Dyskusja indeksu:PL Barczewski - Kiermasy na Warmji.djvu

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

— Wczoraj cioteczko — wyrwała się Baśka. — A kiebyście jano ziedzieli jek przyjechał? Na p o d sobnych, psiechotą z Łolstyna z koleji, bo nie psisał, kiedy po mego jechać. Matulka rozczyniała prazifc kuchy, a ja ji blachy znosiuła z komory. Wtaijj wchodzi braciszek i tak náju wesoło pozdrazia: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Szczęść wam Boże, żeby wam się dobre kuchy zrodziły! Czy mme chcecie do pomocy?“ MatulKa sia żegnć, nie chce zierzyć swojam łoczom, że to łon. Ale ja go zaraz poznała, doskoczuła do szyji i tak uściskała: „A do czegoś, braciszku, nie psisał po furmanka, toć ty zićsz, że łojczulek zawdy gotów po ciebzie posłać, a ńachantni sam jechać.“ „Wiem, moja siostrzyczko, lecz teraz konie mają w polu pracę a ja młody i zdrowy“.

Tedy i matulka do siebJe przyszła i dali do niego.

„Mój synie, jakąś ty nama radość spraziuł, żeś na kiermas ściągnął. Jekiś ty bziedny, jekeśty schud do niepoznania 1 Czy ci tam licho jeść dają, czyś buł chory, czyś sia tyle łuczyć musiał? Toćeś klasa pewno przeszedł, boś taki wesoły?“ I ściskała náju łoboje i z radości dycht zabaczuła, że má pełne rance ciasta, to téż náju tak niam oblepsiuła, że jek łojczulck i bracia weśli do izby, sia dość naśniać z náju ni mogli. Wszyscy by do niego, a łon tu bziśłam ciastanr łoblepsiony. Za to też dzisiaj braciszka zaprowadza naprzód do łogrodu i pokaża mu czerz.ieniutkie śliwki jego, bo jedno drzewo łojczulek zawdy na niego łoganiáł i nama nie kazał z niego rwać. Patrzcie jano ciotko przez łokno, jek sia czerzianią, to dla mojego braciszka. Jęki łon rad bandzie, kiedy je mu pokaża, bo łon lubzi zićme i śhwki.

Nie pojmuj;’., co łon tak długo porabzia, wcale sia ni mogą d’ic„kać na tego mojego braciszka.

W iern wchodzi gospodyni, a przekonawszy się jednym rzutem oka, że gościom obiad me schodzi gani jeny aczkę.

— N;., na trzpsiotku, jużeś sia znowu rozgadała, zamiast gości poraczyć, to ty jich jeszcze bałamucisz.

Ryby jeszczem chciała przynieść, takiem duże klanie 4 i szczupaki dostali ze Szkandy, a z bartajżkowego jeziora mniejsze łokóńki i płociczki, i z Łyny smaczne wangorze i reki.

— Bo ciotki nie chcą już mniajsa ani ryb — to na zieczerzd; — ale łostaziają sia na krupy, abo rćż z mniodem — przebąkła nieśmiało jedynaczka. — I tak tedy następuje siódmy i ostatni „grycht“; gęsty ryż, lub gryz, kasza albo krupy gotowane w mleku, z kanelaj przysłodzone miodem, słodkimi migdałami t koryntami. To właściwie potrawa dla kobiet, ale i „majszczyzny nie dają sia do mej raczyć“.

Tu najwięcej pochwał sypią na umiejętną gospodynię, że się nie przypaliły, chociaż krupy są „łosobliwe do tego i mają cianki nos“, ze „lak prazie ziedziała łodpsilić, przyrządzić“ itd Wtem wchodzi linowski Jdnek z żonką Mazurką z Grzegrzółk pod Pasymem.

Zaraz Purdzki się wyrywa i woła do nich: — Pódźta, pódźta, liadjgjta na mojam mniejscu, bo ja na krupy nie kozak, a i mój siójsiśd z Butryn wdma zrumuje, bo łon już dali ni może.

Bntryński cokolwiek ponuro patrzy i — wsparłszy się obiema rękami o krawędź stołu wstaje. Janek z żoną siadają do krup i do innych „resztków grychtów“ hojnie im podawanych. Ale ciekawy Wojtek nie lubi się spokojnie przyglądać i już się odzywa: — Janku, pozicdzże nama, jek wama tam jidzie na Mazurach. I nasi by tam zażenili kogo z przyjacielu Janek „pomykając“ prędko, a zwykle mało mówiąc odpowiada: — Robzić trzeba wszańdzie, to wszandzie dobrze bandzie — i jadł dalej.

— A kiedyśta przyjechali z tak daleka? — Wczora zieczoram na noc do Linowa, bom dzisidj chcieli do spoziedzi — A tośta głodni, jedz jano, bo twoja matula téż praziórnie przyszła i do krup sia wziąła. Ale twoja żonka niech ndma co pozie, bo ja lubzia ta mazurska gsęlka, choc Mazurzy „scypją“, jakam sia dość nasłuchał łod mojego pastórza z Krzywonogi — pod Pasymam, a łonskiego roku mielim dziewka z Mariełuk, gdzie też tak scypsią, boć Purda, Purdka, Purdeczka i Purduika czyli Zapurdka — tu odpoczął — graniczą z Mazurami.

— Aboć 10 prawda, Wojtku! Ty łżesz, ty machlujesz, aż sia kurzy, aż bałki trzeszczą, patrz tyło, tan jedan we środku aż sia zgina, bąka z pod grzępy jeszcze urażony Butryński.

— Zierz mu tą rażą — upomina Linowska — Wojciechu wytłómacz mu to.

— Taki twardy siostrze musza łuzierzyć, choćbym pomer, ale ty Maćku graj: Wojtku tłomacz sia z twojami Purdami.

— No, toć kiedy chceta, to má mata, ale dobrze słuchajta, bo ksiądz jano raz kazanie pozie, lak tedy: ja mieszkam w Purdzie, to jest Duża Purda, mieszkam za kościołam; ziesz teraz Butryniaku? — Ziam! Dali: za mojam połam pod Graśk sioi mun nad purdzkam jezioram, to jest Zapurdka, abo Purduika, ziesz? — Ziam! — Kiedy przejdziesz przez ławy na strudze przy Marcinkozie jesteś w Purdce, to jest Mała Purda, a za nią mieszka nadleśnik na wybudowaniu przy lesie pod Kośno, to jest Purdeczka, ziesz? — Ziam teraz i zierza wszystko — przywlarza Butryński.

Młoda Mazurka lak serdecznie przyjęta w rodzinie warmijskiej, najadłszy się prędko rozpatruje się w tem niewinnem, pobożnem i wesołem gronie i uważnie przysłuchuje się serdecznym rozmowom miłych gości i gospodarstwa. Wolałaby tak długo słuchać i ucieszać się w bliższem i dalszem powinowactwie.

Ale ciekawy Wojtek pragnął dowiedzieć się więcej o Mazurach, o ich roli, gospodarstwach, o ich nauce i mowie, którą tak „lubił“ — i tak zagadnął Ewę: — Poziedz że nam też co, Jewko, ło waszych łokolicach, kościołach i łodpustach — a wy, szurki, kiedy wy gałgany sia łodwazyta śniać z mazursKi mowy, to dostameta zaraz harapam.

Taką zachętą bogatego wuja ośmielona Mazurka z Grzegrzółk zaczyna, prędko i wymownie.

„scypać“, czyli jak na Śląsku to zowią „syceć“ (syczeć).

— Otoz, coz wam mam poziedzieć, kiej esce mało ziem.

Na te parę słów mazurskich już kpi Michałek i „marczy“ z cicha: co ja ziam, to poziarn, „otoz, kiej esce“ i kiwa do drugich chłopców.

Ewa nie zauważyła tego i ciągnie dalej: U nas dużo niasecku i toi laków i mało mawa pożytku scególnie w susą. Mokry rok dla nas jes lepsy, dla tego mózią Mazury, „siej doły, siej góry, ho nie wieś, jaki jes rok który“; ale wyżywić się u nas zawse można, zwłasca, kiej zona gorzałki nie pije, a esce lepsi, kiedy i męscyzna nie zerak jck mój męzuiek, to tez już pod lepse’m konie przyśli, i mnożą się nam krowecki i łoziecki, gensi i gonsacki, kacki i kacocki, kury i kurcenta, jegniacki i prosiacki, cielacki i zrebacki.

Ale zidzę na W a r n i j i esce lepse wso, a co nalepse, ze tu ani bziałki, ani dziewcyny, ani dzieci gorzałki do gęby nie wezmą, a nawet u chłopów mało pijaków, nie tak jek u nas na Mazurach, gdzie chłop drzewo do masta wywozi a żonka len w fartusku do karcmi wynosi i — przepsija, drogi cas tracą a w dć mu dzieci płacą. Mazury są dobrowolne ludzie, ale kieby ich odzwycaić od gorzałki i pijaństwa.

Kościółecek mamy nowy w Pasynie i w Dźwierzutach, od nas z Grzegrzółk prazie ta sama droga.

Tu ks. Klement, tam ks. Stefan zbzierali na łodpustach i kiermasach na śwentej Warniji, gospodarze warnijskie zwozili darmo drzewo ze swoich lasów i cegłę, my kanienie i wapno — — I my, i my! — wołają różne głosy wujów i ciotek, a stary Jakób zacisza...

— Bóg wam zielgi zapłać! — dziękuje Ewa i dodaje: A teraz cokolwiek esce o skole i nauce wam poziem. Tu nam na zal wsędzie rugują mowę nasą a mnożą niemcyznę. Mózią, ze mowa mazurska, to nie polska, a my myśliwa, ze mowa nasa należy do polski mowy, jek i wasa na Warniji, bom rozumieli dziś w Bartęgu księdza na kazaniu, który praził z psisma, jek u nas w Pasynie, w Dźwierzutach, jek w Purdzie na łodpuście, w Przemienienie pańskie, i św. Rozalii, jek w Swiętolipce Piotra Pawła i Nawiedzenia Najśw. Maryi Panny, gdzie z polskimi ludźmi z zagrań.ey się ugadamy i zrozumiemy jek my dziś tu na kiermasie na Warniji.

W skole ucyłam się dobze, ale musiałam za wceśnie do domu, bo za prędko mi — m a t e c k a zdechli. \ Niezwykły na Warniji wyraz mazurski „mateczka zdechli“ (zamiast: matka lub matulka umerła, lub Bogu ducha oddała) zrobił tu wrażenie nie do opisania.

Pusty Michałek zaraz od pierwszego „esce“ dygając nogami lub paluszkami mruguł oczkami bezskutecznie na karne małe towarzystwo „ryzał sięTl na całe gardło, ale i teraz bezskutecznie maleństwo nie zrozumiało jeszcze sytuacji, ciotki poważnie wargi gryzły, wujowie wąs kręcili, a stryj Wojtek, czysto ogolony jak ksiądz, gładził sobie piękny włos nad uchem i silnie nosem ruszał, a zapominając o harapie na Michałka „psioruny morowe“ ukradkiem szepnął.

W tej ciężkiej chwili nadchodzi wybawczy głos działka lamkowskiego’-’ — Dzieci! za siuła tego, wstania do pacierza — woła — podziangkować Bogu za dary a gospodarstwu za szczerość i urządzanie kiermasu.

I wstali mówić pacierz. Zmówiwszy, jednym chórem wołają:. „Bóg zapłać za łobziad“, na co gospodarz: „Żebyśta go zdrowo jedli“. Potem dzieci z ciotką Lucą jadły, o po nasyceniu tych zamieciono „gnaty“ z pod stołów i z pod ławy — dobry korzec.




4. Po obiedzie — w ogrodzie.

Więc rozeszli się goście, każdy „we swa“, żeby „sia przezietrzyć“ gdzie mu się spodobało. Jedni poszli na podwórze, drudzy do gumien aby zobaczyć zywiznę gospodarza — lecz najwięcej udało się do ogrodu po za domem — „na jepka, na kruszki i na śwaczki i śliwki“.

Ogrody warmijskie nie odznaczają się zwykle owym ładem w urządzeniu i wielką obfitością najrozmaitszych drzew i roślin, jak angielskie i włoskie, lecz tem więcej znane są z wygody i iiożylku, który przynoszą ludziom i bydłu. Lichy to gospodarz, jaki parce lam chyba, coby nie miáł ogrodu przed oknem — przy budynkach. Tu znajdują się drzewa „co już lat nie baczą“, dwustuletnie i starsze grusze, rosochate jabłonie, mechowate śliwki (śwaczki) i plomy, a około ogrodu przy płocie jakby nieprzebyty wieniec wiśni, największa i pierwsza coroczna radość dla „malców“, na ustroniu na północ („morczyznę“) ogromne klony i jesiony, woniejące lipy, raźne jarzębiny, między któremi mięszają sie białe brzozy szumiące, drżące osy i nieodbyte wierzby smutne i wesołe, krzywe i proste.

Do tego sadu przyłącza się pasieka i ogródek dla warzywa, starannie pleciankami ubezpieczony — wyłączna własność warmijskiej gospodyni. Tu rosną bujne pory, ogórki, cebula, chrzan, pietruszka, gorczyca, sałata, banie, majran, brukiew, rzepa, nasienna marchew, konopie, fasola (szabelbon), słoneczniki, róże, janki, agrest — i stoją ule i koszyki dla pracowitych pszczółek.

Tu znoszą pracowite roje Zdobycze swoje.

A bagienko na niedalekim bielniku dostarcza pragnącym owadom. roślinom obfitej wody.

Do tych ogrodów przenieśli się goście po obiedzie, gawędząc, przyglądając się — jak komu lubo było.




5. Gry dzieci.

Młodzi z cygarami w ustach czają się za starszych, żeby ciotki młodocianego nie spostrzegły wybryku. Ale darmo. Już doleciáł Linowską, która miała delikatny nos i mimo szczerby parę ostrych zębów, niezwyczajny dym hawany trzyfenigowej; — już marszczy brwi, a patrząc „z pod grzępy“ spogląda „zyzem“ na młodych nierozumnych palaczy, którzy „smekcą“ i ciągną i wąchają a później oddają.

Już się zaczęła złościć i srożyć, już i słowa słuchać było: „lepsiby wzięli jebko, kruszka, marchew abo brukiew w zamby, niż to cygarzysko“...

Kiedy Baśka z rotą zdrowych i wesołych dzieci leci pod „m a t u 1 c y n a k rusz k a“, skacząc wkoło niej jak sarneczka żartka i woła: —,;Chto mnie dogoni? elito ze mną w koło?“ 1 ustawia je to w „łasiczkę“ to w „ś 1 e p ą b a b k ę“ itp. gry niewinne.

To śpiewają: „Raz dwa trzy, panna w, krosna patrzy, przyleciała, gruchotała jenalija, gromelija — buf!“ to latają i skakają, rześko, wesoło, doprowadzając nawet stare ciotki i poważnych wujów do śmiechu. Tylko Waleśka z miasta, nie znając pasieki, ciekawie za daleko doszła i pukała do ula, z kąd wyleciała pszczółka i gruchnęła ją w sam zadarty nosek, me dbając o jej bóle i krzyki. Nie pomogła ucieczka, żądło już tkwiało a drobny nosek rozpłaszczał się do niepoznania.

Było tam uciechy, ze trzy miechy i węborek — ale w tem gospodarz zawołał: „Teraz proszą wszystkich na niszpór!“ i pośli znowu do izby, dzieci na wyścigi ze starymi — przed starymi.




6. Nieszpory.

W domu Jakubowym odprawiano co niedzielę i święto po obiedzie ze służącemi i z dziećmi nieszpory, ponieważ do kościoła było za daleko.

Za koroną na podniebieniu leżało dużo książek i książeczek z ibeszporami, drukowanych i pisanych.

Gospodarz sięgnął paczkę całą i wołał: „pódźta po kantyczki do niszporn!“ A Baśka i Dośka pomagały chyżo rozdawać.

Gdy się wszyscy zaopatrzyli, zapytuje.Jakut).

