pani, panno Lucy, zgodzi się rzucić na nią tu i owdzie opiekuńczo okiem i dać mi od czasu do czasu znać, jak jej się wiedzie. Mam nadzieję, że nie będzie pani miała nic przeciwko temu projektowi, panno de Bassompierre?
Mała hrabianka zawahała się niepewnie:
— Myślałam — rzekła — że moja edukacja jest już skończona.
— Najlepszy to dowód — rzekł jej ojciec — jak bardzo mylne są nasze sądy. Ja osobiście zupełnie odmienne mam o tym zdanie, sądzę też, że najzupełniej zgodzą się ze mną ci, którzy mieli okazję zapoznać się dzisiaj rano z głęboką twoją znajomością życia. O, kochane moje dziewczątko, dużo jeszcze pozostało ci do nauczenia się; ojciec twój powinien był, dać ci więcej wiadomości, aniżeli zdołał to uczynić! Tak, dziecinko, nie ma innej rady. Musimy zwrócić się do Madame Beck. Że zaś pogoda zdaje się poprawiać, a ja skończyłem już moje śniadanie...
— Ale, ojczulku!
— Jakie ale?
— Widzę przeszkodę.
— A ja nie widzę żadnej.
— Właśnie, że jest. Ogromna! Nie podobna będzie nigdy pokonać jej. Jest taka wielka, jak ty sam, ko, w wielkim twoim płaszczu z całą maeą śniegu ““^1 Zdolna będzie jednak roztajać i zniknąć liez fladU^“NiT5if roSetnm zniknie! W « zbyt ao żadnych ““ ^j^i ojczulka mSe i ojezuS “ale nie jest łatwy. Zdradź, pan,. cr^ed fcWW letnia dziewczynką, ubrdał sobie, ae mnie p*uje, ze wy słowem1 wyobrażał ^bte* B ° się na tej samej pensji i oj Ai<*redoux*) obrusza nr7vieżdżał odwiedzać mnie. ram Aigreuuu*,
L1 n. to, »le nic nie pomogło, aż w kon.n cznlek i ja — y, ż« ^^Bek *
IS^SrŁ-S*-*-5’ “>““d“ć * CZC8° mo“ ”VSdBrrtton zapytała pan. Home‘a » m * odpowiedzenia iia to Iwiadczenie. Nie potraM zapadł więc wyrok przeciwko memu, i.Polly zatnumla “„Bywała jednakże w innych kS; ‘STZT — pani Bretton i pan Home przo * ) Pani Aigredoux — pani Kwainosłodka. majątkowe — a mała hrabianka, ja i doktór Bretton pozostaliśmy na krótką chwilę sami, zatraciła się w niej od razu cała dziecięcość; w naszym towarzystwie, w towarzystwie osób bliższych jej wiekiem, stała się od razu młodą damą; nawet twarz jej zmieniła się poniekąd. Owo dziecięce ożywienie rysów i dziecięca naiwność spojrzenia, które, ilekroć mówiła z ojcem swo;m, zaokrąglały jej twarzyczkę, żłobiąc ją uroczymi dołeczkami, ustąpiły teraz miejsca zamyśleniu, nadały jej rysom twardszą wyrazistość, pozbawiły je nadmiernej ruchliwości.
Niewątpliwie zwrócił Graham, tak samo jak ja, uwagę na tę nagłą zmianę. Stał kilka minut przy oknie, patrząc na padający śnieg, po czym odszedł do kominka i wszczął rozmowę, nie ze zwykłą swoją swobodą jednak: zdawał się nie znajdować odpowiednich tematów, dobierał je mozolnie, z wahaniem i może dlatego niezbyt szczęśliwie: mówił w sposób, nieokreślony bliżej, o Villctte, o jego mieszkańcach, gmachach i godnych widzenia osobliwościach. Panna de Bassompierre odpowiadała mu z godnością dojrzałej kobiety; inteligentnie, w sposób niezupełnie pozbawiony cech indywidualnych: Od czasu do czasu jednak, szczególny ton, gest, czy spojrzenie tu i owdzie bardziej ożywione, mniej powściągliwe i salonowo odmierzone, przypominały wciąż jeszcze małą Polly. W jej zachowaniu wszakże tyle było wytworności i dystynkcji, tyle spokojnego, uprzeimego wdzięku, łagodzącego dziecięce wyskoki, że człowiek mniej nawet wrażliwy niż Graham nie odważyłby się skorzystać z nich, jako z punktów zaczepnych, skłaniających do większej szczerości i poufności.
Mimo jednak, że doktór Bretton był w dalszym ciągu dziwnie przytłumiony i jak na niego, niezwykle spokojny, nie przestawał jednak obserwować. Nie uszedł jego uwagi żaden z owych drobnvch porywów i naturalnych wybuchów dawnej towarzyszki zabaw. Nie ominął żadnego z jej gestów charakterystycznych, żadnego z zawahań się w mowie, czv najlżejszego seplenienia. Polly chwilami, mówiąc szybko, z lekka, po dziecięcemu seple ni niła wciąż jeszcze, rumieniła się jednak za każdym zem i ze zwykłą sobie sumiennością, równie zabawną jak ta drobna wada wymowy, powtarzała wysepleniony wyraz powoli i wyraźnie.. r. * Ilekroć zdarzało się jej to, uśmiechał się doktor Bret ton. Stopniowo, im dłużej trwała rozmowa, tvm bardziej słabło skrępowanie, jakie wyczuwało z razu kazdezmch. Gdyby rozmowa ta przeciągnęła jeszcze dłużej, stała by sie zupełnie swobodna. Na usta Pauliny powrócił okalający je uśmiech, żłobiący rozkoszne dołeczki na jej po liczkach; wysepleniwszy jakiś trudniejszy wyraz, zapominała poprawić się. A doktór John? — Nie umiem powiedzieć na czym polegała zmiana, jaka w mm zaszła, fakt jednak, że zmienił się. Nie poweselał, ani tez nie przybrał swoim zwyczajem tonu drwiącego, me zdradził Lii jednym słowem płochości nastroju, zdawał się jednak bardziej zadowolony z samego siebie, sp°s°h jeg mówienia stał się swobodniejszy, ton miększy i, łae° niejszy. Przed dziesięciu laty miała sobie ta parkai tak wiele zawsze do powiedzenia wzajem; miniona dekada łat nie zul>ożyła na pewno ich doświadczenia życiowego ani też nie zacieśniła ich widnokręgow myślowych. Istnieją nadto pewne natury, których wzajemne oddziaływani! na siebie jest tak wielkie, że im dłużej z sobą wzajem przebywają, im więcej mówią sobiew zajem, ty więcej mają sobie wciąż jeszcze do powiedzenia Dla na tur tych przestawanie z sobą wzajem prowadzi do z p lenia się, a zespolenie się do ścisłego skojarzema i zje ”SŚm zmuszony był jednak wyjSĆ. domu, zawód jego narzuca obowiązki i wymagania, or> i lekceważyć, zaniedbywać, ani też odkładać.chwypd nienia. Wyszedł z pokojn, zanim jednak opusod ’dom, powrócił raz jeszcze. Pewna jestem, ze powTot tenl spowodowany byi, nic jak on sam...iłował się, zapomnieniem zabrania gazety, czy czeeos g z biurka, ale chęcią przekonania się jednym jeszcze tem oka, czy powierzchowność Pauliny jest w istocie ta* ka, jaką zatrzymał w pamięci, czy nie widział jej w stronniczym nieprawdziwym świetle i czy tym samym nie uległ miłemu omamieniu jedynie. Nie! Przekonał się, że pierwsze jego wrażenie było trafne i wierne. Dzięki powrotowi temu zyskał raczej, aniżeli stracił — uniósł z sobą na drogę pożegnalne spojrzenie, nieśmiałe, ale bardzo tkliwe, równie piękne i równie niewinne, jakie rzucić mogła młoda sarenka spod gęstej osłony paprosi, czy młode jagniątko spośród kępy trawy na łące. ^
Pozostawszy same, milczałyśmy obie czas jakiś: wyjęłyśmy nasze robótki i, zabrawszy się do nich, udawałyśmy bardzo pilnie zajęte. Dawną skrzyneczkę z białego drzewa zastąpiła teraz szkatułka bogato wyłożona intarsją z cennych kamieni i zaopatrzona w złote narzędzia do robót ręcznych; maleńkie niegdyś drżące paluszki, którym trudno było uporać się z igłą, mimo że drobne w dalszym ciągu, były sprawne i obrotne, pozo.-tało wszakże przy pracy to samo poważne zmarszczenie czoła, ta sama staranność i dokładność wykonania przedsiębranego zadania, to samo skupienie przy nim i pochłonięcie nim. Nie odrywając się od pracy, na mgnienie tylko potrząsała głową, aby odgarnąć obluźnione pasmo włosów, lub też pośpiesznym ruchem dłoni strzepywała ze swojej jedwabnej spódniczki jakiś wyimaginowany atom pyłu, jakieś przywarłe do jej fałd źdźbło nitki.
Tego rana byłam osobliwie usposobiona do milczenia, posępne rozsrożenie się zimowej zawiei wpływało na mnie gnębiąco i zamykało mi usta. Wściekłość styczniowej burzy, białej i bezdusznej, nie uciszyła się jeszcze: wicher ochrypł, zdało się, z wycia, nie myślał jednak dać za wygranę. Gdyby Ginevra Fanshave dotrzymywała mi towarzystwa w tym saloniku, nie pozwoliłaby mi trwać w zadumie i słuchać w milczeniu. Tematem jej gadatliwości stałby się ten, który opuścił nas przed chwilą; a jak potrafiłaby rozwodzić się nad tą jedną osobą! Jak przypierałaby mnie do muru zadawaniem pytań i robieniem przypuszczeń! Jak drażniłaby mnie robieniem dowolnych, z palca wyssanych komentarzy, jak gnębiłaby mnie czynieniem zwierzeń, których słuchania usiłowałabym uniknąć za wszelką cenę!.
Paulina Maria rzuciła na mnie parę razy spokojne, mimo że badawcze spojrzenie ciemnych swoich, głębokich oczu; jej wargi rozchyliły się, jak gdyby gotowe do wypowiedzenia jakiejś uwagi, milczała jednak, dostrzegł szy moją niechęć mówienia, którą umiała uszanować. Nie wytrwa długo — pomyślałam, nie przywykłszy do spotykania u młodych kobiet i dziewcząt umiejętności panowania nad sobą i siły powściągania się. O ile zdołałam je poznać, okazja wywnętrzania się z ich płytkich przeważnie tajemnic, czy ich nader powierzchownych i przelotnych uczuć, była dla nich przyjemnością, której nie umiały i nie chciały wyrzec się tak łatwo..
