Dyskusja indeksu:Narzeczeni (Manzoni)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj

Tom I[edytuj]

ALEKSANDER MANZONI
Z pomiędzy poetów włoskich XIX wieku żaden nie pozyskał tak rozległej i tak trwałej wziętości, jak twórca Narzeczonych, Aleksander Manzoni. Urodził się on w Medyolanie 7 marca 1785 r. Dysharmonia między rodzicami była — jak się zdaje — przyczyną, że sześcioletnie chłopię zostało oddane do kolegium deifrati Somaschi, gdzie odebrało pierwsze nauki, lecz zarazem nabrało i tego wstrętu do życia klasztornego, który później, przy sprzyjających okolicznościach, uczynił z młodzieńca gorliwego zwolennika francuskiego sceptycyzmu i idei liberalnych. Okoliczności nastręczyły się niebawem, skoro legiony francuskie rozbudziły we Włoszech dążności rewolucyjne. Już w kolegium młody Aleksander zaczął objawiać ducha opozycyjnego i nie chciał pisać Re, Imperatore, Papa tylko re, imperatore, papa, ku niemałemu zgorszeniu swoich kierowników. Po skończeniu studyów wyższych w kolegium dei Nohili, słuchał w Pawii wykładów Montiego, który cieszył się podówczas sławą największego poety i ciskał gromy na władzę świecką papieżów. Wiadomo, że Montiemu służył za wzór Dante, którego też znaczenie on pierwszy przypomniał Włochom. Z tych-to czasów pochodzi jeden z pierwszych utworów Manzoniego IZ łrionfo delia libertd, w którym nietylko pod względem formy ale i co do treści wpływ mistrza i Dantego jest aż nadto widoczny. Wkrótce potem przeniósł się z matką do Paryża. Matka jego, jako córka słynnego Cezara Beccaria, chętnie była widziana w kółku ówczesnej inteligencyi francuskiej. Cabanis, ateista Volney, jakobińczyk Crarat, ideolog Destutt de Trący i inni, składali przeważnie towarzystwo, w którem obracał się młody poeta i przejmował się ich Płciami. Szczególniej jednak wielki wpływ na niego pozyskał 0(iy Fauriel, żarliwy wyznawca stoicyzmu i wielbiciel średnioecznej poezyi romantycznej. Pod jego to wpływem wyrabiały

VI
się w Manzonim inne pojęcia o poezyi i to przekonanie, że forma klasyczna, krępująca swobodny wylew szczerego uczucia, powinna ustąpić miejsca innej, że poezya powinna wypływać wprost z serca, a poeta powinien czuć i uczucia swoje umieć wyrażać szczerze. W początkach 1808 r. wrócił Manzoni do Medyolanu; tu połączył się wkrótce ślubem cywilnym z Luizą Henryką Blondel, zagorzałą protestantką, poczem znów udał się do Paryża. W tym-to czasie powiodło się jednemu ze znajomych nawrócić jego żonę na katolicyzm, poczem i sam Manzoni także się z katolicyzmem pogodził, powrócił do Medyolanu, a Pius VII związek jego pobłogosławił.
Ten gwałtowny przewrót w pojęciach religijnych Manzoniego, nierozjaśniona dotychczas dla biografów poety zagadka psychiczna, nie pozostał bez wpływu na dalszą działalność literacką poety. Dotychczas pisał wprawdzie niewiele, a to, co napisał, niewielką posiadało wartość; w poezyach tych jednak widoczny był duch antykościelny, a nawet anty religijny. Teraz dojrzalszą już twórczość swoję poświęca przedmiotom religijnym. Osiadłszy w Brusuglio pod Medyolanem, w pięciu „Hymnach świętych“ (Jwwi sacrf, między r. 1812 — 19) wyśpiewał kardynalne tajemnice wiary katolickiej. Zamiarem jego było stworzyć pieśni, któreby obok wymagań artystycznych, nie uchybiając w niczem doniosłości przedmiotu i prostocie stylu biblijnego, były zarazem dostępne i dla prostaczków. Krytyka osądziła, że pomimo niezmiernych trudności, jakie się przy podobnem założeniu nasuwać musiały, poeta wywiązał się z zadania bardzo szczęśliwie, lubo zauważyła, że w wielu razaeh. nie potrafił nagiąć się w zupełności do poziomu umysłów prostych i niejakiej erudycyi nie uniknął.
„Hymny święte“ stanowiły pierwszy krok w dziedzinie tej reakcyi religijnej, która była spadkobierczynią sceptycyzmu francuskiego w wieku osiemnastym. Reakcya ta przecież, której Manzoni był pierwszym i najwybitniejszym przedstawicielem w literaturze włoskiej, przybrała tu właściwe sobie znamiona. Łączyła się ona z dążnością do odzyskania niepodległości politycznej, a w przywróceniu podkopanej wiary widziała środek podźwignięcia moralnego i zachowania narodowości. Nowe to hasło, wygłoszone już nie dla drobnej garstki wybrańców, lecz dla mas całych, innym musiaio przemawiać językiem: dawna forma klasyczna, sztywna, pełna erudycyi i pogańskich reminiscencyj, mniej tu była właściwa. Manzoni, który już poprzednio wraz z Paurielem marzył o reformie poetyckiej, poszedł teraz za duchem czasu i temi drogami, które zostały wytknięte w Niemczech i w Anglii już w drugiej połowie zeszłego stulecia.
Dwie tragedye: Hrabia Carmagnola i Adelchi (1822) miały

VII
sprowadzić na nowe tory i poezyą dramatyczną. Przyjęto je rozmaicie:.jedni potępiali, drudzy pochwalali w nich te nowatorstwa, które widocznie zrywały z dawną szkołą, lecz nowej nie ustaliły.
Wypadki 1821 roku, a mianowicie powstanie marcowe w Piemoncie, skierowały uwagę poety ku teraźniejszości i odsłoniły całkowicie jego przekonania. Ruch powstańczy rozbudził w nim nadzieje patryoty, dla którego zjednoczenie Włoch było życzeniem najgorętszem. Oda Marżo 1821, dedykowana pamięci Teodora Koernera, dzielnego śpiewaka walki o niepodległość niemiecką z czasów Napoleona, okazuje w Manzonim wielbiciela swobody politycznej i równouprawnienia narodowego, oraz nieprzyjaciela wszelkiego pogwałcenia praw boskich i ludzkich. Oda „Piąty Maja“ (Cinque Maggio), wywołana wiadomością o śmierci Napoleona, zalicza się do najwspanialszych płodów muzy lirycznej włoskiej. I tutaj poeta stoi na gruncie humanitarno-katolickim. Katolicyzm ten jednak nie przeszkadza Manzoniemu potępiać włądzy świeckiej papieży i pragnąć zjednoczenia Włoch całych, nie wyjmując samego Rzymu. Pozwala mu natomiast pocieszać się po każdym zawodzie, po każdej chybionéj próbie. Manzoni był poetą religijnej rezygnacyi i niczem niezachwianej nadziei. Łącząc religijność z patryotyzmem umiał niezłomnie stać przy swoim sztandarze i godność swoję w każdym wypadku zachować. Szczególniej w drugiej połowie swojego żywota, kiedy imię jego jako poety pozyskało już wielką powagę nietylko w kraju, ale i za granicą, wielokrotne złożył tego dowody. W roku 1833 Akademia turyńska wybrała Manzoniego na członka zagranicznego; tytuł ten nadawano wszystkim Włochom, którzy nie byli poddanemi Sardynii. Manzoni, szczery wyznawca zjednoczenia, uważał to za uchybienie idei narodowej i przyjęcia zaszczytu odmówił, przyczem dał wyraźnie do poznania Akademii, że się za cudzoziemca wcale nie uważa.
‘, ° Postąpił później, kiedy w roku 1857 złożyła go ciężka
v >1, ^edyolańczycy o życie jego obawiali się wielce. Areyksjązę Maksymilian, powodowany względami politycznemi, chciał osobiście odwiedzić chorego. Poeta, widząc w nim wroga narodowości swojej, wizyty nie przyjął, a kiedy później ten sam arcyksiążę przysłał mu dyplom komandora korony żelaznej, poeta okazał się również niewzruszonym. Zasadom tym pozostał wierny aż do śmierci (22 maja 1873).
Zawód lj^gracki Manzoniego skończył się właściwie znacznie wcześniej, bo już w roku 1827, kiedy ogłosił „Narzeczonych“ {lpro-
JftGSSZ SpO-Slj.
Jest-to największy i najgłośniejszy zarazem utwór Manzoniego. ewnętrzną podnietą do napisania tego pierwszego romansu histoi cznego we Włoszech, były niewątpliwie romanse Walterseotta;

vitr
sam nawet Manzoni otwarcie przyznał się do tego, kiedy go Walterscott odwiedził, chcąc poznać autora Narzeczonych. Ztemwszystkićm inne sobie Manzoni założył cele. Chodziło mu o to, aby w barwnych kolorach odmalować smutną epokę rządów hiszpańskich w Lombardyi i upadek moralny pod wpływem okrutnego rządu, oraz wskazać środki do łatwiejszego znoszenia niedoli. Z tym celem patryotycznym łączył się drugi — moralno-wychowawczy. Manzoni zamierzał stworzyć książkę popularną, którąby czytać mógł każdy, nawet młode pokolenie; a tym sposobem obudzić zamiłowanie uczuć szlachetnych i cnót chrześcijańskich. Jak dotychczas jest-to jedyna we Włoszech powieść historyczna, której wziętość nie zagraża żadne współzawodnictwo. Już roku 1875 Bibliografia Manzoniana Vismary naliczyła 118 wydań téj powieści osobnych i 26 w zbiorowych edycyach pism Manzoniego; nadto 17 wydań w przekładzie niemieckim, 19 we francuskim, 10 w angielskim. U nas przekładali ten utwór: Placyd Jankowski („Narzeczeni“, Petersburg, 1846, tylko tom 1-szy) i Wojciech Szymanowski („Oblubieńcy medyolańscy, historya z XVII wieku, znaleziona i przerobiona“, Warszawa, tomów 5, r. 1848). Obecny przekład jest zatem trzecim z kolei.
Dzieło tak popularne nie mogło pozostać bez wpływu na sarnę literaturę ojczystą. Jakoż stało się ono niebawem hasłem do uprawy powieści historycznej, stworzyło nawet osobną szkołę, do której należeli najznakomitsi w swoim czasie pisarze, jak np. Cezar Cantu (Margherita Pusterla), Maksym Azeglio (Hektor Fieramosca, Niccolć de Lapi j, Grrossi (Marco Visconti) i wielu innych.
Sądzimy, że nowy a staranny i piękny przekład tej tak sławnej i tak wpływowej powieści nie może być dla czytelników naszych obojętnym i że obok już drukowanego utworu Maksyma Azeglio („Niccolć de’ Lapi“) w naszej „Bibliotece1* właściwe i stosowne znajdzie pomieszczenie.

/
NARZECZENI.


WSTIgJE’.
Słusznie rzec można, iż Historya jest świetną wojną prowadzoną z Czasem-, bo ona to wydzierając mu z rąk lata, tych więźniów, których już uśmiercił, wskrzesza je, przygląda się im i na nowo do boju szykuje. Wszelako cni rycerze pióra, którzy na tem polu zbierają mnogie wawrzyny i palmy, unoszą stąd same tylko świetne i bogate łupy, balsamem swego atramentu namaszczają dzieje Królów, Książąt i Możnych, a zawlókłszy złote i srebrne nici do cienki&j igły mądrości haftują misterny kobierzec z samych świetnych i rozgłośnych czynów. Nie memu to wszakże słabemu rozumowi pozwolono wznieść się do takich argumentów ani do takich niebezpiecznych świetności; nie mnie dano krążyć w labiryntach przemądrój Polityki, ani słuchać potężnego głosu surm wojowniczych; ja człowiek prosty i w mądrość ubogi, mając tylko wiadomość o wielce ciekawych i godnych pamięci dziejach, postanowiłem, ku pożytkowi i nauce potomnych, spisać je w téj oto opowieści czyli relacyi, w któréj jak na żałobnym Teatrze każdy zobaczy Tragedye okropne i sceny icielkiéj niegodziwości, a podobnież i czyny najszlachetniejsze i dobroć anielskich serc, które walczyć tu będą z czartowską przemocą. Zważywszy jednak, że te nasze Klimata są pod panowaniem Arcylcatolickiój Osoby Najmiłościwszego Króla naszego Pana, który jest owćrn Słońcem, co nigdy nie zachodzi, i że odbijając w sobie Jego świetność w tych naszych Klimatach jest także i Księżyc nigdy nie zachodzący, Bohater szlachetnego rodu, który pro tempore sprawia tu rządy, i że są tu cni Senatorowie, jako gwiazdy stale i inni wielmożni Dostojnicy, jako planety pomniejsze, które wszędzie światło sieją, i że wszyscy razem stanouaą tu Firmament najszlachetniejszy, innej zatém racyi nie można wynaleść widząc te kraje nasze tak zmienione w piekło ciemnych czynów złości i niesprawiedliwości, które ludzie zuchwali mnożą, tylko, że to się dzieje przez sprośny podstęp i moc dyabelską, gdyż sama złość człowiecza nje mogłaby się ostać tylu Bohaterom, któ>zy oczami Argusa i rękami >yareusa czuwają nad szczęśliwością tych naszych Krajów. Dlatego

XII
wrcęc w opisie tej Historyi, która działa się w latach mojéj młodości i chociaż wszystkie prawie osoby w niej występujące już znikły ze sceny tego świata, bo im Parki nić żywota przecięły, jednak dla przyczyn mnogich i godnych łtwagi nie będą tu wymienione ich imiona, to jest ich parentela, a toż samo uczyni się i z miejscowościami, gdyż będą wymienione tylko territoria generaliter. Powie zatém niejeden, że to jest kalectwo téj oto opowieści i wielka w niej szpelność, ale ten, co to powie, nie uprawiał nigdy pola Filozofii, bo hidzie mądrzy, lakową posiadający, nie znajdą, aby coś przez to miało ubyć substancyi téj mojéj relacyi, ponieważ rzecz to widoczna i przez mądrych uznana, że imiona ludzkie są prostym trafem czyli przypadkiem, więc
— Lecz gdybym nawet podołał bohaterskiej pracy przepisania tego ciężkiego, nadętego, wyblakłego rękopismu, i gdybym następnie, jak to mówią, na świat go wydał, to i któż mi zaręczy, że się znajdą ludzie dość cierpliwi, aby go odczytać?
Myśl ta, zrodzona przy męczącem wyczytywaniu stosu starych gryzmołów, które trafiły do mnie po wielu i wielu nieszczęśliwych przygodach, kazała mi zaniechać ich przepisywania i zmusiła do głębszego zastanowienia się nad tem, co z niemi uczynić wypada. — To prawda — powtarzałem w duchu przerzucając dalej pożółkłe karty — to prawda, że rękopism nie wszędzie jest tak niepospolicie kwiecisty i wzniosły. Szanowny pisarz z XVII stulecia, głównie na początku chciał cały zasób swej mądrości wykazać, w dalszym ciągu opowieści, nieraz przez czas dość długi, styl jest o wiele gładszy i naturalniejszy. Ale ztemwszystkiem, jakże mu wiele jeszcze brakuje 1 Jest tak tuzinkowy, tak nudny, tak nieprawidłowy! Język stary, pokaleczony, całe okresy śmieszne i niewiadomo po co wstawione! Oprócz tego, hiszpańskie wyrazy tu i ówdzie wyrastają, jak kwiatki na niwie, a co jeszcze gorzej, to to, iż w niektórych najbardziej strasznych, lub rozczulających miejscach, tam, gdzie się nadarza sposobność wzbudzenia podziwu lub jakiójś głębszej myśli, słowem wszędzie, gdzie niezbędnem jest użycie retoryki, ale retoryki umiarkowanej, bystrej, delikatnej, ’dobrze zrozumianej, nasz autor wraca zawsze do stylu swój znakomitej przedmowy, i przy tej zręczności gromadząc w jednę całość najbardziej z sobą sprzeczne przymiotniki, porównania i zdania, znajduje możność stania się jednocześnie niezgrabnym, nieznośnym, nadętym i śmiesznym. Oto tu naprzykład: deklamacya szumna, pisownia haniebna, styl niepojęty, a do tego jeszcze owa niesłychana zarozumiałość cechująca wszystkich prawie pisarzy z tej samej epoki i z tego kraju.
Nie, w żadnym razie niepodobna uraczyć dziś czytającą publiczność tak niepospolitą książką; to nie dla niej; tylko odrazę i śmieciłby wzbudziła.

XIII
Jakież-to szczęście, że to mi na myśl przyszło zaraz na początku tej nieznośnej pracy! A więc umywam ręce, chowam rękopism i nic już o nim wiedzieć nie chcę.
A jednak, zamykając tę starą księgę, aby ją gdzieś w kącie biblioteki zagrzebać, niezmiernie przykro mi było, iż nikt oprócz mnie nie dowie się nigdy o tej cudnej powieści; gdyż treść rękopismu, nie wiem wprawdzie, jak się wyda moim czytelnikom, lecz mnie zdawała się naprawdę piękną i bardzo piękną. Mógłbym ją Wszakże sam opracować podług starego wzoru, przerobić i podać do druku! Uchwyciłem się chciwie tej nowej myśli, a ponieważ nie natrafiła już na żadne trudności, których-by zwalczyć było niepodobna, wziąłem się odrazu do dzieła.
Wszakże, niektóre wypadki, pewne obyczaje i prawa, które rękopism przytacza, wydały mi się tak niezwyczajne, tak dziwne a nawet haniebne, że przed uwierzeniem w nie chciałem jeszcze innych świadectw zasięgnąć i zacząłem szperać i grzebać w pamiętnikach spólczesnych memu autorowi, szukając w nich potwierdzenia tegó, czy istotnie, świat w owe czasy szedł tak niecnym torem. Te badania rozwiały wszelkie wątpliwości: co krok natrafiałem na gorsze jeszcze rzeczy, i odnalazłem nawet wzmianki o niektórych osobach występujących w starym rękopiśmie. Kilka wyjątków z tych pamiętników przytoczę w ciągu mego opowiadania, aby świadczyły o prawdziwości faktów, które bez tego mogłyby się wydać całkiem zmyślouemi.
Powiedziałem przed chwilą, iż niepodobna zachować w opowiadaniu nadętego stylu jego autora z XVII stulecia. Lecz czem że ja go zastąpię i jak ta praca będzie przyjęta przez czytającą publiczność? Oto nowe trudne pytanie...
Każdy, kto nie będąc do tego upoważnionym,, wtrąca się do spraw cudzych, musi już przez to samo zdać ścisły rachunek ze swojej czynności i zaciąga w tym razie pewien rodzaj moralnego ^obowiązania. Z pod tego prawa, wypływającego z saméj już na^hry rzeczy, nie myślę też się wcale usuwać. Przeciwnie, chcąc ^pełnie zadość jemu uczynić, miałem zamiar w szczegółowem sprawozdaniu wyjaśnić wszystkie przyczyny, dla których tak a nie inaCzój pisałem i w tym celu, w ciągu całej prący starałem się odgadnąć i przewidzieć zgóry zarzuty i krytyki, na jakie mogę być prażony. Dla miłości prawdy muszę to wyznać, iż robota sama yt wiele mię kosztowała, gdyż szukając zarzutów, nie zdarzyło się nigdy wynaleść takiego, z którym-by jednocześnie w umyśle kt°lni n*e zJaw^a zwycięska odpowiedź, jedna z tych odpowiedzi, hiai6 a*e rozwiązując stanowczo pytania, zupełnie je wszakże zmieCzęsto też, biorąc dwa jakieś zarzuty, kazałem im ścierać

XiV
się i walczyć ze sobą, aż w końcu udało mi się odkryć, że choć tak różue z pozoru, w gruncie jednak były téj samej natury i że oba wypływały z niedostatecznego zbadania przyczyn, które muszą być podstawą sądu. Zdaje mi się, iż nie znalazłoby się chyba pisarza, któryby lepiej dowiódł, że we wszystkiem miał słuszność i że postąpił doskonale. Lecz cóż się dzieje I Oto kiedy już byłem u kresu zbierania wszystkich możliwych i niemożliwych krytyk, i kiedy odpowiedzi na nie równie już były gotowe, okazało się niestety, że utworzyły razem całą wielką księgę! Widząc to musiałem zaniechać myśli wydawania krytyk i niewłaściwej oceny, dla dwu powodów, które czytelnik uzna niewątpliwie za dobre: po pierwsze, iż książka przeznaczona do usprawiedliwienia innej książki mogłaby się wydać rzeczą co najmniej śmieszną; powtóre, że i jednej książki dosyć, jeżeli nawet nie zawiele na raz.
Aleksander Manzoni.
i

ROZDZIAŁ I.
Owo ramię jeziora Como, które zwracając się ku południowi, całe w zatokach i odnogach przechodzi pomiędzy dwoma nieprzerwanemi pasmami gór, to oddalających się nieco od siebie, to znów wybiegających nad sarnę wodę, na raz, pomiędzy przylądkiem z prawej, a szerokim brzegiem z lewej strony, zwęża się i przybiera kształt i bieg rzeki. Most, łączący tu oba wybrzeża, zdaje się jeszcze silniej uwydatniać tę nagłą zmianę i zaznaczać miejsce, w którem na nowo rozpoczyna się Adda, a jezioro znika na czas pewien, aby następnie tam, gdzie brzegi znów się szeroko rozchodzą,
’ pozwalając wodzie rozlać się wspaniale po licznych zatokach i odnogach, odzyskać swoję uprzednią nazwę i swój kształt dawniejszy. Szerokie wybrzeże, utworzone z warstw napływowych, które tu osadzają trzy wielkie potoki, schodzi pochyło ku wodzie opierając się w głębi o dwie góry z sobą złączone; jednę z tych gór zowią San Martino, drugą z lombardzka Resegone czyli piłą, od szeregu Wieńczących ją ostrych wierzchołków, które naprawdę nadają jej tak wielkie podobieństwo do piły, iż każdy, kto ją po raz pierwszy Widzi, byle tylko patrzył na nią z przodu, jak naprzykład z murów Medyolanu od strony północnój, zaraz ją dzięki tej odrębności odnajdzie w owem długiem i szerokiem paśmie innych gór, mających bardziej pospolite nazwy i mniej wybitne zarysy. Z razu wybrzeże Wnosi się w górę, równą i śpokojną linią, dalój, w skutek nieustannej pracy podmywających je potoków i nierówności wyżyn, na tóre zaczyna wstępować, łamie się, miejscami przerywa, tworzy We wy, wzgórki, doliny. Ostatni jego kraniec, poprzerzynany uj^ami owych trzech potoków, składa się wyłącznie prawie z kamyki * żwiru; wyżej pokrywają go winnice i pola uprawne, wśród i bieleją miasteczka, wsie, wille i domki, a gaje zielone tu
dzie rozsiane daleko nieraz wybiegają na góry. Lecco, naj

16
WARZECZENI.
główniejsze z tych miasteczek, nadające nazwę całej okolicy, leży w pobliżu mostu na brzegu jeziora, a nawet częścią w samem jeziorze, wówczas gdy w nióm woda przybywa, i za dni naszych jest już miastem sporem, które wzrastając szybko obiecuje w niedalekiej przyszłości jeszcze się w większe zamienić. W czasie gdy zaszły wypadki, które opowiedzieć zamierzam, osada ta, już znaczna podówczas, była zarazem warownią, w skutek czego, miała zaszczyt i przyjemność posiadania w swych murach komendanta i stałej załogi żołnierzy hiszpańskich, którzy uczyli moralności okoliczne dziewczęta i młode mężatki, od czasu do, czasu głaskali po plecach jakiego zuchwałego małżonka lub ojca, a przy końcu lata nie omieszkiwali nigdy rozbiedz się po winnicach, aby przerzedzić winogrona i ulżyć w ten sposób wieśniakom ciężkiej pracy winobrania. Z wioski do wioski, z wyżyn do brzegu, ze wzgórka na wzgórek wiodły wówczas jak i dziś prowadzą większe i mniejsze drogi i.ścieżyny, które wijąc się, pnąe się stromo pod górę, lub wydłużając na równinie, to giną pomiędzy dwu wysokiemi murami, tak iż przechodzień dostrzega tylko kawał błękitu nad głową i ostatnie szczyty najwyższych gór, to wybiegają na miejsca odkryte, z których oko ogarnia przestrzenie większe, lub mniejsze, zawsze jednak równie wspaniałe i pełne co raz nowych piękności, stosownie do tego, jakie części uroczego krajobrazu występują, zbliżają się, ukrywają lub oddalają od widza. Tu, naprzykład, ukazuje się jedno małe wody pasemko; tam większe; dalej ogromne, jakby zwierciadlana szyba; stąd roztacza się widok na całe jezioro zamknięte w głębi, albo raczej ginące w jakiejś masie, w jakimś nierozwikłanym natłoku gór, które rozszerzając cię stopniowo, oddzielając jedna od drugiej, tworzą mu ramy wspaniałe i w jego gładkiej powierzchni odbijają swe groźne szczyty, swe boki spadziste i podnóża zielone, usiane białemi wioskami; stąd na dole widać ujście potoku, i znów jezioro, a dalej znów potok, który połyskując i wijąc się co raz węższą wstęgą ginie wreszcie gdzieś między górami. Samo nawet miejsce, z którego przyglądamy się tym cudnym widokom, obfituje w tyle ślicznych, choć pomniejszych, obrazków: góra, u podnóża której idziemy, roztacza przed nami swe wierzchołki, skały, parowy, urwiska, tak jasne, tak wyraźne, lecz zarazem co krok tak dalece zmieniające swe kształty, iż to, co z rana wzięliśmy za jednę masę, teraz się na kilka części rozpada, a to, co przed chwilą widniało u szczytu, nad sarnę krawędź wybiega. Jakiś spokój, jakiś urok nieujęty po tych wyżynach rozlany, łagodząc ich surową powagę, uzupełnia wdzięk ich i dziwnie ku nim pociąga.
Jedną-to z takich drożyn, pod wieczór 7 listopada 1628 roku, szedł, wracając ze zwykłej przechadzki, don Abbondio, proboszcz

ROZDZIAŁ I.
17
Jednój z okolicznych wiosek, któréj nazwy wszakże, również jak
1 nazwiska proboszcza, rękopism ani tu, ani w dalszym ciągu nie P°daje. Odmawiał on spokojnie wieczorne pacierze i od czasu do ezasu, pomiędzy jednym a drugim psalmem, zamykał brewiarz, podstawiając w nim jako skazówkę wielki palec swojej prawicy, piskał ją lewą dłonią, obie ręce wraz z książką w tył zakładał * szedł dalej, patrząc w ziemię i odrzucając nogą do muru kamyki, *^óre na ścieżce dostrzegał; następnie podnosił głowę, spoglądał Roztargnionym wzrokiem dokoła i zatrzymywał go na pewnej części Sóry, na którą światło zachodzącego słońca, przedarłszy się przez Rozpadliny przeciwległych szczytów, rzucało miejscami szerokie, Purpurowe pasy. Po chwili otworzył brewiarz nanowo, odczytał jeszcze parę modlitw i doszedł wreszcie do pewnego zakrętu uliczki, gdzie zwykł był zawsze podnosić oczy i spoglądać przed siebie. I>alej, za zakrętem, droga biegła prosto na przestrzeni mniej więcej sześćdziesięciu kroków, potem rozdzielała się na dwie uliczki,
2 których pierwsza na prawo, wiodła pod górę, druga spuszczała się W dół na dolinę, aż nad samo łożysko potoku, i z tej strony murek, opasujący drogę, był tak niski, iż dosięgał zaledwie do pasa przechodniów. Murki dwu uliczek zamiast dobiegać do samego rogu, tworzyły tam, gdzie się schodzą trzy drogi, małą kapliczkę, na której, na szarym, miejscami oblatującym już tynku, ukazywało się malowidło ceglastej barwy, wyobrażające długie, powykręcane, ostrozakończone pasy, a wpośród nich jakieś niedające się żadnem imieniem określić postacie; w przekonaniu jednak okolicznych mieszkańców, a zapewne także w przekonaniu ich twórcy, miały one Przedstawiać ogień wieczysty i dusze w czyseu cierpiące. Proboszcz minąwszy róg uliczki i podnosząc, jak zwykle, oczy na kaplicę, naRaz spostrzegł tu coś, czego się najmniej spodziewał i czego wołałby Uigdy i nigdzie nie widzieć. Na rozdrożu znajdowało się dw«fj£ mdzi: pierwszy z nich siedział konno na niskim murku, drugi stał oparty o kapliczkę z założonemi na piersiach rękami. Strój, postawa, cała powierzchowność, słowem wszystko, co w tej chwili. Bystrem okiem dostrzegł don Abbondio nie pozostawiały mu żadnéj ^tpliwości co do stanu, do którego należeli ci ludzie. Obaj mieli ~°koła głowy siatkę zieloną, zwisającą na lewe ramię i zakończoną tu wielkim kutasem, z pod której na czoło spadał czub olbrzymi;
ostro zakręcone wąsy; błyszczący pas skórzany z przytwiersjz°ną do niego parą pistoletów; rożek z prochem zawieszony na pierdoli jak order; potężny nóż wyglądający z kieszeni szerokich, dętych spodeń; przy boku koncerz z rękojeścią, ozdobioną ja?^żnemi, błyszczącemi i gładkiemi blaszkami, które u góry aby cyfrę jakąś twoi żyły. Tak wyglądali, a każdy, przy pierw-
AManzoni: Narzeczeni. Tom I. 2

18
NARZECZENI.
szem spojrzeniu, mógł poznać z łatwością, że należą do gatunku brawów.
Ciekawy ten gatunek, dziś już zaginiony do szczętu, kwitł i w całej swej sile rozwijał się wówczas w Lombardyi, gdzie już oddawna był znany. Chcąc dać pojęcie o tem, czem byli brawi, do jak gwałtownych środków uciekano się, aby ich wytępić i jak niepospolitą siłę żywotną posiadali, przytoczę tu kilka autentycznych świadectw.
.Już 8 kwietnia 1583 r. Jaśnie Oświecony i Wielmożny don Karlos Aragoński Książę Castelvetrano, Hrabia Terranuoya, Markiz D’Avola, Wielki Admirał i Wielki Konetabl Sycylii, Gubernator Medyolanu i Generalny Kapitan Jego Arcykatolickiej Królewskiej Mości we Włoszech, będąc dokładnie powiadomiony o niesłychanym ucisku, w którym żyło i żyje dotąd miasto Medyolan, z powodu brawów i włóczęgów, taki na nich wyrok wydaje: Objawia i zapowiada, ze wszyscy ci brawi i włóczęgi mają być z kraju, wygnani, a pod tém imieniem rozumie tych, którzy, czy to miejscowi, czy téż z obczyzny przybyli, nie mają żadnego stałego zajęcia lub rzemiosła, albo mając takowe nie wypełniają... a natomiast nie biorąc zapłaty, lub téż nawet i biorąc, idą na służbę do jakiego rycerza, szłachcica, urzędnika lub kupca., aby go zasłaniać i bronić, albo raczéj aby wykonywać wszelkiego rodzaju złe czyny, a nawet zbrodnie... Wszystkim tym rozkazuje, aby w ciągu dni sześciu kraj opuścili, upartym grozi zesłaniem na galery i daje, nigdy dotąd niesłychaną, swobodę działania urzędnikom prawa, wykonawcom sprawiedliwości, po to, aby jego rozkazy co do brawów wypełniać mogli. Lecz już w roku następnym 12 kwietnia, ten sam Jaśnie Oświecony i Wielmożny don Karlos, widząc iż Medyolan jest i dotąd pełny owych brawów, którzy żyją tu, jak żyli dawniéj, nie zmieniając w niczćm swych obyczajów ani téż zmniejszając się w liczbie, wydaje nowy dekret banicyi, jeszcze bardziej groźny i surowy, w którym pomiędzy innemi rozkazami powiada:
Zc, każły człowiek, czy to z miasta, czy z okolicy, czy z obczyzny przybyły, który w przekonaniu dwu świadków należy do brawów i tak się nazywa, w takim nawet razie, gdyby nie ciężył na nim żaden jawny zarzut zbrodni, w skutek tego zeznania świadków i opinii ogółu, oddany w ręce sprawiedliwości i wzięty na męki... a gdyby nawet i teraz nie przyznał się do żadnéj niegodziwości, pomimo to jednak musi być zesłany na galery, gdzie ma przebyć trzy lata, jedynie z powodu tego, iż należał do brawów. Wszystkie te rozporządzenia i inne, o których tu nie wspominamy, zostały wydane dlatego, że Jego Ekscelencya wymaga, aby Jéj wszyscy byli posłuszni.
Czytając tak groźue, tak stanowcze rozkazy człowieka obdarzonego najwyższą władzą, możnaby mniemać, iż na sam odgłos tych

ROZDZIAŁ I.
19
strasznych wyroków plemię brawów zniknie na zawsze. A jednak, świadectwo innej osoby, posiadającej takąż sarnę nieograniczoną Wdzę i również w tytuły bogatej, zupełnie czego innego dowodzi. yest nią Jaśnie Wielmożny i Oświecony Juan Fernandez de Ve*sco, Hrabia miasta Frias, Książe Haro i Castelnuovo, Pan ze Synnego rodu Velasco i siedmiu Infantów Lara, Gubernator całego ~tedyolanu i t. d., który 5 czerwca 1593 r. będąc równie świadomy, to nieszczęść i gwałtów są przyczyną owi brawi i włóczęgi i wiedząc
0 złych skutkach, jakie ten rodzaj łudzi wywiera na dobro publiczne i na prawodawstwo, nakazuje im znowu, aby w ciągu dni sześciu kraj ^Puścili, powtarzając mniej więcój też same rozkazy i pogróżki, które już jego poprzednik ogłosił. Następnie 23 maja 1598 roku, dowiaduje się z niemałą przykrością swej duszy, iż z dniem każdym w Aledyołanie i w całéj prowincyi wzrasta liczba tych brawów i włóczę9 ów, i ze o nich we dnie i w nocy nic innego nie słychać jak tylko, że rony zadają, okradają i inne podobne pełnią występki, których dopuszczają się zuchwałe, ufni w opiekę swych naczelników i panów, przepisuje znowu toż samo lekarstwo zwiększając tylko dozę, jak to się swykle czyni w uporczywych i niebezpiecznych chorobach. A więe każdy, dodaje przy końcu, niech się strzeże sprzeciwiać lub przeszkadzać w jakibądż sposób spełnieniu tego wyroku, gdyż zamiast doznać ’jfkawości Jego Ekscelencyi, pozna Jego surowość i gniew Jego... bo Jego Ekscelencya zapowiada stanowczo w Swój niezłomnéj woli, że to już jest ostatnie napomnienie.
Jednak w tej sprawie musiał być zapewne odmiennego nieco
2(tania Jaśnie Wielmożny i Oświecony don Pedro Enriąuez de Acevedo, Hrabia Fuentes, Kapitan i Gubernator Medyolanu, gdyż 1 on 5 grudnia 1600 r. świadom niesłychanego ucisku, w którćm żyje Ciasto i cała prowincya jego pieczy powierzona, z przyczyny wielkiego Mnóstwa brawów tuzamieszkałych postanawia do szczętu wygubić ciemię, tak szkodliwe i ogłasza na nich nowy, jeszcze sroższy wyrok,. chce, aby był wykonany we wszystkich szczegółach bez żadnéj litości
Wszakże wnosić należy, iż do tego dzieła nie zabrał się z całą Wą gorliwością i zręcznością, której tak liczne dawał dowody knowaniu intryg i mnożeniu nieprzyjaciół swemu śmiertelnemu ciw^°Wi Henrykowi IV; wiadomo bowiem, iż potrafił uzbroić przecił temu. królowi księcia Sabaudyi, który przez to kilka miast straskt wciągnął do spisku i popchnął do zdrady księcia Birona, który uisz U te^° glowQ P°d miecz katowski położył, lecz w sprawie to tvfvnia sz^°dliwego siemienia brawów nic a nic nie wiemy, chyba aż. d° 9/1 września 1612 r. rozrastało się swobodnie po
Prowincyi. W tym czasie jednak Jaśnie Wielmożny i Oświe2*

20
NARZECZENI.
eony don Juan de Mendoza, Markiz de la Hynojosa, Książę, Gubernator i t. d., pomyślał na seryo o ich wytępieniu i w tym celu posiał zwykły dekret banicyi, rozszerzony i poprawiony do Pandolfa i Marka Tulliusza, braci Malatesta, rządowych drukarzy, aby go drukiem ogłosili na zagładę brawów. Lecz tym samym drukarzom sądzono było doczekać się jeszcze 24 grudnia 1618 r. nowych rozkazów, tyczących się brawów, które w licznych egzemplarzach wydali i które pochodziły od Jaśnie Wielmożnego i Oświeconego don Gomeza de Figueroa, Hrabiego de Feria, i t. d., Gubernatora i t. d. A ponieważ owi brawi i od tego nie wymarli, zatem Jaśnie Wielmożny, Oświecony i t. d., don Gonzalez Fernandez z Kordowy, został zmuszony jeszcze raz przejrzeć, poprawić i drukiem ogłosić wyroki swych poprzedników, co nastąpiło 5 października 1627 r., a zatem na rok jeden, miesiąc i dwa dni przed pamiętną przechadzką naszego don Abbondia.
Chociaż i ten wyrok nie był jeszcze ostatnim, sądzę wszakże, iż byłoby zbytecznem zajmować się późniejszemi, gdyż one nie wchodzą już w zakres naszej powieści. Wspomnę tu jeszcze o jednym tylko wyroku ogłoszonym przez Hrabiego de Feria, po raz wtóry gubernatora Medyolanu, w którym Jego Ekscelencya powiada, ii najgorsze niegodziwości i bezprawia popełniają tak zwani brawi. Sądzę, że to już wystarczy, aby przekonać czytelników, iż w czasach, do których się teraz przenosim, brawów wszędzie było podostatkiem.
A teraz wracajmy do proboszcza.
Że dwa draby musiały tu czekać na kogoś, było rzeczą aż nadto widoczną, a co gorsza jeszcze, don Abbondio przekonał się wkrótce, że właśnie na niego czekają. Skoro się tylko ukazał, znacząco spojrzeli po sobie, kiwnęli jednocześnie głowami, jakby chcieli powiedzićć: to on; ten, co siedział na murku, oparł się na rękach, przerzucił nogę na tę stronę uliczki, wstał, zbliżył się do towarzysza i obaj udali się na jego spotkanie. Proboszcz, trzymając ciągle przed sobą brewiarz otwarty, jakby w nim czytał, nieznacznie cokolwiek wyżej nad karty wzrokiem wybiegał śledząc pilnie za każdem poruszeniem brawów, a po chwili, gdy spostrzegł, że wprost ku niemu zmierzają, uczuł w swej głowie jakiś szybki wir najprzykrzejszych myśli. Zaraz z wielkim pośpiechem zadał sobie pytanie, czy na przestrzeni, która go jeszcze dzieliła od brawów nie było jakiejś ścieżyny w bok, jakiegoś wyjścia na prawo lub na lewo i zaraz również musiał odpowiedzieć, iż nie było żadnego. Naprędce starał się przypomnieć sobie, czyniąc jakby rachunek sumienia, czy nie zgrzeszył kiedy przeciw jakiej możnej osobie, przeciw mściwemu szlachcicowi, ale nawet i w tak wielkiéj biedzie wewnętrzne przekonanie o swej niewinności uspakajało go nieco; a jednak brawi

ROZDZIAŁ I.
21
zbliżali się coraz bardziej i pilnie się weń wpatrywali! Założył dwa palce lewej ręki za kołnierz, jakby go chciał doprawić, a następnie wodząc niemi dokoła szyi wykrzywiał usta, zwracał w tył głowę i z ukosa spoglądał na drogę w nadziei, iż na niej kogoś choć zdaleka dostrzeże. Niestety, była pustą! Rzucił bystre spojrzenie na lewo, za murek, na pola: nikogo; na drogę przed siebie: i tu nikogo oprócz brawów. Co tu począć? wrócić nazad? już za późno; uciekać? byłoby to samo, co powiedzieć tym łotrom: ścigajcie mnie, albo jeszcze gorzej. Wreszcie, czując, że nie potrafi niebezpieczeństwa uniknąć, postanowił rzucić się na jego spotkanie, gdyż wołał znieść wszystko niż pozostać dłużej w tak męczącéj niepewności, która już zaczynała jego siły przechodzić. Przyśpieszył kroku, zaczął czytać półgłosem z brewiarza, przybrał najbardziéj wesoły i spokojny wyraz, na jaki tylko mógł się zdobyć w téj chwili, usta nawet złożył do uśmiechu. Po chwili znalazł się naprzeciwko brawów a teraz co będzie? — powiedział w duchu i stanął jak wryty.
— Księże proboszczu! — przemówił jeden z nich, patrząc na niego zuchwale.
— Czem mogę służyć? — odpowiedział szybko don Abbondio podnosząc głowę i odrywając wzrok od książki, która pozostała otwartą na jego rękach, jakby na pulpicie.
— Ksiądz proboszcz ma zamiar — mówił dalej drugi brawo, głosem tak gniewnym i groźnym jak ów zwierzchnik, który podwładnemu czyni wyrzuty za niecne postępowanie — ksiądz proboszcz ma zamiar połączyć jutro ślubem małżeńskim Renza Tramaglino z Łucyą Mondella!
— To jest... głosem drżącym odrzekł don Abbondio — to jest... łaskawi panowie wiedzą przecie dobrze, jak się rzecz cała w tych razach odbywa. Biedny proboszcz wcale w to nie wchodzi... narzeczeni sami załatwiają wszystko... potém przychodzą do nas i każą sobie ślub dawać... a my, my przecie jesteśmy tylko sługami gminy.,,, x
— Otóż — powiedział brawo, nachylając się do ucha don Abbondia, lecz zawsze tym samym rozkazującym głosem — otóż ksiądz proboszcz ma wiedzieć, iż to małżeństwo, nie powinno dojść do skutku ani jutro ani nigdy.
— Ależ, moi panowie — odrzekł proboszcz tonem słodkim i łagodnym człowieka, starającego się przekonać zniecierpliwionego złośnika — ależ, moi mili panowie, raczcie wejść tylko w moje położenie. Gdyby to ode mnie miało zależeć... przecież widzicie dobrze, że mnie z tego nic nie przybędzie, ja...
E! dość już tego — przerwał mu brazoo — gdyby rzecz miała

22
NARZECZENI.
się na paplaninie skończyć, to pewno że proboszcz-by nas za pas zatknął. My tam nic nie wiemy i nie chcemy wiedzieć o wszystkich tych sprawach, uprzedzamy tylko, ostrzegamy... a człowiek ostrzeżony w porę... Słowem ksiądz proboszcz rozumie już, o co chodzi.
— Ależ panowie są przecie tak sprawiedliwi, tak mądrzy, że pojmą z łatwością...
— To nie należy do rzeczy — przerwał mu teraz pierwszy z dwu brawów, który dotychczas zachowywał milczenie — albo Łucya i Renzo nie pobiorą się nigdy, albo — tu zaklął potężnie — albo ten, co im ślub da, nie pożałuje tego z pewnością, bo... bo już na to czasu nie znajdzie... i zaklął jeszcze okropniej.
— Cicho, cicho, nie klnij tak strasznie — powiedział uspakajając go towarzysz — przecież mówisz do księdza; my jesteśmy ludzie porządni, nie zrobimy proboszczowi nic złego, byle tylko sam zechciał mieć rozum. Szanowny księże dobrodzieju — ciągnął dalej głosem uroczystym — oto, Jaśnie Wielmożny nasz pan don Rodrigo przesyła mu przez nas swoje najniższe uszanowanie.
To imię, dla umysłu don Abbondia, było jakby błyskawicą, która wśród nocnej burzy blaskiem swym oświeca na chwilę przedmioty i trwogę przerażonych ludzi podwaja. Bezwiednie prawie ukłonił się bardzo nisko i rzekł: — Możebyście panowie potrafili mnie coś w tym razie doradzić...
— Co I mielibyśmy dawać rady księdzu, księdzu, który umie po łacinie! — zawołał brawo śmiejąc się jakoś okropnie. To już do proboszcza należy sposób obmyślić. Ale, ale, przedewszystkiem, dla własnego dobra, nikomu, ani słówka o całej tej sprawie... gdyż... ehml... byłoby to prawie to samo, co dać ślub tym hołyszom. A więc, cóż mamy, powiedzieć naszemu Panu?
— Powiecie, że mu najniższe uszanowanie zasyłam...
— E! proszę się jaśniej tłomaczyć!
— Że chciałbym... że jestem zawsze na jego rozkazy.
A wymawiając te wyrazy sam nawet nie wiedział, czy mówi zwykłą grzeczność, czy przyrzeka spełnić wolę don Rodriga. Brawi pojęli je, a może tylko udali, że je w tem ostatniem znaczeniu pojmują.
— A więc bardzo dobrze i dobranoc — powiedział jeden z nich, odchodząc ze swym towarzyszem. Don Abbondio, który jeszcze przed paru minutami oddałby wszystko na świecie, byle tylko módz uniknąć spotkania z brawami, teraz chciałby ich zatrzymać jeszcze, mówić, prosić, jeszcze się z niemi układać. — Panowie.. zaczął, zamykając książkę, lecz nie obejrzeli się nawet i poszli dalej drogą, którą przed chwilą przebył don Abbondio. Biedny proboszcz stał przez czas pewien osłupiały, z otwartemi szeroko ustami; potem

ROZDZIAŁ I.
23
spuścił głowę, skręcił na uliczkę, która wiodła do plebanii i z trudnością przestawiając nogi, które jakoś zaczęły mu odmawiać posłuszeństwa, powlokł się ku domowi.
Aby dobrze zrozumieć, co się z nim dziać musiało w tej chwili, powiemy najprzód słów kilka o jego charakterze i o czasach, w których los żyć mu przeznaczył.
Don Abbondio (jak to już zapewne spostrzegł czytelnik) nie odznaczał się zbyteczną odwagą i, jak to mówią, nie posiadał lwiego serca, do tego, w latach jeszcze dziecinnych zmuszony był zrozumieć, iż w czasach, w których żył, najgorzej się działo stworzeniom, pozbawionym kłów i szponów, czuł, że do nich należy i, że nie ma najmniejszej ochoty być przez kogoś pożartym. Prawo nie rozciągało żadnej opieki nad człowiekiem cichym, potulnym i nie posiadającym innych środków obrony. Nie wypływało to bynajmniej z braku kar i wyroków, które miały ścigać występnych, przeciwnie nawet za wiele ich było. Każda zbrodnia była przewidzianą, każde nadużycie oddzielnej podlegało karze, kary te były straszne, a każdy sędzia mógł jeszcze je zwiększać dowolnie; procedura kryminalna zdawała się odgadywać naprzód wszelkie przeszkody, któreby mogły sędziemu utrudniać’ wydanie wyroku i starannie usuwała takowe; zresztą dość przypomnieć urywki z dekretów banicyi na brawóu), ktoreśmy przytoczyli powyżej, i które są małą, lecz wierną próbką surowości prawa w owych czasach, aby w tym względzie nie mieć już żadnej wątpliwości. Jednak ztemwszystkiem, a raczej może właśnie dla tego wszystkiego, owe prawa, które mnożyły sję j rosły z każdem pokoleniem, służyły tylko do wykazania bezsilności ich twórców; a jeżeli i wywierały jakiś skuyek widoczny, to chyba ułatwiając i podając nowe sposoby silnym i możnym do gnębienia i uciskania bezbronnych i słabych. Bezprawie miało również swe prawa i krzewiło się na gruncie, z którego nie mogły g0 wyrwać żadne wyroki sądowe. Gruntem tym były przywileje pewnych klas, częścią uznane przez prawo, częścią tylko cierpiane, ]up niby całkiem zniesione, które wszakże istniały w całej swej sile, bronione gorliwie przez owe posiadające je klasy. Nic dziwnego, że ta bezkarność, którą gromiły, a której jednak zniszczyć me mogły wyroki, przy każdej nowej pogróżce uciekała się do nowych sposobów, aby sobie nadal istnienie spokojne zapewnić. To też skoro się tylko pojawił wyrok ograniczający nadużycia możnych, ci, korzystając ze swego znaczenia i siły, obmyślali natychmiast środki, za pomocą których mogliby obejść prawo i robić właśnie to, czego im wyrok zabraniał. Wyroki mogły ciężyć na bezsilnych, bezcennych, pozbawionych opieki biedakach, gdyż prawo, pod pozorem iż musi mieć wszystkich pod ręką, aby uprzedzać spełnienie
o/C.A

24
NAKZECZENX.
zbrodni, lub karać występnych, nadawało rozmaitym swoim wykonawcom nieograniczoną swobodę wtrącania się w sprawy ubogiego ludu, wyzyskiwania go, dręczenia, krępowania we wszystkiem jego woli. Lecz ten, kto po spełnieniu zbrodni ukrył się natychmiast w jakim klasztorze, lub pałacu, którego progu nigdy-by się nie ośmielili przestąpić siepacze; ten wreszcie, kto nie miał potrzeby myśleć o schronieniu, bo go okrywała liberya jakiejś znakomitej rodziny, której honor i interes nakazywał go bronić; mógł śmiało robić, co mu się podoba, i kpić sobie ze wszystkich wyroków na świecie. Sami nawet prawnicy, których znaczna połowa należała do uprzywilejowanej klasy, inna zaś miała w niej klientelę obszerną, przez samo już wychowanie, przez chęć naśladownictwa, przez ciągłe z nią stosunki, a wreszcie przez samo przywyknienie przejęli się jej zasadami i nie odważyliby się nigdy narażać się jej dla miłości jakiegoś tam wyroku, rozlepionego na rogach ulic. Wreszcie ludzie, pełniący władzę wykonawczą, gdyby nawet byli przedsiębierczy, jak bohaterowie, posłuszni, jak zakonnicy, jak męczennicy pełni poświęcenia, to i wówczas nawet nie potrafiliby swych obowiązków wypełnić, będąc w tak małej liczbie i mając do walczenia z tak potężnym wrogiem, któregoby zgnieść wypadało, a po którego stronie stanęliby niezawodnie ich właśni zwierzchnicy. Jednak, owym wykonawcom władzy nigdy zapewne myśl podobnej walki nie postała w głowie, gdyż wogole należeli do najgorszych łotrów swego czasu; urząd ich mieli w pogardzie ci nawet, którzy się ich obawiać musieli, a najbardziej obelżywą łajanką było ich imię. Nic więc dziwnego, że ci ludzie, zamiast narażać swe życie w przedsięwzięciu, którego pomyślny skutek był niemożliwy, woleli za pieniądze służyć silnym, a tylko słabych i bezbronnych ciemiężyć.
Kto krzywdzi innych, boi się sam być skrzywdzonym i dla obrony szuka sobie sprzymierzeńców i towarzyszy. Stąd więc, w owych czasach ludzie czuli potrzebę należenia do pewnych kół, tworzenia nowych, przyczyniania się do ich potęgi i świetności. Duchowieństwo pracowało usilnie nad rozszerzeniem swych swobód, szlachta — swych przywilejów, wojsko — swych praw. Kupcy i rzemieślnicy mieli swe cechy, prawnicy tworzyli stowarzyszenia, nawet lekarze połączyli się w korporacye. Każdy taki związek miał swoję, sobie tylko właściwą siłę, wkażdym z nich oddzielna jednostka znajdowała obronę i poparcie w potrzebie. Najbardziej uczciwi nie używali na zło tego przywileju; lecz źli i przebiegli korzystali zeń, aby popełniać niegodziwości, na wykonanie których nie wystarczały ich własne siły, a po ich spełnieniu zapewnić sobie i — schronienie i ujść zasłużonej kary. Siły jednak tych

ROZDZIAŁ I.
25
różnych zawiązków były bardzo nierówne; a po wsiach szczególnie, dumny i bogaty szlachcic, otoczony zgrają irawów i ludnością wiejską, która już albo przywykła w ciągu kilku pokoleń, albo była zmuszona uważać go za pana i w milczeniu znosić swe ciężkie poddaństwo, rządził tak nieograniczenie, iż żadne inne prawo nie mogło znaleść tu miejsca dla siebie.
Nasz don Abbondio, ani szlachcic, ani bogaty, ani nawet odważny, w bardzo młodym już wieku przyszedł do przekonania, iż jest jak ów garnek gliniany, któremu sądzono odbywać podróż na Wodzie w towarzystwie innych garnków żelaznych. W skutek Więc tego zastosował się chętnie do woli rodziców, którzy go chcieli Ba księdza kierować. Mówiąc szczerze, nie bardzo się zastanawiał Bad obowiązkami i wzniosłym celem obranego zawodu; myślał więcej o tem, iż przywdziewając sutanę zapewnia sobie skromne, lecz Wygodne utrzymanie i że wchodzi do klasy poważanej i silnej. Lecz każda klasa do pewnego tylko stopnia zajmuje się należącą do niej jednostką i pozostawia jej wielką swobodę działania. Don Abbondio, zaprzątnięty ustawicznie myślą o bezpieczeństwie swej własnej osoby, nie wiele dbał o takie korzyści, które za pomocą pracy, zabiegów, a nawet pewnéj odwagi dałyby się na jego stanowisku osiągnąć. Nigdy o żadnym odznaczeniu się nie marzył. W całem #Wem życiu trzymał się zasady obchodzenia zdaleka wszelkich niebezpieczeństw i ustępowania z drogi każdemu. Zachowywał bierność neutralną we wszystkich wojnach, które wybuchały dokoła, zacząwszy od bardzo częstych podówczas zatargów pomiędzy duchowieństwem a władzą świecką, pomiędzy wojskowemi, a stanem ey^ilnym, pomiędzy rozmaitemi stronnictwami szlachty, żyjącemi w nieustannej kłótni, a kończąc na sporach pomiędzy wieśniakami, których powodem było zwykle jakieś nieostrożne lub obraźliwe słowo i które kończyły się najczęściej na pięściach, lub nożach.
rzadkich wypadkach, kiedy już był koniecznie zmuszony do Wzięcia udziału w jakimś sporze, stawał zawsze po stronie silniejszego, jednak trzymając się o ile możności na uboczu, starał się dać Poznać słabszemu, że nie z własnej chęci to czyni; zdawało się, iż niówi: dlaczegoś ty nie potrafił być silniejszym; stanąłbym wówczas po twojej stronie. Unikając zbliżenia się z możuemi, lecz ukrywając ich pomniejsze wykroczenia, wypływające z przelotnej fantazyi, lub zachowując uporczywe milczenie co do ich gorszych, bardziej szkodliwych, bo stałych nadużyć, nasz don Abbondio zaskariał jeszcze ich łaskę przez swą pokorną postawę i pełne szacunku tony, i zmuszał najbardziej nawet dumnych i nieprzystępnych do
darzenia go przy spotkaniu życzliwym uśmiechem w t 1

26
NARZECZENI.
sposób udało mu sie przeżyć na świecie lat przeszło sześćdziesiąt nie zaznawszy nigdy, co to są silne burze żywota.
Z tego jednak, cośmy powiedzieli wyżej, nie wynika jeszcze, aby i on nie miał posiadać swej odrobiny żółci; a to bezustanne ćwiczenie się w cierpliwości, to częste zgadzanie się ze zdaniami innych, ten ciągły przymus, to przełykanie w milczeniu gorzkich, nieraz bardzo nawet gorzkich kęsów, jątrzyły go do tego stopnia, iż gdyby nie miał od czasu do czasu sposobności wylania na kogoś swojej żółci, biedak na końcu niezawodnie-by się rozchorował. Ale ponieważ na świecie, a nawet dokoła niego były osoby, o których wiedział doskonale, iż nie potrafią mu szkodzić; na nie więc wylewał zasób długo nieraz tłumionego złego humoru, czując przytem niemałą ulgę i uspokojenie na myśl, że i on przecież może się z kimś obejść niegrzecznie, kogoś wykrzyczeć i wyłajać bez żadnej przyczyny. Oprócz tego był sędzią niezmiernie surowym dla tych wszystkich, którzy z powodu odmiennego usposobienia nie potrafili tak jak on się urządzać. Skrzywdzony, w jego oczach, był zawsze co najmniej nierozsądnym zuchwalcem, zamordowany — człowiekiem podejrzanym.’ Tego, kto, chcąc się sprzeciwiać przemocy, wychodził pobity z walki nierównej, don Abbondio potrafił zawsze obwinić; co zresztą nie było zbyt trudną rzeczą, gdyż słuszność od niesłuszności nie dzieli nigdy mur tak nieprzebyty, aby się już na drugą jego stronę przedostać nie można. Głownie zaś napadał na tych swoich spółbraci, którzy z narażeniem własnej osoby stawali po stronie skrzywdzonego biedaka, broniąc go przed przemocą zuchwałego bogacza. To już nazywał kupowaniem sobie kłopotów za własne pieniądze, prostowaniem nóg kulawym psom, rzucaniem się dobrowolnem do studni, i potępiał ich za to, że mieszają się do spraw świeckich, ubliżających godności duchownego stanu. Lecz i w tym razie najczęściej i najsilniej napadał na tych, o których wiedział, iż są niezdolni do zemsty za osobistą obrazę, i to mając jednego słuchacza, lub w bardzo małem, zaufanem kółku. Rozmowy tego rodzaju kończył zwykle przytaczając ulubione swe zdanie; kto siedzi cicho i nie wtrąca się do rzeczy, które do niego ni® należą, może być pewnym, że go nigdy żadna nieprzyjemność ni® spotka.
Niechże sobie teraz czytelnik wystawi, jakie to wrażenie musiał® sprawić na don Abbondiu owo spotkanie z órawam. Szkaradne ich twarze, zuchwała mowa, groźba takiej osoby, jak don Rodrig0’ o którym wiedziano dobrze, że pogróżki swe umie wypełniać, zniszczony od razu spokój, zdobycie którego kosztowało tyle lat cierpi}’ wości i pracy, wreszcie owo straszne, okropne położenie bez wyj’ ścia; wszystko to razem cisnęło się tłumnie do pochylonej głoW/

ROZDZIAŁ I.
27
proboszcza. Gdybyż, myślał sobie, tego Renza można się było pozbyć mówiąc mu po prostu: nie chcę i kwita-, a.le gdzież tam! Zechce zaraz objaśnień co, jak, dlaczego? A na miłość boską, coż ja mu odpowiem! Bo i on przecież to także ptaszek... niby to baranek, potulny, cichy; lecz niech tylko kto spróbuje mu się sprzeciwić... Ho, ho! źle z nim będzie! Zresztą zakochany tak w tej swojej Łucyi, zakochany mówię jak.. O! dzieciuchy, o! błazny, nie mają nic lepszego do roboty, więc się bawią w kochanie, chcą się po la, a co ich to może obchodzić, że poczciwy człowiek takie teraz znosi za nich męki! O, biednyż ja, biedny! Trzebaz było tym drabom znaleść się na mojej drodze, czemu do kogo innego nie poszli! Czyztoia temu winien? Czyż-to ja chcę się żenić? Dlaczegóż me Udali się raczej do... Otóż masz! Myśl trafna zawsze musi roi przyjść ’po niewczasie. Gdybym im był doradził, aby sobie poszli z t/m swojem zleceniem... Lecz w tej chwili uczuł, ze ubolewanie nad tem iż nie został doradcą i wspólnikiem czynu tak niecnego, było rzeczą bardzo brzydką, i cały swój gniew zwrócił na tego, który tak odrazu zakłócił mu spokój. Don Rodrigo był mu znany
...., z nim żadnych stosunków, a przy
spotkantótódyńle oddawał mu ukłon głęboki, przykładając rękę do piersi. Nieraz zdarzało mu się bronie tego człowieka przed ludźmi, którzy pół głosem, wzdychając i podnosząc oczy do uieba uskaiżali się na jego niegodziwe postępki; utrzymywał zawsze, ze to jest pan ze wszech miar godny szacunku i poważania. W téj chwili jednak nazwał go w duchu wszystk.emi temi imionam któi e Uprzednio, gdy je słyszał wymawiane przez innych, natychmiast starał się przerwać.
W natłoku czarnych tych myśli doszedł wreszcie do> plebanii znajdującej się na końcu wioski, zposoieciem w o-y —
klucz, który trzymał już w ręku, otworzy drzwi, zamknąłł jesta
pannie za sobą i chcąc jak najprędzej znalesc się to — L
jakiejś zaufanej osoby zawołał zaraz: Perpe p
zmierzając w stronę jadalnego pokoju, gdzie me wątpił, ze ją znajdzie, gdyż zwykle o tej porze nakrywała stół do wieczeizy. ^erpetua, jak to już każdy zdgadł niezawodnie, była służącą p boszczasłużącą przywiązaną i wierną, która umiała by pos uszną i rozkazywać stosownie do okoliczności, znosić gderania i zły humor swego pana, a nieraz mu tein samćm odpłacać, nawet, dla historycznej ścisłości inusimy nadmienić, iż wybuchy jej złego humoru o wiele przewyższały pańskie i stawały się coraz częstszemi oa. czasu, gdy ukończyła lat czterdzieści, pozostając dotąd w stanie panieństwa, z powodu, jak mówiła sama, że wszystkim swym stara

28
NARZECZENI.
jącym się dała odkosza, czy tóż, jak mówiły jej przyjaciółki, że jej i pies nawet nie chciał.
— Idę — odpowiedziała, stawiając na stole, na zwykłem miejscu, butelkę z ulubionóm winkiem don Abbondia i nie śpiesząc się zbytecznie postąpiła ku drzwiom, lecz właśnie w tej chwili jej pan wszedł do pokoju. Chód jego był tak dziwny, wzrok jego tak ponury, cała twarz tak zmieniona, iż nawet mniej bystre, niż Perpetuy, oko mogłoby dostrzedz odrazu, że mu się coś nadzwyczajnego musiało przytrafić.
— Jezus Marya! A cóż to się księdzu proboszczowi stało?
— Nic, nic — odrzekł don Abbondio, padając na fotel najbliższy.
— Jak to nic? Widzę przecież, jak ksiądz proboszcz wygląda. Musiało go spotkać jakieś nieszczęście?
— A, na miłość boską! Kiedy mówię żenić, to i nic; albo coś takiego, czego nie mogę powiedzieć.
— Czego mnie nawet nie można powiedzieć, mnie? A któż-to inny będzie dbał o zdrowie proboszcza? Kto mu rady udzieli?
— Cicho już, cicho! Ot lepiej daj mi szklaneczkę wina; nic jeść nie będę.
— I proboszcz chce mi wmówić, że mu nic nie jest! — powiedziała Perpetua napełniając szklankę i trzymając ją w ręku, jakby miała zamiar dać mu ją dopiero w nagrodę owej tajemnicy, która na siebie tak długo czekać kazała.
— Daj tu, daj — zawołał don Abbondio, biorąc szklankę ręką niepewną, i wychylił ją duszkiem jakby gorzkie lekarstwo.
— Czyż ksiądz proboszcz chce mnie zmusić, abym poszła do obcych ludzi wypytywać, co się memu panu stało? — mówiła dalój Perpetua, stojąc przed nim, biorąc się pod boki i patrząc na niego tak, jakby mu z oczu chciała wyssać ów sekret.
— A, na rany boskie, ani mi się waż robić żadnych plotek! Tu każde słówko może zaszkodzić, tu... tu chodzi o życie!
— O życie!
— Tak, o życie!
— Ksiądz proboszcz wie dobrze, iż każdą rażą gdy mi coś powiedział pod wielką, ale to pod wielką tajemnioą, ja nigdy...
— Dobraś! A wówczas kiedy...
Perpetua spostrzegła zaraz, że na złej jest drodze i nadając inny kierunek rozmowie rzekła głosem wzruszonym i zdolnym wzruszyć
— Szanowny proboszczu dobrodzieju, byłam zawsze dla proboszcz® wierną i pokorną sługą; a jeżeli dziś chcę wiedzićć, co mu się przy’ trafiło, to jedynie z przywiązania, gdyż chciałabym mu dopomódZr dać dobrą radę, pocieszyć.

ROZDZIAŁ I.
29
Szczerze mówiąc, nasz don Abbondio miał tak wielką chęć powierzenia komuś swej bolesnéj tajemnicy, jak Perpetua dowiedzenia się o niej. W skutek więc tego, po pewnym czasie, zrazu odpierając coraz słabiej natarczywe zapytania swej służebnicy, a następnie zgadzając się z tem, że ma zupełną słuszność, życząc sobie wiedzieć o smutku trapiącym jej pana, opowiedział, ciężko wzdychając, całą nieszczęśliwą przygodę, która go na przechadzce spotała. Gdy przyszło do wymienienia nazwiska strasznego członka, który posłał brawów, Perpetua musiała powtórzyć uroczystą Przysięgę, a don Abbondio wymawiając imię to z wielkieni wes?Canieniem, oparł się plecami o poręcz fotelu, podniósł do góry ręce,
jakby jednocześnie prosił i rozkazywał i rzekł cichym głosem:
’ Perpetua, na miłość boską!
No! proszę! — zawołała Perpetua — to ci dopiero łotr! to oeW«.l to bezliki
Bodziesz ty cicho? Czy chcesz mię zgubić ostatecznie? RAZ K~. * któż nas tu słyszy, przecież jesteśmy sami! Lecz cóż te-
~2’4dz proboszcz pocznie?
Co pocznę, co pocznę — głosem rozgniewanym zawołał don ona t)1’*?0’ 1 to wybornie, ona mię pyta, co pocznę, jak gdyby to
radw w biedzie, a ja musiałbymją z niej wyciągać. Śliczne
ynmiesz mi dawać!
Co do rad, to mam jednę, wyborną, nie wiem tylko...
“ ’więc mów, słucham.
domo n t0’w*dzi ksiądz proboszcz, moja rada byłaby taką: wia-
zawszPlz^?ież, że nasz arcybiskup jest świętym człowiekiem i, że
‘ ’ ” * ’ ’ ’
księdza Pr, y tylko nadarza mu się zręczność obronienia jakiegoś rań do teg^, na(lużyciami tych-tam wielmożnych, wszelkich stakarza żuchw l^da * zawsze mu się to udaje i każdą rażą uposać piękny list ’ sadziłabym więc, że proboszcz powinien napi — A nie % w nim przedstawić rzecz całą i...
Czy to są rady „uciesz mi zaraz? Anie przestaniesz ty pleść? kula mi w karku takiego, jak ja biedaka? A jeżeli, broń Boże, — E... cóż grzęźnie, czy to ją arcybiskup wyjąć potrafi? kierki, ho, ho! g/’nh°wn! Przecie kule nie rozdają się jak cuA ja zawsze widzi i te psy miały gryźć każda rażą, gdy szczekają!
kazać uszanowani ani’ że kto um*e także zęby pokazać i nazawsze milczy, zaw^asje^’p’ teg0 * szanują; a ksiądz proboszcz już do tego, że’ każdSZe zSadza na wszystko, to téż i doszliśmy — Będziesz ty ma prawo...
ełuPi; zaraz?poJstrzeżPbl’iZ!; ale co prawda, to prawda. Świat nie Kto przy lada zręczności gotów spuścić...

30
NARZECZENI.
— Nie stulisz ty gęby? Właśnie to pora na podobne brednier na podobne głupstwa!
— A więc milczę już, milczę; ksiądz proboszcz sam dzisiejszej nocy nad tem wszystkiem pomyśli, sam jakiś sposób wynajdzie; ale tymczasem nie trzeba brać tego tak bardzo do serca, nie trzeba przedewszystkiem psuć sobie zdrowia; ot, należałoby raczej zjeść choć kawałek...
— Ja nad tem pomyślę, ja sposób wynajdę, z wielkiśm rozdrażnieniem mruczał don Abbondio — pewno że ja, nie kto inny. I wstając z fotelu dodał: — Jeść nie chcę, nie będę; co innego mam do roboty. Pomyśleć, wynaleść, wiem dobrze, że to do mnie należy, tylko do mnie. I trzebaż było, aby takie nieszczęście, mnie właśnie, mnie, a nie kogo innego spotkało!
— Niechże ksiądz proboszcz, przynajmniej jeszcze choć tę kropelkę wina wypije — powiedziała Perpetua, napełniając szklankę. — Przecież to mu zawsze służy na zdrowie.
— E, daj mi tam pokój! daj pokój 1 nie tego mi trzeba!
Wziął świecę ze stołu i mrucząc ciągle pod nosem: bagatela 1 Musiało to się właśnie przytrafić takiemu biedakowi, jak ja! Miła rzecz, nie ma co mówić! A co będzie jutro? Skierował się ku sypialnemu pokojowi. Doszedłszy do progu, zatrzymał się na chwilę, obejrzał się na Perpetuę i przykładając palec do ust, rzekł uroczystym głosem: Tylko na miłość boską!
ROZDZIAŁ II.
Powiadają, iż książę Kondeusz, w nocy poprzedzającej bitwę pod Rocroi, spal bardzo spokojnie; lecz, po pierwsze był niezmiernie zmęczony, a po drugie wydał już zwieczora wszelkie rozkazy i wiedział dobrze, co ma robić nazajutrz. Don Abbondio przeciwnie, nie wiedział i czuł tylko, że dzień jutrzejszy będzie dniem bitwy; z tego więc powodu znaczną część nocy przepędził na rozmyślaniu męczącem. Nie dbać o ostrzeżenie, ani też o pogróżki tych łotrów, połączyć ślubem kochanków, było dla niego rzeczą tak okropną, iż nie chciał nawet zastanawiać się nad nią. Wtajemniczyć Renza w całą tę sprawę, wynaleść razem jakiś sposób... Broń Boże1 „Nikomu ani słówka... gdyż...“ ehm ehm! powiedział przecie jedeU z brawów, a na samo wspomnienie tego ehm! które mu na raz za.’ dźwięczało w uszach, don Abbondio, nie tylko nie odważył się już

BOZDZIAŁ II.
31
myśleć o przekroczeniu rozkazu, ale nawet z całej duszy żałował, ze się przed Perpetuą wygadał. Uciekać? Lecz dokąd? Ileżby P(, chigało za sobą kłopotów i trwogi. Za każdym razem gdy J is projekt odrzucał, biedny nasz proboszcz przewracał się w łóżku jeduego boku na drugi. To, co po długiej rozwadze uznał leszcie za najlepsze, albo najmniej złe w jego położeniu obecnem, ^y o odkładanie z dnia na dzień ślubu pod różnemi pozorami. Por 611 SP°So’) wygrywał przynajmniej na czasie. Właśnie w sarnę ę przypomniał sobie, iż za dni kilka rozpoczyna się adwent, Cliigu ktorego kościół zabrania zawierać związki małżeńskie, sie t~u ’ — w.yszeptał, odetchnąwszy swobodniej, — o! gdybyż mi
że U(*ało na ten czas Renza obałamucić, wmówić w niego, cajeZaiZlf Jakieś nieprzewidziane przeszkody! Miałżebym potem
Przeciek miesiące spokoju, a w ciągu dwu miesięcy może się
z ^le rzeczy wydarzyć! — I zaraz wziął się gorliwie do
Wynajdyw rzeczJ wyuarzyc
głowie r )lla tych przeszkód, a pomimo, iż każda, co się w jego
nabiei-ł°-liawet jemu wydawała się bardzo i bardzo bła“
W taki’ j?dnak coraz większej otuchy, wyobrażając sobie, że
. takiem
i że cunl uda
pomimo,
bardzo błahą,
że je
dz v świetle przedstawić potrafi, iż odrazu doniosłości nabiorą
eunkow’ vSWemu tyluletniemu doświadczeniu, tudzież ufności i szauda mu’ r$ zwykle ludzie otaczają osobę duchownego stanu, chłopaka Wlnówić wszystko, co zechce w prostego, wiejskiego o swojej k~ ^°baczymy — mówił do siebie — zobaczymy-, on myśli sprawa naibr-1->Ce’ a Ja ° SWO-)ŚJ skórze; osobą więc, którą ta nawet o tein °bchodzi, jestem ja oczywiście, że już nie wspomnę mi*y chłopcze Zem. również sprytniejszy o wiele od niego. O! mój nic przeL łezeb’ci plecy świerzbią, to sobie szukaj guza, nie obmyśliwszy j, v^ temu, aleja dziękuję za tę przyjemność. — I tak, zamknąć powiekan swego działania, don Abbondio mógł wreszcie Rodrigo, Reuzo* ^ecz chz t° był za sen! jakie sny! Brawi, don strzały! “ ’ głuche zaułki, przepaści, ucieczki, pogoń, wy. Pierwsze pVz,
wielkiej przykrój-gżenie l50 doznanem nieszczęściu, lub po dząc z odrętwienia Jest chwilą niezmiernie gorzką. Umysł, wychospokojnego życia..°drazu zwraca się instynktownie do zwykłego rzeczy, tém niezń’0^Cz Pamięć stawiąc nam przed oczy nowy stan porównać. Don Ąbh^8^111 S° czyni, iż możemy go do uprzedniego natychmiast wszyStitj°Ild*0’ P° Przebycia tej okropnej chwili, zebiał je raz jeszcze, uporzaj. °We P^ny, które w nocy ułożył, przejrzał kał na Renza z wielkWa* w swej głowie, wstał, ubrał się i czecierpliwością. lni strachem, a jednocześnie z wielką też nie-
Lorenzo, lub, jak e-n
8 wszyscy nazywali, Renzo, nie kazał zbyt

32
NARZECZENI.
długo czekać na siebie. Zaledwie wybiła godzina, w któréj, jak sądził, proboszcz był już ubrany i w której bez popełnienia niedyskrecji można się z nim widzieć, udał się do plebanii a szedł tak spiesznie, jak tylko iść może dwudziestoletni młodzian, mający w dniu tym poślubić ukochaną kobietę. Był on sierotą, w dzieciństwie jeszcze odumarli go rodzice, rzemiosłem jego było przędzenie jedwabiu, dziedziczne, że tak powiem, w całej jego rodzinie rzemiosło, które przed laty zapewniało pracownikom świetne zyski, lecz w ostatnich czasach tak upadło, iż najzdolniejszy robotnik nie mógł już się z niego przyzwoicie utrzymać. Z dniem każdym ubywało roboty, lecz nieustanna emigracya robotników, których liczne obietnice, znaczna płaca i przywileje zwabiały do państw sąsiednich, wywołało ten skutek, iż pozostający w kraju nie byli jej pozbawieni zupełnie. Oprócz rzemiosła Renzo posiadał jeszcze mały kawał ziemi, który kazał uprawiać i sam uprawiał wówczas, gdy kołowrotek musiał stać bezczynnie, tak, iż stosunkowo do innych mógł się jeszcze nazwać człowiekiem dostatnim. A chociaż rok obecny był nawet mniej urodzajny, niż lata poprzednie, i choć już w kraju prawdziwy głód uczuwać się dawał, nasz chłopak jednak, który od czasu jak się w Łucyi zakochał, stał się nadzwyczaj gospodarny i skrzętny, miał w domu wszystkiego podostatkiem i nie potrzebował obawiać się głodu. Stanął przed proboszczem w stroju odświętnym, z różnobarwnemi piórami na kapeluszu, z puginałem o pięknej rękojeści, wyglądającym z kieszeni spodeń, z twarzą uroczystą, rozpromienioną, w której jednak dostrzegać się dawał jakiś zuchwały i junacki wyraz, co zresztą w owe czasy było rzeczą zwyczajną, nawet w najbardziej cichych i porządnych ludziach. Niepewne i pełne tajemniczości zachowywanie się don Abbondia dziwnie odbijało od dobrodusznej, wesołej, choć nieco rubasznej, postawy młodzieńca.
— Musi mieć jakiś frasunek — pomyślał Renzo, spojrzawszy na księdza, a potem rzekł:
— Szanowny proboszczu dobrodzieju, przyszedłem, aby się dowiedzieć, o której mamy się stawić w kościele?
— O jakim-że to dniu chcesz mówić?
— Jak-to o jakim? Czyż ksiądz dobrodziej zapomniał, że ślub na dziś naznaczony?
— Na dziś? — odpowiedział don Abbondio, z takiem zdziwieniem, jakby dopiero pierwszy raz o tem słyszał. — Dziś, dziś... ale przepraszam, ja dziś ślubu dać nie mogę!
— Dlaczego? A cóż się to stało?
— Najprzód, widzisz, mój chłopcze, jestem trochę niezdrów.

ROZDZIAŁ II.
33
— Bardzo to mię smuci, ale przecież danie ślubu tak mało czasu, tak mało utrudzenia wymaga, że...
— A oprócz tego, oprócz tego, oprócz tego...
— Oprócz tego, cóż jeszcze?
— A to jeszcze, że w sprawie ślubu zaszły pewne przeszkody, gmatwanina...
— Jakie przeszkody, jaka gmatwanina, a to skąd się wziąć mogło?
— Trzeba być w naszej skórze, aby zrozumieć, ile-to z powodu ślubów mamy kłopotów, ile formalności dopełnić musimy, ile zdać ścisłych sprawozdań. Ja zanadto dobre mam serce, myślę tylko o usuwaniu przeszkód, o ułatwianiu wszystkiego, o dogadzaniu każdemu i przez to zaniedbuję swoje obowiązki, a potem muszę znosić wymówki, napomnienia i gorsze jeszcze rzeczy.
— Ale,, na miłość boską, niechże mię ksiądz proboszcz nie trzyma tak w niepewności, niech mi jnż powie jasno i wyraźnie, co to wszystko ma znaczyć.
— A wiesz-że ty, mój chłopcze, ile to formalności potrzeba do zawarcia małżeństwa podług wszystkich świeckich i duchownych przepisów?
-Muszę przecież coś o tem wiedzieć — powiedział Renzo, zaczynając już tracić cierpliwość, — skoro proboszcz w ciągu tych dni ostatnich nie dał mi z ich powodu ani chwilki spokoju. Lecz teraz, czyż się nie zrobiło tego, co powinno było być zrobionem? Czyż się nie załatwiło wszystkiego?
— Wszystkiego, wszystkiego, tak się tobie zdaje, a wiesz ty, że ja popełniłem owo głupstwo, które rzecz całą popsuło, bo śpienn T n’e chciałem wam robić przykrości. Ale teraz... teraz...
już, wiem przecie, co mówię. My biedni proboszcze,
jesteśmy zawsze między młotem a kowadłem. Niecierpliwisz się, jaK widzę, mój ty biedny chłopcze? Żal mi ciebie serdecznie, lecz coz mam począć?... nasi zwierzchnicy... słowem, niepodobna wszystkiego powiedzieć. Do nas to należy, my też za to i pokutujemy, tn 71*? niechże ksiądz proboszcz raczy już raz powiedzieć, co
łatwfoną^naty^h11^0’ kt^1Śj jeSZCZe załatWlł°’ a będzie za’
cia idubu?leSZ’Że ty, Sile Jest Przeszkód nie dopuszczających do zawar-
— A cóż ja mam wiedzieć o takich
— Otóż słuchaj: error, cowdiho,
disparitas, vis, ordo, ligamen, honestas, Abbondio licząc wwn-, — ^
votum, cognatio, crimen, cułtus
si sis affinis... — mówił don
licząc wyrazy na palcach. bie ze mnie stroi?
— Cóż to proboszcz widocznie zai y je to latinorum przerwał Renzo. — A mnie na co się z 3
Manzoni: Narzeczeni. Tom I.

34
NARZECZENI.
— A więc, skoro czego nie rozumiesz, to się i nie pytaj, bądź cierpliwy, a rzecz całą zdaj na ludzi, którzy na niej się znają.
— E! co mi tam proboszcz będzie dowodził I
— Mój kochany, uspokój się, krwi sobie nie psuj napróżno, przecież jestem gotów zrobić wszystko, wszystko... co ode mnie zależy. Ja, ja chciałbym widzieć cię zadowolonym, bo cię bardzo kocham, mój ty poczciwy chłopcze. Ach!... kiedy sobie pomyślę, jak ci dobrze było na świecie! Bo i czegóż tobie mógło brakować? I raptem, ni stąd ni zowąd strzeliło ci do głowy ożenić się...
— Księże dobrodzieju, a toż co ma znaczyć? — przerwał mu Renzo zdziwiony i oburzony zarazem.
— Nic, nic, to tak sobie, gadam, byle gadać. Chciałbym widzieć cię zadowolonym.
— Więc, ostatecznie...
— Ostatecznie, mój drogi, nie moja w tem wina, nie ja przecież prawa pisałem. A przedtem, nim ślub damy, jest naszym obowiązkiem dobrze się przekonać, czy nie istnieją jakie przeszkody.
— Niechże mi raz już ksiądz dobrodziej powie, cóż to za przeszkoda, która się tak raptem znalazła?
— Bądź cierpliwym, bądź cierpliwym, to przecież rzecz ważna, niepodobna jéj tak odrazu załatwić. Mówię ci jednak... to jest mam nadzieję, że z czasem wszystko jak najpomyślniej da się ułożyć; ale, ale musimy przedtem jeszcze pewne poszukiwania zarządzić. Prawo powiada jasno i wyraźnie: anteąuam matrimonium denunciet,.,.
— Mówiłem już przecie, że nie chce łaciny.
— Trzeba jednak, abym ci wytłomaczył...
— Czy ksiądz proboszcz nie przystąpił jeszcze do tych poszukiwań, do usunięcia tych przeszkód?
— Otóż powtarzam ci raz jeszcze, że nie wszystkie formalności dopełniłem, nie wszystkie te, które do mnie należą.
— Dlaczegóż proboszcz tego wszystkiego w porę nie załatwił? Dlaczegóż mówił mi, że już wszystko skończone? Dlaczego czekał aż do dnia dzisiejszego?
— Otóż masz! on mi teraz będzie robił wymówki za to, że mam dobre serce! Dokładałem wszelkich starań, aby was jak najprędzej pożenić, usuwałem przeszkody... a kiedy dziś... nieprzewidziane okoliczności... słowem długo o tem gadać.
— Więc cóż ja mam robić?
— A nic, proszę cię tylko, abyś kilka dni czekał cierpliwie^rzecież kilka dni to nie wieczność, zobaczysz, jak prędko przeminą,
dź tylko cierpliwy, mój chłopcze.
— Jak długo mam czekać?

ROZDZIAŁ II.
35
— Teraz źle będzie — pomyślał don Abbondio i głosem jeszcze czulszym, jeszcze bardziej słodkim, niż dotąd, rzekł: — otóż, za dni piętnaście, sądzę... będę się starał aby już...
— Piętnaście dni! a to mi dopiero nowina! Zrobiliśmy wszystko, czego ksiądz proboszcz wymagał; dzień ślubu naznaczony, wreszcie dzień ów nadchodzi, a teraz ksiądz każesz mi piętnaście dni czekać! Piętnaście... — powtórzył głosem podniesionym i gniewnym, wyciągając ramię i trzęsąc pięścią w powietrzu; a kto wie, jak dobitny wyraz mógłby po tej liczbie z ust jego wylecieć, gdyby W sarnę porę nie przerwał mu don Abbondio, chwytając go za drugą rękę.
— Uspokój-że się, uspokój! — mówił nieśmiało i pieszczotliwie, — zobaczę, pomyślę, będę się starał... może za tydzień... Renzo, na miłość boską...
A co mam Łucyi powiedzieć?
Ze zaszła pewna pomyłka, że to ja winien jestem.
A świat co na to powie?
, — Możesz wszystkim objawić, że ja się pomyliłem przez pospiech, przez zbytek dobrego serca, już na mnie złóż całą winę. Cóz, zgoda? Na tydzień?
A potem już żadnych przeszkód nie będzie?
Skoro ci mówię, skoro ci powiadam...
~ ę°krze więc, cały tydzień będę czekał cierpliwie, lecz proszę pamiętać, iż po upływie tygodnia nie tak łatwo dam się czczą paplalną zaspokoić. A tymczasem: uniżony sługa. — I domawiając neui °W PozeSnał proboszcza o wiele głębszym, niż zwykle, ukłobardzo ^Tzen’-eB>» w którem wprawdzie było wiele wyrazu, lecz
Po wv’’ — Uszan°wania.
w życiu ni SCilU 2 P^eban“> Renzo, zgryziony i smutny pierwszy raz o rozmowie ^tnie szed*ku domowi swej narzeczonej, myśląc ciągle tem mn sie Z kleszczem, a im dłużej zastanawiał się nad nią, don — \bbn T^^awa^a dziwniejszą. Pomieszanie i oziębłe przyjęcie mowa iendla’ Pełua wysiłku a jednocześnie niecierpliwa
koinie’ w Szare oczki biegające w czasie rozmowy tak niespochodzi’łv a t obawiały spotkać z wyrazami, które mu z ust wywczorai ipu^aWanie, że niby o dniu ślubu zapomniał, o którym nrzebakiw Z<^26 Pamiętał wybornie; owe niejasne odpowiedzi, owo dachw an, n tylko o jakichś ważnych, bardzo ważnych przeszkoiż w e-ł b J.? to razem doprowadziło naszego Renza do wniosku, niż te t C i tej sprawy musi się ukrywać jakaś inna tajemnica, Cheit ł?lzeszk°dy, o których don Abbondio zlekka napomknął, szeno już wracać do plebanii, aby zmusić proboszcza do jaśniej-
& wypowiedzenia swych myśli, gdy, podnosząc oczy, spostrzegł

36
NAKZECZENT.
Perpetuę, idącą przed nim i zmierzającą właśnie do warzywnego ogródka, który się nieopodal od domu proboszcza znajdował. Zawołał ją po imieniu, w chwili, gdy odmykała furtkę; przyśpieszył kroku, dopędził ją, zatrzymał na progu, i w zamiarze dowiedzenia się czegoś bardziej stanowczego, niż od don Abbondia, rozpoczął z nią następującą rozmowę:
— Dzień dobry pannie Perpetui, miałem nadzieję, że dziś wszyscy razem wesoło bawić się będziemy.
— Cóż, kiedy Pan Bóg widocznie inaczej się rozporządził, mój biedny Renzo.
— Niech mi panna Perpetua jednę łaskę wyświadczy; oto nasz szanowny proboszcz wiele mi takich rzeczy nagadał, których żadną miarą zrozumieć nie mogę: możeby pani potrafiła mi wytłomaczyć, dlaczego nie chce, czy tóż nie może dać nam ślubu?
— A cóż chcesz żebym wiedziała o tajemnicach mego pana?
— Mówiłem przecież, że musi być w tem jakaś tajemnica — pomyślał Renzo i w celu jej wykrycia rzekł słodkim głosem: — Moja złota panno Perpetuo, wszak jesteśmy przyjaciółmi, nieprawdaż? powiedz mi proszę wszystko, co wiesz o tej sprawie, dopomóż strapionemu biedakowi.
— Brzydka to rzecz urodzić się biedakiem, kochany mój Renzo.
— To prawda — odrzekł młodzieniec, nabierając coraz silniejszej wiary w swoje domysły; a usiłując zbliżyć się do ucha, dodał po chwili: — to prawda, ale czyż to do księży należy biedaków krzywdzić?
— Słuchaj Renzo, ja nie mogę powiedzieć, bo... bo nic nie wiem; jedno tylko wiem, to to, iż proboszcz nie chciałby skrzywdzić ani ciebie, ani nikogo, i że nie jego w tem wina.
— Więc czyjaż-by być mogła? — spytał Renzo, niby od niechcenia, choć mu serce uderzyło w piersi gwałtownie.
— Skoro ci powiadam, że nic o tem nie wiem... W obronie mego pana mogę mówić, to prawda, ciężko mi słuchać, jak go posądzają o chęć skrzywdzenia biedaka. Taki godny człowiek! jeżeli grzeszy, to przez zbytek dobroci. Są przecież na świecie łotry, ciemięzcy, ludzie bezbożni...
— Ciemięzcy! łotry! — pomyślał Renzo — to wcale co innego, niż jakieś tam formalności. — Panno Perpetuo, — rzekł, ukrywając z trudnością co chwila wzrastające wzruszenie — powiedz mi, powiedz, kto to taki.
— A, chciałbyś mię za język wyciągnąć, ale ja nie mogę powiedzieć, bo... nic nie wiem: a skoro nic nie wiem, to tak, jakbym milczeć przysięgła. Choćbyś mnie wziął na męki i wówczas-bym nawet milczała. Bywaj zdrów, gdyż oboje tylko niepotrzebnie czas

BOZDZIAŁ II.
37
tracimy. — Iz temi słowy weszła spiesznie do sadu i drzwi za sobą zamknęła. Renzo, pożegnawszy ją ukłonem, ostrożnie, po cichu, z obawy, aby nie postrzegła, w którą zmierza stronę, poszedł napowrót ku plebanii; a po chwili, wiedząc, że już go z tego miejsca zobaczyć nie może, przyśpieszył kroku i w parę minut stanął przed drzwiami proboszcza, otworzył je, wszedł, skierował się prosto do pokoju, w którym go don Abbondio przyjmował, zobaczył, iż siedzi jeszcze w tym samym fotelu, i podbiegł do niego z miną zuchwałą i z zaiskrzonemi oczyma.
— O! o! a to co znowu? — zawołał proboszcz.
— Kto jest ten ciemięzca — rzekł Renzo głosem człowieka,
który postanowił jasną odebrać odpowiedź, — kto jest ten łotr, który nie chce, abym się z Łucyą ożenił?
— Co? co? — wybełkotał don Abbondio, a twarz jego stała się nagle tak białą jak chusta świeżo wyprana i nie namyślając się ugo zeiwał się z fotelu, i do drzwi poskoczyl. Ale już go Renzo uprzedził, zatarasował mu drogę, drzwi zamknał i schował klucz do
kieszeni.
A..., teraz będziesz mi gadał, księże proboszczu? Wszyscy mogą znać sprawy, które mnie obchodzą, a ja tylko o nich nic nie mam wiedzieć! O, że nie, tonie, na to nie pozwolę! Jak się ten nędznik nazywa?
; Renzo! Renzo! na Boga! zastanów się tylko, co robisz; pomysł o swojej duszy.
Myślę, że zaraz chcę wiedzieć o wszystkiem! — zawołał Renzo, i może nawet bezwiednie, uchwycił za rękojeść puginału,
oiy mu z kieszeni wyglądał.
Litości! — słabym głosem jęknął don Abbondio.
Chcę wiedzieć.
Któż tobie powiedział...?,..
— Nie, nie, żadnych wykrętów. Niech proboszcz mówi jasno
1 wyraźnie.
Chcesz mojej śmierci?
— Ja chcę wiedzieć o tem, com wiedzieć powinien.
— Lecz, jeśli powiem, już po mnie! Przecież każdemu życie
jest drogie.
— A więc, niech proboszcz mówi.
Io więc było wypowiedziane tak energicznie, twarz Renza nabrała, wyrazu takiej groźby, iż don Abbondio nie mógł już nawet
opuścić myśli o nieposłuszeństwie.
. Rrzyrzeknij mi, przysięgnij — wyszeptał — że z nikim móic nie będziesz, że nikomu nie powiesz...
— I rzyrzekam, że zrobię jakieś głupstwo, któregobym może

38
NARZECZENI.
i żałował po niewczasie, jeżeli mi ksiądz zaraz nie powie, jak się ten człowiek nazywa.
Na to nowe zaklęcie don Abbondio, z twarzą i oczyma człowieka, który w ustach swych czuje kleszcze dentysty wybełkotał: — Don...
— Don? — powtórzył Renzo, aby dopomódz ofierze do wypowiedzenia reszty; i pochylił się, przybliżając ucho do ust proboszcza i zakładając w tył ręce z zaciśniętemi pięściami.
— Don Rodrigo! — zawołał nieborak z pośpiechem, starając się jeszcze bardziej skrócić i bez tego już krótkie sylaby i połykając znajdujące się w nich spółgłoski; a czynił to najprzód z wielkiego pomieszania, powtóre zaś dlatego, iż owa mała cząstka rozwagi, która mu jeszcze pozostawała w tej chwili, zestawiając oba niebezpieczeństwa: bliższe i dalsze, nakazywała cofnąć to straszne imię, które mu z ust wybiegało.
— Ha! pies nikczemny! — krzyknął Renzo. — I cóż zrobił, w jaki sposób księdzu powiedział o tem...
— W jaki sposób, w jaki sposób! — rzekł niemal oburzonym głosem proboszcz, który po tak ciężkiej ofierze czuł, iż wiele mu się za nią należy. — Ot! chciałbym, żeby to tobie coś się podobnego zdarzyło, a nie mnie, człowiekowi poczciwemu, który w tem nic nie zawinił. O, nie byłby z ciebie taki zuch! — I tu, w barwach najstraszniejszych zaczął malować swe spotkanie z brawami; a w ciągu tego opowiadania, czując rosnące coraz bardziej rozdrażnienie wewnętrzne i złość, którą dotychczas zmuszony był tłumić, widząc przytem, iż Renzo z głową zwieszoną, gniewny i pomieszany słucha go w milczeniu, w coraz większy wpadał zapał i głosem prawie wesołym tak swe sprawozdanie zakończył: — Piękną mi wyświadczyłeś przysługę! Napadać na bezbronnego! na człowieka takiego jak ja! na swego proboszcza! w jego własnym domu! w miejscu świętem! Dałeś dowód nielada waleczności, aby mi wydrzeć moję tajemnicę, na moję zgubę, na twoję zgubę! aby się dowiedzieć o tem, com ukrywał dla twego dobra! A teraz, kiedy już wiesz o wszystkiem, chciałbym wiedzieć, co z tem wszystkiem poczniesz?... Na miłość boską! Tu nie ma żartów. Tu nie chodzi o słuszność; tu chodzi o siłę! A kiedy dziś, zrana dawałem ci dobrą radę, abyś się wyrzekł, abyś dał pokój... ho, ho! zaraz w złość wpadałeś. A widzisz? Chciałem ciebie i siebie ratować; lecz na cóż się to przydało? Zepsułeś wszystko, a teraz się ciesz-; Ślicznie, pięknie, chwalebnie! Otwórz przynajmniej, oddaj mi mój klucz zaraz.
— Możem zbłądził, możem źle postąpił — powiedział Renzo głosem, w którym, choć już nie czuć było rozdrażnienia na pi’0’

ROZDZrAŁ II.
39
boszcza, dźwięczała jednak straszna nienawiść dla nowo odkrytego wroga lecz, księże dobrodzieju, połóż rękę na sercu i tak szczerze powiedz mi, czy na mojem miejscu...
I mówiąc to wyjął klucz z kieszeni i zbliżył się do drzwi. Don Abbondio poszedł za nim, a w chwili gdy Renzo wkładał klucz do zamku, stanął obok niego, z twarzą uroczystą, choć pełną niepokoju, zbliżył mu do oczu trzy palce prawej ręki i rzekł: — Przysięgnij tti, że...
— Mogłem zawinić, to też przepraszam pokornie — mówił Renzo, otwierając drzwi i zabierając się do wyjścia.
— Przysięgnij! — zawołał proboszcz drżącą ręką chwytając go za ramię.
— Mogłem zawinić — powtórzył Renzo, i oswobadzając ramię z pod ręki proboszcza, wybiegł spiesznie, przecinając w ten sposób spór, który, podobnie do tylu sporów w filozofii lub piśmiennictwie, własne dowd^6 g^yż s^’ony powtarzały tylko swoje
— Perpetua! Perpetua! — zawołał don Abbondio. — Potem, gdy się już przekonał o bezskuteczności wołania za uciekającym, a lerpetua nie odpowiedziała: Don Abbondio stracił głowę do reszty.
Nieraz zdarzało się osobom, daleko bardziej ’znakomitym, niż nasz biedny proboszcz, znaleźć się w tak trudnyclk w tak nieznośnych okolicznościach, iż najlepszym, jedynym na nie środkiem była choroba i położenie się do łóżka. Don Abbondio nie potrzeował nawet szukać tego środka, gdyż sam mu się pod rękę nawiw^kf 1 zes.h’ach> którego doznał wczoraj, nie mniejszy przestrach, mn, m i dziś znajdował, trwoga o jutro, wszystko to razem lało wywrzeć swój skutek. Odurzony, zrozpaczony, niesporny, rzucił się na fotel i po chwili uczuł, że go jakieś dreszcze zaczynają przechodzić; z westchnieniem poglądał na swoje paznogcie 1 od czasu do czasu głosem drżącym i rozgniewanym wołał: — Perpetua! Perpetua! — Zjawiła się wreszcie Perpetua z ogromną głową kapusty pod ręką i z miną tak bezczelną, jakby nic nigdy nie zaszło. Nie chcę nudzić czytelnika opisem skarg, ubolewań, wy
mówek, obwinień i obrony; przytaczaniem owych: — toś ty mogła mu tylko powiedzióc, i: — ja nic nie mówiłam, — słowem wszystkich szczegółów smutnej tej sceny, powiem tylko, iż w ostatku don. ondio rozkazał Perpetui drzwi zaryglować, nie otwierać nikomu
(dnnZa.n^m P°z°rem, a gdyby kto chciał się widzieć z proboszczem, do iłZkrauJylzez °bno, że proboszcz ma gorączkę i że położył się zatrzr & ’ udał się do swego pokoju, który był na górze,
ymując się na każdym stopniu schodów i powtarzając; —

40
NARZECZENI.
ślicznie ci się przysłużyli, — i na prawdę położył się do łóżka, gdzie go teżzostawimy.
Tymczasem Renzo spiesznie szedł ku domowi, a choć żadnego jeszcze planu działania nie ułożył w głowie, czuł jednak, że to, co zrobi, będzie jakieś dziwne i straszne. Każdy ciemięzca, każdy zły człowiek, który w jakibądż sposób krzywdzi bliźniego, staje się winny, nie tylko popełnionego przez siebie występku, lecz i owych niedobrych uczuć, które wywołuje w duszy skrzywdzonego. Renzo był dobry i spokojny chłopak, brzydził się obłudą i podstępem, nigdy nikomu nie chciał zaszkodzić; a jednak teraz całą jego duszą owładła chęć zemsty, chęć mordu i myślał tylko nad tem, w jaki sposób najlepiej byłoby napaść na nienawistnego wroga. Chciałby był biedź do domu don Rodriga, tam go schwycić za gardło i... lecz przypomniał sobie, że dom ten był istną twierdzą z powodu irawów, którzy go strzegli w dzień i w nocy; że tylko przyjaciele pana i dobrze znani już słudzy mogli swobodnie doń wchodzić; że jakiś tam niewiadomy prostak nie mógłby progu przestąpić, nie poddawszy się wprzód ścisłemu badaniu, i że on, szczególniej on, jest tam niezawodnie zanadto już znany. Wyobrażał więc sobie, iż bierze swą strzelbę, zaczaja się za jakimś żywopłotem i czeka, czeka cierpliwie, aż don Rodrigo bez irawów będzie tędy przechodził, i zatrzymując się z dziką rozkoszą na tych obrazach, wystawiał sobie, że już słyszy kroki, właśnie jego kroki, że ostrożnie podnosi głowę, że poznaje nędznika, że odwodzi kurek, przycela się, strzela, że wróg pada, ugodzony śmiertelnie, a on, cisnąwszy mu przekleństwo, ucieka w tę stronę, gdzie najbliższa granica sąsiedniego państwa. — A Łucyą? — Zaledwie imię to zadźwięczało mu w duszy, zaraz pierzchły straszliwe mary, a ich miejsce zajęły lepsze, szlachetniejsze uczucia, do których już przywykł oddawna. Przyszły mu na myśl ostatnie napomnienia umierających rodziców, przypomniał sobie o Bogu, o Madonnie, o świętych, o tych wielkich pociechach, których doznał nieraz w modlitwie, o tem, iż tyle razy czuł się szczęśliwym na myśl, że na sumieniu jego żadna zbrodnia nie cięży, o zgrozie, króra go przejmowała zawsze, gdy się o jakiem morderstwie dowiedział, i zbudził się z tego snu krwawego przestraszony, upokorzony, a jednocześnie szczęśliwy, iż w marzeniach tylko tyle niegodziwości popełnił. Lecz myśl o Łucyi ileż-to innych myśli ciągnęła za sobą! Tyle nadziei, tyle szczęścia, taka rozkoszna przyszłość, ten dzień tak upragniony! wszystko, wszystko przepadłol I cóż teraz począć? Jak ją uczynić swoją pomimo przeszkód, które mu zgotował pan wielmożny i silny? Ow niegodziwy postępek don Rodriga nie mógł z czego innego wypływać, jak tylko z brzydkiej namiętności dla Łucyi. A Łucyą? Nawet

ROZDZIAŁ II.
41
i cień podejrzenia, ani na chwilę, me padł na cssystąp dcZem? narzeczonej; czuł, że jest niewinną. Ale, czy bez
Czy don Rodrigo mógł zapałać ku niéj tak niecną namiętnos, ą, tego, aby ona « ^jaktbądi spoafb? A jed-
iie p.wiedzialal Jewd.
który miał zostać jej mężem! minął swói dom znajdujący
Pogrążony w ciężkich tych myślach minął swój i znaj się w środku wioski i szedł dalej ku domo l^Ł cy y iewiel
z ostatnich, to jest graniczy j P dokoła Renzo wszedł kie podwórko od strony ulicy i niski mui dokoła, » na podwórze i usłyszał jakiś ciągły i niewyraźny gwai, kto^ £ tywał z pokojów na piętrze Domyślił się zaraz, ze tammW J zejść sąsiadki i przyjaciółki Łucyi, które miały do wes orszaku należeć; a nie chcąc im się pokazać z twarzą taK. nioną i objawić w ich przytomności tak smutną nowiny się, myśląc nad sposobem wywołania Łucyi. W teJ p“ ’. bje, dziewczynka, która się na podwórzu bawiła, spostrzegła go, gnąc na jego spotkanie, zawołała wesoło: — Pan m o y p
— Cicho, cicho, Bettina! — powiedział Renzo PÓłgl°se™ chodź tu, bliżej. Oto masz pójść zaraz na górę, do — Lu y, miesz? Weź ją na stronę, i powiedz jéj do ucha... ale uw< ♦
aby się nikt nie domyślił niczego, ponieważ... żeja.~ ci <5l V nkil) Rudzieć, że czekam na dole i żeby zaraz przyszła. pobiegła
dumna z tego, iż jej kazano spełuić tajemnicze zlec, 1 °
szybko na schody.,., pwv„
t Właśnie w tej chwili matka skończyła Łucyę u])iei’a^...? jaciółki, niemal z rąk sobie wydzierały pannę młodą, y JnJie(J lepiej przypatrzyć, a ona, wyswabadzająe się z ic^.®, b^ć ki ązasłarubaszną wstydliwością, którą się odznaczają wieśmączki, mała sobie twarz łokciem, głowę P° Jylała “ Pdy usta składały się gniewnie swe czarne, równe brewki w czas1?’ s y a„:plnnp nad czo‘1° uśmiechu. Czarne, bujne jej włosy gładko pielone nau lem, tworzyły z tyłu głowy sploty grubych warkoc y’ kid: pr0.
1 „Wpinane były (jak to i dziś widzimy u włościan “®dy° dokoła
Mncyi) długie, srebrne szpilki, tak gęsto, iż rozchodząc ę »
I ^yglądały jak promienie aureoli na świętym °brazk,
I miała gorset ze złotogłowiu w kwiaty, ktorego otwaite lęaawy I Sznurowane były piękuemi wstążkami; krótką
I * drobne i gęste fałdy; czerwone pończochy; trze Wiki haftot. I ^wnież jedwabne, a na szyi sznur dużych granatów, pomiesza y I e złotemi paciorkami filigranowej roboty. Ow strój panny m J>

42
NARZECZENI.
podnosił jeszcze skromną piękność Łucyi, w twarzy jéj
się jasno uczucia, które w tej chwili musiały jej duszę x radość, lekki niepokój, rozrzewnienie, przelotny smutek, zamyśle^; jakaś uroczysta powaga, słowem wszystko to, co zwykle w dzieI ślubu tyle wdzięku kobiecie dodaje. Bettina przedarła się P1’2® gromadkę zebranych dokoła Łucyi kumoszek i towarzyszek, jej zręcznie do poznania, iż ma jej coś powiedzieć, i szepnęła Je’ parę słówek do ucha.
— Zaraz wrócę — powiedziała Łucyą do otaczających i zbieg’’ ze schodów. Na widok zmienionej twarzy Renza, ogarnął ją silw niepokój i z jakiemś trwożnem przeczuciem spytała:
— Co się stało?
— Łucyo! — odrzekł Renzo — nic dzisiaj z naszego ślubu w będzie; i Bóg raczy wiedzićć, kiedy już będziemy mogli nazwać s1 mężem i żoną.,
— Jakto? — spytała przestraszona Łucyą. Renzo w krótki słowach opowiedział jéj wszystko, co go dzisiejszego poranku sp0’ kało: słuchała z wielkim niepokojem, a gdy wymienił imię don P? driga: — ach! — zawołała, drżąc na całem ciele i rumieniąc S1 mocno — aż do tego stopnia 1
— Wiedziałaś więc?... — spytał Renzo!
— Niestety, nadto dobrze wiedziałam — odrzekła Łucyą7 ale, żeby aż do tego stopnia!
— Cóż więc wiedziałaś?
— Ach, nie mogę teraz mówić, nie mogę, zarazbym się rozpł kała! Zawołam matkę, zawiadomię przyjaciółki, że dziś ślubu ” będzie, niech się rozejdą do domów, musimy być sami.
W czasie gdy to mówiła, Renzo wyszeptał: — Nigdyś mi nic A powiedziała o tem!.
— Ach, Renzo! — zawołała Łucyą, która już biegła ku drzwi0^ i nie zatrzymała się nawet, a tylko spojrzała nań z jakimś ł^, dnym wyrzutem. Renzo zrozumiał dobrze, iż jego imię wymówią w takiej chwili i takim głosem miało znaczyć: czyż możesz p1’®; puszczać, aby powody, dla których milczałam, nie miały być słu®2 i czyste?, j{
Tymczasem Agnieszka (tak się nazywała matka Łucyi), za J kawiona owem szeptaniem do ucha i zniknięciem córki, zeszła^ dół, aby dowiedziće się, co się stało. Łucyą pozostawiła ją 2A rzeczonym, wróciła do zebranych kobiet i, przybierając najbai’% spokojny wyraz, na jaki w tej chwili mogła się zdobyć, powiedz!0 ji
Proboszcz zachorował, i ślubu dziś nie będzie. Potém pożegnał0.
spiesznie ze wszystkiemi i znów na dół wróciła.
Kobiety rozeszły się jedna po drugiej, aby roznieść
po
wsi
ni’

43’.
ROZDZIAŁ III.
lodzianą nowinę. Niektóre udały się aż do plebanii, chcąc spiaw lić, czy istotnie proboszcz zachorował..
— Okropna febra odpowiadała na ich zapytania Peipetua rzez okno; a ten wyraz, przechodząc z ust do ust, przerwał^odizu wszystkie domysły i przypuszczenia, które zaczynały już kią fć po głowach poczciwych kumoszek, a nawet objawiać się w ich ijemniczych i urywanych rozmowach.
ROZDZIAŁ III.
Łucyą weszła do pokoju na dole w chwili, gdy Kenzo °P°^ lał Agnieszce całą tę sprawę, a ta słuchała go w mile. lim smutkiem i trwogą.,,,,. W:P(, A; oa
Oboje zwrócili się jednocześnie do tej która °bJj, już eczU. lich wiedziała i od której oczekiwali wyJ.asnl®£: ce. oboje też, wali naprzód, iż będą bolesne i wcale niepocie ją, J, dQ pomimo miłości, którą mieli dla Łucyi, czuli J+ernbardziej, że niej za to, iż mogła przed niemi cośkolwiek za, nra£tneła jak zataiła rzecz takiej wagi. Agnieszka, pomim. wszakże
najprędzej dowiedzieć się czegoś od córki, n S <-
powstrzymać od zrobienia jej wymówki:
— Żeby też matce rodzonej nic nie wycierając
— Zaraz wszystko wam powiem — izekia
oczy fartuszkiem. ’ v, zawołali
— Mów, mów już prędzej! Słuchamy, słuchamy
jednocześnie matka i narzeczony. któżbv się mógł
— O, Matko najświętsza! rzekła Lu y<em prZerywauym spodziewać, że aż do tego już przyjdzie!, 6. wracając z przę-
od płaczu, opowiedziała, jak przed klik tftWarzvszek, przeszedł dzalni, gdy pozostała nieco w tyle od swoich towa^es, ^ koło niej don Rodrigo z jakimś innym pan, j którychby ją zatrzymać, mówiąc jej różne rzeczy wcale 1 ’ any s{Owa,
za nic nie mogła powtórzyć; jak ona, meodpowy jak wreszcie przyśpieszyła kroku i dopędziła swe towarzyszy ł * usłyszała, że ten nieznajomy pan roześmiał się o panowie drigo powiedział-, załóżmy się. Następnego du a obaj panów lznowu się na tej drodze znaleźli; lecz Łucyą sz 7UówSsię luiadki ze spuszczonemi oczami; a ten pan niez J y Iśmiał, a don Rodrigo powtarzał-, zobaczym, zobaczym.

44
NARZECZENI.
ście był-to już dzień ostatni roboty w przędzalni — ciągnęła dalej Łucyą — a ja opowiedziałam zaraz...
— Komu opowiedziałaś? — przerwała Agnieszka z odcieniem lekkiej zazdrości dla wybranego powiernika.
— Ojcu Krzysztofowi, na spowiedzi, mamo — odpowiedziała Łucyą tak słodko, jakby się chciała usprawiedliwiać z zarzutu. Opowiedziałam mu wszystko wówczas, gdyśmy ostatnim razem chodziły do klasztoru na mszę; i jeżeli mama pamięta, właśnie owego poranku przed wyjściem z domu, starałam się wynajdywać różne zajęcia, aby zwlekać jak najdłużej i doczekać się, aż inni ludzie z wioski będą szli w tamtę stronę; ponieważ po tem spotkaniu, tak się bałam znaleść na drodze bez licznego grona, i...
Usłyszawszy imię ojca Krzysztofa, Agnieszka złagodniała:
— Dobrześ zrobiła, mówiąc o tem ojcu Krzysztofowi, ale i matce przecie mogłaś też powiedzióć.
Łucyą nie uczyniła tego dla kilku ważnych powodów: najprzód sądziła, iż jej ślub przerwie w samym początku niecne knowania don Rodriga; powtóre nie chciała smucić i niepokoić matki, wiedząc dobrze, iż poczciwa kobieta nie jest wstanie złemu zaradzić; po trzecie bała się, aby cała ta sprawa, którą wypadało trzymać w jaknajgłębszej tajemnicy, nie zaczęła z ust do ust przechodzić. Ze wszystkich tych jednak powodów, do drugiego się tylko przyznała.
— A teraz — powiedziała zwracając się do Renza — a teraz osądź sam, czy mogłam mówić z tobą o podobnych rzeczach? Mój Boże! i bez tego wiesz już dziś o wszystkiem!
— A cóż ci powiedział ojciec Krzysztof? — spytała Agnieszka.
— Powiedział mi, abym się starała o ile możności dzień ślubu przyśpieszyć; a do tego czasu abym nie pokazywała się nigdzie; i abym się szczerze modliła, a on ma nadzieję, iż don Rodrigo nie widząc mnie, wkrótce o mnie zapomni. I wówczas to — mówiła dalej, znowu się do Renza zwracając, lecz nie podnosząc oczu i oblewając się mocnym rumieńcem — wówczas to, uzbroiłam się w odwagę i sama prosiłam ciebie o jak najprędsze załatwienie wszelkich formalności i przyśpieszenie ślubu. Kto wie, co mogłeś o mnie pomyśleć! Ale ja to robiłam dla naszego dobra, mnie przecie doradził... ja sądziłam... a przed godziną jeszcze czyż mogłam przypuszczać... — Tu gwałtowny wybuch płaczu przerwał jej mowę.
— A! łotr! a! nikczemnik! a! morderca! — wołał Renzo chodząc po pokoju wielkiemi krokami i od czasu do czasu ściskając rękojeść swego puginału.
— O! mój Boże, mój Boże! Cóż teraz poczniemy! — powtarzała Agnieszka. Renzo zatrzymał się nagle przed plączącą Łucyą-.

ROZDZIAŁ III.
45
popatrzył na nią z.niewymowną czułością i rzekł głosem drżącym od gniewu: — To już ostatnia sprawka tego łotra.
— Ach nie, Renzo, na Boga! — zawołała Łucyą. — Nie, nie, co ty mówisz! Przecież Pan Bóg i o biedakach pamięta; a jakże chcesz, aby nam dopomógł, jeżeli staniem się niegodni jego opieki?
Nie, nie, na Boga I — powtarzała Agnieszka.
Renzo — rzekła po chwili Łucyą, głosem nieco spokojniej-
szym, w którym czuć było mocne postanowienie.
— Renzo, masz przecie rzemiosło, a ja umiem pracować: opuscim wioskę i pójdziem tak daleko, tak daleko, aby już stamtąd żadna o nas wiadomość dojść do tego człowieka nie mogła.
— Ach Łucyo! i cóż-to pomoże? Przecie nie jesteśmy jeszcze mężem i żoną. Czyż proboszcz zechce nam wydać świadectwo wolnego stanu? Taki człowiek jak on? O, gdyby to już było po ślubie, wówczas!
Łucyą znów płakać zaczęła: wszystko troje milczeli, a przygnęblei“e i boleść, które wyrażały się w całej ich postawie, dziwnie odbijały od świątecznego ich stroju.
— Moje wy dzieci kochane, posłuchajcie tylko, co ja wam powiem — rzekła po pewnym czasie Agnieszka.
— Jestem już stara, i dobrze świat poznałam. Nie trzeba tak zaraz tracić odwagi, dyabeł nie taki straszny, jak go malują. Nam biedakom wszystko się dlatego gorszem wydaje, iż nie umiemy Zniczem sobie poradzić; lecz bardzo często jakieś jedno słówko, 1-ada, zdanie człowieka uczonego... słowem, rozumiecie już, co chcę Powiedzieć. Otóż Renzo, zrób tylko tak, jak ja ci mówię: idź do ^ecco, dowiedz się, gdzie mieszka doktór Gmatwacz-kręciel, opowiedz mu... Tylko na miłość boską, tak go czasem nie nazwij, bo jest przydomek. Trzeba mówić do niego: szanowny panie doktorze... Ach, jak się nazywa? Otóż masz! nie znam nawet jego Prawdziwego nazwiska, wszyscy go zowią zawsze... Ale mniejsza z tem, dość abyś znalazł doktora wysokiego, chudego, z długiemi
°sami, z czerwonym nosem i z malinową plamką na policzku.
— m®am S° z widzenia — powiedział Renzo. człowiek?111 lePiej — mówiła dalej Agnieszka: — to jest dopiero
wimdai Ja sama nieraz widziałam ludzi, którzy w gorszą jesz-
, Aj ’ 1i którzy żadnego już znikąd nie mieli ratunku, ha. t ™ npyvWia<iam’ Jak sami ludzie po godzinnej rozmowie cz y.yz doktorem Gmatwaczem-kręcielem (pamiętaj tylko, Jbys gotak nie nazwał przypadkiem!) wychodzili od niego jakby
n?o±eua trWll??b? z całego świata. Weź oto, te cztery ka-
y, biedaki, chciałam im głowy ukręcić na ucztę niedzielną!
i zanieś je doktorowi; bo widzisz do takich panów nie trzeba
Weź

46
NARZECZENI.
nigdy przychodzić z próżnemi rękami. Opowiedz mu wszystko; a zobaczysz, że potrafi ci odrazu dać tak piękną radę, iż nam nie przyszłaby na myśl nawet, choćbyśmy cały rok sobie głowy suszyli-
Renzo z ochotą przystał na ten projekt, Łucyi podobał się również; a Agnieszka dumna z tego, iż powstał w jéj głowie, wyciągnęła jeden po drugim wszystkie cztery kapłony z kojca, zebrała razem osiem ich nóg, robiąc z nich jakby pęczek kwiatów, następnie związała je sznurkiem i wręczyła biedne stworzenia narzeczonemu, który zamieniwszy jeszcze z kobietami kilka wyrazów otuchy i nadziei, wymknął się w pole przez ogród, z obawy aby go nie spostrzegły wiejskie dzieciaki, bo wiedział dobrze, iż biegłyby za nim wołając: pan młody! pan młody! Tak więe trzymając się zdaleka od wielkiej drogi, szedł ścieżynami przez pola, trzęsąc się z gniewu, myśląc o swem nieszczęściu i o tem, w jaki sposób rzecz całą szanownemu doktorowi ma przedstawić. Łatwo sobie może czytelnik wyobrazić, jak miłą podróż musiały odbywać owe cztery ofiary związane razem w jeden pęczek, wiszące na dół głowami i znajdujące się do tego w ręku człowieka, który będąc miotany przez tyle uczuć gwałtownych, bezwiednie ruchami wyrażał myśli, co chwila zmieniające się w jego głowie. To gniewnie rękę podnosił, to zrozpaczony opuszczał ją nagle, to znów trząsł nią w powietrzu, jakby komuś groził i kazał co chwila podskakiwać owym czterem główkom kapłonim, które tymczasem starały się jedna drugą dziobać, jak to, niestety, zbyt często się zdarza pomiędzy towarzyszami niedoli.
Przyszedłszy do miasteczka, spytał o mieszkanie doktora; wskazano mu je i zaraz się tam udał. Wchodząc czul owo zakłopotanie, które zwykle ogarnia niepiśmiennych biedaków, wówczas gdy mają stanąć przed jakim wielkim panem, lub uczonym człowiekiem, i zapomniał odrazu całej mowy, którą w drodze ułożył i w której gładko i wyraźnie miał swoję sprawę doktorowi przedstawić; lecz, rzuciwszy okiem na kapłony, odzyskał nieco odwagi. Wszedł do kuchni i spytał sługę, czy może się widzieć z panem doktorem. Służąca, spostrzegłszy kapłony, zaraz po nie sięgnęła; lecz Renzo nie chciał ich z rąk wypuścić, bo uważał za stosowne, aby pan doktór widział i wiedział, że przyniósł mu coś w upominku. Właśnie w tej chwili, gdy kobieta mówiła — oddaj i idź do pana — pan w swej własnej osobie zjawił się na progu. Renzo ukłonił się bardzo nisko: doktór powitał go łaskawie, i powiedziawszy: — chodź tu, mój chłopcze — wprowadził go do swej pracowni, w której zwykł był zasięgających jego rady przyjmować. Była-to duża izba: na trzech jej ścianach wisiały wiezerunki dwunastu cezarów, czwartą zajmowała ogromna szafa otwarta z pół

BOZDZIAŁ III.
47
kami, pełna starych, zakurzonych książek; w środku znajdował się stół, zawalony dokumentami, prośbami, sądowemi rozporządzeniami i wyrokami, a dokoła stołu stały trzy czy cztery krzesła z poręjrach^dwii ^S(Tlc^ czworokątnych grzbietach, zakończonych po roi wvbite °bami z drzewa, wznoszącemi się w kształcie rogów, wiele o IdSko1^’. Przytwierdzoną mosiężnemi ćwiekami, z których wisini dawna już powypadało, tak iż po rogach szczególniej skóra a pijała się w trąbkę. Pan doktór był ubrany po do-
®I?U> to jest, miał na sobie bardzo już zniszczoną togę, którą
1 zed aty nakładał w chwilach uroczystych, wówczas, gdy się udavał do Medyolanu, aby głos zabrać w jakiej ważnej sprawie.
. txdy się już obaj w pokoju znaleźli, doktór drzwi zamknął i, doaj^c odwagi młodzieńcowi, rzekł:
A więc, mój chłopcze, opowiedz mi swoję sprawę.
~ Ja-bytn chciał, proszę szanownego doktora dobrodzieja, parę
Powiedzieć mu pod sekretem.
na bardzo dobrze — odrzekł uczony doktór — słucham. — I usiadł ied 1Ze^e’ Renzo, stojąc przed stołem, kapelusz swój wsadził na Chc’^łh^’-a obracał go w kółko i zaczął po chwili: —
uczony 01 dowiedzieć od szanownego doktora, który jest taki doktór ^asz prosto powiedzieć, o co ci chodzi — przerwał mu
umiemv^>mZei)?aszaniL najpokorniej, ale bo to my, ludzie prości, nie y °Wld tak, jakby się należało. Otóż chciałbym wiedzieć...
raźnie o?udziarz! wszyscy wy tacy: zamiast jasno i wy-
łi«pm rzecz całą, zaczynacie od zapytań, bo już ułoży-
llsciejakiś plan w waszej głowie! J J
tylko PlzePraszam, szanowny doktorze dobrodzieju. Ja chcę
i postra 1 Z16C’CZ^ Jest jnka kara za to. jeżeli ktoś używa gróźb ślubu CtlU na Proboszcza w celu niedopuszczenia go do dania
na prawdę12.rozuinie(n — powiedział w duchu pan doktór, który wyraz niezmie1.6 21 ozum*at “e z£oła~ Rozumiem. — I przybrał czucie i chęć m^le Poważny, w którym jednak przebijało się współmocno usta zacisnął1 2 P°moCfl bliźniemu w potrzebie; przy tem Wszakże, w jego Drl\ wydając jakiś dźwięk nieokreślony, który Wami wyraził: V zek°uaniu miał oznaczać to, co następnie sło-
— To, mój chłopcze,.,.
Dobrześ zrobił przychodź 6CZ wazna> rzecz przewidziana prawem! dam, kilka wyroków o do mnie po radę’ Kzecz ważna, powia-
J wspomina... właśnie jeden z wyroków,

48
NAKZECZENT.
wydanych w roku zeszłym przez teraźniejszego gubernatora. Zaraz ci go pokażę, abyś się mógł naocznie przekonać.
I wstał z krzesła, pochylił się nad stołem, a wsunąwszy obie ręce w stosy rozrzuconych papierów, począł w nich grzebać i przewracać je tak, jakby przesypywał zboże z miarki do miarki.
— No proszę, gdzieżem go podział? EchI bo to tyle tych szpargałów! a jednak wszystkie potrzebne. Wiem, że tu był; musi być tu; przecie to wyrok niezmiernie ważny. A, nareszcie; otóż go mam!... Wziął papier do ręki, rozłożył go, spojrzał na datę i z miną jeszcze bardziej uroczystą zawołał: — Wydany w dniu 15 października r. 1627! Tak, jest-to wyrok świeży, wyrok z roku zeszłego, jeden z tych, co to najwięcej strachu napędzają. Umiesz ty czytać, mój chłopcze?
— Tak, niby trochę, szanowny panie doktorze.
— A więc dobrze, stań tu za mną, abyś mógł widzieć to, co ci przeczytam.
I, trzymając wyrok oburącz przed sobą, zaczął czytać, to mrucząc niewyraźnie i przelatując śpiesznie po miejscach mniéj ważnych, to znów zatrzymując się na innych, większej doniosłości, podnosząc głos i podkreślając dobitnie każdy wyraz:
Chociaż, przez wydanie wyroku, ogłoszonego z rozkazu Jaśnie Wielmożnego Hrabiego Feria w dniu li grudnia 1620 r. i potwierdzonego przez Jaśnie Oświeconego i Wielmożnego Księcia Gonzalesa Femandeza z Kordowy, i t. d., i t. d., zapobiegło się już środkami nadzwyczajnemi i wielce surowemi owym uciskom, bezprawiom, zdzierstwu i innym występkom, których się dopuszczają niektórzy na osobach najpoddanniejszych Wasalów jego Królewskiej Mości... w każdym jednak razie liczne wypadki nadużyć i złośliwości rozmyślnéj i t. d., i t. d., powtarzają się tak często i wzrosły do tego stopnia, iż Jego Ekscelencya, i t. d... postanowiła niniejszy wyrok ogłosić.
Zaczynając od owych niesprawiedliwości i od owego ucisku, ponieważ nam doświadczenie pokazuje, że wielu ludzi możnych, tak po miastach, jako téż i będąc na wsi w swoich dobrach, w téj prowincyi nam powierzonej są prawdziwemi tyranami popełniającemi gwałty i bezprawia... słyszysz? — ciemiężą na różne sposoby słabszych, jako to naprzykład zmuszając ich do podpisywania niesprawiedliwych kontraktów na kupno, sprzedaż, lub odnajmowanie... it. d., mniejsza z tem, o, masz tu, czytaj: co do zawierania lub nie zawierania małżeństw. Co?
— Właśnie to się do mnie stosuje — powiedział Renzo.
— Słuchaj więc, słuchaj; jeszcze się wielu innych rzeczy ciekawych dowiesz; a potem zobaczmy karę.
— Gzy będzie dowiedzionćm, czy nie będzie dowiedzionym, że ktoś opuścił miejsce swego zamieszkania i t. d., i t. d., że dług był spłacony,

BOZDZIAŁ HI.
49
lui ze nie został spłacony: wszystko to nam niepotrzebne. A, otóż jest: ksiądz, który nie spełnia tego, co mu nakazuje jego obowiązek, albo robi to, co do niego nie należy. A co?
— To tak zupełnie, jakby dla mnie ten wyrok był pisany.
— A widzisz? słuchaj, słuchaj tylko: i inne podobne nadużycia,
torych się dopuszczają ludzie, posiadający grunta lenne, szlachta, mieszczanie, włościanie. Nikt się nie wykręcił, są tak wszyscy jak na dolinie Jozafata. A teraz przejdźmy do kary: Wszystkie te i wiele innych podobnych przewinień, chociaż już były surowo zabronione, niemniej wymagają jeszcze większéj surowości i dlatego Jego Ekscelencya 1 t. d., i t. d., postanawia i nakazuje, aby na wszystkich tych, którzy dopuszczą się wyżéj wymienionych przewinień, każdy sędzia zwyczajny mógł nakładać kary pieniężne i cielesne, skazywać ich na więzienie i galery, a nawet na śmierć... bagatela, nawet na śmierć! zawiadamiając 0 swym wyroku Jego Ekscelencyą, lub Senat, stosownie do stanowiska osoby podlegającéj karze i do okoliczności procesu. I to ma wypełniać ko-nie-cznie i bez żadnego po-bła-żanid, i t. d. A co, piękne rzeczy, 1Jie prawdaż? A widzisz tu podpis: Gonzało Fernandez de Gordona; a tu niżej: Platonus, a tu jeszcze: Vidit Ferrer-, nic nie brakuje, wszak prawda?
W czasie czytania, Kenzo starał się nie stracić z oka żadnego wyrazu, usiłując zgadnąć ich znaczenie i wrazić sobie dobrze w pamięć te słowa, od których, jak sądził, zależało jego zbawienie. Uczony mąż widząc tymczasem, iż jego nowy klient okazuje więcej uwagi niż przestrachu, nie mógł się temu wydziwić. — To mi zuch t to mi ptaszek! — pomyślał i powiedział po chwili: —.Ho! ho ajednak kazałeś sobie czub ostrzydz? To dobrze, ostrożność nigdy nie zawadzi, ale udając się pod moję opiekę, mogłeś się obejść bez tego. Prawda, że to sprawa nie-lada, jednak spuść się tylko na mnie, jeszcze nie wiesz, co to ze mnie za człowiek!
Aby dobrze zrozumieć te ostatnie wyrazy szanownego doktora, trzeba najprzód wiedzieć, albo raczej sobie przypomnieć, iż w owe czasy brawi z rzemiosła i wogóle łotry wszelkiego rodzaju nosili wagie czuby, któremi, jak przyłbicą, zwykli byli zakrywać twarz GaiaCZa-S’ gtły naPa^ na k°g°®> wykonać jakiś czyn wymaU^uocześnie wielkiej siły i ostrożności. Wyroki nie pomitm — k’1 HZen^em tej niepospolitej mody. Rozkazuje jego Ekscelencya.. ~z la Hynojosa), iż każdy, ktoby nosił włosy tak długie, że
niemi za ’ryć może całe czoło aż do brwi, lub każdy, kto ma warkocz czy o z przodu głowy, CZy za uszami, winien zapłacić trzysta skudów kary, ra, jc gdyby téj kary nie był w stanie zapłacić, ma być skazany na ~y a a do galer, to na pierwszy raz; jeżeli powtórnie dopuści się tęga
A. Manzoni: Narzeczeni. Tom I.