— A co za niszpór weźniam na dzisiejsza łuroczystość Łopatrzności Boski, czy nowy gietrzwałdzk.

„Rzekł Pan Pąnu niemu“, czy: „Pójdźcież wszyscy Boga chętnie wychwalajmy“, czy też nasz stary warnijski: „Wychwalaj duszo moja Stwórcę twojego, bo wszystkie dzieła jego są dobre, wielkie i cudów pełne“? 1 wołali jakby jednogłośnie: Dziś stary warnijski, bo to napsiankniejszy 1 1 usadowili się wszyscy wkoło stołów, nasadza J4C poważne miny, chrząkając gardłem i trąbiąc nosami, żeby były czyste, a dzieci stały jak wryte przy starych dulcząc w jiapiery i czekając *’ierplivńe na zaczęcie.

W leni zanucił ojciec.Jakub swym miękkim głosem, nie za wysoko, nie za nisko, boć był przejiowiadaczem przy ofiarach i solistą w godzinkach do N. P.: „Boże pomóż mi się modlić“ a wszyscy zaraz całą siłą ujęli, że aż okna zadrżały i anioły z ra dości się śmiały: „Pomóż mi święte imię twoje chwalić i wielbić... Cłjwała Ojcu, Synowi Duchowi św.

O Boże, w tych godzinach wieczornych przyjmij chwałę od pokornych... Niech cnota nie wie o wieczorze, niech w nas jaśnieje jak zorze, a tak Panie za twą pomocą, nie zaśniemy wieczną nocą“.

Po tem wspaniaJem zajiroszeniu śpiewają 1. Psalm o Stwórcy i stworzeniu nieba, ziemi z niczego, człowieka, którego stworzył na obraz swój i dał mu duszę nieśmiertelną, aby go ta znała, chwaliła, miłowała i wraz z ciałem z nim na wieki królowała.

Wszyslkie zwierzęta, ptactwo i ryby, lilje i różne kwiaty, słońce, księżyc i gwiazdy, nasze pola, role i łąki Bóg stworzył i je utrzymuje... Prawdziwie moc twoja nie ma granic; mądrość i dobroć twoja równie j k ty sam jest nieskończona.

I3odobnie ślicznie wychwala II. Psalm Boga odkupiciela: „Tak Bóg umitował świat: iż nam jedynego Syna swojego zesłał aby każdy, który weń wierzy nie zginął, ale miał żywot wieczny, więc „Dziękujemyć Jezu Chryste za twe nauki, przykłady i prace podjęte dla nas, dziękujemy za mękę i śmierć, któreś wycierpiał dla zbawienia naszego** — a “1. Psalm chwali boga Ducha św. poświęciciela. „Nie dosyć, iż Bóg człeka stworzył i syn Boży go odkupił, ale chciał, aby był cały czysty i łaską jego poświęcony. To sprawił Bóg Duch św. od Ojca i Syna nam zesłany, który we dni świąteczne na apostoiy zstąpić... Boże Duchu przenajświętszy, tyś i mnie na chrzcie św. poświęcił i teraz mnie poświęcasz w pokucie i w innych sakramentach. Dalej prośby o 7 darów jego.

IV. Psalm uwielbia sprawiedliwość Boga sędziego. Człowieka można łatwo kłamstwem oszukać, ale Bóg wie wszystkie myśli i skrytości serc przenikać.

Jednaki u niego jest wzgląd na króla i na żebraka.

Biada tym, co źle czynią a nie ppprawują się, bo ci na sądzie postawieni będą po lewicy i padnie na nie wyrok potępienia. Wieczna radość tym, co staną po prawicy jego, bo im rzeknie „Pójdźcie błogosławieni ojca mego, osiągnijcie królestwo niebieskie**. O gdy by każdy z nas wiernych do tych szczęśliwych należał! V. Psalm każe chwalić P. Boga wszystkim stworzeniom w niebie i na ziemi... Aniołowie i święci, ludzie, młodzieńcy i panny, niemowlęta, starzy i mło dz, i Pana chwalcie, wysławiajcie św. imię Jego.

Nie opuścili też i hymnu zawierającego wyznania wiary, nadziei i miłości. — Po hymnie odpoczęli nieco a dzieci zaraz ciekawie się pytały, co t o słowo znaczy, co owo, czego nie zrozumiały.

Potem na nogi powstali, Marji słodkiem śpiewaniem zarżnęli wspaniałe Magnificat. „W i e 1 b i dusza moja Pana. Albowiem uczynił mi wielkie rzeczy, który mocen jest. A miłosierdzie jego od narodu do narodu. Pokazał moc w ramieniu swojem, rozproszył pyszne myślą serca ich. Złożył mocarze z stolicy, a podwyższył pokorne. Łaknące napełnił dobrami, a bogacze próżne odprawił“.

I zrozumiał y te wysokie myśli i słowa nawet dzieci, bo Duch Boży b y ł między n i m i.

Po Antyfonie „Witaj królowa“ goście chcieli słuchać pieśń o Opatrzności Boskiej, a dzieci uprosiły skoczną pieśń o świętych Pannach, — których było jedenaście tysięcy, albo jeszcze więcej, gdzie św. Rozalja rączkami wywija, a za nią bieży chueiusieńko Anaslazya.

Tedy pozbierano rychło kantyczki i księgi drukowane i pisane i położono na stare miejsce za koronę na podniebienie, bo kucharki już stawiały filiżanki i dzbany z pachnącą kawą i kuchy i miód i masło. Każdy sobie mazał i maczał zbolałe od śpiewu gardło, nie dając sobie do rozmów czasu, bo wuje wybierali się jeszcze w pole, ciotki za zapiecek, młodzi w. karty a dzieci w żarty znowu — na ogród.

Tylko Pajtuńska przy kawie pyta się wstydliwie i żałośnie: Eekubzie, skąd twoje dzieci sia tak raźnie po polsku cytać mduczyły, nasze to janp dajez, bo w szkole jam zakazują po polsku! — 1 bziją za polską mowę! — wołało kilka głosów na raz. Taflą-1 dają w kiesiań i różne sigle nam spraziają“.

— 1 łu naju już nie łuczą — odpowiada Jakub — ale w domu dzieci nasze mózią razem z nama pacież i spsiewają, jek dziś abo i zieczorami, matka przypsili, boć we dnie ciasu ni ma. A że i psismo cytają, do robzią listki łod sztudanta, który łod samy młodości do domu i do drugich po polsku psisuje, a nawet adresy polskie wysyła, zamiast „frei“ pisze „opłacone“. Matulce te listki tak sia łudaiy, że je przytula do serca i pokazuje dzieciom, żeby i łone tak psianknie i wyraźnie psisały; a lone cytają i cytają aż nareście wycytają Tedy je długo przy sobzie nosi i znowu cyta i chowa i wzdycha: kieby go jano nie łulyeili za ta polszczyzna, łon je za łodważny. I jń go tak napominam, żeby sia strzeg, coby mu aby nie zaszkodziuło, ale łon na to łodpozie ci żwawo.

„Ojczulku: Wiara, język dar to święty Dał go Bóg sam niepojęty Więc ratujcie, bądźcie żwawi, Pan Bóg wam pobłogosławi“.

— To to wejta równo zuch — dodaje radośnie Dywicka ciotka — — takich nśma brak na Warniji, aby z lubakierka! I rozeszli się „każdy we swa“.




7. Karciarze.

Przy kawie namawiali się niektórzy zajrzeć na pole aby tam dary Boskie obejrzeć; ciotki tymczasem chciały się ugadać na osobnem miejscu. Tylko jeden z wujów i kilku paniczów, ci nie chcieli ani słuchać o polu i o ugadanin się. Mieli oni co innego „za pazuchą“, lecz żaden o kartach nie chciał najpierw wspomnieć — z bojaźni przed ciotkami.

Zabawne jest przypatrywać się zabiegom karciarzy, aby się zmówić, a nie być od innych, których to nie ma obchodzić, zrozumianym. Jeden spogląda na drugiego, mruga oczami, bije w stół, tupa nogą, siedzi niespokojnie, robi palcem różne krzyże, piki, serca, zera i inne misterne znaki na stole lub na piersiach. Nareszie wyiywa się Joehim: — No jek tam Kuba, pewnia sia trzeba pomodlić w ksiąjżce ze szleroma królami.

Do lego dodaje stryj Wojtek: — To pewnie je weźniam.

Na co Kuba linowski: — A toć możam spróbować, żeby nie zahaczyć.

Jdnku poszukaj jano ty febli.

Lecz Linowska i na takich migach zna się i woła niecierpliwie, do towarzyszek: — Pódźta ze mną za z a p s i e c e k, boć ci już znowu w te karciska sia chcą sparzyć. Ja to już na te karty patrzyć ni mogą, bo la gra to jest bez końca, choć zawdy tego samego. Karty taki dziwny pociąg mają, że sia nic napizykrzą, czam dłuży, tam gorzy sia zaprzątną, aż jam pot wystampuje na łusina (czoło) i na cała gamba (twarz), łoczy czerzianieją, marszczą sia i łupercie wlepsiają sia w karty. Cnto przegra, nie chce przestać w graniu, jano łodegrać, chto wygrał, nie chce przegrać i łoddać, ale dograć ziancy. W K o m i n k a c h*) to bodaj aż po dwa dni i dwa noce za jednani posiedzaniam w wista gra ją... „Chto grywa w karty, miewa łeb łobdariy“.

Kioliy tez sztudant nadszed, zaspsicwałby psiesń ło kartach: Bo w karty zabawa to nagorsz.a gra Człoziek traci psiemądze Człoziek traci cias A tan co je wygrywa Stroi żarty z nas.

Oj głupsie wy karciarze. Jeszcze sia nicht z kart nie zbogaciuł...

Lecz gra już nieunikniona, bo Jankowi się udało gdzieś na szafie karty zdybać. Wyjmuje z pod wani ka i wesoło i śmiało woła (bo ciotki w’yszły): — Tu mata karty, możeta grać w kasztelana, we psa, w dziada, w czarnego Psiotra, w’ sznur, mur, bur, bazylorum, w sześćdziesiątsześć, czy w solo, czy...

— No w co terśz midżfflwa, czy w zechsunzechcyk? woła Jochimek.

— A nie, to mi za komudno! (nudno).

— No, to w zoJo! — To to jół! — A wy wuju jek? — Mnie to wszystko jedno, byle sia zabazić.

— A chto ma naprzód wydawać? — Jek zawdy, chto dostanie szalnego dupka.**) Janek wydaje dwa razy po cztery karty i pyta się: — U kogo sza Iny dupek? — Ja go ni mam.

— Ja téż nie.

— A to u wuja bandzie? *) Bogata wieś pod Reszlem.

’*) Niniik (pamfil).

— Jół, mam (ego gałgana, nć to chwalta sia chłopcy! — Ja mam pytanie na szala.

— A ja lepsi.

Trzeci wolno: — A ja mam tego kiele mostku*) (ostrzej) grółs! — zapowiada z nie małą dumą linowski Kuba.

— A chtórego tuza weźniesz? — Clito ma nalepszego! Przytem nasadziwszy poważną minę, chciałoyjz twarzy wyczytać, kto ma najlepszego tuza, każdy mu się przymila i oczy wyracza, bo każdy ma jednego tuza a wuj aż dwóch: szalnego i czerwiennego. Aż gębę otworzył, żeby się nie przesłuchać, ale cóż, kiedy Kuba już wybrał i pyta się nie dwuznacznie: — Co robzi pykowy do łobuch!?**) Na to odzywa się Janek z radością: — Kolier ’ *) trófl*) Miał on siódemkę i trzy inne żołędzie do tego winnego tuza, a Kuba szpickopa**) i bastę, ***) także niepodobna było przegrać z Irzema matadorami i z tylu atutami, nawet „premyję“*) dostali, bo Jochim zagrał czerwienną ósemkę, któiego koloru Janek nie miał, to ją też zaraz żoładnym niźnikiem „korsnął“.

Koniec końcem wuj z Jochimem musieli zaptącić.

Tak i podobnie bawili się ci czterej w karty, a że grali z natężoną atencją i zapałem lepszej rzeczy godnym o tem świadczyły cygara, które pali zimno, to jest bez ognia, albo raczej smektali, tak, e jeana z ciotek przechodząc mogła Kubie zarzucie: *) W pewnej wsi mieszka! przy moście gospoda „0 JSS“, srogi karciarz.

“) Do obydwóch — «’.o żolędnej (szpickop) i pikowej czyli winnej damy (basta).

U nas kolier, kraje i żołędż używają naptzem an.miast tref — najwyższy i najdroższy kolor.

’) Atut.

“) Żnłędną damą.

      • ) Winną damę.
  • ) Pierwsze pięć bitek.

— Brzydaku, jużeś sia dycht sfarfuniuł, tak żujesz lo cygarzysko — ziesz ty, Mazury to prymują O tem świadczyło dalej wywietrzałe piwo w szklankach i nic tam nie pomogło raczenie gospodarza, tylko wuj „tu wotu“ tabaczki zazył z rozpaczy że mu się lak źle działo, na co jednak młodzi nie zważali, tylko niemiłosiernie wygrane trojaczki od niego ściągali; a kiedy mi nie dość prędko płacił, to się i odzywali i go raczyli; gdy zaś na stole przed mm nic nie widzieli, to go żartobliwie trącali i wołali: — Wujku, do woruszka! Wuj był też bogaty i nie miał żadnych dzieci.




8. Ciotki.

Podczas kiedy tak w izbie przy dużym stole młode zuchy ogrywali bezdzietnego wuja bogatego i mało co rozumnego z wielkiego niewczasu przemówili, wyniosły się od nich oburzone ciotki do małej izdebki, zapieckiem nazwanej, gdzie przy długim białym piecu jedna tylko ława stała, przy stronach kilka stołków i dwa łóżka przykryte płachtami cztcrocepowemi, zielono czerwonemi. Tam długo siedziały te poważne matrony warmijskic, gawędząc o gospodarstwie, O dzieciach, o najnowszych wypadkach familijnych i okolicznych, i o tem i o owem.

— No jek tam, Gietrzwałdzka, jużeśta wylkały? zapytuje pani domowa.

Prazieć też com w łajn tan tydziań krosna wyniosły.

— A cośta tedy tak długo tkały? — Bodajci, łonoć sia co rok naeiuła: to płótna ciankiego ze lnu na naju dwa stuki, na czeledzi grubszego ze zgrzebzi i paciesi sietom mandli to sukna swojskiego we dwa cepy sztery ściany, to sześć łobrusków i dwa płachty czerwone na łoże w sztery cepy i putora tuzina ranczników w łosiom cepów.

Jużam i we trzy medytowały, alem ni mogły pótorać.

— Oj jest to roboty z tam kochanam lnam — skarży się gospodyni — to go rwać i klepać, łociesać z gruby i cianki szczotki, to prząjść, a przańdziwo motać i szpulować, ze szpulk snować i na krosna przez reiki nazijac, tedy dokomantnie kłaść w napletacze, dulczyć, że aż łoczy kolą przy nabzieraniu w mni< iannice i płocha, raczyć wszystkich do zicia ccwk — a dzieci to i bzić trzeba. Sama tedy ciskaj czołnkam, depc podnóże, przyciągaj bzidła, że aż łokna zadrżą, krańć nawój kołowrotam, — a łono sia równo lylo pomału pomyka — krwawa robota. Prawda, kiedy mózią ludzie,. że nie łodpoluituje przed Bogam tan złodziej, co koszula weźnie.

— Masz słuszność, moja bratowa, jano do ty pracy przyłóż jeszcze wydatki przy rwaniu lnu i drapaniu, przy zagrążaniu w wodzie i odpsilaniu na rosie, przy terciu i klepaniu, gdzie i surgały i migdały, i psiwo i żywo — na zieczór w tany, kiedy Wojtek jęki na flecie abo na harmoniji zaświergon, że aż boli.

— Kiedy to młodzież zawdy pochopniejsza do tańca niż do różańca — ubolewa Spięcowska. — Młodzież trzeba strzedz i bronić jek łoka w głozie.