Mała hrabianka zdawała się wyjątkiem: szyła wytrwale, aż wreszcie znużona szyciem, wzięła do ręki ksiąz kę.,
Traf chciał, że poszukała czegoś odpowiedniego dla siebie na półce do książek, należących do doktora Brettona. Okazało się, że była to dawna, zabrana z Bretton książka — ilustrowane dzieło z zakresu historii naturalnej. Widywałam często małą Polly, stojącą przy boku Grahama, który trzymał tę książkę rozwartą na swoic i kolanach i odczytywał z niej dziewczynce ustępy, bardziej dla niej zrozumiałe, urządzając w ten sposób wykład przyrody na użytek małej swej towarzyszki. A kiedy lekcja skończyła się, prosiła go, aby wyjaśnił jej znaczenie zawartych w książce rycin. Przyglądałam jej się teraz bacznie; nadarzył się oto najwłaściwszy moment wypróbowania siły jej pamięci, z której tak była dumna. czy okaże się jej ona wierną? #
Czy okaże się wierną? Nie mogło być wątpliwości co do tego. W miarę odwracania kartek wykwitał na twarzy młodej dziewczyny rumieniec po rumieńcu, zdradzając osaczające ją uczucia, wyraźnie związane z wspo mnieniami przeszłości. Po przejrzeniu tomu do końca powróciła do karty tytułowej i spojrzała na wypisane na niej chłopięcą ręką imię i nazwisko. Wpatrywała się w nie długo, nie zadowolniając się samym wpatrywaniem tylko, ale łagodnie przesunęła po literach końce palców. z ruszającemu temu gestowi towarzyszył nieświadomy tkliwy uśmiech, czyniący z dotknięcia pieszczotę nieledwie. Paulina kochała przeszłość: osobliwą cechą drobnego, wdzięcznego tego obrazka było, że nie’powiedziała przez cały czas ani słowa, umnała odczuwać, nie dając ujścia uczuciom swoim w potoku słów.
Godzinę prawie zajęta była przeglądaniem półki z książkami, przy czym zdejmowała jeden tom po drugim, odnawiając w ten sposób znajomość z każdym z nich. Po ukończeniu tego zajęcia usiadła na niskim stołeczku, oparła policzek na dłoni i, zachowując wciąż w dalszym ciągu milczenie, rozmyślała.
Stuk otwieranych na dole drzwi wejściowych, nagłe wdarcie się pędu zimnego wiatru i głos ojca, mówiącego coś do pani Bretton, zbudził ją wreszcie z jej zadumy. Zerwała się i w sekundę była na dole.
— Ojczulku, ojczulku, nie wyjdziesz przecież?
— Muszę iść do miasta, pieszczotko.
— Ale jest za... za zimno, ojczidku.
Pan de Bassompierre pokazał jej jak doskonale ochroniony jest przed zimnem, wyjaśniając zarazem, że nie pójdzie przecież pieszo, ale pojedzie powozem, w kté~ rym będzie najzupełniej zabezpieczony i zapewniając, że nie ma w ten sposób najmniejszego powodu niepokoić się o niego.
— Ale przyrzeknij mi, że będziesz tutaj z powrotem zanim zapadnie noc, że przyjedziecie razem powozem, ty i doktór Bretton? Pogoda nie jest odpowiednia na jazdę konną.
— Dobrze, o ile spotkam doktora Brettona, nie omieszkam powiedzieć, że pewna dama nakazała mu, aby cibał o cenne swoje zdrowie i powrócił do domu pod moją eskortą.
Tak, musisz powiedzieć „pewna dama“. Pomyśli, że to jego matka i będzie posłuszny. Ale pamiętaj, ojczul ku iebyś wrócił wcześnie: będę czuwała i nadsłuchiwa swoim cicnym, jaK „uj’*-’)’ J rarzei w ci wiała „cl, o i wsłuchiwała się w przez nocną, jakoże tera «»» £*> śniegowych, było blacie i r konarv drzew, a za je wyraźnie poprzez o^ oco ^ noworocznego księ. razem podziwiać pola ą P lodowy Pora nie by łT^zTz“tTpóżnioU, kiedy usłyszałyśmy wreszcie stiKst — Lpn»w’.s: ła 8o na wybranym prze,.iebie zbyt lymi słowami można było przy długo i tak uwijała snę dokoła mero, drobnych puścić, jak gdyby ty o zię DO(jparty poduszkami rąk znalazł się na fotelu, miękko podarty P ż źnie i’wygodnie »»’Jriri\1, tT^vir^«’»«pod ^wie^r^-ie — oŁ rozporządzaniu si, nim dtś”twi.śritew Ksrf musnęły się wzajem prze o m stronie poko ca, a Graham rzucił się na fotel po drug j iUpan Home i pani Bretton mieli szczęśliwie bardzo wiele do powiedzenia sobie wzajem, sięgając po tematy rozmowy do niewyczerpanej, zdałoby się, skarbnicy dawnych wspólnych wspomnień. Gdyby nie ich ożywienie, byłoby nasze towarzystwo tego wieczora rażąco ciche.
Po wieczornej herbacie puszczone zostały zgrabne złote nożyczki, śliczny złoty naparstek i sprawna igła Pauliny w żywy ruch przy świetle lampy. Usteczka młodej Dziewczyny nie rozchylały się jednak, a jej delikatne powieki, obciążone gęstą frendzlą rzęs, niechętnie odrywały się od roboty i podnosiły się w górę. I Grahama również zmęczyć musiała praca całodzienna: słuchał z uprzejmą uw agą tego, co mówili starsi, mówił jednak sam bardzo mało. Nie odrywał oczu od złocistego blasku migającego raz wraz naparstka, jak gdyby to były skrzydła świetnego jakiegoś motyla, czy też przesmykujący skroś traw złocisty łepek małej żółtej żmijki.
ROZDZIAŁ XXVI
POGRZEB
Łj* 5*j3rŁar^-s nowisko społeczne m P. szacunkiem, a
„d samego poczStkn zapra„,„a do jed ki’dy flot^etór! d„%»ni«fego „dekiel da mnie przeobraziły — — zczytne, pełne względów wyróżnianie mojej osoy. płaszczenie
Nie powodowało mą mgdybudzące^tr^ P ^ się przed^a^Sczym jednak nie kierowała się sławskros światowa, w rnczy j tki i innymi pobud-
Wici, Przy potrafiła jod kami liczeniu się jej ^ rn»sadek — przy nieustan nak zachować umiar i z rowy ^ ie zatraCała nym żądnym ugamamu^ z-arob ^ ^ spokoju okazywaniem nazbyt jawnej gnąć na siebie moją P * 8Chlebiania możnym tego słuzalczosci, 1 i“)t ’ ) taktu i umiaru zazna świata, poprzestawała na pe > osoby, związane z czaniu zadowolenia swojego z t^o. z ^ Gbra prowadzonym pr*e* m, ^ “Iclrnwo i oby cają się w towarzystwie, f Dtłyioni. Nie wychwa czajowo, nie zaś obn.z.Kcym.A po™“ en lata nigdy ani mn.e, ™ delek.nj5c, ie ko, kiedy »iod».la na alonctl * V pi fil.zanką ’ p„ Sjtam, „by poprosić i ą o sina codziennego a J I. wvraz swemu zado pozwolenie wyjścia wręcz mezwyklą serdecznością: woleniu odpowiedziawszy nu z mezwy 4 > — Oui, oui, ma bonne amie, je vous donnę la permission de coeur et de gre. Votre trava.il dans ma maison a toujours ete admirable, rempli de zele et de discretion: vous avez bien le droit de vous amiiser. Sortez tant que vous voudrez. Quant a votre choix de connaissances, j‘en suis contente; c‘est sage, digne, laudable.*)
Zamknęła usta i zabrała się ponownie do czytania swojej „Gazetteu.
Zechce czytelnik nie sądzić zbyt surowo faktu zniknięcia na pewien czas z potrójnie zabezpieczonej szkatułki moich bezcennych pięciu listów. Pierwszym moim odruchem po wykryciu go było naturalnie gorące oburzenie, po chwili jednak wywalczyłam w sobie ustosunkowanie się bardziej wyrozumiałe do tej bolesnej dla mnie nad wyraz sprawy.
— i Cierpliwości! — powiedziałam sobie — Nie powiem nic i zaczekam spokojnie: znajdą się znów rychło z powrotem.
I rzeczywiście znalazły się rychło z powrotem; na krótko tylko przebywały w pokoju Madame. Po zbadaniu ich przez nią powróciły na właściwe swoje miejsce. Zaraz nazajutrz znalazłam je tam, gdzie powinny były leżeć.
Ciekawe byłam jak wydała się jej moja korespondencja. Jak oceniła zdolności epistolaime doktora Johna? Jaki był jej sąd o jędrnych czę6to uwagach i myślach, o zdrowych na ogół, a czasem oryginalnych poglądach, formułowanych stylem bezpretensjonalnym, językiem łatwym i potoczystym. Jak podobała się jej żyłka humorystyczna ich autora, która tyle dała mi rozkoszy? Co myślała o tych kilku uprzejmych, a nawet serdecznych zwrotach, rozsianych tu i owdzie — nie grubo, jak diamenty w do * ) Tak, tak, kochana przyjaciółko, daję pani zezwolenie z całego serca i z największą chęcią. Praca pani w moim domu była zawsze godna podziwu, pełna gorliwości i taktu; ma pani zupełne prawo bawić się. Niech pani bywa w towarzystwie ile tylko pani zechce. Co się tyczy doboru znajomości pani, jestem z niego zadowolona: jest rozumny, godny i chwalebny. linie Sindbada, nie skąpo, jak drogocenne kamienie te spoczywają w złożach ziemi? O, Madame Beck, jaki by sąd pani o tych rzeczach?.
Wydaje mi się, że listy doktora Johna znalazły uznanie w oczach Madame. Nazajutrz po wypożyczeniu ich przez nią ode mnie (mówiąc o tak delikatnej małej kobietce należy posługiwać się delikatnymi określeniami) podchwyciłam jej utkwione we mnie z badawczą wnikliwością spojrzenie, nieco zdziwione, ale bezwzględnie życzhwe. Było to w porze krótkiej pauzy pomiędzy lekcjami, podczas której wyrzucano uczennice na kwadrans na dziedziniec. Pozostałyśmy obie, Madame Beck i ja, same w pierwszej klasie; kiedy oczy nasze spotkały się; ujawniła częściowo myśli swoje, rzekłszy: II y a quelque chose de bien remarquable dans le caractere anglais*)
— Jak to pani rozumie?
Roześmiała się i odparła po francusku, powtarzając jedynie wyraz „jak“ w brzmieniu, nadanym mu przeze mnie.
— Je ne saurais vous dire „jak“; mais enfin les Anglais ont des idees a eux, en amitie, en amour, en tout. Mais au moins U n‘est pas besoin de les surveiller**) — — dodała, podnosząc się i odchodząc stałym swoim truchcikiem małego źrebaka.
— W takim razie mam nadzieję — powiedziałam sobie — mam nadzieję, że przestanie pani szpiegować moje listy. Niestety! W tej samej chwili przypomniałam sobie, że nigdy więcej nie otrzymam takich listów. Coś osobliwego padło mi nagle na oczy, zmącając całkowicie ich pole widzenia, zacierając przede mną widok pokoju szkolnego, ogrodu, jasno świecącego słońca zimowego.

  • ) Jest coś bardzo godnego uwagi w charakterze angielskim.
    • ) Nie umiałabym pani powiedzieć jak, ale Anglicy mają swoję własne pojęcia o miłości, o przyjaźni, o wszystkim. Przy* najmniej jednak nie ma potrzeby ich pilnować.