ÓO
NAKZECZENI.
samego, będzie postąpiono z nim z większą surowością, zwiększoną zostanie kara pieniężna i cielesna, według uznania Jego Ekscelencyi.
Wszakże Jego Ekscelencya pozwala na to, aby ludzie, którzy mają oielką łysinę, lub szramy od ran na głowie, lub inne podobne braki nosili włosy tak długie, iżby niemi mogli przykryć takowe braki; uprzedza jednak, aby się strzegli nadużywać tego przywileju, gdyż na równi z innemi będą pociągnięci do odpowiedzialności.
A również rozkazuje balwierzom, pod karą zapłacenia stu skudów i otrzymania trzech pociągnień powrozem, które mają być im dane w miejscu publicznćm, aby strzygąc ludzi nie zostawiali żadnych warkoczy, czubów, kosmyków, ani wogóle włosów dłuższych nad te, które prawo nosić pozwala, tak nad czołem jako téż i za uszami, gdyż włosy te powinny być wszędzie ostrzyżone równo, a odstąpić od tego przepisu pozwala się im tylko w razie, gdyby strzygli łysych mocno, lub też ludzi mających inne braki na głowie, przewidziane już prawem. Czub więc stanowił jakby część uzbrojenia, był cechą wybitną wszystkich brawów i łotrów, których z tego powodu zaczęto nazywać czubami. Wyraz ten, choć w nieco złagodzonem znaczeniu, przetrwał po dziś dzień we Włoszech, tak iż każdy z moich czytelników, który się w Medyolanie urodził, pamięta niezawodnie, jak wiatach dziecinnych jego rodzice, nauczyciel, lub ktoś z dobrych znajomych nazywali go nieraz: ciuffo albo ciuffetto (to jest czubem lub czubkiem).
— Jak mi Bóg miły — odrzekł Renzo — nigdy w życiu nie nosiłem czuba.
— Nie masz do mnie ufności — powiedział doktór, potrząsając głową z jakimś niby ironicznym, niby niecierpliwym uśmiechem. — A skoro nie masz ufności, nic też nie potrafimy zrobić. Kto kłamie przed doktorem, mój chłopcze, ten jest głupcem, który będzie musiał wyznać prawdę przed sądem. Adwokatowi trzeba wszystko, jasno, szczerze powiedzieć; a do nas już należy rzecz całą zagmatwać. Jeżeli chcesz, abym cię ratował, musisz mi całą sprawę od a do z opowiedzieć, tak, z ręką na sercu, jak na spowiedzi. Musisz wymienić osobę, która cię do mnie przysłała. nie wątpię, iż jest nią jakiś pan szanowny i znakomity, a w takim razie pójdę złożyć mu osobiście najgłębszy szacunek. Nie powiem mu jednak, tego możesz być pewny, iż wiem od ciebie, że to on cię posłał. Powiem tylko, że przychodzę prosić go o opiekę i pomoc dla spotwarzonego biednego młodzieńca. Razem z nim ułożymy się, w jaki sposób działać wypada i całą tę sprawę załatwimy chwalebnie; dobrze przecie rozumiesz, iż ratując siebie i ciebie będzie musiał ratować. „W razie jednak, gdybyś działał tylko na własną rękę i sam tego piwa nawarzył, to i wówczas ciebie nie opuszczę: tylu już ludzi z gorszej jeszcze wyciągnąłem biedy... Byłeś tylko nie obraził

BOZDZIAŁ III.
5L
jakiej znakomitej, wielmożnej osoby, o tera ciebie z góry uprzedzam, i byłeś chciał ponieść pewne drobne wydatki, których powodzenie sprawy wymaga, obiecuję wydobyć cię z matni. Musisz mi powiedzieć nazwisko obrażonego, jak to u nas mówią, i wówczas stosownie do stanu, tytułu i humoru tego człowieka zobaczymy już, czy lepiej wziąć go pod opiekę, czy też wynaleść jaki sposób, aby go do kryminału zaskarżyć i tym sposobem zabić mu ćwieka do głowy; bo widzisz, mój chłopcze, trzeba się tylko umieć dobrze z temi wyrokami obchodzić, to się zaraz okaże, iż nie ma na świecie ani winnych, ani zupełnie niewinnych. Co zaś do proboszcza, jeżeli ma olej w głowie, to będzie milczał; jeżeli nie zechce siedzieć cicho, i na niego sposób znajdziemy. Z każdej gmatwaniny można się wyplątać, ale do tego potrzeba człowieka. Twoja sprawa jest sprawą nie-lada! trudna, powiadam ci, bardzo niedobra; wyrok mówi jasno i wyraźnie; a jeżeliby rzecz cała miała się tylko tak na cztery oczy, między tobą a sądem, rozstrzygnąć, no, to winszuję, miałbym się z pyszna! Ja, mówię z tobą jak z przyjacielem: za każde głupstwo trzeba pokutować; jeżeli chcesz, aby ci to uszło na sucho, nie żałuj pieniędzy i zaufaj temu, kto ci dobrze życzy, powiedz mu wszystko, słuchaj go we wszystkiem i rób tak, jak on ci poradzi.
W czasie tejcałej przemowy Renzo patrzył na doktora z takim zachwytem i z takiem zdumieniem, jak patrzy wieśniak na jarmarku na kuglarza, który nakładłszy sobie do ust kłaków, kłaków i jeszcze kłaków następnie wyciąga z nich wstęgi, wstęgi i wstęgi. Wszakże, skoro tylko spostrzegł, jaka tu zaszła pomyłka, i skoro zmiarkował, co Pi’zez to chce pan doktór powiedzieć, przeciął mu wstążkę w ustach mówiąc: — O! jakże szanowny pan doktor całą tę sprawę zrozumiał? To przecie było zupełnie inaczej. To nie ja groziłem prob?szczowi, to nie ja go straszyłem; ja nigdy nie skrzywdziłem nikogo; niech pan doktor całą wioskę zapyta, wszyscy mu powienzą, żę nigdy nie miałem do czynienia z sądem. To mnie skrzywd.i właśnie przyszedłem do szanownego doktora, aby się poraco mam począć; i cieszę się raonco, żem na własne oczy zoba-
H^te wyroki.
p., do licha! — zawołał doktor szeroko otwierając oczy,
wiedzie brednie? A nie mógłżeś mi jasno całej sprawy opo-
Ależ przepraszam; bo to mnie szanowny pan doktór nie dał czasu opowiedzieć wszystkiego; moja sprawa taka: dziś, właśnie miałem wziąć ślub — tu głos Renza zadrżał — miałem wziąć u?. iewczyną, z którą już od lata byłem po słowie; proboszcz a 111 dzień dzisiejszy na nasz ślub naznaczył, wszystko już było
4*

52
NARZECZENI.
gotowe. Tymczasem, kiedym z rana przyszedł do proboszcza, ten mi objawił, że ślubu dać nie może, że zaszły pewne przeszkody... Słowem, nie chcąc nudzić szanownego doktora, powiem krótko, żem go zmusił do wyjawienia mi całej prawdy, a miałem przecież prawo to uczynić, i że mi się ([przyznał, iż mu zabroniono, pod groźbą utraty życia nas ślubem połączyć. Ten don Rodrigo, ten ciemięzca, ten...
— A toż co? — przerwał mu w tej chwili doktor, ściągając brwi, marszcząc swój nos wiśniowy i wykręcając usta. A toż co ma znaczyć? Jakież to mi głupstwa będziesz tu gadał? Gzy to miejsce na takie brednie? W domu możesz mówić o podobnych rzeczach, między takiemiż, jak ty, ludźmi, którzy nie umieją w słowach miary zachować, ale nie tu, nie przed porządnym człowiekiem. Idź sobie, idź, sam nie wiesz, co pleciesz, ja tam nie chcę się wdawać z błaznami, nie chcę słuchać, jak ktoś gada takie rzeczy, takie głupstwa!
— Ale przysięgam...
— Mówię: idź sobie, na nic się nie zdadzą twoje przysięgi, cóż chcesz, żebym z niemi zrobił? Ja się tam do niczego nie wtrącam, ja od wszystkiego ręce umywam. (I pocierał ręce, jakby je naprawdę umywał.) Naucz się pierwej mówić po ludzku; bo porządnego człowieka nie wolno tak podchodzić znienacka, nie wolno takich figlów mu płatać!
— Ale, niech tylko pan doktór posłucha, — powtarzał Renzo, — niech pan doktór pozwoli... — Lecz doktór nic słuchać nie chciał, krzyczał coraz głośniej i oburącz Renza do drzwi popychał; a gdy już w tak miły sposób biedaka aż do progu odprowadził, otworzył drzwi z hałasem, zawołał na sługę i rzekłProszę mi zaraz oddać temu człowiekowi wszystko, co przyniósł: ja nic nie chcę, nic nie przyjmę od niego.
Od czasu, jak była na służbie u doktora, kobieta ta nigdy jeszcze nie wypełniała podobnego rozkazu, lecz dziś głos pana był tak stanowczy, iż nie mogła nie usłuchać odrazu. Wzięła cztery nieszczęśliwe ofiary i oddała je Renzowi, patrząc nań z jakąś pogardliwą litością, jakby chciała powiedzieć: musiałeś coś już bardzo przeskrobać, biedaku! Renzo robił jeszcze pewne ceregiele, nie chcąc brać napowrót przyniesionych kapłonów, lecz nic nie pomogło, doktór był niewzruszony, tak, iż w końcu nasz chłopak zdziwiony i rozdrażniony do najwyższego stopnia musiał zabrać swój dar wzgardzony i wracać do domu, aby zawiadomić czekające nań kobiety o pięknym skutku swej wyprawy.
Tymczasem, po wyjściu Renza, obie kobiety przebrały się yv. suknie codzienne i Łucyą płacząc ciągle, a Agnieszka wzdycha

ROZDZIAŁ 111.
hS
ją.e zaczęły się znowu naradzać. Kiedy już Agnieszka nagadała się do woli o owych świetnych skutkach, których należało się spodziewać po odwiedzinach u doktora, Łucyą powiedziała, iż trzeba było innych jeszcze środków próbować; że ojciec Krzysztof jest człowiekiem zdolnym przyjść biedakom w potrzebie nietylko z dobrą radą, lecz i z pomocą, i że trzeba byłoby o wszystkiem go zawiadomić. — koniecznie, — odpowiedziała Agnieszka — i obie zaczęły obmyślać sposób, w jaki to najlepiej zrobićby się dało, gdyż po tem, co zaszło, iść do klasztoru, o dwie mile blisko oddalonego od wioski, nie miały odwagi, a pewno, iż żaden rozsądny człowiek nawet-by im tego nie doradził. Lecz, właśnie w tej chwili dało się słyszeć lekkie pukanie do drzwi i ktoś cicho, lecz wyraźnie powiedział: Deo gratias.
Łueya, wiedząc już naprzód, kto to być może, pobiegła drzwi otworzyć i do pokoju, ukłoniwszy się poufale jak stary znajomy, Wszedł laik, kwestarz z klasztoru kapucynów, niosąc na plecach duży worek, który skręciwszy mocno przy końcu, oburącz do piersi Przyciskał.
— A, brat Galdino! — zawołały obie kobiety.
— Pan Bóg niech będzie z wami, powiedział zakonnik. — Przyszedłem po orzechy (*)
. T Idź-no, przynieś orzechy, przeznaczone na kwestę — rzekła gnieszka do córki. Łucyą wstała, zmierzając do sąsiedniego poojn; lecz w chwili, gdy się już znalazła za plecami brata Galdina, Który stał nieruchomie w tej samej postawie, obejrzała się szybko w *’ Przykła(lając palec do ust, przesłała jej spojrzenie,
w Kto rem malowała się i prośba o zachowanie tajemnicy i wielka czułość i pewien rodzaj łagodnego, lecz stanowczego rozkazu. Po
tem cichutko wyszła z pokoju.
. Kwestarz tymczasem, przyglądając się Agnieszce zukosa, powiedział po chwili:
A ów ślub? To dziś przecież miał się odbyć? uważałem we wsi jakiś ruch niezwykły, jak gdyby zaszło coś nadzwyczajnego. VOŻto się Stało?
ślubu n^iCKSię Pie stal°, tylko proboszcz zachorował i dlatego dziś ów znak d ^(lz’e — odpowiedziała prędko Agnieszka. Gdyby nie
* iakżo^y pr.zez Łucyą, odpowiedź zapewne brzmiałaby inaczej.
wie inny kierunek”6 z kwestił? — dodała zaraz< aby nadać rozmo-
Nie dobize, nje (joi3rze> moja poczciwa kobieto, oto ta
(*; Orzechy włoskie (noci).

54
NARZECZENI.
wszystko, com uzbierał. — Iz temi słowy zdjął worek z pleców i zaczął nim w ręku potrząsać. — Prawda, że niewiele? a jednak aby zebrać i tę odrobinę, musiałem co najmniej do dziesięciu drzwi kołatać.
— Ach, bo też lata coraz mniej urodzajne! bieda, bracie Galdino, a kto musi liczyć się z każdym chleba kawałkiem, ten przecież nie może być hojny.
— Ażeby urodzaj u Boga uprosić, jakiż jest sposób najlepszy? Tylko jałmużna, moja dobra kobieto, tylko jałmużna. Słyszeliście zapewne o tym cudzie z orzechami, który się wydarzył w naszym klasztorze w Romanii?
— Nic o nim nie wiem, niech mi go brat Galdino opowie.
— O! choćby to przecież wiedzieć musicie, iż w tym klasztorze mieszkał pewien zakonnik, który był świętym i który nazywał się ojciec Makary. Otóż, pewnego dnia (a było-to w zimie) przechodząc ścieżyną przez pole jednego z dobrodziejów naszego zakonu, człowieka także wielkiej zacności, ojciec Makary zobaczył tego dobrodzieja i czterech wieśniaków z łopatami, zebranych dokoła wielkiego orzecha i zaczynających już podkopywać korzenie, aby drzewo wywrócić. — Co wy chcecie robić z tem biednem drzewem? — spytał ojciec Makary. — E! ojcze, już od tylu łat nie chce rodzić orzechów, to też go na opał użyję, — odpowiedział gospodarz. — Dajcie mu pokój, zostawcie w ziemi — odrzekł ojciec Makary, a ja wam powiadam, że w tym roku więcej będzie na niem orzechów, niż liści. — Dobrodziej naszego zakonu, który wiedział dobrze, kim jest ów człowiek, co mu to przyrzeka, kazał natychmiast wieśniakom, aby napowrót korzenie ziemią przykryli, i dopędzająe ojca Makarego, który nie zatrzymując się szedł dalej swoją drogą, rzekł do niego: — Ojcze Makary, połowę zbioru oddam na klasztor. — Wieść o przepowiedni rozeszła, się szybko, i wszyscy śpieszyli przyjrzeć się drzewu. I w rzeczy samej, na wiosnę całe się kwiatami pokryło, a w lecie było na nim orzechów coniemiara. Zacny nasz dobrodziej nie doczekał się wszakże tej pociechy, aby je sam mógł otrząsać, bo przedtem już poszedł do nieba po zapłatę za miłosierne czyny, które pełnił za swego żywota. Pozostawił on syna, który jednak wcale nie był podobny do ojca. Otóż więc, gdy nadeszła pora zbierania orzechów, kwestarz poszedł do syna zmarłego dobrodzieja, aby odebrać orzechy przyrzeczone klasztorowi; lecz ten udał, że nic o tem nie wić i posunął swą zuchwałość aż do tego stopnia, że żartując sobie z zakonników powiedział, że nigdy nie słyszał, aby kapucyni umieli stwarzać orzechy. 1 wiecież co się stało? Pewnego dnia (słuchajcie tylko uważnie) ten bezbożnik, zaprosił do siebie kilku, również godnych towarzyszów, i wśród

ROZDZIAŁ III.
wesołej hulanki zaczął im opowiadać o orzechach, o kwestarzu, i śmiał się z zakonu. Zebrani goście chcieli koniecznie zobaczyć ow olbrzymi.stos orzechów i gospodarz zaprowadził ich do spichrz;’.. A Ruchajcie tylko, cóż się dzieje: otwiera drzwi, idzie do kąta, W,.ym.hyły zsypane orzechy, i w czasie, gdy mówi: — patrzcie, pa i zcie, i sam patrzy, aż tam zamiast stosu orzechów, wielki
°s suchych liści! A co, dobrą odebrał zapłatę za chciwość? A klasztor nic na tem nie stracił, przeciwnie, wiele zyskał, ponieważ, po tak cudownem zdarzeniu, kwesta orzechów tak była obfitą, lz pewien dobrodziej ulitowawszy się nad biednym kwestarzem, podarował klasztorowi osiołka, aby dźwigał na sobie zebrane orzechy. A z tych orzechów zrobiono następnie tak wiele oleju, iż każdy mógł iść do klasztoru i brać go sobie tyle, ile potrzebował; bo Eiy jesteśmy jak morze, które odbiera ze wszechstron wodę i znów ją Wszystkim rzekom oddaje.
c, ’V tej chwili weszła Łueya, niosąc orzechy, któremi wypełniła
& y fartuch po brzegi tak, iż z wielkim tylko wysiłkiem mogła go
. ‘zymać za oba koniuszczki, wyciągając przy tem ręce daleko przed siebie, W czasie, gdy brat Galdino zdjąwszy z pleców worek rozwiązywał go, aby weń wsypać obfitą jałmużnę, twarz matki zwróciła się na córkę z wyrazem zdziwienia i wymówki za tak niezwykłą rozrzutność; ale Łueya odpowiedziała jej spojrzeniem, które zdawało się mówić: powiem zaraz, dlaczegom to uczyniła. Kwestarz, obsypując kobiety błogosławieństwy, podziękowaniami, życzeniami, obietnicami i pochwałami, zarzucił znów worek na plecy 1 Już się do wyjścia zabierał, lecz w tej chwili Łueya zatrzymała go Mówiąc:
prz Bracie Galdino, chciałabym, abyście mi wyświadczyli pewną bardS^a®^’ Cyście powiedzieli ojcu Krzysztofowi, że mam do niego i Sai7\ Pilny interes, i prosili go, aby nam tę łaskę wyświadczył
nas przyszedł, bo my biedaki nie możemy pójść do niego.
zawia l^Jko tyle? Nie dalej jak za godzinę ojciec Krzysztof będzie
dniniony o waszem życzeniu.
^apewno?
..^Puśćcie się już na mnie. — I poszedł wprawdzie daleko ziej zgarbiony, ale także nierównie weselszy, niż tu przyszedł, szt. f uboga dziewczyna każę prosić do siebie ojca Krzy-
Dr ° u Że kwestarz bez najmniejszego zdziwienia i tak chętnie zyize a spełnić jej zlecenie, mogłoby się zdawać niejednemu, mni.m mC16A ^zysztof jest sobie bardzo pospolitym, tuzinkowym winii-ilm, „ J.e(fnak, wcale tak nie było. Człowiek ten miał
karnipvnZn zakonie i w całej okolicy; lecz sam już stan
P — y ow był takim, iż dla tych ludzi nie mogło być nic zanadto

56
NARZECZENI.
niskiego, ani też zanadto wysokiego. Służyć ubogim i nędznym i odbierać usługi od możnych, wchodzić do pałaców i pod skromne strzechy z tą samą pokorą i pewnością siebie; być nieraz przedmiotem żartów, a jednocześnie osobą, bez której obejść się było niepodobna; prosić o jałmużnę wszędzie i następnie rozdawać ją wszystkim, którzy po nią do klasztoru przychodzili; do wszystkiego tego przywykł kapucyn. Gdy szedł drogą, mógł również spotkać księcia, który z uszanowaniem całował koniec sznura jego habitu, jak też i zgraję uliczników, którzy udając, że się bija między sobą, błotem obrzucali mu brodę. Wyraz mnich w owe czasy był wymawiany z najwyższą czcią i z największą pogardą; a kupucyni może silniej niż każdy inny zakon wzbudzali dla siebie te dwa tak różne uczucia dlatego, iż nie mając nic swego, nosząc habit, który się tak wyróżniał od ubrania innych ludzi, i pełniąc otwarcie cnotę pokory, przez to samo stawali się przedmiotem szacunku lub pogardy, stosownie do usposobienia i sposobu myślenia tych, tak rozmaitych osób, o które się ocierali.,
Gdy już odszedł brat Galdino, Agnieszka zawołała: — Oddać wszystkie te orzechy, i to w roku tak ciężkim!
— Mamo, daruj mi — odrzekła Łueya — ale gdybym dała ich mniej, tak jak lat zeszłych, biedny kwestarz musialby chodzić jeszcze od domu do domu Bóg wie jak długo; a nawet, gawędząc z każdym po drodze o rzeczach najrozmaitszych, Bóg wie, czy nie zapomniałby o mojem zleceniu.
— Masz słuszność; zresztą, przecież to jałmużna, a jałmużna zawsze dobre przynosi owoce, — powiedziała Agnieszka, która pomimo maleńkich swych wad była w gruncie bardzo poczciwą kobietą i która, jak to mówią, w ogień-by skoczyła za tę swoję ukochaną jedynaczkę.
W tej chwili drzwi się otwarły i Renzo, wchodząc z twarzą, wyrażającą silne rozdrażnienie, gniew i boleść, rzucił na stół nieszczęśliwe kapłony, dla których była-to już ostatnia smutna przygoda w owym dniu fatalnym.
— Piękną mi matka dała radę! — powiedział do Agnieszki. — To mi dopiero zacny człowiek, który tak umie biedakom pomagać w potrzebie! — I tu opowiedział całą swą rozmowę z doktorem. Agnieszka zdziwiona niepomału smutnym skutkiem wyprawy, usiłowała dowieść, iż jej rada była dobrą i że Renzo tylko nie potrafił wziąć się do rzeczy tak, jakby się należało; lecz Łueya przerwała ten spór, mówiąc, iż skądinąd lepszej się spodziewa pomocy. Renzo i tych nowych planów wysłuchał uważnie, jak każdy człowiek, który, się w nieszczęściu lub w wielkim kłopocie znajduje. —

ROZDZIAŁ III.
57
Lecz, jeżeli ojciec Krzysztof — powiedział po chwili — nie potrafi żadnej rady wynaleźć, to ja sam ją wynajdę.
prosiły g°’ aby si9 uspokoiłaby był cierpliwy, ostrożny, Łucva — WSzystkiem spuścił na Boga. — Jutro — rzekła
naidzie °JClec Krzysztof tu będzie na pewno i zobaczysz, że wynasze o czeki w Świetny’ tak pi<*kny’ iż uawet Przejdzie wszelkie
not, — “„fi??że — powiedział Renzo — lecz w każdym razie i ja
I anę dowieść, że mam słuszność kazać sobie sprawiedliwość wyświeXC’! Ostatecznie> musiż być iakaś sprawiedliwość na tym
Na tak bolesnej rozmowie zeszła im reszta owego dnia niekZczęsnego i mrok już począł zapadać.
n. 7~ Dobranoc — rzekła smutnie Łueya do Renza, który nie jakoś zdobyć na pożegnanie z narzeczoną.
Dobranoc! — odpowiedział z większym jeszcze smutkiem. Łucy“ Przecie nam dopomoże, jakoś to będzie! — dodała
CI’erpliw~ tlzeba tydko być rozważnym, ostrożnym, a nadewszystko
więcćt ta, na Poze?nan’e dała mu jeszcze kilka rad tej samej mniejumysłem 6SC’’ * narzeczony odszedł z ciężkiem sercem i wzburzonym masiż być P°wtai’zając co chwila te dziwne wyrazy: — ostatecznie, iż człowievakaś sprawiedliwość na świecie! — Wielka-to prawda, ńiówi! Przygnębiony nieszczęściem nie wie sam nieraz, co
ROZDZIAŁ IV.
Słońce nie cał,,....
Krzysztof opuśp-,, m jeszcze ukazało się na widnokręgu, ajuz ojciec czekano nań z „, lasztor i szedł do domku, w którym, jak wiedział,
Pescarenico P, — a^nKniem.
albo raczej jezior;, est’to mała wioseczka na lewym brzegu Addy, naście domów Położona nieopodal od inostu; składa ją kilkai Przybranych mieiInieszkałycl1 wyłącznie prawie przez rybaków Klasztor kapucyni aini w wielkie siecie, które się suszą na słońcu,
się tuż za wioska*n *Inury jeg0 po dziś dzień istniei^ znajdował o do Rer<<Zy samćm wejściu do niej, na drodze, która
Decco do BrnUmy samśm 5
nieb° Mo pogódź ° P1’°Wadzi
Dzień zapowiadał się ślicznie,
a w miarę jak słońce coraz wyżej wznosiło się

58
NARZECZENI.
z poza góry, blaski jego różowe, zrazu na szczytach przeciwległych wyżyn zawieszone, coraz większej nabierały siły i, spuszczając się szybko na boki gór, jasnem światłem zalały wreszcie całą dolinę. Wietrzyk jesienny, przelatując po gałązkach drzew morwowych, otrząsał z nich suche listki i rzucał je na ziemię. Na prawo i na lewo w winnicach błyszczały czerwone już wielkie liście winogron; a pasy ziemi świeżo zoranej odbijały ciemną swą barwą od żółtawych ściernisk, połyskujących kroplami rosy. Był-to obraz wesoły, lecz każda ludzka postać, która się na tem uroczem tle pojawiała, budziła litość i smutek. Od czasu do czasu ojciec Krzysztof spotykał obdartych, wynędzniałych żebraków, którzy, albo się już zestarzeli w tem rzemiośle, albo teraz dopiero zostali przez nędzę zmuszeni do wyciągania ręki po jałmużnę. Przechodzili w milczeniu obok zakonnika, patrzyli nań z czułością, a chociaż wiedzieli dobrze, iż nic im dać w tej chwili nie może, bo żaden kapucyn nigdy się nawet nie dotknął pieniędzy, oddawali mu ukłon głęboki, dziękując za owę jałmużnę, po którą szli do klasztoru. Widok ludzi pracujących na polach był jeszcze bardziej bolesny. Niektórzy siejbą zajęci rzucali ziarno z rzadka, skąpo, niechętnie, jak ktoś, co stawi na kartę rzecz niezmiernie mu drogą; inni kopiąc ziemię czynili to z pewnym wysiłkiem i leniwie przewracali skopaną glebę. Na łące, blada i wynędzniała dziewczyna, trzymając na sznurku przerażająco chudą krowę, patrzyła uważnie przed siebie i pochylała się śpiesznie, aby krówkę uprzedzić i zerwać tu i owdzie jakiś listek, który miał służyć za pożywienie dla jéj rodziny, gdyż głód, nauczył już ludzi, że i trawą żyć można. Te sceny coraz bardziój zwiększały smutek zakonnika, który szedł z tem bolesnem przeczuciem, iż u celu podróży dowie się o jakimś nieszczęściu,
— Dlaczego jednak Łueya obchodziła go tak dalece? I dlaczegóż, zaraz na pierwsze wezwanie ruszył w drogę z takim pośpiechem, jakby go, co najmniej, wzywał sam ojciec prowineyał? — I kim był ów ojciec Krzysztof? Musimy odpowiedzieć czytelnikom na wszystkie te pytania.
Ojciec Krzysztof Z*** mógł mieć lat blisko sześćdziesiąt. Jego ogolona głowa, na której, według przepisów, obowiązujących dla wszystkich kapucynów, pozostał tylko dokoła wąski krążek z włosów, od czasu do czasu podnosiła się na chwilę jakimś szybkim ruchem, w którym czuć było coś dumnego i niespokojnego, aby natychmiast znów opaść na piersi z wyrazem niewymownej pokory. Długa, biała broda, zakrywając całkiem dolną część twarzy, podnosiła jeszcze bardziej wybitne rysy górnej części oblicza, którym surowy żywot zakonnika i umartwienia wszelkiego rodzaju, nadały wiele powagi, nic nie ujmując z ich wyrazistości. Dwoje oczu za-

ROZDZIAŁ IV.
59
padłych najczęściej w ziemię patrzyły, lecz czasem, gdy się do góry podniosły, błyszczał w nich niepospolity, młodzieńczy jakiś ogień; oczy te były jak owe rącze konie, kierowane silną i wprawną dłonią, które choć już wiedzą z doświadczenia, iż nie zdołają wyrwać się na swobodę, niemniej wszakże od czasu do czasu próbują wierzgać i brykać, za co natychmiast muszą odpokutować, bo woźnica silniej wędzidło zaciąga.
Ojciec Krzysztof, ani zawsze był takim, ani zawsze był ojcem Krzysztofem: na chrzcie dano mu imię Ludwik. Był on synem pewnego kupca Z*** (wszystkie te gwiazdki mają swe źródło w nazbyt wielkiej przezorności autora rękopismu), kupca, który na starość, posiadając już piękną fortunkę i tego jedynego syna, wyrzekł się handlu i zaczął żyć, jak wielki pan.
W nowem tem, próżniaczem życiu, poznał iż przeszłość jego godną była pogardy i zaczął mocno się wstydzie tego, że kiedyś coś robił na świecie. To też od tej chwili zadaniem jego jedynem stało się usiłowanie, aby wszyscy zapomnieli, iż był niegdyś kupcem; Wszelkich starań do tego dokładał; samby nawet chciał o tem zapomnieć. Ale sklep, paki, wory, wagi i łokieć stały mu ciągle w myśli, jak ów cień Banka przed oczyma Makbeta, i truły tak, iż nie mógł o nich zapomnieć, nawet wśród uczt wspaniałych i uśmiechów pochlebców i pieczeniarzy, którzy go licznem otaczali gronem. Niepodobna sobie wystawić, z jak wielką ostrożnością biedacy ci musieli omijać każdy wyraz, który mógłby się wydać przymówką do dawnego stanu ich chlebodawcy. I tak, naprzykład, pewnego dnia, Pod koniec wesołej biesiady, w chwili największego ożywienia, kiedy już trudno było wyrzec, kto tu jest bardziej zadowolony, czy g°śeie, sprzątający dzielnie wszystko, co się na półmiskach znajdowało, czy gospodarz, który ich częstował; jeden z obecnych, człowiek znany z obżarstwa, do którego pan domu zwracał się ciągle żartując zeń z odcieniem pewnej dobrodusznej wyższości, chcąc żartem na żart odpowiedzieć, rzekł nie namyślając się długo, bez cienia nawet złośliwości: — jestem na to głuchy jak kupiec. Lecz tejże chwili przestraszył się sam tego, co powiedział; ów wyraz si)n’^C za(lźwięczał mu w uszach złowrogo, umilkł z pomieszaniem, śti’eT1 Da twarz gospodarza, która zachmurzyła się nagle, i obaj ’ ( Cl1 humor odrazu. Zebrani goście uczuli także pewien rodzaj pomieszania i każdy z nich zaczął przemyśliwać nad sposobem zarażenia złemu i zatarcia przykrego wrażenia; lecz myśląc tak milczeń, a cisza podwajała jeszcze draźliwość owej chwili. Reszta i-ola?esz a bardzo niewesoło, wszyscy byli jak powarzeni, a niezsądny, albo raczej nieszczęśliwy żartowniś nie otrzymał już!ęcej zaproszenia. W taki-to sposób trawiony ciągłym niepoko

60
NAKZECZENI.
jem ojciec Ludwika ostatnie swe lata przepędził, obawiając się ustawicznie, aby zeń nie szydzono i nie zastanawiając się nigdy nad tą wielką prawdą, iż sprzedawanie nie jest bynajmniej rzeczą gorszą od kupowania, i że nie zawsze przecież wstydził się owego rzemiosła, które pełnił przez czas tak długi. Synowi swemu, choć sam nie szlachcic, dał wychowanie czysto szlacheckie, zgodne z pojęciami czasu, o ile tylko mogły mu na to pozwolić zwyczaje i prawa; kazał go kształcić w naukach i w sztuce rycerskiej i umarł pozostawiając go jedynym właścicielem dużego majątku.
Ludwik miał nawyknienia wielkiego pana; od dziecka przywykł do rozkazywania, gdyż wszyscy domownicy otaczali go pochlebstwami i starali się uprzedzać każde, najmniejsze nawet jego życzenie. Lecz, kiedy zapragnął zbliżyć się do ludzi posiadających w mieście największe znaczenie, spostrzegł odrazu, iż pójdzie mu to oporem, i że chcąc należeć do ich wybranego grona, wypadnie mu uzbroić się w wielką cierpliwość i pokorę, być poniżanym co chwila i na każdym kroku doznawać upokorzeń. To się nie zgadzało bynajmniej ani z usposobieniem Ludwika, ani z wychowaniem, które odebrał. Urażony więc usunął się od kółka, do którego czuł tak wielki pociąg i żal zarazem, do którego, jak sądził, miał wszelkie prawo należeć, a które obeszło się z nim jednak tak niesprawiedliwie. Żywiąc w duszy te dwa tak różne uczucia i nie mogąc się zbliżyć do ludzi, którzy w jego przekonaniu byli jedynem odpowiedniem dlań towarzystwem, starał się przynajmniej dorównać im przepychem i zbytkiem, a nieraz ich nawet prześcignąć, przez co okrywał się w ich oczach śmiesznością i stwarzał sobie nieprzyjaciół i zawistnych. Charakter jego gwałtowny, lecz i szlachetny zarazem, popchnął go z czasem do bardziej wzniosłego spółzawodnictwa. Czuł wstręt i odrazę do wszelkiego rodzaju nadużyć i niesprawiedliwości; a uczucie to wzrosło w nim jeszcze w skutek osobistego żalu do szlachty, która-to, jak wiemy, największe wówczas popełniała bezprawia. I znowu więc, chcąc jednocześnie dwu tym tak różnym uczuciom zadość uczynić stawał chętnie w obronie słabego i pokrzywdzonego, starał się upokorzyć silnego, a dopuszczającego się bezprawia, wdawał się w rozmaite kłótnie i spory, ściągał na siebie tysiące nieprzyjemności; wkrótce zasłynął szeroko jako obrońca i mściciel uciśnionych biedaków. Ciężki-to był obowiązek co prawda; a łatwo sobie każdy wystawi, ile-to biedny Ludwik musiał mieć nieprzyjaciół, kłopotów, przykrości. Oprócz tego, walcząc za dobrą sprawę, cierpiał jednak niezmiernie z powodu, że i on nieraz, dla dopięcia celu, zmuszony był dopuszczać się podstępu, gwałtów, bezprawia, słowem tego wszystkiego, na co nie mogło zgodzić się jego sumienie i czem tak dalece się brzydził.

EOZDZJAŁ IV.
Gl
A ileż to razy najszlachetniejsze jego zamiary spełzły na niczem! Ileż razy upokorzony i pobity wychodził z walki nierównej! Musiał otoczyć się zgrają brawów, a dla własnego bezpieczeństwa, jak też i dlatego, aby z nich dzielną mieć pomoc, przyjmował na służbę największych zuchów słynnych z siły i zręczności, a przez to samo największych łotrów i właśnie z powodu, iż sprawiedliwość umiłował, zmuszony był z łajdakami przestawać. To też nieraz albo zniechęcony niepomyślnym skutkiem jakiejś sprawy, albo zaniepokojony grożącemi mu niebezpieczeństwami, lub wreszcie znudzony towarzystwem brawów i tem, że ciągle musiał się mieć na baczności, zastanawiając się nad przyszłością i nad swoim majątkiem, który się szybko zmniejszał, gdyż co dzień szafował nim hojnie na różne tak dogadzające jego próżności, jako też i dobroczynne cele, przychodziła mu myśl wstąpienia do zakouu; bo w owe czasy, klasztor i habit były najpospolitszym ratunkiem dla ludzi, którzy się z jakiego kłopotu chcieli wydobyć. Myśl ta, która, jak tyle innych planów, mogłaby nigdy nie być urzeczywistnioną, zmienia się jednak w niezłomne postanowienie, w skutek nieszczęśliwego wypadku, najbardziej pamiętnego w całem życiu Ludwika.
Pewnego dnia, szedł po ulicy swego rodzinnego miasta w towarzystwie niejakiego Krzysztofa, niegdyś pomocnika w sklepie jego ojca, a obecnie rządcy w jego domu; dwu tylko brawów postępowało za nim w odległości kilku kroków. Ów Krzysztof, człowiek blisko pięćdziesięcioletni, był niezmiernie przywiązany do swego młodego pana, którego znał jeszcze niemowlęciem i który, wywdzięczając mu się hojnie za jego wierną służbę, dawał mu nietylko sposób do życia, łecz i możność utrzymania przyzwoicie licznej rodziny. Gdy tak Szli, rozmawiając o różnych sprawach domowych, Ludwik spostrzegł uaraz, na przeciwległym końcu ulicy pewnego magnata, człowieka niezmiernej dumy i słynącego szeroko po kraju z nadużyć, których się dopuszczał. Chociaż nie znali się osobiście, Ludwik wiedział, Ze, go ów szlachcic nie cierpi i sanjtżywił dlań nie mniejszą nienaWjsć, co zresztą bardzo często zdarza się na świecie, gdyż nie kopostZnie trzeka s*ę znać, aby się nienawidzić. Ów pan, za którym oodniP°-Va^° czterech brawów, szedł krokiem pewnym, z głową zbliżała011^’ z wyrazem pogardy i szyderstwa na twarzy. Obaj, orawei st-Się-ku sobi3’ szli koło muru» ale Ludwik miał ów mur po mn rnwn?Die’ a to’ we(1Je ogólnie przyjętego zwyczaju, nadawało ni z<ęńzie i na wszystko musiało być prawo!) nie oddalać
nnu 1 1 aie ustępować z drogi nikomu. Była-to rzecz, której
Pam°to^TS ^a^awano wielkie znaczenie i o której każdy dobrze albo r a JjeCZ’ jednocześnie z tem istniało inne jeszcze prawo, aczej zwyczaj, nakazujący każdemu nieszlachcicowi ustępować

62
NAKZECZENI.
z drogi przed szlachcicem. Ponieważ w tym razie, jak i w tylu innych wypadkach na świecie, zjawiały się dwa prawa, oba również dobre, z których wszakże jedno zaprzeczało drugiemu, niepodobna było rozstrzygnąć, które z nich jest lepsze, tak, iż nieraz, gdy się spotykało dwoje ludzi upartych i zawziętych, wynikały z tego powodu zajścia gwałtowne. Dwaj wrogowie tymczasem, idąc tuż koło muru, coraz się bardziej ku sobie zbliżali. W chwili, gdy już ich zaledwie kilka kroków od siebie dzieliło, dumny magnat zatrzymał się, zmierzył pogardliwem spojrzeniem Ludwika, jeszcze wyżej podniósł głowę i rzekł głosem rozkazującym-.
— Proszę mi z drogi ustąpić.
— To pan niech ustąpi, ja stoję z prawej strony — odpowiedział Ludwik.
— Czy z prawéj czy z lewej, tacy ludzie jak ty muszą mi zawsze ustępować z drogi.
— Tak zapewne, gdyby tylko zuchwałość takich ludzi, jak pan, była dla nas prawem.
Tymczasem brawi stanęli tuż za plecami swych panów, rzucając na siebie pełne nienawiści spojrzenia i trzymając ręce na mieczach, gdyż czuli, że lada chwila walka wybuchnie. Lud zaczął się gromadzić i zdaleka przypatrywał się oaléj tej scenie; a obecność tylu widzów rozdrażniała jeszcze bardziej zwaśnionych.
— Z drogi mi zaraz, ty podły kupcze, albo cię nauczę uszanowania dla szlachty!
-To kłamstwo, nigdy podłym nie byłem.
— Sam kłamiesz mówiąc, że ja kłamię! A gdybyś był szlachcicem, dowiódłbym ci zaraz ot tym moim mieczem, że ty kłamcą jesteś, ty!
— Bardzo to wygodna wymówka dla tchórzów, którzy się boją czynem poprzeć obelżywe wyrazy!
— Chłopcy, zaraz mi do błota wrzucić tego łotra! — zawołał szlachcic, zwracając się do swoich brawów.
— Ho, ho! zobaczymy! — odrzekł Ludwik, cofając się o jeden krok i kładąc rękę na szabli.
— Zuchwalcze! — krzyknął wściekły z gniewu szlachcic, dobywając miecza-. — zuchwalcze, zabiję cię tym mieczem, a potem go złamię, gdy już krwią twoją podlą się splami!
I rzucili się na siebie, a brawi pośpieszyli na pomoc swym panom. Walka była nierówną, najprzód dlatego, że po jednej stronie więcej było ludzi, a powtóre, iż Ludwik nie chcąc nastawać na życie przeciwnika starał się tylko razy odbijać i broń mu z ręki wytrącić; napastnik zaś przeciwnie chciał jego śmierci za jakąbądź cenęJuż Ludwik został silnie w lewą rękę raniony przez brawa i poli

ROZDZIAŁ IV.
63
czek miał także draśnięty, a główny napastnik coraz wścieklej nacierał i zdawało się, że lada’ chwila położy go trupem, gdy Krzysztof, widząc pana w tak strasznem niebezpieczeństwie, nagle z podniesionym sztyletem rzucił się na szlachcica. Ten, zwracając cały swój gniew na Krzysztofa, odrazu przeszył go na wylot. Na tak okropny widok, Ludwik, nie wiedząc już prawie, co czyni, cały swój miecz utopił w brzuchu przeciwnika, który w tejże chwili z jękiem padł na ziemię, tuż obok wiernego sługi. Brawi szlachcica, widząc, że już wszystko skończone, z przestrachem, w różne rozbiegli się strony; brawi Ludwika, pokiereszowani i zbici porządnie nie mając tu nic więcej do roboty i nie chcąc w tak pięknym stanie znaleźć się wśród tłumu, aby nie ściągnąć jakiejś przykrości na siebie, również z placu umknęli. Ludwik pozostał sam, mając h nóg dwu konających ludzi, a dokoła tłum ciekawych, którzy zewsząd zaczęli nadbiegać.
— Co to jest, co się stało? — Jeden, drugi! — Toż go poczęstował! — Kto został zabity? — Ten, teu, wielmożny. — O! Matko Boska, to ci sprawa nielada! — Sam sobie winien. — Kto szuka, ten znajdzie. — Choć raz dostał za swoje, dobrze mu tak! — Teraz Jhż dokazywać nie będzie! — Ależ go pchnął! W sam środek jhzucha! — Będzie z tego nielada historya! — A tenże drugi biedak? — Mój Boże, mój Boże, cóż za straszny widok! — Patrzcie, ale i ten, ten co stoi, także ledwie się trzyma na nogach. — watujcie go, ratujcie! Cały we krwi, cały w ranach.
— Niech pan ucieka, niech pan ucieka! — Prędzej, prędzej, beki czas jeszcze!
Te ostatnie wyrazy coraz częściej, coraz głośniej dawały się słyszeć w tłumie, świadcząc jasno o życzeniu ogółu; a z radą Przyszła też i pomoc. Nieopodal znajdował się klasztor kapucynów, schronienie, jak to już wie każdy, niedostępne dla siepaczy, ani dla tego wszystkiego, co wówczas nazywało się prawem i sprawiedliwością. Ranionego zabójcę, nawpół zemdlonego, lud na ach prawie tam zaniósł, oddał go zakonnikom, prosząc dlań bił°Sl<liw^ °Piekę i mówiąc: — to dobry, miłosierny człowiek, zą przed chwilą dumnego łotra, ale nie jego w tem — wina, został
napm nięty, musiał się bronić, zmuszono go niemal do tego.
. t. p1 aigdy jeszcze dotąd krwi nie przelał, a chociaż zabójtwa tak się często w owe czasy zdarzały, iż każdy patrzył na nie, jak Ua rzecz bardzo zwyczajną; jednak widok człowieka, który jadł z jego lę i, przeraził go strasznie i wywołał w nim cały tłum ziwnych, nowych, nieznanych mu uczuć. Gdy nieprzyjaciel runął. ziemię, a na jego twarzy, przed chwilą jeszcze pełnej nienawiści gniewu, rozlał się nagle głęboki, poważny spokój śmierci, w duszy

NARZECZENI.
C4
zabójcy dokonał się odrazu przewrót olbrzymi. Bez czucia prawie dostał się do klasztoru, nie pojmując, co się z nim dzieje, a gdy po pewnym czasie powrócił do zmysłów, znalazł się w szpitalu, na łóżku, w rękach zakonnika chirurga, który mu opatrywał ranę (kapucyni zwykle w każdym klasztorze mieli jednego chirurga). Inny zakonnik, którego obowiązkiem było spowiadać konających i który nieraz już oddawał tę ostatnią posługę ludziom na środku ulicy, został natychmiast wysłany na miejsce walki. Gdy po upływie kilku minut stamtąd powrócił, udał się zaraz do szpitala i zbliżając się do łóżka, na którem leżał Ludwik: — pociesz się, synu, — rzekł — człowiek ten umarł przynajmniej jak dobry chrześcijanin, kazał powiedzieć, że ci z całego serca przebacza i że prosi, abyś i ty mu przebaczył. — Wyrazy te do reszty wróciły Ludwikowi przytomność, jasno i żywo wszystko sobie przypomniał; uczuł żal niezmierny z powodu straty przyjaciela, zgryzotę i przestrach na myśl, iż zabił człowieka, iż nie zdołał się pohamować, i litość, litość pełną boleści dla tego, który poległ z jego ręki.
— Ą ów drugi biedak? — spytał z niepokojem zakonnika.
— Ów drugi nie żył już, kiedy przyszedłem.
Tymczasem dokoła klasztoru i w jego pobliżu roiły się krocie ciekawego ludu; lecz nadszedł oddział siepaczy, tłum rozpędził i stanął w pewnej odległości od drzwi klasztornych, tak jednak, aby módz widzióć każdego, kto w nich się ukaże. Wkrótce potem zjawili się też, wuj zabitego, dwaj jego kuzyni, jego brat w wielkim orszaku irawów, wszyscy uzbrojeni od stóp do głów i zaczęli krążyć dokoła klasztoru, poglądając z wyrazem groźby i pogardy na resztki owych ciekawych, którzy jeszcze się tu znajdowali i, chociaż nie odważali się powiedzieć: — dobrze mu tak, dawno już mu się to należało: — mieli jednak owę myśl jasno wypisaną na twarzach.
Skoro tylko Ludwik zdołał się nieco uspokoić, zaraz wezwał do siebie spowiednika i w gorących wyrazach błagał go, aby zechciał się udać do żony Krzysztofa, wyjednał u niej przebaczenie dla niego za to, iż, choć nie z własnej winy, stał się jednak przyczyną śmierci jej męża i powiedział jej, że on bierze na siebie zapewnienie losu całej rodziny nieboszczyka. Potem zaczął myśleć nad swem poło’ żeniem, uczuł, że w duszy jego z nową siłą budzi się pragnieniu wstąpienia do zakonu; zdało mu się, iż sam Bóg tę mu drogę wska’ zuje,“ pozwalając mu znaleźć przytułek w klasztorze w tak strasznej chwili jego życia; chciał odpokutować za swą zbrodnię; i po godzinie namysłu postanowił spełnić swój zamiar bezzwłocznie. zał prosić do siebie ojca gwardyana i objawił mu swoje życzeniuOjciec gwardyau odpowiedział na to, że nie należy iść za pierwszy popędem, że trzeba strzedz się tak prędkich postanowień, że wsW

ROZDZIAŁ IV.
65
nie
n
iziny,
tylko od nich
°jego szczerym ^’szyscy powinni an Wości jrż sie s
pienie do zakonu jest rzeczą tak ważną, iż potrzebuje głębokiego zastanowienia, lecz, że ostatecznie, jeżeli przez czas dłuższy wytrwa w swych zamiarach, zostanie z pewnością przyjęty. Wówczas, przywoławszy rejenta, sporządził akt darowizny całego swego masztofa > byJ’t0 >eszcze Pi(Jkny majątek) na korzyść rodziny Krzynieni ’ 10zP01’z34zając “i® w ten sposób, iż wdowie znaczną kwotę P mężną wyznaczył, a resztę podzielił między ośmioro dzieci nieboszczyka.
, Postanowienie Ludwika niezmiernie było na rękę zakonnikom, z jego powodu znaleźli się w bardzo draźliwem położeniu.
Odmówić mu gościnności, przez to narazić go na prześladowanie ze strony sprawiedliwości, to jest na zemstę jego wrogów; o tem nawet myśleć nie chcieli. Znaczyłoby to zrzec się dobrowolnie swoich Przywilejów, stracić wiarę u ludu, ściągnąć na siebie naganę kapucynów całego świata za to, iż naruszają przynależne im prawo, narazić sobie wszystkie władze duchowne, które uważały siebie za opiekunów tego prawa. Z innej zaś strony wiedzieli dobrze, że ^ozina zabitego, mająca wielkie znaczenie i licznych stronników y, kraju, postanowiła się zemścić i objawiła, że każdego, kto przed słusznym gniewem zechce zasłaniać zabójcę, będzie uważała za sobistego wroga. Wprawdzie, historya nic o tem nie mówi, czy ardzo cierpieli nad śmiercią zabitego i czy choć jedna łezka wyaną została z tego powodu: powiada tylko, iż wszyscy zapłonęli ^’aszną nienawiścią do zabójcy i chcieli, bądź co bądź, dostać go.^.swoje ręce. Otóż Ludwik, przywdziewając habit, odrazu całej Przykrój sprawie nadawał inny kierunek, odrazu załagadzał szystko. Spełniał pewien rodzaj zadośćuczynienia, nakładał na? pokutę, przyznawał się poniekąd do winy, nie usiłował się ^°aić, słowem stawał się nieprzyjacielem, który broń składa.
ouzina zmarłego mogła nawet, jeżeli tylko miała ochotę, wierzyć z ob Sama. ’ rozgłaszać po świecie, że Ludwik wstąpił do zakonu wyzu^y gniewu. W każdym razie doprowadzenie człowieka do boso, do Slę — ze sweg° mienia, do ogolenia sobie głowy, do chodzenia się karą ^P^nia na sienniku i do życia z jałmużny, mogło wydać
Ojciec°gW’Wie^’ nawet dla najbardziej zaciętego wroga.
-de pozbawiona dyan u<^ brata zakiteg° magnata i z pokorą cunkn. kt.órv caie^nak godności, po zapewnieniu go o wielkim szai,....’, v i’“„o klasztor żywi dla tak godnej i wielmożnej
J ’ gotowości do służenia jej we wszystkiem, powiedział mu o postanowieniu Ludwika,!ając zręcznie do poznania, iż, jak sądził,
P ’. zadowoleni, że w ten sposób sprawie“> i j — zcze zgrabniej, i jeszcze z większą

66
NARZECZENI.
pokorą dowiódł czarno na białem, że czy się to mu podoba, czy nie podoba, rzecz już jest skończona i wypada z nią się pogodzić. Brat zmarłego wpadł w gniew okropny, który kapucyn wziął niby za objaw rozpaczy, tak iż co chwila powtarzał: słuszna, bardzo słu
szna, bardzo słuszna boleść, pojmuję ją doskonale. Potém objawił, iż jego rodzina i teraz nawet potrafi ukarać winnego, na co już kapucyn nic nie odpowiedział; w ostatku zażądał, aby zabójca jego brata natychmiast się z miasta wydalił. Ojciec gwardyan, który już naprzód to postanowił, powiedział, iż rzecz ta da się zrobić, pozwalając w ten sposób, aby pan wielmożny wyobrażał sobie, że zakon czyni to na jego życzenie. Wszystko więc składało się wybornie: zadowolona była rodzina zmarłego, bo z tej sprawy wychodziła z honorem; zadowoleni zakonnicy, bo ratując człowieka i swe przywileje, nie narazili się jednak nikomu; zadowolona szlachta, bo widziała sprawę takiej wagi zakończoną chwalebnie; zadowolony lud, bo mu się udało wyciągnąć z biedy człowieka, którego kochał, i podziwiać i zachwycać się jednocześnie tak cudownem jego nawróceniem się do Boga; i wreszcie, zadowolony najbardziej ze wszystkich sam Ludwik, rozpoczynający nowy żywot pełen pokuty i umartwienia, który, jeżeli nie mógł już naprawić, to przynajmniej zmniejszał jego przestępstwo i łagodził, choć w części, gorzkie wyrzuty sumienia. Myśl, że jego postanowienie będą przypisywać tchórzostwu, smuciła go z razu, lecz wkrótce pocieszył się tem, że i ów sąd niesprawiedliwy powinien znieść cierpliwie, jako karę za swą straszną winę. Tak więc, w trzydziestym roku życia, przywdział habit, a ponieważ, stosownie do przepisów zakonu, musiał się wyrzec imienia, pod którem dotąd znany był w świecie, i zamienić go na inne, wybrał sobie imię Krzysztofa, aby mu co chwila przypominało czyn, za który miał pokutować.
Po dopełnieniu obrzędu obłóczyn, ojciec gwardyan oświadczył mu, że czas nowicyatu spędzi w ***, miejscowości odległej o mil sześćdziesiąt, i że jutro wyruszy już w drogę. Nowicyusz z pokorą czoło pochylił i rzekł: — Wielebny ojcze, niech mi wolno będzie prosić o pewną łaskę dla siebie. Oto, przed opuszczeniem tego miasta, w którem krew ludzką przelałem, w którem pozostawiam rodzinę obrażoną śmiertelnie, chciałbym przynajmniej ją przeprosić, wykazać jej całą boleść, którą czuję z powodu, iż nie mogę winy mej naprawić, i błagać brata zabitego przeze mnie człowieka, aby się ulitował, aby mi z całego serca przebaczył. Może Bóg w nieograniczonej dobroci zechce mi swą łaską dopomódz, może przebaczenie wyżebrzę. — Ojciec gwardyan zaraz sobie pomyślał, iż krok ten, już sam przez się chwalebny, mógł jeszcze posłużyć do zupełnego pojednania możnej rodziny z zakonem; to też nie tracąc czasu poszedł natych

EOZDZJAŁ IV.
67
miast do brata zmarłego, aby mu prośbę Krzysztofa przedstawić. Na tak niespodzianą, wiadomość, krew zawrzała w dumnym magnacie, a jednak uczuł pewien rodzaj zadowolenia. Po chwilowym namyśle rzekł: — niech przyjdzie jutro — i naznaczył godzinę. Gwardyan wrócił niosąc nowicyuszowi tak pożądaną nowinę.
Magnat zrozumiał odrazu, że takie zadosyćuczynienie, im głośniej i uroczyściej się odbędzie, tem więcej zyska na tem jego osobiste znaczenie wśród krewnych i całej okolicznej szlachty,.i że pod pewnym względem będzie ono stanowić świetną kartę w dziejach jego rodu. Rozesłał natychmiast gońców do wszystkich krewnych, zapraszając ich na dzień następny do siebie, w celu wysłuchania uroczystych przeprosin zabójcy jego brata. Nazajutrz, w południe, w całym pałacu roiło się od szlachty różnej płci i wieku; pełno tu było szerokich płaszczów rycerskich, wspaniałych pióropuszów, bogatych łańcuchów, wielkich krez i szumiących, powłóczystych sukien. Przedpokoje, dziedziniec, a nawet znaczną część ulicy zalegał tłum paziów, brawów i ciekawych mieszczan. Brat Krzysztof, zbliżając się do pałacu, spostrzegł te przygotowania, odgadł ich znaczenie i doznał przykrego uczucia; ale na chwilę tylko, gdyż zaraz sobie powiedział: — tak być powinno: zabiłem go publicznie, wobec tylu jego wrogów; to była zbrodnia, teraz nastąpi pokuta. I tak, ze spuszczoną głową, w towarzystwie kapucyna, który kroczył przy jego boku, przestąpił próg owego pałacu, przeszedł przez dziedziniec wpośród tłumu, przyglądającego mu się z niezbyt grzeczną ciekawością, potem przebył schody, potem inny tłum z samej szlachty złożony, który ustępując mu z drogi z niemniejszą ciekawością przypatrywał się jego osobie i wreszcie znalazł się przed bratem zamordowanego. Dumny pan oczekiwał nań w środku sali w gronie najbliższej rodziny; stał z głową podniesioną do góry, choć oczy jego w ziemię patrzyły, lewą rękę oparł na szabli, a prawą przytrzymywał na piersiach koniec płaszcza, który na ramię zarzucił.
Zdarza się czasem, iż nie tylko twarz, ale cała postać człowieka i®st takiem potężuem odbiciem, takiem objawieniem się jego duszy, ze nawet wielki tłum widzów jednomyślnie zgadnie uczucie, które tej chwili ożywia. Oblicze i postawa brata Krzysztofa mówiła, °taczającym, iż nie z obawy gniewu ludzkiego przywdział sukienkę zakonną i poddał się temu upokorzeniu: wszyscy to nagle sPosto’zeł=ł gospodarza domu, przyśpieszył kroku, ukląkł przed nim, ręce skrzyżował na piersiach i pochylając ogoloną głowę rzeki: panje! jestem zabójcą twego brata. Bóg mi świad
kiem, iż oddałbym życie za to, aby go tobie powrócić, lecz nie mogąc tego uczynić, pozostaje mi tylko żałować gorzko za popełnioną

NARZECZENI.
f, 8
zbrodnię i błagać ciebie, abyś mi dla miłości Chrystusa przebaczył. — Cezy wszystkich były zwrócone na nowieyusza i na człowieka, do którego mówił; w sali panowała cisza głęboka. Gdy umilkł brat Krzysztof, między obecnemi powstał szmer wyrażający uwielbienie i litość. Szlachcic, w którego całej postawie znać było dotąd przymus i gniew z trudnością tłumiony, po tej przemowie nagle się zmieszał i pochylając się nad klęczącym rzekł głosem zmienionym: — proszę wstać... doprawdy... obrażony... rzecz ta na prawdę... lecz już ta suknia duchowna... i nie tylko dlatego, ale także ze względu na osobę... bracie... ojcze, proszę, bardzo proszę, abyś powstał... Mój brat... nie mogę temu zaprzeczyć... był człowiekiem... trochę... trochę zanadto żywym. Lecz wszystko, co się dzieje, z woli boskiej pochodzi. Niech to pójdzie w zapomnienie... Ależ ojcze, osoba duchowna nie powinna tak na klęczkach pozostawać przed... — I ujął go za obie ręce i zmusił do powstania. Brat Krzysztof stojąc przed nim, lecz zawsze ze spuszczoną głową odpowiedział: — Więc mogę mićć nadzieję, iż przebaczenie otrzymam! A skoro pan mi przebaczysz, może mi i inni, może mi i sam Bóg przebaczy. O, gdybym z ust twoich mógł usłyszćć ten wyraz!
— Przebaczyć? — powiedział szlachcic. — Ależ ojcze, nie potrzebujesz już tego. Zresztą, jeżeli takiem jest twoje życzenie, to powiem, iż przebaczam ci z całej duszy, z całego serca i że wszyscy...
— Tak, wszyscy, wszyscy! — zawołali zgodnie obecni. Twarz zakonnika zajaśniała niewymowną radością, lecz i ta radość nie zdołała zatrzeć wyrazu pokory, boleści i żalu za owę winę, któréj już żadne ludzkie przebaczenie zagładzić nie mogło. Szlachcic dostrzegł ten wyraz i nie mogąc już dłużej zapanować nad wzruszeniem, które w tej chwili ogarnęło wszystkich, zarzucił ręce na szyję nowieyusza i obaj zamienili z sobą pocałunek zgody.
— Dobrze! ślicznie! — ozwały się głosy ze wszystkich stron sali; powstał ruch między zebranemi, wszyscy cisnęli się do zakonnika, otaczając go kołem. Tymczasem weszła służba, niosąc na tacach przysmaki i różne napoje. Gospodarz domu zbliżył się do Krzysztofa, który już się do wyjścia zabierał, i rzekł: — Ojcze, nie czyń mi tej krzywdy, przekąś choć cokolwiek; daj mi ten dowód przyjaźni. — I sam, pomijając innych gości, chciał go najpierwszego częstować; lecz zakonnik cofnął się o krok jeden i powiedział stanowczo, choć z uśmiechem: — te rzeczy już nie dla mnie. Jednak, skoro mi wolno z twoich darów korzystać, to będę cię prosił, panie, o inną łaskę. Puszczam się w drogę; każ mi przynieść bochen chleba, abym mógł powiedzieć, że zaznałem twego miłosierdzia, że

ROZDZIAŁ IV.
63
jadłem twój chleb; abym mógł unieść z sobą ten dowód twego przebaczenia. — Szlachcic wzruszony do głębi rozkazał spełnić to życzenie; i po chwili zjawił się służący w stroju galowym, niosąc na srebrnej tacy bochenek chleba, który podał zakonnikowi; zakonnik wziął chleb, podziękował i włożył go do swojej koszałki, poczem raz jeszcze uścisnąwszy gospodarza i wszystkich tych, którzy choć na chwilkę mogli się do niego docisnąć, z niemałym trudem wydostał się z sali. W przedpokoju i na schodach musiał sobie drogę torować wśród służby a nawet brawóu;, którzy całowali kraj jego szaty, sznurek i kaptur habitu, i wreszcie znalazł się na ulicy w tłumie rozrzewnionego ludu, który niosąc go w tryumfie odprowadził aż do jednej z bram miejskich. Stąd już rozpoczął swą pieszą pielgrzymkę do miejsca, w którem, z rozkazu ojca gwardyana, miał nowicyat odbywać.
Brat zabitego i wszyscy jego krewni, którzy spodziewali się w dniu tym zaznać niemałéj uciechy z powodu upokorzenia bliźniego, zostali natomiast napełnieni czystą radością, mającą swe źródło jedynie w miłości i przebaczeniu. To odejściu zakonnika, goście jeszcze przez czas pewien pozostawali w pałacu, rozmawiając z niezwykłą serdecznością i zgodą o rzeczach, o których zrana ani im się nawet śniło. Zamiast mówić, jak zwykle, o zatargach z innemi magnackiemi domami, o pomszczonych obrazach, o wygranych zakładach, o sprawach honoru, mówili teraz o szlachetności i pokorze nowieyusza, o zgodzie, braterstwie, o darowywaniu uraz. A niejeden, który w zwykłych warunkach opowiedziałby zebranym po raz już pięćdziesiąty o tem naprzykład, jak książę Mucyusz, jego ojciec, Potrafił zalać za skórę markizowi Stanisławowi, w czasie tej tak Pamiętnej kłótni, która między niemi wybuchła z powodu i t. d., i t. d., teraz przeciwnie, opowiadał o pokorze i anielskiej cierpliwości pewnego zakonnika, imieniem Szymon, który nie żył już od lat j^ielu. Gdy już się goście rozeszli, gospodarz, który nie zdołał iszczę ochłonąć całkowicie ze wzruszenia, zaczął zastanawiać się llad tem, co mówił zakonnik i przypominać sobie własne swe wyrazy, a zdziwiony niepomału całym obrotem tej sprawy mruczał od czasu czasu pod nosem: — no proszę, to dyabeł z tego mnicha! — pesteśmy zmuszeni powtórzyć tu jego słowa bez żadnej zmiany) — dyabeł, dopiero! Gdyby tak jeszcze przez czas pewien na klęczkach przede mną pozostał, gotów byłbym sam go przepraszać, przesuszać za to, że mi zabił bratał — Nasz rękopism czyni jeszcze zmiankę o tem, iż w dalszem swem życiu wielmożny pan okazywał już nieco więcej rozwagi, nie tak licznych jak przedtem do
puszczał się nadużyć i wogóle stał się bardziej ludzkim.
Tymczasem brat Krzysztof opuściwszy miasto szedł na miejsce

70
NARZECZENI.
swego przeznaczenia, czując w duszy taki spokój, jakiego jeszcze nie zaznał od chwili spełnienia strasznej zbrodni, na odpokutowanie której całe swe życie poświęcał. Zatopiony w myślach o owych trudach, umartwieniach i upokorzeniach, które go w nowym zawodzie czekały i które miały przynieść ulgę jego sumieniu, bezwiednie niemal stosował się do przepisu, nakazującego milczenie nowicyuszom. Gdy już uczuł głód i potrzebę wypoczynku, zatrzymał się u pewnego dobrodzieja zakonu, wyjął ów chleb zgody, z jakąś niewymowną rozkoszą spożył zeń kawałek, a resztę odłożył do koszałki, aby ją zachować na wieczną pamiątkę.
Nie jest moim zamiarem opisywać tu cały przebieg jego życia w zakonie, powiem tylko, że pełniąc z największą gorliwością i z całem oddaniem się te obowiązki, które mu powierzano zazwyczaj, to jest: kazanie po kościołach, doglądanie chorych i spowiadanie umierających, nie zaniedbywał nigdy skorzystać z każdej nadarzającej się sposobności, aby pełnić dwie inne jeszcze powinności, które sam na siebie nałożył: godzić zwaśnionych i opiekować się uciśnionemi. Niemało się przyczyniły do tego, choć sam nawet o tem nie wiedział, owe resztki usposobień rycerskich, których ani umartwienia, ani pokora nie mogły całkowicie wytępić. Wyrażał się zwykle z wielką skromnością, prostotą i powagą, lecz wówczas, gdy chodziło o bronienie praw pokrzywdzonego, lub o wykazanie czyjejś niewinności, stawał się nagle innym człowiekiem, odzyskiwał całą swą dawniejszą energię, a mowa jego, która nabrała dziwnej siły i wyrazistości przez to, iż kazał tak często, brzmiała rroczystem natchnieniem. Jego twarz, jego cała postać świadczyły jasno o długiej walce, która się w nim staczać musiała pomiędzy ognistym, silnym, wrażliwym temperamentem a wolą niezłomną, zawsze zwycięską, zawsze czujną i posłuszną wzniosłym, szlachetnym pobudkom. Pewien kapucyn, jego wielki przyjaciel, powiedział o nim kiedyś, iż jest jak owe wyrazy zanadto dosadne w zwykłej swej formie, które wymykają się jednak ludziom, nawet dobrze wychowanym, w chwilach silnego rozdrażnienia i które, choć są wymawiane półgębkiem, przez zęby i ze zmianą niektórych głosek, zawsze jednak muszą wiele zachować ze swej dobitności pierwotnéj.
Gdyby jakaś biedaczka, o któréj istnieniu nawet dotychczas nie wiedział, zażądała jego pomocy, ojciec Krzysztof natychmiast-by do niej pośpieszył. A cóż dopiero skoro chodziło o Łucyę, której był spowiednikiem, której niewinność i skromność uwielbiał, dla której już od dni kilku obawiał się groźnych niebezpieczeństw z powodu owego niecnego prześladowania jej przez don Rodriga. Obawiał się również, aby jego rada co do zachowywania milczenia

BOZDZIAŁ V.
71
w wiadomej sprawie teraz na złe Łucyi nie wyszła; tak, iż do zwykłej litości, którą w nim każde nieszczęście, dotykające bliźniego, budziło, przyłączyły się jeszcze w tym razie owe skrupuły, które tak często dręczą zacnych i sumiennych ludzi.
Jednakże w przeciągu tego czasu, który poświęciliśmy na zabranie z nim bliższej znajomości, ojciec Krzysztof znalazł się u celu podroży, otworzył drzwi, a kobiety, wypuszczając z rąk kłąbki jedwabiu, który w tej chwili zwijały, zawołały razem: — Ach, ojcze Krzysztofie, niech cię Bóg błogosławi za to, żeś do nas pośpieszył!
ROZDZIAŁ V.
Ojciec Krzysztof zatrzymał się na progu, a spojrzawszy na obie kobiety, odgadł zaraz, że go nie zawiodły przeczucia. A więc? — powiedział, zwolna głowę podnosząc, głosem w którym czuć było, iż nie spodziewa się usłyszeć nic pomyślnego. Łueya, za całą odpowiedź, tylko płaczem wybuchła. Matka zaczęła przepraszać, iż się odważyły... lecz zakonnik wszedł do pokoju i, siadając na stoiku ° trzech nogach, przerwał jej mowę, zwracając się z temi słowy do Łucyi: — uspokój się, biedne dziecię. A wy — rzekł do Agnieszki — powiedzcie mi, co się stało. — W czasie, gdy poczciwa kobieta, jak mogła najlepiej i ze wszelkiemi szczegółami, opowiadała bolesną przygodę, zakonnik to nogą tupał zlekka, to wargę przygryzał, to oczy wznosił do nieba, przyczem twarz jego ciągle się mieniła. Gdy Agnieszka już mówić przestała, ukrył twarz w dłoniach i zawołał: — O wielki Bożel I dopókiż to!.. — Ale nie skończył swej myśli i zwracając się do kobiet: — biedne wy, biedne — powiedział — Bóg was ciężko nawiedził. Biedna Łueya!
— Nie opuścisz nas, ojcze? — łkając rzekła dziewczyna.
— Ja, miałbym was opuścić? — odpowiedział zakonnik — A jakiemże czołem śmiałbym prosić Boga o jakąś łaskę dla siebie, gdybym was opuścił w tak wielkiej potrzebie! w takiem nieszczęściu! tras, których On mojéj pieczy powierzył! Nie traćcie odwagi; On ^am dopomoże: On wszystko widzi; On może wybrać za narzę*‘e swej sprawiedliwości nawet tak nędznego robaka, jakim ja je“tem, aby upokorzyć takiego... Zaraz, trzeba zobaczyć, pomyśleć,
Stanowić się nad tem, jakby tu sobie najlepiej poradzić.
I wsparł łokieć lewej ręki na kolanie, twarz na dłoń pochylił,

72
NARZECZENI.
prawą ręką ujął białą brodę, jakby po to, aby lepiej zebrać i zjednoczyć wszystkie siły swej duszy. Ale i najbardziej głęboka rozwaga do tego jedynie wyniku mogła go doprowadzić, iż owa sprawa była nad wszelki wyraz zawikłaną i trudną, że trzeba było jaknajśpieszniej na nią radę wynaleść i że wszystkie środki, któremi mógł rozporządzać, były niezmiernie błahe, słabe, niebezpieczne i niepewne. Zawstydzić don Abbondia i starać mu się dowieść, jak dalece wykroczył przeciwko swym obowiązkom? Lecz cóż znaczą dla niego wstyd i obowiązek, wówczas, gdy się lęka ożycie? Zastraszyć go również? Lecz czem? Co może dorównać obawie zostania zabitym? Zawiadomić o wszystkiem kardynała arcybiskupa i od niego żądać pomocy? Na to wiele czasu potrzeba: a tu tymczasem? a zresztą?... Gdyby nawet ta nieszczęśliwa dziewczyna i wyszła za mąż, czyżby człowiek, który ją dziś prześladuje, dlatego o niej myślćć zaprzestał? Kto wie jak daleko może się posunąć... A opór mu stawić? W jaki sposób? O! gdybym mógł — myślał biedny zakonnik — gdybym mógł zapewnić sobie pomoc kapucynów tutejszych, kapucynów z Medyolanu, całego zakonu 1 Lecz nie jest-to sprawa zwyczajna; w tym razie nie pomogliby mi zakonnicy; brawi don Rodriga tak często doznawali przytułku w klasztorze. Zostałbym sam, bez żadnej pomocy; jeszcze-by mię posądzono... powiedzianoby, żem intrygant, że wichrzę w okolicy, że w niepotrzebne sprawy się wdaję! A co jeszcze gorsza, jakimś krokiem nierozważnym, jakiemś przedsięwzięciem, któreby się nie udało, mógłbym przyśpieszyć nieszczęście, zgubić ostatecznie tę biedaczkę. W końcu, zważywszy wszystkie okoliczności téj tak trudnej sprawy, uznał za najlepsze udać się do don Rodriga i błagać go o to, aby swych niecnych zamiarów zaniechał, a nawet, gdyby nie pomogły prośby, zagrozić mu karą bożą w życiu przyszłem.
W czasie, gdy zakonnik był pogrążony w głębokiej zadumie, Renzo, którego tak liczne i tak łatwe do odgadnięcia powody do tego domu ciągnęły, zjawił się we drzwiach; lecz widząc zamyślonego ojca Krzysztofa i kobiety, które dawały mu znaki, aby nie przeszkadzał, zatrzymał się w progu. Ojciec Krzysztof, podnosząc głowę w celach zawiadomienia kobiet o swem postanowieniu, spostrzegł go i powitał ze zwykłą życzliwością, którą jeszcze litość w tej chwili zwiększała.
— Ojcze... czy już ci mówiła? — spytał Renzo głosem wzruszonym.
— Ach, wiem o wszystkiem: i dlatego tu jestem.
— I cóż ojciec powie o tym łotrze?
— A cóż chcesz, żebym o nim powiedział? Jego tu niema, tego, coby powiedział usłyszeć nie może, a więc na cóżby się to

ROZDZIAŁ V.
73
zdało? Powiem tobie, mój Renzo, abyś w Bogu zaufał, a On cię nie opuści.
— Ach, ojcze! — zawołał Renzo — święte twoje słowa. Nie jesteś z tych, którzy chcą, aby zawsze i we wszystkiem biedak był winien. Ale nasz ksiądz proboszcz i ten, ten doktór, adwokat szanowny....
— Nie powinieneś mówić o rzeczach, które cię niepotrzebnie tylko mogą rozdrażniać. Ja jestem ubogim zakonnikiem; lecz, Powtarzam ci to, com już poprzednio tym kobietom powiedział, lż zrobię wszystko, co ode mnie zależy, aby wam dopomódz. Wprawdzie....
— O, bo też ojciec Krzysztof nie jest takim, jak zwykli niby iJ1’zyjaciele na świecie! Moi naprzykład! Tak mnie kochali! Trzeba było ich słyszeć, jak nieraz oświadczali się z gotowością ^użenia mi w potrzebie! Zdawało się, że samegoby się czarta nie zJękli. Gdybym przypadkiem miał mieć kiedy jakiego nieprzyja«ela... ho, ho!... dość, abym im o tem powiedział; a pewnie, nieyPgo jużby chodził po świecie!... A dziś, a teraz, żeby ojciec wiUziął, jak się wszyscy odstrychnęli... — Domawiając tych wyrazów spojrzał na zakonnika i dostrzegł nagle, iż twarz jego dziwnie się Za?nmurzyła; a czując, iż powiedział to, o czem-by należało zamilwta ’ starał się błąd swÓj naprawić, i plącząc się coraz bardziej podzićdał: “7 to Jest chlałem powiedzieć, nie chcę przez to powie-
to jest chciałem tylko powiedzieć... i w^vC°.chciałeś powiedzieć? Co? Zacząłeś psuć całą sprawę nać! nioje plany, przedtem jeszcze, nim je zdołałem wyko-
za j wiodłeś się na przyjaciołach! To dobrze, że w porę. Co nawet aClóle? Jac^ Przyjaciele?-.A mogliżby oni tobie dopomódz A tv c.ŁZas> eW ci dopomagać chcieli! W jaki sposób? Nie w’’ 1Ce.Sz stracić Tego Jedynego, który chce i może to zrobić, kia i — lesz‘ze’ iż Bóg jest przyjacielem nieszczęśliwych, którzy poKiauają w nim ufność? Nie wiesz, że słabemu na nic się nie zdało nastawiać pazury? A gdyby nawet... (W tej chwili, chwycił sunie Renza za ramię; cała jego postać nie tracąc powagi nabrała wyrazu wielkiej boleści, oczy się na dół spuściły, głos stał się Remi010117 Jakiś’ głuchy): — a gdyby nawet... o, to rzecz straszna!... h /°, cł}cesz mi zaufać?... co mówię, mnie, robakowi, nędznemu położyć?°ZemU“’ Chcesz ty zaufać Bogu, w Nim całą swą nadzieję
— Ach, tak! rzekł Renzo — ten jest Pan nad Pany.
więc dobrze; przyrzeknij mi, że nie będziesz się starał
o pomszczenie swej krzywdyf przyrzeknij, że zachowasz sięlpokoj, ze mnie będziesz słuchał we wszystkiem.

Ii
NARZECZENI.
— Przyrzekam.
Łueya odetchnęła głęboko, jak gdyby z piersi jej spadł jakiś ciężar; a Agnieszka powiedziała: — ot tak, to dobrze, mój synu.
— A teraz, słuchajcie mię, dzieci — rzekł ojciec Krzysztof — dziś pójdę do tego człowieka, aby z nim pomówić. Jeżeli Bóg wzruszy jego serce i da siłę moim wyrazom, to dobrze; jeżeli nie, to także dobrze, będzie to znak, że w inny jakiś sposób chce nas ratować. Wy tymczasem pozostańcie w domu, unikajcie niepotrzebnych gawęd, najlepiej byłoby, aby was nikt dziś nie widział. Wieczorem, lub najdalej jutro zrana zobaczymy się, a teraz bywajcie zdrowi. — I nie chcąc nawet słuchać wszystkich błogosławieństw i podziękowań, któremi go obsypywano, wyszedł śpiesznie. Poszedł prosto do klasztoru, dokąd zdążył jeszcze w sarnę porę dla odśpiewania sexty w chórze, potem zjadł obiad i znów puścił się w drogę, zmierzając ku legowisku owego dzikiego zwierza, którego miał zamiar ugłaskać.
Zamek don Rodriga wznosił się samotnie, jakby mała twierdza, na wierzchołku jednego z pagórków, któremi usiane jest to wybrzeże. Do tych niewielu szczegółów i ten jeszcze nasz rękopism dodaje (choć byłoby na prawdę rzeczą daleko lepszą, gdyby wprost nazwę wymienił), iż zameczek znajdował się nieco w głębi, górując nad wioską, w której mieszkali narzeczeni, i że był od niej oddalony o jakie trzy mile drogi, a od klasztoru o cztery. U stóp pagórka, od strony południa, a zatem naprost jeziora, leżało kilkanaście chałup, jakby tulących się jedna do drugiej, w których mieszkali kmiecie don Rodriga; była-to stolica i ego państwa. Chcąc poznać obyczaje i tryb życia tego państewka, dość było, chociaż raz jeden, przejść przez wioskę. W domach, w których przypadkiem drzwi stały otworem, co zresztą bardzo się rzadko zdarzało, w dolnej izbie były porozwieszane na ścianach strzelby, trąby, motyki, grabie, słomiane kapelusze, siatki i rożki do prochu, wszystko razem pomieszane w największym nieładzie. Ludzie, którzy ukazywali się na ulicy, były-to chłopy krępe, silne, o ponurem wejrzeniu, z wielkim czubem zadartym do góry i w siatkę ujętym; starcy, którzy, pomimo, iż oddawna już potracili zęby, wyglądali tak, jakby Pyzy lada zaczepce gotowi byli z wyszczerzonemi dziąsłami rzucić się na przechodnia; kobiety o męskich twarzach i ruchach, o silnych, dużych rękach, które dzielnie mogły przyjść w pomoc językowi, aby poprzeć jego wymowę; nawet w układzie i w twarzach dzieci, które się na drodze bawiły, znać było coś zuchwałego, wyzywającego, dzikiego.
Ojciec Krzysztof przeszedł przez wioskę, następnie stromą i krętą uliczką, która miała dwa murki po bokach, dostał się na

ROZDZIAŁ V.
75
wierzch pagórka i stanął na małej płaszczyźnie znajdującej się przed zameczkiem. Drzwi były zamknięte, co oznaczało, iż gospodarz zasiadł do obiadu i nie życzy sobie, aby mu kto przeszkadzał. Wąskie i małe okienka z rzadka na frontowym murze rozsiane, zawsze zamknięte staremi, znacznie przez czas uszkodzonemi, okiennicami, były jednak zaopatrzone w grube żelazne kraty; a te, które się znajdowały w dolnem piętrze, tak wysoko zaczynały się od ziemi, iz gdyby człowiek stanął innemu człowiekowi na ramionach, to wówczas dopiero mógłby do nich dosięgnąć! Dokoła panowała cisza głęboka, i przechodzeń mógłby mniemać, że to jakiś dom opuszczony, gdyby nie cztery stworzenia, dwa żywe, a dwa martwe, które obecnością swą w tem miejscu dowodziły jasno, iż zamek był zamieszkały. Dwa wielkie sępy, z których jednemu czas i wicher Wszystkie prawie już piórka wyskubał, a drugi jak widać świeżo zabity, wisiały przygwożdżone do podwojów drzwi wchodowych ze zwieszonemi głowami i rozpostartemi skrzydłami; a dwaj brawi, leżąc na dwu ławkach na prawo i na lewo od wejścia, byli umieszczeni na warcie i oczekiwali z niecierpliwością, aż ich zawołają dla spożycia resztek z pańskiego stołu. Zakonnik zatrzymał się w postawie człowieka, który jest przygotowany na długie czekanie, lecz jeden z brawów, podnosząc się z ławki, rzekł: — ojcze, proszę, bardzo proszę do zamku; tu u nas nie ma zwyczaju, aby kapucyni czekali; jesteśmy przecież przyjaciółmi zakonu; ja sam nieraz bywałem w klasztorze w pewnych chwilach, kiedy gdzieindziej niezdrowe było dla mnie powietrze, a gdyby wówczas zakonnicy drzwi mi przed nosem zamknęli... ho, ho!... źle byłoby ze mną! — Iz temi słowy ujął grube koło żelazne do drzwi przytwierdzone i silnie niem dwa razy w podwoje uderzył. Na ten odgłos ze środka odpowiedziało natychmiast zajadłe szczekanie kundlów, a w kilka chwil potem nadszedł, mrucząc coś pod nosem, stary służący, który Wszakże, spostrzegłszy zakonnika, odrazu twarz wypogodził, nisko siu się ukłonił, ręką i głosem psy uspokoił, wprowadził gościa na ciasny dziedziniec i drzwi zamknął za sobą. Następnie, wiodąc go do pokoi na dole, zaraz w pierwszym zatrzymał się na chwilę, i patrząc nań z wielkim uszanowaniem, a jednocześnie z pewnćm zdziwieniem, rzekł:
—; Czy szanowny ojciec dobrodziej nie byłby przypadkiem... tak mi się zdaje przynajmniej... czy nie jest ojcem Krzysztofem?
— A tak, właśnie nim jestem.
— Jakto, ojciec Krzysztof tu?
Jak widzicie, mój dobry człowiecze.
No, no! To już pewnie dlatego, aby komuś coś dobrego yswiadczyć. Dobrze czynić — mruczał dalej stary sługa, wiodąc

76
NARZECZENI.
zakonnika do sal przyległych, — to prawda, iż dobrze czynić można wszędzie, nawet u nas.
Przeszli jeszcze kilka ciasnych pokojów i znaleźli się przede drzwiami sali jadalnej, z której, przez zamknięte podwoje, słychać było głośny brzęk nożów, widelców, talerzy i szklanek, co jednak nie mogło dorównać strasznej wrzawie ludzkich głosów. Głosy te, z każdą chwilą stawały się silniejsze, wrzawa rosła, widać, iż musiała toczyć się jakaś ważna sprzeczka, w której każdy z obecnych starał się wszystkich innych przekrzyczeć. Zakonnik chciał się cofnąć, i właśnie prosił służącego, który za nic na to nie chciał się zgodzić, aby mu pozwolił gdzieś, w jakimś kątku doczekać się końca biesiady, gdy lokaj, śpieszący do kuchni nagle drzwi otworzył. Niejaki hrabia Attilio, który siedział naprzeciw wejścia (byłto krewny gospodarza; nie wymieniając go po imieniu, już tu raz mówiliśmy o nim), spostrzegłszy ogoloną głowę i habit i domyślając się z postawy zakonnika, że chce uciekać, — ej, ej! — zawołał, — nie umkniesz już, ojcze wielebny, prosimy, bardzo prosimy 1 — Don Rodrigo, nie odgadując jeszcze właściwego powodu tak niespodzianych odwiedzin, doznał jednak jakiegoś przykrego wrażenia i wołałby wcale zakonnika nie widzieć w tej chwili. Ale, ponieważ nierozważny hrabia Attilio tak go głośno zapraszał, więc i gospodarz był zmuszony uczynić toż samo, zwrócił się do drzwi i powtórzył: — prosimy, bardzo prosimy. — Ojciec Krzysztof wszedł, ukłonił się gospodarzowi i również ukłonem odpowiedział na powitania wszystkich obecnych.
Większość ludzi (nie mówię o wszystkich), gdy sobie chce w myśli wystawić, jak może wyglądać człowiek zacny, który ma stanąć przed nędznikiem, wyobraża go zwykle z podniesioną głową, z wejrzeniem pewnem, ze śmiałą i dobitną mową; jednak, w rzeczywistości na to, aby zacny człowiek, mógł przybrać taką postawę, wielu i wielu warunków potrzeba, o które, co prawda, dość trudno na świecie. Upraszam więc czytelników, aby się niezbyt dziwili temu, iż ojciec Krzysztof, pomimo, iż miał czyste sumienie, pomimo iż był przekonany o świętości owej sprawy, której tu bronić zamierzał, pomimo wreszcie, iż czuł wielką litość i mimowolną odrazę do osoby don Rodriga, doznał jednak pewnego zakłopotania, pomieszania, a nawet uszanowania na widok tego samego don Rodriga, który tu, w swoim domu, w swojem państwie, otoczony gronem przyjaciół i sług, doznając wszelkich oznak uszanowania, pewny swój siły i swego znaczenia, zasiadał na pierwszem miejscu u stołu z wyrazem takiéj dumy i wyniosłości na twarzy, iż spojrzawszy na nią, niejednemu mogła zamrzeć na ustach nie tylko rada, ale i prośba, nie tylko groźne napomnienie, ale nawet najlżejsza chociażby wy-

ROZDZIAŁ V.
77

?ówka. Po prawej stronie od gospodarza, siedział hrabia Attilio, Jego krewny i, dodajmy jeszcze, nieodstępny jego towarzysz w rozpuście i we wszelkich bezprawiach, których się tenże dopuszczał. Przybył on przed kilkoma dniami z Medyolanu, aby czas pewien W zameczku zabawić. Na lewo, z twarzą, napiętnowaną głębokim szacunkiem dla gospodarza, lecz w której wyrażało się również przeświadczenie o swej własnej godności, zasiadał pan sędzia, człowiek, do którego właśnie należeć musiało (gdyby tylko teorya i praktyka były jedną i tąż samą rzeczą) bronienie praw pokrzywdzonego Renza i ukaranie don Rodriga. Naprzeciw sędziego znajdował się znany już nam doktór prawa Gmatwacz-kręciel, jak go zwano powszechnie, w czarnej todze i z nosem jeszcze bardziej czerwonym, niż zwykle; dalej dwie jakieś, mniéj wybitne, podrzędniejsze figury, które zajadając smacznie, uśmiechając się, gdy gospodarz, lub który z wyżej wymienionych gości, coś dowcipnego powiedział, żadnego udziału nie brały w rozmowie.
— Krzesło dla wielebnego ojca! — rzekł don Rodrigo.
Służący natychmiast podał krzesło i zakonnik usiadł, przepraszając obecnych, że tak nie w porę przychodzi.
. — Życzyłbym — dodał po chwili, zwracając się do gospodarza
1 głosem tak cichym, że go nikt z gości nie mógł usłyszeć, — życzyłbym sobie pomówić z wielmożnym panem o pewnej sprawie, ale na cztery oczy, bez świadków.
— Dobrze, dobrze, pogadamy — odrzekł don Rodrigo — a tymczasem podajcie tu wina dla wielebnego ojca.
Zakonnik wypraszał się od wina, ale gospodarz podnosząc głos, aby zapanować nad wrzawą, która znów powstała: — nie, nie — Zawołał — do kroćset... nie czyń mi téj krzywdy, ojcze; na to nie Pozwolę, aby kapucyn w moim domu nie miał mego wina skosztować! Musisz pić, ojcze, musisz! — Te wyrazy ogólny śmiech wywołały i przerwały na chwilę spór, który się toczył z takiem ożywieniem. Służący, niosąc na tacy flaszę z winem i wielki puhar, zbliżył się do zakonnika, który nie chcąc dłużej opierać się tak na^‘czywym naleganiom, i sądząc, że pozyska przez to względy człoleka tak mu potrzebnego w tej chwili, napełnił puhar i powoli
Ączął wino popijać.
Sty ~~ Ów sąd Tassa, któryś, szanowny panie sędzio, na poparcie ^WiJ? twierdzeń Przytoczył, na nic się tu nie zdał, przeciwnie, Poc»^czy tylko przeciwko panu — wrzeszczał hrabia Attilio, roze^ając sPÓr na nowo; — a tak bezwątpienia. Przecież ten kje Wiek mądry, ten człowiek wielki, który umiał na pamięć wszyst-
Prawa rycerskie, powiada sam, iż poseł Argantego, mający

78
NARZECZENI.
wręczyć chrześcijańskim rycerzom wyzwanie, prosił jednakże poprzednio u pobożnego księcia de Bouillon o pozwolenie...
— Ależ to — nieco mniej krzycząc odpowiadał sędzia — to jest tylko ozdoba, dodatek poetyczuy, który może być usunięty zupełnie, bez którego można się obejść wybornie, gdyż poseł z powodu swej godności, z powodu prawa narodów, jare geniium, jest osobą nietykalną; a zresztą nie szukając daleko, toż nawet i przysłowie powiada: — posła nie ścinają, ani wieszają. A przysłowia, mój panie hrabio, to mądrość narodów. Ponieważ zaś poseł nic nie powiedział w swojem własnóm imieniu, lecz przedstawił wyzwanie na piśmie...
— Ale kiedyż już pan zechce nareszcie zrozumieć, że ów poseł był osłem ostatnim, zuchwalcem, który nie znał nawet najpierwszych prawideł...
— Za pozwoleniem, łaskawi panowie — przerwał don Rodrigo, który wcale sobie nie życzył, aby sprzeczka zaszła za daleko-. — oto, niech ojciec Krzysztof te sprawę rozstrzygnie, a my wszyscy poddamy się jego sądowi.
Dobrze, wybornie 1 — zawołał hrabia Attilio, któremu wydało się rzeczą niezmiernie zabawną, kazać kapucynowi rozstrzygać kwestye rycerskie.
Sędzia, który najmocniej brał do serca tę sprawę, choć nie chętnie, przystał również na wniosek gospodarza i umilkł z taką miną, jakby chciał powiedzieć: — głupstwo, dzieciństwo 1
— Ale z tego, com słyszał dotąd, zdaje mi się — powiedział zakonnik — iż chodzi tu o rzeczy, w których ja, żadną miarą, nie potrafię być sędzią.
— Znamy się na tem; zwykłe wymówki ojców kapucynów, to tylko zbytek skromności — powiedział don Rodrigo — ale nic nie pomoże, nie wykręcisz się, ojcze dobrodzieju. E, co tam! wiemy przecież, żeś się nie urodził w kapturze i że świat dobrze cię znał kiedyś: otóż więc sprawa taka.
— Rzecz tak się ma... — — zawołał hrabia Attilio.
— Pozwól niech ja ją opowiem, kuzynie, ja opowiem lepiej, bo jest dla mnie rzeczą bardziój obojętną — przerwał mu don Rodrigo. — Zaczynam. Pewien hiszpan, szlachcic, ma się rozumieć, śle wyzwanie na pojedynek innemu szlachcicowi medyolańczykowi; poseł, nie znalazłszy go w domu, oddaje pismo jednemu z braci wyzwanego, który odczytuje pismo, dowiaduje się z niego, o co chodzi hiszpanowi i za całą odpowiedź każę posła obić kijami. Idzie więc o to...
-A, tęgo go obito! dobrze go oporządzono! co się zowie wziął

ROZDZIAŁ V.
79’
skórę! — zawołał znowu hrabia Attilio. — Było-to prawdziwe natchnienie.
— Natchnienie czartowskie... — przerwał sędzia.
— Obić posła! Osobę nietykalną! Niechże ojciec dobrodziej powie, gdzie to słyszano o takiem prawie w przepisach rycerskich?
— Tak, panie, tak! — krzyczał hrabia — to już ja powiem, ja, który się trochę muszę znać na tem. Gdyby go zbito pięściami, a, to co innego, lecz kij nie plami niczyich rąk. Nie mogę tylko zrozumieć, dlaczego szanownego sędziego tak dalece obchodzi skóra tego łotra.
— A któż tu mówi o skórze, mój panie hrabio? Hrabia przypisujesz mi takie głupstwa, o których ani mi się nawet śniło. Skóra, skóra! Ja mówię o zasadzie, nie o skórze, o prawie, o prawie narodów, jus gentium; o to mi chodzi. Bo proszę mi naprzykład z łaski swojej powiedzieć, czy owi fecyałowie, których starożytni Rzymianie posyłali do sąsiednich narodów, aby im wojnę wypowiedzieć, czy owi ludzie potrzebowali prosić o pozwolenie spełnienia swego poselstwa? Alboż proszę mi choć jednego pisarza wynaleźć, któryby czynił wzmiankę o tem, iż takiego fecyała obito?
— Co nas mogą obchodzić jacyś tam fecyałowie starożytnych Rzymian! To rzecz inna; Rzymianie byli narodem strasznie zacofanym pod tym względem; powiadam narodem zacofanym, z którego nie można brać przykładu. Lecz to wiem tylko, utrzymuję i będę utrzymywał zawsze, że podług przepisów obowiązujących dla dzisiejszego, prawdziwego, jedynego rycerstwa, każdy poseł, który szlachcicowi wręcza pismo wyzwania, nie prosząc go najprzód o pozwolenie uczynienia tego, jest zuchwalcem, łotrem, którego nie tylko można, ale nawet trzeba, trzeba obić koniecznie.
— Za pozwoleniem, niech mi pan hrabia najprzód na ten syllogizm zechce odpowiedzieć: obić bezbronnego...
— Nic nie chcę wiedzieć, nic, nic, nic.
— Ależ przepraszam, ależ proszę wysłuchać. Obić bezbronnego jest czynem zdradzieckim; atqui poseł, de quo był bez broni; ergo....
— Dosyć już, dosyć, panie sędzio.
— Jak to dosyć?
— A tak, dosyć, powiadam: co mi pan sędzia będzie tu gada!? Ozynem zdradzieckim to się nazywa, jeżeli kto rani kogoś mieczem i to w plecy, albo wystrzeli doń także w plecy: a nawet w takich razach zachodzą czasem okoliczności... ale, mniejsza już w Otóż P.rzyznaję> iż taki czyn powszechnie może się nazy-
ac zdradzieckim; lecz obić kijami jakiegoś tamhultaja! Piękna

80
NARZECZENI.
rzecz, gdyby mu jeszcze trzeba było mówić: oto widzisz te kije’-, tak jak się mówi do porządnego człowieka: dobywaj miecza. — A pan, szanowny doktorze, zamiast uśmiechać się i pokazywać mi oczyma tylko, że ze mną się zgadzasz, lepiej-byś zrobił, gdybyś swoim, tak wprawnym w gadaniu językiem, dopomógł mi do przekonania pana sędziego.
— Ja... — odrzekł zmieszany doktór — ja słucham tylko z zachwytem tej uczonej dysputy i cieszę się z całego serca, że mi losy łaskawe pozwoliły być świadkiem walki szlachetnej, która się tu toczy pomiędzy dwu tak niepospołitemi umysłami. A zresztą mnie nie przystoi wypowiadać zdania w tej sprawie: nasz czcigodny gospodarz już sędzię wyznaczył, oto wielebny ojciec miał...
— Prawda — rzekł don Rodrigo — ale jakże chcecie, aby sędzia głos zabrał, kiedy ci, których ma sądzić, krzyczą tak okropnie...
Już milczę — powiedział hrabia Attilio. — Sędzia usta zacisnął i podniósł rękę, wyrażając przez to, iż się poddaje woli gospodarza i że będzie cierpliwy.
— No, chwała Bogu! A teraz, ojcze, na ciebie kolój — rzekł don Rodrigo z jakąś żartobliwą powagą.
— Żałuję mocno, iż nie mogę spełnić życzenia szanownych panów, ale powiedziałem już, że się nie znam na podobnych rzeczach odpowiedział zakonnik, oddając puhar służącemu.
To nic nie znaczy — zawołali jednocześnie obaj krewniacy —
nic nie pomoże, czekamy wyroku.
— A więc, skoro panowie życzą sobie tego koniecznie — odrzekł zakonnik — to powiem, iż mojem zdaniem byłoby najlepiéj, aby nie istnieli ani wyzywający, ani posłowie, ani kije.
Obecni ze zdumieniem spojrzeli po sobie.
— Oho, to mi zdanie! — zawołał hrabia Attilio — bardzo przepraszam ojca dobrodzieja, ale żeby palnąć coś podobnego, trzeba chyba zupełnie, ale to zupełnie, nie znać świata.
— On nie zna świata! — rzekł don Rodrigo — co się tobie zdaje, kochany kuzynie. Zna go lepiej, niż my nawet: wszak prawda, ojcze Krzysztofie? Opowiedz, opowiedz nam, jak to tam było z tą słynną awanturą..
Zamiast odpowiedzieć na tak przyjemne zapytanie, ojciec Krzysztof w duchu tylko sobie samemu te powiedział wyrazy: — to dla ciebie, ale pamiętaj, że nie dla siebie tu jesteś, i że wszystko, co ciebie osobiście dotyka, nie należy do rzeczy.
— Być może — rzekł hrabia — — być może, ale ojciec... ojciec... jakże się nazywa?
— Ojciec Krzysztof — odpowiedziało kilka głosów razem.

ROZDZIAŁ V.
81
— Ale ojciec Krzysztof, mój szanowny kuzynie, z tą swoją Maksymą chciałby chyba cały świat do góry nogami przewrócić. Bez wyzwań! Bez kijów! A więc bywaj mi zdrów, honorze; niech dokuczają bezkarnie wszyscy hultaje! To nie zasada! Chwała Bogu jeszcze do tego nie przyszło, o, i nigdy nie przyjdzie!
Doktorze! — zawołał don Rodrigo, który wszelkich starań dokładał, aby sprzeczce inny nadać kierunek: — doktorze, kolej na ciebie! Tak wybornie umiesz się zgadzać ze zdaniem każdego i każdemu słuszność przyznawać; ciekawym, czy potrafisz również się zgodzić ze zdaniem ojca Krzysztofa?
— Prawdziwie — odrzekł doktór, zwracając się do zakonnika i trzymając widelec podniesiony w górę, — prawdziwie trudno mi pojąć, dlaczego ojciec Krzysztof, który jednocześnie jest i zakonnikiem wzorowym i człowiekiem znającym tak dobrze świeckie zwyczaje, dlaczego, powiadam, nie zastanowił się nad tém, iż jego zasada dobra, wyborna, słuszna, gdy wygłaszaną bywa z kazalnicy, tu, przytoczona w dyspucie rycerskiéj, z przeproszeniem, nic a nic nie warta. Wielebny ojciec musi przecież wiedzieć to lepiój ode mnie, iż każda rzecz jest dobrą na swojem miejscu; i sądzę, że w obecnym wypadku, był-to tylko żart z jego strony, w celu nie wypowiedzenia tego, co myślał na prawdę.
I jakąż można było dać odpowiedź na rozumowania, oparte na tak odwiecznéj, a jednak zawsze nowéj prawdzie? Żadnej: i tak też uczynił nasz zakonnik.
Tymczasem don Rodrigo, starając się o umorzenie sprzeczki, najniespodzianiej inną wywołał: — Ale, ale, — powiedział, jakby nagle coś sobie przypominając, — mówiono mi, iż w Medyolanie chodzą pogłoski o pewnych pokojowych układach.
Wiadomo, iż w owym roku toczyła się wojna o księstwo Mantui, w którem, po śmierci Wincentego Gonzagi, zgasłego bez pozostawienia prawych potomków, objął rządy książę Nevers, jego najbliższy krewny. Ludwik XIII, albo raczej kardynał Richelieu popierał tego księcia, naturalizowanego Francuza, człowieka całą duszą oddanego Francyi: Filip IV, albo raczej książę Oliyares, którego zazwyczaj zwano księciem hrabią, nie cierpiał go już dla tych samych powodów i wydał mu wojnę. Ponieważ ów książę Nevers był lennikiem cesarstwa, zatem obie strony za pomocą próśb, kroźb i najrozmaitszych zahieamw. starały sie ziednać SÓbie cesarza
’Giału w wypędzeniu go z Mantui.
— Sądzę — powiedział hrabia Attilio — iż układy pokojowe są rzeczą niemożliwą. Przeciwnie, mam pewne wskazówki...
>1. Tom I.
s

NARZECZENI.
$2
— Nie wierz temu, panie hrabio, nie wierz temu — przerwał mu sędzia. — Ja, choć w takim zakątku, mogę mieć jednak cokolwiek pewniejsze wiadomości, gdyż nasz pan kasztelan z Lecco, który jest przecie Hiszpanem i który w swej dobroci raczy mnie swemi względami zaszczycać, mówił mi, a wie to od swego ojca, osoby, mającej wielkie znaczenie na dworze księcia-hrabiego, iż...
— A ja panu powiadam, że codzień w Medyolanie zdarza mi się rozmawiać o tej sprawie z ludźmi, do których ani się umył pański kasztelan; i że wiem z dobrego źródła, iż papież, który jest za pokojem, zażądał już...
— Tak, to być może; wcale temu nie przeczę; Jego Świątobliwość spełnia w tym razie swój obowiązek; papież powinien zawsze starać się o zgodę między chrześcijańskiemi mocarzami; ale i nasz książę-hrabia ma także swoję politykę i...
— J, i, i cóż z tego? A wiesz-że naprzykład, mój panie sędzio, co myśli w tej chwili cesarz Ferdynand? Czy ci się zdaje, że oprócz Mantui już nic innego nie ma na świecie? Ho, ho! Jest wiele i wiele innych rzeczy, które warto wziąć pod rozwagę. A wiesz-że i to jeszcze, mój szanowny panie, czy cesarz w obecnej chwili może tak bardzo polegać na tym swoim księciu Valdistano, czy Vallistai, czy zresztą Bóg go tam wie, jak się nazywa i czy?...
— Jego prawdziwe nazwisko, tak, jak się po niemiecku wymawia — przerwał znowu sędzia — jest Wallenstein, Walleustein, tyle razy słyszałem, jak je nasz kasztelan powtarzał. Ale, gdyby nawet Wallenstein i nie był osobą...
— Co to, pan będziesz mię uczył?... — zawołał hrabia; lecz don Rodrigo przesłał mu spojrzenie, w którem malowała się jasno prośba, aby kłótni dał pokoj. Hrabia umilkł, a sędzia, jak owa łódź, którą z mielizny na głębokie morze zepchnięto, rozpiął żagle swojej wymowy. — Wallenstein mówił dalej — nie zbyt mnie zastrasza, gdyż książę-hrabia na wszystko czujne ma oko; a gdyby nawet Wallenstein i chciał mu figla wyplatać, to ręczę, iż umiałby mu oddać piękne za nadobne. Ma oko na wszystko, powiadam, a ręce jego także daleko sięgająca skoro już raz postanowił w swej mądrej polityce, iż ten pan książę Neyers nie powinien w Mantui gospodarować, to i nie będzie tam długo popasał; a pan kardynał Richelieu wygra dudka, na kościele; tak, nie inaczej. Śmiech mię nieraz porywa, gdy sobie pomyślę, iż taki kardynał Richelieu chce się zrównać z księciem-hrabią, z Olivaresem! Doprawdy, chciałbym za jakie lat dwieście znowu się na świat narodzić, aby posłuchać, co też wówczas będą mówili ludzie o tak śmiesznej zarozumiałości. Tu nie dość być zazdrosnym, tu nie dość nienawidzić, tu trzeba mieć głowę: a z taką głową, jak księcia-hrabiego żadna

ROZDZIAŁ V.
8S
się głowa na świecie nie zrówna. Nasz książę-hrabia, moi mili panowie — prawił dalej sędzia, ożywiając się coraz bardziej i dziwiąc się tylko w duchu, iż dotąd łódź jego krasomówstwa na żadną podwodną nie trafia skałę: — — nasz książę-hrabia, mówiąc z całem uszanowaniem, przynależnym jego osobie, jest-to lis szczwany, który potrafi zmylić każdą pogoń; kiedy zmierza w prawo, znak’najpewniejszy, iż umknie na lewo; i nikt nigdy nie może się pochwalić tem, iż jego plany przeniknął; a ci nawet, którym powierza ich wykonanie, ci którzy piszą jego wyroki i rozporządzenia, nic a nic nie wiedzą i nie mogą wiedzieć, dlaczego kazano im działać tak, a nie inaczéj. A wszystko to, co mówię, ma swoje podstawy, bo nasz szanowny kasztelan, jak-to już powiedziałem, raczy mnie swą łaską zaszczycać i nieraz rozmawia ze mną o rzeczach wielkiej wagi. Tak, moi panowie. Nasz książę-hrabia zatem, choć nikt nie może powiedzieć, co on myśli, wić jednak doskonale, co myślą na wszystkich dworach Europy, i widzi, co się tam święci, a wszyscy owi niby politycy (jest ich dosyć, co prawda) zaledwie zdołają jakiś plan ułożyć, aż on w swej mądrej głowie już go odgadł, już w niwecz obrócił. Ma on swoje drogi, ma nici niewidzialne, które mu służą do wiedzenia o wszystkiem. To biedaczysko kardynał Richelieu, szuka, szpera, dochodzi, mozoli się, poci: i cóż z tego? oto, kiedy mu się udało jakąś minę podłożyć, zaraz spostrzega z gniewem, że książę-hrabia już tam przeciwminę umieścił i...
Bóg-to raczy wiedzieć, jak długo jeszcze mogłaby trwać ta polityczna przemowa pana sędziego, gdyby don Rodrigo, który dostrzegał na twarzy kuzyna coraz groźniejsze objawy niecierpliwości, nie przerwał mu jej niespodzianie, zwracając się do służącego i każąc przynieść pewną buteleczkę z piwnicy. Gdy przyniesiono butelkę, gospodarz przemówił uroczyście: — Szanowny sędzio i szanowni panowie! Toast na cześć księcia-hrabiego; a wino, którem jego zdrowie spełnimy, niezawodnie okaże się godne tak wzniosłego toastu.
Sędzia, pełnym wdzięczności ukłonem odpowiedział na wniosek gospodarza; trzeba wiedzieć bowiem, iż wszelkie oznaki szacunku * uwielbienia dla księcia-hrabiego przyjmował tak, jakby się stosowały do jego własnej osoby.
— Niech żyje don Gaspar Guzman, książę Oliyares, hrabia San ^Ucar, ulubieniec wielkiego króla Filipa, naszego najmiłościwszego Pana! zawołał, podnosząc w górę puhar.
— Niech żyje! — powtórzyli wszyscy.
— Wina dla ojca Krzysztofa — powiedział don Rodrigo.
2, — Przepraszam najmocniej, i tak już piłem za wiele — odrzekł **konnik.
“ Jakto! — zawołał gospodarz — ojciec Krzysztof nie chce 6*

84
NARZECZENI.
pić za zdrowie księcia Olivares? Miałożby to znaczyć, że jest za Nawarryjczykami?
Nawarryjczykowic był-to obelżywy przydomek nadawany Francuzom, od książąt Nawarry, których Henryk IV na tron Francyi wprowadził.
Po takióm przemówieniu niepodobna było nie pić; ojciec Krzysztof przyjął ofiarowany mu puhar. Wszyscy zaczęli unosić się nad winem, nie brakło pochwał i wykrzykników; tylko doktór zachowywał głębokie milczenie, lecz ruch jego głowy, pochylonej nad winem, podniesione oczy i zaciśnięte usta jaśniej, niż wszelkie wyrazy, świadczyły o tem, co musiał uczuwać w tej chwili.
— A co, doktorze, niezłe winko? — spytał don Rodrigo.
Podnosząc swój nos, zwieszony dotychczas nad kieliszkiem, a jeszcze bardziej purpurowy i błyszczący, niż ów nektar, który wciągał w siebie tak chciwie, doktor głosem pełnym namaszczenia dał następną odpowiedź:
— Mówię, twierdzę i utrzymuję, że to jest prawdziwy Oliyares wszystkich win pod słońcem: cewsui, et in eam ivi sententiam, że podobnego nektaru napróżnobyśmy szukali we wszystkich dwudziestu, dwu królestwach naszego najjaśniejszego pana, którego Bóg w swej łasce niech nam przez najdłuższe lata zachowa; objawiam i dowodzę, że uczty jaśnie wielmożnego don Rodriga u którego stołu mamy szczęście zasiadać w tej chwili, są świetniejsze nad wszelkie bankiety Heliogabala; i że głód i bieda na zawsze są wygnane z tych progów gościnnych, w których rządy sprawuje wspaniałość i świetność.
— Dobrze powiedziano! Dobrze określono I — zawołali wszyscy; lecz ów wyraz głód, który tak przypadkowo wymknął się doktorowi, odrazu zwrócił wszystkie umysły do tego smutnego przedmiotu; i całe towarzystwo zaczęło mówić o głodzie. Teraz, choć już nie było powodu do sprzeczki i wszyscy się w zasadzie przynajmniej na jedno i toż samo zgadzali, wrzawa stała się wszakże taką, iż o wiele jeszcze przeszła hałas uprzedni, z powodu kłótni powstały. Wszyscy razem mówili. — Nie ma głodu — krzyczał jeden z gości: — to tylko handlarze całe zboże skupują...
— I piekarze — wołał inny — to oni chowają zboże. Powiesić ich trzeba.
— Tak, powiesić tych łotrów, bez żadnego miłosierdzia.
— Piękna rzecz! — wołał sędzia.
— A piękna, jedyna — głośniej jeszcze krzyczał hrabia — trzeba doraźną sprawiedliwość wymierzyć. Wybrać trzech, czterech, pięciu, sześciu takich hultajów, i tych mianowicie, którzy,

ROZDZIAŁ V.
85
podług zdania ogółu, są, najbogatszemi i największemi złodziejami i, na szubienicę z niemi I
— Tak, przykład, przykład potrzebny, powiesić, powiesić!
— Na szubienicę z niemi, a zaraz zboże się znajdzie.
Jeżeli ktoś na jarmarku słyszał kiedy przyjemną raelodyę strojenia instrumentów przez grajków z jakiejś szopy kuglarskiej i pamięta owe dźwięki, które każdy z nich starał się wydobyć, aby mnych zagłuszyć i słyszeć tylko głos własnego instrumentu, ten zdoła sobie utworzyć jakie-takie pojęcie o harmonii i zgodzie rozmów, toczących się u stołu don Rodriga. Wino wszystkim niezmiernie do smaku przypadło, coraz częściej napełniano nim kielichy, a pochwały, których mu nie szczędzono, przeplatały owe prawno-ekonomiczne pytania, które rozstrzygano tak dzielnie. Wyrazami dającemi się słyszeć najczęściej były tu: nektar, ambrozya i powiesić.
Tymczasem don Rodrigo często spoglądał zukosa na jedynego człowieka, który nic nie mówił; i widział, iż on siedzi spokojnie, bez najmniejszej oznaki zniecierpliwienia, nie czyniąc żadnych usiłowań, aby przypomnieć gospodarzowi o tem, że czeka już od tak dawna; iecz z Wyrazem niezłomnego postanowienia, który świadczy jasno, iz nie odejdzie, póki nie zostanie wysłuchany. Chętnie sv P°zhył don Rodrigo i z kwitkiem odprawił, ale wypę1 zlGh7^PUcyna, nie udzieliwszy mu nawet posłuchania, było rzeczą, na którą rozsądek nie mógł mu pozwolić. Czując więc, iż nie potrafi przykrej rozmowy uniknąć, postanowił ją przyśpieszyć, aby czćm prędzej uwolnić się od natręta, i wstał od stołu. Za jego przykładem poszli wszyscy obecni, co jednak ani na chwilę nie przerwało piekielnej wrzawy. Następnie przeprosił gości, iż na chwilę musi ich opuścić, zbliżył się do zakonnika, który wstał wraz z innemi, z pewnym przymusem powiedział doń: — jestem na rozkazy wielebnego ojca — i poprowadził go do innego pokoju.
ROZDZIAŁ VI.
służyć? — rzekł dou Rodrigo, zatrzymując si m to° — od’7iałlej Sali’ Tak brzmiały wyrazy, lecz sposób, w jal zwa yP°W11 JJ ’ ZUaczył jasno: pamiętaj, do kogo mówisz, dobrz uważaj na każdy wyraz i śpiesz siPę. *
la dodania odwagi naszemu ojcu Krzysztofowi nie mogło bj

86
NARZBCZBNI.
nic lepszego, jak takie obejście się pełne pogardy i wyniosłości. Zakonnik, który przed chwilą jeszcze w postawie zakłopotanej przebierał w palcach paciorki swego różańca, jakby w nich szukał natchnienia, nagle, po tem przemówieniu don Rodriga uczuł, że mu na usta ciśnie się wyrazów więcój nawet niż potrzeba. Lecz przypomniawszy sobie zaraz, jak wiele na tem zależy, aby sprawy w samym początku nie zepsuć, rzekł z pokorą i wielkim spokojem: — Przychodzę prosić jaśnie wielmożnego pana o spełnienie dobrego uczynku i o wymierzenie sprawiedliwości. Oto ludzie złej woli użyli jego imienia, aby zastraszyć pewnego proboszcza, nie dopuścić go do spełnienia obowiązku i wyrządzić krzywdę dwu niewinnym biedakom. Jaśnie wielmożny pan jednem słówkiem może zniweczyć ieh niecne knowania, może okazać swą władzę i znaczenie, może poratować tych, z któremi postąpiono tak niesprawiedliwie. Jaśnie wielmożny pan może to uczynić; a sumienie... honor...
— Ojciec będzie mi mówił o mojem sumieniu wówczas, gdy zechcę się u niego spowiadać. Co zaś do mego honoru, to proszę wiedzieć, iż ja tylko, ja jeden jestem jego stróżem i że każdego, kto nieproszony staje w jego obronie, uważam za zuchwalca, który mnie obraża.
Ojciec Krzysztof, którego te wyrazy zdawały się ostrzegać, iż pan wielmożny stara się każde jego słowo jak najgorzej tłómaczyć, uzbroił się w większą jeszcze cierpliwość, postanowił wysłuchać w pokorze wszystko, co mu tylko usłyszeć sądzono, i chcąc zwrócić z niebezpiecznej drogi rozmowę i zapobiedz jakiemuś gwałtownemu wybuchowi, natychmiast odrzekł cichym głosem: — Jeżeli powiedziałem coś, co się jaśnie wielmożnemu panu mogło nie podobać, stało się to chyba bezwiednie. Niech jaśnie wielmożny pan przestrzega mię, gromi każdą rażą, gdy powiem coś nie tak, jakbym powinien był powiedzieć, ale niech mię raczy wysłuchać. Dla miłości Zbawiciela, dla miłości tego Boga, przed którego sądem wszyscy kiedyś stanąć musimy (i przy tych słowach zbliżył do oczu swego ponurego słuchacza owę trupią główkę z drzewa, która była przyczepiona do jego różańca) — nie wzbraniaj się od spełnienia sprawiedliwego, zacnego czynu, napraw krzywdę, wyrządzoną tym nieszczęśliwym, pomyśl, że Bóg na nich patrzy, że słyszy ich skargi i łzy. Niewinność ma wielką łaskę u Niego, On...
— E, ojcze! — przerwał mu nagle don Rodrigo — szacunek, jaki mam dla sukienki duchownej, jest wielki; lecz jeżeliby coś mogło mi kazać o nim zapomnieć, to chyba ta okoliczność, gdybym ją zobaczył na człowieku, wciskającym się w roli szpiega do mojego domu.
Gdy usłyszał te ostatnie wyrazy, cała krew zawrzała w naszym

ROZDZIAŁ Vf.
ST
zakonniku, lecz i teraz zdołał się pohamować i z twarzą człowieka, który przełyka gorzkie, strasznie gorzkie lekarstwo powiedział: — Jaśnie wielmożny pan wie dobrze, iż ten tytuł nie dla mnie, że nie zasłużyłem na niego, i czuję w swem sercu, iż powód, dla którego tu jestem, nie jest ani podły, ani nikczemny. Wysłuchaj mnie, don Rodrigo, bo może przyjść dzień, w którym będziesz żałować tego,, żeś mnie nie chciał słuchać. Nie pokładaj swej chwały... 1 jakiéjże to chwały!... Don Rodrigo! Chcesz, by cię ludzie czcili, oy ludzie ciebie się bali; tu na ziemi wielką jest twa siła, to prawda, lecz wobec Boga, Boga Najwyższego!...
— Czy wie ojciec — przerwał don Rodrigo głosem gniewnym, którym jednak czuć było jakiś mimowolny przestrach — czy wie 5>Jciec, że w razie gdybym chciał usłyszeć kazanie, tobym, jak i inni mdzie, umiał znaleść drogę do kościoła? Ale we własnym domu!?! — dodał z szyderczym uśmiechem — to na prawdę za wiele l0horu! Kaznodzieja nadworny! Mają go tylko książęta.
, — A ten Bóg, co wymaga od książąt ścisłego rachunku ze “ °^a swego, którego pozwala im słuchać w ich własnych pałacach, Sędzia Najwyższy, który w nieograniczonem swem miłosier,.ZlU posyła do ciebie, panie, jednego z niegodnych sług swoich, aby C19 błagał o litość dla niewinnéj istoty, aby ci...
o. ~~ Iłowem — rzekł don Rodrigo, postępując kilka kroków ku jzwiom, jakby chciał salę opuścić — słowem nie pojmuję, czego?!lce ode mnie; to tylko mogłem zrozumieć, iż chodzi tu o jadziewczynę, która go bardzo i bardzo musi obchodzić. Niech j\(lec do kogo innego idzie sobie ze swemi skargami; ja dłużej już i j;XK.°ZWo^ nudzić siebie w ten sposób. Proszę pamiętać, kim jestem ^ szacunek należy się mojéj osobie. I tak za wiele słuchałem. Zastąnnia5; °dejść, lecz zakonnik, choć zawsze w pokornej postawie,
chp4a} mu drogę i, podnosząc ręce do góry, jakby jednocześnie
mię ta (j^zymywać i błagać, powiedział: — To prawda, iż bardzo mniej; 11ewczyna obchodzi, lecz i ty, panie, obchodzisz mnie nie Rodrigo dwie dusze: jej i twoja, są mi droższe nad życie. Don Boga, at)y Nic innego nie mogę uczynić dla ciebie jak tylko błagać kój i szczL VUszył twe serce. Wysłuchaj mię. zaklinam, wróć spojedno słowoC!e niewinnej istocie, ulituj się nad jej niedolą. Twoje — A wie, Szystko naprawi.
wiele dla niej Wieralee (dyskusja) rzekł don Rodrigo — skoro ojciec sądzi, że tak jej sprawę... lllogę uczynić; skoro ojciec bierze tak bardzo do serca
— Więc?
twarzy don RodpB^^zył z niepokojem zakonnik, gdyż wyraz tej błogiej nadziei^ \cała jeS° postawa nie pozwalały oddawać się
*> którą jego słowa zdawały się zapowiadać.