Co ja mcm Marychnie nagadam, że ma siedzić w domu kiele mnie, że to siułka słodyczy, niesie beczka goryczy; cóz pomoże, człoziek ledwo sia łobejrzy, już ji ni ma. Mózia ludzie, że Psianknym posagiem dld dziatek Są cnoty łojców i matek, ale ta nie ziam w kogo sia wylangła.

— A tyś wcćde ni mogła nogą przedeptać, kiedyś młodą buła? — przestrzega Butryńska. — Bądź kontanta, masz dobra córka, ludzie ją najrzą i dopytują sia ło ma. Jano ji tczyj i pusag zbzieraj. Nie słuchałaś, jek dziś purdzki wui móziuł, że dobrń żona, to dar Boski, a: Gdzie ludzkie przekleństwa Tam ni ma błogosłazieństwa? — Słuchałamci, aleć i ty ło tam ziesz, jek to na wszystkie strony sia trzeba łoglądać, niż sia wyda dziecko swoje, bo Łatwo sia łożanić Ale trmlno rozżanić; chyba Kiedy dzieci rodziców posłuchają Zawdy jeszcze nalepsi maja,.

— Ja też was zawdy posłucham, moja kochana matuli™ — rzecze naiwnie Nulka i przytula się dziecinnie do matki, co jej bardzo pięknie przystaje.

Moje wdzianczne dziecko — wzdycha ze łzą w oku matka — kiebym ja cia też kiedyś szczęśliwą zidziała! 1 rozczuliły się wszystkie — Nulku, czy to prawda — przerywa powstałe stąd milczenie Brąswałdzka — ze ma’sz wola wyjść nd Mazury*) na gryka? Boć tam na psiachach chyba gryka sia rodzi! — Mam, ciotko — odpowiada wstydliwie Nulka.

To wejcie tak, moja ciotko — dodaje broniąc Nulki Józefkowa z Wielbarka — wy sia boicie Mniamców, a my Mazurów, a jednak za nich wychodziwa.

Jek wy tam śwatujeta z tami Mniamcami, Roślinami, **) tego ja nie ziam, pewnie wama i w domu po polsku zakkzują, boć w kościele to już wszystko musi liść podług jich woli, i spsiew i pacierz. Jabym takiego chłopa nałuczuła moresu, coby mnie lub dzieciom mojam chciał zakazać po polsku gadać, abo mózić pacierz. To już u naju na Mazurach lepsi. Mój Józek zwoła na zieczói dzieci i cieladniki do wspólne go pacierza, tedy Warnijitk i Mazur mózią głośno pospołu polski różaniec i na psieśń polska nieraz ) Lud wannijski zwie „Mazurami“ piaszczystą ziemię protestancko-mazowieeką, jako też i ludność mazurską, lubiącą nazbyt gorzałkę, dla tego się nieco lekko o ziemi i o mieszkańcach jej wyraża.

  • ) „Kuślin ani“ nazywają Warmjacy prosty lud niemiecki, ranicząoy z. polską Wartują. Słowo to pochodzi z niemieckiego Kaslauer lub Kóslatter, którym to djalektem.mówi znaczna część niemieckich Warmijczyków kolonistów ze Śląska (może z Koźla, po niemiecku Kości?) Wudlo drugiej woisji słowo Kaslauer pochedzi/od kolonistów z Flandrji, ttolandji, gdzie robią sir = kjłse. Pod Bnmsberkiem mówią djalektem kiczlawskim (Kiislauer) pod Outsztatsm djaloktem wrocławskim (Breslauer) ciasu stanie. Bo Mazurzy m mogą po mnieclui i są dobre i wdzianczne ludzie, dopóki gorzałki m zidzą; to brzydastwo musiałaby jam policyja zakśzać. Ksiądz Szadowski nama nad strugą Sawieą nowy kościół wybuduje jek w Opalcńcu. Już zwożą kamianie, cegła i drzewo.

— Za życia nieodżałowanego ksiandza Kałpowicza i łu naju były jansze ciasy — zawołała z goryczą Brązwałdzka i zamilkła.

— Kochana ciotko — pociesza Lijska — bez przeszkód da i w Zielbarku nie łobeszło. Już tam zakazali zwomć trzy razy na Anioł Pański, zakazali kościół staziać, bo.ano kaplica pozwolili, ale ksiądz Szadowski sia jich nie boi: jek przegrał w Zielbarku i Łolstynie łoddał jech na sąd aż do Lipska i tal. wygrał. Teraz bandzie kościół ze zwonicą, bo i kaplice nie jene są duże i mają zwonice.

— Jekeś ty Lisko do Mazur przyszła? — pyta się ciekawie Gietrzwałdzka.

Za Lijską bierze słowo teściowa jej Butryńska i tak rzecz przedstawia: W tych ciasach trzeba sia dobrze łogladać, żeby dzieci wydać na niepogorsze miejsca, a jeszcze, kiedy komu Pan Bóg dał jich kilkoro, jek mnie. Tedy sia czło/ieku i markotno robzi Chcesz je na duże miejsce, trzeba psieniandzy szmat; — ni masz, musisz pożyczyć, ale jano: Pożyczaj — to zły łobyczaj, Bo tan elito łoddaje, jeszcze nałaje.

Dzielić zaś miejsca swego nigdy nie trzeba, bo to jano przyprowadza lamiliją całą w ubóstwo i niezgoda. Miejscowy musi zawdy nńziancy dostać, bo łod mego wszyscy ciągną nieraz aż do śnierci. Rodziców musi chować. łopatrzać, a kiedy jam przyd/ie łostro, to musi regularnie cała wymowa wydawać abo jeszcze daleko wywozie, ale to jest zawdy lichy znak. Przyjadą dzieci do rodziców — nigdy z próznami rangkoma nie łodjadą, a to wszystko z miejscowego. Zdarzy sia w rodzinie łupadek — już i do miejscowego ło poreda i ło pomoc. Poćwiartujesz miejsce — rozplanisz łubóstwo. Tedy powstaną takie Wyłudy, Zasksierki, Cwykielnie, Zarośla, Dziu chy, Wopy, Gieleki, takie Bziedowo, korbowo, Zazdrość, Muchorowo i. t. p. Jek grzyby siedzą w około wsiów te małe pareelanty na ziami i pod ziamią. Na Wyłudzić razu drogi m mają, jano stecki, bo jam woza nie brak. A kiedy ksiądz (Jo chorego sia trasi, to po miedzach, górach i łoparczyskach jechać abo i jiść musi. Raz w zima sąd zjechał do taki parceli; sądozi i ich psisarki musieli śleść z sani i w kożuchach i ciankich skorzankach brnąć w śniegu do chałupy. Pochorowali sia bodaj polani wszyscy na katar i długi nieżydZ) W jedny wsi żydy porozdzierali dwa duże miejsca na drobne parcele — i wyśli na swoje, bo te nigdy nie stracą; ale łogrodnicy siedzą teraz;ek krety na łokopnch r.yją i paszczą w bziedzie. Na te dwa miejsca mózią teraz ludzie Mec i Strasburk, bo tam wygląda jek w fortecach. Kiebv lepsi te ślachestwa koło naju zamianili na wsie i porosprzedawali po dwa po trzy włóki, tobym dzieciom naszam dobre miejsca pokupali; bo z tych dużych majątków to pewnie i król nic nima i Pan Bog. Zarządzić stamtąd dziewka lub parobka nikomu bym nie redziuła. Nklepsić to ze swojarni pracować.

— Ale cóż tu robzić, kiedy dorosną i wydać by trzeba? doświadcza Gietrzwałdzka.

Tedy — ciągnie dalej Butryńska trzeba sia łoglądać za dobrami ludziami i porządnam miejscami na Warniji a kiedy sia na (las nie zdarzy, dobrać z poczciwy fameliji para, dać dzieciom należną jam ciajść i kupsić łodpoziedne miejsce na Mazurach.

Tam sia zawdy ło miejsce dopyta. Bo tam, gdzie lubzią za głamboko w śklanka patrzyć i gorzałka łykać bandą wszańdzie zawadą. Kieby nie ta iskra, co ją w gardle zawdy gasić trzeba — a łona nie wygaszona! Dopóki psijaki trzeźwami, dobrami ludziami ’) nieiyd = Steinschmipieii.

nie łostaną i nie wyrzekną sia gorzałki na caie życie, nigdy jam dobrze nie pudzie.

— Takie miejsce mój kupsiuł na Józefka za sztery tysiące talerów. Jest tam roli na puczwarty włóki i las, woda, łoparczyska i torf.

— A to ne brak tam wody kupać, jek w Gryźlinach, gdzie tyło jeden rząpś i dwa żurazie*) na całą zieś i to jeszcze skąpe, wtrąca Wartemborska.

— Polać były, prawda, nie łobsiane — opowiada dalej Buirynska — gumna, choc nowe, ale próżne, żadnego bydła i żadnego sprzężaju, dom murowany, ale łokna w niani wszystkie powybzijane, żądny żywy duszy tam łod puroku już nie buło.

— Przecież Józek sia me łuląk, zjobziuł w domu huczne wesele, pojechał tam z dobrą gospodynią, zaczął^lszykować na gołam miejscu i wojować tak, że dzisiaj jest już na co patrzyć. „Sceść Boze!“, tak jirzyzitah go Mazury — i poszczęści® mu Pan Bóg.

Rośnie mu nietylo gryka ale i jańczniań i jansze zboże. Bo ja zawdy mózia: gbur niech sia jano trzyma rangkami i nogami ziami swoji, niech ty nigdy z rąk nic wyda. Co gbur, to mur — maziają.

Ja téż mam chańć łoddać Kulka moja w Mazury — wyjawia się teraz Gietrzwałdzka. — Z naszy wsi chce ją chłoś; mają swoją ciajść złożyć, kupsić sobzie w jednani mnieście, gdzie już dużo mieszka katolików i gdzie już zbzierają na nowy kościół.

— Te katolickie kościoły na Mazurach to naziancy warnijskie gospodarze budują — wypada Purdzka.

— To zwożą kamianie, to cegły i drzewo, wszystko darmo, a na mularzów i cieślów jeszcze z przytworka dołożą, i tak powstają na Mazurach wspanialsze kościoły, jek łu naju na Warniji. lu w Butrynach1 Purdzie Klebarku, Dyzitach, Brąswałdzie, w Gietrzwałdzie, w Sząbruku, Gryźlinach, konieznie brak nowych kościołów, bo stare za małe, a tak ciajżko sia ’) r/ąpś, studnia miałka, cysterna, żuraw studnia’ głęboka studnia ze slupem i gibaczką; czysto na Maturach.

zebrać na nie; w Mazurach wnet kościół z samy żebraniny wystają — Nie zazdrośnie bziednym Mazurom tego, droga ciotko — prosi Józefkowa Lijska rodem z Giłuw.

— Kiebyście jeno ziedzieli, jek tam kościołów brak na naju i na Mazurów. Bo łoni, kiedy bzieda, to do naszego kościoła. My maziawa: Kiedy nędza, to do księdza Kiedy trwoga, do Boga.

U Mazurów tak samo. Kiedy jem Pan Bóg ześle nieszczeście w fameliji, w łoborze lub na polu, ledypizynoszą na msze śwentą, na pacierze łosicruią siebzie lub dzieci swoje do Przemienienia Pańskiego, do św.

Walentego! bzierzą wody śwencony z kościołów naszych, kropsią w domach i na polach, przecierają sobzie nią chore łoczy i rany, łodmaziają katolickie modlitwy i pacierze, spsiewają katolickie psieśnie, i chodzą (ale naziency pokryjomu) na łodpnsty do Swentohpki, do Biskupca, do Purdy, Butryn, Gryźhn i do Gielzwałda. Niejeden już i łotwarcie katolikiem łostał; ale w sercu to łoni rycho wszyscy myślą, czują i modlą sie, jek my i mózią, że im to pomoże.

— dół, jół, Lijsko, potwierdza Gięli zwałdzka, jek łu waju pod Pasymam, Szczylnam i Zielbarkam tak i łu naju pod Lolstynkam i Łoslródam mysią i robzią Mazury. Niejedni nawet nasze posty zachowują. 1 ja zaczynam zierzyć, kiedy stary Jedam i Hajsiek ło poziedują, że Mazury kiedyś wszyscy katolikami byk i że te stare kościoły w mazurskich miastach i wsiach przez katolików zbudowane są. Hajsiek mózi. ze w podróżach swoich w tych kościołach stare fularze, łobrazy i figury katolickie zidzial. — A Jedam stary cylywał w jich biblijaeh i kancyjonałach i móziuł, że to wszystko takie podobne do naszego, że chyba z naszego wziame. Psieśni tam kita nakiz,;, ek je dziś jesz.cze w naszych kościołach spsiewawa; tyło wszystko buło jenukszami li erami di ukowauc, podobne do mniamnieckieh, n; arą to drukam starokrakowskam. Jano sakramantów śwantych jek my i mszy śwantej, co nama jest namilszam i naśwantszam, tego toni wcale ni mają.

Jeka to szkoda, woła Linowska, łoni gadają jek my, czują jek my — a nie zierzą jek my! Mojani dzieciom każa ja co dziań w paciorku dodać, żeby Pan Bóg wszystkich do jedności ziary doprowadzić raczuł., — Lijsko, poziedzże nama jeszcze co ło tych Mazurach, miandzy chtórami ci sia tak mocno łudało. Czy łoni sia wyśniewają z naszy ziary? — Kiedy się łupsiją, toć różnie łolekają — opowiada Lijska — to i różnie przemózią do naju, ale zawdy jckby ze strachem. A że ziedzą, iż my jem dawa pokój i ło jech zierze ani nama do myśli nie przydzie, stąd zgoda i jedność, że aż mniło. Na szołtysów ciensto wybzierają katolików; na stypach,“) i giełdach * * *”) łobok siebzie bez podejrzania siadają i zabaziają sia. Łoni sami mózią, że już teraz tak źle ło naju nie myślą, kiedy naju i ziare naszą lepsi poznali. Jeden Bóg i wso***) jedna ziara“ — maziają.

Namać to do głowy nie chce jiść, że to wsio jedna ziara, bo jeden Pan Jezus jeno jedne mógł założyć prćiwdziwą ziare a nie ziency. Ale my się ło to nie spsierdwa, bo elito nie chce do naju przystać, temu wszystka nasza gadka nic nie pomoże, chyba kiedy Pan Bóg misyjonarzów jem ześle.

— A jek te Mazury gddają? — jeszcze pyta się ciekawie Nulka Lijski.

— Tak, jek i my na Warniji, jeno po kruszynie „scypsią“. Na „szczęść Boże“ mózią „sceść Boze“*) ’) Stypa — uczta w domu lub w karczmie wsi kóścielnej po pogrzebie.

    • ) Giełda = wyrównanie wydatków i dochodów wiejskich z końcem roku. Co zostanie, przepija się.
  • ’*) Wso, wszo =r wszystko.
  • ) Powyższe pozdrowienie, które w calem pruskiem Mazowszu codziennie pomiędzy mazurską ludnością przy spotykaniu się lub przy pracy słyszeć można, zawiera wszystkie trzy właściwości djaiektu mazurskiego: sz — s; cz = c, ż = z; właściwość ta jest także główną różnicą zbliżonych do siebie na „Boże pomagaj“ — „Boże dopomóż“, na szczygła — scygieł, na może — może, na morze mówią jek my.

— To sia razu tak licho nie słucha — wtrąca Nulka., — Nie, nie Nulku, do tego się wnet przyzwyczajisz, ja już też z nienr próbuję scypać — potwierdza Lijska.

— Czy łoni i po nmiecku szwargocą? — dokomentuje się Brąswałdzka.

— I gdzie tam! chłopy razu tyle ni mogą, co nasze, a łu kobziet tobyśia i młotem nie łuiłukh niemieckiego słowa. Tam i w szkołach zięcy polskiego łuczą i do polskich kancjonałów wszystkie dzieci łostro przyirzymują.*) — No, mech to pojmuje, elito chce! — woła gniewnie Brąswałdzka — łu naju by polskość w łużce wody łutopsdi, a łu waju łuczą, gadają i spsiewają ]>o polsku? Jeka to wolność na Mfizurach być musi.