Nie będzie już dla mnie więcej listów takich, jak te. Kojący ten strumień, na którego brzegach przebywałam i którego kilka ożywczych bryzgów zrosiło moje wargi, zmienił swój kierunek: opuszczał małą moją chatkę i moje wyschłe całkowicie pole, unosząc daleko dobroczynne swoje wod>\ Zmiana była naturalna, słuszna, sprawiedliwa; nie można było ani jednym słowem zaoponować przeciwko niej: kochałam wszelako ten mój Ren, ten mój Nil, wielbiłam nieledwie mój Ganges, smuciłam siię też, że wielka fala toczyć się będzie obca mi, że zniknie, niby miraż ułudny. Mimo że siliłam się na stoicyzm, nie byłam prawdziwym stoikiem, krople łez spływały coraz szybciej na moje ręce, na moje biurko. Wypłakałam cały ich potok, parny, ciężki, acz krótkotrwały.
Rychło powiedziałam sobie: „Nadzieja, jaką opłakuję, sprawiła mi wiele cierpień, zamarła wówczas dopiero, kiedy nastąpił ostateczny jej koniec; po tak długotrwałym okresie rozpaczliwego zgnębienia powinnaby śmierć być pożądana.
Usiłowałam uczynić ją pożądaną. Długotrwałe cierpienie nauczyło mnie cierpliwości, czyniąc z niej drugą moją naturę nieledwie. Zamknęłam w końcu oczy mojemu trupowi, zakryłam jego twarz i z wielkim spokojem ułożyłam jego kończyny.
Musiałam jednak ukryć listy, odłożyć je w bezpieczne miejsce: ludzie, którzy ponieśli ciężkie straty, zazdrośnie gromadzą i zamykają na cztery spusty pamiątki: ból nie do zniesienia zadają w samo serce momenty nagłego odradzania się żalu.
Pewnego wolnego po południa (we czwartek), otworzywszy mój pulpit, aby postanowić co mam zrobić z moim skarbem, dostrzegłam — tym razem z żywym uczuciem niezadowolenia — że ponownie grzebał ktoś w nim: pakiecik leżał wprawdzie na miejscu, ale wstążka, którą był przewiązany, została widocznie zdjęta i ponownie umocowana, I inne również oznaki wskazywały, że ktoś wyciągał moją szufladę i szperał w niej zawzięcie.
Tego było już trochę za wiele. Madame Beck była wcieleniem dyskrecji, niezależnie od tego, ^ ze posiadała tak zdecydowanie zdrowy rozum i taK trzeźwy sąd o rzeczach, jaki tylko mógł zrodzić się kiedykolwiek w głowie męskiej czy kobiecej: nie było może przyjemne, ze znała tak na wylot zawartość mojej szuflady, można jedna było od biedy znieść to jeszcze. Mimo jezuickiej swojej badawczości, umiała oceniać sprawy trafnie, widzieć je we właściwym świetle i wydawać o nich sprawiedliwy sąd, ujmując je w ich istolnym nieskażonym sensie. Przypuszczenie wszelako, że mogła udzielić innym zdobytych tą drogą informacyj, że urządzała sobie może w towarzystwie innych jeszcze osób, zabawę z najbardziej uświęconych dla mnie dokumentów, wstrząsnęło mną okrutnie.
Miałam wszelkie powody obawiać się teraz, ze było tak istotnie. Domyślałam się nawet kto był jej powiernikiem. Krewny jej, Monsieur Paul Emanuel, spędził z mą cały wieczór poprzedni; zwykła stale radzić się go we wszystkim i rozważać po społu z nim sprawy, z których me zwierzała się nigdy nikomu innemu. Tego samego rana jegomość ten raczył rzucić na mnie bazyliszkowe spojrzenie, zapożyczone chyba od aktorki w roli yashti. nie zrozumiałam w danym momencie znaczenia zjadliwego tego wzroku, miotającego ogień rozwścieczenia, i w tej chwili dopiero wyjaśniło się dla mnie wszystko. Monsieur Paul nie był jak wy dawało mi się, zdolny sądzić łagodnie 1 dliwie żadnej rzeczy dotyczącej mojej osoby: był zamsze w stosunku do mnie surowy i podejrzliwy. Mysi, ze li sty te, listy czysto przyjacielskie, wpadły w jego ręc i mogłyby wpaść w nie ponownie, zraniła mnie do głębi nilfi7V,
Jak miałam postąpić, aby nie dopuścić do tego? W jakim zatraconym kącie dziwacznego tego domu możliwe było znaleźć pewne i bezpieczne schronienie. Jakie zamknięcie i gdzie mogłoby być dostatecznym zebezpieczeniem i rękojmią nietykalności jedynego mojego skarbu.
Na poddaszu? Nie, nie lubiłam poddasza. Nie miałam zaufania do tego miejsca. A zresztą większosc skrzyń ko mód i szuflad znajdujących się tam, była na wpół zbutwiała. Szczury przegryzały się przez spróchniałe drzewo, a myszy słały sobie gniazda pośród odpadków i śmieci: moje drogie listy mogłyby być pożarte przez to plugastwo, a na pewno już wilgoć zamazałaby nie do poznania pismo na nich. Nie, poddasze nie nada się — ale gdzie w takim razie schronić je?
Rozważając to zagadnienie siedziałam na ławce pod oknem sypialni. Było piękne mroźne popołudnie; zachodzące już słońce zimowe blado połyskiwało na czubkach krzewów ogrodowych „ałlee defenduc“. Spośród gąszczu wyróżniała się wielka stara grusza, niczym wysoki szkielet nimfy leśnej, szary, wyschły, obnażony. Olśnił mnie pomysł — jeden z owych dziwacznych, fantastyczych pomysłów, rodzących się czasem w mózgach ludzi samotnych. Włożyłam kapelusz, okrycie, kołnierz i mufkę futrzaną, i poszłam do miasta.
Kierując kroki moje ku starej historycznej dzielnicy, ku której ocienionym odwiecznym zakątkom czułam się instynktownie pociągnięta, ilekroć bywałam w melancholijnym nastroju, wędrowałam z jednej ulicy na drugą, aż wreszcie, przeszedłszy na przełaj przez na wpół opustoszały plac, czy skwer, znalazłam się przed sklepem z wszelkiego rodzaju starzyzną.
Potrzebna mi była skrzynka metalowa, którą można byłoby zalutować, albo też butla z grubego szkła, którą możnaby zalakować hermetycznie. Pośród spiętrzenia najrozmaitszych, nadających się na szmelc, przedmiotów znalazłam i nabyłam odpowiadającą moim zamierzeniom butlę.
Zwinąwszy listy w rulon, owinęłam je w ceratkę jedwabną, owiązałam cienkim szpagatem i, włożywszy rulon do butli, uprosiłam starego żyda-handlarza o zakorkowanie i zalakowanie jej tak, aby nie dopuścić zupełnie do jej wnętrza dopływu powietrza. Czyniąc zadość mojej prośbie, rzucał na mnie od czasu do czasu nieufne spojrzenia snod wyblakłych, iak srdvbv zwarzonych mrozem rzęs. Przypuszczał prawdopodobnie, że kryje się w tym ttllette t. II 8 113 cos podejrzanego, coś slego niewątpliwie. moie w swoim czasie ku konfesjonałowi. Pospieszyłam w dro»ę powrotną i stanęłam przed naszą szkołą w porz
Około siódmej wypłynął na niebo księżyc. O wpoiid ósmei kiedy uczennice i nauczycielki zajęte były przy gotowy waniem lekcji, Madame Beck wraz z matką swoia i dziećmi siedziała w salle a manger, a połpensjonarki Jmrozclmdziły się już do swoich domów dzięki« i Rozyna nawet opuścić mogła stały swoj postenuiek w ballu’ otuliłam się szalem i, wziąwszy z sobą zapieczęt na’ zalakowaną butlę, prześlizgnęłam się drzwiam, prowadzącymi z pierwszej klasy do berceau, a stąd wprost iUi?c«effa.f milowe grusz, stała „a końcu tej alei, w poblS mojej ławki, i górowała, u, szara, zamglona, non id skupionymi dokoła niej niższymi krzewami. Drze wo to, mimo że takie stare, miało wciąż jeszcze zdrowy pień w którym jednak utworzyło się tuz nad korzeniami głębokie wydrążenie. Wiedziałam o tym wydrązemu m — mo że kryły ie gęsto obrastające pien zwoje bluszczu i innych pnączy. Tutaj właśnie zamierzalam ukryc mo] skarb. Nie tylko jednak chciałam uklTc 6k^’ J wrzebać wraz z nim i mój smutek zarazem, bmutek ten, który przy spowijaniu go w jego całun, wycisnął mi ty łez z oczu, musi być zagrzebany.
Rozsunąwszy bluszcz, znalazłam wydrążenie, ie Z mogła zmieścić się w nim hutla, któr, wsunęłam głęboko »ż na samo jego dno. W szopie na ™ £ szczacei się w głębi ogrodu, znalazłam resztki materia
Ewbudowlanych! pozostawionych ^ rarskich, którzy zajęci byli niedawno ^czbędnymi prze róbkami gmachu. Znalazłam tu troc ę P utrwaliwapiennej, którą zatkałam otwór wydrążenia, utrwali łam to zatkanie cementem, oblepiłam je mchem i wre* szcie zasunęłam bluszcz na poprzednie jego miejsce. Po dokonaniu tego stałam jeszcze oparta o drzewo, ociągając się z odejściem, jak każdv żałobnik niezdolny rozstać się z świeżo wykopanym i zasypanym ziemią grobem.
Nocne powietrze było bardzo spokojne, ale zasnute dziwnym oparem, przeistaczającym światło księżyca w poświatę mglistą. W powietrzu tym, czy w tej mgle było coś osobliwego, może jakiś fluid magnetyczny — w każdym razie coś takiego, co w dziwny sposób oddziaływało na mnie. Doznałam uczucia podobnego do tego, jakiemu uległam przed rokiem mniej więcej, w Anglii, pewnej nocy, kiedy promieniste smugi świetłne aurory borealis pędziły po niebie, a ja, spóźniona wśród pól samotnych, zatrzymałam się, aby obserwować to zgromadzone jak gdyby na rewię wojsko ze sztandarami — to drganie światełek na szeregach nastawionych dzid — to szybkie wznoszenie się wysłańców gwiazdy polarnej ku ciemnemu, wysokiemu sklepieniu nieba. Czułam się nie tyle szczęśliwa, ani tym bardziej nieszczęśliwa, ile silna odzyskaną, wzmożoną siłą.
O ile życie ma być walką, zdawało się przeznaczeniem moim toczyć ją w pojedynkę. Rozmyślałam teraz w jaki sposób mogłabym porzucić moje zimowe leże — rozstać się z obozem, w którym zbrakło pożywienia i paszy. Może dla dokonania tej zmiany stoczyć wypadnie ponowną bitwę regularną z losem? Gdyby tak być miało, gotowa byłam do niej: nie mając nic do stracenia, mogłabym zyskać tylko, o ile taka byłaby wola Opatrzności. Jaką jednak obrać w tym celu drogę? — jaki plan powziąć? Jaki plan i jaka droga byłyby dla mnie dostępne?
Wciąż jeszcze rozważałam w myśli to zagadnienie, kiedy księżyc, tak bardzo zamglony dotychczas, zajaśniał wyraźniejszym światłem: jeden z jego promieni błysnął nagle biało przed moimi oczami i w świetle tym zarysował się wyraźnie cień jakiś. Wpatrzyłam się bliżej, aby wyjaśnić sobie przyczynę tak ostro zarysowanego kontrastu, wyłonionego nagle w ciemnej alei. W miarę wpatrywania się weń dostrzegałam coraz wyraźniej białośéjegoiczaraż wreszcie w jednym mgnieniu przeistoczył on się w ksWTłtTcI^ określony. Stalin w oddaleniu nie więcej niż trzech yardów od wysokiej, otulonej w ciemną szatę, rakwefionei białym wualem kobiety.