38
WABZECZENI.
— Więc, poradź jej ojcze, aby się udała pod moję opiekę. Na niczćm jej zbywać nie będzie, nikt się nie poważy jej skrzywdzić, przyrzekam ci to, jak-em szlachcic.
Na tak piękną propozycyą ojciec Krzysztof nie mógł już dłużéj zapanować nad oburzeniem, które tak starannie tłumił dotychczas. W niwecz poszły wszystkie plany rozwagi i cierpliwości, zbudził się w nim dawny człowiek, złączył się z nowym, czując, że w tym razie oba mogą działać zgodnie; ojciec Krzysztof zupełnie się przeistoczył.
Pod twoję opiekę! — zawołał i cofnął się o parę kroków, prawą rękę opierając na biodrze, lewą wyciągając ku szlachcicowi i patrząc nań płomienistym wzrokiem — pod twoję opiekę I?... Dobrze, żeś mi to powiedział, że mnie uczyniłeś podobną propozycyę. Przebrałeś miarę, don Rodrigo: już się ciebie nie lękam.
— Mnichu, co to za sposób mówienia?...
— Sposób, w jaki mogę przemawiać do człowieka, którego Pan Bóg opuścił, który nie jest w stanie mnie zastraszyć. Pod twoję opiekę I Wiedziałem i przedtem, że Bóg nie opuści tój niewinnej dziewczyny, lecz teraz, ty sam jeszcze bardziej utwierdziłeś mię w tej wierze. Łueya, powiadam: widzisz, jak to imię wymawiam śmiało, z podniesionem czołem, Łueya...
— Jak śmiesz tak mówić tu, w moim domu!
— Lituję się nad tym domem; przekleństwo nad nim zawisło. Kara boża dosięgnie cię i za temi murami, nie obroni cię od niej zgraja twojéj służby. Zdawało ci się, iż Pan Bóg po to stworzył tę istotę na obraz swój i podobieństwo, abyś mógł ją dręczyć bezkarnie? Sądziłeś, iż Bóg nie stanie w jej obronie! Pogardziłeś jego przestrogą! Sam na siebie wyrok potępienia wydałeś! Serce Faraona było tak zatwardziałe, jak twoje, a Bóg potrafił je skruszyć. Łueya nie ma potrzeby obawiać się ciebie, ja ci to mówię, ja, zakonnik ubogi, a co do ciebie, to pamiętaj, iż przyjdzie dzień...
Don Rodrigo stał dotąd nieruchomie, pełen wściekłości i zdumienia, nie mogąc słowa wymówić; lecz kiedy usłyszał początek tak groźnego proroctwa wzdrygnął się cały, a strach tajemniczy, niepojęty ogarnął go nagle.
Chwycił owę rękę, która mu groziła, i podnosząc głos, aby przerwać tę złowrogą przepowiednię, zawołał: — Precz mi stąd, nędzniku, ty żmijo w kapturze!
Te wyrazy w jednój chwili uspokoiły ojca Krzysztofa. W jego umyśle pojęcie o wszelkiego rodzaju osobistych zniewagach tak ściśle było splecione z duchem pokory i cierpliwości, że i teraz pierzchł jego gniew sprawiedliwy i zapał proroczy, a miejsce ich skrucha zajęła; uczuł, że obowiązany jest wysłuchać wszystkiego,

ROZDZIAŁ VI.
89
co tylko don Rodrigo uzna za stosowne powiedzieć. Zwolna rękę ze szponów szlachcica wysunął, zwiesił głowę i stanął spokojnie, nieruchomie, jak ów dąb potężny, który wśród burzy, gdy wicher na chwilę ucichnie, wyciąga szeroko swe wielkie ramiona i w poborze, przyjmuje grad, którym go niebo chłoszcze.
^°Pie nikczemny 1 — ciągnął dalej don Rodrigo: Przemawiasz? Dziękuj Bogu, że ci ten habit twoje
— do podłe tobie
kogo
nlppv „i uugu, PD UD,. twoje
i TT., °krywa i że cię broni od kijów, któremi podobnych
huitajow uczę rozumu. Wynoś się mi zaraz I Precz mi z oczu!
ł> ruchem pełnym pogardy, wskazał na drzwi przeciwległe do ych, przez które weszli. Ojciec Krzysztof jeszcze niżej głowę pomylił i wyszedł, a don Rodrigo wielkiemi krokami zaczął chodzić Po sali.
w vKiedy J’uż zakonnik drzwi zamknął za sobą, ujrzał, iż w pokoju, którym się znalazł obecnie, jakiś człowiek szybko, lecz ostrożnie ścisnął się do muru, jakby z obawy, aby go szlachcic z sali nie w a?^’Zegł > poznał w nim starego sługę, który go do zamku wpro-
, oził. Człowiek ten, od lat przeszło czterdziestu, był już w tym jj ®u> gdyż przed przyjściem jeszcze na świat don Rodriga, przyJ ha służbę do jego ojca, który należał do najbardziej zacnych dzi p0(j S}ońcemp0 jeg0 śmierci nowy pan zamku zaraz rozpę. całą służbę dawniejszą i otoczył się nową, odpowiedniejszą
j^Ohsposobieniom. Tego jednego tylko zostawił,
raz ze względu
eh <e&0 ^a^a Podesz^e> a powtóre i głównie dla tój przyczyny, że 8 o. t>a^ odmiennych zdań i usposobień, człowiek ten wynagradzał wady dwoma nieoszacowanemi przymiotami: miał nieRo<b’nie.wysokie przekonanie o świetności i szlachetności rodu don irio^ga * posiadał ogromną świadomość etykiety, tak, iż w znajonie ^.tradycyi i najdrobniejszych szczegółów ceremoniału nikt mu się n^gł dorównać. W obecności pana, biedny starzec nigdyby Wska^.P°ważył nie tylko wypowiedzieć, ale najlżejszą chociażby °Czach°Wką dać do poznania, jak dalece gorszyło go to, co w jego krzyi^.ć^dziennie działo się na zamku; czasem tylko jakimś wyhienie ^etn> lub mruczeniem pod nosem, wyrażał swe niezadowolrozry^j?’Z(id służbą, która śmiała się zeń, a nieraz umyślnie dla do p0Wie jarała się, jak to mówią za język go pociągnąć, zmusić nia się n ’, ehia tego, o czem powinien był zamilczeć i do rozwodzeczasem ] stai-emi, dobremi czasami. Wszystko to, choć dochodziło iż nie mo *1 Uszu S°sP°dai’za, było wypowiadane ze śmiechem; tak, hiiotem wzbudzać gniewu, a czyniło tylko starego sługę przedi Przyj ep.Uciechy i żartów. Tylko w dnie wielkich uroczystości zPhczeni«a W zamku człowiek ten odrazu nabierał niepospolitego ’ a wówczas wszyscy słuchali go, jak wyroczni.

90
NARZECZENI.
Ojciec Krzysztof spojrzał nań przechodząc, ukłonił mn się i skierował ku wyjściu,, lecz starzec zbliżył się do niego, z pełnym tajemniczości wyrazem palec do ust przyłożył i zrobił mu znak zapraszający, aby wraz z nim wszedł do ciemnego kurytarza, który się obok znajdował. Gdy się już tam znaleźli, sługa powiedział półgłosem: — ojcze wielebny, słyszałem wszystko i potrzebuję ci słów kilka powiedzieć.
— Mówcie, a prędko, mój dobry człowiecze.
— Tylko nie tu, nie teraz, nie daj Boże, pan-by się domyślił!...
Aleja wiem dużo rzeczy; i jutro przyjdę do klasztoru.
— Czy istnieje jakiś plan?
— Cóś musi być, to pewna, mogłem to spostrzedz, lecz teraz pilniej jeszcze będę śledził. Już niech ojciec wielebny spuści się na mnie. Ach, na cóż to ja muszę patrzyć, co muszę tu słuchać!... straszne, straszne rzeczy!... Jest-to dom!... ale chciałbym coś uczynić dla zbawienia mej duszy.
— Niech was Bóg błogosławi! — powiedział zakonnik, kładąc rękę na głowie sługi, któiy chociaż starszy wiekiem, stał przed nim w postawie pochylonej, jakby’syn przed ojcem. — Niech Bóg wam stokrotnie nagrodzi wasze dobre chęci a jutro będę czekał na was w klasztorze.
— Przyjdę, koniecznie — odrzekł służący — ale, niech ojciec wielebny teraz co najprędzej stąd wychodzi... i na miłość boską... niech nie mówi nikomu, że ja... Z temi słowy zbliżył się ostrożnie na palcach do przeciwległego końca kurytarza, który prowadził do pokoju, wychodzącego na dziedziniec; obejrzał się uważnie dokoła, przywołał zakonnika na migi i ucałowawszy jego rękę wskazał mu drzwi, przez które miał się oddalić.
Ten człowiek słuchał pode drzwiami swego pana: czy dobrze postąpił? I czy ojciec Krzysztof powinien był pochwalić go za to? Według ogólnie przyjętych i najmniej zaprzeczonych zasad, podsłuchiwanie jest bardzo brzydką rzeczą, ale czyż obecny wypadek nie mógłby stanowić wyjątku? Przecież jest tyle i tyle wyjątków w innych, daleko nawet ważniejszych prawidłach. Ale, dajmy już temu pokój, nie jest naszym zamiarem poruszać tak ważne pytania; czytelnik, skoro ma ochotę, sam potrafi nad niemi głębiej się zastanowić; do nas należy jedynie opisywać wypadki.
Po wyjściu z tego domu, ojciec Krzysztof odetchnął swobodniej i szybkim krokiem zaczął schodzić z pagórka z twarzą zaognioną, > wzburzony i drżący, z powodu tego, co słyszał i co sam powiedział przed chwilą. Jednak owo wdanie się służącego stało się dla naszego zakonnika niemałą pociechą: zdawało mu się, że Bóg przez to chciał mu dać oczywisty dowód swej łaski. Oto nić — myślał —

ROZDZIAŁ VI.
91
nić, którą Opatrzność do rąk mi podaje. I to w domu tego człowieka! I w chwili kiedy najmniój mogłem się spodziewać pomocy! kiedy jej nawet wcale nie szukałem! — Podniósł oczy, spojrzał na zachód, spostrzegł, że słońce już się za wierzchołkiem góry chować zaczyna i przypomniał sobie, że mu niewiele pozostaje czasu, a droga do klasztoru daleka. Jeszcze więc kroku przyśpieszył, pomimo, iż w całem ciele uczuwał straszne zmęczenie, wypływające z wrażeń dnia tego i długiej pieszej pielgrzymki. Postanowił jednak, chociaż na chwilkę, wstąpić do Łucyi i zawiadomić swych protegowanych o tem, co zaszło, następnie co tchu zdążać do domu, gdyż jednym z najbardziej przestrzeganych przepisów zakonu oyło, aby kapucyni wszyscy przed nocą znajdowali się w kiasztorzc.
Tymczasem, w mieszkaniu Łucyi roztrząsano i tworzono nowe, o których wypada mi zawiadomić moich czytelników. Po odejściu zakonnika troje pozostałych przez pewien czas zacho wya}o milczenie. Łueya nakrywała stół do obiadu; Renzo myślał chwila o opuszczeniu tego domu, gdyż widok smutku Łucyi rozozierał mu serce, a jednak nie mógł się jakoś na to zdobyć; Agnie®Zaa, na pozór cała zatopiona w zwijaniu jedwabiu, siedziała też ci?.0» lecz w rzeczywistości nie motowidło-to pochłaniało tak dalece U uwagę-, w jej głowie powstawał plan nowy i gdy już uznała, że
0Jrzał zupełnie, przerwała milczenie temi słowy: i Słuchajcie mię, dzieci! Jeżeli wam nie braknie odwagi ^’^czności, jeżeli chcecie waszej matce zaufać (na ów wyraz Potu Łueya drgnęła), ja biorę na siebie wybawienie was z kłoKrZysa ręczę, że zrobię to lepiej i prędzej niż nawet sam ojciec trzytnai°^ PGInimo to, iż jest tak mądrym człowiekiem. — Łueya zarym a się pośrodku pokoju i spojrzała na matkę wzrokiem, w któa Renzo było zdziwienia, niż ufności w tak świetną obietnicę, tko droga w*e(łział natychmiast: — odwagi? zręczności? mów ma-
Prędzej, co trzeba zrobić.
pyli po ślnbj Praw(la — rzekła Agnieszka — iż, gdybyście już i że na Wszy6’.^0 mielibyśmy daleko mniej kłopotu z całą tą sprawą;
— Bezdałoby się łatwiej sposób wynaleść? mężem i żoi^ ie?ia ~ odpowiedział Renzo — gdybyśmy już byli wicyi Bergamo K aw’at szeroki, a przecie stąd o dwa kroki, w protemi rękami. y^.ażdy, kto umie tkać jedwab’, jest przyjęty z otwarszał mnie do siebj niat^a. ile-to razy Bortolo, mój krewniak, zapramajątek, i że będ6 do Bergamo, obiecując, iż niezawodnie zrobię a jeżeli nie moglein2’6.n’i się tam tak dobrze powodzić, jak jemu, że mię serce stąd nie^’116 chciałera Pójść zaieg0 radą, to dlatego...
Puszczało. Gdyby-to już było po ślubie, wszyscy

NAKZECZENI.
92
razem moglibyśmy się tam udać i żyć szczęśliwie i dom własny urządzić i nie dbać już o tego łotra i nie obawiać się o to, że się w końcu może jakie głupstwo popełnić. Łucyo, wszak prawda?
— Tak — rzekła Łueya — lecz w jakiż-to sposób?...
— W jaki sposób — odpowiedziała matka — już przecie mówiłam wam: odwagi i zręczności, a rzecz sama przez się bardzo jest łatwa.
— Łatwa! — zawołali jednocześnie narzeczeni, dla których sprawa ratunku wydawała się tak strasznie, tak okropnie trudną.
— Łatwa, powiadam wam, trzeba tylko umieć zabrać się do niej, jak się należy. Słyszałam to od ludzi, którzy na wiatr nie mówią, a nawet sama na własne oczy widziałam, że, aby wziąć ślub, nie można się wprawdzie obejść bez proboszcza, lecz bez jego zgody, wybornie. Dość, aby był obecny tylko; choćby ślubu dać nie chciał, to mu na nic się nie zda.
— A toż w jaki sposób? nie rozumiem tej sprawy — powiedział Renzo.
— Otóż słuchajcie. Trzeba mieć dwóch świadków, sprytnych i zręcznych ludzi. Z niemi ci, którzy chcą się pobrać, idą do proboszcza: cała sztuka na tem polega, aby go zejść niespodzianie. Mężczyzna mówi: księże proboszczu, to jest moja żona, a kobieta: księże proboszczu, to jest mój mąż. Trzeba tylko, aby proboszcz słyszał te wyrazy, aby świadkowie także je słyszeli; i rzecz skończona i małżeństwo zawarte, tak święte i prawdziwe, jakby sam papież je pobłogosławił. Skoro razowe wyrazy się rzekły i proboszcz je słyszał, to już nic nie pomoże; choćby krzyczał i wrzeszczał i Bóg wie co wyrabiał, pozostaniecie prawnie i na zawsze mężem i żoną.
— Czyż-to być może! — zawołała Łueya.
— Jakto, czy być może! — odpowiedziała Agnieszka: — a cóż się tobie zdaje, że ja przez lat trzydzieści żyjąc na świecie, nim się ty jeszcze urodziłaś, nic ciekawego nie widziałam, niczego się nauczyć nie mogłam? Rzecz tak się ma zupełnie, jak ją opowiedziałam, a nawet pewna moja przyjaciółka, chcąc wyjść za mąż za człowieka, na którego jej rodzice nie chcieli się zgodzić, wzięła ślub w ten sposób. Proboszcz, który powziął już był niejakie podejrzenie w tym względzie i którego rodzice uprosili, aby ślubu nie dawał, miał się ciągle na baczności, ale kochankowie tak doskonale potrafili wszystko urządzić, iż go zeszli najniespodzianiej, powiedzieli przed nim to, co powinni byli powiedzieć, i stali się mężem i żoną. Wprawdzie bardzo prędko, bo nie dalej jak na trzeci dzień po tym ślubie, biedaczka pożałowała gorzko swego nierozważnego kroku

BOZDZIAŁ VI.
>3
i tego, że nie słuchała rad rodzicielskich, bo jej mąż... ale to już nie naieży do rzeczy.
Agnieszka powiedziała prawdę: ślub taki nie był niemożebnym, lecz wymagał wielkiej zręczności, gdyż ludzie, którzy uciekali się natrafi; atecz.neg° środka, najprzód już na zwykłej drodze musieli kich r C ’}a nieprzezwyciężone trudności; proboszcz każdy, w tanode’’7^a<^^ac^’ zachowywał wszelkie ostrożności, aby nie dać się P jsć, a nawet wówczas, gdy jednój z takich par udało się zejść & niespodzianie, tak się bronił, tak uciekał, jak ów biedny Proreusz, któremu gwałtem kazano wygłaszać wyroki bogów.
*7 Łucyo, a gdyby-to było prawdą? — spytał Renzo patrząc a nią błagalnie.
i. 77 Jakto! gdyby było prawdą! — zawołała Agnieszka. — Więc ram 16zdaje, że sama nie wiem, co plotę. No proszę, ja się staDobr a ^myślam, ja im radę najlepszą podaję, a oni nie wierzą, nie T)Zf W^c> dobrze, możecie sobie nie wierzyć, możecie mię o nic umyw aĆ; radzcie’ Jak umiecie najlepiej, ja od wszystkiego ręce
la.
uiatlT nie Ależ gdzież tam! ja wierzę; nie opuszczaj
Prawd ~~ rzekł Renzo. — Tak tylko, tak sobie mówię, bo na tak w, lzec.z ta zanadto mi się piękną wydaje. Przecież ja matce końpa1^1’15?’ jaRbyś była moją rodzoną, prawdziwą mateczką — zaył pieszczotliwie.
ZaPom — xlazy złagodziły od razu zły humor Agnieszki i kazały jej i bez 0 P°stanowieniu, wypowiedzianem przed chwilą, które nieuia. teg0» sama nawet, nie uważała za możliwe do wypeł-
chym, dlaczegóż, mamo — rzekła Łueya swoim zwykłym ciPrzyszedp^dnym^ głosem — dlaczegóż ten środek tak dobry nie
Nie
Przyszedł
nas,
myśl ojcu Krzysztofowi?
. odpowiedziała Agnieszka — o! że
Łlaczet°; ale tylko mówić nam o nim nie chciał.
— zapytali się jednocześnie narzeczeni, a dlatego, jeżeli już tak koniecznie chcecie
zakonnicy powiadają, jakoby ta rzecz była nie-
Agnieszka.
zal*yszedł na myśl?-
ac 0
— ŁlaczeX0‘ o tem wiedzieć
dobrą. ’ 16
— Jakto
rzekł Renzo — mówić, że nie jest dobrą, kiedy jest dobrą —
A cóż chce CZas zwłaszcza kiedy się uda szczęśliwie.
Oni pr’ abym wam na to powiedziała? — odrzekła
a my, biedni ludziska Prawa pisali tak, jak się im podobało; ileż-to rzeczy... Ot ńa ^żemy wszystkiego zrozumieć. A zresztą Przykład: wszak-to niedobrze uderzyć czło-

94
NAKZECZENI.
wieka, porządnego katolika; a jednak skoro już raz dostał po karku, toć i sam papież mu tego nie odejmie.
— Jeżeli mówią ludzie duchowni, że to źle — powiedziała Łucya — to i robić tego nie trzeba.
— A cóż-to! — zawołała Agnieszka — czyż-to ja miałabym ci dawać jakieś grzeszne rady? Czyż-to ja nie mam bojaźni bożej? Gdyby-to było bez zgody twoich rodziców, gdybyś chciała wyjść za jakiegoś wisusa, a, to co innego. Ale tu, matka sama tego życzy; chłopak porządny, a kto nas zmusza do tego kroku: łotr, a nasz ksiądz proboszcz...
— Tak, to rzecz jasna, każdy to zrozumie — rzekł Renzo.
— Nie trzeba mówić o tem ojcu Krzysztofowi; powiemy wówczas, gdy już rzecz będzie skończona — ciągnęła dalej Agnieszka:
— a gdy już będzie skończona i gdy nam się uda; jak sądzisz, co na to powie ojciec Krzysztof? Powie niezawodnie: o! moje dziecko, nigdybym się tego nie spodziewał po tobie; nie powinnaś była tak postąpić. Bo zakonnik nie może mówić inaczéj. Ale wierz mi, że w głębi duszy będzie niezmiernie zadowolony z tego, co się stało, i że tak dobrze się stało.
Łueya nie mogła znaleść odpowiedzi na tak przekonywające dowody, widać jednak było, że niezupełnie je podziela. Renzo przeciwnie, nabierając coraz większej otuchy zawołał: — skoro tak, to już rzecz skończona!
— Powoli — rzekła Agnieszka — powoli. A świadkowie? Znajdź mi takich dwu zuchów, którzyby umieli i chcieli trzymać język za zębami! A zejść niespodzianie proboszcza, który już od dwu dni zamknął się na cztery zamki? A zmusić go do wysłuchania tego, co przed nim chcecie powiedzieć? Wprawdzie proboszcz jest wogóle dość nieobrotny i ciężki; ale pamiętajcie, skoro was zobaczy, stanie się zwinny i lekki, jak kot, i będzie uciekał jak dyabeł od święconej wody. Widzisz więc, jaka to sprawa.
— Już wiem, co zrobię, już mam sposób wyborny! — zawołał Renzo, i z wielkiej radości tak silnie pięścią w stół uderzył, że zabrzęczały szklanki i talerze. Potem opowiedział cały swój plan, który Agnieszka pochwaliła i uznała za wyborny pod każdym względem.
— Zawsze to podstęp, sprawa zawiła — powiedziała Łueya:
— dotąd szliśmy prostą drogą: oddajmy się całą duszą Bogu, ufajmy w Jego świętą opiekę, a on nam dopomoże; ojciec Krzysztof to nam powiedział. I teraz, mojćm zdaniem, trzeba byłoby jego rady zasięgnąć.
— Już pozwól, aby tobą kierował ktoś, kto trochę jest doświadczeńszy od ciebie — rzekła z powagą Agnieszka. — — Na co nam rady

BOZDZIAŁ VI.
95
ojca Krzysztofa? Poco? Dlaczego? Pan Bóg powiada: sam sobie dopomagaj, a i ja ci pomogę. Ojcu Krzysztofowi powiemy wówczas, gdy już rzecz będzie skończona.
— Łucyo — powiedział Kenzo — czyżbyś miała nie zgodzić się na to? Czyżbyś chciała odstąpić mnie w tak stanowczej chwili? Gzyz me postępowaliśmy dotąd,“ jak ludzie uczciwi, jak dobrzy cnrzescijanie? Czyż teraz już nie powinniśmy byli być mężem i zoną? Czyż nam proboszcz sam nie wyznaczył dnia ślubu? Czy nasza w tem wina, że dla własnego ratunku musimy uciekać się do podstępu? Nie, ty mnie nie opuścisz, ty się zgodzisz, Łucyo; wszak prawda? Pójdę zaraz do Tonią, pomówię z nim i odpowiedź przyniosę. — I pożegnawszy Łucyą błagalnem spojrzeniem, a Agnieszkę pełnym porozumienia uśmiechem, wyszedł śpiesznie.
Przeciwności i niepowodzenia zaostrzają rozum; to też Kenzo choć dotychczas, na gładkiój ścieżce żywota, nie napotkał nigdy jeszcze pizeszkód, których zwalczenie wymagałoby natężenia wszystkich sił umysłowych, teraz jednak wpadł na tak świetny pomysł, iż nawet i najbieglejszy prawnik mógłby mu go pozazdrościć. Poszedł prosto do owego Tonią, o którym mówił kobietom i którego domek w niewielkiéj był odległości. Znalazł przyjaciela „W kuchni, właśnie w chwili gdy postawiwszy prawą nogę na stopniu ogniska, jedną ręką trzymał za brzeg kociołka, stojącego na żarze, a dl’ugą rozcierał za pomocą wałka małą szarą polentę (*) z hreczamąki. Jego matka, brat i żona siedzieli u stołu; a czworo dzieci, otaczając ojca, stało nieruchomie z oczami utkwionemi w powyczekuj^c niecierpliwie, aż już będzie gotową. Lecz nie stół tU owej wesołości, która poprzedza zwykle zasiadanie do zasto W lRlnu pracowitego, zamożnego wieśniaka. Rozmiar polenly tytu i*<pVill|y był do ciężkiego, nieurodzajnego roku, a nie do ape„lądaia^y t?ch’ którzy mieli ją spożyć, i każdy z obecnych, pomała z ni<?a wzrokiem łakomym, zdawał się myśleć o tem, jak misę dren cząstka jemu się dostanie. Tonio wyrzucił polentę na w wielkić??^’ na którój wyglądała tak, jak malutki księżyc unrzeimni„; kole ln&ły i pary. Pomimo to jednak kobiety ze szczerą
— rnier™, V°Wiedzia}y do Reuza: “ czy lnożen)y Prosić do stołu.? Wówczas P-1 ° któl’ój nigdy nie zapomni włościanin Lombardyi,
n ’ i ^toś zastaje w czasie jedzenia.
uziękuję odrzekł Kenzo — przyszedłem tu na chwileczkę
»obie zwvwOlen(a, ’ ylub>ona wioska potrawa, rodzaj kaszy, którą przygotowują ludność; z pkurudzianój mąki i która stanowi główne pożywienie uboższej
tl rzypuek tlóm.)

96
NARZECZENI.
tylko, bo mam interes do Tonią, a jeżeli zechcesz się na to zgodzie Tonio, aby nie przeszkadzać nikomu, pójdziemy do gospody na obiad i tam pogadamy. — Te zaprosiny tem milsze były dla Tonią, iż się ich nie spodziewał bynajmniej; a kobiety, ba! nawet dzieci (gdyż w rzeczach tego rodzaju i one bardzo wcześnie zaczynają rozumować) z niemałem zadowoleniem pomyślały o tem, że polenta straci jednego pretendenta i to bardzo groźnego. Zaproszony nie namyślał się długo i wyszedł wraz z Renzem.
Przyszedłszy do gospody znaleźli ją pustą, gdyż niedostatek oduczył już dawno wszystkich niemal mieszkańców wioski od zaglądania do tego miejsca rozkoszy; zasiedli wygodnie u stołu, Renzo kazał podać flaszkę wina i owe skromne potrawy, których w tej chwili można było tu dostać, a następnie, gdy się już obaj nieco posilili, nasz narzeczony, z miną pełną tajemniczości, rzekł do przyjaciela:
— Tonio, jeżeli chcesz mi wyświadczyć małą przysługę, to ja ci wielką wyświadczę.
— Mów, mów, a nawet rozkazuj! — powiedział Tonio napełniając szklankę. — Dziś, gotówbym w ogień skoczyć za ciebie.
— Nie oddałeś jeszcze proboszczowi tych dwudziestu pięciu lirów, któreś mu winien za jego pole, owo pole, coś je wynajmował od niego w zeszłym roku.
— Ach, Renzo, Renzo! I trzebaż ci było o tem przypomnieć! Ot, już i po mojej wesołości! I na co to mówić teraz o podobnych rzeczach!
— Jeżeli ci mówię o długu — rzekł Renzo — to dlatego, że skoro tylko zechcesz, dam ci możność spłacenia go zaraz.
— Doprawdy, nie żartujesz?
— Bynajmniéj. A czy bardzobyś z tego był zadowolony?
— Czy bardzo! A to mi pytanie! Gdybyś ty widział owe miny, owe pokręcania głową, owe spojrzenia, na które muszę patrzyć za każdym razem, gdy proboszcza spotykam! A toż ciągłe: — Tonio, proszę pamiętać, Tonio, kiedy przyjdziesz do mnie w wiadomym interesie? — Tonio, widzisz, jaki ja cierpliwy. Wszystko to już tak strasznie mię dręczy, że nieraz... A wiesz naprzykład Renzo, że nawet w kościele, w czasie kazania, kiedy proboszcz zwróci na mnie te swoje oczy, to aż mi się ckliwo robi, i chciałbym schować się pod ziemię, bo mi się zdaje, że gotów powiedzieć przy wszystkich: Tonio! a owe dwadzieścia pięć lirów, coś mi ich dotąd nie oddał? O przeklęty dług! A zresztą, gdybym już mógł raz go spłacić, proboszcz oddałby mi również złoty naszyjnik mojej żony, który ma w zastawie i którybym zaraz sprzedał, aby mąki jak najwięcej nakupić. Ale...

ROZDZIAŁ VI.
97
A’e, ale, mówię ci, jeżeli chcesz mi wyświadczyć przyjadelskii c-zy sługę, to dwadzieścia pięć franków już czekają na ciebie.
— Słucham.
Tylko przedewszy sta a... — powiedział Renzo, palec do ust przykładając: — rozumiesz?
. ~ Zbytek ostrożności! — zawołał Tonio — wszak mnie znasz
1 bez tego!
— Otóż więc, nasz szanowny proboszcz zaczyna wymyślać 1’óżne powody, różne jakieś przeszkody, nie mające najmniejszego §ęnsu, aby mój ślub Bóg wie na jak długo odłożyć, ja zaś, przeciwnie, chciałbym go o ile możności przyśpieszyć. Mówili mi ludzie starzy, doświadczeni, że, gdybym tylko stanął z narzeczoną i ze świadkami przed proboszczem i gdybym powiedział: to jest moja żona, a Łueya powiedziała: to jest mój mąż, małżeństwo już byłoby zawarte. Rozumiesz, o co chodzi?
Rozumiem, rozumiem, chciałbyś, abym ci służył za świadka?
— Tak.
— I zapłaciłbyś za mnie dwadzieścia pięć franków?
— A tak.
— Niech że mię wszyscy... jeżeli ci nie dopomogę!
— Ale, trzeba jeszcze znalćźć drugiego świadka, t — Już go mam! Mój miły braciszek, ten mazgaj Gierwazy zrobi Wszystko, co mu każę. Poczęstujesz go winem?
P — I nie tylko winem, obiadem go uraczę — odpowiedział Renzo — Tu go przyprowadzim, będzie bal, co się zowie. Ale czy on Potrafi?...
nmMeczÓ1’ ^le j Ze> bardzo dobrze!
, powiedział Renzo, kładąc znowu palce na ustach.
żona 9 A + u“ — a-łoo io ma mnie uuwiua »tvia, iua, G przou.
ą. Łosię tobie zdaje? I zliczyćbym nie potrafił, ile już razy
Manzoni: Narzeczeni. Tom I.
7

98
NAKZECZENI.
przed nią kłamałem! O te niśma obawy; znajdzie się i teraz sposób na zaspokojenie babski éj ciekawości.
— Jutro z rana — rzekł Renzo — raz jeszcze obszerniej o tem wszystkiem pogadamy, aby cały plan należycie ułożyć.
I wyszli z gospody; Tonio zwolna poszedł ku domowi, obmyślając w swej głowie jakąś niepospolitą historyę, którą miał zaspokoić ciekawość swojej połowicy, a Renzo co tchu podążył do narzeczonej, aby ją i Agnieszkę zawiadomić o pomyślnym skutku narady.
Tymczasem Agnieszka wszelkich dokładała starań, aby zwalczyć owę niechęć, którą córka jej okazywała dla całéj tej sprawy. Łueya na wszystkie dowody matki cicho, lecz stanowczo odpowiadała: albo rzecz ta jest nie dobrą i nie trzeba jej robić: albo, jest dobrą i dlaczegóż w takim razie ojcu Krzysztofowi nie powiedzieć o niej?
Renzo wszedł z twarzą rozpromienioną, zaraz zdał sprawę z wycieczki do Tonią i zakończył tryumfującym: a co? — wykrzyknikiem, czy też zapytaniem, które miało wyrażać: widzicie jaki to ze mnie człowiek? czy można było cos lepszego wymyślćć? czyby wam to kiedy przyszło do głowy? i tysiąc innych jeszcze równie pięknych rzeczy.
Łueya zlekka potrząsała główką; lecz matka i narzeczony zaprzątnięci całkowicie owym wielkim planem, który jutro już mieli wykonać, prawie żadnej na nią nie zwracali uwagi, jak to się zwykle czyni z upartemi dziećmi, gdy już starsi spostrzegą, że na nic się nie zdadzą wszelkie namowy i przekonywania, i że wypadnie następnie użyć gróźb i władzy, aby je zmusić do uczynienia tego, czego się od nich wymaga.
— Dobrze — powiedziała Agnieszka — bardzo dobrze, ale... nie o wszystkiem jednak pomyślałeś.
— Jakto, cóż jeszcze miałoby brakować?
— A Perpetua? zapomniałeś o Perpetui. Że Tonią z bratem wpuści, to pewno; ale was! ciebie i Łucyę razem! zastanów się tylko. O, o! wam do plebanii będzie trudniej się dostać, niż ulicznikowi do ogrodu z dojrzałemi gruszkami. Pewnie już jej proboszcz szeroko o tem gadał.
— Więc jakże to będzie? — spytał Renzo trochę zakłopotany.
— A ot jak będzie: ty zapomniałeś, ale ja za to dobrze pamiętałam; pójdę z wami, mam jeden sposób doświadczony, aby ją przywabić; odprowadzę ją na stronę i tak zająć potrafię, że już nic słyszeć, ani nic jfidzieć nie będzie, a wy tymczasem idźcie śmiało, prosto do proboszcza. Już ja Perpetuę biorę na siebie; wywołam ją... poruszę pewną czułą strunę... słowem, zobaczycie.

ROZDZIAŁ VI.
99
— 0, matko droga! — zawołał Renzo — i któż to lepiej mógłby wszystko obmyślić! Przecież mówiłem, że we wszystkióm i zawsze jesteś naszą jedyną, pocieszycielką i naszym najlepszym doradcą.
. ~~ Ale, to na nic się nie zda — powiedziała Agnieszka —
jeżeli się Łueya nie da namówić; przecież dotąd utrzymuje, żęto jest grzechem.
Renzo użył całéj swojej wymowy, aby Łucyę przekonać, lecz Die na wiele mu się przydało: dziewczyna była niewzruszoną.
— Ja nie potrafię odpowiedzićć na te wasze dowody — mówiła — ale widzę, iż wykonanie tego planu wymaga podstępu, kłamstwa, wybiegów. Ach Renzo! nie tak przecież zaczynaliśmy. Ja chcę być twoją żoną — i wymawiając te wyrazy, pomimo usiłowania, jakie czyniła nad sobą, aby je wypowiedzieć spokojnie, oblała się gorącym rumieńcemja chcę być twoją żoną, lecz ślub nasz powinien się odbyć przed ołtarzem, tak, jak Bóg przykazał. Pozostawmy wszystko Jego świętej woli; niech On nami rządzi i kieruje. On potrafi lepiej nas poratować, niż my sami za pomocą wszystkich tych wybiegów. I dlaczegóż nie mielibyśmy powiedzióć o tém ojcu Krzysztofowi?
Sprzeczka trwała jeszcze i nie zdawała się wcale zbliżać ku końcowi, kiedy stuk sandałów na bruku podwórka i szelest habitu, podobny do owego szmeru, który sprawia wiatr, przelatując po żaglach, przerwał ją nagle, zwiastując, że ojciec Krzysztof nadchodzi. Wszyscy umilkli odrazu, a matka zaledwie miała tyle czasu, aby córce szepnąć do ucha — pamiętaj, ani słowa! — gdy JUŻ drzwi się otwarły. »
ROZDZIAŁ VII.
obowiązek przyzywa, aby obejrzeć słabe, zagrożone
rozkalUnR1’ Zelt)rai^ 1-0zP1’0SZ0nych żołnierzy i aby wydać nowe
Pokój niech będzie z wami — rzekł wchodząc. — Nic od

100
NARZECZENI.
i e£to człowieka nie możemy się spodziewać, on nie zna litości. Tem mrdziej trzeba zaufać w miłosierdzie boskie; a nawet, przed chwilą miałem już pewien dowód Jego opieki nad nami.
Pomimo, iż nikt z tych trojga ludzi nie liczył zbytecznie na pomyślny skutek usiłowań ojca Krzysztofa, gdyż w owe czasy było rzeczą nie tylko rzadką, ale nawet nigdy nie słyszaną, aby magnat, nie będąc do tego zmuszony, jedynie w skutek próśb i zaklęć ubogiego, nic nieznaczącogo człowieka, odstąpił od jakiegoś niecnego czynu, który postanowił wykonać; niemniej jednakowa bolesna pewność była strasznym ciosem dla wszystkich. Kobietom łzy w oczach stanęły i głowy się pochyliły na piersi, lecz w duszy Renza gniew zwyciężył przygnębienie. Tę ostatnią wiadomość po
przedziło już tyle wydarzeń bolesnych, tyle planów ratunku, które spełzły na niczem, tyle zawiedzionych nadziei, a wreszcie ów niezłomny, niezwyciężony opór Łucyi!
Chciałbym wiedzieć — zawołał i zgrzytnął zębami, a głos
ieffO stał się tak podniesionym, jak nigdy jeszcze w przytomności zakonnika — chciałbym wiedzieć, co mówił ten pies przeklęty, aby dowieść..aby dowieść, że moja narzeczona nie powinna być moją
zon^ Biedny chłopcze! — odpowiedział ojciec Krzysztof głosem łnvm powagi i litości, z wejrzeniem zwróconem na Renza, które
Ilnie lecz stanowczo nakazywało panowanie nad sobą — gdyby ‘ilg0, aa władzę i krzywdzi niewinnych, musiał zawsze tłomaczyć “?n’ swych postępków, to-by świat nie szedł takim torem! s1^ yyięc ten nędznik powiedział prosto, że nie chce dlatego, że
nie ^Kawet nie powiedział i tego, biedaku! I to byłoby już wielka wygraną, gdyby, kazdy z nich popełniając czyn niegodziwy Sł zmuszony do niego się przyznać.
J Aie coś przecież musiał powiedzieć, co on mówił ojcu, ten
szatan g^g^łem c0 mówił, lecz tobie nie umiałbym tego powtórzyć. Słowa niegodziwego, który jest siłny i mo2ny, choć przenikają do „łebi zacierają się prędkoTaki człowiek może udawać gniew nihv U to że go śmiesz podejrzewać, a jednocześnie dać ci do zrozumipnis że to, O co go podejrzywasz, jest prawdą; może zadać ci najstraszliwszą obelgę i nazwać się obrażonym, urągaći ci i wymagać zadośćuczynienia za obrazę grozić tobie i udawać niewinnego, być do najwyższego stopnia bezczelnym i tobie bezczelność zarzucać, a nazwać siebie wspaniałomyślnym! Nie pytaj mnie o nic więcej. On nie wymówił imienia tej niewinnej dziewczyny, ani twego nawet, nie dał do poznania, że was zna, że ma jakieś wi-

ROZDZIAŁ VII.
101
|.Vs
I
<loki; ale... ale, musiałem się jednak przekonać, iż nic go wzruszyć nie zdoła. A więc w Bogu nadzieja! Wy, biedne kobiety, nie traćcie odwagi; a ty Renzo... ach, wierz mi, że umiem się na two-
Miejscu postawić, że czuję to, co się w twojem sercu dziać musi. le, cierpliwości! Jest-to słaba pociecha, gorzka pociecha, dla kto niema wiary, lecz ty!... Czyż nie chciałbyś pozwolić, p y Bóg sam, dziś, jutro, kiedy zechce, sprawiedliwość wymierzył?
°zostaw to Jemu. On nam tyle obiecał, On jest wszechmocny. Benzo, niech On nami rządzi, i dowiedz się.... dowiedźcie się ^szyscy, że dał już mi do rąk nić, która może nas zbawić. Teraz Mc wam nadto nie mogę powiedzieć. Jutro nie przyjdę; dla was przez dzień cały muszę pozostać w klasztorze. Ty, Renzo, przyjdź lo mnie, a w razie, gdyby ci coś na przeszkodzie stanęło, gdybyś sam przyjść nie mógł, to przyślij jakiego przyjaciela, człowieka pewnego, lub roztropnego chłopaka, któremubym mógł powierzyć Moje dla was zlecenie. A teraz, już zmrok zapada, muszę śpieszyć
do klasztoru. Zatem wiary i cierpliwości, i bywajcie zdrowi.
Domawiając tych wyrazów wyszedł, a raczej wybiegł, aby po
kamienistych, krętych uliczkach pędzić do klasztoru. Obawiał się przybyć za późno, gdyż to mogłoby się stać powodem surowego napomnienia, a nawet, czego się lękał najbardziej, kary, któraby mu Przeszkodziła dzień następny poświęcić sprawom, mogącym mieć rak ważny wpływ na losy jego protegowanych.
. — Czy słyszeliście, co ojciec Krzysztof powiedział o czemś.. Me wiem doprawdy... o jakiejś nici, która może nas zbawić? — spyMa Łueya. — Trzeba mu zaufać; to taki człowiek, który skoro raz
^rzecze...
wini^ Tak sądzisz! — przerwała Agnieszka. — Tyle tylko! Pona jasno i wyraźnie powiedzieć, albo mnie chociażby wziąć
i wytłomaczyć, co to być może ta... zawoła^3Pstwa! ja się do tego wezmę, ja! ja sprawę zakończę! — głosu i J^Mizo, mierząc pokój wielkiemi krokami, a dźwięk jego do znaczę^-18, 2 twarzy n’e pozostawiały najmniejszej wątpliwości co
Acha °wych słów złowrogich.
Q0 ’ Renzo 1 — zawołała Łueya.
Agnieszka ckcesz przez to powiedzieć? — rzekła strwożona
miał nawethsCtlPowiedzi®ó? A to’ że Ja sprawę tę skończę. Gdyby i kości, jak i inni5?art<?w W swdj’ duszy’ zawsze przecież jest z ciała
i i
c,,’ 1Ue’ Me, co tobie? Renzo!... — zaczęła Łueya; lecz Płacz gwałtowny prZerwał jśj ffiowę<

102
NARZECZENI.
— Nawet żartem takich rzeczy mówić się nie godzi, — powiedziała Agnieszka.
— Żartem? — zawołał Renzo, zatrzymując się nagle przed Agnieszką i patrząc na nią jakimś dziwnym wzrokiem. — Żartem! zobaczycie, czy to są żarty!
— O, Renzo, — wśród łkań, z trudnością, powiedziała Łueya — jeszczem cię nigdy takim nie widziała.
— Na miłość boską, nie mów tego Renzo, — odrzekła Agnieszka śpiesznie półgłosem. — Czyż nie pamiętasz, ile to rąk ma na swoje rozkazy ten nędznik? A gdyby nawet... Broń Boże... nas biedaków zawsze sprawiedliwość dosięgnie.
— Ja, ja sam sprawiedliwość wymierzę. Czas już wielki po temu. I ja to wiem dobrze, że to rzecz niełatwa. Otoczył się strażą, myśli, że już może nikogo się nie lękać. Zobaczymy, czy mu się na wiele to przyda! Baczności tylko i odwagi... a chwila nadejdzie. Tak, ja sprawiedliwość wymierzę, ja od niego kraj oswobodzę, ja wrócę spokój okolicy, iluż to ludzi błogosławić mię będzie!... a potem, o trzy kroki granica!...
Przerażenie, którego doznała Łueya na te, tak strasznie zrozumiałe, wyrazy, nagle płacz jej przerwało i dało silę do mówienia. Ocierając dłonią twarz, łzami zalaną, powiedziała do Renza głosem stanowczym, choć pełnym boleści: — Więc już dziś ciebie tak mało to obchodzi, czy będę twoją żoną? Dałam słowo człowiekowi, który kochał Pana Boga, który bojaźń bożą miał w sercu, ale gdyby ten człowiek miał teraz popełnić... miał zapomnieć... Chociażby się ukrył w jak naj bezpieczniej szćm schronieniu, gdzieby go ani zemsta, ani sprawiedliwość ludzka dosięgnąć nie mogły, choćby był księciem udzielnym...
— A więc dobrze — zawołał Renzo z twarzą jeszcze bardziej zmienioną — nie możesz być moją, lecz i jego nie będziesz. Ja, tu pozostanę bez ciebie, a on pójdzie do pieklą...
— Ach na Boga, ach przez litość! Renzo! Renzo! nie mów tak, te oczy, te oczy! nie, nie, ja nie mogę patrzyć na ciebie! — zawołała Łueya z płaczem ręce składając błagalnie, podczas gdy Agnieszka wołała również na młodzieńca po imieniu i chwytała go za ramiona, za ręce, i biegała za nim, chcąc go uspokoić i wrócić do przytomności. Renzo zatrzymał się nagle, patrzył przez chwilę w milczeniu na załzawione oczy Łucyi, które były nań podniesione z tak błagalnym wyrazem; potem coś strasznego przemknęło mu po twarzy, wyciągnął rękę i wskazując nią na narzeczoną powiedział: — on ją chce mieć, ją! Musi umrzeć!
— A ja, cóżem ci złego zrobiła, że mnie chcesz zabić? — zawołała Łueya, padając przed nim na kolana.

BOZDZIAŁ VII.
103
! ~ odrzekł głosem, który choć nie był już tak wściekły, wyrażał jednak silne rozdrażnienie. — Ty! A cóżeś dla mnie dobrego zrobiła? Czy mnie kochasz choć trochę? Prosiłem ciebie, błagałem, zaklinałem, a ty zawsze: nie i nie!
Tak, tak — śpiesznie odpowiedziała Łueya — pójdę do prob?SKCza’ Jutro, dziś, zaraz, jeżeli chcesz, pójdę. Ale na miłość
uspokój się, bądź takim, jak dawniej; pójdę, pójdę. n j~~ Przyrzekasz mi to? — spytał Renzo, a twarz i głos jego
Ste złagodniały.
Przyrzekam.
— Chwała Bogu! — zawołała Agnieszka podwójnie ucieszona. Czy, w silnym swym gniewie, Renzo pamiętał o tem, jak wielkie korzyści dadzą się osiągnąć z przestrachu Łucyi? Czy nie starał S13 jeszcze go zwiększyć, aby jej przyrzeczenie uzyskać? Rękopism?asz żadnych w tym razie nie podaje wyjaśnień, a ja sądzę, że
1 sam Renzo dobrze o tem nie wiedział. To tylko nie może ulegać wRtpliWości, czuł wściekłą nienawiść dla don Rodriga i że z.catej duszy pragnął Łucyę zjednać dla swej sprawy, od powodze-
18 której tak wiele mogło zależeć, a wówczas gdy dwie silne naPkętności miotają jednocześnie duszą człowieka, nikt, nawet i on ®anj. nie może odróżnić głosu jednej od drugiej i powiedzieć, która
2 Uleli przemaga.
~~ Przyrzekłam ci — powiedziała po chwili Łueya głosem,
. którym brzmiała łagodna i nieśmiała wymówka — Renzo, lecz ys również przyrzekł nie popełniać żadnego szalonego kroku, zal°wywać się tak, jak nam ojciec Krzysztof...
l°yś~o?znowu! Ach Łucyo, czyżbyś chciała się cofnąć? Czyżstwn ciała doprowadzić mię do tego, abym naprawdę jakieś szaleń-
^Jupełnił?
którą, sj?je’ nie, ja się nie cofam, ja pójdę — powiedziała Łueya, trzymać s}C^ zacz^ ua nowo ogarniać. — Przyrzekłam, muszę doPrzyrzekła0, ^8“ Ale widzisz, w jakiż to sposób zmusiłeś mię, abym
~ I Por PaD Bóg nie chce...
Łucyo, PanC<D ckcesz wyprowadzać stąd jakieś wróżby złowrogie? — Przyj. F wie, iż nie zrobiliśmy nic złego, nikomu.
— Przyrz v ’j “i chociaż, że to już będzie ostatni raz...
— Ale ter 01 ck przyrzekam, jak-era uczciwy człowiek.
Agnieszka. * “ “ x
Tu znowu
prawdę była tak^bn’, ^11.. —.,,
Ua ów krok stanowa 20 zmartwioną tem, że ją zmuszono przystać Pytania >ZyMy również nie będziemy zgłębiać tego
az> Łucyo, musisz słowa dotrzymać — rzekła
^kopism nie umie nam powiedzióć, czy Łueya na

104
NARZECZENI.
Renzo chciał jeszcze dalej prowadzić rozmowę i naradzać się z kobietami nad tem, w jaki sposób byłoby najlepiéj całą jutrzejszą, wyprawę ułożyć: lecz noc już zapadła oddawna i Łueya z Agnieszką wyprawiły go do domu, życząc dobrej nocy, bo uważały za rzecz niezbyt przyzwoitą, aby młodzieniec o tak spóźnionej godzinie pozostawał w ich mieszkaniu.
Noc tę wszyscy troje spędzili tak, jak ją tylko spędzać może ten, kto po przebyciu dnia pełnego niepowodzeń i wstrząśnień gwałtownych gotuje się do wykonania w dniu następnym kroku ważnego, niebezpiecznego i którego pomyślny skutek wielce jest wątpliwy.
Nazajutrz Renzo bardzo wcześnie zjawił się w domku swojej narzeczonej, i zaraz z obu kobietami, a raczej z samą tylko Agnieszką, począł roztrząsać wszelkie szczegóły, dotyczące wczoraj powziętego planu, rozwiązując trudności, przewidując je, starając się zawczasu o ich usunięcie i mówiąc o wszystkiem z taką dokładnością, jak gdyby plan ow należał już do wypadków spełnionych. Łueya słuchała uważnie, i choc nie mogła pochwalać tego, co się tak dalece nie zgadzało z jej przekonaniem wewnętrznem, obiecywała jednak spełnić to wszystko, czego od niej wymagano.
— Czy ty pójdziesz do klasztoru, do ojca Krzysztofa, jak ci to wczoraj zalecił? — spytała Agnieszka narzeczonego.
— O, że nie, to nie! — odrzekł Renzo — matka wie przecież co to za oczy ma ten ojciec Krzysztof; z twarzy mojej, jak z książki, zarazby wyczytał, że coś się święci nowego; a gdyby zaczął mnie pytać, a wypytywać, to jużbym wszystko wygadał. Zresztą, tak dużo mam dziś do roboty, że i z tego powodu nie mógłbym iść do klasztoru. Może matka kogoś pośle od siebie?
— Poślę Menica.
— Dobrze — odpowiedział Renzo i wyszedł, aby się zająć przygotowaniami do wieczornej wyprawy na plebanię.
Agnieszka poszła do sąsiedniego domu po Menica, który był bardzo sprytnym i zwinnym chłopakiem, Uczącym lat około dwunastu, a do tego przez ciotki stryjeczne, czy też braci ciotecznych nawet jakimś dalekim jej krewnym. Uprosiła jego rodziców, aby chłopca oddali jéj na cały dzień, bo, jak mówiła, potrzebny jej był dla pewnego interesu. Rodzice zgodzili się chętnie i Agnieszka poprowadziła Menica do siebie, dała mu śniadanie, a gdy chłopak już podjadł, powiedziała mu, aby szedł zaraz do Pescarenico, do klasztoru, zapytał o ojca Krzysztofa, stawił się przed nim i pozostał tam tak długo, aż sam ojciec Krzysztof każę mu wracać i da mu do niéj pewne ustne zlecenie. — Znasz przecie tego ojca Krzysztofa?

ROZDZIAŁ VII.
105
— spytała — taki piękny starzec z długą, białą brodą, ten, którego ludzie zowią świętym...
— A znam — przerwał Menico — to ten, co zawsze nas pieści i głaska po twarzy i daje nam takie śliczne, święte obrazki.
— A tak, moje dziecko. Otóż, gdyby on ci powiedział, abyś czekał w pobliżu klasztoru, to czekaj; nie oddalaj się nigdzie, ani nad staw po to, aby się przyglądać, jak ryby łowią, ani do wsi, aby pomagać rybakom sieci rozwieszać na murach, ani wreszcie na pole z chłopcami, aby się bawić w tę waszą grę ulubioną...
— B, ciotko; przecież nie jestem już dzieckiem.
— Dobrze więc, pamiętaj o tem wszystkiem, com ci mówiła, a gdy wrócisz z odpowiedzią... patrz, te dwa błyszczące pieniążki
dla ciebie.
— Niech mi je ciotka da zaraz, to wszystko jedno.
— Nie, nie, przegrałbyś je, teraz nie dam. Idź, a jak się dobrze
spiszesz, to może coś więcej jeszcze dostaniesz.
W dalszym ciągu tego długiego poranku, zaszły pewne wypadki,
które, choć nic nieznaczące na pozór, zaniepokoiły jeszcze bardziej, i bez tego już strwożone, kobiety. Jakiś żebrak, ani tak obdarty, ani tak wynędzniały jak inni żebracy, z dziwnie złowrogim i odrażającym wyrazem twarzy, wszedł do pokoju, prosząc o jałmużnę i wodząc dokoła wzrokiem badawczym. Dano mu kawałek chleba, który schował do torby i za który podziękował ze źle ukrytą obojętnością. Potem stał jeszcze przez czas pewien z miną zuchwałą, lecz jednocześnie z pewnem pomieszaniem, zadając kobietom różne Pytania, na które Agnieszka dawała odpowiedzi pośpieszne, ale najzupełniej mijające się z prawdą. Wreszcie, zabierając się do wyjścia, niby przez roztargnienie, poszedł do drzwi, które prowadziły na gópę, otworzył je, rzucił przelotne, ale badawcze spojrzenie na schody, jeszcze raz obejrzał się dokoła i wówczas dopióro, gdy Agnieszka zawołała: — ej, ej, mój panie szanowny, dokąd to? nie tam! zmyliłeś drogę! — wrócił nazad, z wyrazem udanej pokory, która tak dalece nie zgadzała się z jego twarzą zbójecką, zaczął pnjuniżeniej przepraszać za pomyłkę i wyszedł. Następnie inne, nie mniej podejrzane figury, od czasu do czasu zjawiać się poczęły. — trudno było zgadnąć, co to są za ludzie, to jednak pewna, iż nie wyglądali na owych poczciwych przechodniów, za których chcieli uchodzić. je(ien wstępował pod pozorem rozpytania się o drogę, inni> Przechodząc mimo domku, zwalniali kroku i nie wchodząc na podwórko, zdaleka tylko starali się zajrzeć do wnętrza pokoju, a czynili to ostrożnie, niby od niechcenia, jakby z obawy wzbudzenia podejrzeń. Wreszcie, około południa, ta zatrważająca defilada ustała. Agnieszka co chwila podnosiła się z krzesła, prze

106
NARZECZENI.
chodziła przez podwórko, zatrzymała się przy bramie, spoglądała uważnie na prawo i na lewo i wracała mówiąc do córki: — nikogo — wyraz, który wypowiedziała z wielkiem zadowoleniem i który sprawiał Łucyi niemniejszą przyjemność, choć obie nie umiały jasno zdać sobie sprawy z tego uczucia. Jednak, w głębi serca pozostał im jakiś niepokój, który Łucyi szczególniej odebrał znaczną część tej odwagi, która była jej tak niezbędnie potrzebną dla wieczornej wyprawy.
Trzeba jednak, aby czytelnik czegoś się więcej dowiedział o tych tajemniczych figurach, które owego poranku oblegały domek naszej Łucyi, a dlatego wypadnie nam cofnąć się do dnia uprzedniego i wrócić do zameczku, w chwili, gdy go opuścił ojciec Krzysztof.
Don Rodrigo, jak-to już powiedzieliśmy wyżej, chodzi! wielkiemi krokami po sali. Ściany tej sali zdobiły portrety rodzinne kilku pokoleń. Wszędzie i zawsze miał je przed oczyma. Tu, widział zwrócone na siebie groźne spojrzenia pewnego wojownika, postracha wrogów i swych własnych żołnierzy, bohatera, który stał w pełnem uzbrojeniu, w rękawicach z żelaza, cały z żelaza i miał włos najeżony, przystrzyżony krótko, wąs ogromny, ostro podkręcony i duży podbródek; którego lewa ręka spoczywała na mieczu, a prawa na biodrze, na stalowej zbroicy. Tam znowu, patrzył nań inny jego przodek, wysoki sędzia, postrach pieniaczy i adwokatów; siedział w dużym fotelu, wybitym aksamitem czerwonym, owinął się w czarną, szeroką togę i całkiem był czarny, oprócz białego, długiego kołnierza i sobolowego futra, którem toga była podbita (sobole nosili tylko i to w zimie, co jest powodem, iż nie znajdziemy ani jednego portretu senatora, któiyby go. przedstawiał w stroju używanym w czasie lata); twarz owego sędziego, była chuda i żółta, brwi ściągnięte, a w ręku trzymał jakąś suplikę i zdawał się mówić: zobaczymy. Dalej, ukazywała się jakaś matrona, postrach całej służby, dalej opat, postrach wszystkich mnichów; słowem, wszędzie dokoła spoglądali nań ludzie grozili za życia, a i teraz jeszcze groźni, choć po śmierci. Wobec całego tego, tak świetnego, grona praojców, don Rodrigo czuł się tembardziej upokorzonym zawstydzonym, wściekłym, krew w nim wrzała na mysi, iz jakiś mnich nikczemny śmiał przed nim wystąpić z prozopopeją Natana. Tworzył jakieś plany zemsty, to znów je odrzucał i myślał, w jaki sposób dałoby się najlepiej zaspokoić swą namiętność, a jednocześnie zadosyć uczynić temu, co zwał swym honorem. Jednak, czasem (rzecz dziwna na prawdę), gdy mu w duszy rozlegały się głośniej owe straszne wyrazy niedokończonego proroctwa, przechodziło go mrowie i gotów był wszystkiego zaniechać. W ostatku, może dlatego, aby jakiś inuy kierunek nadać swoim myślom, zawołał służą

ROZDZIAŁ VII.
107
cego, kazał mu iść do gości i przeprosić ich w jego imieniu za to, że do nich nie wróci, gdyż zajmuje go w chwili obecnej sprawa ważna, niecierpiąca zwłoki. Służący wkrótce powrócił, oznajmując, że goście już się rozeszli, składając gospodarzowi zaocznie głęboki szacunek.
A hrabia Attilio? — spytał don Rodrigo, nie przestając mierzyć pokoj wielkiemi krokami.
— Wyszedł wraz z niemi, jaśnie wielmożny panie.
Dobrze, podaj mi płaszcz, miecz, kapelusz; pójdziesz ze mną.
A spiesz się.
Służący, kłaniając się nisko, wysunął się z pokoju; a po chwili wrócił już z mieczem w bogatej oprawie, który pan jego natychmiast przypasał do boku, z płaszczem, który na ramiona zarzucił, z kapeluszem o szerokich brzegach i piórach wspaniałych, który włożył na bok z fantazyą, a następnie z góry jeszcze przybił dłonią, co było oczywistym dowodem, że dziś w złym jest humorze. Przed zamkiem czekało już nań sześciu uzbrojonych brawów, którzy, powitaw®zy pana głębokim ukłonem, poszli za nim w milczeniu. Don Ro[, go, bardziej zamyślony, ponury, lecz nie mniej dumny, niż zwyy’e, skierował się w stronę Lecco. Wieśniacy i rzemieślnicy, zda^eka spostrzegłszy nadchodzącego magnata, usuwali się śpiesznie ha stronę i przyciskając się do muru, opasującego drogę, kłaniali mu się z uszanowaniem najgłębszem; on jednak na żadnego nie spojrzał. Jako niżsi od niego, ukłonem witali go również i ci, których ind zwał panami, gdyż w całej okolicy na sto mil dokoła nie było nikogo, ktoby mógł mu dorównać świetnością rodu, majątkiem, znaCZeniem, koligacyą i ktoby potrafił jak on, dzięki tym przywilejom, y^yższyć się tak nad wszystkich. Tych ostatnich zaszczycał ekkiem skinieniem głowy. W czasie niniejszej przechadzki nie mu się to wprawdzie, lecz zwykle, kiedy spotykał hiszpańskiego kasztelana z Lecco, ukłon z obu stron bywał równie głęboki, la j1’ J^kim witają się zazwyczaj dwaj silni tego świata, którzy, choć IPa 0 S1ę znają i nic nie mają z sobą do czynienia, chcą jednak oda cześć, należną wysokiemu stanowisku, które każdy z nich zaj’1U’^e-K ^y nieco się rozerwać i wyrugować z pamięci obraz za’n.o-a’ tak uporczywie stał mu przed oczami, don Rodrigo
zapragnął spojrzeć na obrazy wcale odmiennej natury i wszedł do pewnego domu, d0 którego zawsze wiele uczęszczało osób i gdzie go przyjęto z oznakami takiej uprzejmości i takiego uniżenia, z jakiemi tylko witani są ludzie, których, albo bardzo kochają, albo obawiają się wszySCy. zabawił tam długo i dopióro późno już w nocy wrócił do zamku. Hrabia Attilio też powrócił przed chwilą, Podano wieczerzę, obaj do niej zasiedli, lecz don Rodrigo jadł nie-
Wlele, mówił mało i był zamyślony.

108
NARZECZENI.
— Kuzynie kochany, pregrałeś zakład, czekam na zapłatę — rzekł ze złośliwym uśmiechem hrabia Attilio, skoro tylko sprzątnięto ze stołu i służba odeszła.
— Termin na św. Marcina.
— To wszystko jedno, możesz mi zaraz zapłacić, bo i wszyscy święci z całego kalendarza przeminą, nim...
— To jeszcze pytanie.
— Kuzynie, chcesz, jak widzę, politykować, lecz ja wszystko odgadłem, i jestem tak pewny tego, że zakład wygrałem, iż wielka chęć mię bierze stanąć do nowego.
— I do jakiegoż to naprzykład.
— A choćby do takiego: oto twierdzę i utrzymuję, że ten ojciec... ojciec... jakże się nazywa? słowem, że ten mnich ciebie nawrócił.
— A tożeś powiedział!
— Tak, tak, nawrócił cię, kochany kuzynku, już ja wiem, co mówię. I... i bardzo jestem z tego zbudowany. A wiesz, że to będzie niezmiernie rozczulające widzieć cię pełnego skruchy i żałującego za grzechy z oczami skromnie spuszczonemi w ziemię I A jakaż-to chluba dla onego mnicha! Będzie miał czem się pochwalić przed swojemi spółbraćmi! Jak paw’ się nadmie i napuszy! I słusznie, bo téż-to zasługa nie lada. Takie złote rybki, jak ty kuzynie, nie codzień i nie każdą wędką się łapią. Bądź pewny, że ciebie za przykład będzie podawał, a kiedy go poślą w dalsze strony, nie omieszka szeroko gadać o twem nawróceniu. Zdaje mi się nawet, że już go słyszę — I tu, mówiąc przez nos, a ruchami pełnemi śmiesznej przesady starając się towarzyszyć mowie, ciągnął dalej, naśladując głos kaznodziei: — W pewnej części tego świata, której dla wielce ważnych i godziwych powodów nie wymieniam, żył, moi najmilsi słuchacze, i żyje po dziś dzień pewien rycerz rozwięzłych obyczajów, miłujący bardziej niewiasty, niż towarzystwo ludzi poczciwych, który przywykłszy do zrywania kwiatków na każdej niwie, zwrócił raz swe oczy...
— Dosyć już, dosyć — przerwał don Rodrigo, z jakimś wymuszonym uśmiechem. — Jeżeli chcesz zakład podwoić, jestem gotów.
— Tam do licha! miałżebyś ty mnicha nawrócić?
— Nie mów mi o nim, a co do naszego zakładu, to go sw. Marcin rozstrzygnie..,,,.
Te ostatnie wyrazy zaostrzyły niesłychanie ciekawość hrabiego, nie szczędził zapytań, lecz don Rodrigo na wszystkie odpowiadał wymijająco, odkładając wszelkie wyjaśnienia do dnia św. Marcina, gdyż nie chciał powierzać stronie przeciwnej planów i zamiarów, które ani jeszcze w życie nie weszły, ni też zbyt pewnemi nie były.

ROZDZIAŁ VII.
109
Następnego poranku don Rodrigo znowu się dawniejszym don Rodrigem obudził. Strach owych tajemniczych wyrazów: przyjdzie dzieii! które mu od wczorajszego wieczoru ciągle w uszach dźwięczały, rozwiał się z brzaskiem poranku; i pozostał mu jedynie gniew wielki, tłumiony, spotęgowany jeszcze ową myślą, iż, choć na chwilę, dał się opanować trwodze. Wspomnienie tryumfalnej przechadzki do Lecco, pokornych ukłonów, uniżonego przyjęcia w owym domu, do. którego wstąpił, wreszcie złośliwych żarcików kuzyna, niemało się przyczyniły do zwrócenia mu dawniejszego ducha. Zaledwie Wstał z łóżka, natychmiast kazał Griza przywołać. — Oho! cóś ważnego się święci! — pomyślał służący, który ten rozkaz miał spełnić; trzeba bowiem wiedzieć, iż Grizo był-to sobie ni mniej ni więcej, tylko naczelnik Irawów, któremu powierzano zwykle najbardzléj niecne i niebezpieczne wyprawy; ulubieniec i powiernik pana, człowiek oddany mu całą duszą, gdyż przywiązywała go doń wdzięczhość i osobisty interes. Pewnego razu, po zabiciu człowieka wśród białego dnia, na placu, udał się do don Rodriga, błagając go 0 Schronienie i opiekę, a ten włożywszy nań swoję liberyą uczynił go niedostępnym dla tego wszystkiego, co się zwało prawem i sprawiedliwością. Tak więc, ów Grizo, aby zapewnić sobie bezkarność za pierwszą zbrodnię, zobowiązał się teraz, na każde skinienie pana, tysiące innych popełniać. Don Rodrigo, przyjmując go na służbę, czynił nabytek nielada, bo pomijając już nawet tę okoliczność, iż nikt w całym zamku człowiekowi temu w sile i zręczności nie mógł dorównać, stawał się on jeszcze oczywistym dowodem tego, iż jego han i opiekun może śmiało prawa naruszać; co odrazu zwiększyło Jego władzę i znaczenie w mniemaniu ogółu i we własnych oczach.
— Grizo! — rzekł don Rodrigo do wchodzącego brawa. — Masz Pac do popisu, zobaczymy teraz, czegoś ty wart. Przed jutrem jeszcze> rozumiesz? dziś jeszcze ta Łueya powinna być w zamku.
~~ Dla Griza wszelki rozkaz mego jaśnie wielmożnego pana jest swięty-
, ~ Ą więc bierz tylu ludzi, ilu sam zechcesz, rozporządzaj się, rozkazuj, g}owem, rób wszystko, jak ci się podoba, byle tę sprawę ukończyć szczęśliwie. Przedewszystkiem jednak pamiętaj: obchodzie się z nią grzecznie, niech jej i jeden włos z głowy nie spadnie.
Jaśnie wielmożny pan może być pod tym względem spokojny. Wszakże, trzeba ją będzie trochę nastraszyć, aby nie zanadto krzyczała... tak tylko dla uspokojenia... bez tego się nie
obejdzie.
— Tak, nastraszyć... pojmuję, rzecz nieunikniona. Ale, otoozysz ją wielkiem uszanowaniem, niech się jej nikt nawet dotknąć nie waży. Rozumiesz?

110
NARZECZENI.
— Jaśnie wielmożny pan daruje, ale nie można przecież urwać kwiatka, choćby nawet i dla jaśnie wielmożnego pana, bez tego, aby się do niego nie dotknąć. ’ Jednakże zrobi się to tylko, co będzie niezbędnie potrzebnem.’
— Polegam na tobie. No... i jakże-to będzie?
— Właśnie nad tém myślę. To jeszcze szczęście, że domek jej tuż z brzegu, koło pola. Potrzebujemy mieć nieopodal jakieś schronienie, aby tam się zejść, zebrać: otóż sądzę, że najlepiej nam do tego posłuży owa chata nawpół rozwalona, stojąca na uboczu wśród pola... owa chata... jaśnie wielmożny pan nic o niej zapewne nie słyszał... spaliła się przed paru laty, a ponieważ nie było pieniędzy na jéj odbudowanie, opuszczono ją, a teraz czarownice tylko tam się schodzą; ale, dziś przecie nie sobota, i kpię sobie ze wszystkich czarownic. Wieśniacy, którzy wszystkiego się boją, za żadne skarby, nawet w niedzielę w nocy, nie odważyliby się wetknąć tam nosa, tak, iż możemy śmiało się rozlokować w owej chacie bez obawy, aby ktoś miał do niej zajrzeć i szyki nam popsuć.
— Dobrze, i cóż dalej?
Tu Grizo zaczął przedstawiać panu swe plany; don Rodrigo brał je pod rozwagę, poprawiał, ulepszał, zmieniał; wreszcie, po dość długiej naradzie ułożyli wszystko wybornie: i sposób uwieńczenia pomyślnym skutkiem wyprawy, i zatarcia śladów jéj sprawców, i odwrócenia w inną stronę podejrzeń i nakazania milczenia Agnieszce, i wreszcie nabawienia Renza takiego strachu, żeby, aż o bólu, krzywdzie i uciekaniu się do sprawiedliwości zapomniał i nie miał nawet ochoty skarżyć się; słowem pomyśleli o wszystkich pomniejszych łotrostwach, które były niezbędne dlatego, aby się główne udało. Nie będę wchodził we wszystkie szczegóły ich niecnych planów, gdyż, jak się to wkrótce okaże, jasność niniejszej opowieści nic a nic na tém nie straci, a czytelnik, może mi nawet być wdzięczny za to, iż mu oszczędzę przyjemności słuchania dłużéj narad dwu tych, tak godnych siebie ludzi. Dosyć i tego, gdy powiem, że w chwili, kiedy Grizo śpieszył już do drzwi, aby jak najprędzej zabrać się do dzieła, don Rodrigo jeszcze go zatrzymał i rzekł: — słuchaj: gdyby przypadkiem ten chłop zuchwały wpadł dziś wam w ręce, nie było-by od rzeczy zaraz wygarbować mu skórę, dlatego, aby rozkaz, który jutro odbierze, mógł lepiej skutkować po takim wstępie. Wówczas możemy być pewni, że będzie milczał jak ryba. Ale, uważasz, w takim tylko razie, gdyby się pod rękę nawinął; uganianie się za nim może popsuć wszystko. Rozumiesz?
~ Już niech jaśnie wielmożny pan raczy mi zaufać — odrzekł Grizo z zarozumiałym uśmiechem i głębokim ukłonem; i wyszedł.
Cały ranek został użyty na przygotowania wstępne, na zbadanie

ROZDZIAŁ VII.
111
F
gruntu. Ow niby żebrak, który wstępował do domku naszej Łucyi, był ni mniój ni więcej, jak Grizo w swej własnój osobie, wciskający się tu, aby wszystko należycie obejrzóć; owi niby poczciwi przechodnie byli jego brawi, dla których i bardziej pobieżne nawet spojrzenie na plac przyszłej kampanii mogło wystarczyć. Po uskutecznieniu tych wstępnych kroków już się nie pokazywali więcej z obawy, aby nie ściągnąć na siebie zbyt silnych podejrzeń.
Około południa wszyscy już do zamku wrócili, a Grizo pośpieszył do paua, aby mu zdać sprawę z dotychczasowych czynności i ostateczny swój plan mu przedstawić. Następnie wydał rozkazy, każdemu wyznaczył jego działalność i stanowisko, każdego nauczył, jak ma się w czasie wyprawy zachować. Wszystko-to nie mogło Ujść uwagi starego służącego, który bardziej, niż kiedy, wzrok wytężał i ucha nadstawiał i spostrzegł odrazu, że coś się niedobrego święci. Za pomocą niby odniechcenia rzucanych zapytań i natężonego słuchu, tu jedno złapał słówko, tam drugie i trzecie i czwarte, dalej pochwycił jaśniejszą już nieco wiadomość, zwracał wielką uwagę na ów tajemniczy ruch i niezwykle krzątanie się w zamku, aż wreszcie, po wielu mozolnych usiłowaniach, po zestawieniu i uporządkowaniu w swej głowie wszystkich tych oderwanych szczegółów doszedł do poznania tego, co zamierzano wykonać tej nocy. Lecz nim zdołał owe plany przeniknąć, już i sama noc była niedaleka, a nawet mały oddział brawów, jako przednie straże wyruszył z zamku, aby się rozlokować w opuszczonej chacie wśród pola. Biedny starzec, choć czuł dobrze, w jak niebezpieczną grę się wdaje i choć obawiał się, aby nie przybyć już poniewczasie, nie chciał jednak od danego słowa odstąpić; wyszedł z zamku pod pozorem użycia przechadzki i z największym pośpiechem, na jaki mu tylko stare nOgj mogły pozwolić, pobiegł do klasztoru, niosąc ojcu Krzysztoiowj przyrzeczone ostrzeżenie. Wkrótce potem wyruszyła reszta jiaż(jy zosobna inną drogą podążał, aby nie wzbudzić podejrzy. Q.rizo wyszedł ostatni, tak, iż w zameczku z tego wszystkiego, c0 mia}0 do wyprawy należeć, pozostała jedna tylko lektyka, która późnym już wieczorem miała być zaniesioną do chaty; co się też następni j stało. Gdy już się wszyscy w owej chacie zebrali, Grizo wyS}aj natychmiast trzech ludzi do gospody na wieś, z rozkazem, aby je(jen z nich stanął we drzwiach, pilnie uważał na wszystko, co się dziać będzie na ulicy, i na to, kiedy już mieszkańcy udadzą się na spoczynek; dwu innym polecił siedzieć w gospodzie, pić wino i jakąś grę rozpocząć, a tymczasem śledzić uważnie każdą, najmniój nawet znaczącą rzecz, któraby się im mogła wydać podejrzaną. On sam, z resztą zgrai brawów do czasu w chacie po
został.

. 112
NARZECZENI.
Stary sługa jeszcze był w drodze do klasztoru; trzej, na zwiady posłani, przestępowali próg gospody; słońce zachodziło, gdy Renzo wszedł do mieszkania swej narzeczonej i rzekł: — Tonio i Gierwazy czekają w pobliżu; idę teraz z niemi do gospody, aby trochę przekąsić, a gdy na Anioł Pański zadzwonią, przyjdziemy tu po was. Odwagi Łucyo! Wszystko od jednej chwili zależy. Łucya westchnęła i powtórzyła: — odwagi — głosem, który zdradzał, że jej nie miała.
Kiedy Renzo i dwaj towarzysze zbliżali się do gospody, spostrzegli owego draba, który opierając się o odźwierek i założywszy ręce na piersiach tak się ulokował wygodnie, że całe niemal przejście wypełnił swoją wielce szanowną osobą. Patrzył i poglądał na prawo i na lewo, a oczy tak okropnie przewracał, że, to białka ich tylko świeciły, to znów czarne jak węgiel źrenice rzucały jakieś ponure błyski dokoła. Płaska czapeczka z czerwonego aksamitu, na bok z fantazyą włożona, w połowie jego czub przykrywała, który, rozdzielony nad pochmurnein czołem, z obu stron twarzy nisko na uszy opadał, a następnie z tyłu tworzył warkoczyki, przytwierdzone grzebieniem do głowy, w ręku trzymał duży kij sękaty, innej broni właściwie nie można było na nim dopatrzyć lecz przy pierwszem spojrzeniu, nawet i dzieciak odgadłby odrazu’ że tam, pod ubraniem, musiał jej mieć tyle, ile tylko dało się zmieścić. Kiedy Renzo, który szedł przed innemi, zbliżył się do drzwi, drab spojrzał nań wyzywająco i nie ruszył się z miejsca, lecz nasz młodzian, czując, iż w tej chwili najlżejsza nawet zwada lub sprzeczka mogła być zgubną dla niego i nie chcąc się narażać nikomu, jakto zresztą czyni każdy, kto ma jakąś pilną i ważną sprawę przed sobą, udał, iż tego nie widzi, nie powiedział nawet: proszę się usunąć, a ocierając się o drugi odźwierek, bokiem, ostrożnie przecisnął się do gospody tuż koło nosa groźnej karyatydy. Jego towarzysze musieli tęż sarnę ewolucyą wykonać, by się dostać do wnętrza gospody. Tu, spostrzegli dwu innych irawów, których głosy już zdaleka słyszeli i którzy, zasiadłszy w jednym rogu u stołu, grali w mora (*), krzycząc tak, że aż szyby drżały, i Co chwila nalewając sobie wina z wielkiej flaszy, stojącej tuż przy nich. I ci również spojrzeli
(*) Gra w mora, znana od bardzo dawna i niezmiernie rozpowszechniona we Włoszech, na tem polega, iż dwaj grający, patrząc sobie w oczy, szybkim ruchem podnoszą razem jednę, lub obie ręce i wyrzucają pewną ilość palców, wymawiając jednocześnie jakąś liczbę; kto zgadnie liczbę wszystkich palców swoich i przeciwnika, wyrzuconych razem, ten wygrywa. Gra ta kończy się bardzo często na bójce, a nawet na nożach. Aleksander Gierymski namalował obrazek, który był na Wystawie Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych, przedstawiający grę w mora. (P. Ti.)

ROZDZIAŁ VII.
113
uważnie na wchodzących, szczególnie jeden z nich, którego prawa ręka, z trzema szeroko rozstawionemi i wyciągniętemi palcami, była wysoko podniesiona w powietrzu i którego usta nie miały jeszcze czasu zamknąć się po donośnem — sześć! — wygłoszonem przed chwilą, zmierzył Renza od stóp do głowy, potem mrugnął na towarzysza, potem na draba, stojącego we drzwiach, który mu na to odpowiedział lekkiem skinieniem głowy. Renzo strwożony i zaniepokojony temi tajemniczemi znakami spoglądał na swych towarzyszy, jak gdyby w ich twarzach chciał wyczytać znaczenie tego Wszystkiego, lecz twarze ich wyrażały tylko rzecz jednę: wielki apetyt. Tymczasem gospodarz zbliżył się do nowo-przybyłych 1 tak uważnie patrzył na Renza, jakby oczekując na jego rozkazy; nie było rady! narzeczony poprowadził przyjaciół do sąsiedniej izby i kazał podać wieczerzę.
— Kto są ci ludzie? — spytał półgłosem gospodarza, w chwili ©dy ten wrócił z grubym obrusem pod ręką i z wielką flaszą wina.
— Nie znam ich — odrzekł zapytany, nakrywając do wieczerzy.
— Jak-to? ani jednego?
— Wiecie dobrze — rzekł gospodarz, wygładzając dłonią obrus, którym już stół zasłał — musicie wiedzieć, iż najpierwszą powinnością każdego właściciela gospody jest aby się nie wtrącał do tego, co do niego nie należy. Nawet i kobiety nasze nie są ciekawe. Zresztą cóżby-to było, gdybym chciał wiedzióć imię i nazwisko, i czem się zajmuje i kim jest każdy z tych wszystkich, którzy tu przychodzą? Gospoda to przystań na morzu: ma się rozumióć wówczas, gdy lata są urodzajne, w Bogu nadzieja, dobre czasy poW1‘ócą. Dość, abyśmy wiedzieli, iż ludzie uczęszczający do naszej gospody są porządnemi ludźmi: a co to są za jedni, to już do nas nic a nic nie należy, A teraz przyniosę wam natychmiast takie pulpety, jakich możeście nigdy jeszcze w życiu nie jedli.
— Skądże możecie wiedzióć?... — zaczął Renzo, lecz gospodarz, który się już do kuchni skierował, nie obejrzał się nawet, tylko kroku przyśpieszył, w kuchni, właśnie w chwili, gdy od ognia odstawiał tygielek z pulpetami, jeden z brawów, ten właśnie, który tak się piinje Renzowi przyglądał, zbliżył się do niego pocichu i zapytał półgłosem:
— Co-to za jedni?
Poczciwi ludziska, tu ze wsi — odrzekł gospodarz, wyrzucane pulpety na talerz.
— To dobrze, ale jak się zowią, kto są? — spytał znowu brawo, Zaczynając się niecierpliwić.
— Jeden z nich nazywa się Renzo — odpowiedział również
A. Manzoni: Narzeczeni. Tom I. 8

114
NARZECZEM.
półgłosem gospodarz: — dobry chłopak, porządny, spokojny rzemiosłem jego jest przędzenie jedwabiu, w którem celuje. Drugi ma na imię Tonio, posiada kawał gruntu, który sam uprawia i z którego się utrzymuje z rodziną: też zacny człowiek, wesoły, uczynny; szkoda tylko, że teraz pustą ma kieszeń, gdyby miał pieniądze, toby je wszystkie u mnie w gospodzie zostawił. Trzeci, to sobie bardzo niemądre stworzenie, nikomu nic złego nie czyni, a jeść lubi, szczególniej wówczas, gdy go ktoś częstuje. Za pozwoleniem...
I przemknął się zwinnie pomiędzy piecem a pytającym, aby zanieść pulpeły tam, gdzie na nie czekano. — Skądże wiedzieć możecie — rzekł Renzo do wchodzącego — że ci ludzie, to ludzie porządni, kiedy ich nawet nie znacie, mój gospodarzu?
— Mam na to dowody, kochany Renzo, człowieka poznać można po jego uczynkach. Ci, którzy piją wino, nie ganiąc go, ci, którzy płacą odrazu, nie targując się nawet, ci, który nie wszczynają bójki w moim domu, a jeżeli nawet i mają zamiar poczęstować kogoś pchnięciem sztyletu, to czekają nań gdzieś daleko od gospody, aby nie narazić biednego gospodarza, ci, mojćm zdaniem są ludzie porządni. Wszakże, jeżeli się można znać tak dobrze, jak my naprzykład się znamy, to jest lepiej. Nie mogę się tylko wydziwić, mój drogi, skąd ci przyszła ochota dowiedzenia się tylu niepotrzebnych rzecz17: tobie, co się żenisz i powinieneś mieć głowę zaprzątniętą zup /nie czem innem? i do tego jeszcze mając przed sobą te pulpety, tóreby i umarłego wskrzesić mogły? — Domawiając tych wyrazów wrócił śpiesznie do kuchni.
Autor rękopismu zwracając uwagę na tę okoliczność, iż gospodarz w sposób tak odmienny starał się zaspokoić ciekawość swych gości, powiada, że był-to człowiek, który zwykle, przy każdój zręczności gadał szeroko o swej miłości dla wszystkich wogóle porządnych ludzi, ale że w czynie okazywał się zawsze daleko bardziej życzliwym i uprzedzającym dla tych, o których, albo wiedział, że są łotrami z profesyi, albo których powierzchowność zdawała się tego dowodzić. Cóż-to za dziwny charakter; nie prawdaż?
Wieczerza nie była zbyt wesołą. Dwaj zaproszeni chcieliby ją spożyć powolnie, rozkoszować się nią jaknajdłużej, lecz ten, który ich częstował, niezmiernie zajęty wszystkiem, o czem już wie łaskawy czytelnik, a również zaniepokojony dziwnem zachowywaniem się nieznajomych, z wielką niecierpliwością czekał końca bankietuRozmawiano półgłosem; wyrazy były urywane, bo nikomu się ni® chciało mówić.
— Jak-to dobrze — ozwał się raptem Gierwazy — że Renz° chce się ożenić i że potrzebuje... — Renzo spojrzał nań gniewnie z wyrazem nakazującym milczenie, a Tonio wyszeptał: — będzies?’

BOZDZIAŁ VII.
115
ty cicho, głupcze? — i w dodatku do tak pięknego tytułu silnie trącił łokciem, siedzącego obok braciszka. Rozmowa coraz się bardziej urywała, wreszcie ustała zupełnie. Renzo jedząc mało, a pijąc mniej jeszcze, napełniał tylko szklanki swoim przyszłym świadkom, lecz CZynił t0 uważnie, z umiarkowaniem, starając się ich jedynie w dobry humor wprowadzić i pamiętając o tein, jak niebezpieczną było-by rzeczą przebranie miarki w tej chwili.
Skończyła się nareszcie wieczerza, sprzątnięto ze stołu, ten, który ja(łł najmniej zapłacił za nią, i wszyscy trzej musieli znowu Przejść obok tych nieznanych ludzi, których twarze i teraz zwróciły się na Renza zupełnie tak samo jak wówczas, kiedy wchodził. Nasz narzeczony, gdy już się znalazł w odległości kilkunastu kroków od gospody, obejrzał się, spostrzegł, iż ci dwaj, których u stołu zostawił, idą teraz za nim i zatrzymał się wraz z towarzyszami w Postawie wyczekującej, jak-by chciał mówić: zobaczymy, czego cl?cą ode mnie ci ludzie. Lecz brawi skoro tylko spostrzegli, że na aich uwagę zwrócono zatrzymali się również, zamienili z sobą kilka Wyrazów półgłosem i po chwili do gospody zawrócili. Gdyby Renzo ®ógł słyszeć to, co mówili, ich rozmowa, niezawodnie bardzo-by mu si§ dziwną wydała. — Jednak, byłoby to dla nas chwałą nie-lada, n‘e mówiąc już o sowitej nagrodzie — powiedział jeden z tych łotrów — gdybyśmy mogli, po powrocie do zamku, opowiedzieć, pśmy sami, działając na własną rękę, w nieobecności nawet pana 11Za’ potrafili tak pięknie wygarbować skórę temu hultajowi, że
z teg0 pewnie i za miesiąc nie wyliże.
,.^ak, i dlatego chciałbyś popsuć główną sprawę, mądryś! —
?aP°’Vledział drugi. — Widzisz: już się czegoś domyśla, stanął i patrzy na nag/3 Ęcij gdyby to już teraz było ciemno zupełnie! Wiacajmy, wracajmy, apy nie wzbudzić podejrzenia. Patrz, zewsząd uuzie nadchodzą; niech tam sobie idzie do tysiąca... trzeba najprzo, aby CaJa wjeg zasnęła. Chodź do gospody.
W tej chwili istotnie rozpoczynał się ów ruch, ów gwar, który zwykle aJe się widzieć i słyszeć we wsi nad wieczorem i po którym wkrótce głęboka cisza nocy zalega. Kobiety wracały z pola, niosąc na ręku niemowlęta, otoczone starszemi dzieciakami, które się ich sukien czepiały i którym kazały odmawiać na głos wieczorne pacierze. Mężczyźni całemi gromadkami powracali z winnic z motykami, sarzuconemi na ramiona. W domach coraz częściej drzwi się otwie®*y tj] i owdzie zabłysły już ognie, rozniecone na kominkach dla (jbogięj wieczerzy; na ulicy słySZeć się dawały powitania i życzenia bbl’ej nocy, tudzież urywane rozmowy o nieurodzaju, o nędznym i °n’e>. o niedostatku; a nad tym całym przyciszonym gwarem, Powietrzu płynęły spokojne dźwięki kościelnego dzwonu, który
8*

116
NAKZECZENI.
.. x... j Zmrok coraz bardziej zapadał,
oznajmiał, iz się już dzień do goSpody wrócili, przyśpieszył
Gdy Renzo spostrzegł, iz 3 jednemu, to drugiemu z idą-
kroku i powtarzając5 co*^akąś przestrogę lub radę, skierocych obok niego towa ^oc już była zupełna, kiedy tam wał się prosto ku domowi Lucyi. r J
przyszli.. dzieli pierwszą myśl o jakiemś strasz-
Ow przeciąg czasu,,’tw przedsięwzięciu od chwili jego wynćm i pełnem mebezp’ iedzjai pewien barbarzyńca, który wszakże konania, jest (jak-to1 P. ny r0ZSądku) snem, pełnym trwogi i przenie musiał być pozo od wielu już godzin, dręczył sen taki,
rażających marzeń. żna Agnieszka, pierwsza doradczyni całej tej a nawet Agnieszka, d^nie zamyślona i prawie nie umiała zdobyć sprawy, była jaktdreby mogły dodać odwagi i pocieszyć strapioną się na wyrazy, chw^ stanowczej, w owej chwili, gdy już trzeba córkę. Lecz v „aatenuie zwvkle silna, o-walinrana. zmiana.
Miejsce not, J’.v“T„az strach i odwaga, o wiele silniejsze; plan cały czyły, zajmują; wyrazistością staje przed oczy, to, co w początku z nową Jas. „ajbardziéj groźne i najtrudniejsze do wykonania, wydawało się n i zdaje, a inne, pomniejsze przeszkody, na
teraz łatwem “ żadn prawie nie ZWracano uwagi, olbrzymieją które doty myśli się mącą; nogi i ręce zdają się posłuszeń-
natomiasi ou b„e gwa}townie i gotowe wyrzec się i od-
stwa odmaw > postanowień, od wszystkich najbardziéj uroczystąpić od ws Kiedy po cichu zapukano do drzwi, Łucyę taki
stych Prz7rZ^arnął, iż czuła odrazu, że woli raczej zuieść wszystko, przestrach og ’zenje z narzeczonym, niż iść teraz do plebanii,
nawet sam gtanął na progu i rzekł: — chodźmy, już czas —
lecz kieuy « twarze obecnych i wyczytała w nich postanowiekiedy spoji j c zrozumiała, że to rzecz nieunikniona, nieodwołalna; nie niezłomne, listek, wsparła się na ramieniu matki i narzeczowstała, drZf ja*z z niemi.
nego i wyszła cicho, ostrOżnie, krokiem miarowym opu-
Wśród cieni’ zaraz na ścieżkę, która po-za domami okrą-
ścili Pod™or nrosza najbliższą była-by niezawodnie ta, która wiożała wioskę, y & prosto do plebanii, lecz obrali tę dłuższą, aby dła przez jej się r ć Tak więc, idąc to pomiędzy płotami, niczyjéj uwagi n znapeźli się wreszcie tuż pod samą plebanią.
to przez sady i P° ’ zdzielił0. Narzeczeni pozostali w ukryciu Tu towarzystwo ę Agnieszka wysunęła się nieco naprzód, aby za boczną ścianą ’ złapać dogodną chwilę, w której momieć oko na wszys, Tonio ze swym „mądrym braciszkiem,
głąby Perpetuą zawładnąć,. j

ROZDZIAŁ VII.
117
który sam z własnego natchnienia nic robić nie umiał, zbliżyli się śmiało do drzwi.
Na ieh pukanie otworzyło się okno na piętrze i głos Perpetui zawołał. — ]Jto tam? Cóż-to za odwiedziny o tak spóźnionej godzinie? Chorych, o ile wiem, nie ma we wsi. Czyżby się stało jakie nieszczęście?
— To ja — odrzekł Tonio — ja Tonio, z moim bratem Grierwazym, mam interes do księdza proboszcza.
— Toś wybrał porę stosowną! — odpowiedziała Perpetua. — Nie 111 a co mówić, znasz się na grzeczności! Jutro, jutro w dzień możesz przyjść do proboszcza.
— Panno Perpetuo, słuchajcie tylko: przyjdę, a może i nie przyjdę; dostałem pieniędzy i przyszedłem właśnie, aby oddać księdzu proboszczowi ten dłużek; wiecie już jaki dłużek? tu mam przygotowane w kieszeni dwadzieścia pięć nowiutkich franków, ale kiedy nje można, to niech i tak będzie, cóż robić, potrafię ja użyć tych pieniążków inaczej; przyjdę innym razem, kiedy znów taką sumkę uzbieram.
— Zaczekaj, zaczekaj, zaraz wrócę. Ale dlaczegóż przychodzisz tak późno?
— Bo odebrałem pieniądze dopiero przed chwilą i zaraz pomyślałem sobie: że byłoby niezbyt bezpiecznie trzymać je przez noc całą u siebie, bo któż to może wiedzieć, jaki zrana mógłby mi nowy plan w głowie zaświtać. Jednakże, skoro panna Perpetua powiada, że dziś widzieć proboszcza nie mogę, to już nie wiem doprawdy... przyszedłem, jestem, nie chcecie, to sobie pójdę.
— Nie, nie, zaczekaj chwilkę, zaczekaj: zaraz się proboszcza zapytam.
I z temi słowy okno zamknęła. Agnieszka obejrzała się na Łucyę, mówiąc półgłosem: — tylko śmiało: to jedna chwila, to tak jakby ząb sobie wyrwać — i zbliżyła się do dwu braci i zaczęła rozmawiać z Tonio w taki sposób, aby Perpetua, w chwili, gdy będzie drzwi otwierała, mogła ją odrazu usłyszeć, i aby jej się wydało, iż przechodząc ulicą, matka Łucyi przypadkiem Tonią spostrzegła i zatrzymała się na chwilkę, aby z nim pogawędzić.
ROZDZIAŁ VIII.
. — Karneades! Co to za jeden? — wyszeptał don Abbondio, Cedząc na swym wielkim fotelu, w jednym z pokojów na piętrze

118
NARZECZENI.
i pogrążył się w głębokiej zadumie, podnosząc oczy z książki która roztwarta przed nim leżała. Karneades! powtórzył wiem
jakisZVażłSZałem i’ałem. Wie, k}musi być niezawodnie jakiś mąz uczony, jakiś literat grecki, lub łaciński; to newna ale Zania!ym razie jakzem mogł zapomni6ć1 To rzecz nie-do-daro-
Biedny człowiek! O jakże był dalekim w tej chwili od nr™ czuwania nawet owej burzy, która już nad jego głową zawisła! 6“
Trzeba wiedzióć, iż don Abbondio lubił co dzień czytać sobie po trochu; a pewien proboszcz z sąsiedztwa, posiadający skromna biblioteczkę, pożyczał mu książki, jedną po drugiej, bez żadnee-o wyboru, tak na oślep, pierwszą lepszą, która mu się nawinęła nod rękę. Ta, nad którą w chwili obecnej dumał tak głęboko nasz don Abbondio, powracający do zdrowia po owej febrze z przestrachu a nawet daleko bardziej już zdrowszy, niż-bv to eheinł i *U’ znani, po sobie, byl. p.negimiem, n’a Teśb ».» KT
rola i wygłoszonym z wielką wymową, a w vslneii gi Ka“
jeszcze zachwytem, przed dwu laty w medyolańs^1--2 S, Z’ln We wzniosłym panegiryku, święty, z powodu swego za^iWan^ T nauk był porównywany do Archimedesa; i jak dotąd a
dobrze, don Abbondio nie napotykał na żadne trudność?bo*™^-0 Archimedes ów tak wiele stworzył rzeczy cudownych i z tee-o wodu tak szeroko zasłynął po świecie, że nie potrzeba było bvć niecznie biegłym erudytem, aby módz tóż o nim cóś wiedzieć T K°“ po Archimedesie, autor porównał świętego do Karneadesa i tu iCZ nasz proboszcz, jak to mówią, osiadł na piasku. W tej chwili wesz?2 Perpetua, oznajmiając o przybyciu Tonią. zia
— Tak późno? — rzekł również i don Abbondio.
— Alboż ci ludzie znają się na przyzwoitości’ TednakżP księże proboszczu, ja-bym radziła... bo skoro raz odejdzie w ’
— Tak, to prawda: jeżeli go dziś odprawię, kto wie’ kiedy uo
znowu złapię! Powiedz, mech wejdzie... Ej! Ej! pprńetua!cfv tylko się nie mylisz, czy jestes pewna, że to on? p
— A to sobie dobre! — zawołała zbiegając ZP „rhndów Pn chwili drzwi się otwarły, ukazała się w nich Perpetua i rzekła Tonio, gdzie jesteś? Tonio zbliżył się, a wraz? nim zbW?a i Agnieszka, mówiąc: — dobry wieczór pannie Perpetui v
— Dobry wieczór pani Agnieszce odpowiedziała Perpetua a skąd że to o tak późnej godzinie?
A T }Vracam z * * — i wymieniła jednę z wiosek pobliskich. — A wiecież co wam powiem... ciągnęła daléj oto, dla was jedynie tu się zatrzymałam. J J
~ Dla mnie? i cóż to być może? spyta, a Pel.petua, i zwra-

BOZDZIAŁ VIII.
119
cając się do dwu braci — możecie wejść — rzekła — przyjdę za chwilkę. r
— Bo to tak było — odpowiedziała Agnieszka — w mojej przytomności pewna kobieta, z tych, co to nie wiedząc o niczem chcą jednak o wszystkiem gadać... czy dacie wiarę, panno Perpetuo, że ta kobieta śmiała dowodzić, jakbyście dlatego nie poszli ani za Beppa Suolavecchia, ani za Anzelma Lunghina, iż was brać pie chcieli. Ja utrzymywałam, żeście to wy sami dali odkosza i jednemu i drugiemu i że...
— A pewno, że to ja ich nie chciałam. No proszę, co to za szkaradny język! Co to za język tej kobiety! I któż to taki?
— Tego nie mogę wam powiedzieć, wiecie, jak plotek nie cierpię.
7To żadna plotka, moja pani Agnieszko, moja kochana pani Agnieszko, powiedzcie mi proszę, jak się nazywa ta niegodziwa kobieta!
— A gdybyście wiedzieli, jak mi przykro, iż nie znałam dobrze ca}ej téj sprawy i że nie mogłam, tak, jakbym chciała, bronić was Panno Perpetuo!
— No proszę, ach! ci ludzie, ci ludzie, czegóż oni nie potrafią wymyśleć! — zawołała rozżalona Perpetua i zaraz dodała: — bo to widzicie, co do Beppa, to przecież wszyscy wiedzą dobrze i mogli widzieć... Ej, Tonio i po cóż tu stoisz? Idź, idź na górę, idźcie °baj do proboszcza, ja przyjdę za chwilę. — Tonio z sieni już odpowiedział: — dobrze, — a Perpetua w coraz większy zapał wpadając ciitgnęła dalej swe opowiadanie.
na A’VP1’ost drzwi plebanii, znajdowała się niewielka uliczka, która w’ J^^tku miała dwa domki po bokach, a następnie wychodziła wiać V Agnieszka, jakby dlatego, aby módz swobodniej rozma.. lakierowała się w tamtę stronę, Perpetua poszła za nią. Kiedy d.J w miejscu, z którego nie można było widzieć tego, co
‘R^/to^6 Przed wejściem do plebanii, Agnieszka głośno kaszlnęła, r ’ ’ ’ um<iwiony; Renzo go usłyszał, ścisnął silnie rękę Jjucyi, jakby przez.t0 chciał dodać odwagi, i oboje, cicho, ostrożnie, tuz Koło mUru pOsunęii się naprzód; doszli do drzwi, otworzyli je powoli 1 oddech nieledwie wstrzymując weszli do sieni, gdzie na nich uwaj bracia czekali. Renzo, z wielką ostrożnością, drzwi zamknął za sobą i WSzyscy czworo, bez najmniejszego prawie szmeru zaczęli wstępować na schody. Gdy się na piętrze znaleźli, dwaj bracia zbliżyli się do drzwi, które się na prawo od schodów znajdowały, a narzeczeni przycisnęli się do ściany.
Deo gratias — rzekł Tonio głosem podniesionym.

120
NAKZECZBNI.
Tonio, to ty? Wejdź, wejdź, proszę — odpowiedział głos ze-
środka.
Tonio otworzył drzwi, lecz tylko na tyle, aby sie mógł wcisnąć do pokoju, brata za sobą wprowadził. Na widok owego pasa światła, który na raz przez drzwi uchylone oświecił sień przed schodami, Łueya drgnęła tak, jak gdyby już została odkrytą. Tonio zaraz po wejściu do pokoju drzwi przymknął; narzeczeni pozostali w ciemności, nieruchomi, zatrzymując oddech, nadstawiając ucha,, a najmocniejszym odgłosem w tej chwili były gwałtowne uderzenia serca w piersi biednej Łucyi.
Don Abbondio, jak-eśmy to już powiedzieli wyżej, siedział w starym fotelu; na sobie miał czarną, wytartą sutanę, a na głowie pewien rodzaj niemniej starego, czarnego czepka, który przy słabem świetle małej lampeczki tworzył jakby ramkę dokoła jego oblicza. Dwa spore kosmyki włosow, wymykające się z pod czepka, brwi krzaczaste, najeżone wąsy i gęsta broda, wszystko to przyprószone siwizną i rozsiane na tej ciemnej, pooranej zmarszczkami twarzy, można było porównań do owych krzewów śniegiem pokrytych, które zwieszając się z jakiegoś urwiska tak dziwne przybierają kształty przy blasku księżycowej nocy.
— Ej! ej! — rzekł na powitanie zdejmując okulary i kładnac je na książce.
— Ksiądz proboszcz dobrodziej powie niezawodnie, że za nóźno przychodzę rzekł Tonio z ukłonem, a za jego przykładem poszedł i braciszek Gierwazy, któremu wszakże ukłon nie tak zgrabnie się udał.
— A, pewnie, że zapóźno zapóźno pod każdym względem.
A wiesz-że ty moj Tonio, ze ja bardzo chory? 8V
— 01 doprawdy? Jakże to mię smuci!
-Pewnie już o tem słyszałeś, co? musiał ci ktoś mówić we wsi... i wiesz, tak mi jest nie obi ze, tak źle, że nie wiem doprawdy kiedy będę się mógł w kościele pokazać... Ale dlaczegożeś przyprowadził tu z sobą tego... tego chłopaka?
— A to tak sobie, dla towaizjstwa go wziąłem, szanowny księże proboszczu.
— Dobrze; przystąpmy do rzeczy.
— Mam tu dwadzieścia pięć nowiuteńkich srebrnych pieniążków, z tych, wie ksiądz proboszcz, co to ze św. Ambrożym na koniu — powiedział Tonio wyjmując z kieszeni jakieś zawiniątko.
— Zobaczymy — odrzekł don Abbondio i wziąwszy zawiniątko z rąk Tonią, znowu okulary włożył, zawiniątko rozwinął, wysypał na stół pieniądze, przeliczył je raz i drugi, obejrzał ua wszystkie

KOZDZIAL VIII.
121
strony i znalazł wreszcie, iż żadnéj wady nie mają i że je wziąć można.
— A teraz, możeby proboszcz dobrodziej chciał mi z łaski swojej oddać naszyjnik mojej Tekli.
— Słusznie, słusznie — odpowiedział don Abbondio, następnie zbliżył się do szafy, wyjął klucz z kieszeni i oglądając się dokoła, jakby po to, aby jak najdalej trzymać tych dwu niepotrzebnych widzów, otworzył jednę połowę drzwiczek, przestrzeń tę całkiem swoją osobą wypełnił, głowę naprzód wysunął szukając czegoś w szafie, przeciągnął rękę, wziął naszyjnik, zamknął szafę pośpiesznie i oddając go Toniowi powiedział — no, teraz już rzecz skończona?
— Teraz — rzekł Tonio — teraz wypadałoby jeszcze napisać malutkie pokwitowanie.
I to jeszcze! — zawołał don Abbondio — A tobie na co politowanie? Cóż to nie wierzysz mi? Ach, jakiż to dziś świat P°dejrzliwy I
— Szanowny księże proboszczu! Jabym miał nie wierzyć, ja? Naprawdę proboszcz dobrodziej mnie krzywdzi, na to, zdaje się, że uie zasłużyłem. Ale, ponieważ już moje imię jest do jego księgi ^pisane i tam stoi czarno na białem, żem winien dwadzieścia pięć lirów... więc, skoro już raz ksiądz proboszcz zadał sobie tę pracę, iż tam je zapisał, zatem... bo to przecież i śmierć i życie w ręku £oga, a ja...
— Dobrze już, dobrze — przerwał mu don Abbondio i mrucząc coś pod nosem/ odsunął jednę z szufladek stołu, przy którym znów zasiadł, wyjął z niej papier, pióro i kałamarz i zaczął pisać, powtarzając na głos wyrazy, w miarę tego, jak mu wybiegały z pod pióra. Tymczasem Tonio, a następnie i Gierwazy na znak dany przez brata, zbliżyli się do stolika i stanęli tak, aby zakryć przed piszącym drzwi wchodowe, a jakby im pilno już było odejść zlekka nogami zaczęli tupać w podłogę. Był-to umówiony sygnał, który óając znać narzeczonym, iż już wejść mogą, służył jednocześnie do Zagłuszenia ich kroków. Don Abbondio całkiem zagłębiony w pisaniu, na nic innego nie zważał. Na odgłos owego tupania, Renzo Ujął rękę Łucyi, znowu dla dodania odwagi mocno ją ścisnął i posunął się do drzwi, prowadząc drżącą narzeczoną, która bez jego Pomocy nie zdołałaby kroku postąpić. Weszli cichutko, na palcach, óech zatrzymując, i stanęli za dwoma braćmi. Po chwili don Abbondio skończył pisać, nie podnosząc oczu, odczytał pokwitowanie z wielką uwagą, następnie złożył je we czworo, i mówiąc: — teraz już chyba musisz być zadowolony? — jedną ręką z nosa zdjął ukulary, a drugą podał papier Toniowi i głowę podniósł do góry.

122
NARZECZENI.
Tonio przeciągając rękę dla wzięcia papieru nieco się na bok usunął; Gierwazy na dany przezeń znak uczynił toż samo, cofając się w stronę przeciwną, a w środku, jakby za rozsunięciem się teatralnej zasłony zjawili się: Renzo i Łueya. Don Abbondio spostrzegł to najprzód niejasno, potem wyraźnie, przestraszył się, zdziwił, rozgniewał, pomyślał nad tem, co ma począć, powziął postanowienie: a wszystko to w tym krótkim przeciągu czasu, którego Renzo potrzebował, aby powiedzieć: — księże pruboszczu, w przytomności tych oto dwu świadków, mówię: to jest moja żona. — Usta jego nie miały jeszcze czasu się zamknąć, gdy już don Abbondio, rzucając na podłogę pokwitowanie, lewą ręką porwał za lampkę i podniósł ją do góry, a prawą schwycił za serwetę stół pokrywającą, pociągnął ją gwałtownie ku sobie, tak, iż.spadły na ziemię książka, okulary, papier i kałamarz i zerwawszy się z fotelu w jednym podskoku stanął przed Łucyą. Biedna dziewczyna zaledwie zdołała, słodkim swym, lecz w tej chwili drżącym i niepewnym głosem wymówić: — a to... — kiedy don Abbondio, w sposób bardzo niegrzeczny, zarzucił Jej na twarz i głowę ową grubą i ciężką serwetę, aby jej przeszkodzić dokończeniu całéj formuły, i zaraz cisnąwszy o ziemię lampkę, którą miał w lewej ręce, oburącz już zaczął coraz silniej głowę Łucyi serwetą okręcać, tak, iż o mało jéj nie udusił“ a sam tymczasem krzyczał w niebogłosy: Zdrada! podejście! Perpetua i ratunku! ratunku! — Gdy lampka zagasła zupełnie don Abbondio porzucił swoję ofiarę, po omacku zaczął szukać drzwi do sąsiedniego pokoju; znalazł je, wpadł do owego pokoju i zamknał się w nim na klucz me przestając wołać: — Perpetuo! zdrada’ ratunku! precz mi stąd zaraz! precz z mego domu! — Tymczasem w pierwszym pokoju panował zamęt nie do opisania. Renzo, usiłując zatrzymać proboszcza i szukając też drogi po omacku, przyczem tak na wszystkie stiony ręce wyciągał, jakby grał w ślepą babkę, znalazł wreszcie owe drzwi, za któremi ukrył się don Abbondio, i silnie do nich pukając wołał: — niech ksiądz proboszcz tak nie krzyczy, proszę o woizyć. Łueya stłumionym głosem przyzywała Renza na pomoc i powtarzała prawie z płaczem; —
uciekajmy stąd, uciekajmy, na miłość boską! — Tonio, na czworakach czołgał się po podłodze, usiłując znaleźć swoje pokwitowanie, a Gierwazy wrzeszczał i podskakiwał jak opętany szukając drzwi, wiodących na schody, aby umknąć co najprędzéj.
Zdawałoby się, iż w opisie chwili tak wielkiego zamieszania nie ma już miejsca na żadne rozumowania, anj rozmyślania autora; a jednak nie podobna mi się oprzeć pokusie zrobienia tu pewnej małej, króciutkiej uwagi. Ow Renzo, który w nocy, za pomocą, podstępu, wkrada się do obcego domu, nachodzi znienacka spokoj-

EOZDZfAŁ VIII,
123
nego człowieka i w jego własnem mieszkaniu trzyma go w oblężeniu, ma wszelkie pozory winy za sobą; on tu zdaje się być ciemięzcą, on nadużycie popełnia. Jednak, w rzeczywistości to jego krzywda. Ow don Abbondio, zaskoczony niespodzianie w chwili, gdy się oddawał czytaniu i rozmyślaniu (dwu tak chwalebnym rzeczom) przestraszony, zmuszony do ucieczki, na ofiarę zakrawa, a jednak on się niesprawiedliwości dopuszcza! Niestety, tak to się często dzieje na tym świecie... to jest, chciałem powiedzieć, tak się działo w siedemnastem stuleciu.
Oblężony, widząc, iż nieprzyjaciel ani myśli o odwrocie, otworzył okno wychodzące na plac przed kościołem i z całej siły zaczął Wołać: — na pomoc! na pomoc! — Księżyc świecił prześlicznie; cień od kościoła, a nieco dalej długi i wąski cień od dzwonnicy czarno i wyraźnie rozścielał się na placu, zalanym blaskiem księżyca: każdy przedmiot można było rozpoznać z równą prawie łatwością, jak we dnie. Ale blisko i daleko, jak okiem zajrzeć, don Abbondio nie dostrzegł nigdzie ducha żywego. Wszakże, na jego szczęście, tuż obok bocznej ściany kościoła i to właśnie od strony plebanii znajdowała się mała, nędzna chałupa, w której sypiał zakrystyan. Obudziły g0 owe rozpaczliwe wołania, zerwał się 2 łóżka, poskoczył do okna otworzył je, głowę wysunął i zaspanemi oczyma wodząc dokoła zawołał: — Co to jest? Co się stało?
~~ Ambroży! ratunku! na pomoc! jacyś ludzie w plebanii!
~ Idę, idę zaraz! — odpowiedział zakrystyan i cofnął się do chałupy, zamykając okno, a choć w tej chwili był bardzo zaspany, a jeszcze bardziej przestraszony, odrazu jednak wpadł na świetny pomysł, który zapewniając proboszczowi daleko skuteczniejszą pomoc, niż ta, jakiej od niego żądał, jego własnej osoby nie narażał na niebezpieczeństwo. Nie namyślając się długo porywa za płócienne spodnie, wiszące na poręczy łóżka, pakuje je pod ramię jak galowy kapelusz i w podskokach pędzi co tchu na dzwonnicę, a tu chwytając za sznur od największego dzwonu, zaczyna dzwonić na gwałt.
Bum, bum, bum, bum: wieśniacy zbudzeni nagle siadają na posłaniach, chłopcy śpiący na sianie w stodołach nadstawiają ucha i zrywają się na równe nogi. — Co to jest? Dzwon na trwogę! czy pożar? złodzieje? bandyci? — Wiele kobiet zaklina swych mężów, aby siedzieli cicho, wmawiając, że i bez nich się obejdzie, że * bez nich dużo ludzi we wsi: mężowie jednak wstają śpiesznie, biegną do okien, ci, którzy nie grzeszą odwagą, wracają po chwili co łóżka, jakby ulegając prośbom strwożonych swych żon; inni, bardziej śmiałego ducha, uzbrajają się w strzelby i widła i wypa-

124
NARZECZENI.
dają na ulicę; inni jeszcze zdaleka tylko przyglądają się całemu ^Le^praedtem jeszcze, nim dzwon zdołał rozbudzić wieśniaków
. u.. o/» dn hfYlll *z wpnmnm mor/n onvm
r mm się oni zaczęli szykować do boju z wrogiem nieznanym,
dźwięki jego taty juź ArmJS**UmJMgMm-
wałvusłyszeli ie bram na jednym końcu wioski, Agnieszka i Pernetua na drugim Najprzód, w krótkich wyrazach wypada nam
ŁŁ*X, » 7,:Mi’ z k^J
liśmv ich iednych, w opuszczonej chacie, a drugich w gospodzie. Otńf owi trzei na zwiady wysłani, skoro tylko się doczekali, że już wszystkie drzwi się zamknęły, wszystkie ognie pogasły, a na ulicy nie nozostało żywego ducha, nagle, jakby spostrzegli, iż zabawa ich nrzeciae-neła Się za długo, śpiesznie wyszli z gospody, mówiąc, iż co t 1 rusza wracać do domu. Potem raz jeszcze przeszli wzdłuż ^wszerz wioskę całą, aby się jeszcze lepiej upewnić o tem, iż zvscv jej mieszkańcy zasnęli. Dokoła panowała cisza: nigdzie T^atła nigdzie szmeru. W ostatku ostrożnie, na palcach, przeneli się obok domku naszej biednej Łucyi: tu cisza jeszcze większa spokój zupełny, gdyż domek był już pusty w tej chwili, i wówczas dopiero ze spokojnem sumieniem podążyli prosto do chaty na pole i złożyli swe sprawozdanie szanownemu naczelnikowi. Grizo, po ich wysłuchaniu, natychmiast włożył na głowę olbrzymi kapelusz, na ramiona zarzucił wielki, ceratowy płaszcz pielgrzymi, eesto naszywany muszlami, do ręki wziął kostur i mówiąc-. — Baczność na moje rozkazy! Chodźmy śmiało, a ostrożnie, jak na zuchów przystało! — poszedł naprzód, wiodąc wszystkich za sobą.
W parę minut przybyli już do domku, od strony przeciwnej do tej,
która udali się jej mieszkańcy, śpiesząc również na swoję wy-
“ O kilka kroków od domku, Grizo swój oddział zatrzymał
w
PiaW^ ruszył naprzód na zwiady; lecz widząc,“ że wszystko pusto
l —. “. M 1 O ’ Zł \ KI n z A.*? — 1 — X * — ~ 1 r\! * A. 1* fT!\rf
i sam
i cicho na zewnątrz, przywołał dwu brawów, kazał im przeleźć przez mn, enasuiacy podwórko i ukryć się w kącie, za rozłożystem drzewem fieowśm, na które już zrana zwrócił szczególną uwagę. Sam zhliżvł sie do bramy i zapukał po cichu z zamiarem przedsta-
wienia się kobietom, jako pielgrzym, który zabłąkał się w drodze
i ni-nsi’ o nrzvtułek do następnego poranku. Na jego pukanie nikt
piuoi v i j lAS-ZPJZA Glinik. «)Acn oni SZDierU
nie odpowiada: puka silniej, jeszcze silniój; ani głosu, ani sz
żadnego Wówczas więc przywołuje trzeciego łotra, kaze mu również ’ nrzeleźć przez murek i ostrożnie klamkę oderwać, po to, aby młóć S wolny wstęp i odwrót. Wszystko to wypełnia się szybko, cicho, z pomyślnym skutkiem. Przyzywa resztę brawów, taż samą droga wprowadza ich na podwórko, każę się ukryć wiąz z „innemi za drzewem, otwiera ostrożnie furtkę od ulicy, sam wsuwa

ROZDZIAŁ VIII.
125
się na podwórze, stawia dwóch ludzi na straży koło furtki i prosto już idzie ku drzwiom wćhodowym. Puka raz i drugi i czeka; żadnej odpowiedzi. Po cichu i od tych drzwi zamek odrywa, nikt nie zapyta nawet, kto tam? wszyscy śpią widocznie, wszystko idzie jak z płatka. A więc naprzód, pst! woła na irawów, ukrytych za drzewem, wchodzi z niemi do pierwszej izby, do tej samej, w której zrana otrzymał kawał chleba w imię miłości Boga. Wydobywa z kieszeni krzemień, hubkę, krzesiwo i zapałki, zapala swoją latarkę, wchodzi do sąsiedniego pokoju, aby się przekonać, iż na dole nie ma nikogo. Wraca, idzie do drzwi wiodących na schody, Przykłada ucho, cisza. Pozostawia inne dwie straże na dole, każę iść za sobą niejakiemu Grignapoco, brawowiz okolic Bergamo, którego obowiązkiem w obecnej wyprawie miało być grożenie, uspokojenie, rozkazywanie Agnieszce. On to otrzymał rozkaz mówienia najwięcej i za wszystkich, aby za pomocą swojej wymowy, zdradzającej przybysza z innej prowincyi, w stronę Bergamo skierować podejrzenia matki Łucyi. Z nim więc przy boku i wiodąc innych za sobą, Grizo wstępuje na schody, przelilinając w duchu każdy stopień, który mu zaskrzypi pod nogą i każdego z brawów, który nie dość cicho się zachowuje. Otóż jest już na górze. Tu, za temi drzwiami chroni się zdobycz, którą mu porwać kazano. Drzwi po cichu uchyla, wyciąga głowę, zagląda do pokoju, ciemno; nadstawia ucha, aby słyszćć, czy ktoś nie chrapie, nie oddycha, lub nie porusza się tam w ciemności: nic zgoła. A więc dalej: podnosi latarkę zakrywając nią twarz, tak, aby widząc wszystko sam nie był widziany, szeroko drzwi otwiera, dostrzega łóżko, już stoi przy niem, pościel gładko zasłana, kołdra do połowy poduszkę przykrywa. Wzrusza ramionami, zwraca się do towarzyszy, na migi oznajmia im, że pójdzie do sąsiedniego pokoju i każę im cicho iść za sobą: Wchodzi, czyni tęż sarnę ewolucyę z latarką, znajduje toż samo co i w pierwszym pokoju. — A do stu czartów, co to ma znaczyć? — mówi wówczas: — czyżby ktoś miał nas zdradzić? czyżby jaki pies nikczemny miał odkryć przed niemi nasze zamiary? I wszyscy, z mniejszą już przezornością, lecz z coraz bardziej rosnącym gniewem, zaczynają szperać, szukać po kątach, przetrząsać i przerzucać Wszystko w całym domu. W czasie gdy się to dzieje we wnętrzu mieszkania, dwaj brawi stojący na straży przy bramie, słyszą zbliżający się pośpiesznie odgłos drobnych, dziecinnych kroków; spojrzeli po sobie, stają na pogotowiu, przyciskają się do muru. Ktoś?ię przed bramą zatrzymał. Był-to Menico, który, posłany od ojca Krzysztofa, biegł w całym pędzie do naszych kobiet z zawiadomie-
mem, aby, jeżeli życie im miłe, uciekały natychmiast z domu i śpiewy do klasztoru, gdyż... wiecie już zresztą dlaczego. Chwyta

126
NAKZECZENI.
za rączkę od klamki, chcąc w bramę zapukać, i czuje, że rączka ta odbita i odkręcona, ledwie się trzyma. — Co to znaczy? — myśli sobie, i ze strachu bramę popycha: ta otwiera się na rozścież. Menico trwożnie na podwórko zagląda i w tej samej chwili czuje się schwytany za obie ręce, a jednocześnie dwa okropne glosy z lewej i z prawej strony szepczą mu do uszu: — cicho! lub zginiesz. — Chłopak wrzeszczał przeraźliwie, lecz jeden z łotrów już mu usta zamyka, drugi, aby go nastraszyć, ogromny nóż z za pasa wyciąga i błyska mu nim przed oczyma. Menico drży jak listek i już nie usiłuje bronić się, lub krzyczeć, ale, naraz, zamiast niego i głosem wcale odmiennym zaczyna się odzywać ów dzwon kościelny silny, potężny, uderzenia jego stają się coraz częstsze, coraz głośniejsze, to dzwon na trwogę. Na złodzieju czapka gore, mówi przysłowie, to też każdemu z tych dwu łotrów zdało się, iż w dźwiękach dzwonu usłyszał swe imię, nazwisko i przydomek, puścili Menica śpiesznie ręce cofając, spojrzeli na siebie z oczami i ustami otwartemi szeroko, w kilku podskokach przesadzili podwórko i wpadli do domu, aby się złączyć z resztą szanownego towarzystwa. Menico, jak strzała popędził w stronę kościoła, gdzie, jak mu się zdawało, musieli przecież być ludzie. I na tych łotrów, którzy się znajdowali w domu przerzucając wszystko i plądrując po każdym jego zakątku, odgłos dzwonu toż samo uczynił wrażenie, ogarnął ich przestrach i pomieszanie, zaczęli biegać, jak nieprzytomni, potrącając się co chwila, każdy szukał najkrótszej drogi do drzwi na podwórko wiodących. A jednak wszystko to byli ludzie wypróbowanej odwagi i przyzwyczajeni do stawienia czoła nieprzyjacielowi! Lecz teraz znaleźli się w położeniu tak wyjątkowem; grożące im niebezpieczeństwo było tak niejasne, tak niezbadane, tak dalece nie spodziewali go się w tej chwili, iż nic dziwnego, że i oni nawet potracili głowy. Grizo potrzebował użyć całej swej władzy, aby ich przy sobie zatrzymać; bez niego, odwrót zmieniłby się w haniebną ucieczkę. Jak ów pies, który wraz z pasterzem stado wieprzów pędzi i rzuca się ciągi e to na jednego, to na drugiego, aby ich razem utrzymać, tego chwytając zębami za ucho i wlokąc w ten sposób napowrót do stada, innego popychając głową, innego jeszcze groźnem szczekaniem zmuszając do odwrotu, tak i przywódca poczyna sobie z brawami: jednego, ode drzwi przez które chciał się wymknąć, wlecze na środek pokoju, porwawszy za czub żelazną ręką; drugiemu, który również w tamtę stronę podążał, kosturem swym boki okłada, zwołuje tych, którzy jak opętani biegają i kręcą się w kółko; nareszcie zbiera wszystkich na pośrodku podwórka. Prędzej, prędzej! pistolety do rąk, noże na pogotowiu, wszyscy razem, i dalej. równo, ’tak. O, głupcy! o tchórze! czyż nie wiecie*

ROZDZIAŁ VIII.
127
ze teraz, kiedy tak razem idziemy, to na nas nikt nie odważy się napasę? Ale, gdybyśmy się mieli wymykać każdy z osobna, to nawet i wieśniacy daliby nam rady. Wstydźcie się I Za mną i razem! — I po tej krótkiej przemowie, stanął na czele oddziału. Domek Ł«cyi, jak to już nadmieniliśmy wyżej, graniczył z polem, Grizo skręcił natychmiast w bok za wioskę, a wszyscy w porządku wzorowym poszli za nim.
A teraz, zostawmy już ich, niech sobie idą dalej, a sami wracajmy na wieś do Agnieszki i Perpetui, ktoreśmy pozostawili w owój uliczce koło plebanii. Agnieszka postanowiła odprowadzić o ile można najdalój wierną służebnicę od mieszkania proboszcza; i do pewnego stopnia nieźle się jej to powiodło. Ale, na raz Perpetua Przypomniała sobie, że drzwi plebanii pozostały otwarte i postanowiła wrócić. Niebyło rady: Agnieszka, aby nie wzbudzić podej1-zenia, musiała na to przystać i poszła za nią, starając się wszakże otrzymać ją w drodze wypytywaniem się o szczegóły owych małżeństw niedoszłych do skutku, opowiadanie o których w tak wielki zapał wprawiało jej towarzyszkę. Okazywała wielkie zajęcie całą U sprawą i od czasu do czasu, na dowód, że słucha uważnie, l’ćwnież jak i dla podtrzymania rozmowy w należytem ożywieniu mówiła: — a pewno! teraz rozumiem dobrze: to jasno, a potem? a on? a panna Perpetua? — W duchu tymczasem wiodła inną rozmowę. — Czy już opuścili plebanię? czy też tam są jeszcze? Cóż to za niedarowane głupstwo było z naszej strony, aby się nie umówić o jakiś znak, któryby mógł mnie zawiadomić o tem, kiedy już wszystko się skończy! Prawda, że to pomyłka nie-lada! Ale, cóż robić, na to już nie ma rady, stało się! teraz wypada mi jedynie i ^erpetuę jak najdłużej przy sobie, wszelkich sił do tego
dokładać; w najgorszym razie, będzie to tylko mała strata czasu. — I tak, paplając bez ustanku i zatrzymując się co chwila, zbliżyły się znacznie do plebanii, którą wszakże jeszcze róg uliczki przed niemi zakrywał, a Perpetua doszedłszy właśnie do najbardziej zajmującego miejsca swój opowieści dała się przez Agnieszkę zatrzymać, a raczej wcale nie spostrzegła nawet tego, iż się zatrzymała, gdy naraz wsrod głębokiej uroczystej ciszy nocy rozległ się ów pierwszy, °zpaczliwy krzyk don Abbondia: — na pomoc! ratunku!
— Jezus Marya! Co to jest! — zawołała Perpetua i chciała Oledz do plebanii.
~ Co to? co to? dokąd? — mówiła Agnieszka, trzymając Perłmtuę za suknię.
~~ O, Chryste Panie! Nie słyszeliście? — wołała Perpetua, tai‘ając się wyrwać suknię z rąk Agnieszki.
— Co? co? — powtórzyła Agnieszka chwytając za rękę.