— Cioteczko, toć i my śpiewawa — wyrywa się Baśka. — Kiedy już nie w szkole, to w domu. Kiedy na zieczór łojczulek i bracia z pola abo z łobory przydą, tu siądą koło kominka, gdzie matulka warzy — a ja drzażczki smolne kłada na łógiań, żeby buło jasno — tedy łojczulek zanuci z ksiąjżki a bracia na trzy głosy pod niebziosy — matulka warzy i smarzy i pomaga nuJć i ja téż pomagam. A kiedy dopsiero przydą gody: Hej gody, gody, gody Wnet tu bandzie zino z wody tedy bym już skończyć nie chcieli tego: „W żłobie leży“, „Bóg się rodzi, moc truchleje“, A wczora z wieczora z niebieskiego dwora“. — A po zieczerzy poniekąd djalcktów wariuijskicgo i mazurskiego. Mazur i Warmjak mńwią: ziuo, psiwo, zieir (wiatr), ziotrak, zieigi (wielki) („Bńg ziolgi zapiać“ — kiedy dają), mózią, ziara; ale po warmijsku: nióziuł, łupsiula się (albo: sia); = po mazursku; tnóził, upsiła się. Bula = była szczypsie = seypsie, czerwona czapeczka = cerwona capueka, i6“y papsier = zolty papsier, czulą żona = tuła żonka, Szczepański = Scepek, Brzeszyński = Bzescoiiski.

  • ) Bo roku 1886 zmieniło się to na niekorzyść mowy ojczystej.

to znowu książki do rangki i daléj „śpiewajmy, chwałę Bogu dajmy“, jek te pastuszki wesołe, co to rozłochocają małego Pana Jesusa i spsiewam i graniam i Nawet na kozłowym rogu Kryczą chwałę Bogu.

Ja zawdy przy moji matulce stoją i dulcza w ji książka, a łona mi pokazuje słowa i łuczy spsiewać.

Małe słowa juzam w łostatna zima mogła zcytać, a kiedy raz spsiewali „Anioł pasterzom mówił“, pokazała mi matulka duże „A“ i takam pomału już wszystkie duże Iuery pozbadła. I drudzy przychodzą do naju i cytają i spsiewają Drzazg już za dnia wyszukam i kłada na psiec do łususzki — tedy sia palą jek pochodnie i mawa przy kominie jasno jek w kościele.

Raz Mazurki nocowały łu naju przed łolstynskam jermarkam czy targam. Siedziały na długi łazić za stołam i słuchały, jek my spsiewali. Wtam ja do nich: „Pódźta i wy kobzietki do psieca do naju i pomóżta nama Boga chwalić“. Przyszły i spsiewaiy, że sia aż rozlegało. Mają dobre gardła te Mazurki. A jekie łone słociuchne! Na matulka muziły: „nanmilsa, złotorna, jedwabna pani“, a na mnie: „ślicna panienecko“.

Skończyła Baśka, lecz Nulka więcejby jeszcze słyszała o ludziacii i o ziemi, w której zamieszkać miała, dla tego prosi: — Poziedzże Barwuclmo jeszcze co ło tych przylepnych Mazurkach.

— Nie, już dość ło tam; teraz na ciebzie kolej.

Teraz ty poziedz ło fwojech glandach *), ło twojam łoddazie.**) Czy i mnie zaprosisz na wesele? Czyby nie buła ze mnie szykowna przydanka? ***) — Bąku ty, gromi matka, myśl ło pacierzu, a nie ło weselu i ło szykowności! *) Gl.indy ({pędy) czyli zaręczyny, klóre na Warmji odprawiają przed kapłanem.

’*) Oddaw (loddaw) czyli oddaziny Ij. ślub w kościele.

  • ”) Przydanka tj. druchna.

— A wy matuiku ezyśeu sia nie radowali, kiedy w Łączkach *) na waju mózili: piękne Wannijaczki?...

Pląs — i dostało się Basi od matki w szczebiotliwą buzię za niewłaściwe słowa.

— Już to z rami dzieciarni matka naziancy wytrzyma; siuta lo nocy bezsannych, siuła trudu i kłopotu, niż jich łodchowasz. Cbandozysz i łuczysz — a łone zawdy swojego; kieby nie przyler i łostro nie nakliniuł, toby sia z człozieka jeszcze wyśmały. Ja też zitki zawdy pod bałkiem mam na pogotoziu, chocam mojam dzieciom mocno dobra jc.st. Stara Bujnka to mnie zawdy tak połuczała: „Bez rózgi nie łuchowasz dobrych dzieci“. A ja rada słucham starych ludzi, bo łoni ziedzą co gadają i co robzią.

W tem bierze Baśka rękę matki i rumieniąc się cały je ją i leci do dzieci.

Spostrzega to D y w i c k a i z wypogodzoną twarzą wtrąca: — Gdzie też lo łone ciasy, kiedy my sia tak łucieszały Jek to psianknie przyglądać sia tam malcom. Za moji pamniańci to i dorosła młodzież w niedziela po łobziedzie wspólnie sia na wsi aż do niszporu baziuła: u nic buło tyle łobiazy boski, co teraz. W zima w śniegu, abo na lodzie na rozgartach pod Łolstyn, w lato chłopaki na drodze „w kula“, dziwczaki przy drodze przyglądały sia i chwaliły zgrabnych a ganiały nieragów — ale kiedy zabr/ąkali na niszpór, to wszyscy na wyścigi do kościoła. Tedy buł spsiew śweży i wesoły, co radość; ale teraz dzieci chocby chciały spsiewać, cytać ni mogą. Za to bonują i labują, robzią rozgaidvjas, ehwahwory perzą, jeżą, paradują, krygują sia; psiją, cygary palą w karty grają — — wszaudzie huczno, huczno a w psianty zimno. Za to przy robocie jano pesklają, to leż nic ni mają wszystko jidżie w perzyna.

Nareszcie zmarszczyła się nie byle.

  • ) Klasztor Łąkowski pod l.ubawą, dokąd przed walką.kulUirną corocznie dążyła kompanja z Wnrinji.

— Ciolkn, nie patrz że tak czarno, wtrąca mile gospodyni: czyś nie przysłuchała sia na dziesiejszam niszporze tam dzieciom, co terdz tak wesoło w mrugi, w lisa, w kula grają że i w niech jeszcze nasz duch jest? — Mata szczera prawda — przytakuje Linowsira — dzieci trzeba *osiro przytrzymać, kiedy z nich chcesz mieć radość. Bo kiedy nie płaczą dzieci na rodziców w młodości, to płaczą rodzice na dzieci w starości. Znam ja w parasii B. pochylonego grózka*), chtóry sia nazywa Bujek. Tan sia bojał łuderzyć dzieci swoje, kiedy małe były. A teraz płacze na nie i cnodzi no żebranam chlebzic. Dzieci sia nie trzeba boić, jek tan Bujek, ale żwawam być na nie jek Bujna i żona jego. Nasz łojczulek naju łostro trzymał i wszystkich też do czego doprowadziuł. Niech mu Bóg za to stokrotnie wynagrodzi i śweci duszy jego.

— Oj bodaj, co to taki rodzic znaczy — przytakuje Ługwałdzka — dzieci go nigdy dość nie łutścią, łon jest w cani łu Boga i łu ludzi — nawet po śnierci.

— dół siostro, pokazałoć sia to na pogi zebzie jego — opisuje dalej Dywicka. — Jano łumer, zaczęli sia schodzić ludzie i łodmaziać nad zwłokami iego trzy razy różaniec, a na zieczór spsiewali jeszcze „Z głambokości“, „Przez czyścowe łupalenie*’, „Jezu Chryste Panie mniły“ i „Zieczny łodpoczynek“, a w pusMs$) noc tom spsiewali i modlili sia aż do zranku, aż kiedy zaczęli we wsi zwołuwać na pogrzeb i pod łoknami wołać: „Chto sia przysłuży łumerłamu, tamu sia przysłuży Pan Bóg.“***) i zeszło sia ludzi kupeczka. Tedym wyjechali i pośli, jek chto mog do wsi kościelny. Na przodku szed wóz z trumną.

j Grózek Ij. dziadek.

“*) Pusta noc jest 10 ostatnia noc przed pogrzebem którą cala w czuwaniu i modlitwie krewni umarłego i znajomi spędzają.

“„I ’laki jest zwyszaj zapraszania po wsiach wurmijskich na pogrzeb. Dalszych krewnych i powinowatych zaprasza się listownie przez pocztę, lub osobnego posłańca na koniu, zwłaszcza, że komunikacja pocztowa pomiędzy sąsiodniemi wsiami jest często bardzo powolna.

Przy krzyżum na smantarzu łustali, znieśli trumna na mary i czekali na ksiajży. Tedy zazwoniły zwony, pokazały sia chorągzie, dzieci szkolne z łorganistą i siedmiu ksiajży.

Kiedy sia zbliżyli zaśpiewali żałobnam głosam psieśń: Jezu Chryste Boże w ciele Dla mnieś cierpsiał, prac, mąk ziele...*) Pieśń przy pogrzebie dorosłych.

Jezu Chryste, Boże w ciele Dla mnieś cierpiał prac mąk wiele, Na krzyżuś się ofiarował, Abyś mi życie darował.

Proszę Cię dla gorzkiej męki, Nie wypuść mię z Twojej ręki, Przy ostatnim życia zgonie, Trzymaj mię w Twojej obronie.

Gdy mi kołem staną oczy, Głuchota uszy otoczy, Zapach wcale mi ustanie, A smak się gorzkością stanie; Gdy się język zacznie padać, Nie będę mógł sobą władać, Wtenczas, o Jezu, mój Boże, Niech mnie litość Twa wspomoże.

Przyjmij mą duszę do Siebie, Niech się z Tobą cieszy w niebie, I ciało gdy zmartwychwstanie, Niech Ci wiecznie służy, Panie.

¥) Pieśń „Jezu Chryste* 1* śpiewaną od niepamiętnych czasów na polskiej W.irmji przy pogrzebach dorosłych, jako i drugą przy pogrzebach dzieci podajemy tu w całości. Podanie donosi, że dwie te oryginalne pieśni ułożyło dwóch kapłanów z Bartęga i Purdy na Warmji.

Przy pogrzebie dzieci.

Rychło zc świata zebrane Dziecię rodziców kochane Wziąć do grobu dziś mamy.

Co za boleść, co za smutek, Sprawiła śmierć, jej to skutek, Którego doznawamy.

Nie dawno na świat wydane, A już nie ma być widziane Od dziś więcej na świecie.

Już zamknęło swe powieki, Nie chce świata znać na wieki, Jest z aniołami w poczęcie.

Jestci jego śmierć dotkliwa, Ale dla niego szczęśliwa, Bo grzechu nie zaznało.

Nie zostały po nim długi, Owszem zaraz bez zasługi Do nieba się dostało.

Wy rodzice, się smucicie, Kiedy ze łzami patrzycie, Że już dziecię bez duszy: Dusza wzięta jest do chwały Takiej, której nie słyszały Żadne śmiertelne uszy.

Dziecię nieba żyj w pokoju, Opływaj w rokoszy zdroju, Gdy się wiek twój tu skończył.

My twe ciało pogrzebiemy, Boga współ prosić będziemy, Aby nas z Tobą złączył, potam spsiewał „Z głambokości“ po łacinie ksiądz przyjaciel, co go cnował, na przemian z dzieciarni, znamiciul „exsulta., unt Domino“, pokropsiuł i zaprowadzili! do kościoła na całe zilije. Po zilijach buło kazanie, na chlóram mocnom sia spłakali, boć łumerłych trzeba łopłakać, a jeszcze takich, ło których by sia nigdy zahaczyć n> rnniało. Dops.ero msza śwanta łukojuła naju nie mało; w ty to jest nalepsza pornoe i pociecha. Takam godnie zanieśli łojczulka do grobu. Stacje w kościele bandą pamniątka po niam.

Ale w domu to buto kuc no po pogrzebzic W każdam kącie, jekby czegoś brak buło. Wszańdzie matyjaszno, a w jizbach pusto, gdzie łumerty leżał; bo duch ducha czuje i lajskni sia za niam. Duszno buło łu naju kila niedziel po pogrzebzic.

— Aleć Bogu dziangki dobize łumer — pociesza Spręcowska. Ksiądz w łostatny chorobzie dwa razy go łopatrzuł, a kiedy zaczął konać, wszyscym go ło])stąpsiIi, a ja łodczytała nad niam głośno „sietom zaników’1. Tedy miju jeszcze raz napominał, żebym łostali dobrami, żebym sia raz wszyscy w niebzie łobączyli, dał łostatne błogosłaziaństwo — i tak przykładnie Bogu ducha łoddał.

Podczas tych smutno-poważnych rozmów „wynikła“ się Kulka do dużej iżby, gdzie od niejakiegoś czasu „załsnęła““) braciszka studenta i namówiła go kapryśne ciotki rozłochocić. Te jeszcze o różnych rzeczach gawędziły a najwięcej Gietrzwałdzka o objawieniach gietrzwałdzkich.

Pozdrowił wszystkie raźnie, przywitał i pocałował w usta każdą z osobna. Ale też i z ócz i z min widać było, że mu są wszystkie bardzo zyc/liwe, dobre — to by go też raz kiedyś chciały widzieć panem, a że u ludu warmijskiego tylko ksiądz w prawdziwem tego słowa znaczeniu panem jesl*’:), więc też zaraz go się pytają: — A kiedy naiu zaprosisz na psiersza msza, bo tego to łod dawna szczerze sobzie życzywa.

Na co student z widoczną trwogą odpowiada: *) Spostrzegła.

  • ’) „Ksiądz to pan. — Przy ołtarzu jakby na Boga patrzał, a kiedy wezmą takiego, to jakby P. Jezima wzięli’1, tak tu mówią. ludzie.

— Moje miłe ciotki, jabym wam rad tę wielką radość uczynił, lecz nie mogę nic przyobiecać, bo to jeszcze za długo i za dużo jeszcze wody do tego czasu upłynąć musi: to egzamin do czerwonej czapki, poczem jeszcze cztery lata w kamiennym domu*) a jeżeli mię zabiorą na rok do wojska, to znowu dłużej, a jeszcze nie wiem, czy będę miał powołanie do kapłaństwa.

— A to ja tedy już tego nie doczekńm — wzdycha Linowska.

1 ja też nie, bo ja starsza — dodaje Ługwałdzka.

To też i połowa życia w tych murach trzeba dać sia suszyć, niż na co wyjdzie; a leć tobzie nie wadzi, ja już chudszcch sztudantów zidziała. Czego wy sia też tam tyle lat łuczyla? — Rozmaitości, moja ciotko, zawsze jest co, a czem wyżej tem więcej; lecz to by was mało interesowało, gdybym wam tu wszystko miał rozkładać, 0 trójkątach, czworobokach, o fizyce, Cyceronie, o pisarzach całem gronie; „Wejta jeno, co to tego, „Toć jak chleba powszedniego, a dzisiaj nie czas na to; w kiermas to się trzeba radować i weselić między swoimi, których się cały rok nie widziało.

— Masz prawda mój sztudańcilui — przytakuje zawsze wesoła Spręcowska — Zaspsiewaj jano mima co-nowego, bo ja mocno rada spsiew słucham, aszludanty to bodaj mogą miedzy sobą śliczne nuty wymyślać i kurlautki spsiewać.

Wesoły student nie dał się dużo raczyć... Tam było uciechy ze trzy miechy i duże półkorcze.

Lecz surowa ciotka linowska ostro patrzy na studenta i ostrzej jeszcze przysłuchuje się kurlantkom jego i wnet zdaje swój sąd mówiąc: — Sztudańcilui, przy takich niezinnych spsiewach 1 wesołościach możesz łostać ksiandzam i być mni’) Semii.arjum brum berskiu, po większej części z kamieni zbudowane.

łam Bogu i ludziom; — ale tera liama poziedz, skąd ta piosta mowa nasza ’ co ty ziesz ło Gietrzwałdzie i ło łodpuscic bartajskam.