Upłynęło pięć minut. Nie uciekłam; nie krzyWam nawet. Zjawa etała nieporutzona. Przemówiłam:
— Kim pani jest? I dlaczego nawiedza mnie pani. Stała bez słowa. Nie widać było jej ^ow: cała dolna cześć twarzy poniżej czoła zamaskowana była białym płótnem; „LU.e jedynie oczy jej wpatrzone były we mnie
Nie czułam się szczególnie zbrojna w odvNagębyła jednak niezłomnie zdecydowana dokonać zadania, wy macającego pewnej dozy bohaterstwa. Postąpiłam krok naprzód i wyciągnęłam rękę, zamierzając dotknąć zjawy która zdawała się cofać przede mną. Podeszłam b i M — jej cofanie się, dotychczas spokojne, stało się błyskawiczne. Gąszcz krzewów, zarośli i wszelkiego rodzaju pnączy stanął jako żywa przeszkoda pomiędzy mną, a postacią, za którą pośpieszyłam. Przedarłszy się wresme przez te przeszkodę, rozejrzałam się dokoła. Nie było j nic Czekałam, zawoławszy głośno:
I — Jeśli masz jakąś sprawę do ludzi, powroc i wymień ^ Nie bvło odpowiedzi. Nic nie ukazało się ponownie.
Tvm razem nie było doktora Johna, do ktorego moe bym zwrócić się: nie było żywej duszy, której odważyłabym się szepnąć ^ słówko bodaj o tym, ze „widziała mniszkę ponownie“.

  • .. * #

Paulina Maria ściągała mnie często na Rue ^ dawnych czasach w Bretton, mimo ze mgdy me ujawnia ła szczególnego przywiązania (lo mnie, etaio ę >
»“mote potrzebne iej w nieuświadomionymoże nawę przez nią samą sposób. Spostrzegałam często, ze ilekroć wycofywałam się do mojego pokoju, przydreptywa a p spiesznie w ślad za mną i, uchylając drzwi, aby zajrzeć do wnętrza, domagała s;ę zwykłym, nakazującym swoim tonem: t
— Niech pani zejdzie na dół. Dlaczego siedzi pani tuta i sama? Musi pani zejść do bawialni.
W taki sam sposób nalegała teraz:
— Niech pani porzuci szkołę przy Rue Fossette i zamieszka z nami. Ojczulek płaciłby pani daleko więcej, aniżeli Madame Beck.
Pan Home zaofiarował mi w istocie pokaźną sumę trzykrotnie przewyższającą ówcifesne moje wynagrodzenie na pensji, o ile zgodziłabym się objąć stanowisko stałej towarzyszki jego córki. Odmówiłam jednak. Myślę, że powinna byłabym odmówić, gdybym nawet była po trzykroć biedniejsza, aniżeli byłam istotnie, gdybym miała mniej możliwości zarobkowania i bardziej ponure widoki na przyszłość. Tak źle jednak nie było. Mogłam ’wykładać, mogłam udzielać lekcyj, stanowisko wszakże guwernantki prywatnej, czy damy do towarzystwa było czymś przeciwnym mojej naturze, bolałabym raczej pełnić obowiązek służącej, kupiłabym parę grubych rękawiczek, zamiatałabym i sprzątałabym pokoje sypialne i klatki schodowe, czyściłabym piece i klamki, byleby zachować swobodę i niezależność. Zamiast być damą do towarzystwa wolałabym szyć koszule na tuziny i przymierać głodem.. j. j
Nie umiałabym być bezwolnym cieniem żadnej damy wytwornej — nawet panny de Bassompierre. Z natury i siłą warunków było przeznaczeniem moim pozostawać stale w cieniu, usuwać się na drugi plan. Byłam ustępliwa i podporządkowująca się, ale to usuwanie się na drugi plan i podporządkowywanie sie musiały być dobrowolne, takie jakie trzymały mnie uległą przy moim biurku, pośród grona nawykłych już do mnie uczennic pierwszej klasy szkoły Madame Beck, albo też samą we własnym moim łóżku w sypialni ogólnej, czv w alei i na łay, ce ogrodowej, zwanej moją: moje kwalifikacje nie musia.y być tutaj dostosowywane, ani przeistaczane; nie mogły służyć za oprawę żadnego klejnotu, za ramę dla żadnej piękności; nie mogły być dopełnieniem żadnej potentatki w całym świecie chrzescijanskim. Madame Beck i ja, nie upodobniając się do siebie wzajem, rozumiałyśmy dobrze jedna drugą. Nie byłam jej towarzyszką, ani guwernantką jej dzieci; pozostawiała mi swobodę działania; nie byłam u niej związana z nikim, ani z niczym — ani z nią samą — ani nawet z jej interesami. Pewnego razu, kiedy choroba jednego z najbliższych członków rodziny trzymała ją dwa tygodnie poza Yillette, i kiedy, powróciwszy w wielkim niepokoju o to jak radzono sobie bez niej, przekonała się ku wielkiej swojej radością że wszystko jest w najzupełniejszym porządku, jak być powinno, obdarowała hojnie każdą z nauczycielek i z wychowawczyń z osobna w uznaniu wzorowego pełnienia przez nie ich obowiązków. Do mnie przyszła o drugiej w nocy, oświadczając, że nie ma dla mnie żadnego prezentu. ^
— Muszę — rzekła — postępować tak, aby wierność St. Pierre‘ki opłaciła się jej przyniesieniem doraźnych, namacalnych korzyści, gdybym wszakże odważyła się uczynić to samo w stosunku do pani, panno Lucy, doprowadziłoby to do nieporozumień pomiędzy nami, bodaj nawet do naszego rozstania się. Jedno wszakże mogę zrobić dla pani: nie ograniczać, ani nie naruszać w niczym 6wobody pani: — „c‘est-ce que je ferai“’‘) ^
Dotrzymała słowa: od tej chwili zerwała nieodwołalnie wszelkie najlżejsze bodai pęta, jakimi krępowała kiedykolwiek moją swobodę. Teraz już podwójną przyjemność sprawiało mi dobrowolne stosowanie się do ustanowionych przez nią reguł i przepisów. Chętnie poświęcałam dodatkowe godziny na pracę z uczennicami i dokładałam więcej jeszcze starań przy czuwaniu nad wychowankami, jakie powierzała mojej opiece. Co się tyczy Pauliny Marii de Bassompierre, odwiedzałam ją chętnie, mimo że nie zgodziłam się^ stale zamieszkać u niej. Odwiedziny te przekonały mnie rychło, * ) i to właśnie zrobię. jak trudno było przypuścić, aby moje ofiarowywane jej dobrowolnie od czasu do czasu, towarzystwo miało być długo jeszcze niezbędne dla niej. Pan de Bassompierre ze swojej strony nie zdawał się dopuszczać nawet możliwości myśli podobnej, ślepy zupełnie na to, co działo się dokoła niego, nieświadomy, jak dziecko, wyraźnych oznak rozpoczynania się tego, co, doprowadzone do naturalnego końca, mogłoby nie zyskać przychylnego jego uznania.
Zastanawiałam sie właśnie nad tym, jak przyjąłby fakt ten i czy przyjąłby go całym sercem. Trudno było odpowiedzieć na tesro rodzaju pytanie. Pochłaniały go zainteresowania naukowe: bystry, przenikliwy, oporny, nie łatwo dający przekonać się w sprawach dotyczących ulubionych jego studiów, dociekań i badań, łatwowierny był, natomiast, i nad miarę ufny w sprawach codziennego życia. Sądząc ze wszystkiego, co mogłam dostrzec, zdawał się uważać swoją,,córusię“ wciąż jeszcze za dziecko tylko, nie zdolny przypuścić nawet, aby ktokolwiek inny mógł zapatrywać się na nią inaczej. Często mówił na przykład o tym co będzie trzeba zrobić, kiedy „Poluchna“ stanie się prawdziwą kobietą, kiedy dorośnie i dojrzeje a „Poluchna“ stojąc przy jego fotelu, uśmiechała się, ujmując dostojną jego głowę w obie małe swoje rączki i całowała przyprószone siwizna ie<ro włosy; czasem znów odymała usteczka i potrząsała niecierpliwie lokami nigdy jednak nie odpowiadała:
— Ojczulku, ależ ja jestem już dorosła!
Odmienny był jej sposób zachowywania się wobec różnych osób. Wobec ojca swojego była zawsze jeszcze dziec kiem, albo podobna do dziecka: serdeczna, wesoła, rozbawiona i beztroska. W moim towarzystwie była poważnie myślącą i głęboko czującą kobietą. W stosunku do pani Bretton uległa i ufna, nie wywnętrzała się jednak przed nią. Wobec Grahama była nieśmiała, chwilami bardzo onieśmielona; czasem znów usiłowała być oziębła, a nawet próbowała unikać go. Na odgłos jego kroków wrzdrygała się; milkła, ilekroć wchodził do pokoju; na zwracanie się jego do niej odpowiadała zająkliwie; po jego odejściu bvła, jak się zdawało, niezadowolona z samej siebie, wyraźnie stropiona. Nawet pan de Bassompierre, zauwazył to dziwne jej postępowanie.,
— Droga moja, Poluchno — rzekł pewnego dnia — żyjesz zbyt samotnie, w zbytnim oderwaniu od świata. Jeśli, wyrósłszy na kobietę, zachowasz w dalszym ciągu taki nieśmiały sposób bycia, nie nadasz się zupełnie o życia towarzyskiego. Zachowujesz się wobec doktora Brettona jak gdyby był dla ciebie człowiekiem zupełnie obcym. Dlaczego? Czy nie pamiętasz, że, jako mała dziewczynka, szczególnie faworyzowałaś go?
— Owszem, pamiętam, ojczulku — odpowiedziała z lekka oschłym, mimo to łagodnym i naturalnym tonem. A teraz nie lubisz go? Co zrobił ci złego?. ^ Nic. T...ak, lubię go nawet troszkę; staliśmy s-ę jednak obcy dla siebie wzajem.,,. i u Zeskrob w takim razie ten nalot obcości, zeskrob rdzę przywartą do waszeso stosunku wzajemnego. Rozmawiaj z nim więcej, kiedy przychodzi tutaj i nie obawiaj się go.. Nie jest zbyt rozmowny. Jak myslisz, ojczulku, może to on raczej obawia si<» mnie?
— O, naturalnie! Czy mógłby znaleźć się męzczyzna, który nie obawiałby się milczącej takiej małej panienki?. W takim razie powiedz mu kiedyś, żeby nie brał mi za złe mojego milczenia. Powiedz, że taka jestem zawsze i że nie czuję żadnej nieprzyjaźni dla niego. Taka jesteś zawsze? Ty?! Mała gadulska, której buzia nie zamyka sie ani na chwile?! Nie, moja mała panienko, to tylko twój kaprys chwilowy, ale nie stały zwyczaj —. — u takim razie postaram się poprawie, ojczulku.