19.8
NAKZECZBNI.
— Czarownica obrzydła! krzyknęła Perpetua odpychając ją
z całej siły, wyrwała się i pędejn ku plebanii pobiegła W te, krzyk. bardziei przeraźliwy. bardziej
:hwUi zdMeka doleciał inny toyk, bardziej przeraźliwy, bardziej
straszny, krzyk biednego Menica.
TP7H« Mam! zawołała teraz Agnieszka i w ślad za Per-
netua nooedziła ku plebanii. Jeszcze były w uliczce, gdy ozwał się petuą popędziła KU p częściej, coraz głośniej. Perpetua
dzwon: raz, drugi, tizeci, o v B J I
najprzód dobiegła w chwili, gdy chwyciła za klamkę, drzwi same
naj pi zon uouiegia « otwar}y gię szerokO) naprQgu ukazali
SsięDłeToSę Gierwazy, Renzo i Łueya, którzy znalazłszy po omacku
Się. AOL110, ur* „hiecrii w największym popłochu, a słysząc następTie^w^straszny dzwon na trwogę, uciekali z większym jeszcze
pośpiechem. gtało? c0 się stało? — spytała Perpetua, zwracając A braci, którzy odpychając ją gwałtownie przemknęli
Się a nia iak Strzała. I wy tu!, jak-to? co tu robicie? zawoprzea mą, J gdy młodą parę spostrzegła. Lecz i ci również wybiegli Me dając jej żadnej odpowiedzi Nie pytając już o nic
więcej, wierna sługa pospieszyła tam, dokąd ją obowiązek przyzy-
ł i wpadłszy do sieni znikła w ciemnem wnętrzu plebanii
W Nieszczęśliwa para, której usiłowania połączenia się ślubem i teraz spełzły na niczem, znalazła się wobec niespokojnej, zadysza-
nej Agnieszki.
J A otóż jesteście — rzekła biedna kobieta z trudnością wymawiając wyrazy: — jakżeż tam poszło? co znaczy ten dzwon? zdaje mi się, żem słyszała...
J Do domu, do domu! — mówił Renzo — prędzej! nim ludzie adbie^ną. I wszystko troje ruszyli śpiesznie; lecz po chwili nad-
biega Menico, poznaje ich, zatrzymuje i drżąc jeszcze na całem ciele „losem przerywanym woła: — dokąd idziecie? nazad! nazad!
tedv’l do klasztoru! v A.
Czyś to ty...? — zaczęła Agnieszka.
Jeszcze więc coś nowego? — zapytał Renzo. Łueya milczała^ nowego, że u was w domu dyabli plądrują — odrzekł
mazany Menico. — Widziałem ich, widziałem, chcieli mię zabić; powiedział ojciec Krzysztof, abyście wszyscy i Renzo także abyście szli natychmiast do klasztoru... i ja sam przecież widziałem... to szczęście, że was tu znajduję! wszystko powiem, tylko nie teraz.
kl<3 ReZJo<1Zktói7 ze wszystkich trojga największą przytomność za-
chował pomyśl sobie, iż czy to w tę, czy w inną stronę wyp^ iść zaraz, nim jeszcze ludzie się zbiegną, i ze może będzie najlepi

ROZDZIAŁ VIII.
129
usłuchać rady, albo raczej rozkazu Menica, który wypowiadał go z taką siłą przestrachu. Potem, w drodze, po oddaleniu się od niebezpieczeństwa, można będzie czegoś się.więcej dowiedzieć od chłopca. — Idź naprzód — rzekł do Menica — a my, — dodał zwracając się do kobiet — chodźmy za nim. I zawrócili napowrót w stronę kościoła, przeszli przez plac, na którym na szczęście nie było jeszcze nikogo, skręcili w uliczkę, która znajdowała się pomiędzy kościołem a plebanią, następnie, zaraz przez pierwszy wyłom, jaki się w murze nadarzył, wpadli do jakiegoś sadu, i dalej przez zagony i pola. ’.,.,,,..
Zaledwie o jakie pięć kroków oddalili się. od wioski, kiedy już ludzie ze wszechstron zaczęli na plac nadbiegać i tłum z każdą Chwilą się zwiększał Wieśniacy z ciekawością spoglądali na siebie: każdy miał zapytanie na ustach, lecz odpowiedzi na me nikt dać me umiał. Ci nainrzód nrzvbyli, podbiegli do drzwi ko-
ścioła-, były zamknięte. Pobiegli następnie do dzwonnicy, i jeden J nich wsunąWSZy głowę w malutkie, wąskie okienko, zawołał z calej si, W z gi sta, 0? Kiedy Ambroży usłyszał?łos dobrze mu znany, wypuścił z rąk sznurek od dzwonu i przekonawszy się z owego gwaru, który na placu panował, ze już wiele łudzi się zeszło, odpowiedział: — zaraz otworzę. — Spiesznie wciąna nogi owę część ubrania, którą przyniósł pod ręką, i prze-
szedłszy z dzwonnicy do kościoła drzwi jego otwoizyi.
Co znaczy ten dzwon na trwogę? — Co się stało. Gdzie. — Kto?
. — Jak-to, co się stało? — rzekł Ambroży jedną ręką trzyw za nawpół uchylone drzwi kościoła, a drugą ściskając pośm \ci wierzchnią część owego ubrania, które włożył z takim ksiS7cheni — Jak-to! nie wiecie? jacyś ludzie w mieszkaniu
.vuza r, —. Wszyscy zwra-
id-
Niektórzy śpieszą do
Cają się1, oboszcza. Chodźmy, bracia, na pomoc.
stawiftin plehiinn łlnmnin rl z\ ~ —
drzwi, 7 h?’
‘ zony* i zamek cały, żadnych śladów, aby miał byc naru-
mu szmeru. téż spoglądają w górę, ani jednego otwartego okna, stało! —. Bj! ej! Otwórzcie! — Księże proboszczu! — Co się
.Bon AbbonY^boszczu!
ściekli, śpiesz,,°>.który skoro tylko postrzegł, że jego napastnicy a teraz kłócił się6 S1^ cofnął od okna i zamknął je natychmiast; sciia w c), WjjJ głosem z Perpetuą, wyrzucając jej, iż go opuS*ysząc, iż g0 iU(j Wielkiego niebezpieczeństwa, został zmuszony,, ac, spostrzegł óu-W2ywa’ znowu SlS w °knie ukazać. Spojrzał na (*°, iż tei ^Um> który mu na pomoc pośpieszył i pożałował
J pomocy zażądał.
A-Manzoniv.
Karze, — 21
Tom I.

130
NARZECZENI.
— Co się stało? — Księże proboszczu, jak to było? — Kto — wpadł do plebanii? Gdzie są ci ludzie? — wołało na raz z jakie
pięćdziesiąt głosów..,... „.,
Już niema nikogo, dziękuję wam, moi zacni parafianie, lecz
już pomoc nie potrzebna, wracajcie do domów
— Lecz kto tu był? Dokąd poszli? Co to było.
— Bvli tu źli ludzie, ludzie, którzy zamiast spać włóczą się po
nocy, ale już uciekli, wracajcie do domów, już nic nie potrzeba, Z™ razem poczciwi ludziska, me teraz, dziękuję wam z całego innym ’ życzliwość dla mnie. — I zamknął okno. Widząc to, serca za ę;. mruczeć coś z wielkiem niezadowoleniem, inni się
mektoizy ^.ząsaji głowami i wzruszali ramionami; wtém na plac smiei1’ i eden z mieszkańców wioski, tak zmęczony, tak zdyszany, vI)a.a7n słowa nie może wymówić. Człowiek ten, którego domek 1Z iłował się naprost domku Łucyi, na odgłos dzwonu, podobnie?n, aJ i wszyscy inni wieśniacy poskoczył do okna i w podwórku są^pdniem ujrzał ów popłoch, owo krzątanie się brawów, których Crizo iak rozproszoną trzodę usiłował spędzić do kupy. Stanąwszy
Q nlacu sdy już ochłonął z pierwszego zmęczęnia i strachu, głosem “teżnym zawołał; — ludzieI wy tu co robicie? nie tu siedzi licho, tam w końcu ulicy, w domu Agnieszki Mondella, ludzie zbrojni, łotry, oni tam, tam w mieszkaniu, zdaje się, iż chcą zamordować jakiegoś pielgrzyma, czy ja wiem co to za sprawa czartowską!
J Co? co? co? — I rozpoczyna się walna narada. — Trzeba tam pośpieszyć. — Trzeba się przekonać. — A ilu ich tam? — A co to za ludzie? — do wójta! — chodźmy do wójta!
— Jestem — ozwał się głos wójta w tłumie — ale trzeba mi dopomódz, trzeba słuchać moich rozkazów. Otóż żwawo... gdzie zakrystyan? Na dzwonnicę, na dzwonnicę. Prędzej: niech jeden leci zaraz do Lecco po zbrojną pomoc, chodźcie tu wszyscy...
Powstaje zamęt nie-do-opisania, wszyscy się cisną do wójta, potrącała się, śpieszą; wtem inny człowiek, który widział brawów, iak uciekali z podwórka, wpada na plac również zadyszany, jak pierwszy i woła: — śpieszcie bracia; złodzieje czy bandyci we wsi, inż uciekają uprowadzając jakiegoś pielgrzyma: w pogoń, w pogoń! Na te nową wiadomość, me czekając już rozkazów wójta, wszyscy C tnmre stronę podążają z krzykiem, w nieładzie biegnąc po ulicy; lLz Stopniowo, im dalej się ten zbrojny oddział odsuwa, tém bardziei zwalniają kroku ci, którzy są na przedzie, dają się prześcignąć odważniejszym ostatnie szeregi wszystkich jednak popychają naprzód, i wreszcie, choć już z mniejszym pośpiechem, niż z początku wyprawy, tłum przybywa na miejsce wskazane. Siady napadu świeże i widoczne: brama otwarta, zamek odbity, lecz sprawcy

BOZDZIAŁ VIII.
131
tego wszystkiego już znikli. Wieśniacy wchodzą na podwórko; zbliżają się do drzwi domu: i te otwarte, i tu zamek odbity, zaczynają wołać: — Agnieszko! Łucyo! A pielgrzym? Gdzie pielgrzym? Co do pielgrzyma, to niezawodnie musiało się chyba przyśnić Stefanowi! — Nie, nie, widział go również i Andrzej. Ej! pielgrzymie 1 — Łucyo! Agnieszko! — Żadnéj odpowiedzi. — PorYa“°je, porwano niezawodnie! — Kilka głosów ozwało się, dora* zaJąc puszczenie się w pogoń za nieznanemi łotrami i twierdząc, ze byłoby to hańbą straszną dla całej wioski, gdyby każdy zbrozien mógł bezkarnie porywać kobiety, jak kania kurczęta ze skosz°nój niwy. Więc nowe bardziej szumne narady, lecz jeden z obecnych (a nikt nigdy nie dowiedział się na pewno, kto to był taki) piiscił pogłoskę, jakoby Agnieszka i Łueya schroniły się do jednego z d?mów we wsi. Pogłoska ta rozeszła się szybko, jakoś każdy Wierzy) w nią odrazu; przestano już mówić o ściganiu uciekających i wszyscy się rozeszli do domów. W całej wiosce słychać było gwar, kroki pośpieszne, tajemnicze rozmowy, pukanie do drzwi, °twieranie ieh i zamykanie; tu i owdzie zabłysły ognie w mieszkaDlach, kobiety pojawiały się w oknach zapytując przechodniów, odpowiadano im z ulicy. Wreszcie stopniowo wszystko do dawnej ciszy wróciło, lecz rozmowy zaczęte na ulicy ciągnęły się jeszcze Późno w noc w mieszkaniach, aż i te na ostatku ustały, przechodząc w poziewanie i sen twardy. Następnego poranku, po śnie pokrzepiającym, opowiadania o wypadkach nocy z nową siłą ożyły. “ednak, nie zaszło nic takiego, coby mogło rzucić jakieś światło na tę tajemniczą przygodę; chyba to tylko, że tegoż jeszcze po^nku wójt wioski, w chwili, gdy stał na swym zagonie z twarzą pchait^ na <i^0Qi’ z n°gd na żelazie motyki, którą do połowy wew do ziemi i z łokciem na jej kiju opartym, cały pogrążony tei.aZBayślaniu nad dziwnemi wypadkami nocy i nad tem, jak miał powi?°stiłPió, naraz spostrzegł idących ku sobie dwu ludzi, których byjy^^bowność nie zapowiadała nic poczciwego, których włosy zreszt’ ^uSie> jak włosy pierwszych królów Franków i którzy drabów ^°dajmy to od siebie) przypominali niezmiernie tych dwu
W Cza! Spotkanych przez don Abbondia przed pięciu dniami, jeszcz 16 Pamiótnej przechadzki. Otóż ci ludzie, w sposób
owej pamiętnej przechadzki.
wówczas, ki
oświadczyli wójtowi, aby, jeżeli miłą mu jest nadzieja
boszczem grzeczny, niż wówczas, kiedy mieli do czynienia z pro’
śmier ’ ’ uswiadczyli wójtowi, aby, jeżeli miłą mu jest nauzieja WażYj1.naturąlnej, z choroby, a nie żadnej niespodziewanej, nie gdybv S1<* zawiadamiać o tem, co zaszło, pana sędziego, ani w razie Wiać j.1UU kazaao zdać sprawozdanie z całej tej sprawy, przedstatak we właściwem świetle, ale przeciwnie, aby ją zagmatwał ’ y w niej nikt nic nie mógł zrozumieć; dalej, aby starał się

132
NARZECZENI.
przeciąć w samym początku wszystkie plotki i domniemania, i aby sam, ani do żadnych niepotrzebnych gawęd nie należał, ani też takowych chciał słuchać.
A teraz pożegnawszy wioskę na czas jakiś, wróćmy do głównych osob tej opowieści. Nasi uciekający pośpiesznie i w milczeniu szli przez czas pewien, oglądając się co chwila abv sie upewnić iż nikt ich nie ściga. Wszyscy czuli silne zmęczenie spowodowane ową niespodzianą a tak nagłą ucieczką, tndzFeż przebytemi niepewnościami i trwogą; każdy myślał z boleścią o owrrh dQ, 1Upi, ktA,.»
scm, które nad ich głową zawisło. Tę boleść i trwogę zwiększał jeszcze ’. / W się ciągle, w którego dźwiękach,
choc sła ą y. i b ’ a aiUa od wioski, zdawało im się,
U ^h^Nasf uciekakcy kt’ą przeP°wiednię. Wreszcie dźwięki
-i-1’-1!.si?M
zwolnili kroku i Agnieszka pierwS P > J SaniotnOSC1 1 e]s^’ WAZ i„k sie powiodła Wsza Przerwała milczenie, zapytując
CO Widział i słyszał w domZ fe11 *5? ° wszystkiem’, czego doznał, sty stwierdzało obawy i rozkaz SSika C\LT °CzyW1 władania zrozumieli coś więcej „Sh k Słuchłacze zteS° opo-
sam Menico; dreszcz ich prześni ° T«t dzieć nawót
„ł,.„-rrr„oi; o, ’z, Poszedł od stop do głowy, wszy-
scy troje zatrzymali się nagle snni-„ r tao mownego przestrachu i każdy z A zbliżacie. Z
azem niewy-
ku niemu wyciągnął, kładąc ją„nS zbliŻW do chłopca, rękę
by po to, aby go popieścić i podzięko ia, mionach> lub główce, jak ’-„i, nnieknńcz™ azi9k°wać mn w ten sposob, IZ Sl(
stał dla nich opiekuńczym aniołem**Z*6 W-!n sposob’łZ się
które w liich kno — 1 ’ dby mu wyrazić owo współczucie i htosć ktoie w mdi budziło w k / ich.
merpiał, aby «z^ to, 2e dla ich ratunku został nara-
Ty Ha ce nj ntookoni s?hrTtwo‘ Teraz ™aj do domu, aby rodzice meP?^bis^z dłużej o ciebie-rzekła Agnieszka, a przypominając sobie^obietnicę, wyjęła z kieszeni zamiast dwu, czterjr pieniążkikład4CJe chłopakowi do ręki, dodała: to dla debie Menmoi Pios Eoga abysmy się \ wkrótce zobaczyó, wówczas... — Renzo obdaizył g0 nowiutka srebrna lirówkąi zalecił, aby nic nikomu me mówił o tem co mu ricie? Krzysztof kazał im powiedzieć; Łueya ucałowała g0’, żegnaiac głosem wzru?onjm, i elilopak, e mnmiąw ™ r
dł do wioski. Troje pozostałych w dalszą poszło drogę; kobiet/

BOZDZIAŁ VIII.
133
postępowały naprzód, Renzo za niemi, jakby na straży. Łueya, wsparta na ręku matki, z wrodzoną zręcznością i delikatnością, usiłowała obchodzić się bez owej pomocy, z którą jej narzeczony rażą, gdy wędrówka przez pola bez drogi stawała tego żp2-1^ UcMiwą; nawet i w tak wielkiej niedoli wstydziła się pa ’. Jeszcz? Przed chwilą, w nadziei zostania jego żoną za jakie tak wi tak długo przebywała z nim sam na sam, do
czaronr?osz^a poufałości. Teraz, kiedy już się rozwiał ów sen
nie moarła sobie darować, że tak daleko się posunęła,
me mogła
z przyczyn, które sprawiały,
ajedną
też 1
. „ „ „.. iż drżała na całćm ciele, był
św\?Vstyd niewieści, dziewiczy, nie ten wstyd, który wypływa ze ladomości złego, lecz ten, który sam siebie nie zna i który można d° przestrachu dziecięcia drżącego w ciemności i nie
leJ^cego wytłomaczyć sobie, co czuje w tej chwili.
Ą, ~~ A z domem co będzie? — powiedziała naraz Agnieszka. gdv’’ że Py^nie było tak ważne, nikt nie odpowiedział,
p0,.*dkt nie mógł dać w tej chwili zadawalniającej odpowiedzi.. SzH dalej w milczeniu i wkrótce doszli do Pescarenico i znaleźli *? na placu przed kościołem kapucynów.
Renzo zbliżył się do drzwi i popchnął je ostrożnie, drzwi się obpaily’ a księżyc w^skim pasem wpadając do wnętrza kościoła, tOf sw^m światłem bladą twarz i srebrzystą brodę ojca Krzyszta, który czekał na nich nieopodal od wejścia. Gdy spostrzegł, 6 nikogo nie braknie — chwała Bogu! — zawołał i kazał im wejść Pr.?®9°ła. Obok niego stał inny kapucyn, którego za pomocą sta *. Podstawień namówił do czuwania z nim razem, do pozoch^ilenia drzwi kościelnych przymkniętych tylko, do udzielenia współ e^° Przytułku tym biedakom; a na to, aby skłonić laika do czają(U<1’ztatu w czynie tak ważnym, tak niebezpiecznym i wykraPowacJ111 dalece przeciwko przepisom zakonu, trzeba było całej otaczał’ *?atego szacunku i całego owego rozgłosu świętości, który tof p0. ujca Krzysztofa. Gdy weszli wszyscy troje, ojciec Krzyszdłużej Ćła drzwi przymknął. Wówczas zakrystyan nie mogąc już ojcze! 0/trzymać odprowadził go na stronę i szepnął do ucha: — ależ oic Ze’ W nocy... w kościele... i zamknąć się... prawa zakonu... ojciec K-6’’” ’ — pokręcał. Wczasie, gdy to mówił laik, łotr ścio-<1Z^Szt°^ myślał sobie: — otóż masz! gdyby-to był jakiś Przytul te‘at Pazio nieby nie miał przeciw temu, aby mu dać oponami’w’lk‘biedna’ “^szczęśliwa dziewczyna, która ucieka przed
ko do munda — rzekł następnie, zwracając się szyb-
Łecz włn! 1 zaP°minając ° tem, że ów laik po łacinie nie umie, śnie to roztargnienie wyszło mu na korzyść. Gdyby za-

134
NARZECZENI.
konnik usiłował dowodami przekonać laika, ten znalazłby inne „iemn, ej dobre dowody na poparcie awd, sprawy; B»S ™ łąk długo mogłaby się przecięgnęd i na czem skonczyc ta cała dysputa, ale słysząc owe wyrazy pełne jakiegoś tajemniczego, niepojętego
“zstr£SS^“w zistlick e’go skrupułów i „baw. Uspokoi, się odrazu f rzekł: no! niech tam zresztą ojciec robi, jak zechce,
PrZe^eSXzWmT^mTa?o°zaufaTodpowiedział zakonnik i przy palącej się przed ołtarzem, zbliżył się do
niepewnym blasku lampy, ^ na dzieci
naizeczonyth g was wybawił z wielkiego niebezpie-
moje! błogosławcie Pana, w t„ chwiU T Uóma
czenstwa S zlecenia, które im posłał przez Menica, gdyż
czyć powo g nie przeszło, aby jego słuchacze mogli wie-
przez mysi nieg0 w tój sprawie i wyobrażał sobie, że mały
dzieć cos ę J domu godzących spokojnie, przedtem jeszcze, poseł zastał ie fc nie usijował wyprowadzić o-o — z M«dn
nim brawi tam wpauu —,
nawet Łueya, która jednak czuła, w
iwał wyprowadzić go z błędu głębi serca wyrzuty sumienit
za tak naganne
przed ojcem
’5 lYbUlu
me postępowanie, za zatajenie’czeem^Ti7 SUmienia Krzysztofem, ale widocznie była-to tak ważneS°
zamieszania i fałszu. J 0 Jnoc podstępu,
— Po tem wszystkiem — mówił dalej zakonni
wne przyznacie, iż ta okolica nie jest iuż nnifc — sami zapepiecznem. Kraj-to wasz rodzinny ta ni-w/m” mieiscem bezjąc w nim nikomu nie uczyniliście krzvwd!? iTm ^Wiat’ Ży’ go opuścić. Jest-to próba, która na w ^ecz ®°o kaze wam znieście ją z chrześcijańską pokora hp^ ZSyłfL. dzieci drogie, nienawiści, a wierzcie mi, iż przyjdzie, u, — SZemra?la’ bez zalubez się cieszyć z tego, co was dziś spotyka T„e\ W ^?ry”, b§dziecie
tymczasowe schronienie. Mam nadzieje i-> 1 dla was
gli spokoj’nie do waszej wioski powrócić “ yotce będziecie mociężką tę próbę na wasz pożytek obróci „, dym razie, Bóg
dokładał, aby stać się godnym owej wielkiir wszelkich starań mi dowód, wybierając mnie nędzn?kt^J p*n daje miłosierdzia nad wami. Wy za narz^dz}e swego
udajcie się do ***. Tam nie może już wam o-rnilć d° k°, bletT“ czeństwo, a jednocześnie będziecie w nie łwt ‘ ’ aadne niebezPia’ od waszej wioski. Skoro przybędziecie <R** I?’1®“1 oddalen!u klasztoru kanucynów powiedźcie S/ dzcie prosto d°
gwardyanem Z
g-u, ojcem A ty Rouzo^S^s^S-

ROZDZIAŁ VIII.
135
kać przed złością ludzką i przed podszeptami własnego serca. Weź oto ten list, zanieś go do ojca Bonawentury z Lodi do klasztoru kapucynów przy Wschoduiej Bratnie, w Medyolanie. On zastąpi ci ojca,. będzie tobą kierował, zajmie się twym losem, dostarczy ci roboty i nie przestanie opiekować się tobą aż do chwili, kiedy okoliczności pozwolą ci wrócić do domu. A teraz, wszyscy razem idźcie nad jezioro, tam, do ujścia Bione. (Bione, potok w pobliżu Pescarenico). Zahaczycie łódkę u brzegu, powiedzcie: czółno; spytają Was dla kogo, powiedzcie: św. Franciszek. Łódź was zabierze, przewiezie na drugą stronę, a tam już będzie na was czekał wóz, w którym dojedziecie aż do samego ***.
*^dyby ktoś miał się dziwić temu, że ojciec Krzysztof tak zaraz, na pierwsze zawołanie, mógł rozporządzać środkami przewozu na lądzie i wodzie, ten dowiódłby tylko, iż nic a nic nie wie o tem, jak wielką byia władza kapucyna, którego lud świętym nazywał.
. “dostawało jeszcze obmyśleć jakąś opiekę nad domami. Ojciec Krzysztof wziął tymczasem klucze od nich na przechowanie,
* Wiązując się wręczyć je następnie osobie, którą mu wskaże Kenzo, lub Agnieszka. Ta ostatnia, wyjmując swój klucz z kieszeni, nie mogła powstrzymać westchnienia, na myśl, iż w tej chwili domek jej stał otworem, że już go splądrowali brawi i że kto wie Czy w nim zostało co jeszcze do pilnowania!
— Przedtem nim w drogę ruszycie — rzekł zakonnik — wszyscy razem westchnijmy do Boga, prosząc Go, aby czuwał nad wami, tak w tej podróży, jak też i zawsze w calem waszem życiu, a nade^szystko, aby wam dodał siły, aby was natchnął gorącą miłością a.s°bie, aby was nauczył z radością poddawać się Jego świętej kj l — I z temi słowy ukląkł na środku kościoła, a za jego przyoici 1 P°szli wszyscy. Pogrążony chwil kilka w cichej modlitwie, Krzysztof następnie głosem cichym, lecz wyraźnym przemóktbp ^ielid Boże! modlimy się również za owego nieszczęśliwego, łaski Uas Przywiódł do tego kroku. Bylibyśmy niegodni Twej nie a’i.g<tybyśmy z całego serca nie błagali Cię, Tanie, o zmiłowały nasU nie®0: 011 tak bardzo potrzebuje Twego miłosierdzia! My, nie zbo6111.Utnai’twieniu, mamy tę wielką pociechę, żeśmy, Panie, rować CZyli z dro?i» Przez Ciebie wytkniętej. Tobie możemy oflazlitu’ llasze zmartwienia, które nam do zbawienia posłużą. Panie, sweJ i81** natl nim! Wzrusz jego serce 1 Zrób z niego sługę aia Zlej nań, Panie, wszystkie te łaski, o które możemy prosić
gie wszyscy powstali, a zakonnik rzekł: — Teraz, dzieci dro-
f ma.jużczasu. stracenia, niech was Bóg prowadzi, niech >-Więci aniołowie wam towarzyszą. — Iw czasie, gdy biedni

136
NARZECZENI.
ludziska, pełni owego głębokiego wzruszenia, które objawia się samo przez się bez pomocy wyrazów, powoli zbliżali się do drzwi, zakonnik dodał głosem zmienionym: — serce mi mówi, że zobaczymy się wkrótce.
To pewna, że serce, byle go tylko słuchać, ma zawsze coś do powiedzenia o tem, co będzie. Ale cóż wie to serce? Zaledwie odrobinę tego, co już minęło.
Nie czekając na odpowiedź, ojciec Krzysztof poszedł śpiesznie do zakrystyi; nasi podróżni wyszli z kościoła; a brat Fazio drzwi zamknął za niemi, żegnając ich również głosem wzruszonym. Cicho i w milczeniu skierowali się w stronę jeziora, doszli wkrótce do owego miejsca, które im wskazał zakonnik; spostrzegli łódkę, zamienili umówione wyrazy i weszli do niej. Przewoźnik wiosłem łódkę odepchnął od brzegu, potem dzielnie wiosłując wypłynął na głębinę i skierował się ku przeciwległemu wybrzeżu. W powietrzu wielka cisza zaległa, nawet wietrzyk najlżejszy nie przeleciał po gładkiej, spokojnej powierzchni jeziora, którą możnaby wziąć za nieruchomą, zwierciadlaną szybę, gdyby nie drżenie i przelewanie się srebrzystych promieni księżyca, który wybiegłszy na sam środek nieba przeglądał się w wodzie. Słychać było tylko cichy szmer fali, konającej na drobnych kamyczkach wybrzeża, nieco dalej odgłos wody, rozbijającej się o pale mostu i miarowe uderzenia dwu wioseł, które przecinając niebieską toń jeziora, to się podnosiły, sypiąc srebrne kropelki dokoła, to znów zanurzały się w jego głębiach. Woda przerżnięta łódką, zbiegając się znowu potem tworzyła długie, faliste, drżące pasemko ciągnące się za nią od brzegu. Nasi uciekający siedzieli w milczeniu, zwracając oczy w stronę, od której się oddalali i patrzyli na góry, na całą tę okolicę miejscami światłem księżyca zalaną, miejscami pogrążoną w cieniu głębokimJasno i wyraźnie widniały nadbrzeżne wioski, domy, dzwonnice’zameczek don Rodriga ze swą płasko ściętą wieżą, wznosząc si^ dumnie nad, chałupami, skupionemi u podnóża pagórka, wyglądał jak zbój, który stojąc w ciemnościach, wśród gromadki uśpionych’ obmyśla jakąś zbrodnię. Łueya spostrzegła go, drgnęła, szybką wzrok swój opuściła i zatrzymała go na wiosce rodzinnéj, wpatruj*!6 się w jeden z jej krańców; poznała swój domek, poznała oW6 drzewo figowe, którego rozłożyste gałęzie wybiegały za mur®* podwórza, poznała okno swego pokoju i, oparłszy łokieć na kraj1’ łodzi, a dłonią podtrzymując czoło, jakby ją sen morzył, cich i gorzko płakać zaczęła.
Żegnajcie góry wyrastające z jeziora, a czołem swem sięgaj^# do nieba, szczyty nierówne, groźne, dziwaczne, a tak dobrze zna*

ROZDZIAŁ VIII.
137
temu, kto się wpośród was urodził, a tak głęboko wyryte w jego pamięci, jak obrazy najbliższych mu osób, potoki, których łoskot umie rozpoznać z równą łatwością, jak głos przyjaciela; wille rozcie”6 Ot Ce na Pochyłościach, jak stado owiec na łące; żegnaj wam’ ła’<że ciężko rozstawać się z wami temu, kto się między b 1 ul’.0(łził 1 Nawet w umyśle człowieka, który porzuca was do-
I!He ł idzie w świat znęcony nadzieją świetnej przyszłości,
. cllwih rozstania się z wami bledną wszystkie złote sny bogactwa i sławy; i sam gję dziwi, iż mógł zdobyć się na odwagę opuszczenia rodzinnego kątka, i wróciłby z drogi, gdyby nie owa nadzieja, że kiedyś bogaty i szczęśliwy jeszcze kraj swój zobaczy. Im dalej się zapuszcza w równiny, ’tem bardziej oko jego nuży się widokiem jednostajnej płaszczyzny; powietrze wydaje mu się tu ciężkie kiciSZn? ’ Stnufcny i zniechęcony wchodzi do miast ludnych i wielsieć* ’k, skupione, ciągnące się w nieprzerwanych szeregach,
spoaiadZyżu^cycl1 się ulic zdałfł się pierś Jego Przygniata6>a gdy beda<łCla na owe cuda budownictwa, na owe gmachy wspaniałe, Dicv 6P°dziwem dla całego świata, myśl jego podąża do dzwonjm’ ’Takiego kościółka i do pewnego domku, który oddawna jest 1?, ce eni wszystkich jego marzeń i który postanowił nabyć, skoro y ko z pełnym trzosem w swe strony powróci.
Necz cóż się dziać musi w duszy tego, kto po-za kraj rodzinny ’gdy nawet myślą nie wybiegł, kto tu miał całe życie przepędzić, ’ itorego wszystkie marzenia i całe szczęście w nim się skupiały kogo nagle złość i przemoc ludzka z tego zakątka wypchnęły! n ^1‘wany od nawyknień najmilszych i zawiedziony w najsroższych oycl jach pozostawia te góry, aby szukać przytułku u ludzi obi nie stronach nieznanych, których poznać nigdy sobie nie życzył domk^*0 llaweł’ kiedy mu wolno będzie do domu powrócić I Żegnaj, przy ty jędzinny, w którym pod wpływem budzącego się uczucia Wne j., bsmy odróżniać od kroków wszystkich przechodniów, pemu obe na których odgłos serce nasze drżało. Żegnaj i ty, doczytyaćy Jeszcze, lecz na którym tak często wzrok przywykł spocie prz ’ domu, w którym myśl tak często bawiła, w którym całe żykościele Złe c*chd i radośnie miało upłynąć. Żegnaj i ty wiejski w którvm W którym dusza w modlitwie wznosiła się do Stwórcy, miłość; °dbyć uroczysty obchód, w którym ślub miał
święta Uswięęić, podnieść ją do wysokości obowiązku, uczynić ją cię Ucl\°bliCZU B°ga i ludzi; żegnaj! O! kraju rodzinny 1 któż Ty ied« “ Pięknym, że tobie nic w świecie dorównać nie zdołał Wg/ „ i? umiesz pocieszać swych synów, w tobie życie błogo upły-
zdała od ciebie tak ciężko na ziemi!
nie zupełnie takie, to przynajmniej wielce do nich podo

138
NARZECZENI.
bne były myśli, które, w czasie gdy łódka zbliżała się do prawego brzegu Addy, zajmowały Łucyę, zapewne nie wiele się różniąc od myśli Agnieszki i Renza.
ROZDZIAŁ IX.
Uderzenie łodzi o brzeg wyrwało Łucyę z tej ciężkiój zadumy, nieznacznie i z pośpiechem łzy otarła, a potem głowę podniosła, jakby się ze snu zbudziła. Renzo pierwszy na brzeg wyskoczył, pomógł wysiąść Agnieszce, a ta już córce rękę podała. Wszyscy troje ze smutkiem podziękowali przewoźnikowi. O! nie ma za co — odpowiedział: — cóżby-to było, gdyby ludzie wzajemnie nie pomagali sobie w potrzebie! — i szybko, z pewnym nawet wstrętem, cofnął rękę w chwili, gdy Renzo chciał w nią wsunąć część owych pieniędzy, które miał przy sobie i które z wieczora zabrał z domu z zamiarem obdarzenia hojnie proboszcza, kiedy już ten, wbrew swojej woli, ożeni go z Łucyą. Wóz czekał w pobliżu; woźnica przyjaźnie pozdrowił nowo-przybyłych, dopomógł im przy wsiadaniu i zaciął konie, które żwawo z miejsca ruszyły.
Nasz rękopism nie opisuje tej nocnej podróży, nie wymienia również nazwy owej miejscowości, do której ojciec Krzysztof posłał dwie swoje protegowane, a nawet mówi wyraźnie, że nie chce jej nazwać. Z dalszego ciągu opowieści okazuje się jasno, dla jakich-to czyni powodów. Przygody, doznane przez Łucyę w tej miejscowości, mają ścisły związek z ciemną intrygą, w jakiej główną rolę odegrała osoba, należąca do pewnej rodziny, która, jak się zdaje, posiadała wielkie znaczenie i władzę w czasach, kiedy ta opowieść po raz pierwszy została spisana przez nieznanego autoraChcąc objaśnić dlaczego, w sprawie, o której się wkrótce dowiemy postępowanie tej osoby było tak dziwne, autor rękopismu zmuszony jest opowiedzieć cały przebieg ubiegłego jej życia i wyprowadzić na scenę rodzinę, która ukazuje się tu w niezbyt pięknem świetle, ja^ się o tem zresztą przekona każdy, kto będzie miał cierpliwość czy’ tać dalej tę książkę. Wszakże, pomimo iż oględny ów pisarz star* się imię miejscowości tak wielką tajemnicą osłonić, inne źródła p°’ służą nam do odkrycia prawdy. Pewien dziejopisarz medyolaó’ ski (*), który zmuszony był uczynić wzmiankę o tej samej osobie
(’) Josephi Ripamontii Historiae Patriae. Decadis V. lib. VI. cap. III, P^’ 358 et seq.

ROZDZIAŁ IS.
139
wprawdzie me wymienia ani jej, ani miejscowości, lecz mówi tylko, iz miejscowość owa była osadą szlachecką i starą, której aby zostać n, ”1’ i ° nazwy takowego brakowało; daléj nadmienia, iż kich tvc]eP Paml)1’0’ dalej ze Jest siedzibą prałata. Ze wszystsiała tn h jys, kazówek przychodzimy już prosto do wniosku, iż muznaida °nza’ nieprzebranych skarbach uczonej indukcyi den z ni.ezawodnie inne, daleko subtelniejsze wnioski, ale żana Dod T6 ie będzie tak trafny i pewny. Moglibyśmy tu nawet, kiem ( Staw\e wielce wiarogodnych źródeł, wyjawić przed czytelnini nazwisko owej rodziny; ale, chociaż już od pewnego czasu ygasła zupełnie, wolimy jednak jéj nazwę zamilczeć, najprzód obawy, aby nie skrzywdzić i tych nawet, którzy już umarli a powar’6 al3y uczonym pozostawić także coś do odgady-
słońc aSl Próżni przybyli więc do Monzy wkrótce po wschodzie dóbr a’ Woźnica zawiózł ich prosto do pewnej gospody, którą znał Póki?61 której właściciel był jego przyjacielem; tu, sam wybrał dziek ’^a nowoprzybyłych i sam ich doń zaprowadził. Wśród poCz}J — Wań> Renzo usiłował zmusić go do przyjęcia pieniędzy, lecz o-p0iWlek ów, podobnie jak i przewoźnik z łódki, liczył na inną nawi/ bardziój oddaloną, co prawda, ale za to i bardziej so<jo on téż cofnął śpiesznie rękę i, jakby chcąc uciec, pobiegł
Hej w°’, ^eczoFze takim, jak ten, któryśmy opisali, i po nocy spędzotpg S1’ód najsmutniejszych myśli, w ciągłej obawie jakiegoś przykośći° sb°tkania, na trzęskim wozie, na chłodzie, który przenikał do PokOj’u bekający odetchnęli swobodniej, znalazłszy się w ciepłym sie\n}°^c usiąść i wypocząć choćby na prostéj ławie. Pokrzeoiężki^ Su’adaniem takióm, na jakie mógł im pozwolić ów rok tak
Szafowa?ZczuPły zasób pieniężny, którym obawiali się nieoględnie WszystkiJaini.^tając 0 przyszłości niepewnej, i nienajlepszy apetyt.
wydać jg1? trojgu przyszła na myśl owa uczta weselna, którą mieli. nzo chcia<}ve Przed dwu dniami; i każdy westchnął głęboko.
Sł? na swoje y siS tu choć przez ten dzień jeden zatrzymać, jeszcze Pewnością, Vai’zeczoną napatrzyć i odejść przynajmniej z tą błogą schronieniei0Ua i jej matka naprawdę znalazły dobre, wygodne miejsce, zar’az Zakonnik zalecił Agnieszce, aby po przybyciu na Pominając mu 4’ Za w dalszą drogę wysłała. Obie kobiety, przyjeszcze inne uwa*^?wo życzenie ojca Krzysztofa i dodając do tego ^zyki, że odkład^1 treści mniej więcej, iż ludzie zaraz wzięliby na z® rozstaja sie n/111*6 obwili rozłączenia tylko ją boleśniejszą uczyni, monzy m02 “ ® na długo, gdyż z Medyolanu Renzo często do
aS*ądać, wymogły na nim wreszcie, iż zgodził się na

140
NARZECZENI.
opuszczenie ich zaraz. Umówili się co do sposobu najrychlejszego zobaczenia się i przesyłania wiadomości o sobie. Łueya nie starała się łez ukrywać, Renzo z trudnością, je powstrzymywał; po chwili ścisnął silnie rękę Agnieszki, rzekł głosem zmienionym: — bywajcie zdrowe — i wyszedł.
Kobiety znalazłyby się w nielada kłopocie, gdyby nie ów poczciwy woźnica, który otrzymał od ojca Krzysztofa rozkaz zaprowadzenia ich do klasztoru i udzielania im wszelkiej innej pomocy, jakiejby tylko potrzebować mogły. Z nim więc udały się do owego klasztoru, który, jak to wie każdy, o kilka kroków zaledwie był od Monzy odległyGdy doszły do bramy, przewodnik ich pociągnął za sznur od dzwonka i oświadczył, że chce się widzieć z ojcem gwardyanem; ojciec gwardyan nadszedł zaraz i stanąwszy na progu wziął list, który mu kobiety podały.
— A, to od brata Krzysztofa! — rzekł, spojrzawszy na pismo, a dźwięk jego głosu i wyraz twarzy świadczyły jasno, iż wymawia imię serdecznego przyjaciela. W liście swym nasz oj ciec Krzysztof musiał niezawodnie bardzo gorliwie prosić o opiekę dla nieszczęśliwych kobiet i całą ich bolesną przygodę przedstawić w sposób niezmiernie wzruszający, bo ojciec gwardyan, czytając go, od czasu do czasu, dawał oznaki zdumienia i oburzenia; a podnosząc oczy z papieru zwracał je na kobiety z wyrazem litości i wielkiego zajęcia. Kiedy czytać skończył, stał przez chwilę zadumany, a potem rzekł: — nikt więcej jak pani... jeżeli pani zechce się tem zająć i wziąć na siebie...
I biorąc Agnieszkę na stronę, odprowadził ją o kilka kroków na placyk przed klasztor i zadał parę zapytań, na które, gdy odpowiedź otrzymał, wracając śpiesznie do Łucyi przemówił do obu-. — otóż, moje wy biedne kobiety, spróbuję i mam nadzieję, że mi się uda znaleść dla was pod każdym względem dogodne, bezpieczne i wielce szanowne schronienie, w którem spokojnie będziecie mogły pozostać aż do chwili, kiedy dla was Pan Bóg skuteczniejszą pomoc wynajdzie. Czy chcecie pojsć za mną?
Kobiety odpowiedziały: — tak — a zakonnik mówił dalej: — dobrze więc, zaprowadzę was natychmiast do klasztoru, w którym mieszka pani. Postępujcie za mną w pewnej odległości, wiecie bowiem, jak świat jest sk°ry do obmowy a Bóg wie, do ilu plotek dałoby to powód, gdyby zobaczono ojca gwardyana na ulicy w towarzystwie ładnej dziewczyny... to jest chciałem powiedzieć idącego z kobietami.
I poszedł naprzód. Łueya zaiumieniła się mocno, woźnica zaśmiał się po cichu poglądając na Agnieszkę, która również nie umiała uśmiechu zadowolenia powstrzymać, i wszyscy troje w odda

ROZDZIAŁ IX.
Ul
leniu o dziesięć kroków poszli za kapucynem. W drodze, Agnieszka spytała woźnicę (ojcu gwardyanowi nie śmiała pytań zadawać), Kio-to Dyla owa pani.
zakńnn^”i~ odrzekł woźnica — jest-to zakonnica, ale nie taka ani Wszystkie inne. Nie jest ona wprawdzie ani ksienią,
szek Zel?1żon^’ b°, jak powiadają, — należy do najmłodszych mnikiei u szt°rze; ale pochodzi z bardzo znakomitej, szlachec-
V°. Hy, która przed laty wielu przybyła tu z Hiszpanii, z owe^o ki aj u, gdzie-to są ci, którzy mają władzę i zowią się grandami. r azywają ją panią, aby każdy wiedział, że jest wielką panią, i cała okolica tak ją nazywa i wszyscy mówią, że w klasztorze nie było Jeszcze nigdy tak znakomitej osoby, a jej krewni tam w Medyolanie ^ają wielkie znaczenie i należą do tych, co to zawsze i we wszystJ^e®.niuszą mieć słuszność, a u nas w Monzy znaczą jeszcze więcej, j.° Jej ojciec, choć tu nie mieszka, jest pierwszą osobą w całej oko0]^’ a Więc i córka może rej wodzić w klasztorze; i wszyscy mają r-a hiej wielkie uszanowanie, a kiedy już obieca coś dla kogoś zro. to z pewnością potrafi przyrzeczenia dotrzymać, i dlatego, je e 1 ojcu gwardyanowi uda się oddać was pod jej opiekę, to już Ja Wam mogę zaręczyć, że będzie wam tak dobrze, jak w niebie.
.. Kiedy zakonnik doszedł już do owej bramy w Monzy, obok któeJ Wznosiła się podówczas stara, nawpół rozwalona wieża i część Zamczyska, również leżącego w gruzach, i na których szczątki, najai’si z moich czytelników być może jeszcze patrzyli w młodości, otrzymał się, obejrzał, aby się upewnić, że ci, których prowadził, jł za nim, potem przeszedł pod sklepieniem bramy, skierował się jacSt°. klasztoru i znowu zatrzymał się przed jego furtą, czekaparęaż reszta towarzystwa nadejdzie. Zalecił woźnicy, aby za ftica j°.^z’n przyszedł doń po odpowiedź na list z Pescarenico, woźg0 po°bięcał to uczynić i pożegnał się z kobietami, które obsypując dla Q.ziękowaniami przesłały przez niego zlecenia i pozdrowienia piei>wgCa Krzysztofa. Gwardyan wprowadził matkę i córkę na a sam klasztorny dziedziniec, oddał je pod opiekę odźwiernej, czasie — ^^edł prosić o łaskę i przytułek dla nich. Po niejakim bywał c 2 twarzą rozpromienioną i kazał im iść za sobą, a przyczywvcl° 1>lawda w sarnę porę, aby uwolnić matkę i córkę od natardziały ’ rZaPytań ciekawej odźwiernej, zapytań, na które nie wietzinie t Satue, co mają odpowiadać. Przeszli przez drugi dzie-
dawaU tei’az °Jciec gwardyan szedł już obok nich i w drodze Pani JInPewne rady co do tego, jak mają się zachowywać wobec Wam wi«i 6Sit.dla was ^°Vrze usposobioną — powiedział — i może cie dla niżn^° wyświadczyć. Bądźcie tylko pokorne i okazuj-
J wielki szacunek, odpowiadajcie ze szczerością na pyta

142
NARZECZENI.
nia, które jej się spodoba wam zadać, a kiedy was sama o co nie zapyta, to mówcie jak najmniój, albo lepiej wcale nie wdawajcie się w rozmowę, już ja będę mówił za was. Weszli do pokoju na dole przyległego do parlatoryum, to jest do sali przeznaczonej na rozmowy z gośćmi przybywającemi do klasztoru. Zakonnik, nim próg jego przestąpił, pokazując na drzwi, rzekł po cichu do kobiet: — pani tam czeka — jakby im chciał przypomnieć wszystkie uprzednie przestrogi i rady. Znalazłszy się w parlatoryum Łueya, która nigdy przedtem nie była w klasztorze, powiodła wzrokiem dokoła, szukając owej pani, do której przyszły i którą chciała głębokim powitać ukłonem, a nie widząc nikogo zdumiona zatrzymała się w progu. Lecz po chwili spostrzegłszy, że matka i ojciec gwardyan zmierzają do jednego z kątów sali, spojrzała w tamtę stronę i w oknie dziwnego kształtu, zaopatrzonem w dwie grube i gęste kraty żelazne, na jakie osiem cali oddalone jedna od drugiej, spostrzegła stojącą zakonnicę. Zakonnica ta mogła mieć lat około dwudziestu pięciu, a cała jej powierzchowność, zaraz przy pierwszem spojrzeniu, czyniła wrażenie niepospolitej piękności, lecz jakiejś piękności zwiędłój, zblakłej, że tak powiem starganej. Czarna zasłona, gładko i poziomo ułożona na głowie, w pewnem oddaleniu od twarzy spadała na ramiona; z pod tej zasłony ukazywała się jak śnieg biała cienka, płócienna przepaska, zakrywająca do połowy czoło niemniej’ szej, choć nieco odmiennej białości, inny pasek ułożony w zakładki twarz otaczał, tworząc pod brodą chustę szeroką, zebraną również w fałdy i sięgającą na piersi tak, iż zakrywała wycięcie czarnej sukni zakonnej. Lecz na tem białem czole często tworzyły się zmarszczki, jakby pod wpływem myśli bolesnych, i wówczas ściągały się również brwi czarne ruchem szybkim, chwilowym. Dwoje oczu czarnych, jak węgiel, to się zwracało z wyrazem dumy na otaczających, to znowu spuszczały w ziemię, jakby się ukryć starały; w pewnych chwilach, zdawało się, że błagają litości, współczucia, przyjaźni, czasami znów świeciły w nich połyski tłumionego gniewu, nienawiści i dzikiej groźby, a wówczas, kiedy nieruchomie i z roztargnieniem w jakiś się pizedmiot wpatrzyły, uważny badacz mógłby w nich wyczytać i dumne zniechęcenie i jakąś myśl bolesną ukrywaną starannie, ktoia ciągle duszę trawiła i była silniejszą nad sarnę wolę nawet i wpływy zewnętrzne. Na bladych, delikatnych policzkach znać było chorobliwe jakieś wycieńczenie. Usta, słabo
tylko zabarwione lekkim odcieniem różanym, odbijały jednak od bladej twarzy: ich poruszenia podobne były do poruszeń oczu: niespodziane, żywe, pełne wyrazu i tajemniczości. Piękne kształty i wzrost okazały traciły wiele na jakiemś zaniedbaniu, którem tchnęła cała postać, i na dziwnych, szybkich i rubasznych ruchach,

ROZDZIAŁ IX.
143
które mogły razić nie tylko w zakonnicy, lecz w każdój nawet najbardziej pospolitej kobiecie. W samym jój stroju dawało się do-
strzegać cos, co zapowiadało iakaś niezwyczajną, zakonnicę; wiotka
kibić — — —
,, ’I J
oyła odznaczona
jej Kioic oyia odznaczona z pewną świecką starannością, a z pod
cvchJ wT ’ skroni wymykało się pasemko czarnych, błyszczązakonneffS°W’ świadczące albo o zapomnieniu, albo o zaniedbaniu chwili »] i)1’zePisu, który zabraniał noszenia długich włosów od ® w czasie obłóczyn obcięto je tuż przy samej głowie, kobiet Z^S.e te szczegóły nie zwróciły na siebie uwagi naszych gwardv Zna^cycił si? tak mało na zwyczajach zakonnych, a ojciec wvkł > H już nie po raz pierwszy zbliżał się do pani, przy-
iż w ie’ C.aWlla> podobnie jak ci wszyscy, którzy ją otaczali, do tego, czaj nego1 UCkac^ * Ca^ postawie musiało być zawsze coś niezwy-
przP^Z Zakonnica, jak-eśmy to już powiedzieli przed chwilą, stała biał. c-*e> jedną ręką oparła się o nią, przesuwając w jej otwory c e’ Jak śnieg, palce i wpatrując się wzrokiem badawczym w Łuia’ 1 która nieśmiało ku niej się zbliżała. — Wielebna matko i pani
Snie wielmożna 1 — rzekł ojciec gwardyan, pochylając głowę P/zykładając rękę do piersi — oto ta nieszczęśliwa dziewczyna, której mówiłem, i którą, jaśnie wielmożna pani, raczyła obiecać
wziąć pod swoję silną opiekę, a to jej matka.
Obie kobiety zaczęły się nisko kłaniać, czego pani ruchem ręki
azała im zaprzestać i, zwracając się do zakonnika, powiedziała: — est-to dla mie wielkiem szczęściem, iż mogę wyświadczyć jakąś
^ysługę naszym najlepszym przyjaciołom ojcom kapucynom, w snT’ ei^n?ła dalej: — chciałabym się czegoś więcej dowiedzióć dobi’gaw.te tój dziewczyny, w sprawie, którą, co prawda, niezbyt skuu! iszczę rozumiem, bo nie znając szczegółów trudno i pomoc
^zuą obmyślić.
cya spłonęła i spuściła głowę.
dyau bi^tie-let)na “atko... — zaczęła Agnieszka, lecz ojciec gwardziewczr spojrzeniem przeciął jej mowę i odpowiedział: — tę opiece ied wielmożna pani, przysłał do mnie i polecił mojej
swoje w’v Z m°^ck przyjaciół także kapucyn. Musiała potajemnie a tera 10S*ę opuścić, uchodząc przed groźnóm niebezpieczeństwem, żyć wZ\na?zas Pewien potrzebuje schronienia, w któremby mogła V razie * w którem niktby się nie odważył ścigać jej nawet
Ach jakież to niebezpieczeństwo? — przerwała mu pani. — jaśnk; 9 m gwardyanie, czyżbyś też nie mógł wyrażać się nieco e wszystkie zagadki... Ojciec gwardyan musi przecież

144
NARZECZENI.
wiedzieć, iż my zakonnice lubimy, aby nam rzecz każdą opowiadano
“ odrzeM gwa^aą „iebezpą-
czeństwa’takiego rodzaju, s? „s?y matk’
wielebnei zaled wie pobieżna o nieb wzmianka może się obie.
— Tak> to co innego odpowiedziała pani z pośpiechem, rumieniąc sie lekko Ozy 6w rumieniec wywołała wstydliwośó? Gdvbv iakiś uważny badacz mógł dostrzedz w tej chwili przelotny wyrazZadowolenia, który rumieńcowi towarzyszył i gdyby wyiaz niez*u?, wrównał ow rumieniec do tego, który od czasu
przedewszystkiem po niezawodnie zwątpiłby o tem.
do czasu tyi*£c skoro powiem mówił dalej gwardyan iż pewien szlachcic zły 1 bezbożny, gdyż nie wszyscy możni świata n/Ywaia darów bożych na jego chwałę i na korzyść bliźniego,
v°t anrzykład czyni jaśnie wielmożna i czcigodna pani; otóż ów J lJbp1!?1 prześladując najprzód przez czas pewien tę dziewczynę Łmi obietnicami i propozycyami i widząc następnie, że nie SSL »“ «„«1 zuchwałość aż do użycia &y zhrojnéj i ZBU-
, SLke do ucieczki z własnego domu, sił biedt. j tu do mnie, moja kochana — rzekła pani do Łucyi.
Wieu. iż przez usta ojca gwardyana sama prawda przemawia, I7P7 całći téj sprawy nikt lepiej nad ciebie znać nie może. Do X ° wiec należy powiedzieć mi, czy owego szlachcica uważasz nanrawdęęza natrętnego, obrzydłego prześladowcę? Zbliżyć się do mni bYło rzeczą łatwą, to też Łueya wypełniła rozkaz odrazu ale 1 ndnowiedzia poszło jej nierównie trudniej. Podobne zapytanie Z, dK naM od kogoś równego jej stanem i znanego
gSb W iliemałyby ją kłopot wprawiło, wypowiedziane zaś oddawn, odcieniem złośliwego powątpiewania,
przez owę panią, a oo^g matko... wielebna... nie-
°dj-ę in wyszeptałaŁueya i umilkła, jakby już nic więcej nie miała śmiało wys p meraz Agnieszka sądząc, że jako matka najlepiéj do powiedze sprawę, uznała za stosowne pośpieszyć
po córce znać ®°f.CfeVelmożna pani rzekła ja mogę zajej z pomocą * tak gię baja owego szlachcica i tak odeń
uSS? iak dyabeł od święconej wody; to jest chcę powiedzieć, iż uciekała, ja > } iecll ml jaśnie wielmożna pani raczy wy-
on to był ^.^^yrażam, bo to my ludzie prości nie umiemy
^tn^sie należało. Otóż rzecz tak się miała. ta moja dziewczyna mSi narzeczonego, porządnego uczciwego chłopaka a gdyby’ nasz kstdz proboszcz był człowiekiem... należał do tych ludzi, co to wicni dobrze iż mówię o osobie duchownej, ale pizeciez i ojciec Krzysztof, przyjaciel wielebnego ojca gwardyana, jest także

KOZDZIAL IX.
145
osobą duchowną i człowiekiem pełnym miłosierdzia, świętym człowiekiem, a gdyby tu był, mógłby zaświadczyć...
— Widzę, żeś bardzo skora do gadania, wówczas nawet gdy cię nikt o nic nie pyta przerwała jej pani z wyrazem dumy i gniewem, który w tej chwili twarz jej niemal brzydką uczynił. — Masz być cicho, rozumiesz? Wiem dobrze, że rodzice potrafią zawsze odpowiedzieć w imieniu swych córek!
Agnieszka zmartwiona i zawstydzona przesłała córce spojrzenie, które zdawało się mówić: widzisz, co mi się dostało za to, żeś ty taka dziwna. I ojciec gwardyan równie poglądał na Łucyę i ruchem oczu i głowy dawał jej do zrozumienia, iż powinna przemówić i matkę wybawić z kłopotu.
— Jaśnie wielmożna pani — rzekła dziewczyna — to, co jaśnie wielmożnéj pani powiedziała moja matka, jest szczerą prawdą. Ten młodzieniec, mój narzeczony, podobał mi się — tu pokraśniała jak wiśnia — i chciałam być jego żoną. Niech mi jaśnie wielmożna pani daruje, że przed nią odważam się mówić o takich rzeczach, ale czynię to dlatego, aby w jej oczach uniewinnić matkę. A co zaś do owego pana (niech mu Bóg nie pamięta), to wołałabym raczej umrzeć, niż wpaść w jego ręce. A jeżeli jaśnie wielmożna pani ulituje się nad nami i zechce dać nam przytułek... ponieważ już raz przyszłyśmy do tak smutnego.stanu, że porzuciwszy dom własny musimy zacnych ludzi prosić o schronienie dla siebie i im się naprzykrzać; cóż robić, niech się dzieje wola boża! Otóż jeżeli jaśnie wielmożna pani raczy nas przytulić, nikt pewnie nie będzie modlić się za nią goręcej, niż my, biedne kobiety.
. — Tobie wierzę — powiedziała pani głosem, który znowu stał ^.łagodnym. — Lecz chciałabym jeszcze rozmówić się z tobą bez swiadków, tak na cztery oczy. Wszakże niech czcigodny ojciec gwardyan
nie sądzi, abym czyniła to w celu zasiągnięcia nowych jeszcze wyjaśnień — dodała natychmiast z wyszukaną grzecznością, zwracająC się do zakonnika. — Przeciwnie, to, co wiem, wystaicza aż nadto, a nawet obmyśliłam już sposób zadosyćuczynieuia jego zycz©niu i zaraz mu plan swój przedstawię. Odźwierna naszego klasztoru przed paru dniami wydała za mąż ostatnią swą c®,., w^c dwie kobiety mogłyby teraz zająć pokoik odźwier
nej, k’-ora przeniesie się na mieszkanie do córki, i pełnić jej obowiązek. ’^Prawdzie... i tu dała znak ojcu gwardyanowi, aby się zbliżył do kraty j dodała półgłosem — wprawdzie, z powodu tak ciężkiego, nieurodzajnego roku, postanowiono już teraz jednę tylko trzymać odźwierną, tak, iż na miejsce tej dziewczyny, która obecnie Wyszła za mąż, nikt nie miał nastąpić, ale ja pomówię o tem z matką Przełożoną, a jedno moje słówko... i dlatego, aby wyświadczyć
Hanxoni: Narzeczeni. Tom I.

145
NAKZECZEHI.
przysługę ojcu gwardyanowi... słowem, proszę uważać rzecz tę za skończoną.
Gwardyan zaczął wynurzać jej swą wdzięczność, lecz pani, przerywając na wstępie jego kwiecistą przemowę rzekła: — Zbytek łaski, ojcze gwardyanie, mnie się nie należą podziękowania, przecież i ja tak samo w jakiéjś potrzebie, w jakiemś zdarzeniu, umiałabym skorzystać z uczynności ojców kapucynów. Zresztą — dodała z lekkim uśmiechem, w którym było coś jakby gorycz i szyderstwo zresztą, czyż nie jesteśmy ostatecznie braćmi i siostrami?
Potem przywołała siostrę konwerską (których dwie, w skutek dziwnego przywileju, były jej na posługi przydane) i kazała jej zawiadomić o wszystkiem przełożoną, tudzież zająć się tem, aby odźwierna swój pokoik ustąpiła nowoprzybyłej. Następnie pożegnała Agnieszkę i ojca gwardyana, Łucyę zaś zatrzymała przy sobie. Agnieszka aż do bramy klasztornej odprowadziła zakonnika, który jeszcze kilka rad jej udzielił i wyszedł śpiesznie zajęty już owym listem, który miał napisać do swego przyjaciela w Pescarenico. — Oj! ta pani, ta pani! — myślał sobie w drodze — to ci o-łówka dopiero i Nie każdy z nią dać sobie rady potrafi. Ale, kto się tak, jak ja, umie wziąć do rzeczy, ten może być pewnym, że z chęcią spełni każde jego życzenie. Mój Krzysztof i nie spodziewa się nawet, że wszystko tak dobrze i prędko dało się załatwić. Poczciwa dusza! musi on znowu kimś się opiekować, bez tego żyćby już nie mógł. Jednak, cóż to za szczęście dla niego, że znalazł przyjaciela, który cicho, pięknie, gładko, jak po maśle, całą tę sprawę załatwił i to tak odrazu! Oj! będzież się cieszył, mój kochany Krzysztof! A do tego przekona się jeszcze, że i my, tu
w Monzy także możemy na coś się przydać!
Pani, która w przytomności podeszłego już i wielce szanowanego kapucyna baczną zwracała uwagę na każdy swój ruch i na każdy wyraz, teraz znalazłszy się sam na sam z młodą, niedoświadczoną wieśniaczką, uznała za zbyteczną tak wielką oględność i wkrótce rozmowa jej stała się tak dziwną, że zamiast przytaczać ją tutaj, sądzę, iż będzie rzeczą daleko bardziej pożyteczną opowiedzieć w krótkości przeszłość tej nieszczęśliwej. Znając owę przeszłość, potrafimy łatwiéj zdać sobie sprawę z jéj dziwnego zachowywania się, z pełnych tajemnic, zagadkowych spojrzeń jej i ruchów i zrozumiemy powody, dla których w wypadkach późniejszych zmuszoną była tak. a nie inaczej, postąpić.
Była ona najmłodszą córką księcia ***, możnego szlachcica z Medyolanu, który należał do najbogatszych wogóle panów z tego miasta. Lecz, wysokie przekonanie o świetności swego rodu sprawiło, iż w oczach księcia ów wielki majątek, którym rozporządzał,

EOZDZAŁ IX.
147
był za szczupły, a nawet niewystarczający do podtrzymania godnie blasku tego rodu, to téż postanowił przechować swe bogactwa niepodzielne i pozostawić je w jednym tylko ręku. Rękopism nie wymienia, ile miał dzieci, powiada tylko, iż wszystkich swych synów i wszystkie córki przeznaczył do klasztoru, oprócz najstarszego, który miał odziedziczyć cały majątek, stanąć na czele znakomitego yodu, ożenić się, aby go podtrzymać i aby następnie, podobnież jak jego ojciec, dręczyć siebie i dzieci. Nasza nieszczęśliwa jeszcze w łonie matki była ukrytą, gdy już o jej losie zapadł wyrok nieodwołalny. Pozostawało tylko pytanie, czy to ma być zakonnik, czy zakonnica, pytanie, do rozstrzygnieuia którego potrzeba było nie jéj przyzwolenia, lecz tylko pojawienia się ua świat. Kiedy się urodziła, książę ojciec chcąc dać jej imię, któreby odrazu myśl do życia klasztornego zwracało, a jednocześnie przypominało świętą, pochodzącą ze znakomitego rodu, nazwał ją Giertrudą. Lalki, ubrane jak mniszki, były pierwszemi zabawkami, które do rąk jej dano; za niemi poszły obrazki i figurki świętych w stroju zakonnym, a owym podarunkom towarzyszyła zawsze przestroga obchodzenia się z niemi ostrożnie i z poszanowaniem, jako z rzeczą świętą i owo potwierdzające zapytanie: — piękne, nieprawdaż? — Kiedy księżna matka, ojciec, lub syn najstarszy, który ze wszystkich dzieci płci męskiéj sam tylko wychowywał się w domu, chcieli pochwalić kwitnącą powierzchowność dziewczynki, zdawało się, iż innego, bardziej odpowiedniego sposobu dla wyrażenia swych myśli nie umieli wynaleźć, jak tylko mówiąc: — istna matka przełożona! — Nikt wszakże nigdy nie powiedział jej wyraźnie: musisz zostać zakonnicą. Była-to myśl nie wypowiadana jawnie, lecz poruszana, jakby przypadkiem w każdéj rozmowie, która miała za przedmiot przyszłe jej losy. Jeżeli czasami mała G-iertruda w postępowaniu swem okazywała gniew, dumę i chęć panowania, do czego zresztą była już od natury usposobioną, mówiono jej zaraz: jesteś dziewczynką, a dziewczynki powiny być pokorne i ciche; kiedy już zostaniesz matką Przełożoną, wówczas będzie ci wolno rozkazywać, wówczas wszyscy słuchać cię będą, wówczas można rej wodzić w klasztorze. — Innym znów razem książę, strofując ją za układ zbyt rubaszny, albo za poufałe obejście się ze sługami, mówił: — ej! ej! Giertrudo! a gdzie to widziano, aby panienka z tak znakomitej rodziny dopuszczała się podobnych wybryków! Tobie to nie przystoi, jeżeli chcesz, aby z czasem wszyscy mieli dla ciebie ów szacunek, który się tobie należy, trzeba, abyś już dziś przywykała do panowania nad sobą: pamiętaj, że pod każdym względem powinnaś być pierwszą w klasztorze, pamiętaj na owę krew, która płynie w twych
10*

148
NARZECZENI.
Już rozmowy wszystkich otaczających przyzwyczajały ją zwolna do myśli, iż mniszką zostanie, lecz wyrazy pochodzące z ust ojca najsilniejsze na niej czyniły wrażenie. Cała postać księcia wyrażała zwykle władzę i wolę niezłomną surowego pana, a wówczas szczególniej, kiedy była mowa o przyszłym losie rodziny, w jego twarzy i w każdym wyrazie przebijało się tak silne postanowienie, taka moc żelazna, iż każdy z obecnych czuł, że nic się jej oprzćć nie zdoła.
Zaledwie sześć lat skończyła Giertrudą, gdy już ją oddano do owego klasztoru, w którym widzieliśmy ją przed chwilą. Posłano ją tam na naukę, albo raczej dlatego, aby się mogła zapoznać z życiem zakonnem, do którego ją przeznaczano. Wybór klasztoru także nie był bez celu. Poczciwy woźnica powiedział Agnieszce i Łucyi, że ojciec pani był najpierwszą osobą w Monzy, a my, dodając jeszcze do tego inne wskazówki, tu i ówdzie w rękopiśmie rozsiane, moglibyśmy na ich podstawie przyjść nawet do wniosku, że był on panem lennym całej tej osady. Tak, czy inaczej, nie ulega wątpliwości, że miał tam wielkie znaczenie i osądził, że w Monzy córka jego, bardziój niż gdzieindziej, będzie otoczona szacunkiem, że tu będą ją pieścić i każdą myśl jej uprzedzać, co z pewnością wpłynie na to, iż ów klasztor na stały swój pobyt wybierze. Jakoż nie zawiódł się w swych oczekiwaniach: matka przełożona i kilka innych starych zakonnic, które, jak to mówią, trzęsły całym klasztorem, nie posiadały się z radości, myśląc o tóm, iż z powierzonem ich opiece dziecięciem spłynie na klasztor tak potrzebna i silna opieka, oraz zaszczyt tak niepospolity. Przystały odrazu na uczynioną im propozycyę, i dziękowały księciu w wyrazach pełnych wdzięczności za to, iż właśnie w ich klasztorze chce córkę na wychowanie umieścić, i postanowiły szczerze popierać ów plan co do dalszych losów jego dziecka, plan, o którym zlekka tylko magnat napomknął, a który tak bardzo przypadł im do serca. Skoro tylko Giertrudą zawitała do klasztoru, zaraz na znak szczególnego wyróżnienia zaczęto ją nazywać panią, u stołu sadzano ją na pierwszem miejscu, w ogólnej sypialni jój łóżeezko stanęło opodal od innych, towarzyszkom sprawowanie się jej podawano za przykład do naśladowania, obsypywano łakociami i pieszczotami i wogóle zaczęto postępować z nią z ową pobłażliwością pełną uszanowania, która tak bardzo dziecku pochlebia, wówczas zwłaszcza, kiedy widzi, że te same osoby, które na nią są tak łaskawe, z innemi dziećmi obchodzą się z wyższością i dość surowo. Nie wszystkie jednak zakonnice starały się wciągnąć w sidła niebogę; wiele było takich, które wcale nie należały do spisku, nic nawet o nim nie wiedziały i które już sama myśl poświęcenia dziecka dla celów

ROZDZIAŁ IX.
149
świeckich przejmowała wstrętem i zgrozą; inne, albo zanadto oddane nabożeństwu nie mogły już się czem innem zajmować, albo nie zdawały sobie jasnej sprawy ze wszystkich tych zabiegów, albo widząc je nawet, nic w nich złego nie upatrywały; lecz były i takie, co wszystko odgadły i milczały tylko dlatego, iż zgóry już mogły przewidzieć, że ich wystąpienie żadnego zbawiennego skutku nie wywrze, a da tylko powód do przykrych zatargów. Niektóre zakonnice, pamiętając o tem, że i one kiedyś w podobny sposób zostały popchnięte do nierozważnego kroku, którego potem w ciągi całego życia żałować musiały, zdjęte litością dla tej niewinnej ofiary, obsypywały ją pieszczotami; ona jednak nie rozumiała znaczenia owej pełnej jakiegoś smutku i żalu czułości i wszystko szło zwykłym torem. Kto wie, czyby ów plan tak mądrze obmyślany nie mógł gładko i pięknie doprowadzić do pożądanego skutku, gdyby nie ta okoliczność, iż Giertrudą nie była jedyną dziewczynką pobierającą wychowanie w klasztorze. Pomiędzy jej towarzyszkami były i takie, które wiedziały, że po ukończeniu nauk wrócą do domu i wyjdą za mąż, Giertrudą, mając tak wielkie przekonanie 0 swej wyższości, mówiła z dumą o tém, że w przyszłości zostanie Klatką przełożoną, że będzie władczynią klasztoru i wszelkich dokładała starań, aby stać się przedmiotem zawiści dla innych; lecz ze zdziwieniem i niemałą przykrością dostrzedz musiała, że znaczna część jej towarzyszek nie zdawała się bynajmniej zazdrościć tak świetnego losu. Gdy przed ich wyobraźnią rysowała wspaniałe, poważne, lecz chłodne i surowe obrazy władzy i powodzenia w klasztorze, one stawiały jej przed oczy inne żywe, ponętne obrazy weselnych obchodów, uczt, przyjęć galowych, festynów, jak wówczas Mówiono, wesołych zebrań, przechadzek w powozach, wycieczek 2amiejskich, bogatych, świetnych strojów. Te to obrazy, jak ów wielki kosz świeżo uszczkniętych kwiatów, który ogrodnik tuż przed ulem zgłodniałych pszczół umieścił, sprawiły w jej główce ruch i zamęt nie-do-opisania. Rodzice i nauczycielki podniosły 1n.1j?zbudziły wrodzoną próżność Giertrudy po to, aby jej klasztor ciacl?iU?Zynió’ teraz jednak próżność ta znalazła podnietę w poję7vnkq i° bardziój jej odpowiednich, nic więc dziwnego, iż dziewe y Uuhwyciła się ich odrazu i z całym zapałem. Dla utrzymania powagi w oczach swych towarzyszek, a jednocześnie dlatego, a y zados.yću^yjjjć swym nowym pragnieniom, odpowiadała im, ze ostatecznie nikt jej zmusić nie może do zostania mniszką, że na to jej zgody potrzeba, że i ona, byle tylko chciała, może pójść za Mąż, mieszkać u pałacu, stroić się i używać świata, daleko lepiej Kawet, niż one wszystkie, że chce tego i że postąpi tak nieza„odnie. Myśl, iż dla wstąpienia do klasztoru koniecznem było jej

150
NABZKCZlSl.
przyzwolenie, myśl, uśpiona dotychczas w jakimś zakątku jej duszy; teraz zbudziła się odrazu i w wielką siłę urosła; co chwila przyzywała ją ona na pomoc, aby spokojnie módz się napawać marzeniami o świetnej przyszłości. Jednak myśl owa nigdy nie zjawiała się sama, towarzyszyła jej inna, groźna, ta mianowicie, że ojcu powinna powiedzieć o tero, że nie chce być zakonnicą, ojcu, który zdawał się już uważać całą rzecz za skończoną; a gdy postać jego stawała przed oczy, biedna córka czuła, iż w sercu jej gaśnie odrazu cała ta odwaga, którą wykazywała w rozmowach z towarzyszkami, porównywała siebie do nich i widziała jasno, na jak odmiennych podstawach opierały one swe plany przyszłości, a duszę jej miotało wówczas bolesne, gorzkie uczucie zawiści, owej zawiści, którą zrazu w nich chciała obudzić. Zazdroszcząc im, zaczęła je nienawidzić, czasami nienawiść ta wyrażała się w silnem rozdrażnieniu, w wyniosłćm obejściu, w uszczypliwych słowach, czasem, tożsamość skłonności i dążeń usypiać się ją zdawały i były powodem, że to z jedną, to z drugą na czas krótki, pozornie tylko się zaprzyjaźniała. Czasami, chcąc korzystać z rzeczywistych przywilejów chwili obecnej, z owego wyróżnienia i władzy, którą posiadała, w sposób dotkliwy dawała ją uczuć swym towarzyszkom, innym znów razem nie mogąc znieść dłużej swego odosobnienia, swych obaw i pragnień, sama ich szukała łagodnie i potulnie, starając się do nich zbliżyć, jakby chciała błagać o litość, współczucie, dodanie otuchy. Na tej ustawicznej walcez sobąi otaczającemi ją zbiegły jej lata dziecinne i rozpoczął się dla niej ów wiek niebezpieczny, w którym do duszy zdaje się wlewać jakaś potężna, tajemnicza siła, która upięknia, podwyższa, podwaja wszystkie skłonności, wszystkie dążności i wyobrażenia, a nieraz nawet zmienia je i nadaje im nowy, niedający się przewidzieć kierunek. To, o czem dotychczas najgoręcej roiła Giertrudą, był tylko przepych i blask zewnętrzny, teraz natomiast młodą jej duszę zaczęło napełniać coś nieokreślonego, rozkosznego, jakieś bezwiedne dążenia, jakaś czułość i miękkość. W najdalszym zakątku swego serca utworzyła sobie jakby ustroń czarowną, do niej, od otaczającej ją rzeczywistości uciekały jej myśli, tu przebywała z jakiemiś urojonemi postaciami, powstałemi ze wspomnień niejasnych pierwszych lat dzieciństwa, z owej odrobiny świata, którą widziała jeszcze w domu rodziców, i z teg°, czego ją nauczyły rozmowy towarzyszek, te postacie ją otaczały,
przemawiała do nich, odpowiadała za nie, rozkazywała im, odbierała od nich urojone hołdy. Od czasu do czasu uczucia religijne zakłócały na chwilę te świetne, tajemne marzenia. Lecz wiara taka, jak ta, której uczono biedaczkę i pojęta w ten sposób, w jaki ją ona pojęła, nie wyłączała bynajmniej uczucia dumy, przeciwnie

ROZDZIAŁ IX.
151
zdawała się. ją uświęcać i podawać jako środek do dopięcia ziemskiej szczęśliwości. Wiara, pozbawiona najświętszych swych podstaw, przestawała być wiarą, a w pojęciu Giertrudy zmieniała się w jakieś widmo chłodne i straszne. W chwilach więc, kiedy owo widmo w jej wyobraźni brało górę nad wszystkiemi innemi widziadłami, nieszczęśliwą dziewczynę ogarniała niepojęta trwoga, jakieś niejasne, bolesne poczucie swych obowiązków i zdawało jéj się, że ow wstręt, którym ją klasztor przejmował, i ów duch oporu przeciwko woli rodziców i starszych był wielkim grzechem, i w duszy przyrzekała odpokutować zań, zamykając się dobrowolnie w tych murach.
Istniało prawo, iż żadna dziewczyna nie mogła zostać zakonnicą wprzód, zanim ją wybadał kapłan, zwany wikarym zakonnic, lub jaki inny duchowny, posiadający na to upoważnienie; prawo to miało na celu zapobieżenie nadużyciom rodziców i przekonanie się, iż wstępująca do klasztoru z własnej woli wyrzeka się świata.. Takie badanie nie mogło się wszakże odbyć inaczej, jak tylko po upływie roku od chwiii, kiedy osoba życząca sobie wstąpić do klasztoru podała do wikarego prośbę na papierze, wyrażającą owo żądanie. Te same zakonnice, które przyjęły na siebie niegodziwe zadanie doprowadzenia Giertrudy do tego, aby z jak najmniejszą świadomością tego, co czyni, całem swem życiem rozporządziła według ich życzeń, skorzystały z jednej z tych chwil, o których mówiliśmy wyżej, aby ją zmusić do przepisania i podpisania podobnej prośby. W celu łatwiejszego osiągnięcia swoich zamiarów nie omieszkały wmawiać w nią i powtarzać, że ostatecznie jestto tylko oic nie znacząca formalność, która (i to było prawdą) nie mogła ^ióć żadnego znaczenia i żadnych następstw za sobą pociągnąć, gdyby nie poparło ją dalsze postępowanie i inne kroki, które już z7e’<ały zupełnie od woli Giertrudy. Pomimo to wszystko, jeszcze P*°sba być może nie doszła do miejsca swego przeznaczenia, a już p(e‘SZczęśliwa dziewczyna pożałowała gorzko tego, że ją podpisała.... em obwiniała siebie za to, iż mogła tego żałować i tak ubiegały dwu*1^6 ’ miesiące na ustawicznem pasowaniu się z prądami
, tenevak °dmiennych, uczuć. Przez czas długi ukrywała swój po* adv i p, lze<1 towarzyszkami, to z obawy, aby nie podać na sprzeczne? J.Uał?anę tak chwalebnego postanowienia, to znowu wstydząc się wyjawić im, popełniła niedorzeczność. Wreszcie zwyciężyło pragnienie wynurzenja się przed kimś, zasiągnięcia rady, usłyszenia wyrazów, wzbu(jzających nadzieję i otuchę. Istniało inne jeszcze prawo, to mianowicie, iż młoda osoba nie mogła być badaną przez wikaryusza przedtem, nim choć trochę nie poznała świata, to jest im me spędziła chociażby tylko jednego miesiąca poza murami

152
NAKZECZENI.
klasztoru, w którym się wychowała. Rok już upłynął od chwili, gdy prośba podaną została, i Giertrudą otrzymała zawiadomienie, że wkrótce klasztor opuści i powróci do rodzicielskiego domu, aby w nim ów miesiąc przepędzić i poczynić wszystkie kroki potrzebne do dalszego postępu i zakończenia sprawy, którą już napisaniem prośby rozpoczęła. Książę i reszta rodziny zdawali się uważać całą tę rzecz za tak pewną, jak gdyby już spełnioną została, lecz Giertruda wcale odmienne zamiary ukrywała w swej główce i zamiast zaciągać nowe zobowiązania, przemyśliwała tylko nad tem, w jaki sposób dałoby się najskuteczniej i ów pierwszy krok unieważnić. W tak ciężkiem strapieniu postanowiła opowiedzieć o wszystkiem jednej ze swych towarzyszek, najbardziej odważnej, rezolutnej dziewczynie, która gotowa była zawsze pospieszyć z ladą dobią i stanowczą. Otóż ta towarzyszka namówiła Giertrudę, aby listownie zawiadomiła ojca o swem nowem postanowieniu, na odwagę bowiem powiedzenia mu prosto w oczy: nie chcę, biedaczka nie zdobyłaby się nigdy. A ponieważ rady bezinteresowne na tym naszym świecie bardzo się rzadko zdarzają, więc i doradczyni Giertrudy zapłatę za nią sama sobie wymierzyła, nie oszczędzając niebogi i żartując w sposób boleśny z jej nierozsądnego i bezmyślnego kroku. Treść owego listu układało wspólnie cztery, Czy też pięć, przypuszczonych do tajemnicy, towarzyszek, potem Giertrudą przepisała go skrycie i został przesłany za pomocą bardzo sprytnie obmyślanego sposobu. Giertrudą z wielkim niepokojem oczekiwała na odpowiedź, która wszakże nie nadeszła. Tylko w dni kilka po owym wypadku, przełożona przywoławszy ją do swej celi, z wyrazem tajemniczości i zmartwienia objawiła, iż książę jest na nią mocno zagniewany, że widocznie musiała jakąś wielką winę popełnić i dała jednocześnie do zrozumienia, iż byle tylko w przyszłości chciała błąd swój naprawić, to może mieć nadzieję, że ojciec jej wszystko to puści w niepamięć. Nieszczęśliwa dziewczyna zrozumiała i nie śmiała pytać o więcój.
Nadszedł wreszcie ów dzień oczekiwany z takiem upragnieniem i z taką trwogą zarazem. Chociaż Giertrudą wiedziała dobrze, że idzie na walkę, jednak opuszczenie klasztoru, w którego murach przez całe osiem lat była zamkniętą, szybka jazda w powozie, napawanie się widokiem pięknej okolicy i powrót do rodzinnego domu, wszystko to razem napełniło ją niewymowną radością. Co zas do walki, to już biedaczka, z pomocą swej doradczyni obmyśliła wszystko i ułożyła cały plan postępowania. Albo zechcą mnie zmusić — myślała sobie — a ja będę niezłomną; będę pokorną, uległą, cichą, lecz nie zgodzę się za nic, przecież chodzi o to tylko, aby po raz wtóry nie powiedzióć: tak, a ja tego nie powiem. Albo

ROZDZIAŁ IX.
153
dobrocią i pieszczotami zechcą na mnie wymódz przyrzeczenie; i ja też będę dobrą, jeszcze lepszą, niż oni; będę płakała, będę błagała, wzruszę ich serca, ostatecznie, nic nie wymagam innego, o nic mi więcej nie chodzi, jak o to tylko, aby mię nie poświęcali dla swoich celów. Ale, jak to się często zdarza z podobnemi przewidywaniami, ani jedno z nich, ani drugie się nie sprawdziło. Dzień po niu upływał, lecz ani ojciec, ani ktokolwiekbądź z rodziny nie
P^ypomniał jój nawet o prośbie, nie mówił o jej postanowieniu; jej nie groził, nikt jej nie błagał, aby przyrzeczenie spełniła.
Rodzice byli jacyś smutni, zamyśleni, obchodzili się z nią ozięble 1 szorstko, nie wymieniając wszakże powodu, dla którego tak postępują. Znać było tylko, że patrzą na nią jak na niegodną, występną córkę, zdawało się, iż cięży na niej jakaś tajemnicza klątwa, która dzieląc ją od reszty rodziny pozwala jej zbliżać się do mój po te tylko, aby tem dotkliwiej czuć mogła straszne swe osamotnienie. — ^a krótko i to w pewnych godzinach bywała przypuszczaną do towarzystwa rodziców i najstarszego brata. Te trzy osoby zdawał S1ę łączyć serdeczny stosunek, zwiększający jeszcze gorycz osamotnienia, w którem pozostawiano Giertrudę. Nikt do niej nie Przemówił pierwszy, a kiedy nieboga odważała się czasem wtrącić Jakieś nieśmiałe słówko do ogólnej rozmowy, to albo udawano, że tego nie słyszą, albo odpowiadano na nie roztargnionem, pogardliwym, karcącem spojrzeniem. Wówczas, kiedy nie mogąc już zuieść dłużej tak strasznego, tak upokarzającego obejścia, usiłowała je zmienić, błagając o odrobinę litości i serdecznego ciepła, Przypominano jej zaraz w sposób niewyraźny, lecz aż nadto dla niej Zl’°zumiały owę niedotrzymaną obietnicę, dawano jej do poznania, f^ył je(len tylko sposób wrócenia do łaski rodziców. W skutek eg0 Giertrudą, odtrącając owę łaskę, którą trzeba było okupić cena tak wielkiej ofiary, musiała znowu w sobie się zamykać, usuwać się od wszelkich oznak serdeczności, których przed chwilą sk^CZe tak g°rąco pragnęła i dobrowolnie wracać na swe stanowilnfP.;Vykl^tej, a czyniła to z pewną zawziętością, która w oczach
0nRk^ałajśJ P°zór winy-
ch obr dalece ta Olesna rzeczywistość niepodobną była do
Piortnida radosnych, które już od tak dawna wymarzyła sobie
iż we wspaniały V\?tyC?CZaS naP^łn, iały duszS! Miała nadzieję.
, 1 Pełnym gości domu rodziców, wolno jej będzie itTi. ’ światowych, lecz omyliła się srodze. Klauzura
u była iowni z scisłą jak w klasztorze; o przejażdżkach w powozie v, wy naW6^ nlCł?ł°’a kurytarz, który łączył pałac z pobliskim
Wn C1° em> usuwał i ten jedyny powód do wychodzenia z domu. Tolzvstwo było jeszcze mniej liczne i urozmaicone, jeszcze bardziej

154
NARZECZENI.
smutne i nudne, niż w klasztorze. Skoro tylko ktoś z gości do pałacu przybywał, Giertrudą musiała chronić się aż na najwyższe piętro i tam zamykać się w swoim pokoju ze starą służącą; tu również przynoszono jej obiad w dnie, kiedy do stołu księcia zasiadało grono zaproszonych gości. Cała służba w postępowaniu i mowie naśladowała przykład i stosowała się do woli pańskiej, a Giertrudą, która już ze względu na swe usposobienie, w stosunku z nią chciała stanąć na stopie pobłażliwej i poufałej wyższości, a nawet teraz, znalazłszy się w tak smutnem położeniu i zapominając chwilami, że jest panią, zniżała się aż do starania się o jej względy, czuła tem silniejsze upokorzenie, widząc, że i ci nawet ludzie okazują jej jawne lekceważenie, niepozbawione wszakże pewnej chłodnej, uniżonej grzeczności. W całem tem gronie służby jeden tylko paź, którego powierzchowność i układ wyróżniały od reszty jego towarzyszy, okazywał Giertrudzie głęboki szacunek i zdawał się uczuwać dla niéj wielką, szczerą litość. Spostrzegła to odrazu. Ze wszystkiego, co dotychczas najbardziej przypominało ów świat urojony, który się w jej wyobraźni wytworzył, i ze wszystkiego co najwięcej zbliżało się do zaludniających go postaci, było postępowanie i powierzchowność tego młodzieńca. Stopniowo, w usposobieniu Giertrudy zaszła pewna zmiana, czuła to jakiś spokój, to jakąś trwogę niezuaną dotychczas i wcale niepodobną do tej, któréj doznawała poprzednio; zdawało się, iż odkryła przedmiot dziwnej piękności, który co chwila oczy jej ku sobie porywał, lecz na który starała się nie patrzyć, z obawy, aby inni tego nie dostrzegli. Nie uszło to baczności otaczających ją osób, zaczęto każde jej spojrzenie, każdy krok jej szpiegować i pewnego poranku, jedna ze służących zeszła ją w chwili, kiedy pośpiesznie składała papier, na którym własną ręką napisała to, czego bodajby nigdy była nie pisała. Po chwilowćm szamotaniu się papier pozostał w ręku służącej, która go zaraz do księcia zaniosła.
Niepodobna opisać, ani wyobrazić sobie przerażenia Giertrudy, kiedy usłyszała odgłos kroków ojca: nadchodził ów groźny, ów straszny rodzic, aby karać córkę występną. A gdy go ujrzała z chmurą na czole, z owym nieszczęsnym papierem w ręku, wołałaby była znaleźć się w tej chwili nie tylko w klasztorze, ale choćby w grobie, byle się ukryć przed jego wzrokiem. Książę nie mówił wiele, lecz każdy wyraz jego był straszny: kazał ją zamknąć natychmiast w jej pokoju pod strażą téj samej służącej, która jej pismo wydarła; wszakże był-to tylko początek kary, z postawy ojca, z jego mowy córka odgadła, że zawisła nad nią inna jeszcze kara tajemnicza, niedająca się przeniknąć, lecz straszna nad wszelki wyraz.

ROZDZIAŁ IX.
155
Pazia wypędzono natychmiast i jemu także zagrożono czemś okropnem w razie, gdyby się kiedy odważył komukolwiek choć słówko szepnąć o tej całej sprawie. Dając mu to ostrzeżenie książę dwa razy silnie go w twarz uderzył, aby w ten sposób odebrać mu wszelką ochotę chwalenia się z owej miłosnej przygody. Nie trudno było wynaleźć jakiś powód, usprawiedliwiający w oczach świata wyprawienie ze służby pazia, co zaś do córki, „to książę objawił, że nie opuszcza swego pokoju, dlatego, że jest cierpiącą.
Giertrudę więc przejętą wstydem i trwogą, dręczoną wyrzutami sumienia zamknięto teraz z ową kobietą, świadkiem jej winy, przyczyną jej nieszczęścia, którą tak strasznie nienawidziła. Kobieta ta równąż nienawiścią odpłacała Giertrudzie, raz dlatego, iż z jej powodu widziała się skazaną na Bóg wie jak długie więzienie, powtóre i głównie, iż przez całe życie musiała przechowywać tak groźną, tak niebezpieczną tajemnicę.
Stopniowo pierwszy zamęt tych uczuć okropnych zaczął się uspakajać w duszy nieszczęśliwej dziewczyny, lecz natomiast każde z nich zosobna opanowując całą jej istotę, tem większej nabierało grozy i tem silniej ją dręczyć poczęło. Jaką być mogła owa kara tajemnicza, którą jej ojciec zagroził? Tysiące strasznych i dziwnych przypuszczeń cisnęły się do jej niedoświadczonej, żywej wyobraźni. Kara, która jej się wydawała najbardziej możliwą, było odesłanie jej napowrót do klasztoru w Monzy, myślała o swojem doń przybyciu, o tem, że już nie jako pani dumna i wszechwładna tam się ukaże, lecz jako grzesznica, zasługująca na wzgardę 1 że tam pozostanie zamknięta, by odpokutować winę, że pogardzać nią będą! To, co taki obraz bolesny miał w sobie najbardziej?Ol’zkiego, była owa obawa pogardy. Nieszczęsny list, z każdym Wyrazem, z każdą kropką, z każdym przecinkiem, stał jej
C1{ł^ie przed oczami, wyobrażała sobie, jak musiał nań patrzyć, jak go rozważał
ów nieprzewidziany czytelnik, tak dalece niepodobny wpaść w którego był przeznaczony, wystawiała sobie, że mógł
i;ęce matki, brata, obcych nawet osób, a w porównaniu
nic
błahem^16^’ które jéj myśl ta sprawiła, wszystkie inne męczarnie C7vna c wydawały. Postać tego, kto był pierwszą przy-
z 4 a ej katastrofy, także często pojawiała się w wyobraźni nieszczęs iwęj, aby tgm silniej ją dręczyć; a jakże dziwnie musiał odbijać jego obraz od wszystkich tych innych groźnych, nieubłaganych, bezlitosnych, okropnych widziadeł. Lecz może właśnie dlag° 0<, nie mogła oddzielić, że nie mogła, choćby przez jednę nawet chwilę zatrzymać się na nim, ogarnęła ją bolesna świaomosc związanych z nim następstw, stopniowo obraz ten zaczął e< nąc w jej pamięci, coraz rzadziej do niego wracała, odpychała

156
NARZECZENI.
go nawet, odwykała od niego. I również ani już tak długo, ani z tak wielką rozkoszą nie zatrzymywała się na owych świetnych, jasnych rojeniach, które jeszcze w klasztorze pochłaniały jej duszę, zbyt wielką była ich sprzeczność z otaczającą rzeczywistością, zbyt słaba nadzieja uskutecznienia ich kiedyś. Jedyny pałac nie należący do zamków na lodzie, w którym Giertrudą mogła przewidywać dla siebie bezpieczne, spokojne i najbardziej odpowiednie schronienie był klasztor i to w takim tylko razie, gdyby postanowiła zamieszkać w nim dobrowolnie, na zawsze. Takie postanowienie (o tem wątpić nie mogła) odrazu załatwiłoby i zakończyło wszystko, zmywając jej winę i w jednej chwili zmieniając jej położenie. Krok ten, co prawda, zabijał wszystkie jej najdroższe nadzieje, lecz już pierzchły sny złote, przyszłość nic oprócz goryczy dać jej nie mogła, zmieniły się czasy i okoliczności, a w owej przepaści, do której wpadła teraz, i w porównaniu z tem, czego się lada chwila mogła obawiać, myśl zostania zakonnicą, otoczoną szacunkiem, mającą władzę najwyższą w klasztorze, prawie jej się. uśmiechać zaczęła. Dwa uczucia, chociaż niemające z sobą nic a nic wspólnego, wpływały z równą siłą na zmniejszenie jej wstrętu do życia w klasztorze: wyrzuty sumienia za popełnioną winę w połączeniu ze skruchą i popędem do nabożeństwa; i duma podżegana i drażniona ustawicznie przez owę służącą, której postępowanie (wprawdzie najczęściej z winy samej Giertrudy) z każdym dniem stawało się nieznośniejszem, gdyż, albo straszyła ją tajemniczą karą, zapowiedzianą przez księcia, albo w wyrazach pełnych szyderstwa i nienawiści wyrzucała jej owo przewinienie. W rzadkich zaś chwilach kiedy chciała się miłą i dobrą okazać, kobieta ta przybierała ton tak protekcyjnie wyniosły, iż w porównaniu z nim znośniejszemi były same nawet obelgi. O! jakże gorąco pragnęła wówczas Giertrudą wyrwać się ze szponów swej dręczycielki, stanąć na stanowisku wyższem nad gniew jej i litość! Życzenie to, które nie opuszczało jej nigdy, nabierało wtedy takiej siły, iż byle mu tylko zadosyćuczynić, wszelka ofiara znośną i miłą jej się zdawała.
Po upływie czterech, czy pięciu dni takiego więzienia, pewnego poranku Giertrudą podrażniona i oburzona do najwyższego stopnia postępowaniem służącej, uciekła do najdalszego kątka pokoju i ukrywając twarz w dłonie, przez czas długi pozostawała nieruchoma, trawiona rozpaczą i gniewem bezsilnym. Wówczas uczuła nieodbitą potrzebę ujrzenia innych twarzy, usłyszenia innych wyrazów, słowem zmiany swego położenia. Pomyślała o rodzinie, o ojcu, myśl ta przejęła ją trwogą. Lecz przypomniała sobie zarazem, że od niej zależało znaleźć w nich przyjaciół. Potem przyszła jej na myśl jój wina, uczuła skruchę i wstyd i chęć odpokutowania wszyst-

ROZDZIAŁ X.
157
kiego. W tej chwili, jak i dawniej nie było to wprawdzie stałe postanowienie, lecz nigdy jeszcze nie myślała o niem z takim zapałem. Podniosła czoło, zbliżyła się do stolika, uchwyciła za owo pióro tak fatalne i napisała do ojca list pełen zapału, a zarazem zwątpienia, nadziei i smutku, w którym błagała o przebaczenie i obiecywała wypełnić to wszystko, co tylko dla jego osiągnięcia każą jej uczynić.
ROZDZIAŁ X.
Są chwile, w których dusza człowieka, szczególniej dusza gorąca i młoda, znajduje się w takim nastroju, iż dość lekkiego nawet nacisku, aby ją przywieść do spełnienia wszystkiego, co ma pozór wzniosłego poświęcenia; jest ona wówczas, jak ów kwiat Przed chwilą rozkwitły, który kołysząc się miękko na swej wiotkiej łodydze gotów oddać wszystkie swe wonie pierwszemu wietrzykowi, który igra z jego liśćmi. Na takie chwile, które winny w nas Wzbudzać cichy podziw, jako objawy wyższych natchnień, czyha zwykle złość i przebiegłość i korzysta z nich, aby podstępem związać młodą wolę, która siebie jeszcze nie jest świadomą.
Czytając ów list książę*’51* spostrzegł odrazu, żejegonajgorętsze i ód tak dawna żywione nadzieje wkrótce już się pomyślnym skntkieni uwieńczą. Kazał powiedzieć Giertrudzie, aby przyszła do nieg0) a czekając na jej przybycie, powziął postanowienie, jak-to mówią, żelazo, póki gorące. Giertrudą weszła i nie podnosząc oczu^na ojca padła mu do nóg i wyszeptała: — przebaczenia! — ^ozAazałjgj powstać, i głosem, który nie mógł dodać otuchy córce strapionej, odpowiedział, że niedość błagać o przebaczenie, albo go trzebi ’ Że tak zwykle postępują ci, którzy się obawiają kary, że “.Jeszcze na owo przebaczenie zasłużyć. Giertrudą drżąca i przygnębiona spyta}a) co ma uczynić, aby winę zagładzić. Książę (w tej cnwili braknie nam śmiałości nazwać go ojcem) nie dał odpowiedzi wyraźnej, lecz zaczął mówić o jej wielkim występku, mówił ługo, a każdy jeg0 wyraz na duszę biednej dziewczyny sprawiał wrażenie, jak szorstka ręka przesuwająca się co chwila po c, leżej jeszcze ranie. Powiedział następnie, iż gdyby nawet... że już C1^żby. ’ roinł kiedy jakie zamiary co do wydania jej za mąż, to cen’ 6Cnie °na sama uczyniła je niemożebnemi, ponieważ szlachcic, oiący swój honor, nigdyby się nie odważył oddać uczciwemu czło

158
NAKZECZENI.
wiekowi rękę córki, którą splamił czyn tak haniebny. Kiedy już spostrzegł, że wstyd i upokorzenie Giertrudy doszły do ostatecznych krańców, wówczas w wyrazach zrazu mniej surowych, a następnie coraz łagodniejszych, oświadczył jej, że każdą jednak winę można zagładzić, że miłosierdzie boskie i rodzicielskie jest wielkie, że sama czuć powinna, w jaki-to sposób może przebaczenie i spokój duszy uzyskać, że cała ta bolesna przygoda jest jakby przestrogą, iż nie dla niej owo życie świeckie, w którćm zbyt wiele groziłoby jej niel) ezpieczeństw.
— Ach, tak! — zawołała Giertrudą, którą przestrach, wstyd, upokorzenie i jakieś dziwne rozczulenie wstrzęsły do głębi.
— Zrozumiałaś to wreszcie? — odrzekł książę natychmiast. — A więc bardzo się cieszę; niech wszystko idzie w niepamięć, wszystko, wszystko, cała przeszła wina. Obrałaś jedyną drogę, która ci pozostawała, gdyż na niej tylko możesz hyc szanowaną, spokojną, szczęśliwą, innej przyszłości nie ma dla ciebie. Ale ponieważ uczyniłaś to dobrowolnie i z takiem przejęciem się wzniosłością tego kroku, do mnie więc należy postanowienie to uczynić ci jeszcze bardziej miłem i słodkiem. Ja się zajmę wszystkiem, ja będę o wszystkiem pamiętał. — I z temi słowy wziął ze stołu srebrny dzwonek, zadzwonił i rzek! do wchodzącego służącego: — prosić tu do mnie księżnę i księcia syna, — a następnie, zwracając się do Giertrudy, mówił dalej: — chcę się z niemi zaraz moją radością podzielić; od tej chwili wymagam, aby wszyscy okazywali ci miłość, aby cała służba otoczyła cię szacunkiem, który się tobie należy. Dotychczas znałaś surowego ojca, teraz poznasz jego łaskę i dobroć.
Giertrudą odurzona, jak nieprzytomna, słuchała mowy księcia. To zastanawiała się nad tem, w jaki sposób owo: tak, które jej się wymknęło, mogło nabrać tak wielkiego znaczenia, to znów przemyśliwała nad sposobem cofnięcia go, lub zmniejszenia jego doniosłości, lecz przeświadczenie ojca zdawało się tak zupełnem, jego radość tak wielką, jego łaska tak oczywistą, że Giertrudą nie odważyła się ani jednego wyrazu wymówić, któryby mógł, choć na chwilę, jego szczęście zakłócić.
Wkrótce nadeszła księżna z synem i oboje, ujrzawszy tak niespodzianie Giertrudę, przypatrywali się jéj ze zdumieniem, nie rozumiejąc, co to wszystko ma znaczyć. Lecz książę z twarzą rozpromienioną, która zdawała się zachęcać ich do przyjęcia udziału w jego radości, rzekł’ — oto nasza zbłąkana owieczka, a niech to będą ostatnie wyrazy, przypominające smutną przeszłość. Oto pociecha rodziny. Giertrudą nie potrzebuje już rad; to, czegośmy dla jéj dobra tak gorąco pragnęli, postanowiła spełnić sama z po

ROZDZIAŁ X.
159
pędu własnego serca. Powiedziała mi przed chwilą, że chce, dała mi do zrozumienia, że życzy... — w tej chwili Giertrudą podniosła na ojca wzrok błagalny i przerażony, jakby go chciała prosić, aby przerwał swą mowę, lecz on, udając, że tego nie widzi, dokończył: — że życzy sobie wstąpić do klasztoru.
— Wybornie 1 doskonale! kochana Giertrudą! — zawołali jednocześnie matka i syn i zaczęli ściskać nieszczęśliwą ofiarę, która łzami odpowiedziała na ich pieszczoty. Łzy te przyjęto za objaw radości i skruchy. Następnie książę zaczął tłomaczyć obecnym, jak ma zamiar postąpić, aby przyszłość córki uczynić prawdziwie szczęśliwą i świetną. Mówił wiele o tem, że Giertrudą zajmie odrazu pierwsze miejsce w klasztorze i w całej okolicy, że będzie niby księżną udzielną, że stanie się przedstawicielką świetnego rodu w zakonie, że skoro tylko dojdzie do lat, w których będzie już mogła zostać przełożoną, zaraz ją wyniosą na najwyższą godność, wreszcie, że on jej zaręcza, iż nim to nastąpi, pozornie tylko będzie czyjéjś władzy poddaną. W czasie tej przemowy księcia, księżna i młode książątko nie szczędzili jej pieszczot i nie mogli się dość nachwalić jej postanowienia. Giertrudzie zdawało się, że ją sen Jakiś ciężki przygniata.
— Wypada jeszcze oznaczyć dzień, w którym mamy się udać do Monzy, aby prosić przełożoną o przyjęcie ciebie do klasztoru — Powiedział książę. — O, jakże się ucieszy! Już ja wam za to ręczę, iż wszystkie zakonnice będą umiały ocenić ów wielki zaszczyt, który im czyni Giertrudą... Ale... dlaczegobyśmy dziś jeszcze nie mieli Pojechać? Giertrudzie niezawodnie miło będzie odetchnąć świeżóm, Aviejskiem powietrzem?
— Możemy i dziś pojechać! — rzekła księżna.
— Dobrze więc — zawołał młody książę — każę zaraz konie zaprządz.
— Ale... — wyszeptała nieśmiało Giertrudą.
~~ Czekaj, czekaj — rzekł książę do syna — niech ona sama to iozstrzygnje Może dzisiaj nie jesteś usposobioną do wyjścia z domu, Criertrudo? Powiedz, czy mamy dziś jechać, czy jutro?
. ~ Jutro słabym głosem odpowiedziała Gietruda, której się zdawało, że wygrywając na czasie potrafi jeszcze los swój odmienić.
jutro — rzekł uroczyście książę — tak postanowiła, A ja tymczasem udam się zaraz do wikaryusza
’onnic, aby pomowić o dniu, w którym może się odbyć badanie.
Jak powiedział, tak też i uczynił, udał się naprawdę osobiście do aryusza (co było dowodem niemałej łaskawości) i prosił go, aby

160
NARZECZENI.
po upływie dwu dni przyszedł do pałacu dla uskutecznienia prawem
P1’ZWSdabzymd5ągu całego tego dnia, Giertrudę, ani na jednę chwilH nie pozos^wili samą. * ŁW *
sającyok przejściaeh skupić ducha, nad tóm, ™ ma począć dalej,
Abtó’czego’Mhie?’co na chwilą
zapytać sienie, wcgu F & raz puszczona z tak przeraża-
owę, że tak powiem Jto niepodobieństwem. Czasu na
jącą szybkością PjdziJa, zaprowadzono ją natychmiast do
to brakło..Gd7.^1^ kierunkiem i przez jej własną służącą, pokoju księżnej, i tupo J J chwili, gdy zręczna poko-
została uczesana i ubiair vkońc7aniem jej stroju, znać dano, że jówka była3“.szeregów służby,
kłaniając się głęboko ’zdawała się wyrażać radość z powodu
™tu do zdrowi! swej młodej pani i w sali jadalnej zastała kilka P n mileżacych do najbliższej rodziny, które zaproszono, aby ją osob, należą y podzielić się z niemi dwu tak radosnemi
s-iSSdraro™ Giert™<, J 1 w <»«“-
nomeuie przywdziania sukni zakonnéj.
Panna młoda (tak zwano wówczas młode osoby, obierając si bi stan duchowny, i Giertrudą przy swem pojawieniu się została przez wszystkich powitana tém mianem), panna młoda musiała odpowiadać na tysiące grzeczności i powinszować, które się na nią zewsząd sypały. Czuła dobrze, iż każda jej odpowiedź była jakby potwierdzeniem, jakby dowodem tego, czego jeszcze uniknąć pragnęła ale czyż mogła odpowiadać inaczej? Wkrótce po obiedzie nadeszła pora zwykłej przechadzki. Giertrudą wsiadła do powozu z matką i dwu stryjami, izy y i na obiedzie. Po pewnym czasie powóz wjechał na Strada Marina, ulicę, która wówczas przechodziła w tem miejscu, gdzie dziś wi zimy ogród publiczny i była punktem zebrania dla całéj magnateiyi Medyolanu, która rozsiadłszy się wspaniale w powozach, podąża a tu, aby zapomnieć o mnogich zajęciach i trudach swego pracowitego żywota. Stryjowie, jako ludzie światowi i grzeczni bawili brieipiudę rozmową, a jeden z nich, który zdawał się znać wybornie każdą osobę, każdy powóz, każdą liberyę i który miał ciągle cos ciekawego do powiedzenia to o panu takim a takim, to o tej a tej pani, na laz zwracając się do Giertrudy rzekł z uśmiechem: — Oj! ty, ty, dziewczyno! jaki to z ciebie świętoszek! Ani chcesz patrzyć na żadne marności, rzucasz nas i ten świat grzeszny, i usuwasz się do klasztoru, aby pędzić błogi, święty żywot, zobaczysz, zobaczysz, że żywcem pójdziesz do nieba.
O zmierzchu już wrócono do domu, a służba wybiegając z po-

ROZDZIAŁ X.
161
chodniami na spotkanie księżnej objawiła, że wiele się gości zebrało. Wieść jnż się po mieście rozeszła, a krewni i znajomi śpieszyli do pałacu, aby poznać Giertrudę i złożyć jej swoje życzenia
1 pozdrowienia. Otoczyli ją wkoło, każdy chciał z nią rozmawiać, stała się królową zebrania, pieszczoszkiem i dodajmy ofiarą wszystkich. Z rąk ją sobie niemal wydzierano: ten prosił, aby nie zapomniała mu przysłać słynnych łakoci, które tak wybornie umiały mniszki przyrządzać, ta zapowiadała, że w klasztorze będzie ją często odwiedzać, ktoś inny znów mówił o pewnej zakonnicy, swojej ciotce, lub siostrzenicy; inny o miłym klimacie Monzy, inny jeszcze rozwodził się nad owem świetnem stanowiskiem, które tam będzie zajmować Giertrudą. Ci zaś, którzy dotychczas nie mogli jeszcze zbliżyć się do niej, z niecierpliwością wyczekiwali, aż na nich przyjdzie kolej złożenia jej powinszować. Późno w nocy goście zaczęli się rozchodzić, wkrótce nikt już nie pozostał w sali i Giertrudą znalazła się tylko w towarzystwie rodziców i brata.
— Nareszcie — rzekł książę — mogłem zakosztować owej błogiej pociechy, którą sprawia ojcu widok jego dziecka, odbierającego należne mu hołdy. Trzeba jednak przyznać, że i Giertrudą postępowaniem swem umiała odpowiedzieć im godnie i dawała dowód oczywisty, iż wszędzie i zawsze potrafi być pierwszą i podtrzymać świetność swego rodu.
Zjedzono wieczerzę z pośpiechem, aby zaraz udać się na spoczynek, gdyż nazajutrz trzeba było wstać wcześniej, niż zwykle dla uskutecznienia w rannych jeszcze godzinach wycieczki do Monzy.
Giertrudą smutna, znękana i rozdrażniona, choć zresztą upojona Wszystkiemi temi hołdami, których się dziś stała przedmiotem, przypomniała sobie w tej chwili owe katusze, które znosić musiała od tej nienawistnej służącej, od swego więziennego stróża, a widząc ojca tak gotowego zadowolnić każde jej życzenie, oprócz jednego tylko, postanowiła z tego skorzystać i zaspokoić chociaż jedno
2 tych pragnień, które ją dręczyły. Okazała więc dla owej kobiety wstręt niezmierny i przed rodzicami zaczęła się użalać na jej niecnelpostępowanie.
— Jakto! zawołał książę — ona śmiała ci uchybić? Jutror jutro ja sam z nią się rozprawię! nauczę ją rozumu! O, niegodziwa!, śmiała zapomnieć o tem, kim ona jest, a kim ty jesteś! Lecz prz«>dewszystkićm, córka, z której ja jestem zadowolony, nie powinna widzieć dokoła siebie osób, których nie znosi. — I domawiając tych słów kazał przywołać inną kobietę i ją na pokojową swej córki przeznaczył. Giertrudą tymczasem, napawając się ową zaspokojoną zemstą, dziwiła się jednak, iż przyjemność z powodu jéj osią

162
NARZECZENI.
gnięcia była daleko mniejszą, niż ta, której spodziewała się doznać. To, co pomimo woli pochłaniało całą jej duszę, było przeświadczenie, iż w ciągu tego dnia jednego w sposób przerażający zbliżyła się do klasztoru i owa myśl, że teraz, chcąc się wycofać, potrzebowałaby już daleko większej odwagi i stanowczości, na które wszakże i pierwej nie umiała się zdobyć.
Nowa służąca, która teraz towarzyszyła Giertrudzie w jej pokoju, była-to stara kobieta, niegdyś piastunka młodego księcia, przywiązana doń całą duszą i pokładająca w nim wszystkie swe nadzieje i całą swą chlubę. Wypadki dnia tego cieszyły ją tak dalece, jak gdyby od nich zależało osobiste jej szczęście, to też Giertrudą udając się na spoczynek musiała zakosztować jeszcze niepospolitej przyjemności słuchania powinszowań, rad i pochwał starej kobiety, tudzież opowiadań o tem, jakto niegdyś jej ciotki i inne dalsze krewne były szczęśliwe z tego, iż sobie stan zakonny obrały, gdyż pochodząc z tak znakomitego rodu zawsze pierwsze miejsce zajmowały w klasztorze, miały w całym kraju rozległe stosunki, i ze swego parlatoryum tak wielki wpływ wywierały na świeckie nawet sprawy, iż najznakomitsze damy w pałacach ani mogły o nim marzyć. Mówiła dalej o licznych gościach, którzy ją będą w klasztorze odwiedzać, o tem, jak kiedyś książę jej brat przywiezie do niej młodą swą żonę, która będzie niezawodnie jakąś wielką panią i jaki to zaszczyt spłyiMe wówczas na klasztor i jak wielką będzie radość w całej okolicy.. Stara mówiła to wszystko rozbierając Giertrudę, mówiła i potem, kiedy już jej nowa pani położyła się do ióżka, mówiła jeszcze, kiedy ta już spała. Młodość i znużenie były silniejsze nad wszelkie myśli natrętne. Sen przyszłej zakonnicy był niespokojny, męczący; trapiły ją okropne widziadła, lecz obudziła się wtedy dopiero, kiedy następnego poranku stara kobieta swym krzykliwym głosem powiedziała jej, że trzeba się ubierać, aby jechać do Monzy.
— Proszę wstawać, proszę wstawać, moja śliczna pani; już późno; a jeszcze na ubranie się i uczesanie głowy trzeba będzie też niemało czasu poświęcić. Księżna pani już wstała; obudzono ją dzisiaj na cztery godziny wcześniej niż zazwyczaj. Młody książę już był na dole, już konie kazał zaprzęgać, a teraz czeka w sali. To istna wiewióreczka, taki zwinny i żywy ten kochany panicz: i takim był zawsze od dziecka, ja to mogę powiedzieć, ja, com go na ręku nosiła. Ale, skoro już raz czeka na kogoś, nie trzeba, aby czekał długo, bo choć ma złote serce, zaraz się jednak niecierpliwić saczyna, zaraz gniewa się i hałasuje biedaczek! Trzeba mu to wybaczyć; takie już jego usposobienie, a zresztą dziś, toby nawet i miał pewne prawo się gniewać, przecież dla siostry musiał wstać

ROZDZIAŁ X.
16$
tak wcześnie. A kiedy już się rozgniewa, biada temu, kto mu się pod rękę nawinie! Tylko książę ojciec umie go w karbach utrzymać. Ale kiedyś on przecież będzie tu księciem i panem, co oby wprawdzie jak najpóźniej nastąpiło: daj Boże najdłuższe lata naszemu panu. Prędzej, prędzej, panienko. Dlaczego panienka patrzy na mnie tak jakoś dziwnie? Już od dawna czas łóżko opuścić.
Myśl o zniecierpliwionym bracie rozproszyła odrazu wszystkie inne myśli, które tłumnie zaczynały się cisnąć do głowy Giertrudy; pierzchły one, jak stado wróbli na widok jastrzębia. Usłuchała, ubrała się śpiesznie, dała się uczesać i zeszła do sali, w której już czekali na nią brat i rodzice. Posadzono ją na wspaniałem, Wysokiem krześle i podano jej filiżankę czekolady, co w owe czasy miało tak wielkie znaczenie, jak naprzykład u starożytnych Rzymian przywdzianie szat dojrzałości.
Kiedy oznajmiono, że konie zaszły przed ganek, książę odprowadził córkę na stronę i rzekł: — Giertrudo, wczoraj postępowanie twe było godnem ciebie, dziś powinnaś sama siebie prześcignąć. Chodzi o to, abyś w całym blasku, w całej świetności ukazała się w tym klasztorze i w tej okolicy, gdzie sądzono ci zająć stanowisko najwyższe. Już tam czekają na ciebie... (Nie trzeba dodawać, że książę wczoraj jeszcze zawiadomił przełożoną o odwiedzinach.) Czekają na ciebie i oczy wszystkich badą na ciebie zwrócone. Więc mężnie, wspaniale i śmiało! Przełożona spyta się, czego żądasz, jest-to zwykłe pytanie w takich wypadkach. Możesz odpowiedzieć, iż życzysz sobie przywdziać suknię zakonną i pozostać w tym samym klasztorze, w którym byłaś wychowywaną z taką miłością i macierzyńską opieką, co z resztą jest najszczerszą prawdą. Te kilka wyrazów winny być wypowiedziane śmiało i swobodnie, aby nie pomyślano, że cię ich wyuczono, że sama za siebie mówić nie potrafisz. Te poczciwe zakonnice nie wiedzą o tem, co zaszło, twoja wina nazawsze pozostanie tajemnicą, pogrzebaną Y rodzinie; i dlatego powinnaś patrzyć śmiało, wesoło, aby nie ’.ać powodu do żadnych podejrzeń. Pokaż im, jaka to krew płynie w twoicfi żyłach; bądź skromną, lecz pełną godności, lecz pamiętaj, IZ w miejscu, w którem zamieszkasz, oprócz rodziców, żadnej wyższej władzy na(] tobą nie będzie.
,. I nie, cze^jąc odpowiedzi, książę wyszedł z sali, za nim poszli: Giertrudą, księżna i młody książę, zeszli ze schodów i wsiedli do powozu. Nudy i marności tego świata, błogi żywot w klasztorze, szczególniej dla młodych osób należących do najbardziej znakomitych rodzin W kraju, oto główna treść rozmów, które prowadzono w czasie drogi. Gdy już znaleźli się w pobliżu klasztoru, książę
ll*

164
NAKZECZENI.
ponowił swe przestrogi i powtórzył córce wyrazy, w których miała, odpowiedzieć na zapytanie przełożonej. Lecz otóż wreszcie i Monza. Giertrudzie ścisnęło się serce, lecz wkrótce całą jej uwagę pochłonęło jakieś grzeczne pozdrowienie, usłyszane z ust pewnych państwa, przy spotkaniu z któremi ich powóz zatrzymał się na chwilę. Dalej jechano już prawie stępo ulicą, na którą lud ze wszystkich stron nadbiegał. Gdy się powóz zatrzymał przed temi murami, przed temi drzwiami tak dobrze znanemi, Giertrudę żywsza jeszcze przeniknęła boleść. Wszyscy czworo wysiedli wśród dwu szeregów ciekawego ludu, który służba odpychała od drzwiczek powozu. Tysiące spojrzeń, skierowanych na biedną ofiarę, zmuszały ją do ustawicznej baczności nad sobą, lecz bardziej jeszcze, niż oczy tego ludu, ciężyły nad nią oczy jej ojca, na które, pomimo iż ją przejmowały strachem, mimowoli co chwila wzrok swój zwracała. One to kierowały każdym jej ruchem, one, jakby za pomocą nadludzkiej siły, nadawały jej twarzy ten lub inny wyraz. Po przebyciu pierwszego dziedzińca weszli na drugi i tu spostrzegli podwoje klasztoru otwarte na rościerz, a w nich cały tłum zakonnic. Na czele ieh stała matka przełożona w gronie starszych mniszek, dalej inne mniszki, wszystkie skupione, zaciekawione, wspinające się na palce, na ostatku siostry konwerski. Tu i ówdzie, w półcieniu pomiędzy habitami zabłysły czasem żywe oczęta, lub rumiane twarzyczki dziecinne: były-to najsprytniejsze, najzręczniejsze z uczennic, które wciskając się pomiędzy zakonnice zdodały utorować sobie drogę, aby także zoś zobaczyć. Z tego tłumu wydobywały się ciche okrzyki podziwienia i radości, wiele rąk poruszało się w powietrzu na znak powitania. Po chwili Giertrudą stanęła już przed matką przełożoną, która powitawszy ją serdecznie, głosem uroczystym, lecz i radośnym zarazem, spytała, czego sobie życzy i w jakim zamiarze przybyła do tego miejsca, w którem jéj nikt niczego odmówić nie zdoła.
— Przybywam... — zaczęła Giertrudą, lecz w chwili kiedy już miała wymówić owe wyrazy, prawie nieodwołalnie rozstrzygające o całym jej losie, zawahała się, umilkła i wzrokiem roztargnionym powiodła po tłumie zakonnic. Wtém oczy jej padły na raz na jednę z jej towarzyszek, tę mianowicie, która była najpierwszą jej doradczynią w wiadomej sprawie, i spostrzegła, że patrzy na nią z wyrazem złośliwego politowania, jakby chciała powiedzióć: a wpadłaś w sidła, niebogo! Ten widok z nową siłą obudzająe w jej dn-zy wszystkie dawniejsze pragnienia, wlał w nią również odrobi ę dawniejszej odwagi, już w myśli swój szukała jakiejkolwiekbądż odpowiedzi, byle tylko nie tej, której ją wyuczono, gdy podnosząc oczy na ojca, niby chcąc mu wyrazić swoje silne postanowię-

ROZDZIAŁ X.
165
nie, spostrzegła w jego wzroku tak ponury niepokój, tak groźną niecierpliwość, że zdjęta strachem, jakby uciekając przed okropnem widziadłem, rzekła z pośpiechem i stanowczością: — przybywam, aby prosić o łaskę przywdziania sukni zakonnej i pozostania w tym klasztorze, w którym byłam wychowana z tak wielką miłością. — Przełożona odpowiedziała natychmiast, że czuje przykrość niemałą z powodu, iż prawa zakonu nie pozwalają jej dać odpowiedzi w tym razie, że może to nastąpić dopiero po zebraniu głosów wszystkich zakonnic i po uzyskaniu przyzwolenia wyższych władz duchownych, lecz, że Giertrudą, znając dobrze uczucia, któremi dla niej cały klasztor przejęty, może już naprzód przewidzieć, jaką będzie owa odpowiedź, a że nim takowa nadejdzie, żadne prawo nie wzbrania przełożonej i zakonnicom okazywać jej radość, którą czują z powodu jej postanowienia. Gdy mówić przestała, powstał gwar wielki powinszowań, pozdrowień, objawów szczerej ’ życzliwości. Przyniesiono natychmiast duże pudła, pełne łakoci, któremi najprzód zaczęto częstować Giertrudę, potem jej rodziców i brata. W czasie gdy niektóre mniszki kołem otoczyły Giertrudę, a inne winszowały matce, lub młodego księcia starały się bawić rozmową, przełożona kazała powiedzieć księciu, iż prosi go, aby raczył się zbliżyć do kraty w parlatoryum, gdyż ma z nim do pomówienia. Czekała nań w towarzystwie dwu starszych zakonnic, a gdy książę się zbliżył, powiedziała: — Jaśnie wielmożny panie, aby zadosyć uczynić przepisom zakonu... aby spełnić konieczną formalność... chociaż w tym wypadku... jednak, zmuszoną jestem powiedzieć... że każdą rażą, gdy córka objawia życzenie przywdziania sukni zakonnej... przełożona, którą ja jestem w tym klasztorze, choć wcale nie zasłużenie spotkał mnie ten zaszczyt... otóż przełożona powinna uprzedzić rodziców... że, w razie... gdyby przypadkiem... gdyby chcieli zmuszać córkę do tego kroku, toby pod klątwę kościelną podpadli. Niech mi książę raczy wybaczyć...
— Ależ matko wielebna! pojmuję wybornie... Z całej duszy pochwalam jej postępowanie, jest słuszne, jest wzniosłe... Lecz 0 obrowolnem postanowieniu mej córki zdaje mi się, że...
v 9 tak! jaśnie wielmożny książę... powiedziałam to tylko, aby KalwT przel^s’ który jest obowillzujący — uie wątpiłam
— Przecież to rzecz jasna, tak, tak, matko wielebna.
I zamieniwszy z soj)^ tyeli kilka wyrazów, książę i przełożona oddali sobie ukłon głęboki i rozeszli się, jakby obojgu ciężyło to sam-na-sam. Każdy wrócił do swego towarzystwa, jeden na dziedziniec, druga na próg klasztornych podwojów.
— A teraz — rzekł książę — czas już wracać do domu. Gier-

NAKZECZENT.
166
truda wkrótce będzie mogła korzystać, ile jej się tylko podoba, z szanownego towarzystwa wielebnych matek, lecz dziś nie możemy już dłużej nadużywać ich dobroci i gościnności. — Po tych wyrazach pożegnał zakonnice grzecznym ukłonem i skierował się ku wyjściu, rodzina poszła za nim$ zamieniono zwykłe oświadczenie szacunku i życzliwości i — powóz ruszył.
W drodze Giertrudą żadnego prawie udziału w rozmowie nie brała. Przerażona tém, co uczyniła przed chwilą, przejęta wstydem na myśl, że tak łatwo uległa przemocy, oburzona na innych i na sarnę siebie, w milczeniu, z goryczą rozważała swe postępowanie, pytała, ile jeszcze ma chwil przed sobą, w których-by mogła powiedzieć: nie chcę; i słabo i chwiejnie obiecywała sobie, że w téj a téj okoliczności, w tym a tym wypadku zerwie wszystkie dotychczasowe przyrzeczenia i okaże daleko więcej siły i mocy. Ztemwszystkiem nie opuścił jéj dotąd ów strach, który uczuła na widok groźnego wyrazu na twarzy ojca, tak, iż teraz, gdy, spoglądając nań nieśmiało, mogła, się przekonać, że już i cień nawet owego gniewu na obliczu księcia nip pozostał, gdy przeciwnie dostrzegła na niem widoczne zadowolenie z jej postępowania, wydało jej się to rzeczą niezmiernie miłą i na chwilę uczuła nawet niemałą przyjemność z tego powodu.
Zaraz po przyjeździe trzeba było się przebrać i poprawić uczesanie głowy, potem podano obiad, po obiedzie przyszło kilku krewnych, daléj nadszedł czas zwykłej przechadzki, wieczorem goście, po rozejściu się gości wieczerza. Pod koniec wieczerzy książę nową sprawę na plac wytoczył, a mianowicie wybór matki chrzestnej. Tak się zwała wówczas osoba, która, uproszona przez rodziców przyszłej zakonnicy, stawała się jej opiekunką i towarzyszyła jej wszędzie przez cały ów przeciąg czasu, który upływał od podania prośby, aż do chwili wstąpienia do klasztoru. Czas ten bywał zwykle poświęcony na zwiedzanie kościołów, gmachów publicznych, zbiorów osobliwości, wspaniałych pałaców, słynnych willi, na odwiedzanie znajomych, na przyjmowanie wizyt, na zabawy i rozrywki; słowem na poznanie rzeczy najbardziej pięknych i ponętnych. Zwyczaj ten istniał dlatego, aby młode osoby przed dopełnieniem uroczystego ślubu mogły poznać dokładnie to wszystko, czego się wyrzekają nazawsze. — Wypada pomyśleć o matce chrzestnej — — powiedział książę — gdyż jutro przyjdzie wikaryusz zakonnic, spełnić formalności badania, a zaraz potem będzie uczynione przedstawienie o Giertrudzie do kapituły, aby zakonnice mogły przyjąć ją do swego grona. — Mówiąc to zwrócił się do księżnej, a ta, sądząc, że chce, aby dała odpowiedź, rzekła: — można byłoby.. — Lecz książę nie pozwolił jéj dokończyć: — Nie, uie, moja kochana, prze-

ROZDZIAŁ X.
167
dewszystkiem matka chrzestna powinna się podobać Giertrudzie, a chociaż ogólny zwyczaj daje rodzicom prawo jej wyboru, wszakże nasza córka ma tyle rozsądku, iż zasługuje najzupełniej, aby dla niej zrobić ten wyjątek. — I zwracając się do Giertrudy z wyrazem człowieka, który ma jakąś wielką łaskę oznajmić, mówił dalej: — Każda z tych pań, które dziś u nas widziałaś, pod każdym względem godnie odpowiedzieć może obowiązkom matki chrzestnej dla osoby tak wspaniałego rodu jak nasza córka; sądzę również, iż każda z nich uważałaby sobie za zaszczyt być na takową wybraną, więc sama rozstrzygaj.
Giertrudą czuła, że zrobienie takiego wyboru byłoby nowym dowodem jéj zgody, lecz cóż miała począć? Ojciec przemawiał do niej tak łaskawie, a zarazem tak uroczyście, że odmowa, choćby nawet wypowiedziana w sposób jak najpokorniejszy mogła być przyjętą za objaw uporu, lekceważenia, a co najmniej dziecinnego kaprysu. I na to więc się zgodziła wybierając na matkę chrzestną, pewną panią, która jej się najbardziej podobała, to jest tę, która nie szczędziła jej pieszczot, obsypywała ją pochwałami i w całem ebejściu się okazywała owę serdeczną troskliwość i tę miłą poufałość, które nieraz w początkach nowej znajomości starają się naśladować starą, przyjacielską zażyłość. — Wybornie! — zawołał książę, który właśnie życzył sobie i spodziewał się tego. Byłże-to podstęp, czy traf tylko? Tego powiedzieć nie umiem, dość, iż w tym razie stało się coś podobnego do owej sztuki, którą kuglarz dziwi prostaka a która polega na tem, iż migając mu szybko przed oczami całą talią kart, każę mu jednę z nich zatrzymać w pamięci, a potem ją zgaduje i nie myli się nigdy, co zresztą stąd pochodzi, iż tak zręcznie już owemi kartami migał przed widzem, że ten tylko jednę z nich potrafił jasno spostrzedz. Pani, którą wybrała Giertrudą, tak wyłącznie przez cały wieczór nią tylko była zajęta, tak głęboko w jej pamięci utkwiła, że byłoby prawie niepodobieństwem, aby jej myśl mogła się na kimś innym zatrzymać. Wszakże wszystkie te zabiegi pochlebstwa nie były bez celu: owa pani, już oddawna miała widoki na młodego księcia i życzyła sobie, aby z czasem został jej zięciem: nic więc dziwnego, że sprawy tej rodziny były dla niej tak bliskie, jak sprawy własne, i że Giertrudą obchodziła ją nie mniej od najbliższych krewnych.
^Następnego poranku Giertrudą obudziła się z myślą o mającem się odbyć badaniu; i właśnie zastanawiała się nad tem, czyby owa chwila tak ważna nie mogła posłużyć jej do zerwania wszystkich dawniejszych zobowiązań, gdy służąca weszła z oznajmieniem, iż książę każę ją prosić do siebie. — Giertrudo — rzekł, skoro tylko Weszła — dotąd postępowanie twoje było godne ciebie, dziś chodzi

168
NARZECZENI.
o uwieńczenie całego dzieła. Wszystko to, co się stało dotychczas, stało się z twojéj woli, samaś na wszystko dała przyzwolenie. Gdyby w przeciągu tego czasu miały zajść w twem usposobieniu jakieś zmiany, gdybyś uczuła jakieś wahanie się, lub wątpliwości, słowem gdyby cię opanował nierozsądny szał młodości, obowiązkiem twoim byłoby nas o tem uprzedzić; lecz dziś rzecz cała zaszła już tak daleko, iż niepodobna się cofać, iż nie ma już miejsca na żadne dzieciństwo. Ów zacny kapłan, który ma wkrótce przybyć, będzie ci tysiące pytań zadawał, zechce się dowiedzieć, z jakich to pobudek obierasz sobie życie zakonne, co cię do tego zniewala, i po co i na co i dlaczego to czynisz. Jeżeli odpowiedzi twoje będą niejasne i chwiejne, kto wie jak długo może się przeciągnąć badanie. Byłoby-to rzeczą przykrą, rzeczą nieznośną dla ciebie i muszę dodać mogłoby nawet dać powód do bardzo smutnych następstw. Po tylu i tak jawnych, publicznych dowodach twego przyzwolenia... albo raczej twego powołania do życia zakonnego, wszelkie najlżejsze chociażby wahanie, któreby się w tobie mogło objawić, dałoby powód do podejrzywania mnie o to, iż twój kaprys przelotny wziąłem za postanowienie niezłomne, że ja ukartowałem rzecz całą, że ja... azresztą czyja wiem, coby jeszcze ludziom mogło się zdawać! W takim razie musiałbym wybierać pomiędzy dwiema bolesnemi koniecznościami: albo pozwolić, by świat powziął o mnie takie niecne mniemanie, na które żadną miarą nie mógłbym się zgodzić, już choćby ze względu na ten szacunek, który winienem memu znakomitemu imieniowi, albo wyjawić rzeczywisty powód twego postanowienia i... — Lecz tu, widząc, że Giertrudę oblał gorący rumieniec, że jej oczy napełniły się łzami i twarz ściągnęła się tak boleśnie, jak listki kwiatu od skwaru, który najczęściej burzę poprzedza, przerwał owę przemowę i po chwili, z twarzą wypogodzoną, rzekł: No, no, uspokój się, uspokój, wszystko od ciebie zależy, a wiem przecież, że rozsądku ci nie brak; wiem nawet, że go masz bardzo wiele; i że nie jesteś dzieckiem, zdolnćm popsuć rzecz tak świetnie zaczętą, ale bo widzisz musiałem o wszystkiem pamiętać. Dosyć już, niech o tem nigdy nawet mowy między nami nie będzie, jestem przekonany, że na zapytania tego świątobliwego kapłana tak odpowiedzićć potrafisz, że mu żadne domysły, żadne niepotrzebne przypuszczenia na myśl nawet nie przyjdą. Tym sposobem i ty skrócisz sobie nudy owego nieuniknionego badania. — I, po udzieleniu jeszcze kilku rad co do głównych odpowiedzi, które jego córka niezawodnie będzie musiała dać wikaryuszowi na jego zapytania, przeszedł już do zwykłej rozmowy o przyjemnościach, władzy i wszystkich tych rozkoszach, które Giertrudę w klasztorze czekają, i w ten sposób zatrzymał ją przy sobie, aż do chwili, kiedy służący oznajmił o przy

BOZDZIAŁ X.
169
byciu kapłana. Książę z pośpiechem ponowił najbardziej potrzebne przestrogi i pozostawił córkę sam na sam z wikaryuszem, jak tego wymagało prawo.
Świątobliwy człowiek przybywał już z tem zgóry powziętem przekonaniem, iż Giertrudą czuła wielkie powołanie do zakonnego stanu, gdyż książę mówił mu o tem wówczas, kiedy był u niego, aby go prosie do pałacu na owo badanie. Wprawdzie zacny ten kapłan wiedział dobrze, iż nieufność jest jedną z zalet najbardziej potrzebnych dla człowieka pełniącego obowiązek wikaryusza zakonnic i miał sobie za zasadę niedowierzać zbytecznie podobnym zapewnieniom, ale pomimo to niezmiernie rzadko się zdarza na świecie, aby osoba ze wszechmiar wiarogodna, mówiąc o czemś z wielkiem przeświadczeniem i z wielką śmiałością, nie zabarwiła kolorem swych zdań umysłów słuchaczy.
Po zamienieniu zwykłych ukłonów i przywitań wikaryusz rzekł: — Pani, przybywam, aby odegrać tu rolę złego ducha, aby podać w wątpliwość to, co pani w swej prośbie nazywasz rzeczą pewną, nieodwołalną, stanowczą, aby przedstawić jej wszystkie trudności i przekonać się o tem, czyś je dobrze rozważyła. Czy wolno mi będzie zadać pani kilka pytań?
— I owszem — odrzekła Giertrudą.
Wówczas kapłan zaczął ją pytać i badać w sposób przepisany Prawem: — Czy pani czuje w swej duszy szczerą, prawdziwą wolę Wstąpienia do zakonu? Czy nie wpłynęły na to groźby łub namowy? Czy nie użyto władzy, aby zmusić panią do tego kroku? Niech pani odpowiada śmiało, szczerze, bez najmniejszej obawy, człowiekowi, którego obowiązkiem jest poznać jéj uczucie i wolę, aby tem skuteczniej mógł bronić ją od wszelkiej przemocy.
Szczera odpowiedź na takie pytanie przemknęła ze straszną jakością w umyśle GHertrudy. Lecz, aby dać takową, trzeba było najprzód udzielić wikaremu pewnych wyjaśnień, powiedzieć mu, czem jej zagrożono, wyznać całe owo zdarzenie... Nieszczęśliwa wzdrygnęła sję na myśl, zaczęła śpiesznie szukać innej odpowiedzi i znalazła ją, jednę — jedyną, która tylko mogła ją prędko i sku tecznie wybawić od nieznośnej męczarni, odpowiedź najbardziej sprzeczną z prawdą. — Chcę wstąpić do klasztoru — rzekła, starając się ukryć swe pomieszanie — z własnej woli, sama tę drogę sobie Wybrałam.
— Od jak dawna powzięłaś pani to postanowienie? — spytał Zacny kapłan.
, — Miałam je zawsze, od dzieciństwa — odpowiedziała Gier-
,!, lfla. Po tem pierwszem kłamstwie nabrała jakiejś rozpaczliwej śmiałości.