— Kochane ciocie, trudne to są i nierozwiązane dotąd sprawy, lecz co o nich wiem, to powiem.

Każdy język, a więc i polski ma swoje odrębne djalekty czyli narzecza. W niemieckiej mowie te różnice djaleklowe są jeszcze większe aniżeli w polskiej i to tak że Meklemburczyk i Hanowerczyk chyba z trudnością zmówi się ze Szwabem I Szwajcarem Djalekty czyli narzecza mają swoje racje, z nich jak z świeżego zdroju odnawia się i odświeża język po prawny, literacki. Jak zaś pojedyncze djalekty powstały, tego już trudno dociec, ponieważ rzecz ta zaszła w dawnych czasach, kiedy to mało było ludzi piśmiennych i sztuki drukowania jeszcze nie znali.

W naszych stronach w dawne czasy mieszkali pogańscy Prusini, naród podobnym językiem mówią cy jak Litwini i Łotysze. Dawni Prusini dzielili się na kjjka lub nawet kilkanaści szczepów i nawzajem się zabijali. Potem wielka ich moc poległa na wojnach z Krzyżakami. Reszta w przeciągu czasu zlała się to z kolonistami niemieckimi to z polskimi. Język staroprusiński drtwno wymarł i zdaje się, że na lepiej wyrobione języki niemiecki i polski żadnego nie wywarł wpływu, z wyjątkiem chyba dość licznych pro wincjonalizmów jak np. „kadyk“ (jałowiec).

Sprowadzeni z daleka przez krzyżaków i biskupów koloniści niemieccy przynieśli ze sobą sw’oje narzecze rodzinne. 1 tak osadzeń około Brunsberka, Fromborka i Melzaka przybysze od Lubeki mówili djalektem dolnonieimeckim, nazwanym także koaliń skim (plaftdeutsch, k a s 1 a u i s c h). Koloniści zaś sprowadzeni ze Śląska, osiadli około Ornety, Gut sztatu, Licperka i Zyborka, posługują się narzeczem średnioniemiecknn, nazwanym też wrocławskim (mitlel deutsch, b r e s I a u i s c h).

Kolonizacja polska w Starych Prusach (Altpreussen, Oslpreussen) rozpoczęła się także o około roku 1300 po Glnystusie. Do dziesiejszych Maziij.

napływała sąsiednia ludność z pogranicznego Mazowsza polskiego, gdzie było przepełnienie czyli nadmiar ludności, a w starych Prusach wskutek długoletnich wojen z hardymi Krzyżakami był wielki brak iuazi, mianowicie dla bartnictwa i gospodarstwą^a Wanmjscy biskupi pochodzący ze Śląska sprowadzali z tamtąd z okolic Prudnika, Głogówka, Opola na zachód Warmji koło Olsztyna polskich kolonistów, 0 czem świadczy dzisiejsza mowa prosta, zwana a djalektem Nadto przybyli ludotąd polscy osadnicy z bliskiej ziemi chełmińskiej, lubawskiej i łomżyńskiej zwłaszcza z Kurpiów.

Po roku ld 10 ym, kiedy Polacy i Litwini za króla Jagiełły pod Olsztynkiem Krzyżaków zbili 1 z Wńrmji wygnali, przybyli po raz drugi do spustoszonych stron naszych ludzie z tych samych okolic oprócz Śląska, zmieszali się z pozostałą ludnością i od tych my pochodzimy.

Roku 1525 mistrz krzyżacki Albrecht został luterakiem i odebrał Mazui om — wiarę katolicką, przez co ich tem więcej oddalił oc. katolickich Polaków i od Warmjaków.

— Tak to może być — potwierdza Linowska uprawa lnu i płótna mawa ze Slązka, naszd gddka jest podobna do ty, co Slązaczka miała, jek łu naju z płótnam chodziuła, a czy pod Chełmnem tak gadają, nie ziam, bom tam nie buła; ale w Łączkach pod Lubawą, zieta wszystkie, że jenaezy gadają, huśta tam wszystkie były. A teraz poziedz nama, sztudańciku,:o to są K u r p s i e? — Tak się nazywają — objaśnia student — mieszkańcy powiatu ostrołęckiego za Opaleńcem, Chorzelami Myszyńcem w Polsce. Nazwisko swe otrzymali od odbuwia, które jest plecione z lipowego łyka a zwie się „kurpiami“. Mieszkają w tych miejscach, gdzie niegdyś rozciągały się puszcze, jak Biała Puszcza, Zielona, Myszyniecka, Czarna i zajmowali się z początku jedynie bartnictwem tj. pszczelnictwem i myślistwem tj jegierką.

Kurpiarze odnaczają się otwartością, rzetelnością, pobożnością. W mowie Kurpie mazurzą czyli scypsią, jak Mazurzy, oprócz tego mówią: gajsi, bandzie, śwanto i miękczą bardziej niż gramatyka przepisuje, naprzykład: siga, bziały, zietr, psiwo, zino, jak pruscy Mazurzy na pograniczu Warmji i my Warmjacy.

To prawda — odzywa się naraz kilka głosów — niejeni psielgrzymni w Gietrzwałdzie tak gadali, tyło my nie ziedzieli, skąd łoni — to z Kurpsia! — A z tych stron właśnie — dodaje student — polscy biskupi sprowadzali kolonistów dla Warmji po zlutrzeniu Mazurów.

— A to ciekawe — odzywa się Pajtuńska — to tedy mowa warnijska i mazurska jest „rychtyczna“ mowa polska, a nie łosobna mazurska, jek rektorzy na Mazurach gadają. Ale czamu my nie scypsiem, kiedy Kurpsiarze szczypsią? — Na Warmję — odpowiada student — polszczyzna dotarła z dwóch stron: z zachodu od Ostróda, Lubav ^ Chełmna, z południa z Łomży od Kurpiarzy mazowieckich. Pewnie pierwsi polscy koloniści na Warmji mówili narzeczem Śląskiem i chełmińskiem, dla tego do dziś dnia u nas nie mazurzą.

Nieco później z południa napływali osadnicy z Mazowsza i wprost z Ostrołęki, Łomży, Kolna, Goniądza, Tykocina, jak księgi chrzestne i ślubne wykazują, ale że pierwotna mowa na Warmji nie mazurzyła, więc i późniejsi osadnicy nie zdołali przeprowadzić zmazurzenia, owszem i oni z czasem zaniechali tego i nie mówili już: Boże, nasa, capka, ale: Boże, nasza, czapka; albo: Bozie, nasia, ciapka, jak i teraz jeszcze mówią w Silicaeh, Patrykach itd. 1 zmiękczenie zostało, tak że mówim dzisiaj: zieś, psiwo, zino, zieczór, ziertel, sigiel, psies. \ Wyrobił się więc osobny dialekt polsko, wara niijski uwydatniający się leni dobitniej, że na północ ogrodzony był przez Niemców — Kośunów, z drugich zas stron od sąsiednich Mazurów, którzy wyznawali inną religję i należeli do innego państwa.

— Co leż to Monę ludzie wszo wymądrzą — wtrąca tu Stańslewska — alec i ua Warniji różnie wymaziają: jeni na „a“ — drudzy na „e.“ — Wenowejcie, nakci u was pod Łolstynem gadają wszędzie na „a“, a. nas w Stańslezie, Bredymui, Stryjezie, Węgoju, tabusze, Raszęgu, pod Biskupem i Wartcmborkiem aż do Lęgajn i Giław gadają na „e“. Poznać ptaszka po psiórach.

— Ci ostatni z drugich pierwotnie okolic pochodzą — odwraca student — jak ci z „a“ djaleklu i zachowali swoją dawniejszą właściwość.

W innych stronach. językach rzecz się ma podobnie, jak np. na Kaszubach, gdzie każda wioska nieco odmiennie mówi.

„A“djalekt, Ij. mówienie „całą gambą“, zachodzi także w drugich okolicach wśród włościan i jest w porównaniu do języka literackiego wymową bardzo prostą, chłopską, starą.

Te Kaszuby też do naji. do Gietrzwałdu przychodzą — woła Nulka — tych ciajżko rozumieć, kiedy po swojemu gadają, a miciajży Lusinow. Ci spsiewają na trzy głosy, ale my lich nie rozumiewa. Czy i do nich Naśwantszd Panna po polsku rozmazia? My wszyscy zierzywa w cuda, co sia dzieją w Gietrzwałdzie.

— Co ty poziesz na to, sztudańciku? — poważnie pytają się ciotki.

— Ma się rozumieć — oddaje tenże — iż Najświętsza Panna w każdym cżłowiekowi zrozumiałym języku mówić będzie, jeżeli tego zajdzie potrzeba z woli Bożej. W Lourdes mówiła 1854 do Bernadety 18 razy po francusku, w Niemczech po niemiecku jak czytamy w różnych objawieniach.

W Gietrzwałdzie więc, gdzie mieszka polska ludność, z pewnością mówiła, jeżeli tam się objawiła, po polsku do tamtejszych polskich dzieci i niewiast.

Nas-za mowa nie jest najlichszą, żehą ją P. Bóg i Święci jego wyrzucali, jak to czynią niesłusznie zarozumiali ludzie, pyszałki. Jak inne tak i nasza mo8i.

wa od Pana Boga pochodzi i godna jest naszej pieczołowitości.

Co do cudów gietrzwałdzkich Kościół nic jeszcze o nich nie orzekł, więc kto o nich przekonany może wierzyć w nie, kto nieprzekonany — drwić nie powinien. Szczęśliwy, kto jeszcze.wierzyć może...

W Gietrzwałdzie się wiele ludzi nawróciło ze złej drogi, a to jest największym cudem dla grzesznika! 1 w B a r i ę g u jest cudowny obraz Opatrzności Boskiej. Duże, piękne oko w środku w trójkącie Trójcy przenajświętszej wyraża, że Bóg wszystko widzi wie i zna. Bóg w nieograniczonej mbości swej do ludzi chce im pomódz] więc dzisiejszy śpiew pod gołem niebem: Szczęśliwy kogo Opatrzność Boska Ma w swej opiece niech się nie troska; W żadnym przypadku ten nie szkoduję Kogo Opatrzność Boska piastuje.

Jak w kaplicy królewskiej w Gdańsku, w Toruniu itp. tak i w Bartęgu zaprowadzono bractwo do Opatrzności Boskiej, różnymi odpustami ubogacone, a że ten odpust barlęzlć skuteczny, widać i dziś z niezmiernej liczby ludzi i ofiar.

— Ja tan łodpust już co rok łodpsiki — potwierdza Linowska — bo robzić w powszednie, a rozmaziać z Bogam w niedziele i śwanta i przyjąć go pokornie i ciajsto w komuniji, to prowadO do nieba.

— 1 my są zapsisane w tam braclsic — dodają inne/) — Chciałam ci jeszcze i o co zapytać sztudanta, aleć już wyszed.

— Baśka po niego przyszła, na śliwki — tłumaczy Nulka — tam w łogrodzie są dzieci, dziadek i ciotka Luca z Kaśką na rangku.

Tedy się pyta Wartemborska: — Czy to prawda, że na jesień w Spręcozie zdać chcą Maryclme mnejsce? *) *) cf. Dodatek o bractwie Opatrzności Boskiej, — A rając sia, jek słuchać, i dziś po łodpuście mieli jechać w rajby, może wnet glandy zrobzią I jeszcze wiele miały dobre ciotki do opowiadania, do obradzenia, obżałowania. Nie wyszłoby im materjału choć przez cały wieczór i dłużej.

Przyjrzyjmy się teraz powolniejszym panom, co om porabiają.




9. Wuje w polu

Nareszcie się i powolni wujowie zebrali z gospodarzem do przechadzki w pole. Szli wygonem.

Przy ogrodzie chłopcy w piłkę grali i do „kuli“ się zabierali, a dziewczęta różne gry z ciotką Lucą wymyślały. Opodal trzech jabłoni stanęli, patrząc na hojny owoc.

— Drzewa — chwali Ługwałdzki — latoś tak kściały, jekny je bziałą płachtą łodzińł, przy tam nie buło żódnych przymrozków ani szturmu, tyło mały zietrek porusz&ł ksiat, tak że sia aż z niego kurzuło.

To téż mi sia podług tego zdaje, że w tam roku łowocu bandzie chmara i każdy łużyje.

I ja sia z tego raduja — przytakuje białowłosy dziadek — bańdziam umieli w poście co jeść, bo zawdy tyło z łolejem, to sia i naprzykrzy. A nasze kobziety dobrze rozumieją łowoc suszyć, i nawet te leśne kruszki, kiedy sia łulangną i dobrze łususzą, to lepsi smakują, jek mniodówki.

— Ale kiedy ja słuchał — wtrąca Pajluński — że to terdż już i w dużam poście można miajso jeść w niedziele i dwa razy w lydziań na łobziad, a łoprócz psiątków, zielgiego czwartku i zielgi soboty, co dziau tłustością maiiychy zaskwarzać. choc moja matka nigdy tego nie łuczyni.

— 1 ja to słuchdł, odwraca dziadek, ale nie wszystko co pozwolą, już zaraz czynić trzeba. Ji sia banda trzymał starego zwyczaju i mój zianć im téż to łobziecał. Zresztą w naszy wsi nicht jeszcze w poście miajsa nie jdda, i nawet w niedziele postne.

Łojcozie nasi tego sia trzymali, a długo żyli i ro tylu chorobach nie słuchali co terdz. to téż i my aby czam 6 * sia możewa P. Bogu przyłożyć. A mój dziadek io w w poście razu Uibaki nie zażywśł. „Niech téż i nos pości“, zwykle mAział, a siary Basiek i leraz w poście fajfki nie pali choeaż ją tak nawet przy loraczce, koźbzie i przy łukładaniu w siąsieku zawdy trzyma w zambacii, to też mu już dychl szczarniały a Krogulów pastórz, stary Mazur, to przez cały post nie prymuje.

Ale patizta jan®, jek te szurki sia rozlatafy z tą kulą — kieby tak kula w małe dzieci trasiuła...

a. dziewczaki są za wesołe krzykają io w kuiki, to w przyścionek, to w lisa i w ślepą babę. Ciotka Luca z Katrynką tam nic nie wskóra, puda do nieb, a wy jidźta ha pole.

1 rozstali się.

Wuje wprosi biegli na „Galik“ do lasku założonego przez Inkuba. Minęli chałupę i stodółkę dla ogrodników i pięć bagien w małych łączkach.

— Pt) co tu masz psiańć bagnów na tam małam kawałku, dwuch by dość buło — odzywa się najprzód bogaty Ługwałdzki.

— Masz prawda, Kaźnierku, zidzisz tan rów śweży łod chałupy pod Galik mi spuścić i wysuszyć trzy pomniejsze stawki. Dawni sia ło to nie dbało, bo tu psifiskuwe plany, a życia buło dość z dobry roli za górą, ale teraz przez ta lupyna i seradela, co i na psiaskach rośnie, każdy kawałek roli sia łobsiewa.

Ty masz sześć włók i dobry roli do kolan a mordujesz sia nawet w zima łobwożaniam łoparczysk Helgi i szykowaniam jich na łąki. MAsz duży las a szanujesz go na drugich, boć ci wymerły dzieci. Kiedy ty toczy zamkniesz, wnet z twego dużego mniejsca bandzie dziesiańć mniejsc na parcelach. Ja m nićmi lasu, jano w Gielekach brzózki na torfakach, tom zasadzmł je tu w lotne psiaski na Galiku i tam pod chudą łąką; bandą mnieli dzieci moj« i wnuki pożytek, bo drzewo i torf z ciasam mocno w cana przydą. Teraz za tysiąc torfu z przywózką ledwo dostaniesz trzy, za klaftrą szczAp dwa talery; to lichy zarobek, ale co poredzić, kiedy psieniandzy brak zawdy.

— 85B W tem weśli do lasku.

dek to sia raźnie przyjęły twoje brzózki z Gieleków, a i chojinki*) i jeglijki **) puszczają — chwali Kazimierz — tośty jest poranczny. Tu wnet psijsek łobrośnie, grzyby rosnąć bandą a z ezasam las powstanie.