Czarujący był wdzięk, z jakim usiłowała nazajutrz dotrzymać słowa. Przyglądałam sie wysiłkowi jej prowadzenia z doktorem Johnem ożywionej, miłej rozmowy na ogólne tematy. Uprzejmość jej wywołała na twarzy jei gościa rumieniec przyjemnego zdziwienia; odpowiadał jej ostrożnie, jak mógł najłagodniej, jak ~dvby w powietrzu snuła się pajęcza nić szczęścia, którą bał się zdmuchnąć zbyt mocnym głosem i głębszym oddechem. Istotnie też w jej poważnym zarazem nieśmiałym robieniu pierwszego kroku do zawiązywania przyjaźni tkwił subtelny urok czarodziejski.
Po odejściu doktora podeszła do fotela ojca.
— Dotrzymałam słowa, ojczulku? Dobrze zachowywałam się?
— Moja mała Poluchna zachowała się jak królowa. Stanę się prawdziwie dumny z niej, jeśli poprawa ta będzie trwała w dalszym ciągu. Z czasem będziemy świadkami przyjmowania przez nią gości moich ze spokojem i godnością prawdziwi® wielkiej damy. Panna Lucy i ja będziemy musieli pilnie baczyć na nasze własne maniery, abyśmy nie zostali zaćmieni przez nią. Muszę zwrócić ci jednak uwagę, moja córeczko, że wciąż jeszcze masz zwyczaj jąkania się od czasu do czasu, a nawet lekkiego seplenienia, przypominającego twoją wymowę kiedy byłaś brzdącem sześcioletnim.
— Nie, ojczulku — zaprzeczyła z oburzeniem — to nie może być prawda.
— Niech panna Lucy rozstrzygnie czy nie mam racji. Proszę powiedzieć szczerze, prawda, że na pytanie doktora Brettona czy widziała kiedy pałac księcia de Bois de l‘Etang, odpowiedziała, że widziała go „klika“ razy? Czy było tak czy nie było?
— Jesteś mechant — niegodziwy — ojczulku! Wymawiam zupełnie dobrze wszystkie litery alfabetu, tak samo dobrze i wyraźnie, jak ty. Ale proszę cię, powiedz mi, wymagasz ode mnie szczególnej uprzejmości dla doktora Brettona, a czy ty sam lubisz go tak bardzo?
— Oczywiście! Lubię go z racji dawnej naszej znajomości, a także dlatego, że jest takim dobrym synem dla swojej matki, nie mówiąc już o tym, że jest w ogóle zacny, bardzo ludzki, dzielny i umiejętny w swoim zawodzie: tak, pyszne z niego homo! Jak zwykliśmy nazywać to „call<mt!“ — byczy chłop.
— „Callant!“?! Odezwał eię w tobie Szkot, ojczulku! Czy to wspomnienia z Aberdeenu czy z Edymburga? I jedne i drugie, pieszczotko, a w dodatku i z Glasgow także. One właśnie pozwalają mi mówić tak płynnie po francusku: dobrze wygimnastykowany język Szkota radzi sobie zawsze łatwo z tym francuskim. ^ Z tym francuskim“? I znów szkotyzm: jestes niepoprawny, ojczulku. I tobie także przydałoby się przejście przez dobrą szkołę... Nie mam nic przeciwko przeszkoleniu mnie, ale musisz w takim razie nakłonić pannę Lucy, aby przyjęła nas oboje jako uczniów, mnie i ciebie: tobie doda pewności siebie, a mnie ogładzi i nauczy mowy klasycznej.
Sposób zapatrywania się pana de Bassompierre na „pannę Lucy“ i jego opinia o niej sprawiały mi duzą satysfakcję. Jakie sprzeczne, wręcz przeciwstawne cechy cha rakteru bywają nam przypisywane zależnie od osoby, Która wydaje sąd o nas! Madame Beck uważała mnie za osobę wykształconą, za rodzaj bas bleu: — sawantki — nawet; panna Fanshave — za uszczypliwą cyniczną i ironizującą — pan Home — za mistrzowską nauczycielkę, za wzor powagi i powściągliwości, za osobę zbyt surową i skrupulatnie konwencjonalną może, o nieco ciasnych horyzontach myślowych, ale w każdym razie za arcywzor guwernantki, gdv tymczasem jeszcze ktoś inny profesor Paul Emanuel — nie pomijał nigdy okazji wydawania sądu ujemnego o mnie, jako o naturze porywczej i zapalnej, jako o ryzykantce, o nazbyt śmiałej poszukiwaczce przygód — jako o osobie, nie poddającej się żadnym wpływom, samowolnej i opornej. Przvimowałam z uśmiechem te wszystkie sądy. Jeśli istniał człowiek, znający mnie naprawdę, była nim Paulina Maria. ^, Ponieważ nie chciaałm być nominalną, płatną jej towarzyszką, mimo że wzajemne stosunki nasze iikładały się coraz naturalniej i bardziej harmonijnie, skłoniła mnie do podjęcia wspólnych z nią studiów, aby tym sposobem zapewnić sobie stałe regularne komunikowanie się nasze wzajemne. Zaproponowała wspólną naukę języka me mieckiego, który podobnie jak i mnie, także trudno jej było opanować. Zgodziłyśmy się, że nasze lekcje pod kierunkiem mojej dotychczasowej nauczycielki będą się odbywały na Rue de Crecy. To urządzenie łączyło nas parę razy tygodniowo na kilka godzin. Pan de Bassompierre zdawał się bardzo zadowolony z naszego postanowienia, które najzupełniej odpowiadało jego planom. Rad był, że „Pani Minerwa Powaga“, jak mnie nazywał, poświęci cząstkę wolnego swojego czasu na wspólne studia z jego uroczą, drogą córeczką.
Ów inny samozwańczy sędzia mój, dowiedziawszy się o tym, a raczej wykrywszy dzięki stałemu uprawianiu szpiegowskiego swojego systemu, że nie przebywam już tak stale, jak dotychczas, w obrębie pensji Madame Beck, ale wychodzę stale w określone dni o jednej i tej samej porze, wziął sobie za zadanie noddać mnie ścisłej kontroli. Utrzymywano, że Monsieur Emanuel został wychowany w środowisku jezuickim. Gotowa byłabym łatwiej uwierzyć w to, gdyby umiał leniej ukrywać swoje podstępy. Że jednak zupełnie tego nie potrafił, nie wierzyłam w prawdziwość podobnych legend. Nie istniał bardziej otwarty aniżeli on, agent śledczy, szczerszy, mniej ukrywający się intrygant. Lubił przesiewać przez sito analizy krytycznej własne swoje machinacje, kunsztownie obmyślać intrygi i zupełnie otwarcie chełpić się zręcznością ich przeprowadzania. Nie wiem, czy bardziej zabawiło mnie, czy też oburzyło, kiedv newnego rana podszedł do mnie, ostrzegając mnie uroczystym szeptem, że „ma na mnie oko“; że on jeden przynajmniej spełni w stosunku do mnie obowiązek szczerego przyjaciela i nie postawi mnie w zupełności własnym moim niebezpiecznym pomysłom. Postępowanie moje mocno mu się nie podoba, nie wie w jakim stopniu ciąży na Madame Beck wina tolerowania podobnego rozluźn;eniu i niestałości obyczajów u osoby, należącej do personelu wychowawczego jej pensji. Co może mieć wspólnego nauczycielka, pośw:ęcająca się poważnemu zadaniu kształcenia młodzieży, z światem hrabiów i hrabin, z pałacami i zamkami? Wy p” —
’“^eP“yP.n — Prawd* jest niew, pliwie, że więcej korzystam ostatnio z roz7’jf’R\f nej odmiany, która bardzo już należała nu się. Była m bardzo potrzebna. Nie nadużywam jej wszelako. Należała * pani?! Była pan. potrzebna?! — I dotychczas chyba, jak ma prawo przypuszczać, me było mi źle Potrzebne mi rozrywki?! Potrzebna odmiana?!
Powinnam, jego zdaniem, porównać moje własne życie z życiem katolickich „religieuses — zakonnic dać je dokładniej. Im nie jest potrzebna odmiana, me są ^“eTjStU odbił sie o, „ojej twarzy podczą* tego przemówienia Monsieur Paula, sprowokował go on jednak widocznie: zarzuciłmi. że nie nikojo, że jestem lekkomyślna, nazbyt “«»»»’ “ stem epikurejką, że mam wygorowane ambicje, ze tknięta jestem manią wielkości, ze trawi ™n’® ^ *. baw^ umiłowanie błyskotek i teraz, że brak mi zupełn-e „ncemUcmml —. ment« skupienia i zdolności poswięcan a się — en dbl o dobrodziejstwo łaski, nie mam wary, an. ducha ofiarności, czy samopomżema i pokory.,
Czułam, że wszelkie bronienie się moje P^eciwko tym zarzutom byłoby nadaremnym trwon.ernem ow z ^ łam się więc w dalszym ciągu w milczeniu poprawiam stosu zeszytów angielskich z ćwiczeniami.. Nie widzi we mnie ani jednej cechy prawdziwej chrześcijanki — na równi z większością innych proteetan tów tarzam e;ę w grzechu dumy i samowoli pogaństwa. Odwróciłam z lekka głowę od niego, ^„la^c 81* ba ’ ie«zcze pod opiekuńcze skrzydło milczenia.
’„ZŁ vt„“ł z^amF, mruknąwszy „ś mewyj»zu^o; me mogło to chyba być „juron“ — przekleństwo — był na “byt pobożny, jestem jednak prm.e pe.-na,,e n* to zuyi p- — — — — p kro m{ wyznać, załam wyraz, sacre“ — do licha — Przy Kro x y ten sam wyraz wszakże z dodatkiem „mille tysiąc (diabłów oczywiście) — zerwał się z jego ust, kiedy w dwie godziny po tym minęłam go w korytarzu, gotowa do wybrania się na wspólną z Pauliną Maną lekcję niemieckiego przy Rue Crecy..11
Nie było na świecie lepszego pod pewnymi względami niż Monsieur Paul małego człowieczka, pod innymi wszakże nie istniał dokuczliwszy i bardziej kąśliwy mz on despota....
Nasza nauczycielka niemieckiego, Fraulein Anna Braun, była wartościową, dzielną kobietą w wieku mniej więcej czterdziestu pięciu lat; powinna była może życ w epoce królowej Elżbiety, spożywała bowiem na pierwsze i drugie śniadanie pekelflajsz marynowaną wołowinę — i popijała ją piwem; jej bezpośrednia, wylewna niemiecka natura zdawała się cierpieć okrutnie z po wodu naszej, jak ją nazywała typowo brytyjskiej powściągliwości. My same byłyśmy przekonane co prawda, ze jeteśmy bardzo serdeczne dla niej, nie klepałyśmy jej jednak bez ceremonii po plecach, a jeśli nawet pozwalałyśmy sobie od czasu do czasu pocałować ją w twarz, robiłyśmy to spokojnie, bez wybuchów osobliwie czułych. Ten brak w nas wybuchowej bezpośredniości i wylewności wielce ją gnębił, na ogół wszakże zżyłyśmy się z sobą wzajem wcale dobrze. Przywykła do nauczania cudzoziemek, nie zbyt lubiących myśleć i pracować samodzielnie, nie mających pojęcia o pokonywaniu trudności usilną pracą i bardziej wnikliwym wgłębianiem się, uważała postępy, jakie czyniłyśmy, w rzeczywistości bardzo przeciętne, za prawdziwie zdumiewające. W jej pojęciu byłyśmy dwoma zamrożonymi dziwolągami: zimnymi, dumnymi istotami, prawdziwymi wyskokami natury.