170
NARZECZENI.
— Ale, jakaż jest główna przyczyna, która panią skłania do wstąpienia do klasztoru?
Poczciwy ten człowiek ani mógł nawet przeczuwać, do jak bolesnej rany się dotknął, a Giertrudą musiała przywołać na pomoc całą siłę swej woli, aby nie okazać po sobie wrażenia, które te wyzazy na jej duszę wywarły. — Przyczyna ta — rzekła — chęć służenia Bogu i usunięcia się od niebezpieczeństw i pokus tego świata.
— A czy nie jest-to czasem przelotne zniechęcenie, podrażnienie, miłość własna? jakiś... niech mi pani ten wyraz daruje... jakiś kaprys chwilowy? Zdarza się nieraz, iż zbieg okoliczności, przyczyna sama przez się mało znacząca, może wywrzeć bardzo silne wrażenie; tak, iż gotowiśmy mniemać, że wpływ jej trwać będzie przez całe życie, a kiedy następnie przyczyna ta ustaje, znika, kiedy naszę duszę owładną nowe pragnienia, wówczas, wówczas...
— Nie, nie — odpowiedziała śpiesznie Giertrudą: — jeden jedyny tylko jest powód mego postanowienia, ten, który wymieniłam przed chwilą.
Wikaryusz dlatego raczej, aby do ostatka spełnić swoję powinność, niż z przeświadczenia, iż to było potrzebne, jeszcze przez czas pewien pytał ją i badał, lecz Giertrudą postanowiła oszukiwać go do ostatka. Oprócz wstrętu, który jej sprawiała myśl wyjawienia swej winy przed tym zacnym, poważnym kapłanem, który nie mógł nawet posądzać jej o coś podobnego, biedna ofiara czuła wybornie, że choćby i mógł przeszkodzić temu, aby ją nie zamknięto w klasztorze, na tem jednak ograniczała się już cała jego władza. Po jego odejściu musiałaby sama z księciem pozostać. A wszystko to, coby wówczas wycierpiała w tym domu, nie doszłoby nigdy do jego wiadomości, a nawet choćby i doszło, nie na wiele-by się przydało, gdyż pomimo najlepszych chęci tylko litość mógłby czuć dla niej, owę litość spokojną i umiarkowaną, którą wogóle jakby z łaski obdarzamy tego, kto sam dał powód do prześladowań i sam się do swej zguby przyczynił. Badacza zmęczyły pierwej zapytania, niż nieszczęśliwą dziewczynę wynajdywanie coraz nowych kłamstw, tak, iż słysząc te odpowiedzi tak z sobą zgodne, tak wyraźne, tak przekonywające i nie mając najmniejszych powodów do wątpienia o ich szczerości, zmienił wreszcie przedmiot rozmowy, wyraził wielką swą radość z jej postanowienia, prosił ją o przebaczenie za to, iż jej się tak długo naprzykrzał, powiedział, iż jego zdaniem ta próba tylko ją mocniej jeszcze powinna utwierdzić w jej świątobliwych zamiarach, i odszedł.
W jednej z sal, przez które musiał przechodzić, spotkał księcia,

BOZDZIAŁ X.
nr
który jakby przypadkiem znalazł się na jego drodze. I jemu również wikaryusz nie omieszkał objawić radości, którą, mu sprawiło niezłomne postanowienie i świętobliwe usposobienie jego córki. Książę, który przez cały ten czas był dręczony wielkim niepokojem, odetchnął swobodniej na taką wiadomość i zapominając o zwykłej powadze pobiegł do Giertrudy, aby ją obsypać pieszczotami, pochwałami, obietnicami. Radość jego była wielką i miłość, którą w tej chwili okazywał córce, również zupełnie prawie była szczerą, tak bowiem jest już stworzony ów dziwny zlepek, owa zagadkowa mieszanina, która się ludzkióm sercem nazywa.
Nie pójdziemy za Giertrudą w ów wir zabaw i rozrywek, który teraz ją porwał. Nie będziemy również opisywać ze wszelkiemi szczegółami uczuć, które w ciągu całego tego czasu jej duszą miotały: byłaby-to opowieść bolesna, lecz zanadto jednostajna, za bardzo podobna do tego, o czem jużeśmy pierwej mówili. Piękność miejscowości i gmachów zwiedzanych, różnorodność widzianych rzeczy, owa przyjemność, którą jej sprawiało jeżdżenie niemal Przez dzień cały w otwartym powozie, owo napawanie się świeżem Powietrzem; wszystko to bardziój jeszcze czyniło nieznośną myśl o murach klasztornych, do których ją wkrótce zawiozą, aby już nigdy, nigdy z nich nie wyszła. Stokroć boleśniejsze jeszcze były Wrażenia, których doznawała na ucztach i zabawach wieczornych. Widok młodych mężatek i narzeczonych napełniał zazdrością i niesłychaną goryczą; o! jakże wielkiem było okrucieństwem nazywać ją również panną młodą 1 Nieraz spotykała osoby, na które patrząc zdawało jej się, że gdyby tylko one mogły ją nazwać tem mianem, byłoby-to szczytem ziemskiej szczęśliwości. Czasami przepych pałaców, blask strojów, ruch i gwar świetnego tłumu upajał ją tak dalece, tak silnie podniecał jej pragnienie przyjęcia udziału w owem radosnem życiu, że przyrzekała sobie zerwać wszystkie pęta, znieść mężnie najsroższe katusze, byle tylko nie wracać do klasztoru, byle nie zagrzebać się żywcem w jego chłodnej pomroee. Lecz wszystkie te postanowienia pierzchały przy głębszem zastanowieniu się nad trudnością ich wykonania, przy samem nawet spojrzeniu na twarz groźną, rodzica. Czasami również myśl, że będzie musiała porzucić na wieki cały ten świat pełny tak wielkich rozkoszy, zatruwała przyjemność chwili obecnej, i nie pozwalała nią się napawać; wówczas Giertrudę można było porównać do owego spragnionego chorego, który patrzy z naj wyższem rozdrażnieniem i niemal odtrąca od siebie tęjednę — jedyną łyżkę wody, którą mu lekarz wypić
Pozwala. Tymczasem wikaryusz zakonnic wydał już potrzebne świadectwo, a w ślad za niem nadeszło pozwolenie na zebranie się kapituły, mającej stanowić o przyjęciu Giertrudy do zakonu. Na

172
NARZECZENI.
stąpiło głosowanie i, jakto już było do przewidzenia, dwie trzecie gałek w urnie wyborczej wymaganych przez duchowne przepisy, wypadły za przyjęciem Giertrudy, która nie mogąc znieść dłużej strasznej, ciągłej męczarni, sama zażądała wówczas, aby co najprędzej wstąpić do klasztoru. Nie znalazł się nikt, ktoby się chciał sprzeciwiać zaspokojeniu tej niecierpliwości. Życzeniom więc jej stało się zadość; z wielkim przepychem i uroczystością odbyło się odwiezienie jéj do klasztoru, gdzie przywdziała sukienkę zakonną. Po dwunastu miesiącach nowicyatu, pełnych walk, żalów niewczesnych i chwilowego godzenia się z losem, nadszedł dla Giertrudy stanowczy dzień obłóczyn, dzień, w którym albo jasno i wyraźnie musiała powiedzieć — nie chcę — co teraz bardziej, niż kiedy, byłoby rzeczą dziwną, niespodziewaną, gorszącą, okropną; lub powtórzyć owo — tak — które już tyle razy powiedziała. Wybrała to ostatnie i na cale życie została zakonnicą.
Jest-to jedną z dziwnych właściwości wiary chrześcijańskiej, iż może pocieszyć, podnieść, pogodzić z losem każdego, kto w jakirnbądź stanie i wieku, w jakichbądź nieszczęściach i utrapieniach, do niej całem sercem się zwraca. Jeżeli jest jaki ratunek na naszę niedolę, ona go nam pierwsza wskazuje, ona go nam podaje, ona wlewa w nas moc i roztropność i sił nam przysparza, jeżeli zaś przeciwnie nic już nam pomódz nie zdoła, ona również godzi nas z nieuniknionym losem i, jak to mówią, nakazuje z konieczności robić cnotę. Uczy nas cierpliwie i z poddaniem się sumiennie pełnić to, co początek swój miało w lekkomyślności i nierozwadze, skłania duszę do dobrowolnego przyjęcia tego, do czego ją przemoc zmusiła, i owemu stanowi, który obraliśmy wprawdzie nie z własnej woli, lecz porzucenie którego jest już niepodobieństwem, daje świętość, namaszczenie i, powiedzmy szczerze, nawet całą słodycz prawdziwego powołania. Taką już jest ta droga, iż każdy, kto choćby z najbardziej zawikłanego labiryntu, z najstraszniejszej przepaści na nią wstępował, może być pewnym, że byle tylko chciał iść po niej mężnie i z wesołem sercem, ona go spokojnie i bez wstrząśnień doprowadzi do błogiego kresu. Za pomocą takiéj wiary, Giertrudą mogłaby zostać szczęśliwą, przykładną zakonnicą i zapomnieć o tem, iż przemoc ją do klasztoru wtrąciła. Lecz nieszczęśliwa ofiara szamotała się pod swem jarzmem i tem boleśniej, tem silniej czuła jego ciężar. Żal nieustanny za utraconą swobodą, wstręt do narzuconego jej stanu, męczące pobudzanie pragnień, które już nigdy nie mogły się ziścić: takim był stan duszy młodej zakonnicy. Rozpamiętywała owę gorzką przeszłość, przypominała sobie wszystkie okoliczności, które ją do tych murów wtrąciły, w myśli po tysiąc razy zmieniała to, czego już w rzeczywistości zmienić było niepodobna, obwiniała

BOZDZIAŁ X.
173
siebie o brak odwagi, innych o podstęp i przemoc i dręczyła się strasznie. Ubóstwiała jednocześnie i opłakiwała swą piękność, ubolewała nad młodością, która miała upłynąć i zwiędnąć przedwcześnie w powolnej męczarni, i w pewnych chwilach zazdrościła każdéj kobiecie, choćby najuboższej, choćby najmniej godnej zazdroSC1> która będąc młodą i piękną mogła z tych darów korzystać.
Widok owych zakonnic, które się przyczyniły do jéj zguby, stał S1§ dla niej nieznośnym. Przypominała sobie wszystkie ich zabiegi, wszystkie środki, których używały, aby ją w swe sieci uwikłać i teraz płaciła im za nie pogardą, wstrętem, wyniosłem obejściem się, a nieraz i jawnemi wyrzutami. Zakonnice najczęściej musiały to znosić w milczeniu, bo książę, chociaż sam dręczył córkę wówczas, kiedy trzeba było ją zmusić do wstąpienia do klasztoru, teraz, po dopięciu swego celu nie tak łatwo pozwoliłby na to, aby ktoś w czemkolwiek śmiał się sprzeciwiać woli jego dziecka, a jedna skarga, jeden chociażby wyraz nieukontentowania z ust Giertrudy mógłby dać powód do utracenia jego łaski i do zmienienia go z gorliwego opiekuna w zaciętego wroga zakonu. Zdawałoby się, iż Giertrudą powinna uczuwać pewien pociąg do tych zakonnic, które nie brały udziału w intrydze i które pomimo, że pierwéj nie pragnęły mieć jej za towarzyszkę, teraz wszakże okazywały jéj szczerą życzliwość. Zdawałoby się, że ich twarze pogodne, ich oddanie się babożeństwu i pracy mogły jéj posłużyć za dowód, że i w klasztorze bie tylko żyć można, ale nawet czuć się zupełnie zadowoloną, lecz
1 one również, chociaż z przyczyn odmiennych, były jej nienawistne. Ich błogi spokój, ich pobożność były, jakby naganą jej rozdrażniebia i dziwnego postępowania, to téż nie omieszkała nigdy skorzystać z każdéj nadarzającej się sposobności, aby szydzić z nich jako
2 dewotek i hipokrytek. Możeby dla nich zmniejszyła się jej niechęć, gdyby mogła odgadnąć, że te kilka czarnych gałek, które wraz z białemi, rozstrzygającemi o jej losie, znaleziono w urnie, właśnie pochodziły od nich.
Czasami zdawało jej się, iż pewną pociechę i ulgę przynosi jej prawo rozkazywania, otaczające ją hołdy i pochlebstwa, odwiedziny lcznych znajomych i krewnych, z któremi rozmawiała w parlatoryum, możność rozciągania swej wszechwładnej opieki nad temi, którzy ją o mą prosili, i wreszcie ów tytuł pani, który ją od reszty zakonnic wyróżniał; lecz jakże błaha była ta pociecha! Serce, nie mogąc się mą zadowolnić, pragnęłoby czasem połączyć z nią inną ®S2cze pociechę, tę, którą tylko wiara dać może, lecz podobnie, jak sbitek, aby uczepić się deski zbawienia, która go na brzeg ponienif’. Powinien najprzód wypuścić ze ściśniętej pięści wątły porost lski, którego się uchwycił powodowany instynktem rozpaczy,

174
NAKZECZENI.
tak też i ten, kto w wierze szuka osłody, winien o wszystkich innych pociechach zapomnieć.
Wkrótce po dopełnieniu ceremonii obłóczyn, Giertrudą mianowana została główną nauczycielką i nadzorczynią panienek pobierających wychowanie w klasztorze; a każdy z mych czytelników łatwo zrozumie, jak im musiała być słodką taka opieka. „Wszystkie jej dawniejsze towarzyszki opuściły już klasztor, lecz w sercu jej żyły jeszcze uczucia i pragnienia owych lat ubiegłych i powierzone jej wychowanki musiały w ten, lub w inny sposób na sobie ich gorycz odczuwać. Kiedy przychodziło jej na myśl, że wiele z nich ma żyć kiedyś w owym świecie, z którego ją wygnano na wieki, czuła jakąś straszną zawiść do tych biednych dziewczątek, jakąś ślepą chęć zemsty, i obchodziła się z niemi jaknajgorzej, dręczyła je na rozmaite sposoby, aby choć w części dać im naprzód już odpokutować za wszystkie te uciechy, które im kiedyś zaznać było sądzono. W podobnych chwilach każdy, ktoby mógł widzieć, z jak wielką surowością z niemi postępuje, jak je karci za najlżejsze nawet przewinienie, niezawodnie powziąłby o niej mniemanie, iż jest kobietą straszną, pozbawioną serca. W innych znów chwilach ten sam wstręt do klasztoru, do całego zakonu, do nakazanego posłuszeństwa, do wszystkich jego przepisów przejawiał się w wybuchach wcale odmiennej natury. Wówczas nie tylko znosiła cierpliwie hałaśliwą wesołość uczennic, lecz ją sama nawet podbudzała, brała udział w ich zabawach zwiększając zgiełk i zamieszanie, wtrącała się do ich rozmów i nadawała im kierunek, któregoby bez jej pomocy przyjąć nigdy nie mogły. Jeżeli jedna z panienek powiedziała słówko o zrzędzeniu przełożonej, Giertrudą zaraz zaczynała naśladować sposób mówienia wielebnej matki i ogólny śmiech wywoływała w młodych wychowankach, naśladowała również w sposób zabawny ruchy tej a tej zakonnicy, wyraz twarzy tej a tej przyjaciółki przełożonej i sama się śmiała wraz z innemi, lecz był-to śmiech, który nie mógł jej dać ani chwili wesołości. Tak spędziła lat kilka nie mając sposobności, ani też możności uczynienia czegoś gorszego, w końcujeduak nieszczęście mieć chciało, iż się i do tego nadarzyła zręczność.
Pomiędzy wielu przywilejami i oznakami wyróżnienia, których używała w klasztorze, a które miały na celu wynagrodzenie jej tego, iż jeszcze nie mogła zostać matką przełożoną, był też i ten, nie małej wagi, co prawda, że zajmowała oddzielny apartament. Pokoje, przeznaczone dla niej, znajdowały się w rogu budynku, tuż obok domu, zamieszkałego przez pewnego młodzieńca, skończonego łotra, jednego z tych wielu, którzy w owe czasy, otaczając się zgrają brawów i będąc spokrewnieni z innemi nędznikami, nale-

ROZDZIAŁ X.
175
żąeemi do świetnych rodów i mającemi władzę, mogli do pewnego stopnia kpić sobie z prawa i jego przedstawicieli. Nasz rękopism nazywa go tylko po imienin, nie wymieniając nazwiska. Imię jego było Egidio. Ów więc młodzieniec, ze swego okna, które wychodziło na mały dziedziniec, należący do mieszkania Giertrudy, nieraz ją widział, gdy znudzona, bez celu przechadzała się po nim, i, zachęcony raczej, niż zrażony, trudnościami i niebezpieczeństwem występnego kroku, ośmielił się pewnego razu do niej przemówić. Nieszczęśliwa odpowiedziała.
W pierwszych tych chwilach uczuła jakieś zadowolenie, które, choć nie mogło być zupełne i szczere, niemniej jednak było bardzo żywe. Nudną, nieznośną próżnię jej duszy napełniło teraz jakieś nowe, silne, potężne życie, lecz zadowolenie, którego doznawała, podobne było do owego pokrzepiającego napoju, którym okrutna kapłanka starożytnych poiła ludzi na męki skazanych, aby im dodać siły do zniesienia strasznych katuszy. Jednocześnie w postępowaniu jej zaszła wielka zmiana: naraz stała się uległą i słodką, zapomniała o żartach niewczesnych i wybuchach gniewu, ich miejsce zastąpiły łagodność i pokora, a poczciwe zakonnice, które nie mogły nawet przeczuwać istotnego powodu tej zmiany i nie rozumiały, że ta nowa cnota była tylko obłudą, dodaną do wad dawniejszych, cieszyły się niezmiernie z tego nawrócenia Giertrudy. Wszakże ta, że tak powiem zewnętrzna pobiała, te wszystkie pozory nie mogły trwać długo, wkrótce wróciły dawniejsze wybuchy gniewu, rozdrażnienie, kaprysy, wróciły narzekania na klasztorną niewolę, zwykłe, szydercze żarciki z zakonnic i przełożonej, wypowiadane nieraz w sposób tak jaskrawy, tak nieprzystojny i tak niezwykły w tem miejscu, że trudno było uwierzyć, aby usta zakonnicy mogły na nie się zdobyć. Jednak teraz po każdym z takich wybuchów następowały żal i skrucha, chęć zagładzenia winy, oznaki czułości
i grzeczne, pokorne słówka. Zakonnice znosiły cierpliwie wszystkie te zmiany gwałtowne, przypisując je niestałemu, dziwacznemu usposobieniu pani.
Przez czas dość długi, zdawało się, iż w klasztorze nikt nie ma żadnych podejrzeń i wszystko szło dawnym torem, ale pewnego poranku, kiedy Giertrudą, nie wiem już z jakich powodów, wszczęła sprzeczkę z jedną z konwersek i w sposób oburzający znęcać się nad biedaczką zaczęła, ta, znosząc przez czas pewien w milczeniu i z zaciśniętemi ustami obelgi, straciła wreszcie cierpliwość i powiedziała, że wie coś o postępowaniu pani i że o tem potrafi zawiadomić matkę przełożęną. Od tej chwili Giertrudą nie miała już spo*°ju. Wkrótce potem, owa konwerską nie ukazała się w kościele lla nabożeństwie porannem, nie przyszła też i później do swych zwy

176
NARZECZENI.
kłych zajęć; udano się do jej celi, cela była pustą, zaczęto jej szukać po całym klasztorze, do każdego kąta zajrzano, nigdzie, ani śladu.
I kto wie, do jakich wniosków dałoby to powód, gdyby właśnie szukając jej wszędzie, nie odkryto otwoiu w murze ogrodowym, co utwierdziło w mniemaniu, że przez ten otwór uciec musiała. Rozesłano listy na wszystkie strony, zarządzono ścisłe poszukiwania w Monzy w całej okolicy, a głównie w Mada, miejscu rodzinnóm konwerski lecz nigdy żadna o niej nie nadeszła wiadomość. Kto wie czyby się o niej nie można było czegoś więcej dowiedzieć, gdyby zamiast szukać daleko zaczęto kopać ziemię w pobliżu. Po wielkiem zdumieniu, które wywołało to zdarzenie, gdyż nikt w całym klasztorze nie mógł nawet przypuszczać, aby owa konwerską była zdolną do tak haniebnego czynu, po długich rozprawach, wszystkie zakonnice przyszły wreszcie do wniosku, iż musiała uciec „dzieś daleko, bardzo daleko. A ponieważ jedna z nich powiedziała razu pewnego: — niezawodnie musiała się schronić do Holandyi — zaraz wszystkie to powtórzyły, jako rzecz pewną i wieść ta rozeszła się po okolicy. Sądzę jednak, że Giertrudą nie musiała owego zdania podzielać. Wprawdzie nie okazywała niedowierzania, nie starała się w zwykły swój sposób zaprzeczać ogólnemu mniemaniu, umiała wybornie ukryć to, co o tem wszystkiem myślała, nigdy nie mówiła o tajemniczem zdarzeniu, nigdy nie okazywała najmniejszej chęci zgłębienia go należycie. Lecz im mniej o nióm mówiła, tem więcój za to myślała. Ileż-to razy w ciągu dnia jednego obraz owej konwerski niespodzianie stawał jej przed 0CZy ileż-to razy usiłowała go od siebie odegnać! Jakże często pragnęłaby raczej widzieć ją żywą, prawdziwą, z ciała i kości, niż mieć ją ciągle w wyobraźni, niż być zmuszoną we dnie i w nocy przebywać z tem widmem strasznem, spokojnem, nieubłaganem! Jak często wołałaby słuchać jój głosu, jej gróźb nawet, niż mieć w uszach ciXłv ten szept, który powtarzał zawsze jedne i te same wyrazy i to z taką wytrwałością, na jaką nigdy żadna żyjąca istota nie
m0gBvło*to w^ok po zniknięciu konwerski, gdy Łucyę z matką ojciec gwardyan przyprowadził do pani i gdy miała miejsce owa rozmowa w BorZaioryuzw, którąsmy przytoczyli w przeszłym rozdziale. Pani no odejściu Agnieszki i kapucyna, kazała Łucyi opowiedzieć sobie w jaki-to sposób prześladował ją don Rodrigo, i zaczęła ją wvnv’tvwać o pewne szczegóły, które niepomału zdziwiły i zmieszały niebogę Nie sądziła nigdy, aby ciekawość zakonnic az tak daleko sięgała. Zdania, któremi pani przeplatała zapytania lub których się domyślać kazała, niemniej też były dziwne. Mogłoby się zdawać, że śmiech w niej wzbudza ów wielki wstręt, który Łueya

ROZDZIAŁ X.
177
okazywała dla jaśnie wielmożnego pana; pytała ją, czy naprawdę był tak bardzo straszny, i widocznem było, że ów opór wieśniaczki uważałaby stanowczo za nierozsądny i nieusprawiedliwiony, gdyby nie ta okoliczność, iż przeniosła Renza nad don Rodriga. I o narzeczonego również wypytywała się w sposób, który wywoływał rumieniec na twarz Łucyi. W ostatku jednak, spostrzegłszy, że za daleko może być już zaszła, zmieniła przedmiot rozmowy i zaczęła się starać usilnie o to, aby poprawić i nadać inne znaczenie wszystkiemu, co powiedziała dotychczas, pomimo to wszakże nie zdołała zatrzeć w duszy wieśniaczki jakiegoś przykrego zdziwienia, jakiegoś mimowolnego, nieokreślonego przestrachu.
Łueya, zaledwie sam na sam mogła z matką pozostać, zaraz jej wszystko opowiedziała; lecz Agnieszka, jako osoba doświadczona, uspokoiła jej trwogę dziecinną, rozwiązała wszelkie wątpliwości i wytłumaczyła całą tajemnicę niezwykłego postępowania pani. — Nie powinnaś się temu dziwić — rzekła — a kiedy poznasz świat tak dobrze, jak ja go znam, to się przekonasz, iż to są rzeczy bardzo zwyczajne. Bo to widzisz, wszyscy panowie, ile tylko ich jest, jedni mniej, drudzy więcej, koniecznie muszą mieć bzika. Trzeba im pozwolić gadać, co im się podoba, a my powinniśmy ich słuchać w pokorze, a wówczas zwłaszcza, kiedy wiemy, że nam mogą zaszkodzić lub dopomódz udawać nawet, że najzupełniej podzielamy ich zdanie, tak, jakby mówili rzeczy naprawdę rozumne. Słyszałaś przecie, jak mię wykrzyczała? Mogłoby się zdawać, że Bóg wie jakie głupstwo powiedziałam. A ja sobie nic z tego nie robię, bo już; oni wszyscy tacy i nie ma na to rady. Lecz, ztémwszystkiem wielkie to dla nas szczęście, że pani zdaje się na ciebie łaskawem okiem spoglądać i że chce nam w tej biedzie dopomódz. Zresztą, moja droga, jeżeli w życiu zdarzy ci się jeszcze kiedyś mieć do czynienia z jaśnie wielmożnemi, to się lepszych nawet rzeczy nasłuchasz. Zobaczysz, zobaczysz!
Chęć wyświadczenia przysługi ojcu gwardyanowi, nadarzająca się sposobność wykazania swej władzy, myśl o rozgłosie i pochwałach, które to szlachetne postępowanie wywoła w całej okolicy, osobista sympatya dla Łucyi, zresztą pewna ulga, której doznawała w zaopiekowaniu się niewinną istotą, usposobiły Giertrudę do szczerego zajęcia się losem prześladowanej i jej matki. Na jej prośbę i na jej żądanie został oddany obu kobietom pokoik odźwiernej przytykający do klasztoru; i od tej chwili zaczęto je uważać, Jakby należące do klasztoru. Matka i córka dziękowały Bogu za że im pozwolił znaleść tak pewny, tak ze wszechmiar zaszczyprzytułek. Na teraz najgorętszem ich życzeniem było, aby nikt się nie dowiedział o ich nowem schronieniu i aby ludzie jak-

1.78
NARZECZENI.
najmniej zajmowali się niemi; lecz nie było to rzeczą zbyt łatwą, w Klasztorze, a do tego istniał przecież człowiek, który wszelkich starań dokładał, aby powziąć o nich jakąś wiadomość gdyż w jego duszy do namiętności i dawniejszego uporu przyłączyło się obecnie silne rozdrażnienie i chęć zemsty z powodu, że został omylony i uprzedzony i że jego nikczemne zamiary spełzły na niczem J
Zostawiając na czas pewien kobiety w ich bezpiecznem schro meniu, wracajmy teraz do zameczku i cofnijmy się myślą do owego wieczoru, w którym don Rodrigo oczekiwał z niecierpliwością skutku zbrodniczej wyprawy. ’
ROZDZIAŁ XI.
Jak zgraja ogarów, która, gdy straci trop ściganego zaiaca zawstydzona, ze zwieszonemi głowami i podkurczonemi ogonami’
wraca do stóp swego pana, tak w owę noc, pełną zamieszania wra
cali brawi do zameczku don Rodriga, w czasie gdy ten, w ciemności wielkiemi krokami mierzył niezamieszkałą izbę, znajdująca si»n strychu, której okna wychodziły na placyk przed gankiem Zatrzymywał się często, słuch natężał, patrzył przez szczeliny starych okiennic, czuł wielką niecierpliwość, a jednocześnie jakąś mimowolną trwogę, nie tylko z powodu niepewnego skutku wyprawy lecz i dla następstw, które mogła pociągnąć za sobą; wyprawa ta bowiem była najbardziej zuchwałą i najbardziéj niebezpieczną ze wszystkich, które dotychczas ów zacny człowiek przedsiębrał Wszakże do pewnego stopnia uspakajała go myśl o wszystkich tyeli ostrożnościach, mających posłużyć do zatarcia śladów i zniszczenia dowodów, jeżeli nie samych podejrzeń. Co zaś do podejrzeń — mv ślał sobie toani dbam o nie. Chciałbym wiedzieć, jaki śmiałek odważy się przyjść tu do mnie, aby się przekonać, czy owa dziewczyna u mnie się znajduje! Niech przyjdzie, niech spróbuje, już ja go potrafię przyjąć należycie. Ale i któż mógłby to uczynić? Ów mnich szkaradny? to i owszem, z nim dam sobie radę. Matka dziewczyny? Tę do Bergamo wyprawię. Wykonawcy prawa? O! kpię sobie z prawa! Sędzia me jest dzieciuchem, ani waryatem. Zaskarżą mnie w Medyolanie? w Medyolanie! A któż tam dba o tę hołotę? Kto ich słuchać zechce? Kto ich słowom da wiarę? Bo i kimże są owi ludzie? nie należą do nikogo, pana nie mają, istna trzoda bez pasterza. Tak, tak, mogę być zupełnie spo-

ROZDZIAŁ XI.
179
kojny. Otóż się zdziwi mój szanowny kuzynek! Przekonam go nareszcie, że gdy co postanowię, to potrafię wypełnić. A zresztą...’ gdyby nawet i miały stąd wyniknąć jakieś kłopoty... bo wszystko przewidzieć wypada, gdyby naprzykład jakiś mój wróg chciał skorzystać z tej okoliczności... e! toż przecie i hrabia Attilio potrafi dać mi dobrą radę, tu chodzi o honor całego rodu. — Lecz myśl, na której zatrzymywał się najdłużej, ponieważ w niej znajdował uspokojenie dręczących go obaw, a jednocześnie podnietę głównej żądzy,, była powtarzaniem sobie w duchu wszystkich obietnic i przyrzeczeń, za pomocą których miał ugłaskać i uspokoić Łucyę.
— Takiego ją strachu nabawią moi brawi, ich twarze zbójeckie,, owa myśl, że jest w ich mocy, że... no, przecież nie ulega wątpliwości, że najbardziej ludzką twarz w zamku ja tylko posiadam... a zatem sama się zwróci do mnie, sama zacznie mię prosić, a jeżeli będzie prosić...
W chwili gdy w swej głowie wszystko tak pięknie obmyśla, dolatuje go jakiś hałas z podwórza, zbliża się szybko do okna, ostrożnie okiennice otwiera, wychyla głowę: To oni.
— A lektyka? Do stu czartów! Gdzie lektyka? Trzech, pięciu, ośmiu, wszyscy wrócili, Grizo także, a lektyki nie ma, a łotry ł a wisielce! Grizo mi za to odpowie!
Otworzono bramę, weszli wszyscy; Grizo w jednym kącie izby na dole postawił kosztur, złożył tam wielki kapelusz i płaszcz swój pielgrzymi i, jak mu to nakazywał jego urząd dowódcy, którego mu w tej chwili z pewnością nikt nie pozazdrościł, udał się na górę, aby panu dać sprawozdanie z powierzonej sobie wyprawy. Don Rodrigo oczekiwał już nań stojąc na najwyższym stopniu schodów, a spostrzegłszy go i widząc owę głupią minę, którą ma zwykle łotr zawiedziony, głosem podniesionym i trzęsąc się z gniewu zawołał: — a więc, panie zuchu, panie samochwalcze, panie naczelniku, panie: proszę się spuścić na mnie?
— Bolesna to rzecz — powiedział Grizo, zatrzymując się na pierwszym stopniu schodów: — niezmiernie bolesna, kiedy wymówki musi znosić ten, kto się starał służyć wiernie i szczerze i spełnić swój obowiązek choćby z narażeniem własnej skóry.
— Zobaczymy, zobaczymy! Natychmiast o wszystkiem chcę wiedzieć — rzekł don Rodrigo i skierował się do swego pokoju. Grizo poszedł za nim i opowiedział mu natychmiast o tem, jak się rozporządził, co zrobił, co widział i czego nie widział, co słyszał, czego się przeląkł i czego doznał w tej całej wyprawie, a jego sprawozdanie, chociaż treściwe, było jednocześnie odbiciem owego zamieszania, niepewności, odurzenia i strachu, które w tej chwili knować w umyśle jego musiały.
12*

180
NARZECZENI.
— Nie twoja w tem wina, że się nie udała ta nasza wyprawa — rzeld don Rodrigo — nic ci zarzucić nie mogę, uczyniłeś wszystko, co zależało od ciebie; ale... czyż pod moim dachem miałby się jakiś szpieg ukrywać? O, jeżeli tak jest, jeżeli go odkryję, a skoro jest, odkryję go niezawodnie, biada mu, biadał Grizo, ten łotr mnie popamięta, ja ci to powiadam.
— I mnie również, jaśnie wielmożny panie — rzekł Grizo — przychodziło już na myśl takie podejrzenie: i gdyby-to miało być prawdą, gdybyśmy odkryli takiego nędznika, to już niech jaśnie wielmożny pan raczy oddać go w moje ręce. Bo naprawrdę, gdyby ktoś miał się przyczynić do tego, abym spędził noc taką, jak dzisiejsza, o, do mnie należałoby zapłacić mu za ten żarcik! Jednak wiele rzeczy naprowadza mię na myśl, że w całej tej sprawie musi być jeszcze jakaś inna intryga, której teraz zrozumieć niepodobna. Ale jutro, jutro* jaśnie wielmożny panie, już ja to wszystko wyjaśnić potrafię.
— Czy was nie poznano przynajmniej? — Grizo odpowiedział, iż prawdopodobnie nie poznano; i rozmowa zakończyła się na tem, że don Rodrigo powiedział mu, aby następnego poranka zabrał się do wykonania trzech rzeczy, o których poczciwiec już i bez pańskiego rozkazu pomyślał. Miał posłać dwu ludzi do wójta z wiadomem nam ostrzeżeniem, dwu innych do chaty na polu, aby krążąc koło niej, nie pozwalali nikomu do niej się zbliżyć i strzegli przed oczami ciekawych owę lektykę, która się w niej znajdowała i która dopiero nocy następnej miała być napowrót przyniesioną do zamku, gdyż, jak na teraz, byłoby rzeczą niezbyt bezpieczną przedsiębrać jakiekolwiek nowe wyprawy, mogące wzbudzić podejrzenia, sam zaś Grizo i kilku innych najbardziej sprytnych i roztropnych brawów mieli się udać do wioski, aby zmieszawszy się z ludem powziąć jakąś wiadomość o niepojętych wypadkach tej dziwnej nocy. Po wydaniu rozkazów don Rodrigo udał się na spoczynek, zalecając Grizowi, aby toż samo uczynił i na pożegnanie obsypując go pochwałami, mającemi wynagrodzić ów potok obelżywych wyrazów, któremi wiernego sługę przywitał.
— Idź już spać, mój biedny Grizo, musisz być bardzo znużony. Biedny Grizo! To nie żarty spędzić dzień cały, całą noc prawie na tak ciężkiej pracy, nie licząc w to niebezpieczeństwa, na któreś był narażony, wpadnięcia w ręce chłopów, lub zarobienia sobie na pchnięcie sztyletem za rapto di donna honesta i zwiększenia w ten sposób ilości szramów, które już nosisz na ciele! A po tem wszystkiem jeszcze pan cię tak mile przywitał 1 Ale widzisz, bo to na świecie Indzie często w taki się sposób wywdzięczają tym, którzy im wiernie służą. Mogłeś się jednak przekonać, choćby z tego

ROZDZIAŁ XI.
181
zdarzenia, że sprawiedliwość zawsze, prędzej czy później bierze górę. Na teraz idź spać, mój poczciwy, mój wierny Grizo i bądź przekonany, iż wkrótce dam ci jeszcze oczywistszy dowód tego, że cię umiem należycie ocenić.
Następnego poranku Grizo już był oddawna zamek opuścił, aby zabrać się bezzwłocznie do spełnienia rozkazów pańskich i zleceń, gdy don Rodrigo obudził się. Wstał śpiesznie i udał się natychmiast do hrabiego Attilia, który, widząc go, z drwiącym uśmiechem zawołał: — św. Marcin!
— Sam nie wiem, co mam na to odpowiedzieć — rzekł don Rodrigo, zbliżając się do kuzyna: — cóż robić, przegraną zapłacę, ale to rzecz mniejsza; gdybyś wiedział, jaki jestem wściekły, jaki... Nic ci nie mówiłem dotychczas, bo miałem zamiar zrobić ci dzisiaj prawdziwą niespodziankę. Ale... otóż teraż opowiem ci. wszystko.
— A wiesz, co ci powiem — rzekł hrabia Attilio po wysłuchaniu całej tej sprawy z tak wielką uwagą, jakiéj się nawet trudno było po nim spodziewać — głowę dałbym za to, że ów szanowny kapucyn musiał się do tego przyczynić. Teu mnich taki skromniutki, taki cichy, taki święty, wygłaszający takie dziwne zdania, zakrawa jakoś strasznie na intryganta i lisa. A tyś mi się nigdy dotąd nie zwierzył, nigdyś mi nie powiedział jasno i wyraźnie, po co on do ciebie wówczas przychodził. — Don Rodrigo powtórzył swoję rozmowę z ojcem Krzysztofem. — I ty zniosłeś to cierpliwie! — zawołał hrabia Attilio — i pozwoliłeś na to, aby odszedł zdrowo i cało!
— A cóż miałem robić? Chciałbyś może, abym sobie naraził wszystkich kapucynów całego świata?
— Nie wiem — rzekł kuzynek — czybym w takiej chwili mógł jeszcze o tem pamiętać, że oprócz tego jednego łotra są jeszcze i inni kapucyni na świecie, ale mniejsza z tem. Zdaje mi się jednak, że nawet nie przekraczając granic rozwagi i oględności, dałby się jakiś sposób wynaleść dla skarcenia zuchwałości kapucyna. Trzeba tylko umieć we właściwym czasie podwajać grzeczność dla całego zgromadzenia, aby bez obawy kary, lub odpowiedzialności módz chociażby nawet kijami obić jednego z członków przezacnego grona. No, uniknął wprawdzie tego, co mu się słusznie należało, pożałowałeś jego skóry, kuzynku; ale to nie przeszkadza, abym ja teraz nie miał nim się zająć. Ja go nauczę sposobu, w jaki się. powinno przemawiać do osób takich jak my!
— Jeszcze mi zaszkodzisz i do reszty wszystko zepsujesz.
— A cóż tu już psuć więcej? Spuść się tylko na mnie, a zobaczysz, że ci nawet dopomogę jako prawdziwy przyjaciel i krewny.

182
NAKZECZENI.
— I cóż chcesz uczynić?
— Jeszcze sam nie wiem, ale że mnie ów mnich popamięta, to pewno. Pomyślę, wynajdę jakiś sposób... a nawet zdaje mi się, że mi do tego najlepiej posłużyć może nasz stryjaszek z Tajnój Rady. O! kochany stryjaszek! Jakże się cieszę każdą rażą, gdy mi się udaje jakąś moją sprawą głowę jego ekscelencyi zaprzątnąć, kiedy ten wysoki rozum musi dla mnie pracować! Pojutrze będę w Medyolanie, a, czy-to w ten czy w inny sposób, już ja ci ręczę, że potrafię przysłużyć się obrzydłemu mnichowi.
Tymczasem podano śniadanie, które jednak nie przerwało rozmowy o sprawie tak wielkiej doniosłości. Hrabia Attilio brał ją gorąco do serca; lecz, przez przyjaźń dla kuzyna i dla honoru świetnego, a wspólnego im rodu, postanowił działać tak, jak mu to nakazywały jego pojęcia o tej przyjaźni i o tym honorze, nie mógł się jednak powstrzymać, aby pod wąsem, nieznacznie, nie uśmiechać się na myśl o zawiedzionych nadziejach kuzynka. Don Rodrigo zaś, którego ów niepomyślny skutek wyprawy tak silnie podrażnił, który sądząc, że cicho i spokojnie wielkich rzeczy dokona, tymczasem, jak-to mówią, osiadł na lodzie, najmniejszej nie czuł do śmiechu ochoty, gdyż go dręczyły przeróżne namiętności i bardzo niewesołe myśli-
— Piękne wieści będą teraz o mnie rozsiewać ci hołysze w całej okolicy! — mówił z goryczą. Ale, co to mnie może obchodzić? Niech sobie plotą, co chcą. Ze sprawiedliwości też nic sobie nie robię: dowodów nie ma żadnych, a gdyby nawet i były, tobym i wówczas jeszcze mógł kpić ze wszystkich praw na świecie; ale, aleczy ci już o tem mówiłem, żem dziś, tak, na wszelki wypadek, kazał wójta uprzedzić, aby się nie ważył o całej tej sprawie sąd zawiadamiać? Bo choć wiem, że toby się na niczem skończyło, ale plotki, ale gawędy... wszystko to, gdyby się miało za długo przeciągnąć, zanadto-by mię znudziło. Już dosyć i tego, że sobie ze mnie zakpiono w ten sposób.
— Zawiadamiając wójta postąpiłeś świetnie — odpowiedział hrabia Attilio. — Ten twój sędzia... ten nudziarz, nieznośny, ten uparty sędzia... choć pustą ma głowę, jednak należy do porządnych ludzi, to jest do ludzi, którzy pamiętają o swym obowiązku, a właśnie kiedy się ma do czynienia z podobnemi osobami, trzeba starać się o to, aby nie znaleźli się w draźliwem położeniu. Bo, kiedy naprzykład wójt ladaco zawiadamia sąd o jakiejś sprawie, sędzia, choćby najmniejszej nie czuł do tego ochoty, musi wszakże...
— Nie rozumiem doprawdy — przerwał mu, z pewnem rozdrażnieniem, don Dodrigo — dlaczego ciągle i we wszystkiem starasz się pokazać, że tylko ty zdolny jesteś wszystko przewidzieć i wy-

ROZDZIAŁ XI.
183
tłomaczyć, dlatego wziąłeś mię w tak dziwną opiekę, skąd ten ton kaznodziejski, zdaje mi się, iż masz ochotę ze mnie żartować? Skądże ci się przywidziało naprzykład, że ów sędzia, że ów osioł uparty ma koniecznie być porządnym człowiekiem i dbać o pełnienie swych obowiązków?
~ Wiesz co, kuzynie — odrzekł, patrząc nań ze zdziwieniem, hrabia Attilio — wiesz, że gotów byłbym myśleć, żeś trochę stchórzył? Jakto, więc bierzesz na seryo to, com o sędzi powiedział?
— A sam przecie mówiłeś przed chwilą, że i o nim trzeba pamiętać.
— Mówiłem, to prawda, a kiedy chodzi o coś ważnego, to potrafię dowieść, że nie jestem dzieciakiem. Wiesz-że ty, com nawet gotów zrobić dla ciebie? Oto jestem człowiekiem zdolnym złożyć wizytę panu sędziemu. A! miłym mu będzie ten zaszczyt, jak sądzisz? I na to nawet mógłbym się zdobyć, aby wciągu półgodziny pozwolić mu gadać o księciu-hrabi, o naszym kasztelanie z Lecco i zgadzać się z jego mądrem zdaniem zawsze i we wszystkiem, choćby nawet miał pleść takie niesłychane brednie, jak u ciebie w czasie obiadu. Mogę potem coś niby od niechcenia napomknąć o hrabi moim stryju, który zasiada w Tajnej Radzie, a wieszże ty, jakie wrażenie podobne słówka wywierają na uszy sędziego? Itzecz to pewna, iż jemu może być potrzebniejszą nasza protekcya, niż tobie jego pobłażliwość. Pójdę, pójdę do niego koniecznie i zobaczysz, jak go potrafię usposobić dla ciebie.
Po tej rozmowie i kilku innych bardzo do niej podobnych, hrabia Attilio wyszedł z zameczku, udając się na polowanie, a don Rodrigo w domu pozostał, czekając niecierpliwie na powrót Griza. Zjawił on się wreszcie, już przed samym obiadem, aby panu złożyć swe sprawozdanie.
Noc ubiegła była pełną tak wielkiego zamięszania i zgiełku, zniknięcie naraz trzech osób z jednój. małej wioski, wypadkiem tak niezwyczajnym, że dochodzenie ich śladów przez ludzi, życzących przyjść im z pomocą i przez innych, których do tego głównie popychała ciekawość, było rzeczą nieuniknioną; to też szukano pilnie i na wszystkie strony. Oprócz tego, tych, co albo sami na własne oczy widzieli, albo też czegoś się od innych podowiadywali, była liczba za wielka, aby się wszyscy mieli zgodzić na zachowywanie milczenia. Każdym razęm, gdy Perpetua ukazywała się na progu plebanii, natychmiast otaczała ją gromadka ciekawych, wypytując, £o to byli za jedni ci ludzie, którzy dziś w nocy tak nastraszyli proboszcza? a Perpetua, przypominając sobie wszystkie okoliczności °Wego wypadku i dochodząc wreszcie do przekonania, że ją

184
NAKZECZENI.
Agnieszka w pole wywiodła, czuła tak wielki gniew na tę niegodziwą kobietę, iż naprawdę potrzebowała się trochę wygadać. Stąd’ wszakże nie wynika bynajmniéj, aby miała zaraz przed każdym uskarżać się na ów haniebny podstęp, którego względem niej Agnieszka użyła, o tem ani pisnęła, lecz przemilczać o figlu wypłatanym proboszczowi, to już przechodziło jej siły; najbardziej oburzała ją ta okoliczność, iż była to sprawka chłopaka, którego uważała za wzór poczciwości, tej zacnej wdowy Agnieszki i tej, tej świętoszki Łucyi 1 Don Abbondio mógł rozkazywać stanowczo, lub prosić najgrzeczniej, aby jego służebnica chciała tajemnicę zachować, Perpetua mogła również odpowiadać mu na to, że zbyteczne są te przestrogi, gdyż rzecz sama przez się jest aż nadto oczywista i jasna; lecz ztemwszystkiem, owa więlka tajemnica w sercu poczciwej Perpetui podobną była do bardzo młodego wina, które wlano do starej, słabo obręczami ściśniętej beczki i które ustawicznie burzy się, pieni, podnosi, a choć jeszcze nie zdołało wysadzić czopu w powietrze, już go pianą pokryło i sączy się i ścieka przez wszystkie szczeliny, tak, iż każdy może go zakosztować i powiedzieć, jaki jest jego smak, jaki gatunek. Gierwazy, któremu niemal trudno było w to uwierzyć, iż choć raz w życiu więcej wie od innych, któremu zdawało się chlubą nie lada, iż tak wielkiego strachu zaznał w sprawie niebezpiecznej i który z tego powodu wyobraził sobie, że już śię stał tak mądry jak i inni ludzie, miał niesłychaną ochotę pochwalenia się przed kimś. Tonio, któremu nie na żarty przychodziły na myśl sądy, badania i więzienie, grożąc pięścią nakazywał braciszkowi, aby pisnąć nawet się nie ważył, lecz i to nie na wiele się zdało, gdyż niepodobna mu było gęby zawiązać. Zresztą i sam Tonio, z powodu, iż w nocy tak długo bawił gdzieś za domem, a za powrotem miał jakąś tak dziwną, zmieszaną, przestraszoną minę, został powitany przez żonę tysiącem zapytań, które zmusiły go do wyjawienia całej prawdy. W usposobieniu trwożnem, w którem się wówczas znajdował, pewną ulgę nawet przyniosła mu taka spowiedź i na chwilę biedak zapomniał o tej ważnej okoliczności, iż żona jego niebyła głuchoniemą. Kto mówił najmniój, to Menico, gdyż, zaledwie opowiedział rodzicom powód swej wyprawy i wszystko, czego doznał, wydało im się rzeczą tak straszną, że syn ich brał udział w sprawie obrócenia w niwecz planu don Rodriga, iż mu prawie skończyć nie dali opowiadania. Rozkazali mu, aby nawet jednem słówkiem, jednem, chociażby spojrzeniem, nie zdradził strasznej tajemnicy, i zaraz następnego poranku, osądziwszy, że i te środki ostrożności nie są jeszcze zbyt pewne, postanowili nie wypuszczać go z domu przynajmniej w ciągu tych piei-wszych dni kilku. Pomimo to jednak następnie ciż sami rodzice Menica,

KOZDZIAL XI.
185
w rozmowach z mieszkańcami wioski, choć usiłowali nie wydawać się z tem, że wiedzą daleko więcej od nich, gdy zachodziła mowa o tajemniczej ucieczce naszych biedaków i o tem, dokąd się schronili, dodawali od siebie, jakby-to już było rzeczą ogólnie znaną, iż udali się prosto do Pescarenico. Tak więc i ta okoliczność stała się wszystkim wiadomą.
Ze wszystkich tych urywanych, niezbyt dokładnych, lecz w jednę całość zebranych wiadomości, do których następnie przyłączono niezbędne w takich razach dodatki i upiększenia, mogła uróść naprawdę opowieść tak jasna i tak szczegółowa, że i najmniej dowierzający umysł powinien był nią się zadowolnić zupełnie. Wszakże jedna okoliczność psuła tu wszystko, a mianowicie ów napad brawów, wypadek za bardzo ważny i rozgłośny, aby o nim można było zapomnieć, lecz o którym również nikt nie pewnego nie umiał powiedzieć; on to wmieszany do tej całej sprawy, gmatwał ją i dziwną jakąś tajemnicą osłaniał. Półgłosem, z ust do ust podawano sobie imię don Rodriga i pod tym względem wszyscy się na jedno zgadzali, co zaś do innych szczegółów tej sprawy, to nikt nic z nich nie mógł zrozumieć i każdy tworzył sobie inne wnioski. Mówiono wiele o dwu brawach, których we wsi nad wieczorem widziano, i ° tym trzecim, który stał we drzwiach gospody, lecz czyż tak błaha okoliczność mogła coś wyjaśnić? Wprawdzie wypytywano właściciela gospody, kto byli ci ludzie, ale on tę tylko dawał wszystkim odpowiedź, iż teraz już nawet nie pamięta, czy owego wieczoru ktokolwiek doń wstępował i wystrzega! się popisywać z owem zwykłem swem zdaniem, że gospoda jego, to jak przystań na morzu. To jednak, co się wydawało rzeczą najbardziej zagadkową i co wszelkie domysły obracało w niwecz, był ów pielgrzym, którego Stefan i Andrzej widzieli, ów pielgrzym, którego rozbójnicy, czy też brawi chcieli zabić i który następnie, jak mówili jedni, sam dobrowolnie z niemi poszedł, a jak utrzymywali inni, musiał być do tego przez nich zmuszony. Co-to był za jeden? Czy dusza z czysca, przybyła kobietom na pomoc; czy duch przeklęty jakiegoś niegodziwego oszusta pielgrzyma, który w porze nocnej zstępował na ziemię i łączył się z temi, którzy pełnili straszne rzemiosło, tak mu dobrze znane za życia, czy pielgrzym prawdziwy z ciała i kości, którego zbóje chcieli zabić z obawy, aby nie narobił wrzawy i całej wioski nie zbudził, czy wreszcie (bo i tak daleko przypuszczenia sięgały!) jeden z brawów za pielgrzyma przebrany? Różnie o tem ^ówiono, a domysły były tak dziwne, tak sprzeczne i tak rozmaite,
Grizo z całą swą przebiegłością i sprytem nigdy-by dociec nie zdołał, kim naprawdę mógł być ów zagadkowy pielgrzym, gdyby fym razie za podstawę jego sądu miały mu służyć jedynie gawędy

186
NARZECZENI.
wieśniaków. Lecz, jak o tem wie już czytelnik, to właśnie, co dla innych stanowiło nierozwikłaną, zagadkę, dla Griza było rzeczą najbardziej jasną z całej tej sprawy i posłużyło mu do należytegozrozumienia innych wiadomości, które, albo sam zebrał, albo których mu dostarczyli jego pomocnicy, wkrótce mógł z nich utworzyć dość jasne i zwięzłe sprawozdanie i z niem do pana pośpieszyć. Don Rodrigo zamknął się z nim natychmiast w swoim pokoju, a po chwili wiedział już o najściu na plebanię i rozpaczliwym planie biednych narzeczonych, co wyjaśniając dostatecznie przyczynę pustego mieszkania Agnieszki i dzwonu na trwogę, usuwało przypuszczenie, jakoby w zamku miał się jakiś zdrajca znajdować. Następnie wierny sługa zawiadomił pana o ucieczce narzeconych; ucieczkę tę również łatwo można było objaśnić, czy to przestrachem młodej pary, której wyprawa tak się nie powiodła, czy jakąś wiadomością o najściu Irawów na domek Agnieszki, którą usłyszeli na ulicy wówczas, gdy już całą wioskę opanował ów wielki zamęt. Na ostatku Grizo powiedział, iż uciekający schronili się do Pescarenico; dalej nie sięgały jego wiadomości. Don Rodrigo doznał pewnego zadowolenia na myśl, iż nikt go nie zdradził, i że nie pozostało jawnych śladów jego zbrodniczego zamiaru, lecz, jakże przelotnem i błahem było owo zadowolenie! — Uciekli razem! — zawołał — razem! O, i ten mnich przeklęty! Ten mnich 1 — powtarzał gryząc palce, głosem ochrypłym, zmienionym, który z trudnością zdawał się wydobywać ze ściśnionego gardła; straszny był i odrażający w tej chwili, tak straszny, tak odrażający, jak owe namiętności, które nim miotały. — Ten mnich mi za to odpowie! Grizo! albo nie jestem już don Rodrigo, albo... tak, ja muszę wiedzieć... ja muszę znaleść... dziś jeszcze, dziś, słyszysz? dziś chcę wiedzieć, gdzie się ukryli. Póki się o tem nie dowiem, nie zaznam chwili spokoju. Grizo! Do Pescarenico natychmiast; pytaj, szukaj, musisz ich znaleść... Cztery skudy odbierzesz zaraz, a moja opieka nie opuści cię nigdy. Opieka i wdzięczność, rozumiesz? Dziś wieczorem muszę już wiedzieć o wszystkiem. A jeszcze ten łotr, ten mnich...! ta żmija w kapturze!
Grizo znów wybiegł na zwiady i tak mu się szczęśliwie powiodło, żę tegoż jeszcze wieczora mógł dostarczyć swemu czcigodnemu panu upragnionych wiadomości, a stało się to w sposób następujący:
Wiadomo, że jedną z największych pociech w tém życiu jest przyjaźń, a jedną z najwyższych pociech przyjaźni możność powierzania komuś swych tajemnic. Otóż przyjaciół niepodobna tak podzielić na pary, jak naprzykład małżeństwa; każdy prawie człowiek, stosując to zdanie do ogółu, ma ich kilku co najmniej; stąd wytwarza się łańcuch, którego ostatecznego ogniwa, nikt, żaden

BOZDZIAŁ Xf.
187
mędrzec nawet odkryć nie potrafi. Skoro więc jaki przyjaciel pozwala sobie na przyjemność powierzenia tajemnicy innemu przyjacielowi, to i ten ostatni może zapałać chęcią doznania takiej samej przyjemności. Wprawdzie przyjaciel, powierzający tajemnicę, wymaga zwykle, aby ten, kto się o niej dowiaduje, dla siebie ją tylko zachował, a taki warunek, gdyby go wypełniano i brano w ścisłem, dosłownem znaczeniu, zapewniałby wprawdzie przechowanie i nadal owej tajemnicy, lecz jednocześnie nowego jej posiadacza pozbawiłby przyjemności powierzenia jej komuś trzeciemu. Z praktyki wszakże codziennego życia możemy się łatwo przekonać, iż niemal każdy, przyrzekający dochować święcie powierzonej sobie tajemnicy, pomimo to uważa za stosowne, a nawet za konieczne zawiadomić o niej jednego tylko najlepszego swego przyjaciela i to pod tym samym warunkiem, pod którym i on się o niej dowiedział. I tak, z ust do ust, od najlepszego, najbardziej pewnego przyjaciela do innych, niemniej pewnych przyjaciół, tajemnica przebiega wkrótce przez cały ów olbrzymi łańcuch przyjaźni, i w ostatku dochodzi do uszu ludzi, którzy w przekonaniu tego, kto pierwszy puścił ją w obieg, nigdy, przenigdy dowiedzieć się o niej nie byli powinni. Jednak, gdyby każdy dwu tylko miał przyjaciół: jednego, który mu coś powierza i drugiego, któremu śpieszy powtórzyć to, co mu pierwszy powierzył, wówczas tajemnica nie mogłaby się zbyt szybko rozszerzać, lecz zdarzają się ludzie szczęśliwi, którzy przyjaciół liczą na setki, a każda tajemnica, gdy już raz w drodze swej natrafia na jednę z takich osobistości, bywa natychmiast porwaną w istny wir i zaczyna pędzić i kołować z taką szybkością, iż nikt już nie jest w stanie jej obrotów wyśledzić. Autorowi naszego rękopismu nie udało się nigdy dowiedzieć napewno, przez ile-to ust przechodziła owa tajemnica, którą Grizowi polecono wyśledzić; powiada on tylko, że poczciwy człowiek, który uciekających odwoził do Monzy, a następnie kobietami się tam opiekował, po południu już ze swoim wozem powróciwszy do Pescarenico, w drodze do domu spotkał pewnego serdecznego przyjaciela, któremu pod wielkim sekretem opowiedział o swoim dobrym uczynku, tudzież o wszystkiem, co widział i słyszał w Monzy. W parę godzin po-
, tem Grizo wracał już śpiesznie do zameczku, niosąc panu wiado
mość, iż Łueya z matką znalazły schronienie w klasztorze w Monzy, a Renzo udał się do Medyolanu.
Dowiedziawszy się o tem, że się narzeczeni rozstali, don Rodrigo doznał wielkiego zadowolenia, a jednocześnie zbudziła się w nim zhowu słaba nadzieja, iż być może, że swój zamiar występny potl’afi jeszcze doprowadzić do skutku. Całą noc prawie przemyśli>ak w jaki sposób dałoby się to najlepiej wykonać i następnego

133
NARZECZEM.
poranku miał już w swej głowie (lwa plany gotowe: pierwszy wyraźny i pewny, który postanowił wykonać bezzwłocznie, drugi, mniej jasny, który na później odłożył. Ów pierwszy plan na tem polegał, aby natychmiast wysłać Griza do Monzy dla zasiągnięcia bardziej szczegółowych wiadomości o Łucyi i dla przekonania się, czy można cośkolwiek przedsiębrać. Zaraz więc kazał wiernego sługę przywołać do siebie, oddał mu cztery skudy, nie szczędząc przytem pochwał za owę zręczność i spryt, które wczoraj wykazał, a w ostatku polecił mu spełnienie nowego zlecenia.
— Panie... — rzekł nieśmiało Grizo.
— Co, nie rozumiesz? nie mówiłem-że dość jasno i wyraźnie?
— Rozumiem dobrze... ale... czyżby jaśnie wielmożny pan nie mógł posłać tam kogo innego...
— A toż dlaczego?
— Jaśnie wielmożny panie, przecież i skóry własnej nie pożałuję dla mojego pana, to mój obowiązek, ale wiem również, że i jaśnie wielmożny pan ceni życie swoich wiernych sług.
— A więc?
— Jaśnie wielmożny pan wie przecież dobrze o owych piętnach, które noszę na sobie i... Tu, osłania mię pańska opieka, nie mam się czego obawiać, nasz sędzia jest przyjacielem jaśnie wielmożnego pana, siepacze czują dla mnie pewien szacunek, a i ja również... wprawdzie nie jest-to rzecz zbyt chwalebna... ale, chcąc mieć spokój... staram się żyć z niemi w przyjaźni. W Medyolanie liberya jaśnie wielmożnego pana jest znaną, ale w Monzy... tam, tam mnie dobrze znają natomiast. I, jaśnie wielmożny panie... nie mówię tego tak, byle tylko gadać, ale rzecz to pewna, że, gdyby ktoś mógł oddać mię w ręce sprawiedliwości, lub głowę moję przedstawić, toby świetny zrobił interes. Dostałby ni mniej, ni więcej tylko sto skudów w zlocie, a oprócz tego miałby jeszcze prawo uwolnić dwu bandytów.
— A! do kroćset, to mi zuch z ciebie! — zawołał don Rodrigo — wiesz, że w tej chwili przypominasz mi niezmiernie owego kundla, który choć niby zajadle szczeka na przechodniów, do połowy się tylko za bramę wysuwa i ogląda się trwożnie na swego pana i lada chwila gotów uciec do najdalszego kątka podwórza.
— Zdaje mi się jednak, jaśnie wielmożny panie, żem nie raz <lał dowód...
— A więc?
więc — odrzekł Grizo, któremu naraz w skutek podrażnienia miłości własnej, wróciła cała odwaga — więc niech jaśnie wielmożny pan raczy zapomnieć o tem wszystkiem, com powiedział

ROZDZIAŁ XI.
189
sercu mam lwią odwagę, szybkości w biegu i zając-by mi pozazdrościł, jestem ua pańskie rozkazy.
O! tak, to lubię. Wszakże samego cię do Monzy nie puszczę. Zabierzesz z sobą dwu najdzielniejszych, choćby Sfregiata i Tiradritta i śmiało w drogę. A pamiętaj, żeś Grizo. Zresztą czegożbyś się tak bardzo miał lękać? Trzech takich zuchów razem! Ciekawym, komu-by przyjść mogła ochota zaczepiać was, lub pytać, co wy za jedni! Sądzę, że i panom siepaczom w Monzy nie tak dalece jeszcze życie obrzydło, aby dla jakichś stu skudów chcieli je na tak wielkie niebezpieczeństwo wystawiać. A zresztą, zresztą czyż to już mnie w tamtej okolicy nie znają, czy moja liberya i moja służba nic tam nie znaczy!?
Po tym wstępie, którego celem było nieco Griza zawstydzić, don Kodrigo udzielił mu potrzebnych wskazówek i przestróg. Grizo wysłuchał ich uważnie, pożegnał pana i zabrawszy dwu towarzyszy ruszył w drogę. Minę miał wesołą i udawał zucha, jednak w duszy przeklinał srodze i piętna, które nosił na skórze, i Monzę i kobiety i zachcianki jaśnie wielmożnych. Kroczył jak ów wilk, który przyciśnięty głodem, z zapadłemi bokami, z żebrami, wystającemi tak silnie, iż wszystkie dałyby się z łatwością policzyć, opuszcza swe góry, na których nie ma nic oprócz śniegu i ostrożnie zbiega na równiny, zatrzymuje się co chwila z podniesioną łapą, kręci ogonem,
pysk podnosi i wciąga chciwie, wiatr przeniewierczy,
chcąc się przekonać, czy nie przynosi zapachu człowieka lub broni, i uszy ostre nastawia i trwożnie pogląda dokoła, a w jego czerwonych, krwią nabieglych oczach, błyszczy żądza łupu i strach myśliwych, tych wrogów śmiertelnych. Ńa wypadek, gdyby ktoś z moich czytelników chciał się dowiedzieć skąd właściwie pochodzi ow urywek wierszy, który przytoczyłem, muszę powiedzieć, że wyczytałem go w pewnéj dziwnej, pełnej spraw czartowskich, opowie-
0 “°ng°bardach i wojnach krzyżowych, opowieści, nie wydanej ’ lczas> lecz mającej się już wkrótce w druku ukazać, której, jak sądzę, przeznaczonem jest wielki rozgłos wywołać. Wiersz ów przytoczyłem dlatego, że mi się bardzo podobał i że uzupełniał moje porównanie, a wyjawiam, skąd go poczerpnąłem najprzód dla^ego, aby me Przywłaszczać sobie cudzej własności, powtóre, aby n moj postępek me został mi policzony za fortel, użyty w celu wypzania, że ja i autor owej opowieści jesteśmy jakby bracia rodzeni, mam prawo szperać w jego rękopismach, jakby w moich wła-
*uyCll.
Inną rzeczą, która w tej chwili niezmiernie żywo zajmowała don

190
NARZECZENI.
Rodriga, było wynalezienie sposobu uniemożebniającego dla Renza widywanie się z narzeczoną i powrót do wioski rodzinnej. W tym celu postanowi! rozsiewać w okolicy pogłoski o niebezpieczeństwach i zasadzkach, czekających tu na Renza, które, przechodząc z ust do ust, powinny były dojść i do niego i pozbawić go ochoty powrotu do domu. Uważał to jednak za półśrodek tylko-, w jego przekonaniu byłoby najlepiej pozbyć się chłopaka raz na zawsze, zmuszając go do opuszczenia medyolańskiej prowincyi; że dla dopięcia tego celu skuteczniej od siły zbrojnej, mogła, mu siła prawa posłużyć. I tak nieźle byłoby naprzykład, nadać większe znaczenie owemu nocnemu najściu na plebanię, przedstawić je, jako bunt przeciwko władzy i prawu i za pomocą doktora gmatwacza-kręciela dać do zrozumienia panu sędziemu, że na wypadek takiej doniosłości warto zwrócić uwagę, a nawet wydać rozkaz schwytania Renza. Lecz i o tem również pomyślał, że jemu osobiście nie przystoi wdawać się w brudną tę sprawę; więc, aby sobie dłużej głowy nie suszyć, postanowił zwierzyć się zaraz szanownemu doktorowi, nie całkowicie, co prawda, ale na tyle tylko, by mógł jego życzenie zrozumieć.
Nowe prawa co rok wychodzą, tyle już ich jest! — myślał
sobie — a doktór to przecież głowa nielada-. najpewniej potrafi coś wyszperać, w jakąś gmatwaninę wplątać tego hultaja, w przeciwnym razie powiem, że nie wart swego przydomku i zmienię mu nazwę. — Ale (zważcie-no tylko, jak to się nieraz dziwnie dzieje na tym naszym świecie!) w czasie, gdy don Rodrigo myślał o doktorze, jako o człowieku, który najprędzej mógł mu w tej sprawie dopomódz, inny człowiek, człowiek, którego najmniej można było o to posądzać, krótko mówiąc sam Renzo we własnej osobie pracował gorliwie nad spełnieniem życzeń swego wroga, a tak wybornie zabrał się do tego, że żaden doktór nie potrafiłby nic lepszego wynaleść.
Znałem pewnego chłopca niezmiernie żywego, a nawet, co prawdac, zanadto żywego, który pomimo to, zawsze i we wszystkiem chciał postępować, jak ludzie dorośli; otóż widziałem go nieraz, gdy nad wieczorem zapędzał na nocne leże stado morskich świnek, które na dzień do ogródka wypuszczał. Mały pasterz chciałby je wszystkie razem, porządnie do budki zapędzić; lecz, praca daremna! bo w czasie, kiedy dopędza jedną, która na prawo zemknęła, innych dwie, trzy, cztery ze stada uciekły i rozpierzchły się w różne strony. Zrazu niecierpliwił się i gniewał nieborak, lecz kończyło się na tem, że on musiał się zastosować do nawyknień niesfornej swej trzody i najprzód zapędzał te, które znajdowały się najbliżej, potem zbierał resztę, biorąc po jednej, po dwie, lub trzy naraz, tak, jak mu się nawinęły pod rękę. Coś podobnego wypadło i nam

ROZDZIAŁ XI.
191
uczynić z głównemi osobami naszej opowieści: umieściwszy już Łucyę w klasztornem schronieniu, pośpieszyliśmy od niej do don Rodriga, a teraz znowu wypada nam go opuścić i podążyć do Renza, któregośmy zupełnie z oczu stracili.
Otóż, po bolesnem rozstaniu się z narzeczoną, Renzo szedł z Monzy do Medyolanu, a co się wówczas w jego duszy działo, każdy łatwo odgadnie. Opuścić dom, porzucić rzemiosło, odczuć całą gorycz rozstania się z Łucyą, znaleść się teraz na drodze, niewiedząc dokąd go zaprowadzi, niewiedząc, gdzie dziś złoży skołataną głowę; i wszystko to z przyczyny tego łotra 1 Gdy myśl swą zatrzymywał na jednój, lub drugiej z tych smutnych okoliczności, czuł, że go wściekły gniew ogarniał i pragnął zemsty, zemsty strasznej; lecz po chwili przypomniał sobie owę modlitwę, którą wraz z innemi za świętobliwym zakonnikiem powtarzał; i uspakajał się, a choć wrzał w nim jeszcze gniew tłumiony, mijając obraz na murze, lub skromną kapliczkę, zatrzymywał się, pochylał głowę i modlił się z całej duszy: tak, iż w ciągu tej drogi w myśli swej, co najmniej dwadzieścia razy uśmiercał don Rodriga i tyleż razy przywoływał go napowrót do życia. Droga z Monzy do Medyolanu, naówczas całkiem schowana, jakby w rowie między dwu wysokiemi bczegami, była pełna błota, kamieni i głębokich wkolejeń, które po leszczu zmieniały się w strumyki, a w pewnych miejscach, bardziej wklęsłych, rozlewały się po całej drodze, tworząc jeziorka, które na łódce można byłoby przebywać. W takich miejscach strofa ścieżka, wiodąca w górę, po brzegu, w której od czasu do czasu. yly porobione jakby stopnie z ziemi, świadczyła, iż przechodnie niną sobie drogę obrali przez pola. Renzo, skorzystał z jednej z takich ścieżyn, aby się wydostać z parowu, i znalazłszy się na Miejscu odkrytem ujrzał nagle ów gmach olbrzymi medyolańskiej katedry, który na rozległej równinie stał biały i samotny, jakby nie w wielkiem mieście, lecz na pustyni się wznosił; na ten widok ^o-nął, jak wryty, zapominając o wszystkich swych troskach, wpastwipy W ten “smy cud świata, o którym tyle się jeszcze w dzieciń)rzeciw^łU-haL Lecz’ po niejakiej chwili, zwrócił się w stronę
nvćh i Ua dalekim widnokręgu spostrzegł łańcuch gór rodzinny 1 ’ * wP°sl’dd nich jasno i wyraźnie wydzielające się od reszty
fantastyczne jasno i wyraźnie wydzielające się vu
, z kształty ukochanego Resegone; drgnął, serce mu się
w 7^ t Z nwwym°wną tęsknotą i żalem patrzał przez czas pewien oh(, vlUlt^ 10uę> Potem głowę zwiesił i poszedł dalej. Stopniowo, nice gn!acllu katedry, jakby z ziemi, zaczęły wyrastać inne dzwondroffp Wl.eż, e’. kopuły i dachy, wtedy znów spuścił się do parowu na strzeltWlaSC17a’ Jefzcze szedł przez czas pewien, a gdy już spob > ze od miasta niewielka tylko przestrzeń go dzieli, zbliżył

11)2
NARZECZENI.
się do jakiegoś przechodnia i ukłoniwszy mu się, jak nmiał najgrzeczniej, rzekł:
— Przepraszam szanownego pana.
— A czego to chcesz, mój chłopcze?
— Czy szanowny pan, z łaski swojej nie mógłby mi powiedzieć, którędy to się idzie do klasztoru kapucynów, gdzie mieszka ojciec Bonawentura?
Ten, — do kogo Itenzo udał się z zapytaniem, był-to człowiek dostatni, mieszkający w pobliżu Medyolanu; przed paru godzinami przybył on do miasta dla ułatwienia jakichś swoich interesów, lecz nic nie wskórawszy śpieszył teraz do domu i owa zwłoka, spowodowana przez zapytanie młodego wieśniaka, co prawda wcale nie na rękę mu była. Pomimo to jednak, bez najmniejszej oznaki zniecierpliwienia bardzo grzecznie odpowiedział: — mój miły chłopcze, mamy kilka klasztorów w mieście; wypadałoby, abyś mi jaśniej wytłómaczył, którego mianowicie szukasz. — Wówczas Renzo wyjął z zanadrza list ojca Krzysztofa i podał go owemu panu, który przeczytawszy na nim: W schodnia brama, oddał go mówiąc — Jesteś na dobrej drodze, klasztor, którego szukasz, znajduje się w pobliżu. Widzisz tę uliczkę na prawo? to droga najkrótsza, idąc po niej w parę minut dojdziesz do rogu długiego i niskiego budynku: to szpital, pójdziesz wzdłuż rowu, który go otacza, i znajdziesz się prosto przed Wschodnią bramą. Za nią, o jakie trzysta, lub czterysta kroków, zobaczysz placyk, a na nim piękne, duże wiązy: tam klasztor; droga prosta, zmylić się niepodobna. Boże dopomóż, mój chłopcze. — Pomawiając tych słów, ukłonił się grzecznie i odszedł. Renzo był bardzo zdziwiony i zbudowany tym miłym sposobem, w jaki mieszkańcy miasta przemawiają do wieśniaków; nie wiedział, że dzień ów był dniem niezwyczajnym, dniem, w którym jaśnie wielmożni nawet uchylali czoła przed nędznym motłochem. Poszedł drogą, którą mu wskazano i wkrótce znalazł się przed Wschodnią bramą. Byłoby jednak wielkim błędem, gdyby czytelnik z nazwą téj bramy chciał łączyć w swym umyśle wszystkie te obrazy, które dziś tak silnie z nią się splotły. W owym czasie droga do niej wiodąca biegła prosto tylko na przestrzeni szpitalnego muru, a dalej już wąskiem pasemkiem wiła się pomiędzy dwoma żywopłotami. Bramę składały dwa filary, przykryte wielką szopą, ochraniającą podwoje, a po jednej stronie znajdowała się budka dla straży celnej. Wały nie miały prawidłowego, równego spadku, miejscami były niższe, miejscami wyższe, ziemię dokoła pokrywały kupy śmiecia i skorupy potłuczonych garnków. Ulicę, która wówczas od bramy wiodła w głąb miasta, możnaby porównać do téj, którą dziś widzimy wchodząc do Medyolanu przez bramę

KOZDZIAL XI.
193
Tosa. Mały rowek przechodził przez jej środek, dzieląc ją jakby na dwie kręte uliczki pełne kurzu, lub błota, stosownie do pory roku i pogody, W miejscu, w którem znajduje się podziśdzień zaułek, zwany Borghetto, rowek znikał w błotnistym rynsztoku. Tu stała kolumna z krzyżem na wierzchu, zwana kolumną świętego Dyonizego: na prawo i na lewo ciągnęły się sady, otoczone żywopłotami, a wpośród nich od czasu do czasu widniały domki, po największej części zamieszkałe przez praczki. Renzo wchodzi, już pizeszedł pod bramą, nikt ze straży uwagi nań nie zwrócił; ta okoliczność, co prawda dość mu się dziwną wydała, bo jeszcze w swej wiosce od ludzi, którzy mogli się tem poszczycić, iż byli w Medyolanie, nasłuchał się wiele o nielitościwych badaniach, o przetrząsaniu rzeczy j szukaniu po kieszeniach, którym każdy wieśniak, przybywający (j0 miasta, poddać się musiał. Ulica była pusta, tak, iż gdyby nie Ów gwar oddalony, który mu dolatywał do uszu i który jakiś wielki ruch zapowiadał, mogłoby mu się wydać, iż wstępuje do miasta opuszczonego przez mieszkańców. Idąc dalej spostrzega na ziemi jakieś białe i miękkie pasy, niby pasy śniegu; coby to być mogło? boć przecież pewno nie śnieg, który nie zwykł padać tak pasemkami, a do tego jeszcze w tej porze roku. Nachyla się więc, Przygląda się bliżej, dotyka ręką: to mąka! — Muszą jej mieć do zbytku tu w Medyolanie — pomyślał sobie — kiedy ten dar boży taki sposób marnują. No, proszę, a w nas wmawiają, że głód
Rzędzie panuje! Nie ma co, piękny sposób wymyślili, aby biedni ludziska po wsiach siedzieli cicho! — Lecz o kilka kroków dalej, gdy się znalazł przed kolumną, u jej podnóża spostrzegł coś jeszcze ai’dziej dziwnego; na stopniach podsłupia były rozsypane jakieś j^Vftgłe przedmioty, które wszakże nie mogły być kamieniami cj?i’e, gdyby je ujrzał na stole piekarza, nie zawahałby się ani na
Pr^1^ nazwać bochenkami chleba. Renzo nie śmiał jednak tak nie 11 sw°im oczom uwierzyć; to miejsce co prawda wcale było °-ło ’ a cłllet>a 1 ~ Zobaczymy, co to być może? — powiedział półzairmJ.’ zbliżyl się do kolumny, pochylił się, podniósł jeden z tych biaL °Wych przedmiotów: był-to istotnie bochenek chleba, a z tak eJ» z tak pięknej mąki, iż w jego wiosce chyba w wielkie święta Łpodobny. — Doprawdy, to chleb! — zawołał głośno, tak. Alkiem było jego zdumienie: — toż tak go sieją w tem mieście? i’ac W l0^u nieurodzajnym? i nikt nawet tej pracy sobie zadać nie hadk-’ a’, y g° P°dnieść, kiedy upadnie? Czyżbym miał trafić przydzic< do krainy mlekiem i miodem płynącej? — Po odbyciu Wi(j^ciomilowej przechadzki na chłodnem powietrzu poranku, chłoDsu°Weg0 oprócz silnego zdumienia obudził w naszym
u nie mniéj siluy apetyt. — Mam-że go wziąć, czy lepiej tu
A’ ^aQzoni: Narzeczeni. Tora I. 13

194
NARZECZENI.
go zostawić? — pytał sam siebie — e! rzucili go przecież, jakby dla psów, niechże zeń i poczciwy człowiek skorzysta. Zresztą, gdyby się zjawił właściciel tego chleba,. to mu zan zapłacę. I schował do kieszeni bochenek, który miał w ręku; potem wziął inny, włożył go do drugiej kieszeni; i trzeci z ziemi podniósł, lecz już tego nie schował, jeno zaraz jeść zaczął. Odszedł od kolumny, podążając w stronę klasztoru, którego szukał i nie mogąc się wydziwić, co to wszystko ma znaczyć. Zaledwie kilka kroków postąpił, spostrzegł ludzi, zbliżających się w tę stronę od środka miasta; znów się zatrzymał i zaczął się przyglądać uważnie tym, którzy szli na przedzie. Było ich troje: mężczyzna, kobieta i mały chłopak, podążający za niemi; każdy z nich dźwigał jakiś ciężar, który zdawał się jego siły przechodzić; każdy dziwnie jakoś wyglądał. Całe ubranie obsypane mąką; twarze zaognione, także ubielone mąką; szli powoli, zgięci pod ciężarem, który dźwigali, a oprócz tego, z wyrazu ich twarzy, mogłoby się zdawać, że przy poruszeniu czuja ból w całem ciele, jakby w skutek silnego potłuczenia. Mężczyzna miał na plecach wielki wór mąki, który był przedarty miejscami i z którego, przy każdem potknięciu się lub silniejszem poruszeniu tego, co go dźwigał, wysypywało się trochę mąki na drogę. Lecz stokroć dziwniejszą jeszcze była postać kobiety: wyglądała ona jak olbrzymi wańtuch, albo jak wielki, pękaty garnek z dwoma uszkami umieszczony na bosych, aż za kolana obnażonych, nogach, które krokiem niepewnym i chwiejnym szły naprzód. Po chwili
B, enzo mógł się przekonać, że ów niby wańtuch, czy téż garnek, był zwyczajną spódnicą, którą kobieta trzymała za brzegi i w której było tyle mąki, ile tylko dało się zmieścić, a nawet i więcej, bo przy każdem poruszeniu sporo się jej wysypywało. Chłopiec niósł na swej głowie podtrzymując go oburącz kosz pełny chlebów, lecz ponieważ nogi miał krótsze od nóg swych rodziców, pozostawał w tyle, a chcąc ich dopędzić, od czasu do czasu kroku przyśpieszał, przez co kosz tracił równowagę i jeden lub dwa bochenki spadały na
ziemię.,..,,
— Wyrzuć, wyrzuć jeszcze jeden, ty hultaju jakiś! — powiedziała kobieta z gniewem zwracając się ku chłopakowi.
— Ja ich nie wyrzucam, same spadają, cóż mam począć? — odpowiedział chłopak.
O dziękuj Bogu, że mam ręce zajęte, bo!... — zawołała kobieta, potrząsając pięściami, jak gdyby już synalka miała w swojej mocy, i w skutek tego gwałtownego ruchu rozsypała daleko większą ilość mąki, niż ta, która była potrzebną do zrobienia dwu bochenków, takich jak te, które przed chwilą z kosza wypadły. — Ot, dałabyś mu pokój — rzekł mężczyzna — wrócimy potém, aby je

BOZDZIAŁ XI.
195
zabrać, albo ktoś inny je z ziemi podniesie. Przez czas tak długi cierpieliśmy niedostatek, że teraz, kiedy i nam się wreszcie coś z darów bożych dostało, powinniśmy używać ich w spokoju, i zgodzie.
Tymczasem inni ludzie od strony bramy nadchodzą, a jeden z nich zbliżając się do kobiety, niosącej mąkę, pyta ją — a którędy to się po chleb idzie?
— Naprzód, dalej — odpowiedziała kobieta, a następnie, gdy już się o jakie dziesięć kroków od nich znalazła, z gniewem dodała t — ci szkaradni wieśniacy gotowi tak się zawinąć tam w piekarniach.
1 składach, że i dla nas już nic nie zostanie.
— Nie masz się czem dręczyć, każdy chce coś dostać; zresztą, nie ma już głodu, będzie obfitość, dostatek — spokojnie odpowiedział mężczyzna.
W skutek tej sceny, jakoteż i wielu innych, niemniej dziwnych rzeczy, które widział i słyszał dokoła, nasz Renzo przyszedł wreszcie do przekonania, że trafił do miasta, w którem bunt się rozpoczął i że to był właśnie dzień podbojów, to jest taki dzień, w którym każdy, jeden mniej, drugi więcej, stosownie do chciwości i siły, zagarnia cudzą własność, płacąc za nią pięściami. Pomimo, iż w jak najkorzystniejszem świetle życzylibyśmy naszym czytelnikom przedstawić Renza, jednak ścisłość historyczna wymaga, abyśmy powiedzieli, iż pierwszem uczuciem, którego doznał, było uczucie wielkiego zadowolenia. Tak mało miał powodów do cieszenia się ze zwykłego porządku rzeczy, iż wszystko, co w jakibądż sposób mogło przyczynić się do jego obalenia, przez to samo musiało mu być przyjemnem. Zresztą, nie należąc bynajmniej do ludzi wyższych umysłem nad wiek, w którym żyją, i on też podzielał owo Przekonanie ogółu, że brak chleba został wywołany sztucznie przez Plekai, Zy j kUpC0;v handlujących zbożem, i gotów był uznać za dobry rjl^iwy wszelki środek, który mógł posłużyć do wydarcia z ich pożywienia, tak nielitościwie odmawianego przez nich całej
°dniałej ludności. Pomimo to jednak, postanowił nie brać czynego udziału w ruchawce i cieszył się w duchu, że może się udać pod opiekę kapucyna, który da mu przytułek i radą swą wesprze, lenn myślanii zajęty, przyglądając się ciekawie coraz no wy ni zdobywcom, którzy nadciągali obciążeni łupem, przebył wreszcie owę
file wielką przestrzeń, która go jeszcze od klasztoru dzieliła, kim Ł m^eJscu> gdzie dziś wznosi się ów piękny pałac o wysoni?j uż£ąnku, znajdował się podówczas placyk, który znikł tak °WvnWa?’ *ż §’° jeszcze niejeden z moich czytelników pamięta, a na
2 cztp placyku w głębi stał kościół i klasztor ojców kapucynów
eiema rozłożystemi wiązami u wejścia. Możemy powinszować 13*

196
NAKZECZENI.
tym naszym czytelnikom, którzy nie widzieli już owego placyku; jest-to dowód, że bardzo są młodzi i że, co samo przez się z tego wynika, nie mieli jeszcze czasu zbyt wielkiej liczby niedorzeczności popełnić.
Renzo poszedł prosto ku bramie klasztornej, schował w zanadrze pół bochenka, które mu jeszcze pozostało i pociągnął za sznurek od dzwonka. Otwarła się mała furtka, opatrzona kratą, a w niej okazała się twarz furtyana, który zapytał Renza, kim jest i czego sobie życzy.
— Przybywam ze wsi; przynoszę list od ojca Krzysztofa do ojca Bonawentury.
— Oddajcie mi go — rzekł furtyan, przesuwając rękę przez kratę.
— Nie, nie, ja osobiście muszę mu go wręczyć.
— Ojca Bonawentury niema w klasztorze.
— To proszę mię wpuścić, zaczekam na niego.
— Jak na teraz nie wolno mi nikogo wpuszczać do klasztoru, ale usłuchajcie mojej rady; możecie zaczekać na powrót ojca Bonawentury w kościele, będzie to najlepiej. — I domawiając tych wyrazów zamknął furtę. Renzo stał przez chwilę, obracając list w ręku. Potem skierował się ku drzwiom kościelnym, jakby chciał z rady furtyana skorzystać, lecz na pół drugi już osądził, że choć owa rada była bardzo dobra, warto było-by jednak, choć na chwilkę, zajrzeć do miasta i dowiedzieć się, co tam się teraz dzieje. Przeszedł przez placyk, znalazł się na ulicy i zatrzymał, skrzyżowawszy ręce na piersiach, poglądając ciekawie w stronę, gdzie ruch był największy i skąd najsilniejszy dolatywał hałas. Wkrótce wilgo porwał. — Warto zobaczyć to zbliska — powiedział sobie, dostał z zanadrza chleb rozpoczęty i żując go powoli poszedł ku środkowi miasta.
Teraz wypada nam opuścić go na chwilę i opowiedzieć czytelnikowi w sposób jak najzwięzlejszy i najkrótszy, powody owego buntu i jego początek; poczćm znów pośpieszymy do Renza.
ROZDZIAŁ XII.
Był-to już z kolei drugi rok nieurodzajny. W roku zeszłym zapasy z lepszych czasów do pewnego stopnia zażegnały klęskę i lud, choć niezbyt syty, lecz też i niegłodny, wyczerpawszy zresztą

ROZDZIAŁ XII.
197
wszelkie już owe zapasy dawniejsze, mógł się doczekać żniwa roku 1628, w którym to właśnie rozpoczyna się nasza opowieść. Otóż, upragnione żniwo wypadło gorzej jeszcze niż uprzednie, a stało się to częścią z powodu zmiennej, psującej zasiewy pogody, która i w przyległych państwach wielkie poczyniła szkody, częścią zaś z winy samych ludzi. Spustoszenia i klęski, spowodowane wojną, ową chwalebną wojną, o której już uprzednio zrobiliśmy tu wzmiankę, były tak znaczne, że w częściach kraju naj bliższych do miejsc, gdziesię powieść toczy, większa, niż zwykle ilość pól leżała odłogiem, gdyż ich właściciele, zamiast, jak lat ubiegłych, spokojnie rolę uprawiać, pracując na chleb dla siebie i innych, musieli teraz rzucać swe domy i mienie i jako nędzni żebracy tułać się po świecie, żyjąc z jałmużny miłosiernych ludzi. Powiedziałem: większa, niż zwykle ilość pól leżała odłogiem; ponieważ niesłychanie wielkie podatki, któremi tak bezlitośnie, tak nierozsądnie, z taką chciwością obciążano rolników-, zwykłe nawet w czasie pokojowym postępowanie wojsk, rozlokowanych po wsiach, postępowanie, które na podstawie smutnych ówczesnych świadectw, dałoby się chyba porównać do postępowania nieprzyjaciela barbarzyńcy; wreszcie wiele innych przyczyn, których tu przytaczać nie będę, od pewnego już czasu przygotowywały w całej prowincyi smutne następstwa, tak, iż okoliczności i szczegóły, o których teraz mówiłem, były tylko bardziej gwałtownym objawem chronicznej zadawnionej choroby. Jeszcze i tego nawet, tak nędznego plonu, nie zdołano znieść z pola, gdy już ściąganie podatku z żywności dla wojska i towarzyszące mu ząwsze nadużycia tak znacznie go uszczupliły, że niedostatek dał się czuć odrazu, a z niedostatku, jako konieczne bolesne jego następstwo, wynikła drożyzna.
r Lecz, skoro już raz, w jakimś kraju, objawi się tak smutny stan, łZ<JCzy> wówczas zwykle się zdarza (przynajmniej tak się zdarzało Jyychczas, a jeżeli i teraz, pomimo tylu mądrych ksiąg, napisanych Mez tylu mądrych ludzi, bywa coś podobnego, nic więc dziwnego,
?We czasy musiało z daleko większą występować siłą) zdarza
\ ^c, że znaczua część ludzi nabiera przekonania, iż złe uroi u 1 uiedostatek ogólny nie są prawdziwą przyczyną drożyzny sJodu. jfteraz zapominają o tem, że sami się obawiali, że sami Pi zepowiadali tę klęskę i zaczyna im się zdawać, iż zboże jest, że nawet bardzo wiele, a że przyczyna złego ta jest tylko, że go pre c“cą sprzedawać w dostatecznej ilości. Na prawdę dziwne je?^PUszczenie! a jednak odpowiada ogólnemu usposobieniu, bo ^istvCZesn^e?niew i nadzieję podsyca! Handlarzom zboża rzeczyca}v, czy też urojonym, właścicielom ziemskim, którzy nie odraza zapas swego zboża sprzedali piekarzom, którzy musieli je KU-

, 198
NARZECZENI.
pować; słowem wszystkim tym, którzy mieli takowe w większej, lub mniejszej, ilości, albo tylko byli o to podejrzywani, przypisywano winę drożyzny i niedostatku; oni stawali się celem nienawiści ogółu, im złorzeczył cały tłum źle i dobrze odzianych ludzi. Wiedziano na pewno, gdzie są przepełnione składy i śpichrze, wymieniano nawet bajeczną liczbę worków ze zbożem, które się w nich znajdują, mówiono jako o rzeczy, nie ulegającej najmniejszej wątpliwości, że potajemnie wywożą olbrzymią ilość zboża do sąsiednich krajów, w których znowu z równem przeświadczeniem dowodzono, że całe ich zboże idzie do Medyolanu. Błagano zarządy i władze miejscowe, aby chciały wprowadzić w wykonanie pewne środki zaradcze, które lud i po dziś dzień uważa za zbawienne, dobre, niechybne, środki, za pomocą których ma się zaraz ukazać całe owo ukryte, zagrzebane, zamurowane zboże, a jego pojawienie się całą klęskę zażegnać. Władze do pewnego stopnia rozwinęły swą czynność: ustanowiły najwyższą cenę niektórych artykułów żywności, zagroziły karą tym, którzyby się nie zgadzali na sprzedawanie ich po takowej cenie, wydały kilka innych jeszcze, nie mniej dobrych, rozporządzeń. Ale, ponieważ na tym świecie wszelkie środki zaradcze, chociażby nawet najlepsze, nie posiadają własności zmniejszania apetytów, ani téż stwarzania żywności, której nie ma, i ponieważ w obecnym zwłaszcza wypadku, środki przedsiębrane z pewnością nie były takieini, aby mogły przyczynić się do ściągania owej żywności stamtąd, gdzie większy jej był zasób, więc i klęska głodowa, zamiast ustępować, zwiększała się z każdą chwilą. Lud przypisywał jej postęp temu, iż środki zaradcze były zbyt słabe i niedostateczne, i głośno domagał się wydania nowych, bardziej stanowczych i surowych rozporządzeń. I na swe nieszczęście znalazł człowieka, który najzupełniej odpowiedział jego życzeniom.
W czasie nieobecności gubernatora don G-onzala Fernandeza z Kordowy, który oblegał podówczas Oasale del Monferrato, zastępował go w Medyolanie wielki kanclerz Antoni Ferrer, również hiszpan. On to spostrzegł, bo i któż zresztą mógłby tego nie spostrzedz, że umiarkowana cena na chleb, sama przez się jest rzeczą bardzo dobrą i osądził, a w tem właśnie była cała pomyłka, że jeden jego rozkaz wystarczy, aby ją sprowadzić. Ustanowił metę jtak tu zowią taryfę artykułów żywności), ustanowił metę na chleb, która byłaby wprawdzie najzupełniej sprawiedliwą i dobrą, gdyby zboże sprzedawano, jak dawniej, po trzydzieści trzy liry za moggio (*); teraz jednak cena jego dochodziła do osiemdziesięciu. Postąpił więc
(’) Naszych sześć korcy. (P. 27.)

KOZDZIAL XII.

w tym razie, jak owa podstarzała kobieta, która, aby się odmłodzić, fałszuje swą metrykę.
Nieraz, mniej zgubne nawet i mniej nierozsądne rozkazy, z powodu swej wadliwości i oporu, na który natrafiają już w samym ustroju społecznym, nie mogą wejść w życie; lecz nad rozporządzeniami Antoniego Perrera czuwał lud cały, który widząc wreszcie swe najgorętsze życzenia uświęcone prawem, nigdyby nie ścierpiał, aby w wykonanie nie weszły. Natychmiast po ich ogłoszeniu zaczął się tłumnie cisnąć do piekarń, domagając się chleba, po cenie ustanowionej przez wielkiego kanclerza, a w tem domaganiu się czuć owę wielką stanowczość i groźbę, które tylko rozdrażnienie, siła i prawo mogą wywołać, gdy działają wspólnie. Każdy łatwo zrozumie, co się dziać musiało z biednemi piekarzami! Rozczyniać, miesić, piec bez odpoczynku, bo lud, choć słabo, jednak uznawał, że bądź-co bądź dopuszcza się bezprawia, i nieustannie oblegał piekarnie, aby, póki czas i możność potemu, jaknajwięcej skorzystać. Więc, jak już mówiłem, piec we dnie i w nocy, zwijać się, pocić, mordować, i nie z teg0 njCj oprócz wielkich strat i jeszcze
większego przestrachu, na prawdę, to przyjemność nie-lada! Lecz z jednej strony władze, które karą groziły, z drugiej, tłum rozjątrzony, który, skoro tylko dostrzegał, iż jakiś piekarz niezbyt chętnie poddaje się nowym przepisom, wnet się srożyć zaczynał i potężnym swym głosem groził mu, że sam potrafi sprawiedliwość Wymierzyć, owę sprawiedliwość ludu, która, jak wiadomo, należy do najmniój dobrych na świecie, nie było więc rady, musieli rozczyniać, miesić, piec i sprzedawać. Wszakże, aby i nadal mogli działać w ten sposób, nie dość było rozkazów, ani nawet wielkiego strachu samych piekarzy; przedewszystkiem trzeba było, aby rzecz ts była możebną; co jednak w razie, gdyby jeszcze przez czas pewien stan taki miał potrwać, stawało się naj zupełniej szem niepodo
bieństwem. Piekarze wystawiali władzom miasta całą niesprawie’bwość ich postępowania, niepodobieństwo wytrwania dłużej pod srogi em jarzmem, które im dźwigać kazano; objawiali wresze’ że wszyscy razem porzucą rzemiosło i tylko w nadziei, że raz d’Z(icież wielki kanclerz opamięta się i zechce błąd swój zrozumieć, ai’uli się jeszcze wytrwać czas pewien na swem stanowisku. Lecz
Antoni Ferrer należał do rzędu tych ludzi, których dziś zowią lu.dźnii z charakterem, i odpowiadał piekarzom, że lata ubiegłe ^lelkie im zyski przyniosły, że znów świetnie będą zarabiać, gdy aobre czasy powrócą; mówił nawet, że pomyśli o tem, aby im wyac zapomogę pieniężną, a tymczasem kazał im bez zmiany dalej
, chec, z prowadzić. Czy na prawTdę wierzył w to, co mówił, czy też, °c się i przekonał, że smutne skutki jego edyktu nie dozwolą mu

200
MAIiZECZKNI.
utrzymać się długo, chciał jednak, aby ktoś inny spełnił wstrętną czynność odwołania go, któż-to dziś zgadnie?.to tylko jest pewnem, że Antoni Ferrer nie chciał zmienić tego, co raz postanowił. AV ostatku dekuryonowie (rada miejska, złożona ze szlachty, która przetrwała aż do dziewięćdziesiątego trzeciego roku zeszłego stulecia) zawiadomili listownie gubernatora o tem, co się dzieje w Medyolanie, prosząc go o ratunek i radę.
Don Gonzales, podówczas całkiem zatopiony w strategice i sztuce wojskowej, zrobił to, co już niejeden z moich czytelników przewidział na pewno: wyznaczył radę, której polecił ustanowienie nowéj ceny na chleb, ceny odpowiadającej obecnym warunkom, która mogłaby w zupełności zadowolnić tak piekarzy, jako też i kupujących. Rada zebrała się i, po zamienieniu wielu ukłonów i grzecznych słówek, po wstępnych przemowach, westchnieniach, oznakach wahania się i smutku, po rozważeniu wielu projektów bez podstawy, po wielu naradach i wykrętach, czując, iż chcąc nie chcąc muszą coś postanowić, choć wiedzieli dobrze, w jak niebezpieczną grę się wdają, uradzili i postanowili wreszcie (innego wyjścia nie było) podnieść znacznie owę cenę na chleb. Piekarze odetchnęli swobodniej, ale naród wściekał się z gniewu.
W przeddzień owego poranku, w którym Renzo przybył do Medyolanu, na ulicach i placach roiły się tłumy ludu, ożywione jedną myślą, opanowane jednem wielkiem uczuciem nienawiści i tłumionego jeszcze gniewu; przyjaciele, znajomi i ludzie, którzy widzieli się po raz pierwszy, bez uprzedniego porozumienia się, bezwiednie prawie zbierali się w kółka, jak krople rosy, rozsiane na jednej pochyłości. Każda rozmowa wzmagała przeświadczenie o słuszności sprawy i coraz bardziej jątrzyła tak mówców, jako też i słuchaczy. Wśród tego tłumu, opanowanego szałem namiętności, byli też i ludzie z krwią zimną, którzy z niemałem zadowoleniem przyglądali się coraz bardziej wzrastającemu zamętowi, a chcąc zeń skorzystać i, jak-to mówią, w mętnej wodzie co najwięcej ryb nałapać, wszelkich dokładali starań, aby jeszcze go zwiększyć i tu i ówdzie rozsiewali zdania i historyjki, które tak gładko umieją układać przebiegli oszuści, a w które tak łatwo i odrazu wierzą wzburzone umysły. Tysiąee ludzi udało się na spoczynek z niejasnem poczuciem tego, iż trzeba coś przedsiębrać, że coś się niezwykłego dziać będzie. O świcie place i ulice znów pełne były gromadek ludu: dzieci, kobiety, mężczyźni, rzemieślnicy, żebracy, wszyscy razem zbierali się w kółka; tu słychać było przyciszony gwar wielu głosów; tam ktoś jeden przemawiał do zebranych, którzy mu przyklaskiwali, dalej ktoś pytał najbliższego sąsiada o to, o co go również zapytywano przed chwilą, dalej jeszcze, ktoś inny powtarzał okrzyk,

ROZDZIAŁ XII.
201
który mu do uszu doleciał; wszędzie dawały się słyszeć skargi, groźby, słowa wyrażające gniew lub zdumienie; one były treścią wszystkich rozmów tego tłumu.
Dość było jakiegoś bodźca, jakiegoś, choćby błahego powodu, aby słowa w czyn zamienić; powód taki nadarzył się też wkrótce. O wschodzie słońca, ze sklepów piekarzy zaczęli wychodzić chłopcy z koszami pieczywa, które codziennie o tej samej porze musieli dostarczać do niektórych domów. Pojawienie się pierwszego z tych chłopców na ulicy, gdzie się już sporo utworzyło takich kółek, było jakby wrzuceniem iskry do prochu. — Czy chleb jest, oto dowód! — zawołało sto głosów na raz. — Tak, nie brak go dla ciemiężców, którzy opływają w dostatki, a nas chcieliby głodem umorzyć — mówi jeden z obecnych, a następnie, zbliżając się do chłopaka i kładąc rękę na koszu dodaje: — pokaż, co tam masz? — Chłopak rumieni się, blednie, drży na całem ciełe, chciałby powiedzieć: puśćcie mnie, lecz mu wyrazy zamierają na ustach, usiłuje co najprędzej wyswobodzić ręce z pasów, na których kosz wisi: — dawaj go tu zaraz! — wołają Sokola. Wiele rąk chwyta za kosz; po chwili już jest na ziemi, przykrywające go płótno leci w powietrze, zapach świeżego pieczywa rozchodzi się dokoła.
— I my także ludźmi jesteśmy i my także jeść chcemy — mówi pierwszy; bierze jeden bochenek, podnosi go w górę, pokazując ludowi, potem jeść go zaczyna; wszyscy rzucają się na kosz; już próżny, chleba ani śladu. Ci, którym się nic nie dostało, podrażnieni widokiem zdobyczy, którą inni osiągnęli tak łatwo, zbierają się w większe oddziały i udają się na poszukiwania innych koszów, a wszystkie, które spotykają po drodze, muszą uledz losowi pierw?2ego. Nawet zdobywać ich nie ma potrzeby, bo każdy chłopak, który chleb roznosił i który miał nieszczęście znaleść się wówczas ulicy, widząc co się święci, sam dobrowolnie kosz porzucał i co /mu uciekał. Pomimo to jednak, tych, którym się nic nie dostało, yio bardzo wiele, a nawet i sami zdobywcy czuli pewne niezadoi °jenie z tak szczupłego łupu; oprócz tego w tłumie znajdowali się C1’ których najgorętszem życzeniem było wywołanie wielkich roz chów. Nic więc dziwnego, że wkrótce dały się słyszeć okrzyki:
0 Piekarni! do piekarni!
Na ulicy Corsia de’ Servi istniała wówczas, i po dziś dzień ist^eJe piekarnia, która dotąd zachowała swą dawniejszą nazwę, ikuiai)ZeCZU toskańskiem zowią ją Eorno dellc grucce, piekarnia kul c0U i. kalek), w narzeczu zaś medyolańskim El prestin di seanse, °ł“-to samo oznacza, jednak, ze względu na sposób, w który się tak n7lał’ złożOQe z wyrazów tak dziwnych, tak barbarzyńskich, eslychanych, że w całym alfabecie nie znajdziemy głosek

202
NARZECZENI.
mogących dać pojęcie o ich dźwiękach. W tę stronę lud się zwrócił. Piekarz z czeladzią właśnie otoczył chłopaka, który, wróciwszy bez kosza, zmieszany i przestraszony opowiadał swą smutną przygodę, gdy nagle zdaleka, doleciały okrzyki, wrzawa, odgłos kroków całego tłumu. Hałas rośnie, wzmaga się, zbliża z każdą chwilą; już pierwsi przywódcy nadchodzą.
— Zamykajcie drzwi, prędzej — woła gospodarz. Jeden z czeladzi pędzi co tchu do kapitana sprawiedliwości, aby prosić o pomoc; inni z pośpiechem sklep zamykają i zasuwają ryle. Lud gromadzi się dokoła piekarni wołając: — chleba! chleba! otwórzcie! otwórzcie!
W parę minut przybywa kapitan sprawiedliwości na czele oddziału halabardników. — Z drogi, na bok! do domów, do domów; miejsca dla pana kapitana sprawiedliwości — woła kapitan i halabardnicy. Lud, który nie tworzył jeszcze zbyt gęstego tłumu trochę się na strony usuwa, tak, iż nowoprzybyli mogą swobodnie dojść aż do drzwi piekarni i tu, wszyscy razem, choć w niezbyt wielkim porządku, stanąć na straży.
— Ależ, moi kochani przemawia wówczas kapitan — co tu robicie? Do domów, do domów 1 A gdzież bojaźń boża? Cóż na to powie nasz król najmiłościwszy? Nie chcemy używać siły, nie zrobimy wam nic złego, ale rozejdźcie się, rozejdźcie! Miejcież rozum! Co wy chcecie tu robić tak tłumnie zebrani? Chcecież zgubić i duszę i ciało? Do domów, powiadam, do domów!
Lecz ci, którzy byli najbliżej pana kapitana, którzy widzieli jego twarz i słyszeli, co mówił, gdyby nawet i chcieli pójść za jego radą, powiedzcież, w jaki sposób mogli to uczynić? Ci, co stali za niemi, popychali ich naprzód; tych znowu popychali inni, dalsi; tych dalszych jeszcze inni, najdalsi, zupełnie jak fale na morzu, a tłum tymczasem z każdą chwilą wzrastał. Kapitanowi zaczynało już tchu braknąć. — Odepchnijcie ich trochę, oddychać nie mogę — mówił do halabardników: — ale ostrożnie, uważnie, grzecznie. Gdyby choć do sklepu się dostać! pukajcie do drzwi, ależ lud, lud starajcie się nieco odepchnąć.
— Nazad, nazad! — zawołali halabardnicy, wszyscy razem rzucając się na najbliższych i odpychając ich drzewcami halabard. Wszczął się hałas, krzyk, popłoch, ludziska cofają się, jak mogą; plecami uderzają w piersi, łokciami w brzuchy tych, którzy się za niemi znajdują, w sposób okrutny depczą im po nogach; tłok tak wielki, iż niejeden drogo-by zapłacił, aby się stamtąd wydobyć. Tymczasem trochę obszerniej zrobiło się przed piekarnią; kapitan puka, stuka, wreszcie co sił wali we drzwi, krzycząc z całej mocy, aby mu otworzono: ci, którzy są w piekarni i wyjrzawszy przez

ROZDZIAŁ XK.
203
okno, spostrzegli go, już lecą na dół, otwierają drzwi, kapitan wchodzi, każę halabardnikom iść za sobą i ci wchodzą jeden po drugim, ostatni odpychając jeszcze tłum halabardami. Kiedy już wszyscy wcisnęli się do piekarni, drzwi znowu zamykają się z pośpiechem, znowu staraunie zasuwają się rygle, kapitan pędzi na schody, zbliża się do okna. O, cóż za mrowisko I
i — Bracia! — woła — mili bracia! (wiele głów zwraca się do okna) — słuchajcie mnie, rozejdźcie się, wracajcie do domów. Zupełne przebaczenie otrzyma każdy, kto zaraz wróci do domów.
— Chleba! Chleba! Otwórzcie! Otwórzcie! — Takiemi były jedyne wyraźne okrzyki, które wśród ogólnej wrzawy, doleciały do uszu kapitana sprawiedliwości, jako odpowiedź na jego przemówienia.
— Ludzie, miejcież rozum! opamiętajcie się, zważcie, co robicie, póki czas jeszcze potemu. Powiadam wam, wracajcie do domów! Chleba, chleba! Będziecie go mieli, ależ nie w ten sposób! Bójcież się Boga! Ej! ej! a wy tam co robicie koło drzwi? Wstydźcie się, wstydźcie! Widzę, widzę wszystko; piękna sprawa! Pamiętajcie! to wielkie przestępstwo. Czekajcie, zaraz ja tam, zaraz do Was przyjdę... Ej! ej! rzucić mi te żelastwa, słyszycie? precz i’ęce od okien! Wstyd, hańba! I to Medyolańczycy i to lud, który ż łagodności słynie po świecie! Słuchajcie mnie, słuchajcie: byliście zawsze poczci... A łotry!
Powodem tak gwałtownej zmiany stylu był kamień, który puszczony ręką jeduego z tych poczciwców ugodził pana kapitana sprawiedliwości w samo czoło i (musimy to dodać dla zwolenników frenologii) znacznie mu powiększył guz metafizycznych zdolności. ’-’A łotry, a łajdaki! — wołał teraz, śpiesznie zamykając okno i coXiąc się w głąb’ sklepu. Ale, pomimo, iż krzyczał z całej siły. Wszystko, co powiedział dotychczas, jego grzeczne i mniej grzeczne Wyrazy, nie mogły dojść do tłumu i na pół drogi ginęły w straszliwej wrzawie, która panowała na dole. To zaś, co spostrzegł przed ^klepem, było gorączkową robotą, mającą na celu wysadzenie drzwi 1 Wyłamanie krat u okien, która się uskuteczniała za pomocą kamieni i różnego żelastwa (wszystkiego tego, w co się lud mógł zaopatrzyć po drodze) i która znacznie już postąpiła naprzód.
Tymczasem gospodarz i czeladź piekarni, ukazując się w oknach Piętr wyższych z dobrym zapasem kamieni (musieli je zapewne powyciągać z bruku podwórka), krzyczeli, jak opętani, w wyrazach nie Mających się do druku rozkazując tym, co byli na dole, aby zaniez». f°hoty około drzwi i okien; a widząc, żęto nie skutkuje gj^ęli im pokazywać kamienie i grozić, że będą je rzucać na nich.
Wa nie wywierały najmniejszego skutku, trzeba było groźbę

204
NARZECZENI.
wypełnić. Poleciały kamienie, a żaden celu nie chybił, bo tłum był tak gęsty, że nawet ziarnko prosa, jak to mówią, nie zdołałoby upaść prosto na ziemię.
— A łotry 1 a złodzieje! Takim-to chiebem częstujecie biedaków, aj! oj! Zaraz, zaraz wam odpłacimy! — wrzeszczano na dole. Niejeden został skaleczony; dwu chłopaków już skonało na miejscu. Wściekłość podwoiła siły, wyłamano drzwi, wyrwano kraty i tłum wpadł do piekarni. Obrońcy jéj widząc, że wszystko stracone, uciekli na poddasze: pan kapitan, halabardnicy i kilku z czeladzi powłazili w najciemniejsze kąty, inni przez okienka dostali się na dach i biegali po nim, jak koty.
Na widok łupu zwycięzcy zapomnieli o krwawej zemście. Wszyscy rzucają się do skrzyń z pieczywem, cały zapas chleba znika w jednej chwili. Kilku wszakże przezorniejszych biegnie wprost do kasy, odrywa zamek, zanurza ręce w pieniądzach, całemi garściami pakuje je do kieszeni i wychodzi śpiesznie z piekarni, aby następnie powrócić po chleb, jeśli jeszcze takowy zostanie. Tłum ciśnie się do składów. Chwytają zawory z mąką, wloką je, wywracają; jedni, siedząc konno na workach rozwiązują je i, aby módz je udźwignąć wysypują z nich sporą ilość mąki; inni wołając: — czekaj, czekaj — nachylają się i nadstawiają chustkę, fartuch lub czapkę, aby w nie zebrać owę bożą mannę; ten do dzieży podbiegł i wyciąga z niej kawał ciasta, który się wydłuża, przerywa i z rąk mu się wyślizguje, padając na ziemię; inny, któremu, jako zdobycz, dostał się pytel, niesie go wysoko nad głową; ten idzie, ten wychodzi, ten wraca, ruch, zgiełk, wrzawa; kobiety, mężczyźni, dzieci; wszystko gdzieś śpieszy, potrąca się, krzyczy i wszystko tonie we mgle białej. Na zewnątrz dwa tłumy ludzi, jak dwa potoki, które łączą i wzajemnie mieszają swe wody, płyną w dwie przeciwne strony; jeden do piekarni, złożony z tych, którzy śpieszą na rabunek, drugi z piekarni, utworzony z tych, którzy ze zdobyczą wracają...
W czasie, gdy się to dzieje w owej piekarni, wszystkim innym także niebezpieczeństwo zagraża. Ale przed żadną z nich lud się nie zebrał w tak wielkiej liczbie, iżby się mógł odważyć na jakiś krok równie zuchwały. W niektórych gospodarze zdołali już ściągnąć znaczne posiłki pomocy, tak, iż dzielny mogli stawiać opór, w innych, tam, gdzie się czuli słabszemi, wchodzili z ludem w pewne układy, rozdawali naprzykład chleb tym, którzy już się zaczynali gromadzić, pod warunkiem, aby się natychmiast rozeszli. I lud się rozchodził, nie tyle z powodu, iżby miał być zupełnie zadowolony, ile dlatego, że siepacze i halabardnicy, trzymając się zdała od owej nieszczęśliwej pierwszej piekarni, ukazywali się jednak winnych

KOZDZIAL XIL
20ę
miejscach i to w liczbie tak pokaźnej, iż z pewnością potrafiliby dać sobie radę ze Wszystkiemi temi zuchwalcami, którzy nie tworzyli jeszcze wielkiego tłumu. Rozruch więc i nieład rósł głównie przed pierwszą piekarnią; tam podążał każdy, którego paliła niepowściągniona żądza wzięcia czynnego udziału w tak chwalebnéj sprawie, a podążał dlatego, iż wiedział, że tam znajdzie przyjaciół, że przewaga liczebna i siła będą po jego stronie i że będzie mógł broić bezkarnie.
Tak stały rzeczy, gdy Renzo, zjadłszy już po drodze i drugą połowę owego bochenka, bezwiednie, coraz się bardziej przybliżał do miejsca największej ruchawki. Szedł, to prędko, to powoli, stosownie do poruszeń tłumu, w którego środek trafił, a idąc rozglądał się pilnie dokoła i słuchał uważnie, chcąc w tym zgiełku, w tej wrzawie piekielnej, złapać jakąś wiadomość, jakieś zrozumiałe wyrazy^ słowem cokolwiek, coby mogło wyjaśnić mu nieco dokładniej, o co im chodzi.
— Teraz już się wykryło — z wielkim zapałem dowodził ktoś w tłumie — wykryło się oszukaństwo tych łotrów, którzy śmieli zapewniać, że nie ma ani chleba, ani mąki, ani zboża. Teraz już i’zecz stała się jasną, jak dzień, już nas nikt nie obałamuci, nikt nie °szuka. Niech żyje obfitość!
— A ja wam powiadam — mówił inny — że to się wszystko fla nic nie zdało; to tyle warto, co wodę czerpać przetakiem; a nawet na złe nam wyjdzie, jeżeli nie damy im dobrej nauczki, którąby *llugo popamiętać mogli. Bo widzicie, choć chleb będzie tani, gotowi przez zemstę sypać truciznę do mąki, aby biedni ludziska *Oarli jak muchy. Przecie już mówią, że nas i tak za wiele, powiedzieli to w radzie, a że to rzecz pewna, za to ja wam ręczę, bom na własne uszy słyszał o tém od mojej kumy, która jest przyjaciółką człowieka, którego krewny jest kuchtą u jednego z tych jegomosciów.
Dalej o kilka kroków od Renza, jakiś człowiek, który miał głoklał, wiązan% starym szmatem i włosy posklejane krwią spiekłą,, sP.osób okropny, czemu, jakby dla pocieszenia go, wtórowało KUKU sąsiadóW-
“ Aa bok, na bok! panowie; pozwólcie przejść biedakowi, który a pięć orga swych dziatek niesie pożywienie — mówił jakiś czło-
i a’, u£ina’, ac się pod ciężarem wielkiego worka z mąką i każdy Dk mógł tak mu się z dr*gi usuwał
kain,,, i ’V1, 6?2 co Półgłosem rzekł ktoś do towarzysza — zmykle kni. d0l)0“1,,czas Jeszcze. Znam świat i wiem, jak-to się zwydokazn;CZ^ ta^ie lze<jz^:. Wszyscy ci głupcy, którzy tu teraz tak
Ją, jutro a najdalej pojutrze, będą cicho siedzieć w domu

20G
NARZECZENI.
i trząść się ze strachu. Już nawet dostrzegłem pewną rzecz ciekawą, pewnych ichmościów, którzy z miną niewiniątek krążą wśród tłumu, uważając kto jest, a kogo nie ma, a gdy już raz to wszystko się skończy, nastąpią rachunki, i komu się dostanie, to się i dobrze dostanie.
— Ten, kto się najbardziej opiekuje piekarzami — zawołał jakiś głos potężny, który zwrócił uwagę Renza — to wikaryusz prowizyi.
— Wszyscy oni łotry — ozwał się ktoś w tłumie.
— Tak; ale on największy — odpowiedział głos pierwszy.
Wikaryusz prowizyi, wybierany co rok przez gubernatora z pomiędzy sześciu szlachciców, przedstawianych mu przez Radę Dekuryonów, był prezesem tej rady, a także i prezesem trybunału prowizyi, który składał się z dwiinastu członków, również ze szlachty wybranych i pomiędzy innemi czynnościami, zajmował się głównie sprawami żywności. Kto podobny urząd piastował, ten w czasie klęski głodowej, w oczach ciemnego ludu, musiał koniecznie uchodzić za sprawcę złego i wówczas chyba mógłby tego sądu uniknąć, gdyby, tak, jak Ferrer postąpił. Wszakże była-to rzecz niemożliwa, nie mógłby tego uczynić, choćby nawet pragnął najgoręcej.
— Zbrodniarze! — wołał inny: — bo zważcież tylko, do cze^o to już przyszło! oto, odważają się głosić, że nasz wielki kanclerz to starzec zdziecinniały I Chcą, abyśmy przestali mu wierzyć. Chcą tu sami przewodzić i rozkazywać! Wartoby zrobić wielką klatkę i tam ich powsadzać i karmić ich wyką i kąkolem, które przeznaczali na pożywienie dla nas.
— To mi chleb! — mówił ktoś, torując sobie drogę łokciami, aby się co najprędzej z tłumu wydobyć: — funtowe kamienie, ot takie kamienie, jak grad się sypią! A tłok! a jak mi boki pognieciono! O gdyby już prędzej być w domu!
Wśród takich rozmów, które nie tyle wyjaśniały sprawę, ile odurzały, popychany, potrącany co chwila, Renzo, z ową falą ludu, znalazł się wreszcie przed zrabowaną piekarnią. Tłum już się znacznie przerzedził, tak, iż mógł spostrzedz od razu ślady tego, co się tu działo przed chwilą. Z murów miejscami tynk poopadał, kamienie i cegły pokrywały ziemię, okna wybite, drzwi wyłamane.
— Co prawda, rzecz to nie piękna — pomyślał Renzo: — a jeżeli wszystkie piekarnie tak oporządzą, to gdzież będą chleb piekli? Chyba w studniach?
Co chwila ktoś z piekarni wychodził, niosąc albo kawał skrzyni drewnianej, albo szczątki dzieży, lub pytla, albo wałek od cierlicy, deskę, ławę, kosz, książkę rachunkową; słowem to, co mu się zdobyć udało; i krzycząc — z drogi, z drogi! — przechodzi! wśród

BOZDZIAŁ XII.
207
Indu. Każdy z nich w jednę i tę sarnę stronę podążał; widocznem było, że śpieszą na jakieś miejsce, gdziesię zejść umówili. No, no — — pomyślał znów Renzo — to jeszcze coś nowego — i poszedł za jakimś człowiekiem, który zarzuciwszy na ramiona sporą wiązkę połamanych desek i trzasek podążał w stronę, w którą i inni zmierzali, to jest na ulicę, ciągnącą się wzdłuż północnej strony katedry i zwaną ulicą schodków, od stopni, które istniały tam jeszcze przed niedawnym czasem. Pomimo iż góral nasz był tak silnie zaciekawiony wszystkióm, co się działo dokoła, jednak, w chwili, gdy się przed nim odsłonił olbrzymi gmach katedry, stanął jak wryty i z podniesioną głową i otwartemi ustami patrzał przez czas pewien w górę. Potem kroku przyśpieszył, aby dopędzić tego, którego obrał sobie za przewodnika, wyszedł z uliczki, rzucił przelotne spojrzenie na front katedry, który wówczas nie tak, jak dziś, wyglądał i bardzo daleki był jeszcze od ukończenia, i wciąż idąc za owym człowiekiem, zmierzał prosto ku środkowi placu. Im dalej szli naprzód, tem się tłum zwiększał; jednak człowiekowi niosącemu drzewo każdy ustępował z drogi: on pruł falę ludu, Renzo z tego korzystał, aż wreszcie wraz z nim znalazł się w samym środku najgęstszego tłoku. Tu była mała wolna przestrzeń, a na niej kupa węgli i głowien, pozostałości owych sprzętów, które lud z piekarni wynosił. Dokoła rozlegały się oklaski i tysiączne okrzyki, wyrażające gniew, groźbę i radość tryumfu.
Nowoprzybyły rzuca swą wiązkę na ów stos, jeden z obecnych nawpół spaloną łopatą żar dokoła niéj zbiera, dym się zwiększa, gęsty słup jego wznosi się do góry, zapala się drzewo, na widok płomieni wzmaga się krzyk i wrzawa: — Niech zginie głód! Niech zginie trybunał prowizyi. Niech zginie cała rada! Niech żyje chleb i dostatek.
Co prawda, niszczenie dzież i pytlów, rabowanie piekarń i nabawianie tak wielkiego strachu piekarzy, nie są najlepszemi środPrzywrócenia taniości chleba; lecz jest to jedna z tych ł k n°sc* metafizycznych, których tłum nie może zrozumieć. Je’ 11 będąc nawet zbyt głębokim metafizykiem, czasami i pro
sty smiei elnik potrafi rzecz tę zrozumieć odrazu, byle tylko pytanie pyio zupełnie dlań nowe, byle, jak-to mówią, był nowicyuszem w tej spiawie, b0 skoro tylko wiele o niej będzie sam gadał, lub też uchał, co mówią inni, to njezawodnie utraci zdolność jej pojmowaaRenzo uczuł odrazu na widok piekarni, że źle się dzieje, że tak óc nie powinno, mysi ta nawet, jakeśmy to widzieli, nie opuściła F? i potem. Ale zachował ją, dla siebie, gdyż pomiędzy wszystlemi temi twarzami nie było ani jednej, której wyraz zdawałby się
owić: bracie, jeżeli błądzę, oświeć mię, a będę ci wdzięczny.