— Dobizee — odpowiada Jakub że już po separacyji, tam przy wsi były ryki*4*1) do laska siangały przeczę, tam na działach zidzita teraz seperautów, siedzą jek żłoki*), mogą na swojam gruncie siać i sadzić lasy i spuszczać i łoliwozić kwasy, cale gospodarstwo w jednam kawale, nie jek przed seperauyją we trzebi luli szlerech. Mądrość ludzka też robzi postampy.

— A w siuta ty pól gospodarujesz — pyta się Butryński.

— Jek stąd zidzita we trzy, ale tam daleko „pod ciarkami“ łobaczyta, że w sześć; a tan arendarz z pod sozi góry na królewskam dominium w łosiom.

Dawni należał tan majątek razam z Staram Dworam do kanowników we Fromborku i musieli nasi ludzi ze wsiów tam łodrabziać pańszczyzna.

My sia tak przyglądawa tam ślacheicom i próbujewa łod nich sia dołuczyć. Łorzą trze“’*) razy, coraz głamb/i, gnoją dobrze z chlewa i kupiłam gnójain, to jam też z kaduka rośnie wszystko dobrze. Myć tak nie rnożewa, ale po mału próbuiewa i zawdy lepsi j i cizie! A jek to jest w łosiom poi — dokumentuje się uporczywie Butryński.

—.Ja ci poziam, sfakuH= ^t;), j^k /iani tak poziarn — wtrąca wuj Kazimierz. W psierszam roku weźwa ługór, w końcu 3 iazy torać, gnojić, zasiać łoz.imina, tedy masz w drugam: tozirnina, w trzeciam tartofle, w czwartam lozies i jańczniań, w psiątam groch (popruszyć choc letko gnojani) w szóslam łozimina, w siódmam konikóź, J) w łosmam jiaśnik. Tak wyjdzie ł) sosna, ’’) świerk iua jodła, U-) długie płoty, ’) duże puny, “) trzy, *♦*) mąż siostry matki, *) koniczyna.

\ osiom lat i tak można gospodarować w 8 Szlagów Możesz sia i jenaczy łurządzić, siać łan, w) seradela, lupyna, **) abo jeszcze lepsi seranela abo lupyna podłorzesz i jeszcze kunsztownego gnoju posypsiesz, to ei hirośnie i na psiasku żyto jck trzcina. Spróbuj jano, to sia łopłaci.

— Kaźmierku, jednaniu sia to zawdy łopłaci, ale prandzy tumu, co kunsztowny gnój przedajc — wtrąca niedowierzając Pajtuński — a na polu różnie Bóg daje.’ — A kiedy ty siejesz żyto i pszanica, Jekubzie — pyta Butryński sfak.

Około Matki Boski ęiéjny, przed łosmam wrześniam zwykle zaczna; ślachcice już prandzy, ale przed psiątam też nie chcą. Stare gospodarze maziają, ze kantoporny siew koło sieiomnastego września to nalcjiszy, bo kiedy pranlki siew dostanie dwa abo trzy kolanka a do Ciód***) nie przydzie mróz i żyta sia nie wypasie — wymarznie. Pszanica bodaj wytrzyma ziancy.

Szli granicą przy porancc, przeszli rów pod ciarkami, a Pajtunski, lubiący drwić ze wszystkiego, co zobaczy, przygląda się bystro, ale wdząc rolę dobrze wyrobioną pod zasiew i już ognichę na niej puszczającą mruknął: — Bujdzie z nią; lugorowana, można już zacząć siać przed Matką Boską siejną.

Przeszli na drugi i trzeci szlag, gdzie kartoile, marebew, buraki, brukiew, kapusia, len, wika, biały i bury groch i reszty owsa nad łąkami dojrzewały.

Duże łąki, ale tu brak kupnego gnoju — spostrzega Michał — bo tu lichy putraw.

— Jół, na tych torfowych łąkach zwckle licha trawa, tu brak różności: przedews/ystkam potrząsnąć workam... — przyświadczył gospodarz domowy i zaprowadził do drugich brzósk nad chudą łąką, gdzie spokojnie chodziło bydełko razem z. owieczkami.

— Co tu zrObzić z tą chudą niehirodzajną łąką? — pyta.Jakub — KYiżne rady dawali, ’) len, **) łubin, *”) Gody = Boże Narodzenie.

jek mogli, jek chto ziedział i nie ziedział, ale gadał...

— Tu trzeba łobzieść psiaskam i zasiać — radzi Butryński sfak.

— To nic nie pomoże — przeczy Pajtunski. — Czy nie zidzisz, ze mniej stan ii woda z pod góry ciurkam leci, tu trzeba rórki włożyć.

Próbowałem, za la zły — oddaje Jakub — chocam rórki kładli w mech. Kruszynać pomogło na łuwrociach.

To tak dali trzeba — zachęca Kazimierz. — Duży rów we środku niech łostanie, a małe rórki do niego też w końcach łotwarle łod łuwrociów na dole w mech kładzione, do góry*) zakryte, tak powoli woda zleci j łąka wyschnie.

— Dzieci mi dorastają, tak zrobzia niż zdam — obieca domowy i zaprasza do nowo założonego lasku pod górką.

— Rracie, patrz, jek cia Bóg najrzy**) — woła stryj Andrzej — łoboma rączkami ci daje: brzozy rosną, choinki same jidą. Chorujesz, co prawda, ale nie kłopoc sia za ziele, nie myśl lo zdawce, przydzie cias, przydzie atłas.

Wyśli z lasku, z góry widać dokładnie miasto O i s z t y n, Pozorty i inne majątki, separantów i dom rodzimy, z którego student im naprzeciwko idzie.

— Patrz jano — mówi Butryński — my za lasami nic nie zidziwa, tu Lolstyn jek na talerzu leży; tam kościół, tam stary zćmek, łńw budynki, gasy, brama przed nama nowy klasztór nad Łyną z kapliczką we środku, mniejscami wkoło miasta zidać jeszcze stare inury, tam sia kurzy, to cegielnia, tam zielazna kolej z pod Gietrzwałdu jidzie, ta sama cont nie dawno nią jechał — co za śliczny zidok! — I patrzta tyło dali: za chudą łąką — co za pola, rola, łąki pełne ksiatu czerwonego i żółtego.

Na prawń rów i cińrki, i maliny, boroziny, na szeroki granicy krze leszczyny, latoś łorzechów pełne, *) u góry, *) miłuje.

na Jiwa przed chojmkami szeroka do mniasta droga gałajzislami jerzbami przystrojona. Prawda miał dziś nasz stary ksiądz na kazaniu, kiedy wołał: li 1 je i różne ksiaty w. zielani to kobierzec Boży. Bóg to stworzuł dla nas ludzi... wychwalaj człozieku Łopatrznosć Boska...

A zauważy wszy nadchodzącego studenta, woła: Pódź jano pódź, poziesz mima, elito założuł Łolsiyn i kiedy; toć darmo nie bańdziesz zjadał łojcu i braciom fortuny.

Siudent przywitał, iak się należy, stryjów i wujów i zaraz opowiada, pokazuiąc na Olsztyn, — Lokator Jan z. Lejsów założył to miasto 31 października-1353 w ziemi barlęzkiej i oddał miastu 178 włok roli i 100 włok wolnych lasu i pastwiska, 7 włók sołlyskich i 6 plebańskich. Teraz ma Olsztyn na 6000 ludności’) i od paru lal kolej z Torunia do Wyslruci. Prędzej ta kolej byłaby gotowa, ale koło Rotflisa nie można było lak łatwo zasypać kawałka jeziora i ląk iłowato — torfowych. Wnet ma też stanąć tu szkoła wyższa czyli gimnazjum, tak że z tej Q, koIiCy nie będą musieh studenci jeźddć do Brunsberka, Reszlu i Olsztynka.

— — 1 mój Kazinuerek lniłby teraz wysokam szludantam, kieby nie buł łumer, jek mniał 12 lal — wzdycha żałośnie Ługwałdzki — i dwa duże łzy spadły nfti na ziemię...

Ale ja mniejsea nie hulam, aż chyba w łostatny chorobzie. da nie chcą na wymowa.

f“*’ — Czamu nie, gr >zki ’*) mają dobrze, żyją bez kłopotu — drwi Pajaiński.

?>?z Pożal sia Boże ty dobroci iirowadzi dalej Ługwałdzki. Znam j<ń rożne przykłady, jek to grózkom jidzie, co to jest gróziecki ciileb łopłakany, siuła to grózków z żalu rycho sia łudazi***) przy taknm chlebzie. Nie jedna grozka siedzi i jańc/y: co ja też zrobziuła, żem bez dobry wymowy mniejsce łudała.

A cóż ei wymowa pomoże, kiedy ci ją śnieżka (sy’) obeeme 30000, *‘) trSdowii’, *“) zad’iwi, udławi.

nowa), abo ziańc co dziań wywrzeszczy byle czam cia zbańdzie i łomydłi. Tedy sądź sia z kałnzam*) Tam są grzechy ło pomsta do nieba wołające.

W jedhy wsi kościelny wymózili sobzie grózki sietom funnśnków do miasta. „Mądr£“ śnieżka namóziuła syna żeoy łojca lub matka tyło do miasta zazióś, a z miasta musieli psiechtą nieboraslwo. I spotkałam starego w dyzickam lesie, jek w dtugam zu panie psiechtą szel nazad, **) Wziąłam go na wóz i pytam: „Cóż wam sia stało, że w taki ciajżki łoblece sia dźwygacie***) psiechtą?“ 1 lak mu sia eiajżko stało, że ledwo wybąknął: „To synowa zrobziuta“.

A co dopsieru lancie nie czynią, zamiast grochu dadzą ci łogmehy połowa i poziedzą: nie dostali wyciścić! niewsiydniki, grzeszniki; zamiast warzywa dadzą ci przerostych korzani, zielazna krowa futrują ci łowsianką i zgnitam sianam. masz wymózionń łowca, dadzą ci ją psom zazreć, przylani wszańdzie cia łobmazinją, łokradają, łobełgują, uo tobzie nic nie brak, a łonam wszystkiego.

Ale stryjku, wszakże takich ludzi nie ma na śwdecie, takimi są — złe duchy.. — od/wwa się student.

Mój synie, życzą ci, żeliyś w twojam życiu nie zaznał ani złych duchów ani podobnych jam wszaków. Niejednego wszaka wsadzi wJ na konika, a łon tedy pokaże parną zamby. Broń sia takich ludzi, bo ci podłażą strapsianie, a życie skrócą. Nie trzeba dozierzać nikomu, nie spuszczać sia na nikogo; nasze łojcozie maziali: Chto sia na drugich spuści Tego Bóg łopuści.

1 westchnęli wszyscy, bo stryj Kazimierz prawdę miał — Co też sia stało laniu synozi, co lojea, matka śnieszce dał w polery? Pewnie nic! — drwi Pajtunski.

1 n sęk, ’*) pięszo idącago z powrotem, **‘) pluralis majest.: dawygacie, ir*v jellnsj, a przy kilku osobach: dżwygata! Rówrioć co! — o gam a się stryj — Pojechał do Westfal na robota, bo zjechał z mniejsca. Cianla jek łosa żona zachorowała ’ po dziecku to łumerło wnet, po niani lumerła i śnieszka, a że zapsiskł zjekiegoś strachu mąż wszo na żona, po ji śnierci dostało sia ji przyjacielom, a łon poszed z paeham do rowu.

— Cista kara Boskd zatwierdza stryj wartemborski. Ale też tan gałgan pochodzi z parasiji bez ksiandza; gdzie przez długi cias ni ma ksiandza, tam sia lud rozpsuje. Co to sia stanie, kiedy ziancy ksiajży wymrze, a drugich mima nie pizyśla? Niech rianta też sztudani puzic, c/y sia i teraz jeszcze można łoksiajżyć.

— Owszem, można, choć trutinościtj. Na Wamij., w Pelplinie i w wielu innych diecezjach pozamykali z rządu sennnaiju, czyli kamienne domy w Prusach, ale biskupi posyłają swoich kleryków do Rzymu lub do katolickiej Bawarii i po święceniach przyjmą ich na powrót i ustanowią w parafji, gdzie ich brak.

— Brak lich wszańd/ic, my już tyle lat ksiandza ni mewa, a dłuży jeszcze w Klewkach, w Jonkozie i po drugich parasijach — złości się Pajtunski — my nie raz psiujśćią groziwa tam, co te prawa majowe łukuli; łobaczyta wy młodzi, boć my starz^ już nie doczkawa: przydzie do duży wojny, gdzie Bóg tych pyszałków strąci z stolicy potajżnych — Słudiajta jano, poziam wanta, jek to jidzie w liarasiji bez ksiandza.. Pojechalim do Sząbruka w kmotry. A że tam ksiądz łumer, musielim do cluztu do Gietrzwałda. Na drugi dzian buła niedziela. W Sząbruku w niedziela nie buło ksiandza, ale zwónili i brząkali jek zawdy na nabożanslwo. Poślini też Po godzutkach juzecytał szulnistrz lekcja i ewaugelja.

Smutno sia siało: na kćizanica nicht nie wchodzi; ksdmdza Rysiewskiego, co tak dobrze praziuł, już przykruła ziamnia nie daleko zakrystyji na smanlarz.ii — a drugamu nie wolno, bo Bi smark zakazał.

... Powstał płacz... Ale przyszło gorzy. Zwonuszek do mszy łodzywa sia; chłopcy w komeszk: i czerwone sukmanki łubrane wychodzą z zakrysiyji, niosą ksiąjżka do mszy, talerz, ampułki, chleb i zino, składają na łutarzu, gdzie wszystkie śwece zapalone — a ksiandza ni ma. Cnłopcy klangkają na stopniach łutarza, zaczynają głośno Confiteor. Słuchać szlochanie ludu.

W tam łorgany całą siłą wpadły przygrywając psieśń do mszy: Do Ciebie odwieczny Panie Pokornie wołamy; Patrz na serc naszych wylanie, Do Ciebie wzdychamy.

Użycz nam Ojcze pociechy 1 odpuść nam nasze grzechy.

Ciebie z ufnością błagamy, Zmiłuj się Boże nad nami! A ch zmiłuj się nad nami! Ludzie bez pociechy, bez ksiandza płakali na cały głos; mnie łzy leciały jek groch; wy nie z.eta co to znaczy być bez ksiandza lata lateczne jek my w Purdzie, abo ci w Klewkach. Płacz i lamant powtarzał sia, jek chłopcy zabiząkah na łosierowanie na sanktus, na podniesianie, na pater noster i komunija — taka buła zawdy i łu naju w Purdzie i w Klewkach żałosna msza bez kapłana.

Żeby to Pan Bóg płazam puśtŚuł tam karmazynom, wolnomularzom, niedoziarkom, to być n, może.

Loko Łopatrzności Boski patrzy na nasz smutek, na nasz płacz i lamant i ześle kara swego ciasu.

A do chorego, co to za łudiańczanie: to po ksiandza, ale gdzie? para mil! czy go najdziesz w domu, kiedy jest — jiokryjomu, żeby szandar, abo ieki zdrajca nie łudał, nie loiisiffiiłP Tak samo z po grzebani: ksiądz w zieczór przedtam przyjechał, łodpraziuł swoje, my do grobu sami z pła^zam nieboszczyka zanieśli, ksiądz miał.za niego msza w swojam kościele Tak sarno w Sząbruku, Sząbargu, w Brąswałdzie i w drugich parasiiach bez ksiandza sia działo.

Ksiądz Gietrzwałdzki musiał za dobre łuczynki tydziai. na wysoki brśnmie w Łolstynie siedzib; drugich ksiajży po sądach*) włóczono za dobre łuczynki. Czy to nie zasługuje kary? — To, to jół! — odzywa się Butryński sfak, który bardzo pilnie się przysłuchiwał, bo po owem wytłumaczeniu czworakiej Purdy przy obiedzie wszystko już wierzył, a ocierając oczy, tak przemówił: ^ — Słuchałam, jek bziałki nasze ło takich srogich prześladowaniach pozieduwały, ale nie zierzułam, bo my zawdy mieli w te ciasy dwuch ksiajży, tom nie dbali ło cudza bzic.da.