Mała hrabianka była w istocie nieco wyniosła i ’v>“ bredna; może nawet wrodzona delikatność jej i subtelna uroda usprawiedliwiały te właściwości jej charakteru, sądzę jednak, że było stanowczo błędem ze strony naszej Niemki przypisywanie ich i mnie również. Nie zapominałam nigdy o serdecznym przywitaniu naszej nauczyciel ki; Paulina, o ile tylko mogła, zbywała to dość pobieżnie; ani też nie należał do moich środków obronnych lekki grymas pogardy, jakim odymały się czasem usteczka Polly w odpowiedzi na jakiś bardziej bezceremonialny wyskok niemiecki. Uczciwa Anna Braun odczuwała w pewnym stopniu różnicę tę, na wpół obawiając się też Pauliny, na wpół wielbiąc w niej rodzaj uroczej nimfy — Undyny — chroniła się chętnie pod moje skrzydła, jako istoty na wskroś ziemskiej, jako zwykłej, bardziej dostępnej śmiertelniczki.
Książką, którą najbardziej lubiłyśmy czytać i tłomaczyć, były balady Schillera. Paulina nauczyła się niebawem pięknie deklamować je, czemu nasza Fraulein przysłuchiwała się z rozszerzającym jej usta uśmiechem zadowolenia, twierdząc, że głos Pauliny brzmi jak muzyka. Mała hrabianka tłomaczyła również balady te nader potoczyście, z wielkim zapałem poetyckm: policzki jej barwił żywy rumieniec, usta jej rozchylał drżący uśmiech, jej piękne oczy zachodziły wilgotną mgiełką rozczulenia. Najpiękniejszych ustępów uczyła się na pamięć i często recytowała je, kiedy byłyśmy same, we dwie tylko. Do najbardziej ulubionych przez nią należała „Des Madchen‘s Klage“ (Skarga dziewczyny). — Lubiła powtarzać słowa, w których dźwiękach dosłuchiwała się czarownej melodii, mimo że krytykowała ich sens. Pewnego wieczora, kiedy siedziałyśmy przy ogniu kominkowym, wyrecytowała szeptem:
„Du Heilige, rufę dein Kind zuriick,
Ich habe genossen das irdische Gliick,
Ich habe gelebt und geliebt!“*)
„Żyłam i kochałam!“ — powtórzyła — Czy to ma być szczyt ziemskiego szczęścia, cel życia — kochać? Nie są * ) O, święta, odwołaj twe dziecię z powrotem,
Zaznałam szczęścia ziemskiego,
Żyłam i kochałam. dzę, aby tak było. Raczej może to być największą klęską dla śmiertelnika, stratą czasu jedynie, bezpłodną udręką uczucia. Gdyby Schiller powiedział: być kochaną — byłby bliższy prawdy. Powiedz, Lucy, czy być kochaną nie jest czymg zgoła odmiennym?
— Przypuszczam, że jest czymś odmiennym: z jakiej racji wszakże roztrząsać tę sprawę? Czym jest dla ciebie miłość? Jakie masz o niej pojęcie? Co wiadomo ci o miłości?
Spąsowiała z irytacji zarazem i ze wstydu.
— Słuchaj, Lucy, — rzekła — nie zgadzam się na podobne traktowanie mnie przez ciebie. Wolno ojczulkowi uważać mnie za dziecko: wolę nawet, że tak zapatruje się na mnie, ty jednak wiesz i powinnabyś uznać, że jestem bliska rozpoczęcia dziewiętnastego roku życia.
— Nie robiłoby w tym wypadku różnicy, gdybyś nawet miała być bliska rozpoczęcia dwudziestego dziewiątego roku; nie będziemy wyprzedzały budzenia się uczuć przedwczesnym mówieniem o miłości.
— * Oczywiście, oczywiście! — zawołała z gorączkowym podnieceniem — możesz zagadywać mnie i powstrzymywać, ile ci się podoba, wiedz jednak, że słyszałam o tym ostatnio i mówiłam o tym również. I to dużo, w sposób nieprzyjemny, drażniący i uszczypliwy, w sposób, który zganiłabyś na pewno.
Podrażnione, triumfujące, śliczne, oporne stworzonko roześmiało się. Nie mogłam zrozumieć co właściwie miała na myśli, nie chciałam jednak pytać j;j o to: byłam zaskoczona. Widząc jednak najzupełniejszą niewinność jej zachowania — połączoną z lekkim odcieniem przekorności i rozkapryszenia — powiedziałam wreszcie:
— Kto mógł mówić z tobą w sposób nieprzyjemny i uszczyrpliwy o podobnych sprawach? Kto spośród ludzi mających dostęp do ciebie ważyłby się na to?
— Lucy — rzekła tonem znacznie łagodniejszym — jest to osoba, która sprawia nieraz, że czuję się bardzo nieszczęśliwą, chciałabym też, aby trzymała się ode mnie jak najdalej — nie życzę sobie jej towarzystwa.
— Ale kto to może być, Paulino? Słowa twoje są dla mnie zagadką prawdziwie.
— To... to moja kuzvnka, Ginevra. Ilekroć zmuszona jest przestać bywać u pani Cliolmondeley, przychodzi tutaj, a jeśli udaje jej się zastać mnie samą, zaczyna opowiadać mi o swoich wielbicielach. 0 miłości naturalnie! Szkoda, że nie możesz słyszeć wszystkiego co ma ona do powiedzenia na ten temat.
— O, słyszałam te wywody z jej ust niejednokrotnie
— odparłam ozięble — na ogół też dobrze może stało się, że i ty miałaś okazję usłyszeć je rówineż. Nie należy żałować tego — wszystko jest w porządku, jak być powinno. Bo przecież umysłowość Ginevry nie może mieć wpływu na twoją. Łatwo jest przejrzeć ją na wskroś, zarówno jej głowę, jak jej serce.
— Przeciwnie, wywiera ona na mnie wpływ, i to znaczny. Potrafi zamącić moje szczęście i przeistoczyć zupełnie moje sądy. Rani moje uczucia, kalając ludzi najdroższych mi.
— Cóż takiego może ona mówić, Paulino? Daj mi konkretny jakiś przykład. Możnaby przeciwdziałać krzywdzie, jaką ci wyrządza.
— Osoby, dla których żywiłam najwyższy szacunek, których bliskości pragnęłam całą duszą, zostały oczernione przez nią, poniżone w moich oczach. Nie oszczędza nawet pani Graham... nie oszczędza... Grahama także.
— Wyobrażam sobie. Ciekawa jestem tylko w jaki sposób może pogodzić to oczernianie ze swoim uczuciem., ze swoją miłością? Bo chyba musi je godzić jakoś?
— 0, jest zuchwała i fałszywa, jak mi się wydaje. Znasz doktora Brettona. Znamv go obie. Jest może nieco lekkomyślny, wyniosły; czy podobna jednak zarzucić mu postępowanie niskie, niegodne, wiarołomne? Codziennie opisuje mi go, klęczącego u jej stóp, nie odstępującego jej ani na krok, wlokącego się za nią jak cień. Zapewnia, że odpycha go od siebie zniewagami, on jednak nie daje odstraszyć się. Jest tak zakochany, że błaga ją o zmiłowanie. Powiedz, Lucy, czy to może być prawda?
Czy cokolwiek z tego, co opowiada Ginevra jest prawdą?
— Może i prawdą jest, że był czas, kiedy uważał ją za przystojną. Czy w dalszym ciągu mówi o nim panna Fanshave jako o swoim wielbicielu i starającym się o jej rękę?
— Utrzymuje, że mogłaby wyjść za niego za mąż kiedy tylko kiwnęłaby palcem; Graham czeka z utęsknieniem na wyrażenie przez nią zgody na jego błagalne prośby.
— Czy te opowiadania właśnie są przyczyną niezrozumiałej powściągliwości twojego zachowania się wobec doktora Grahama, która nie uszła już nawet uwagi twojego ojca?
— Niewątpliwie posiałv one w moim umyśle ziarno wątpliwości co do jego charakteru. Przyznać muszę, że w słowach Ginevry nie brzmi akcent szczerej, niezafałszowanej prawdy. Przypuszczam, że przesadza ona co najmniej, może nawet zmyśla — chciałabym jednak wiedzieć w jakim stopniu.
— A gdybyśmy tak poddały pannę Gineyrę pewnej próbie. Gdybyśmy dały jej możność udowodnienia władzy swojej nad nim, jaką tak przechwala się?
— Mogłabym zrobić to już jutro. Ojczulek zaprosił na obiad kilku panów, samych uczonych. Graham, który, jak ojczulek zaczyna przekonywać się, należy do ich rzędu, i to nie w jednej tylko dziedzinie wiedzy, jak słyszę, będzie również obecny. Czułabym się oczywiście zbyt zakłopotana, gdybym musiała zasiadać przy stole w podobnym gronie sama jedna, nie podtrzymywana przez nikogo. Nie mogłabym przecież rozmawiać z panami A i Z z Akademii Paryskiej. Moja świeżo zdobyta opinia młodej osoby, umiejącej należycie zachować się, narażona byłaby na poważny szwank. Ty, Lucy, i pani Bretton musicie przyjść także przez wzgląd na mnie nade wszystko; co do Ginevry, pewna jestem, że przybiegnie na „ierwsze skinienie.
— Doskonale. Zakomunikuję jej w takim razie, że ją zapraszasz. Będzie miała w ten sposób okazję udowodnienia swojej prawdomówności.
Vi!l«tte t. II 9 129
ROZDZIAŁ XXVII
HOTEL CRECY
Dzień następny okazał się bardziej ożywiony i ruchliwy, aniżeli my obie, Paulina i ja — a w każdym razie ja osobiście — spodziewałyśmy się. Jak sę zdaje, była to rocznica urodzin jednego z młodych książąt Labassecour
— najstarszego, o ile pamiętam, Duc de Dindonneaux — i na tę cześć zarządzono zawieszenie wykładów w szkołach, a zwłaszcza w głównym „Athenee“ czyli kolegium. Młodzież tego zakładu naukowego zredagowała i złożyć postanowiła adres hołdowniczy, miała też w tym celu zgromadzić się w gmachu publicznym, w którym urządzane były doroczne egzaminy i odbywało się w następstwie rozdawanie nagród. Po złożeniu adresu hołdowniczego miało nastąpić wygłoszenie oracji, t. zw. „discours“ przez jednego z profesorów.
Kilku spośród uczonych przyjaciół pana de Bassompierre, bardziej czy mniej blisko związanych z „Atheneum“, zamierzało wziąć udział w tej uroczystości wraz z serwilistycznym zarządem miejskim Villette, z panem Chevalier Staasem, burmistrzem, a także z rodzicami i krewnymi wychowańców. Pan de Bassompierre uproszony był przez swoich przyjaciół o towarzyszenie im, przy czym wyrażono nadzieję, że jego niękna córka znajdzie się również w ich gronie. Zaskoczona zaproszeniem, napisała do mnie i do Ginevry, prosząc nas o wczesne przybycie, abyśmy mogły pójść z nią.
W trakcie wspólnego naszego ubierania się, panny Fanshave i mojego, w svnialni szkolnej przy Rue Fossette, wybuchła nagle Ginevra głośnym śmiechem.
— Co się stało? — zapytałam stropiona wpatrywaniem się jej we mnie tak uporczywym, że ua chwilę zaprzestała nawet czynności strojenia się.