208
NARZECZENI.
Tymczasem ogień znów zagasł, nikt jakoś nie nadchodził z nowemi materyałami i lud już zaczynał się nudzić. Naraz rozchodzi się wieść, że na Cordusio (placyku albo i aczej zbiegu kilku ulic, znajdującym się nieopodal) oblegają piekarnię. Często w podobnych okolicznościach wiadomość o jakiejś rzeczy wystarcza, aby takową naprawdę wywołać. Na tę nowinę każdy uczuł niepowściągnioną ochotę pośpieszenia w tamtę stronę: ja idę, a ty? o i jatakże! chodźmy! — słychac było dokoła: i tłum się poruszył wydłużając się w jednę, wielką procesyą. Renzo pozostał w tyle i nie ruszał się prawie, chyba wówczas, gdy fala ludu go popytała rozmyślając nad tem, czy ma zaraz porzucić rozhukaną tłuszczę’, aby udać się do klasztoru i znów zapytać o ojca Bonawenturę czy też jeszcze czas jakiś tu pozostać i zobaczyć, co się dalej dziać będzie. Ciekawość i teraz przemogła. Jednak nie chcąc się narażać na silne potłuczenie, albo nawet na coś gorszego jeszcze, postanowił nie cisnąć się w sam środek tłumu, ale tylko zdaleka wszystkiemu się przyglądać. Główna masa ludu już naprzód ruszyła dokoła jakoś się mniej ciasno zrobiło; nasz chłopak wyjął wiec z kieszeni drugi bochenek, podniósł do ust, ugryzł zeń spory kawałek i poszedł za tem dziwnem, hałaśliwem wojskiem.
Z placu, tłum skierował się na krótką i wąską uliczkę Peschiera vecchia, przebył ją i, przeszedłszy pod owym ukośnym lukiem, który na niej widzimy, wyszedł na plac de’ Mercanti. Cały ten pochód musiał przeciągać przed gmachem, zwanym wówczas kollegium doktorów i, trzeba wyznać, że bardzo niewielu się takich znalazło, którzyby, mijając wielką niszę środkową, przedzielającą krużganek p0 środku, nie spojrzeli na nią zukosa i nie uczuli pewnego uszanowania na widok olbrzymiego posągu Filipa II, który się tam znajdował i którego groźne, surowe, posępne oblicze, oraz ręka wyciągnięta, robiły takie wrażenie, jak gdyby ów mąż marmurowy miał Fada chwila przemówić: zaczekajcie, ja się w to wdam zaraz,
Posągu tego już nie ma, a koleje, przez które przechodził, były tak dziwne, że muszę je wam opowiedzićć. Otóż blisko w sto siedemdziesiąt lat po wypadkach, które tu opisujemy, pewnego pięknego poranku Filipowi II zamieniono głowę, odebrano mu rowmez i berło dając natomiast sztylet do ręki, i nazwano Markiem Brutusem. Tak zmieniony stał jeszcze przez jakie parę lat w swojej niszy lecz nadszedł dzień, w którym pewne osoby, widocznie niezbyt sprzyjające Markowi Brutusowi, albo nawet mające słuszne powody do znienawidzenia go, opasały go sznurem, zrzuciły na ziemię, zaczęły pastwić się nad nim w najrozmaitszy sposób i, przywiódłszy go do stanu bezkształtnej bryły, z pianą wściekłości na ustach

BOZDZIAŁ XIII.
209
i zaiskrzonemi oczyma powlekły po ulicach Medyolanu; a w końcu gdy już się dobrze zmęczyły, wrzuciły go, nie wiem już dokąd. O! gdybyż to mógł przewidzieć ów Andrzej Biffi, który go rzeźbiłI
Z placu de’ Mercanti przez ów drugi luk, który większa część mych czytelników także znać musi, lud wcisnął się w ulicę de’ Fustagnai, a następnie zalał placyk Cordusio. Każdy, wstępując nań, zwracał zaraz oczy na owę piekarnię; lecz zamiast tłumu przyjaciół, których się tu zastać spodziewał, widział tylko małą garstkę ludzi, jakby nie pewnych, co mają począć; sklep był zamknięty, a w oknach ukazywały się jakieś postacie dobrze uzbrojone i gotowe widocznie do odpierania szturmu. Na ten widok jedni się dziwili, inni klęli, lub śmieli się na głos; ten i ów zwrócił się napowrót, aby zawiadomić tych, co nadciągali; tu, ktoś się zatrzymał, rozmyślając nad tem, czy nie lepiej do domu powrócić; tam ktoś inny radził rozejść się wszystkim, a jeszcze inny wołał odważnie: — naprzód, naprzód! — Wszyscy cisnęli się, popychali; każdy się pytał, każdy się radził; powstało jakieś falowanie, chwianie się, zamęt. Wtem, jakiś nędznik zawołał w tłumie: — wszak tu w pobliżu znajduje się dom wikaryusza prowizyi: — chodźmy sprawiedliwość wymierzyć I — Słowa te lud przyjął tak, jakby mu tylko przypomniały o tem, co już dawno postanowił wykonać. — Do wikaryusza! do wikaryusza! — rozległ się jeden wielki okrzyk i wszyscy rzucili się W stronę, gdzie się, znajdował ów dom, w tak złą godzinę wymieniony.
ROZDZIAŁ XIII.
Nieszczęśliwy wikaryusz prowizyi, z miną kwaśną i niezadowoPrzetrawiał właśnie obiad spożyty bez apetytu i świeżego
Cl n i * z Pewnym niepokojeni rozmyślał nad tem, jak się skończy caia.ta blu’za, nie przeczuwając nawet, że już nad jego głową zawisła. Jakiś poczciwy człowiek, wyprzedziwszy tłum, przybiegł go zawiadomić 0 tem, co mu grozi. Służba, która usłyszawszy wrzawę daleką cała sjjUpjja na progu domu patrząc ze strachem W stronę, z której dochodziła, pierwsza dowiaduje się od owego poczciwego gońca o tej arcy-smutnej nowinie. W czasie gdy słucha jej 2 całą uwagą, Już sję ukazują przednie straże: prędzej, prędzej do Pana! lecz w chwili kiedy pau jU£ wie o wszystkiem i chce uciekać, ony goniec oznajmia, że ucieczka jest niemożebną. Zaledwie tyle
Manzoni; Narzeczeni. Tom I.


’210
NARZECZENI.
jeszcze pozostało czasu, aby drzwi zamknąć. Zasuwają rygle, stapiają podpory, śpieszą do okien, aby je też zamknąć, jakby przed chmurą gradową, która już nad domem zawisła. Piekielna wrzawa, jakby łoskot dalekich piorunów, rozlega się na pustym, wysokiemi murami otoczonym, dziedzińcu, napełnia dom cały, a wśród tego dzikiego ryku niezliczonej tłuszczy słychać odgłos kamieni, sypiących się na zamknięte podwoje.
— Wikaryusz! tyran! morderca! chcemy go mieć żywcem lub trupem!
Biedny wikaryusz przerażony, blady, załamując ręce obiegał wszystkie pokoje, polecając się Bogu, błagając służbę, aby go ratowała, aby mu wskazała sposób ucieczki. Lecz jakże i dokąd mógłby uciekać? Wbiegł na poddasze, ostrożnie, przez małe okienko wyjrzał na ulicę; ulica pełną była rozwścieklonego ludu; usłyszał groźne krzyki, domagające się jego śmierci i prawie od zmysłów odchodząc z przerażenia uciekł znowu na dół i ukrył się w najbardziej pewnem i ustronnem schronieniu. Tam, przytulony do muru, cały drżący, zaczął pilnie słuchać, czy też czasem nie zmniejsza się wrzawa piekielna, czy się nie oddala; lecz słysząc, iż ryk tłuszczy staje się z każdą chwilą coraz dzikszy, że dobijanie się do drzwi nie tylko nie ustaje, ale wzrasta, nie mogąc już dłużej znieść tej męczarni, coprędzej uszy zatknął. Potem, tracąc przytomność, zgrzytał zębami, twarz wykrzywiał okropnie, ręce wyciągał i zaciśniętemi pięściami, z całej siły drzwi podpierał, jakby je ktoś starał się już wyłamywać... Zresztą, ponieważ był sam, nikt na pewno nie potrafi powiedzióć, co robił, i w tym razie historya zmuszoną jest odgadywać. Wielkie to szczęście, że się już ona do tego wprawiła.
Tym razem nasz Renzo znajdował się w samym środku tłumu i nie wir ludu go tam wciągnął, ale sam rzucił się weń dobrowolnie. Na pierwszy okrzyk, domagający się krwi, jemu krew ścięła się w żyłach. Co do rabunku, nie umiał zdać sobie sprawy, czy w obecnych okolicznościach jest on dobrą czy też złą rzeczą; lecz myśl o zabójstwie odrazu najwyższą go zgrozą przejęła. A chociaż z powodu tej nieszczęśliwej, ogólnie ludzkiej skłonności wierzenia w to, co większość ludzi, jedną jakąś namiętnością opanowana, ża prawdziwe uznaje, i on też był święcie przekonany, że najpierwszą przyczyną głodu i najzaciętszym wrogiem biedaków jest ów wikaryusz; jednak przy pierwszem poruszeniu się tłumu, usłyszawszy przypadkiem kilka wyrazów, które świadczyły, że mała garstka ludzi postanowiła dokładać wszelkich starań, aby uratować życie tego człowieka, zaraz powziął myśl przyłączenia się do nich i dopomagania do spełnienia tak pięknego czynu; i w tym celu

ROZDZIAŁ XIII.
211
rzucił się w sam środek tłumu, a wkrótce potem już się znalazł w pobliżu owych drzwi, które na tysiączne sposoby usiłowano wysadzić. Jedni, kamieniami starali się odbić gwoździe, któremi zamek był Przytwierdzony; inni, z lepszym skutkiem, używali do swej roboty drągów, obcęgów i młotów; inni, również za pomocą drągów, lasek, gwoździ, a w braku tych narzędzi używając palców, wyciągali kamienie z bruku, chcąc się pode drzwi podkopać. Ci, którzy osobiście nie mogli przyjąć udziału w robocie, przynajmniej zagrzewali do niej wściekłemi okrzykami; lecz, jednocześnie, skupiając się coraz bardziej dokoła zajętych pracą, pozbawiali ich możności spiesznego wykonywania tejże; zresztą sam nadmierny zapał pracujących utrudniał ją, boć na świecie, dzięki Bogu, zdarza się przecież, że nie tylko w dobrem (co niestety bywa najczęściej), ale niekiedy i w złem najgorliwsi działacze stają się największą przeszkodą.
Radni miasta, gdy do nich doszła wiadomość o tem, co się święci, wysłali natychmiast gońców do zamku, który zwano naówczas zamkiem di Porta Giovia, prosząc komendanta o pomoc zbrojną; komendant przysłał takową. Lecz nim zawiadomienie doszło do zamku, nim komendant wydał rozkazy, nim się zebrali żołnierze, nim w drogę ruszyli i przebyli przestrzeń, dzielącą ich od mieszkania wikaryusza prowizyi, już dom zewsząd był oblężony i Wojsko musiało zatrzymać się zdaleka, poza tłumem. Oficer dowodzący oddziałem, nie wiedział sam co ma począć. Przed nim jak Mur, stał tłum nieruchomy, utworzony z ludzi różnej płci, różnego Wieku i stanu. Wszyscy patrzyli z ciekawością w stronę obleganego domu. Na rozkaz usunięcia się z drogi, zrobienia miejsca dla Wojska odpowiedzieli przeciągłym szmerem niezadowolenia, nikt się hie poruszył. Dać ognia do tej tłuszczy wydawało się dowodzącemu rzeczą nie tylko okrutną, ale nawet i bardzo niebezpieczną; 1’zeczą, która cały motłoch mogłaby o wściekłość przyprawić, zresztą nie otrzymał takiego rozkazu. Wpaść do tego tłumu, drogę r?.l 07ać sobie» odpychając go na prawo i na lewo, i śmiało iść nabrHli’stoczyć walkę z temi, którzy tam w głębi najbardziej. ył?by to najlepiej, ale czyż się udać mogło? Któż może przeu ldziec, czy żołnierze razem i w porządku zdołaliby dotrzeć aż do tego miejsca? gdyby im się to nie udało? Gdyby, zamiast przedarcia się przez tłum, zmieszali się z nim, rozproszyli i znaleźli lę na łasce tych, których podrażnili? Wahanie się dowódcy i bez2ynnosc żołnierzy słusznie, czy też niesłusznie, wzięto za objaw °jaźni. Cl, którzy znajdowali się najbliżej od nich, poprzestawali a mierzeniu ich pogardliwem spojrzeniem; ci, których już pewna Gzestrzeń od nich dzieliła, stroili miny najrozmaitsze i pozwalali ot)ie na obelżywe żarciki; dalsi głośno z nich się wyśmiewali,.
14* *

NARZECZENI;
212
a jeszcze dalsi albo nic nie widzieli, albo wcale o nich nie dbali. Tymczasem około domu pracowano ciągle, myśląc tylko o tem, jakby co najprędzej dostać się tam do środka, a widzowie nie przestawali zagrzewać pracujących dzikiemi okrzykami.
Wśród tych widzów, sam służąc za widowisko dla innych, wyróżniał się jakiś starzec, którego cała powierzchowność nosiła ślady rozpustnego życia i który szeroko rozwarłszy zapadłe i zaognione swe oczy, a twarz pomarszczoną strojąc w uśmiech czartowskiej radości, podniósł ręce wysoko nad łysą, wstrętną głową i ukazywał tłumowi, potrząsając niemi co chwila: młotek, powróz i cztery wielkie gwoździe, któremi, jak powiadał, po zamordowaniu wikaryusza przybije ciało jego do drzwi jego domu.
— To straszne 1 to wstyd! to hańba! — wymknęło się Renzowi, gdy usłyszał owe wyrazy starca, gdy spostrzegł, że tyle twarzy zdaje się je pochwalać i ośmielony tem, że na kilku innych twarzach wyczytał natomiast owę zgrozę, którą sam był przejęty, głośniój i odważniej mówił dalój: — To hańba, bracia! Czyż mamy pełnić rzemiosło kata i jemu zarobek odbierać? Zamordować chrześcijanina? Jakże chcecie, aby Bóg dał nam chleb, kiedy dopuszczamy się takiej zbrodni? Nie chleb, lecz pioruny na nas ześle!
— A ty psie jakiś! ty zdrajco ojczyzny! — zawołali, zwracając się ku niemu, ci najbliżsi, którzy wśród piekielnej wrzawy zdołali usłyszeć te święte wyrazy. Czekaj, czekaj! To jeden ze służalców wikaryusza za wieśniaka przebrany, to szpieg, to zdrajca! chwytajcie go, łapcie go! — Sto głosów dokoła woła ciekawie: — Kto? gdzie? co się stało? Służący wikaryusza? Szpieg? Wikaryusz przebrany za wieśniaka? Gdzie on? Gdzie? Łapać go! Chwytać!
Renzo oniemiał, chciałby się stać maluczkim, bardzo maluczkim, chciałby pod ziemią się schować; kilku sąsiadów prędko go chowa poza siebie i głośnym krzykiem usiłuje zagłuszyć i zmieszać te wrzaski złowieszcze. To wszakże, co mu w tej chwili najskuteczniej pomogło, było niespodziane: — na bok! na bok! — które dało się słyszeć w pobliżu. — Na bok! — wołano — pomoc przybywa: na bok, panowie!..
I cóż to było? Długa, wielka drabina, którą niosło kilku ludzi, aby, przystawiwszy ją do muru, dostać się przez okno do wnętrza domu. Na szczęście rzecz ta jednak, z pozoru tak łatwa do wykonania, w obecnych warunkach, stawała się bardzo i bardzo nawet trudną. Niosący drabinę, tak ci, którzy dźwigali jej końce, jako też i ci, którzy ją podpierali w środku, potrącani co chwila, rozdzielani od siebie falą ludu, szli nierównym krokiem, chwiejąc się to w tę, to w owę stronę. Jeden z nich z głową pomiędzy dwoma szczeblami

ROZDZIAŁ XIII.
213
drabiny, mając jej potężne boczne belki oparte na ramionach, stękał, a raczej ryczał, uginając się pod ciężarem tego ustawicznie poruszającego się jarzma; inny tak silnie został popchnięty, że odlatuje na stronę i puszcza koniec drabiny, który padając bije niemiłosiernie po ramionach, karkach, bokach i nogach najbliższych. Lud chwytają, podłazi pod nią, przesuwa głowy pomiędzy jój szczeble wołając: — naprzód! dalej! — Olbrzymia drabina chwiejąc się i podskakując coraz się bardziej do domu przybliża i zjawia się w sarnę porę, aby odwrócić uwagę nieprzyjaciół od biednego Renza, który, korzystając z zamięszania, powstałego z innego zamieszania, z Początku powolnie, ostrożnie, potem śpiesznie torując sobie drogę łokciami i pięściami, oddala się od miejsca tak dlań niebezpiecznego z zamiarem, aby, o ile się da najprędzej, wymknąć się z tłumu i udać się zaraz do klasztoru, do ojca Bonawentury, a w razie gdyby go jeszcze nie było, czekać tam na jego powrót.
Wtem, jakiś ruch niezwykły, który się na jednym z krańców tłumu rozpoczął, zaczyna szerzyć się z wielką szybkością i z ust do ust podawana wieść się rozchodzi, iż Ferrer, Ferrer przybywa. Zdumienie, radość, gniew, rozrzewnienie i niechęć, wszystkie te uczucia wybuchają razem tam, gdzie owo imię zadźwięczy. Jeden Powtarza je z uniesieniem, drugi stara się je zagłuszyć swym krzy, trzeci potwierdza, czwarty zaprzecza, ten przeklina, ten znowu
. T“. Ferrer tu? — Nie, nie, to nieprawda! — Prawda, prawda; niech żyje jierrerj — Niech żyje ten, który kazał, aby chleb tanio sprzedawail0[ — jSTie, nie. — On tu, w powozie; jedzie! jedzie! — A nam co ą0 t0gO? p0 co sję w to wdaje? Nikogo nie chcemy! — Ferrer, ldech żyje Ferrer! przyjaciel i opiekun biedaków! On po wikary usza prZyby wa> aby g0 zawieść do więzienia. — Nie chcemy go, nie uucemy i gamj sprawiedliwość wymierzymy!, Nazad, nazad. — lak, tak Ferrer! Przybywaj nam, przybywaj! Do wię„ Wspierając się na palcach, zwracają się w stronę,
3,?^ wieść tak niespodziana, ale ponieważ wszyscy 5 na Pacach, nikt nie może zobaczyć więcej nadto, co
Pomimo to WkaS 1-Uedy wyg°dnie cał^ stoP3 °PieraJ si« na ziemi* 1 omimo to, Każdy jednak w nowej postawie pozostał.
Rzeczj scie wśród tłumu, w stronie przeciwnej od tej, w której“ tah żołnieiz, ukazał się w zakrytym powozie Antoni Ferrer, wielkanclerz, w swej własnej osobie. Musiało go ruszyć sumienie, Usiał zrozumieć, że jego to nierozsądne postępowanie i upór stały je najpierwszą przyczyną tego buntu, lub co najmniej powodem do ego; przybywał więc teraz, aby go choć w części uśmierzyć, aby
»

214
NARZECZENI.
przeszkodzić przynajmniej spełnieniu okropnej, niepowetowanej zbrodni; przybywał, aby użyć na dobre owę tak źle zdobytą miłość u ludu.
W takich rozruchach ludowych znajduje się zwykle pewna liczba osób, która, czy to pod wpływem ogarniającego ją szału, czy w skutek fanatycznego przeświadczenia, czy w jakich celach nikczemnych, czy wreszcie przez nieszczęsny pociąg do wichrzenia, wszelkich używa środków, aby rzecz popchnąć do ostateczności, podsuwając najbardziej niecne rady, przyklaskując każdej niegodziwości, dmuchając na płomień, kiedy słąbnąć zaczyna. Dla podobnych ludzi zawsze wszystkiego za mało; chcieliby, aby rozruchy ani granic, ani miary nie miały; lecz, jakby dla utrzymania równowagi jest tam zawsze pewna liczba innych ludzi, którzy wywierają wpływ wręcz przeciwny pierwszemu-, jednych ożywia przywiązanie do osób, którym nieszczęście zagraża; innych tylko litość i wrodzony wstręt do przelewu krwi i wszelkich okrucieństw. W każdym z tych dwu wrogich sobie obozów, wówczas nawet kiedy należący do nich nie mogli się poprzednio z sobą porozumieć, zgodność chęci i uczuć wytwarza zgodność działania. To zaś, co stanowi główną masę, że tak powiem, materyał zaburzeń, jest tylko przypadkową mieszaniną najrozmaitszych ludzi, którzy, Jedni mniéj, drudzy więcej ciążą w nieskończonćm stopniowaniu ku dwu przeciwnym obozomo Wszystkie złe i dobre strony duszy są w nich podniecone: pragnienie zemsty, gorączkowa ciekawość tego, co się dziać będzie, chciwość, okrucieństwo, chęć wymierzenia sprawiedliwości, ale takiej sprawiedliwości, jak oni ją pojmują, popęd do pastwienia się i do litości, do nienawiści i ubóstwienia; każde z tych uczuć może zwyciężyć, byle tylko nadarzyła się zręczność zaznania całej jego rozkoszy. Czują przy tém potrzebę krzyczenia, usłyszenia czegoś niepospolitego, uwierzenia w coś istotnie wielkiego; muszą albo pod niebiosa kogoś wynosić albo go błotem obrzucać. Niech żyje i niech zginie! oto wyrazy, które powtarzają najchętniej; a ten, komu naprzykład uda się przekonać ich, że taki a taki człowiek nie zasługuje na to, aby go poćwiertowano, nie potrzebuje już nawet mówić im o tem, że godzien jest najwyższej miłości. Stosownie do tego z której strony, jak-to mówią, wiatr powieje, mogą z widzów zmieniać się w aktorów, z narzędzi zniszczenia w narzędzia pomocy; gotowi nawet sami umilknąć, byle tylko umilkły wrzaski, którym wtórują, i wszystkiemu dać pokój, byle zbrakło już podżegaczy, byle wiele głosów zgodnych, którym nikt nie przeczy, powiedziało im: chodźmy do domu, i gotowi rozejść się wtedy naprawdę, 1 pytając siebie po drodze: co to było, ta cała sprawa? Ponieważ masa la posiada wielką siłę, którą może oddać każdemu, komu jej się po-


ROZDZIAŁ XIII.
215
doba, więc każde z dwu wyżej wymienionych stronnictw dokłada wszelkich starań, aby ją na swą stronę przeciągnąć, aby nią zawładnąć: są-to jakby dwie wrogie dusze toczące z sobą walkę zaciętą o to olbrzymie ciało, które każda chciałaby ożywić, każda posiąść na własność. Każde z tych stronnictw chce drugie prześcignąć w rozsiewaniu wieści najbardziej mogących podżegać namiętności w tłumie, każde chce owładnąć jego ruchem i na swoję go korzyść obrócić; każde usiłuje wynajdywać sposoby, któreby w jakiéjś danej chwili najsilniéj mogły podziałać na podniecenie ogólnej zawziętości lub na jej złagodzenie; każde obmyśla najbardziej odpowiedni okrzyk, który z ust do ust przechodząc, potrafiłby Wyrażać, potwierdzać i stwarzać jednocześnie pragnienia większości, przechylające wygraną na jednę lub na drugą stronę.
Dlatego tak się długo o tem wszystkiem mówiło, aby módz powiedzieć na ostatku, że w walce dwu stronnictw, usiłujących zapanować nad tłumem zebranym przed domem wikaryusza prowizyi, pojawienie się Antoniego Ferrer odrazu zapewniło wygraną temu stronnictwu, które dotychczas było bardzo słabe, i które, gdyby owa pomoc jeszcze się choć trochę była spóźniła, nie miałaby już ani siły, ani powodu do walczenia z mocniejszem. Lud kochał tego człowieka za owę taksę jego pomysłu tak dogodną i przyjemną dla kupujących, i za jego bohaterskie opieranie się wszelkim zmianom w sprawie taniości chleba, chociażby takowe miały być najlepsze i najbardziej słuszne. Do owej powszechnej miłości przyłączyło się teraz silne rozczulenie na widok ufności, której ów starzec dawał tak wielki dowód pojawieniem się swem w tłumie wzburzonym i wściekłym bez wojska, bez najmniejszej nawet straży przybocznej. Zresztą cudowny skutek wywierała wiadomość, że przybywa, aby wikaryusza odwieść do więzienia; tak więc nienawiść do tego biedaka, która, gdyby ją gwałtem usiłowano przytłumić, nie zgadzając się na żadne ustępstwa, niezawodnie z większąby jeszcze wściekłością wybuchła, teraz, w skutek tej obietnicy zadośćuczynienia, która była jakby kością podaną psu dla uspokojenia gOj pOWOpi zaczęła słabnąć ustępując innym, wcale odmienn\?ęzuci°m, które poczynały już budzić się w tłumie.
,, i’°nnictwo pokojowe, odetchnąwszy swobodniej, dopomagało
Ferrerowi tysiącznenj sposobami; ci, którzy się znajdowali w jego pobliżu, podniecając ogólny zapał radośnemi okrzykami, starali się Jednocześnie lud nieco odsuwać na stronę, aby utorować drogę dla Powozu; inni, Przyklaskując mu powtarzali i podawali z ust do ust
e wyrazy, które powiedział, albo też takie, które według ich
^ąwa byłoby najlepiej, aby powiedział, i usiłując nakazać milczenie
aJ bardziej zawziętym wichrzycielom, na nich zwracali niechęć

216
NARZECZENI.
zmiennego tłumu, który już zaczynał ulegać nowemu uczuciu. — A któż to tam nie chce wołać: niech żyje Ferrer? Życzyłbyś może, aby chleb nie był tani? Każdy jest łotrem, kto nie chce się zgodzić na to, aby sprawiedliwość została wymierzoną według praw boskich i ludzkich; ci, co tak podburzają lud, robią to dlatego, aby wśród zamieszania wikaryusz mógł uciec. Do więzienia z wikaryuszem! Niech żyje Ferrer! Na bok, z drogi! — Liczba tych głosów rosła z każdą chwilą, zuchwałość przeciwników słabła, i wkrótce zwolennicy pokoju, których działalność ograniczała się dotychczas do słów i przekonywać, teraz czynnie już wzięli się do dzieła za pomocą pięści nakazując milczenie najbardziej upartym i odpychając ich, aby pozbawić możności przewodzenia nad tłumem. Zwyciężeni trzęsąc się z gniewu jeszcze grozili, jeszcze starali się stawić opór, ale już sprawa przelewu krwi była straconą; wyrazami, które zagłuszały inne, były teraz: — do więzienia! sprawiedliwości! Ferrer! Po krótkiej, choć zaciętej walce, odparto ode drzwi domu wikaryusza tych, którzy około nich pracowali tak szczerze, inni ich miejsce zajęli, aby bronić te podwoje od nowego szturmu i aby ułatwić do nich przystęp Ferrerowi. Jeden z tych ludzi podnosząc głos i przykładając usta do drzwi (szczelin w nich nie brakło) zawiadomił tych, którzy się znajdowali w domu, iż pomoc przybywa i że wikaryusz powinien się przygotować jak do drogi, — bo natychmiast pójdzie... do więzienia: ehm, zrozumieliście? do więzienia.
— Czy to ten Ferrer, który pomaga w pisaniu praw i wyroków? — zapytał nowego sąsiada nasz Renzo, który w tej chwili przypomniał sobie owo: vidit Ferrer, które mu wrzasnął nad uchem szanowny pan doktór wówczas, gdy mu pokazywał podpis na wyroku.. „,
— A tak: to wielki kanclerz — odpowiedziano mu.
— I to poczciwy człowiek, wszak prawda?
— A pewno że poczciwy! to ten, co kazał chleb tanio sprzedawać, a inni tego nie chcieli, a teraz przybywa, aby zawieść do więzienia wikaryusza, który postępował nie tak, jakby był powinien.
Każdy zgadnie odrazu, że Renzo stał się natychmiast stronnikiem Ferrera. Chciał koniecznie iść na jego spotkanie; rzecz ta jednak nie była tak łatwą, ale za pomocą swych góralskich, potężnych łokci i pięści potrafił sobie dać radę, utorował drogę i po chwili znalazł się już w pierwszym szeregu, tuż obok powozu.
Powóz ten zdołał już wjechać w sam środek tłumu, i z powodu jednej z tych nieuniknionych, a częstych przeszkód, na które w podobnych warunkach musi natrafić, właśnie się zatrzymał. Stary

BOZDZIAŁ XIII.
217
Ferrer ukazywał to w jednem, to w drugiem oknie naprzemian oblicze uśmiechnięte, miłe, pełne łagodności, miłości, pokory, słowem oblicze jaśniejące całym wdziękiem owego wyrazu, który w zwykłych okolicznościach, przybierał wówczas tylko, gdy miał stanąć przed majestatem Filipa IV; jednak nie było rady, i musiał się dziś w ten wyraz przystroić. Nawet coś mówił do tłumu, ale wrzawa tylu głosów, same okrzyki: niech żyje! któremi go witano, bardzo małej tylko liczbie osób pozwalały słyszeć to, co mówił. Dopomagał więc sobie ruchami: to przykładał trzy palce do ust, przesyłając pocałunek ludowi; to ukłonem dziękował za okazywaną mu miłość; to ręce z okna powozu wysuwał, prosząc o zrobienie trochę miejsca; to, opuszczając je w dół starał się dać do zrozumienia, iż życzyłby sobie, aby wrzawa nieco się zmniejszyła; a wówczas kiedy mu się na chwilę udawało tego dokazać, najbliżsi słyszeli i powtarzali te jego wyrazy: — chleb, niema głodu, obfitość! przybywam, aby sprawiedliwość wymierzyć; panowie, raczcie się trochę z drogi usunąć. — Potem, odurzony całą tą wrzawą, widokiem tylu twarzy, tylu oczu na siebie zwróconych, cofał się na chwilę w głąb’ powozu, wydymał policzki, sapał potężnie i powtarzał w duchu: — Ledwie żyję! Co za tłum!
— Niech żyje Ferrer! Szlachetny Ferrer! Wielki Ferrer! Chleba! chleba!
— Tak, chleba, chleba — odpowiadał Ferrer — będzie chleb, będzie obfitość: ja wam to przyrzekam, ja — i rękę przykładał do piersi.
— Rozstąpcie się nieco, rozstąpcie, i dodawał zaraz: — jadę po wikaryusza, aby go osadzić w więzieniu, aby go ukarać tak, jak na to zasłużył: — i półgłosem po hiszpańsku kończył: — jeżeli istotnie zawinił. — Potem, przechylając się naprzód, z pośpiechem również po hiszpańsku, mówił do woźnicy: — Pedro, prędzej, jeżeli możesz.
Woźnica także się do tłumu uśmiechał i to z tak wielkiem przymgleniem, jak gdyby i on był znakomitą osobą, a z wdziękiem niezrównanym, powoli, zlekka, to na prawo, to na lewo, dotykając najbliższych końcem długiego biczyska, przemawiał także słodziutkim głosem: — na bok, na bok, panowie! proszę, bardzo proszę! trochę miejsca, nie wiele, tyle tylko, abyśmy mogli przejechać/
Tymczasem najgorliwsi z życzliwych starali się spełnić tak miłą prośbę, to jest utorować drogę. Jedni usuwali ludzi przed bońmi na stronę za poaiocą grzecznych słówek, lekkiego opierania się dłońmi o ich piersi i niemniej grzecznych i przyjemnych szturchańców: na bok, na bok, mili panowie! — powtarzali słodkim głosem; inni czynili toż samo po obu stronach powozu, aby dać mu

218
NAKZECZENI.
możność posuwania się naprzód nie przejeżdżając po nogach i nie zawadzając o twarze najbliższych, co, oprócz szkodzenia ludziom mogłoby również narazić na niebezpieczeństwo i sarnę nawet tak wielce szacowną osobę Antoniego Ferrera.
Zrazu, przez pewien czas Renzo patrzył z zachwytem i rozczuleniem na owę sędziwą, szanowną postać nieco zatrwożoną, niespokojną, znużoną, którą wszakże ożywiało gorączkowe pragnienie śpieszenia z pomocą temu, kto jej potrzebował tak bardzo, i którą opromieniała jakąś dziwną pięknością nadzieja wyrwania człowieka z tak groźnego niebezpieczeństwa; a im dłużej nasz chłopak na nią patrzył, tem bardziej zapominał o niedawnym jeszcze tak stanowczym zamiarze opuszczenia tłumu, a w końcu postanowił dopomagać Ferrerowi i nie odstąpić od niego, aż wówczas gdy już zamiar swój doprowadzi do skutku. I zaraz się zabrał do tego, przyłączając się do ludzi, którzy torowali drogę, a że nie próżnował i nie był jednym z mniej czynnych, to pewna. Przed powozem nieco się obszerniej zrobiło; — możecie jechać — mówił ten i ów do woźnicy, usuwając się na bok, lub podążając naprzód. — Jedź, Pedro, a prędko, ostrożnie, uważnie — powiedział do woźnicy i Ferrer. Powóz ruszył z miejsca. Wielki kanclerz, szafując hojnie na prawo i na lewo ukłonami dla całej publiczności, miał inne jeszcze, którym towarzyszył wdzięczny uśmiech i któremi zaszczycał wyłącznie te tylko osoby, które mu największą okazywały pomoc. Nasz Renzo odebrał niejeden z takich uśmiechów, co prawda słusznie mu się też należały, bo w owym dniu służył lepiej wielkiemu kanclerzowi, niżby to potrafił najgorliwsy nawet z jego sekretarzy. Młodemu góralowi, uszczęśliwionemu dowodem takiej łaski, zdawało się niemal, że już pomiędzy nim a Antonim Ferrerem zawiązała się przyjaźń na dobre.
Powóz, skoro już raz ruszył z miejsca, chociaż zawsze niezmiernie powolnie, a nawet zatrzymując się po drodze, przybliżał się jednak coraz bardziej do celu podróży. Mówię, podróży, bo choć na przebycie owej przestrzeni, która powóz od oblężonego domu dzieliła, w zwykłych warunkach i parę minut mogłoby wystarczyć; teraz jednak, ze względu na czas swego trwania, była to prawdziwa podróż i tak nazwałby ją każdy, choćby go nawet nie ożywiała owa święta niecierpliwość, ’ jaką pałał Ferrer. Jak fale dokoła okrętu, który płynie po wzburzonem morzu, tak lud ustawicznie poruszał się dokoła powozu. Stokroć gorszą od ryku burzy, bardziej straszną, ogłuszającą i niezgodną była wrzawa tłumuFerrer, rzucając się od jednego do drugiego okna, cały w uśmiechach, ukłonach i w ruchu, starał się jednocześnie chociażby coś z tego, piekielnego hałasu zrozumieć, aby módz zastosować swe odpowiedzi do

ROZDZIAŁ XIII.
219
Wymagań tłumu; chciał przynajmniej rozmówić się z temi najbliższemi przyjaciółmi, którzy otaczali powóz, ale sprawa to była trudna, a może nawet trudniejsza od tych wszystkich, które, w czasie swego długoletniego urzędowania, musiał załatwiać nasz wielki kanclerz. Wszakże, podobnie jak łoskot wielkiej racy daje się słyszeć wyraźnie wśród ogólnego huku zapalającego się fajerwerku, tak i o jego uszy, od czasu do czasu, odbijały się oderwane słowa, a nawet całe zdania, powtarzane jednocześnie przez kilkanaście najbliższych głosów. To też, starając się odpowiadać w sposób zadawalniający na te wrzaski, lub powtarzając wyrazy, ° których wiedział, że najlepszy wywierają skutek, albo wreszcie te, których chwila obecna zdawała się koniecznie wymagać, wielki kanclerz mówił również przez całą drogę bardzo wiele. — Tak, tak, mili panowie, chleb, obfitość, wszystko to będzie. Ja go do więzienia zawiodę, on zostanie ukarany... (jeżeli zawinił — dodawał półgłosem, po hiszpańsku). — Tak, tak, ja tu teraz rządzić zacznę: chleb powinien być tani; to jest, chcę powiedzieć, iż nasz pan najmiłościwszy nie pozwoli na to, aby ci najmilsi jego poddani mieli głód cierpieć. — Aj, oj! panowie ostrożnie, ostrożnie! czy nic wam się złego nie stało? — I znowu po hiszpańsku: — Pedro, uważnie, prędzój. — Tak, obfitość, obfitość! Rozstąpcie się trochę proszę, bardzo proszę. Tak, chleb, chleb. Do więzienia, do więzienia. Co? Co? — pytał naraz jakiegoś człowieka, który rzucił się do drzwiczek powozu, aby mu wrzasnąć nad uchem jakąś swoję Prośbę, czy też radę, lecz już go nie było, odciągnięto go, widząc, że może trafić pod koła. Wreszcie, dzięki tak dzielnej pomocy swoich sprzymierzeńców, ciągle giestykulując, mówiąc, uśmiechając sl§ i kłaniając na wszystkie strony, wśród nieustannej wrzawy, okrzyków i słabych oznak niezadowolenia i gniewu, które jeszcze tu i ówdzie wybuchają, lecz które lud przytłumia natychmiast, Ferrer staje szczęśliwie u kresu podróży.
Przed domem, jak to już wiemy, oczekiwali nań inni sprzymierzeńcy, którzy tymczasem pracowali nad zrobieniem tu nieco swobodnego miejsca. Za pomocą próśb, gróźb, przekładań i napominali, za pomocą odsuwania, odpychania, rozdawania na prawo i na lewo potężnych szturchańców, wreszcie, w skutek podwojenia się sił i energii, które wzmagają się zwykle, gdy już wiemy, że cel upragniony wkrótce da się osiągnąć, udało im się nakoniec rozdzielić tłum na dwie połowy, a następnie obie te połowy, o ile możności najdalej odsunąć od siebie, tak, iż pomiędzy drzwiami a powozem, który się przed nim zatrzymał, utworzyła się wolna Przestrzeń. Renzo (który na przemiany pełnił po trochu obowiązki gońca i straży przybocznej) przybył jednocześnie z powozem i mógł

220
NARZECZENI.
stanąć w jednym z tych dwu szeregów przyjaciół Ferrera, który tworzył mur broniący przystępu falom ciekawego tłumu, do oczyszczonego już miejsca, a podczas gdy jego potężne, szerokie plecy pomagały dzielnie w stawieniu oporu, oczy patrzyły ciekawie na powóz wielkiego kanclerza.
Ferrer odetchnął z głębi piersi gdy spostrzegł ów placyk oczyszczony z ludu i drzwi jeszcze zamknięte. Zamknięte, to jest nie otwarte na rozcież; bo zresztą zawiasy całkiem już prawie były poodrywane, a same drzwi, całe w szczelinach, kresach, cięciach i dziurach ukazywały w środku, w wielkim otworze, gdzie pierwej był zamek, kawał mocnego łańcucha, który choć także już silnie nadwerężony, od strony wewnętrznej, trzymał jeszcze złączone razem obie połowy podwoi. Jakiś człowiek, przykładając twarz do owego otworu, zawiadomił tych, co byli w domu, że już Ferrer przyjechał; inny pośpieszył drzwiczki powozu otworzyć; staruszek najprzód głowę wychylił, potem wstał i opierając się na ramieniu owego poczciwca, który pełnił w tej chwili obowiązek lokaja, nie wysiadł odrazu, ale zatrzymał się na stopniu powozu. Tłum, tak z jednej, jako też i z drugiej strony, cały wspiął się na palcach, aby więcej zobaczyć: tysiące twarzy, tysiące oczu w jednę zwróciło się stronę; ogólne wytężenie uwagi i ciekawości sprawiło, iż na chwilę zapanowała wielka, zupełna cisza. Ferrer, który w tej chwili właśnie się na stopniu zatrzymał, powiódł wzrokiem dokoła, ukłonił się tłumowi, jak mówca z kazalnicy, i przykładając lewą rękę do piersi, rzekł: — tak, chleba i sprawiedliwości; — ’poczem śmiało, krokiem pewnyip, wspaniale owinięty w swą szeroką togę, poszedł ku drzwiom — wśród szalonego wybuchu oklasków.
Tymczasem ci, którzy się znajdowali wewnątrz domu, otworzyli drzwi, albo raczej dokończyli tylko ich otworzenia wyciągnąwszy łańcuch z żelaznych, silnie już rozkiwanych kółek, na których wisiał, a następnie uchylili jednę połowę podwoi i to tyle tylko, ile niezbędnie było potrzeba, aby do wnętrza mógł się przecisnąć ów gość upragniony. — Prędko, prędko! — mówił Ferrer — nie „mogę wejść, więcej, więcej otwórzcie! a wy, dobrzy ludziska, odpychajcie tłum, aby niezbyt się cisnął... stójcie tak jak dotąd... Bóg wam to nagrodzi, pozostańcie tu jeszcze, dopókąd ja nie powrócę; to jedna chwilka... Ej, ej! jeszcze więcej, otwórzcież jak się należy! — zwracał się znowu do tych, którzy byli za drzwiami — przecież nie mogę się wcisnąć, sami widzicie; aj moje żebra, moje boki! Teraz zamykajcie już, nie, nie! moja toga! moja toga! — Długa, powłóczysta toga mogłaby istotnie w zamykających się podwojach uwięzioną pozostać, gdyby ją szybko i zwinnie nie uniósł Ferrer; po

ROZDZIAŁ XIII.
221
chwili już znikła za drzwiami, jak ogon węża, który uciekając przed niebezpieczeństwem wciska się do nory.
Podwoje zamknęły się śpiesznie i natychmiast, o ile się to dało najlepiej, znów je zatarasowano. Na zewnątrz ci, którzy składali ochotniczą, przyboczną straż Perrera, głosem, łokciem i pięścią pracowali nad utrzymaniem za sobą zdobytego już placu, modląc się w duchu do Boga, aby to wszystko już się co najprędzej skończyło.
— Prędzej, prędzej! — mówił również i Ferrer tam za drzwiami do służby, która otoczyła go wkoło i drżącym głosem Wała: — niech cię Bóg błogosławi! ach ekscelencyo! och ekscelencyo!
Prędzej, prędzej — powtarzał Ferrer: — gdzie ten biedak? — gdzie ten biedak? gdzie wasz pan?
Wikaryusz ukazał się w tej chwili; nawpół go wlekło, a nawpół niosło na rękach kilku silnych ludzi ze służby; a blady był jak chusta świeżo wyprana. Gdy spostrzegł swego zbawcę, odetchnął całą piersią, puls trochę mocniej zaczął uderzać, uczuł nieco siły w nogach, lekki rumieniec wystąpił mu na twarz i, z największym Pośpiechem, na jaki mógł się zdobyć, podbiegł do Ferrera wołając:
Jestem w ręku Boga i waszej ekscelencyi! Ale jak stąd wyjść? Dokoła lud, domagający się mojej śmierci.
— ~Venga usted eon migo (*); odwagi! mój powóz czeka przede drzwiami; prędzej, prędzój! — I wziął go za rękę, wiodąc ku wyjściu i starając się dodać mu otuchy, choć w duchu powtarzał: — nu, no, kto wie jakto teraz będzie? Święty Boże, zmiłuj się nad nami!
Drzwi się otwarły: Ferrer pierwszy wychodzi, za nim wikaryusz skurczony, zgarbiony, trzymający się oburącz owej zbawczej togi, której się tak uczepił, jak dzieciak sukni swej matki. Ci, którzy dotychczas pracowali nad zachowaniem wolnego miejsca przed domem, podnoszą teraz ręce i kapelusze wysoko do góry i tworzą jakby jakby chmurę, aby ukryć przed niebezpiecznym wzrokiem tłumu nieszczęśliwego wikaryusza, który tymczasem pierwszy wsiada do powozu i przytula się w kąteczku. Potem wsiada Ferrer; zamykają drzwiczki. Tłum dostrzegł niejasno, dowiedział się, odgadł to, co zaszło, i wybuchł olbrzymim okrzykiem radości i złorzeczeń.
Mogłoby się zdawać, iż powrót powinien być najbardziej trudną i najmniej bezpieczną częścią tój podróży, ale liczba tych, którzy się zgodzili na uwięzienie wikaryusza, była tak wielką, iż wyrażała
(*) Po hiszpańsku: chodź pan ze mną.

222
NARZECZENI.
sobążyczenie ogółu, oprócz tego, w czasie gdy Ferrer był w oblężonym domu, wielu z tych, którzy ułatwili mu przystęp do niego, tak się gorliwie starali o utrzymanie w środku ulicy, na całej przestrzeni, wolnego przejścia, że teraz już powóz mógł się nieco prędzej posuwać, nie zatrzymując się nawet po drodze. Dwa tłumy stojące po bokach ulicy, zaraz za powozem, zlewały się w jednę, wielką, gęstą masę.
Ferrer, skoro tylko wsiadł do powozu, natychmiast nachylił się do wikaryusza, radząc mu, aby dobrze do kąta się przytulił i aby, na miłość boską, nie poruszał się nawet; wszakże rada ta była zbyteczną. Sam zaś starał się ciągle być na widoku, chcąc zająć i ściągnąć na siebie całą uwagę publiczności. I teraz również musiał ciągle przemawiać do zmieniających się co chwila słuchaczy, a mowa ta, o ile długa, o tyle w treść była uboga; przerywał ją czasem dlatego tylko, aby skulonemu, drżącemu towarzyszowi szepnąć parę słówek na ucho. — Tak, tak, panowie: chleba i sprawiedliwości! do zamku, do więzienia, pod moję straż. Dziękuję, dziękuję, bardzo dziękuje! Nie, nie: już się nie wymknie! Słusznie, słusznie; to się zbada, osądzi; zobaczymy. Przecież i ja dobrze wam życzę, przecież macie we mnie najlepszego przyjaciela. Tak, srodze będzie ukarany; ręczę wam, ręczę. Estoło digo por su Hen (*). Meta sprawiedliwa, meta dobra, uczciwa, dla ukarania tych, którzy chcą lud głodem zamorzyć. Panowie, usuńcie się trochę na stronę, bądźcie tak łaskawi! Tak, tak, jestem poczciwym człowiekiem, jestem przyjacielem ludu. Będzie ukarany, tak, tak, to łotr, to niegodziwiec. Perdone usted (**). Źle z nim będzie, oj źle!...« ^ (***). Nauczym rozumu piekarzy. Niech żyje
król i poczciwi medyolańczycy, jego najwierniejsi poddani! Nie wykręci się, nie wykręci; do więzienia, do więzienia. Ammo, esiamos ya quasi fuera (****).
Rzeczywiście wyjechali już z największego ścisku i lud z każdą chwilą przerzedzał się. Tu Ferrer, pozwalając nieco wypocząć swym strudzonym płucom, spostrzegł owę pomoc poniewczasie, owych hiszpańskich żołnierzy, którzy jednak nie pozostali bezczynni aż do końca, lecz pod dowództwem i kierownictwem kilku mieszczan przyczynili się do rozpędzenia pewnej liczby ciekawych i do utworzenia swobodnego przejścia. Gdy powóz nadjechał, stanęli w szeregu i zaprezentowali broń wielkiemu kanclerzowi, który i tu rów-
(*) Mówię to dla pańskiego dobra.
(**) Przepraszam pana.
( ’ ) Jeżeli zawinił.
(**’) Odwagi; jesteśmy już prawie na zewnątrz (za tłumem).

KOZDZIAL SIU.
223
nież ukłonił się na prawo i na lewo, a do dowodzącego oddziałem który się zbliżył, aby mu złożyć swoje najniższe uszanowanie, rzekł z pewnym wymownym ruchem prawej ręki: — bew a usted las manos (*) — wyrazy, których prawdziwe znaczenie było: — pięknieś mi pan dopomógł! — i które też właśnie tak zostały zrozumiane przez dowodzącego. W odpowiedzi na nie po raz drugi nisko się ukłonił i ścisnął ramionami. Na prawdę w tym wypadku można byłoby powiedzieć: cedant arma togas--, lecz Ferrer nie miał ani czasu ani ochoty do zajmowania się cytatami; a zresztą dowodzący nie zdołałby nawet ocenić całej piękności owych wyrazów, bo nie umiał Po łacinie.
Pedro, wjeżdżając pomiędzy te dwa szeregi darmozjadów, pomiędzy te błyszczące muszkiety prezentowane z oznakami tak wielkiego szacunku, odrazu nabrał odwagi. Ochłonął całkiem z przestrachu, przypomniał sobie, kim jest i kogo wiezie i wołając głosem rozkazującym: — ej! ej! — bez dodania do tego wykrzyknika najmniejszej chociażby grzeczności, albo uśmiechu, bo lud o tyle już się przerzedził, iż można było przemawiać doń w ten sposób, zaciął konie i popędził w stronę zamku.
— Panie, panie, już po wszystkiem, już nie ma nikogo — rzekł Per rer do Wikaryusza, który ośmielony tem, że już wrzasków nie słyszy, że powóz jedzie tak szybko, a głównie, że Ferrer tak wesoło doń przemawia, twarz od kąta odwrócił, wyprostował się i w najgorętszych wyrazach zaczął dziękować swemu zbawcy. Ten ostatni przez pewien czas wyrażał mu swe współczucie i radość z powodu uniknionego niebezpieczeństwa, a nakoniec uderzając się i’ęką po łysinie zawołał: — co też powie na to jego ekscelencya, która już i bez tego w nienajlepszym jest humorze z powodu owego nieszczęsnego Oasale, które się nie chce poddać? Co powie książęhrabia, który, byle jaki listek zaszeleścił głośniej nad inne, zaraz się sroży i zżyma? Co powie nasz król najmiłościwszy? bo przecie niepodobna, aby wiadomość o tej awanturze do niego nie doszła, b CZY już na tem się skończy? Bóg to raczy wiedziećI
~, Co do mnie, to wiem tylko, że już o niczćm ani wiedzieć, ani słyszeć nie chcę — mówił wikaryusz. — Składam urząd w ręce waszej ekscelencyi i uciekam, uciekam stąd co najprędzej. Schronię się do jakiejś jaskini, gdzieś na wierzchołek nieprzystępnej góry i tam będę wiódł żywot pustelniczy zdała od tego wściekłego ludu.
— Usted postąpi tak, jak tego będzie wymagała służba najja-
(*) Zwykle powitanie hiszpańskie: całuje, ręce pańskie.

224
NAKZECZENI.
śniejszego pana, w której się przecie znajdujesz — z wielką powagą odrzekł wielki kanclerz.
— Ależ najjaśniejszy pan pewnie nie będzie chciał mojej śmierci — odpowiedział wikaryusz: — gdzieś na górę, do jaskini, daleko, od nich.
Czy się kiedy ziściły te świetne postanowienia, tego nie umiem powiedzieć, gdyż nasz autor, odprowadziwszy biednego wikaryusza do zamku, tam go zostawia i nigdy już o nim wzmianki nie czyni.
ROZDZIAŁ XIV.
Po zniknięciu powozu wielkiego kanclerza tłum zaczął się przerzedzać i rozdzielać na kilka gałęzi, rozchodząc się w różne strony. Jedni wracali do domu, inni do zajęć codziennych; ten oddalał się, aby po tylu godzinach, przepędzonych w ścisku, wyprostować kości i odetchnąć swobodniój; ów śpieszył do przyjaciół, aby im opowiedzieć o niezwykłych wypadkach dnia tego. Toż samo działo się na przeciwległym końcu ulicy, tam, gdzie się zatrzymał ów waleczny oddział liiszpanów, który choć z razu bezczynny, teraz, gdy lud już się tak znacznie przerzedził, rozpędzał go do reszty na wszystkie strony i śmiało, nie natrafiając na żaden opór, ruszył ku domowi wikaryusza, aby przed nim stanąć na straży. Nieopodal od tego domu znajdował się jeszcze cały zgęszczony, że tak powiem, osad owych rozruchów; zgraja łotrów, którzy niezadowoleni z tak prostego, nieprzewidzianego, niedoskonałego zakończenia owych wielkich przyborów, szemrali, klęli, naradzali się jeszcze nad tem, czy nie można czegoś nowego przedsiębrać, i jakby na próbę od czasu do czasu podchodzili do owych nieszczęśliwych drzwi, które znowu zamknięto, o ile się najlepiej dało, bijąc i tłukąc w nie kijami i pięściami. Na widok żołnierzy, wszyscy ci poczciwcy, jedni śmiało, krokiem, pewnym, z dobrą miną; inni niechętnie i ociągając się, ustąpili z placu, udając się w stronę przeciwną tej, w któréj ukazało się wojsko. I tu więc przeszkód nie było, oddział zajął plac bez boju i stanął na straży ulicy i domu, lecz wszystkie przyległe ulice były usiane gromadkami ludu: gdzie tylko zatrzymały się jakie dwie, lub trzy osoby, po chwili stało już trzy, cztery, dwadzieścia innych; tu, ktoś się od jednego z takich kółek oddzielał, przechodząc do innego; tam spora gromadka zwolna postępowała naprzód; było to coś, jakby owe chmurki, które czasem pozostają rozsiane na błękicie po

A I
KOZDZIAL XIV. 225
burzy i patrząc na które ludzie mówią zwykle: nie trzeba tej pogodzie dowierzać, jeszcze się nie ustaliła. Każdy łatwo sobie może wystawić, jaka tam musiała być rozmaitość sprzecznych zdań i rozmów! Istna wieża Babel! Jeden z wielkim zapałem prawił o różnych ciekawych rzeczach, których był świadkiem; inny opowiadał o swych własnych bohaterskich czynach; ten nie mógł się nacieszyć, że wszystko tak się pięknie skończyło i pod niebiosa wynosił Ferrera i zapewniał, że źle będzie z panem wikaryuszem; ów znowu z uśmiechem złośliwym powtarzał —. — bądźcie spokojni, już ja wam to ręczę, że go nie zabiją, kruk krukowi oka nie wydziobie, o to bie ma obawy — a jeszcze ktoś inny, nie skrywając nawet silnego rozdrażnienia, dowodził, że stało się nie tak, jak się stać było powinno, że lud oszukano, że to wstyd i hańba tyle narobić hałasu,
aby potem pozwolić tak gładko wywieść się w pole.
Tymczasem słońce zaszło, wszystkie przedmioty przybrały szarą,
jednostajną barwę, i wiele osób, czując silne zmęczenie, spowodowane owym dniem tak niepospolicie spędzonym, i zaczynając już się nudzić tem gadaniem pociemku, powróciło do domów. Nasz Renzo, który tak dzielnie dopomagał wielkiemu kanclerzowi w jego podróży, a następnie wraz z nim minął owe dwa szeregi żołnierzy i z niemałem zadowoleniem patrzył na to, jak powóz szybko się potoczył, zmierzając w stronę zamku; jeszcze przez czas pewien szedł z tłumem aż do pierwszej bocznej uliczki, w którą skręcił, aby także odetchnąć swobodniej. Zaledwie kilka kroków zrobił chcąc w ciszy i samotności uporządkować nieco w głowie ów natłok świeżych, a tak niejasnych myśli, obrazów i wrażeń, gdy dający się uczuwać głód i potrzeba wypoczynku kazały mu tego zaniechać. Zaczął więc spoglądać w górę na prawo i na lewo, szukając szyldu jakiejś gospody, bo o udaniu się w tak późnej godzinie do klasztoru ojców kapucynów nie można było nawet i myśleć. Idąc tak z głową podniesioną do góry, natknął się na sporą gromadkę ludzi i zatrzymawszy się usłyszał, że mówią tu o różnych planach na dzień następny. Zrazu słuchał tylko, potem nie mógł się powstrzymać od powiedzenia tego, co myśli, bo po tylu bohaterskich czynach zdawało mu się, że się stał osobą nielada, a nawet że powinien był swoje zdanie wyjawić. Wszystko to, na co dziś patrzył, zrodziło w nim przekonanie, iż, aby rzecz jakaś mogła się udać, dość pozyskać dla niej serca tych, którzy wałęsają się po ulicach i dlatego przemówił uroczystym głosem: — Mili panowie! czy i mnie też Wolno powiedzieć co myślę? Oto moje zdanie jest takie: nietylko W sprawie chleba dzieją się niegodziwości, a ponieważ dziś każdy to mógł widzieć, że dość jest jakiejś sprawiedliwej rzeczy wymagać Wspólnie, aby ją zaraz otrzymać, więc trzeba i nadal tak postępo-
i.

226
MAKZECZENI.
wać, aż dopókąd nie ustaną niegodziwości wszelkiego rodzaju, aż dopókąd na świecie nie będzie się działo trochę więcej po bożemu; bo powiedźcież mi, proszę, albo to nie prawda, że są ciemiężcy, tyrani, którzy postępują wbrew przykazaniom boskim i sami szukają ludzi spokojnych, którzy ani ich znają, ani o nich chcą wiedzieć, aby najrozmaitsze im krzywdy wyrządzać? A potem kto ma słuszność? zawsze oni, zawsze ciemiężcy. Ba, nawet im więcej który z nich nabroi, tem wyżej głowę podnosi. Takie to sprawy, moi mili panowie. Oj! i w Medyolanie nie brak pewnie tych ptaszków!
— Że nie brak, to nie brak, my to wiemy najlepiej — odrzekł ktoś z westchnieniem.
— A co? byłem tego pewny — mówił dalej Renzo: — bo to przecież i u nas także o tóm mówią. Zresztą nawet i nie może być inaczej, bo, przypuśćmy naprzykład, że jeden z takich panów mieszka sobie naprzemian to na wsi, to w Medyolanie, a skoro na wsi jest z niego szatan wcielony, to i w mieście, jak sądzę, nie może być anioł. Otóż, powiedźcie mi proszę, czy kto kiedy widział takiego jegomościa za kratą? A jednak (to już ja mogę wam śmiało powiedzieć) są wyroki piękne, drukowane, wyraźnie na to wydane, aby ich karać, wyroki nie byle jakie, mądre, bardzo mądre, takie, iż lepszych życzyć sobie nie można; w nich czarno na białem stoją wypisane wszystkie niegodziwości, których się ci panowie dopuszczają, a za każdą jest i kara, surowa kara. I powiedziano tam-, niech to będzie kto chce: czy chłcp, czy pan wielmożny, skoro zawinił, musi być karany. Ale spróbujcież udać się do tych doktorów, do tych prawników, do tych faryzeuszów, prosząc, aby wam dopomogli, aby waszę sprawę osądzili po bożemu; tak was zechcą słuchać, jak papież łajdaków; doprawdy w głowie się może pomieszać każdemu poczciwemu człowiekowi, gdy o tem wszystkiem pomyśli! Rzecz więc oczywista, że król, że ci, co rządzą, chcieliby, aby każdy łotr był karany, ale cóż z tego, kiedy te łotry mają siłę i wszyscy się razem trzymają i kpią sobie z wyroków i z prawa! A więc trzeba już temu, raz koniec położyć; trzeba iść jutro do Ferrera, bo to przecie ludzki człowiek, pan co się zowie; dziś każdy mógł widzieć, jak mu było przyjemnie znajdować się wśród nas biedaków i jak się starał usłyszeć wszystko, cośmy do niego mówili, i jak grzecznie nam odpowiadał. Trzeba iść do Ferrera i powiedzieć mu wszystko, co się dzieje; co do mnie zaś, to potrafię mu także wiele ciekawych wiadomości udzielić, opowiem mu o tem, żem widział na własne oczy wyrok z herbami i pieczęciami, wyrok, napisany przez tych, którzy rządzą, i imiona ich były tam wydrukowane jasno i wy* raźnie, aż trzech ich się podpisało, a pomiędzy niemi i Ferrer, wi’

ROZDZIAŁ XIV.
227
działem to na moje własne oczy; otóż wyrok ten jakby dla mnie był stworzony, wszystko w nim było przewidziane, a pewien doktor, którego prosiłem, aby stosownie do tego, jak tam stało w wyroku, jak tego żądali trzej podpisani na nim panowie, pomiędzy któremi był i sam“ Ferrer, aby ów doktor, powiadam, zechciał mi dopomódz do uzyskania sprawiedliwości; wiecież co zrobił? oto, choć sam mi ów wyrok pokazał, teraz, kiedym go prosił o pomoc w uczciwej sprawie, tak mię zakrzyczał, jakbym ja, co najmniej, hył jakim waryatem. Jestem pewny, że skoro ten zacny, kochany staruszek dowie się o tych pięknych rzeczach (bo on przecież nie Może wiedzieć o wszystkiem, zwłaszcza o tem, co się dzieje na wsi) to nie ścierpi, aby i nadal miało się dziać podobnie na świecie i Wynajdzie jakiś sposób zaradzenia złemu. Zresztą sądzę, że tym, którzy piszą wyroki, miło jest widzieć, iż rozkazy ich są wypełniane, boć to dla nich krzywda i obraza, kiedy ich imiona, ich podpisy nic a nic nie znaczą; w razie, gdyby ciemiężcy, gdyby łotry nie chcieli ugiąć karków, toć przecie nas jest wielu, dopomóżmy Ferrerowi, tak, jakeśmy dziś dopomogli. Nie chcę przez to powiedzieć, aby on miał osobiście jeździć po każdego łotra i ciemiężcę i sam go w swoim powozie do więzienia odwozić, oj! na to nie powozu, ale arki Noego byłoby potrzeba! Dość, aby rozkazał tym, do kogo to hależy, i to nie tylko w Medyolanie, ale w całym kraju, aby wypełniali wyroki, podpisane przez niego i pociągali do odpowiedzialności wszystkich tych, którzy popełniają niegodziwości, a skoro w wyroku stoi napisano: więzienie, to i na prawdę niech będzie więzienie; a skoro: na galery, to i na galery; trzeba aby rozkazał sędziom pełnić obowiązki jak się należy, a gdy nie słuchają, to precz z urzędu, innych lepszych na ich miejsce,., a zresztą, przecież już mówiłem, że my dopomódz potrafimy. I jeszcze powinien nakazać panom doktorom prawnikom aby i biedaków także słuchać zechcieli i aby dawali w obronie pokrzywdzonego. Cóż, mili panowie, czy dobrze hiówię?
Renzo przemawiał z tak wielkim zapałem, że odrazu zwrócił na siebie uwagę i większa część zebranych zaczęła pilnie go słuchać; pod koniec zaś wszyscy się koło niego skupili w milczeniu. Gdy przestał mówić, wybuchły oklaski i kilkanaście głosów zawołało razem: — dobrze, wybornie, doskonale! słusznie mówi; to prawda, święta prawda! — Jednak i krytyków nie brakło. — Ot — mówił jeden: — mamy też kogo słuchać! jakiegoś górala! wszyscy oni adwokaci — i odchodził z miną niezadowoloną. — Teraz — mruczał inny półgłosem: — każdy hultaj, każdy nicpoń będzie coś nowego wynajdywał, skończy się na tem, że się miarka przebierze 1 że chleba nie każą tanio sprzedawać; ładnie na tem wyjdziemy! — —
15*

228
NARZECZENI.
Kenzo jednak słyszał same pochwały; wszyscy się do niego garnęli, i ten i ów ściskał go za rękę: — Do widzenia do jutra! — G-dzie się spotkamy? — Na placu katedry. — Dobrze. — Dobrze. — I coś się da zrobić? — A naturalnie. — Najpewniej. — Koniecznie.
— Kto z szanownych panów zechce mi z łaski swojej wskazać jakąś gospodę, nie drogą, pośledniejszą, w której mógłbym coś przekąsić i należycie wypocząć?
—. Jestem na wasze usługi, mój poczciwy chłopcze — rzekł jakiś człowiek, który całej przemowy Renza słuchał z wielką uwagą, potem słuchał również uważnie tego, co inni mówili, a sam dopiero w tej chwili po raz pierwszy usta otworzył. Znam właśnie taką gospodę, jakiej szukacie, sam was tam zaprowadzę i polecę gospodarzowi, który jest dobrym człowiekiem, a do tego moim przyjacielem.
— A czy to daleko? — spytał Renzo.
— Nie, wcale nie daleko — odrzekł usłużny człowiek.
Renzo śpiesznie pożegnał całe zgromadzenie i, uścisnąwszy serdecznie wiele rąk nieznanych, poszedł z nieznanym człowiekiem, dziękując za owę wielką grzeczność, którą on jemu wyświadczał.
— Za cóż mi dziękujecie? — odpowiedział ów człowiek: — przecież ręka rękę myje, a obie ręce myją twarz. Czyż nie jest naszym obowiązkiem dopomagać bliźniemu w potrzebie? — I niby odniechcenia, w rozmowie, ciągle się o coś pytał: — Przepraszam za ciekawość, ale bo tak jakoś wyglądacie zmęczeni, czy-to zdaleka Pan Bóg prowadzi?
— Olz daleka — odpowiedział Renzo — aż z Lecco.
— Aż z Lecco? No, proszę! Więc mieszkacie w Lecco?
— Tak, to jest właściwie w okolicy na wsi.
— Biedny chłopcze! Ile mogłem zrozumieć z tego, coście mówili, musiano was srodze skrzywdzić.
— Ach! mój zacny człowieku! gdybyście wiedzieli!... Musiałem mówić nieco oględniej, bo i pocóż miałbym zaraz opowiadać obcym ludziom o tem, co mię boli, ale... kiedyś, kiedyś to się stanie wiadomem i wówczas... Ale otóż i gospoda jakaś, wstąpię do niej, gdyż Bogiem a prawdą nie mam ochoty iść dalej.
— Ech! co tam! jeszcze chwilkę. Niedaleko. Chodźcie, chodźcie do tej gospody, do której ja was prowadzę. Tu żleby wam było — powiedział usłużny przewodnik.
— E, i tu będzie dobrze — odrzekł Renzo — nie jestem przecie najpierwszym paniczem, byle czem się posilę, byle na czem się wyśpię: trochę jadła, trochę słomy za całe posłanie, to mi wystarczy, chciałbym tylko co najprędzej znaleść te dwie rzeczy. nPod opatrznością“ pięknie się ta gospoda nazywa. Innej szukać nie

BOZDZIAŁ XIV.
229
chcę. — I wszedł do ogromnej bramy, nad którą wisiał szyld, wyobrażający wielki księżyc w pełni. — A więc niech i tak będzie, skoro nie. chcecie iść dalej, tu was zaprowadzę — powiedział nieznajomy, idąc za naszym góralem.
— ’ Na prawdę zbytek łaski, po co macie się trudzić dla mnie — rzekł Renzo. — Jednak — dodał — gdybyście chcieli wypić ze szklaneczkę wina, wielką-byście mi tem sprawili przyje
mność.
— Z chęcią przyjmuję tak uprzejme zaprosiny — odpowiedział ^odstępny towarzysz i, jako lepiej obeznany z miejscowością, poszedł naprzód, wprowadził Renza na podwórko, zbliżył się do drzwi „wiodących do kuchni owej gospody, wziął za klamkę, otworzył i obaj próg przestąpili. Dwie świece, osadzone w lichtarzach, wiszących na dwu żerdziach, przytwierdzonych do belki u sufitu, rzucały słabe światło dokoła. Po obu stronach długiego i wąskiego stołu, który całą niemal połowę izby zajmował, siedziało na dwu ławach wiele osób, stół pokrywały obrusy i talerze, karty i kości, przeważnie zaś butelki i szklanki. Tu i ówdzie toczyły się po stole i przechodziły z rąk do rąk błyszczące redle, berlingiiparpagliole, które, gdyby mogły przemówić, powiedziałyby niezawodnie: — dziś, zrana znajdowałyśmy się w skarbonce piekarza — albo: — byłyśmy w kieszeni jednego z ciekawych — widzów, który, zwróciwszy całą uwagę na przebieg spraw publicznych, zapomniał całkowicie o czuwaniu nad swemi osobistemi. — Wrzawa była tu wielka. Jeden jedyny posługacz uwijał się jak mógł dokoła tego stołu, będącego jednocześnie stołem gry i stołem jadalnym; przed kominkiem na Piskim stołeczku siedział gospodarz, którego całą uwagę zdawało się pochłaniać kreślenie za pomocą szczypców jakichś figur na popiele, lecz który w rzeczywistości słuchał pilnie wszystkiego, co °}ówiono, i dawał baczność na wszystko, co się działo dokoła. G-dy Sl? poruszyła klamka u drzwi, wstał i poszedł na spotkanie nowych gości, a, spostrzegłszy usłużnego przewodnika, powiedział w duchu: — niechże cię wszyscy... Zawsze musisz mi się nawinąć na oczy wtedy, kiedy najmniej życzyłbym ciebie oglądać! — Potem lzucił bystre spojrzenie na Renza i do niego, również w duchu tylko, pizemowił w.następny gp0Sób: — nie znam cię, co prawda, ale, widząc z takim myśliwym, wiem już naprzód, że musisz być albo psem, albo zającem, i o tem dowiem się, skoro tylko usta otwozysz. — J ednak, z tego wszystkiego, co w tej chwili myślał gospoaiz, nic się nie odbiło na jego twarzy okrągłej, błyszczącej, ozdolooéj gęstą, lecz krótko przystrzyżoną rudawą brodą i jasnemi
zenikliwemi oczkami, a tak nieruchomej, jakby twarz portretu. Czem mogę służyć? — zapytał nowoprzybyłych.

230
NAKZECZENI.
— Przedewszystkióm — rzekł Renzo — prosimy o butelkę dobrego winka, a potem i łyżka strawy takżeby się zdała, bom, co prawda, dyabełnie głodny. — I domawiając tych słów nie usiadł, ale raczej padł na ławę, wydając głośne: — ach! — jakby chciał powiedzieć: dobra-to rzecz, gdy człowiek, który cały dzień musiał być na nogach, może usiąść nareszcie. Lecz zaraz przyszedł mu na myśl ów stół, przy którym zasiadł po raz ostatni z Łucyą i Agnieszką, i westchnął nieborak. Potem głową potrząsł, jakby dla odegnania tej myśli, i spostrzegł gospodarza, zbliżającego się ze szklankami i winem. Usłużny towarzysz zasiadł naprzeciw Renza. Nasz góral, napełniwszy winem jednę ze szklanek, podał mu ją mówiąc: — to na zwilżenie gardła — potem sobie nalał drugą i wychylił ją duszkiem.
— A teraz, co mi jeść dacie? — zapytał gospodarza.
— Mam sztufadę, czy mogę nią służyć? — rzekł gospodarz.
— Dobrze, zgoda na sztufadę.
— Sztufadę dla tego pana — powiedział gospodarz do posługacza i odszedł, zmierzając w stronę komina. — Ale... — rzekł znowu po chwili, wracając do Renza: — ale chleba, chleba nie mam dziś ani kawałka.
— Co do chleba — odpowiedział Renzo, podnosząc głos i uśmiechając się wesoło: — mam go z łaski Opatrzności. — I dobywszy z kieszeni trzeci i ostatni z tych bochenków, które znalazł pod kolumną św. Dyonizego, podniósł go w górę wołając: — oto chleb Opatrzności!
Na ten okrzyk wiele osób zwróciło się w stronę Reuza, a jeden z obecnych, widząc owo godło dzisiejszego zwycięztwa, zawołał:
— Niech żyje chleb tani!
— Tani? — rzekł Renzo: — gratis et amore, mili panowie.
— Tem lepiej, tak to lubię.
— Ale — dodał Renzo natychmiast — nie chciałbym, abyście mieli źle o mnie sądzić. Nie myślcie, abym go, jak to mówią, zwędził-, jak mi Bóg miły, tegobym nie zrobił. Znalazłem go na ziemi, i gotów jestem choćby zaraz zań zapłacić, bylebym tylko wiedział, do kogo należał.
— Pięknie! chwalebnie! — zawołało, śmiejąc się coraz głośniej, wielu z obecnych, lecz żadnemu z nich przez myśl nawet nie przeszło, aby chłopak miał prawdę powiedzieć.
— Im się zdaje, że ja żartuję, a to na prawdę tak było — rzekł Renzo, zwracając się do swego towarzysza i, obracając w ręku ów bochenek, dodał: — widzicie, jak pięknie wygląda, z bułeczki zrobił się placek, ale bo też to był tłok, ścisk! Cóż robić, chodziło o świętą sprawę! Musiało się tam jednak dziać nie najlepiej tym, którzy

ROZDZIAŁ XIV.
231
’iiają kruche kosteczki! — I zaraz zaczął ów chleb z wielkim smakiem zajadać, a przełknąwszy ze trzy, czy też ze cztery kęski drugą szklankę wina wychylił, mówiąc: — ten chleb nie chce jakoś przez gardło przechodzić, bo to też, co prawda, nigdy jeszcze nie miałem tak suchego gardła. Tyle się dziś krzyczało!
— Przygotujcie wygodne łóżko dla tego dzielnego chłopaka — rzekł przewodnik: — ma zamiar tu przenocować.
— Tu chcecie nocować? — zapytał gospodarz, zbliżając się do
~~ A tak — odrzekł Renzo: — zbytniej wygody nie potrzebuję; Pościel może być najprostszą, byle była tylko czysta bielizna świeżo Wyprana, bo choć jestem biedakiem, jednak od dziecka do czystości Nawykłem.
, O! co do tego, możecie być spokojni! — powiedział gospodarz i skierował się w stronę kasy, która stała w rogu izby. Po powili wrócił, niosąc w jednej ręce pióro, a w drugiej kałamarz 1 ćwiartkę papieru.
,. A to co ma znaczyć? — zawołał Renzo, przełykając kawa.k sztufady, którą posługacz przed nim postawił, potem uśmiechnął z pewnem zdziwieniem i dodał: — czy to ma być owa bielizna
swieżo wyprana?
Gospodarz, nie dając na to żadnej odpowiedzi, postawił na stole kałamarz, położył papier, następnie oparł na tymże stole lewą rękę i prawy łokieć, umoczył pióro w kałamarzu i, podnosząc twarz na Renza, rzekł-. — Proszę mi z łaski swojej powiedzieć wasze imię, nazwisko i miejsce stałego pobytu.
— Co? — odrzekł Renzo: — a to mi nowina! Sądzę przecie, ze wszystkie te szczegóły nie mogą mieć nic wspólnego z moim noclegiem?
, — Spełniam swoję powinność — powiedział gospodarz, patrząc
<la przewodnika naszego Renza: — jesteśmy obowiązani wiedzićć 0 każdym, kto się chce u nas zatrzymać, kim jest i skąd przybywa, musimy zdawać z tego ścisły rachunek: imię i nazwisko, jakiéj jest Jlar°dowości i w jakiéj sprawie przybywa, czy ma broń przy sobie ija-
tle czasu, ma przebyć w tém mieście... To słowa wyroku.
Renzo nie zaraz odpowiedział, najprzód jeszcze jednę szkla
neczkę wychylił, była to już trzecia z kolei, niestety trudno byłoby nani zliczyc wszystkie następne! Potem rzekł: — no proszę, więc nacie taki wyrok? A ja w takim razie będę udawał doktora prawa
pokaze się zaraz, czy doprawdy wyroki tak wiele znaczą.
~ uie ^arty, mówię na seryo — powiedział gospodarz,
iząc ciągle na milczącego towarzysza Renza i, domawiając tych °w, poszedł do kasy, wyjął ze skrzynki wielki papier drukowany

232
NARZECZENI.
i znowu do stołu powrócił, aby ów papier przed oczami Renza położyć.
— A, otożijest! — zawołał nasz góral, niosąc do ust prawą ręką napełnioną przed chwilą szklankę, którą duszkiem wychylił, a lewą wskazując na wyrok: — oto ta święta, piękna karta! Bardzo mi jest miło ją oglądać. Znam dobrze teu herb u góry, wiem, co ma znaczyć ta twarz poganina z tym powrozem na szyi. (Na początku wyroków umieszczano wówczas herby gubernatorów, a w herbie G-onzala Fernandeza z Kordowy znajdował się król maurytański z łańcuchem na gardle). Otóż ta twarz znaczy: rozkazuje, kto może, a słucha, kto chce! Kiedy więc ta twarz potrafi, jak-to przyrzeka, każdemu łotrowi inny równie piękny wyrok, kiedy potrafi, powiadam, wyprawić na galery don... no, już wiem o kim chcę mówić, kiedy oprócz tego dopomoże uczciwemu młodzieńcowi do ożenienia się z uczciwą dziewczyną, z którą chce się ożenić, wówczas, ale dopiero wówczas, powiem tej twarzy, jak się nazywam, tak, wszystko jej powiem, a nadto poslę jej pięknego buziaka. Teraz zaś mogę mieć słuszne powody, dla których nie chcę powiedzieć mego imienia i nazwiska. Piękna izecz! A gdyby łotr, który ma na swe rozkazy innych łotrów; o! bo gdyby tylko był sam!... — tu, zrobił ruch wyrazisty: — gdyby, powiadam, ów łotr chciał się dowiedzieć, gdzie teraz jestem, aby mi znów jakiegoś psikusa wypłatać, ciekawym bardzo, czy ta twarz pogańska mogłaby się ująć za mną? Czyby się choć poruszyła? Mam powiedzieć, kim jestem? A to sobie dobre! Bo, gdybym nawet przybył do Medyolanu po to, aby się wyspowiadać, tobym się spowiadał u ojca kapucyna, a nie u jakiegoś tam właściciela gospody.
Gospodarz milczał, wpatrując się ciągle w twarz przewodnika, z której wszakże nic nie mógł wyczytać. Renzo, musimy to wyznać ze smutkiem, znowu całą szklankę wypił i tak mówił dalej: — otóż, mój miły gospodarzu, powiem ci zaraz pewną racyę, która powinna cię uspokoić. Jeżeli wyroki, które mówią dobrze, które mówią na korzyść poczciwych ludzi, tak mało znaczą, tem mniej zatem muszą znaczyć takie, które nie na korzyść ich mówią. Otóż, zabierz stąd swój kałamarz, papier i prześwietny wyrok, a natomiast przynieś nową butelkę, bo sam pewno widzisz, że ta już pusta.-I uderzając po butelce dwoma zgiętemi palcami prawéj ręki, dodał: — słyszysz, słyszysz, miły gospodarzu, jak brzęczy?
I teraz Renzo zwrócił znowu na siebie uwagę tych, którzy go otaczali, i teraz również przyklasnęli mu jego słuchacze.
— I cóż mam robić? — rzekł gospodarz, patrząc na owego nieznajomego, który jednak nim nie był dla niego.
— E, bo też słusznie mówi — zawołało naraz kilka głosów —

ROZDZIAŁ XIV.
233
ten chłopak prawdę powiedział; to wszystko są oszukaństwa, sidła, kłamstwa; dziś nowe prawo, dziś dobre prawo!
Wśród tych okrzyków, nieznajomy, rzuciwszy na gospodarza spojrzenie, w którem widać było niezadowolenie i wyrzut za owo nazbyt jawne badanie, rzekł: — dajcie mu święty pokój, niech tam i’obi jak chce, nie trzeba wszczynać awantur.
— Spełniłem swoję powinność — powiedział gospodarz podniesionym głosem, a w duchu dodał: — sądzę, że już teraz nie masz powodu do mnie się czepiać. — I zabrał ze stołu papier, pióro, kałamarz, wyrok, a w ostatku i pustą butelkę.
— Przynieś mi jeszcze takiego wina — rzekł Renzo — bo to jakieś szczere, porządne winko, to przyjaciel, dobry przyjaciel, dam mu u siebie wygodny nocleg i nie będę się go pytał o imię, nazwisko, o to skąd przybywa, kim jest, co zamyśla robić i czy długo chce zabawić w tem mieście.
— Takiego samego! — powiedział gospodarz, oddając posługaczowi butelkę i odszedł, aby usiąść na stołku przed kominem. — Oj! że zając, to zając! — myślał sobie, kreśląc znowu jakieś figury na popiele — nie ma co, w piękne ręce trafiłeś! Ach ośle, ach głupcze jakiś! Chcesz tonąć, to sobie toń, ale właściciel gospody „Pod Opatrznością11, nie będzie odpowiadał za twoje szaleństwa.
Renzo podziękował swemu przewodnikowi i tym wszystkim, którzy jego stronę trzymali.
— Mili przyjaciele! — rzekł: — teraz widzę, że porządni ludziska podają sobie ręce i wspierają się wzajemnie w potrzebie.
Potem, wyciągnąwszy prawą rękę nad stołem i znowu przybierając postawę mówcy — wielkie mi dziwo — zawołał — że ci wszyscy, którzy światem rządzą chcą wprowadzić wszędzie papier, kałamarz i pióro, zawsze i wiecznie to pióro! Bardzo lubią ci panowie posługiwać się piórem!
-Ej! szanowny panie ze wsi! a chcesz-że wiedzićć, dlaczego to się tak dzieje? — rzekł śmiejąc się jeden z grających w kości, któremu w tej chwili szczęście służyło.
— A dlaczego? — spytał Renzo.
-Dlatego, że owi panowie jedzą dużo gęsi i tyle mają piór, tyle piór, że muszą przecież zrobić z nich jakiś użytek.
Oprócz milczącego towarzysza Renza, wszyscy się na głos roze“tnieli.
— Widzisz go — rzekł Renzo — jaki-to z niego poeta. Tak, ’i tu są poeci; wszędzie teraz ich pełno. E! i ja sam bardzo to rfię i mnie się także zdarza czasami coś mądrego powiedzióć, ale... e to bywa wówczas, gdy wszystko dzieje się tak, jak powinno,
dobrze się dzieje.

234
NARZECZENI.
Aby zrozumieć tę paplaninę biednego Renza, trzeba najprzód wiedzieć, że u ludu medyolańskiej prowincyi wyraz poeta nie oznacza tak, jak dla wszystkich wykształconych i mniej wykształconych ludzi, mieszkańca Pindu, duszę natchnioną, kochanka Muz; tu poetą zowią dowcipnisia, trochę dziwaka, słowem człowieka, w którego postępowaniu i mowie jest więcej sprytu i oryginalności, niż rzeczywistego rozsądku. W tak-to krzywdzący i niegrzeczny sposób lud, ów figlarz naiwny, pozwala sobie obchodzić się z najbardziej wzniosłem! wyrazami, każąc im despotycznie oznaczać to, co w największej jest sprzeczności z ich prawdziwem znaczeniem! Bo osądźcież sami, co może mieć wspólnego poeta z dziwakiem?
— Ale prawdziwą przyczynę, to ja powiem — dodał Renzo: — powiem, na co im pióro potrzebne: otóż, kiedy naprzykład który z nich coś powie, to wyrazy jak ptaki rozlatują się w powietrze i niepodobna ich złapać, ale kiedy coś powie jakiś biedak, to już słowa jego nie mogą frunąć, bo ci panowie w lot je łapią i niżą na owo pióro i przykuwają do papieru, aby w swoim czasie zrobić z nich użytek. Oj! mają też oni inny jeszcze sposób! I tak, kiedy chcą w swoje sidła uwikłać jakiego biednego chłopaka, który, choć nie uczył się pisać, ale ma jednak trochę... no, wiem już ja co przez to rozumiem... — i, aby go inni mogli również zrozumieć stukał palcem po stole; to też kiedy spostrzegą, że ów biedak zaczyna pojmować, iż to jakieś figle, zaraz muszą do rozmowy wścibiać słowa łacińskie, a to dlatego, aby stracił wątek i aby w głowie mu się poplątało. Ej, wiele rzeczy wartoby odmienić! Dziś, dzięki Bogu, wszystko jakoś prosto, po naszemu się działo i bez pióra i bez papieru i bez kałamarza, a jutro jeżeli ludziska będą mieli rozum, to jeszcze lepiej będzie; a jednak nikomu i włos z głowy nie spadnie; nie spadnie, panowie, bo tak być powinno, tak powinno być po bo
żemu i sprawiedliwie.
Tymczasem niektórzy ze słuchaczy wrócili do gry, na chwilę przerwanej; inni zuów się zabrali do jedzenia i picia; wielu wszczęło hałaśliwą rozmowę; kilku wyszło z gospody, a na ich miejsce przybywali nowo goście; gospodarz jak i dawniej na wszystko dawał pilne baczenie, ale wszystkie te szczegóły mało, co prawda, mają wspólnego z naszą opowieścią, więc też nie będziemy zbyt długo na nich się zatrzymywać. Wracajmy do osób głównych. Nieznajomemu przewodnikowi widocznie pilno już było gospodę opuścić; nie pił, nie grał, zdawałoby się, iż nie ma po co dłużej tu już siedzieć, a jednak Renzo przykuwał go do miejsca, chciałby był z nim jeszcze pogadzać. Zwrócił się więc do niego, skierował rozmowę na chleb i po wypowiedzeniu kilku owych zdań, które od niejakiego czasu każdy miał na ustach, rzekł: — Ot, gdybym to ja

KOZDZIAL XIV.
235
iządzil, to już „iem, cobym zrobił, aby wszystko działo się dobrze
1 sprawiedliwie.
— I cóżbyście zrobili? — spytał Renzo, patrząc nań niepospolicie błyszczącemi oczkami i zlekka wykrzywiając usta, jakby po to, aby słuchać z większą uwagą.
— Co jabym zrobił? — odrzekł — a tobym zrobił, iż każdy, czy-to bogaty, czy ubogi miałby chleba podostatkiem.
— A!... to dobrze — rzekł Renzo.
— Pewno, że dobrze. Takbym się wziął do tego; ustanowiłbym najprzód na chleb taryfę, z którejby każdy mógł być zadowolony. Potem kazałbym wydawać chleb pod liczbą w stosunku do ilości gąb, bo są przecie żarłoki, którzy wszystko chcą mieć tylko dla siebie i krzywdzą innych, a w skutek tego mogłoby zabraknąć chleba dla biedaków. Wszak słusznie mówię? Więc dzielić chleb między wszystkich. A jak się wziąć do tego? Oto wydać każdej r°dzinie bilet z wyszczególnieniem z wielu osób się składa, aby 55 tym biletem można było iść do piekarza po chleb. Mnie naprzykład powinniby dać bilet taki: Ambroży Fusella fabrykant broni,
2 żoną i czworgiem dzieci, z których każde (uważajcie no tylko) z których każde jest już w takim wieku, że chleb jeść może; wydawać mu chleba tyle, a tyle, za cenę taką a taką. Ale, powiedziałem już, żeglownie trzeba zwracać uwagę na ilość gąb; wówczas tylko może być dział sprawiedliwy. Oto wam naprzykład trzeba byłoby wydać bilet na imię... na imię... jak bo się też zowiecie?
— Renzo Trama glino — powiedział chłopak, który olśniony Pięknym projektem nawet i o tem zapomniał, że ów projekt za główną podstawę miał pióro, kałamarz i papier; i że, dlatego aby go w życie wprowadzić, trzeba było przedewszystkiem wiedzieć imiona i nazwiska mieszkańców całego miasta, całej prowincyi.
— Bardzo dobrze — rzekł nieznajomy — ale czy macie żonę i dzieci?
Ach, mógłbym mieć... to jest nie dzieci jeszcze... ale żonę, z°bę, tobym już miał, gdyby na świecie działo się tak, jakby się ‘ ziać powinno.
— A, więc nie macie żony! w takim razie darujcie, ale i chleba mniej by ście odbierali.
. — Słusznie, słusznie, lecz jeżeli wkrótce, jak mam nadzieję...
z pomocą bożą... słowem, gdybym i ja także miał żonę?
ju.. ~~ A, wówczas trzeba byłoby zmienić bilet; wtedy wydawanoby do leba na dwie osoby. Mówiłem przecie: zawsze w stosunku
lości gąb — rzekł nieznajomy wstając.
Tak, to dobrze — zawołał Renzo; i z całej siły uderzając

236
NAKZECZENI.
pięścią w stół, dodał podniesionym głosem: — i dlaczegoż-to nie wydają takiego prawa?
— Ha, i cóż chcecie, abym na to odpowiedział? Tymczasem jednak dobrej nocy wam życzę, muszę już wracać do domu, żona i dzieci zapewne oddawna na mnie czekają.
— Nie, nie, jeszcze kropelkę, jednę kropelkę — wołał Renzo, napełniając z pośpiechem szklankę nieznajomego; poczem wstał, uchwycił go za połę kaftana i ciągnąc go z całéj siły, aby zmusić do zajęcia opuszczonego przed chwilą miejsca na ławie, powtarzał:
— Kropelkę, powiadam, tylko kropelkę, nie czyńcie mi tej krzywdy, miły przyjacielu.
Lecz przyjaciel szarpnął silnie za swą połę, oswobodził ją z rąk Renza i, nie zważając na prośby i wymówki naszego wieśniaka, któremu już się język zaczął plątać na dobre, powtórzył swoje: — dobranoc — i wyszedł. Usłużny przewodnik oddawna już był na ulicy, a biedny Renzo wciąż jeszcze coś bełkotał i prawił, jakby go miał przed sobą; potem ciężko upadł na ławkę, wlepił oczy w owę szklankę, którą napełnił przed chwilą; i widząc przechodzącego obok stołu posługacza, zatrzymał go ruchem ręki, jakby po to, aby mu coś ważnego powiedzieć; następnie wskazał mu owę szklankę i głosem uroczystym, powoli, starając się wymawiać dobitnie każdy wyraz, rzekł: — oto przeznaczałem tę szklankę dla owego zacnego człowieka, widzicie, pełna jak oko, jak dla prawdziwego przyjaciela, ale nie chciał. Czasami ludzie dziwne miewają pojęcia. Jam temu nie winien, moje dobre serce tego dowiodło. Teraz, kiedy już rzecz skończona, nie pozwolę, aby się zmarnowało. — I znowu duszkiem szklankę wychylił.
— Rozumiem — powiedział posługacz odchodząc.
— Ali wyście to zrozumieli — odrzekł Renzo: — więc musi być prawdą, kiedy racyę są dobre!...
Tu musimy wezwać na pomoc całą miłość prawdy, aby módz ciągnąć dalej opowiadanie, przynoszące tak mało zaszczytu jednej z najgłówniejszych osobistości, a nawet, rzecby można, najgłówniejszemu bohaterowi tej opowieści. Jednak, powodowani tąż samą bezstronnością, musimy również czytelnika uprzedzić, że Renzowi po raz pierwszy w życiu zdarzało się coś podobnego i że właśnie ta okoliczność, iż nie nawykł był do picia, znacznie się przyczyniła do wywołania tak smutnych następstw tego pierwszego nadużycia trunków. Owe parę szklanek wina, które z początku, wbrew przyzwyczajeniu jedna po drugiej wychylił, czyniąc to, raz dla ugaszenia nieznośnego pragnienia, powtóre i głównie dlatego, lż znajdował się w jakimś stanie gorączkowej podniety, który nie pozwalał mu w niczem miary utrzymać; owe parę szklanek, powiadam,

KOZDZIAL XIV.
237
odrazu uderzyły mu do głowy. A jednak, choć trochę wprawniejszy pijak zdołałby niemi zaledwie jako tako pragnienie ugasić. Nawyknienia poczciwe i umiarkowane, oprócz niezliczonych korzyści, jakie przynoszą, i o których wie każdy, mają i tę jeszcze dobrą stronę, że im bardziej są zadawnione i zakorzenione w człowieku, tem trudniej jest od nich odstąpić bezkarnie; każde nadużycie przez długi czas przykrą pamięć po sobie zostawia i staje się poniekąd nauką na przyszłość.
Ale wracajmy do Renza. Otóż po wypiciu tych pierwszych szklanek, od chwili, kiedy mu się w głowie mącić zaczęło, wino i Wyrazy nie przestawały już płynąć: wyrazy z ust, wino do ust i wkrótce nasz chłopak stracił głowę do reszty. Czuł wielką potrzebę mówienia; słuchaczy zaś, a przynajmniej ludzi, których mógłby był jako takich uważać, nie brakło dokoła i przez czas pewien nie brakło mu także i wyrazów, a nawet udawało mu się zachować pewien ład w tem, co mówił, ale stopniowo praca kończenia Rozpoczętych zdań stawała się coraz trudniejszą. Myśl, która zrazu żywo i jasno rodziła się w jego głowie, nagle, bez żadnej widocznej przyczyny, stawała się niewyraźną i nikła zupełnie, a każde słowo, pomimo iż długo kazało czekać na siebie, nim wreszcie z ust Wyszło, było zawsze nie to, któregoby ou chciał użyć w danej chwili. Z tego powodu znalazłszy się w nielada kłopocie, nasz Renzo wskutek jednego z tych fałszywych instynktów, które w tylu wypadkach gubią człowieka, ciągle się uciekał do owej nieszczęsnej butelki, niejakiego rodzaju mogła być pomoc, której w podobnych okoliczn°ściach szukał w butelce, każdy, byle nie całkiem pozbawiony 1 °Zssądku, człowiek sam łatwo zrozumie.
2 x, yCh wszystkich wyrazów, które Renzo wypowiedział w ciągu a ego tego pamiętnego wieczoru, zaledwie małą cząstkę tu przytomb?^’ 0 reszc*e wolimy zamilczeć, bo nie tylko żadnego sensu nie
a^e nawet nie zachowały najmniejszych jego pozorów, a pozór
jest-to przecie konieczny warunek w drukowa-

~ Ach gospodarzu, gospodarzu! — powtarzał wśród ogólnej (b Usilu^c nie stracić go z oczu wówczas, gdy przechodził
st°lu, lub siedział przed kominem, co zresztą nie zawsze mu mę udawało, bo często patrzył tam, gdzie go nie było — gospodarzu! lwb z.c*ęhie za człowiek! Nie mogę zapomnieć, nie mogę... Mnie ’Po‘, lc 0 i, nazwisko! Mnie takiego porządnego człowieka!...
co! Źle, źle postąpiłeś, gospodarzu. Co w tem miłego,
P°WipaJi!mneg0’“ Przykuć do papieru biedaka? Wszak słusznie nym / panowie? Gospodarze powinniby sprzyjać porząd-
udziom... Słuchaj, sluchaj-no tylko, gospodarzu, powiem ci

238
NARZECZENI.
coś... powiem racyą... dlatego... Śmieją się, co? No, prawda i ja to wiem, że jestem trochę podchmielony, tak... ale mówię dobrze, sprawiedliwie i dlatego... Powiedz mi proszę, kto je i pije w twojej gospodzie? My, biedacy, co, czy słusznie mówię? Czy dobrze mówię? A powiedz mi teraz, czy ci panowie, co wyroki piszą, przychodzą kiedy do ciebie, aby wypić choć szklaneczkę?
— Ci panowie tylko wodę piją — rzekł jeden z sąsiadów Renza.
Oni bo wszystko robią po trzeźwemu — dodał inny — i dlatego kłamią tak gładko, że po trzeźwemu.
— A! — zawołał Renzo: — teraz to przemówił poeta. A więe i wy wszyscy rozumiecie moję racyą. Odpowiadaj więc, gospodarzu; a Ferrer, który lepszy jest od nich wszystkich, czy przyszedł kiedy do ciebie na szklaneczkę wina, czy choć złamany szeląg tu tobie zostawił? Aten łotr, ten morderca don...? Otóż nie powiem, nie sądźcie, abym nie wiedział, co można powiedzieć, a czego
nie można. Ferrer i ojciec Krzy już ja wiem o kim mówię, to
ludzie najzacniejsi, ale takich ludzi nie wiele. Starzy gorsi od młodych, a młodzi... jeszcze gorsi, niż starzy. Jednak serdecznie to mnie cieszy, że nie przyszło do rozlewu krwi; hańba, zgroza, rzemiosło kata. Chleba; o! to, to słusznie. Wprawdzie dużom dostał szturchańców, ale, przecież... i ja ich wiele rozdałem. Na bok1 niech żyje obfitość! niech żyje!... A jednak, i Ferrer... on także po łacinie... sics baraos trapolorum... Przeklęty nałóg! Niech żyje! sprawiedliwość! chleba! a, otóż mam! to właśnie te wyrazy!... Tam potrzebni byli porządni ludzie... kiedy ozwało się owo przeklęte bum, bum, bum, a potem i znowu bum, bum, bum. Nie moglibyśmy już uciec wówczas. Zatrzymać go, tego proboszcza... Wiem już, o kim myślę!
Domawiając tych słów głowę pochylił i przez pewien czas, jakby zaprzątnięty jakąś przykrą myślą, siedział nieruchomie, potem ciężko westchnął i podniósł głowę, a na tej twarzy i w tych wilgotnych, błyszczących oczach odbił się wyraz jakiegoś smutku, połączonego z tak śmiesznćm osłupieniem, z takiem odurzeniem, że, gdyby go mogła widzieć te, o której myślał w tej chwili, pewnieby jej serce pękło ze wstydu i żalu. Lecz dla tych poczciwców, których już owa zagmatwana, choć pełna zapału, wymowa naszego Renza szczerze bawić zaczęła, mina jego żałośna stała się nowym powodem uciechy; najbliżsi jego sąsiedzi mówili do dalszych; patrzcie, patrzcie, i wszyscy na niego oczy zwrócili, tak, iż wkrótce stał się przedmiotem zabawy i pośmiewiska dla c#eg° grona. Stąd wszakże nie wynika bynajmniej, aby wszyscy mieli zachować w tej chwili zdrowy rozsądek, albo chociażby taki, jaki miewali zazwy-

ROZDZIAŁ XV.
239
i®cz, Bogiem a prawdy, nikt nie był odeń dalszym niż nasz biedny Renzo, a jeszcze na dobitkę był przecie i wieśniakiem. To ten, to ow, aby g0 za język pociągnąć, zwracał się doń co chwila z jakimś płaskim dowcipkiem, lub śmiesznem zapytaniem, któremu towarzyszyło obejście się pełne lekceważącej niby grzeczności. Kenzo czasem się tem obrażał, czasem w żart obracał; to odpowia( ał, to zapytywał, to znów niezwracając najmniejszej uwagi na to, co do niego mówiono, prawił o jakichś rzeczach, nie mających żadnego związku z tem, o co go pytano; a wszystko, co mówił, było jakieś nietrafne, urywane, śmieszne, dziwne. Na szczęście jednak, Pomimo owego zamętu w głowie, pozostał mu jeszcze jakiś czyto instynkt, czy odbłysk rozsądku, który kazał mu unikać starannie wymienianja imion tych osób, o których mówił, a w skutek tego to,?° najsilniej tkwiło w jego pamięci i sercu, pozostało tajemnicą dla S;idz(b że ta okoliczność i dla nas może być pocieszającą, db U, a Prawdę byłoby rzeczą niezmiernie przykrą, gdyby owo imię, a którego i my czujemy nieco współczucia i poważania, miało tu z Ust do ust przechodzić i stać się igraszka tego prześwietnego
grona.
ROZDZIAŁ XV.
z^V°spodarz, widząc, iż ta zabawa już się za długo przeciąga, kowT1 do Benza; i prosząc obecnych, aby dali pokój wieśniapOla’. Wstrząsa! go za ramię, starając się wytłomaczyć mu, że już roków’ Spać’ ale Benz0 wracał ciągle do imion i nazwisk, do wyktóre m <io Porządnych łudzi. Jednakże owe wyrazy: łóżko i spać, jego o-j/1 gospodarz powtarzał nad uchem, przeniknęły wreszcie do i na chwu’ P°czu* nieco jaśniej potrzebę tego, co one wyrażały, świeczk’ nawet odzyskał trochę przytomności. Jak ostatnia pokazuj? <loP.alającej się illuminacyi, rzucając światełko dokoła, która te’ że inne jej towarzyszki zagasły, tak odrobina rozsądku, 2e reszfla^ WróciIa. Benzowi do pewnego stopnia, dała mu poznać, ręce, l Je®0 gdzieś daleko uciekła. Nabrał odwagi, wyciągnął zachwiał. Da st°ie.’ raz i drugi podnieść się usiłował, westchnął, Podtiwn, S-^ ’ wreszcie z pomocą gospodarza, wstał. Gospodarz, i» Wziaw UJ^C £°i C1ęgle’ wyprowadził z pomiędzy ławy i stołu, Wlókł o, SZ/ W 1 ękę świecę, drugą, z niemałym mozołem, po-
go do schodow, Wiodących na piętro. Tu, nasz Renzo sly-

240
NAKZECZBNI.
sząc hałaśliwe pożegnania, które mu przesyłało całe towarzystwo, szybko się obrócił i, gdyby jego przewodnik nie uchwycił go silnie za ramię, oprócz zawrócenia się, byłby niezawodnie jeszcze przewrócił się. Zatrzymał się i podniósłszy do góry rękę, którą mógł rozporządzać, zaczął nią wywijać i kreślić w powietrzu jakieś znaki, które miały być pożegnaniami, przesyłanemi publiczności, ale które w rzeczywistości bardziej przypominały węzeł króla Salomona.
— Chodźmy, chodźmy spać — rzekł gospodarz, ciągnąc go za sobą, i z większym jeszcze wysiłkiem wywindował go na schody, a następnie ‘wprowadził do pokoju, który dla niego przeznaczył. Renzo, spostrzegłszy łóżko bardzo się ucieszył i z wyrazem wielkiej czułości popatrzył na gospodarza oczkami, które, to dziwnie błyszczały, to znów gasły na chwilę, jak dwa świętojańskie robaczki; spróbował równowagę odzyskać, i stanąwszy przed gospodarzem, wyciągnął rękę do jego twarzy, aby na znak przyjaźni uchwycić go za brodę, ale tego nie dokazał.
— Miły gospodarzu! — udało mu się jednak powiedzieć — teraz widzę, że z ciebie porządny człowiek, dać łóżko dobremu chłopakowi, to dobry uczynek, ale ów figiel, któryś mi chciał wypłatać z tem imieniem i nazwiskiem był brzydki, tak nie robią porządni ludzie. To jeszcze szczęście, że i ja także nie w ciemię bity...
Gospodarz nie przypuszczał nawet, aby ów wieśniak miał jeszcze o tem pamiętać, zdziwił się więc nie pomału, a wiedząc z długoletniego doświadczenia, jak ludzie w tak nienormalnym stanie skłonni są do zmieniania swych zdań, postanowił skorzystać z tego błysku przytomności i raz jeszcze spróbował przekonać go o słuszności swoich wymagań. — Widzisz, bracie — rzekł głosem słodziutkim — przecież nie zrobiłem tego, aby cię nudzić, aby ci jakąś przykrość wyrządzić, ani też abym się o twoich sprawach chciał dowiadywać? Cóż chcesz? takie prawo i my słuchać musimy, bo w przeciwnym razie pierwsi za to odpowiadamy. Lepiej ich zadowolnić, i... I ostatecznie o cóż tu chodzi? Cóż w tem tak ważnego? Wielka mi rzecz parę słów powiedzieć! To nie dla nich, ale dla mnie, aby mi zrobić przyjemność; i coby ci to miało szkodzić...! Ot wiesz co, tak na cztery oczy skończmy ten interes, powiedz mi twoje imię! zobaczysz, jak to miło z lekkiem sercem spać się
położyć. x »-r,...
— A łotrze! — zawołał Renzo — a zbóju! będziesz mi tu znów gadał o tem nieszczęsnem imieniu, nazwisku, zajęciu!
— Cicho, cicho, ty blaźnie, do łóżka i spać! — mówił gospodarz.
Ale Renzo krzyczał coraz głośniej: — Rozumiem, rozumiem teraz, i ty do ich szajki należysz. Czekaj, czekaj, zaraz ja ci się

ROZDZIAŁ XV.
241
przysłużę. — I, zwracając głowę w stronę schodów, wrzasnął z całej siły: — przyjaciele! gospodarz należy do...
— Pożartowałem tylko — zawołał gospodarz nad uchem Renza, popychając go oburącz do łóżka; — czyż nie zrozumiałeś, że to był żart?
, — A... to był żart? tak, to dobrze. Kiedy mówisz, że żart... to i naprawdę żart.
I padł na łóżko, twarzą do poduszki.
— Słuchajno, rozbierz się, a prędko — rzekł gospodarz i do tej rady dołączył pomoc, bo też pomoc była niezbędną. Kiedy Renzo zdjął kaftan (a było to pracą nie lada), gospodarz chwycił go zaraz i zaczął przetrząsać kieszenie, szukając pieniędzy. Znalazł je, a przewidując, że nazajutrz jego gość będzie musiał załatwiać rachunki wcale odmiennego rodzaju, i że jego pieniądze trafią zapewne w ręce, z których żaden właściciel gospody wydobyćby ich nie zdołał, postanowił spróbować, czy chociaż ta sprawa nie da się teraz załatwić.
— Jesteś zacnym chłopakiem, co się zowie, porządnym człowiekiem, wszak prawda? — rzekł.
— A tak, bardzo zacnym, bardzo porządnym — odpowiedział Kenzo, pracując mozolnie około guzików tej części ubrania, któréj mu się dotychczas zdjąć nie udało.
— A więc — odrzekł gospodarz — zróbmy zaraz ów malutki rachuneczek, życzyłbym, abyś mi dzisiaj zapłacił, bo jutro bardzo Wcześnie mam wyjść na miasto dla pewnych ważnych interesów.
— Racya, racya, gospodarzu, co słusznie, to słusznie — powiedział Renzo. — Choć to ze mnie sprytny chłopak, ale... ale jestem Przecież porządnym człowiekiem. Lecz pieniądze? Gdzieżbym ^Gł teraz jeszcze szukać pieniędzy!
Oto są — powiedział gospodarz i przyzywając na pomoc zafi §We doświadczenie, całą swą cierpliwość i całą swą zręczność, Uk * się do owego rachunku, który nadspodziewanie szczęśliwie
onczyj i należne pieniądze od Renza odebrał.
~~ Podaj mi rękę, gospodarzu, abym mógł się rozebrać do
szty — rzekł Renzo. — A wiesz i ja przecież to czuję, że mi się szalenie chce spać.
Gospodarz udzielił mu żądanej pomocy, nadto przykrył go jeszcze kołdrą i powiedział mu nawet, choć niezbyt grzecznym enem, dobranoc, ale nasz Renzo nie słyszał już tego, bo chrapał, skła ę.pnle’ w skutek tej siły przyciągającej, która uie tylko nas ai»a do wpatrywania się w przedmiot miłości, ale także i zmusza i w, CZaSaffli patrzenia na to, co jest dla nas najbardziej przykre strętne; w skutek więc tej siły, która w gruncie nie jest może
A. Maazoni: Narzeczeni. Ten T., 16

242
NARZECZENI.
czem innem, jak tylko pragnieniem poznania dokładnie tego, co wywiera silny wpływ na naszę duszę, gospodarz zatrzymał się, aby przyjrzeć się tak niemiłemu gościowi i podniósł świecę w ten sposób, aby cały blask padał na twarz uśpionego, płomień zas jej zasłonił ręka od swych oczu, stanął w postawie podobnej do tej, w której maluia Psychę, zapatrzoną w swego tajemniczego kochanka. — Ach, głupcze tv głupcze! — przemówił w duchu do śpiącego biedaka; żebv tak dobrowolnie guza szukać! Jutro dopiero poznasz, jakiegoś piwa sobie nawarzył. Osły! im się zdaje, że świat przerobią, a nie wiedza nawet i tego, z której strony słońce wschodzi. Tylko siebie gubią a innych narażają na przykrości.
& Powiedziawszy to, a raczej pomyślawszy tylko, odszedł od łóżka, wyszedł z pokoju i drzwi zamknął na klucz. Na placyku przed schodami przywołał żonę, kazał jej dzieci zostawić pod opieką służącei a samej zejść do kuchni, aby go tam zastąpić — Bo ja muszę wyjść z domu na chwilę, dzięki jakiemuś wieśniakowi, którego tu licho przyniosło na moję biedę, — dodał, i opowiedział jej całą owę niemiła przygodę. — Ale pamiętaj — rzekł na zakończenie — baczność na wszystko, a głównie bądź ostrożną i grzeczną, bo to dzień przeklęty. Mamy tam na dole zgraję hultajów, wszyscy pijani, to też plotą, Boże odpuść!... Słowem, gdyby który poważył się...
O! przecie dzieckiem nie jestem i potrafię dać sobie radę. Zdaje mi się, iż dotychczas nikt nie mógł powiedzieć, abym...
Dobrze, dobrze, a uważaj no, żeby każdy płacił, a wszystko
to co będą mówili o chlebie, gubernatorze, wikaryuszu prowizyi, Ferrerze, dekuryonach, francuskich i hiszpańskich rycerzach i innych „łupstwach tego rodzaju, puszczaj mimo uszu; rozumiesz? tak, jakbyś tego wcale nie słyszała, bo jeżeli będziesz im zaprzeczać, to zaraz złe skutki za sobą pociągnie, a jeżeli z niemi się zgodzisz, to w przyszłości może wywołać jeszcze gorsze skutki; wiesz przecie, że czasem ci, którzy hałasują najbardziej i niby rej wodzą, są w istocie nai ale mniejsza o to. Więc, skoro usłyszysz coś niepotrzebnego, odwróć zaraz głowę i mow: idę jak gdyby cię ktoś wołał, i odejdź naprawdę. Ja zas wszelkich starań dołożę, aby wrócić
jak J»Jg?d^mowie udał gi wraz z żoną do kuchni, powiódł wzrokiem badawczym po całem zgromadzeniu, aby się przekonać czy nic nowego nie zaszło, zdjął z kołkapłaszcz i kapelusz, wziął do reki kii sękaty, stojący w kącie, spojrzał znacząco na zonę, chcąc w ten Jsplsól> ponowić przestrogi, których jej ustnie udzielił, i wyszedł. Lecz w czasie tych przyborów do diogi, wiocił w duszy mimowolnie do owego monologu, zaczętego przy łozku naszego Renza, i wychodząc na ulicę już go rozpoczął na nowo.

KOZDZIAL XV.
245
— Ośle uparty! Najgłupszy z górali! — (Napróżno bowiem Renzo usiłował ukryć, skąd przybywa i kim jest, zdradziły gos wymowa, ruchy, ubiór i całe jego zachowanie się). — A już się zdawało, że ten dzień przeklęty, dzięki memu rozumowi, dzięki mojej ostrożności, jako tako przeminie, trzebaż, żeby na samym końcu ciebie licho przyniosło, aby mi wszystko popsuć. Czy to mało gospód w Medyolanie, nie mogłeś sobie jakiej innej wybrać? Gdybyś przynajmniej sam przyszedł, tobym dziś przez szpary patrzył na to, cos dokazywał, a jutro dopiero nauczyłbym cię rozumu. Ale nie! towarzysza z sobą przyprowadził, i to nie-lada towarzysza, szpiega, siepacza!
Gospodarz spotykał co chwila albo pojedynczych przechodniów, albo ludzi, idących po dwu, albo całe gromadki, które krążyły po ulicach, naradzając się nad czemś półgłosem. W chwili, gdy w swym monologu doszedł właśnie do owego szpiega i siepacza, spostrzegł nadchodzący patrol żołnierzy, szybko zatem usunął się na bok, ustępując im z drogi, spojrzał na nich z pod oka, a następnie tak prowadził dalej owę rozmowę z samym sobą: — oto bicz na szaleńców. A ty, głupcze, dlatego tylko, żeś spostrzegł na ulicach trochę hałasującego motłochu, wyobraziłeś sobie w mądrej swej mózgownicy, że zaraz świat cały ma się odmienić. I w skutek tak świetnego przekonania zgubiłeś się z kretesem, a nadto jeszcze i mnie chciałeś zgubić, mnie, com wszelkich starań dokładał, aby ciebie ratować. Tak, robiłem wszystko, co mogłem, a ty, ośle ostatni, w zamian za moje dobre serce o mały włos, żeś mi całej gospody nie przewrócił do góry nogami. Teraz sam siebie ratuj, umiesz, to do mnie już nic nie należy. Czyż to ja przez ciekazwi v ^ciałem się dowiedzieć o twojem utrapionem imieniu i natłom — co to mnie może obchodzić, czyś ty Tadeusz, czy Bardo czv rH°l)le si? zdaje, że to dla mnie wieika przyjemność mieć byście en*a 2 Piórem! Wszakże nie wy jedni na świecie, a chcieliwiem a wszystko się działo podług waszéj woli. I ja przecież winę no ’ że s$ wyr°ki, o które nikt nie dba, toś mi dopiero noo-órach B 16DZIAŁ! Mogłeś z tą wiadomością spokojnie w swoich dla nas wr*6, ale 0 tóm nie wiesz, jak sądzę, że wyroki wydane niać A t^^idi g0SPÓd, mają wielką siłę, że musimy je wypełmi ’ ys w świat wybrał i chcesz tu rej wodzić, a nie rozui nip ńhaż /, 1^ Prostej rzeczy, że chcąc działać podług swej woli
. lv-C0Zadne wyroki, trzeba przedewszystkiem mówić o nich bind6!-16m uszan°waniem. A wiesz-że ty, co czeka takiego, jak ja tvcha!+’W razie’ gdyby myśląc tak, jak ty, nie zapytał o nazwisko
fZy iac2% zatrzymać się w jego gospodzie? Dla wszystkich gospody. J J i.. łmt/tłn
trzysta skudów; tak
16*
zajazdów i i. d. kara wyniesie

214
JTARZECZENI.
właśnie mam ja te trzysta skudów, i jeszcze na tak świetny użytek!
dwie części takowych idą do skarbu, a trzecia należy do oskarżyciela, lub donosiciela; miła rzecz nieprawdaż? A w razie, gdyby nie miał czem zapłacić, ma być zesłany na lat pięć do galer, albo ma ponieść inną jaką sroższą karę, czy to cielesną, czy téż pieniężną, stosownie do uznania jego ekscelencyi. Sługa uniżony.
Domawiając tych słów gospodarz znalazł się na progu pałacu sprawiedliwości.
Tu, jak i we wszystkich innych zarządach panował ruch niezwykły. Wydawano rozkazy na dzień następny w celu pozbawienia ludzi przedsiębierczego ducha wszelkiej możności i powodów do wszczynania nowych rozruchów i przymuszenia ich do oddania siły w ręce tych, do których należała zazwyczaj. Podwojono straże przed domem wikaryusza, a na obu końcach ulicy wzniesiono barykady z wozów i belek. Rozkazano wszystkim piekarzom piec i sprzedawać chleb tak jak dotychczas, wysłano gońców do wsi i miasteczek pobliskich z rozkazem dostarczenia zboża do miasta; z pomiędzy szlachty wybrano pewną liczbę osób, które nazajutrz raniutko miały się udać do piekarni, aby czuwać nad sprzedażą chleba, tudzież utrzymywać niespokojne umysły na wodzy, za pomocą grzecznych słów i przedstawień. A dlatego, żeby wszystkie te środki lepiej mogły skutkować, postanowiono zastraszyć trochę motłoch i schwytać, chociażby kilku głównych krzykaczów; sprawą zaś tą oczywiście musiał się zająć kapitan sprawiedliwości, a każdy łatwo osądzi, jakiego to on rodzaju uczucia mógł żywić teraz dla buntu i zbuntowanych, mając kawał gojącego plastra na jednym z guzów swych metafizycznych zdolności. Już od samego początku rozruchów siepacze jego, jak zgraja psów, rozbiegli się, wietrząc po mieście, a ów niby Ambroży Fusella był, jak-to gospodarz powiedział, przebranym szpiegiem, wysłanym dla wpadnięcia na trop jakiego wichrzyciela, lub człowieka, którego można byłoby za takiego ogłosić, i dla śledzenia go, aby tenże w nocy, lub najdalej następnego poranka mógł być schwytanym. Usłyszawszy parę słów z przemowy Renza, poczciwiec ten zmiarkował zaraz, że to byłaby zdobycz niepospolita: prostak szczery i odważny, taki właśnie, jakiego on szukał. Przekonawszy się następnie, że nawet miasta nie zna, umyślił odrazu zaprowadzić go do kozy, jako do najbardziej wygodnej gospody, ale, jakeście to widzieli, nie potrafił wykonać owego świetnego planu. Mógł wszakże zanieść swemu zwierzchnikowi dokładną wiadomość o imieniu, nazwisku i miejscu stałego pobytu wieśniaka, tudzież dostarczyć o nim wielu innych jeszcze ciekawych szczegółów i wniosków, tak, iż w chwili, gdy * właściciel gospody przybył, aby objawić to, co wiedział o Renzu,

KOZDZIAL XV.
245
w pałacu sprawiedliwości więcój już od niego wiedziano. Wszedłszy do pokoju, który był przeznaczony na podobne posłuchania, złożył swe sprawozdanie, to jest oświadczył, że do jego gospody przyszedł jakiś wieśniak, który za nic nie chciał powiedzieć, kim jest^jak się nazywa.
-*-1’z.yhywając tu dla uczynienia tego zeznania, spełniliście., 3 °uowiązek — rzekł urzędnik kryminalny, odkładając na bok
P 010 — ale jużeśmy o tem wiedzieli.
„, ~ Wielkie mi dziwo, żeście już o tem wiedzieli! — pomyślał soble gospodarz.
,. 7~ A nawet wiemy już, jak się ten ptaszek nazywa — mówił «alej urzędnik.
Tam do dyabła! a to jakim cudem się stało? — pomyślał teraz gospodarz.
,. Ale waszmość, panie gospodarzu — dodał po chwili urzędnik, gniewnie brwi ściągając — nie powiedzieliście jeszcze wszystkiego.. * ‘
— Ja? A cóż miałbym więcej do powiedzenia?
. — Ho, ho! wiemy doskonale, że ten wieśniak przyniósł do wa-
szej gospody masę chleba, i to chleba, zdobytego drogą zaburzeń, kradzieży, rabunku.
— Przyszedł z jednym, jedynym bochenkiem, i mówił, że go zna;azł na ulicy. To też jak na spowiedzi mogę powiedzieć, że nie miał Wl$cej chleba przy sobie.
u. No tak, znamy się już na tem, musicie zawsze bronić, zawsze z tv>iać’ Gdyby was tylko słuchać, toby się okazało, że każdy to < hultajów jest zacnym człowiekiem. A jakiż macie dowód na
’ ze^ów bochenek został uczciwie nabyty?
Có->~i~ ’Jakiż ja mogę mieć dowód? Jasię tam w to nie wdaję.
może obchodzić? *
jaciel h ł będziecie wszakże mogli zaprzeczyć, że ten wasz przyobelżyw ^0 tego stopnia zuchwały, iż śmiał wyrażać się w sposób ekscelencywyrokach i stroić sobie nieprzystojne żarty z herbu jego
wybaczyć ^l’ Wielmożny panie naczelniku, raczcie mi z łaski swojej wia-zo Z. L Iecz f’zv noże być moim przyjacielem człowiek, którego
widzę po ra: możnego pa? hym go zm raczy osądź — Jedn rzeczy Wrzaski; ok
życiu? To licho, z przeproszeniem wielprzyniosło go do mojej gospody, a gdy-
.i. tzie, jakto wielmożny pan naczelnik sam
owałbym pytać go o nazwisko i imię, gospodzie, w waszej obecności wygadywaogróżki, plany zaburzeń, przekleństwa, ę tam działo!