Sztudańcie, iostań ty ksiandzam, nasz ksiądz klchan Róchon jest już siary i kulawy, a kapelan by chciał gdzie na prożiui klebanija. Przydziesz do naju za kapelana i bańdziesz miał dobrze ILI naju.

I drugim to życz mie szczerze z ócz patrzało, ale student tylko król’;o na to: To wszystka może być za cziery luli pięć lat, jeżek Bóg pozwol:. czemu sobie już teraz niepolrzebnie głowę łamać. W przyszłość spojrzyć człowikowi nie jest dane.

Teraz mam ic-rje, odpoczywam, nowych sił nabywam, czytam książki różne, a dziś chętnie się przysłuchuję waszym powabnym mowom.

Zaciekawia mię ta wasza mowa i ta wysoka mowa nasza, której się uezymy w szkołach, klórąście dziś słyszeli na kazaniu Jest bowiem ta sama. Wy z waszą prostą mową rozumieliście księdza z wysoką mową, czy nie tak? Wszyslkom rozumieli i zawdym rozumieli polskie kazanie — odzywają się wszyscy — jano mniamieckicgo kazania tom i dziś nie rozumieli, bo ni niożewa dość po mniecku a wledy mima sia che spać! Ja też tak o was myślę. Tem więcej zbliża sie wasza mowa do książkowej, im dalej idziemy wstecz tj. 300 lat nazau, kiedy ksiądz Wujek biblię pis«ł, kiedy poeci Rej, Kochanowski, Klonown z, Gro’) I1. Dodatek.

chowski swe prozy i wiersze pisywali, kiedy ks Piotr Skarga swoje Kazania i Żywoty Świętych wydawał. Tych nam łatwiej czytać, zrozumieć, jak tych, co wysoko przed 50-<iu laty pisali, jak Mickiewicz, Krasiński, Słowacki, a to pochodzi z tąd, że w szkołach już j)0 polsku nie ucz;j, więc nasz język na Warmji i na Mazurach nie może się kształcić dalej, jeno pozostaje na tym samym poziomie, albo się cofa, napełniony niemieckimi naleciałościami. Teraz patrzcie: Mam jirzypadkiem „Pamiętniki Paska“ z naszej szkolnej oihlioteki. Tam prowadnik wojska polskiego, Pasek, którego na Szweda posłano do Danji na Apenracie, Alsen, Hadersieben, Frydcrycję, Aarhus, opisuje bogactwo tego kraju, stroje ludu, wielką obfitość bydła, owiec, świń. Tam dostał kupić wołu dobrego za bity talar i dwie marki duńskiej tam były pszczoły w słomianych pudełkach a nie w ulach, ryb wszelakiego rodzaju było poddostatkiem, chleba siła, miody dobre, jeleni, zajęcy, sarn nadmiar.

Za cztery grosze polskie posławszy do niewodu, to chłop przyniósł ryb wór, aż się pod nim zgirjł.

Chleb z grochu — ale pszennego i żytnego dostawano od szlachty. W wielki post jedli z mięsem.

Węgorze słoniały wespół z połciami w korycie, bo tam dają na stół mięso i ryby zawsze jednakowo: wszystko było, co człowiek zmyślił — bo tam lada chłop po łacinie mówi, a po niemiecku rzadko kto, po polsku nikt i taka różnica ntowy lutlandczyków od niemieckiej, jak Łotwa albo Żmudź od Polaków Lud tam też nadobny, zbyt biały, stroi się pięknie przy lekkich obyczajach...

Kościoły tam bardzo piękne, które jrrzedtem bywały katolickie; są ołtarze, obrazy po kościołach.

Jest takie ich nabożeństwo, że Niemcy (lutry) oczy zasłaniają kapeluszami, a białogłowy temi swemi kvrefami i schyliwszy się włożą głowy pod ławki.

Kiedy ich pytano, na jaką pamiątkę głowy kryją i oczy zasłaniają, ponieważ lak nie czynił Chrystus Pan ani Apostołowie, żaden nie umiał odpowiedzieć Jeden tylko tak powiedział: iż na pamiątkę, że ’żydzi zasłaniali oczy Panu Chrystusowi kazali mu prorokować — om, lutrzy się zasłaniają.

Czy rozumiecie to wszystwo? — Jół, rozunnejewa i chcewa jeszcze ziancy słuchać. Co lam wojsko polskie robziuło? pytają;ię stryje i wuje i sfaki.

— Wojsko polskie, powiada Pasek zrobiło z Danji wycieczkę r. 1658 — 1660 do Szwecji. Parę lat przedtem napadli Szwedzi Polskę i łupili ją, ale pod Częstochową przez księdza Kordeckiego cudownie zostali odbici i przez Czarnieckiego z Polski wygnani. I tak posłano za niemi oddział pod dowództwem Paska. A że Polacy nie mieli okrętów wojennych musieli przez Danię do Szwedów.

Żołnierze polscy byli pobożni, szukali kościołów i w polu śpiewali nabożne pieśni, jak „O gospodzie uwielbiona“, „Już pochwalmy króla tego“ i inne — „aż konie po wszystkich polach“ uczyniły wielkie parskanie — lak pisze Pasek.

Nareszcie w pamiętnikach jego zachodzą ciekawe stare słowa, których i my na Warmji jeszcze używamy. 1 tak wyraz: gwałt zamiast wiele; cale zamiast wcale; maciilerzc u nas machHirze’); kaduk**) u nas także kaduk; rają mi u nas rajić komu żonę, jechać w rajby; nikt gęby nie rozdzia wił, u nas nie. r o z d z i a z i u ł***); raróg, także u nas raróg; dziwoląg; pódźwa u nas pódźwa (pójdźmy); z cebra [także u nas z cebra (leje jak z cebra); tańcować także u nas to samo słowo zamiast tańczyć. Na podsobku chodził, u nas na podsobn y c. li tj. pieszo; na stronie 371 zachodzi wyraz lelek (człowiek niespełna zmysłów). Maryanna u nas M a r j a n a i Marianna (zamiast Marja).

Pasek także pisze o luźnych obyczajach Duńczyków.

I do tego to kraju bezbożnego, sektami różno rodnemi podartego, do kraju bogatego, a we wierze ’) machlarz i ulem. Maeklor lub rnarher cl. słownik Mrtngowiusza, kłamca, **) djabcl, ♦**) otworzył.

tak ubogiego leci obecnie na oślep naród nasz wierny ale uktogt, najwięcej ludzi z pod Moskala na roDotę. Czy nawrócą tamtych duńskich bogaczy, czy też sami obyczaje i wiarę stracą? — zakończył student.

— Te robotne, a w jedle niewybredne ludzie z Polski nie tułaliby sia po cudzych robotach — odpowiada poważnie stary Jakub — kieby jidi Moskal nie prześladował za ziara i mowa. Ale Pan Bog me rychliwy choc spraziedliwy i Moskala jeszcze najdzie za to. Spsiewalim dzisiaj: slrącmł z stolicy potajżnych... a pokornych wyprowadzili!...

— Oj bandzie to wojna za tyle porachunku z Moskalami. Kieby aby naju tu łochroniuła! — woła Pajtuński spoglądając w stronę swej purdzkiej parafji.*) — Prazie na Pasym i wszystkie, sztery Purdy, na Pajtuny, Klewki i Butryny powalą sia Moskale na Łolstyn — straszy Ługwałdzki.

I zlękli się wszyscy przyszłej kary Bożej, przyszłej wojny światowej przepowiadanej przez Sybylę i inne liczne proroctwa — tylko starsi pocieszają się tem, że me doczekają tej plagi.**) Zadumani szli pod nom nic nie mówiąc, bo wieczór się zbliżał i trzeba było o powrocie myśleć.

Przyśli na zaplocie, widzieli w ogrodzie zmęczone dzieci siedzące niby kurczęta spokojnie około dziadka Pankowskiego i ciotki Lucy z Jonkowa, która jeszcze bawiła małą Kaśkę, wiercąc jej palcem w ma*) Pajtuny należą do purdzkiej parafji. — Obawy spełniły się.

+*) Tak się wypełniło w sierpniu i wrześniu 1014. „Ruski“ byli w Purdzie, w Klewkach, w Butrynach, w Bartęgu, w Jondorfie (27 i 28. 8.) i w Olsztynie, w Spręcowio 31. 8., v Bticltw. 1.9. 14.

Z tubylczą ludnością obchodzili się oględnie, mówili: nie bójcie eię mis, nty wasi bracia, my w int nic nie zrobitn, prowincja jeśt nasza. Więcej od Rosjan szkody i kradzieży narobili: „swojskie Ruski“ — tubylczy niegodziwce. Mimo to przestiaszona ludność uciekała, mianowicie uuędnicy Wielu k-uęiy katolickich pozostało w swych parafjach, Drży swoim kościele. Uciekiucrzy powrócili dopiero po bitwie pod Olsztynkiem (lluhenstoin — Tannenberg), alba i później, kiedy Rosjanie którz“ ujść nie zdołali, YT pojmanie pośli.

łej dłoni i każdy paluszek poruszając przy takich słowach: — Kaśku, tu (w dłoni) seroczka krupki warzuła; tanin (paluszkowi) dała, tam* dała, tamu (ostatniemu) łepek lurwała i do nieba poleciała.

Dziecko wesołe mile patrzy na tą całą procedurę, spogląda raz w niebo wypogodzone, raz na ciotkę Lucę szczęśliwą jak anioł stróż nad grzecznem dzieckiem Kaśka chce się oczywiście czego spytać — ale jeszcze nie może... i trzepie się, jak młody ptaszek na gałązce.

Za to Finka i Joanka, Slaśka i Baśka, Dośka i Waleśka i... jeszcze ich więcej — pytają się: — Ciotko, czy i my przydziam do nieba? — Przydzieta — pochwala zawsze miła ciotka Buca — jano bądźta grzeczne, pobożne i posłuszne.

— A czy to daleko do nieba? — Moje dzieci — dodaje ciotka — do nieba wysoko i daleko, daleko...

A siuła lat trzeba jiść do niego? — pytają dzieci.

Gwałt — odpowiada ciotka Luca — ja już lida sietomdziesiąt lat, a zawdy gwałtam, i zawdy sama, a jeszcze nie zaszłam... Kiedy Zajda jario Bóg sam zie. Bądźta bogobojne, a zajdzieta i wy.

Podobnie chłopcy „kiele“ dziadka, zadają mu różne zapytania a on odpowiada i znów pyta.

— Michałku poziedz że mi, czego brńk wszystkiego na przykład do woza? Michałek „zie“ i śmiało odpowiada, a wszyscy ciekawie słuchają.

Do woza brak: — ale nie wie jak tu zacząć? — Dziadku ja ziam! — prysnął mały Maciek.

— Dziadku ja też — powoli-dodaje Kubal.

Ale dziadek się uparł na Michałka i rzecze: — Dajtaż mu pokój, łon też zie i pozie wanta wyraźnie choc pomału.

W tem Michałek wydając tjłos pewien siebie liczy głośno: — Do jednego w*za nśleżą sztery koła, dwa łosie, jedna dyśla, dwoje drńbzi; wózek do wyjazdu z pukoszkam abo ze skrzynką ma nadto siedziska, pugrabki, szczyty, a wózek na ś wanto ma ładne siedziska, dwa tambory, dwa lichtarnie, dwa strzampsiska zielazne do wlezianiś, blachy nad kołami do błota i jest malowany czarno, modio abo żółto; koło ma psiasta*), buks w psiascie, sztery rynki na psiaście, spsice**) falgi, na falgach***) refa*), w refsie szynale**); ł o ś (oś), zielazna łoś ma futer drewmanny, łopaski zielazne, skranty (skręty), nasiid, sztery kłonice, ryczan, szruby, abo buks dla psiaslui, lon***), deski spojanki (do gnoju), żylne drabzie potrzebują luleji w łosi, szterech Iuśni, szterech nalustków, drabzie mają szczeble z drzewa abo z dropi; ryczan ma zielazne podstawki pod kłonice, na kłonicach rynki, i na końcu ryczana są rynki, żeby sia nie roszczepał, ryczan mfi oprą *) (otwór) blachami łopatrzona nń (dla) zielaznego dużego s z p e r — na la**) co trzyma ryczan i pizedny nasad pospołu; r o z w ó r k a ma rynka na lam końcu, gdzie mały szpernśł ją w kleszczach trzyma, to jest na drugam końcu za tylną łosią szteksel, gruby zielazny góźdź z kietką (łańcuszkiem) przybzitą do łosi, żeby sin nie zgubziuł. Rozworka siedzi w tylnych skrantach (skręty) z rynką i leży na podyjmnie przędnych skranlów na zielaznam futrze.

Na tylny łosi w nasadzie są kłonice, nasńd ma też rynki zielazne, żeby go kłonice nie roszezepały Dyśld (dyszel) siedzi w przędnych skrantach i w trzech zielaznych rynkach. Miedzy (miedzy) drugą i trzecią rynką jest zielazny skobel dla braki, braiła ma dwa łorczyki (orczyki), zielaznami rynkami do ni przykute, każdy łorczyk mą znów po dwa kołka do kiełków przy ślach. Koniec dyśli jest zielazną, grubą blachą łokuty i ma łdk (hak), abo skobel do ’) piasta, Nabe. **) spice, Spuichen. ’**) falg, Folgen. *) rota, Reifeii. **) żelazno kowulskio gwoździe. ***) gruby, żekzny gwóźdź zaostrzony w końcu osi. *) dziura. **) gruby, długi gwóźdź żelazny okrągły.

przędny braki i na dole skobel do zatrzymania laśirków, abo kictków, spojonych na dole mocną rynką.

Kiebym teraz konie łokieznał, to jest założuł łuzdy (uzdy) i we śle włożuł lejczyki panknąt (pękną!) batogam, lobym jechał jck pan! — To dobrze, tak dobrze — chwali dziadek Michałka — jano nie za łostro, nie galopam, nigdy na wyścigi z drugam, — przestrzega życzliwy staruszek.

— Ale czego brak do sani, kto to zie? — zadaje znów dziadek.

— 1 o my też ziewa 1 — wołają chłopcy.

— Na, to ty Maćku graj.

Maciek paradny z zadania dziadka począł zaraz śmiało „grać“.

— Sanie mają klangi (klęgi) z drewna i klangi na dole z zielaza, to są szyny, w poprzek klangów leżą na szlerech podstawkach dwa nasady, na jieli kuńcach strzampsisko (strzemię) do wleziania na sanki, wszystko dobrze zielazam łoluite na końcu klangów na przodku szpona, na ni*) leży dyśla, tylnam końcam w skranty wsadzona, na przodku dobrami lakami i blachą z zielaza do lasników przystrojuna.

— Maćku, Maćku, z ciebzie tangi Maciej wyrośnie, Kiedy sia tak dali łuczyć bandziesz — przepowiada mu siwy dziadulek, a chłopcy wesoło za Mi chałkiem przyśpiewują: „A ty Maćku gnij, a ty Maćku gnij“ tak też i „dziewczaki“ próbują: „A ty Maćku graj Ale pobozna ciotka Luca, za stara już do takich żartów i za daleko już zaszła na drodze do nieba, ażeby z drogi zejść na ku.lantki wesołe, napomina: — Dzieci, zanućta lepsi „U drzwi Twoich stoję Panie, czekam na Twe zmiłowanie“..

Zaraz Baśka ująła tak znaną, a tak przecudną pieśń i znów rozlegał się hymn dzieci do Boga pod obłoki, pod niebiosy, a za każdą zwrotką odpoczęli i, ciotka Luca powtarzała słowa > tłumaczyła sens ich.

Śpiewają dalej: *) na niej.

W tej hostyji jest Bóg żywy Choć zakryty lecz prawdziwy.

— Co to znaczy? pyta się Fynka.

A ciotka tłómaczy; — We mszy zidziałaś hostyja i w komunijw kiedy ksiądz tę hostyją dawał. Tam jest ciało i krew Pana Jezusa, a kiedy na nałuka pudziesz, to i ty zrozumnisz i dostaniesz skosztować tego słodkiego Pana naszego.