— O, jakie to dziwne — odparła ze zwykłą swoją uczciwą i zuchwałą zarazem bezpośredniością, — że pani i ja zrównałyśmy się towarzysko, bywając u ludzi z tej samej sfery i mając te same stosunki.
— Tak — przyznałam — Nie wielki jednak żywiłam szacunek dla znajomości, jakie uprawiała pani niedawno jeszcze: pani Cholmondeley i całe ł‘ei środowisko nie byH i nie byliby nigdy w moim guście.
— Kim pani jest właściwie, miss Snowe? — zagadnęła mnie tonem tak nieukrywanego, niekłamanego zaciekawienia, że teraz ja z kolei głośno roześmiałam się.
— Sama pani — mówiła dalei — nazywała siebie boną do dzieci i rzeczywiście, kiedy pani po raz pierwszy zjawiła się tutaj, wystąpiła pani w roli bony, czy piastunki dzieci pani Beck. Widywałam panią noszącą na ręku małą Georgetkę, czego nie zwykły robić bony nawet, a teraz zachowuje się Madame Beck wobec pani grzeczniej, aniżeli wobec naszej paryżanki, St. Pierre, a ta dumna sroka, moja kuzynka de Bassompierre, traktuje panią jak najserdeczniejszą swoją przyjaciółkę!
— Nadzwyczajne! — przyznałam jej słuszność ubawiona jej zdumieniem. — Kim jestem ictotme? Może zamaskowaną, występującą w przebraniu wybitną osobistością? Szkoda, że na to nie wyglądam.
— Najciekawsze, że nie zdaje się to pani wcale pochlebiać — dodała — przyjmuje pani wszystko z dziwnym spokojem. 0 ile jest pani naprawdę zwykłą istotą bez znaczenia, nikim, jak zawsze przypuszczałam, musi w żyłach pani płynąć osobliwie rybia krew7.
— 0 ile jestem zwykła istotą bez znaczenia, nikim, jak przypuszczała pani zawsze — powtórzyłam, nieco podrażniona, nie mając zresztą zamiaru obrażać się na nią. Jakie znaczenie mogło mieć użycie przez niedowarzoną pensjonarkę określeń: nikt czy ktoś? Poprzestałam też jedynie na zrobieniu uwagi, że udało mi się szczęśliwie natrafić na wyjątkowo uprzejmych ludzi. Czy naprawdę uwa ża pani — dodałam — że okazywana nam uprzejmość winna oszałamiać nas tak bardzo?
— Niech pani mówi co chce, jest to jednak bardzo dziwne — upierała się. Trudno pogodzić się z niektórymi rzeczami..
— Z czym trudno pogodzić się? Z wytworami własnej pani fantazji?!... Gotowa jest pani nareszcie, panno Ginevro?
— Tak. Wezmę panią pod rękę.
— Wolałabym, abyśmy szłv obok siebie.
Biorąc mnie pod rękę, zwisała na mnie całym ciężarem swojego ciała, że zaś nie byłam ani mężczyzną, ani jej wielbicielem, nie lubiłam tego. j znów to samo! — zawołała. — Chciałam, zaofia rowując się ująć panią pod rękę, wykazać uznanie moje dla stroju pani i całego „ani wyglądu — było to z mojej strony pochlebną oceną pani powierzchowności. Ach tak? Innymi słowy chciała pani wyrazić w ten sposób, że nie wstydzi się pani pokazywać w moim towarzystwie na ulicy? Że w razie gdyby pani Cholmondeley pieściła ulubionego pinczerka w którym z okien swoich wychodzących na ulicę, albo gdyby pułkownik de Hamai zajęty był na swoim balkonie dłubaniem w zębach i które z nich obojga dostrzegło nas obie w przelocie, nie okryłaby się pani pąsem wstydu za swoją towarzyszkę? Tak potwierdziła z szczerością, stanowiącą najbardziej dodatni jej rys i nadającą zmyśleniom jej nawet cechę uczciwej prostoty. Było to zresztą jedyną sym~ patyczną cechą jej charakteru, który, gdyby nie to, odstraszałby wszystkich wręcz.
Zadałam sobie trud słownego wyrażenia mojego komentarza do tego „tak“, a raczej dolna moja warga pośpieszyła wyprzedzić mój organ mowy: szacunek i uro czysta powaga nie były oczywiście uczuciami, jakie wyraziłam rzuconym na nią przy tym spojrzeniem.
— Szydercza, lekceważąca istoto! — dodała Ginevra w chwili, kiedy przeszedłszy na przełaj przez wielki skwer, znalazłyśmy się w cichym, miłym parku, stanowiącym najkrótszą naszą drogę na Rue Crecy.
— Nie znam osoby, która płoszyłaby mnie w tym stopniu co pani!. Nie moja w tym wina. — Najlepiej zrobiłaby pani, trzymając się z daleka ode mnie i nie interesując się moją osobą. Na pewno ja pierwsza nie zaczepię pani. Jak gdyby można było trzymać się z dala od pani i nie interesować się panią! Taka jest pani tajemnicza i dziwna!. Ta moja rzekoma tajemniczość i dziwacznosc jest całkowicie wytworem imaginacji pani. Powtarzam, że najlepiej pani zrobi, nie strojąc mnie w nie i możliwie wykreślając je ze swojej pamięci..
— Ale czy’ naprawdę jest pani kimś? — nalegała, nie dając się zbić z tropu i, wbrew mojej woli, wsuwając mi rękę swoją pod ramię, które w sposób wielce niegościnny przycisnęło się mocno do mojego boku, aby nie dać dostępu natrętnemu intruzowi. . Tak — rzekłam — należę do typu karierowiczów pnących się coraz wyżej po szczeblach drabiny społecznej; zaczęłam od roli towarzyszki pewnej wekowej niewiasty, potem byłam piastunką małych dzieci, a teraz je stem nauczycielką szkolną.....
— Niech mi pani powie, błagam panią, kim jest pani naprawdę. Nie powtórzę tego nikomu — nalegała, nie dając za wygranę i nie myśląc wyzbywać się swojej koncepcji zamaskowanej wielkości, jakiej rolę podobało jej się narzucić mi. Wcisnąwszy przemocą rękę swoją pod moje ramię, które zagarnęła teraz już w wyłączne posiadanie, nie przestawała przymilać mi się i błagać mnie, aż wreszcie doprowadziła mnie do głośnego wybuchu śmiechu, który nie pozwolił mi iść dalej. Musiałam zatrzymać się wśród drogi. Nie zrażona i tym jednak, rozwijała w dalszym ciągu w najfantastyczniejszy sposób ten wyimaginowany przez siebie temat, dając upartą wiarą swoją, czy niewiarą, dowód, że nie jest w stanie wyobrazić sobie osoby, która, nie mając oparcia w przywilejach urodzenia, majątku, wielkiego nazwiska czy wielce wpływowych stosunków, mogłaby utrzymać niezachwianą niezależność swoją i powagę.
Co się mnie samej tyczy, wystarczało najzupełniej do spokoju mojego ducha przeświadczenie, że znają mnie ci, na których mi zależy. Inne względy, jak: drzewo genealogiczne, stanowisko towarzyskie czy ukryte zdobycze umysłowe, małe miały dla mnie znaczenie zajmując jednakie mniej więcej miejsce i obszar w kręgu moich myśli i zainteresowań. Należały do trzeciorzędnych moich lokatorów, którym mogłam dać do rozporządzenia skromną bawialkę jedynie, czy małą tylną svnialkę, chociażby nawet wielka jadalnia i salony recepcyjne były puste. Nie przyszłoby mi n;gdy na myśl ulokować ich tam; uważałam, że skromniejsze pomieszczenie bardziej odpowiada ich warunkom. Rychło wszakże przekonałam się, że świat inaczej ocenia te rzeczy, jakkolwiek też przyznaję światu słuszność pod tym względem, wierzę jednak zarazem, że i ja także nie jestem w zupełnym co do tego błędzie.
Są ludzie, którzy czuia się moralnie poniżeni, zajmując pośledniejsze stanowiska, ludzie, którzy utratę pozycji towarzyskie? okupi’’* utraceniem szacunku dla samych siebie. Czyż jednostki tego typu nie są usprawiedliwione, przywiązując najwyższe znaczenie do wartości, które są jedyną tarczą ich i obroną przed samoponiżeniem? Jeśli człowiek uważa, że we własnych oczach stałby się godzien pogardy, gdyby dowiedziano się, że jego przodkowie pochodzili z ludu i nie posiadali tytułu szlacheckiego, byli ubodzy i nie rozporządzali majątkiem, byli pracownikami, a nie kapitalistami, czy byłoby słuszne potępiać go za ukrywanie przed światem tych faktów, za lęk przed nieprzyjaznym trafem, który mógłby go zdemaskować? Im dłużej żyjemy, tym więcej nabieramy życiowego doświadczenia, tym mniej skłonni jesteśmy do surowego sądzenia naszych bliźnich, do podawania wt wątpliwość opinij świata. Gdziekolwiek dostrzegamy uciekanie się do drobnych środków obrony, które mają na względzie uchronienie fałszywej cnoty udającej niewinną skromnisię, czy utrzymanie powszechnego szacunku przez człowieka o wybitnej pozycji towarzyskiej, możemy bvć pewni, że były one konieczne.
Dotarłyśmy wreszcie do pałacyku, noszącego nazwę Hotel Crecy. Zastałyśmy Paulinę gotową już do wyjścia w towarzystwie pani Bretton i ojca, pod których przewodem udałyśmy się na miejsce zgromadzenia, gdzie korzystnie ulokowano nas w odpowiedniej odległości od głównej estrady. Młodzież szkolna z Ateneum wprowadzona została do sali przed nami; zarzad miejski z burmistrzem na czele zajął fotele honorowe, młodzi książęta wraz z ich opiekunami i wychowawcami umieszczeni byli na specjalnie przeznaczonym dla nich podium; resztę odszemej sali wypełniali przedstawiciele miejscowej arystokracji oraz najznakomitsi, najbardziej poważam obywatele miasta.,,
Do tego momentu nie interesowałam się osobą protesora, który miał powierzone sobie wypowiedzenie „discours“. Przvr, uszczałam, że na mównicy stanie który z zaszczytnie znanych uczonych i wygłosi okolicznościową mowę, która będzie zarazem zobrazowaniem wytycznych misji wychowawczej kierownictwa Ateneum i wyrazem hołdu złożonego młodvm książętom.
W chwili naszego wejścia była estrada pusta jeszcze, nie upłynęło jednak dziesięć minut, a zapełniła się do ostatniego miejsca. Nagle, w jednej sekundzie wzniosła się ponad przybraną szkarłatem mównicą głowa, tors i ramiona. Znałam tę głowę: jej kształt, barwa, mina i wyraz były dobrze znane zarówno mnie jak pannie Fanshave. czamość i gładkość oblepionej włosami czaszki, szerokosc bladego czoła, ognisty błysk błękitnych oczu, stanowiły szczegóły, tak mocno wrosłe w naszą pamięć i nasuwające tyle dziwacznych asocjacji myślowych, że nagłe ic zjawienie się przed nami omal nie pobudziło nas do wybuchu śmiechu. Co się mnie osobiście tyczy, wyznać muszę, że gorąco mi się zrobiło z powstrzymywania całą siłą tej chęci, musiałam też pochylić głowę i zasłonie usta chusteczką, czyniąc z niej jedyną powiernicę mojego rozbawienia.