NARZECZENI.
246
— Ach, wielmożny panie naczelniku, czyż ja mogę zważać na każde głupstwo, które wychodzi z ust tych podchmielonych krzykaczów, szczególniej wówczas, gdy wszyscy razem gadają? Ja jestem biedny człowiek, obarczony rodziną i muszę pilnować swoich interesów. A zresztą wielmożny pan naczelnik wie przecież, że takie wyparzone gęby mają też najczęściej potężne pięści, i że zwłaszcza wówczas, kiedy się upiją, wzrasta w nich ochota do bójki, ja jeden, ich tylu, więc —
— Tak tak, więc najlepiej pozwolić im wrzeszczeć i dokazywać? Jutro, jutro zobaczycie, jak im rogi przy trzemy. Bo i cóż wam się zdaje?
— Mnie się nic nie zdaje.
Zdaje wam się, że ci huitaje stali się panami Medyolanu?
— O, o!
Zobaczycie, zobaczycie 1
— Rozumiem, wielmożny panie naczelniku — rozumiem doskonale: król zawsze pozostanie królem, ale, na kim się skrupi, to się skrupi, a taki biedny ojciec lodźmy, jak ja, oczywiście nie miałby ochoty także coś z tego powodu obrywać. W rękach wielmożnych panów jest siła, więc to do panów należy...
— Macie tam jeszcze dużo ludzi w gospodzie?
— Ach, cały tłum, wielmożny panie naczelniku!
A tenże wasz godny przyjaciel co robi? Hałasuje, ludzi podburza, nowe rozruchy przygotowuje na jutro, co?
— Wielmożny pan naczelnik chce mówić zapewne o tym wieśniaku, którego po raz pierwszy w życiu widzę; on śpi już oddawna.
— A więc dużo ludzi macie w gospodzie?... No, dość już tego, a pamiętajcie, żeby nie uciekł przypadkiem.
— A cóż to, ja miałbym być siepaczem? — pomyślał gospodarz, ale panu urzędnikowi mc na to nie odpowiedział.
— Możecie wracać do domu; i radzę postępować oględniej — rzekł urzędnik.
Ja zawsze postępowałem oględnie, wielmożny pan naczelnik wie przecież, że nigdy nie dałem powodu...
— Dobrze już, dobrze. I niech sobie waćpan nie myśli, nie wyobraża, że już władza siłę straciła.
— Ja? Ależ na miłość boską! Janie sobie nie wyobrażam, nic nie myślę, nie wtrącam się do niczego, pilnuję swoich interesów i basta.
— Tak, tak, zwykła piosenka, nic innego nie macie do powiedzenia?

ROZDZIAŁ XV.
247
— A cóżbym miał jeszcze powiedzieć? Powiedziałem już wszystko, com wiedział.
— Dosyć więc tego. Jak na teraz poprzestaniemy na tem, coście zeznali, z czasem zaś, gdyby tego była potrzeba, zażądamy od was bardziej szczegółowych wyjaśnień.
— Jakież wyjaśnienia ja dać mogę? Ja nic nie wiem, zaledwie tyle mam czasu, aby myśleć o moich własnych interesach, wynik ^ć P10SZę ° Pam^ta(^’ że °w ptaszek nie powinien się
Mam nadzieję, że jaśnie wielmożny pan kapitan sprawiedliwości będzie o tem wiedział, iż przybiegłem tu natychmiast, aby spełnić swój obowiązek. Padam do nóg wielmożnego pana naczelnika.
O świcie, już od siedmiu godzin blisko, nasz Renzo chrapał sobie w najlepsze i biedaczysko! ani myślał się budzić, gdy naraz jakieś dwie ręce żelazne, porwawszy go za ramiona, silnie nim Wstrząsnęły, a głos złowrogi zawołał:
— Lorenzo Tramaglino, wstawaj!
Renzo ocknął się, potarł ramiona, z trudnością otworzył oczy i ujrzał przed sobą, opartego o poręcz łóżka, człowieka w czarnem ubraniu, a z obu stron tuż nad nim, dwu innych ludzi w pełnem uzbrojeniu. Zrazu, jeszcze nawpół uśpiony j zdziwiony, odurzony, czując przytem mocny ból głowy po owem winku wczorajszem, nie umiał zdać sobie sprawy z tego, co widział, a przypuszczając, że to chyba sen jakiś, kręcił się na łóżku, usiłując całkiem się obudzić.
— A, usłyszałeś nareszcie, Lorenzo Tramaglino? — powiedział ezłowiek w czarnym płaszczu, a był to ten sam urzędnik krymi®Muy, któregośmy w pałacu sprawiedliwości poznali. — Prędko Wlęc wstawaj, bo masz iść z nami.
Cz Lorenzo Tramaglino! — rzekł Renzo — a to co ma zna-
? Czego chcecie ode mnie? Kto wam powiedział, jak ja się dzywam?
jeden’ no’ ^osyć tej gadaniny, wstawaj, a prędko — powiedział siepaczy, chwytając go znowu za ramię.
badżni! aJ a toż co za zuchwałość? — krzyknął Renzo, wyswo^amię. — Gospodarzu! gospodarzu!
A Możeby go tak w koszuli zanieść? — powiedział tenże siePacz, zwracają się do urzędnika
„. y*s słyszał? — rzekł pan urzędnik do Renza — jeżeli mi
bai-tZ me wstaMesz i nie pójdziesz z nami, to cię każę zanieść jak
~~ A toż za co?
Za co? o tem się dowiesz od kapitana sprawiedliwości.

248
NAKZECZENI.
— Ja mam iść do kapitana sprawiedliwości? Ja? Nie zrobiłem nic złego, jestem porządnym człowiekiem i dziwię się nie pomału dlaczego...
— Tem lepiej dla ciebie, tem lepiej, wytłómaczysz się odrazu i pójdziesz sobie, gdzie ci się podoba.
— Ale puśćcie mnie teraz, ja nie mam nic do czynienia z kapitanem sprawiedliwości — powiedział Renzo.
— A to ci maruda! No, wstawaj! — zawołał jeden z siepaczy.
— A możeby go zanieść na prawdę? — dodał drugi.
— Lorenzo Tramaglino! — rzekł urzędnik.
— Jakim sposobem jaśnie wielmożny pan wie, jak ja się liazy wam?
— No, zabierzcie się do niego — powiedział urzędnik do siepaczy, którzy nie czekając długo porwali Renza, aby go ściągnąć z łóżka.
— Aj! puśćcie! Ani mi się ważcie dotykać waszemi rękami do porządnego człowieka, bo!... Sam potrafię się ubrać!
— A więc ubieraj mi się zaraz — rzekł urzędnik.
— Dobrze, dobrze, już się ubieram — odpowiedział Renzo i rzeczywiście zaczął zbierać różne części ubrania, porozrzucane tu i ówdzie na łóżku, jak szczątki rozbitego okrętu na morskiem wybrzeżu po burzy. A następnie, wciągając je na siebie, tak mówił dalej: — Ale ja nie chcę iść do kapitana sprawiedliwości, ja nie mam z nim nic do czynienia, lecz skoro mi już raz wyrządzają tak wielką zniewagę i to tak niesłusznie, chcę być zaprowadzony do Ferrera. Tego znam przynajmniej, wiem, że jest zacnym człowiekiem, a nawet oddałem mu pewną przysługę, za którą, jak sądzę, powinien mi być wdzięczny.
— Dobrze, dobrze, mój chłopcze, zaprowadzimy cię do Ferrera — odrzekł urzędnik.
W zwykłych okolicznościach uśmiałby się był tylko pan urzędnik, z tak zabawnego żądania, ale obecne warunki były nie potemu. Już idąc do gospody dostrzegł on na ulicach pewien ruch, o którym trudno było powiedzieć, czy był tylko pozostałością wczorajszego, nie całkowicie jeszcze przytłumionego buntu, czy też po; czątkiem nowych zaburzeń: co chwila otwierały się drzwi i ktoś śpiesznie na ulicę wybiegał, ludzie nadciągali zewsząd, tworzyły się kółka mniejsze i większe, a wszędzie nad czemś się naradzano. Teraz zaś, nie dając tego poznać po sobie, a przynajmniej usilnie się o to starając, dręczony jakimś dziwnym niepokojem wytężał słuch i zdawało mu się, że gwar na ulicy rośnie z każdą chwilą. Nie więc dziwnego, że mu tak pilno było uprowadzić Renza; ale pragnął

KOZDZIAL XT.
249
również gorąco, aby się wszystko odbyło, o ile możności, cicho i spokojnie, bo, gdyby nieborak opierał się zbytecznie, i gdyby przyszło do użycia siły i do walki otwartej, to lud na ulicy stanąłby zaraz w obronie więźnia i każdy z tych trzech przedstawicieli sprawiedliwości miałby do czynienia co najmniej ze stu przeciwnikami. W skutek tych kombinacyj dawał oczyma znaki siepaczom, aby nie tracili cierpliwości i nie drażnili zbytecznie chłopaka, a sam starał się uspokoić go, przemawiając doń w sposób bardzo łagodny i miły. Renzo tymczasem, ubierając się niezmiernie powolnie, usiłował przypomnieć sobie wszystkie wypadki ubiegłego wieczora i wkrótce przyszedł do przekonania, że to niezawodnie ów nieszczęsny wyrok i herb z poganinem, a także i sprawa o imię i nazwisko musiały mu całego tego piwa nawarzyć, ależ do licha! w jaki sposób ten urzędnik dowiedział się o jego nazwisku i imieniu? I cóż znowu mogło zajść tej nocy, co stało się powodem, że siepacze odrazu tak wielkiej nabrali odwagi i tak śmiało, tak zuchwale zabierali się do uwięzienia jednego z tych przyjaciół, przed któremi wczoraj jeszcze drżał każdy? A jednak i dziś owi przyjaciele musieli być oddawna na nogach, bo przecież i do niego dochodził z ulicy gwar coraz głośniejszy. Spojrzał uważniej na pana urzędnika i z jego twarzy, jak z księgi wyczytał dręczącą go trwogę, a po chwilowym namyśle, dla zyskania na czasie, tudzież dla przekonania się, o ile jego wnioski mogą być prawdziwe i czy już mu nie pozostaje żadnej di’ogi do ratunku, powiedział: — Ot, wiem już teraz, co było przyczyną całej tej biedy, to wszystko z łaski owego utrapionego imienia ^nzwiska. I to ja wiem, żem wczoraj nieco się podchmielił, bo ĄZ> w tych gospodach bywają czasami takie zdradzieckie wina! jui?ażdemu wiadomo, że gdy człowiek takiem winem nash^knie, to nie ch° za nie&0 przemawia i wówczas... Jeżeli więc o nic innego A zre to Jestem gotów odpowiedzieć zaraz na wszelkie zarzuty. Alp j^ztą, przecież jaśnie wielmożny pan wie już, jak się nazywam.
— o! u licha, powiedział mu o tem? uśmieche Znie mówisz, słusznie — rzekł urzędnik z przyjemnym a nawet 01 widzę, żeś dzielny chłopak, rozsądku ci nie brak, ludziach ci szczerze, jako człowiek, który zna się trochę na
Domowa do2eŚ dyable sprytny. Szczerość i rozsądek najlepiej ci doDowipsz )?°zbycia się tego kłopotu, ręczę, że zaledwie parę słów chłoncze ia^ ci<* na swobodę wypuszczą, ale widzisz, moj dzielny i Dnmimn ręce związane, muszę spełniać to, co mi rozkażą,
®»0ge teo-ń iak najgoręcej ciebie tu zostawić, nie
i chnd-ź UL?ynic. więc, nie ma rady... ubierai-ze się, ubieraj skoro p“2 n+D?i’ P°wiadam ci, że nie masz się czego obawiać, bo
tylko zobaczą, a zresztą i ja przecież także milczeć

250
NARZECZENI,
nie będę... Spuść się tylko na mnie... Słowem... prędko, żwawo, mój chłopcze.
— A, to jaśnie wielmożny pan pomódz mi nie może, rozumiem, — powiedział Renzo i odtrącając co chwila, ruchem dość energicznym, ręce siepaczy, którzy widocznie szczerą mieli ochotę przyjść mu z pomocą, ubierał się dalej, o ile to się tylko dało, jak najbardziéj powolnie.
— Ozy będziemy przechodzić przez plac katedry? — spytał po chwili.
— Możemy iść i tamtędy, skoro sobie tego życzysz; tak, drogą najkrótszą, abyś mógł co najprędzej już być uwolnionym — odpowiedział urzędnik, dręcząc się tem nie pomału, że obecne warunki nie pozwalały mu zażądać od Renza pewnych wyjaśnień co do owego tajemniczego zapytania, które mogłoby posłużyć za treść do wielce ciekawych badań. — że nie mam szczęścia, to nie mam! — myślał sobie pan urzędnik kryminalny. — Oto teraz naprzykład: wpada mi w ręce ptaszek, który, jak widać, gotów śpiewać a śpiewać, a gdybym miał choć chwilkę czasu po temu, mógłbym tak extra formam, po akademicku, jak to mówią w przyjacielskiej pogadance, nie grożąc nawet torturą, wyspowiadać go, co się zowie, byłaby to chwała nie-lada poprowadzić do więzienia człowieka, który, sam o tem nie wiedząc, już się do wszystkiego przyznał, i trzebaż, aby właśnie taki człowiek teraz mi się nawinął pod rękę! Ha! cóż robić! Trudna rada! — Tu przerwał na chwilę bieg swoich myśli wytężając słuch jeszcze bardziej i podnosząc głowę, — tak, trudna rada! — dodał — kto wie, czy ten dzień nie będzie jeszcze gorszy od wczorajszego. — To, co go do tak przykrego wniosku przywiodło, był jakiś hałas niezwykły, który doleciał z ulicy; nie mógł się zatem oprzeć pokusie uchylenia cokolwiek grubej firanki i wyjrzenia przez okno. Spostrzegł gromadkę mieszczan, którzy, odebrawszy od patrolu rozkaz rozejścia się, z początku odpowiedzieli nań pogróżkami i obelgami, a następnie, choć się istotnie rozchodzić zaczęli, nie ukrywali wszakże wielkiego rozdrażnienia; to zaś, co najbardziej zatrwożyło urzędnika, była wyszukana grzeczność, z jaką żołnierze przemawiali do ludu. Odszedł od okna i na chwilę zamyślił się nad tém, czy ma zaraz Renza stąd uprowadzić, czy też zostawić go pod strażą dwu siepaczy i pośpieszyć do kapitana sprawiedliwości dla zawiadomienia go o wszystkiem. — Ale — przyszło mu wnet na myśl — gotowi powiedzieć, żem tchórz ostatni, że nie chcę wypełniać rozkazów naczelnika. Albo to oni dbają 0 człowieka! Rób, co chcesz, musisz słuchać! Przeklęta służba! Przeklęty motłoch! Przeklęte bunty!
Renzo stał po środku pokoju, a dwa draby tuż przy jego boku.

ROZDZIAŁ XV.
251
Urzędnik oczyma dał im do zrozumienia, aby się grzecznie obchodzili z wieśniakiem i rzekł:
— No teraz, chłopcze, w drogę.
Renzo patrzył, myślał i czuł bardzo wiele. Teraz już zupełnie prawie był ubrany, zostawało mu tylko włożyć kaftan, który trzymał w jednej ręce, podczas gdy drugą szukał czegoś pilnie po kieszeniach.
— O! — powiedział, patrząc na urzędnika z wyrazem wielce znaczącym — tu były pieniądze i list. Mój panie, gdzie się to mogło podziać?
. — Wszystko ci oddadzą — rzekł urzędnik — bądź spokojny; najprzód jednak trzeba załatwić te drobne formalności, o których ci mówiłem. Chodźmy już, chodźmy.
— O! nie, przepraszam — powiedział Renzo potrząsając głową — tak się nie robi, zaraz chcę mieć to, co do mnie należy. Tak, mój panie, zdam sprawę z mego postępowania, ale list i pieniądze Proszę mi oddać.
— Otóż pokażę ci, jak wielkie pokładam w tobie zaufanie: masz swój list i pieniądze i śpiesz się — rzekł urzędnik z westchnieniem, wyjmując z zanadrza i oddając Renzowi skonfiskowane rzeczy. Renzo wziął je i nie okazując najmniejszego pośpiechu, schował na Piersiach, mrucząc pod nosem: — aj. aj! tak często macie widać do czynienia ze złodziejami, żeście już i sami wyuczyli się trochę tego rzemiosła. — Siepacze aż się zatrzęśli z gniewu, lecz urzędnik nmiał wzrokiem utrzymać ich na wodzy, a sam, w duchu powtarzał:
Cz®haj no, czekaj, byle mi się tylko udało zaprowadzić cię do pienia, wtedy zapłacisz mi, oj! z lichwą zapłacisz, kochanku! dnik czasie, gdy Renzo wkładał kaftan i szukał kapelusza, urzęsiepa zna^ jednemu z siepaczy, aby szedł naprzód. Za tym urzpŹ^m poszedł więzień, za więźniem drugi siepacz, a sam pan
gdy pochód zamykał. Kiedy już zeszli do kuchni, w chwili,
gospoda7z0’
ezom, któ
paka, z
oglądając się dokoła, powiedział: — a tenże poczciwiec
gdzie się podział? — urzędnik znowu dał znak siepa-
pana, z n1’Zy’. chwytając jeden za prawą, drugi za lewą rękę chłorządu, któ^01*6111^ szyhkością związali je za pomocą pewnego przynazwe relca\ dzięki dobrze znanej hipokryzyi eufemizmu, otrzymał wdawać sie Takie rękawki były (na prawdę przykra to rzecz Powadze dzieli Szczegóły tak błahe, tak uwłaczające prawdziwej mao-al roto i°Yej’ a^e c°ż robić! jasność opowiadania tego wyniż^hw i W i i hył-to więc poprostu sznurek, cokolwiek dłuższy, We dra<3*° Przegubu ręki, który po obu końcach miał dwa chodząc ZRl’, nui’eh otaczał rękę pojmanego, drążki zaś, prze** pomiędzy średnim a piątym palcem tego, kto prowadził

252
NARZECZENI.
więźnia, pozwalały mu ściskać dowolnie owe pęta tak, iż biedna ofiara nie tylko nie mogła myśleć nawet o ucieczce, ale za najlżejsze oznaki krnąbrności natychmiast odbierała karę, która była tem dotkliwszą, iż cały sznurek był usiany węzłami.
— A toż co za podstęp zdradziecki 1 — krzyknął Renzo, usiłując się wyrwać. — Mnie, mnie, uczciwego człowieka, wiązać jak zbója! Puśćcie... — — Lecz urzędnik, który miał zawsze słodkie słówka na pogotowiu, powiedział i teraz: — nie bądź-że dzieckiem, trochę cierpliwości. Cóż chcesz? oni muszą spełniać swój obowiązek, taka to nasza służba: formalności, formalności! nawet z porządnym człowiekiem nie wolno nam obejść się tak, jakbyśmy tego sobie życzyli. Tak, gdybyśmy nie wypełniali tego, co nam rozkazano, oho! żleby z nami było! gorzej, niż z tobą w tej chwili, mój chłopcze!
W czasie, gdy to mówił, dwaj siepacze dokończyli swej pracy. Renzo uspokoił się, jak rączy rumak, gdy poczuje w ustach żelazo wędzidła, i rzekł z westchnieniem: — cierpliwości!
— Dobrze mój chłopcze! — zawołał urzędnik — wierz mi, że cierpliwość i szczerość najskuteczniej ci dopomogą do wybrnięcia z kłopotu. Za jakąś godzinkę najdalej... Cóż robić! i ja wiem przecież, że to rzecz przykra; no, ale to jedna chwila tylko. Ponieważ widzę, żeś dobrowolnie najlepszą sobie obrał drogę, czuję się w obowiązku dać ci jednę malutką przyjacielską radę, z której niezawodnie zechcesz skorzystać dla swego własnego dobra. Wierz mi, boć przecie znam się trochę na takich rzeczach: idź prosto, nie patrząc ani na prawo, ani na lewo, tak niczyjej uwagi na siebie nie ściągniesz, nikt cię nie spostrzeże, nikt się nie domyśli... i ocalisz swój honor. Za godzinę najdalej będziesz już wolny, oni tam mają co robić! sami niezawodnie zechcą pośpieszyć, a zresztą i ja przecież tam będę... Otóż ślicznie, pięknie wszystko skończymy i pójdziesz sobie, gdzie ci się podoba, a nikt się nie domyśli nawet, żeś był w ręku sprawiedliwości. A wy — mówił dalej, zwracając się do siepaczy i przybierając odrazu surowy, rozkazujący wyraz — ani mi się ważcie go krzywdzić, bo ja biorę go pod swoję opiekę, ja, słyszycie? Macie spełniać wasz obowiązek, ale pamiętajcie, że uczciwy człowiek, że młodzieniec tak rozsądny i przyzwoity, który wkrótce już będzie wypuszczony na wolność, musi przecież bardzo dbać o swój honor. Idźcie tak, aby się nikt niczego nie domyśli}, aby się każdemu mogło wydawać, że to trzej przyjaciele idą sobie na przechadzkę. — I głosem podniesionym, groźnie brwi ściągając, doda! na końcu: — Zrozumieliście? — Potem, zwracając się znowu do Renza z twarzą, która odrazu stała się pogodną i z miłym uśmiechem, który zdawał się mówić: o! my jesteśmy przyjaciółmi,

ROZDZIAŁ XV.
253
nieprawdaż? — szepnął mu do ucha — a więc śmiało, rób tak, jak Ja ci radzę, idź spokojnie, z dobrą miną, zaufaj temu, kto ci dobrze życzy i w drogę. — Orszak ruszył.
Jednak, pomimo tak wielu i tak pięknych słówek, nasz Renzo żadnemu z nich wiary nie dawał, nie wierzył w to, aby urzędnik więcej go kochał, niż swoich siepaczy, ani w to, aby honor jego tak bardzo mu był drogi, ani też, aby stanął w jego obronie przed kapitanem sprawiedliwości; natomiast zrozumiał wybornie treść tych słów, to jest, że szanowny pan urzędnik kryminalny niezmiernie się i$ta, aby w drodze nie zaszło coś takiego, z czegoby więzień zechciał skorzystać dla odzyskania swobody, i że właśnie to było Pczyczyną owych słodkich słów i uśmiechów, mających na celu odwrócenie jego uwagi od wszystkiego, co się dziać mogło dokoła. Pak więc owe przestrogi, rady, napomnienia na to tylko się zdały, aby utwierdzić go jeszcze w przekonaniu, że powinien obrać taktykę Wcale odmienną.
Stąd wszakże nie wynika bynajmnjej, aby pan urzędnik kryminalny miał być nowicyuszem w swym zawodzie, człowiekiem niewielkiego sprytu i doświadczenia. Był-to lis szczwany i byle komu ®ie udawało się wywieść go w pole (powiada nasz autor, który nacżał widocznie do rzędu jego przyjaciół), ale w tej chwili panował w duszy jego wielki zamęt. Mogę was najuroczyściej zapewnić, że sen sam urzędnik kryminalny, w zwykłych warunkach, uśmiałby się ^’decznie z każdego, ktoby, chcąc przekonać kogoś o rzeczy dość i t Ina Przez się podejrzanej, zabrał się tak niezręcznie do tego, zwyvi Zabawnie udawał przyjaciela swej ofiary. Lecz tak się już dząc dzieje na świecie, że człowiek wzruszony i zatrwożony, winatarc e k^oś może go z kłopotu wybawić, prosi go o to najusilniej, przebiegi®’ na 1-óżne sposoby; to też i szczwane lisy, pomimo swej muszą y^ci, gdy są mocno zaniepokojone i drżą o swoję skórę, bardziej z temu ogólnemu prawu, a nawet w podobnych razach ich przebjeszcze braeą przytomność, niż zwykli śmiertelnicy. Cała rych przv^°^’ wszystkie ich sposoby i sposobiki, za pomocą któturą, i któ^1* walczyć i zwyciężać, które stały się drugą ich nai z niezbed 6’ Uzyte w odpowiedniej chwili, ze zwykłym spokojem subtelnie od P°g°dą umysłu, tak po mistrzowsku i tak zarazem celu stana Podany skutek, a następnie, gdy po dopięciu
użyte teraz w Wszystkim wiadome, wzbudzają tak wielki podziw, Wszystkie rn, °Wych chwilach gwałtownego wzruszenia, i to użyte 2l‘ecznnin; fei^’ z pośpiechem, bez namysłu, bez wyrafinowanej nych lisów’ SZko°dę ^ko przynoszą. To też każdy z takich szczwaa człowiek’ laz już trab do matni, wzbudza śmiech i litość,
’ który w ich mniemaniu powinien wyciągnąć ich z biedy

254
NARZECZENI.
własnym kosztem, choćby był nawet daleko mniej od nich przebiegły, zaraz jednak zmiarkuje, o co im chodzi i ze wszystkich tych zabiegów wyciągnie naukę, która im wyjdzie na zgubę, a jemu na pożytek. Otóż,“ dla tych > wszystkich powodów radzilibyśmy takim arcy-szanownym panom, aby nigdy nie tracili przytomności, lub też starali się zawsze być stroną silniejszą; to ostatnie zaś, jak sądzę, byłoby dla nich rzeczą najbezpieczniejszą.
Nasz Kenzo, skoro tylko znalazł się na ulicy, zaczął strzelać oczyma na wszystkie strony, wytężać słuch, wysuwać się naprzód, zbaczać na prawo, to na lewo, jednakże, jakby na biedę, niebyło zbyt wielkiego zbiegowiska ludzi, a chociaż na niejednej twarzy dawał się widzieć jakiś podejrzany, buntowniczy wyraz, każdy jednak szedł prosto swoją drogą. A więc nie było żadnego rozruchu!
— Pamiętaj! pamiętaj! bądź rozsądny! — powtarzał półgłosem urzędnik idąc tuż za Renzem — twój honor, honor, mój chłopcze, to nie żarty!
Ale Renzo, który zwrócił całą swą uwagę na jakichś trzech przechodniów z zaognionemi twarzami, usłyszawszy, że mówią coś o piekarniach, o mące ukrytej i o sprawiedliwości, zaczął stroić do nich miny bardzo żałośne i kaszlać w sposób, który zdradzał zupełnie co innego, niż zaziębienie. Trzej przechodnie spojrzeli z większą uwagą na wieśniaka i jego towarzyszów i przystanęli; zaraz obok nich zatrzymało się kilku innych, a jeszcze inni, którzy już go byli minęli, teraz zawrócili się i w niejakiej odległości poszli za nim, szepcząc coś między sobą.
— Pamiętaj, pamiętaj, nie gub siebie, mój chłopcze, to gorzej dla ciebie, sam rozumiesz, nie psuj swej sprawy; pamiętaj: honor, dobre imię — powtarzał cichym głosem urzędnik. — Renzo jednak coraz się żałośniéj wykrzywiał i kaszlał. Siepacze, zamieniwszy z sobą znaczące spojrzenie, sądząc, że tak chyba będzie najlepiej, (ach, bo każdemu przecież zdarza się pomylić) zacisnęli jednocześnie sznurki, krępujące ręce więźnia.
— Aj! Aj! Oj! — woła biedna ofiara. — Na ów krzyk ludzie cisną się dokoła, nadbiegają dalsi, na całej ulicy wszczyna się ruch wielki, a oprawcy Renza muszą się zatrzymać. — To łotr z pod ciemnej gwiazdy — mówi półgłosem pan urzędnik kryminalny, zwracając się do tych, którzy odrazu stanęli mu za plecami: — to złodziej, złapany na gorącym uczynku. Rozstąpcie się, proszę, zróbcie miejsce dla przedstawiciela prawa i sług jego! Lecz Renzo widząc, że chwila po temu, że siepacze na raz stali się biali, a przynajmniej bladzi, pomyślał sobie: — albo teraz, albo nigdy. — I natychmiast głos podnosząc, zawołał: — bracia! do więzienia

ROZDZIAŁ XV.
255
mnie prowadzą, za to, żem wczoraj żądał wraz z innemi: chleba
1 sprawiedliwości. Nie zrobiłem nic złego, jestem uczciwym człowiekiem, nie opuszczajcie mnie, bracia!
Szmer współczucia przeleciał po zgromadzonych, ozwało się kilka głosów obiecujących przyjść z pomocą pojmanemu; siepacze zrazu rozkazują, potem wymagają, wreszcie proszą najbliższych, aby się rozeszli, aby ustąpili z drogi, ale tłum rośnie z każdą chwilą, coraz mniéj wolnego miejsca, tak, iż owi dwaj dzielni rycerze, widząc, na co się zanosi, puszczają wreszcie swą zdobycz, i cofając SlS zwolna, myślą tylko o tem, aby zmieszawszy się z ludem, di’apuąć gdzieś niepostrzeżenie. Urzędnik kryminalny pragnąłby
2 całej duszy pójść za ich przykładem, lecz przeklęty czarny płaszcz strasznie mu przeszkadzał. Blady i przerażony ten biedak chciałby si? stać maluczkim, bardzo maluczkim, aby się jakkolwiek z tłumu wyśliznąć, ale każdym razem, gdy oczy podnosi, widzi dwadzieścia *nnych zwróconych na siebie. Na wszelkie sposoby usiłował przybrać minę obojętnego przechodnia, który przypadkowo tylko, jak zdźbło słomy w środku kry lodu, znalazł się w tym tłumie, a po cnwili, spotkawszy się oko w oko z jakimś człowiekiem, który Patrzył nań bardziej groźnie, niż inni, złożył usta do uśmiechu 1 spytał z wielkiem niby zdziwieniem, choć bardzo jakoś niezręcznie, co się stało?
— Kruku ty, kruku! ~ odpowiedział zapytany.
— Kruk, kruk! — zawołano dokoła. To był wstęp tylko, cll ślad za tem poszły potężne szturchauce tak, iż po niejakiej szanowny pan urzędnik, częścią o własnych siłach, częścią w tP.l>zy pomocy łokci i pięści zgromadzonych, dopiął tego, czego
6J chwili pragnął najgoręcej, to jest wydostał się z tłumu.
ROZDZIAŁ XVI.
nrpdzói |JClekah uciekaj, bracie! Tam, do klasztoru, tu, do kościoła!
stronę! nie, nie, tędy, bracie! — wołano dokoła szei i je rady wszakże były zupełnie zbyteczne. Już od pierwszDonC *> mu w głowie zabłysła nadzieja wydarcia się ze
w ra siePaczy, nasz góral zaczął się namyślać nad tem, co pocznie kać np’&dyky jego plan powiódł się szczęśliwie i postanowił uciesobą nip t nawet bez chwili wypoczynku, dopókąd nie zostawi za
ylko miasta, ale całego księstwa medyolańskiego.

256
NARZECZENI.
~ Bo — myślał sobie — zapisali mnie przecież w tyeli swoich, przeklętych księgach, licho ich tam wie, w jaki sposób, dość, że wiedzą, jak się nazywam, a znając moje imię i nazwisko, mogą mnie lada chwila porwać jak swego. — Co zaś do szukania schronienia w klasztorze, to wówczas chybaby odważył się na to, gdyby już miał siepaczy tuż, tuż na karku. — Bo lepiej jest ptaszkowi w gaju, niż w klatce — powiedział sobie i uznał za najlepsze usiłować uciec do Bergamo, gdzie mieszkał ów jego krewniak Bartolo, który, jeżeli sobie przypominacie, kilka razy zapraszał go do siebie. Ale, jak tu drogę znaleść? W tem cała bieda! Znalazłszy się w nieznanej części prawie całkiem nieznanego sobie miasta, Renzo nie wiedział nawet, w której stronie leży Bergamo, a chociażby i dowiedział się o tem, to nie umiałby trafić do owej bramy, przez którą powinien był wyjść z miasta. Już chciał się zapytać swych zbawców o drogę, gdy naraz, przyszedł mu na myśl wczorajszy fabrykant broni, ten ojciec czworga dziatek, tak usłużny, poczciwy, i odrazu stracił ochotę wyjawienia swych zamiarów przed tak licznśm zgromadzeniem, w którem kto wie, czy nie było ptaszków z gatunku Ambrożego Fuselli. Postanowił więc jak najspieszniej stąd się oddalić, a o drogę zapytać już tam, gdzieby nikt nie mógł
wiedzieć ani kim on jest, ani dlaczego stawia swe zapytanie.
Bóg wam zapłać, bracia — rzekł więe do swych zbawców do-
bryście spełnili uczynek — i nie czekając dłużej wybiegł z tłumu, który szybko ustępował mii z drogi. Skręcił w pierwszy zaułek’ potem w jednę uliczkę, potem w drugą i dalej a dalej pędził tak przez czas pewien sam nie wiedząc dokąd. Kiedy mu się już zdało, że oddalił się dostatecznie, zwolnił kroku dla uniknięcia podejrzeń i zaczął się rozglądać dokoła, szukając jakiejś twarzy, wzbudzającej zaufanie, a to w celu uczynienia owego zapytania. Ale tu nowa bieda! Pytanie samo przez się było nieco podejrzane, czasu nie miał do stracenia; bo siepacze ochłonąwszy zaledwie z pierwszego przestrachu, musieli niezawodnie zabrać się do tropienia zbiega, a wieść o jego ucieczce mogła już się rozejść po mieście; toteż biedak musiał odbyć co najmniej z jakie dziesięć fizyonomicznych studyów, zanim wreszcie znalazł twarz, której szukał. Bo, czyż mógł naprzykład zwrócić się ze swem zapytaniem do tego tłuściutkiego człowieczka na krótkich nogach, który, stojąc na progu swego sklepiku, ręce w tył założył, podniósł do góry czerwone, okrągłe oblicze z okazałym podbródkiem, a nie mając nic lepszego do roboty, to się podnosił na palcach, to ciężko opadał na pięty i miał minę
tak ciekawego gaduły, że niezawodnie zamiast dać odpowiedź, sam-by zaczął się wypytywać. Albo znowu ten przechodzień, który się teraz zbliżał ku niemu z tym osłupiałym wzrokiem i obwisłą

ROZDZIAŁ XVI.
257
wargę, czyż mógł komukolwiek dobrze wskazać drogę? Kto wie nawet, czy znał swoję własną! Ów chłopiec zaś, któremu, co prawda, tak bystro z oczu patrzyło, wyglądał jednak na wielkiego urwisa i niezawodnie postarałby się o to, aby biednego wieśniaka wyprawić w stronę przeciwną tej, w którą iść zamierzał. Święta to prawda, że dla człowieka w kłopocie wszystko prawie staje się powodem do coraz nowych kłopotów! Wreszcie po długich bezskutecznych poszukiwaniach, Renzo spostrzegł człowieka, który szedł spiesznie, nie oglądając się ani na prawo, ani na lewo; zdało mn się, że ten chyba będzie najlepszy, bo mając widocznie jakąś?Vną sprawę do załatwienia, odpowie mu niezawodnie krótko 1 Jasno, a gdy usłyszał jeszcze, że ów człowiek z wielkiem ożywieniem coś mówi do samego siebie, poznał w nim szczerą duszę i nie namyślając się dłużej, podszedł prosto do niego:
. 7 — Mój panie, raczcie mi powiedzieć z łaski swojej, którędy to SIę idzie w stronę Bergamo?
— W stronę Bergamo? Przez Wschodnią bramę.
— Bardzo dziękuję. A do Wschodniej bramy?
— A to idźcie tędy: zaraz w tę ulicę na lewo, i znajdziecie się na placu katedry, a potem...
— Dziękuję, stokrotnie dziękuję, tam dalej od placu, to już sam znam drogę. Bóg zapłać panu. I poszedł prosto w stronę, którą lłlu wskazano. Zapytany stał przez chwilę, patrząc za oddalają’A’>i się wieśniakiem, potém poszedł z większym jeszcze pośpiechem,. owiąc półgłosem: — albo on coś przeskrobał, albo też jemu chcą Jaklg?oś figla wypłatać.
nydj?’1Zo jnż jest na placu, przebywa go, mija kupkę popiołu i czarchodzi w której poznaje szczątki wczorajszego ogniska; przezburzoió^nk schodów katedry, potem obok piekarni fcwZ, nawpół tą droaaJ * strzeżonej teraz przez żołnierzy i dalej, a dalej podąża kapucyn’ którą tu przybył wraz z tłumem, dochodzi do klasztoru z westchn5.spogląda na ów placyk, na drzwi kościółka i mówi bym zrobi}eniein: ~ dobrą radę dawał mi jednak ten furtyan, lepiej —
Tu zati’ g^ybym wówczas zaczekał w kościele! przez która^i”1*1 SK na ebwilę, aby się przyjrzóć uważniej bramie, straży willi 1 wyjść z miasta, i spostrzegł zdaleka, jakby na ieffobMa nit; ludzi dokoła niej zebranych, a że teraz wyobraźnia Powody? np, O>po?nieconą (nieborak! miał przecież do tego słuszne branuTm1 naraz wielki wstręt do zbliżenia się do owej dzięki lioi Z°. < P°d ręką, miał tak dobre schronienie, w którem,
Nie wipi °Y1 °^Ca Krzysztofa, mógł liczyć na najlepsze przyjęcie, obwili 7n6 bra <owało, aby zawrócił do furty klasztornej, lecz po
ow nabrał odwagi: — tak, lepiej ptaszkowi w gaju, niż
Manzoni: Narzeczeni. Tom I.
17

258
NAKZECZENI.
w klatce! A zresztą któż tu mnie zna? Przecie dwaj siepacze nie mogli się na kawałki podzielić, aby czekać na mnie przy każdej bramie ~ powiedział sobie. — Byle śmiało, a wszystko będzie dobrze. — Obejrzał się, aby się przekonać, że niema pogoni, potem jeszcze raz spojrzał przed siebie, lecz nigdzie nie dostrzegł nikogo, ktoby zdawał się zajmować jego osobą, więc naprzód! Postanowił jednak zwolnić kroku, bo te nogi utrapione, gdyby im tylko pozwolić, ciągleby biegły, a tu przecie wypada iść powoli i spokojnie; z miną więc obojętną, gwiżdżąc jakąś wesołą piosenkę, podszedł do bramy-
W saméj bramie, zagradzając przejście, stała spora gromadka straży celnej i hiszpańskich żołnierzy; wszyscy jednak byli wyłącznie zajęci tem,. co się działo na zewnątrz, odebrali bowiem rozkaz niewpuszczania okolicznych mieszkańców, którzy na wieść o rozruchach, jak kruki na pobojowisko, zewsząd ciągnęli do Medyolanu. Dzięki więc tej okoliczności, nasz Renzo, z miną obojętną, ze spuszczonemi oczyma, spokojnie, nie okazując najmniejszego pośpiechu, jak człowiek, który idzie sobie na przechadzkę, aby odetchnąć świeżem wiejskiem powietrzem, zdołał wyjść z bramy, nie ściągnąwszy na siebie niczyjej uwagi; serce tylko gwałtownie mu biło. Widząc na prawo wąską uliczkę, zaraz na nią skręcił i szedł przez czas pewien, nie odważając się nawet spojrzeć poza siebie.
Idzie więc wciąż dalej a dalej, wille, domki, ogrody, przechodzi przez wioski, nikogo o nic nie pyta, na nikogo nawet nie patrzy, wie, że się od Medyolanu oddala, ma nadzieję, że podąża w stronę Bergamo i jak na teraz, najzupełniej mu to wystarcza. Od czasu do czasu ogląda się, od czasu do czasu przypatruje się z wielką uwagą raz jednej, to znów drugiej ręce, w których pozostało jeszcze odrętwienie i na których widnieje czerwone pasemko, ślad owych miłych rękawków. Jego myśli, jak to zresztą każdy zrozumie, były jakąś dziwną mieszaniną niepokoju, żalu, goryczy, gniewu i rozczulenia; utonął całkiem w mozolnej pracy wyjaśniania sobie tajemniczych stron tej bolesnej przygody, a nadewszystko tego, w jaki sposób mogli się dowiedzieć o jego nazwisku. Podejrzenia jego oczywiście padały na owego fabrykanta broni, pamiętał bowiem, że się z tem przed nim wygadał. A gdy przypomniał sobie teraz podstęp, jakiego użył ten człowiek, aby go za język pociągnąć, i całe jego zachowanie się i wszystkie te grzeczności, które widocznie służyły mu do wkradnięcia się w zaufanie wieśniaka, podejrzenia Renza zamieniły się w pewność. Jednak, i to także pamiętał, choć już mniej jasno, że po wyjściu z gospody owego uprzejmego przewodnika, długo jeszcze gawędził, lecz z kim? o czem?

ROZDZIAŁ XVI.
259
ua to już w żaden sposób odpowiedzieć sobie nie umiał, bo pamięć jego uporczywie milczała, jak gdyby w czasie całej tej przygody była gdzieś bardzo daleko. Biedak gubił się w domysłach, można g° było porównać do człowieka, który, podpisawszy swoje nazwisko na wielkiej liczbie białych arkuszy, oddal je komuś, kogo miał za osobistosc nieposzlakowanej uczciwości, aby tenże działał w jego imieniu, a następnie, widząc, iż ów mniemany poczciwiec jest największym oszustem, chciałby się dowiedzieć o stanie swoich interea^e w sPost>b? kiedy w nich panuje chaos nie do rozwikłania. Inną, nie mniej dręczącą pracą było utworzenie sobie jakiegoś planu na przyszłość, na którymby mógł się z przyjemnością zatrzymać, ale wszystkie te, które nie należały do zamków na
łodzie, były, niestety, bardzo i bardzo smutne!
Wkrótce jednak wszystkie te bolesne rozpamiętywania musiały
astąpić miejsca kłopotom obecnéj chwili. Już od pewnego czasu, Renzo szedł na chybił-trafił, jak to mówią, aż w ostatku zmiarko^ał, że tak dalej iść nie podobna, że sam nie potrafi dać sobie rady. Wprawdzie czuł wielki wstręt do wymówienia wyrazu Bergamo, jak gdyby wyraz ten miał mieć w sobie coś podejrzanego, coś zuchwałego, ale, bez niego przecież nie mógł się obejść. Postanowił więc, jak to już uczynił w Medyolanie, zapytać o drogę pierwszego lepszego przechodnia, którego twarz wzbudzi w nim zaufanie, i tak też zrobił.
7To nie tędy do Bergamo — odpowiedział mu zapytany, i po chwili namysłu, mową i giestem wytłómaczył mu, którędy ma iść,
y trafić na gościniec.
ud?i i z.° podziękował, udał, że nie omieszka zastosować się do jednak^ mu ra(iy> P0Sze(R rzeczywiście w stronę wskazaną, a tyli/że duchu postanowił nie wstępować już na ów gościniec,
Jednak tracflc 8° z °^a> bocznemi drogami zdążać ku granicy. Stąd tełatwióJ był0 powziąć, niż wykonać takie postanowienie, na lewfZ Znikło, że idąc, jak to mówią, w zygzag, to na prawo, to uzbroiws Cz^.®ui% stosując się do innych nowych wskazówek, które, je o-dy w odwagę, zbierał tu i ówdzie, częścią uzupełniając
przez czas Się. niedokładne zdawały, częścią zaś, trzymając się że inż P-ewi.en raz już obranego kierunku, nasz zbieg, pomimo, nawet i uszedł ze dwanaście mil, nie zdołał jednakże
to watnie ’ SZóSĆ oddalić się od Medyolanu; co zaś do Bergamo, p. “ * iinawet’ czy się do niego choć na włos jeden przybliżył. ler»R7v wfeszcię do przekonania, że i ten sposób nie jest najhyłoln? 1 ł)Ostanowił jeszcze innego spróbować. Pomyślał sobie, iż nia in 1Ztecza nader pożądaną, gdyby, za pomocą zręcznego zapytasię dowiedzieć o nazwie jakiegoś miasteczka, leżącego
17*.

260
NARZECZENI.
nieopodal granicy, do którego można byłoby się dostać bocznemi drogami; w takim bowiem razie, rozpytując się o nie, nie potrzebowałby już mówić tak często o owem Bergamo, które, jak sądził, mogło w każdym wzbudzać pewne podejrzenie i naprowadzać na jakieś niepotrzebne myśli o ucieczce, pogoni, kryminale.
W czasie, gdy rozważał nad tém, w jaki sposób dałoby się najlepiej zebrać te wszystkie wiadomości bez obudzenia podejrzeń, naraz spostrzega domek ustronny, stojący w pewnćm oddaleniu od wioski, przez którą przed chwilą przechodził, a na owym domku zieloną gałązkę. Już od pewnego czasu czuł potrzebę wypoczynku i pokrzepienia się; a oprócz tego przyszło mu na myśl, że może w téj gospodzie potrafi się czegoś dowiedzieć, więc wszedł. Gospoda była pustą, tylko jakaś stara kobieta z przęśhcą u boku a z wrzecionem w ręku, siedziała w kąteczku. Powiedział, iż chce coś przekąsić, kobieta oświadczyła, że ma ser niezgorszy i wyborne wino, podziękował (tak jakoś je zbrzydził odrazu za ów figiel, który ono mu wczoraj wyplatało), usiadł na ławce, prosząc o pośpiech. Staruszka natychmiast podała mu ser i chleb, a następnie, w czasie gdy Renzo zabrał się dojedzenia, zaczęła go wypytywać z wielką ciekawością kim jest, skąd przybywa i czy nie może jej opowiedzieć czegoś o dziwnych rzeczach, które się dzieją teraz w Medyolanie boć przecie nawet i tu we wsi coś już o tem słyszała. Renzo, nie tylko z wielką zręcznością dawał jej śmiałe i wymijające odpowiedzi, ale oprócz tego potrafił nawet skorzystać z trudnego położenia, w jakiem się znalazł, i obrócił na swą korzyść ciekawość staruszki, która wypytywała go również i o to, dokąd się teraz udaje.
— E! nie mało czasu będę w drodze! rzekł chłopak: — i tu i ówdzie mam interesa do załatwienia, a nawet, jeżeli mi nieco czasu wolnego pozostanie, to mam zamiar wstąpić do tego miasteczka... czyli raczej miasta... ach, jakże bo się ono nazywa? Tam, na gościńcu do Bergamo, prawie na samej granicy, ale jeszcze po naszej stronie. Otożem zapomniał!...
— To chyba Gorgonzola — odpowiedziała staruszka.
— Gorgonzola! a tak, tak, Gorgonzola! — powtarzał Renzo, jakby po to, aby sobie owę nazwę lepiej wrazić w pamięć. — A czy to stąd bardzo daleko? — dodał po chwili.
— Tego nie wiem na pewno, może jakie dziesięć, a może nawet i dwanaście mil. Ot, gdyby tu był który z moich synów, toby wam powiedział.
— A jak się wam zdaje, czynie możnaby do Gorgonzoli iść temi miłemi drożynami, nie wychodząc na gościniec, gdzie taki kurz, ale to taki kurz? O! bo, co prawda, Pan Bóg musiał się

BOZDZIAŁ XVI
261
chyba na nas rozgniewać, że od tak dawna ani kropli deszczu nie mamy 1
A wiecie, mnie-by się zdawało, że i bocznemi drogami iść można: teraz idźcie tak, prosto, a o dalszą drogę spytacie się w sąsiedniej wiosce. Nazwała m^ ją...
.. bobrze, dziękuję, może też tak i zrobię — rzekł Renzo,. ł$c °d stołu. Schował do kieszeni kawał chleba, który mu poM od skromnego śniadania, a który tak dalece niepodobny był owego bochenka, znalezionego wczoraj u stóp kolumny św. DylzeS°; zapłacił, wyszedł i poszedł na prawo, drogą, którą mu stalll*. a Wskazała. Tak idąc od wsi do wsi, z nazwą Gorgonzoli na istach, trzymając się ciągle zdała od gościńca, przybył wreszcie do °weK2 miasta na jaką godzinę przed zachodem słońca.
dł, brodze już postanowił sobie zatrzymać się tu na czas nieco ne~ZSZ^’ w owej pierwszéj gospodzie i zjeść coś bardziój posilajp ’ Ciało jego zaczynało się też dopominać o wygodne łóżko,
, — 1’} t°. byt głuchy zupełnie i wołałby paść bez tchu na drodze, niż Pjzychyjić się do jego pragnień. Miał zamiar, zażądawszy coś do zjedzenia w jakiej gospodzie, wywiedzieć się nieznacznie jak daleko Jeszcze do Addy i jaka do niej droga najkrótsza, aby, posiliwszy się leco, bezzwłocznie udać się w tamtę stronę. Urodzony i wzrosły P*zy powtórnem, że tak powiem, źródle tej rzeki, słyszał o tem uie jaz, że w pewnem miejscu, na pewnej przestrzeni stanowi ona grawę między księstwem medyolańskiem, a rzeczpospolitą wenecką, pra???1110 to, że ani o tem miejscu, ani o tej przestrzeni nie miał, co po win’ zbyt jasnego pojęcia, czuł wszakże, iż w obecnej chwili najpjgdziekolwiekbądź i w jakikolwiekbądź sposób, byle co się (izjśz.®i’ Przebyć owę granicę. To też postanowił, choćby mu to dopókadJ|6SZcze n*e miał° nawet udać, iść ciągle, iść bez wytchnienia,
a choćbvy starczyły, a następnie na jakiemś polu, w lesie,
nioi-nrcZ?aWet i ‘ ‘ —, — — z “ ’
dopókądby2 „ „, — U-Ulk’o nie w gospodzie, czekać na
a choćby nawet i na pustyni, był i n^;
pierwsze brzaski poranne. „łr^pp-ł gospodę, wsz.,
Zaraz na wstępie do miasta spostizegłgP otkanie, aby i poprosił gospodarza, który pośpmszył na ^e i szklankę ^ dał cos, czemby mógł głód swój usmieizy ’ godziły Ju’/j, Zan teuo bo tak czas, jak również i podróż takJW, z |razU uczul do tego ów wielki i nieprzezwyciężony J co macie gotowego,
trunku. Proszę was tylko, ^^ge--dodał. A powieczekać nie mogę, zaraz w dalszą ruszam llgcie> aie z obawy, aby dział to nie dlatego tylkó, że tak by1 że on tu chce nocowac
gospodarz nie pomyślał sobie przypadk, nazWisko, o to kim jest
i uie uznał za stosowne zapytać go o ę i skąd przybywa, i po co i na co....

’262
NARZECZENI.
— Służę w tej chwili — odpowiedział gospodarz, a Renzo usiadł przy stole tuż obok drzwi, w kąteczku, jak winowajca.
W izbie znajdowało się kilku mieszczan, którzy widocznie, nie mając nic lepszego do roboty, zeszli się tutaj na winko i po długich rozprawach, po długich roztrząsaniach owych wielkich wypadków, które wczoraj zaszły w Medyolanie, przeszli następnie do stawiania różnych wniosków względem tego, co się tam dzisiaj dziać mogło, a ciekawość ich była wielką, gdyż same owe nowiny z dnia ubiegłego mogły ją raczej podbudzić, niż zaspokoić: bunt rozpoczęty, bo przecież nie stłumiony; skoro go noc tylko przerwała, rzecz więc nie dokończona, dopiero pierwszy akt olbrzymiego dramatu. Po chwili jeden z nich, podchodząc do nowoprzybyłego, zapytał go, czy czasem nie był dziś w Medyolanie.
— Ja? — odrzekł Renzo ze zdziwieniem, starając się tymczasem obmyślić jakąś odpowiedź.
— Tak, czyście wy tam nie byli, jeśli wolno zapytać?
Renzo, pokręcając głową, zacisnąwszy usta, wycedził jakoś niewyraźnie przez zęby: — Medyolan... z tego, com słyszał... nie musi być teraz miejscem nader przyjemnem, i każdy, kto może, pewnie go zdaleka obchodzi.
— A więc i dziś są jakieś rozruchy? — zapytał z większą natarczywością ciekawy mieszczanin.
— Żeby o tem wiedzieć, trzeba byłoby tam być — powiedział Renzo.
— A wy nie z Medyolanu przybywacie?
— Nie, z Liscate — odrzekł żywo nasz chłopak, który już obmyślił swoję odpowiedź. Ściśle biorąc rzeczy naprawdę stamtąd przybywał, bo przechodził tamtędy, a o nazwie tej miejscowości dowiedział się po drodze od jakiegoś wieśniaka, który mu powiedział przez jakie wsie i miasteczka powinien był przechodzić, aby trafić do Gorgonzoli.
— Et! — rzekł ów człek natrętny, a to: et! miało widocznie oznaczać: lepiejbyś zrobił, gdybyś z Medyolanu przybywał, ale trudna rada! — A tamże u was w Liscate — dodał — nic nie słyszeliście o awanturach medyolańskich?
— Bardzo być może, że któś i słyszał o tem — odrzekł góral — ale ja nic nie słyszałem.
Te ostatnie wyrazy tak wymówił, jakby chciał powiedzieć: skończyłem. Ciekawy natręt odszedł, a wkrótce potem zjawił się gospodarz z obrusem i talerzami.
Podczas, gdy nakrywał do stołu, Renzo, niby od niechcenia, przez zęby, z miną obojętną, ziewnąwszy nawet parę razy, powiedział: — A daleko stąd do Addy?

ROZDZIAŁ XVI.
263
— Do Addy, to jest do przeprawy?
— No, tak... do Addy.
— A którędy chcecie się przeprawić, czy przez most w Cassano, czy na promie w Canonica?
— Io mi wszystko jedno... Ot tak, przez ciekawość tylko spy-
l til 0111
nm-r~) ^‘i b° wozicie te dwa miejsca najlepsze, to przeprawy dla
P ludzi, dla ludzi którzy mogą wyjawić, kim są i jak się
ZOW1<|. x
Dobrze więc, a dalekoż-to stąd?
77 Tak do jednój, jak i do drugiej przeprawy z jakie sześć mil
mniej więcej.
Sześć mil! no, proszę! a ja myślałem, że bliżej — powiedział xenzo j p0 c]iwiij5 z obojętnością, posuniętą aż do przesady, a: No, a gdyby kto chciał naprzykład iść jakąś krótszą
czy jukie inne bliższe przeprawy na rzece?
, “-pewno że są — odrzekł gospodarz, utkwiwszy weń wzrok
1 en złośliwej ciekawości. To wystarczyło, aby na ustach Renza pamai’ly wszelkie inne zapytania, które już miał na pogotowiu, wysunął półmisek do siebie, i patrząc na flaszeczkę, którą gospo-
darz przed nim postawił, powiedział: — oj! dobreż to winko?
~~ Że dobre, to dobre, już ja wam za to ręczę: — odrzekł go-
spodarz — możecie się spytać wszystkich mieszkańców Gorgonzoli, ezy w mieście i w okolicy jest gdzie lepsze wino od mego, a zresztą. msztujcie-no tylko! — I odszedł w stronę owej głośno rozprawiaJfŁCeJjromadki.
chn~7 ^rzeklęte gospody! Przeklęci gospodarze! — zawołał w ducierpieasz ^enzo: więcej ich poznaj ę, tem bardziej ich nie
myśli KOK“*01*2 „ORSI staJ% 1 — Jednakże pomimo tych gorzkich
szkadzEu’31’^ d° Je(lzenia z wielkim apetytem, co mu nie prze-
0 Wytężać słuch jednocześnie, aby dowiedzieć się, co też tu
..,,., i on przecie^
brał udz; Jakich owych wydarzeniach, w których ludzie i et n*emały, i poznać, mniej więcej, jakiego to są rodzaju ci regoby ^.Pumiędzy niemi nie znalazłby się jaki poczciwiec, któprzyciśnipt°vna zaPytać o drogę bez obawy zostania, jak-to mówią, niepotrzebny^muru i zmuszonym do wyśpiewania wielu i wielu
lańr™™ ^wi/jeden tym razem zdaje mi się, że Medyocie P powili bądź-co-bądź swego dokazać. No, zobaczy.
«e, jutio najdalej przec]eż się c^egoś dowiemy.
^edyolanu n’°”^ S°^e ^arowa<^ tego, żem dziś rano nie udał się do Cóżbym dał za to, żeby się dowiedzieć — powiedział znów

264
NARZECZENI.
pierwszy — czy ci panowie, tam w Medyolanie, pamiętali o nas biedakach, czy tylko dla siebie, dla stolicy ustanowili nowe prawo. Znacie ich przecie. Harde to, zuchwałe, wszystkoby chcieli mieć tylko dla siebie, a o innych to ani dbają.
— No, toć przecie i my mamy gęby tak dla jedzenia, jakoteż i dla wypowiadania tego, co nam się słusznem wydaje — odezwał się ktoś trzeci głosem o tyle cichym i skromnym, o ile to, co mówił, było donośne i znaczące — a skoro już raz się zaczęło i... — Ale osądził, że lepiej będzie nie dokończyć swego zdania i umilkł.
— Nie w jednym Medyolanie chowają zboże i mąkę, aby głodem morzyć biedaków, ja wam powiem... — zaczął ktoś czwarty z wyrazem tajemniczości i tłumionego gniewu, gdy wtem tętent kopyt końskich przerwał mu mowę. Wszyscy pośpieszyli do drzwi i poznawszy tego, kto przybywał, wybiegli na jego spotkanie. Byłto pewien kupiec z Medyolanu, który udając się kilka razy do roku w interesach handlowych na pewien czas do Bergamo, zwykł był w tej gospodzie nocować, a ponieważ zawsze prawie znajdował w niéj toż samo towarzystwo, znał więc je doskonale. Zaraz otoczyli go wkoło, jeden chwycił konia za cugle, drugi trzymał już strzemię.
— Jak się macie, jak się macie! — zawołali wszyscy. — A dobrzeż się podróż udała?
— Wybornie; no, a wy jak się tu miewacie?
— Dobrze, dzięki Bogu. No, powiedźcież nam, proszę, co tam nowego słychać w Medyolanie?
— O! tak zaraz wam się nowin zachciewa — powi edział kupiec, zsiadając z konia i oddając go chłopakowi stajennemu. — Zresztą, zresztą — mówił dalej wchodząc wraz z całem towarzystwem do izby — o jakież mnie nowiny pytacie? w tej chwili musicie już wiedzieć o wszystkiem, chyba lepiej odemnie?
— Nic a nic nie wiemy — zawołało kilku, przykładając rękę do piersi.
— Czyż-to być może? — rzekł kupiec. — No, w takim razie opowiem wam wiele pięknych... czy też brzydkich rzeczy, jak się tam komu będzie podobało je nazwać. Ej! gospodarzu, a mój pokój nie zajęty? Nie, to dobrze, a więc podajcie mi wina i tę moję ulubioną potrawę, no, wiecie już, o czem chcę mówić, ale zaraz, bo chcę się wcześniej spać położyć, aby jutro wstać także wcześnie, gdyż muszę być przed obiadem w Bergamo. Otóż — ciągnął dalej, siadając w przeciwległym końcu izby, chociaż przy tym samym stole, przy którym siedział nasz Renzo przyczajony wprawdzie w kąteczku, lecz zato pilnie słuchający — otóż, czy nic nie wiecie o tych awanturach wczorajszych?

BOZDZIAŁ XVI.
265
— O wczorajszych już wiemy.
A Z»Z\ f nrjTr — r >
—. co, e, zy nię mówiłem, że oni tu więcej muszą wiedzieć ode mnie, c oc ja siedzę w Medyolanie. Popijają tu sobie winko w gospodzie i czatują na podróżnych, aby...
— Ale dziś, dziś co się działo?
— vr’ Z1®* Nic więc nie wiecie, co było dzisiaj?
— Qz wimy Przecie, że nic a nic, nikogo stamtąd nie było, tem inż °Z Wi^C Pozw°lcie mi najprzód gardło sobie odwilżyć, a pojednn,?Vam. opowiem, co było dzisiaj. — Napełnił szklankę, siad zkliżył ją do ust, drugą podniósł wąsy, potem brodę pociel ZH’ Wychylił szklankę i tak mówić zaczął: — Dziś, mili przyja-
e, mało brakowało, aby dzień nie był równie burzliwy, a kto wie y.111® gorszy nawet od wczorajszego. Trudno mi niemal uwietrzel Jes, tem tu w Gorgonzoli i że sobie z wami gawędzę, bo rzeka^’ ^yście o tem wiedzieli, żem już się wszelkich podróży wysklepu’ tylko sdedzieć w domu i pilnować mego biednego słuchacz^0’ Proszę’ cd^‘t° za licho być mogło? — spytał ktoś ze
.. ~7 Oj 1 że licho, to licho, prawdziwe licho, zaraz się o tem dowił Grając jakieś mięsiwo, które gospodarz przed nim posta-
swe a nas.^Pni®’ zajadając je z wielkim smakiem, ciągnął dalej Poł oPowia(lanie. Gromadka ciekawych, rozdzieliwszy się na dwie usta.W^’ stad8, P° °bu stronach stołu, słuchając go z otwartemi cała11?1’ tylko Renzo w swoim kąteczku pozostał a choć na pozór może a s.Prawa zdawała się nie obchodzić go wcale, jednak, więcej Przeżuw?1Ż kt° inny wytężał słuch i, o ile się dało, najpowolniój
ał ostatnie już kęski.
strasznigtó* dziś z rana ci hultaje, którzy wczoraj dokazywali tak byli pOl, ’ Zeszli się na umówione miejsca (tak, bo już się naprzód częli llft z°mieli i pomyśleli o wszystkiem) zebrali się więc i rozpo-
sem i krzvb-° owo miłe włóczenie się po ulicach, starając się hałaszam za m.leni Przywabić najwięcej ludzi, bo to z niemi, przepraz domu a k°Wnanie, zupełnie jest tak, jak kiedy śmiecie wymiatają
zdało że liU?^a brudów rośnie z każdą chwilą. Kiedy już się im
imawirli WSCTSCY kil domowi
żuaw, że liczba iei-’t
wikaryusza prowizy? jakby jeszcze nie dość im było tego, czego się względem mego dopuścili wczoraj: tak Pa barbarzyńsku e sc s ę z takim panem! o! łaidakil A co na mego wygaaywani i to wszystko kłamstwo, pitwarz wierutna; on taki.pani zacny, porządny, a ja mogę coś o tem wiedzieć przecież, ja, co go z “ tak do bizę, gdyż dla całej jego służby dostarczam sukna na łibeiyę. RuSzyli więc ku jego domowi, a trzeba było widzieć tę kałastię; jakie

266
NARZECZENI.
to twarze! wyobraźcie sobie, przechodzili przed moim sklepem; powiadam, takie twarze, ale to takie... 110, w porównaniu do nich niczem żydzi z Via Crucis. A co tam gadali, co pletli 1 Gdyby nie to, że niebezpiecznem byłoby ściągać na siebie ich uwagę, z pewnością zatknąłbym uszy. Szli więc z chwalebnym zamiarem zrabowania nieszczęśliwego domu, ale... — Tu, podniósłszy w górę lewą rękę, przytknął wielki jej palec do nosa, a inne rozstawił szeroko.
— Ale? powtórzyli wszyscy niemal słuchacze.
— Ale — mówił dalej kupiec — ulica była zagrodzona wozami i potężnemi belkami, a z po-za tego dziwnego muru wyglądali żołnierze i błyszczały lufy strzelb, przygotowane już do powitania tak szanownego towarzystwa. Kiedy zobaczyli te piękne przybory... No, a wy, cobyście w takim wypadku zrobili?
Wrócilibyśmy napowrót.
— Tak, otóż i oni uczynili toż samo. Ale zważcie-no tylko, czy-to nie zły duch ich opętał! bo stoją na Cordusio, widzą owę piekarnię, którą wczoraj już mieli ochotę zrabować: a wiecież, co się tam teraz dzieje w tej piekarni? oto rozdają chleb kupującym; jest tam kilku panów ze szlachty i to panów, co się zowie, którzy czuwają nad tem, aby się wszystko działo uczciwie i po bożemu; więc te łotry (powiadam wam, że ich szatan opętał, a byli też i tacy, którzy ich jeszcze podżegali) te łotry powiadam dalejże do piekarni! Ten bierze, ten wynosi, i w jednej chwili owi wielmożni panowie ze szlachty, piekarze, kupujący, chleby, ławy, dzieże, skrzynie, worki, pytle, mąka, otręby, ciasto, wszystko poszło do góry nogami.
— Czyż-to być może?
— A to sobie dobre! Cóż-to ja dla rozrywki ot, tak sobie, miałbym wam pleść jakieś bajki?
— No, a lud cóż na to?
— A cóż, powoli zaczął się rozchodzić. Niektórzy spostrzegli coś ciekawego na paru domach narożnych, a wiecież co to było? Kto umiał czytać, ten przeczytał na wielkim arkuszu wypisaną metę\ ale jaką metę \ oto ni mniej ni więcej, bochenek, ważący osiem uncyj od dnia tego miał kosztować solda, jednego solda.
— Oto szczęście!
— Że szczęście to szczęście; byle tak tylko mogło długo potrwać. Wiecież, ile to mąki zł upili tam dzisiaj i wczoraj? Tyle, że nią możnaby żywić całe księstwo przez całe dwa miesiące, tak!
— No, a czy-to tylko dla Medyolanu ustanowiono takie dobre prawo?
— To, co zrobiono dla Medyolanu, stało się wyłącznie kosztem miasta. Co do was zaś, to nie umiałbym wam nic w tym względzie

KOZDZIAL XVI.
267
powiedzieć.: jak Bóg da, tak i będzie. Teraz, sądzę, że już rozruchy się nie powtórzą. Ale, nie powiedziałem wam jeszcze wszystkiego, słuchajcie, słuchajcie, bom najciekawsze i najlepsze na ostatek zostawił.
Doprawdy? i cóż-to było?
~ A było-to, że wczoraj wieczór i dziś z rana wielu z tych doluodziejow schwytano, i zaraz wszystkim stało się wiadomem, ze panowie dowódcy będą dyndać na szubienicy. Zaledwie ta wieść się rozeszła, każdy, co tchu, począł zmykać do domu, aby nie tiahc przypadkiem do tego grona. W chwili, kiedym wyjeżdżał, cały Medyolan, jak klasztor, wyglądał. Cicho i spokojnie.
— i naprawdę ich powieszą?
— A jakże! i to nie zwlekając długo — odrzekł kupiec.
— A cóż lud powie na to? — spytał znów ten, który już zadał uprzednie pytanie.
7Jakto, co powie? Pójdzie patrzeć, jak ich będą wieszać — powiedział kupiec. — Przecież mieli tak — wielką ochotę widzieć, w jaki to sposób może umierać dobry chrześcijanin, nie w swojem łóżku, z choroby, lecz tak, na wolnem powietrzu, że chcieli, łajdaki, do tej próby użyć wikaryusza prowizyi. Otóż teraz, zamiast niego, będą mieli czterech hultajów, których wyprawienie na tamten świat odbędzie się bardzo paradnie, podług wszelkich prawideł, 2 kapucynami i z bractwem dóbréj śmierci, boć przecież poczciwcy ui najzupełniej na to zasłużyli. To niezła nauczka, widzicie, nauczkonieczna. Tak jakoś prędko zasmakowali w tem gospodarowatvlk P° lepach, w tem kupowaniu bez pieniędzy, że, gdyby im bo s b.°zwolić, to po chlebie przyszłaby kolej na wino, po winie... AvygQ1?i °s^dźcie, czy dobrowolnie chcieliby wyrzec się kiedy tak człowi vg0 nałogu? A możecie mi wierzyć, że dla porządnego czenie l’ niaJęceg° jaki taki liandelek, perspektywa ta nieskoń-
yia przyjemną.
wszyscy — rzekł jeden ze słuchaczy. — Pewno — powtórzyli
mówił dalej kupiec, wycierając brodę końcem grubego
** ‘ odrazu stało, nie bez namysłu, oddawna już
Tci+-łTioJ no]v cniGAu
obrusa —; t...
czyniono przv7$ me ourazu staw me oe: ~ Spisek?°t0Wanla ’ lstnia ca y sPlse^
~ opisefc?
ciiotT ^itakś Wszystko to są sprawki nawarryjczyków, tego fran nihv kanlynała, wiecie już o kim mówię, tego, co to ma taki< ślić u?’ec*, le nazwisko i, który co dzień musi coś nowego wymy staraa dokuczać koronie hiszpańskiej. Ale przedewszystkien to naiw’^vWlCkl’Z^^ w Medyolanie, bo to przebiegła bestya, wie, żi J Jększa siła naszego najmiłościwszego króla.

268
NARZECZENI.
— Tak, to prawda.
— Mogę wam nawet dowód na to przytoczyć. Kto dokazywał najbardziej? Obcy przybysze. Po całem mieście włóczyły się jakieś figury, nigdy przedtem nie widziane w Medyolanie. W pewnéj gospodzie złapano jakiegoś ptaszka... — Renzo, który ani jednego wyrazu nie stracił z tego opowiadania, uczuł dziwne zimno i drgnął nagle, pierwej jeszcze, zanim zdołał pomyśleć o tem, że ten objaw przerażenia może mu zaszkodzić. Jednak nikt tego nie spostrzegł i kupiec mówił dalej bez przerwy: — ptaszka, o którym dotąd jeszcze nie wiedzą na pewno, skąd przybył, kto go przysłał i co to za jeden; wiedzą to tylko, że jest z liczby przewódców. Wczoraj, w czasie najsilniejszych rozruchów dokazywał strasznie, a potem, jakby mu tego jeszcze nie dość było, zaczął ludzi namawiać, aby, ni mniej ni więcej, tylko wszystkich jaśnie wielmożnych w pień wycięli. Co, jak się wam to podoba? A łotr! A z czegożbyśmy wszyscy żyli, gdyby panów nie stało? Siepacze wraz z urzędnikiem kryminalnym wiedli już go, należycie związanego, do więzienia, a ile listów przy nim znaleźli! całą wiązkę! otóż, wiedli go już do więzienia, lecz cóż się dzieje? Godni jego towarzysze, którzy krążyli dokoła gospody, w wielkiej liczbie zaraz przybyli na pomoc i uwolnili go z rąk sprawiedliwości, uwolnili tego łajdaka!
— I cóż się z nim stało?
— Niewiadomo, może uciekł, a może i w Medyolanie gdzieś się ukrywa; tacy ludzie nie mają ani kąta, ani dachu własnego i wszędzie potrafią rozgościć się i ukryć, aż dopókąd dyabeł raczy się niemi opiekować, ale wszystko to do czasu tylko: nieraz, kiedy najmniej o tem myślą, noga im się pośliźnie i... już po nich, boć przecie do czasu dzban wodę nosi. Jak na teraz to tylko wiadomo napewno, że listy pozostały w ręku sprawiedliwości i że z nich dowiedziano się o wielkim spisku, mówią nawet, że bardzo dużo osób jest zamieszanych. Tem ci gorzej dla nich, tem gorzej, a po co było wdawać się w takie awantury? Całem miastem zatrzęśli i na tem nawet poprzestać nie chcieli. Mówią, że piekarze łotry, zgoda i ja też to wiem; trzeba ich powiesić, i na to zgoda, ale sąd powinien najprzód wydać na nich wyrok, a kat powiesić. Tak, to rozumiem: prawnie, urzędowo. Mówią, że chowają gdzieś zboże. O tem także wie każdy, ale do tego, co sprawuje rządy, należy mieć dzielnych szpiegów, którzyby starali się odkryć, gdzie je chowają, a handlarzy zboża wciągnąć również na szubienicę, aby dotrzymywali towarzystwa piekarzom. A jeżeli ten, co rządzi, nie zechce nic robić, trzeba, aby miasto przypomniało mu o tem, a jeżeli nie posłucha odrazu, powtórnie przypomnieć; i musi usłuchać w ostatku.

ROZDZIAŁ XVI.
269
A to miła mi rzecz, gdyby ów chwalebny zwyczaj nachodzenia sklepów i składów i zabierania wszystkiego, co się pod rękę nawinie, miał się zakorzenić!
Renzowi, owe ostatnie kęski wydały się dziwnie gorzkiemi. Cóżby dał za to, aby w tej chwili hyć już o jakie sto mil od tej gospody, od tego kraju! Dziesięć razy, co najmniej, już sotae w duchu powiedział: chodźmy stąd, chodźmy, lecz obawa wz udzenia podejrzeń, która teraz szczególniej w nim wzrosła i zapanowała samowładnie nad jego wolą, przykuwała go dotąd do awy. Siedząc tak nieruchomie, jak posąg, postanowił wówczas a°piero opuścić gospodę, kiedy rozmowa przejdzie na inny jakiś Przedmiot, boć przecie ów nieznośny gaduła nie mógł wiecznie móWlć o nim tylko.
. r~ To też — rzekł jeden z obecnych — wiedząc doskonale, co się tam dziać musi i czując, że porządnemu człowiekowi nie przystoi uawet znajdować się w takich rozruchach, oparłem się ciekawości 1 Pozostałem w domu.
~~ A ja przecie też nie poszedłem — powiedział drugi.
— A ja? — dodał trzeci — gdybym nawet, nie wiedząc o ni
czem, znalazł się wczoraj, lub dziś w Medyolanie, tobym pewno wyrzekł się wszelkich interesów i zaraz do domu wrócił. Mam żonę 1 dzieci, a zresztą, mówiąc szczerze, nie lubię takich awantur.
. W tej chwili gospodarz, który przez cały czas słuchał z wytężoną uwagą, odszedł od gromadki ciekawych i trochę się przybliżył
o Renza, aby zobaczyć, co też robi tam w kątku ten nieznajomy kj^odzień. Nasz chłopak skorzystał z tej okoliczności, przywoguifp r.Uchem ręki do siebie, spytał, ile się należy, zapłacił, nie tarjuż o Wcale, choć kieszeń jego nie była zbyt pełna i, nie pytając się nan, lc więcej, poszedł prosto do drzwi, przestąpił próg i zdawszy przyby} kę OPatl’zn°ści, ruszył w stronę przeciwną tej, z której
ROZDZIAŁ XVII.
koin 4 jednego silnego pragnienia, aby już człowieka spo-
kiedv a™ 1C; wy°hraźcież więe sobie, co to się wówczas dziać musi, są w™ P.ra&nienia spotkają się w jednem ciele, a do tego, gdy dowałćbZS°ble Przeciwne. Wiecie już, że nasz biedny Renzo znajsię od wielu godzin w tym smutnym wypadku. Pragnął

270
NARZECZENI.
uciekać, biedź bez odpoczynku, a jednocześnie zachować wszelkie pozory spokojnego człowieka, aby nie ściągnąć podejrzeń; teraz zaś, po wysłuchaniu opowiadania owego gadatliwego kupca, dwa te, tak sprzeczne uczucia, wzrosły w nim jednocześnie do najwyższego stopnia. Więc jego smutna przygoda tak wielkiego nabrała rozgłosu, więc, bądź-co-bądź, postanowiono go schwytać; kto wie, ilu już siepaczy stara się teraz wpaść na jego ślady; jakie rozkazy wydano, może na wszystkie strony rozesłano gońców, aby go szukać po wsiach, miasteczkach, w gospodach, na drogach! I to mu wprawdzie przychodziło na myśl, że ostatecznie, dwu tylko siepaczów go znało, że na czole nie miał przecie wypisanego ani imienia, ani nazwiska, ale także przypomniał sobie pewne historyę, które słyszał kiedyś o zbiegach, pojmanych w skutek dziwnego, nieprzewidzianego zbiegu okoliczności, poznanych po chodzie, po zatrwożonej minie, po nieśmiałych odpowiedziach i innych błahych, na pozór, wskazówkach; wszystko to teraz przejmowało go strachem. Pomimo, iż w chwili, gdy Gorgonzolę opuszczał, już na Anioł Pański dzwoniono a zmrok, zapadając szybko, zmniejszał stopniowo te jego obawy, wszakże bardzo niechętnie wstąpił na gościniec i to z mocnem postanowieniem skręcenia zaraz na pierwszą boczną drożynę, która w jego mniemaniu potrafi go zaprowadzić tam, dokąd było mu tak pilno przybyć. Zrazu spotykał przechodniów, ale ponieważ wszędzie i we wszystkiem upatrywał teraz jakieś niebezpieczeństwo dla siebie, nie mógł więc zdobyć się na odwagę spytania kogokolwiekbądź o drogę. Ten gospodarz powiedział, że to będzie z jakie sześć mil — myślał sobie — a nawet, dajmy na to, że idąc tak manowcami liczba ich wzrośnie do ośmiu, lub dziesięciu, toć przecie te nogi, które już dziś tyle przeszły, potrafią przejść jeszcze i te mil kilka. Wiem na pewno, że nie wracam w stronę Medyolanu, a więc idę ku Addzie. Czy prędzej, czy później, muszę przecie dojść do niej. Addę słychać zdaleka, a niech tylko jéj szmer do moich uszu doleci, to już nie potrzebuję pytać nikogo o drogę. Jeżeli będzie jaka łódka, to zaraz się na tamten brzeg przeprawię; jeżeli nie, to zaczekam do rana czy na polu, czy na drzewie, jak ptaszek, bo lepiej na drzewie niż w więzieniu.
Wkrótce spostrzegł jakąś ścieżynę na lewo od gościńca, i skręcił na nią. Teraz już, gdyby napotkał jakiego przechodnia, pewnieby go o drogę zapytał, lecz jak na toż nigdzie ducha żywego nie było. Szedł więc na chybił-trafił ową ścieżyną i myślał sobie tymczasem:
— Ja miałbym dokazywać! Ja, doradzać wyrżnięcie wszystkich panów! U mnie cała wiązka listów! Moi towarzysze czekali koło gospody, aby mnie oswobodzić! Oj, wielebym dał za to, że

ROZDZIAŁ XVII.
271
bym mógł się spotkać oko w oko z tym kupcem, po tamtej stronie Addy (ach, kiedyż nareszcie przeprawię się przez Addę!) i zatrzymać go i zapytać, gdzie tak piękne wiadomości uzbierał. Otóż, trzeba, abyś wiedział, mój szanowny panie, iż rzecz tak, a tak się miała, i że owo moje dokazywanie polegało na tem, żem dopomagał ferrerowi, jak własnemu bratu-, masz wiedzieć i o tem, że te łotry, których podobało ci się nazwać memi przyjaciółmi, że ci hultaje, za to, zem do nich przemówił tak, jak na każdego dobrego chrześcijanina Plzystało, chcieli mnie rozszarpać w kawałki. A wiesz-że ty, iż czasie, gdyś swego sklepu pilnował, mało brakowało, aby mi nie
Pogruchotano kości, bom twego wikaryusza prowizyi ratował, bom Ferrerowi drogę doń torował, a przecież nie znam i nie widziałem nigdy twego wikaryusza. Czekaj-no, czekaj, nie głupim już teraz panów ratować, drugi raz pewnie ani się ruszę. Wprawdzie robi S19 to dla zbawienia duszy: oni także przecie nasi bliźni! A oważ ftoązka listów, z której dowiedziano się o całym spisku i która, jak-to ^iesz z pewnością, znajduje się w ręku sprawiedliwości! A co na to powiesz, jeżeli tak, nawet bez czartowskiej pomocy, zaraz ci ją P°każę? Miałbyś wielką ochotę zobaczyć na własne oczy tę wiązkę, nieprawdaż? Więc patrz... Jakto, tylko jeden list?... Ajeoen, nie inaczej, mój panie, i to list, bo chcę, abyś wiedział i o tem, pisany przez zakonnika, który z mądrości i świątobliwości słynie Szeroko po świecie, przez zakonnika, którego jeden włos z brody, ialukliżając waszmości, wart więcej, niż cała pańska osoba; list, ^5 sam widzisz, pisany do drugiego zakonnika, który też jest człokie l P1 nie-lada... Możesz się z tego przekonać, czy-to tak wielwić aj.daki ci moi przyjaciele? A na przyszłość naucz się móniegoniec° oględniej, zwłaszcza gdy chodzi o dobrą sławę bliź-
bnych Z ‘>0 niejakim czasie, myśli te i wiele innych do nich pododusza’nnQUs^a^ nstąpić przed troskami chwili obecnej, które całą gnięcia biednego pielgrzyma owładły. Obawa pogoni, ścią-
pnie tran?ł jlzea * zostania pojmanym, która we dnie tak go okroprzybvło t’eraz jnż wprawdzie opuściła go zupełnie, ale ileż-to ogarniały nU Uat°niiast innych udręczeń! Ciemności, które go °dv ru-/An;)Spniotllość zupełna, znużenie coraz silniejsze, wiatr ciąmóo-ł w 1Wy’ który stawał się co chwila chłodniejszym i nie „„A J i dla tego, kto miał dotychczas na sobie owe
i n(jn,.n°dCT^ w które się był ustroił, aby wziąć ślub naprędce WreJL; W,. W, tryumfie swoję bohdankę do własnego domu; W Dosyi 1 Wn*e owo błąkanie się, że tak powiem, po omacku
Wzwi™niu miejsca bezpiecznego schronienia i wypoczynku;
0 to razem wzięte, mogłoby każdego o rozpacz przyprawić.

212
NAKZECZENI.
Gdy po drodze na jaką wieś natrafiał, szedł przez nią powoli, cicho, ostrożnie, rozglądając się jednak dokoła w nadziei zobaczenia gdzieś jakichś drzwi uchylonych, ale jedyną oznaką tego, że tu i ówdzie jeszcze ludzie czuwali, były słabe światełka, które czasem zabłysły przez szpary okfennic. Wśród pól, zdała od mieszkań, często się zatrzymywał, wytężał słuch, oddech w piersiach tamował, chcąc usłysżeć ów upragniony szmer Addy, lecz daremnie! Jedynym odgłosem, który doń wśród tej nocnej ciszy dochodził, było groźne warczenie, lub wycie psów w jakiejś samotnej fabryce serów, a wówczas, gdy musiał obok jednej z nich przechodzić, wycie zmieniało się w zajadłe szczekanie. Mijając bramę, czuł niemal, że przez jej szczeliny spogląda nań groźnie niejeden z tych wiernych stróżów, widział prawie te pyski, te oczy na siebie zwrócone; to też, choćby i miał uprzednio niejaką ochotę zapukania do bramy i proszenia o przytułek na noc, ta okoliczność odbierała mu ją zupełnie. Kto wie jednak, czy i wówczas, gdyby nawet i tych psów nie było, mógłby się na to odważyć? — Kto tam? Czego się wałęsacie po nocy? Skądeście tu przybyli? Coście wy za jedni? Czy to nie ma gospód dla porządnych ludzi? Oto — myślał sobie — co w najlepszym razie odpowiedzą mi, jeżeli do bramy zapukam, a może być jeszcze i gorzej, jakiś tchórz może się przestraszyć i zaczać wrzeszczeć: — na pomoc! złodzieje! A ja co wówczas pocznę? Trzeba już mieć śmiałą, jasną odpowiedź na pogotowiu, a ja gdzie taką znajdę? Gdy ktoś usłyszy jakiś hałas w nocy, zaraz mu na myśl przychodzą złodzieje, zbójcy, rabunek i mordy; a nikt nie da wiary, aby uczciwy człowiek miał się tak błąkać po nocy. Jaki podróżny, co za podróżny? W nocy podróżują tylko jaśnie wielmożni i to we własnym powozie, z wielkim orszakiem służby. Więc całkowicie niemal zaniechał tego zamiaru, uważając go za środek ostateczny i postanowił, póki mu jeszcze nogi jako tako służą, iść dalej bez wytchnienia, aby, o ile się da, zbliżyć się do Addy, znaleść ją przynajmniej, jeżeli nie przebyć, tej nocy i nie być zmuszonym jutro o nią ludzi pytać.
Dalej więc idzie i dalej, zawsze tą samą drogą. Po niejakim czasie przybywa do miejsca, w którem kończą się pola uprawne, a natomiast rozpoczyna się płaszczyzna, porosła paprocią i wrzosem. Chociaż się obawiał tworzenia wniosków zbyt śmiałych, jednak wydało mu się, że, jeżeli nie jest-to dowodem nieomylnym, to przy naj mniéj wskazówką, iż w pobliżu może się rzeka znajdować i zboczył na ścieżynę, którą dostrzegł na, owej równinie. Zrobił kilka kroków, zatrzymał się w nadziei, że już może usłyszy nakoniec upragniony szmer wody, i znów się zawiódł nieborak! Nocna jego pielgrzymka stawała się teraz jeszcze bardziej nieznośną w skutek

KOZDZIAL XVII.
273
miejscowości, w której się znajdował i w której nie było jnż ani drzewa, ani winnicy, ani żadnej innej wskazówki pobliża ludzkich siedzib, tych dotychczasowych jakby towarzyszy jego podróży. Pomimo to jednak szedł ciągle naprzód, a dla odpędzenia pewnych,, niezbyt przyjemnych obrazów i widziadeł, pozostałości’ po owych strasznych bajkach i opowiadaniach, słyszanych jeszcze w dzieciństwie, które teraz z wielką siłą zaczęły budzić się w jego wyobraźni, odmawiał pacierze za dusze zmarłych.
, bo niejakiej chwili po obu stronach ścieżyny zaczęły pojawiać się krzaki, zrazu niskie, potem większe, jakieś ciernie, małe dąbczaki. W skutek pewnego niepokoju i gorączkowej niecierpliwości Wybrnięcia stąd co najprędzej, przyśpieszył kroku, ale wkrótce tu 1 ówdzie, pośród zarośli, dostrzegł wyższe drzewa, a następnie przekonał się, że wchodzi do lasu. Zawahał się przez chwilę, uczuł dziwną odrazę do wkroczenia w tę gęstwinę, ale zdołał ją Przełamać i choć niechętnie poszedł naprzód. Wszakże im dalej szedł, tem silniej rósł jego niepokój, tem bardziej wszystkiego się iękal. Drzewa, które zdała dostrzegał, przybierały w jego oczach jakieś dziwne, straszne kształty i w świetle księżyca, który teraz wypłynął na sam środek nieba, wyglądały jak widma, olbrzymy, upiory; trwożyły go drżące cienie, rzucane tu i ówdzie na ścieżynę przez wierzchołki, kołysane wiatrem; a nawet i szelest suchych liści pod nogą miał w sobie coś przerażającego. Nogi jego czuły Jakąś nieodzowną, niepowściągnioną potrzebę szybkiego biegu, a jednak drżały pod nim, jak gdyby ciężar jego ciała przechodził sj siły. Wiatr, coraz chłodniejszy, muskał go po twarzy, wciskał
kon’P°^ uł)ranie> przenikał do kości, osłabiał go do reszty. Na-
ten strach niepojęty, te wszystkie udręczenia, z któremi
go o Pewne&° czasu, zdały się jego wolę przewyższać. Siły chwilpUSC^y’ ogarnęła rozpacz i przerażenie bez granic, ale na swego bo wnet bardziej, niż czego innego, przeraził się
i z\Arci^asneg° przerażenia, całą swą wolę przywołał na pomoc siłku z Uspokojony w skutek tego nadludzkiego prawie wyi postan8, s^’ namyślić się nad tem, co ma począć dalej,
iść nrost^a Wrócić natychmiast tą samą drogą, którą tu przyszedł, 110 ostatniej wsi, przez którą przechodził, szukać ludzi,
ł la’ cl10ciażby nawet i w gospodzie. AVtem, gdy tak stoi t, Ql > ustal już szelest liści pod nogami i wielka cisza,
ssn/hi a ł°k°.. dolatuje doń jakiś szmer, jakiś odgłos niby wody Bvt Ubynąeej. Słucha, może się pomylił?... nie, to woda! to Adda!
Znm“ °’ a n^e.g°’ jakby odzyskaniem przyjaciela, brata, zbawcy. krążvDle niemal zupełnie, uczuł, że krew znów szybko
y Po żyłach, zapomniał o chłodzie, o strachu; nadzieja wstąpiła. NwzeMem. Tom t. 18
W
go
alczyj

274
NARZECZENI.
do herca i nie namyślając się ani chwili, podążył w stronę owego zbawczego szmeru.
W parę minut znalazł się na krańcu płaszczyzny, tuż nad spadzistością wysokiego brzegu, spojrzał w dół i pomiędzy gęstemi zaroślami, które się aż ku rzece spuszczały, spostrzegł tu i ówdzie połyskującą jak srebro, szybko płynącą, wodę. Następnie zwrócił oczy na brzeg przeciwległy i zobaczył wielką równinę, usianą wioskami, a po-za nią wzgórza, na jednym zaś z tych wzgórków jakąś dużą białawą masę, zapewne miasto Bergamo. Spuścił się nieco po pochyłości, i rozchylając rękami owe gęste zarośla, znów spojrzał na dół w nadziei, iż dostrzeże tam jaką łódkę, lub usłyszy plusk wiosła, ale nic zgoła nie dostrzegł, nic nie usłyszał. Gdyby to nie była Adda, Renzo natychmiast zbiegłby nad wodę, aby szukać brodu, lecz wiedział dobrze, że z Addą niema żartów.
Dlatego więc zamyślił się głęboko nad tem, co teraz ma począć. Wieść na jakie drzewo i tak, wśród gałęzi, na tym chłodzie, na tej wilgoci, w tem lekkiem ubraniu, czekać, aż zabłyśnie upragniona jutrzenka; nie, to nie podobna, człowiekby naprawdę skostniał od zimna. Chodzić tam i napowrót po pewnej jakiejś przestrzeni przez cały dalszy ciąg nocy, to też nie najlepiej: najprzód uczucie nieznośnego chłodu pewnieby się w ten sposób nie o wiele zmniejszyło, powtóre byłoby to istnem barbarzyństwem wymagać jeszcze i tej posługi od owych poczciwych nóg, które mu już dzisiaj z takim wysiłkiem służyły. Przypomniał sobie, że na jednem z ostatnich pól, przez które przechodził, zanim doszedł do owej nieuprawnej płaszczyzny, która las poprzedzała, widział jednę z tych szop, słomą krytych, o ścianach z pni, gałęzi i suchego błota, zamiast tynku, w które latem włościanie medyolańscy zwykli zwozić plony z pola i sami też tam dla ich pilnowania nocować. W innych porach roku, szopy te zwykle były puste. Tam więc postanowił resztę nocy spędzić; wrócił na ścieżynę, która go tu przywiodła, przebył las, potem krzaki i nieuprawną płaszczyznę, wyszedł na drogę i prosto do owej szopy podążył. Zamykały ją ciężkie drzwi, krzywo na zawiasach wiszące, całe w szczelinach, bez zamku ni klamki. Renzo otworzył je, wszedł; na środku wisiała stara sieć rybacka, pełniąca tu widocznie obowiązki hamaku, na ziemi było nieco słomy. Choć miał teraz aż dwa posłania do wyboru, Renzo nie namyślał się długo i poszedł prosto do owój słomy, osądziwszy, że i tu będzie mu bardzo dobrze.
Wprzód jednak, nim się położył, ukląkł na tem łożu, które mu tak niespodzianie wysiała Opatrzność i z całej duszy podziękował Jej za ten nowy dowód miłosierdzia i za opiekę, którą go otaczała w ciągu całego tego nieszczęśliwego dnia. Potem odmówił wie

KOZDZIAL XVII.
275
czorne pacierze, a na ostatku z wielką skruchą błagał Boga, aby mu raczył przebaczyć, iż wczorajszego wieczora, nie tylko ich nie odmówił, ale nawet się nie przeżegnał, i jak się w téj chwili o sobie wyraził, — poszedł spać jakby pies jaki, jeżeli jeszcze nie gorzej. To też dlatego, — dodał w duchu opierając się rękami o słomę, i z postawy klęczącej przechodząc w leżącą — dlatego dziś zrana
, przyjemtiie zostałem zbudzony. — Zgarnął następnie całą słomę, która jeszcze po bokach została, przykrył się nią w braku kołdry, bo chłód i tu nawet silnie dawał się uczuć i tak skulony zamknął 0CZJ z mocnem postanowieniem zaśnięcia co najrychlej. O! bo też potrzebne mu były te kilka godzin pokrzepiającego snu.
Wszakże zaledwie oczy zamknął, natychmiast w jego pamięci, ezy też wyobraźni (gdzie mianowicie, tegobym nie umiał określić), zaczęły pojawiać się i przesuwać jakieś postacie, a tłum ich był tak wielki, ciągnęły jedna za drugą w tak nieprzerwanym szeregu, że Musiał się ze snem pożegnać. Gadatliwy kupiec, siepacze, urzędnik kryminalny, zacny fabrykant broni, właściciel gospody Pod OpatrzKością, Ferrer, wikaryusz, całe towarzystwo w gospodzie, cały ów Motłoch uliczny, potem don Abbondio, potem don Rodrigo; słowem Wszyscy ci, którym nasz Renzo miałby niejedno do zarzucenia.
Ponad całym tym tłumem unosiły się tylko trzy postacie jasne, drogie, piękne, do których nie czuł najmniejszego żalu, które nie wzbudzały w nim żadnych podejrzeń; z tych trzech, dwie wywoływał najczęściej, patrzył na nie z wielką miłością, z jakiemś dziwnem rozczuleniem, a jednak nie istniało między niemi żadnego Podobieństwa, bo pierwszą z nich była młoda dziewczyna o kruczych warkoczach, drugą, starzec o srebrzystej brodzie. Lecz zat^ * owa wielka pociecha, której doznawał, gdy na nich myśl o j/^^wał, uie była pozbawiona goryczy i niepokoju. Z myślą ści vnn^ku łączył się zaraz wstyd i żal za wszystkie niedorzecznoWsźv + P0Pełnik za owę pijatykę w gospodzie, za zaniedbanie nie b aC^’, e^° rad i napomnień, a gdy pomyślał o Łucyi, ach! działo nawet próbował opisywać tego, co się wówczas z nim stawić’ ezytełnik zna wszystkie okoliczności, sam więc to sobie wypomnieć^°tla^’ taż biedna Agnieszka, czyż mógł o niej żarnu odda’ ’^a Agnieszka, która go wybrała na zięcia, która chciała Lecz <>] Je^ne swe dziecię, która teraz już kochała go jak syna! miała dl s?kie pomyślał, że właśnie, dzięki przywiązaniu, które c’f tA ^eg°’ dzięki temu, że przeznaczyła go na męża swej 01 i, ta biedna kobieta, pozbawiona teraz własnego kąta, wyszła a ułaczkę, że u obcych ludzi musi szukać schronienia i że nierzvł‘la a J.utro’ 2aMiast spokojnej, szczęśliwej starości, o jakiej may a, drży o przyszłość dziecka i swoję; gdy sobie to wszystko
18*

276
NARZECZENI.
przypomniał, jakże się srodze dręczył nieborak! Było-to dlań jedną boleścią więcej, jedną z najbardziej dotkliwych. Cóż za noc! Biedny Renzo! Dzisiejsza noc miała być już piątą po ślubie! Jakież to łoże, jaki pokój sypialny! A jakie będzie jutro? A za tem jutrem, jakiż szereg dni smutnych, strasznych, długich! — Jak Bóg da! — odpowiadał sobie na myśli, które go najbardziej trapiły. — Jak Bóg da, jakoś to będzie! On wie przecież, co robi, i o nas biedakach pewnie pamięta. Trzeba to wszystko ofiarować za grzechy. Łueya taka dobra! Pan Bóg nie zechce zbyt długo ją próbować.
Wśród takich myśli, straciwszy już wszelką nadzieję zaśnięcia choćby na chwilę, dzwoniąc od czasu do czasu zębami i drżąc na całem ciele, w skutek strasznego zimna, które mu coraz bardziej dokuczało, nieborak czekał, jak zbawienia, pierwszych brzasków poranku, licząc godziny, które dziwnie powoli się wlokły. Mówię licząc, gdyż, co pół godziny, rozlegały się wśród tej wielkiej ciszy dźwięki wieżowego zegaru, zapewne zegaru z Trezzo. A gdy po raz pierwszy owe niespodziane dźwięki, o których nie mógłby nawet powiedzieć, skąd mianowicie pochodzą, obiły się o jego uszy, doznał tajemniczego, uroczystego wrażenia, jakby usłyszał głos jakiś nieznany, przestrogę, pochodzącą od niewidzialnej istoty.
Kiedy nareszcie wybiła jedenasta (*), godzina o której wstać postanowił, zerwał się z posłania, nawpół skostniały od zimna ukląkł, z większem jeszcze, niż zwykle przejęciem się odmówił poranne pacierze, wstał, przeciągnął się, wstrząsł się cały, jakby dla nadania hartu zdrętwiałym członkom, chuchnął w jednę rękę, potem w drugą, zatarł je mocno, otrząsnął słomę z ubrania, otworzył drzwi, i naprzód obejrzał się dokoła, aby się przekonać, czy nie ma nikogo. Jak okiem zajrzeć, nigdzie ducha żywego, więc zaczął szukać wzrokiem ścieżki wczorajszej, znalazł ją, poznał odrazu i wyszedł z szopy.
Dzień zapowiadał się ślicznie; na niebie, z jednej strony, ukazywał się jeszcze blady księżyc, na tle jasno popielatem, które stopniowo, ku wschodowi zabarwiało się lekkim żółto-różowym odcieniem. Nieco niżéj nad widnokręgiem ciągnęły się długiem, nierównem pasemkiem nawpół ciemne, a nawpół niebieskie chmurki, najniższe z nich miały już u spodu rąbek ognisty, który z każdą chwilą stawał się szerszy i bardziej jaskrawy. Od południa inne chmurki razem skupione, lekkie, i że tak powiem, miękkie, jak puchy,
(*) I teraz we Włoszech stare romańskie zegary inaczej wskazuj?t i biją godziny niż u nas. (Prz. Tl.)

BOZDZIAŁ XVII.
277
błyszcząc tysiącem barw i odcieni, płynęły zwolna po tem niebie rdyi, tak pięknem, gdy pogodne, tak spokojnem, tak uroczo paniałem. W mniej smutnych okolicznościach, nasz Renzo..’leby nie omieszkał spojrzeć na to niebo i podziwiać te brzaski, ’, v°szną jutrzenkę, tak odmienną od tej, którą dotychczas wi-
*’ swych górach, ale teraz nie miał ani czasu ani ochoty do Pa^rzył przed siebie na drogę i szedł śpiesznie, aby się nieco
J — ogrzać i co najprędzej stanąć u celu. Przebywa pola, równinę Poi osią wrzosem i paprocią, potem krzaki, wchodzi do lasu, ogląda z uśmiechem dokoła, wstydząc się owego strachu, którego tu zaznał przed kilku godzinami; wreszcie staje nad brzegiem Addy, patrzy w dół pomiędzy gałęzie i widzi małą łódź rybacką, która przeciw wodzie płynie zwolna tuż koło brzegu. Zbiega natychmiast po poohyłości, przedzierając się przez zarośla i ciernie, już jest na dole, półgłosem przyzywa rybaka, starając się udawać, że owa przysługa, której żąda od niego, nie jest wielkiej wagi, choeiaż twarz jego zdradza najwyższy niepokój i ruch, którym go prosi, aby przybił do.zegu, jest dziwnie błagalny. Rybak wzrokiem badawczym powiódł wzdłuż wybrzeża, patrzy uważnie na rzekę przed siebie, ógląda się po-za siebie i zwolna zbliża się do Renza. Nasz Renzo, który stał już jedną nogą w wodzie, chwyta za krawędź łódki, wskakuje do niej, a potem mówi: — czy nie moglibyście zrobić mi łaski, ja dobrze zapłacę; przewieźcie mnie na tamten brzeg. —
^ybak pierwej jeszcze zrozumiał, o co mu chodzi, i już się skierował nacfInt^ stronę. Renzo widząc na spodzie łódki drugie wiosło,
tyła sję i podnosi je, aby dopomódz swemu przewoźnikowi. chłon i?OWołb powoli — rzekł rybak, lecz widząc jak zręcznie się p f.Zabierał się do wiosłowania, dodał po chwili — a widać, że
znacie.
i wpraw^^’ ^ochę — odpowiedział Renzo i zaczął wiosłować z siłą I nie ustą’-które zdradzały w nim prawdziwego mistrza w tój sztuce, lękliwe afli na chwilą w swej pracy, rzucał od czasu do czasu pełne nipo >Ze.nie na brzeg, od którego się oddalali, a potem inne, pomału tjerPł’Wości na ten, do którego zmierzali, i dręczył się niekrótsza że n*e można było płynąć prosto przed siebie, naj-
ned wndv LgT lecz na to J’UŻ radynie był°; w tóm miejscu bowietu L, A i St siłny, iż niepodobna przeciąć go odrazu i łódka r ł z? yw&ć rzekę nieco na ukos. Zdarza się zwykle, że przed którfCZęClem Jakiejś zawikłanej sprawy, wszystkie te trudności, w ^P^wyciężyć wypadnie, przedstawiają się nam razem, znich w C? zarysaclb a potem, gdy już działać zaczniemy, każda myśloręł, u-ie pddzielnie, a nawet zjawiają się i takie, o których nie lsmy prawie dotychczas; to tóż i Renzo, teraz, gdy mógł już

278
NARZECZENI.
uważać Addę za przebytą, zaczął się tem niepokoić, że nie wiedział napewno, czy to rzeka w tein miejscu granicę stanowi, czy może po za nią inna jakaś istnieje, którą mu jeszcze przebyć wypadnie. Aby się o tem dowiedzieć, spojrzał na rybaka, i wskazując ruchem głowy owę białawą masę na wzgórku, którą w nocy jeszcze dostrzegł, a która teraz ukazywała się daleko wyraźniej na tle złocistego nieba, rzekł:
— To Bergamo, nieprawdaż?
— Tak, to miasto Bergamo — odpowiedział rybak.
— A ten brzeg, to już...?
— To ziemia S-go Marka.
— Wiwat Ś-ty Marek! — zawołał Benzo.
Rybak nic nie odpowiedział.
Wreszcie przybijają do owego brzegu; Renzo wyskakuje z łodzi, najprzód w duchu dziękuje Bogu gorąco, potem rybakowi: dostaje z kieszeni błyszczącą berlingę, która, zważywszy okoliczności, mogła być wprawdzie hojnym datkiem, ale w każdym razie zasłużonym i podaje ją poczciwcowi; ten, obejrzawszy się raz jeszcze na brzeg medyolański, na rzekę, na prawo i na lewo, bierze ją, chowa, potem zacisnąwszy usta, a nadto kładąc na nie palec na znak milczenia, spogląda wyraziście na Renza i odbija od brzegu, mówiąc:
— Szczęśliwej drogi.
Wszakże dlatego, aby ta usłużność i grzeczność rybaka, okazana człowiekowi, którego nie znał wcale, nie wydała się zbyt dziwną moim czytelnikom, muszę im powiedzieć, że bardzo często prosili owego rybaka o podobną przysługę zbiegi i przemytnicy, i że zawsze prawie wyświadczał im ją, nie tyle dla miłości lichego i niepewnego zysku, ile dlatego, aby sobie takich ludzi nie narażać. Powiadam, zawsze prawie, bo czynił to każdą rażą, gdy mógł być pewnym, że z brzegu nie widzą go ani strażnicy celni, ani siepacze, ani szpiegi. Tak więc, nie sprzyjając zbytecznie ani tym, ani owym, starał się jednak zadowolnić wszystkich z tą bezstronnością, która zwykle cechuje każdego, kto jest zmuszony mieć do czynienia z jednym, a drugiemu zdawać rachunek ze swego postępowania.
Renzo stał przez chwilę, zapatrzony na ów brzeg przeciwległy» na owę ziemię, która tak jeszcze niedawno piekła mu stopy, jakby ogniem. — Ach, więc naprawdę juzem się stamtąd wydostał! — była jego myśl pierwsza. — A bodajżeś... kraju przeklęty! była myśl druga, pożegnanie ojczyzny, lecz trzecia uleciała do tych, których w tym kraju zostawiał. Skrzyżował ręce na piersiach, westchnął, spuścił oczy na wodę, u nóg jego płynącą, i wyszeptał: — tam, z pod mostu płynie. — Znaczyło to: z pod mostu w Lecco, który w jego wiosce zwali przez skrócenie po prostu tylko mo-

ROZDZIAŁ XVII.
279
„tem — Oj, świat, świat szanowny! No, jak Bóg da, jakoś to
będzie!
i wrócił się od tego, tak smutnego dlań widoku, i poszedł kierunku owej białej plamy na pochyłości wzgórza, z postanowiespytania pierwszego lepszego przechodnia o drogę do miateczka, w którem mieszkał jego krewniak Bartolo. Tak też i uczyni^ a trze|ja by}0 widzieó, z jaką to on odwagą zbliżał się teraz do ludzi, jak bez żadnych wykrętów, odrazu wymawiał nazwę miejsc wości, do której udać się zamierzał. Zaraz od pierwszego ^ttbodnia dowiedział się, iż ma jeszcze dziewięć mil drogi przed
Nie wesoła była-to droga. Oprócz utrapień, które nasz nieborak wlókł wszędzie ze sobą, jeszcze i oczy jego natrafiały co chwila na bardzo smutne obrazy, z których zaraz się przekonał, że i ten kraj,
podobnie jak jego ojczyzna, został nawiedzony przez klęskę głodową. w
ciągu całej drogi, przeważnie zaś we wsiach i miareczkach, przez które przechodził, na każdym niemal kroku, napotkał żebraków, którzy nie wyglądali na żebraków z rzemiosła 1 których twarze bardziej niż ubranie nędzę zdradzały; byli-to włościanie, górale, rzemieślnicy, czasem całe nawet rodziny. Wszędzie słyszał skargi, westchnienia, prośby o wsparcie, płacz dzieci. Widok ten, oprócz litości i smutku, wzbudzał w nim jeszcze 1 niepokój o własną jego przyszłość.
— Kto wie — myślał sobie — czy znajdę zarobek? czy to tu, ®raz tak łatwo o pracę, jak lat zeszłych? E, co ma być! Bartolo uciuł*6 liocka mnie jak brata, to dobry chłopak, już i grosza sporo może tyle mnie razy zapraszał do siebie, to pewno, że mi dopouie oń zresztił dotąd Pan Bóg mną się opiekował, to może i teraz
zaczaj Czasem aPetyt, który już od dość dawna w nim się zbudził, iż mo°’i^Zlastać z każdą niemal chwilą, a choć Renzo czuł dobrze, mu pozo^ z u*m walczyć jeszcze przez tę parę godzin drogi, które jeżeli sta Pomyślał jednak sobie, że to będzie jakoś nie ładnie, tanie m Pi’zed krewniakiem głodny jak pies i odrazu, na powiswe skarby^ 11111: ^aj mi jeść. Wyjął więc z kieszeni wszystkie o-ało zbvt ł Zacz3d je liczyć. Liczenie ich, co prawda, nie wymaipilnab \legiego rachmistrza i trwało bardzo krótko, nie mniej RN‘ Azeaonał się, że ma jeszcze za co przekąsić. Wszedł do cze m Z &osk°dy, którą napotkał, posilił się trochę, zapłacił i jesz-
W ^ar| soldów Pozostało.
mai n.yc, ‘odZ!lc z, gospody, spostrzegł tuż obok drzwi, na samej niestawie°n Z6’ 0 mało nie potknął się o nie, dwie kobiety w po-
awpoł leżącej, jednę starą, drugą dość jeszcze młodą i trzy

280
NARZECZENI.
mającą na ręku dziecinę, która, chwytając na przemiany to jednę to drugą pierś matki i nie mogąc z nich wyssać ani kropelki pokarmu, gorzko i żałośnie płakała; obie kobiety były trupiéj bladości. Obok nich stał mężczyzna, w którego twarzy i całej postaci można jeszcze było dopatrzeć się śladów dawnej siły, teraz złamanej i całkiem niemal zniszczonej przez głód i nędzę. Wszyscy troje jednocześnie wyciągnęli dłonie do Renza, który krokiem pewnym, z miną ożywioną, pokrzepiony na siłach, wychodził z gospody; żadne z nich słowa nie rzekło, bo i cóż powiedzićć-by mogli? ich nędza aż nadto jasno za nich mówiła.
— Oto macie — rzekł Renzo, sięgając do kieszeni i wypróżniając ją całkowicie z tych niewielu soldów, które mu jeszcze zostały. Włożył je do ręki, która się znajdowała najbliżej i poszedł w dalszą drogę.
Posiłek i spełnienie dobrego uczynku (boć składamy się przecież z ciała i duszy) pokrzepiły go i wszystkim jego myślom nadały jakiś wesoły kierunek. Teraz, gdy się już wyzuł z ostatniego grosza, uczuł tak silną wiarę w przyszłość, iż znalezienie nawet dziesięć razy większéj ilości pieniędzy niż te, które oddał przed chwilą, daćby mu jej nie mogły. Bo, jeżeli Opatrzność, dla wspomożenia w tym dniu biedaków, którzy z głodu już marli na drodze, chciała zachować te ostatnie parę groszy u przechodnia, zbiega, tułacza.który był także jutra niepewny, to czyż można było przypuszczać’ aby podając mu tak jasny dowód świętéj opieki nad nieszczęśliwemi, jego samego, narzędzie swej łaski, mogła tejże pozbawić? Tak sobie, mniej więcej, myślał nasz Renzo, choć myśli jego odznaczały się jeszcze mniejszą jasnością niż wyrazy, w których je wam opowiedzieć usiłowałem. Następnie, roztrząsając i rozważając wszystkie okoliczności swego obecnego położenia, znalazł, że nie są one wcale tak rozpaczliwe, jak mu się poprzednio zdawały. Głód musi przecież kiedyś się skończyć, dobre czasy powrócą; a nim to nastąpi, z pomocą swego krewniaka i swego rzemiosła, w którem rzadko kto mógł mu dorównać, potrafi jakoś sobie dać radę; nadto miał przecież jeszcze w domu trochę pieniędzy, zaraz więc każę je sobie przysłać. W najgorszym razie, przy życiu oszczędnem, one mogą mu wystarczyć, aż do powrotu dobrych urodzajów, z głodu zatem nie umrze, to pewna.
— Otóż — myślał sobie dalej Renzo — kiedy się już raz skończy ta bieda, robota zawre na nowo. Każdy właściciel przędzalni jedwabiu będzie starał się na wyprzódki o robotników medyolańskich, bo oni są przecież najlepsi; robotnicy cenę podniosą (kto chce mieć zdolnych pracowników, musi ich przecież dobrze opłacać); można więc będzie nie tylko żyć przyzwoicie, ale i na stronę coś

ROZDZIAŁ XVII.
231
to
jeszcze odłożyć, wówczas napiszę do moich kobiet, aby przyjeżdżały... A zresztą, dlaczegóż miałbym czekać tak długo? i rzeciez z tym małym zapasem pieniężnym, który one mają i który tntflPiOSw^’+iJ-akośbyśmy 1 tak zim<2 Prężyli. Czyż nie lepiój dostatkipZySt^lm razem’ biedę klepać? Proboszczów wszędzie poAch — h’ °ne Przyjadą, pobierzemy się, urządzimy jako tako i... orzech °j, był° za szczQŚcie tak we troje wyjść sobie kiedy na na to. § na tę drogę! Pojechalibyśmy kiedy aż do Addy, tam, j, ln, leJSee’ gdzie na brzeg wysiadłem, pokazałbym im na przeciw.,.yn?. ze£u owe zarośla, przez które się przedzierałem, a kto wie
ze i łódkę, która mię przewiozła.
Wreszcie przybywa Renzo do miasteczka, w którem mieszkał Bartolo zdaleka jeszcze spostrzega jakiś dom bardzo wysoki, wylOzniąjący się z pomiędzy innych zabudowań, mający wiele długich, oskich okien — to pewnie przędzalnia — myśli sobie i prosto ku leJ Podąża, wchodzi, i wśród łoskotu wody, która koło obraca, pyta zaraz, głosem podniesionym, aby się dać słyszeć o pewnego Bartola
Castagneri, medyolańczyka.
Pan Bartolo? A oto tam stoi.
— Pan? dobry znak — pomyślał Renzo i pośpieszył do kre, ^n?a.kaBartolo obejrzał się, spostrzegł nowoprzybyłego, który ^ał już przed nim, mówiąc: — otóż jestem! — wydał okrzyk zdziwienia i radości, wyciągnął ręce i padli sobie w objęcia. Po tóm J^rwszem P°w*taniu, gdy już się nacałowali i naściskali do woli, Wod? odprowadził Renza dalej nieco w głąb fabryki, gdzie łoskot
y i kół był mniój ogłuszający i rzekł:
Czło^. GieszS s^’ ze ciebie widzę, ale naprawdę dziwny z ciebie a teralek“ ^yle razy zapraszałem cię, nigdyś się nie dał namówić,
^Z’ raptem się zjawiasz, gdy o robotę najtrudniej. przyby£eżek mam prawdę powiedzieć, to i teraz nie z własnój woli bez silnaU1 ~~ rzekł Renzo, i o ile się dało najzwięźlej, choć nie przygody^0 Wzi’uszenia, opowiedział mu wszystkie swe bolesne
nacierpią}, 10 co innego — rzekł Bartolo. — Biedaczysko, tożes się ja cie nie ń ^e> dobrześ zrobił, żeś prosto do mnie tu przyszedł, wych robotU, SZ°Z^’ Wprawdzie nie takie to teraz czasy, aby noutrzymać przyjmować; każdy gospodarz zaledwie może
to iedvnie dui1’ których już ma u siebie, a jeżeli ich nie odprawia, siebiorst aby ich nie stracić i nie zgubić całego przed-
czasowp i ° C-° mu więcój chodzi z pewnością, niż o straty tymlubi i ipet 6 g°sP°darz, to dobry człowiek, przytem bardzo mnie
, J st o wiele zamożniejszy od innych, a nawet, uważasz, mogę Powiedzieć, mnie głównie zawdzięcza to, że tak dobrze
śmiało

282
NAKZECZENI.
stoi w interesach; on ma pieniądze, a ja znam się na rzeczy. „Wiesz? jestem tu przecie najpierwszą osobą w przędzalni, a oprócz tego prawą ręką gospodarza, jego factotum, rozumiesz? Biedna Łueya Mondella! Pamiętam, pamiętam, jak gdyby to wszystko było wczoraj. Taka dobra dziewczyna! A w kościele, to tak się zawsze przykładnie modliła, taka skromna, pobożna. Kiedy bywało przechodzę obok jój domku... Zdaje mi się, że widzę ten domek, tam na końcu wioski z tem wielkiem drzewem figowem, co się tak przez murek przewiesza...
— Ach, nie mówmy o tem!
— Chciałem tylko powiedzieć, że ile razy przechodziłem koło tego domku, zawsze słyszałem to motowidło, które się kręciło, kręciło, kręciło. A tenże don Rodrigo! no, toć wprawdzie już i za moich czasów był ptaszek nie-lada, ale teraz, jak widzę, wyszedł na skończonego łotra, oto zbój! ale czekaj-no, czekaj, jeszcze Pan Bóg go skarżę! Więc jak ci to już mówiłem, i my tu także głód cierpimy potrochu... Ale, ale, możeś ty głodny?
— Nie, w drodze niedawno jadłem.
— No, a jakże tam z pieniędzmi, czy dużo ich masz?
Renzo podniósł rękę i przykładając do ust dwa palce, gwizdnął za całą odpowiedź.
— Tak...? E! mniejsza z tem — rzekł Bartolo — za to ja mam ich dosyć, pożyczę ci, a jak da Bóg dobre czasy powrócą, to mi je oddasz i tobie jeszcze cokolwiek zostanie.
— Mam w domu trochę pieniędzy, każę je przysłać.
— I tak dobrze, niech przyślą, ale tymczasem bierz u mnie, wiele ci trzeba. Pan Bóg udzielił mi swych darów dlatego, abym innym pomagał, a komużbym miał pomagać, jeżeli przedewszystkiem nie krewnym i przyjaciołom?
— Ach, ja to zawsze mówiłem, że Opatrzność nie da marnie zginąć biedakowi! — zawołał Renzo, ściskając serdecznie dłoń poczciwego krewniaka.
Więc — mówił dalej Bartolo — w Medyolanie takie awantury się działy? No, no, toć im chyba do łba musiało coś strzelić, bo ludzie rozsądni... I do nas już doszły o tem wieści, ale musisz mi opowiedzieć wszystko szczegółowo. Oj! będziemy mieli o czem gadać. Tu jednak u nas, uważasz, wszystko się inaczej niż u was, odbywa, trochę rozumniej, spokojniej. Miasto kupiło dwa tysiące miar zboża od pewnego handlarza, który mieszka w Wenecyi, zboża, które z Turcyi pochodzi, ale, kiedy chodzi o to, aby mieć co w gębę włożyć, toć nie pora na wymysły i nikt nie pyta, czy to w Turcyi czy w jakim innym pogańskim kraju rosło to zboże. Ale zważ-no tylko, co się dzieje: rektorowie Werony i Brescyi zamykają

EOZDZIAŁ XVII.
2S3
drogę i mówią: tędy zboże nie przejdzie. A wiesz co na to nasze Bergamo? Oto, natychmiast wysyła do Wenecyi Wawrzyńca Torre, doktora, ale to doktora ho, ho! Pojechał, stanął przed dożą i powiada: a cóż to sobie myślą ci panowie rektorowie? I palnął mowę, ale to mowę, powiadam ci, choć do druku. Święta to izecz mieć człowieka, który umie mówić! W tej chwili wydają ioz<az, aby przepuszczono zboże, a rektorowie zmuszeni są, nietylko w ^.^PUŚeić, ale nadto jeszcze prowadzić je pod eskortą, i jest już urodzę. A co, widzisz, jak-to u nas się dzieje? I o wiejskim pamiętano. Jan Babtysta Biava, poseł z Bergamo
(także człowiek nie-lada!) objawił w Wenecyi, w senacie, że i po Wsiach głód dokucza, a senat wyznaczył cztery tysiące ćwiartek zboża na milę. To także pomaga do robienia chleba. A zresztą, wiesz co? jeżeliby nawet chleba miało zabraknąć, to będziemy jedli ^ez chleba ser, jaja, kiełbasę; mówię ci przecież, że mi Pan Bóg grosza nie poskąpił. A teraz chodź do mego gospodarza, tyle już słyszał o tobie, że cię pewnie dobrze przyjmie. To człowiek porządny, co się zowie, złote ma serce. Wprawdzie nie czekaliśmy na ciebie w tej chwili, spadłeś, jak z nieba; no, ale kiedy dowie się 0 wszystkiem... A zresztą umie cenić dobrych robotników, bo głód Przeminie, a przędzalnia pozostanie. Ale, przedewszystkiem muszę C1<5 o pewnej rzeczy uprzedzić. Wiesz-że ty, jak tu nazywają nas, medyolańczyków?
~~ A jak?
— A kpami.
O, to nieładnie!,
m0(j“ ja to wiem, że nie ładnie, ale cóż chcesz, taka tu głupia Ber^’ Kto się urodził w księstwie medyolańskiem i chce się do powhm?Przesiedlić, powinien się z tem pogodzić. U tych ludzi, nazwana medyolańczyka kiep, to tak, jakby znakomitego pana
c Jaśnie wielmożnym.
tych tym1 toć przecież nie wszystkich nas nazywają kpami, ale chyba a°> którzy pozwalają jeździć sobie po nosie.
nie możesSZy-Stkick> kochanku, a jeżeli nie w smak ci to idzie, jeżeli łem będą z tem pogodzić, że cię co chwila tak pięknym tytubyłoby chvf^St°wa^’ to an* myśl nawet długo tu popasać. Trzeba prawiać al — w’eczn*e z nożem chodzić i ludzi na tamten świat wydwu tr ’ 1 to sposób nie najlepszy. Dajmy na to, że zabiłbyś Wresze’ Zf n°’ ch°ćby i czterech, toć przecież znalazłby się Przed s* u a i Co^ * ciebie zabić potrafił, a piękna mi rzecz stanąć
“ Siidem boskim mając cztery zbrodnie na sumieniu!
a medyolańczyk, któremu nie brak... i postukał palcem