1 znów śpiewają: Aniołowie się lękają, Gdy na jego twarz patrzają.

Wszyscy niebiescy duchowie Lękają się i królowie.

— 1 my musiwa sia langkać przed niam, ale nie łuciekać, jano sia tkać do niego, bo gdzież piulziam, kiedy łod niego łodejdziam. Łon nama rad jest, kie dy ło niam gadawa, myśliwa, spsiewawa i go serdecznie mniłujewa. To też: Żaden z wojska anielskiego Nie dostąpi nigdy tego Czego człowiek dostępuje, Ciało i krew gdy przyjmuje.

1 śpiewali pieśń do końca, a ciotka Luca zawsze tłumaczyła, coraz piękniej, coraz wierniej.

Tymczasem ciotki z „zapsiecka“ już dawno się wynikły, zostawiając gospodynię z kucharkami w domu i doszły znienacka do ogrodu, przyglądając się chłopcom i „dziewczakom“, maleństwu, drobiaszczkom i ciotce Lucy na jej chodzie do nieba, słuchając z weselem w sercu jej wzniosłych słów.

Wuja stali jeszcze na zapłociu przed ogrodem, gdzie przed separacją były owe długie „rjpji spoglądali na dziadka i ciotkę Luce i nastęnców-spadkobierców, i słuchali ciekawie końca rozprawy z „Pamiętników Paska“ przez studenta.

Trzy zdania przytacza im jeszcze student z owej starodawnej księgi. Na stronie 109-tej pisze Pasek 7 * takie otwarte słowo: „Cóż to, kiedy my, choć doprze zaczniemy, żadnej, jak trzeba, rzeczy nie skończymy“.

Mowa tu o Czainieckim, który po zwycięstwach nad Dnieprem nie poszedł do stolicy Moskwy, podobnie jak Jagiełło pod Olsztynkiem... a Hanibal pod Rzymem.*) Dyngil na stronie 240: „Sejmowali tedy przez cała zimę z wielkim kosztem, z wielkim hałasem, a po staremu nic dobrego nie usejmowali, tylko większą przeciwko sobie zawziętość i rozjątrzenie (exacerbacje) wzięli...“ Trzecie na stronie 333. Pisząc o zwycięstwach na Turkach pod Wiedniem 12 września 1083 podaje te słowa: „Francuzi mówili: Polom sunt gcnitores Germaniae tj. Polacy są rodzu ielami Niemiec; przez to, że Turków wygnali, cale Niemce ocalili...

1 ten ratunek dali Polacy Niemcom, pomimo, że ci ostatni się wielce cieszyli z zwycięstwa Turków pod Cecorą 1620 roku nad Polakami...

Pan Bóg zesłał na Polskę karę za grzechy i za v’ielorakie opuszczenie dobrego, zupełny podział pi zez ocalone niegdyś Niemcy, przez zlutrzone Pnisy i odpadłych od Rzymu Moskali, bo nie było człowieka (Ezech. 22, 30), któryny zatrzymał dtoń Pańską i wstawił się za krajem, aby go Bóg nie zagubił — i już sto lat trwają te okropne prześladowania ludu katolickiego, Kiedy też nadejdzie miłosierdzie Boskie — nawet Mazurzy wzdychają: „Mozę tez esce...“ — Mój sztudańcie, za szterydzieści do psiańćdziesiąt jat jenaczy bandzie, Bóg sia zamiłuje nad ziernam hulam swojam, jano chodź zawdy drogą przykazań Jego, a łobaczysz, jęki Bóg spraziedliwy, nierychliwy, a — zawdy miłosierny, bez granic.

— Prńwda mńsz, Jekubzie — potwierdza Ługwałdzki — ciasy sit muszą zmienić, ksiajży nmsiwa dostać znowu, bo bez nich chybabym zginęli.

Podobnie przytakują i drudzy, bo wszyscy mają silną wiarę i nadzieję w Opatrzność Boską.

  • ) Hannibal antę porlas! 10. Wieczerza i rozjazd.

Byliby jeszcze nie zakonczyli wzniosłych rozmów swoich, ale właśnie pokazuje się gospodyń1 i zaprasza wszystkich na „zieczerzą“.

I zbierają się wszyscy, kierując swe kroki ku gościnnemu domowi — do dużej izby.

Dziadek prowadzi zbytnich chłopców, którzy tylko podskakują, ciotki zbierają wesołe dzieweczki, tylko jedna z głośnym płaczem idzie kulawo, Waleśka niebacznie wlazła na rzegdwki (pokrzywy) przy płocie i te poparzyły jej nóżki, dla lego kuleje, bo parzy i boli, iak nosek zakłóiy od pszczoiy.

Słychać ciotkę Lucę pocieszającą: — Cyt, cyt, na drodze do nieba ciajsto jeszcze nfijdziesz 1 kolce i głogi — pszczółid i złe łosy.

Ale ciotka Linowska inaczej rzecz pojmuje: — Już to te bachy z miasta to nic nie ziedzą, jano sia stroić i dobrze jeść — a nic nie rouzić...

Zgromadzili się powoli wszyscy na podwórzu: wuje i stryje, ciotki i dzieci, ciotka Luca i uziadek lamkowski z „Pielgrzymem14 w ręku, którego od wielu lat abonował i pilnie czytywał.

Tu jeszcze krzyżowały się krótkie zapytania, co jedni, co drudzy tak długo robili, co gadali za zapieckiem, w polu, w ogrodzie — padały jeszcze krótkie odpowiedzi.

Student, przyzwyczajony do dawania młodszym lekcyi w różnych przedmiotach a zaciekawiony opisem woza i sani przez chłopców pyta się dzieci, jakie znają ryby, grzyby i ziółka. One rozweselone podają na wyścigi: rycki, pępki, prawe, prośnianki, sitarze i muchory; to karasie szczupaki, wangorze, łokonie, karpsie, płociczki, bleje, jażdże, pstrągi, kąty, hny, loełbzie, klanie i siynki; to kalmus, jochel, rumianek, psiołun, krwawnik, macierzanka, santarzyja (tysiącznik), kadyk (jałowiec) i... i... — nareszcie się urwało.

Ciotka Linowska me mogąc scierpić czegoś, wsiada na karciarzy, którzy jeszcze jak przykuci na dawniejszych miejscach siedzieli: JS to już nie ziam, co to za wytrwałość zawdy tegp samego dnlczyć w te karciska. Zawdy te same wykrzykniki: to zolo w sercach, to fraga w szali, to drugi robzi do łobuch, żołądź tróf, to znowu zolo kolier, raz nawet Janek z radością zakrzyknął: zolo kolier tu! — ale przy tam wszystkam nareszcie zawdy: zapłać braciszku! abo: wujku do woruszka! — a wuj i>o trojaczku wyciąga i cichutko jek łozicczka — płaci; łogolą go aż do szczantu, aleć dobrze mu tak, do czego sia też zadaje z tami młodami silutamiZreszląć nie trasili na łubogiego, tyle włók*) roli, a dzieci żadnych. Łon sam razu nie zie, co ma zacząć z psieniądzaim Ale też i kiepsko mu isć musi, kiedy już para razy przychodziuł do Swoji po psieniądze. „Żonko, dńjże mi z Bara groszy, bo ma te łajdaki dycht łorznęli“. Wujna chcąc nie chcąc musiała wyciągnąć chusteczka z zanadrza i rozziązać szypełek w rogu. Ale za siułka — bo tu już znowui wołają: Wujku do woruszka! Nie pojmują, skąd mu sia ty cierpliwości zbziera, że kart nie ciśnie nie łucieknie jam.

— Kieby nie tan sztudant, to bym sia były dycht rozjadoziły na te głupsie karciska — ale tan to naiu rozweselał swojami łopoziedaniami i spsiewkami Równoć łoni sia czego nałuczą w tech szkołach i nie darmo tam tyle lat siedzą.

— Na, ty tubaczniku — dodaie Ługwałdzka, spoglądając na warlemborskiego wuja, który zażywać tabaczkę ogromnie lubił, a w tabakierce zwykle małą szufelkę dla wygodniejszego zażywania nosił — szkoda, żeś ty tu nie buł i nie słuchał psieśni ło tubace, bobyś sia ji buł wyrzek no zawdy i jużziancynie pakował tego torfu w twój rozwalony nochńl. Jek to sia tam tubaczyskam porządny człoziek zbrzydzić może.

Lecz dobroduszny wuj nic nie odrzekł, tylko oczami mrugnął, spojrzał na tabakierkę, którą ustawicznie w ręku trzymał ścisnął ją i westchnął; pewnie pomyślał: „już ja sia z tobą do śnierci nie rozstaną“.

  • ) Na Warmji liczą r.a włókę chełmińską 66, 75 morgów.

Pewno jeszcze więcej były by mu ciotki „naprzyrzynały“, bo się już i drugie „sadziły“ — lecz już wołali po raz drugi pa wieczerzę — bo już wszystko gotowe — a zatem wszystkim trzeba się było udać do izby.

Po drodze jeszcze wyrywa się Baśka: — Ciotuchno, ta stara Rałnka to niócha jek chłop! — a gdy tu wszyscy wybuchli w śmiech, potwierdza: — Jół, joł, ja to sama zidziała, jek wziąła szos, to ji sia aż łoczy przewróciły.

Wchodząc do izby słyszą wuja wołającego na cały głos: „zolo pyk! aby raz waju dostana do nogi!“ wygrał, ale bez „prymyji“, każdy musiał mu zapłacić — po dwa feniki. Nawet tynfy *) nie odegrał. A co za radość z lego, wszyscy mu winszowali. Lecz on tylko żałował, że już przestać trzeba, bo teraz szczęście na jego stronę się „przewaluto“; już zapóźno, bo nacierają do wieczerzy, a karciarze muszą, choć niechętnie ustąpić z pola walki, które tak długo w pocie czoła zajmowali.

Nareszcie gospodyni z kucnarkami dostały gości usadowić do stołów, które się uginały pod potrawami o miłym zapachu. 1 nos miał tu swój kiermas.

Uciszyli się wszyscy wstając do modlitwy.

Tedy każdy brał śpiesznie na swój talerz i zjadał, co mu lubo, albo co mu najbliżej było — bo Spręcowscy już zaprzągać kazali. Z początku nawet rozmowy nie było.

Tylko pusty Michałek, odpędziwszy głodnego ogląda się za Ewą, a gdy ją zoczył, zaraz pyta się — Jewko, ja bym też chciał ziedzieć, jekie lytoły ludzie na Mazurach mają, bo łu naju to sia rycho wszyscy na „ski“ nazywawa.

— A na Mazurach — odpowiada Ewa — mało mamy tytołów na „ski“, choc i takie się zdarzą. Pozient ci kilka nasych nazwisk: Cwalina, Duda, Wądułek, Bębenek, Bruderek, Wrzodek, Bury, Kusy, Kęsy, Zołty, Robacek, Skiędziel, Deptuła, Maślanka, ’) tynku cienki srebrny dwutrojak = 20 fen., gudak = 20 fen.

Glomzda, Piecocha, Kaja, pazucha, Zywina, Fajterna, Prasa, Skrzecka, Pieconka, Pipgora, Krosta, Gorcyca, Zapadka, Stopka, Setek, Podeswa, Rzepecka, Kaptejna, Brózda, Strupek, Kopeć, Gardzielą — chces esce zięcy? — oto wsie: Barany, Koty, Nitki, Oblewy, Opaleniec, Grom, Sąpłata, Drygale, Pogorzele, Kuźmy, Sarejki, Worguty, Snepy, Myski, Zebrany i gorse esce...

— Dość, dość — woła Michałek, oo przepadną łod śniechu — esce, nakci, wanowejcie, wso jedno... i rzechoce się.

— Co leż to za przezziska — odzywają się ciotki.

— To są hańbiące nazwy tłumaczy student — a jednak na każdej większej mapie czytać je można.

Jedni tu mówią, że panowie znosząc mimo woli poddaństwo, nadali chłopom swoim nazwiska według ich przywarow, bo panowie mają nazwiska najwięcej na „ski“, gdy nie są Niemcami, jak Kwasowski, Kwiatkowski, Barczewski, Brzeziński, Skowroński, Potulicki itp., drudzy twierdzą, że niemieccy panowie chcieli temi przezwiskami wyszydzać polski lud i język.

Językoznawcy będą tu mieli wielkie pole dla swych głębokich badań W każdym razie udowadniają te oczywiśc.e polskie nazwy i przezwy, że Mazurzy, ak Warmjacy są polskim ludem.

Przytakują wszyscy tej prawdzie, nie widząc żadnego Niemca w swem gronie.

— Łu ndju w cały wsi ni mawa ani żyda ani Mniamca — odzywa się Linowska.

— Łu naju jedan Mniamiec sprowadziuł sia z pod Gutsztata, ale katolik.

Łu naju paru takich, ale ło żydach na wsi, na Waruiji tom jeszcze nie słuchali — odzywają się drudzy.

— Łu naju...

Lecz czas szybko biegnie, a już go nie wiele, więc niejeden myśli już o powrocie do domu.

Spręcowscy najprzód wstali z tą ważną „n o — ziną, że się dziś łuinozih w raj Dach:*) wnet glandy ) rajby = opatry, o^dy.

bandą, ale matę jano, na późną jesiań wesele, na chtóre waju wszystkich zapraszawa już teraz“.

1 powstało duże wzruszenie i ogolne życzenie i pożegnanie. Dzieci zdziwione patrzały w raźną brutkę*) jak w raroga, dorośli, a szczególnie wuje i ciotki z pełnego dobrego serca życzyli jej wszelakiego błogosławieństwa bożego.

— Przyjedziwa abo przyślewa młodych na twoje wesele, tak wołają, „zitając“ się na rozstanie.

Tak tedy Spręcowscy odjechali najprzód, z różnemi kłopotami o bliskiem weselu.

Zaraz po wieczerzy większa część gości zbierała się „pod floml zaprzągano napasione dobrze na kiermasie konie — wynoszą mantle, płaszcze, kitajki, twarde mycki i ciepłe chustki z szafy: „bozieczoram zielr zimny przeciąga“, — następują pożegnalne uściski i pocałunki. Goście muszą wziąść ze sobą przynajmniej po kuchu z kiermasii „do posmaki na tyJi, co w nomu łoslali“ po czem żegnając się wodą święconą wychodzą, we drzwiach jeszcze wołajac: „łostańta sia z Bogam, Bóg wama zapłać za gościu ność — ale nie zabaezta i ło naszam kiermasie“.

„Jedźta z Bogam, odpowiadają domownicy, niech waju sam Pan Jezus i Matka Naśwantszd szcześlizie do domu zaprowadzi“ i wychodzą za nimi aż na podwórzę, gdzie już konie rżą i wspinają się, nie mogąc się doczekać na swych panów. Parobcy je trzymają za uzdy mrucząc sobie pod nosem: „też to i konie wychowane, jek łu ksiandzaS*) znać mało do roboty mają. Nama by je trzeba w rance na para miesiandzy.“ Gospodarz ze dzbankiem i szklanką w ręku raczy jeszcze piwkiem lub winem — jeszcze ostatni haust „na zdrozie“! chociaż się ciotki niecierpliwią — jeszcze jedno „łostauta sia z Bogami“ — wozy dudnią i już po gościach i po kiermasie.

  • ) narzec* mą. ’*) Ma konie jek ksiądz — przysłowie na Warinji.

W izbie płaczą dzieci z żalu za gośćmi; w domu jakoś „matyjasznie“, smutno, samotnie, pusto się stało, jakby po giełdzie albo po weselu.

To są kiermasy nasze, na Których jasno uwydatnia się staropolska gościnność, zakorzeniona głęboko w sercach naszych — jako też i w młodocianych sercach dzieci naszych. — A jeżeli obcemu przychodniowi tędy droga wypadnie — niech się sam raczy przekonać o tem. Przyjmie go nasz gospodarz i ugości, jak ongi poczciwy Piast owych dwóch nieznajomych — aniołów.

KONIEC.