Wydaje mi się, że byłam rada, zobaczywszy Monsieur Paula, że miło było raczej, aniżeli niemiło, mieć go tutaj przed sobą, na tej katedrze, pełnego zapału i szczerości, posępnego i łagodnego, doświadczonego i nieulękłego, jak „dyby panował nad słuchaczami z katedry swej w klasie. Jego obecność była tak wielką niespodzianką dla mnie: nie przeszło mi ani na chwilę przez myśl, że spotkam go tutaj, mimo że wiedziałam o zajmowaniu przez niego katedry belles-lettres — literatury — w kolegium. Wobec jeg osoby, przemawiającej z tej trybuny, można było być pewnym, że nie usłyszy się ani czczych formułek, ani pustych pochlebstw. Mimo takiego przeświadczenia, wyznaję szczerze, że nie byłam przygotowana na to, czego sądzono nam było wysłuchać, co spadło nagle lawiną niepowstrzymaną na biedne nasze głowy.
Mówił do książąt, do zgromadzonej szlachty, do wysokich urzędników i do obywateli miasta z tą samą prawie surową, gniewną powagą, z jaką zwykł zwracać się do wszystkich trzech oddziałów zakładu naukowego przy Rue Fossette. Do wychowańców kolegium zwracał się nie jak do żaków szkolnych, ale jako do przyszłych obywateli kraju, w których sercach posiany był zaród miłości ojczyzny. Epoka, jaka miała nastąpić w Europie, nie była jeszcze przeczuwana nawet i dlatego ideologia Monsieur Paula wydawała mi się czymś zgoła nowym, objawieniem nifiedwie. Kto mógł w7ówczas przypuścić, że płaski, żyzny kraj, jakim jest Labassecour, stanie s:ę kolebką przekonań politycznych i uczuć narodowych z taką mocą wyrażanych w tej chwili? Nie uważałam za potrzebne zdawać w tym miejscu sprawy z poglądów politycznych, jakie wygłosił, niech mi wolno będzie jednak powiedzieć, że ’wierzyłam zarówno w szczerość i głębię jego przekonania, jak w słuszność tego co mówił. Mimo że zapał ponosił go nadmiernie, był surowy i rozsądny: potępiał bezwzględnie pozbawione realnych podstaw marzenia — utopistów; szydził z nie mających szans urze czywistnienia dzikich rojeń, ilekroć wszakże stykał się z przejawami tyranii, rozbłyskał w oku jego żar, który warto było oglądać; a kiedy piętnował niesprawiedliwość, głos jego nie brzmiał już niepewnie, przypominając raczej potężny dźwięk trąby, rozlegający się z parku o zmierzchu.
Nie przypuszczam, aby słuchacze zdolni byli podzielać ten płomienny zapał w całej jego czystości, niektórym jednak spośród młodych wychowanków kolegium udzielił się ogień, z jakim tak wymownie wskazywał im drogę, którą kroczyć winni w imię przyszłości własnego kraju, w imię przyszłości całej Europy. Kiedy zakończył, nagrodzili go hucznymi, długotrwałymi, ogłuszającymi salę oklaskami; bez względu na jego surowość i gwałtowność był ich ulubionym profesorem.
W chwili kiedy towarzystwo nasze opuszczało hall, stał przy drzwiach wejściowych. Dostrzegł mnie, poznał, uchylił kapelusza, podał mi w przejściu rękę i szepnął r
— Qu‘ert dites-vous?“*)
Pytanie to, wybitnie charakteryzujące go, przypominało mi, nawet w tym momencie jego triumfu, wnikliwy niepokój, jaki miotał nim nieodstępnie oraz brak opanowania, jaki stale mnie w nim raz;ł. Nie powinno było wcale obchodz:ć go co ja — czy ktokolwiek inny — myślimy o tym; obchodziło go to jednak, był też zbyt szczery, aby ukryw ać to, zbvt impulsywny, aby umieć powściągnąć się. Otóż, o ile brałam mu za złe nadmierny jego zapał, podobała mi się jego dziecięca naiwność. Pochwaliłabym go chętnie, serce moje biło pełnią najszczerszego uznania dla niego, niestety wszakże, nie umiałam zdobyć eię na słowa pochwały. Kto właściwie znajduje odpowiednie słowa w odpowiednim momencie? Wybąkałam nieudolnie jakieś wyrazy, prawdziwie rada jednak byłam zbliżeniu się do niego grupy ludzi, którzy obsypali go komplementami i powinszowaniami, szczęśliwie * ) Cóż pani o tym powie? pokrywając moją nieudolność wielosłownością swoją i wylewnością..
Jeden z panów przedstawił go panu de Bassompierre, który, szczerze zachwycony nim również, zaprosił go na obiad wydawany w Hotel Crecy dla przyjaciół swoich (większość i nich była zarazem przyjaciółmi Monsieur Emanuela). Monsieur Paul nie przyjął jednak zaproszenia, powodowany zwykłym swoim onieśmieleniem wobec uprzejmości okazywanych mu przez ludzi możnych: duchowe napięcie jego świadczyło tyleż o sile jego umysłu, ile o niezawisłości jego charakteru. Cecha ta me rzucała się może w oczy od razu, tym milsze wszelako sprawiało wrażenie wykrywanie jej w miarę coraz bl zszego jego poznawania. Na ponowioną przez pana de Bassompierre prośbę, zgodził się przyjść po obiedzie wraz z przy jacie]em swoim, panem A., członkiem Francuskiej Akadem,. Nauk.
Te<*o wieczora przy obiedzie, obie młode dziewczyny, Ginevra i Paulina, wyglądały, każda w swoim rodzaju, bardzo pięknie: pierwsza z nich gorowała może urokiem czysto fizycznym, drugą cechował wdzięk bardziej sub teiny natury duchowej raczej, ujawniający się głębią wyrazu i promiennością oczu, słodyczą, jaką tchnę y rysy jej twarzy, wrażliwej na zmienne odczuwania i na stroje. Ciemno-szkarłatna suknia Gmevry podkreślała złocistość jej loków, harmonizując z kolorytem jej cery» świeżej jak płatki kwiatu. Strój Pauliny, nieskazitelnego kroju i odrobienia, lekki i jasny, biały właściwie, stanowił tło, wdzięcznie uwydatniające kameliową delikatność jej naskórka, łagodną miękkość jej ruchów, wyraz głębokiej tkliwości, przyczajony w jej oczach, jedwabiste bogactwo ciemnych jej włosów — znacznie ciemniejszych w każdym razie, aniżeli jej kuzynki — i ciemnych również brwi i rzęs, promienność jej tęczówek i ruchliwosc wielkich jej źrenic. Natura zaznaczyła te same szczegóły powierzchowności panny Fanshave w sposób dosc lekki, jak gdybv nieco niedbale, gdy każdy rys panny de Bas sompierre był skończenie doskonały, wyrzeźbiony możliwie najsubtelniej.
Jakkolwiek onieśmielona obecnością tylu ludzi nauki, nie zaniemówiła jednak Paulina całkowicie: od czasu do czasu dorzucała skromne słówko, ujmujące pełnym wdzięku brakiem pewności siebie. Wyraźne też było, że przychodziło jej to z pewnym wysiłkiem, tyle było jednak naturalnej słodyczy w jej sposobie mówienia, a zarazem były czynione przez nią uwagi tak rozsądne i trafne, że ojciec jej, niejednokrotnie przerywał własne przemówienie w pół słowa, aby słuchać, co miała do powiedzenia, a co napełniało go szczerą dumą i rozkoszą. Tym, któremu udało się zręcznie wciągnąć Paulinę do rozmowy, był bardzo gładki, uprzejmy Francuz, wielki uczony, zarazem człowiek o prawdziwie dworskich manierach. Zachwycona byłam nieskazitelną francuzczyzną Pauliny; jej doskonałym akcentem, literacko prawidłową budową zdań, głębokim wyczuciem ducha języka, nie wyłączając nawet umiejętności posługiwania się jego osobliwymi idiomami. Ginevra, która spędziła połowę swojego życia na kontynencie, w połowie nawet nie dorywnywała kuzynce pod tym względem: nie znaczy to, aby brak jej było kiedykolwiek słów, nie zdolna była jednak zdobyć się na podobną ścisłość i czystość stylu; trudno było też przypuścić, aby niosła kiedykolwiek osiągnąć w podobnym stopniu zdolność władania językiem francuskim. I pod tym względem również był pan de Bassompierre, wyjątkowo surowy w swoich wymaganiach lingwista, wielce zadowolony z córki.
Wśród obecnych znajdował się jeszcze jeden uważny słuchacz i obserwator, który, z racji obowiązków swojego zawodu, przybył na obiad mocno spóźniony. W momencie wejścia doktora Brettona i zajęcie przez niego miejsca przy stole były obie młode panie zajęte rozmową, co umożliwiło mu przedłużenie cichej tej, ukrytej obserwacji. Panna Fanshave rychło jednak spostrzegła widocznie jego obecność, dotychczas bowiem obojętna na to co działo się dokoła niej, ożywiła się nagle, twarz jej okrasił uprzejmy uśmiech, a z ust posypały się kaskady sł5w. To co mówiła, nie miało oczywiście wiele sensu a w każdym razie nie dorastało do ogólnego poziomu rozmowy, prowadzonej tego wieczora przy stole. Je] lekkie, beztreściwe rozszczebiotanie mogło podobać się niegdyś Grahamowi. Kto wie nawet, czy nie podobało mu się w dalszym ciągu. Może wyobrażałam sobie tylko, że, bez względu na miłe sycenie jego oczu i uszu, nie z”a.j dował jego żywy umysł i subtelny smak także prawdziwego zadowolenia w słuchaniu jej szczebiotu. Faktem było bądź co bądź, że na natarczywe narzucanie się tnnevry jego uwadze, odpowiadał grzecznie, jak wymagał tego takt towarzyski: jego zachowanie nie było ani oziębłe, ani szorstkie; Ginevra była jego sąsiadką przy stole, dlatego też przez cały czas trwania obiadu, do niej zwracał się prawie wyłącznie. Była z tego bardzo zadowolo na i po obiedzie przeszła do salonu w doskonałym humorze..
Jak tylko jednak znalazłyśmy się w tym pozbawionym męskiego towarzystwa ustroniu, osowiała ponownie i zobojętniała: rzuciwszy się na kanapę, oświadczyła, że jej zdanym i „discours“ (rozprawy) i sam ob’ad były potwornie głupie, zapytała też kuzvnkę jak nie przykrzy się jej słuchać gadaniny takiej bandy „gros bonncts“ nadętych uczonością nudziarzy, których ojciec jej gromadzi przy swoim stole. Jej drwiny i uragania ustały jednak z chwilą, kiedy uszu naszych doszedł odgłos kroków męskich po schodach: zerwała się natychmiast z kanapki i pobiegła do fortepianu, którego klawisze zaatakowała z wielkim ożywieniem. Dr. Bretton, wszedłszy jako jeden z pierwszych, zajął miejsce obok niej. Przyszło nu na myśl, że nie długo tu popasa: miałam nadzieję, że pociągnie go grupa, zgromadzona przy kominku, okazało się jednak, że poprzestał jedynie na obserwowaniu jej. Przez cza? jego przyglądania się powiększyli grupę tę mm, którzy stopniowo przyłączali się do niej.
Wdzięk postaci i umysłu Pauliny oczarował poważnych
Francuzów: subtelność jej urody, ujmujące jej obejśc