284
NARZECZENI
po czole, jak wówczas w tej gospodzie Pod Opatrznością. — Chcę powiedzieć medyolańczyk, który zna się na swem rzemiośle?
— I to nic nie pomoże, i on tu kpem być musi. Wiesz, jak o mnie mówi gospodarz przed swemi przyjaciółmi? Mówi — tego kpa, to mi Pan Bóg zesłał, złoty człowiek, powiadam wam, tak mi fabrykę prowadzi, — albo: — gdyby nie ten kiep, tobym sam nie dał rady. — Cóż chcesz, taki tu już zwyczaj!
— To jednak głupi zwyczaj, to niegrzecznie. Widząc, że sie tak dobrze znamy na rzemiośle (boć to przecie my, nie kto inny, nauczyliśmy ich tego przemysłu, a i dziś nie potrafiliby się bez nas obejść), czyż nie mogli opamiętać się?
— Dotąd nie, kto wie, może z czasem... może ich dzieci... ale ze staremi nie ma rady... tak to w nałóg im weszło. A zresztą, i cóż w tem tak bardzo strasznego? Niegrzecznie, niegrzecznie! Może tam z tobą, w twojej wiosce, grzeczniej się obeszli, kiedy aż kąt własny musiałeś opuścić, albo potem w Medyolanie! A toż przecież twoi rodacy. Jabym powiedział, że to było stokroć niegrzeczniej. Wszak prawda?
— No, tak; więc jeżeli to tylko...
— Byłeś się tylko z tem oswoił, wszystko pójdzie dobrze. Chodź śmiało do gospodarza.
Istotnie wszystko poszło dobrze i tak po myśli poczciwego Bartola, że uważamy za zbyteczne zdawać z tego szczegółowe sprawozdanie naszym czytelnikom. A było-to niemałem szczęściem dla naszego Renza, bo zobaczymy zaraz, co się stało z owemi pieniędzmi i rzeczami, które w domu zostawił.
ROZDZIAŁ XVIII.
Tego samego dnia, w którym nasz Renzo przeprawił się szczęśliwie przez Addę, t. j. 13 listopada, przybywa do Lecco, do pana sędziego, konny posłaniec od kapitana sprawiedliwości z rozkazem na piśmie, aby sędzia przedsięwziął natychmiast wszelkie środki dla odkrycia, czy pewien Lorenzo Tramaglino, przędzarz z rzemiosła, około dwudziestu lat mający, który uciekł z rąk praedicti egrcgii domini capitanei, wrócił pałam veł clam do miejsca swego zamieszkania ignotum co do nazwy, uerzzm in territorio Peuci: guod si compcrtum fucrit szc essc, ma się starać wyżej wymieniony sędzia, guanta maxima diłigentia fieri poterit o to, aby go schwytać i należycie związanego, cidelicet

KOZDZIAL XVIII.
285
w kajdankach na rękach, bo już się pokazało z doświadczenia, że rękawki są dla niego niewystarczające, osadzić w więzieniu pod silną strażą; a następnie oddać go w ręce tego,. kto będzie z Medyolanu po niego przysłany. W każdym zaś razie, czy się uda, czy nie uda go schwytać: accedatis ad domum prcedicti Laurentii Tramaliini, et facta debita diłigentia, guidguid ad rew rcpertum fuent auferatis, et informatione de illius praca gualitate, vita et complicibus sumatzs-, o wszystkiem powiedzianem i uczynionem, znalezionem i nieznalezionem, zabranem i pozostawionem, deligenter referatzs.. Pan sędzia, po zarządzeniu ścisłych poszukiwań, przekonawszy się, iż Lorenzo — tramaglino nie wrócił do miejsca swego zamieszkania, posyła po wójta owej wioski, każę prowadzić się do domu zbiega, i udaje się tam z rejentem i w wielkim orszaku siepaczy. Dom zamknięty, kto ma klucz, niewiadomo, albo się skrył, albo go wcale nie ma już we wsi. Wyłamują drzwi, przystępują do należytej rewizyi, to jest poczynają sobie w„owym domu tak, jak gdyby był miastem niePrzyjacielskiem, zdobytem po długiem oblężeniu.
Wieść o tej wyprawie rozchodzi się natychmiast po całej okolicy, dochodzi do uszu ojca Krzysztofa, który zdziwiony i zasmucony toni niepomału, pyta wszystkich o szczegóły tak niespodzianego wypadku, lecz oprócz najrozmaitszych wniosków, pozbawionych wszelkiej podstawy, niczego się dowiedzieć nie może, i wysyła list do ojca Bonawentury, w nadziei odebrania od niego nieco pewniejszych wiadomości. Tymczasem krewni i przyjaciele Renza muszą su? stawić przed sądem dla zeznania wszystkiego, co mogą wiedzieć \JeS0 prava gualitas. Nazywać się: Tramaglino jest teraz istnem zamZtZęŚciem’ wstydem, hańbą, w całej wiosce panuje niesłychany Medv i Wkrótce staje się wiadomem, że Renzo w samym środku Obieg anu Uffiknął z rąk sprawiedliwości, a potem znikł bez śladu, co go t ^°®^°ska, że nabroił nie-lada, ale, co mianowicie zrobił, za rozmaił Wytano» n^e w*e na Pewno, chociaż nie braknie najlecz im^n domysłów i najdziwniejsze wieści krążą po okolicy, mniei wio la 2 n’ch Jest dziwniejszą, im bardziej straszną, tem o-o 2najduje w rodzinnéj wiosce Renza, w któréj wszyscy
pypść k wiedzą, że to chłopak porządny; większa zas
. \ tańców wnosi i tajemniczo z ust do ust sobie podaje, że
‘v 1.e.zaw°dnie sprawki don Rodriga, który postanowił zgubić s ego biednego rywala. Tak to bowiem nieraz, w skutek opierała się jedynie ua wnioskach, bez niezbędnych dowodów, nawet
o i wierutny bywa niesłusznie skrzywdzony. z„ ecz my, z dowodami w ręku, jak-to mówią, możemy śmiało SZCZP^-C’ ^°n Rodrigo nie brał najmniejszego udziału w nie-
“sciu, które teraz Renza spotkało, z czego jednak nie wynika by

286
NARZECZENI.
najmniej, aby wiadomość o niem nie miała być dlań przyjer ucieszył się tak bardzo, jak gdyby sam był jego sprawcą i zaraz pospieszył podzielić się ową wielką radością z przyjaciółmi, a głównie z hrabią Attilio. Szanowny kuzynek, według dawniej powziętych zamiarów, powinien był wtej chwili znajdować się już w Medyolanie, ale, na pierwszą wieść o rozruchach i o hołocie, która krążyła po ulicach miasta w ilości i w usposobieniu, zapowiadającem wcale co innego, niż gotowość poddania grzbietów pod kije, uznał za stosowne jeszcze czas pewien na wsi zabawić, aż do uśmierzenia zaburzeń. Wielu już bowiem ludziom zalazł za skórę i miał słuszne powody obawiania się, aby jeden z tych, którzy dotychczas dlatego tylko cicho siedzieli, iż czuli swą niemoc, teraz nie nabrał odwagi i, korzystając z przyjaznych okoliczności, nie chciał się odrazu pomścić za wszystkich. Niedługo wszakże trwała ta niepewność; rozkaz, przysłany z Medyolanu, a nakazujący szukanie i pojmanie Renza, był już wskazówką, że wszystko wraca do zwykłego porządku, niemal zaś jednocześnie odebrano wiadomości, że i rozruchy przytłumiono zupełnie. Hrabia Attilio zaraz w drogę wyruszył, a przed wyjazdem zagrzewał kuzyna do wytrwania w swych zacnych zamiarach, obiecując mu, iż ze swej strony rozpocznie natychmiast starania, aby go uwolnić od owego nieznośnego mnicha, do czego teraz może mu dzielnie dopomódz smutna przygoda naszego biednego Renza. Zaledwie wyjechał Attilio, powrócił Grizo z Monzy cało i zdrowo i zdał panu sprawę ze wszystkiego, o czem się mógł dowiedzieć, a mianowicie, że Łueya znajduje się w tym, a tym klasztorze, pod szczególną opieką takiej, a takiej pani, że nie wychodzi nigdy i nigdzie, jakby była także zakonnicą, że nawet w czasie nabożeństwa widzieć jej nie można, bo chowa się gdzieś w kątku zakratowanego okna, które z klasztornego korytarza na kościół wychodzi, a co wielu osobom bardzo się nie podoba, gdyż wieść o jej prześladowaniu i niepospolitej piękności już się w okolicy rozeszła i niejeden chciałby zobaczyć, jak też wygląda to niebożę.
Sprawozdanie to przyprawiło o wściekłość don Rodriga. Tyle okoliczności, sprzyjających jego zamiarom, rozpaliło w nim jeszcze silniej owę namiętność, owę mieszaninę miłości własnej, uporu, gniewu i żądz nikczemnych! Renzo był gdzieś daleko, wyszedł na zbiega, wygnańca, przestępcę, tak, iż wolno było teraz wszystkiego się względem niego dopuścić bez obawy kary, a Łueya jako narzeczona buntownika, także nie wiele mogła liczyć na opiekę prawa, i na nią padał cień jego winy; jedynemu zaś człowiekowi, któryby chciał i potrafił stanąć w jej obronie, a nawet narobić tak wielkiej wrzawy, iż obiłaby się o uszy ludzi, piastujących najwyższe godno

ROZDZIAŁ XVIII.
287
ści, słowem owemu obrzydłemu mnichowi, zostanie już wkrótce, jak się spodziewał, odjęta możność szkodzenia mu w jakikolwiekbądź sposób. I otóż niespodzianie zjawia się nowa przeszkoda, która nietylko zmniejsza doniosłość wszystkich tych przyjaznych okoliczności, ale uniemożebnia je niemal zupełnie. Taki klasztor w Monzy, gdyby w nim nawet nie mieszkała księżniczka, byłby w każdym razie orzechem zbyt twardym na zęby don Rodriga; to też, choć drążyły ciągle dokoła tego schronienia, nie potrafił jednakże wynaleść ani drogi, ani sposobu przedarcia się doń, czy-to za pomocą siły czy też podstępu. Mało już brakowało, aby całkiem
!ue ząniechał swego przedsięwzięcia. Chciał już jechać do Medyolanu i to, nakładając drogi, aby przez tę nieszczęsną Monzę nawet file przejeżdżać, a po przybyciu do Medyolanu zamierzał zebrać dokoła siebie wszystkich przyjaciół i rzucić się w wir najrozmaitszych rozrywek i uciech, któreby mu dopomogły do wyrugowania z pamięci owej jednej-jedynej myśli tkwiącej w niej od pewnego czasu i stającej się z każdą chwilą bardziej nieznośną. Ale, ale... przyjaciele... powoli, ostrożnie z temi przyjaciółmi. Zamiast rozrywki, Mógł zaznać w ich gronie nowych przykrości, bo Attilio niezawodnie już po całem mieście roztrąbił o tym nieszczęsnym zakładzie i zapewne już potrafił wszystkich zaciekawić. Każdyby go pytał 0 tę góralkę, trzeba’byłoby powiedzieć: — miałem zamiar, usiłowałem, chciałem i... i nie potrafiłem nic zrobić! Powzięło się mocne Postanowienie, postanowienie wprawdzie niekoniecznie zbyt rycerskie, ale, czyż można panować nad wszystkiemi swemi zachciantémi? ck°dzi głównie o to, aby je tylko zadawaląjać i cóż się ponem^tał° z postanowieniem, takiem mocnem, takiem niezłomkiem ’ ^to’ jftkiś mnich podły, podły, bo nawet nie szlachcic, całbez W niwecz obrócił! A gdy wreszcie los przychylny sam, je, usm10^ niedołęgi, który powziął owo postanowienie, ułatwia mu najgłó^aMe Jednę przeszkodę, a dobry przyjaciel usuwa drugą i to teraz z w dodatku, ów niedołęga nie umie nawet korzystać
nie dość t ^czności i uznaje za najlepsze wszystkiego zaniechać. Czyż oczu poka a^y łuż n^dy między porządnemi ludźmi nie śmieć bli? 1A zr^’ bye zmuszonym, co chwila, porywać się do sza-
zameczku Jakże znowu powrócić, albo jak pozostać w tym
i nipznr śnv i j °kolicy, gdzie, nie mówiąc już nawet o nieustannych, ’,, 1.Przypomnieniach zawiedzionych nadziei, musialby
dioT26clzwl?ac j brzemię tak hańbiącej porażki? gdzie wzrosłaby Cz.nieu.awis,: hfiłności, a jednocześnie zachwiało się przeświadnów16 u.łej?° Prędze i sile? gdzie, wśród najniższych nawet ukloA có?ni. n wyczytać na twarzy każdego hultaja upokarzające:
pi zetknąłeś pigułeczkę? Nie w smak ci poszło? Jakże ja

288
NAKZECZENI.
się z tego cieszę! — Droga niegodziwości, mówi w tem miejscu rękopism, jest szeroka, ale to nie znaczy, aby miała być wygodną, ma ona swoje trudne przejścia i nieraz jest nudną i męczącą, chociaż na dół prowadzi.
Don Rodrigowi, który ani jej opuścić, ani się cofnąć, ani na niej zatrzymać nie miał najmniejszej ochoty, a który jednak czuł, że o własnych siłach nie potrafi iść naprzód, przychodził wprawdzie na myśl pewien środek mogący mu dalszy pochód ułatwić; środek ten polegał na tem, aby prosić o pomoc pewnego człowieka, którego ręce sięgały tam nawet, dokąd nie mógł dosięgnąć wzrok innych ludzi, człowieka, czy też czarta, dla którego trudność jakiegoś przedsięwzięcia stawała się głównym bodźcem do niego. Jednakże i ów środek miał swoje ujemne strony, swoje niedogodności, swoje niebezpieczeństwa, tem groźniejsze, iż niepodobna było obliczyć je zgóry, bo, kto się już raz wdał z tym człowiekiem, z tym potężnym wprawdzie, lecz strasznym i samowładnym sprzymierzeńcem, nie mógł już przewidzieć, dokąd go on zaprowadzi i co się z nim stanie.
W skutek wszystkich tych myśli, don Rodrigo w ciągu dni kilku nie mógł się zdobyć na żadne postanowienie, wahał się, dręczył, nie wiedział sam, co ma począć. Tymczasem przyszedł list od kuzyna, a w nim wiadomość o tém, że sprawa co do mnicha jest już na dobrej drodze. Wkrótce po błyskawicy i piorun uderzył, to jest, pewnego pięknego poranku dowiedziano się, że ojciec Krzysztof opuścił klasztor w Pescarenico. Ten tak prędki skutek zabiegów hrabiego Attilio, jego list, zagrzewający do wytrwania i grożący wielkim wstydem w razie odstąpienia od powziętego zamiaru, coraz silniej popychały don Rodriga do owego niebezpiecznego kroku, to zaś, co się dlań stało bodźcem najsilniejszym, co go ostatecznie utwierdziło w jego postanowieniu, była niespodziana wiadomość, iż Agnieszka powróciła do wioski. A więc usunięta jeszcze jedna przeszkoda!
Tu wypada nam zdać sprawę z tych dwu ostatnich wydarzeń; zaczniemy od ostatniego.
Zaledwie nasze kobiety zdołały-jako-tako urządzić się w swem nowem schronieniu, gdy w Monzy, a więc i w klasztorze, rozeszła się wieść o rozruchach medyolańskich, a w ślad za tą pierwszą, wielką nowiną, nastąpił cały szereg nieskończonych szczegółów, które rosły i zmieniały się z każdą chwilą. Odźwierna, która ze względu na swe stanowisko mogła, że się tak wyrażę, jednem uchem słyszeć to, co się działo na świecie, a drugiem to, co się działo w klasztorze, tu i tam zbierała skrzętnie różne wiadomości, a następnie udzielała je swoim współlokatorkom. — „Dwu, sześciu,

EOZDZIAŁ XVIII.
2S9
ośmiu, czterech, siedmiu już schwytano, siedzą w więzieniu, powieszą ich, jednych przed piekarnią kul, innych na początku tej ulicy na której jest dom wikaryusza prowizyi... Ej, ej, słuchajcie nć tylko, z pod straży uciekł jakiś człowiek, który ma być z Lecco £zy.. Z ° icy’ Nie wiem Jeszcze> Jak si<* nazywa, ale pewnie K os się znajdzie, co mi to potrafi powiedzióć. A to rzecz ciekawa moz« to jaki wasz znajomy..
w Wlad.0H1°ść wraz z okolicznością, że Renzo miał właśnie matt^ <blbl fatalnym przybyć do Medyolanu, zaniepokoiła trochę atkę i córkę, a głównie córkę; lecz zważcie, co to one musiały czuc wówczas, gdy, po chwili, odźwierna przyszła im powiedzieć:
— wiecie, to z waszej wioski ten, co drapnął, aby nie być powie*z°nym; jakiś przędzarz jedwabiu: Tramaglino, pewnie go znacie? dl łSacya> która w tej chwili coś szyła, robotę z rąk wypuściła, zbla-
a, straszliwie i tak się na twarzy zmieniła, że odźwierna niezaale nie byłaby to sPostrzegła, gdyby nieco bliżej się znajdowała,
na szczęście zatrzymała się na progu z Agnieszką, która, choć ownież przerażona, umiała jednak zapanować nad sobą i, aby coś powiedzieć, oświadczyła, że ponieważ w tak małej wiosce wszyscy się znają, więc też i ona trochę zna owego Tramaglina, lecz, że nie umie sobie wytłomaczyć, w jaki-to się wszystko sposób stać z nim mogło, gdyż to chłopak zewszechmiar bardzo porządny. Potem
spytała, czy umknął napewno i dokąd?
t —.Ze umknął, to umknął, wszyscy o tem mówią, lecz dokąd, brał 11^t lde w*e’ może Jeszcze schwytają, a może już się przenOl., P?ez granicę. Ale, jeżeli im znowu wpadnie w łapy ten wasz
^(my chłopak, to...
a szczęście w tej chwili zawołano odźwierną i wyszła śpiesz-
w°. każdy sobie wystawi, co się dziać musiało z matką
dni w t ^iedna kobieta i zrozpaczona dziewczyna spędziły wiele dlaczego °kropnej niepewności, gubiąc się w domysłach: co, jak, myślajae Us^ując przewidzieć skutki tej bolesnej przygody, rozmieniającnad tem wszystkiem w milczeniu, lub gdy były same, zaWresz^’ ^Osem z soba smiltne swoje wnioski.
człowiek i?ewneg° czwartku zapukał do furty klasztornej jakiś iak niemnl taj^c 0 Agnieszkę. Był-to rybak z Pescarenico, który, dyolanu dl Szyscy tameczni rybacy, zwykł był udawać się do Menrosił o-n at, SI, 1’zedaży swego połowu; poczciwy ojciec Krzysztof,?.y Pochodząc przez Monzę, wstąpił do klasztoru, powszystkbletOm’ że onim ukłony zasyła’ uwiadomił je o tem dzieP le. Ci° d°tychczas wiedziano pewnego o smutnej przygow mi=, cił im, w jego imieniu, wytrwałość, męstwo i ufność siei ozie boskie i zapewnił, że on, biedny zakonnik, zawsze
nie.
i córką
Manzoni: Narzeczeni, Tom I.
19

290
NARZECZENI.
o nich pamięta i skorzysta z pierwszej przyjaznej okoliczności, aby im dopomódz, a tymczasem co tydzień będzie je zawiadamiał o sobie czy-to w taki, czy też w inny sposób. O Renzu, to tylko nowego i pewnego mógł powiedzieć ów rybak, że pan sędzia z siepaczami dom jego nachodził, że w całéj okolicy szukano go pilnie, co jednak na nic się nie zdało, bo teraz już wszyscy wiedzą na pewno, że uciekł do Bergamo. Nie potrzebujemy tu mówić nawet, jak wielką pociechą była owa pewność dla zbolałej duszy Łucyi; od tej chwili łzy jéj popłynęły spokojniej, ciężar okropny spadł z serca, znalazła pewną ulgę w powierzaniu matce swych smutków, i każda jej modlitwa była dziękczynną.
Giertrudą przywoływała ją często do swego własnego parlatoryum i nieraz bardzo długo z nią rozmawiała, dziwiąc się niepomału rozsądkowi i łagodności tej nieboraczki i znajdując wielką przyjemność w tem, że, co chwila, z ust jéj słyszała podziękowania i błogosławieństwa. I to jéj także sprawiało ulgę, iż teraz mogła opowiadać owej wieśniaczce, ma się rozumieć pod warunkiem dochowania tajemnicy, o swej przeszłości, wprawdzie nie wszystko, lecz to przynajmniej, co wycierpiała, zanim ją tu wtrącono na wieczne udręczenie, a Łueya, słuchając tych zwierzeń, uczuła wkrótce, że zdziwienie i nieufność, które zrazu pani w niej wzbudziła, zaczęły zamieniać się w szczere współczucie i litość. W tych opowiadaniach znajdowała teraz wiele powodów, wystarczających najzupełniej do wyjaśnienia tego, co zrazu tak ją bardzo raziło w układzie i w mowie jéj dobrodziejki, a przychodziło to jej z tem większą łatwością, że pamiętała dobrze owę teoryą matki co do głów i mózgów jaśnie wielmożnych. Jednak, pomimo, iż zaufanie, które jej okazywała Giertrudą, i ją również usposabiało do otwartości, nigdy jej przez myśl nawet nie przeszło, mówić przed nią o swych nowych niepokojach, o nowych nieszczęściach, powiedzieć, kim był ów przędzarz jedwabiu, który zbiegł z rąk sprawiedliwości; obawiała się, aby ta bolesna tajemnica, która tak wielki cień rzucała na drogą postać jéj narzeczonego, nie stała się wiadomą w klasztorze i w całej okolicy. Również starała się dawać wymijające i krótkie odpowiedzi na pełne natarczywej ciekawości zapytania pani co do czasu poprzedzającego jej zaręczyny, chociaż rozsądek bynajmniej jej tego mówić nie bronił. Lecz była inna przyczyna milczenia; dla tej cichej i skromnej dziewczyny, mówienie o Renzu, o wszystkich okolicznościach, które ich zbliżyły, o całéj ich znajomości aż do chwili zaręczyn, zdawało się rzeczą tak trudną i tak drażliwą, że, w porównaniu do niéj, niczem było to wszystko, co już słyszała i co mogła usłyszćć od Giertrudy. Nieszczęśliwa zakonnica, opowiadając swe smutne przygody, mówiła o przemocy, sidłach, podstępie,

ROZDZIAŁ XVIII.
291
boleści, rozpaczy, o rzeczach strasznych, okropnych, lecz które można było nazwać ich właściwem imieniem; podstawę zaś dziejów Łucyi, ieh treścią, było uczucie, było słowo, któregoby wyrzec niepotrahła mówiąc o sobie, które rumieńcem wstydu jej twarz oblewało, a które żadnym innym wyrazem nie dałoby się zastąpić; gdvż tem uczuciem, tém słowem była: miłość., g y
lo zamknięcie się w sobie, to ciągłe baczenie na każdy niemal yiaz, gniewało czasami Giertrudę; lecz rozbrajała ją owa miłość, owo uszanowanie, owa wdzięczność, a nawet ufność, któremi biedna (ziewczyna była dla niej przejęta. Czasami znów, z powodów, których się każdy łatwo domyśli, niecierpliwiła ją skromność i urok tej duszy czystéj, nieskalanej, ale ileż natomiast doznawała pociechy na owę myśl rozkoszną, że spełnia dobry uczynek względem tej niebogi. Patrząc na Łucyą powtarzała sobie w duchu: — ta przynajmniej błogosławić mnie będzie, tej przynoszę ulgę w cierpieniach^ i miała prawo to powiedzieć, bo pomijając już nawet owo Wlelkie dobrodziejstwo, które wyświadczyła matce i córce, dając im przytułek, same jej rozmowy, samo obejście się tak łaskawe i niemal przyjacielskie, było źródłem nie małej pociechy dla Łucyi. Praca też sprawiała wielką ulgę biednej dziewczynie, zawsze prosiła o jakąś robotę i nawet do parlatoryum, gdy ją pani wzywała,, hrała coś do szycia. Lecz gdzież się myśli bolesne nie wcisną! Ciągle tak szyjąc, co było dla niej zajęciem niemal zupełnie nowem, Przypominała sobie od czasu do czasu motowidło, nitki jedwabiu, a w ślad za tem tak wiele jeszcze innych rzeczy!
Następnego czwartku znów przyszedł rybak z Pescarenico, P wynosząc uuony 0(j ojca Krzysztofa i potwierdzenie wiadomości
té jucieczce Renza. Co zaś do powodów jego uwięzienia, wiadólaz nic n°wego nie mógł powiedzieć, bo chociaż, jak-to już SWee.On!0 czytelnikom, ojciec Krzysztof posłał natychmiast list do któreś w Medyolanie, zapytując go, co się stało z chłopakiem,
, opiece jego polecił, ten wszakże odpowiedział mu, że ta
kiegoJe£° P° wprawi Paka’ jako żywo: n*e widział, że jakiś wieśniak pytał się bie i im‘Zle 0 nie&°> iecz niezastawszy go w klasztorze, poszedł soTrzec^ nie P°kazał.
bvło nie^t^? czwartku nikt się nie zjawił, co dla biednych kobiet nadziei 1 y wielkiem zmartwieniem z powodu zawiedzionych chwil ’ b 6C^’ się często zdarza ludziom zatrwożonym i lada
dem f ° awiaj3cym się jakiegoś nieszczęścia, stało się także powo, C.°n0W7ck.niepokojów i smutnych przypuszczeń. Już od pew~
ciepvZ{jSU Agnieszka myślała o tem, że warto byłoby zrobić wyzaś nt r W1, °,..i zobaczyć, co się też z jej domkiem dzieje, teraz olicznosć, iż posłaniec nie przybył, ostatecznie utwierdziła ją
19*

292
NARZECZENI.
w tem postanowieniu. Dla Łucyi rozstanie się z matką, choćby na czas krótki, było nie-lada przykrością, ale chęć dowiedzenia się czegoś, i ta pewność, że pozostaje w niedostępnem, bezpiecznćm schronieniu, kazały jej pogodzić się z tą smutną myślą. Stanęło więc na tem, że Agnieszka następnego dnia wyjdzie na gościniec i będzie czekać na rybaka, który wracając z Medyolanu musi tamtędy przejeżdżać, i że go poprosi, aby ją na swym wózku zawiózł do Pescarenico. Tak się też stało, rybak nadjechał; na zapytanie, czy uie miał jakich zleceń od ojca Krzysztofa, odpowiedział, że przed wyjazdem cały dzień spędził na jeziorze i że zakonnika wcale nie widział. Agnieszka nie potrzebowała nawet prosić go o zabranie jej na wózek, gdyż sam się oświadczył z gotowością wyświadczenia jej tej przysługi; pożegnała się więc śpiesznie z panią i córką, co się naturalnie bez łez nie obeszło, obiecała natychmiast dać znać o sobie i prędko powrócić i pojechała.
W drodze nic szczególnego nie zaszło. Późno już w nocy zatrzymali się na wypoczynek w pewnéj gospodzie, do której ów rybak zwykł był zajeżdżać, nazajutrz zaś do dnia w dalszą drogę ruszyli i stanęli w Pescarenico jeszcze przed południem. Agnieszka wysiadła na placu przed klasztorem, pożegnała usłużnego człowieka niezliczonemi: — Niech wam to Pan Bóg nagrodzi — i ponieważ już była tak blisko swego dobroczyńcy, zanim się więc udała do wioski, postanowiła najprzód z nim się zobaczyć. Podchodzi do furty, dzwoni; otwiera jej brat Galdino, ten sam kwestarz, który przed paru tygodniami tak hojną jałmużnę otrzymał dla klasztoru od Łucyi.
— O! jak się macie, moja zacna kobieto, skąd-że to Bóg prowadzi!
— Chciałabym widzieć ojca Krzysztofa.
— Ojca Krzysztofa? Nie ma go w klasztorze.
— Nie ma! A kiedyż wróci?
— Kto to wie, kiedy wróci! — odrzekł braciszek, ściskając ramionami i nasuwając kaptur na swą ogoloną głowę.
— Dokąd-że poszedł?
— Do Rimini?
— Do...?
— Do Rimini?
— A czy-to daleko?
— Ej, ej! — odrzekł zakonnik, przecinając prostopadle powietrze wyciągniętą ręką, aby oznaczyć wielkie oddalenie.
— O! ja nieszczęśliwa! Ale dlaczegóż tak nagle klasztor opuścił?
— Dlatego, że tak chciał ojciec prowineyał.

EOZDZIAŁ XYIII.
293
— I pocóż było go tam posyłać? Tu, tyle dobrego robił. Ach, moj Boże, mój Boże!
, Gdyby zwierzchnicy musieli zdawać sprawę z rozkazów, które wydają, w cóżby się obróciła cnota posłuszeństwa? Czy Pra^da’moja kobieto?
tak, ależ-to dla mnie wielkie nieszczęście!
— A. ciecie, jak mi się zdaje, dlaczego go tam posłano? Oto
Rimini niezawodnie muszą potrzebować dobrego kaznodziei wprawdzie mamy ich wszędzie podostatkiem, ale czasami zdarza ckcą mieć kaznodzieję, co się zowie, najlepszego ze wszystkich); ojciec prowineyał z Rimini zapewne musiał napisać do naszego prowineyała zapytując go, czy nie ma takiego kaznodziei u siebie, a ojciec prowineyał zaraz sobie pomyślał: nie ma co, trze-
ba tam posiać ojca Krzysztofa. Niezawodnie tak być musiało.
— O, biedniż my, biedni! I kiedyż w drogę wyruszył?
— Onegdaj.
— I trzebaż mi było nie słuchać przeczucia, które mnie od dni kuku gnało już w te strony! Teraz już zapóźno! Inie wiadomo kiedy powróci? Chociażby tak, mniej więcój przynajmniej?
— E, moja biedna kobieto! to tylko wie ojciec prowineyał, a może nawet i onnic nie wie. Gdy już jeden z naszych ojców kaznodziejów rozwinie skrzydła i frunie w świat szeroki, to nikt przewidzieć nie może, na jakiej spocznie gałązce. Dziś tu, jutro fam; mamy nasze klasztory we wszystkich częściach świata. PrzyDisćmy naprzykład, że w Rimini ojciec Krzysztof wprawi wszyst-
ek w zachwyt swemi pasyjnemi kazaniami, bo nie zawsze przecie
,?i tak odrazu, bez przygotowania, jak tu, mając za słuchaczy
tylko
w Rybaków i włościan; gdy mu wypada kazać po miastach, kazańkościołach, to go naówczas trzeba posłuchać! Każde wszyta-’013, na piśmie, i to jakie kazanie! Więc, dajmy na to, że rozejdź’ b zackwyca, że się wieść o tym niepospolitym kaznodziei kąd? p Szeroko, wówczas mogą go prosić do... albo ja wiem do-
ś wiata t tlzeba &° będzie posłać, bo my żyjemy z jałmużny całego, ’^°-tśż musimy całemu światu służyć.
-OB,
rady
P°że, mój Boże! — zawołała Agnieszka, prawie z pła-
ja pocznę teraz bez niego? On był dla nas ojcem,
W cóż się teraz obrócim bez jego pomocy
czem: — CA, > — — — —
dobrodziejem Ja poczE i rady? ’ zbawc^
bieto Q.p<A°Jcie się, nie rozpaczajcie tak bardzo, moja dobra kocie/ ńi Jcl.ec Krzysztof, to wprawdzie człowiek nielada, ale, przetakże*6 °, n’? en tftki; mamy jeszcze i innych, także mądrych ludzi, i z bip^i.osiełDyck, którzy umieją obejść się należycie i z panem akiem. A ojciec Atanazy? A ojciec Zacharyasz? Widzi

’294
NARZECZENI.
cie-bo to też człowiek, co się zowie, ten ojciec Zacharyasz. To jeszcze nic nie dowodzi, niech to was nie zniechęca, jak niektórych ludzi, co-to Boże odpuść... że jest taki biedny, taki cieniutki, malutki, że ma taki głosik piszczący, piszczący i taką brodę rzadziutką, rzadziutką; powiem to śmiało, nie dlatego, abym miał kapucynów wychwalać, ale bo to słusznie, bo widzicie to także człowiek!... także głowa1 Niech-no go tylko spyta kto o radę...
— Ach, dziękuję! — zawołała Agnieszka, a w głosie jej brzmiała owa niecierpliwość z wdzięcznością zmieszana, której doświadczamy, gdy widzimy jakieś dobre chęci, nie trafiające nam jednak do przekonania — lecz cóż to mię może obchodzić, czy on taki czy inny człowiek, skoro ten nasz dobrodziej już nas opuścił, ten ojciec Krzysztof, który nas znał, wiedział o naszych nieszczęściach i dokładał wszelkich starań, aby nas ratować!
— A to w takim razie, tylko cierpliwość mogę wam doradzić.
— O tem i ja wiem — odpowiedziała Agnieszka: — bywajcie mi zdrowi, przepraszam, żem was utrudziła napróżno.
— Za cóż mielibyście przepraszać? Naprawdę mnie za was serce boli... A gdybyście kiedy chcieli prosić o radę, lub pomoc jednego z naszych ojców kapucynów, to pamiętajcie, że wszyscy jesteśmy na wasze rozkazy. Do widzenia więc; wkrótce się zobaczymy, przyjdę tam do was, gdy mnie wyślą po kwestę oleju..
— Do widzenia — rzekła Agnieszka; i poszła w stronę swej wioski, a czuła się tak smutną, tak przygnębioną, tak nieszczęśliwą, jak niewidomy żebrak, gdy swój kij zgubi.
My, mając nieco dokładniejsze, niż brat Galdino wiadomości, możemy opowiedzieć tu rzecz całą tak, jak się ona miała w istocie. Hrabia Attilio, stosownie do przyrzeczenia, danego kuzynowi, zaraz po przyjezdzie do Medyolanu udał się do tego wspólnego ich stryjaszka, który to w Tajnej Radzie zasiadał. Tajna Rada było to zgromadzenie, składające się z trzynastu mężów w togach i w zbrojach, w liczbie których znajdował się i gubernator; w razie zaś śmierci gubernatora, lub zmiany tegoż, Rada przez czas pewien rządy w kraju sprawiała. Osobę hrabiego stryja przystrajała toga, był on jednym ze starszych w zgromadzeniu i wielkie w niem zachowanie posiadał dlatego głównie, iż nikt prawie nie mógł mu dorównać w sztuce okazywania szacunku dla jego własnej osoby i niezachwianej wiary w jego niepospolitą wyższość. Umiał przemawiać górnie i niejasno, zachować wielce znaczące milczenie, urwać w pół słowa i oczy w niebo podnieść z takim wyrazem, jakby chciał mówić: — ach, nie mogę nic więcej powiedzieć. — Umiał dać czasami jakąś niby obietnicę, niezobowiązującą wszakże do niczego,

ROZDZIAŁ XVIII.
295
umiał przybrać wyraz surowy, a wszystkie te talenta służyły mu do osiągnięcia jednego tylko celu, to jest do rozszerzania swój wziętosci i powagi w Radzie i w śmiecie. Kiedy czasami, choćby najszczerzej, powiedział: — ja nic w tej sprawie zrobić nie mo°-ę —
rorniZ7VP^^an°. w tśm JaMś myśl ukryt^’ jakieś waŻQe powody, i do zwipt111 siS do zwiększenia wiary w jego władzę, a zatem do ustni enia. samej owój władzy; podobnie jak się przyczyniają, łeczkn n’1-1, ciętości sklepu z kolonialnemi towarami, owe pudeśrodkn * — e w jego oknach widzimy i które chociaż puste we czasv ’ ^e^nakże ozdobione arabskiemi napisami. Ostatniemi z ka’d °Wa ^e^ka powaga i władza hrabiego stryja, wzrastająca br7VZ m n*einal rokiem, odrazu, jak-to mówią, uczyniła skok olto tó^tsku^ek tajemnej misyi, z którą go wysłano do Madrytu; nem tlzeka S° było posłuchać, gdy po powrocie opowiadał o świętsze? którego doznał u dworu! Sam książę-hrabia za-
z ró^* tam szczególnemi względami, obchodził się z nim jak tał sokie *to tak dalece, że raz, wobec całego dworu, spy-
5°, jak mu się Madryt podoba, a innym znów razem, stojąc niIą w oknie we cztery oczy, powiedział, że katedra medyolań,. jest największą świątynią w krajach należących do korony
hiszpańskiej.
. Złożywszy stryjowi winne uszanowanie od siebie a także. w imieniu nieobecnego siostrzana, hrabia Attilio z miną skromną że powagb którą umiał przybierać w potrzebie, rzekł: — Sądzę, zaufa t-e^° Kodrigo za złe nie weźmie i nie poczyta za nadużycie dobrojla-’.które mi okazuje, jeżeli zawiadomię szanownego stryja dziej n?leia? Pewnój sprawie, która, w razie, gdyby stryj dobrokrości;e, ckciał się nią zająć, może stać się powodem do wielu przy-
— jżp^wadzić następstwa...
— Ąj *ał znowu coś nabroić.
nic nie za°^?aręczyć szanownemu stryjowi, że tym razem mój kuzyn tylko strv^\n^’ aie Jest silnie podrażniony i, jak-to już mówiłem,
dobrodziej potrafiłby...
— Ot aCzyiDyzobaczymy; cóż-to takiego? się uwzią/n^T^ stryj dobrodziej, jest tam pewien kapucyn, który
11. a K°driga, i rzeczy zaszły już tak daleko, że...
wali z l-azy mówiłem i tobie i jemu, żebyście się nie zada-
do któwpi.! Dosyć Już mają z niemi kłopotu ci, którzy muszą... Alp — nr-/1. na.y — — tu, wydąwszy policzki, sapnął znacząco. —
6 Jy’ ktorzy ich możecie obchodzić zdaleka...
Kodrio-Sk^u dobrodzieju, obowiązkiem jest moim powiedzieć, że
®°’ gdyby tylko mógł, nie.zaczepiłby go nawet, ale to ten

296
NARZECZENI.
mnich na niego się uwziął, on sam zaczął mu dokuczać na różne sposoby i...
— A cóż, u licha, może mióć ten mnich do mego siostrzana?
— Przedewszystkiem jest-to człowiek niespokojnego ducha i, jak-to wszystkim wiadomo, nienawidzi szlachty. Teraz zaczął się opiekować, zaczął nawracać, czy też kierować, słowem zajął się niezmiernie pewną wieśniaczką z okolic Lecco, i żywi dla tej dziewczyny tak wielką miłość... miłość bliźniego, ma się rozumieć, ale to tak podejrzliwą, powiadam stryjowi, tak zazdrosną, tak dziwną...
Rozumiem już, o co chodzi rzekł stryj hrabia, i po jego
twarzy, na której matka przyroda wyryła piętno wielkiej głupoty, piętno, ’ wprawdzie nieco złagodzone długoletniemi staraniami, ale zawsze jeszcze tworzące jakby tło do każdego innego wyrazu; po tej twarzy przeleciał teraz jakiś błysk złośliwości, jakiś chytry uśmiech, który ślicznie na niej wyglądał.
— Otóż, od pewnego, czasu — mówił dalej Attilio — ten mnich wyobraził sobie, że Rodrigo ma niby jakieś zamiary względem tej...
— Wyobraził sobie, wyobraził sobie, o! i ja znam go przecież trochę tego twego Rodriga, a taki adwokat, jak waćpan, nie potrafi mię przekonać, że nic nie zawinił. Niewiniątko!
— Szanowny stryju dobrodzieju, mogło się wprawdzie zdarzyć, iż Rodrigo, spotkawszy na drodze tę dziewczynę, chciał trochę z nią pożartować, jakieś jej tam czułe słówko powiedzieć, boć-to przecie chłopak młody, no, i oczywiście nie kapucyn, ale to są wszystko takie dzieciństwa, że nie warto nawet mówić o nich szanownemu stryjowi dobrodziejowi. Otóż ten mnich, proszę sobie wyobrazić, ten mnich zaczyna gadać o Rodrigu, jak o łotrze ostatnim i całą okolicę przeciw niemu podburza 1
— No, a inni zakonnicy?
Inni do tego się nie wtrącają, znają już dobrze owego kapucyna, wiedzą, że to zapalona głowa, przytem cały klasztor poważa i ceni wysoce Rodriga, ale trzeba i o tem pamiętać, że ów kapucyn ma wielką wziętość u ludu, bo to, widzi stryj dobrodziej, umie w potrzebie świętego udawać, więc...
— Zapewne nie wie o tem, że Rodrigo jest moim siostrzanem.
— Nie wie! Przeciwnie, wie doskonale, i właśnie z tego powodu wyprawia te wszystkie brewerye.
— Co, co?..
— Bo, sam przecie powiada, że dlatego chce się dać we znaki Rodrigowi, że Rodrigo ma tak potężnego opiekuna, jak szanowny stryj dobrodziej, a, że on kpi sobie i z Rady i z jaśnie wielmożnych

KOZDZIAL XVIII.
297
i wie doskonale, że sznurek św. Franciszka czyni go osobą nietykalną i...
A zuchwalec! Jak się ten hultaj nazywa?
Ojciec Krzysztof z *** — odrzekł Attilio. — Hrabia stryj wy
jął z szuflady stołu, przy którym siedzieli, notatkową książeczkę isapifl0 potężnie, zaraz w niej to biedne imię zapisał. Tymczasem A i io tak mówił dalój: — Zawsze miał w sobie tak niespokojnego acia’ dzieje jego życia wszystkim są znane. Był-to plebejusz, 01.y dlatego, że mu ojciec nieco grosiwa zostawił, chciał współzaoaniczyć ze szlachtą, a ze złości, że mu się nie wszystkich udawało prześcignąć, zabił jednego i, żeby nie być powieszonym, wstą-
P« do klasztoru.
— A to pięknie; a to ślicznie! Zobaczym, zobaczym! — powtarzał stryj hrabia, sapiąc coraz mocniej.
~~ Teraz — mówił Attilio — nie posiada się ze złości, bo nie udał mu się pewien planik, pewien zamiar, który mu się strasznie uśmiechał. Zaraz to opowiem, aby szanowny stryj dobrodziej mógł ^ ostatecznie przekonać co to za człowiek. Otóż postanowił wydać za mąż tę swoję protegowaną, czy-to dlatego, aby ją od pokus świata usunąć, stryj dobrodziej mnie rozumie, czy też dla innych jakich powodów, dość, że koniecznie chciał ją wydać za mąż, a nawet znalazł już... człowieka, któremu tak wielki skarb miał oddać w posiadanie dozgonne; tym człowiekiem także się opiekował, a jest-to osobistość niepospolita i sądzę, że nawet i sam stryj do.A°mZi®j mus^a^ Już c°ś słyszeć o tym poczciwcu, bo wiem na pewno,
e iaiua Rada uznała za stosowne nim się zająć.
I któż-to taki?
który Nędzarz jedwabiu, niejaki Lorenzo Tramaglino, ten sam,
wybór ^J°renzo Tramaglino! — zawołał stryj hrabia. — Ślicznie, neg0 IU®> przewielebny ojcze! A tak... miał przecież list do pewI dlacż.każ-to szkoda... Ale, mniejsza z tem! A to piękna rzecz! wszystk^ÓŻ’to Rodrigo nic mi dotąd nie mówił? Dlaczego na to pomódz? pOzwalał i nie udał się do tego, kto chce i może mu do-
odrzekł Atr,.stryj dobrodziój, boja i teraz całą prawdę powiem — sura w il»: ~ najprzód Rodrigo wie dobrze, ile to ważnych
Potów stryj dobrodziój ma na swej głowie... — (szata y?as, Zek pogładził się po głowie, jakby dla wyrażenia, że
j i? n.ie’lada dać sobie radę ze wszystkiemi temi sprawami Powf°, n’ — W^c uie odważał się utrudzać go tą swoją prośbą, tak 1 A przemilczeć nie mogę, uważałem, że jest
a ece rozdrażniony, tak rozgniewany na owego mnicha, że,

298
NAKZECZENI.
kto wie, czy nie postanowił sam się z nim rozprawić, sam sobie sprawiedliwość wymierzyć, zamiast, jakby był powinien, zdać wszystko na rozsądek szanownego stryja dobrodzieja i żądać pomocy od jego władzy, która tak jest wszechmocną. Doprawdy obawiam się, aby jakiego głupstwa nie zrobił. Chciałem go upamiętać, uspokoić, ale słuchać nawet mnie nie chciał. Obowiązek zatem nakazywał mi zawiadomić o wszystkiem szanownego stryja dobrodzieja, jako głowę rodziny, filar naszego rodu...
— Dlaczegóż dziś dopiero mówisz mi o tém, nie mogłżes
prawda, żem głupstwo zrobił, ale, bo widzi stryj dobrodziej, sadziłem że ta sprawa jakoś się załagodzi, że ten mnich opamięta się w końcu, albo, że wyruszy gdzieś na wędrówkę, jak-to zwykle bywa z temi kapucynami, co to dziś tu, jutro tam, gdyby zaś tak się było stało, gdyby go dokąd posłali, to już wszystko byłoby skończone. Ale...
— Ale, do mnie teraz należy tę rzecz naprawić.
Właśnie i ja tak myślałem. Powiedziałem sobie: nasz stryj dobrodziej, dzięki niepospolitemu swemu rozumowi, dzięki swej wielkiej władzy potrafi zapobiedz jakiejś awanturze, a jednocześnie ocalić dobre imię Rodriga, które przecież jest i jego imieniem. Choć ten mnich ciągle prawi o sznurku św. Franciszka, ale widocznie o tem zapomniał, że ów sznurek nie tylko tym służy, którzy się nim przepasują i, że w razie potrzeby... toż stryj dobrodziej posiada tak wielkie wpływy... ma tyle rozmaitych sposobów, o których ja nie mogę mieć nawet pojęcia. Wiem naprzykład, że ojciec prowineyał przejęty jest dlań najgłębszym szacunkiem, i że jeżeli tylko stryj dobrodziój osądzi, iż w danym razie najlepszym środkiem dla umorzenia całej téj sprawy, byłoby wyprawienie mnicha gdzieś w dalekie kraje, to ojciec prowineyał nie omieszka...
— Co mam zrobić, jak postąpić, to już do mnie należy; rad waćpana nie potrzebuję — przerwał mu, z pewnem niezadowoleniem, stryj hrabia.
— Ach to prawda! — zawołał Attilio, kiwając głową i zdobiąc twarz w uśmiech politowania nad samym sobą. — Czyż-to mnie przystało dawać rady takiemu człowiekowi, jak szanowny stryj dobrodziej! ale bo to ta obawa o dobre imię, o honor naszego rodu tak mię dręczy niewypowiedzianie, że doprawdy sam nie wiem nieraz, co mówię. Oprócz tego i to mię jeszcze niepokoi — dodał, zamyślając się niby głęboko — niepokoi mię, czy czasem nie zaszkodziłem Rodrigowi W oczach szanownego stryja dobrodzieja? Nigdybym sobie nie mógł darować, gdyby w skutek tego, com przed chwilą powiedział, stryj dobrodziej mógł go posądzić o brak zaufa

ROZDZIAŁ XIX.
299
nia, o brak uległości, któremi tak ja, jak i on, jesteśmy dlań w równym stopniu przejęci. Niech szanowny stryj dobrodziej wierzy, że przyczyna, dla której...
dałbyś jU£ pokój, nie masz potrzeby bronić go tak bardzo, wiem, że jesteście przyjaciółmi i że ta przyjaźń wówczas dopieio się skończy, kiedy nareszcie jeden z was przyjdzie do rozumu.
lwisy. urwisy! zawsze coś nabroją, wiecznie jakiegoś piwa nawanraw^ Ja muszę ich z biedy wyciągać. Ot, gotów byłbym
not 6??wiedzióć, że wy, że wy dwaj, przyczyniacie mi więcój kło1 u, niż... — tu sapnął jeszcze mocniej, jak dotychczas — niż
szystkie te utrapione sprawy Stanu.
Attilio jeszcze czas jakiś u stryja pozostał, przepraszając go,
prawiąc mu różne pochlebstwa, obiecując, w imieniu swojem i Rodriga, oględniejsze nadal postępowanie i na ostatku, wysłuchawszy owego niezbędnego-. — Miejcie rozum chłopcy — formuły, którą?, ^r?t)ia żegnał zawsze swoich siostrzanów, wyszedł z lekkiem »ercem i z rozjaśnioną twarzą.
ROZDZIAŁ XIX.
Gdyby ktoś, widząc na polu źle uprawnem jakieś zielsko, na£^ad wielki krzak końskiego szczawiu, chciał się dowiedzieć przeWyi’-°sło ono z nasienia dojrzałego na tej samej niwie, czy też o-naćZtWiatr tu zaniesionego, nigdyby z pewnością nie mógł rozstrzyczy st PianiaOtóż, nie mniej trudno byłoby dla nas orzec, która ^{.^’abia z własnego natchnienia, czy też w skutek rady, za za narz a gromił siostrzana, umyślił użyć osoby ojca prowineyała pewna do przecięcia owego zagmatwanego węzła. To tylko zgóry ’mZe Attilio nie bez celu myśl mu tę podsunął, a chociaż ścierpi du^ przewidzieć, że tak otwartego doradzania nie jakiś nie/h9, 1 zrozumiałość stryja hrabiego i że za to spotka go nakierowa’grzeczny komplement, niemniej jednak postanowił Z innói 7n’ g° na drogę, która mu się najwłaściwszą wydawała, zo-nrinp 7 i strony, owo postanowienie hrabiego stryja było tak
? l ’ ’.UsP°s°hieniem, tak zdawało się wypływać z samychże
tinmTJT1’1Ż ^żemy być prawie pewni, że i bez niczyjej pomocy któr a °n°/i ieS0 Skawie. Ze względu na owę władzę, do
w closz. t, było-to dlań rzeczą niezmiernej wagi, aby teraz
aie ci ^.c®’ ni0stety tak otwartej, nie przegrał siostrzeniec, aby eipiała na tóm sława jego rodu. Gdyby Rodrigo sam się

300
NAKZECZENI.
z mnichem rozprawił, byłoby to lekarstwem gorszem od samej choroby; ileżby to przykrości, ile nieprzewidzianych zawikłań pociągnęło za sobą; cały kraj by się o tóm dowiedział! Bądź-co-bądź, trzeba temu przeszkodzić i to zaraz, nie tracąc czasu. Rozkazać mu, aby natychmiast swój zameczek opuścił; kto wie, czy usłucha, a zresztą, gdyby nawet i uległ woli stryja, czyżby to nie wyglądało na cofanie się? czyżby każdy nie miał prawa powiedzieć, że ród, tak znakomity, czuje się słabym wobec klasztoru? Groźby, siła zbrojna, prawo, wszystko to nie mogło zastraszyć przeciwnika w habicie, wszystko to żadnej siły nie miało: duchowieństwo było zupełnie wyjęte z pod władzy świeckiej, a nie tylko ono samo, lecz także i miejsca przez nie zamieszkałe; o czem zresztą musi wiedzieć każdy, bo i ten nawet, kto oprócz naszej opowieści nic innego w tym przedmiocie nie czytał. Jedynym więc orężem na takiego przeciwnika mogło być staranie się o jego usunięcie, a któż potrafiłby w tym razie skuteczniej dopomódz, jeżeli nie ojciec prowineyał, który miał prawo przenosić swoich kapucynów z miejsca na miejsce.
Stryj hrabia i ojciec prowineyał znali się oddawna, wprawdzie rzadko się widywali, lecz przy każdem spotkaniu okazywali sobie wiele przyjaźni i w kwiecistych przemowach zapewniali się wzajemnie o gotowości do usług. Bo, jak to wie każdy, przyjemniej jest nieraz mieć do czynienia ze zwierzchnikiem, niż z jednym z jego podwładnych, gdyż zwierzchnik odrazu spostrzega sto kombinacyj, sto następstw, sto przeszkód do zwalczenia, sto interesów do ocalenia, sto celów do osiągnięcia i dlatego sto razy jest skłonniejszy do ugody i do ustępstw, niż jego podwładny, który nic innego, oprócz swej osobistej sprawy, nie widzi, w nic nie wierzy, oprócz swych przekonań, nic nie chce poświęcić, w niczem ustąpić; słowem dba tylko o siebie. Stąd więc przyjazne stosunki obu dostojników.
Namyśliwszy się należycie, stryj hrabia zaprosił pewnego dnia na obiad ojca prowineyała, a także i kilku innych gości, których tu, nie bez celu, zgromadził. Ojciec prowineyał zastał już parę osób, spokrewnionych z gospodarzem, których samo nazwisko za wszelki tytuł starczyło, i które, dzięki swej okazałej postawie, dzięki wrodzonej pewności siebie, dzięki owej sztuce mówienia o rzeczach najwyższej nawet wagi tak, jakby były jakąś błahostką, wywierały na umysły otaczających, może nawet nie starając się o to, jakieś dziwne wrażenie potęgi i władzy. Obok tych zaś dostojników było i kilka figur podrzędniejszych, których do osoby stryja hrabiego i jego rodu wiązał interes, których los w jego ręku spoczywał i które, w skutek tego, od chwili pojawienia się wazy na stole, aż do sprzątnięcia deseru, ciągle tylko jeden powtarzały wyraz: tak;

EOZDZIAŁ XIX.
301
Lmy?SpSawanienylk0 us?mi’. leczŻ oczyma’ śmiechem, ukłonem i caią postawą Doprawdy, niejeden, patrząc na tych ludzi raTbideUZ PlZy koncu obiadu zapomnieć, że na świecie istnieje wy-
swóFpiSmiot0SP?d-ai’Z sProwadził wkrótce rozmowę na ulubiony wielePdiS nro na SWą wycieczkS do Madrytu. Do Rzymu
o dworze^ o vW-adz1, do Madl’ytu W0 jedna.. Opowiadał wiele 0 walkach b°t’^C^U brabi> o ministrach, o rodzinie gubernatora, z miejsca ykow> które mógł wybornie opisać, bo przyglądał się im któreo-o n?rlzeznaczone?° <ila znakomitych gości, o Eskuryalu, kazał°sw Jt alSZy zak3tek był mu znany doskonale, bo książę hrabia pewien V, emu Nużącemu oprowadzać go po całym pałacu. Przez oczy zwró? Wszyscy słuchali go w milczeniu, wszyscy mieli nań jednak m??.nastęPnie wszczęły się inne rozmowy; stryj hrabia prowincya?0 lde Przestal» 1 zwracając się do siedzącego obok ojca tysiące ina’i P1^820.1??111. głosem P°ufnie zaczął mu opowiadać dziej że Uy, ’ n’e mniej ciekawych rzeczy, a szło mu to tem głasłówkiem^0S-pS^U-CPa^’.s^ucka^ * słuchał, nie przerywając mu żadnem Madrytu’. 2 niejakim Czasie nadał inny kierunek rozmowie; od ta.i’7v’ ", Plze.szedł do dworów, od dworów do dygnitarzy, od dygnia oprócz^ZCle d° kai’dynała Barberini, który był kapucynem, jąceg-o nnr° ni nini®j’ ni więcój tylko rodzonym bratem, zasiadaTei’az iu> A — CZAS Da Stolicy apostolskiej papieża Urbana VIII. Zasiał mu JClec P^wlncyał uczuł potrzebę mówienia, a stryj hrabia nilWlu-Jn ZW0Hd wygadać się trochę i sam na słuchacza się zamiezaJ^csięa0o?6 obia(l się skończył, wstano od stołu i gospodarz, zblido sąsieńnipACaProwincyała, prosił go, aby na chwilę przeszedł z nim
Dwie p0J° Pokoju.
PrzyprusZ()ne a^lj.dwie wielkości, dwie potęgi, dwie głowy siwizną przed sobą. sdne długoletniem doświadczeniem, stanęły teraz lebnego ojćanr S°ki dygnitarz ruchem ręki poprosił wielce wiei tak mówić za °w’ncyała, aby chciał usiąść, następnie sam usiadł
Pomny? A..
ku sobie żywimy °w^ Przyjaźń, którą już od tak dawna wzajemnie ścią o pewnej sin’ Uzaalem za stosowne pomówić z waszą wielebnożyczyłbym sobie aw*e’ która obu nas z dość bliska może obchodzić; załatwić, bo w ra aky ona dada tak’ na cztery oczy, mi§dzy nami 1 dlatego otwarć?’ £dyby miała weJść na inną drogę’ m°Słabya jak sad™ AA, bez dalszych wstępów, powiem, o co chodzi,!ebnoś? nowipP 10ZUn, lieiny si? odrazu. Otóż, niech mi wasza wieJaki ojciec Krzysztof z ***? ĆJ’ CZy W klasztorze w Pescareuico jest
Pak odrzekł zapytany.

302
NAKZECZENI.
— A teraz, niech mi wasza wielebność i to jeszcze raczy powiedzióć, czy ten zakonnik... czy ten ojciec Krzysztof... słowem, co-to za jeden? Nie znam go osobiście, choć znam tylu, tak godnych i zacnych ojców kapucynów, ludzi złotych, gorliwych, świątobliwych, mądrych, pełnych pokory chrześcijańskiej, bo, trzeba wiedzióć, że od dzieciństwa dziwny mam jakiś pociąg do tego zakonu... Ale, w każdej rodzinie cokolwiek liczniejszej... w każdem zgromadzeniu, trafiają się zawsze niemal osobistości... głowy... A ten ojciec Krzysztof, jak to wiem z pewnego źródła, jest trochę... jest pod pewnym względem... ma w sobie niespokojnego ducha... lubi sprzeczki i zwady, słowem, nie posiada całej owej roztropności, pokory, przezorności... Sądzę, że z jego powodu, wasza wielebność, nieraz już i niemało miewała kłopotów.
— Rozumiem, do czego. to zmierza — pomyślał sobie tymczasem ojciec prowineyał: — musiał go ktoś prosić... musiał przyrzec.., ale, moja w tem wina. Wiedziałem przecie, że ojciec Krzysztof, to taki człowiek, którego trzeba ciągle z miejsca na miejsce, z kazalnicy na kazalnicę przenosić, a ja pozwoliłem mu tak długo zasiedzieć się w jednym klasztorze, a do tego jeszcze na wsi!
— O! naprawdę — odrzekł — jakże mi przykro, że wasza ekscelencya jest tak źle uprzedzoną względem ojca Krzysztofa, bo o ile mi wiadomo, jest-to zakonnik ze wszechmiar najgodniejszy i nie tylko w klasztorze, ale i w świecie ma wielkie poważanie.
— Pojmuję wybornie, rozumiem, że wielebny ojciec musi... Jednak, jednak, jako prawdziwy przyjaciel, uważam za stosowne zawiadomić go o pewnej sprawie, o której, jak sądzę, trzeba nawet, aby wiedział. W razie zaś, gdyby ta sprawa już była mu znaną, to ograniczę się tylko do przedstawienia mu pewnych następstw... nie mówię koniecznych, ale możliwych. Otóż ten ojciec Krzysztof, jak-to nam z dobrego źródła wiadomo, otaczał wyłączną jakąś opieką pewnego człowieka z tamtej okolicy, człowieka... wasza wielebność zapewne musiała coś o nim słyszeć; tego, co to w samym środku miasta umknął z rąk sprawiedliwości po dopuszczeniu się w owym strasznym dniu Ś-go Marcina, rzeczy... ale to rzeczy... słowem Lorenzo Tramaglino!
— Aj, aj! — pomyślał ojciec prowineyał i rzekł: — Pierwszy raz o tóm słyszę, ale wasza ekscelencya wie przecież, że jedną z powinności naszego zakonu jest właśnie szukanie przestępców w celu nawracania ich na drogę...
— Wszystko to bardzo piękne, lecz opiekowanie się przestępcami takiego rodzaju!... Są-to rzeczy drażliwe, sprawy nie koniecznie... — Tu, zamiast wydąć policzki i sapnąć swoim zwyczajem, zacisnął usta i wciągnął w siebie tyle powietrza, ile go zwykle

KOZDZIAL XIX.
303
wypuszczał przy każdem sapnięciu. Po chwili zaś powiedział: — Raziłem więc, że będzie nie od rzeczy uprzedzić o tem wasze wielebność na wypadek... gdyby naprzykład jego ekscelencya... gdvbv jakieś^0 d°JŚĆ d° Rzymu — kto wiea z znów nadeszło
ostrzeżenilZm^jnie Jestem obowiązany waszej ekscelencyi za to zbadaniu e\P. nalc zgóry już mogę przewidzieć, że.po dokładnem KrzTszt / sPrawy okaże się niezawodnie, że jeżeli ojciec
mówiła 01 1 nawet jakieś stosunki z człowiekiem, o którym ł)r.,,V(1 Wasza, ekscelencya, to chyba dlatego tylko, aby go na drogę
y aaWrócić. Znam dobrze ojca Krzysztofa.
to za y asza wielebność musi zapewne wiedzieć lepiej ode mnie, co Tn-TTr-Ja kył za młodu z tego ojca Krzysztofa i jak broił, zanim Pizywdział duchowną sukienkę.
naszei panie ln’abio, ale właśnie zaszczyt to tylko przynosi tej w świe lence’ że nawet człowieka, który tak ciężko zawinił, który zapełń’Cle tak smutn^ pamięć po sobie zostawił, ona potrafiła zmienić
od czasu, gdy ojciec Krzysztof ją nosi...
szcze„wszystko to być może, to jest chciałbym temu wierzyć, Pow’1 * *^6 ze obciąłbym temu wierzyć, ale przecież przysłowie
Pewne d natuia wilka ciągnie do lasu, a ja mam pewne wskazówki,
T ’ ** *
wincyał Zeli wasza ekscelencya wie napewno — rzekł ojciec prowszyscl?e ten zakonnik jakiś błąd popełnił (boć przecież czy, zawi^e^my ułomni)> w takim razie niemałą mi łaskę wyświad-
“ Sk ° t®H1,
go, tak ia°l° tak’ Powiem więc otwarcie, że oprócz tego tak dziwnemowiłem jW.u®S° opiekowania się tym... tym łotrem, o którym już mawiająćaS j eie inna jeszcze bardzo przykra okoliczność, nie przeojciec Krzv bynajmniéj na korzyść owego zakonnika. Ten sam don KodrigaZ«**, °d pewnego czasu upatrzył coś do mego siostrzana
— OI ej., * * dokucza mu na rozmaite sposoby, jak przykro!yZ’to kyć może? Ach jakże mi to przykro, jak przykro,
i co mu się naK*Zen*ec’ chłopak młody, żywy, wie dobrze, kim jest
rp0 rzepeży.’ nie przywykł więc do znoszenia...
musze i a zbadać Uiesłychana! Bezzwłocznie zajmę się tą sprawą,
lencvi a mówią należycie. Ale, jak-to już mówiłem waszej eksce^ość świata Plzecież z osobą, któréj niepospolity rozum i znajokażdv 7 na o az nadto są znane; wszyscy jesteśmy ułomni i słabi, bi,. F?oze zbłądzić... tak zakonnik, jako téż i człowiek świec-
— W’i okaze> że ojciec Krzysztof zawinił...
nizi wasza wielebność, byłbym tego zdania, że cała ta

304
NARZECZENI.
sprawa, jakto powiedziałem przed chwilą, powinna się skończyć tu pomiędzy nami dwoma, załatwić się natychmiast, rozstrzygnąć w cztery oczy, bo... nadawanie jej rozgłosu... może wyjść na gorsze. Wasza wielebność wie przecież, jakto bywa nieraz, że lada drobnostka rośnie... rośnie... rośnie... Chcąc zbadać tę sprawę do gruntu, to albo się nigdy tego nie dokaże, albo powstanie stąd sto innych zawikłań. Przerwać ją zatém, umorzyć, wielebny ojcze, tak, tylko przerwać i umorzyć. Mój siostrzeniec jest młody, a ten zakonnik, z tego com słyszał, zachował jeszcze całą energię, wszystkie... wszystkie skłonności młodzieńczego wieku; do nas więc należy, do nas, których wiek sędziwy... niestety, ten wiek sędziwy!... wszak prawda, ojcze wielebny...
Gdybyż to kto mógł go widzieć wówczas! Było-to coś, jak kiedy na scenie, w najbardziej patetycznem miejscu opery, naraz przez pomyłkę usuną przedwcześnie jakąś dekoracyę i przed oczyma widzów zjawia się śpiewak, który, zapomniawszy w tej chwili o całej publiczności, śmieje się i rozmawia sobie w najlepsze z którym ze swych towarzyszów. Wyraz twarzy, cała postać, głos stryja hrabiego w chwili, gdy wymawiał owo-, niestety! wszystko w nim było prawdziwe; znikł dyplomata, pozostał tylko człowiek, któremu naprawdę strasznie ciężył jego wiek sędziwy. Nie opłakiwał on jednak ani uciech młodości, ani wszystkiego tego, co jéj urok stanowi; dla niego były to fraszki dzieciństwa! Jego smutek wypływał z przyczyn daleko ważniejszych: miał on widoki na pewną posadę, wyniesienie się na którą okryłoby go jeszcze większą świetnością; lecz posada ta była dotychczas zajęta przez kogo innego, więc nieborak dręczył się niepomału obawą, czy mianowanie go na nią nie przyjdzie po niewczasie. Możemy być pewni, iż gdyby tylko dostał owę posadę, nie dbałby już wcale o swój wiek podeszły, niczegoby więcej nie żądał i umarłby spokojny (o czem zresztą zapewnia każdy przed osiągnięciem jakiegoś upragnionego celu). Ale, wracajmy już do rozmowy, od której odbiegliśmy tak daleko.
— Do nas więc należy — ciągnął dalej hrabia — czuwać nad młodemi i naprawiać ich błędy. Na szczęście czas jeszcze po temu; rzecz ta nie stała się głośną, wszystko da się jeszcze naprawić, trzeba tylko słomę od ognia odsunąć. Nieraz przecie bywa, że człowiek, który na jednem stanowisku tylko szkodę przynosi, przeniesiony na inne, staje się bardzo nawet pożytecznym. Wasza wielebność potrafi niezawodnie wynaleść jakieś odpowiednie miejsce dla tego zakonnika, gdyż i ta pewna okoliczność mogłaby dać powód do podejrzeń... zwrócić uwagę... gorzej byłoby, gdyby przyszedł rozkaz wysłania gdzieś ojca Krzysztofa; tak zaś posyłając go do jakiejś dalszej miejscowości, odrazu przecinamy obie te drażliwe

EOZDZIAŁ XIX.
305
sprawy; wszystko się samo przez się naprawia, a właściwie nawet inc nie wymaga naprawy, bo się nic nie popsuło.
Już od samego początku rozmowy, ojciec prowineyał przewidział to zakończenie. — No tak — myślał sobie — wiedziałem, że mi to zaśpiewasz, to zwykła piosnka! Skoro jaki biedny kapucyn nie pizypada wam do smaku, skoro choć jeden tylko z was coś, L Dle.g? uPatrzy, zaraź, nie, pytając wcale o to, czy winien, czy z dróg*’111611’ wDaagacie, aby g° °Jciec prowineyał usunął wain
gdy hrabia umilkł i potężnem sapnięciem zapieczętował swą mowę, ojciec prowineyał ozwał się w te słowa:
— Rozumiem wybornie, co pan hrabia chce przez to powiedzieć, ale, przed zrobieniem tak stanowczego kroku...
. ~ T° jest, właściwie, jest-to krok... i... i nie jest-to krok; bo, ojcze niój wielebny, przecież to rzecz zwyczajna, rzecz prosta, a jeżeli teraz nie skorzystamy z tego sposobu, i to zaraz, bezzwłoczne, to grozi nam tysiące kłopotów, tysiące bardzo przykrych następstw, Mój siostrzan mógłby... no, wprawdzie jabym tego nie dopuścił... ale, kto wie, jakieś głupstwo... w uniesieniu... Zresztą rzeczy zaszły już tak daleko, że jeżeli natychmiast, jak to mówią, jednem cięciem nie zadamy całej tej sprawie ostatecznego ciosu, niepodobna, aby nadal pozostała ukrytą. Wszyscy się o niej dowie’ zą, a wówczas nie tylko już mój siostrzeniec... Wiele osób będzie rPal-l!^° wziąć w tem czynny udział. Nie jednego to dotknie... jedn ta^’ °icze wielebny, wiele osób... boć przecie to jeden ród,
nnazwisko, przytem mamy tak liczną koligacyą...
— znakomitą.
ludzie d’h vC’ °jc*ec wielebny sam łatwo zrozumie... wszystko-to są także c ’ 0 honor rodu, a do tego ludzie, którzy na tym świecie...
wszystkT iZnacz{łSprawa taka stałaby się osobistą sprawą ich Byłoby to’5 a wówczas... nawet ten, kto jest miłośnikiem pokoju... bvm sie ®nie niewymowną przykrością, gdybym musiał.. gdy-
tak wielki pociąg czułem do
oic’ Ja’ który zawsze tak wielki pociąg
°w kapucynów!... Dla was, ludzi świętych, dających
zakonu
tak budując KaPucynow!... Dla was, ludzi swiętycn, dającym mogli spełnhćP-ykJad całeHlu światu, potrzeba spokoju, abyścii
ie
mi-
{ości. Czyż nie »
Wasze wzniosłe posłannictwo, potrzeba zgody,
leniói *v‘ueJ więc nikogo sobie nie narażać? Czyż nie
< c w Zg0(jzje z temi, którzy... A zresztą i zakonnicy
Wvstlv.UMZ l+Ż° krewnych... te więc brzydkie zwady, byle raz Ja na, 0 się tak rozszerzą... rozrosną... pół świata ogarną.
decorawein stanowisku jestem obowiązany zachowywać pewne
e...
Jego ekscelencya... sami moi panowie koledzy w Rawszystko słowem... tembardziej, że ta pierwsza okoliczność,
A Narzeczeni. Tom I. 2Q

306
NAKZECZENI.
to opiekowanie się... Wasza wielebność wie przecie, jak to patrzą na takie rzeczy.
— Wprawdzie — rzekł ojciec prowineyał — nasz ojciec Krzysztof jest niepospolitym kaznodzieją i myślałem nawet już o tem... Ale, żeby tak odrazu... teraz, w takich okolicznościach, mogłoby to jakoś niby na karę zakrawać, a kara, przed należytem zbadaniem winy...
— Nie kara, ojcze wielebny, żadna kara, tylko zapobieżenie złemu, środek zaradzczy dla uniknięcia następstw... które mogłyby... no, przecie rozumiemy się dobrze.
— Rozumiemy się, panie hrabio, dla nas to rzecz jasna, ale, czy ją inni potrafią zrozumieć? Skoro już pan hrabia o wszystkiem się dowiedział, oczywiście więc, że i w okolicy także o tem coś wiedzą. Przecie wszędzie, na całym świecie, nie brak ludzi złej woli, podżegaczy, wichrzycieli, albo przynajmniej takich, którym widok zatargów pomiędzy szlachtą, a zakonem, sprawia dziwną przyjemność; śledzą, robią wnioski, w plotki się bawią... A każdemu przecie honor miły; a ja, jako zwierzchnik (niegodny wprawdzie tak wielkiego zaszczytu), mam obowiązek... Suknia, którą noszę... to nie moja własność... to klejnot powierzony mojej pieczy... będę musiał kiedyś zdać rachunek... Siostrzeniec pana hrabiego, który, jak to mi powiedział przed chwilą pan hrabia, jest tak rozdrażniony, czy też obrażony, mógłby uważać wysłanie ojca Krzysztofa za ustępstwo... za zadosyćuczynienie... za ukaranie zakonnika, który się poważył... mógłby, nie powiem, szczycić się tem, chwalić, ale...
— Ależ, ojcze wielebny, skąd takie przypuszczenia? Wprawdzie mego siostrzana świat poważa i ceni... tak, jak na to zasługuje ze względu na swój ród, na swoję osobę, lecz ja, ja patrzę nań, jak na dzieciaka, musi się słuchać we wszystkiem i teraz, ręczę, że zrobi ni mniej ni więcój, tylko to, co mu każę. A zresztą, zresztą i pocóżby mój siostrzeniec miał o wszystkiem tem wiedzieć? Czy to koniecznie musimy zdawać rachunek z naszych czynności? Rzecz tę załatwiamy we cztery oczy, po przyjacielsku, niech więc pomiędzy nami zostanie. Wasza wielebność może być pewną... przecie umiem milczeć. — I sapnął. — A co do gawęd w okolicy... ostatecznie, cóż mogą powiedzieć? Że tak znakomity kaznodzieja opuszcza klasztor, aby przenieść się w jakąś dalszą okolicę i tam kazać, toć przecie rzecz zwyczajna! A i to jeszcze trzeba mieć na względzie, że my, którzy widzimy... przewidujemy..my, do których należy... my nie powinniśmy dbać o jakieś tam plotki.
— Jednak lepiej byłoby je uprzedzić, i dlatego, gdyby siostrzeniec pana hrabiego, przy tej sposobności okazał... dał jakiś dowód

BOZDZIAŁ XIX.
307
przyjaźni, poważania... nie mówię dla mnie, ale dla naszego zgromadzenia...
Słusznie, słusznie, wielebny ojcze, jednak i to nawet zbytecznes: wiem, że mój siostrzeniec z otwartemi rękami przyjmuje u siebie ojców kapucynów, że przyjmuje ich tak, jak na to zasługnją; serce mu to dyktuje, cala nasza rodzina dziwnie miłuje ten
JesH° coś wrodzonego, a zresztą, wić przecież, że przez to zw rWlanajżywszą uciechę. Jednak, w tym wypadku... coś nadyczajnego... tak, to słusznie. Już ja to biorę na siebie, ojcze uoj wielebny, ja rozkażę Rodrigowi... to jest, ostrożnie myśl mu podsunę dlatego, aby nie odgadł, co tu uradziliśmy pomiędzy sobą, 9 i to także trzeba mieć na względzie, że nie dobrze jest przylepiać plaster tam, gdzie wcale nie ma rany. A co do tego, cośmy tu postanowili, to im prędzej się stanie, tem lepiej, a gdyby się dało wysłać tego ojca Krzysztofa gdzieś, gdzieś... o ile można naj-
1 alej... aby mu odjąć wszelką sposobność...
. — Właśnie z Rimini proszą mię o dobrego kaznodzieję, i kto
wie, czybym nawet, bez tych wszystkich powodów, o których mówił 1111 pan hrabia, nie uznał za stosowne...
— Jak-że to się wybornie złożyło, jak w porę! Więe kiedyż?...
. ~~ Ha, skoro już raz ma się to stać, niech się zatém stanie jak UaJ prędzej.
le.7? Jak najprędzéj, jak najprędzej, tak, tak, ojcze mój wielebny, jeżer wcześniej, niż później. A — rzekł następnie, wstając — now 1 ’degę czem służyć tak ja, jakoteż i cała nasza rodzina, sza-
ojcom kapucynom, to...
równie’ Uadto dobrze znaną nam jest łaskawość pana hrabiego, dobroci Jak 1 cał®j je£° rodziny; tyle już razy doświadczyliśmy jego drzwiom“ P°wiada ojciec prowineyał, wstając równie i idąc ku cięstwo W ^ad za tym, który odniósł nad nim tak zupełne zwy-
chwilę przef)81^111^ iskierkę — rzekł hrabia, zatrzymując się na wzniecić Wj,,^’zwiami: — iskierkę, ojcze wielebny, która mogła w kilku słówi pożar — to pomiędzy dobremi przyjaciółmi,
Następnie Załatwiają się najtrudniejsze nawet sprawy! Pierwszy nr7P«tdl’?wi otworzył, zmusił ojca prowineyała, aby rzystwa 1 pr^ * obaj PrzJJ4czyli się do reszty towa-
Wielkiemi były-, dy płoniący a, sztuka, wymów a mocą których pan hrabia zdążał do |ak2£gA’ tek ’0wéj rozmowy, nai rzeczy, które w ten sposób osiągał. że ojciee Krzy-
Przykład, którąsmy tu przytoczyli, dokaz

308
NAKZECZENI.
sztof na piechotę odbył przechadzkę z Pescarenico do Rimini, co naprawdę było przechadzką nielada!
Pewnego wieczora przybywa do Pescarenico kapucyn z Medyolanu i wręcza ojcu gwardyanowi wielką, zapieczętowaną kopertę. W kopercie tej zawiera się rozkaz na piśmie, nakazujący ojcu Krzysztofowi udanie się do Rimini dla kazania tam na nabożeństwie pasyjnem w czasie wielkiego postu; oprócz tego zaś list do ojca gwardyana, w którym, jego przewielebność ojciec prowineyał wyraża swą wolę, a^y zakonnik, naznaczony do Rimini, natychmiast w drogę wyruszył, zaniechawszy wszelkich spraw, które może mieć tu w okolicy, nie usiłując nawet listownie znosić się z kimkolwiekbądź z tutejszych mieszkańców; i mając za towarzysza podróży oddawcę tego pisma. Z wieczora, ojciec gwardyan nikomu ani słowa nie rzekł o tej sprawie, lecz następnego poranku przywołał ojca Krzysztofa, i w obecności kilku innych zakonników, dał mu ów rozkaz do przeczytania, kazał zabrać koszałkę, kij, pas i tuwalnię, i zaraz ruszać w drogę.
Każdy łatwo zrozumie, co to za straszny cios musiał być dla ojca Krzysztofa. Natychmiast przyszli mu na myśl: Renzo, Łueya, Agnieszka i w duchu, że tak powiem, zawołał: — O Boże! cóż poczną ci biedacy, gdy mnie tu nie będzie! — Lecz zaraz podniósł oczy do nieba, obwinił siebie o brak ufności w miłosierdzie boże o to, że śmiał uważać siebie za szczególne narzędzie jego łaski i skrzyżowawszy ręce na piersiach na znak posłuszeństwa, pochylił głowę przed ojcem gwardyanem. Ten wziął go wówczas na stronę i zawiadomił o woli ojca prowineyała, starając się wszakże nadać jej znaczenie nie rozkazu, lecz rady. Ojciec Krzysztof wrócił do swej celi, wziął koszałkę, włożył do niej brewiarz, rozpamiętywanie i modlitwy na post wielki i chleb przebaczenia, z którym nigdy się nie rozstawał, potém opasał się pasem skórzanym, pożegnał wszyst ’ kich zakonników, którzy się w tej chwili znajdowali w klasztorze, na ostatku poszedł do ojca gwardyana, aby go prosić o błogosławieństwo, otrzymał je i wraz ze swym towarzyszem podążył tam, dokąd mu iść kazano.
Powiedzieliśmy już, że don Rodrigo, pragnący teraz bardziej, niż kiedy, urzeczywistnić swe chwalebne zamiary, umyślił prosić o pomoc pewnego strasznego człowieka. Ani imię, ani nazwisko, ani tytuł tego człowieka nie są nam znane; nawet żadnych wniosków o tém wszystkiem robić nie możemy, co jest rzeczą ten; dziwniejszą, iż w niejednej książce ówczesnej (mówię o książkach drukowanych) znajdujemy o nim wzmiankę. Że człowiek, występujący w naszej opowieśei, i ten, o którym mówią owe książki, jest jedną i tąż samą osobą, o tem wątpić niepodobna; świadczy za tem

ROZDZIAŁ XIX.
309
zgodność, przytaczanych o nim faktów; lecz imienia jego nigdzie znaleść nie możemy, każdy z pisarzy omija je, obchodzi zdaleka, zdawałoby się niemal, że się obawia, aby nie spaliło pióra i ręki tego, kto poważyłby się je nakreślić. Franciszek Rivola, w swym żywocie Fryderyka Borromeusza, będąc zmuszonym mówić o tym człowieku, nazywa go tylko: — panem, o tyle wspaniałym przez swój io( znakomity, o ile wszechwładnym przez swe skarby niezliczone. J)ze. ^P&monti, który w piątej księdze, w piątej dekadzie swej
0>’a — Patria, czyni o nim wzmiankę nieco obszerniejszą, nazywa g? laZ: „ten“ to znowu „ów“, „ta osoba“, „ten człowiek“. — „Opo. iem powiada on swą uroczą łaciną, którą my tu tłómaczymy Jak możemy — przygody pewnego człowieka, który, pomimo, iż należał do najpierwszych osób w mieście, obrał sobie wieś na stały pobyt i zamieszkawszy w zaniku, położonym na samej granicy, zaPewnił sobie, straszliwemu zbrodniami, panowanie nad całą okolicą, s ał się w niej samowładnym panem i nie dbając o sądy, sędziów,,u, ° jakąbądź władzę, wiódł życie zupełnie niezależne. Gromadził dokoła siebie zbiegów i najgorszych przestępców, był przez pewien czas wygnany z kraju, lecz niedługo bawił na owem wygnaniu i wrócił do swego zamku“. — W dalszym ciągu opowieści Przytoczymy jeszcze kilka innych ustępów z tego pisarza, a to dla wyjaśnienia, lub potwierdzenia słów nieznanego autora naszego rę-
opismu, do którego tymczasem wracamy, nio to wszystko, co było zakazane przez prawo lub wzbro-
bezn? Przez inną jaką władzę, być wyrocznią w cudzych sprawach, zywaa\nych inuych powodów, oprócz żądzy przewodzenia i rozkabali: być postrachem dla tych nawet, którzy się nikogo nie
ciństwi ^ły główne rysy życia tego człowieka. Jeszcze w dziewidok tvl ’lawidok tylu nadużyć, tylu gwałtów, tylu zbrodni, na prześcign xC^em^zchw’ którzy w złem starali się jeden drugiego Następuj ’ UCzuwał on jakiś gniew pełen niecierpliwej zawiści, żadnej SDO’ t^oro dorósł i w mieście zamieszkał, nie opuszczał nać zwady-0’6*’ a nawet sam wynajdywał takowe, aby wszczyi mieli naiw^ którzy dopuszczali się najgorszych nadużyć
wecz obracać władzę; starał się ich plany krzyżować i w nidn otfli-jinia ’ y wypróbować swe siły, upokorzyć ich, lub zmusić którzyby boeact ° Piskanie jego przyjaźni. Mało było takich, zaś C i 6111 i liczbą sług dorównać mu mogli, wszystkich
jedmzeb 1 yzszał odwagą i siłą woli; to też wkrótce przywiódł innreh v zaniechania wszelkiej myśli o współzawodniczeniu z nim, jac?ńł v °. ’, a jeszcze innych pozyskał sobie i zrobił z nich przy-
równvpi ’°KnyCl1*P** onych, bo takich tylko lubił i potrzebował;
J sobie, niescierpiałby nigdy. Jednak ta jego wyższość nad

310
NARZECZENI.
przyjaciółmi była tylko pozorną, gdyż w istocie on był najpierwszym ich sługą; każdy z nich, dla osiągnięcia swych celów i przedsięwzięć, uciekał się do jego potężnej pomocy i każdy ją zawsze otrzymywał, gdyż odmówienie tejże pociągnęłoby za sobą osłabienie wiary w jego siłę, byłoby zrzeczeniem się dowództwa. Wkrótce jednakże, wszystko to, czego się dopuszczał dla dopięcia własnych celów i dla popierania przedsięwzięć innych, sprawiło, że został nań wydany wyrok banicyi i ani jego świetny ród, ani koligacye, ani przyjaciele, ani nawet bezprzykładna zuchwałość, z którą stawiał czoło wszelkim prawom boskim i ludzkim, jakotóż i najbardziej potężnym wrogom, nie zdołały go obronić: musiał kraj opuścić. Sądzę, że wypada odnieść do owej chwili jego żywota przygodę, wielce charakterystyczną, o której Ripamonti tak mówi: — „Kiedy już zmuszony był wynosić się z kraju, wstyd z tego powodu, chęć zachowania w tajemnicy owego wyroku, poszanowanie, które miał dla prawa, były następujące: przejechał przez miasto na koniu, przy odgłosie trąb i z wielką zgrają psów, a mijając trybunał, zatrzymał się i strażom, które tam stały na warcie, kazał powiedzieć gubernatorowi w swojśm imieniu tysiące obelg.“
Na wygnaniu nie zerwał stosunków z dawnemi przyjaciółmi, którzy, tłómacząc dosłownie z Ripamontiego. „pozostali złączeni z nim tajemną ligą narad okrutnych i rzeczy strasznych“. — Zdaje się nawet, iż wówczas zaczął się dopuszczać gorszych jeszcze zbrodni, zyskawszy sobie bardziej potężnych sprzymierzeńców, o których ten sam dziejopis mówi pobieżnie tylko i z wielką tajemniczością: — „Nawet kilku zagranicznych książąt — powiada — nieraz nim się posługiwało dla spełnienia jakiegoś zabójstwa wielkiej wagi, i często, zdaleka, przysyłało mu zbrojne posiłki, aby służyły pod jego rozkazami“.
Nareszcie (niewiadomo po jak długim przeciągu czasu) czy-to w skutek cofnięcia wyroku banicyi, który mógł nastąpić dzięki jakimś wpływom potężnym, czy w skutek zuchwałości tego człowieka, która mu za wszelkie ułaskawienia starczyła, umyślił do kraju powrócić i istotnie tam wrócił; lecz już nie do Medyolanu, ale do swego zamku, położonego na samej granicy Bergamo, prowincyi; która, jak to wie każdy, należała podówczas do rzeczypospolitój weneckiej. — „Ten zamek — mówi również Ripamonti — był jakby sklepem najstraszliwszych towarów: słudzy, skazani na stracenie, na głowy których wyznaczona była cena i których rzemiosłem było teraz ścinanie głów, kucharz, ani też kuchta nie byli także wolni od jakiejś okropnej zbrodni, nawet ręce dziecinne były we krwi ludzkiej zbroczone“. — Oprócz tak pięknego otoczenia, miał jeszcze, jak zapewnia ten sam dziejopis, cały zastęp ludzi, nie mniej godnych,

ROZDZIAŁ XIX.
311
rozsianych po całej okolicy, i osadzonych w różnych miejscowościach dwu państw, na granicy których zamieszkał.
Wszyscy pankowie, bliżsi i dalsi, musieli wybierać pomiędzy przyjaźnią, a nieprzyjaźnią tego pana, który potęgą przewyższał ich wszystkich, lecz pierwsi, którzy spróbowali stawić mu opór, tak źle na tem wyszli, że nikt się już następnie nie chciał na coś podobnego odważyć. Nawet tym, którzy cicho siedzieli, nie wdając się w żadne zwady, niepodobna było utrzymać swej niezależności wobec niego. Do jednego z takich panów przybywał naprzykład posłaniec od tego groźnego człowieka z rozkazem, aby takiej a takiej sprawy zaniechał, aby nie poszukiwał swej należności na takim a takim dłużniku; trzeba było coś odpowiedzieć, wybierać pomiędzy: tak i nie. Kiedy z dwu stron zwaśnionych, jedna, składając mu hołd poddaństwa, sprawę swą w jego oddawała ręce, druga była zmuszoną, albo poddać się także jego sądowi, albo ogłosić się jego nieP1-zyjacielem; co było gorszem nawet, niż mieć suchoty w trzecim stopniu, jak mówiono podówczas. Wielu, postępując niesprawiedliwie, uciekało się doń po-to, aby w złem im dopomógł; inni, mający nawet słuszność za sobą, udawali się po-to, aby ich bronił przeciw napastnikom; a tak jedni, jakoteż i drudzy, stawali się najzupełniej zależni od niego. Zdarzało się czasami, iż słaby, uciśniony i napastowany przez silnego, prosił go o pomóc, a on, stając w jego obronie, zmuszał napastnika do wynagrodzenia krzywd i przeproszenia słabego, lub, jeżeli silny uledz nie chciał, wszczynał z nim m°jnę zaciętą, która się zawsze na tém kończyła, iż ciemięzca albo. Usiał kraj opuszczać, albo odpokutować nieposłuszeństwo w sposób.leszcze straszliwszy. I w takich to razach, owo imię okropne J ^^^nwidzone bywało błogosławione przez chwilę, gdyż w owych takiei i n’e Pow^em takiéj sprawiedliwości, bez takiej pomocy, ludzi ny> nie można było oczekiwać ani od prawa, ani od i władz yWat.nych. Częściej wszakże, a raczej zwykle, ta jego siła krwawi’ S^^erowane były do wspierania najstraszliwszych zbrodni,
,. Zemsty i żądz najbardziej szalonych. Lecz wszystkie te, i+CZVe sP°s°by, objawiania swej potęgi, wywierały zawsze i. ’ enZS Sam skutek; przekonywały każdego o tem, jak wielką b^. v t.ef ° m°C’ ta, k w z^m’ Jakoteż i w dobrem, a wiadomo, że brak ta lej mocy, jest przeszkodą, o którą najsilniejsza nawet wola musi się lozbic. 8jawa ZWykłego feudalnego pana nigdy prawie ie rozszerzała się p0 za opręp niewielkiej przestrzeni kraju, w któej bogactwem i siłą prześcigał iunych, każda okolica miała swego inni”„ P°uówczas nazywano ich we Włoszech), a że wszyscy dall^ wręeej podobni byli do siebie, to téż nikt nie zajmował się zemi z nich, lecz temi tylko, którzy, że tak powiem, siedzieli

312
NARZECZENI.
mu na karku. Człowiek jednak, o którym teraz mówimy, oddawna już szeroko zasłynął po całym medyolańskim kraju, wszędzie lud opowiadał dzieje jego zbrodniczego życia, imię zaś jego było postrachem, było wyrazem jakiejś mocy szatańskiej, niezwalczonej, bajecznej. Podejrzenie, że wszędzie miał swych sprzymierzeńców, wszędzie zbójów najętych, gotowych wykonać każdy jego rozkaz, sprawiało, iż każdy miał go ciągle w pamięci. Wprawdzie były-to tylko podejrzenia, bo któżby się przyznał do tego, że jest jego narzędziem? Lecz każdy tyran mógł być jego przyjacielem, każdy łotr jego sługą, a sama ta niepewność wzmagała wiarę w potęgę owego człowieka, sama ta tajemniczość przejmowała grozą. Za każdym więc razem, gdy ukazywali się w jakiejś okolicy brawi nieznani, stokroć szkaradniejsi, niż brawi zwyczajni; za każdym razem, gdy się spełniała jakaś zbrodnia, której sprawcy nie można było odgadnąć, wszyscy wymawiali po cichu imię tego, którego my, dzięki owej dziwnej, aby nie powiedzieć gorzej, ostrożności naszych pisarzy, będziemy zmuszeni odtąd nazywać: Nienazwanym.
Zameczek don Rodriga był odległy zaledwie o siedem mil od siedziby Nienazwanego; to też don Rodrigo zostawszy panem i tyranem, musiał spostrzedz odrazu, że w tak bliskiem sąsiedztwie od takiego człowieka, niepodobna mu będzie sprawiać rządy u siebie bez narażenia go sobie, lub pozyskania jego względów. Dlatego oświadczył mu się z gotowością do usług i przyjaźń jego pozyskał w równym stopniu, ma się rozumieć, jak i wszyscy inni. Oddał mu kilka usług (jakich, o tem milczy rękopism) i w zamian za nie otrzymał od Nienazwanego przyrzeczenie wywdzięczenia mu się tem samem i przyjścia z pomocą w potrzebie. Don Rodrigo jednakże ukrywał starannie tę przyjaźń, a gdy całkowicie ukryć jej nie mógł, to się starał przynajmniej zmniejszyć ją w oczach ludzkich i zataić podstawy, na których zawartą została. I on wprawdzie chciał być tyranem, ale me tak dzikim, nie takim odludkiem; dla niego stan ten był raczej środkiem, niż celem; chciał przebywać otwarcie w stolicy, używać wszystkich przyjemności, wygód i rozrywek świata, a dlatego musiał koniecznie zachować pewne pozory, pewne ostrożności; musiał dbać o względy swych krewnych, podtrzymywać stosunki z osobami, piastującemi wysokie urzędy, musiał zawsze mieć rękę na szali Temidy, aby, w razie potrzeby, przechylić ją na swoję stronę, nakazać milczenie, lub użyć jej do skarcenia tych, którzy, zamiast siły zbrojnej, siłą prawa walczyć z nim chcieli. Zażyłość więc, a raczej liga, z takim człowiekiem, z takim otwartym wrogiem wszelkiej władzy i prawa, gdyby się stała wiadomą, mogłaby mu bardzo zaszkodzić, zwłaszcza w oczach stryja. Dlatego ukrywał ją starannie, owa zaś odrobina, której ukryć nie

ROZDZIAŁ XIX.
313
mógł, dawała się łatwo wytłomaczyć bliskiem sąsiedztwem z człowiekiem, którego narazić sobie było tak niebezpiecznie, stosunkiem niezbędnym, koniecznym; to też świat tak to w istocie i tłómaczył sobie,, bo przecie każdy, którego obowiązkiem jest mieć pieczę nad innemi i zapobiegać nadużyciom, jeżeli nie może, lub nie chce tego wypełniać, pozwala do pewnego stopnia, aby każdy sam sobie yadził, jak może, i chociaż niby nie zupełnie na to się zgadza, gotów jest jednak na wszystko patrzyć przez palce.
Pewnego poranku, don Rodrigo opuścił zameczek, udając się niby na polowanie; sam jechał konno, mały zaś orszak irawów, który mu towarzyszył, szedł piechotą: Grizo tuż przy panu, czterech innych za nim, w pewnej odległości. Skierowali się w stronę zamku Nienazwanego.
KONIEC TOMU PIERWSZEGO.


Tom II[edytuj]

ROZDZIAŁ XX.
Zamek Nienazwanego górował ponad wąską ciemną doliną,.
^znosząc się na szczycie stromego wzgórza, które wybiega naprzód z pasma nagich, dzikich gór, i jest z niem złączone, czy też oddzielone od niego, bo doprawdy w tym razie nie wiem sam, jak byłoby właściwiej powiedzieć, olbrzymim stosem głazów z tysiącem rozpadlin, jarów, przepaści, które następnie z obu stron opasują i samo to wzgórze. Przystępnem jest ono tylko od strony doliny, tu, pochyłość, choć stroma, ale jest równa przynajmniej, i pokryta u szczytu pastwiskami, nieco zaś niżej, jakoteż u samego dołu, Polami, zdatnemi do jakiej-takiej uprawy, na których tu i ówdzie, widnieją chałupy. U jego podnóża, po kamienistem łożysku przebywa, stosownie do pór roku, to potok spieniony, to wąski strumynic ’ któl’y w owe czasy stanowił w tem miejscu obu państw gradolni Gól’y przeciwległe, tworzące, że tak powiem, drugą ścianę zaś także u spodu i na bokach nieco pól uprawnych, wyżej
c-dzipn-° same &W i skały nieprzystępne i nagie, na których
wvrastag<iz^e tylko, w Jakiejś szczelinie, lub na jakimś wierzchołku,
7e krzewina.
ów nań eg° za™ku, jak orzeł ze skrwawionego gniazda, straszny h/’°Wał nad całą okolicą; nigdy nikogo nad sobą me dos nad niem było tylko niebo, a w tem niebie nie szukał
311 oh’J H°koła widział groźne szczyty, pochyłości wzgórza, w głębi aounę a na ni„ chajUpy i krzyżujące się drogi. Jedna z tych aiog, ta mianowicie, która cała w załomach i zakrętach wiodła do owej strasznej siedziby, przedstawiała się patrzącemu na nią z góry, jakby wijąca sfę wstęga; pan tej okolicy z okien, ze strzelnic, mógł widzieć każdego kto się po niej zbliżał ku niemu, aogł każdy krok jego śledzić, wziąć go za cel, położyć trupem.

NARZECZENI.
I nie tylko jednego człowieka, lecz cały hufiec zbrojnych łudzi potrafiłby zniszczyć w ten sposób, dzięki swej załodze Irawów, którą miał przy swym boku, i potrafiłby ich zepchnąć na samo dno wąwozu, zanim-by noga, chociaż jednego z nich, stanęła u szczytu pagórka. Zresztą, nie tylko na owej drodze, ale nawet w dolinie., nawet w przejeździe, nie śmiał się tu ukazać żaden człowiek, który nie był dobrze widziany przez pana zamku. A gdyby jaki siepacz chciał tu zajrzćć, postąpionoby z nim tak, jak się postępuje zwykle ze szpiegiem nieprzyjacielskim, schwytanym w obozie. Opowiadano nawet o strasznym losie tych ostatnich, którzy się tu pojawić odważyli, ale były-to już bardzo dawne dzieje; nikt z młodych tego nie pamiętał, nikt, ani jednego siepacza, czy-to żywego, czy trupa, w dolinie nie widział.
Takim jest opis tej miejscowości, który znajdujemy u nieznanego autora naszego rękopismu; o nazwie jej milczy, a nawet, chcąc widocznie zapobiedz wszelkim naszym domysłom, nic nie mówi o podróży don Rodriga i odrazu przenosi go w sam środek doliny, do podnóża pagórka, stawiając go przy początku owéj stromej i krętej drogi, wiodącój do zamku. Tu znajdowała się karczma, którą możnaby również nazwać kordygardą. Na starym jej szyldzie, wiszącym nade drzwiami, z obu stron było namalowane słońce, otoczone promieniami; pomimo to jednak, lud okoliczny, który czasem powtarza nazwy tak, jak je słyszy, a czasem przerabia je po swojemu, nigdy nie nazwał jej inaczej, jak karczmą złej nocy.
Na odgłos kopyt końskich i kroków zbliżających się ludzi, ukazał się w progu karczmy uzbrojony od stóp do głów wyrostek i spojrzawszy na nowoprzybyłych, poszedł zawiadomić o nich trzech drabów, którzy w izbie karczemnej grali w brudne, stare karty, zgięte w kształcie dachówek. Ten, który zdawał się być naczelnikiem, wstał, wyszedł przed karczmę i poznawszy przyjaciela swego pana, nisko mu się pokłonił. Don Rodrigo odpowiedział mu również bardzo grzecznym ukłonem, pytał o paua, a usłyszawszy od owego strasznego kaprala, iż prawdopodobnie musi być w zamku, zsiadł z konia i rzucił cugle Tiradrittowi, jednemu ze swych Irawów. Następnie zdjął strzelbę z ramion i oddał ją Montanarolowi, niby dla. oswobodzenia się od niepotrzebnego ciężaru, w istocie zaś dlatego, że wiedział wybornie, iż nikomu niewolno było ze strzelbą wstęp?* wać na tę drogę. Potém wyjął kilka Berlingów z kieszeni, dał je Tanabusowi i rzekł:
— Tu macie czekać na mnie, dopókąd nie powrócę, a tymczasem bawcie się wesoło z temi dzielnemi chłopakami.
Na ostatku włożył kilka sztuk złota do ręki kaprala, przeznaczając je, w połowie dla niego, w połowie dla jego drabów,

ROZDZIAŁ XX.
a
1 z jednym tylko Grizem, który również zdjął strzelbę, piechotą zaczął na wzgórze wstępować. Tymczasem trzej brawi wyżej wymienieni, i czwarty Sąuinternotto (doprawdy nie pojmuję, dlaczego nasz autor dbał tak bardzo o przekazanie potomności tych przezacnych imion!), pozostawszy w karczmie wraz z trzema drabami Nienazwanego i owym wyrostkiem, który się pod ich godnym kierunkiem kształcił na skończonego łotra, a raczej był już takim, zaczę i zaraz grać w karty, pić i opowiadać sobie nawzajem różne pizygody, popisując się jeden przed drugim odwagą i siłą.
inny brawo Nienazwanego, który także pod górę wstępował,
* opędził wkrótce don Rodriga, ’ popatrzał nań, poznał, przywitał się
2 Grizem i poszli wszyscy trzej razem, co uwolniło don Rodriga od przykrej konieczności objawienia swego nazwiska wszystkim tym brawom, których jeszcze mógł na drodze napotkać, tudzież odpowiadania na pytania, któreby oni za stosowne uznali jemu zadawać. Po Przybyciu do zamku musiał zostawić Griza na progu i przejść przez długi szereg ciemnych korytarzy i sal, których ściany pokryte były najrozmaitszą bronią i w których stali brawi na straży, zanim wreszcie wprowadzono go do tej sali, gdzie gospodarz zwykł był swych gości przyjmować.
Nienazwany zrobił kilka kroków ku nowoprzybyłemu, odpowiadając mu ukłonem na jego ukłon głęboki, a jednocześnie przypatrując się badawczo jego twarzy i rękom, co zwykł był czynić bTL82®’. gc, y ko°° witał, uie wyłączając najstarszych nawet, najjUj wiernych przyjaciół; z wiekiem zaś tak to mu w nałóg już śniad że t° Prawie bezwiednie. Był-to człowiek wysoki,
poora^-®61^’ W niemal zupełnie, o siwej brodzie i zmarszczkami
twarzy; miał lat sześćdziesiąt, choć na pierwsze spojrzenie
starzej wyglądał; pomimo to jednak cała postawa, ruchy,
daleko
wyraz
blask ocStlyck’ ^’bitnych rysów, a zwłaszcza ponury, lecz żywy dzieńcu m ’ zdradzały tak wielką siłę ciała i ducha, że nawet w młoDon si(< wydać niezwykłą.
i radę że °ai^° powiedział najprzód, iż przybywa prosić o pomoc pewnego p?aP°tl£awszy na niespodziane trudności w uskutecznieniu 7wala \rzvn si<*.Wzięcia> °d którego honor odstąpić mu nie ponanróżno a n^n?ał sobie obietnicę tego, który nigdy nie przyrzeka i ™, ^Pnie opowiedział mu cały swój zbrodniczy zamiar
nnb? kł?P°ty. Nienazwany, który już o tem coś wiez. nJ, no.aeznie tylko, bez żadnych szczegółów, wysłuchał go hisj/6. dlatego, że zawsze bardzo był ciekawy takich
sza,?1^ V’ P-W i głównie z powodu, iż do tej sprawy zamie-
sztno i nienawistne j aż nadto dobrze znane imię ojca Krzya, ktoiy był otwartym wrogiem wszystkich tyranów i nie tylko

10
NABZECZENI.
słowem ich gromił, ale nadto gdy tylko mógł, także i czynnie przeciw nim występował. Don Rodrigo, wiedząc dobrze, z kim miał do czynienia, nie omieszkał przedstawić trudności owéj sprawy daleko większemi jeszcze, niż jakiemi były w istocie; kładł główny nacisk na oddalenie Monzy, na nieprzystępność takiego schronienia, jak klasztor, na potężną opiekę takiej osoby, jak Pani!... Tu, na te ostatnie uwagi, Nienazwany, jakby zeń szatan jakiś z głębi serca przemówił, przerwał nagle opowiadającemu, oświadczając, iż wszyst ko bierze na siebie. Zapisał imię i nazwisko biednej Łucyi i po żegnał don Rodriga temi słowy:
— Wkrótce zawiadomię pana o tem, co mu czynić wypadnie. Zapewne czytelnik pamięta owego Egidia, mieszkającego tuż
obok klasztoru, w którym schroniła się Łucya; otóż trzeba wiedzieć, że ten człowiek był jednym z najwierniejszych sprzymierzeńców, jednym z najpierwszych pomocników Nienazwanego, i że ta okoliczność głównie na to wpłynęła, iż Nienazwany przyrzekł odrazu zająć się sprawą don Rodriga. Ale zaledwie gość go opuścił, groźny pan zaczął uczuwać, nie powiem żal, lecz pewne niezadowolenie z siebie, za uczynione przyrzeczenie. Już od niejakiego czasu doświadczał on, chociaż nie zgryzoty właściwie, ale pewnego znużenia z powodu swych zbrodni. Wszystkie te, które się na gromadziły, jeżeli nie na jego sumieniu, to przynajmniej w jego pa mięci, stawały mu tłumnie przed oczyma za każdym razem, gdy po pełniał jakąś nową zbrodnię, wydawały mu się szkaradne i w nazbyt wielkiej ilości, było-to jakby ustawiczne zwiększanie się ciężaru, który i sam już przez się był bardzo wielki. Pewien wstręt, doznawany niegdyś przy spełnianiu pierwszych zbrodni, wstręt, który zwalczył następnie i który znikł niemal bez śladu, teraz znów się objawiać zaczynał. W latach pierwszej młodości, wiara w długą, nieznaną przyszłość, którą miał jeszcze przed sobą, poczucie życia w całej pełni, dziwnej mu jakiejś dodawały otuchy, teraz przeciwnie myśl o przyszłości odbierała mu cały urok przeszłości. — Zastanów się! umrzeć! a potem? — I, dziwna rzecz, naprawdę-! ta myśl o śmierci, która w chwilach groźnych niebezpieczeństw, podczas walki z wrogiem, zdwajała energią tego człowieka i przejmowała go gniewem, pełnym dzikiej odwagi, ta sama myśl, teraz, w ciszy nocnej, w jego własnym zamku tak bezpiecznym, tak nieprzystępnym, napełniała go niewymownym przestrachem. Nie była-to ta śmierć, którą mu groził wróg, człowiek również śmiertelny, nie można jej było odeprzeć ani silniejszem ramieniem, ani lepszą bronią; szła sama, ukryta, on ją I10S” Y. S0J)ie, może była jeszcze daleko, lecz idzie ciągle, z każdą chwilą jest bliżej, a podczas gdy on stara się odpędzić od siebie dręczącą myśl

ROZDZIAŁ XX.
11
o niej, ona wciąż się ku niemu przybliża. W młodości, przykłady tak ciągłych, tak strasznych nadużyć, gwałtów, zemsty, zabójstw i zbrodni wszelkiego rodzaju, przejmując go dziką żądzą dorównania innym tyranom, służyły mu również za pewien oręż, za pewną obronę przeciwko własnemu sumieniu; teraz, gdy już się wyniósł ponad tłum pospolitych zbrodniarzy, świadomość tej strasznej wyższości przejmowała go nieraz poczuciem okropnego osamotnienia, len Bog, o którym słyszał niegdyś, lecz który oddawna już tak zało go obchodził, że nawet nie zadawał sobie pracy zaprzeczania
Poznawania, teraz, w chwilach jakiegoś zwątpienia, jakiejś trwogi, nie wywołanej żadnem widocznem niebezpieczeństwem, zdawał się nieraz z głębi jego duszy przemawiać: — A jednak ja jestem. — Wówczas, gdy jeszcze czuł w sobie życie w całej pełni, gdy wrzały w nim wszystkie namiętności, prawo wygłaszane w Jego imieniu przejmowało go nienawiścią i wstrętem, eiaz’ kiedy sobie czasem o niem przypomniał, umysł, wbrew woli, Przyznawał, że to wielkie prawo, że musi się spełnić. Jednak, na piysl mu nawet nie przyszło zwierzyć się komukolwiek z tego swojego udręczenia, przeciwnie, tłumił je starannie, osłaniał pozorem jeszcze straszniejszej dzikości i w ten sposób starał się je ukryć praed samym sobą, zwalczyć, przełamać. Jakże teraz żałował (skoro już ich ani odmienić, ani zniszczyć, ani o nich zapomnieć nie mógł) tych świetnych czasów, kiedy najstraszliwsze niegodziwości popeł®iał bez najmniejszego wyrzutu, myśląc tylko o tem, aby żądzom wrć ^ało się zadość! Jakichże starań dokładał, aby te czasy po2jiez} ’ aby zatrzymać, lub schwycić na nowo owę dawniejszą wolę wielka111^’ ow^ Pewn°ść siebie, owę siłę, tak siebie świadomą, tak czem bvła^ n’eP°konaną, aby wmówić w siebie, że jest jeszcze tem,
J 1 dawniej!
To też
swą porno 1 ^eiaz> dlatego tak odrazu przyrzekł don Rodrigowi wszplka zabezpieczyć przed wszelką chwiejnością, przed
nwa «iłn wr.1^ Wewnętrzną; lecz zaledwie sam pozostał, uczuł, że f.weo-o Di-zvrzL na chwilę odzyskał, nakazując sobie danie
eczenia, poczęła słabnąć i że natomiast zaczynają §° 5 które, gdyby ich usłuchał, doprowadziłyby go
do złamania danego słowa, do okrycia się wstydem, w oczach jednego ze swyc i sprzymierzeńców, a chcąc odrazu położyć koniec tej Pizykrej wa ce z samym sobą, kazał przywołać Nibbia, jednego najbardziej zięcznych i śmiałych wykonawców jego niegodziwo, którym zwykł był posługiwać się w swych stosunkach z Egi®horo tylko Kibbio stanął na progu, Nienazwany, głosem uowczym, rozkazał mu natychmiast wsiąść na koń i pędzić do

12
NARZECZENI.
Monzy dla zawiadomienia w jego imieniu Egidia o przyrzeczeniu, które dał don Rodrigowi i dla zażądania jego pomocy.
Posłaniec wrócił prędzej, niż jego pan się spodziewał, i przywiózł od Egidia taką odpowiedź, że sprawa jest łatwa i pewna; że prosi tylko o wysłanie mu zaraz krytego powozu z dwu, lub trzema przebranemi brawami, że resztę bierze na siebie i sam wszystko załatwi. Na tę wiadomość, Nienazwany doznał jakiegoś przykrego uczucia, lecz, nie okazując tego po sobie, wydał rozkaz, aby Nibbio z powozem i dwoma innemi brawami, których wymienił, natychmiast ruszał znowu w drogę.
Gdyby dla oddania owej przysługi, o którą go teraz proszono, Egidio miał do rozporządzenia tylko zwykle swe środki, zapewne odpowiedź jego nie byłaby ani tak szybką, ani tak stanowczą, ale w tem samem schronieniu, w którem zdawałoby się, iż wszystko musi się stać dla niego przeszkodą, występny młodzieniec miał sprzymierzeńca, o którym sam tylko wiedział, iż to właśnie, co mogło być dla innych niezwalczoną trudnością, dla niego było największą pomocą. Opowiedzieliśmy już, jak nieszczęsna Pani zezwoliła na to, aby do niej przemawiał, jak mu sama odpowiedziała; a czytelnik domyślił się niezawodnie, że ta ich rozmowa nie była ostatnią, że był-to pierwszy krok tylko na drodze krwi i hańby. Teraz, ten sam głos, który w skutek spełnionej zbrodni nabrał tak wielkiej siły, tak wielkiej władzy nad nią, nakazał jej uczynić ofiarę z niewinnej istoty, którą wzięła pod swoję opiekę.
To, czego od niej wymagał Egidio, przeraziło ją niesłychanie. Stracić Łucyą w skutek jakiegoś nieprzewidzianego wypadku, już samo przez się byłoby dla niej nieszczęściem, karą okropną, a tu jej rozkazywano, aby się tej dziewczyny pozbyła podstępnie, zdradziecko, aby zmieniła na nową zgryzotę to, co było jakby pewnem odkupieniem dawniejszej zbrodni. Nieszczęsna zakonnica próbowała na wszelkie sposoby uwolnić się od spełnienia okropnego rozkazu, jednego tylko środka użyć nie chciała, tego, który był najpewniejszy, który był dla niej jedyną drogą ratunku. Ale występek jest panem srogim i niezłomnym, któremu ten tylko może stawiać opór, kto mu zupełne posłuszeństwo wypowie. Na to Giertruda zdobyć się nie chciała i usłuchała rozkazu.
Było-to w dniu przeznaczonym na spełnienie zbrodni; zbliżała się umówiona godzina, Giertruda, wezwawszy Łucyą do swego par. iator^um, obsypywała ją większemi niż zwykle pieszczotami, na które nieboga odpowiadała z pełną rozczulenia wdzięcznością, jak ta owieczka, która choć drży pod gładzącą ją ręką pasterza, ale się go nie boi i liże dłoń jego i daje się prowadzić ku drzwiom obory

ROZDZIAŁ XX.
13
nie wiedząc, że tam, za temi drzwiami, czeka na nią rzeźnik, któremu pasterz sprzedał ją przed chwilą.
— Potrzebuję wielkiej przysługi — rzekła naraz Pani — i ty jedna mogłabyś mi ją wyświadczyć. Mam wprawdzie tyle osób na moje rozkazy, ale żadnej zawierzyć nie mogę. W pewnéj, bardzo ważnej sprawie, o której potem ci powiem, muszę widzieć się zaraz, ale to zaraz, z ojcem gwardyanem, z tym samym, który ciebie, moja biedna Łucyo, przyprowadził do mnie; jednak wiele mi na tem zależy, żeby nikt nie wiedział, iż to ja po niego posłałam. Otóż, oprócz ciebie, nie mam nikogo, ktoby mógł spełnić to tajemnicze zlecenie.
Łucyą przestraszyła ta prośba i ze zwykłą swą nieśmiałością, nie ukrywając wszakże wielkiego zdziwienia, zaczęła przytaczać dla wymówienia się od przyjęcia na siebie tego poselstwa, różne powody, o których przecież i Pani mogła coś wiedzićć, które także raogła przewidzieć: tak bez matki, bez nikogo, znaleść się na drodze mało uczęszczanej, w okolicy nieznanej... Ale Giertruda, wyćwiczona w szkole piekielnej, okazała również zdziwienie niemałe, udała, iż jest głęboko dotkniętą tem, że w osobie, na którą miała nawet prawo niejakie liczyć najbardziej, natrafiła na tak wielki °pór, na opór, którego owe błahe powody żadną miarą usprawiedlinie mogły. Wyjść w biały dzień o parę kroków, iść tą samą
?l’°gą, którą już znała, boć ją przecie tak niedawno jeszcze prze a zresztą, gdyby jej nawet nigdy nie widziała, to i tak zmylić
?ie może, bo ona sama opowie jéj, którędy ma przechodzić... i zawZc^e’ sw°j^ wymową dokazała tego, iż Łucya wzruszona
stydzona, zapytała z cicha:
I cóż więc mam zrobić?
drogę klasztoru kapucynów — tu najdokładniej opisała jej
i w^moiem^wied2’ c^cesz widzieć z ojcem gwardyanem słyszał ni itni, eniu, ale tylko we cztery oczy tak, żeby nikt inny nie
-U 8°’ aby tu przyszedł natychmiast, a niech nikomu nie ’ Ja Po niego posłałam.
nnwTie odźwiernej? Nigdy nie wychodzę z klasztoru,
pewnie się zuzlWl j dokąd idę?
— aiaj się wyjść tak, aby cię nie spostrzegła, ajeżelicisię o nie uda, powiedz jej, że idziesz do kościoła Maryi Panny,
którym ot j wa się czterdziestogodzinne nabożeństwo.
oka^Wa tru<^11.0^..(^a Łucyi, musiałaby skłamać! Ale Pani znów PofZ c? taa., Martwienie z powodu jej oporu, tak zręcznie jak; a powieść, jak brzydką byłoby rzeczą, gdyby ona przeniosła es dziecinne skrupuły nad obowiązki wdzięczności, że biedna

14
NARZECZENI.
dziewczyna, zmieszana niezmiernie i bardziej odurzona, niż przekonana, odrzekła:
— A więc pójdę, niech mi Bóg dopomaga — i skierowała się ku drzwiom parlatoryum.
W chwili, kiedy próg już miała przestąpić, Giertruda, która wzrokiem ponurym patrzyła za oddalającą się ofiarą, nagle zawołała, jakby pod wpływem nieprzezwyciężonego uczucia:
— Łucyo, zaczekaj!
Łucya obejrzała się i wróciła do zakratowanego okna, ale już inne uczucie, uczucie, które oddawna panowało wszechwładnie w duszy nieszczęsnej Giertrudy, i teraz zwycięstwo nad nią odniosło. Udała więc obawę, aby Łucya nie zmyliła drogi, raz jeszcze powtórzyła, którędy ma przechodzić i pożegnała ją, mówiąc:
— Zrób wszystko tak, jak ci powiedziałam, i wracaj co najprędzej.
Łucya odeszła.
Niepostrzeżenie opuściła klasztor i skręciwszy w ulicę, którą jej Pani wskazała, idąc tuż koło muru, ze spuszczonemi oczyma, doszła po chwili do bramy Monzy, wyszła z niej drżąc na całem ciele, wstąpiła na gościniec i wkrótce spostrzegła i poznała drogę, wiodącą do klasztoru ojców kapucynów. Ta droga wyglądała podówczas (a i dziś jeszcze tak samo wygląda) jak łożysko potoku, w skutek wysokich brzegów, na których w górze rosły gęste krzewiny, tworzące nad nią rodzaj zielonego sklepienia. Łucya, wstępując na tę drogę i widząc, że jest pustą zupełnie, uczuła, iż jej bojaźń wzrasta i przyśpieszyła kroku, ale po niejakiej chwili znów jej wróciło nieco otuchy, bo w oddaleniu spostrzegła powóz, stojący na drodze, a obok drzwiczek powozu dwu jakichś panów, którzy rozglądali się dokoła, jakby nie wiedzieli, gdzie się znajdują i w którą stronę jechać im wypada. Gdy się nieco do nich zbliżyła, usłyszała, iż jeden z nich, pokazując na nią, mówi do towarzysza:
— Oto ta dziewczyna może potrafi wskazać nam drogę. — I rzeczywiście, kiedy ich mijała, ten sam pan, daleko milszym głosem, niż to zapowiadała jego powierzchowność, spytał ją:
— Przepraszam, czy nie moglibyście powiedzieć nam,“ którędy to się jedzie do Monzy?
— To trzeba zawrócić; panowie jadą w przeciwną stronę — odrzekła nieboga — Monza tam... — i ruchem głowy i wskazała na gościniec; w tej chwili towarzysz tego, który z nią rozmawiał (był-to Nibbio) uchwycił ją szybko z tyłu w pół i podniósł z ziemi; Łucya obejrzała się i krzyknęła przeraźliwie, brawo wepchnął ją gwałtem do powozu, drugi Irawo, który tam siedział na

ROZDZIAŁ XX.
15
przedzie pomimo oporu i krzyku nieszczęśliwej, posadził ją, naprzeciw siebie, trzeci zaś chustką usta jej zatknął. Tymczasem i Nibbio Wsiadł spiesznie do powozu, zatrzasnął drzwiczki i konie w cwał z miejsca ruszyły. Na drodze jeden tylko człowiek pozostał, ten, który zadał Łucyi owo zdradzieckie pytanie, obejrzał się dokoła, czy czasem na rozpaczliwy krzyk dziewczyny kto nie nadbiega, a, me widząc nikogo, uchwycił za jakąś zwieszającą się gałąź, wskoczy., na brzeg wysoki i znikł gdzieś w zaroślach. Był-to jeden ze zoojow Egidia, on to najprzód, stojąc na progu domu swego pana i, udając, że się gapi na przechodniów, czekał, aż Łucya wyjdzie z klasztoru, gdy się ukazała, przyjrzał się jej dobrze, aby potem ją poznać, a następnie, pobiegł krótszą drogą, aby zawiadomić órawów Nienazwanego, że już dziewczyna nadchodzi.
Któż potrafi opisać przerażenie i rozpacz Łucyi, kto potrafi wyrazić, co się wówczas działo w jej duszy? To, szeroko otwartemi oczami, pełnemi niewymownego przestrachu, spoglądała dokoła, to znów szybko je zamykała, nie mogąc znieść widoku tych wstrętnych, tych okropnych twarzy; wiła się i miotała, wszystkich sił dobywała, aby się rzucić ku drzwiczkom, lecz dwie ręce żelazne przykuwały ją do głębi powozu, a cztery inne ręce mocno ją trzymały. Za każdym razem, gdy usiłowała wydać jakiś okrzyk, chustka silniej zaciskała jej usta. Tymczasem trzy gęby plugawe, trzy gęby piekielne, głosem, najbardziej ludzkim, na jaki się tylko zdobyć mogły, powtarzały jej naprzemiany: — cicho, cicho, nie bój Jję, nic złego ci nie zrobimy. — Po kilku minutach takiej rozpacz»-łf w Wa^i> zdało się, iż zaczyna nieco się uspakajać, opuściła ręce, < luifi ł°^>ar^a o ścianę powozu, z trudnością podniosła powieki, zafalował*1 Wzr°kiem wpatrzyła się przed siebie; trzy twarze okropne śliwa zemdjaZllały się W J&kąŚ ^ednę Potworn^ mieszaninę s nieszczę-
dziewczyno n°’ flie bój się’ nie bój “ mówił Nibbio — Odwagi zemdleniu, ’nłe ^gi ” Powtarzali inni lecz Łucya, dzięki swemu
które nncie^oz ^zała już w tej chwili owych okropnych głosow, Ktoi^pocieszac^ją chciały.
trAw mnło. 1 patrz» wygląda jak nieżywa — rzekł jeden z łotiow^-mozenaPrawdę umarła?
tobie zdaje, umarła! — odpowiedział drugi: — ia \? i°StU’ to się często zdarza kobietom. Ho! ho! wiem
czv 1’zePiez’ ia< WySiądą ten, który się na tamten świat wybierał bzy-to baba czy mężczyzna /
dne“ spełniać to, Co do was należy, a nie bawić się w żaninynł — dostańcie trombony ze skrzyni i trzymajcie je na
owiu, bo w tym lesie, do którego wjeżdżamy, nie braknie-

16
NARZECZENI.
zbójów. Nie tak, do stu piorunów! nie w ręku, schowajcie je po-za siebie: tak. Nie widzicież, że to kurczę piszczy byle czego. Jeżeli broń zobaczy, gotowa naprawdę nam umrzeć z przestrachu. A kiedy zmysły odzyska, ani mi się ważcie straszyć jej w jakibądź sposób, ani się do niej dotknąć, chyba wówczas, gdybym wam kazał. Lecz obejdzie się i bez tego, sam będę ją trzymał. I siedźcie cicho, ani słowa.
Tymczasem powóz wjechał do lasu, konie biegły równie prędko, jak wówczas, kiedy z miejsca ruszyły.
Po niejakiej chwili biedna Łucya zaczęła odzyskiwać przytomność, zdawało jej się, że się budzi z jakiegoś snu dręczącego, otworzyła oczy. Zrazu nie mogła pojąć, gdzie jest i co się z nią dzieje, trudno jej było poznać te straszne twarze, które ją otaczały, i zebrać rozproszone myśli, lecz wkrótce znowu zrozumiała okropne swe położenie. Pierwszą jej myślą było rzucenie się do drzwiczek aby wyskoczyć z powozu; do tego“ użyła owéj odrobiny sity, która jej powróciła, ale i teraz dwie silne ręce pochwyciły ją i rozpaczliwe to usiłowanie posłużyło jej tylko do przekonania się, w jak dzikiej miejscowości się znajduje. Znowu krzyknęła przeraźliwie, lecz Nibbio, podnosząc do ust jej olbrzymią swą rękę, w której trzymał chustkę, rzekł głosem najsłodszym, na jaki go tylko stać mogło: — Nie krzycz, nie krzycz; mówiłem ci już, że nie zrobimy ci nic złego, ale jeżeli nie zechcesz być cicho, to my cię do tego zmusimy.
— Puśćcie mnie, puśćcie! Co wy za jedni? Dokąd mnie wieziecie? Dla czegoście mnie schwytali? Puśćcie, ach puśćcie!